Category: Ogłoszenia

Ogłoszenia kościoła św. Szymona w Glasgow

  • Ogłoszenia – październik 2023

    _____________________________________________________________________________________________________________

    5 przykładów, jak modlitwa na różańcu zmieniła się w ciągu wieków

    fot. shutterstock.com/deon.pl

    *****

    RÓŻANIEC

    A jeśli wojna nowa, a jeśli się zasmucę
    jak dziecko zapłakane w różaniec swój powrócę.
    Będę go brać na ręce jak włosów ciemne sploty,
    gdzie blask się świec zaplątał jak żuczek szczerozłoty,
    gdzie sny z krzyżykiem srebrnym i łzy i śpiew poranny,
    zerwanych moc przyrzeczeń i żal wciąż nieustanny,
    modlitwy za rodziców, za kolegów, prośby wieczne,
    i jakieś umartwienia zabawne, niedorzeczne…
    A jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje…
    O rzewne, o tajemne paciorki moje,
    to na nich troski moje, radości ukochania,
    i cały żar modlitwy późnego powołania.
    I na nich pamięć dni tych, gdy późnym sennym latem
    biegliśmy z podchorążym płonącym Mariensztadem,
    a potem w noce długie na jezdni pod gwiazdami,
    chwytałem was ukradkiem drżącymi wciąż palcami.
    Do Twoich snów się tulę, do Twoich snów się łaszę,
    na tych dziesiątkach licząc sierpniowe złudy nasze.
    Kto wezwał? Kto przywołał? Skąd sny co tu przygnały?
    Przed własną tajemnicą przyklękam taki mały…
    O siódmej przy kolacji, przy modlitw chłodnym dźwięku,
    o jaką burzę wspomnień przeważasz w swoim ręku.
    Bo jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje,
    o rzewne, o tajemne paciorki czarne moje.

    ks. Jan Twardowski

    ***

    “Bardzo lubię różaniec. Wydaje mi się, że przede wszystkim uczy on nas cierpliwej, nieustannej modlitwy. Pozornie jest modlitwą ciągle powtarzanych słów, a jednak uczy modlitwy bez słów. Niektórzy uważają, że przy różańcu trzeba rozważać tajemnice i być po trochu kaznodzieją, teologiem, katechetą. Tymczasem modlitwa różańcowa przypomina mi dziecko trzymające się spódnicy, bo czuje się bezpieczne, zadbane. Tamten różaniec odmawiany w kościele przypomniał mi kogoś, kto ustawicznie puka do drzwi, do okna i chociaż one się nie otwierają, puka nadal cierpliwie. Cierpliwość, wytrwałość tej modlitwy są czymś niezwykłym. Jest to modlitwa i ludzi śpiących, i umierających, i zupełnie zmęczonych”.
    ks. Jan Twardowski

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec.

    Październik tradycyjnie poświęcony jest modlitwie różańcowej. Różaniec, pierwotnie znany pod nazwą Psałterza Najświętszej Maryi Panny, sięga swoimi korzeniami do XII wieku. Pierwsi pustelnicy wyznaczali sobie do codziennego odmawiania pewne ilości modlitw. Ułatwiali to sobie, posługując się sznurkami z węzełkami lub sznurkami z pętelkami lub kawałkami drewna. Taki różaniec podobno posiadał św. Pachomiusz i św. Benedykt z Nursji. Zaś sama nazwa różaniec wywodzi się od św. Dominika, uważanego powszechnie za ojca różańca. Legenda głosi że Matka Boża objawiła się Dominikowi i poleciła mu, aby odmawiał Psałterz Najświętszej Maryi Panny, czyli modlitwy złożonej ze 150 Zdrowaś Maryjo i 15 Ojcze Nasz. Dominik posłuchał Maryi, głosił słowo i przeplatał je rozważaniem połączonym z odmawianiem różańca. Odmawianie Psałterza Najświętszej Maryi Panny porównywano do ofiarowania Matce Bożej 150 róż, dlatego tę modlitwę nazwano „wieńcem z róż”, czyli różańcem. Dominik Alamus a la Roche ustalił liczbę 150 modlitw Zdrowaś Maryjo na wzór Księgi Psalmów, które podzielił na dziesiątki, każda przeplatana modlitwą Ojcze Nasz. Z czasem zaczęto łączyć odmawianie modlitwy z rozważaniem tajemnic z życia Chrystusa i Maryi. W wieku XVI ostatecznie ustalono 15 tajemnic, podzielonych na 3 części (Radosne, Bolesne i Chwalebne). Tak było do roku 2002, kiedy to Jan Paweł II dodał część IV różańca świętego – Tajemnice Światła.

    Ilekroć Maryja chciała przekazać światu swoje orędzie, objawiała się wybranym ludziom (najczęściej dzieciom) z różańcem w ręku i usilnie zachęcała do jego odmawiania. Tak było w Lourdes w roku 1858, tak było w Fatimie w roku 1917, tak było Meksyku czy Gietrzwałdzie i wielu innych miejscach. Wynika z tego, że modlitwa różańcowa jest dla Maryi szczególnie miła, a dla człowieka bardzo skuteczna. Wyrosła ona z Ewangelii i jest jej streszczeniem.

    Różaniec to z pozoru zwykła modlitwa. Modlitwa długa i nużąca. Ale tak nie jest ! Różaniec to nie jest zwykła modlitwa – to sposób na życie.  Odmawiając różaniec oddajemy wszystkie nasze radości i smutki – całe nasze życie – Maryi. Gdy zwracamy się do Niej z ufnością, możemy być pewni, że Ona wstawi się za nami u Swojego Syna – Jezusa Chrystusa. Różaniec jest zatem modlitwą zawierzenia, która kieruje nas przez Maryję do Jezusa. Odmówienie jednej części różańca trwa 25 minut… To jedyne 25 minut z 1440, jakie otrzymujemy od Boga każdego dnia.
    Spróbuj i Ty porozmawiać z Maryją trzymając w ręku różaniec.

    (ze strony parafii pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Cieślinie)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    XXX NIEDZIELA * ROK A

    29 PAŹDZIERNIKA

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________

    O ofierze Mszy świętej – św. Jan Maria Vianney tak napisał:

    Wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza jest dziełem Bożym. Nawet męczeństwa nie da się porównać z Mszą świętą – jest ono bowiem ofiarą, jaką człowiek składa Bogu ze swojego życia, a Msza święta jest ofiarą, jaką Bóg złożył z samego siebie człowiekowi, przelewając za niego krew.

    Kapłan jest kimś bardzo wielkim, gdyby pojął swoje powołanie do końca umarłby… Sam Bóg jest mu posłuszny. Na słowa kapłana Chrystus zstępuje z nieba i daje się zamknąć w małej hostii. Ojciec nieustannie patrzy z nieba na ołtarz: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie (Mt 17,5a)Wobec zasług tak wielkiej ofiary, Ojciec nie może Synowi niczego odmówić. Gdybyśmy mieli wiarę, ujrzelibyśmy Boga w kapłanie, jak się widzi światło przez szybę, jak wino pomieszane z wodą.

    Po konsekracji, kiedy trzymam w dłoniach Najświętsze Ciało Pana, jeśli przeżywam chwile zniechęcenia i myślę, że godny jestem tylko piekła, mówię w duszy:  „Gdybym tylko mógł zabrać Go ze sobą do piekła, w Jego obecności czułbym się tam jak w raju! Mógłbym cierpieć tam przez całą wieczność, gdybym mógł przebywać tam razem z Jezusem. Wtedy jednak nie byłoby to już piekło, bo płomienie Bożej miłości prędko ugasiłyby ogień sprawiedliwości”.

    Po konsekracji Bóg jest między nami obecny tak samo, jak jest obecny w niebie. Gdybyśmy w pełni zdawali sobie z tego sprawę, umarlibyśmy z miłości. Bóg jednak oszczędza nas i zakrywa przed nami tę tajemnicę z powodu naszej słabości.

    Pewien kapłan zaczynał wątpić, że jego słowa rzeczywiście sprowadzają Chrystusa na ołtarz; w tej samej chwili hostia, którą trzymał w dłoniach, zaczęła ociekać krwią wsiąkającą w korporał.

    Gdyby nam ktoś powiedział, że o tej godzinie jakiś zmarły ma powstać z grobu, zaraz byśmy tam pobiegli, żeby zobaczyć cud. A czyż konsekracja, podczas której chleb i wino stają się Ciałem i Krwią samego Boga, nie jest o wiele większym cudem niż wskrzeszenie umarłego? Potrzeba przynajmniej kwadransa, żeby dobrze przygotować się do przeżycia Mszy świętej. W tym czasie trzeba głębokiego uniżenia, jakiego Chrystus dokonuje w sakramencie  Eucharystii; trzeba zrobić rachunek sumienia, gdyż aby dobrze przeżyć Mszę Świętą powinniśmy być w stanie łaski uświęcającej. Gdybyśmy znali cenę ofiary Mszy świętej albo raczej gdybyśmy mieli głębszą wiarę, uczestniczylibyśmy w niej z o wiele większą gorliwością.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    1 LISTOPADA – ŚRODA

    UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

    Bp Krzysztof Włodarczyk: święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych
    Wszyscy Święci, Fra Angelico/Wikipedia

    ***

    Znanych i anonimowych, dawnych i współczesnych świętych Kościół katolicki uroczyście wspomina 1 listopada. Uroczystość Wszystkich Świętych jest jednym z najbardziej radosnych dni dla chrześcijan. W ciągu roku niemal każdego dnia przypada wspomnienie jednego lub kilku świętych znanych z imienia. Jednak ich liczba jest znacznie większa. Wiele osób doszło do świętości w zupełnym ukryciu.

    Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest – wbrew spotykanym niekiedy opiniom – „Świętem Zmarłych”, ale przypomina wszystkim wiernym o ich powołaniu do świętości. W odróżnieniu od tej uroczystości, następnego dnia – 2 listopada – wspomina się wszystkich wiernych zmarłych. Jest to dzień modlitwy za tych, którzy w czyśćcu przygotowują się do chwały nieba.

    Dzień 1 listopada przypomina prawdę o powszechnym powołaniu do świętości. Każdy z wierzących, niezależnie od konkretnej drogi życia: małżeństwa, kapłaństwa czy życia konsekrowanego jest powołany do świętości. Tej pełni człowieczeństwa nie można osiągnąć własnymi siłami. Konieczna jest pomoc łaski Bożej, czyli dar życzliwości Boga. Ponieważ Stwórca powołuje do świętości wszystkich, także każdemu człowiekowi pomaga swą łaską. Teologia wskazuje, iż każdy otrzymał dar zbawienia, bo Jezus Chrystus złożył ofiarę za wszystkich ludzi. Od każdego z nas jednak zależy, w jakim stopniu przyjmie od Boga dar świętości.

    Uroczystość Wszystkich Świętych zdecydowanie różni się od Dnia Zadusznego (wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych) przypadającego na 2 listopada. Uroczystość przypadająca na 1 listopada wyraża powszechne powołanie do świętości. Wskazuje na hojność Pana Boga i pogłębia nadzieję, że wszelkie rozstanie nie jest ostateczne, bo wszyscy są zaproszeni do domu Ojca. Razem jednak Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny przypominają prawdę o wspólnocie Kościoła, obejmującej świętych w niebie, pokutujących w czyśćcu i żyjących jeszcze na ziemi. Wśród tych trzech stanów Kościoła dokonuje się, poprzez modlitwę, pamięć czy ofiarę, ciągła wymiana dóbr duchowych. W tej łączności (komunii) wyraża się świętych obcowanie.

    Wspomnienie wszystkich świętych ma źródło w kulcie męczenników. W rocznicę śmierci, która dla chrześcijan jest dniem narodzin dla nieba, odprawiano na grobach męczenników Eucharystię i czytano opisy męczeństwa. Pamięć o tych, którzy krwią potwierdzili swoją wiarę, była w pierwszych gminach chrześcijańskich pieczołowicie przechowywana. Każda z lokalnych wspólnot posiadała spis swoich męczenników, którzy przez sam fakt męczeństwa stawali się bliskimi Chrystusa, dlatego ich wstawiennictwo nabierało szczególnej mocy. Stopniowo do tych list dopisywano imiona nie tylko męczenników, ale też innych osób odznaczających się szczególną świętością. Pierwszym świętym spoza grona męczenników był zmarły w 397 r. biskup Marcin z Tours.

    Początki święta sięgają IV w. W Antiochii czczono wtedy pamięć o wielu bezimiennych męczennikach, których wspominano w niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego. W Rzymie w VII wieku papież Bonifacy IV poświecił dawny Panteon i uczynił go kościołem ku czci Bogurodzicy oraz wszystkich Męczenników. Polecił przy tej okazji umieścić tam kamienie przywiezione z katakumb chrześcijańskich męczenników. Historycy przekazują, iż przywieziono wtedy aż 28 pełnych wozów. Z rocznicą tych wydarzeń związane było rzymskie święto Wszystkich Świętych. Czczono wtedy jedynie Maryję i męczenników. W późniejszych wiekach dołączono kult „wszystkich doskonałych Sprawiedliwych”. Obchody przeniesiono z 13 maja na 1 listopada. Powodem były prawdopodobnie trudności z wyżywieniem rzesz pielgrzymów przybywających do Rzymu na wiosnę.

    Listopadowa data była już znana w Irlandii oraz Anglii a od VIII w. rozprzestrzeniło się w całej Europie. Po ostatniej reformie liturgii teologowie podkreślają, że „uroczystość obejmuje nie tylko świętych kanonizowanych, ale wszystkich zmarłych, którzy osiągnęli doskonałość, a zatem także zmarłych krewnych i przyjaciół”.

    KAI/PCh24.pl

    ***

    1 MSZA ŚW. W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 12.00

    2 MSZA ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 20.00

                                                            Komunia świętych i archaniołów w Niebie,
                            obraz Albrechta Durera (fragment). Albrecht Dürer, via Wikimedia Commons

    ***

    Katolik tego dnia ma obowiązek uczestniczyć we Mszy świętej

    ***

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada
                                                  fot. Lestat (Jan Mehlich) via: Wikipedia CC 2.0

    ***

    Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia czym jest odpust?:

    „Jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (KKK 1471).

    ***

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada

    Według obowiązującego wykazu odpustów możemy ofiarować zmarłym cierpiącym w czyśćcu wyjątkowy dar w dniach 1-8 listopada.

    Dla uzyskania odpustów zupełnych – za nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada (jeden każdego dnia) należy:

    -być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego – https://wspomozycielki.pl/odpusty-a-brak-przywiazania-grzechu-nawet-powszedniego/

    -być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
    -przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    -nawiedzić cmentarz i tam pomodlić się za zmarłych dowolną modlitwą
    -odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Odrębny odpust związany jest z dniem, kiedy wspominamy Wszystkich Wiernych Zmarłych – odpust za nawiedzenie świątyni – 2 listopada

    Dla jasności powtarzamy warunki zwykłe:

    -być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego
    -być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
    -przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    -odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Ponadto należy w Dzień Zaduszny:

    – nawiedzić kościół lub kaplicę, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament
    – odmówić: Wierzę w Boga… oraz Ojcze nasz…

    UWAGA! Błędem jest podawanie do wiadomości, że w dniach 1-8 listopada można zyskać odpusty zupełne za nawiedzenie cmentarza lub kościoła. Tak podana informacja sugeruje, że w całej oktawie Wszystkich Świętych moglibyśmy zyskiwać odpusty zupełne nie idąc na cmentarz lecz przychodząc tylko do kościoła. Taka możliwość istnieje tylko i wyłącznie w dniu 2 listopada.

    Odpust cząstkowy za zmarłych w każdym czasie można uzyskać za:
    – pobożne odmówienie Jutrzni lub Nieszporów z Oficjum za zmarłych
    – pobożne odmówienie wezwania: „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen”
    – pobożne nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych tam odmówioną (choćby w myśli)
    – tylko w Polsce: za odmówienie modlitwy: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie.
    Światłość wieczna niech im świeci, gdzie królują wszyscy święci.
    Gdzie królują z Tobą, Panie, aż na wieki wieków. Amen”.

    Warunki zyskiwania odpustów cząstkowych:
    -być w stanie łaski uświęcającej
    -wykonywać owe pobożne czynności ze skruchą serca

    źródło:

    Wykaz odpustów. Normy i nadania, Wydanie wzorcowe według łacińskiego wydania z 2004 roku.
    tłumaczenie zostało przyjęte przez 321. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie.

    mp/apdc.wspomozycielki.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 LISTOPADA – CZWARTEK – DZIEŃ ZADUSZNY

    DZIEŃ MODLITWY ZA TYCH, KTÓRZY JUŻ PRZESZLI PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO I POKUTUJĄ W MĘKACH CZYŚĆCA.

                                                                        fot. katedra. Radom.pl

    ***

    To wspomnienie wprowadził opat benedyktynów w Cluny we Francji, św. Odilon (Odylon). On to w 998 r. zarządził modlitwy za dusze wszystkich zmarłych w dniu 2 listopada. Termin ten i sama idea szybko rozprzestrzeniły się we Francji, Anglii, Niemczech, Italii. W XIII w. zwyczaj ten w Kościele rzymskim stał się powszechny.

    W XV w. wytworzył się u dominikanów w Wanencji zwyczaj ofiarowania w dniu 2 listopada trzech Mszy św. przez jednego kapłana. Papież Benedykt XIV w 1748 r. rozszerzył ten zwyczaj na całą Hiszpanię. W 1915 r., podczas I wojny światowej, papież Benedykt XV na prośbę opata – prymasa benedyktynów pozwolił kapłanom całego Kościoła odprawić w tym dniu trzy Msze św. Jedną w intencji przyjętej od wiernych, drugą w intencji wszystkich wiernych zmarłych, a trzecią w intencji papieża.

    Kościół w tym dniu wspomina zmarłych pokutujących za grzechy w czyśćcu. Chodzi więc o których nie mogą wejść do nieba, gdyż mają pewne długi do spłacenia Bożej sprawiedliwości. Prawdę o istnieniu czyśćca Kościół ogłosił jako dogmat na soborze w Lyonie w 1274 r. i na XXV sesji Soboru Trydenckiego (1545-1563), w osobnym dekrecie o czyśćcu. Sobór Trydencki orzekł prawdę, że duszom w czyśćcu możemy pomagać. Cała wspólnota Kościoła przychodzi z pomocą duszom czyśćcowym zanosząc w tym dniu prośby przed tron Boży. Aby przyjść z pomocą zmarłym pokutującym w czyśćcu, żyjący mogą w tych dniach uzyskać i ofiarować odpusty zupełne.

    Nabożeństwo do dusz czyśćcowych było i jest bardzo żywe. Świadczą o tym uroczyście urządzane pogrzeby, często zamawiane Msze św. w intencji zmarłych, w Kościele rzymskim powszechne są Msze św. gregoriańskie (30 Mszy św. po kolei przez 30 dni). W Polsce istnieje nawet zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych, założone przez błogosławionego o. Honorata Koźmińskiego – kapucyna.

    z tekstu Józefa Rydzewskiego/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________________________________

    PIERWSZA I DRUGA MSZA ŚW.:

    W KAPLCY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO o godz. 7.30 i 12.00

    TRZECIA MSZA ŚW.:

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA o godz. 20.00 z wypominkami

    _________________________________________________________________

    W miesiącu listopadzie każdego dnia odprawiana jest Msza św. w intencji zmarłych,

    których imiona otrzymałem od Was na kartkach i również w intencji tych zmarłych,

    z którymi jeszcze nie tak dawno razem pielgrzymowaliśmy na tym padole.

    ***

    Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj!

    Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy;

    Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole.

    Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć,

    A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż.

    O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!

    **************************

    Modlitwa św. Gertrudy z Helfty za zmarłych przebywających w czyśćcu:

    Ojcze Przedwieczny,
    ofiaruję Ci najdroższą Krew Boskiego Syna Twego,
    Pana naszego, Jezusa Chrystusa,
    w połączeniu ze wszystkimi Mszami świętymi
    dzisiaj na całym świecie odprawianymi,
    za dusze w czyśćcu cierpiące, za umierających,
    za grzeszników na świecie,
    za grzeszników w Kościele powszechnym,
    za grzeszników w mojej rodzinie,
    a także w moim domu.
    Amen.

    (św. Gertruda zmarła przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami i przez ostatnie lata życia ciężko chorowała. Doświadczane cierpienia ofiarowywała przede wszystkim za zmarłych, bo tak bardzo pragnęła, aby dusze czyśćcowe mogły wejść jak najszybciej do Bożego Królestwa. Dlatego poprosiła Pana Jezusa o specjalną modlitwę w tej intencji. Chrystus Pan spełnij jej prośbę i podyktował powyższe słowa dołączając obietnicę, że odmówienie tej modlitwy uwolni z czyśćca za jednym razem tysiąc dusz.)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 mało znane modlitwy za zmarłych

    ANIOŁ NA CMENTARZU
    Shutterstock

    *****

    „Modlić się za żywych i umarłych” to jeden z siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy. Proponujemy trzy mniej znane modlitwy za zmarłych.

    „To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy” – powiedział kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Te słowa warto zapamiętać. Nasi drodzy zmarli żyją i nie możemy wykluczyć, że wciąż potrzebują naszej pomocy.

    Najcenniejszą i najważniejszą pomocą jest niewątpliwie Msza święta w intencji zmarłych.

    A odwiedzając groby naszych bliskich czy wspominając ich możemy skorzystać z którejś z poniższych, mało znanych modlitw za zmarłych.

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący,
    ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu,
    zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę:
    wyzwól duszę Twego sługi / Twojej służebnicy (tu podajemy imię)
    od wszystkich grzechów i kar za nie.

    Niech święci aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją
    z ciemności do wiekuistego światła,
    z karania do wiecznych radości.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Panie, nakłoń Twego ucha ku naszym prośbom,
    gdy w pokorze błagamy Twego miłosierdzia.
    Przyjmij duszę sługi Twego / sługi Twojej (tu podajemy imię),
    której kazałeś opuścić tę ziemię,
    do krainy światła i pokoju
    i przyłącz ją do grona Twych wybranych.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Najświętsza Panno Nieustającej Pomocy, Matko litościwa,
    racz spojrzeć na biedne dusze,
    które sprawiedliwość Boża zatrzymuje w płomieniach czyśćcowych.
    Są one drogie dla Twego Boskiego Syna,
    gdyż zawsze Go kochały i teraz gorąco pragną być blisko Niego,
    lecz nie mogą zerwać swych więzów,
    które je trzymają w palącym ogniu czyśćca.
    Niech się wzruszy Twe serce, Matko litościwa.
    Pośpiesz z pociechą dla tych dusz,
    które Cię zawsze kochały i teraz ślą do Ciebie swe westchnienia.
    Wszak są to Twoje dzieci, bądź więc im pomocą,
    nawiedzaj je, osładzaj ich męki, skróć ich cierpienia
    i nie zwlekaj z ich wybawieniem.
    Amen.

    ze strony – Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Czym jest odpust zupełny

    i czy można ofiarować go za zmarłych?

    (PCh24.pl)

    ***

    Kościół, zwłaszcza we Mszy Świętej, zawsze i w każdym przypadku, pamięta o wszystkich. Pamięć Kościoła zawsze i wszędzie obejmuje wszystkich! Jest to bardzo podstawowy wraz wiary, że Kościół jest jeden. Następnego dnia po Uroczystości Wszystkich Świętych, wspominamy przecież wszystkich wiernych zmarłych – jakżeż to wymowne. Ofiarowanie odpustów za dusze zmarłych jest wyrazem naszej duchowej jedności wiary i powszechnej solidarności duchowej zakorzenionej w samym Jezusie Chrystusie, w którym stanowimy jedno – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Janusz Królikowski.

    Zwłaszcza przy okazji zbliżającej się Uroczystości Wszystkich Świętych, powraca temat odpustu zupełnego. Księże Profesorze, czym właściwie jest odpust zupełny?

    Odpust to „darowanie wobec Boga kary doczesnej za grzechy odpuszczone już co do winy”. Odpust jest „zupełny”, jeśli uwalnia od wspomnianej kary „w całości”. Tak definiuje odpust doktryna Kościoła, która została wypracowana, nie bez dramatycznych napięć i sporów, w ciągu wieków, począwszy od średniowiecza. Odpust jest więc dobrem duchowym udzielanym w Kościele i przez Kościół ze względu na dobro doczesne i wieczne wierzących.

    Jakie warunki trzeba spełnić, żeby uzyskać odpust?

    Warunki uzyskania odpustu są następujące: 1) odpowiednie przygotowanie, czyli stan łaski (w przypadku grzechu ciężkiego będzie więc konieczna spowiedź, aby ten stan uzyskać), przyjęcie Komunii świętej, modlitwa w intencjach papieża oraz 2) intencja zyskania odpustu i wypełnienie określonego dzieła pokutnego wyznaczonego przez papieża.

    Warto pamiętać, że odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, natomiast odpusty cząstkowe wielokrotnie.

    A jak uzyskać odpust cząstkowy?

    Odpust cząstkowy jest udzielany, najprościej mówiąc, gdy nie jest spełniony któryś z wymienionych warunków. Odpust cząstkowy jest jednak odpustem realnym, a więc jego zyskiwanie także ma głęboki sens i wymowę duchową, gdyż służy zarówno nam, jak i duszom zmarłych. Służy on zatem naszemu dobru doczesnemu, a duszom zmarłych przybliża chwilę ostatecznego osiągnięcia dobra wiecznego, którym jest bezpośrednie spotkanie z samym Bogiem.

    Kościół daje wiernym możliwość codziennego uzyskania jednego odpustu zupełnego poprzez m.in. „wspólne odmówienie różańca w kościele, w kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnych stowarzyszeniu”. Co w sytuacji, kiedy nie mamy takiej możliwości? Czy odmówienie różańca za pomocą internetu też będzie ważne?

    Zasadnicza idea dotycząca różańca w związku z odpustem domaga się, aby był on odmawiany wspólnotowo. Chodzi o to, by dobrze uwypuklić związek różańca z życiem wiernych jako życiem kościelnym. Aby uzyskać odpust zupełny bez szukania jakiejś specjalnej, może odległej wspólnoty, Kościół zachęca miedzy innymi do rodzinnego odmawiania różańca. W takim przypadku zostaje spełniony warunek wspólnotowości modlitwy określony przez Kościół.

    Jeśli zaś chodzi o wykorzystanie „urządzeń telewizyjnych i radiowych”, to Kościół aprobuje ich wykorzystanie w celu zyskania odpustu zupełnego, gdy modlitwa jest odmawiana wraz z papieżem. Łącze internetowe w tym może pomóc. W każdym jednak razie chodzi o łączność „na żywo”, a nie mechanicznie powtarzaną, co mogłoby mieć na przykład miejsce wówczas, gdyby ktoś nagrał sobie modlitwę z papieżem. Kościół nie jest rzeczywistością wirtualną, ale realną w czasie i przestrzeni złożoną z realnych ludzi, nad którą znajduje się realny Bóg. Wiara nie znosi udawania!

    W pozostałych przypadkach za odmówienie różańca wierny może uzyskać „odpust cząstkowy”. Pamiętajmy, że to nie jest mało. Bóg docenia każdy gest wiernego, który wyrasta z wiary i jest jej wyrazem. Wiele odpustów cząstkowych nie złoży się na odpust zupełny, ale jakże to wielka rzecz w perspektywie darowania każdemu osobistej kary doczesnej za grzechy, albo pomocy okazywanej duszom zmarłych. Warto więc o tym pamiętać i z tego daru korzystać każdego dnia, bo nie ma takiego dnia, w którym z takiej czy innej racji nie można by zyskać jakiegoś odpustu. Trzeba zapoznać się z ich aktualnym „Wykazem”, czyli opublikowanym z polecenia papieża zestawem wskazanych praktyk odpustowych, aby mieć świadomość darów Bożych czekających na nas każdego dnia przy spełnianiu rozmaitych praktyk religijnych bądź związanych z posługą bliźnim.

    Jak już zaznaczyłem, wśród warunków ogólnych zyskania odpustu jest także „intencja zyskania odpustu”. Najprościej mówiąc, można wzbudzić sobie taką intencję przy porannej modlitwie, mówiąc: „Pragnę zyskać odpusty, które na dzisiaj są przewidziane”, i to wystarczy. Trzeba tylko dodać, czy chce się je zyskać dla siebie, czy dla dusz w czyśćcu.

    Odpust zupełny można ofiarować nie tylko za zmarłych, ale też za samych siebie?

    Odpusty można zyskiwać najpierw dla siebie, albo ofiarować je za zmarłych. W tym miejscu dokonała się pewna zmiana w praktyce kościelnej po Roku Jubileuszowym 2000. Dawniej odpusty można było zyskiwać przede wszystkim dla siebie, a za zmarłych można było ofiarować tylko wybrane odpusty, zwłaszcza w miesiącu listopadzie. Obecnie każdy odpust może być ofiarowany także za zmarłych.

    Może nie zdajemy sobie czasami nawet sprawy z tego, jak bardzo możemy pomagać duszom w czyśćcu cierpiącym…

    Pamiętajmy jednak, że często powtarza się błąd, wywołujący także wiele nieporozumień i niepewności, utrwalany – niestety – także przez wielu duszpasterzy, według których odpust za zmarłych należy ofiarować za „jedną, wybraną duszę”. Przepisy kościelne nigdzie tak nie mówią na ten temat – trzeba sięgać do źródeł! – gdyż byłoby to nawet i zwyczajnie absurdalne. Skąd ja, na ziemi, mogę wiedzieć, kto jest aktualnie w czyśćcu, aby za niego ofiarować jakiś odpust? Trzeba więc odpust ofiarować po prostu za zmarłych w sensie ogólnym. Takie postawienie sprawy chroni nas przed popadnięciem w jakiś ekskluzywizm eschatologiczny. Jakież to wymowne, że wszyscy pamiętamy o wszystkich zmarłych, bliskich i dalekich.

    Może będzie w tym miejscu zasadne dodać, że jest naganne w duszpasterstwie, co można słyszeć zwłaszcza w miesiącu listopadzie, w którym szczególnie pamiętamy o duszach zmarłych, odwoływanie się w modlitwie do formuł: „módlmy się za dusze znikąd nie mające ratunku”, „módlmy się za tych, o których nikt nie pamięta”. Kościół, zwłaszcza we Mszy Świętej, zawsze i w każdym przypadku, pamięta o wszystkich. Pamięć Kościoła zawsze i wszędzie obejmuje wszystkich! Jest to bardzo podstawowy wraz wiary, że Kościół jest jeden. Następnego dnia po Uroczystości Wszystkich Świętych, wspominamy przecież wszystkich wiernych zmarłych – jakżeż to wymowne. Ofiarowanie odpustów za dusze zmarłych jest wyrazem naszej duchowej jedności wiary i powszechnej solidarności duchowej zakorzenionej w samym Jezusie Chrystusie, w którym stanowimy jedno.

    Co daje odpust zupełny za zmarłych?

    Odpust zupełny ofiarowany za zmarłych przynosi darowanie kary za grzechy duszom oczyszczającym się w czyśćcu, a więc najzwyczajniej otwiera przed nimi niebo. Jest to wielki dar, który opiera swoją skuteczność na duchowej jedności Kościoła pielgrzymującego, czyli na ziemi, oraz Kościoła oczyszczającego się, czyli w czyśćcu. Duchowy skarbiec Kościoła, w którym zgromadzone są przebogate zbawczych skarby zasług Chrystusa i świętych, nie jest ograniczony ani czasem ani przestrzenią. Dary duchowe przenikają wszystkie wymiary życia kościelnego dzięki samemu Jezusowi Chrystusowi, który jest jeden wczoraj, dzisiaj i na wieki. W Nim duchowe dary zbawcze są nie tylko otwarte na wszystkich, ale wręcz wołają o ich przyjęcie.

    Po zyskanym odpuście zupełnym dusza idzie prosto do nieba? Dlatego właśnie tak ważne jest, aby do umierającego zawołać księdza z posługą sakramentalną?

    W „Wykazie odpustów” została zapisana, skierowana do kapłana udzielającego sakramentów w niebezpieczeństwie śmierci (spowiedź, Eucharystia – pamiętajmy, że namaszczenie chorych nie jest sakramentem umierających, ale właśnie chorych), sugestywna zachęta: „Niech nie opuszcza udzielenia mu błogosławieństwa apostolskiego połączonego z odpustem zupełnym”. Kościół chce, aby wszyscy bezpośrednio po śmierci mogli znaleźć się w niebie. Z tej racji łączy udzielanie sakramentów umierającym z darem odpustu. W ten sposób mogą szybko wejść do radości uszczęśliwiającej wspólnoty z Bogiem.

    Nawiązując do „Wykazu odpustów”, będzie zasadne zwrócenie tutaj uwagi, że Kościół w obliczu zbliżającej się śmierci, chce udzielić odpustu także wtedy, gdy nie ma kapłana, „o ile [umierający] miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw”. W takim przypadku to „Kościół uzupełnia trzy warunki wymagane do uzyskania odpustu zupełnego”. Aby wzmocnić to przesłanie, zachęca się do tego, by umierającemu po prostu towarzyszył krzyż, będący widzialnym znakiem udzielanych przez Boga umierającemu duchowych darów zbawczych. Pamiętamy być może jeszcze, że umierającemu Janowi Pawłowi II, dzisiaj świętemu, towarzyszył do końca trzymany w ręku krzyż.

    Czym jest odpust udzielany umierającym?

    Odpust udzielany umierającym nie jest jakąś wyszukaną szlachetnością Kościoła ani niczym nadzwyczajnym, ale bezpośrednią konsekwencją tego, że wierzymy, iż pełnia życia Bożego i kościelnego jest w niebie. Wierzymy i dajemy temu wyraźny wyraz, że odpust zupełny jest otwarciem drogi do prowadzącej nieba, czyli do samego Boga. Ta wiara nie jest jednak oparta na jakimś „mechanicznym” schemacie: zyskujemy odpust, a więc otwiera się przed nami niebo. Pamiętamy, że we wszystkim, także w odpuście, decydującą rolę odgrywa wiara, a więc poniekąd jej aktualna siła wyrazu, pełne oczyszczenie ze skutków i pozostałości odpuszczonych grzechów, adekwatność żalu za grzechy i wiele innych czynników duchowych. Nie są one jednak na poziomie jakichś „nadludzi”, bo takich nie ma, ale pozostają w zakresie zwyczajnych, ludzkich możliwości. Można do pewnego stopnia powiedzieć, że o wszystkim decyduje wspomniana już „intencja zyskania odpustu” oparta na mocnej wierze.

    Na zakończenie można oczywiście powiedzieć, że odpusty – nawet jeśli często kojarzą się nam zbyt powierzchownie z debatami reformacyjnymi wywołanymi przez Lutra – stanowią niezwykle ważny element aktualnego życia Kościoła, a także naszych osobistych doświadczeń, zwłaszcza tych związanych z łączącą nas bardzo bliską więzią z tymi, którzy już od nas odeszli. Papież Paweł VI, dzisiaj święty, promulgując w 1967 r. reformę odpustów konstytucją Indulgentiarum doctrina, napisał: „Na podstawie tajemniczego i łaskawego Bożego zarządzenia ludzi łączy ze sobą nadprzyrodzona więź, która sprawia, że grzech jednego szkodzi również innym, tak jak świętość jednego staje się dobrodziejstwem dla pozostałych. W ten sposób wierni świadczą sobie nawzajem pomoc w osiąganiu nadprzyrodzonego celu”. Warto próbować odkryć tę więź i jedność w nadprzyrodzonym celu, który nie tylko łączy nas wszystkich, ale także jakoś uzależnia od siebie nawzajem.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 LISTOPADA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ____________________________________________________________________________

    4 LISTOPADA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    18.00 MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XXXI NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    *****

    Kardynał Angelo Comastri:

    Kościół jak przed Bitwą pod Lepanto, odmawiajmy różaniec

    Procesja różańcowa

    Na zakończenie obrad Synodu została odprawiona uroczysta Msza św. w Bazylice św. Piotra a następnie o godzinie 21.00 na placu św. Piotra miała miejsce procesja różańcowa ze świecami ku czci Najświętszej Maryi Panny.

    Modlitwę prowadził kardynał Angelo Comastri, wieloletni archiprezbiter Bazyliki Watykańskiej. Zachęcając do tej w wieczornej modlitwy odwołał się do Bitwy pod Lepanto, w której chrześcijanie w 1571 r. pokonali turecką flotę.

    Kościół przeżywa bardzo trudne chwile

    „Dlaczego tak ważny jest różaniec? Bardzo często przypominam w ostatnim czasie, że bitwę pod Lepanto, przed którą drżał ze strachu cały Kościół, wygraliśmy różańcem. Św. Pius V nigdy nie przestawał tego przypominać, że było to zwycięstwo różańca. A dziś stoimy przed wieloma bitwami pod Lepanto. Kościół przeżywa chwile naprawdę bardzo trudne. Kryzys rodziny jest przerażający. A bez rodziny nie może żyć ani społeczeństwo, ani Kościół. I bez rodziny nie będzie też powołań. Stąd tak ważna jest modlitwa. To nie jest jakiś dodatek. Modlitwa jest niezbędna, bez niej nie da się żyć. (…) I nie wolno w niej ustawać. Pan Bóg zawsze odpowiada. I Matka Boża też zawsze odpowiada na modlitwę. Pamiętam, co opowiadał kard. Caffarra, bliski przyjaciel s. Łucji z Fatimy. Poprosił kiedyś s. Łucję: zapytaj się Matki Bożej, dlaczego nie spełniła się jeszcze Jej obietnica o triumfie Jej Niepokalanego Serca? A s. Łucja odpowiedziała: w bitwach to nie tylko generał zwycięża, ale również jego żołnierze, którzy z nim współpracują. A wy nie współpracujecie! Zdumiewająca jest ta odpowiedź.“

    Vatican News

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XXXI NIEDZIELA * ROK A

    5 LISTOPADA

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej komunii św.

    fot. via Pixabay

    ***

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust zupełny. Jak i gdzie to zrobić?

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust zupełny. Jak i gdzie to zrobić?

    fot. kbuntu / Depositphotos.com

    *****

    Z odmawianiem różańca związane jest wiele obietnic. Ta kontemplacyjna modlitwa oparta o kolejne wydarzenia z życia Jezusa jest jedną z ulubionych modlitw Polaków. Nie wszyscy jednak odmawiają go razem z innymi, a to właśnie za taki rodzaj modlitwy można uzyskać odpust zupełny.

    Jak uzyskać odpust zupełny za odmawianie różańca? 

    Choć miesiącem różańcowym w Polsce jest październik, to ten odpust nie jest związany z tym konkretnym miesiącem. Dotyczy wszystkich, którzy odmówią “publicznie” chociaż jedną część różańca.

    Oczywiście dostajemy odpust pod zwykłymi warunkami, czyli musimy być w stanie łaski uświęcającej i przyjąć Komunię św., pomodlić się w papieskich intencjach (nie w intencji papieża, ale w sprawach, w których papież obecnie się modli; nie musimy ich nawet wymieniać, wystarczy, że po prostu wesprzemy jego modlitwę naszą) oraz wyzbyć się przywiązania do grzechu. 

    Dodatkowym warunkiem związanym z różańcem jest odmówienie go w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej albo “w pobożnym stowarzyszeniu”. By go uzyskać, wystarczy odmówić tylko jedną część różańca.

    Jeśli odmawiamy różaniec poza tymi miejscami albo wspólnotami albo nie spełniamy jednego z koniecznych warunków do uzyskania odpustu zupełnego  – zyskujemy odpust cząstkowy. 

    Czym jest odpust w Kościele katolickim?

    To łaska, którą można ofiarować za zmarłą osobę albo “zużyć” dla siebie. Jest związana z faktem, że wszystkie popełnione przez nas grzechy i zaniedbania mają swoje konsekwencje. Wina zostaje nam w stu procentach wybaczona, gdy dostajemy rozgrzeszenie w spowiedzi, jednak skutki naszych grzechów mogą nas nękać jeszcze za życia i ciągnąć się za nami po śmierci, a wtedy zamiast prosto do nieba idziemy do czyśćca, by odpokutować za zło, które się przez nas wydarzyło. 

    Odpust jest łaską, która usuwa trwające wciąż skutki grzechu, co ma znaczenie nie tylko po śmierci, ale także w obecnym życiu. Wszystkie pobożne czynności, dzięki którym możemy uzyskać odpust, przybliżają nas do Boga i pomagają w budowaniu własnej, codziennej świętości. 

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 obietnic, które Maryja miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec

    15 obietnic, które Maryja miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec

    fot. Marissa demuner / unsplash.com

    *****

    Różaniec wydaje się monotonną modlitwą. Jednak każdy, kto go odmawia, może spodziewać się wielu zmian. Poznaj historię obietnic, jakie Matka Boża miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec.  

    “Jak podaje legenda, kiedy Matka Boża ukazała się św. Dominikowi, założycielowi Zakonu Kaznodziejskiego, dała mu w prezencie różaniec oraz złożyła 15 obietnic dla każdego, kto będzie odmawiał tę modlitwę” – pisze portal churchpop.

    Według historyków, nie ma dowodów na to, że to zdarzenie faktycznie miało miejsce. Podejrzewają oni, że historia ta została spopularyzowana przez Alana z La Roche, niemieckiego lub belgijskiego dominikanina, teologa katolickiego żyjącego w XV w, który opublikował broszurę zawierającą tekst 15 obietnic Maryi.

    Co jednak ciekawe, broszura która zawiera zapewnienia Matki Bożej, uzyskała imprimatur (oficjalna aprobata władz kościelnych na druk danego tekstu) kardynała Nowego Jorku, Josepha Hayesa.

    Jak zauważa churchpop, objawienie którego miał doznać św. Dominik, jest objawieniem prywatnym i wierzący nie są zobowiązani do wiary w nie. Tym nie mniej, 15 obietnic Maryi jest bardzo ciekawą inspiracją do odkrycia na nowo, czym jest modlitwa różańcowa.

    15 obietnic Matki Bożej dla odmawiających różaniec:

    1. Wszyscy, którzy wiernie mi służyć będą odmawiając różaniec otrzymają pewne szczególne łaski.

    2. Wszystkim odmawiającym różaniec przyrzekam moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski.

    3. Różaniec będzie potężną zbroją przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje.

    4. Cnoty i święte czyny zakwitną – wyprosi obfite boże błogosławieństwo; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa.

    5. Dusza, która poleca mi się przez różaniec – nie zginie.

    6. Ktokolwiek odmawiać będzie pobożnie różaniec święty, rozważając równocześnie tajemnice święte nie zostanie pokonany przez nieszczęście, nie doświadczy karzącej bożej sprawiedliwości, nie umrze nagłą śmiercią;

    nawróci się, jeśli jest grzesznikiem, jeśli zaś sprawiedliwym – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne.

    7. Prawdziwi czciciele mego różańca nie umrą bez sakramentów świętych.

    8. Chcę, aby odmawiający mój różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach świętych.

    9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które mnie czciły modlitwą różańcową.

    10. Prawdziwie dzieci mego różańca osiągną wielką chwałę w niebie.

    11. O cokolwiek przez różaniec prosić będziesz – otrzymasz.

    12. Rozszerzającym mój różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie.

    13. Otrzymałam od mojego syna obietnicę, że wszyscy obrońcy różańca, będą mieli orędowników w niebie w czasie życia i w godzinie śmierci

    14. Wszyscy, którzy odmawiają różaniec są moimi dziećmi, a braćmi Jezusa Chrystusa, mojego jedynego Syna.

    15. Nabożeństwo do mego różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do nieba.

    churchpop.com / Michał Lewandowski/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec najpopularniejszą modlitwą wśród Polaków

    Różaniec najpopularniejszą modlitwą wśród Polaków

    (fot. shutterstock.com)

    *****

    Modlitwa różańcowa to najbardziej popularna forma kultu maryjnego w Polsce – wynika z opublikowanego dziś raportu Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego (ISKK). Po różańcu i nabożeństwach majowych, jednym z zasadniczych rysów pobożności maryjnej we współczesnym polskim katolicyzmie jest nabożeństwo fatimskie.

    Z przeprowadzonego badania nt. kultu maryjnego w Polsce, wynika jednoznacznie, że kult Matki Bożej jest wyraźnie obecny we wszystkich parafiach w Polsce. Nie ogranicza się on jedynie do obchodzenia liturgicznych świąt. Obejmuje również wiele form pobożności ludowej. Najbardziej rozpowszechnioną formą kultu Matki Bożej w pobożności parafii jest różaniec.

    Modlitwa różańcowa praktykowana jest we wszystkich parafiach w Polsce. Również nabożeństwa majowe sprawowane są niemal we wszystkich parafiach w naszym kraju (98,2%).

    W zdecydowanej większości sprawowane jest ono w świątyniach. Jedynie w kilku procentach parafii, nabożeństwa majowe odbywają się przy okolicznych kapliczkach.

    W co czwartej parafii nabożeństwo różańcowe sprawowane jest codziennie. Niemal we wszystkich parafiach (94%) praktykowane jest przez cały październik. Z okazji świąt maryjnych modlitwa różańcowa odmawiana jest w co trzeciej parafii.

    Wśród innych okoliczności, różaniec najczęściej odmawia się w każdą niedzielę (15% i 8% parafii) oraz w pierwsze soboty miesiąca (15% i 8% parafii). Ponadto różaniec jest popularną formą modlitwy za zmarłych zarówno w oktawę Wszystkich Świętych jak i w dniu pogrzebu (łącznie 25% i 14% parafii). W niektórych parafiach różaniec odmawia się również raz w tygodniu, przy okazji innych nabożeństw.

    Poza różańcem i nabożeństwem majowym wśród innych form kultu maryjnego najbardziej popularne są różnego rodzaju nowenny. Wśród nich najpopularniejsza w Polsce jest nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, która jest praktykowana w 18% parafii. Innymi popularnymi nowennami są nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej, do Matki Bożej Pocieszenia, Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, Wspomożycielki Wiernych, Matki Bożej Częstochowskiej oraz Nowenna Pompejańska. Łącznie w 7% parafii praktykowana jest jedna z tych nowenn.

    Wśród innych form kultu Matki Bożej wyróżniają się Godzinki ku czci Matki Bożej, które praktykowane są w 6% parafii. Znany jest również Apel Jasnogórski, procesje maryjne, Nabożeństwo do Siedmiu Boleści Matki Bożej, Godzina Łaski w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, wspomnienia Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych.

    Ogólnie kult Matki Bożej obecny jest we wszystkich regionach Polski, również w tych mniej religijnych, zarówno w miastach jak i na wsi.

    Z badań wynika, że w zdecydowanej większości parafii w Polsce (72%) praktykowane jest nabożeństwo fatimskie. Jego najbardziej wyraźnymi rysami jest: organizowanie go w pierwsze soboty miesiąca (80%), zachęta do spowiedzi (82% parafii z nabożeństwem fatimskim) i komunii wynagradzającej (80%), wspólne odmawianie różańca (80%). Zdecydowanie rzadziej w nabożeństwach fatimskich podawana jest intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Maryi (46%) oraz odbywa się 15 – minutowa medytacja (37%).

    Obecność nabożeństwa fatimskiego nie jest związana bezpośrednio z poziomem religijności w poszczególnych regionach Polski. Oznacza to, że na jego popularność ma raczej wpływ przede wszystkim osobiste zaangażowanie poszczególnych duszpasterzy. Na uwagę zasługuje również fakt, że w parafiach greckokatolickich nabożeństwo fatimskie nie jest znane.

    Główną ideą przyświecającą nabożeństwu fatimskiemu jest wynagradzanie Niepokalanemu Sercu Maryi.

    ISKK zwraca uwagę, że pobożność maryjna zajmuje istotne miejsce w funkcjonowaniu parafii w Polsce. Po różańcu oraz nabożeństwach majowych nabożeństwo fatimskie stanowi jeden z zasadniczych rysów pobożności maryjnej we współczesnym polskim katolicyzmie.

    Pobożność maryjną cechuje jednak daleko posunięta różnorodność oraz bogactwo form, praktyk i zwyczajów. Nabożeństwo fatimskie stanowi bez wątpienia kontynuację i współczesny przejaw charakterystycznego dla Polski rysu duchowości maryjnej.

    Wraz z orędziem fatimskim stanowi ona jeden z przejawów pobożności ludowej, który łączy tradycję chrześcijańską oraz rozumianą instytucjonalnie religijność, z życiem codziennym wiernych. Orędzie fatimskie wyraźnie odcisnęło się na pobożności ludowej w Polsce. Jego ślady odnaleźć można w większości parafii katolickich w Polsce.

    Bez wątpienia bazuje ono na religijności wiernych, jednak różnice w skali jego występowania w poszczególnych regionach Polski związane są raczej z osobistym zaangażowaniem duszpasterzy.

    Nabożeństwo fatimskie jest lepiej rozwinięte w parafiach zakonnych oraz małych miastach niż w parafiach diecezjalnych i na wsi. Z drugiej strony w wielu parafiach obecność nabożeństwa fatimskiego ma charakter śladowy. Wiele form tego nabożeństwa zamiast zwracać uwagę na najistotniejsze jego elementy, obejmuje obce z punktu widzenia istoty orędzia fatimskiego nie tylko treści, ale i formy. Grozić to może swoistym rytualizmem oraz dewocją.

    Rozwój pobożności maryjnej oraz nabożeństwa fatimskiego z punktu widzenia religijności wydaje się istotne z punktu widzenia trwałości polskiego katolicyzmu oraz procesów sekularyzacji.

    Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego jest pierwszym w Polsce ośrodkiem badań nad religijnością oraz duszpasterstwem. Został założony w 1972 r. przez Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego (Księża Pallotyni). Współpracuje z Konferencją Episkopatu Polski oraz Głównym Urzędem Statystycznym.

    Kai/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Doktor Wanda Półtawska zmarła w nocy z 24 na 25 października 2023 roku.

    2 listopada obchodziłaby 102. urodziny.

    fot. Instytut Pamięci Narodowej/Stacja7

    ***

    Wanda Półtawska:

    nie ma takiego drugiego człowieka jak ty.

    To jest dogmat wiary katolickiej

    – Człowiek dzisiaj nie wie, że mądrość to nie jest to co Ty możesz kupić, bo mądrość to jest zdolność wyboru, a świat jest stworzony olbrzymi i piękny – mówiła w jednym z ostatnich wywiadów zmarła w nocy z wtorku na środę Wanda Półtawska – doktor psychiatrii i jedna z najsłynniejszych w Polsce działaczek na rzecz obrony życia człowieka. 2 listopada skończyłaby 102 lata.

    W lutym 2023 roku Półtawska udzieliła wywiadu „Gazecie Polskiej” w związku z przyznaniem jej nagrody „Człowieka 30-lecia Gazety Polskiej”.

    – Nie jesteś stworzony dla pustyni, tylko dla ludzi i tylu tych ludzi przejdzie przez twoje życie, nie wiesz ilu, ale musisz wiedzieć jedną podstawową rzecz. Nie ma takiego drugiego człowieka jak ty. To jest dogmat wiary katolickiej, nie ma takiego drugiego jak ty. I tę prawdę powinien potwierdzić każdy dojrzały, rozumny człowiek – podkreśliła.

    – Ale skąd weźmie się ten mądry, dojrzały człowiek? Nauczał filozof Karol Wojtyła – ty sam masz być dla siebie terenem działania. I to co ty zrobisz będzie tobą. Ty sam piszesz swój życiorys. I nikt nie może wiedzieć, co ty masz w swej pamięci i w swej duszy – wyjaśniła Wanda Półtawska.

    PCh24.pl/niezalezna.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie żyje Wanda Półtawska.

    Przyjaźniła się z Janem Pawłem II,

    była ikoną krakowskiego Kościoła

    Nie żyje Wanda Półtawska. Przyjaźniła się z Janem Pawłem II, była ikoną krakowskiego Kościoła

    fot.Mariusz Kubik/Wikimedia Commons/CC BY 3.0

    ***

    Wtorkowa noc była pełna próśb o modlitwę za Wandę Półtawską. “Odchodzi, jest w stanie agonalnym, módlmy się o świętą śmierć dla naszej wielkiej pani doktor” – brzmiała wiadomość. Otoczona modlitwą ludzi, dla których była żywym znakiem bożej obecności, Wanda Półtawska zmarła w nocy w swoim domu w Krakowie.

    Była współpracowniczką i przyjaciółką Jana Pawła II, lekarzem psychiatrą, byłą więźniarką niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück. 2 listopada skończyłaby 102 lata. Informację o jej śmierci przekazał w środę rzecznik kurii krakowskiej ks. Łukasz Michalczewski.

    Kim była Wanda Półtawska? 

    Wanda Półtawska (z d. Wojtasik) – lekarz psychiatra, współpracowniczka i przyjaciółka Jana Pawła II, była więźniarka niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück, przyszła na świat 2 listopada 1921 r. w Lublinie, w rodzinie urzędnika pocztowego.

    W szkole średniej zaangażowała się w działalność IV Lubelskiej Drużyny Harcerskiej im. Orląt Lwowskich. Po wybuchu II wojny światowej działała konspiracyjnie, rozwoziła pocztę, broń, pieniądze.

    17 lutego 1941 r. została aresztowana. W lubelskim więzieniu ona i jej koleżanki przeszły śledztwo z torturami, a po siedmiu miesiącach grupę kilkunastu lubelskich harcerek przewieziono do obozu Ravensbrück. Poza ciężką codzienną pracą w obozie więźniarki z Lublina były poddane eksperymentom pseudomedycznym. Na krótko przed końcem wojny Półtawska została przewieziona do obozu w Neustadt-Glewe (podobóz Ravensbrück), gdzie przebywała do 7 maja 1945 r.

    Po wojnie studiowała medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, gdzie też uzyskała doktorat z psychiatrii. Angażowała się w spotkania duszpasterstwa akademickiego. Poznała też swojego męża Andrzeja Półtawskiego, filozofa, z którym miała cztery córki.

    Pracowała w poradni wychowawczo-leczniczej przy Katedrze Psychologii UJ. Prowadziła też badania ofiar obozu Auschwitz – tzw. dzieci oświęcimskich. Jest autorką publikacji poświęconych m.in. psychiatrii i o tematyce katolickiej.

    Z Janem Pawłem II łączyła ją piękna przyjaźń

    Po wojnie studiowała medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, gdzie też uzyskała doktorat z psychiatrii. Angażowała się też w spotkania duszpasterstwa akademickiego.

    Nie wiadomo, kiedy po raz pierwszy spotkała się z Karolem Wojtyłą. Tomasz Krzyżak – autor książki “Wanda Półtawska. Biografia z charakterem” (WAM, 2017) – przypuszcza, że stało się to w 1953 r. To Wandzie Półtawskiej nowo wybrany papież Jan Paweł II zlecił uporządkowanie swoich prywatnych papierów. Z czasem zaczęła odgrywać coraz większą rolę w Kościele krakowskim, stopniowo zwiększała się też rola, jaką odgrywała w Watykanie jako osoba, która ma bezpośredni dostęp do Jana Pawła II i nie boi się interweniować. To Półtawska dostarczyła papieżowi list od rektora seminarium w Poznaniu, dzięki czemu Jan Paweł II podjął decyzję w sprawie oskarżanego o molestowanie kleryków arcybiskupa Juliusza Paetza.

    Uważa się, że miała realny wpływ na osobę Jana Pawła II. “Nie mierzyłam tego wpływu. Natomiast z całą pewnością miałam na niego wpływ, jako kobieta, na zupełnie nową rzeczywistość, bo on nie miał okazji mieć ani siostry, ani mamy – mama wcześnie zmarła – i dla niego świat kobiet był ciekawy, i on był zafascynowany kobiecością” – mówiła Półtawska, cytowana w książce Tomasza Krzyżaka „Wanda Półtawska. Biografia z charakterem”.

    W czasie konklawe w 1978 r., czyli po dwudziestu latach duszpasterskiej opieki, Wojtyła napisał w liście do Wandy Półtawskiej: „Pan Bóg mi Ciebie zawierzył z tym Twoim głębokim, a równocześnie niełatwym ja i z całym Twoim życiem, ze wszystkim, co się na nie składa, Bogu zdam z tego rachunek. Nie przestaję ufać w tym wszystkim Chrystusowi i Jego Matce.” 

    Była wykładowczynią na Wydziale Teologicznym UJ (dziś Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie), organizatorką i kierowniczką Instytutu Teologii Rodziny, ekspertem oraz członkiem m.in. Papieskiej Akademii Życia. 

    W 2016 r. Wanda Półtawska została odznaczona Orderem Orła Białego – w uznaniu zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej, za propagowanie wartości i znaczenia rodziny we współczesnym społeczeństwie, a także za “chrześcijańskie świadectwo humanizmu i wkład w rozwój katolickiej nauki społecznej”. W 2012 r. została odznaczona Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski “w uznaniu wybitnych zasług w upamiętnianiu prawdy o wojennych losach Polaków, za ogromny wkład w rozwój katolickiej nauki społecznej i osiągnięcia w pracy naukowo-badawczej w dziedzinie psychiatrii, za dawanie świadectwa miłości do człowieka i niesienie pomocy osobom potrzebującym”.

    Była aktywna do ostatnich chwil

    Półtawska była aktywna do ostatnich lat swojego życia; brała udział w spotkaniach z ludźmi, w tym z okazji rocznic ważnych historycznych dla kraju wydarzeń. Podczas publicznych spotkań wspominała osobę Jana Pawła II, często go cytowała. Wracała wspomnieniami do pobytu w obozie Ravensbrück. Broniła wartości katolickich, szczególnie życia nienarodzonego, niejednokrotnie wzbudzając protesty części środowisk lewicowych. W marcu tego roku została patronką Oddziału Noworodkowego w Szpitalu na Siemiradzkiego w Krakowie. W 2022 r. otrzymała Honorowe Obywatelstwo Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa.

    W 2021 r. dr Półtawska użyczyła IPN w Krakowie obszerny zbiór materiałów dotyczących swojego życia i działalności. “To dokumenty, korespondencja, fotografie, notatki i inne materiały stanowiące cenne źródło historyczne i świadectwo życia jednej z najbardziej niezwykłych postaci naszych czasów” – poinformował w środę krakowski IPN.

    Deon.p/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tu nie trzeba trybunałów. Zabijać nie wolno!

    Dr Wanda Półtawska zawsze stawała po stronie życia

    Dr Wanda Półtawska nigdy nie miała wątpliwości, że życie ludzkie jest wielką wartością, jest święte i nie podlega ono żadnym ludzkim trybunałom czy głosowaniom. Bo zabijać po prostu nam nie wolno! Aborcję nazywała głupotą podpowiadaną przez samego szatana. I broniła to najsłabsze życie – rozwijające się w łonach matek.

    – Na zdrowy rozum nie wolno zabijać – do tego nie potrzeba Trybunału. Normy etyczne nie podlegają głosowaniu, ale Bogu – mówiła Wanda Półtawska, gdy Trybunał Konstytucyjny orzekał w sprawie tzw. aborcji eugenicznej. – Po sześćdziesięciu latach wreszcie zwycięstwo, tego pragnął Ojciec Święty Jan Paweł II; jestem bardzo szczęśliwa, że tego dożyłam – podkreśliła wówczas.

    Wanda Półtawska zawsze stawała po stronie życia. Świętując w roku 2022 swoje 101. urodziny podkreślała, że trzeba uczyć kolejne pokolenie, jaką wartość ma człowiek, przeszłość, przyszłość, Bóg i Ojczyzna. Potępiła również mężczyzn, którzy namawiają kobiety do wykonania aborcji. Przywołując naukę Kościoła mówiła, że człowiek jest stworzony z inspiracji Ducha Świętego, ale to człowiek daje nowe życie.

    „Mężczyzna, ojciec, sam daje życie. On stwarza dziecko. Jeśli namawia dziewczynę, żeby zabiła, bo niepotrzebne – to głupota inspirowana diabłem” – powiedziała dr Wanda Półtawska. Skrytykowała tym samym mężczyzn, którzy nie widzą w kobiecie duszy, a jedynie ciało, i którzy swoim „egoizmem niszczą kobiety”.

    Wanda Półtawska wspominała też kobiecy obóz koncentracyjny Ravensbrück, którego okrucieństwa doświadczyła. Podkreślała, że więźniarki były świadome wartości, jaką jest wolność Polski. „W nas Niemcy widzieli elitę społeczeństwa. W Ravensbrück była grupa Polek, które wiedziały kim są i nie chciały się tego wyrzec. To była Polska, która służyła Bogu i ojczyźnie” – mówiła.

    Pani Doktor była wzorem dla wielu. Jej życiowa postawa nie raz była dostrzegana i nagradzana. Doceniano jej dorobek na rzecz obrony życia, a także w zakresie propagowania wartości i znaczenia rodziny we współczesnym społeczeństwie.

    Wanda Półtawska była też żywo zainteresowana losem Kościoła i nie kryła zatroskania o Jego przyszłość. – Zmiany w świecie nie mogą zmienić prawdy o człowieku – mówiła. – Każdy został stworzony przez Boga i każdy człowiek musi umrzeć. Droga do nieba nie może zostać fundamentalnie zmieniona – przypomniała. Doktor nie unikała też rozmów o śmierci. – Zawsze patrzę na świat, bo jest piękny; ale trzeba też zawsze pamiętać, że człowiek czeka na śmierć – na spotkanie z Bogiem. Śmierć jest jedyną rzeczą, która jest w życiu ludzkim zupełnie pewna. Chodzi o to, by była piękna i szczęśliwa, by człowiek wstąpił do nieba. Do nieba, w którym jest „wiele miejsc” – mówiła.

    Doktor Wanda Półtawska zmarła w nocy z 24 na 25 października 2023 roku. 2 listopada obchodziłaby 102. urodziny.

    Requiescat In Pace

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Każdą minutę można uczynić darem dla kogoś”.

    10 inspirujących myśli Wandy Półtawskiej

    "Każdą minutę można uczynić darem dla kogoś". 10 inspirujących myśli Wandy Półtawskiej

    Wanda Półtawska/fot.Leszek Szymański/PAP

    ***

    Torturowana harcerka, więźniarka niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück, cudownie wyleczona z raka, doktor psychiatrii, przyjaciółka Jana Pawła II, ikona krakowskiego Kościoła. Życie Wandy Półtawskiej było tak bogate, że można by o nim napisać niejedną książkę. W dniu jej śmierci publikujemy dziesięć poruszających myśli tej niezwykłej kobiety.

    Dziesięć inspirujących myśli Wandy Półtawskiej:

    1. “Przyjaźń jest najważniejsza, od niej wszystko się zaczyna. Dopiero potem przychodzą głębsze uczucia. Przyjaźń to bezwarunkowa miłość drugiego człowieka, bezwarunkowa podkreślam. Często młodzież pyta mnie, czy jest możliwa przyjaźń między chłopakiem a dziewczyną. Nie ma przyjaźni między chłopakiem a dziewczyną. Jest przyjaźń między człowiekiem a człowiekiem” – Duch świata czy Duch Święty?, “Express Bydgoski”

    2. “Nieograniczona jest fantazja ludzka w ogóle, a już na pewno nie ma żadnych racjonalnych granic wyobraźnia kobiet” – I boję się snów

    3. “Dokonując aborcji czy eutanazji łamiemy jedno – piąte przykazanie Dekalogu: nie zabijaj, stosując zapłodnienie na szkle depcze się cały Dekalog” – Jak myśleć o postępie naukowym, o religii i współczesności w 2012 roku

    4. “Każdą minutę można by uczynić darem dla kogoś” – By rodzina była Bogiem silna. Na kanwie “Listu do Rodzin” Ojca Świętego Jana Pawła II

    5. “Miłość nie boi się czasu. Miłość umie czekać, a gdy jest autentyczna nie jest pożądaniem, ale gotowością dawania” – Samo życie

    6. “Zawsze wiedziałam, że najbardziej nieprawdopodobne rzeczy zdarzają się właśnie w życiu, w prawdziwym życiu; że żadna wyobraźnia nie potrafi stworzyć tego, co daje ludziom tak zwane zwyczajne życie” – O więcej niż życie

    7. “Ciało jest święte. To ono ujawnia ducha. Ale możesz ujawniać albo ducha świata, albo Ducha Świętego. Od ciebie zależy, któremu z nich się poddasz” – Duch świata czy Duch Święty?, “Express Bydgoski”

    8. “Osiemnastoletnia Krysia, maturzystka, jest w ciąży… Pytam ją: »Krysiu, no a jak do tego doszło?«. A ona powiedziała mi piękne zdanie, które powtarzam wszystkim. Powiedziała tak: »Ja mu chciałam dać wszystko, a on wziął tylko moje ciało. I odszedł«. Krysia urodziła dziecko, które zostało oddane do adopcji” – Uczę się kochać

    9. “Chcę zobaczyć Ojca Pio. Zapytałeś mnie, dlaczego – nie wiem dokładnie, nie potrafię uzasadnić – jak przymus. W nocy modliłam się do Ojca Pio, nie do Niego, ale »przez Niego«, jeśli jest tak, jak o nim piszą, to wie. Jeżeli wtedy jego modlitwa pomogła, pomoże i teraz. Chcę pojechać do Ojca Pio – nie po to, żeby prosić, żeby mnie nie bolało, ale żebym pojęła, że jest w ludzkiej mocy przyjąć ból i męczeństwo” – Niezapomniane przeżycie, wiara.pl

    10. “Tak, miałam piękne życie. Mam piękne życie. To nie moja zasługa, że żyję sto lat – nie ma w tym oczywiście mojego udziału – natomiast styl życia człowiek może sobie wybrać. Ja chcę uratować życie każdego człowieka, który został stworzony dla nieba. A innych ludzi nie ma” – O więcej niż życie

    Wikicytaty/ubimyczytac.pl /Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Miałam piękne życie”. Wanda Półtawska, „wojująca” z miłości o rodzinę i każde życie

    „To nie moja zasługa, że żyję sto lat. Nie ma w tym mojego udziału. Natomiast styl życia człowiek może sobie wybrać” – pisała dr Wanda Półtawska. Dziś doświadcza już pokoju.

    Minionej nocy, w wieku niemal 102 lat, zmarła Wanda Półtawska, polska lekarka, doktor nauk medycznych, specjalistka w dziedzinie psychiatrii, profesor nadzwyczajna Papieskiej Akademii Teologicznej, harcerka, działaczka antyaborcyjna, była więźniarka niemieckiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, bliska przyjaciółka Jana Pawła II, obecna przy jego śmierci, dama Orderu Orła Białego. Kobieta głęboko wierząca, oddająca wszystko Bogu, bo jak wielokrotnie powtarzała „wszystko z Jego Łaski, o ile On chce”.

    Gdy wczoraj późnym wieczorem dostałam wiadomość z informacją, że p. Wanda odchodzi, otrzymałam również prośbę o modlitwę, która „niech będzie rodzajem hołdu dla niej z naszej strony za wszystko, co uczyniła dobrego dla nas i naszej Ojczyzny”.

    Największy dar

    A zrobiła wiele, ta oddana drugiemu człowiekowi, „wojująca” z miłości o rodzinę i każde życie, kobieta. Odważna i charyzmatyczna. Wyrazista i oddana Kościołowi. Broniąca historii i będąca jej częścią. Swój pisarski talent wykorzystała pozostawiając po sobie wiele dzieł, listów, dzienników, w których przewija się temat miłości, modlitwy, Ojczyzny, krzyża, przyjaźni. Jakikolwiek wątek poruszany przez autorkę bym nie przytoczyła, w każdym pojawiała się ta brakująca nam dziś często ufność.

    W książce „Beskidzkie rekolekcje” dr Wanda Półtawska pisała:

     „Uświadomiłam sobie, że ze wszystkich darów Boga, których jest tak wiele, właściwie największym darem jest świadomość tego daru. Mogłabym tego nie wiedzieć, nie wiem tego z siebie, to jest największy dar, bo to jest przecież bliskość Boga. Nic mnie tak do Niego nie zbliża, jak świadomość:
    że jestem,
    że jestem Jego dziełem, jak cały świat,
    że mam w tym udział, na różne sposoby – dzieci, ludzie, zawód,
    że cały świat przede mną otwarty z Jego rąk,
    że On chce dawać,
    że Hojny,
    że Dobry,
    że Wspaniały. Narosło we mnie poczucie przedziwnej treści, że jestem w Jego rękach, że On tego chce i kocha mnie. Narosła we mnie pewność, że wszystko jest w Jego rękach”.

    “Dusiu, miałaś piękne życie”

    W zapiskach dr Wandy Półtawskiej znajdziemy wiele słów wdzięczności za życie i wszystkie doświadczenia. Choć często były to trudy, cierpienia, mierzenie się z przeciwnościami losu, to jednak jej serce wciąż przepełniała miłość do świata, do drugiego człowieka. Siłę do życia czerpała z codziennej Eucharystii, modlitwy, medytacji. Doświadczyła cudu uzdrowienia za wstawiennictwem św. O. Pio, którego nazywała swoim prywatnym świętym.

    Ojciec Święty, Jan Paweł II, tak kiedyś powiedział do swojej Przyjaciółki:

    „Dusiu, miałaś piękne życie”.

    Dr Wanda w swojej biografii odpowiedziała na to słowami:

    „Tak, miałam piękne życie. Mam piękne życie. To nie moja zasługa, że żyję sto lat – nie ma w tym oczywiście mojego udziału – natomiast styl życia człowiek może sobie wybrać. Ja chcę uratować życie każdego człowieka, który został stworzony dla nieba. A innych ludzi nie ma”.

    Od dziś wstawia się za nami 

    Minionej nocy Niebo otworzyło się dla Pani Wandy. Z Jego rąk.

    Słowo Boże mówi:

    „Życie ludzi uczciwych jest w ręku Boga, nie dosięgnie ich udręka. Głupiec sądzi , że umarli, ich śmierć uważa za tragedię, odejście z tego świata – za zupełną klęskę, a oni doświadczają POKOJU” (Mdr 3,1-3)

    Dr Wanda Półtawska doświadcza już pokoju. Od dziś, wstawia się za nami i jest pomocą z góry.

    Żyje życiem wiecznym w społeczności nieba.

    Jagoda Kwiecień/Stacja 7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wanda Półtawska o ludzkiej prokreacji – odkrycia i nowości: rozpoznawanie płodności, diagnostyka i leczenie zaburzeń

    fot. Screenshot – Facebook

    ***

    Wanda Półtawska o ludzkiej prokreacji – odkrycia i nowości: rozpoznawanie płodności, diagnostyka i leczenie zaburzeń

    Pani Dr. Wanda Półtawska napisała tekst tego wykładu specjalnie na – IV MIĘDZYNARODOWĄ KONFERENCJĘ NAUKOWĄ na WUM, 26 X 2014 r. z cyklu profilaktyka zdrowia prokreacyjnego pt. „Wokół ludzkiej prokreacji – odkrycia i nowości. Rozpoznawanie płodności, diagnostyka i leczenie zaburzeń”. Nagrany wykład był odsłuchany w sesjii IV Konferencji poświęconej Etyce lekarskiej, zatytułowanej ZAGADNIENIA BIOETYCZNE A PROFESJONALIZM W ZAWODACH MEDYCZNYCH.

    POSTAWA LEKARZA WOBEC WSPÓŁCZESNYCH ZAGROŻEŃ ZDROWIA PROKREACYJNEGO

    Witam Państwa i dziękuję za zaproszenie na to spotkanie, którego temat jest mi bliski, ponieważ właściwie przez całe życie lekarskie zajmowałam się ludzkim problemem płciowości i płodności, ale przeglądam w tej chwili program spotkania i czuję wyraźny brak podstawowego tematu, ponieważ wszystkie zaprojektowane referaty odnoszą się wyłącznie do analizy zdrowia ludzkiego, ciała ludzkiego podczas kiedy człowiek nie jest tylko ciałem, człowiek ma ciało, ale jest kimś więcej. Brakuje wykładu z antropologii, etyki i deontologii lekarskiej a w wychowaniu nowej kadry, młodych lekarzy jest to podstawowy warunek, żeby lekarz rozumiał swoje zadania wobec pacjenta, można spokojnie powiedzieć wobec narodu i ludzkości. Jesteście Państwo pokoleniem, które miało szansę poznać antropologię Karola Wojtyły, filozofa, teologa, który przez całe swoje duszpasterskie działanie swojego życia, od początku życia kapłańskiego do samej śmierci zajmował się tą problematyką i współpracował z lekarzami. Jego stosunek do lekarzy był szczególny nie tylko dlatego, że jego starszy brat był lekarzem, ale dlatego, że widział w lekarzach, w medycynie sposób ratowania ludzkości, bo ks. Karol Wojtyła zajmował się ratowaniem świętości człowieka i świętości miłości ludzkiej i dlatego podstawowym warunkiem do tego tematu jest poznanie kim jest człowiek? Po co znalazł się na tej ziemi? Jaki jest stosunek człowieka do jego powstawania?

    Karol Wojtyła powiedział, że rozwiązaniem problemów ludzkich jest Genealogia Divina – Boże pochodzenie człowieka. I tu trzeba postawić pytanie lekarzom. Czy istotnie są przekonani, że człowiek jest nie tylko zrodzony, ale stworzony, jest problem wiary w Boga jako Stworzyciela. Stworzyciela to znaczy uznanie relacji: stworzenie-człowiek i Stwórca-Bóg, ta relacja człowiek-Bóg jest trwała na całą wieczność. No tak, ale trzeba w tę wieczność wierzyć. Ja mam za sobą ponad 60 lat pracy lekarza, znam życiorysy zarówno pacjentów, jak lekarzy i nie mam wątpliwości, że jest potrzeba, a nawet powiem, że samorzutnie powstaje pewnego rodzaju polaryzacja; lekarze dzielą się według tego co myślą o człowieku. Jeżeli lekarz istotnie przyjmuje Boże pochodzenie to jego stosunek zarówno do pacjenta, jak i do siebie samego musi to ujawnić. Jan Paweł II jako pacjent po zamachu, w pewnym momencie udał się do gabinetu lekarskiego i twardo powiedział: „nie wolno traktować pacjenta jak rzecz”. On, pierwszy pacjent świata czuł się traktowany jak rzecz.

    Program Państwa na te dwa dni jest właśnie zajmowaniem się ciałem ludzkim jako rzeczą. Są oczywiście pożyteczne informacje o przebiegu różnych zaburzeń i propozycjach terapii, ale nie to jest najważniejsze, ponieważ najważniejszy jest człowiek.

    Kto ma prawo być ojcem i matką? Czy prawdą jest, że każdy człowiek ma prawo używać narządów, które stworzył Stwórca, bo ciało ludzkie jest dziełem Boga. Jan Paweł II nie wahał się powtarzać, że ciało ludzkie jest święte i doskonałe od strony struktury i w tym ciele Stwórca stworzył wszystko co jest potrzebne dla człowieka, aby on żył, ale nie tylko, sam fakt posiadania ciała jest dowodem nieprawdopodobnej hojności i miłości Stwórcy do stworzenia. Fakt obdarowania człowieka ciałem oznacza, że Stwórca zrezygnował ze swojej stwórczej mocy na rzecz stworzenia i dopuszcza stworzenie do współpracy i nie powołuje do życia nowego człowieka bez współpracy z ojcem i matką, ale ojcostwo i macierzyństwo nie są celem życia człowieka, ale sposobem realizowania życia na ziemi. I nie wszyscy ludzie dostają powołanie do rodzicielstwa, które jest współpracą z Bogiem Stworzycielem. Nie waha się Ojciec św. mówić jednoznacznie o świętości ciała ludzkiego, a szczególnie o sacrum ciała kobiety, narząd rodny kobiety nazywa sanktuarium życia, a ją nazywa strażniczką życia i do tego sanktuarium ona nie ma prawa nikogo wpuścić bez pozwolenia Stwórcy, który dla siebie dał ten narząd człowiekowi. Człowiek posiada narządy, które jemu służą, a ten narząd jest do współpracy z Bogiem, a więc ma szczególne znaczenie i szczególnie wymaga delikatności, szacunku, domaga się uznania dominacji Stwórcy nad stworzeniem. I młodym lekarzom trzeba przekazać naukę o obowiązkach lekarza, że zawód lekarza jest obarczony szczególnym zadaniem i szczególną odpowiedzialnością – to wiemy od tysiącleci. I teoretycznie każdy lekarz powinien mieć to wewnętrzne przekonanie, że ma zadanie wobec ludzkości, nie tylko wobec poszczególnego pacjenta, ale medycyna jako taka ma czynić to co wyraził jednoznacznie Jan Paweł II w żądaniu postawionym lekarzom. Lekarzom polskim powtarzał wielokrotnie: „stwórzcie mocny związek lekarzy katolickich żeby zapanować nad opinią publiczną”.

    Cóż to jest opinia publiczna?

    To jest ta cywilizacja, którą nazwał cywilizacją śmierci i nienawiści i pragnął, i czynił wszystko żeby tę cywilizację zmienić w cywilizację miłości i życia. Na to trzeba się zdecydować, po której stronie stoisz? Nie ma innej możliwości, nie można znaleźć kompromisu między jedną a drugą postawą. Człowiek, który nie wierzy w Stwórcę nie potrafi zrozumieć znaczenia i wielkości ani człowieka, ani ludzkiego rodzicielstwa.

    Państwo zastanawiacie się nad planowaniem rodziny. Ojciec św. nigdy nie używał pojęcia planowanie rodziny, używał innego sformułowania: odpowiedzialne rodzicielstwo, ponieważ jakże może stworzenie planować działania Stwórcy. Jeżeli się przyjmie, że dziecko jest dziełem Boga a nie ludzi, to jest oczywiste, że nie człowiek może zaplanować czas przyjścia człowieka na świat tylko człowiek ma odczytać Boży plan i zrealizować. I nie każdy ma prawo być ojcem, nie każdy ma prawo być matką. Do tego zadania Bóg wybiera sobie ludzi, mówimy o powołaniu do małżeństwa. Państwo wszyscy jesteście świadomi, że rodzina współcześnie jest zagrożona w swojej istocie i w swoim przebiegu życia. I to zagrożenie rodziny w tej chwili przede wszystkim jest przez świat medyczny, przez postępy w medycynie, która zajmuje się człowiekiem wyłącznie jako ciałem i tym ciałem manipuluje. I wielkie śmiertelne grzechy małżeństwa, które zagrażają wręcz potępieniem są wynikiem działalności lekarzy, taka jest prawda. Ja jako lekarz zajmujący się młodzieżą przez 60 lat pracy bronię moich pacjentów młodocianych przed lekarzami i bronię małżeństwa przed lekarzami. Przed radami jakich udziela naukowiec wysoko wykwalifikowany w swojej dziedzinie, specjalności. Nie wolno traktować pacjenta jak rzecz, uwzględnić trzeba nie życie pacjenta, nie zdrowie pacjenta, ale los, wieczność pacjenta, ponieważ zarówno pacjent, jak i lekarz znajdują się w jednym punkcie, na pewno wszyscy umrą, ale zawód lekarza pozwala na rozwój pychy człowieka, któremu się wydaje, że on panuje nad światem i on stwarza nowych ludzi. Planowanie o tyle może być słuszne o ile małżeństwo odnosi się do rozpoznania planu Bożego wobec poszczególnego człowieka. Oczywiście człowiek jest jednym z ziarenek na tym globie, gdzie jest ludzkość i nie chodzi o całą ludzkość, ale nam indywidualnie chodzi o naród, o polski naród. Jan Paweł II oprócz tego, że był Ojcem św. był jednak Polakiem i chciał żeby naród polski rozwijał się, nie tylko rozwijał się, ale żeby był narodem gdzie człowiekowi jest dobrze, gdzie ludzie są szczęśliwi. Szczęście ludzkie zależy od tego na ile człowiek rozpoznał swoje własne powołanie i na ile realizuje je w oparciu o siły wyższego rzędu, o siły ducha.

    Lekarz współczesny, zresztą nie tylko lekarz, inne dyscypliny nauk też nie przyjmują duchowości człowieka, a jednak człowiek jest duchem, nie jest ciałem, jest ciałem uduchowionym czy też duchem ucieleśnionym jakkolwiek to nazwiemy. Filozof Karol Wojtyła powtarzał: „ciało ludzkie jest zawsze poddane duchowi”, ale albo Duchowi Świętemu, albo duchowi tego świata. Jest rzeczą oczywistą, że duch tego świata to jest nazwa na szatana. Ludzie zarówno wątpią w istnienie Boga, jak w istnienie szatana, a równocześnie życie ludzkie rozgrywa się na platformie, na której jest walka dobra ze złem, diabła z Bogiem. I teraz lekarze mogą pomóc człowiekowi do tego, żeby odnalazł drogę do świętości, do nieba i mogą w tym przeszkodzić. Ja jestem naocznym świadkiem tego jak bardzo moi koledzy niszczą ludzkie życie i jak tragiczne są rady lekarzy, którzy bazują tylko na analizie ciała i możliwości poznania struktur narządów, które są fascynujące w swoim nieprawdopodobnym działaniu, które są dowodem, że człowiek jest stworzony przez kogoś, to jest najwyższą mądrością. Otóż problem lekarzy w tej chwili to jest problem nawrócenia. To nie jest problem wiedzy, to jest problem wiary. Oczywiście cały szereg ludzi mówi od razu: trudno pani jest wierząca, ale ja nie jestem wierzący, bo nie dostałem łaski wiary. Oczywiście wiara jest łaską, ale Ojciec św. stawia sprawę trochę inaczej i konkretniej, oczywiście wiara jest łaską, ale ty masz rozum i on ci powinien podyktować, że skoro jesteś to skąd się wziąłeś i chodzi o to, że antropologia chrześcijańska dyktuje, że ten człowiek jest nie byle kim, że jest stworzony przez samego Stwórcę na jego obraz i to jest podstawa do godności osoby ludzkiej, godności, która nie zależy od rozwoju człowieka, od wykształcenia człowieka, czy rasy. Każdy człowiek, nie ma innych ludzi, tylko Ci co są stworzeni przez Boga, czy o tym wiedzą czy nie, czy o tym myślą, czy nie.

    Otóż chodzi o to, że medycyna współczesna w tej chwili zajmując się małżeństwem, tak wyszło, że medycyna sobie rości prawa decyzji o tym czy jakaś para małżeńska ma mieć czy ma nie mieć dziecka dopuszcza do życia jakieś dziecko, a inne nie. Pycha lekarza, pycha medycyny jako takiej rośnie w sposób nieprawdopodobny na oczach mojego pokolenia. Ja jestem to samo pokolenie co Ojciec św., za naszej młodości rodzina ludzka była ochraniana zarówno przez państwo polskie, jak przez kościół, małżeństwo było nierozerwalne, nie było rozwodów, potem kolejno szły nowości, Państwo piszecie tutaj w programie o nowościach. Nowości są stale, każdy dzień jest czymś nowym w stosunku do wczoraj, ale to co obserwujemy w dziedzinie medycyny, to te nowości zagrażają świętości rodziny, od rozwodów, poprzez dramat aborcji, antykoncepcji, sztucznego zapłodnienia dochodzimy do dramatu współczesnego, kiedy człowiek uważa, że może zrezygnować ze Stwórcy i sam stworzyć nowego człowieka. Nowość jaką jest in vitro, zapłodnienie w szklance człowieka, który dostaje życie wymuszone na Stwórcy przez stworzenie, z odrzuceniem Stwórcy jest dowodem nieprawdopodobnego rozwoju pychy lekarza, apogeum pychy, nie można wyobrazić sobie nic więcej. Lekarz chce zastąpić Boga i ludzie także wierzący nie rozumieją dlaczego nie wolno im sięgać do tej działalności, którą Stwórca zastrzegł dla siebie. Stwarza człowieka Stwórca, a ty człowieku dziękuj za ten dar, przywilej, że możesz wpływać na działanie samego Boga, bo tak jest. Pan Bóg oddaje w ludzkie ręce, los każdego człowieka oddaje w ręce kobiety, a ta kobieta co?

    W ciągu mojego życia przeprowadziłam setki rozmów z moimi kolegami i koleżankami, ludzie z wyższym wykształceniem, wszyscy lekarze są z wyższym wykształceniem, z tytułami naukowymi, a równocześnie ujawniają nieprawdopodobną ignorancję w przedmiocie etyki, antropologii. Nie znają żadnych dokumentów, które mówią na ten temat. W czasie roku poświęconego kobiecie, Jan Paweł II o kobiecie, w której ręce złożył Bóg los człowieka napisał pięć dokumentów, żeby ona zrozumiała kim jest. Do młodych chłopców nie wahał się mówić: „na kolana przed kobietą”. Ona nie rozumie swojej roli, nie rozumie, że jej ciało jest poddane duchowi w sposób szczególny, że jej ciało ma przywilej goszczenia samego Boga substancjalnego, za mojej młodości mówiło się kobieta w stanie błogosławionym.

    Całe życie duszpasterskie Jana Pawła II obracało się wokół tego tematu, uratować świętość życia ludzkiego i świętość ludzkiej miłości. I taką wiedzę trzeba przekazać młodym lekarzom. Kim jest człowiek? Co oznacza męskość? Co kobiecość? Co oznacza pozwolenie na działania narządem, który służy Bogu Stworzycielowi. Nikt nie ma prawa do rodzicielstwa kto nie zwiąże się ślubowaniem z Bogiem samym, małżeństwo to jest trójkąt i lekarze muszą to zrozumieć. Ksiądz Karol Wojtyła wierzył, że lekarze mogą uratować świętość świata i stąd jego szczególna troska i współpraca z lekarzami. Uważał, że każdy ksiądz powinien współpracować z lekarzem i każdy lekarz z księdzem. I jest paląca potrzeba rozwinięcia tej współpracy ponieważ lekarze znają problematykę ciała nie wiedząc o duchu, księża na normalnych studiach teologicznych nie mają informacji biologicznych. Trzeba przypomnieć to co podczas wizyty na KUL-u powiedział Jan Paweł II, a powiedział jedno zdanie, ważne dla was: „pamiętajcie, że nie każda nauka jest prawdziwa i nie każda prawda jest naukowa”, prawda o świętości życia ludzkiego, o Bożym pochodzeniu nie jest naukowa, jest poza naukowa, nie mieści się w kategoriach, które człowiek swoim rozumem ograniczonym może opanować. Wymaga wiary, wymaga uznania autorytetu czyli wymaga pokory.

    W wychowaniu kadry lekarskiej trzeba przede wszystkim uczyć deontologii lekarskiej, to jest nauka o obowiązkach lekarza, obowiązkach wobec Stwórcy, wobec pacjenta i wobec siebie samego. Dlatego widziałabym w każdym spotkaniu lekarzy potrzebę informacji o tym kim jest człowiek i dokąd dąży? Każdy lekarz wierzący czy niewierzący świetnie wie, że płeć jest zdeterminowana biologicznie i nie ma żadnej wirtualnej płci. Każdy człowiek doskonale wie, że nie jest zwierzęciem, że ma coś więcej, że jest wobec tego duchem i tylko trzeba dla tego ducha lekarza duszy, trzeba odnaleźć Boży ślad w człowieku. Nie wolno traktować pacjenta jak rzecz!

    Grażyna Rybak/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wanda Półtawska:

    „Nasza nadzieja nie leży w Synodzie, ale w Bogu”

    (fot. Pawel Terlikowski / Forum)

    ***

    Wanda Półtawska była gościem niemieckiej telewizji EWTN. W rozmowie z Robertem Rauhutem mówiła o pięknie, celu i istocie małżeństwa, nauczaniu Jana Pawła II i współczesnym pomieszaniu odnośnie seksualności, widocznym także wśród części hierarchów Kościoła.

    W rozmowie z niemiecką telewizją EWTN Wanda Półtawska była pytana między innymi o najważniejsze dla Ojca Świętego Jana Pawła II aspekty rodziny i małżeństwa w kontekście obradującego Synodu Biskupów.

    – Święty Jan Paweł II, głęboko wierzący teolog i filozof, chciał pomagać ludziom w osiągnięciu szczęścia wiecznego, a to oznacza przede wszystkim ratowanie świętości rodziny – powiedziała. – Był przekonany, że nasze życie na ziemi jest jedynie wędrówką, niczym więcej niż tylko drogą do nieba, bo człowiek został stworzony nie dla ziemi, ale dla nieba – dodała.

    Jak wskazał jej rozmówca, dziś mówi się o rzekomej konieczności dostosowania Kościoła do głębokich przemian, jakie przechodzi świat, co miałoby się wyrażać na przykład w dopuszczeniu rozwodników w nowych związkach do Komunii Świętej lub uznaniu związków jednopłciowych.

    – Zmiany w świecie nie mogą zmienić prawdy o człowieku – odparła na to Wanda Półtawska. – Każdy został stworzony przez Boga i każdy człowiek musi umrzeć. Droga do nieba nie może zostać fundamentalnie zmieniona” – przypomniała.

    Pytana o to co sądzi o propozycjach, by zmienić nie nauczanie, a „jedynie” praktykę Kościoła i czy taka zmiana jest w ogóle możliwa, odpowiedziała: – Nauczanie Kościoła na tak ważne, podstawowe tematy Objawienia jak Eucharystia, nie może zostać zmienione. Jednak praktyka postępowania sądowego, co dotyczy ważności małżeństwa, już tak.

    – Słowa Chrystusa zostały zapisane w Ewangelii i nie mogą być zmienione. Moje doświadczenie z wcześniejszego Synodu jest takie, że nie jest istotne, jakie poglądy zostaną wyrażone podczas dyskusji. [Ważny] jest ostateczny dokument. Niezależnie od rozmaitych szokujących wypowiedzi, które słyszało się podczas dyskusji, piękny dokument „Familiaris consortio” jest ważny do dzisiaj. Gdy odjeżdżałam z Rzymu, Jan Paweł II powiedział mi: „Nie zapominaj, że Bóg wie o wszystkim, i że to On jest prawdziwym zarządcą świata” – mówiła Półtawska pytana o wydarzenia na obecnym Synodzie oraz o niejasny charakter ubiegłorocznego „Instrumentum laboris”.

    Gdy idzie o propozycje zrównania związków jednopłciowych z małżeństwem na podstawie założenia jakoby miłość między ludźmi tej samej płci była zupełnie normalna, to zdaniem Półtawskiej mamy do czynienia z „problemem braku zdrowego rozumienia człowieka”. 

    – Nie trzeba być mędrcem, by dostrzec różnice między płciami. Księga Genesis mówi jasno: stworzył ich jako mężczyznę i kobietę. Oczywiście jest prawdą, że grzeszni ludzie łamią wszystkie Boże przykazania, a więc także szóste przykazanie. Zgodnie ze swoją istotą małżeństwo nie może być jednopłciowe, bo powinno służyć życiu i rodzinie. Jedność dwojga w jednym ciele nie może zostać zrealizowana między osobami tej samej płci – wyjaśniła lekarka.

    Półtawska mówiła też o problemie homoseksualizmu w Kościele. – Nie ma homoseksualizmu duchowieństwa – uznała. – U niektórych mężczyzn i kobiet istnieje tylko patologia zachowania. Są ludzie, którzy grzeszą przeciwko szóstemu przykazaniu. Z tego punktu widzenia każda historia życiowa może być postrzegana jako historia grzechu, bo tylko Matka Święta była bezgrzeszna. Jako psychiatra zajmuję się od 60 lat tymi patologiami i znajduję je częściej na przykład wśród żołnierzy i lekarzy, niż wśród duchownych. To tendencja, która występuje częściej wśród mężczyzn niż wśród kobiet – przynajmniej w mojej praktyce – tłumaczyła Półtawska.

    Dziennikarz pytał następnie o niebezpieczeństwo uznania sumienia za najwyższą i ostatnią instancję oceny moralnej czynów, co sugeruje się w Instrumentum laboris. – Nie ma niczego nowego od czasów Pawła VI. Ciągle przeczy się nauczaniu Kościoła katolickiego odnośnie etyki życia w rodzinie. Część katolików, także członków duchowieństwa, nie zaakceptowała nauczania encykliki „Humanae vitae” – wskazała.

    Półtawska mówiła także o ideologii gender, dostrzegając w niej przede wszystkim „brak zdrowego rozumienia człowieka i pogardę dla biologii”. – Każdy rozumny człowiek wie bardzo dobrze, że jest albo mężczyzną, albo kobietą. Można się, oczywiście, okaleczyć i obciąć sobie organy płciowe, to jednak tak naprawdę nie zmienia płci danej osoby, bo ta jest zdeterminowana genetycznie – każda komórka naszego ciała jest zdeterminowana jako męska albo żeńska – wyjaśniła uczona.

    Rauhut wskazał, że dziś coraz częściej podważa się słowa Chrystusa na temat małżeństwa. Jego rozmówczyni wyjaśniła, że nie ma to istotnego znaczenia. – Trzeba być świadkiem realizmu wiary i nie przejmować się w ogóle tym, co mówią ludzie. Kościół katolicki nie potrzebuje dyskusji w prasie, ale świadków – stwierdziła, powołując się na Jana Pawła II.

    Przeprowadzający wywiad pytał, czy należy dziś patrzeć na świat wyłącznie pozytywnie i postrzegać go w „różowym świetle”, ignorując wydarzające się zło. Wanda Półtawska uważa, że to błędna droga. – Zawsze patrzę na świat, bo jest piękny; ale trzeba też zawsze pamiętać, że człowiek czeka na śmierć – na spotkanie z Bogiem. Śmierć jest jedyną rzeczą, która jest w życiu ludzkim zupełnie pewna. Chodzi o to, by była piękna i szczęśliwa, by człowiek wstąpił do nieba. Do nieba, w którym jest „wiele miejsc” – uznała.

    Półtawska odniosła się również do roli Kościoła w prostowaniu fałszywych ludzkich zachowań seksualnych. – Wszystkie ludzkie zachowania są męskie albo żeńskie. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie łączą seksualność z organami płciowymi. W rzeczywistości jednak całe ciało człowieka i wszystkie jego działania noszą stygmat płci. Człowiek działa jednak jako osoba, jako człowiek, a wykorzystanie organów płciowych jest przywilejem tych osób, które powołane są do małżeństwa i rodzicielstwa; to powołanie jest częste, ale nie powszechne – wyjaśniła.

    Pytana o to, w jaki sposób ludzie powinni szukać dla siebie małżonków na całe życie, zasugerowała, że to błędne stawianie sprawy. – Nie chodzi w ogóle o to, by szukać sobie partnera, ale o to, by szukać woli Bożej. Trzeba odkryć swoje powołanie i podjąć decyzję w dobrze ukształtowanym sumieniu, by znaleźć ojca czy matkę dla swoich dzieci. Małżeństwo powinno służyć życiu – powiedziała.

    Wskazała też na wagę Bożej obecności w życiu małżeńskim: – Błogosławiony Paweł VI napisał: „Kto prawdziwie kocha swego współmałżonka, nie kocha go tylko ze względu na to, co od niego otrzymuje, ale dla niego samego, szczęśliwy, że może go wzbogacić darem z samego siebie” (Humanae vitae 9). Bóg jest wszędzie, a więc gdy jest się w stanie łaski, człowiek czyni wszystko z Duchem Świętym. Człowiek nie jest tylko ciałem, on ma ciało, które powinno być podporządkowane duchowi.

    Wanda Półtawska dodała, że małżeństwo może „udać się” tylko wówczas, gdy „małżonkowie przez całe swoje życie dążą do świętości”. Zagadnięta zaś o swoje nadzieje związane z Synodem Biskupów, powiedziała: – Nasza nadzieja leży nie w Synodzie, ale w Bogu. Chodzi o jedno: o realizm pięknej miłości – a to może zrealizować się tylko z pomocą darów Ducha Świętego – skwitowała.

    źródło: CNA Deutschland/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fot. Wikipedia/Zdjęcie z książki “O więcej niż życie. Biografia w zarysie”, archiwum prywatne Wandy Półtawskiej

    „Nie ma raka. Zniknął”.

    Wanda Półtawska o cudzie i modlitwie ojca Pio

    “Pani doktor nie powiedziała mi diagnozy wprost. Widziałam, że nie miała odwagi. Rak.” Wanda Półtawska w wieku 41 lat usłyszała diagnozę o nowotworze, który po czasie… zniknął. Później dowiedziała się o listach biskupa Karola Wojtyły do Ojca Pio z prośbą o modlitwę o jej zdrowie. Czy to właśnie tej modlitwie zawdzięczała niewyjaśnione zniknięcie guza? A może to zwykły przypadek? To nie dawało jej spokoju – postanowiła osobiście poznać Ojca Pio. Jak wyglądało ich spotkanie?

    Ojciec Pio jest moim prywatnym świętym. Co to znaczy? Żeby zrozumieć, co to znaczy, trzeba być człowiekiem wierzącym – wierzyć w „świętych obcowanie”. Taki akt wiary daje własny kontakt z niebem, z jakimś szczególnym, wybranym świętym. Mówienie o tym komuś, kto nie wierzy, to jest jak mówienie ślepemu o kolorach. Dla mnie jest to kontakt ze znaną mi osobą. Po prostu on mnie zna, a ja coś o nim wiem. Ojciec Pio wszedł w historię mojego życia i jest w nim. Życie jest procesem, a to, co wpływa głęboko na sens życia, zostaje na zawsze i trwa w nim po prostu w każdej chwili.

    „Nie będzie żadnej operacji”

    Pani doktor nie powiedziała mi diagnozy wprost. Widziałam, że nie miała odwagi. Powiedziała opisowo: na wysokości 13 cm twardy, okrężny naciek z owrzodzeniem – źródło bólu!
    Cóż mogę powiedzieć? Moje przypuszczenia okazały się trafne. Jestem zaskoczona nie tyle diagnozą, ile własnym spokojem. Powiedziała mi jeszcze, że mimo wszystko to może być naciek zapalny, a niekoniecznie nowotworowy. Ale ja wiem, że naciek nie jest zapalny. Nie mam temperatury i bóle nie są ciągłe.
    Rak.
    Jestem spokojna, a może to ból badania osłabił moje reakcje?

    Dzień był straszny: gromada obcych, bezwzględnych osób, ostatnie przygotowania do zabiegu – znowu traktowanie, jakbym nie była człowiekiem – i potem ten szok.
    Badanie ostateczne, ostatnia rektoskopia wykazała zupełnie co innego. Najpierw zdumiało mnie, że mnie nie boli. Z początku myślałam, że dali mi coś przeciwbólowego, ale wziernik wykazał gładkie pole. Owrzodzenie, które wczoraj było, zniknęło, nie ma go, została lekko zaróżowiona po świeżym zagojeniu śluzówka. Nie mam raka. Nie będzie żadnej operacji, zwężenie ustąpiło, bóle znikły, nie boli mnie nic.

    „Na to nie można powiedzieć nie”

    W czasie choroby bp Karol Wojtyła napisał list do Ojca Pio z prośbą o modlitwę:

    Wielebny Ojcze,
    proszę o modlitwę w intencji czterdziestoletniej matki czterech córek z Krakowa w Polsce (podczas ostatniej wojny przebywała pięć lat w obozie koncentracyjnym w Niemczech), obecnie ciężko chorej na raka i będącej w niebezpieczeństwie utraty życia: aby Bóg przez Wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy okazał swoje miłosierdzie jej samej i jej rodzinie.

    Po latach, gdy Krakowski Biskup był już na Stolicy Piotrowej, dowiedziałam się od człowieka, który pierwszy listy doręczał, że Ojciec Pio powiedział tylko: „Na to nie można powiedzieć nie”.

    Nie wiedziałam nic o listach abp. Karola Wojtyły – leżałam wtedy w szpitalu, gotowa na ciężką operację, po której miałam szansę przeżyć rok lub półtora do przerzutów. Nie modliłam się o cud, ale chciałam operacji, bo chciałam żyć jak najdłużej, ponieważ miałam małe dzieci. Mój przyjaciel, Profesor N., po zbadaniu mnie powiedział: „No, jest może 5% możliwości, że to nie rak; to się okaże po zabiegu”. Ale zabiegu nie było, bo w ostatniej chwili okazało się, że naciek zniknął, więc myślałam, że to te 5%.

    Dopiero w domu dowiedziałam się o tych listach do Ojca Pio, ale prawdę mówiąc, nie byłam pewna. Nie pytałam o nic i wolałam to zamknąć. Dziś myślę, że Pan Bóg jest tak delikatny i tak subtelny w działaniu, że nie chce zmuszać człowieka do wdzięczności i do wiary w rzeczy trudne do uwierzenia.

    „Nagle zdecydowałam, że ja muszę pojechać i zobaczyć tego Ojca Pio”

    Zamknęłam ten rozdział, ale było we mnie to pytanie: „Jak to naprawdę było?”. Drążyło mnie. Któż jest ten Padre Pio? W tym czasie w Polsce nie było wiele wiadomo: jakiś tam włoski mnich, gdzieś daleko. Ale gdy w 1967 r. niespodziewanie dla mnie znalazłam się w Italii – wracając z Ameryki po udanej operacji z innego powodu – miałam okazję zwiedzać Rzym i piękną Italię. Nagle zdecydowałam, że ja muszę pojechać i zobaczyć tego Ojca Pio.

    Pojechałam do San Giovanni Rotondo w maju 1967 r. pociągiem. Zajechałam wieczorem i już pod kościołem zobaczyłam tłumy ludzi. Jak tu się dostać do środka, żeby go widzieć? Chodziłam po placu i myślałam, jak to zrobić. Wyszedł jakiś braciszek, więc podeszłam do niego i mówię, że ja jestem z tak daleka, z Polski, i że po raz pierwszy od 10 lat dostałam paszport, i że pewnie nigdy więcej nie będę miała okazji być.
    – Co zrobić, żeby zobaczyć z bliska Ojca Pio?
    Popatrzył na mnie i zapytał:
    – Z Polski?
    – Tak, z Krakowa!
    Zastanowił się, a potem powiedział:
    – Niech pani przyjdzie o piątej rano do tej furtki.

    Przyszłam o piątej rano. Pod bramą kościoła tłum, ale braciszek był i wprowadził mnie od tyłu, wprost do prezbiterium. Byłam blisko ołtarza. Ojciec Pio odprawiał Mszę św. siedząc, gdyż chodził z trudem. Na rękach miał rękawiczki, które zdjął podczas podniesienia. Na bandażach, które miał, widać było rdzawe plamy – byłam tak blisko, że mogłam to widzieć. Ale nawet nie to mną wstrząsnęło, ile to, jak ten stary mnich odprawiał Mszę św. Właściwie pierwszy raz w życiu widziałam, że jest to ofiara krwi! Zawsze o Mszy św. mówi się: „bezkrwawa ofiara”, ale tu była męka: na czole miał pot, cierpiał – ten człowiek cierpiał. Z racji zawodu jestem dość obeznana z objawami bólu. Ojciec Pio był blady, a na czole miał krople potu. Drżące ręce i to skupione spojrzenie skierowane nie do ludzi, ale do Hostii trzymanej w ręku.

    Takiego skupienia i takiej koncentracji w spojrzeniu nie widziałam u nikogo, choć nieraz miałam okazję obserwować kapłanów sprawujących Najświętszą Ofiarę. To było inaczej – ten człowiek cierpiał fizycznie! Trwało to długo, choć nie dłużyło się… Ludzie milczeli, a kościół pełen ludzi jakby zastygł, zarażony tym skupieniem tego dziwnego człowieka.

    ojciec Pio Msza święta
    FOT. MANFREDONIA/WIKIPEDIA

    „Tego spojrzenia nie da się opisać”

    A po Mszy św. Ojciec Pio przechodził koło mnie do zakrystii. Zatrzymał się przez chwilę, wodził oczami po obecnych, a potem skierował się wprost do mnie. Podszedł, uśmiechnął się, pogłaskał mnie po głowie i powiedział: – Allora, va bene? (A więc w porządku?) – i popatrzył mi w oczy.

    To spojrzenie mam w sobie – i tego spojrzenia nie da się opisać. A ja nagle
    wiedziałam, że On mnie rozpoznał i że to właśnie on przyczynił się do tych pięciu procent tam, wtedy – na oddziale onkologii! Spojrzenie i uśmiech jakby trochę figlarny…

    Czułam i czuję do dziś dotyk tej dłoni na mojej głowie. Zrozumiałam i rozumiem do dziś to spojrzenie przenikające do głębi serca – i noszę je w sobie. Myślę, że każdy człowiek, na którego spojrzał ten człowiek, nie może tego spojrzenia zapomnieć – zresztą dziś rozmawiam z ludźmi, którzy się czują jego dziećmi: wszyscy znają to spojrzenie, choć mało kto umie je opisać.

    Ja nie potrafię – nie znajduję adekwatnych słów – bo to wydaje się takie proste: no, spojrzał. Ale ja wiedziałam przez to spojrzenie, że on mnie zna. Patrzył jak… jak na swoje – jakby to wyrazić, trudno powiedzieć – swoje dziecko… Ale ja odebrałam poczucie przynależności – więzi niezwykłej. W jakimś sensie poczułam, że on jest mój – kto mój? W jakimś znaczeniu odebrałam świadomość więzi – takiej, której opisać się nie da.

    Czasem mówię, trochę żartując: „Mój prywatny Święty” – ale to właściwie nie jest żart, to „Mój” odebrałam właśnie wtedy. Wtedy Padre Pio wszedł w moje życie w sposób przeze mnie uświadomiony. Serdeczny dotyk jego ręki, czuły gest: pogłaskanie po głowie to niby nic takiego, a ileż ma treści.

    „On posyła mnie, a ja jego”

    Na jesieni 1967 r. byłam w miasteczku K., wezwana do sądu jako biegły. Wygłosiłam swoją opinię, skończyłam pracę w sądzie i do pociągu zostało mi parę godzin. Poszłam do parku. Był piękny, słoneczny dzień, a ja miałam książkę, więc zaczęłam czytać. Po chwili jakaś kobieta nieśmiało podeszła do mnie, pytając:
    – Przepraszam, czy pani jest doktor Półtawska?
    – Tak – powiedziałam.
    – Ach, bardzo panią proszę, moja siostra jest chora i ona tak bardzo pragnie panią doktor zobaczyć i poradzić się.

    Zapytałam, gdzie to jest. Niedaleko. Poszłam, gdyż nic nie stało na przeszkodzie – miałam czas. Weszłam do ciemnej izby – a może nie była tak ciemna, ale ja wchodziłam ze słońca. Kobieta powiedziała do siostry, która leżała w łóżku:
    – Kochana, przyprowadziłam ci panią doktor.
    – Tak wiem – mówi tamta – Ojciec Pio powiedział mi, że pani przyjdzie.
    – Ojciec Pio?
    No właśnie, nie wiem, jak jej to powiedział, ale prawdą jest, że przyszłam. Kobietę skierowałam do krakowskiej kliniki, gdyż wymagała natychmiast operacji na neurochirurgii. Niby nic, a jednak myślałam: „No, mój prywatny Święty mnie «posyła»”. On mnie, a ja jego.

    Wanda Półtawska Ojciec Pio
    WANDA PÓŁTAWSKA W SAN GIOVANNI ROTONDO W REFEKTARZU PRZY MIEJSCU O PIO 2010/EDYCJA ŚWIĘTEGO PAWŁA FOT. KS. TOMASZ LUBAŚ

    „Tym razem chcę cudu”

    Miałam wypadek samochodowy. Jechałam do małej miejscowości, gdzie miałam wygłosić referat w kościele, a po drodze jest taka góra przed miasteczkiem. Jedziemy tam, śnieg sypie, mróz ściska, ślisko na szosie i nagle z przeciwka jedzie ciężarówka, na dole, przed nami, pług. Widzę, że kierowca usiłuje hamować, ale nie ma żadnego hamowania – i nagle zderzenie. Siedziałam koło kierowcy i siła uderzenia wyrzuciła mnie do przodu. Wybiłam głową szybę i całe czoło mam w odłamkach szkła. Zawieźli mnie do najbliższego szpitala. Chirurg powyjmował mi szkło, ale był młody i niedoświadczony i nie zauważył nic więcej. Zresztą ja się śmiałam, że nic mi się nie stało.

    Pojechałam do tej wsi, wygłosiłam kazanie. Ksiądz powiedział, że miałam wypadek, ale – Bogu dzięki – nic groźnego. I odjechałam do Krakowa. Dopiero w nocy ujawniło się, co się naprawdę stało: do rana narósł mi olbrzymi, biały obrzęk oczu i twarzy. Wezwany chirurg nie miał wątpliwości: pęknięta opona i obrzęk z płynu mózgowo-rdzeniowego. Unieruchomić i operować!

    Dzwonię do znajomego neurochirurga i pytam, co myśli. Operować? Nie trzeba, ale parę tygodni należy płasko leżeć. Może samo się zamknie. Parę tygodni płasko leżeć? A ja miałam program napięty różnymi zajęciami, a oprócz tych zajęć mam jechać do Rzymu – i chcę tam jechać. Nie mogę leżeć tygodniami. Leżę tylko trzy dni – tyle mogę – ale obrzęk nie schodzi. Nie bardzo mogę czytać, bo powieki też mam obrzęknięte. Leżę sama, więc udaje mi się na razie to ukryć. Ale wieczorem mówię do Ojca Pio: „Nie, tym razem chcę cudu, bo muszę jechać”.

    Biorę obrazek, który przywiozłam sobie z San Giovanni Rotondo – taki z kawałeczkiem relikwii i z modlitwą o beatyfikację Ojca Pio – i przykładam ten obrazek do opuchniętej twarzy.

    Zasypiam. Zasnęłam bardzo szybko.
    Rano obudziłam się bez śladu obrzęku!
    Pojechałam do Rzymu i zrealizowałam cały program.
    Sama byłam zaskoczona, bo chociaż tak powiedziałam, że „teraz naprawdę potrzebuję cudu”, to przecież nie byłam pewna, czy to jest możliwe. Nie wszystkie moje prośby Ojciec Pio spełnia. Są takie, których nie wysłuchuje, a wtedy myślę: „No cóż, on jest tylko pośrednikiem. Widocznie plan Boga jest inny”. A jakże często różne sprawy, które mu zawierzam, spełnia. Teraz już nie mogę ukryć moich kontaktów z Ojcem Pio.

    To on ułatwia mi wszystkie podróże

    Wiem, że Ojciec Pio się mną opiekuje i załatwia mi wszystko z takich rzeczy zwykłych, powiedziałabym nawet materialnych. Nikt by nie uwierzył, gdybym powiedziała, że wiem, że ten święty człowiek po śmierci mi pomaga. Ułatwia mi wszystkie podróże, ale na moje „bóle serca” i prośbę o uzdrowienie nie reaguje, jakby to był „nie ten teren”.

    Praktycznie w podróżach załatwia mi wszystko. Przecież ja jeżdżę zupełnie w cudowny sposób. To nie są żadne przygody, to jest wyraźne działanie życzliwej ręki, która ułatwia mi i organizuje wszystko po kolei, czasem aż drobiazgowo. W ogóle jak ja żyję, to moje życie niepodobne do nikogo, pasmo cudowności, „nadzwyczajności zwyczajnych”. Nikomu tego nie opowiadam, bo jak to opowiedzieć? Ot, chociażby to teraz – wyjść po godzinach błądzenia po lesie, bez zegarka, bez umawiania się i wyjść z lasu na szosę w tym jedynym momencie, gdy zjawia się samochód jadący właśnie do Krakowa! Przypadek? No, tak, tak – przypadek, ale ja wiem, skąd się biorą takie właśnie przypadki!

    Wanda Półtawska ojciec Pio
    FOT. ARCHIWUM WANDY PÓŁTAWSKIEJ/EDYCJA ŚWIĘTEGO PAWŁA

    „Nie uwierzyłabym sama, gdybym nie widziała na własne oczy”

    Pojechaliśmy na wycieczkę. Nasz przyjaciel ma tylko parę dni wolnych, a tu deszcz leje. Myślę, że to niesprawiedliwe, bo ten człowiek tak bardzo pracuje i potrzebny mu odpoczynek. Jak tu chodzić po lesie w taki deszcz?
    Co będzie?
    I mówię tym razem głośno:
    – No to ja muszę poprosić Ojca Pio. Niech coś zrobi.
    Zaczynamy w plenerze Mszę św. i nagle… nie uwierzyłabym sama, gdybym nie widziała na własne oczy. Bo to nie to, że chmury przeszły albo że zawiał wiatr i chmury się rozstąpiły, ale było tak, jakby kto nożem przejechał przez te zbite chmury i rozsunął na boki! I nagle, słoneczne niebo nad nami! Po obu stronach ciężkie chmury, a nad nami słońce – przez cały czas wycieczki!

    Nagle… deszcz ustaje

    Ostatnie Boże Ciało ks. kard. Karola Wojtyły w Polsce. Deszcz leje od trzech dni. Jak to będzie z procesją? W przeddzień, w środę wieczorem, martwimy się, bo wciąż leje, ale ja mówię: „Ano zatrudnię mojego Świętego”. Zobaczymy.

    Czwartek ipsa die (tegoż dnia) – leje od rana. Pada, gdy ludzie ustawiają się na Wawelu. Msza św. ma być na zewnątrz, a tu pada. Wychodzi Msza św., deszcz ustaje – przez całą procesję nie pada ani jedna kropla!

    Ksiądz Kardynał niesie monstrancję – skupiony. Mówi kazanie – tłum ludzi uczestniczy. Przez całą procesję nie spadła ani jedna kropla deszczu, ale zaledwie celebrans wszedł do katedry, lunęło! Zmokli wszyscy – ale po procesji, nie podczas.
    Cud? Oczywiście, zjawisko naturalne – ale ja wiem, że to nie tak. Że mój prywatny Święty podtrzymał niebo i zasłonił Hostię niesioną na ulice.

    „Gdyby przy tym był obecny Ojciec Pio, to ta dyskusja by mu się nie podobała”

    Miałam okazję stwierdzić, że istotnie zdarza się to, o czym tak wiele osób opowiada, iż Ojciec Pio przychodzi i daje znak swojej obecności. Byłam gościem w domu pewnego kapłana, który od lat był zaprzyjaźniony z Ojcem Pio i miał po nim różne pamiątki, właściwie relikwie, np. rękawiczki, którymi zasłaniał dłonie, różańce i inne drobne przedmioty. Pokazał nam je, po czym ułożył na środku stołu, dokoła którego siedziało kilka osób.

    W pewnej chwili rozmowa zamieniła się w krytykę Kościoła i hierarchii. Wówczas zauważyłam, że gdyby przy tym był obecny Ojciec Pio, to ta dyskusja by mu się nie podobała – i w momencie, w którym to powiedziałam, z tych nagromadzonych przedmiotów buchnął tak skoncentrowany zapach kwiatów, jakby ktoś rozbił flakon perfum. Wszyscy umilkli natychmiast, a ja powiedziałam tylko – „no właśnie”.

    Stacja 7/fragmenty książki „O więcej niż życie. Biografia w zarysie” Wandy Półtawskiej

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czytam „Beskidzkie rekolekcje”

    Czytam „Beskidzkie rekolekcje”

    Uroczystości pogrzebowe Wandy Półtawskiej odbyły się 31 października

    fot. Łukasz Gągulski/PAP/Gość Niedzielny

    ***

    Mówią, że jestem twarda. Ale to ta mowa jest twarda – podkreślała Wanda Półtawska.

    Ze wszystkich spotkań z prof. Wandą Półtawską najbardziej utkwiło mi w pamięci to, które odbyło się w Sekretariacie Episkopatu w Warszawie z okazji jej 90. urodzin. Gdy dziennikarze odśpiewali jej „Sto lat”, odpowiedziała z uśmiechem: „Kiedy papieżowi śpiewali sto lat, to mówił: – Widzę, że wy chcecie wyznaczać Panu Bogu granice!”. Granic nie udało się wyznaczyć – Półtawska przeżyła 102 lata!

    To spotkanie miało być połączone z promocją jej książki pt. „Jeden pokój”, a przerodziło się w… długie „kazanie” autorki. O tym, że życie ludzkie od poczęcia jest święte, że człowiek jest stworzony dla nieba, że Boża ekonomia jest zupełnie inna niż ludzka, a jeśli „ktoś wybiera tę ludzką, to ginie”. Na koniec pani profesor oznajmiła: „Mówią, że jestem twarda. Ale to ta mowa jest twarda. Dlatego, jeśli ktoś podchodzi do mnie i mówi, że przesadzam, bo to zbyt trudne, to mówię: idź, uklęknij, może Pan Bóg zmiękczy ci przykazania! Dekalog jest drogowskazem, żebyś nie zabłądził do piekła. Dlatego przykazań nie da się zmiękczyć”. Półtawska była pewna tego, co mówi. W każdym niemal zdaniu odwoływała się do słów i nauczania św. Jana Pawła II. Podkreślała, że to on wskazywał, iż miłość między ludźmi powinna być altruistyczna, całkiem bezinteresowna, sprawiedliwa i wymagająca. „Więc nie nazywaj miłością byle czego” – podkreślała.

    Takich mów wygłosiła tysiące w swoim długim życiu. Ludzie pod jej wpływem się nawracali. Podczas kręcenia filmu dokumentalnego w domu Wandy i Andrzeja Półtawskich (pt. „Jeden pokój”) przemianie uległo życie ekipy filmowej. Operator wziął ślub kościelny i ochrzcił dzieci. Także reżyser filmu diametralnie zmienił swe życie. W domu Półtawskich odnalazł Prawdę: „To jest tak jak alpinista, który wspina się po siedmiotysięcznikach. Można chodzić po Beskidach, można chodzić po wyższych górach, ale Pani Wanda Półtawska i Pan Profesor to są po prostu te »najwyższe góry«, dzięki którym można się stale samemu sprawdzać, dzień w dzień pokonywać samego siebie”.

    Kiedy dowiedziałam się o śmierci Wandy Półtawskiej, sięgnęłam po książkę jej autorstwa. Otworzyłam „Beskidzkie rekolekcje” – na chybił trafił – i przeczytałam: „Dzień bez Mszy św. wydaje mi się pusty i przegrany – już nie umiem żyć bez tej siły, jaką daje Eucharystia”. 

    Milena Kindziuk/Gość NIedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA Z NABOŻEŃSTWEM RÓŻAŃCOWYM

    W TYM CZASIE JEST RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-747x1024.png

    W czasie adoracji Najświętszego Sakramentu w kaplicy u sióstr Benedyktynek w Largs będą relikwie błogosławionego Carla Acutisa, który szczególnie kochał i uwielbiał Pana Jezusa obecnego w Najświętszej Hostii

    Sanktuarium bł. Carla Acutisa w Brick Township w New Jersey

    Obraz bł. Carla Acutisa, na którym widać jego bliską więź z Jezusem Miłosiernym i Matką Bożą Fatimską.

    John Touhey/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Carlo Acutis udziela nam 3 rad, abyśmy lepiej przeżywali własną wiarę

    Carlo Acutis

    źródło: carloacutis.com

    ***

     Jeśli będziemy żyć według tych trzech punktów, osiągniemy w naszym życiu wspaniały cel: odnajdziemy Jezusa Chrystusa, wyjdziemy na spotkanie bliźniego i będziemy sobą – bez filtrów i łańcuchów zniewolenia. Będziemy dążyć do świętości, aby żyć w niebie.

    Wprzykładzie biografii świętych odnajdujemy swoisty przewodnik po życiu, gdyż wszyscy jesteśmy powołani do świętości. Błogosławiony Carlo Acutis był jednym z patronów ŚDM w Lizbonie, które właśnie się zakończyły i jest bardzo bliski naszym czasom. Powszechnie znany jest z przekazywania radości Ewangelii za pośrednictwem mediów elektronicznych.

    Jednak za tą cnotą stoją inne, bardzo ważne, ponieważ Carlo i jego świadectwo świętości inspirują dziś wielu cyfrowych ewangelizatorów do bycia Cyberapostołami Boga, poruszającymi się po „Cyfrowym kontynencie”, jak określił to papież Benedykt XVI.

    Oto niektóre z tych cnót, które mogą służyć za wzór do naśladowania – przytoczone przykłady opierają się na książce „Carlo Acutis, informatyczny geniusz w niebie” autorstwa postulatora sprawy beatyfikacji i kanonizacji Carla, Włocha Nicoli Gori. Cnoty te są godne naśladowania – koncentrują się na Chrystusie, podążają za przykładem Maryi i mogą wprowadzić nas na naszą drogę wiary.

    1„EUCHARYSTIA JEST MOJĄ AUTOSTRADĄ DO NIEBA”

    Dla Carla zjednoczenie z Jezusem było centralnym punktem jego życia, ponieważ zawsze wyróżniał się wielką miłością do Eucharystii. Jak twierdzi postulator: „Nie można zrozumieć Carla bez uwzględnienia jego duchowości czysto eucharystycznej. Przez komunię z Ciałem i Krwią Chrystusa prawdziwie odnalazł drogę do nieba, gdzie czekał na niego Pan, aby żyć z nim na wieki”.

    To pozwala nam zrozumieć, że tylko dzięki Chrystusowi każdy młody człowiek znajdzie centralny punkt swojej drogi do świętości. Eucharystia bowiem jest duszą, która ożywia, sercem, które bije i motorem życia każdego chrześcijanina.

    2„ZJEDNOCZENIE Z JEZUSEM JEST MOIM PLANEM NA ŻYCIE”

    Jezus Chrystus konfrontuje się z życiem każdego człowieka, każąc nam słuchać Jego słowa – a Carlo rozumiał to bardzo dobrze. Z tego powodu dużą część swojego czasu poświęcił odwiedzaniu i promowaniu za pośrednictwem strony internetowej cudów eucharystycznych. To uczyniło go wielkim cyfrowym ewangelizatorem.

    Z tego powodu uważany jest za patrona Internetu. Carlo rozumiał, że zjednoczenie z Jezusem nie oznacza jedynie modlitwy za potrzebujących; żył swym katolicyzmem, gdyż wiedział, że modlitwa stanowi motor wszelkich dobroczynnych działań podejmowanych w imię Chrystusa, sprawia, że  nie są one zwykłym altruizmem, że  przekraczają granice samego człowieka – Carlo odkrył, że biedni i potrzebujący to także sam Jezus.

    3„WSZYSCY RODZĄ SIĘ JAKO ORYGINAŁY, JEDNAK WIELU UMIERA JAKO KSEROKOPIE”

    Nasz młody Carlo miał wyjątkową osobowość. Był niezwykłym chłopcem i nigdy nie wstydził się swojej osobowości, wiary i przekonań. Jego osobowość była tak przemożna, że ​​jego własna matka, nie będąc tak blisko Boga, musiała się szczególnie przygotowywać, aby móc z nim dialogować.

    Możemy znaleźć wiele świadectw osób, które poznawszy Carla zmieniały się, stawały się szczęśliwsze. Te historie uczą nas, że będąc tym, kim jesteśmy, a nie udając, że jesteśmy inni, możemy przyjść do Chrystusa i dzielić się Nim z innymi.

    Wzór do naśladowania dla współczesnej młodzieży

    Świętość nie pojawia się, jest nabywana, ale musimy robić swoje i zwracać uwagę na to, aby każdy znalazł sposób na rozpoczęcie własnej drogi świętości, naśladując cnoty, ale nie starając się być kopią znanych nam świętych. Są to cenne wzorce, ale my jesteśmy powołani do bycia świętymi poprzez bycie tym, kim jesteśmy i odkrywanie powołania, jakie ma każdy z nas.

    Podobnie jak oni, wszyscy możemy podążać drogą poszukiwania świętości, naśladując te trzy punkty życia Carla:

    • umiłowanie Chrystusa
    • umiłowanie bliźnich
    • autentyczność

    Jeśli będziemy żyć według tych trzech punktów, osiągniemy w naszym życiu wspaniały cel: odnajdziemy Jezusa Chrystusa, wyjdziemy na spotkanie bliźniego i będziemy sobą – bez filtrów i łańcuchów zniewolenia. Będziemy dążyć do świętości, aby żyć w niebie.

    Czeka nas długa droga!

    Mia Schroeder Mia Schroeder/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co bł. Carlo Acutis miał na myśli, mówiąc o „autostradzie do nieba”?

    CARLO ACUTIS

    www.carloacutis.com

    ***

    Według rodziców młodego błogosławionego to „jego najcenniejsze dziedzictwo”.

    Wksiążce Originali o fotocopie (Oryginały czy kserokopie, wyd. Studio Domenicano) o. Giorgio Maria Carbone OP wyjaśnia znaczenie tego rewolucyjnego zdania wypowiedzianego przez młodziutkiego błogosławionego, zmarłego w 2006 r. w wieku zaledwie 15 lat.

     „Wierz i jedz”

    „Autostrada do nieba” to, zdaniem dominikanina, znakomita metafora, która świadczy o tym, że Carlo Acutis zrozumiał, co stanowi istotę naszej wiary. I że potrafił to wyrazić w obrazach przemawiających do wszystkich.

    Eucharystia jest bowiem źródłem i szczytem chrześcijańskiego życia. Podobnie jak zjednoczenie w łasce, zjednoczenie poprzez Eucharystię jest „początkiem życia wiecznego. […] Miłości spieszno jest zawrzeć związek, który nie będzie miał końca”.

    Eucharystia jest zatem ową „autostradą”, która otwiera na oścież drzwi do Boga. W niej Jezus Chrystus staje się chlebem, staje się winem i mówi: „Ja jestem pokarmem dla dusz: wierz i jedz, ponieważ nie przemienisz Mnie w siebie tak, jak to czynisz z pokarmem dla ciała, lecz ty zostaniesz przemieniony we Mnie”.

    Autostrada do nieba

    Żeby wyjaśnić to jeszcze lepiej, o. Carbone porównuje Eucharystię do naszego codziennego pokarmu.

    W procesie wchłaniania pokarmów my – jako istoty wyższego rzędu do roślin i zwierząt – wchłaniamy to, co zjadamy: makarony, warzywa, mięsa, ryby itd. Rozdrobniony pokarm zostaje w części przekształcony i zasymilowany przez nasze ciało.

    Podobnie, kiedy przystępujemy do Komunii, obecny w hostii Jezus Chrystus jako istota wyższego rzędu, Pan wszystkich istot żywych, wchłania nas w Siebie, sprawia, że stajemy się częścią Jego ciała, Jego krwi.

    Właśnie dlatego Eucharystia, tak samo jak szeroka i wygodna autostrada, pozwala każdemu z nas łatwiej i szybciej dotrzeć do celu – do raju.

    Jak we Władcy pierścieni

    Metaforę Carla Acutisa „autostrada – Eucharystia” można zestawić z obrazem użytym przez Tolkiena we Władcy pierścieni dla pokreślenia doniosłości chleba eucharystycznego:

    „Lembasy nie zaspokajały jednak apetytu, toteż Sam nieraz wspominał tęsknie różne potrawy i marzył o zwykłym chlebie i mięsie. Mimo to chleb elfów miał potężne działanie, tym potężniejsze, że wędrowcy posilali się nim teraz wyłącznie, obywając się bez innego jadła. Żywił ich, dawał siłę do przetrwania, krzepił do wysiłku, na jaki żadna śmiertelna istota nie zdobyłaby się bez takiej pomocy” (J.R.R. Tolkien, Powrót króla, Warszawa 1990, przeł. M. Skibniewska.)

    Gelsomino del Guercio/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zapiski Carla Acutisa: „Tak się słucha głosu Boga”

    CARLO ACUTIS

    carloacutis.com

    ***

    Bóg zawsze chce mieć z nami kontakt. Jeśli to zaproszenie do rozmowy z Nim jest prawdziwe, czemu mielibyśmy go nie przyjąć? Odpowiedzmy na nie. Jak? Na wszelkie sposoby. Kiedy? Zawsze. Gdzie? Wszędzie. Na jak długo? Na zawsze” – pisał 15-letni błogosławiony.

    „Modlić się? Łatwo powiedzieć. Jeśli chce się modlić owocnie, potrzeba wielkiej energii, ufności, miłości, wytrwałości, gorliwości, cierpienia. Co prawda można to robić spontanicznie, instynktownie, emocjonalnie, ale to się może nie udać. Możemy nic nie wskórać”.

    Powyższe słowa pochodzą z nieznanych dotąd zapisków Carla Acutisa, opublikowanych w książce Luigiego Francesco Ruffato „Carlo Acutis – Adolescente innamorato di Dio” („Carlo Acutis – nastolatek zakochany w Bogu”).

    Carlo Acutis: jak się modlić?

    Zapiski, przekazane autorowi przez matkę Carla, ukazują teologiczny rys przyszłego błogosławionego (uroczystość wyniesienia na ołtarze odbędzie się 10 października w bazylice św. Franciszka w Asyżu). Jego przemyślenia są zdumiewająco dojrzałe jak na 15-latka, a na pierwszy plan wysuwa się szczególna bliskość z Bogiem.

    „Kiedy mamy rozmawiać z kimś ważnym, staramy się wyglądać jak najlepiej. Skoro tak, czy nie powinniśmy starać się tak samo, kiedy chcemy nawiązać kontakt z Bogiem? Naturalnie zasady są inne, ale sposób podejścia może być podobny. A zatem zwrócić się. Ale jak? O kim myśleć? O Bycie. Mały byt zwraca się do Bytu. Skończony do Nieskończonego. Chwila do Wieczności. Ignorant do Wszechwiedzącego”.

    Bóg i cisza

    Ta myśl „sprawia, że serce bije mi mocniej” – pisze Carlo. „Słyszę, że Bóg chce, byśmy go nazywali Ojcem. Wymyślił człowieka, chciał go, stworzył go, podniósł do godności swojego dziecka. Pomieszanie uczuć, słów, paplanina, zająknięcia. A potem… ? A potem zwracamy się do Niego”.

    Najlepszym sposobem zwrócenia się do Boga jest w takim razie „cisza”. „Cisza wieczności. Cisza oczekiwania. Cisza miłości” – pisze Carlo. – „Modlitwa to coś wspaniałego. Przyjmuję z ust Pana słowo pocieszenia. Słowo pocieszenia, słowo, które pociesza. Słowo, które umacnia, słowo, które dodaje sił, słowo, które oświeca, słowo, które ogrzewa, słowo, które leczy, słowo, które wskrzesza”.

    Wielka łaska

    Bóg, kończy Carlo, „jest prawdą, a prawda nie potrzebuje słów, mówi sama za siebie. Sama wyraża wszelką prawdę. Głos człowieka jest chropawy, apodyktyczny, arogancki, pyszny, niecierpliwy, nieustępliwy i gwałtowny. Przyzwyczaić się do głosu Boga to wielka łaska. To znaczy słuchać Prawdy”.

    „Wtedy inteligencja, której przedmiotem jest prawda, odnajduje się tam, gdzie powinna, wreszcie współbrzmi z Niebem. Ante tempus zamieszkuje w Wieczności. Karmiąc się prawdą, inteligencja sięga szczytu; osiągając swój cel, jest zdolna przyjąć Nieskończoność. Prawda staje się jej pokarmem, jej napojem”.

    Słuchać Słowa Bożego

    W innym miejscu Carlo wraca do Słowa Bożego, „Słowa życia wiecznego”.

    „Trzeba zrozumieć – pisze chłopak – że Bóg zawsze komunikuje się z nami i zawsze chce mieć z nami kontakt. Jeśli to zaproszenie do rozmowy z Nim jest prawdziwe, czemu mielibyśmy go nie przyjąć? Odpowiedzmy na nie. Jak? Na wszelkie sposoby. Kiedy? Zawsze. Gdzie? Wszędzie. Na jak długo? Na zawsze.

    Kontakt można nawiązać łatwo, prawie instynktownie. Wystarczy nadstawić ucha, czyli ducha, a potem słuchać i mówić we właściwym momencie i nie przerywać, pozwalać mówić, prowadzić dialog, rozmawiać, być obecnym, być gotowym”.

    Jezus mnie zaprasza

    Poza Bogiem, zauważa młody błogosławiony, „jest zgiełk, zamieszanie, kłótnie, wojny. Z Bogiem wszystko jest ładem, wszystko jest uporządkowane. Bóg jest Byciem, a przez to – życiem. Nie – istnieniem, ponieważ ono jest czymś czasowym, ograniczonym, lecz życiem, które jest byciem w wieczności.

    Czym są sprawy cielesne, jeśli nie złudzeniami? I cóż pomogą wszelkie stworzenia, jeśli zostaniesz opuszczony przez Stwórcę? Jezus zaprasza mnie, bym porzucił wszystko i poszedł za nim. Jezus Chrystus mówi w nas. Powinniśmy go słuchać i naśladować we wszystkim”.

    Inne głosy, podsumowuje Carlo, „naprawdę są niczym, ich istnienie jest daremne. Drgnienia powietrza, przynaglenia do niczego, przynaglenia z niczego. Świadomość obudzona przez głos Boga jest niezwykle przejęta, ponieważ rozumie, że jest w prawdzie i że dobrze jest słuchać tego głosu i iść za nim. Iść za tym głosem znaczy nakierować istnienie ku życiu wiecznemu”.

    Gelsomino del Guercio/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Codziennie dostajemy informacje o cudach” – mówi mama Carlo Acutisa

    matka Carlo Acutisa Antonia Salzano Acutis

    Antonia Salzano Acutis i jej syn Carlo

    fot. arch. prywatne Antonii Salzano Acutis

    ***

    e Antonia Salzano złożyła w rozmowie z Aleteią świadectwo “nadzwyczajnego zwyczajnego życia” swojego syna Carlo, który szczególną miłością darzył Jezusa Eucharystycznego. Młody Włoch, beatyfikowany przed 2 laty, wskazuje nam może nie tak trudną drogę do Boga.

    Wszystkiego nauczył mnie mój syn

    Aleteia: Antonio, jest pani matką błogosławionego. Proszę przed nami odkryć swoją tajemnicę. Co pani takiego zrobiła, żeby wychować świętego?

    Antonia Salzano: Osobiście nic nie zrobiłam. Dałam tylko mojemu synowi podstawy, które wszyscy rodzice powinni dać swoim dzieciom. Carlo chodził do żłobka i przedszkola, gdzie otrzymał religijne wychowanie. Poprosiłam o chrzest dla niego, ale ja sama wychowywałam się w rodzinie bez fundamentów religijnych. Mój ojciec był wydawcą, ciągle przebywał w otoczeniu pisarzy, i w tym środowisku nikt nigdy nie mówił o wierze. Moją pierwszą mszą była msza pierwszokomunijna, drugą – msza z okazji bierzmowania, a trzecią – moja msza ślubna.

    Podkreślam jeszcze raz, że wszystkiego nauczył mnie mój syn, Carlo. Już jako dziecko odznaczał się wielką pobożnością: jako trzylatek przechodząc koło kościoła zawsze chciał wejść do środka, żeby pozdrowić Jezusa w tabernakulum i przynieść kwiaty MadonnieW wieku czterech i pół roku czytał Biblię, żywoty świętych i odmawiał różaniec. O ile w przypadku św. Teresy z Lisieux wychowawcami w wierze byli rodzice, o tyle w przypadku Karola role się odwróciły. To on mnie ratował, on mnie wychowywał w wierze.

    Co wyróżniało Carlo spośród innych chłopców w jego wieku?

    Jak powiedział Jan Paweł II: jeśli otworzymy drzwi Chrystusowi, nasze życie się zmienia. Każde zwyczajne życie staje się nadzwyczajne, jeśli przeżywać je w Chrystusie, dla Chrystusa i z Chrystusem. Tak postąpił Carlo. Tak postępował we wszystkich sprawach, od najmniejszych do największych, takich jak pomoc w domu, pomoc dzieciom, które były ofiarami molestowania, osobom z trudnościami, z niepełnosprawnością, bezdomnym, którym przynosił żywność i koce.

    Później zaangażował się głównie w apostolat. W wieku dziewięciu lat czytał podręczniki informatyczne, które kupował na politechnice w Mediolanie. Uczył się kodu do tworzenia programów, a później stron internetowych dla parafii, jezuitów, Watykanu. Nie robił tego dla własnej chwały, ale na chwałę Nieba. Spędzał nad tym długie godziny. Latem, zamiast korzystać z wakacji, ślęczał przed komputerem do trzeciej nad ranem. Chciał głosić Dobrą Nowinę, Ewangelię. Swoimi niezwykłymi umiejętnościami służył głoszeniu Chrystusa i pomagał innym w zbliżeniu się do Boga.

    Zarażać Chrystusem

    Carlo organizował również wystawy na tematy związane z wiarą chrześcijańską, na przykład wystawę o cudach eucharystycznych, która odniosła wielki sukces. Jak narodził się pomysł tego projektu i jakie są jego owoce?

    Wystawa o cudach eucharystycznych właśnie objeżdża świat, odwiedzając wszystkie kontynenty. W Stanach Zjednoczonych była prezentowana w ponad 10 tys. parafii. Później trafiła do Singapuru, Chin, Japonii, Afryki, Indii… To prawdziwie międzynarodowa wystawa.

    Carlo zaczął gromadzić materiały na nią w 2000 r., miał wtedy dziewięć lat. Udaliśmy się wówczas z pielgrzymką do Lanciano. Tamtejszy cud eucharystyczny wywarł na nim ogromne wrażenie. Wtedy Carlo postanowił zrobić coś, co mogłoby wstrząsnąć świadomością ludzi, wyprowadzić ich z marazmu, dać im żarliwość. Z tego względu, że zanikła już świadomość, że Chrystus jest rzeczywiście obecny w konsekrowanym chlebie i winie. Jak widać, ławki przed tabernakulum ciągle są puste.

    Wystawa nabrała kształtów i zaraz po śmierci Carlo rozpowszechniła się po całym świecie. Carlo szybko zaistniał w powszechnej świadomości jako święty, bo ludzie wiedzieli, że jego życie było spójne z tym, w co wierzył. Dlaczego święci przyciągają nas do siebie? Bo w nich jest ukryty Chrystus, oni niosą Chrystusa. Carlo zawsze powtarzał, że trzeba się zeucharystianizować„, bo wtedy zaraża się Chrystusem. „Być zawsze zjednoczonym z Jezusem, oto mój program życiowy” – mawiał.

    Nieświadome proroctwa

    W swojej książce pt. Tajemnica mojego syna Carlo Acutisa napisała pani, że intuicja kazała się pani liczyć z przedwczesnym odejściem syna. Czy Bóg przygotował panią na to doświadczenie?

    Tak, miałam to wewnętrzne przeczucie wobec relikwii welonu Matki Bożej w pięknej, francuskiej katedrze w Chartres. To miejsce jest szczególnie naznaczone głęboką duchowością, ludzie modlą się tam od wieków.

    Carlo, który był tak blisko Jezusa, nie zdawał sobie z tego sprawy, ale przepowiadał nam różne rzeczy, które później się wypełniły. Na przykład od wczesnego dzieciństwa mówił, że zawsze pozostanie młody, i że umrze na skutek pęknięcia żyłki w mózgu (i tak się stało w wyniku białaczki). Mówił również, że umrze po osiągnięciu wagi 70 kg. I tak też się stało.

    Kiedy okazało się, że ma białaczkę, pojechał do szpitala i tam powiedział mi: „Mamo, wiedz, że nie wyjdę stąd żywy, ale dam ci wiele znaków”. Był bardzo spokojny, uśmiechał się, nigdy się nie skarżył. Kiedy pytano go, czy cierpi, odpowiadał: „Są ludzie, którzy cierpią o wiele bardziej niż ja”. Dał przykład świętości w umieraniu. Zrozumiałam, że nie mogę się na to skarżyć; że taka jest najwyższa wola Boga. Jego życie było doskonałe i prawe. Czyste, pełne hojności i dobroci… Nigdy nie mieliśmy najmniejszej wątpliwości, że Carlo jest już w Niebie.

    Cuda codzienne

    Po ekshumacji pani syna okazało się, że jego ciało pozostaje nietknięte. Dziś znajduje się ono w Asyżu, w Sanktuarium Ogołocenia. Serce Carlo zaś – w relikwiarzu w bazylice św. Franciszka. Czy we Francji można czcić inne relikwie pani syna?

    Rzeczywiście, ciało Carlo odnaleziono nietknięte. Można go było ubrać. Wszystkie organy włącznie z sercem pozostały w takim stanie, w jakim były wcześniej. Serce niesiono w procesji w czasie beatyfikacji Carlo w Asyżu. Te relikwie są potrzebne, bo święci, mający wiele zasług w Niebie, mogą orędować, prosząc Boga o cuda. Nie zapominajmy ani na chwilę, że to wszystko jest dziełem Boga. Kiedy ludzie nawiązują kontakt z relikwiami, albo kiedy się je wystawia na widok publiczny czy niesie w procesji, dochodzi do uzdrowień i uwolnień. To nic nowego, wiadomo, że relikwie czynią wiele dobra.

    Już od pierwszych wieków chrześcijaństwa Kościół zawsze czcił relikwie świętych. To nie pierwszy przypadek. Kontynuujemy więc tę tradycję Kościoła. We Francji relikwie Carlo będą wystawione w Ognisku Miłosierdzia [w okręgu Drôme], gdzie pojawia się wielu młodych. Carlo przeczytał liczne książki o Marcie Robin, bardzo ją podziwiał. Wiele osób modli się w Ogniskach Miłosierdzia, wiele rodzin się tam gromadzi i pragnie głosić Ewangelię. Niewątpliwie mają one liczne zasługi, bo są to osoby, które oddały się Bogu.

    Carlo Acutis został ogłoszony błogosławionym 10 października 2020 roku. Jak pani sądzi, czy pani syn będzie niedługo kanonizowany? Co jest do tego potrzebne?

    Mamy nadzieję, że tak się stanie. Do kanonizacji potrzebny jest kolejny cud, uznany przez komisję lekarską. Jesteśmy optymistami, bo zauważamy wiele cudów, codziennie otrzymujemy wiadomości w związku z możliwymi cudami: uzdrowienia z raka, bezoperacyjne usunięcie deformacji ciała, wiadomości od osób, które wcześniej nie mogły mieć dzieci… Kościół przeanalizuje je we właściwym czasie.

    Należy tu zaznaczyć, że za każdym razem zgłasza się nie dziesięć cudów, ale jeden cud, a późniejsza jego analiza zajmuje długie miesiące. Zależnie od rodzaju cudu, wszyscy lekarze muszą być zgodni, jak w przypadku cudu, który posłużył do beatyfikacji. Później przypadek rozpatruje komisja teologiczna, a następnie komisja kardynalska. Taką drogę przemierza cud. Wreszcie, ostatnie słowo należy do papieża.

    Wielki Przyjaciel i potężne narzędzia

    Carlo Acutis był chłopakiem, który szedł pod prąd. Żyjemy w świecie, w którym trudno iść za Bogiem. Jakich rad pani syn mógłby udzielić dzisiejszym młodym ludziom?

    Niech ulegają wpływowi Boga, a nie wpływowi nihilizmu. Sprawy ziemskie przemijają i kiedyś przestaną istnieć. Pozostanie tylko to, jak bardzo kochaliśmy Boga, ponad wszystko, i naszego bliźniego, jak siebie samego.

    Jezus mówi do każdego z nas: „Idźcie na cały świat. Głoście Ewangelię”. Wzywa nas wszystkich do bycia apostołami, niezależnie od rodzaju naszego życia. A więc w pierwszej kolejności odpowiadajmy na to wezwanie i nieśmy Chrystusa.

    Mówię młodym, aby nie banalizowali swojego życia, aby zawsze żyli w łączności z Niebem. A żeby żyć w łączności, trzeba się modlić. Jeśli będziemy się modlić, Bóg nas poprowadzi, łatwiej przyjmiemy Jego inspiracje, wejdziemy na prostą drogę i będziemy nią szli.

    Carlo jest chłopakiem waszej epoki, który żył tym, czym wy żyjecie, takimi samymi niebezpieczeństwami, radościami i kłopotami. Potrafił stawić opór i wygrał walkę. Wygrywajcie waszą walkę! Wiedzcie, że Jezus jest wielkim przyjacielem, a sakramenty – potężnym narzędziem. Korzystajcie z tej dogodnej okoliczności.

    Antonio, czy na zakończenie mogłaby pani zaproponować wszystkim czytelnikom Aletei na świeciemodlitwę za wstawiennictwem pani syna, bł. Carlo Acutisa?

    Carlo mówił: „Nie ja, ale Bóg, nie moja miłość własna, ale Chwała Boża”. Panie, bądź wola Twoja. Nigdy nie zapominajmy zwracać się o pomoc do Twojej świętej Matki, niech Ona zawsze będzie dla nas ucieczką! Przede wszystkim wy, we Francji, nie zapominajcie o Maryi. Macie Lourdes, Pontmain, La Salette, le Laus. Nie zapominajcie o jej wezwaniu do codziennego odmawiania różańca. To potężne narzędzie, któremu Trójca Święta dała nadzwyczajną moc. Korzystajmy więc z niego i kierujmy się radami Nieba.

    Nie zapominajmy o codziennej adoracji eucharystycznej i Mszy świętej, a jeśli to nie jest możliwe, to starajmy się w nich uczestniczyć jak najczęściej. Właśnie o to powinniśmy prosić Boga, o możliwość uczestniczenia w nich częściej, żeby uleczyć nasze dusze i być gotowymi na pójście bezpośrednio do Nieba. O to proszę dla was, czytelnicy Aletei! Carlo… módl się za nami, i za Francję, którą tak bardzo kochałeś!

    Aline Iaschin (wywiad oryginalnie ukazał się we francuskiej edycji Aletei)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Carla Acutisa bardzo szczerze o swoim synu.

    „Był moim wybawcą”

    CARLO ACUTIS

    Vatican News

    ***

    Carlo każdego dnia żył Bożą obecnością. Udało mu się przemienić codzienną zwykłość w rzeczy nadzwyczajne, ponieważ umiał żyć ciągle w komunii z Trójcą Świętą – mówi Antonia Salzano, matka bł. Carla Acutisa, 15-letniego geniusza internetu.

    Wrozmowie z Piotrem Dziubakiem Antonia Salzano podkreślała, że jej syn „pokazał młodzieży możliwość dobrego wykorzystania internetu”.

    Piotr Dziubak: Brakuje już niewiele do tego radosnego spotkania podczas beatyfikacji z osobami, które poznały Carla.

    Antonia Salzano: Można powiedzieć, że pomimo koronawirusa już docieramy do celu. Z powodu pandemii była już raz przeniesiona data beatyfikacji, która miała się odbyć wiosną tego roku. W końcu jesteśmy już blisko tej pamiętnej daty. Beatyfikacja odbędzie się bazylice św. Franciszka w Asyżu. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, trzeba będzie przygotować miejsca na różnych placach miasta. Bardzo wiele osób chce uczestniczyć w tym wydarzeniu. To są tysiące ludzi. Carlo jest bardzo znany także poza granicami Włoch. Bardzo wiele osób z Brazylii, ze Stanów Zjednoczonych, z Ameryki Południowej, z krajów Azji nie będzie mogło przyjechać. Także z Polski nie wszyscy będą mogli przyjechać. Biskup Asyżu zorganizuje różne wydarzenia w ciągu 17 dni, kiedy będzie wystawione ciało Carla. Młodzież będzie mogła go zobaczyć osobiście.

    W jaki sposób znaleźliście się w Asyżu? Carlo urodził się w Londynie.

    Tak, Carlo urodził się w Londynie. Proszę pamiętać, że mama mojego męża jest Polką. Pochodzi z Warszawy. W czasie II wojny światowej uciekli do Anglii i zamieszkali w Londynie. A dlaczego Asyż? To dość proste. Mieliśmy tam dom, który kupiliśmy w roku 2000. To pozwoliło kupić nam kwatery na miejskim cmentarzu w Asyżu. W bardzo ładnym miejscu, na zboczu, widać stamtąd cały kompleks franciszkański. W naszej rodzinie jest bardzo mocna pobożność do św. Franciszka. Carlo zresztą też był z nim związany. W konsekwencji zrobiliśmy taki wybór, pomimo posiadania grobów rodzinnych. Pytałam zresztą Carla: podobało by ci się to miejsce, tu, w Asyżu? Byłbym bardzo szczęśliwy! – odpowiedział. Oczywiście nikt z nas nie myślał, że to Carlo miałby jako pierwszy spocząć w tych grobach. Ale potem niestety wszystko potoczyło się tak, że to on jest pierwszy. Kiedy Carlo nagle zmarł, przypomniałam sobie o tym jego pragnieniu bycia pochowanym właśnie w Asyżu. Trochę patrzyłam na to, jak na jego testament. Asyż to miejsce, do którego co roku przybywa młodzież z całego świata. Muszę powiedzieć, że to był szczęśliwy wybór. Ludzie z całego świata będą mogli go tam czcić. Mediolan, nasze rodzinne miasto, jest bardzo rozpraszającym miejscem, jeśli chodzi o duchowość, to stolica włoskiego biznesu.

    Czy to prawda, że to właśnie Carlo, jako małe dziecko, zaprowadził panią do kościoła?

    Zawsze i wszystkim to mówię: Carlo był moim wybawcą. Wyszłam za mąż. Mój mąż pochodził z wierzącej rodziny. Jego polska rodzina w każdą niedzielę chodziła do kościoła. Ja natomiast pochodziłam z rodziny niepraktykującej. Moi rodzice zajmowali się wydawaniem książek. Nie byli wrogo nastawieni do Kościoła, ale niech pan wie, że pierwszy raz poszłam do kościoła, kiedy szłam do pierwszej Komunii. Potem byłam na mszy przy okazji bierzmowania, a następnie kiedy wychodziłam za mąż. Żyłam w ogromnej ignorancji, jeśli chodzi o wiarę. To było straszne. Wstydzę się tego, ale mówię o tym. I potem okazało się, że miałam tak pobożne dziecko…

    Pewnego dnia mały Carlo zatrzymał panią, chwycił za rękę i powiedział: „Mamo, chodź, wejdźmy do tego kościoła”?

    On zawsze chciał tam wchodzić, żeby dać całuska Jezusowi. Jak chodziliśmy na spacery do parków, to zbierał na łące małe kwiatuszki, żeby je zanieść do Matki Bożej. Ta pobożność była jego cechą charakterystyczną. Oczywiście, stawiał mi trudne pytania. Starałam się być konsekwentna w tym, co robiłam, zwłaszcza że go ochrzciłam. Chciałam zachowywać się odpowiedzialnie. Zwierzyłam się starszej ode mnie przyjaciółce, osobie zresztą bardzo wierzącej, która mi poradziła, żebym w czasie podróży związanych z pracą odwiedzała ojca Ilio, kapucyna, który w Bolonii uchodził za miejscowego Ojca Pio. Odwiedziłam tego zakonnika. Już za pierwszym razem powiedział mi, że mój syn ma specjalną misję do spełnienia dla Kościoła. Mówił mi, żebym zaczęła studiować teologię. Zaczęłam zatem tę moją drogę nawrócenia.

    Carlo zatem zajął się nawróceniem swojej mamy?

    Carlo patrzył zawsze w swoim życiu na rzeczy podstawowe. Nigdy nikogo nie krytykował. Był bardzo hojny, posłuszny. Jeśli mówiłam mu: Carlo, kupimy jedną parę butów więcej, zaraz się złościł. Mówił: musimy pamiętać o biednych! Para butów wystarczy. I tak zaraz noga mi urośnie, to je będziemy musieli zmienić. Nie marnujmy pieniędzy! Pamiętam, byliśmy raz nad morzem. Chciałam kupić krem przeciwsłoneczny. Dość drogi krem. Skrzyczał mnie: tyle pieniędzy wyrzucić na jakiś krem?! On świadczył o wszystkim swoim codziennym życiem. Nie chodził i nie gadał bez sensu, tylko działał. Świadczył o tym, w co wierzył. To był bardzo sympatyczny i pełen humoru chłopak. Miał wyostrzoną inteligencję. Pierwsze słowo powiedział, mając trzy miesiące, a jak skończył pięć miesięcy, to już mówił. W wieku 11 lat pomagał na katechezie.

    Szybko też zainteresował się komputerami i informatyką?

    W wieku sześciu lat dostał „małego chemika” z białym fartuchem z odznaką, jakie nosi się na kongresach naukowych. Chodził po całym mieszkaniu jak naukowiec. I do tego zakładał sobie okulary, żeby wyglądać bardziej naukowo. Bawił się kamerami, nagrywał wideo. Robił gazetki. Zawsze pociągały go tego typu zabawy. Nie był typem, który bawiłby się samochodzikami, żołnierzykami. Bardzo ciągnęło go do informatyki, tworzenia wideo, do montażu. To były jego ulubione zabawy. Przy komputerach okazało się, że miał wielką zdolność do programowania. I to jako samouk. Kupowaliśmy podręczniki na politechnice w Mediolanie. On je czytał, uczył się i rozumiał logarytmy. Umiał bardzo dobrze posługiwać się programami komputerowymi. Umiał robić grafikę 3D.

    Czy w jakiś sposób wspieraliście go w tym, pomagaliście mu?

    Do wszystkiego dochodził sam. Ściągał sobie podręczniki. Był samoukiem. Bardzo podobał mu się saksofon, to nauczył się na nim grać. Nie potrzebował osób, który by mu musiały wszystko wytłumaczyć. Chwytał szybko. Chyba dlatego też nazywają go geniuszem informatyki. A papież Franciszek w adhortacji „Christus vivit”, opublikowanej po Synodzie Biskupów nt. młodzieży, poświęcił mu jeden rozdział, cytując ulubione wyrażenie Carla: wszyscy rodzimy się jako jedyni w swoim rodzaju, ale większość z nas umiera jako kserokopia. Papież przedstawił Carla młodzieży całego świata jako przykład do naśladowania.

    Carlo robił nadzwyczajne rzeczy w internecie. Choćby na przykład wystawa o cudach eucharystycznych, którą opublikował w sieci. Ta wystawa cały czas krąży po całym świecie. Tylko w Stanach Zjednoczonych gościła w 10 tysiącach parafii. To zaczyna przynosić owoce. Pomaga wielu osobom. Wcześniej były daleko od wiary, od sakramentów, a zwłaszcza od Eucharystii. Ta wystawa pomogła im odnaleźć drogę do wiary. Carlo zebrał historię dotyczącą wszystkich cudów eucharystycznych na świecie. Zebrał też bardzo ładną dokumentację ikonograficzną. Poświęcił na to prawie cztery lata. Później mój znajomy ksiądz, który wykłada na jednym z uniwersytetów papieskich, zapytał mnie: możemy ją u nas pokazać? I w roku 2005, Roku Eucharystii, została tam pokazana. Odniosła wielki sukces. Z wielu miejsc świata zaczęto o nią prosić. Wiele osób się w to zaangażowało. W pewnym sensie podchwyciło misję Carla. To swego rodzaju kolejny cud. W Polsce też macie cuda eucharystyczne: w Legnicy, w Sokółce.

    Carlo pokazał młodzieży możliwość dobrego wykorzystania internetu. Niektórzy uważają go z Bożego influencera. Carlo powtarzał: „Nie ja, a Bóg! Nie miłość własna, ale Boża chwała!”. „Smutek to spojrzenie skierowane na siebie samego, radość to spojrzenie skierowane na Boga”. Dzisiejsze społeczeństwo jest trochę obłąkane. Śledzimy influencerów, żeby nam powiedzieli, jak się ubrać, co jeść, co robić. W tym naszym społeczeństwie trzeba się pokazać. Jest się zadowolonym, jeśli kciuk jest podniesiony ku górze, a smutnym, jeśli ku dołowi. Ciągle się patrzy, jaką oglądalność mają nasze strony internetowe. Carlo mówił, że „są kilometrowe kolejki na stadion albo na film do kina, albo na koncert, a przed tabernakulum jest pusto”. I jeszcze: „Nam jest dużo łatwiej niż ludziom, którzy żyli w czasach Jezusa. Nam jest dużo łatwiej Go spotkać. Czas i przestrzeń były dużo bardziej ograniczone. Nawet jeśli komuś udało podejść do miejsca, gdzie Jezus nauczał, to ze względu na tłum trudno było podejść blisko Niego. A nam wystarczy, że wejdziemy do najbliższego kościoła i mamy od razu niebiańską Jerozolimę!”. Carlo każdego dnia żył tą Bożą obecnością. Udało mu się przemienić tę codzienną zwykłość w rzeczy nadzwyczajne, ponieważ umiał żyć ciągle w komunii z Trójcą Świętą. I to uczyniło go nadzwyczajnym, przez to przyciągał do siebie wiele osób. Ludzie chyba odczuwali obecność Jezusa w nim.

    W jaki sposób pojawił się w waszym życiu św. Franciszek? Carlo bardzo konkretnie podchodził do kwestii pomocy, do bycia miłosiernym.

    Carlo był bardzo wrażliwy na warunki życia imigrantów. Mieszkając w centrum Mediolanu, widzieliśmy te sytuacje. Carlo czuł się wezwany do pomagania im. Zaprzyjaźniał się z nimi. Rozmawiał. Często część kolacji zanosił potrzebującym. Roznosił ciepłe napoje. Z własnych oszczędności kupował śpiwory dla bezdomnych. Często bezdomni nie chcą iść na nocleg do miejsc dla nich przygotowanych. Wolą zostać na ulicy. Problemem jest to, że potem nikt się nimi nie opiekuje. Mają problem, żeby zmienić ubranie, przebrać się. Ja te przyjaźnie Carla z imigrantami, z bezdomnymi, odkryłam w dzień jego pogrzebu. Było tak dużo osób, że nie wszyscy zmieścili się w kościele. Wśród obecnych zobaczyłam właśnie bardzo wielu imigrantów. Pytałam sama siebie: co to za ludzie? Skąd oni się tu wzięli? Nie tylko pomoc materialna jest ważna, ale i dobre słowo, rozmowa, zainteresowanie życiem tych osób. Jak Carlo ich pozdrawiał, to tak, jakby wysyłał strzały miłosierdzia do nich. Wiele osób było pod wrażeniem jego uśmiechu. Pewien chłopak ze Sri Lanki, który od niedawna zaczął pracować w parafii Carla, po jego śmierci napisał piękny wiersz. W taki sposób chciał go uczcić. Jak tylko go spotkałam, pytam: gdzie poznałeś Carla? Odpowiedział mi: nie miałem okazji, żeby z nim pogadać osobiście, ale sposób, w jaki on mnie zawsze pozdrawiał bardzo poruszył moje serce. To przykład na to, jak Carlo odciskał ślad w ludziach. Chociaż to trudno oddać słowami. Często zostawał po lekcjach w szkole, żeby pomagać młodszym odrabiać lekcje. To dość rzadko zdarza się u dorastających chłopaków, ale w nim ta cecha ojcowska była bardzo obecna.

    Kochał naturę. Carlo, ilekroć pojechaliśmy nad morze, wynosił z wody, z plaży wszystkie śmieci. Miał taki obywatelski zmysł bycia współodpowiedzialnym. Bardzo kochał zwierzęta. Przed śmiercią prosiłam go: daj mi znać, czy w niebie są zwierzęta. Pokaż mi się z psem z mojego dzieciństwa. I moja ciocia zobaczyła Carla we śnie, jak bawił się właśnie z moim psem z dzieciństwa. Dla mnie to znak, że zwierzęta nie kończą w nicości, jak powiedział Paweł VI. Teologia nigdy się tym tematem na poważnie jeszcze nie zajęła.

    A potem zdarzył się dzień, w którym dowiedzieliście się o tej nagłej chorobie Carla. Zmarł praktycznie w ciągu 72 godzin od rozpoznania…

    To była ostra forma białaczki szpikowej M3. To taka cicha choroba. Bo jeśli ktoś zrobi badania dzień wcześniej, nic nie zauważy. Carlo czuł się dobrze. Był naprawdę zdrowym chłopakiem. Zanim odkryliśmy chorobę, przebiegł jeszcze dwa kilometry. Lubił sport. Chodził do szkoły jezuitów. Połowa klasy była w domu ze względu na sezonową grypę. Carlo też był przeziębiony. Przyszedł lekarz do nas do domu. Wydawało się, że to jakieś banalne przeziębienie. Uderzyło mnie, że on mi wtedy powiedział: ofiaruję to cierpienie za papieża, za Kościół, żeby nie iść do czyśćca, tylko od razu do nieba. Ponieważ Carlo często robił sobie dowcipy, pomyślałam, że teraz nabija się ze mnie. Ten stan przeziębieniowy nie zmieniał się. Carlo nie mógł się też ruszać. W moczu pokazała się krew. Poprosiłam o pomoc jego pediatrę. Lekarz polecił zabrać Carla do kliniki, w której pracował. Oni specjalizowali się tam w schorzeniach krwi. Od razu odkryli to nieszczęście, że to białaczka M3. Lekarze mu to powiedzieli. Carlo uśmiechnął się, mówiąc: Pan obudził mnie! Wszystkie pielęgniarki opowiadały mi potem, że Carlo nie chciał nikomu przeszkadzać, był uśmiechnięty, nie skarżył się. Ze względu na wiek musiał być na pediatrii, choć był już dużym chłopakiem, mierzył już 182 cm. A pielęgniarki musiały go przenosić, poruszać, bo on sam już nie mógł tego robić. Jeden z lekarzy zapytał: Carlo, bardzo boli? W odpowiedzi usłyszał: tyle ludzi cierpi o wiele bardziej ode mnie. Umieram szczęśliwy. Stąd nie wyjdę już żywy. Nie straciłem nawet chwili z mojego życia na rzeczy, które nie podobają się Bogu. Carlo codziennie uczestniczył we mszy św. i adoracji. Chciał, żeby wszyscy odkryli znaczenie Eucharystii, żeby Jezus zajął pierwsze miejsce w życiu każdej osoby.

    Pani znalazła testament Carla w jego komputerze…

    Krótko po jego śmierci budzę się i słyszę jakiś głos, który mówi: testament! Tak sobie pomyślałam: może Carlo zostawił mi jakiś testament? Jego pokój był cały czas niezmieniony. Żadnych kartek nie widziałam. Gdzie szukać? Potem włączyłam komputer Carla i znalazłam tam wideo. Na filmie, który sam nagrał powiedział: „Jak będę ważył 70 kg, umrę”. Potem uśmiecha się serdecznie, patrzy ku niebu. To nagranie zrobił na dwa miesiące przed śmiercią. Kiedy zmarł, faktycznie ważył 70 kg. Zaczęłam odczuwać, że to jest jakiś tajemniczy Boży plan. U nas w Lombardii jest taka tradycja na Nowy Rok, że ciągnie się los, a w nim jest jakiś święty, który będzie towarzyszył przez cały rok. Carlo zawsze wyciągał a to Matkę Bożą, a to Jezusa, zawsze kogoś ważnego. Na rok, w którym zmarł, wyciągnął św. Aleksandra Sauli, który jest patronem młodzieży. Jego święto w kalendarzu przypada 11 października, jak się kilkanaście miesięcy później okazało, dzień śmierci Carla. Lekarze stwierdzili śmierć mózgu 11 października. Zgon prawnie został stwierdzony 12 października, wtedy stanęło jego serce. Jeśli organizm Carla nie byłby tak zniszczony przez białaczkę, lekarze pobraliby jego organy. Wyraziłam na to zgodę. Kiedy ten stary kierownik duchowy mi powiedział, że Carlo ma misję do zrealizowania, myślałam, że zostanie księdzem, może biskupem. Moja mama dodawała: zostanie papieżem! Okazało się, że Pan miał inne plany. Zabrał go szybko do nieba.

    Co mówią bliźniaki o ich starszym bracie, który zostanie błogosławionym?

    Bardzo się cieszą. Są przekonani, że to łaska od Carla. Codziennie chodzą na mszę. Carlo był jedynakiem. Bliźniaki urodziły się cztery lata po jego śmierci. Carlo był tak bardzo specjalnym dzieckiem, dawał tak dużo satysfakcji i radości. Byłam przekonana, że nie mogę mieć już dzieci. Faktycznie po śmierci Carla robiłam badania. Potrzebna była operacja.

    Carlo przepowiedział pani, że zostanie pani jeszcze mamą?

    Tak. Widziałam we śnie, jak mi to powiedział. Bardzo często ludzie mają widzenia, w których on jest. Dokonał też wielu cudów.

    Jaki cud posłużył do beatyfikacji?

    Cud, który Kościół wziął pod uwagę, to przypadek chłopca, który urodził się z rozwidloną trzustką. Powodowało to u niego ogromne problemy z trawieniem. Mógł tylko przyjmować płyny. Cały czas miał torsje, bóle. Jedynym ratunkiem byłaby wyłącznie operacja, ale obciążona ogromnym ryzykiem. I wtedy o. Marcelo Tenorio, proboszcz parafii św. Sebastiana w Campo Grande (Brazylia), rozpoczął publiczną nowennę, prosząc o wstawiennictwo Carla. Przesłałam mu golf Carla poplamiony jego krwią. Pobłogosławił to dziecko, które od razu poczuło się lepiej. Trzeciego dnia nowenny mały pacjent był już w domu i jadł. Trzustka nie miała żadnych śladów choroby! Wyglądała tak, jakby nic nigdy się nie działo. Dziecko do dzisiaj jest zdrowe.

    rozmawiał Piotr Dziubak KAI Rzym/Asyż/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kilkanaście dni przed śmiercią Carlo Acutis poprosił Maryję o specjalną łaskę

    Carlo Acutis poprosił Matkę Bożą Różańcową o specjalną łaskę

    domena publiczna; www.carloacutis.com

    ***

     Swoją prośbę skierował do Matki Bożej Różańcowej z Pompejów. Dotyczyła ona czyśćca i nieba. Matka błogosławionego opowiada, że już po śmierci syna usłyszała wewnętrzny głos dotyczący tej właśnie prośby.

    Błogosławiony Carlo Acutis (1991-2006) poprosił Matkę Bożą Różańcową z Pompejów, by zabrała jego i jego rodziców bezpośrednio do raju, bez „przechodzenia” przez czyściec. Pewne znaki zdają się wskazywać, że prośba, którą Carlo skierował do Matki Bożej dwa tygodnie przed śmiercią, została spełniona.

    W książce „Il segreto di mio figlio” („Tajemnica mojego syna”) pisze o tym matka Carla, Antonia Salzano Acutis.

    Szczególna prośba do Matki Bożej

    W niedzielę 1 października 2006 r. Carlo wraz rodzicami uczestniczył w Eucharystii. Po Mszy udali się na obiad do trattorii w miejscowości Venegono w okolicy Mediolanu.

    Na zakończenie Mszy cała trójka odmówiła suplikację do Matki Bożej Pompejańskiej. Ta modlitwa była szczególnie bliska sercu Carla. Od dziecka odczuwał głęboką więź z Maryją. Często o niej mówił, modlił się do niej i zachęcał rodziców, żeby robili to samo.

    Tym razem w suplikacji Carlo i jego rodzice poprosili Matkę Bożą o szczególną łaskę. „Poprosiliśmy Maryję Pannę – wspomina Antonia Salzano Acutis – o to, by pomogła nam zostać świętymi, żebyśmy mogli ominąć czyściec i żeby od razu po śmierci zabrała nas do raju. Te prośby sformułował sam Carlo”.

    CARLO ACUTIS

    carloacutis.com

    ***

    Wewnętrzny głos matki błogosławionego

    Następnego dnia stan zdrowia Carla zaczął się nieodwracalnie pogarszać. Chłopak zmarł 12 października. Niedługo potem jego rodzice udali się na pielgrzymkę do sanktuarium św. Michała Archanioła na półwyspie Gargano.

    Zaczęłam myśleć o Carlu, zastanawiać się, czy jest już w niebie z Jezusem i nagle usłyszałam wewnętrzny głos: „Carlo jest w raju i niech to ci wystarczy”. Ta odpowiedź była dla mnie wielką pociechą. Później potwierdziło mi to również kilku księży mieszkających za granicą, oddanych Carlo. Przyśnił im się i potwierdził, że po śmierci poszedł prosto do nieba, nie przechodząc przez czyściec.

    Virgin of Pompei

    Public Domain

    ***

    To nie jedyna łaska, jaką młody błogosławiony otrzymał dzięki modlitwie do Matki Bożej Różańcowej. Modlił się do niej często i ofiarowywał msze święte za tych, którzy byli w potrzebie. Szczególnie martwił się o tych, którzy byli daleko od Boga. Od razu zaczynał się za nich modlić, prosząc Matkę Bożą o wstawiennictwo.

    Z Pompejów do San Giovanni Rotondo

    Carlo Acutis i jego rodzice siedmiokrotnie oddali się pod opiekę Matce Bożej Różańcowej i zostali pobłogosławieni przez księdza. Jedną z najważniejszych pielgrzymek przeżyli w 2001 r., kiedy to po odwiedzeniu Pompejów udali się do San Giovanni Rotondo, gdzie pochowany jest o. Pio, który również był dla Carla bardzo ważny.  

    Gelsomino del Guercio/Aleteia.p

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwy za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa z prośbą o szczególną łaskę

    CARLO ACUTIS

    Carloacutis.com

    ***

    Oto oficjalna modlitwa za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa z prośbą o szczególną łaskę.

    Zachęcamy do modlitwy za wstawiennictwem młodego Włocha, Carla Acutisa, beatyfikowanego 10 października 2020 r. Redakcja Aletei proponuje dwie modlitwy (oficjalnie zatwierdzone) do prywatnego odmawiania, z prośbą o otrzymanie szczególnej łaski. Oto oficjalna modlitwa z prośbą o łaskę, za wstawiennictwem Carla Acutisa:

    1. Modlitwa za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa

    Ojcze,
    Ty, który dałeś nam żarliwe świadectwo młodego błogosławionego, Carla Acutisa, który z Eucharystii uczynił centrum swojego życia i siłę swojego codziennego zaangażowania, żeby inni pokochali Ciebie ponad wszystko, proszę za jego wstawiennictwem – umocnij moją wiarę, ożywiaj moją nadzieję, odnawiaj moje miłosierdzie, na obraz młodego Carla, który, wzrastając w tych cnotach, żyje teraz w Twojej bliskości.

    Zechciej dać mi łaskę, której tak bardzo potrzebuję… Ufam Tobie, Ojcze, i Twojemu umiłowanemu Synowi Jezusowi, Dziewicy Maryi, naszej najlepszej Matce, ufam w orędownictwo Twojego sługi Carla Acutisa.
    Amen

    Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu…

     2. Modlitwa za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa

    Boże, Ojcze, dziękuję, że dałeś nam Carla,
    wzór życia dla młodych i posłańca miłości dla wszystkich.
    Sprawiłeś, że umiłował on Twojego Syna Jezusa,
    A z Eucharystii uczynił swoją „drogę do nieba”.
    Dałeś mu Maryję za umiłowaną Matkę,
    I z Twojej woli on poprzez modlitwę różańcową stał się piewcą jej czułości.
    Przyjmij jego modlitwę za nas.
    Spoglądaj przede wszystkim na biednych, których on miłował i ratował.
    Ja także, za jego orędownictwem, proszę o łaskę …
    Dziękuję, że wprowadziłeś Carla między błogosławionych Twojego Kościoła świętego,
    aby jego uśmiech ponownie zajaśniał dla nas w chwale Twojego Imienia.
    Amen

    Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu…

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 28 PAŹDZIERNIKA

    DZIEŃ W KTÓRYM NAWIEDZAMY GROBY NASZYCH RODAKÓW:

    Lambhill – St.Kentigern’s RC, The Linn, Cardonald i zakończenie modlitwą różańcową na cmentarzu St. Peter’s RC – Dalbeth (1900 London Road G32 8TX) o godz. 14.30

    Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi

    ***

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. z XXX NIEDZIELI ZWYKŁEJ W INTENCJI CZŁONKÓW ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    PO MSZY ŚW. – PRZEKAZANIE NOWEJ INTENCJI NA MIESIĄC LISTOPAD I PODANIE KOLEJNYCH TAJEMNIC RÓŻAŃCOWYCH

    ***

    KONCERT POEZJI ŚWIĘTYCH

    Pragniemy zaprosić Państwa na nasz kolejny Koncert Poezji Świętych, organizowany w kościele pw. św. Piotra w Glasgow, w sobotę 28 października 2023 po wieczornej Mszy Świętej o 18.00 (46 Hyndland Str, Glasgow G11 5PS)

    W programie koncertu zaprezentujemy wybrane fragmenty poezji św. Jana Pawła II, św. Franciszka z Asyżu i św. Jana od Krzyża, przy akompaniamencie instrumentów gitary klasycznej (Jarek), akordeonu (Krzysztof) i piano (Andrzej). 

    Jest to drugi już koncert organizowany dla naszej lokalnej wspólnoty parafialnej i polonijnej w Glasgow, mający na celu propagowanie kultury języka polskiego i wartości chrześcijańskich. 

    Wierzymy, że Państwo będziecie zainteresowani tym wydarzeniem, na które gorąco zapraszamy. 

    Jarek Haraburda i przyjaciele 

    ___________________________________________________________________________________________

    W NOCY ZMIANA CZASU LETNIEGO NA ZIMOWY

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W NIEDZIELĘ 29 LISTOPADA, TAK JAK W ROKU MINIONYM, ZAPRASZAMY RODZICÓW Z DZIEĆMI NA BAL WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH w WISHAW:

    GODZ. 12.30 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZEJŚCIE NA BAL DO HOLU PARAFIALNEGO

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych:

    Ks. bp Krzysztof Włodarczyk

    „Święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych” – podkreślał w bydgoskim sanktuarium Świętej Rity bp Krzysztof Włodarczyk. W fordońskiej świątyni zorganizowano „Dzień – Noc Świętych”. Uczestniczyły w niej dzieci, które przebrały się za swoich ulubionych świętych.

    Tym razem w sposób szczególny – poprzez relikwie – towarzyszyli obecnym: św. Łazarz, bł. męczenniczki M. Paschalis i IX towarzyszek ze Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety zamordowane przez żołnierzy radzieckich w 1945 r. Była również obecna w swoim wizerunku i symbolicznym różańcu bł. Paulina Jaricot.

    – Bez wątpienia to okazja, by poprzez gest, słowo, muzykę i charakteryzację móc utożsamić się z historią świętych – mówił w czasie homilii biskup.

    Było to odniesienie do wiernych, zwłaszcza dzieci, które poprzez stroje wcieliły się w rolę wielkich postaci.

    – Dzięki różnorodności bohaterów mamy okazję do tego, by każdy z nas znalazł coś dla siebie z bogactwa ich życia – powiedział, dodając, że poprzez takie spotkania krzewi się przede wszystkim wzorce dla współczesnego człowieka, który wśród wielu opcji, lub ich braku, może odnaleźć przykład życia, bliski swojemu sercu, możliwy do zrealizowania w codzienności.

    Święci – jak zauważył bp – są ludźmi jak każdy z nas, podlegając podobnym słabościom. Następnie przywołał przykłady kilku bohaterów. Jednym z nich był św. Alfons Liguori, z którym żaden ze współbraci nie mógł wytrzymać dłużej niż dwa lata. – Także św. Hieronim, doktor Kościoła, był tak gwałtownego usposobienia, że gdy dojrzał gdzieś jakąś herezję, to nie przebierał w słowach. Obraził swojego przyjaciela Rufina, nazywając go „świniokwikiem”, kiedy zaczął on bronić błędów Orygenesa. Później żałował i pokutował. Nosił ze sobą kamień, bijąc się nim w piersi za niewłaściwe słowo.

    Biskup Włodarczyk podkreślił, że „świętymi jest napełniony cały świat”. Dodał, że „Polskie Niebo” liczy 275 osób: 218 mężczyzn i 57 kobiet.

    – Każda matka, ojciec, dziecko, babcia, kapłan, biskup, brat i siostra zakonna, kleryk, z sercem, pełnym oddaniem i zaufaniem Panu Bogu, wypełniającym swoje zadania – jest święty – powiedział, dodając, że środki prowadzące do świętości są powszechnie znane i dostępne dla każdego. To m.in.: modlitwa, sakramenty święte, życie wspólnotowe, słowo Boże, wypełnianie powołania.

    Łatwo – jak dodał – odpowiedzieć na pytanie – co to jest świętość? Natomiast o wiele trudniej – w jaki sposób zostać świętym? – To bowiem jest odpowiedzią indywidualną, osobistą każdego z nas. Kościół podaje wzory wielu, którzy inspirują żarem miłości Boga. Każdy jest osobą niepowtarzalną, jedyną. Dlatego drogę naszej świętości wskazują natchnienia Ducha Świętego, skierowane na adres naszego serca – zakończył.

    Bydgoska parafia św. Łukasza i Ewangelisty i św. Rity jest w posiadaniu 364 relikwii. Znajdują się one w erygowanej przez bp. Krzysztofa Włodarczyka – 18 października 2022 roku – Kaplicy Matki Bożej Królowej Wszystkich Świętych przy sanktuarium Świętej Rity. To do niej uczestnicy „Dnia – Nocy Świętych” przeszli w procesji eucharystycznej, adorując Najświętszy Sakrament, oddając przy Nim cześć świętym i błogosławionym. W modlitwie uczestniczyli przedstawiciele Bractwa Świętej Rity, Rycerzy Kolumba oraz Rycerskiego i Szpitalnego Zakonu św. Łazarza z Jerozolimy.

    Były również elżbietanki, które wniosły relikwie – kielich. W pierwszych tygodniach 1945 roku służył on do sprawowania Mszy św. w kaplicy Najświętszego Serca Jezusa w Domu św. Elżbiety przy ul. Słowiańskiej 16 w Bydgoszczy, w którym mieszkały siostry starsze i chore. 24 marca 1945 roku klasztor zajęło wojsko radzieckie. To wtedy „kielich” został sprofanowany przez czerwonoarmistów. Oprawcy najpierw korzystali z niego przy posiłkach, a potem bawili się, do niego strzelając. – Każdy z nas może zostać świętym i nie potrzeba do tego nie wiadomo, jak wielkich czynów – dodał Dawid Cesarz.

    Był on przebrany za patrona diecezji bydgoskiej bł. Michała Kozala, który zginął w obozie w Dachau. – Mimo ciężkiego dla naszego narodu czasu, jakim była druga wojna światowa, nie poddał się, idąc drogą powołania – dodał.

    – Jestem św. Anną, którą bardzo kocham i szanuję. Jest to moja patronka – powiedziała Anna Schmidt, która przyszła z dziećmi. Wśród nich był mały Darek jako Franciszek z Fatimy. – Święci są w naszym życiu pewnym drogowskazem. Mogą być nam bardzo bliscy. Idąc z synem do kościoła, rozmawialiśmy o życiu Franciszka, że pasł owieczki, mówił różaniec, kochał Maryję – dodała Anna Schmidt. – Przyszedłem do Pana Jezusa, by się pomodlić – dodał Darek.

    – Kult świętych w naszej parafii rozpoczął się w 2002 roku, kiedy z Krakowa zostały przywiezione relikwie św. Siostry Faustyny i św. Brata Alberta Chmielowskiego. Mając tak wielki „panteon Łukaszowy” widzimy, jak święci pociągają świętych i każdego z nas – podsumował proboszcz i kustosz ks. kan. Mirosław Pstrągowski.

    Kai.pl/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Robert Skrzypczak o Halloween: Demon nie żartuje!
    fot. screenshot – YouTube/AKW – Akademia Katolicka w Warszawie

    ***

    Ks. Robert Skrzypczak o Halloween:

    Demon nie żartuje

    Zbliża się Halloween – komercyjne święto z Zachodu, którego korzenie sięgają celtyckich wierzeń. Jakie stanowisko wobec tego święta powinni zająć katolicy? Przypominamy wywiad z ks. prof. Robertem Skrzypczakiem, który przekonuje, że wierzący „powinni traktować Halloween tak, jak pierwsi chrześcijanie traktowali kulty obcych bogów i ofiary im składane. To znaczy z poczuciem wewnętrznej wolności od tego – my tego nie potrzebujemy”.

    Fronda.pl: Niebawem będziemy świętować uroczystość Wszystkich Świętych, a także wspominać naszych bliskich, którzy odeszli już z tego świata. Jednocześnie świat komercyjny zachwycać się będzie przebraniami diabłów i świętować halloween. Skąd taka banalizacja śmierci w dzisiejszym świecie? Czy powodem może być coraz większa sekularyzacja?

    Ks. prof. Robert Skrzypczak: Oczywiście, że tak. To jest przejaw przebijania się na nowo do masowej wyobraźni kultury pogańskiej. Święto Halloween swoimi korzeniami sięga do religijnych tradycji celtyckich. Te misteria związane z celebrowaniem śmierci tak samo, jak analogicznie w wydaniu polskim dziady, miały na względzie odebranie śmierci jej straszącego, piorunującego, przygniatającego wymiaru. Śmierć dla człowieka jest zagadką, zapowiedzią kresu, końca, ostatniego etapu życia. Dlatego też ludzie zawsze poprzez misteria i celebracje religijne, odwoływanie się do kultów okultystycznych czy fatumistycznych , próbowali odebrać śmierci jej straszność, oswoić ją i do niej przywyknąć. W dzisiejszym rozumieniu halloween jest ta sama intencja – pozbawienie śmierci jej realistycznego, dramatycznego przesłania, poprzez wyszydzanie jej. Poprzez sprowadzenie jej do roli zabawy, czegoś miłego i sympatycznego. Stąd dyskoteki przy trumnach, przebieranie się za wampiry, zombie, czy też opowieści z dreszczykiem. Także horrory i dreszczowce, przeżywane wygodnie, na fotelu z pilotem w ręku. To jest jakby przejaw ludzkości, która sięgnęła kresu rozpaczy. Kresu, który bierze się stąd, że ludzie zagubili zmartwychwstanie i chrześcijańskie przesłanie o tym, że śmierć została pokonana. Chrystus zmartwychwstał, istnieje życie wieczne. Istnieje nie tylko coś poza śmiercią, ale także świadomość, że nasze życie będzie kontynuowane, przeobrażone, a my będziemy żyć na wieki dzięki Chrystusowi. Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał – mówi św. Paweł – to jesteśmy pajacami, którzy budują sobie fałszywe wyobrażenia nadziei i opierają się na bzdurach. Jeśli natomiast naprawdę przyjmujemy, że on zmartwychwstał prawdziwie, to istnieje życie, którego śmierć  nie jest w stanie zniszczyć. Dlatego my, chrześcijanie, potrzebujemy dziś na nowo to sobie uświadomić. Ludzkość dotarła do pewnego kresu, jakim jest rozpacz. Próbuje teraz zrobić z tą rozpaczą pewien rodzaj operacji, polegający na banalizowaniu jej, przykryciu lukrem, założeniu jej maski klauna. To jednak nic nie daje, bo rozpacz rozpaczą pozostaje, a za nią kryje się przeczucie pustki, przepaści, świadomości kresu życia. Jedna z kanadyjskich badaczek stwierdziła, że żyjemy w epoce postmoralnej.

    To znaczy?

    Oznacza to, że człowiek wyczerpał już wszelkie teorie dotyczące własnej śmierci. Z jednej strony próbuje oswoić ją poprzez kulty, z drugiej chce stawiać się w roli tego, który decyduje o tym, kiedy i który człowiek ma się urodzić, który i kiedy powinien skończyć swoje życie, a nawet w jaki sposób powinien tego dokonać. To znaczy, że ludzkość intuicyjnie czuje, że śmierć ogarnie wszystko. A śmierć w naszej kulturze panoszy się naprawdę wszędzie. Trudno wyobrazić sobie film czy sztukę lub grę komputerową, w której trup nie ścieliłby się gęsto. To także jest pewna forma oswajania się ze śmiercią, pozór panowania nad nią. Śmierć stała się elementem rozrywki, zabawy. To doprowadza ostatecznie do depresji i rozpaczy. Ludzkość pochłonięta jest obsesją na temat śmierci. Sztuka – muzyka, poezja, literatura – jest pełna śmierci. My, chrześcijanie, potrzebujemy uświadomić sobie dziś, że my mamy odpowiedź na to. W nasze ręce złożony został „antybiotyk” , lekarstwo na śmierć. Mamy dostęp do kogoś, kto ze śmiercią wygrał. Wierzymy w to, że Bóg zniszczył grobowiec swojego Syna i wydobył go stamtąd, więc Chrystus żyje. W momencie zmartwychwstania Jezus zainicjował nową drogę, która jest drogą pokonania tego muru, jakim jest śmierć. Kto wierzy w Chrystusa zmartwychwstałego, temu śmierć nie uczyni szkody. To daje ogromną odwagę życia, możliwość akceptowania go takim, jakie ono jest. Wówczas śmierć staje się nie barierą, murem, który należy pomalować na kolorowo lub zeszpecić tapetami, albo udawać, że go w ogóle nie ma, a życia elementem, jego pewnym wymiarem. Miłość jest potężniejsza od śmierci. W halloween jest zabawa, rozrywka, szukanie środków przeciwbólowych. W zmartwychwstaniu, którego wyrazem jest chrześcijańskie święto Wszystkich Świętych, jest miłość, a miłość zwycięża.

    Co roku Kościół przypomina katolikom, że świętowanie halloween jest obce naszej kulturze, ponadto może być szkodliwe, gdyż zagrożenia duchowe są duże – to już w końcu nie tylko niewinna zabawa, lecz często świadome otwieranie się na wpływ złego. Czy katolik powinien halloween omijać szerokim łukiem?

    Katolicy powinni traktować Halloween tak, jak pierwsi chrześcijanie traktowali kulty obcych bogów i ofiary im składane. To znaczy z poczuciem wewnętrznej wolności od tego – my tego nie potrzebujemy. Trzeba innym ludziom mówić, że to jest złudne, że to nie jest wyjście i to nie rozwiązuje problemów dotyczących życia i śmierci. Dobra jest taka rozrywka, która także człowieka ubogaca. Rozrywka, która stanowi jedynie plaster na poczucie paniki, czy chwilowe uśmierzenie lęku przed egzystencją, nie ma sensu i jest oszustwem. Poza tym halloween może stać się także medium. Wiemy przecież, że żyjemy w rzeczywistości o wiele bogatszej niż to, co mogą postrzegać nasze zmysły. Święty Paweł mówi w liście do Kolosan, że świat niewidzialny jest znacznie większy, niż ten widzialny. Ów świat niewidzialny zamieszkują oczywiście rzeczywistości przyjazne człowiekowi, ale i takie, które wobec niego mogą być wrogie. Rzeczywistość sił metafizycznych, którymi karmi się magia, okultyzm, idolatria, to wszystko ma właściwość medialną, to znaczy, że człowiek może zostać w ten sposób zainfekowany. Nawet w sytuacji, gdyby z podejściem laicystycznym twierdził ktoś, że w to wszystko nie wierzy, że wszystko to tylko zabawa, żart, to trzeba mieć tę świadomość, że o ile my z rzeczywistości duchowej możemy sobie dworować, to już demon nie ma skłonności do żartów. On chce człowieka uwieść i pokonać, przede wszystkim pozbawiając go nadziei i wpędzając w egzystencjalne piekło. Powinniśmy sami od tego stronić, ale także nie męczyć się w przestrzeganiu przed tym innych ludzi.

    Dla wielu młodych ludzi halloween jest atrakcyjne ze względu na obecną w nim aurę tajemniczości, czy horroru, co jest nam znane z popkultury. Co Kościół może zrobić, aby te osoby przyciągnąć do Boga i pokazać im, że obchodzone w tym okresie święto w Kościele Katolickim to bogactwo duchowych przeżyć, w przeciwieństwie do hucznego, banalnego halloween, święta, które w zasadzie jest po prostu kolejnym powodem, by poimprezować?

    Oczywiście, żyjemy dziś w takiej płaskiej popkulturze, banalnej. Niejednokrotnie, zwłaszcza mieszkając jeszcze we Wloszech, zauważałem, że halloween jak wiele innych podobnych świąt, zmierza do jednego: do tego, by się napić, najeść i pobyć razem. My, jako chrześcijanie, nie powinniśmy przede wszystkim polemizować, zwalczać, potępiać. To nie ma wielkiej skuteczności. W naturze ludzkiej jest przekora – robienie czegoś dokładnie odwrotnie niż to, przed czy się go ostrzega. Potrzebujemy pokazywać ludziom, że najbardziej relaksująca i gwarantująca odpoczynek jest miłość. A miłości nie znajdziemy w halloween, dreszczowcach czy horrorach. Jest tam próba bawienia się strachem, oswajanie potworności, fatum, tego co nieznane, nieuchwytne. Natomiast my, chrześcijanie, jesteśmy apostołami miłości, bo to miłość została nam objawiona. Jesteśmy po to, żeby mówić ludziom, że miłość jest osobą, Bogiem i że ta miłość wygrała.

    Dziękujemy za rozmowę.

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Człowieku, kiedyś umrzesz.

    Wolisz być świętym czy upiorem?

    Człowieku, kiedyś umrzesz. Wolisz być świętym czy upiorem?

    fot. Nik / Unsplas

    ***

    Powróciły coroczne problemy, przepychanki i dyskusje. Czy katolikowi wolno obchodzić halloween? Czy to prawda z tymi opętaniami, zniewoleniami i czy słuszne jest straszenie piekłem? Przyznaję, mam dość niestandardowe podejście do tego tematu i jestem trochę jak walec, bo w tych pytaniach w samych sobie widzę bardzo wiele sprzeczności…

    Rodzice bojący się zniewolenia albo piekła, którzy mimo to przebierają dzieci za diabełki i upiory. Pedagodzy, którzy krzyczą, że słowa św. Dominika Savio „wolałbym umrzeć, niż zgrzeszyć” są zachętą do samobójstw, a jednocześnie nie pokazują samego św. Dominika i nie tłumaczą sensu jego słów, ale zabawa w śmierć nie jest już dla nich problemem. Ludzie, którzy nie zabiorą dziecka na pogrzeb, okłamują je, że babcia zasnęła albo wyjechała, a jednocześnie nie czują zgrzytu z pokazywania karykatury śmierci w formie niby-zabawy.

    Tak, jestem wielką przeciwniczką halloween. Nie dlatego, że odczuwam ogromny i paniczny strach przed piekłem. Mam silnego Boga, On zwyciężył śmierć. Nie muszę się bać… Jednak to, co jest dla mnie sprzecznością, to jakby rozdwojenie jaźni tych, którzy nie potrafią pokazać dziecku czym jest świętość, śmierć, życie, a jednocześnie nie mają problemu z upiorami, trupimy czaszkami i brzydotą zalewającą nas od kilku dni na sklepowych witrynach.

    Gdy pojawiły się pierwsze głosy sprzeciwu wobec podręcznika do religii dla trzecioklasistów, zapytałam mojego 9 letniego syna jak on rozumie słowa Dominika Savio. Wiedziałam, że moje dziecko czytało jego biografię, że jest zafascynowane postacią jego opiekuna, ks. Jana Bosko. „Wolałbym umrzeć, niż zgrzeszyć” to dla niego zachęta do nieustannej pracy nad swoimi wadami, nie zaproszenie do samobójstwa. To słowa, które mówią mu, że jak coś w życiu nie wyjdzie, powinien pójść do spowiedzi. To potwierdzenie faktu, że wszyscy kiedyś umrzemy. Zatrzymałam się wtedy nad tym co mi mówił, pytając siebie skąd w nim taka prostota i głębokie zrozumienie.

    Rozmawiamy w domu o śmierci, jako o naturalnym etapie. Gdy moja mama znalazła się pod opieką hospicjum, poprosiłam przyjaciół by porozmawiali z moimi synami o tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy umiera, gdy go już z nami nie ma. Sama, tracąc ukochaną osobę, nie miałam siły na taką rozmowę, oddałam ją więc w ręce zaufanych ludzi. Dla nas śmierć nie była tematem tabu, wręcz przeciwnie. Gdy zaczęłam płakać podczas pogrzebu, mój wówczas 6 letni syn powiedział „mamusia, nie płacz, babcia już jest w niebie i tam na nas poczeka”. To była kwintesencja nie tylko jego wiary w życie pozagrobowe, ale tego, że usłyszał wcześniej o śmierci i wszystkim tym, co jest z nią związane.

    Jako małe dziecko bardzo bałam się upiorów i zjaw. Nikt mi nigdy nie wytłumaczył czym jest śmierć i dlaczego moja babcia umarła… Była, nie ma. Zasnęła. Dziś widzę ile to we mnie wywołało bólu, niezrozumienia i panicznego lęku przed zaśnięciem rodziców. Byli też tacy, którzy straszyli piekłem, mniej było tych, którzy opowiadali jak piękna może być relacja z Bogiem i życie w niebie. Zupełne pomieszanie pojęć, sensów…

    Znam ludzi, którzy śmieją się z przykościelnych bali wszystkich świętych, ale trudno – niech się śmieją, żyjąc dalej w swoim błędzie. Mamy alternatywę dla zabawy w śmierć. Mamy okazję celebrować świętość. Kościół daje nam Uroczystość Wszystkich Świętych. Pokazuje na czym warto skupić wzrok. Daje nam jasną wskazówkę, że bawić warto się w coś innego.

    Czy od niewinnych zabaw w halloween może wydarzyć się coś złego, po co tyle szumu? Zapytam przekornie – po co zabawa w śmierć, skoro można bawić się w życie? Że to niemodne i pod prąd? Trudno. Po co karmić się brzydotą, skoro możemy przebrać się za radosnego świętego? Czy robienie psikusów sąsiadom to tylko zabawa czy już brak kultury? Wszak nie każdy chce bawić się z domokrążcami. Czy poza śmianiem się śmierci, potrafimy też o niej rozmawiać, gdy ktoś obok nas umiera? Chciało by się powiedzieć – człowieku, kiedyś i tak umrzesz, to pewne. Czy wolisz być świętym czy upiorem? Ja wybieram świętość…

    Magdalena Urbańska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Halloween to oswajanie ze złem.

    Ks. Bortkiewicz: antychrześcijańska iluzja wypiera rzeczywistość

    (GS/PCh24.pl )

    ***

    Halloween to oswajanie ze złem. Oswajanie ze złem, które zostaje zbanalizowane i potraktowane jako zabawa. Powiem krótko i zwięźle: przez tę „zabawę” dziecko absolutnie nie zdoła zmierzyć się ze śmiercią czy nieśmiertelnością, ale może wchłonąć w siebie zło poprzez jego banalizację – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr.

    Księże profesorze, zacznę od prowokacji: Halloween to bardziej oswajanie człowieka ze śmiercią, czy z nieśmiertelnością?

    Trudno jest kogokolwiek oswajać z nieśmiertelnością w sytuacji, kiedy odrzuca się prawdy wiary. Jedynym przesłaniem, które głosi Prawdę w sposób realny, poważny, na miarę godności ludzkiego życia na temat zmartwychwstania i nieśmiertelności jest chrześcijaństwo. Jeśli kwestionuje się chrześcijaństwo, to pozostaje jakaś iluzja, ironia czy cynizm.

    Halloween jest w gruncie rzeczy próbą cynicznego podejścia do życia i nie oswaja człowieka ani ze śmiercią, ani z nieśmiertelnością, tylko próbuje zabić w człowieku pytania o sens życia.

    Ale przecież wiele spośród dzieci, a nawet dorosłych na Zachodzie, którzy biorą czynny udział w Halloween wierzy, że duchy są nieśmiertelne, a oni przecież kiedyś będą duchami…

    Wiara w duchy, czy samo pojęcie ducha jest bardzo bogate w tradycji filozoficznej i religijnej, ale też bardzo niejednoznaczne. To z czym mamy do czynienia jest światem najoględniej mówiąc jakiejś baśni, fikcji czy halucynacji. To nie ma nic wspólnego z pojęciem ducha w rozumieniu ani ściśle rzecz biorąc filozoficznym, ani religijnym, a już na pewno nie chrześcijańskim. Dlatego tutaj to oswajanie z duchem, jako pewnym wyznacznikiem przyszłego życia jest, raz jeszcze to podkreślam, zupełnym mirażem.

    Wiara katolicka odrzuca coś takiego jak wiara w duchy w taki sposób, jak sprzedaje nam to popkultura. Niestety wiele osób, w tym katolików zdaje się wierzyć w duchy, w poltergeisty i inne tego typu istoty…

    W mojej ocenie może to świadczyć o co najmniej kilku kwestiach. Po pierwsze, że w człowieku istnieje głód nieśmiertelności, że istnieje tęsknota za nieśmiertelnością i nawet procesy ateizacji i sekularyzacji tego głodu nie niwelują. On pozostaje.

    Pytanie jednak brzmi: czy ten głód zostaje zaspokojony w sposób sensowny, realny, czy też zostaje on zaspokojony jakimś substytutem, jakąś namiastką. Mamy więc do czynienia z jednej strony realnym głodem, a z drugiej  – z zupełnie fikcyjną, iluzoryczną namiastką jego zaspokojenia, jakim jest Halloween, wywoływanie duchów i cały przemysł marketingowo-kulturowy z tym związany.

    Problemem jest to, że ludzie mają na wyciągnięcie ręki ofertę realnego zaspokojenia głodu nieśmiertelności w postaci chrześcijaństwa; mają realne słowa Kogoś, kto jako jedyny w historii powiedział: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy nie umrze na wieki, ale żyć będzie”, a potem dowiódł ich prawdziwości swoim zmartwychwstaniem. Mając, mówiąc kolokwialnie, pewnik  – wielu woli go odrzucić i przyjąć coś, co jest absurdem i to bardzo ironicznym i cynicznym, bo urągającym godności człowieka.

    Podczas Halloween dominują, a przynajmniej popkultura tak to przedstawia, przebrania makabreski: zombie, duchy, diabły i inne potworne stworzenia oraz… potworni ludzie, jak seryjni mordercy. Wydaje mi się, że normalnego człowieka powinno coś takiego zaniepokoić. Niestety zamiast niepokoju słychać głupkowaty śmiech i powtarzanie, że to przecież zabawa…

    Rozpoczęliśmy rozmowę od zastanowienia się czy Halloween to oswajanie człowieka ze śmiercią, czy z nieśmiertelnością. Moim zdaniem Halloween to oswajanie ze złem. Oswajanie ze złem, które zostaje zbanalizowane i potraktowane jako zabawa. Powiem krótko i zwięźle: przez tę „zabawę” dziecko absolutnie nie zdoła zmierzyć się ze śmiercią czy nieśmiertelnością, ale może wchłonąć w siebie zło poprzez jego banalizację. Bo tak jak Pan mówi: dzieci przebierają się za seryjnych morderców i nikt nie ma z tym problemu… To jest jednak wejście na prostą ścieżkę banalizacji zła i nie można się dziwić, że z tego utożsamiania się ze złem mogą zrodzić się w konsekwencji dalsze kroki kończące się aktami realnej agresji.

    W Polsce cały czas Halloween raczkuje, ale również dochodzi do „dziwnych” sytuacji. W roku 2019 w kościele pod wezwaniem NMP Matki Kościoła w Bełchatowie tuż po wieczornej Mszy Świętej ksiądz wezwał policję. Zauważył bowiem, że podczas Komunii kilkunastoletni chłopak wypluł Najświętszy Sakrament i schował Go do kieszeni, a potem chciał uciec. Ciało Chrystusa miało zostać splugawione podczas tzw. czarnej mszy. Ileż było oburzenia w lewicowo-liberalnych mediach… Ileż było rozdzierania szat i powtarzania, że to „niewinna zabawa”, a kapłanowi „szkoda opłatka”…

    Przede wszystkim dziękuję za przypomnienie, że liberalna lewica nazywa Najświętszy Sakrament opłatkiem. To słowo pojawia się w różnych narracjach w sposób wręcz epidemiczny. Kilka miesięcy temu mieliśmy do czynienia z „sytuacją medialną”: kapłan spożył Komunię Świętą, która pozostała po Mszy Świętej cmentarnej – w kaplicy na cmentarzu nie było Tabernakulum, więc ksiądz po prostu spożył Ciało Chrystusa zgodnie z rozsądkiem i przepisami, ponieważ nie miał możliwości przechowania Najświętszego Sakramentu. Jak zareagowały media? Poinformowały odbiorców z całą perfidią i premedytacją, że ksiądz wyjada opłatki z puszki. Wspominam o tym dlatego, że dotykamy tutaj werbalnej profanacji Najświętszego Sakramentu, która po prostu dokonuje się w mediach w Polsce i jest czymś potwornym.

    Natomiast kiedy sobie uzmysłowimy, że ten incydent, o którym Pan mówi dotyczył znieważenia Najświętszego Sakramentu i trzeba podkreślić, że reakcja kapłana, który chciał uchronić Ciało Chrystusa przed całkowitą profanacją jest ze wszech miar godna szacunku, a nawet podziwu. Ona pokazuje nam jednak skalę problemu. Tak jak mówiłem wcześniej: Halloween zaczyna się od pozornie niewinnych żartów, ale są to żarty wpisane w cały kontekst antychrześcijański. To jest wchodzenie w sferę zła.

    W tym momencie oczywiście pojawią się rozliczne głosy szydzące z tego stwierdzenia, ale nie zmieni to faktu, że istnieją pewne procesy niszczące człowieka, niszczące jego psychikę i duchowość, i każdy, kto jest rozsądny to potwierdzi. Wszystko to zaczyna się niepozornie i sobie trwa, aż w końcu dochodzi do sytuacji, że najświętsza rzeczywistość także staje się elementem gry.

    Najbardziej w całej tej sprawie uderzył mnie fakt, że do odprawienia tzw. czarnej mszy nie chciano użyć zwykłego opłatka zakupionego w sklepie, tylko chodziło o Najświętszy Sakrament. To pokazuje skalę problemu: ten nastolatek potraktował sprawę poważnie – nie opłatek, tylko prawdziwe Ciało Chrystusa…

    Otóż to… Właśnie w tym jest rzecz, że już dawno została zatarta granica między tym, co jest symbolem, a co jest rzeczywistością. Ta granica zaciera się właśnie dlatego, że poprzez symbol wchodzimy w sferę rzeczywistości. Jeżeli symbol jest zły, no to prowadzi ostatecznie do destrukcji rzeczywistości, a nawet porwania się na największą ze świętości. W tym przypadku świętość nie została sprofanowana tylko dzięki interwencji kapłana…

    No właśnie… Jakiś czas temu widziałem jak kapłan udzielił Komunii Świętej… do chusteczki, ponieważ kobieta chciała ją zanieść choremu mężowi. Moim zdaniem takie coś jest nadużyciem i profanacją i może prowadzić do jeszcze większych nadużyć i profanacji…

    Cóż mogę powiedzieć… Proces desakralizacji i bezczeszczenia Najświętszego Sakramentu dokonuje się obecnie w sposób bardzo potoczysty. Wszystko toczy się po równi pochyłej w sposób niekontrolowany…

    To jest kwestia, która wymaga interwencji w każdym z zakresów. Z jednej strony trzeba walczyć z nadużyciami, jakie pojawiają się w przestrzeni sprawowanej liturgii, ale też trzeba przestrzegać i przeciwdziałać temu, co prowadzi do aktów bluźnierczych czy świętokradczych w stosunku do Najświętszego Sakramentu, a bez wątpienia zaczątkiem tych aktów są te sytuacje, te zdarzenia, które po prostu dokonują pewnego odwrócenia rzeczywistości. Proszę zauważyć, że cała przestrzeń Halloween jest w gruncie rzeczy wyrzuceniem Boga i świata przez Niego urządzonego poza obszar naszego ludzkiego świata. Wprowadza się w to miejsce świat zupełnie odwrócony i wypaczony; świat, w którym zło zostaje potraktowane jako pewna śmiesznostka; świat zbanalizowanego zła i wyrugowanego dobra. W takim świecie można dokonać wszystkiego od profanacji Najświętszego Sakramentu do zamachu na Pana Boga…

    Banalizacja zła, śmiesznostka, dobra zabawa – to wszystko symbolizuje Halloween. Skąd w związku z tym na Zachodzie tak dużo dekadencji, czy wręcz nihilizmu egzystencjalnego? Skoro ludzie są oswojeni ze wszystkim, to dlaczego ostatecznie pozostaje mu beznadzieja?

    Zachód to dzisiaj obraz straszliwie spustoszonej rzeczywistości. Z jednej strony mamy projektowany na wszystkie możliwe sposoby, co cały czas podkreślam, świat iluzji. Z drugiej strony mamy postępujący świat promowania różnych ideologii, które dokonują dekonstrukcji tożsamości człowieka i rozbijają to, co jest w nim jednością. Mamy w końcu świat, który projektuje zupełnie nowego człowieka, któremu próbuje się wmówić po raz kolejny, że „będzie jak Bóg” – nie tylko będzie znał dobro i zło, ale będzie nieśmiertelny – będzie „homo deusem”, „człowiekiem bogiem”, jak głosi Harari.

    To wszystko się dokonuje, ale to wszystko fikcja. Jeśli fikcja faktycznie wyparła rzeczywiste orędzie dobrej nowiny, rzeczywiste orędzie chrześcijaństwa, które fundowało cywilizację zachodnią, to nie można się łudzić, że w tej konfrontacji iluzji z rzeczywistością egzystencjalną dochodzi do katastrofy człowieka, który został pozbawiony Boga i Jego obecności, Jego Słowa i Dobrej Nowiny. Zamiast tego człowiek kieruje się stekiem iluzji, które nie mają żadnego realnego znaczenia – ani ocalenia człowieka, ani zapewnienia mu nieśmiertelności, ani wyzwolenia od zła, ani nie są w stanie wprowadzić go w świat autentycznego dobra. To wszystko musi się skończyć.

    Bóg zapłać za rozmowę.

    Tomasz D. Kolanek/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chrześcijanie nie obchodzą Halloween

    Tytuł tego artykułu właściwie nie jest prawdziwy. Jest w nim zawarte pobożne życzenie. Chrześcijanie, niestety, coraz częściej obchodzą to „święto”, które ani nie jest świętem, ani też nie da się pogodzić z wiarą w Chrystusa. W naszym kraju Halloween jest nowym zwyczajem, jeszcze niezakorzenionym. Warto więc podjąć zawczasu starania o to, by móc kiedyś śmiało powiedzieć: „chrześcijanie nie obchodzą Halloween”.

                       pixabay.com

    Są takie elementy amerykańskiej popkultury, które raz za razem wdzierają się do niegdyś konserwatywnej kulturowo Polski. Wcześniej św. Mikołaj został zastąpiony przez zlaicyzowaną maskotkę Coca-Coli, następnie walentynki wyparły wspomnienie św. Walentego, a teraz Halloween próbuje młodemu pokoleniu wywrócić w głowie sens uroczystości Wszystkich Świętych oraz Dnia Zadusznego.

    Droga do piekła

    Halloween to celtyckie, a zatem pogańskie święto. Związane było z obrzędami Samhain. W średniowieczu nadano mu nazwę All Hallows Eve – co znaczy – Wigilia Wszystkich Świętych. W skrócie Halloween. Halloween polegało na kontaktowaniu się z zaświatami, po to by odkryć przyszłość, nabrać mocy, zaspokoić potrzeby zmarłych. Zwyczaje te można porównać z obchodzonymi w naszej części Europy dziadami, tak dobrze zobrazowanymi przez Adama Mickiewicza w III części jego najważniejszego dramatu. Dziady jednak Kościół katolicki skutecznie wyrugował kilka wieków temu. W miejsce obrządków mających za cel kontakt z duchami, udało się wprowadzić kult zmarłych, polegający na czczeniu ich pamięci i modlitwie za nich. Dzięki temu od XII wieku w Kościele obchodzi się Dzień Zaduszny.
    W XIX wieku zwyczaje Halloween dotarły wraz z emigrantami z Wysp Brytyjskich do Ameryki. Tam nabrały swojego kolorytu i komercyjnego charakteru. Smaczku (a może raczej niesmaczku) dodaje fakt, że w Nowym Jorku jest to dzień parad gejowskich. W XX wieku zmodyfikowana pogańska praktyka powróciła już nie tylko na Wyspy Brytyjskie, ale do całej Europy. Na ironię zakrawa fakt, że choć w niemal całej Europie udało się Kościołowi „ochrzcić” dziady, po 800 latach musi on ponownie walczyć o to, aby kult zmarłych nie miał okultystycznego charakteru. Tak to już jest, licho nie śpi.

    Demonizowanie?

    Wiele osób uśmiecha się pod nosem, kiedy poznaje stanowisko Kościoła na temat Halloween. Najczęściej ludzie używają argumentu: co złego jest w tym, że dzieci przebierają się za czarownice i diabliki? Albo: przecież to tylko zabawa, nie ma w niej nic złego. Problem polega na tym, że cała symbolika i atmosfera Halloween otwiera człowieka na rzeczywistość, o której gdyby człowiek wiedział, uciekałby, gdzie pieprz rośnie.
    Taka oto dynia z zapaloną w niej świecą symbolizuje dusze błąkające się w postaci ogników. Tańce czarownic z diabłami i skrzatami przy ognisku (za te postaci przebierają się dzieci) mają za zadanie skontaktować człowieka z duchami. Wróżby mają na celu zajrzeć w zaświaty, by dowiedzieć się czegoś o nadchodzącej przyszłości.
    Jak wiemy, wróżby to grzech śmiertelny przeciw Panu Bogu, który jest jedynym Panem Czasów. Nie wolno próbować wcielać się w Jego rolę i próbować odkrywać przyszłość, którą zaplanował. Otwieranie się zaś na duchy to zabawa z diabłem w chowanego, ale na takich zasadach, że jedynie człowiek szuka, a diabeł pozwala się znaleźć. Duchy istnieją. Z tym tylko, że dusze zbawione trwają w adoracji Boga, a nie zajmują się ziemskimi zabawami ludzi. Toteż kiedy wywołujemy duchy, możemy mieć pewność, że spotkamy albo duszę potępioną, albo demony. Bo choćby człowiek tę zabawę traktował zupełnie niepoważnie, to diabły odpowiadają na każde zaproszenie człowieka. Zresztą sama atmosfera Halloween bliższa jest naszym wyobrażeniom piekła niż nieba. Bo czy wyobrażamy sobie niebo jako miejsce, po którym hasają diabełki, potwory, kościotrupy i czarownice? A jeżeli nie, to po co bawić się w piekło? Czy zabawa w potępienie i przebieranie się za przyjaciół szatana jest miła Chrystusowi?
    Wszyscy egzorcyści zwracają uwagę, że problemy opętań i schorzeń psychicznych na tle demonicznym zaczynają się niemal zawsze od niewinnych praktyk. Należą do nich: słuchanie obrazoburczej muzyki, wróżenie, kontaktowanie się z duchami, noszenie talizmanów czy też zabawa w piekło, diabły itp.

    Marketingowe oszustwo

    Najgorsze jest to, że sukces Halloween związany jest z zyskiem bardzo wielu osób. W okolicach Wszystkich Świętych można zarobić na zniczach i wiązankach. Wytwórcy zabawek i właściciele knajp pozazdrościli widać zysków i chcieliby również coś dla siebie uszczknąć. Stąd zależy im na zwiększaniu popularności Halloween. Jedni mogą dzięki temu sprzedać więcej upiornych strojów i zabawek, drudzy organizują imprezy w atmosferze horroru, podczas których wzrasta m.in. sprzedaż alkoholu.
    Ludzie, którzy zarabiają w Polsce na Halloween, zwłaszcza jeżeli są ochrzczeni, sprzeniewierzają się wierze i tradycji dla pieniędzy. Sami ulegają marketingowemu oszustwu, że Halloween to tylko świecka zabawa, na której można zarobić kilka groszy, i organizują coś, co otwiera ich samych i innych ludzi na działanie szatana.

     Marcin Konik-Korn/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rzecznik KEP: Obchodzenie Halloween trudno pogodzić z istotą Wszystkich Świętych

    o. dr Leszek Gesiak SJ rzecznik KEP/fot. Tomasz Golab / Gość Niedzielny

    ***

    Obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. Chrześcijanie powinni skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie wnieśli do Kościoła święci – powiedział PAP rzecznik Konferencji Episkopatu Polski jezuita ks. Leszek Gęsiak.

    Rzecznik przypomniał, że Halloween ma korzenie w wierzeniach celtyckich i wywodzi się z dawnych praktyk pogańskich, dlatego jest obce chrześcijaństwu.

    Halloween to święto grozy i demonów, a więc czegoś bardzo odległego od tego, co Kościół katolicki czci w czasie obchodzonej 1 listopada uroczystości Wszystkich Świętych. Dlatego chrześcijanie powinni raczej skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie na przestrzeni wieków wnieśli do Kościoła święci zarówno ci kanonizowani i beatyfikowani, jak i zwykli ludzie, którzy swoim życiem ukazywali dobroć Boga – podkreślił.

    Jak zastrzegł, obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. – Nie można z jednej strony gloryfikować demonów, a z drugiej wierzyć, że to, co jest warte naśladowania, to przykład świętych – ocenił.

    Ks. Gęsiak przypomniał, że w 2013 r. wydany został list pasterski przygotowany przez Komitet ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi KEP dotyczący duchowych zagrożeń wiary. Zawarte jest w nim m.in. ostrzeżenie przed banalizowaniem zła, oswajaniem z nim, szczególnie dzieci, i przed zacieraniem granic między dobrem i złem, „co może być pierwszym krokiem do zainteresowania niebezpiecznymi praktykami pseudoreligijnymi, a nawet satanizmem”.

    Podkreślił, że uczestnictwo w pozornie niewinnych halloweenowych zabawach niesie za sobą realne niebezpieczeństwo. –Jeżeli rodzice wiedzą, że w szkole czy przedszkolu, do którego uczęszcza ich dziecko, jest organizowana zabawa z okazji Halloween, mają prawo do tego, by zaproponować coś alternatywnego – wyjaśnił.

    Poinformował, że w wielu parafiach i szkołach w Polsce organizowane są bale i korowody świętych, podczas których dzieci przebierają się za świętych i aniołów. –Przy tej okazji poznają ich życie i pokazują pozytywną stronę człowieka, który przeszedł do wieczności. Bale świętych są dalekie od groteskowej zabawy naznaczonej promocją śmierci, brzydoty i zła. My, jako chrześcijanie, powinniśmy promować rzeczy dobre – powiedział.

    Zdaniem rzecznika, nawet jeśli ktoś traktuje udział w Halloween jako zabawę, to „za każdą zabawą stoi pewien system wartości”. – To nie jest tylko kwestia przebrania się za potwory i zbierania cukierków. To jest coś, co zostaje w pamięci dziecka. Apeluję do rodziców, by byli czujni i świadomi, że nawet z pozoru niewinne zabawy mogą stanowić zagrożenie dla ich dzieci – mówił.

    Ks. Gęsiak dodał także, że Halloween jest dla Polaków tradycją obcą kulturowo. –To jest tradycja krajów anglosaskich, a zatem, skoro mamy własne dobre tradycje, warto je pielęgnować i podkreślać to, co w nich jest ubogacającego – dodał.

    Przypadające 31 października Halloween najbardziej popularne jest w w krajach anglosaskich. Dzieci przebierają się za potwory, wampiry czy kościotrupy i chodzą wieczorem po udekorowanych specjalnie na tę okazję domach, prosząc o cukierki. Symbolem Halloween jest wydrążona w środku dynia z powycinanymi w skorupie otworami przypominającymi oczy, nos i przeważnie wyszczerbioną szczękę, z zapaloną w środku świeczką.

    Słowo Halloween jest swoistym zniekształceniem angielskiego All Hallow’s Eve (Wigilia Wszystkich Świętych) i celtyckiego Samhain. W istocie korzenie święta tkwią w kulturze starożytnych Celtów, którzy wierzyli, że 31 października – w dniu będącym u nich oficjalnym końcem lata – dusze zmarłych wychodzą z grobów i błąkają się po ziemi w poszukiwaniu ciał żywych, do których mogłyby wniknąć. Dlatego żywi zaczęli się tego dnia przebierać w odrażające maski i odpychające, makabryczne kostiumy, aby odstraszyć dusze zmarłych.

    PCh24.plźródło: Iwona Żurek (PAP)

    ______________________________________________________
    Pięć powodów, dla których nie wolno ci „świętować” Halloween

    – Jerzy Wolak

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Jest wiele przyczyn, dla których nie należy, nie powinno się, wręcz nie wolno obchodzić „święta” Halloween – inaczej niż szerokim łukiem. Wymieńmy pięć z nich. Tyle wystarczy.

    Po pierwsze, Halloween to szyderstwo z katolickiej uroczystości Wszystkich Świętych, skrojone w połowie XIX wieku przez amerykańskich protestantów odrzucających i wyśmiewających katolicki kult świętych, ba, więcej nawet – chrześcijański dogmat o świętych obcowaniu. Już sama nazwa tej imprezy – Halloween – to przecież nic innego jak zwulgaryzowana forma pierwotnego określenia All Hallows’ Eve, czyli wigilia Wszystkich Świętych. Uroczystość poświęconą pamięci świętych tradycyjnie po katolicku rozpoczynano bowiem w poprzedzający ją wieczór – i właśnie wtedy protestanccy szydercy wykazywali największą aktywność, zakłócając katolicką liturgię prześmiewczymi inscenizacjami, notabene przy użyciu rekwizytów zgoła pogańskich.

    Nie można bowiem zaprzeczyć – to po drugie – pogańskich korzeni „świętowania” Halloween. Wszystkie religie pogańskie na poczesnym miejscu stawiały pamięć zmarłych przodków, czy wręcz ich kult; we wszystkich też podejmowano rozmaite starania na rzecz nawiązania kontaktu z zaświatami. Stąd właśnie tyle w halloweenowym imaginarium najrozmaitszych duchów, zjaw i upiorów. A skoro duchów, zjaw i upiorów, to również demonów.

    Jeżeli zaś mają się pojawić goście z krainy cieni, to musi być ktoś, kto ich stamtąd sprowadzi. Czyż obchody Halloween nie roją się wprost od takich postaci? Czarownice i wiedźmy, magowie i czarnoksiężnicy, nekromanci i astrolodzy… Jak więc widać – to już po trzecie – Halloween aż kipi magią i okultyzmem.

    Ale główną bohaterką Halloween – podkreślmy w punkcie czwartym – jest śmierć (ze wszelakimi swymi atrybutami). Rozumiana i pokazywana nie jako moment przejścia z doczesności do wieczności, tylko jako możliwie najbardziej spektakularny kres biologicznej egzystencji. Stąd te „szkieletów ludy” – dominujące dziś w estetyce Halloween gnijące zwłoki, nagie kości, rozkład ciała. Stąd to nagromadzenie czaszek i piszczeli, urwanych kończyn i krwistych skrzepów oraz wszelkich przejawów dekompozycji materii organicznej. Stąd dziś wśród przebierańców tyle trucheł, kościotrupów i zombie. A co przy tym bardzo charakterystyczne, najczęściej są to ofiary makabrycznych morderstw, przedstawiane czy to z jako skłute nożami czy ze sterczącą z głowy siekierą…

    Ale to przecież tylko zabawa – powie niejeden. Co w tym złego?

    Wszystko. Śmierć jest złem. „Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących” (Mdr 1, 13). Zabawa w śmierć prowadzi wprost ku jej największemu entuzjaście, odpowiedzialnemu za jej zaistnienie. „Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła” (Mdr 2, 23-24).

    Kto raz dotknął śmierci, ten na zawsze pozostanie martwy. Nigdy nie powróci do pełni życia (nawet jeśli biologiczne procesy jeszcze w nim nie ustały). No, chyba że przez zmartwychwstanie – ale od tego akurat promotorzy mroku spod znaku Halloween odżegnują się jak (nomen omen) diabeł od święconej wody.

    Po piąte zatem, Halloween jako apoteoza marnego końca ludzkiej wegetacji, beznadziejnego przemijania zakończonego odrażającym procesem gnilnym, jako gloryfikacja brzydoty, potworności i mroku to równia pochyła ku satanizmowi.

    Zza niewinnej na pozór przebieranki wyłania się skrzywiona ponurym grymasem diabelska facjata.

    – Bawcie się w śmierć – mówi. – Bawcie się w cień. Otwierajcie drzwi coraz szerzej, ja w nie z rozkoszą wejdę. Ja wam pokażę prawdziwy mrok, prawdziwą szpetotę, prawdziwą rzeczywistość potępienia. Ja wam pokażę prawdziwą śmierć, a będzie to „śmierć druga – jezioro ognia. Jeśli się ktoś nie znalazł zapisany w księdze życia, został wrzucony do jeziora ognia” (Ap 20, 14-15).

    A jakże miał znaleźć się w księdze życia ktoś, kto czerpał uciechę z obcowania z kostuchą w towarzystwie wampirów i wilkołaków? Dla takich właśnie, czyli „dla tchórzów, niewiernych, obmierzłych, zabójców, rozpustników, guślarzy, bałwochwalców i wszelkich kłamców: udział w jeziorze gorejącym ogniem i siarką. To jest śmierć druga” (Ap 21, 8).

    Ale tego nikt nie chce słuchać. Taniec śmierci trwa w najlepsze; danse macabre sunie ulicami chrześcijańskiego świata. Bo przecież wiadomo: show must go on. Więc bawią się dzieci, bawią się rodzice – niepomni, że jakkolwiek nieszkodliwe mogą wydawać się złego początki, koniec jednak najczęściej bywa tragiczny.

    I tak, zupełnie niespodziewanie i nie wiadomo skąd, w spokojnym domu pojawia się ohydne, pierwotne zło. Koleżanka koleżance podrzyna gardło; synalka, któremu ptasiego mleka nie brakowało, znajdują wiszącego na poddaszu; kochający ojciec rodziny masakruje swych najbliższych szlifierką kątową. Małe dziecko nagle zaczyna śnić koszmary, miły, cichy nastolatek bluzga plugawym jadem nienawiści…

    Nie wiadomo skąd gniew, agresja, furia – z jednej strony. A z drugiej depresja, apatia, rozpacz. I nie wiadomo, dlaczego kolejki do egzorcystów rosną w zastraszającym tempie.

    Na pewno nie wiadomo?

    Jerzy Wolak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bawią się w duchy… duchy nimi bawią się…

    brat Tadeusz Ruciński FSC:

    pixabay.com

    ***

    Zdarzyło mi się kiedyś być w USA (Minneapolis) jesienią i trafić na gremialne obrzędy wokół Halloween. Cztery dni przed przełomem października i listopada, i cztery po nim, większość filmów w TV to były horrory. Wizerunki czaszek, piszczeli, kościotrupów, wampirów, wiedźm, wampirów, pajęczyn, sów, widm, upiorów, nieboszczyków były prawie wszędzie. W urzędach, w sklepach, w galeriach, na stacjach benzynowych, w restauracjach, w parkach, no i w przedszkolach, i w szkołach (także w katolickich) straszono się tym niby dla zabawy, niby ze względu na dzieci. Nic tam jednak nie było zabawne.

    Zwłaszcza w szkole przebrane za wiedźmy nauczycielki i nauczyciele w kostiumach wampirów. Ani dzieci w podobnych przebraniach goniące niby za słodyczami, a bardziej za możliwościami wybryków. Bywały więc wybite okna, zdemolowane samochody, bójki na ciemnych ulicach. W tych „wystrojach” jednak, w kostiumach, w używanych nie tylko przez dzieci akcesoriach, były jakby  znamiona zbiorowego kultu… Ale czego? – Brzydoty, trupizmu (turpizmu też) , wyklętych przez chrześcijaństwo demonów, wiedźm i wilkołaków? To tak jakby Belzebub rozpuścił swoją zgraję, aby zamroczyć jasność nieba w Uroczystość Wszystkich Świętych i jazgotem przepędzić ciszę z modlitwą za zmarłych.

    1 listopada rano w miejscowym kościele proboszcz nie uległ jakoś powszechnemu amokowi i jakby w kontrze do niego pozawieszał na ścianach duże wizerunki znaczących świętych. A na środku wystawił wielką księgę, aby obecni wpisywali tam imiona zmarłych, jak w naszych wypominkach oraz intencje modlitewne poprzez tych już zbawionych.

    Za to wieczorem pokazano w TV przegląd owych zabaw-obrzędów, interwencje policji, ale i w końcu miejscowy cmentarz chrześcijański z nielicznymi lampkami i… sprawujących swój mroczny rytuał na jednym z grobów, satanistów. I wtedy znalazłem w bibliotece album z Krakowa, gdzie były zdjęcia jednego z naszych cmentarzy w morzu kwiatów i palących się zniczy w nasze polskie Zaduszki. Pokazałem je braciom. Jeden, który nigdy nie był w Europie czy w Polsce, skonstatował: „To czy my tutaj jesteśmy jeszcze chrześcijanami?”

    To pytanie mogliby w Polsce postawić sobie ci, co dali się jakoś omamić obcej pogańskiej tradycji, która z  wolna, ale uparcie zastępuje nam te nasze polskie i katolickie. Ta uporczywość tegoż jest znamienna i jakoś  wspomagana przez obce nam siły, ale i przez rodzimą głupotę i zamierającą wiarę, przechodzącą powoli w pogański synkretyzm rodem z New Age. I trudno to usprawiedliwić dziecięcą zabawą, jak przy promocjach kolejnych tomów „Harry Pottera”, choć magiczne pokrewieństwo narzuca się samo. Tak, to przez dzieci i wiele szkół (czasem z udziałem katechetów) , zaczyna się kultywować coś z gruntu mrocznego i niebezpiecznego zwłaszcza dla dzieci nieświadomych za bardzo tego, w co się bawią i kto nimi się bawi, bynajmniej nie dla samej beztroskiej zabawy. Przez zabawę bowiem trwale się przekazuje pewne treści, ale i wdraża w pewne zachowania, które mogą być też czasem inicjacją w coś złowrogiego. Księża egzorcyści mówią bowiem o rosnącej ilości zgłaszających się do nich rodziców zaniepokojonych stanem i zachowaniem dzieci po tych z pozoru niewinnych zabawach przechodzących w umagicznione obrzędy. Podobnie bywa z tymi, którzy dla zabawy wróżyli z kart Tarot czy bawili się w wywoływanie duchów, choćby poprzez tabliczkę „ouija”, co uprawia się czasem w tę „noc duchów”, raczej nie dobrych… lecz potępieńców.

    Czym więc była i jest ta noc? W pogańskiej tradycji staroceltyckiej, działy się wtedy obrzędy na część najpotężniejszego dla nich bóstwa, boga śmierci Samhaina. A dochodziło w nich do składania mu ofiar z ludzi. Obłaskawiano więc tak jego i atakujące ludzi duchy. Jego kapłani nawiedzali wtedy domy, żądając ofiar, a gdy ich nie otrzymywali, rzucali na domy i ich mieszkańców klątwy. (Do tego więc nawiązuje nachodzenie domów przez poprzebierane dzieciaki z żądaniem przez nie słodyczy, z groźbą uczynienia jakiejś szkody). Tę noc oraz niektóre obrzędy zawłaszczyli sataniści, łącząc je ze swoimi czarnymi mszami (z ofiarami ze zwierząt), orgiami seksualnymi i obrzędami jednoczenia się z demonami. Bywa, że składa się wtedy ofiary z dzieci, bowiem w tych dniach też ginie najwięcej dzieci, których policja już nie może odnaleźć. Obok Nocy Walpurgii jest to najważniejsze dla nich święto. Podobnie ważnym było ono w książkach i filmie o Harrym Potterze, w szkole czarodziejstwa i magii Hogwart. Jest to więc szyderstwo z chrześcijańskiej uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego albo próba pomieszania elementów obu świat z przewagą tych demonicznych i makabrycznych. Zamiast bowiem uwielbienia bezimiennych świętych w niebie i modlitwy za zmarłych w czyśćcu, na różne sposoby – także przez rozmaite przebrania za nietoperze, czarne koty, zombi, gobliny, sowy, wampiry  – wzywa się potępieńców, igra się i zabawia z demonami jak i z samym diabłem, który nigdy się nie bawi i nie żartuje. Dochodzi do tego uprawianie różnych wróżb, jak i wywoływanie duchów, niestety także przez dzieci z ciężkimi czasem dla nich potem nękaniami, uwikłaniami czy nawet opętaniem demonicznym. Ten swoisty dance macabre nie ma nic wspólnego z powagą śmierci, modlitwy, wspominania zmarłych z troską o ich zbawienie.

    Powraca wtedy pytanie tamtego brata z Minneapolis: „Czy my więc tutaj jesteśmy jeszcze chrześcijanami?” Bo choćby nawet ta coraz popularniejsza tradycja wystawiania rozświetlonych od środka dyni –  według podania o irlandzkim Jacku, który za zadawanie się z demonami został skazany na błąkanie się do końca świata, a w tych jesiennych dniach ze świeczką w dyni ku przestrodze. Dla satanistów nie jest to dynia, ale ludzka czaszka i piszczele. Czy tym się można bawić, choćby przez nawiązywanie? Otwarcie się na demoniczne wpływy czy nawet inicjację demoniczną może tez nastąpić pośrednio, nieświadomie. Czy mają tego świadomość ci, co organizują te „zabawy” w przedszkolach i szkołach? Usprawiedliwiając się często sugestiami i takimi treściami w podręcznikach do języka angielskiego albo po prostu prawem dzieci do zabawy. Pytanie tylko: czy dobrej? Zaprasza się bowiem także wtedy do szkoły prawdziwe wróżki czy szamanów prezentujących realnie „sztuczki” rodem z Hogwartu.

    Pytanie także: czy w chrześcijanach, w katolikach jest jeszcze świadomość poważnego grzechu bałwochwalstwa przeciw I przykazaniu Bożemu? Grzechy te w sposób wręcz dosadny są określone w Biblii, ale i bardziej współcześnie w Katechizmie Kościoła Katolickiego (aneks). Po lockdownie większość ludzi jest w marnym stanie psychicznym i duchowym, czy więc  tym bardziej trzeba fundować sobie czy dzieciom „zabawy w duchowość” mroczną, makabryczną i demoniczną? Czy u dzieci nie infantylizuje to także grozy i śmierci? Zauważa się bowiem u dzieci, że oglądając horrory czy thrillery ukazujące śmierć albo makabrycznie, albo „zabawowo”, nie dorastają do pojmowania śmierci realnej swoich bliskich, czy nawet własnej (w grach można mieć jeszcze drugie, trzecie… życie).  Czy jest wtedy w tym wszystkim miejsce dla Jezusa Zmartwychwstałego zwyciężającego śmierć i Aniołów przeprowadzających zmarłych stąd czy z czyśćca do jasnej, szczęśliwej wieczności, dzięki też naszej modlitwie w domu, w kościele czy na cmentarzu?

    Dzięki Bogu, są jeszcze tacy ludzie jak ów proboszcz z Minneapolis, przypominający o treści Uroczystości Wszystkich Świętych, jak o prawdzie, którą wyznajemy, o świętych obcowaniu. Są również u nas organizowane bale wszystkich świętych z przebieraniem się za swoich czy ulubionych świętych patronów (przebieranie się, to przecież forma utożsamiania), jak i korowody świętych, żeby przypomnieć o ich istnieniu, pięknie i ważności ich życia, jak i pomocy, jakiej możemy od nich oczekiwać w drodze do nieba, a nie do piekła, jak proponują satanistyczne obrzędy oraz przyzywane demony i potępieńcy w Halloween’owym bestiarium.

    Na koniec może opowiadanie:

    Było to w Dzień Zaduszny, o którym pamiętali chyba tylko wychodzący z kościoła starsi ludzi, idący w stronę cmentarza nieopodal. Z pobliskiej szkoły wybiegli z przeraźliwymi  krzykami poprzebierane za upiory dzieciaki pozostający jeszcze dziś w Halloween’owej zabawie. Dwójka z nich: dziewczynka przebrana ze wiedźmę i chłopiec za wampira, zaczęli biegać wokół przygarbionej staruszki, wrzeszcząc: „Trick-trak! Trick-track!” Staruszka przystanęła mówiąc: „Ej, poganięta! Zamiast przebierać się za stwory z piekła rodem, pomodliłybyście się raczej za zmarłych, co chcą od piekła być jak najdalej. Dziś Dzień Zaduszny!” Na to mała „wiedźma”: „Nie, my jeszcze bawimy się w Halloween! Trick-track!”

    A chłopiec „wampir” naśladując pohukiwanie puszczyka, biegał wciąż wokół staruszki jak półdiablę. Staruszka weszła już na cmentarz, a ta dwójka jakby uwzięła się na nią, biegając wokół niej i strasząc. Staruszka przestała zwracać na nich uwagę, zatrzymując się przy grobie, omiatając go ze świeżo spadłego śniegu i zapalając nowe znicze.

    Wtedy to „wiedźma” powiedziała nagle do „wampira”: – „Patrz. Maks – tam na grobie siedzi ktoś przebrany za anioła. Chodźmy go nastraszyć!” I ruszyli – teraz już cicho – skradając się powoli. Cmentarz był pokryty śniegiem, który padał całą noc. Nawet ścieżek między grobami nie bardzo było widać. Zasypane śniegiem były tez pozostawione wczoraj na grobach kwiaty i znicze. Odezwał się wtedy półgłosem „wampir”; „Ty, ten niby-anioł zapala świeczki. Zdmuchniemy mu je?” Podeszli kilkanaście metrów od tego kogoś, kto też wyglądał jak zasypany śniegiem, a teraz usiadł na grobie z twarzą ukrytą w dłoniach, jakby chowając w nich płacz. – „Maks – szepnęła „wiedźma” – ten przebieraniec chyba zamarznie na śmierć… Może go przestraszymy i rozruszamy? Albo odtańczymy „taniec widm?” Zaczęli poprawiać sobie kostiumy do owego tańca, ale gdy się odwrócili, tamtego już nie było. – „Maks – spytała „wiedźma” – jak on mógł tak zniknąć? Może schował się za nagrobek? Chodźmy tam.” Zaczęli jednak podchodzić tam coraz wolniej, jakby pojawił się nagle w nich strach przed tańczeniem na cmentarzu. Podeszli w końcu do tego grobu. – „Ty, Maks – szepnęła zdumiona „wiedźma” – patrz, to świeże konwalie… Jakby zasadzone w śniegu… I pachną… No i te woskowe świece… też pachną… Jezu! To jest grób mojej Babci, Maks! Ona miała w szklarni takie konwalie i robiła takie świece z pszczelego wosku…”

    Maks „wampir” stał oniemiały i nie mógł powstrzymać szczękania zębów, blady jak nieboszczyk. – „Nie wiem, kto to mógł być? – dziwiła się „wiedźma” – Z naszej rodziny nikt wczoraj nie był na cmentarzu… I patrz, na śniegu nie ma żadnych śladów stóp! Kto tu był? I kto zapalił te świeczki przed chwilą?” I rozpłakała się. Po chwili ze złością zrzuciła kapelusz i pelerynę wiedźmy, klękając przy nagrobku. I wtedy zobaczyła tam, gdzie siedziała owa postać, jakby ślady kropel… chyba ciepłych łez kapiących w śnieg… Jeszcze mocniej pachniały konwalie i świece. Drgnęli nagle oboje, przestraszeni czyimś głosem. To ta staruszka podeszła zaciekawiona i uśmiechnęła się. – „No – powiedziała – nie przypuszczałam, że takie półdiablęta mają dobre serca. Piękne te konwalie i świece. Skąd je wzięliście? A tą miotełką czarownicy można byłoby odmieść z grobu śnieg… No, ale modlitwa ważniejsza. Wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie…”

    brat Tadeusz Ruciński FSC/PCh24.pl

    ANEKS:

    Kpł 19, 31 

    Nie będziecie się zwracać do wywołujących duchy ani do wróżbitów. Nie będziecie zasięgać ich rady, aby nie splugawić się przez nich.

    Pwt 13, 2-6

    2 Jeśli powstanie u ciebie prorok, lub wyjaśniacz snów, i zapowie znak lub cud, 3 i spełni się znak albo cud, jak ci zapowiedział, a potem ci powie: «Chodźmy do bogów obcych – których nie znałeś – i służmy im», 4 nie usłuchasz słów tego proroka, albo wyjaśniacza snów. Gdyż Pan, Bóg twój, doświadcza cię, chcąc poznać, czy miłujesz Pana, Boga swego, z całego swego serca i z całej duszy. 5 Za Panem, Bogiem swoim, pójdziesz. Jego się będziesz bał, przestrzegając Jego poleceń. Jego głosu będziesz słuchał, Jemu będziesz służył i przylgniesz do Niego. 6 Ów zaś prorok lub wyjaśniacz snów musi umrzeć, bo chcąc cię odwieść od drogi, jaką iść ci nakazał Pan, Bóg twój, głosił odstępstwo od Pana, Boga twego, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, wybawił cię z domu niewoli. W ten sposób usuniesz zło spośród siebie.

    Pwt 18, 9-14

    9 Gdy ty wejdziesz do kraju, który ci daje Pan, Bóg twój, nie ucz się popełniania tych samych obrzydliwości jak tamte narody. 10 Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; 11 nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. 12 Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza. 13 Dochowasz pełnej wierności Panu, Bogu swemu. 14 Te narody bowiem, które ty wydziedziczysz, słuchały wróżbitów i wywołujących umarłych. Lecz tobie nie pozwala na to Pan, Bóg twój.

     Z Katechizmu Kościoła Katolickiego:

    1. Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość (Pwt 18, 10; Jr 29, 8.). Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu.
    2. Wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności. Praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub uciekanie się do interwencji demonów. Jest również naganne noszenie amuletów. Spirytyzm często pociąga za sobą praktyki wróżbiarskie lub magiczne. Dlatego Kościół upomina wiernych, by wystrzegali się ich. Uciekanie się do tak zwanych tradycyjnych praktyk medycznych nie usprawiedliwia ani wzywania złych mocy, ani wykorzystywania łatwowierności drugiego człowieka. (KKK Rozdz.1, Art. 1; 2116 – 2117)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MOCNY list egzorcysty o Halloween! PRZECZYTAJ
    fot. via Unsplash [https://unsplash.com/photos/0d5-_kJFdDk]

    ***

    MOCNY list egzorcysty o Halloween!

    „W jednej z dużych rzymskich dyskotek w noc Halloween wystawiono na widok publiczny kukiełkę księdza, powieszonego za nogi, głową w dół.” – pisze w liście o Halloween egzorcysta. Koniecznie przeczytaj!

    Egzaltacja i wyniesienie brzydoty, makabryczności i demoniczności, czyli list Przewodniczącego Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów o Halloween, Ks. Francesco Bamonte:

    Miesiąc październik, który obecnie mamy , od kilku dziesięcioleci stał się czasem frenetycznych przygotowań do nocy z 31 października na 1 listopada , która dla wielu nie jest już czasem Wszystkich Świętych , ale stała się nocą Halloween. Stało się to już modą, również w naszej chrześcijańskiej kulturze , zwłaszcza dzięki instrumentalizacji przez network, prasę, wszystkie mass media, które je rozpowszechniają. Witryny cukierni , ozdobione Halloweenowi dekoracjami, sklepy z zabawkami , czasopisma dla dzieci i młodzieży , strony internetowe przywołujące nieustannie uwagę i zainteresowanie społeczne na Halloween, nawet szkoły są ozdabiane duchami, upiorami, dyniami, strasznymi maskami, które są prawdziwą i autentyczna egzaltacją ą tym co makabryczne.

    W związku z tą nocą produkowane są kostiumy czarownic, duchów, upiorów, demonów, Draculi, kościotrupów, krwawych bestii i tej nocy są organizowane imprezy , które w zamiarze i na serio są obraźliwe dla naszej chrześcijańskiej wiary, jak na przykład to co stało się w jednej z dużych rzymskich dyskotek w noc Halloween, gdzie wystawiono na widok publiczny kukiełkę księdza, powieszonego za nogi, głową w dół.

    Cel tego „święta” nie jest tylko komercyjny, ale chodzi w nim przede wszystkim o zachęcenie opinii publicznej, szczególnie dzieci , nastolatków i młodych ludzi aby oswoili się z mentalnością okultystyczną, magiczną, obcą i wrogą naszej chrześcijańskiej kulturze ( czasami pod pozorem poznawania kultury celtyckiej ), W czasie gdy jesteśmy świadkami usuwania krzyży z miejsc publicznych, a w okresie Bożego Narodzenia również zakazów urządzania szopek i przedstawień bożonarodzeniowych w szkołach , w tych samych szkołach propaguje się Halloween, który jest egzaltacją złej rzeczywistości duchowej, tzn. tego wszystkiego co uosabia zło, śmierć, strach, makabryczność, demoniczność. W noc Halloween odnotowuje się tez coraz większą liczbę praktyk okultystycznych, , rytuałów satanistycznych, ponieważ noc ta , zgodnie z kalendarzem czarownic odpowiada wigilii Nowego roku satanistycznego w którą ma miejsce rytuał inicjacji i poświęcenia Szatanowi w czasie sabatu.

    I w ten sposób Halloween, zamiast promować wartości, zachowania moralne i duchowe, które budują osobowość dzieci i młodzieży , a tym samym społeczeństwa jutra, proponuje rzeczywistość pozbawioną wartości, która nie buduje, ale niszczy, która nie wynosi, ale czyni brzydką osobę ludzką, stworzona na obraz i podobieństwo Boże i stworzoną, stworzona aby znać, kochać i służyć Bogu.

    Organizujmy więc w noc z 31 października na 1 listopada czuwania modlitewne w kościołach, alternatywne obchody chrześcijańskie tego święta z udziałem grup, piosenkarzy chrześcijańskich , procesje świętych, przedstawienia teatralne z życia świętych, imprezy dla dzieci i ich rodziców, zabawy inspirowane zdrową tradycją, które rozpowszechniając się, zastąpią te okropną egzaltację brzydoty proponowana przez Halloween.

    Ks. Francesco Bamonte

    tłum. z włoskiego Ks. dr hab. Aleksander Posacki, członek-ekspert Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów

    Fronda.pl 31.10.2017 r./facebook.com/aleksander.posacki/oprac MP.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Halloween w Siemianowicach Śląskich odwołane. Prezydent miasta ma odpowiedź na demoniczną modę zza oceanu

    fot. Urząd Miasta Siemianowice Śląskie, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons

    ***

    „Heaven Wins (ang. Niebo wygrywa)”, to inicjatywa, która zastąpi na ulicach Siemianowic Śląskich importowany ze Stanów Zjednoczonych zwyczaj obchodzenia Halloween. Jak ogłosił Rafał Piech, prezydent miasta, to „święto aniołów” będzie zachęcać obywateli do podejmowania dobrych uczynków.

    Włodarz położonej tuż obok Katowic miejscowości nie kryje swojego przywiązania do religii katolickiej. Samorządowiec wielokrotnie zawierzał powierzone mu w zarząd Siemianowice Matce Bożej i, jak sam zaznaczał, to Jej pomocy zawdzięcza dobre owoce swojej prezydentury. „Ona otrzymała klucze do miasta, jest jego menadżerem i je prowadzi”, mówił Rafał Piech o Maryi Pannie.

    Teraz, wyciągając konsekwencje ze swoich katolickich przekonań, obecny przewodniczący ruchu Polska Jest Jedna podjął się próby zerwania z modą na obchodzenie „Halloween” w jego miejscowości. – Wigilia Wszystkich Świętych stała się w ostatnich latach w Polsce okazją do zabaw przejętych z tradycji krajów zachodnich i USA. W roku 2022 podjęliśmy się w Siemianowicach Śląskich rzeczy niepowtarzalnej, jaką jest zainicjowanie zupełnie nowej formy spędzania w tym dniu przez najmłodszych wolnego czasu – wyjaśniał Rafał Piech, obwieszczając intencję zerwania z demonicznym „świętowaniem”.

    Jak donoszą media, w ramach obchodów inicjatywy „Heaven Wins” na ulice śląskiej miejscowości wystąpią mieszkańcy przebrani za aniołów. Będą oni częstować cukierkami w zamian za losowanie przez uczestników jakiegoś dobrego uczynku, do którego spełnienia zobowiążą się biorący udział w zabawie obywatele.  

    Na tej prostej alternatywie dla zasady „cukierek albo psikus” nie koniec. Cały dzień wigilii Uroczystości Wszystkich Świętych został zaplanowany: w programie przewidziano pokazy filmów, zawody sportowe i wielorakie zabawy dla rodzin z dziećmi.

    Inicjatywę prezydenta Siemianowic Śląskich zdążyła już dostrzec antyklerykalna „Gazeta Wyborcza”. Artykuł poświęcony pomysłowi Rafała Piecha trafił nawet na drugą stronę dziennika, co sygnalizuje żywotne zainteresowanie tego medium inicjatywą „Heaven Wins”.

    Rafał Piech pełni urząd prezydenta Siemianowic Śląskich od 2014 roku. Stanął ostatnio na czele ruchu „Polska Jest Jedna”, sprzeciwiającego się obowiązkowym szczepieniom przeciwko koronawirusowi i segregacji sanitarnej.

    źródła:portalsamorzadowy.pl/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Musical o objawieniach w Lourdes zakazany dla szkół ze względu na „łamanie zasad laickości”

    (fot. Twitter)

    ***

    Od 11 lutego do 16 lipca 1858 roku czternastoletnia wiejska dziewczyna Bernadette Soubirous doświadczyła osiemnastu objawień „Pięknej Pani” ubranej w białą suknię i tego samego koloru płaszcz okrywający głowę. Niewiasta przepasana była niebieską szarfą, stopy przystrojone zostały żółtymi różami. Różaniec tej samej barwy wisiał na ręce i składał się z sześciu dziesiątek. Wydarzenia te miały miejsce w grocie położonej niedaleko Lourdes. Takie były początki powstania tamtejszego sanktuarium maryjnego. Historię Bernadetty, której długo nie dawano wiary, a która była obiektem nagonki ze strony władz i masonów, opisywano w wielu książkach. Doczekała się też fabularnych filmów, ale i musicalu.

    Spektakl Bernadette de Lourdes cieszy się niebywałym powodzeniem, a bilety na trasę koncertową sezonu 2023 – 2024 szybko się rozchodzą. Tournée obejmuje całą Francję, ale i zagranicę. Po sukcesie w Lourdes, gdzie frekwencja wyniosła ponad 150 tysięcy widzów, spektakl trafia do kolejnych miast francuskich. W listopadzie będzie grany m.in. w Lille, w grudniu w Strasburgu, później m.in. w Rennes i Rouen. Na miejsce ostatniego przedstawienia w cyklu, 23 czerwca, wybrana została stolica.

    Jest to opowieść o fascynujących i inspirujących objawieniach maryjnych. Oparta została m.in. o oficjalne raporty władz. Fabuła śledzi historię Bernadetty Soubirous, która po objawieniach Najświętszej Maryi Panny musi stawić czoła niezrozumieniu i wrogości władz, które nie chcą wierzyć jej przekazowi. Twórcy zrekonstruowali tu przesłuchania i spotkania Bernadetty z komisarzem Jacometem, księdzem Peyermale, prokuratorem z Lourdes Vitalem Dutorem, biskupem Laurecnem, itd. To wzruszająca walka pokornej dziewczynki w obronie objawień przed sceptycznymi dorosłymi.

    Muzykę napisał Gregoire, spektakl wyreżyserował Serge Cenoncourt. Autorami tekstów są: Lionel Florence i Patrice Guirao. Producentami „Bernadetty z Lourdes” są Roberto Ciurleo i Eléonore de Galard, którzy po musicalach i sukcesie „Robina Hooda” oraz „Trzech muszkieterów” podjęli nowe wyzwanie, by opowiedzieć fascynującą historię. Przypomnijmy, że święta zmarła w 1858 roku i została kanonizowana w 1933 r. przez papieża Piusa XI.

    Okazuje się, że ten temat – wydawałoby się już historyczny – ma swój ciąg dalszy, a historia objawienia, nawet w formie „świeckiej”, nadal jest przedmiotem kontrowersji. Krytykom nie spodobał się religijny charakter musicalu. Pomimo entuzjastycznych ocen artystycznych, władze oświatowe zdecydowały, że kolejne przedstawienia nie mogą być objęte tzw. pass culture („paszport do kultury”). Jest to stworzony przez rząd francuski system dostępu do wydarzeń kulturalnych dla młodych ludzi w wieku od piętnastu do osiemnastu lat, dostępny w formie aplikacji mobilnej i internetowej. Młodzież otrzymuje na swoje konta pewne sumy, które może wydawać na bilety wstępu w ramach edukacji artystycznej i kulturalnej. Wprowadzony w całej Francji w 2022 roku program umożliwia także nauczycielom rezerwację wycieczek na różne spektakle, filmy, koncerty czy konferencje.

    Spektakl Bernadette de Lourdes z tego systemu wyłączono. Okazuje się, że ta fascynująca historia „nie kwalifikuje się do zbiorowej oferty karnetu kulturowego” ze względu na łamanie zasad „karty laicyzmu”. Poszło o przedstawienia zaplanowane w Lille, które w ramach negocjacji z ministerstwem kultury chciano włączyć do culture pass. Przyszła jednak opinia wersalskiego kuratorium, które uznało, że spektakl nie jest odpowiednio „świecki”.

    Producent Roberto Ciurleo mówi wprost, że to brutalna i bezsensowna decyzja. Jednak agenci Regionalnej Dyrekcji ds. Kultury (Drac) i rektoratu (kuratorium) w Wersalu uznali, że „spektakl nie ma szczególnego wymiaru edukacyjnego”, a poza tym narusza Kartę Sekularyzmu, podobno nawet samym tytułem sztuki. Producent przypomina tymczasem, iż „spektakl jest utrzymaną w konwencji policyjnego śledztwa rekonstrukcją historyczną zaczerpniętą z raportów państwowych – komisarzy, prokuratora cesarskiego i tego, co udało się zaobserwować urzędnikom”. To również „opowieść o przesłuchaniach, jakie przechodziła Bernadette i nie w nim samego objawienia Dziewicy w grocie Lourdes”. Ciurleo dodaje nawet, że „sam reżyser, podobnie jak autorzy piosenek, są… ateistami”. – Nic nie jest tu wymyślone ani podporządkowane nawracaniu, nawet nie ma tu mowy o religii – dorzuca producent.

    Dziennik „Le Figaro” próbował się kontaktować w tej sprawie z rektoratem w Wersalu, ale nie uzyskał wyjaśnień. Rzecz jest może i marginalna a popularności musicalu raczej nie zaszkodzi, ale wyłączenie młodzieży z dostępu do tego typu treści przez agendy Republiki pokazuje, że pojęcie „laicyzmu” we Francji przebyło ewolucję w kierunku negacji własnej kultury, historii i dziedzictwa. Być może urzędnicy państwowi wystraszyli się, bo musical przyciągał coraz większą liczbę młodych ludzi, a zainteresowanie nim dotarło także do szkół. Tak, czy inaczej, nawet w „świeckiej” formie opowiadanie o historii dotyczącej Kościoła okazuje się dla niektórych „podejrzane”…

    Bogdan Dobosz/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 16 PAŹDZIERNIKA

    Dokładnie dziś, przed 45 laty, kardynał Karol Wojtyła został wybrany na papieża. Było to 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

    Jak stać się wspólnotą? Rady Karola Wojtyły

     Pokaz multimedialny we Wrocławiu z okazji beatyfikacji Jana Pawła II

    (fot. ks. Rafał Kowalski/ Gość Niedzielny)

    ***

    Warto dziś przypomnieć rożne fakty, wspomnienia, opinie i ciekawostki dotyczące owego pamiętnego czasu.

    Bardzo znamiennie, z perspektywy przyszłych wydarzeń, brzmią słowa jakie kard. Wojtyła wypowiedział 11 października 1978 w bazylice Mariackiej, podczas Mszy św. intencji zmarłego papieża, Jana Pawła I: „Mężowie stanu, głowy państw mówią o tym, że zapoczątkował nowy styl pasterzowania na Stolicy Apostolskiej. Styl pełen ogromnej prostoty, pełen ogromnej skromności, pełen olbrzymiego poszanowania dla człowieka”.

    15 sierpnia 1963 r. podczas uroczystości koronacji przez prymasa Wyszyńskiego figury Matki Bożej Ludźmierskiej miał miejsce znamienny – z perspektywy późniejszych wydarzeń – epizod. Kardynał Wojtyła uchwycił berło, jakie podczas procesji w pewnym momencie wypadło z ręki Madonny. “Karolu, Maryja dzieli się z Tobą władzą” – powiedział do bp. Wojtyły stojący obok jego kolega, ks. Franciszek Macharski.

    Niektórzy bliscy znajomi kard. Wojtyły uważają, że jego niezwykłe zachowanie w dniach poprzedzających konklawe (w tym szczególne skupienie i małomówność) mogło wskazywać, że przeczuwał on to, co się ostatecznie wydarzyło. Kiedy rankiem 29 września 1978 r. metropolita krakowski dowiedział się o niespodziewanej śmierci Jana Pawła I, głęboko wstrząśnięty powiedział: “Niezbadane są wyroki Boże, chylimy przed nimi głowę”.

    Ostatnią noc przed wyjazdem na pogrzeb Jana Pawła I i konklawe, przyszły papież spędził w domu gościnnym sióstr urszulanek na warszawskim Powiślu. W tym samym domu od lat mieszkał wybitny historyk filozofii Stefan Swieżawski, od lat przyjaciel Karola Wojtyły. “Był bardzo milczący. Pożegnaliśmy się właściwie bez słowa. Widziałem, że nie chce nic mówić. A on już wiedział…”

    Przed konklawe, które wybrało go na papieża kard. Wojtyła mieszkał w Papieskim Kolegium Polskim przy Piazza Remuria. Wczesnym rankiem, 14 października 1978 r. w kaplicy Kolegium odprawił Mszę św. Po południu odjechał na konklawe samochodem prowadzonym przez brata Mariana Markiewicza ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego. Wysłużone już wówczas auto kupił po latach amerykański aktor Jon Voight, odtwórca roli papieża w amerykańskim filmie “Jan Paweł II” (USA, 2005).

    Bezpośrednim poprzednikiem Jana Pawła II na Stolicy Piotrowej był kard. Albino Luciani, który przybrał imię Jana Pawła I. Zmarł na atak serca 28 września 1978 r. po 33 dniach pontyfikatu. Wedle niepotwierdzonych doniesień, papież zmarł we śnie trzymając w dłoni słynne dzieło Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”.

    Kard. Wojtyła niemal „na styk” zdążył na konklawe, które wybrało go na papieża. 14 października metropolita krakowski wybrał po południu do rzymskiej kliniki Gemelli, by odwiedzić chorego przyjaciela, biskupa Deskura. Do Kaplicy Sykstyńskiej wszedł ostatni a trzeba wiedzieć, że po zamknięciu wrót Kaplicy do środka nie wpuszcza się nikogo, nawet kardynałów….

    Kard. Karol Wojtyła został wybrany na papieża w poniedziałek, 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

    Podczas konklawe, prymas Polski kard. Stefan Wyszyński szepnął kardynałowi Wojtyle: “Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać…”.

    Znamienne reminiscencje z konklawe zamieścił papież w swoim testamencie: „Kiedy w dniu 16. października 1978 konklawe kardynałów wybrało Jana Pawła II, Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński powiedział do mnie: ‘zadaniem nowego papieża będzie wprowadzić Kościół w Trzecie Tysiąclecie’. Nie wiem, czy przytaczam to zdanie dosłownie, ale taki z pewnością był sens tego, co wówczas usłyszałem. Wypowiedział je zaś Człowiek, który przeszedł do historii jako Prymas Tysiąclecia. Wielki Prymas. Byłem świadkiem Jego posłannictwa, Jego heroicznego zawierzenia. Jego zmagań i Jego zwycięstwa. ‘Zwycięstwo, kiedy przyjdzie, będzie to zwycięstwo przez Maryję’” – zwykł był powtarzać Prymas Tysiąclecia słowa swego Poprzednika kard. Augusta Hlonda.

    Kolegium Kardynalskie, które dokonało wyboru liczyło 111 purpuratów. Spośród kardynałów elektorów tylko 18 było młodszych od kard. Wojtyły. Został on najmłodszym z papieży, jakich wybrano od półtora wieku. Zgodnie z kościelną normą określoną przez papieża Pawła VI, w konklawe nie brali udziału kardynałowie powyżej 80. roku życia.

    Jan Paweł II był pierwszym od 455 lat papieżem nie-Włochem (od czasu pontyfikatu Hadriana VI, który był Holendrem i pełnił najwyższy urząd w Kościele w latach 1522-23), najprawdopodobniej pierwszym w dziejach papieżem-Słowianinem i pierwszym w historii Kościoła papieżem, który przybranym imieniem powołuje się aż na trzech swoich bezpośrednich poprzedników (Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I).

    Pełne, oficjalne i uroczyste określenie urzędu, na jaki wybrano kard. Wojtyłę brzmi: “Jego Świątobliwość Ojciec Święty Jan Paweł II, Biskup Rzymski, Namiestnik Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Następca Księcia Apostołów, Najwyższy Kapłan Kościoła Katolickiego, Patriarcha Zachodu, Prymas Italii, Arcybiskup i Metropolita Rzymskiej Prowincji Kościelnej, Suwerenny Władca Państwa Watykańskiego, przedtem Arcybiskup i Metropolita Krakowski Karol Kardynał Wojtyła”.

    Obrady są absolutnie tajne, zaś kardynałów obowiązuje tajemnica, niemniej wedle miarodajnych opinii metropolita krakowski został wybrany w ósmym głosowaniu, przytłaczającą większością 99 głosów (spośród 111 wszystkich uczestników konklawe).

    Chociaż kardynał Wojtyła zyskiwał od czasu udziału w obradach coraz większe uznanie wśród hierarchów z całego świata, to nie był wymieniany przez media w gronie papabili a więc purpuratów, których wybór na papieża jest wielce prawdopodobny. Wynik konklawe był absolutną światową sensacją.

    Postać papieża z Polski stała się przez szereg dni po konklawe kluczowym temat światowych mediów, które nie kryły zafascynowania jego osobą. Zwracano uwagę na jego horyzonty intelektualne, wszechstronność zainteresowań, bogactwo doświadczeń duszpasterskich; podkreślano, że zna biegle sześć języków, lubi spływy kajakowe, uprawia narciarstwo a do tego jest poetą…

    Gdy uczestnicy konklawe zostali zapoznani z wynikami rozstrzygającego głosowania, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Villot, zadał metropolicie Krakowa przewidziane rytuałem pytanie: “Czy przyjmujesz dokonany przed chwilą kanonicznie wybór twojej osoby na Najwyższego Kapłana?” Wyraźnie wzruszony kard. Wojtyła odpowiedział: „W duchu posłuszeństwa wobec Chrystusa, mojego Odkupiciela i Pana, w duchu zawierzenia wobec jego Matki – przyjmuję”.

    Zgodnie ze zwyczajem, tuż po wyborze nowy papież przyjmuje od kardynałów elektorów ślubowanie posłuszeństwa. Jak poinformowali świadkowie tego wydarzenia, Jan Paweł II dokonał w tej ceremonii znamiennej modyfikacji, którą biorąc pod uwagę styl całego pontyfikatu, można określić jako wręcz symboliczną: w przeciwieństwie do poprzedników odebrał ten hołd w pozycji stojącej a nie siedząc na tronie.

    Jednym z hierarchów, który podczas przerw w kolejnych sesjach konklawe, optował na rzecz wyboru metropolity krakowskiego był ówczesny arcybiskup Wiednia i przyjaciel metropolity krakowskiego, kard. Franz König. Wielce znamienną rozmowę odbył on z kard. Wyszyńskim, któremu zasugerował, że Polska ma odpowiedniego kandydata. “Co? Miałbym opuścić Warszawę i pozostać w Rzymie? To byłby triumf komunistów!” – odparł na to Prymas. Kard. König doprecyzował więc, kogo miał na myśli…

    Niezwykłą adnotację zawiera księga metrykalna parafii Karola Wojtyły w Wadowicach. Nazajutrz po konklawe z 16 października 1978, pod kolejnymi adnotacjami – o chrzcie, bierzmowaniu, święceniach, sakrze biskupiej, kreowaniu kardynałem – ksiądz proboszcz Edward Zacher, w obecności dziennikarzy z całego świata, wypisał wiecznym piórem: “Die 16 X 1978, in Summum Pontificem electus, et imposuit sibi nomen: Joannes Paulus PP”…

    Postać nowego papieża wzbudzała medialną gorączkę na całym świecie, zaś osoby, które znały kard. Wojtyłę udzielały nieskończonej liczby wywiadów. Tuż po konklawe ciekawą charakterystykę metropolity krakowskiego przedstawił włoskiemu radiu sekretarz Episkopatu Polski bp Bronisław Dąbrowski: “Żyje bardzo ubogo. Gdybyście widzieli, jak mieszka w Krakowie, gdzie jest wielki pałac, a on zajmuje mały pokoiczek, nic więcej… To człowiek pracy. Śpi mało, pracuje wiele (…) Mogę powiedzieć, że jest ludzki, że to człowiek święty, bardzo dobry, otwarty dla wszystkich”.

    Wśród wielu zadziwiających faktów dotyczących Karola Wojtyły, jakie u kresu pontyfikatu zebrał szwajcarski dziennik „Tribune de Geneve” podano i ten, że metropolita krakowski przybył na konklawe mając ze sobą wyjątkowo skromne kieszonkowe, stanowiące odpowiednik 125 franków szwajcarskich.

    Dla bloku państw komunistycznych, na czele z ZSRR wybór polskiego kardynała na papieża był potężnym ciosem. Ciężki szok przeżywało kierownictwo PZPR, które tuż po wyborze zwołało specjalną naradę. Jej klimat opisywał jeden z jej funkcjonariuszy: “Konsternacja widoczna. Olszewski wylewa na jasne spodnie filiżankę czarnej kawy. Westchnienia. Ciężkie. Czyrek ładuje się z tezą (…) – ‘ostatecznie lepszy Wojtyła jako Papież tam, niż jako Prymas tu’. Teza jest chwytliwa. Trafia do przekonania. Ulga”.

    Oficjalna reakcja władz na wybór kard. Wojtyły na Papieża była utrzymana w tonie radości i satysfakcji. Niekiedy starania aby robić “dobrą minę do złej gry” przynosiły efekt humorystyczny. W telegramie wystosowanym przez władze PRL nazajutrz po zakończeniu konklawe napisano m.in.: “Na tronie papieskim po raz pierwszy w dziejach jest syn polskiego narodu, budującego w jedności i współdziałaniu wszystkich obywateli wielkość i pomyślność swej socjalistycznej ojczyzny…”

    Wybór hierarchy “zza żelaznej kurtyny” wywołał radość i wzbudził wiele nadziei. Vaclav Havel, wówczas słynny dysydent i dramaturg (później prezydent Czechosłowacji a następnie Republiki Czeskiej) siedział z przyjaciółmi w swoim górskim domku. “Kiedy usłyszeliśmy tę wiadomość, zaczęliśmy wiwatować i krzyczeć z radości do późnego wieczora. Instynktownie czuliśmy, że jest to olbrzymie wsparcie dla wszystkich ludzi kochających wolność a żyjących w świecie komunistycznym”.

    Wielki pisarz rosyjski, wygnany z ojczyzny przez władze radzieckie, autor słynnego „Archipelagu Gułag”, Aleksander Sołżenicyn, tak skomentował decyzję konklawe z 16 października 1978 r.: „Wybór papieża Wojtyły to jedyna dobra rzecz, jaka wydarzyła się ludzkości dwudziestego wieku”.

    Wietnamski arcybiskup van Thuan czwarty rok siedział w odosobnieniu skazany przez komunistyczne władze swojego kraju (w areszcie domowym i więzieniach spędził w sumie lat 13). Kilka lat wcześniej widział się kard. Wojtyłą w Rzymie. Ktoś potajemnie przekazał mu wieść o wyniku konklawe. “Bardzo się ucieszyłem, ponieważ w moim przekonaniu była to wielka łaska dla Kościoła”.

    Pontyfikat Jana Pawła II od pierwszych dni pełen był zachowań, słów i gestów, które odmieniły oblicze papiestwa w oczach świata, przybliżając je do zwykłych ludzi. Już pierwszego dnia po wyborze Ojciec Święty zdecydował się na rzecz nie do pomyślenia przez poprzedników: opuścił mury Watykanu by udać się do szpitala Gemelli w odwiedziny do chorego przyjaciela, kard. Andrzeja Deskura.

    Brytyjski „The Times” nazajutrz po konklawe z 16 października: „Wybór kardynała Wojtyły na papieża jest wydarzeniem o niezwykłym znaczeniu. Kardynałowie wyprawili Kościół w podróż, której koniec nie jest znany (…) Być może postąpili najmądrzej, jednak zaryzykowali wyzwolenie takich sił ludzkich, politycznych i religijnych, który nie będą w stanie kontrolować”.

    Wybór papieża z Polski był niezwykłym wydarzeniem w dziejach świata, ale, jak się okazało, zapowiedzianym w poetyckim proroctwie innego Polaka. Juliusz Słowacki napisał w 1848 r.: „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza/W ogromny dzwon,/Dla słowiańskiego oto papieża/Otworzył tron, (…)// Twarz jego słowem rozpromieniona,/Lampa dla sług,/Za nim rosnące pójdą plemiona/W światło, gdzie Bóg./Na jego pacierz i rozkazanie/Nie tylko lud -/Jeśli rozkaże, to słońce stanie,/Bo moc – to cud!

    Proroctwo Juliusza Słowackiego o słowiańskim papieżu odczytano na Placu św. Piotra podczas koncertu jaki zorganizowano dokładnie w 20. rocznicę wyboru kard. Wojtyły. Wielotysięczny tłum pielgrzymów i turystów gorącym aplauzem przyjął słowa polskiego wieszcza odczytane po włosku przez jednego z aktorów. Kilka chwil później niemal dokładnie co do minuty w 20 lat po swoim wyborze, w oknie Pałacu Apostolskiego pojawił się Jan Paweł II. Pozdrowił krótko przybyłych, podziękował im za pamięć o rocznicy i pobłogosławił ich.

    Kiedy drugiego (i ostatniego) dnia konklawe dyskusje wśród kardynałów coraz wyraźniej wskazywały na możliwość wyboru metropolity krakowskiego, dawny rzymski znajomy ks. Wojtyły a wówczas już kardynał, o. Maksymilian de Fuerstenberg, pochylił się nad nim cytując słowa z Ewangelii św. Jana: „Dominus adest et vocat te” (Pan jest i woła cię).

    Uczestnik konklawe, hiszpański kardynał Enrique y Tarancon, powiedział po wyborze kard. Wojtyły: „Nie szukaliśmy kandydata konserwatywnego ani postępowego, tylko ‘pewnego’ jeśli chodzi o kontynuowanie linii Soboru Watykańskiego II. Kryteria oceny nie miały charakteru ideologicznego. Poza tym Wojtyła był typem biskupa-duszpasterza, co miało zasadnicze znaczenie”.

    Powracając po latach do czasów swojego wyboru na papieża, Jan Paweł II oceniał, że w ten sposób konklawe „jak gdyby zażądało świadectwa Kościoła, z którego ten kardynał przychodził – jakby go zażądało dla dobra Kościoła powszechnego. (…) Wybór Polaka nie mógł nie oznaczać jakiegoś przełomu. Świadczył o tym, że konklawe, idąc za wskazaniami Soboru, starało się odczytywać ‘znaki czasu’ i w ich świetle kształtować swoje decyzje”.

    W homilii podczas Mszy z okazji 25. rocznicy pontyfikatu, 16 października 2003 r. Papież wyznał, że w momencie wyboru silne odczuł w swym sercu pytanie, jakie skierował Jezus do Piotra: „Miłujesz Mnie, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?”(J 21, 15-16); i dodał: „Każdego dnia odbywa się w mym sercu ten dialog, a w duchu wpatruję się w to łaskawe spojrzenie zmartwychwstałego Chrystusa, które ośmiela, aby jak Piotr ze świadomości swej ludzkiej ułomności ze spokojem odpowiadał: ‘Panie, Ty wiesz… Ty wiesz, że Cię kocham, a potem podejmować zadania, jakie On sam przed nami stawia”.

    Wybitny polski pisarz Andrzej Kijowski, który znał ks. Wojtyłę jeszcze z czasów jego pracy w kościele św. Floriana, tu po wyborze polskiego kardynała na papieża opublikował w miesięczniku “Więź” ciekawą “przepowiednię”: “Nie będzie cudzoziemcem ani w Rzymie, ani w świecie, ponieważ ma ten rodzaj inteligencji, która każdemu, kto się z nim zetknie, uświadamia jego inteligencję własną. Ma dar otwierania serc na tajemnie Boga i tajemnice człowieka. (…) uniwersalna mądrość tego papieża, jego talent identyfikacji z innymi, jego wewnętrzna wielość i jego wielkość rzucą blask na całą nadchodzącą epokę w historii Kościoła”.

    Kai/Gość Niedzielny

    ***

    NIEDZIELA 22 PAŹDZIERNIKA 2023

    WSPOMNIENIE ŚW. JANA PAWŁA II – TEGO DNIA ROZPOCZĄŁ SIĘ PONTYFIKAT, KTÓRY JEST TRZECIM NAJDŁUŻSZYM W HISTORII KOŚCIOŁA. (Najdłuższy należy do świętego Piotra – od ustanowienia przez Chrystusa głową Kościoła w roku 30 do męczeńskiej śmierci, datowanej na rok 64 bądź 67. Kolejne dwa najdłuższe pontyfikaty – to pontyfikaty bł. Piusa IX (16.6.1846 – 7.2.1878) – 31 lat, 7 miesięcy i 22 dni oraz Jana Pawła II, trwający prawie 27 lat).

    Pontyfikat Jana Pawła II w liczbach

    IV pielgrzymka papieża Jana Pawła II do Polski. Łomża 05.06.1991. Fot. PAP/W. Kryński

    IV pielgrzymka papieża Jana Pawła II do Polski. Łomża 05.06.1991/ fot. PAP/W. Kryński

    ***

    Papież Jan Paweł II jest największym podróżnikiem wśród dotychczasowych papieży. Ostatnia pielgrzymka do Francji była 104. podróżą zagraniczną Ojca Świętego. Poniżej zestawienie papieskich podróży, opracowane przez Radio Watykańskie.

    Data wyboru na papieża: 16 października 1978 r. Pierwsza podróż: do Republiki Dominikańskiej, Meksyku i na Wyspy Bahama – w styczniu 1979 r.

    Ogółem papież odwiedził raz lub wielokrotnie – 132 kraje oraz około 900 miejscowości. W podróżach spędził 586 dni. W sumie poza Włochami przebywał prawie 7 proc. pontyfikatu.

    Podczas wszystkich podróży zagranicznych przebył ponad 1 700 000 km, co odpowiada ponad 42-krotnemu okrążeniu Ziemi wokół równika lub prawie 4,5-krotnej średniej odległości między Ziemią a Księżycem.

    Polska jest krajem, który papież odwiedzał najczęściej – dziewięć razy. Siedem razy odwiedził USA i Francję, Meksyk i Hiszpanię – po 5 razy. W czasie podróży zagranicznych Jan Paweł II wygłosił ponad 2400 przemówień.

    Najdalszą była 32. podróż zagraniczna – na Daleki Wschód i do Oceanii (18 listopada – 1 grudnia 1986 r.), w czasie której papież przebył 48 974 km. Podróż na Daleki Wschód i do Oceanii była też najdłuższa, trwała – 13 dni, 6 godzin i 15 minut. Na drugim miejscu pod tym względem znajduje się pielgrzymka do Ameryki Południowej (31 marca – 13 kwietnia 1987 r.), która trwała 13 dni i 4 godziny. Na trzecim – siódma podróż do Polski – 12 dni, 11 godzin i 45 minut.

    Według watykańskich statystyk, rokiem największej aktywności Jana Pawła II w Rzymie był rok 1983, kiedy to odbyło się 49 audiencji generalnych. Jednakże najwięcej osób – 1 milion 585 tysięcy – słuchało papieża na audiencjach w 1979 roku, więcej nawet niż podczas uroczystości Roku Wielkiego Jubileuszu Kościoła katolickiego w 2000 roku, kiedy papież przemawiał do 1 milion 463 tysięcy ludzi. Najmniej audiencji generalnych – tylko dziewięć – odbyło się w 1978 roku, kiedy to 16 października Karol Wojtyła został wybrany na papieża. Spotkał się wówczas na środowych modlitwach z 200 tysiącami wiernych.

    Podczas swojej 27-letniej posługi Jan Paweł II ogłosił 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji apostolskich, 43 listy apostolskie; zwołał dziewięć konsystorzy; mianował 232 kardynałów (łącznie z ogłoszonymi 28 września 2003 r.), w tym 10 Polaków; kanonizował 478 świętych (w tym 9 Polaków oraz dwóch świętych związanych z Polską); beatyfikował 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków); przewodniczył 6 zgromadzeniom generalnym zwyczajnym synodu biskupów, jednemu zgromadzeniu nadzwyczajnemu synodu biskupów, siedmiu zgromadzeniom specjalnym synodu biskupów; przyjął ponad 1350 osobistości politycznych; spotkał się z wiernymi na ponad 1020 audiencjach generalnych.


    Stanisław Karnacewicz (PAP)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ZE SWOJEJ NATURY JEST MISYJNY

    IDŹCIE NA CAŁY ŚWIAT I GŁOŚCIE EWANGELIĘ

    ***

    Miejsce religii

    Człowiek ma być sobą wszędzie, a nie tylko w wyznaczonym miejscu.

    Zobaczyłem w sieci baner jednej z partii politycznych, zaczynający się słowami: „Miejsce religii jest:”, a pod spodem, obok stosownych zdjęć, pytania: „w szpitalu? w szkole? w kościele?”. Przy dwóch pierwszych kwestiach widniały duże napisy „Nie!”, a przy trzeciej napis „Tak!”.

    Zadumałem się. Miejsce religii jest w kościele? Nie w szkole i nawet nie w szpitalu? To tak, jakby powiedzieć, że miejsce chleba jest w piekarni albo że miejsce książek jest w drukarni. Gdybym chciał, żeby ludzie nie jedli chleba albo nie czytali książek, tobym się domagał właśnie tego: żeby te rzeczy nie opuszczały miejsca ich powstania. Perorowałbym: Jak kto głodny albo spragniony lektury, to niech zaspokaja swoje potrzeby w miejscach do tego przeznaczonych!

    Wygląda to „tolerancyjnie” – no przecież macie swoje miejsce, nikt wam nie broni modlić się w kościele. Możecie tam sobie świadczyć „usługi zbawiennicze” (określenie jednego polityka), a my tylko oczekujemy, że nie wyjdziecie z tymi swoimi fanaberiami na zewnątrz, tam, gdzie ludzie mają prawo…

    No właśnie – do czego? Do tego, żeby nikt nie wiedział, co jest treścią naszego życia? Jeśli tak, to jakim prawem ci wszyscy politycy wyłażą na płoty, słupy i wiaty przystankowe z dużo mniej istotnymi rzeczami, przekonując, że ich opcja polityczna jest najlepsza, że ich mam poprzeć, ich wybrać? Jakim prawem wyskakują mi z telewizora, z radia i z telefonu, próbując mnie przeciągnąć na swoją stronę? Niechby sobie politycy politykowali tylko w siedzibach swoich partii, a jak kto ciekawy, to do nich przyjdzie, nie?

    No właśnie nie. Każde środowisko, które zamyka się i ogranicza tylko do siebie, szybko jałowieje i umiera. Jesteśmy ludźmi, a nie jakimiś zombiakami snującymi się po ulicy, a odżywającymi tylko w swoich enklawach. Ludzki rozwój bierze się głównie z tego, że nawzajem sobie przekazujemy swoje doświadczenia. Próby ograniczania możliwości dzielenia się z innymi są dążeniem do zubażania wszystkich. Szczególnie dotyczy to kwestii wiary.

    Jezus mówi: „Idźcie i czyńcie uczniów ze wszystkich narodów”. Dla tych, którzy uznają Go za swojego Pana, to jest nakaz ważniejszy od wszelkich innych. Wynika z niego, że nie wystarczy nawet głoszenie Ewangelii, ale trzeba przysparzać Jezusowi uczniów. Dlatego chrześcijaństwo jest misyjne i jeśli ktoś chce wyznawców Chrystusa schować w kościołach, nie osiągnie celu. Gdyby mu się to z jakąś wspólnotą udało, to by znaczyło, że ona nie była chrześcijańska

    Można oczywiście zepchnąć Kościół do katakumb, ale on i tam pozostaje misyjny – a nawet szczególnie tam, bo w katakumbach się modli, a potem z nich wychodzi i robi swoje. Czyli Boże.


    KRÓTKO:

    Urabianie państw

    Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu próbuje zmusić Bułgarię do instytucjonalizacji związków jednej płci. Dwie obywatelki tego państwa w 2016 r. zawarły „małżeństwo” w Wielkiej Brytanii. Gdy wróciły do kraju, jedna z nich zażądała odnotowania w dokumentach stanu cywilnego, że jest „w stanie małżeńskim”. Burmistrz odmówił, argumentując, że bułgarskie prawo definiuje małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Bułgarskie sądy przyznały rację burmistrzowi, więc kobiety odwołały się do ETPC, ten zaś orzekł, że Bułgaria uchybiła „obowiązkowi” instytucjonalizacji związków jednopłciowych, co wywnioskował z art. 8 Konwencji o ochronie praw człowieka. Mowa tam, że „każdy ma prawo do poszanowania swojego życia prywatnego i rodzinnego”. Informujący o tym Instytut Ordo Iuris przypomina, że obecnie możliwość sformalizowania związków jednopłciowych istnieje w 30 państwach członkowskich Rady Europy, w tym w 18 z nich nazywa się to „małżeństwo”, a w 12 „związek partnerski”. Polska jest jednym z pozostałych 16 państw, w których sprawa ta… jest uregulowana. Tyle że prawidłowo.

    Dobre i to

    Węgry wprowadzają obowiązek zapoznawania kobiet, które chcą dokonać aborcji, z biciem serca ich dzieci. Na Węgrzech wciąż obowiązuje prawo zezwalające na aborcję do 12. tygodnia ciąży, więc każdy sposób ograniczenia tego zabójczego procederu jest wart uznania.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    _______________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA – 18 PAŹDZIERNIKA

    Dziś po raz kolejny dzieci na całym świecie modlą się na różańcu o pokój,

    o pokój w naszych sercach, w naszych rodzinach, w naszej Ojczyźnie i na świecie.

     

     ©Pavlo – stock.adobe.com

    *****

    Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie zachęca najmłodszych do dołączenia do specjalnego łańcucha modlitewnego. 18 października dzieci na całym świecie będą modlić się na różańcu. Kampania organizowana jest pod hasłem „Milion dzieci modli się na różańcu”.

    Ks. prof. Waldemar Cisło, dyrektor sekcji polskiej Papieskiego Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie przypomina, że inicjatywa ma wyjątkowego patrona, jakim jest św. o. Pio. „To on powiedział, że jeśli milion dzieci będzie modlić się na różańcu, to świat napełni się pokojem” – zaznacza wykładowca UKSW.

    „W ubiegłym roku dzięki katechetom, księżom, którzy zachęcali swoich podopiecznych do modlitwy, 270 tysięcy dzieci z Polski wzięło udział w tej międzynarodowej akcji. Bardzo serdecznie zachęcamy do tego. Widzimy dzisiaj na skutek wojny w Ukrainie i tego, co dzieje w Ziemi Świętej, jak kruchą rzeczywistością jest pokój i w jak w wielu miejscach na świecie jest on potrzebny. Pięknym świadectwem człowieka, który żył w kraju wojny jest ks. Douglas Al-Bazi z Iraku. Został porwany przez terrorystów przy ołtarzu, kiedy odprawiał Mszę Świętą, skuty łańcuchem i katowany. Wybijano mu zęby, kości łamano młotkiem, nie dawano przez pierwsze dni jedzenia i wody. Jak mówił, nigdy tak nie doświadczył siły i wsparcia, jakie daje modlitwa różańcowa, jak wtedy, kiedy modlił się na różańcu, posługując się łańcuchem, którym był skuty. Ogniwa łańcucha służyły mu jako paciorki różańca” – przypomina duchowny.

    Módlmy się o pokój, o pokój w naszych sercach, naszych rodzinach w naszej Ojczyźnie, ale i na świecie. Serdecznie wszystkich zachęcam, katechetów, księży, siostry zakonne, rodziców. Pomódlmy się razem z tymi dziećmi, by ten przykład motywował cały świat” – powiedział Radiu Watykańskiemu ks. prof. Cisło.

    Jak informuje Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie zaproszenie do tego, by dołączyć do kampanii „Milion dzieci modli się na różańcu” płynie w tym roku z Kamerunu, gdzie w Ayos znajduje się dom dla porzuconych i opuszczonych dzieci, stworzony przez Siostry Opatrzności Bożej. Na co dzień mieszka tam 28 potrzebujących dziewczynek.

    Akcja modlitewna rozpocznie się 18 października o godz. 9.00. Podczas poprzednich edycji uczestnicy modlili się w salach gimnastycznych, na boiskach przed szkołą, w klasach i w parafiach. W Polsce sercem kampanii „Milion dzieci modli się na różańcu” ponownie będzie Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Zakopanem. Formularz zgłoszeniowy dostępny jest na stronie www.modlitwamilionadzieci.pl .

    Radio Watykańskie / Watykan (KAI)/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK – 19 PAŹDZIERNIKA

    DZIŚ WSPOMNIENIE BŁ. KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI

    I RÓWNIEŻ

    NARODOWY DZIEŃ PAMIĘCI DUCHOWNYCH NIEZŁOMNYCH

     

     sejm.gov.pl

    ***

    19 października, w rocznicę męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych. To ustanowione w 2018 r. święto państwowe oddaje hołd „bohaterom, niezłomnym obrońcom wiary i niepodległej Polski”.

    ***

    Modlitwa za Ojczyznę bł. Jerzego Popiełuszki

    fot. via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    Modlitwa za Ojczyznę bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    W tym wyjątkowym dla naszej Ojczyzny czasie, wzywajmy wstawiennictwa bł. ks. Jerze Popiełuszki, prosząc Boga o błogosławieństwo dla naszego Narodu.

    Wszechmocny Boże, Ojców naszych Panie!

    Pochylamy pokornie nasze głowy, by prosić o siłę wytrwania i mądrość w tworzeniu jedności,

    by prosić o Twoje błogosławieństwo.

    Wszystkich polecamy Twojej szczególnej opiece, Twojej mocy uzdrawiającej ludzkie serca.

    Chcemy wszystkim naszym winowajcom przebaczyć, jak Ty przebaczasz nam nasze winy.

    I zbaw od złego nas wszystkich. Wysłuchaj, Panie, prośby ludu swego.

    Amen.

    http://www.ak.diecezja.wloclawek.pl

    ***

    39-ta rocznica męczeńskiej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki – ‘kapelana Solidarności’

    39-ta rocznica męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki – ‘kapelana Solidarności’

    Grób bł. ks. Jerzego Popiełuszki – Reytan, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Wierny Bogu i Ojczyźnie.

    Błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko.

    39 lat temu, najprawdopodobniej 19 października, funkcjonariusze zwalczającego Kościół IV departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zamordowali kapelana „Solidarności” ks. Jerzego Popiełuszkę. Jego ciało zostało wrzucone do Wisły w okolicach tamy we Włocławku. W 2010. roku został beatyfikowany.

    Odważne przeciwstawianie się złu, dopominanie się o prawdę, bezgraniczne umiłowanie Kościoła i polskości, w kręgach patriotycznych zyskały Księdzu Jerzemu Popiełuszce miano „Piotra Skargi naszych czasów”. Z tych samych powodów był on znienawidzony przez komunistyczną władzę.

    PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________

    Ofiara ruszyła lawinę

    Ofiara ruszyła lawinę

    fot. Anna Beata Bohdziewicz/East News

    ***

    W październiku 1984 r. zginął ks. Jerzy Popiełuszko. Przeszkadzał złu. Od tamtej pory przeszkadza znacznie bardziej.

    Władza ludowa umiała ludowi dopiec. A konkretnie tym jego członkom, którzy nie śpiewali w chórze jej piewców. Na początku lat 80. minionego wieku ks. Jerzy Popiełuszko otwierał listę „wrogów ludu” i władza dawała mu to odczuć. Wszechobecna inwigilacja, rewizje, podrzucane „dowody”, przesłuchania, szczucie w mediach, groźba więzienia.

    W lipcu 1984 roku atmosfera wokół kapłana była już taka, że ks. Teofil Bogucki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki, powiedział podczas Mszy za Ojczyznę: „Uważam za swój pasterski obowiązek na tle fałszywych sądów i niesprawiedliwych wyroków, w świetle wypowiedzianych myśli, ukazać jasną postać ks. Jerzego, którego zaliczam w poczet najlepszych kapłanów, gorliwych i pełnych Ducha Bożego, i do najwspanialszych Polaków, szlachetnych i oddanych sercem ojczyźnie. Wszyscy zaświadczyć mogą, że nikogo nie nawoływał do nienawiści i zemsty, ale zachęcał do miłości i przebaczenia. Nie podniecał, ale uciszał wzburzone serca”.

    To nie była tania laurka. Raczej przyczynek do procesu beatyfikacyjnego. Proboszcz wiedział, co mówi: ks. Popiełuszko naprawdę taki był. Scena z filmu, w której ks. Jerzy częstuje herbatą śledzącego go zmarzniętego esbeka, oddawała rzeczywistość. Świadkowie potwierdzają: przyszły błogosławiony robił takie rzeczy z autentycznej troski o człowieka, niezależnie od tego, kim ten człowiek był. „Walczymy ze złem, a nie z jego ofiarami” – ta myśl towarzyszyła mu cały czas. To dlatego był nieustępliwy, gdy ludzka wola kolidowała z tym, co odczytywał jako wolę Bożą. Wiedział, że Bóg chce dla człowieka wyłącznie dobra. Ta jego cecha dała o sobie wyraźnie znać już przed laty, gdy został wyrwany z seminarium do jednostki wojskowej w Bartoszycach. Tam władze PRL robiły klerykom pranie mózgu za pomocą „specjalnego programu szkolenia politycznego”. Na szeregowego Popiełuszkę spadały kary za to, że klęka do modlitwy albo że nie chce zdjąć z palca różańca. Ośmieszanie, długie i poniżające przesłuchania, odbieranie urlopu, areszt, stanie boso na mrozie – żadne szykany go nie złamały.

    „Wspólną modlitwę praktykujemy w dalszym ciągu, wspólny Różaniec, wieczorna modlitwa, w piątek Droga Krzyżowa, a w święta recytowana Msza św.” – pisał z wojska do ojca duchownego w seminarium. Imponował kolegom klerykom. Dzięki niemu nie bali się w niedziele odprawiać nabożeństw zastępujących Mszę św., ponieważ w Eucharystii nie pozwalano im uczestniczyć. Wielu z nich mówiło potem, że postawa Popiełuszki sprawiła, iż zamiast zrezygnować z seminarium, zyskali w wojsku większą motywację do zostania kapłanami.

    „Boże, jak się lekko cierpi, gdy się ma świadomość, że się cierpi dla Chrystusa” – pisał w jednym z listów kleryk Jerzy.

    Nie pożyję

    A jednak tamtego dnia, 29 lipca 1984 roku, ks. Jerzy wydawał się znękany ponad miarę. Zebrani w kościele widzieli, jak słuchając słów ks. Boguckiego, zasłania twarz ręką. Chyba po raz pierwszy publicznie płakał. Ale nie było to załamanie. „Ja jestem przekonany, że to, co robię, jest słuszne” – powtarzał w rozmowach z księżmi. Innym razem powiedział: „Ja się poświęciłem, ja się nie cofnę”. „Będę wśród swoich robotników, dopóki tylko będę mógł” – deklarował, świadom, że niedługo może już nie będzie mógł. Księża zapamiętali, jak w ostatnich miesiącach życia mówił kilkakrotnie: „Ja długo nie pożyję”. I dodawał: „Jestem gotowy na wszystko”. Mówił to z determinacją w głosie. Dziś możemy na tej podstawie stwierdzić, że Bóg przygotowywał ks. Jerzego do męczeństwa.

    Po lipcowej Mszy za Ojczyznę pozostały mu jeszcze niespełna trzy miesiące życia. Komunistyczna władza wiedziała już dzięki podsłuchom, że ksiądz nie wyjedzie na studia, lecz pozostanie w Polsce. Oznaczało to dla niej sygnał do wzmożenia represji. We wrześniu płk Pietruszka powiedział podwładnym: „Dosyć tej zabawy z Popiełuszką i Małkowskim. Podejmujemy zdecydowane działania. Trzeba nimi tak wstrząsnąć, żeby to było na granicy zawału serca, żeby to było ostrzeżenie”.

    Gdyby SB miała do czynienia z człowiekiem, któremu bardziej zależy na sobie niż na innych, może by takie „ostrzeżenie” podziałało. Ksiądz Jerzy jednak nie był takim człowiekiem. I władza posunęła się do działań ostatecznych.

    Bez skrupułów

    Jak to miało być? Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, pewnie ks. Jerzy Popiełuszko zniknąłby i tyle by go widziano. A potem może rozpuściłoby się plotki, że ktoś widział go, jak z panienkami na Karaibach przepuszcza pieniądze zebrane od naiwnych wiernych. Jedni by wierzyli, inni nie, ale wątpliwość by została. Funkcjonariusze Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wiedzieli, jak się takie rzeczy robi. Szczególnie ci z Samodzielnej Grupy „D”. Literka „D” to inicjał od słowa dezintegracja, a to ci ludzie potrafili najlepiej. Tam pracowali najwięksi zbrodniarze, zdolni do znęcania się nad ludźmi i mordowania ich bez żadnych skrupułów.

    Wieczorem 19 października 1984 roku trzej ludzie z tego „komanda śmierci”, przebrani w mundury milicjantów, zatrzymali samochód, którym podróżował ks. Jerzy Popiełuszko.

    To wiemy. Wiemy też, co zdarzyło się 11 dni później. „O godzinie 17.00 […] przystąpiono do wydobywania zwłok mężczyzny […] przy użyciu płetwonurków. Przed ich wydobyciem, jak wynika z oświadczenia płetwonurka Krzysztofa Mańko, […] ubrane były w sutannę, zwrócone twarzą w kierunku jazu, z obciążeniem nóg” – czytamy w milicyjnym raporcie z 30 października 1984 roku.

    Co się jednak naprawdę zdarzyło między porwaniem ks. Jerzego a znalezieniem jego zwłok? Nie mamy całkowitej pewności. Nic dziwnego – zarówno poprzedzające proces dochodzenie, jak i sam proces były w rękach władzy, która zleciła to morderstwo. Jeśli ten przedziwny „sąd we własnej sprawie” w ogóle się odbył, to wyłącznie dlatego, że coś poszło nie tak – i sprawa częściowo się wydała. Nie dało się już przed społeczeństwem udawać niewiniątek. Kogoś trzeba było poświęcić, więc poświęcono bezpośrednich wykonawców i ich bezpośredniego przełożonego.

    Poszło inaczej

    A co poszło nie tak? Z pewnością szyki pomieszała ucieczka Waldemara Chrostowskiego, kierowcy ks. Jerzego. Porwany razem z kapłanem, w dogodnym momencie zdołał otworzyć drzwi pędzącego samochodu i uciec. Jak to możliwe? Ta wersja długo budziła spory. Mimo to dostępne dziś dokumenty i relacje świadków wskazują na to, że tak rzeczywiście było.

    Tak czy inaczej – sprawa wyszła na jaw. I jeśli w zamyśle SB śmierć kapłana w ogóle miała dotrzeć do wiadomości publicznej, to z pewnością nie w taki sposób. Mimo że dochodzenie i proces zostały tak ustawione, jakby podsądnymi byli ks. Popiełuszko i Kościół, wydarzenia wymknęły się komunistycznej władzy spod kontroli. Nic już nie mogło powstrzymać lawiny przemian społecznych, jaka za kilka lat miała ruszyć, zmiatając – bez użycia przemocy! – cały aparat władzy i przywracając Polsce wolność.

    Tu działały siły, jakich sobie władza w ogóle nie wyobrażała. Zło zostało zwyciężone przez dobro – właśnie tak, jak do tego ks. Jerzy wielokrotnie nawoływał. Ksiądz miał „przestać bruździć”, miał nie skupiać już wokół siebie tłumów. Jego zniknięcie miało zapewne także zastraszyć ewentualnych naśladowców. Stało się zupełnie inaczej. Na pogrzeb ks. Jerzego 3 listopada 1984 roku do Warszawy zjechało prawie milion Polaków. Podczas Mszy, odprawianej przez tysiąc kapłanów, kazanie wygłosił prymas, kard. Józef Glemp. „Odpuszczamy wszystkim winowajcom, którzy z przekonania lub na rozkaz zadali bliźnim krzywdy. Odpuszczamy zabójcom ks. Popiełuszki. Nie mamy do nikogo nienawiści. (…) Być może była potrzebna ofiara życia, aby odkryły się utajone mechanizmy zła, aby wyzwoliły się silniej pragnienia dobra, szczerości, zaufania” – niosło się nad ulicami wypełnionymi ludźmi.

    Taka jest logika Ewangelii: odrzucić zło, ocalić człowieka. Nie chcemy mieć satysfakcji z tego samego, z czego satysfakcję chce mieć diabeł. To jest też przesłanie ks. Jerzego.

    Ksiądz działa

    Owocem dobra jest dobro. Dziś wiele lat po śmierci ks. Jerzego, wielu ludzi świadczy o cudach i łaskach doznanych za jego przyczyną. Przy grobie błogosławionego kapłana wciąż modlą się wierni – i wielu otrzymuje łaski nawet wtedy, gdy się tego nie spodziewa. Ludzie wzywają jego pomocy w chorobach i dramatycznych sytuacjach życiowych. Wielu doznaje uzdrowienia, są małżonkowie, którzy wstawiennictwu bł. Jerzego przypisują wyjście z poważnych kryzysów, są też ludzie, którzy wypraszają jego pomoc w znalezieniu dobrej pracy.

    Ksiądz Jerzy za swojego ziemskiego życia przyczyniał się do licznych powrotów do Boga. Wygląda na to, że dziś nawrócenia to także jego szczególna „specjalizacja”.

    Umierają kolejni winowajcy zbrodni sprzed lat, mniejsza z tym, czy przez ludzki trybunał zostali uznani za przestępców, czy też nie. Ksiądz Jerzy złożył ofiarę, naśladując Jezusa, o którym już Izajasz pisał, że „poniósł grzechy wielu, i oręduje za przestępcami”. Z pewnością także kapłan męczennik oręduje za swoimi prześladowcami, modląc się o ich nawrócenie choćby w ostatniej godzinie.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Księża i ich kaci.

    Pamiętajmy o niezłomnych duchownych

    (fot. Marek Musial / Forum)

    ***

    19 października 1984 r. ksiądz Jerzy Popiełuszko po raz ostatni stanął przed ołtarzem. W kościele pw. Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy odprawił Mszę świętą, a następnie poprowadził nabożeństwo różańcowe.

    Wierni rozważali tajemnice bolesne. Ksiądz Jerzy wzywał Matkę Bożą jako Bolesną Królową Polski. Mówił do zgromadzonych, jakby przeczuwając to, co miało nadejść już niedługo:

    „Obowiązek chrześcijanina – to stać przy prawdzie, choćby miała ona wiele kosztować. Bo za prawdę się płaci. Tylko plewy nic nie kosztują, za pszeniczne ziarno prawdy trzeba czasami zapłacić”.

    Preludium

    Już we wrześniu 1939 r. na polskich Kresach Wschodnich z rąk komunistów zginęło dziewięciu księży katolickich i kilku kleryków.

    Część zamordowali żołnierze Armii Czerwonej, innych miejscowi bojówkarze. Zginęli m.in.: ks. Romuald Chłopecki w Kołomyi, ks. Bolesław Fedorowicz w Stolinie na Polesiu, jezuita o. Mariusz Skibniewski w Przyłbicach k. Lwowa, ks. Jan Kryński w Zelwie.

    W następnych miesiącach, do czerwca 1941 r., w zaborze sowieckim brutalne samosądy zastąpiła czerwona „machina sprawiedliwości”. W tym czasie z wyroków sądów straceni zostali księża: Antoni Bułat, Adam Bogdanowicz, Jerzy Jaglarz, Czesław Kaniak, Jan Kisiel, Jerzy Moskwa, Stanisław Zientara, a także słowacki ksiądz Jan Kellner Brinsko. Kilkunastu aresztowanych kapłanów „zaginęło” bez wieści; w łagrach zmarło ich co najmniej 20. Eksterminacji poddano kapelanów Wojska Polskiego – ks. płk Józef Panaś zginął w trakcie przesłuchania, ks. gen. Karol Bogucki zmarł w łagrze w Kazachstanie, 27 kapelanów rozstrzelano w Katyniu, Twerze i Charkowie.

    W pierwszych tygodniach wojny niemiecko-sowieckiej, w czerwcu i lipcu 1941 r. Sowieci zabili 42 polskich duchownych. Ginęli oni w więzieniach w  Wilejce, Oszmianie, Łucku, Lwowie, Tarnopolu i Złoczowie, podczas „marszów śmierci” więźniów z Berezwecza do Ułły i z Mińska do Borysowa, również w swych miejscach zamieszkania (jak ośmiu dominikanów z Czortkowa, zamordowanych przez miejscowych Żydów służących w NKWD).

    Również w następnych latach przybywało męczenników, takich jak o. Stanisław Szulmiński SAC (zmarł w łagrze, w którym pozostał dobrowolnie po ułaskawieniu, by nieść pociechę duchową więźniom), czy ks. Paweł Chomicz, pełniący obowiązki Apostolskiego Administratora Leningradu (stracony za nielegalne odprawianie Mszy św.). 

    Ogółem w latach 1939-1945 naliczono 270 polskich duchownych rzymskokatolickich zamordowanych i zmarłych w wyniku represji sowieckich.

    Pogromcy kleru

    W Polsce, podobnie jak we wszystkich krajach zainfekowanych przez komunizm, obok rzeszy patriotów, których opór należało złamać, marksiści znaleźli grono wiernych sługusów i naśladowców.

    Prawdopodobnie pierwszym kapłanem, zamordowanym w tzw. Polsce Ludowej, był ks. Michał Pilipiec, kapelan AK i wikariusz w Błażowej. Bezpieka aresztowała go 4 grudnia 1944 r. i poddała okrutnemu śledztwu. Cztery dni później został wywieziony do lasów głogowskich k. Rzeszowa i tam zastrzelony wraz z trzema parafianami.

    Następne lata przyniosły dziesiątki zabójstw na kapłanach. W Kraśniku „nieznani sprawcy” zastrzelili ks. Stanisława Zielińskiego, kapelana NSZ. W Płokach bojówka PPR zamordowała ks. Michała Rapacza. Podczas rewizji na plebanii w Libiążu ubecy zabili ks. Franciszka Flasińskiego. W Kielcach milicjant zastrzelił na ulicy ks. Stanisława Ziółkowskiego, b. kapelana AK – w momencie, gdy ten zmierzał do szkoły uczyć religii.

    Szczególnie drastyczna była zbrodnia na ks. Janie Szczepańskim z Rzeźnicy Bychowskiej – kapłana uprowadzono, a następnie bito, wyrywano mu paznokcie, wykłuto oczy, wyrwano język, wykastrowano, postrzelono, a na koniec – wciąż żywego – utopiono w rzece.

    Kilkunastu księży stracono z wyroków sądów, m.in. ks. ppor. Kazimierza Łuszczyńskiego, szefa PAS NZW w Lublinie; ks. mjra Rudolfa Marszałka, kapelana WP i NSZ; jezuitę Władysława Gurgacza, kapelana Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej. Inni umierali w więziennych celach, jak ks. Zygmunt Jarkiewicz, ks. Franciszek Gzik czy ks. Zygmunt Kaczyński.

    Tylko do 1953 r. polskojęzyczni komuniści zamordowali 37 księży i 54 zakonników. Swoją porcję zbrodni dołożyli żołnierze Armii Czerwonej i funkcjonariusze NKWD, którzy w latach 1945-47 na ziemiach powojennej Polski zgładzili 123 osoby duchowne.

    Przemiany polityczne, jakie nastąpiły po październiku 1956 roku przyniosły znaczące złagodzenie represji. Jednak sytuacja wciąż była daleka od normalności, czego dowodem choćby śmierć ks. Romana Kotlarza z Pelagowa, który w czerwcu 1976 roku ośmielił się wystąpić w obronie robotniczego protestu w RadomiuKilkakrotnie ciężko pobity przez „nieznanych sprawców”, zasłabł podczas odprawiania Mszy i zmarł w szpitalu 18 sierpnia tego roku.

    Droga

    Jerzy Popiełuszko, rodem z pod-suchowolskich Okopów, już w liceum podpadł przedstawicielom „władzy ludowej”.

    Dyrektor szkoły, człek opłacający zajmowane stanowisko wzmożoną ideologiczną czujnością, był wielce wzburzony nieskrywaną religijnością ucznia. Z tego też powodu wielokrotnie wzywał rodziców chłopca na rozmowy ostrzegawcze. Groźby i perswazje nie na wiele się zdały. Po maturze świeżo upieczony absolwent szkoły średniej zdecydował się wstąpić do seminarium duchownego.

    Już po pierwszym roku studiów został powołany do wojska, do specjalnej jednostki dla kleryków. Dwa lata brutalnych szykan nie złamały go. Po zakończeniu służby powrócił do seminarium, pomyślnie ukończył studia, został kapłanem.

    Gdy przyszło gorące lato 1980 roku, ksiądz Jerzy był wikarym w kościele pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Za zgodą władz kościelnych udał się do robotników strajkujących w Hucie Warszawa, służąc im opieką duchową. Po ogłoszeniu stanu wojennego pomagał represjonowanym. Na organizowane przezeń comiesięczne Msze za Ojczyznę ściągały tysiące ludzi, by wysłuchać odważnych kazań młodego kapłana. Na tę chwilę wnętrze i dziedziniec kościoła św. Stanisława Kostki stawały się prawdziwie wolną Polską.

    Zbrojne ramię Partii

    Komuniści nienawidzili księdza Jerzego. Był pilnie śledzony, co najmniej czterech jego znajomych, w tym jeden duchowny, donosiło nań regularnie, w zamian za judaszowe srebrniki.

    Otrzymywał anonimowe listy grożące śmiercią. Sprzedajni dziennikarze opluwali go w telewizji i gazetach. Próbowano oskarżyć go o nielegalne przechowywanie broni (za co groziło 8 lat więzienia), podrzucając mu do mieszkania materiały wybuchowe i amunicję, zaraz wykryte podczas rewizji przez wiedzionych nieomylnym węchem funkcjonariuszy.

    Próby zastraszenia nie dały rezultatów, zatem ktoś podjął radykalną decyzję. Funkcjonariusze, którym zlecono mord, byli młodymi ludźmi, pełnymi zapału i antykościelnej żarliwości. Ich ambicja szła w parze z kreatywnością. Sypali jak z rękawa pomysłami, w jaki sposób zabić człowieka niewygodnego dla władz. Narady toczone przez nich w służbowych pokojach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przypominały rozmowy mafijnych „cyngli”.

    Zrazu planowali wyrzucić księdza z pędzącego pociągu. Potem doszli do wniosku, że lepsze będzie upozorowanie wypadku samochodowego. Wszak wystarczy zwykły kamień, celnie ciśnięty w przednią szybę samochodu wiozącego kapłana – pojazd z pewnością wyląduje w przydrożnym rowie. Jeśli nawet pasażerowie przeżyją, to zaraz spłoną w podpalonym samochodzie. Zapobiegliwi funkcjonariusze przygotowali na tę okazję cały kanister paliwa.

    Ten zamach, przeprowadzony 13 października 1984 roku, nie powiódł się. Rzucony kamień chybił celu. Sześć dni później mordercy spróbowali ponownie. Nieco zmodyfikowali plan działania.

    W mroku

    Modlitwa różańcowa w bydgoskim kościele Polskich Braci Męczenników dobiegała końca. Wokół świątyni zapadały ciemności.

    Czuć było narastające napięcie, jakby wszyscy spodziewali się nadciągającego dramatu. Gospodarze usilnie prosili księdza Jerzego o pozostanie, oferując mu gościnę i nocleg. Odmówił tłumacząc, że nie zdążyłby na poranną Mszę w swoim żoliborskim kościele. Pożegnał się z księżmi i wiernymi, po czym odjechał w mrok.

    Nazajutrz telewizja nadała informację o uprowadzeniu księdza przez „nieznanych sprawców”. Jedenaście dni później zakomunikowano o wyłowieniu jego zwłok z zalewu pod Włocławkiem.

    Wiadomo, że samochód z księdzem Jerzym został zatrzymany niedaleko Górska przez trzech funkcjonariuszy SB, przebranych w mundury milicji drogowej. Na temat przebiegu uprowadzenia, okoliczności zabójstwa oraz zleceniodawców zbrodni powstało szereg hipotez. Zapewne upłynie jeszcze sporo czasu nim dowiemy się, jaka była prawda, co było wymysłem żądnych rozgłosu dziennikarzy, co zaś stanowiło celową dezinformację ze strony tajnych służb.

    Bez wątpienia księdza Jerzego torturowano z wyszukanym bestialstwem. Jego zwłoki były tak zmasakrowane, że podczas ich oględzin znajomi kapłana mieli ogromne trudności z identyfikacją ofiary. Całe ciało zamordowanego pokryte było sińcami, okolice nosa i oczu stanowiły czarną plamę. Palce u rąk i nóg wyglądały na zmiażdżone, włosy były o wiele rzadsze niż za życia, a język zamienił się w krwawą miazgę. Lekarz dokonujący sekcji był wstrząśnięty; oświadczył, że w całej swej karierze zawodowej nie widział takich obrażeń wewnętrznych.

    Do tego duchowny został przemyślnie skrępowany – każde poruszenie rąk czy nóg powodowało zaciskanie się pętli na szyi. Mimo to w skatowanym kapłanie wciąż tliło się życie, gdy słudzy wojującego ateizmu wtłaczali go w obciążony kamieniami wór, który zaraz cisnęli w czarną toń.

    Sezon na księdza

    Komunistyczne władze próbowały wyjaśnić zbrodnię na ks. Popiełuszce rzekomą samowolą kilku funkcjonariuszy SB. Wszakże akcja przeciw kapłanowi z Żoliborza wcale nie były wyjątkowa.

    Również podczas innych działań przeciw środowiskom kościelnym i opozycyjnym podwładni Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka wielokrotnie dopuszczali się działań bandyckich. Były porwania, pobicia, oblewanie płynami żrącymi, podpalenia samochodów i mieszkań, nie wspominając o „zwykłym” rozpowszechnianiu oszczerstw czy próbach skłócania parafian. Z aktywnością bezpieki wobec kleru mogły być związane niewyjaśnione do dziś zgony kapłanów.

    8 maja 1983 r. w poznańskim szpitalu, na skutek ran odniesionych w wypadku samochodowym, skonał o. Honoriusz Kowalczyk OP, duszpasterz środowisk akademickich. Ów dominikanin zdobył rozgłos w stanie wojennym, odprawiając Msze za Ojczyznę oraz organizując pomoc dla internowanych. Wielokrotnie otrzymywał  anonimowe pogróżki. W czynnościach śledczych, jakie milicja podjęła w sprawie jego wypadku, po latach stwierdzono liczne nieprawidłowości, mogące sugerować chęć zatuszowania sprawy.

    13 sierpnia 1984 r. w gdyńskim szpitalu zmarł w wyniku doznanych obrażeń ks. mjr rez. Antoni Kij, były kapelan 1 Armii Wojska Polskiego, znany z odważnych, patriotycznych kazań. Został on uprowadzony, przetrzymywany przez sześć dni i skatowany przez „nieznanych sprawców”.

    27 lutego 1985 r. na plebanii w Klimontowie śmierć dopadła proboszcza, ks. Stanisława Palimąkę. Wg oficjalnej wersji doszło do nieszczęśliwego wypadku – ksiądz miał zostać zgnieciony przez własny samochód, który stoczył się nań z garażu (z 12-metrowego podjazdu o nachyleniu 12 stopni). W następnej dekadzie wznowiono śledztwo, które ujawniło błędy w podjętych niegdyś czynnościach dochodzeniowych. Jeden ze świadków (były funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej) stwierdził wprost, że ks. Palimąkę zamordowali milicjanci.

    W 1989 roku, gdy ogłupiały ze szczęścia naród zachwycał się obradami Okrągłego Stołu, a prominentni przedstawiciele tzw. „opozycji konstruktywnej” zacieśniali swe polityczno-biznesowe oraz towarzysko-wódczane więzi z komunistami, w tajemniczych okolicznościach zginęło aż trzech kapłanów, zaliczanych przez władze PRL do elitarnego grona antykomunistycznych „księży-ekstremistów”:

    – 21 stycznia w Warszawie „nieznani sprawcy” zamordowali ks. Stefana Niedzielaka, twórcę Sanktuarium Poległych na Wschodzie oraz animatora Stowarzyszenia Rodzina Polska – Rodzina Katyńska;

    – zaledwie dziewięć dni później w białostockich Dojlidach rozstał się z życiem ks. Stanisław Suchowolec (przyjaciel ks. Popiełuszki), rzekomo w wyniku zatrucia tlenkiem węgla. Od 1986 r. ks. Suchowolec regularnie odprawiał w Białymstoku Msze za Ojczyznę i z tego powodu był śledzony przez bezpiekę. „Nieznani sprawcy” już wcześniej podejmowali próby jego zamordowania, m.in. przecinając przewody hamulcowe i poluzowując śruby w kole jego samochodu;

    – 11 lipca w Krynicy Morskiej znaleziono zwłoki ks. Sylwestra Zycha, byłego więźnia politycznego PRL. Podobnie jak w poprzednich wypadkach, podjęte śledztwo pełne było niejasności, co wzbudziło naturalne podejrzenia o chęć ukrycia sprawców zbrodni.

    Prawo do lęku

    Dziś nazywani są Księżmi Niezłomnymi, choć za życia z pewnością przepełniały ich ludzkie rozterki i wahania. Nieobcy był im strach przed szykanami i uwięzieniem, zaś wizja tortur i śmierci mogła napawać przerażeniem, rozdzierającym włókna duszy niczym płacz Jezusa w Ogrojcu. A jednak dokonali wyboru, płacąc straszliwą cenę za wierność prawdzie. Bo przecież, jak stwierdził ksiądz Jerzy w swoim ostatnim rozważaniu różańcowym:

    „Chrześcijanin musi pamiętać, że bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa, za parę srebrników jałowego spokoju”.

    Andrzej Solak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Dwa razy uratował mi życie”.

    Przyjaźń Szaflarskiej i ks. Popiełuszki

    "Dwa razy uratował mi życie". Przyjaźń Szaflarskiej i ks. Popiełuszki

    (fot. Public domain via Wikimedia Commons / PAP, Paweł Supernak)

    ***

    Kiedy miała zawał i leżała na stole operacyjnym poprosiła: – Jerzy, pomóż mi, ratuj. I stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Ratunek przyszedł.

    To było moje nawrócenie

    Poznali się niebawem po wprowadzeniu stanu wojennego. W 1981 r. Szaflarska została wydelegowana przez Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich Rodzinom do obserwowania procesów aresztowanych robotników Ursusa i Huty Warszawa. W sądzie usiadł obok niej młody, drobnej postury człowiek w dżinsach. To był ksiądz Jerzy. Nie była zachwycona, bo nie lubiła księży.

    – Jestem ksiądz Popiełuszko. Może pójdziemy na kawę? – zaproponował i uśmiechnął się łagodnie. Od tej pory już na każdej rozprawie siedzieli obok siebie, a wspólna kawa stała się rytuałem.

    Danuta Szaflarska zaprzyjaźniła się z księdzem Jerzym Popiełuszką. Zjawiła się w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, gdy były odprawiane Msze św. za Ojczyznę. Przyznała się wtedy, że przychodzi z przyczyn politycznych, bo jest niewierząca, ale może czytać wiersze, wyłącznie w formie politycznego protestu. Od tego czasu widywali się właściwie prawie codziennie.

    Kiedyś zapytał ją, czy chce się wyspowiadać? Miała wątpliwości, jak zrobić to po 40 latach. Wtedy ks. Jerzy stwierdził: – Hurtem łatwiej. Szaflarska stwierdziła, że spowiedź była piękna, podobnie jak pokuta. Zawsze gdy przechodziła koło pustego kościoła, wstępowała na chwilę: – To było moje nawrócenie – mówiła.

    Dwa razy uratował mi życie

    Ks. Jerzy dwa razy uratował jej życie. Raz – kiedy miała zawał i leżała na stole operacyjnym. Gdy sytuacja zaczęła się komplikować, dostała bólu zamostkowego, a ciśnienie dramatycznie spadało, poprosiła: – Jerzy, pomóż mi, ratuj.

    I ratunek przyszedł. – Na salę wszedł lekarz z innego piętra i podał jej lek w aerozolu, którego szpital jeszcze wówczas nie miał. Stan się wyrównał, chirurg mógł dokończyć operację. Pytała później lekarza, dlaczego to zrobił, dlaczego zszedł z drugiego piętra i przyszedł na salę. Powiedział: “Nie wiem dlaczego, nikt mnie nie wołał, zszedłem” – opowiadała aktorka.

    Za drugim razem aktorkę napadło trzech mężczyzn, dusili ją, mówiła, że cudem uniknęła wtedy śmierci. Czuła wówczas obecność kogoś przy sobie i było jej z tym dobrze.

    Poczuła wtedy nieziemskie szczęście: –  Kiedy w pełni to sobie uświadomiłam, ten ktoś zaczął się oddalać. Wiem, że to był ks. Jerzy. Nikogo nie widziałam, ale czułam tę obecność – wyznała Szaflarska. Policjanci nie wierzyli, że przeżyła.

    Mam ciągły kontakt z Jerzym

    Całą rodziną zaprzyjaźnili się z ks. Jerzym. Dawał ślub jej córce, ochrzcił wnuka. Dwukrotnie ks. Popiełuszko przyjeżdżał do Kosarzysk odpocząć w jej domu. Pytał, czy może przyjechać na Boże Narodzenie. Ale nie przyjechał. W październiku go zamordowali.

    – Przyślij mi aniołki, niech podtrzymują skrzydła, byśmy nie spadli – mówiła Szaflarska do księdza Jerzego przed każdym lotem samolotem. Uważała też, że wszystkie role, jakie w ostatnim czasie otrzymała, to też jego zasługa, bo ks. Jerzy jej pomaga.

    Danuta Szaflarska zastanawiała się na co i komu jest jeszcze potrzebna. Sama sobie odpowiedziała, że chyba ludziom: – Żeby się śmiali. Albo wzruszali. A może, by pomyśleli sobie czasem o braku miłości w życiu. Szesnastoletni chłopak napisał właśnie do mnie, że obejrzawszy mój film, zaczął się nad tą kwestią zastanawiać… To sprawka Jerzego.

    Deon.pl/opoka.org.pl/ polityka.pl

    (Danuta Szaflarska zmarła w wieku 102 lat. Prawie przez 80 lat występowała w teatrze i w filmie. Urodziła się 6 lutego 1915 roku we wsi Kosarzyska koło Piwnicznej).

    ____________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 20 października

    godz. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA

    (BARDZO PROSIMY CHĘTNYCH DO POMOCY. OPRÓCZ NASZEJ KONTRYBUCJI ZA UŻYWANIE KOŚCIOŁA RÓWNIEŻ RAZ W MIESIĄCU NASZYM SPRZĄTANIEM CHCEMY PODZIĘKOWAĆ SZKOCKIEJ PARAFII, ŻE MAMY MOŻLIWOŚĆ W TYM KOŚCIELE UCZESTNICZYĆ W SAKRAMENTACH I W NABOŻEŃSTWACH W NASZYM OJCZYSTYM JĘZYKU).

    godz. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.
    godz. 19.00 MSZA ŚW.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 21 października


    od godz. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.


    godz. – 18.00 MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XIX NIEDZIELI


    PO MSZY ŚW. PRZED WYSTAWIONYM NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM – MODLITWA RÓŻAŃCOWA W INTENCJI POKOJU WEDŁUG ROZWAŻAŃ BŁ. KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI, KTÓRYMI MODLIŁ SIĘ W BYDGOSKIM KOŚCIELE POD WEZWANIEM POLSKICH BRACI MĘCZENNIKÓW NA KILKA GODZIN PRZED SWOJĄ MĘCZEŃSKĄ ŚMIERCIĄ 19 PAŹDZIERNIKA 1984 ROKU.

    *****

    Ostatni różaniec ks. Jerzego Popiełuszki

    Ostatni różaniec ks. Jerzego Popiełuszki

    (fot. shutterstock.com // Andrzej Iwański [CC BY-SA 3.0], via Wikimedia Commons)

    *****

    To ostatnie słowa księdza Jerzego Popiełuszki wypowiedziane publicznie. Jeszcze tego samego wieczoru, niedługo po modlitwie, został porwany. Jego rozważania tajemnic bolesnych głęboko poruszają.

    Jest godzina dziewiętnasta. Msza święta właśnie się skończyła. Kościół jest wypełniony po brzegi. Zapada uroczysta cisza w zgromadzeniu, gdy pojawia się ksiądz Jerzy. Słabym głosem człowieka chorego kapłan rozpoczyna modlitwę różańcową inwokacją do Najświętszej Panny. Pomimo gorączki, na uginających się nogach, z czołem pokrytym perlistym potem wytrzymuje dzięki żarliwości wiernych, która zdaje się wzrastać z każdym Ave Maria. Rozważając tajemnice bolesne, kapłan rozwija wielkie tematy swego nauczania.

    W głębi kościoła jakiś człowiek, kipiąc złością, przyjmuje każde słowo księdza jak cios zadany nożem. Ma twarz zmienioną nienawiścią. Ksiądz Jerzy rozpoznaje w nim mężczyznę z samochodu, który widzieli tego ranka. Rozważania kończą się po półtorej godziny. Podnosząc głos tak, by wszyscy mogli usłyszeć, kapłan wypowiada donośne wezwanie do przebaczenia i do pojednania: “Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.

    Rozważania różańcowe księdza Jerzego Popiełuszki

    Maryjo, Matko polskiej ziemi, Nadziejo nasza, Bolesna Królowo Polski. W naszej dzisiejszej modlitwie różańcowej stajemy przed Tobą my, ludzie pracy oraz oaza Domowego Kościoła. Chcemy trwać przy Twoim Synu w godzinach Jego agonii, spojrzeć na Jego sponiewierane oblicze, chcemy wziąć swój krzyż, krzyż naszej codziennej pracy, naszych znojów, naszych problemów i pójść drogą Chrystusa na Kalwarię.

    Nas, których dręczą rany i bóle fizyczne, wspieraj, Maryjo. Nas, których tak często spotyka niepokój, rozterka i załamanie, podtrzymuj na duchu, Maryjo. Nam, którzy jesteśmy upokorzeni, pozbawieni nieraz praw i godności ludzkiej, użycz męstwa i wytrwałości. Nam, którzy dokładamy wszelkich starań, aby odnowić oblicze tej ziemi, w duchu Ewangelii, okaż swą matczyną opiekę, Maryjo. Nam, którzy w trudzie i znoju walczymy o Prawdę, Sprawiedliwość, Miłość, Pokój i Wolność w Ojczyźnie naszej, podaj pomocną dłoń.

    PIERWSZA TAJEMNICA BOLESNA

    Modlitwa Pana Jezusa w Ogrójcu

    Ojciec Święty Jan Paweł II, 23 czerwca 1982 roku, zwrócił się do Pani Jasnogórskiej w następujących słowach modlitwy: “Dziękuję Ci, o Matko, za wszystkich, którzy nie dają się zwyciężyć złu, ale zło zwyciężają dobrem”.

    Tylko ten może zwyciężać zło, kto sam jest bogaty w dobro, kto dba o rozwój i ubogacanie siebie tymi wartościami, które stanowią o ludzkiej godności dziecka Bożego. Pomnażać dobro i zwyciężać zło to dbać o godność dziecka Bożego, o swoją godność ludzką.

    Życie trzeba godnie przeżyć, bo jest tylko jedno! Trzeba dzisiaj bardzo dużo mówić o godności człowieka, aby zrozumieć, że człowiek przerasta wszystko, co może istnieć na świecie prócz Boga. Przerasta mądrość całego świata.

    Zachować godność, by móc powiększać dobro i zwyciężać zło, to pozostać wewnętrznie wolnym, nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, pozostać sobą w każdej sytuacji życiowej. Jako synowie Boga nie możemy być niewolnikami. Nasze synostwo Boże niesie w sobie dziedzictwo wolności. Wolność dana jest człowiekowi jako wymiar jego wielkości. Prawdziwa wolność jest pierwszą cechą człowieczeństwa. Ona została ofiarowana przez Boga nie tylko nam, ale i naszym braciom, stąd obowiązek upominania się o nią tam, gdzie jest ona niesłusznie ograniczana. Ale wolność to nie tylko dar Boga, to również i zadanie dla nas na całe życie.

    Prośmy Chrystusa Pana, byśmy zachowali godność dziecka Bożego na każdy dzień.

    DRUGA TAJEMNICA BOLESNA

    Biczowanie Pana Jezusa

    Zachować godność, by móc powiększać dobro i zwyciężać zło, to kierować się w życiu sprawiedliwością. Sprawiedliwość wypływa z prawdy i miłości. Im więcej w człowieku jest prawdy i miłości, tym więcej i sprawiedliwości. Sprawiedliwość musi iść w parze z miłością, bo bez miłości nie można być w pełni sprawiedliwym. Gdzie brak jest miłości i dobra, tam na ich miejsce wchodzi nienawiść i przemoc. A kierując się nienawiścią i przemocą, nie można mówić o sprawiedliwości. Stąd tak boleśnie odczuwana i widoczna jest niesprawiedliwość w krajach, gdzie władanie opiera się nie na służbie miłości, ale na przemocy i zniewoleniu.

    Ważną sprawą dla chrześcijanina jest uświadomienie sobie, że źródłem sprawiedliwości jest sam Bóg. Trudno więc mówić o sprawiedliwości tam, gdzie nie ma miejsca dla Boga i Jego przykazań, gdzie słowo “Bóg” jest urzędowo eliminowane z życia narodu. Należy więc zdać sobie sprawę z nieprawidłowości i krzywdy, jaką czyni się naszemu narodowi, w zdecydowanej większości chrześcijańskiemu, gdy urzędowo ateizuje się go za pieniądze wypracowane również i przez chrześcijan: gdy niszczy się w duszach dzieci i młodzieży te wartości chrześcijańskie, które wszczepiali im od kolebki rodzice; wartości, które zdawały wielokrotnie egzamin w tysiącletnich dziejach naszej historii. Sprawiedliwość czynić i o sprawiedliwość wołać mają obowiązek wszyscy bez wyjątku. Bo jak powiedział już starożytny myśliciel: “Złe to czasy, gdy sprawiedliwość nabiera wody w usta”.

    Módlmy się, byśmy w życiu naszym na co dzień kierowali się sprawiedliwością.

    TRZECIA TAJEMNICA BOLESNA

    Cierniem ukoronowanie Pana Jezusa

    Zwyciężać zło dobrem – to zachować wierność prawdzie. Prawda jest bardzo delikatną właściwością naszego rozumu. Dążenie do prawdy wszczepił w człowieka sam Bóg, stąd w człowieku jest naturalne dążenie do prawdy i niechęć do kłamstwa. Prawda, podobnie jak sprawiedliwość, łączy się z miłością, a miłość kosztuje. Prawdziwa miłość jest ofiarna, stąd i prawda musi kosztować. Prawda zawsze ludzi jednoczy i zespala. Wielkość prawdy przeraża i demaskuje kłamstwa ludzi małych, zalęknionych.

    Od wieków trwa nieprzerwanie walka z prawdą. Prawda jest jednak nieśmiertelna, a kłamstwo ginie szybką śmiercią: stąd też, jak powiedział zmarły prymas Wyszyński: “Ludzi mówiących w prawdzie nie trzeba wielu. Chrystus wybrał niewielu do głoszenia prawdy. Tylko słów kłamstwa musi być dużo, bo kłamstwo jest detaliczne i sklepikarskie, zmienia się jak towar na półkach. Musi być ciągle nowe, musi mieć wiele sług, którzy wedle programu nauczą się go na dziś, na jutro, na miesiąc; potem znowu będzie szkolenie na gwałt w innym kłamstwie […]”.

    Musimy się nauczyć odróżniać kłamstwo od prawdy. Nie jest to łatwe w czasach, w których żyjemy. Nie jest to łatwe w czasach, o których powiedział współczesny poeta, że “nigdy jeszcze tak okrutnie nie chłostano grzbietów naszych batem kłamstwa i obłudy”. Nie jest łatwiej dzisiaj, gdy cenzura wykreśla […] słowa prawdziwe i myśli odważne; nawet słowa księdza prymasa, Ojca Świętego. […] Obowiązek chrześcijanina to stać przy prawdzie, choćby miała ona wiele kosztować. Bo za prawdę się płaci, tylko plewy nic nie kosztują. Za pszeniczne ziarno prawdy trzeba czasami zapłacić. Módlmy się, by nasze życie codzienne było przepojone prawdą.

    CZWARTA TAJEMNICA BOLESNA

    Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

    Aby zwyciężać zło dobrem, trzeba troszczyć się o cnotę męstwa. Cnota męstwa jest przezwyciężeniem ludzkiej słabości, zwłaszcza lęku i strachu. Chrześcijanin musi pamiętać, że bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa za parę srebrników jałowego spokoju.

    Chrześcijaninowi nie może wystarczyć samo potępienie zła, kłamstwa, tchórzostwa, zniewalania, nienawiści, przemocy, ale sam musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi upominać się odważnie dla siebie i dla innych.

    Prawdziwie roztropny i sprawiedliwy – mówił Ojciec Święty – może być tylko człowiek mężny. Biada społeczeństwu – wołał Prymas Tysiąclecia – którego obywatele nie rządzą się męstwem, przestają być wtedy obywatelami, stają się zwykłymi niewolnikami. Jeżeli obywatel rezygnuje z cnoty męstwa, staje się niewolnikiem i wyrządza największą krzywdę sobie, swej ludzkiej osobowości, rodzinie, grupie zawodowej, narodowi, państwu i Kościołowi. Chociaż łatwo byłby pozyskany dla lęku i bojaźni, dla chleba i względów ubocznych, ale i biada władcom, którzy chcą pozyskać obywatela za cenę zastraszania i niewolniczego lęku. Jeśli władza rządzi zastraszonymi obywatelami – obniża swój autorytet, zuboża życie narodowe, kulturalne i wartości życia zawodowego. Troska o męstwo powinna więc leżeć w interesie zarówno władzy, jak i obywateli.

    Prośmy Chrystusa Pana dźwigającego krzyż, abyśmy w naszym codziennym życiu okazywali męstwo w walce o wartości prawdziwie chrześcijańskie.

    PIĄTA TAJEMNICA BOLESNA

    Ukrzyżowanie i śmierć Pana Jezusa

    Aby zło dobrem zwyciężać i zachować godność człowieka, nie wolno walczyć przemocą. Ojciec Święty w czasie stanu wojennego w modlitwie do Pani Jasnogórskiej powiedział, że naród nie może rozwijać się prawidłowo, gdy jest pozbawiony praw, które warunkują jego pełną podmiotowość. I państwo nie może być mocne siłą żadnej przemocy. Komu nie udało się zwyciężyć sercem i rozumem, usiłuje zwyciężyć przemocą. Każdy przejaw przemocy dowodzi moralnej niższości. Najwspanialsze i najtrwalsze walki, jakie zna ludzkość, jakie zna historia, to walki ludzkiej myśli. Najnędzniejsze i najkrótsze – to walki przemocy. Idea, która potrzebuje broni, by się utrzymać, sama obumiera. Idea, która utrzymuje się tylko przy użyciu przemocy, jest wypaczona. Idea, która jest zdolna do życia, podbija sobą, za nią spontanicznie idą miliony.

    Solidarność dlatego tak szybko zadziwiła świat, że nie walczyła przemocą, ale na kolanach, z różańcem w ręku. Przy polowych ołtarzach upominała się o godność ludzkiej pracy, o godność i szacunek dla człowieka. […] W ostatnim roku swojego życia kardynał Wyszyński powiedział, że świat pracowniczy na przestrzeni ostatnich dziesiątek lat doznał wielu zawodów, ograniczeń. Ludzie pracy i całe społeczeństwo przeżywało w Polsce udrękę braku podstawowych praw osoby ludzkiej, ograniczenie wolności myślenia, światopoglądu, wyznawania Boga, wychowania młodego pokolenia. Wszystko to było stłamszone. […] Gdy ten ucisk wszystkich dostatecznie umęczył, powstał zryw ku wolności, powstała Solidarność, która udowodniła, że do przebudowy społeczno-gospodarczej wcale nie trzeba zrywać z Bogiem.

    Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy.

    Deon.pl

    (rozważania pochodzą z książki Bernarda Briena “Jerzy Popiełuszko. Prawda przeciw totalitaryzmowi” wydanej przez wydawnictwo WAM).

    ______________________________________________________________________________________________________________

     „Mamy wypowiadać prawdę, gdy inni milczą. Wyrażać miłość i szacunek, gdy inni sieją nienawiść. Zamilknąć, gdy inni mówią. Modlić się, gdy inni przeklinają. Pomóc, gdy inni nie chcą tego czynić. Przebaczyć, gdy inni nie potrafią. Cieszyć się życiem, gdy inni je lekceważą.”

    bł. ks. Jerzy Popiełuszko

    ______________________________________________________


    Dobrze przeżyta niedziela, czyli jaka?

    (fot. stock.adobe.com)

    ***

    Świętowanie niedzieli nabiera potrójnego wymiaru. Po pierwsze względem Boga. Jest taki jeden dzień w tygodniu, kiedy nie idziemy do pracy, kiedy mamy więcej czasu, kiedy wreszcie możemy poświecić czas na większy kontakt z Bogiem, kiedy słuchamy Jego Słowa i karmimy się Jego ciałem. Po drugie jest również dzień dla drugiego człowieka, dla rodziny, znajomych. Po trzecie to także czas dla nas samych, aby odetchnąć, odpocząć, aby choć na chwile się zatrzymać – mówi o. Leonard Bielecki OFM – Minister Prowincjalny Prowincji św. Franciszka z Asyżu Zakonu Braci Mniejszych – Franciszkanów w Polsce.

    Proszę Ojca, dlaczego świętujemy niedzielę? 

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego (1166) czytamy: „Zgodnie z tradycją apostolską, która wywodzi się od samego dnia Zmartwychwstania Chrystusa, Misterium Paschalne Kościół obchodzi co osiem dni, w dniu, którym słusznie nazywany jest dniem Pańskim albo niedzielą” (SW II, KL 106). Dzień Zmartwychwstania Chrystusa jest równocześnie „pierwszym dniem tygodnia”, pamiątką pierwszego dnia stworzenia i „ósmym dniem”, w którym Chrystus po swoim „odpoczynku” wielkiego Szabatu zapoczątkowuje dzień „który Pan uczynił”, „dzień, który nie zna zachodu” (liturgia bizantyjska). Centrum tego dnia stanowi „wieczerza Pańska”, ponieważ właśnie na niej cała wspólnota wiernych spotyka zmartwychwstałego Pana, który zaprasza ich na swoją ucztę (por. J 21,12; Łk 24,30). Ten krótki wpis właściwie tłumaczy nam bardzo dokładnie sens świętowania niedzieli. Pierwszy i główny powód to pamiątka zmartwychwstania. Proszę zauważyć, chrześcijanin żyje w blasku Zmartwychwstałego i w Jego zmartwychwstaniu odnajduje sens swojego życia. Innym słowy, każda niedziela to „mała Wielkanoc”. 

    W jako sposób my – chrześcijanie – powinniśmy świętować? Koniecznie trzeba świętować ze wspólnocie, rodzinie, razem? 

    Świętowanie niedzieli nabiera potrójnego wymiaru. Po pierwsze względem Boga. Jest taki jeden dzień w tygodniu, kiedy nie idziemy do pracy, kiedy mamy więcej czasu, kiedy wreszcie możemy poświecić czas na większy kontakt z Bogiem, kiedy słuchamy Jego Słowa i karmimy się Jego ciałem. Po drugie jest również dzień dla drugiego człowieka, dla rodziny, znajomych. Po trzecie to także czas dla nas samych, aby odetchnąć, odpocząć, aby choć na chwile się zatrzymać. W tych trzech wymiarach każdy na różny sposób wchodzi w relacje. Czy koniecznie musimy świętować razem, we wspólnocie? To zależy. Ważne jest, by uchwycić główny sens, który jak powiedziałem wyraża się w trzech wymiarach. I właściwie to od nas zależy w jakim stopniu będziemy świętować na tych trzech płaszczyznach.  

    Dla jednego świętowaniem będzie czytanie książki czy haftowanie, dla innego – malowanie bramy. To dopuszczalne formy świętowania? 

    Sposób świętowania zależy od stylu życia. Dla kogoś, kto cały tydzień pracuje fizycznie odpoczynkiem może być np. obejrzenie filmu czy przeczytanie książki, a dla kogoś kto pracuje za biurkiem odpoczynkiem może być wysiłek fizyczny. I znów widzimy, że osobisty odpoczynek powinien być dzielony na relacje miłości z innymi osobami. Warto pamiętać, że niedziela to nie jest druga sobota.

    Od jakich prac powinniśmy się powstrzymać w niedzielę? 

    Prace od których powinniśmy się powstrzymać, to prace niekonieczne. Niektórzy mylą to z pracą zarobkową. Jeśli praca zarobkowa jest konieczna do wykonania, to jest konieczna i tyle.

    Wszyscy ciągle się spieszymy, na nic nie mamy czasu, ale niedziela to dzień, kiedy możemy pójść na zakupy, kawę… Właśnie, możemy pójść na zakupy czy nie możemy? 

    Z zakupami w niedzielę jest pewien problem. Ktoś powie, że idziemy do galerii handlowej, z całą rodziną, po Mszy św… Taki spacer i zakupy a czasem i wspólny obiad w jednym. Z drugiej strony o ile jedzenie jest konieczne, o tyle w sklepach zawsze ktoś pracuje, kto też ma prawo do świętowania niedzieli, kto chciałby ten czas spędzić w domu, z rodziną. Ten, kto robi zakupy w niedzielę, jest w pewien sposób odpowiedzialny, za niemożliwość świętowania tego, kto go w sklepie obsługuje. Inną kwestią przy zakupach jest przedmiot rozmów i zainteresowania. Proszę zwrócić uwagę, że na zakupach koncentrujemy się na rzeczy, a tym czasem główny motywem świętowania niedzieli jest nawiązanie relacji osobowych. Ciągle nie mamy na nic czasu, nawet na rozmowę, to przynajmniej w niedzielę skupmy się na istotnych i najważniejszych sprawach. 

    Na czym więc polega cały sens niedzieli? 

    Nie lubimy robić rzeczy bez sensu. Niestety także niedzielę można przeżyć bez głębszego sensu. Sens Dnia Pańskiego narzuca nam nasza wiara, miłość i wdzięczność wobec Boga i drugiego człowieka. Dobrze jest niedzielę nie tylko zaplanować, ale także zwrócić uwagę co nam pomaga w świętowaniu. Dla jednych to będzie jakiś niedzielny rytuał, wspólny obiad, popołudniowa kawa, spacer, odwiedziny znajomych, dla innych odświętne ubranie, czy telefon w trybie samolotowym.

    Dobrze przeżyta niedziela, czyli jaka? 

    Dobrze przeżyta niedziela to dobre wykorzystanie czasu wolnego od pracy. Jeden dzień w tygodniu, w kontekście wiary i celu ostatecznego. I oczywiście nabożne uczestnictwo we Mszy św. nie wyczerpuje świętowania niedzieli, ale o tym już wcześniej mówiliśmy.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚWIĘTA W KOŚCIELE KATOLICKIM

    Samplefot. Piotr Tumidajski

    ***

    W każdą niedzielę katolicy zobowiązani są do uczestniczenia we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Obowiązek ten dotyczy też kilku innych dni w ciągu roku, kiedy przypadają kościelne święta nakazane. W jakie dni przypadają kościelne święta nakazane w 2023 roku?

    Obowiązek uczestniczenia w Mszy świętej oraz powstrzymania się od prac niekoniecznych w niedzielę i święta nakazane wynika z Kodeksu Prawa Kanonicznego. Część z nich, jak np. Boże Narodzenie lub Uroczystość Wszystkich Świętych mają stałą datę. Dzień, w którym obchodzone są niektóre z tych świąt, m.in. Wielkanoc, Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało) nie są związane z konkretną datą kalendarzową. Wszystkie kościelne święta nakazane w 2023 roku wypisane są poniżej.

    W roku liturgicznym 2023 święta, w których

    należy uczestniczyć we Mszy św.:

    1 stycznia (niedziela) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (piątek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    9 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    21 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    28 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    8 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (wtorek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (środa) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta kościelne w 2023 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Polscy biskupi zachęcają jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii.

    2 lutego (czwartek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    20 marca (poniedziałek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    25 marca (sobota) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    10 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    29 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (czwartek) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    8 grudnia (piątek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (wtorek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent w 2023 roku rozpocznie się 3 grudnia.

    ***

    Opuszczenie Mszy świętej w niedzielę bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim.

    Obowiązek święcenia Dnia Pańskiego wynika z trzeciego przykazania Dekalogu, przypominającego „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” oraz pierwszego przykazania kościelnego „W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych”

    Kodeks Prawa Kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików, stwierdza w kanonie 1247: „W niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane wierni są zobowiązani uczestniczyć we Mszy świętej oraz powstrzymać się od wykonywania tych prac i zajęć, które utrudniają oddawanie Bogu czci, przeżywanie radości właściwej dniowi Pańskiemu oraz korzystanie z należnego odpoczynku duchowego i fizycznego”. Uczestniczenie we Mszy św. w niedziele i święta nakazane jest zatem obowiązkiem katolika.

    Ponieważ wierni potrzebują jasnych zasad wypełniania tego obowiązku, prezentujemy poniżej kilka uściśleń dotyczących niedzielnej Mszy świętej, wypracowanych na przestrzeni wieków przez Kościół katolicki i zawartych w dokumentach kościelnych, przede wszystkim Kodeksie Prawa Kanonicznego (KPK).

    Kiedy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej nie jest grzechem?

    Opuszczenie Mszy nie jest grzechem, jeśli skłania ku temu ważny powód, jak np. choroba, konieczność opieki nad osobą obłożnie chorą czy niemowlęciem, kiedy jesteśmy w podróży lub przebywamy w miejscu, w którym dotarcie do kościoła jest znacznie utrudnione lub niemożliwe. Nie sposób omówić wszystkie przypadki, zostawia się to wiernym do rozważenia w sumieniu. Jeśli mimo naszego pragnienia nie możemy uczestniczyć we Mszy, to taka nieobecność nie będzie grzechem. Zawsze jednak taką sytuację powinno się rozważyć indywidualnie, „stając w prawdzie przed Bogiem”, a w razie wątpliwości skonsultować ze spowiednikiem.

    Czy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej jest grzechem ciężkim?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła, dobrowolne nieuczestniczenie we Mszy świętej niedzielnej bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim. Tak pisze o tym Katechizm Kościoła Katolickiego w art. 2181: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (…) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki”.

    Aby móc przystąpić do Komunii podczas następnej Mszy, wierny musi pojednać się z Chrystusem w sakramencie pokuty, czyli pójść do spowiedzi.

    Czy małe dzieci oraz osoby starsze są objęte obowiązkiem niedzielnej Mszy świętej?

    Zasadniczo obowiązkowi niedzielnej Mszy podlegają wszyscy ochrzczeni w Kościele katolickim, którzy ukończyli siódmy rok życia – według przepisów prawa kanonicznego dziecko uzyskuje wtedy zdolność używania rozumu (co nie znaczy, że wcześniej go w ogóle nie posiadało, jest to jedynie kategoria prawna mająca swe źródło w prawie rzymskim).
    Warto dodać, że dziecko, które przystąpiło do Pierwszej Komunii świętej i korzysta z sakramentu spowiedzi czasem ma trudności w wypełnieniu tego obowiązku, kiedy we Mszy nie uczestniczą wraz z nim jego rodzice, a samo nie może pójść do kościoła bez opieki dorosłych. Dlatego trudno tu mówić o popełnieniu przez nie grzechu ciężkiego. W wielu przypadkach jest to raczej grzech rodziców niż dziecka.

    Nie jest natomiast określona górna granica wieku, tak jak to jest w przypadku postu. Jeśli jednak osoba starsza jest niedołężna, schorowana i dotarcie do kościoła stanowi dla niej trudność, to jest to wystarczającym usprawiedliwieniem.

    Czy można niedzielną Mszę świętą zastąpić relacją w radiu czy telewizji?

    Do wypełnienia obowiązku uczestnictwa we Mszy świętej konieczny jest nie tylko duchowy, ale i fizyczny udział w zgromadzeniu eucharystycznym. Zatem nie wypełnia tego obowiązku ten, kto bierze w niej udział za pośrednictwem mediów: radia, telewizji, transmisji internetowej. Transmisje mają za zadanie pomóc tym, którzy z różnych przyczyn nie mogą fizycznie w niej uczestniczyć. Niewątpliwie przynoszą one duchowy pożytek wiernym, ponieważ niektórzy tylko w taki sposób mogą mieć jakikolwiek kontakt ze wspólnotą Kościoła.

    Są też tacy, co chcą czuć się duchowo obecni w różnych sanktuariach, do których pragnęliby przyjechać, a w danej chwili nie mogą. Inni z kolei chcą mieć poczucie łączności np. z papieżem, kiedy prowadzi najpopularniejsze lub najważniejsze nabożeństwa. Jeszcze inni śledzą transmisje, żeby wysłuchać dobrych homilii, które w tym wypadku są zawsze bardzo starannie przygotowywane. I nie przeszkadza im to, że już byli na Mszy w swojej parafii albo dopiero wybierają się na nią. Powody, dla których transmisje Mszy lub nabożeństw cieszą się dużą popularnością, są rozmaite. Nic jednak nie zastąpi fizycznej obecności w kościele.
    Czy można pójść w sobotę na Mszę zamiast w niedzielę?
    Tak, obowiązek niedzielny można wypełnić poprzez udział we Mszy w sobotni wieczór: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK, kan. 1248 §1).

    Sprawowanie liturgii eucharystycznej w sobotę wieczorem jest nawiązaniem do tradycji Kościoła pierwszych wieków oraz pozostaje w związku z żydowskim sposobem mierzenia czasu. Według tradycji żydowskiej nowy dzień zaczyna się już po zachodzie słońca. Potwierdza to także obecny do dzisiaj zwyczaj rozpoczynania szabatu właśnie w piątek wieczorem. Sobotni wieczór był wybierany także przez pierwszych chrześcijan na pamiątkę zmartwychwstania Chrystusa „w pierwszy dzień po szabacie”, a w czasach prześladowań celebracja wieczorna czy nocna była podyktowana również względami bezpieczeństwa. Oczywiście Msza w niedzielę w ciągu dnia też była obecna.

    Umożliwienie wypełnienia obowiązku uczestnictwa w niedzielnej Mszy już w sobotni wieczór, o czym zdecydował papież Pius XII w 1953 roku, jest zatem z jednej strony powrotem do starej tradycji Kościoła, a z drugiej odpowiedzią na pojawiające się nowe czynniki społeczne związane z przemianami w XX wieku, m.in. zwiększoną aktywnością zawodową wiernych. Wspomniana Msza w sobotę wieczór miała ułatwić wypełnienie obowiązku niedzielnego.

    Czy Mszę świętą sobotnią można wybrać tylko wtedy, gdy nie możemy pójść w niedzielę?

    Kanon 1248 §1 Kodeksu Prawa Kanonicznego nie podaje w tym względzie żadnych ograniczeń. Można tę Mszę wybrać ze zwykłej wygody, nie trzeba mieć żadnego ważnego powodu. Niektórzy wierni nieraz systematycznie uczestniczą w wieczornych Mszach sobotnich jako niedzielnych, podobnie jak ci, co w niedzielę zawsze przychodzą na jedną i tą samą godzinę.

    Czy opuszczoną niedzielną Mszę świętą trzeba nadrobić?

    Oczywiście, nie trzeba „nadrabiać” opuszczonej Mszy świętej. Choroba lub inny wyżej wymieniony ważny powód jest uzasadnionym zwolnieniem i opuszczenie niedzielnej Mszy nie powoduje wtedy grzechu ciężkiego. Zdarza się jednak, że osoby wierzące odczuwają potrzebę pójścia na Eucharystię w tygodniu w zamian za tę „opuszczoną”. Świadczy to o chrześcijańskiej gorliwości i głębokiej więzi z Chrystusem, ale nie jest obowiązkiem.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post Eucharystyczny

    “Spodobało się Duchowi Świętemu, aby ze względu na cześć tak wielkiego sakramentu Ciało Pańskie wchodziło do ust chrześcijanina pierwej niż inne pokarmy i dlatego obyczaj ten zachowuje się na całym świecie”. To słowa św. Augustyna sprzed półtora tysiąca lat, nad którymi warto się czasem zastanowić.

    Chrystus przed wszystkimi

    Wiele razy dane mi było oglądać scenę, w której cała rodzina szykowała się do wyjścia na ślub. Prasowanie, wiązanie krawatów, modelowanie fryzur, pastowanie butów, makijaż. A na ostatnią chwilę jakaś bułeczka do buzi, żeby w czasie ślubu nie zgłodnieć do wesela. I tak, przez przewartościowanie tego, co zewnętrzne, a niedowartościowanie tego, co wewnętrzne, Pan Jezus w Komunii św. nie zostaje potraktowany jak Bóg, któremu należy się szczególna cześć.
    Zaryzykuję tezę, że niektóre osoby przystępujące do Ołtarza Pańskiego bardziej martwią się tym, jak zrobić przyjemność wychodzącej za mąż cioci, niż Chrystusowi. Bo, wbrew temu, co się niekiedy mówi, podczas Mszy św. ślubnej to nie państwo młodzi są najważniejsi…

    Nie tylko nie-jedzenie

    Prawo kościelne, mówiąc o poście eucharystycznym, mówi o jedzeniu i piciu: „Przystępujący do Najświętszej Eucharystii powinien przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii św. powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju, z wyjątkiem tylko wody i lekarstwa” (kan. 919). Nie należy jednak tracić logiki w postępowaniu wedle niego. Ktoś zgorszony opowiadał, że pewna dziewczyna siedząca w pierwszej ławce całą Mszę św. żuła gumę. Wyjęła ją z ust na czas przyjęcia Komunii św., po czym wzięła do ust nową gumę. Na własne oczy widziałem mężczyzn, którzy gasili papierosy przed wejściem do kościoła w momencie, gdy brzmiał już dzwonek na rozpoczęcie Mszy św. Pół godziny później przyjmowali Chrystusa Eucharystyczego. Wiele dziewcząt skrzywiłoby się, gdyby musiało pocałować śmierdzącego papierosami chłopaka. Pan Jezus jakoś to musi znosić… Być może w jednym i drugim przypadku osoby zachowujące się niegodnie wobec Najświętszego Sakramentu zachowały nawet post eucharystyczny. Niemniej jednak nie przyjęły postawy uniżenia wobec Boga, do której prowadzić ma ów post. Nie chodzi tu więc o bezmyślne przestrzeganie litery prawa, lecz o właściwe rozumienie sakramentu. Katechizm jasno uczy, że post jest nie tylko oznaką zewnętrzną, ale ma wzbudzać „nawrócenie serca, pokutę wewnętrzną. Bez niej czyny pokutne pozostają bezowocne i kłamliwe” (KKK 1430).

    Przygotowanie spotkania

    Osoba, a nie przedmiot

    Wbrew temu, co można wywnioskować z początku tego artykułu, jego celem nie jest krytyka kogokolwiek, kto nie przestrzega postu eucharystycznego. Wręcz przeciwnie! Należy powiedzieć wszystkim tym, którzy go przestrzegają, że czynią dobrze, i że z tej dobroci mogą czerpać dla siebie jeszcze więcej. Bo sensem postu eucharystycznego nie jest to, „by ludzie widzieli”, lecz przybliżanie się do Boga. Pewien zakonnik zwrócił ostatnio moją uwagę na to, że przeżywanie Eucharystii przybiera niekiedy postać kultu materialnego, a nie osobowego. To nie z Chlebem, w który przemienił się Chrystus, wchodzimy w stan Komunii św., lecz z Chrystusem – czyli Osobą, która przyjęła postać Chleba. To zasadnicza różnica, która pokazuje nam, jaki jest sens postu eucharystycznego. Popatrzmy na Komunię św. jak na spotkanie podobne do spotkania ze swoim nowo poślubionym współmałżonkiem (sam Bóg używa tego porównania w Piśmie Świętym), a będziemy się starali uczynić wszystko, żeby się na to spotkanie dobrze przygotować.

    Marcin Konik-Korn/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ile można się spóźnić na Mszę św., aby była „ważna”?

     fot. Karol Porwich/TygodnikNiedziela

    ***

    Ogólna zasada jest następująca: na Mszę św. nie wolno się spóźnić. Lekkomyślne przychodzenie do kościoła po rozpoczęciu Eucharystii jest poważnym błędem. Przecież nawet w zwykłych ludzkich sprawach spóźnianie się jest nie do przyjęcia. Każdy wie, że do kina, na pociąg czy na rozmowę o pracę spóźnić się po prostu nie wolno. Punktualność jest też wyrazem szacunku dla drugiego człowieka. Nie wypada, aby ktoś na mnie czekał. A co dopiero, gdy mówimy o Mszy św., która jest spotkaniem z Bogiem. Wymaga ona największego szacunku. Dla chrześcijan to sprawa najświętsza. Dobrze obrazuje to przykład starożytnych chrześcijan z Abiteny. W czasie prześladowań zostali oni schwytani podczas niedzielnej Eucharystii. Powiedzieli wtedy oprawcom: „nie możemy żyć bez niedzieli”, co oznaczało, że nie mogą żyć bez uczestnictwa we Mszy św.

    Struktura liturgii mszalnej jest tak pomyślana, że tworzy integralną całość. Nie da się ominąć jakiejś jej części. Pominięcie początku sprawia, że tracimy coś ważnego. Znak krzyża, pozdrowienie, akt pokuty, chwała, czytania – to wszystko jest bardzo ważne, wyznaczanie zatem granic, ile można się spóźnić, jest bez sensu. Co jednak, jeśli nasze spóźnienie jest niezawinione, ale spowodowane różnymi trudnościami czy okolicznościami zewnętrznymi? Powiedzmy, że ktoś w drodze na niedzielną Mszę spotkał człowieka potrzebującego natychmiastowej pomocy… Albo rodzice małego dziecka musieli zostać nieco dłużej w domu, gdyż maluch akurat wymagał, aby poświęcić mu czas. To jasne, że za takie spóźnienie człowiek nie odpowiada. Można się wtedy zastanowić, czy nie lepiej iść na kolejną Mszę św., aby móc na spokojnie w niej uczestniczyć. Jeśli to nie jest możliwe, wówczas należy wziąć udział w Eucharystii, na którą pierwotnie zmierzaliśmy. Udział w niej jest „ważny” i możemy przyjąć Komunię św.

    Zamiast mówić o spóźnianiu lepiej jednak powiedzieć o odpowiednim przygotowaniu się do Mszy św. Warto więc przyjść do kościoła trochę wcześniej. Na co poświęcić ten czas? W charakterystyczny dla siebie sposób na to pytanie odpowiada papież Franciszek: „Kiedy idziemy na Mszę św., może przychodzimy 5 minut wcześniej, zaczynamy plotkować z osobą, która jest obok mnie. Ale to nie jest chwila na plotki. To czas na milczenie, aby przygotować się na dialog. Chwila skupienia się w naszym sercu, żeby przygotować się na spotkanie z Jezusem. Milczenie jest bardzo ważne”. Czas przygotowania jest zatem potrzebny, aby skupić myśli. Przede wszystkim należy sobie przypomnieć, w czym za chwilę będę uczestniczył. Jak zaznacza Ojciec święty, Msza św. to „spotkanie z Jezusem”. Będę mógł do Niego mówić i Go słuchać. W końcu będę mógł przyjąć Go do siebie, by ciągle we mnie przebywał i razem ze mną szedł przez życie. Ważne jest też wzbudzenie w sobie intencji, w jakiej chcę się modlić na tej Eucharystii. Może chcę prosić Boga o przemianę czegoś w moim życiu? A może ktoś z moich bliskich potrzebuje modlitwy? Może chcę zawierzyć Bogu to, co mnie czeka w nowym tygodniu? Intencja pomaga mi wypełnić czymś osobistym poszczególne części Eucharystii, jak Ofiarowanie czy Komunia św. Pamiętajmy zatem o dobrym przygotowaniu się do przeżywania Mszy świętej.

    ks. Wojciech Biś/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jan Paweł II osobiście napisał tę modlitwę.

    “O uwolnienie świata od wszelkiego zła”

    Jan Paweł II osobiście napisał tę modlitwę. "O uwolnienie świata od wszelkiego zła"

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Słowa modlitwy “O uwolnienie świata od wszelkiego zła” zostały napisane przez samego papieża i mają związek z jedną z Tajemnic Fatimskich.

    Św. Jan Paweł II powierzył się opiece Matce Bożej Fatimskiej, a w 1984 roku poświęcił cały świat Niepokalanemu Sercu Maryi. O to poprosiła Matka Boża Fatimska, a sama siostra Łucja potwierdziła, że Jan Paweł II spełnił prośbę. Poniższa modlitwa jest kluczową częścią konsekracji dokonanej na Placu Świętego Piotra 25 marca (Święto Zwiastowania) w 1984 roku.

    Modlitwa o uwolnienie świata od wszelkiego zła:


    O Serce Niepokalane! Pomóż przezwyciężyć grozę zła, która tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości!
    Od głodu i wojny, wybaw nas!
    Od wojny atomowej, od nieobliczalnego samozniszczenia, od wszelkiej wojny, wybaw nas!

    Od grzechów przeciw życiu człowieka od jego zarania, wybaw nas!
    Od nienawiści i podeptania godności dzieci Bożych, wybaw nas!
    Od wszelkich rodzajów niesprawiedliwości w życiu społecznym, państwowym i międzynarodowym, wybaw nas!
    Od deptania Bożych przykazań, wybaw nas!

    Od usiłowań zdeptania samej prawdy o Bogu w sercach ludzkich, wybaw nas!
    Od przytępienia wrażliwości sumienia na dobro i zło, wybaw nas!
    Od grzechów przeciw Duchowi Świętemu, wybaw nas! Wybaw nas!
    Przyjmij, o Matko Chrystusa, to wołanie nabrzmiałe cierpieniem wszystkich ludzi! Nabrzmiałe cierpieniem całych społeczeństw!

    Pomóż nam mocą Ducha Świętego przezwyciężać wszelki grzech: grzech człowieka i “grzech świata”, grzech w każdej jego postaci.
    Niech jeszcze raz objawi się w dziejach świata nieskończona zbawcza potęga Odkupienia: potęga Miłości miłosiernej! Niech powstrzyma zło! Niech przetworzy sumienia! Niech w Sercu Twym Niepokalanym odsłoni się dla wszystkich światło Nadziei
    .

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Słowa św. Jana Pawła II o Ojczyźnie!

    Piękne i mocne słowa Jana Pawła II o Ojczyźnie! PRZECZYTAJ

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    “Pocałunek złożony na ziemi polskiej ma dla mnie sens szczególny. Jest to jakby pocałunek złożony na rękach matki – albowiem Ojczyzna jest naszą matką ziemską”.

    (z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)

    Dzieje narodu zasługują na właściwą ocenę wedle tego, co wniósł on w rozwój człowieka i człowieczeństwa, w jego świadomość, serce, sumienie. To jest najgłębszy nurt kultury. To jej najmocniejszy zrąb. To jej rdzeń i siła“.

    (z homilii podczas Mszy świętej na Placu Zwycięstwa w Warszawie, 2 czerwca 1979)

    “Pojęcie «ojczyzna» rozwija się w bezpośredniej bliskości pojęcia «rodzina» – poniekąd jedno w obrębie drugiego. Stopniowo też, odczuwając tę więź społeczną, która jest szersza od więzi rodzinnej, zaczynacie także uczestniczyć w odpowiedzialności za wspólne dobro owej większej «rodziny», która jest ziemską «ojczyzną» każdego i każdej spośród was”.

    (z Listu do młodych całego świata “Parati semper” z okazji Międzynarodowego Roku Młodzieży)

    “Polska jest matką szczególną. Niełatwe są jej dzieje, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich stuleci. Jest matką, która wiele przecierpiała i wciąż na nowo cierpi. Dlatego też ma prawo do miłości szczególnej”.

    (z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)

    “Jasna Góra jest sanktuarium Narodu. Trzeba przykładać ucho do tego świętego Miejsca, aby czuć, jak bije serce Narodu w Sercu Matki. Bije zaś ono, jak wiemy, wszystkimi tonami dziejów, wszystkimi odgłosami życia. Ileż razy biło jękiem polskich cierpień dziejowych! Ale również okrzykami radości i zwycięstwa! Można na różne sposoby pisać dzieje Polski, zwłaszcza ostatnich stuleci, można je interpretować wedle wielorakiego klucza. Jeśli jednakże chcemy dowiedzieć się, jak płyną te dzieje w sercach Polaków, trzeba przyjść tutaj”.

    (z homilii podczas Mszy świętej odprawionej pod szczytem Jasnej Góry, 4 czerwca 1979)

    “Rozłąka z ojczyzną, której niekiedy Bóg wymaga od wybranych ludzi, przyjęta z wiarą w Jego obietnicę, jest zawsze tajemniczym i płodnym warunkiem rozwoju i wzrostu Ludu Bożego na ziemi”.

    (z Encykliki “Slavorum Apostolici”)

    ___________________

    Św. Jan Paweł II podniesionym głosem wołał o obronę życia nienarodzonych

    Prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, nie jest tylko prawem religijnym, ale jest prawem człowieka. Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości! – wołał Papież Polak w 1997 roku w Kaliszu. Czy dziś jeszcze słyszymy ten krzyk?

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Z ogromnym bólem obserwujemy, jak w naszym kraju prawo do życia wciąż jest łamane. Dziś wielka szansa, aby to zmienić! To dziś Trybunał Konstytucyjny zadecyduje, czy można zabijać chore dzieci nienarodzone, czy nie. Środowiska pro-life cały czas wznoszą modlitwę za wstawiennictwem św. Jana Pawła II, którego liturgiczne wspomnienie przypada właśnie w ten czwartek. Od 13 października trwała Nowenna Życia, którą zakończyło całodobowe czuwanie z 21 na 22 października w Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie. Można powiedzieć, że osoba św. Jana Pawła II cały czas towarzyszy tej sprawie.

    W 1991 roku Jan Paweł II wygłosił do Polaków dziesięć fundamentalnych homilii o Dekalogu. Było to w takim momencie historii Polski, że zachłyśnięci wolnością, nie słuchaliśmy zbytnio trudnych słów naszego rodaka. Słowa o Dekalogu wydają się być do dziś nieodrobioną lekcją. Czas ją odrobić. „Trzeba dojrzałej wolności. Tylko na takiej może się opierać społeczeństwo, naród, wszystkie dziedziny jego życia, ale nie można stwarzać fikcji wolności, która rzekomo człowieka wyzwala, a właściwie go zniewala i znieprawia. Z tego trzeba zrobić rachunek sumienia” – mówił wówczas papież. Położył mocny nacisk na przykazanie “Nie zabijaj” i ochronę życia, podkreślając, że te sprawy nie mogą go nie obchodzić.  „Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać! Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!” – wołał. I wciąż woła do nas wszystkich. Czy dziś słyszymy ten głos?

    Papież Polak jasno i wyraźnie podkreślał, jak wielką wartość ma ludzkie życie, każde ludzkie życie. „Żadna okoliczność, żaden cel, żadne prawo na świecie nigdy nie będą mogły uczynić godziwym aktu, który sam w sobie jest niegodziwy, ponieważ sprzeciwia się Prawu Bożemu, zapisanemu w sercu każdego człowieka” – pisał w encyklice Evangelium vitae. Z nieustępliwością głosił światu, że godność osoby może być obroniona wówczas, kiedy jest ona uważana za nienaruszalną od poczęcia do naturalnej śmierci. Niejednokrotnie podkreślał, że prawo do życia jest tak często łamane i mocno się temu przeciwstawiał. W  Evangelium vitae prosił, aby nie zabijano najsłabszych i najbardziej niewinnych. Podejmując w encyklice temat aborcji, nazwał ją jasno świadomym i bezpośrednim, a więc zamierzonym jako cel czy jako środek, zabójstwem istoty ludzkiej w początkowym stadium jej życia, obejmującym czas między momentem poczęcia a narodzeniem dziecka. To był ogromnie ważny dla niego temat w całym nauczaniu. „Troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka” – to jedno z najsłynniejszych zdań św. Jana Pawła II. W Polsce niejednokrotnie cytowane. Czy dziś przełoży się na coś więcej, niż cytowanie na obrazkach?

    Środowiska pro-life modlą się także za sędziów Trybunału Konstytucyjnego, aby podjął decyzję zgodnie z sumieniem. Co o sumieniu mówił dzisiejszy patron? Co znaczyło dla niego kierowanie się sumieniem? „To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro, a ze zła staram się poprawiać, przezwyciężając je w sobie. To taka bardzo podstawowa sprawa, której nigdy nie można pomniejszać, zepchnąć na dalszy plan. Nie. Nie! Ona jest wszędzie i zawsze pierwszoplanowa” – mówił Papież Polak podczas rozważania jasnogórskiego. Tak, ta postawa powinna zawsze i wszędzie pierwszoplanowa.

    Święty Janie Pawle II, ty, który jesteś obrońcą nienarodzonych dzieci, wstaw się za nimi. Amen.

    Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II jasno i wprost o zbrodni aborcji

    Św. Jan Paweł II jasno i wprost o zbrodni aborcji

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    Jan Paweł II o aborcji mówił jasno i wyraźnie. Encyklika Evangelium Vitae była niezwykle ważnym dziełem napisanym przez Świętego Jana Pawła II, które stawało w obronie godności osoby ludzkiej w obliczu agresywnych lewicowych i postmodernistycznych ideologii. Przypominamy początek tej encykliki, w którym Jan Paweł II dał krótką i jednoznaczną odpowiedź na pytanie o to, jakie zbrodnie względem życia ludzkiego są niedopuszczalne.

    1. EWANGELIA ŻYCIA znajduje się w samym sercu orędzia Jezusa Chrystusa. Kościół każdego dnia przyjmuje ją z miłością, aby wiernie i odważnie głosić ją jako dobrą nowinę ludziom wszystkich epok i kultur.

    Gdy zajaśniała jutrzenka zbawienia, wieść o narodzinach Dziecka została ogłoszona jako radosna nowina: „Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan” (Łk 2, 10-11). Źródłem tej „wielkiej radości” jest oczywiście przyjście na świat Zbawiciela; ale Boże Narodzenie objawiło również głęboki sens każdych ludzkich narodzin i ukazuje, że radość mesjańska jest fundamentem i wypełnieniem tej radości, jaką przynosi każde dziecko przychodzące na świat (por. J 16, 21).

    Jezus, przedstawiając istotę swojej odkupieńczej misji, mówi: „Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości” (J 10, 10). Ma tu w rzeczywistości na myśli owo życie „nowe” i „wieczne”, polegające na komunii z Ojcem, do której każdy człowiek zostaje bez żadnych zasług powołany w Synu za sprawą Ducha Uświęciciela. Ale właśnie w świetle takiego „życia” nabierają pełnego znaczenia wszystkie aspekty i momenty życia człowieka.

    Nieporównywalna wartość ludzkiej osoby

    2. Człowiek jest powołany do pełni życia, która przekracza znacznie wymiary jego ziemskiego bytowania, ponieważ polega na uczestnictwie w życiu samego Boga.

    Wzniosłość tego nadprzyrodzonego powołania ukazuje wielkość i ogromną wartość ludzkiego życia także w jego fazie doczesnej. Życie w czasie jest bowiem podstawowym warunkiem, początkowym etapem i integralną częścią całego i niepodzielnego procesu ludzkiej egzystencji. Proces ten — nieoczekiwanie i bez żadnej zasługi człowieka — zostaje opromieniony obietnicą i odnowiony przez dar życia Bożego, które urzeczywistni się w pełni w wieczności (por. 1 J 3, 1-2). Równocześnie to nadprzyrodzone powołanie uwydatnia względność ziemskiego życia mężczyzny i kobiety. Nie jest ono jednak rzeczywistością „ostateczną”, ale „przedostateczną”; jest więc rzeczywistością, świętą, która zostaje nam powierzona, abyśmy jej strzegli z poczuciem odpowiedzialności i doskonalili ją przez miłość i dar z siebie ofiarowany Bogu i braciom.

    Kościół jest świadom, że Ewangelia życia, przekazana mu przez Chrystusa, wzbudza żywy i poważny odzew w sercu każdego człowieka, tak wierzącego jak i niewierzącego, ponieważ przerastając nieskończenie jego oczekiwania, zarazem w zadziwiający sposób współbrzmi z nimi. Mimo wszelkich trudności i niepewności każdy człowiek szczerze otwarty na prawdę i dobro może dzięki światłu rozumu i pod wpływem tajemniczego działania łaski rozpoznać w prawie naturalnym wypisanym w sercu (por. Rz 2, 14-15) świętość ludzkiego życia od poczęcia aż do kresu oraz dojść do przekonania, że każda ludzka istota ma prawo oczekiwać absolutnego poszanowania tego swojego podstawowego dobra. Uznanie tego prawa stanowi fundament współżycia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej.

    Obrońcami i rzecznikami tego prawa powinni być w sposób szczególny wierzący w Chrystusa, świadomi wspaniałej prawdy przypomnianej przez Sobór Watykański II: „Syn Boży przez wcielenie swoje zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem”. W tym zbawczym wydarzeniu objawia się bowiem ludzkości nie tylko bezgraniczna miłość Boga, który „tak (…) umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J 3, 16), ale także nieporównywalna wartość każdej osoby.

    Kościół zaś, rozważając wnikliwie tajemnicę Odkupienia, uświadamia sobie tę wartość zawsze z tym samym zdumieniem i czuje się powołany, by głosić ludziom wszystkich czasów tę „ewangelię” — źródło niezłomnej nadziei i prawdziwej radości dla każdej epoki dziejów. Ewangelia miłości Boga do człowieka, Ewangelia godności osoby i Ewangelia życia stanowią jedną i niepodzielną Ewangelię.

    To dlatego właśnie człowiek, człowiek żyjący, stanowi pierwszą i podstawową drogę Kościoła

    Nowe zagrożenia życia ludzkiego

    3. Każdy człowiek właśnie ze względu na tajemnicę Słowa Bożego, które stało się ciałem (por. J 1, 14) zostaje powierzony macierzyńskiej trosce Kościoła. Dlatego też każde zagrożenie godności i życia człowieka głęboko wstrząsa samym sercem Kościoła, dotyka samej istoty jego wiary w odkupieńcze wcielenie Syna Bożego i przynagla Kościół, by pełnił swą misję głoszenia Ewangelii życia całemu światu i wszelkiemu stworzeniu (por. Mk 16, 15).

    Głoszenie to staje się szczególnie naglące dzisiaj, gdy lęk budzą coraz liczniejsze i poważniejsze zagrożenia życia ludzi i narodów, zwłaszcza życia słabego i bezbronnego. Obok dawnych, dotkliwych plag, takich jak nędza, głód, choroby endemiczne, przemoc i wojny, pojawiają się dziś plagi nowe, przybierające nieznane dotąd formy i niepokojące rozmiary.

    Już Sobór Watykański II w jednej z wypowiedzi, która do dziś zachowała swą dramatyczną aktualność, potępił stanowczo liczne zbrodnie i zamachy wymierzone przeciw życiu ludzkiemu. Przypominając po trzydziestu latach słowa Soboru, raz jeszcze i równie stanowczo potępiam w imieniu całego Kościoła te przestępstwa, w przekonaniu, że wyrażam w ten sposób autentyczne odczucia każdego prawego sumienia: „Wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, próby wywierania przymusu psychicznego; wszystko, co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą; a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby: wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażając cywilizację ludzką bardziej hańbią tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy, i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy”

    4. Niestety, te niepokojące zjawiska bynajmniej nie zanikają, przeciwnie, ich zasięg staje się raczej coraz szerszy: nowe perspektywy otwarte przez postęp nauki i techniki dają początek nowym formom zamachów na godność ludzkiej istoty, jednocześnie zaś kształtuje się i utrwala nowa sytuacja kulturowa, w której przestępstwa przeciw życiu zyskują aspekt dotąd nieznany i — rzec można — jeszcze bardziej niegodziwy, wzbudzając głęboki niepokój; znaczna część opinii publicznej usprawiedliwia przestępstwa przeciw życiu w imię prawa do indywidualnej wolności i wychodząc z tej przesłanki domaga się nie tylko ich niekaralności, ale wręcz aprobaty państwa dla nich, aby móc ich dokonywać z całkowitą swobodą, a nawet korzystając z bezpłatnej pomocy służby zdrowia.

    Wszystko to prowadzi do głębokich przemian w sposobie patrzenia na życie i na relacje między ludźmi. Fakt, że prawodawstwo wielu państw, oddalając się nawet od fundamentalnych zasad swych konstytucji, nie tylko nie karze tego rodzaju praktyk wymierzonych przeciw życiu, ale wręcz uznaje je za całkowicie legalne, jest niepokojącym przejawem, a zarazem jedną z istotnych przyczyn poważnego kryzysu moralnego: czyny jednomyślnie uważane niegdyś za przestępcze i w powszechnym odczuciu moralnym niedopuszczalne, zyskują stopniowo społeczną aprobatę. Nawet medycyna, która z tytułu swego powołania ma służyć obronie życia ludzkiego i opiece nad nim, w niektórych dziedzinach staje się coraz częściej narzędziem czynów wymierzonych przeciw człowiekowi i tym samym zniekształca swoje oblicze, zaprzecza samej sobie i uwłacza godności tych, którzy ją uprawiają. W takim kontekście kulturowym i prawnym również poważne problemy demograficzne, społeczne i rodzinne, nękające wiele narodów świata i domagające się odpowiedzialnej i czynnej reakcji ze strony społeczności narodowych i międzynarodowych, stają się przedmiotem rozwiązań fałszywych i złudnych, sprzecznych z prawdą oraz z dobrem osób i narodów.

    Prowadzi to do dramatycznych konsekwencji: choć samo zjawisko eliminacji wielu ludzkich istot poczętych lub bliskich już kresu życia jest niezwykle groźne i niepokojące, równie groźny i niepokojący jest fakt, że nawet ludzkie sumienie zostaje jak gdyby zaćmione przez oddziaływanie wielorakich uwarunkowań i z coraz większym trudem dostrzega różnicę między dobrem a złem w sprawach dotyczących fundamentalnej wartości ludzkiego życia.

    Jan Paweł II, Evangelium Vitae

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kard. Wyszyński: Czym jest polska racja stanu?

    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna

    ***

    Błogosławiony Kardynał Stefan Wyszyński:

    Czym jest polska racja stanu?

    „Rodzina, Najmilsze Dzieci, jest największą siłą Narodu, i największą gwarantką bytu narodowego. Bez mocnej, czystej, zwartej, zespolonej rodziny nie masz Narodu! Jeśli ktoś chce pracować nad umocnieniem i zjednoczeniem Narodu, musi pracować przede wszystkim nad umocnieniem i zjednoczeniem każdej rodziny. To jest ten wielki program, który ma znaczenie niewątpliwie religijnie, bowiem Bóg zapragnął na tej ziemi rodziny. Ale ma to również znaczenie narodowe” – powiedział Prymas Tysiąclecia bł. kard. Stefan Wyszyński.

    POLSKA RACJA STANU W NAUCZANIU STEFANA KARDYNAŁA WYSZYŃSKIEGO

    „Racja stanu” w ścisłym tego słowa znaczeniu – to uznanie potrzeb i dobra państwa za najwyższą normę działania.

    Stefanowi kardynałowi Wyszyńskiemu nie chodziło o „dobro państwa” w sensie politycznym czy nacjonalistycznym. Broniąc polskiej racji stanu, miał on na uwadze dobro Ojczyzny jako wspólnoty ludzi, dzieci Bożych zjednoczonych jedną wiarą, jedną kulturą, jedną niełatwą historią, związanych z konkretną ziemią, której potrzeba było bronić nawet za cenę życia.

    Prymas Tysiąclecia jednym sercem kochał Polskę i Kościół. Powiedział wprost: „Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce i wszystko co czynię dla Kościoła, czynię dla niej”. Podczas ingresu do Stolicy zastrzegał się: „Nie jestem ani politykiem, ani dyplomatą, nie jestem działaczem ani reformatorem. Jestem natomiast ojcem waszym duchowym, pasterzem i biskupem dusz waszych, jestem apostołem Jezusa Chrystusa”.

    A jednak pełniąc wiernie to właśnie pasterskie posługiwanie Ewangelii, wszedł tak mocno we wspólnotę Narodu, że umierał jako najwyższy autorytet moralny, prawdziwy mąż stanu, niekoronowany król polski, „ojciec Narodu”.

    Dziedzictwo, które pozostawił stanowi kamień węgielny naszego budowania dzisiaj i jutro. Nie jest to przybudówka ani gzyms, który można pominąć.

    Ważny czynnik polskiej racji stanu stanowi doświadczenie Stefana kardynała Wyszyńskiego, który trzeba podjąć i wprowadzić w nasze codzienne działania.

    Ojciec Święty Jan Paweł II prosił: „Oby Kościół i Naród pozostał mocny dziedzictwem kardynała Stefana Wyszyńskiego. Oby to dziedzictwo trwało w nas”.

    Dlatego dzisiaj spotykamy się i pochylamy nad tym dziedzictwem.

    Staje przed nami pytanie: Jak Prymas Tysiąclecia rozumiał swoją służbę polskiej racji stanu? „Jeżeli Kościół w Ojczyźnie naszej staje w obronie Ewangelii – mówi kardynał Wyszyński – w obronie kultury religijnej, w obronie wolności człowieka, ładu moralnego i chrześcijańskiej moralności, to jednocześnie […] staje też w obronie narodowej racji stanu […]. Trudna jest Ewangelia, ale wyznawanie Ewangelii jest podźwignięciem człowieka, rodziny i Narodu […] Podobnie moralność chrześcijańska, wybitnie wymagająca niesie Narodowi zdrowie. Prawdą jest, że wymaga ofiary, wyrzeczenia się siebie, podporządkowania niższych popędów i skłonności rozumowi, sumieniu i nakazom Bożym. Człowiek musi zapomnieć o tym, co jest chwilowym jego upodobaniem, musi rządzić się zasadami moralności. Jeżeli bowiem ich zaniecha i zerwie z nimi, zanika harmonia życia i współżycia społecznego, zaczyna się bezład. […] Kościół buduje w Narodzie odpowiedzialność, poruszając sumienie obywateli służy narodowej racji stanu”.

    Fundamentalnym punktem obrony polskiej racji stanu była dla kardynała Wyszyńskiego obrona godności człowieka i jego praw. Głosił bezwarunkową, najwyższą na ziemi wartość człowieka. „Zdaje się, Najmilsze Dzieci – mówił Ksiądz Prymas – że stanęliśmy na jakimś ogromnym zakręcie dziejowym, kiedy trzeba bardzo dużo mówić o wysokiej godności człowieka, aby zrozumiano, że człowiek przerasta wszystko, co może istnieć na świecie prócz Boga! Cały bogaty i najbardziej wymyślny świat urządzeń technicznych, wynalazków i niewątpliwie potężnych zdobyczy naukowych, całe olbrzymie bogactwo globu jest niczym w porównaniu z jednym maleńkim człowiekiem, istotą rozumną, wolną i miłującą. […] Człowiek przerasta wszystko. Wychodzi z najlepszej, najbardziej kochanej rodziny, aby tworzyć życie. Przerasta nawet Naród i Ojczyznę, za którą gotów jest umierać. I państwo, z którego nigdy nie jest zadowolony, chociażby wszyscy rządzący byli z siebie zadowoleni!”

    Najważniejszy jest człowiek

    Stefan kardynał Wyszyński uczył szacunku dla człowieka, dla człowieczeństwa: „W pierwszym rozdziale każdego traktatu pokojowego powinien być jeden najważniejszy warunek: uwierzyć w wielkość człowieka! Dopiero wtedy, gdy uwierzymy w jego głębię, zbędna będzie dla nas karta podstawowych praw człowieka, bo w tej głębi znajdzie się wszystko. To będzie świętość, której zbrodnicze ręce tknąć się nie ośmielą! A cóż dopiero mówić o narodzie, złożonym z ludzi tak rozumianych i tak traktowanych”.

    Człowieczeństwo jest wartością bezwarunkową. „Najbardziej sponiewierany człowiek, najbardziej obwiniany, obciążony przez wszystkie kodeksy karne, jeszcze pozostaje człowiekiem, bo grzechy można z niego odczyścić a człowieczeństwo zostanie”.

    „Musi się w nas rozpocząć głębokie szukanie prawdy przede wszystkim w naturze człowieka. Poznać naturę człowieka, poznać ją głęboko i całkowicie, zrozumieć kim jest właściwie człowiek – to wielki ratunek dla świata współczesnego”.

    Godność ludzka jest wartością powszechną, nie zależy od zasług człowieka, od stopnia inteligencji, od statusu społecznego, majątku, ani od zajmowanego stanowiska. Wynika ona z faktu, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Każdego człowieka Bóg powołał do życia i bez granic umiłował. Dlatego każdy człowiek jest świętością. Każdy, absolutnie każdy bez względu na jakiekolwiek obciążenia, zasługuje na szacunek.

    Stefan kardynał Wyszyński z determinacją bronił podstawowych praw człowieka: prawa do życia, prawa do wyznawania Boga, prawa do prawdy, sprawiedliwości, wolności, miłości i pokoju: „Chociaż byśmy przegrali życie w oczach świata i świat by się nas wyrzekł skazując na śmierć, jak łotrów na ukrzyżowanie – jest to ocena świata. Pozostaje jeszcze ocena Boga. Bóg przekreśla wyrok świata – winien jest śmierci – i ogłasza swój Boży wyrok – Dziś jeszcze będziesz ze mną w raju”.

    Ostrzegał przed alienacją osoby, przed zablokowaniem naturalnych tęsknot i dążeń człowieka. Nikt nie ma absolutnej władzy nad drugim człowiekiem. Tylko Bóg.

    Wielkim niebezpieczeństwem w czasach komunistycznych było łamanie podstawowych praw ludzkich, zastraszanie społeczeństwa, zniewalanie, ograniczanie wolności osobistej. Nie liczył się człowiek jako osoba, liczyła się klasa, liczyły się masy.

    Ksiądz Prymas odważnie bronił człowieka przed zniewoleniem, przed pozbawieniem go przynależnych mu praw. Stawiał granice, których władze bezkarnie przekraczać nie mogły. Upominał się o ludzi aresztowanych, bitych, zwalnianych z pracy, szykanowanych. Głośno, na ambonie domagał się wolności zrzeszania, poszanowania praw własności. Budził w ludziach świadomość osobowych praw człowieka, uczył obrony tych praw, budził odwagę, dawał społeczeństwu poczucie bezpieczeństwa. Rezygnacja człowieka z własnych praw i zaniechanie ich obrony godzi nie tylko w dobro osoby, ale i Narodu.

    „Człowiek czy społeczeństwo, które z założenia rezygnuje z obrony swych praw do prawdy, sprawiedliwości, miłości i pokoju czy służby – odstępuje od podstawowych wartości osoby ludzkiej, w wyniku czego wartości te zostają przyhamowane, albo też zanikają i przestają funkcjonować. Taki człowiek i takie społeczeństwo ulega zahamowaniu, nie rozwija się. Jeśli zaś społeczeństwo liczy wielu symulantów moralnych, społecznych, ekonomicznych, czy politycznych to z kolei i Naród,i państwo dochodzą do alienacji. Nie są już tym, co można by nazwać narodem czy państwem, jeśli się chce to czynić szczerze. Stają się ich parodią. Gdy człowiek zajmie postawę, że lepiej się nie wysilać, nie narażać, nie wychylać, godzi się tym samym na ograniczenia własnej godności i rezygnuje z jej obrony.

    Wytwarza się dzisiaj swoista psychoza lęku i beznadziejności. Istnieją społeczności ludzi zalęknionych, zatrwożonych, którzy do tego stopnia ulegają lękowi, że niekiedy widzą niebezpieczeństwo nawet tam, gdzie ono faktycznie nie istnieje. Nie dostrzegają nawet przemian, które zachodzą w stosowaniu praw człowieka i obywatela i boją się jeszcze wtedy, gdy już powodów do lęku nie ma […] nie można człowieka utrzymywać w nieustannym zastraszeniu, bo stwarza to pół-obywateli, z którymi trudno się porozumieć. Jeżeli pod wpływem psychozy lęku wytworzy się atmosfera beznadziejności, to ludzi, którzy jej ulegli, nie można potem uruchomić, uaktywnić, zachęcić do żadnego zadania, programu, czy wysiłku społecznego. Każdą bowiem inicjatywę będą przyjmować z nieufnością”.

    Prymas Tysiąclecia rozumiał, że człowiekowi potrzeba nie tylko sprawiedliwości ale i miłości. Uczył tej postawy nie tylko słowem, ale własnym życiem, tak iż stawał się wzorem władania sercem. Pociągał Naród miłując go.

    „Pragniemy człowieka – mówił – który by miłował. Czekamy na człowieka, który umiałby… kochać. Takiemu uwierzymy! […] Za nim pójdziemy! On nas pozyska! Jesteśmy tak przerażeni dziełami nienawiści i zapowiedzią nowych jej owoców, które płyną z zaprogramowanej nienawiści, że pragniemy już tylko, aby człowiek umiał kochać! Aby umiał zwyciężać przez miłość! Jeżeli nas zdobędzie wielki człowiek, to tylko taki, który będzie miał wielką miłość. Gdy zamiast miłości będzie miał nienawiść równie wielką jak on, to może zmilkniemy przed nim, jak zmilknął ongiś świat przed Aleksandrem Macedońskim, przed Augustem, przed Attylą, przed Napoleonem, przed Hitlerem, ale za nim nie pójdziemy!”

    Zdrowa rodzina – mocą Narodu

    Kolebką życia i rozwoju człowieka w miłości jest rodzina. Jej trwałość, wiara i siła moralna – to według kardynała Wyszyńskiego jedna z najważniejszych spraw polskiej racji stanu. „Rodzina, Najmilsze Dzieci, jest największą siłą Narodu, i największą gwarantką bytu narodowego. Bez mocnej, czystej, zwartej, zespolonej rodziny nie masz Narodu! Jeśli ktoś chce pracować nad umocnieniem i zjednoczeniem Narodu, musi pracować przede wszystkim nad umocnieniem i zjednoczeniem każdej rodziny. To jest ten wielki program, który ma znaczenie niewątpliwie religijnie, bowiem Bóg zapragnął na tej ziemi rodziny. Ale ma to również znaczenie narodowe”.

    Prymas Tysiąclecia rozumiał wartość życia rodzinnego. Sam przyszedł na świat i wzrastał w zdrowej, polskiej, miłującej się rodzinie.

    Był jednym z sześciorga dzieci Stanisława i Julianny Wyszyńskich. Matka umarła mając 33 lata po narodzeniu szóstego dziecka. Stefan miał wtedy 9 lat. Matka została jego tęsknotą i miłością do końca życia. W rodzinie Stefan nauczył się wiary, modlitwy, miłości do Polski, pragnienia wolności i szacunku dla człowieka.

    Wspominał codzienną wieczorną modlitwę w rodzinie, odmawianie różańca na klęczkach. Z Historii w obrazkach uczył się potajemnie historii Polski. Nocą chodził z ojcem naprawiać krzyże powstańców w okolicznych lasach. Wieczorami, w domu ojca-organisty, zbierali się sąsiedzi i śpiewali pieśni patriotyczne.

    W rodzinie nauczył się Stefan szacunku dla każdego człowieka, dla kobiety, kiedy musiał całować w rękę „panią Jesionkową” i zanosić jedzenie ciężko choremu sąsiadowi.

    Całe życie Stefana kardynała Wyszyńskiego naznaczone było rodzinnością. Wystarczy wspomnieć jego charakterystyczny sposób zwracania się do wiernych z ambony: „Dzieci Boże, dzieci moje!” Te słowa były prawdą jego serca.

    Dostrzegał Stefan kardynał Wyszyński rodzinność jako wymiar istnienia Boga w Trójcy Świętej: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Nie zapominał nigdy o istnieniu Matki Chrystusa, Matki Rodziny ludzkiej. Często podkreślał też, że Kościół jest matką, dlatego z miłością odnosi się do wszystkich swoich dzieci. Stefan kardynał Wyszyński uznawał rodzinę za istotną, niczym nie zastąpioną wartość w życiu człowieka i Narodu.

    „Stajemy na żywym kamieniu chrześcijańskiego ładu społecznego. Po Bogu Ojcu najwięcej zawdzięczamy na ziemi rodzicom. W Prawie Bożym najpierw wiążemy uczuciami czci z Bogiem, zaraz po Nim – z rodzicami. Obok więzi z Bogiem, największa jest więź z rodzicami i rodziną. Stąd przyrodzony porządek społeczny na świecie umacniany jest z pomocą rodzin i życia rodzinnego. Wszak rodzina jest kolebką Narodu! Słusznie Ojczyznę nazywamy Rodziną Rodzin”.

    Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i niewiastę. Tych dwoje zaprasza do szczególnej współpracy z Sobą. Stefan kardynał Wyszyński podkreślał wielką godność powołania małżeńskiego i rodzicielskiego. Wiąże się z tym powołaniem ogromna odpowiedzialność i zadanie. Jeżeli rodzina nie wypełni swojego powołania rodzicielskiego i wychowawczego Naród zginie, przestanie istnieć. Jeżeli rodzina będzie rozbita – zdegradowane będzie także społeczeństwo.

    Prymas Tysiąclecia świadomy zagrożeń wołał: „Rodzicie, pamiętajcie! Przyszła w Polsce wasza godzina! Jesteśmy w tak trudnym położeniu, że często nie wiemy, jak ubezpieczyć nasz byt narodowy, jakich sił szukać, na jakiej skale się oprzeć. Jesteśmy wśród lotnych piasków zmieniających się sytuacji i koniunktur i nie znajdziemy ani dla naszego bytu narodowego, ani dla kultury chrześcijańskiej innego oparcia, jak tylko zdrową rodzinę. Rodzice! Wasza godzina w Polsce nadeszła. Nie myślcie, że kto inny uratuje nasz Naród. Nas uratuje zdrowa rodzina katolicka”.

    „Obudzicie się – wołał Prymas Tysiąclecia – otrzeźwiejcie! Wyzwólcie się z obłędu ! To jest obłęd samobójczy !

    Kościół podnosi potężny głos w obronie życia Polaków. I tego głosu nie obniży ! Będzie wołał coraz głośniej, coraz potężniej, coraz nieustępliwej: Otrzeźwiejcie! Aby ziemia nasza nie stała się krainą Herodów i herodowych zbrodni!

    Pasterz tej Stolicy woła dziś do Was, woła do Stolicy i diecezji, woła do całego Narodu: obudźcie się! Ratujcie życie! Wszak tu chodzi o życie Narodu! Zginajcie kolana przed każdym rodzącym się życiem, przed każdym dziecięciem. Wy, rodzice, lekarze i pielęgniarki, Wy, rządzący dziś Narodem, wszyscy, od góry do dołu, którym powierzona jest straż życia w Narodzie, którzy macie prowadzić go ku życiu, nie ku śmierci i zagładzie ! Uczcie się obyczajów ludzkich, betlejemskich, nie herodowych. Szanujcie życie”.

    Powołanie do założenia rodziny Prymas Tysiąclecia rozumiał jako spełnienie człowieczeństwa, powołanie do miłości. „Bogu idzie o miłość! Dlatego stoi On między Wami, Dzieci najmilsze, jako Bóg – Miłość i Ojciec Waszej miłości. Wszczepia w wasze dusze miłość: miłość ciał i dusz, bo jest Ojcem i ciał i dusz. Jako Bóg – Miłość oczekuje miłości, raduje się Waszą miłością i pragnie, abyście się kochali. W Nim, jako Bogu Miłości, łączy się to życie, które On nieci i przez Was przekazuje”.

    Na rodzinie spoczywa nie tylko szczytne zadanie przekazywania życia, uczył kardynał Wyszyński – ale także wychowanie. To rodzice mają prawo decyzji o kierunku wychowania swoich dzieci. Prawo do tej decyzji zagwarantowane jest prawem naturalnym i jest niepodważalne. To nie szkoła i nie państwo decyduje o kształcie wychowania człowieka, ale rodzice. To prawo Prymas Tysiąclecia często uświadamiał rodzicom. Dodawał im odwagi, aby nie rezygnowali z tego prawa i nie pozwolili go sobie odebrać.

    Broniąc dobra człowieka i dobra Narodu Stefan kardynał Wyszyński upominał się o prawa rodziny. Ojcowie rodzin – uczył – mają prawo do wynagrodzenia rodzinnego. Zadania matki, jej macierzyńskie posługiwanie w domu, to nie sprawa prywatna kobiety, to służba społeczna. Rodziny wielodzietne to nie obciążenie, ale błogosławieństwo dla społeczeństwa. Rodziny mają prawo do swojej własności, do ziemi rodzinnej. Ostro występował Ksiądz Prymas przeciwko bezprawnemu wywłaszczeniu rodzin, odbieraniu im gospodarstw i domów, np. w związku z budową dróg czy terenów rekreacyjnych.

    Rodzina wymaga szczególnej troski społecznej ponieważ jest podstawową cząstką Narodu. Od niej zależy byt, prawość i prężność Ojczyzny. W rodzinie przychodzą na świat i uczą się życia przyszłe pokolenia.

    Idącym w przyszłość

    Młodzież znajdowała w sercu i nauczaniu Prymasa Tysiąclecia uprzywilejowane miejsce. Stosował pedagogię serca, szacunku i zaufania. Umiał też z miłością, a jednocześnie z mocą stawiać wymagania.

    Młodzież znała głos swego Pasterza. Kiedy mówił konferencję do młodzieży akademickiej, czy to w kościele Św. Anny w Warszawie, czy w Gdańsku, w Poznaniu, w Lublinie świątynie były pełne. Zdarzało się, że młodzi porwani entuzjazmem podnosili auto razem z Księdzem Prymasem, aby mu okazać wyraz swojej solidarności, zrozumienia i oddania.

    Jakie treści poruszał Prymas Tysiąclecia w przemówieniach do młodzieży?

    Mówił o sensie i wartości życia, o ludzkiej godności, o prawach i obowiązkach młodego pokolenia, ukazywał zagrożenia, niebezpieczeństwa, wytyczał zadania, uczył miłości do Ojczyzny.

    Był przekonany, że młodzież w głębi serca pragnie dobra, zdolna jest do wysiłku i poświęcenia. Minęło wiele lat, a młodzi ludzie nadal z entuzjazmem odkrywają mądrość ukrytą w nauczaniu Prymasa Tysiąclecia.

    Katolickie Stowarzyszenie Akademickie „Soli Deo” przy współpracy Instytutu Prymasowskiego organizują konkursy dla młodzieży szkół średnich z zakresu wiedzy o życiu i nauczaniu Prymasa Tysiąclecia. Ze zdumiewającą intuicją ci młodzi ludzie odkrywają istotę nauczania Prymasa Tysiąclecia, mówiąc, że to są dla nich „słowa życia”.

    Rzeczywiście kardynał Stefan Wyszyński rozumiał młodzież, znał jej tęsknoty, ogarniał sercem, aby przeprowadzić przez niebezpieczne zasadzki. „Jesteście pokoleniem milenijnym, przełomowym, które żyje na grani dwóch Tysiącleci. Wiecie jak trudno jest utrzymać się na grani. Wieją tam potężne wichry i szaleją burze… Trzeba mocno trzymać się ‘pazurami’ rodzimej skały, aby nie spaść na dno przepaści. Trzeba nie lada wysiłku i bohaterskiego męstwa, aby się ostać… Tylko orły szybują nad graniami i nie lękają się przepaści wichrów i burz. Musicie mieć w sobie coś z orłów![…] Będziecie wtedy mogli jak orły przebić się przez wszystkie dziejowe przełomy, wichry i burze, nie dając się spętać żadną niewolą. Pamiętajcie – orły to wolne ptaki, bo szybują wysoko”.

    Jak orzeł wyprowadza z gniazda pisklęta, biorąc je na siebie, tak Prymas Tysiąclecia brał młode pokolenie na swoje ramiona i uczył odróżniania dobra od zła. „Aby zrozumieć sens własnego życia – mówił – trzeba się wspiąć wysoko, aż do myśli Bożej. Trzeba oderwać się od siebie, od wąskiej otoki własnego, egocentrycznego bytowania, aby zrozumieć wielkość swego bytu, istnienia i wartość jednego, jedynego, niepowtarzalnego życia”.

    Mówiąc do młodzieży Prymas Tysiąclecia podkreślał potrzebę wychodzenia z siebie i przekraczania granic. Wychowywał w ten sposób młode pokolenie do zrozumienia, że człowiek z natury jest istotą społeczną. „Człowiek z natury ma tę władzę, że ciągle wychodzi z siebie i musi z siebie wychodzić. Biada człowiekowi, który szuka idei w nirwanie, który szuka idei odosobnienia i zamyka się w sobie”.

    Stefan kardynał Wyszyński ostrzegał młode pokolenie przed grożącymi mu zniewoleniami. „Swoistą postacią zniewolenia współczesnego człowieka jest narzucanie mu gwałtem niewiary, ateizacja – mówiąc po polsku – bezbożnictwo. Wy to rozumiecie, nie muszę Wam o tym dużo mówić, bo jesteście młodzieżą, która nie miała możliwości w szkole zespolić wysiłków myślowych z religijną formacją”.

    Proponowany ateizm spowodował groźne skutki idące daleko w przyszłość: „Ilu w Polsce jest takich ludzi, którzy udawali ateistów i bezbożników z obawy, z lęku i trwogi? Czy myślicie, że to uchodzi bezkarnie? Żadną miarą! To jest ciężkie okaleczenie psychiki ludzkiej i to później wydaje swoje owoce, rzutuje na przyszłość […] Człowiek musiałby podźwignąć się z głębokiego trzęsawiska kłamstwa, nieprawdy i nieszczerości, z lęku, z pospolitego wyrachowania i tchórzostwa, aby mogła zacząć się prawdziwa odnowa moralna naszego społeczeństwa”.

    Wśród zagrożeń, na jakie narażone było młode pokolenie Stefan kardynał Wyszyński wymienia niewolę słabości i grzechu, znieprawienia człowieka przez pijaństwo, narkomanię, lenistwo. A jakie zadania ukazywał młodzieży?

    Wzywał do zwyciężania siebie. „Chrystus stawia Wam wymaganie umiejętności walk z sobą, ze swymi popędami i złymi skłonnościami. Żąda od Was pracy nad sobą. Ale tylko za cenę tej pracy zwycięża się samego siebie. Zwycięstwo nad sobą jest najtrudniejsze, ale też i najbardziej wartościowe, najwięcej daje Wam osobiście i wychowuje Was do życia, które jest przed Wami. Nie sztuka jest zwyciężać innych, sztuka jest zwyciężyć siebie samego. […] Może waszą młodzieńczość pociąga niekiedy dowolność i swoboda życia, ale szybko się przekonujecie – chociaż pragnąłbym, abyście się nigdy osobiście o tym nie przekonali, że wszelka ‘wolność’, dowolność moralna kończy się ostatecznie katastrofą, której się wkrótce żałuje. Panowanie nad sobą i walka ze złymi skłonnościami, zakończona zwycięstwem, dają radość i rodzą doniosłe owoce osobiste i społeczne. Ale to kosztuje.

    A cóż nie kosztuje, Najmilsze Dzieci?! Każda rzecz wielka musi kosztować i musi być trudna. Tylko rzeczy małe i liche są łatwe”.

    Stefan kardynał Wyszyński prosił młodzież, aby nie korzystała z ułatwionego życia, ze znajomości, układów, łatwizny, rezygnując z własnego wysiłku intelektualnego. „Tak jest, Najmilsze Dzieci, nawet w obliczu Boga, który dał człowiekowi nie tylko łaskę wiary i miłość, ale dał mu także rozum. Tym bardziej więc na uczelni musicie zwalczać mit niedbalstwa, łatwizny, dyspozycyjności i uprzedzenia. Nie możecie korzystać z usprawiedliwienia w sumieniu, ze zwolnienia się od własnego osobistego wysiłku umysłowego. I nie ma większej pracy dla postępu, jak stworzenie takich warunków, w których ludzie dochodzą do dyplomu na drodze rozumu, a nie drogą protekcji, uprzywilejowania. Młodzieży katolicka, jak umiem, proszę Was, abyście na przyszłość nigdy nie korzystali z jakiegoś uprzywilejowania, bo najwięcej krzywdy wyrządzacie własnej godności. Krzywdę wyrządzacie również porządkowi kulturalnemu Narodu, waszej kulturze osobistej i prawdziwemu postępowi kultury”.

    Prymas Tysiąclecia ukazywał młodzieży niebezpieczeństwo technicyzmu godzącego w prymat osoby ludzkiej. Prosił młodzież, aby szanowała czas, zwalczała niekompetencję i brak systematyczności. Pragnął też w sercach młodych ludzi wzbudzić miłość do Ojczyzny. „Droga Młodzieży! Jeżeli umiesz patrzeć w przyszłość – a my jesteśmy narodem ambitnym, który nie chce umierać! – musisz sobie postawić wielkie wymagania. Musisz wychowywać się w duchu ofiary i do ofiary się uzdalniać. Może bowiem przyjść taka chwila, w której tylko ofiarą będzie można zagwarantować wolność Ojczyźnie! Gdyby w Polsce zniknęło pokolenie zdolne do ofiary, musielibyśmy już dzisiaj wątpić o zachowaniu niepodległości!.”

    Wartość kultury ojczystej

    Trudno w zwięzłych słowach wyrazić wkład Prymasa Tysiąclecia w obronę kultury narodowej. W liście na 30-tą rocznicę powołania go na stolicę gnieźnieńską i warszawską Arcybiskup Metropolita Krakowski Karol Wojtyła napisał, że jest to „Człowiek, który nie tylko umiłował dzieje – czyli przeszłość ojczystej kultury, ale który tę kulturę tak wspaniale tworzy na żywo i kształtuje na oczach obecnego pokolenia Polaków i wraz z nimi”.

    Obejmując stolicę gnieźnieńską i warszawską po wojnie w 1949 roku, stąpał po gruzach Stolicy, pochylał się nad ruinami Polski, które kryły w sobie najcenniejsze zabytki, skarby kultury polskiej. Podtrzymywał nadzieję ludzi podejmujących wielkie dzieło odbudowy zniszczonej Ojczyzny. „Cały Naród przyzwyczajony jest do gruzów. Ale my się gruzów nie lękamy, nie załamujemy nad nimi rąk. Przeciwnie, widok gruzów wyzwala w nas nowe potężne siły i gorące pragnienie walki o lepsze, odbudowane jutro. Ten obowiązek odbudowy wyzwala w nas nowe siły. Jesteśmy Narodem młodym, prężnym, o kulturze starej, szlachetnej i wspaniałej. To, że musimy odbudowywać nie jest naszą klęską. Jest naszą szkołą! Jest organizowaniem i mobilizowaniem energii, jest naszą ciągłą młodością, bo nie pozwala się nam zestarzeć.”

    Jakże ważne są te słowa dzisiaj, gdy musimy znowu odbudowywać naszą Ojczyznę z ruin moralnych i ekonomicznych. Dźwigające się z ruin świątynie były znakiem dźwigania się ducha Narodu.

    Szczególną zasługą Prymasa Tysiąclecia była odbudowa i regotyzacja katedry gnieźnieńskiej. Podczas uroczystości podniesienia sarkofagu Świętego Wojciecha w 1960 roku mówił: „W czasach, gdy człowiek tak często pada ofiarą niewolniczej służby materii, gdy nie dostrzega się w nim ducha, trzeba wysoko przed oczy ludzi wynosić człowieka i jego wielką, Bożą godność. Gdy odnawiamy styl świątyni, musimy mieć dla niej wzór – styl człowieka. Dlatego na właściwe miejsce dźwigamy człowieka, który miał w swoim życiu Boży styl. Według tego stylu kształtowało się życie chrześcijańskie w Ojczyźnie naszej, organizacja Kościoła Świętego, kultura Narodu.”

    Znakiem odradzania się Ojczyzny po zniszczeniach wojennych była odbudowa katedry Świętego Jana w Warszawie. W dniu konsekracji świątyni 9 czerwca 1960 roku Ksiądz Prymas mówił: „Świątynia jest jakby chlebną dzieżą, w której zaczyn Boży przenika i przerabia to, co w życiu naszym zbyt ludzkie, aby Bożym się stawało. […] Tak ściśle związały się dzieje świętojańskiej świątyni z dziejami Narodu, że nie sposób ich rozdzielić. Losy Państwa odbijały się na tych murach i wypisywały swe wymowne znaki klęsk i chwały […] Niedawne to chwile, gdy przez Archikatedrę biegł front walki. Nacierała nienawiść najeźdźcy, broniła świętych ołtarzy miłość i wiara powstańców warszawskich. Tu na posadce, którą omywamy dziś wodą poświęconą, płynęły potoki krwi najlepszych synów Stolicy. […] Ci, którzy tu padli, pouczyli nas, jak trzeba żyć i umierać w obronie największych świętości Narodu”.

    Podnoszenie świątyń z gruzów było znakiem, że Polacy chcą nadal kroczyć własnymi, od wieków wytyczonymi ścieżkami ku nowym wiekom kultury narodowej.

    Kardynał Wyszyński wspierał liczne dzieła i inicjatywy mające na celu obronę i rozwój kultury polskiej. Podkreślał jej wielkie znacznie w życiu Narodu, który pomimo wielkich doświadczeń dziejowych nie chce umierać i ciągle się odradza.

    „Jest to wielka tajemnica Boża – mówił – Polacy są dziwnym narodem. Właśnie wtedy, gdy im trudno, gdy mają wielkie przeciwności, zdobywają się na potężne wysiłki. W czasie beznadziejnej niewoli pojawiły się najpiękniejsze postacie – wspaniała trójca wieszczów narodowych: Mickiewicz, Krasiński, Słowacki, później Norwid, wreszcie Sienkiewicz – potężne duchy, wyrosłe z bólu, męki i cierpienia Narodu. Jest coś w Narodzie polskim, że właśnie wtedy, gdy mu ciężko, mobilizuje wszystkie siły i zwycięża”.

    Stefan kardynał Wyszyński widział w kulturze wartość wyrażającą się nie tylko we wspaniałych zabytkach, literaturze, sztuce, ale w całym życiu ludzkim, które Bóg przenika swoją miłością. „Ogromnie trudno jest dośledzić ten znikomy znak życia, który mieści się dobrze schroniony przez Stwórcę pod sercem matki. […] Mamy zwyczaj niepotrzebnie obliczać sobie lata i zaglądać do dowodu osobistego. O naszym początku nic nam to nie powie. Bóg pierwszy mnie umiłował, to znaczy – pomyślał mnie, zanim o tym mówiono w ognisku rodzinnym. I właśnie tutaj zaczyna się kultura”.

    Świat daleko odszedł od takiego rozumienia kultury. Zwycięża prawo walk i przemocy. W międzynarodowych układach sił nie liczy się człowiek. Dlatego Stefan kardynał Wyszyński z bólem mówił: „Ogromnie trudno jest po tylu latach dziejów ludzkości mówić dzisiaj o kulturze. Naprzód trzeba uwierzyć w godność człowieka. Współczesna ludzkość ma pracować na rzecz takiej kultury, która by doceniła zaczątek człowieka pod sercem matki i zrozumiała Boga Człowieka, klęczącego u stóp ludzi. Do tego jeszcze daleko, ale to jest osiągalne. Do tego ma zmierzać wysiłek prawdziwej kultury wszystkich ludów i narodów. […] Zawsze mnie wzrusza, gdy widzę przed sobą małe dziecko, przewracające się na trawie, bo ten maluczki, zda się nieudolny człowiek, jest już głębią, a serce jego przepaścią – profundum. To jest człowiek! Wokół każdego człowieka, nawet najmniejszego, trzeba chodzić oględnie, wiedząc, że to jest cały, pełny człowiek i że jego możliwości są nieskończone”.

    Prymas Tysiąclecia uczył, że kulturę ludzi i narodów poznaje się po sposobie odnoszenia się do człowieka.

    Ten fundament ludzkiej kultury umacniał całym swoim życiem, nauczaniem i posługiwaniem! Uczył Naród dojrzałej kultury życia, kultury, która szanuje i dźwiga człowieka, eliminuje agresję i przemoc, szuka rozwiązań na drodze miłości społecznej, przebaczenia i dialogu. W ten sposób przygotował grunt dla „bezkrwawej rewolucji” i przezwyciężenia niewoli komunistycznej. Był to program obrony człowieka, troski o życie ludzkie, aby brat nie strzelał do brata. W tym duchu Prymas Tysiąclecia wychowywał Naród od początku swojego posługiwania – przed uwięzieniem i po odzyskaniu wolności. Przemawiając na Jasnej Górze w 1958 r. podczas ogólnopolskiej pielgrzymki pisarzy, prosił ich, aby jak psy lizali rany Narodu: „Język leczący rany nędzarza! Język liżący rany, gdy nikt już nie chce tego czynić, ‘psi język’. Mówi się: Wierny jak pies! Bo gdy już ludzie odejdą od człowieka nieszczęsnego i zostawią go w nędzy i męce, jeszcze pies siedzi i czuwa. […] Może się na mnie obrazicie, wytworni Pisarze! Wszystko mi jedno. Obraźcie się na mnie i Wy! Będzie to jeszcze jedna kategoria ludzi, obrażających się na Prymasa. Ale Wam powiem: macie być psami, może jedynymi, którym została jeszcze odrobina miłości do człowieka pokaleczonego i poranionego! Wasz język musi im służyć, gdy ludzie wielcy i wspaniali, ucztujący w pałacach, już nie widzą człowieka poranionego, wyrzuconego na ulicę, wciąż jeszcze bitego i kopanego! Ktoś musi się nad nimi zlitować, bo to przecież twój brat, twój rodak! A chociaż byłby i twoim wrogiem – człowiekiem jest! […]

    Nazwałem Was ‘psami’ dlatego, że to właściwie Wy musicie użyć swego języka, aby ‘wylizać rany’ pobitych. I nie cofnę tej nazwy! Bądźcie raczej psami, abyście tylko pełnili zadanie, które tak jest potrzebne cierpiącej duszy Narodu”.

    Prymas Tysiąclecia nie tylko innych wzywał do pełnienia tego zadania, sam, jak wierny pies, „lizał rany” Narodu.

    Polska – ale jaka?

    „Dla nas po Bogu, największa miłość to Polska! Musimy po Bogu dochować wierności przede wszystkim naszej Ojczyźnie i narodowej kulturze polskiej. Będziemy kochali wszystkich ludzi na świecie, ale w porządku miłości. Po Bogu więc, po Jezusie Chrystusie i Matce Najświętszej, po całym ładzie Bożym, nasza miłość należy się przede wszystkim naszej Ojczyźnie, mowie, dziejom i kulturze, z której wyrastamy na polskiej ziemi. I chociażby obwieszczono na transparentach najrozmaitsze wezwania do miłowania wszystkich ludów i narodów, nie będziemy temu przeciwni, ale będziemy żądali, abyśmy mogli żyć przede wszystkim duchem, dziejami, kulturą i mową naszej polskiej ziemi, wypracowanej przez wieki życiem naszych praojców”.

    Prymas Tysiąclecia często pytał: Jakiej chcecie Polski? Odwróćmy to pytanie i zapytajmy dzisiaj: Jakiej Polski on chciał?

    Stefan kardynał Wyszyński chciał Polski mocnej duchem, opartej na fundamencie wiary. „Polska jest zespolona – mówił – nie jednym więzłem, nie parcianym powrozem. Polska jest zespolona sercem wiary. Jej siłą jest wiara Chrystusowa!”

    W czasie prześladowania Kościoła upominał się o prawa ludzi wierzących we własnej Ojczyźnie. „I biskup katolicki, i kapłan katolicki, i każdy katolik w Polsce też jest Polakiem i też stanowi Naród. My, ludzie ochrzczeni, weszliśmy całą siłą naszego chrześcijańskiego ducha w życie Narodu i temu narodowi ani krzywdy, ani ujmy nie przynieśliśmy. Dlatego nie pozwolimy sobie zatkać ust przekupną dłonią”.

    Prymas Tysiąclecia chciał Polski wolnej. Gdyby nie umiłowanie wolności nie byłoby naszej Ojczyzny na mapie świata: „Walki Polaków na wszystkich kontynentach, gdzie tylko podejmowano walkę o wolność, są tak znane w świecie, iż nadają nam miano Narodu najbardziej miłującego wolność. Podejmowano jednak nie tylko walki orężne, ale wysiłki w wewnętrznym życiu Narodu. Były one niekiedy bardziej znamienne i owocne, jako czynniki składowe odzyskanej później wolności niż zrywy orężne! Wolność Narodu nie wybuchła więc od razu, ale dojrzewała powoli. Była owocem długiego, historycznego trudu, noszona w wielkim miłującym łonie Narodu jak płód, który nosi matka pod sercem i musi wydać na świat wtedy, gdy przyjdzie moment dojrzałości ukształtowanego już w niej dojrzałego życia.

    Nie myślcie, najmilsze dzieci Boże, że wolność spadła nam z nieba, bez wysiłku, bez udziału całego Narodu. Naród w niewoli nie przestał wierzyć w sprawiedliwość Bożą. Wołał nieustannie, cierpliwie, wytrwale: “Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, Ojczyznę wolną, racz nam wrócić Panie!” Ten śpiew, krzyk rozpaczy, nadziei i wiary przebijał niebiosa, mobilizował całą Polskę, rozlegał się w kraju ojczystym i na wygnaniu, w więzieniach i kopalniach. Zewsząd podnosił się w niebo wielki, potężny głos Narodu, który nie chce i nie może umrzeć, bo mu nie wolno, nie ma do tego prawa!”

    Polska nie mogła w ciągu dziejów liczyć na układy, na to, że jakieś państwo zrobi nam prezent z wolności. Polska musiała strzec swojej tożsamości i zmagać się o niepodległość. „Naród polski ma szlachetne ambicje, aby podnosić się – jak feniks – z popiołów. […].Polska wróciła do praw wolnego państwa, ponieważ nigdy nie utraciła wiary w swoje prawo do wolności. Od początku swych dziejów Naród nasz pracował na odzyskanie wolności państwa, wyrabiając sobie na karcie Europy takie miejsce, iż nie zdołały go zatrzeć zmienione granice, podziały i zakusy potężnych monarchów wielkich imperiów. Bóg im odebrał ducha, a uciemiężony Naród pozostawił tam, gdzie zgodnie z zamiarami Opatrzności Bożej być powinien”.

    Polska racja stanu domaga się szczególnego poszanowania więzi z przeszłością. Wpajał to w świadomość Narodu Prymas Tysiąclecia, ostrzegając, że nie wolno tworzyć „dziejów bez dziejów”.

    „Dziś, po dziesięciu wiekach nie możemy zacząć budowania w ‘czystym polu’. Polska bowiem ma wspaniałą przeszłość, ma swoje dzieje, kulturę, literaturę, sztukę, rzeźbę. Musimy więc nieustannie nawiązywać do przeszłości! Naród bez przeszłości jest godny współczucia. Naród, który nie może nawiązać do dziejów, który nie może wypowiedzieć się ze swoją własną duchowością – jest narodem niewolniczym. Naród, który odcina się od historii, który się jej wstydzi, który wychowuje młode pokolenie bez powiązań historycznych – to Naród renegatów. Nie wolno tworzyć ‘dziejów bez dziejów’; nie wolno zapomnieć o tysiącleciu naszej ojczystej i chrześcijańskiej drogi, nie wolno sprowadzać Narodu na poziom ‘zaczynania od początku’, jakby tu, w Polsce, dotąd nic wartościowego się nie działo; nie wolno milczeć, gdy na ostatni plan w wychowaniu młodego pokolenia spycha się kulturę rodzimą, jej literaturę i sztukę, i jej moralność chrześcijańską oraz związek Polski z Kościołem rzymskim i z przyniesionymi do Polski wartościami Ewangelii, Krzyża i mocy nadprzyrodzonych. Nasza godność narodowa wymaga, byśmy oparli się tej zarozumiałości, z jaką lekceważone jest wszystko, co polskie, na rzecz tak na nam obcego importu”.

    Zmagał się Prymas Tysiąclecia z prześladowaniem, wytrzymywał ataki, że miesza się do polityki, ale nie ustawał w obronie tożsamości Ojczyzny, w dążeniu, aby Polska była Polską. „Na każdym progu walczyć będziemy o to, aby Polska – Polską była! Aby w Polsce – po polsku się myślało! Aby w Polsce – polski duch Narodu chrześcijańskiego czuł się w swobodzie i wolności.

    Chociaż jeździmy za granicę na studia, w Polsce mogą się inne narody wiele nauczyć. Podziwiają one naszą cierpliwość, spokój, dojrzałość polityczną, naszą pracowitość, religijność, wierność Bogu, nasze umiłowanie wolności i pokoju. Są to wielkie walory i wielkie moce Narodu tak dziwnego, biednego, a jednak żywiącego swym chlebem wszystkich głodnych; tak zda się nieszczęśliwego, a jednak pełnego radości. W Polsce nawet przez łzy i ból śmieją się oczy naszych dzieci, matek, cór i synów. W Polsce nawet w obliczu śmierci dusza jest jasna, bo wie, że idzie w ramiona Ojca najlepszego, który jest Bogiem żywych, a nie umarłych. Mogą się zaiste inne narody wiele od nas uczyć. I dlatego dobrze, że Polska jest rozgrodzona na wszystkie strony. Gdybyśmy siedzieli za wysokimi górami, albo za rozległymi oceanami ubezpieczając się nimi, łatwo byśmy osłabli duchowo, szybko skarłowacieli, jak tyle narodów skarłowaciało. A ponieważ siedzimy na wielkiej przełęczy kulturalnej i dziejowej, ponieważ biją w nas wszystkie wichry, musimy się trzymać mocno, ażeby nie spaść. Musimy być trzeźwi, musimy chodzić na obydwu nogach, uważnie badając dookoła, jak poprzez grzbiety i szczyty, poprzez wykroty dziejowe przeprowadzić Naród bezpiecznie”.

    „Jakże wielka jest więc odpowiedzialność za nasze miejsce tutaj i za wypełnienie wszystkich obowiązków, które ciążą dziś na Narodzie polskim. Abyśmy jednak mogli wypełniać swoje zadania, niezbędna jest suwerenność narodowa, moralna, społeczna, kulturalna i ekonomiczna! Każdy Naród pracuje przede wszystkim dla siebie, dla swoich dzieci, dla swoich rodzin, pracuje dla swoich obywateli i dla własnej kultury społecznej. A chociaż dzisiaj tak jest, że pełnej suwerenności między narodami powiązanymi różnymi układami i blokami nie ma, to jednak są granice dla tych układów, granice odpowiedzialności za własny Naród, za jego prawa, a więc i za prawo do suwerenności”.

    O sile Polski decyduje jej wewnętrzna duchowa moc. Dlatego polska racja stanu wymaga poszanowania moralności chrześcijańskiej. Prymas Tysiąclecia dźwigał Naród z wad i grzechów w imię dobra człowieka i Ojczyzny. Program moralnego odrodzenia Polski zawarł w Ślubach Jasnogórskich, które napisał w więzieniu w Komańczy. Naród złożył je na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 roku. Był to jednocześnie zryw wolności, czas pierwszego społecznego przełomu. Prymas Polski wzywał do rzeczywistej odnowy Ojczyzny: „Naród polski składał już wiele razy swoje ślubowania i chociaż dochował wiary Kościołowi, to jednak nie wyzbył się wielu nałogów i wad narodowych, które nie dadzą się pogodzić z postawą Narodu wierzącego. Tak często jesteśmy przedmiotem zgorszenia, gdy ludzie niewierzący patrzą na życie wierzących. Nasza moralna słabość i chwiejność, pomimo silnej wiary, nasz relatywizm moralny, skłonny do ulegania złym przykładom i prądom, posłuch najrozmaitszym błędom, nieraz wprost absurdalnym, upadek moralności małżeńskiej, niewierność, rozwiązłość, nietrzeźwość, to wszystko sprawia, że pion moralno-społeczny Narodu jest tak chwiejny. Umiemy trwać godzinami w świątyniach, stać na placu jasnogórskim jak stara dąbrowa, ale ulegamy łatwo najsłabszym nawet podnietom do wszystkich grzechów i występków. Jesteśmy duchowo rozdwojeni, rozbici psychicznie, a stąd pozbawieni stylu życia i charakteru narodowego. To wszystko umiemy dziwnie łączyć z naszym przywiązaniem do Kościoła, którego nie słuchamy w codziennym życiu; z naszą gorącą modlitwą, z której nie zbieramy należytych owoców; z naszą czcią do Matki Najświętszej, której tak przeciwne jest nasze życie codzienne. Zwalczać to rozdwojenie, zdobyć pion moralny, nauczyć się zwyciężać siebie, zdobyć męstwo wiary i życia chrześcijańskiego – oto błogosławione dążenie niemal zachowawczego instynktu narodowego i zmysłu katolickiego”.

    Obronę zdrowia moralnego utożsamiał Kardynał Wyszyński z obroną Ojczyzny i jej miejsca w rodzinie narodów. Nawet od wrogów można się uczyć mądrości: „Wrogowie wiedzą, co narodowi służy, a co mu szkodzi. A jeśli chcą mu szkodzić, niszczą to, co mu pomaga. Dlatego też najeźdźcy zawsze niszczyli Kościół i chcieli zatrzeć ślady moralności chrześcijańskiej w życiu Narodu. Dlatego starali się Naród upodlić i rozpić. Są to lekcje z niedawnej przeszłości. Obyśmy ich szybko nie zapomnieli, mogą się nam bowiem przydać! Wrogów naszego Narodu poznajemy po tym, jak się odnoszą do Boga i do moralności chrześcijańskiej. Umieją oni ocenić sens tej moralności dla nas. Wiedzą, że jest ona siłą i mocą Narodu, że najlepiej służy jego bytowi, całości i jedności. I dlatego chcąc zniszczyć Naród, niszczą jego wiarę i moralność chrześcijańską”.

    Polska pomimo swoich wad i słabości umie dźwigać się z grzechów i dochować wierności Bogu. To było i jest naszą szansą, naszą nadzieją także dzisiaj: „Byliśmy zawsze ciekawi świata. Na żądzę ‘nowostek’ w Narodzie narzekali wszyscy moraliści i publicyści polscy. Ale znaliśmy granice, które umieliśmy stawiać obcym duchowości polskiej wpływom; oparliśmy się niemczyźnie protestanckiej, kalwinizmowi, oparliśmy się wpływom tatarsko-tureckim, oparliśmy się amoralizmowi wieku Odrodzenia, chociaż przyjęliśmy jego sztukę. Polska dobrotliwość oparła się złym wpływom tylu zaborów i krzywd wyrządzanych przez najeźdźców. Dziś potrzeba nam wierności – zarówno naszemu duchowi narodowemu, jak i Ewangelii Chrystusowej. Potrzeba nam sumiennego wypełniania obowiązków, które płyną z odpowiedzialności za Naród i chrześcijańską Ojczyznę. I dlatego wzmacniamy naszego ducha ślubami i przyrzeczeniami, aby wytrwać”.

    Obrona ziemi – gwarancją wolności Narodu

    Prymas Tysiąclecia czerpiąc mądrość z księgi dziejów, którą umiał czytać z zadziwiającą umiejętnością i stosować do chwili obecnej, ostrzegał Polaków, aby nie wyzbywali się ziemi ojczystej.

    „Z przeszłości naszej możemy czerpać ostrzeżenie na przyszłość. Ziemi ojczystej trzeba zawsze bronić, a bronić jej można wtedy, gdy tkwimy w niej korzeniami jak drzewa. O wiele trudniej jest bronić Ojczyzny z miast, o ileż łatwiej ją wówczas zniszczyć! Trudniej wrogom dotrzeć do każdej wsi, do każdego zagonu, do każdej chaty, gdzie mieszkają ludzie związani głębokim uczuciem umiłowania ziemi, która daje i wsi i miastu chleb nasz powszechni, o który modlimy się do Ojca darów niebieskich.

    Całe pokolenia ujarzmione przez obce narody, walczyły o prawo do własnej ziemi. Stąd szczególny charakter obronności ziemi. Nie tylko armia broni terenów ojczystych, ale i ludzie, którzy na niej żyją i – jak trawy wśród jałowców i gęstych lasów – bronią jej nienaruszalności. […] Ziemia ojczysta, zwłaszcza w naszym układzie geopolitycznym, jest elementem tak doniosłym, że musi być należycie obsłużona.

    Miłość do ziemi ojczystej gwarantuje wolność i stabilność Narodu w jego granicach. Przecież nie kto inny, tylko nasi nieprzyjaciele zwrócili na to baczną naszą uwagę w czasie okupacji, gdy mówili butnie: nam nie są potrzebni Polacy, nam jest potrzebna ich ziemia. Rozpoczęli więc tragiczną rozprawę z Narodem – wysiedlanie Polaków i niszczenie warstwy, która broni Polskę przed tym, by nie stała się lotnym piaskiem. […] Tak było w czasie rozbiorów. Nie było, zda się, nikogo do obrony, ale pozostał Naród, który ogarniał sercem każdy zagon i nie pozwolił go sobie wydrzeć, bo to jest warunek trwałości naszego bytowania narodowego. Cóż z tego, że nabudujemy wiele miast, które się amerykanizują w swoim zewnętrznym wyglądzie? Cóż z tego, że wejdziemy w ślady swoistego kapitalizmu przemysłowego, jeśli nie będzie komu dostarczyć dla wielkich miast chleba, warzyw i wszystkiego, czego pilnie potrzebuje dziecko, i mędrzec, i starzec.

    Dlatego też niezmiernie doniosłą rzeczą jest docenić znaczenie prywatnej własności rolnej, bo to jest warunek stabilności bytowania Narodu. […] Zgadzamy się z tym, że trzeba poprawić warunki życia i pracy rolników, starać się o to, aby ich praca była lżejsza, ale musimy jak drzewa korzeniami trzymać się gleby ojczystej, aby Naród nie był przepychany w swoich granicach etnicznych na skutek słabego zaludnienia i niedostatecznego wszczepienia się w ojcowiznę.

    Ponieważ Polska jest krajem rolniczym, należy w licznych i skomplikowanych zadaniach naprzód wykorzystać dla dobra społecznego właściwości i wartości przyrodzone, naturalne naszego układu bytowego. Dlatego musi istnieć realizm w budowaniu lepszej przyszłości. Realizm ten wyraża się tym, że stoimy na ziemi, a ziemia ta jest żyzna. […] Polska nie może żyć z importu ziarna, bo bogaciła się przez eksport. Tak było przecież za czasów królewskich, na ziarnie wzbogacił się Gdańsk. I dzisiaj dowartościowanie pracy na roli będzie ustawieniem się na właściwym gruncie wszelkiego budowania i pomyślności naszej wspólnoty narodowej.

    Polska położona między tymi molochami, choćby się porozumiała dokładnie z państwami słowiańskimi, musi pamiętać, że teren ten będzie tym bardziej obronny, tym bardziej zwarty, i ekonomicznie, i narodowo, i kulturalnie, i militarnie, im lepszą opieką będzie otoczony człowiek pracujący na roli”.

    Stefan kardynał Wyszyński był przekonany, że siła Polski polega na rolnictwie. Zapytany, jak wyprowadziłby Polskę z kryzysu gospodarczego, odpowiedział: „Postawiłbym na rolnictwo”.

    „W sytuacji naszego kraju, rozwijając przemysł przetwórczy, sprzyjając rolnictwu warzywnemu, sadownictwu i hodowli, można by wyżywić nie tylko Polskę, ale całą Skandynawię, Niemcy Wschodnie, Białoruś, która – jak wiadomo – ma ubogie ziemie. Nie mówię o Ukrainie, która jest krajem bardzo żyznym [kiedy Ksiądz Prymas to mówił, nie było jeszcze katastrofy w Czarnobylu]. Można by pomóc jeszcze Bałkanom, a na pewno i Czechom, którzy nie mają tak korzystnych warunków rolniczych jak my. Gdyby zamiast wielkich nakładów na rozwijanie ciężkiego przemysłu do poziomu krajów zachodnich, pieniądze te włożono w subwencje rolne, na pewno Polska wyżywiłaby siebie, a przez eksport żywności stworzyłaby dodatni bilans handlowy z Zachodem”.

    Społeczny program odnowy

    Fundament całego ładu społecznego to poszanowanie praw osoby ludzkiej. To jest najważniejszy punkt programu społecznego Prymasa Tysiąclecia. „Epoki historyczne oceniamy według sposobu obchodzenia się z człowiekiem. Dzisiaj ocenia się wartość ustrojów według przepisów podchodzenia do człowieka. Nie liczba fabryk ani charakter organizacji życia gospodarczego świadczy o jego wartości, tylko sposób traktowania człowieka.

    Wartość ustroju i doktryna zależy od tego, czy odpowiada ona tęsknotom i współczesnym zamówieniom społeczeństwa. Jeśli nie odpowiada skazuje się na śmierć. Po tym poznaje się również epoki historyczne, jak sobie poradziły z człowiekiem i co mu dały. Ostatecznie ciągle aktualny jest w świecie prymat osoby ludzkiej, i na to nie ma rady! Może istnieć doktryna ustanawiająca prymat rzeczy, ale prędzej czy później sama się unicestwi, bo zawsze najważniejszą ‘rzeczą’ pozostanie człowiek”.

    Zagadnienia społeczne były pasją życia Stefana kardynała Wyszyńskiego. Studiując na KUL-u [1925-1929] prawo kanoniczne ukończył równocześnie wydział nauk społecznych. Do wybuchu II wojny światowej pracował we Włocławku jako znany kapłan społecznik. Był duszpasterzem ludzi pracy. Prowadził Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy, współpracował z Chrześcijańskimi Związkami Zawodowymi.

    Punktem orientacyjnym jego przekonań społecznych była Boża wizja człowieka – jako osoby. Będąc osobą – człowiek posiada niezbywalne prawa. Z tymi prawami wiążą się obowiązki społeczne. Bez poszanowania tego naturalnego ładu niemożliwa jest sprawiedliwość.

    „Istnieje głęboka i nierozerwalna więź między prawem Bożym i prawem ludzkim. Prawo Boże czerpie swoje natchnienie z mocy, którą Ojciec niebieski włożył w naturę człowieka. […] Prawo zaś ludzkie, stanowione przez ludzi, musi być zawsze wpisane w ramy prawa Bożego. Prawo ludzkie nie może być nigdy przeciwne prawu Bożemu. Gdyby było przeciwne, w sumieniu nie obowiązuje, przestaje bowiem być prawem, choćby uchwalone było przez wszystkie parlamenty świata. Nie jest prawem, gdy sprzeciwia się prawu Bożemu, prawu natury, prawu człowieka – dziecka Bożego, a zwłaszcza Chrystusowemu prawu miłości Boga i ludzi”.

    Na tym fundamencie prawa naturalnego opiera się koncepcja człowieka jako osoby.

    Stefan kardynał Wyszyński, bez względu na ustrój, ukazywał wykroczenia przeciwko temu, ustanowionemu przez samego Boga, porządkowi.

    Widział on błędy zarówno indywidualizmu, jak i kolektywizmu. Pogląd indywidualistyczny, właściwy kapitalizmowi bierze pod uwagę tylko jednostkę, indywidualne dobro, jednostkowy charakter człowieka.

    Pogląd kolektywistyczny natomiast, właściwy komunizmowi akcentuje zbiorowość, dobro klasy i mas. Ocenia człowieka przedmiotowo, jedynie pod kątem zbiorowości: „Te obydwa wynaturzenia tworzą doktryny i ustroje, które są antyhumanistyczne. Trzeba bowiem dostrzec istnienie całego człowieka, a więc i jego znaczenie społeczne i jego znamię jednostkowe. Synteza tych znamion jest dopiero prawdziwym człowiekiem. Cały wysiłek musi zmierzać do tego, żeby uprzytomnić sobie zasadę, iż miedzy tymi znaczeniami musi być harmonia, bo w całej naturze jest harmonia.”

    Stefan kardynał Wyszyński ostrzegał przed hegemonią państwa, przed upaństwowieniem własności, struktur społecznych i, co najbardziej niebezpieczne, myślenia człowieka. Wtedy łatwo jest manipulować ludźmi, zniewalać ich, krzywdzić: „Władza musi się odwoływać do sumienia a nie siły. Wynika z tego ograniczenie siły porządkującej świat przez prawo naturalne osoby ludzkiej, i przez to, że władza jest ustanowiona nie tylko dla dobra jednostki lub jakiejś frakcji czy partii, lecz dla dobra powszechnego – dla wspólnego dobra obywateli. Stare prawo rzymskie określa to pojęcie – bonum commune totius universi, a polska tradycja polityczna mówiła o ‘dobru Rzeczypospolitej’. A więc nie o dobru takiej czy innej grupy, tylko o dobru wszystkich ludzi, nad którymi władza ma czuwać, aby wypełniając obowiązki, mieli również zagwarantowane i swoje prawa. Stąd do władzy publicznej należy czuwanie nad tym, aby jedni obywatele nie ograniczali praw innych”.

    Nie to, co się podoba grupie rządzącej ma moc obowiązującą „tylko to, co jest zgodne z ładem i porządkiem moralnym – z rozumnym charakterem osoby ludzkiej i z jej uprawnieniami. Nie są one nadane przez żadną władzę ziemską, lecz pochodzą z prawa przyrodzonego. Z kolei prawo przyrodzone, czyli wszczepione w osobę ludzką, pochodzi od Stwórcy”.

    W imię tego prawa kardynał Wyszyński bronił człowieka i Naród przed nadużyciami władzy i niesprawiedliwością: „Ja osobiście, od bardzo dawna, bo jeszcze w rozmowach z p. Gomułką, stawiałem te sprawy jasno. Zwłaszcza, gdy idzie o trudności zaopatrzenia, o warunki, higienę i bezpieczeństwo pracy, bo na te tematy mieliśmy – szczególnie gdy chodzi o sytuację w kopalnictwie – bardzo dużo wiadomości. Toczyłem dość długie rozmowy z władzami. Jedno z moich spotkań z p. Gomułką i p. Cyrankiewiczem trwało od godziny piątej po południu do wpół do czwartej rano, bez przerwy. I wtedy można i trzeba było stawiać wymagania z pozycji problemów moralnych. […] Ostatnie moje rozmowy miały miejsce w dniu 24 sierpnia 1980 roku z p. Gierkiem. Rozmawiałem z nim wieczorem przed wyjazdem do Częstochowy i zwróciłem uwagę na niebezpieczeństwa które idą. Domagałem się, aby p. Gierek pogodził się z faktem, że muszą istnieć odrębne związki zawodowe i że trzeba uznać prawo do strajków”.

    Kardynał Wyszyński swoim autorytetem moralnym przygotowywał glebę, na której wyrosła prawdziwa ludzka solidarność. Zaowocowała ona ruchem społecznym o tej nazwie. Wiele wysiłku włożył Kościół w to, aby w latach osiemdziesiątych mogły powstać niezależne związki zawodowe.

    Na pytanie – co mamy czynić, aby siebie i Ojczyznę wydobyć z trudnej sytuacji, w jakiej się znajdujemy kardynał Wyszyński odpowiadał: „Ongiś myślano, ze wystarczy być sprawnym rzemieślnikiem, kompetentnym fachowcem. Dzisiaj uważa się, że do wszystkich rodzajów kompetencji trzeba dołożyć jeszcze pion moralny człowieka. Kiedyś uważało się, że ekonomia sama w sobie, ze swoimi – jak się mówiło – naturalnymi prawami, zapewni należyte funkcjonowanie gospodarki narodowej. Dziś już uważa się inaczej. Nie wystarczy sama ekonomia, konieczny jest i w tej dziedzinie ład życia i porządek moralny, konieczne jest poczucie więzi społecznej i świadomość wspólnoty, o której mówi nam Pismo Święte: ‘Jedni drugich brzemiona noście’”.

    Jako jeden z warunków odnowy społecznej kardynał Wyszyński wymienia stosunek do pracy: „Rozważmy, że nieustannie korzystamy z owoców pracy ludzkiej. Wszyscy, jak tu stoimy, nie możemy powiedzieć, że jesteśmy tak samo wystarczalni i autonomiczni, że nic nas nie obchodzą inni ludzie. Przecież tyle im zawdzięczamy i tak jesteśmy od nich uzależnieni! […] Prawdziwie jesteśmy spowici dłońmi ludzkimi. […] My korzystamy z pracy innych. Oni korzystają z naszego trudu. Mówi się krótko w prawie: jest to tzw. sprawiedliwość zamienna. Ty mnie świadczysz to, ja tobie coś innego. Moja praca jest potrzebna setkom ludzi, praca setek ludzi jest potrzebna mnie. Moja osobowość musi świadczyć innym, bo setki i tysiące świadczą mnie”.

    „Nasza praca jest służbą społeczną. Dzisiaj jest ona za bardzo zetatyzowana i ekonomizowana. Człowiek pracuje, bo ma etat, lub też nie pracuje. Człowiek pracuje dlatego, że tworzy jakieś dobro ekonomiczne. Pamiętajmy jednak, że praca służy nie tylko wytwarzaniu dóbr, ale i naszemu rozwojowi osobowemu. Praca też jest służbą społeczną”.

    Drugi warunek to właściwe korzystanie z prawa własności. „Chociaż byśmy byli należycie uposażeni, może dzięki naszej osobistej pracy, pamiętajmy, że przy największym nawet wysiłku osobistym musimy korzystać z pracy innych. Dlatego też i owoce pracy, czyli nasza własność, nie ma wymiaru własności absolutnej. I to nie tylko dlatego, że nie jesteśmy pewni jutra, ale także dlatego, że chociaż dla ładu społecznego niezbędne jest posiadanie prywatne, jednak zawsze trzeba się liczyć z tzw. użytkowaniem wspólnym, co ma szczególnie doniosłe znaczenie w sytuacjach trudnych. Weźmy np. zagadnienie zaopatrzenia społecznego – czy nie należałoby pomyśleć o dawnej chrześcijańskiej zasadzie: posiadanie prywatne, użytkowanie wspólne. Pod tym kątem trzeba spojrzeć na wszystkich ludzi potrzebujących pomocy, zwłaszcza na dzieci licznych rodzin i matek osamotnionych. Tak też trzeba by spojrzeć na potrzeby ludzi starych, pozbawionych opieki swoich dzieci. Tym ludziom należy się od nas pomoc”.

    Istotnym warunkiem odnowy społecznej jest szacunek dla każdego człowieka, dla jego praw i potrzeb. Prawdziwa linia odnowy biegnie nie pomiędzy partiami politycznymi, ale poprzez sumienie człowieka. Kardynał Wyszyński mówi o sumieniu osoby ludzkiej, o sumieniu rodzinnym [które rozumiał jako echo sumienia człowieka odzywające się w życiu rodzinnym], mówił o sumieniu narodowym, zawodowym i wreszcie obywatelsko-politycznym.

    Dlatego najważniejszym warunkiem społecznej odnowy Ojczyzny jest odrodzenie człowieka. „Każdy musi zacząć od siebie, abyśmy się prawdziwie odmienili. A wtedy, gdy wszyscy będziemy się odradzać i politycy będą musieli się odmienić, czy będą chcieli, czy nie. Jeżeli człowiek się nie odmieni, to najbardziej bogate państwo nie ostoi się, będzie rozkradane i zginie. Cóż bowiem z tego – powiem może trywialnie – że krążąca butelka spirytusu przejdzie z rąk jednych pijaków, do rąk innych pijaków! Powiem jeszcze bardziej drastycznie: że klucz od kasy państwowej przejdzie z rąk jednych złodziei w ręce drugich złodziei?! Przecież chyba nie o to idzie, żeby wszyscy złodzieje mieli dostęp do kasy i wszyscy pijacy do wódki, tylko żeby sumienie wszystkich się obudziło, żebyśmy zrozumieli naszą odpowiedzialność za Naród, który Bóg wskrzesza. Pamiętajmy, że ludzie ze starymi nałogami nie odnowią Ojczyzny”.

    Zakończenie

    Warszawie Ksiądz Prymas Wyszyński zostawił specjalny program w czasie uroczystości milenijnych w 1966 roku. Na demonstrację nienawiści i przemocy, na obelgi wykrzykiwane przeciwko niemu na ulicach Warszawy, odpowiedział przebaczeniem i miłością. Była to dla Warszawy i całego Narodu wielka lekcja wiary i kultury polskiej:

    „Będziesz miłował bliźniego swego’. I to każdego. Tego, co ma serdeczne oczy, i tego co ma oczy szklane. Tego, co ma żar w piersi, i tego co nosi w piersi kamień. Tego, który ma ku tobie wyciągniętą braterską dłoń i tego, który cię dźga oczyma. Każdego! Bóg nie tworzy granic, nie przeprowadza ich między ludźmi […]. Ten zwycięża, choćby był powalony i zdeptany – kto miłuje, a nie ten, który w nienawiści depce. Ten ostatni przegrał. […] Kto walczy z Bogiem miłości – przegrał! A zwyciężył już dziś – choćby leżał na ziemi podeptany – kto miłuje i przebacza, kto jak Chrystus oddaje serce swoje, a nawet życie za nieprzyjaciół swoich.

    Ten, kto zamknął się w nienawiści, już się skończył. A narodził się do nowego życia ten, kto z piekieł nienawiści wyszedł na światło Boże, spojrzał ku wszystkim dzieciom Bożym, bez wyjątku, i powiedział: Przyjacielu! Bracie! Mój Bracie nieszczęśliwy, ale jednak Bracie!”

    Anna Rastawicka (ur. 1944 r.) – członkini Instytutu Prymasowskiego (Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego)

    (pierwotnie tekst był publikowany na Frondzie.pl 28.05.2016 r.)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    "Człowiek wierzący bez Boga i Chrystusa nie zrozumie samego siebie"

    fresk w Kaplicy SykstyńskiejPIXABAY

    ***

    Czy katolik powinien głosować na ugrupowania opowiadające się za rozszerzeniem dostępu do aborcji? Na to pytanie odpowiedział w 2021 roku na łamach „Teologii Politycznej Co Tydzień” ks. prof. Robert Skrzypczak.

    – „Nauczanie Kościoła dotyczące aborcji, jak i prawa naturalnego jest niezmienne. Obowiązuje dziś tak samo, jak i w poprzednich epokach. Toteż katolicy mają obowiązek wykluczyć ze swych szeregów takich kandydatów do objęcia ważnych funkcji społecznych, którzy by otwarcie wypowiadali się przeciwko ochronie ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Kościół ma wręcz obowiązek uważać za ekskomunikowanych w trybie latae sententiae tych katolickich działaczy publicznych, którzy by otwarcie sprzeciwiali się doktrynie swego Kościoła, stając się na przykład propagatorami wyborczych idei czy zapowiedzi przychylnych planom liberalizacji prawa do przerywania ciąży w jakiejkolwiek postaci” – wyjaśnił teolog.

    – „Właśnie w celu dostarczenia możliwie jak najlepszego wsparcia katolikom zaangażowanym w politykę, zmuszonym do działania w trudnych i niejednokrotnie delikatnych okolicznościach, Kongregacja Nauki Wiary wydała w 2003 roku specjalną Notę doktrynalną, przywołującą wskazania zawarte w encyklice Evangelium vitae (n. 73) Jana Pawła II, która wzięła pod uwagę różne sytuacje, w jakich mogą się znaleźć katoliccy politycy, dopasowując do nich konkretne sugestie działania. Można się z niej dowiedzieć na przykład, że jeśli nie da się przeciwstawić niesprawiedliwemu prawu, uzasadnione jest wspieranie inicjatyw parlamentarnych, które usiłowałyby ograniczyć zakres dopuszczonych prawem regulacji, pod warunkiem jednakże, iż ów katolicki parlamentarzysta ujawni publicznie swe przekonania i do nich dostosuje własne osobiste wybory. Jeśli natomiast ktoś sprzyja liberalizowaniu niegodziwych przepisów, czy też przyczynia się do wprowadzenia prawa godzącego w obronę życia tam, gdzie takie przepisy dotąd nie obowiązywały, bądź dopuszcza zapisy etycznie wątpliwe pod pretekstem poszanowania pluralizmu w społeczeństwie, wyrzeka się powinności względem własnego sumienia i zrywa jedność z Kościołem” – dodał.

    PAP, Teologia Polityczna

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym jest „cywilizacja życia”? Wyjaśnia ks. prof. Robert Skrzypczak

    fot. screenshot – YouTube (Dorota DorotaG, Radio Maryja)

    ***

    Czym jest „cywilizacja życia”?

    Wyjaśnia ks. prof. Robert Skrzypczak

    „My sobie sami życia nie dajemy, nie mamy więc żadnych kompetencji do tego, by tym życiem dysponować i je odbierać” – mówi ks. prof. Robert Skrzypczak, wyjaśniając ideę „cywilizacji życia” w nauczaniu św. Jana Pawła II.

    Dokładnie 45 lat temu kard. Karol Wojtyła został wybrany papieżem i przyjął imię Jan Paweł II. Wczoraj obchodziliśmy w Polsce XIII Dzień Papieski organizowany przez Fundację „Dzieło Nowego Tysiąclecia”.  W tym roku hasłem tego dnia były słowa „Św. Jan Paweł II Cywilizacja życia”, nawiązujące do encykliki „Evangelium vitae” św. Jana Pawła II. Czym dla papieża z Polski była „cywilizacja życia”?

    – „To cywilizacja wrażliwa na Autora życia, czyli na Boga”

    – wyjaśnił w rozmowie z PAP ks. prof. Robert Skrzypczak.

    – „Według papieża życie jest godne szacunku i zasługuje na ochronę, bo jest darem Boga. My sobie sami życia nie dajemy, nie mamy więc żadnych kompetencji do tego, by tym życiem dysponować i je odbierać”

    – dodał.

    Duchowny wskazał, że w nauczaniu Jana Pawła II „źródłem triumfu życia nad złem i śmiercią jest Zmartwychwstały Chrystus, który ze śmierci wyłonił się do nowego życia i tym życiem od razu zaczął dzielić się ze swoimi uczniami, czyli z Kościołem”.

    – „Stąd właśnie brała się determinacja Karola Wojtyły do tego, by bronić godności przekazywania życia, jeszcze zanim został papieżem. Dlatego nauczał, że należy pomagać ludziom, by w momentach trudnych, dramatycznych, podejmowali etyczne decyzje. Jednocześnie, jeszcze jako biskup krakowski, podejmował wiele inicjatyw duszpasterskich których celem było przyjście z pomocą kobietom, mężczyznom i młodzieży, by to życie bezbronne szanowali”

    – przypomniał.

    Ks. Skrzypczak podkreślił, że Jan Paweł II stawał w obronie życia na każdym jego etapie. Upominał się nie tylko o dzieci nienarodzone, ale również o ludzi chorych i słabych, których życie bywa postrzegane jego bezwartościowe, i które chce się usuwać za pomocą eutanazji lub wspomaganego samobójstwa.

    Teolog przypomniał, że „cywilizacji życia” papież przeciwstawiał „cywilizację śmierci”, czyli taką, z której wypędzono Boga.

    – „Według papieża człowiek sam, o własnych siłach, mimo najlepszych chęci, nie jest w stanie wybudować na ziemi sprawiedliwego świata. Problem tkwi w ludzkim sercu. Bo to właśnie z ludzkiego serca wychodzą: pycha, nienawiść, zazdrość, niepohamowanie, szyderstwo, głupota, zachłanność i egoizm – najbardziej realne przyczyny wojen i terroru”

    – powiedział, nawiązując do Ewangelii wg św. Marka.

    Rozmówca PAP wyjaśnił również, że „cywilizacja życia” musi być budowana na prawdziwej wolności, ponieważ człowiekowi zagraża niebezpieczeństwo zabiegania o wolność rozumianą jako „prawo do popełniania zła i unikania tego konsekwencji”.

    – „Jan Paweł II powtarzał, że strażnikiem życia jest wolność ściśle połączona z prawdą, że wolność jest prawem człowieka do poznania prawdy o sobie samym i życia w sposób prawdziwy”

    – zaznaczył.

    kak/PAP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Earl K. Fernandes: Boży głos wzywa nas, by bronić ludzkiego życia

    fot. screenshot – YouTube (Columbus Catholic)

    ***

    Bp Earl K. Fernandes:

    Boży głos wzywa nas, by bronić ludzkiego życia

    „Musimy nie tylko mówić do Boga i błagać Go, ale także słuchać Jego głosu, a ten wzywa nas, by bronić ludzkiego życia” – powiedział podczas Marszu dla Życia w Columbus w stanie Ohio biskup tej diecezji Earl K. Fernandes. 6 października celebrował Mszę świętą w katedrze św. Józefa, która rozpoczynała to wydarzenie.

    Bp Fernandes w homilii cytował św. Jana Pawła II. Wskazywał nauczanie, w którym Ojciec Święty podkreślił, że „grzechy osobiste prowadzą do grzechów społecznych i przyczyniają się do powstania i utrwalenia struktur grzechu”.

    Hierarcha przypomniał też piąte przykazanie — nie zabijaj. Podkreślił, że idzie za nim ważne wymaganie. „Powiedzieć nie zabijaj, oznacza również zobowiązać się do szacunku dla ludzkiego życia na wszystkich etapach, do szacunku dla osoby ludzkiej stworzonej na obraz i podobieństwo Boga. Także poprzez miłość do bliźniego okazujemy naszą cześć Bogu” – przypomniał biskup.

    Hierarcha w homilii podkreślał, że Bóg wzywa wiernych do obrony ludzkiego życia, a także tego, abyśmy nie byli apatyczni lub obojętni. Wymieniał też przykłady takiej właśnie postawy w stanie Ohio wśród świeckich. Mówił o organizacjach charytatywnych, ośrodku Pregnancy Center, który pomaga kobietom w ciąży wybrać życie zamiast aborcji, a także katolickich stowarzyszeniach pomagających ubogim. „Każdy człowiek nosi na sobie znamię Boga” – dodał biskup i zachęcał do odważnego podejmowania kolejnych aktywności w walce o świętość życia.

    „Społeczeństwo, które nie ma dzieci, które odrzuca dzieci, które zabija dzieci w łonie matki, jest społeczeństwem, które przegrało nadzieję na lepszą przyszłość. Papież Franciszek wzywa nas, abyśmy byli Kościołem, który idzie razem i który słucha. Właśnie po to idziemy z kobietami i ich dziećmi, idziemy z rodzinami, aby je wspierać na każdym etapie, niezależnie od tego, czy jest to ciężarna matka, czy imigrantka, jesteśmy tam” – powiedział bp Fernandes.

    Biskup przypominał też życie Chrystusa, gdy jeszcze był w łonie Matki. Wzywał, by postępować jak święty Józef, który zamiast odrzucić Dziewicę Maryję, zaakceptował ją jako małżonkę i przyjął dziecko jako swoje własne, chroniąc je i broniąc przed Herodem, który chciał je zniszczyć.

    W homilii opowiedział też o spotkaniu w Rzymie z ks. Pawłem Rytel-Andrianikiem. Opowiedział, że dziadek polskiego kapłana był więźniem obozu zagłady w Treblince I i z niego uciekł. Rozmawiali też o rodzinie Ulmów z Markowej, o której ks. Paweł napisał książkę. Bp Fernandes opowiedział wiernym o historii męczeństwa rodziny. Wskazując na rodzącą w chwili śmierci Wiktorię powiedział – „jej ostatnim słowem było życie”. „Bądźmy ludźmi, którzy są głosem pozbawionych głosu” – wzywał hierarcha. „Nie przestawajmy aż do śmierci głosić słowa: życie” – zakończył.

    Family News Service/12.10.2023/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Antychryst będzie humanistą

    To triumf idei humanistycznych przyniesie światu Apokalipsę, a Antychryst będzie wielkim humanistą – taka perspektywa znana jest co najmniej od kilku dziesięcioleci. Skąd ten pomysł? Jak miałoby to wyglądać? Ponad sto lat temu zmarł katolicki kapłan, który niesłychanie precyzyjnie odpowiedział na te pytania, prognozując… dzisiejsze czasy, upadek świętej wiary i przeniknięcie złowrogich, choć na pozór pięknie brzmiących idei, do Kościoła.

    Pewnym posępnym znakiem naszych czasów jest coraz bardziej powszechne zainteresowanie tematami apokaliptycznymi. Czy może nas to dziwić? Zatroskani katolicy szukają dziś wyjaśnień olbrzymiego chaosu, którego świadkami przyszło im być. Widzą „dwóch papieży”, zamieszanie doktrynalne wśród najwyższych hierarchów, opustoszałe i wyburzane świątynie, wielkie grzechy ludzi Kościoła z jednej strony oraz promocję wszelkiej maści zboczeń, bluźnierstw i herezji z drugiej. Pamiętają o objawieniach Matki Bożej z Lourdes, La Salette, Akity i przede wszystkim z Fatimy. Czyż możemy zatem nie drżeć z obawy o los Kościoła, świata, nasz i naszych dzieci?

    Drżymy. Szukamy odpowiedzi na pytania wynikające z sytuacji, których nie musieli obserwować nasi dziadowie, choć to w ich czasach objawiała się Matka Chrystusa z troską zapowiadając, że jeśli się nie nawrócą, zapłacą za to kolejne pokolenia. Odpowiedzi szukamy w książkach, artykułach i w youtubowych filmikach o tematyce apokaliptycznej. Jest ich coraz więcej. A na rynek właśnie wzbogaca kolejna – wydaje się, że jedna z najmocniejszych. Chodzi o wznowioną właśnie powieść Roberta Hugh Bensonsa „Władca Świata”.

    Autor książki zmarł ponad sto lat temu, a swą powieść napisał w roku 1907. To bardzo ważna informacja – czytając bowiem kolejne strony „Władcy Świata” nie jesteśmy w stanie pojąć, jak możliwym było przed stu dziesięciu laty tak precyzyjne opisanie początku XXI wieku. Co uderza najbardziej? Otóż dostrzeżone przez Bensona olbrzymie niebezpieczeństwo idei humanistycznej. Ów anglikański duchowny, który dzięki Bożej łasce zechciał powrócić na łono Kościoła i sprawować posługę katolickiego kapłana, doskonale zdawał sobie sprawę, iż humanizm to w istocie odrzucenie transcendentnego Boga. A każde odrzucenie Go musi wiązać się z próbą zastąpienia Pana na jego odwiecznym tronie czymś lub kimś innym. W przypadku humanistów – chodzi o zastąpienie Boga człowiekiem.

    Takie właśnie ubóstwienie człowieka fenomenalnie dokumentuje „Władca Świata”. Ubóstwienie istoty ludzkiej i jej woli. Nie chodzi jednak oczywiście o wdzięczność za ofiarowanie nam daru wolnej woli, ale o sam fakt istnienia tejże, z którego to wyciągany jest następujący wniosek: skoro wola ludzka jest dobra, to każdy jej wytwór, musi być z natury rzeczy dobry. Któregokolwiek z możliwych rozwiązań człowiek by nie wybrał, będzie ono dobre – bo pochodzi z ludzkiego wyboru. Przynajmniej w początkowej fazie rewolucji, bo później okazuje się, że jednak istnieje jeden zły wybór – przyznanie się do wiary w Boga…

    Benson pokazał więc, jak zastępuje się Pana Wszechrzeczy człowiekiem. Ale człowiekiem konkretnym, posiadającym imię i twarz. Naturalna bowiem potrzeba oddawania czci istocie wyższej istnieje nadal, nawet po „zdetronizowaniu” Boga. Dlatego też w powieści Bensona wybrany zostaje prezydent Europy (a więc przywódca Zachodu), któremu przypisywane są cechy człowieka ubóstwionego. Gdy przemawia, to – jak czytamy – nie jest to „Człowiek sam przemawiający, ale Człowiek w ogóle. Człowiek świadomy swego pochodzenia, przeznaczenia i wędrówki. Ozdrowiały po nocy szaleństwa, proklamujący swoje prawa, narzekający głosem tak wymownym jak instrumenty strunowe nad zawodem w stosowaniu tych praw”. Człowiek nazywający swoją matkę „mądrością najwyższych, słodko rozkazującą wszechrzeczą, Wrotami niebieskimi i Domem z kości słoniowej”!

    Strona fabularna książki jest prosta, choć wciągająca. Prezydent Europy (sądząc po nazwisku – Niemiec, co też nie jest chyba dziełem przypadku) odbiera hołdy, nazywany jest Synem Człowieczym, zadekretowana zostaje „wiara w ludzkość” i w siłę samostanowienia człowieka. Powszechnie obowiązuje prawo zezwalające na eutanazję. Enklawa katolicka jednak istnieje – jest nią Rzym, który nieomal zatrzymał się w średniowieczu, gdzie kwitnie wiara i kultywowane są katolickie obyczaje. Europa zezwala Rzymowi na istnienie, toleruje też katolików żyjących w innych państwach członkowskich Europy, do momentu w którym ich wiara nie jest manifestowana na zewnątrz. A gdy zaczyna być manifestowana – dochodzi do egzekucji, tłumaczonej oczywiście jak najbardziej racjonalnymi, prawniczymi argumentami. Gdy zaś katolicy postanawiają sprzeciwić się bluźnierstwu, zapada wyrok na Rzym. Musi zostać zbombardowany za pomocą floty płatowców należącej do prezydenta Europy.

    Mamy więc we „Władcy świata” opis miasta pod gruzami, zabitych biskupów i papieża – przypomnijmy, że mowa o powieści napisanej na dziesięć lat przed objawieniami w Fatimie.

    Mamy tu również do czynienia z błyskotliwym przewidywaniem nowej „logiki”. Jak bowiem uzasadnić prześladowania katolików, skoro zadekretowano wolność i braterstwo wszystkich ludzi? Jak wytłumaczyć ludziom wprowadzenie „dekretu o sprawdzaniu wyznania” (czyż nazwa tego dokumentu nie przywodzi na myśl dzisiejszej biurokratycznej nowomowy?), za którym kryje się rozkaz zabicia każdego, kto jeszcze wierzy w Boga? Otóż eurokraci opisani przez Bensona twierdzili, że po latach ciemności „społeczeństwo ludzkie stało się teraz jedną istotą, z najwyższą odpowiedzialnością względem siebie, przestały zupełnie istnieć prawa prywatne, przedtem oczywiście istniejące. Człowiek osiągnął teraz panowanie nad każdą komórką tworzącą jego mistyczny organizm, gdzie zaś komórka taka rościła sobie prawa ku szkodzie innym, tam prawa całości stały się zachwiane”. I trzeba tych praw bronić.

    Brzmi znajomo, nieprawdaż?

    A przecież książka ta została napisana w roku 1907! Świat nie znał jeszcze wówczas okropieństwa komunizmu, o narodowych socjalistach nikomu się nie śniło, w Europie panowały koronowane głowy, a papieżem był wielki strażnik ortodoksji Pius X! Matka Boża miała objawić się w Portugali dopiero dziesięć lat później, a pojęcie eutanazji znane było wyłącznie znającym grekę i łacinę elitom! A jednak Robert Hugh Benson, odważny kapłan dostrzegający błędy swych anglikańskich braci, uważnie śledzący skutki heglowskiego ukąszenia w teologii, powróciwszy na łono Kościoła świętego potrafił wszystko to brawurowo przewidzieć. Jak to możliwe? Czy to tylko talent, umiejętność wyciągania wniosków po studiach nad humanizmem i naturą ludzkiej duszy, czy jakieś głębsze widzenie, umiejętności, których nie sposób wytłumaczyć jedynie przyrodzonymi argumentami? Tego się już pewnie nie dowiemy, ale niepewność ta w lekturze książki opisującej wstrząsającą wizję Apokalipsy, w żaden sposób nie przeszkadza.

    Wydawcy książek rzadko umieszczają na okładkach hasła reklamowe, pod którymi  z czystym sumieniem podpisać mogliby się później recenzenci. Tym razem stało się jednak inaczej. Na okładce wznowionej w Polsce po ponad pięćdziesięciu latach (!) powieści, napisano bowiem: „Jeśli przeraziła Cię prorocza wizja Obozu świętych, Władca Świata powali Cię na kolana”. I tak jest w istocie. Po lekturze dzieła Bensona nie można spokojnie spać, a dłonie same składają się do modlitwy.

    Ale przecież taką właśnie reakcję powinny wywoływać książki traktujące o grzechu pychy, o stawianiu się człowieka ponad Boga i Jego plan, o grzechu Adama, Ewy i Judasza, o grzechu twórców i wyznawców idei człowieka stanowiącego rzekomo miarę wszechrzeczy.

    O grzechu człowieka XXI wieku.

    Krystian Kratiuk/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PIĄTEK 13 PAŹDZIERNIKA – PRZYPOMNIENIE SZÓSTEGO OBJAWIENIA PANI FATIMSKIEJ I CUDU WIRUJĄCEGO SŁOŃCA Z ROKU 1917

    GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU Z NABOŻEŃSTWEM RÓŻAŃCOWYM I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    *******

    Fatima, 13 października: objawienia “Pięknej Pani” i cud słońca

    Fatima, 13 października: objawienia "Pięknej Pani" i cud słońca

    Fatima – Cova da Iria, 13 października 1917 r. Ludzie obserwują cud słońca

    fot. Judah Ruah – zdjęcie opublikowane zostało 29 października 1917 r. w gazecie “Illustracao Portugueza” (domena publiczna)

    ***

    13 października 1917 roku… ŁucjaFranciszek i Hiacynta, trójka pastuszków, która od maja doświadczała objawień Pięknej Pani w Fatimie czeka na ostatnie, szóste zapowiedziane spotkanie. Dzieciom towarzyszy około 70-tysięczny tłum. Kim jest owa Pani? Czego chce od dzieci? Co się stanie po tych przerażających obrazach, jakie fatimscy wizjonerzy widzieli w trzecim, lipcowym spotkaniu?

    W Fatimie wtedy padał deszcz, zgromadzeni byli przemoknięci, klęczeli w błocie. A to właśnie tego dnia miała się wypełnić obietnica. Przecież w lipcu, w trakcie trzeciego objawienia, Piękna Pani zapowiedziała: W październiku powiem, kim jestem i czego chcę, i uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli. Podobne słowa zabrzmiały również w sierpniu.

    W maju 1917 roku życie Łucji, Franciszka i Hiacynty – trójki pastuszków pochodzących z Aljustrel, w parafii Fatima – zostało wywrócone do góry nogami. A spokojna, ukryta gdzieś na końcu wielkiego świata mieścina znalazła się na ustach wielu. Tłumy zaczęły napływać do miejsca objawień, do Cova da Iria i czekały przy skalnym dębie.

    Dla wierzących to, co się tam działo było znakiem nadziei. Inni pojawiali się zaciekawieni, choć chcieli tylko sprawdzić, co się dzieje. Natomiast przeciwnicy Kościoła, których w ówczesnej Portugalii nie brakowało, robili wiele – łącznie z uwięzieniem pastuszków – by nie dopuścić do wzmocnienia jego wpływów. Dzieci pokornie przyjmowały cierpienie i wszelkie trudności, jakie wynikały z bycia wybranymi. Zastraszane, oskarżane o kłamstwo, przymuszane do wyjawienia tajemnicy same dodatkowo podejmowały umartwienia. Ośmioletni Franciszek mówił: Jeżeli nas naprawdę zabiją, będziemy niedługo w niebie! Wspaniale! Mnie nie zależy na niczym innym. Najstarsza z trójki, Łucja, tak wspomina drogę na październikowe, szóste spotkanie z Maryją:

    Moja matka w obawie, że jest to ostatni dzień mojego życia, z sercem rozdartym z powodu niepewności tego, co mogło się stać, chciała mi towarzyszyć. (Wspomnienia Siostry Łucji; tekst zatwierdzony przez Biskupa diecezji Leiria, Fatima 2002).

    Fatima - Cova da Iria, 13 października 1917 r. Ludzie w ulewie modlą się, a wkrótce będą obserwować cud słońca. Fot. Judah Ruah - zdjęcie opublikowane zostało 29 października 1917 r. w gazecie Fatima – Cova da Iria, 13 października 1917 r. Ludzie w ulewie modlą się, a wkrótce będą obserwować cud słońca.

    fot. Judah Ruah – zdjęcie opublikowane zostało 29 października 1917 r. w gazecie “Illustracao Portugueza” (Wikimedia Commons)

    ***

    Spełniona obietnica…
    Niejednokrotnie w trakcie poprzednich objawień Maryja wspominała – powiem kim jestem i czego chcę. Tak też się stało. Ostatnie spotkanie było spełnieniem obietnicy. Łucja, która jako jedyna z trójki mogła rozmawiać z objawiającą się Piękną Panią, tak wspomina co usłyszała: Chcę ci powiedzieć, żeby zbudowano tu na moją cześć kaplicę. Jestem Matką Boską Różańcową. (…) Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać różaniec. Wojna się skończy i żołnierze powrócą wkrótce do domu.

    Podobnie, jak w trakcie wcześniejszych objawień, tak również i tym razem Łucja skierowała do Pięknej Pani prośby o uzdrowienie chorych oraz nawrócenie grzeszników. I jak wcześniej, usłyszała, że nie wszyscy dostąpią tej łaski, ponieważ: Muszą się poprawić i niech proszą o przebaczenie swoich grzechów. Maryja mówiła, by nie obrażać Boga grzechami, gdyż i tak został nimi już bardzo obrażony. Po czym, kiedy uniosła się ku niebu, dzieci ujrzałypo stronie słońca św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus i Naszą Dobrą Panią ubraną w bieli, w płaszczu niebieskim. Zdawało się, że św. Józef z Dzieciątkiem błogosławi świat ruchami ręki na kształt krzyża. Krótko potem ta wizja znikła i zobaczyliśmy Pana Jezusa z Matką Najświętszą. Miałam wrażenie, że jest to Matka Boska Bolesna. Pan Jezus wydawał się błogosławić świat w ten sposób jak św. Józef. Znikło i to widzenie i zdaje się, że jeszcze widziałam Matkę Boską Karmelitańską.
    Gdy się unosiła, Jej własny blask odbijał się od słońca (…) zawołałam, aby ludzie spojrzeli na słońce.

    Strona z gazety (strona z gazety “Ilustração Portugueza” z 29 października 1917 r. opisującej cud słońca w Fatimie)

    fot. domena publiczna

    ***

    Co zobaczyły zgromadzone tłumy? Cud Słońca, które zmieniało kolor i poruszało się po niebie. Zorza, zbiorowa halucynacja… tak próbowano tłumaczyć to, co zobaczyły tysiące czekających w Cova da Iria i jeszcze wielu innych w okolicy (ok. 20 tys.), ponieważ to, co działo się ze Słońcem można było obserwować również poza miejscem objawień.

    Październikowe spotkanie pastuszków z Maryją zamyka cykl objawień. Siódme pojawienie się Matki Bożej (w czerwcu 1921 r.), będzie już tylko doświadczeniem Łucji. I to ona też w kolejnych latach (począwszy od 1925 roku) dozna kolejnych prywatnych objawień.

    Łudzi się ten, kto sądzi, że prorocka misja Fatimy się zakończyła (Benedykt XVI, Fatima, 13 maja 2010 r.).

    13 maja 1930 roku Kościół oficjalnie potwierdził wiarygodność objawień Matki Bożej w Cova da Iria. O aktualności przesłania – wezwania do pokuty i modlitwy – które Maryja przekazała światu mówili i Jan Paweł II, który 25 marca 1984 roku poświęcił świat Niepokalanemu Sercu Maryi oraz Benedykt XVI. Natomiast agresja Rosji na Ukrainę i konsekwencje tego ataku dla całego świata sprawiły, że “w burzliwych czasach, w jakich przyszło nam żyć, modlitwa w intencji pokoju na świecie, a konkretnie rzecz biorąc – pokoju na Ukrainie, to bardzo znaczący akt. Jest on głęboko związany z Fatimą i płynącym z niej orędziem” (rektor Sanktuarium Fatimskiego ks. Carlos Cabecinhas).

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Piąte objawienie w Fatimie – Bóg jest zadowolony z waszych serc i ofiar

    Piąte objawienie w Fatimie – Bóg jest zadowolony z waszych serc i ofiar

    Pastuszkowie, wizjonerzy z Fatimy – Attributed to Joshua Benoliel, Public domain, via Wikimedia Commons

    ******

    13 września 1917 roku – coraz większe tłumy gromadziły się w Cova da Iria nieopodal Fatimy. Troje pastuszków, których Maryja wybrała na swoich pośredników z trudem przeciskało się przez gęstniejący tłum. Od pięciu miesięcy Matka Boża przychodziła, by wskazać ludziom drogę, którą należy podążać, by pokój zapanował na świecie.   

    Sierpniowe objawienia dokonały się z kilkudniowym opóźnieniem. Aresztowane dzieci nie mogły pojawić się przy skalnym dębie 13 dnia miesiąca. Dopiero 19 sierpnia i w innym miejscu niż wcześniej dane im było ujrzeć Maryję czwarty raz. Tym razem, 13 września, znów były w Cova da Iria niedaleko Fatimy. Na piąte spotkanie musiały przeciskać się przez gromadzących się licznie ludzi (szacuje się, że ok. 15-20 tys.).

    Wieści o tym, co przydarzyło się pastuszkom rozchodziły się coraz szerzej, a już objawienia dobiegały końca, ponieważ jeszcze w maju Maryja zapowiedziała: Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz…

    Dlatego teraz: niektórzy krzyczeli z drzew, inni z muru, na którym siedzieli, aby nas zobaczyć, gdy przechodziliśmy. Jednym obiecując spełnienie ich życzeń, innym podając rękę, aby mogli się podnieść z ziemi, mogliśmy się dalej posuwać dzięki kilku mężczyznom, którzy nam torowali drogę przez tłum. (Objawienia fatimskie, na podstawie Wspomnień Siostry Łucji).

    Dla przybyłych w okolice Fatimy ważne było, aby choć dotknąć dzieci, powierzyć im prośbę… nawet tylko wykrzyczeć z daleka, żeby pastuszkowie przedstawili ją Maryi. Jedni prosili o zbawienie, inni o nawrócenie, wielu o zdrowie, o powrót z wojny…  Tak Łucja wspomina te wydarzenia: Kiedy teraz czytam w Nowym Testamencie o tych cudownych scenach, które się zdarzały w Palestynie, kiedy Pan Jezus przechodził, przypominam sobie te, które jako dziecko mogłam przeżyć na ścieżkach i ulicach z Aljustrel do Fatimy do Cova da Iria. Dziękuję Bogu i ofiaruję Mu wiarę naszego dobrego ludu portugalskiego.

    Kiedy dzieci dotarły na miejsce objawień w oczekiwaniu na Maryję odmawiały różaniec – tę modlitwę, o którą wielokroć prosiła Matka Boża. I tym razem wezwanie powtórzy sięOdmawiajcie w dalszym ciągu różaniec, żeby uprosić koniec wojny.  

    Kaplica objawień po zamachu bombowym (6 III 1922 r.) - Unknown author, Public domain, via Wikimedia Commons

    Kaplica objawień po zamachu bombowym (6 III 1922 r.) – Unknown author, P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    W trakcie wrześniowego objawienia Matka Boża przypomniała, że kolejnemu Jej przyjściu będzie towarzyszyć cud, aby wszyscy uwierzyli. Co więcej nie tylko Ona, ale: W październiku przybędzie również Nasz Pan, Matka Boża Bolesna i z Góry Karmelu, św. Józef z Dzieciątkiem Jezus, żeby pobłogosławić świat.

    Łucja, najstarsza z pastuszków, ta która jako jedyna mogła rozmawiać z Maryją usłyszała: Bóg jest zadowolony z waszych serc i ofiar… A trzeba wiedzieć, że było ich wiele. Choć Matka Boża wspomniała tylko, żeby dzieci nie nosiły sznurów pokutnych nocą, a tylko w ciągu dnia, to pastuszkowie niejedno wyrzeczenie, cierpienie, modlitwę ofiarowywali Bogu. To nie tylko pokutne sznury raniły ich delikatną, dziecięcą skórę i wywoływały ból, aż do łez.

    Dzieci oddawały jedzenie innym, bardziej potrzebującym a same żywiły się niedojrzałymi oliwkami albo gorzkimi żołędziami. Pastuszkowie odmawiali sobie wody w upał i to nie przez kilka godzin. Jako umartwienie dzieci przyjmowały, też to, jak były traktowane, a przecież nieprzychylnych, ciekawskich, chcących wydobyć z nich powierzone przez Maryję tajemnice, nie brakowało.

    Pastuszkowie pokornie przyjmowali swój los. Przecież z wcześniejszych objawień już wiedziały… Ofiarujcie się za grzeszników i mówcie często, zwłaszcza gdy będziecie ponosić ofiary: O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie, za nawrócenie grzeszników i za zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fatimski cud Słońca

     

    Tłum ludzi oglądający cud Słońca, Fatima, 13 października 1917 r.

     wikipedia.org

    ***

    Tłum ludzi oglądający cud Słońca, Fatima, 13 października 1917 r.

    Tyle mówi się o cudzie Słońca! Właściwie z datą 13 października 1917 r., z ostatnim objawieniem w Fatimie, kojarzy nam się przede wszystkim właśnie owo wielkie miraculum. Tymczasem… to duży błąd.

    Ten cud – rozumiany jako wydarzenie historyczne – wcale nie należy do objawień fatimskich! To nie jest część orędzia z Fatimy, które, jak uczył Jan Paweł II, „z każdym rokiem przybliża się do swego wypełnienia”. Chyba ktoś bardzo się starał, by cud Słońca uczynić zasłoną dla ostatniego wezwania fatimskiego – najważniejszego krzyku z nieba. To typowy manewr szatański: próbuje się skupić naszą uwagę na tym, co kolorowe, szokujące, ciekawe i sensacyjne, by to, co istotne – a zawarte w trudnym przekazie i domagające się uwagi – pozostało nieznane, czyli niepodjęte.

    Diabeł interpretatorem orędzia?

    To tak, jakby Zły rozumował: „Jeśli objawienie stało się już faktem, i to uznanym przez Kościół, to przesuńmy przynajmniej jego akcenty na niezobowiązujące tematy”. Przyznajmy, że to genialny ruch rodem z piekła.

    Czy nie jest tak z Fatimą? Uwagę ludzi najbardziej przykuwają sensacyjny cud Słońca oraz przekazany w lipcu potrójny sekret. Ten – odpowiednio przedstawiony – nie tylko do niczego nie wzywa, ale jeszcze rodzi nieufność do Kościoła, który rzekomo nie mówi całej prawdy, manipuluje i kłamie. Tymczasem powinniśmy streszczać orędzie fatimskie ostatnim, ogłoszonym w październiku 1917 r., podwójnym apelem.

    Dwa najważniejsze słowa

    Co Matka Najświętsza powiedziała w październiku? Po pierwsze: Maryja nigdzie mocniej nie podkreśliła roli Różańca – nazwała siebie Matką Bożą Różańcową. Mieliśmy odkryć piękno i moc tej modlitwy.

    Po drugie: Matka Boża wzywała, byśmy przestali – już dziś – grzeszyć, bowiem miara Bożej cierpliwości się przelała. Mieliśmy ze wstrętem odwrócić się od każdego zła.

    Trzy wizje

    Pamiętajmy, że fatimscy wizjonerzy nie byli świadkami cudu Słońca. Kiedy tłum oglądał tańczący na niebie, tryskający kolorami dysk, oni widzieli tam jak na ekranie trzy obrazy. Właśnie te wizje – nie cud Słońca – stanowią integralną część przesłania z Fatimy.

    Czyli co? – pytamy.

    Dzieci widzą najpierw Świętą Rodzinę, a wizja podkreśla rolę Józefa, który (nie Maryja!) trzyma na ręce Dzieciątko Jezus błogosławiące świat. Józef też błogosławi, Maryja nie. Jest nad czym myśleć… Dziesiątki lat później Łucja napisze do Watykanu, że rodzina jest ostatnią redutą broniącą się przed mocami szatana. Tylko ona może dziś ocalić świat.

    Potem na niebie ukazuje się Zbawiciel z Matką Bożą Bolesną. Czy to znak, że idą czasy, w których będzie wiele bólu? Owszem, ale przede wszystkim bólu nadprzyrodzonego, bo „wiele dusz idzie do piekła”. Dziś irytują nas rozmaici agresywni ludzie… Jeśli jednak przypomnimy sobie Fatimę, zaczniemy te zagubione dusze nie tyle nienawidzić czy nimi gardzić, ile boleć, że czeka je piekło. Będziemy się zastanawiać, jak im pomóc – nie jak je zniszczyć…

    Na koniec na ekranie nieba pojawia się Matka Boża Szkaplerzna. Szkaplerz to rodzaj fartucha zakładany do pracy, by nie brudzić habitu. Fatima przypomina ewangeliczną prawdę, że łaska i pomoc Boża nie spadają z nieba bez współpracy człowieka z Bogiem, że chrześcijanie to nie widzowie, ale ludzie brudzący się na rzecz królestwa.

    Rola rodziny… Rzeczy ostateczne… Wezwanie do działania… Oto mapa fatimska na dziś.

    Mniejszy cud

    Cud Słońca został wpisany w Boże plany, podejmijmy zatem i ten wątek. Rzeczywiście, jest on tematem orędzia – i to dwukrotnie. Matka Najświętsza nie położyła jednak akcentu na samym wydarzeniu, ale na jego celu: ludzie mają uwierzyć, że słowa z Fatimy to wołanie Boga wzywającego do nawrócenia.

    O cudzie Maryja mówi najpierw 13 lipca, gdy zapowiada: „W październiku uczynię cud, by wszyscy uwierzyli”. Ma on sprawić, że świat uwierzy w prawdziwość orędzia z Fatimy, że zostaną spełnione prośby fatimskie i zapanuje Boży pokój. Niemożliwe? Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Taki był Jego plan.

    Jak miał wyglądać ów cud, mogący zmienić świat tak radykalnie? Wtedy ostatnie słowa Matki Bożej byłyby już inne – te znane nam nie pasowałyby już do: „wszyscy uwierzyli”.

    Gdy zapowiedziany w lipcu wielki cud stał się w październiku faktem, nie był już „ten sam”. Jeden czyn jednego człowieka sprawił, że w orędzie uwierzyło zaledwie 70 tys. ludzi. Przyczynił się do tego Arturo Oliveira dos Santos, który uniemożliwił dzieciom sierpniowe spotkania z Maryją. Znamy historię ich porwania. Gdy sześć dni później powrócą do domu, Maryja ukaże się im, by powiedzieć: „W październiku cud będzie mniejszy”.

    Temat skutku grzechu

    Jeżeli pytamy o znaczenie cudu Słońca, trzeba przede wszystkim mówić o konsekwencjach grzechu, który nie jest sprawą prywatną między człowiekiem a Bogiem i nieprawdą jest, że popełniony nikomu nie czyni krzywdy. Nieprawdą jest, że związki partnerskie i homoseksualizm nikomu nie wyrządzają zła. Pomniejszony cud Słońca temu przeczy. Każdy z grzechów, nawet najbardziej „prywatny”, odbiera Bogu możliwość działania w świecie. To tak, jakbyśmy zatykali nimi otwory w niebie, przez które wylewa się łaska. Miliony malutkich, zdawałoby się, nikomu nieszkodzących grzechów – i ziemia schnie z braku łaski… To jest prawdziwa ekologia – ekologia zbawienia! To dlatego Maryja woła na koniec objawień: „Stop grzechowi!”. Inaczej: Pozwólcie Bogu dokonywać wielkich cudów! Nie zatykajcie grzechami niebieskiego sita!

    Cud miał być powszechny

    Jak miał wyglądać ten cud? Możemy się chyba domyślać. W lipcu 1917 r. Maryja zapowiedziała, że wybuch wojny gorszej od tej pierwszej poprzedzi ostrzegawczy znak, który pojawi się na niebie. Rzeczywiście, ukazał się on w nocy z 28 na 29 stycznia 1938 r. Na jedną noc całe niebo rozświetliła krwawa łuna. Znak widzieli wszyscy – od Ameryki po Azję…

    Czy tak samo wszyscy ludzie nie mogli zobaczyć cudu Słońca? Gdyby tak się stało, żylibyśmy w innym świecie. I nie będzie on lepszy, póki – jak ów mason Arturo Oliveira dos Santos – będziemy „skutecznie” zmieniać Boskie plany. Oto niepojęta tajemnica: wielkie plany Boga, który pragnie naszego szczęścia, niweczy mały grzech człowieka.

    To chyba najważniejsza lekcja wpisana w fatimski cud Słońca. Bardzo konkretna.

    Wincenty Łaszewski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Nie bójcie się, jestem z Nieba” – objawienia Fatimskie

    „Nie bójcie się, jestem z Nieba” – objawienia Fatimskie

    fot. depositphotos.com

    ***

    Matka Boża objawiła się w Fatimie, by zachęcać do odmawiania różańca i wypraszania pokoju dla świata. Ukazała się na peryferiach ówczesnego świata ubogim, kilkuletnim „prostaczkom”, dzieciom.

    Była jesień 1916 roku. Na łące, jakieś 3 kilometry od wioski Fatima, trójka pastuszków pilnowała stada owiec…, ale pewnego dnia dane im było usłyszeć: „Nie bójcie się jestem Aniołem Pokoju…”

    Pojawienie się Anioła – posłańca było przygotowaniem dzieci do innego, ważniejszego spotkania. 13 maja 1917 roku sześcioletnia Hiacynta, jej starszy o dwa lata brat Franciszek oraz ich cioteczna siostra, dziewięcioletnia Łucja ujrzeli „Piękną Panią”. „Nie bójcie się – powiedziała – nic złego wam nie zrobię. Jestem z Nieba. Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie różaniec, aby wyprosić pokój dla świata”.

    „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”

    Jak nietrudno się domyślić 13 maja wspominamy Tę, która na początku XX wieku, kiedy stary świat chwiał się w posadach – trwała pierwsza wojna światowa, a w Rosji za chwilę miała się rozlać „bezbożna propaganda… wywołując wojny i prześladowania Kościoła – objawiła się gdzieś na przysłowiowym krańcu świata”. Maryja objawiła się w Portugalii, leżącej z dala od tego, co było głównym nurtem wydarzeń, a do tego na swoich pośredników wybrała troje ubogich, kilkuletnich „prostaczków” – dzieci.

    Ale jak się okazało, kiedy po kilku miesiącach – serii objawień – ukazała się po raz szósty i ostatni mówiąc „Jestem Matką Bożą Różańcową” pastuszkowie już nie byli sami. Towarzyszył im, mimo deszczu i chłodu, ponad siedemdziesięciotysięczny tłum wiernych. W ostatnich latach przed pandemią, do Fatimy co roku przybywało z różnych zakątków świata około 4 milionów pielgrzymów. Natomiast nabożeństwa tzw. fatimskie z uroczystymi procesjami wpisały się w życie modlitewne Kościoła.

    A co jest istotą – przesłaniem objawień z 1917 roku? Co zawierają trzy części tajemnicy fatimskiej?

    Maryja pojawiła się kilkukrotnie. Regularnie od maja do października, każdego 13 dnia miesiąca dzieci doświadczały obecności „Pani jaśniejszej niż słońce”. Wyjątkiem był sierpień. Po objawieniach lipcowych, kiedy dzieci zostały zobowiązane do przestrzegania tajemnicy, a nawet trafiły do więzienia, objawienia miały miejsce z kilkudniowym opóźnieniem.

    Maryja objawiła się w Portugalii, leżącej z dala od tego, co było głównym nurtem wydarzeń, a do tego na swoich pośredników wybrała troje ubogich, kilkuletnich „prostaczków” – dzieci.

    Co zostało przekazane pastuszkom? Istotą jest nawoływanie do nawrócenia, bo jak powiedziała sama Maryja „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”. Jednak, co trzeba powtórzyć za Kongregacją Nauki Wiary „Fatima to najbardziej profetyczne z objawień nowożytnych… Pierwsza i druga cześć tajemnicy (…) dotyczą przede wszystkim straszliwej wizji piekła, kultu Niepokalanego Serca Maryi i drugiej wojny światowej oraz zapowiadają ogromne szkody, jakie Rosja miała wyrządzić ludzkości przez odejście od wiary i wprowadzenie komunistycznego totalitaryzmu”.

    Natomiast trzecia cześć objawień, spisana przez siostrę Łucję Dos Santos w 1941 roku była utrzymywana w tajemnicy. Wprawdzie można było ją ujawnić już w 1960, bo taką datę wskazała nawet sama siostra, jednakże dopiero rok 2000, rok beatyfikacji Hiacynty i Franciszka, był tym, w którym dane nam było poznać całość przesłania. Objawienia Matki Bożej w Fatimie mają przekaz symboliczny. „Wizja fatimska dotyczy przede wszystkim walki systemów ateistycznych przeciw Kościołowi i chrześcijanom oraz opisuje niezmierne cierpienia świadków wiary w stuleciu zamykającym drugie millenium. Jest to niekończąca się Droga Krzyżowa, której przewodniczą papieże dwudziestego wieku”, jak powiedział kard. Angelo Sodano na zakończenie Mszy św. beatyfikacyjnej Franciszka i Hiacynty. I dlatego też Jan Paweł II po zamachu w dniu 13 maja 1981 roku słusznie nosił to przekonanie, że to właśnie «macierzyńska dłoń Maryi kierowała biegiem tej kuli», którą został ugodzony.

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fatima i Jasna Góra

     

    Prymas Polski kard. August Hlond na Jasnej Górze podczas uroczystego
zawierzenia Polski Niepokalanemu Sercu Maryi (1946 r.)

     Archiwum Jasnej Góry

    ***

    Prymas Polski kard. August Hlond na Jasnej Górze podczas uroczystego zawierzenia Polski Niepokalanemu Sercu Maryi (1946 r.)

    Podczas objawień w Fatimie 13 lipca 1917 r. Matka Boża powiedziała do trójki portugalskich pastuszków, Łucji dos Santos oraz Franciszka i Hiacynty Marto, następujące słowa: „Wojna zbliża się ku końcowi. Ale jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to w czasie pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga wojna, gorsza. Kiedy pewnej nocy ujrzycie nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak od Boga, że zbliża się kara na świat za liczne jego zbrodnie, będzie wojna, głód, prześladowanie Kościoła i Ojca Świętego. Aby temu zapobiec, przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatriumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie”.

    Pierwszym papieżem, który postanowił wypełnić przesłanie fatimskie, był Pius XII, wybrany w styczniu 1939 r. Dostrzegał wyraźnie niebezpieczeństwo tego, o czym mówiła Matka Boża w Fatimie, czyli błędnych nauk Rosji, która wywoła wojny i prześladowania Kościoła na świecie. Identyfikował tę groźbę z komunizmem. Współpracownicy namawiali go jednak, by poświęcił Maryi raczej cały świat, a nie tylko Rosję. Wynikało to z oceny ówczesnej sytuacji geopolitycznej. 22 czerwca 1941 r. Związek Sowiecki przestał być sojusznikiem, a stał się przeciwnikiem Trzeciej Rzeszy. Z dnia na dzień Moskwa przedzierzgnęła się w sprzymierzeńca aliantów. Dokonanie w takim momencie uroczystego aktu, w którym znalazłoby się wezwanie do nawrócenia Rosji, mogłoby nastręczyć Stolicy Apostolskiej poważnych problemów, a z pewnością wywołałoby niezadowolenie państw koalicji antyhitlerowskiej. Pod adresem papieża padłby zapewne zarzut, dlaczego w taki sam sposób nie potępi reżimu narodowosocjalistycznego w Niemczech, z kolei przez samego Hitlera taki akt mógłby zostać nagłośniony jako publiczny gest poparcia dla niego. Watykan nie chciał być też oskarżony o porzucenie neutralności w toczącej się właśnie wojnie. To mogłoby spowodować interwencję Trzeciej Rzeszy w Rzymie i deportację papieża. Taki scenariusz był zresztą poważnie rozważany w Berlinie.

    Pius XII postanowił więc dokonać poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi całego świata, a nie konkretnie Rosji. Doszło do tego 31 października 1942 r. Papież uczynił to drogą radiową – na falach Radia Watykańskiego. Razem z nim łączyli się w modlitwie tego dnia jedynie portugalscy biskupi zgromadzeni w lizbońskiej katedrze. We wcześniejszych listach wysyłanych do Rzymu jedyna z żyjących wizjonerek z Fatimy – s. Łucja dos Santos pisała, że poświęcenie zostanie przyjęte przez Niebo, jeśli papież dokona go w łączności z biskupami na całym świecie. W jednym z objawień Jezus powiedział jej, że akt Piusa XII nie był co prawda spełnieniem żądań fatimskich, jednak przyniesie cząstkowe łaski, czyli skrócenie działań wojennych. Pięć dni później Niemcy ponieśli pierwszą dotkliwą klęskę podczas tej wojny – pod El Alamein w Egipcie. Od tamtej pory zaczęli się cofać na wszystkich frontach.

    Jednym z bezpośrednich świadków aktu zawierzenia dokonanego przez Piusa XII był prymas Polski kard. August Hlond, który w czasie II wojny światowej przebywał na emigracji w Rzymie. Papież powiedział wówczas zebranym w Radiu Watykańskim, że jego pragnieniem jest, by wszystkie episkopaty na świecie uczyniły to samo – dokonały poświęcenia swych krajów Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do tej pory jedynym państwem, w którym biskupi zdobyli się na taki krok, była Portugalia – w 1931 i 1938 r. S. Łucja powiedziała, że właśnie dzięki fatimskiemu aktowi zawierzenia Portugalczycy uniknęli wojny. W 1942 r. tamtejszy Episkopat ogłosił list pasterski. Sporządził w nim bilans wszystkich łask Bożych, których naród doświadczył w ciągu 25 lat od momentu objawień: brak wojny, pokój społeczny, wolność religijna, czterokrotny wzrost powołań duchownych w ciągu zaledwie 10 lat. Biskupi byli pewni, że stało się to na skutek spełnienia próśb Matki Bożej z Fatimy, która zapowiadała, że na końcu Jej Niepokalane Serce zwycięży.

    Prymas Hlond wziął sobie do serca apel Piusa XII, mocno zdopingował go również przykład Portugalii. Jego dewizą stało się zawołanie, że zwycięstwo, jeśli przyjdzie, dokona się przez Maryję. Jedną z pierwszych spraw, które po zakończeniu wojny i powrocie do kraju poruszył na konferencji Episkopatu Polski, było poświęcenie kraju Niepokalanemu Sercu Maryi. Znalazł w tej kwestii poparcie wszystkich biskupów.

    W ten sposób Rzeczpospolita stała się, po Portugalii, pierwszym krajem na świecie, który przyjął orędzie fatimskie: zaczęto praktykować nabożeństwo pierwszych pięciu sobót miesiąca oraz dokonano aktu zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi. Decyzję o tym Episkopat Polski podjął w czasie Adwentu 1945 r. Odbyło się to w trzech etapach. 7 lipca 1946 r. we wszystkich parafiach księża odczytali treść aktu poświęcenia, a wierni złożyli przysięgę, że będą mu wierni. 15 sierpnia powtórzyli to biskupi we wszystkich katedrach w kraju, a 8 września uczynił to Episkopat zebrany na Jasnej Górze. Słowa zawierzenia powtarzało prawie milion pielgrzymów, którzy przybyli z całej Polski, by osobiście uczestniczyć w tym wydarzeniu.

    Tygodnik „Niedziela” relacjonował wówczas: „Ten milion ma swoją własną wymowę i własny ciężar gatunkowy. Wartości takiego miliona nie da się ani obliczyć, ani wymierzyć, ani nawet uzmysłowić! I kto na własne oczy oglądał ów milion dusz nieśmiertelnych, ten nigdy tego zapomnieć nie może!”.

    Były to czasy, gdy stalinowskie władze instalowały komunizm w Polsce. Wszędzie, gdzie marksiści obejmowali rządy, zaczynał się terror wymierzony szczególnie w religię. A jednak w Polsce sytuacja potoczyła się odmiennie niż w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Chrześcijanie podlegali co prawda surowym represjom, ale nie były to tak bezwzględne prześladowania jak w Czechosłowacji, na Węgrzech, w Bułgarii, Rumunii czy Albanii, nie wspominając już o republikach wcielonych do Związku Sowieckiego. We wszystkich tych państwach Kościół wyszedł z komunizmu osłabiony – niszczony latami przez okrutne prześladowania, kolaborację z władzami i wewnętrzne rozłamy wywoływane przez rządzących. Na tym tle Polska wyglądała wyjątkowo – była jedynym krajem, w którym upadek ustroju socjalistycznego zastał Kościół nie złamany, lecz wzmocniony. Być może stał za tym również ów akt z 1946 r., tak bardzo zgodny z objawieniami fatimskimi…

    Grzegorz Górny/Tygodnik Niedziela

    ***

    „Tajemnice Fatimy. Największy sekret XX wieku”

    W tej książce przeplatają się dwa światy – nasycona brutalnością opowieść polityczna oraz pełna tajemniczości rzeczywistość nadprzyrodzona.

    „Tajemnice Fatimy” to wyjątkowa, bogato ilustrowana książka o najbardziej doniosłych objawieniach w XX wieku. Jest ona efektem półtorarocznej pracy i kilku podróży zagranicznych reportera Grzegorza Górnego oraz fotografa Janusza Rosikonia – tandemu autorskiego znanego z wielu śledztw dziennikarskich z pogranicza nauki i religii. Niedawno ukazało się nowe wydanie, obejmujące uroczystości 100-lecia objawień i wizytę papieża Franciszka w Fatimie, w tym kanonizację Hiacynty i Franciszka.

    „Tajemnice Fatimy. Największy sekret XX wieku”
    Grzegorz Górny (tekst), Janusz Rosikoń (zdjęcia).
    Wyd. Rosikon Press, 2016.
    Rosikon Press, al. Dębów 4, 05-080 Izabelin-Warszawa,
    tel. 22 722 66 66, e-mail: biuro@rosikonpress.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Objawienia Matki Bożej w Fatimie – tajemnicza zapowiedź prawie 500 lat wcześniej

    Objawienia Matki Bożej w Fatimie – tajemnicza zapowiedź prawie 500 lat wcześniej

    Sanktuarium w Fatimie; dzieci wizjonerzy: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Neokvp; Attributed to Joshua Benoliel, Public domain, via Wikimedia Commons

    ******

    „Jestem Matką Bożą Różańcową” – tak Maryja przedstawiła się trojgu pastuszkom w Fatimie, w Portugalii, w 1917 r. Zapowiadała ważne i tragiczne rzeczy dla świata. Zachęcała do odmawiania różańca i wzywała do pokuty za grzechy. Wiele zainteresowania i ciekawości wzbudziła tzw. trzecia tajemnica fatimska, dotycząca losów Kościoła, a szczególnie Ojca Świętego, ujawniona za czasów św. Jana Pawła II prawie dwadzieścia lat po zamachu na placu św. Piotra. Tajemnica tych objawień jest jednak większa niż nam się wydaje. One zostały bowiem przepowiedziane prawie pięćset lat wcześniej.

    Historia tej zapowiedzi jest fascynująca i tajemnicza. Miała miejsce w odległym 1454 roku. Świadectwa zostały spisane, choć później dokumenty się zagubiły. Zostały odnalezione i opublikowane dopiero w 2000 roku, we włoskim czasopiśmie religijnym „Il Cervo”.

    A było tak: 16 października 1454 r., w klasztorze klauzurowym dominikanek w Alba, dziś północne Włochy, przy łóżku umierającej siostry Filippiny zgromadziła się cała wspólnota wraz z przełożoną, bł. Małgorzatą Sabaudzką oraz ich spowiednikiem, o. Bellinim, który przyniósł będącej w agonii siostrze Komunię św.

    Po przyjęciu Ciała Pańskiego, s. Filippina miała widzenie. Objawiła się jej Najświętsza Maryja Panna, św. Katarzyna ze Sienybł. Umberto Sabaudzki i opat Wilhelm Sabaudzki. Jak opisują to odnalezione dokumenty: „przepowiadali pomyślne i straszne wydarzenia dla rodu Sabaudzkiego. Nie określając czasu zapowiadali straszliwe wojny w przyszłości, wygnanie do Portugalii innego Umberta Sabaudzkiego. Mówili też o potworze przychodzącym ze Wschodu, sprawiającym wielkie cierpienia dla ludzkości. Potworze, który jednak zostanie zniszczony przez Matkę Bożą Różańca Świętego z Fatimy, jeśli wszyscy ludzie będą ją wzywać z wielką skruchą”.

    Przypomnijmy, że są to słowa, w jakich słuchający współcześnie z łatwością rozpozna wydarzenia z XX wieku, a które siostra Filippina przekazała obecnym wokół jej łoża w 1454 r., tuż przed swoją śmiercią.

    Matka Boża Różańcowa z Fatimy - János Korom Dr. from Wien, Austria, CC BY-SA 2.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia CommonsMatka Boża Różańcowa z Fatimy / fot. János Korom Dr. from Wien, Austria, CC BY-SA 2.0 www.creativecommons.org, via Wiki. Comm.

    *******

    Zakończyła swoje wyznanie słowami: „Szatan wywoła straszną wojnę, ale w końcu ją przegra, ponieważ Najświętsza Dziewica, Matka Boga i Najświętszego Różańca z Fatimy, jest silniejsza niż armia przygotowana do boju. Pokona go na zawsze”.

    Siostra Filippina ‘dei Sorgi’ (to nie było jej prawdziwe nazwisko, bo pochodziła z książęcego rodu Sabaudów) była duchową przewodniczką całego konwentu. Miała widzenia, dary charyzmatyczne i ekstazy. Pod jej przewodnictwem cała wspólnota sióstr, których ksienią była bł. Małgorzata Sabaudzka, osiągnęła wysoki stopień doskonałości. Siostry miały wielkie poważanie w małej mieścinie, jaką była Alba.

    Przez wieki ta przepowiednia była znana, spisywana i uzupełniana. Jak wspomina siostra Augustyna, przeorysza klasztoru sióstr na przełomie tysiącleci: „Wiedziałyśmy o istnieniu tych dokumentów, ponieważ były one wspomniane w kilku książkach o historii naszej założycielki i naszego klasztoru, ale nie wiedziałyśmy, gdzie one ostatecznie trafiły. Znalazłam je przypadkiem, w sierpniu ubiegłego roku. Opublikowałam je w naszym magazynie [w roku 2000], bez żadnego komentarza. Nie do nas należy wyjaśnianie tak delikatnych spraw, ale uważamy, że ich wartość historyczna jest wielka i niepodważalna”.

    Historia tej przepowiedni jest tajemnicza, a zarazem fascynująca. Ukazuje dobitnie, że Bóg jest obecny w dziejach na znacznie głębszym poziomie niż moglibyśmy przypuszczać, a sprawy duchowe są wzajemnie ze sobą powiązane, tworząc wielką, ponadczasową, wewnętrznie spójną historię zbawienia, która objawia się w szczegółach w stosownym czasie.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon pl.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Patronka wdów – bł. Małgorzata Sabaudzka

    Patronka wdów – bł. Małgorzata Sabaudzka

    bł. Małgorzata Sabaudzkawww.brewiarz.pl

    ***

    Małgorzata Sabaudzka pochodziła z książęcego rodu. Była siostrzenicą papieża Klemensa VII. Choć umarła jako zakonnica, to jednak jest czczona jako patronka wdów. Była mistyczką. W jej obecności siostra z jej klasztoru miała wizje dotyczące objawień z Fatimy, na ponad czterysta sześćdziesiąt lat przed nimi. 27 listopada Kościół wspomina błogosławioną Małgorzatę Sabaudzką.

    Urodziła się w latach osiemdziesiątych czternastego wieku w Pinerolo, dzisiejsze północne Włochy. Była najstarsza z czterech córek Ludwika Sabaudzkiego, księcia Piemontu i tytularnego księcia Achai, i Katarzyny, córki księcia Amadeusza III z Genewy.

    Wcześnie straciła rodziców i wtedy, razem ze swoją siostrą, trafiła na wychowanie do wuja. W 1403 roku wuj zdecydował wydać ją za mąż za Teodora II, markiza Montferratu. Pochodził on z bizantyjskiej, cesarskiej rodziny Paleologów. Małgorzata była trzecią żoną owdowiałego Teodora. Byli szczęśliwi, ale nie mieli swoich dzieci. Żyła tylko dwójka dzieci Teodora z poprzedniego małżeństwa. Małgorzata przeżyła z mężem 15 lat, a owdowiała, kiedy miała lat około 30.

    Nie chciała ponownie wychodzić za mąż. Od dzieciństwa była bardzo pobożna i postanowiła przyjąć habit tercjarki dominikańskiej i dobrowolnie złożyła ślub czystości. Zarządzanie marchią przekazała Janowi-Jakubowi, jedynemu synowi Teodora. Odrzuciła propozycję zamążpójścia od Filipa Marii Viscontiego, księcia Mediolanu, który chciał ją mieć za żonę do tego stopnia, że wystarał się nawet u papieża Marcina V o dyspensę ze ślubów zakonnych dla niej.

    W 1426 roku Małgorzata kupiła popadający w ruinę klasztor w Albie. Zamieniła go w klasztor klauzurowy i wraz z kilkoma siostrami, które w nim przebywały, przyjęła regułę drugiego zakonu dominikańskiego. Na patronkę wybrała św. Marię Magdalenę i do końca życia była ksienią, czyli przełożoną.

    Bł. Małgorzata otrzymuje od Chrystusa trzy strzały - Name of engraver unknown., Public domain, via Wikimedia Commonsbł. Małgorzata otrzymuje od Chrystusa trzy strzały – Name of engraver unknown., P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    Jej życie to modlitwa, kontemplacja i pokuta. Miewała także liczne objawienia Matki Bożej i Pana Jezusa. W jednej z wizji mistycznych, Jezus dał jej do wyboru trzy rodzaje cierpienia: znoszenie prześladowań, choroby czy oszczerstw. Małgorzata miała wybrać wszystkie trzy. I rzeczywiście, często i długo chorowała, była też pomawiana o rządy twardej ręki w klasztorze, a jej niedoszły małżonek, książę Mediolanu, oskarżał ją o sprzyjanie heretyckim poglądom Waldensów i popieranie ich.

    Z zachowanych listów Małgorzaty możemy się dowiedzieć o jej roli w zapobieżeniu schizmie w Kościele. Przyczyniła się bowiem do tego, że jej kuzyn, Amadeusz VIII Sabaudzki, wybrany jako antypapież Feliks V w trakcie schizmatycznego soboru w Bazylei, zrezygnował z urzędu, ukorzył się przed papieżem Mikołajem V, a potem został nawet kardynałem i zmarł w opinii świętości.

    W 1454 roku siostra Filipina, także z rodu sabaudzkiego, niedługo przed śmiercią, w obecności ksieni Małgorzaty miała wizje Matki Bożej i innych świętych, między innymi św. Katarzyny ze Sieny. W jednej z tych wizji Maryja zapowiedziała jej: „powstanie potwór na wschodzie, który przysporzy wielkiego cierpienia wiernym, ale zostanie zniszczony przeze Mnie, w Moim różańcu z Fatimy, jeżeli zostanę z pokorą wezwana”. Wkrótce potem przygotowano trzy dokumenty ze świadectwem o tych wizjach i opieczętowano. Było to na ponad 460 lat przed objawieniami w Fatimie. Dokumenty te zostały otwarte i po raz pierwszy opublikowane w roku 2000.

    Małgorzata zmarła w klasztorze w Albie 23 listopada 1464 roku. Jej ciało w nienaruszonym stanie, spoczywa tam do dziś. Beatyfikował ją w 1669 roku Klemens IX.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przez Niepokalane Serce Maryi zmierzamy ku Chrystusowi

    Przez Niepokalane Serce Maryi zmierzamy ku Chrystusowi

    Serce Maryi i Jezus – witraż z bazyliki w Fatimie (fot. fatima.pt)

    *******

    Maryja jest, jak każdy z nas, stworzeniem i człowiekiem. Nie jest przecież Bogiem. To prawda. Nie możemy o tym zapominać, a co za tym idzie, nie możemy również zacierać nieprzekraczalnej granicy między Stwórcą a stworzeniem. Owszem, nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi już z samej nazwy wskazuje na Matkę Bożą. Bardzo ważne jest jednak, aby właściwie zrozumieć jego treść – pisze paulin o. Wojciech Dec w tygodniku “Niedziela”.

    Gdzie jest nasze serce?

    Nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi już z samej nazwy wskazuje na Matkę Bożą. Ważne jest jednak to, aby właściwie zrozumieć jego treść. Wtedy bowiem odkryjemy, że w swej istocie Maryja wskazuje ostatecznie Jezusa Chrystusa.

    Nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi rozpowszechniło się najbardziej w XIX wieku. Wprawdzie historia czci Serca Maryi jest nieco dłuższa i sięga wieków wcześniejszych, ale skupmy się nie na samej historii, a bardziej na właściwym zrozumieniu czci oddawanej Niepokalanemu Sercu Maryi. Akurat wspomniany wiek XIX rzeczywiście przyniósł ożywienie w pobożności skierowanej do Serca Maryi. Początek takiemu biegowi spraw dały ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny przez papieża Piusa IX w 1854 r., a także objawienia Matki Bożej w Lourdes w 1858 r. Najbardziej jednak przyczyniły się do tego objawienia Matki Bożej w Fatimie w 1917 r. Zatrzymajmy się przy nich nieco dłużej, bo to pozwoli nam dobrze zrozumieć cel i wartość oddawania czci Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Ewangeliczne orędzie

    Zacznijmy od przypomnienia słów św. Jana Pawła II, który powiedział, że wezwanie z Fatimy ma „ewangeliczną wymowę”. Co to znaczy? Papież sam dał odpowiedź na to pytanie w homilii wygłoszonej w Fatimie 13 maja 1982 r., kiedy to jasno tłumaczył: „Jeśli Kościół zaakceptował orędzie z Fatimy, stało się tak przede wszystkim dlatego, że orędzie to zawiera prawdę i wezwanie samej Ewangelii. «Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię» (Mk 1, 15); są to pierwsze słowa, jakie Mesjasz skierował do ludzkości. Orędzie z Fatimy jest w swej istocie wezwaniem do nawrócenia i pokuty, tak jak Ewangelia”. Co więcej, Ojciec Święty wyjaśnił zobowiązujący charakter fatimskiego orędzia: „Wołanie zawarte w orędziu Maryi z Fatimy jest tak głęboko zakorzenione w Ewangelii i w całej Tradycji, że Kościół czuje, iż orędzie to nakłada na niego obowiązek wysłuchania go”.

    Maryja kontra ateizm

    W kontekście fatimskiego orędzia trzeba spojrzeć także na wielkość zagrożeń, z którymi ludzkość ma dziś do czynienia. Dopiero bowiem uświadomienie sobie tej ich wielkości ukazuje jakby z przeciwnej strony wielkość darów, jakie Bóg nam ofiarowuje, by nas ocalić, by dać nam nadzieję.

    Pierwsze dwie części fatimskiej tajemnicy dotyczą wizji piekła oraz kultu Niepokalanego Serca Maryi. Maryja powiedziała dzieciom, po ukazaniu im przerażającej wizji piekła, że Bóg chce ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ratować grzeszników idących na zatracenie. Dzięki temu nabożeństwu wiele dusz zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie. Maryja prosiła w Fatimie, aby papież dokonał aktu poświęcenia Rosji Jej Niepokalanemu Sercu i by wierzący ofiarowywali Komunię św. w pierwsze soboty jako wyraz zadośćuczynienia za grzechy. Jeśli się tak nie stanie, to w konsekwencji Rosja, szerząc swe błędne nauki po świecie, będzie wywoływać wojny i prześladowania Kościoła. Wiele narodów zostanie zniszczonych, lecz na koniec zatriumfuje Niepokalane Serce Maryi.

    Warto zwrócić uwagę, że dziś mamy do czynienia nie tylko z bezbożnym ateizmem, wywołanym w historii świata przez błędy Rosji. Dziś musimy się zmierzyć też z równie groźnym materialistycznym ateizmem Zachodu, który jest przez wielu ludzi niedostrzegany, a nawet uznawany za dobro. Do tego jeszcze współczesna kultura, często pozbawiona odniesienia do Boga, a przez to do prawdy o człowieczeństwie, staje się zatrutą glebą, na której co rusz wyrastają przewrotne ideologie ośmieszające naturę i powołanie człowieka. Zauważmy również, jak dziś podchodzi się do kwestii konsekwencji ludzkich czynów i kto jest w stanie zrezygnować z korzyści materialnych, przewidując, że w przyszłości zaowocują one czymś złym. Kto myśli o rzeczach ostatecznych: niebie, piekle, czyśćcu, o realności działania złych duchów. Dla wielu współczesnych ludzi są to po prostu „nierzeczywiste historie”, które w ich przekonaniu nie dotyczą ich życia. Jednakże wbrew temu postępowemu i zagubionemu myśleniu to właśnie stanowi niezaprzeczalną realność ziemskiego istnienia i poważne zagrożenie dla naszego zbawienia.

    Ratunek dla grzeszników

    Maryja w Fatimie wskazała, że Jej Niepokalane Serce jest ratunkiem dla grzeszników. Wobec takiego orędzia Matki Bożej pojawiały się nieraz w umysłach wielu ludzi wątpliwości. Bo Maryja jest, jak każdy z nas, stworzeniem i człowiekiem. Nie jest przecież Bogiem. To prawda. Nie możemy o tym zapominać, a co za tym idzie, nie możemy również zacierać nieprzekraczalnej granicy między Stwórcą a stworzeniem. Owszem, nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi już z samej nazwy wskazuje na Matkę Bożą. Bardzo ważne jest jednak, aby właściwie zrozumieć jego treść. Wtedy bowiem odkryjemy, że w swej istocie Maryja wskazuje ostatecznie Jezusa Chrystusa. Celem jest zjednoczenie z Nim i przyjęcie daru zbawienia. Ku Chrystusowi zmierzamy właśnie przez Niepokalane Serce Maryi. A zatem nazwa nabożeństwa bezpośrednio wiąże się z Maryją, jego istota zaś jest jednoznaczna: do Chrystusa zmierzamy przez sakramentalną spowiedź, Różaniec, medytację oraz przyjęcie Komunii św., czyli drogą, do której zachęca nas Maryja, zwłaszcza przez celebrowanie pierwszych sobót miesiąca. Możemy przy tym dostrzec głęboką jedność Serca Jezusa i Serca Maryi.

    Wymowne w tym kontekście są również słowa św. Hiacynty, jednej z trojga dzieci, którym Maryja objawiła się w Fatimie. W ostatnich miesiącach życia, wiedząc, że odchodzi z tego świata, zwróciła się do Łucji z takim apelem: „Już niedługo pójdę do nieba. Ty tu zostaniesz, aby ludziom powiedzieć, że Bóg chce wprowadzić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. Kiedy nadejdzie czas, aby o tym mówić, nie kryj się. Powiedz wszystkim ludziom, że Bóg daje nam łaski za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, że ludzie muszą je uprosić przez to Serce, że Serce Jezusa chce, aby obok Niego wielbiono Niepokalane Serce Maryi. Niech proszą o pokój Niepokalane Serce Maryi, bo Bóg temu Sercu powierzył pokój na świecie”. Zatem – wolą samego Boga jest to, by oddawać uwielbienie Sercu Jezusa i czcić Niepokalane Serce Maryi. Benedykt XVI w komentarzu do trzeciej części fatimskiej tajemnicy przypomniał, że aby ratować ludzi przed wiecznym potępieniem, sam Bóg wskazał ludzkości kult Niepokalanego Serca Maryi. Wzniosłe macierzyństwo Maryi stawia Ją ponad wszystkimi stworzeniami. Dokonało się ono najpierw w Jej Niepokalanym Sercu, a później w Jej łonie. Jak twierdzą Ojcowie Kościoła, Słowo, które zrodziła w ciele, najpierw poczęła w wierze swego Serca.

    Pozostaje jeszcze jedno bardzo ważne pytanie: gdzie jest nasze serce? Możemy bowiem rozważać prawdę o Najświętszym Sercu Jezusa, możemy mówić o Niepokalanym Sercu Maryi. I bardzo dobrze, że zgłębiamy tajemnicę tych Serc. Ale to tylko pół drogi. Każdy, kto czyta te słowa, nosi chyba w sobie głębokie przekonanie, że tu chodzi nie o jakieś teologiczne spekulacje, lecz o to, by nasze serca były jak najbliżej Jezusa i Maryi. Sam Bóg nam to wskazuje, do tego zaprasza i motywuje, abyśmy podjęli wskazaną nam drogę. Przez swoje Niepokalane Serce, pełne wiary, miłości i pokory oraz oddane woli Bożej, Maryja zasłużyła na noszenie w swoim dziewiczym łonie Syna Bożego. To swoje Serce Maryja ma także dla nas. W modlitwie pełnej zaufania i dziecięcej miłości powierzajmy siebie Niepokalanemu Sercu Maryi.

    o. Wojciech Dec, paulin/Tygodnik Niedziela/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 faktów na temat Fatimy,

    o których zbyt często zapominasz

    Liczni czciciele Matki Bożej Fatimskiej znają najistotniejsze aspekty Jej przesłania oraz różne wydarzenia związane z objawieniami sprzed ponad stu lat. Niektóre szczegóły i niuanse mogą jednak zostać przeoczone. Przypominamy więc o kilku faktach dotyczących Fatimy, o których często zapominamy, a o których naprawdę warto pamiętać!

    1.       Będzie siódme objawienie

    Matka Boża ukazała się w Fatimie sześciokrotnie, od maja 1917 roku do października tego roku. Jednak już podczas pierwszego objawienia Matka Boża zapowiedziała, że powróci do Cova da Iria jeszcze po raz siódmy. „Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz”.

    Specjaliści nie są zgodni co do tych słów. Większość sądzi jednak, że nie jest sprzecznym z wiarą uważać, że Najświętsza Panna jeszcze do Fatimy powróci, i że może to się stać w najbliższej przyszłości. Z całą pewnością jest to jedno z najbardziej chwalebnych wydarzeń, na jakie pobożny katolik może oczekiwać, szczególnie w naszych zatrważających, pełnych chaosu czasach. Mamy wielką nadzieję, że wraz z owym siódmym przyjściem nadejdzie upragniony pokój i – jak prorokował święty Ludwik de Montfort – triumf Jej Niepokalanego Serca.

    2.       Różaniec i czyściec

    Najświętsza Maryja Panna w Fatimie przypomniała trójce dzieci o istocie różańca oraz o istnieniu czyśćca! Odpowiadając na pytania Łucji mówiła, że Franciszek musi zmówić jeszcze wiele różańców, nim trafi do Nieba, a o Amelii, że na pewno będzie przebywać w czyśćcu do końca świata. Królowa świętych przypomniała więc nam wszystkim o zbawiennej praktyce odmawiania różańca świętego – a więc o sposobie ratowania własnej duszy. Oferuje wręcz różaniec jako gwarancję na bezpieczne przejście z ziemi do Nieba, jak właśnie w przypadku Franciszka.

    Co szczególnie istotne, Matka Boża wskazuje na samą rzeczywistość istnienia czyśćca, o której tak wielu katolików, w tym niestety duchownych, zdaje się zapominać. A przecież – przypomina Maryja – wiele spośród dusz w czyśćcu czekać będzie aż do końca świata. Według badań księdza Sebastiano dos Reis wspomniana Amelia zmarła w okolicznościach wskazujących na hańbę w sprawach czystości! Szokujące dla niektórych może się wydawać, że siostra Łucja mówiła o wiecznym cierpieniu w piekle licznych dusz, które zmarły mając na sumieniu tylko jeden grzech śmiertelny!

    3.       Różnica między objawieniami Maryi i Anioła

    Bardzo ciekawym było, że fizyczne, emocjonalne i psychologiczne doświadczenie objawień Anioła Portugalii i Matki Bożej opisane było przez dzieci jako zupełnie różne. Siostra Łucja pisze w swych wspomnieniach: „Nie wiem dlaczego, ale faktem jest, że objawienia Matki Bożej miały inny wpływ na nas. Towarzyszyła nam, co prawda, ta sama intymna radość, ten sam pokój i to samo szczęście. Jednak, zamiast fizycznego zmęczenia, czuliśmy pewną ekspansywną żywotność, zamiast odrętwienia z powodu Bożej obecności, czuliśmy pewien rodzaj radości, zamiast trudności w mówieniu, czuliśmy pewien rodzaj entuzjazmu komunikacyjnego…”

    Istnieje wyraźna różnica między objawiającymi się Matką Bożą i Aniołem – wynika to z ich różnej natury. Anioł to wszak czysty duch, Maryja posiada jednak i duszę i ciało. Po spotkaniu z Aniołem Portugalii pastuszkowie czuli się wyczerpani, chodziło stworzenie o wyższej naturze. Jako że dzieci były tej samej natury co Najświętsza Panna, przy spotkaniu z Nią czuły się bardziej swobodnie. Potwierdza to dogmat wiary o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny do nieba wraz z ziemskim ciałem.

    4.       Znaczenie modlitwy, pokuty, ofiary i umartwienia dla nawrócenia grzeszników

    Ludzie współcześni, słysząc o umartwieniu i pokucie, kojarzą te hasła ze średniowieczem. Kryzys moralny ogarniający cały świat jest niezwykle poważny, wymaga ciągłej modlitwy, pokuty i ofiary. Prawda ta stale przewija się w Orędziu Matki Bożej Fatimskiej. W swojej niewinności dwoje młodszych pastuszków zrozumiało potrzebę ofiarowania się jako przebłagalne ofiary. Ale przecież apel Matki Bożej, w którym zwraca się z prośbą o modlitwę i pokutę, odnosi się również do reszty ludzkości.

    Zwykli śmiertelnicy mogą dużo zyskać umartwiając ciało. Praktyka ta pozwala opanować niesforne namiętności, które przechodzą pod kontrolę łaski i woli. Cierpienie bowiem łatwo staje się potęgą w sprawach Bożych. Pan Jezus odkupił ludzkość poprzez krwawą ofiarę i ogromne cierpienia znoszone na Kalwarii.

    5.       Prześladowania z powodu objawień

    Objawienia Matki Bożej były dla dzieci niewątpliwym wyróżnieniem, ale przecież nie tylko. Trójka pastuszków poniosła ciężkie ofiary przez sam fakt świadczenia o przybyciu Maryi do Fatimy. Szczególnie cierpiała Łucja – nie wierzyła jej ani matka, ani krewni, którzy w dodatku przestali okazywać jej jakąkolwiek czułość. Te cierpienia młodej dziewczynki musiały być bardzo intensywne.

    Chociaż Franciszek i Hiacynta nie spotkali się z prześladowaniami w rodzinie, narażeni byli na stałe kpiny ze strony sąsiadów i szyderstwa przybyszy. Co więcej, świeckie media narażały dzieci na śmieszność i sarkazm. Krajowe gazety prowadziły ohydną kampanię nienawiści i oczerniania. Wszystko, by zdyskredytować objawienia. Pomimo tych zniewag dzieci zachowywały się z godną podziwu cierpliwością. Co więcej, zawsze pamiętały o wezwanie Matki Bożej, by ofiarować swoje cierpienia za grzeszników.

    6.       Zmiany w Nabożeństwie Pięciu Pierwszych Sobót

    Matka Boża prosiła pierwotnie, by przystępować do spowiedzi i Komunii Św. przez pięć pierwszych sobót miesiąca, odmawiać pięć dziesiątek Różańca i medytować przez 15 minut nad tajemnicami, w celu zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. Jednak Łucja, w trakcie kolejnego objawienia opowiedziała o trudnościach w wypełnianiu tego nabożeństwa. Zostały więc wprowadzone zmiany: do spowiedzi można przystępować w inne dni niż w pierwszą sobotę, o ile Pan Jezus jest przyjmowany godnie i z zamiarem zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. A jeśli ktoś zapomni o wypowiedzeniu intencji, może to zrobić przy okazji następnej spowiedzi, korzystając z pierwszej ku temu sposobności.

    Siostra Łucja wyjaśniła także, że nie ma potrzeby rozważać wszystkich tajemnic Różańca w każdą pierwszą sobotę miesiąca – wystarczy rozważać jedną z nich albo kilka.

    7.       Dlaczego ustanowiono Nabożeństwo Pięciu Pierwszych Sobót?

    Nabożeństwo to odpowiada pięciu rodzajom grzechów i bluźnierstw popełnianych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Są to:

    – bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;

    – bluźnierstwa przeciw Jej dziewictwu;

    – bluźnierstwa przeciw Jej Boskiemu macierzyństwu

    – wpajanie nienawiści, obojętności, a nawet pogardy do Niepokalanej Matki w sercach dzieci;

    – bezpośrednie lżenie Jej świętych wizerunków

    8.       Udaremnienie większego cudu niż cud słońca!

    Siostra Łucja ujawniła, że słynny „cud słońca” mógłby być jeszcze większy. Dzieci zostały jednak uprowadzone przez Arthura Oliveira Santosa, administratora Rady Administracyjnej Vila Nova de Ourém.

    Jest to przykład przestępstwa popełnionego wbrew woli Matki Bożej, którego nie ukarała. Tak czy inaczej, tłumy osób zebranych w Fatimie po południu 13 października 1917 r. zostały pozbawione możliwości ujrzenia znacznie większego cudu, niż i tak ogromny „cud słońca”.

    9.       Zorza polarna czy ostrzeżenie przed wojną?

    Siostra Łucja uznała nadzwyczajne światło świecące nad Europą w nocy z 25 na 26 stycznia 1938 roku w godzinach od 20:45 do 01:15 za „wielki znak” od Matki Bożej, wskazujący, że nieuchronnie zbliża się wojna.

    Astronomowie i sceptycy orzekli oczywiście, że była to jedynie zorza polarna. Jednak większość z nich zaświadczała, że postać jaką przybrała, nie miała wcześniej precedensu.

    10.   Ostatnie, porażające słowa Hiacynty

    Zaledwie 10-letnia Hiacynta była dziewczyną nad wyraz dojrzałą. Posiadała prorocze wizje i wiele prywatnych objawień. Słowa wypowiedziane przez Hiacyntę ukazują też głębię jej duszy w obliczu moralnego upadku świata. Oto jedne z jej ostatnich słów:

    – Grzechami prowadzącymi najwięcej dusz do piekła są grzechy cielesne.

    – Aby być czystym na ciele konieczne jest utrzymanie czystości. Być czystą na ciele to znaczy strzec niewinności. A być czystą na duszy to znaczy nie grzeszyć, nie oglądać tego, czego nie powinno się widzieć, nie kraść, nie kłamać, mówić zawsze prawdę, także wtedy, gdy nas to wiele kosztuje.

    – Mody, które nadejdą, będą bardzo obrażać Pana. Osoby, które służą Bogu, nie mogą iść za głosem mody. W Kościele nie ma zmiennych mód. Jezus jest zawsze ten sam.

    – Lekarzom brak światła i wiedzy, by leczyć chorych, bo brak im miłości Boga.

    – Księża powinni zajmować się tylko sprawami Kościoła. Księża powinni być czyści, bardzo czyści. Nieposłuszeństwo kapłanów i zakonników wobec ich przełożonych i wobec Ojca Świętego bardzo obraża Jezusa.

    – Aby być zakonnicą, trzeba być bardzo czystą duszą i ciałem.

    – Wiele jest niedobrych mód; nie podobają się one Jezusowi, nie są Boże.

    – Spowiedź jest sakramentem miłosierdzia. Dlatego trzeba zbliżać się do konfesjonału z ufnością i radością. Bez spowiedzi nie ma zbawienia.

    malk/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Watykan: złożono dokumentację o życiu, cnotach i opinii świętości s. Łucji z Fatimy

     

    Łucja dos Santos wraz z młodszą Hiacyntą Marto

    Łucja dos Santos wraz z młodszą Hiacyntą Marto/pl.wikipedia.org

    ***

    Postulatorzy sprawy beatyfikacyjnej s. Łucji od Jezusa (Lúcia dos Santos), jednej z trojga dzieci, którym w 1917 ukazała się Matka Boża w Fatimie złożyli na ręce prefekta Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, kard. Marcello Semeraro dokumentację o jej życiu, cnotach i opinii świętości (Positio Super Vita, Virtutibus et Fama Sanctitati) – informuje agencja Ecclesia.

    Jak stwierdza Sanktuarium Fatimskie przekazanie „Positio” jest ważnym momentem w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym Służebnicy Bożej w jego rzymskiej fazie. Tom ten zawiera biografię siostry Łucji, opartą na dokumentach zebranych podczas diecezjalnej fazy procesu (która miała miejsce w diecezji Coimbra w latach 2008-2017); „Informatio” (informację), opisującą cnoty, którymi żyła zakonnica, a także listę zeznań świadków, jej Dzienniczek i inne niepublikowane dokumenty, „uznane za istotne w procesie”.

    Dokument ten zostanie przeanalizowany przez grupę dziewięciu teologów, którzy wydadzą swoją opinię, aby ustalić, czy s. Łucja „praktykowała cnoty w stopniu heroicznym”.

    Pozytywna opinia Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych jest przedstawiana papieżowi, który zatwierdza publikację odpowiedniego dekretu. Do etapów beatyfikacji i kanonizacji konieczne jest zatwierdzenie cudu przypisywanego wstawiennictwu odpowiednio Czcigodnego Sługi Bożego lub błogosławionego.

    Faza diecezjalna procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego siostry Łucji od Jezusa (1907-2005), jednej z trzech widzących z Fatimy, dobiegła końca 13 lutego 2017 r. w kościele karmelitek w Coimbrze. Proces obejmował analizę tysięcy listów i tekstów, a także przesłuchanie 61 świadków.

    Łucja Rosa dos Santos, siostra Maria Łucja od Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi zmarła 13 lutego 2005 r. w wieku 97 lat, po kilkudziesięciu latach życia w klauzurze w Karmelu w Coimbrze.

    Proces ten rozpoczął się w 2008 roku, trzy lata po jej śmierci, kiedy to obecny papież-senior Benedykt XVI zrezygnował z pięcioletniego okresu oczekiwania ustanowionego przez prawo kanoniczne.

    Franciszek i Hiacynta Marto, dwoje pozostały dzieci z Fatimy, zostali kanonizowani przez papieża Franciszka, w Fatimie 13 maja 2017 r.

    Łucja urodziła się 22 marca 1907 roku w Aljustrel, w Portugalii. 13 maja 1917 roku, wraz z kuzynami Franciszkiem i Hiacyntą, doświadczyła pierwszego objawienia się Matki Bożej w Cova da Iria. Podczas kolejnego widzenia Łucja otrzymała od Maryi misję: „Ty jednak zostaniesz tu przez jakiś czas. Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie mnie poznali i pokochali. Chciałabym ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca”.

    3 października 1934 roku złożyła śluby wieczyste w Zgromadzeniu Sióstr św. Doroty. 25 marca 1948 roku za specjalnym pozwoleniem papieża Piusa XII wstąpiła do karmelitanek bosych w Coimbrze. Przyjęła imię siostry Marii Łucji od Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi. Zmarła 13 lutego 2005 roku w klasztorze w Coimbrze.

    Watykan-Fatima/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    SOBOTA 14 PAŹDZIERNIKA

    WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA ZAPRASZA WSZYSTKICH CHĘTNYCH NA SPOTKANIE DO SALI PARAFIALNEJ PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA NA GODZ. 15.30, ABY WSPÓLNIE OBEJRZEĆ FILM “ULMOWIE, BŁOGOSŁAWIONA RODZINA”.

    OD GODZ. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XVIII NIEDZIELII

    PO MSZY ŚW. PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM – KORONKA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

    *******

    Pietro Lorenzetti/WIKIMEDIA COMMONS

    *******

    Dlaczego siedem mieczy?

    W ikonografii przedstawia się Matkę Bożą Bolesną najczęściej na trzy sposoby. Najstarsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa. Ok. XIV w. upowszechniło się ukazywanie Jej z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach, tj. w formie Piety. W tym samym czasie pojawiać się zaczęły bardzo dosłowne w swej wymowie obrazy osamotnionej Matki Bożej z mieczem przebijającym Jej pierś lub serce. Stopniowo liczba mieczy wzrasta do siedmiu. Obrazują one motyw siedmiu boleści Maryi, utożsamianymi z konkretnymi scenami z Jej życia, począwszy od spotkania z Symeonem i jego zapowiedzią: „A Twoją duszę miecz przeniknie (…)” (Łk 2,35). Są nimi kolejno: proroctwo Symeona, ucieczka do Egiptu, zgubienie Jezusa, spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża oraz złożenie Jezusa do grobu.

    Rozważanie boleści Maryi i naśladowanie Jej cnót obrał sobie za cel zakon serwitów, tj. Sług Najświętszej Maryi Panny, do którego należał m.in. św. Peregryn Laziosi, patron chorych na raka. To w tym zgromadzeniu w XIII w. powstał pierwowzór jednej z najstarszych modlitw czczących Matkę Bożą Bolesną – Koronki do Siedmiu Boleści NMP.

    Siedem razy siedem

    Sama Maryja upominała się o rozważanie Jej boleści. Objawiając się św. Brygidzie, powiedziała: „Spoglądam na ludzi żyjących na ziemi i szukam między nimi tych, którzy by rozmyślali nad Moimi boleściami, lecz niestety mało takich znajduję. Zapominają o Mnie”. Mistyczce Weronice z Bianasco zwrócił na to uwagę Pan Jezus: „Drogimi są dla Mnie łzy wylane w rozmyślaniu nad Męką Moją. Lecz łzy wylane nad boleściami Matki Mojej jeszcze bardziej Mnie poruszają. A to dlatego, że tak bardzo kocham Moją Matkę”.

    Koronka do Siedmiu Boleści Maryi

    Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi zatwierdził papież Benedykt XIII w 1724 r. Rozpowszechniona jest ona w całym Kościele. Matka Boża sama przypomniała o tym nabożeństwie (1981-83) podczas objawień trzem dziewczynkom w Kibeho w Rwandzie (w 2001 r. biskup diecezji Gikongoro, Augustina Misago objawienia te uznał za autentyczne; są to pierwsze Maryjne objawienia uznane przez Kościół w XXI wieku).

    Według biskupa Jana Chrzciciela Gahamanyi, z diecezji Butare w Rwandzie, Najświętsza Panna zwróciła się do jednej z widzących z Kibeho: To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy – powiedziała 31 maja 1982 roku. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec. Proszę cię powiedz o tym całemu światu dodała kiedy indziej (13.08.1982). Dziewica kocha tę Koronkę. Pragnie, aby została na nowo rozszerzona w Kościele. Prosi, by odmawiać tę Koronkę często, zwłaszcza we wtorki i piątki, rozważając każdą tajemnicę. Prośmy Ducha Świętego, by pobudził nasze serca do pobożnego i owocnego rozważania tajemnic siedmiu boleści Maryi.

    Sposób odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści

    Znak Krzyża Świętego
    P. Matko Bolesna, porusz serce moje.
    W. Abym w boleści umiał wniknąć Twoje.

    Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona
    Starzec Symeona przepowiada Maryi, że duszę Jej przeszyje miecz.
    A stanie się to dlatego, że jej Synowi, będą się niektórzy sprzeciwiać.
    Owocem tajemnicy jest poddanie się woli Bożej, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść druga: Ucieczka do Egiptu
    Na polecenie Anioła Józef wziął dziecię i Matkę jego i uszedł do
    Egiptu przed złością Heroda. Maryja w czasie tej tułaczki przeżyła
    wiele zmartwień. Owocem tajemnicy jest słuchanie głosu Bożego, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść trzecia: Szukanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni
    Jezus zaginął w Jerozolimie, trzy dni Maryja wraz z Józefem
    bolejąc szukali Jezusa. Czy może być większa boleść dla Matki?
    Owocem tajemnicy jest tęsknota za Jezusem.
    Jezusa i Jej współcierpienia.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż
    Skazany na śmierć Jezus dźwiga krzyż na Golgotę.
    A oto w drodze spotyka się z Matką swoją. Rzewne musiało być to spotkanie.
    Owocem tajemnicy jest cierpliwe znoszenie krzyżów.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
    Obok krzyża Jezusowego stała Matka Jego.
    Mężnie współcierpiała z Synem dla zbawienia świata.
    Owocem tajemnicy jest panowanie nad złymi skłonnościami.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Syna na kolana Matki
    Zdjęte z krzyża: Ciało Jezusowe złożono w ramiona Maryi.
    Jezus przestał już cierpieć, a Ona jakby uzupełnia to,
    czego nie dostaje cierpieniom Jezusowym.
    Z największą czcią i wdzięcznością całuje Jego święte Rany i obmywa je swymi łzami.
    Owocem tajemnicy jest szczery żal za grzechy.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu
    Umęczone Ciało Jezusowe złożono do grobu w obecności Matki Najświętszej.
    Żegnała je Maryja z bólem i z wielką wiarą, że Syn zmartwychwstanie.
    Owocem tajemnicy jest prośba o szczęśliwą śmierć.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Dla uczczenia łez wylanych przez Matkę Boża Bolesną:
    3 x Zdrowaś Maryjo
    Za dobrodziejów żywych i umarłych:

    Witaj Królowo, Matko miłosierdzia
    P. Niech pomoc Bożą zawsze nam wyprasza.
    W. Matka Chrystusa i Matka nasza.

    adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pamiętacie pastora, który kopnął figurkę Dziewicy, Matki Boskiej z Aparcida? [Wideo]

    24.09.2023/fot. Screenshot – YouTube (Cristão de Opinião!)

    ***

    Pamiętacie pastora, który kopnął figurkę Dziewicy, Matki Boskiej z Aparcida?

    Pamiętacie pastora Sergio von Heldera?

    Aby odświeżyć Twoją pamięć: 12 października 1995 r., Dzień Matki Bożej, podczas programu ′′Słowo Życia′′ transmitowanego w TV Record, pastor Von Helder miał to, co możemy nazwać dostępem wściekłości, niekontrolowania i całkowitego braku szacunku dla wiary innych i zaczął kopać wizerunek patronki Brazylii, generując jedną z Największe kontrowersje religijne w historii naszego kraju.

    **

    Biskup Kościoła Powszechnego Królestwa Bożego skończył skazany za ′′podżeganie do dyskryminacji uprzedzeń religijnych poprzez słowa i gesty”, ale nigdy nie wyobrażał sobie większego żalu, który dopiero miał nastąpić…

    Pewnego dnia w telewizji Nowa Piosenka (kanał 20 UHF RJ) podczas homilii lub Ojciec Edmilson przypomniał sobie fakt, co wydawało nam się to tak odległe, ale to co on ujawnił na koniec było bardziej niż zaskakujące.

    Jakiś czas po odcinku prorgamu pastor von Helder poczuł silny ból lewej nogi, taki sam, którym kopnął figurkę Matki Najświętszej. Od tego czasu ból powoli bez wyjaśnienia wzrastał do tego stopnia, że musiał szukać pomocy medycznej. Von Helder próbował różnych rodzajów leczenia w kraju, ale bez rezultatów… Ból po prostu nie ustępował.

    Zachęcany przez lekarzy, Sergio pojechał po pomoc w Stanach Zjednoczonych, do wyspecjalizowanej kliniki. Miał tam zapewnioną dobrą opiekę i miło spędził czas. Była tam też pielęgniarka, która zawsze poświęcała mu szczególną uwagę, towarzysząc mu przez wszystkie trudne chwile i pomgając w znoszeniu ogromnego cierpienia, zwłaszcza nocami, kiedy ból nie chciał ustąpić. Ona zawsze dbała o jego nogę i dodawała mu otuchy i nadziei. I tak minął czas i powoli leczenie przynosiło efekty, aż do pełnego wyleczenia. Jego radość była tak ogromna, że poruszony postanowił wydać przyjęcie pożegnale z podziękowaniami dla całej ekipie, która się nim opiekowała.

    Podczas imprezy Sergio zdał sobie sprawę, że pielęgniarka, która była tak ważna w jego powrocie do zdrowia, tam nie było. Poszedł więc do dyrektora kliniki, aby dowiedzieć się, gdzie jest i zapytał, gdzie jest czarna, miła i troskliwa pielęgniarka, która pocieszała go podczas wszystkich nocy, kiedy nie mógł znieść bólu i rozpaczał… Ku zdumieniu Sergio, dyrektor powiedział mu, że nie zna takiej pielęgniarki i że nie było żadnej czarnej pielęgniarki pracującej w tym rejonie szpitala. Sergio nadal nalegał, pytając nawet innych lekarzy i pielęgniarki, czy istnieje szansa, że pochodzi z innego oddziału szpitala, ale nikt nie miał pojęcia, kim ona jest..

    Wtedy były pastor Sergio von Helder w połowie imprezy padł na kolana do płaczu, zdając sobie sprawę z tego, co się s.tało… Nikt nic z tego nie rozumiał. Nie było bowiem nic do zrozumienia. Sergio zauważył, że przez cały ten czas pielęgniarka, która była przy nim we wszystkich chwilach bólu i trudności była Matką Boską z Zwierzchni.

    Nieskończona dobroć Boga i miłość Matki, która nawet upokorzona nie opuściła swojego dziecka w chorobie.

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Newman i piękno katolickiego otrzeźwienia (opinia)

    Otrzeźwienie i wynikające zeń nawrócenie Johna Henry’ego Newmana na prawdziwą Wiarę przyniosło Wielkiej Brytanii trwające ponad wiek odrodzenie katolickie, efektem którego na zawsze pozostanie m.in. twórczość Chestertona czy Tolkiena.

    We wrześniu 2010 roku miałem zaszczyt być zaproszonym, by wraz z Raymondem Arroyo oraz ks. Robertem Sirico zostać oficjalnym komentatorem telewizji EWTN, która relacjonowała na żywo wizytę Benedykta XVI w Wielkiej Brytanii. W istocie radością i przywilejem było podążanie za papieżem, kiedy odwiedzał miejsca rozbrzmiewające katolickim znaczeniem. Złożył wizytę w Westminster Hall, gdzie Tomasz Morus stanął przed sądem, i Westminster Abbey, by pomodlić się w sanktuarium św. Edwarda Wyznawcy. Pobłogosławił tłumy w Hyde Park – tylko rzut kamieniem od miejsca Tyburn Tree (Drzewa Tyburn), machiawelicznego ołtarza, na którym zamordowano licznych katolickich męczenników. Wyglądało to tak, jakby miejsca wybrane na wizytę papieża zostały starannie wyselekcjonowane, by przypomnieć Anglikom o ich katolickim dziedzictwie i ostrzec ich o niebezpieczeństwach nieodłącznych dla sekularnej nietolerancji wobec Kościoła. Celem wizyty papieża jednakże nie było przede wszystkim świętowanie katolickiego dziedzictwa Anglii, ale beatyfikacja Johna Henry’ego Newmana. Czyniąc tak, papież nie tyle świętował historię, co ją tworzył. Newman był pierwszym Anglikiem, poza angielskimi męczennikami reformacji, który został beatyfikowany od czasów reformacji; był także pierwszym Anglikiem, urodzonym po XVII wieku, który miał być wyniesiony na ołtarze.

    John Henry Newman urodził się w roku 1801, u zarania XIX wieku i zmarł w roku 1890, gdy słońce zaczęło zachodzić nad tą najbardziej katalityczną i katastroficzną z epok. W czasie długiego i pełnego wydarzeń życia Newmana nowe idee doprowadziły do sejsmicznych zmian w postrzeganiu przez nowożytnego człowieka samego siebie. Karol Marks przystosował idee Hegla do służby w polityce rewolucyjnej, spuszczając tym samym z łańcucha ideologię, która pochłonie życie dziesiątków milionów ludzi w następnym stuleciu. Charles Darwin przedstawił ewolucję gatunków od prymitywnych początków, tym samym zapoczątkowując pojęcie biologicznego progresywizmu i chronologicznego snobizmu, który jest jego następstwem. Friedrich Nietzsche ogłosił bezczelnie, że Bóg umarł, ubóstwiając tym samym człowieka. Zygmunt Freud zastąpił świadomą wolę podświadomymi kompleksami, tym samym zastępując racjonalne wybory moralne irracjonalnymi popędami psychicznymi. Europę ogarnęły rewolucje, gdy nacjonalizm i socjalizm zagroził staremu porządkowi, zasiewając ziarna narodowego socjalizmu i jego międzynarodowego komunistycznego Wielkiego Brata. Imperium Brytyjskie zagarnęło świat, kładąc fundamenty globalizmu. Był to czas zmian i niepewności, a jednak jednocześnie – i jak świadczy życie Newmana – był to także czas odnowy religijnej i odradzającego się tradycjonalizmu.

    Miejsce Newmana w odrodzeniu katolickim jest nadrzędne. W istocie jest on samym ojcem tego odrodzenia.

    W chwili narodzin Newmana Kościół katolicki w Anglii był w przeważającej mierze wykorzeniony z narodowego życia i świadomości. Pomiędzy latami trzydziestymi XVI wieku a osiemdziesiątymi wieku XVII uśmiercono za wiarę niezliczone zastępy katolików. Znamy ponad stu kanonizowanych i beatyfikowanych męczenników angielskich i wielu innych, których ostateczna ofiara złożona za wiarę nie została przez Kościół oficjalnie uznana. W następstwie tak zwanej „chwalebnej” rewolucji roku 1688, która zdetronizowała katolickiego monarchę Jakuba II, dwa powstania jakobickie dążyły do powrotu prawdziwych następców króla na tron. W czasie drugiego z tych powstań zwolennicy „pięknego księcia Karolka” zostali ostatecznie w roku 1746 pokonani w bitwie pod Culloden, co rozbiło w drobny mak wszelkie realistyczne nadzieje powrotu katolickiej monarchii. W tym momencie, po ponad 200 latach niesłabnących prześladowań, wydawało się, że dla kurczącej się katolickiej populacji Anglii wszystko zostało stracone. Nieliczne rodziny rekuzantów, które trwały uparcie i dogmatycznie przy wierze i wbrew toczącej się przeciwko nim wojnie na wyniszczenie, pogodziły się z tym, że pozostaną na marginesie życia Anglii, wykluczone z awansu w polityce i społeczeństwie z powodu zakorzenionego i zinstytucjonalizowanego uprzedzenia ich rodaków. Taki był świat, w którym urodził się Newman i w którym miał on odegrać ważną rolę.

    Nawrócenie Newmana w roku 1845, szesnaście lat po równouprawnieniu katolików i pięć lat przed przywróceniem katolickiej hierarchii w Anglii, zwiastowało narodziny odnowy, która ujrzy wskrzeszenie wiary katolickiej w świecie anglojęzycznym. Przed nawróceniem Newmana katolicyzm był postrzegany przez Brytyjczyków jako obca religia, za którą opowiadały się śniade i zabobonne typy śródziemnomorskie. Gdy potęga Wielkiej Brytanii osiągnęła swą pełnię jako imperium, a potęga Włoch, Hiszpanii i Portugalii osiągnęła stan względnej bezsilności, łatwo było Brytyjczykom odczuwać swą lepszość i wyrażać lekceważenie – katolicyzm uważali za prymitywną i zacofaną religię dla ludzi prymitywnych i zacofanych. Przyjęcie Newmana do Kościoła katolickiego wywołało zamęt w tym snobizmie. Znany był on jako jeden z najświetniejszych intelektów swoich czasów i trudno było lekceważąco zbyć poddanie się takiego geniusza intelektu historycznym i dogmatycznym roszczeniom Rzymu.

    Newman dokonał intensywnych badań wczesnego Kościoła i doszedł do wniosku, że wiara ojców Kościoła była tą samą świętą, katolicką i apostolską wiarą, jaką głosił i nauczał Kościół katolicki jego czasów. Wiedza Newmana i jego elokwencja w wyrażaniu jej, wstrząsnęła establishmentem anglikańskim, kwestionując założenia i uprzedzenia, na których zbudowano fundamenty Kościoła anglikańskiego.

    W następstwie nawrócenia Newmana fala nawróceń z wyższych szczebli społecznych przekroczyła Tyber, a nawrócenie stało się niemal modne. Jednocześnie olbrzymi napływ irlandzkich imigrantów, uciekających przed wielkim głodem, znacznie zwiększył liczbę katolików z klasy robotniczej. Niemal nagle katolicyzm stał się znaczącą siłą w społeczeństwie brytyjskim, gdy obecność rosnącej liczby uczonych konwertytów zbiegła się z rosnącą obecnością plebejskich irlandzkich imigrantów. Wynikiem tego okaże się odrodzenie katolickie, które będzie trwać ponad wiek.

    Pierwszy okres tego odrodzenia można nazwać okresem Newmana, a trwał on od nawrócenia tego wybitnego człowieka w roku 1845, aż do jego śmierci w roku 1890. Drugim okresem albo tym, co można by nazwać interludium dekadenckim, był okres obejmujący ostatnią dekadę wieku, w której pisarze i artyści fin de siècle’u flirtowali z Rzymem i ostatecznie ulegli urokowi Kościoła. Wśród konwertytów tej dekady znaleźli się Oscar Wilde, Aubrey Beardsley, Ernest Dowson i Lionel Johnson. Następny ważny okres tego odrodzenia można by nazwać okresem Chesterbelloca, w którym dominowały postaci Belloca i Chestertona i który trwał od roku 1900 – gdy po raz pierwszy opublikowano Chestertona – aż do 1936 roku, roku jego śmierci. Ostatni okres można nazwać okresem Inklingów, w którym górowały postaci Tolkiena i Lewisa, a trwał on od roku 1937, kiedy opublikowano Hobbita, do roku 1973, kiedy Tolkien zmarł.

    Można stwierdzić, że do ogromu katolickiego odrodzenia, które umieściło katolicyzm w centrum, a nawet na szczycie artystycznego i kulturalnego życia Wielkiej Brytanii, nie doszłoby, gdyby nie nawrócenie Newmana, którego katalityczną naturę trudno przecenić.

    Umieściwszy znaczenie Newmana w obrębie jego kontekstu historycznego, konieczne jest także spojrzenie – choć krótkie – na jego wpływ jako historyka, teologa, filozofa, pedagoga, apologety, powieściopisarza i poety.

    Znaczenie Newmana jako historyka jest zakorzenione w jego pionierskiej pracy na temat wczesnego Kościoła, która przekonała go, jak i przekonała pokolenia tych, którzy go czytali, że studiowanie ojców Kościoła, jak i pierwszych herezji, dostarcza przekonujących dowodów o prawdziwości twierdzeń katolicyzmu. Newman twierdził, a jego dzieło pokazało, że im bardziej ktoś zagłębia się w historię, tym bardziej staje się katolikiem.

    Jako teologa, słusznie wysławia się Newmana za jego esej O rozwoju doktryny chrześcijańskiej (1845 r.), który miał potężny wpływ na zrozumienie przez Kościół tego, jak jego doktryna się rozwija, nie zmieniając nigdy w swoich podstawach. Najzwięźlejsze streszczenie tego rozumienia rozwoju doktryny Kościoła zostało podane przez Tolkiena w liście do jego syna, w którym przyrównał on Kościół do drzewa. Mylne byłoby postrzegać w pełni rozwinięte drzewo, tj. Kościół po dwóch tysiącleciach rozwoju, jako coś gorszego od nasiona, z którego wyrósł czy też drzewka, jakim niegdyś był, tj. Kościoła pierwszych wieków. To drzewo (Kościół) jest takie samo w ciągu wszystkich epok, rozwijając się i rosnąc organicznie i nigdy nie zmieniając swojej podstawowej „drzewości” (tj. prawdy, której Kościół uczy, i prawdy, którą jest).

    W filozofii zaś Newman najbardziej znany jest z eseju Gramatyka przeświadczenia (1870 r.), który pokazuje niedoskonałość rozumowania redukcyjnego, takiego jak logika, jako środka zrozumienia pełni prawdy. Do wiary się dochodzi poprzez współzależność łączących się prawdopodobieństw, do których musi się przychylić wola. Jako pedagog Newman bronił humanistyki w Idei uniwersytetu (1852 r.), jednocząc klasyków pogańskiej starożytności z dziedzictwem świata chrześcijańskiego. Jeśli chodzi o Newmana jako apologetę, to jego nowatorska Apologia pro vita sua (1846 r.) pozostaje jedną z największych duchowych biografii, jaką kiedykolwiek napisano, być może największą, z oczywistym wyjątkiem Wyznań św. Augustyna. Jego rola jako apologety jest także widoczna w jego powieściach Strata i zysk (1845 r.) oraz Kalista (1855 r.), jak również w jego kazaniach oraz potyczkach z błędami anglikanizmu. Ostatnią, lecz bez wątpienia nie mniej ważną, jest pozycja Newmana jako stylisty najwyższej rangi w prozie i pierwszorzędnego poety.

    Nim zakończymy, konieczna jest pobieżna wzmianka o późniejszych pokoleniach słynnych konwertytów, na których Newman miał olbrzymi wpływ. Wśród nich znajduje się Gerard Manley Hopkins – bez wątpienia największy poeta w epoce wielkich poetów – który został przyjęty do Kościoła przez samego Newmana w roku 1866. Pozostali, którym Newman w znacznej mierze pomógł w ich drodze do Rzymu, to m.in. Oscar Wilde, Maurice Baring, R.H. Benson, Christopher Dawson, Ronald Knox, Evelyn Waugh, Graham Greene, Muriel Spark i Alec Guinness – by wymienić tylko kilku znamienitych. Wspomnieć należy także Hilairego Belloca i J.R.R. Tolkiena, dwóch gigantów katolickiego odrodzenia, z których obaj zdobyli wykształcenie w szkole Oratorium w Birmingham, założonej przez Newmana.

    Newman był na tak wiele sposobów błogosławieństwem dla Kościoła. Jakże jest zatem stosowne, że Kościół obdarzył Newmana tym wielkim błogosławieństwem, jakim jest wyniesienie go na ołtarze. Szczęśliwy Newman jest w obecności wizji uszczęśliwiającej. Osiągnął on jedyny cel, dla którego warto żyć. Zatem chwała powinna utorować drogę modlitwom.

    Święty Johnie Henry Newmanie, historyku, teologu, filozofie i poeto, módl się za nami!

    Joseph Pearce

    źródło: faithandculture.com/tłum. Jan J. Franczak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Internetowy modlitewnik karmelitański

    Internetowy modlitewnik karmelitański

     

    15 października pamiętamy od św. Teresie z Ávili. Z tej okazji prezentujemy “Smak Karmelu” – modlitewnik karmelitański w postaci strony internetowej i aplikacji.

    Aplikacja Smak Karmelu pomyślana jest jako modlitewny przewodnik. Przeprowadza ona użytkowników przez kolejne etapy codziennej modlitwy medytacyjnej. Oferuje także podcasty (Spotify, Google Podcasts, Apple Podcasts) oraz filmy (YouTube) dotyczące modlitwy, zwłaszcza karmelitańskiej oraz wybitnych postaci Karmelu (św. Jana od Krzyża, św. Teresy z Ávili, św. Teresy z Lisieux, św. Teresy Benedykty – Edyty Stein) i ich dzieł.  Całości dopełniają informacje z życia Karmelu. Wszystko to przygotowywane jest przez karmelitów z polskiej prowincji południowej.

    Bliźniacza w stosunku do aplikacji jest strona internetowa Smak Karmelu. Prócz treści zawartych w aplikacji można na niej znaleźć także informacje o Szkole Modlitwy oraz rekolekcjach karmelitańskich.

    ______________________________________________________________________

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 1). W którym miejscu jesteś Ty?

    Dziś pierwszy odcinek, w którym o. Serafin Maria Tyszko OCD, rekolekcjonista z klasztoru kontemplacyjno-formacyjnego Zwola (Zaniemyśl) k. Poznania przedstawia kolejne etapy życia duchowego – tak jak je opisuje św. Teresa z Ávili w swym wielkim dziele “Zamek wewnętrzny”. Kolejne rozmowy ukazywać się będą w najbliższych dniach.

    Jarosław Dudała: Św. Teresa z Ávili porównała życie duchowe do wchodzenia w głąb twierdzy…

    O. Serafin Tyszko: Nie twierdzy, a zamku. Słowo castillo (zamek) jest u Teresy absolutnie dominujące. Na drugim miejscu jest palacio (pałac), dopiero na trzecim jest fortaleza (twierdza, warownia). To jest u niej bardzo świadome. W pałacu można tylko mieszkać i urządzać spotkania, zabawy polowania etc. W twierdzy można się tylko bronić, ewentualnie atakować, nie ma w niej własnego, “wypasionego”, godnego miejsca dla granda, infanta etc.

    A w zamku jest i to, i to. Jest miejsce, w którym można się bawić (gdzie Bóg słodko udziela się człowiekowi), jest i estancia (apartament królewski), jest obronna fosa, są i obronne mury, na których można skutecznie się bronić, a może nawet robić ofensywne wypady. Gdyby dominantą było palacio, to by oznaczało, że życie duchowe jest bajką, zabawą. Gdyby Teresa pisała to w kluczu twiedza-warownia, to by oznaczało, że życie duchowe to ciągła walka, “bijatyka”. A ona świadomie używa słowa castillo, zamek, gdzie jest i to, i to.

    Wejdźmy więc do zamku. Jesteśmy w jego pierwszej komnacie (czy mieszkaniu). Co znajdujemy na tym etapie życia duchowego?

    Wejście do zamku to wejście w to, co klasycznie nazywamy łaską uświęcającą.

    Teresa zakłada – z czym współcześnie można polemizować – że wszyscy Hiszpanie są katolikami, mają podstawową, katechetyczną formację i chodzi tylko o to, żeby weszli w stan łaski uświęcającej. Zakłada liniowy rozwój. Owszem, ale bywają teraz i bywały wtedy gwałtowne radykalne doświadczenia nawrócenia – takie jak u łotra na krzyżu, Szawła z Tarsu, u ludzi, którzy nie mają żadnej tradycji rodzinnej albo mają ją minimalną. Ja też jestem taką osobą.

    U Teresy też tak było. Ona wstąpiła do klasztoru z trzema bardzo kiepskimi motywacjami. Sama pisze, że do przyprowadziło ją tam więcej strachu niż miłości, motywacja opłacalnościowa (wstąpiła, żeby się pewniej zbawić) i kumpela, która ją lubiła. Mówi się, że Teresa nigdy nie popełniła grzechu śmiertelnego – w porządku, nie neguję tego. Ale czy dokonało się w niej podstawowe, elementarne doświadczenie duchowe? Myślę, że ono się w niej dokonało… słabo. Bóg jednak miał swoje plany: “musimy się zabrać za tę kobietę!”. Trzeba było oczyścić jej motywacje – opłacalnościową, lękową, czyli niewolniczą i tę kumpelską. Dlatego po wstąpieniu do zakonu spotkało ją coś, co się zdarza dopiero w czwartym mieszkaniu. Ona mówi wręcz o doświadczeniu modlitwy zjednoczenia (z Bogiem), w co ja średnio wierzę. A jeśli tak było, to była to formuła nietrwała.

    Ogólnie rzecz biorąc, kiedy osoba wchodzi w stan łaski uświęcającej, odbywa porządna spowiedź – wchodzi do pierwszego mieszkania zamku wewnętrznego.

    Głównym elementem na tym etapie jest to, żeby się w tej łasce utrzymać. Na tym etapie odbywa się pierwsze poznanie: negatywne i pozytywne. Człowiek poznaje własną grzeszność (jeśli jej nie pozna, to żyje w iluzjach), ale się na tym nie zatrzymuje. Pojawia się drugi wątek – człowiek poznaje własne piękno. Widzi, że jest w nim warstwa bardzo piękna, a on jej albo nie znał, albo ona była w nim nieobudzona. Całe pierwsze mieszkanie to etap duchowej walki na rzecz poznania – negatywnego i pozytywnego. Dana osoba świadomie pojawia się wtedy na eucharystii, spowiada się i Bóg zaczyna ją leciutko oświecać w kierunku poznania prawdy o sobie; ewentualnie spotyka się z kimś, kto jej tę prawdę podpowiada.

    Co jest bardzo ważne? To, że niezależnie od ścieżki danej osoby, jest ona otwarta na to, by tę prawdę poznać na tyle, na ile w pierwszych mieszkaniach da się ją poznać. Potem się okaże, że to jest jeszcze niewystarczające, ale powiedzmy, że coś takiego już się wtedy dzieje.

    Taka osoba wykonuje praktyki religijne, praktykuje modlitwę ustną, toczy jakąś minimalną walkę, nie chce wyjść z tego zamku na zewnątrz (choć bywa niestety, że i tak z niego wychodzi).

    Jakie niebezpieczeństwa na nią czyhają? I co może zrobić, by pójść głębiej?

    Główne niebezpieczeństwo to cofnięcie się. Wyjście z zamku, wyjście z łaski uświęcającej. Albo sytuacja, w której taka osoba wchodzi i wychodzi, wychodzi i powraca. Co może zrobić? Trzymać się sakramentów, trzymać się uczestnictwa we mszy. Może zacząć coś czytać. Dokonuje małej walki i jest gotowa na pokorę, czyli poznanie siebie w prawdzie (poznanie pozytywne i negatywne).
    To jest mieszkanie pierwsze. Niektórzy przechodzą przez nie bardzo szybko, jeśli coś ze wspomnianych rzeczy praktykują.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 2). W którym miejscu jesteś Ty?

    Dziś kolejna, druga już rozmowa z cyklu, w którym o. Serafin Maria Tyszko OCD, rekolekcjonista z klasztoru kontemplacyjno-formacyjnego Zwola (Zaniemyśl) k. Poznania przedstawia kolejne etapy życia duchowego – tak jak je opisuje św. Teresa z Ávili w swym wielkim dziele “Zamek wewnętrzny”. Kolejne rozmowy ukazywać się będą w najbliższych dniach.

    Jarosław Dudała: Co jest w drugim mieszkaniu zamku wewnętrznego, czyli co dzieje się na drugim etapie życia duchowego?

    Tam się zaczynają ciekawe rzeczy, ponieważ wchodząca tam osoba zaczyna mieć odetkane uszy, to znaczy: jest otwarta na słuchanie. W przypadku Teresy chodziło głównie o dobre homilie (ewentualnie konferencje, ale to raczej mało prawdopodobne) i czytanie książek. Nie miała wtedy jeszcze kontaktu z Biblią.

    To były inne czasy. Wtedy wręcz zakazywano samodzielnej lektury Pisma Świętego.

    Na tym polegała cała po-reformacyjna bieda, że uważano, iż niebezpiecznie jest czytać Pismo Święte. Czytały go osoby znające język łaciński mające za sobą odpowiednie katolickie studia biblijne na bazie łacińskiej Wulgaty. Św. Jan od Krzyża, na przykład, często i obficie czytał i cytował Pismo Święte. Jeśli ktoś nie znał łaciny – a Teresa znała ją bardzo słabo – to dostęp do Biblii był bardzo słaby. Teresa zaczęła jednak czytać książki, w których były aluzje do Biblii. Jej główną lekturą była “Vida de Cristo” (Życie Chrystusa), przetłumaczona z łaciny na kastylijski. (Jej autor kartuz Ludolf Saksoński był wcześniej dominikaninem, więc być może wyjątkowo pozwolono mu coś napisać. I dobrze, że mu pozwolono. Uważam, że ten jego tekst jest w wielu punktach bardzo aktualny do dnia dzisiejszego.)

    Jeżeli więc dana osoba, czyta, słucha kazań, nadal prowadzi życie sakramentalne i przetrwa ten okres, to przechodzi przez drugie mieszkanie. Ale to oczywiście nie wszystko.

    Jest jeszcze kolejny element, który ją utrzymuje: to pierwsze podpowiedzi, że życie modlitewne nie polega wyłącznie na odmawianiu modlitw. To pierwsze momenty medytacyjne. Mogą się nawet pojawić pierwsze elementy modlitwy wewnętrznej, a nawet zaczątki wewnętrznej modlitwy przyjacielskiego obcowania z Bogiem. Chodzi o to, żeby ta osoba coś z tego zaczęła już pielęgnować.

    Wtedy pojawia się w niej przekonanie, że duża cześć jej mentalności jest do głębokiego przeobrażenia. Czuje zaproszenie do pierwszej osobowej albo do drugiej, pogłębionej przemiany (metanoi). W drugim czy trzecim mieszkaniu to jest jeszcze niemożliwe, ale to pragnienie już się pojawia. Taka osoba ma już mentalność religijną, ale jest to mentalność ciągle w dużej mierze naturalistycznie religijna, słabo ewangeliczna, słabo nadprzyrodzona z silnymi elementami mentalności tego świata. Widać to szczególnie wyraźnie, jeśli jest ona uwrażliwiona (czy przewrażliwiona) na wymiar nadzwyczajnościowy. (Mamy z tym problem w naszym domu rekolekcyjnym w Zwoli koło Poznania. Pojawiają się u nas osoby z fascynacjami nadzwyczajnościowymi, prywatnoobjawieniowymi, a jeśli do tego dołączą jeszcze wątki spiskowe, to jest wiele rzeczy do prześwietlenia.)

    Wróćmy jednak do drugiego mieszkania. Teresa mówi, że przebywająca w nim osoba jest zaproszona i ma pierwsze przebłyski tzw. myślenia entendimiento, czyli zaczątki myślenia mądrościowego. Biblia nazywa to nous, a my na Zachodzie nazywamy to mens. Jest to mądrościowy intelekt czy mądrościowy rozum, który kiedyś będzie widział Boga twarzą w twarz. Poszukuje on prawdy i jakiegoś tejże prawdy pojmowania, przyjmowania i poddania jej swojego dotychczasowego myślenia. Jest to myślenie contra myśleniu “ulicznemu”, opartemu na subiektywnych opiniach, poglądach, prywatnych zdaniach czy wręcz plotkach. Człowiek w drugim mieszkaniu zaczyna być gotowy na prześwietlenie swojej dotychczasowej mentalności we wszystkich wymiarach. I ma już początki tego. Staje się otwartyna to, co dziś nazwalibyśmy doświadczeniami rekolekcyjnymi.

    Dotykają go na tym etapie pewne pokusy.

    U niektórych mogą to być kuszenia intelektualistyczne (“im więcej wiem, tym bardziej jestem świątobliwy”). Teresa widziała je u osób, które słuchały tzw. letrados (uczonych). Część z nich to byli jej przyjaciele dominikanie.

    U innych to mogą być kuszenia do bycia człowiekiem duchowo przegrzanym. Polegają one na przeakcentowaniu doświadczeń, przeżyć, doznań. Tacy ludzie woleli słuchać tzw. espirituales, czyli – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – osób charyzmatyczno-mistycznych, które bardzo mocny akcent kładły na doświadczeniu. Nie mówimy tego negatywnie. Kimś takim był np. św. Piotr z Alkantary.

    Teresa się tymi akcentami nie przejmowała. Jeżeli widziała, że letrados nie bredzą wyłacznie intelektualistycznie, to słuchała ich. Ale zapraszała ich jednocześnie, żeby coś im się wydarzyło na modlitwie. Jeśli ktoś był ostrym espiritualem i gadał czy pisał także głupoty, to korzystała z tego, co dobre, ale też mówiła siostrom: “Bardzo proszę, żeby tej książki nie było w bibliotece”. Tak było z książką jednego z episprituales, franciszkanina nazwiskiem Francesco de Osuna. On napisał parę rzeczy genialnych, ale też dwie rzeczy głupie. Od niego zaczerpnęła tzw. modlitwę skupienia, koncepcję duchowej przyjaźni i metaforę zamku. A bzdury odrzuciła.

    Jedni więc kładli bardzo mocny akcent na wiedzy, inni bardzo mocny akcent kładli na doświadczeniu (bywało, że z dewiacjami). Teresa czerpała z obydwu tych nurtów, próbowała je połączyć. Jeśli mogła “wydoić” dobrego letradosa, to robiła to. Jeśli espiritual nie bredził skrajnie, to również mogła się z nim dogadać.

    U wspomnianego Ludolfa z Saksonii było połączenie bycia letrado espiritual.

    Podsumujmy teraz doświadczenia drugiego mieszkania.

    Drugie mieszkanie to taki misz-masz: trochę życia duchowego, trochę życia religijnego, trochę życia według świata. W drugim mieszkaniu czytasz książki, nadal korzystasz z sakramentów, zaczynasz pielęgnować pierwszą medytację. Zdajesz sobie sprawę, że twoje myślenie jest strasznie pomieszane. Jeżeli do tego dodasz trochę pokory, żeby być pouczanym, to przechodzisz do trzeciego mieszkania.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 3). W którym miejscu jesteś Ty?

    To kluczowy etap życia duchowego – tak trzecim mieszkaniu “Zamku wewnętrznego” św. Teresy z Ávili mówi nasz przewodnik o. Serafin Maria Tyszko OCD. Oto kolejna rozmowa przedstawiająca etapy życia duchowego – tak jak je opisuje wielka hiszpańska mistyczka. Kolejne rozmowy o kolejnych etapach (mieszkaniach) ukazywać się u nas będą wieczorami w najbliższych dniach.

    Jarosław Dudała: Co jest w trzecim mieszkaniu “Zamku wewnętrznego”?

    o. Serafin Maria Tyszko: Teresa początkowo opisuje to bardzo obiecująco. W tym mieszkaniu dana osoba pogłębia swoje życie modlitwy. Modli się modlitwą medytacyjną (rozważaniami karmiących ją tekstów książek czy kazań). Pielęgnuje jakąś wstępną jakość modlitwy zażyłości wewnętrznej. Teresa nazywa to oracion mental. To wewnętrzna modlitwa umysłu i serca, polegająca na tratar d’amistad, czyli na przyjacielskim, zażyłym dialogalnym obcowaniu z Tym, o którym wiem, że mnie miłuje.

    Teresa rozróżnia trzy elementy: myślenie mózgowe (seso), myślenie racjonalne (rozum, razón) oraz entendimiento. To ostatnie to umysł/inteligencja mądrościowa/kontemplacyjna, ściśle połączona z miłującym głębokim sercem.

    Wszystko to się budzi w trzecim mieszkaniu. Teresa na tym etapie ma swoje dni skupienia, rekolekcji. Stara się być oszczędna w prowadzeniu domu. Nie prowadzi głupich rozmów. Wie coś na temat niektórych elementów pokuty. Zasadniczo jednak pielęgnuje modlitwę. Zaczyna myśleć mądrościowo. Ma poukładane wiele rzeczy. Ma swoje godziny skupienia i samotności. Dobrze prowadzi dom. Nie dba przesadnie o ubiór (a miała z tym kłopot w swoim czasie).

    I wydawałoby się, że to już daje jej dość dużą dyspozycyjność duszy i życia, żeby ruszyć dalej. Tymczasem okazuje się, że sporo elementów z tego wszystkiego to fasada. Teresa mówi, że przychodzi wtedy próba miłości – Bóg podkręca światło duchowego rentgena, które prześwietla i zaczyna “dobierać się” do ukrytych motywacji i intencji.

    Okazuje się wtedy, że na poziomie motywacji mamy do czynienia gorliwym najemnikiem. To mentalność roszczeniowa: “mam prawo”, “należy mi się”, “co ja będę z tego miał?, “jak się łatwiej zbawię?”, “jak sobie pomóc?”. Taka osoba jest przesadnie chętna do pomagania innym. Za dużo gada. Głosi za dużo niezamówionych kazań. Jest zbyt ułożona, co grozi jej faryzeizmem. Jest zbyt uporządkowana i – co gorsza – pokłada nadzieję w tym uporządkowaniu. Jest obrażalska. Nie rozumie, dlaczego Bóg dostarcza jej czasem cierpień, skoro ona tak haruje… (W dodatku w ramach próby miłości wyświetla jej rzeczy, których ona się wstydzi.) Chętnie porównuje się z innymi. Ma trochę ducha osądzania.

    Św. Jan od Krzyża nazywa to siedmioma niedoskonałościami początkującego. A wyświetlanie tych niedoskonałości Jan nazywa zwiastunem nocy ciemnej. Według niego, pierwsza noc ciemna dzieje się między trzecim a czwartym mieszkaniem, kiedy Bóg rozświetla ludzką historię. Pojawia się oschłość. Gorliwość słabnie, bo człowiek myślał, ile będzie z tego miał – ze zbawieniem wiecznym włącznie, żył w dużej mierze dla siebie, a tu coś takiego… Wydawałoby się, że dbanie o swoją duszę jest dobre. Tak, ale okazuje się, że motywacje takiej troski są średniutkie…

    Sama Teresa w swoim czasie była bardzo obrażalska. Miała fanów, którzy przychodzili do niej do rozmównicy (klasztor na tym zarabiał), prowadziła tam rozmowy, ale było w tym więcej teatru niż dzielenia się życiem Bożym. Gdy któraś z sióstr ją napomniała, to od razu była wielka obraza majestatu…

    Czyli wydawałoby się, że w trzecich mieszkaniach dzieją się rzeczy uporządkowane, ale z dużą dozą mentalności gorliwego najemnika religijnego. Takiego, co to, jak mu nie płacą, to nie ma po co się wysilać. (“A myśmy opuścili wszystko, co będziemy z tego mieli?” – pytali uczniowie Jezusa.) Dla człowieka z trzeciego mieszkania nie do przyjęcia są słowa Pana Jezusa: – Mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: “Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”. Bo jak to? On tu prowadzi porządne życie duchowe, a mówią mu, że jest sługą, który – jak mówi dosłownie grecki oryginał – do niczego się nie nadaje?! Śmiechu warte!

    Co w tej sytuacji radzi Teresa? Mówi, że jeżeli taka osoba nie przyjmie pewnych wymagań, to do końca życia będzie się błąkać między pierwszym a trzecim mieszkaniem. Niekoniecznie wyjdzie na zewnątrz zamku, choć i to może się wydarzyć.

    Według Teresy, chodzi przede wszystkim o odkrycie zamieszkania Boga Ojca, i Syna, i Ducha Świętego w tabernakulum mojego sumienia, serca i umysłu. Pismo Święte nazywa to “izdebką”. To jest nawet bardziej esencjalne od obecności sakramentalnej w tabernakulum. To jest ważniejsze od przenikającej obecności Jezusa przy i ze” mną, bynajmniej tych innych epifanii nie negując. Chodzi o to, że Trójca Święta mieszka w najgłębszej sferze człowieka, a chce zamieszkać w całym jego człowieczeństwie poprzez “przefermentowanie”.

    Rzecz w tym, żeby człowiek nie wpadał do tej izdebki jak po ogień. Chodzi o to, żeby człowiek zamieszkał w łonie Trójcy, a Trójca w nim. Wtedy List do Efezjan nazwie go domownikiem Boga. Św. Paweł mówi: nie jesteście już obcymi, ani gośćmi, ani przechodniami, którzy wpadają jak po ogień, nie wpadacie tylko na moment modlitwy. Ani Bóg nie jest już tylko gościem w duszy człowieka. W trzecim mieszkaniu to doświadczenie jest jednak jeszcze niemożliwe.

    Każdy grzech ciężki to automatycznie opuszczenie zamku?

    No, nie do końca. Rozróżniamy między grzechem ciężkim a śmiertelnym – to zależy od stopnia świadomości i dobrowolności, mówiąc dzisiejszym językiem.

    Jeśli ktoś już jest domownikiem Boga, to nawet jeśli dokona jakiego strasznego grzechu, to – według Teresy – Trójca się od niego nie wyprowadza, jak twierdziło wówczas wielu moralistów. Owszem, kontakt jest wtedy osłabiony, ale nie zniszczony. Ważne jest, jak szybko ta osoba wróci. Może nie zdąży jeszcze wyjść z zamku? W każdym razie – według Teresy – Trójca tej osoby nie opuszcza, bo ona ma “przygrzanie” chrzcielne. To jest największa szansa dla człowieka.

    Jeżeli jednak dana osoba przestanie się modlić albo wraca do modlitwy ustnej, to się cofa. Pozostaje w mentalności typu: “pracuję na taśmie produkcyjnej i patrzę, co z tego mam”. Ale – uwaga! – nie chodzi o zupełne odrzucenie modlitwy ustnej. Problem pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś w modlitwie ustnej pokłada nadzieję. Gdy przestaje słuchać Słowa Bożego i sensownych materiałów, a przesadnie szuka tego, co jej bardziej smakuje, np. objawień prywatnych. W czasach Teresy to było bardzo częste. Takich ludzi nazywano alumbrados (oświeceni).

    Niebezpieczeństwo szukania religijnej sensacji pojawiało się już w drugim mieszkaniu.

    Tak, ale w trzecim ono może ulec wzmocnieniu, bo pojawia się w nim duchowa oschłość.

    Nowym elementem charakterystycznym dla tego etapu (oprócz wytrwałego pielęgnowania modlitwy wewnętrznej i duchowej walki, czyli  usilnego ascetycznego zmagania, które jest dominantą w drugim mieszkaniu), jest zaproszenie do pokory. Na czym – między innymi – polega pokora? Na realizmie życia duchowego: na rozumieniu, że trudności czy pokusy, które się przytrafiają, mają prawo się przydarzyć. Skoro przytrafiały się Jezusowi, to byłoby dziwne, gdyby nie przytrafiły się Jego uczniowi/uczennicy. Jakie trudności? Oschłość, przykre doświadczenia, napomnienia, nieudane przedsięwzięcia, myśli typu: “co ja właściwie z tego mam?”

    Popadanie w te same grzechy? I wynikające z tego samoupokorzenie?

    Może tak być.

    Ważne, by w takiej sytuacji pielęgnować ducha wiary i pokory, przede wszystkim na bazie dobrej lektury, a zwłaszcza pomocy dobrego spowiednika. Taka osoba w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że sama nie poradzi sobie, żeby pójść dalej, a Bóg jakby zamilkł. Pojawia się potrzeba odsłonięcia swego sumienia wobec sensownego spowiednika czy kierownika duchowego.

    Teresa pisze, że – żyjąc w zakonie – przez 15 lat nie mogła znaleźć księdza, który by ją poprowadził dalej. Ludzie krytyczni – a tak się składa, że ja również do nich należę – pytają: “Nie mogła czy nie chciała znaleźć?” Bo jej w tym stanie było dobrze (do pewnego momentu). Coś tam praktykowała, cieszyła się szacunkiem, tata dowoził jej dobre rzeczy do klasztoru, miała swoich fanów, przychodzili do jej rozmównicy, patrzyli w nią jak w obrazek – i mężczyźni, i kobiety – dawała niektórym dobre rady itp. itd. No to czego jej jeszcze brakowało?

    Okazało się jednak, że głęboka motywacja była kiepska, przynajmniej do jakiegoś stopnia. I Bóg to wyświetlał – i dziś wyświetla – poprzez oschłość czy trudne doświadczenia. Św. Jan od Krzyża nazywa to pierwszą nocą ciemna, nocą sentido, czyli nocą płytszej warstwy duszy: zmysłów, wyobraźni, fantazji wspominkowej, pamięci, zbyt subiektywnego myślenia etc. Jeżeli doznająca jej osoba nie znajdzie kogoś, kto ma doświadczenie i wiedzę, kto potrafi dobrze doradzić, to ta osoba będzie się błąkać i wracać do starych śmieci. A czasem może w ogóle się wycofać, myśląc sobie: “co się będę wygłupiać, przeciętna kościelna jest lepsza…”

    Natomiast jeżeli taka osoba wytrwa w modlitwie, mimo braku odczuwalnych korzyści, jeżeli będzie się modlić nie po to, żeby coś z tego mieć, ale żeby Bóg coś z tego miał – to co innego.

    W trzecim mieszkaniu są jednak dopiero zalążki takiej postawy. W pragnieniu taka osoba jest gotowa oddawać się Bogu, tyle że woli raczej robić coś dla Boga (potrafi być posługująca w apostolstwie i układzie charytatywnym – pisze Teresa). Same dobre rzeczy – wydawałoby się. Ale dla swojego zysku, przynajmniej po części na pokaz. A niech się to tylko komuś nie spodoba… Teresa była chora – jak sama pisze – skrajnie na to, żeby się podobać ludziom. Pisze o tym dwukrotnie, bardzo mocno. Całe jej życie religijne działo się w dużej mierze w tym kluczu.
    Jeśli jednak osoba na tym etapie zgodzi się wytrwać w modlitwie, dobrej lekturze, zgodzi się na pielęgnowanie okresów modlitwy, na oderwanie się od kiepskich relacji, oderwanie się od ducha tego świata i przyjęcie kierownictwa duchowego, czyli postawy: “ja sobą nie rządzę, chcę, żeby Jezus mną rządził poprzez Kościół”, to wejdzie w etap pentekostalny, etap bezpośredniego działania Ducha Świętego przejmującego kierownicę jej życia. Taka osoba do tej pory pukała do kolejnego, czwartego mieszkania, ale jego w drzwiach nie ma klamki. Pukała do drzwi, ale Jezus naradzał się z Duchem Świętym: “Nie możemy jej otworzyć, bo to jest dla niej niebezpieczne. Ogień czwartego mieszkania by ją spalił”. Taka osoba nie posiadała dotąd wystarczającej dyspozycyjności, ale teraz już ją ma.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 4). W którym miejscu jesteś Ty?

    Czwarty etap życia duchowego – czyli czwarte mieszkanie opisanego przez św. Teresę z Ávili “Zamku wewnętrznego” – to okres pentakostalny. Wybija nowe źródło. Ale też przychodzi pierwsza noc ciemna. Naszym przewodnikiem po tym okresie jest doświadczony karmelita bosy o. Serafin Maria Tyszko.

    Jarosław Dudała: Czego doświadcza się w czwartym mieszkaniu “Zamku wewnętrznego”?

    O. Serafin Maria Tyszko: Udzielanie się Boga charakterystyczne dla czwartego mieszkania – nazwijmy je udzielaniem charyzmatyczno-teologalnym – może mieć miejsce już w mieszkaniu pierwszym, ale jest to niestałe. Np. może to być modlitwa skupienia i odpocznienia.

    Modlitwa nadprzyrodzonego skupienia polega na tym, że człowiek nie musi się starać o skupienie. Klęka czy staje do modlitwy – i skupienie na niego spływa jakby samo. Oczywiście, “samo” nie w sensie magicznym. Ale przychodzi skupienie, które czasem zamienia się w słodycz odpocznienia. Osoba odpoczywa w Osobie. To już nie jest tylko modlitwa czy życie duchowe na poziomie cnót (choć to też), ale bardziej na poziomie osobowym, osobistym, intymnym.

    To jest okres pentakostalny. Wybija nowe źródło.

    Na styku trzeciego i czwartego mieszkania dokonuje się też przejście przez pierwszą noc ciemną. W jej trakcie Duch Święty za przyzwoleniem człowieka i z jego współpracą przeprowadza go z poziomu sentido (płytszej części duszy) na poziom espiritu (głębszy poziom rozumu-umysłu, woli-serca i pamięci) w kierunku trynitarnego źródła chrzcielnego wytryskającego w czwartym mieszkaniu.

    Pogłębia się i intensyfikuje nawrócenie (druga metanoia). Mniej jest egocentrycznego “kręcenia się” wokół siebie na rzecz “kręcenia się” wokół epicentrum mojego człowieczeństwa i mojego życia, jakim jest osoba Jezusa, który wraz z Ojcem i Duchem zamieszkuje w izdebce mojego głębokiego serca. Oczyszczają się motywacje i intencje mojego postępowania i działania. Stają się bardziej darmowe, mniej najemniczo-interesowne, także w sensie religijnej opłacalności. Oczyszczają się i rozwijają teologalne cnoty: wiary, ufnej nadziei i miłości agape. Wiele dobrych rzeczy się dzieje.

    Mimo to, taka osoba nie jest w stanie doświadczyć definitywnego nawrócenia i nie jest w stanie całkowicie oddać się Bogu – uważa Teresa – ponieważ ciągle zależy jej na sobie, ale nie w kluczu miłowania siebie, tylko w kluczu egocentrycznej miłości własnej. Motywacja służenia Bogu ciągle nie jest w pełni oczyszczona. Dlatego taka osoba może fałszywie zinterpretować to, że Bóg się jej udziela, np. “Bóg mi się udziela, bo mi się to należy”. Albo: “Bóg mi się udziela, bo widocznie na to zasłużyłem”. Dlatego co pewien czas taka osoba doznaje zjazdu w dół, bo przywłaszczyła sobie działanie Ducha Świętego. Poza tym, bardziej mogą ją interesować duchowe dary czy przeżycia aniżeli Osoba. To zainteresowanie Osobą trochę się pojawia, a potem trochę słabnie.

    Choć w czwartych mieszkaniach Bóg udziela się ludziom intensywnie, to przemyka im czasem myśl: “Ale tak się Bogu całkowicie wydać…? Tak całkowicie stracić siebie…? Tak się zupełnie poddać…? To trochę niebezpieczne…” I dlatego człowiek w pragnieniu już tego chce, ale niekoniecznie jest do tego zdolny.

    Istnieje więc zjawisko, które nierzadko występowało i dawniej, i występuje teraz – zjawisko cofnięcia się. Polega ono na przejściu od Kogoś do czegoś. Ludzie mogą wracać do poszukiwania doznań (to taka “charyzmatomania”, przy czym ja bynajmniej nie neguję doświadczeń charyzmatycznych). Albo przechodzą na pracoholizm (“bo coś z tego mam”). Albo osłabiają modlitwę wewnętrzną na rzecz medytacji dyskursywnej, zbyt aktywnej czy wręcz aktywistycznej, bo chcą coś z tego mieć dla siebie. Albo pakują się w jeszcze inne rzeczy po to, żeby zyskać satysfakcję. Teresa nazywa to zadowoleniem – świętym czy nieświętym. Nierzadko jest ono nieświęte – “ja coś jednak muszę z tego mieć. Mam siebie zupełnie stracić? Czyli wszystko oddać? Co ja z tego będę miał?”. Tymczasem im bardziej się straci, tym bardziej się nie straci. Takiego myślenia nie można jeszcze osiągnąć w czwartym mieszkaniu – mimo, że źródło już wybiło, że jest już nowa jakość życia duchowego. Bo ta osoba przeszła już przez pierwszą próbę miłości, przez pierwszą noc.

    Dzieje się wtedy bardzo wiele dobrych rzeczy: osłabiają się, oczyszczają się niedojrzałe motywacje. Pojawia się nowa jakość metanoiczna. Pojawiają się różne doświadczenia: “rogaliki”, “faworki” i “mercedesy”, czyli regalos (przejawy czułości), favores (przejawy przychylności), mercedes (przejawy miłości), ternuras (rozrzewnienia) i różne inne historie.

    Jeśli dana osoba pielęgnuje wytrwale desasimiento czyli święte oderwanie od wszystkiego, co niższe od Boga i od niej samej, zgadza się na oschłości, przestaje marudzić i narzekać, zgadza się na pewne słuszne cierpienia, nadal kontaktuje się z dobrymi spowiednikami, czyta, co trzeba, zgadza się na pielęgnowanie pokory, zgadza się na to, że Bóg może działać, kiedy chce, jak chce, komu chce i ile chce – to przechodzi do piątego mieszkania.

    Duch Święty w czwartym mieszkaniu przygotowuje człowieka, żeby wydarzył mu się okres paschalny. Bo nie da się bez Ducha Świętego żyć paschalnie. A życie paschalne to właśnie piąte mieszkanie zamku wewnętrznego.

    A nim i o kolejnych mieszkaniach powiemy w kolejnych rozmowach w najbliższych dniach.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 5). W którym miejscu jesteś Ty?

    Etap piątego mieszkania nie jest po to, żeby być lepszym, tylko po to, żeby być maleńkim. Pustym. Z pustymi rękoma. Dyspozycyjnym – mówi o. Serafin Maria Tyszko. Doświadczony karmelita jest naszym przewodnikiem po piątym mieszkaniu “Zamku wewnętrznego” św. Teresy z Ávili, czyli piątym etapie życia duchowego.

    Jarosław Dudała: Dotarliśmy już do piątego mieszkania “Zamku wewnętrznego”. Co się w nim dzieje?

    O. Serafin Maria Tyszko: Dużo rzeczy się dzieje. Niektóre są bardzo tajemnicze, wręcz niejasne. Dokonuje się wtedy definitywne nawrócenie.

    Nawrócenie definitywne nie jest tożsame z nawróceniem głównym.

    Nawrócenie główne Teresy dokonało się między trzecim a czwartym mieszkaniem albo na początku czwartego. Jest o nim mowa w rozdziale 9 innego dzieła św. Teresy, “Księgi życia”. Było to w roku 1554 r. Nawrócenie główne polega na głębokim skruszeniu serca, żalu za grzechy. Wtedy też pojawia się wdzięczność, gorliwość wdzięczności Bogu: “On mnie umiłował i wydał siebie za mnie. Umarł za mnie. Wziął cały mój grzech na siebie. Cały grzech ludzkości wziął na siebie. Dlatego ja przechodzę na wdzięczność, gorliwość wdzięczności”. To były bardzo ważne wydarzenia w ramach jej głównego nawrócenia.

    Ono się trochę powtarzało, aż 2–3 lata później doszło do nawrócenia definitywnego (mówi o nim 24 rozdział “Księgi życia”). Dokonało się ono mocą Ducha Świętego, ponieważ jezuita, który jej posługiwał, polecił jej codzienne recytować z gorliwością “Veni Creator Spiritus” (Stworzycielu Duchu, przyjdź). To był młody zakonnik, o. Juan de Pradanos (27-28 lat). Miał takie nadprzyrodzone natchnienie-rozeznanie, że tylko sam Duch Święty może tę kobietę definitywnie nawrócić albo w swej bezradności scedował wszystko (i słusznie) na Ducha Świętego. Albo po trochu jedno i drugie. W każdym razie załatwił ją! Wtedy dokonało się jej najgłębsze oczyszczenie od zależności od opinii ludzkiej. Od tego, żeby się wszystkim podobać, żeby się z każdym dogadać w kluczu kompromisowym, żeby wszyscy ją lubili. I od dziesiątków innych rzeczy. Odtąd przestało jej na tym zależeć.
    Nawrócenie definitywne jest genialne, bo ono przechodzi ponad poziomem przeciętnej moralności (“odtąd już nikt mi nie musi niczego nakazywać”). Czyli: dokonuje się pogłębienie spotkania, zaczątek zjednoczenia – od zalotów przechodzimy do narzeczeństwa – i wtedy ta osoba nie boi się już oddać Bogu na amen. Bo wcześniej (w trzecim i czwartym mieszkaniu) miała taką mentalność, że chciała być lepsza. Niekoniecznie lepsza od innych, ale ogólnie lepsza. Doskonale opisał to zmarły parę lat temu o. Wilfrid Stinissen OCD. Nazywał to “wzmacnianiem mięśni religijnych”. Tymczasem etap piątego mieszkania nie jest po to, żeby być lepszym, tylko po to, żeby być maleńkim. Pustym. Z pustymi rękoma. Dyspozycyjnym.

    Teresa to opisuje w sposób bardzo dramatyczny. To jeden z jej najbardziej dramatycznych tekstów (średnio przetłumaczony na polski). Pisała mniej więcej tak: Żyłam w cieniu śmierci – pisała po 19 latach w zakonie (!). – Żyłam w śmiertelnej śmierci. Musiałam nie rozumieć, że dopóki nie stracę na tym poziomie duchowym zaufania do siebie, nie mogę się rozwijać. Kręcę się w kółko. Jestem uzależniona od opinii ludzkiej, od ludzkich sentymentów, od własnych sentymentów, od swojego falowania i od dziesiątków innych rzeczy. Aż wreszcie padła na twarz: “Nie mogę tak dalej żyć. Ani Bóg mnie nie cieszy. Ani świat mnie nie cieszy. Takie życie dalej też mnie nie interesuje”.

    W piątym mieszkaniu dzieją się najważniejsze rzeczy. Z poczwarki wyskakuje motyl. Okazuje się być piękny, dlatego, że jeśli dany człowiek zgodził się na różne oczyszczenia nocy ciemnej, próby miłości, to całe piękno, które ma w sobie, może się wreszcie ujawnić. To piękno dziecka Bożego. Ono ma prawdziwe życie – to, co nazywany dzoe. To już nie jest tylko bios czy psyche, ale to jest życie samego Jezusa w nas. Ono się wreszcie ujawnia jak  piękny motylek, który wyskoczył z kokonu. Wydawało się, że tam jest brzydka poczwarka, a tu taki piękny motyl…

    Jeżeli ktoś uczciwie i z całą gorliwością zmierza w kierunku duchowym, dziwne by było, gdy przynajmniej do początku piątego mieszkania nie dał się doprowadzić, ponieważ bardzo intensywne działania Ducha Świętego w czwartym mieszkaniu mają daną osobę doprowadzić do tego, by w mieszkaniu piątym stała się osobą na wskroś paschalną. Osobą ukrzyżowaną, paschalną, przaśną, oddaną Bogu, nawróconą definitywnie, uświęcająca się, nienależącą do siebie, niefunkcjonującą w mentalności najemniczej i do dziesiątków innych, wspaniałych rzeczy.

    Poza tym, w piątym mieszkaniu pogłębiają się obecne już wcześniej doświadczenia ekstatyczne. W przypadku Teresy było tego dużo. W innych osobach też. W tej chwili widzimy tego mniej. Owszem, widzimy doświadczenia charyzmatyczne, ale mniej ekstatyczno- mistycznych. A u niej w piątym mieszkaniu działo się tego bardzo dużo. Tłumaczymy to z jednej strony tym, że ona miała być duchową matką bardzo wielu osób, w Karmelu i nie tylko, z drugiej strony jej uzależnienia rodzinne i ad extremo emocjonalne zniewolenia , by wszystkim się podobać były tak mocne, że Bóg uznał, że potrzeba głębszego oczyszczenia. A jednocześnie Teresa pisała: ” Bóg moje wykroczenia karał przejawami czułości”. Czyli to miłość ją wyprowadziła z tych uzależnień, a nie doświadczenia negatywne.

    Tak więc w piątym mieszkaniu zaczynają się piękne rzeczy. Z zalotów przechodzi się do narzeczeństwa. Odsłania się wątek oblubieńczy.

    Nie ma już żadnych niebezpieczeństw?

    Niebezpieczeństwa są właściwie podobnych do tych w czwartym mieszkaniu: takie, że “właściwie to mi się to jednak trochę należy…” Teresa pisze: “Dopiero ptaszynie pióra porosły, musi być bardzo uważna”.

    Nawiasem mówiąc, ona przy tym cały czas duchowo uwodzi, kokieteryjnie pisze: “Dlaczego zgodziliście się przejść do czwartego mieszkania, a nie chcecie pójść dalej? Dlaczego zgodziliście się przejść do piątego, a nie chcecie pójść do dalszej części piątego?”
    W każdym razie niebezpieczeństwa polegają na tym, że dana osoba może na tym etapie pół chcący, pół niechcący przywłaszczać sobie Boże udzielanie się jej, zamiast – jak mówi św. Teresa z Lisieux – stawać z pustymi rękoma i natychmiast wszystko wydawać Jezusowi; niczego sobie nie przypisywać i niczego sobie nie przywłaszczać. Oczyszczenie z tego elementu zawłaszczania i przypisywania sobie nastąpi dopiero po ciemnej nocy ducha. Po niej już go nie będzie. Wtedy taka osoba jest nieużytecznym sługą, a jednocześnie jest królewskim synem/królewską córką. Wtedy nic nie jest zdolne wyprowadzić ją z tego stanu.

    Chociaż… Teresa pisze, że nawet w szóstym mieszkaniu trzeba być uważnym. Bo nadal utrzymuje się miłość własna i zależność od ludzkiej opinii, a mogą przyjść bardzo bolesne doświadczenia być wzgardzonym, odrzuconym, wyśmianym, osądzonym, skasowanym. Może się wtedy pojawić pytanie: “Dlaczego takie rzeczy mi się dzieją?!” Nie ma natomiast jeszcze przekonania, że to się może dziać! I że to jest zaszczyt, bo mogę uczestniczyć w tym, w czym uczestniczył Jezus. Mówiąc dokładniej, takie przekonanie już w człowieku jest, ale ono nie jest jeszcze ugruntowane, ponieważ nie przeszedł on jeszcze ciemnej nocy ducha.

    W piątym mieszkaniu dzieją się jeszcze inne, bardzo tajemnicze doświadczenia. Człowiek jest momentami tak ogarnięty obecnością i działaniem Bożym, że jako “umarły” żyje jakby bez siebie, jakby on już w ogóle nie działał, a żył w nim i działał Ktoś Inny, komu jest on całkowicie paschalnie poddany, dla siebie stracony.

    Teresa pisze, że człowiek jest obserwatorem życia Boga w sobie. Że ma wrażenie, że umarł, a żyje. (Podobnie pisał św. Paweł: że umarł, że kto inny żyje w nim. A jeśli żyje w ciele, to żyje wiarą w Tego, który wydał za mnie samego siebie.) Aby w sobie to paschalne dzoe (wieczne Życie samego Jezusa) utrzymać i dalej rozwijać Teresa podpowiada: pielęgnuj usilnie modlitwę, pielęgnuj pokorę, bojaźń Bożą, wdzięczność, niczego sobie nie przypisuj, niczego nie przywłaszczaj.

    A potem przychodzi coś, o czym mówienie to już trochę bełkot… Do piątego mieszkania włącznie to jeszcze można o czymś mówić. Ale mówić o nocy ciemnej ducha…

    To już mieszkanie szóste?

    Na styku piątego i szóstego albo na początku szóstego.

    To pomówimy o tym w kolejnej, ostatniej już rozmowie.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część ostatnia, 6-7). W którym miejscu jesteś Ty?

    To już ostatnia część rozmowy o etapach życia duchowego. Dziś o. Serafin Maria Tyszko OCD mówi o szóstym i siódmym, czyli o najgłębszych mieszkaniach “Zamku wewnętrznego”. – Przeciętny układ ewangelizacyjny mówi: jak Jezus będzie na pierwszym miejscu, to wszystko inne będzie na swoim miejscu. I my się z tym zgadzamy, ale mówimy, że to jest początek, nie koniec. I że chcemy dać się doprowadzić do momentu, w którym On będzie jedyny. Niczego nie czynię już sam. W ogóle nie ma czegoś takiego, że ja czynię coś dla Boga, służę Bogu. To jest coś więcej: On żyje we mnie, a ja… nie żyję,… a żyję – mówi o. Serafin.

    Jarosław Dudała: Co dzieje się w szóstym mieszkaniu wewnętrznego zamku?

    O. Serafin Maria Tyszko: Wtedy nawet ten piękny motylek, o którym mówiliśmy wcześniej, ma umrzeć. Ponieważ to Jezus ma się we mnie objawić, a nie moje piękno. Nie moje piękno objawia się w Chrystusie, ale Chrystus objawia się we mnie. Ten motylek może mi dawać zadowolenie z tego, że takie wspaniałe rzeczy są we mnie. A Chrystus chce mnie od tego oderwać. I mówi: “Za bardzo się zachwycasz tym motylkiem – dobrym i pięknym. To jest coś pięknego, ale nie o to tylko chodzi. To wszystko pochodzi ode mnie, ale Ja chcę, żeby to też umarło. I to są najstraszniejsze rzeczy, jakie się dzieją po tej stronie – ciemna noc ducha.

    Jak pisze św. Jan od Krzyża, osoby, które rozpoczynają ciemną noc ducha, przeważnie w tym stanie umierają. Rzadko wydostają się do szóstego i siódmego mieszkania. Zastanawiam się, czy w ogóle warto o nich mówić…

    Warto!

    W siódmym mieszkaniu wszystko się upraszcza. Znikają nadzwyczajności. Człowiek łączy w sobie Martę i Marię. Żyje trzeźwym życiem nazaretańskim. Wie, że nic się mu nie należy, ale wszystko ma. Niczego nie pożąda, bo nic mu już nie jest potrzebne do szczęścia. Przechodzi od Jezusa, który jest pierwszy do Jezusa, który jest jedyny. Przeciętny układ ewangelizacyjny mówi: jak Jezus będzie na pierwszym miejscu, to wszystko inne będzie na swoim miejscu. I my się z tym zgadzamy, ale mówimy, że to jest początek, nie koniec. I że chcemy dać się doprowadzić do momentu, w którym On będzie jedyny. Niczego nie czynię już sam. W ogóle nie ma czegoś takiego, że ja czynię coś dla Boga, służę Bogu. To jest coś więcej: On żyje we mnie, a ja… nie żyję,… a żyję.

    W ciemnej nocy ducha zostaje mi jakby zabrane moje życie duchowe. Bo w piątym mieszkaniu mogę się chlubić paschalnością. Chlubić się, że mam życie duchowe. W ciemnej nocy ducha nie mam (w sensie: nie posiadam) własnego życia duchowego. To życie duchowe Jezusa we mnie posiadło  mnie całkowicie. Nic (hiszp. nada) nie mam, a jednocześnie posiadam wszystko (todo), ale na sposób czystego daru jako całkowicie ubogi, z pustymi rękami.

    Poza tym, na styku ciemnej nocy ducha i przeobrażającego zjednoczenia dokonują się duchowe zaślubiny duszy z Jezusem Oblubieńcem. W przypadku Teresy miały miejsce różne przejawy, różne znaki tego zaślubienia: złoty naszyjnik, pierścień z gwoździa Krzyża, przeszycie, zranienie serca, również tego fizycznego. Teresa usłyszała też pytanie: “Czy chcesz wiedzieć, co znaczy służyć Bogu?” I usłyszała odpowiedź na to pytanie: służyć Bogu to znaczy stać się jakby niewolnikiem, żeby Bóg mógł robić z Tobą, przez Ciebie, co tylko Mu się rzewnie podoba. Kto się na to zgodzi, okazuje się już nie przyjacielem Jezusa, ale oblubieńcem.

    Żeby to się dokonało, trzeba się zgodzić na przeprowadzenie przez ciemną noc ducha. Ale czy to opisywać…? Jak ktoś z czytelników chce, niech sobie poczyta… Byle nie za szybko… Niech poczyta o niej u św. Jana od Krzyża. Prawdopodobnie nie mamy w Kościele zachodnim nikogo, kto w ogóle odważyłby się ją opisywać.

    Wtedy wydaje się, że wszystko jest stracone. Człowiek dochodzi wtedy do różnych styków, beznadziei. Nie ma życia duchowego. Wszystko stracone. Ale coś wewnątrz mu podpowiada: “Nie, spokojnie, spokojnie, tu się bardzo dobre rzeczy dzieją. Bo ty byś chciał się opierać na tym, że masz życie duchowe: «Ja MAM, ja prowadzę głębokie życie duchowe. Bardzo ważne jest, żeby chrześcijanin, katolik, kapłan prowadził głębokie życie duchowe».” A nie o to chodzi. Jest coś więcej. Głębiej. Chodzi o to, żeby On żył w Tobie, a ty – obumarł i nie rządził już swoim życiem.

    Taka osoba może się swobodnie przechadzać między druga połową szóstego i siódmym mieszkaniem. Tam dominantą jest jeszcze głębsze obumarcie niż w piątym mieszkaniu. Jest prostota życia. Prawie zupełnie znikają nadzwyczajne udzielania się Boga. Jest proste życie nadprzyrodzone Jezusa we mnie. Jego życie rządzi moim życiem naturalnym. Jestem odkręcony od siebie. Nie należę do siebie. I wszystkie inne wspaniałości szóstego i siódmego mieszkania.

    Zachęcamy do szóstego mieszkania! (śmiech)

    Są osoby, które dały się tam poprowadzić. Np. babcia Hala z Berdyczowa, 92 lata. Przez jakie noce ciemne ona przeszła!

    Jeśli ktoś wcześniej nie miał doświadczeń miłości, to nawet do głowy mu nie przyjdzie, żeby tego pragnąć. Kojarzy mu się to z jakimś cierpiętnictwem, znęcaniem się Boga nad człowiekiem, krzywdzeniem ze strony Boga. A On chce dotrzeć do najgłębszej warstwy mojej negatywnej otchłani. Tam, gdzie jest tzw. gorzki korzeń grzechu. On chce wypalić ogniem swojej miłości, swojej krwi najgłębsze pokłady śmierci, grzechu we mnie po to, żebym stał się jednorodny, scalony do głębi. Taki stan następuje po ciemnej nocy ducha.
    Jak pan to chce spisać, to ja nie wiem, ale warto próbować… (śmiech)

    ***

    Polecane lektury:

    • Wilfrid Stinissen OCD, Wędrówka wewnętrzna. Śladem św. Teresy z Avili
    • Thomas Dubay SM, Ogień wewnętrzny. Św. Teresa z Ávila, św. Jan od Krzyża oraz Ewangelie o modlitwie
    • Tomás Álvarez OCD, Przewodnik do wnętrza Zamku
    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część ostatnia, 6-7). W którym miejscu jesteś Ty?

    św. Teresa z Avili

    Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________

    Co to jest wiara?

    S. Małgorzata Borkowska: Co to jest wiara?

    s. dr Małgorzata Borkowska OSBKS/ fot. Maciej Świgoń/ Gość Niedzielny

    ***

    Boga nikt nigdy nie widział; jednorodzony Syn o Nim pouczył (J 1,18). A my, nie widząc sami, wierzymy Synowi. Modlitwa wyrasta z wiary, ale też nawzajem umacnia ją i podtrzymuje, kieruje, nadaje sens. Takie sprzężenie zwrotne.

    Nasza relacja z Bogiem opiera się na wierze, i jeszcze raz na wierze; toteż nie powinna zależeć od stanów uczuciowych, ale ma umieć każdy z nich wykorzystać do pogłębienia się i umocnienia. To takie oczywiste przecież. Czytamy, że przystępujący do Boga powinien uwierzyć, że On jest (Hbr 11,6) – i zaraz po tych słowach następuje cały rząd biblijnych przykładów wiary, która trwała i na co dzień, i w próbie; i sprawdzała się nie tylko w słowie, ale także w działaniu i cierpieniu. Streszczeniem takiej postawy są słowa o Mojżeszu: Wytrwał, jakby widział Niewidzialnego (Hbr 11,27); ważne jest tutaj to jakby. Bo nie widział, i nie wmawiał sobie, że widzi, ale trwał w wierności; bo wiara obchodzi się bez widzenia i nie należy jej z nim utożsamiać. Chodzi tu o wiarę działającą, kształtującą życie, czynną; i właśnie dlatego takie istotne jest, żebyśmy nie mylili wiary z naszymi własnymi zmiennymi przeżyciami, uczuciami, które mogą być jej otoczką. Ale nie muszą.

    Co to jest wiara? Postawa człowieka, który umysłem przyjmuje objawienie Boże, a wolą zgadza się na pełnienie jego wymagań. To jest nasza zgoda, zgoda umysłu i serca, na fakt i treść Objawienia Bożego; i ta zgoda, jeśli ma być coś warta, nie może zależeć od zmiennych nastrojów, od uczuć pobożnych (lub nie), od smutnych albo radosnych wydarzeń, od pogody na dworze. Koniecznie trzeba mieć na ten temat jasne pojęcie. Przecież Bóg, skoro istnieje, istnieje nie tylko wtedy, kiedy my gotowi jesteśmy Go zaakceptować, ale zawsze. Pamiętam, jak w czasach mojej młodości jakiś marksista głosił, że chrześcijaństwo w dawnych wiekach było „postępowe”, bo nowe i do czegoś się przydawało, ale teraz jest „wsteczne”, bo stare i już sobie umiemy radzić bez niego. I do głowy mu nie przyszło zapytać, czy jest prawdziwe; obiektywna prawda go nie obchodziła, a tylko prymitywne, pragmatyczne etykietki w rodzaju „postępowy” i „wsteczny”. Dzisiaj podobny problem mają ludzie, którzy uważają, że wiara jest czymś jakby z zewnątrz, jakimś wyczuwaniem istnienia Boga; może więc nawet darem Bożym, ale w każdym razie czymś, co można „mieć” i „czuć”, a potem „stracić”, choćby i przypadkiem; a nie jest naszą własną postawą, postawą której nikt i nic oprócz naszej własnej decyzji zmienić nie może. „Utrata wiary” jest w ich ujęciu mniej więcej takim niezawinionym nieszczęściem (jeśli to nieszczęście), jak utrata torebki, którą wyrwał mi złodziej: koniec, kropka, już jej nie mam, winny jest kto inny, na przykład (gdy chodzi o wiarę) ten czy tamten niedobry ksiądz, a ja sobie jakoś będę radzić bez. Czasem winne są po prostu okoliczności, w których niknie moje poprzednie „poczucie istnienia Boga”, więc trudno, koniec kropka, czego nie ma, tego nie ma, i nic na to nie poradzę. Nawet gdybym chciał – a pytanie, czy chcę. Może to właśnie teraz „już wiem”?
    Grecki sofista Protagoras, głosił, że „człowiek jest miarą wszechrzeczy: tego, co jest, że to jest, a tego, czego nie ma, że tego nie ma”. To było tyle, co powiedzieć, że obiektywna prawda nie istnieje, że dla każdego to jest prawdą, co się mu wydaje; i już wielu innych starożytnych mędrców przeciw temu protestowało, bo gdyby Protagoras miał rację, to w żadnej sprawie, ważnej czy nieważnej, nic pewnego nie można by ani wiedzieć, ani nawet się domyślać. Otóż, jakkolwiek w sprawach mniejszej wagi nikt tego poglądu nie przyjmuje i nie twierdzi na przykład, że skoro z jego okna nie widać Ameryki, to ona nie istnieje – to w sprawie największej wagi aż roi się na świecie od protagorasiątek. Przeszła im „faza pobożna”, „stracili wiarę”, więc znaczy: Boga nie ma. A przedtem był? Może był, zresztą kto tam wie: ważne jest, że oni nie czują już ochoty, żeby był… obejdą się bez. Inaczej mówiąc, ta popularnie nazywana „utrata wiary” może, owszem, być zmarnowaniem daru Bożego, ale takie zmarnowanie jest możliwe tylko pod warunkiem, że się tego daru nie ceniło w rzeczywistości aż tak, jak myśleliśmy. Przynajmniej odkąd nam zaczęło blednąć to uczucie pobożności, które błędnie utożsamialiśmy z wiarą.

    A przecież to uczucie, chociaż od niego bardzo często zaczyna się nawrócenie i droga modlitwy, to jest właśnie wciąż tylko moje uczucie, a nie sam Bóg. Ogromną krzywdę robią ludziom nauczyciele, którzy uczą ich mylić wiarę z pobożnym uczuciem i jeszcze (wbrew doświadczeniu wszystkich świętych) gwarantują im to uczucie na zawsze – chyba żeby „stracili wiarę”. I kiedy uczucie mija, to już nie mają rady, znaczy: stracili, wypadek beznadziejny. A doświadczenie świętych mówi inaczej. Oni cenili ten dar, i właśnie dlatego potrafili nadal go w życiu stosować, chociaż go już – jak to się popularnie mówi – nie czuli. Patrzcie, jak wyglądały długie lata życia św. Wincentego a Paulo; albo ostatni rok życia św. Teresy z Lisieux. Moc wiary jest jak każda moc, musi się doskonalić w słabości, to jest wtedy, kiedy wierzącemu wydaje się, że żadnych podpór czy uzasadnień dla wiary już nie ma, a mimo to pozostaje wierny. Dlaczego pozostaje, dlaczego nie odchodzi, mówiąc „Mam dość” albo „Teraz już wiem, że to wszystko nieprawda”? Właśnie dlatego, że nauczył się, przez długie okresy nie-widzenia (zawsze jednak w końcu przemijające), że jego własne usposobienie jest zmienne i gotowe przeskakiwać z jednej sprzecznej krańcowości w drugą; i że jego zdolności poznawcze, nie pokierowane, nie gwarantują same z siebie poznania prawdy absolutnej. Czyli po prostu, że może się mylić. A sprawa jest zbyt ważna, żeby tu ryzykować pomyłki.

    A jeśli się tego długo uczył, to i może teraz wytrwać nawet w najciemniejszej „nocy wiary”. Jak św. Wincenty, nosi na sercu tekst Credo, żeby go palcem dotykać i przynajmniej tak wyznawać prawdę Bożą, której zdrętwiałe usta nie potrafią przepuścić. Jak św. Teresa, ofiaruje ten ból za ludzi niezdolnych uwierzyć. Ludziom, którzy z natury nie są szczególnie uczuciowi, a których nauczono, że wiara to uczucie, pozostaje już tylko rozpacz – ale też jakim szczęściem i wyzwoleniem jest zrozumieć, że się mylili! Pamiętam udrękę w głosie mojego ojca, który, jak tylu ludzi, myślał, że wiara polega na tym, żeby człowiek odczuwał istnienie Boga. „Córeczko, ja bym chciał uwierzyć, ale nic nie czuję…” – „Ależ, tato, ja także nic nie czuję!” Zdumienie. – „Nic?” – „Nic.” To wyzwoliło jego modlitwę i jego tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Odnalazł Boga, bo zrozumiał, że wiara nie jest odczuciem. List do Hebrajczyków przeciwstawia wiarę „widzeniu”: nie chodzi tu tylko o widzenie optyczne, ale o wszelkie naturalne postrzeganie czy doświadczenie, odczuwalne dla naszych zmysłów.

    Co wobec tego powiedzieć o takich kaznodziejskich sformułowaniach, jak że święci „czasem nawet przez długi czas byli pozbawieni doświadczenia obecności Bożej” – co sugeruje, że normalnie, poza tymi okresami próby, jednak takie doświadczenie stale mieli? Przyjmijmy, że niektórzy ludzie coś takiego odczuwają, ale większość chyba nie; i przyznam się wam, że sama nie potrafię sobie nawet takiego doświadczenia wyobrazić. Jeśli chcecie coś o nim wiedzieć, pytajcie innych nauczycieli; ja mogę wam tylko powiedzieć, że czymkolwiek by takie odczucie było, nie jest na pewno koniecznym warunkiem do służenia Bogu i miłowania Go. Można służyć Bogu i modlić się, i wierzyć także bez tego. Droga samej wiary nie jest na pewno niczym gorszym od drogi wiary wspieranej odczuwalną pewnością, ani nie jest mniejszym darem Bożym.

    A jak z kolei modlitwa wpływa na wiarę? Ćwiczy ją praktycznie i dopracowuje myślowo. A jest tego pilna potrzeba, bo możemy utopić naszą uwagę w realiach życia. Jest w Księdze Syracha (Syr 38,24–34) barwny passus o trudności pogodzenia mądrościowej refleksji z pracą zawodową:

    Uczony w Piśmie zdobywa mądrość w czasie wolnym od zajęć, i kto ma mniej działania, ten stanie się mądry. Jakże może poświęcić się mądrości ten, kto trzyma pług, […] kto woły pogania i całkowicie zajęty jest ich pracą, a rozmawia tylko o cielętach? […] Serce przykładać będzie do tego, by wyorywać bruzdy, a w czasie nocy bezsennej myśli o paszy dla jałówek. […] Tak garncarz, siedzący przy swej pracy i obracający nogami koło, stale jest pochłonięty troską o swoje dzieło; […] Rękami swymi kształtuje glinę, a nogami pokonuje jej opór, stara się pilnie, aby wykończyć polewę, a po nocach nie śpi, by piec wyczyścić.

    A więc, zdaniem Syracha, tylko człowiek dysponujący wolnym czasem i wolnym od trosk zawodowych umysłem może się poświęcić szukaniu mądrości. A to by znaczyło, tylko ktoś, kto ma dochody i nie musi pracować na życie… i to jest dziwne u autora, w którego epoce właśnie najsławniejsi uczeni w Piśmie – jak Hillel – żyli z rzemiosła, i właśnie znad swojego warsztatu potrafili kierować nieustanną myśl ku Prawu Bożemu. Taki ideał podjęli nieco później Ojcowie Pustyni, którzy cały dzień spędzali na pracy zarobkowej, ale z tej pracy potrafili robić nieustającą modlitwę. A my dziedziczymy po nich warunki życia i pojęcia myślowe, płynące z wiary. Nie, Syrach nie miał racji: do życia modlitwy powołani jesteśmy wszyscy, niezależnie od stanu i zawodu; i na tym polega cała nauka, żeby ten swój realny stan i zawód umieć wykorzystać jako punkt startu modlitwy, a nie zaprzepaścić, uznając go za przeszkodę i nic więcej. Oczywiście pozostaje prawdą, co już nieraz powiedzieliśmy, że z takiego wykorzystania nic nie wyjdzie, jeśli człowiek nie umie albo nie widzi potrzeby znaleźć mimo wszystko w swoim życiu także czas poświęcony wyłącznie modlitwie. Wtedy rzeczywiście zatonie z głową w problemach cieląt.

    Praca umysłu nad stałą relacją z Bogiem, utrzymywaną w trakcie różnych zajęć, a po jakimś czasie nawet już poprzez te zajęcia, jest niewątpliwie pracą i nauką zarazem – toteż wymaga praktyki, żeby się wydoskonalić. Bóg daje nam do tego tyle pomocy, ile w danym czasie uważa za stosowne, ale oczekuje od nas dobrej woli i wysiłku. Ślicznie to powiedziane w psalmie 32: Nie bądź jak koń i muł bez rozumu, jak zwierzęta, którym nic się nie da wytłumaczyć i trzeba na nie działać siłą, ciągnąć je uzdą za pyski, żeby podeszły. Nie bądź bierny. Jasne, że sam niczego nie osiągniesz, ale to cię nie zwalnia ze świadomego dążenia. Nawet w codziennym życiu praktycznym: takich czynności, jak przyszywanie guzików czy pieczenie ciasta trzeba się uczyć przez częste powtarzanie; i pierwszym próbom nawet przy najlepszej woli daleko bywa do precyzji osiąganej przez wprawną szwaczkę czy kucharkę. Temu samemu prawu rozwoju przez praktykę podlega nasze życie umysłowe i duchowe. Im częstsze są chwile świadomej relacji z Bogiem, w jakikolwiek sposób praktykowanej, tym prostsza robi się droga wierności, praktyka wiary. Tym ważniejsze też robi się dla nas pojmowanie tego, co się ludzkim umysłem da pojąć z prawd objawionych. Jeśli Jezus jest naszą wybraną radością, to oczywiste, że chcemy Go rozumieć coraz głębiej. Także znad paszy dla jałówek i znad polewy do garnków może płynąć jeden wielki hymn uwielbienia.

    Krótko mówiąc, gdzie jest nasz rozpoznany skarb, tam jest i nasze serce (por. Mt 6,21), i to w każdej sytuacji; ale też to serce uczy się, w miarę praktyki, coraz lepiej skarb rozpoznawać i coraz pełniej go wybierać.

    s. Małgorzata (Anna) Borkowska OSB

    (fragment książki „Uwagi o modlitwie”. Tytuł od redakcji Gościa Niedzielnego)

    Małgorzata (Anna) Borkowska OSB, ur. w 1939 r., benedyktynka, historyk życia zakonnego, tłumaczka. Studiowała filologię polską i filozofię na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, oraz teologię na KUL-u, gdzie w roku 2011 otrzymała tytuł doktora “honoris causa”. Autorka wielu prac teologicznych i historycznych, felietonistka. Napisała m.in. nagrodzoną (KLIO) w 1997 roku monografię „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII do końca XVIII wieku”. Wielką popularność zyskała wydając „Oślicę Balaama. Apel do duchownych panów” (2018). Obecnie wygłasza konferencje w ramach Weekendowych Rekolekcji Benedyktyńskich w Opactwie w Żarnowcu na Pomorzu, w którym pełni funkcję przeoryszy.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Warunki modlitwy. Przebaczenie

    ***

    Jeżeli chcemy modlić się czystym sercem, trzeba się pogodzić raz na zawsze z tym, że powinniśmy być ekspertami od przebaczania.

    Czas przejść do warunków modlitwy, i tutaj narzucałby się jako pierwszy temat wiary – ale Chrystus Pan widzi warunek jeszcze pilniejszy, i o nim to mówi, używając słowa: Najpierw. Kiedy chcesz złożyć Bogu ofiarę, uczy, najpierw idź i pojednaj się z bratem (Mt 5,24); kiedy stajecie do modlitwy, najpierw przebaczcie (Mk 11,25). Przeproszenie i przebaczenie: pojednanie z ludźmi. Nasi pierwsi Ojcowie rozumieli to doskonale i starali się tak działać i tak nauczać; sformułował to Ewagriusz, którego nauki przypisano potem abba Nilowi:

    Powiedział abba Nil: „Cokolwiek z zemsty uczynisz bratu, który cię skrzywdził, to wszystko stanie się dla ciebie przeszkodą w czasie modlitwy”. Powiedział także: „Modlitwa jest dzieckiem łagodności i opanowania”… Powiedział także: „Sprzedaj to, co posiadasz, i rozdaj ubogim (Mt 19,21), a wziąwszy swój krzyż, zaprzyj się samego siebie, abyś mógł się modlić bez przeszkody”. Powiedział także: „Cokolwiek zniesiesz cierpliwie jako mądry, to ci przyniesie owoc w czasie modlitwy”. Powiedział także: „Jeśli chcesz modlić się jak należy, nie chowaj w duszy smutku: inaczej biegniesz na próżno”.

    Dlaczego to wszystko, co jest potrzebne do przebaczenia i pojednania między ludźmi – cierpliwość, łagodność, opanowanie – jest jednocześnie podstawą relacji z Bogiem? Dlatego, że szukamy tej relacji nie z pozycji równych, ani tym bardziej takich, którzy robią łaskę Bogu, ale z pozycji faktycznych już wobec Niego winowajców. A w takim razie najpierw pragniemy uzyskać przebaczenie, żeby istniejący nadal konflikt nie ciążył nad dalszą relacją. A Bóg gotów nam przebaczyć, ale właśnie stawia warunek: że najpierw my przebaczymy i przeprosimy siebie nawzajem. I tak, chcąc mówić o kontakcie z Nim, musimy najpierw mówić o relacjach międzyludzkich. Nie takie to dziwne, skoro On sam bardzo wyraźnie powiedział, że cokolwiek, dobrego czy złego, zrobiliśmy bliźnim, On to uzna za zrobione sobie (por. Mt 25,40.45). A św. Jan wyjaśnia, że skoro Bóg jest niewidzialny, to jedyną adekwatną miarą wartości naszych intencji wobec Niego musi być nasz stosunek do Jego widzialnych dzieci, nam podobnych (por. 1 J 4,20).

    Otóż historia tego problemu, problemu miłości bliźniego, jest w dziejach ludzkości długa. Już w pierwotnej hordzie oczywista była lojalność wobec „swoich”, ale i wrogość wobec „obcych”. I to trwało przez tysiąclecia, zmieniało się tylko rozumienie słowa „swój”: nie było ono całkiem jasne nawet dla tych, którzy już przyjęli z Bożego objawienia nakaz miłowania bliźniego jak siebie samego (Kpł 19,18). A któż jest moim bliźnim? – pytał jeszcze Chrystusa jakiś uczony w Piśmie (Łk 10,29). Odpowiedź Chrystusa jest: Każdy człowiek. I to do dzisiaj jest dla całej ludzkości, lekko mówiąc, trudne. Bo nawet tam, gdzie nie działa już mentalność hordy, działa przynajmniej nadal nasze samolubstwo, które sprawia, że nawet kiedy teoretycznie uznajemy równość praw dla wszystkich ludzi, w praktyce staramy się pilnować, żeby ta równość w niczym nie zaszkodziła naszym interesom. A te interesy umiemy dokładnie wymierzyć! Od – do, odtąd moje, a dotąd twoje, i precyzyjna granica, wykreślona na styk, żeby było, prawda, po równo. Ale w realnym życiu nic nie da się mierzyć na styk. Jeśli ktoś na przykład chce przyjść na Mszę tak, żeby trafić precyzyjnie na chwilę dzwonka przy zakrystii, to się najczęściej spóźnia. Jeśli ktoś, jak Rzędzian w Trylogii, wyznaje zasadę, że cudzego nie chce, ale swojego nie daruje – to tym samym mianuje sam siebie sędzią orzekającym o tym, gdzie jest granica między cudzym a swoim; i praktycznie najczęściej w tej wielkiej trosce o równość i sprawiedliwość zagarnia spory brzeg cudzego.

    Inny dobry przykład to łakomy skrupulat, smarujący sobie chleb dżemem. Stoi przed wielkim problemem, bo z jednej strony grozi mu, że nabierze za dużo, a to byłby grzech, którego on na swoje sumienie nie weźmie; a z drugiej, że nabierze za mało; a to byłaby krzywda, z którą on się nigdy nie pogodzi. Jak znaleźć, co do miligrama, tę słuszną ilość? Tę granicę, ten styk? Więc nabiera po odrobince, rozsmarowuje pracowicie, tu jeszcze masło prześwituje… a tu już może za gruba pecyna? Tymczasem rodzina siedzi dookoła i czeka, kiedy on wreszcie zwolni ten słoiczek; a on i tak nigdy nie będzie miał absolutnej pewności, że słusznie wymierzył. I nie ma na jego chorobę lekarstwa, poza jednym: gdyby się pogodził z możliwością nabrania sobie trochę za mało.

    Otóż tak samo jest właśnie w dziedzinie relacji międzyludzkich. Ani sam nie znajdzie pokoju, ani innym go nie da, ktoś, kto nie przyzna bliźniemu w sercu miejsca uprzywilejowanego. Kto nie wpuści go na swoją działkę, na swój – przynajmniej – margines. W sprawie przebaczenia to jest absolutna konieczność. Musimy zrozumieć, że wymierzanie cudzych i swoich win precyzyjnie na styk jest niewykonalne, a choćby było wykonalne, nie prowadzi do miłości, ale do pieniactwa; i że trzeba zamiast tego przyznać bliźnim przed sobą miejsce pierwsze. Uprzywilejowane. Realnie, na co dzień, od drobiazgów zaczynając. A jeśli się dobrze przyjrzeć Pismu świętemu, to taka jest właśnie treść Prawa i Proroków; a już zwłaszcza Ewangelii. Po prostu dlatego, że to jest pierwsza faza miłości, której mamy się uczyć. Przecież Pan, chociaż pochwalił przepis jak siebie samego, posunął swoje przykazanie o wiele dalej, niż ta zalecana w Księdze Kapłańskiej równość praw; nie powiedział tylko, że mamy miłować innych jak siebie, ale – Jak Ja was umiłowałem (J 13,34; 15,12) – usankcjonował więc, a nawet nakazał tę preferencję przyznawaną bliźniemu. Zrobił z niej znak rozpoznawczy swoich uczniów…

    Ech, ten znak rozpoznawczy. Zmiłuj się, Panie, nad nami, bo do tego ostatecznego ideału jest nam wciąż jeszcze bardzo daleko i trudno by było rozpoznać w nas Twoich uczniów; ale przynajmniej pierwszy krok został postawiony, jeżeli potrafimy zidentyfikować w swoim życiu te sytuacje, które są okazjami do zastosowania tej zasady – albo do wykroczenia przeciw niej. Czyli albo do przebaczenia – albo do upierania się przy swoim „prawie”. W praktyce widać, że największą przeszkodą jest w tym dla nas nie tyle obiektywny ciężar cudzej winy, ile nasza emocjonalna na nią reakcja. To dotyczy zwłaszcza tych najczęstszych, drobnych, ale powtarzających się wykroczeń naszych winowajców, na które już się przyzwyczailiśmy reagować złością, oburzeniem, krytyką. Żeby tu zrobić choć krok naprzód, trzeba przede wszystkim znać siebie na tyle, żeby zrozumieć, że co innego ja, a co innego moje emocje. Emocje mogą być zupełnie niewspółmierne do winy i do naszej ewentualnej krzywdy, ale choćby i były współmierne, to dopóki ich nie odróżnimy od siebie i pozwalamy im reagować za nas, nie mamy najmniejszych szans na wypełnienie nawet przykazania miłości jak siebie samego; cóż dopiero jak Ja was umiłowałem.

    W warunkach życia monastycznego, życia we wspólnocie, trzeba się uczyć wykorzystywać okazje do rezygnacji z upierania się przy swoim. To bywają okazje bardzo drobne, ale od takich trzeba zaczynać, jeśli w ogóle chcemy zrobić jakikolwiek krok do przodu. Nikt nie twierdzi, że to łatwe albo przyjemne, ale na pewno konieczne. I każdą taką okazję, jak zresztą w życiu wszystko, można albo wykorzystać, albo zmarnować.

    Winy jednego człowieka wobec drugiego bywają bardzo różnej wielkości. Dzisiaj psychologia rozpracowuje bardzo starannie tak zwane traumy czyli rany, odniesione jeszcze przez psychikę dziecka i deformujące potem jego zachowanie. Także traumy, odniesione w późniejszych latach, w różnych sytuacjach, w tym i w źle prowadzonych zgromadzeniach zakonnych. I słusznie, że się pracuje nad ich wykryciem i nazwaniem po imieniu, to pomaga do zdrowia psychicznego; tylko że relacja z Bogiem to coś jeszcze o wiele więcej niż zdrowie psychiczne. Tu wszystko zależy nie od tego, co mamy czy co sobą reprezentujemy, ani co nas boli, tylko od tego, co z tym zrobimy. Wszystko: dary czy traumy, zdolności czy trudności, może stać się albo pułapką, albo właśnie odskocznią, trampoliną, zależnie od tego, jak to wykorzystamy. A wykorzystamy tym lepiej, im mniej będziemy się zajmować swoim zranieniem i swoimi płynącymi z niego prawami, a więcej – Bogiem i Jego wolą dla nas, Jego upodobaniem. Nasze traumy mogą być oczywiście przez nas nie zawinione, ale czy musimy z nimi współpracować ku własnemu wykrzywieniu? Choć to może i nie nasza wina, że „jesteśmy tacy”, ale nieistotne jest, czyja wina; istotne jest pytanie: czy to musi trwać?

    Oprócz win dawnych, a nadal działających, jeśli albo jakoś utkwiły w naszej psychice, albo sami je niepotrzebnie wspominamy – są i winy bieżące, codzienne, najczęściej bardzo drobne; chociaż i to prawda, że potrafimy je z jednej strony wyolbrzymiać, a z drugiej narzekać, że właśnie im drobniejsze a częstsze, tym bardziej dokuczliwe. Bywa nawet, że ktoś, z większym uczuciem niż szacunkiem powiada: „Panie Jezu, sam byś się wściekł!” – i myśli, że Bóg do niego nie może mieć pretensji o gniewną reakcję. Sam przecież powiedział: Jeśli zgrzeszy twój brat, upomnij go (Mt 18,15) – a czymże była nasza reakcja, jeśli nie właśnie braterskim upomnieniem? Cała bieda w tym, że powiedziane jest „jeśli zgrzeszy”, a nie „ilekroć cię zdenerwuje”. I powiedziano „upomnij”, a nie „warknij, zbesztaj, nakrzycz”.

    Jeżeli chcemy modlić się czystym sercem, trzeba się pogodzić raz na zawsze z tym, że powinniśmy być ekspertami od przebaczania. A w takim razie także od ustępowania. Nie zawsze i nie w każdej sprawie, ale właśnie o to chodzi, żeby wyćwiczyć i wymodlić sobie, jak Salomon, serce mądre (1 Krn 3,12), zdolne do rozsądzania, kiedy z jakiejś przyczyny ustąpić nie można; a poza takimi wypadkami umieć wykorzystać także i to jako okazję do ćwiczenia się w tej podstawowej fazie miłości bliźniego. Wykorzystać; i ani nie naśladować zła, ani go bliźniego nie osądzać. To bywa trudne, ale jest konieczne; w ostrych konfliktach, kiedy uczucia człowiekiem miotają, może być bardzo trudne; ale zawsze można, nawet kiedy się jeszcze nie zdołało uspokoić swoich nerwów, prosić Pana, żeby naszym bliźnim nie policzył win wobec nas popełnionych. Ojcze, Ty im przebacz, chociaż ja jeszcze nie potrafię! To jest układ z Panem; a On pomoże nam tym bardziej w wewnętrznym wyzwoleniu i uspokojeniu. I w ogóle zawsze dobrze jest modlić się, żeby Bóg nikomu nie policzył tego, czym nam zawinili.

    A bywają i winy urojone. Znałam kiedyś staruszkę, bardzo już mało kontaktującą z rzeczywistością, która twierdziła, że sąsiadka złodziejka wciąż wdziera się do niej nocą przez okno (na piętrze, a w dodatku ta sąsiadka była takiej cyrkumferencji, że przez to okienko w ogóle by nie przeszła). Staruszka grzmiała: Ja jej tego nigdy nie przebaczę! Mówię jej: Będzie siostra musiała przebaczyć na łożu śmierci. – I wtedy nie przebaczę! – Nie przejęłam się tym, bo to nie ta biedaczka mówiła, tylko mówiła przez nią demencja; tylko że demencja to rzecz indywidualna, każdy kamienieje po swojemu; więc jeśli ona skamieniała w takiej właśnie zaciętości, to widocznie i przedtem miewała problemy z przebaczaniem. Takie rzeczy na starość najlepiej się ujawniają. Uczmy się walczyć ze swoją trudnością przebaczania, żebyśmy nie zastygły na starość w tak niedopracowanej postawie. Mamy do tego w Domu Bożym, domu modlitwy, domu spotkania – zupełnie dość środków, zachęt i pomocy.

    s. Małgorzata (Anna) Borkowska OSB

    (fragment książki „Uwagi o modlitwie”) Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni

    S. Borkowska: Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni

    fot. Mihai Surdu / unsplash.com

    ***

    Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni i w ogóle o niej nie wspominajmy. To może być trudne, bo ludzie na ogół gotowi są mówić: “Przepraszam za swoje słowa, ale…” – i w końcu tylko powtarzają to, za co niby to przyszli przeprosić – pisze s. Małgorzata Borkowska OSB w książce “Uwagi o modlitwie”.

    Była już mowa o tym, że pierwszym warunkiem modlitwy jest przebaczenie swoim winowajcom. Teraz czas omówić taką sytuację, kiedy to my zawiniliśmy i sumienie mówi nam o tym; przypomina, że Chrystus chce pojednania najpierw, a kultu dopiero potem: zostaw dar przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem (Mt 5,24).

    Wiemy z doświadczenia, że bardzo trudno jest modlić się, kiedy coś nam leży na sumieniu. Chcielibyśmy to zamknąć do ciemnej komórki, odłożyć na potem – a nie da się. I bardzo dobrze, jeśli się nie da, bo to znaczy, że nasze sumienie działa i nawet jeśli nam jego głos zawadza, nie skutkują próby wyłączenia go. Najlepiej, nie tracąc czasu na te próby, wysłuchać go od razu, przyznać mu rację – i jeśli bliźni, którego ten głos dotyczył, jest chwilowo poza naszym zasięgiem, przynajmniej podjąć szczere postanowienie pojednania. Dopiero wtedy nasza modlitwa ma którędy popłynąć. Inaczej byłaby po prostu samoułudą.

    Nazwać winę po imieniu

    Łatwo się mówi, ale w praktyce, jeśli przyszliśmy, na przykład, na półgodzinne rozmyślanie i musimy je zacząć od tańca ze swoim sumieniem, może się okazać, że nam taki taniec zabierze większą część tego czasu. Ale choćby to i trwało długo, dobrze, niech trwa; lepsze będzie te kilka ostatnich minut poświęcone modlitwie czystej i pokornej, niż całe pół godziny, przepisowo długie, ale skażone. Nazwać po imieniu swoją winę – to już i w Raju było trudne; i tak, jak tam Adam zrzucał winę na Ewę (i na Boga przy okazji), a Ewa na węża (Rdz 3,12–13) – tak i my teraz wijemy się wśród uczuciowych pół-argumentów i ćwierć-pewników, byle tylko swój udział w winie pomniejszyć i usprawiedliwić, a cudzy rozdąć do rozmiaru możliwie blisko stu procent. Mamy już w tym niejaką wprawę, ale ponieważ pomimo tej wprawy nie zdołaliśmy dotąd na szczęście zredukować sumienia do roli swojego urzędowego potakiwacza, ono nadal protestuje; a Bóg, oczywiście, nigdy roli potakiwacza nie przyjmie. Zanadto nas kocha i zanadto poważnie traktuje naszą chęć modlitwy, żeby na takie jej skażenie pozwolić.

    Jak mówię, to może w konkretnym przypadku zabrać trochę czasu, ale jest konieczne. Po pierwsze, takie dążenie do stanięcia przed Bogiem w prawdzie jest także modlitwą, choćby nie akurat tym jej rodzajem, na który właśnie przyszliśmy. Walczymy ze sobą, wzywając pomocy Bożej: a więc pozostajemy z Bogiem w modlitewnym kontakcie, i to bardzo żywym! Po drugie, jak tutaj wciąż podkreślamy, modlitwa jest relacją, a nie tylko pojedynczą czynnością; a nasza relacja z Bogiem powinna obejmować całe nasze życie, a już zwłaszcza stosunek do bliźnich, których nam dano jako widzialnych przedstawicieli Niewidzialnego, żebyśmy mogli okazać Mu miłość. I dlatego, jak uczą już Ojcowie Pustyni (jest o tym śliczny passus u św. Doroteusza), musimy wbić sobie w serce ten pewnik, że w każdej międzyludzkiej sprawie są dwa składniki: sama treść tej sprawy i relacja między załatwiającymi ją ludźmi. I ten drugi jest od pierwszego ważniejszy, bo ważniejsze są decyzje moralne od działań czysto fizycznych. Doroteusz ustawia proporcje między nimi bardzo ostro: wedle niego relacje międzyludzkie to siedem ósmych sprawy, a sama jej treść – tylko jedna ósma. Proporcja jak jeden do siedmiu? Tak: aż tak bardzo ważniejszy jest brat niż działalność, miłość niż racja, życzliwość niż „sprawa”, ktoś niż coś. „Sprawa” nie jest człowiekiem, tylko czymś bezosobowym; i historia zna mnóstwo przypadków, że ludzie „dla dobra sprawy”, „dla idei”, stawali się nawet katami innych ludzi.

    Nakaz moralny ma pierwszeństwo przed tak zwanym “dobrem sprawy”

    Doroteusz powiada nawet, że gdyby coś nakazał któremuś z mnichów, a ten by stwierdził, że przez wykonanie musiałby zranić sumienie jakiegoś brata, czyli zrobić mu przykrość, to tym samym rozkaz jest anulowany. Dodaje z wyraźnym uśmiechem, że nie jest to zachęta, żeby bracia przestali spełniać polecenia, tłumacząc się za każdym razem obawą przed zranieniem brata; ale ma do nich zaufanie, że będą umieli zgodnie z sumieniem dokonać osądu sprawy i w razie konieczności postawią dobro brata nawet przed posłuszeństwem. Prawdę mówiąc, nakaz ten, chociaż brzmi dość dramatycznie, jest jak najbardziej zgodny z nauką Kościoła o posłuszeństwie, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o to, że nakaz moralny ma pierwszeństwo przed tak zwanym „dobrem sprawy”. I teraz my powinniśmy to zastosować do tych wszystkich naszych międzyludzkich problemów i problemików, które mogą stanąć między nami a naszą modlitwą.

    Poprzednio już była mowa, że nie może nauczyć się kochać, kto dąży tylko do równości, a nie przyzna bliźniemu miejsca uprzywilejowanego. Więc i naszemu winowajcy powinniśmy starać się przyznać takie miejsce przed sobą i przed swoim interesem. (Kochaj aż do bólu, powiedział mi kiedyś pewien doradca duchowy.) To bardzo trudne, ale dopóki tego przynajmniej nie zapragnęliśmy, lepiej nie deklarujmy miłości do Boga. A jeżeli zapragnęliśmy, jeżeli chcemy się tego nauczyć, to zgódźmy się z tym, że proces tej nauki potrwa długo – chociaż już od samego jej początku odzyskujemy możność, nazwijmy to nawet: prawo, patrzenia Bogu w oczy. Proces potrwa więc długo, ale będzie się toczył, a na sam początek przyda się nam parę konkretnych rad.

    Po pierwsze, trzeba pamiętać, że najlepiej widzimy te wady bliźnich, które są podobne do naszych, a mówiąc prościej: które dla naszych własnych stanowią konkurencję. Więc w tym, co u kogoś widzimy, możemy się przejrzeć jak w lustrze: jeśli na przykład tak bardzo mi przeszkadza, że ktoś wciąż musi mieć rację, to mogę być pewna, że to mnie oburza jako konkurentkę po prostu: bo każdy powinien przyznawać rację mnie! Trzeba o tym pamiętać; i rachunek sumienia będzie wtedy szczerszy, i wyrozumiałość dla bliźniego większa.

    Po drugie, są pewne konkretne sytuacje, co do których wiadomo, że wywołują u nas reakcję złości. Doświadczyliśmy już tego nieraz, że jeśli na przykład trzecia czy czwarta osoba przynosi nam wiadomość albo komunikat o czymś, o czym już wiemy, nieraz trudno nam nie odpowiedzieć warknięciem. To oczywiście zupełnie irracjonalne i bardzo głupie, bo ten ktoś działa z dobrego serca, i skąd może wiedzieć, że już kilku innych zrobiło to samo? I niby dlaczego nam się to wydaje obrazą, skoro na pewno lepiej jest o czymś potrzebnym dowiedzieć się o dwa razy za dużo niż o raz za mało? Ten i inne częste powody swoich złości już znamy i z góry możemy wypowiedzieć im walkę. Obmyślić poprawną reakcję i w niej się ćwiczyć. To nam daje jeszcze jeden dodatkowy temat kontaktu z Bogiem, a więc jest także szkołą modlitwy, a nie tylko jakiegoś samo-doskonalenia się.

    Bóg kocha mojego winowajcę

    Po trzecie, dobrze jest ćwiczyć się w pamięci o tym, jak bardzo Bóg kocha mojego winowajcę. Wiem, że trzeba się za niego modlić; ale muszę bardzo uważać, żeby to nie była modlitwa z wysokości mojej rzekomej cnoty za jakiegoś biednego głuptasa. Najlepiej więc modlić się przez niego: prosić przez tę miłość, jaką Bóg ma dla niego i przez jego zasługi. Bo to wszystko jest rzeczywiste, chociaż my tego nie widzimy, i prawdę mówiąc, nie mamy ochoty widzieć. „Panie, udziel mi tej łaski przez zasługi mojego winowajcy i przez miłość, jaką masz dla niego!”. Wtedy i modlitwa jest milsza Bogu, i my zaczynamy mieć jakieś przebłyski tego, jak Bóg patrzy na tego człowieka. Może nawet nauczymy się w końcu kochać go dla Boga, a nie z ludzkiej sympatii? I powie ktoś: – Ale przecież konflikty, te drobne, codzienne, tak się kumulujące, spadają na ogół nagle, i nie ma czasu na przypomnienie sobie tego wszystkiego! – Nie szkodzi. W miarę zadomawiania się tych myśli w nas będą one zjawiać się coraz bardziej w porę, a w końcu mogą się stać naszym szczerym (i słusznym) przekonaniem.

    Po czwarte: jeśliśmy komuś czegoś odmówili, choćby w myśli, to po dokonaniu rachunku sumienia dać dwa razy tyle. Znowu, nie dla wyhodowania w sobie poczucia moralnej wyższości, ale dla własnej nauki i dla zadośćuczynienia Panu. Usłużyć w czymś temu, kto nas denerwuje; pamiętając zawsze, że jakim sądem sądzimy, takim i nas mają sądzić (Mt 7,2). I pamiętając, że to jest ważniejsze od sprawy, o którą powstał ewentualny spór; wg św. Doroteusza, w proporcji siedem do jednego…

    A to wszystko powinno się dziać spokojnie i po prostu, bez dopatrywania się w tym jakiegoś wielkiego wyczynu. Przecież jesteśmy słudzy nieużyteczni, potrafimy co najwyżej spełnić swój obowiązek (Łk 17,10). I przy tej okazji możemy się przekonać, jak słusznie pisze św. Jan, że jeśli serce nas nie oskarża, mamy ufność wobec Boga (1 J 3, 21); mamy tę swobodę przystępu i spojrzenia w oczy, która jest cenniejsza nad wszystko. Ale także i to: że jeśli serce nas oskarża, to Bóg jest mocniejszy, wie wszystko i może nas doprowadzić do zrozumienia, do skruchy, do nawrócenia… Bo ostatecznie przecież zwycięstwo nie należy do naszych kulawych cnót, tylko do Tego, który nas poucza i prowadzi. I najważniejsze: przypominajmy sobie przy pierwszej stacji Drogi Krzyżowej, że Chrystus jest wprawdzie Sędzią żywych i umarłych, ale jest także patronem osądzonych. I że bardzo wyraźnie ostrzegał nas: nie sądźcie!

    Zła trzeba nienawidzić, ale w sobie

    I co jeszcze powiedział: Nie stawiajcie oporu złemu (Mt 5,40). Ojcowie Pustyni, komentując to, mówią, że zła trzeba nienawidzić, ale w sobie. I to właśnie jest rola sumienia i modlitwa sumienia: wykryć w sobie zło, wydać na nie wyrok i prosić Pana o pomoc w walce. Działalność sumienia to także modlitwa, i to taka, bez której żadna inna modlitwa nie byłaby całkiem szczera.

    I jeszcze jedna ważna wskazówka praktyczna. Jeżeli idziemy kogoś przeprosić, to chodzi nam o uzdrowienie relacji międzyludzkiej, o to Doroteuszowe siedem ósmych. A nie o „sprawę”, nie o kolejną próbę uzasadnienia swojej racji. Trzeba się na tamtym skupić, a o tym – jako o mniej ważnym – zapomnieć. Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni i w ogóle o niej nie wspominajmy. To może być trudne, bo ludzie na ogół gotowi są mówić: „Przepraszam za swoje słowa, ale…” – i w końcu tylko powtarzają to, za co niby to przyszli przeprosić. To nie jest ani autentyczne, ani skuteczne. W myśli naszego „przeciwnika” i tak pozostanie pamięć, że na tę sprawę można mieć różne spojrzenie. Niech ta pamięć lepiej działa cicho i doprowadzi kiedyś do lepszego zrozumienia bez dalszej naszej, wielce niezgrabnej, pomocy. Do nas należy przede wszystkim uzdrowić relację, a nie nauczać.

    s. Małgorzata (Anna) Borkowska OSB

    (fragment pochodzi z książki „Uwagi o modlitwie”)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak czytać Pismo Święte?

    Te wskazówki mogą okazać się bardzo pomocne

    Jak czytać Pismo Święte? Te wskazówki mogą okazać się bardzo pomocne

    fot. Rod Long / Unsplash

    ***

    Istnieje prosty sposób studiowania Biblii, dostępny dla każdego. Nie potrzeba do niego żadnych materiałów pomocniczych. Polecam go wszystkim, którzy chcą się zaznajomić z Pismem Świętym.

    Biblia jest duchowym skarbem niewyczerpanej mądrości. Bóg przemówił i przemawia przez nią do ludzkości. Mówi nam ona o Jezusie Chrystusie. Gdy ją rozważamy, łączymy się duchowo z chrześcijanami wszystkich stuleci. Każda strona Biblii jest uświęcona modlitwą niezliczonych pokoleń. Dlatego jest ona również nieoceniona w nawiązywaniu kontaktu z Bogiem. Jak można ją rozważać?

    Biblię można brać do ręki z trojakim zamiarem: aby czytać, studiować i rozważać. Gdy chcemy ją czytać, sięgamy po Ewangelię, list św. Pawła czy dowolny tekst ze Starego lub Nowego Testamentu. Czytamy go nieprzerwanie, jak powieść, tylko trochę wolniej.

    Studiowanie wnika głębiej i prowadzi do większego zrozumienia. Odwołuje się do wyników badań językoznawczych, archeologicznych i egzegetycznych. Badamy tło kulturalne, analizujemy intencje i styl autora. Objaśniamy tekst za pomocą innych miejsc, które albo przedstawiają podobne zagadnienie, albo ten sam temat ujęty z innego punktu widzenia. Dlatego w trakcie naukowych badań korzysta się z czasopism, książek i słowników.

    Istnieje też prostszy sposób studiowania Biblii, dostępny dla każdego. Nie potrzeba do niego żadnych materiałów pomocniczych. Polecam go wszystkim, którzy chcą się zaznajomić z Pismem Świętym. Polega on na badaniu i porównywaniu miejsc jednakowych tematycznie. Oczywiście, trzeba uprzednio znać Biblię przynajmniej we fragmentach.

    Nie przedstawia nam ona usystematyzowanej dogmatyki. Jest jak liturgia, kierująca nieustannie uwagę na tajemnicę chrześcijańskiej wiary, ukazując ją na różne sposoby. Dlatego pouczające jest porównywanie jednego miejsca z innym, ponieważ uzupełnia i objaśnia ono poprzedni tekst. Ta metoda pogłębia nasze rozumienie Pisma Świętego. Ustępy poruszające ten sam temat nazywa się tekstami paralelnymi.

    W prawie wszystkich wydaniach Biblii umieszcza się uwagi na marginesie albo przypisy, które wskazują na miejsca paralelne. Odszukanie i porównanie tych miejsc jest bardzo pomocne, gdy chcemy lepiej poznać  Biblię. W liście św. Pawła spotykamy się np. ze słowem “łaska”. Zauważamy od razu, że pojęcie to jest bardzo ważne dla autora, ale nie wiemy dokładnie, co przez nie rozumie. Dlatego szukamy tego słowa w przypisach lub w słowniku. Znajdujemy wyczerpujące objaśnienia i szereg interesujących fragmentów dotyczących tego pojęcia. Dzięki ich porównaniu lepiej rozumiemy tekst; wyjaśnia się przesłanie Biblii i bardziej przybliża jej świat. “Kto nie zna Biblii – mówi św. Hieronim – nie zna też Jezusa Chrystusa”.

    Ale ten rodzaj studiowania nie jest konieczny przy rozważaniu Biblii. Studiowanie nie jest rozważaniem; zachodzi między nimi istotna różnica. Poświęcając się badaniom, chcemy tylko coś zrozumieć, przez rozważanie natomiast próbujemy ponad rozumieniem pozwolić, by przesłanie Pisma Świętego oddziaływało na nas i zmieniało nasze postawy. W trakcie studiowania posługujemy się rozumem, przy rozważaniu aktywna staje się wola.

    Studiowanie analizuje obiektywne przesłanie Biblii, a rozważanie dotyka nas osobiście i pokazuje duchową drogę naszego życia. Studia pomagają w poszerzeniu wiedzy naukowej, dzięki rozważaniu przenika nas światło Ewangelii; pomaga ono w dialogu z Bogiem i w poznaniu, co powinniśmy w sobie zmienić.

    Zarówno czytanie, jak i studiowanie może przekształcić się w rozważanie. Ważne jest, czy po uchwyceniu sensu zatrzymamy się dłużej na wybranych fragmentach tekstu i czy pozwolimy im na nas oddziaływać.

    Tajemnica rozważania polega na odkryciu, co określony fragment Biblii ma nam do powiedzenia. Odbywa się to w prosty, najczęściej intuicyjny sposób, którego lepiej nie poddawać ścisłej analizie. Mimo to, aby ułatwić zrozumienie, opiszę przebieg rozważania, a potem objaśnię najważniejsze etapy całego procesu. Sięgnijmy do epizodu z Ewangelii św. Marka:

    Potem, usiadłszy naprzeciw skarbony, przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: “Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała na swe utrzymanie” (Mk 12,41–44).

    Powoli czytam tekst dwa, a może nawet trzy razy. Zdaje się do mnie nie przemawiać, dlatego chciałbym przejść do innych fragmentów, lecz nie czynię tego. Odkładam na bok książkę i próbuję wyobrazić sobie opisaną scenę. Oczyma wyobraźni widzę przechodzących ludzi. Wśród nich wdowę. Jest uboga, pokorna i nieśmiała. W dłoni ma ukryte pieniądze, jej serce jest czyste i wspaniałomyślne. Ofiarowuje Bogu coś, czego sama potrzebuje. Może nie wie, czy jutro będzie miała co jeść, ale zdobywa się na ten wspaniały gest, aby wyrazić pełne oddanie Bogu. Podziwiam ją.

    Zastanawiam się i pytam, czy dzisiaj coś takiego mogłoby się wydarzyć. Przypominam sobie opowiadanie jednego z moich przyjaciół, który pracuje w dzielnicy ubogich: żył tam zawsze pogodny mężczyzna z Chile, nazywał się Tenorio. Miał trzydzieści pięć lat i nie martwił się o utrzymanie. Na pytanie, skąd bierze się jego dobry nastrój, opowiedział mojemu znajomemu następującą historię: urodził się w Puerto Montt, w Chile. Gdy miał dziewięć lat, z powodu problemów rodzinnych musiał nieoczekiwanie opuścić dom i znalazł się na ulicy bez środków do życia. Poszedł na plac targowy w Puerto Montt i usiadł. Po kilku godzinach w porze obiadowej przyszedł jakiś mężczyzna i usiadł obok niego. Zapytał Tenoria, gdzie mógłby za darmo dostać coś do jedzenia, ponieważ był w podróży ze swoją żoną i dziećmi, ale nie miał pieniędzy. “Gdy zobaczyłem tego mężczyznę – powiedział Tenorio – zacząłem mu tak bardzo współczuć, że sięgnąłem ręką do kieszeni po kilka monet, które miałem przy sobie, i dałem mu je”. Mężczyzna podziękował i odszedł. Po południu przyszedł nieznajomy chłopak i zaproponował Tenoriowi wspólną sprzedaż kasztanów. Tenorio przyjął ofertę. Zarobili tego dnia wystarczająco dużo, by móc kupić coś do jedzenia. Następnego dnia znowu sprzedawali kasztany; od tego czasu nigdy nie zabrakło im pieniędzy.

    Ta historia sprawiła, że przypomniałem sobie biblijną scenę, i wyjaśniła mi jej przesłanie. Widzę, że przedstawia ona coś realnego i aktualnego. Również w dzisiejszych czasach żyją ludzie, którzy mimo braku majątku gotowi są dzielić się z innymi. Wzrusza mnie to i powoduje, że zaczynam się zastanawiać nad moim własnym życiem. Czy zdarzyła się w nim podobna sytuacja? Czy zachowałem się jak owa wdowa, czy też postąpiłem inaczej? Jakie jest pod tym względem nastawienie społeczeństwa, w którym żyję i do którego należę? Nasuwają się wspomnienia wydarzeń związanych z tematem refleksji. Może uświadamiam sobie, że jeszcze nigdy nie oddałem czegoś, czego sam potrzebowałem. Zawstydza mnie to; przyznaję, że jestem egoistą i podziwiam wdowę z Ewangelii oraz mężczyznę z Chile.

    Potem zwracam się do Jezusa Chrystusa, wyznaję swój wstyd i mówię o wszystkim, co myślałem i odczuwałem. Proszę o Jego pomoc, by stać się człowiekiem wspaniałomyślnym i szczodrym. Dziękuję Mu, jeśli już choć trochę się zmieniłem. Wyrażam też zaufanie wobec myśli przychodzących mi w tej chwili do głowy. Potem jednak moja uwaga rozprasza się, a myśli rozbiegają. Wracam więc do tekstu. Tym razem dostrzegam głębokie, sięgające aż do serca spojrzenie Chrystusa; przejmuje mnie ono. Jezus patrzy z miłością i z uznaniem na wdowę.

    Docenia jej duchową wielkość w porównaniu z faryzeuszami. Spojrzenie Jezusa zniewala mnie. Zastanawiam się, co dla mnie znaczy. Czy kiedykolwiek je zauważałem? Czy uczyniło mnie szczęśliwym? A może obudziło poczucie winy? Nasuwają mi się wspomnienia drobnych zdarzeń z mojego życia. Spostrzegam zachowania, które przedtem uchodziły mojej uwadze. Dziękuję Jezusowi za jego spojrzenie. Proszę, by nie odwracał go ode mnie i dopuścił mnie do badania ludzkich serc i odkrywania ich wartości.

    Przezwyciężając ponowne roztargnienie, wracam do przeczytanego fragmentu z Ewangelii; odbieram go coraz żywiej. Ujmuje mnie szczególnie jego aktualność i ludzkie ciepło; jego przesłanie przenika mnie, wyznacza drogę życia i uszlachetnia modlitwę.

    Spróbujmy prześledzić jeszcze raz tok rozważania: ponieważ potrzebowałem więcej czasu, aby wczuć się w wydarzenie, przeczytałem tekst powoli i z powtórkami. Podziałał na mnie mocniej, gdy wyobraziłem sobie opisywaną przez Pismo Święte scenę. Pomogło mi to zrozumieć nastawienie i pobudki działania uczestniczących w niej osób.

    Na początku możemy ulec pokusie czytania długich tekstów, ponieważ krótkie fragmenty nic nam od razu nie mówią, a my szukamy czegoś nowego. Nie powinniśmy jednak ulegać temu pragnieniu. Rozważanie zależy od głębi wczuwania się, a szybkie zmiany tekstów wykluczają ją. Rozważany fragment nie musi być obszerny. W naszym przykładzie mieliśmy tylko pięć zdań.

    Następnie zacząłem zastanawiać się nad związkiem biblijnego nauczania z moim własnym życiem. To oś rozważania. Najistotniejsze w nim jest powiązanie zdarzeń przedstawianych przez autorów Pisma Świętego z moimi przeżyciami i doświadczeniami. Jest ono efektem racjonalnych przemyśleń. Jest porównywaniem i ocenianiem. Ewangelia zmienia mnie, gdy rozpoznaję w niej sytuacje zdarzające się w moim życiu; przesłanie Słowa Bożego spełnia się, gdy odczytuję jego aktualność. Rozumiem nauczanie Pisma Świętego i chcę widzieć moje życie w jego świetle. Jeżeli takie powiązanie nie pojawia się spontanicznie, to powinniśmy zapytać: co mówią mi te słowa? Czy w moim życiu, w moim otoczeniu zdarzają się podobne sytuacje? Takie pytania są bardzo ważne. Jeżeli bowiem Ewangelia – pomijając jej piękno – nie ma nic wspólnego z moim życiem, to jej prawdziwy sens wymyka się mojemu zrozumieniu. Nie otwiera ona wtedy dla mnie żadnych nowych horyzontów i nie przynosi ze sobą wieści o zbawieniu. Jeżeli natomiast przemawia ona do mnie podobieństwem życiowych sytuacji, to mogę porównać z nią mój sposób postępowania i ocenić go według niej.

    Po odnalezieniu takich  zbieżności  zwracam się do Jezusa. Ukazała mi się nowa perspektywa umożliwiająca rozmowę z  Nim. To szczytowy moment rozważania. Pan przemówił do mnie, a ja Mu odpowiadam.

    Gdy już powiedziałem wszystko, co leży mi na sercu, a moje zaangażowanie zmalało, trochę się rozpraszam. Nieuwaga jest znakiem, że przerwany został tok myślowy i rozmowa jest zakończona. Wtedy wracam do tekstu i zaczynam czytanie od nowa. Czy to zdarzenie ma mi jeszcze coś do powiedzenia? Mam okazję jeszcze raz popatrzeć na wszystko z różnych punktów widzenia.

    Kolejność jest więc jasna: czytanie, rozmyślanie, postanowienie zmian i zwrócenie się z tym do Boga. Powtarzając ten proces, można – nie nudząc się – z powodzeniem oddać się rozważaniu nawet przez godzinę. Przy powtórnym czytaniu wybranego tekstu powinno się szukać w nim odniesień do własnego życia i tak długo pozostać przy tych myślach, aż znaczenie danego fragmentu stanie się całkiem jasne, a my przeniknięci nim odczujemy pragnienie modlitwy. Wtedy spontanicznie mówimy do Jezusa Chrystusa lub do Boga Ojca. Jeżeli nasze skupienie jest niewystarczające, wróćmy do tekstu i związanych z nim przemyśleń. Ten proces nazywam oddechem rozważania, ponieważ czytanie, zastanawianie się i modlitwa następują po sobie kolejno tak jak wdech i wydech.

    Rozważanie jest łatwiejsze, gdy tekst jest opowiadaniem, a przedstawione w nim osoby działają, ponieważ dzięki temu można je sobie łatwiej wyobrazić.

    tekst pochodzi z książki Franza Jalicsa SJ “Praktyka modlitwy”/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zaczynam dzień od Biblii. Jedno zdanie wystarczy, by postawić mnie do pionu i ustawić mi dzień

    (wywiad)

    ***

    O codziennym czytaniu Pisma Świętego, gdy ma się czwórkę dzieci i krótką dobę, o tym, że Słowo Boże nie tylko wspiera w trudnych momentach, ale także towarzyszy w radości i zachwycie tym, co przynosi codzienność i o wyzwaniu, jakim jest dzielenie się wiarą w mediach społecznościowych z Agatą Rusek, blogerką Deonu, doktorem nauk społecznych, żoną i mamą rozmawia Marta Łysek.    

    Marta Łysek: Twoja rzeczywistość, oczywiście mocno ją upraszczając, to nieustanna podróż między galaktykami Twojej czwórki dzieciaków, a Ty do tego jeszcze codziennie czytasz Pismo Święte. Czy to jest wyzwanie?

    Agata Rusek:
     – Nie, no coś ty! Budzę się rano, ptaszki świergocą, mówię dzieciom: dajcie mamie piętnaście minut na medytację, zaparzam kawę, Pan Jezus przychodzi, Duch Święty spływa… (śmiech)

    A dzieci spokojnie bawią się w odległych pomieszczeniach?

    – Oczywiście! Każde w swojej galaktyce i nie ma żadnych czarnych dziur, żadnych zderzeń! (śmiech) Jasne, że to jest wyzwanie: czytanie Pisma Świętego, zresztą w ogóle czytanie czegokolwiek i próba skoncentrowania się na czymś innym niż macierzyństwo, niż powołanie tu i teraz. Z drugiej strony – to  jest potrzebne jak oddech, żeby nie zwariować.

    Nie znajdujesz powietrza gdzie indziej? Dużo znam młodych i niemłodych mam, które powiedziały sobie: zaawansowanym życiem duchowym w postaci czytania Pisma Świętego to ja się będę zajmować, jak ogarnę podłogę i pieluchy, bo mi na razie doby brakuje.

    – Myślę, że to jest bardzo indywidualna sprawa. Też znam takie mamy, które jak nie ogarną podłogi, nie są w stanie skoncentrować się na niczym innym, i ja to rozumiem. Z drugiej strony sama mam tak, że czuję nieustającą tęsknotę za bliskością z Panem Bogiem, za Jego obecnością, mocną i żywą, bo to daje mi energię, siłę, ładuje moją miłość. Już dawno temu doszłam do pokornego wniosku, że ja to jednak pyłek jestem i sama, własnymi siłami nie udźwignę ani miłości do mojego męża, ani do dzieci, ani do siebie samej. Muszę tę miłość od Kogoś brać. Uczyć się tego.

    Dużo jest innych mądrych książek, które o tym mówią.

    – Też miałam w życiu ten etap: „przeczytam wszystkie książki duchowe, które mamy na rynku, bo są tacy kapłani, którzy tak świetnie o tym mówią, takie siostry zakonne, które tak pięknie to wszystko tłumaczą”. Ale w którymś momencie dotarło do mnie bardzo mocno to, że czytam dużo „duchowych” rzeczy, ale nie czytam Słowa. Ono we mnie nie pracuje, bo cały czas czytam tylko komentarz do Słowa, nie sięgam do samego źródła – i że to jest dla mnie złe. Dlatego mój dzień już od wielu lat zaczyna się od Słowa Bożego. 

    Przeraziłam się, że pierwsze, co robię po obudzeniu, to sięgam po telefon

    Jak ci się udało to wprowadzić w życie?

    – Wiesz, świetnie pamiętam moment, w którym tak postanowiłam. Bo wtedy nagle przeraziłam się, że to, co robię pierwsze po obudzeniu, to nie jest znak krzyża, ale sięgnięcie po telefon i sprawdzenie, czy ktoś się nie odezwał, czy coś ważnego się nie stało. Oburzyłam się sama na siebie, że zaczynam od tego telefonu, zamiast sięgnąć po coś, co mnie ustawi na cały dzień. Kilkanaście lat minęło, a ja od tamtej pory zaczynam dzień od Słowa Bożego. To już nawyk (śmiech).

    A więc mamy poranek i mama czwórki dzieci czyta sobie liturgię z dnia: czytanie, psalm, Ewangelię… Brzmi jak coś niemożliwego do wykonania (śmiech) 

    – A tu zaskoczenie! Jasne, że czasem dzieciaki nie dadzą mi przeczytać całej liturgii z dnia, bywa, że jest to tylko pierwsze zdanie. Ale to jest niesamowite, jak czasem to jedno zdanie wystarczy, by człowieka postawić do pionu i ustawić dzień.

    Co to znaczy, że Słowo Boże ustawia Ci dzień? Jak to wyjaśnisz komuś, kto jeszcze tak na dobre Pisma Świętego w życiu nie czytał?

    – Ale trudne pytanie mi zadałaś…

    Polecam się.

    – Myślę, że trzeba by to wytłumaczyć tak. Można Pismo czytać jak książkę: czytasz, treść przelatuje ci przez głowę i nie zostaje z tego wiele. A ja się staram czytać Słowo tak, żeby mi ono zostało. Jeśli rano czytam Słowo i po godzinie nie pamiętam, co przeczytałam, to znaczy, że przeczytałam, ale nie przyjęłam. Ale kiedy staram się przyjąć to Słowo tak, żeby je zjeść, przegryźć, żeby zostało w mojej głowie, to potem w różnych wyzwaniach i radościach szukam słów i one się znajdują, bo rano się nimi nakarmiłam. Na marginesie – mam wrażenie, że ciągle mówimy w kontekście Pisma Świętego o pomocy w trudnościach, ale czasem to jest po prostu towarzyszenie w radości, w zachwycie. Miałam tak ostatnio z burzą; nie lubię burzy, ale musiałam w niej iść, a rano czytałam: „deszcze i burze, błogosławcie Pana!”. I to mnie napełniło takim spokojem: ok, idę z dzieciakami, leje deszcz i jeszcze daleko do domu, ale tym też się mogę pomodlić. Jest zachwyt i poczucie, że wszystko ma sens.

    Jeśli w czytaniu z dnia jest słowo dla mnie, wiem, że w tym nie ma przypadku

    Otwierasz czasem Pismo Święte, żeby sprawdzić, co Pan Bóg powie Ci „przypadkiem”?

    – No właśnie nie. Nie czytam Pisma na zasadzie: „Panie Boże, mam teraz taki problem, więc powiedz coś do mnie” – i  chlast, otwieram Pismo i czytam, co jest w Słowie.

    Dlaczego?

    – To wynika z mojego nastawienia. Wydaje mi się, że bardzo łatwo jest pobłądzić, nastawiając się na takie przypadki i nasza ludzka natura jest taka, że będziemy odczytywać Słowo Boże tak, jak tam sobie chcemy. Ryzyko nadinterpretacji jest jak dla mnie strasznie duże. Ja się tego boję, więc wolę mieć plan lektury, który ktoś mi opracował. Dlatego czuję się bezpieczna z liturgią Słowa, którą Kościół daje na dany dzień: jeśli w liturgii jest Słowo dla mnie, wiem, że w tym nie ma przypadku. Czytanie Pisma we wspólnocie – to mi daje poczucie bezpieczeństwa, że ja nie zacznę żyć własnymi myślami i własną interpretacją Boga. Jasne, szukam Go we własnym rytmie, swoją ścieżką, ale idzie ze mną ktoś, kto swoją mądrością i tradycją pomoże mi nie zbłądzić.

    Masz też plan, który pomaga czytać nie tylko czytania z dnia, ale całe Pismo Święte.

    – To było tak: Słowo i jego obecność w moim życiu było od bardzo dawna. Ale pół roku temu dotarło do mnie, że nigdy nie przeczytałam Pisma Świętego tak od deski od deski. I stąd się wzięło we mnie pragnienie czegoś więcej: że chciałabym Pismo Święte czytać nie tylko tak, jak nam to zadaje liturgia z dnia. A ponieważ przez dwa lata wisiał mi na pulpicie plan zatytułowany „Przeczytaj Pismo Święte w rok” – to w ostatnią Niedzielę Słowa Bożego zaczęłam.

    Plan czytania Biblii? Jest bardzo dobry, bo daje drogę

    Jaki to plan?

    – Opracowany przez księdza z zaprzyjaźnionej wspólnoty mojej mamy, co było dla mnie ważne, bo wiedziałam, skąd się ten plan wziął, kto go napisał.

    Łatwo za nim podążać?

    – Mam do niego i planów w ogóle bardzo wolnościowy stosunek (śmiech). Tego mnie akurat nauczyło macierzyństwo. Plan jest bardzo dobry, bo daje drogę. Został przez kogoś przemyślany, daje nadzieję na to, że nie jest to przypadkowy wybór. Bardzo nie chciałam czytać Pisma Świętego na takiej zasadzie, że otwieram Biblię i zaczynam od Księgi Rodzaju.

    Dlaczego? Wiele osób tak właśnie zaczyna…

    – Wiem. I wiem też o sobie, że jak czytam inne książki i natknę się na taki rozdział, że po prostu nie idzie i jest nudno, to ja się zniechęcam, odkładam i trudno mi do niej wrócić. A nie brakuje mi świadomości, że Pismo Święte czasami mnie… nudzi.

    Czyżby Księga Liczb?  

    – O matko, tak! W ogóle te wszystkie imiona, genealogie… opisy budowy świątyni, Boże kochany! Myślałam, że po prostu zwariuję. Ale ten plan, opracowany przez księdza, który jest teologiem i można mu wierzyć, nawet przy takich fragmentach ma sens, bo jest przygotowany tak, że się czyta dwa fragmenty ze Starego Testamentu i jeden z Nowego. I one ze sobą w zaskakujący sposób korespondują. Oczywiście musisz nad tym usiąść i to powiązanie zauważyć, przemedytować, przemyśleć. Ale dzięki temu, że to jest takie „dwa plus jeden”, ten plan świetnie pokazuje, jak cała Biblia jest powiązana, jak to się wszystko ze sobą zazębia.

    Widzę, że ludzie często boją się czytać Pismo Święte

    Twoje pierwsze zaskoczenie, gdy zaczęłaś czytać Biblię od deski do deski?

    – Fakt, że w kościele na mszy nie wszystkie fragmenty są czytane (śmiech). Wiesz, Marta, żeby było jasne: nie jestem teologiem. Nie mam za sobą młodzieżowej formacji. Pewne rzeczy wyniosłam z katechizacji w szkole, ale moja formacja to były pielgrzymki, krążenie przy kościelnym kręgu, w którym czułam się bezpiecznie, ale nigdy nie wchodziłam w głąb tematu. Długo żyłam przeświadczeniem, że jak ktoś chodzi regularnie na Eucharystię, to w ciągu tych trzech lat liturgicznych jest w stanie całe Pismo Święte usłyszeć w kościele. A że czytam liturgię z dnia codziennie i zdarza mi się być w kościele częściej niż w niedzielę, byłam przekonana, że ja całe Pismo Święte znam.

    I nagle wchodzimy w jakieś księgi Nehemiasza, Zachariasza, nie wiadomo kogo, a mnie się oczy otwierają, że ja nic nie wiem o tym moim Panu Bogu! On mi tu daje siebie, pokazuje się w Słowie, cały czas mnie zaprasza, żebym Go poznawała. Więcej: nie oczekuje ode mnie wiedzy teologicznej, ale zaprasza mnie w podróż, żebyśmy się lepiej poznawali – a mnie to umknęło! To jest moje pierwsze zaskoczenie. I jeszcze coś: regularnie towarzyszy mi myśl, że strasznie mi brakuje wiedzy, że katechizacja osób dorosłych w Kościele jest u nas naprawdę zostawiona samopas.

    Czy ludzie boją się czytać Pismo Święte na własną rękę, bo myślą, że ta lektura się zamieni w jakiś przymus duchowy?

    – Ja się w tym czuję bardzo wolna. I to jest ważne, żeby o tym mówić, bo widzę, że ludzie faktycznie często boją się Pisma Świętego. Jak widzą plan, to budzi się w nich poczucie, że gdy tylko przerwą czytanie, to spadnie na nich kara boska – albo Bóg ich ukarze, kiedy czegoś nie zrozumieją. Dlatego bardzo się cieszę z tego, że czytam Pismo w wielkiej wolności, bo to nie jest taki oczywisty dar.

    Jedna myśl po pół roku lektury Biblii?

    – Taka, że nasz Bóg jest szalony (śmiech). Naprawdę! Jakbym miała streścić jedną myśl po pół roku czytania, to jest właśnie to, że nasz Bóg, nasza wiara to jest czyste szaleństwo. Absolutnie nieziemskie, czyste szaleństwo. Druga myśl jest taka, że gdy słuchamy Słowa na Eucharystii, a potem jeszcze dobrze trafimy i ksiądz mówi homilię odnoszącą się do czytań, to bardzo łatwo jest nam się identyfikować z tymi „właściwymi” postawami. Od razu kiwamy głową, tak, ja to bym tak na pewno nie zrobiła.

    Ale potem, kiedy czytam Stary Testament i kończę Księgi Kronik, historię Izraela, myślę: Panie Boże, czemu Ty jeszcze nie zniszczyłeś tego świata? Przecież ten Izrael, Twój naród wybrany, od samego początku non stop się od Ciebie odwraca i stawia sobie jakieś bożki. I nagle zaczynam dostrzegać, że to jest opowieść o mnie… Widzę, że ta miłość Boga jest szalona, że człowiek od samego początku jest popaprany, wystawiony na żądze, które nim kierują – ale to jest ciągle opowieść o mnie, nie o jakichś tam ludziach. I to jest wielka radość odkrycia pomocy w moim osobistym rachunku sumienia. Bardzo mocno też widzę, co to znaczy, że Słowo Boże jest żywe i skuteczne.

    To może jakiś przykład?

    – Czemu nie? W zeszłym tygodniu czytałam księgę Zachariasza. To jest taka księga, że jak ją czytam, to w ogóle do mnie nie przemawia (śmiech). W ogóle nie jest o mnie. Ale był tam jeden fragment o pasterzu, który traci cierpliwość do swoich owiec i mówi: a róbta, co chceta! Jak się chcecie pozabijać, to się pozabijajcie! Czytałam ten fragment w momencie, gdy moje dzieciaki, cała czwórka, kotłowały się w pokoju już od czterdziestu pięciu minut, kłócąc się dosłownie o wszystko. Pomyślałam sobie: Panie Boże, dziękuję ci, że Ty jesteś tak blisko mnie, że wiesz, co ja czuję, że tak dobrze mnie rozumiesz. A dalej Bóg pokazuje, że pasterz, który zostawia swoje trzody, to jest niestety zły pasterz. I mnie to bardzo ustawiło, dało mi zatrzymanie, refleksję. Zobaczyłam coś bardzo namacalnie w moim życiu i to poskutkowało poprawą mojego osobistego zachowania. Wzięłam głęboki oddech i weszłam do tej jaskini zbójców (śmiech).

    Instagram i wiara? Musiałam wyjść ze swojej strefy komfortu

    Swoim czytaniem dzielisz się na Instagramie. Ostatnio mówi się o tym, że w mediach społecznościowych treści opatrzone etykietką „Ewangelia” nie są dobrze widziane, że trzeba dużej odwagi, by dzielić się swoją wiarą. Jak Ci z tym jest?

    – Dla mnie osobiście jest to trudne i wiązało się z wyjściem ze strefy komfortu. Bo inaczej się dzielisz czytaniem Pisma Świętego w swojej wspólnocie, na żywo, wśród ludzi, których znasz i czujesz się z nimi bezpieczna, a inaczej, gdy robisz profil otwarty, publiczny, z etykietką „czytam Pismo Święte” i zapraszasz innych do tego, co jest bardzo twoje. Czuję się odsłonięta. Zapraszam ludzi – ale nie wiem przecież, kogo dokładnie – do mojego intymnego świata, do czegoś, co jest dla mnie bardzo cenne. Czytają to różni ludzie, którzy nie znają kontekstu. Jak napiszę coś bez wyjaśnienia, mogą mnie źle zrozumieć. Trudno mi było zostawić te wszystkie obawy.

    W takim razie po co Ci ten Instagram? Bez niego też można czytać Pismo Święte.

    – Widzisz, zaczęłam to robić, bo strasznie mnie boli, że w internecie jest tyle złych informacji związanych z wiarą i Kościołem. Tyle jest mówienia, że to są nudy, flaki z olejem, że to jest nieżyciowe. Tyle takiego, mówiąc wprost, zakłamania. Pomyślałam, że jeśli za chwilę chatGPT będzie się karmił tylko takimi treściami, to będzie jeszcze gorzej. I może mój głos nie jest wielki ani ważny; jest ziarenkiem, kropelką w oceanie, ale jeśli Pan Bóg będzie się chciał nim posłużyć, to się posłuży.

    Cała nasza wiara jest opowieścią o tym, że te nasze ziarenka są małe, bezsilne – a potem przynoszą plon. Teraz mam czas w domu, sporadycznie jadę służyć narzeczonym czy małżonkom, ale chciałabym więcej mówić o Panu Bogu. O tym, ile dobra mam od Niego, o tym, że jestem szczęśliwa i błogosławiona, bo całe moje życie buduję na Nim, że to jest skutek przylgnięcia do Kościoła, do wspólnoty, do Słowa Bożego. I teraz mogę to robić właśnie na Instagramie.

    Agata Rusek/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 6 PAŹDZIERNIKA

    GODZ. 18.00 – W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM (TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.)

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    *********

    MARGARET MARY ALACOQUE

    Zvonimir Atletic | Shutterstock

    *********

    12 obietnic Jezusa dla każdego, kto kultywuje tradycję pierwszych piątków miesiąca

    Pewnie każdy słyszał o tradycji pierwszych piątków miesiąca, ale mało kto wie, skąd de facto się wzięły. Przytaczamy najważniejsze fakty.

    Pierwszy piątek miesiąca – już sam fakt jego wyodrębnienia zwraca naszą uwagę, że jest to dzień szczególny. Wydaję mi się jednak, że wiedza, jaką posiadamy na temat jego wyjątkowości jest nikła, a czasem niekiedy żadna bądź mijająca się z rzeczywistym celem celebracji tego dnia. A skoro nie jesteśmy w pełni świadomi, dlaczego bierzemy udział w pierwszopiątkowej Eucharystii i co zapoczątkowało ten zwyczaj, nie wypełniamy całkowicie poleceń Jezusa.

    Tradycja pierwszego piątku jest o tyle ważna, że nie została ona ustanowiona po prostu przez władze Kościelne, ale została nam dana przez samego Chrystusa. Miało to miejsce podczas objawień, jakich doświadczyła francuska zakonnica, święta Małgorzata Maria Alacoque, podczas adoracji Świętego Sakramentu w klasztornej kaplicy. W czasie tych kilku spotkań Jezus odsłonił przed młodą kobietą swoje gorejące miłością serce i za jej pośrednictwem przekazał tę miłość wszystkim ludziom, gdyż, jak sam zaznaczył, nie mógł dłużej powstrzymać w sobie jej płomieni. Jak wspominała zakonnica, jego okaleczone serce otoczone było wówczas koroną cierniową zwieńczoną krzyżem, a z rany bił blask. Zlecił świętej, aby szerzyła wśród swych sióstr i braci wiarę w Niego oraz ogrom łask i miłosierdzia płynących dla nich z Jego serca, niezbędnych do Odkupienia, zaznaczając, że to dla ludzi jedyny ratunek.

    Objawienia miały ponadto charakter osobistego wyznania, podczas nich Chrystus powiedział Małgorzacie, że każdego dnia znosi udręki spowodowane niewdzięcznością ludzi, która jest cięższa do zniesienia, niż wszystkie cierpienia jakich doświadczył podczas życia na ziemi. Polecił jej, aby przynajmniej ona zadośćuczyniła mu za grzechy wszystkich ludzi, które tak ciężko mu znieść. Właśnie wtedy nakazał jej przystępować do Komunii Świętej najczęściej, jak będzie mogła, szczególnie w każdy pierwszy piątek miesiąca, a w każdą noc poprzedzającą ten dzień uczestniczyła przez godzinę w szczególnej adoracji. Objawienia te zapoczątkowały również tradycję dziewięciu pierwszych piątków, w których pełne uczestnictwo otwiera nam drogę do łaski pokuty i zbawienia.

    Ostatnim nakazem Chrystusa było ustanowienie nabożeństwa ku czci Jego Serca w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała, ze szczególnym uwzględnieniem przystępowania w tym dniu do Komunii Świętej. Udział w tej Eucharystii jest formą zadośćuczynienia za wszelkie obrazy, jakich Jezus od nas doznaje.

    To krótkie przypomnienie historii Jezusowych Objawień pozwala nam zrozumieć istotę pierwszych piątków miesiąca, ich wyjątkowości oraz niezwykłej wagi. Uczestnictwo w nich jest formą pokuty, dzięki nim możemy odkupić swoje winy, zadośćuczynić Jezusowi oraz dostąpić łaski zbawienia.

    Niestety, znaczenie tego dnia bywa często wypaczone, nie skupiamy się w nim głównie na Eucharystii, ale kładziemy nacisk zwłaszcza na pierwszopiątkową spowiedź. Takie przesunięcie punktu ważności może wynikać bezpośrednio z myślenia o konieczności czystości serca podczas przyjmowania ciała Chrystusa pod postacią chleba. Abyśmy mogli uczynić to godnie, potrzebny jest nam sakrament pojednania. Problem w tym, że zdarza się, iż pierwszy piątek tylko na nim kończymy, a idea, jaka temu dniu przyświeca, oparta jest jednak na przystąpieniu do Komunii Świętej. To właśnie pełny udział w Mszy Świętej pozwala nam na dostąpienie łask, jakich udziela nam Chrystus. Dzięki spowiedzi świętej przybliżamy się do Boga, ale to właśnie Eucharystia tę więź umacnia.

    Musimy umieć spojrzeć na celebrowanie pierwszych piątków miesiąca jak na wyjątkowy dar, jaki otrzymaliśmy od samego Jezusa. Mimo cierpień, jakich od nas doświadcza, dalej darzy nas bezgraniczną miłością. Gest, jaki w naszą stronę wykonuje Chrystus, jest niezwykłym aktem miłosierdzia, dowodem prawdziwej, nieskończonej miłości. Nie rezygnuje z nas, nie wątpi, ale zaprasza do siebie, daje szansę na poprawę. Zauważmy, że to On sam wyciąga do nas rękę, choć to przecież my zawiniliśmy, odsłania przed nami zranione serce i nawołuje do poprawy, pierwszy dąży do pojednania, bo pragnie dla nas naszego zbawienia.

    Oprócz obietnicy łaski zbawienia, gdy spełnimy polecenia Jezusa, złożył jeszcze przyrzeczenia, które rozproszone w zapiskach świętej Małgorzaty Marii, zostały zebrane i do dziś istnieją w formie tzw. 12 obietnic Jezusa:

    1. Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie.
    2. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach.
    3. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach.
    4. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci.
    5. Wyleję obfite błogosławieństwa na wszystkie ich przedsięwzięcia.
    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia.
    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.
    8. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości.
    9. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony.
    10. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych.
    11. Imiona tych, co rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w mym Sercu i na zawsze w Nim pozostaną.
    12. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci.

    Nie bójmy się zawierzyć Jezusowi tak, jak uczyniła to święta Małgorzata Maria i podążajmy za jej słowami: “We wszystkim co czynisz łącz się z Najświętszym Sercem naszego Pana Jezusa Chrystusa – na początku, by wykazać się chęcią służenia Mu, na końcu dla zadośćuczynienia.”

    Magdalena Syrda – studentka filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Małgorzata Maria Alacoque

    i

    Najświętsze Serce Jezusa

    Św. Małgorzata Maria Alacoque i Najświętsze Serce Jezusa

    Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa w Paray-le-Monial | fot. Nigel Jarvis / Depositphotos

    ***

    Październik obfituje we wspomnienia wielu ważnych dla naszej wiary świętych – od patriarchy Abrahama przez św. Łukasza Ewangelistę po św. Jana Pawła II. Mnie siłą rzeczy najbliższa jest moja święta patronka – skromna zakonnica zgromadzenia kontemplacyjnego Nawiedzenia NMP, w Polsce zwanego potocznie siostrami wizytkami – św. Małgorzata Maria Alacoque, nazywana “świętą od Serca Jezusowego”.

    Pod wpływem objawień, jakich doznała pomiędzy 1673 a 1675 rokiem w klasztorze Paray-le-Monial, wprowadzono uroczystość Najświętszego Serca Jezusa, którą Kościół katolicki obchodzi w piątek po oktawie Bożego Ciała. Chociaż św. Małgorzatę wspominamy zwykle w czerwcu w związku z tą uroczystością, to jej liturgiczne wspomnienie przypada na 14 października.

    U grobu mojej świętej patronki udało mi się być kilkakrotnie, ale najbardziej pamiętny był naturalnie ten pierwszy raz. Do Paray-le-Monial dotarliśmy, kiedy miasteczko spowijała jeszcze gęsta poranna mgła. Senne i spokojne zdawało się pogrążone w zadumie nad marnościami tego świata. Dość instynktownie skierowałam się we właściwą stronę – ku mostkowi na niewielkiej rzeczce Bourbince. Po jej przekroczeniu z mgły wyrosła wysoka ściana przypominająca górski masyw. To najważniejszy zabytek miasteczka – okazała romańska Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa (Basilique du Sacré-Cœur). Świątynia ta ufundowana została w 973 roku przez słynnego francuskiego benedyktyna Odylona z Cluny. Wiek później, w wyniku kolejnej przebudowy powstał potężny romański kościół, oddający ducha wspólnoty z Cluny. To ogromna trójnawowa bazylika z transeptem, obejściem chóru i wieńcem kaplic. Skromną romańską fasadę wieńczą dwie masywne, wysokie wieże, a ponad skrzyżowaniem naw wznosi się majestatyczna wielokątna dzwonnica.

    Panorama Paray-le-Monial z Bazyliką Najświętszego Serca Pana Jezusa | fot. Nigel Jarvis / DepositphotosPanorama Paray-le-Monial z Bazyliką Najświętszego Serca Pana Jezusa | fot. Nigel Jarvis / Depositphotos

    ***

    Jednak to nie ten piękny, surowy i majestatyczny kościół przyciąga wiernych do Paray-le-Monial. Głównym celem pielgrzymek jest bowiem niepozorna Kaplica Objawień przy pojezuickim klasztorze (Monastère de La Visitation) zamieszkałym od 1629 roku przez siostry wizytki. To właśnie tam, w bocznym ołtarzu, w szklanym sarkofagu wystawione jest zabalsamowane ciało św. Małgorzaty Marii Alacoque, której czterokrotnie ukazał się Jezus Chrystus z przebitym włócznią sercem, prosząc o uroczystość ku czci Jego Najświętszego Serca.

    Małgorzata Maria Alacoque przyszła na świat 22 lipca 1647 r. w Burgundii (Francja), jako piąte dziecko w rodzinie Klaudiusza z Verosvres, notariusza i sędziego królewskiego. Niezwykłe to musiało być dziecko, skoro mając zaledwie 4 lata, Małgorzata złożyła ślub dozgonnej czystości. Jednak droga do świętości łatwa być nie może, toteż i mała Małgorzata musiała wiele poświęcić, pokonać ciernie mniejszych i większych przeciwności losu, niechęci bliskich i przełożonych. Wkrótce zmarł jej ojciec, zostawiając pod opieką żony siedmioro dzieci. Małgorzata trafiła do kolegium w Charolles prowadzonego przez siostry zakonne, jednak z powodu ciężkiej choroby musiała powrócić do domu. Tam zaczęła się kolejna próba – Małgorzata została oddana na wychowanie do swych krewnych – surowego wuja i zgorzkniałych ciotek, którzy nie szczędzili jej przykrości. Choroba Małgorzaty ciągnęła się przez cztery lata, przysparzając jej dodatkowego cierpienia, ale jednocześnie wpływając na jej duchowy rozwój. Pragnienie poświęcenia życia Bogu musiało ustąpić jednak obowiązkowi pomocy w domu opiekunów. Wielkie marzenie Małgorzaty spełniło się dopiero, gdy miała 24 lata. Wybrała utworzone pół wieku wcześniej przez św. Franciszka Salezego i św. Joannę Chantal Zgromadzenie Sióstr Nawiedzenia (wizytek), nad którym kierownictwo duchowe sprawował przez 40 lat św. Wincenty a Paulo, wielka osobowość epoki.

    Tak oto 25 maja 1671 roku zamknęła się za Małgorzatą futra klasztoru wizytek w Paray-le-Monial. Habit zakonny otrzymała po trzech miesiącach, przyjmując imię Teresa. 19 kolejnych lat życia Małgorzaty za murami klasztoru bynajmniej nie było jednak okresem spokoju, kontemplacji i modlitwy. Był to czas próby.

    Objawienia

    Od początku swego życia zakonnego, przez ponad półtora roku, od grudnia 1673 do czerwca 1675, Małgorzata doświadczała mistycznych spotkań z Jezusem, który przekazał jej zadanie niesienia ludziom posłannictwa o Jego Najświętszym Sercu. Pan Jezus przedstawiał jej swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości. Chrystus prosił Małgorzatę, by często przystępowała do Komunii świętej, a przede wszystkim w pierwsze piątki miesiąca. Polecał także, aby w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek uczestniczyła w Jego śmiertelnym konaniu w Ogrójcu między godziną 23 a 24: “Upadniesz na twarz i spędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.

    16 czerwca 1675 r. Pan Jezus ukazał Małgorzacie swoje Boskie Serce, mówiąc:

    Oto Serce, które tak bardzo ukochało ludzi, że w niczym nie oszczędzając siebie, całkowicie się wyniszczyło i ofiarowało, aby im okazać swoją miłość. Przeto żądam od ciebie, aby w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała zostało ustanowione święto – szczególnie po to, by uczcić Moje Serce przez Komunię Świętą i uroczyste akty przebłagania, w celu wynagrodzenia Mu za zniewagi doznane w czasie wystawienia na ołtarzach. Obiecuję, że Moje Serce otworzy się, aby spłynęły z niego Strumienie Jego Boskiej Miłości na tych, którzy Mu tę cześć okażą i zatroszczą się o to, by inni Mu ją okazywali.

    Misja ustanowienia święta czczącego Najświętsze Serce Jezusa okazała się trudna, a Małgorzata doznała wielu przykrości i sprzeciwów. Siostry kpiły z rzekomej mistyczki, wyszydzały jej słowa. Nawet przełożona nie wierzyła w prawdziwość objawień.

    Wezwania Małgorzaty do rozpowszechniania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusa mocno zwalczali m.in. janseniści, którzy oskarżali jego krzewicieli o herezję. Przeciwstawiali się tym opiniom jezuici – spowiednik świętej o. Klaudiusz de la Colombière, a także o. Croiset. Przez długi czas Stolica Apostolska milczała w tej sprawie, czekając na rozwój wypadków. To nastawienie zmienił memoriał wysłany w 1765 r. przez Episkopat Polski do papieża Klemensa XIII. Ten jeszcze w tym samym roku zezwolił na obchodzenie święta ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa przez zakon wizytek. Następnym krokiem było ustanowienie tego święta dla całego polskiego Kościoła. Dopiero jednak w 1856 papież Pius IX uczynił je obowiązującym w Kościele na całym świecie.

    Mimo trudności, święta Małgorzata Maria Alacoque pod koniec życia rozpoczęła rozpowszechnianie Bożego przesłania. Zainicjowała obchody uroczystości Najświętszego Serca Jezusa w Paray-le-Monial i rozszerzyła je na inne klasztory sióstr wizytek. Z jej inicjatywy wybudowano w klasztorze macierzystym kaplicę poświęconą Sercu Jezusa.

    Zmarła 17 października 1690 r. w klasztorze Paray-le-Monial, mając 43 lata. Kiedy wieść o tym rozniosła się po okolicy, do kościoła przybyło wielu wiernych, aby pożegnać osobę cieszącą się już za życia opinią świętości. Jej pogrzeb odbył się wieczorem 18 października.

    Jednak także pośmiertna droga skromnej zakonnicy do świętości nie była szybka, łatwa i oczywista.

    Święta Małgorzata Maria Alacoque została ogłoszona błogosławioną przez papieża Piusa IX 18 września 1864 r., a kanonizowana 13 maja 1920 r. za pontyfikatu papieża Benedykta XV. Wraz ze św. Janem Eudesem jest nazywana “świętą od Serca Jezusowego”. W liturgii Kościoła katolickiego wspomnienie św. Małgorzaty Marii Alacoque obchodzono początkowo 17 października. W roku 1969 data ta została wyznaczona jako dzień wspomnienia liturgicznego Ignacego Antiocheńskiego, w związku z tym dzień wspomnienia liturgicznego św. Małgorzaty Marii Alacoque został przeniesiony na 16 października. To jednak w Polsce dzień św. Jadwigi Śląskiej, tak więc ostatecznie wspominamy św. Małgorzatę Marię Alacoque 14 października.

    Skromna siostra klauzurowego Zakonu Nawiedzenia, wsłuchująca się nieustannie w głos swego Mistrza i Oblubieńca, zostawiła 141 listów, a w nich rady i myśli nazywane “Perełkami św. Małgorzaty”. Są wśród nich mistyczne dialogi z Jezusem wzywającym do rozszerzenia kultu Jego Najświętszego Serca. W jednym z listów Małgorzata tłumaczy: “To Boże Serce jest niezgłębioną otchłanią wszelkich dóbr, do której ubodzy mają się zwracać we wszystkich swoich potrzebach. Ono jest otchłanią radości, w której przepadają wszystkie nasze smutki. Jest otchłanią pokory przeciwko naszej pysze, jest otchłanią miłosierdzia dla nieszczęśliwych, jest wreszcie otchłanią miłości, w której powinniśmy ukryć całą naszą nędzę”.

    Być może w skomplikowanej i rozchwianej rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć, proste myśli Małgorzaty Marii Alacoque, żyjącej we Francji w XVII wieku, okażą się cenną wskazówką?

    Małgorzata Ćwiklińska-Sołtys – archeolog, antropolog kultury, etnograf i historyk/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Magiczny rytuał czy dojrzała wiara?

    O tym, jak przeżywać pierwsze piątki miesiąca

    Magiczny rytuał czy dojrzała wiara? O tym, jak przeżywać pierwsze piątki miesiąca

    fot. Jacob Bentzinger / Unsplash

    *********

    Zrobienie czegoś określoną ilość razy ma zapewnić zbawienie? Wielu osobom pierwsze piątki mogą kojarzyć się bardziej z magicznym rytuałem, czymś w rodzaju “kupowania odpustów” niż z dojrzałą wiarą. Choć bałem się do tego przyznać, przez długi czas myślałem podobnie. Wszystko zmieniło się, gdy postanowiłem bardziej zrozumieć sens tego nabożeństwa.

    Dziewięć pierwszych piątków miesiąca “zaliczyłem” już po pierwszej komunii. Później nie wracałem do tematu, przekonany, że zrobiłem swoje i “kupiłem” bilet do nieba. Pierwsza poważna refleksja na temat dziewięciu pierwszych piątków przyszła dopiero w dorosłym życiu, gdy zacząłem na nowo poznawać i odkrywać Boga. “Czy na pewno działa On w magiczny sposób i daje pierwszeństwo w drodze do nieba tym, którzy odprawili pierwsze piątki?”. Jakoś nie pasowało mi to do obrazu Boga, który właśnie odkryłem. Przez lata bagatelizowałem temat pierwszych piątków. Aż do teraz. Półtora miesiąca temu powrócił on niespodziewanie i przyniósł ciekawe refleksje. Ale najpierw o tym, skąd wzięło się nabożeństwo pierwszych piątków.

    Historia pierwszych piątków miesiąca

    Pierwszopiątkowe nabożeństwo ma związek z objawieniami, do jakich doszło w latach 1673-1675 w kaplicy klasztoru sióstr wizytek w Paray-le-Monial, podczas których Jezus objawił się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Miał On złożyć francuskiej zakonnicy 12 obietnic, z których ostatnia brzmi: “Z nadmiernego miłosierdzia mego Serca obiecuję ci, że wszechmocna miłość tego Serca wszystkim przystępującym przez dziewięć z rzędu pierwszych piątków miesiąca do komunii świętej da ostateczną łaskę pokuty tak, że nie umrą w stanie Jego niełaski ani bez sakramentów świętych i że Serce moje będzie dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”. Oznacza to, że wszystkim, którzy z zaangażowaniem odprawią nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca, Jezus udzieli łaski ostatecznego pojednania i przebaczenia wszystkich grzechów. Możemy wierzyć, że stanie się to nawet w przypadku niespodziewanej śmierci.

    Kto nie chciałby w chwili umierania znaleźć się od razu w ramionach kochającego Boga? Trudno o lepszą perspektywę. Nic więc dziwnego, że do odprawiania pierwszych piątków miesiąca zachęca się już pierwszokomunijne dzieci. Trzeba jednak pamiętać, że bez głębszego pochylenia się nad tym tematem, pierwsze piątki mogą stać się kolejnym “cudownym sposobem” na kontrolowanie Pana Boga i złapanie Go za nogi. Bądźmy szczerzy. Problem z tym mogą mieć dorośli, a co dopiero dzieci. Myślę, że wiele osób chętnie poszłoby na taki układ: “Zaliczę dziewięć pierwszych piątków, a później będę miał spokój”. Czy jednak na pewno o to w tym chodzi? Oczywiście nie mnie to osądzać, ale zdrowy rozsądek podpowiada, że odprawienie dziewięciu pierwszych piątków, a później życie zgodnie z zasadą “hulaj dusza, piekła nie ma”, niewiele pomoże. Pierwsze piątki to coś więcej, niż bilet do nieba z pierwszeństwem wejścia na pokład.

    Cztery powody, dla których warto odprawić pierwsze piątki

    Każdy pierwszy piątek jest przede wszystkim okazją do wynagrodzenia za grzechy swoje i całego świata. I właśnie z tą myślą należy przyjąć tego dnia komunię. Już sama refleksja nad tym, że jestem grzesznikiem, bardzo zmienia perspektywę przeżywania tego dnia i jest okazją do nawrócenia. Nawracać powinniśmy się codziennie, ale kto z nas o tym pamięta? W natłoku obowiązków, stresu i napięć nasze moralne potknięcia mogą bardzo łatwo stać się rutyną. Pierwszy piątek i spowiedź, która często mu towarzyszy, może okazać się naszym “alertem krytycznym”, przypomnieniem, że może warto odkurzyć sumienie. W przeżywaniu pierwszych piątków miesiąca bardzo ważne jest, by intencja wynagrodzenia za grzechy swoje i całego świata towarzyszyła nam w każdy z tych dni (dotyczy to szczególnie osób, które i tak codziennie przystępują do komunii). To po pierwsze.

    Po drugie, pierwszy piątek miesiąca stanowi okazję do refleksji nad własną śmiercią. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo w świecie celebrującym życie i przyjemność takie stwierdzenie jest nie na miejscu. Dla mnie jednak było to wielkie odkrycie. Gdy w pierwszy piątek września uklęknąłem po komunii w półmroku kapucyńskiego kościoła i wyszeptałem: “Jezu, pamiętaj o mnie, gdy będę umierał”, przeszły mnie ciarki. Było to bardzo mocne doświadczenie. Zdałem sobie sprawę, że mogę umrzeć równie dobrze za 50 lat, jak również jutro. I choć nie wiem, kiedy i jak to nastąpi, jestem pewien, że w tej chwili nie będę mógł liczyć na lepsze towarzystwo, niż obecność Jezusa, który chwyci mnie za rękę i przeprowadzi na drugą stronę. Bardzo bym chciał, żeby tak to się odbyło.

    Po trzecie, pierwsze piątki uczą mnie pokory. Przyznaję, że nie do końca rozumiem, o co chodzi w formach pobożności, które wymagają ode mnie wykonania czegoś określoną ilość razy. Dlaczego dziewięć pierwszych piątków, a nie osiem albo dziesięć? Mimo to akceptuję to i przyjmuję. Może jestem naiwny, a może po prostu przyznaję się do tego, że nie wszystko muszę rozumieć. Z drugiej strony – przy całym zdroworozsądkowym podejściu do sprawy – jako ludzie potrzebujemy czasem czegoś konkretnego, do czego trzeba się zmobilizować, co wymaga od nas jakiegoś wysiłku. Nie po to, by sobie na coś zasłużyć, ale po to, by zrobić coś namacalnego i wymiernego. Nabożeństwo pierwszych piątków jest pod tym względem idealne. Nie jest to trwająca 54 dni nowenna pompejańska, na którą trzeba przeznaczyć każdego dnia naprawdę sporo czasu. Odprawienie pierwszego piątku to tylko jedna godzina w miesiącu (tyle mniej więcej trwa msza) i konkretna intencja, w której przyjmuję komunię świętą.

    Po czwarte, każdy z dziewięciu pierwszych piątków jest okazją do przypomnienia sobie o tym, co Jezus dla nas zrobił. Myślę, że to najistotniejszy aspekt tego nabożeństwa. Przeżycie pierwszych piątków w duchu wdzięczności i miłości wobec Boga, który umarł za nas, otwierając perspektywę nieskończoności z samym sobą, będzie najlepszą rzeczą, jaką możemy w tym dniu zrobić.

    Moje “nowe” dziewięć pierwszych piątków

    Przyznaję, że do niedawna pierwsze piątki bardziej kojarzyły mi się z “kupowaniem odpustów” niż z dojrzałą wiarą. Powyższe refleksje sporo jednak zmieniły. Nie jest to oczywiście dogmat wiary i nie trzeba w to wierzyć. Pierwsze piątki nie są nam również niezbędne do zbawienia! Takie myślenie nie miałoby nic wspólnego z Ewangelią. Sądzę jednak, że warto zaryzykować i spróbować świadomie odprawić pierwszopiątkowe nabożeństwo. Nawet, jeśli w dzieciństwie już raz to zrobiliśmy. Pierwsze piątki przeżywane z dojrzalszej perspektywy to coś zupełnie innego, niż pierwszokomunijny obowiązek. Na pewno nam nie zaszkodzą, a z dużym prawdopodobieństwem umocnią i rozwiną naszą wiarę.

    Pod koniec sierpnia ustawiłem w kalendarzu pierwszopiątkowy alert. Zrobiłem to wspólnie ze znajomym, by nawzajem się mobilizować. W każdy czwartek przed pierwszym piątkiem otrzymuję przypomnienie, by następnego dnia zaplanować czas na Eucharystię. Za mną dopiero jeden (wrześniowy) pierwszy piątek. Przede mną – kolejnych osiem. Mam jednak nadzieję, że każdy z tych dni – tak jak stało się to za pierwszym razem – naprawdę będzie lekcją pokory, okazją do refleksji nad własnym grzechem, śmiercią i spotkaniem z żywym Bogiem, który w godzinie śmierci weźmie mnie za rękę. Czuję, że to mogą być dające do myślenia rekolekcje.

    Piotr Kosiarski/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I SOBOTA MIESIĄCA – 7 PAŹDZIERNIKA

    ŚWIĘTO MATKI BOŻEJ RÓŻAŃCOWEJ

    Domingo Martínez Matka Boża Różańcowa olej na płótnie, ok. 1720 Muzeum Sztuk Pięknych, Sewilla

    Matka Boża Różańcowa/Domingo Martínez/ok. 1720 Muzeum Sztuk Pięknych, Sewilla

    *****

    Modlitwa o zwycięstwo

    Bóg po to dał nam wolność, byśmy podejmowali wyzwania i stawiali im czoło.

    Chrześcijaństwo nie jest religią dezerterów z tego świata. Uczniowie Jezusa są wezwani, aby kształtować oblicze ziemi, na której żyją. Czasem oznacza to obowiązek obrony własnego domu. Kiedy w XVI wieku tureckie imperium przygotowywało się do podbicia Europy, niebezpieczeństwo było realne. Sto lat wcześniej Turcy zdobyli Konstantynopol, kładąc kres istnieniu ponad 1000-letniego chrześcijańskiego cesarstwa na Wschodzie.

    Świątynia Hagia Sophia, największa chluba Bizancjum, została zamieniona w meczet. „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się tym razem sułtan Selim II. Papież Pius V, dominikanin, mobilizował Europejczyków do obrony. Chrześcijańska flota starła się z turecką w Zatoce Korynckiej w pobliżu Lepanto 7 października 1571 roku. To była jedna z największy morskich bitew w dziejach. Po obu stronach walczyło po ok. 200 okrętów. Turcy zostali pokonani.

    Co to ma wspólnego z Różańcem? Pius V organizując obronę Europy, zachęcał do odmawiania modlitwy różańcowej z prośbą o zwycięstwo. On sam nie miał wątpliwości, że wygrana bitwa była dziełem Maryi. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które później przemianowano na święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie, którzy stanowili trzon chrześcijańskiej floty, w kaplicy ku czci Matki Bożej Różańcowej napisali: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”. Zwiedzając kiedyś Wenecję, trafiłem do benedyktyńskiego klasztoru. Zakonnik oprowadzający po refektarzu pokazał z dumą solidny drewniany sufit: – Zrobiono go ze statków zdobytych w bitwie pod Lepanto.

    Chrześcijanin musi stoczyć w życiu wiele bitew. Najpierw w sobie samym – z pokusą, słabością, zniechęceniem, ociężałością, zwątpieniem. Ale musi także walczyć o innych. Każdy ma swoje Westerplatte. W tych zmaganiach modlitwa różańcowa jest jedną z najbardziej skutecznych duchowych broni. Modlitwa nie oznacza rezygnacji z działania, ona towarzyszy ludzkim wysiłkom. Modlitwa przypomina, że nasze życie jest w ręku Boga. Ale choć wszystko od Niego zależy, to jednak nie jest tak, że od nas nic nie zależy. Bóg po to dał nam wolność, byśmy podejmowali wyzwania i stawiali im czoło. Mądrze, odważnie, z ufnością. Różaniec wskazuje na Maryję. Podpowiada: wybieraj jak Ona, z Nią nie przegrasz.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    *****

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XXVII NIEDZIEDZIELI

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NMP

    *****

    W TYM DNIU CZŁONKOWIE ŻYWEGO RÓŻAŃCA MOGĄ UZYSKAĆ ODPUST ZUPEŁNY

    Warunki uzyskania:

    • być w stanie łaski uświęcającej albo przystąpić do spowiedzi św.  
    • brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu 
    • jeśli tego warunku brak, zyskujemy odpust cząstkowy. 
    • przyjęcie Komunii św. 
    • modlitwa w intencjach, w których modli się Ojciec św. 

    *****

    Aby spełnić prośbę Bożej Matki dotyczącą Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca należy:

    1. przystąpić do sakramentu spowiedzi św. (można przystąpić do sakramentu pojednania kilka dni wcześniej) i przyjąć Komunię św.

    2. pomodlić się na różańcu wybierając jedną z czterech części Tajemnic (Radosną, Światła, Bolesną, Chwalebną)

    3. poświęcić kwadrans czasu na rozważanie jednej z 20 Tajemnic Różańca Świętego

    4. być świadomym intencji, którą jest wynagrodzenie za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    *****

    Osoby, które z różnych ważnych powodów (np. choroba) nie mogą osobiście uczestniczyć w nabożeństwie i przyjąć Komunii św. w kościele św. Piotra lub swoim lokalnym kościele, mogą łączyć się online, np. z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem:

    https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/  – w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 18.30 pokutny różaniec fatimski (w Szkocji 17:30), następnie medytacja pierwszosobotnia, Msza św. z kazaniem i Apel Maryjny

    *****

    Sanktuarium, które daje moc

    Sanktuarium, które daje moc

    fot. Depositphotos

     

    Objawienia powtarzały się od maja do października, przyciągając wciąż większe rzesze pielgrzymów, ciekawskich i niedowiarków. Przy każdym spotkaniu Maryja prosiła o trzy rzeczy.

    Niezależnie od tego, w której części świata przebywałam, to 13 maja i tak myślami wędrowałam do Fatimy. Bo przecież właśnie w tym dniu w 1917 roku, za sprawą pierwszego z sześciu objawień Matki Bożej, zaczęła się historia tego miejsca. Zwykle w tym czasie Fatimę zalewały tłumy radosnych pielgrzymów z całego świata, z dużym udziałem naszych rodaków. Tymczasem prawdopodobnie już drugi rok, majowa rocznica objawień będzie cicha i spokojna. Jednak nawet w ciszy, bez tłumów pielgrzymów, sanktuarium fatimskie jest piękne i wymowne.

    Macie takie miejsca gdzieś w świecie, gdzie czujecie się dobrze, jak u siebie? Dla mnie jest to właśnie Fatima w dalekiej Portugalii. Znam sanktuarium fatimskie od połowy lat 90-tych, kiedy docierało się tam autokarem po tygodniu podróży. Zawsze był to moment oddechu, odpoczynku, takie bezpieczne schronienie.

    Z racji pracy jako pilot wycieczek, miałam okazję odwiedzać Fatimę wielokrotnie. Przez wszystkie lata, przyjeżdżając tam, czułam, jakbym wracała do domu. Zawsze miałam radość w sercu i przeżywałam pewne wzruszenie. Atmosfera miejsca wiary napełniała mnie w jakiś niewytłumaczalny sposób otuchą i radością. Jakbym doładowała baterie. Fatima to moje miejsce mocy, którego obecnie bardzo mi brakuje… A maj to dobra okazja, by przypomnieć historię objawień fatimskich i atmosferę dni rocznicowych.

    Różaniec, pokuta i modlitwa za grzeszników

    Wszystko rozpoczęło się w pewną pogodną niedzielę, 13 maja 1917 roku, kiedy to trójce pastuszków – Łucji Santos oraz Franciszkowi i Hiacyncie Marto – pasących niewielkie stadko na łące w Cova da Iria, ukazała się świetlista postać młodej i pięknej kobiety z różańcem w ręku. “Pani jaśniejsza niż słońce” poprosiła dzieci, aby zechciały przechodzić w to miejsce przez kolejne 5 miesięcy. Objawienia powtarzały się od maja do października, przyciągając wciąż większe rzesze pielgrzymów, ciekawskich i niedowiarków. Przy każdym spotkaniu Maryja prosiła dzieci o odmawianie różańca, pokutę i modlitwę za grzeszników. Warto pamiętać, że dzieci nie pojawiły się na Cova da Iria w dniu 13 sierpnia, ponieważ zostały porwane i uwiezione przez burmistrza Ourem. Spotkanie z Matką Bożą miało miejsce dopiero po ich uwolnieniu, 19 sierpnia w Valinhos, w pobliżu ich rodzinnej wioski Aljustrel. Wreszcie 13 października 1917 roku, 70 tysięcy zgromadzonych na Cova da Iria ludzi, było świadkami “cudu słońca”, zapowiedzianego przez Matkę Bożą. Tarcza słoneczna oderwała się od nieboskłonu i wirując w szalonym pędzie, zbliżała się ku ziemi. Ludzie szlochając padali na kolana, żałowali za grzechy, gotując się na śmierć. Nagle wszystko ustało, przywracając znany porządek świata, a wielu wątpiących znalazło w tym zdarzeniu łaskę i drogę do Boga.

    Od tego momentu, z wiarą, że dla Matki Zbawiciela nie ma rzeczy niemożliwych, na miejsce objawień przybywają setki tysięcy pielgrzymów. Dzisiaj nie modlą się już, jak pastuszkowie, pod dębem skalnym na Cova da Iria, ale w pięknym Sanktuarium, jakie przez lata wybudowano w tym miejscu.

    Serce sanktuarium

    Dawna łąka to obecnie olbrzymi plac, mogący pomieścić setki tysięcy pielgrzymów. Wzrok zbliżających się do Fatimy, już z daleka przyciąga wysoka dzwonnica Bazyliki Różańcowej, której kolumnada otacza plac jakby rozpostartymi ramionami, witając wszystkich przybywających.

    Bazylika to ważne miejsce dla pielgrzymów, bowiem znajdą tam groby Franciszka i Hiacynty, pastuszków, których beatyfikował św. Jan Paweł II, a do grona świętych pańskich wyniósł papież Franciszek, podczas swojej wizyty w Fatimie w setną rocznicę objawień, 13 maja 2017 roku.

    Jednak to nie ten piękny, lśniący bielą miejscowego marmuru w intensywnym portugalskim słońcu kościół jest sercem sanktuarium. Jest nim Capelinha. Miejsce to wskażą nam wędrujący na kolanach “drogą pokutną” pielgrzymi. Ich celem jest niewielki przeszklony sześcian, stojący z boku, po lewej stronie placu, w cieniu wielkiego, rozłożystego wiekowej dębu skalnego, zwanego “Wielką Azinheirą”.

    Gdy zbliżymy się do szklanej konstrukcji, zobaczymy wewnątrz małą, białą tradycyjną kapliczkę, a przed nią figurę Matki Bożej Fatimskiej. Z jej rąk zwisa różaniec podarowany przez św. Jana Pawła II, a w zwieńczeniu korony znajduje się kula, która zraniła go na Placu Św. Piotra, 13 maja 1981 roku. “Jedna ręka wystrzeliła kulę, ale inna ją prowadziła” – powiedział nasz papież, odwiedzając rok później Fatimę, aby podziękować Matce Bożej za ocalenie. Była to pierwsza z trzech wizyt “papieża fatimskiego” w sanktuarium Jego Wybawicielki.

    Kolumna, na której stoi figura, znajduje się w miejscu, gdzie rósł dąb skalny, pod którym pastuszkowie czekali na przyjście “Pani jaśniejszej niż słońce”. Samo drzewo zostało “rozebrane” przez pierwszych pielgrzymów. Na ołtarzu przed kapliczką odprawiane są msze święte, nabożeństwa, stąd płynie modlitwa różańcowa w różnych, czasami bardzo egzotycznie brzmiących językach, transmitowana codziennie w internecie.

    Naród emigrantów

    Najważniejsze uroczystości rocznicowe w Fatimie odbywają się w maju, kiedy witamy i w październiku, kiedy żegnamy Matkę Bożą. Wtedy Sanktuarium wypełnia się pielgrzymami z całego świata, a rezerwacje hoteli trzeba robić nawet rok wcześniej! Fatima rozbrzmiewa najróżniejszymi językami i mieni kolorami barwnych strojów narodowych.

    Uroczystości w sierpniu mają bardziej narodowy charakter. Mimo wspomnianego przesunięcia objawienia, one także odbywają się 12 i 13 dnia miesiąca.  To ważny moment dla rolników portugalskich. Podczas Mszy Św. 13 sierpnia delegacje w tradycyjnych strojach ludowych składają Matce Bożej w darze swoje plony. Z ofiarowanego ziarna i mąki powstają miliony komunikantów, które przyjmują później pielgrzymi. To czas, kiedy w sierpniowym skwarze do Sanktuarium ciągną piesze pielgrzymki z pobliskich wiosek, a także odległych zakątków Portugalii. Ci ludzie nie szukają wygodnych noclegów w mniej lub bardziej komfortowych warunkach. Olbrzymie parkingi wokół sanktuarium wypełniają się radośnie biwakującymi pielgrzymami. Czy to rodzinnie, czy całymi wioskami. To bardzo ciekawy obraz portugalskiej kultury i pobożności. Radość pielgrzymów jest tym większa, że u stóp Naszej Pani w Fatimie spotykają rodziny, często rozsiane po świecie. Portugalczycy to naród emigrantów, wielu żyje na co dzień we Francji, Niemczech, Luksemburgu, Anglii. Jednak w sierpniu nie może ich zabraknąć w Fatimie.

    Uroczystości zawsze zaczynają się już 12-tego, kiedy licznie przybyli pielgrzymi zbierają się wieczorem na różaniec wokół Capelinhii – kapliczki postawionej w miejscu objawień. Po modlitwie rozpoczyna się, jak co wieczór, Procesja Światła. Tysiące serc, tysiące świec, tysiące głosów, wiele języków. Wierni podążają za figurą Naszej Pani Fatimskiej, niesionej na rzęsiście oświetlonym, pełnym kwiatów feretronie, śpiewając Salve Regina. Na twarzach wyciętych z mroku przez chybotliwy płomień świec, widać wzruszenie i radość. Wielu wiernych po zakończeniu procesji zostaje na placu, aby czuwać i modlić się całą noc w oczekiwaniu na nadejście poranka dnia 13-tego.

    Kulminacją uroczystości rocznicowych każdego 13-tego dnia miesiąca od maja do października jest uroczyste nabożeństwo celebrowane na ołtarzu na stopniach bazyliki Matki Bożej Różańcowej. Plac wypełnia się szczelnie ludźmi, którzy trwają tam kilka godzin mimo słońca, deszczu, czy pragnienia…

    Msza kończy się uroczystym pożegnaniem Matki Bożej Fatimskiej i odprowadzeniem figury z ołtarza do Kapliczki. To “Adeus” – wzruszające pożegnanie, kiedy pielgrzymi machają białymi chusteczkami i śpiewają Maryi pieśń pożegnalną. Do zobaczenia za miesiąc, za rok, a może w życiu wiecznym… Dla wielu to bardzo emocjonalny moment.

    Fatima daje moc

    W ubiegłym roku oglądałam transmisję z różańca, procesji i liturgii nocnej z Fatimy w internecie. Przez pusty plac wędrowała figura Matki Bożej Fatimskiej. Była tak mała w ogromie ciemnego placu, a jednocześnie tak mocno rozjaśniała mrok swoim intensywnym światłem. Nigdy nie było to bardziej wymowne. W całej tej nocy jasny punkt kierujący się do ołtarza na stopniach oświetlonej bazyliki i jej kolumnady, otaczającej jakby ramionami pusty plac. Trudno nie myśleć w takiej chwili, jak kruchy jest nasz świat, jak śmieszne są nasze wielkie plany na życie. Jak łatwo stracić to, co uważamy za wieczne, pewne, swoje. A jednocześnie światło wydobywające z mroku figurę Naszej Pani Fatimskiej zdaje się wlewać w serca wiernych otuchę i nadzieję. Fatima daje moc!

    Małgorzata Ćwiklińska-Sołtys/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odmawianie różańca... sprawia prawdziwe cuda!

    fot. Screenshot – YouTube (Rosemaria)

    *****

    Odmawianie różańca… sprawia prawdziwe cuda!

    Źródeł tej modlitwy upatruje się w historii św. Dominika. Została mu ona objawiona przez Maryję, gdy wszystkie ludzkie sposoby działania zawiodły. Święty ten próbował walczyć z heretykami wszystkimi dostępnymi sposobami – pościł i modlił się w ich intencji i … bezskutecznie. Wtedy Matka Boża jako ratunek w jego bezradności przykazała mu odmawianie Psałterza Maryi (dzisiejszego Różańca). Czyli od początku ta modlitwa była ostatnią i niezawodną deską ratunku…

    Cuda różańcowe w historii świata

    Lepanto. Rok 1571. Imperium muzułmańskie wybudowało ogromną flotę i szykuje się do ataku na świat chrześcijański. Chce pierwsze podbić Rzym, a następnie całą Europę. Odpowiedź papieża Piusa V jest jednoznaczna – wzywa on wszystkich chrześcijan do odmawiania różańca. O zwycięstwie chrześcijan zadecydowała nagła zmiana pogody. Wenecjanie w dowód wdzięczności wybudowali kaplicę z napisem: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja Różańcowa dała nam zwycięstwo”.

    Filipiny. Lata 80. XX wieku. Dyktator F. Marcos rozwiązał parlament i rozpoczął aresztowania. Na to bezbronni mieszkańcy zwrócili się o pomoc do kardynała Filipin – J. Sina. Wezwał on  przez radio wiernych do wyjścia na ulice z różańcem w ręce. Całe rodziny publicznie odmawiały tę modlitwę w celu obalenia dyktatury. W Alei Objawienia zebrało się około 2 mln ludzi. Po czterech dniach na ulice wyjechały czołgi, aby rozgromić tłum, jednak ku zdziwieniu wszystkich żołnierze zamiast atakować ludzi przyłączyli się do modlitwy różańcowej. Gdy następnie próbowano zgromadzone osoby rozgromić gazem, wiatr zaczął wiać z przeciwnej strony, tak że nikomu z zebranych nie wyrządził on szkody.

    Objawienia maryjne a różaniec

    Można stwierdzić, że niemal za każdym razem, gdy objawia się Matka Boża wzywa do modlitwy różańcowej, a wielokrotnie sama odmawia ją z widzącymi. Tak było na przykład w przypadku objawień w Lourdes, gdy Maryja modliła się na różańcu razem z Bernadettą.

    Wielokrotnie także Matka Boża obiecywała wyjednanie wszystkich potrzebnych łask i otrzymanie tego, o co się usilnie prosi, właśnie dzięki modlitwie różańcowej. Wystarczy przytoczyć tutaj chociażby przykład coraz bardziej znanych objawień w Pompejach. Do odmawiania różańca wezwała ona najpierw Bartolomeo Longo. Mężczyzna ten spacerował właśnie obok kapliczki, gdy nagle usłyszał głos: „Kto szerzy różaniec, ten jest ocalony! To jest obietnica samej Maryi!” Następnie Maryja objawiła się młodej neapolitance cierpiącej na nieuleczalną chorobę. Obiecała jej, że otrzyma wszystko, o co będzie prosić z różańcem w dłoni. I dziewczyna została uzdrowiona. Matka Boża podczas drugich objawień wezwała wszystkich do proszenia Boga o łaski w modlitwie różańcowej: „Kto pragnie uzyskać ode mnie łaski winien odprawić trzy nowenny różańcowe połączone z błaganiem, a następnie trzy nowenny dziękczynne”. Taką formę ma współczesna Nowenna Pompejańska składająca się z trzech części różańca odmawianego codziennie pierwsze w formie błagalnej przez 27 dni, a następnie dziękczynnej przez tyle samo czasu.

    Tak samo gorąco do odmawiania różańca wzywała Matka Boża dzieci w Fatimie, zapewniając, że ta modlitwa może uratować świat i nawrócić zatwardziałych grzeszników: „Chcę abyście codziennie odmawiały różaniec” – prosiła. Fatima, jako jedno z niewielu państw, uniknęła strasznego spustoszenia podczas II wojny światowej.

    Św. Ojciec Pio, który przez całe życie walczył z atakami szatańskimi uważał różaniec za jedną z najskuteczniejszych broni w duchowej walce: „Tym się zwycięża Szatana” – mówił wskazując na różaniec. Nosił go zawsze przy sobie, przez całe życie, a osoby, które go znały wielokrotnie widziały jak szeptał „Zdrowaś Mario” pogrążając się w skupieniu: „Odmawiajcie zawsze różaniec […] Dzięki tej modlitwie szatan spłudłuje swe ataki i będzie pokonany, i to zawsze. Jest to modlitwa do Tej, która odnosi triumf nad wszystkim i nad wszystkimi” – mawiał. To samo przekonanie żywiło wielu świętych, m.in. Josemaria Escriva: „Różaniec święty – to potężna broń. Używaj jej zawsze, a rezultaty wprawą cię w zadziwienie”.

    Różaniec działa!

    Świadectwa osób odmawiających różaniec (w tym Nowennę Pompejańską) potwierdzają, że Maryja jest wierna danej obietnicy, a świeci się nie mylą, gdy jej słuchają. Ludzie odmawiający różaniec zaświadczają, że otrzymują łaski, o które bezskutecznie starali się latami. Wielu doświadcza wyleczenia ze śmiertelnych chorób, niepłodne kobiety zachodzą w ciążę, a bezrobotni otrzymują pracę. Przytoczę tutaj  świadectwo jednej osoby – Ani , która miała zagrożenie ciąży:

    „W połowie ciąży z moim czwartym dzieckiem okazało się, ze mam łożysko przodujące, które się nie posuwa, co grozi krwotokiem, a w konsekwencji poronieniem dziecka, a nawet moją śmiercią. Po jakimś czasie lekarz stwierdził, że najprawdopodobniej będę musiała w 30 tygodniu ciąży pójść do szpitala, a w 37 zostanie sztucznie wywołany poród. Ta wiadomość mnie przeraziła, ponieważ jako matka trójki dzieci mam cały dom na głowie i nie wyobrażałam sobie, jak to wszystko poukładam. Zaczęłam modlić się o cud, ale nic się nie wydarzało. Po urlopie lekarz potwierdził diagnozę, stwierdzając, że pobyt w szpitalu będzie nieuchronny. I wtedy przypomniałam sobie o Nowennie Pompejańskiej, o której już wielokrotnie słyszałam. Jednak odmawianie trzech części różańca dziennie wydawało mi się niewykonalne. Zawsze miałam ogromne problemy, aby się na nim skupić, myśli co chwilę mi „odlatywały” do innych rzeczy, a poza tym byłam bardzo zapracowana. Jednak coraz wyraźniej czułam, że Bóg wzywa mnie do tego, abym pokonała te swoje bariery. I w końcu zaczęłam odmawiać Nowennę Pompejańską. Na początku dobrze mi szło, tym bardziej, że wtedy dostałam już urlop zdrowotny i miałam więcej wolnego czasu. W połowie nowenny zauważyłam, ze zmienił się mój sposób myślenia. Dalej modliłam się o cud, ale w mojej świadomości zgodziłam się na to, czego będzie chciał Bóg. Wyluzowałam. Uspokoiłam się wewnętrznie  i zrozumiałam, że nawet jak pójdę do szpitala to Bóg zatroszczy się o mój dom i dzieci. Pojawiła się we mnie zgoda na tę sytuacje. I tak dobrnęłam do końca nowenny, kiedy już modlitwa była dla mnie coraz trudniejsza, ja jednak pozostałam jej wierna. Po zakończeniu nowenny byłam umówiona do lekarza. Podczas wizyty zauważyła, że coś się wydarzyło – lekarz jakoś dziwnie się zachowywał. W końcu stwierdził, że co jest niemożliwe z medycznego punktu widzenia , ale łożysko się przesunęło i na razie nie musze iść do szpitala. Co tydzień przychodziłam na wizyty kontrolne i wszystko było w porządku. W końcu urodził się mój syn Antoś – całkiem zdrowy. Poród przebiegał w sposób naturalny i wyjątkowo bez żadnych komplikacji – urodziłam dziecko w przeciągu 1,5 godziny, a poprzednie porody trwały wiele godzin. Lekarz potwierdził, że to co miało miejsce z medycznego punktu widzenia jest cudem”.

    Matka Boża jednak przez różaniec nie tylko leczy ciało, ale także duszę:

    „Moje nawrócenie zaczęło się od różańca. Parę lat temu znalazłam się w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Byłam „w dole”, z którego nie widziałam żadnego wyjścia. Do kościoła chodziłam tylko z tradycji, w przekonaniu, że chociaż Bóg jest, ale za bardzo się mną nie interesuje. Dlatego, jak wydarzyła się ta trudna sytuacja, to czułam, że grunt usuwa mi się spod nóg i nie mam w niczym oparcia. I w tym tragicznym momencie zadzwoniła do mnie koleżanka, z pytaniem co u mnie słychać. Ja się rozpłakałam, a ona zapytała, czy się modlę. Dla mnie to była totalna abstrakcja. „Po co mam się modlić, skoro Pan Bóg nas w ogóle nie słucha” – myślałam. Wtedy zaproponowała, abyśmy codziennie o 21.00 odmawiały wspólnie dziesiątkę różańca. Przystałam. A ponieważ jestem słowna to byłam wierna danemu słowu, pomimo tego, że w ogóle nie miałam do tego przekonania. Podczas odmawiania różańca nie odczuwałam żadnych uczuć czy emocji, recytowałam go jak formułkę, coś w rodzaju mówienia „Wlazł kotek na płotek…”. Jednak po kilku dniach zauważyłam, że lepiej funkcjonuję, jestem spokojniejsza i nie mam takich czarnych myśli o swoim życiu. Ponieważ człowiek jest z natury pragmatyczny to postanowiłam odmawiać go jeszcze w drodze do pracy. Jednak tak samo jak poprzednio – robiłam to bezmyślnie. To wszystko trwało około miesiąca, a po tym czasie przyszła łaska niesamowitego doświadczenia Boga. Spotkałam Chrystusa i zakochałam się w Nim. Jednak wiem, ze wyprosiła mi to Matka Boża, gdy ja bezmyślnie mówiłam „Zdrowaś Mario…. Módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej, Amen”.

    Natalia Podosek/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 obietnic Maryi dla tych, którzy będą odmawiać różaniec

    fot. via Pixabay.com

    *****

    15 obietnic Maryi dla tych, którzy będą odmawiać różaniec

    „Różaniec jest barierą, zaporą przed ogniem piekielnym. Przez różaniec tworzą się wyspy, gdzie nie wolno działać złym duchom. Kto zaś nie jest uzbrojony różańcem, przepasany różańcem, wsparty różańcem, umocniony różańcem, oczyszczony różańcem – niech nie myśli, że może wystąpić do walki z szatanem.” (MB do Barbary Kloss)

    1. Ktokolwiek będzie mi służył przez odmawianie różańca świętego otrzyma wyjątkowe łaski.
    2. Obiecuję moją specjalną obronę i największe łaski wszystkim tym, którzy będą odmawiać różaniec.
    3. Różaniec stanie się bronią przeciw piekłu, zniszczy, pomniejszy grzechy, zwycięży heretyków.
    4. Spowoduje on, że cnoty i dobre dzieła zakwitną; otrzyma on od Boga obfite przebaczenie dla dusz; odciągnie serca ludu od umiłowania świata i jego marności; podniesie je do pożądania rzeczy wiecznych.
    5. Dusza, która poleci mi się przez odmawianie różańca, nie zginie.
    6. Ktokolwiek odmawiać będzie pobożnie różaniec święty, rozważając równocześnie tajemnice święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem, jeśli zaś sprawiedliwym – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne.
    7. Ktokolwiek będzie miał prawdziwe nabożeństwo do różańca – nie umrze bez sakramentów Kościoła.
    8. Wierni w odmawianiu różańca będą mieli w życiu i przy śmierci światło Boże i pełnię Jego łaski.
    9. Uwolnię z czyśćca tych, którzy mieli nabożeństwo do różańca świętego.
    10. Wierne dzieci różańca zasłużą na wysoki stopień chwały w niebie.
    11. Otrzymacie wszystko, o co prosicie przez odmawianie różańca.
    12. Wszystkich, którzy rozpowszechniają różaniec, będę wspomagała w ich potrzebach.
    13. Otrzymałam od mojego Boskiego Syna obietnicę, że wszyscy obrońcy różańca będą mieli za wstawienników cały Dwór Niebieski w czasie życia i w godzinę śmierci.
    14. Wszyscy, którzy odmawiają Różaniec, są moimi synami i braćmi mojego Jedynego Syna Jezusa Chrystusa.
    15. Nabożeństwo do mojego różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do nieba.

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – instrukcja obsługi św. Ludwika

    Stained glass window of Saint Louis Mary Grignion de Montfort
    Stained glass of Saint Louis de Montfort | G. Freihalter

    *****

    Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort – “Przedziwny sekret Różańca Świętego” – [fragmenty]

    Po wezwaniu Ducha Świętego, jeżeli chcecie dobrze odmówić różaniec, stawcie się na chwilę w obecności Bożej (…). Uważajcie w szczególny sposób na dwa błędy, które zwykle popełniają prawie wszyscy, którzy odmawiają różaniec: pierwszy – to bez włożenia jakiejś intencji odmawiam różaniec tak, że jeżeli się ktoś pyta, dlaczego go odmawiam, nie umiem odpowiedzieć. I dlatego powinniście zawsze mieć na celu przy odmawianiu różańca jakąś łaskę do uproszenia, jakąś cnotę do naśladowania, jakiś grzech do unikania.
    Drugim błędem, jeszcze częstszym, jest zaczynanie różańca z myślą tylko o tym, aby jak najszybciej go zakończyć.(…)
    Wzbudza politowanie fakt, jak wielu odmawia różaniec źle. Odmawiają go z pośpiechem nie do wiary, nawet zjadają połowę jego słów. Nie chciałoby się z pewnością złożyć w taki niepoważny sposób hołdu ostatniemu ze śmiertelnych, a myśli się, że Jezus i Maryja będą tym uczczeni!
    A więc nie ma się co dziwić, jeżeli najbardziej święte modlitwy naszej religii nie przyniosą prawie żadnego owocu i jeżeli odmówionych tysiąc i dziesięć tysięcy różańców nie uświęci was bardziej.

    Wiara

    Różaniec trzeba odmawiać z wiarą, pamiętając słowa Jezusa Chrystusa: “Wszystko, o co w modlitwie poprosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie” (Mk 11,24; Mt 8,13). Jeżeli potem wśród was jest ktoś, kto potrzebuje mądrości, niech prosi o nią Boga… niech prosi jednak z wiarą, bez żadnej wątpliwości (Jk 1, 5-6). Kto odmawia Różaniec, zostanie mu udzielone, o co prosi.

    Pokora

    Trzeba ponadto modlić się z pokorą, jak celnik. Klęczał on na ziemi, nie na jedno kolano lub na ławce, jak pyszni ludzie światowi; stał w głębi kościoła, a nie w sanktuarium, jak faryzeusz; miał oczy pochylone ku ziemi, nie ośmielając się patrzeć w niebo, a nie z głową w górę, patrząc tu i tam jak faryzeusz; bił się w piersi uznając się za grzesznika i prosząc o przebaczenie; “O Boże, miej litość dla mnie grzesznika” (Łk 18,13), a nie jak faryzeusz, który modląc się chwalił się ze swoich dobrych czynów i gardził innymi.

    Uważaj, by nie naśladować pysznej modlitwy faryzeusza, która go uczyniła jeszcze bardziej zatwardziałym i przeklętym; naśladuj natomiast pokorę celnika, która uprosiła mu odpuszczenie win. 
    I jeszcze unikaj wszystkiego, co trąci nadzwyczajnością: uważaj, by nie prosić i nie pragnąć nadzwyczajnej wiedzy, wizji, objawień i innych łask cudownych od Boga danych czasem jakiemuś świętemu, wiernemu Różańcowi. Sola fides sufficit “wystarczy sama wiara”, teraz kiedy Ewangelia św. i wszystkie nabożeństwa i praktyki pobożności są wystarczająco ustalone.
    Nie opuszczaj nigdy najmniejszej cząstki Różańca w chwilach oschłości, niesmaku, smutku; dałbyś dowód pychy i niewierności. Natomiast jako dzielny naśladowca Jezusa i Maryi odmawiaj chociaż w oschłości, to znaczy bez widzenia, bez smakowania, bez czucia niczego, Ojcze nasz i Zdrowaś, rozmyślając najlepiej jak tylko możesz tajemnice. (…)

    Ufność

    Na koniec módl się z wielką ufnością, bazując na dobroci i nieskończonej wspaniałomyślności Boga, i na obietnicach Jezusa Chrystusa. Bóg jest źródłem wody i wina, które płyną nieustannie do serca tego, kto się modli. Największym pragnieniem Ojca Przedwiecznego w stosunku do nas jest to, aby nam przekazać zbawcze wody Swojej łaski i swego miłosierdzia. (…)
    Prosząc o łaski Pana Jezusa sprawiasz Mu przyjemność: przyjemność większą od tej, jaką może dać matce jej własne dziecko. Modlitwa jest kanałem łaski Bożej; za jej pośrednictwem powinniśmy czerpać u Bożego źródła; jeżeli my nie zbliżamy się do Jezusa przez modlitwę, co jest obowiązkiem wszystkich dzieci Bożych, on użala się nad tym z miłością: “Do tej pory nie prosiliście o nic w Imię Moje, proście, a otrzymacie; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzone” (Mt 7,7). 
    Co więcej, aby zachęcić nas do większej ufności w modlitwie, zapewnił nas, że Bóg Ojciec da nam wszystko, o co Go poprosimy modląc się w Jego Imię (J 15,23).

    Wytrwałość

    Do ufności dołączamy wytrwałość. Tylko ten, kto wytrwa w proszeniu, szukaniu, w pukaniu – otrzyma, znajdzie, wejdzie. Nie wystarczy prosić Pana Jezusa o jakąś łaskę przez miesiąc, przez rok, przez dziesięć lat, przez dwadzieścia lat; nie trzeba ustawać, prosić aż do śmierci być pewnymi, że się otrzyma to, o co się prosi dla własnego zbawienia, choćby się nawet umarło. (…)
    Pan Bóg (…) okazuje swoją miłość w tym, że każe nam prosić i szukać przez długi czas łask, które pragniemy otrzymać; co więcej, im bardziej jest cenna łaska, którą chce nam dać, tym więcej opóźnia się z daniem jej. 
    Czyni tak:

    1. aby dać nam ją obfitszą,

    2. aby osoba, która ją otrzymuje, ceniła ją,

    3. aby ta osoba, po otrzymaniu jej uważała bardzo, by jej nie utracić; nie ceni się bowiem bardzo tego, co się uzyska w jednej chwili, albo za małą cenę.


    Wytrwaj więc drogi Bracie od Różańca, w proszeniu Boga przez Różaniec św. O wszystkie łaski duchowe i cielesne, których potrzebujesz, w szczególny sposób mądrości Bożej, która jest skarbem niewyczerpanym! (Mdr 7,14). I nie wątp, prędzej czy później otrzymasz ją, byleś tylko nie przestał odmawiać Różańca i nie zniechęcił się w pół drogi “Długą drogę musisz jeszcze przebyć” (1 Krl 29,7).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 cytatów pokazujących, jak potężną modlitwą jest różaniec

    15 cytatów pokazujących, jak potężną modlitwą jest różaniec

    (fot. shutterstock.com)

    *****

    Żyjemy w złych czasach. Chyba nie muszę tutaj wszystkim przypominać z jakimi problemami boryka się obecnie cały świat. To smutne, że wiele osób nie radzi sobie z falami okrucieństw, ulegając wszechobecnym niepokojom i niechęciom.

    Musimy kierować się zdrowym rozsądkiem, nie cofać się, lecz działać. Powinniśmy się modlić, pościć, bo tego wymaga od nas nasza wiara. W tym wypadku nie ma lepszego rozwiązania niż modlitwa różańcowa. 

    Ta modlitwa ma szczególnie potężną moc, za jego przyczyną dokonywano cudów, a nawet wygrywano bitwy.

    Te cytaty pokazują jak potężna jest modlitwa różańcem

    W czasach mroku, nie możemy się bać. Nasi wierzący przodkowie ciągle odmawiali różaniec, wzywając na pomoc Maryję Dziewicę.

    W tym artykule znajdziesz 15 cytatów papieży, ludzi kościoła i świętych, które zachęcą cię do tej modlitwy:

    1. “Różaniec jest bronią w dzisiejszych czasach” – święty Ojciec Pio

    2. “Dajcie mi armię modlących się na różańcu, a podbiję świat” – błogosławiony Papież Pius IX

    3. “Najlepszym sposobem na modlitwę jest różaniec” –  święty Franciszek Salezy

    4. “Niektórzy ludzie są na tyle głupi, że myślą, iż możliwe jest życie bez Maryi. Kochaj Madonnę i odmawiaj różaniec, bo to broń przeciwko złu dzisiejszego świata. Wszystkie łaski, które daje nam Bóg spływają przez Błogosławioną Maryję” – święty Ojciec Pio

    5. “Idź do Madonny. Miłuj Ją! Zawsze pamiętaj o modlitwie różańcowej. Odmawiaj ją dobrze, tak często, jak tylko możesz! Najważniejsze byś modlił się duszą, nigdy nie męczył się modlitwą. Różaniec porusza serce Boga i pomaga w otrzymać potrzebne łaski!” – święty Ojciec Pio

    6. “Różaniec to potężna broń. Używaj jej pewnie, a zaskoczą cię skutki” – święty Josemaria Escriva

    7. “Powiedz w czasie różańca: Niech będzie błogosławiona Maryja, która poprzez swoją niezmienność oczyszcza nas, ciągłych grzeszników!” – święty Josemaria Escriva

    8. “Dla inteligentnych ludzi, którzy traktują naukę jako broń, różaniec powinien być najbardziej przydatnym narzędziem. Ten pozornie nudny sposób jest błaganiem dzieci do Matki, niszczy każde ziarno próżności i dumy” – święty Josemaria Escriva

    9. “Zawsze odkładacie modlitwę różańcową na potem, w końcu nie odmawiacie jej, ponieważ chce się wam spać. Co jeśli nie będzie innego razu? Módl się wszędzie, nawet na ulicy, to pomoże ci czuć stałą obecność Bożą” – święty Josemaria Escriva

    10. “Różaniec to broń pozwalająca zwyciężyć demony i utrzymująca cię z dala od grzechu… Jeśli pragniecie, by w waszych sercach, domach, krajach zagościł pokój, gromadźcie się wspólnie i odmawiajcie różaniec, zawsze bez względu na to jak jesteście utrudzeni” – Papież Pius IX

    11. “Różaniec jest książką dla niewidomego, która ukazuje największą tragedię miłosną w dziejach świata. To historia, która wtajemnicza ludzi i daje wiedzę o wiele ciekawszą, niż ta przekazywana przez drugą osobę. To książka dla starych, doświadczonych przez życie, którzy ignorują to co złe na świecie, a otwierają się na prawdę. Moc tej modlitwy jest nieopisana”- Arcybiskup Fulton Sheen

    12. “Najlepsza i najbardziej skuteczna forma modlitwy to różaniec, pomagającą osiągnąć życie wieczne. To lekarstwo na zło, najważniejsza z łask otrzymanych od Boga. Nie ma korzystniejszej modlitwy” – Papież Leon XIII

    13. “Nikt nie może trwać nieustannie w grzechu, jednocześnie odmawiając różaniec: trzeba wybrać albo jedno, albo drugie” – Biskup Hugh Doyle

    14. “Najświętsza Maryja Dziewica w czasach, w których żyjemy, nadała tej modlitwie szczególną wartość. Niezależnie od tego z jakimi problemami się borykamy: stałymi bądź tymczasowymi, czy dotyczą życia publicznego czy prywatnego, każdy z nich może rozwiązać różaniec. Nie ma trudności, która nie zostałaby wyjaśniona przez tę modlitwę” – świeta Łucja dos Santos z Fatimy

    15. Podam teraz przykład, który pomoże ci zrozumieć skuteczność modlitwy różańcowej. Czy pamiętasz walkę Dawida z Goliatem? Czego użył młody Izraelita, by pokonać giganta? Uderzył on wielkoluda w środek czoła kamieniem wystrzelonym z procy. Jeśli nazwiemy Filistyna złem, uosobieniem nieczystości, dumy i herezji, możemy również powiedzieć, że i paciorki różańca są kamieniami użytymi przez Dawida. Bóg do walki ze złem używa zupełnie innych sposobów niż my. Myślimy, że do całkowitego pokonania niezbędne są najpotężniejsze środki. W zasadzie, nasz Stwórca stosuje zupełnie inną metodę ponieważ używa tego, co jest słabe. “Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć”. (Kor, 1, 27) Często spotykasz biedną staruszkę, która z ufnością i pobożnością odmawia różaniec? Powinieneś czynić wszystko, co w twojej mocy, by twoja modlitwa była przepełniona tą samą gorliwością. Zniż się do stóp Chrystusa: bo dobrze jest uniżyć się wobec tak wielkiego jak On.

    Jeśli nie wiesz jak praktykować swe życie duchowe, odmawiaj różaniec. Tylko przez tę modlitwę otrzymasz wszystko to, czego potrzebujesz i przezwyciężysz zło. W końcu, dzięki niemu odnajdziesz radość, pokój w swoim życiu. Pokonaj diabła – odmawiaj różaniec!

        
    Sam Guzman /tłumaczenie: Weronika Czerwińska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    S. Łucja z Fatimy: zaraz po Mszy świętej to różaniec jest modlitwą najbardziej miłą Bogu

    różaniec w Fatimie

    fot.Tiziana Fabi/AFP

    *****

    „Sądzę, że po liturgicznej modlitwie ofiary Mszy świętej odmawianie różańca […] jest modlitwą najbardziej miłą Bogu spośród wszystkich, jakie możemy zanosić do Niego, a tym samym bardzo owocną dla naszych dusz. Gdyby tak nie było, Nasza Pani nie zalecałaby go tak mocno” – podkreśla s. Łucja.

    „Nie ma takiego problemu ani osobistego, ani rodzinnego, ani narodowego, ani międzynarodowego, którego nie można byłoby rozwiązać przy pomocy różańca” – Matka Boża w Fatimie dała Łucji najlepszą receptę na wszystkie nasze życiowe bolączki.

    „Nasza Pani kończy swoje orędzie pamiętnego dnia 13 maja 1917 r. słowami: Odmawiajcie codziennie różaniec, by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny – pisze s. Łucja Santos w Apelach orędzia fatimskiego. – To różaniec jest tą modlitwą, którą Bóg za pośrednictwem Kościoła i Naszej Pani nam wszystkim bez wyjątku mocno zalecił jako drogę i bramę zbawienia”.

    Dlaczego różaniec?

    Od czasu zakończenia objawień Maryi w Fatimie, a potem uznania ich prawdziwości przez Kościół co pewien czas powracało pytanie skierowane do s. Łucji: dlaczego Maryja dała takie właśnie zalecenie, wybrała tę modlitwę spośród wielu innych. Według zagorzałych krytyków objawień maryjnych wybór ten dyskredytuje znaczenie szczytu modlitwy, czyli mszy świętej.

    Dlaczego zatem ta prośba „Odmawiajcie codziennie różaniec” połączona ze skutkiem, który wypełnienie zadania sprawi, czyli „by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny”?

    „Nie mam całkowitej pewności, dlaczego, gdyż Nasza Pani nie wyjaśniła mi tego a ja nie pomyślałam nawet o tym, by Ją o to zapytać. Wyjaśnienie sensu orędzia pozostawiam całkowicie Kościołowi świętemu, gdyż to do niego należy i to mu przysługuje.

    Odnośnie postawionego pytania sądzę, że Bóg jest Ojcem i jako Ojciec dopasowuje się do potrzeb i możliwości swoich dzieci. Otóż gdyby Bóg za pośrednictwem Naszej Pani prosił nas o to, byśmy codziennie uczestniczyli we mszy świętej i przyjmowali Komunię świętą, musiałby z pewnością wiele mówić, a to dlatego, że dla tych małych dzieci nie było to możliwe.

    Z jednej strony ze względu na wielką odległość do najbliższego kościoła, z drugiej zaś dlatego, że ich codzienne zajęcia i obowiązki, stan zdrowia, itp. nie pozwalały im na to. Natomiast odmawianie różańca jest dostępne dla każdego – dla biednych i bogatych, mądrych i nieuczonych, wielkich i małych” – odpowiada wzruszona s. Łucja.

    Dwoje dzieci z Fatimy: Łucja dos Santos i Hiacynta Marto
    Dwoje dzieci z Fatimy: Łucja dos Santos (z prawej) i Hiacynta Marto

    *****

    Weź do ręki różaniec

    Nie musisz mieć nic, by się modlić. Nie musisz nawet mieć w ręku różańca, by się modlić różańcem, ale warto go mieć, bo przypomina nam o spotkaniu, o Stwórcy modlitwy.

    „Nawet dla osób, które nie potrafią, lub nie są zdolne skupić się duchowo, aby rozważać i medytować, zwyczajny fakt wzięcia różańca do ręki, aby go odmawiać, jest już przypomnieniem sobie Boga” – uczy s. Łucja.

    Jako karmelitanka, zaprawiona w modlitewnym boju i znająca wiele form modlitwy, zaleca odmawianie różańca w ramach przygotowania do przyjmowania Komunii świętej. Z przekonaniem poucza, że „osoby, które mogą codziennie uczestniczyć we Mszy świętej nie powinny z tego powodu wymawiać się od codziennego odmawiania różańca”. Dla tych osób wskazuje modlitwę różańcową jako przygotowanie do lepszego udziału w Eucharystii.

    Różaniec: dla wszystkich na świecie

    „Nie wydaje mi się, byśmy spotkali lepszą modlitwę, która lepiej by służyła każdemu w ogólności, od różańca. Liturgia Godzin jest wspaniała, nie sadze jednak, by była dostępna dla wszystkich ludzi na świecie, ani też by odmawiane psalmy mogły być dobrze rozumiane przez wszystkich w ogólności. Wymaga ona niewątpliwie odpowiedniego wyrobienia i przygotowania, którego nie można wymagać od wielu” – mówi s. Łucja.

    I rzeczywiście, jeśli wychylimy głowę poza europejskie realia bliskości kościołów, dostępności sakramentów, kapłanów, książek, szkół biblijnych, liturgicznych, wspólnot i stowarzyszeń okaże się, że w codzienności Afrykańczyków, czy mieszkańców niektórych krajów Azji, czy wysp, to różaniec jest modlitwą naprawdę dla każdego.

    Również dla tych, którzy nigdy nie nauczą się czytać i pisać, a depozyt prawd wiary otrzymają z ustnych przekazów. Orędzia maryjne są zawsze uniwersalne, skierowane do każdego z wierzących. Zalecenie z Fatimy: „Odmawiajcie codziennie różaniec, by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny” jest więc darem Ojca, przez ręce Matki dla każdego dziecka, niezależnie od jego wieku i wyrobienia duchowego.

    „Bóg, który jest Ojcem i lepiej od nas rozumie potrzeby swoich dzieci, domaga się od nas codziennego odmawiania różańca, zstępując w ten sposób na poziom prosty i wspólny dla wszystkich, aby nam ułatwić drogę dostępu do siebie” – pisze s. Łucja.

    WEB2-Woman-Praying-Holy-Rosary-Antoine-Mekary-ALETEIA-AM_5939.jpg

    fot. Antoine Mekary | Aleteia

    *****

    Paciorki budujące zażyłość

    Była pewna, że wszyscy ludzie dobrej woli mogą i powinni codziennie odmawiać różaniec, aby być w kontakcie z Bogiem, korzystać z Jego dobrodziejstw i prosić Go o potrzebne łaski. „Jest to modlitwa, która prowadzi nas do zażyłego spotkania z Bogiem.

    Podobnie jak dziecko, które idzie do ojca, aby mu podziękować, porozmawiać z nim o swoich problemach, otrzymać odpowiednie wskazania, pomoc, wsparcie i błogosławieństwo” – mówi.

    „Sądzę, że po liturgicznej modlitwie ofiary Mszy świętej odmawianie różańca, ze względu na pochodzenie i wzniosłość modlitw, z jakich on się składa, oraz tajemnic Odkupienia, które przypominamy i rozważamy w każdej dziesiątce, jest modlitwą najbardziej miłą Bogu spośród wszystkich, jakie możemy zanosić do Niego, a tym samym bardzo owocną dla naszych dusz. Gdyby tak nie było, Nasza Pani nie zalecałaby go tak mocno” – podkreśla s. Łucja.

    Kto jest najważniejszy w tej modlitwie?

    Tylko Bóg. Każda modlitwa jest rozmową z Bogiem. Jeśli prosimy Maryję, albo zwracamy się o pomoc do świętych, to tylko z taką intencją i w takim sensie, że oni obcują z Bogiem twarzą w twarz i mogą za nami przed Nim orędować.

    Siostra Łucja zdecydowanie też mówi o tym, że przez różaniec uwielbiamy Boga, nie Maryję. Mówimy „błogosławiona między niewiastami”, ale dlatego, że Owoc Jej łona jest błogosławiony i przez Niego zstępuje w Maryję pełnia błogosławieństwa i łaski. Ona nie jest jej źródłem, ona jest naczyniem.

    Modlitwa różańcowa jest więc nieustannym uwielbianiem kolejnych etapów życia Jezusa, w którym Maryja, jako Matka, miała swój niezwykły udział. Dając modlitwę różańcową Bóg niejako dał nam proste narzędzie do oddawania Mu czci i uwielbiania Go w Jego dziełach i działaniu.

    Jeden jest pośrednikiem: Jezus

    „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo” to modlitwy biblijne – pisze s. Łucja. Gdy prosimy, by „modliła się za nami grzesznymi” nie wskazujemy w żaden sposób, że Jej pośrednictwo jest równe Jezusowemu. Wręcz przeciwnie. Święty Paweł naucza, że „jeden jest pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Jezus Chrystus” i Maryja w żaden sposób tego porządku nie narusza.

    Ona, w sposób doskonały, wypełnia jedną z próśb św. Pawła: „Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu. Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością i proście za wszystkich świętych i za mnie”. Na mocy tej rady powinniśmy modlić się za siebie nawzajem i zwracać się do Maryi, aby wstawiała się za nami u Boga – wyjaśnia s. Łucja.

    Fatima

    fot. Antoine Mekary | Aleteia

    *****

    Bogu chce się z nami gadać

    Różaniec jest odpowiedzią na ukrytą w naszym wnętrzu potrzebę modlitwy, a więc potrzebę rozmowy z Ojcem. Nawet, jeśli na jakimś etapie naszego życia zaprzeczamy Jego istnieniu, lub przez całe życie zaprzeczamy i zagłuszamy tę potrzebę, ona w nas jest. Dlaczego?

    Bo nie zależy od naszej woli, ani postanowień. Jest w nas tęsknota, której nikt nie jest w stanie zaspokoić i dać na nią odpowiedzi, bo ta znajduje się jedynie w gestii Boga.

    Modlitwa, która jest w nas, nawet, gdy nie jesteśmy tego świadomi, jest częścią zwodzonego mostu wznoszonego nad rwącą rzeką. Przęsło otwierane po stronie Boga jest zawsze opuszczone na bezpieczną wysokość, nasza część bywa przez lata podniesiona do góry i spotkanie z Bogiem nie jest możliwe, choć czegoś wciąż nam brakuje.

    Dlatego „skoro wszyscy potrzebujemy modlitwy, Bóg chce tego, abyśmy odmawiali – jako pewien stały wymiar dzienny – tę modlitwę, która jest zawsze w naszym bezpośrednim zasięgu: różaniec” – radzi s. Łucja.

    Do różańca nie musisz klękać

    „Można go odmawiać zarówno we wspólnocie, jak i prywatnie, tak w kościele przed Najświętszym Sakramentem, jak też w domu, w rodzinie, lub zupełnie samotnie, zarówno w drodze, jak i podczas spokojnego przebywania na polu” – pisze.

    Dziś do tych okoliczności, które sprzyjają sięgnięciu po różaniec można dodać jazdę autem, lot samolotem, czekanie w kolejce do lekarza, czy do kasy. Niemal każda z sytuacji, w których jesteśmy sami, jest stuprocentową okazją na modlitwę różańcową. Ta właśnie dostępność i przystępność, bez stwarzania specjalnych warunków zewnętrznych, czyni z różańca tak uniwersalną formę, dla każdego.

    „Matka rodziny może go odmawiać, kiedy kołysze maleństwo, lub porządkuje mieszkanie. Każdy dzień ma dwadzieścia cztery godziny… jakże to niewiele, jeśli poświęcimy jeden tylko kwadrans życiu duchowemu, naszemu wewnętrznemu i zażyłemu spotkaniu z Bogiem!”.

    Cytaty za: Siostra Łucja, „Apele orędzia fatimskiego”.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    I CZWARTEK MIESIĄCA – 5 PAŹDZIERNIKA

    W KAPLICY JEZUSA MIŁOSIERNEGO MSZA ŚW. O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. GODZINA ŚWIĘTA Z NABOŻEŃSTWEM RÓŻAŃCOWYM

    DZIŚ WSPOMNIENIE ŚW. SIOSTRY FAUSTYNY KOWALSKIEJ

    Bez taryfy ulgowej

    fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny

    ***

    Bez taryfy ulgowej

    „Raz widziałem ją w ekstazie. W szpitalu na Prądniku ujrzałem ją zatopioną w modlitwie w postawie siedzącej, ale prawie unoszącą się nad łóżkiem” – notował. Doskonale znamy go z „Dzienniczka”, bo Faustyna opisywała szczegółowo rozterki, próby wiary i zalecenia swego spowiednika. A jak widział Faustynę ks. Sopoćko?

    Spaceruję po jesiennym Antokolu, gdzie na cmentarzu wśród zasp liści bezskutecznie szukam grobu pradziadka, i myślę o nich. O ich pierwszym spotkaniu. To tu, przy ul. Senatorskiej 25, ks. Michał spotkał Faustynę.

    Nie było jak w filmie Hitchcocka. Nie rozpoczęło się od trzęsienia ziemi. Zazwyczaj pamiętamy przełomowe daty. Moi znajomi obudzeni w środku nocy są w stanie wskazać dzień, w którym doświadczyli Bożej łaski. Jak bardzo wileńskie spotkanie „na szczycie” musiało być zwyczajne i normalne, skoro ks. Sopoćko nie zapamiętał nawet jego daty. „Siostrę Faustynę poznałem w lecie (lipcu czy sierpniu 1933 roku)” – notował po 15 latach.

    Historycy ustalili, że było to wcześniej. Jeszcze wiosną. W czwartek, 1 czerwca. W Dzień Dziecka.

    Nie zaczęło się sielankowo. Historia kultu Bożego Miłosierdzia rozpoczęła się, jak to zwykle bywa, od drobnostki, małego zaczynu. Od… upomnienia.

    Gdy nowo przybyła ruda, piegowata zakonnica ujrzała 45-letniego księdza, jej serce mocniej zabiło. Nie potrafiła ukryć emocji i zaczęła się do niego szeroko uśmiechać. Nieprzywykły do takiego zachowania „niespotykanie spokojny kapłan” upomniał ją. „Tak nie można zachowywać się w kościele!”.

    To była pierwsza reakcja! Żadne z nich nie przypuszczało, że połączy ich silna więź, a po kilkudziesięciu latach ich nazwiska będzie wymieniało się na jednym oddechu.

    Jej opowieści traktowałem obojętnie

    Nie chciałbym być w jego skórze. Gdy usłyszał: „Znam księdza od dawna. Pokazał mi księdza dwukrotnie sam Pan Jezus. Powiedział: »Oto wierny sługa mój, on ci dopomoże spełnić wolę moją tu, na ziemi«”, był wyraźnie zakłopotany.

    Traktował Faustynę z powściągliwością i zdrowym niedowierzaniem. Nie ukrywał tego. Szczerze notował: „Nie rozumiałem i nie mogłem się zgodzić, że miłosierdzie Boże jest najwyższym przymiotem Stwórcy, Odkupiciela i Uświęciciela. Dopiero trzeba było prostej, świątobliwej duszy, ściśle zjednoczonej z Bogiem, która – jak wierzę – z natchnienia Bożego powiedziała mi o tym i pobudziła do studiów, badań i rozmyślań na ten temat”.

    „W obawie przed złudzeniem, halucynacją lub urojeniem siostry Faustyny zwróciłem się do Przełożonej, Matki Ireny, by mnie poinformowała, kto to jest siostra Faustyna, jaką opinią cieszy się w Zgromadzeniu, u Sióstr i Przełożonych, oraz prosiłem o zbadanie jej zdrowia psychicznego i fizycznego. Po otrzymaniu odpowiedzi pochlebnej dla niej pod każdym względem jeszcze nadal przez czas jakiś zajmowałem stanowisko wyczekujące, częściowo nie dowierzałem, zastanawiałem się, modliłem i badałem, jak również radziłem się kilku kapłanów światłych, co czynić, nie ujawniając, o co i o kogo chodzi” – notował. „Idąc za radą św. Jana od Krzyża, zawsze prawie opowiadania siostry Faustyny traktowałem obojętnie i nie pytałem o szczegóły”.

    Był wyciszony, niemal nieobecny. Nie dbał o siebie, zajmował ostatnie miejsca. Bardzo poruszają mnie jego życiowe dewizy: „Należy całkowicie zapomnieć o sobie i za nic się mieć, bo wielki jest Pan, ale tylko w pokornych ma upodobanie” czy: „Pozwolić triumfować innym. Nie przestawać być dobrym, gdy inni dobroci nadużywają”.

    Skąd brał ogromny wewnętrzny spokój? – zapytałem przed laty siostry z białostockiego domu przy Poleskiej, w którym mieszkał i umierał. – To była cecha jego charakteru i owoc wileńskiej formacji: liczenie się z każdym słowem, szacunek dla drugiego człowieka.

    Zniosę wszystko, ale nie odejdę!

    „Siostra Faustyna zwróciła moją uwagę na siebie niezwykłą subtelnością sumienia i ścisłym zjednoczeniem z Bogiem; przeważnie nie było materii do rozgrzeszenia, a nigdy nie obraziła Boga grzechem ciężkim” – notował w ostatnich dniach stycznia 1948 w komunalnym mieszkanku przy białostockiej ul. Złotej. Przyjechał tu z Wileńszczyzny rok wcześniej, gdy Litwa została przydzielona Sowietom. „Już na początku oświadczyła mi, że zna mnie od dawna z jakiegoś widzenia, że mam być jej kierownikiem sumienia i muszę urzeczywistnić jakieś plany Boże, które mają być przez nią podane. Zlekceważyłem to jej opowiadanie i poddałem ją pewnej próbie, która spowodowała, że za pozwoleniem Przełożonej siostra Faustyna zaczęła szukać innego spowiednika”. Faustyna nie dała jednak za wygraną: „Po jakimś czasie powróciła do mnie i oświadczyła, że zniesie wszystko, ale ode mnie już nie odejdzie”.

    Na początku znajomości mistyczka uprzedziła spowiednika, że nie będzie łatwo, prosto i przyjemnie: „Przepowiedziała dość szczegółowo trudności i prześladowania, jakie mnie spotkają w związku z szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego. Łatwiej było znieść to wszystko w przeświadczeniu, że taka była w całej tej sprawie wola Boża od początku”.

    Ksiądz Michał wiedział doskonale, że może zawsze liczyć na jej gorącą modlitwę. O jej skuteczności przekonał się na własnej skórze: „Rozpoczęły się przepowiedziane przez siostrę Faustynę wielkie trudności, które wciąż się potęgowały. O tych trudnościach prawie nikomu nie mówiłem, aż dopiero w dniu krytycznym prosiłem siostrę Faustynę o modlitwę. Ku wielkiemu memu zdziwieniu w tymże samym dniu wszystkie trudności prysły, jak bańka mydlana, zaś siostra Faustyna opowiedziała, że przyjęła moje cierpienia na siebie i tego dnia doznała ich tyle jak nigdy w życiu”.

    Bardziej ciekawość niż wiara

    Lektura jego prywatnych notatek odsłania początki kultu Bożego Miłosierdzia widziane od kuchni. Z perspektywy zwątpień, rozczarowań i sceptycyzmu.

    Jakże szczerze i rozbrajająco brzmi jego wyznanie, że namalowanie obrazu Bożego Miłosierdzia zlecił Eugeniuszowi Kazimirowskiemu, „wiedziony bardziej ciekawością, jaki to będzie obraz, niż wiarą w prawdziwość widzeń siostry Faustyny”.

    Gdy latem 1934 roku płótno zostało ukończone, sama Faustyna „nie potrafiła jeszcze wytłumaczyć, co oznaczają promienie na obrazie”. Ta lapidarna notatka pokazuje, w jakiej ciemności działali Sekretarka Miłosierdzia i jej spowiednik. Wykonywali posłusznie kroki wiary, robili to, o co prosił Jezus, nie dorabiając do tego żadnej pobożnej ideologii. Przypominali w tym biblijnego Filipa, który usłyszał polecenie: „Idź na drogę, jest ona pusta”. Po co wychodzić na drogę, która jest pusta? Bóg raczy wiedzieć.

    Tu było podobnie. Dopiero gdy obraz był namalowany, Jezus wyjaśnił Faustynie: „Blady promień oznacza Wodę, która usprawiedliwia dusze, a czerwony promień Krew, która jest życiem duszy”.

    Konający Marszałek i przerażająca wizja

    W swym dzienniku ks. Michał opisywał chwile zwątpienia. Nie grał bohatera, ale nazywał rzeczy po imieniu. „Nie mogłem zawiesić obrazu w kościele bez pozwolenia Arcybiskupa, którego wstydziłem się o to prosić”.

    Umieścił płótno w ciemnym korytarzu w klasztorze bernardynek, którego był rektorem. Ponieważ Faustyna nie dawała za wygraną i domagała się umieszczenia go w bardziej widocznym miejscu, ks. Michał użył fortelu. Jak Onufry Zagłoba, który przemierzył wzdłuż i wszerz litewskie drogi.

    „Proboszcz Ostrej Bramy kanonik St. Zawadzki prosił mnie, bym wygłosił kazanie. Zgodziłem się pod warunkiem umieszczenia owego obrazu jako dekoracji w oknie krużganku, gdzie obraz ten wyglądał imponująco i zwracał uwagę wszystkich bardziej niż obraz Matki Boskiej. W parę dni po Triduum w Ostrej Bramie siostra Faustyna opowiedziała mi o swoich przeżyciach w czasie tej uroczystości. Następnie 12 maja widziała w duchu konającego Marszałka Piłsudskiego i opowiadała o strasznych jego cierpieniach. Pan Jezus miał jej to pokazać i powiedzieć: »Patrz, czym kończy się wielkość tego świata«. Widziała następnie sąd nad nim, a gdy zapytałem, czym on się skończył, odpowiedziała: »Zdaje się Miłosierdzie Boże za przyczyną Matki Boskiej zwyciężyło«”.

    Nie była to jedyna wizja dotycząca wydarzeń historycznych. Tuż przed II wojną opowiadała spowiednikowi o „nadchodzących strasznych czasach”. Ten jednak, wierny podpowiedziom Jana od Krzyża, nie dopytywał o szczegóły: „Nie zapytałem, jaki to los ma spotkać Polskę, że ona tak ubolewa? Sama zaś mi tego nie powiedziała, tylko westchnąwszy, zakryła twarz od zgrozy obrazu, który prawdopodobnie wówczas widziała. Przepowiedziała mi też swą śmierć 26 września, że za dziesięć dni umrze, a 5 października umarła. Z braku czasu na pogrzeb przyjechać nie mogłem”.

    Głupstwo piszesz!

    Niezwykły duet. On – oczytany, wykształcony, ona, jak sam opisywał: „zaledwie umiała pisać z błędami i czytać”. „Pod względem naturalnego usposobienia była zupełnie zrównoważona, bez cienia psychoneurozy lub histerii” – notował spowiednik, który zresztą już na samym początku wysłał mistyczkę do psychiatry. „Naturalność i prostota cechowała jej obcowanie zarówno z siostrami w zgromadzeniu, jak z osobami obcymi. Nie było w niej żadnej sztuczności i teatralności, żadnej wymuszoności ani chęci zwracania uwagi na siebie”.

    Ponieważ jeszcze w Wilnie siostra Faustyna wspominała o tym, że czuje przynaglenie wystąpienia z zakonu Matki Bożej Miłosierdzia i założenia nowego zgromadzenia, jej spowiednik miał twardy orzech do zgryzienia. „Uważałem to przynaglenie za pokusę i nie radziłem traktować tego poważnie” – podpowiadał. „Rozmawiałem z nią na temat zgromadzenia, które chciała założyć, a teraz umiera, zaznaczając, że to chyba było złudzeniem, jak również może złudzeniem były i wszystkie inne rzeczy, o których mówiła. Siostra Faustyna obiecała na ten temat rozmawiać z Panem Jezusem na modlitwie”.

    Sam ks. Sopoćko odprawił w tej intencji Mszę Świętą. Gdy spotkał się z leżącą w szpitalu mistyczką, zapytał, czy ma jakieś odgórne wytyczne. Ta jednak bez zbędnego owijania w bawełnę odparowała, „że nie potrzebuje mówić, bo już mnie Pan Jezus w czasie mszy św. oświecił”.

    Ksiądz Sopoćko czuł się prześwietlony. Faustyna dodała, że „w kazaniu, które tego dnia wygłosiłem przez radio, nie było zupełnie czystej intencji (rzeczywiście tak było) i że widzi, jak w małej drewnianej kapliczce w nocy przyjmuję śluby od pierwszych sześciu kandydatek do tego Zgromadzenia. Wszystko prawie, co przepowiedziała, najdokładniej się spełniło”.

    O tym, że kluczową postacią w życiu mistyczki był pokorny kapłan z Wileńszczyzny, świadczy jedna dramatyczna historia. Gdy latem 1934 r. przez kilka tygodni nie mógł spowiadać Faustyny, ta… spaliła pierwowzór „Dzienniczka”. „Ponoć zjawił się jej Anioł i kazał wrzucić go do pieca, mówiąc: »Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości. Cóż ty masz z tego miłosierdzia? Po co czas tracisz na pisanie jakichś urojeń?! Spal to wszystko, a będziesz spokojniejsza i szczęśliwsza!«. Siostra Faustyna nie miała kogo się poradzić i gdy widzenie się powtórzyło, spełniła polecenie rzekomego anioła. Potem zorientowała się, że postąpiła źle, opowiedziała mi wszystko i spełniła moje polecenie opisania wszystkiego na nowo”.

    Do zobaczenia w niebie!

    W ekstazie widział ją jedynie raz. „2 września 1938 roku, gdy ją odwiedzałem w szpitalu na Prądniku. Gdy otworzyłem drzwi do separatki, w której się znajdowała, ujrzałem ją zatopioną w modlitwie w postawie siedzącej, ale prawie unoszącą się nad łóżkiem. Wzrok jej był utkwiony w jakiś przedmiot niewidzialny, źrenice nieco rozszerzone, nie zwróciła uwagi na moje wejście, a ja nie chciałem jej przeszkadzać i zamierzałem się cofnąć; wkrótce jednak ona przyszła do siebie, spostrzegła mnie i przeprosiła, że nie słyszała mego pukania do drzwi ani wejścia. Pożegnałem ją, a ona powiedziała: »Do zobaczenia w niebie!«. Gdy następnie 26 września odwiedziłem ją po raz ostatni w Łagiewnikach, nie chciała ze mną już rozmawiać, a może raczej nie mogła, mówiąc: »Zajęta jestem obcowaniem z Ojcem Niebieskim«, rzeczywiście robiła wrażenie nadziemskiej istoty”.

    Umierał 15 lutego 1975 roku w dniu imienin Faustyny, nie doczekawszy wyboru na Stolicę Piotrową kard. Wojtyły i zniesienia wydanej w 1959 roku notyfikacji zakazującej kultu Bożego Miłosierdzia. Jak dramatycznie brzmią dziś jego słowa: „Kończę osiemdziesiąt lat. Moje ręce są puste”. Absolutnie nic nie zapowiadało tego, że dzieło Miłosierdzia w tak ekspresowym tempie rozleje się na cały świat. Umierający spowiednik nie doświadczał owoców proroctwa, które kilkadziesiąt lat wcześniej zanotowała Faustyna: „Tyle koron będzie w koronie jego, ile dusz się zbawi przez dzieło to”.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC PAŹDZIERNIK 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się za Kościół, aby przyjął słuchanie i dialog jako styl życia na każdym szczeblu, pozwalając się prowadzić Duchowi Świętemu ku peryferiom świata.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Matko Boża Różańcowa, która wciąż prosisz, abyśmy nie ustawali w codziennej modlitwie różańcowej i czynili pokutę, wyjednaj nam tę łaskę, abyśmy przyjęli Twoje Fatimskie orędzie z pełną odpowiedzialnością za swoje i naszych bliźnich zbawienie. Zaniepokojeni losami naszej Ojczyzny błagamy o Bożego Ducha, którego sprowadził w nasze serca św. Jan Paweł II. Wtedy rzeczywiście oblicze nie tylko naszej ziemi zmieniło bieg historii. W tym miesiącu będziemy decydować jaki ma być nasz Naród, któremu na imię Polska. Dokładnie 45 lat temu, 16 października w poniedziałkowy dzień, 263 następcą św. Piotra, został przez niebo w cudowny sposób wskazany, ten, który Tobie Maryjo całkowicie się oddał – cały Twój. Wierzymy, tym razem jeszcze bardziej, bo już jest przed tronem Twojego Syna, że wyprosi nam Bożą mądrość.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    KONTAKT NA MAILA – rozaniec@kosciolwszkocji.org lub tel. 07552435042

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    fot. via: Pixabay

    ***

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    W historii narodu polskiego modlitwa różańcowa odegrała wielką rolę. Polacy niejednokrotnie mieli okazję przekonać się o tym, że wytrwałe, pełne ufności odmawianie różańca stanowi niezastąpioną pomoc i pewny ratunek w najtrudniejszym nawet położeniu. Fakt ten podkreślał Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim dokumencie Rosarium Virginis Mariae: “Kościół zawsze uznawał szczególną skuteczność tej modlitwy, powierzając jej (…) najtrudniejsze sprawy. W chwilach, gdy samo chrześcijaństwo było zagrożone, mocy tej właśnie modlitwy przypisywano ocalenie przed niebezpieczeństwem, a Matkę Bożą Różańcową czczoną jako Tę, która wyjednywała wybawienie”.

      Potęga tej modlitwy uwidoczniła się między innymi w moralnym odrodzeniu, jakie się dokonało po objawieniach Matki Bożej w drugiej połowie XIX w. w Gietrzwałdzie na Warmii. W czasach rozpasanej germanizacji ziem polskich w zaborze pruskim, kiedy walka z polskością przybierała na sile, Najświętsza Panna wezwała miejscową ludność do odmawiania różańca. W krótkim czasie ujawniły się tego owoce. Jak relacjonował potem proboszcz Gietrzwałdu, świadek objawień: “Wśród wszystkich mówiących po polsku radosne postępy czyni szczególnie zapał do modlitwy i Bractwo Wstrzemięźliwości. Miliony modlą się na różańcu, przez co utwierdzają się w wierze katolickiej i ogromna ilość pijaków wyrwana została z doczesnej i wiecznej zguby. Do tego należy dodać czystość życia, jaką można zaobserwować wśród młodzieży, liczne powołania zakonne męskie i żeńskie, różne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych. W całej Warmii, prawie we wszystkich domach, różaniec jest wspólnie odmawiany”.

         Objawienia się Matki Bożej na ziemi warmińskiej wywołały więc duchową odnowę mieszkańców tych terenów i zapoczątkowały podobne przemiany w innych regionach Polski, a ponadto stały się podstawą, dzięki której odzyskanie niepodległości przez nasz kraj zaczęło nabierać realnych kształtów.

         Suwerenność Polski, odzyskana wraz z zakończeniem pierwszej wojny światowej, po wielu latach niewoli, została poważnie zagrożona w roku 1920, kiedy to nasza ojczyzna przeżywała natarcie potężnej armii bolszewików. Wydarzenie owo zostało upamiętnione pod nazwą “cudu nad Wisłą”, gdyż rzeczywiście jedynie w kategoriach cudu można je rozpatrywać. Wystarczy wspomnieć, że naprzeciwko sowieckiej potęgi (12 dywizji piechoty i 2 dywizje jazdy) stanęło zaledwie trzy i pół dywizji polskiej piechoty oraz kilka drobnych oddziałów. Wynik konfrontacji wydawał się z góry przesądzony… Rychłego zwycięstwa bolszewików oczekiwali też Niemcy, dla których zdobycie Warszawy miało się stać hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska.

         Wojska bolszewickie w szybkim tempie zbliżały się do stolicy. Zatrwożeni warszawiacy zaczęli tłumnie wypełniać świątynie; wydano zarządzenie, że od 6 do 14 sierpnia we wszystkich kościołach zostanie wystawiony Najświętszy .Sakrament, na placu Zamkowym zaś około 30 tysięcy kobiet, dzieci oraz ludzi w podeszłym wieku żarliwie modliło się na różańcu. Dodawano sobie wzajemnie otuchy, przypominając słowa, które 31 lipca wypowiedział młody warszawski katecheta, ks. Ignacy Skorupka: “Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity”. Tymczasem z oddali dochodziły już odgłosy toczącej się bitwy…

         Walka rozgorzała na dobre w nocy z 13 na 14 sierpnia. Wziął w niej udział także ks. Skorupka, który niosąc krzyż wzniesiony wysoko nad głową, pobudzał wiarę polskich żołnierzy oraz dawał im przykład męstwa i odwagi, do czasu gdy został trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Jego niezwykle ofiarna postawa i bohaterska śmierć odebrane zostały przez Polaków jako potężny, nadprzyrodzony impuls, który wywarł wielki wpływ na ducha narodu i wojska oraz przyczynił się do tego, że 15 sierpnia 1920 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, potęga wroga załamała się i zapowiedziane zwycięstwo polskiego oręża nad potężną armią bolszewików stało się faktem.

         Jeden z uczestników bitwy warszawskiej 1920 r., ks. Stanisław Tworkowski, następująco podsumował tamte dramatyczne wydarzenia: “Cud nad Wisłą to dzieło Bożej Opatrzności, w które swój wysiłek włączył mój naród, naród wierzący, naród wzywający Boga, miłujący Go… To była walka w imię Jezusa Chrystusa, w imię Krzyża Świętego. Symbolem tego jest nasz kapelan katolicki – ks. Ignacy Skorupka, który z krzyżem w ręku biegł w tyralierze pod Ossowem. (…) Tajemnicę Cudu nad Wisłą stanowi modlitwa ludu Warszawy na placu Zamkowym… Przebieg walki z przytłaczającymi siłami bolszewików i odparcie ich w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny”.

         Także druga połowa XX wieku obfitowała w objawienia maryjne, podczas których Matka Boża wskazywała na wielką potrzebę modlitwy różańcowej, między innymi w rodzinie. Nie wszystkie wprawdzie te objawienia zostały oficjalnie potwierdzone przez władze kościelne, ale każde jest dokładnie obserwowane i w wielu wypadkach uznano błogosławione owoce duchowe, które przyniosły. Spróbujmy zatem opisać pokrótce niektóre z nich, przypuszczalnie mniej znane polskiemu czytelnikowi.

         W roku 1980 w miejscowości Cuapa w Nigerii wieśniak Bernard Martinez, który spytał Najświętszą Pannę o Jej życzenia, otrzymał następującą odpowiedź: “Pragnę, abyś codziennie odmawiał różaniec”. Nieco później zaś Matka Boża dodała: “W rodzinie, wraz z dziećmi – od chwili, gdy będą zdolne zrozumieć. Trzeba odmawiać różaniec o stałej godzinie, po zakończeniu zajęć domowych”. A innego dnia objawień Matka Boża dodała: “Odmawiajcie różaniec, rozmyślajcie nad tajemnicami, słuchajcie słowa Bożego zawartego w tajemnicach”. Objawienia w Cuapie nie zostały jeszcze oficjalnie uznane, ale miejscowy biskup zachęcał wiernych do rozważania i realizacji przesłania Maryi.

         Nad trwającymi od 1983 r. objawieniami w Campito w Argentynie, otrzymywanymi przez Gladys Quirodę de Mota, czuwa bezpośrednio biskup Castagna, który z uwagą śledzi rozwój kultu w miejscu objawień i stwierdza wielkie ich duchowe owoce. 6 czerwca 1987 r., gdy światowe telewizje transmitowały różaniec z papieżem Janem Pawłem II, Matka Boża powiedziała wizjonerce: “Dziś Pan będzie słuchał różańca świętego tak, jakby był on odmawiany moim głosem”.

         W obu oficjalnie uznanych objawieniach w Naju w Korei (połowa lat 80. XX w.) Matka Boża przekazała następujące orędzie: “Odmawiajcie z żarliwością różaniec, w intencji pokoju na świecie i za nawrócenie grzeszników. Starajcie się, aby odżyła świętość rodzin”.

         We wszystkich tych przesłaniach – a także w wielu innych – różaniec jest ukazywany jako najważniejsza po Mszy św. forma modlitwy, sposób na zażegnanie lub złagodzenie cierpień grożących światu za jego odejście od praw Bożych. Dzięki systematycznemu praktykowaniu nabożeństwa różańcowego możemy zaprosić do swego życia osobistego oraz rodzinnego Jezusa i Jego Matkę.

         Ażeby zaś nasze zaufanie do mocy różańca mogło stale wzrastać, byśmy byli coraz bardziej świadomi jego piękna, módlmy się jak najczęściej słowami apelu bł. Bartolomea Longo: “O błogosławiony różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem, więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie”.

         Zachętą do odmawiania różańca niech będą dla nas także słowa Ojca Świętego Jana Pawła II: “Dziś skuteczności tej modlitwy zawierzam (…) sprawę pokoju w świecie i sprawę rodziny (…). [Pamiętajmy bowiem, że] różaniec był zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę, że niegdyś była ona szczególnie droga rodzinom chrześcijańskim i niewątpliwie sprzyjała ich jedności. (…)

         Tak więc różaniec, kierując nasze spojrzenie ku Chrystusowi, czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie. Mając charakter nieustającego, wspólnego błagania, zgodne z Chrystusowym wezwaniem, by modlić się »zawsze i nie ustawać« (por. Łk 18,1), pozwala on mieć nadzieję, że również dzisiaj »walka« tak trudna jak ta, która toczy się o pokój, może być zwycięska. Różaniec, daleki od tego, by być ucieczką od problemów świata, skłania nas, by patrzeć na nie oczyma odpowiedzialnymi i wielkodusznymi, i wyjednuje nam siłę, by powrócić do nich z pewnością co do Bożej pomocy oraz z silnym postanowieniem, by we wszelkich okolicznościach dawać świadectwo miłości, która jest »więzią doskonałości« (Koi 3, 14).(…)

         Patrzę na Was wszystkich, Bracia i Siostry wszelkiego stanu, na Was, rodziny chrześcijańskie, na Was, osoby chore i w podeszłym wieku, na Was, młodzi: weźcie znów ufnie do rąk koronkę różańca, odkrywając ją na nowo w świetle Pisma Świętego, w harmonii z liturgią, w kontekście codziennego życia. (…) Modlitwa różańcowa jest wielką pomocą dla naszego czasu. Sprowadza ona pokój i sumienie; wprowadza nasze życie w tajemnice Boże i sprowadza Boga do naszego życia”.

    Robert Bil

    Źródła: Gottfried Hierzenberger, Otto Nedomansky:

    “Księga objawień maryjnych od I do XX wieku”,

    Warszawa 2003; Ewa Hanter: “Tyś wielką chlubą naszego narodu “,

    Toruń 2000; “Godzina różańca”, Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej

    w Zakopanem, 2003; Jan Paweł II: List apostolski “Rosarium Virginis Mariae”.

    Do biskupów, duchowieństwa i wiernych o różańcu świętym, Kraków 2002.

    dam/adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec: historia i teologia

     

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Październik nazywany jest miesiącem różańcowym. Kościół w tym czasie szczególnie zaleca tę prostą i zarazem głęboką modlitwę.

    Historia różańca

    Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Kolejno anachoreci, benedyktyni, cystersi, kartuzi słysząc słowa: “Nieustannie się módlcie” (1Tes 5,17), na wzór Chrystusa uświęcali poszczególne pory dnia i nocy, obok Eucharystii, rozważaniem Ojcze nasz oraz modlitwą stu pięćdziesięcioma psalmami.

    Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: “Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu” czy “Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.

    W późniejszych wiekach różaniec połączy rozmaite tradycje, w tym także hezychastyczną modlitwę Jezusową. Na Zachodzie przy klasztorach w VIII i IX w. uczono świeckich wiernych oraz rozmaitych illiterati (analfabetów) modlitw, opartych na Piśmie Świętym, pobożnych hymnach, a przede wszystkim na Modlitwie Pańskiej. Taki zastępczy “psałterz” służył także mnichom, którzy nawet podczas pracy fizycznej mogli odmówić 150 modlitw – tyle, ile jest psalmów w Psałterzu.

    Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety. Epidemie “czarnej śmierci”, dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za “nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej”. Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi.

    Interesujące są również hipotezy dotyczące pochodzenia nazwy “różaniec” (rosarium). Jedna z nich kieruje nas na Daleki Wschód, gdzie ludzie także wykorzystują jako techniczną pomoc w medytacji sznur modlitewny. Indyjskie słowo “japamala” oznaczające “zbiór modlitw”, bądź “zbiór róż” (“japa” – róża), służyło dla opisu metody modlitwy na paciorkach, która w VIII i IX wieku przeszła do islamu, a na przełomie XII i XIII wieku dalej, do chrześcijaństwa. Między innymi dominikanin Wilhelm de Nubruk, przebywając jakiś czas wśród Tatarów, relacjonuje: “Oni noszą sznury modlitewne (paternoster) tak jak my”. Tradycja zachodnia podaje legendę o cystersie, któremu Maryja objawiła, że zamiast wieńca kwiatów składanego u stóp jej figury, może składać “wieniec róż” (niem. Rosenkranz; róża – kwiat symbolicznie związany z Bogurodzicą) w formie wielokrotnej modlitwy Ave Maria.

    W XV wieku ostatecznie powiązano dwa wymiary: powtarzanie modlitewnych formuł oraz rozważanie tajemnic z życia Jezusa i Maryi. Obok maryjnego różańca, znane są inne jego formy. Przykładem może być Różaniec Najświętszego Imienia Jezus, odmawiany podobnie, choć odnoszący się do innych tajemnic radosnych z życia Jezusa. Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.

    Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy. Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go “otrzymać” od samej Matki Bożej podczas objawienia.

    Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemarzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.

    Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej. Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście “Rosarium Virginis Mariae” (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.

    Zarys teologii różańca

    Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób. Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo “Jezus”, imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.

    Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby “oddychamy uczuciami Chrystusa” (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba “przegadać” wiele godzin! Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.

    Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje “List o Różańcu” (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń. Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie “ubóstwiają” same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.

    Różaniec łączy prostotę i głębię. “Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu” (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.

    Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały. Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.

    Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).

    o. Marcin Lisak OP / Warszawa (KAI)/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwy jak z procy

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic  do Lourdes. Wieczorna procesja.

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic do Lourdes. Wieczorna procesja.
    fot. Krzysztof Błażyca/Gość Niedzielny

    ***

    Nikt nie odmawia Różańca samotnie. Obok zawsze stoi Maryja.

    Grota massabielska koło Lourdes, 11 lutego 1858 roku. 14-letnia Bernadeta Soubirous widzi „piękną Panią”. Z prawego ramienia „zjawy” zwisa różaniec. Dziewczyna boi się, ale nie jest to taki lęk, który skłania do ucieczki. Przeciwnie, chciałaby tu „zostać na zawsze”. Przychodzi jej na myśl, żeby się pomodlić. Sięga po różaniec, który ma zawsze przy sobie.

    „Uklękłam i chciałam się przeżegnać, ale nie mogłam unieść do czoła opadającej ręki” – opowie później. Tymczasem Pani staje obok, teraz już trzymając różaniec w dłoni, i czyni znak krzyża. „Wtedy i ja spróbowałam, i udało się” – relacjonuje dziewczyna. Zaczyna odmawiać Różaniec, lęk ustępuje. Pani przesuwa w palcach paciorki różańca jednocześnie z Bernadetą, uśmiechając się, ale nie wypowiada słów modlitwy „Zdrowaś, Maryjo” ani „Ojcze nasz”. Mówi natomiast razem z nią „Chwała Ojcu”, pochylając się z najgłębszym szacunkiem.

    Całe widzenie trwało tyle, ile potrzeba na odmówienie Różańca bez pośpiechu – bo też w istocie było to tylko odmówienie Różańca.

    Bezwładna ręka

    Będą kolejne spotkania, ale już to pierwsze pokazało, że Różaniec to modlitwa wyjątkowa. Szczegóły, które Bernadeta, wówczas jeszcze analfabetka, opowie o jej przebiegu w obecności widzianej na własne oczy Maryi, zadziwią teologów. Rzeczywiście to logiczne, że Maryja nie odmawiała „Ojcze nasz”, bo jest to modlitwa grzesznych śmiertelników, potrzebujących „chleba powszedniego”, wzywających Bożego przebaczenia i podlegających pokusom. Nie odmawiała też modlitwy „Zdrowaś, Maryjo”, bo nie pozdrawiałaby przecież sama siebie.

    Przebieg pierwszego objawienia Maryi w Lourdes zawiera wiele ważnych komunikatów. Choćby taki, że gdy odmawiamy Różaniec, Maryja staje obok nas i towarzyszy nam. Gdy przesuwamy paciorki, Ona robi to także. Gdy oddajemy chwałę Trójcy Świętej, Ona oddaje ją również, powtarzając z nami te same słowa: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”.

    A dlaczego na początku ręka Bernadety była bezwładna i zdołała uczynić znak krzyża dopiero, gdy zrobiła to Maryja?

    – Bardzo mnie to ucieszyło, gdy o tym kiedyś przeczytałem – mówi Andrzej, który od lat codziennie odmawia Różaniec. Dlaczego? – Bo uświadomiłem sobie wtedy, że już samo wykonanie znaku krzyża jest łaską. A skoro to mogę zrobić, to znaczy, że mam tę łaskę. I teraz najważniejsze: gdy z różańcem w dłoni zaczynam od przeżegnania się, wiem, że Maryja właśnie to zrobiła i będzie mi towarzyszyć. Gdyby było inaczej, nawet bym się nie zdołał przeżegnać – cieszy się. – Gdy człowiek o tym myśli, z większą uważnością i szacunkiem się modli – dodaje.

    Drugie spotkanie Bernadety z Maryją, 14 lutego, też było w gruncie rzeczy wspólnym odmówieniem jednej części Różańca – pięciu dziesiątek. Później Maryja przedstawiła główny cel modlitwy: o nawrócenie grzeszników. Trzykrotne wezwanie: „pokuty!” wytyczyło drogę do nawrócenia.

    Codziennie!

    Gdy pół wieku później milionowe armie w Wielkiej Wojnie rzuciły się sobie do gardeł, Maryja przyszła z tym samym wezwaniem do pokuty – i znów prosiła o odmawianie Różańca. „Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata” – usłyszały w pierwszym objawieniu 13 maja 1917 roku dzieci z Fatimy. Dwa miesiące później Maryja ponownie poprosiła o codzienne odmawianie Różańca w intencji pokoju. Wtedy dzieci poznały modlitwę, zwaną dziś fatimską. Miały mówić po każdej tajemnicy: „O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia”. Modlitwa ta stała się elementem modlitwy różańcowej. W sierpniu 1917 roku dzieci usłyszały: „Chcę, abyście nadal odmawiały Różaniec. Módlcie się, módlcie się wiele, czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, gdyż nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił”. We wrześniu znów padło wezwanie do modlitwy różańcowej, a podczas ostatniego objawienia, 13 października 1917 roku, Maryja powiedziała o sobie: „Jestem Matką Bożą Różańcową”. W trakcie tego spotkania powiedziała także: „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”. Potwierdzeniem autentyczności tego orędzia był zapowiedziany „cud słońca”.

    Maryja, wzywając do codziennego odmawiania Różańca, zrobiła to także w języku polskim. „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec” – powiedziała do dwóch dziewczynek podczas jednego z pierwszych objawień w Gietrzwałdzie w 1877 roku. Matka Boża pojawiała się tam przez niespełna trzy miesiące, gdy ludzie modlili się na różańcu. Także Jej ostatnie słowa, wypowiedziane na zakończenie objawień, brzmiały: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”. Od tego Maryja uzależniała wysłuchanie wielu próśb, które przekazywały Jej dzieci.

    Niebiańskie pochodzenie

    Różaniec pojawia się w wielu objawieniach Maryjnych. Czym więc jest ta modlitwa, skoro Matka Zbawiciela tak często do niej nawołuje? Pius XII w encyklice Ingruentium malorum porównał Różaniec do procy, z którą Kościół jak Dawid „będzie mógł wyjść naprzeciw swojego odwiecznego wroga”. W tej samej encyklice papież pisał: „Chociaż istnieje wiele rodzajów modlitwy, aby otrzymać tę pomoc, uważamy Różaniec za najbardziej właściwą i najbardziej owocną, na co wyraźnie wskazuje jej pochodzenie – bardziej niebiańskie niż ludzkie”.

    Niebiańskie pochodzenie Różańca? Sceptyk powiedziałby, że to modlitwa monotonna i nudna, automatyczna i infantylna, niegodna dorosłego człowieka. Albo że to przeżytek z czasów, gdy dostęp do Biblii był ograniczony choćby przez analfabetyzm.

    Kto odkrył Różaniec, wie, że jest inaczej. Albino Luciani, późniejszy Jan Paweł I, powiedział kiedyś, że „nie jest sprawą naczelną kryzys Różańca, lecz kryzys modlitwy w ogóle”. Ludzie, zajęci sprawami materialnymi, niewiele dziś myślą o duszy i żyją w hałasie, nie znajdując paru minut na życie wewnętrzne. Przyszły papież zakwestionował też postawę „dorosłego chrześcijanina” na modlitwie. „Osobiście, gdy rozmawiam sam z Bogiem lub z Maryją, wolę się czuć dzieckiem aniżeli dorosłym; znika infuła, piuska i pierścień. Na wakacje wysyłam dorosłego biskupa, z jego dostojną powagą i autorytetem należnym temu stanowisku! I oddaję się tej spontanicznej czułości, jaką ma dziecko dla mamy i taty” – wyznał.

    Odnosząc się do zarzutu, że Różaniec jest powtarzaniem wciąż tych samych słów, przywołał słowa Karola de Foucauld: „Miłość wyraża się kilkoma tylko słowami, zawsze tymi samymi, wciąż powtarzanymi”.

    Luciani podkreślił ważność czytania Biblii, lecz „nawet ci, którzy ją czytają, powinni potem, w niektórych sytuacjach – w podróży, na ulicy czy gdy zajdzie szczególna potrzeba – rozmawiać z Matką Bożą – jeśli się wierzy, że jest nam Ona Matką i Siostrą” – stwierdził, zaznaczając, że „w gruncie rzeczy tajemnice Różańca, gdy się je rozważy, przemyśli (…), są niczym innym jak właśnie Biblią, samą esencją Biblii”.

    Oponenci mówią, że Różaniec to modlitwa zubożona. „A co w takim razie ma być modlitwą bogatą?” – pyta przyszły Jan Paweł I, żeby następnie stwierdzić: „Różaniec to procesja »Ojcze nasz« – modlitwy, której nauczył nas Jezus; »Zdrowaś« – pozdrowienia, jakie Bóg skierował do Przenajświętszej Panny za pośrednictwem anioła; »Chwała« – pochwały Trójcy Przenajświętszej”. W jego przekonaniu „Różaniec wyraża wiarę bez fałszywych komplikacji, wykrętów, nadmiaru słów; pomaga poddać się woli Bożej i nauczyć się, jak przyjmować cierpienie”. Zwraca też uwagę na znaczenie Różańca odmawianego w rodzinie. „Odmawiany wieczorem przez rodziców wraz z dziećmi jest formą liturgii rodzinnej” – zauważa.

    Koresponduje to z wezwaniem Maryi w Fatimie. Odpowiadając na prośbę Łucji o łaskę dla pewnej rodziny, Matka Boska powiedziała: „Niech codziennie, przez rok, odmawiają Różaniec w rodzinie”. Gdy rodzina przez rok odmawia Różaniec, zapewne zechce go odmawiać aż do śmierci. I najpewniej będzie to śmierć szczęśliwa.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

     _____________________________________________________________________________________________________________

    Maryja w Lourdes prosi o różaniec

     Adobe.stock.pl

    *****

    Przed kilkoma dniami rozpoczęliśmy wędrówkę do miejsc objawień Maryi. Rozważamy słowa Matki Bożej, która prosi, abyśmy odmawiali różaniec. Dziś udamy się do znanego nam wszystkim miejsca, do francuskiego Lourdes, gdzie w 1858 r. czternastoletnia Bernardetta Soubirous, nagle ujrzała w lesie „piękną, niezwykle piękną Panią”.

    Kiedy Pani uśmiechnęła się do niej, Bernardetta wzięła do ręki różaniec, upadła na kolana i zaczęła się modlić. Dziewczynka miała bowiem zwyczaj odmawiać różaniec, nosiła go ze sobą i żyła nim. Może dlatego Maryja wybrała właśnie ją jako wizjonerkę ? Może dlatego Lourdes i różaniec są ze sobą tak ściśle powiązane…?

    „Pierwsze spotkanie było wspólnym odmówieniem różańca. Matka Najświętsza przesuwała w milczeniu paciorki swojego różańca, głośno wypowiadając jedynie słowa “Chwała Ojcu…”. Zakończenie różańca było końcem wizji”.

    W kolejnych objawieniach, Niepokalana wraz z Bernardettą wspólnie odmawiały różaniec „podczas wszystkich osiemnastu objawień, w czasie których Matka Boska przemawiała bardziej przez symboliczne gesty, niż słowami. Najświętsza Maryja Panna przesuwała paciorki Różańca, w miarę jak dziewczyna odmawiała go. W ten cudowny sposób została uświęcona modlitwa na Różańcu” (wg Antonio A. Borellego). Poza tym, w trakcie objawień Maryja uczyła ją modlitw i przekazywała różne przesłania.

    Podczas dwunastego objawienia pewna znajoma dała Bernardetcie swój różaniec. Kiedy dziewczyna zaczęła modlić się na nim, usłyszała głos „Pani”: „Ach, pomyliłaś się. To nie jest przecież ten twój”. Tym razem obecny był kapłan, na którym zrobiło to głębokie wrażenie i który natychmiast uwierzył w prawdziwość objawienia… „Zupełną nowością w Maryjnych objawieniach różańcowych stało się to, że Matka Boża [jakby] wyraźnie wzywała swoich czcicieli, by mieli – jak Bernardetta – własny różaniec”.

    Objawienia w Lourdes zostały uznane przez Kościół. Dziś do Lourdes pielgrzymuje rocznie kilkaset tysięcy pielgrzymów. Wędrując duchowo do Groty Masabielle, weźmy w dłonie różaniec i spełniając prośbę Maryi, rozważajmy tajemnice Jej życia i Jej Syna Jezusa Chrystusa.

    ks. Krzysztof Hawro /Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Paciorki z miłością

    W Różańcu rozważamy tajemnice Chrystusa jakby sercem Maryi.

    W Różańcu rozważamy tajemnice Chrystusa jakby sercem Maryi.
    fot. Krzysztof Błażyca/Gość Niedzielny

    *****

    Różaniec nie spadł z nieba. Z dojściem do nieba ma jednak związek – o ile jest dobrze używany.

    Kasia z mężem postanowili codziennie przez dłuższy czas odmawiać wszystkie części Różańca. Było to związane z nowenną, której odprawienia się podjęli. – Z początku obawiałam się tego, wydawało mi się, że nie dam rady, że nie pogodzę tego ze zwykłymi obowiązkami – opowiada. A jednak, ku swojemu zaskoczeniu, dała radę. – Różaniec jakoś oplótł cały mój dzień. Robiłam wszystko, co trzeba, ale z większym skupieniem i jakby w bezustannej modlitwie. Nie przeszkadzało to w życiu, nawet przeciwnie: poprawiło jego jakość. I tak sobie myślę, że to dla nas było cenniejsze od tego, co chcieliśmy uprosić – uśmiecha się.

    Podobne doświadczenia ma wielu ludzi, którzy chwytają za różaniec. Uświadamiają sobie, że najcudowniejszym owocem modlitwy jest… modlitwa.

    Ewolucja

    W Różańcu chodzi o to samo, o co chodzi w każdej modlitwie – o wzmocnienie więzi z Bogiem. Ta modlitwa też podlegała ewolucji i jej forma w ciągu wieków się zmieniała. Ba – wciąż się zmienia. Ostatnia znacząca zmiana miała miejsce w 2002 r., gdy Jan Paweł II ogłosił wprowadzenie czwartej części – tajemnic światła. Nie wszyscy byli wówczas zadowoleni. Pojawiały się opinie, że to ludzka ingerencja w tradycję, która nie powinna być zmieniana, bo została dana przez Boga.

    Niesłusznie. Z pewnością Różaniec jest cenną modlitwą Kościoła katolickiego, jednak daną ludziom nie jako gotowe i nienaruszalne dzieło, lecz tworzoną przez wieki. Wbrew popularnej opinii, wedle której Różaniec został dany z nieba św. Dominikowi, fakty są inne. Dominik i bracia z jego zakonu bardzo rozpowszechnili tę modlitwę, ale jej początki są dużo wcześniejsze.

    Jak psalmy

    „Panie Jezu Chryste, Synu Boga, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem” – mówili mnisi na Wschodzie już w starożytności. Powtarzali te słowa wielokrotnie w rytm oddechu, zanurzając się w obecności Bożej. Czasem przekładali przy tym kamyki. Pozwalało im to zliczyć powtórzenia i pomagało zachować modlitewne skupienie. Podobną metodę stosował żyjący w III wieku pustelnik Paweł z Teb, który każdego dnia odmawiał 300 razy „Ojcze nasz”. W tym celu kładł sobie na kolana 300 kamyków, które stopniowo zrzucał. Kilka wieków później do odliczania modlitw zaczęto stosować sznury z paciorkami. Także mnisi na Zachodzie, przejęci wezwaniem: „Nieustannie się módlcie” (1 Tes 5,17), wcześnie przyjęli praktykę uświęcania poszczególnych godzin dnia i nocy modlitwą psalmami – których jest 150.

    W średniowieczu dla potrzeb niepiśmiennych chrześcijan tworzono na ścianach kościołów Zachodu coś w rodzaju obrazkowej historii biblijnej. Uczono ich też, szczególnie przy klasztorach, modlitw nawiązujących do tekstów Pisma Świętego – w pierwszym rzędzie Modlitwy Pańskiej. Powstało z tego coś, co świeckim zastępowało odmawiany przez kapłanów i osoby zakonne psałterz: 150 modlitw – tyle samo, ile jest psalmów w Biblii.

    Tak stopniowo kształtowała się modlitwa medytacyjna związana z kultem Matki Bożej. Modlitwa „Zdrowaś, Maryjo” (Ave Maria) powstała około XIII wieku. Najpierw ukształtowała się jej pierwsza część, która zawiera połączone teksty z Ewangelii: fragment pozdrowienia Maryi przez archanioła w chwili zwiastowania i słowa Elżbiety wypowiedziane w czasie spotkania z Matką Bożą. Druga, modlitewno-błagalna część, czyli „Święta Maryjo”, powstawała dłużej. Przypuszcza się, że prośbę o wstawiennictwo Maryi „teraz i w godzinę śmierci” zaczęto dodawać do Pozdrowienia Anielskiego w czasie, gdy w Europie szalała zaraza dżumy.

    Kontemplować, nie klepać

    Liczni papieże zalecali modlitwę różańcową. Jej formę, która zasadniczo dotrwała do dziś, zatwierdził Pius V dokumentem z 1569 r. To za jego pontyfikatu doszło do wielkiej bitwy morskiej pod Lepanto, w której wojska chrześcijańskie pokonały Turków, oddalając zagrożenie islamską inwazją. Pamiątką tego dnia w Kościele jest święto Matki Bożej Różańcowej, bo to Jej wstawiennictwu powszechnie przypisano zwycięstwo nad półksiężycem.

    Jednym z najważniejszych papieskich dokumentów o Różańcu w ostatnim półwieczu jest adhortacja Marialis cultus Pawła VI. Papież wyraził w niej potrzebę odnowienia kultu maryjnego, tak aby w pobożności maryjnej było więcej Chrystusa i Ducha Świętego. Wskazał na Różaniec i Anioł Pański, bo w tych modlitwach rozważa się tajemnice Chrystusa i działanie Ducha Świętego. Papież upomniał się, żeby odmawianie tej modlitwy nie było tylko zanoszeniem błagań, lecz by było kontemplacją. Jeśli brakuje kontemplacji, „Różaniec upodabnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: »Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani«” – przestrzegał Paweł VI. Dodał, że Różaniec „z natury swej domaga się odmawiania w rytmie spokojnej modlitwy i jakby z zatopioną w myślach powolnością”. Chodzi bowiem o rozważanie tajemnic Chrystusa jakby sercem Maryi – o modlitwę z Maryją i na Jej wzór.

    Pomoc ekumeniczna

    Papieżem „różańcowym” był także św. Jan Paweł II. „To modlitwa, którą bardzo ukochałem. Przedziwna modlitwa! Przedziwna w swej prostocie i głębi zarazem” – dzielił się z wiernymi krótko po swoim wyborze na Stolicę Piotrową w 1978 r. „Oto bowiem na kanwie słów Pozdrowienia Anielskiego (Ave Maria) przesuwają się przed oczyma naszej duszy główne momenty z życia Jezusa Chrystusa. Układają się one w całokształt tajemnic radosnych, bolesnych i chwalebnych. Jakbyśmy obcowali z Panem Jezusem poprzez – można by powiedzieć – Serce Jego Matki” – mówił. Owocem miłości Jana Pawła II do modlitwy różańcowej stał się jego list apostolski Rosarium Virginis Mariae z roku 2002. Dokument ten przyniósł ważną zmianę – do trzech części dołączona została czwarta: tajemnice światła. Jednocześnie papież zawarł w liście osobiste świadectwo ukochania Różańca. „Od mych lat młodzieńczych modlitwa ta miała ważne miejsce w moim życiu duchowym” – napisał. „Różaniec towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczenia. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy” – wyznał.

    Papież Polak, podobnie jak jego poprzednik Paweł VI, zachęcił do modlitwy różańcowej „w towarzystwie” Matki Bożej. „Odmawiać Różaniec bowiem to nic innego, jak kontemplować z Maryją oblicze Chrystusa” – stwierdził.

    Jan Paweł II zmierzył się także z zarzutem, że Różaniec może być przeszkodą w dialogu ekumenicznym. „W rzeczywistości przynależy on do najczystszej perspektywy kultu Matki Bożej, wskazanej przez sobór: kultu skierowanego ku chrystologicznemu centrum wiary chrześcijańskiej” – zapewnił, powołując się na stwierdzenie soboru: „gdy czci doznaje Matka, to i Syn […] zostaje poznany, ukochany i wielbiony w sposób należyty”. W konkluzji stwierdził stanowczo: „Różaniec na nowo odkryty we właściwy sposób jest pomocą, a bynajmniej nie przeszkodą dla ekumenizmu!”.

    Papież wskazał dwa „punkty krytyczne” naszych czasów, które należy dziś szczególnie polecać Bogu w modlitwie różańcowej: pokój i rodzinę. Rodzina bowiem jest „coraz bardziej zagrożona na płaszczyźnie ideologicznej i praktycznej siłami godzącymi w jej jedność” – wskazał. Budzi to „obawy o przyszłość tej podstawowej i niezbywalnej instytucji, a wraz z nią o losy całego społeczeństwa”. Pomocą w zapobieżeniu „zgubnym następstwom tego kryzysu znamiennego dla naszej epoki” jest „powrót do Różańca w rodzinach chrześcijańskich”.

    Czemu nie?

    Jan Paweł II był świadom trudności, jakie może nasuwać wielokrotne powtarzanie tej samej modlitwy. „Patrząc powierzchownie na to powtarzanie, można by traktować Różaniec jako praktykę jałową i nużącą. Jednak do zupełnie innych wniosków na temat koronki można dojść, kiedy uzna się ją za wyraz nigdy nieznużonej miłości” – napisał, podając przykład trzykrotnego pytania o miłość, jakie zadał Jezus Piotrowi, i trzykrotnej odpowiedzi apostoła. „By zrozumieć Różaniec, trzeba wejść w dynamikę psychologiczną właściwą miłości” – zauważył. Podkreślił, że modlitwa ta zachowuje całą swą moc i dobry głosiciel Ewangelii nie powinien go pomijać. Wreszcie stwierdził: „Dziś stoimy wobec nowych wyzwań. Czemuż nie wziąć znowu do ręki koronki z wiarą tych, którzy byli przed nami?”.•

    Franciszek Kucharczak/ Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co zrobić, by nie “klepać” różańca? Zmodyfikowanie słów modlitwy może być skuteczną metodą

    Co zrobić, by nie "klepać" różańca? Zmodyfikowanie słów modlitwy może być skuteczną metodą

    fot. James Coleman / unsplash.com

    *****

    Są ludzie, dla których różaniec jest od dzieciństwa naturalnym i oczywistym elementem ich pobożności. Lubią go i nie mają z nim problemów. Niech dziękują Bogu – i nie muszą czytać dalej tego tekstu. Po co im cudze kłopoty albo odpowiedzi na cudze pytania? Ale są także ludzie, którzy mają problem z różańcem. I nawet jeśli zwykli za niego dziękować Bogu, to będą Mu tym goręcej dziękować, kiedy znajdą jakieś wyjście z tej kłopotliwej sytuacji albo doświadczą przebłysku sensu modlitwy różańcowej. Może prowadzić do tego wiele dróg, zależnie od rodzaju problemów. Droga zaprezentowana poniżej jest skutkiem bardzo konkretnego zestawu trudności.

    Trudności podczas odmawiania różańca

    Trudności. Przez ponad pół wieku różaniec był dla mnie udręką. Po pierwsze, jedno Zdrowaś Maryjo wydawało mi się wspaniałą modlitwą, tym właśnie, co chcę powiedzieć – ale już trzy pod rząd stawały się klepaniem, bo uwaga uciekała; dziesięć – tym bardziej, więc perspektywa i konieczność odmówienia pięćdziesięciu Zdrowaś Maryjo, nie mówiąc już o stu pięćdziesięciu (jeszcze wtedy nie dwustu!), stawała się dość koszmarna. To było po prostu przegadane – nawet i bez tych wszystkich dodatków, które jak ogon komety ciągną się za każdą dziesiątką w nabożeństwach parafialnych.

    Po drugie, co właściwie miałam w tym czasie robić? Na co skierować uwagę: na słowa modlitwy czy na temat rozważania? Uczono mnie, że różaniec jest modlitwą kontemplacyjną, więc słowa stają się w nim coraz mniej ważne, aż w końcu redukują się do jednego – JEZUS. No dobrze, ale te pozostałe nadal trzeba klepać, chociaż się na nie już nie zwraca uwagi! Po co? Najgorsza była “dobra rada”, jakiej udzielali niektórzy mistrzowie, żeby słowa traktować po prostu jako miarę czasu, poświęcanego każdej tajemnicy. Czyli klepać je, żeby minęło mniej więcej pięć minut… (na co potrzeba około “dziesięciu Zdrowych Maryi”, jak mówiono w XVII wieku). Dla mnie to było wprost oburzające. Różaniec tak pojęty stawałby się jedną więcej szkołą bezmyślnego traktowania słów modlitwy – i jednym więcej ćwiczeniem w oddzielaniu myślenia od mówienia, a tym samym motorem rosnącej dewaluacji słowa.

    Być może dla ludzi ciągle pouczanych, że modlitwa ustna jest czymś niższym od modlitwy myślnej i dlatego powinna ustępować tej drugiej miejsca – grając w razie potrzeby rolę klepsydry piaskowej lub stopera – nie ma w takim stawianiu sprawy nic nagannego. Ale trudno się z nim pogodzić, jeśli się wierzy – jak wierzył Autor naszej reguły – że na modlitwie myśl i słowo powinny być zgodne. Zawsze. Modlitwa ustna, pozbawiona myślnej, staje się pustym obrzędem; a myślna, pozbawiona treści wyrażalnych słowami (choćby bezgłośnymi), staje się równie pustą grą uczuć albo zagapieniem. (Nie mówię tu oczywiście o kontemplacji wlanej, o której nie mam pojęcia, ale o modlitwie dostępnej dla każdego). A tu mamy: albo, albo. Słowo idzie w swoją stronę, myśl w swoją. Ideałem byłoby je zgrać, pogodzić – ale jak?

    Co zrobić, by nie “klepać” różańca?

    Pod okiem Maryi. Najpierw spróbujmy ustalić kilka zasad, które mogą być wstępem do szukania wyjścia. Po pierwsze, wyciszmy nerwy i ewentualne skrupuły. Jeżeli wyjścia nie znajdziemy, to przecież brak modlitwy różańcowej nie jest grzechem, różaniec nie jest konieczny do zbawienia. I przed jego wynalezieniem żyło mnóstwo świętych, ludzie służyli Bogu i kochali Go. Niemniej, skoro Kościół usilnie zaleca tę modlitwę, to dobrze będzie zrozumieć, dlaczego; i dobrze będzie pójść za tym zaleceniem, byleby z dobrej woli, bez balastu przymusu.

    Po drugie, zgodnie ze sformułowaniem Jana Pawła II, różaniec nie jest modlitwą do Maryi, ale raczej modlitwą pod okiem Maryi. Ma być więc rozmyślaniem, zwrotem do Boga pod okiem Tej, która nie tylko uczestniczyła w wydarzeniach ewangelicznych, ale i “rozważała je w sercu”. Dlatego może i nas uczyć tego rozważania.

    Po trzecie, są różne sposoby rozmyślania. Jeden to stawianie twierdzeń i wysnuwanie z nich wniosków – ale w przypadku różańca takiemu rozmyślaniu przeszkadza tekst modlitwy ustnej. Inny sposób polega na stanięciu twarzą w twarz z tematem i prostym pokłonieniu się mu. W takim wypadku tekst jest nawet pomocny, ale może dla kogoś być za długi, właśnie przegadany. Pokłon dużo czasu nie zajmuje.

    Po czwarte, zastanówmy się nad tym, co oznacza błogosławieństwo, o którym przecież mowa w Zdrowaś Maryjo. Błogosławieństwo, jeżeli to Bóg nam błogosławi, oznacza dar i łaskę; jeżeli my błogosławimy kogoś z ludzi – na przykład Maryję – oznacza podziw dla daru Boga i łaski w Niej złożonej. Jeżeli błogosławimy Boga, wyrażamy adorację i dziękczynienie. Pojęcie to jest kluczowe i dobrze je wyjaśnić na wstępie.

    Jak pogodzić w różańcu słowo i myśl?

    Nadal jednak pozostaje problem: jak pogodzić w różańcu słowo i myśl, zakładając, że słowa modlitwy nie będą tylko szelestem piasku w klepsydrze, ale nośnikiem istotnej treści?

    Możliwy sposób wyjścia. Oczywiście na początku musi być Ojcze nasz – z tego tekstu wypływa cała nasza chrześcijańska modlitwa. Ale co robić z przegadanym ciągiem dalszym? Ostatecznie nie widziałam już innej rady, niż zredukować – na prywatny użytek! – liczbę słów do tych, które wydają mi się najważniejsze, niezbywalne. W miejsce całej zdrowaśki powstała więc siedemnastosylabowa zwrotka:

    Błogosławiona.
    Błogosławiony Jezus.
    Módl się za nami.

    Wedle takiego pojęcia istotną treść modlitwy Zdrowaś Maryjo stanowiłoby podwójne błogosławieństwo i prośba o pomoc (a tym samym wyznanie własnej słabości). W pierwszym słowie zawiera się serdeczne wezwanie Maryi jako Tej, która również wpatruje się w dany epizod życia Jej Syna; w drugiej, kluczowej linijce jest pokłon i dziękczynienie oddane temuż Synowi. Potem już skrzydła opadają – “módl się za nami” to raczej mozolny lot gołębia niż swobodne szybowanie bociana – ale za chwilę uniosą się znowu.

    Przedmiotem mojej adoracji jest Chrystus widziany jako Syn Ojca, dokonujący dzieła Ojca na świecie i składający Ojcu ofiarę z własnego życia – czego nie mógłby zrobić jako Bóg, ale może jako człowiek. We wszystkich tajemnicach różańca odnajduję obecność tej trynitarnej Miłości, która Go do tego popchnęła. Niespodziewanie nawet te tajemnice, które poprzednio niewiele dla mnie znaczyły, nagle się rozświetliły; pamiętam radość chwili, w której zrozumiałam, jak ważna jest piąta tajemnica radosna, kiedy to Jezus po raz pierwszy na ziemi deklaruje swoją miłość do Ojca. Tak Go pojmuję i tak Go wielbię – przez okamgnienie, bez dodatkowych słów. Ale ten akt uwielbienia można mnożyć: dziesięć razy albo i więcej, któż zabroni? Byleby dodać na końcu Chwała Ojcu, bo to wynika z całej poprzedniej modlitwy. Wszystkie inne dodatki zastępuję jednym “alleluja”, żeby nie odrywały uwagi od właściwego jej przedmiotu.

    Ktoś, kto moich trudności nie dzieli, powiedział mi ze smutkiem, że to już nie jest różaniec. Ale dla mnie to jedyna możliwa jego forma. Nie będę się spierać o nazwy. Chodzi mi o to, żeby móc przy Maryi rozważać dzieło Jezusa i wielbić Go – ku chwale Ojca, bo to ta chwała przecież jest upragnieniem Jezusowego Serca i Jego celem nadrzędnym. Możliwe zresztą, że taka forma różańca będzie dla kogoś tylko pierwszym stadium powrotu do pełnego tekstu, który w jakiś sposób stanie się nośnikiem adoracji, a nie klepaniną. Ale jeśli nawet nie, to lepsze jest takie rozwiązanie problemu niż żadne… przynajmniej na użytek tych, którzy mają problemy podobne do moich. Zresztą prywatna modlitwa nie potrzebuje tekstów utrwalonych raz na zawsze; może się rozwijać.

    Jak skutecznie modlić się na różańcu?

    Jak, konkretnie, zastosować tak zmodyfikowany tekst do kolejnych tajemnic różańca? Na przykład, każda “zdrowaśka” może brzmieć:

    Błogosławiona. Błogosławiony Jezus, … (tu treść tajemnicy, jak niżej, 3x). Módl się za nami.

    Błogosławieństwo Pana, zaopatrzone w aluzje do treści tajemnicy, jest powtórzone trzy razy, żeby nie oszukiwać na czasie, i żeby to ono było istotnym elementem. W sumie, chodzi o to, żeby razem z Maryją wielbić Syna Bożego w konkretnych aspektach Jego działania i żeby prosto do tego celu prowadziły wszystkie użyte słowa. Nie tylko niektóre. A “treść tajemnicy” to krótkie sformułowanie, jak poniżej:

    Tajemnice radosne:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn Ojca. (W tle: miłość Syna do Ojca aż do pragnienia ofiary z życia; wielki zamysł, stworzenie świata w tej intencji; wciągnięcie ludzkości w tę samą trynitarną miłość)
    2. Błogosławiony Jezus, Bóg ukryty. (W tle: Ty jesteś Bogiem ukrytym, Zbawicielu, Ty masz upodobanie w ukrytej prawdzie; zaplanowana niedostrzegalność obecności Boga w świecie, działanie jak w przypowieści o rosnącym ziarnie)
    3. Błogosławiony Jezus, Bóg objawiony. (W tle: niemowlęca niemoc wobec ludzi jako znak stanu ofiary złożonej Ojcu; objawia miłość, którą przyszedł ucieleśnić i szerzyć)
    4. Błogosławiony Jezus Pierworodny. (W tle: długie dzieje przygotowywania pojęć ludzkich o należnej Bogu ofierze z tego, co najlepsze; pierworodny jako należny Bogu wg Prawa, ale wykupywany; Syn Boży nie poprzestanie na ofierze zastępczej)
    5. Błogosławiony Jezus w domu Ojca. (W tle: rozumieć serce Jezusa to znać Jego podstawowe dążenie: uwielbienie Ojca; szukać Go należy w domu Ojca, w tym wszystkim, co chwale Ojca służy)

    Tajemnice światła:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn miłość. (W tle: obecność wszystkich Trzech Osób; Ojciec intronizuje Syna; ich wzajemna Miłość spływa, aby objąć ludzkość)
    2. Błogosławiony Jezus, Dawca radości. (W tle: wino symbolem radości, a On przez nasze usynowienie przynosi radość głębszą, „trzeźwe upojenie Ducha”)
    3. Błogosławiony Jezus, Nauczyciel. (W tle: cuda i nauki objawiają moc i dobroć Ojca, Jego plany; mówią o Nim i naszym wezwaniu do Jego życia)
    4. Błogosławiony Jezus w chwale Ojca. (W tle: raz jeszcze, Ojciec uwierzytelnia Syna; objawia miłość i pokój, przewyższający wszelkie pojęcie)
    5. Błogosławiony Jezus na ołtarzu. (W tle: całość Jego dzieła uwielbienia i zbawienia, obecna tu w Jego stanie ofiary)

    Tajemnice bolesne:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn Człowieczy. (W tle: jako Bóg postawił sobie samemu jako Człowiekowi zadanie na skraju możliwości wykonania)
    2. Błogosławiony Jezus, Król skatowany. (W tle: Pieśń o Słudze Jahwe, nieludzko oszpecony Jego wygląd; wolny pomimo to: sam dał się gnębić, podał grzbiet swój bijącym)
    3. Błogosławiony Jezus, Król wyszydzony. (W tle: Pieśń o Słudze Jahwe, nie zasłonił twarzy przed zniewagami, wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Bóg odrzucony przez własnych kapłanów)
    4. Błogosławiony Jezus niosący swoją miłość. (W tle: aż do śmierci umiłował Ojca i nas, ostatkiem ludzkich sił doniósł tę miłość do miejsca kaźni)
    5. Błogosławiony Jezus, który wykonał. (W tle: aż do śmierci krzyżowej wykonał cały zamysł ofiary uwielbienia Ojca i naszego zbawienia; umierając triumfuje: Wykonało się)

    Tajemnice chwalebne:

    1. Błogosławiony Jezus zmartwychwstały. (W tle: Ojciec odpowiada na ofiarę Syna, daje Mu triumf ostateczny i pełny, w naszej czasoprzestrzeni dopiero stopniowo skuteczny, w bezczasie wieczności już dokonany)
    2. Błogosławiony Jezus po prawicy Ojca. (W tle: Ojciec odpowiada bezmiarem chwały; Syn także jako człowiek jest w majestacie Trójcy Świętej)
    3. Błogosławiony Jezus, Dawca Ducha. (W tle: Wyleję Ducha mego na wszelkie ciało; nasze usynowienie: ogarnia nas trynitarna Miłość łącząca Ojca z Synem, mamy udział w „liturgii” Syna)
    4. i 5. Błogosławiony Jezus, Syn Twój i Bóg Twój. (W tle: pełnia ostatecznego spotkania Maryi z Tym, który zechciał być Jej Synem)

    Powtarzam: to wszystko jest tylko propozycja. Można ją odrzucić całkiem, albo można stworzyć na swoją potrzebę analogiczny schemat własny.

    fragment pochodzi z książki s. Małgorzaty Borkowskiej OSB “Uwagi o modlitwie”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zamiast miecza. Opowieści o Różańcu bez laurek

    Zamiast miecza. Opowieści o Różańcu bez laurek

    fot. Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    *****

    Ojciec Pio odmawiał go tyle razy, że na rękach miał odciski. Jan Bosko i Josemaría Escrivá nazywali go „potężną bronią”. W opowieściach o Różańcu nie znajdziemy tylko laurek. Mała Tereska szczerze notowała: „Odmawianie go kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych”.

    Dlaczego ci chłopcy odmawiają Różaniec, modlitwę tak nudną, męczącą i przestarzałą? – zirytował się markiz d’Azeglio, polityk, pisarz i premier Królestwa Sardynii, który w 1848 roku zwiedzał turyńskie Oratorium. „Ogromnie cenię tę modlitwę i mogę powiedzieć, że to na niej opiera się moje dzieło. Gotów byłbym zrezygnować z tylu innych rzeczy o wielkim znaczeniu, ale nie z Różańca; a gdyby to było konieczne, wyrzekłbym się z żalem nawet pańskiej życzliwej przyjaźni, panie markizie, ale nigdy nie przestanę odmawiać Różańca” – błyskawicznie odparował oprowadzający go Jan Bosko.

    „Kiedy się urodziłeś, poświęciłam cię Madonnie. Gdy poszedłeś do szkoły, poleciłam ci nabożeństwo do naszej Matki. I teraz polecam ci, żebyś do Niej całkowicie należał” – usłyszał od matki, gdy przestąpił progi seminarium. Przejął się tymi słowami. „Zaufajcie, Wspomożycielce, a zobaczycie, co to są cuda” – powtarzał założyciel salezjanów. „Różańcem można uderzyć, zwyciężyć i zniszczyć wszystkie piekielne moce. Niezliczone są łaski nieba, które otrzymano wskutek tej modlitwy”.

    Alarm w piekle

    „Najlepszym sposobem na modlitwę jest Różaniec. Poprzez Różaniec rozwijamy się, wzrastamy i poznajemy nowe horyzonty” – nauczał św. Franciszek Salezy, dodając: „Jest on modlitwą bardzo pożyteczną, o ile jest właściwie odmawiany”.

    „Jedno tylko »Zdrowaś, Maryjo« dobrze powiedziane wstrząsa całym piekłem” – wtórował mu św. Jan Maria Vianney.

    „To prosta, a zarazem wzniosła modlitwa. Możemy łatwo przez nią otrzymać wielkie łaski i błogosławieństwo Boże. W serca zbolałe spływa balsam ukojenia, w duszach zrozpaczonych świta znowu promyk nadziei” – dodawał św. Maksymilian Maria Kolbe.

    Odciski

    O Różańcu w życiu stygmatyka z Pietrelciny napisano tomy. Nieustannie przesuwał w swych palcach paciorki. Co więcej, zasypiał z różańcem w ręku. Ojciec Tarcisio da Cervinara notował: „Czuwałem nad ojcem Pio jak matka nad dzieckiem. Na krótkie chwile zasypiał. Wiele razy próbowałem wyjąć z ręki śpiącego różaniec. A choć to brzmi nieprawdopodobnie, nigdy mi się to nie udało: nawet podczas snu ten święty człowiek nie przestawał ściskać w palcach, które przez to nabawiły się nawet odcisków, swojej »broni«, jak nazywał sznur paciorków”.

    Nie rozstawał się z różańcem. Odmawiał tę modlitwę wszędzie: w celi, na korytarzu, w zakrystii. Zapytany, ile Różańców odmawia w ciągu dnia i nocy, odpowiadał: „Czasem 40, a czasem 50”. Pytany, jak to robi, odpowiadał: „Jak ty to robisz, że ich nie odmawiasz?”.

    „Jest bronią w dzisiejszych czasach” – wyznawał. „Zawsze pamiętaj o modlitwie różańcowej. Odmawiaj ją dobrze, tak często, jak tylko możesz! Najważniejsze, byś modlił się duszą i nie męczył się modlitwą. Różaniec porusza serce Boga!”.

    Ogień

    Rozwiązanie hasła w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot (1799–1862), osoba równie bliska lyońskim pracownicom jak grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”. „Najważniejszą i najtrudniejszą rzeczą jest uczynić Różaniec modlitwą wszystkich” – pisała beatyfikowana w tym roku Francuzka. Na pomysł nieustannej modlitwy wpadła w 1826 roku. „I tak wszyscy członkowie, mając udział w dziele nawracania grzesznika, cieszą się wspólnie z jego powrotu. Takie zjednoczenie serc w jedności tajemnic daje Różańcowi szczególną moc w nawracaniu grzeszników” – pisała.

    „Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, otrzymają wszystko, o co poproszą” – miał usłyszeć od samej Maryi bł. Alan z La Roche, a siostra Łucja z Fatimy powtarzała: „Nie ma w życiu problemu, którego nie można rozwiązać za pomocą Różańca”. Dwa miesiące przed śmiercią karmelitanka zdążyła napisać list do polskich dzieci. Czytelnicy „Małego Gościa” przeczytali: „Ponad wszystko kochaj Maryję i Jej Syna. Odmawiaj Różaniec. Przynajmniej jedną dziesiątkę każdego dnia. Najlepiej z rodziną”.

    „Jak głosi legenda, to sama Matka Boża ofiarowała różaniec świętemu Dominikowi. I choć historia formowania się tej modlitwy jest znacznie bardziej skomplikowana, legenda ta wyraża synowskie zaufanie dominikanów do Matki Bożej i Różańca – opowiada o. Wojciech Surówka. – Każdy z dominikanów nosi różaniec przy pasie. Zamiast miecza, który w trzynastym wieku nosili rycerze. Jest on obroną przed zakusami złego ducha.

    Bardzo go ukochałem

    „Różaniec to modlitwa, którą bardzo ukochałem, przedziwna w swej istocie i głębi” – wyznał pięć lat po konklawe Jan Paweł II. „Przesuwają się przed oczyma naszej duszy główne momenty z życia Jezusa Chrystusa, jakbyśmy obcowali z Panem Jezusem przez serce Jego Matki. W tajemnicach bolesnych rozważamy w Chrystusie wszystkie cierpienia człowieka, w tajemnicach chwalebnych odżywają nadzieje życia wiecznego, a w Chrystusie zmartwychwstałym cały świat zmartwychwstaje”.

    „Różaniec pozostaje narzędziem nie do pominięcia pośród środków duszpasterskich każdego głosiciela Ewangelii” – podkreślał papież w słynnym liście Rosarium Virginis Mariae. Po latach Benedykt XVI doda, że gdy odmawiamy Różaniec, „Maryja niejako użycza nam swojego serca i spojrzenia, byśmy kontemplowali życie Jej Syna”.

    Jego krótkie nauki zebrane w tomikach „Droga”, „Bruzda” czy „Kuźnia” stały się bestsellerami. Josemaría Escrivá nauczał: „Różaniec to potężna broń. Używaj jej z ufnością, a skutek wprawi cię w zadziwienie. Ten pozornie nudny sposób niszczy każde ziarno próżności i dumy. Módl się wszędzie, nawet na ulicy, to pomoże ci czuć stałą obecność Bożą”.

    Tak źle go odmawiam!

    Na ścianie w naszej licealnej sali z fizyki wisiała dewiza: „Rzeczy piękne są trudne”. Zapewne ta złota myśl nie dotyczyła Różańca, ale przecież idealnie pasuje do tej maryjnej modlitwy!

    W opowieściach o świętych nie znajdziemy jedynie „kwiatków” i wzniosłych dewiz. Jak wielu ludzi odnajduje się w słowach Małej Tereski, która w jednym ze swoich listów (Rękopis C 25 r.) notowała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych… Czuję, że tak źle go odmawiam! Muszę zadawać sobie gwałt, by rozmyślać o tajemnicach różańcowych; nie mogę skupić myśli (…). Nieraz, kiedy mój umysł pogrążony jest w tak wielkiej oschłości, że niemożliwością staje się dla mnie wydobycie z niego choćby jednej myśli jednoczącej mnie z Bogiem, odmawiam bardzo powoli »Ojcze nasz«, a potem Pozdrowienie Anielskie; wówczas te modlitwy porywają mnie i karmią mą duszę o wiele lepiej, niż gdybym odmówiła je setki razy, ale z pośpiechem!”.

    Nie rozumiem tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwa to modlitwa. Mam inne doświadczenie. „Różaniec to trudna modlitwa czy prosta?” – zapytałem przed laty o. Joachima Badeniego. „To jest bardzo trudna modlitwa, bardzo trudna…” – odpowiedział. „Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. Choć i wówczas można wpaść w świetny rytm modlitwy nieustannej, jak w Kościele wschodnim. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to całe to różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć, nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest zbytnio potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania…”

    „To można zagadać Matkę Boską?” – przerwałem dominikaninowi. „Jasne! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie, zaczynają rezonować. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Ja myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym od Niego: »Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce mego Syna. I tę modlitwę preferuję, i ją właśnie obdarzę licznymi łaskami«. Tak to sobie wyobrażam”.

    Kamień

    Trzymała w dłoni różaniec, pamiętam. Mijaliśmy dwa głazy. Jeden dumnie sygnalizował: „Suchowola leży w środku Europy”, drugi przed rodzinnym domem Popiełuszków przypominał rocznicę śmierci ks. Jerzego. Trzeci nosiła w sercu pani Marianna. Ten był najcięższy.

    „Był wybrany przez Boga, jestem pewna. U nas w domu zawsze była wspólna modlitwa. Jak maj, to do Matki Boskiej, czerwiec – do serca Pana Jezusa, a w październiku – Różaniec. Zresztą za ten Różaniec to się syn bardzo w wojsku nacierpiał… Wie pan, co mnie ratowało, gdy to wszystko zobaczyłam? (pani Marianna pokazuje fotografię z ociekającą krwią twarzą syna). To, że patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Ja cierpiałam razem z nią. Ona nad swoim Synem, a ja nad swoim”.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny


    4 sposoby odmawiania różańca, kiedy masz napięty harmonogram

    Close up of rosary against a cloudy sky and green grassy background

    Omar Santamaría | Cathopic

    *****

    Na cześć Matki Bożej Różańcowej przedstawiamy cztery proste sposoby na odmawianie różańca, gdy masz bardzo napięty harmonogram.

    Wielu świętych codziennie odmawiało różaniec i zachęcało innych do odmawiania go, nazywając go wręcz „bronią duchową”.

    „Różaniec jest «bronią» na te czasy” – twierdził św. Ojciec Pio. Św. Josemaría Escriva powiedział: „Święty Różaniec jest potężną bronią. Używaj go z pewnością, a będziesz zaskoczony efektami”.

    Wiemy, że powinniśmy odmawiać różaniec, ale kiedy i jak możemy znaleźć czas? Może to wymagać trochę dodatkowego planowania i wysiłku, ale jest to możliwe! 

    Na cześć Matki Bożej Różańcowej , której święto przypadało 7 października, przedstawiamy 4 sposoby na codzienną modlitwę różańcową, gdy twój harmonogram jest już napięty.

    1 ODMAWIAJ RÓŻANIEC W DRODZE DO PRACY

    Jeśli i tak musisz jechać samochodem lub pociągiem, równie dobrze możesz wykorzystać ten czas i odmówić różaniec w drodze do pracy. 

    W transporcie publicznym łatwo jest trzymać różaniec w kieszeni. Jeśli jesteś w samochodzie i nie możesz utrzymać różańca, módl się za pomocą aplikacji audio do różańca (jest ich sporo!). 

    2 MÓDLCIE SIĘ Z PRZYJACIÓŁMI!

    Grupa rodzin z mojej parafii spotyka się raz w miesiącu na „poczcie różańcowej”. Każda rodzina przynosi jakieś danie i wspólnie odmawiamy różaniec. 

    Kiedy moje dzieci były młodsze, spotykaliśmy się w parku na „randce z różańcem”, odmawiając różaniec z grupą przyjaciół, podczas gdy maluchy biegały. 

    Modlitwa z przyjaciółmi to świetny impuls, który pomoże nam znaleźć motywację do odmawiania różańca. W twojej parafii może również istnieć grupa różańcowa oferująca cotygodniową lub miesięczną możliwość odmawiania różańca z innymi osobami.

    3 MÓDL SIĘ, KIEDY ĆWICZYSZ

    Trzeba przyznać, że nie sprawdzi się to w przypadku wszystkich form ćwiczeń, ale jeśli wybierasz się na spacer lub bieganie, zamiast muzyki przez część czasu włącz aplikację z różańcem. Wyjście na spacer i modlitwa różańcowa idą w parze niesamowicie dobrze!

    4 MÓDL SIĘ PRZED SNEM

    Moi rodzice odmawiali na głos różaniec, podczas gdy ja i rodzeństwo zasypialiśmy. Przez wiele nocy mojego dzieciństwa zasypiałem, słuchając Zdrowaś Maryjo. 

    Powtarzanie różańca może działać bardzo kojąco, dlatego warto odmawiać go, gdy ty lub twoje dziecko kładziecie się spać. 

    Theresa Civantos Barber/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Poczta Polska wprowadza znaczki emisji „Różaniec”

     Poczta Polska

    *****

    Na Jasnej Górze odbyło się odświętne odsłonięcie znaczków pocztowych emisji „Różaniec”. Do emisji weszła także kartka z nadrukowanym znakiem opłaty pocztowej „45. rocznica wyboru Karola Wojtyły na papieża”. W przygotowanie emisji zaangażowani byli m.in. J.E. abp Salvatore Pennacchio – były nuncjusz apostolski w Polsce oraz abp Wacław Depo – metropolita częstochowski.

    Emisja „Różaniec” składa się z 4 znaczków, czym nawiązuje do 4 części Różańca. Każdemu znaczkowi towarzyszy po 5 przywieszek, jako odniesienie do 5 tajemnic w każdej części. Na znaczkach znalazły się różne rodzaje różańców: kamienny, szklany, metalowy oraz patriotyczny biało-czerwony. Natomiast na przywieszkach można zobaczyć 20 obrazów i grafik, znajdujących się w polskich kościołach, klasztorach, muzeach oraz domach zakonnych, na których przedstawione zostały historie związane z każdą tajemnicą różańcową.

    Emisji znaczków „Różaniec” towarzyszy kartka z nadrukowanym znakiem opłaty pocztowej „45. rocznica wyboru Karola Wojtyły na papieża”. W jej prawym górnym rogu nadrukowano znak opłaty pocztowej, na którym umieszczono zdjęcie monstrancji różańcowej autorstwa Mariusza Drapikowskiego, znajdującej się w Sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze. W części ilustracyjnej kartki umieszczono wizerunek papieża Jana Pawła II na podstawie rysunku Kamila Drapikowskiego oraz herb papieski.

    – Patrząc w niełatwą historię naszego kraju, zawsze widzimy wielkie przywiązanie Polaków do Matki Bożej. Przez lata wojen, zesłań, klęsk i rozbiorów Polacy zawsze gorliwie modlili się na różańcu. Co więcej traktowano różaniec jak modlitwę patriotyczną. Dlatego dziś, kiedy obchodzimy 20-lecie ogłoszenia listu apostolskiego „Rosarium Virginis Mariae” Ojca Świętego Jana Pawła II, w którym wprowadza on część drugą Różańca z tajemnicami światła, Poczta Polska postanowiła przybliżyć tę modlitwę na znaczkach pocztowych. Co ważne, do tej pory żadna administracja pocztowa na świecie nie wydała znaczków z 4 częściami Różańca. Chcieliśmy na naszych znaczkach pokazać bogactwo i różnorodność stylów, w jakich malowane były i są obrazy pokazujące tajemnice różańcowe. Tę różnorodność spotykaną w polskich kościołach, kaplicach i muzeach, a która tworzy piękno polskiej sztuki sakralnej, naszego dziedzictwa. Wierzę, że nasze najnowsze znaczki pocztowe nie tylko przypomną o sile modlitwy różańcowej, ale także pokażą często ukryte piękno polskiej sztuki malarskiej dostępnej każdemu Polakowi w każdym zakątku naszej ojczyzny – powiedział Wiesław Włodek, wiceprezes Poczty Polskiej.

    Różaniec jest najbardziej popularną i jedną z najstarszych modlitw wszystkich wierzących Polaków. W historii narodu polskiego różaniec był zawsze bardzo ważną modlitwą, którą wznosił lud zarówno w podzięce za łaski, jak i w błaganiu o odsunięcie wojny, zarazy czy innych nieszczęść. Od czasów zaborów był też modlitwą patriotyczną, głęboko osadzoną w umysłach tych, którzy walczyli o wolność i niepodległość Polski.

    Nazwa „różaniec” (rosarium) oznacza wieniec z róż lub ogród różany, dlatego wierzący, odmawiając modlitwę, składają „duchowe kwiaty” u stóp Matki Bożej. Modlitwę różańcową, która na przestrzeni wieków przyjęła kształt znany obecnie, upowszechnił św. Dominik około 1214 roku. Do Polski sprowadził ją św. Jacek Odrowąż, który był bezpośrednim uczniem św. Dominika. On też założył pierwszy w Polsce klasztor dominikanów.

    W 1569 r. papież Pius V, dominikanin, specjalnym dokumentem nadał różańcowi dzisiejszą formę. Przez wieki dominikanie mieli wyłączne prawo zakładania bractw różańcowych i do dziś są bardzo mocno związani z różańcem.

    O znaczku: liczba znaczków: 4 w bloku, wartość: 11,50 zł każdy, nakład: 100 000 szt. każdego znaczka/bloku. Autorem projektu kartki jest Bożydar Grozdew, nakład: 7 000 szt. Data pierwszego obiegu (FDC) znaczków i kartki: 1 października 2023 r.

     Poczta Polska / Jasna Góra (KAI)/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O Maryi wyprowadzającej dusze z czyśćca za pomocą różańca

     Adobe Stock

    *****

    W wydanej w 1903 roku książce „Królowa niebios” Marian Gawalewicz, dzięki życzliwej pomocy wielu osób (wśród nich Elizy Orzeszkowej i Jana Karłowicza), zebrał najciekawsze słowiańskie baśnie i legendy o Matce Bożej.

    W wyborze „Królowa niebios” znalazła się piękna legenda: O odwiedzinach Najświętszej Panny w czyśćcu. Czytamy w niej: „Gdy dusza ludzka zrzuci ziemskie więzy i z ciała wyjdzie wraz z ostatnim tchnieniem, przechodzić musi, wedle obrachunku, jaki z nią zaraz anioł stróż uczyni, przez drogi cierniem kolącym zarosłe, pośród skał stromych i przesmyków ciasnych, nad przepaściami, do miejsc przeznaczenia…

    Ziemski pył musi wpierw otrząsnąć z siebie i w czyśćcu z grzechów wyprażyć się wszelkich, nim jako złoto w ogniu oczyszczone, może dostąpić zbawienia.

    Jest pole puste, jałowe, ogromne, między skałami zamknięte w kotlinie, do której wiodą trzy bramy kamienne (…) Słońce ją ciągle rozpala swym żarem aż do białości i nalewa warem, jak kocioł pełen wrzątku, w którym dusze pławić się muszą póty, aż czas upłynie ich kaźni i męki. Upał i suchość, i ów blask rażący, co z rozpalonych skał bucha okrutnie.

    Wszystko tu goreje, a nic płomieniem zająć się nie może, nic się nie pali na głownię i popiół, nic się nie topi, w parę nie zamienia. W takim gorącu nieustannym skwierczą dusze na karę czyśćcową skazane (…) Pomiędzy czyśćcem a Rajem jest rzeka, co rozgranicza z sobą te dziedziny; fale jej płoną i z czarnych odmętów ziejący ogień oba brzegi liże, a wśród płomieni, jak jęczące głownie, płyną skazane dusze potępieńców. Przez oną rzekę rzucony most wisi, chwiejny, że ustać na nim niepodobna, a tak wąziutki jako kładka wąska, na której ledwo jedna stopa stanie; po obu stronach mostu stoją straże, duchy piekielne z widłami ostrymi i w toń spychające każdą śmielszą duszę, co by się chciała tej kładki uczepić i ostać po niej aż po rajskie wrota.

    Dusze spadają w płomienistą rzekę, co płynie wartko straszna, niezgaszona, jak płaz olbrzymi z ognia wieczystego. A choć się miota, skręca i wydyma, fale jej toczą się nieme i ciche, i tym straszniejsze w swej milczącej grozie, pełzać się zdają w krąg czyśćcowych granic. Tylko rozpaczne krzyki potępieńców i jęki ciężkie, bolesne, głębokie, z tych płomienistych fal się wydzierają (…)

    W każdą środę i sobotę każdą, rajskim gościńcem ku temu mostowi z orszakiem świętych i anielską strażą Najświętsza Panna schodzi z nieba szczytów.

    Nad płomienistą przesuwa się rzeką, a za Nią święci Pańscy idą społem w długim orszaku, w światłość i blaski wspaniałe ubrani. Na drugim brzegu u kamiennej bramy zastęp aniołów z tablicami w ręku, na których każdej duszy umęczonej jest czas pokuty oznaczony ściśle, wita z pokorą tych dostojnych gości i z czcią wprowadza ich w czyśćcowe progi.

    Kiedy Najświętsza Panienka się zbliża, to jakby w skwarny dzień posuchy wielkiej powiał wiatr chłodny na spieczoną ziemię i jakby obłok rzucił cień chłodzący na żarem słońca piaski rozpalone. Chłodniej się robi w czyśćcowej pustyni…

    Pokutujących dusz gromady czują ulgę w męczarniach i w chwili wytchnienia pokornym, wdzięcznym, choć nieśmiałym szeptem, który po całym czyśćcu się rozpływa, witają Pannę Najświętszą słowami: «Roso niebiańska, bądź błogosławiona!».

    A głos ten płynie, jak z boru szum liści zwarzonych długą spiekotą lipcową, gdy je z omdlenia podmuch wiatru zbudzi. Wówczas na prośby świętych Pańskich oraz aniołów stróżów Panna Przenajświętsza uwalnia jedną duszę z mąk czyśćcowych; tej wyzwolonej przez prośby i modły podaje sama różaniec i z całej tej rzeszy tę jedną wybraną z kamiennej bramy czyśćca wyprowadza (…) Wrota kamienne zapadają się z trzaskiem i jak skrzesane z sobą krzemienie deszcz iskier sypią na progi czyśćcowe, a słońce zionie większym żarem i znów rozpala do białości piasek, w którym tarzają się dusze grzesznych skazańców na czyśćcowe męki…”

    Legenda ta niesie ze sobą kilka ważnych różańcowych tematów i przesłanek. Ponieważ Maryja wręcza wybranej duszy różaniec – znak przeznaczenia do nieba, łatwo wyprowadzić stąd wniosek, że nie ma w czyśćcu tych, którzy „mają różaniec”, to znaczy tych, którzy odmawiali go za życia. Przypomina się uwaga Matki Bożej Fatimskiej mówiącej, że Franciszek pójdzie do nieba, ale musi jeszcze odmówić wiele różańców. Przypomina się też kilka obietnic, jakie Matka Najświętsza miała przekazać bł. Alanowi de Rupe, przede wszystkim te: „Ci, którzy zawierzą mi przez różaniec, nie zginą, ci, którzy będą z pobożnością odmawiali mój różaniec, rozważając jego tajemnice, nie umrą nie przygotowani, ci, którzy prawdziwie oddadzą się memu różańcowi, nie umrą bez pocieszenia Kościoła, ci, którzy będą odmawiali różaniec, znajdą w chwili śmierci światło Boże oraz pełnię Bożej łaski i będą mieli udział w zasługach błogosławionych”, wreszcie – Maryja „szybko wyprowadzi z czyśćca te dusze, które z pobożnością odmawiały różaniec i że prawdziwe czciciele różańca będą się radować wielką chwałą w niebie”.

    Istnieje wielka tradycja malarstwa religijnego, według której różaniec był przedstawiony jako narzędzie wydobywania dusz cierpiących w czyśćcu. Najsłynniejszym wyrazem owej tradycji jest Sąd Ostateczny Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej. Istnieją także rozliczne polskie malowidła przedstawiające tę samą scenę, na przykład obraz, na którym modlący się św. Stanisław Papczyński, założyciel zakonu marianów wspomagającego dusze w czyścu cierpiące, za pomocą różańca wydobywa dusze z otchłani czyśćca.

    fragment z książki: “Wszystko o różańcu, który może wszystko” 

    I Zwiastowanie

    Spodobało się Bogu posłać do Maryi swego Anioła, by przekazał Jej Bożą wolę. Anioł na wstępie pozdrowił Maryję. Jego pozdrowienie było wyrazem życzliwości, hołdu, oddania, uwielbienia. Anioł uświadomił Maryi, że znalazła łaskę u Pana, że Bóg jest z Nią, że jest najgodniejsza ze wszystkich niewiast, by Bóg mógł Jej powierzyć tajemnicę zbawienia – swojego Syna. Maryja na słowa Anioła zareagowała po ludzku: lękiem, niepokojem, niedowierzaniem. wątpliwością we własne możliwości, wynikające ze świadomości swej nędzy, słabości i małości. Anioł z wielką mocą uciszył Maryję. Ze spokojem wyjaśnił Jej wszystkie wątpliwości. By łatwiej było Maryi uwierzyć, Bóg pozwolił Aniołowi podać Maryi informację o Jej krewnej – Elżbiecie. Spotkanie z Aniołem było dla Maryi próbą wiary i miłości, próbą głębokiej ufności. Maryja odpowiedziała Bogu “tak” i nie zawiodła się mimo konsekwencji tego słowa w Jej życiu. Nie zawiódł się również i św. Józef, dla którego stan Maryi był ogromnym zaskoczeniem. Czuł się oszukany, ale nie chciał podejrzewać, nie chciał osądzać, nie chciał krzywdzić osoby, którą kochał, której zaufał. Wolał wziąć winę na siebie. Bóg za jego szlachetną postawę wynagrodził mu swoim zaufaniem do tego stopnia, że w jego ręce złożył los swojego Syna i jego Matki.

    O mój Aniele, ucz mnie, proszę pokornie, przyjmować Wolę Bożą z głęboką wiarą, z ogromną nadzieją, z miłości ku Bogu, niezależnie od tego, kto tę wolę mi pokaże i jaka ona będzie. Chcę wierzyć, że Bóg wie najlepiej, czego mi potrzeba i kiedy, a Ty – jak Archanioł Gabriel – rób wszystko, bym zawsze odpowiadał Bogu moje FIAT i umiała pokazywać Jego wolę – gdy zechce mnie posłać drugiemu człowiekowi.

    II Nawiedzenie

    Bóg wysłuchał prośby Zachariasza. Archanioł Gabriel oznajmił mu to. Zachariaszowi trudno było uwierzyć, że jego prośba została wysłuchana. Modlił się, ale nie wierzył, że to, o co prosił, jest realne, ponieważ oboje z Elżbietą byli dobrze posunięci w latach. Zachariasz domaga się znaku, by mógł uwierzyć, że Bóg faktycznie go wysłuchał. Pan Bóg wysłuchuje go po raz drugi, odbierając mu mowę.

    Dla Maryi słowa Anioła informujące Ją o stanie Elżbiety, były bodźcem, zachętą do działania, do niesienia pomocy, do realizowania miłości. Dla Zachariasza słowa Anioła były przyczyną niepewności, wątpliwości, nie wiary, ludzkiego podejścia do spraw Bożych. O mój Aniele, proszę pokornie, ucz mnie w tej tajemnicy głębokiego szacunku dla drugiego człowieka, niezależnie od tego, ile on ma lat, czy został dopiero poczęty, czy odchodzi z tego świata. Ucz mnie ogromnej wrażliwości na potrzeby, krzywdy czy prawa mego bliźniego i wreszcie ucz mnie autentycznej miłości do siebie samej i innych, wyrażonej m.in. w modlitwie zawierzenia, ufności, bym nigdy nie wątpił jak Zachariasz.

    III Narodzenie

    Anioł ogłosił światu narodzenie Dziecka, niezwykłego Dziecka – Syna Bożego. Całemu światu za pośrednictwem pasterzy i trzech króli.

    Pasterze uwierzyli słowom Anioła. Pospieszyli oddać cześć Dzieciątku i podzielić się swoimi dobrami. Mędrcy również oddali hołd małemu Jezusowi i złożyli Mu swoje dary. Słowa Anioła pobudziły pasterzy do dzielenia się ich radością. Wielu ludzi poszło w ich ślady. Wiadomość o narodzinach Dziecięcia wywołała w Herodzie niepokój, poczucie zagrożenia i chęć szybkiego rozprawiania się z “nieproszonym gościem” na jego ziemi. W tej sytuacji Anioł przychodzi z pomocą Józefowi i trzem królom i podpowiada najlepsze rozwiązanie. O mój Aniele, proszę pokornie, ucz mnie w tej tajemnicy umiejętności cieszenia się z każdego daru, jaki otrzymuję od Boga codziennie i przyjmowania go jako wynik miłości Boga do mnie; ucz mnie umiejętności cieszenia się z innymi z tego, że oni otrzymali swój dar. Broń mnie przed uczuciami zazdrości, niechęci, lęku przed tym, że ktoś może mi zaszkodzić, skrzywdzić mnie. Wprowadź mnie, mój Aniele, na drogę wielbienia Boga za Jego przyjścia na ziemię, wielbienia Go za Jego ciągłe rodzenie się w tylu sercach.

    IV Ofiarowanie

    Ludzie święci przestrzegają prawa nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą, chcą z miłości ku Bogu. Maryja i Józef czynili wszystko z miłości ku Bogu. Przynieśli swe Dziecię do świątyni też z miłości ku Bogu. Anioł o tym wiedział, więc w tej tajemnicy życia Jezusa stanął jakby z boku, a właściwie ustąpił miejsca człowiekowi – Symeonowi i Annie. Spodobało się Bogu posłużyć również ludźmi, by oznajmić swoją wolę, by wskazać na kierunki działania, na cel i sens życia człowieka.

    O mój Aniele, proszę pokornie w tej tajemnicy ucz mnie przyjmować Wolę Bożą z wiarą, ufnością, by nie załamywały mnie decyzje, których nie rozumiem, które po ludzku myśląc wydają się bezcelowe, bezsensowne. Ucz mnie szczerego oddawania się Bogu każdego dnia, oddawania Mu tego wszystkiego, co jest mi najdroższe, najmilsze, tego, co kocham i tych, których kocham, bym nie chciał zatrzymać ich dla siebie, przy sobie, bym nikomu nie zasłaniał sobą Jezusa.

    V Znalezienie

    Tęsknota za prawdą, za Ojcem, wyzwoliła w Jezusie potrzebę powinności, potrzebę apostolską. Zburzyła hierarchię wartości potocznie uznawaną. Jezus oddaje się temu, co w danej chwili uważa za najważniejsze, ale gdy Jego Rodzice po długich poszukiwaniach znajdują Go w świątyni i robią Mu wymówkę, On mimo iż uważa, że ma rację i że Go nie rozumieją – posłusznie wraca z nimi i dostosowuje się do ich poziomu rozumienia prawd wiary. Stara się być im posłuszny, a przez to wzrasta w łasce u Boga i u ludzi. Anioł i tym razem usunął się na bok. Nie podpowiada zatroskanym Rodzicom, gdzie ich Syn, nie niepokoi Jezusa wyrzutami sumienia, że zostawił Rodziców. Akceptuje Boży plan i stara mu się nie przeszkadzać, nic uświadamia uczonych w Piśmie, z kim mają do czynienia. Pełni swoją funkcje posłanniczą jakby na odległość, asekuruje, ubezpiecza.

    O mój Aniele, proszę cię pokornie, ucz mnie w tej tajemnicy właściwej hierarchii wartości, ucz mnie stawiania spraw Bożych na pierwszym miejscu; ucz mnie wielkiego zatroskania o każdego człowieka, ogromnej odpowiedzialności za każde podjęte zadanie, za swoje życie, ale i za życie innych, a może przede wszystkim za życie innych, nie tylko fizyczne, ale nade wszystko duchowe. Pomóż mi wyleczyć się z moich kompleksów i ustawić moją hierarchię wartości według miłości Boga i drugiego człowieka.

    Rozważania: Zgromadzenie Sióstr od Aniołów

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rozważania różańcowe na 13 października: Różaniec z bł. ks. Jerzym Popiełuszko.

    Różaniec bł. ks. Jerzego Popiełuszki był niemym świadkiem jego męczeństwa

    fot. Ewa Klejnot-Schreiber/Opoka.pl

    *****

    Część IV – Tajemnice chwalebne

    I. Zmartwychwstanie Pana Jezusa

    Dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa symbol hańby i poniżenia stał się symbolem odwagi, męstwa, pomocy i braterstwa. W znaku krzyża ujmujemy dziś to, co najbardziej piękne i wartościowe w człowieku. Przez krzyż idzie się od zmartwychwstania. Innej drogi nie ma. I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzić do zwycięstwa, do zmartwychwstania, jeżeli łączymy je z Chrystusem, który krzyż pokonał.

    II. Wniebowstąpienie Pana Jezusa

    Wniebowstąpienie jest pokazaniem po raz kolejny – i jednocześnie przypieczętowaniem – drogi do domu Ojca… Dziwna jest to droga. Chociaż prosta i jasna, to ukierunkowana na wiele celów i stron: jest to droga do każdego człowieka; jest to droga, podczas której stale towarzyszy nam Chrystus… podtrzymuje nas pokarmem swojego Ciała i Krwi, byśmy nie ustali.

    III. Zesłanie Ducha Świętego

    Przyjście Ducha Świętego to narodziny Kościoła. Tego dnia otworzyły się drzwi Wieczernika, w którym dotąd przebywali wystraszeni Apostołowie… Oto nagle staje się coś cudownego i zupełnie niepojętego: nabierają niezwykłej odwagi i zaczynają śmiało przemawiać do tłumów…

    Czy jest jakiś język zrozumiały na całym okręgu ziemi, dla wszystkich ludzi, dla każdej rasy, religii i kontynentu? Jest taki język, którego kodu uczymy się od dzieciństwa: to język miłości. Znajomość tego języka jest cudownie rozwijana podczas modlitwy – pełnej miłości rozmowy z Bogiem, który nas do końca umiłował; podczas każdej Eucharystii, która jest ucztą miłości; i każdej lektury Pisma Świętego, napisanego najpiękniejszym językiem – miłości.

    IV. Wniebowzięcia Matki Bożej

    Ty wiesz, Matko, że Narodem, który tyle wycierpiał w swojej historii, który tyle odniósł zwycięstw, który wniósł tak wielki wkład do kultury Europy i świata, który wydał i wydaje tylu wspaniałych ludzi, który w końcu dał światu papieża, który ten świat zadziwia, takim Narodem – żadnym narodem – poniewierać nie wolno. Takiego Narodu nie rzuci przemocą na kolana żadna siła szatańska. Ten Naród udowodnił, że kolana zgina tylko przed Bogiem. I dlatego wierzymy, że upomni się o niego sam Bóg.

    V. Ukoronowanie Matki Bożej

    Byłaś przez wieki Matką i Królową… Zawierzamy Ci, Matko Chrystusowa, gorycz bezsilności i upokorzenia, jakiego ciągle doznaje wiele sióstr i braci w Ojczyźnie naszej… Zawierzamy wszystkie krzywdy wyrządzone Narodowi… Zawierzamy nadzieję na lepsze jutro. Nadzieję na pojednanie Narodu w duchu miłości, ale i w duchu sprawiedliwości, bo wiemy, że nie może istnieć bez sprawiedliwości…. Wszystko to w dniu dzisiejszym, w dniu zawierzenia całego świata Twojemu Niepokalanemu Sercu, składamy w Twoje matczyne dłonie i prosimy, byś złożyła u stóp Syna Twego Jezusa Chrystusa na uproszenie Ojczyźnie naszej czasu zmartwychwstania do prawdziwej wolności, sprawiedliwości i pokoju. Amen.

    źródło: różaniec.eu/Siostry Loretanki

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Andrea Tornielli:

    Diabły szaleją na samo wspomnienie o Ojcu Pio i papieżu Wojtyle

    Andrea Tornielli: Diabły szaleją na samo wspomnienie o Ojcu Pio i papieżu Wojtyle

    św. Jan Paweł II i św. ojciec Pio (fot. domena publiczna)

    ***

    Dlaczego na poprzednich stronach rozwodziliśmy się nad szczególną relacją między Ojcem Pio z Pietrelciny a Janem Pawłem II? Między zakonnikiem ze stygmatami, ogłoszonym przez papieża Wojtyłę błogosławionym, a następnie świętym, a samym polskim papieżem, który już był błogosławionym, a teraz jest już święty? Wyjaśnienie zawiera się w słowach innej wyjątkowej postaci, dziekana włoskich egzorcystów, księdza Gabriele Amortha. Kapłana, który mimo swojego wieku walczył z diabłem – pisze Andrea Tornielli w książce „Ojciec Pio. Święty, który walczył z diabłem”.

    [Ksiądz Gabriele Amorth] wielokrotnie zwracał uwagę na to, jak Ojciec Pio i papież Wojtyła byli i nadal są szczególnie oblegani przez pana ciemności. Ojciec Amorth wspominał ten związek i inne epizody dotyczące walk Ojca Pio z diabłem także w niedawno wydanej książce „L’ultimo esorcista”. I opowiadał na przykład, że tylko raz w życiu miał bezpośrednią styczność z księciem ciemności. „Przez te wszystkie lata nigdy nie miałem bezpośredniego kontaktu z Szatanem. Poza jednym przypadkiem. Byłem księdzem przez krótki czas, nie pamiętam dokładnie jak długo.

    Pojechałem na tydzień modlić się do parafii oddalonej o dziesięć kilometrów od Brescii. Proboszcz nazywał się Faustino Negrini. Był tam od czterdziestu lat. Był kochany. Dwa tysiące dusz go uwielbiało i naśladowało we wszystkim”. Pewnego dnia proboszcz powiedział do młodego ojca Gabriela: „Chodź ze mną”.

    Ci, którzy są w łasce Bożej, nie muszą się lękać

    Zaprowadził mnie do zakrystii – wspomina Amorth – w której była kobieta. Przedstawiła się: „Dzień dobry, jestem Agnese Salomoni”. Nigdy nie zapomniałem jej nazwiska. Do dziś pamiętam tembr jej głosu. Nie wiem, dlaczego Don Faustino to zrobił. Może chciał mnie wtajemniczyć we wszystkie ważne wydarzenia w swojej parafii? W każdym razie chciał, aby Agnieszka opowiedziała mi swoją historię. Słuchałem jej przez długi czas. Byłem przerażony. Agnieszka miała szesnaście lat, gdy wszedł w nią Szatan. Dlaczego w nią wszedł? Don Faustino, który miał pozwolenie od biskupa swojej diecezji, aby ją egzorcyzmować, zwrócił się podczas egzorcyzmu na Agnieszce do Szatana. „Dlaczego wszedłeś do jej wnętrza? Odpowiedz mi w imię Chrystusa” – zapytał dziewczynę kapłan. (…) Gdy wracam myślami do odpowiedzi, jaką dał Szatan, to jeszcze dziś brakuje mi słów: „Bo Agnieszka jest najświętsza w parafii, najczystsza, najbardziej nieskalana. I dlatego uczyniłem ją swoją”. Jest to wielka tajemnica. To prawda, że ci, którzy są w łasce Bożej, nie muszą się lękać. Że Szatan niewiele może zrobić przeciwko tym, którzy żyją w łasce Bożej. Ale prawdą jest też, że Szatan pragnie uczynić swoimi zwłaszcza tych, którzy są święci, tych, których dusza i ciało są całe z Boga. Egzorcyzmy mające na celu uwolnienie Agnieszki były bardzo ciężkie. Godziny i godziny gorzkiej walki. Trwały latami.

    Ta długa i bardzo trudna walka z diabłem miała również decydujący etap w San Giovanni Rotondo, w klasztorze, w którym mieszkał święty z Gargano: Kiedyś Don Faustino zabrał ją aż do Ojca Pio z Pietrelciny. Przebył setki kilometrów, by szukać dodatkowej pomocy. Jadąc z Lombardii do Puglii, spodziewał się wszystkiego. Samochód zatrzymywał się bez przerwy, mimo że nie miał żadnych usterek. Don Faustino był zmuszony kilka razy zjechać na pobocze i wysiąść z auta, aby zobaczyć, jakie problemy ma silnik. Dopiero gdy odmówił modlitwę, samochód w przedziwny sposób ponownie ruszył. Tylko po to, by po kilku kilometrach zatrzymać się znowu. Była to męcząca i bardzo długa podróż. Ojciec Pio nie był egzorcystą, ale udało mu się wypędzić wiele demonów za pomocą prostych błogosławieństw i modlitw. Szatan bał się Ojca Pio.

    Skuteczny egzorcyzm Ojca Pio

    Wszystkie postoje, które musiał zrobić samochód, przerażona, a czasem wściekła postawa opętanej kobiety, były wyraźnymi znakami tego, jak bardzo Szatan obawiał się zakonnika z Pietrelciny. (…) Ojciec Pio zrobił dla niej niewiele lub nic. Egzorcyzmował ją, ale nie uwolnił. W drodze powrotnej Szatan był podniecony. I zaczął szydzić z Ojca Pio. Powiedział przez usta Agnieszki: „Ja mu to zrobiłem, ja mu to zrobiłem!”. Śmiał się. Krzyczał. Był upojony radością. A samochód przejechał wiele kilometrów, które dzieliły San Giovanni Rotondo od Brescii bez ani jednego postoju. Nie było już potrzeby bojkotowania podróży. Szatan nie wiedział jednak, że egzorcyzmy ojca Pio były na swój sposób skuteczne. Po niedługim czasie Agnieszka została uwolniona. Don Faustino nakazał Szatanowi, aby w imię Chrystusa powiedział mu, kiedy opuści ciało opętanej kobiety. Został zmuszony do wyjawienia mu dnia i godziny. Wszyscy parafianie zostali wezwani na plac kościelny. Agnes została uwolniona w jednej chwili, zaraz po rozpoczęciu rytuału, na oczach wszystkich. Była to radość i ulga dla całej wsi”.

    Ojciec Amorth wspominał również, jak diabeł czasami bezpośrednio ingerował w relacje między Ojcem Pio a jego kierownikami duchowymi: „Szatan nie ma twarzy. Jest czystym duchem i jeśli chce się uobecnić, musi przybrać fałszywe ciało w zależności od tego, co chce uzyskać”. Ojcu Pio demon przedstawiał się w postaci Jezusa, czasem Maryi, czasem przełożonego, czasem spowiednika. Ojciec Pio szedł do  przełożonego i pytał go: „Przyszedłeś do mnie i kazałeś mi zrobić…”. „Nie. Absolutnie nie przy[1]szedłem do ciebie”. I w istocie, to nie był on. To był diabeł stosujący nierzadką sztuczkę, polegającą na pokazywaniu się z twarzą i ciałem, które nie istnieją w rzeczywistości.

    Według ojca Amortha „przeciwko diabłu każdy musi znaleźć własną miarę”. Sami księża, którzy praktykują egzorcyzmy, „muszą po drodze odkryć, które z ich działań jest najbardziej skuteczne wobec Szatana. Może być jeden egzorcysta, który wspominają o Ojcu Pio, wywołuje gwałtowną reakcję u opętanego, a inny, wspominając o nim, nie zdoła wywołać żadnego efektu. W każdym razie nawet po jego śmierci wydaje się, że skromny kapucyn ze stygmatami jest nadal potężną tarczą przeciwko siłom szatańskim. Że diabeł nadal się go boi i jeśli się go przywoła, może nadal pomagać w uwolnieniu opętanych”.

    Jednak nie tylko święty z Gargano znajduje się na szczycie listy zaprzysięgłych wrogów Szatana i najskuteczniejszych orędowników wobec pana tego świata.

    Papież Wojtyła uratował świat

    Szatan – mówił Amorth – rozmawiał kiedyś ze mną obszernie o Janie Pawle II. Do dziś pamiętam zachrypnięty głos księcia ciemności. Mówił do mnie na krótko przed swoim odejściem. To było jak wyznanie, które chciał mi uczynić, zanim mocą Chrystusa będę mógł go wypędzić. Oczywiście, jego słowa mogły być kłamstwem. Ale i tak warto je zgłosić, bo powiedział: „Karola Wojtyły nienawidzę. Wszyscy go nienawidzimy. Wojtyła zniszczył moje plany. Chciałem zniszczyć świat, ale to on obalił komunizm w Rosji i Europie Wschodniej, zanim udało mi się zrealizować mój plan. To były lata, kiedy całe kraje żyły w terrorze. Wprowadziłem je w permanentny stan terroru. Druga wojna światowa była moim arcydziełem. Ale to, co nastąpiło potem, komunizm z jego milionami zabitych, a przede wszystkim głodem i cierpieniem całych populacji, było wisienką na torcie, która przewyższała w dobroci sam tort. Polak pomógł przywrócić światło. I zabrał wielu młodych ludzi z moich rąk. Byli moi. Wtajemniczyłem ich w zło. Żyli dla mnie, niektórzy świadomie, niektórzy nieświadomie. On mi ich odebrał. Nienawidzę go za to. I zawsze będę go nienawidzić”.

    Dlatego też – dopowiada ojciec Gabriel – gdy wspomina się o Janie Pawle II podczas egzorcyzmu, opętany dosłownie się pieni. Swoją drogą wierzę, że diabeł bardzo walczył z beatyfikacją Jana Pawła II i jeszcze mocniej będzie walczył z jego kanonizacją. Nie uda mu się jednak temu zapobiec, ponieważ Szatan jest wielkim przegranym, natomiast Bóg zawsze wygrywa. Także kiedy wspomina się Ojca Pio z Pietrelciny, demon wpada w szał, staje się wściekły i wzburzony. Ale kiedy wspomina się Jana Pawła II, bywa jeszcze bardziej brutalny, niekontrolowany. Szatan nienawidzi Jana Pawła II i często mówi: „nienawidzę go z większą intensywnością niż Ojca Pio”.

    Oto więc dwaj ludzie, dwaj święci, zakonnik ze stygmatami i polski papież, połączeni w tajemniczy sposób nawet po śmierci i wciąż obaj przywoływani przez tych, którzy pełnią delikatną funkcję egzorcystów w tych rzadkich przypadkach ludzi naprawdę opętanych przez diabła.

    (fragment pochodzi z książki „Ojciec Pio. Święty, który walczył z diabłem”)

    Andrea Tornielli

    O. Rostworowski: Żyjemy w orgii kłamstwa

    zdjęcie ilustracyjne/Fronda.pl

    ***

    o. Rostworowski: Żyjemy w orgii kłamstwa

    Wiemy, że jesteśmy w Bogu, wiemy, że Syn Boży przyszedł i dał nam zmysł, ażebyśmy poznali Prawdziwego. Jesteśmy w prawdziwym Bogu, w Synu Jego Jezusie Chrystusie (zob. 1J 5,20).

    W Nowym Testamencie są dwa terminy dotyczące prawdy, gdzie mówi sama prawda; areteiaaretes tzn. prawdziwy, najczęściej w sensie prawdomówny, oraz aretinos w sensie autentyczny. Prawda i miłość to są dwie wartości podstawowe, główne. Świętego Jana, o którym się mówi, że jest apostołem miłości, można by również nazwać apostołem prawdy, bo może jeszcze częściej mówi o prawdzie niż o miłościW liście swoim, w 1. rozdziale mówiże Bóg jest światłością i nie ma w Nim żadnej ciemności. Jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą. Jeżeli zaś chodzimy w światłości tak jak On sam jest światłością, wtedy mamy współuczestnictwo a Krew Jezusa, Syna Jego oczyszcza nas z wszelkiego grzechu (zob. 1 J 1,5b–7).

    Co to znaczy, żeby chodzić w światłości? Tak by się chciało powiedzieć, że chodzić w światłości tzn. chodzić w łasce uświęcającej, w świętości, ale tutaj to ma inny sens, bo mówi, że jeżeli chodzimy w światłości, wtedy Krew Jezusa oczyszcza nas z wszelkiego grzechu. A więc chodzić w światłości to nie jest to samo co chodzić w łasce, bo jak się jest w łasce, to nie ma grzechu. Chodzić w światłości to chodzić w prawdzie, bezwzględnej prawdzie. Prawda, ta wartość absolutna, ta najwyższa wartość natury intelektualnej, to jest ta ostateczna i absolutna norma wszelkich wartości. Dlatego człowiek pragnie i boi się prawdy. Święty Augustyn w Soliloquiach tak woła: „cała głębia mego ducha do Ciebie wzdycha, do Prawdy”. Wiemy, że ten człowiek długo szukał, błąkał się.

    Bóg jest Prawdą. Jest mowa w Piśmie Świętym o tym aretes, Bóg prawdomówny, który nie kłamie, którego obietnice są niezawodne i ten Bóg aretinos, który się utożsamia z Prawdą, który jest źródłem prawdy, który posyła ludziom Ducha Prawdy, ażeby ich wprowadzić we wszelka prawdę to znaczy w to, co jest jedynie rzeczywiste, a wszystko inne jest przy tym nierzeczywiste. I odpowiedzią na to jest najpierw ubogi, ubogi człowiek. Uwierzyć całkowicie i absolutnie bez zastrzeżeń i bezwarunkowo – ubogi. Wiara musi być aktem totalnym i prostym, bo jeśli Bóg powiedział, to nie ma dyskusji, nie ma wybierania między prawdami, przyjmuje się wszystko. Jeśli się przyjmuje wszystko, to jest się wtedy wprowadzonym do Ducha Prawdy, w prawdę, w tę całą Boską sferę jedynie rzeczywistą, w której człowiek jest zbawiony.

    A więc i ta pierwsza rzecz, którą mamy mieć jako odpowiedź Bogu to wiara. Zdaje się to rzecz prosta, oczywista, a jednak widzimy, jak dzisiaj ludzie się wymądrzają, jak ludzie wybierają między prawdami wiary: zmartwychwstanie człowieka, życie przyszłe, nierozerwalność małżeństwa, rożne rzeczy, które są podane jako objawione, a ludzie nie bardzo wierzą, wątpią. To jest bardzo ważne, żebyśmy my, którzy jesteśmy oddani Bogu, żebyśmy mieli wiarę bardzo mocną, prężną, niezachwianą. Jak mówi Pan Jezus u św. Jana, kiedy Go Żydzi pytają: „Co mają robić, aby czynić dzieła Boże?”, to mówi: „to jest dzieło Boże, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał”. To jest dzieło Boże. Ale człowiek musi również odpowiedzieć Bogu inaczej, przez naśladowanie Boga, który jest Prawdą i człowiek musi być prawdziwy i prawy i to na różnych poziomach życia ludzkiego musi się urzeczywistniać. A jak prawda jest wartością absolutną, to czujemy, że jej wymagania w naszym życiu są jakieś absolutne, bezwzględne.

    Filozofia rozróżnia dwa rodzaje prawdy i w tych dwóch płaszczyznach musi właśnie ta prawda w nas być. Rozróżnia prawdę logiczną czyli prawdę poznania, żeby umysł był zgodny z prawdą, żeby nasze poznanie odpowiadało obiektywnej rzeczywistości, żeby nie było fałszu w naszym poznaniu. A druga to jest prawda ontologiczna, prawda rzeczy, żeby rzeczy były tym, czym powinny być, żeby były zgodne z ich ideą, jak się mówi: prawdziwy mnich, prawdziwy chrześcijanin. Jak św. Benedykt mówi: niech oratorium będzie tym, czym jest, tym czym się nazywa. Niech Opat wykonuje to, co jego imię samo mówi. To jest prawda ontologiczna, ale najpierw ta prawda logiczna, prawda poznania, tu są wielorakie problemy. Musimy sobie zdać sprawę, że rzeczą bardzo ważną jest formacja poznania, żeby nasze poznanie dało się kształtować przez Objawienie. To jest dzisiaj takie proste. Bardzo wielu autorów, którzy piszą o prawdach teologicznych, nie zadają sobie na początku tego pisania podstawowego pytania, czego Kościół naucza i piszą. I stąd różne zboczenia tej myśli, różne odejścia od autentycznej Prawdy Objawionej.

    Jest bardzo ważne, żeby w klasztorze element troski o te dobre informacje działał, proste i mocne, żeby bardzo pilnować i strzec, by nie dostawały się do wspólnoty różne miazmaty takich myśli, które nie są zgodne z prawdziwą i autentyczną doktryną Kościoła, przekazem Objawienia Bożego przez Kościół. I to dzisiaj trzeba mocno podkreślać, żeby to było w klasztorach, ponieważ młodzi przychodzą do nas z pewnym skażeniem wiary i trzeba to wyprostować, żeby zostało jakoś przyjęte. Nie jest nawet tak ważny zakres tego poznania, co jego zgodność z rzeczywistością objawioną. Żeby poznać prawdę, to potrzebne są w człowieku pewne dyspozycje. Trzeba chcieć poznać prawdę. Dzisiaj np. młodzież czuje w sobie wielki pęd do studiów, ale studia uniwersyteckie raczej dążą do wiedzy niż prawdy jako takiej, czasem do umeblowania umysłu, żeby jak najwięcej wiedzieć, więcej niż do poznania prawdy. Nie idą zawsze całkiem po linii podstawowego dążenia ludzkiego ducha do poznania prawdy. Dawniej uniwersytety więcej do tego dążyły, teraz stały się szkołami zawodowymi. Więc jest inny punkt widzenia, inna motywacja i nie jest to tak jasne zawsze dążenie, że jeśli ktoś chce studiować, to że chce poznać prawdę. Powiedziano, że mamy studiować, zakonnicy i zakonnice mają studiować, ale czasem gdy się zapytałem o motywację, dlaczego ty chcesz studiować, to często słyszałem to: bo ja chcę być czymś w klasztorze, nie chcę być tą ostatnią, a nie tyle żeby poznać albo żeby poznaniem prawdy, wiedzą służyć innym.

    Musi być łaknienie prawdy. Niektórzy chcą mieć bardziej rację niż poznać prawdę. To prowadzi do bronienia pozycji swojej, do zacietrzewienia, a to przesłania drogę do prawdy. To dążenie do prawdy wymaga jakiegoś jednak przekreślenia siebie, czystego dążenia do tej najwyższej wartości dla umysłu ludzkiego. Dzisiaj widzimy, że dużo jest bardzo mętnych idei w świecie, ale zwłaszcza w tym człowiek musi dążyć do poznania prawdy i o tym mówi najwięcej Pismo Święte – poznanie wartości. Tu jest zasadniczy problem, jest ta fascinatio nugacitatis, jak mówi św. Tomasz z Akwinu, że cały ten świat nas fascynuje, a to jest nierzeczywiste, trzeba uwolnić się od tej nierzeczywistości przez ukochanie rzeczywistości, przez przywiązanie do tych prawdziwych, jedynych wartości, bo istotą bałwochwalstwa jest właśnie to, że świat i rzeczy świata robią się wielkie i ważne i bliskie, a Pan Bóg robi się coraz dalszy i mniejszy, mało znaczący.

    To jest bałwochwalstwo, bo istotą bałwochwalstwa to nie jest tworzenie sobie jakichś bałwanów z drzewa, kamienia czy z metalu, ale istotą jest wartościowanie, że Bóg się staje jakiś niepraktyczny, daleki, niewpływający na życie, a natomiast wszystkie inne rzeczy rosną, stają się ważne, przygniatają i ostatecznie im człowiek poświęca cały trud i staje się nierzeczywisty. Gubi rzeczywistość czyli prawdę wszystkiego. Pismo Święte najwięcej tutaj na to zwraca naszą uwagę. Jeśli ci bezbożni są jak plewy, które wiatr rozmiata po ziemi, nie uchwycili rzeczywistości, nie poznali. Jeśli człowiek dąży przez całe życie do pieniędzy i przyjdzie śmierć, to on jest odwrócony tyłem do rzeczywistości, czyli odwrócony frontem do nicości, jak powiedział ślicznie Merton, że kult nicości to jest istota piekła, a więc on już istotę piekła ma w sobie w tym życiu, bo to jest kult nicości i zasadnicza absolutna nieprawda.

    Również bardzo ważna sprawa w poznaniu prawdy i poznaniu siebie, poznanie prawdy trwa, a to nie jest łatwe i bardzo potrzebne tu jest związane z prawdą męstwo, bo trzeba wiele męstwa, ażeby przyjąć prawdę i dlatego trzeba wiele męstwa, by prawdę powiedzieć, bo ludzie nie chcą jej przyjąć. I odpowiedź człowieka grzesznego na prawdę to jest pięść, siła fizyczna, przemoc, która jest ostatnią deską ratunku bezsiły wobec prawdy. Przemoc jest znakiem bezsiły i dlatego np. można już psychologicznie nawet w sprawie św. Stanisława, jego śmierci, jego męczeństwa rozumieć, że król nie miał przeciwko niemu argumentów rzeczywistych. Gdyby miał sprawiedliwość po swojej stronie, nie musiałby się uciekać do takiej przemocy. Bo przemoc jest bronią słabych, bezsilnych, tych, którzy nie mają prawdy po swojej stronie. Ponieważ człowiek boi się prawdy i reaguje przemocą na prawdę, której nie chce przyjąć, dlatego trzeba odwagi, by mu prawdę powiedzieć, dlatego widzimy to zło milczenia, gdy przemawia jakiś delegat państwa lub zebrania jakiegoś nauczycielskiego, wszystko milczy, wszystko cicho, powiedzieć prawdę to wymaga wielkiej siły, ale jak się powie prawdę, to jest wtargnięcie mocy Bożej w ten świat. Niech będzie jeden, który powie prawdę, to już moc Boża tak się rozszerza, ludzie mówią o tym wydarzeniu, bo to jest wydarzenie, świadectwo jest wydarzeniem.

    Myśmy zanadto ograniczyli wiarę do jednego przykazania: wierzyć. A są dwa przykazania: wierzyć i wyznawać. Jeżeli, powiedzmy, proboszcz swoich młodych, idących do wojska jakoś umocni i mówi, żeby nie opuszczali pacierza, ale żeby w łóżku, jak zgaszą światło mówili pacierz, to pierwsze przykazanie wiary jest spełnione, ale to drugie, wyznanie, nie jest spełnione i jeżeli ono nie jest spełnione, to sama wiara wiotczeje, staje się coraz słabsza, coraz mniej wyraźna.

    I często w klasztorach też tak jest, nic nie można powiedzieć. Na czym polega życie wspólne? To jest wzajemny dar prawdy, jak mówi List do Efezjan: Mówcie prawdę jeden do drugiego, bo jesteśmy jedni drugich członkami (zob. Ef 4,25). Mówcie prawdę i ta przejrzystość, ten dar prawdy czyni, że życie jakoś w tym konwencie krąży. Jedną z klasycznych metod naszego przeciwnika jest „blokada krążenia”, nie można już nic powiedzieć, bo tu jest obolałe, tam jest jakiś ropień. Przychodzi wizytator, może tylko ogólniki o pobożności jakieś powiedzieć, nie można dotknąć prawdziwych rzeczy, bo to jest wszystko tak obolałe. Albo w diecezji przychodzi biskup, chce dialogować, ma dobrą wolę, ale się robi koło niego taka otoczka ludzi, którzy wyczuwają, co on lubi, a czego nie lubi słyszeć, już biskup nie wie prawdy, już nie może do niej dotrzeć i następuje w tym organizmie zbiorowym wspólnoty blokada krążenia. Nie ma dom prawdy, bo boimy się wzajemnie obdarować prawdą, bo jej nie pragniemy, bo się jej boimy. I potem to życie jest słabe, ono nie może się tak rozwinąć z mocą, normalnie, prosto, ale są takie kanaliki tego życia już mocno zacieśnione, zawężone. To jest sprawa bardzo ważna, bardzo istotna.

    Jest taka bajeczka hinduska, która mówi, że taki młody diabełek przybiegł do starego diabła bardzo zdenerwowany. I ten stary mówi: „Co się tak denerwujesz?” Młody mówi: „Bo szedłem drogą i tam prawda leży obok drogi. Przyjdą ludzie i ją znajdą i myśmy przepadli wtedy”. A stary mówi tak: „Ty się nie bój, oni tam przyjdą, znajdą, ale potem założą organizację i wtedy prawdę diabli wezmą”. Ile jest takich pozornych wartości. Tak przejść się po mieście, widzi się pomnik uczonego Kopernika, dalej się widzi pomnik Mickiewicza, człowieka z talentem, potem pomnik Dzierżyńskiego, który wymordował milion ludzi. Ludzie stawiają różnym wartościom pomniki.

    Mówiliśmy również o prawdzie ontologicznej, prawda rzeczy, być tym, czym się jest, na to trzeba wiedzieć kim się jest, często medytować kim się jest, że jestem chrześcijaninem, że jestem dzieckiem Bożym, że jestem mnichem. Co z tego wynika, żeby prawda tej osoby coraz bardziej się rozwijała. I to jest dobrze, jeżeli benedyktyn jest prawdziwym benedyktynem, a jezuita jest prawdziwym jezuitą, a kapucyn prawdziwym kapucynem. Ale do tej prawdy ontologicznej należy również prawda naszego słowa. To jest też bardzo ważny udział, w którym naśladujemy Boga. Bóg bezwzględnie prawdomówny objawił nam swoją Prawdę. Żyjemy w czasach niesłychanej profanacji słowa ludzkiego, jakiejś orgii kłamstwa. To słowo ludzkie pisane, i w telewizji, i w prasie, i w książce, i na uczelniach, i w wojsku służy kłamstwu. To jest coś po ludzku potwornego, to słowo człowieka, które jest jakimś podobieństwem do Boga, bo Bóg nasz jest Bogiem mówiącym. Tak Objawienie nam Go pokazuje. Bóg jest mówiący i człowiek jest mówiący i w ten sposób człowiek jest do Boga podobny, ale pod warunkiem, że mówi prawdę. Otóż przeciwieństwem prawdy jest kłamstwo, jest kłamstwo słowa, jest kłamstwo światopoglądu też, to zamglenie sumień np. dzisiejsze, że ludzie nie mają już wyczucia grzechu. To jest jakieś bardzo tragiczne zakłamanie wewnętrzne i człowiek właściwie jest bardzo zakłamany i człowiek, jak się podsuwa ku światłu, ku Bogu, widzi jak bardzo jest zakłamany i nie może się z tego wydostać. Jak św. Jan Vianney prosił Boga, żeby Bóg mu pokazał jego nędzę całą, to Bóg posłuchał tej modlitwy, a potem św. Jan wołał: „Panie Boże, już dosyć, już nie mogę tego wytrzymać”. Święty Jan Boży, który żył bardzo porządnie, ale jak się nawrócił, to tak siebie poznał, że po prostu biegł krzycząc przez miasto, nie mógł wytrzymać tego poznania siebie.

    Niemniej ku temu coraz głębszemu poznaniu siebie rozwój łaski w nas idzie. Ale trzeba być odważnym, by spojrzeć w oczy swojej własnej prawdzie. Najgorsza prawda jest zbawcza i najgorsza prawda jest o wiele lepsza niż najlepsza iluzja, najbardziej pocieszająca iluzja. Otóż kłamstwo przez moralistów jest uważane raczej za grzech lekki, ale dziwna rzecz: ten grzech tak jakoś strasznie głęboko idzie w istotę ducha ludzkiego. My czujemy, że jak człowiek się zakłamie, to jest takie zwichnięcie się jakieś do dna. Łatwiej przyjmiemy do klasztoru kogoś, kto mocno nagrzeszył niż kogoś, kto kręci, bo ten ostatni drogą krętą idzie, jemu nie można zaufać, bo jest zakłamany. I rzeczywiście rolę tego kłamstwa dla zniszczenia człowieka doskonale wyczuwa przeciwnik nasz, bo zauważcie, że np. w socjalizmie tutaj oni często chcą od ludzi, żeby coś podpisali, coś małego, ale coś, co będzie niezgodne z ich przekonaniem, w ich sumieniu, bo wiedzą, że jak coś podpiszą, to jest coś nadłamane, jest ten niesmak wewnętrzny, człowiek już coś bardzo istotnego w sobie zwichnął. A diabeł chce tego małego ukłonu. Człowiek chce mieć coś wielkiego, coś konkretnego, a diabeł mówi do Pana Jezusa: tylko upadnij, złóż mi pokłon, wszystko Ci dam, wszystko będzie Twoje, ale tylko upadnij.

    Są pewne spokrewnione z kłamstwem odchylenia w naszej mowie, nad którymi musimy też panować np. niedokładność, jednostronność, przesada, uogólnienie. Do tego jesteśmy bardzo skłonni i to nas skłóca z prawdą. Milczenie w klasztorze ma między innymi też tę rolę oczyszczającą dla naszego słowa, żeby być odpowiedzialnym za słowo, żeby to słowo mogło się konfrontować z wewnętrzną prawdą naszą w pokoju i widać, że prawda jest bardzo wymagająca i może być groźna dla człowieka. Niemniej trzeba powtórzyć za św. Augustynem: „O veritas, quam medullae animae meae suspirabunt tibi”.


    Piotr Rostworowski OSB / EC – benedyktyn, pierwszy polski przeor odnowionego w 1939 roku klasztoru w Tyńcu. Więzień za czasów PRL-u. Kameduła – przeor eremów w Polsce, Włoszech i Kolumbii. W ostatnim okresie życia rekluz oddany całkowitej samotności przed Bogiem. Zmarł w 1999 roku i został pochowany w eremie kamedulskim we Frascati koło Rzymu. Był zawsze bliski mojemu sercu – napisał po Jego śmierci Ojciec Święty Jan Paweł II. Autor licznych publikacji z dziedziny duchowości i życia wewnętrznego.

    mp/tyniec.com.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 2 PAŹDZIERNIKA

    WSPOMNIENIE O NASZYCH ANIOŁACH STRÓŻACH

    Patronowie Dnia: Św. Aniołowie Stróżowie, „przyjaciele ludzkich losów"

    fot. via: Pixnio

    ***

    Patronowie Dnia: Św. Aniołowie Stróżowie, „przyjaciele ludzkich losów”

    Według teologii chrześcijańskiej aniołowie to istoty duchowe i nieśmiertelne, rozumne i wolne, stworzone przez Boga, aby oddawać Mu cześć, być Jego posłańcami i ochraniać ludzi – przypomina ks. Arkadiusz Nocoń w felietonie dla portalu www.vaticannews.va/pl i Radia Watykańskiego. 2 października wspominamy świętych Aniołów Stróżów.

    Samo słowo „anioł” w języku hebrajskim i greckim oznacza „posłańca”, stąd na kartach Pisma Świętego aniołowie wielokrotnie reprezentują Boga, zwiastując człowiekowi Jego wolę. Pośród różnych rodzajów aniołów istnieje jeden powołany do opieki nad światem, a zwłaszcza nad ludźmi – Aniołowie Stróżowie: „Swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach” (Ps 91).

    Bardzo wyraźnie o Aniołach Stróżach naucza Katechizm Kościoła Katolickiego: „Życie ludzkie od początku aż do śmierci otoczone jest opieką i wstawiennictwem aniołów. Każdy wierny ma u swego boku anioła jako opiekuna i stróża, by prowadził go do życia”(n. 336).

    W historii Kościoła spotkamy wielu świętych, którzy widzieli swojego Anioła Stróża, jak chociażby św. Franciszka Rzymianka czy św. Gemma Galgani. Św. Janowi Bosko Anioł Stróż wielokrotnie ratował życie, a św. Ojcu Pio pomagał odczytywać listy, pisane do niego w obcych językach. Wszystkich tych świętych łączyło jedno: mieli oni szczególne nabożeństwo do Anioła Stróża.

    Z kazań św. Bernarda, opata: „O Panie, kimże jest człowiek, że posyłasz owe święte duchy, aby nam służyły, wyznaczasz ich na naszych stróżów, polecasz, aby byli naszymi wychowawcami. […] Chociaż więc jesteśmy słabymi dziećmi i choć czeka nas długa i niebezpieczna droga, czegóż mamy się lękać, chronieni przez tak wielkich stróżów? Nie mogą wszak ulec wrogom ani zbłądzić, ani tym bardziej zwodzić ci, którzy strzegą nas na wszystkich naszych drogach. Są wierni, roztropni i potężni – czegóż mamy się lękać? Obyśmy tylko za nimi szli, obyśmy tylko do nich przylgnęli, a trwać będziemy na zawsze w opiece Boga niebios” (kazanie 12).

    Ktoś obliczył, że w Piśmie Świętym mowa jest o aniołach aż 222 razy. W Starym Testamencie m. in. strzegły wejścia do raju, chroniły Lota, towarzyszyły prorokom. W Nowym Testamencie zwiastowały narodzenie Jana Chrzciciela i samego Jezusa. Jemu też służyły na pustyni i umacniały Go w Ogrójcu.

    Świat, w którym żyjemy nie jest tylko domeną człowieka. Działa w nim Bóg, działają Jego aniołowie, działają demony. Dobre i złe duchy to nie fikcja literacka, to realne byty mające wpływ na naszą historię. Wiele z tego, co dzieje się wokół nas nie sposób zrozumieć, wykluczając ich istnienie. Dlatego dobrze jest pamiętać, że do obrony przed atakami Złego nie wystarczą tylko ludzkie siły. Potrzebna jest łaska Boża, wstawiennictwo świętych i opieka aniołów. Warto odnowić z nimi przyjaźń, pogłębić zażyłość i lepiej poznać. Na temat aniołów wypowiadali się bowiem wielcy Ojcowie Kościoła: Cyprian, Bazyli, Ambroży, Augustyn i inni. Czasem jednak i dziecko powie o nich coś, czego nie powstydziliby się najwięksi święci. W jednym z numerów „Małego Gościa Niedzielnego”, kilkuletnia Monika poprosiła kiedyś swego Anioła Stróża: „Ukochaj ode mnie Pana Boga”.

    Dlaczego i my nie mielibyśmy o to poprosić swojego Anioła Stróża?

    ks. Arkadiusz Nocoń/www.vaticannews.va/pl

    ______________________________________________________


    Dziewięć faktów o tym, kim są aniołowie

    (fot. Filip Blazejowski/Forum)

    ***

    Aniołowie to nie żadne dobre duszki otaczające człowieka, nie pucułowate maluchy, których radosne oblicza rozweselają smutne chwile, i nie na wpół zaspane panny o tajemniczych obliczach. Kim zatem są?

    Dziewięć faktów o tym, kim są aniołowie

    1. Stworzenia nieśmiertelne

    Święty Augustyn mówi na ich temat: „<> oznacza funkcję, nie naturę. Pytasz, jak nazywa się ta natura? – Duch. pytasz o funkcję? – Anioł. Przez to, czym jest, jest duchem, a przez to, co wypełnia, jest aniołem”. W całym swoim bycie aniołowie są sługami i wysłannikami Boga. Ponieważ zawsze kontemplują „oblicze Ojca… który jest w niebie” (Mt 18, 10), są wykonawcami Jego rozkazów, „by słuchać głosu Jego słowa” (Ps 103, 20).

    Jako stworzenia czysto duchowe aniołowie posiadają rozum i wolę: są stworzeniami osobowymi i nieśmiertelnymi. Przewyższają doskonałością wszystkie stworzenia widzialne. Świadczy o tym blask ich chwały.

    Katechizm Kościoła Katolickiego, 329 – 330

    W liturgii Kościół łączy się z aniołami, by uwielbiać trzykroć świętego Boga 188; przywołuje ich obecność w liturgii pogrzebowej (…) oraz czci szczególnie pamięć niektórych aniołów (św. Michała, św. Gabriela, św. Rafała, Aniołów Stróżów).

    Życie ludzkie od dzieciństwa początku aż do zgonu śmierci jest otoczone opieką i wstawiennictwem aniołów. „Każdy wierny ma u swego boku anioła jako opiekuna i stróża, by prowadził go do życia”. Już na ziemi życie chrześcijańskie uczestniczy – przez wiarę – w błogosławionej wspólnocie aniołów i ludzi, zjednoczonych w Bogu.

    Katechizm Kościoła Katolickiego, 335 – 336

    2. Aniołowie a zbawienie

    Wypada nam poświęcić nieco uwagi prawdzie, należącej również do Objawienia Bożego: o stworzeniu istot czysto duchowych, które Pismo Święte określa mianem „aniołów” (…). Dzisiaj, podobnie jak w przeszłości, dyskutuje się na temat owych bytów duchowych z większą lub mniejszą znajomością rzeczy. Trzeba przyznać, że czasem powstaje przy tym duże zamieszanie, które pociąga za sobą ryzyko przyjęcia za wiarę Kościoła o aniołach tego, co do tej wiary w ogóle nie należy, lub odwrotnie — pominięcia ważnych aspektów prawdy objawionej. Istnieniu owych bytów duchowych, które w Piśmie Świętym noszą zwykle nazwę aniołów, przeczyli już w czasach Chrystusa saduceusze (por. Dz 23,8). Przeczyli temu również materialiści oraz racjonaliści wszystkich czasów. A przecież, zgodnie z przenikliwym stwierdzeniem pewnego współczesnego teologa, „aby pozbyć się aniołów, trzeba poświęcić całe Pismo Święte, a z nim całe dzieje zbawienia”. Cała Tradycja jest w tej sprawie jednomyślna.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 9 lipca 1986

    3. Orszak Boga

    Prawda o aniołach jest poniekąd treścią „uboczną”, niemniej wydaje się ona nieodłączną od centralnej treści objawionej — i to zarówno gdy chodzi o objawienie majestatu Stwórcy i Jego chwały w całym bogactwie stworzenia („stworzenie widzialne i niewidzialne”), jak też gdy chodzi o zbawcze działanie Boga w dziejach człowieka. Aniołowie nie znajdują się wprawdzie na pierwszym planie tej rzeczywistości Objawienia, niemniej do tej rzeczywistości w pełni przynależą, a w pewnych momentach spełniają zadania wręcz kluczowe, w imieniu samego Boga. (…)

    Opatrzność jako miłująca Mądrość Boga objawiła się przede wszystkim w stworzeniu istot czysto duchowych, których podobieństwo do Boga przerasta wszystko, co stworzone w świecie widzialnym, razem z człowiekiem, który jest niezniszczalnym obrazem Boga. Wobec Boga, który jest Duchem absolutnie doskonałym, świat stworzeń duchowych jest z natury, tzn. z racji swojej duchowości, o wiele bliższy, aniżeli świat stworzeń materialnych. Stanowi on jakby najbliższe „środowisko” Stwórcy. Pismo Święte daje dosyć wyraźne świadectwo tej bliskości aniołów wobec Boga. Mówiąc o nich posługuje się takimi przenośniami, jak „tron” Boga, Jego „zastępy”, Jego „niebiosa”. Przez całe stulecia chrześcijaństwa poezja i sztuka czerpały z Pisma Świętego natchnienie, przedstawiając nam aniołów jako „orszak Boga”.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 9 lipca 1986

    4. Stworzenia czysto duchowe

    Kościół oświecony światłem płynącym z Pisma Świętego wyznaje na przestrzeni dziejów prawdę o istnieniu aniołów jako istot czysto duchowych, stworzonych przez Boga. Czyni tak od początku w słowach Symbolu Nicejsko-Konstantynopolitańskiego. Tę samą prawdę potwierdza Sobór Laterański IV (1215 r.), którego sformułowanie przejął Sobór Watykański I, wykładając naukę o stworzeniu: Bóg „od początku czasu stworzył z nicości podobnie jeden i drugi rodzaj stworzeń, istoty duchowe i materialne, tj. aniołów i ten świat, a na koniec, jakby jednocząc jedno i drugie, stworzył naturę ludzką złożoną z duszy i ciała”. Tak więc Bóg od początku stworzył obie rzeczywistości: duchową i cielesną, świat ziemski i świat anielski (…).

    Wiara Kościoła, oprócz istnienia aniołów, uznaje pewne charakterystyczne cechy ich natury. To, że świat anielski jest natury czysto duchowej, oznacza przede wszystkim ich niematerialność i nieśmiertelność. Aniołowie nie są „ciałem” (nawet jeśli ze względu na misję pełnioną wobec człowieka „przyjmują” w pewnych momentach postać widzialną), a zatem nie odnosi się do nich to prawo zniszczalności, które jest udziałem całego świata materialnego. Chrystus powie kiedyś, odwołując się do życia przyszłego po zmartwychwstaniu ciał: „umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom” (Łk 20,36).

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 6 sierpnia 1986

    5. Byty osobowe

    Jako stworzenia natury duchowej, aniołowie posiadają rozum i wolną wolę w stopniu doskonalszym niż człowiek, niemniej w stopniu skończonym. Skończoność należy bowiem do istoty wszystkich stworzeń. Aniołowie są więc bytami osobowymi i w tym znaczeniu także oni stanowią „obraz i podobieństwo” Boga. Pismo Święte mówi o aniołach, używając nie tylko nazw indywidualnych (takich jak imiona własne: Rafał, Gabriel, Michał), ale także nazw „zbiorowych” (takich jak Serafini, Cherubini, Trony, Potęgi, Moce, Panowania, Księstwa); rozróżnia wreszcie pomiędzy Aniołami a Archaniołami. Choć język Pisma Świętego ma charakter analogiczny i opisowy, można wnosić, że te byty osobowe łączą się z sobą w pewne jakby społeczności — według stopnia doskonałości lub według szczególnych zadań, jakie są im właściwe. Pisarze starożytni i sama liturgia mówią również o chórach anielskich (9 chórów według Pseudo-Dionizego Areopagity). (…)

    Temat ten może wydawać się „dalszy” czy też „mniej istotny” dla umysłowości współczesnego człowieka. Niemniej jednak Kościół, głosząc otwarcie całą prawdę o Bogu, także Stworzycielu aniołów, wierzy, że w sposób istotny służy człowiekowi. Człowiek żywi przekonanie, że w Chrystusie, Człowieku – Bogu, to on właśnie (a nie aniołowie) znajduje się pośrodku Objawienia Bożego. Tym niemniej, spotkanie w religii ze światem istot czysto duchowych staje się dlań cennym odkryciem, że on sam jest w swojej istocie nie tylko ciałem, ale i duchem i że jest częścią prawdziwie wielkiego i skutecznego planu zbawienia w obrębie wspólnoty bytów osobowych, które dla człowieka i z człowiekiem służą opatrznościowym zamysłom Boga.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 6 sierpnia 1986

    6. Zjednoczeni z Bogiem

    Aniołami nazywa Pismo Święte oraz Tradycja te czyste duchy, które w podstawowej próbie wolności wybrały Boga, Jego chwałę oraz Jego królestwo. Są one zjednoczone z Bogiem przez uświęcającą miłość, która płynie z jasnego i uszczęśliwiającego widzenia Trójcy Przenajświętszej. „Aniołowie […] w niebie — mówi Chrystus — wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18,10). Owo „wpatrywanie się w oblicze Ojca” jest najwyższym przejawem adoracji Boga. Można powiedzieć, że w nim spełnia się owa „niebiańska liturgia” w imieniu całego kosmosu, z którą nasza ziemska liturgia Kościoła łączy się stale, a zwłaszcza w swoich momentach szczytowych. Wystarczy przypomnieć akt, w którym Kościół na całym świecie, codziennie i o każdej porze, przed rozpoczęciem Modlitwy Eucharystycznej w centralnym punkcie Mszy św., odwołuje się do Aniołów i Archaniołów, by śpiewać chwałę Boga po trzykroć Świętego, jednocząc się z tymi pierwszymi adoratorami Boga w oddawaniu czci i w miłosnym poznaniu niewypowiedzianej tajemnicy Jego świętości.

    Uczestnicząc w życiu Trójcy poprzez światło chwały, aniołowie są — wedle świadectwa Objawienia — powołani także do tego, aby w momentach określonych planem Bożej Opatrzności uczestniczyć w dziejach zbawienia ludzi. „Czyż nie są oni wszyscy duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?” — pyta autor Listu do Hebrajczyków (1,14). W to wierzy i tego naucza Kościół, w oparciu o Pismo Święte, z którego dowiadujemy się, iż zadaniem dobrych aniołów jest ochrona ludzi i troska o ich zbawienie.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 6 sierpnia 1986

    7. Miłujący dobro

    W doskonałości swojej duchowej natury aniołowie powołani są od początku — na mocy posiadanego rozumu — do poznania prawdy i miłowania dobra, które znają w sposób pełniejszy i doskonalszy, aniżeli może je znać człowiek. Miłość ta jest aktem wolnej woli, bowiem także w przypadku aniołów wolność oznacza możliwość wyboru pomiędzy działaniem na rzecz znanego im Dobra, czyli Boga, lub wbrew Niemu. (…) Stwarzając czyste duchy jako istoty wolne, Bóg w swojej Opatrzności nie mógł nie przewidzieć również możliwości grzechu aniołów. Ponieważ zaś Opatrzność jest odwieczną Mądrością miłującą, Bóg sam wie, jak z dziejów tego grzechu, nieporównanie radykalniejszego jako grzechu czystego ducha, wyprowadzić ostateczne dobro całego stworzonego wszechświata.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 23 lipca 1986

    8. Dokonujący wyboru

    Wybór, jaki się dokonał na podstawie prawdy o Bogu, poznanej przez czyste duchy w wyższym stopniu dzięki jasności ich umysłu, podzielił świat czystych duchów na dobrych i złych. Dobrzy wybrali Boga jako dobro najwyższe i ostateczne, poznane przez rozum oświecony objawieniem. Wybrali Boga, to znaczy zwrócili się do Niego całą wewnętrzną mocą swojej wolności, a moc ta nazywa się właśnie „miłość”. Bóg stał się całkowitym i ostatecznym celem ich duchowej egzystencji. Drudzy natomiast odwrócili się od Boga, wbrew prawdzie poznania, która ukazywała w Nim dobro najwyższe i ostateczne. Wbrew objawieniu tajemnicy Bożej i Jego łasce, która zapraszała do uczestnictwa w życiu Trójcy, do wiecznej przyjaźni z Bogiem, do zjednoczenia z Nim przez miłość. Na gruncie swojej stworzonej wolności dokonali wyboru podobnie radykalnego, podobnie nieodwracalnego, jak aniołowie dobrzy; był to jednakże wybór diametralnie przeciwny: zamiast pełnego miłości przyjęcia Boga — Jego odrzucenie w złudnym poczuciu samowystarczalności, w duchu sprzeciwu, czy wręcz nienawiści, która przerodziła się w bunt.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 23 lipca 1986

    9. „Przez pychę zaczęło się zło”

    Jak pojąć rację tego sprzeciwu i buntu wobec Boga u istot obdarzonych tak żywym rozumem i tak bogatych w światło? Jaki może być motyw owego radykalnego i nieodwracalnego wyboru wbrew Bogu? Owej nienawiści zbyt głębokiej, by nie wydawała się być jedynie owocem szaleństwa? Ojcowie Kościoła i teologowie mówią bez wahania o „zaślepieniu” doskonałością własnego bytu, które przesłoniło całkowicie wyższość Boga, wymagającą przecież aktu posłusznego oddania. W zwięzły sposób zdają się to oddawać słowa: „Nie będę służyć!” (Jr 2,20), które mówią o radykalnej i nieodwracalnej odmowie uczestnictwa w kształtowaniu królestwa Boga w stworzonym wszechświecie. „Szatan”, duch zbuntowany, chce mieć własne królestwo, które nie jest królestwem Bożym i mianuje się pierwszym „przeciwnikiem” Stwórcy, przeciwnikiem Opatrzności, antagonistą Mądrości miłującej Boga. Z buntu i grzechu szatana, tak jak z buntu i grzechu człowieka, winniśmy wyciągnąć odpowiednie wnioski, przyjmując mądre słowa z Pisma Świętego: „przez pychę zaczęło się zło” (por. Tb 4,13).

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 23 lipca 1986

    Magdalena Żuraw/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dotyk Anioła

    Dotyk Anioła

    Most Anioła – Rzym (fot. deon.pl / Józef Augustyn SJ)

    ***

    Być może nad twoim łóżkiem, gdy byłeś dzieckiem Rodzice powiesili obraz z Aniołem Stróżem, który z wielką troską przeprowadza dziewczynkę i chłopca przez wąską kładkę nad rwącym potokiem (na dodatek zwykle brakowało w niej niektórych deseczek). Mogłeś sobie wyobrażać, że to ty i twoja siostra lub koleżanka z przedszkola.

    Patrząc na obrazek wydawało się nam, że czuliśmy być może, jak delikatne pióra ze skrzydeł Anioła, dotykają twarzy. Ale to było bardzo dawno temu, gdy byliśmy dziećmi. A teraz kto wie, może zawiesiliście podobny obraz swoim dzieciom, równocześnie zapominając o swoim własnym Aniele Stróżu. A przecież On jest i chyba bywa nieco zasmucony, że o Nim zapominamy. Dlatego idzie przy nas, ale w pewnym oddaleniu, bo Go nie zapraszamy do swojego towarzystwa. Pytamy siebie, w jakich sprawach mógłby nam ewentualnie pomóc nasz Anioł Stróż? W znalezieniu miejsca pracy, w bardziej bezpiecznym prowadzeniu samochodu, w unikaniu znaczących błędów, gdy prowadzimy księgowość lub jesteśmy pracownikami banku?

    Inaczej myśleli Święci. I tak na przykład święta siostra Faustyna widziała swojego Anioła Stróża (otrzymując specjalną łaskę mistyczną), gdy jechała z Wilna do Warszawy i potem z Warszawy do Krakowa. W jednej z wizji to właśnie Anioł Stróż prowadził ją przed tron Najwyższego. Zaś jezuita, święty Piotr Faber, prosił Anioła Stróża miasta, do którego przybywał, o duchowe przygotowanie mieszkańców do owocnego słuchania jego kazań.

    Ktoś dał mi kiedyś radę, bym przed trudnym egzaminem poprosił Anioła Stróża surowego Profesora, by na egzaminie trafił z pytaniem, na które znam odpowiedź. Tę radę daję wszystkim Studentom, by przypomnieli ją sobie w zimowej sesji.

    Myślę, że warto powrócić do znanej nam z dzieciństwa modlitwy do Anioła Stróża:

    Aniele Boży, stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój.
    Rano, wieczór, we dnie, w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy,
    Strzeż duszy, ciała mego,
    zaprowadź mnie do żywota wiecznego.
    Amen.

    A jeśli powyższa modlitwa nie trafia już do Waszych serc, to napiszcie swoją własną! No i czasem naradzaj się z Twoim Aniołem Stróżem, wszak on zwykle – zwłaszcza gdy o Nim zapominamy – stoi przed obliczem Boga i raduję się, że może Go nieustannie wysławiać. I nie nudzi mu się powtarzanie słów: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów…
    Bóg dał nam Świętych Aniołów Stróżów, by nas prowadzili na drogach Bożych. To Oni wypraszają nam łaskę intuicyjnego odróżniania dobra od zła. Stwarzają też wokół nas przyjazną atmosferę. Bardzo im zależy, byśmy przez całe życie byli, jak Oni przyjaciółmi Boga.

    Nie anioł stróż / Ks. Jan Twardowski

    mojego Anioła Stróża nie widać
    choć nie zazdrości archaniołom
    nie strzeże nikogo jak na obrazku
    przewraca kładkę po której idę
    rzuca w przepaść na zbitą głowę
    wyciąga za nogawki
    pyta – jak leci
    mówię mu nieprzyzwoity po łacinie banał
    – Aniele tobie łatwo bo nie masz ciała
    ale mnie sempiterna zabolała
    nie rozumie strzeżonego Pan Bóg nie strzeże
    do Boga idzie się na całego
    przez kładkę skopaną
    przez miłość która wyszła bokiem
    przez rozpacz ze szczegółami
    przez korek uliczny w którym ugrzęzło pogotowie z syreną
    czasem jak stonoga co pomyliła nogi i stanęła jak noga
    tłumaczył i ja tłumaczę ale na obrazkach inaczej

    o. Marek Wójtowicz SJ / o. Błażej Guz SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najlepsza modlitwa do Anioła Stróża

    Najlepsza modlitwa do anioła stróża

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Każdy z nas ma swojego anioła stróża. Jest z nami nieustannie i nigdy nas nie opuszcza. Jak się do niego modlić? Jak z nim rozmawiać? Odpowiedzią może być ta modlitwa.

    Miły Bogu Aniele, który mnie pod Twoją świętą opiekę oddanego, od początku mego życia bronisz, oświecasz i mną kierujesz. Czczę Cię i kocham jako mojego Patrona i Opiekuna, Twojej opiece zupełnie się oddaję. Proszę Cię pokornie, abyś mnie nie opuszczał choć jestem niewdzięczny i przeciw świętym Twoim natchnieniom wykraczam, lecz abyś mnie gdy błądzę – łaskawie poprawiał, gdy upadnę – podźwignął, nieumiejętnego – nauczał, strapionego – pocieszał, w niebezpieczeństwie zostającego – ratował, aż mnie do szczęśliwości w niebie doprowadzisz. Amen.

    św. Alfons Liguori

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 wskazówki św. Ojca Pio, jak słuchać swojego Anioła Stróża

    4 wskazówki św. Ojca Pio, jak słuchać swojego Anioła Stróża

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Ojciec Pio bardzo dobrze znał anioły i spotykał się z nimi przez całe swoje życie. Otrzymywał także wewnętrzne przekazy i musiał rozpoznawać, czy są to pokusy oraz jak powinien na nie reagować.

    W liście, który napisał 15 lipca 1913 roku do Annity, przekazuje jej (jak i nam) kilka nieocenionych porad odnoszących się do tego jak współpracować z naszym Aniołem Stróżem, reagować na pokusy serca i jak się modlić za jego wstawiennictwem.

    Wskazówki ojca Pio:

    1. Obecność

    Ojciec Pio mówi o tym, że Bóg, ale też Maryja i nasz Anioł Stróż powinni być w centrum naszego życia.

    “Droga Córko Jezusa,

    Niech Twoje serce będzie zawsze świątynią Ducha Świętego. Niech Jezus roznieci ogień swojej miłości w Twojej duszy i niech zawsze uśmiecha się do Ciebie, tak jak do wszystkich dusz, które kocha. Niech Przenajświętsza Maryja uśmiecha się do Ciebie w czasie wszystkich wydarzeń Twego życia i obficie uzupełnia pustkę nieobecności ziemskiej matki. Niech Twój dobry Anioł Stróż zawsze dogląda Ciebie i będzie Twoim przewodnikiem na trudnej ścieżce Twego życia. Niech zawsze utrzymuję Cię w chwale Jezusa i niech utrzymuje w swych dłoniach byś nogi na kamieniu nie mogła zranić. Niech ochrania Cię pod swymi skrzydłami od wszelkich oszustw tego świata i jego zła”.

    2. Docenienie pracy Anioła

    Ojciec Pio prosi Anitę o docenienie swojego Anioła Stróża. Wszyscy wiemy o jego obecności, ale w rzeczywistości nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo pomaga nam w codziennym życiu oraz w relacji z samym Bogiem.

    “Annito, miłuj wielką pobożność tego dobrego anioła. Jakże pocieszające jest wiedzieć, że mamy ducha, który od łona matki, aż po nasz grób, nigdy nas nie opuści nawet na chwilę, nawet wtedy gdy jesteśmy skłonni do grzechu. Ten niebiański duch prowadzi nas i chroni jak brata, przyjaciela. Pocieszające jest również wiedzieć, że ten anioł modli się za nas nieustannie, i przedstawia Bogu wszystkie nasze dobre uczynki, nasze myśli, nasze pragnienia, jeśli tylko są czyste… nie zapominaj o tym niewidzialnym towarzyszu, zawsze obecnym, zawsze skłonnym nas wysłuchać i zawsze gotowym pocieszyć”.

    3. Nigdy nie mów, że jesteś sam

    “Nigdy nie mów, że zostałaś sama ze swoimi trudnościami; Nigdy nie mów, że nie masz nikogo dla kogo możesz otworzyć swoje serce i zaufać. Byłaby to ogromna niesprawiedliwość dla niebiańskiego posłańca”. – Zawsze jest ktoś, komu możesz powierzyć swoje problemy.

    4. Bądź uważny na zło

    Anioł Stróż jest przy nas cały czas, ale często musimy umieć rozróżnić czy słuchamy swojego dobrego anioła czy może tego złego. Ojciec Pio bardzo jasno pokazuje nam swój sposób widzenia na temat wewnętrznej walki i udziela nam wskazówek na pokonywanie trudności.

    “Jeżeli chodzi o wewnętrzne głosy, nie przejmuj się, zachowaj spokój. To czego musisz unikać to nadmierne przywiązanie Twojego serca do tych słów. Nie poświęcaj im zbyt dużo uwagi. (…) Nie daj sobie zamieszać w głowie, próbując rozpoznać, które wewnętrzne przesłanie pochodzi od Boga. Jeśli Bóg jest ich autorem, jednym z głównych znaków jest to, że gdy słyszysz te głosy, wpierw napełniają Twoją duszę strachem i zmieszaniem, ale później doświadczasz Boskiego pokoju. Kiedy autorem wewnętrznych dialogów jest wróg, wtedy zaczyna się fałszywa ochrona, a następnie agitacja i bardzo złe samopoczucie”.

    aleteia.org / jp / Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O zapomnianych aniołach

    O zapomnianych aniołach

    (fot. CrashSunRay / flickr.com / CC)

    ***

    W dzisiejsze wspomnienie św. Aniołów Stróżów Kościół ponownie wyznaje wiarę w istnienie stworzonych niewidzialnych duchów. Aniołowie to nie są piękne symboliczne postaci, fruwające w niebiosach, lecz duchowe istoty, przenikające nasz świat. Kościół zachęca do tego, byśmy nie poprzestali na dziecinnych zachwytach nad skrzydlatymi istotami w bieli, lecz zwrócili baczniejszą uwagę na ich obecność w codziennym życiu.

    O. Jacek Bolewski SJ w swojej książce “Zająć się Ogniem. Odkrywanie duchowości ignacjańskiej” pisze: “dla podkreślenia, że nawet – a może zwłaszcza ! – w swym bezpośrednim działaniu Bóg pozostaje nieuchwytny, niewidzialny, tajemniczy, zauważa się pośredni charakter Jego działania jako dokonującego się zawsze za pośrednictwem innych rzeczywistości”.

    Takimi pośrednikami Bożego działania są aniołowie stróżowie, którzy, jak mówi Jezus, wpatrują się nieustannie w oblicze Ojca niebieskiego i równocześnie swoją uwagę skupiają na człowieku. Niesamowite w nich jest to, że będąc istotami doskonalszymi niż ludzie, potrafią – na wzór Wcielonego Syna Bożego – uniżyć się i służyć cielesno-duchowemu człowiekowi. Ich zadanie polega na tym, by, z jednej strony, kontemplować oblicze Boga i, mocą tej szczególnej relacji, prowadzić i strzec ludzi, czyli mówić, poruszać, pomagać im w rozpoznaniu woli Boga na co dzień. Aniołowie potrafią to pokornie czynić, ponieważ doświadczają, jakim szczęściem dla każdego rozumnego stworzenia jest oglądanie Boga. I chcą tego także dla ludzi.

    Od paru dni śledzę zażartą dyskusję, jaka toczy się na Deonie, wokół dwóch tekstów (Janusza Poniewierskiego i o. Jacka Prusaka SJ) poświęconych egzorcystom i opętaniom. I tak sobie dzisiaj pomyślałem, że gdybyśmy tyle samo uwagi, energii i emocji poświęcali naszym aniołom stróżom co demonom, świat byłby o wiele szczęśliwszy i lepszy. A tak nie jest. Dlaczego?

    Ludziom wierzącym, a także kulturze popularnej, aniołowie zwykle kojarzą się bardzo dobrze. Jako sympatyczne stworzenia, gotowe do pomocy. Niestety, najczęściej mówi się o nich w dzieciństwie, w bajkach i w filmach. Większość z nas za młodu uczyła się modlitwy “Aniele Boży, Stróżu mój”. Bo przecież każde dziecko, jak mawiali nasi rodzice i wychowawcy, ma swojego niebieskiego opiekuna.

    Sęk w tym, że jego opieka nie kończy się z chwilą osiągnięcia dorosłości przez dziecko. Nadal każdemu z nas towarzyszy osobisty anioł stróż, który komunikuje się z nami, przekazuje Bożą wolę, ostrzega i napomina. I właśnie obecność i posłuch dawany dobremu aniołowi jest znacznie ważniejszy niż knowania diabła i demonów, które próbują zaszkodzić człowiekowi.

    Niestety, dziwnym trafem, aniołowie stróżowie zostają często zepchnięci do królestwa bajek i błogiego, niewinnego dzieciństwa, podczas gdy na czoło wysuwa się świat demonów, których działanie wydaje się wielu osobom szczególnie nachalne, namacalne i wszechobecne. Świat dorosłych nie jest przecież światem dzieci. Tutaj sielanki nie ma, a niebezpieczeństwo (bądźmy rozsądni, bardziej przecież niż dobroczynna obecność anioła) czyha za każdym rogiem. Czy ludzie wierzący, którzy uporczywie szukają wszędzie zagrożeń i karmią swoją wyobraźnię kolejnymi opowieściami o demonach, tyleż samo czasu i energii poświęcają rozpoznawaniu działania aniołów stróżów w ich życiu?

    W porównaniu z niemal obsesyjnym zainteresowaniem opętaniami i egzorcyzmami, aniołowie skazywani są na duchową banicję. Jest to niepokojący znak, który pokazuje, że przesadna wrażliwość na diabła i węszenie jego śladów wszędzie, gdzie tylko się da, paradoksalnie, przyćmiewa wrażliwość wierzących na obecność dobrych duchów. Ta druga wymaga bowiem pokoju, ciszy, prostoty, ufności, wiedzy, nauki, metody, a nie lęku i ignorancji.

    Św. Ignacy Loyola pozostawił Kościołowi powszechnemu nieoceniony skarb, myślę, że wciąż mało znany, który pozwala dobrze zaznajomić się ze światem duchów. Mam na myśli jego reguły o rozeznawaniu duchów (dobrych i złych), w których święty, co ciekawe, w ogóle nie zajmuje się opętaniami, lecz poruszeniami duchowymi, czyli uczuciami i myślami, jakie rodzą się na najgłębszym poziomie człowieka – w jego duchu. Te reguły wypływają z osobistego doświadczenia Ignacego, z zakorzenienia w Tradycji Kościoła i z głębokiej wiary w działanie Boga właśnie w tym świecie, a nie gdzieś w “zaświatach”.

    Ignacy zwraca się do ludzi wierzących, a więc tych, którzy zdecydowali się pójść za Chrystusem. Celem rozeznawania duchowego jest dokonanie wyboru właściwej drogi życiowej (powołania), a w szerszym sensie, podejmowanie większych i mniejszych decyzji w codzienności, co dotyczy praktycznie wszystkich.

    Na pierwszym miejscu pozostaje jednak znalezienie woli Boga. Gierki i pokusy “nieprzyjaciela natury ludzkiej” uznane są jedynie za przeszkody, które należy z Bożą pomocą i przy wsparciu Kościoła usunąć. Ignacy żadną miarą nie demonizuje diabła.

    Wiele mówi się w Kościele, zwłaszcza w Polsce, o możliwych obszarach demonicznych zniewoleń. Co niewątpliwie jest potrzebne. Ale jak żyję, nie słyszałem jeszcze, oprócz katechez dla dzieci, niedzielnego kazania niedzielnego dla dorosłych na temat wpływu aniołów stróżów – dobrych duchów na codzienne życie chrześcijan. Czy nie jest to jedna z paradoksalnych wygranych diabła?

    Deon.pl

     _____________________________________________________________________________________________________________

    o. Wawrzyniec Maria Waszkiewicz:

    „Milczenie i mowa Maryi”

    źródło: Wydawnictwo Rosa Mystica

    ***

    Tekst pochodzi z książki „Milczenie i mowa Maryi”, której autorem jest oWawrzyniec Maria Waszkiewicz.

    +++

    Z obfitości serca

    Sit autem omnis homo velox ad audiendum, tardus autem ad loquendum ( Jk 1, 19)

    O pewnym poecie powiedziano, że mógłby powiedzieć wszystko, gdyby tylko miał cokolwiek do powiedzenia. Człowiek ten posiadł fenomenalny warsztat językowy. Tworzył urocze zbitki i gry słowne. Modelował język jak plastelinę… nie miał jednak nic do powiedzenia. Jego twórczość pozostawała próżną – choć genialną – zabawą.

    Jakże inaczej mówili święci! „Chętni do słuchania, nieskorzy do mówienia” (por. Jk 1, 19), kiedy zabierali głos, przekazywali bliźnim owoc głębokiej kontemplacji. Niektórzy z nich – jak św. Jan Chryzostom albo św. Wawrzyniec z Brindisi – byli wielkimi krasomówcami. Niektórzy – jak św. Efrem czy św. Franciszek z Asyżu – byli wielkimi poetami. Niektórzy – jak św. Bernardyn ze Sieny czy św. Jan Kapistran – potrafili przemawiać do ludu przez wiele godzin bez przerwy. A jednak byli małomówni. Mówili tyle, ile było potrzebne, aby rozpalić serca swoich słuchaczy i oświecić ich umysły – dostosowywali się w tym do potrzeb czasu, niekiedy do wymogów stylistycznych, zawsze do poziomu słuchaczy, ale przemawiając, nie szukali siebie. Nie po to mówili, żeby się wygadać – i nie po to, żeby błyszczeć. Mówili, bo mieli coś do powiedzenia – a to, co mieli do powiedzenia, pochodziło z góry, zgodnie z dominikańskim mottem contemplata aliis tradere, przekazywać innym to, co samemu zdobyło się przez kontemplację. „Z obfitości serca mówią usta” (Mt 13, 34), lecz niestety często serce obfituje bardziej w pył tego, co nieważne albo w żółć tego, co niegodziwe – a nie w skarby Bożej mądrości i miłości. Jeden z Ojców Pustyni, abba Pojmen, tak mówił:

    „Bywa człowiek, który niby to milczy, ale jego serce osądza innych: ten mówi nieustannie. Ale bywa i taki, który mówi od rana do wieczora, a zachowuje milczenie: to znaczy nie mówi nic niepożytecznego”.

    Usta mówią z obfitości serca; i mogą mówić pięknie, także nie poznawszy tajników krasomówstwa. To dlatego pośród największych kaznodziejów chrześcijaństwa wspominamy nie tylko wielkich oratorów – jak wspomniani wyżej święci albo jak sławny kaznodzieja Lacordaire – ale także takich, których warsztat (z ludzkiego punktu widzenia) zupełnie nie olśniewał. Sam Lacordaire, człowiek skądinąd głęboko pobożny, pojechał kiedyś do Ars, aby posłuchać kazania świętego proboszcza. Stwierdził następnie, że „kiedy głosi Lacordaire, ludzie [aby go lepiej słyszeć] wchodzą na konfesjonały. Ale kiedy głosi Vianney, ludzie wchodzą do konfesjonałów [aby się wyspowiadać]”. Takim kaznodzieją był w Polsce bł. Jerzy Popiełuszko. Nie był artystą słowa – a jednak słuchały go nieprzebrane tłumy, przyciągane magnesem prawdy ewangelicznej.

    Z drugiej strony jednak, obfitość serca Bogiem wzbogaconego może także sprawić, że człowiek dosłownie oniemieje. Bo jakże przekazywać ułomnym ludzkim słowem to, co dzieje się, kiedy pełnia Słowa wypełni ludzkie serce? I jak wyśpiewywać Tego, który jest niewypowiedziany? Tak jak ludziom o bodaj odrobinie wrażliwości – nie mówiąc już o pobożności – milczenie narzuca się samo, kiedy tylko wejdą do majestatycznej gotyckiej albo romańskiej świątyni, tak też życie kontemplacyjne skłania ku milczeniu. Ba! Bez milczenia jest niemożliwe. To dlatego święci tak wiele milczą – a tak mało mówią. Kiedy jednak już przemówią, to trafiają w sedno – jak króciutkie sentencje (apoftegmaty) starożytnych Ojców Pustyni, zbierające w lapidarność intensywnej sentencji mądrość całych lat ascezy i modlitwy.

    Skoro jednak o wybitnym poecie powiedziano, że mógłby powiedzieć wszystko, gdyby miał cokolwiek do powiedzenia, to cóż powiemy o Maryi? Pieśń Magnificat zdradza nam w Niej największą poetkę. Nie w tym rzecz jednak… Jak wiele miała Maryja do powiedzenia, będąc pełną Słowa Wcielonego! Jak wiele miała do powiedzenia, kontemplując przez trzydzieści lat Jego słowa! A jednak na kartach Ewangelii uderza nas Jej milczenie oraz Jej małomówność. Z obfitości serca milkną usta!

    Jej milczenie! Milczenie spowija pierwszych kilkanaście lat Jej życia. Milczenie ogarnia – nie licząc epizodu odnalezienia dwunastoletniego Jezusa w świątyni – trzydzieści lat spędzonych u boku Syna… I znowuż, po rozpoczęciu przez Niego działalności publicznej, Maryja milknie. Milczenie jest dla Maryi stanem naturalnym, przerywanym nieczęsto, a jeśli już – to z dostatecznie ważnych powodów. To bardzo cenna lekcja dla nas – i spróbujemy pochylić się nad tą lekcją w pierwszej części tej książki.

    Jej małomówność! Nieliczne – jest ich dokładnie siedem – wypowiedzi Maryi na kartach Ewangelii uderzają swoją zwięzłością. Tylko jedna z nich jest nieco dłuższa: to porywający hymn miłości Boga, Magnificat. Są autorzy, którzy – jak na przykład filozof Nicolas Goméz Davila – przez całe życie cyzelują swoje dzieła, dążąc do maksymalnej zwięzłości i przejrzystości stylu. Podziwiamy lapidarność Cezara czy francuskiego aforysty La Rochefoucaulda. Na gruncie czysto katolickim niezmienną popularnością cieszą się wspomniane Apoftegmaty Ojców Pustyni sprzed ponad półtora tysiąclecia czy napisane w XVI wieku króciutkie Przestrogi św. Jana od Krzyża albo dwudziestowieczne myśli duchowe św. Josemarii Escrivy. W wypowiedzi lapidarnej – w której wszystko jest na swoim miejscu, i nie ma niczego, co by nie było potrzebne – jest surowe, ale pociągające piękno. Każde słowo ma sens, ma znaczenie; nic nie jest pustym ozdobnikiem. W przypadku słów Maryi, każde z nich jest niewyczerpanym źródłem. Każde z nich jest nie tylko diamentem, ale kopalnią diamentów. Jest ich dostatecznie dużo, by można było nad nimi rozmyślać przez całe życie – przez całe życie odnajdując w nich coś nowego, dotąd nieznanego.

    Nie znaczy to oczywiście, że przez te wszystkie lata Maryja nigdy nie powiedziała nic poza tymi siedmioma wypowiedziami. Ojciec Emil Neubert pięknie zauważa, że już same przypowieści naszego Zbawiciela zapewne były w niemałym stopniu owocem Jego rozmów z Matką:

    „Dorośli używają w swojej mowie obrazów, które zafascynowały ich w młodości, kiedy to wrażenia wywierają na człowieka silny wpływ. Jan Chrzciciel dorastał na pustyni, gdzie widział żmije, kamienie i uschnięte drzewa. Jezus został wychowany przez Maryję; w Jej towarzystwie obserwował te urocze przedmioty, do których nawiązywał w przypowieściach. Niewątpliwie dzielił się ze swą Matką wrażeniami, jakie one na Nim robiły, tak jak robią to wszystkie dzieci, ponieważ jest doświadczony we wszystkim, podobnie jak my, oprócz grzechu (Hbr 4, 15), a dzielenie się z matką przeżyciami i przemyśleniami jest naturalną potrzebą każdego dziecka.

    Cóż za nieskończenie łagodna wymiana myśli i uczuć między Chrystusem a Maryją na temat tego, co widzieli, słyszeli i robili! O ognisku domowym, którym zajmowała się Maryja, o pszenicy, którą mieliła między dwoma dużymi kamieniami, o cieście, które ugniatała, mieszając je z niewielką ilością drożdży, aby masa urosła, o igraszkach Dzieciątka i o Jej nad Nim opiece, o pracy i zmęczeniu Świętego Józefa.

    Czasami rozmawiali o radości sąsiadki, która znalazła zgubioną drachmę, o wróblach przesiadujących na dachu ich małego domu, o tym, że żaden z nich nie spadnie z niego bez zgody Ojca, o liliach na łące, piękniejszych w swej prostocie niż dostojny przodek. Salomon w całym swym bogactwie. Innymi czasy rozmawiali o owcach, które posłusznie podążają za pasterzem, o tych zabłąkanych, które są sprowadzane do stada na ramionach pasterza, o wilkach, które zaatakowały stado i zostały odpędzone przez pasterza ryzykującego dla owiec swoje życie… Te rozmowy nie były modlitwami, ale dawały Jezusowi i Maryi doskonałą okazję do wyrażenia wzajemnego zaufania i miłości oraz pogłębienia bliskości, jaka istniała między nimi”.

    Jednak to, że Ewangelie przekazują nam tylko siedem pereł Maryi, nie jest przypadkowe. Podobnie jak przypadkowe nie jest to, że na kartach świętej księgi Maryja tak dużo milczy.

    PCh24pl/Wydawca: Rosa Mystica

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża – gwarancja zwycięstwa

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Wydarzenia w Guadalupe, Quito, Paryżu, La Salette, Lourdes, Gietrzwałdzie, Fatimie, Akicie, Kibeho tworzą długi łańcuch Maryjnych interwencji w dzieje świata i grzesznej ludzkości. Kochająca Matka nie może pozostać bezczynna, kiedy Jej dzieciom grozi niebezpieczeństwo – a już zwłaszcza gdy same je sobie ściągają na głowę. Dlatego niestrudzenie od wieków przychodzi do nich z ostrzeżeniem, radą, lekarstwem…

    W roku 1948, w dramatycznych chwilach umacniania się komunizmu w naszej Ojczyźnie, prymas Polski kardynał August Hlond wypowiedział na łożu śmierci znamienne proroctwo: Zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję. Słowa te powtarzał często Ojciec Święty Jan Paweł II, który w swym herbie papieskim użył zawołania świętego Ludwika Marii Grignion de Montfort: Totus tuus, czyli Cały Twój, Maryjo.

    Silna wiara w zwycięstwo Matki Bożej nad siłami zła jeszcze na tym świecie leży u podstaw mariologii wspomnianego świętego, który na początku Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny stwierdza, iż przez Najświętszą Maryję przyszedł na świat Jezus Chrystus i przez Nią też chce On w świecie panować. To przekonanie prowadzi autora traktatu do wniosku o szczególnej roli Matki Chrystusowej w powtórnym przyjściu Jej Syna, na które właśnie Ona przygotuje świat.

    Jakby dla potwierdzenia tej szczególnej roli Najświętszej Dziewicy w planie Opatrzności Bożej i historii Zbawienia, Bóg posyła swoją najwierniejszą Córkę, aby przychodziła do swoich dzieci z wezwaniem do nawrócenia, zadośćuczynienia i modlitwy – oraz przesłaniem nadziei na Jej zwycięstwo.

    Doświadczamy tego w szczególnym nagromadzeniu objawień naszej Pani na przestrzeni ostatnich dwustu lat. Im bardziej przyspieszał proces antychrześcijańskiej Rewolucji, zapowiadając kolejne prześladowania, tym bardziej kochająca Matka przypominała o swojej pomocy w uznanych przez Kościół objawieniach.

    Wobec postępów antychrysta

    Warto się wsłuchać w jakże adekwatne w tych okolicznościach słowa kardynała Ivana Diasa, wysłannika papieża Benedykta XVI na uroczystości rozpoczynające odchody stupięćdziesięciolecia objawień Maryjnych w Lourdes.

    Pragnę umieścić te objawienia w szerszym kontekście nieustannej a zaciekłej walki toczącej się pomiędzy siłami dobra i zła – mówił 8 grudnia 2007 roku ówczesny Prefekt Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów – walki, która toczy się od początku dziejów ludzkości w Rajskim Ogrodzie i będzie trwać aż do końca czasów. Objawienia w Lourdes są jednymi z pierwszych w długim łańcuchu objawień Matki Bożej, który rozpoczął się dwadzieścia osiem lat wcześniej, w roku 1830 przy Rue de Bac w Paryżu. (…)

    Po Lourdes Matka Boża nie przestaje okazywać całemu światu żywej matczynej troski o los ludzkości w swych kolejnych objawieniach. Wszędzie prosi o modlitwę i pokutę w intencji nawrócenia grzeszników, ponieważ widzi duchową ruinę niektórych krajów, widzi cierpienia, jakie będzie znosił Ojciec Święty, widzi ogólne osłabienie wiary chrześcijańskiej i trudności Kościoła. Maryja widzi nadejście antychrysta i podejmowane przezeń próby zastąpienia Boga w życiu ludzi: próby, które mimo olśniewających sukcesów będą jednak skazane na niepowodzenie. (…)

    Walka między Bogiem a jego nieprzyjacielem jest zawsze zacięta, nawet bardziej dzisiaj niż w czasach Bernadetty sto pięćdziesiąt lat temu. Ponieważ ludzkość pogrąża się w bagnie sekularyzmu, który chce stworzyć świat bez Boga; relatywizmu, który przytłacza stałe i niezmienne wartości Ewangelii; oraz religijnej obojętności na wyższe dobra i sprawy Boga i Kościoła. Ta walka pochłania niezliczone ofiary w naszych rodzinach i wśród naszej młodzieży.

    W obliczu największej bitwy

    Przypominając znamienną wypowiedź kardynała Karola Wojtyły z 9 listopada 1976 roku (Stoimy dziś w obliczu największej bitwy, jaką ludzkość kiedykolwiek widziała. Nie sądzę, aby wspólnota chrześcijańska do końca ją zrozumiała) papieski wysłannik do Lourdes wskazał, iż Maryja Dziewica po raz kolejny zaprasza nas dzisiaj, abyśmy się stali częścią Jej legionu walczącego z siłami zła. Na znak naszego udziału w Twojej ofensywie prosisz, Najświętsza Matko, o nawrócenie serc, o żarliwe nabożeństwo do Świętej Eucharystii, o codzienne odmawianie Różańca, o modlitwę bez wytchnienia i obłudy, a także o przyjęcie cierpienia dla zbawienia świata.

    Objawienia przy Rue de Bac w Paryżu (1830) i pomoc w postaci Cudownego Medalika, w La Salette (1846) i zapowiedź kryzysu w Kościele, w Lourdes (1858), w Gietrzwałdzie (1877), w Fatimie (1917) i Akicie (1973) stanowią pasmo matczynych interwencji, za pomocą których – mówił kardynał Dias – Najświętsza Maryja Panna tka ze swoich duchowych synów i córek wielką sieć, szykując potężną ofensywę przeciwko siłom złego na całym świecie, która przyniesie ostateczne zwycięstwo Jej Boskiego Syna, Jezusa Chrystusa.

    Ostrzegając swoje dzieci przed apokaliptyczną karą, jaką Bóg ześle na pogrążony w grzechu rodzaj ludzki, Matka Kościoła jednocześnie gwarantuje im zwycięstwo we wspomnianej powyżej bitwie i to jeszcze w doczesności – tak, jak tego oczekiwało tylu świętych. Na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje! – sama to obiecała.

    Jedno jest pewne – podkreślił przemawiając w Lourdes kardynał Ivan Dias – ostateczne zwycięstwo należy do Boga, a stanie się to dzięki Maryi.

    Sławomir Skiba

    (tekst pochodzi z 94. numeru magazynu „Polonia Christiana”)

    św. Ludwik Maria de Montfort: Najświętsza Maryja Panna jest Matką Mistycznego Ciała Chrystusa i Bóg uczynił Jej wielkie rzeczy, których nie jesteśmy w stanie w pełni teraz poznać. Jest królową Aniołów – bytów duchowych a Jej orędownictwo jest wszechpotężne. Otrzymała pełnie łask Bożych, by w życiu ziemskim mieć przywilej Matki Jezusa Chrystusa Jedynego Zbawiciela człowieka. Królestwo Boże rozwijając się we wnętrzu człowieka w jego duszy, za sprawą Ducha Świętego któremu Maryja nierozłącznie towarzyszy i z woli Najwyższego jest szafarką łask duchowych; jest drogą prowadzącą do Jezusa, a kto Ją poznał znajdzie Życie którym jest Jej Syn Jezus Chrystus. Maryja – z woli Bożej – rozpoczęła Boski zamysł zbawienia jako Ta, która zetrze głowę węża siedlisko diabelskiej pychy, prowadzącej na bezdroża kłamstwa i śmierci duchowej. Maryja jest zjednoczona z wolą Bożą i ludzkiej miłości nie zatrzymuje na sobie, lecz ją ukierunkowuje na Owoc Swego Żywota na Boga-Człowieka Jezusa Chrystusa i Trójcę Świętą. Nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny jest rzeczą zbawienną; Jej szczodre serce wyprasza hojne łaski dla czcicieli a praktyka różańca świętego (o który wciąż prosi) jest potężnym młotem na zamysły upadłego anioła i uświęca duszę wierzącego.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty Szymon Stock – sama Najświętsza Maryja miała podać mu szkaplerz

    Święty Szymon Stock – sama Maryja miała podać mu szkaplerz

    WIKIPEDIA

    ***

    Gdy śpiewał ułożony przez siebie hymn: „Kwiecie Karmelu/ Płodna winnico/ Ozdobo niebios”, sama Maryja miała podarować mu szkaplerz.

    Ojciec Joachim Badeni mawiał: „Lepiej trzymać się pewników, płaszcza Matki Bożej. My, dominikanie, mamy opowieść, że ktoś poszedł do nieba i nie znalazł tam ani jednego dominikanina. Okazało się, że wszyscy schowani byli pod płaszczem Matki Bożej, nawet bardzo gruby św. Tomasz, do którego Matka Boża powiedziała: »Tomaszu, mówiłam ci: nie jedz tyle spaghetti«. Trzymać się płaszcza Matki – to najpewniejsza droga do nieba!”.

    Czy to nie obrazowa opowieść o szkaplerzu, który jest materialnym potwierdzeniem słów: „Pod Twój płaszcz się uciekamy”? Słowo scaphulae oznacza nie tylko „wierzchnią szatę”, ale i „skrzydła, pióra”. Oba te znaczenia są trafne i wiele mówią o szkaplerzu. Nie działa on jak talizman i nie jest żadnym karmelitańskim amuletem. Katechizm wyjaśnia: „Sakramentalia to znaki święte, które z pewnym podobieństwem do sakramentów oznaczają skutki, przede wszystkim duchowe, a osiągają je przez modlitwę Kościoła”. Działają ex opera operantis, to znaczy, że łaska jest zawsze, ale możemy z niej nie skorzystać. Ich moc wypływa z wiary osoby, która je nosi.

    Mówimy: szkaplerz, myślimy: Karmel. Ta monastyczna rodzina narodziła się na górze Karmel na przełomie XII i XIII wieku. Gdy opuszczający Ziemię Świętą karmelici dotarli w 1215 roku do zachodniej Europy (najpierw na Sycylię, a później do Francji i Anglii), na Soborze Laterańskim IV wydano dekret zabraniający zakładania nowych zakonów. Nie uznawał on również istnienia tych zgromadzeń, które nie były oparte na jednej z klasycznych, oficjalnie zaaprobowanych przez Kościół reguł. Co teraz? Karmelici mieli twardy orzech do zgryzienia.

    Święty Szymon Stock (przyszedł na świat w 1175 r. w hrabstwie Kent, w Anglii) już jako młodzieniec został eremitą i zamieszkał w pniu ogromnego dębu (ang. stock – pień). Gdy Turcy zmusili karmelitów do opuszczenia Ziemi Świętej, ci przybyli do Anglii (1237 r.), a Szymon wstąpił do tego zakonu. Po ośmiu latach na kapitule w Aylesford wybrano go na jego generała. Wedle tradycji, gdy w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku śpiewał ułożoną przez siebie modlitwę: „Kwiecie Karmelu/ Płodna winnico/ Ozdobo niebios/ Matko Dziewico/ O Najwybrańsza/ Czysta i wierna/ Dzieciom Karmelu/ Bądź miłosierna/ O Gwiazdo morza”, miał widzenie Maryi, która podała mu szkaplerz, zapowiadając: „Przyjmij, najmilszy synu, szkaplerz twego zakonu jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”. Interwencja okazała się skuteczna. Szymon zaopatrzony w listy polecające papieża mógł bez przeszkód zakładać nowe klasztory: w Brukseli, w Liege, w Malines, w Gandawie, w Utrechcie, w Szkocji i Irlandii. Zmarł 16 maja 1265 r. w Bordeaux podczas wizytacji jednego z klasztorów.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Watykan:

    Stanowisko w sprawie dopuszczenia do Komunii świętej

    osób rozwiedzionych będących w nowych związkach

    Trwa renowacja kopuły bazyliki św. Piotra  

    fot. Vaticannews

    ***

    Możliwość dopuszczenia do komunii osób rozwiedzionych będących w nowych związkach, które nie powstrzymują się od kontaktów seksualnych, to “autentyczne nauczanie” – wyjaśnił Watykan w odpowiedzi dla emerytowanego arcybiskupa Pragi kardynała Dominika Duki, który zadał pytania w imieniu Konferencji Episkopatu Czech. Stanowisko w tej sprawie opublikowano na stronie Dykasterii Nauki Wiary.

    Odpowiedzi udzielił nowy prefekt Dykasterii Nauki Wiary kardynał Victor Manuel Fernandez z Argentyny powołując się na adhortację apostolską Franciszka “Amoris laetitia”, ogłoszoną siedem lat temu.

    Przypomniał, że dokument ten otwiera możliwość dopuszczenia do sakramentów Pojednania i Eucharystii kiedy, w szczególnym przypadku, “istnieją ograniczenia, które umniejszają odpowiedzialność i winę”.

    Na stronie internetowej watykańskiej Dykasterii można przeczytać w odpowiedzi, że należy uznać, że proces towarzyszenia “nie wyczerpuje się koniecznie wraz z sakramentami, ale może być nakierowany na inne formy integracji w życie Kościoła”. W tym kontekście wymieniono większą obecność we wspólnocie kościelnej, udział w grupie modlitewnej czy refleksyjnej i w różnych innych działaniach.

    To, jak zaznaczono, zaproszenie do podążania drogą Jezusa: “miłosierdzia i integracji”.

    Franciszek, cytowany przez watykański urząd, przypomniał, że jego adhortacja “Amoris laetitia” oparta jest na nauczaniu poprzednich papieży, którzy “uznawali możliwość przystąpienia rozwiedzionych w nowych związkach do Eucharystii”, o ile “zobowiążą się do życia w pełnej wstrzemięźliwości, czyli do powstrzymania się od aktów właściwych małżonkom”, jak proponował św. Jan Paweł II.

    Jak zaznaczono, Benedykt XVI mówił zaś o “zobowiązaniu do życia w relacji jako przyjaciele”.

    Dykasteria wyjaśniła następnie: papież Franciszek podtrzymuje “propozycję pełnej wstrzemięźliwości dla rozwiedzionych w ponownych związkach, ale przyznaje, że mogą być trudności w jej praktykowaniu, a zatem pozwala, by w pewnych przypadkach, po odpowiednim rozeznaniu, na udzielenie sakramentu Pojednania także wtedy, gdy nie udaje się być dotrzymać wierności wobec wstrzemięźliwości proponowanej przez Kościół”.

    Wyjaśniono zarazem, że wspomniana adhortacja jest zwyczajnym dokumentem papieskiego nauczania, wobec którego wszyscy są wezwani do zaoferowania podejścia w duchu “inteligencji i woli”.

    Gość NIedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pisanie jest modlitwą. Jon Fosse jako mistyk

    Pisanie jest modlitwą. Jon Fosse jako mistyk

    Jon Fosse (fot. TIME / YouTube.com)

    ***

    Dwóch bohaterów o tym samym imieniu, a jakże odmienne jest ich życie. Tan sam świat dookoła, a jakże różne są ich spojrzenia na rzeczywistość. Dlaczego jestem tym, kim jestem, a nie tym drugim, ani też sobą sprzed lat? „Gdyby mnie nie było, nie istniałby Bóg”. Prozę tegorocznego laureata literackiej Nagrody Nobla Jona Fossego charakteryzuje refleksja niewyrażalna w słowach, która rzuca wyzwanie książkowej teologii.

    Potrzebowałem trochę czasu, by przeczytać jedno z nielicznych jego dzieł, dostępnych w języku polskim. Już po pierwszych dwudziestu stronach wiedziałem, że go pokocham.

    Fosse pisze w języku nynorsk i jest autorem powieści, poetą, eseistą i dramaturgiem. Znają go także najmłodsi czytelnicy dzięki nagrodzonej w Norwegii książce “Nieskończenie późno” Jego dramaty grali polscy aktorzy na scenach Teatru Współczesnego w Warszawie, Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, teatrów w Łodzi, Poznaniu i Szczecinie.

    Poszukiwanie znaków

    Jego powieść “Drugie imię. Septologia I-II” to dwie pierwsze części siedmioksięgu. Ma ona w sobie coś z pocierania palcem i muskania myślą koralików różańca. Pisarz wciąga czytelnika rytmem oddechu i powracania po raz kolejny do tego, co już zostało raz wypowiedziane. Nie powtarza się, lecz huśta się na słowach w przyjemnym rytmie wahadła, raz w przód, raz wstecz. Kreśli myśli farbą, która wymyka się z palety barw. Maluje wewnętrzne obrazy, na których wyszywa proste ściegi oszczędnych dialogów. Szuka znaków, ale nie na niebie, lecz w życiu człowieka. Szuka harmonii zanurzonej w paradoksie.

    To, czemu się człowiek poświęca i w czym zostaje ekspertem, czy będzie to malowanie czy łowienie ryb, wymaga od niego precyzji, by odczytywać znaki. Doświadczony wędkarz będzie wiedział, na co zwracać uwagę, by złowić to, na co zarzucił przynętę – „człowiek uczy się wielu punktów orientacyjnych i znaków, a każdy znak ma swoje cechy, są znaki dobre podczas przypływu i są znaki dobre podczas odpływu”. Podobnie jest z wiarą i mistycyzmem. Podobnie jest ze sztuką. Wszystkie znaki wskazują na powiązania wszystkiego ze wszystkim – „wszystkie religie są jednością, myślę, i pod tym względem również religia i sztuka się ze sobą łączą, także dlatego, że zarówno Biblia, jak i liturgia są fikcją, poezją i obrazem, są literaturą, teatrem i sztukami wizualnymi i jako takie mają swoją prawdę, bo oczywiście również sztuka ma swoją prawdę”. W takiej optyce „wszystko więc wiąże się ze sobą w niezwykły sposób, wszystko jest jedną wielką całością”. Mimo, że tak wiele jest na świecie twarzy, wszystkie łączą się w jedno oblicze.

    Bóg jest bliskością

    Autor „Septologii” towarzyszy swoim bohaterom w ich samotności, tej romantycznej i tej zawinionej, której jedyną towarzyszką jest butelka mocnego alkoholu. Uważa, że mówienie o istnieniu Boga spłyca wiarę. Dla niego Bóg nie istnieje. On po prostu jest, był i nadchodzi. Albowiem „do Boga nie da się dotrzeć myśleniem, mówię Bo albo ktoś czuje, że Bóg jest blisko, albo nie, mówię Bo Bóg jest zarówno daleką nieobecnością, tak, samym byciem, jak i bliskością zupełnie bliską”. Bóg jest najbliżej ludzi w rozpaczy, w ciemności. Wtedy „odcinają się od ciemności, jakby światło bijące z nich wykrawało ich z ciemności”.

    Przejście na katolicyzm w 2012 roku, całkowite zerwanie z piciem alkoholu i pozostawienie wcześniejszych fascynacji marksizmem i ateizmem zawdzięcza Fosse Mistrzowi Ekhartowi. Od niego uczył się godzenia sprzeczności: czarne światło, świetlista ciemność, wszechmocna słabość. Opowiadając o swoim chrześcijaństwie buntuje się przeciw dogmatycznemu podchodzeniu do wiary, a bohater jego „Septologii” zadaje sobie pytanie: „dlaczego chrzest ma być niezbędny do zbawienia? Czy Bóg nie może robić tego, co chce? Bo skoro jest wszechmogący, to chyba od Jego woli zależy, że jedni mają zostać ochrzczeni, a drudzy nie? Nie, to głupota, jaką jest wiara w niezbędność chrztu do zbawienia”.

    “Pisanie jest rodzajem podróży w nieznane” – powiedział Fosse w wywiadzie dla Los Angeles Review of Books. To także podróż w czasie, w tę i z powrotem. W jednej ze scen „Septologii” zatrzymuje się samochodem przy placu zabaw, gdzie widzi siebie sprzed lat, przeżywającego z przyszłą żoną intymne chwile zapomnienia. Spotyka także soją bolesną przeszłość. Wie, że nie może jej zmienić, ale może ją kontemplować.

    Modlitwa sprawia, że człowiek jaśnieje

    Fosse nie uważa pisania za formę wyrażania siebie. Twórczość jest dla niego aktem przekształcania rzeczywistości, uciekaniem od siebie, by zagłębić się w tajemnicę. Pozwala zwykłym wydarzeniom szybować w wielką niewiadomą, dodaje skrzydeł temu, co przyziemne, zwyczajne. Odnajduje światło w tym, co ciemne i wydobywa piękno z tego, co uchodzi za niewłaściwe i złe. Z jednego statycznego obrazu tworzy całe historie. Dwie krzyżujące się linie, jeden nietypowy kolor lub błysk, stają się pretekstem do podróży w głąb siebie. Kocha modlitwę, która sprawia, że człowiek jaśnieje, „jakby nagle wypadł z tego złego świata i trafił w przedświt spokoju, ciszy, światła, tak, świetlistej ciemności”, tajemnicy nie do ogarnięcia.

    Błądzący pośród śnieżycy malarz Asle, z psem na rękach, niczym postać z powieści Kafki, próbuje odnaleźć drogę do hotelu i im dłużej idzie, tym bardziej traci nadzieję, że dotrze do celu. Tylko spotkanie życzliwego człowieka może to zmienić. Czarne światło zrozpaczonej twarzy i prostota zagmatwanej drogi staje się pięknem duszy człowieka, który nie orientuje się w terenie. Gubi się. Nie rozpoznaje znaków, a przeszłość i teraźniejszość mieszają się ze sobą.

    W mistyce powieści Fossego królestwo Boże istnieje już teraz, w tym wszystkim, co pogmatwane, w nieodkrytej do końca harmonii dwóch skrzyżowanych na płótnie kresek, „w wieczności tkwiącej w każdym momencie, ale czy ja w to wierzę?”. Czy obraz, jaki namalował jest już skończony? Czy już widać w nim światło? Te pytania nurtują bohatera i samego Noblistę, który swoim mistycznym podejściem do wydarzeń i modlitewnym rytmem języka zachęca czytelnika, by nie bał się zbliżyć do tajemnicy pełnej sprzeczności, do Boga, którego żadna teologia nie jest w stanie opisać. Natomiast życie, tak, może uchwycić ten blask w ciemności, to bicie Bożego serca.

    Uhonorowanie Jona Fossego tak prestiżową nagrodą jest wielkim darem dla wszystkich wierzących, którym nie wystarczają teologiczne traktaty, którzy samodzielnie poszukują znaków Bożej obecności i pociąga ich głębia, która na zawsze pozostanie tajemnicą.

    o. Wojciech Żmudziński SJ/Deon.pl

    ________________________________________________________________________________

    Tegoroczny zdobywca literackiej Nagrody Nobla jest katolikiem.

    To dzięki Mistrzowi Eckhartowi

    Tegoroczny zdobywca literackiej Nagrody Nobla jest katolikiem. To dzięki Mistrzowi Eckhartowi

    fot. Winje Agency / YouTube.com

    ***

    Tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury otrzymał Norweg Jon Fosse. 64-letni dramaturg został uhonorowany “za nowatorskie sztuki teatralne i prozę, które dają wyraz temu, co niewypowiedziane” – uzasadnił Komitet Noblowski Akademii Szwedzkiej w Sztokholmie.

    Twórczość tego wierzącego i praktykującego katolika – beletrystyka, literatura faktu, poezja, sztuki teatralne i opowiadania dla dzieci – została przetłumaczona na 50 języków, w tym na polski. Fosse od dziesięcioleci otrzymuje nagrody literackie i cieszy się uznaniem krytyków.

    W uzasadnieniu podkreślono też, że dzieła autora znane są z bardzo zredukowanego stylu “minimalizmu Fosse’a”. Jest on jednym z najbardziej utytułowanych norweskich dramaturgów. 64-latek napisał około 40 sztuk teatralnych, wystawianych na ponad 120 scenach świata. Ponadto jest autorem powieści, opowiadań, książek dla dzieci, wierszy i esejów.

    Stały sekretarz Akademii Szwedzkiej, Mats Malm, powiedział, że poinformował Fosse’a o swojej nagrodzie telefonicznie. Fosse właśnie podróżował samochodem; obiecał, że będzie jechał ostrożnie. Fosse powiedział norweskiemu nadawcy NRK, że był zaskoczony otrzymaniem telefonu, “ale jednocześnie nie. Przez ostatnie dziesięć lat starannie przygotowywałem się na taką ewentualność. Otrzymanie tego telefonu było dla mnie wielką przyjemnością”.

    Wiara dzięki Mistrzowi Eckhartowi

    Fosse w jednym ze swoich esejów napisał, że musi spróbować przezwyciężyć język, wyjść poza niego, aby nie było już różnicy i można było dotrzeć do Boga. Pisarzem, który miał na niego największy wpływ, był Mistrz Eckhard. Dzięki niemu zaczął w pewnym sensie wierzyć w Boga jako osobę. „Nazywam siebie wierzącym w Boga, jako obecność jednocześnie tam i tutaj. Dzięki niemu zdecydowałem się przejść na katolicyzm. Nie mógłbym tego zrobić, gdyby nie Mistrz Eckhart i jego sposób bycia zarówno katolikiem, jak i mistykiem” – wyznał. Ostatecznie przeszedł na katolicyzm w 2012 r.

    Narratorem jego znanej powieści „Drugie imię. Septologia” (dwa pierwsze tomy zostały wydane po polsku) będącej rozrachunkiem starego człowieka ze splecionymi rzeczywistościami Boga, sztuki, tożsamości, życia osobistego i rodzinnego, jest Asle, nawrócony na katolicyzm, owdowiały malarz, mieszkający poza nadmorską wioską w Norwegii. Akcja rozgrywa się w ciągu kilku wypełnionych wspomnieniami i modlitwą dni w okolicach Bożego Narodzenia, podczas gdy pracuje on nad obrazem przedstawiającym fioletową linię i brązową linię przecinającą się, tworząc X, który porównuje do krzyża św. Andrzeja. Bohater powieści parafrazuje fragment Ewangelii św. Jana, że świat jest ciemnym miejscem, że boskie światło świeci przez tę ciemność i że ciemność go nie pokona.

    Pośród napadów depresji i zwątpienia Asle głęboko w to wierzy i chce to przekazać w swoim malarstwie: „To zawsze, zawsze najciemniejsza część obrazu świeci najbardziej i myślę, że może tak być, ponieważ to w beznadziei i rozpaczy, w ciemności, Bóg jest najbliżej nas, ale jak to się dzieje, jak światło, które wyraźnie widzę na obrazie, dociera tam, czego nie wiem i jak to się w ogóle dzieje, Nie rozumiem tego, ale myślę, że miło jest pomyśleć, że może tak się stało, że tak się stało, kiedy nieślubne dziecko, jak to mówią, urodziło się w stodole w zimowy dzień, w Boże Narodzenie, a gwiazda w górze wysłała swoje silne, czyste światło na ziemię, światło od Boga, tak, to piękna myśl. Myślę, że ponieważ samo słowo Bóg mówi, że Bóg jest prawdziwy, myślę, że sam fakt, że mamy słowo i ideę Boga oznacza, że Bóg jest prawdziwy, myślę, że niezależnie od tego, jaka jest prawda, jest to przynajmniej myśl, że można myśleć, to też jest to, nawet jeśli nie jest to nic więcej niż to, ale zdecydowanie prawdą jest, że właśnie wtedy, gdy rzeczy są najciemniejsze, najczarniejsze, wtedy widać światło, wtedy to światło można zobaczyć, kiedy ciemność świeci, tak, i zawsze tak było przynajmniej w moim życiu, kiedy jest najciemniej, pojawia się światło, kiedy ciemność zaczyna świecić, i może tak samo jest w obrazach, które maluję, w każdym razie mam nadzieję, że tak jest”.

    Kim jest Jon Fosse?

    Jon Fosse urodził się w Haugesund w 1959 roku i dorastał w małej wiosce na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Fosse, o którym mówiono, że jest małomówny, do literatury trafił poprzez muzykę, pisał teksty popowe i rockowe, a w wieku 16 lat pierwsze opowiadania i wiersze. W Bergen studiował literaturę, socjologię i psychologię, a następnie pracował jako wykładowca w Akademii Twórczego Pisania w Hordaland. Fosse jest też tłumaczem na język norweski dzieł Franza Kafki, Jamesa Joyce’a i Samuela Becketta.

    Od 2011 roku Fosse cieszy się dożywotnią rezydencją w „Grotte”, honorowej rezydencji państwa norweskiego w parku zamkowym w Oslo. Dom, który pierwotnie należał do poety Henrika Wergelanda, po jego śmierci został dożywotnio udostępniony czołowemu norweskiemu artyście. W 2015 roku Fosse otrzymał Nagrodę Literacką Rady Nordyckiej, najbardziej prestiżową nagrodę literacką w Skandynawii, za swoje dzieło prozatorskie „Trylogia”.

    Jon Fosse znalazł się wśród norweskich laureatów Literackiej Nagrody Nobla obok Bjørnstjerne Bjørnsona, Knuta Hamsuna i Sigrid Undset.

    Literacka Nagroda Nobla uznawana jest za najbardziej prestiżową nagrodę literacką na świecie. Nagroda przyznawana jest od 1901 roku. W tym roku nagrodą jest jedenaście milionów koron szwedzkich (około 950 000 euro). To o milion koron więcej niż w roku ubiegłym.

    Kai/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Na plebanii w Dąbrowie Górniczej

    Naprawdę dobrze się stało, że wielu ludzi dowiedziało się o tej orgii i że ten grzech nie będzie już czekał na ujawnienie dopiero na sądzie ostatecznym. Warto to sobie uprzytomnić, że swoje miłosierdzie Bóg nieraz nam okazuje również w takich sytuacjach, których my stanowczo wolelibyśmy uniknąć – pisze o. Jacek Salij OP.

    o. Jacek Salij OP.@ Agata Ślusarczyk / Fundacja Opoka

    ***

    O tej orgii mógł się nikt nie dowiedzieć, a jej uczestnicy byli pewni tego, że nikt się o niej nie dowie. Szczęśliwym zrządzeniem Bożej Opatrzności zasłona niegodziwości opadła i o ohydnym występku dowiedziała się cała Polska. W całej rozciągłości objawiła się trudna, ale przecież zbawcza obietnica samego Boga, zapisana w Księdze Ezechiela: „Położę kres twej rozpuście i nierządowi twemu”.

    Ufajmy, że ów nieszczęsny ksiądz zrozumie teraz wielkość swojego grzechu oraz spowodowanego przez siebie zgorszenia, a również jak wielką krzywdę wyrządził całemu Kościołowi. Jeśli w ślad za tym dokona się jego nawrócenie, to raczej wcześniej niż później zacznie on wysławiać Boże miłosierdzie za to, że został tak jednoznacznie zdemaskowany i skompromitowany. Zapewne jest to nieuniknione, że teraz zostanie on usunięty ze stanu duchownego, ale jeśli jego nawrócenie będzie prawdziwe, również za tę surową karę będzie wysławiał Boże miłosierdzie.

    Bo aż strach pomyśleć, co by to było, gdyby ów ksiądz mógł sobie dalej trwać w swoim grzechu i w rozpustnym stylu życia – jak ciężko obrażałby Boga, przystępując (może nawet codziennie?) do ołtarza w stanie śmierci duchowej, i jak bardzo krzywdziłby bliźnich, dla których powinien być duchowym ojcem. Naprawdę dobrze się stało, że wielu ludzi dowiedziało się o tej orgii i że ten grzech nie będzie już czekał na ujawnienie dopiero na sądzie ostatecznym. Warto to sobie uprzytomnić, że swoje miłosierdzie Bóg nieraz nam okazuje również w takich sytuacjach, których my stanowczo wolelibyśmy uniknąć.

    Skoro pochylamy się nad tym wyjątkowo gorszącym wydarzeniem, jakie miało miejsce na plebanii w Dąbrowie Górniczej, to na dwa momenty jeszcze zwróćmy uwagę. Mianowicie już święty Augustyn bardzo podkreślał, że grzechy, jakimi my sami – wierni oraz pasterze – obrażamy Boga i ranimy Kościół, stanowią prześladowanie o wiele cięższe niż to, jakiego doznaje Kościół ze strony swoich zewnętrznych prześladowców. Jaki stąd wniosek dla tematu, o którym teraz rozmawiamy? To bardzo dobrze, ze opinia publiczna tak powszechnie zareagowała oburzeniem na tamten skandaliczny występek. Oburzenie powinno być stanowcze, jednak nie zapominajmy o tym, że nikt z nas, którzy tak się  oburzamy, nie jest niewiniątkiem, nawet jeśli od podobnych wybryków – zapewne bez naszych zasług – Pan Bóg nas ochronił…

    W dziejach Kościoła zdarzały się już takie momenty, kiedy rak zepsucia i nieobyczajności, niestety, docierał do tych środowisk, którym Chrystus Pan szczególnie powierzył troskę o swój Kościół. I tak w roku około 1050 (a więc w przeddzień reformy gregoriańskiej) przyszły doktor Kościoła, św. Piotr Damiani opublikował ostrą filipikę pt. „Napiętnowanie Gomory” przeciwko tym księżom, którzy zapomnieli o swoim kapłańskim powołaniu. Dzieło to oraz inne teksty Piotra Damianiego istotnie przyczyniło się do odnowienia Kościoła, jakie podjął wkrótce papież św. Grzegorz VII.

    Trzysta lat później, kiedy podobny rak pojawił się na Półwyspie Apenińskim, wielka mistyczka dominikańska, św. Katarzyna ze Sieny, wystąpiła z następującym wezwaniem: „Gdy zły lekarz przykłada od razu tylko maść do rany, nie wypaliwszy jej przedtem, wtedy całe ciało zakaża się i gnije. To samo dotyczy prałatów i innych dostojników, którzy widzą, że ich podwładny zakażony jest zgnilizną grzechu śmiertelnego; jeśli poprzestaną na przyłożeniu maści, która tylko łagodzi ranę, a nie wypalą jej ogniem, taki chory nigdy nie wróci do zdrowia, lecz będzie jeszcze zakażał inne członki. Dobry lekarz używa maści łagodzącej dopiero po wypaleniu rany ogniem”. Dziwnie aktualnie brzmią tamte pouczenia.

    W obliczu tak gorszących wydarzeń, jak to, nad którym teraz się zastanawiamy, niektórych katolików, szczerze kochających Kościół, ogarnia następujący niepokój: Co to znaczy, że Kościół jest święty, skoro grzech może aż tak głęboko wejść w Kościół, skoro w cieniu Kościoła można spotkać niekiedy nawet wyjątkowo wielkich grzeszników i gorszycieli?

    Ktoś zauważył, że prawdopodobnie nigdy w historii Kościoła procent niegodnych pasterzy nie osiągnął takiej skali, jak w czasach samego Pana Jezusa. Zdrajca Judasz był jednym z dwunastu.

    Prawdopodobnie nigdy już potem nie było w Kościele aż tak źle, żeby aż co dwunasty kapłan był pasterzem niegodnym. Nie mówię tego dla fałszywego uspokojenia. Bo gdyby w całym Kościele był tylko jeden kapłan niegodny, i tak byłoby to o jednego za dużo. Chodzi mi tylko o to, żebyśmy nie zatracili poczucia realizmu i jasno zobaczyli, że, owszem, występki kapłanów niegodnych bardzo ciężko ranią Kościół, ale z drugiej strony liczba kapłanów niegodnych jest arytmetycznie stosunkowo niewielka.

    Nie trzeba się też dziwić, że wielki grzech w Kościele budzi większe zdumienie i zgorszenie, niż grzech gdziekolwiek indziej. Nawet ludzie niewierzący, nawet tacy, co Kościoła nie lubią albo nawet go nienawidzą, intuicyjnie wyczuwają, że poziom moralny ludzi Kościoła powinien być wyższy od przeciętnej. Nic również dziwnego w tym, że grzechy stosunkowo niewielkiej liczby kapłanów występnych narobiły takiego rumoru w Kościele i w świecie. Jest takie chińskie przysłowie, że jedno padające drzewo robi w lesie więcej hałasu, niż to, że cały las rośnie. Zło zawsze robi wiele hałasu, a już zwłaszcza zło w Kościele, i bardzo dobrze, że tak jest, bo tego zła być nie powinno.

    o. Jacek Salij OP/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tajemnice bolesne

    Różaniec za zmarłych

     Adobe Stock

    *****

    Kościół zachęca do uczynków miłosierdzia nie tylko względem żywych, lecz również względem dusz cierpiących w czyśćcu. Chwalebną rzeczą jest modlić się za zmarłych. Możemy w taki sposób wyrazić miłość naszym bliskim, których kochaliśmy, a także tym wszystkim, którzy potrzebują naszej modlitwy, gdyż cierpią, oczyszczając się w czyśćcu, aby byli godni wejść na Ucztę Baranka.

    Maryja jest Królową dusz czyśćcowych. Kiedy pozdrawiamy Ją, wypowiadając słowa modlitwy Zdrowaś Maryjo…, Ona śpieszy z pomocą duszom, za którymi się wstawiamy. Przynosi im ochłodę, ukojenie w ich oczyszczającym cierpieniu, a także przyśpiesza czas przebywania z Bogiem w Jego domu.

    Każdy, kto modli się za dusze czyśćcowe, otrzymuje od tychże dusz natychmiastową pomoc. One nie mogą pomóc sobie samym, nie mogą też pomagać sobie nawzajem – są zdane na naszą pomoc, ale chętnie przychodzą z pomocą nam, którzy jesteśmy w drodze do nieba. Ich modlitwy będą nam towarzyszyć w godzinie naszej śmierci, kiedy przyjdzie nam stoczyć ostatni, ale najpotężniejszy bój z mocami ciemności.

    Módl się za dusze czyśćcowe. Otaczaj modlitwą tych, którzy wyświadczali ci dobro i odeszli już do Pana. Przychodź z pomocą duszom w czyśćcu tak często, jak to możliwe. Twoje modlitwy kieruj do Boga przez Serce Niepokalanej. Odmawiaj Różaniec w ich intencji. Jej zawierzaj owoc twoich modlitw. Możesz modlić się za te dusze, którym Maryja chce przyjść w danym dniu z pomocą.

    Każde twoje Zdrowaś, Maryjo… wypowiedziane sercem pełnym miłości przyniesie ulgę cierpiącym w czyśćcu. Okazując w taki sposób miłosierdzie, jednocząc się z duszami oczekującymi na wstąpienie do chwały Boga, doświadczysz komunii Kościoła.

    Dobrze jest modlitwę różańcową za dusze czyśćcowe odmawiać po zakończonej Eucharystii, przyjąwszy Ciało Chrystusa, kiedy jesteś napełniony łaską Bożą. Jednak każdy czas i każda chwila przeznaczona na Różaniec za zmarłych jest wskazana i właściwa. Możesz uczestniczyć w Różańcu wieczystym za zmarłych, wybierając dowolną porę, dzień, w którym włączysz się w żywy, nieustający Różaniec. Ta forma pomocy duszom w czyśćcu zapoczątkowana w XVIII wieku przez dominikanów jest kontynuowana nie tylko przez wspólnoty zrzeszone przy zakonie kaznodziejskim, lecz także przez wiele parafii.

    Módl się do twego Ojca w niebie, wierząc, że twoje modlitwy już zostały wysłuchane. Twoja ukryta modlitwa zostanie też nagrodzona. Pan zapewnia nas: Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

    TAJEMNICE BOLESNE

    MODLITWA W OGRÓJCU

    Wszakże nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22,42).

    Maryjo, Twój Syn w Ogrójcu toczył duchową walkę, pocąc się krwawym potem przed czekającą Go męką. On daje nam moc przezwyciężania pokus oddalających nas od woli naszego Ojca. Ty wiesz, o dobra Matko, że nie zawsze naśladujemy Go w radykalnym odrzucaniu tego, co oddala nas od drogi wyznaczonej nam przez Bożą mądrość. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za brak podejmowania duchowej walki z pokusami do złego oraz z grzesznymi namiętnościami naszych zmarłych braci i sióstr, które stały się przyczyną oddalenia od Ojca. Przepraszamy za uleganie zniechęceniu własną słabością, brak współpracy z łaską. Ojcze miłosierdzia, Twój Syn nauczył nas wybierać drogę Twojej woli, abyśmy odnieśli zwycięstwo. Ofiarujemy Ci Jego Serce, najdoskonalej zjednoczone z Tobą, Serce Maryi zjednoczone z Jezusem w cierpieniu, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyćcu.

    Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    BICZOWANIE

    Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę (Iz 50,6a).

    Maryjo, Twój Syn przyjął na siebie okrutną chłostę, która należała się nam za nasze nieprawości. Przelewał za nas swoją Krew, abyśmy w Nim doświadczyli odrodzenia. Ty wiesz, o dobra Matko, że to my zadaliśmy cierpienie Jezusowi poprzez nasze winy. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za grzechy śmiertelne naszych zmarłych, które najmocniej raniły Jego Serce. Przepraszamy za wybieranie zła, odrzucanie dobra. Przepraszamy za pomniejszanie lub niewyznawanie grzechów wobec kapłana. Chcemy zadośćuczynić za grzeszne nałogi, które prowadziły do zamknięcia na Boga Miłości.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn przyjął okrutne razy, abyśmy przestali być niewolnikami grzechu i żyli dla sprawiedliwości. Ofiarujemy Ci Jego Serce starte dla naszych nieprawości, Serce Maryi mającej udział w dziele naszego odkupienia, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    UKORONOWANIE CIERNIEM

    Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem (Iz 50,6b).

    Maryjo, Twój Syn został wyszydzony, poniżony, ukoronowany cierniem, aby nas nie poniżał nasz własny grzech. Król wieków doznał największych upokorzeń, abyśmy odzyskali godność dzieci Boga. Ty wiesz, o dobra Matko, że nie zawsze mamy w sobie pokorę gotową przyjąć miłość Boga. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za wszelką zuchwałość i pychę naszych sióstr i braci, którzy poprzedzili nas w drodze do domu Ojca. Przepraszamy za grzechy wyniosłości, które były powodem oddalenia od Boga, a także zerwania więzi międzyludzkich.

    Przepraszamy za brak pokornej miłości gotowej do pojednania, budowania wspólnoty.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn został ukoronowany cierniem, abyśmy zdolni byli uniżyć się przed Tobą, przyjmując Twoją miłość. Ofiarujemy Ci Jego Serce, które doznało wzgardy i odrzucenia, Serce Maryi, które wraz z Nim przeżywało upokorzenia, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    DŹWIGANIE KRZYŻA

    Lecz on się obarczył naszym cierpieniem, on dźwigał nasze boleści (Iz 53,4a).

    Maryjo, Twój Syn wziął na siebie nasze grzechy, cierpienia, rany. Z miłością przyjął krzyż, aby nam przynieść wyzwolenie. Ukazał nam drogę do zwycięstwa: poprzez naśladowanie Go w przyjmowaniu codziennego krzyża. Ty wiesz, o dobra Matko, że często odchodzimy z tej drogi: stromej i wąskiej, wybierając drogę szeroką, łatwą, lecz oddalającą nas od Boga. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy wynagradzać za naszych zmarłych, którzy zrzucali krzyż ze swoich ramion. Przepraszamy za szemranie, niechęć do naśladowania naszego Mistrza na drodze krzyża. Przepraszamy za brak przyjmowania całej nauki Jezusa – także tej, która mówi o krzyżu. Ojcze miłosierdzia, Twój Syn z miłością przyjął krzyż, aby nas wprowadzić do krainy życia. Ofiarujemy Ci Jego Serce, posłuszne Tobie aż do śmierci, Serce Maryi, idącej wiernie za swoim Synem na Golgotę, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    ŚMIERĆ NA KRZYŻU

    … jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok, a natychmiast wypłynęła krew i woda (Łk 19,34).

    Maryjo, stałaś pod krzyżem, na którym Twój Syn oddawał życie za nas – niewdzięcznych i złych. Byłaś świadkiem, jak z Jego Serca wypłynęła krew i woda dla naszego obmycia. Ty wiesz, o dobra Matko, że zranieni grzechem pozostajemy zamknięci na Jego miłość. Pozostajemy niewolnikami złego ducha, nie chcąc przyjąć miłosierdzia Boga i nie chcąc okazywać miłosierdzia. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za wszelki przejaw braku miłosierdzia tych, którzy nas poprzedzili w drodze. Przepraszamy za niechęć do darowania win, wybaczania. Przepraszamy także za grzech sądzenia bliźnich.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn z miłości do nas oddał życie, aby nam przywrócić godność synów i córek Twego królestwa. Ofiarujemy Ci Jego Serce otwarte włócznią dla nas, Serce Maryi, wytrwałej pod krzyżem, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości.

    Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    FRAGMENT KSIĄŻKI “Różaniec za zmarłych” DO KUPIENIA W INTERNETOWEJ KSIĘGARNI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tajemnica odpustów. Jak uniknąć kary za grzechy?

    MODLĄCA SIĘ KOBIETA

    Shutterstock

    ***

    Czym różni się spowiedź od uzyskania odpustu? Dlaczego Kościół nie rezygnuje z tej „średniowiecznej” praktyki? Czy można uzyskać odpust za innego człowieka? Wyjaśniamy.

    Wydawałoby się, że w XXI wieku mało kogo interesuje zyskiwanie odpustów. A jednak papież Franciszek raz po raz ogłasza nowe okazje, aby je otrzymywać. Dlaczego? Po co warto je zyskiwać?

    A odpust zyskałeś?

    „Byłem wczoraj na odpuście. Ale była impreza! A jakie fajne kramy wokół kościoła! I orkiestra grała! Super” – pochwalił się w poniedziałek rano znajomemu jego kolega z pracy. „A odpust zyskałeś?” – zapytał znajomy. „Co?” – zdziwił się kolega.

    Pojęcia nie miał, czego dotyczyło pytanie. Nie skojarzył, że potoczna nazwa parafialnej uroczystości ku czci patrona właśnie od możliwości uzyskania odpustu pochodzi.

    Niewiedzy i nieporozumień wokół sprawy uzyskiwania odpustów jest sporo. Kilka lat temu jeden z tabloidów w Polsce donosił w tytule, że „papież odpuścił grzechy całemu światu”. Tytuł miał się nijak do umieszczonego pod nim tekstu, który mówił o odpustach zgodnie z tym, jak naucza o nich Kościół katolicki.

    Odpusty i Marcin Luter

    Jedno z pierwszych skojarzeń, jakie budzi dzisiaj – także u wielu katolików – kwestia uzyskiwania odpustów, dotyczy Marcina Lutra. Sporo ludzi wie, że miał on coś przeciwko tej praktyce, ale mało kto potrafi wyjaśnić, o co szło w szczegółach. Niektórzy słyszeli, że poszło o sprzedawanie odpustów. Ale czym tu można handlować?

    O. Stanisław Łucarz SJ, w artykule opublikowanym prawie dwadzieścia lat temu przypomniał, że odpusty są od wieków sprawą kontrowersyjną i to nie tylko pomiędzy Kościołem katolickim a innymi Kościołami i wspólnotami chrześcijańskimi. Dość powiedzieć, że niektórzy liczący się teologowie katoliccy oczekiwali po Soborze Watykańskim II, że papież Paweł VI, ogłaszając Rok Święty 1975, wycofa się z tej praktyki. Byłoby to dziwne i niekonsekwentne, ponieważ to właśnie ten papież ogłosił na początku 1967 roku Konstytucję Apostolską Indulgentiarum doctrina, w której uściślił nauczanie w tej kwestii.

    Odpust, wina i kara

    „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” – sprecyzował Paweł VI i ta definicja jest wciąż aktualna. Została powtórzona w Katechizmie Kościoła katolickiego. Jest też w bardzo podobnym brzmieniu w Kodeksie prawa kanonicznego.

    O co chodzi z tym darowaniem kary? To także wyjaśnił Paweł VI. Przypomniał to, co wiemy z Objawienia Bożego, że następstwem grzechów są kary, nałożone przez boską świętość i sprawiedliwość. „Muszą one być poniesione albo na tym świecie przez cierpienia, nędze i utrapienia tego życia, a zwłaszcza przez śmierć, albo też w przyszłym życiu przez ogień i męki, czyli kary czyśćcowe” – tłumaczył papież.

    W praktyce wymiaru sprawiedliwości wyraźnie widać rozróżnienie między uznaniem winy, a wymierzeniem kary. W niektórych państwach funkcjonuje bardzo wyraźny podział: przysięgli decydują, czy oskarżony jest winny czy nie, natomiast sędzia ustala wymiar kary. Zdarza się czasami (także w Polsce), że sąd uznaje kogoś za winnego, jednak odstępuje od wymierzenia kary.

    Jednak uproszczone porównanie do tworzonego przez ludzi sądownictwa nie pozwala wielu w pełni zrozumieć praktyki Kościoła wynikającej z różnicy między odpuszczeniem grzechów w sakramencie pokuty i pojednania, a uzyskiwaniem odpustów.

    Różnica między spowiedzią a odpustem

    Pomocna okazuje się opowiedziana przez Jezusa przypowieść o synu marnotrawnym (nazywana ostatnio często przypowieścią o miłosiernym ojcu). Syn, który roztrwonił majątek popełniając wiele złego ma świadomość, że zasłużył na karę. Chce prosić ojca o przebaczenie, ale wie, że nawet jeśli je uzyska, kara mu się należy i zamierza się jej poddać.

    Jednak ojciec idzie znacznie dalej, niż syn się spodziewał. Wykonuje dwa kroki. Nie tylko mu przebacza, ale również daruje mu karę, dzięki czemu może on znów funkcjonować jako pełnoprawny członek rodziny.

    Sakrament pokuty i pojednania to pierwszy krok – pozwala na uzyskanie przebaczenia, darowania winy. Jednak wciąż pozostaje kwestia należnej za popełnione zło kary. „Kary nakładane są przez sprawiedliwy i miłosierny wyrok Boży dla oczyszczenia dusz, dla obrony świętości porządku moralnego i dla przywrócenia chwale Bożej pełnego jej blasku” – przypomniał Paweł VI.

    Krok drugi to uzyskanie odpustu, darowania kary. Kościół nie od razu odkrył, że dysponuje „skarbcem zasług Chrystusa i świętych”, dzięki któremu może „rozdawać i przydzielać zadośćuczynienie”. Czyli darować kary, które za grzechy się należą. Uświadamiał to sobie stopniowo dopiero na początku drugiego tysiąclecia po Chrystusie.

    ks. Artur Stopka/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak zwalczać swoje ciężkie grzechy?

    Oto 8 rad Ojców Kościoła

    Grzeszne zamiary rodzą się w naszej świadomości i myślach – niekiedy na dającym się racjonalnie uzasadnić i rozpoznać podłożu.

    Pycha

    Grzech ten zaczyna się od naszej głowy, która wciąż osądza innych, porównuje, zestawia ich stan z naszą sytuacją, prowadząc do zazdrości lub zawiści. Nikogo nie osądzajmy, gdyż nie znamy jego serca, raczej módlmy się w pokorze, aby Bóg nawiedził go i obdarzył tym, czego najbardziej w danej chwili potrzebuje.

    Pycha

    Nieczyste myśli

    Myśli dotyczące pokus cielesnych pojawić się mogą dość niespodziewanie. Dużą rolę odgrywa w nich czystość spojrzenia. Jak spoglądamy na ludzi, których codziennie mijamy na ulicy lub w innych miejscach publicznych? Czy nasz wzrok przyciągają tylko ci atrakcyjni i pociągający fizycznie? Gdy mamy z tym problem, spróbujmy uświadomić sobie, że wszyscy ludzie obok nas to nasze siostry i bracia stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, w których powinniśmy widzieć oblicze Chrystusa.

    • Nieczyste myśli

    Miłość pieniędzy

    Jeżeli nie narzekamy na biedę, starajmy się każdego dnia rezygnować choć z jednej drobnej przyjemności i środki z tej oszczędności przekazać potrzebującemu. Możliwości może być tutaj tysiące: może warto zrezygnować z kolejnego kosmetyku, których i tak nie mogą już pomieścić nasze szafki łazienkowe, dziesiątej pary butów, kolejnego gadżetu elektronicznego, który za tydzień nam się znudzi? Jeżeli zaś mamy mniej, starajmy się podzielić z potrzebującymi choć drobnym, miłym gestem, uśmiechem i dobrym słowem.

    Miłość pieniędzy

    Gniew

    Czasem tego rodzaju odczucie jest uzasadnione, jednak nie otaczają nas aniołowie, ale ludzie słabi. Ale wówczas przypomnijmy sobie, czy sami zawsze stajemy na wysokości zadania? Czy bez powodu nie obrzucamy innych gniewnym spojrzeniem i nieprzyjemnymi komentarzami: w zatłoczonym środku komunikacji, w przychodni, urzędzie lub sklepie? Pamiętajmy wtedy o naszej słabości i spróbujmy na innych spojrzeć z wyrozumiałością. To tacy sami grzesznicy jak my.

    • Gniew

    Zniechęcenie

    Nawet jeżeli cierpienia lub niepowodzenia wydają się walić nam na głowę i myślimy, że nie damy rady ich unieść, po prostu trwajmy w zaufaniu, mówiąc: „Boże, nie rozumiem tego, co się dzieje, ale być może jest w tym jakiś cel, a ty mnie zawsze i bezwarunkowo kochasz!”.

    • Zniechęcenie

    Obżarstwo

    Najlepiej odżywiać się regularnie i oczywiście nie chodzić długo z pustym żołądkiem. Gdy jednak zjedliśmy już posiłek, podziękujmy Bogu i nie myślmy, co by tu jeszcze podjeść. Być może jest obok nas ktoś, kto dzisiaj w ogóle nic nie jadł, a z którym możemy podzielić się zawartością lodówki? Może mamy starszą sąsiadkę, którą możemy poczęstować częścią obiadu?

    • Obżarstwo

    Próżna chwała

    To dobrze, gdy osiągamy sukcesy i zdobywamy uznanie, ale wiedzmy, że bez Bożej łaski nic byśmy nie uzyskali. Dzięki Bogu istniejemy i żyjemy, za wszystko co dobre dziękujmy najpierw jemu, później ludziom, którzy nas wsparli i pomogli. O sobie pomyślmy dopiero na samym końcu!

    Próżna chwała

    Smutek

    Wówczas najlepiej przypomnieć sobie, że Bóg wciąż jest przy nas, choć w sposób niewidzialny. To On sprawia, że wstał nowy dzień, że świeci słońce i zapada wieczór. To On każdego dnia daje nam szansę na zrobienie choć jednego, nawet najmniejszego dobrego uczynku

    Smutek

    *******

    Od czasów ojców pustyni święci i mistrzowie życia duchowego na Wschodzie i Zachodzie próbowali dokonać zasadniczej klasyfikacji najcięższych grzechów. Ewagriusz z Pontu, Jan Kasjan oraz Grzegorz Wielki wyróżnili osiem grzechów głównych: obżarstwo i zbędne dogadzanie ciału (gr. gastrimargia), nieczystość (gr. porneia), miłość pieniędzy (gr. filarguria), gniew (gr. ira), smutek (gr. tristitia), zniechęcenie (gr. acedia), próżna chwała (gr. cenodoxia) oraz pycha (gr. superbia).

    W katechizmach zachodnich najczęściej wymienionych jest siedem grzechów, w dużej mierze pokrywających się z typologią wschodnią: pycha, chciwość, nieczystość, łakomstwo, zazdrość, gniew oraz lenistwo.

    Skąd się biorą skłonności do grzechów?

    Wschodni ojcowie Kościoła, jak np. Jan z Damaszku oraz Jan Klimak zwracali uwagę, że te zasadnicze grzechy mają również charakter pewnych naturalnych namiętności tkwiących w człowieku. Aby podjąć z nimi skuteczną walkę, nie należy więc ograniczyć się do samego żalu, kiedy grzech już popełnimy i rozpatrywać nasz upadek wyłącznie jako naruszenie Bożych przykazań, ale zauważyć, iż grzeszne zamiary rodzą się w naszej świadomości i myślach, niekiedy na dającym się racjonalnie uzasadnić podłożu.

    Odczuwany przez nas gniew, zniechęcenie, smutek lub chęć posiadania nie są jeszcze same w sobie grzechem, ale bardzo łatwo mogą do niego prowadzić. Stąd św. Jan z Damaszku proponuje proste środki zaradcze, gdy myśli i emocje sugerujące popełnienie grzechów głównych rodzą się w naszej głowie.

    Łukasz Kobeszko/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – wrzesień 2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    XXV NIEDZIELA * ROK A

    24 WRZEŚNIA

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Jan Paweł II osobiście napisał tę modlitwę.

    “O uwolnienie świata od wszelkiego zła”

    Jan Paweł II osobiście napisał tę modlitwę. "O uwolnienie świata od wszelkiego zła"

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Słowa modlitwy “O uwolnienie świata od wszelkiego zła” zostały napisane przez samego papieża i mają związek z jedną z Tajemnic Fatimskich.

    Św. Jan Paweł II powierzył się opiece Matce Bożej Fatimskiej, a w 1984 roku poświęcił cały świat Niepokalanemu Sercu Maryi. O to poprosiła Matka Boża Fatimska, a sama siostra Łucja potwierdziła, że Jan Paweł II spełnił prośbę. Poniższa modlitwa jest kluczową częścią konsekracji dokonanej na Placu Świętego Piotra 25 marca (Święto Zwiastowania) w 1984 roku.

    Modlitwa o uwolnienie świata od wszelkiego zła:


    O Serce Niepokalane! Pomóż przezwyciężyć grozę zła, która tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości!
    Od głodu i wojny, wybaw nas!
    Od wojny atomowej, od nieobliczalnego samozniszczenia, od wszelkiej wojny, wybaw nas!

    Od grzechów przeciw życiu człowieka od jego zarania, wybaw nas!
    Od nienawiści i podeptania godności dzieci Bożych, wybaw nas!
    Od wszelkich rodzajów niesprawiedliwości w życiu społecznym, państwowym i międzynarodowym, wybaw nas!
    Od deptania Bożych przykazań, wybaw nas!

    Od usiłowań zdeptania samej prawdy o Bogu w sercach ludzkich, wybaw nas!
    Od przytępienia wrażliwości sumienia na dobro i zło, wybaw nas!
    Od grzechów przeciw Duchowi Świętemu, wybaw nas! Wybaw nas!
    Przyjmij, o Matko Chrystusa, to wołanie nabrzmiałe cierpieniem wszystkich ludzi! Nabrzmiałe cierpieniem całych społeczeństw!

    Pomóż nam mocą Ducha Świętego przezwyciężać wszelki grzech: grzech człowieka i “grzech świata”, grzech w każdej jego postaci.
    Niech jeszcze raz objawi się w dziejach świata nieskończona zbawcza potęga Odkupienia: potęga Miłości miłosiernej! Niech powstrzyma zło! Niech przetworzy sumienia! Niech w Sercu Twym Niepokalanym odsłoni się dla wszystkich światło Nadziei! Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK – 25 WRZEŚNIA – WSPOMNIENIE BŁOGOSŁAWIONEGO WŁADYSŁAWA Z GIELNIOWA, PATRONA WARSZAWY

    ___________________________________________________________________

    Dziś przypada 70 rocznica aresztowania

    bł. Ks. Kardynała Stefana Wyszyńskiego,

    Prymasa Polski

    „Ci panowie chcieli strzelać”. 70 lat temu ubecja aresztowała prymasa Wyszyńskiego

    fot. screenshot YouTube (Krzysztof Łukaszewicz)

    ***

    „Ci panowie chcieli strzelać”.

    W nocy z 25 na 26 września 1953 roku komunistyczna bezpieka, decyzją Moskwy dokonała bezprecedensowego aresztowania na ponad 3 lata głowy polskiego Kościoła, kard. Stefana Wyszyńskiego.

    „Ci panowie chcieli strzelać” – powiedział kard. Wyszyńskiemu, aresztowany wraz z nim i poddany nieludzkim torturom, sekretarz prymasa Polski, bp Antoni Baraniak.

    „Szkoda, że nie strzelali, wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu” – odpowiedział prymas Wyszyński.

    W późny piątkowy wieczór 25 września 1953 roku do bramy rezydencji arcybiskupa zaczęła natarczywie dobijać się grupa mężczyzn, natomiast inna grupa przeskoczyła mur i natknęła się na bp. Baraniaka – czytamy na oficjalnej stronie archidiecezji gnieźnieńskiej, wspominającej tamte dramatyczne wydarzenia.

    Kard. Wyszyński schodząc z piętra na parter zapalił wszystkie światła – niech Warszawa wie, co dzieje się w domu prymasa.

    Jeden z oficerów wyciągnął z teczki dokument Rady Ministrów, który nakazywał prymasowi opuścić miasto i zamieszkać w wyznaczonym miejscu oraz zakazywał mu wszelkich czynności związanych z piastowanym urzędem. „Czytałem – napisał później – by nie zaogniać napiętej sytuacji”.

    Prymas Wyszyński zdążył jeszcze na ręce bp. Baraniaka złożyć oświadczenie, że z pełnionych stanowisk nie rezygnuje

    Po północy z różańcem i brewiarzem w ręku siedział już w samochodzie, który eskortowało sześć innych aut. Nad ranem kard. Wyszyński dotarł do pierwszego miejsca swego internowania w klasztorze kapucynów w Rywałdzie.

    Co ciekawe, wykonanie planu Bolesława Bieruta zakładającego aresztowanie prymasa Wyszyńskiego wstrzymywał sam Stalin, który tłumaczył Bierutowi, że jeszcze jest zbyt wcześnie na tego typu drastyczne ruchy i należy poczekać na odpowiedni moment.

    Bierut poczekał więc na śmierć Stalina i po niej otrzymał już z Moskwy zielone światło dla wdrożenia swego planu brutalnej walki z polskim Kościołem.

    ren/archidiecezja.pl

    ___________________________________________________________________________

     Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego

    ***

    W Stoczku Warmińskim zachowało się świadectwo mężczyzny, który przygotowywał klasztor na więzienie dla Prymasa Wyszyńskiego. Dziś syn tego człowieka jest księdzem.

    Kard. Stefan Wyszyński został aresztowany przez władze komunistyczne w nocy z 25 na 26 września 1953 r. Podczas trzyletniego okresu odosobnienia przebywał kolejno w czterech miejscach internowania: Rywałdzie, Stoczku, Prudniku Śląskim i Komańczy. W wyniku wypadków październikowych 1956 r. powrócił do Warszawy na prośbę przedstawicieli rządu i 26 października – po uprzednim przyrzeczeniu ze strony władz państwowych przywrócenia Kościołowi głównych praw i naprawienia krzywd – objął ponownie wszystkie swoje funkcje w Kościele. Cennym dokumentem okresu odosobnienia Prymasa Polski są „Zapiski więzienne”. Obok kroniki życia codziennego obejmują również takie teksty, jak notatnik duchowy, listy, memoriały do władz oraz obszerne wypowiedzi będące osobistą refleksją nad sytuacją Kościoła w Polsce.

    Stoczek Warmiński na północnym wschodzie Polski. Kompletne odludzie. Do granicy z Rosją – niecałe trzydzieści kilometrów. Po obu stronach szosy rozciągają się lasy. Droga wydaje się bezkresna, prowadząca nie wiadomo dokąd. Tędy właśnie przewożono nocą pod eskortą więźnia Prymasa Wyszyńskiego. Powtarzała się scena znana z III części „Dziadów” Mickiewicza: „…coraz ku dzikszej krainie/Leci kibitka jako wiatr w pustynie …/Oko nie spotka ni miasta, ni góry,/Żadnych pomników ludzi ni natury;/Ziemia tak pusta, tak nie zaludniona…”.

    Jedynie widoczne z daleka wieże barokowego kościoła wskazują, że to tutaj znajduje się klasztor, w którym w latach 1952-53 był więziony za drutami kolczastymi prymas Polski Stefan kardynał Wyszyński.

    Cela została do dziś

    Dzisiaj klasztor jest otoczony tym samym masywnym, wysokim murem. Teraz jednak na bramie widnieje wskazówka: „Do celi Prymasa Wyszyńskiego”. Trzeba przejść długie, zabytkowe krużganki, aby dostać się do domofonu na furcie. Dopiero po wciśnięciu dzwonka okazuje się, że ktoś tu mieszka.

    – Można zwiedzić nie tylko celę, ale także Muzeum Prymasa Wyszyńskiego – mówi ks. Piotr Sroka, miejscowy proboszcz. I zaprasza najpierw do muzeum na parterze. To przestronna sala, w której zwracają uwagę szklane gabloty z rękopisami byłego więźnia i fragmentami „Zapisków więziennych”. Także z pamiątkami z pobytu Kardynała. Wśród nich jest urządzenie znalezione niedawno podczas remontu w futrynie drzwi klasztornych, za którymi przebywał Prymas Wyszyński. Sygnalizowało każde jego wyjście do ogrodu.

    Prosto z muzeum schodami wchodzi się na piętro, gdzie znajdowała się cela kard. Wyszyńskiego. W celi – łóżko, dzbanek, miednica i jedno drewniane krzesło z napisem na kartce naklejonej niedawno: „Na tym krześle siedział Prymas Wyszyński”. Tu więzień dostawał twardą szkołę życia. Twardą, bo takie były warunki, w jakich przebywał. Budynek był nieogrzewany, ściany pokrywał biały szron i mróz, przy drzwiach leżały sterty lodu. Z powodu zimna Prymas miał popuchnięte ręce i oczy. Bolały go nerki. Dokuczliwy był też brak wody. Na skargi czynione komendantowi słyszał, iż sam jest sobie winien, że tu się znalazł. Mimo to zanotował w „Zapiskach”: „Nie czuję uczuć… nieprzyjaznych do nikogo z tych ludzi. Nie umiałbym zrobić im najmniejszej nawet przykrości. Wydaje mi się, że jestem w pełnej prawdzie, że nadal jestem w miłości, że jestem chrześcijaninem i dzieckiem mojego Kościoła, który nauczył mnie miłować ludzi, i nawet tych, którzy chcą uważać mnie za swego nieprzyjaciela”.

    Ta sama jodła

    Klasztoru w Stoczku w dzień i w nocy strzegło około 30 funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Wyszyński miał ograniczony zakres poruszania się: z celi mógł jedynie zejść na dół i przejść do ogrodu. Tego samego, co jest tu dziś. Tylko na drzewach i na ogrodzeniu nie ma teraz drutów kolczastych, które wówczas zewsząd otaczały klasztor. Tuż za oknem celi pozostała nawet ta sama jodła, na którą Wyszyński codziennie spoglądał i o której pisał filozoficznie: „Siadła wrona na czole wyniosłej jodły. Spojrzała władczo wokół i wydała okrzyk zwycięstwa. Jodła ani drgnie; zda się nie dostrzegać wrony. Znosi spokojnie wrzaskliwego gościa. Wszak tyle chmur już przeszło nad jej czołem, tyle ptaków przelotnych tu się zatrzymało. Poszły, jak ty pójdziesz. Nie twoje to miejsce. Cóż zdołasz krzykiem zdziałać? Ja pozostanę, by trwać w skupieniu, by budować swoją cierpliwością, by przetrwać wichry i naloty, by spokojnie piąć się wzwyż. Słońca mi nie przesłonisz, sobą nie zachwycisz, celu mej wspinaczki nie zmienisz. Był las, nie było was – i nie będzie was, będzie las. Bajka? Nie bajka!”.

    Widać, że w duszy więźnia bezsilność ustępowała miejsca akceptacji. A „kraty” powoli stawały się jakby niewidoczne. Zaczynał prowadzić „normalne” życie. Na tyle, na ile mógł. Za swoim przewodnikiem duchowym, ks. Korniłowiczem, Prymas Wyszyński powiedział sobie, że „zadanie życia sprowadza się do chwili obecnej”. Zatem najpierw ustalił sobie program dnia, którego pieczołowicie przestrzegał. Dzień zaczynał o świcie. Godzina 5 – pobudka. 5.45 – modlitwy poranne i rozmyślanie. O 7 odprawiał Mszę św. (w małym bocznym pomieszczeniu urządził kaplicę). Potem jadł śniadanie, a zaraz po nim, niezależnie od pogody, szedł na spacer. Potem odmawiał cząstkę Różańca i pracował – dużo czytał, pisał także artykuły i książki. Uczył się również języków obcych. Po obiedzie znów szedł na spacer do ogrodu i odmawiał kolejną cząstkę Różańca. I ponownie praca własna. Wieczór wypełniała modlitwa. W celi, gdyż drzwi do pobliskiego kościoła, który dzisiaj stanowi sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju, były wtedy zamurowane. O tym, że miejsce odosobnienia sąsiaduje z kościołem, utwierdziły Wyszyńskiego dochodzące do niego zza muru słowa śpiewanej kolędy i dźwięk dzwonka wzywający na Mszę św. Przez cały okres uwięzienia nigdy nie mógł tam pójść.

    Prymas Wyszyński ułożył też w Stoczku akt osobistego oddania się Matce Najświętszej. Uczynił to 8 grudnia, w święto Niepokalanego Poczęcia Maryi, przed obrazem Świętej Rodziny, który do dziś tutaj się zachował. Szybko okazało się, jak Opatrzność Boża przygotowywała go do większego dzieła. Jego osobisty akt oddania się Matce Bożej stał się fundamentem dla późniejszych Ślubów Jasnogórskich i Milenijnego Aktu na Tysiąclecie Chrztu Polski w 1966 r.

    Zadanie specjalne

    W Stoczku zachowało się świadectwo mężczyzny, który przygotowywał klasztor na więzienie dla Prymasa Wyszyńskiego. – Skojarzyłem to sobie po przeczytaniu książki „Zapiski więzienne” – wyznaje pan Józef. W 1953 r. służył w wojsku w Ośrodku Szkoleniowym Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Szczytnie. Pod koniec września cała kompania została wywieziona do Stoczka, aby wykonać „zadanie specjalne”. Nie powiedziano żołnierzom jakie.

    – Mieszkaliśmy niedaleko klasztoru. W klasztorze wykonywaliśmy prace porządkowe, jak: wynoszenie mebli, figur, książek, które składaliśmy na korytarzu przy kościele. W jednym z pokojów była biblioteka pełna książek. Na drzwiach do pokojów były wypisane imiona mieszkających tam kiedyś zakonników. Wszystko to zostało zamalowane, również ściany i podłogi. Pracowaliśmy w dzień, natomiast w nocy pracowali jacyś cywile, którzy zakładali różne instalacje elektryczne. Prądu tam nie było, przy wejściu od strony podwórza stał agregat prądotwórczy. Podczas malowania podłogi jeden z żołnierzy zauważył w otworze po wykruszonym sęku w listwie przypodłogowej coś błyszczącego, podobnego do sitka, oderwał listwę i wyciągnął mikrofon. Zameldował o odkryciu oficerowi, no i się zaczęło. Przerwano pracę, a następnego dnia wyjaśniono nam, że to, co tu wykonujemy, jest ściśle tajne, że tu, w tych pomieszczeniach, będą mieszkali i szkolili się polscy szpiedzy, że służby specjalne muszą o nich wszystko wiedzieć, nawet to, co mówią przez sen, stąd te podsłuchy – relacjonuje pan Józef.

    W ogrodzie, razem z innymi żołnierzami, wycinał drzewa, stawiał parkany, a na strychu budynku gospodarczego budował stanowisko obserwacyjne i miejsce na karabin maszynowy.

    Dziś pan Józef żałuje jednego: że nie powiedział o tym wszystkim Prymasowi. Gdy przeczytał „Zapiski więzienne” i zorientował się w całej sytuacji, Prymas już nie żył.

    Dzisiaj najstarszy syn pana Józefa jest księdzem.

    Bez wyroku, bez aktu oskarżenia

    W więzieniu władze państwowe pozbawiły Wyszyńskiego wszelkich praw. Został on uwięziony, nie wiadomo na jak długo, bez przysługujących mu praw więźnia, bez wyroku, bez aktu oskarżenia. „Zostałem skazany na śmierć cywilną i sprowadzony do poziomu «liszeńca». Z takim stanowiskiem, wydaje mi się, nie powinienem się tak łatwo pogodzić i muszę czynić wszystko, by doszło do wymiany poglądów” – pisał Wyszyński. Ale zwodzono go przez cały czas. Na wszelkie skargi, iż jest bez podstaw prawnych pozbawiony wolności, słyszał z ust komendanta, że nie jest więźniem, lecz osobą, która „przebywa w klasztorze”, a to jest zasadnicza różnica…

    Tymczasem zgodę na uwięzienie Prymasa Polski wyrazili przedstawiciele najwyższych władz państwowych: prezydent Bolesław Bierut, premier Józef Cyrankiewicz, Franciszek Mazur, Edward Ochab i marszałek Konstanty Rokossowski. Po tym, jak w nocy z 25 na 26 września 1953 r. esbecy wtargnęli do rezydencji przy Miodowej i jak skazańca wyprowadzili Prymasa do samochodu, nikt nie wiedział, jakie są jego losy. Miejsca pobytu Wyszyńskiego komunistyczne władze nie chciały ujawnić nawet jego najbliższej rodzinie. Kiedy jedna z jego sióstr udała się do premiera, licząc, że uzyska jakieś informacje na temat brata, najpierw długo czekała w kolejce interesantów, a gdy dostała się na rozmowę, premier zapytał ją: „Pani w jakiej sprawie?”.

    – Jestem siostrą kard. Wyszyńskiego. My wszyscy, cała rodzina, stary ojciec, czekamy i prosimy o kontakt… Czy tak musiało być?

    Premier odparł zdenerwowany: – On nam tak przeszkadzał…, już nam tak przeszkadzał!

    W końcu do opinii publicznej dotarł lakoniczny oficjalny komunikat rządowy, stwierdzający, że „zakazano arcybiskupowi Stefanowi Wyszyńskiemu wykonywania funkcji związanych z dotychczasowymi jego stanowiskami kościelnymi”.

    A tak się kiedyś bał młody ksiądz Stefan Wyszyński, że „nie dostąpi zaszczytu, którego doznali wszyscy koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia…”.

    Gdy w 1956 r. został uwolniony, stwierdził, że nigdy nie wyrzekłby się tych trzech lat. „Lepiej, że upłynęły one w więzieniu, niżby miały upłynąć na Miodowej. Lepiej dla chwały Bożej, dla pozycji Kościoła powszechnego w świecie – jako stróża prawdy i wolności sumień; lepiej dla Kościoła w Polsce i lepiej dla pozycji mojego Narodu. A już na pewno lepiej dla dobra mej duszy. Ten wniosek zamykam dziś, w godzinie mego aresztowania, swoim Te Deum i Magnificat”.

    – Pobyt w więzieniu wyraźnie pokazuje, jak Prymas dorastał do świętości – ocenia ks. dr Andrzej Gałka, sędzia w procesie beatyfikacyjnym kard. Wyszyńskiego. – Był to dla niego czas bliskiej przyjaźni z Panem Jezusem i z Matką Bożą. Umiał zaufać Bożej Opatrzności, dostrzec wolę Bożą w swoim życiu. Dlatego wyszedł z więzienia jako zupełnie inny człowiek.

     Milena Kindziuk/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szczęśliwe krzyże Prymasa

    Biurko i inne prywatne przedmioty kard. Wyszyńskiego w klasztorze w Komańczy.

    Biurko i inne prywatne przedmioty kard. Wyszyńskiego w klasztorze w Komańczy.
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Droga Wielkiego Piątku, jaką szedł kard. Wyszyński, nie oznaczała cierpiętnictwa. Oznaczała wolność.

    Przyjechali nad ranem 26 września 1953 roku. Kilkudziesięciu ponurych mężczyzn otoczyło klasztor w Rywałdzie. Kazali wynosić się zakonnikom z pierwszego piętra. Do zaniedbanej celi, której dwa okna wychodzą na przyklasztorne podwórze, funkcjonariusze wprowadzili kardynała Stefana Wyszyńskiego.

    Znaczące, że choć prymas w tym pierwszym miejscu swojego odosobnienia przebywał tylko kilkanaście dni, pozostawił po sobie jedną pamiątkę – Drogę Krzyżową, rozpisaną na ścianach pomieszczenia.

    „Dziś »erygowałem« sobie Drogę Krzyżową, pisząc na ścianie ołówkiem nazwy stacji Męki Pańskiej i oznaczając je krzyżykiem” – zapisał w dzienniku.

    Kto zachowuje się w ten sposób? Odruchem przeciętnego człowieka, poddanego niezasłużonym szykanom, jest skupienie się na swojej krzywdzie i zasklepienie się w przeżywanym cierpieniu. To bywa jałowe. Prymas Wyszyński wybrał inną drogę – skoncentrował się na cierpieniu Jezusa. To prowadzi do zbawienia, a już tu na ziemi uwalnia i przynosi pokój ducha.

    Jedyna droga

    „Całe moje życie było drogą Wielkiego Piątku” – powiedział prymas Wyszyński po przyjęciu sakramentu chorych, kiedy od śmierci dzieliło go tylko kilka dni. Nie była to deklaracja cierpiętnika – to był manifest człowieka wolnego, który przylgnąwszy do krzyża Chrystusa, przekonał się, że to z niego bije źródło szczęścia.

    Stefan Wyszyński przeczuł to już w dzieciństwie. „Był to Wielki Piątek, w nocy. Cała niemal parafia zebrała się na ostatnie Gorzkie Żale. Śpiewano wszystkie trzy części, jak wtedy było w zwyczaju, a w przerwach obchodzono drogę krzyżową. Całą noc przesiedziałem w kościele skulony przy konfesjonale, który stał przy wejściu do zakrystii. Zapamiętałem mocno tę modlitwę przy grobie Chrystusa” – wspominał po latach. To przeżycie utwierdziło go w przekonaniu, że powinien zostać kapłanem. „Przeżycia tej nocy rzeźbiły moją chłopięcą duszę, pomagały mi odkrywać piękno drogi, którą zamierzałem pójść. Uważałem, że jest to jedyna droga dla mnie, nie może być inaczej. I do dziś dnia nie mam żadnej wątpliwości, że taka powinna być moja droga” – zapisał.

    Znamienne słowa – Stefan Wyszyński już w dzieciństwie odkrył, że droga Wielkiego Piątku jest PIĘKNĄ drogą. W żadnym stopniu nie jest to droga odpychająca, w żaden sposób przytłaczająca i degradująca, ale pociągająca tak, że warta poświęcenia całego życia. Nie może być inaczej, bo droga Wielkiego Piątku jest nade wszystko drogą Jezusa Chrystusa. To On w Wielki Piątek przyjął gorzkie jarzmo krzyża i poniósł jego ciężkie brzemię, a człowiek, który za Nim idzie, niesie lekkie brzemię i doświadcza jego słodyczy.

    Męka prymicji

    O tym właśnie świadczy sposób, w jaki Stefan Wyszyński przyjmował kolejne krzyże, jakie pojawiały się na jego drodze. A było ich sporo. Gdy miał dziewięć lat, zmarła mu mama. Tęsknota za nią pozostała w nim na zawsze, ale nigdy go to zdarzenie nie złamało. Przeciwnie – to pod wpływem tego przeżycia zdecydował: „Chcę mieć Matkę, która nie umiera”. Była to decyzja niezmiernie doniosła, bo jeszcze mocniej związała go z Maryją.

    Gdy Stefan poszedł do seminarium, słabe zdrowie nieomal zamknęło mu drogę kapłańską. Z powodu choroby płuc jego święcenia odbyły się z opóźnieniem. „Byłem święcony sam. Moi koledzy otrzymali święcenia 29 czerwca, a ja w tym dniu poszedłem do szpitala. (…) Gdy przyszedłem do katedry, stary zakrystian, pan Radomski, powiedział do mnie: »Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń«” – opowiadał później. Wspominał też, że podczas ceremonii wygodniej mu było leżeć krzyżem na ziemi, niż stać. Skomentował to tak: „Skoro wyświęcono mnie na oczach Matki, która patrzyła na mękę swojego Syna na Kalwarii, to już Ona zatroszczy się, aby reszta zgodna była z planem Bożym”.

    Nowy kapłan odprawił prymicje 5 sierpnia 1924 r. w Częstochowie, w kaplicy Cudownego Obrazu. „Pojechałem na Jasną Górę, aby mieć Matkę, aby stanęła przy każdej mojej Mszy świętej, jak stanęła przy Chrystusie na Kalwarii” – uzasadniał we wspomnieniach.

    „Prawdziwą męką była moja pierwsza Msza święta” – zaświadczył. Modlił się wtedy, żeby mógł odprawić jeszcze kolejną. I odprawił ją. I jeszcze jedną, i jeszcze wiele tysięcy Mszy św…

    Kolejny raz okazało się, że dla woli Bożej nie istnieją żadne przeszkody. Po odprawieniu prymicji ksiądz Stefan poczuł się silniejszy. Poprawa zdrowia okazała się trwała, i to w takim stopniu, że był w stanie służyć Kościołowi jeszcze przez długie lata.

    Dziękuję za taki los

    Rzecz jasna nie tylko do kwestii zdrowotnych sprowadzały się krzyże prymasa. Jednym z bardziej wyrazistych było jego uwięzienie i przetrzymywanie w latach 1953–1956 w miejscach odosobnienia. Znamienna jest przebijająca z „Zapisków więziennych” gotowość prymasa do przyjmowania cierpienia. Więcej nawet – widać w nich szczerą wdzięczność Chrystusowi za doświadczane przeciwności. „Dziękuję Ci, Mistrzu, za to, żeś mój los tak bardzo upodobnił do Twojego, za to, żeś w Męce swojej zostawił mi dobry wzór męki mojej” – pisał 22 czerwca 1956 roku w klasztorze sióstr nazaretanek w Komańczy. „Opuścili Cię Twoi Apostołowie, jak mnie opuścili biskupi; opuścili Cię Uczniowie, jak mnie moi kapłani. I jedni, i drudzy poddali się trwodze. Pozostała przy Tobie garstka niewiast; widzę je i przy sobie. Pozostali sami świeccy, słabi, grzesznicy: Łotr, Magdalena, Setnik, Nikodem, Józef z Arymatei i Szymon z Cyreny. I przy mnie została gromadka świeckich katolików, wcale nie najmocniejszych, którzy mają odwagę przyznawać się do mnie. To wszystko” – notował prymas. I podsumował: „Gdy porównam moje małe cierpienia z Twoimi, raduję się, że wszystko przeżyłeś, co każesz mi naśladować. Bądź uwielbiony w męce mojej”.

    Tam też, w Komańczy, w obliczu przedłużającego się internowania, zadeklarował: „Wyrzekam się dobrowolnie wszelkich starań o wyzwolenie, dobrowolnie przyjmując dalszą udrękę, byleś tylko Ty, Matko, miała okazać w pełni chwałę swoją”.

    Kardynał Wyszyński bardzo pragnął być na Jasnej Górze 26 sierpnia, gdy – za jego inspiracją – naród składał śluby jasnogórskie. A jednak nie było mu to dane. „Ja mam pełne do tego prawo, mam święty obowiązek i któż tego goręcej pragnie niż ja? A jednak, mając tak Potężną i tak Dobrą Panią, mam zostać w Komańczy” – pisał. Przyjmował to z uległością. Więcej nawet – dostrzegał w tym rękę Maryi. „To jest Twoje królowanie nade mną. Uczyniłem, co mogłem, dla Twojej chwały: przygotowałem w dniu 16 maja tekst Ślubowania, napisałem adoracje stanowe: dla kapłanów, dla młodzieży, dla mężów i matek. Te słowa będą mówiły za mnie do ludzi. A ja będę mówić tylko do Ciebie – za nich. Modliłem się o największą chwałę Twoją na dziś. Chciałem ją zdobyć za cenę mej nieobecności. Ufam, że Królowa Niebios i Polski dozna dziś wielkiej chwały na Jasnej Górze. Jestem już w pełni spokojny. Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu” – modlił się, pisząc.

    Nie mogę prosić o nic

    Na tym polegał Wielki Piątek prymasa: na otwartości na wolę Bożą. Nie na unikaniu życiowych krzyży ani też na cierpiętnictwie. Jego życie było pełne radości, która brała się nie z realizacji własnych zamierzeń, lecz z decyzji przyjmowania wszystkich zamierzeń Boga. Te zaś – taki paradoks – objawiają się nawet bardziej w przeciwnościach niż w tym, co idzie pomyślnie. To nie spełnienie się swoich życzeń, ale przyjęcie woli Bożej sprawia, że „kamień spada z serca”. Tego na każdym kroku doświadczał kardynał Wyszyński. I do końca o tym pamiętał – bo też do końca musiał się czegoś wyrzekać.

    Gdy w kwietniu 1981 roku zaczął brać chemię, zapisał w dzienniku: „Nie ma dnia bez cierpienia”. Lecz nie fizyczne dolegliwości były dla niego największym krzyżem, a niemożność uczestniczenia w katedrze w Triduum Paschalnym. „W Wielkim Tygodniu, gdy biskup jest tak bardzo potrzebny wśród ludzi – jestem sam ze swoimi cierpieniami duchowymi, które są gorsze niż fizyczne… Twój niewolnik, Matko, czuje głęboko swą nieużyteczność” – stwierdził. Zapisał też: „Największym bólem moim było to, że w Wielki Czwartek nie mogłem być ze świętym prezbiterium. Podobnie nie mogłem ucałować nóg Kościoła świętego warszawskiego w liturgii wielkoczwartkowej. To ból równy temu, jaki przeżyłem w 1954, 5 i 6 roku, siedząc w więzieniu w czasie Wielkiego Tygodnia”.

    Nie skarżył się jednak. „Miałem czas przez te dwa tygodnie pobytu w łóżku zastanowić się nad tym, jak wielki to dar Boży – czas, którego Bóg dał mi tyle – blisko 80 lat. Nie mogę prosić o nic Boga ani Jego Syna. Nie mogę prosić o powrót do zdrowia, do sił, dlatego że na stolicy biskupów warszawskich i gnieźnieńskich przebywam blisko 33 lata. To jest duży szmat czasu. Z wielu względów zasługuje on na jakąś decyzję ze strony Chrystusa, który ustanawia pasterzy i ich odwołuje. I w tej dziedzinie jestem również całkowicie spokojny” – zapisał.

    Chrystus podjął decyzję: 28 maja 1981 roku zdjął z ramion prymasa ostatni krzyż i zamienił go na koronę chwały. •

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 29 WRZEŚNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    WSPOMNIENIE ŚWIĘTYCH ARCHANIOŁÓW: MICHAŁA, GABRIELA I RAFAŁA

    18.00  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ***

    Święci Archaniołowie, módlcie się za nami!

    Święci archaniołowie, módlcie się za nami!

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Aniołowie są istotami ze swej natury różnymi od ludzi. Należą do stworzeń, są nam bliscy, dlatego Kościół obchodzi ich święto. Do ostatniej reformy kalendarza kościelnego (z 14 lutego 1969 r.) istniały trzy odrębne święta: św. Michała czczono 29 września, św. Gabriela – 24 marca, a św. Rafała – 24 października. Obecnie wszyscy trzej archaniołowie są czczeni wspólnie.

    W tradycji chrześcijańskiej Michał to pierwszy i najważniejszy spośród aniołów (Dn 10, 13; 12, 1; Ap 12, 7 nn), obdarzony przez Boga szczególnym zaufaniem.

    Hebrajskie imię Mika’el znaczy “Któż jak Bóg”. Według tradycji, kiedy Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu i do buntu namówił część aniołów, Archanioł Michał miał wystąpić i z okrzykiem “Któż jak Bóg” wypowiedzieć wojnę szatanom.

    W Piśmie świętym pięć razy jest mowa o Michale. W księdze Daniela jest nazwany “jednym z przedniejszych książąt nieba” (Dn 13, 21) oraz “obrońcą ludu izraelskiego” (Dn 12, 1). Św. Jan Apostoł określa go w Apokalipsie jako stojącego na czele duchów niebieskich, walczącego z szatanem (Ap 12, 7). Św. Juda Apostoł podaje, że jemu właśnie zostało zlecone, by strzegł ciała Mojżesza po jego śmierci (Jud 9). Św. Paweł Apostoł również o nim wspomina (1 Tes 4, 16). Jest uważany za anioła sprawiedliwości i sądu, łaski i zmiłowania. Jeszcze bardziej znaczenie św. Michała akcentują księgi apokryficzne: Księga Henocha, Apokalipsa Barucha czy Apokalipsa Mojżesza, w których Michał występuje jako najważniejsza osoba po Panu Bogu, jako wykonawca planów Bożych odnośnie ziemi, rodzaju ludzkiego i Izraela. Michał jest księciem aniołów, jest aniołem sądu i Bożych kar, ale też aniołem Bożego miłosierdzia. Pisarze wczesnochrześcijańscy przypisują mu wiele ze wspomnianych atrybutów; uważają go za anioła od szczególnie ważnych zleceń Bożych. Piszą o nim m.in. Tertulian, Orygenes, Hermas i Didymus. Jako praepositus paradisi ma ważyć dusze na Sądzie Ostatecznym. Jest czczony jako obrońca Ludu Bożego i dlatego Kościół, spadkobierca Izraela, czci go jako swego opiekuna. Papież Leon XIII ustanowił osobną modlitwę, którą kapłani odmawiali po Mszy świętej z ludem do św. Michała o opiekę nad Kościołem.

    Kult św. Michała Archanioła jest w chrześcijaństwie bardzo dawny i żywy. Sięga on wieku II. Symeon Metafrast pisze, że we Frygii, w Małej Azji, św. Michał miał się objawić w Cheretopa i na pamiątkę zostawić cudowne źródło, do którego śpieszyły liczne rzesze pielgrzymów. Podobne sanktuarium było w Chone, w osadzie odległej 4 km od Kolosów, które nosiło nazwę “Michelion”. W Konstantynopolu kult św. Michała był tak żywy, że posiadał on tam już w VI w. aż 10 poświęconych sobie kościołów, a w IX w. kościołów i klasztorów pod jego wezwaniem było tam już 15. Sozomenos i Nicefor wspominają, że nad Bosforem istniało sanktuarium św. Michała, założone przez cesarza Konstantyna (w. IV). W samym zaś Konstantynopolu w V w. istniał obraz św. Michała, czczony jako cudowny w jednym z klasztorów pod jego imieniem. Liczni pielgrzymi zabierali ze sobą cząstkę oliwy z lampy płonącej przed tym obrazem, gdyż według ich opinii miała ona własności lecznicze. W Etiopii każdy 12. dzień miesiąca był poświęcony św. Michałowi.

    W Polsce powstały dwa zgromadzenia zakonne pod wezwaniem św. Michała: męskie (michalitów) i żeńskie (michalitek), założone przez błogosławionego Bronisława Markiewicza (+ 1912, beatyfikowanego przez kard. Józefa Glempa w Warszawie w czerwcu 2005 r.).

    Św. Michał Archanioł jest patronem Cesarstwa Rzymskiego, Papui Nowei Gwinei, Anglii, Austrii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Węgier i Małopolski; diecezji łomżyńskiej; Amsterdamu, Łańcuta, Sanoka i Mszany Dolnej; ponadto także mierniczych, radiologów, rytowników, szermierzy, szlifierzy, złotników, żołnierzy. Przyzywany jest także jako opiekun dobrej śmierci.

    W ikonografii św. Michał Archanioł przedstawiany jest w tunice i paliuszu, w szacie władcy, jako wojownik w zbroi. Skrzydła św. Michała są najczęściej białe, niekiedy pawie. Włosy upięte opaską lub diademem. Jego atrybutami są: globus, krzyż, laska, lanca, miecz, oszczep, puklerz, szatan w postaci smoka u nóg lub skrępowany, tarcza z napisem: Quis ut Deus – “Któż jak Bóg”, waga.

    Gabriel po raz pierwszy pojawia się pod tym imieniem w Księdze Daniela (Dn 8, 15-26; 9, 21-27). W pierwszym wypadku wyjaśnia Danielowi znaczenie tajemniczej wizji barana i kozła, ilustrującej podbój przez Grecję potężnych państw Medów i Persów; w drugim wypadku archanioł Gabriel wyjaśnia prorokowi Danielowi przepowiednię Jeremiasza o 70 tygodniach lat. Imię “Gabriel” znaczy tyle, co “mąż Boży” albo “wojownik Boży”. W tradycji chrześcijańskiej (Łk 1, 11-20. 26-31) przynosi Dobrą Nowinę. Ukazuje się Zachariaszowi zapowiadając mu narodziny syna Jana Chrzciciela. Zwiastuje także Maryi, że zostanie Matką Syna Bożego.

    Według niektórych pisarzy kościelnych Gabriel był aniołem stróżem Świętej Rodziny. Przychodził w snach do Józefa (Mt 1, 20-24; 2, 13; 2, 19-20). Miał być aniołem pocieszenia w Ogrójcu (Łk 22, 43) oraz zwiastunem przy zmartwychwstaniu Pana Jezusa (Mt 28, 5-6) i przy Jego wniebowstąpieniu (Dz 1, 10). Niemal wszystkie obrządki w Kościele uroczystość św. Gabriela mają w swojej liturgii tuż przed lub tuż po uroczystości Zwiastowania. Tak było również w liturgii rzymskiej do roku 1969; czczono go wówczas 24 marca, w przeddzień uroczystości Zwiastowania. Na Zachodzie osobne święto św. Gabriela przyjęło się dopiero w wieku X. Papież Benedykt XV w roku 1921 rozszerzył je z lokalnego na ogólnokościelne. Pius XII 1 kwietnia 1951 r. ogłosił św. Gabriela patronem telegrafu, telefonu, radia i telewizji. Św. Gabriel jest ponadto czczony jako patron dyplomatów, filatelistów, posłańców i pocztowców. W 1705 roku św. Ludwik Grignion de Montfort założył rodzinę zakonną pod nazwą Braci św. Gabriela. Zajmują się oni głównie opieką nad głuchymi i niewidomymi.

    W ikonografii św. Gabriel Archanioł występuje niekiedy jako młodzieniec, przeważnie uskrzydlony i z nimbem. Odziany w tunikę i paliusz, czasami nosi szaty liturgiczne. Na włosach ma przepaskę lub diadem. Jego skrzydła bywają z pawich piór. Szczególnie ulubioną sceną, w której jest przedstawiany w ciągu wieków, jest Zwiastowanie. Niekiedy przekazuje Maryi jako herold Boży zapieczętowany list lub zwój. Za atrybut służy mu berło, lilia, gałązka palmy lub oliwki.

    Rafał przedstawił się w Księdze Tobiasza, iż jest jednym z “siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański” (Tb 12, 15). Występuje w niej pod postacią ludzką, przybiera pospolite imię Azariasz i ofiarowuje młodemu Tobiaszowi wędrującemu z Niniwy do Rega w Medii swoje towarzystwo i opiekę. Ratuje go z wielu niebezpiecznych przygód, przepędza demona Asmodeusza, uzdrawia niewidomego ojca Tobiasza. Hebrajskie imię Rafael oznacza “Bóg uleczył”.

    Ponieważ zbyt pochopnie używano imion, które siedmiu archaniołom nadały apokryfy żydowskie, dlatego synody w Laodycei (361) i w Rzymie (492 i 745) zakazały ich nadawania. Pozwoliły natomiast nadawać imiona Michała, Gabriela i Rafała, gdyż o tych wyraźnie mamy wzmianki w Piśmie świętym. W VII w. istniał już w Wenecji kościół ku czci św. Rafała. W tym samym wieku miasto Kordoba w Hiszpanii ogłosiło go swoim patronem.

    Św. Rafał Archanioł ukazuje dobroć Opatrzności. Pobożność ludowa widzi w nim prawzór Anioła Stróża. Jest czczony jako patron aptekarzy, chorych, lekarzy, emigrantów, pielgrzymów, podróżujących, uciekinierów, wędrowców i żeglarzy.

    W ikonografii św. Rafał Archanioł przedstawiany jest jako młodzieniec bez zarostu w typowym stroju anioła – tunice i chlamidzie. Jego atrybutami są: krzyż, laska pielgrzyma, niekiedy ryba i naczynie. W ujęciu bizantyjskim ukazywany jest z berłem i globem.

    (brewiarz.pl)

    Litania do archaniołów św.św. Michała, Gabriela i Rafała

    Panie, zmiłuj się nad nami!

    Chryste, zmiłuj się nad nami!

    Panie, zmiłuj się nad nami!

    Chryste, usłysz nas!

    Chryste, wysłuchaj nas!

    Ojcze z nieba, Boże, Stworzycielu wszystkich duchów, zmiłuj się nad nami!

    Synu, Odkupicielu świata, Boże, na którego patrzeć pragną aniołowie, zmiłuj się nad nami!

    Duchu Święty, Boże, radości duchów błogosławionych, który uświęcasz dusze, zmiłuj się nad nami!

    Święta Trójco Jedyny Boże, chwało świętych aniołów, zmiłuj się nad nami!

    Święta Maryjo, Królowo duchów niebieskich; módl się za nami.

    Święty Michale, książę zastępu wiecznego;

    Wodzu aniołów pokoju;

    Najmocniejszy w walce;

    Pogromco pradawnego węża;

    Odwieczny obrońco ludu Bożego;

    Któryś wygnał z nieba Lucyfera i jego popleczników;

    Który przyjmujesz odchodzące dusze i prowadzisz je do raju;

    Pocieszenie wiernych,

    Opiekunie tych, którzy oddali się tobie;

    Święty Gabrielu, któryś objawił Danielowi tajemnice Boskie;

    Który zapowiedziałeś narodziny i misję Św. Jana Chrzciciela;

    Który zwiastowałeś Wcielenie Słowa;

    Stróżu Najświętszej Panienki;

    Czuwający nad dzieciństwem Zbawiciela

    Który pocieszałeś Chrystusa w chwilach męki;

    Wierny sługo Chrystusa;

    Święty Rafale, aniele zdrowia;

    Święty Rafale, jeden z siedmiu duchów stojących przy Tronie Boga;

    Wierny przewodniku Tobiasza;

    Który zmusiłeś diabła do ucieczki;

    Orędowniku naszych modlitw przed Panem;

    Uzdrowicielu ślepego;

    Wspomożycielu w strapieniu;

    Pocieszycielu w trudach;

    Niosący radość twym wiernym podopiecznym.

    Święty Michale, Gabrielu i Rafale, módlcie się za nami.

    Jezu Chryste, błogosławieństwo aniołów, przepuść nam!

    Jezu Chryste, chwało duchów niebieskich, wysłuchaj nas!

    Jezu Chryste, ozdobo wiecznych zastępów, zmiłuj się nad nami!

    Do Św. Michała

    Boże, który sprawiłeś, że błogosławiony Michał, Twój Archanioł, zwyciężył pysznego Lucyfera i nikczemne duchy, błagamy Ciebie, byśmy walcząc pod Krzyżem i za swoje przyjmując dewizę: Któż jak Bóg!?, zwyciężyli wszy­stkich naszych wrogów, pokonali wszelkie przeszkody i uporządkowali nasz żywot zgodnie z Twoją wolą i przykazaniami. Przez Jezusa Chrystusa, Pana Nszego. Amen.

    Do Św. Gabriela

    Boże, orędowniku zbawienia ludzkości, który posłałeś błogosławionego Gabriela, stojącego przed Twoim tronem, by zwiastował prześwietnej Dziewicy tajemnicę wejścia Twojego błogosławionego Syna w ciało człowiecze, błagamy Ciebie, byśmy poprzez jego wstawiennictwo zyskali pomoc w każdej naszej potrzebie, duchowej i doczesnej. Przez Jezusa Chrystusa, Pana Naszego. Amen.

    Do Św. Rafała

    Boże, który w swej niewysłowionej dobroci uczyniłeś bło­gosławionego Rafała przewodnikiem wiernych w ich wędrówkach, pokornie prosimy Cię, by poprowadził on nas na drodze zbawienia i byśmy doświadczyli jego pomocy w chorobie duszy. Przez Jezusa Chrystusa, Pana Naszego. Amen

    -/brewiarz.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 30 WRZEŚNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XXV NIEDZIELI

    PO MSZY ŚWIĘTEJ SPOTKANIE WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    ***

    Dlaczego święty Jan Paweł II dodał do różańca tajemnice światła?

    Dlaczego Jan Paweł II dodał do różańca tajemnice światła?

    fot. dpositphotos.com

    *****

    Dwadzieścia lat temu św. Jan Paweł II opublikował list apostolski Rosarium Virginis Mariae , dodając pięć tajemnic światła do tradycyjnych 15 rozważanych w różańcu. Papież zaproponował tajemnice światła, aby „podkreślić chrystologiczny charakter różańca”.

    Tajemnice Światła odnoszą się do życia publicznego Chrystusa między Jego chrztem a męką. Tajemnice tej części różańca dotyczą chrztu Jezusa w Jordanie, cudu na weselu w Kanie, głoszenia Królestwa Bożego z wezwania do nawrócenia, Przemienienia na Górze Tabor oraz ustanowienia Eucharystii – ,,sakramentalnego wyrazu tajemnicy paschalnej”, jak określił papież Jan Paweł II.

    W liście apostolskim św. Jan Paweł II wyjaśnił, że „różaniec, choć wyraźnie ma charakter maryjny, jest w istocie modlitwą chrystocentryczną”.  Zaproponował, aby Tajemnice Światła były kontemplowane w czwartki.

    Papież uznał za stosowne, aby „po refleksji nad wcieleniem i ukrytym życiem Jezusa (tajemnice radosne), rozważać pewne szczególnie ważne momenty Jego publicznej posługi (tajemnice światła) i przed skupieniem się na cierpieniach Jego męki (tajemnice bolesne) oraz na triumfie Jego Zmartwychwstania (tajemnice chwalebne)”.

    Tajemnica Chrystusa jest tajemnicą światła

    Św. Jan Paweł II wyjaśnił, że każda z tajemnic światła „jest objawieniem Królestwa obecnego w samej osobie Jezusa”. Ta obecność przejawia się w szczególny sposób w każdej z nich.

    Przez chrzest Chrystus „stał się «grzechem» ze względu na nas (por. 2 Kor 5, 21)”, Ojciec ogłasza Go Umiłowanym Synem, a Duch Święty „zstępuje na Niego, aby powierzyć Mu misję, którą ma wypełnić”.

    Na weselu w Kanie Galilejskiej Jezus, przemieniając wodę w wino, „otwiera serca uczniów na wiarę dzięki interwencji Maryi, pierwszej wśród wierzących”.

    Głosząc o Królestwie Bożym i wzywając do nawrócenia, Chrystus inicjuje „posługę miłosierdzia”, która jest kontynuowana przez „Sakrament Pojednania, który powierzył swojemu Kościołowi”.

    Dla św. Jana Pawła II Przemienienie na Górze Tabor jest „tajemnicą światła par excellence ”, ponieważ „chwała Bóstwa jaśnieje z oblicza Chrystusa, gdy Ojciec nakazuje zdumionym Apostołom «słuchać go»”.

    Podczas ustanowienia Eucharystii „Chrystus ofiarowuje swoje Ciało i Krew jako pokarm pod znakami chleba i wina i świadczy «do końca» o swojej miłości do ludzkości (J 13, 1), dla której zbawienia złoży się w ofierze”.

    Maryja w Tajemnicach Światła

    Św. Jan Paweł II zwrócił uwagę, że „oprócz cudu w Kanie, obecność Maryi pozostaje w tle”. Jednak „rola, którą przyjęła w Kanie, w pewien sposób towarzyszy Chrystusowi w całej jego posłudze” z jej matczyną radą: „Czyń, cokolwiek ci powie (J 2, 5”). Ta rada to „odpowiednie wprowadzenie do słów i znaków publicznej posługi Chrystusa i stanowi maryjną podstawę wszystkich «tajemnic światła»”- uważa Papież.

    CNA/kh/Deon.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________


    Są trzy poziomy odmawiania różańca.

    Wiele osób odczuwa trudności na drugim

    Są trzy poziomy odmawiania różańca. Wiele osób odczuwa trudności na drugim

    Różaniec/fot. Wavebreak Media LTD / Depositphotos.com

    ***

    Różaniec może być przeżywany na trzech poziomach duchowych, które są często równoległe. Wiele osób przeżywa to, nawet o tym nie wiedząc – mówi ks. Janusz Umerle.  

    W konferencji opublikowanej na swoim youtube’owym kanale ks. Umerle dzieli się w wiernymi kilkoma cennymi spostrzeżeniami dotyczącymi różańca. Jak zauważa, ta modlitwa może mieć trzy poziomy. 

    Pierwszy poziom różańca: modlitwa tajemnicami

    Pierwszy poziom odmawiania różańca to modlitwa tajemnicami.

    – Ten pierwszy poziom jest najniższy, najmniej cenny. Dlatego, że “przeżuwając” tajemnice wiary, kiedy odmawiamy dwadzieścia tajemnic różańca, poznajemy Pismo Święte. Każda z tych tajemnic ma odpowiednik w Piśmie Świętym. Więc poznajemy Słowo Boże. Poznajemy przez to wiarę. W takim odmawianiu różańca na podstawowym poziomie medytowania tajemnic na pierwszy plan wysuwa się medytacyjny, refleksyjny charakter różańca; rozmyślamy nad tajemnicą, nad tym, w co wierzymy – mówi ksiądz.

    Drugi poziom różańca: trudności i rozproszenia

    Wiele osób mówi, że podczas modlitwy tajemnicami różańca nie może się skupić, że są rozproszenia – zauważa ks. Umerle. Jak wyjaśnia, to dlatego, że większość z nas jest na etapie tzw. drugiego nawrócenia, na drugim etapie życia duchowego.

    – Jesteśmy już raz nawróceni, mamy łaskę żywej wary, wiemy, że Bóg jest, wierzymy w Niego. I ta łaska Boża natrafia w nas na różne rzeczy. Na nasze grzechy ciężkie, zranienia. To jest drugie nawrócenie – że każdego dnia mamy się uzdrawiać, oczyszczać. To nie jest proces jednorazowy, to jest długi proces uzdrowienia, oczyszczania, odnajdowania pokoju, zrozumienia samego siebie. I tu przychodzi następny etap różańca – mówi duchowny.

    Wyjaśnia, że gdy walczymy z czymś w sobie i pojawia się w nas jakaś oschłość duchowa, refleksyjny sposób odmawiania różańca, którego doświadczamy na pierwszym poziomie, staje się niemożliwy.

    – To znaczy wiemy, że odmawiamy tajemnicę zwiastowania, ale nic nam do głowy nie przychodzi, gdy ją odmawiamy. Nie potrafimy się na tej tajemnicy skoncentrować. I Bóg chce, żeby tak było! To jest stan ducha pochodzący od Boga, stan oczyszczenia, walki – podkreśla ksiądz. – To jest czas, kiedy trzeba klepać różaniec. Odmawiaj go mechanicznie. Nie musisz mieć wielkich głębokich duchowych rozważań. Myśli są rozproszone? Niech sobie będą. 

    Trzeci poziom różańca: jestem modlitwą

    Trzeci poziom różańca to ten, do którego dochodzimy po pewnym czasie i zauważamy, że zaczynamy go odmawiać nawet nieświadomie.

    – Ten różaniec zaczyna przenikać całą naszą naturę, wsiąkać w nasze istnienie. Człowiek gdzieś idzie i po dziesięciu minutach orientuje się, że odmawia różaniec, chociaż nie trzyma go w palcach. Ja słyszę w sobie, że tam jest “Zdrowaś Mario!”. To zaczyna być drugą naturą człowieka. Wiele osób to ma: najprościej mówiąc – jestem różańcem. Staję się różańcem. Ta modlitwa sama się już we mnie odmawia. Nie jest ważne, czy jestem skupiony, czy nie. Zaczynam znowu odmawiać różaniec tajemnicami, które rozumiem, które same do mnie przychodzą, nie potrzebuję książeczki, by je rozważać – podkreśla ks. Umerle.

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dziadkowie jako świadkowie wiary

    Dziadkowie jako świadkowie wiary

    fot. Ruggiero Scardigno / Depositphotos

    *****

    Gdy rozmawiam z młodymi wierzącymi ludźmi coraz częściej zdarza mi się słyszeć, że są obiektem rodzinnych kpin i przytyków ze względu na swoje “staroświeckie” poglądy i wiarę. Można mówić, że młodzi z Kościoła odchodzą, wszak statystyki są jednoznaczne. Co jednak z tymi młodymi i osobami w wieku średnim, którzy są blisko Kościoła, żyją wśród swoich bliskich, ale jakby na odludnej wyspie?

    Można śmiało stwierdzić, że problemów jest więcej niż te, które widać, parząc tylko z zewnątrz. Wielu poszukuje sensownej formacji czy wspólnoty i niewiele poza Domowym Kościołem ma w swoim zasięgu. Ludzie szukają głębi po omacku, bo nie mają w życiu duchowych towarzyszy i przewodników. Niezrozumienie otoczenia jest coraz bardziej wyczuwalne, bo ludzie lawinowo odchodzą z Kościoła, albo zostają w nim tylko w teorii.

    Jeszcze czterdzieści lat temu nieślubne dziecko, czy rozwód były powodem pewnego wstydu. Teraz celebryci chwalą się kolejnymi związkami, a ludzie wokół – również katolicy – klaszczą im i gratulują. Nikt nie płacze nad rozpadem kolejnej rodziny czy czyjegoś życia w grzechu (czasem wręcz życia niemoralnego i gorszącego). Dziś rodzice i dziadkowie pozwalają zamieszkać pod swoim dachem dzieciom czy wnukom z ich kolejnym partnerem i nie widzą w tym najmniejszego problemu. Nie starają się nawet w jakikolwiek sposób wpłynąć na ich decyzję, bo sami przestali uważać ją za niewłaściwą. Dlaczego?

    Kto z nas ma bądź miał dziadków, którzy się za nas modlili? Mam jedno wspomnienie mojej zmarłej przed trzydziestoma laty babci, która powiedziała, że codziennie się za mnie modli. Wierzę, że jej modlitwa zmieniła wiele. Wytrwała modlitwa babci – może ta wyśmiewana dziś pobożność, z dziadkami z różańcem w dłoni. Jednak takiej pobożności bardzo nam dziś brakuje, bo za nią też często szło życie zgodne z tym, do czego zachęca nas Kościół. Nie widzę wokół siebie zbyt wielu dziadków, którzy są wsparciem w duchowej drodze nastolatków, młodych dorosłych czy ludzi w średnim wieku, jeśli ich starsi już rodzice bądź dziadkowie jeszcze żyją.

    Dziś częściej z ust dziadków słyszy się “takie czasy, teraz jest inaczej”, niż “weź się w garść, zawalcz o siebie i swoją rodzinę”. Brakuje nam autorytetów, bo często w rodzinie darmo ich szukać, a wokół nie zawsze widzimy tych, którzy mogliby się nimi dla nas stać.

    Lubię chodzić wieczorami na Msze w mojej parafii. Przed każdą z nich jest odmawiany różaniec i ogromnie cieszy mnie ta garstka starszych ludzi, którzy codziennie odmawiają go na kolanach. Można się z tego śmiać, ale kogo z nas stać na taki wysiłek, poświęcenie czasu, bycie przy Bogu? Dla mnie ci ludzie są obrazem mojego głębokiego pragnienia bym sama za czterdzieści lat mogła klęczeć na ich miejscu, na starych i obolałych kolanach, z miłości do Boga i ludzi. Ta garstka jest dla mnie światełkiem nadziei.

    Gdzie szukać dziś autorytetów, gdy nie można go odnaleźć wśród najbliższych? Z  kim rozmawiać o swoich wątpliwościach, problemach, duchowych rozterkach, jeśli jest się jedyną osobą w domu, która przy wigilijnym stole chce odczytać fragment Ewangelii? Czy to, że jest się “odludkiem” w rodzinie nie sprawia, że się od niej jeszcze bardziej oddalamy? Czy czyjś śmiech i kpina nie stają się powodem porzucenia dobrych i wartościowych praktyk?

    Szukajmy wokół siebie autorytetów. Jeśli nie ma ich wśród najbliższych, być może są gdzieś obok, np. w kościele parafialnym na modlitwie różańcowej przed wieczorną Mszą? Jeśli nadal nie widać ich na horyzoncie, poszukajmy wśród rówieśników. Ostatnio coraz częściej przekonuje się o tym, że mam wokół siebie bardzo wielu świadomie wierzących 30-40 latków, którzy podobnie jak ja, chcieliby usiąść przy swojej babci odmawiającej z nimi różaniec. Babcia się jednak nie modli, albo już jej z nami nie ma… Może jednak znajdzie się ktoś inny?

    Magdalena Urbańska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XXVI NIEDZIELA * ROK A

    1 PAŹDZIERNIKA

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ***

    … Siła Kościoła bierze się z modlitwy, różańca, adoracji i medytacji, ale coraz częściej modlitwę utrudnia nam nieumiejętność przebywania w ciszy i milczeniu. Jest w nas dużo chaosu i hałasu, które nie pozwalają nam spotkać się z Bogiem.
    Modlitwa Pana Jezusa jest, jak podziemna rzeka przenika ona całą Jego egzystencję: Jego relacje i gesty, prowadzi Go do wypełnienia Jego misji, czyli do zbawienia świata”. – Chrystus modli się, by dać nam przykład, by nauczyć nas modlitwy i by nam pomóc w naszej modlitwie. Coraz częściej modlitwę utrudnia nam nieumiejętność przebywania w ciszy i milczeniu.
    Jest w nas dużo chaosu i hałasu, które nie pozwalają nam spotkać się z Bogiem. Modlitwa osobista jest potwierdzeniem, że mamy nad tym wszystkim jeszcze kontrolę (…) i choć na chwilę potrafimy stanąć przed Panem i oddać Mu wszystko. Brak modlitwy osobistej jest sygnałem, że tę kontrolę tracimy. 
    Historia Eliasza pokazuje, że Bóg do człowieka „chce przyjść w intymności” (….), w spokoju łagodnego powiewu”.
    Szmeru się nie usłyszy w hałasie, a łagodnego powiewu nie rozpozna się w biegu
    Żeby nie popaść w obojętność czy wręcz ospałość w Kościele, którą obecnie z taką łatwością akceptujemy, że mniej ludzi chodzi do kościoła, że mniej praktykuje. Wciąż powtarzamy tekst papieża Benedykta o chrześcijaństwie małych wysp, chyba do końca go nie rozumiejąc i szukając w nim usprawiedliwienia dla naszej ospałości. Coraz częściej można też usłyszeć głosy, że nie chcemy nikogo nawracać do Chrystusa. To po co jest Kościół? (…) Musimy uważać, by w imię jakiejś ultragrzeczności nie zredukować misji Kościoła jedynie do przytulanki.
    Przykład św. Jacka pokazuje skąd ten święty miał siłę na prowadzenie bardzo intensywnego życia.
     – Prowadził życie aktywne, wielokrotnie zmieniał miejsce pobytu, kilkukrotnie przemierzył Polskę pieszo, zakładał kolejne dominikańskie klasztory. (…) Skąd miał na to siłę, zwłaszcza, że żył w czasach niespokojnych i trudnych, choćby walk między piastowskimi książętami, sporów dzielnicowych, czy najazdów tatarskich? Odpowiedzią jest m.in. ikona św Jacka, przedstawiająca go z monstrancją z Najświętszym Sakramentem i figurą Najświętszej Panny Maryi. – Jego siła, ale i siła Kościoła bierze się właśnie stąd: z modlitwy, różańca, adoracji i medytacji. 
     (fragmenty z homilii abp Adriana Galbasa SAC podczas Mszy św. sprawowanej w Sanktuarium św. Jacka w Kamieniu Śląskim, źródło:archidiecezjakatowicka.pl / Radio eM Katowice / mł)

    ***

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O ofierze Mszy świętej – św. Jan Maria Vianney tak napisał:

    Wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza jest dziełem Bożym. Nawet męczeństwa nie da się porównać z Mszą świętą – jest ono bowiem ofiarą, jaką człowiek składa Bogu ze swojego życia, a Msza święta jest ofiarą, jaką Bóg złożył z samego siebie człowiekowi, przelewając za niego krew.

    Kapłan jest kimś bardzo wielkim, gdyby pojął swoje powołanie do końca umarłby… Sam Bóg jest mu posłuszny. Na słowa kapłana Chrystus zstępuje z nieba i daje się zamknąć w małej hostii. Ojciec nieustannie patrzy z nieba na ołtarz: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie (Mt 17,5a)Wobec zasług tak wielkiej ofiary, Ojciec nie może Synowi niczego odmówić. Gdybyśmy mieli wiarę, ujrzelibyśmy Boga w kapłanie, jak się widzi światło przez szybę, jak wino pomieszane z wodą.

    Po konsekracji, kiedy trzymam w dłoniach Najświętsze Ciało Pana, jeśli przeżywam chwile zniechęcenia i myślę, że godny jestem tylko piekła, mówię w duszy:  „Gdybym tylko mógł zabrać Go ze sobą do piekła, w Jego obecności czułbym się tam jak w raju! Mógłbym cierpieć tam przez całą wieczność, gdybym mógł przebywać tam razem z Jezusem. Wtedy jednak nie byłoby to już piekło, bo płomienie Bożej miłości prędko ugasiłyby ogień sprawiedliwości”.

    Po konsekracji Bóg jest między nami obecny tak samo, jak jest obecny w niebie. Gdybyśmy w pełni zdawali sobie z tego sprawę, umarlibyśmy z miłości. Bóg jednak oszczędza nas i zakrywa przed nami tę tajemnicę z powodu naszej słabości.

    Pewien kapłan zaczynał wątpić, że jego słowa rzeczywiście sprowadzają Chrystusa na ołtarz; w tej samej chwili hostia, którą trzymał w dłoniach, zaczęła ociekać krwią wsiąkającą w korporał.

    Gdyby nam ktoś powiedział, że o tej godzinie jakiś zmarły ma powstać z grobu, zaraz byśmy tam pobiegli, żeby zobaczyć cud. A czyż konsekracja, podczas której chleb i wino stają się Ciałem i Krwią samego Boga, nie jest o wiele większym cudem niż wskrzeszenie umarłego? Potrzeba przynajmniej kwadransa, żeby dobrze przygotować się do przeżycia Mszy świętej. W tym czasie trzeba głębokiego uniżenia, jakiego Chrystus dokonuje w sakramencie  Eucharystii; trzeba zrobić rachunek sumienia, gdyż aby dobrze przeżyć Mszę Świętą powinniśmy być w stanie łaski uświęcającej.

    Gdybyśmy znali cenę ofiary Mszy świętej albo raczej gdybyśmy mieli głębszą wiarę, uczestniczylibyśmy w niej z o wiele większą gorliwością.

    _________________________________________________________________________________________________

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej komunii św.

    fot. via Pixabay

    ***

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej Komunii św.

    Wspominany 1 sierpnia przez Kościół założyciel zgromadzenia redemptorystów bardzo dużą wagę przykładał do częstego karmienia się przez wierzących Komunią św. i przestrzegał tych, którzy pod pozorem pobożności unikają częstego umacniania się Chlebem eucharystycznym.

    XVIII-wieczny włoski święty, który zmarł na zaledwie 2 lata przed wybuchem rewolucji francuskiej, pozostawił po sobie wiele niezwykle cennych i wartościowych myśli na temat

    „Osoby, które często i z prawdziwym pragnieniem przyjmują Boga do swego serca, szybko wzrastają w miłości Bożej i czynią wielkie postępy w dążeniu do doskonałości. Pan okazuje im wielkie łaski i obdarza coraz hojniej swoją miłością”.

    „Powstrzymywanie się od przyjmowania Komunii św. nie uczyniło nikogo doskonalszym. Chrześcijanin nie staje się lepszy poprzez oddalenie od sakramentu Eucharystii”.

    „Cała doskonałość tego sakramentu polega na zjednoczeniu duszy z Panem Bogiem. Komunia jest aktem najbliższego zjednoczenia. Ponad ten akt nie można uczynić nic milszego Bogu”.

    „Kto mówi, że czuje swą niegodność, powinien wiedzieć, że im bardziej ociąga się z przystąpieniem do stołu Pańskiego, tym bardziej niegodność jego się zwiększa. Im rzadziej przyjmuje Najświętszy Sakrament, tym bardziej wzrastają jego wady, bo pozbawia się łask i pomocy duchowych, których ten sakrament jest źródłem”.

    „Bardziej pokorna jest ta osoba, która często przyjmuje komunię św. niż ta, która się wymawia od niej swoją niegodnością. Pierwsza szuka bowiem lekarstwa na swoje choroby, podczas gdy druga w rzeczywistości oddala się od Boga”.

    „Nie wymawiajmy się więc od częstej Komunii św. pod pozorem, że rzadziej będziemy ją przyjmowali z większą pobożnością. Im rzadziej bowiem karmimy się Chlebem eucharystycznym, tym trudniej jest ustrzec się grzechu i oprzeć pokusom”.

    “Sakrament Eucharystii jest dla nas obfitym źródłem światła i mocy. Przynosi nam więcej łask niż wszystkie inne sakramenty, wprowadza bowiem do dusz naszych Jezusa Chrystusa, źródło łask wszelkich”.

    św. Alfons Maria Liguori “Droga do świętości. O ćwiczeniach duchowych”, Kraków 2011

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Miłość św. Stanisława Kostki

    do Najświętszego Sakramentu

    Plik:Kostka Stanislaw Wien.jpg

    Wiedeń, Kurrentgasse 2. Dawna izba, gdzie w latach 1565-1567 mieszkał św. Stanisław Kostka, w 1742 roku przekształcona w kaplicę. foto: AW

    ***

    Bóg jest miłością a wszystkie jego dzieła pełne są miłości, lecz w żadnym z nich ta miłość takim nie jaśnieje blaskiem jak w Najświętszym Sakramencie. Tu już miłość Boga doszła do szczytu i słusznie powiedział św. Augustyn: „że Bóg acz najmędrszy, więcej dać nie umiał, acz najmocniejszy, więcej dać nie mógł, i acz najbogatszy, więcej dać nie miał”. Miłość Chrystusa w tej tajemnicy tak jest wielka, że ją jedna święta nazwała hojną aż do rozrzutności; tak wielka, że jej żaden rozum ludzki, żadne serce nie ogarnie; tak wielka, że ona jest i będzie przedmiotem ciągłego zachwytu mieszkańców nieba.

    Niestety, tej miłości wielu chrześcijan znać nie chce, albo jej nie zna i nie ceni jak słuszna, toż skarży się Pan: Poznał wól pana swego, a Izrael Mnie nie poznał. Wychowałem syny moje, lecz oni wystąpili przeciw Mnie (Iz 1, 2-3). Św. Stanisław Kostka poznał tę miłość Bożą i odpłacał za nią miłością.

    Wiedział on najprzód, że Pan Jezus we Mszy św. ponawia w sposób bezkrwawy ofiarę krzyżową że ta Ofiara jest sprawą najwyższą, najwspanialszą, najświętszą i u Boga najmilszą, że z tej Ofiary spływają na cały Kościół wojujący, cierpiący, a szczególnie na tych, którzy w niej uczestniczą, łaski i dary niewysłowionej ceny; toż już jako małe pacholę spieszył na nią jak najchętniej i jak najczęściej. Kiedy był na naukach w Wiedniu, wstawał wczas rano, aby być na pierwszej Mszy Św., następnie podczas wykładów, gdy była przerwa, słuchał drugiej Mszy Św., a po szkole trzeciej. W dni świąteczne rano bywał zwykle na siedmiu Mszach św. Klęczał pobożnie w kąciku, za każdym zaś razem przedstawiał sobie, że jest wtenczas na Kalwarii pod krzyżem Zbawiciela i nieraz zalewał się łzami miłości lub żalu. Takie było i jest zawsze usposobienie dusz świętych. [-]

    Toż nie dziwujmy się wcale, że nawet pobożni królowie lub dostojnicy mimo natłoku spraw, np. św. Ludwik, słuchali codziennie kilku Mszy Św., a czasem do niej służyli, jak św. król Wacław. Nie dziwujmy się, że chrześcijanie pierwszych wieków spieszyli w nocy do podziemnych katakumb na Ofiarę św. nie zważając na to wcale, że ich stamtąd poganie wlekli nieraz na rusztowanie albo tamże zasypywali ziemią. Podobne przykłady spotykamy w dziejach Kościoła i później. Któż i dzisiaj nie czyta z rozrzewnieniem o gorliwości świeżo nawróconych chrześcijan w Chinach, w Korei czy gdzie indziej, na wyspach australijskich; albo komu nie jest znaną pobożność naszych wygnańców na Syberii, którzy ilekroć zjawiał się wśród nich kapłan, spieszyli ze wszystkich stron nieraz kilkanaście mil mimo zawiei śnieżnej i trzaskającego mrozu, by choć raz na rok lub na kilka lat wysłuchać Mszy Św., odprawić spowiedź i przyjąć Ciało Pana. Tak też było po roku 1863, gdy tam przybyli nasi kapłani wygnańcy – unici.

    [Wy] nie potrzebujecie się lękać o życie, ani przedzierać przez śniegi i lasy, bo oto w tym małym Rzymie macie wiele kościołów, w każdym zaś po kilka Mszy Św., toż spieszcie do nich skwapliwie nie tylko w niedzielę i święto, bo to jest ścisłym obowiązkiem, ale i w dni powszednie, choćby na jedną Mszę św. Ilekroć zaś jej słuchacie, zachowujcie się tak, jak gdybyście byli na Kalwarii podczas ofiary krzyżowej, a więc miejcie wiarę św. Jana, skruchę Magdaleny, miłość i ofiarność Bogarodzicy. Jeżeli czasem choroba lub obowiązek więzi was w domu czy poza domem, pragnijcie przynajmniej wysłuchać Mszy św. naśladując w tym św. Paschalisa. Kiedy ten jako pastuszek pilnował trzódki swej na polu, zwykł był przenosić się duchem do pobliskiego kościoła i tak słuchać Mszy św. tamże odprawianej. Za to otrzymał od Pana tę łaskę, że pewnego razu, gdy właśnie upadł na ziemię, by uczcić Hostię Najświętszą podczas podniesienia, ukazała mu się taż Hostia w powietrzu, trzymana przez aniołów. Czyńcie podobnie, najmilsi, a więc nie tylko w dni święte, także codziennie rano na głos dzwonu przenoście się myślą do kościoła; jeżeli tam podążyć nie możecie, padajcie w duchu u stóp ołtarzy Pańskich ze sługą Bożym, a nawet obchodźcie w duchu wszystkie kościoły świata, by wysłuchać wszystkich Mszy św. Przede wszystkim miejcie wielką miłość do Najświętszego Sakramentu, jaką w dzień i w nocy miał św. Stanisław Kostka.

    Wiedział on nadto, że Pan Jezus nie tylko podczas Ofiary Św., ale nieustannie jest obecny w naszych kościołach, i to nie tylko jako nasz Pan i Król, ale także jako nasz Ojciec, Lekarz, Pocieszyciel i Przyjaciel. Toż o każdej porze dnia, jeżeli tylko miał swobodę, spieszył do Niego niosąc w dani cześć i miłość. Tak czynił już jako uczeń w Wiedniu i nieraz nie kończył obiadu, by natomiast biec do bliskiego kościoła. Jeżeli zaś kościół był zamknięty, rzucał się na ziemię w swojej izdebce i wylewał duszę w modlitwie tak gorącej, że czasem musiał mokrą chustę przykładać do piersi, by złagodzić upał wewnętrzny. Podobnie czynią zawsze dusze znające i miłujące Pana utajonego, a jeżeli weźmiemy do rąk żywoty świętych, wyczytamy tam, że św. Wacław wstawał w nocy i pomimo zimna lub niepogody modlił się pod drzwiami kościoła, a toż samo czytamy o św. Kazimierzu.

    Dzięki Bogu, ta miłość nie wygasła, bo i dziś nie masz duszy pobożnej, która by nie pragnęła nawiedzać Najśw. Sakramentu, i święta praktyka adoracji jest rozszerzona po całym świecie. W mieście naszym co parę kroków jest tron sakramentalny Pana Jezusa i nieraz – a w dwóch kościołach nawet codziennie – ukazuje się Pan Jezus na ołtarzu w całym majestacie swej miłości i pokory. Jakże tedy wielką byłaby niewdzięczność wasza, mieszkańcy Krakowa, gdybyście zapominali o Bogu, waszym Gościu. Niestety, są też katolicy, którzy mieszkając w sąsiedztwie Pana utajonego, nie tęsknią za Nim, nie myślą o Nim, nie troszczą się o Niego, a jeżeli czasem przyjdą przed Jego przybytek, to oziębli, rozproszeni, bez miłości, może nawet bez wiary. Toż słusznie mógłby się [On] na nich skarżyć: Przyszedłem do swoich, a swoi Mnie nie przyjęli (J 1, 11). Słusznie też powinni się lękać, by Pan kiedyś nie rzekł do nich w dniu sądu: Byłem więźniem, a nie nawiedziliście Mnie (por. Mt 25, 43), przeto i ja teraz nie znam was.

    O najmilsi, nie pozwólcie, aby i was objęła ta skarga. Toż codziennie biegnijcie choć na małą chwilkę do kościoła czy to rano podczas Mszy św. i po południu, by wespół z kapłanem u stóp Pana składać hołdy, dzięki i prośby. Jeżeli tylko zechcecie, chwila wolna się znajdzie, a gdyby w jaki dzień się nie znalazła, naśladujcie wówczas proroka Daniela. Zostając w ziemi babilońskiej na wygnaniu otwierał on po trzykroć na dzień okno swej izby zwrócone w stronę ku Jerozolimie i na kolanach czcił Boga Izraelowego, jakby był w świątyni. Podobnie i wy nie trzykroć na dzień, ale częściej zwracajcie się myślą do stóp Pana utajonego w kościele waszym śląc do Niego swe westchnienia, wylewając przed Nim swą duszę. Toż samo czyńcie, kiedy przechodzicie obok drzwi kościelnych, ilekroć wzrok wasz pada na kościół albo do uszu dolatuje głos dzwonu, [upadajcie] wówczas na oba kolana. Polecam zarazem wszystkim odbywać godzinną adorację choć raz na rok, brać udział w adoracji i procesji cum S[anctissimo], odprowadzać Pana Jezusa do chorego. […]

    Przede wszystkim miejcie wszyscy tę wielką miłość do Najświętszego Sakramentu, jaką miał św. Stanisław Kostka. Wiedział on bowiem, że Pan Jezus nie tylko po to został w Najświętszym Sakramencie, by się ofiarować za nas, by odbierać od nas hołdy i prośby i by nas cieszyć i bogacić w dary, ale także by być pokarmem dusz naszych, a przez to te dusze oczyszczać, umacniać i uświęcać. Toż gorącym i nienasyconym jego pragnieniem było, jak najczęściej łączyć się z Panem w Komunii św. Bawiąc w Wiedniu przystępował do Stołu Pańskiego co tydzień, a w takim razie już dzień przedtem gotował się jak najstaranniej i wstrzymywał się od wieczerzy, nazajutrz zaś słuchał na podziękowanie zazwyczaj siedmiu Mszy św. Jeżeli kiedyś nie mógł przyjąć Pana sakramentalnie, przynajmniej tęsknotą i pragnieniem wyrywał się do Niego. Tak czynią zawsze dusze miłujące Pana Jezusa, a im większą jest miłość, tym gorętszy żar je pali za Komunią św.

    św. Józef Sebastian Pelczar, Mowy i kazania 1877-1899, Wydawnictwo św. Stanisława BM, Kraków 1998, s. 303-307

    ______________________________________________________________________________________________________________

    św. Stanisław Kostka – gorliwy czciciel Eucharystii

    Św. Stanisław Kostka – gorliwy czciciel Eucharystii

    W środkowej, małej apsydzie nawy południowej świątyni znajduje się ołtarz dedykowany patronowi Polski i patronowi młodzieży – św. Stanisławowi Kostce.

    Przyścienny ołtarz składa się z dwóch części: z mensy i nastawy. Nastawa ołtarza obejmuje ośmiofiguralną grupę aniołów, którzy otaczają Świętego. Ten jezuicki nowicjusz został ukazany z profilu, w postawie klęczącej w chwili, gdy anioł podaje mu Komunię świętą. Jego postać znajduje się w centrum kompozycji.

    Nastawa ołtarza, podobnie jak w przypadku pozostałych bocznych ołtarzy, jest dziełem Karola Hukana. Gipsowoalabastrowy biały ołtarz doskonale kontrastuje ze stiukowymi ścianami, wzorowanymi na włoskich dekoracjach okresu renesansu. Podobnie jak w pozostałych apsydach także i sklepienie tej zdobi secesyjna polichromia z motywami roślinnymi, zaprojektowana przez Jana Bukowskiego, a wykonana przez Karola Orleckiego.

    Prace nad ołtarzem trwały od 1928 do 1930 roku. Było w tym okresie wiele przerw, oddalających szybkie ukończenie dzieła. Ówczesny kronikarz zakonny zanotował w Diariuszu jezuickiej wspólnoty: Pan Hukan się nie zjawia. Dopiero po usilnym naleganiu ze strony przełożonych zakonnych rzeźbiarz energiczne przystąpił do kontynuowania prac. Zajęło mu to cztery miesiące, od lipca do października 1930 roku, a pomagał mu sztukator Jan Okład.

    Zastosowany układ kompozycyjny powtarza się we wszystkich bocznych ołtarzach. Także i tutaj występują dynamiczna grupa anielskich postaci z rozpostartymi skrzydłami oraz unoszące się na obłokach putta. Obserwować możemy rozwianie szat, charakterystyczne gesty aniołów oraz wyeksponowane w centrum tajemnicze wydarzenie z życia świętego jezuity. Wszystkie figury kompozycji, wykonane w białym alabastrowym gipsie, są starannie wyrzeźbione i dokładnie wypolerowane.

    Św. Stanisław ubrany jest w jezuicką sutannę, przepasaną powyżej bioder szerokim pasem. U jego lewego boku widzimy zaczepiony o pas różaniec, zakończony medalikiem z symbolem zakonu. Długą pelerynę narzuconą na jego ramiona rozwiewa wiatr. Twarz Świętego wyraża modlitewne skupienie i odznacza się ona szlachetnym spojrzeniem. Jest to twarz przystojnego młodego mężczyzny, który nosi krótko ostrzyżone włosy. Łagodnym wzrokiem spogląda na podawaną mu Świętą Hostię. Cała jego postawa objawia wielkie pragnienie serca, aby jak najgodniej przyjąć Pana w Komunii świętej.

    Wysłannicy nieba, anielskie duchy, towarzyszą tej scenie, otaczając zewsząd młodego jezuitę. Jeden z nich został specjalnie wyróżniony i spełnia misję szafarza sakramentu. W lewej ręce trzyma kielich, a prawą sięga po Hostię. Jego twarz jest skoncentrowana na świętej czynności, a piękne, szeroko rozwarte skrzydła, pokryte niemalże symetrycznie ułożonymi piórami, wydają się lśnić bielą. To właśnie strzeliste skrzydła oraz zwiewne szaty i pofałdowane wstęgi – niby szal – tworzą bogate tło kompozycyjne tej mistycznej scenerii. Zachwyt niebieskich duchów wobec misterium wiary został wyrażony w ich teatralnych gestach. Duży anioł unoszący się nad Stanisławem ma uniesioną wysoko prawą dłoń, w której trzyma krzyżyk, lewą zaś dotyka szaty, spod której wysuwa się główka aniołka podobnego do barokowego amorka. Widza zachwyca dynamiczny splot postaci anielskich, układ rozpostartych skrzydeł, dający w efekcie ciekawą dekorację ołtarza. Również i w tym przedstawieniu aniołów nie zabrakło finezyjnego uczesania ich fryzur.

    Św. Stanisław z wielką wiarą i zarazem pokorą przyjmuje najdroższą mu Eucharystię. W tym ołtarzu w sposób artystyczny została zilustrowana prawda wiary głoszona przez Kościół katolicki o obecności Pana pośród swego ludu. Ukazana wizja nawiązuje do częstego przedstawienia ikonograficznego tego Świętego w sztuce sakralnej. W tym ołtarzu zostało ono pięknie przetworzone dzięki artystycznemu talentowi Hukana; łączy w sobie czytelne ukazanie największej tajemnicy naszej wiary z darem łaski ofiarowanym przez Boga człowiekowi, realizującemu swe powołanie do świętości na drodze życia zakonnego.

    Ten święty młodzieniec jest przykładem umiłowania rzeczy niewidzialnych, górujących nad ziemskimi, i jest wzorem mistycznego zjednoczenia stworzenia ze Stwórcą w Komunii świętej. Człowiek klęczący na kolanach przed odrobiną Niebieskiego Pokarmu okazuje szacunek wobec misterium Najświętszej Eucharystii. Ołtarz św. Stanisława Kostki w jezuickiej bazylice stanowi jedno z ważnych miejsc skupiających uwagę modlących się tutaj osób. Dwaj unoszący się na obłokach mali aniołowie jakby zapraszają wszystkich modlących się przy tym ołtarzu, aby i oni, podobnie jak św. Stanisław, z wiarą dziecka Bożego przyjmowali ten Pokarm Niebieski. Aniołek po lewej stronie ma rozpostarte szeroko rączki i wydaje się, wołać: Przybliżcie się do stołu Eucharystii i skosztujcie, jak dobry jest Pan! Anioł podający Świętemu niewielką Hostię jest ukazany niezwykle subtelnie. Jego mistycyzm podkreślają delikatne długie dłonie, podobnie zresztą jak wyrażają go złożone w modlitewnym geście dłonie Stanisława. Równie subtelne twarze mają dwaj więksi aniołowie, widoczni z profilu, zaś główki małych aniołów nieustannie spoglądają na modlących się przy ołtarzu wiernych. Przy kontemplacji tego ołtarza odczuwa się jakby powiew łagodnego wiatru. Nim to poruszane są wszystkie szaty postaci i pióra anielskie.

    Na antependium ołtarza widnieje stiukowy herb Kostków – Dąbrowa: na błękitnym polu, na barku srebrnej podkowy jest złoty kawalerski krzyż. Przy ocelach podkowy widoczne są zaćwieczone ukośnie takie same krzyże. Liczba krzyży – trzy – jest symbolem doskonałości i ma przypominać osobie używającej tego herbu o cnotach: wierze, nadziei i miłości.

    Stanisław Kostka urodził się 455 lat temu i trafił na burzliwy czas w historii. Miał wyrazisty temperament, różnorakie zdolności i zamiłowania, a przy tym, jak każdy przeżywał trudności, pokusy i cierpienia. Był odważny i stanowczy. Odznaczał się niezłomną wolą w podejmowaniu decyzji, wytrwałością w dążeniu do celu, bystrością umysłu, zapałem do nauki, umiłowaniem Eucharystii, synowskim nabożeństwem do Matki Bożej i wielką dojrzałą wiarą. Imponowało mu życie szlachetne, czyste, wzniosłe, dlatego pragnął realizować swoje powołanie w zakonie jezuitów.

    W jego młodym życiu bardzo wiele dokonał Jezus Chrystus. Dał mu udział w swojej świętości, a Stanisław zdecydowanie odpowiedział na wezwanie do doskonałości ewangelicznej. Jako student wiedeńskiego gimnazjum okazał się być niezłomnym w obliczu trudów, nie godząc się na bylejakość życia.

    Św. Stanisław jest patronem młodzieży mającej wielkie ideały i pragnienia, nierzadko jednak łamiącej się przy pierwszych trudnościach czy pokusach. Patronuje naszym czasom, w których wiele spraw bywa rozmazywanych. Nie było mu łatwo pozostawić rodzinny dom i zamieszkać w Wiedniu u nietolerancyjnego luteranina. Nauka w obcym kraju nie szła mu z początku łatwo, bo nie miał dostatecznego przygotowania, ale pod koniec trzeciego roku studium należał do najlepszych uczniów. Zachowały się do naszych czasów – zapisane pięknym pismem – jego uczniowskie zeszyty, listy, notatki, świadczące o staranności i o wielkiej pracowitości. Posługiwał się biegle trzema językami, żarliwie się modlił, mimo że napotykał na duże trudności ze strony najbliższego otoczenia, wyśmiewającego jego pobożność. By móc zrealizować swoje powołanie, przeszedł pieszo przez Alpy i Apeniny do Rzymu. Uciekł od brata i od rodziny, która próbowała odwieść go od zamiaru wstąpienia do zakonu jezuitów. Chciano narzucić mu styl życia większości, czyli przeciętność. On jednak zachował swą inność i uparcie jej bronił, płacąc za nią wiele. Pisał do rozzłoszczonego ojca, by raczej dziękował Bogu za powołanie syna, niż by go odwodził od tej dojrzałej decyzji.

    Ołtarz świętego Patrona młodzieży zawiera czytelne przesłanie dla wiernych, aby zawsze ze czcią zbliżali się do stołu Pana i mieli wielkie pragnienie ugoszczenia Go w swoim sercu. Eucharystia jest sercem Kościoła i ma być przyjmowana czystym, gorejącym sercem. Nie mogą jej przyjmować w niebie aniołowie, ale te niebieskie duchy zawsze towarzyszą nam w tym tajemniczym spotkaniu człowieka z Bogiem. Anioł jest obecny w Biblii i w życiu ludzi wiary zawsze tam, gdzie dzieją się wielkie rzeczy, wymagające zaufania i wiary oraz prostoty serca. Tak było kiedyś w biblijnej historii oraz w życiu świętych i tak jest i dzisiaj. Ołtarz św. Stanisława Kostki w swym artystycznym przesłaniu potwierdza tę prawdę.

    o. Stanisław Groń SJ/Apostolstwo Modlitwy

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Sarah w Polsce

    Wzywał do prawdziwej nabożności kultu Chrystusa Eucharystycznego

    ***

    Podczas swojego pobytu w Polsce, kard. Robrt Sarah, były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, odwiedził Legnicę.

    W środę 13 września kard. Robert Sarah spotkał się z biskupem legnickim Andrzejem Siemieniewskim, odwiedził także Dom Słowa – Centrum Formacji Ewangelizacyjnej. Natomiast wieczorem, o g. 18 przewodniczył Mszy św. w sanktuarium św. Jacka w Legnicy, miejscu cudu eucharystycznego. Na Mszę świętą przybyło wielu wiernych nie tylko z Legnicy, ale też i okolic.

    – Jestem wdzięczny Bogu za to, że pozwolił mi być tutaj i przeżyć to niezwykłe wydarzenie eucharystyczne, że mogę modlić się, adorować Jezusa eucharystycznego – powiedział na początku homilii.

    Podkreślił, że liczna obecność wiernych to nie znak uhonorowania osoby kardynała, ale Jezusa. – Ja sam jestem nikim, jestem tutaj w imieniu Jezusa Chrystusa. To On nas jednoczy, aby nas umacniać swoim słowem i swoim ciałem – zaznaczył.

    Odnosząc się do fragmentu odczytanej ewangelii o błogosławieństwach, zauważył, że słowa Jezusa są inne niż słowa ludzkie, mogą wydawać się skandalizujące. – Błogosławieniu ubodzy, głodni, smucący się, to nie są słowa ludzkie. Dodaje, że jeśli nie będziecie spożywali mojego Ciała, nie będziecie mieli życia w sobie. Od tego momentu wielu opuściło go, nie chcąc go słuchać – mówił.

    Przywołując słowa Jezusa: jeśli nie będziecie spożywali ciała mego, nie będziecie pili krwi mojej, nie będziecie mieli życia, pytał: czy my w to wierzymy? Czy sprawując Eucharystię każdej niedzieli wierzymy, że On jest rzeczywiście obecny pośród nas? – W Ameryce Południowej przeprowadzono badania, z których wynika, że 60% katolików nie wierzy w to. My, tutaj zebrani wierzymy, że On jest obecny pośród nas w słowie, w ciele i krwi – kontynuował.Kardynał zauważył, że kryzys, jaki dosięga Kościoła to kryzys eucharystyczny. Wielu nie wierzy, że Jezus daje nam swoje ciało na pożywienie.

    – Papież Benedykt XVI wiele razy zaznaczał, że to jest kryzys eucharystyczny, liturgiczny. Jak sprawujemy Eucharystię, jak żyjemy Eucharystią? Jedna z zasad liturgicznych mówi – lex orandi, lex credendi – czyli, jak się modlimy, tak żyjemy. Dlatego prośmy dzisiaj, Panie umocnij naszą wiarę. Niech sprawowanie Eucharystii będzie celebracją naszej wiary – mówił.

    W dalszej części homilii postawił pytanie – czym jest wiara? I podkreślił, że nie jest to nasza wizja intelektualna.

    – Wiara musi przemieniać nasze życie, musi fundamentalnie zmieniać nasze życie. O tym, jak Eucharystia przemienia życie, mówi św. Paweł do Kolosan: ona uwalnia nas od nieczystości, bałwochwalstwa, niemoralności, uwalnia od grzechu. To dzieło jest poza nami, tego dokonuje jedynie Jezus – kontynuował.

    Zauważył, że wielu ludzi uczestniczących we Mszy św. nie przeżywa, nie celebruje śmierci Jezusa. W tym czasie rozmawiają, fotografują. Często Msza staje się zwykłym spektaklem. – To dla mnie jest skandaliczne. Msza jest celebrowaniem śmierci Chrystusa, który zbawia człowieka. Dziękujmy Panu, że zostawił nam tak cenny dar – podkreślił. Wspomniał też, że pochodzi z kraju, gdzie większość jest muzułmańska.

    – Zdarzyło się, że muzułmanin tłumaczył misjonarzowi, czym jest islam, misjonarz tłumaczył, czym jest katolicyzm. Podkreślił, że „my mamy Boga pośród nas, możemy go dotykać, spożywać”. „Zatem jeśli to prawda, musicie na kolanach zbliżać się do niego” – odpowiedział muzułmanin. Jak często klękamy przed Najświętszym Sakramentem, jak wyrażamy nasz szacunek? Mamy skarb, który jest między nami. Bez Jezusa nie możemy żyć – powiedział.

    – Dzisiaj prośmy mocno – Panie umocnij naszą wiarę. Niech Jego obecność zmienia nasze życie, nasze relacje. Spożywając Jego Krew jesteśmy braćmi, spokrewnionymi. Niech Pan da nam dzisiaj mocną wiarę – zakończył.

    ***

    Kardynał Robert Sarah urodził się 15 czerwca 1945 roku w Ourous w Gwinei. Święcenia kapłańskie przyjął 20 lipca 1969. W 1979 został mianowany przez Jana Pawła II biskupem diecezji Konakry. 1 października 2001 został wezwany do Watykanu, gdzie objął urząd sekretarza w Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów.

    Natomiast w 2010 Benedykt XVI mianował go przewodniczącym Papieskiej Rady Cor Unum, koordynującej działalność charytatywną Kościoła. Biret kardynalski przyjął 20 listopada 2010. Od 2014 do 2021 roku był prefektem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    źródło: KAI

    ____________________________________________________________________________________________________________

    „Tyś jest moim życiem, boś Ty żywy Bóg”.

    15 lat temu w Sokółce wydarzył się

    Cud Eucharystyczny

    (fot. AB/ PCh24.pl Oprac. GS)

    ***

    Kiedy ks. Stanisław Gniedziejko wyjął z tabernakulum korporał, a na nim komunikant z Cząstką Serca Pana Jezusa, padliśmy na kolana. To było wprost powalające. Pewnie słyszałem bicie swego serca tak mocno waliło z przejęcia. Nikt nic nie mówił, nikt o nic nie pytał. Nie było potrzeby nawet dotykania jak św. Tomasz. Cieszyłem się, że byłem w tej właśnie chwili tak blisko tej ogromnej tajemnicy naszej wiary – rzeczywistej obecności Jezusa w Najświętszym Sakramencie – mówi ks. Jarosław Ciuchna, Proboszcz Parafii św. Antoniego w Sokółce, Kustosz Sanktuarium Najświętszego Sakramentu

    Proszę Księdza, kiedy zaczyna się Eucharystyczna obecność Chrystusa?

    Z definicji encyklopedycznej Cud Eucharystyczny to zespół zjawisk związanych z sakramentem Eucharystii, uznawanych przez katolików i prawosławnych za nadprzyrodzone. Trzeba jednak sięgnąć do nauczania Kościoła. Ogłoszony podczas Soboru Laterańskiego IV (1215r.) dogmat stwierdza, iż w czasie Eucharystii chleb i wino zamieniają się w rzeczywiste Ciało i Krew Jezusa Chrystusa – przeistoczenie (łac. transsubstancjacja). W sposób filozoficzny została zdefiniowana wiara, którą Kościół wyznawał od wydarzenia Ostatniej Wieczerzy, kiedy Chrystus powiedział: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę! Tak samo i kielich po wieczerzy, mówiąc: Ten kielich to Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana”. (Mt 26,26-30; Mk 14,22-25; Łk 22,19-20; 1 Kor 11,23-27).

    Ponadto nauczanie Kościoła Katolickiego w temacie transsubstancjacji zakłada, że przemiana chleba i wina jest trwała, to znaczy po skończonej Mszy św. pozostają one Ciałem i Krwią Chrystusa; dlatego konsekrowane Hostie przechowuje się w tabernakulum. Wiara w to znalazła wyraz w katolickim kulcie Najświętszego Sakramentu, np. adoracjach, procesjach eucharystycznych, zwłaszcza podczas uroczystości Bożego Ciała.

    Jakie wnioski należy wyciągnąć z Cudu Eucharystycznego?

    Każdy Cud Eucharystyczny należy bezwzględnie wiązać z Eucharystią. To ta sama rzeczywistość. Niezmiennie obecne są słowa Jezusa niegdyś wypowiedziane do rzeszy słuchaczy: „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem” (J 6,55). Pan Jezus ustanawiając Eucharystię pozostawił nam widzialny znak swojej obecności i niewidzialnej łaski. Od dwóch tysięcy lat ten cud i znak obecności Żywego i Prawdziwego Pana Jezusa dokonuje się codziennie podczas każdej Mszy św. Chrystusowe zapewnienie i zarazem wołanie „Ja Jestem” jest niezmiennie aktualne. Wszystkie cuda eucharystyczne, a więc i nasz sokólski tę prawdę jedynie potwierdzają.

    Św. Jan Paweł II w swojej encyklice „Ecclesia de Eucharistia” stwierdza, Kościół żyje dzięki Eucharystii oraz, że ta prawda powinna być nie tylko doświadczeniem wiary, ale przede wszystkim powinna wpisywać się w codzienne życie chrześcijanina. Eucharystia musi stać się nie tylko bijącym sercem Kościoła, ale bijącym sercem każdego chrześcijanina. Nie można w pełni korzystać z „przywileju” bycia wyznawcą Chrystusa bez pełnego udziału w darach, które On pozostawił. Skoro jest Ktoś, komu bardzo zależy na naszym życiu to nie wolno nam lekkomyślnie, z lenistwa lub byle powodu pozbawiać się tego „przywileju”.

    Jezus powiedział kiedyś do swoich słuchaczy, że „(…) Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem”.

    Obietnica pozostaje niezmienna. Kult eucharystyczny jest najwyższą formą działania wyznawców Chrystusa. Zrozumienie tego może prowadzić do zrozumienia wartości i sensu Mszy Świętej oraz do głębszego przeżywania relacji z Panem Bogiem. Jest to oczywiście możliwe wyłącznie z pomocą Ducha Świętego, o którego asystencję trzeba nieustannie i wytrwale prosić.

    Pamięta Ksiądz w jakich okolicznościach dowiedział się o wydarzeniu, które miało miejsce blisko piętnaście lat temu, w Sokółce? Jakie emocje to, co się stało, wzbudziło w Księdzu?

    Nie pamiętam kiedy i w jakich okolicznościach dowiedziałem się o wydarzeniu związanym z Cudem Eucharystycznym w Sokółce. Natomiast bardzo dobrze pamiętam, kiedy przyjechałem z dwoma kapłanami do Sokółki w kilka miesięcy od wspomnianego wydarzenia. Ówczesny proboszcz ks. Stanisław Gniedziejko, świadek cudu i wszystkich wydarzeń z nim związanych, zaproponował pokazanie nam cudownie przemienioną Hostię. Zgodziliśmy się bez wahania. Pamiętam, że najpierw długo modliliśmy się w kaplicy na plebanii, przed tabernakulum, gdzie był Cud przechowywany. Kiedy ks. Gniedziejko wyjął z tabernakulum korporał, a na nim komunikant z Cząstką Serca Pana Jezusa, padliśmy na kolana. To było wprost powalające. Pewnie słyszałem bicie swego serca tak mocno waliło z przejęcia. Nikt nic nie mówił, nikt o nic nie pytał. Nie było potrzeby nawet dotykania jak św. Tomasz. Cieszyłem się, że byłem w tej właśnie chwili tak blisko tej ogromnej tajemnicy naszej wiary – rzeczywistej obecności Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Padliśmy ze czcią i szacunkiem przed Żywym Panem Jezusem. Tyle razy miałem Ciało Pańskie w kapłańskich rękach, ale nigdy nie robiło to na mnie tak wielkiego jak w tym właśnie momencie. Zderzenie codziennej Eucharystii i żywej obecności Jezusa było niesamowite. Na usta cisną się słowa pieśni, a właściwie tylko jedno zdanie: „Tyś jest moim życiem, boś Ty żywy Bóg”(…).

    My czasami – jak niewierny Tomasz – chcemy wszystko dokładnie widzieć, na wszystko mieć dowody. Co mamy robić, aby doświadczyć Bożej obecności?

    Odpowiadając na to pytanie odsyłam wszystkich do wyśpiewania przed Najświętszym Sakramentem – z wiarą i ogromną miłością do Jezusa – Hymnu Eucharystycznego napisanego przez Doktora Kościoła św. Tomasza z Akwinu „Adoro Te”. Jednego z najpiękniejszych jakie zostały kiedykolwiek ułożone i jaki można wyśpiewać przed Panem Jezusem. W takiej przestrzeni modlitwy, w obecności Jezusa, można znaleźć wszystkie odpowiedzi na nurtujące pytania. Można tam odnaleźć i niewiernego Tomasza i przede wszystkim siebie.

    Zbliżam się w pokorze i niskości swej,

    Wielbię Twój majestat, skryty w Hostii tej.

    Tobie dziś w ofierze serce daję swe,

    O, utwierdzaj w wierze, Jezu dzieci Twe.

    Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak,

    Kto się im poddaje, temu wiary brak,

    Ja jedynie wierzyć Twej nauce chcę,

    Że w postaci Chleba utaiłeś się.

    Bóstwo Swe na Krzyżu skryłeś wobec nas,

    Tu ukryte z Bóstwem Człowieczeństwo wraz,

    Lecz w Oboje wierząc, wiem, że dojdę tam,

    Gdzieś przygarnął łotra, do Twych niebios bram.

    Jak niewierny Tomasz Twych nie szukam Ran,

    Lecz wyznaję z wiarą, żeś mój Bóg i Pan,

    Pomóż wierze mojej, Jezu, łaską Swą,

    Ożyw mą nadzieję, rozpal miłość mą. (…)

    (…) Pod zasłoną teraz, Jezu, widzę Cię,

    Niech pragnienie serca kiedyś spełni się.

    Bym oblicze Twoje tam oglądać mógł,

    Gdzie wybranym miejsce przygotował Bóg.

    Niekiedy przychodzi zwątpienie… 

    Jezus powiedział: „Jam jest chleb żywy, który zstąpił z nieba. Jeśli kto pożywa ten chleb, będzie żył na wieki. (…) Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym.”. (J 6, 51-58). 

    Żydzi słuchający mowy eucharystycznej Jezusa nie mogą zrozumieć, jak można spożywać Jego ciało. Myślą czysto po ludzku. Nie potrafią otworzyć się na tajemnicę. Przyjmują tylko to, co zgadza się z ich wyobrażeniami i schematami myślowymi. W takich schematach Bóg nie jest Bogiem żywych lecz umarłych. W tych słowach swojego nauczania Jezus zawarł dwie niezwykle ważne prawdy: pierwsza to Jego obecność w Eucharystii; druga to konieczność przyjmowania tego pokarmu, aby żyć wiecznie. A zatem Bóg pozostał w Chlebie nie jedynie po to tylko, abyśmy ozdabiali nasze ołtarze, stawiając na nich piękne kwiaty. Pozostał nie tylko po to, byśmy obnosili Jego Ciało w uroczystych procesjach czy adorowali Je w tabernakulum. On pozostał pośród nas, aby być blisko naszych ludzkich spraw i byśmy zawsze potrafili Go odnaleźć. Pozostał, aby wspierać i dodawać sił podczas naszej ziemskiej wędrówki i otwierać przed nami bramę wieczności. Pozostał, bo ukochał człowieka miłością, która nigdy się nie kończy. 

    Pan Jezus jest obecny żywy i prawdziwy w każdej Mszy św., każdej Komunii św. Każda Msza św. jest spotkaniem nadzwyczajnym z Panem Jezusem. Ono nie jest nigdy zwyczajne. Ono nie może być nigdy zwyczajne. Tam jest żywy obecny Pan Jezus. Tam dokonują się wielkie znaki: Pan Jezus umiera i zmartwychwstaje, tam przelewana jest zawsze Krew Pańska, Krew Przenajświętsza. Stamtąd czerpiemy siłę i moc. To, co jest tak bardzo potrzebne dla nas do normalnego, codziennego, zwykłego życia.

    Podczas spożywania Eucharystii dochodzi do niezwykłego wydarzenia. Każdy przyjmujący Eucharystię zostaje przemieniony. Staje się żywym członkiem Mistycznego Ciała Jezusa Chrystusa, którym jest Kościół.

    I właśnie o tym trzeba mówić i mocno tę prawdę akcentować. Każda Eucharystia jest spotkaniem z żywym i prawdziwie obecnym Panem Jezusem. Zawsze.

    W październiku minie piętnaście lat od Cudu Eucharystycznego. Jak będzie świętowane to wydarzenie?

    W tym roku, 1 października 2023r., będziemy uroczyście obchodzili w naszym Sanktuarium 15. rocznicę tego wydarzenia – Cudu Eucharystycznego. Pragniemy ten czas przeżyć w duchu uwielbienia Jezusa i wielkiej wdzięczności za dar Eucharystii.

    Od dłuższego czasu, przynajmniej dwa razy w miesiącu, organizujemy w sobotnie popołudnia Wieczory Uwielbienia. One prowadzą nas do spotkania z Jezusem w modlitwie uwielbienia i adoracji, one mają nam pomóc lepiej wejść w przestrzeń spotkania z Nim.

    Pomocą w przygotowaniu do jubileuszu będą Misje Parafialne, które odbędą się w dniach 24 września – 1 października, według zaproponowanego programu. Poprowadzą je Ojcowie Redemptoryści. Misje poprowadzą nas do głównej uroczystości jubileuszu 15-lecia Cudu Eucharystycznego w naszym mieście. Uroczysta Msza św. zostanie odprawiona przy ołtarzu polowym przed naszym Sanktuarium 1 października 2023r. o godz. 11.00. Eucharystii przewodniczył będzie i homilię wygłosi J.E. Ks. Abp Józef Guzdek, Metropolita Białostocki. Do ołtarza polowego zostanie ułożony przez nasze parafianki dywan kwiatowy, po którym niesione będzie custodium z Cząstką Ciała Pańskiego. Jest to jedyny dzień w roku, kiedy Cząstka Ciała Pańskiego jest wynoszona z kaplicy. Po skończonej Eucharystii custodium zostanie odniesione do kościoła i umieszczone na ołtarzu głównym do indywidualnej adoracji dla wszystkich wiernych. 

    A co z tymi, którzy z różnych względów nie będą mogli udać się do Sokółki? Będą transmisje?

    Dla wiernych, którzy nie będą mogli przybyć na uroczystość, zorganizowaliśmy transmisję na żywo w Telewizji TRWAM. Do modlitwy i uczestnictwa wszystkich serdecznie zapraszamy. Niech Chrystus otwiera nasze serca i umysły na swoją łaskę. Niech na nowo wlewa Bożą miłość, pełną ufność i uczy wiary. Niech Jego Słowo w mocy Ducha Świętego dociera aż na krańce naszej parafii, regionu, ojczyzny.

    Bóg zapłać za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Rzeźnicy”. Niezwykłe spotkanie św. o. Pio z Jezusem

    „Rzeźnicy”

    Niezwykłe spotkanie św. o. Pio z Panem Jezusem

    Włoski mistyk i stygmatyk, św. o. Pio, który dokładnie 55 lat temu odszedł do wieczności, opisał niegdyś jedno ze swych mistycznych spotkań z Chrystusem, podczas którego Zbawiciel ukazał mu ogromną potrzebę modlitwy za kapłanów.

    Jak wspominał kapucyn z Pietrelciny, pewnego dnia Jezus ukazał mu się. „Był w opłakanym stanie i całkowicie oszpecony. Pokazał mi bardzo wielu księży, wśród których byli różni dostojnicy kościelni, z których jeden odprawiał Mszę św., inny przygotowywał się do niej, jeszcze inny zdejmował święte szaty. Widok zmartwionego Jezusa był dla mnie bardzo bolesny, dlatego spytałem Go, dlaczego cierpi tak bardzo. 

    Nie było odpowiedzi, jednak swoje spojrzenie skierował na tych księży. Krótko potem, jak gdyby przerażony i zmęczony spoglądaniem na nich, odwrócił wzrok. Następnie skierował go na mnie i ku mojemu wielkiemu przerażeniu dostrzegłem dwie łzy spływające po Jego policzkach. Odsunął się od tej rzeszy księży z wyrazem wielkiej przykrości na twarzy i zawołał: „Rzeźnicy”. 

    Zwróciwszy się do mnie, powiedział: „Mój synu, nie sądź, że moja agonia trwała trzy godziny, o nie, z powodu dusz, które otrzymały najwięcej darów ode mnie, będę w agonii aż do końca świata. W czasie mojej agonii, mój synu, nie trzeba spać. Moja dusza szuka jakiejś kropli ludzkiego współczucia, lecz niestety, pozostawiają mnie samego pod ciężarem obojętności. Niewdzięczność i ospałość moich sług sprawia, że moja agonia jest bardziej przykra”. 

    ren/F. Castelli “Przesłuchanie Ojca Pio. Odtajnione archiwa Watykanu”, Kraków 2008

    ______________________________________________________________________________________________________________

    o. Józef Augustyn SJ:

    Zażenowanie i wstyd po wydarzeniach w diecezji sosnowieckiej

    O. Augustyn SJ: Zażenowanie i wstyd po wydarzeniach w diecezji sosnowieckiej

    o. Józef Augustyn SJ/fot. Józef Wolny Gość Niedzielny

    ***

    Ciężkie grzechy choćby jednej osoby, tolerowane i ukrywane przez innych członków wspólnoty kapłańskiej, są dla niej trucizną – mówi w rozmowie z KAI o. Józef Augustyn SJ, znany rekolekcjonista, znawca życia duchowego.

    Proszony o komentarz po tym co się stało na plebanii w Dąbrowie Górniczej, wyjaśnia, że w wielu wypadkach „gorszące i krzywdzące wiernych zachowania, trwające nieraz dziesięciolecia, były możliwe tylko dlatego, że otoczenie kapłańskie oraz przełożeni księży gorszycieli przymykali na nie oczy”. W związku z tym dodaje, że „nie wolno nam duchownym przyjmować postawy milczenia wobec zgorszeń i skandali w Kościele, udając że nie stało się nic nadzwyczajnego”.

    Marcin Przeciszewski, KAI: Jakie uczucia budzą się w Ojcu, kiedy czyta doniesienia o hucznej „imprezie” natury homoseksualnej zorganizowanej przez jednego kapłana z Sosnowca?

    O. Józef Augustyn SJ: Zażenowanie i wstyd. Dla środowiska kapłańskiego jest to sytuacja haniebna i upokarzająca. To wystarczy. Odczuwam niemal fizyczny ból na myśl, w jaki sposób ludzie młodzi, którzy szczerze zmagają się o prawość sumienia i dojrzałość ludzką i duchową, odczytują i interpretują takie skandale.

    Ponieważ chcę być dobrze rozumianym, powiem szczerze, że wspólnota kapłańska i środowisko seminaryjne są mi bardzo bliskie i bardzo drogie. Za wielką łaskę Boga uznaję to, że w ciągu mojego życia kapłańskiego, spotkałem tak wielu księży i alumnów i mogłem przeprowadzić tyle pięknych głębokich rozmów, usłyszeć tyle wzruszających świadectw wierności, miłości do Jezusa i do Kościoła. W spotkaniach tych zawsze otrzymywałem więcej niż dawałem. Wielu księży i kleryków, których dane mi było spotkać, podejmowało wielkie wewnętrzne zmagania o czystość serca, bezinteresowną służbę ludziom. Każdy przejaw ludzkiej słabości stawał się dla nich wyzwaniem do głębokiej skruchy, pracy nad sobą, szczerej modlitwy i pokory.

    Jako księża jesteśmy tak samo krusi i ułomni, jak wszyscy ludzie, którym służymy, ale ze względu na powierzoną nam misję, od nas wymaga się o wiele więcej; wymaga się radykalizmu ewangelicznego. To, co łatwo ludzie wybaczają „świeckim”, księżom bywa przypominane i wypominane niekiedy latami.

    Na ile szerokie – zdaniem Ojca – mogą być takie postawy i takie zachowania jakie miały miejsce w Sosnowcu? Czy nie jest tak, że za każdym takim skandalicznym przypadkiem kryje się dłuższa historia niemoralnych postaw i zachowań pojedynczych księży, lub też całego określonego środowiska?

    Jestem świadom, że opisywane skandale odnoszą się do zawężonego grona księży. Jak bardzo zawężonego? O tym wie pewnie jedynie sam Pan Bóg, który jako jedyny ma wgląd w każde ludzkie serce. Podwójność życia staje się dla księdza – niemal bezwiednie – źródłem zepsucia moralnego.

    Od czasów, gdy media demaskują skandale księży towarzyszy mi pytanie pełne niepokoju o tolerancję dla nieprawości i dla zła w naszych wspólnotach kapłańskich, seminaryjnych, zakonnych. Gorszące i krzywdzące wiernych zachowania, trwające nieraz dziesięciolecia, były możliwe tylko dlatego, że otoczenie kapłańskie oraz przełożeni księży gorszycieli przymykali na nie oczy.

    Towarzyszy mi także pytanie dlaczego przez całe lata ofiary niemoralnego zachowania księży spotykały się z ostracyzmem, były oskarżane o „niszczenie” Kościoła, odrzucane. Stosunek do ofiar skandalicznych zachowań księży jest jednym z ważniejszych kryteriów postawy prawdy i zdecydowanej woli stawienia czoła zgorszeniom.

    Czy konieczny jest medialny „bicz”, by wymusić na nas poważne traktowanie każdej moralnej deprawacji, nadużyć władzy, stosowania przemocy i wielkiej nieraz ludzkiej krzywdy w naszych szeregach kapłańskich, trwającej niekiedy latami.

    Ciężkie grzechy choćby jednej osoby, tolerowane i ukrywane przez innych członków wspólnoty kapłańskiej, są dla niej trucizną. Stają się też nierzadko początkiem deprawacji, a stopniowo także patologii; już nie tylko duchowej i moralnej, ale także emocjonalnej i społecznej. Bywa i tak, że patologią tą zarażają się kolejne osoby czy środowiska. Skandale, jakich bywamy świadkami, szokują nas niekiedy szczegółami, opisywanymi przez media, właśnie ze względu na swój patologiczny charakter.

    Jakie mogą być motywy takiego postępowania? Świadczy to chyba o głębokim kryzysie wiary, życia duchowego i powołania kapłańskiego danej osoby czy danych osób?

    To prawda. Użyte jednak przez Pana pojęcia: kryzys wiary i kryzys powołania kapłańskiego, wymagają ukonkretnienia. Bo chociaż nas kapłanów obowiązują te same przykazania, co wszystkich wiernych, to jednak my księża, przyjmując święcenia podejmujemy dodatkowe zobowiązania. Deklarujemy publicznie wobec Ludu Bożego i biskupa: miłość do Chrystusa i Kościoła; wierną służbę ludziom wzorem Jezusa Sługi; posłuszeństwo biskupowi; gorliwe sprawowanie misteriów Pańskich, a zwłaszcza Eucharystii i sakramentu pokuty; codzienną modlitwę za lud Boży oraz celibat, który wyraża się nie tylko w bezżenności, ale także w pełnej czystości seksualnej.

    Aby zobowiązania te wprowadzać w codzienność kapłańską, winniśmy troszczyć się o intymną więź z Chrystusem, i codziennie od nowa stawiać Go w centrum naszego życia. Mój proboszcz z dzieciństwa, ks. Jan Ślęzak (1913-1972), dziś patron miejscowej szkoły podstawowej, jako seminarzysta pisał w czasie rekolekcji: „Kapłan musi mieć ducha ofiary, musi całego siebie poświęcić, żadnych wysiłków nie żałować. (…) Cel kapłaństwa wyznacza Chrystus, nie wolno mieć innych celów”.

    I nieco dalej. „Człowiek pyszny, zwłaszcza kapłan, to «istny szatan». Taki wszystko sobie przypisuje, a to przecież świętokradztwo. Kapłan taki posunie się do największych grzechów. Na pewno nie utrzyma się w czystości. Gotów odstąpić od wiary świętej, byleby swojemu «ja» dogodzić”. Te słowa dwudziestoletniego alumna, sprzed osiemdziesięciu pięciu lat są bardzo trafną diagnozą współczesnych skandali z udziałem księży.

    Jezus przestrzegał swoich uczniów: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem” (J 10,1). Jedyną drogą i bramą do wiernego życia kapłańskiego jest Chrystus. I tylko On.

    W tym kontekście chciałbym raz jeszcze wrócić do słów kard. Josepha Ratzingera wypowiedzianych w czasie Drogi Krzyżowej w Koloseum w przededniu śmierci Jana Pawła II: „Ile brudu jest w Kościele i to właśnie wśród tych, którzy poprzez kapłaństwo powinni należeć całkowicie do Niego! Ileż pychy i samouwielbienia! Jakże mało cenimy sakrament pojednania, w którym On oczekuje, by nas podnieść z naszych upadków! To wszystko jest obecne w Jego męce”.

    My księża, jak wszyscy ludzie, mamy wiele słabości i grzechów, które codziennie wyznajemy, z którymi się zmagamy i za które pokutujemy. Te opisywane w skandalach do nich jednak nie należą, ich korzenie sięgają znacznie głębiej.

    Jak powinni zachować się w takiej sytuacji przełożeni, a przede wszystkim biskup?

    Stolica Apostolska dokładnie określa, jakie kroki – od strony prawnej – winien podjąć biskup. Odniesienie do prawa jest tu ważne. Papież Franciszek ukarał wielu biskupów na całym świecie za lekceważenie wskazań Stolicy Apostolskiej w wyciąganiu konsekwencji wobec księży winnych ciężkich nadużyć wobec wiernych, szczególnie wobec małoletnich.

    Ale samo prawo nie wystarcza. Konieczne jest – w moim odczuciu – także bezpośrednie zaangażowanie przełożonego: spotkanie i rozmowa biskupa z księdzem uwikłanym w skandal, a także bezpośrednie spotkanie biskupa z ofiarami księży, choćby było krótkie i miało charakter symboliczny. Nie chodzi najpierw o czas, ale o czytelny znak szacunku, miłości i współczucia dla ofiar, wyrażony wobec całej wspólnoty diecezjalnej. To biskup swoim autorytetem, pasterską troską, miłością i pokorą może ratować zranione skandalami duchownych zaufanie wiernych do Kościoła.

    Każdy nietakt księży, pracowników kurii czy tym bardziej biskupa wobec ofiar, obraca się przeciwko Kościołowi. Przełożeni nie mogą nigdy stawać po stronie księży, którzy ranili wiernych, przeciwko ofiarom, także wtedy, gdy sytuacja nie jest jeszcze do końca wyjaśniona. Należy cierpliwie czekać wstrzymując się od wszelkich zbędnych komentarzy.

    Wyrażam tutaj szczególny ból wobec ofiar wykorzystania seksualnego księży ze szkodą małoletnich na małych wiejskich parafiach, gdzie wszyscy wiedzą niemal wszystko o wszystkich. Ofiary, które miały odwagę ujawnić swoją krzywdę, doświadczają nierzadko bolesnego ostracyzmu i napiętnowania zamkniętego środowiska. My kapłani, jesteśmy winni im szacunek, wsparcie i modlitwę.

    Czy w ogóle w strukturach kościelnych i w kapłaństwie powinno być miejsce dla księży zachowujących się – tak jak to miało miejsce w opisywanym przypadku – w sposób gorszący i krzywdzący wiernych?

    Każda sytuacja skandaliczna jest inna i wymaga osobnego rozeznania. Kiedy kapłan swoim skandalicznym zachowaniem utraci całkowicie zaufanie wiernych, wspólnoty kapłańskiej i przełożonego, zostaje zwykle zawieszony w pełnieniu kapłańskich obowiązków, a sprawa podlega badaniu, procesowi kościelnemu. Gdy mimo upomnień zachowuje się arogancko, cynicznie, przeniesienie „ad statum laicalem” wydaje się wręcz konieczne.

    Ale bywa i tak, że otrzymuje odpowiedni czas na pokutę, przyjmuje ją z pokorą, podejmuje wewnętrzny wysiłek i trud nawrócenia. Przełożony widząc zmianę w postawie kapłana przywraca go do pełnienia obowiązków kapłańskich. Ponieważ w wielu diecezjach brakuje duszpasterzy, biskupi podejmują nieraz duży wysiłek, by ratować w diecezji – o ile tylko się da – każdego księdza.

    W tym kontekście narzuca się pytanie: kim winien być biskup dla swoich księży? Mówi się, że „ojcem”, ale jak konkretnie „ojcostwo” to winno być realizowane, a szczególnie w sytuacjach trudnych i gorszących?

    Ojcowska relacja biskupa z jego księżmi jest – w moim odczuciu – jednym z najważniejszych jego obowiązków. Ale, jak utrzymać ojcowską więź przełożonego z każdym księdzem, gdy duchowieństwo diecezji liczy kilkaset osób? Jak znaleźć na to czas pośród obowiązków administrowania diecezją, posługą sakramentalną, głoszeniem Słowa Bożego? Każdy biskup przejmując diecezję „otrzymuje w spadku” wszystkie problemy, nabrzmiałe niekiedy konflikty, żale, które narastały w ciągu długich lat. Takich sytuacji nie da się odmienić nagle, nawet przy największym wysiłku. Rola przełożonego księży – to ciężar – po ludzku rzecz biorąc – wręcz nie do udźwignięcia. Dobrze rozumiał to ks. Karol Wojtyła. Dowiedziawszy się, że został mianowany biskupem całą noc leżał krzyżem w kaplicy zakonnej.

    Dawałem kiedyś rekolekcje dla księży za wschodnią granicą. To była bardzo mała diecezja, zaledwie kilkudziesięciu księży, a warunki do ich odprawienia mało komfortowe. Wszystko odbywało się w większej salce zaaranżowanej na kaplicę. Czułem panujące rozproszenie, chaos i brak klimatu. Prawdę mówiąc, bałem się tych rekolekcji. Uratował je biskup, który przez całe trzy dni, w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu, klęczał przed Sanctissimum, tuż przy ołtarzu. Byłem wzruszony, nie tylko ja, ale także jego księża.

    Wydaje mi się, że bezpośrednia szczera i serdeczna rozmowa biskupa z jego księżmi to wielki i bardzo ważny temat. Mam jednak wrażenie, że jest on jeszcze nieodkryty i mało ceniony. Podjęcie go wymaga wzajemnego zaufania, wysiłku, modlitwy i wiary z obu stron: biskupa i księży. Dobra relacja księdza z jego przełożonym daje mu poczucie bezpieczeństwa: „Nie jestem sam. W razie zagubienia, mogę szukać jego pomocy, wsparcia”.

    Biskup może także wspierać kapłanów poprzez swoich delegatów. Od czasów kleryckich przyjaźniłem się z Adamem Ruckim, czeskim klerykiem a później księdzem, który po latach bycia ojcem duchownym w seminarium w Ołomuńcu, został mianowany ojcem duchownym kapłanów. Był to bardzo gorliwy, serdeczny, ciepły człowiek. Księża zapraszali go na parafię z niedzielnymi kazaniami, a on przyjeżdżał w sobotę i wieczorem po kolacji stwarzał im okazję szczerej rozmowy o ich życiu, modlitwie, zmaganiach wewnętrznych. A gdy jakiś ksiądz w diecezji przeżywał trudne chwile, jechał do niego, usiłując go wesprzeć, pocieszyć, umocnić. Pomoc kapłanom była jego pasją życia. Potrzebujemy bardzo w naszym Kościele w Polsce takich właśnie gorliwych księży, dla których pomaganie współbraciom w kapłaństwie byłoby życiową pasją.

    Na koniec chciałbym powiedzieć z całą mocą, jako moje świadectwo: nie wolno nam duchownym przyjmować postawy milczenia wobec zgorszeń i skandali w Kościele, udając że nie stało się nic nadzwyczajnego. Listy przełożonych publikowane niemal natychmiast po ogłoszeniu przez media kolejnego skandalu kościelnego, są niewątpliwie ważne, ale one nie wystarczą. Konieczne jest stawanie twarzą w twarz wobec żywej wspólnoty wiernych, by z całą pokorą wyrazić żal, współczucie; o ile jest to stosowne w danej chwili, przeprosić; zachęcić do modlitwy za osoby uwikłane w skandal, za wspólnotę parafialną, diecezjalną, by pocieszyć wiernych, dodać im otuchy, odwagi i wezwać do pogłębienia więzi z Chrystusem i Kościołem, i pomóc w niełatwym dojściu do prawdy.

    „Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5, 20). Skandale z udziałem księży to grzech, który dziś – także za sprawą mediów – rozlewa się bardzo szeroko. To my Kościół, Lud Boży, mistyczne Ciało Chrystusa, jesteśmy wezwani, by tę zawstydzającą, haniebną i bolesną sytuację przemienić w czas nawrócenia i łaski. W mojej pracy rekolekcyjnej spotkałem bardzo wielu ludzi głęboko zaangażowanych religijnie, świeckich i duchownych, dla których skandale z udziałem księży nie były powodem do zgorszenia, ale zaproszeniem Jezusa, by jeszcze pełniej związać się z Nim, by wszystko czynić z miłości dla Niego i Jego Ludu.

    Dziękuję za rozmowę.

    Kai.pl/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚWIĘTA W KOŚCIELE KATOLICKIM

    Samplefot. Piotr Tumidajski

    ***

    W każdą niedzielę katolicy zobowiązani są do uczestniczenia we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Obowiązek ten dotyczy też kilku innych dni w ciągu roku, kiedy przypadają kościelne święta nakazane. W jakie dni przypadają kościelne święta nakazane w 2023 roku?

    Obowiązek uczestniczenia w Mszy świętej oraz powstrzymania się od prac niekoniecznych w niedzielę i święta nakazane wynika z Kodeksu Prawa Kanonicznego. Część z nich, jak np. Boże Narodzenie lub Uroczystość Wszystkich Świętych mają stałą datę. Dzień, w którym obchodzone są niektóre z tych świąt, m.in. Wielkanoc, Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało) nie są związane z konkretną datą kalendarzową. Wszystkie kościelne święta nakazane w 2023 roku wypisane są poniżej.

    W roku liturgicznym 2023 święta, w których

    należy uczestniczyć we Mszy św.:

    1 stycznia (niedziela) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (piątek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    9 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    21 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    28 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    8 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (wtorek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (środa) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta kościelne w 2023 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Polscy biskupi zachęcają jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii.

    2 lutego (czwartek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    20 marca (poniedziałek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    25 marca (sobota) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    10 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    29 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (czwartek) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    8 grudnia (piątek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (wtorek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent w 2023 roku rozpocznie się 3 grudnia.

    ***

    Opuszczenie Mszy świętej w niedzielę bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim.

    Obowiązek święcenia Dnia Pańskiego wynika z trzeciego przykazania Dekalogu, przypominającego „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” oraz pierwszego przykazania kościelnego „W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych”

    Kodeks Prawa Kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików, stwierdza w kanonie 1247: „W niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane wierni są zobowiązani uczestniczyć we Mszy świętej oraz powstrzymać się od wykonywania tych prac i zajęć, które utrudniają oddawanie Bogu czci, przeżywanie radości właściwej dniowi Pańskiemu oraz korzystanie z należnego odpoczynku duchowego i fizycznego”. Uczestniczenie we Mszy św. w niedziele i święta nakazane jest zatem obowiązkiem katolika.

    Ponieważ wierni potrzebują jasnych zasad wypełniania tego obowiązku, prezentujemy poniżej kilka uściśleń dotyczących niedzielnej Mszy świętej, wypracowanych na przestrzeni wieków przez Kościół katolicki i zawartych w dokumentach kościelnych, przede wszystkim Kodeksie Prawa Kanonicznego (KPK).

    Kiedy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej nie jest grzechem?

    Opuszczenie Mszy nie jest grzechem, jeśli skłania ku temu ważny powód, jak np. choroba, konieczność opieki nad osobą obłożnie chorą czy niemowlęciem, kiedy jesteśmy w podróży lub przebywamy w miejscu, w którym dotarcie do kościoła jest znacznie utrudnione lub niemożliwe. Nie sposób omówić wszystkie przypadki, zostawia się to wiernym do rozważenia w sumieniu. Jeśli mimo naszego pragnienia nie możemy uczestniczyć we Mszy, to taka nieobecność nie będzie grzechem. Zawsze jednak taką sytuację powinno się rozważyć indywidualnie, „stając w prawdzie przed Bogiem”, a w razie wątpliwości skonsultować ze spowiednikiem.

    Czy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej jest grzechem ciężkim?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła, dobrowolne nieuczestniczenie we Mszy świętej niedzielnej bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim. Tak pisze o tym Katechizm Kościoła Katolickiego w art. 2181: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (…) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki”.

    Aby móc przystąpić do Komunii podczas następnej Mszy, wierny musi pojednać się z Chrystusem w sakramencie pokuty, czyli pójść do spowiedzi.

    Czy małe dzieci oraz osoby starsze są objęte obowiązkiem niedzielnej Mszy świętej?

    Zasadniczo obowiązkowi niedzielnej Mszy podlegają wszyscy ochrzczeni w Kościele katolickim, którzy ukończyli siódmy rok życia – według przepisów prawa kanonicznego dziecko uzyskuje wtedy zdolność używania rozumu (co nie znaczy, że wcześniej go w ogóle nie posiadało, jest to jedynie kategoria prawna mająca swe źródło w prawie rzymskim).
    Warto dodać, że dziecko, które przystąpiło do Pierwszej Komunii świętej i korzysta z sakramentu spowiedzi czasem ma trudności w wypełnieniu tego obowiązku, kiedy we Mszy nie uczestniczą wraz z nim jego rodzice, a samo nie może pójść do kościoła bez opieki dorosłych. Dlatego trudno tu mówić o popełnieniu przez nie grzechu ciężkiego. W wielu przypadkach jest to raczej grzech rodziców niż dziecka.

    Nie jest natomiast określona górna granica wieku, tak jak to jest w przypadku postu. Jeśli jednak osoba starsza jest niedołężna, schorowana i dotarcie do kościoła stanowi dla niej trudność, to jest to wystarczającym usprawiedliwieniem.

    Czy można niedzielną Mszę świętą zastąpić relacją w radiu czy telewizji?

    Do wypełnienia obowiązku uczestnictwa we Mszy świętej konieczny jest nie tylko duchowy, ale i fizyczny udział w zgromadzeniu eucharystycznym. Zatem nie wypełnia tego obowiązku ten, kto bierze w niej udział za pośrednictwem mediów: radia, telewizji, transmisji internetowej. Transmisje mają za zadanie pomóc tym, którzy z różnych przyczyn nie mogą fizycznie w niej uczestniczyć. Niewątpliwie przynoszą one duchowy pożytek wiernym, ponieważ niektórzy tylko w taki sposób mogą mieć jakikolwiek kontakt ze wspólnotą Kościoła.

    Są też tacy, co chcą czuć się duchowo obecni w różnych sanktuariach, do których pragnęliby przyjechać, a w danej chwili nie mogą. Inni z kolei chcą mieć poczucie łączności np. z papieżem, kiedy prowadzi najpopularniejsze lub najważniejsze nabożeństwa. Jeszcze inni śledzą transmisje, żeby wysłuchać dobrych homilii, które w tym wypadku są zawsze bardzo starannie przygotowywane. I nie przeszkadza im to, że już byli na Mszy w swojej parafii albo dopiero wybierają się na nią. Powody, dla których transmisje Mszy lub nabożeństw cieszą się dużą popularnością, są rozmaite. Nic jednak nie zastąpi fizycznej obecności w kościele.
    Czy można pójść w sobotę na Mszę zamiast w niedzielę?
    Tak, obowiązek niedzielny można wypełnić poprzez udział we Mszy w sobotni wieczór: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK, kan. 1248 §1).

    Sprawowanie liturgii eucharystycznej w sobotę wieczorem jest nawiązaniem do tradycji Kościoła pierwszych wieków oraz pozostaje w związku z żydowskim sposobem mierzenia czasu. Według tradycji żydowskiej nowy dzień zaczyna się już po zachodzie słońca. Potwierdza to także obecny do dzisiaj zwyczaj rozpoczynania szabatu właśnie w piątek wieczorem. Sobotni wieczór był wybierany także przez pierwszych chrześcijan na pamiątkę zmartwychwstania Chrystusa „w pierwszy dzień po szabacie”, a w czasach prześladowań celebracja wieczorna czy nocna była podyktowana również względami bezpieczeństwa. Oczywiście Msza w niedzielę w ciągu dnia też była obecna.

    Umożliwienie wypełnienia obowiązku uczestnictwa w niedzielnej Mszy już w sobotni wieczór, o czym zdecydował papież Pius XII w 1953 roku, jest zatem z jednej strony powrotem do starej tradycji Kościoła, a z drugiej odpowiedzią na pojawiające się nowe czynniki społeczne związane z przemianami w XX wieku, m.in. zwiększoną aktywnością zawodową wiernych. Wspomniana Msza w sobotę wieczór miała ułatwić wypełnienie obowiązku niedzielnego.

    Czy Mszę świętą sobotnią można wybrać tylko wtedy, gdy nie możemy pójść w niedzielę?

    Kanon 1248 §1 Kodeksu Prawa Kanonicznego nie podaje w tym względzie żadnych ograniczeń. Można tę Mszę wybrać ze zwykłej wygody, nie trzeba mieć żadnego ważnego powodu. Niektórzy wierni nieraz systematycznie uczestniczą w wieczornych Mszach sobotnich jako niedzielnych, podobnie jak ci, co w niedzielę zawsze przychodzą na jedną i tą samą godzinę.

    Czy opuszczoną niedzielną Mszę świętą trzeba nadrobić?

    Oczywiście, nie trzeba „nadrabiać” opuszczonej Mszy świętej. Choroba lub inny wyżej wymieniony ważny powód jest uzasadnionym zwolnieniem i opuszczenie niedzielnej Mszy nie powoduje wtedy grzechu ciężkiego. Zdarza się jednak, że osoby wierzące odczuwają potrzebę pójścia na Eucharystię w tygodniu w zamian za tę „opuszczoną”. Świadczy to o chrześcijańskiej gorliwości i głębokiej więzi z Chrystusem, ale nie jest obowiązkiem.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post Eucharystyczny

    Spodobało się Duchowi Świętemu, aby ze względu na cześć tak wielkiego sakramentu Ciało Pańskie wchodziło do ust chrześcijanina pierwej niż inne pokarmy i dlatego obyczaj ten zachowuje się na całym świecie”. To słowa św. Augustyna sprzed półtora tysiąca lat, nad którymi warto się czasem zastanowić.

    Chrystus przed wszystkimi

    Wiele razy dane mi było oglądać scenę, w której cała rodzina szykowała się do wyjścia na ślub. Prasowanie, wiązanie krawatów, modelowanie fryzur, pastowanie butów, makijaż. A na ostatnią chwilę jakaś bułeczka do buzi, żeby w czasie ślubu nie zgłodnieć do wesela. I tak, przez przewartościowanie tego, co zewnętrzne, a niedowartościowanie tego, co wewnętrzne, Pan Jezus w Komunii św. nie zostaje potraktowany jak Bóg, któremu należy się szczególna cześć.
    Zaryzykuję tezę, że niektóre osoby przystępujące do Ołtarza Pańskiego bardziej martwią się tym, jak zrobić przyjemność wychodzącej za mąż cioci, niż Chrystusowi. Bo, wbrew temu, co się niekiedy mówi, podczas Mszy św. ślubnej to nie państwo młodzi są najważniejsi…

    Nie tylko nie-jedzenie

    Prawo kościelne, mówiąc o poście eucharystycznym, mówi o jedzeniu i piciu: „Przystępujący do Najświętszej Eucharystii powinien przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii św. powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju, z wyjątkiem tylko wody i lekarstwa” (kan. 919). Nie należy jednak tracić logiki w postępowaniu wedle niego. Ktoś zgorszony opowiadał, że pewna dziewczyna siedząca w pierwszej ławce całą Mszę św. żuła gumę. Wyjęła ją z ust na czas przyjęcia Komunii św., po czym wzięła do ust nową gumę. Na własne oczy widziałem mężczyzn, którzy gasili papierosy przed wejściem do kościoła w momencie, gdy brzmiał już dzwonek na rozpoczęcie Mszy św. Pół godziny później przyjmowali Chrystusa Eucharystyczego. Wiele dziewcząt skrzywiłoby się, gdyby musiało pocałować śmierdzącego papierosami chłopaka. Pan Jezus jakoś to musi znosić… Być może w jednym i drugim przypadku osoby zachowujące się niegodnie wobec Najświętszego Sakramentu zachowały nawet post eucharystyczny. Niemniej jednak nie przyjęły postawy uniżenia wobec Boga, do której prowadzić ma ów post. Nie chodzi tu więc o bezmyślne przestrzeganie litery prawa, lecz o właściwe rozumienie sakramentu. Katechizm jasno uczy, że post jest nie tylko oznaką zewnętrzną, ale ma wzbudzać „nawrócenie serca, pokutę wewnętrzną. Bez niej czyny pokutne pozostają bezowocne i kłamliwe” (KKK 1430).

    Przygotowanie spotkania

    Osoba, a nie przedmiot

    Wbrew temu, co można wywnioskować z początku tego artykułu, jego celem nie jest krytyka kogokolwiek, kto nie przestrzega postu eucharystycznego. Wręcz przeciwnie! Należy powiedzieć wszystkim tym, którzy go przestrzegają, że czynią dobrze, i że z tej dobroci mogą czerpać dla siebie jeszcze więcej. Bo sensem postu eucharystycznego nie jest to, „by ludzie widzieli”, lecz przybliżanie się do Boga. Pewien zakonnik zwrócił ostatnio moją uwagę na to, że przeżywanie Eucharystii przybiera niekiedy postać kultu materialnego, a nie osobowego. To nie z Chlebem, w który przemienił się Chrystus, wchodzimy w stan Komunii św., lecz z Chrystusem – czyli Osobą, która przyjęła postać Chleba. To zasadnicza różnica, która pokazuje nam, jaki jest sens postu eucharystycznego. Popatrzmy na Komunię św. jak na spotkanie podobne do spotkania ze swoim nowo poślubionym współmałżonkiem (sam Bóg używa tego porównania w Piśmie Świętym), a będziemy się starali uczynić wszystko, żeby się na to spotkanie dobrze przygotować.

    Marcin Konik-Korn/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ile można się spóźnić na Mszę św., aby była „ważna”?

     fot. Karol Porwich/TygodnikNiedziela

    ***

    Ogólna zasada jest następująca: na Mszę św. nie wolno się spóźnić. Lekkomyślne przychodzenie do kościoła po rozpoczęciu Eucharystii jest poważnym błędem. Przecież nawet w zwykłych ludzkich sprawach spóźnianie się jest nie do przyjęcia. Każdy wie, że do kina, na pociąg czy na rozmowę o pracę spóźnić się po prostu nie wolno. Punktualność jest też wyrazem szacunku dla drugiego człowieka. Nie wypada, aby ktoś na mnie czekał. A co dopiero, gdy mówimy o Mszy św., która jest spotkaniem z Bogiem. Wymaga ona największego szacunku. Dla chrześcijan to sprawa najświętsza. Dobrze obrazuje to przykład starożytnych chrześcijan z Abiteny. W czasie prześladowań zostali oni schwytani podczas niedzielnej Eucharystii. Powiedzieli wtedy oprawcom: „nie możemy żyć bez niedzieli”, co oznaczało, że nie mogą żyć bez uczestnictwa we Mszy św.

    Struktura liturgii mszalnej jest tak pomyślana, że tworzy integralną całość. Nie da się ominąć jakiejś jej części. Pominięcie początku sprawia, że tracimy coś ważnego. Znak krzyża, pozdrowienie, akt pokuty, chwała, czytania – to wszystko jest bardzo ważne, wyznaczanie zatem granic, ile można się spóźnić, jest bez sensu. Co jednak, jeśli nasze spóźnienie jest niezawinione, ale spowodowane różnymi trudnościami czy okolicznościami zewnętrznymi? Powiedzmy, że ktoś w drodze na niedzielną Mszę spotkał człowieka potrzebującego natychmiastowej pomocy… Albo rodzice małego dziecka musieli zostać nieco dłużej w domu, gdyż maluch akurat wymagał, aby poświęcić mu czas. To jasne, że za takie spóźnienie człowiek nie odpowiada. Można się wtedy zastanowić, czy nie lepiej iść na kolejną Mszę św., aby móc na spokojnie w niej uczestniczyć. Jeśli to nie jest możliwe, wówczas należy wziąć udział w Eucharystii, na którą pierwotnie zmierzaliśmy. Udział w niej jest „ważny” i możemy przyjąć Komunię św.

    Zamiast mówić o spóźnianiu lepiej jednak powiedzieć o odpowiednim przygotowaniu się do Mszy św. Warto więc przyjść do kościoła trochę wcześniej. Na co poświęcić ten czas? W charakterystyczny dla siebie sposób na to pytanie odpowiada papież Franciszek: „Kiedy idziemy na Mszę św., może przychodzimy 5 minut wcześniej, zaczynamy plotkować z osobą, która jest obok mnie. Ale to nie jest chwila na plotki. To czas na milczenie, aby przygotować się na dialog. Chwila skupienia się w naszym sercu, żeby przygotować się na spotkanie z Jezusem. Milczenie jest bardzo ważne”. Czas przygotowania jest zatem potrzebny, aby skupić myśli. Przede wszystkim należy sobie przypomnieć, w czym za chwilę będę uczestniczył. Jak zaznacza Ojciec święty, Msza św. to „spotkanie z Jezusem”. Będę mógł do Niego mówić i Go słuchać. W końcu będę mógł przyjąć Go do siebie, by ciągle we mnie przebywał i razem ze mną szedł przez życie. Ważne jest też wzbudzenie w sobie intencji, w jakiej chcę się modlić na tej Eucharystii. Może chcę prosić Boga o przemianę czegoś w moim życiu? A może ktoś z moich bliskich potrzebuje modlitwy? Może chcę zawierzyć Bogu to, co mnie czeka w nowym tygodniu? Intencja pomaga mi wypełnić czymś osobistym poszczególne części Eucharystii, jak Ofiarowanie czy Komunia św. Pamiętajmy zatem o dobrym przygotowaniu się do przeżywania Mszy świętej.

    ks. Wojciech Biś/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Proroctwo Ratzingera. Oto jak zmieni się Kościół

    fot. screenshot – YouTube

    ***

    Proroctwo Ratzingera. Oto jak zmieni się Kościół

    Przyszłość Kościoła może wyrosnąć i wyrośnie z tych, których korzenie są głębokie i którzy żyją z czystej pełni swojej wiary. Nie wyrośnie z tych, którzy dostosowują się jedynie do mijającej chwili ani z tych, którzy tylko krytykują innych i zakładają, że sami są nieomylnymi prętami mierniczymi; nie wyrośnie z tych, którzy podejmują łatwiejszą drogę, którzy unikają pasji wiary, twierdząc, że wszystko, co stawia im wymagania, co ich uraża i zmusza ich do poświęcenia siebie jest nieprawdziwe i nieaktualne, despotyczne i legalistyczne.

    Ujmując to bardziej pozytywnie: przyszłość Kościoła, po raz kolejny, jak zawsze, zostanie ukształtowana przez świętych, to znaczy przez ludzi, których umysły nie zatrzymują się na hasłach dnia, ale dociekają głębiej, którzy widzą więcej niż widzą inni, ponieważ ich życie obejmuje szerszą rzeczywistość.

    Bezinteresowność, która czyni ludzi wolnymi, osiąga się jedynie poprzez cierpliwość małych codziennych aktów samozaparcia. Przez tę codzienną pasję, która sama objawia człowiekowi w ilu wymiarach jest on niewolnikiem własnego ego, przez tę codzienną pasję i tylko poprzez nią oczy człowieka powoli się otwierają. Widzi tylko na tyle, na ile przeżył i przecierpiał. 

    Jeśli dzisiaj prawie nie jesteśmy już w stanie uświadomić sobie Boga, to dlatego, że tak łatwo przychodzi nam uciec od samych siebie, od głębi naszego jestestwa za pomocą narkotyku takiej czy innej przyjemności. W ten sposób nasza własna głębia wewnętrzna pozostaje dla nas zamknięta. Jeśli prawdą jest, że człowiek widzi tylko sercem, to jakże jesteśmy ślepi! 

    Jaki to wszystko ma wpływ na problem, który rozpatrujemy? Oznacza to, że chełpliwe i głośne twierdzenia tych, którzy wieszczą Kościół bez Boga i bez wiary, to wszystko pusta paplanina. Nie potrzeba nam Kościoła, który celebruje kult działania w modlitwach politycznych. To jest zupełnie zbędne. Dlatego też on sam siebie zniszczy. 

    To, co pozostanie, to Kościół Jezusa Chrystusa, Kościół, który wierzy w Boga, który stał się człowiekiem i obiecuje nam życie po śmierci. Ksiądz, który nie jest nikim więcej niż pracownikiem socjalnym może być zastąpiony przez psychoterapeutę i innych specjalistów; ale ksiądz, który nie jest specjalistą, który nie stoi [z boku], obserwując grę, udzielając oficjalnych rad, ale w imię Boga stawia się do dyspozycji człowieka, który towarzyszy ludziom w ich smutkach, w ich radościach, ich nadziei i strachu, taki ksiądz na pewno będzie potrzebny w przyszłości. 

    Pójdźmy krok dalej. Z obecnego kryzysu wyłoni się Kościół jutra – Kościół, który stracił wiele. Będzie niewielki i będzie musiał zacząć od nowa, mniej więcej od początku. Nie będzie już w stanie zajmować wielu budowli, które wzniósł w czasach pomyślności. Ponieważ liczba jego zwolenników maleje, więc straci wiele ze swoich przywilejów społecznych. 

    W przeciwieństwie do wcześniejszych czasów będzie postrzegany dużo bardziej jako dobrowolne stowarzyszenie, do którego przystępuje się tylko na podstawie samodzielnej decyzji. Jako mała wspólnota, będzie kładł dużo większy nacisk na inicjatywę swoich poszczególnych członków. Niewątpliwie odkryje nowe formy posługi kapłańskiej i będzie wyświęcał do kapłaństwa wypróbowanych chrześcijan, którzy wykonują już jakiś zawód. 

    W wielu mniejszych parafiach lub autonomicznych grupach społecznych opieka duszpasterska będzie zazwyczaj prowadzona w ten sposób. Obok tego niezbędna również będzie posługa kapłańska w pełnym wymiarze czasu, jak dawniej. 

    Ale we wszystkich tych zmianach, w których, jak można się domyślać, Kościół na nowo odnajdzie swoją istotę i pełne przekonanie, co do tego, co zawsze było w jego centrum: wiary w Trójjedynego Boga, w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który stał się człowiekiem, w obecność Ducha Świętego aż do końca świata. W wierze i modlitwie na nowo uzna sakramenty za formę oddawania czci Bogu, a nie za przedmiot wiedzy liturgicznej. 

    Kościół będzie wspólnotą bardziej uduchowioną, nie wykorzystującą mandatu politycznego, nie flirtującą ani z lewicą, ani z prawicą. To będzie trudne dla Kościoła, bo ów proces krystalizacji i oczyszczenia będzie kosztować go wiele cennej energii. To sprawi, że będzie ubogi i stanie się Kościołem cichych. 

    Proces ten będzie tym bardziej uciążliwy, że trzeba będzie odrzucić zarówno sekciarską zaściankowość, jak i napuszoną samowolę. Można przewidzieć, że wszystko to będzie wymagało czasu. Proces będzie długi i żmudny, tak jak droga od fałszywego progresywizmu w przededniu rewolucji francuskiej – kiedy biskup mógł być uważany za błyskotliwego, jeśli wyśmiewał się z dogmatów, a nawet sugerował, że istnienie Boga wcale nie jest pewne – do odnowy w XIX wieku. 

    Ale kiedy minie już proces tego odsiewania, wielka moc popłynie z bardziej uduchowionego i uproszczonego Kościoła. W totalnie zaplanowanym świecie ludzie będą strasznie samotni. Jeśli całkowicie stracą z oczu Boga, odczują całą grozę swojej nędzy. Następnie odkryją małą trzódkę wyznawców jako coś całkowicie nowego. Odkryją ją jako nadzieję, która jest im przeznaczona, odpowiedź, której zawsze potajemnie szukali. 

    A zatem wydaje mi się pewne, że przed Kościołem bardzo trudne czasy. Prawdziwy kryzys ledwo się zaczął. Będziemy musieli liczyć się z tym, że nastąpią straszliwe wstrząsy. 

    Jestem jednak równie pewny, co pozostanie na koniec: nie Kościół politycznego kultu, który już jest martwy, ale Kościół wiary. Może już nie być dominującą siłą społeczną w takim stopniu, w jakim był do niedawna; ale będzie cieszyć się świeżym rozkwitem i będzie postrzegany jako dom dla człowieka, gdzie znajdzie on życie i nadzieję wykraczającą poza śmierć. 

    Kościół katolicki przetrwa mimo mężczyzn i kobiet, niekoniecznie ze względu na nich. A jednak, nadal mamy do odegrania naszą rolę. Musimy modlić się i pielęgnować bezinteresowność, wyrzeczenie, wierność, pobożność sakramentalną i życie skoncentrowane na Chrystusie. 

    Józef Ratzinger w 1969 roku w rozgłośni Hessian Rundfunk

    Misyjne drogi.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Zagrożenie związane z modlitwą księdza Dolindo

    Zagrożenie związane z modlitwą księdza Dolindo

    (fot. shutterstock.com / youtube.com/radiotvsantamaria)

    ***

    Modlisz się słowami “Jezu, Ty się tym zajmij”? Potrzebujesz cudu lub pomocy w swoim życiu? “W tym może być też diabeł” – przed złymi owocami modlitwy ks. Dolindo ostrzega Włodzimierz Zatorski OSB.

    Karol Wilczyński: Co jest najważniejsze w naszej modlitwie? Czy jest coś, czego pragnie w niej Bóg?

    Włodzimierz Zatorski OSB: Spotkanie. Bóg pragnie się z nami spotkać. I, co chyba jeszcze ważniejsze, pragnie, byśmy chcieli się z Nim spotkać. My musimy być na to spotkanie otwarci.

    Dlaczego?

    Życie w rozumieniu biblijnym jest spotkaniem, rozgrywa się w przestrzeni spotkania, w przestrzeni miłości. Dlatego też w życiu duchowym najważniejsza jest współpraca z łaską. Sama łaska niczego w nas nie dokona, bo Bóg szanuje naszą wolność… Na siłę też nie będzie nic robił. Łaska jednak jest do zbawienia koniecznie potrzebna, bez łaski nic nie zdziałamy. Dlatego najważniejsza jest właśnie współpraca.

    Jak ojciec widzi współpracę z Bogiem, skoro mó­wię “Jezu, Ty się tym zajmij”? Moja praca polega na tym, żeby Mu powierzyć mój problem.

    Właśnie: powierzyć, nie oddać w całości. Często słyszę takie słowa: “Pomóż sobie, a Pan Bóg ci pomoże”. Takie słowa, pewnie z lekkim przegięciem, akcentują aktywność człowieka. Jest w tym jednak trochę prawdy. Pozostawienie formuły “Jezu, Ty się tym zajmij” samej sobie, pozostawia na boku tę naszą aktywność.

    “No, skoro Pan Jezus się tym zajmuje, to ja już nie muszę…”

    To jest postawa, której się obawiam w kontekście słów: “Jezu, Ty się tym zajmij”. Boję się, że mogą prowadzić nas do postawy bezsilności i bezczynności. A modlitwa nie może do niej prowadzić. Nie można liczyć na to, że Bóg sam nam coś załatwi.

    Jak zatem mam współpracować z Panem Bogiem?

    Przede wszystkim wymaga to realnego zaangażowania, autentycznej więzi. Bóg obdarował nas rozumem i wolną wolą, żebyśmy z nich korzystali. W Katechizmie Kościoła katolickiego jest napisane, że “Bóg pragnie, byśmy Go pragnęli” (KKK 2560). A żebyśmy Go pragnęli, to musimy wejść z Nim w relację i Go poznać. Musimy się zaangażować. Konkretnie zaangażować. Co to znaczy? Ogólnie to, że z modlitwą, z relacją z Panem Bogiem, związana jest pewna praktyka życiowa. Człowiek musi żyć zgodnie z przykazaniem Jezusa: przykazaniem Miłości.

    Co to ma do naszej modlitwy?

    Tylko wtedy, gdy żyjemy w harmonii z tym przykazaniem, możemy prawdziwie modlić się w imię Jezusa. “O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje” (J 16,23).

    Trzeba pamiętać, że modlitwa w czyimś imieniu oznacza coś o wiele więcej. W Biblii “imię” to “istota”, w imieniu zawiera się cały charyzmat, powołanie. Chrystus, Syn Boży, nie bez powodu otrzymuje to imię – Jezus. Jehoszua po hebrajsku oznacza: “Jahwe zbawia”.

    Używając tego imienia, przypominamy, że Jezus nie przyszedł potępiać, ale zbawiać. Syn Człowieczy “nie przyszedł, by Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20,28). Modląc się w Jego imię w sposób autentyczny, trzeba działać i żyć zgodnie z tą podstawową prawdą o zbawieniu.

    Ale to nie wszystko. Jezus chce, byśmy angażowali się, podążali Jego misją zbawienia. Święty Paweł pisze, że jesteśmy “Ciałem Chrystusa” (1 Kor 12,27). To jest jedno z wielu wezwań, by zaangażować się w to dzieło, które zaczął Jezus, żyjąc na ziemi.

    Dobrze, ale co mają zrobić osoby w trudnej sytu­acji? Wiele ludzi nie widzi już możliwości działa­nia. Stąd korzystają z modlitwy “Jezu, Ty się tym zajmij” – nie widzą tego, w jaki sposób mogliby odmienić swoje życie. Na przykład Artur wpadł w spiralę długów. To się przełożyło na jego życie małżeńskie i rodzinne. W chwili największej bez­ nadziei, “w chwili utraty chęci do życia” – jak to nazwał autor świadectwa – zwrócił się do Jezusa w tej modlitwie. Czy w takich chwilach nie jest jednak dobrze zawierzyć się Bogu w taki sposób?

    OK, stał się cud. Ale trzeba zwrócić uwagę na to, że sam cud nigdy nie wystarczy. Ludzie często uważają, że cud to właściwy i pożądany “efekt” modlitwy. A to nie jest to, o co chodzi. W działaniu Boga – jak pisze św. Jan od Krzyża, mistyk – nie chodzi o objawienia czy cuda, bo w tym może być też diabeł.

    Ale te cuda są często bardzo dobre!

    Cóż, to trzeba za nie podziękować i skupić się na tym, co jest istotą działania Boga.

    To znaczy?

    Spotkanie. Skupmy się na spotkaniu z Nim. Cud może być tylko sposobem, znakiem, który nie musi być skuteczny. Wystarczy poczytać Biblię i zobaczyć, jak Panu Jezusowi “dziękowali” ci, których uzdrowił. Znamienny jest przypadek uzdrowienia dziesięciu trędowatych – poza jednym uzdrowionym z trądu Samarytaninem, obcym – nikt nie przyszedł Mu podziękować. Nie mówiąc już o tym, że gdy Jezus zaczął mieć kłopoty, zaczął się Jego proces w Jerozolimie, to nie widzimy żadnego uzdrowionego, który by Mu chciał pomóc. Gdy krzyczeli “ukrzyżuj, ukrzyżuj”, to gdzie jest cała grupa ludzi, których Pan Jezus uzdrowił? Dlaczego nie wołali “uwolnij, uwolnij”?

    Oni wszyscy byli uzdrowieni, doświadczyli cudu tak jak Artur. Ja nie przeczę, że to jest cud, bo to prawdopodobnie jest łaska Boga. Ale to jest tylko znak. Pan Jezus też traktował te uzdrowienia, które zostały opisane w Ewangelii, tylko jako znak. Jako coś, co ma przemówić do człowieka, co ma prowadzić do jego przemiany. Cud nie jest realizacją więzi, relacji z Bogiem, bo nie o to w tej relacji chodzi. Cud ma sprawić, że człowiek się zaangażuje, wejdzie w dzieło zbawienia Pana Jezusa całym sobą.

    To pokazuje inna historia z Ewangelii: o człowieku, który trzydzieści osiem lat był sparaliżowany i siedział koło sadzawki (J 5,1-18). I Jezus po uzdrowieniu go ostrzega: nie grzesz, żeby nie spotkało cię coś gorszego niż ten paraliż. Mężczyzna mimo to idzie i donosi faryzeuszom. Cud nic w nim nie zmienia.

    Pamiętajmy, cud nie jest celem. Jest znakiem, który powinniśmy wykorzystać do wewnętrznej przemiany i do spotkania z Jezusem.

    Czy uważa zatem ojciec, że to źle, jeśli modlimy się, oczekując jednocześnie cudu?

    W pewnym momencie taka modlitwa zaczyna być zła, tak. Oczywiście, na pewnym poziomie modlitwa o cud może być dobra. Przecież Pan Jezus modli się w Ogrójcu: “Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich!”. Modli się o interwencję, prosi Boga, by działał. Ale od razu dodaje: “Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22,42). I w tym drugim zdaniu leży cały sens.

    Bo co to znaczy powierzyć się Bogu? Przede wszystkim, jak uczyli mnisi – ojcowie pustyni spędzający całe życie na modlitwie i pracy – odrzucić własne wyobrażenia. To nasze myśli, marzenia, wyobrażenia są pierwszą przeszkodą w modlitwie. Zamiast powierzyć wszystko Panu Bogu, planujemy nasze życie za Niego. Tak nie można. Nie należy oczekiwać cudu, który został przez nas dokładnie określony, opisany i przedstawiony “na piśmie”. A potem mieć pretensje.

    Czy w takim razie mamy zwracać się do Boga w trudnych sytuacjach? Jak to robić?

    Oczywiście, że tak! Bóg jest naszym ratunkiem, naszym wyzwoleniem. I trzeba się o ten cud czasem modlić. Ale jeśli całe życie jesteśmy na tym poziomie, jeśli tylko na tym polega nasza relacja z Jezusem, to wtedy to jest problem. Bo wtedy nie tyle stoimy w miejscu, jeśli chodzi o tę więź, ale właściwie cofamy się. Prosząc cały czas tylko o cuda, idziemy w przeciwnym kierunku.

    Jako dzieci Boga otrzymaliśmy od Niego bardzo dużo na pewnym etapie. Ale jeśli – jako dorośli mężczyźni – będziemy traktować naszego Rodzica jako kogoś, kto tylko daje, kogoś, od kogo należy tylko brać, to znaczy, że czegoś tu brakuje. W życiu duchowym to oznacza tragedię. Bo Bóg stawia nam wymagania, pragnie od nas wielu rzeczy. Mówi o tym Księga Syracha: “Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie!” (Syr 2,1).

    Ta sama księga mówi też “Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą, prostuj swe drogi i Jemu zaufaj!” (Syr 2,6).

    Właśnie. Żeby wzrastać, pogłębiać naszą więź, Bóg chce, byśmy robili coś więcej: byli Mu wierni i prostowali swe drogi. Angażowali się.

    Kiedy mówimy “Jezu, Ty się tym zajmij”, to kluczowe jest właśnie to “zajmij się”. Co ono dla nas znaczy? Czy mówiąc tę modlitwę, jesteśmy otwarci na to, że powierzam Bogu w całości swoją sprawę i całe życie? A zarazem, że jestem gotów przyjąć to, czego On tak naprawdę dla mnie chce? Że jestem otwarty na to, by współpracować z Jego łaską? Jeśli tak, to ta modlitwa jest OK.

    Ale czasami nie jest OK?

    Nie. Jeśli “Jezu, Ty się tym zajmij” oznacza, że powierzam Ci to w całości, ale samemu nie mam zamiaru już nic robić, nie chcę się zmieniać i nie zamierzam współpracować z Bogiem, to nie jest to dobra modlitwa. Tylko jeśli chcę ostatecznie przemienić swe serce, stanąć bliżej Boga, ta modlitwa może być autentyczna.

    Czy jest jakaś inna modlitwa, którą modli się oj­ciec w trudnych chwilach? W czasie zwątpienia?

    Tak, używam często tak zwanych aktów strzelistych na wzór Modlitwy Jezusowej. Wołam: “Jezu, Synu Boga Żywego, zmiłuj się nade mną”. Albo modlę się tak jak celnik w świątyni: “miej litość dla mnie, grzesznika!” (por. Łk 18,13). To są wezwania, które służą mi, gdy jest mi trudno.

    Czy słowa “Jezu, Ty się tym zajmij” mogą być ta­kim aktem strzelistym? Jezus w jednym z objawień mówi księdzu Dolindo o akcie “prawdziwego, śle­pego i całkowitego oddania”. Wspomniał ojciec o ojcach pustyni, którzy byli prawdziwie oddani.

    Różnica jest jednak zasadnicza! Proszę zauważyć, że gdy wołam do Jezusa: “Ty się tym zajmij”, to przy okazji mówię Mu, czym ma się zająć. A powinniśmy wołać jak Jezus w Ogrójcu: “Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!”. A mówimy “Jezu, Ty się tym zajmij”, wiedząc, JAK On ma się tym zająć. A potem są pretensje. “Bo tak chciałem, tak się modliłem, a nie wyszło, Pan Je- zus nie wysłuchał…”.

    Na czym zatem polega niewysłuchana modlitwa?

    Przede wszystkim na naszych fałszywych wyobrażeniach, które budują w nas rozmaite oczekiwania względem Boga. Popatrzmy na to poprzez przykład Jezusa w Ogrójcu. W innym miejscu mówi się, że “został wysłuchany” (Hbr 5,7). Ale – po ludzku rzecz biorąc – Jezus nie został przecież wysłuchany. Bo jednak Ojciec nie zabrał tego kielicha. Tyle że z perspektywy Bożej został wysłuchany, stał się zbawieniem dla świata. I zmartwychwstał. Tego jednak nie widać z perspektywy ludzkiej. Nie widać tego, że Bóg daje według swojej miary, a nie miary oczekiwań człowieka.

    I Jego miara jest zawsze inna niż ludzkie wyobrażenie.

    Dlatego modlitwa “Jezu, Ty się tym zajmij” może być na pewnym poziomie, dla pewnych ludzi, całkowicie w porządku. Ale w pewnym momencie może też być przeszkodą – o ile jest związana z naszymi wyobrażeniami, o ile jest osadzona w tych naszych oczekiwaniach. A przecież nie o to chodzi. Chodzi o wypełnienie się Bożej woli.

    Jak poznać wolę Boga? To nie jest proste.

    Nie jest. Ale mamy jej szukać. Tutaj mamy się zaangażować.

    Jak w tym świetle rozumieć zatem słowa “Jezu, Ty się tym zajmij”?

    W samej tej formule nie ma mowy o woli Boga. Ale jeśli ją rozumiemy w taki sposób, że “Jezu, Ty się tym zajmij, tak jak Ty chcesz. I jeśli chcesz, bym coś zrobił, to powiedz, rządź mną, poddaję się Twojej woli”, to jest to OK. Jeśli jednak w słowach “Jezu, Ty się tym zajmij” nie ma nic więcej, to – przynajmniej po polsku – brzmi to jak zwolnienie się z odpowiedzialności. I to jest błędne.

    To, że dzięki tej modlitwie zdarzają się cuda – na przykład uratowanie Artura z bankructwa – to z tego cudu nie wynika jeszcze to, że człowiek, który doświadczył tego cudu, wszedł na drogę zbawienia. To, czy on tę łaskę cudu wykorzysta do tego, by pójść za Jezusem, zależy od jego zaangażowania. Bo przecież może też postawić się w centrum wielkiego wydarzenia, pomyśleć: “Patrzcie, jaki jestem wielki, doświadczyłem takiego cudu”. To jest wtedy antyświadectwo!

    Jak rozpoznać w takim razie, że modlitwa tak naprawdę, w Bożym rozumieniu, została wysłu­chana?

    Po owocach. A pierwszym owocem modlitwy jest pokora. Są jeszcze inne – miłość, radość, pokój, opanowanie, przebaczenie, wdzięczność… To są owoce, które wymienia św. Paweł w Liście do Galatów (5,22-23). Ale moim zdaniem najpierw jest pokora. Ona jest nie do podrobienia. “Po owocach ich poznacie” – mówi Jezus.

    Owocem jest też odrzucenie wad, o których mówi św. Paweł w Liście do Kolosan (3,8). Owocem nie jest cud.

    * * *

    Fragment wywiadu z ojcem Włodzimierzem Zatorskim OSB pochodzi z książki “Jesteś w dobrych rękach. Poznaj prawdziwą moc modlitwy Jezu, Ty się tym zajmij ks. Dolindo”

    Ojciec Włodzimierz Zatorski – benedyktyn z opactwa Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Tyńcu. Do klasztoru wstąpił po ukończeniu fizyki na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1980 roku. Twórca i wieloletni dyrektor Wydawnictwa Benedyktynów, w latach 2005-2009 przeor opactwa w Tyńcu, autor licznych książek o tematyce religijnej.

    Karol Wilczyński – dziennikarz DEON.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Siostra Małgorzata Borkowska OSB o modlitwie. Oto jej 10 istotnych myśli

    Siostra Małgorzata Borkowska OSB o modlitwie. Oto jej 10 istotnych myśli

    fot. Canva

    ***

    Czym jest modlitwa? Jak się modlić? Co jest celem modlitwy? Te pytania dotyczące tak ważnej rzeczywistości jaką jest modlitwa zadaje sobie wielu ludzi wierzących. Benedyktynka s. Małgorzata Borkowska odpowiada na te i inne rozterki w książce “Uwagi o modlitwie”.

    10 istotnych myśli s. Małgorzaty Borkowskiej na temat modlitwy

    1. Modlitwa musi obejmować nasze życie, nigdy nie może być całkiem nieobecna, w takiej czy innej formie musi trwać. Powoli staje się po prostu obecnością wobec Wszechobecnego; mamy już wtedy swój własny z Nim język, jak to w rodzinie, i nic nie potrzeba długo tłumaczyć, raczej tylko pokazywać i patrzeć razem.

    2. Odczuwalne dary Boże to jeszcze nie sam Bóg; i że nasza droga jest drogą wiary, nie drogą widzenia. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a wierzą (J 20, 29); a nie ci, którzy żeby móc uwierzyć, usiłują najpierw dochrapać się jakiegoś widzenia.

    3. Naszym celem jest nie sama czynność modlitwy, ale życie modlitwy, a więc właśnie życie według modlitwy, wyrażanie czynem tego, co Bogu mówimy słowami.

    4. Bardzo trudno jest modlić się, kiedy coś nam leży na sumieniu. Chcielibyśmy to zamknąć do ciemnej komórki, odłożyć na potem – a nie da się. I bardzo dobrze, jeśli się nie da, bo to znaczy, że nasze sumienie działa i nawet jeśli nam jego głos zawadza, nie skutkują próby wyłączenia go

    5. Modlitwa jest relacją, a nie pojedynczą czynnością; a nasza relacja z Bogiem powinna obejmować całe nasze życie, a już zwłaszcza stosunek do bliźnich, których nam dano jako widzialnych przedstawicieli Niewidzialnego, żebyśmy mogli okazać Mu miłość.

    6. Dobrze jest ćwiczyć się w pamięci o tym, jak bardzo Bóg kocha mojego winowajcę. Wiem, że trzeba się za niego modlić; ale muszę bardzo uważać, żeby to nie była modlitwa z wysokości mojej rzekomej cnoty za jakiegoś biednego głuptasa.

    7. Przypominajmy sobie przy pierwszej stacji Drogi Krzyżowej, że Chrystus jest wprawdzie Sędzią żywych i umarłych, ale jest także patronem osądzonych. I że bardzo wyraźnie ostrzegał nas: nie sądźcie!

    8. Cierpliwość to drugie imię pokory. Kto się ma za coś wielkiego, nigdy cierpliwy nie będzie, bo zawsze będzie myślał, że jego wielkość nie jest dość rozpoznawana, i to w nim wywoła gniew. Pokorny natomiast nie straci pogodnej cierpliwości.

    9. Ludzie poszukujący wciąż w życiu nadprzyrodzonych zjawisk kończą bardzo szybko na wmawianiu ich sobie i innym. Ale to jest nieprawda, a żadna nieprawda nie przynosi ani Bogu chwały, ani ludziom pożytku.

    10. Jeśli umiemy odróżnić Boga samego, który nas kocha i wzajemnie jest naszą miłością, od darów, które są tylko przebłyskami Jego miłości, to nie będziemy robić tragedii z okresów, w których takich przebłysków nie otrzymujemy.

    Wybrane fragmenty pochodzą z książki “Uwagi o modlitwie”.

    ***

    s. Małgorzata (Anna) Borkowska OSB/Deon.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Prosta modlitwa o dobrą starość

    Prosta modlitwa o dobrą starość

    fot. IgorVetushko – depositphotos.com

    ***

    Jeśli zastanawiasz się, jak powinna wyglądać taka modlitwa, podrzucamy propozycję. Już teraz warto pomyśleć o starości. Wypróbuj modlitwę o dobrą starość.

    Czy myślałeś kiedyś o starzeniu się i o tym, jak ty będziesz funkcjonował na starość? Jak sobie wyobrażasz wtedy swoje życie? Jaki chciałbyś być? Perspektywa starości dotyczy nas wszystkich. Warto się z nią oswajać.

    Wszyscy chcieliby być młodzi, zdrowi, piękni i aktywni. I dlatego perspektywa starości z jej rzeczywistymi bądź wyobrażanymi ograniczeniami, może napawać niepokojem. Nie poddawaj się im. W chwili niepewności i lęku, kiedy będzie ci ciężko, powtarzaj słowa modlitwy św. Tomasza z Akwinu, jednego z najtęższych umysłów, jakie mamy w Kościele. Niech ta modlitwa cię prowadzi. 

    Jak najlepiej modlić się o dobrą starość?

    Panie, Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary. Zachowaj mnie od zgubnego nawyku: mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym. Czynnym lecz nienarzucającym się. Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty, Panie, wiesz, że chciałbym zachować do końca kilku przyjaciół.


    Wyzwól mój umysł od niekończącego się brnięcia w szczegóły i dodaj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy. Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień – w miarę jak ich przybywa, a chęć ich wyliczania staje się z upływem lat coraz słodsza. Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich.


    Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę o większą pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasem mogę się mylić. Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być święty, ale zgryźliwi starcy to jedno ze szczytowych osiągnięć szatana. Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach. Daj mi, Panie, łaskę mówienia im o tym…

    Ta modlitwa umieszczona jest na tablicy nagrobnej św. Tomasza w Tuluzie.

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Papież Franciszek o Duchu Świętym

    Pięć myśli papieża Franciszka o Duchu Świętym. "Trzeba umieć odróżnić Jego głos od głosu złego ducha"

    Papież Franciszek. Fot. Depositphotos.com

    ***

    To najbardziej tajemnicza osoba Trójcy Świętej. Co mówi o Duchu Świętym papież? Oto kilka myśli Franciszka, które prosto pokazują, co w naszym życiu robi dla nas Duch Święty. 

    Papież Franciszek ma dar ujmowania w prosty sposób rzeczywistości duchowej. Pokazuje, że nie jest ona odległa, ale dotyczy bardzo realnie naszego życia. Tak mówił w jednej z homilii o Duchu Świętym:

    1. Duch Święty sprawia, że widzimy wszystko w nowy sposób, według spojrzenia Jezusa.

    2. Istnieje Duch Święty, który mówi nam skąd wyruszyć, jaką drogę obrać i jak podążać, wskazuje nam styl „jak podążać”.

    3. Duch Święty ukazuje nam punkt wyjścia życia duchowego. On, Pocieszyciel, jest duchem uzdrowienia, to Duch zmartwychwstania i może przemienić te rany, które cię palą wewnętrznie.

    4. Duch Święty uzdrawia wspomnienia, stawiając na pierwszym miejscu to, co się liczy: pamięć o miłości Boga, Jego spojrzeniu na nas. W ten sposób wprowadza ład w nasze życie: uczy nas akceptować siebie, uczy nas przebaczać sobie samym. 

    5. Duch Święty, w obliczu rozdroży życiowych podpowiada najlepszą drogę do wzięcia. Dlatego ważne jest, aby umieć odróżnić Jego głos od głosu złego ducha. (…) Rozgoryczenie, pesymizm, smutne myśli nie pochodzą od Ducha Świętego.

    opoka.org.pl/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak rozpoznać działanie szatana?

    Siedem wskazówek papieża Franciszka

    Jak rozpoznać działanie szatana? Siedem wskazówek papieża Franciszka

    Papież Franciszek/fot. Vatican/Pool/Galazka

    ***

    Jak działa szatan? Na co trzeba uważać? Po czym poznać, że to on próbuje nas do czegoś namówić? Papież Franciszek wiele razy mówił o tym, jak działa w naszym życiu zły duch.

    Warto zapamiętać wskazówki papieża: są bardzo praktyczne i pozwalają ocenić, czy nie jesteśmy właśnie wystawiani na pokusę, która zabierze nam radość i skłoni do zła.  

    Papież Franciszek o tym, jak rozpoznać działanie złego ducha

    1. Narzekanie to język złego ducha.

    2. Zło dobrze czuje się w negatywności i często wykorzystuje tę strategię: podsyca w nas niecierpliwość, skłania do robienia z siebie ofiary, wzmacnia potrzebę użalania się nad sobą.

    3. Zazdrość jest drzwiami, przez które wchodzi zły duch, tak mówi Biblia: przez zawiść diabła zło weszło na świat.

    4. Zły duch chce odwrócić naszą uwagę od tego, co tu i teraz, zabrać nasze myśli gdzie indziej: często przykuwa nas do przeszłości: żalów, nostalgii, do tego, czego nie dało nam życie.

    5. Zły duch popycha cię, byś zawsze robił to, co lubisz i chcesz; skłania cię do przekonania, że masz prawo korzystać ze swojej wolności, jak ci się podoba. Ale potem, gdy zostajesz z pustką wewnętrzną, jest to okropne doświadczenie.

    6. Głos nieprzyjaciela odwraca uwagę od teraźniejszości i chce, żebyśmy się skupiali na lękach o przyszłość i na smutkach z przeszłości. Nieprzyjaciel nie chce teraźniejszości. Przywołuje gorycze, pamięć o zaznanych krzywdach, o tym, kto nam wyrządził zło… tak wiele złych wspomnień.

    7. Zło nigdy nie daje pokoju, najpierw wzbudza żądzę, a potem zostawia gorycz. Taki jest styl zła.

    opoka.org.pl/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie potrafisz przebaczać i każdego dnia myślisz o swoich zranieniach?

    Ta modlitwa przyniesie ci ukojenie

    Nie potrafisz przebaczać i każdego dnia myślisz o swoich zranieniach? Ta modlitwa przyniesie ci ukojenie

    (fot. Aziz Acharki on Unsplash)

    ***

    Myślisz, że wszystko ci się w życiu układa, ale rozsypujesz się, spotykając osobę, która cię kiedyś zraniła? A może nie potrafisz spojrzeć w lustro, bo sam siebie o coś obwiniasz? Nie czekaj, módl się tymi słowami i odzyskaj wolność:

    Jakże jest wielkie, Panie, Twoje miłosierdzie i przebaczenie
    dla tych, którzy na Twoje podobieństwo
    są miłosierni i przebaczają swoim winowajcom!
    Ty bowiem jesteś dobry i pełen przebaczenia,
    pełen łaskawości dla wszystkich,
    którzy Cię wzywają sercem szczerym i otwartym.
    Daj nam poznać Twoje drogi, Panie,
    i naucz nas chodzić Twoimi ścieżkami.

    Udziel nam ze swojego Ducha miłosierdzia i przebaczenia.
    Prowadź nas w prawdzie według swych pouczeń,
    bo w Twoim miłosierdziu pokładamy naszą nadzieję.
    Nie pamiętaj nam grzechów i win,
    lecz spójrz na nas miłosiernie.
    Wyzwól nas od złych myśli i uczuć.
    Uwolnij nasze serce od smutku i żalu,
    jaki nosimy po doznanych krzywdach i niesprawiedliwościach.
    Spójrz na nasz ból i utrapienie,
    jakie nam sprawia doznane zło

    i przynajmniej ze względu na to cierpienie,
    wybacz nam niezdolność do uwolnienia się
    od uraz raniących nasze serce,
    bo sami z całej siły pragniemy przebaczyć
    i oczyścić nasze serca od wszelkiego zła.
    Stwórz Panie w nas serce czyste i udziel pełni życia w miłości,
    we wzajemnej dobroci i miłosierdziu,
    jakich od Ciebie doznajemy.

    Niech nasze miłosierdzie ogarnie nawet naszych nieprzyjaciół,
    bo i oni są Twoimi dziećmi i naszymi braćmi.
    Niech nas wszystkich ogarnie Twoje królestwo miłości i komunii. Amen.

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co trzecie małżeństwo rozpada się!

    Czy na pewno rozumiemy przysięgę małżeńską?  

    Co trzecie małżeństwo rozpada się! Czy na pewno rozumiemy przysięgę małżeńską?  

    fot. Agnieszka Napiórkowska/Gość Niedzielny

    ***

    W małżeństwie nie ma ziemi neutralnej, jest albo błogosławiona, albo przeklęta. Co zrobić, by była błogosławiona? Ks. dr Marek Dziewiecki podpowiada w książce “Złączeni. Przysięga małżeńska czarno na białym”.  

            Katarzyna Widera-Podsiadło: Napisał ksiądz doktor 80 książek, ale tę określa ksiądz mianem najważniejszej?

    –        Ks dr Marek Dziewiecki: Tak, ta książka jest dla mnie najważniejsza ze wszystkich książek, chociaż jest kilka innych, którymi osobiście bardzo się cieszę, do których sam sięgam, zwłaszcza do powieści, bo one także mnie wzruszają. 

    –        Rozumiem, ale pozornie wydawać by się mogło, że książka o kapłaństwie, czy wierze powinna być dla księdza najbardziej wartościową pozycją.

    –         Wyjaśniam: To jest książka o kapłaństwie!  Otóż głównym zadaniem kapłana jest troska o małżeństwo i rodzinę.  Być księdzem, to od rana do wieczora troszczyć się o małżeństwo i rodzinę,  to jest duszpasterstwo w praktyce, najważniejsza jego część.  Po to my, księża żyjemy  w celibacie, żeby mieć czas dla małżeństw i rodzin, żeby wspierać małżeństwa i rodziny w wypełnianiu przysięgi małżeńskiej. I to należy czynić od rana do wieczora, ale nie kosztem własnej żony, czy własnych dzieci, to jest sens celibatu. Tłumaczę to księżom w czasie rekolekcji, czy  spotkań formacyjnych. Tłumaczę to podczas spotkań klerykom w seminariach w Polsce: To jest nasza odpowiedzialność, jesteśmy jako kapłani świadkami składania przysięgi małżeńskiej przez narzeczonych, my tych narzeczonych mamy przygotowywać, a wcześniej mamy przygotowywać dzieci i młodzież przez lata formacji, do miłości małżeńskiej i rodzicielskiej.  Potem mamy pomagać tym, którzy już złożyli przysięgę, by ją wypełniali zarówno w części małżeńskiej, jak i rodzicielskiej. Jako księża mamy pomagać w sytuacjach kryzysowych, by z kryzysu wychodzili i jeśli są jakieś dramaty w małżeństwie, rodzinie  mamy  profesjonalnie  działać. Małżonkowi, zwłaszcza drastycznie  krzywdzonemu mamy pomagać w zrozumieniu, jak  się bronić, do separacji małżeńskiej włącznie. Jeśli trzeba, duchowny ma pomaga sprawdzić, czy w ogóle małżeństwo było zawarte w ważny sposób. Dlatego my księża musimy być  specjalistami w dziedzinie przysięgi małżeńskiej i jej wypełniania.

    –        Rodzina dzisiaj z pewnością nie domaga, kryzys jaki przechodzi obawiam się, że nie jest jeszcze największym. Będzie gorzej, bo chora rodzina nie przygotuje do dobrego małżeństwa. Trochę to tak, jak zarzucanie księżom niedoskonałości. Taki ksiądz, taki małżonek z jakiej rodziny pochodzi, w jakiej rodzinie dorastał.

    –         W związku z tym, nie dziwię się, że księża popełniają błędy, czy patrzą  stereotypowo, zwłaszcza w odniesieniu do kobiet. Nie ukrywam tego i to mnie boli. Niestety znaczna część księży popełnia  typowe błędy. Prosty przykład: gdy przychodzi do kapłana, kobieta dręczona  przez męża, oczekuje porady, a  część księży mówi: „Widocznie Ci to Bóg zesłał, czy przynajmniej dopuścił taki krzyż, takie cierpienie. Złożyłaś przysięgę, to musisz być wierna tej przysiędze. Trwaj przy tym mężu nawet, jeśli Cię dręczy”. Otóż to jest całkowicie  błędne rozumienie przysięgi. Oczywiście po złożeniu przysięgi małżeńskiej mamy już na zawsze kochać małżonka, ale mądrze. Jeżeli małżonek okazuje nam miłość, wypełnia przysięgę, to mamy go wspierać,  dziękować, podziwiać. Natomiast jeżeli błądzi, mamy upominać, tak jak to  powiedział Jezus, mówiąc, że  jeśli Twój brat lub siostra (tym bardziej żona, czy mąż) błądzi, upomnij go. Przecież nie da się tego już wyraźniej powiedzieć. Jeżeli małżonek nas krzywdzi, to mamy święte prawo do obrony, do separacji małżeńskiej włącznie, do zbadania, czy w ogóle małżeństwo było zawarte ważnie. Nikt nie ma prawa mnie krzywdzić, a już zwłaszcza ten, kto mi przysięgał, że będzie mnie kochał, że będzie mi wierny, że będzie wobec mnie uczciwy. Czasem same kobiety mówią: „Nie mam prawa się bronić przed mężem, który stał się  krzywdzicielem, nawet jeśli mnie drastycznie krzywdzi, bo przecież ślubowałam mężowi miłość w dobrej i złej doli”. Wtedy wyjaśniam: „Znam na pamięć przysięgę małżeńską i w związku z tym wiem, co Pani mąż  ślubował. Proszę zauważyć, że mąż nie ślubował, iż bierze sobie Panią za żonę i ślubuje, że będzie Panią dręczył, lecz, że będę Panią kochał,  że będzie wierny i uczciwy”. Jeśli pojawiają się dramaty, zła dola, cierpienia, to one mogą przyjść jedynie z zewnątrz. Jeśli ktoś nas krzywdzi z zewnątrz, czy współmałżonka dotyka np. bezrobocie i on bardzo cierpi, to  żona powinna go wspierać.  Natomiast jeśli ból, cierpienie, krzywda są dziełem męża, to żona ma tylko jedną możliwość, mądrze kochać,  bronić się przed tym mężem, który stał się krzywdzicielem, bo krzywdząc, łamie on przysięgę małżeńską, a przecież nie ma prawa  tego robić. Obrona może prowadzić do separacji włącznie. Separacja zaś oznacza miłość na odległość, a nie wycofanie miłości. Kocham Cię nadal mężu, żono, ale ponieważ na razie łamiesz przysięgę brutalnie i stajesz się krzywdzicielem, to na razie kocham Cię na odległość, bo z bliska nie mogę, bo mnie dręczysz. A jeśli się pozwalam dręczyć, to Ci pomagam stawać się coraz większym dręczycielem i ułatwiam Ci wchodzenie na drogę do piekła. To nie byłaby zatem mądra miłość, lecz naiwność.  Właśnie po to jest ta książka, żeby bardzo precyzyjnie słowo, po słowie  przeanalizować to, co małżonkowie sobie nawzajem ślubują, bo wtedy  narzeczeni, lepiej przygotowani wejdą w związek małżeński, a ci, co przysięgę już mają za sobą, zrozumieją lepiej, z czego mają siebie i współmałżonka rozliczać.

    –        Pisze Ksiądz doktor, że szczęśliwe małżeństwo w XXI wieku jest możliwe. Skąd więc tyle skrajnie nieszczęśliwych, a w konsekwencji rozpadających się małżeństw?

    –        Małżonkowie zaczynają być nieszczęśliwi wtedy,  gdy jedno z nich lub obydwoje przestają wypełniać  przysięgę małżeństwo choćby w  jednym punkcie. Proszę sobie wyobrazić, że większość małżonków nie ma pojęcia,  kiedy zaczyna się kryzys małżeński, kiedy  mąż czy żona zaczyna łamać przysięgę małżeńską. To  jedno z moich ukochanych pytań,  zwłaszcza wobec mężczyzn, choć oczywiście to pytanie kieruję również do żon, Panowie mają  zwykle większe trudności  z udzieleniem prawidłowej odpowiedzi. Gdy pytam mężczyzn o to, kiedy mąż zaczyna łamać przysięgę małżeńską, to w większości przypadków panowie mówią, że wtedy, gdy mąż okłamuje żonę, kiedy ją uderza, kiedy ją zdradza,  czy kiedy wpada w uzależnienia i ją w ten sposób dręczy. Wtedy mówię: „Panowie, nie pytam, kiedy mąż staje się bandytą, kiedy powinien iść do więzienia. Pytam, kiedy zaczyna łamać przysięgę małżeńską? Czy rozumiecie słowo „zaczyna?” Wtedy wielu mężczyzn ma problemy z odpowiedzią. Wówczas podkreślam, że  mąż, czy żona zaczyna łamać przysięgę małżeńską w dniu, w którym przestaje okazywać miłość. Nie musi  zatem wprost krzywdzić, nie musi bić, zdradzać, poniżać, okłamywać. Wystarczy, że nie okazuje miłości. A co to znaczy, okazywać miłość? Od obudzenia się do  zaśnięcia być obecnym, okazywać ofiarność, czułość. To są te trzy formy podstawowe okazywania miłości, których uczymy się od Jezusa: by być obecnym, ofiarnym, czułym od świtu do nocy. Tak ma to wyglądać w małżeństwie, ale także my kapłani mamy na te trzy sposoby okazywać miłość. Podkreślę:  obecność, ofiarność, czułość, a szczytem czułości jest cierpliwość. Jeżeli na przykład mąż nie okazuje  od rana do wieczora miłości w tych trzech wymiarach, bo ma za mało czasu, czy wobec żony nie jest ofiarny,  czuły i cierpliwy,  to łamie przysięgę. Wówczas żona zaczyna być nieszczęśliwa. Podobnie jeśli  żona  nie okazuje miłości mężowi, to ona zaczyna łamać przysięgę. W książce mocno podkreślam ten wątek. Jest tam kilkadziesiąt stron na temat słów ślubuję Ci miłość, bo miłość  jest rozstrzygająca. Kto naprawdę kocha, ten   jest obecny, ofiarny, czuły,  Im lepiej małżonkowie rozumieją,  do czego się zobowiązali, tym mają większą szansę to realizować. Ta książka pomaga zatem małżonkom w kryzysie szybko zdiagnozować, gdzie jest problem i w związku z tym, jak najszybciej wyjść z  tego kryzysu. Gdy małżonkowie się poniżają, gdy wchodzą w uzależnienia, w olbrzymie konflikty, to widzą, że są w kryzysie. Do tego nie potrzeba mojej książki, żeby zrobić z diagnozę w rodzinie, gdy kryzys zaszedł bardzo daleko i cierpienie stało się nieznośne. Moja książka  pomaga zrobić wczesną diagnozę, czyli dostrzec  kryzys w jego początkowej fazie, bo wtedy jest największą szansa na szybki powrót do szczęśliwego małżeństwa.

    –        Czytałam tę książkę najpierw z zachwytem, z każda stroną upewniając się bardziej, że trzeba podsunąć ją dorastającym synom, ale w pewnym momencie przeraziłam się, że rozbierając tak dalece na części przysięgę małżeńską, tłumacząc skalę odpowiedzialności i poświęcenia w małżeństwie w dzisiejszych czasach można zniechęcić do wchodzenia w związek sakramentalny. Nie miał ksiądz takich obaw?

    –          Też myślałem o tym i dlatego  bezpośrednio nastolatkom, zwłaszcza chłopakom,  którzy jeszcze nie są zakochani, na razie nie dawałbym tej książki, natomiast jako rodzic, czy duszpasterz  powinienem wyjaśniać,  jakie cechy powinien mieć człowiek, który ślubuje miłość, czym jest miłość, wierność, uczciwość. Zobowiązania małżeńskie faktycznie są tak ogromne, że człowiek, który nie zaczyna kochać, może się tych zobowiązań wystraszyć. Jeśli nastolatek spotka kogoś, kim się zachwyci, zauroczy tak, że będzie chciał dorastać do tej miłości, jeśli wejdzie w fazę wielkiego zakochania, to wówczas ta książka będzie pomagać mobilizować się i dorastać do wielkiej miłości. To jest ten czas, gdy lektura tej książki nie zniechęci, lecz zdopinguje do pracy nad własnym charakterem.

    –        Pisze Ksiądz, że małżeństwo to najkrótsza i najradosniejsza droga do raju. Jak powiedzieć to młodemu człowiekowi, który skwituje np. „ale wy się ciągle kłócicie, to ma niewiele wspólnego z rajem?”

    –        I wtedy odpowiedź dojrzałych rodziców jest następująca: „Synu,  my nie mówimy Ci, żeby nas naśladować, lecz mówimy Ci, jak powinno wyglądać małżeństwo według pomysłu Boga. Nawet jeśli sami w pełni tego Bożego pomysłu nie realizujemy, to chcemy Ci pomóc, żebyś Ty ten pomysł Boga realizował, bo Ciebie kochany i nie mamy nic przeciwko temu, żebyś synu czy córko był czy była szczęśliwsza niż my.  Z naszego życia wyciągaj wnioski. Tam, gdzie widzisz dobro, czerp z niego, a tam, gdzie my, rodzice, błądzimy jako małżonkowie,  to ucz się wyciągać wnioski i nie powtarzaj naszych błędów.  I nie wmawiaj sobie, że nie jest możliwe  szczęśliwe, radosne małżeństwo.

    –        Zna ksiądz takie?

    –        Wspomniałem na początku naszej rozmowy, że czasami sam sięgam do moich książek, zwłaszcza do powieści. Dodam dla niewtajemniczonych, że wszystkie moje powieści wynikają z zachwytu jakąś konkretną rodziną, którą w życiu spotkałem. Żadnej powieści bym nie napisał,  gdybym  nie zachwycił się konkretnym małżeństwem i rodziną. Zawsze, kiedy pomyślałem, że warto by o tej rodzinie napisać powieść, to był właśnie efekt zachwytu. Takie właśnie święte rodziny naprawdę istnieją. 

    –        Jak wyglądają?

    –         Chcę po pierwsze powiedzieć. że to nie są rodziny, w których są aniołowie. Gdy anioł kocha, to mnie bardzo nie wzrusza, natomiast gdy człowiek kocha, sam poraniony nieraz w okresie dzieciństwa czy dorastania, albo zmagający się z jakimiś osobistymi słabościami, to jak się nie wzruszać. Gdy widzę taką rodzinę, w której naprawdę bliscy kochają siebie nawzajem mocno, ofiarnie i czule, gdy potrafią przeprosić, kiedy choćby niechcący, choćby w drobiazgu zranią tą drugą osobę, gdy widzę rodzinę, w której każdy kocha każdego  to jak się nie wzruszyć?  Oczywiście warunkiem jest to, że  we wszystkich tych rodzinach jest bardzo silna więź z Bogiem, bo tylko Bóg może uczyć miłości. On jest miłością, a my jesteśmy tylko uczniami miłości, której uczymy się  od mistrza, od samego Boga. Dlatego więź z Bogiem to pierwszy warunek kawałka nieba na ziemi w małżeństwie i rodzinie. Po drugie, warunkiem szczęścia jest to, że każdy z małżonków i rodziców, a potem każde z dzieci stawia sobie twarde wymagania. Nikomu nie jest łatwo kochać. Czasem ktoś mówi, że  jest bardzo poraniony, więc nie ma szans tak czule, serdecznie i wytrwale kochać. Wtedy pytam, czy wie, kto jest najbardziej w historii  poraniony i skrzywdzony? Gdy słyszę, że to Jezus, wtedy pytam: a kto najbardziej nas kocha? Gdy ktoś słusznie odpowiada,   że Jezus, wtedy podpowiadam: idź i czyń podobnie. Tylko ludzie poranieni potrafią ogromnie, ofiarnie kochać, bo oni wiedzą, co  znaczy brak miłości. Jeżeli jestem blisko Boga, jeżeli sobie stawiam wysokie wymagania, to nawet jeśli mam trudną historię, nawet jeżeli sam siebie raniłem, jak syn marnotrawny, to mogę być wspaniałym małżonkiem, wspaniałym rodzicem, wspaniałym synem, córką i mogę budować kawałek nieba na ziemi. 

    –        Dziękuję za rozmowę.

    –        Dziękuję również! Na koniec pragnę powtórzyć,  że szczęśliwie małżeństwo jest możliwe, a moja książka „Złączeni. Przysięga małżeńska czarno na białym” może w tym pomóc każdemu małżonkowi i rodzicowi oraz wszystkim tym, którzy przygotowują się do założenia szczęśliwej rodziny.

    z księdzem dr Markiem Dziewieckim psychologiem, wykładowca i rekolekcjonista na antenie radia eM. rozmawiała Katarzyna Widera – Podsiadło.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie ma większej miłości

    fot. Archidiecezja Przemyska

    *****

    W niedzielę 10 września Roku Pańskiego 2023 we wsi Markowej Kościół beatyfikował Rodzinę Ulmów, która za pomoc Żydom podczas II wojny światowej zapłaciła najwyższą cenę.

    Pierwszy raz w historii Kościoła do godności błogosławionych zostaje wyniesiona cała rodzina.

    ***

    Kard. Semeraro w Markowej:

    Sercem beatyfikacji Ulmów jest miłość

    Kardynał Semeraro

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Sercem dzisiejszej uroczystości jest miłość oraz otwarta na bliźniego postawa rodziny Józefa i Wiktorii – powiedział kard. Marcello Semeraro podczas uroczystości beatyfikacyjnej rodziny Ulmów w Markowej na Podkarpaciu. W uroczystości uczestniczy około 30 tysięcy wiernych. Wraz z prefektem Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych Mszę św. celebruje ponad 100 biskupów z kraju i zagranicy. Obecny jest prezydent RP Andrzej Duda i premier Mateusz Morawiecki oraz m.in. naczelny rabin Polski Michael Schudrich.

    Kard. Semearo powiedział w homilii, że wyjątkowość dzisiejszej uroczystości polega na wyniesieniu na ołtarzu całej rodziny. Wspomniał też o najmłodszym dziecku Józefa i Wiktorii Ulmów, które, jak zaznaczył, przychodziło na świat w chwilach męczeńskiej śmierci matki. „Ten niewinny głos chce wstrząsnąć sumieniem społeczeństwa, w którym szerzą się aborcja, eutanazja i pogarda dla życia” – zaakcentował kard. Semeraro.

    Odnosząc się do odczytanej podczas Mszy św. przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, kard. Semeraro zaznaczył, że Józef i Wiktoria Ulmowie poświęcili szczególną uwagę temu fragmentowi Ewangelii według św. Łukasza, podkreślając na czerwono tytuł rodzinnej Biblii i umieszczając przy nim swoją adnotację „Tak”.

    Hierarcha powiedział, że to miłość bliźniego jest sercem dzisiejszej uroczystości. Dlatego, jak dodał, byłoby błędem gdyby ta uroczystość posłużyła jedynie przywoływaniu na myśl terroru oprawców, nad którymi ciąży już osąd historii.

    „Chcemy natomiast, aby dzisiejszy dzień był dniem radości, ponieważ słowa Ewangelii spisane na papierze stały się dla nas przeżywaną rzeczywistością, która jaśnieje w chrześcijańskim świadectwie małżonków Ulmów i w męczeństwie nowych błogosławionych” – powiedział kard. Semeraro.

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Gość z Watykanu przypomniał, że w raz z Ulmami zamordowano ośmioro Żydów, których przyjęli pod swój dach. „Ten gest Józefa i Wiktorii był wyrazem posłuszeństwa przykazaniu Bożemu. Było to ‘tak’ dla woli Bożej” – wskazał. Za ten gest miłosierdzia małżeństwo Ulmów wraz z dziećmi zapłaciło najwyższą cenę męczeństwa, ofiarując siebie w imię miłości bliźniego.

    Najmłodsze z beatyfikowanych dzisiaj dzieci „przychodziło na świat w chwilach męczeńskiej śmierci matki” – powiedział prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. – Szczególna wymowa dzisiejszej beatyfikacji polega także na tym, że do chwały ołtarzy zostaje wyniesiona cała rodzina, połączona nie tylko więzami krwi, ale także wspólnym świadectwem danym Chrystusowi aż do ofiary własnego życia – powiedział kard. Semeraro.

    Zdaniem hierarchy wspólnym wątkiem, łączącym liczne aspekty życia i męczeństwa rodziny Ulmów jest ich otwarta postawa. Owoc ich świadectwa niesie zaś ze sobą liczne przesłania. „Nowi Błogosławieni uczą nas przede wszystkim przyjmowania Słowa Bożego i codziennego dążenia do pełnienia woli Bożej” – powiedział kard. Semeraro.

    Zwrócił następnie uwagę, że Ulmowie żyli w świętości nie tylko małżeńskiej ale także rodzinnej i można odnieść do nich starożytną definicję św. Jana Chryzostoma, który mówił o domu jako o małym Kościele. „W świadectwie i męczeństwie Ulmów i ich dzieci odkrywamy na nowo wielkość rodziny, miejsca życia, miłości i płodności” – podkreślił kaznodzieja. Przywołał przy tym słowa św. Jana Pawła II skierowane do rodzin w 1994 roku: „W Kościele i w społeczeństwie nadeszła teraz epoka rodziny, która jest powołana do odegrania pierwszoplanowej roli w dziele nowej ewangelizacji”.

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    W męczeństwie nowych Błogosławionych szczególnie sugestywną rolę odgrywa maleńkie dziecko, która Wiktoria nosiła w swoim łonie, a które, choć nie miało imienia, dzisiaj nazywamy Błogosławionym – zwrócił uwagę watykański hierarcha. To małe, niewinne, dziecko wyśpiewuje chwałę Bogu. „Ten niewinny głos chce wstrząsnąć sumieniem społeczeństwa, w którym szerzą się aborcja, eutanazja i pogarda dla życia, postrzeganego jak ciężar a nie dar” – zaakcentował kard. Semeraro.

    Świadectwo Józefa i Wiktorii uczy także otwartości na innych, zwłaszcza najbardziej potrzebujących – wskazał hierarcha dodając, że „otwartość jest wyrazem braterstwa”. W tym kontekście serdecznie pozdrowił obecnych na uroczystości przedstawicieli wspólnoty żydowskiej. „To zjednoczenie rodzin żydowskich i rodziny katolickiej w tym samym męczeństwie zawiera bardzo głęboki sens oraz rzuca najpiękniejsze światło na przyjaźń żydowsko-chrześcijańską, zarówno na płaszczyźnie ludzkiej jak i religijnej” – stwierdził kard. Semeraro.

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Hierarcha zwrócił uwagę, że nienawiść prześladowców do Żydów była, w samej swej istocie, nienawiścią do Boga Przymierza, Starego i tego Nowego, we krwi Chrystusa. „Moglibyśmy dzisiaj powiedzieć, że konkretnością swojego gestu rodzina Ulmów, jak również inni ludzie dobrej woli, którzy pomagali Żydom, antycypowali nauczanie Soboru Watykańskiego II, św. Pawłą VI a także św. Jana Pawła II, przyjmując w swoim życiu postawę kogoś, kto burzy mury i obejmuje z braterską miłością” – stwierdził kard. Semeraro.

    Kardynał prefekt podkreślił, że także dziś przyjęcie bliźniego stało się pilnym zadaniem, biorąc pod uwagę przemoc i zniszczenia spowodowane wojną. Nawiązując do rosyjskiej inwazji na Ukrainę hierarcha przypomniał, że wielka liczba uchodźców zapukała do drzwi Polski w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia. Jak zaznaczył, pomoc Polaków nabrała niezwykłych rozmiarów i wielkiego znaczenia.

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    „Niech wstawiennictwo nowych Błogosławionych i ich świadectwo ewangelicznej miłości zachęca wszystkich ludzi dobrej woli, aby stali się tymi którzy ‘wprowadzają pokój” (Mt 5,9), otwierając drzwi i angażując się na rzecz bliźniego, przybywającego ze swoim cierpieniem fizycznym i moralnym podejmując trud pomocy w jego oddaleniu od własnego domu i bliskich, ofiarując lekarstwo na rany, które są wynikiem odrzucenia lub niezrozumienia” – zaapelował hierarcha.

    Kard. Semeraro zachęcił też wszystkich, by świadectwo męczeńskiej śmierci rodziny Ulmów wzbudziło szczere pragnienie odważnego życia wiarą i jej wyznawania.

    „Błogosławieni Józefie i Wiktorio, wraz z waszymi córkami i synami: Stanisławą, Barbarą, Władysławem, Franciszkiem, Antonim, Marią oraz najmłodszym przychodzącym na świat w chwili męczeńskiej śmierci matki, módlcie się za nami wszystkimi” – zakończył swoją homilię kard. Marcello Semeraro.

    ***

    Tekst homilii wygłoszonej przez kard. Marcello Semeraro:

    Beatyfikacja Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci

    Markowa (Polska) – 10 września 2023

    1. Przed chwilą wysłuchaliśmy słów Jezusa na zakończenie przypowieści o miłosiernym Samarytaninie: «Idź, i ty czyń podobnie» (Łk 10, 37). Wiadomo, że Józef i Wiktoria Ulmowie poświęcili szczególną uwagę temu fragmentowi Ewangelii św. Łukasza, podkreślając na czerwono tytuł na rodzinnej Biblii i umieszczając przy nim swoją adnotację «Tak».

    Jak napisał św. Jan Paweł II, przypowieść o człowieku, który wpadł na zbójców, opowiada o cierpieniu zdolnym «wyzwalać w człowieku miłość, ów właśnie bezinteresowny dar z własnego „ja” na rzecz innych ludzi» [Jan Paweł II, „Salvifici doloris”, 29]. Ta miłość jest sercem naszej dzisiejszej uroczystości. Byłoby błędem, gdyby dzień beatyfikacji rodziny Ulmów posłużył jedynie przywołaniu na myśl terroru i okrucieństw dokonanych przez ich oprawców, nad którymi ciąży już osąd historii. Chcemy natomiast, aby dzisiejszy dzień był dniem radości, ponieważ słowa Ewangelii spisane na papierze stały się dla nas przeżywaną rzeczywistością, która jaśnieje w chrześcijańskim świadectwie małżonków Ulmów i w męczeństwie nowych Błogosławionych.

    W 1942 roku Józef i Wiktoria Ulmowie otworzyli drzwi swojego domu i przyjęli ośmioro Żydów prześladowanych przez niemiecki reżim nazistowski. Dzisiaj, wraz z nowymi Błogosławionymi, pragniemy również przypomnieć ich imiona. Byli to: Saul Goldman z synami Baruchem, Mechelem, Joachimem i Mojżeszem oraz Gołda Grünfeld i Lea Didner z małą córką Reszlą. Ten gest Józefa i Wiktorii był wyrazem posłuszeństwa przykazaniu Bożemu. Było to «tak» dla woli Bożej. Ich dom stał się tą gospodą, w której był goszczony i doświadczył opieki pogardzany, odrzucony i śmiertelnie ranny człowiek. Dzięki temu mógł on dalej żyć. W rzeczywistości, bez opiekuńczej troski, człowiek zawodzi: troska jest bardzo ważną częścią człowieczeństwa, bowiem czyni istnienie właśnie ludzkim.

    Za ten gest gościnności i troski – jednym słowem: miłosierdzia wypływający ze szczerej wiary, małżeństwo Ulmów wraz z dziećmi zapłacili najwyższą cenę męczeństwa: ich życie było cenną monetą, którą przypieczętowali bezinteresowność całkowitego daru z siebie samego w imię miłości.

    2. Aby w pełni zrozumieć heroiczną decyzję Józefa i Wiktorii, należy przyjrzeć się duchowej drodze, jaką przebyli do tego momentu. Poczynając od ich charakterów: Józef uczciwy, pracowity i chętny do niesienia pomocy ludziom; Wiktoria serdeczna, łagodna, wrażliwa na potrzeby innych. A następnie ich nieustanny wzrost w miłości Pana Boga i bliźniego, pomiędzy działalnością parafii a wiejskim życiem w Markowej. Również i my nie możemy nie odczuć ujmującej mocy ich chrześcijańskiego świadectwa, które przekazali swoim dzieciom: ośmioletniemu Stanisławowi, siedmioletniej Barbarze, sześcioletniemu Władysławowi, czteroletniemu Franciszkowi, trzyletniemu Antoniemu i dwuletniej Marii, a nawet najmłodszemu dziecku, które przychodziło na świat w chwilach męczeńskiej śmierci matki. Szczególna wymowa dzisiejszej beatyfikacji polega także na tym, że do chwały ołtarzy zostaje wyniesiona cała rodzina, połączona nie tylko więzami krwi, ale także wspólnym świadectwem danym Chrystusowi aż do ofiary własnego życia.

    3. Temat postawy otwartej narzuca się jako wspólny wątek, który łączy liczne aspekty życia i męczeństwa rodziny Ulmów. Znajdujemy w nim roztaczające się przed nami bogactwo przesłań, które dzisiaj pragniemy zebrać jako owoc ich świadectwa.

    Nowi Błogosławieni uczą nas przede wszystkim przyjmowania Słowa Bożego i codziennego dążenia do pełnienia woli Bożej. Ulmowie jako rodzina słuchali tego Słowa Bożego w niedzielnej liturgii, a następnie kontynuowali jego medytację w domu, co widać w czytanej i podkreślanej przez nich Biblii. Jak już wspomniałem, bardzo znaczące jest słowo «tak» odręcznie napisane przy przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, a także podkreślenie zdania, w którym Jezus wzywa do miłowania nawet własnych nieprzyjaciół (Mt 5, 46). W ten sposób wysłuchane Słowo Pana, dzień po dniu kształtowało ich odważny program życia.

    Doskonale zadziałała w nich uświęcająca łaska Chrztu, Eucharystii i innych sakramentów, wśród których jasno ukazuje się piękno i wielkość sakramentu Małżeństwa. Dlatego żyli w świętości nie tylko małżeńskiej, ale również rodzinnej. Może mieć zastosowanie do nich starożytna definicja św. Jana Chryzostoma, który mówił o domu jako o «έkkλŋoía μixρà», małym Kościele [Jan Chryzostom, „Kazanie na List do Efezjan” 20, 6; PG 62, 143]; podobnie jak Sobór Watykański II w Konstytucji dogmatycznej o Kościele nazwie go «Ecclesia domestica», «Kościołem domowym» [SOBÓR WATYKAŃSKI II, „Lumen Gentium”, 11], któremu Pan Bóg udzielił wszystkich darów swojej łaski do tego stopnia, że uczynił go znakiem i wcieleniem całego Ludu Bożego.

    Dom Ulmów stał się miejscem «świętości z sąsiedztwa», jak nazywa to Papież Franciszek w adhortacji apostolskiej Gaudete et exsultate o powołaniu do świętości w świecie współczesnym, kiedy pisze: «Lubię dostrzegać świętość w cierpliwym ludzie Bożym: w rodzicach, którzy z wielką miłością pomagają dorastać swoim dzieciom, w mężczyznach i kobietach pracujących, by zarobić na chleb…. W tej wytrwałości, aby iść naprzód, dzień po dniu, widzę świętość Kościoła walczącego. Jest to często ,,świętość z sąsiedztwa”, świętość osób, które żyją blisko nas i są odblaskiem obecności Boga, albo, by użyć innego wyrażenia, są „klasą średnią świętości”» [Franciszek, „Gaudete et exsultate”, 7].

    W świadectwie i męczeństwie Ulmów i ich dzieci odkrywamy na nowo wielkość rodziny, miejsca życia, miłości i płodności. Odkrywamy na nowo wielkość misji, jaką Stwórca powierzył małżonkom i powtarzamy słowa św. Jana Pawła II, które skierował do rodzin w 1994 roku: <Jan Paweł II, „Przemówienie podczas światowego spotkania z rodzinami”, 8 październik 1994].

    W męczeństwie nowych Błogosławionych szczególnie sugestywną rolę odgrywa maleńkie dziecko, które Wiktoria nosiła w swoim łonie, przychodzące na świat w bolesnych chwilach rzezi matki. Chociaż nie miało ono jeszcze imienia, dzisiaj nazywamy je Błogosławionym. Ta beatyfikacja ma bardziej aktualne przesłanie niż kiedykolwiek: chociaż nigdy nie wypowiedziało żadnego słowa, dzisiaj to małe niewinne dziecko, które razem z aniołami i świętymi w raju wyśpiewuje chwałę Bogu w Trójcy Jedynemu, tutaj na ziemi woła do współczesnego świata, aby przyjął, kochał i chronił życie od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci, zwłaszcza życie bezbronnych i zepchniętych na margines. Ten jego niewinny głos chce wstrząsnąć sumieniem społeczeństwa, w którym szerzą się aborcja, eutanazja i pogarda dla życia, postrzeganego jako ciężar a nie dar. Dlatego rodzina Ulmów zachęca nas do reagowania na tę «kulturę odrzucenia», którą potępia Papież Franciszek, kiedy mówi: «Odrzucamy nadzieję: nadzieję dzieci, które przynoszą nam życie pozwalające nam iść naprzód, i nadzieję tkwiącą w korzeniach, które mają osoby starsze. (…) To nie jest problem takiego czy innego prawa, to jest problem odrzucenia» [Franciszek, „Przemówienie podczas Plenarnego Zebrania Papieskiej Akademii Życia”, 29 wrzesień 2021].

    Wreszcie świadectwo Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich dzieci uczy nas otwartości na innych, zwłaszcza tych najbardziej potrzebujących. Nawiązując do przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, św. Hieronim napisał: «Musimy przyjąć brata i bliźniego, a nawet wszystkich ludzi każdej rasy, ponieważ mamy tylko jednego Ojca» [Hieronim, „Komentarz do Księgi Zachariasza”, VII, 8; PL 25, 1462]. Otwartość jest wyrazem braterstwa.

    Dlatego pragnę pozdrowić ze szczególną serdecznością obecnych dzisiaj na tej uroczystości beatyfikacyjnej przedstawicieli wspólnoty żydowskiej. Ich udział jest nie tylko wyrazem szlachetnych uczuć wdzięczności za to, czego dokonali nowi Błogosławieni, gdy w Europie – a zwłaszcza tutaj, w Polsce, szalała rozpętana przez niemieckich okupantów furia skierowana wobec narodu żydowskiego, co nazwano «ostatecznym rozwiązaniem». To zjednoczenie rodzin żydowskich i rodziny katolickiej w tym samym męczeństwie zawiera bardzo głęboki sens oraz rzuca najpiękniejsze światło na przyjaźń żydowsko-chrześcijańską, zarówno na płaszczyźnie ludzkiej jak i religijnej. Rzeczywiście, nienawiść prześladowców do Żydów była, w samej swej istocie, nienawiścią do Boga Przymierza, Starego i tego Nowego, we krwi Chrystusa. Moglibyśmy dzisiaj powiedzieć, że konkretnością swojego gestu rodzina Ulmów, jak również inni ludzie dobrej woli, którzy pomagali Żydom, antycypowali nauczanie Soboru Watykańskiego II, św. Pawła VI a także św. Jana Pawła II, przyjmując w swoim życiu postawę kogoś, kto burzy mury i obejmuje z braterską miłością.

    Co więcej, przyjęcie bliźniego stało się pilnym zadaniem, biorąc pod uwagę przemoc i zniszczenia spowodowane wojną. Trwająca od 18 miesięcy rosyjska inwazja na Ukrainę zmusiła do ucieczki wielką liczbę uchodźców, którzy pukali do drzwi Polski w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia. W tym trudnym czasie różne instytucje rządowe i samorządowe oraz tysiące ludzi z prostych rodzin spontanicznie otwierali drzwi swoich domów na przyjęcie tych, którzy musieli uciekać.

    Z wyjątkowym podziwem i szczególną wdzięcznością myślimy o wielu inicjatywach realizowanych przez Caritas Archidiecezji Przemyskiej, jak również i o tych propagowanych w całej Polsce. Powszechne zaangażowanie działaczy oraz wolontariuszy w akcje radzenia sobie z kryzysem humanitarnym nabrało niezwykłych rozmiarów i wielkiego znaczenia. Niestety, podobne sytuacje powtarzają się również w innych częściach świata i powodują, iż rzesze uchodźców szukają słusznego przyjęcia u innych. Niech wstawiennictwo nowych Błogosławionych i ich świadectwo ewangelicznej miłości zachęcą wszystkich ludzi dobrej woli, aby stali się tymi, którzy «wprowadzają pokój» (Mt 5, 9), otwierając drzwi i angażując się na rzecz bliźniego, przybywającego ze swoim cierpieniem fizycznym i moralnym, podejmując trud pomocy w jego oddaleniu od własnego domu i bliskich, ofiarując lekarstwo na rany, które są wynikiem odrzucenia lub niezrozumienia. Już na długo przed wybuchem tej wojny Papież Franciszek mówił: «W obliczu cierpienia tak wielu ludzi, wycieńczonych przez głód, przemoc i krzywdy, nie możemy pozostawać widzami. Ignorowanie cierpienia człowieka co to oznacza? Oznacza ignorowanie Boga! Jeżeli nie podejdę do tego mężczyzny, do tej kobiety, do tego dziecka, do tego starca czy tej staruszki, którzy cierpią, nie zbliżę się do Boga» [Franciszek, „Audiencja generalna”, 27 kwiecień 2016].

    4. Drodzy bracia i siostry, «Męczennik – pisał św. Jan Paweł II – jest najbardziej autentycznym świadkiem prawdy o życiu. Wie, że dzięki spotkaniu z Jezusem Chrystusem znalazł prawdę o własnym życiu, i tej pewności nikt ani nic nie zdoła mu odebrać. Ani cierpienie, ani śmierć zadana przemocą nie skłonią go do odstąpienia od prawdy, którą odkrył, spotykając Chrystusa. Oto dlaczego po dziś dzień świadectwo męczenników nie przestaje fascynować, znajduje uznanie, przyciąga uwagę i pobudza do naśladowania» [Jan Paweł II, „Fides et ratio”, 32]. Dzisiejsza celebracja jest zwieńczeniem nieprzerwanej opinii świętości i męczeństwa, jaką Kościół na Podkarpaciu, a szerzej, całej Polski, zachował i potrafił pielęgnować. Jest to jednak także wyraz słusznej pamięci i serdecznej wdzięczności w stosunku do wielu waszych rodaków, którzy w tamtych czasach, świadomi ryzyka, na jakie się narażali, udzielali schronienia Żydom, płacąc za ten wybór życiem. Niech w każdym z nas dzisiaj tutaj obecnym świadectwo męczeńskiej śmierci rodziny Ulmów wzbudzi szczere pragnienie odważnego życia wiarą i jej wyznawania.

    5. Rodzina Ulmów dołącza dziś do szlachetnego i bogatego grona synów i córek narodu polskiego, którzy w wiekach dawnych, ale też i we współczesnym czasie zostali wyniesieni do chwały ołtarzy jako Święci i Błogosławieni. Świadectwo ich życia jest przykładem i wzorem do naśladowania. Są nam też ofiarowani jako orędownicy u Pana Boga, abyśmy mogli powierzać im naszą codzienność, nasze nadzieje, radości, potrzeby i zmartwienia. Najświętszej Maryi Pannie, Królowej Polski, Świętym i Błogosławionym tego narodu, a od dziś wszyscy razem, publicznie, rodzinie Ulmów, zawierzamy gorącą modlitwę za rodzinę ludzką i o pokój w bliskiej Ukrainie.

    Błogosławieni Józefie i Wiktorio, wraz z waszymi córkami i synami: Stanisławą, Barbarą, Władysławem, Franciszkiem, Antonim, Marią oraz najmłodszym przychodzącym na świat w chwili męczeńskiej śmierci matki, módlcie się za nami wszystkimi!

    Marcello Kard. Semeraro Prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych

    ***

    Wiktoria Ulma z dziećmi

     Wiktoria Ulma z dziećmi/Zbiory krewnych rodziny Ulmów

    *****

    RODZINA ULMÓW BEATYFIKOWANA

    Józef Ulma, Wiktoria Ulma i ich dzieci: Stanisława (8 lat), Barbara (6 lat), Władysław (5 lat), Franciszek (4 lata), Antoni (3 lata), Maria (1 rok) oraz siódme dziecko (nienarodzone) zostali zamordowani przez Niemców za ukrywanie Żydów 24 marca 1944. Byli rolnikami – prowadzili kilkuhektarowe gospodarstwo w Markowej, wsi na Podkarpaciu, położonej ok. 10 km od Łańcuta. Ich egzekucja stała się symbolem martyrologii Polaków mordowanych za niesienie pomocy Żydom. Zginęli wraz z ukrywanymi: Saulem Goldmanem, jego czterema synami (nieznanymi z imienia), dwiema córkami, Leą (Laycą) Didner z córką o nieznanym imieniu i Genią (Gołdą) Grünfeld. Dziś w miejscowości znajduje się Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów.

    plakat beatyfikacja Ulmów

    ______________________________________________________________

    Zapłacili życiem

    Rodzina Ulmów

     Rodzina Ulmów/Muzeum Polaków Ratujących Żydów

    ***

    Choć ich namawiano, wręcz zmuszano do „pozbycia się kłopotu”, ktoś inny doniósł. Zginęli razem z ukrywanymi żydowskimi lokatorami. Dziś Rodzina Ulmów zostaje wyniesiona do chwały ołtarzy.

    W nocy 24 marca 1944 r. do ich domu zapukali Niemcy. Najpierw zamordowali ukrywanych Żydów, a potem całą Rodzinę Ulmów, w tym Wiktorię, która była w stanie błogosławionym, i dzieci, z których najstarsze miało 8 lat, a najmłodsze 1,5 roku. Ulmowie stali się symbolem tych wszystkich rodzin, które w czasie wojny ryzykując życie, ukrywali Żydów.

    Ulmowie stali się symbolem tych wszystkich rodzin, które w czasie wojny ryzykując śmierć, ukrywali Żydów.

    Męczeńska śmierć

    Pamięć ma to do siebie, że wraca do miejsc i zdarzeń, dlatego są wspomnienia i refleksje. 76. rocznica egzekucji w Markowej, tragiczna śmierć Rodziny Ulmów i przechowywanych przez nich Żydów to okazja, by powrócić do wydarzenia, ale by spojrzeć na nie w nieco innym świetle. Wspomnienie życia im nie przywróci. Nie zmieni ani nie osądzi niemieckich oprawców. Zostaje więc chwila zadumy nad Rodziną, która kandyduje do chwały ołtarzy.

    „Ażeby z tej śmierci wyrosło dobro tak, jak z Krzyża Zmartwychwstanie” – słowa, które wypowiedział św. Jan Paweł II w Warszawie przy grobie bł. ks. Jerzego Popiełuszki – spróbujmy odnieść do Sług Bożych. Tragedia Golgoty okazała się zwycięstwem Jezusa w przestrzeni śmierci, grzechu i szatana. Męczeńska śmierć bł. Kapłana też niesie ważne przesłanie – „zło dobrem zwyciężaj”, więc podobnie jest albo będzie z Rodziną Ulmów.

    Prawda o śmierci jest wspólna ludziom. Każdy, kto się urodził – umrzeć musi. Nie każda śmierć człowieka jest tragiczna; Jezus umarł na krzyżu, ks. Jerzy został porwany i umęczony, zdradzeni Ulmowie zginęli o świcie od kul niemieckich żandarmów. Krzyż Chrystusa okazał się bramą nowego życia, śmierć kapelana Solidarności – przebudzeniem i zjednoczeniem Polaków, a szczególnie ludzi świata pracy. Wobec powyższego rodzi się pytanie: jak patrzeć i jak oceniać śmierć Rodziny, która zginęła tylko dlatego, że mino surowego zakazu niemieckiego okupanta, jednak pomagała Żydom? Czy mogła się uratować? Mogła! Ale za jaką cenę? Musiałaby wypędzić lub zdradzić ośmioro przyjętych pod swój dach Żydów.

    Osadzeni w Ewangelii

    Codzienność Józefa i Wiktorii Ulmów była mocno osadzona w Ewangelii. Często są nazywani imieniem Samarytanie z Markowej, gdyż w odnalezionym egzemplarzu Nowego Testamentu, którym się posługiwali, przypowieść o Miłosiernym Samarytaninie mieli podkreśloną na czerwono, a obok dopisano ołówkiem: „TAK!”. Jeśli więc ze śmierci Rodziny Ulmów ma wyrastać jakieś dobro, to musi ona być mocno złączona z Ewangelią. Pan Jezus dla zobrazowania sprawy często używał przypowieści albo wykorzystywał konkretną sytuację, kiedy nauczał.

    W kontekście Jezusowego pytania, Rodzinę Ulmów można by porównać do ubogiej wdowy, która wrzuciła do skarbony dwa pieniążki, całe swoje utrzymanie. Ulmowie należeli do ubogich tej ziemi. Niewielki kawałek roli wykorzystywali na własne utrzymanie i pomoc innym. Chętnie dzielili się zarówno wiedzą, jak i dobrami materialnymi, a ofiarując Żydom miejsce w swoim domu, oddali ten przysłowiowy ostatni grosz, bo za niedługo przyszła śmierć. Jeśli Pan Jezus pochwalił gest ubogiej wdowy, to z pewnością cenniejszym okazał się dar życia Rodziny Ulmów: „nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Ulmowie po prostu i zwyczajnie wpisali się w te ewangeliczne słowa.

    Patroni tej ziemi

    Znamiennym rysem Samarytan z Markowej jest prosta codzienność i skromne, najbardziej podstawowe potrzeby materialne, zaspakajane pracą rąk własnych. Ubogi dom, proste meble, zwykłe i niewyszukane rzeczy, są niczym ewangeliczne ziarnko gorczycy, co wrzucone w glebę wyrasta krzewem, w którym gnieżdżą się ptaki. Skromna, uboga Rodzina z Podkarpacia przez te 76 lat od śmierci urosła do takiej miary wielkości, że patronuje instytucjom i dziełom tej ziemi! Słudzy Boży zajmują należne im miejsce w przestrzeni publicznej. Ich sława rozchodzi się daleko poza granice rodzinnej miejscowości. Niemal każdego dnia do miejsca ich spoczynku przybywają pielgrzymi indywidualnie lub grupowo. Muzeum nazwane imieniem Rodziny Ulmów głosi chwałę polskich bohaterów, którzy nie bacząc na niebezpieczeństwo utraty życia, pomagali Żydom, skazanym jako naród na eksterminację. Nadto przekaz medialny wzbogaca świat informacji o historię życia i śmierci Rodziny Ulmów. Przesłanie Ulmów wzmacniają książki, filmy, reportaże, piosenki audycje radiowe oraz sympozja, koncerty i różne spotkania. Czyli „po całej ziemi ich głos się rozchodzi”.

    Powołani do świętości

    Jest jeszcze inna, również ewangeliczna i nader piękna karta Sług Bożych, to rodzina i liczne potomstwo! Słowa Pana Jezusa: „kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje”, Ulmowie zrealizowali po wielekroć. Przez dziewięć lat małżeństwa przyjęli kolejno sześcioro dzieci, a siódme było w drodze. Rodzicielska miłość i szacunek dla życia jest bodaj najcenniejszym klejnotem zrealizowanego wiernie chrześcijańskiego powołania do świętości. I choć tragiczna śmierć odebrała im życie, to w pamięci pokoleń pozostał obraz ich miłości, „która jest więzią doskonałości”, ale jest ona również przejawem tej mądrości, która z Boga początek bierze. „Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju” – mówi autor Księgi Mądrości (3. 1n), stwierdzając, że „dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka”.

    Tak więc Rodzina Ulmów widziana przez pryzmat Ewangelii odsłania przed współczesnym pokoleniem swoje najgłębsze tajemnice i piękną kartę prostego życia opartego na dobrych wartościach i trwałych zasadach. Mija tyle lat od śmierci, a oni wciąż żyją w pamięci i dziełach sobie poświęconych.

    …..

    Maria Szulikowska/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Semeraro przed beatyfikacją Rodziny Ulmów:

    Dziecko urodziło się w chwili męczeństwa matki

    fot. YouTube/Ryngraf TV

    ***

    Dziecko, z którym Wiktoria Ulma była w zaawansowanej ciąży, urodziło się w chwili męczeństwa matki – głosi wydana we wtorek nota podpisana przez kardynała Marcello Semeraro. Zatem, jak dodaje prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, zostało ono dołączone do grona dzieci – męczenników. W męczeństwie rodziców otrzymało ono bowiem chrzest krwi.

    10 września w Markowej odbędzie się beatyfikacja dziewięcioosobowej Rodziny Józefa i Wiktorii Ulmów, zamordowanej przez Niemców za ukrywanie Żydów.

    Publikujemy treść noty ogłoszonej przez Kongregację:

    „W odniesieniu do informacji rozpowszechnionych ostatnio w niektórych organach prasowych w odniesieniu do męczeństwa rodziny Ulmów, których obrzęd beatyfikacji będzie sprawowany 10 września 2023 roku w Markowej w Polsce, Dykasteria Spraw Kanonizacyjnych określa, że:

    W chwili zabójstwa, pani Wiktorii Ulma była w zaawansowanej ciąży siódmego dziecka.

    Dziecko to urodziło się w chwili męczeństwa matki.

    Zatem zostało ono dołączone do grona dzieci – męczenników. W męczeństwie rodziców otrzymało ono bowiem chrzest krwi”.

    Notę podpisali: Prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych Marcello kardynał Semeraro oraz sekretarz tego urzędu, arcybiskup Fabio Fabene.

    KAI/Pch24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Tu się złożyło mnóstwo nieoczekiwanych okoliczności”.

    Tak się ujawniała historia rodziny Ulmów

    "Tu się złożyło mnóstwo nieoczekiwanych okoliczności". Tak się ujawniała historia rodziny Ulmów

    Ulmowie. Zdjęcie ze zbiorów krewnych rodziny Ulmów. Źródło: rodzinaulmow.ipn.gov.pl

    ***

    – Pamiątki po Ulmach czekały ułożone w pudełkach przez 60 lat. Po 2004 roku na ich grób zaczęły przyjeżdżać bardzo liczne wycieczki izraelskie. Tu się złożyło mnóstwo nieoczekiwanych okoliczności, które ułatwiły rozszerzenie wiedzy o tej historii – mówi dr Mateusz Szpytma, wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej i krewny rodziny Ulmów. 

    W wywiadzie udzielonym KAI historyk przyznaje: – To jest dla mnie coś, co się wymyka ludzkim kategoriom. Widzę w tym rękę wyższą.

    Paweł Bugira (KAI): Proszę na początek powiedzieć o pokrewieństwie, jakie łączy Pana z rodziną Ulmów.

    Dr Mateusz Szpytma: Moja babcia była siostrą Wiktorii Ulmy, a Wiktoria była mamą chrzestną mojego taty. Moja babcia z Wiktorią się bardzo lubiły, pomagały sobie w czasie wojny. Moja babcia była troszkę bardziej majętna, więc dzieliła się tym, co miała i nieraz mój tata zanosił różne rzeczy Ulmom, podobnego wsparcia udzielała im również pozostała część jej rodziny i rodziny Józefa. Pamiętam, że w latach 80. XX wieku nieraz bywaliśmy w domu, w którym się wychowała Wiktoria. Odwiedzaliśmy tam krewnych, czyli rodzeństwo i szwagrów Wiktorii, oczywiście już wtedy nieżyjącej.

    Jest Pan spokrewniony z rodziną Ulmów, pochodzi Pan z Markowej, ale nie od razu zaczął Pan zgłębiać ich historię.

    – Mimo że ta historia była obecna w mojej rodzinie, to tak naprawdę zacząłem się nią interesować na wiosnę 2003 roku, czyli dokładnie 20 lat temu. Impulsem była dla mnie informacja, którą usłyszałem na Mszy św., że Kościół katolicki rozważa wszczęcie procesu beatyfikacyjnego rodziny Ulmów. Uświadomiłem sobie jaki skarb, jakich bohaterów mam w swojej rodzinnej miejscowości i w swojej rodzinie. Ponieważ z wykształcenia jestem historykiem i już wtedy byłem pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej, uznałem za swoją powinność zgłębić tę wiedzę. Pomyślałem, że powinien powstać trwały znak poświęcony rodzinie Ulmów i ukrywaniu przez nich Żydów w postaci pomnika. Z tym pomysłem zwróciłem się do Towarzystwa Przyjaciół Markowej, do wójta gminy Markowa i do księdza proboszcza. W każdym z tych trzech miejsc spotkałem się z przychylnym podejściem. Stanąłem na czele komitetu budowy tego pomnika, który powstał ze składek mieszkańców wsi. Tu nie było dotacji żadnej instytucji państwowej. Został on odsłonięty 24 marca 2004 roku.

    Również na wiosnę 2003 roku uświadomiłem sobie, że tak naprawdę to nie ma publikacji o rodzinie Ulmów, jedynie w monografii wsi Markowa pojawia się nota biograficzna o Józefie Ulmie. Postanowiłem, że powstaniu pomnika będzie towarzyszył również artykuł naukowy, zgłębiający tę historię.

    Pomnik i artykuł nie zamknęły jednak tematu, a dopiero tak naprawdę go otworzyły.

    – Myślałem, że na tym poprzestanę, ale impulsem do dalszego działania były uroczystości 60. rocznicy mordu na rodzinie Ulmów. Ta historia niezwykle mocno zainteresowała media, także poprzez to, że na odsłonięciu tego pomnika pojawił się Abraham Izaak Segal, który przeżył w Markowej ostatni etap Holokaustu. Tenże Abraham Izaak rozpropagował tę historię w Izraelu. Pomagała w tym jego synowa, która jest wicedyrektorką szkoły i organizowała wyjazdy do Polski, w tym do Markowej. A to wszystko było ułatwione poprzez fakt, że Ulmowie od 1995 roku byli uznani za Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, więc nikt w Izraelu nie miał wątpliwości, że sprawa jest wiarygodna. I właśnie po 2004 roku zaczęły przyjeżdżać bardzo liczne wycieczki izraelskie pod ten pomnik i na grób rodziny Ulmów.

    Jednocześnie przeżycia związane z tą historią i zainteresowanie medialne skłoniły społeczność Markowej do tego, aby dwa lata później nadać szkole podstawowej i gimnazjum imię Rodziny Ulmów. Wówczas, w 2006 roku, pojawili się przedstawiciele władz państwowych, których dwa lata wcześniej nie było: minister kultury i dziedzictwa narodowego, przyjechał ambasador Izraela w Polsce. I tak ta wiedza zaczęła się rozpowszechniać. Równocześnie wspierany przez śp. Janusza Kurtykę, prezesa IPN, napisałem dwie różne książki o rodzinie Ulmów: jedną po polsku, a drugą po angielsku.

    Od 7 lat w Markowej funkcjonuje Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej, które przybrało imię Rodziny Ulmów. W jej powstanie miał Pan wkład organizacyjny i merytoryczny. To pierwsza tego typu placówka. Na czym się Pan wzorował, jak powstawała wizja tego obiektu?

    – Widząc liczne wycieczki z Izraela do Markowej – a było to około 5000 odwiedzających rocznie – stwierdziłem, że warto stworzyć muzeum, które będzie poświęcone ich historii. Zbiegło się to z wydaniem przez oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie książki prof. Elżbiety Rączy o ratowaniu Żydów na Podkarpaciu. Wtedy zmodyfikowałem ten pomysł, żeby to muzeum było poświęcone wszystkim Polakom ratującym Żydów na Podkarpaciu, a nosiło imię Rodziny Ulmów. Nad koncepcją scenariusza wystawy stałej muzeum pracowałem właśnie z panią profesor Rączy. Ostatecznie, niedługo przed otwarciem placówki, zapadła decyzja, że będzie ona gromadzić historie z całego kraju, co kilka lat później zaskutkowało m.in. nową koncepcją sadu pamięci, w którym wymieniono nazwy wszystkich miejscowości, w których ratowano Żydów.

    Na początku pomysł utworzenia muzeum wydawał się kompletnie nierealny, ale spotkałem na swojej drodze Bogdana Romaniuka, radnego sejmiku województwa podkarpackiego i ówczesnego prezesa Stowarzyszenia Szczęśliwy Dom im. Wiktorii i Józefa Ulmów. Bogdan przekonał do tego pomysłu zarząd województwa podkarpackiego, a następnie cały sejmik. Inwestycję, przy przychylności również ówczesnego wiceministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Tomasza Merty, zlecono Muzeum-Zamek w Łańcucie. No i powolutku, w pewnych bólach, to muzeum zaczęło powstawać. Kluczowy, ostatni etap budowy oraz otwarcie to już efekt przychylności wielu instytucji i osób. Warto tu wspomnieć, że mogłem liczyć na każdego z kolejnych Prezesów IPN, ale bez ogromnej przychylności nowego Marszałka Województwa, którym w 2013 roku został Władysław Ortyl, realizacja byłaby bardzo trudna.

    Pana zasługi w promocję rodziny Ulmów, upowszechnianie i upamiętnienie ich życia, są ogromne. Brał Pan udział w konferencjach i wystawach poświęconych Ulmom w kraju i za granicą. Dziś każdy bez problemu może znaleźć o nich przynajmniej podstawowe informacje. Ale jak było przed 20 laty? Czy łatwo było znaleźć odpowiednie, wiarygodne materiały?

    – Dwadzieścia lat temu o rodzinie Ulmów prawie nikt nic nie wiedział poza miejscowością, w której żyli, oraz poza urzędnikami Yad Vashem, zajmującymi się przyznaniem im medalu w 1995 r. Wszystko było do zbadania. W przypadku rodziny Ulmów niesamowite jest to, że mamy niezwykle dobrze zachowaną dokumentację w porównaniu do innych Polaków, którzy ratowali Żydów. Józef Ulma pasjonował się fotografią i zachowało się około 800 zdjęć jego autorstwa, w tym wiele, które wykonał swojej rodzinie. Zachowało się również mnóstwo dokumentów. Rodzina Józefa, niezwykle poważnie podchodząca do historii swojego rodu, te wszystkie rzeczy zachowała. Nic nie zostało zmarnowane – wszystkie pamiątki, dokumenty po Józefie Ulmie były w szafach albo na strychu w pudłach. Czekały na swój czas i na swojego historyka. Trafiło akurat na mnie, choć przecież mógł się tym przez 60 lat zainteresować ktoś inny.

    Jako osoba wywodząca się z tej wsi miałem ułatwiony kontakt z mieszkańcami; znali moich rodziców, moich dziadków, ufali mi, dzielili się wiedzą, dokumentami, zdjęciami. Nie miałem najmniejszych problemów z pozyskiwaniem wiedzy. Jednocześnie miałem też profesjonalny warsztat potwierdzony studiami magisterskimi i doktorskimi.

    Ponadto byłem bliskim współpracownikiem śp. Janusza Kurtyki, który w 2005 roku został prezesem Instytutu Pamięci Narodowej i wziął mnie z sobą do Warszawy. Byłem tam jego asystentem i zastępcą szefa jego biura. To wszystko ułatwiało mi działalność, bo gdybym był wolnym strzelcem, to niewiele bym zrobił, bardzo trudno byłoby się przebić z tą wiedzą. Tu się złożyło mnóstwo nieoczekiwanych okoliczności, które ułatwiły rozszerzenie wiedzy o tej historii. Poznałem też Żydów, którzy ukrywali się w Markowej u innych rodzin i którzy też pomogli w rozpropagowaniu wiedzy o rodzinie Ulmów i innych Polakach ratujących Żydów. Warto bowiem dodać, że w swoich badaniach nie ograniczyłem się tylko sensu stricte do zbadania historii Ulmów. Chciałem poznać również historię Holokaustu w mojej wsi i losy każdego z Żydów tu zamieszkałych. W dużej mierze mi się to udało. Odkryłem także kilku Żydów, nieznanych wcześniej opinii publicznej, którzy przeżyli dzięki Polakom w Markowej. Teraz wiemy, że było ich co najmniej 21. Udało się również uratować wiedzę o wielu polskich domach, w których uzyskali pomoc.

    Jak widać każdy święty ma swój czas i Pan Bóg wybrał ten czas i Pana, aby tę historię upowszechniać.

    – Jednocześnie ksiądz arcybiskup Józef Michalik, który z ówczesnym proboszczem śp. ks. Stanisławem Leją zainicjował proces beatyfikacyjny rodziny Ulmów, został przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski. Uczestniczył w prawie każdej rocznicy ich śmierci, a jego głos bardzo często wybrzmiewał w mediach. Jego homilie o heroicznej postawie Ulmów miały niezwykłe znaczenie w rozwoju kultu prywatnego, ale też zainteresowania społeczeństwa tą historią.

    Na beatyfikację „Samarytan z Markowej” ma Pan wyjątkowe spojrzenie, bo z potrójnej perspektywy: jako krewny, jako człowiek wierzący i jako historyk.

    – No i jako mieszkaniec tej samej wsi, bo przeżyłem w Markowej 20 lat swojego życia. Wszyscy moi przodkowie, prawdopodobnie od XIV wieku, a na pewno od XVIII wieku, są związani z tą wsią.

    Jak Pan odbiera to, co się wokół tej rodziny już wydarzyło i co się nadal dzieje?

    – Nigdy nie myślałem, że będzie tak głośno o tej historii. To jest dla mnie coś, co się wymyka takiemu podejściu ludzkiemu. Widzę w tym rękę wyższą. Dla mnie osobiście – pod każdym względem – jako członka rodziny, mieszkańca, historyka, to wielka radość i również rodzaj satysfakcji, że mogłem w pewnym stopniu się do tego dołożyć poprzez ustalenie wielu faktów i rozpropagowanie wiedzy. Przecież 20 lat temu byłbym rad, gdyby powstała jakakolwiek wystawa o rodzinie Ulmów i została pokazana w Markowej, a nie licząc wystawy stałej w Muzeum Ulmów, wystawa IPN „Samarytanie z Markowej” objechała kilkadziesiąt krajów na sześciu kontynentach!

    Pozostańmy jeszcze przy perspektywie historycznej. Swego czasu o relacjach polsko-żydowskich często się mówiło przez pryzmat Jedwabnego, co jest oczywiście obrazem bardzo niepełnym. Historia Ulmów, ale i innych rodzin z Markowej i z całej Polski, prezentowana w Muzeum Polaków Ratujących Żydów pokazuje zupełnie inne relacje.

    – W historii rodziny Ulmów skupiają się jak w soczewce różne sytuacje z czasów II wojny światowej. Mamy nie tylko bohaterstwo, ale również podłość, donos, jednocześnie mamy reakcję Polskiego Państwa Podziemnego, bo jest wykonany wyrok śmierci na tym prawdopodobnym donosicielu, mającym na sumieniu gorliwą współpracę z okupantem. Mamy różne zachowania wobec Żydów: i pozytywne, i negatywne – i to nie tylko takie, które były wymuszone groźbami przez okupanta. Musimy pamiętać, że tacy ludzie jak Ulmowie wiele ryzykowali i nie możemy mieć do nikogo pretensji, że nie narażał swojego życia. A przecież zginęło około tysiąca Polaków za ratowanie Żydów. Musimy wiedzieć o tym, że w Polsce – w odróżnieniu od okupowanej Europy Zachodniej – groziła śmierć za pomaganie Żydom.

    I Niemcy nie mieli skrupułów, żeby te wyroki wykonywać, czego przykładem są nasi słudzy Boży. Ulmowie nie byli majętną rodziną, ale przyjęli pod swój dach aż ośmioro potrzebujących. Co więcej, nie wzięli za to żadnych pieniędzy, co udowodniono nie tylko w procesie beatyfikacyjnym, ale i w postępowaniu prowadzonym przez Instytut Yad Vashem i nadaniu im medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Postawa tej rodziny, ale i wielu innych zwyczajnie zadziwia.

    – Znamy też inne rodziny polskie, które zginęły za pomoc Żydom, choćby rodziny Kowalskich, Baranków, czy Książków spod Miechowa. Wpływ na decyzję Kościoła katolickiego o procesie beatyfikacyjnym, a następnie o beatyfikacji rodziny Ulmów miał nie tylko ich heroizm i to, że ratowali Żydów, ale także ich całe życie, to jakimi ludźmi byli przed wojną, jakimi byli obywatelami i chrześcijanami. Ulmowie są dzisiaj – nie tylko w naszym kraju – symbolem tych wszystkich Polaków, którzy za pomoc Żydom zostali zamordowani.

    Oprócz aspektu religijnego, beatyfikacja rodziny Ulmów ma bardzo ważny wymiar historyczny i wizerunkowy dla Polski.

    – Oczywiście, bo poprzez wyniesienie do chwały ołtarzy rodziny Ulmów pokazujemy nie tylko jej historię, ale innych Polaków, którzy ratowali Żydów. Pokazujemy jak straszne były warunki, że terror dotykał nie tylko Żydów, wobec których był najokrutniejszy, ale także Polaków. Przypominamy, że za pomoc Żydom groziła kara śmierci, była ona wykonywana i Niemcy często nie mieli litości nawet dla małych dzieci, ani – jak w tym przypadku – dla kobiety, która była w zaawansowanej ciąży. Ta historia pokazuje więc dramat Polski pod okupacją niemiecką i wielki heroizm tych, którzy odważyli się sprzeciwić tak okrutnej okupacji.

    Co wiemy o oprawcach rodziny Ulmów?

    – Całkiem sporo. Wiemy, że było pięciu żandarmów niemieckich, którzy do pomocy wzięli sobie granatowych policjantów. Jeden z nich został osądzony: Josef Kokot w 1958 roku został skazany na karę śmierci, zamienioną później na dożywocie. Zmarł w polskim więzieniu w 1980 roku. Osobiście zastrzelił on kilkoro dzieci. Wiemy też bardzo dużo o Eilercie Diekenie, który dowodził tą operacją. To był człowiek bezwzględny, który przez cały okres funkcjonowania posterunku żandarmerii niemieckiej w Łańcucie od 1 stycznia 1941 roku aż do lipca 1944 roku był jego dowódcą. To właśnie on wydał decyzję o rozstrzelaniu nie tylko Żydów, czy Józefa, ale również dzieci. Wiemy, że po wojnie był policjantem w Esens i do swojej śmierci w 1960 roku był poważanym obywatelem. O tym świadczy chociażby korespondencja, którą prowadziliśmy z jego córką. Myślała, że pytamy o ojca po to, aby go upamiętnić w muzeum. Była przekonana, że to był człowiek, który pomagał Ulmom w czasie II wojny światowej. Widzimy tutaj potężną skalę niewiedzy na temat okupacji niemieckiej, na temat tego, co czynili poszczególni funkcjonariusze państwa niemieckiego na okupowanych obszarach.

    Wiemy również, że prawdopodobny donosiciel, granatowy policjant Włodzimierz Leś też był podczas egzekucji na Ulmach i że z wyroku Polskiego Państwa Podziemnego został rozstrzelany 10 września 1944 roku w Łańcucie.

    Na ile pewne jest, że donosicielem był właśnie Włodzimierz Leś?

    – Wysoce prawdopodobne, ale gdy chodzi o oskarżanie kogoś o spowodowanie śmierci, to trzeba być ostrożnym po wielekroć bardziej, niż gdyby się mówiło o czymś, co zbrodnią nie było.

    Największe zdumienie i smutek budzi śmierć dzieci i to nie tylko Ulmów, bo zginęło również dziecko żydowskie.

    – Owszem, w 8-osobowej grupie Żydów ukrywanej przez Ulmów była Lea Didner z małą córką o imieniu Reszla. To część tragedii tej historii.

    A mamy wiedzę czy ktokolwiek z oprawców miał choćby chwilę zawahania, oporu przed zamordowaniem dzieci? Czy wszyscy wykonywali wyrok bez mrugnięcia okiem?

    – Mamy zeznania bardzo ważnego świadka, Edwarda Nawojskiego z Kraczkowej – furmana, który na rozkaz Niemców przywiózł ich do Markowej. Mówił potem, że po rozstrzelaniu Żydów oraz Józefa i Wiktorii, żandarmi zebrali się na naradę, aby zdecydować co zrobić z dziećmi: czy puścić je wolno, czy również rozstrzelać. Eilert Dieken zdecydował, że należy wszystkich zabić. A mógł zdecydować inaczej, bo znamy takie przykłady z innych miejscowości, gdzie Niemcy wkraczali do domu, w którym ukrywani byli Żydzi, mordowali wszystkich dorosłych oraz nastolatków, którzy byli świadomi tego ukrywania, ale oszczędzali dzieci, które nie decydowały, nie pomagały osobiście. Wówczas oddawali je na wychowanie krewnym albo miejscowości.

    Czyli nie mamy śladów, aby ktokolwiek z oprawców wstawił się za dziećmi?

    – Ujął się za nimi sołtys Markowej Teofil Kielar, ale swój pogląd mógł wyrazić już bezpośrednio po zbrodni, gdy wezwano go na miejsce. Od niego też wiemy, że z jego obserwacji wynikało, że o ile mord na Żydach oraz Józefie i Wiktorii raczej nie budził wątpliwości żandarmów, to prawdopodobnie dwóch z nich – gdyby to od nich zależało, a nie Eilerta Diekena – oszczędziliby dzieci.

    W rocznicę powstania muzeum prezydent Andrzej Duda zaznaczył w okolicznościowym liście, że zasługą i zadaniem tej placówki jest upamiętnienie wszystkich Polaków ratujących Żydów. „Wydobycie historii tych wspaniałych ludzi na światło dzienne jest powinnością nas żyjących, dlatego musimy kontynuować badania i poszukiwania” – napisał. Czy dużo jest jeszcze do odkrycia?

    – Bardzo dużo. W Instytucie Pamięci Narodowej prowadzony jest projekt badawczy poświęcony dziejom Żydów i relacji polsko-żydowskich. Jednym z jego aspektów jest powstawanie tzw. monografii regionalnych poświęconych ratowaniu Żydów. Ukazał się pierwszy tom, bardzo obszerny prawie 1000-stronnicowy, który pokazuje stan badań nad Polakami ratującymi Żydów. Ukazał się też tom poświęcony przedwojennemu województwu śląskiemu w czasie okupacji niemieckiej oraz pierwszy tom słownika z notatkami osób represjonowanych za pomoc Żydom. Przed nami kolejne publikacje. Ten temat jeszcze jest niewyczerpany i jeszcze wiele odkryć jest przed nami.

    Czego się Pan spodziewa po beatyfikacji rodziny Ulmów?

    – To trudne pytanie, ale liczę, że dzięki niej wiedza o Ulmach i innych osobach ratujących Żydów będzie szerzej znana w Polsce i za granicą. Może pojawi się też więcej szacunku dla tych Polaków, którzy zdecydowali się ratować Żydów i trochę więcej zrozumienia, że w takich warunkach, jakie stworzył okupant, nie było możliwości masowego ratowania Żydów. Spodziewam się też większego zaakcentowania wartości małżeństwa i rodziny w życiu społecznym.

    KAI / mł / Deon.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Markowa: kard. Sarah spotkał się z uczestnikami Podkarpackiego Święta Młodych z Rodziną Ulmów

     

     fot. Wlodzimierz Rędzioch/Niedziela

    ***

    Dziękuję wam z serca za to, że przybyliście dzisiaj uczcić niezwykłą rodzinę Ulmów. – powiedział kard. Robert Sarah do uczestników Podkarpackiego Święta Młodych z Rodziną Ulmów, które odbywa się dziś w Markowej. – Prośmy, by rodzina Ulmów orędowała za nami, byśmy umieli zrozumieć rolę i misję rodziny w świecie współczesnym – podkreślił były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    Dziękuję wam z serca za to, że przybyliście dzisiaj uczcić niezwykłą rodzinę Ulmów. – powiedział kard. Robert Sarah do uczestników Podkarpackiego Święta Młodych z Rodziną Ulmów, które odbywa się dziś w Markowej. – Prośmy, by rodzina Ulmów orędowała za nami, byśmy umieli zrozumieć rolę i misję rodziny w świecie współczesnym – podkreślił były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    Kardynał zaznaczył, że jest dla niego zaszczytem móc spotkać się z młodzieżą w wigilię uroczystości beatyfikacji rodziny Ulmów. Podkreślił, że „rodzina jest niezwykłym skarbem myśli Bożej” oraz „zwieńczeniem dzieła stworzenia”. Purpurat zwrócił uwagę, że początek relacji człowieka z Bogiem ma miejsce właśnie w rodzinie.

    – Bóg chciał przez to pokazać, że rodzina zajmuje miejsce jedyne, szczególne, wyjątkowe. Prośmy, by rodzina Ulmów orędowała za nami, byśmy umieli zrozumieć rolę i misję rodziny w świecie współczesnym. W rodzinie uczymy się kochać, uczymy się służyć sobie nawzajem, uczymy się wszystkich wartości, które płyną z wiary, uczymy się dosłownie wszystkiego – powiedział kard. Sarah.

    – Rodzina jest największym skarbem, jaki Bóg podarował człowiekowi. Pragniemy dziękować Bogu, że dał światu rodziny, a dzisiaj szczególnie za to, że dał rodzinę Józefa i Wiktorii – dodał.

    „Rodzina jest niezwykłym skarbem myśli Bożej” i „zwieńczeniem dzieła stworzenia”. To właśnie w rodzinie rozpoczyna się relacja człowieka z Bogiem.

    „W rodzinie uczymy się kochać, uczymy się służyć sobie nawzajem, uczymy się wszystkich wartości, które płyną z wiary, uczymy się dosłownie wszystkiego”

    – Dziękuję wam z serca za to, że przybyliście dzisiaj uczcić niezwykłą rodzinę Ulmów. Pragniemy modlić się za wszystkie rodziny, a szczególnie wznosić prośby do Boga w intencji rodzin europejskich, ponieważ Europa niszczy rodzinę, niszczy małżeństwa, niszczy tym samym również życie. Prośmy Boga, by dał nam łaskę, byśmy umieli zrozumieć skarb, jakim jest rodzina – zakończył swoje wystąpienie, po czym udzielił zgromadzonym błogosławieństwa.

    W Markowej odbywa się dziś Podkarpackie Święto Młodych z Rodziną Ulmów. W programie znalazły się tańce, rozmowy, zabawy integracyjne, spotkania i koncerty Diakoni Muzycznej Archidiecezji Przemyskiej oraz zespołu NiemaGOtu.

    W spotkaniu uczestniczy młodzież z czterech podkarpackich diecezji: przemyskiej, rzeszowskiej, zamojsko-lubaczowskiej i sandomierskiej.

    Tygodnik Niedziela/ Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________


    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 WRZEŚNIA – WTOREK

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    WSPOMNIENIE NAJŚWIĘTSZEGO IMIENIA MARYI

    Najstarszy wizerunek Maryi, zwany Madonną z Wieczernika

    ***

    W dniu 12 września Kościół powszechny obchodzi liturgiczne wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi. Święto Imienia Maryi przypomina zwycięstwo odniesione nad Turkami pod Wiedniem w roku 1683 przez króla Jana III Sobieskiego i sprzymierzone wojska chrześcijańskie.

    Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.

    ***

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________

    340 lat temu Jan III Sobieski uratował Europę.

    Czy w Wiedniu pamiętają o wiktorii nad Turkami?

    (Wjazd Jana III Sobieskiego do Wiednia. Obraz Julusza Kossaka, 1883. Repr. FoKa/Forum)

    ***

    Wiara i miłość – to recepta na pokojową przyszłość Europy przekonywał biskup polowy Wiesław Lechowicz podczas Mszy Świętej w kościele pw. św. Józefa – Polskim Sanktuarium Narodowym na Kahlenbergu koło Wiednia. W stolicy Austrii odbywają się obchody 340. rocznicy wiktorii wiedeńskiej oraz 40. rocznicy wizyty na Kahlenbergu Jana Pawła II.

    Przed rozpoczęciem Eucharystii na pobliskim cmentarzu odbyła się ceremonia złożenia zniczy na grobie Polaków poległych w obronie Wiednia w 1683 r. Kwiaty złożono także przed pomnikiem króla Jana III Sobieskiego, znajdującym się obok ołtarza głównego świątyni. Ordynariusz wojskowy poświęcił też odnowioną kaplicę pw. Aniołów Stróżów, nazywaną też kaplicą króla Jana III Sobieskiego (zwycięzca spod Wiednia modlił się w kahlenberskim kościele przed bitwą) z wizerunkiem modlącego się o ratunek papieża Innocentego XI.

    W homilii bp Lechowicz podkreślał, że kolejna rocznica wiktorii wiedeńskiej jest okazją do spojrzenia „na przeszłość, teraźniejszość, by znaleźć wskazówki pozwalające na optymistyczne spojrzenie w przyszłość” Polski i Europy. Mówiąc o przeszłości ordynariusz wojskowy powiedział, że „zwycięstwo pod Wiedniem oznaczało obronę chrześcijańskiej cywilizacji w Europie”.

    Przypomniał, że społeczeństwo Europy do czasów nowożytnych tworzyła „wspólnota ludzi, którym czas odmierzały kościelne dzwony”, a przestrzeń przecinała sieć dróg wyznaczająca kościoły i pielgrzymkowe sanktuaria. – Świat był rządzony przez władców uchodzących z Bożej laski i broniony przez wojowników nazywanych żołnierzami Chrystusa. Christianitas to był świat kategorii uniwersalnych i jedności dzięki wspólnemu w całej Europie językowi liturgii, kultury i nauki, jednemu systemowi kształcenia, ponadnarodowym zakonom, takiej samej obyczajowości i prawu, takim samym wzorcom osobowym – powiedział.

    Biskup zwrócił uwagę, że współczesna Europa porzuciła tradycję „christianitas”. – Co możemy w tej sytuacji czynić? Jak pomóc Europie zachować ducha chrześcijańskiego? Oczywiście nie chodzi o powrót do Europy wieków średnich, ale o naszą tożsamość i szacunek wobec cywilizacji, z której wyrastamy. 340 lat temu Polska armia pod wodzą Jana III Sobieskiego wyświadczyła przysługę Europie, a my z jaką przysługą możemy dziś przyjść naszemu kontynentowi? – pytał bp Lechowicz.

    Mówiąc o przyszłości biskup polowy wskazywał, że Polska jest krajem, który ofiarowuje i przypomina Europie o solidarności. Przywołał w tym kontekście słowa Jana Pawła II o solidarności oraz postawę Polaków wobec uchodźców w okresie trwającej agresji rosyjskiej na Ukrainę. – „Nie ma solidarności bez miłości (…) która przebacza, choć nie zapomina, która jest wrażliwa na niedolę innych, która nie szuka swego, ale pragnie dobra dla drugich; tej miłości, która służy, zapomina o sobie i gotowa jest do wspaniałomyślnego dawania” (Jan Paweł II, 5 czerwca 1999). Te słowa znakomicie korespondują ze słowami Jezusa, które usłyszeliśmy w Ewangelii dziś odczytanej: „Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od Ojca mojego, który jest w niebie (…) Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18,20) – powiedział.

    Ordynariusz wojskowy przekonywał, że to co Polska może ofiarować Europie to także przypomnienie o życiu według wartości ewangelicznych i prawo miłości. Dodał, że Polacy często okazywali miłość wobec potrzebujących, wskazał na przykład rodziny Ulmów z Markowej, która wbrew niemieckiemu zakazowi udzieliła schronienia rodzinie żydowskiej w grudniu 1942 r. – Niemieccy okupanci dowiedziawszy się o tym, zamordowali Józefa i Wiktorię Ulmów z ich dziećmi oraz ukrywanych Żydów. Ulmowie przez półtora roku podejmowali ryzyko utraty życia w imię ewangelicznego nakazu miłości bliźniego – powiedział. Jak przypomniał bp Lechowicz, w znalezionym po latach egzemplarzu Pisma świętego, który należał do Ulmów zauważono, że przy Jezusowej przypowieści o miłosiernym Samarytaninie było zapisane dużymi literami słowo „TAK”, a słowa Jezusa o miłości nieprzyjaciół były podkreślone. – Nie ma żadnych wątpliwości, że Ewangelia była motywem ich heroicznej postawy. Wiara i miłość – to recepta na pokojową przyszłość Europy! – podkreślił.

    Eucharystię koncelebrowali m.in. bp Werner Freistetter, austriacki ordynariusz wojskowy, ks. Janusz Urbańczyk, stały obserwator Stolicy Apostolskiej przy Biurze Narodów Zjednoczonych i Agencjach Wyspecjalizowanych w Wiedniu, obserwator m.in. przy OBWE i Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, ks. dr Antoni Skowroński, rektor seminarium w Ełku oraz o. Roman Krekora, rektor kahlenberskiego kościoła, którego bp Lechowicz odznaczył medalem Milito pro Christo. W uroczystościach udział wzięli przedstawiciele ambasady RP w Austrii, delegacja żołnierzy 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej im. Króla Jana III Sobieskiego z dowódcą gen. dyw. Piotrem Trytkiem oraz przedstawiciele austriackiej Polonii.

    Po zakończonej Eucharystii odbył się apel pamięci z udziałem żołnierzy 11. Dywizji oraz dożynki z programem artystycznym.

    Jak podkreślał przed wyjazdem bp Wiesław Lechowicz, wizyta w Kahlenbergu to także nawiązanie do uroczystości, które odbyły się 11 i 12 września 1933 r., w związku z przypadającym wtedy 250-leciem wiktorii wiedeńskiej. W uroczystościach wzięli wtedy udział przedstawiciele polskiego episkopatu z kard. Augustem Hlondem i bp. Józefem Gawliną, który od pół roku pełnił posługę Biskupa Wojsk Polskich. Ówczesne obchody trwały kilka dni i odbywały się w Austrii oraz w Polsce.

    12 września 1933 r. w kahlenberskim kościele św. Józefa sprawowana była Msza św. celebrowana przez prymasa Polski kard. Hlonda, w której uczestniczył prezydent republiki austriackiej Wilhelm Miklas, ówczesny kanclerz republiki Engelbert Dollfuss oraz legat papieski kard. kard. Pietro La Fontaine. Z Polski przybyła delegacja z m.in. delegat rządu RP Juliusz Twardowski, delegat ministra spraw wojskowych gen. Bolesław Wieniawa Długoszowski i delegat ministra spraw zagranicznych Karol Romer. W uroczystościach wzięło udział ok. 20 tys. mieszkańców Wiednia i przybyłych gości, m.in. liczna delegacja turecka. Dzień wcześniej Msza św. sprawowana przez bp. Józefa Gawlinę oraz uroczystości odbyły się w wiedeńskim Rennwegu. Obchody szeroko relacjonowała prasa europejska. Obszerne artykuły pojawiły się m.in. w gazetach w Wielkiej Brytanii, Belgii, Francji i w Watykanie. 17 i 18 września państwowe uroczystości rocznicowe odbyły się w Polsce.

    Przy tej okazji warto przypomnieć, że na Kahlbergu miał stanąć pomnik upamiętniający Wiktorię Wiedeńską, ale z niewyjaśnionych przyczyn przedsięwzięcie zostało zawieszone i do dziś nie zostało sfinalizowane.

    źródło: KAI/PCh24.pl

    __________________________________________________________________________________

    „Imię Sobieskiego znane było całemu światu”…

    W rocznicę Odsieczy Wiedeńskiej

    ***

    W rocznicę Odsieczy Wiedeńskiej prezentujemy fragmenty pracy profesora Feliksa Konecznego pt. „Tło cywilizacyjne odsieczy wiedeńskiej”. Tekst eseju z roku 1933 publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa Prohibita, które w roku 2018 wydało tekst krakowskiego historiozofa.

    Imię Sobieskiego znane było całemu światu chrześcijańskiemu i muzułmańskiemu. Nie tylko było, lecz i jest znane; rozgłos był tu istotnie gońcem prawdziwej sławy historycznej, rosnącej z wiekami, przechodzącej wciąż do nowych ludów, obejmującej całą ziemię. Nawet na niebo nie można spojrzeć, by się z nim nie spotkać, bo tam błyszczy gwiazdozbiór, nazwany przez Heveliusa „tarczą Sobieskiego”. Wyszczególniany nieraz łaską królewską „wielki Gdańszczanin czuł się synem Polski i otwarcie się przyznawał do narodu i do społeczeństwa polskiego”. Towarzyszy Janowi III blask wielki i dziwny, jedyny niemal w historii, iż pochodzi z wdzięczności. To za ocalenie „chrześcijaństwa i cywilizacji”! Czyż może być czyn bardziej powszechno-dziejowy?

    (…)

    Król porwał za sobą kwiat narodu polskiego; były to zaciągi i służba ochotnicza, nieobjęta żadnym obowiązkiem wobec państwa i jego ustaw. Trzeba pamiętać, że pod Wiedeń ruszyła armia z Polski, armia narodowo polska, lecz nie będąca wcale armią Królestwa Polskiego. Sam Sobieski mógłby był powiedzieć o sobie: optimis placuere satis est [wystarczy podobać się najlepszym-red.].

    (…)

    I tak pod protektoratem Innocentego XI stanęło przymierze zaczepno-odporne, dnia 31 marca 1683 roku zawarte pomiędzy Polską a cesarzem Leopoldem I. Obie strony zobowiązały się podjąć walkę z Turcją i nie zawierać pokoju, jak tylko wspólnie; gdyby zaś zagrożony był Wiedeń lub Kraków, zajdzie obowiązek udzielenia wzajemnie bezpośredniej pomocy zbrojnej.

    Warunek ten stał się w tym samym jeszcze roku aktualny. Cesarscy jak mogli tak uganiali się z Turkami, ale mogli nader mało, a o stoczeniu walnej jakiej bitwy nie myśleli, póki by nie nadciągnął Sobieski; wojska niemieckie nie chciały złączyć się w jedną armię, póki król nie nadejdzie. Uważano, że trzeba jak największej naraz siły, tudzież, że trzeba wodza wsławionego, respektowanego przez nieprzyjaciela.

    Jan III był desygnowany na wodza naczelnego. Budził zaufanie; samo imię jego podnosiło ducha. Znany był całemu światu, jako pogromca Turków, pierwszy i jedyny ich pogromca, albo on lub też przynajmniej który z hetmanów jego szkoły. Ileż zwycięstw już odniósł! Jego wyprawa na czambuły tatarskie w roku 1672 stała się przedmiotem podziwu największych w Europie znawców sztuki wojennej, a zwycięstwo chocimskie z listopada 1673 roku dało powód do wielkich uroczystości w papieskim Rzymie i z polecenia papieskiego weszło do brewiarzy polskich diecezji. A niedawno dopiero świetna kampania i koronacja aż po zwycięstwie!

    Nadspodziewanie nastąpił w Polsce istny wybuch powszechnego zapału. Rezydenci włoscy nie znajdują słów, żeby to opisać. Zebrało się znacznie większe wojsko, niż z początku przypuszczano, a wciąż przybywało jeszcze żołnierza e molta nobilta volontaria [wielu szlachciców – ochotników-red.].

    (…)

    Chętnie szli daleko poza granice państwa, z zapałem; nastąpiło istne „poruszenie” szlachty, czego nie zdołało dokazać tyle innych spraw narodowych. Ruszył za Sobieskim prawdziwie cały kwiat narodu polskiego, albowiem była to wyprawa religijna. Korona była wówczas niemal wyłącznie katolicka, Polak innowierca należał do rarytasów; tylko na Litwie byli liczniejsi – ale też Litwy nie było wcale w armii Sobieskiego.

    Nie darmo Janowi III nadawano u nas przydomek rex orthodoxus [Król prawowierny-red.], z jakim spotykamy się często w drukach współczesnych. Chowany przez rodziców nie tylko pobożnie, ale też nabożnie, należał od wczesnej młodości do bractwa różańcowego, w soboty suszył, miał przez ojca nakazanych sporo modlitw na co dzień, gdy go z bratem Markiem wyprawiono na Akademię Krakowską i Mszy św. słuchał codziennie. Z magnackich domów takie wychowanie rozchodziło się po dworach i dworkach. Cała szlachta była orthodoxa, cała podobna do swego króla.

    (…)

    Wszyscy współcześni – a cudzoziemcy bardziej, niż Polacy – zdziwieni byli nadzwyczajną szybkością pochodu pod Wiedeń. Pilno było, bardzo pilno; wiemy od znawców, że Wiedeń nie byłby się już mógł trzymać dłużej, jak pięć dni. Ale armię popędzała także ambicja Sobieskiego.

    (…)

    Stan rzeczy pod Wiedniem pojmie w lot każdy laik, spojrzawszy na plan tego miasta. Turcy właściwie byli już w Wiedniu, i broniło się tylko śródmieście, „innere Stadt”, obwiedzione murami. Bronił się jeszcze stary Wiedeń; nowszy, rozszerzony przedmieściami, był w ręku tureckim. Favoriten zasypane było tureckimi namiotami (zrazu wezyrskimi), a królewicz Jakub notuje, jako „Turcy zburzyli jakieś miasto żydowskie, zwane Leopoldstadt”.

    Rodzajem broni i sposobami wojowania uzupełniały się wzajemnie wojska polskie i niemieckie. „Wszędzie do naszych wojsk dodano fuzylierów i piechoty niemieckie, a do niemieckich nasze konne chorągwie”.

    (…)

    Spotkał się tedy Jan III pod Wiedniem z dawnym swym kontrkandydatem do tronu, Karolem Lotaryńskim, który odnosił się do króla wzorowo, a król wyraża się o nim z całym uznaniem, dodając uwagę, że ten książę wart lepszego losu, tj. że najzupełniej godzien tronu. Ale nie spotkał się król z „wielkim elektorem”, który na Węgry również osobiście nie przybywał.

    Nie było pod Wiedniem jeszcze kogoś, a nieobecność ta razi jeszcze mocniej: nie było wojska litewskiego, nie przybył Michał Pac. Zbierali się tak leniwie, tak posuwali się żółwim marszem, iż król nie mógł już dłużej na nich czekać i musiał bez Litwy odbyć wyprawę. Odsiecz wiedeńska jest dziełem samej tylko Korony.

    Nasuwa się zestawienie z potrzebą grunwaldzką, 1410 roku, kiedy to nie bylibyśmy sobie dali rady bez Litwy; ale w roku 1683 obeszliśmy się bez niej doskonale, uczyniliśmy więc wielkie postępy pod względem państwowym i militarnym.

    (…)

    Za szczęśliwego poczytywał się każdy, komu królowa zezwoliła zrobić sobie odpis z listu, otrzymanego od króla, który znaczył swój pochód i zwycięstwo korespondencją z „Marysieńką”. A sławny list, pisany w nocy z 12 na 13 września, datowany „w namiotach wezyrskich”, kopiowany był na papierze naoliwionym, żeby przerysowywać literę za literą; w ten sposób powstawały facsimilia tego listu, głoszącego, jak to „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały”. Ambicja zaspokojona. A w liście do Ojca św. używa sławnych wyrazów historycznych, czyniąc z nich chrześcijański wariant: Venimus, vidimus, Deus vicit [Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył-red.].

    Wiadomo, jak go ściskano, całowano, „generałowie w ręce w nogi”, a regimenty krzyczały: Ah unser brave Koenig! Wjeżdżającemu nazajutrz do miasta chcieli wszyscy wołać: vivat! – „ale to było znać po nich, że się bali oficerów i starszych swoich. Gromada jedna nie wytrzymała i zawołała vivat! na co widziałem, że krzywo patrzano”.

    Zaczyna się długi szereg rozczarowań. Powszechnie wiadomo, jak kręcono potem z ceremoniałem. Cóż dziwić się cesarzowi, skoro biskup wiedeński zachował się bardzo dziwnie. „Ja zaś do biskupa wiedeńskiego w ten sens napisałem, że ponieważ już do inszej przyjeżdżam dyecezyi, a od ciebie nie miałem żadnej przynajmniej wspólnej congratulacyi, że P. Bóg poszczęścił chrześcijanom, więc ja tobie winszuję, że tenże P. Bóg przywrócił cię Pasterzu do zgubionych już prawie owieczek twoich; nie mam dotąd i na to responsu” – tj. do 28 września, w 16 dni po zwycięstwie!

    Longum esset enumerare [Długo by wyliczać można-red.], ile potem przykrości doznał bohater za to, że odbył jeszcze zwycięską kampanię węgierską, z tą sławną w historii wojen bitwą pod Parkanami, gdzie jednego dnia, źle obsłużony wywiadami, doznał klęski, lecz nie opuścił miejsca, i na trzeci dzień odniósł triumfalne zwycięstwo, które on sam cenił bardziej od wiedeńskiego.

    (…)

    A za to wszystko „chorzy nasi na gnojach leżą i niebożęta postrzeleni”, a król nie może się doprosić „szkuty jednej”, żeby ich przewieść Dunajem do Preszburga [Bratysławy-red.] i tam leczyć własnym kosztem! „Wozy nam rabują, konie gwałtem biorą”. W połowie października dopiero nadeszli „ludzie X. Brandeburskiego, nam należący”. Widoczne było, że radziby się pozbyć z Węgier króla polskiego, choć zwycięskiego.

    Przyczyna tkwiła zapewne w obawach, żeby Sobieski nie stał się na Węgrzech popularnym i w końcu… królem węgierskim; on lub królewicz. Już pod koniec października, pisze król, jako „ten naród ustawicznie ręce wznosi do P. Boga za nami, nam się w protekcję oddaje…”.

    „Wręcz mówią Węgrowie, że jeżeli chcą żebyśmy odstąpili protekcji tureckiej, niechże weźmiemy polską i niech jedno z nimi będziemy. Król występował z pośrednictwem pomiędzy cesarzem a Toekelym, zanosiło się na jakiś układ; faktem jest, że Jan III, przygotowywał na Węgrzech leże zimowe, ażeby z wiosną 1684 roku dalej zwalczać Turków, wypędzić ich z Węgier i z Podola, a potem z Bałkanu. Czyż w razie powodzenia miał oddawać zdobywane na Turkach kraje innym w niewolę? Węgrzy przecież uważali panowanie habsburskie za niewolę.

    (…)

    Straszna zaiste jest przyczyna, dlaczego zakończył udział swój w kampanii węgierskiej takim zgrzytem. Oto wojsko Sobieskiego nie zimowało na Węgrzech, trzeba było wrócić do domu…

    Dlaczego? Jak zwykle było przyczyn kilka, w które tu nie sposób bliżej wchodzić, ale szala została przeważona czymś okrutnym, bo zrobili to swoi. Można powiedzieć, że z Węgier króla wypędziła Litwa.

    Nareszcie, gdy myślano już o leżach zimowych, wojsko litewskie zdążyło nadejść. Byłoby lepiej, gdyby byli wcale nie przyszli! Wobec ludności Górnych Węgier zachowali się jakby nieprzyjaciele: łupili, rozpościerając swe zagony aż po Morawy. Narobili dużo kłopotów i jeszcze więcej wstydu. Król właśnie zmawiał się o rozejm z Toekelym na hiberny, a według wszelkiego prawdopodobieństwa kryły się za tym jakieś układy polityczne, „ale się nam wszystek pomieszał traktat tym postępkiem wojska litewskiego”. W następnym liście, z 20 października, pisze: „Poczty albo umyślnych, aby rozstawić przez węgierską ziemię, impracticabile, ile za tem litewskiego wojska Węgrów zirytowaniem; myśmy też tu jeszcze nic z Tekolim nie skończyli”. Ludność zaczęła teraz traktować Polaków, jako wrogów i gwałtowników, których należy przepędzić. Czyż miano prowadzić wojnę z ludem, by wymusić sobie hiberny i zostawić na Węgrzech łupieżników? Król wrócił do domu, kampanię ukończył, a raczej przerwał, bo już na Węgry nie powrócił.

    (…)

    Esej został po raz pierwszy opublikowany w miesięczniku „Ateneum Kapłańskie”, zeszyt 2, sierpień-wrzesień 1933 r.

    PCh24.pl

    ***

    Warto zauważyć taki szczegół, że na obecnych mapach nieba brak nazwy Scutum Sobiescianum (Tarcza Sobieskiego) nadanej przez Jana Heweliusza, gdyż astronomowie niemieccy w XIX wieku skutecznie usunęli drugi człon nazwy gwiazdozbioru i pozostało tylko Scutum. Feliks Koneczny wspomina o tej mapie nieba na początku tego tekstu.

    ***

    Wiedeń: obchody 340. rocznicy wiktorii wiedeńskiej

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ___________________________________________________________________________________________

    13 WRZEŚNIA – ŚRODA

    88. rocznica objawienia

    Koronki do Miłosierdzia Bożego

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    W dniach 13 i 14 września przypada rocznica objawienia Koronki do Miłosierdzia Bożego, którą Pan Jezus podyktował Siostrze Faustynie w Wilnie w 1935 roku.

    Koronka jest jedną z najbardziej znanych modlitw do Miłosierdzia Bożego. Odmawia się ją na wszystkich kontynentach, nawet w językach plemiennych.

    Treść Koronki do Miłosierdzia Bożego znamy z „Dzienniczka”. Św. Siostra Faustyna zanotowała wizję anioła, który miał być wykonawcą gniewu Bożego. Anioł jednak nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, gdy zakonnica zaczęła się modlić wewnętrznie słyszanymi słowami: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego. Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas”.

    Następnego dnia Pan Jezus przekazał św. Siostrze Faustynie szczegółową instrukcję odmawiania modlitwy, którą dziś znamy jako Koronkę do Miłosierdzia Bożego.

    Pan Jezus z modlitwą odmawianą z ufnością związał obietnicę możliwości uproszenia wszystkiego, co będzie zgodne z wolą Bożą. Szczegółowa obietnica dotyczy łaski szczęśliwej i spokojnej śmierci, którą może uprosić odmawiający dla samego siebie albo dla osoby konającej, przy której w ten sposób się modli.

    Przypominamy, że na mocy dekretu Penitencjarii Apostolskiej z 12 stycznia 2002 r. „Odpustu zupełnego pod zwykłymi warunkami udziela się w granicach Polski wiernemu, który z duszą całkowicie wolną od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu pobożnie odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego w kościele lub kaplicy wobec Najświętszego Sakramentu Eucharystii, publicznie wystawionego lub też przechowywanego w tabernakulum. Jeżeli zaś ci wierni z powodu choroby (lub innej słusznej racji) nie będą mogli wyjść z domu, ale odmówią Koronkę do Miłosierdzia Bożego z ufnością i z pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym, to pod zwykłymi warunkami również zyskują odpust zupełny”.

     Sanktuarium Bożego Miłosierdzia/Tygodnik Niedziela

    ________________________________________________________________________________

    Koronka do Bożego Miłosierdzia powstała 88 lat temu.

    “Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi”

    Koronka do Bożego Miłosierdzia powstała 88 lat temu. "Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi"

    Koronka do Bożego Miłosierdzia/ fot.Urszula Rogólska/ Gość Niedzielny

    ***

    13 września 1935 roku św. siostra Faustyna Kowalska w swojej klasztornej celi w Wilnie ujrzała anioła, „wykonawcę gniewu Bożego”. Uczuła w sercu przynaglenie, by prosić Boga o miłosierdzie dla świata. Słowa jej modlitwy stały się później podstawą koronki do Bożego Miłosierdzia. Dziś, w 88. rocznicę powstania koronki, Wileńskie Centrum Pielgrzymkowe organizuje w Domu św. Faustyny na Antokolu, gdzie mieszkała w okresie międzywojennym święta, modlitwę z czytaniem fragmentów „Dzienniczka”.

    Powstanie koronki do Bożego Miłosierdzia związane jest z pobytem świętej siostry Faustyny w Wilnie. Mieszkała ona w domu Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia na wileńskim Antokolu w latach 1933-36; zajmowała się głównie pracą w ogrodzie. W Wilnie poznała ks. Michała Sopoćkę, któremu zwierzyła się z objawień. Tutaj też w 1934 roku powstał obraz „Jezu, ufam Tobie”, który namalował, według wskazówek świętej, artysta malarz Eugeniusz Kazimirowski. Rok później Jezus podyktował siostrze Faustynie koronkę do Bożego Miłosierdzia.

    Okoliczności powstania znanej obecnie szeroko w świecie koronki zapisała święta w swoim „Dzienniczku”. Pod datą 13 września 1935 roku zanotowała objawienie, jakie miała w klasztornej celi. Zobaczyła „wykonawcę gniewu Bożego” – anioła: „obłok pod jego stopami, z obłoku wychodziły pioruny i błyskawice do rąk jego, a z ręki jego wychodziły i dopiero dotykały ziemi” (Dz., 474). Siostra Faustyna zaczęła gorąco się modlić o powstrzymanie kary na „kilka chwil”, a świat będzie czynił pokutę.

    Kiedy zaczęła się modlić, uczuła w duszy swojej „moc łaski Jezusa”: „Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi. Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas. Słowa, którymi błagałam Boga, są następujące: «Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego. Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas»” (Dz., 475).

    Następnego ranka, gdy weszła do klasztornej kaplicy, usłyszała potwierdzenie z ust Jezusa: „Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu Mojego. Odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw odmówisz jedno „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”, i „Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach „Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”; na paciorkach „Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: „Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem” (Dz., 476).

    W „Dzienniczku” znajdziemy wiele fragmentów, które mówią o wielkich łaskach związanych z odmawianiem koronki i modlitwą do Bożego miłosierdzia. W styczniu 1938 roku, a więc na dziesięć miesięcy przed śmiercią, św. Faustyna zapisała: „Powiedział mi Pan: «Córko Moja, zachęcaj dusze do odmawiania tej koronki, którą ci podałem. Przez odmawianie tej koronki podoba Mi się dać wszystko, o co mnie prosić będą. Zatwardziali grzesznicy, gdy ją odmawiać będą, napełnię dusze ich spokojem, a godzina śmierci ich będzie szczęśliwa.

    Napisz to dla dusz strapionych; gdy dusza ujrzy i pozna ciężkość swych grzechów. gdy się odsłoni przed jej oczyma duszy cała przepaść nędzy w jakiej się pogrążyła, niech nie rozpacza ale z ufnością niech się rzuci w ramiona Mojego miłosierdzia, jak dziecko w objęcia ukochanej matki. Dusze te mają pierwszeństwo do Mojego litościwego Serca, one mają pierwszeństwo do Mojego miłosierdzia.

    Powiedz, że żadna dusza, która wzywała miłosierdzia Mojego, nie zawiodła się, ani nie doznała zawstydzenia. Mam szczególne upodobanie w duszy, która zaufała dobroci Mojej. Napisz, gdy tę koronkę przy konających odmawiać będą, stanę pomiędzy Ojcem, a duszą konającą nie jako Sędzia sprawiedliwy, ale jako Zbawiciel miłosierny»” (Dz 1541).


    Spotkanie modlitewne w miejscu, gdzie powstała koronka

    Jak podaje portal l24.lt w miejscu, gdzie powstała koronka, w Domu św. Faustyny na Antokolu w Wilnie, 13 września, o godz. 17. 30 rozpocznie się modlitwa przeplatana czytaniem fragmentów „Dzienniczka”.

    Dom św. Faustyny w Wilnie to drewniany budynek z początku XX wieku znajdujący się przy ulicy Grybo 29a. Przed wojną znajdował się tutaj klasztor Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Po wojnie zakon został usunięty z posesji, a zabudowania zburzono, ocalał tylko drewniany dom św. Faustyny, w którym urządzono izbę pamięci. W 2004 r. przywieziono z Rzymu relikwie świętej: jeden relikwiarz umieszczono w kaplicy, drugi w kształcie srebrnego medalika – w drewnianym krzyżu przed budynkiem. Dom św. Faustyny na Antokolu jest celem licznych pielgrzymek.Wilno zwane jest Miastem Miłosierdzia ze względu na obraz Matki Bożej Ostrobramskiej, nazywanej Matką Miłosierdzia oraz obraz „Jezu, ufam Tobie”, oryginalny wizerunek malowany za życia św. Faustyny, według jej wizji i wskazówek. Trzecim miejscem związanym z Bożym miłosierdziem jest właśnie Dom św. Faustyny na Antokolu.

    Kai/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    14 WRZEŚNIA – CZWARTEK – GODZ. 20.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ***

    Święto Podwyższenia Krzyża Świętego

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    *****

    14 września 335 r. dokonano konsekracji Bazyliki Zmartwychwstania, którą wybudował cesarz Konstantyn blisko miejsca ukrzyżowania Chrystusa. Od tego czasu Wschód chrześcijański obchodził tego dnia uroczyste święto na cześć Krzyża Zbawiciela.

    Krzyż jest miejscem zwycięstwa Chrystusa. Z wysokości Krzyża Jezus pociąga do siebie wszystkich grzeszników (zob. J 12, 32) i objawia im miłość Ojca, który Go posłał. Oddając na nim ostatnie tchnienie, ofiarował się jako żertwa przebłagalna za grzechy całego świata i oddał chwałę Ojcu z wszystkimi, których zbawił.

    Krzyż nie jest więc znakiem słabości Jezusa, lecz Jego chwały. Spojrzenie na przybitego Jezusa przynosi uzdrowienie i zbawienie nam, którzy jesteśmy śmiertelnie zatruci jadem świata. Wobec Krzyża nie można przejść obojętnie, bowiem budził on i zawsze budzi niepokój ludzkiego sumienia. Jest znakiem miłości, która się otwiera na każdego człowieka.

    Jezus, otwierający na Krzyżu swe ramiona, rezygnuje z jakiejkolwiek ochrony, jaką my często roztaczamy wokół siebie. Ten gest jest wzmocniony obrazem otwartego serca, które oddaje do dyspozycji wszystkich to, co najbardziej intymne i osobiste. Jezus na Krzyżu zrezygnował ze swojej siły, by „cicha” moc Boga okazała się silniejsza niż siła wszystkich ludzi i uświadomiła nam, że zawsze do niej będzie należeć ostatnie słowo.

    Krzyż jest koniecznym etapem na drodze do chwały. Dlatego Jezus zaprasza nas: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Łk 9, 23). Krzyż jest nieustannym wezwaniem, by zaakceptować to, czego doświadczamy każdego dnia. Przypomina nam, że nie wszystko jest dla nas proste, jak sobie zaplanujemy. Musimy się więc pogodzić się z codziennymi utrudnieniami i tym, co krzyżuje nasze plany. Dla osoby cierpiącej Krzyż jest pocieszeniem, przypomina, że nie jest ona w swym cierpieniu sama, ale Ktoś idzie z nią w najgłębszą ciemność aż do samotności i opuszczenia, aż po największą niemoc śmierci.
    Krzyż zmusza nas, byśmy zastanowili się nad sobą. Każe nam szukać odpowiedzi na pytanie: Kim jesteśmy? Obraz Krzyża towarzyszy nam wszędzie i przybliża do prawdziwego człowieczeństwa. Nie pozwala, byśmy w przekonaniu o własnej wielkości uciekli od prawdy o naszym życiu. Ukazuje on naszą ograniczoność i ukierunkowanie na śmierć. I jedynie ten, kto gotów jest przyjąć śmierć, staje się prawdziwie człowiekiem.
    Akceptacja Krzyża przejawia się w spokojnej, milczącej i opanowanej postawie wobec życia. Człowiek, przyjmując Krzyż, przyjmuje niepowodzenia, ma odwagę przyjąć siebie takiego, jaki jest. Krzyż wyzwala go od samego siebie, wyjawia mu prawdę, od której ucieka. Znoszona z wiarą choroba jest posłuszeństwem Bogu i twórczą gotowością, staje się dla nas objawieniem odkupienia i w radykalny sposób przemienia nasze życie. Akceptacja cierpienia jest jednocześnie drogą do wyzwolenia się z niego. Wielu ludzi cierpi dzisiaj na nerwice, bo nie przyjmują Krzyża, nie chcą przyjąć prawdy o sobie.

    W chrześcijaństwo wpisany jest Krzyż i jest on znakiem tożsamości każdego z nas, jest naszym znakiem rozpoznawczym. Chrześcijanie mają w nim swoje korzenie, ale nie utożsamiają go z cierpiętnictwem. Krzyż wskazuje na głęboki sens cierpienia i otwiera człowieka na misterium samego Boga. Jest bramą, wprowadzającą w Boże życie i nasze zbawienie. Krzyż jest znakiem solidarności Boga z cierpiącym człowiekiem.

    Przyjęcie Krzyża przynosi owoce wewnętrznej przemiany, dodaje człowiekowi sił do owocnej pokuty i nawrócenia. Krzyż jest proklamacją życia, nadziei, chrześcijańskiego optymizmu i wolności. Zapowiada radość Zmartwychwstania, której nie stłumi już żadna ziemska moc zła i nie zaciemni panowanie grzechu. Cierpienie ludzkie odniesione do cierpienia Jezusa zwiastuje radość wieczną, nie odniesione do Niego staje się rozpaczą, która nigdy się nie skończy. Krzyż demaskuje wszelką pozorną radość.

    Krzyż jest znakiem Miłości, która choć nie jest kochana, nie zna granic. Miarą bowiem miłości jest miłość bez granic. Nawet śmierć jej nie kończy. Krzyż Chrystusa pyta nas o miłość, o nasze chrześcijaństwo. Zaprasza, byśmy przyszli do Niego ze swoim cierpieniem, spowodowanym zranieniem przez innych, różnego rodzaju prześladowaniem, ubóstwem, bezdomnością, bezrobociem, pokrzywdzeniem przez los. U stóp Krzyża znajdziemy wszystko.

    s. Anna Siudak/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 WRZEŚNIA – PIĄTEK

    ŚWIĘTO MATKI BOŻEJ SIEDMIU BOLEŚCI

    Pietro Lorenzetti/WIKIMEDIA COMMONS

    *******

    godz. 17.00 – sprzątanie kościoła (bardzo dziękuję tym, którzy każdego miesiąca przychodzą i zachęcam nowych chętnych do pomocy)

    godz. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    PODCZAS ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ – GODZINKI KU CZCI MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    *******

    Przez przypadające 15 września wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie stały się udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.

    Jak przypomina Brewiarz, przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej – oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto, wprowadzone w 1423 r. w Niemczech, w 1727 r. papież Benedykt XIII rozszerzył na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową. Drugie święto czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników – bardziej w aspekcie historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Jako pierwsi zaczęli wprowadzać je serwici. W 1814 r. Pius VII rozszerzył je na cały Kościół. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. Oba święta są niejako odpowiednikiem świąt Męki Pańskiej – pierwsze łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża Świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze z nich.

    Dlaczego siedem mieczy?

    W ikonografii przedstawia się Matkę Bożą Bolesną najczęściej na trzy sposoby. Najstarsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa. Ok. XIV w. upowszechniło się ukazywanie Jej z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach, tj. w formie Piety. W tym samym czasie pojawiać się zaczęły bardzo dosłowne w swej wymowie obrazy osamotnionionej Matki Bożej z mieczem przebijającym Jej pierś lub serce. Stopniowo liczba mieczy wzrasta do siedmiu. Obrazują one motyw siedmiu boleści Maryi, utożsamianymi z konkretnymi scenami z Jej życia, począwszy od spotkania z Symeonem i jego zapowiedzią: „A Twoją duszę miecz przeniknie (…)” (Łk 2,35). Są nimi kolejno: proroctwo Symeona, ucieczka do Egiptu, zgubienie Jezusa, spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża oraz złożenie Jezusa do grobu.

    Rozważanie boleści Maryi i naśladowanie Jej cnót obrał sobie za cel zakon serwitów, tj. Sług Najświętszej Maryi Panny, do którego należał m.in. św. Peregryn Laziosi, patron chorych na raka. To w tym zgromadzeniu w XIII w. powstał pierwowzór jednej z najstarszych modlitw czczących Matkę Bożą Bolesną – Koronki do Siedmiu Boleści NMP.

    Siedem razy siedem

    Sama Maryja upominała się o rozważanie Jej boleści. Objawiając się św. Brygidzie, powiedziała: „Spoglądam na ludzi żyjących na ziemi i szukam między nimi tych, którzy by rozmyślali nad Moimi boleściami, lecz niestety mało takich znajduję. Zapominają o Mnie”. Mistyczce Weronice z Bianasco zwrócił na to uwagę Pan Jezus: „Drogimi są dla Mnie łzy wylane w rozmyślaniu nad Męką Moją. Lecz łzy wylane nad boleściami Matki Mojej jeszcze bardziej Mnie poruszają. A to dlatego, że tak bardzo kocham Moją Matkę”.

    Matka Boża prosiła o odmawianie koronki w uznanych przez Kościół objawieniach. Po raz ostatni – w trakcie objawień w Kibeho (Rwanda), ukazując się od 2 marca do 15 września 1982 r. uczennicy tutejszej szkoły średniej Marie Claire Mukangango. Matka Boża przypomniała, że trzeba rozważać mękę Jezusa i głęboki ból Jego Matki. Wskazała też na potrzebę odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści NMP, która popadła w zapomnienie. „Jeśli będziecie odmawiać tę koronkę, rozważając ją, będziecie mieli siłę do wzbudzenia w sobie skruchy. Dzisiaj wielu ludzi nie potrafi już prosić o przebaczenie. Ci ludzie znów krzyżują Syna Bożego” – usłyszała dziewczyna podczas pierwszego widzenia.

    Echo Katolickie/opoka.pl

    _________________________________

    Dziś odmów Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi

    fot. Stanislav Traykov via: Wikipedia CC BY 2.5

    *******

    Koronka do Siedmiu Boleści Maryi

    Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi zatwierdził papież Benedykt XIII w 1724 r. Rozpowszechniona jest ona w całym Kościele. Matka Boża sama przypomniała o tym nabożeństwie (1981-83) podczas objawień trzem dziewczynkom w Kibeho w Rwandzie (w 2001 r. biskup diecezji Gikongoro, Augustina Misago objawienia te uznał za autentyczne; są to pierwsze Maryjne objawienia uznane przez Kościół w XXI wieku).

    Według biskupa Jana Chrzciciela Gahamanyi, z diecezji Butare w Rwandzie, Najświętsza Panna zwróciła się do jednej z widzących z Kibeho: To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy – powiedziała 31 maja 1982 roku. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec. Proszę cię powiedz o tym całemu światu dodała kiedy indziej (13.08.1982). Dziewica kocha tę Koronkę. Pragnie, aby została na nowo rozszerzona w Kościele. Prosi, by odmawiać tę Koronkę często, zwłaszcza we wtorki i piątki, rozważając każdą tajemnicę. Prośmy Ducha Świętego, by pobudził nasze serca do pobożnego i owocnego rozważania tajemnic siedmiu boleści Maryi.

    Sposób odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści

    Znak Krzyża Świętego
    P. Matko Bolesna, porusz serce moje.
    W. Abym w boleści umiał wniknąć Twoje.

    Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona
    Starzec Symeona przepowiada Maryi, że duszę Jej przeszyje miecz.
    A stanie się to dlatego, że jej Synowi, będą się niektórzy sprzeciwiać.
    Owocem tajemnicy jest poddanie się woli Bożej, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść druga: Ucieczka do Egiptu
    Na polecenie Anioła Józef wziął dziecię i Matkę jego i uszedł do
    Egiptu przed złością Heroda. Maryja w czasie tej tułaczki przeżyła
    wiele zmartwień. Owocem tajemnicy jest słuchanie głosu Bożego, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść trzecia: Szukanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni
    Jezus zaginął w Jerozolimie, trzy dni Maryja wraz z Józefem
    bolejąc szukali Jezusa. Czy może być większa boleść dla Matki?
    Owocem tajemnicy jest tęsknota za Jezusem.
    Jezusa i Jej współcierpienia.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż
    Skazany na śmierć Jezus dźwiga krzyż na Golgotę.
    A oto w drodze spotyka się z Matką swoją. Rzewne musiało być to spotkanie.
    Owocem tajemnicy jest cierpliwe znoszenie krzyżów.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
    Obok krzyża Jezusowego stała Matka Jego.
    Mężnie współcierpiała z Synem dla zbawienia świata.
    Owocem tajemnicy jest panowanie nad złymi skłonnościami.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Syna na kolana Matki
    Zdjęte z krzyża: Ciało Jezusowe złożono w ramiona Maryi.
    Jezus przestał już cierpieć, a Ona jakby uzupełnia to,
    czego nie dostaje cierpieniom Jezusowym.
    Z największą czcią i wdzięcznością całuje Jego święte Rany i obmywa je swymi łzami.
    Owocem tajemnicy jest szczery żal za grzechy.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu
    Umęczone Ciało Jezusowe złożono do grobu w obecności Matki Najświętszej.
    Żegnała je Maryja z bólem i z wielką wiarą, że Syn zmartwychwstanie.
    Owocem tajemnicy jest prośba o szczęśliwą śmierć.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Dla uczczenia łez wylanych przez Matkę Boża Bolesną:
    3 x Zdrowaś Maryjo
    Za dobrodziejów żywych i umarłych:

    Witaj Królowo, Matko miłosierdzia
    P. Niech pomoc Bożą zawsze nam wyprasza.
    W. Matka Chrystusa i Matka nasza.

    adonai.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Kult Matki Bożej Bolesnej: osobista droga do Pana Boga

    Matka Bolesna/fot.Dorota Niedźwiecka

    *******

    Cześć Matce Bożej Bolesnej oddawali polscy królowie: Zygmunt III Waza, Władysław IV i Jan Kazimierz. Za patronkę obierali święci i zakony. Cierpienie, którego w swoim życiu doświadczyła Maryja, jest szczególną wskazówką, gdy w codzienności pojawia się krzyż, którego nie udaje się zdjąć z ramion.

    Matka Boża cierpiała w swoim życiu dużo – podkreślają teologowie. Wielu z nich mówi o Jej roli Współodkupicielki. Tak nazywali Ją papieże, święci i błogosławieni. Nie w takim sensie, że zbawczej Ofierze Chrystusa miałoby brakować czegoś, co dopełniła Maryja. Teologowie podkreślają w ten sposób Jej pełną otwartości i miłości współpracę z Łaską, co w praktyce życia przekładało się na ścisłą współpracę z Jezusem w historycznym dziele Odkupienia.

    Tylko w Polsce: kilkanaście cudownych wizerunków

    Znaków czci Matki Bożej Bolesnej odnajdziemy w tradycji, kulturze i sztuce niezliczoną ilość. Szereg modlitw i nabożnych pieśni, powstałych niekiedy setki lat temu, jak pochodzące z XI wieku „Godzinki o Matce Bożej Bolesnej”, śpiewane na tradycyjną melodię godzinek czy pieśń pasyjna z XIII wieku „Stabat Mater Dolorosa”.

    Maryja Bolesna przedstawiana jest  w sztuce najczęściej na trzy sposoby: pod krzyżem Chrystusa, z Jego ciałem na kolanach lub z mieczami wbitymi w serce. Często siedmioma, gdyż nawiązują do Siedmiu Boleści Maryi – o czym za chwilę. Co ciekawe często przedstawiana jest jako młoda kobieta, mimo iż w momencie śmierci Chrystusa miała ok. pięćdziesięciu lat. Ku Jej czci powstały tak znamienite arcydzieła jak watykańska „Pieta” Michała Anioła. Obrazów i rzeźb Matki Bożej Bolesnej, uznanych za cudowne, nie sposób zliczyć. Na przykład tylko we Włoszech jest ich ponad czterdzieści, w Polsce – kilkanaście. Wiele wyróżnionych papieskimi koronami, co świadczy o szczególnej czci jaką ludzie oddają Maryi w konkretnym wizerunku i o otrzymywaniu w danym miejscu licznych łask.

    Papieskimi koronami udekorowano m.in.  obrazy Matki Bożej Bolesnej w kościele franciszkanów w Krakowie, w kościołach w Sulisławicach i Chełmie oraz figurę piety w Limanowej. „Dziękczynienia naszej Matce Bożej, spisywane od 1947 r., zajmują sześć opasłych tomów” – podkreśla ks. prałat Józef Poręba, wieloletni kustosz limanowskiego sanktuarium. Wśród licznych uzdrowień około dziesięciu posiada dokumentację medyczną, które wskazują na niezwykłość uzdrowienia.  

    Czcili Ją biskupi i magnaci

    Ku czci Matki Bożej Bolesnej powstało dwadzieścia jeden zakonów, zatwierdzonych przez Stolicę Apostolską: dziewiętnaście żeńskich i dwa męskie. W 1595 roku przy kościele franciszkanów w Krakowie założono Bractwo Matki Bolesnej, do którego należeli m.in. królowie: Zygmunt III Waza, Władysław IV i Jan Kazimierz oraz wielu biskupów i magnatów. Szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej wyróżniało się wielu świętych, m.in. założyciele zakonu serwitów, św. Paweł od Krzyża, założyciel pasjonistów, bł. Władysława z Gielniowa.

    Ku czci Matki Bożej Bolesnej obchodzono przez pewien czas w Kościele dwa święta. W 1423 r. zaczęto celebrować w Niemczech w diecezji kolońskiej pierwsze z nich, czcząc „współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich husyci”. W roku 1727 papież Benedykt XIII zalecił obchodzenie go w całym Kościele, w piątek przed Niedzielą Palmową. Święto jest obecnie zniesione. Drugie święto wprowadzili serwici – ku czci Siedmiu Boleści Maryi, a rozszerzył na cały Kościół w 1814 r. Pius VII. Św. Pius X ustalił jego datę na 15 września. Obecnie nazywa się ono świętem Matki Bożej Bolesnej.

    Z tajemnicą cierpienia Maryi w szczególny sposób wiąże się zaproszenie każdego z nas do pokuty. „To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować” –  mówiła Matka Boża podczas objawień w Kibeho w Rwandzie (1981-83), uznanych przez hierarchę Kościoła katolickiego, biskupa miejsca Augustina Misago za autentyczne. „Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec (…). Proszę Cię powiedz o tym całemu światu”.

    Koronka, o której mówi Maryja, znana jest od co najmniej trzech wieków. Została zatwierdzona przez papieża Benedykta XIII w 1724 r. W jej kolejnych tajemnicach rozważa się cierpienie Maryi, którego doświadczała przez proroctwo Symeona, podczas ucieczki do Egiptu, zgubienia Jezusa w świątyni, spotkania z Jezusem na drodze krzyżowej, Jego ukrzyżowania i śmierci, zdjęcia Jego ciała z krzyża oraz złożenia Go do grobu.

    Cierpienie posiada sens duchowy

    Postawa Maryi wobec cierpienia zdaje się podpowiadać, jak odnaleźć sens, gdy w życiu pojawia się ból. Podobnie jak Maryję, Bóg w tajemniczy sposób zaprasza każdego z nas do współpracy, byśmy w swoim ciele dopełniali „braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (1Kol 1,24). Czyni tak, chociaż zadość czyniąca i uświęcająca męka Chrystusa była stuprocentowo skuteczna i niczego jej nie brakuje (por. Hbr 7,27; Hbr 9,12; Hbr 10,10).

    Zaproszenie Boga nie dotyczy tylko sytuacji szczególnie dramatycznych. Każdy z nas w intencji swojej lub innych może ofiarować zarówno codzienne trudności, lekkie dolegliwości, jak też sytuacje głęboko bolesne i trudne. To niezwykle cenny duchowo dar.

    Dorota Niedźwiecka/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Siedmiu Boleści

    W ikonografii przedstawia się Matkę Bożą Bolesną najczęściej z mieczem przebijającym Jej pierś lub serce.

    WIKIMEDIA COMMONS/AB, STAUFFENBERG, LICENCJA: 0

    *******

    Przez przypadające 15 września wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie stały się udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.

    Jak przypomina Brewiarz, przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej – oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto, wprowadzone w 1423 r. w Niemczech, w 1727 r. papież Benedykt XIII rozszerzył na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową. Drugie święto czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników – bardziej w aspekcie historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Jako pierwsi zaczęli wprowadzać je serwici. W 1814 r. Pius VII rozszerzył je na cały Kościół. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. Oba święta są niejako odpowiednikiem świąt Męki Pańskiej – pierwsze łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża Świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze z nich.

    Dlaczego siedem mieczy?

    W ikonografii przedstawia się Matkę Bożą Bolesną najczęściej na trzy sposoby. Najstarsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa. Ok. XIV w. upowszechniło się ukazywanie Jej z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach, tj. w formie Piety. W tym samym czasie pojawiać się zaczęły bardzo dosłowne w swej wymowie obrazy osamotnionionej Matki Bożej z mieczem przebijającym Jej pierś lub serce. Stopniowo liczba mieczy wzrasta do siedmiu. Obrazują one motyw siedmiu boleści Maryi, utożsamianymi z konkretnymi scenami z Jej życia, począwszy od spotkania z Symeonem i jego zapowiedzią: „A Twoją duszę miecz przeniknie (…)” (Łk 2,35). Są nimi kolejno: proroctwo Symeona, ucieczka do Egiptu, zgubienie Jezusa, spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża oraz złożenie Jezusa do grobu.

    Rozważanie boleści Maryi i naśladowanie Jej cnót obrał sobie za cel zakon serwitów, tj. Sług Najświętszej Maryi Panny, do którego należał m.in. św. Peregryn Laziosi, patron chorych na raka. To w tym zgromadzeniu w XIII w. powstał pierwowzór jednej z najstarszych modlitw czczących Matkę Bożą Bolesną – Koronki do Siedmiu Boleści NMP.

    Siedem razy siedem

    Sama Maryja upominała się o rozważanie Jej boleści. Objawiając się św. Brygidzie, powiedziała: „Spoglądam na ludzi żyjących na ziemi i szukam między nimi tych, którzy by rozmyślali nad Moimi boleściami, lecz niestety mało takich znajduję. Zapominają o Mnie”. Mistyczce Weronice z Bianasco zwrócił na to uwagę Pan Jezus: „Drogimi są dla Mnie łzy wylane w rozmyślaniu nad Męką Moją. Lecz łzy wylane nad boleściami Matki Mojej jeszcze bardziej Mnie poruszają. A to dlatego, że tak bardzo kocham Moją Matkę”.

    Matka Boża prosiła o odmawianie koronki w uznanych przez Kościół objawieniach. Po raz ostatni – w trakcie objawień w Kibeho (Rwanda), ukazując się od 2 marca do 15 września 1982 r. uczennicy tutejszej szkoły średniej Marie Claire Mukangango. Matka Boża przypomniała, że trzeba rozważać mękę Jezusa i głęboki ból Jego Matki. Wskazała też na potrzebę odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści NMP, która popadła w zapomnienie. „Jeśli będziecie odmawiać tę koronkę, rozważając ją, będziecie mieli siłę do wzbudzenia w sobie skruchy. Dzisiaj wielu ludzi nie potrafi już prosić o przebaczenie. Ci ludzie znów krzyżują Syna Bożego” – usłyszała dziewczyna podczas pierwszego widzenia.

    Popatrzcie na Maryję pod krzyżem

    Uczy wierzyć i kochać w cierpieniu

    PYTAMY S. Katarzynę Balcerzak z siedleckiej wspólnoty Zgromadzenia Sióstr Pasjonistek św. Pawła od Krzyża

    Czy Maryja, godząc się na plan Pana Boga, który uczynił Ją Matką Zbawiciela, wiedziała, jaki ogrom cierpienia Ją czeka?

    W opinii Benedykta XV Najświętsza Maryja Panna cierpiała i nieomal umarła razem ze swoim Synem; zrzekła się swoich praw do Syna ze względu na wybawienie ludzkości i poświęciła Go, aby zadośćuczynić Bożej sprawiedliwości – w takiej mierze, w jakiej mogła to uczynić, co uprawnia do stwierdzenie, że wraz z Chrystusem odkupiła ludzkość. Ojciec Święty Pius XII w encyklice „Haurietis aquas” podkreśla: „W dziele Odkupienia z woli Bożej Najświętsza Panna Maryja była jak najściślej złączona z Chrystusem. Z miłości Chrystusa i Jego Męki oraz z miłości i cierpień Matki, wewnętrznie ze sobą złączonych, powstało nasze zbawienie”. Natomiast Jan Paweł II w encyklice „Redemptoris Mater” dodaje: „Przez tę wiarę Maryja jest doskonale zjednoczona z Chrystusem w Jego wyniszczeniu (…). Przez wiarę Matka uczestniczy w śmierci Syna – a jest to śmierć odkupieńcza”.

    Tradycja i Magisterium Kościoła ukazują Maryję jako Współodkupicielkę. Czy godząc się na plan Boga, przeczuwała, co Ją czeka? Sens cierpienia Maryi wykracza, jak sadzę, poza świadomość, że Jej życie będzie tak mocno naznaczone bólem. Pokusa analizowania decyzji Maryi podjętej w Nazarecie jest rzeczywiście silna: Czy gdyby wiedziała, ile będzie cierpiała, też powiedziałaby „fiat”? Maryja jest „pełna łaski” (Łk 1,28) – swoje „fiat” wypowiada podczas Zwiastowania i to samo „fiat” wypowiada wiernym trwaniem pod krzyżem: „A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego (…)” (J 19,25). Uczestniczy „przez wiarę” (por. RM 41) w dziele Jezusa. Miecz boleści przenikał serce Maryi (por. Łk 2,35), a ostatecznie przeniknął na Golgocie – to tutaj „najgłębiej ze swoim Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem, z miłością, godząc się na to, aby doznała ofiarniczego wyniszczenia żertwa z Niej narodzona” (Lumen Gentium 58). To jest skala boleści Maryi odnoszących się do cierpień Jej Syna.

    Na obrazach czy w filmach Maryja pokazywana jest często jako subtelna, omdlewająca postać z rozwianymi włosami i łzami płynącymi po policzkach. Czy taki przesłodzony obraz Matki Odkupiciela jest prawdziwy? Ona stała, była obecna i bardzo świadoma dokonującego się dzieła odkupienia, nawet gdy obok stali też kaci Jej Syna, drwiący faryzeusze, ordynarnie żartujący lud.

    Liturgiczne wspomnienie Najświętszej Marii Panny Bolesnej jest dla Zgromadzenia Sióstr Pasjonistek św. Pawła od Krzyża świętem patronalnym. Jakie miejsce w duchowości zgromadzenia zajmuje Matka Boża Bolesna?

    W naszych Konstytucjach Zakonnych Matka Boża Bolesna określana jest jako Pierwsza Przełożona naszych wspólnot. Pojęcie to zostało zaczerpnięte od naszej Założycielki, która, zakładając pierwszą wspólnotę, całe dzieło powierzyła Jezusowi Ukrzyżowanemu i Jego Bolesnej Matce. Matka Boża Bolesna – od chwili Zwiastowania aż po Golgotę – jest dla nas wzorem wierności krzyżowi.

    Czego zatem można nauczyć się od Maryi Bolesnej?

    Wiary, nieustannego powierzania się Ojcu, godności w przeżywaniu cierpienia, miłości „w” cierpieniu i „poprzez” cierpienie. Także męstwa, bo trzeba bardzo dużo odwagi, żeby nie uciec spod krzyża, od doświadczania cierpienia w swoim życiu. Szczególnie dzisiaj, gdy lansowane jest życie lekkie, łatwe i przyjemne, i robi się wszystko, żeby cierpienie wyeliminować z naszej codzienności. Tymczasem doświadcza go w jakiś sposób każdy. Cierpienie przeraża – to normalna ludzka reakcja, bez wątpienia trzeba również nieść ulgę w cierpieniu np. osobie chorej. Jednak cierpienie jest towarzyszem człowieka; Pan Jezus go nie usunął, ale je na Krzyżu uświęcił. Matka Boża Bolesna uczy wierzyć i kochać w cierpieniu.

    Siostro, Koronka do Siedmiu Boleści Maryi – mimo, że zatwierdzona prawie 300 lat temu – dzisiaj jest modlitwą mało popularną. Komu poleciłaby Siostra jej odmawianie?

    Koronkę do Matki Bożej Bolesnej polecam każdemu. Szczególnie zaś osobom doświadczonym bólem życia oraz tym wszystkim, którzy pragną wierności krzyżowi i umiłowania krzyża. Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort w swoim traktacie „O prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” pisze, że „nie potrafi dźwigać wielkich krzyży ten, kto nie odznacza się prawdziwym nabożeństwem do Najświętszej Dziewicy, tej niebieskiej zaprawy krzyży…”. Dlatego po koronkę tę powinni sięgać także ci, którzy pragną być święci, kochają Jezusa i chcą Go kochać jeszcze bardziej, dla których Bóg to Ojciec, któremu zawierzyli wszystko.

    Myślę, że to również modlitwa dla sądzących, iż w tym życiu utracili wszystko i że już nic dobrego ich nie spotka. Popatrzcie na Maryję pod krzyżem i wytrwale módlcie się do Niej, a Ona wskaże, gdzie jest prawdziwe bogactwo.

    Dziękuję za rozmowę.

    Echo Katolickie 36/2018

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 WRZEŚNIA – SOBOTA

    od godz.. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    godz. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚWIĘTA Z XXIV NIEDZIELI

    Po MSZY ŚWIĘTEJ – MODLITWA RÓŻAŃCOWA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI POKOJU W LUDZKICH SERCACH

    ***

    Modlitwa o dar pokoju. Ułożył ją św. Jan Paweł II

    Modlitwa o dar pokoju. Ułożył ją Jan Paweł II

    św. Jan Paweł II na obrazie, Asyż, 2015 (fot. Emanuele Mazzoni/depositphotos/com)

    ***

    Martwisz się, że na świecie trwają wojny? Boisz się, że historia się powtarza i że wojna może wybuchnąć tuż obok nas? Nie musisz zamykać się w bezradności i lęku. Możesz modlić się o pokój. Pamiętaj, Bóg jest Bogiem pokoju i pragnie go dla swoich dzieci. Oto krótka modlitwa, którą możesz odmawiać w intencji pokoju na świecie. Napisał ją św. Jan Paweł II.

    Jak zapewne zauważysz, to modlitwa o dar pokoju. To podkreślenie jest ważne – pokazuje, że pokój nie jest czymś, na co trzeba sobie zasłużyć ani czymś, o co trzeba walczyć. Jest darem Boga, łaską od Niego, która szanuje ludzką wolność. Dlatego warto modlić się o dar pokoju, który może przemienić ludzkie serca, by potrafiły go przyjąć. 

    Modlitwa o dar pokoju św. Jana Pawła II

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.


    Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne.

    Ojcze, obdarz nasze czasy dniami pokoju. Niech już nie będzie więcej wojny. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Joseph Strickland:

    Aktywni homoseksualiści i cudzołożnicy

    nie mogą przyjmować Komunii św.

    Bp Joseph Strickland z Teksasu w USA opublikował 12 września nowy list duszpasterski, w którym potwierdza naukę Kościoła o sakramentach i skupia się zwłaszcza na sakramencie Eucharystii, ostrzegając, że spożywanie jej w niegodny sposób „jest niszczycielskim świętokradztwem dla osoby indywidualnej i dla Kościoła”. Kościół zatem nie może udzielać Komunii św. nieskruszonym grzesznikom: popierającym i wykonującym aborcję, czynnym homoseksualistom, cudzołożnikom, stosującym antykoncepcję itp.

    Na samym początku swojego listu bp Strickland przypomina naukę Kościoła o siedmiu sakramentach jako „kanałach Bożej świętej łaski, które wypływają z samego Chrystusa (…) i uświęcają każdego z nas w naszej podróży ku Niebu”. Wymieniając po kolei sakramenty zaznacza, że „nie są od siebie nawzajem izolowane, ale zamiast tego są ze sobą splecione w jedności Bożego życia, które odzwierciedla posługę Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła i łączy nas z nią”. Następnie skupia się na Eucharystii, zapowiadając poświęcenie więcej uwagi pozostałym sakramentom w kolejnych listach duszpasterskich.

    Jak pisze: „Eucharystia jest samym centrum życia sakramentalnego, ponieważ Eucharystia JEST prawdziwą obecnością samego Chrystusa. (…) Eucharystia jest źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego. Jest ona Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem naszego Pana, Jezusa Chrystusa – Jego rzeczywistą obecnością wśród nas. Kiedy spożywamy Eucharystię zostajemy włączeni w Chrystusa w sposób nadprzyrodzony i jesteśmy także powiązani z wszystkimi innymi, którzy są Ciałem Chrystusa”.

    Bp Strickland przywołuje fragment z Ewangelii św. Jana (J 6,53-58), w którym Chrystus mówi m.in.: „Jeśli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6,53). Po tym cytacie teksański hierarcha podaje przykład, jak Eucharystia daje człowiekowi „duchową siłę”, poprzez przywołanie historii życia św. Damiana z Moloka’i, który sam w połowie XIX w. posługiwał w kolonii trędowatych, gdzie zmarł zaraziwszy się trądem.

    Św. Damian wyjaśniał skąd czerpał moc: „Gdyby nie nieustanna obecność naszego Bożego Mistrza w naszej skromnej kaplicy, nigdy nie zdołałbym wytrwać w dzieleniu losu cierpiących na Moloka’i. (…) Eucharystia to chleb, który daje siłę”.

    Bp Strickland podkreśla, że „od samych początków Kościoła aż do dziś święci i męczennicy żyli i umierali za swą wiarę w rzeczywistą obecność” Chrystusa, której potwierdzeniem są również „niezliczone cuda eucharystyczne na całym świecie”. Kościół w tym czasie zgłębił dogmat o transsubstancjacji, czyli przemianie chleba i wina w Krew i Ciało naszego Pana. A „jako katolicy mamy radosny obowiązek wiary w to, że Chrystus jest naprawdę obecny w Eucharystii”.

    Hierarcha przypomina naukę św. Pawła o niebezpieczeństwie niegodnego spożywania Ciała i Krwi Chrystusa, jaką zawarł w Pierwszym Liście do Koryntian (1 Kor 11,27-29). A przywołując słowa, jakie wypowiadamy bezpośrednio przed Komunią św., podkreśla naszą niegodność do otrzymania takiego daru. Zatem wszyscy musimy „mocno się starać dążyć do świętości i upewnić się, że jakikolwiek grzech śmiertelny, którego jesteśmy świadomi, został sakramentalnie wyznany przed przyjęciem Komunii Świętej”. Bowiem „przyjmowanie Eucharystii przy jednoczesnym lekceważeniu grzechu śmiertelnego, którego się nie żałuje, w naszym życiu czy bez rozeznania rzeczywistej obecności naszego Pana przynosi duchowe zniszczenie, a nie głębsze życie w Chrystusie”.

    Wyjaśniając pojęcie grzechu ciężkiego i potrzeby wyznania go przed Komunią św., bp Strickland przytacza fragment Kodeksu prawa kanonicznego i przywołuje Didache, dokument chrześcijański z 70 r. po Chr., by pokazać ciągłość i niezmienność nauki Kościoła na ten temat. „Jeśli celowo żyjemy w sposób, który jest sprzeczny z nauczaniem wiary katolickiej i z uporem wyznajemy poglądy, które przeczą prawdzie, której naucza Kościół, narażamy się na poważne niebezpieczeństwo duchowe”. Pamiętając o miłosierdziu Boga, musimy też pamiętać, by „z pokorą żałować i wyznać nasze grzechy, by otrzymać Jego przebaczenie”.

    Przypomniawszy te podstawowe kwestie, bp Strickland nawiązuje do Synodu o synodalności i „dyskusji dotyczącej osób, które same siebie określają jako członkowie wspólnoty LGBTQ, a które dążą do przyjmowania Komunii św.” Podkreślając, że Kościół oferuje takim ludziom „miłość i przyjaźń”, zaznacza jednak, że „nie może ofiarować jakiejś osobie Komunii Świętej, jeśli ta osoba aktywnie angażuje się w związek jednopłciowy albo jeśli jakaś osoba nie żyje zgodnie z płcią, z jaką Bóg ją ukształtował od poczęcia i narodzin”.

    Biskup podkreśla, że według nauki Kościoła „ci, którzy doświadczają uczuć pociągu do osób tej samej płci albo dysforii płciowej nie grzeszą po prostu z tego powodu, że doświadczają takich uczuć, ale dobrowolne działanie pod ich wpływem jest grzeszne i niezgodne z Bożym zamysłem dla Jego dzieci”. Przyznając, że może to być trudne, bp Strickland zachęca do szukania pomocy zarówno księży, jak i bliskich oraz rodziny, by żyć w świętości i przyjąć swój krzyż. Choć „będzie to trudne, to On [Chrystus] idzie z nami, jeśli Go poprosimy”.

    Bp Strickland stwierdza, że podobnie osoby w związkach cudzołożnych nie mogą przystępować do Komunii, a „Kościół nigdy nie zaakceptował i nie zaakceptuje przyjmowania Eucharystii przez katolików, którzy trwają w jakimkolwiek związku cudzołożnym”. Taka osoba musi również „najpierw żałować za grzech cudzołóstwa i przyjąć sakramentalne rozgrzeszenie (…). Innymi słowy cudzołóstwo musi się skończyć, by dana osoba przyjmowała Komunię Świętą”. Osoby rozwiedzione, które chciałby wstąpić w nowy związek, biskup zachęca do szukania porady u własnego proboszcza.

    Hierarcha zachęca wiernych do dzielenia się wiarą z niewierzącymi i zapraszania ich „do pełni jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego Kościoła, kiedykolwiek to możliwe”. A także do wyjaśnia im, „dlaczego Eucharystia jest tak specjalna”. Zachęca też do uczenia się od doktorów Kościoła i świętych, których „nie brak” o „pięknie, mocy i duchowej skuteczności Eucharystii”. Jak stwierdza: „Sakramenty to Chrystus pośród nas, wzywający nas do życia Jego ofiarną miłością we wszystkich naszych wzajemnych relacjach z innymi członkami Jego Ciała Kościoła”.

    jjf/LifeSiteNews.com/Fronda.pl

    ___________________________________________________________________________________________

    kaplica- izba JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    7 WRZEŚNIA – I CZWARTEK MIESIĄCA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA

    fot. parafia Matki Bożej Frydeckiej/Jaworzynka

    ***

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ***

    Nowenna Pompejańska za Kapłanów: 1 kwietnia – 24 maja 2021 r.

    ***

    Zachęcamy, a jednocześnie prosimy Was o podjęcie wyzwania – walki o świętość życia Kapłanów. Pragniemy zaprosić Was do modlitwy z prośbą o światło, moc i mądrość Ducha Świętego dla Kapłanów, aby sprostali znakom czasu i pułapkom szatana. Dziś potrzebujemy Waszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek… (www.zakaplanow.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PIĄTEK8 WRZEŚNIA

    Uroczystość Narodzenia Najświętszej Maryi Panny

    Tego dnia Kościół katolicki obchodzi uroczystość Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, zwaną w Polsce dniem Matki Bożej Siewnej. W tradycyjnej kulturze ludowej po tej dacie rozpoczynano jesienne orki i siewy zbóż ozimych.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Rodzi się bowiem Ta, która została „przed wiekami przejrzana i za Matkę wybrana, Jezusowi Chrystusowi Niepokalana” (pieśń Witaj, Święta…). Kościół, ciesząc się Maryją, woła w dzień Jej święta słowami liturgii: „Twoje narodzenie, Bogurodzico Dziewico, zwiastowało radość całemu światu; z Ciebie się narodziło Słońce sprawiedliwości, Chrystus, który jest naszym Bogiem. On uwolnił nas od potępienia i przywrócił nam łaskę. On zwyciężył śmierć i dał nam życie wieczne” (antyfona na „benedictus”). Przeto Kościół nazywa Ją Gwiazdą Zaranną zwiastującą już bliski wschód słońca, czyli spełnienie obietnicy. „Istotnie, tak jak gwiazda owa, «jutrzenka», poprzedza wschód słońca, tak Maryja, od swego Niepokalanego Poczęcia, poprzedziła przyjście Zbawiciela, wschód Słońca sprawiedliwości w dziejach rodzaju ludzkiego”. (św. Jan Paweł II, Redemptoris Mater, nr 3).

    ***

    W święto Matki Bożej Siewnej, dawnym polskim zwyczajem, rolnicy przynoszą ziarno przeznaczone na tegoroczny zasiew. Kapłan, poświęcając je, wypowiada następującą modlitwę: „Boże, Ty sprawiasz, że wszelkie nasiona wpadłszy w ziemię obumierają, aby wydać plon (…). Prosimy Cię, pobłogosław te ziarna zbóż i inne nasiona. Zachowaj je przed gradem, powodzią, suszą i wszelką szkodą, a ziemię użyźnij rosą z nieba, aby rośliny z nich wyrosłe wydały obfite plony. Spraw też, abyśmy za przykładem Najświętszej Maryi Panny (…) przynosili plon stokrotny przez naszą wytrwałość w pełnieniu Twojej woli”.

    ***

    OD GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 18.45 – GODZINKI O NIEPOKALANYM POCZĘCIU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    W SOBOTĘ 9 WRZEŚNIA

    SERDECZNIE ZAPRASZAMY DO KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA

    NA NABOŻEŃSTWO Z PRZEKAZANIEM

    PŁOMIENIA MIŁOŚCI NIEPOKALANEGO SERCA MARYI,

    KTÓRE POPROWADZI SIOSTRA AGNIESZKA Z KLASZTORU SIÓSTR MARYI NIEPOKALANEJ W BRANICACH

    PO MSZY ŚW. O GODZ. 18.00

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ – JAK W KAŻDĄ SOBOTĘ OD GODZ. 17.00

    *****

    Niezwykłe objawienie węgierskiej mistyczki. Zwycięstwo nad szatanem da płomień miłości Niepokalanego Serca Maryi

    Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    źródło obrazu: Flame of Love of the Immaculate Heart of Virgin Mary | Facebook

    Obraz Maryi z objawień namalował austriacki artysta Erwin Schöppl

    *****

    Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi to niezwykła i skuteczna modlitwa w walce duchowej ze złem.

    Usłyszała ją niegdyś od Matki Jezusa Elżbieta Kindelmann, węgierska mistyczka, wdowa i matka sześciorga dzieci.

    „Ogień nienawiści będziemy gasić ogniem miłości i zgody” – mówiła Maryja do Elżbiety Kindelmann. W latach 1961-1981 na Węgrzech Matka Boża i Pan Jezus ukazywali się mistyczce, ubogiej wdowie i matce sześciorga dzieci. Ona zaś spisywała otrzymane orędzia w swoim dzienniku duchowym. Jedną z najważniejszych tajemnic, jakie Maryja przekazała Elżbiecie, było orędzie Płomienia Miłości.

    Odpowiedzią na to objawienie jest Ruch Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, który powstał na Węgrzech w 2009 r. (zaaprobowany przez Pétera Erdő, arcybiskupa Esztergom-Budapeszt). W Polsce pierwsza taka wspólnota została utworzona w 2015 r. w Kaliszu w sanktuarium św. Józefa.

    Płomień Serca i Miłości

    Elżbieta Kindelmann urodziła się w 1913 r. i całe życie mieszkała w Budapeszcie. Młodo wyszła za mąż, urodziła sześcioro dzieci. Gdy miała 33 lata, zmarł jej mąż. Odtąd Elżbieta samodzielnie starała się zapewnić dzieciom jak najlepsze warunki do rozwoju. Ciężko pracowała w fabrykach, aby zapewnić rodzinie godny byt. Kobieta była blisko związana z zakonem karmelitańskim.

    W 1961 r. po raz pierwszy usłyszała głos Jezusa, a 15 kwietnia 1962 r. Matka Boża objawiła jej nabożeństwo do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi oraz specjalną koronkę.

    „Ten pełen Łaski Płomień, który wam z mojego Niepokalanego Serca udzielę, ma być przekazywany z serca do serca. To będzie tym wielkim cudem, którego światło oślepi szatana. Ten Płomień jest ogniem miłości i zgody. Tak więc ogień będziemy gasić ogniem: ogień nienawiści ogniem miłości! Tę łaskę uzyskałam poprzez pięć najświętszych Ran mojego Boskiego Syna od Przedwiecznego Ojca Niebieskiego” – powiedziała mistyczce Matka Jezusa.

    Maryja poprosiła także o modlitwę, post i pokutę. „Płomień Miłości Mojej Niepokalanej Matki jest dla was tym, czym była dla Noego Arka” – powiedział Jezus w jednym z objawień. „Bez wiary i zaufania nie zdoła zakorzenić się w was żadna cnota. One są filarami owego świętego przedsięwzięcia, do którego teraz się przygotowujemy” – miał podkreślić Zbawiciel.

    Podczas kolejnego objawienia Maryja prosiła mistyczkę o godzinę czuwania w czwartki i piątki. „Moja córko, proszę, abyście czwartek i piątek uznawali jako szczególne dni łaski i abyście w oba te dni ofiarowywali całkiem szczególną pokutę dla mego Boskiego Syna. Sztuką i sposobem tej pokuty jest godzina pokutnego czuwania w rodzinie” – tłumaczyła Najświętsza Maryja Panna.

    Modlitwa skutecznym sposobem walki ze złem

    Mówi się, że objawienia w Erd są związane z tymi w Fatimie. Matka Boża poleciła Elżbiecie rozpoczęcie nabożeństw wynagradzających Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi i grzechy. Maryja odwołuje się do Jezusa i prosi o oddawanie czci Jego najświętszym ranom. Zachęcała także do wytrwałej, ufnej modlitwy oraz uczestnictwa we Mszy świętej.

    Tłumaczyła, że godny udział w Eucharystii jest najskuteczniejszym sposobem walki z szatanem, a do Stołu Pańskiego powinna prowadzić nie rutyna i obowiązek, ale ogień miłości.

    W orędziach przekazywanych Kindelmann pojawiło się również wezwanie do postu, który nie jest tylko pewnym wyrzeczeniem się dla podejmującego go, ale także ogromną pomocą dla dusz w czyśćcu cierpiących.

    Matka Najświętsza podkreśliła konieczność wzmożonej modlitwy za kapłanów i powołania kapłańskie. Zaznaczyła też wartość powołania do małżeństwa i rodzicielstwa, mówiąc o wyjątkowych łaskach związanych z przyjęciem każdego dziecka. Maryja prosiła Elżbietę, aby ludzie odmawiali Koronkę do Płomienia Miłości Jej Niepokalanego Serca. Zapewniła Kindelmann, że moc tej modlitwy będzie skuteczną pomocą walki ze złym duchem.

    Oślepienie szatana

    Mówiła, że czas szerzącej się nienawiści, grzechu i bezbożności będzie dramatyczny, ale Ona, jako Matka nie pozostawi swoim dzieci bez wsparcia i opieki. Będzie im towarzyszyła światłem Płomienia Miłości, które rozświetli ciemności świata i rozbudzi nawet najbardziej oschłe i oziębłe dusze.

    „Oślepisz tym szatana, który straci władzę nad tobą i twoimi bliskimi” – obiecała Matka Boża Elżbiecie Kindelmann.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl

    źródła: idziemy.pl; radiojasnagora.pl; opoka.org.pl; E. Kindelmann, Płomień Miłości Serca Maryi, Wydawnictwo Maria Vincit, Wrocław 2010

    *****

    Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi ratunkiem w walce duchowej

    W latach 1961-1981 na Węgrzech Matka Boża i Pan Jezus ukazywali się pewnej wdowie Erzsébet Kindelmann, matce sześciorga dzieci. Najświętsza Maryja Panna prosiła ją o rozpowszechnienie na cały świat nabożeństwa Płomienia Miłości Jej Niepokalanego Serca. Zapewniła, że dzięki tej modlitwie ludzie będą otrzymywali wiele łask.

    Ten pełen Łaski Płomień, który wam z mojego Niepokalanego Serca udzielę, ma być przekazywany z serca do serca. To będzie tym wielkim cudem, którego światło oślepi szatana. Ten Płomień jest ogniem miłości i zgody. Tak więc ogień będziemy gasić ogniem: ogień nienawiści ogniem miłości! Tę łaskę uzyskałam poprzez pięć najświętszych Ran mojego Boskiego Syna od Przedwiecznego Ojca Niebieskiego

    –  powiedziała wizjonerce Najświętsza Maryja Panna, która szczególnie prosiła o modlitwę, post, pokutę i ofiary.

    Nabożeństwo do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi wraz z Koronką (poniżej treść) posiadają Nihil Obstat Kurii Biskupiej Stuhlweissenburgu (Węgry, Mons. Imre Kisberk, akta nr 1404/26.09.1978) oraz Imprimatur zatwierdzające Dzieło w Ekwadorze, 1.12.1995, podpisane przez Bernardino Kard. Echeverria Ruiz, OFM.

    Płomień Miłości jest wezwaniem i darem o szczególnym znaczeniu, który Jezus Chrystus i Matka Boża dają ludziom. W jednym z objawień Pan Jezus powiedział:

    Płomień Miłości Mojej Niepokalanej Matki jest dla was tym, czym była dla Noego Arka.

    W jaki sposób możemy odpowiedzieć na wezwanie Matki Bożej i Jezusa Chrystusa?

    “Pomóżcie mi! – Jeżeli przyjmiecie Mój Płomień Miłości, wspólnie uratujemy świat!”.

    Odmawianie i rozpowszechnianie modlitwy:
    „Matko Boża! Rozlej na całą ludzkość działanie Twojego Płomienia Miłości teraz i w godzinie śmierci naszej. Amen.”
    Słowa Matki Bożej: „To jest właśnie ta modlitwa, mocą której wy oślepiać będziecie szatana”.

    Uczestniczenie we Mszy świętej
    Słowa Matki Bożej: „Jeżeli jesteście w stanie łaski i bierzecie udział we Mszy św., która nie jest dla was obowiązkowa, wówczas Płomień Miłości wytryska z Mojego Serca tak, że w tym czasie szatan zostaje oślepiony, a pełnia mojej łaski spływa na tę duszę, za którą ta Msza św. jest odprawiana”.

    Siła Najświętszej Krwi Pańskiej
    Słowa Pan Jezusa:
    „Mój Stół jest niezmiennie zastawiony. Ja jako gospodarz ofiarowałem wszystko. Daję wam nawet siebie samego. Starajcie się o przyjęcie Najświętszej Krwi do waszych dusz (…) Nie bądźcie obojętni. Nie przyzwyczajenie prowadzić was winno do mojego Stołu, lecz ogień miłości, tej miłości, która w was poprzez Moją miłość i poprzez Mnie płonąć będzie, a w zjednoczeniu z wami wypali grzech waszej duszy”.

    „Odwiedzajcie często Najświętszy Sakrament Ołtarza!”
    Słowa Pan Jezusa:
    „Jeżeli wy do mnie nie przyjdziecie, jakżeż ja mam wam wtedy moich łask udzielić? Pełnia łask zgromadzona jest w moim sercu. Moje serce jest niezmierzone w swojej miłości”.

    Codzienne ofiarowanie
    Słowa Matki Bożej:
    Ofiarujcie swoją codzienną pracę na cześć Bożą! Jeżeli jesteście w stanie łaski, także wówczas, poprzez to ofiarowanie wzmaga się oślepienie szatana. Żyjcie zatem w Mojej łasce (…) Liczne łaski, które wam daję, jeżeli je dobrze użyjecie – a powinniście je także coraz więcej i lepiej używać – spowodują w następstwie poprawę wielu dusz”.
    „Wy wszyscy jesteście moimi dziećmi, a ja jestem Matką dla wszystkich! Proście świętego Józefa, Najczystszego Oblubieńca! On będzie szukał przytułku w sercach ludzkich dla Mojego Płomienia Miłości!”

    Modlitwa: Święty Józefie, Twoja moc rozciąga się na wszystkie nasze sprawy. Ty umiesz uczynić możliwym to, co wydaje się być niemożliwym. Spójrz z ojcowską miłością na wszystkie nasze potrzeby.

    Wiara i zaufanie
    Słowa Pan Jezusa:
    „Bez wiary i zaufania nie zdoła zakorzenić się w was żadna cnota. One są filarami owego świętego przedsięwzięcia, do którego teraz się przygotowujemy.”
    Słowa Matki Bożej:
    „Moje dziecko! Wierz w Moją Matczyną Potęgę! Pokora! Ofiara! Te dwie postawy winny opanować twoją duszę. Wierz i ufaj! Teraz uwierz już wreszcie w moją matczyną potęgę, którą oślepię szatana i uratuję świat od zatracenia!”

    Godzina pokutnego czuwania w rodzinie
    Słowa Matki Bożej:
    „Moja córko, proszę, abyście czwartek i piątek uznawali jako szczególne dni łaski i abyście w oba te dni ofiarowywali całkiem szczególną pokutę dla mego Boskiego Syna. Sztuką i sposobem tej pokuty jest godzina pokutnego czuwania w rodzinie. Podczas tej jednej godziny, którą wy w gronie rodzinnym w pokutnym nastroju spędzicie, odmawiajcie rozmaite modlitwy (np. różaniec). Śpiewajcie nabożne pieśni! Z myślą o pięciu świętych Ranach mojego Boskiego Syna rozpoczynajcie to nabożeństwo czytaniem duchownym przy zapalonym świetle świecy – jako znaku mojego przyrzeczenia. Odprawiajcie to nabożeństwo co najmniej we dwoje lub troje, gdyż jak wiadomo, tam, gdzie dwoje albo troje zgromadzą się w Imię mojego Syna, tam On jest pośród nich. Na początku należy przeżegnać się pięciokrotnie polecając się równocześnie Miłosierdziu Ojca Niebieskiego”.

    Matka Najświętsza prosiła Erzsébet Kindelmann, aby ludzie odmawiali Koronkę do Płomienia Miłości Jej Niepokalanego Serca. Matka Boża wraz z Panem Jezusem zapewniła, że moc tej modlitwy będzie skutecznym orężem w duchowej walce z szatanem.

    KORONKA DO PŁOMIENIA MIŁOŚCI NIEPOKALANEGO SERCA MARYI


    Na cześć pięciu Ran Pana Jezusa żegnamy się pięć razy:
    W Imię Ojca i Syna i Ducha Św. Amen.
    Na dużych paciorkach:
    Pełne Boleści i Niepokalane Serce Maryi,
    proś za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.
    Na małych paciorkach:
    Matko ratuj nas, przez Płomień Miłości
    Twojego Niepokalanego Serca!
    Na zakończenie: (3x)
    Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu,
    jak była na początku, teraz i zawsze i na wieki wieków. Amen.

    Matko Boża, rozlej na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Magdalena Jaroszewicz – opr. idziemy.pl

    źródło:
    Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi, wg edycji Wydawnictwa-Immaculata, CH-900 ST. Gallen, Appenzel (Szwajcaria). Wydawnictwo Maria Vincit, wydanie pierwsze, Wrocław 2010

    _________________________________________________________

    Nowenna Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    Wprowadzenie

    Najświętsza Maryja Panna pragnie nam o wiele bardziej pomóc, niż my sami tej pomocy pragniemy. Składając naszą ufność w Jej Niepokalanym Sercu, odpowiadamy na Jej miłość i dajemy Jej wielką matczyną radość.

    Podjęcie modlitwy nowennowej to stanięcie do duchowej walki.

    Maryja: Stańcie do walki ‒ zwyciężymy! Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w szerzenie Płomienia mojej miłości. Pragnę, by Płomień Miłości mojego Niepokalanego Serca, który dokonuje cudów w głębi ludzkich serc, stał się znany wszędzie, tak jak na całym świecie znane jest moje Imię. (Dziennik duchowy PM – 19 października 1962)

    Ja, piękny Promień jutrzenki, oślepię szatana.

    Uwolnię ludzkość od grzesznej lawy nienawiści.

    Żaden umierający nie może zostać potępiony.

    PŁOMIEŃ MOJEJ MIŁOŚCI wkrótce zapłonie. Córeczko, wiedz, że wybrane dusze będą musiały stoczyć walkę z księciem ciemności. Rozpęta się straszliwa burza. Nie, nie burza, lecz orkan, który wszystko spustoszy. Zniszczy wiarę i ufność nawet w wybranych. Wraz z nadciągającym szkwałem rozbłyśnie dla was jednak światło PŁOMIENIA MOJEJ MIŁOŚCI. Rozświetlę ciemną noc waszych dusz wylaniem jego łask. (Dziennik duchowy PM – 19 maja 1963)

    Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    Zaleca się odmawianie tej nowenny szczególnie, by otrzymać łaski do przezwyciężenia wszystkich trudnych doświadczeń w naszej rodzinie lub środowisku – prób, nieszczęść i okoliczności – na które nie mamy wpływu.

    Podczas tych dziewięciu dni nowenny ofiarujmy Najświętszej Dziewicy każdą duchową próbę, która może przyjść, lub ofiarę – co pomnoży moc naszych modlitw. Oto kilka przykładów: ofiarowanie naszego dnia Bogu, nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, uczestnictwo we Mszy Świętej, składanie ofiar – dużych lub małych, post, cierpliwe zniesienie krzywdy, trudności rodzinne lub zawodowe, itp. Bądźmy pomysłowi, aby zachwycić Maryję! Bóg odpowiada na ufne modlitwy swoich dzieci obfitym błogosławieństwem.

    Jeśli któraś z naszych próśb nie zostanie natychmiast wysłuchana, nie traćmy pokoju, ufając Bogu, ponieważ oznacza to, że Bóg ma coś lepszego i większego dla nas niż to, o co prosimy. Niech ta prawda pomnoży naszą nadzieję i ufność.

    Modlitwy na każdy dzień nowenny

    Każdego dnia przed odmówieniem nowenny, zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu.

    1. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    2. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    3. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    4. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    5. Całuję Ranę Twego Świętego Boku, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    Modlę się w intencjach Niepokalanego Serca Maryi, a także proszę Cię, Matko, przez Płomień Twojej Miłości o łaskę/w intencji…. (wymień prośbę). Z wiarą, ufnością i kochającym sercem oddaję Ci Maryjo ten czas trwania nowenny, oświecaj mnie, przemieniaj i prowadź.

    Dzień 1

    Dzieło Maryi dla zbawienia dusz

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38). Maryja mówi Bogu FIAT na Jego plan zbawienia. Zgodnie z Wolą Bożą, Maryja ma plan dla każdego z nas, a my możemy zjednoczyć się z Płomieniem Miłości jej Niepokalanego Serca i wiernie naśladować ją w Jej misji Matki Kościoła. Ona prosi nas, abyśmy przez nasze modlitwy i ofiary uratowali jak najwięcej dusz.

    Maryja: Moja karmelitanko! Chcę z tobą porozmawiać w nocnej ciszy. Słuchaj mnie, leżąc wygodnie! Prawda, że znasz wielki ból, który wypełnia mi Serce? Szatan z zatrważającą łatwością porywa dusze. Dlaczego nie staracie się ze wszystkich sił temu zapobiegać? Potrzebuje was! Serce pęka mi z bólu, gdy muszę się przyglądać, jak tyle dusz idzie na potępienie. Wiele z nich wpada w sieć diabła wbrew swoim dobrym intencjom. Zły z szyderczym śmiechem wyciąga ręce i ze złowrogą uciechą zagarnia dusze, za które mój Syn wycierpiał tak straszliwe męki. Pomóżcie mi! Pomóżcie! (Dziennik duchowy PM – 14 maja 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy pragnę żyć jak prawdziwy chrześcijanin, któremu zależy na zbawieniu swojej duszy?
    2. W jaki sposób mogę najlepiej współpracować z Płomieniem Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczynić się do zbawienia dusz innych ludzi?
    3. Każdy z nas może zmienić los dusz, którym grozi zatracenie. Mogę modlić się w zjednoczeniu z Trójcą Przenajświętszą, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, wszystkich Świętych i dusz uwolnionych z czyśćca przez moje modlitwy.
    4. Czy ofiarowuję nocne czuwania modlitewne naszej Świętej Matce?
    Intencja

    Modlę się o zbawienie dusz, o uświęcenie moje i tych wszystkich, których noszę w sercu.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 2

    Modlitwa Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi – sposób na ratowanie dusz

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Działania szatana ‒ wroga Boga, z jego mroczną strategią i demonicznymi sztuczkami, dają o sobie znać na różnych płaszczyznach i wywołują różne skutki, jak: negacja Boga, podziały w rodzinach, nieczystość i pożądliwość, aborcja, okultystyczne obrzędy, zabieganie o władzę i dominację, chciwość pieniądza i chęć posiadania coraz więcej, wojny, itd. Jakże pocieszająca jest świadomość, że mamy zdolność do przyjęcia i wykorzystania prostego sposobu danego nam przez Dziewicę Maryję, aby zwyciężyć zło!

    Maryja: Podczas modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, dodawajcie taką prośbę: „Zdrowaś Maryjo […], módl się za nami grzesznymi, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. (Dziennik duchowy PM – październik 1962)

    Pewien biskup zapytał Elżbietę, dlaczego modlitwa Zdrowaś Maryjo ma być teraz odmawiana inaczej?

    Maryja: Nie chcę zmieniać modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, lecz poprzez tę prośbę pragnę obudzić ludzkość. Te słowa nie mają być aktem strzelistym, lecz stałą modlitwą błagalną. (Dziennik duchowy PM – 2 lutego 1982)

    Jezus: Trójca Przenajświętsza wylała na was morze łask Płomienia Jej miłości wyłącznie na żarliwą prośbę mojej Najświętszej Matki i dlatego macie dodawać te słowa do ‘Pozdrowienia anielskiego’, aby ludzkość się nawróciła pod wpływem działania łask tego Płomienia. (Dziennik duchowy PM – 2.02.1982)

    Chwila na refleksję
    1. Czy z ufnością odmawiam Zdrowaś Maryjo, dodając potężną prośbę o wylanie Płomienia Miłości?
    2. Dziennik duchowy Elżbiety Kindelmann uczy nas i zaprasza do poznania próśb Dziewicy Maryi i Pana naszego Jezusa Chrystusa o ratowanie ginących dusz. Czy poświęcam czas na jego lekturę i medytację?
    3. Jakie jest moje zaangażowanie w szerzenie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczyniać się do zbawienia ludzi wokół mnie?
    Intencja

    Będę odmawiać tak często, jak to możliwe, modlitwę Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, jako potężny środek do ratowania dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 3

    Maryja i świętość

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Ludzkość nie nawróci się dopóty, dopóki nie nawróci się i nie uświęci każda pojedyncza dusza ludzka, dlatego jesteśmy zobowiązani i musimy wybrać świętość. Jezus zachęca nas do tego, mówiąc: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48). Nie ma świętości bez pokory. W duszy, która jest na drodze do świętości, pokora zawsze będzie wzrastać. Im bardziej dusza się uniża, tym bardziej rośnie w niej świętość. Z naszej pokornej ufności pokładanej w Boga wypływają wszystkie inne cnoty. Każda chwila życia Maryi była nieustannym „Tak” dla woli Bożej. Maryja jest doskonałym przykładem pokory, która w całkowitym poddaniu się przyjęła wolę Bożą dla swojego życia: kiedy została Matką Zbawiciela, kiedy udała się do Betlejem na spis ludności, kiedy przyjęła proroctwo Symeona, kiedy uciekała do Egiptu, kiedy była świadkiem śmierci Syna na krzyżu, kiedy uczestniczyła w Jego pogrzebie.

    Jezus i Maryja dbali o zachowanie pokory w sercu swojej wysłanniczki Elżbiety Kindelmann, a tym samym chronili jej świętość.

    Maryja: Córeczko, po co się męczysz? Dlaczego chciałaś mówić o Płomieniu mojej miłości w zgrabnych słowach? Miej przed oczami swoje powołanie: cierpienie. Pomyśl o słowach, które powiedział do ciebie mój Boski Syn: „Cierp bez ustanku i składaj ofiary!”. Twoje cierpienie nie pójdzie na darmo, ale nie twoim zadaniem jest decydowanie o tym, kto zrozumie Płomień mojej miłości. Jesteś małym narzędziem i nie powinnaś się dziwić, że brakuje ci daru wymowy. To ja działam. To ja zapalam Płomień mojego Serca w głębi ludzkich serc. To ja odebrałam ci słowa i zmąciłam twój umysł. Nie chciałam, by w twojej duszy rozpleniła się pycha. […] To byłby wielki błąd… Jesteś małym narzędziem w naszych rękach. Dbamy o to, by grzech nie miał do ciebie przystępu. Uważaj na siebie w pokusach, bo Zły wykorzystuje każdą okazję, by zachwiać twoją pokorą. (Dziennik duchowy PM – 17 grudnia1962)

    Jezus: Z każdym uderzeniem serca żałuj za swoje grzechy, również w zastępstwie tych, którzy nie współodczuwają razem ze Mną. Gdyby twoja miłość zaczęła słabnąć, zwróć się do naszej niebieskiej Matki. Ona znów napełni twoje serce głęboką miłością do Mnie. Nie ustawaj w kontemplowaniu moich świętych pięciu Ran, da ci to dużo siły. Polecaj siebie Ojcu Przedwiecznemu i żyj w łączności z Trójca Przenajświętszą. W chwilach pokus chroń się pod płaszczem naszej Matki. Ona obroni cię przed złym duchem, który was wciąż nęka. Ja będę z tobą. Nikt i nic nie może cię ode Mnie oddzielić… (Dziennik duchowy PM ‒ między 4 a 7 marca 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy pragnę życia, które przynosi świętość? Jak chcę je osiągnąć?
    2. Czy strzegę i zachowuję łaskę uświęcającą, którą otrzymałem na chrzcie świętym?
    Intencja

    Odnawiam moje pragnienie świętości i żyję każdego dnia łaską chrztu świętego; zawsze wybierając dobro i wyrzekając się zła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 4

    Maryja i Krzyż Święty

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dziewica Maryja była u stóp krzyża Jezusa. Ogromnie cierpiała, widząc jak Jej Syn umiera w tak straszliwej agonii. Z miłości do Boga i do nas zawsze przyjmowała swoje cierpienia, ponieważ znała wartość każdego z nich, i dlatego nimi żyła, kochała je i ofiarowywała Bogu jako dar, dla zbawienia dusz. Dzisiaj Maryja również towarzyszy nam w naszych cierpieniach. Swoim przykładem zaprasza nas do przyjęcia ich z głęboką pokorą i miłością, aby Płomień Miłości Jej Niepokalanego Serca z większą siłą oślepił szatana. Wiele dusz zostanie uzdrowionych i stanie się świętymi pod wpływem łagodnego światła i pocieszającego ciepła Płomienia Miłości. W ten sposób, zapraszając nas do przyjęcia naszych cierpień, Maryja zaprasza nas również do udziału w dziele zbawienia.

    Maryja: Widząc twoją długą walkę, powiem ci, dlaczego najpierw dałam Płomień mojej miłości właśnie tobie. Sama powiedziałaś, że jesteś tego niegodna. To prawda. Łaski tej mogłoby dostąpić wiele dusz o większych zasługach. Zasługi zyskałaś jednak dzięki licznym łaskom i cierpieniom, które na ciebie zsyłałam i które wiernie przyjmujesz. (…)

    Zobacz, córko, ty też jesteś matką wielu dzieci. Za ich sprawą znasz biedy i troski życia rodzinnego. Pod ciężarem krzyża często osuwałaś się na ziemię. Z powodu twoich dzieci, często z ich winy, doświadczyłaś wiele bólu. To, że znosiłaś to wszystko, jest twoją zasługą jako matki. (Dziennik duchowy PM – 19 listopada 1962)

    Jezus: Przyjmuj te udręki, choć są tak bolesne! Wiesz, że otrzymasz tyle łask, ilu inni nie dostępują w ciągu całych dziesięcioleci. Bądź za to wdzięczna! Do udzielenia tych łask zobowiązuje Mnie Płomień Miłości mojej Matki. Często podkreślam, że to Ona cię wybrała i zalicza cię do szczególnie uprzywilejowanych przez siebie dusz. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia1963)

    Chwila na refleksję
    1. Nie ma prawdziwej miłości bez krzyża i ofiary. Czy w obliczu prób działam na wzór Maryi i ofiarowuję Bogu moje cierpienia?
    2. Czy moja miłość do Maryi Dziewicy, do mojej rodziny i do dusz, daje mi łaskę ofiarowania moich cierpień za nich?
    Intencja

    Każdego dnia będę z miłością przyjmował krzyż mojego życia zgodnie z wolą Bożą.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 5

    Maryja, Matka Eucharystii

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Mówiąc Bogu swoje „Tak”, Maryja w sposób intymny przyczyniła się do Wcielenia Syna Bożego, gdyż w jej ciele uformowały się Ciało i Krew Zbawiciela, które stały się obecne w Eucharystii. Niepokalane Poczęcie Maryi jest pierwszym przypadkiem przyjęcia przez człowieka Ciała Chrystusa. Można też powiedzieć, że wizyta Maryi u jej kuzynki Elżbiety była pierwszą procesją z Ciałem Chrystusa. W drodze do domu Elżbiety i powrotu do Nazaretu, Maryja wraz ze Świętym Bogiem przechodziła przez wioski i pola, które zostały pobłogosławione i uświęcone przez Zbawiciela. Z jaką czułością, pobożnością i rozkoszą Maryja nosiła w swym łonie Syna Bożego! To wzniosłe macierzyństwo Maryi pozwala nam na intymny kontakt z Jezusem, gdy przyjmujemy Go w Komunii Świętej. Razem z Maryją wpatrujmy się w oblicze Jezusa w Eucharystii i razem z Nią kontemplujmy Jego świętą Obecność i święte pragnienie zjednoczenia się z każdym z nas.

    Jezus: Córko, zrozum Mnie dobrze! Odtąd będę z tobą w Komunii Świętej. Nadal będę czekał na twoje przyjście z bijącym sercem. Bądź wierna, nie szukaj swojej woli. Nie kieruj się własnymi uczuciami, wyrzekaj się siebie i kochaj tylko Mnie! Niech cię wypełnia duch miłości! Kochaj Mnie, tak jak się kocha dziecko owinięte w białe pieluszki. Szukaj Mnie, tak jak moja Najświętsza Matka szukała Mnie w tłumie ze ściśniętym sercem, a gdy Mnie znajdziesz, uciesz się tym! Jeżeli uznasz, że potrzeba ci ojcowskiego wsparcia, wznieś oczy ku mojemu Ojcu Przedwiecznemu i z Duchem Świętym zanurz się w naszej miłości. (Dziennik duchowy PM – 20 kwietnia 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Jakie miejsce zajmuje w moim życiu Msza Święta?
    2. Czy rozpoznaję przemianę, jaka dokonuje się w moim sercu dzięki Komunii Świętej?
    3. Czy przyjmując Eucharystię, jednoczę się z Jezusem dla oddania chwały Ojcu Niebieskiemu?
    Intencja

    Będę jak najczęściej godnie przyjmował Jezusa w Komunii św., a jeśli nie mogę uczestniczyć we Mszy św., to każdego dnia przyjmę Go duchowo.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 6

    Płomień Miłości Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Miłość, która łączy Święte Serca jest nieskończona. Ojciec Przedwieczny roztacza nad ludzkością Ducha Miłości Jezusa i Maryi. Jeśli kochamy Maryję, to kochamy Jezusa. Serce matki jest zawsze zjednoczone poprzez czas i przestrzeń ze swoimi dziećmi. Prośmy Boga, aby pomógł nam kochać Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi całą mocą naszej duszy.

    Jezus: Kochaj Mnie jeszcze bardziej, jeszcze wierniej, niech nie sprawia ci to trudu nawet wtedy, gdy się tylko skarżę. Córko, zanoszę tyle skarg, bo bardzo niewielu Mnie słucha. Na próżno skarżę się duszom Mi poświęconym. Nie zanurzają się one w skupieniu w swoją głębię, by tam wsłuchać się w moje słowa. A przecież w związku z przyjściem mojego królestwa chciałbym z nimi porozmawiać o tak wielu sprawach! (Dziennik duchowy PM – 2 lipca 1962)

    Elżbieta: Ukochany Zbawiciel poprosił mnie, bym razem z Nim wypowiadała Jego odwieczne pragnienia:

    Niech nasze stopy kroczą razem,

    niech nasze ręce zbierają razem,

    niech nasze serca biją razem,

    niech nasze dusze odczuwają razem.

    Niech nasze myśli się jednoczą!

    Niech nasze uszy razem wsłuchują się w ciszę.

    Niech nasze oczy wpatrują się w siebie,

    a nasze spojrzenia stapiają się w jedno.

    Niech nasze wargi razem proszą

    Ojca Przedwiecznego o zmiłowanie!

    Ta modlitwa stała się moją najbardziej osobistą modlitwą. Pan tyle razy ją ze mną rozważał! Nauczył mnie jej, bym ją przekazywała innym, aby złączyli się z Jego odwiecznymi myślami i pragnieniami.

    Kiedy Zbawiciel mnie o to poprosił, dodał jeszcze:

    – Ta modlitwa jest bronią w waszych rękach, bo gdy ktoś współdziała ze Mną, szatan zostaje oślepiony, a dzięki temu dusze są uwalniane od grzechu. (Dziennik duchowy PM – maj 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy modlę się do Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi za dusze konsekrowane?
    2. Czy często pocieszam Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi moimi aktami miłości i miłosierdzia?
    3. Płomień Miłości Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi nadaje nowy sens naszemu życiu. Czy rozsiewam radość, entuzjazm i miłość, aby rozpalić serca ludzi wokół mnie?
    Intencja

    Pójdę w najbliższym miesiącu na Mszę św. ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi w pierwszy piątek i w pierwszą sobotę miesiąca.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 7

    Maryja, Arką ocalenia dla naszych czasów

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Wszyscy żyjemy w czasach, w których potrzebujemy pocieszenia i pomocy z nieba. Naszym schronieniem jest Serce Maryi. Z Niepokalanego Serca Maryi wypływa Płomień Miłości. Jezus wyjaśnia, że Płomień Miłości jest Arką zbawienia dla naszych czasów. W tej sprawie mówił do Elżbiety:

    Jezus: Przecież Płomień Miłości mojej Matki jest jak arka Noego! (Dziennik duchowy PM ‒ marzec 1981)

    Dusza, która całkowicie schroni się w Płomieniu Miłości Maryi, może się w życiu duchowym spodziewać wielu przywilejów. Łaski związane z Płomieniem Miłości: spowodują lub przyspieszą jej nawrócenie; zapewnią duszy pokój, ponieważ światło Płomienia Miłości oślepia szatana, dusza otulona tym Płomieniem jakby dla niego nie istniała; przyspieszają postęp duszy w życiu duchowym, bo dusza nie nękana już przez szatana, zyskuje więcej czasu i sił, by całkowicie zwrócić się ku Bogu oraz jednoczą duszę z Bogiem, bowiem miłość nie zatrzymuje się w pół drogi i domaga się coraz większego zjednoczenia, nie zaznaje spoczynku dopóty, dopóki nie osiągnie celu. Kiedy zaś dusza dostąpi jedności z Bogiem, umiera wprost ze szczęścia. Arka Niepokalanego Serca Maryi zapowiada misję Maryi Dziewicy w szerzeniu Płomienia Miłości. Jezus zaprasza nas do wejścia do Arki i życia orędziami Jego i naszej Matki. Ponieważ Płomień Miłości ratuje nas w tych trudnych i ciemnych czasach, zjednoczmy się z Płomieniem Miłości i ofiarujmy Maryi nasze wysiłki, aby rozprzestrzenić go jak pożar wokół nas i na całym świecie.

    Maryja: Jestem przecież waszą kochającą Matką, która was nie opuści. Jednoczcie się ze wszystkich sił i przygotowujcie dusze, by dały schronienie temu Płomieniowi. Odpowiednim miejscem dla niego będą serca tych, którzy pielgrzymują do sanktuariów. Ja, Matka łaski, nieustannie błagam mojego Boskiego Syna, aby wasze drobne wysiłki zjednoczył ze swoimi zasługami.

    Nie bójcie się Płomienia, który zapłonie niepostrzeżenie. Jego łagodny blask nie wzbudzi lęku, bo w sercach będą się dokonywać cuda. (Dziennik duchowy PM – 4 maja 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy jestem świadomy, że moralnemu zepsuciu należy przeciwstawić uświęcenie?
    2. Czy mam czas na pielgrzymkę do sanktuariów maryjnych? Czy uczestniczę w rekolekcjach?
    3. Czy zdaję sobie sprawę, że Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi jest arką ocalenia dla naszych czasów?
    Intencja

    Przyjmuję dziś Płomień Miłości jako ostateczny ratunek przed niebezpieczeństwem, także dla innych dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 8

    Rozprzestrzenianie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Płomień Miłości jest łaską, którą Matka Boża otrzymała od Ojca Niebieskiego przez zasługi Świętych Ran Jezusa. Jej działanie polega na oślepianiu szatana, uniemożliwiając mu doprowadzanie dusz do grzechu. Dziewica Maryja prosi nas o pomoc w rozprzestrzenianiu Jej Płomienia Miłości na całym świecie. Oczekuje pilnej i wspaniałomyślnej odpowiedzi od każdego ze swoich dzieci.

    Maryja: Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    Bliski jest czas, gdy zapłonie Płomień mojej miłości, a kiedy to nastąpi, szatan zostanie oślepiony. Dam wam to odczuć, by pomnożyć w was ufność. Wleje to w wasze serca wielką siłę. Poczuje ją każdy człowiek, do którego dotrze Płomień. Zapłonie on nie tylko w poświęconych mi krajach, ale i na całej ziemi, rozszerzając się na cały świat, nawet na najbardziej niedostępne zakątki, bo i dla diabła nie ma niedostępnych miejsc! Niech napełnia to was siłą i ufnością! Będę wspierać wasz trud nieznanymi dotąd cudami. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy daję z siebie wszystko, współpracując z ruchem Płomienia Miłości, aby wypełnić misję, jaką powierzyła nam Matka Boża?
    2. Co robię, aby uczynić znanym Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi i ofiarowywać pocieszenie moim braciom i siostrom w potrzebie?
    Intencja

    Poprzez moje zjednoczenie z Jezusem Płomieniem Miłości, sam staję się „Płomieniem Miłości”, aby mój przykład rozsławiał ruch Płomienia Miłości i zachęcał jak najwięcej osób do przyłączenia się do tego maryjnego dzieła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 9

    Nasz dom – sanktuarium Płomienia Miłości

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dzisiaj diabeł koncentruje wszystkie swoje wysiłki szczególnie na tym, aby zniszczyć rodziny. Musimy rozpoznać strategie, jakimi posługuje się szatan, aby zniszczyć świętość małżeństwa i rodziny. Są to: negacja Boga i brak wiary, brak modlitwy, rutyna w rodzinie, brak dialogu, pycha, zazdrość, niewierność, pornografia, złość, raniące słowa, brak przebaczenia – krótko mówiąc, to wszystko, co rozbija lub pomniejsza miłość. Musimy być czujni, aby temu zapobiec. Musimy uwolnić broń Płomienia Miłości i moc modlitwy rodzinnej. „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię Moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20).

    Maryja: Moja mała karmelitanko! Za twoim pośrednictwem chcę wyrazić bezgraniczną miłość mojego matczynego Serca oraz wypływający z niej ból, który odczuwam z powodu grożącego całemu światu niebezpieczeństwa rozpadu rodzin. Moje matczyne błaganie kieruję zwłaszcza do was i w jedności z wami pragnę ratować ziemię. Córko, tobie w szczególny sposób pozwalam dostrzec, z jaką mocą działam, by oślepić szatana. (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Jezus: Wiesz, że tam [w domu w Nazarecie] przygotowywałem się do wielkiej ofiary i licznych cierpień, które dla was wziąłem na siebie. I ty musiałaś się ukształtować w rodzinnym gnieździe, a ponieważ byłaś sierotą, dom zyskany dzięki założeniu rodziny stał się dla ciebie miejscem, gdzie przygotowałaś się do swojego powołania, które może dojrzeć wyłącznie w sanktuarium rodziny. Znam cię i znam twoje talenty, dlatego Bóg w swojej Opatrzności zaplanował wszystko tak, aby uzdolnić cię do ogłoszenia światu mojego orędzia. Z rodzinnej świątyni musicie wyjść w świat, rzucić się w ciężki bój życia. Pociągające ciepło tej świątyni ogrzewa dusze powracające z błędnych dróg. Tutaj odnajdują z powrotem siebie i na nowo zwracają się ku Bogu. Wy, matki, musicie zachować dla dzieci wyrozumiałe ciepło serca również po ich odejściu. To wielka odpowiedzialność, która na was spoczywa. Nie myślcie tylko, że dorosłe dziecko nie potrzebuje już rodziców! Moja Matka chodziła za Mną z miłością, a Jej ofiara i modlitwa wszędzie Mi towarzyszyły. I wy powinnyście tak postępować, a Ja błogosławię waszym wysiłkom.

    Moja Matka zobowiązała Mnie do tego, wybłagawszy mocą swojego orędownictwa strumień wielkich łask dla rodzin, który teraz zamierza wylać na ziemie. Jak sama powiedziała, takie wylanie łask nigdy jeszcze nie nastąpiło, odkąd Słowo stało się ciałem! (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Chwila na refleksję
    1. Czy modlę się za podzielone rodziny przez Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi?
    2. Czy dokonałem poświęcenia mojej własnej rodziny zjednoczonym Sercom Jezusa, Maryi i Józefa?
    3. Czy modlę się wspólnie w modlitwie małżeńskiej i rodzinnej?
    Intencja

    Zwracam się do Płomienia Miłości, aby błagać o miłosierdzie i przebaczenie dla mojej rodziny, aby wyprosić uzdrowienie podzielonych rodzin i uwolnić ich członków od zniewolenia przez szatana.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Fragmenty dziennika duchowego Elżbiety Kindelmann zaczerpnięte z książki:„Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi”, Elżbieta Kindelmann, wyd. Esprit., Nihil obstat: Kuria Metropolitalna w Krakowie, 21 czerwca 2022 r., bp Damian Muskus, wik. gen., o. prof. dr hab. Tomasz Dąbek OSB, cenzor
    VICONA

    ______________________________________________________

    Ks. Marek Dziewiecki:

    Cierpienie zaczyna się wtedy,

    gdy ktoś nie słucha Boga

     

     ©dizfoto1973 – stock.adobe.com

    ***

    Skoro Bóg pragnie, byśmy byli szczęśliwi i by już na ziemi Jego radość była w nas i by była pełna, skoro chce, żebyśmy nie cierpieli i dlatego właśnie zachęca nas do postępowania według Dekalogu i przykazań miłości, skoro wymaga od nas dyscypliny i mierzenia się z radosnym ciężarem trwania w świętości, a przestrzega przed alternatywnymi stylami życia, to pojawia się pytanie: Skąd w takim razie tyle cierpienia w nas i wokół nas?

    Czemu nie wszyscy jesteśmy szczęśliwymi ludźmi, skoro wszyscy szczerze tego pragniemy i skoro jest to także pragnienie Boga? Kto lub co przeszkadza nam w byciu szczęśliwymi? Dlaczego nie wszystkie drogi życia są równie dobrymi alternatywami?

    Skąd się bierze zło, czyli takie sposoby postępowania oraz takie sposoby bycia razem między ludźmi, które sprawiają, że smutniejemy i że niektórzy odbierają sobie życie lub na inne sposoby usiłują od niego uciekać? Tego typu pytania są zadawane chyba już od czasów Adama i Ewy.

    Księga Hioba jest dramatyczną ilustracją rozterek ludzkości na temat niedostatku radości i nadmiaru cierpienia. Skąd tyle zła, które oddala człowieka od szczęścia? Skąd w nas i wokół nas tyle bólu? Dlaczego każdy z nas czasami cierpi, a niekiedy cierpi wręcz nieznośnie, i to całymi miesiącami, latami, dziesiątkami lat?

    Skąd bierze się ogrom zła i cierpienia, skoro wolą Boga jest nasza radość i skoro Bóg umieścił pierwszych ludzi w raju? Wbrew oczekiwaniom wielu z Was odpowiedź na tego typu pytania jest dosyć prosta.

    Jeśli miałbym wskazać zasadę podstawową w tym względzie, to jest nią oczywiste chyba stwierdzenie, że CIERPIENIE ZACZYNA SIĘ WTEDY, GDY KTOŚ Z LUDZI NIE SŁUCHA BOGA.

    To najprostsza i podstawowa reguła, gdy chodzi o wskazanie na główne źródło cierpienia. To, co bolesne, zaczyna się wtedy, gdy ktoś z ludzi przestaje słuchać Boga lub gdy niemal od początku swojego życia Go nie słuchał, a w konsekwencji współpracował ze złym duchem, czyli z kimś, kto jest nieszczęśliwy i kto czyni wszystko, byśmy i my utracili radość, z którą Bóg do nas przychodzi.

    To właśnie w oddalaniu się od Boga, źródła miłości i radości, tkwi główna przyczyna smutku, cierpienia, krzywd, chorób, uzależnień, osobistych dramatów, nieszczęść małżeńskich i rodzicielskich, wojen i kataklizmów.

    Człowiek, który nie słucha Boga, zaczyna – jak Adam i Ewa – działać wbrew Niemu, a przez to występuje przeciwko samemu sobie. W rezultacie dochodzi do autodestrukcji, która pociąga za sobą różne formy rozczarowania i cierpienia. To, co bolesne, zaczyna się od nieposłuszeństwa człowieka wobec Boga. Taka jest zasada podstawowa.

    Przejdźmy teraz do szczegółowych analiz w tym względzie. Warto zacząć od pytania, czy da się w miarę precyzyjnie wyodrębnić i nazwać konkretne źródło cierpienia, które na nas spada, czy które – z naszej lub bez naszej winy – spada na innych ludzi. Otóż jest to możliwe i warto to uczynić. Kiedy bowiem precyzyjnie identyfikujemy poszczególne przyczyny cierpienia, wtedy mamy szansę zrozumieć, co czynić, by zapobiegać temu, co boli i co oddala nas od radości.

    Niektórzy ludzie mówią do mnie: „Księże Marku, zgadzam się z tym, że Bóg, który nas kocha, nie chce naszego cierpienia. Do mojej świadomości dociera już myśl, że Stwórca pragnie, aby Jego radość była w nas i była pełna. Nie mam zamiaru negować słów Jezusa.

    Z drugiej strony, proszę Księdza, czasami bywa i tak, że cierpienie staje się wręcz błogosławieństwem, bo ktoś na przykład nawraca się na skutek choroby, wypadku samochodowego czy jakiegoś nieszczęścia w rodzinie. Jak to rozumieć? Bo chyba takie cierpienie, które wydaje dobre owoce, pochodzi wprost od Boga?”.

    Oczywiście, zdarza się tak. Sam znam takie przypadki. Daj Boże, żeby jak najczęściej na skutek cierpienia ludzie się nawracali, wzrastali duchowo. Sam się o to modlę. Tak właśnie było w życiu wielu świętych. Niektórzy z nich musieli konfrontować się z ogromnym cierpieniem. Czasem aż do męczeństwa. Jednak również w odniesieniu do tego typu sytuacji musimy być bardzo uważni i precyzyjni!

    Fakt, że niektórzy ludzie mądrze wykorzystują spadające na nich cierpienie w taki sposób, że owo cierpienie pomaga im nawracać się, wzrastać duchowo, odróżniać dobro od zła i uwalniać się od grzesznej przeszłości, nie znaczy jeszcze, że to cierpienie pochodzi od Boga!

    Gdy ktoś mi mówi: „ Proszę Księdza, miałem sąsiada ateistę. W którejś fazie życia on tak strasznie się nacierpiał, na przykład na skutek choroby czy innego nieszczęścia, że się nawrócił”, to ja wtedy z pewną dozą ironii odpowiadam: „ A ja mam dwóch sąsiadów, którzy wskutek cierpienia stali się ateistami, a trzeci popełnił samobójstwo”. No i co? Trzy do jednego w przykładach dla mnie?

    To oczywiste, że także w obliczu cierpienia nie jesteśmy skazani na rozpacz, bunt przeciwko Bogu czy utratę sensu życia. To oczywiste, że mądrze przeżyte cierpienie staje się dla nas punktem wyjścia do duchowego wzrostu, pomaga się jednoczyć z ukrzyżowanym Jezusem, uwrażliwia na bliźnich, a zwłaszcza na tych, którzy cierpią bardziej niż my.

    Z tego wszystkiego nie wynika jednak, że owo mądrze wykorzystane przez nas cierpienie zesłał nam Bóg. On pragnie, byśmy wzrastali duchowo i uczyli się kochać na drodze radości i błogosławieństwa, a nie na drodze bólu, cierpienia czy krzyża.

    WTEDY, GDY CIERPIMY, OTRZYMUJEMY OD BOGA POMOC W ROZTROPNYM WYKORZYSTANIU TRUDNEJ FAZY ŻYCIA, ALE TO NIE OD BOGA POCHODZI TA TRUDNA FAZA NASZEGO ŻYCIA.

    Bóg nie jest gorszy od kochających rodziców. Żaden rodzic nie ześle dziecku świadomie i dobrowolnie cierpienia nawet wtedy, gdyby ów rodzic był całkiem pewny, że owo cierpienie pozwoli dziecku wzrastać duchowo.

    Każdy kochający rodzic czyni wszystko, by dziecko rosło w łasce i mądrości radośnie, bez potrzeby konfrontowania się z bolesnym cierpieniem. W tym pragnieniu, by kochane przez nich dziecko wzrastało w radości, rodzice naśladują pedagogikę Boga.

    Z pomocą Boga jesteśmy w stanie nie załamać się nawet w obliczu wyjątkowo dramatycznego cierpienia, jak zdrada ze strony małżonka czy niespodziewana śmierć kogoś bliskiego. To jednak, że niektórzy ludzie nawet cierpienie wykorzystują do dobra, nie wynika z samej natury cierpienia, lecz zależy od tego, czy trwamy przy Bogu i czy współpracujemy z Jego łaską.

    Powtórzmy raz jeszcze podstawową prawdę, która wynika z faktu, że Bóg jest miłością i że zsyła nam jedynie swojego Syna, czyli wcieloną prawdę, miłość i radość. Otóż z tego faktu wynika wniosek, że ŻADNE CIERPIENIE, NAWET TO, Z KTÓREGO MĄDRZE KORZYSTAMY, NIE POCHODZI OD BOGA.

    ks. Marek Dziewiecki /RTCK/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________

    Artykuł zawiera treści z książki Ks. Marek Dziewiecki “Bóg vs Cierpienie” wyd. RTCK.

    _____________________________________________________________________________________

    Miłość i cierpienie

    – Miłość i radość (a nie cierpienie!) to dwa oblicza świętości, do której jesteśmy powołani – przekonuje ks. Marek Dziewiecki.

    Kto kocha, ten nigdy mnie nie krzywdzi

    i zawsze pomaga mi przetrwać cierpienie,

    które zadają mi inni ludzie,

    albo które ja sam sobie zadaję.

    Wstęp

    Biblia upewnia nas o tym, że człowiek to ktoś jedyny na tej ziemi, kogo Bóg stworzył nie z nicości czy z materii, lecz z samego siebie, czyli z miłości! Każdy człowiek jest dzieckiem Boga-Miłości. Jest owocem spotkania z Tym, który jest miłością i który nigdy nie przestanie nas kochać. Bóg, który kocha nas jak własne dzieci, powołuje wszystkich do życia w radosnej świętości. Miłość i radość (a nie cierpienie!) to dwa oblicza świętości, do której jesteśmy powołani. Mimo to każdy z nas doświadcza nie tylko miłości i radości, ale również cierpienia. Różnimy się jedynie proporcjami między doświadczeniem miłości a doświadczeniem cierpienia. Są tacy ludzie, którzy doświadczają niemal tylko miłości i niemal wcale cierpienia. Są też i tacy, którzy doświadczają niemal wyłącznie cierpienia, a ich doświadczenie miłości jest tak marginalne, że niektórzy przestają wierzyć w istnienie miłości. Większość z nas znajduje się pomiędzy tymi dwoma skrajnymi sytuacjami, a dla naszego losu ważne jest nie tylko to, czy wierzymy w miłość i uczymy się kochać, ale też to, czy spotykamy osoby, które kochają.

    Niniejszy tekst składa się z czterech części. Cześć pierwsza to próba wskazania najważniejszych źródeł cierpienia. Część druga dotyczy relacji między wypaczonymi wizjami miłości a cierpieniem. Z kolei część trzecia dotyczy pytania, czy cierpienie może pojawić się także wtedy, gdy człowiek kocha w dojrzały sposób. Wreszcie część czwarta, ostatnia, to aplikacje praktyczne, dotyczące relacji między miłością a cierpieniem.

    1. Główne źródła cierpienia

    Skoro my, ludzie, zostaliśmy stworzeni z miłości i powołani do radości, to rodzi się odwieczne wręcz pytanie o to, skąd bierze się cierpienie? Nie wszystko w tej kwestii jesteśmy w stanie wyjaśnić. Są sytuacje, w których cierpienie pozostaje dla nas niewytłumaczalne i wydaje się bezsensowne. Ale to są sytuacje skrajne, wyjątkowe i rzadkie. W ogromnej większości przypadków jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać przyczyny cierpienia. Popatrzmy na podstawowe fakty w tym względzie w świetle Objawienia.

    Po pierwsze, Bóg nie jest nigdy źródłem cierpienia! Bóg jest niewinny i nie mamy żadnych podstaw, by obarczać Go odpowiedzialnością za jakiekolwiek cierpienie. Gdy niewinny Bóg przychodzi do nas w ludzkiej naturze, przybijamy Go do krzyża, a później twierdzimy, że to On nam zsyła krzyże! Tymczasem Bóg nie zsyła nam żadnej choroby, żadnej próby, żadnej krzywdy, żadnego krzyża. Przeciwnie, jedyne, co nam zsyła, to swojego Syna, który przynosi nam miłość i błogosławieństwo. Syn Boży stał się człowiekiem nie po to, by nasz krzyż był cięższy, lecz po to, by nasza radość była pełna! Jezus mówi wprawdzie o tym, że kto chce być Jego uczniem, ten powinien wziąć krzyż na swoje ramiona, ale najważniejsze jest tu słowo: swójChodzi o krzyż ucznia, a nie o krzyż Jezusa! Jezus nie ześle nikomu krzyża. Wyjaśnia natomiast, że kto chce pójść za Nim, ten powinien pójść za Jezusem z całą swoją rzeczywistością, a więc także z rzeczywistością swojego cierpienia i krzyża. Ale to cierpienie i ten krzyż nie pochodzi od Boga i nie jest wolą Boga.

    Po drugie, Bóg nie jest odpowiedzialny za cierpienie człowieka nie tylko dlatego, że nikomu On sam nie zsyła żadnych krzyży i cierpień, ale także dlatego, że czyni wszystko, by nikt z nas nie zadawał cierpienia ani samemu sobie, ani drugiemu człowiekowi. Stwórca poleca nam stanowczo, byśmy nikogo nie krzywdzili, lecz przeciwnie – byśmy z miłością odnosili się do samych siebie i do innych ludzi. Polecenie to jest tak ważne, że przy końcu doczesności Bóg zapyta każdego z nas wyłącznie o to: czy kochałeś człowieka?

    Po trzecie, cierpienie jest zawsze efektem działania człowieka. Może być konsekwencją tego, że człowiek nie słucha Boga, albo konsekwencją tego, że wręcz współpracuje ze złym duchem. W tym drugim przypadku cierpienie będzie oczywiście jeszcze większe. Jesteśmy w stanie wyliczyć kilka głównych źródeł cierpienia, za które odpowiedzialny jest człowiek.

    a)      cierpienie jako cena za miłość

    b)      cierpienie jako cena za naiwność

    c)      cierpienie jako konsekwencja własnego grzechu

    d)      cierpienie jako konsekwencja doznanej od kogoś krzywdy

    e)      niewinne cierpienie człowieka, za którym kryje się zwykle wina innego człowieka.

    Gdy cierpimy dlatego, że wiernie kochamy kogoś, kto błądzi albo kogoś, kto jest krzywdzony, to warto nadal trwać w miłości pomimo cierpienia, gdyż radość z powodu miłości jest większa niż ból związany z cierpieniem. Jeśli cierpimy, gdyż mylimy miłość z naiwnością i pozwalamy się krzywdzić, to wtedy naszym zadaniem jest uwolnienie się z naiwności, a wtedy ustanie źródło naszego cierpienia. Jeśli cierpimy, bo błądzimy i grzeszymy, to warto się nawrócić i zacząć kochać, a wtedy cierpienie zniknie i powróci radość. Jeśli cierpimy, gdyż ktoś nas krzywdzi, wtedy warto krzywdzicielowi przebaczyć w sercu te krzywdy, które wyrządził nam w przeszłości, ale tu i teraz należy się stanowczo przed krzywdzicielem bronić. Jeśli trzeba, to aż do separacji małżeńskiej włącznie. Jezus uczy nas bowiem mądrej miłości, którą można streścić w formule: to, że kocham ciebie, nie daje ci prawa, byś mnie krzywdził. Jeśli stoimy w obliczu niewinnie cierpiącego człowieka, na przykład nieuleczalnie chorego dziecka czy kogoś doprowadzonego do kalectwa przez pijanego kierowcę, który spowodował wypadek, to wtedy takiej osobie możemy pomóc przez to, że okazujemy jej miłość i konkretną pomoc, a także przez to, że upewniamy ją, iż jej cierpienie nie jest wolą Boga i że Bóg z tą osobą współcierpi.

    2. Wypaczone wizje miłości a cierpienie

    Szczególnie bolesne cierpienie pojawia się wtedy, gdy mylimy miłość z jej karykaturami. Jest to błąd równie dramatyczny, jak mylenie błogosławieństwa z przekleństwem albo życia ze śmiercią. Popatrzmy na typowe karykatury miłości, które prowadzą do wielkiego rozczarowania i cierpienia. W naszych czasach miłość najczęściej bywa mylona z seksualnością, z zakochaniem i uczuciem, z tolerancją i akceptacją, z „wolnymi związkami”, a także z naiwnością.

    Błąd pierwszy polega na przekonaniu, że istotę miłości stanowi współżycie seksualne i że miłość to przede wszystkim sprawa popędów, hormonów czy feromonów. Mylenie miłości z popędowością i biochemią prowadzi do dramatów i cierpień, gdyż popęd seksualny – tak jak każdy popęd – jest ślepy. Kto myli seksualność z miłością, ten dla chwili przyjemności gotów jest poświęcić nie tylko swoje sumienie, małżeństwo czy rodzinę, ale także zdrowie, a nawet życie. Taki człowiek popada w uzależnienia, a nierzadko popełnia okrutne przestępstwa. Seksualność oderwana od miłości prowadzi do przemocy, w tym do gwałtów, a nawet do śmierci (aborcja, AIDS). Mylić miłość z seksualnością to dosłownie mylić życie ze śmiercią.

    Błąd drugi polega na przekonaniu, że miłość to uczucie, a zakochanie to szczyt miłości. Tymczasem kochać to zdecydowanie coś więcej niż przeżywać jakieś stany emocjonalne. Gdyby istotą miłości było uczucie, to nie można by było jej ślubować, gdyż uczucia bywają zmienne i nieobliczalne. Miłość to sposób postępowania, a nie nastrój. Błędne przekonanie, iż miłość jest uczuciem, wynika z tego, że każdy, kto kocha, doznaje silnych emocji. Nie istnieje miłość bez uczuć. Jeśli ktoś jest wobec drugiej osoby obojętny, to znaczy, że jej nie kocha. Nie jest prawdą, że miłość to uczucie i że ten, kto kocha, przeżywa jedynie „piękne” uczucia. Natomiast jest prawdą, że miłości zawsze towarzyszą uczucia, ale są one różne: od radości i entuzjazmu do rozgoryczenia, gniewu, żalu, i wielkiego cierpienia. W każdym słowie i czynie Jezus wyrażał miłość, ale przeżywał przecież różne stany emocjonalne. Kiedy kochający rodzice odkrywają, że ich syn jest narkomanem, przeżywają dramatyczny niepokój, lęk i wiele innych bolesnych uczuć – właśnie dlatego, że kochają swego syna. Mylenie miłości z uczuciem sprawia, że uczucia zostają uznane za kryterium postępowania. Tymczasem stany emocjonalne – podobnie jak popędy – są ślepe, a kierowanie się nimi prowadzi do życiowych pomyłek i dramatów, do zabójstwa czy samobójstwa włącznie.

    Błąd trzeci polega na przekonaniu, że miłość jest tym samym, co tolerancja. Tymczasem ten, kto toleruje, mówi: „Rób, co chcesz!”, a ten, kto kocha, mówi: „Pomogę ci czynić to, co prowadzi ku świętości”. Tolerancja byłaby postawą racjonalną jedynie wtedy, gdyby człowiek nie był w stanie krzywdzić samego siebie ani innych ludzi. Tak będzie dopiero w niebie, ale na ziemi większość zachowań człowieka nie wyraża miłości, ale prowadzi do krzywdy i cierpienia. W tych realiach, w jakich żyjemy, powiedzieć komuś: „Rób, co chcesz!” to tak, jakby powiedzieć mu: „Twój los mnie nie interesuje!”. Miłość wiąże się z troską o drugiego człowieka, a tolerancja wynika z obojętności na jego los i na jego cierpienie.

    Błąd czwarty polega na myleniu miłości z akceptacją. Akceptować drugiego człowieka to tak, jakby mu powiedzieć: „Bądź sobą!”, a to znaczy: „Pozostań na tym etapie rozwoju, który już osiągnąłeś!” Tego typu przesłanie jest niewłaściwe, szczególnie wobec ludzi, którzy przeżywają kryzys. Nikt roztropny nie zachęca narkomana czy złodzieja do tego, żeby był czy pozostał «sobą». Akceptacja to znacznie mniej niż miłość, i to nie tylko w odniesieniu do ludzi przeżywających kryzys, ale także w odniesieniu do ludzi, którzy trwają na drodze rozwoju. Nikt z nas nie jest bowiem na tyle dojrzały, by nie mógł rozwijać się dalej. Rozwój człowieka nie ma granic! Tylko w odniesieniu do Boga miłość jest tożsama z akceptacją, gdyż Bóg jest samą miłością i nie potrzebuje rozwoju. Tymczasem nikt z nas, ludzi, miłością nie jest i nikt z nas nie powinien zatrzymać się żadnej fazie rozwoju. A jeśli się zatrzyma w rozwoju, to zacznie wchodzić w kryzys i cierpieć.

    Błąd piąty polega na uleganiu mitowi, że „wolny związek” to przejaw prawdziwej miłości. Tymczasem w rzeczywistości „wolny związek” w ogóle nie istnieje, tak jak nie istnieje ani „sucha woda”, „kwadratowe koło” czy „niebieska czerń”. Ludzie, którzy ulegają mitowi „wolnych związków”, deklarują sobie to, że się kochają (czyli że żyją w najsilniejszym związku, jaki jest możliwy we wszechświecie), a jednocześnie twierdzą, że w każdej chwili mogą się rozstać, gdyż związek ten do niczego ich nie zobowiązuje. Tacy ludzie posługują się wewnętrznie sprzecznym pojęciem po to, by zatuszować bolesną prawdę o tym, że ich „wolny związek” to w rzeczywistości związek egoistyczny, niepłodny i nietrwały. A takie „związki” mogą przynieść tylko jedno: rozczarowanie i cierpienie.

    Błąd szósty polega na myleniu miłości z naiwnością. Tymczasem miłość jest nie tylko szczytem dobroci, ale także szczytem mądrości. Chrystus poświęcał wiele czasu na uczenie swych słuchaczy mądrego myślenia właśnie dlatego, żeby nie pomylili miłości z naiwnością. On pragnie, byśmy w miłości byli nieskazitelni jak gołębie, ale i roztropni jak węże (por. Mt 10, 16). Myli miłość z naiwnością ten, kto nie potrafi bronić się przed człowiekiem, który go krzywdzi, i „miłością” nazywa swoją uległość lub bezradność. Oto typowy przykład naiwności: alkoholik znęca się nad swoją żoną, ona bardzo cierpi z tego powodu, on przez całe lata lekceważy to jej cierpienie, a ona mimo to nie broni się i liczy na to, że jej cierpienie przyczyni się kiedyś do przemiany męża. Tymczasem człowiek, który kocha dojrzale, przyjmie niezawinione cierpienie pod warunkiem, że mobilizuje ono krzywdziciela do tego, by się zastanowić i zmienić. Jeśli jednak krzywdziciel pozostaje obojętny na cierpienie swojej ofiary i błądzi coraz bardziej, to osobie krzywdzonej pozostaje wtedy już tylko miłość na odległość, podobnie jak ojciec z przypowieści Jezusa na odległość kochał swego marnotrawnego syna dopóki ten się nie zastanowił i nie zmienił.

    3. Dojrzała miłość a cierpienie

    Z perspektywy Biblii warto przyjąć cierpienie wyłącznie w jednej sytuacji: gdy jest to cena za dojrzałą miłość. Takie cierpienie ma sens, gdyż jest potwierdzeniem naszej wiernej miłości, a jednocześnie stwarza tej drugiej osobie szansę na to, że też zacznie kochać – jeśli jeszcze nie kocha – albo że wytrwa do końca w godzinie próby – jak Jezus na krzyżu – jeśli cierpi niewinnie. Istotą dojrzałej miłości jest decyzja troski o rozwój danej osoby. Decyzja ta wyraża się na co dzień poprzez mądrą obecność, solidną pracowitość i czystą czułość. Najtrudniejsze zadanie tego, kto kocha, polega na trafnym doborze słów i czynów, poprzez które okazuje on miłość tej drugiej osobie. Obowiązuje tu zasada: to, czy kocham ciebie, zależy od mojej decyzji, ale to, w jaki sposób okazuję miłość, zależy od twojego zachowania. Mistrzem w tym względzie jest Jezus. Popatrzmy na Jego sposoby okazywania miłości.

    Czytając Ewangelię, można by wysnuć wniosek, że Jezus jest niesprawiedliwy. Odnosił się bowiem do spotykanych osób w niejednakowy sposób. My, ludzie, zwykle z dumą twierdzimy, że do każdego człowieka chcemy odnosić się jednakowo i że taka postawa to znak miłości. Tymczasem poprzez swoje zachowania Jezus wyjaśnia nam, że kto odnosi się do wszystkich ludzi w jednakowy sposób, ten jest albo wyjątkowo przewrotny, albo wyjątkowo naiwny. Odnoszenie się do wszystkich jednakowo byłoby zasadne pod jednym warunkiem: że każdy człowiek postępuje identycznie. Ponieważ jednak każdy z nas postępuje inaczej, to ten, kto kocha mądrze, każdemu okazuje miłość w inny sposób, czyli za pomocą innych słów i czynów.

    Jezus uczy nas wyrażania miłości w sposób dostosowany do zachowania danej osoby. Można wymienić pięć typowych grup ludzi, który spotyka Jezus i którym potrafi okazywać miłość w sposób dostosowany do ich zachowań. Pierwsza z tych grup to ludzie szlachetni. W jaki sposób okazuje Jezus swoją miłość tego typu ludziom? Przytula ich, rozgrzesza, stawia za wzór, chroni, wspiera, chwali, wyróżnia, powierza im ważne zadania. Takim ludziom okazuje miłość z radością i w sposób, który na ogół traktujemy jako jedyny przejaw miłości.

    Jak okazuje Jezus swą miłość ludziom błądzącym? Otóż takich ludzi nie wspiera, nie okazuje im czułości, nie chwali, nie toleruje, nie akceptuje, lecz stanowczo upomina i wzywa do nawrócenia: „Jeśli się nie nawrócicie, marnie zginiecie”. Z tymi, którzy bardzo błądzą, Jezus nie chce nawet rozmawiać. Ich też kocha nieodwołalnie i właśnie dlatego mówi im całą prawdę: zachowujecie się jak „wieprze”. A z kimś takim nie ma sensu rozmawiać, dopóki ktoś taki się nie zacznie zmieniać.

    A w jaki sposób okazuje Jezus swą miłość ludziom, którzy usiłują Go skrzywdzić? Otóż stanowczo broni się przed nimi. Kilka razy nie dał się strącić ze skał, na których były położone miasta, gdzie nauczał i uzdrawiał ludzi. Równie stanowczo bronił się przed żołnierzem, który Go uderzył. Dopiero wtedy, gdy zakończył swą działalność publiczną, gdyż nauczył nas mądrze kochać (ale nie wcześniej!), pozwolił się pojmać, przybić do krzyża i zabić – żeby nas upewnić, już że kocha nas do końca.

    Jak okazuje Jezus swą miłość ludziom przewrotnym, czyli – mówiąc językiem Biblii – faryzeuszom i uczonym w Piśmie? Otóż Jezus demaskuje ich – i to publicznie, a nie w cztery oczy. W cztery oczy demaskuje ludzi grzesznych, ale mających dobrą wolę, grzeszących w wyniku słabości, a nie przewrotności. Tymczasem przed ludźmi przewrotnymi publicznie ostrzega tłumy: strzeżcie się ich, bo to plemię żmijowe, które zasiadło na katedrze Mojżesza. To ślepcy, którzy chcą także was uczynić ślepymi. Demaskując cyników, Jezus okazuje swą miłość do tłumów, gdyż pokazuje, komu nie należy ufać i przed kim trzeba się bronić.

    Jest jeszcze jedna, piąta grupa ludzi, którym Jezus okazuje miłość w sposób dostosowany do ich postaw i zachowań. Chodzi tu o ludzi wyjątkowo dojrzałych, którzy kochają bardziej niż inni. W jaki sposób okazuje Jezus miłość takim właśnie niezwykłym, świętym ludziom? W jaki sposób okazuje miłość Piotrowi, Janowi czy Pawłowi? Otóż przez to, że ich wyróżnia i że to im zawierza wielką władzę oraz los Kościoła. Również i oni popełniali błędy, a nawet grzeszyli, ale potrafili się nawrócić i kochać bardziej niż inni.

    Co więc należy czynić, aby kochać tak, jak kochał Jezus? Po pierwsze, należy z radością wspierać ludzi szlachetnych. Po drugie, należy szczerze upominać błądzących. Po trzecie, należy stanowczo bronić się przed krzywdzicielami. Po czwarte, należy publicznie demaskować ludzi przewrotnych i cynicznych, czyli takich, którzy chcą żyć kasztem innych ludzi. Po piąte, warto zawierzać swe życie i swój los wyłącznie tym, którzy potrafią kochać naprawdę i bardziej niż inni.

    Ze szczególną mocą chcę podkreślić prawo i potrzebę obrony przed krzywdzicielem. Otóż jeśli dojrzale kocham człowieka, który mnie krzywdzi, to powinienem się przed nim stanowczo bronić. Nawet jeśli jest to ktoś bardzo mi bliski, na przykład mąż, żona, rodzic czy dorastający syn. W obliczu poważnej krzywdy Kościół wprowadza nawet możliwość separacji małżeńskiej jako formę skutecznej obrony przed krzywdą. Ludzie niedojrzali twierdzą, że jeśli się bronię przed krzywdą, to kocham wprawdzie samego siebie, ale nie kocham krzywdziciela. Tymczasem krzywdziciela też wtedy kocham. Krzywdzicielowi okazuję mądrą miłość właśnie przez to, że się przed nim bronię, gdyż wtedy ma on jedną ofiarę mniej na sumieniu.

    Jeśli natomiast kocham kogoś, kto okazuje się człowiekiem szlachetnym, uczciwym, godnym zaufania, to miłość okazuję mu przez to, że zawierzam mu siebie i moich bliskich. Kochać powinniśmy wszystkich ludzi, ale nikt z nas nie powinien wiązać się z kimś, kto nie potrafi kochać. Małżeństwo zawiera się nie po to, by ratować kogoś, kto jest w kryzysie czy kto nie radzi sobie z własnym życiem. Od ratowania ludzi w kryzysie są terapeuci, instytucje resocjalizacyjne, ośrodki pomocy społecznej, ale nie małżeństwo. Małżeństwo winni zawierać wyłącznie ci, którzy potrafią kochać: wiernie, dojrzale, nieodwołalnie. Nikt z ludzi nie jest ideałem, ale jeśli ktoś ma poważne problemy z samym sobą, to musi poradzić sobie z nimi przed ślubem. Jak może bowiem złożyć przysięgę miłości ktoś, kto nie umie kochać? Byłaby to kpina z Boga i z ludzi.

    Człowiek mądrze kochający, czyli święty, to nie Boża gapa. To nie ktoś, z kogo ludzie przewrotni mogliby bezkarnie kpić czy kogo mogliby bezkarnie krzywdzić. Jan Paweł wzruszał ludzi dobrej woli, ale przerażał cyników. Bali się go tak bardzo, że chcieli go zabić. Strzelali do niego. Zaczynam być chrześcijaninem (zaczynam!) dopiero wtedy, gdy rozumiem, na czym polega miłość i gdy rozumiem to precyzyjnie! Ogólniki typu: „Kochajcie wszystkich jednakowo!”, „Bądźcie dobrzy i życzliwi dla wszystkich!” to tylko slogany, które wprowadzają w błąd. Chronić samego siebie i innych ludzi przed cierpieniem potrafi jedynie ten, kto siebie i bliźnich kocha w taki sposób, w jaki Chrystus pierwszy nas pokochał, gdyż innej miłości nie ma.

    4. Aplikacje praktyczne: kochający ojciec i marnotrawny syn

    Jeśli pomagamy komuś, kto błądzi,

    to pomagamy mu błądzić.

    Jak uczyć się mądrej miłości, która przynosi trwałą radość i chroni przed cierpieniem? Gdzie szukać konkretnych, szczegółowych wskazań w tym względzie? Chyba najłatwiej zrozumieć zasady Jezusowej miłości w oparciu o analizę przypowieści o synu marnotrawnym i mądrze kochającym ojcu. Ta przypowieść to genialny wykład na temat miłości w każdej sytuacji. To najwspanialsza w historii ludzkości lekcja na temat miłości nieodwołalnej, miłosiernej, a jednocześnie mądrej. Żaden profesor na żadnej uczelni świata nie wygłosił nigdy tak precyzyjnego i jasnego wykładu na temat miłości, jak uczynił to Jezus w swojej przypowieści. Wszystkie książki świata na temat miłości nie zawierają niczego, czego nie byłoby w tej przypowieści. Takiej zwięzłej i nieomylnej lekcji miłości mógł udzielić nam jedynie Bóg. Popatrzmy zatem na najlepszy w historii ludzkości wykład o mądrej miłości.

    Punkt wyjścia tej historii jest bardzo radosny. Oto jest ojciec – symbol samego Boga – ma dwóch synów. Ojciec z przypowieści Jezusa kocha nieodwołalnie i serdecznie, wychowuje mądrze swoich synów, uczy ich solidnej pracy i pomaga im przeżywać radość istnienia. Taki jest punkt wyjścia tej przypowieści. Można powiedzieć: sielanka rodem z rajskiego ogrodu. Szybko jednak pojawiają się czarne chmury. Oto któregoś dnia młodszy syn oznajmia ojcu, że chce zabrać przypadającą na niego część majątku i odejść. Czyż postawa tego syna nie jest typową postawą człowieka XXI wieku, który uważa się za »nowoczesnego« i »postępowego«? Nigdy dosyć przypominania, że za nowoczesnych i postępowych uchodzą dzisiaj ci, którzy powtarzają najbardziej archaiczne i najbardziej groźne mity świata. Są to te same mity, którym ulegli pierwsi ludzie na początku historii ludzkości. To mity powtarzane od Adama i Ewy. To zwłaszcza mit o tym, że istnieje łatwo osiągalne szczęście; że można żyć na luzie i robić, co się chce; że można samemu odróżnić dobro od zła i być wręcz jak Bóg.

    Młodszy syn z przypowieści Jezusa to typowy człowiek XXI wieku. Jest bezmyślny, naiwny, wręcz głupi, jednak w swojej naiwności uznaje samego siebie za mądrego i postępowego. Uważa siebie za mądrzejszego od ojca, który przez całe dzieciństwo i młodość uczył swoich synów kochać i pracować. Opuszcza ojca po to, by szukać szczęścia osiągniętego bez wysiłku, bez pracy w polu, bez trwania w miłości. Szuka łatwych pieniędzy i kieruje się „dyskotekową” filozofią życia na zasadzie: wino, dziewczyny i śpiew.

    Postawa tego bezmyślnego młodzieńca chyba nikogo dzisiaj nie dziwi. Może nas natomiast zdziwić postawa ojca. Wydaje się bowiem, że pochopnie pozwala synowi odejść. I jeszcze daje mu pieniądze! Czyżby ojciec nie zdawał sobie sprawy z tego, że syn zejdzie na złą drogę, że roztrwoni majątek i że wyląduje w chlewie? Czyż nie powinien był powiedzieć: „Synu, nie dam ci tych pieniędzy, nawet jeśli ci się należą. A jeśli podasz mnie do sądu, to być może zanim sprawę wygrasz, zdążysz zmądrzeć”? Czyż nie mógł apelować do sumienia swojego syna albo od jego uczuć: „Synu, jeśli odejdziesz, to przez ciebie dostanę zawału serca. Przecież wiesz, że cię kocham!” Ojciec powinien zrobić wszystko, aby syna zatrzymać. Tymczasem wydaje się, że nie zrobił nic.

    W rzeczywistości ojciec uczynił wszystko, co możliwe, aby syn nie odszedł. A cóż takiego uczynił ojciec, by zatrzymać syna przy sobie? Odpowiedź jest piorunująco prosta: kochał! Kto kocha, ten czyni wszystko, by ta druga osoba nie odeszła od Boga, od bliskich, od miłości, od własnej godności. Więcej uczynić już nie można, gdyż nie istnieje nic większego niż miłość. Nie istnieje większa siła niż moc miłości! Nie można zrobić nic więcej, niż kochać! Ojciec z przypowieści kochał swego syna i dlatego zrobił absolutnie wszystko, co mógł zrobić, by jego syn był szczęśliwy, by nie odszedł, by kochał i pracował, by nie zszedł z drogi błogosławieństwa i życia. Przymuszać można do zła, ale do dobra można jedynie zachęcać. Dobrem można jedynie fascynować, kochając.

    Chyba nikt nie ma wątpliwości co do tego, że nie można chronić drugiego człowieka inaczej niż poprzez miłość. Może jednak pojawić się pytanie: A skąd wiadomo, że ów ojciec rzeczywiście kochał syna? Może ta jego miłość nie była jednak dojrzała? A może ojciec bardziej kochał starszego syna i dlatego ten młodszy postanowił odejść? Otóż z całą pewnością możemy stwierdzić, że ojciec kochał także młodszego syna. Dowodem jest zachowanie tego syna, który postanawia odejść. Ktoś, kto chce odejść od Boga, od najbliższych, od miłości, od uczciwości – szuka pretekstu. Nikomu nie jest łatwo odejść. Nawet narkoman, alkoholik czy pospolity drań nie powie ot tak sobie: „Mamo, tato, jesteście dla mnie nikim, gardzę waszą miłością, odchodzę i w ogóle nie będę się o was martwił”. Każdy odchodzący szuka pretekstu, by jakoś „usprawiedliwić” swoje odejście.

    Syn z przypowieści Jezusa czepiłby się choćby najmniejszego pretekstu, gdyby tylko mógł coś ojcu zarzucić. Gdyby tylko mógł, to powiedziałby na przykład coś takiego: „Ojcze, odchodzę, bo sam wiesz, że różnie to między nami bywało, a ty nie zawsze umiałeś mnie kochać”. Ów syn dałby wiele, by móc coś takiego powiedzieć, gdyż wtedy byłoby mu lżej odejść. Jednak nie może ojcu niczego zarzucić. Nie znajduje nawet pretekstu, by uzasadnić swoje odejście. Nawet dla syna w kryzysie było oczywiste, że ojciec go kocha. I co z tego? Nic. Syn zakpił sobie z miłości ojca i odszedł.

    Co czynimy wtedy, gdy kochana przez nas osoba odchodzi? Jesteśmy wystawieni wtedy na wielką próbę. Zwykle też popadamy w kryzys. Nasze trudności biorą się stąd, że kierujemy się wtedy raczej uczuciami niż miłością. W konsekwencji zachowujemy się wobec odchodzącego albo naiwnie, albo okrutnie, w zależności od tego, jakie uczucia w nas zwyciężą. U kobiet wygrywa zwykle litość, współczucie, chęć „poświęcenia się” dla odchodzącej osoby. „Proszę księdza, mój syn/mąż/ojciec pobłądził, ale to dobry człowiek.  Odwiedzam go w więzieniu i uratuję go, choćbym miała stracić wszystkie pieniądze”. Tego typu naiwna postawa kobiety to nadstawianie policzka za kogoś, kto błądzi. To okradanie błądzącego z naturalnych konsekwencji jego błędów. W obliczu takiej postawy matki, żony czy córki, ten ktoś nadal będzie błądził, aż wejdzie w taką fazę kryzysu, że umrze. Jeśli błądzący nie ponosi konsekwencji swoich błędów, to nie przestanie błądzić.

    Druga skrajność to wycofanie miłości wobec błądzącego i okrucieństwo. Zdarza się, że ojciec mówi do syna: „Zhańbiłeś rodzinę, zmarnowałeś pieniądze więc nie masz już prawa powrotu! Giń marnie, bądź wyklęty! Już cię nie kocham, a twój los już mnie nie interesuje”. Tego typu postawa rozgoryczonego i bezlitosnego ojca to także przejaw kierowania się uczuciami, zamiast miłością. Kto w trudnych sytuacjach kieruje się uczuciami, ten nie kocha, lecz krzywdzi: staje się naiwnym rozpieszczaczem albo bezlitosnym okrutnikiem.

    Tymczasem ojciec z przypowieści Jezusa nie popełnia tych błędów i nie kieruje się uczuciami. Nie wycofuje miłości, gdyż miłość jest nieodwołalna. Potwierdza swoją miłość do syna, który odszedł. Codziennie wychodzi na drogę z nadzieją, że ukochany syn powróci. Zaniedbuje pracę w polu, gdyż ten, kto kocha, wie, że osoby są nieskończenie ważniejsze niż rzeczy i niż majątek. Wychodzi na drogę i patrzy w kierunku, w którym poszedł jego syn, wysyła mu znaki. Świat już wtedy był mały. Ojciec wiedział, że do syna dotrze wiadomość, iż on go wypatruje, że na niego czeka. Dzisiaj pewnie by mu wysyłał SMS-y czy e-maile. Wtedy wychodził na drogę i wiedział, że ktoś ze znajomych opowie błądzącemu o miłości i o nadziei ojca oczekującego na powrót ukochanego syna.

    Ojciec kocha syna nieodwołalnie, ale mądrze i dlatego pozwala mu, by cierpiał. Nie wymierza mu kary, ale nie przeszkadza synowi w ponoszeniu konsekwencji błędnych czynów. To, co spotyka syna, to nie dopust Boży, ani zemsta ze strony ojca, lecz wyłącznie naturalny skutek zachowań tegoż syna. Jeśli ktoś robi wszystko, by błądząca osoba nie ponosiła konsekwencji swoich własnych błędów, to nie kocha, lecz staje się złodziejem. Okrada bowiem błądzącego z naturalnych konsekwencji jego błędów, a wtedy błądzący nie czuje potrzeby, by mobilizować się do zmiany i nawrócenia.

    Ojciec z przypowieści nie jest naiwny. Nadal kocha swego syna, ale nie zawozi mu pieniędzy, jedzenia czy ubrań. Nie wysyła do syna służących z darami. A gdy syn wraca, ojciec przyjmuje go z radością i urządza mu święto. Nie wypomina synowi tego, że zhańbił swoje dobre imię, że roztrwonił majątek. Ojciec nie brzydzi synem wracającym z chlewa i wyglądającym jak nędzarz. Przyjmuje go jak kogoś godnego miłości i obdarowuje pierścieniem oraz szatami.

    Gdyby ojciec poszedł do syna wtedy, gdy syn jeszcze błądził, gdyby zawiózł mu pieniądze i ubrania, wtedy błądzący syn chętnie przyjąłby te dary. Nie wróciłby jednak do ojca, lecz kontynuowałby rozrzutny i grzeszny tryb życia, ale już nie za własne pieniądze lecz za pieniądze ojca! Taka dobrotliwa „miłość” i taka naiwna pomoc dobiłaby syna. Ojciec niechcący pomógłby synowi wejść w jeszcze bardziej dramatyczną fazę kryzysu. Jeśli pomagamy komuś, kto błądzi, to pomagamy mu… błądzić. Jeśli mądrze kogoś kocham, to nie pomagam mu błądzić. To kocham i czekam, aż błądzący zastanowi się i wróci.

    Ktoś może powiedzieć: „Rzeczywiście ojciec kochał syna mądrze, ale może mógł wyjść w kierunku syna trochę dalej i wtedy syn szybciej by się zastanowił i wrócił.” Otóż Bóg wychodzi do nas aż nazbyt daleko! Kto opowiada tę przypowieść? Syn Boży, czyli Ten, który wyszedł ze swoją miłością ku nam aż tak daleko, że stał się jednym z nas i pozwolił się przybić do krzyża. Czy w tej sytuacji możemy zarzucić Bogu, że za mało dla nas uczynił i że za mało wychodzi w naszym kierunku? Bóg uczynił dla nas tak niewyobrażalnie dużo, że gdyby poszedł jeszcze krok dalej, byłaby to już naiwność. Bóg może sobie pozwolić na heroizm, ale nigdy nie pozwoli sobie na naiwność. Ten, kto kocha, nie pozwala na to, by błądzący wykorzystał go do trwania w złu i do uciekania od prawdy o sobie. Problemem nie jest to, że błądzący cierpi, lecz to, że błądzi!

    Ojciec z przypowieści Jezusa wie, że syn może sobie zakpić z miłości (Boga i człowieka), że może nie cenić swej własnej godności i wolności, ale z jednego sobie nie zakpi: z własnego cierpienia. Człowiek w kryzysie traci wrażliwość na cierpienia innych, ale pozostaje wrażliwy na własne cierpienie. Z własnego bólu sobie nie kpi. Bóg o tym wie i dlatego nie zabiera nam cierpienia wtedy, gdy błądzimy. Syn marnotrawny korzysta z szansy, jaką otrzymał dzięki mądrej miłości ojca. Cierpienie skłoniło go do refleksji, a pewność, że jest kochany, dała mu odwagę i siłę, by zmienić się w syna powracającego. Jeśli ktoś nie chroni siebie, życia i godności mocą miłości, której doświadcza od Boga i ludzi, to ostatnią deską ratunku pozostaje dla niego jego własne cierpienie.

    Może ktoś powiedzieć, że przecież syn marnotrawny mógł nie skorzystać z otrzymanej szansy. Mógł wpaść w rozpacz i odebrać sobie życie, jak Judasz. Owszem, mógł… Ale wtedy nawet Bóg byłby bezradny. Jeśli ktoś, kogo kochamy, błądzi, to pozwólmy mu ponosić konsekwencje swych błędów. Nie przeszkadzajmy mu cierpieć. A jeśli umrze, zanim się zastanowi i nawróci, to będziemy mieć świadomość, że ten ktoś nie skorzystał wprawdzie z miłości Boga i miłości, ale myśmy nie ułatwili mu błądzenia. Dopóki ktoś błądzi, nie chce od nas miłości, lecz chce naszej naiwności, naszych pieniędzy, naszej pomocy, by trwał w kryzysie. Taki człowiek wystawia nas na największą próbę miłości.

    Syn marnotrawny korzysta z mądrej miłości ojca, nawraca się i staje się synem powracającym. Uznaje swoje błędy i odzyskuje swoją godność. Każdy z nas, ludzi (poza Maryją), jest dzieckiem marnotrawnym, ale nie każdy powraca. Omawiana przypowieść jest więc przypowieścią nie o synu marnotrawnym, ale o synu powracającym, gdyż nie jest to przypowieść o wszystkich ludziach, ale tylko o tych, którzy potrafią powrócić. Jednak nawet wtedy, gdy ktoś w ziemskiej perspektywie nie powraca, możemy zachować nadzieję, że zdoła powrócić jeszcze w procesie umierania, czyli spotkania twarzą w twarz z Bogiem, który nie chce śmierci grzesznika, lecz żeby się nawrócił i żył.

    Przypowieść o powracającym synu to dla nas upewnienie o tym, że w świecie osób nie ma procesów nieodwracalnych. Takie procesy występują jedynie w świecie rzeczy. Dla przykładu, jeśli jakiś kryształ rozsypie się na kawałki, to nie da się go już skleić i ocalić. Lecz jeśli „rozsypie się” człowiek jako osoba, jeśli zacznie błądzić i ranić samego siebie, to — z pomocą Boga — jest możliwy proces „sklejania”. „Rozsypany” i poraniony człowiek może się zastanowić, zreflektować, uznać swój błąd i się zmienić, powrócić na drogę błogosławieństwa i życia. Może zacząć kochać.

    W jaki sposób możemy upewnić naszych błądzących i poranionych bliskich, że ich kochamy? Przyjmując ich z miłością wtedy, gdy postanowią powrócić. Dopóki błądzą, nie możemy udowodnić, że ich kochamy, choćbyśmy nawet oddali za nich życie. Syn marnotrawny nigdy by się nie przekonał o tym, że ojciec nadal go kocha, gdyby nie wrócił. Nawet jeśli docierały do niego informacje o tym, że ojciec ciągle go wypatruje, że wychodzi na drogę, że przestał się zajmować doglądaniem własnego majątku, to błądzący syn pewnie sądził, że ojciec robi to po to, by chwalili go sąsiedzi albo dlatego, że ma wyrzuty sumienia wobec syna. Ojciec wie, że dopóki syn błądzi, dopóty nie uwierzy, że jest kochany i dopóty nie można mu pomóc.

    Syn powracający ratuje siebie i upewnia się o tym, że jest kochany. Wracając, ratuje też ojca przed dramatycznym cierpieniem. Swoim powrotem urządza ojcu większe święto, niż ojciec urządził jemu. Ojciec jest bowiem bardziej wrażliwy, bardziej kocha, a przez to jego radość z powrotu syna jest większa niż radość syna z powrotu do ojca. Każdy, kto się nawraca, ratuje Boga przed cierpieniem. I urządza Mu święto. A Bóg wzrusza się wtedy głęboko i radośnie. Już w Starym Testamencie jest mowa o tym, że Bóg się cieszy, że się smuci, że zazdrości… Oczywiście, w języku biblijnym są to tylko analogie. Ale Nowy Testament mówi nam o tym, że Syn Boży stał się prawdziwym człowiekiem, nie przestając być prawdziwym Bogiem. I jako prawdziwy człowiek nieraz się cieszył, wzruszał do łez, niepokoił czy nawet złościł i bał. A z wysokości krzyża wołał do Ojca: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15, 34).

    W analizowanej przypowieści jedyną do końca negatywną postacią jest starszy syn, który formalnie nie odszedł. Jest on negatywną postacią dlatego, że nie kocha. Niektórzy twierdzą, że ów starszy syn słusznie się buntował, gdyż dlaczego miałby dzielić się swoją częścią majątku z bratem, który własny majątek roztrwonił. Tymczasem nigdzie nie jest napisane, że starszy syn miałby dzielić się majątkiem z powracającym bratem. Ojciec prosi go jedynie o to, żeby zechciał z nimi świętować. Młodszy syn nieuchronnie poniesie konsekwencje swoich błędów, gdyż będzie musiał zacząć od zera. Jednak szybko się dorobi, gdyż umie pracować, a teraz już wie, że na pewno jest kochany przez ojca i że sam kocha. W konsekwencji będzie odtąd pracował z radością, a przez to i efektywnie. Odzyska wszystko to, co stracił. Znacznie trudniej odzyskać miłość i radość niż majątek.

    Ktoś, kto kocha, poradzi sobie w życiu. Ojciec wie o tym. Właśnie dlatego nie prosi starszego syna o to, by podzielił się z młodszym swym majątkiem. Prosi go tylko o to, żeby z nimi świętował, żeby się cieszył z tego, że odzyskał brata, że jego brat nie zginął. Ale starszy syn nie chce przyjść na to świętowanie i jeszcze robi ojcu wymówki. Kto nie kocha, ten może formalnie nie odejść od Boga, Kościoła, małżonka, dzieci, a mimo to może utracić radość życia. A ktoś, kto traci radość, zaczyna szukać czegoś, co da mu jej namiastkę: romanse, pieniądze, alkohol, władzę… Można odejść, nie odchodząc. Najbardziej radykalną formą odejścia od Boga, ludzi i od szczęścia jest egoizm. Egoista odchodzi nawet od samego siebie. Zaczyna zdradzać samego siebie. Zaczyna umierać w tym, co w nim jest najbardziej szlachetne, wartościowe i Boże. Zaczyna cierpieć, gdyż nie kocha.

    Zakończenie

    Bóg stworzył nas z miłości i powołał do życia w miłości i radości. To jest jego zamysł i marzenie. Dał nam wolność, gdyż na życie w miłości i radości może zdecydować się tylko ktoś, kto jest wolny. W Dekalogu wyjaśnił nam Bóg, w jaki sposób postępować, by nikogo nie krzywdzić i by życie stało się dla nas radosnym świętem. Cierpienie pojawia się wtedy, gdy ktoś z ludzi oddala się od Boga, a przez to oddala się od prawdy, miłości i radości. Miłość to najlepszy sposób zapobiegania cierpieniu oraz najlepsze lekarstwo na cierpienie, jeśli ono już się pojawi. Pod warunkiem, że jest to miłość dojrzała, czyli taka, jakiej uczy nas Jezus.

    Naszym powołaniem jest kochać, a nie szukać cierpienia! Tylko ci, którzy zupełnie wypaczyli przesłanie Biblii, „kochają” bardziej cierpienie niż Boga i ludzi. Przy końcu doczesności Bóg nie zapyta nas o to, czyśmy cierpieli lecz wyłącznie o to, czyśmy kochali. Jeśli trwam w miłości także wtedy, gdy z tego powodu cierpię, to trwam na drodze zbawienia, ale nie dlatego, że cierpię, lecz dlatego, że kocham. Jeśli natomiast cierpię, ale nie kocham, to takie cierpienie nie przybliża mnie do zbawienia. Przeciwnie, zwykle okazuje się drogą do rozpaczy, gdyż kto nie kocha, ten wcześniej czy później popada w rozpacz nawet wtedy, gdy nikt z zewnątrz nie zadaje mu cierpienia. Chrześcijanin to ktoś, kto ma święte prawo bronić przed krzywdą i niezawinionym cierpieniem. Błąd popełniamy jedynie wtedy, gdy bronimy się przed miłością. Kto kocha, nawet jeśli przychodzi mu za to płacić cenę cierpienia, ten doświadcza radości, jakiej ten świat mu ani dać, ani zabrać nie może.

    ks. Marek Dziewiecki/Fronda.pl

    (autor jest kapłanem diecezji radomskiej, psychologiem, rekolekcjonistą, dyrektorem radomskiego telefonu zaufania „Linia Braterskich Serc”, krajowym duszpasterzem powołań i wicedyrektorem Europejskiego Centrum Powołań)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Piękna poranna modlitwa do Anioła Stróża.

    Delikatna i nieustanna obecność Bożego Opiekuna jest dla nas wsparciem w codziennym trudzie i znoju.

    Piękna poranna modlitwa do Anioła Stróża. To on jest dla nas wsparciem w codziennych trudnościach

    ***

    Anioł Stróż czuwa nad nami każdego dnia i każdej nocy. Nie jest postacią wymyśloną dla dzieci, ale poważnym opiekunem, który dba o nas i zwyczajnie nas… lubi. Nie zniechęcają go nasze słabości, cieszy się z naszych sukcesów, pomaga, gdy go o to prosimy.

    Warto dbać o relację ze swoim aniołem i prosić go o pomoc każdego rana. 

    Poranna modlitwa do Anioła Stróża

    Mój drogi, święty Aniele Stróżu, budząc się, zastaję Ciebie czuwającego przy mnie. Niech przez Ciebie Bóg obdarzy mnie swoim błogosławieństwem na początku dnia, a Ty kieruj moje pierwsze myśli do Boga. Bądź obecny przy mnie podczas wszystkich czynności tego dnia i udziel mi swego wsparcia w uświęcaniu całej mojej pracy. Ty znasz moje potrzeby, trudy i bóle – pomóż, abym nie utracił zasług moich cierpień. Naucz mnie tak się modlić, aby moja modlitwa była miła Bogu.

    Ty znasz moją drogę, która ma zaprowadzić mnie do nieba – kieruj moimi krokami, abym nie zagubił właściwej drogi. Ty znasz zamiary Boga względem mojego życia – podpowiadaj mi, co jest Jego wolą, abym zawsze ją spełniał. Ty obdarzasz ludzi miłością, ucz mnie, jak mam napełniać moje serce miłością, dobrocią i miłosierdziem; pomagaj mi, abym potrafił działać z łagodnością, cierpliwością i delikatnością. Pokazuj mi słabości mojej natury, abym świadom własnej małości, kierował serce ku mojemu Stwórcy. Naucz mnie słyszeć Twoje podpowiedzi i dobrze z nich korzystać, na chwałę Boga.

    Amen.

    ***

    Aniołowie są posłańcami Boga.

    Pośredniczą w przekazywaniu ludziom wyjątkowych poleceń Bożych,

    a także – jak podają Dzieje Apostolskie – posługują uczniom Chrystusa.

    o.Stanisław Mrozek SJ/Deon.pl

    _________________________________________________________________________________


    fot. Pixabay

    ***

      

    10 rzeczy, które Anioł Stróż robi dla ciebie bez twojej wiedzy

    Twój Anioł Stróż jest z tobą 24 godziny na dobę, 365 dni w roku przez całe życie. Jest tym. który cię ochrania od w chwili twojego zaistnienia. Oto 10 rzeczy, które twój anioł stróż robi dla ciebie bez twojej wiedzy.

    Trzyma z dala od Ciebie demony 

    O tym pisał już św. Tomasz z Akwinu w „Sumie Teologicznej”. Rolę walki Aniołów Stróżów z demonami wyjaśnił na przykładzie podejmowanie decyzji moralnych. Można sobie bowiem wyobrazić, że w trakcie tego procesu trwa debata pomiędzy złym a dobrym aniołem, który mądrze mówi do drugiego.  

    Chroni przed krzywdą 

    Zdaniem św. Tomasza z Akwinu Aniołowie Stróże chronią nas także przed doznaniem duchowej i fizycznej krzywdy. Wspomina o tym Pismo Święte. We fragmencie Psalmu 91 czytamy: „Albowiem rozkazuje swoim Aniołom w stosunku do ciebie, aby cię strzegli, dokądkolwiek pójdziesz. Rękami będą cię wspierać, aby nie tupać nogą o kamień”. 

    Wzmacnianie Cię przed pokusą 

    Anioł Stróż wzmacnia człowieka przed pokusą, ponieważ chce, by ten nauczył się sam sobie z nimi radzić. 

    Dodaje Ci odwagi 

    O dodawaniu odwagi przez Anioła Stróża mówił m.in. św. Bernard. Wielokrotnie podkreślał on, że Anioł Stróż nie chce, byś się czegokolwiek bał. Ponadto, zdaniem św. Bernarda, Anioł Stróż wzmacnia również człowieka w odważnym życiu wiarą oraz stawianiu czoła wszelkim wątpliwościom.  

    Interweniuje, aby chronić Cię przed kłopotami 

    Dobrym dowodem na to jest fakt, że anioł pomógł św. Piotrowi wyjść z więzienia, o czym można przeczytać w 12. rozdziale Dziejów Apostolskich: 

    Strzeżono więc Piotra w więzieniu , a Kościół modlił się za niego nieustannie do Boga . W nocy, po której Herod miał go wydać , Piotr , skuty podwójnym łańcuchem , spał między dwoma żołnierzami , a strażnicy przed bramą strzegli więzienia . Wtem zjawił się Anioł Pański i światłość zajaśniała w celi. Trąceniem w bok obudził Piotra i powiedział : «Wstań szybko !» Równocześnie z rąk [ Piotra ] opadły kajdany . «Przepasz się i włóż sandały!» – powiedział mu Anioł . A gdy to zrobił , rzekł do niego : « Narzuć płaszcz i chodź za mną !»

    Dba o Ciebie od urodzenia 

    Ojcowie Kościoła zastanawiali się, czy Anioł Stróż wybierany jest dla człowieka tuż po urodzeniu czy też w czasie chrztu świętego. Pierwsze założenie zdecydowanie popierał św. Hieronim, powołując się na fragment Ewangelii wg św. Mateusza: 

    „Uważajcie, aby nie gardzić jednym z tych małych, ponieważ mówię wam, że ich aniołowie w niebie zawsze widzą oblicze mojego Ojca, który jest w niebie”.

    Ponadto św. Hieronim uważa, że powodem, dla którego Aniołów Stróżów otrzymujemy przy narodzinach jest to, że pomagają istotom rozumnym. 

    Chroni Cię nawet wtedy, gdy nie jesteś wierzący 

    Wyjaśnia to jasno chociażby św. Tomasz z Akwinu, który wielokrotnie podkreślał, że Bóg nie zostawia nikogo, nawet grzeszników. Ponadto, jak stwierdził dogmatyczny teolog Ludwig Ott: „Jednak zgodnie z ogólnym nauczaniem teologów nie tylko każdy ochrzczony, ale każdy człowiek, łącznie z niewierzącymi, ma od urodzenia swojego specjalnego Anioła Stróża”. 

    Przedstawiają Twoje potrzeby Bogu 

    Anioł Stróż działa jak orędownik: kieruje nasze prośby bezpośrednio do Boga. 

    Komunikuje się z Tobą 

    Dzięki temu Anioł Stróż wzmacnia inteligencję i wolę osoby, do której jest przypisany. Tym samym prowadzi ją do prawdy i dobra. Św. Tomasz z Akwinu mówił: 

    „Jest również oczywiste, że jeśli chodzi o rzeczy do zrobienia, ludzka wiedza i uczucia mogą się różnić i zawodzić na wiele sposobów; dlatego konieczne było wyznaczenie Aniołów, aby chronili ludzi, aby ich kierować i przynosić im dobro”. 

    Prowadzi cię do zbawienia 

    Ostatecznym celem Aniołów Stróżów jest pomoc w naszym zbawieniu. „Aniołowie są posłani, aby służyć tym, którzy otrzymają dziedzictwo zbawienia, jeśli weźmiemy pod uwagę ostateczny efekt ich ochrony, którym jest urzeczywistnienie tego dziedzictwa” – wyjaśnił św. Tomasz. 

    Karolina Binek/tłumaczenie z ChurchPOP Italiano/Misyjne Drogi.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mój Anioł Stróż forever

    Trzy rzeczy, które powinieneś wiedzieć o aniołach

    Ikona Archanioła Gabriela/fot. Depositphotos.com

    ***

    Co się dzieje z Aniołem Stróżem przed naszym urodzeniem i po naszej śmierci? Czy aniołowie stróżowie zostali zawczasu „wyprodukowani” już dla wszystkich ludzi do końca czasów? Czym zajmują się przed narodzinami swych „podopiecznych” i na ile wiedzą kogo i przed czym przyjdzie im strzec? I co będą „robić” potem, po naszej śmierci?

    Na te pytania postaram się teraz odpowiedzieć, zastrzegając, że pozostajemy tu w kręgu hipotez, bo choć istnieje wiele tekstów biblijnych, które stanowią podstawę wiary, że każdy człowiek posiada swego osobistego anioła, opiekuna i orędownika przed Bogiem, to tak naprawdę niewiele wiemy, jak odbywa się przydział aniołów do pełnienia tej funkcji.

    W różnych religiach pojawiają się podobne opiekuńcze duchy, na przykład irański frawaszi, czy też grecki daimon, który, zdaniem Sokratesa, towarzyszy człowiekowi przez całe życie jako stały wewnętrzny niejako obserwator, sędzia, świadek, wyrażający dezaprobatę dla zła, a wychwalający dobro. Sokratejski daimon nie był jednak posłany przez Zeusa, podczas gdy w optyce biblijnej to troska Boga przybiera postać konkretnego, duchowego, osobowego bytu, który towarzyszy każdemu człowiekowi.

    Bóg, szanując wolność człowieka, nie przestawia człowieka jak pionka na szachownicy, ale poprzez swojego anioła, którego nazywamy stróżem, roztacza nad nim dyskretną opiekę. Nasz protektor jest wyrazem Bożej miłości i całym swoim jestestwem stara się wspierać nas w drodze do Zbawienia. Tu trzeba jasno powiedzieć, że bycie aniołem stróżem to nie jest jakiś zawód, który wykonuje niebiański duch. Matka opiekuje się nami, bo nas kocha i analogicznie jest z aniołem, który patrzy na nas przez pryzmat Bożej miłości. Anioł Stróż traktuje powierzonego sobie człowieka, jak ukochane małe dziecko, a później jak swego przyjaciela. Autor Listu do Hebrajczyków napisał: „Czyż nie są oni wszyscy duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?” (Hbr 1, 14). Najbardziej wyraźnie istnienie aniołów stróżów potwierdzają słowa samego Jezusa, który przestrzegał: „Baczcie, abyście nie gardzili żadnym z tych małych, bo powiadam wam, że aniołowie ich w Niebie ustawicznie patrzą na oblicze Ojca mojego, który jest w Niebie” (Mt 18, 10).

    Anioł Stróż – prezent z okazji chrztu?

    Od kiedy mam swego Anioła Stróża? Od poczęcia, od urodzenia czy od chrztu? Do zwolenników poglądu, że tylko chrześcijanie posiadają swych aniołów zalicza się Augustyna, Grzegorza z Nazjanzu, Hieronima i Jan Kasjana. Kwestia ta jeszcze w VI w. znajdowała się wśród problemów roztrząsanych przez Stefana Gobara. Św. Tomasz poświecił jej jeden z artykułów Sumy teologicznej (STh I, q. 113, a. 5), dochodząc do wniosku, że człowiek otrzymuje anioła stróża przy urodzeniu, niemniej jednak od momentu chrztu ma on większe możliwości działania ze względu na łaskę uświęcającą udzielaną przy chrzcie. Obecnie teologia katolicka stoi na stanowisku, że aniołowie stróżowie służą wszystkim ludziom, bez względu na ich wiarę. Każdy człowiek rodzi się z przydzielonym mu aniołem stróżem. Każdy człowiek ma własnego, osobistego duchowego towarzysza, niezależnie od tego, czy w to wierzy czy nie; niezależnie do tego czy jest Żydem, katolikiem, mormonem, świadkiem Jehowy, czy też muzułmaninem albo wręcz ateistą, ponieważ miłość Boga do człowieka jest bezwarunkowa. Można powiedzieć, że anioł stróż ma wymiar najbardziej uniwersalny i ekumeniczny, bo nie jest jakimś prezentem otrzymywanym z okazji chrztu, ale towarzyszem każdego człowieka od momentu przyjścia na świat.

    Czy dla ludzi nie zabraknie aniołów?

    Spróbujmy to sobie wyobrazić… Zakładamy, że Bóg stworzył jednorazowo określoną liczbę aniołów i nie stwarza ich przez cały czas. Innymi słowy – nie powstają ciągle nowi aniołowie na okoliczność doraźnych potrzeb. Musimy zatem także założyć, że Bóg u zarania świata stworzył wystarczającą liczbę aniołów, aby każdy człowiek istniejący na Ziemi miał swojego osobistego anioła stróża. Tymczasem, jak wiadomo, mieszkańców Ziemi nie przestaje przybywać. Z każdą minutą jest nas coraz więcej i więcej. 1 stycznia 2016 roku populacja ludzka na świecie wyniosła prawie 7,3 mld ludzi (takie dane przedstawił amerykański instytut US Census Bureau). A zatem tylu jest obecnie „czynnych zawodowo” aniołów stróżów, opiekujących się żyjącymi ludźmi (notabene, najwięcej mamy aniołów stróżów Chińczyków). Na konferencji Joint Statistical Meetings w Seattle, która poświęcona była demografii światowej i jej prognozowaniu, ekspert ONZ John R. Wilmoth, zajmujący się w ONZ planowaniem populacyjnym, stwierdził, że około 2050 roku należy liczyć się ze wzrostem liczby mieszkańców Ziemi do 9,7 mld, a w 2100 roku może nas być już 11, 2 mld. A przecież nie wiadomo, jak długo potrwa jeszcze historia rodzaju ludzkiego. Czy przed ludzkością jest kilkaset lat, tysiąc lat, czy też miliony… Oczywiście trudno sobie wyobrazić, że na Ziemi żyje na przykład 100-150 miliardów ludzi. Twórcy powieści i filmów science fiction snują jednak wizje podboju kosmosu i zasiedlania kolejnych planet, a nawet galaktyk. Być może zresztą zasiedlenie kosmosu przez ludzkość było w Bożych planach od początku?

    Na dodatek nie jest wcale pewne, czy anioł stróż po śmierci człowieka, którym się opiekował, zostaje stróżem kolejnej osoby. Nie mamy na ten temat żadnych pewnych informacji, ale wielu teologów uważa, że anioł ma przydzielonego tylko jednego człowieka i później nie przejmuje opieki nad nikim innym. Do tej kwestii jeszcze powrócę. Na razie pozostańmy w kręgu liczb i statystyki.

    Czy można ustalić, jak wielu ludzi żyło do tej pory na Ziemi przed nami? Jest to trudne. Liczenie trzeba by zacząć od momentu, kiedy na Ziemi pojawił się Homo sapiens, tj. ok. 50 tys. lat temu, ale w międzyczasie wskaźnik urodzin bywał różny, podobnie jak długość życia. Dlatego bardzo łatwo pomylić się w oszacowaniu liczby ludzi, którzy się urodzili, żyli i umarli w dawnych czasach. Tym niemniej takie próby są podejmowane. Według szacunkowych danych przedstawionych przez Population Reference Bureau (PRB) z Waszyngtonu dotychczas naszą planetę zamieszkiwało 107 miliardów przedstawicieli Homo sapiens (dokładnie 107 602 707 791), a zatem na każdą żyjącą obecnie osobę przypada 15 zmarłych. Czyli gdybyśmy założyli, że anioł opiekuje się tylko jednym człowiekiem i nie przejmuje opieki nad innymi, to do liczby obecnych 7,3 mld aniołów stróżów należałoby dodać jeszcze 107 mld aniołów stróżów naszych przodków. Zawrotna liczba… A przecież nie uwzględniliśmy przyszłości..

    Tylko mój anioł

    Niektórzy uważają, że służba Anioła Stróża trwa do śmierci osoby, którą anioł się opiekuje, a potem staje się on opiekunem kolejnego człowieka, bo anioł stróż ma nam pomagać w drodze do nieba, a gdy już Niebo osiągniemy, nie ma potrzeby, aby ktoś nas nadal strzegł. Inni natomiast uważają (i ja także podzielam to zdanie), że każdy anioł stróż obejmuje tę funkcję tylko jeden raz dla jednego człowieka. Pogląd, że posiadamy swojego anioła na wyłączność jest tylko hipotezą, ale całkiem prawdopodobną. Bóg postanowił, aby misje niektórych aniołów były ściśle powiązane z losami konkretnych ludzi. Moja egzystencja została złączona z powołaniem konkretnego niebiańskiego bytu. Myślę, że ten związek między jednostką ludzką a jej aniołem jest tak bardzo osobisty, że ma charakter unikatowy i niepowtarzalny. Kiedyś wierzono nawet, że taki anioł przybiera bliźniaczą postać i wygląda jak jego podopieczny, a więc „upodabnia” się do człowieka, którym się opiekuje, stając niejako jego sobowtórem, bo tak głęboko się z nim utożsamia. Świadczy o tym następujący fragment z Dziejów Apostolskich: „Kiedy zakołatał do drzwi wejściowych, nadbiegła dziewczyna imieniem Rode i nasłuchiwała. Poznała głos Piotra i z radości nie otwarła bramy, lecz pobiegła powiedzieć, że Piotr stoi przed bramą. – Bredzisz – powiedzieli jej. Ona jednak upierała się przy swoim. – To jest jego anioł – mówili” (Dz 12, 13-16).

    Rumuński filozof, dziennikarz i polityk – Andrei Pleşu w swojej znakomitej książce pt. „Despre îngeri” (O Aniołach, wyd. Universitas, 2010) napisał, że aniołowie są niebiańskim „drugim ja” człowieka. Innymi słowy, towarzyszy nam zawsze nasz „wzór”, nasz ulepszony portret. A więc anioł stróż to nie jest jakiś urzędnik z Nieba, któremu powierzono mój przypadek, jako kolejny, jeden z wielu. On jest moim indywidualnym sposobem kontaktu z wiecznością, moją osobistą drabiną do Nieba. A kim ja jestem dla anioła? Może on też uczy się czegoś ode mnie? Nasz anielski opiekun, towarzyszący nam przez całe życie, chroniący nas i inspirujący do czynienia dobra, prawdopodobnie uczestniczy także w naszych radościach oraz cierpieniach. Może człowiek jest potrzebny aniołowi, aby przez pryzmat konkretnego ludzkiego życia doświadczył on tego, co jest mu, jako duchowi czystemu, niedostępne? Możliwe, że potrzebujemy siebie nawzajem…

    Razem na zawsze

    To bardzo krzepiąca myśl, że istnieje jedyny i wyjątkowy anioł dany każdemu z osobna od chwili poczęcia aż do śmierci, a może nawet po wieczność. Taki osobisty anioł tylko dla mnie! Wierzę, że został on konkretnie dla mnie przeznaczony od zawsze, na długo przed moim stworzeniem. W Księdze Jeremiasza Bóg mówi: „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” ( Jr 1,5). Może właśnie już u zarania dziejów świata Bóg przeznaczył dla mnie jednego z istniejących od wieków aniołów na stróża i najwierniejszego przyjaciela, a anioł ten czekał przez wieki aż zacznę istnieć realnie, a nie tylko w planach Boga. Anioł ten rozpoczął nade mną opiekę od chwili poczęcia i wierzę, że będzie ze mną także po mojej śmierci, kiedy ta szczególna więź pomiędzy aniołem stróżem a człowiekiem znajdzie swoje doskonałe dopełnienie w wieczności Nieba. Św. Izaak Syryjczyk uważał, że związek człowieka z aniołem stróżem jest tak silny, iż aniołowie będą trwać wraz z nami, „odpoczywając przy nas” w nowym świecie po skończeniu czasów (Izaak Syryjczyk, Filokalia, X). Nasz anioł stróż nie otrzyma już od Boga podobnej posługi, ale radując się wraz z nami szczęściem Nieba, pozostanie przy nas na zawsze. Anioł Stróż nigdy już nie opuści zbawionej duszy, którą się opiekował. Będzie z nią i przy niej na całą wieczność. Ponieważ tylko Anioł ma poznanie Boga z natury swej istoty, a dusza wypracowała sobie to szczęście popartymi łaską zasługami, od chwili osiągnięcia przez nią zbawienia anioł stróż będzie jej „służył” w radości, miłości i nieustannym wielbieniu Boga, będąc równocześnie jej przewodnikiem po niebiańskiej szczęśliwości. Według św. Izaaka jesteśmy swoim dopełnieniem. Ja bez mojego anioła nie jestem pełny, ale także on nie jest pełny beze mnie.

    Więź łącząca duszę z jej Aniołem Stróżem jest tak mocna, że jedynie potępienie duszy może ją bezpowrotnie przerwać. Jedyną sytuacją, gdy człowiek „traci” po śmierci swego anioła, jest więc zatracenie w Piekle. Możemy domniemywać, że niebiańscy opiekunowie ludzi potępionych (czyli tych ludzi, którzy swoim życiem powiedzieli Bogu „Nie!”), odczuwają to bardzo dotkliwie. Dotykamy tu wielkiej tajemnicy cierpienia i odrzuconej miłości. Niektórzy uważają nawet, że anioł stróż do tego stopnia kocha człowieka, że jeśli jego podopieczny zostałby po śmierci potępiony, wówczas Bóg musi wymazać temu aniołowi pamięć, bo z tą świadomością potępienia swego przyjaciela, nie mógłby on dalej żyć.

    Roman Zając/Któż jak Bóg 5/2016

    ______________________________________________________________________________________________________________

     

    Każdy z nas ma swojego Anioła Stróża. O działaniach aniołów w naszym życiu mówiło wielu świętych. Nie wiesz jak z nim rozmawiać? Poznaj modlitwę, dzięki której zawiążesz z nim wyjątkową relację.

    Modlitwa do Anioła Stróża:

    Święty Aniele Stróżu,

    który z Bożego nakazu czuwasz nade mną,
    abym nie poniósł szkody na duszy i ciele,

    bądź moim doradcą, abym nie zboczył z dobrej drogi życia,
    pomóż mi powstać, gdy upadnę, dodawaj odwagi.

    Proszę także, byś w porę podsuwał mi dobre myśli i pragnienia,
    których spełnienie będzie się podobało Bogu
    i przyniesie pożytek ludziom.

    Gdybym jednak okazywał lekceważenie względem Ciebie
    i Twoich starań o moje dobro,
    wstrząśnij mną, stań mi na drodze, bądź przeszkodą dla mnie.

    Proszę także, aby Twoja obecność była otuchą dla mnie,
    gdy przyjdzie godzina osamotnienia i śmierci.

    Czuwaj nade mną,
    aż doprowadzisz mnie przed oblicze Ojca Niebieskiego.
    Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Święty Michał Archanioł. Duchowy Wojownik, który leczy z lęku i chroni przed pychą

    Thyssen-Bornemisza Collection, on loan with the Museu Nacional d’Art de Catalunya (MNAC)

    ***

    Zaufanie Michałowi Archaniołowi leczy człowieka z lęku, dodaje odwagi, a jednocześnie uczy zachwytu nad samym Bogiem. Hasło: „Któż jak Bóg” to wezwanie do bycia dzielnym i odważnym, ale także zachęta do adoracji Boga – mówi ks. Mateusz Szerszeń CSMA w rozmowie z Martą Dybińską.

    Od czego zaczęło się Księdza nabożeństwo do Św. Michała Archanioła?

    Zaczęło się od mojej babci, która prowadzała mnie na spacer i za każdym razem zaglądała do kościoła, żeby wytłumaczyć mi znaczenie poszczególnych figur, przedmiotów i witraży. W moim parafialnym kościele znajdowała się także spora figura świętego Michała Archanioła i to właśnie przed nią, razem z babcią, recytowaliśmy modlitwy za naszych bliskich zmarłych, o zdrowie i we wszystkich innych aktualnych intencjach naszej rodziny. Miejsce to dobrze zapadło w mojej pamięci. Dla małego chłopca obraz anioła depczącego brzydkiego diabła budził jednocześnie lęk i podziw. Dodawał mi jednocześnie odwagi, że zło zawsze zostaje pokonane mocą dobrą. Do dzisiaj ta prawda wiele dla mnie znaczy. Moje nabożeństwo do świętego Michała naznaczone jest tamtym dziecięcym wspomnieniem. Jest przy mnie potężny anioł, który czuwa nade mną i moim zbawieniem. Później, gdy zostałem michalitą, wielokrotnie doświadczałem jego obecności i jestem przekonany, że nie bez powodu Książę Niebieski odbiera słuszną cześć w Kościele katolickim.

    Jak zmieniło się Księdza życia od czasu, kiedy zaufał Ksiądz Św. Michałowi?

    Codziennie uczę się, aby tą ufność w nim pokładać. Myślę, że zaufanie Michałowi Archaniołowi leczy człowieka z lęku, dodaje odwagi, a jednocześnie uczy zachwytu nad samym Bogiem. Hasło: „Któż jak Bóg” to wezwanie do bycia dzielnym i odważnym, ale także zachęta do adoracji Boga. Nabożeństwo do Michała Archanioła ma mnie chronić przed pychą i pokładaniem ufności we własne siły. Jeżeli w moim życiu udaje mi się pokonać zło lub spełnić jakieś dobro to jest to zawsze działanie Bożej łaski, która mnie do tego uzdolniła. Nie wyobrażam sobie dzisiaj życia bez tego archanioła. Nabożeństwo do niego stało się częścią mojej tożsamości. Cieszę się, że jestem michalitą, czyli księdzem spod sztandaru Michała Archanioła.

    W codziennym życiu dostrzega Ksiądz również działanie Św. Michała Archanioła?

    Oczywiście, że tak. Jestem przekonany, że wiele dobrych natchnień, które mi towarzyszą pochodzi właśnie od niego. Uspokaja mnie, gdy obieram dobrą drogę ku zbawieniu i niepokoi, kiedy grzech wkrada się w moje życie. Przy okazji przekonany jestem, że przysyła do mnie konkretnych ludzi, którzy korzystają ze spowiedzi, kierownictwa duchowego, albo zwyczajnej rozmowy. Często przed kazaniami, gdy w głowie mam pustkę, proszę go o świtało i natchnienie. Pomaga mi również wtedy, gdy zło chce mnie pognębić i zniszczyć. To bez wątpienia potężny archanioł – Duchowy Wojownik.

    Jak modlić się do Św. Michała?

    Prosto i zwyczajnie. Zwracać się do niego jak do osoby i prosić o pomoc. Często zalecam odmawianie Egzorcyzmu Leona XIII, który Kościół podaje jako najpowszechniejszą modlitwę do Michała Archanioła. Warto też w ciągu dnia wzbudzać akty strzeliste mówiąc: „Któż jak Bóg!”. Dla tych, którzy chcieliby pogłębić swoje nabożeństwo do Niego zalecam szczególnie „Koronkę Anielską” i „Wielki Akt Zawierzenia Świętemu Michałowi Archaniołowi”. Modlitwy te dostępne są na stronie internetowej dwumiesięcznika „Któż jak Bóg” (kjb24.pl).

    A czy nie lepiej w modlitwach zwracać się od razu do Chrystusa albo Matki Bożej?

    Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby modlić się zarówno do Chrystusa jak i za wstawiennictwem różnych świętych. Dla świętego Michała Archanioła to radość, gdy jego czciciel modli się do Chrystusa ku któremu ostatecznie przecież kierujemy wszystkie nasze myśli. Prawda wiary o obcowaniu świętych otwiera przed nami cały wachlarz postaci, które ostatecznie i tak podprowadzą nas do Chrystusa – Jedynego Pośrednika. Matka Boża, jako Królowa Aniołów, zapewne też nie widzi żadnego problemu, żeby jeden z jej aniołów wzywany był jako orędownik i obrońca.

    Co daje odmawianie po Mszy Św. modlitwy do Św. Michała Archanioła?

    Modlitwa ta to powrót do zawieszonej po Soborze Watykańskim II praktyki, kiedy to „Egzorcyzm Prosty” był jedną z modlitw do wyboru dla księdza po odprawieniu Mszy Świętej. Dzisiaj wiara Ludu Bożego skłania nas do odmawiania tej modlitwy jako wyrazu ufności w obronę Kościoła przed atakami złego ducha. Po rozesłaniu chcemy wyruszyć w bój o zbawienie swoje i innych. Szatan nie pozostaje obojętny wobec takiego zobowiązania. Modlimy się zatem o to, aby w tej walce bronił nas Pogromca Szatana i Anioł, który jest specjalistą od realizacji Bożych decyzji. Rosnąca popularność tej modlitwy pokazuje tylko, że jest w nas wielkie pragnienie szczerego nawrócenia i odrzucenia wszelkich zasadzek i podstępów złego ducha.

    Kto może nałożyć szkaplerz Św. Michała? Jakie warunki trzeba spełnić?

    Szkaplerz można przyjąć z rąk upoważnionego kapłana lub diakona. Przyjąć go może każda osoba, która zobowiąże się do noszenia go (w formie płóciennej lub medalika) i codziennego odmawia Egzorcyzmu Lepna XIII. Celem przyjęcia szkaplerza jest oddawanie czci św. Michałowi Archaniołowi, aby za jego szczególną pomocą uzyskać wolność wewnętrzną i zbawienie.

    Jest Ksiądz niezwykle aktywny również w mediach społecznościowych. Skąd pomysł na nagrywanie krótkich filmów z błogosławieństwem?

    Tradycją w danych wiekach był zwyczaj błogosławienia przez księdza ludzi, którzy pracowali w polu, wracali z podróży, albo stali przed jakimiś wyzwaniami. Dzisiaj internet daje możliwość docierania do ludzi także za pomocą krótkich filmików. Moja szczera intencja, aby błogosławić, czyli dobrze życzyć, spotkała się z wielkim pragnieniem osób, które czekają na błogosławieństwo kapłana i wstawiennictwo konkretnych świętych. Tak zrodziło się dzieło na kanale YouTube: „Któż jak Bóg”. To właśnie poprzez te krótkie filmiki chcemy trafiać do ludzi, którzy wierzą głęboko w moc błogosławieństwa.

    W lipcu odbędzie się pielgrzymka ze Św. Michałem Archaniołem na Jasną Górę. Dlaczego warto wybrać się na to wydarzenie?

    Pielgrzymka ze świętym Michałem Archaniołem to przede wszystkim wielkie wydarzenie charyzmatyczne. Miejsce, czas i ludzie tworzą niezwykłą atmosferę. To tak jakby niebo dotykało ziemi. Spotykamy się z ludźmi, którzy publicznie dają świadectwo swojej wiary i ufności we wstawiennictwo aniołów. Naszym celem jest uwielbienie Boga na wzór aniołów i modlitwa prośby, aby zło, nałogi, uzależnienia i grzech nie odbierały nam łaski Bożej, dzięki której żyjemy i zmierzamy do nieba.

    W Miejscu Piastowym jest Sanktuarium Św. Michała Archanioła, ale czy jest tam również możliwość by się zatrzymać na kilka dni, wyciszyć?

    Miejsce Piastowe to kolebka mojego zgromadzenia. Tam wszystko się zaczęło: dzieło księdza Markiewicza, nowe zgromadzenia, wreszcie sanktuarium i okoliczne szkoły. Dzisiaj jest to także centrum naszej michalickiej duchowości. Każdy kto przyjedzie na „michalicką górkę” wyjedzie odmieniony. Uroczy kościół, sarkofag z relikwiami błogosławionego Bronisława, kaplica fatimska i grota ze św. Michałem zostawiają ślad w każdym sercu. Dla tych, którzy chcieliby zatrzymać się na dłużej otwarto niedawno centrum, gdzie znaleźć możemy bogatą ofertę z rekolekcjami, sesjami duchowymi, a także miłą kawiarenkę i miejsce na nocleg. Wszystko to pod czułą opieką naszego patrona i dobroczyńcy – Świętego Michała Archanioła.

    Bóg zapłać za rozmowę.

    PCh24.pl

    Ks. Mateusz Szerszeń CSMA, michalita, kierownik duchowy, publicysta i rekolekcjonista. Autor licznych artykułów o pozycji książkowych z zakresu duchowości. Pełni funkcję zastępcy redaktora naczelnego czasopisma „Któż jak Bóg”. Jest członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

    _______________________________________________________________________________________________

    Modlitwa za wstawiennictwem 

    św. Michała Archanioła

    Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce,
    a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną.
    Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów,
    szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą,
    mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is 024624_XJDA_35278_98.jpg.webp

    Pietro Lorenzetti/Wikimedia Commons

    ***

    Koronka do Siedmiu Boleści Maryi

    Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi zatwierdził papież Benedykt XIII w 1724 r. Rozpowszechniona jest ona w całym Kościele. Matka Boża sama przypomniała o tym nabożeństwie (1981-83) podczas objawień trzem dziewczynkom w Kibeho w Rwandzie (w 2001 r. biskup diecezji Gikongoro, Augustina Misago objawienia te uznał za autentyczne; są to pierwsze Maryjne objawienia uznane przez Kościół w XXI wieku).

    Według biskupa Jana Chrzciciela Gahamanyi, z diecezji Butare w Rwandzie, Najświętsza Panna zwróciła się do jednej z widzących z Kibeho: To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy – powiedziała 31 maja 1982 roku. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec. Proszę cię powiedz o tym całemu światu dodała kiedy indziej (13.08.1982). Dziewica kocha tę Koronkę. Pragnie, aby została na nowo rozszerzona w Kościele. Prosi, by odmawiać tę Koronkę często, zwłaszcza we wtorki i piątki, rozważając każdą tajemnicę. Prośmy Ducha Świętego, by pobudził nasze serca do pobożnego i owocnego rozważania tajemnic siedmiu boleści Maryi.

    Sposób odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści

    Znak Krzyża Świętego
    P. Matko Bolesna, porusz serce moje.
    W. Abym w boleści umiał wniknąć Twoje.

    Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona
    Starzec Symeona przepowiada Maryi, że duszę Jej przeszyje miecz.
    A stanie się to dlatego, że jej Synowi, będą się niektórzy sprzeciwiać.
    Owocem tajemnicy jest poddanie się woli Bożej, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść druga: Ucieczka do Egiptu
    Na polecenie Anioła Józef wziął dziecię i Matkę jego i uszedł do
    Egiptu przed złością Heroda. Maryja w czasie tej tułaczki przeżyła
    wiele zmartwień. Owocem tajemnicy jest słuchanie głosu Bożego, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść trzecia: Szukanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni
    Jezus zaginął w Jerozolimie, trzy dni Maryja wraz z Józefem
    bolejąc szukali Jezusa. Czy może być większa boleść dla Matki?
    Owocem tajemnicy jest tęsknota za Jezusem.
    Jezusa i Jej współcierpienia.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż
    Skazany na śmierć Jezus dźwiga krzyż na Golgotę.
    A oto w drodze spotyka się z Matką swoją. Rzewne musiało być to spotkanie.
    Owocem tajemnicy jest cierpliwe znoszenie krzyżów.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
    Obok krzyża Jezusowego stała Matka Jego.
    Mężnie współcierpiała z Synem dla zbawienia świata.
    Owocem tajemnicy jest panowanie nad złymi skłonnościami.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Syna na kolana Matki
    Zdjęte z krzyża: Ciało Jezusowe złożono w ramiona Maryi.
    Jezus przestał już cierpieć, a Ona jakby uzupełnia to,
    czego nie dostaje cierpieniom Jezusowym.
    Z największą czcią i wdzięcznością całuje Jego święte Rany i obmywa je swymi łzami.
    Owocem tajemnicy jest szczery żal za grzechy.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu
    Umęczone Ciało Jezusowe złożono do grobu w obecności Matki Najświętszej.
    Żegnała je Maryja z bólem i z wielką wiarą, że Syn zmartwychwstanie.
    Owocem tajemnicy jest prośba o szczęśliwą śmierć.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Dla uczczenia łez wylanych przez Matkę Boża Bolesną:
    3 x Zdrowaś Maryjo
    Za dobrodziejów żywych i umarłych:

    Witaj Królowo, Matko miłosierdzia
    P. Niech pomoc Bożą zawsze nam wyprasza.
    W. Matka Chrystusa i Matka nasza.

    adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MIESIĄC WRZESIEŃ

    1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz, czczony pod tym wezwaniem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. Dzisiejsze święto Matki Bożej, jako Królowej Pokoju, wiąże się z objawieniami fatimskimi. Bowiem już wtedy, w roku 1917, z wielką troską napominała ludzkość mówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”

    I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie hekatomba II wojny światowej.

    Zofia Kossak tu, na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała  “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:

    “Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — to wrzesień...

    Takie zatem, a nie inne  — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.

    …Wrzesień…

    Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili  dzieci,  żołnierze  bez  broni,  bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…

    Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…

    Tysiące  oszalałych   ludzi   wędruje  na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.

    (Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.

    Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla  płonęły czerwienią i  złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.

    Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie  wróci.  Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.

    Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...

    Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach  przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?

    Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…

    ***

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące "proroctwo" niemieckich żołnierzy

    fot.Wikipedia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 WRZEŚNIA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    OD GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 WRZEŚNIA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XXII NIEDZIELI OKRESU ZWYKŁEGO

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – NABOŻEŃSTWO WYNAGRODZAJĄCE I ZADOŚĆ CZYNIĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE.

    *****

    Aby spełnić prośbę Bożej Matki dotyczącą Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca należy:

    1. przystąpić do sakramentu spowiedzi św. (można przystąpić do sakramentu pojednania kilka dni wcześniej) i przyjąć Komunię św.

    2. pomodlić się na różańcu wybierając jedną z czterech części Tajemnic (Radosną, Światła, Bolesną, Chwalebną)

    3. poświęcić kwadrans czasu na rozważanie jednej z 20 Tajemnic Różańca Świętego

    4. być świadomym intencji, którą jest wynagrodzenie za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    Osoby, które z ważnych powodów (np. choroba) nie mogą osobiście uczestniczyć w nabożeństwie i przyjąć Komunii św. w kościele św. Piotra lub swoim lokalnym kościele, mogą łączyć się online, np. z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem:

    https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/  – w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 18.30 pokutny różaniec fatimski (w Szkocji 17:30), następnie medytacja pierwszosobotnia, Msza św. z kazaniem i Apel Maryjny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC WRZESIEŃ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby ludzie, którzy żyją na marginesie społeczeństwa, w nieludzkich warunkach egzystencjalnych, nie byli zapominani przez instytucje i by nigdy nie byli uważani za pozbawionych wartości.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

     

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Bogu Wszechmogącemu niech będą dzięki za tajemnicę Wcielenia, bo dzięki niej Boży Syn dokonał dzieła Zbawienia poprzez Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie. Odtąd każdy, kto oddaje swoje życie za innych sprawia, że Boże ocalenie wciąż trwa. W tym miesiącu dziękujemy Ci Panie za świadectwo heroicznej miłości małżonków Józefa i Wiktorii Ulmów z dziećmi, którzy oddali swoje życie ratując prześladowanych Żydów. Kościół zapewnia nas, że już są przed Bożym obliczem. Dlatego prosimy ich o wstawiennictwo za naszymi rodzinami. Tak bardzo potrzebujemy dziś siły i odwagi, aby nie dać się zwieść starodawnemu wężowi, który podstępem i kłamstwem sprytnie kusi.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    KONTAKT NA MAILA – rozaniec@kosciolwszkocji.org lub tel. 07552435042

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    fot. via: Pixabay

    ***

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    W historii narodu polskiego modlitwa różańcowa odegrała wielką rolę. Polacy niejednokrotnie mieli okazję przekonać się o tym, że wytrwałe, pełne ufności odmawianie różańca stanowi niezastąpioną pomoc i pewny ratunek w najtrudniejszym nawet położeniu. Fakt ten podkreślał Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim dokumencie Rosarium Virginis Mariae: “Kościół zawsze uznawał szczególną skuteczność tej modlitwy, powierzając jej (…) najtrudniejsze sprawy. W chwilach, gdy samo chrześcijaństwo było zagrożone, mocy tej właśnie modlitwy przypisywano ocalenie przed niebezpieczeństwem, a Matkę Bożą Różańcową czczoną jako Tę, która wyjednywała wybawienie”.

      Potęga tej modlitwy uwidoczniła się między innymi w moralnym odrodzeniu, jakie się dokonało po objawieniach Matki Bożej w drugiej połowie XIX w. w Gietrzwałdzie na Warmii. W czasach rozpasanej germanizacji ziem polskich w zaborze pruskim, kiedy walka z polskością przybierała na sile, Najświętsza Panna wezwała miejscową ludność do odmawiania różańca. W krótkim czasie ujawniły się tego owoce. Jak relacjonował potem proboszcz Gietrzwałdu, świadek objawień: “Wśród wszystkich mówiących po polsku radosne postępy czyni szczególnie zapał do modlitwy i Bractwo Wstrzemięźliwości. Miliony modlą się na różańcu, przez co utwierdzają się w wierze katolickiej i ogromna ilość pijaków wyrwana została z doczesnej i wiecznej zguby. Do tego należy dodać czystość życia, jaką można zaobserwować wśród młodzieży, liczne powołania zakonne męskie i żeńskie, różne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych. W całej Warmii, prawie we wszystkich domach, różaniec jest wspólnie odmawiany”.

         Objawienia się Matki Bożej na ziemi warmińskiej wywołały więc duchową odnowę mieszkańców tych terenów i zapoczątkowały podobne przemiany w innych regionach Polski, a ponadto stały się podstawą, dzięki której odzyskanie niepodległości przez nasz kraj zaczęło nabierać realnych kształtów.

         Suwerenność Polski, odzyskana wraz z zakończeniem pierwszej wojny światowej, po wielu latach niewoli, została poważnie zagrożona w roku 1920, kiedy to nasza ojczyzna przeżywała natarcie potężnej armii bolszewików. Wydarzenie owo zostało upamiętnione pod nazwą “cudu nad Wisłą”, gdyż rzeczywiście jedynie w kategoriach cudu można je rozpatrywać. Wystarczy wspomnieć, że naprzeciwko sowieckiej potęgi (12 dywizji piechoty i 2 dywizje jazdy) stanęło zaledwie trzy i pół dywizji polskiej piechoty oraz kilka drobnych oddziałów. Wynik konfrontacji wydawał się z góry przesądzony… Rychłego zwycięstwa bolszewików oczekiwali też Niemcy, dla których zdobycie Warszawy miało się stać hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska.

         Wojska bolszewickie w szybkim tempie zbliżały się do stolicy. Zatrwożeni warszawiacy zaczęli tłumnie wypełniać świątynie; wydano zarządzenie, że od 6 do 14 sierpnia we wszystkich kościołach zostanie wystawiony Najświętszy .Sakrament, na placu Zamkowym zaś około 30 tysięcy kobiet, dzieci oraz ludzi w podeszłym wieku żarliwie modliło się na różańcu. Dodawano sobie wzajemnie otuchy, przypominając słowa, które 31 lipca wypowiedział młody warszawski katecheta, ks. Ignacy Skorupka: “Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity”. Tymczasem z oddali dochodziły już odgłosy toczącej się bitwy…

         Walka rozgorzała na dobre w nocy z 13 na 14 sierpnia. Wziął w niej udział także ks. Skorupka, który niosąc krzyż wzniesiony wysoko nad głową, pobudzał wiarę polskich żołnierzy oraz dawał im przykład męstwa i odwagi, do czasu gdy został trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Jego niezwykle ofiarna postawa i bohaterska śmierć odebrane zostały przez Polaków jako potężny, nadprzyrodzony impuls, który wywarł wielki wpływ na ducha narodu i wojska oraz przyczynił się do tego, że 15 sierpnia 1920 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, potęga wroga załamała się i zapowiedziane zwycięstwo polskiego oręża nad potężną armią bolszewików stało się faktem.

         Jeden z uczestników bitwy warszawskiej 1920 r., ks. Stanisław Tworkowski, następująco podsumował tamte dramatyczne wydarzenia: “Cud nad Wisłą to dzieło Bożej Opatrzności, w które swój wysiłek włączył mój naród, naród wierzący, naród wzywający Boga, miłujący Go… To była walka w imię Jezusa Chrystusa, w imię Krzyża Świętego. Symbolem tego jest nasz kapelan katolicki – ks. Ignacy Skorupka, który z krzyżem w ręku biegł w tyralierze pod Ossowem. (…) Tajemnicę Cudu nad Wisłą stanowi modlitwa ludu Warszawy na placu Zamkowym… Przebieg walki z przytłaczającymi siłami bolszewików i odparcie ich w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny”.

         Także druga połowa XX wieku obfitowała w objawienia maryjne, podczas których Matka Boża wskazywała na wielką potrzebę modlitwy różańcowej, między innymi w rodzinie. Nie wszystkie wprawdzie te objawienia zostały oficjalnie potwierdzone przez władze kościelne, ale każde jest dokładnie obserwowane i w wielu wypadkach uznano błogosławione owoce duchowe, które przyniosły. Spróbujmy zatem opisać pokrótce niektóre z nich, przypuszczalnie mniej znane polskiemu czytelnikowi.

         W roku 1980 w miejscowości Cuapa w Nigerii wieśniak Bernard Martinez, który spytał Najświętszą Pannę o Jej życzenia, otrzymał następującą odpowiedź: “Pragnę, abyś codziennie odmawiał różaniec”. Nieco później zaś Matka Boża dodała: “W rodzinie, wraz z dziećmi – od chwili, gdy będą zdolne zrozumieć. Trzeba odmawiać różaniec o stałej godzinie, po zakończeniu zajęć domowych”. A innego dnia objawień Matka Boża dodała: “Odmawiajcie różaniec, rozmyślajcie nad tajemnicami, słuchajcie słowa Bożego zawartego w tajemnicach”. Objawienia w Cuapie nie zostały jeszcze oficjalnie uznane, ale miejscowy biskup zachęcał wiernych do rozważania i realizacji przesłania Maryi.

         Nad trwającymi od 1983 r. objawieniami w Campito w Argentynie, otrzymywanymi przez Gladys Quirodę de Mota, czuwa bezpośrednio biskup Castagna, który z uwagą śledzi rozwój kultu w miejscu objawień i stwierdza wielkie ich duchowe owoce. 6 czerwca 1987 r., gdy światowe telewizje transmitowały różaniec z papieżem Janem Pawłem II, Matka Boża powiedziała wizjonerce: “Dziś Pan będzie słuchał różańca świętego tak, jakby był on odmawiany moim głosem”.

         W obu oficjalnie uznanych objawieniach w Naju w Korei (połowa lat 80. XX w.) Matka Boża przekazała następujące orędzie: “Odmawiajcie z żarliwością różaniec, w intencji pokoju na świecie i za nawrócenie grzeszników. Starajcie się, aby odżyła świętość rodzin”.

         We wszystkich tych przesłaniach – a także w wielu innych – różaniec jest ukazywany jako najważniejsza po Mszy św. forma modlitwy, sposób na zażegnanie lub złagodzenie cierpień grożących światu za jego odejście od praw Bożych. Dzięki systematycznemu praktykowaniu nabożeństwa różańcowego możemy zaprosić do swego życia osobistego oraz rodzinnego Jezusa i Jego Matkę.

         Ażeby zaś nasze zaufanie do mocy różańca mogło stale wzrastać, byśmy byli coraz bardziej świadomi jego piękna, módlmy się jak najczęściej słowami apelu bł. Bartolomea Longo: “O błogosławiony różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem, więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie”.

         Zachętą do odmawiania różańca niech będą dla nas także słowa Ojca Świętego Jana Pawła II: “Dziś skuteczności tej modlitwy zawierzam (…) sprawę pokoju w świecie i sprawę rodziny (…). [Pamiętajmy bowiem, że] różaniec był zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę, że niegdyś była ona szczególnie droga rodzinom chrześcijańskim i niewątpliwie sprzyjała ich jedności. (…)

         Tak więc różaniec, kierując nasze spojrzenie ku Chrystusowi, czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie. Mając charakter nieustającego, wspólnego błagania, zgodne z Chrystusowym wezwaniem, by modlić się »zawsze i nie ustawać« (por. Łk 18,1), pozwala on mieć nadzieję, że również dzisiaj »walka« tak trudna jak ta, która toczy się o pokój, może być zwycięska. Różaniec, daleki od tego, by być ucieczką od problemów świata, skłania nas, by patrzeć na nie oczyma odpowiedzialnymi i wielkodusznymi, i wyjednuje nam siłę, by powrócić do nich z pewnością co do Bożej pomocy oraz z silnym postanowieniem, by we wszelkich okolicznościach dawać świadectwo miłości, która jest »więzią doskonałości« (Koi 3, 14).(…)

         Patrzę na Was wszystkich, Bracia i Siostry wszelkiego stanu, na Was, rodziny chrześcijańskie, na Was, osoby chore i w podeszłym wieku, na Was, młodzi: weźcie znów ufnie do rąk koronkę różańca, odkrywając ją na nowo w świetle Pisma Świętego, w harmonii z liturgią, w kontekście codziennego życia. (…) Modlitwa różańcowa jest wielką pomocą dla naszego czasu. Sprowadza ona pokój i sumienie; wprowadza nasze życie w tajemnice Boże i sprowadza Boga do naszego życia”.

    Robert Bil

    Źródła: Gottfried Hierzenberger, Otto Nedomansky:

    “Księga objawień maryjnych od I do XX wieku”,

    Warszawa 2003; Ewa Hanter: “Tyś wielką chlubą naszego narodu “,

    Toruń 2000; “Godzina różańca”, Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej

    w Zakopanem, 2003; Jan Paweł II: List apostolski “Rosarium Virginis Mariae”.

    Do biskupów, duchowieństwa i wiernych o różańcu świętym, Kraków 2002.

    dam/adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec, przez tę modlitwę łatwo możemy otrzymać wielkie łaski i błogosławieństwo Boże.


    św. Maksymilian Maria Kolbe

    Krucjata Różańcowa Niepokalanów


    15.08.2023 – 25.12.2023


    Kiedy milion dzieci odmawia różaniec, świat się zmienia.

    św. o. Pio.


    Możesz przystąpić do Krucjaty Różańcowej w każdym momencie

    Jedno przystąpienie do Krucjaty = Jedna rodzina


    Jest nas już:

    7997

    (ilość rodzin)


    • Przystąp do Krucjaty Różańcowej zapisując się poniżej:
    • Twój adres e-mail *
    • * Adres e-mail jest wykorzystywany jedynie do rejestrowania unikalnych przystąpień do Krucjaty Różańcowej zgodnie z przepisami RODO. Adresy e-mail nie będą używane w żadnych kampaniach marketingowych ani udostępniane osobom trzecim. Po zakończeniu Krucjaty, wszystkie adresy e-mail zostaną niezwłocznie usunięte z naszej bazy danych, zapewniając ochronę Twojej prywatności i zgodność z obowiązującymi przepisami dotyczącymi ochrony danych osobowych (tzn. po 25.12.2023). (Polityka Prywatności)

    Zasady przystąpienia

    • jedna dziesiątka różańca codziennie (15.08.2023 – 25.12.2023)
    • możesz przyłączyć się w każdej chwili.
    • każdy może przystąpić do Krucjaty Różańcowej za Polskę.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Nie żałuję, że oddałam się Miłości”. Tak 126 lat temu odchodziła do wieczności św. Teresa od Dzieciątka Jezus

    fot. screenshot YouTube (nikakarmel)

    ***

    „Nie żałuję, że oddałam się Miłości”.

    Tak 126 lat temu odchodziła do wieczności

    św. Teresa od Dzieciątka Jezus

    W godzinach wieczornych 30 września 1897 roku, przekroczyła próg wieczności młoda francuska zakonnica, niezwykła apostołka Małej Drogi, na której zawsze starała się z miłości do Boga robić małe rzeczy z wielką miłością – św. Teresa od Dzieciątka Jezus.

    W tzw. „Żółtym zeszycie” rodzona siostra św. Teresy od Dzieciątka Jezus, a zarazem jej siostra w klasztornej rodzinie karmelitanek bosych w Lisieux – s. Agnieszka od Jezusa, skrupulatnie zapisywała na przestrzeni niespełna półrocza ostatnie miesiące odchodzenia z tego świata św. Teresy.

    „Żółty zeszyt” to niezwykłe świadectwo ogromnego cierpienia, wręcz heroicznie znoszonego przez świętą z Lisieux z powodu jej bezbrzeżnego rozmiłowania w Bogu, aż po ostatnie sekundy ziemskiego życia.

    W dniu śmierci, w czwartek 30 września 1987 roku, jak relacjonuje s. Agnieszka, św. Teresa „pozostawała w prawdziwych mękach” – „bez chwili ulgi”.

    „Jeżeli to agonia, to czym jest śmierć?!” – zapytała w pewnym momencie dusząc się, św. Teresa od Dzieciątka Jezus.

    „Gdybyś wiedziała, co to znaczy dusić się!” – zwróciła się następnie do swej rodzonej siostry święta karmelitanka i dodała: „Zapewniam cię, że kielich jest pełny po brzegi”.

    „Nigdy nie przypuszczałam, że można tyle cierpieć” – powiedziała w pewnym momencie św. Teresa, stwierdzając po chwili: „Nie mogę wytłumaczyć sobie tego inaczej, jak tylko moim gorącym pragnieniem zbawiania dusz”.

    „Nie żałuję, że oddałam się Miłości” – wyszeptała św. Teresa i patrząc na swój krzyżyk wyznała: „Mój Boże… kocham Cię!”.

    Siostry, klęczące wokół łóżka umierającej, były świadkami ostatniej już na tym świecie ekstazy pokornej mistyczki z Lisieux. „Jej oczy były jaśniejące szczęściem i radością, utkwione w górze” – relacjonuje s. Agnieszka.

    Po chwili św. Teresa oddała ostatnie tchnienie. „Po śmierci zachowała swój nieziemski uśmiech. Była zachwycająco piękna” – czytamy w relacji z niezwykłego przekraczania progu wieczności, przez karmelitańską apostołkę Małej Drogi.

    “św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Żółty zeszyt”, Kraków 2016/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Doktor Mengele byłby dumny”.
    Ks. Bortkiewicz o współczesnym eutanazizmie

    (fot. GSZ/PCh24)

    ***

     Życie naznaczone cierpieniem, według „zachodnich” określeń – bezużytecznym, staje się nieopłacalne. Zamiast cierpiącym ludziom pomóc – lepiej ich wyeliminować. Tak w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz komentuje uduszenie poduszką 36-latki, której nie udało się zabić „eutanazją”. 

    PCh24.pl: W Belgii przeprowadzano tzw. eutanazję 36-letniej kobiety. Miała raka. Została ostatecznie uduszona przy pomocy poduszki. Kobiecie podano zbyt małą ilość środków mających legalnie i w majestacie państwa belgijskiego zakończyć jej życie… Powiem szczerze: nawet nie wiem, co powiedzieć… Lekarz i dwie pielęgniarki, którzy tego dokonali twierdzili, że „chcą jej pomóc”…

    Ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr: Cała ta historia pokazuje ogromne zakłamanie tej rzeczywistości, która kryje się pod słowem eutanazja. Samo słowo eutanazja znane jest jako synonim „dobrej śmierci bez cierpienia”, „pomocy w umieraniu”, a czasem „zabójstwa z miłosierdzia”. Te wszystkie eufemizmy w gruncie rzeczy próbują zakryć rzeczywistość, która jest jednoznaczna: eutanazja to zabójstwo człowieka cierpiącego albo pomoc w samobójstwie. Każde z tych pojęć zawiera w sobie w rzeczywistości akt bezradności wobec tajemnicy ludzkiego cierpienia. Bezradności, która wyraża się ostatecznie w akcie agresji. W pewnym sensie dobrze, że ten tragiczny i wstrząsający wypadek został ujawniony światu, bo on pokazuje najdobitniej, że żadne słowa nie są w stanie zakryć rzeczywistości, która kryje się za eutanazją. To jest zabójstwo człowieka cierpiącego czasem wbrew jego woli. To jest okazanie pogardy dla wartości ludzkiego cierpienia. To jest po prostu akt agresji.

    Eutanazja 36-letniej kobiety, o której rozmawiamy nie udała się, pacjentka przeżyła. Wiem jak tragicznie i mrocznie to brzmi…

    Pacjent przeżył, ale lekarz i pielęgniarki uznali, że tak być nie może, więc dopełnili „zabieg” eutanazji poprzez prymitywne morderstwo, które w niczym nie ustępuje mordom, za które ludzie są skazywani na dożywocie czy w niektórych wypadkach na karę śmierci.

    Lekarz i pielęgniarki prawdopodobnie będą mieli postawione zarzuty prokuratorskie za uduszenie kobiety poduszką. Gdyby zastrzyk zadziałał, to nie byłoby sprawy…

    To pokazuje ogromny stan hipokryzji i zepsucia współczesnego świata, współczesnej kultury prawnej, kultury medycznej i etyki medycznej, która przestaje być etyką. To pokazuje ogromny cynizm i jakieś chore wyrachowanie, które opanowało sumienia, umysły i dusze wielu ludzi.

    Zabójstwo dokonane w białych rękawiczkach jest „działaniem medycznym”, a zabójstwo w tej samej sprawie dokonane bez białych rękawiczek okazuje się być przestępstwem. Otóż nie! Jest to to samo zabójstwo, ten sam akt zabicia człowieka. Różni się tylko technika.

    Jeżeli technika staje się kryterium oceny etycznej, to po prostu wpadamy w straszliwą pułapkę barbarzyństwa. Właśnie dlatego Kościół katolicki od zarania swojej nauki moralnej przypomina, że są czyny wewnętrznie złe, które nie mogą podlegać żadnemu usprawiedliwieniu. Niezależnie od okoliczności, niezależnie od sposobu dokonania tego czynu, zawsze pozostaje on złem. Takim czynem jest m. in. eutanazja.

    Nie wszyscy są gotowi na cierpienie. Dlaczego jednak na Zachodzie tak wiele osób decyduje się na eutanazję, żeby tylko uniknąć cierpienia? Jak to się stało, że śmierć jest postrzegana jako jedyny ratunek przed cierpieniem?

    Nie każdy jest gotowy na cierpienie – to oczywisty fakt, i dlatego jako społeczeństwo powinniśmy służyć pomocą przynosząc ulgę i wsparcie w cierpieniu na ile to jest możliwe przede wszystkim poprzez żywą obecność.

    Proste pytanie, jakie często odnosimy do krajów, gdzie eutanazja jest legalna i coraz bardziej poszerza swoje zakresy: ile hospicjów, ile domów opieki paliatywnej znajduje się w tych krajach? To jest pytanie retoryczne, które otwiera się na zbiór pusty, ponieważ okazuje się, że takich form opieki w takich krajach praktycznie się nie praktykuje.

    Myślę, że wiąże się to z dwiema kwestiami: z jednej strony rzeczywiście mamy do czynienia z brakiem zrozumienia wartości cierpienia, które jest wartością bardzo trudną i oczywiście nikt z nas sobie tego na ogół nie życzy. Musimy jednak pamiętać, że cierpienia nie unikniemy. Cierpienie jest wkomponowane w nasze życie. Jest tylko pytanie o stopień tego cierpienia i o sposób uczynienia z cierpienia minimalnej wartości, jeśli oczywiście jest to możliwe.

    Z drugiej strony dyskusja, która toczy się w tej sprawie, pokazuje, że współczesny świat przelicza ludzkie życie w kategoriach jakości życia. To jest też element, na który koniecznie trzeba zwracać uwagę przy dyskusjach aborcyjnych i eutanazyjnych, bo po prostu wartość ludzkiego życia została zamieniona na jakość życia.

    Życie, które jest naznaczone cierpieniem – na Zachodzie często dodają do słowa cierpienie określenie „bezużyteczne” – brakiem produktywności, a więc nieużytecznością jest według współczesnego świata odarte z jakości i takie życie jest po prostu nieopłacalne, dlatego zamiast towarzyszyć takiemu życiu to życie się eliminuje.

    Dzisiaj można odnieść wrażanie, że wartością jest… samobójstwo. Raz, żeby nie cierpieć. Dwa, żeby nie obciążać służby zdrowia. Trzy, żeby chronić klimat. Można wymieniać i wymieniać. Współczesny świat nakręca nas, żebyśmy jak najszybciej umarli, jak tylko przestaniemy konsumować…

    Tak. Przestajemy konsumować i z miejsca przestajemy być użyteczni.

    Samobójstwo dodatkowo ma jeszcze w sobie bardzo nośny dzisiaj ładunek rzekomej decyzyjności, rzekomego samostanowienia. Tutaj też kryje się „atrakcyjność”, że wmawia się nam, że decydujemy sami o sobie, że to jest wręcz modelowo „wolna decyzja”, że „odchodzimy na własnych warunkach”. Nikt jednak nie podnosi, że „odchodzenie na własnych warunkach” dokonuje się w szczelinie naszych możliwości, która jest zawężona bardzo mocno przez cierpienia, brak zdolności wartościowania, brak zdolności myślenia. To jest po prostu sprowadzenie człowieka do istoty tak dogłębnie zniszczonej cierpieniem, że wręcz zdeterminowanej do samobójstwa.

    To rzekome „odchodzenie na własnych warunkach” jest w gruncie rzeczy aktem ucieczki przed cierpieniem, przed bólem, przy braku ludzkiej pomocy. To jest śmierć straszliwie niegodna człowieka i straszliwie urągająca godności osoby ludzkiej.

    Kto ma większy grzech: osoba, która decyduje się na eutanazję, ponieważ sama z różnych względów boi się popełnić samobójstwo, czy też osoba, która dokonuje „zabiegu” eutanazji?

    Bardzo wahałbym się w dokonywaniu definitywnych pomiarów wagi tego grzechu. Myślę jednak, że osoba, która jest zdeterminowana bólem dokonuje swojej decyzji przy ograniczonej świadomości i ograniczonej wolności. Często jest ona tak mocno poddana presji bólu, samotności…

    Tylko, że np. w krajach Beneluksu nie trzeba cierpieć, żeby zdecydować się na eutanazję. Niedawno ogłoszono tam, że przesłanką do eutanazji jest… autyzm.

    Pozwoli Pan, że wrócę do próby zmierzenia wagi grzechu. Chcę powiedzieć tylko tyle, że osoba, która sama decyduje się na eutanazję bardzo często podejmuje tę próbę na pewno pod wpływem różnych czynników ograniczających jej świadomość i wolność. Nie mówię, że zwalnia ją to z odpowiedzialności, ale w jakiś sposób może tę odpowiedzialność pomniejszać. MOŻE, ale nie musi.

    Z kolei ci, którzy decydują się na wykonanie „zabiegu” nie są niczym zdeterminowani. To są ludzie, którzy po prostu wykonują wyrok śmierci, który bardzo często wcześniej sami wydali i dlatego ich odpowiedzialność w moim przekonaniu jest zdecydowanie większa.

    To, że powody eutanazji są coraz bardziej rozszerzane, to wstrząsający fakt. To jest sytuacja, która pokazuje, jak bardzo ludzkie życie przestaje być w cenie i jednocześnie jak bardzo na różne sposoby i różnymi metodami dąży się do depopulacji, do wyrugowania ze społeczeństwa ludzi nieproduktywnych i nieużytecznych, bo zarówno dziecko dotknięte autyzmem, jak i człowiek żyjący w stanie jakiejś demencji czy upośledzony – to są ludzie, którzy według współczesnych trendów absorbują koszty obsługi zdrowotnej, są nieproduktywne i nie konsumują, więc są nikomu niepotrzebni i powinny zniknąć.

    To jest straszliwa eugenika, która szerzy się w naszej współczesności w sposób nie mniej, a nawet bardziej drastyczny niż w okresie swojego rozkwitu w czasie II Wojny Światowej.

    Skąd ta determinacja u lekarzy i pielęgniarek do zabijania? Znane są przypadki, kiedy pacjent przed podaniem śmiertelnego zastrzyku prosi, aby tego nie robić, bo zmienił zdanie. Oni jednak wstrzykiwali mu truciznę, a potem tłumaczyli, że przed samym „zabiegiem” zawsze jest panika – teraz pacjent powie „nie”, a za tydzień wróci, więc po co odkładać to na później…

    Dotykamy tutaj tematu jakiejś ogromnej dewastacji, erozji etyki lekarskiej i godności zawodu lekarza. Oczywiście nie rozciągam tego na wszystkich lekarzy i całą profesję, bo mówimy tutaj o konkretnych przypadkach.

    Co jest tego powodem? Przede wszystkim źle uformowane sumienia, które poddają się presji kultury utylitarnej. Brak rzetelnej etyki w czasie studiów medycznych. Nie chcę tutaj posługiwać się nazwiskami, więc przywołam sytuację sprzed kilku lat z Akademii Medycznej w Warszawie, gdzie wykłady z etyki prowadzili czołowi polscy utylitaryści – zwolennicy eutanazji, aborcji i eugeniki.

    Przyczyn jest jeszcze więcej, ale zawsze koncentrują się one w ludzkim sumieniu. Jeśli to sumienie nie jest dobrze uformowane, to zawsze znajdą się ludzie, którzy będą tłumaczyć, że wykonali orzeczenie, wykonali decyzję pacjenta i nie jest dla nich ważne, że pacjent może doświadczyć chwilowej ulgi i wycofać się z decyzji o śmierci.

    Na koniec chciałem zapytać o biznes, jakim jest śmierć. W Danii działa krematorium, które zapewnia ogrzewa lokalnym mieszkańcom. W Holandii krematoria chwalą się, ile to pieniędzy zarobiły na sprzedaży złotych zębów, platynowych bioder i innych metalowych części, które nie spłonęły w piecu razem z ludzkimi zwłokami. Inny przykład: eutanazja to dobry sposób do promocji handlu organami. Cierpiąca osoba i tak umrze, więc nie można dopuścić, żeby organy się zmarnowały. Doktor Mengele byłby dumny…

    Oczywiście, że byłby dumny. Kiedy przypominam sobie fakty, które Pan przywołał, to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to medycyna z Auschwitz. To jest dokładnie ten sam sposób myślenia niezależnie od różnic technologicznych. To jest sposób dokładnie ten sam sposób myślenia o utylizacji człowieka i jego zwłok.

    To właśnie pokazuje jednoznacznie do jakiego poziomu dzisiaj schodzimy odrzucając prawdę o godności człowieka jako istoty stworzonej przez Boga, o powołaniu człowieka do życia wiecznego oraz o godności ludzkiego ciała.

    Godność to chyba słowo dzisiaj zakazane…

    Ono jest używane, ale w innym znaczeniu.

    Godnością jest dzisiaj zezwolenie kobiecie na zabójstwo człowieka w swoim łonie. Godnością jest dzisiaj śmierć poprzez podanie śmiertelnego zastrzyku, ale nie jest nią uduszenie poduszką. Św. Maksymilian Maria Kolbe zmarł więc godnie, a tę godną śmierci zorganizowali mu Niemcy…

    No właśnie. Słowu godność nadaje się wartość ustanowioną. To człowiek ma orzekać, co jest godnym życiem, a co nie. Który człowiek zasługuje na życie, a który nie. To jest zupełne odwrócenie porządku rzeczywistości. Niestety, ale w świecie odrzucającym prawdę o Panu Bogu – Stwórcy i Zbawcy takie pojęcia jak godność absolutnie nie trafiają do współczesnej mentalności…

    Bóg zapłać za rozmowę

    Tomasz D. Kolanek/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________

    "Człowiek wierzący bez Boga i Chrystusa nie zrozumie samego siebie"

    fresk w Kaplicy SykstyńskiejPIXABAY

    ***

    Czy katolik powinien głosować na ugrupowania opowiadające się za rozszerzeniem dostępu do aborcji? Na to pytanie odpowiedział w 2021 roku na łamach „Teologii Politycznej Co Tydzień” ks. prof. Robert Skrzypczak.

    – „Nauczanie Kościoła dotyczące aborcji, jak i prawa naturalnego jest niezmienne. Obowiązuje dziś tak samo, jak i w poprzednich epokach. Toteż katolicy mają obowiązek wykluczyć ze swych szeregów takich kandydatów do objęcia ważnych funkcji społecznych, którzy by otwarcie wypowiadali się przeciwko ochronie ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Kościół ma wręcz obowiązek uważać za ekskomunikowanych w trybie latae sententiae tych katolickich działaczy publicznych, którzy by otwarcie sprzeciwiali się doktrynie swego Kościoła, stając się na przykład propagatorami wyborczych idei czy zapowiedzi przychylnych planom liberalizacji prawa do przerywania ciąży w jakiejkolwiek postaci”

    – wyjaśnił teolog.

    – „Właśnie w celu dostarczenia możliwie jak najlepszego wsparcia katolikom zaangażowanym w politykę, zmuszonym do działania w trudnych i niejednokrotnie delikatnych okolicznościach, Kongregacja Nauki Wiary wydała w 2003 roku specjalną Notę doktrynalną, przywołującą wskazania zawarte w encyklice Evangelium vitae n. 73 Jana Pawła II, która wzięła pod uwagę różne sytuacje, w jakich mogą się znaleźć katoliccy politycy, dopasowując do nich konkretne sugestie działania. Można się z niej dowiedzieć na przykład, że jeśli nie da się przeciwstawić niesprawiedliwemu prawu, uzasadnione jest wspieranie inicjatyw parlamentarnych, które usiłowałyby ograniczyć zakres dopuszczonych prawem regulacji, pod warunkiem jednakże, iż ów katolicki parlamentarzysta ujawni publicznie swe przekonania i do nich dostosuje własne osobiste wybory. Jeśli natomiast ktoś sprzyja liberalizowaniu niegodziwych przepisów, czy też przyczynia się do wprowadzenia prawa godzącego w obronę życia tam, gdzie takie przepisy dotąd nie obowiązywały, bądź dopuszcza zapisy etycznie wątpliwe pod pretekstem poszanowania pluralizmu w społeczeństwie, wyrzeka się powinności względem własnego sumienia i zrywa jedność z Kościołem”

    – dodał.

    kak/PAP, Teologia Polityczna

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II jasno i wprost o zbrodni aborcji

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    Św. Jan Paweł II jasno i wprost o zbrodni aborcji

    Jan Paweł II o aborcji mówił jasno i wyraźnie. Encyklika Evangelium Vitae była niezwykle ważnym dziełem napisanym przez Świętego Jana Pawła II, które stawało w obronie godności osoby ludzkiej w obliczu agresywnych lewicowych i postmodernistycznych ideologii. Przypominamy początek tej encykliki, w którym Jan Paweł II dał krótką i jednoznaczną odpowiedź na pytanie o to, jakie zbrodnie względem życia ludzkiego są niedopuszczalne.

    1. EWANGELIA ŻYCIA znajduje się w samym sercu orędzia Jezusa Chrystusa. Kościół każdego dnia przyjmuje ją z miłością, aby wiernie i odważnie głosić ją jako dobrą nowinę ludziom wszystkich epok i kultur.

    Gdy zajaśniała jutrzenka zbawienia, wieść o narodzinach Dziecka została ogłoszona jako radosna nowina: „Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan” (Łk 2, 10-11). Źródłem tej „wielkiej radości” jest oczywiście przyjście na świat Zbawiciela; ale Boże Narodzenie objawiło również głęboki sens każdych ludzkich narodzin i ukazuje, że radość mesjańska jest fundamentem i wypełnieniem tej radości, jaką przynosi każde dziecko przychodzące na świat (por. J 16, 21).

    Jezus, przedstawiając istotę swojej odkupieńczej misji, mówi: „Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości” (J 10, 10). Ma tu w rzeczywistości na myśli owo życie „nowe” i „wieczne”, polegające na komunii z Ojcem, do której każdy człowiek zostaje bez żadnych zasług powołany w Synu za sprawą Ducha Uświęciciela. Ale właśnie w świetle takiego „życia” nabierają pełnego znaczenia wszystkie aspekty i momenty życia człowieka.

    Nieporównywalna wartość ludzkiej osoby

    2. Człowiek jest powołany do pełni życia, która przekracza znacznie wymiary jego ziemskiego bytowania, ponieważ polega na uczestnictwie w życiu samego Boga.

    Wzniosłość tego nadprzyrodzonego powołania ukazuje wielkość i ogromną wartość ludzkiego życia także w jego fazie doczesnej. Życie w czasie jest bowiem podstawowym warunkiem, początkowym etapem i integralną częścią całego i niepodzielnego procesu ludzkiej egzystencji. Proces ten — nieoczekiwanie i bez żadnej zasługi człowieka — zostaje opromieniony obietnicą i odnowiony przez dar życia Bożego, które urzeczywistni się w pełni w wieczności (por. 1 J 3, 1-2). Równocześnie to nadprzyrodzone powołanie uwydatnia względność ziemskiego życia mężczyzny i kobiety. Nie jest ono jednak rzeczywistością „ostateczną”, ale „przedostateczną”; jest więc rzeczywistością, świętą, która zostaje nam powierzona, abyśmy jej strzegli z poczuciem odpowiedzialności i doskonalili ją przez miłość i dar z siebie ofiarowany Bogu i braciom.

    Kościół jest świadom, że Ewangelia życia, przekazana mu przez Chrystusa, wzbudza żywy i poważny odzew w sercu każdego człowieka, tak wierzącego jak i niewierzącego, ponieważ przerastając nieskończenie jego oczekiwania, zarazem w zadziwiający sposób współbrzmi z nimi. Mimo wszelkich trudności i niepewności każdy człowiek szczerze otwarty na prawdę i dobro może dzięki światłu rozumu i pod wpływem tajemniczego działania łaski rozpoznać w prawie naturalnym wypisanym w sercu (por. Rz 2, 14-15) świętość ludzkiego życia od poczęcia aż do kresu oraz dojść do przekonania, że każda ludzka istota ma prawo oczekiwać absolutnego poszanowania tego swojego podstawowego dobra. Uznanie tego prawa stanowi fundament współżycia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej.

    Obrońcami i rzecznikami tego prawa powinni być w sposób szczególny wierzący w Chrystusa, świadomi wspaniałej prawdy przypomnianej przez Sobór Watykański II: „Syn Boży przez wcielenie swoje zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem”. W tym zbawczym wydarzeniu objawia się bowiem ludzkości nie tylko bezgraniczna miłość Boga, który „tak (…) umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J 3, 16), ale także nieporównywalna wartość każdej osoby.

    Kościół zaś, rozważając wnikliwie tajemnicę Odkupienia, uświadamia sobie tę wartość zawsze z tym samym zdumieniem i czuje się powołany, by głosić ludziom wszystkich czasów tę „ewangelię” — źródło niezłomnej nadziei i prawdziwej radości dla każdej epoki dziejów. Ewangelia miłości Boga do człowieka, Ewangelia godności osoby i Ewangelia życia stanowią jedną i niepodzielną Ewangelię.

    To dlatego właśnie człowiek, człowiek żyjący, stanowi pierwszą i podstawową drogę Kościoła

    Nowe zagrożenia życia ludzkiego

    3. Każdy człowiek właśnie ze względu na tajemnicę Słowa Bożego, które stało się ciałem (por. J 1, 14) zostaje powierzony macierzyńskiej trosce Kościoła. Dlatego też każde zagrożenie godności i życia człowieka głęboko wstrząsa samym sercem Kościoła, dotyka samej istoty jego wiary w odkupieńcze wcielenie Syna Bożego i przynagla Kościół, by pełnił swą misję głoszenia Ewangelii życia całemu światu i wszelkiemu stworzeniu (por. Mk 16, 15).

    Głoszenie to staje się szczególnie naglące dzisiaj, gdy lęk budzą coraz liczniejsze i poważniejsze zagrożenia życia ludzi i narodów, zwłaszcza życia słabego i bezbronnego. Obok dawnych, dotkliwych plag, takich jak nędza, głód, choroby endemiczne, przemoc i wojny, pojawiają się dziś plagi nowe, przybierające nieznane dotąd formy i niepokojące rozmiary.

    Już Sobór Watykański II w jednej z wypowiedzi, która do dziś zachowała swą dramatyczną aktualność, potępił stanowczo liczne zbrodnie i zamachy wymierzone przeciw życiu ludzkiemu. Przypominając po trzydziestu latach słowa Soboru, raz jeszcze i równie stanowczo potępiam w imieniu całego Kościoła te przestępstwa, w przekonaniu, że wyrażam w ten sposób autentyczne odczucia każdego prawego sumienia: „Wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, próby wywierania przymusu psychicznego; wszystko, co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą; a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby: wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażając cywilizację ludzką bardziej hańbią tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy, i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy”

    4. Niestety, te niepokojące zjawiska bynajmniej nie zanikają, przeciwnie, ich zasięg staje się raczej coraz szerszy: nowe perspektywy otwarte przez postęp nauki i techniki dają początek nowym formom zamachów na godność ludzkiej istoty, jednocześnie zaś kształtuje się i utrwala nowa sytuacja kulturowa, w której przestępstwa przeciw życiu zyskują aspekt dotąd nieznany i — rzec można — jeszcze bardziej niegodziwy, wzbudzając głęboki niepokój; znaczna część opinii publicznej usprawiedliwia przestępstwa przeciw życiu w imię prawa do indywidualnej wolności i wychodząc z tej przesłanki domaga się nie tylko ich niekaralności, ale wręcz aprobaty państwa dla nich, aby móc ich dokonywać z całkowitą swobodą, a nawet korzystając z bezpłatnej pomocy służby zdrowia.

    Wszystko to prowadzi do głębokich przemian w sposobie patrzenia na życie i na relacje między ludźmi. Fakt, że prawodawstwo wielu państw, oddalając się nawet od fundamentalnych zasad swych konstytucji, nie tylko nie karze tego rodzaju praktyk wymierzonych przeciw życiu, ale wręcz uznaje je za całkowicie legalne, jest niepokojącym przejawem, a zarazem jedną z istotnych przyczyn poważnego kryzysu moralnego: czyny jednomyślnie uważane niegdyś za przestępcze i w powszechnym odczuciu moralnym niedopuszczalne, zyskują stopniowo społeczną aprobatę. Nawet medycyna, która z tytułu swego powołania ma służyć obronie życia ludzkiego i opiece nad nim, w niektórych dziedzinach staje się coraz częściej narzędziem czynów wymierzonych przeciw człowiekowi i tym samym zniekształca swoje oblicze, zaprzecza samej sobie i uwłacza godności tych, którzy ją uprawiają. W takim kontekście kulturowym i prawnym również poważne problemy demograficzne, społeczne i rodzinne, nękające wiele narodów świata i domagające się odpowiedzialnej i czynnej reakcji ze strony społeczności narodowych i międzynarodowych, stają się przedmiotem rozwiązań fałszywych i złudnych, sprzecznych z prawdą oraz z dobrem osób i narodów.

    Prowadzi to do dramatycznych konsekwencji: choć samo zjawisko eliminacji wielu ludzkich istot poczętych lub bliskich już kresu życia jest niezwykle groźne i niepokojące, równie groźny i niepokojący jest fakt, że nawet ludzkie sumienie zostaje jak gdyby zaćmione przez oddziaływanie wielorakich uwarunkowań i z coraz większym trudem dostrzega różnicę między dobrem a złem w sprawach dotyczących fundamentalnej wartości ludzkiego życia.

    Jan Paweł II, Evangelium Vitae

    _______________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II przepowiedział zwycięstwo Polski

    fot. Screenshot – YouTube

    Św. Jan Paweł II przepowiedział zwycięstwo Polski

    Jeśli jakieś przemówienie było jednym z najważniejszych w historii, wówczas samo staje się historią, jest wpisywane w historyczny ciąg dziejów, wpisuje się w mitologię narodu i samo staje się wydarzeniem. W polskiej opowieści o historii takim przemówieniem jest homilia papieża z 2 czerwca 1979 roku – uważa dr hab. Jacek Wasilewski.

    I trzeba dodać, że przemówienie Papieża z 2 czerwca 1979 roku staje się aktualne w dzisiejszych, polskich czasach. Mamy dziś do czynienia z upadkiem starej, nomenklaturowej oligarchii, która przez lata drenowała Polskę pod rządami PO-PSL. Dziś następuje powolne budzenie się Polaków.

    Poniżej publikujemy całe przemówienie św. Jana Pawła II. Zachęcamy do namysłu nad treścią.

    ***

    Homilia w czasie Mszy Św. odprawionej na Placu Zwycięstwa

    Warszawa, 2 czerwca 1979

    Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    Umiłowani Rodacy,
    Drodzy Bracia i Siostry,
    Uczestnicy eucharystycznej Ofiary, która sprawuje się dziś w Warszawie na placu Zwycięstwa,

    1. Razem z wami pragnę wyśpiewać pieśń dziękczynienia dla Opatrzności, która pozwala mi dziś jako pielgrzymowi stanąć na tym miejscu.

    Pragnął – wiemy, że bardzo gorąco pragnął – stanąć na ziemi polskiej, przede wszystkim na Jasnej Górze, zmarły niedawno papież Paweł VI. Pierwszy po wielu stuleciach papież-pielgrzym. Do końca życia nosił to pragnienie w swoim sercu i z nim zszedł do grobu. I oto czujemy, że pragnienie to było tak potężne i tak głęboko uzasadnione, że przerosło ramy jednego pontyfikatu i – w sposób po ludzku trudny do przewidzenia – realizuje się dzisiaj. Dziękujemy więc Bożej Opatrzności za to, że dała Pawłowi VI tak potężne pragnienie. Dziękujemy za cały ten styl papieża-pielgrzyma, jaki zapoczątkował wraz z Soborem Watykańskim II. Gdy bowiem Kościół cały uświadomił sobie na nowo, iż jest Ludem Bożym – Ludem, który uczestniczy w posłannictwie Chrystusa, Ludem, który z tym posłannictwem idzie przez dzieje, który “pielgrzymuje”, papież nie mógł dłużej pozostać “więźniem Watykanu”. Musiał stać się na nowo Piotrem pielgrzymującym, tak jak ten pierwszy, który z Jerozolimy przywędrował poprzez Antiochię do Rzymu, aby tam dać świadectwo Chrystusowi i przypieczętować je swoją krwią.

    Dzisiaj dane mi jest wypełnić to pragnienie zmarłego papieża Pawła VI wśród was, umiłowani synowie i córki mojej Ojczyzny. Kiedy bowiem – z niezbadanych wyroków Bożej Opatrzności po śmierci Pawła VI i po kilkutygodniowym zaledwie pontyfikacie mojego bezpośredniego poprzednika Jana Pawła I – zostałem głosami kardynałów wezwany ze stolicy św. Stanisława w Krakowie na stolicę św. Piotra w Rzymie, zrozumiałem natychmiast, że moim szczególnym zadaniem jest spełnienie tego pragnienia, którego Paweł VI nie mógł dopełnić na milenium chrztu Polski.

    Jako więc wasz rodak, syn polskiej ziemi, a zarazem jako papież-pielgrzym witam was wszystkich! Witam najdostojniejszego Prymasa Polski. Witam wszystkich obecnych tutaj arcybiskupów, biskupów, pasterzy Kościoła w naszej Ojczyźnie. Pozwólcie, że pośród naszych gości powitam w sposób szczególny kardynała-arcybiskupa Santo Domingo. To tam wypadało mi skierować pierwsze kroki papieskiego pielgrzymowania w miesiącu styczniu. Tam po raz pierwszy ucałowałem ziemię, na której stanęła kiedyś stopa Krzysztofa Kolumba, po której przeszły stopy tylu głosicieli Ewangelii, a wśród nich także i naszych rodaków i polskich żołnierzy. Dzisiaj, wspólnie z wami, tego świadka mojej pierwszej papieskiej podróży witam w Warszawie.

    Czyż moja pielgrzymka do Ojczyzny w roku, w którym Kościół w Polsce obchodzi dziewięćsetną rocznicę śmierci św. Stanisława, nie jest zarazem jakimś szczególnym znakiem naszego polskiego pielgrzymowania poprzez dzieje Kościoła – nie tylko po szlakach naszej Ojczyzny, ale zarazem Europy i świata? Odsuwam tutaj na bok moją własną osobę – niemniej muszę wraz z wami wszystkimi stawiać sobie pytanie o motyw, dla którego właśnie w roku 1978 (po tylu stuleciach ustalonej w tej dziedzinie tradycji) został na rzymską stolicę św. Piotra wezwany syn polskiego narodu, polskiej ziemi. Od Piotra, jak i od wszystkich apostołów Chrystus żądał, aby byli Jego “świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi” (Dz 1,8).

    Czyż przeto nawiązując do tych Chrystusowych słów, nie wolno nam wnosić zarazem, że Polska stała się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa? Że właśnie stąd – z Warszawy, a także z Gniezna, z Jasnej Góry, z Krakowa, z całego tego historycznego szlaku, który tyle razy nawiedzałem w swoim życiu i który w tych dniach znów będę miał szczęście nawiedzić, że właśnie stąd ze szczególną pokorą, ale i ze szczególnym przekonaniem trzeba głosić Chrystusa? Że właśnie tu, na tej ziemi, na tym szlaku, trzeba stanąć, aby odczytać świadectwo Jego Krzyża i Jego Zmartwychwstania? Ale, umiłowani rodacy – jeśli przyjąć to wszystko, co w tej chwili ośmieliłem się wypowiedzieć – jakżeż ogromne z tego rodzą się zadania i zobowiązania! Czy do nich naprawdę dorastamy?

    2. Dane mi jest dzisiaj, na pierwszym etapie mojej papieskiej pielgrzymki do Polski, sprawować Najświętszą Ofiarę w Warszawie, na placu Zwycięstwa. Liturgia sobotniego wieczoru, w przeddzień Zesłania Ducha Świętego przenosi nas do wieczernika w Jerozolimie, w którym nazajutrz apostołowie – zgromadzeni wokół Maryi, Matki Chrystusa – mają otrzymać Ducha Świętego. Otrzymają Ducha, którego Chrystus im wyjednał przez krzyż, aby w mocy tego Ducha mogli wypełnić Jego polecenie. “Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28,19-20). W takich słowach Chrystus Pan przed swym odejściem ze świata przekazał apostołom swe ostatnie polecenie, swój “mandat misyjny”. I dodał: “A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20).

    Dobrze się stało, że moja pielgrzymka do Polski, związana z dziewięćsetną rocznicą męczeńskiej śmierci św. Stanisława, wypadła w okresie Zesłania Ducha Świętego oraz uroczystości Trójcy Przenajświętszej. W taki bowiem sposób mogę, dopełniając jakby pośmiertnie pragnienia Pawła VI, przeżyć raz jeszcze tysiąclecie chrztu na ziemi polskiej i wpisać tegoroczny Stanisławowy jubileusz w to tysiąclecie, z którego wzięły początek całe dzieje narodu i Kościoła. Właśnie uroczystość Zesłania Ducha Świętego oraz Trójcy Przenajświętszej szczególnie nas przybliża do tego początku. W apostołach, którzy otrzymują Ducha Świętego w dzień Zielonych Świąt, są już niejako duchowo obecni wszyscy ich następcy, wszyscy biskupi, również ci, którym od tysiąca lat wypadło głosić Ewangelię na ziemi polskiej. Również ten Stanisław ze Szczepanowa, który swoje posłannictwo na stolicy krakowskiej okupił krwią przed dziewięcioma wiekami.

    I są w tych apostołach i wokół nich – w dniu Zesłania Ducha Świętego – zgromadzeni nie tylko przedstawiciele tych ludów i języków, które wymienia księga Dziejów Apostolskich. Są wokół nich już wówczas zgromadzone różne ludy i narody, które przyjdą do Kościoła poprzez światło Ewangelii i moc Ducha Świętego w różnych epokach, w różnych stuleciach. Dzień Zielonych Świąt jest dniem narodzin wiary i Kościoła również na naszej polskiej ziemi. Jest to początek przepowiadania wielkich spraw Bożych również w naszym polskim języku. Jest to początek chrześcijaństwa również w życiu naszego narodu: w jego dziejach, w jego kulturze, w jego doświadczeniach.

    3. Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa.

    I dlatego Chrystusa nie można wyłączać z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu ziemi. Nie można też bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski – przede wszystkim jako dziejów ludzi, którzy przeszli i przechodzą przez tę ziemię. Dzieje ludzi! Dzieje narodu są przede wszystkim dziejami ludzi. A dzieje każdego człowieka toczą się w Jezusie Chrystusie. W Nim stają się dziejami zbawienia.

    Dzieje narodu zasługują na właściwą ocenę wedle tego, co wniósł on w rozwój człowieka i człowieczeństwa, w jego świadomość, serce, sumienie. To jest najgłębszy nurt kultury. To jej najmocniejszy zrąb. To jej rdzeń i siła. Otóż tego, co naród polski wniósł w rozwój człowieka i człowieczeństwa, co w ten rozwój również dzisiaj wnosi, nie sposób zrozumieć i ocenić bez Chrystusa. “Ten stary dąb tak urósł, a wiatr go żaden nie obalił, bo korzeń jego jest Chrystus” (Piotr Skarga, Kazania sejmowe). Trzeba iść po śladach tego, czym – a raczej kim – na przestrzeni pokoleń był Chrystus dla synów i córek tej ziemi. I to nie tylko dla tych, którzy jawnie weń wierzyli, którzy Go wyznawali wiarą Kościoła. Ale także i dla tych, pozornie stojących opodal, poza Kościołem. Dla tych wątpiących, dla tych sprzeciwiających się.

    3. Jeśli jest rzeczą słuszną, aby dzieje narodu rozumieć poprzez każdego człowieka w tym narodzie – to równocześnie nie sposób zrozumieć człowieka inaczej jak w tej wspólnocie, którą jest jego naród. Wiadomo, że nie jest to wspólnota jedyna. Jest to jednakże wspólnota szczególna, najbliżej chyba związana z rodziną, najważniejsza dla dziejów duchowych człowieka. Otóż nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas – bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną – bez Chrystusa. Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu. Nie sposób zrozumieć dziejów Polski od Stanisława na Skałce do Maksymiliana Kolbe w Oświęcimiu, jeśli się nie przyłoży do nich tego jeszcze jednego i tego podstawowego kryterium, któremu na imię Jezus Chrystus.

    Tysiąclecie chrztu Polski, którego szczególnie dojrzałym owocem jest św. Stanisław – tysiąclecie Chrystusa w naszym wczoraj i dzisiaj – jest głównym motywem mojej pielgrzymki, mojej dziękczynnej modlitwy wspólnie z wami wszystkimi, drodzy rodacy, których Jezus Chrystus nie przestaje uczyć wielkiej sprawy człowieka. Z wami, dla których Chrystus nie przestaje być wciąż otwartą księgą nauki o człowieku, o jego godności i jego prawach. A zarazem nauki o godności i prawach narodu.

    Księże Prymasie! Pragnę tę Najświętszą Ofiarę wspólnie z braćmi biskupami i kapłanami złożyć we wszystkich intencjach, które Wasza Eminencja wymienił na początku.

    W dniu dzisiejszym na tym placu Zwycięstwa w stolicy Polski proszę wielką modlitwą Eucharystii wspólnie z wami, aby Chrystus nie przestał być dla nas otwartą księgą życia na przyszłość. Na nasze polskie jutro.

    4. Stoimy tutaj w pobliżu Grobu Nieznanego Żołnierza. W dziejach Polski – dawnych i współczesnych – grób ten znajduje szczególne pokrycie. Szczególne uzasadnienie. Na ilu to miejscach ziemi ojczystej padał ten żołnierz. Na ilu to miejscach Europy i świata przemawiał swoją śmiercią, że nie może być Europy sprawiedliwej bez Polski niepodległej na jej mapie? Na ilu to polach walk świadczył oprawach człowieka wpisanych głęboko w nienaruszalne prawa narodu, ginąc “za wolność naszą i waszą”? “Gdzie są ich groby, Polsko! Gdzie ich nie ma! Ty wiesz najlepiej – i Bóg wie na niebie!” (Artur Oppman, Pacierz za zmarłych).

    Dzieje Ojczyzny napisane przez Grób jednego Nieznanego Żołnierza.

    Przyklęknąłem przy tym grobie, wspólnie z Księdzem Prymasem, aby oddać cześć każdemu ziarnu, które – padając w ziemię i obumierając w niej – przynosi owoc. Czy to będzie ziarno krwi żołnierskiej przelanej na polu bitwy, czy ofiara męczeńska w obozach i więzieniach. Czy to będzie ziarno ciężkiej, codziennej pracy w pocie czoła na roli, przy warsztacie, w kopalni, w hutach i fabrykach. Czy to będzie ziarno miłości rodzicielskiej, która nie cofa się przed daniem życia nowemu człowiekowi i podejmuje cały trud wychowawczy. Czy to będzie ziarno pracy twórczej w uczelniach, instytutach, bibliotekach, na warsztatach narodowej kultury. Czy to będzie ziarno modlitwy i posługi przy chorych, cierpiących, opuszczonych. Czy to będzie ziarno samego cierpienia na łożach szpitalnych, w klinikach, sanatoriach, po domach: “wszystko, co Polskę stanowi”. Skąd przychodzą te słowa? Księże Prymasie, tak głosi Akt milenijny, złożony przez ciebie i Episkopat Polski na Jasnej Górze: “wszystko, co Polskę stanowi”.

    To wszystko w rękach Bogarodzicy – pod krzyżem na Kalwarii i w wieczerniku Zielonych Świąt.

    To wszystko: dzieje Ojczyzny, tworzone przez każdego jej syna i każdą córkę od tysiąca lat – i w tym pokoleniu, i w przyszłych – choćby to był człowiek bezimienny i nieznany, tak jak ten żołnierz, przy którego grobie stoimy… To wszystko: i dzieje ludów, które żyły wraz z nami i wśród nas, jak choćby ci, których setki tysięcy zginęły w murach warszawskiego getta.

    To wszystko w tej Eucharystii ogarniam myślą i sercem i włączam w tę jedną jedyną Najświętszą Ofiarę Chrystusa na placu Zwycięstwa.

    I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi:

    Niech zstąpi Duch Twój!
    Niech zstąpi Duch Twój!
    I odnowi oblicze ziemi.
    Tej Ziemi! Amen.

    Jan Paweł II

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-747x1024.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Arcybiskup Sheen jest czysty” – najnowsze ustalenia w sprawie odwołanej przed laty beatyfikacji

    (Arcybiskup FULTON J. SHEEN w 1955 roku. Fot. Globe Photos, Inc / Zuma Press / Forum)

    ***

    Można powiedzieć, iż jeszcze żaden proces beatyfikacyjny nie został przeprowadzony tak skrupulatnie jak w przypadku arcybiskupa Fultona Sheena, i to z punktu widzenia prawa zarówno kanonicznego, jak i cywilnego. We wszystkich tych dochodzeniach nie znaleziono niczego, co mogłoby zatrzymać ten proces. Powiedział o tym w niedawnym wywiadzie dla Catholic News Agency ksiądz Jason Grey, przewodniczący Fundacji Fultona Sheena. Wyraził też przekonanie, że działania te potwierdziły heroiczność cnót sługi Bożego. Wyjaśnił ponadto, dlaczego na trzy tygodnie przed wyznaczoną już na grudzień 2019 datą beatyfikacji została ona nagle wstrzymana.

    Według księdza Greya, powodem tego było nowe prawo stanu Nowy Jork. Uchylało ono ograniczenia czasowe w sprawach dotyczących przestępstw seksualnych. W świetle zmienionych przepisów nie było wiadomo, czy nie pojawią się przypadkiem jakieś oskarżenia, o których do tego czasu niczego nie wiedziano. W tej sytuacji Stolica Apostolska postanowiła nie spieszyć się z ostateczną decyzją dotyczącą daty tej beatyfikacji – oświadczył kapłan.

    Duchowny przypomniał następnie, że jego Fundacja otrzymała pewne dokumenty, które mogłyby wzbudzić wątpliwości, czy biskup Fulton Sheen w sposób właściwy reagował na tego rodzaju sprawy w diecezji Rochester (którą kierował w latach 1966-1969). Jednakże po dokładnym przebadaniu tych materiałów i przedstawieniu ich Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych stało się jasne, że działał on zgodnie z prawem. Dlatego też ustalono wówczas datę jego beatyfikacji na 21 grudnia 2019 r. Ale pojawiły się wtedy nowe działania ze strony prokuratury w Nowym Jorku. – W rezultacie postanowiliśmy, że będzie roztropniej zawiesić tę sprawę – stwierdził ks. Grey.

    Beatyfikację arcybiskupa odłożono więc na czas nieokreślony. Aby jednak nie popadła ona w zapomnienie, Fundacja zatrudniła firmę prawniczą w Nowym Jorku, która współpracuje także z innymi diecezjami w tym stanie. – I obecnie, po dokładnym przepadaniu wszystkich związanych z tym tematem spraw, możemy udowodnić, że żadna z nich nie byłaby w stanie „zaszkodzić” arcybiskupowi – zapewnił szef Fundacji. Dodał też, że we wrześniu 2022 grupa wiernych z Peorii (diecezji, w której sługa Boży przyjął święcenia kapłańskie w 1919) udała się do Watykanu, aby przedstawić wyniki tych badań kardynałom: Marcello Semeraro – prefektowi Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych i Pietro Parolinowi – watykańskiemu sekretarzowi stanu.

    – Rzym stwierdził jasno, że nie widzi problemu w tej sprawie. Zastrzeżenia pochodzą jednak ze strony episkopatu amerykańskiego. Czekamy też na ostateczny raport nowojorskiej prokuratury, a ten jeszcze się nie ukazał. Do czasu, aż znikną te różne wątpliwości i prokuratura potwierdzi to, co my już dobrze wiemy i będzie jednomyślność wśród biskupów, musimy poczekać. Mam jednak pewność, że swój cel osiągniemy – stwierdził ks. Jason Gray.

    Peter (Fulton) John Sheen urodził się 8 maja 1895 w El Paso (diecezja Peoria w stanie Illinois) jako najstarszy z czterech synów w średniozamożnej rodzinie rolniczej. Rodzice byli bardzo pobożni i w tym duchu wychowali swoje dzieci, które odznaczały się przy tym dużą inteligencją. Przyszły biskup ukończył studia w St. Paul oraz na uniwersytetach w Waszyngtonie i Lovanium, na którym jako pierwszy Amerykanin uzyskał w 1923 Nagrodę im. Kard. J. Merciera za najlepszą rozprawę filozoficzną. Święcenia kapłańskie przyjął 20 września 1919 w Peorii, po czym pracował duszpastersko w swej rodzimej diecezji i jako wykładowca w Waszyngtonie.

    Szybko zasłynął jako znakomity kaznodzieja, rekolekcjonista, nauczyciel i wychowawca. W latach 1930-1950 wygłaszał wieczorne pogadanki religijne w radiu, a w latach 1952-1957 w telewizji. W szczytowym okresie jego audycji słuchało i oglądało ponad 30 milionów Amerykanów. Pod wpływem jego nauk nawróciło się wiele sławnych osobistości, w tym działacze komunistyczni, agnostycy, aktorzy, np. producent samochodów Henry Ford II czy skrzypek i kompozytor Fritz Kreisler.

    W 1948 na ks. Sheena zwrócił uwagę ówczesny arcybiskup Nowego Jorku kard. Francis Spellman. Na jego wniosek Pius XII mianował 28 maja 1951 (sakra – 11 czerwca) 56-letniego wówczas kapłana biskupem pomocniczym archidiecezji. Wkrótce potem rozpoczął on cykl wspomnianych cotygodniowych programów telewizyjnych pt. Life is Worth Living cieszących się ogromną popularnością. Biskup mówił na żywo na różne tematy. Cykl ten trwał w latach 1951-1957 i 1961-1968.

    21 października 1966 Paweł VI przeniósł go na stolicę biskupią Rochester, którą Sheen kierował prawie 3 lata – do 6 października 1969. Gdy hierarcha na własną prośbę ustąpił z tego urzędu, papież obdarzył go godnością arcybiskupa tytularnego. Mimo przejścia na emeryturę hierarcha był nadal bardzo aktywny, pozostał znakomitym mówcą, którego nauki i kazania przyciągały tłumy. Zachowało się wiele nagrań z jego wystąpień. Napisał 66 książek – z których co najmniej 9 ukazało się też po polsku – i wiele artykułów. Tempa życia nie zwolnił nawet wtedy, gdy okazało się, że jest chory na serce.

    Podczas swej wizyty w Nowym Jorku w październiku 1979 św. Jan Paweł II odwiedził chorego arcybiskupa i nazwał go „wiernym synem Kościoła”. Fulton Sheen zmarł 9 grudnia tegoż roku w swej nowojorskiej kaplicy przed Najświętszym Sakramentem. Ciało złożono w krypcie pod głównym ołtarzem katedry św. Patryka, skąd 27 czerwca 2019, na prośbę jego bratanicy Joan Sheen Cunningham przewieziono je do nowego grobowca w katedrze w Peorii.

    W 2002 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny. 28 czerwca 2012 roku Benedykt XVI zatwierdził dekret o heroiczności cnót arcybiskupa, a 5 lipca 2019 Franciszek podpisał dekret uznający cud za jego wstawiennictwem. Na 21 grudnia 2019 wyznaczono datę jego beatyfikacji, ale 3 tegoż miesiąca biskup Peorii Daniel Jenky ogłosił „z wielkim ubolewaniem, że została ona przełożona na czas nieokreślony na wniosek biskupów”. Tymczasem katolicy amerykańscy nie przestali się modlić o rychłą beatyfikację swego sługi Bożego.

    źródło: KAI

    ___________________________________________________________________________

    Abp Fulton Sheen:

    Trwa apostazja serc!

    Nasz świat jest jak syn marnotrawny

    Arcybiskup Fulton Sheen, jako baczny obserwator rzeczywistości, zwrócił uwagę, że sednem wszystkich kryzysów, targających dzisiejszy świat – jest fakt, że ludzie odrzucili naukę Krzyża. W swojej książce „Krzyż i Kryzys” zawarł proroczą wizję upadku naszej cywilizacji – która niczym syn marnotrawny, porzuci całkowicie dobra Ojca i rzuci się w ramiona otchłani piekieł.  Istnieje jednak droga powrotu. Co jako społeczeństwo musimy zrobić, by na nią wejść?

    „Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko…” Oto słowa z Ewangelii, które są świadectwem, że apostazja serca postępuje stopniowo. Człowiek jeszcze nie traci kontroli nad sobą, gdy wprawdzie folguje przyjemnościom, ale nie jest opętany przez wady i grzechy.

    „Zabranie wszystkiego” zajęło młodzieńcowi kilka dni. Kiedy już wszystko zgromadził, wyruszył do obcego kraju. A naprawdę obcy jest jedynie ten kraj, w którym nie ma Boga. Dysponując bogactwem i ciesząc się dreszczem emocji wywołanym wyswobodzeniem się spod ojcowskiej władzy, młody człowiek początkowo ma wrażenie, że drzwi do wszystkich przyjemności świata stoją przed nim otworem.

    Są to jednak chwilowe rozkosze – przemijające szaleństwa z delirycznego snu marnotrawnego syna. Grzech i związane z nim przyjemności wystarczały tylko do tego, by go kusić, rozpalać wewnętrznie i psuć przez całe życie, ale nigdy do tego, by choćby na jeden dzień dać poczucie zadowolenia. Potrzeba kolejnych doznań nie znikała. Apetyt rósł w miarę jedzenia, ale satysfakcja z kolejnych przyjemności za każdym razem malała. Był jak człowiek, którego apetyt rośnie nieustannie, ale dostępne mu zapasy pożywienia nieustannie się kurczą. Grzech był obietnicą rozkoszy, a przyniósł tylko to, co rzeczywiście miał do zaoferowania: swoją odrażającą obecność.

    SYN MARNOTRAWNY TO ZACHODNIA CYWLIZACJA

    Moralne zastosowanie tej przypowieści jest oczywiste i wynika z samej jej treści. Możliwe jest jednak również poczynienie pewnych odniesień historycznych, w których zostają ukazane duchowe doświadczenia współczesnego świata. Można mianowicie przyjąć, że młodszym synem z przypowieści jest zachodnia cywilizacja. W XVI wieku udała się ona do duchowego ojca chrześcijaństwa, namiestnika Chrystusa, i poprosiła o swój udział w majątku, czyli o drogocenny kapitał mądrości i tradycji zebrany przez piętnaście wieków ciężkich doświadczeń, prześladowań i modlitw. Przez piętnaście stuleci ojciec duchowy przechowywał wspaniały kapitał pozostawiony przez Chrystusa, wzbogacony nauką apostołów, tradycją ojców Kościoła i syntezą scholastyków. Utrzymanie tego dziedzictwa nie zawsze było łatwe. Czasami trzeba było za nie zapłacić krwią, a nawet życiem. Chodziło, rzecz jasna, nie o majątek w złocie i srebrze, lecz o nieskończenie cenniejszy kapitał prawd Bożych, mówiących o natchnionym charakterze Pisma Świętego, o konieczności sakramentalnej komunii z Chrystusem, o potrzebie nieomylnego autorytetu, o boskiej naturze Chrystusa, o obecności Boga oraz o konieczności istnienia religii.

    Cywilizacja zachodnia, podobnie jak młodszy syn, cieszyła się darem wolności, który jest nierozerwalnie związany z człowieczeństwem. Mogła więc opuścić ojczysty dom i tak też zrobiła. Wziąwszy pod pachę dziedzictwo ważnych prawd religijnych, udała się do obcego kraju, gdzie nie musiała słuchać żadnych nakazów i poleceń duchowego ojca, a jedynie własnych kaprysów i zachcianek. W pierwszych chwilach nieskrępowanej swobody mówiono wyłącznie o niezależności. Dzieci cywilizacji zachodniej, które zerwały ze swoim duchowym ojcem, szczyciły się tym, że odrzuciły „łańcuchy Rzymu” i „niewolę dogmatów”. Zachłysnąwszy się poczuciem fałszywej wolności, cywilizacja zachodnia zaczęła wydawać pozostawiony jej w udziale duchowy spadek. W wielkim skrócie można powiedzieć, że historia ostatnich czterech stuleci jest historią trwonienia majątku czy też ojcowizny, którą Chrystus powierzył swojemu Kościołowi. Majątek ten nie stopniał w jednej chwili ani w jednym miejscu, ani też nie został przepuszczony z jedną grupą znajomych. Otrzymany w spadku kapitał szczuplał stulecie po stuleciu. Patrząc z perspektywy czasu, możemy dokładnie określić, kiedy zostały wydane poszczególne jego części. W XVI wieku zachodnia cywilizacja roztrwoniła wiarę w nieodzowność władzy.

    W XVII wieku roztrwoniła wiarę w Pismo Święte jako objawione słowo Boga. W XVIII wieku roztrwoniła wiarę w bóstwo Chrystusa, w konieczność łaski oraz w całą nadprzyrodzoną strukturę. W XIX wieku roztrwoniła wiarę w istnienie Boga jako Pana, Władcy i Ostatecznego Sędziego żywych i umarłych. W naszych czasach wydała ostatnie pieniądze – roztrwoniła wiarę w konieczność istnienia religii i powinność wobec Boga. Naprawdę roztrwoniła swój majątek, żyjąc rozrzutnie.

    Świadectwem duchowego upadku cywilizacji zachodniej są dwa bardzo ważne zjawiska: masowe odejście od Chrystusa i masowe odejście od Boga.

    (fragment pochodzi z książki „Krzyż i Kryzys” abpa Fultona Sheena, Wydawnictwo Esprit)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pamiętaj o wielkiej sile Spowiedzi Świętej.

    Nie daj się zniechęcić! (okiem młodych)

    fot. AdobeStock.com

    ***

    Idziesz do konfesjonału?! Zwariowałeś?! Spowiedź to tylko formalność dla katolików, którzy grzeszą, ale wcale się zmieniają! Jest środkiem kontroli, aby religia utrzymywała władzę nad wiernymi. To przestarzały rytuał rodem z ciemnogrodu! Konfesjonał jest pełen hipokryzji, ludzie udają, że są lepsi, niż naprawdę. Do spowiedzi idą tylko słabe jednostki, dające sobą manipulować. Masz zamiar sprzedawać swoją prywatność jakiemuś facetowi w sukience? – tak oto nowoczesny, “oświecony” świat spogląda na Sakrament Spowiedzi. Czy istnieje uzasadnienie dla, jakże dziś popularnego, czarnego PR-u konfesjonałów? Sprawdźmy, jaka jest prawda.

    Pismo Święte i Tradycja Apostolska uczą, iż jednym z największych przymiotów Boga jest Miłosierdzie. Bóg, który jest Miłością, wzrusza się do głębi widząc nędzę grzesznika, dlatego w Swej dobroci odpuszcza mu grzechy i pociąga go ku Sobie dając mu życie wieczne. Daru zbawienia można doświadczyć właśnie dzięki odpuszczeniu grzechów.

    Kapłańska władza “kluczy”

    Niechaj nikt nie mówi: zgrzeszyłem w skrytości i Bóg sam jeden wie o tym, Jemu się też samemu przyznam. Inaczej, na próżno byłyby dane klucze Kościołowi – pisze św. Augustyn z Hippony. Kościół Katolicki w swym Katechizmie jednoznacznie wyjaśnia: Chrystus po swoim zmartwychwstaniu posłał Apostołów, by w Jego imię głosili „nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom” (Łk 24, 47). Apostołowie i ich następcy pełnią tę „posługę jednania” (2 Kor 5,18), nie tylko głosząc ludziom przebaczenie Boże wysłużone nam przez Chrystusa i wzywając ich do nawrócenia i wiary, lecz także udzielając im odpuszczenia grzechów przez chrzest oraz jednając ich z Bogiem i z Kościołem dzięki władzy „kluczy” otrzymanej od Chrystusa: Kościół otrzymał klucze Królestwa niebieskiego, by dokonywało się w nim odpuszczenie grzechów przez Krew Chrystusa i działanie Ducha Świętego. Dusza, która umarła z powodu grzechu, zostaje ożywiona w Kościele, by żyć z Chrystusem, którego łaska nas zbawiła. (KKK 981)

    Grzechy odpuścić może człowiekowi jedynie Bóg, tylko On ma bowiem taką władzę. Zechciał jednak owej mocy udzielić kapłanom: Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. W piękny sposób pisze o tym św. Jan Chryzostom: Kapłani otrzymali władzę, jakiej Bóg nie dał ani aniołom, ani archaniołom… Bóg potwierdza w górze to wszystko, co kapłani czynią na ziemi.

    Czy spowiedź jest nam potrzebna?

    Biorąc pod uwagę autorytet Pisma Świętego i Tradycji, nie można mieć wątpliwości co do słuszności, konieczności i ważności posługi spowiedników, którym sam Bóg powierzył tę niezwykłą misję. Kościół Święty, świadom powagi rzeczy, na Soborze Laterańskim IV w 1215 r. zaliczył Spowiedź co najmniej raz w roku do obowiązków wynikających z Przykazań Kościelnych. Spójrzmy zatem uważniej na głębię Spowiedzi jako Sakramentu – widocznego znaku działania Łaski Bożej.

    Przyjęcie Bożego miłosierdzia w konfesjonale wymaga od człowieka uznania swoich win. Jednak Katechizm przypomina, iż Sakrament Spowiedzi polega nie tylko na oskarżaniu samego siebie przed kapłanem, co oczywiście jest bardzo istotne, ale stanowi również ścieżkę nawrócenia, pokuty, przebaczenia i pojednania. Jego celem jest “zmartwychwstanie duchowe”, przywrócenie człowiekowi Łaski Bożej, godności dziecka Bożego i zjednoczenie w przyjaźni ze Stwórcą. Skutkiem Spowiedzi jest również komunia z całym Kościołem – wszystkimi braćmi i siostrami w Chrystusie. Po wyspowiadaniu się człowiek godzi się z samym sobą i odrzuca ciężar grzechu, który oddzielał go od jego prawdziwej tożsamości, od człowieczeństwa i świętości. Szczera Spowiedź skruszonego penitenta staje się dla niego wielką pociechą duchową przynoszącą “pokój i pogodę sumienia”. Istotą Spowiedzi jest jednak przede wszystkim wybór drogi prowadzącej do życia. Grzesznik, który z wiarą przystępuje do Trybunału Miłosierdzia, poddaje się Bożemu osądowi już tu na Ziemi i niejako uprzedza czekający go na końcu życia ziemskiego sąd Boży. Katechizm, za św. Janem Ewangelistą, wskazuje nawet, iż dzięki Spowiedzi i pokucie człowiek „nie idzie na sąd” (J 5,24).

    Nie bójmy się być kochani!

    Spowiedź jest Sakramentem, którego najbardziej się obawiamy. Niemal każdego penitenta dopada strach przed duchownym zasiadającym w konfesjonale wywołany wstydem z powodu popełnionych grzechów. Zadajemy sobie pytanie, co spowiednik sobie o nas pomyśli, czy na pewno nikomu nie wyjawi naszych tajemnic lub nas srodze nie upomni. Obawy te są naturalne, jesteśmy ludźmi, znamy słabość naszej natury, dlatego też mamy powody, by powątpiewać w stałość cnót drugiego człowieka. Należy jednak przezwyciężyć lęk i zaufać Bogu, który ustanowił spowiedź dla naszego zbawienia. Dobrze jest pamiętać, że to sam Chrystus czeka na nas w konfesjonale – kapłan jest jedynie szafarzem Miłosierdzia, narzędziem w Boskich rękach.

    Kapłan, kiedy Mnie zastępuje, to nie on działa, ale Ja przez niego; życzenia jego są życzeniami Moimi. […] Pragnę, żebyś była wobec zastępcy Mojego tak szczera i prosta jak dziecko – mówi Chrystus św. Faustynie.

    Niezwykle poruszające fakty na temat istoty Spowiedzi Pan Bóg zdradził mistyczce Catalinie Rivas. Oto fragmenty opisu jej wizji:

    Widziałam, jak młoda kobieta siedziała podczas spowiedzi, jednak nie przed księdzem, a przed samym Jezusem. Nie widziałam księdza; to Jezus zajął Jego miejsce. Nasz Pan siedział bokiem do mnie, opierając brodę na dłoniach splecionych jak do modlitwy, i słuchał uważnie. […] po prawej stronie Jezusa i spowiadającej się kobiety, dostrzegłam Dziewicę Maryję […] Dwa bardzo wysokie anioły stały i każdy trzymając w dłoni włócznię, badawczo obserwowały otoczenie […] Były czujne i uważne, jakby strzegły Najświętszej Panny, która trwała stojąc z dłońmi złożonymi do modlitwy i patrzyła ku niebu, a anioły tymczasem wydawały się strzec całego miejsca. […] W pewnym momencie Jezus podniósł rękę, zatrzymując dłoń w pewnej odległości od głowy młodej kobiety. Jego cała ręka była pełna światła, od którego odchodziły złote promienie, okrywając kobietę największą wspaniałością i przemieniając ją. Zobaczyłam, jak stopniowo zmieniała się jej twarz, jak gdyby ktoś zdejmował z niej maskę… Widziałam, jak wcześniejsza harda twarz zmienia się w twarz inną, szlachetniejszą, słodszą i spokojniejszą. W chwili, kiedy Jezus udzielał rozgrzeszenia, Najświętsza Dziewica uklękła i pochyliła głowę, a wszystkie istoty, które były wokół niej, zrobiły tak samo. Jezus wstał, zbliżył się do kobiety i dopiero wtedy zobaczyłam księdza siedzącego tam, gdzie wcześniej był Jezus. Pan objął młodą kobietę i pocałował ją w policzek. Następnie obrócił się, objął księdza i jego również pocałował w policzek. W tej chwili wszystko wypełniło się intensywnym światłem, które, jak gdyby wznosząc się do sufitu, zniknęło w tym samym czasie, co moja wizja i znowu patrzyłam na znajdującą się przede mną ścianę. […]

    “Ojciec kłamstwa” nie daje za wygraną

    Watykan zachęca księży, aby ich zachowanie podczas posługi spowiedzi przypominało postawę miłosiernego ojca z przypowieści o synu marnotrawnym –  aby byli otwarci na wszystkich i wielkoduszni w udzielaniu Bożego przebaczenia. Jednak lewicowa propaganda widzi w takich wskazówkach nawoływanie księży do bycia “terapeutą”, a nie spowiednikiem. Spowiedź jest dla przeciwników Kościoła jednym ze sposobów przekazywania i utrwalania “toksycznych treści katolickiego nauczania”. Niektóre antyklerykalne portale często zamieszczają artykuły oczerniające sakrament Spowiedzi: Opowiadam się za zniesieniem spowiedzi, bo niczego dobrego nie wnosi, a ma bardzo dużo negatywnych skutków psychologicznych u najmłodszych. (…) Spowiedź z jednej strony wyrywa dzieci z dzieciństwa, a z drugiej utrzymuje dorosłych ludzi w stanie wiecznej niedojrzałości – możemy przeczytać w wywodach byłego księdza opublikowanych na portalu NaTematSpowiedź jest trywializowania, sprowadzana do rangi luźnej pogawędki: jedni wolą psychoterapeutę, inni spowiednika, do którego przychodzą, żeby pogadać i się poradzić… Z kolei oko.press stawia tezę, że “spowiedź dziecka jest źródłem cierpienia”, zaś pisząca o tym Sakramencie aktywistka LGBT nazywa ją “aktem wymuszania poczucia winy”.

    W tego typu artykułach ubolewa się nawet nad tym, że konfesjonał wymaga uklęknięcia, tak jakby zapomniano, że w Spowiedzi penitent ze skruchą wyznaje swoje grzechy przed samym Bogiem! Publikacje te pozwalają poznać smutną prawdę o tym, jak współcześnie postrzegana jest spowiedź  – nie jako spotkanie z żywym Bogiem, lecz jako przykry obowiązek wynikający ze “staroświeckich” tradycji. Dlaczego spowiedź tak bardzo przeszkadza wrogom Kościoła?

    Najsilniejszy egzorcyzm

    Mistyczka Catalina Rivas w następujący sposób relacjonuje swoje wizje dotyczące działania złego ducha zmierzające do tego, aby człowiek nie przystąpił do konfesjonału lub był nieodpowiednio przygotowany do Spowiedzi z powodu pokus i rozproszeń: […]nagle znalazłam się w kościele, przed grupą ludzi czekających w kolejce do spowiedzi. Moim oczom ukazało się wiele cieni, postaci o ludzkich ciałach i zwierzęcych głowach. Były one w trakcie łapania na lasso pewnego człowieka idącego do spowiedzi. Istoty zarzucały i okręcały sznury wokół jego szyi i czoła, jednocześnie szepcząc mu coś do ucha.

    Egzorcyści twierdzą, iż Sakrament Pokuty i Pojednania skuteczniej pozbawia szatana władzy nad duszami niż klasycznie pojmowane egzorcyzmy. O. Gabriele Amorth jest zdania, iż obrzędy te wydzierają szatanowi jedynie ludzkie ciało, podczas gdy dobrze odbyta Spowiedź skutecznie uwalnia z diabelskich szponów nieśmiertelną duszę.

    Z kolei ks. Piotr Glas, znany polski rekolekcjonista i autor książek niejednokrotnie podkreślał, że do wyspowiadanych grzechów szatan nie ma dostępu i nie może nas już za nie oskarżać, są one bowiem zgładzone przez Baranka, do którego je zanieśliśmy.

    Siła spowiedzi Świętej jest niezwykle potężna – dzięki niej ludzie wychodzą ze zniewoleń i nałogów, a osiągnięta w konfesjonale przyjaźń z Miłosiernym Ojcem owocuje poukładaniem relacji w rodzinie i uzdrowieniem życia zawodowego. Przede wszystkim Spowiedź daje możliwość przyjęcia najcenniejszego Daru – Komunii Świętej, która w sposób najdoskonalszy jednoczy z Chrystusem. Ważne, by przystępować do Spowiedzi regularnie, praktykując np. nabożeństwo Pierwszych Piątków Miesiąca, które, oprócz “standardowych” korzyści sakramentalnych, pozwalają na szczególne uczczenie Najświętszego Serca Jezusowego i wynagrodzenie Mu za zniewagi i bluźnierstwa.

    Zofia Michałowicz

    W ramach cyklu [OKIEM MŁODYCH] prezentujemy materiały młodych Autorów przygotowane dla PCh24.pl

    Źródła:

    Katechizm Kościoła Katolickiego

    Ks. Tomasz Lewicki – Ewangelia Miłosierdzia. Orędzie Jezusa w przekazie Łukaszowym, Studia Płockie tom XXXVIII/2010

    Catalina Rivas – Tajemnica Spowiedzi i Mszy Świętej, Wyd. Vox Domini, Katowice 2019

    https://natemat.pl/466772,byly-ksiadz-nie-ma-watpliwosci-spowiedz-dzieci-jest-szkodliwa-wywiad – dostęp 01.08.2023

    https://oko.press/spowiedz-dziecka-jako-zrodlo-cierpien-polowa-z-nas-sie-bala-i-wstydzila-sondaz – dostęp 01.08.2023

    Św. Faustyna Kowalska – Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej

    ________________________________________

    Unde malum?

    Szatańskie korzenie ideologii III Rzeszy

    ***

    Czym jest małpa dla człowieka? Pośmiewiskiem i hańbą bolesną. I tym powinien być człowiek dla nadczłowieka: pośmiewiskiem i wstydem bolesnym. Te bulwersujące słowa pochodzące z “Tako rzecze Zaratustra” Fryderyka Nietzschego dobrze ilustrują istotę polityki III Rzeszy odpowiedzialnej za śmierć wielu milionów niewinnych ludzi – Polaków, Żydów, Słowian, Romów… Obozy zagłady, komory gazowe, łapanki, rozłąka rodzin, tortury, pogarda, terror i bezczelna propaganda – oto jak Niemcy pod wodzą Adolfa Hitlera poszerzały swoją “Lebensraum”, która przecież “słusznie” należy się aryjskiej “rasie panów”.

    Wielu z nas, Polaków – potomków ofiar zbrodni niemieckich – zastanawia się dziś, gdzie nasi oprawcy zatracili swoje sumienia? Jak to możliwe, że spadkobiercy Bacha, Goethego, Brahmsa, czy Beethovena, zdołali pozbyć się odruchów litości i wydawać szokujące, barbarzyńskie rozkazy, nie okazując miłosierdzia nawet niemowlętom? Czy źródło tej piekielnej ideologii Hitlera i jego popleczników tkwi wyłącznie w ambicjach politycznych i niepohamowanej chciwości? Co jeśli problem zakorzeniony jest głębiej, na dnie ludzkich dusz? Niewątpliwie warto prześwietlić całe zagadnienie w poszukiwaniu metafizycznej genezy tej zbrodniczej ideologii.

    Z legend dawnej Germanii

    Wydawałoby się, że oparta na owianych tajemnicą eksperymentach, zaawansowanej inżynierii i wdrażaniu nowoczesnych technologii nazistowska potęga nigdy nie powróci do świata barbarzyńskiej, zacofanej i pogańskiej Germańszczyzny. Pozory mylą – rzeczywistość wykreowana przez Führera i jego podwładnych przesiąknięta była wierzeniami germańskimi i nordyckimi. Niemal spełniło się dziewiętnastowieczne proroctwo poety Heinricha Heinego, który w swym dziele „Historia Religii i Filozofii w Niemczech” wieszczył:

    Kiedy już raz zapewniający władzę talizman, Krzyż, pęknie na dwoje, dzikość dawnych wojowników, […] okrutna furia berserka, o której śpiewają północni poeci, […] ponownie wybuchnie […], to dawne kamienne bożki powstaną z milczących ruin i […] Thor ze swoim ogromnym młotem pojawi się i rozbije na kawałki gotyckie katedry.

    Powrót “do źródeł” miał oczywiście poważne, ideologiczne uzasadnienie – niektóre odłamy starogermańskiego, pogańskiego kultu bardzo mocno akcentowały kwestię czystości rasowej i tylko osoby o “niezbrukanej krwi” były godne przynależeć do wspólnoty i uczestniczyć w jej życiu religijnym. Dziewiętnasto- i dwudziestowiecznym odzwierciedleniem tych zasad była rasistowska idea volkizmu głoszącego tzw. “predestynację narodów”, w której to Aryjczykom pisana jest wszechwładza i chwała, ponieważ, zgodnie z popularną wówczas pseudonaukową tezą o kształtowaniu duszy poprzez przyrodę, jest to rasa “zrodzona” przez żyzną ziemię, bujne lasy i zimne, północne powietrze, a przejawem ich wielkiej “czystości duszy” mają być m.in. jasna karnacja, niebieskie oczy i blond włosy.

    W odróżnieniu od “koczowniczych, pustynnych i wyjałowionych Żydów” są to “ludzie światła” – “Lichtmenschen”. Volkizm uzurpował sobie status poważnej, antropologicznej teorii adaptując na przykład heglowską koncepcję Volksgeista (Ducha Narodu) i ciesząc się pełną aprobatą cenionego filozofa Martina Heideggera. Nieustanne próby “naukowego” uwiarygodniania mitów miały stanowić jakoby zachętę dla Niemców do poparcia Hitlera, a wreszcie do walki w jego imię.

    Motorem napędowym tego typu działań były inspirujące dla władz III Rzeszy hasła pisarzy – mistyków, wielkich piewców nazizmu i rodzimowierstwa, których rolę w państwie można porównać do wpływu działającego dziś w Rosji Aleksandra Dugina. Wśród nich prym wiódł Guido von List – badacz i interpretator run, wyznawca wotanizmu (neopogański kult germańskiego boga wojny i magii Wotana, odpowiednika nordyckiego Odyna) i wskrzesiciel Zakonu Armanów (Arman / Irmin – tytuł godnościowy Wotana znaczący dosłownie “wschodzący” lub “niczym Słońce”).

    List niejako “wzbogacił” volkizm o praktyki neopogańskie, okultyzm i teozofię. Co ciekawe, to właśnie von List rozpropagował indyjską swastykę, a jego interpretacja run została przejęta przez narodowych socjalistów, którzy umieszczali magiczne symbole niemal wszędzie: w logo najrozmaitszych grup SS, na mundurach oddziałów SA, w oficjalnych dokumentach partyjnych, a nawet na nagrobkach, gdzie tradycyjny krzyż zamieniono na runę śmierci – “Todesrune” zbliżoną kształtem do odwróconego krzyża.

    “Duchowym dzieckiem” Guido von Lista, o ile można tak to nazwać, był niejaki Joseph Adolf Lanz, później Jörg Lanz von Liebenfels. Był to cysters – homoseksualista, który pod wpływem snu o rycerzu depczącym małpę, co według niego było alegorią panowania rasy aryjskiej nad innymi, postanowił zaciekle zwalczać “podludzi”.

    Oczywiście cystersi w krótkim czasie pozbyli się delikwenta ze swojego zgromadzenia. Parał się on magią, zgłębiał tajniki hermetyzmu, ezoteryki i gnozy. Jego pisma zdradzają szerokie zainteresowanie tradycjami starogermańskimi, już sam tytuł jego magazynu – “Ostara” odwołuje się do germańskiej bogini wiosny.

    Opętane przywództwo

    Nadal niewiele mówi się o Hitlerze w kontekście duchowości, a przecież towarzyszyła mu ona przez całe życie. Führer oficjalnie przedstawiany był jako katolik, co idealizowało go w oczach opinii publicznej, jednak prywatnie stronił od Kościoła, sakramentów i wypowiadał się niepochlebnie o Watykanie. Planował nawet uprowadzenie papieża Piusa XII w ramach operacji “Rabat”.

    Z chęcią natomiast gromadził kolejne wydania czasopisma “Ostara”, a będąc pod ich wrażeniem, osobiście spotykał się z Liebenfelsem. “Pan malarz”, jako przedstawiciel “kultury wyższej” uwielbiał operę – zwłaszcza tę mocarną, wagnerowską. Jego ulubionym dziełem kompozytora była tetralogia “Pierścień Nibelunga” gloryfikująca moc bogów i herosów germańskich. Słowem, bliżej mu było do pogaństwa, niż do chrześcijaństwa.

    Znacznie bardziej zaangażowany w “mistykę” był Heinrich Himmler – prawa ręka Hitlera. Kolekcjonował on książki o tematyce okultystycznej i spirytystycznej, wierzył w istnienie kosmicznego “fluidu”, moc rytuałów magicznych i run. Utrzymywał stałe kontakty z magami, uzdrawiaczami, czy hipnotyzerami. Wielce istotna była dla Himmlera filozofia orientu – buddyzm i jego pochodne, skąd zaczerpnął m.in. wiarę w reinkarnację. Dążył też do wprowadzenia powszechnie obowiązującej religii ezoteryczno – neopogańskiej opartej na kulcie Thora, Odyna i Lokiego, tępiąc jednocześnie chrześcijaństwo, co ostatecznie pozostało jedynie w jego sferze marzeń.

    Himmler tak silnie uzależniał swoje codzienne wybory od wyroków materii nadprzyrodzonej, iż utrzymywał przy sobie własnego mistrza magii, Karla Marię Wiliguta, szarlatana podającego się za potomka bogów z Asgardu. Za wskazaniem jego wróżby Himmler wybrał fortecę Wewelsburg na “bastion” SS, gdzie spotykali się najwyżsi rangą oficerowie. Na zamku odbywały się neopogańskie ceremonie, jak np. śluby. Ożywiono tam również bałwochwalczy kult czarnego słońca, o czym świadczy umieszczony na posadzce “Obergruppenführersaal” ogromny symbol “schwarze Sonne”.

    Warto wspomnieć, iż w 1935 r. Heinrich Himmler powołał do życia organizację „badawczą” Ahnenerbe. Jej celem było poszerzenie wiedzy na temat spuścizny duchowej Niemiec. Jej działalność na ogół polegała na grabieży dóbr kultury, starych pism, artefaktów, a także na pseudomedycznych doświadczeniach i obserwacji parapsychicznych seansów.

    Funkcjonariusze tej organizacji wyruszali w dalekie ekspedycje np. do Tybetu, gdzie dokonywano m.in. pomiarów czaszek tubylców po to, by wykazać, że twórcami cywilizacji i kultury od zarania dziejów byli protoplaści Niemców. Badacze Ahnenerbe, zafascynowani również folklorem fińskim, udali się do Karelii. Zespół pod kierunkiem fińskiego szlachcica Yrjö von Grönhagena zaznajomił się z lokalnymi czarownikami i wróżkami, np. Mironą – Aku, która wtajemniczała przybyszów w pogańskie rytuały, a niektóre z nich zostały zarejestrowane.

    Audi, vide, tace po nazistowsku

    Nader intrygująca wydaje mi się być kwestia relacji pomiędzy systemem nazistowskich Niemiec a strukturami masońskimi. W dniu 17 marca 1935 oficjalnie zdelegalizowano wolnomularstwo na terenie całej III Rzeszy. Jako że masoni zaadaptowali wiele zwyczajów judaizmu, zgłębiali żydowską kabałę i w swoich szeregach posiadali wielu Żydów, którzy mogli potajemnie spiskować na forum loży, naturalnym dla Hitlera było ich zwalczanie i odcinanie się od nich. Niemniej jednak, historycy z przekonaniem umieszczają wybrane postaci spod godła swastyki w szeregu członków tajnej, okultystycznej, para-masońskiej organizacji Thule założonej 1 stycznia 1918 r. Funkcjonowała ona jako ekspozytura powstałego 6 lat wcześniej Zakonu Germańskiego, który już wtedy ukartowywał zakulisowo wyssane z palca teorie o czystości rasowej, a wszystko to czynił w mrocznej, neopogańsko – okultystycznej aurze. Co najistotniejsze, Zakon wzorował się w swym ceremoniale na staropruskich lożach i sam skupiał ówczesne niemieckie związki masońskie.

    W 1916 r. do “Germanenorden” wstąpił związany z turecką masonerią obrządku Memphis – Misraim Rudolf von Sebottendorf – późniejszy przywódca Thule. Z jednej strony nie ukrywał zainteresowania teozofią Heleny Bławatskiej, alchemią, pismami różokrzyżowców i sufizmem – mistycyzmem islamskim. Z drugiej zaś fanatycznie podążał za nazistowską, pogańską myślą Lista i Liebenfelsa. Zdobyta przez niego wiedza tajemna znalazła uznanie w kręgu zrzeszonych w Thule, a należeli do niego z pewnością: Rudolf Hess, Heinrich Himmler, Alfred Rosenberg, Hans Frank i wiele innych prominentnych figur III Rzeszy. Historyk Nicholas Goodrick-Clarke twierdzi, że sam Hitler nigdy do Thule nie wstąpił, jednak polski badacz z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego dr Paweł Szuppe wymienia nazwisko Führera wśród członków tego Towarzystwa.

    Ależ właśnie to, co ofiarują poganie, demonom składają w ofierze, a nie Bogu – pisze Święty Paweł Apostoł w I Liście do Koryntian. Można zatem stwierdzić, iż reaktywowane przez niemieckich szaleńców pogaństwo było istotnie satanizmem.

    Oto w jaki sposób po raz kolejny diabeł zadrwił z człowieka. Dzieje zakochanych w pradawnych zabobonach Niemiec są wzorowym przykładem na to, że ludzie odwracający się od Chrystusa w stronę bożków gotują sobie i innym piekło na ziemi.

    Zofia Michałowicz

    W ramach cyklu [OKIEM MŁODYCH] prezentujemy materiały młodych Autorów przygotowane dla PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szokujące dokumenty! Plan Hitlera dla Polski wciąż aktualny

    (PCh24.pl)

    ***

    Już w okresie drugiej wojny światowej Niemcy opracowali dokładny plan podporządkowania sobie terenów położonych za ich wschodnią granicą. Brutalna, masowa eksterminacja Polaków, Ukraińców czy Rosjan nie wchodziła w grę. Trzeba było poszukać „miękkich” rozwiązań, skutecznie wspomagających pomniejszenie niechcianych populacji. Postawiono zatem na promocję aborcji, rozdzielanie rodzin wskutek emigracji ekonomicznej, stłoczenie ludzi w miastach i „cichą sterylizację”. Tak osłabiane, niechciane narody miały się degradować do czasu, gdy pleniący się Niemcy będą mogli zastąpić „słabe” populacje.

    Politykę Niemiec wobec ludności na okupowanych ziemiach polskich najlepiej opisują dokumenty wytworzone w czasie drugiej wojny światowej przez wysokich niemieckich funkcjonariuszy. Nie do przecenienia jest w tej kwestii memoriał Traktowanie ludności byłych obszarów Polski z punktu widzenia polityki rasowej autorstwa doktora Erharda Wetzela i Günthera Hechta opublikowany na łamach „Zeszytów Oświęcimskich”.

    Nędza dla Polaków

    Problem Polski oraz jej ludności postrzegali autorzy dokumentu dwupłaszczyznowo: jako rasowo‑polityczny oraz narodowościowo‑polityczny.

    Rozpoczynają oni od dość dokładnej analizy polskiej populacji, próbując przedrzeć się przez – jak się okazało – rozbieżne polskie dane statystyczne dotyczące stanu polskiego społeczeństwa i liczby narodzin.

    Liczba urodzin wśród mas polskich wynosi, według niezgodnych zresztą z sobą polskich spisów ludności, jakieś 30 do 32 narodzin na 1000 mieszkańców rocznie, wśród masy żydowskiej trochę poniżej 30, wśród polskiej, jak również żydowskiej inteligencji poniżej 26. Niemcy mieli we wschodnich obszarach rolniczych ponad 25, częściowo do 30 narodzin, w Polsce środkowej i Prusach Zachodnich – Poznańskiem: na wsi około 20, w miastach przeciętnie poniżej 15 narodzin rocznie na tysiąc mieszkańców – czytamy w dokumencie.

    Niemcy dane skomentowali w dość jednoznaczny sposób, oceniając, że gdyby nie przesiedlenie Polaków z obszaru Rzeszy, to słuszne byłyby obawy, że polska ludność rozmnażałaby się dalej mniej więcej w tych samych rozmiarach jak przed wojną i dotychczasTo niebezpieczeństwo mogłoby jednak zostać usunięte, gdyby do kraju napłynęły nowe masy ludności i w ten sposób zwiększyłaby się gęstość zaludnienia. Już choćby dlatego, by przeszkodzić szybkiemu przyrostowi ludności tych terenów, przesiedlenie Polaków z obszaru Rzeszy w tę okolicę jest naglącą koniecznością.

    W okresie, gdy powstawał dokument, rozwiązanie kwestii organizacji prawno‑państwowej tak zwanej pozostałej części Polski nie było przesądzone. Jednakże Niemcy zakładali, że Polska – zamieszkana przez Polaków i Żydów – będzie w przyszłości pod dominującym wpływem Niemiec. Przy czym nie było wątpliwości, że są to nacje rodzajowo obce i nienadające się do zasymilowania. Stąd też uznano, że niemieckie państwo nie ma żadnego interesu w narodowym i kulturalnym podniesieniu i wychowaniu ani polskiej, ani żydowskiej ludności pozostałego polskiego obszaru.

    I ten problem Niemcy musieli jakoś rozwiązać. Proponowano dwa schematy działań. Obydwa rozwiązania polegały na tym samym założeniu: utrzymaniu Polaków i Żydów w jednakowy sposób na niskim poziomie życiowym i pozbawieniu ich wszelkich praw zarówno pod względem politycznym, jak narodowym i kulturalnym. Drugi wariant zakładał, że nieco lepiej traktowani będą Żydzi – mieliby oni otrzymać nieco więcej wolności w zakresie kulturalnym i gospodarczym, tak, że niektóre decyzje w sprawie zarządzeń administracyjnych i gospodarczych następowałyby przy współudziale żydowskiej ludności. Plan był taki, aby rękoma Żydów skrępować Polaków, a Żydom dać powód do ciągłych zażaleń i trudności.

    Aborcja i eugenika dla „podludzi”

    Niemców zupełnie nie interesował standard życia podbijanych nacji – byleby tylko był on na odpowiednio niskim poziomie. Zadbać należało wyłącznie o to, aby ewentualne choroby nie przenosiły się na teren Rzeszy. A jak Polacy i Żydzi będą korzystać z opieki lekarskiej, to już nikogo nie interesowało. Nie znaczy to jednak, że Niemcy nie byli zainteresowani stroną medyczną. Owszem, byli, a ich plan zakładał szeroki dostęp i promocję wszelkich środków ograniczających rozrodczość.

    Spędzenie płodu musi być na pozostałym obszarze Polski niekaralne. Środki służące do spędzania płodu i środki zapobiegawcze mogą być w każdej formie publicznie oferowane, przy czym nie może to pociągać za sobą jakichkolwiek policyjnych konsekwencji. Homoseksualizm należy uznać za niekaralny. Przeciwko instytucjom i osobom, które trudnią się zawodowo spędzaniem płodu, nie powinny być wszczynane policyjne dochodzenia. Rasowo‑higienicznych zarządzeń w żadnym razie nie należy popierać. Podobna polityka miała dotyczyć Żydów.

    Niemcy pracowali też nad metodami cichej sterylizacji. Doświadczenia w zakresie wykorzystania do tego celu promieni rentgenowskich prowadzone były w obozach koncentracyjnych. Opracowano specjalne, bezpieczne dla obsługi pomieszczenia, w których dokonywano próbnych sterylizacji poprzez naświetlanie jąder lub jajników. Metoda ta miała być skrycie wykorzystywana na masową skalę, ale wyniki eksperymentów uznano za mało satysfakcjonujące, szczególnie z uwagi na liczne skutki uboczne spowodowane przyjęciem nadmiernych dawek promieniowania. Jak w marcu 1942 roku pisał odpowiedzialny za wszelakie niemieckie programy masowej zagłady Victor Brack, te niedoskonałości eksperymentowanej metody narażały ją na dekonspirację.

    Skazani na zagładę

    O takich próbach w swoich zeznaniach z 10 stycznia 1947 roku wspomniał Rudolf Höss, komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz‑Birkenau: Himmler kładł nacisk i przywiązywał wagę do wyszukania takiego sposobu sztucznego wywoływania bezpłodności, który działałby szybko, pewnie, mógł być przeprowadzany niespostrzeżenie i nadawał się do stosowania masowego. Pierwotny plan był taki, by płodności pozbawiać przestępców niekontrolujących swoich popędów oraz patologiczne grupy społeczne (pijaków, włóczęgów i tym podobnych). Osób takich nie obejmowała ustawa o zapobieganiu choremu dziedzicznie potomstwu, a ich rozmnażanie było uznawane za niecelowe. Niemcy nazywali to cichym rozszerzeniem tej regulacji. Plany poszły jednak dalej, bo Himmler zamierzał wykorzystać metodę Clauberga do zlikwidowania i biologicznego wyniszczenia narodu polskiego i narodu czeskiego.

    Stał on na stanowisku, że oba te narody należy usunąć z zajmowanych przez nie terytoriów, które należały organicznie do niemieckiej przestrzeni życiowej. Jeszcze przed objęciem władzy przez narodowy socjalizm planował on przesiedlenie obu tych narodów na wschód – zeznał Höss.

    Plany te nie były możliwe do przeprowadzenia w praktyce, stąd też Himmler godził się z tym, że Polacy i Czesi pozostaną w ramach niemieckiej przestrzeni życiowej, zorganizowani w formie zależnych od Rzeszy krajów wasalnych. Plan zakładał wytępienie wszystkich elementów, które nie chciałyby się podporządkować niemieckiemu zwierzchnictwu i kierownictwu. Właśnie temu celowi służyć miał sposób na wywoływanie bezpłodności testowany przez Clauberga na Żydówkach więzionych w Auschwitz.

    Kolejne ciekawe zapiski dotyczące polityki wschodniej Niemiec pochodzą z 2 października 1940 roku i zostały zawarte w tajnej notatce sygnowanej przez Martina Bormanna, przybocznego Führera. Sygnalizował on, iż Adolf Hitler zainteresowany jest pozyskiwaniem dla Rzeszy własności ziemskich. Chodziło o zapewnienie wyżywienia wielkim miastom. Prócz ziemi potrzebna była tania – i co ważne, sezonowa – siła robocza. Oczywiście robotnicy ściągani byliby z Polski, a po zakończeniu zbiorów – odsyłani z powrotem.

    Gdyby robotnicy przez cały rok pracowali w rolnictwie, wówczas sami zjedliby znaczną część tego, co zostało zebrane, a zatem jest całkowicie słuszne, ażeby z Polski przybywali do uprawy ziemi i do żniw sezonowi robotnicy – pisał Bormann. Bezwarunkowo należy baczyć, aby nie było żadnych polskich panów. Tam, gdzie istnieją, powinni – jakkolwiek może to brzmieć twardo – zostać wytępieni – ciągnął Bormann. Jak określił, Generalna Gubernia jest polskim rezerwatem, wielkim polskim obozem pracy. Polacy mają z tego korzyść, ponieważ utrzymujemy ich w zdrowiu, dbamy o to, ażeby nie wyginęli z głodu itd. Nigdy jednak nie wolno nam podnieść ich na wyższy poziom, gdyż wówczas staliby się anarchistami i komunistami – ostrzegał.

    Asymilacja albo eliminacja

    Taka wizja Polaka – jako najemnego, słabo opłacanego robotnika – znakomicie łączyła się z polityką osłabiania polskiej populacji. Jej tezy w piśmie z 12 grudnia 1941 roku do Centrali Przesiedleńczej w Łodzi wyłożył (bazując na elaboracie niewymienionego z nazwiska autora – honorowego członka służby bezpieczeństwa), Ernst Damzog, rezydujący w Poznaniu inspektor niemieckiej policji bezpieczeństwa, który zasłynął z masowych wysiedleń Polaków z Wielkopolski do Generalnego Gubernatorstwa.

    Damzog wskazywał, iż celem polityki państwa jest niszczenie odrębności życiowej obcych narodowości za pomocą odpowiednich środków stosownych do panującego ducha czasów. Rozwiązania były zasadniczo dwa: asymilacja lub eliminacja.

    Ludy pierwotne stosowały najczęściej tę ostatnią metodę. Jest to wprawdzie metoda twarda i brutalna, jednakże w ostatecznej konsekwencji prowadzi do naturalnego wyniku, polegającego na tym, że biologicznie silniejszy wchodzi w posiadanie większej przestrzeni życiowej – pisał Ernst Damzog.

    Wróćmy jednak do bardziej „cywilizowanych” metod. To na przykład planowe wysyłanie na roboty do Rzeszy w pierwszej kolejności żonatych Polaków i zamężnych Polek. Przez to bowiem rozrywa się rodziny, co spowoduje, przy dłuższym tam zatrudnieniu, wydatne zmniejszenie liczby urodzeń.

    Kolejną metodą była sterylizacja polskich warstw prymitywnych. Jak wskazano, postulatu tego oraz jego rezultatów nie można w żadnym wypadku porównywać ze skutkami metod eugeniki. Jak bowiem zauważono, ucisk gospodarczy, stosowany wobec prymitywnych warstw, nie przeszkodzi im w produkowaniu licznego potomstwa. Można więc położyć temu kres jedynie przez środki wypleniającePonieważ zaś warstwa ta najczęściej nie przedstawia w procesie pracy zbyt wielkiej wartości, można by, również z gospodarczego punktu widzenia patrząc, przyjąć odpowiedzialność za tę metodę. Oczywiście należałoby, stosując ją, zrobić szeroki użytek z pojęcia „chory dziedzicznie” względnie „społecznie niepotrzebny”. Rozchodzi się tutaj nie o negatywną metodę eugeniczną, lecz po prostu o sposób wyplenienia narodu.

    Zakładano, że warstwy wyższe, społecznie wartościowe można znacznie osłabić już w przeciągu kilku pokoleń, gdyż na skutek zarządzeń godzących w rodzinę i jej sytuację gospodarczą, warstwy te zawierałyby małżeństwa dopiero bardzo późno, a i potem zmuszone by były świadomie ograniczyć liczbę potomstwa.

    Osobą odpowiedzialną za realizację zagadnień rasowych i narodowościowo-biologicznych miał być lekarz urzędowy. Jego aktywność, jego zdolności i wiedza w tej niezmiernie ważnej życiowo dziedzinie nie będą ostatnim czynnikiem w kształtowaniu przyszłego, rasowego i narodowego oblicza okręgu Warty. Walka narodowościowa nie jest politycznym, lecz biologicznym zmaganiem, z którego zawsze wychodzi zwycięsko naród biologicznie silniejszy i życiowo dzielniejszy. Walka narodowościowa oznacza w swojej ostatecznej konsekwencji alternatywę: ty albo ja, a tym razem chcemy być tymi, którzy walkę poprowadzili lepiej.

    Niemcy oczywiście nie skupiali się tylko na sprawie polskiej, bo plan wschodni był znacznie szerszy. Pisał o nim doktor Wetzel w piśmie z 27 kwietnia 1942 roku.

    Polacy, których liczbę szacowano na 20–24 milionów, są najbardziej wrogo usposobieni w stosunku do Niemców, liczebnie najsilniejsi, a wskutek tego najniebezpieczniejsi ze wszystkich obcoplemieńców, których wysiedlenie plan przewiduje – diagnozował Wetzel. Jego zdaniem, Polacy są też narodem, który najbardziej skłania się do konspiracji. Niemniej jednak doktor Wetzel odżegnywał się od rozwiązania kwestii polskiej w sposób ostateczny, czyli poprzez masową eliminację.

    Tego rodzaju rozwiązanie kwestii polskiej obciążyłoby naród niemiecki na daleką przyszłość i odebrałoby nam wszędzie sympatię, zwłaszcza, że inne sąsiednie narody musiałyby się liczyć z możliwością, iż w odpowiednim czasie potraktowane zostaną podobnie. Moim zdaniem, musi zostać znaleziony taki sposób rozwiązania kwestii polskiej, ażeby wyżej wskazane polityczne niebezpieczeństwa zostały sprowadzone do możliwie najmniejszych rozmiarów – postulował.

    Bądźcie bezpłodni i nie rozmnażajcie się!

    Wetzel pisał też o rozwiązaniu problemu Rosjan i Ukraińców poprzez stosowanie opisanych już metod zmniejszających i osłabiających populację oraz sprowadzenie liczby urodzin do poziomu leżącego poniżej liczby niemieckiej. Niemcy chcieli utrzymywać w lepszej kondycji społeczeństwo ukraińskie, które miało być przeciwwagą dla Rosjan. Tu Wetzel postulował jednak ostrożność, aby nie doprowadzić do sytuacji, w której to Ukraińcy zajmą miejsce Rosjan. Chodziło o „znośny” poziom rozmnażania.

    Aby ten cel osiągnąć, Wetzel postulował zaniechanie na terenach wschodnich wszelkich zachęt (stosowanych w Rzeszy) mających na celu zwiększenie liczby narodzin. Na terenach tych musimy świadomie prowadzić negatywną politykę ludnościową. Poprzez środki propagandowe, a w szczególności przez prasę, radio, kino, ulotki, krótkie broszury, odczyty uświadamiające itp. należy stale wpajać w ludność myśl, jak szkodliwą rzeczą jest posiadanie wielu dzieci.

    Zniechęcać też miały koszty, jakie powoduje posiadanie dzieci. Rozwijane miały być bowiem postawy konsumpcyjne, w myśl: ile więcej mogę mieć dla siebie, nie mając dzieci. Kobiety od ciąż miała odstraszać propaganda groźnych dla zdrowia porodów, która przy okazji napędzałaby zapotrzebowanie na środki zapobiegawcze. Przemysł produkujący tego rodzaju środki musi zostać specjalnie stworzony. Nie może być karalne zachwalanie i rozpowszechnianie środków zapobiegawczych ani też spędzenie płodu. Należy też w pełni popierać powstawanie zakładów dla spędzania płodu.

    Postulowano też kształcenie akuszerek i felczerek specjalizujących się w przeprowadzaniu sztucznych poronień. Ich wysoka fachowość miała wzbudzać zaufanie. Rozumie się samo przez się, że i lekarz musi być upoważniony do robienia tych zabiegów, przy czym nie może tu wchodzić w rachubę uchybienie zawodowej lekarskiej godności – wskazywano. Stawiano też na propagowanie dobrowolnej sterylizacji, niezapobieganie śmiertelności niemowląt – ba, wręcz postulowano, aby nie edukować matek w zakresie pielęgnacji niemowląt.

    Niemcy chcieli utrzymywać taką politykę do czasu, w którym oni sami byliby w stanie zasiedlić tereny wschodnie. Całkowite biologiczne wyniszczenie Rosjan nie może tak długo leżeć w naszym interesie, jak długo nie jesteśmy sami w stanie zapełnić tego terenu naszymi ludźmi. W przeciwnym bowiem razie inne narody objęłyby ten obszar, co również nie leżałoby w naszym interesie. Naszym celem przy wprowadzeniu tych środków jest tylko to, ażeby Rosjan o tyle osłabić, ażeby nie mogli nas przytłaczać masą swoich ludzi.

    Niemcy dążyli bowiem do niezagrożonego przewodnictwa na kontynencie europejskim.

    Marcin Austyn

     * * *

    Wykorzystane fragmenty dokumentów pochodzą z opracowania zawartego w „Zeszytach Oświęcimskich” nr 2 (1958), s. 43-50, publikowanych przez Wydawnictwo Państwowego Muzeum w Oświęcimiu.

    Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie Polonia Christiana

    ______________________________________________________________________________________________________________

    M. Patynowska: U Marii Simmy to dusze czyśćcowe szukają kontaktu, a w spirytyzmie - człowiek...

    fot. screenshot – YouTube

    ***

    M. Patynowska:

    U Marii Simmy to dusze czyśćcowe szukają kontaktu,

    a w spirytyzmie – człowiek…

    Miłosierny Bóg sprawił, że możemy skrócić czas czyśćcowego oczyszczenia tym, którzy odeszli już do wieczności, ale ze względu na swoje nieodpokutowane grzechy i zaniedbania nie są jeszcze gotowi aby wejść do nieba.

    Jak wskazują słowa mistyków, oni nie zapominają o swoich dobroczyńcach. Odwdzięczają się tym wszystkim, którzy pomagają im dostać się do raju, czyli do miejsca prawdziwego, najdoskonalszego szczęścia, do miejsca spotkania z ukochanym Stwórcą oraz bliskimi.

    „ Musimy modlić się za dusze w czyśćcu. To niewiarygodne, co one mogą uczynić dla naszego duchowego dobra. ” Św. Ojciec Pio

    „ Często to, co przez Świętych w Niebie uzyskać nie mogłam, otrzymałam natychmiast, kiedy zwróciłam się do dusz w czyśćcu. ” Św. Katarzyna z Bolonii

    „ To, co ktoś dla dusz czyśćcowych czyni, czy modli się za nie, czy ofiaruje cierpienie, zaraz mu to wychodzi na korzyść i wtedy one są bardzo zadowolone, szczęśliwe i wdzięczne. Kiedy za nie ofiaruję moje cierpienie, wtedy one modlą się za mnie. ” Bł. Katarzyna Emmerich

    „ O, gdyby wiedziano, jak wielką moc posiadają te dusze nad Sercem Bożym i jakie łaski można za ich wstawiennictwem uzyskać, nie byłyby tak bardzo opuszczone. Kiedy uprosić chcemy u Boga prawdziwy żal za nasze grzechy, zwróćmy się do dusz czyśćcowych, które od tak wielu lat żałują za swe grzechy w płomieniach ognia czyśćcowego. Trzeba się dużo za nie modlić, aby i one modliły się dużo za nas. ” Św. Jan Maria Vianney

    „ Żaden okres mojego życia nie był dla mnie tak szczęśliwy i bardziej błogosławiony niż czas, który spędziłam z duszami i dla dusz czyśćcowych. Bóg wspaniałomyślnie nagradza miłość do dusz czyśćcowych i tą drogą najprędzej pomaga nam w cnotach i doskonałościach, ponieważ te dusze leżą Mu bardzo na Sercu, dlatego że są najbiedniejsze i same już sobie pomóc nie mogą. ” Anna Maria Lindmayr

    Na koniec słowa Jana Pawła II, św. Faustyny i Pana Jezusa, które dodatkowo powinny nas zachęcić do tego aby nieść jak najwięcej pomocy przebywającym w czyśćcu.

    „ Modlitwa za zmarłych jest ważną powinnością, bowiem nawet jeśli odeszli w łasce i w przyjaźni z Bogiem, być może potrzebują jeszcze ostatniego oczyszczenia, by dostąpić radości Nieba. ” Jan Paweł II

    „ Ujrzałam Anioła Stróża, który mi kazał pójść za sobą. W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a w nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. ” Św. Faustyna (Dz.20)

    „ Wszystkie te dusze [w czyśćcu przebywające] są bardzo przeze mnie umiłowane, odpłacają się mojej sprawiedliwości; w twojej mocy jest im przynieść ulgę… O, gdybyś znała ich mękę, ustawicznie byś ofiarowała za nie jałmużnę ducha i spłacała ich długi mojej sprawiedliwości. ” Jezus Chrystus do św. Faustyny (Dz.1226)

    Gdy tylko możemy, to módlmy się za wszystkich pokutujących w czyśćcu, ONI CZEKAJĄ NA NASZĄ POMOC.
    „ Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen. “

    mp/fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym są Msze święte gregoriańskie?

     

     fot.Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    *****

    Msze św. gregoriańskie wywodzą swoją nazwę od imienia papieża św. Grzegorza Wielkiego (540-604; papież od 590), którego Kościół liturgicznie wspomina 3 września, w dniu jego konsekracji na biskupa Rzymu.

    Kiedyś byłem świadkiem rozmowy pewnej kobiety z księdzem w zakrystii. Zapytała ona, czy może zamówić Mszę św. gregoriańską. Kiedy kapłan zapytał o imię i nazwisko zmarłego, za którego miałaby być odprawiana gregorianka, usłyszał: „Chciałam zamówić gregoriankę «w pewnej intencji»”. Od razu zorientowałem się, iż kobieta ta nie znała w pełni sensu odprawiania tzw. gregorianki. Cóż to za Msza św. Czy może być rzeczywiście sprawowana „w pewnej intencji”? Poruszam ten temat, ponieważ ostatnio jeden z wiernych zapytał mnie o cel i wartość Mszy św. gregoriańskich.

    Trochę historii

    Otóż Msze św. gregoriańskie wywodzą swoją nazwę od imienia papieża św. Grzegorza Wielkiego (540-604; papież od 590), którego Kościół liturgicznie wspomina 3 września, w dniu jego konsekracji na biskupa Rzymu. Reforma kalendarza liturgicznego przeniosła wspomnienie tego niezwykłego papieża z okresu Wielkiego Postu na pierwsze dni września, kiedy to został ogłoszony świętym Kościoła. Nazwano go „Wielkim”, ponieważ jest zaliczany do elitarnego grona czterech najwybitniejszych doktorów rzymskokatolickich. Jest to jedyny papież – oprócz Leona Wielkiego – któremu Kościół nadał tytuł „Wielki”. Pisaliśmy o nim w ubiegłorocznym, wrześniowym numerze Niedzieli Łowickiej.
    Msze św. gregoriańskie związane są z wydarzeniem, które miało miejsce z inspiracji tego świętego papieża. Grzegorz przed swoim wyborem na papieża był przełożonym założonego przez siebie w 575 r. klasztoru na wzgórzu Celio w Rzymie. W IV Księdze Dialogów Grzegorz stwierdza, że ofiara Mszy św. pomaga osobom potrzebującym oczyszczenia po śmierci (por. Patrologia Latina, 77, 416) i jako przykład podaje doświadczenie z życia swojego klasztoru.
    Po śmierci jednego z mnichów imieniem Justus, w jego celi znaleziono trzy złote monety, których posiadanie sprzeciwiało się regule życia zakonnego, przewidującej wspólne korzystanie z dóbr materialnych. Grzegorz, aby pomóc zmarłemu oczyścić się po śmierci z powyższego grzechu, polecił odprawienie za niego trzydziestu Mszy św. – każdego dnia jednej. Po trzydziestu dniach zmarły Justus ukazał się w nocy jednemu z braci, Kopiozjuszowi, mówiąc, że został uwolniony od wszelkiej kary. Kopiozjusz nic nie wiedział o odprawianych Mszach św. i gdy później ujawnił treść swojego widzenia, pozostali współbracia doszli do wniosku, że nastąpiło ono w trzydziestym dniu, kiedy odprawiano Msze św. za Justusa. Uznano to za znak, że Msze św. odniosły oczekiwany skutek (por. tamże, 420-421).
    Pod wpływem autorytetu Grzegorza – także jako biskupa Rzymu – zwyczaj odprawiania trzydziestu Mszy św. za osobę zmarłą zyskiwał swoje miejsce w praktyce religijnej Wiecznego Miata. W Europie rozprzestrzeniał się stopniowo, począwszy od VIII w., najpierw w klasztorach, potem także w innych kościołach.

    Znaczenie gregorianki

    Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że jeżeli chodzi o znaczenie Mszy św. gregoriańskich, to nie istnieje żadna oficjalna doktryna Kościoła związana z nimi. Powinny one być traktowane jako Msze św. za zmarłych, których zwyczaj jest tradycją przedgregoriańską, potwierdzoną oficjalnie przez Sobór Trydencki jako najbardziej skuteczny sposób modlitwy za osoby, które potrzebują oczyszczenia po śmierci. Natomiast praktyka odprawiania Mszy św. gregoriańskich znalazła swoje potwierdzenie przez Stolicę Apostolską dopiero w XIX w. (istniały wątpliwości zgłaszane przez niektórych teologów zwłaszcza w XVI i XVII w.) i to wyłącznie jako pobożny zwyczaj wiernych, oparty na ich przeświadczeniu, które nie jest sprzeczne z nauką Kościoła. W wypadku Mszy św. gregoriańskich mamy więc do czynienia tylko z przekonaniem wiernych, które wskazywało zawsze na szczególną skuteczność takich Mszy św. Podobnie jak pozostałe intencje mszalne ofiarowane za osoby zmarłe, są one prośbą o uwolnienie zmarłego od konsekwencji grzechu. Sama liczba trzydzieści nie może być nigdy łączona z gwarancją wybawienia od pokuty po śmierci. Człowiek poszukuje pewności dotyczącej losu zmarłych. Msze gregoriańskie nie mogą być jednak podstawą takiej gwarancji. Człowiek może zawsze prosić, ale tym, który wysłuchuje próśb, jest Bóg. Ostateczną wartość podobnych Mszy św. zna tylko On.

    Przepisy prawne

    Istnieją jednak szczegółowe regulacje kościelne dotyczące Mszy św. gregoriańskich, które określają liczbę Mszy św. na trzydzieści odprawianych w trybie ciągłym. Wyjątkami od tej reguły mogą być nieprzewidziane przeszkody, takie jak np. choroba kapłana lub celebracja (pogrzeb, ślub), której odprawienie jest danego dnia konieczne. W takich wypadkach cykl Mszy św. gregoriańskich zachowuje wartość, jaką Kościół z nimi łączy. W wypadku podobnych przeszkód cały cykl przesuwa się o ilość dni, których brakuje do pełnej liczby trzydziestu (por. Deklaracja Kongregacji Soboru z 24 lutego 1967 r.). Ponadto określa się jednoznacznie, że Msze św. gregoriańskie mogą być odprawiane za jednego tylko zmarłego, nigdy zaś zbiorowo za kilku zmarłych. Wskazuje się także, iż nie jest konieczne, aby podobne Msze św. były odprawiane zawsze przez tego samego kapłana lub przy tym samym ołtarzu (kościele). Ważna jest ciągłość dni. Same natomiast Msze św. mogą być sprawowane przez wielu księży i w wielu miejscach. I jeszcze jedno: dwie Msze św. gregoriańskie tego samego cyklu nie mogą zostać odprawione jednego dnia. Muszą to być dni po sobie następujące.

    ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela

    ++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

  • ogłoszenia – sierpień 2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚWIĘTA w KOŚCIELE KATOLICKIM

    Samplefot. Piotr Tumidajski

    ***

    W każdą niedzielę katolicy zobowiązani są do uczestniczenia we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Obowiązek ten dotyczy też kilku innych dni w ciągu roku, kiedy przypadają kościelne święta nakazane. W jakie dni przypadają kościelne święta nakazane w 2023 roku?

    Obowiązek uczestniczenia w Mszy świętej oraz powstrzymania się od prac niekoniecznych w niedzielę i święta nakazane wynika z Kodeksu Prawa Kanonicznego. Część z nich, jak np. Boże Narodzenie lub Uroczystość Wszystkich Świętych mają stałą datę. Dzień, w którym obchodzone są niektóre z tych świąt, m.in. Wielkanoc, Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało) nie są związane z konkretną datą kalendarzową. Wszystkie kościelne święta nakazane w 2023 roku wypisane są poniżej.

    W roku liturgicznym 2023 święta, w których

    należy uczestniczyć we Mszy św.:

    1 stycznia (niedziela) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (piątek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    9 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    21 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    28 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    8 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (wtorek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (środa) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta kościelne w 2023 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Polscy biskupi zachęcają jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii.

    2 lutego (czwartek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    20 marca (poniedziałek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    25 marca (sobota) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    10 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    29 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (czwartek) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    8 grudnia (piątek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (wtorek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent w 2023 roku rozpocznie się 3 grudnia.

    Opuszczenie Mszy świętej w niedzielę bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim.

    Obowiązek święcenia Dnia Pańskiego wynika z trzeciego przykazania Dekalogu, przypominającego „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” oraz pierwszego przykazania kościelnego „W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    RACHUNEK SUMIENIA

    fot. goffkein.pro | Shutterstock

    28.08.2023

    ***

    Modlitwa na nieudane i trudne dni

    Każdy z nas, człowiek świecki, zakonnik czy zakonnica przechodzi przez dni nie do wytrzymania, kiedy wszystko boli, kiedy wszystko drażni, kiedy wszystko ciąży na sercu, czy samo życie, czy praca, czy otoczenie, kiedy od 5, 10 lub 20 lat powtarzają się te drobne, ale nieznośne zadrażnienia.

    Jak trudno wtedy modlić się! Mamy ochotę porzucić wszystko, i otoczenie i siebie samego; właśnie wtedy modlitwa jest nam niezmiernie potrzebna, ale nam się nie chce, lub nie umiemy znaleźć ani słów, ani samego nastawienia, mimo że to jedyne lekarstwo.

    Weźmy na przykład kilka takich sytuacji:

    Kiedy się okazuje, że nie mam racji!

    Panie, jak to trudno! Po prostu mam przyjąć, nie szukając jakiejś wymówki, jakiegoś wytłumaczenia: że inni mnie źle zrozumieli, że chciałem powiedzieć co innego. Mam się zgodzić, że się mylę, i często nawet, Panie, uwolnij mnie od obawy, że otoczenie zobaczy, że źle zrobiłem.

    Będę szczery. Tak, przyznam, że głupstwo popełniłem; lepsze to, niż wykręty. Sam, Panie, powiedziałeś: Niech mowa wasza będzie: talk, tak; nie, nie. Co nadto, od złego pochodzi (Mt 5,37). Aby to stosować w praktyce, muszę się zachować po męsku; dziecinady w moim wieku nie można tolerować. Gdy byłem dziecięciem, mówiłem jak dziecię, czułem jak dziecię, myślałem jak dziecię; kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego co dziecięce (1 Kor 13,11). Panie, dobrze, żeś mnie upokorzył (Ps 118).

    Właściwie troszczę się o to, co inni o mnie myślą, zapominając, że ważne jest to, czym jestem przed Tobą. Niczym nie jestem, ale wiem jedno: że spojrzysz na mnie z Twą nieskończoną miłością.

    Kiedy mam dość swego otoczenia!

    Często się zdarza, że ludzie mnie męczą, ci, których nazywam braćmi, siostrami. Bracia moi, siostry moje stanowią ludzki kontekst, w którym się poruszam, ale oni nie zawsze są zabawni! Oni są tak inni, odmienni ode mnie, i każdy – choć może nie zdaje sobie z tego sprawy – narzuca mi swój temperament. Lecz muszę go szanować i jego osobę, i jego sposób myślenia, i jego manie lub czasem jego dziwactwa. Ale to nie wszystko! Panie, pod tym względem jesteś niezmiernie wymagający i twój umiłowany uczeń Jan, a także św. Paweł upominają, że mamy się wzajemnie miłować, Panie Jezu, oto twoje przykazanie, i jeżeli go nie spełniam, jestem obłudnikiem; sama pobożność moja, to kpina. Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga a brata swego nienawidził, jest kłamcą; albowiem, kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi (1 J 4,20).

    To jasne. Nie ma żadnych wykrętów. Może w moim sercu nie ma wyraźnej nienawiści, ale przed Tobą, Panie, muszę przyznać, że roi się tam od nieprzychylnych uczuć, antypatii, uraz. Mam ochotę zamknąć drzwi mego serca.

    Owszem z paroma ludźmi jest mi łatwiej, porozumiewamy się, to nam wygodne, ale inni! Ktokolwiek puka do drzwi, powinienem go przyjąć nie chłodno, ale serdecznie, jak gdybym na niego czekał. Niestety zbyt często zapominam, żeś powiedział: Jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? (Mt 5,46). Nie umiem rozpoznać w każdym kogo spotykam Twego oblicza.

    Panie, pomóż mi, abym się nie zamykał przed innymi. Może oni potrzebują tylko mego uśmiechu. Pomóż mi przezwyciężyć egoizm, który króluje we mnie, pomóż mi zapomnieć o sobie. Czytam w Ewangelii, że tłumy szły za Tobą. One Cię otaczały, biedni i chorzy, dzieci i starcy, nawet grzesznicy. Oni przychodzili do Ciebie dzień i noc. Naucz mnie zachować serce stale otwarte, bym mógł zrozumieć innych. Nadto oświeć umysł mój, abym sobie jasno uświadomił, że ja też mam temperament, swój sposób myślenia i że bez wątpienia nieraz muszę porządnie działać innym na nerwy. Słusznie powiedział św. Paweł: Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełnijcie prawo Chrystusowe. Niech każdy bada własne postępowanie… (Ga 6,2.4).

    Kiedy wiara we mnie się zaćmiewa

    To chodzenie po nocy ma coś nużącego. Nic nie widzę, chodzę jak ślepy. Gdyby to trwało tylko chwilę, można by znieść, ale dni, miesiące, lata mijają. Podobno Teresa z Lisieux przeżywała taką ustawiczną noc! Panie, stale powtarzasz w Ewangelii: Jeżeli wierzysz, będziesz uzdrowiony. Wszystko możliwe jest temu, który wierzy (Mt 6,22). Wierzyć! Oto warunek zbawienia. Ale mam wrażenie, że wiara moja porusza się mechanicznie, a przyzwyczajenia, nieraz boję się, że to tylko puste słowo.

    Całe życie doczesne jest tak tajemnicze; a cóż powiedzieć o życiu nadprzyrodzonym, o życiu pozagrobowym? Zazdroszczę tym, którzy nigdy nie doznawali najmniejszej wątpliwości, dla których dogmaty i cała nadprzyrodzoność, Opatrzność Boża, każde najmniejsze zdarzenie ma swe wytłumaczenie. Oni pływają po spokojnych wodach. Tak bym chciał, by wszystko było jasne, udowodnione. Nie chodzi nawet o wielkie prawdy naszej religii. Wiem, że Chrystus, Bóg–Człowiek, jest Prawdą i Drogą i Żywotem. Wiem, że bez Niego wszystkie drogi prowadzą do nicości; ale chodzi o cierpienie, o ogrom ludzkich cierpień, o zło, co tak jawnie szaleje dzisiaj, o wzajemne przenikanie się nadprzyrodzoności i prozy dnia codziennego. A jeszcze to: na co służą te drobne moje zajęcia? Co one mają wspólnego z tajemnicą tamtego świata? Mistycy mają rację, kiedy piszą o ciemnej nocy wiary! Ale, Panie, słyszę twój głos: Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? (Mt 8,26).

    W takim razie Panie, daj mi światło, dzięki któremu będę mógł spokojnie chodzić po nieznanych ścieżkach. Ale znowu słyszę Twój głos: Włóż rękę twoją do moich rąk. Będzie to dla ciebie lepsze niż światło i pewniejsze niż znana droga.

    Przebacz mi, Panie, jesteś zawsze tu, obok mnie, ale ja o tym zapominam i potrafię tego nie zauważyć.

    Kiedy starość usadowi się w moim życiu

    Wiem, że na to nie ma rady. Powoli ona rozgościła się we mnie, bez uprzedzenia. Długo się łudziłem i z prawdziwą litością spoglądałem na biednych kalekich lub nieruchomych, zapominając, że lada dzień starość może zapukać do moich drzwi. Tak też się stało. Tylko że ona nie pukała; weszła i nie pytając o pozwolenie, stała się panią domu. Muszę teraz z nią się liczyć; nawet mam jej okazywać niezwykłe względy.

    Czy naprawdę już zbliża się koniec? Ale jeszcze mam w głowie różne projekty! Panie, wiesz lepiej niż ja, że się starzeję. Daj mi światło, bym mógł zrozumieć, że wchodzę w najważniejszy okres mego życia. Owszem, to także łaska, ale, mówiąc między nami, ona jest surowa! Żąda ode mnie odpowiedniego nastawienia duszy. Proszę Ciebie, Panie, przekonaj mnie, że przestałem być nieodzownym człowiekiem i że otoczenie da sobie radę beze mnie.

    Oto najwyższy czas na praktykowanie pokory. Inni zostali wyznaczeni na moje miejsce. Nie pozwól, bym zatonął w czczej gadaninie i bym czuł się w obowiązku udzielać na lewo i prawo swoich rad, opierając się na rzekomej nieomylności mego doświadczenia.

    Trudno, muszę się zgodzić na większą samotność, ale to nie znaczy, że wolno mi być zgryźliwym.

    Panie Boże, i ja mam nerwy, ale Ty poucz mnie o dobroci, o łagodności i o cierpliwości, kiedy ktoś przychodzi do mnie ze swymi żalami.

    Panie, czas leci, idzie naprzód, tak jak młodość i wiosna; nie pozwól, bym stale wracał myślą do tego, co już minęło, głosząc, że wtedy wszystko szło lepiej.

    Św. Benedykt poleca, bym miłował młodych, nawet jeżeli ci ostatni zapominają o moim wieku. Muszę wierzyć – znowu ta wiara – muszę wierzyć, że Opatrzność Twoja działa dziś jak wczoraj i że młode pokolenia przyniosą swoje bogactwa.

    Oto wymarzony czas na modlitwę, na ofiarę. Oto główne moje obecne zadanie: modlić się za Kościół, za świat, za moje otoczenie, choćby w milczeniu. Będzie to ofiara wieczorna – sacrificium vespertinum – i tak, dzień po dniu, będę się przyzwyczajać do tego, że śmierć się zbliża, nie, nie śmierć, ale Życie i że Twoje nieskończone miłosierdzie czeka na mnie z otwartymi rękami.

    Fragment tekstów własnych Karola van Oost OSB wydanych w publikacji Pawła Sczanieckiego OSB „Karol van Oost OSB. Odnowiciel życia monastycznego w Polsce”.

    Karol Filip van Oost OSB (ur. 1899, zm. 1986), belgijski benedyktyn, mnich opactwa św. Andrzeja na przedmieściach Brugii (Zevenkerken), jako przeor wznowionego opactwa tynieckiego (1939–1951) odnowiciel życia benedyktyńskiego w Polsce. Pierwsze śluby zakonne złożył wobec bł. Kolumby Marmiona w 1918 r. Posłuszny woli przełożonych pełnił gorliwie rozmaite funkcje zarówno w rodzimym klasztorze, jak i poza jego murami (m.in. posługiwał jako: nauczyciel w szkole przyklasztornej, misjonarz, wizytator klasztorów żeńskich, dyrektor internatu, refektariusz). Był cenionym rekolekcjonistą i kaznodzieją. Dzieło jego życia stanowi tyniecka fundacja, której rozwój, po zakończeniu przełożeństwa, śledził z wielką troską. Odznaczał się głębokim wyczuciem życia wspólnego i charyzmatem duchowego ojcostwa.

    Wydawnictwo Benedyktynów/TYNIEC

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa o dar pokoju. Ułożył ją św. Jan Paweł II

    Modlitwa o dar pokoju. Ułożył ją Jan Paweł II

    św. Jan Paweł II na obrazie, Asyż, 2015 (fot. Emanuele Mazzoni/depositphotos/com)

    ***

    Martwisz się, że na świecie trwają wojny? Boisz się, że historia się powtarza i że wojna może wybuchnąć tuż obok nas? Nie musisz zamykać się w bezradności i lęku. Możesz modlić się o pokój. Pamiętaj, Bóg jest Bogiem pokoju i pragnie go dla swoich dzieci. Oto krótka modlitwa, którą możesz odmawiać w intencji pokoju na świecie. Napisał ją św. Jan Paweł II.

    Jak zapewne zauważysz, to modlitwa o dar pokoju. To podkreślenie jest ważne – pokazuje, że pokój nie jest czymś, na co trzeba sobie zasłużyć ani czymś, o co trzeba walczyć. Jest darem Boga, łaską od Niego, która szanuje ludzką wolność. Dlatego warto modlić się o dar pokoju, który może przemienić ludzkie serca, by potrafiły go przyjąć. 

    Modlitwa o dar pokoju św. Jana Pawła II

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.


    Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne.

    Ojcze, obdarz nasze czasy dniami pokoju. Niech już nie będzie więcej wojny. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz czczony pod tym tytułem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. To wspomnienie Jej święta wiąże się z objawieniami fatimskimi, gdzie napominała ludzkość mówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”

    I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie II wojna światowa.

    Zofia Kossak tu na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała  “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:

    “Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — to wrzesień…

    Takie zatem, a nie inne  — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.

    …Wrzesień…

    Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili  dzieci,  żołnierze  bez  broni,  bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…

    Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…

    Tysiące  oszalałych   ludzi   wędruje  na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.

    (Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.

    Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla  płonęły czerwienią i  złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.

    Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie  wróci.  Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.

    Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...

    Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach  przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?

    Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące "proroctwo" niemieckich żołnierzy

    fot.Wikipedia

    ***

    1 WRZEŚNIA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    OD GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    Nabożeństwo I piątków miesiąca

    MARGARET MARY ALACOQUE

    Zvonimir Atletic | Shutterstock

    *********

    Obietnica zwycięstwa

    Praktykę pierwszych piątków miesiąca większość z nas zaczęła wraz z Pierwszą Komunią św. Są tacy, którzy od tego momentu co miesiąc chodzą do spowiedzi i przyjmują z miłości do Jezusa Komunię św. wynagradzającą. Są też tacy, którzy tę praktykę porzucili. Wspominając św. Małgorzatę Marię Alacoque warto przypomnieć sobie znaczenie pierwszych piątków miesiąca.

    „Wielka obietnica”

    Ostatnia z obietnic otrzymanych przez św. Małgorzatę Marię znana jest także jako „wielka obietnica”, ponieważ jest ona najważniejsza dla naszego zbawienia. Jezus wyraził ją tymi słowami: „Z nadmiernego miłosierdzia mego Serca obiecuję ci, że wszechmocna miłość tego Serca wszystkim przystępującym przez dziewięć z rzędu pierwszych piątków miesiąca do Komunii św. da ostateczną łaskę pokuty tak, że nie umrą w stanie Jego niełaski ani bez sakramentów świętych i że Serce moje będzie dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”. Chrystus obiecuje więc wszystkim, którzy z zaangażowaniem wypełnią tę praktykę, łaskę ostatecznego pojednania. Zadziwia jednak fakt, że z tak prostego środka może płynąć aż tak wielka łaska dla ostatnich chwil pobytu na ziemi. Jezus, który pragnie zbawienia każdego człowieka, staje się bardziej wrażliwy na tych, którzy przez dziewięć piątków chcą Mu okazać chociaż trochę wzajemnej miłości i być blisko Niego. Będzie o nich szczególnie pamiętał w godzinie ich śmierci.

    Trzeba zatem wierzyć, że nawet w momencie „przypadkowej” śmierci dostąpimy wielkiej łaski odejścia z tego świata w stanie łaski uświęcającej. Czy znajdzie się wówczas przy nas ksiądz ze świętymi olejami i Najświętszym Sakramentem? Tego trudno być pewnym, ponieważ mogą zdarzyć się takie warunki, w których przybycie kapłana będzie niemożliwe. Jezus obiecuje dla czcicieli swego Serca, że będzie miejscem schronienia od złego ducha i wiecznego potępienia. Tym, którzy w momencie śmierci będą w stanie łaski Bożej, obiecuje wytrwanie do końca, a tym, którzy będą mieli na sumieniu grzechy ciężkie, obiecuje, że je przebaczy. Może się to dokonać przez spowiedź lub przez akt żalu doskonałego. Jezusowa obietnica dotyczy więc także ostatnich myśli, pragnień i postanowień umierającego człowieka.

    Jezus automatycznie mnie zbawi?

    W takim razie ktoś mógłby sobie powiedzieć: „Odbyłem dziewięć pierwszych piątków miesiąca, mogę być pewnym zbawienia. Teraz więc nie jest już tak bardzo ważne, co czynię, czy żyję blisko Boga, czy daleko – w stanie grzechu, czy łaski uświęcającej. Ważne, że mam zaliczone pierwsze piątki – Jezus automatycznie mnie zbawi”. Jeśliby ktoś odbywał pierwsze piątki z nastawieniem złej woli, że powróci do grzesznego życia, to byłoby to świętokradztwo, a co najmniej praktyka magiczna, mająca niewiele wspólnego z pobożnością. Sama św. Małgorzata Maria podkreślała, iż Jezus dotrzyma obietnic i ofiaruje nam wielki ostatni dar pojednania pod warunkiem, że będziemy Go kochać i naśladować, „żyjąc w zgodzie z Jego świętymi prawami”.

    „Wielka obietnica” jest dla tych, którzy nieprzerwanie oddają cześć Jezusowemu Sercu i przez to są zaproszeni do oddania się Mu, powierzenia się Jego miłości, a w konsekwencji – do pracy nad sobą. Przecież gdy człowiek coraz bardziej świadomie otwiera się na Jezusa, rodzi się w nim coraz mocniejsze pragnienie pracy nad sobą, codziennej, ofiarnej służby, przekraczania siebie. Jak pokazuje doświadczenie, częsta, pobożnie przyjmowana Komunia św. staje się szczególnym momentem łaski, tym bardziej pierwszopiątkowa – przyjęta w duchu wdzięczności i wynagrodzenia. Znakiem zaś owocności tej praktyki będzie wierność na drodze Bożych przykazań. W takim kontekście każdy pierwszy piątek staje się dniem comiesięcznej odnowy w wierze, odejściem od drogi grzechu i wkroczeniem na drogę miłości. Każdy kolejny dzień miesiąca może więc stać się ponawianiem pierwszego piątku – dzięki przyjęciu Komunii św. i intencji miłości oraz wynagrodzenia Sercu Jezusa.

    Potrzebne warunki

    Podstawowym warunkiem praktyki pierwszych piątków jest przystępowanie do Komunii św. przez dziewięć kolejnych pierwszych piątków miesiąca. Nie można ani zmienić dnia przyjęcia Komunii św., ani przerwać kolejnych dziewięciu piątków.

    Potrzebna jest również właściwa intencja. Jest nią miłość i wynagrodzenie Sercu Jezusowemu oraz pragnienie przyjęcia Komunii św. według intencji Jezusowego Serca: by otrzymać łaskę śmierci w stanie zjednoczenia z Panem Bogiem. Można ją tak wyrazić: „Panie Jezu, w zjednoczeniu z Sercem Twym Najświętszym, w duchu miłości i wynagrodzenia, ofiaruję Ci przyjmowanie przeze mnie Komunii św. przez kolejne dziewięć pierwszych piątków miesiąca”. Jest to szczególnie ważne dla osób często lub codziennie przyjmujących Komunię św. Bez tej intencji, uczynionej na początku praktyki, która potem może być ponawiana w każdy pierwszy piątek, nie można powiedzieć, że się ją właściwie odbyło. Dlatego też dla pewności, że otrzyma się owoc tej pobożnej praktyki, warto ją powtórzyć kilka razy w swoim życiu.

    Komunię św. należy przyjmować w stanie łaski uświęcającej. Ten, kto jest w stanie grzechu ciężkiego, musi otrzymać przebaczenie w sakramencie pokuty. Do spowiedzi św. można przystąpić w sam pierwszy piątek lub wcześniej. Ten, kto w szczerości serca rozpoczął świętą praktykę, a w słabości swojej upadł, jeśli otrzyma łaskę przebaczenia grzechów i podejmie kontynuację pierwszych piątków, dostąpi wypełnienia w swoim życiu „wielkiej obietnicy”.

    Na pierwszy piątek każdego miesiąca osobiście wskazał Pan Jezus jako na dzień wdzięczności za Jego miłość oraz dzień wynagrodzenia za zniewagi, niewdzięczność i zapomnienia, których szczególnie doświadcza On w Eucharystii. Jest to również wyjątkowy dzień łaski, przygotowania się do śmierci, zadbania o ostatnie chwile swego pobytu na ziemi. Skoro Jezus tak wiele dla nas uczynił: stał się człowiekiem, umarł za nasze grzechy, zmartwychwstał, ustanowił Eucharystię, warto zadbać o swoje zbawienie przez praktykę „wielkiej obietnicy”.

    ks. Jacek Szczygieł SCJ

    ________________________________________________________________________

    Spowiednik zapytał, czy świętowałam spowiedź. Popatrzyłam na niego jak na wariata

    Czy spowiedź można świętować? Jak mądrze wybierać spowiednika, by ten sakrament przynosił dobre owoce? Czego unikać, by nie doświadczać zranień w konfesjonale? O rzeczywistości spowiedzi traktowanej jako sakrament uzdrowienia rozmawiamy z Magdaleną Urbańską, naszą publicystką, autorką “Doskonałej” i inicjatorką instagramowej akcji #świętujęspowiedź. 

    Marta Łysek: Spowiedź wielu osobom kojarzy się ze stresem, czymś nieprzyjemnym, z przyznawaniem się do zła, a ty po spowiedzi świętujesz i kupujesz sobie kwiatki. Dlaczego?

    Magdalena Urbańska: – Spowiedź bywa nieprzyjemna i to jest normalne. Myślę, że to jest taki naturalny, ludzki odruch, że się wstydzimy czy boimy oceny, odrzucenia. Ale ja mam takie doświadczenie przyjęcia przez Pana Boga, który po prostu jest miłością. Słyszałam ostatnio takie bardzo fajne zdanie o spowiedzi: z naszej ludzkiej perspektywy to jest „tylko” wyznanie grzechów, a w zamian dostajemy bardzo wiele: przebaczenie, przyjęcie. Pan Jezus zabiera te grzechy i ich nie ma, i On już nigdy do nich nie wraca, czasami w przeciwieństwie do nas. Dla mnie spowiedź nie jest przykrym obowiązkiem, ale jest sakramentem miłości i miłosierdzia. Tak go doświadczam od lat i właśnie to pozwoliło mi świętować. Kiedy dostaję coś tak wspaniałego, na przykład mocne przytulenie w smutku, to chcę świętować!

    Nie każdy ma takie podejście.

    – To dlatego, że czasem zbyt dużo trudnych rzeczy narosło wokół spowiedzi. Nasłuchaliśmy się czyichś trudnych opowieści i zamykamy się na to, że może być inaczej, że można przeżyć spowiedź głębiej.

    Skąd pomysł, żeby świętować spowiedź?

    – Kiedyś jeden ze spowiedników zapytał mnie, czy świętowałam po spowiedzi; to był mój stały spowiednik, do którego wracałam co jakiś czas. Popatrzyłam na niego jak na wariata i pomyślałam sobie: ojcze, ale o co ci w ogóle chodzi? Przecież jak jest spowiedź, to musi być pokuta i zadośćuczynienie, a nie świętowanie! A on mi wtedy tak fajnie powiedział, że jedno nie wyklucza drugiego, że spowiedź, która jest sakramentem uzdrowienia, jest też powodem do świętowania. Przecież jeśli ktoś jest ciężko chory w rodzinie i nagle zdrowieje, to wszyscy się cieszą i świętują. I tak też może być po spowiedzi.

    Dlatego, kiedy mówię o tych moich kwiatkach, kawie czy czymkolwiek innym w ramach świętowania, to wracam do tej przypowieści z marnotrawnym synem. On przyszedł i chciał powiedzieć ojcu: zgrzeszyłem, a ojciec go przytulił i zrobił imprezę. Dlaczego my nie mielibyśmy jej robić?

    Piszesz w swojej książce, „Doskonałej” tak: „Lubię mówić i pisać o spowiedzi. Od kilku lat ten sakrament jest dla mnie przede wszystkim spotkaniem dającym wolność, uzdrawiającym, zmieniającym sposób patrzenia.” To też nie jest zbyt popularne spojrzenie na spowiedź: że ona ma zmienić sposób patrzenia. Sporo ludzi uważa, że spowiedź ma nas upokorzyć, sponiewierać, że chodzi jednak o to, żeby zobaczyć zło w sobie. Czy da się ich przekonać, że chodzi o zmianę patrzenia i doświadczenie wolności?

    – Myślę, że nie ma co ludzi przekonywać. Ja ich zapraszam do tego, by spróbowali tego doświadczyć. Każdy z nas nosi przecież własne doświadczenia albo doświadczenia bliskich, ich historie. One są często trudne. Nie znam człowieka, który by choć raz nie został skrzywdzony w konfesjonale i często się na tym skupiamy, bo to jest bolesne i ciągnie się za nami przez lata. Dlatego opowiadam o swoim doświadczeniu.

    Co się wtedy dzieje?

    – Dobrym przykładem są historie związane z fragmentem mojej książki, który zacytowałaś. Kobiety, które go czytają, wracają – czasami po latach – do spowiedzi. Dostaję takie wiadomości: Magda, po trzech latach udało się. To jest dla mnie wow! Mówi się, że słowa uczą, a przykłady pociągają – i ja to mocno widzę w kwestii spowiedzi. Choć jest trochę trudnych, to jednak sama w większości mam bardzo dobre doświadczenia. Trafiam na bardzo dobrych spowiedników – chociaż słowo trafiam weźmy w cudzysłów, bo sama ich bardzo świadomie dobieram, kiedy idę do spowiedzi. Ale myślę, że przeskoczenie przez takie myślenie, że to jest tylko cierpiętnictwo, że mamy się upokarzać, jest na początku trudne, bo często właśnie takie są nasze doświadczenia, utrwalane przez lata. I teraz przychodzi taka Urbańska i mówi, że spowiedź jest fajna – to może brzmieć bardzo dziwnie; o co jej chodzi? Ale u mnie to też trwało latami, nie było tak zawsze.

    Usłyszałam kiedyś takie zdanie, które dobrze opisuje moje doświadczenie: „Wszystko, co jest, może być”. To są słowa ojca Franza Jalicsa, jezuity. Kiedy pierwszy raz je usłyszałam, nie potrafiłam tego do końca przyjąć. Chodziłam z  tym zdaniem prawie pół roku i w końcu doszło do mnie, ze wszyscy jesteśmy grzeszni, wszyscy popełniamy błędy i to jest wpisane w nasze życie. Wszyscy będziemy upadać, nie jesteśmy aniołami. Ale Pan Bóg nigdy nie zatrzymuje się na grzechu. Grzech trzeba nazwać i wyznać, ale potem jest Pan Bóg i Jego miłość, Jego miłosierdzie.

    Często o tym zapominamy.

    – Zatrzymujemy się na tym, że spowiedź to jest zobaczenie, nazwanie i – o matko! – wyznanie grzechów, ale zapominamy o dalszej części – że jest tam rozgrzeszenie. I że to jest sens spowiedzi: miłosierdzie Boga, nie nasz grzech. I to nie grzech powinien być w centrum.

    Wielu ludzi potrzebuje takiej narracji o spowiedzi; ona się zresztą pojawia coraz częściej, szczególnie u młodych duszpasterzy. Ale jeszcze nie mówi się o tym głośno. Mało świeckich mówi o dobrym doświadczeniu spowiedzi. Mam nadzieję, że się to zmieni. Ja mówię, bo wzięłam sobie do serca to, co mówi moja przyjaciółka: jeśli chcesz coś zmienić w Kościele – zrób to.

    Jak jesteś odbierana? Nie spotykasz się z takim oporem: co ty mi tu, świecka kobieto, będziesz mówiła o spowiedzi, to jest nie twoja działka, to ksiądz powinien mówić? Księża ci nie mówią: wchodzisz na mój teren, kobieto, czego chcesz?

    – Nie, nie. Nigdy się z tym nie spotkałam. Sama miałam przez moment taką myśl, że może nie powinnam o tym mówić, bo nie jestem wykształcona, mówię wyłącznie o doświadczeniu, co będzie, jeśli coś kiedyś przekręcę i kogoś wprowadzę w błąd? Ale druga myśl była taka, że to, co piszę w internecie, czyta wielu moich znajomych księży i  gdybym powiedziała coś takiego, któryś z nich pewnie by do mnie zadzwonił – i ta obawa z czasem zniknęła. Ona zresztą była tylko we mnie, nigdy z zewnątrz nie usłyszałam: „co ty gadasz, wchodzisz na mój teren”. Odbieram za to inne sygnały: że dobrze, że piszę, fajnie, że poruszam takie tematy, że dobre rzeczy robię w internecie.

    Myślę, że to jest lęk wielu ludzi świeckich, którzy nie mają odpowiedniego wykształcenia. Jest bardzo dużo hejtu w sieci i różni pseudoznawcy się wypowiadają. Nie wiem, jak to się stało, że mnie to ominęło, ale w kwestii spowiedzi nikt mi nigdy nic nie mówił, nigdy nie trafiła we mnie żadna strzała osoby wszystkowiedzącej. Dostawało mi się na inne tematy, takie dyżurne, jak komunia na rękę – tu zawsze ktoś się znalazł. Ale odnośnie spowiedzi – nie. Nikt mi nigdy nie powiedział, że mi nie wolno; wręcz odwrotnie – księża czy osoby konsekrowane mocno zaangażowane w Kościele udostępniały moje treści.

    Twoje wpisy na Instagramie i Facebooku mają bardzo pozytywny odbiór: widać tam społeczność, która mówi: dzisiaj kupuję sobie kawę, bo Urbańska mówi, żeby świętować spowiedź! To dość zaskakujące, bo nasze katolicko-internetowe środowisko jest dość podzielone; ludzie wywalają swoje trudne emocje właśnie w sieci, a u ciebie tego nie ma.

    – Mnie na początku bardzo dziwiło, że tak jest. Pierwszy raz wspomniałam w sieci o tym, że świętuję spowiedź, jakieś trzy-cztery lata temu. Najbardziej się wtedy bałam reakcji mojego spowiednika, bo on o tym nie wiedział. Myślałam sobie: kurczę, czy to nie jest jakaś herezja? Czy ktoś mi nie powie, że przesadzam? To był mój stały spowiednik i kiedy wróciłam do niego po miesiącu, powiedział mi, że też sobie kupił kawę po spowiedzi. Wtedy powstał hasztag #świętujęspowiedź i cała akcja, to było takie dmuchnięcie w skrzydła. Akcja zaczęła się rozkręcać na Instagramie i jestem zadziwiona do dziś, że tyle osób w to weszło. To są dziesiątki osób, a to, co, co widać publicznie, to tylko mała część tego, co się dzieje, bo ludzie często nie chcą o tym pisać na forum. Świętują, ale nie chcą tego publicznie pokazać.

    Wiesz, dlaczego?

    Czasami zaczepiam i pytam. Wtedy okazuje się, że ludzie w jakiś sposób się tego wstydzą, bo to jest inne,  i nie chcą tego pokazywać publicznie. Dostaję za to różne prywatne wiadomości – zdjęcie kawy, kwiatów, nawet wyjście do kina w ramach świętowania spowiedzi mi ktoś ostatnio wysłał.

    Hasztag się rozkręca, a równocześnie trwa dyskusja o kościele i mediach społecznościowych. Czy się powinno, czy nie, czy to jest dobre narzędzie, czy nie, czy to owocuje, kiedy nie masz bezpośrednich relacji z ludźmi. Twoja akcja pokazuje, że to ma sens, że można bardzo dużo dobrego zrobić, po prostu pisząc na Instagramie.

    – Można, ale trzeba być w tym szczerym. Widzę bardzo dużo kont na Instagramie, które są piękne i mają fajne treści – ale ostatnio odlubiłam trzydzieści różnych profili, bo zobaczyłam, że one nic nie zmieniają w moim życiu. Wszystko jest pięknie i fajnie – ale to nie jest do końca szczere, tylko robione pod publiczkę. Za to tam, gdzie pojawiają się treści nie wpisujące się do końca w moją wrażliwość, ale szczere i konfrontują z różnymi zjawiskami w Kościele czy życiu – takie treści chętnie czytam.

    Wracając do spowiedzi: jest sporo ludzi, którzy nie mają ani złego, zniechęcającego doświadczenia spowiedzi, ani nie mają bardzo dobrego, zachęcającego do świętowania. Są gdzieś pomiędzy: trzeba iść do spowiedzi, więc idą, ale bez żadnych emocji po . Odhaczają obowiązek z pewną regularnością. Co mogłabyś im powiedzieć?

    – Wiesz, wyobraziłam sobie teraz konkretnych ludzi, bo mam takich wokół siebie. Myślę, że gdyby mnie wpuścili do swojego świata i chcieli o tym porozmawiać, powiedziałabym im, że Bóg przygotował dla nich o wiele więcej, niż biorą teraz i że nawet nie wiedzą, jak On potrafi zaskoczyć. Podpowiedziałabym, żeby pozwolili sobie na przeżycie czegoś inaczej, spróbowali i zobaczyli, jak się z tym poczują.

    Świętowanie spowiedzi nie jest konieczne do zbawienia i są ludzie, którzy będą żyli całe życie pośrodku. I to jest w porządku. Nikogo bym nie zmuszała na siłę do jakichkolwiek zmian; jeżeli ktoś korzysta z sakramentów, to wspaniale. Jeśli robi to regularnie, to tym bardziej super. Tak może upłynąć całe życie i to nie jest złe – jest tylko pytanie, czy Jezus nie zaprasza do czegoś więcej, tego ignacjańskiego magis?

    Czułam, że idziemy w tę puentę!

    – To przez Ignacego, ja już inaczej nie potrafię (śmiech). Ale to moje doświadczenie spowiedzi mocno wypływa z duchowości ignacjańskiej, bo pragnienie czegoś więcej jest we mnie mocno zakorzenione. To jest dla mnie jak oddech: to więcej, blisko Jezusa, to, żeby Jezusa pytać o zdanie także w kwestii spowiedzi. Teraz nie mam stałego spowiednika, więc pytam: co mam, Panie Jezu, zrobić, gdzie iść, do kogo? Wielu ludzi o to Pana Jezusa nie pyta i ich spowiedzi są przeciętne, są takim odklepaniem. Albo inaczej – bardzo dobrze się przygotowują do spowiedzi, ale co z tego, jeśli trafiają na księdza, który ich nie zna albo jest zwykłym, pospolitym „dzięciołem”. Spowiedź będzie o wiele bardziej owocna, gdy będziemy szukać głębszego sensu w sakramentach. Gdy będziemy pytali Jezusa: gdzie mam iść? i słuchali tego, co On ma nam do powiedzenia, nawet jeśli nam się nie będzie podobać.

    Często jesteś przez ludzi pytana o to, jak wybierać spowiednika?

    – Kiedy zostawiam na Instagramie okienko na pytanie, to spowiedź zawsze wraca i bardzo często pojawiają się właśnie pytania o spowiedników. Myślę, że to jest klucz do głębszego przeżycia sakramentu. Niekoniecznie trzeba mieć stałego spowiednika – nie każdy chce i nie każdy ma możliwości. Natomiast ludzi dziwi to, że się spowiadam u księży, którzy mnie znają, bo skupiają się na grzechu. A Pan Bóg przygotował dla nas o wiele więcej. Bardzo dużo dostaję dlatego, ze wybieram sobie spowiedników bardzo świadomie i dlatego, że oni mnie znają. Wtedy nie mają dla mnie rad z czapy albo nie traktują mnie obcesowo, bo wiedzą, ze zemsta jest blisko (śmiech).

    W kwestii spowiedników mamy w naszym Kościele dwie tendencje. Jedna jest taka, że nie wolno wybrzydzać. Jest spowiednik, to po prostu do niego idziesz. Jak wybierasz sobie księdza, to już jest jakieś kombinowanie. I tak się nie powinno, bo Bóg daje ci tego, kto aktualnie tam siedzi: nieważne, że jest stary i głuchy, Pan Bóg przez niego będzie mówić i nie masz prawa się w to mieszać. Druga jest taka, żeby iść do księdza, który jest najfajniejszy: niekoniecznie musisz go znać, jeśli jest fajny, to do niego idź, czekaj, kombinuj, jedź na drugi koniec miasta, szukaj dla siebie najlepszego. Co Ty doradzasz?

    – Powiem najprościej, tak jak to powiedziałam własnemu dziecku. Kiedy mój syn przygotowywał się do swojej pierwszej spowiedzi, powiedział mi, że ma duże zaufanie do jednego z naszych księży i zapytał, czy mógłby spowiadać się u niego. Ponieważ ufam temu księdzu, powiedziałam, że spoko. Teraz mój syn robi pierwsze piątki, a tego księdza nie było całe wakacje. Podczas rozmowy z moim synem powiedziałam mu, żeby nigdy nie spowiadał się u przypadkowych księży.

    Jestem wielką przeciwniczką tej pierwszej teorii – kto tam siedzi, jest dla ciebie. Myślę, że z tego często wychodzą różne zranienia; jeśli ksiądz gdzieś na zewnątrz jest mało kulturalny, obcesowy, mówi polityczne kazania, to mało prawdopodobne, że będzie dobrym spowiednikiem. Wierzę w cuda, ale Pan Bóg bazuje na naturze, więc nie kombinowałabym w tę stronę, żeby iść, bo siedzi, chyba że mam grzech ciężki, pilnie muszę iść do spowiedzi, bo chcę iść do komunii, a to ostatnia dostępna msza dzisiaj. W takiej sytuacji poszłabym gdziekolwiek. Ale jeśli mam możliwość iść do innego kościoła albo mogę poczekać do jutra na innego spowiednika, nie pójdę do księdza, którego nie lubię albo nie wzbudza mojego zaufania. Z drugiej strony nie jestem też zwolenniczką tego, żeby za księżmi jeździć. Miałam wiele razy taką sytuację, że księża, u których się spowiadałam, byli przenoszeni w miarę blisko, na inną placówkę, godzinkę jazdy od mojego domu i nigdy tego nie zrobiłam: nigdy nie jechałam tę godzinkę, tylko szukałam kogoś innego. Ale to też zawsze było rozeznane, nie szłam tylko i wyłącznie za uczuciami.

    Jak może wyglądać takie rozeznanie?

    – Miałam taką sytuację, jest dość mocna. Przez dwa lata spowiadałam się u pewnego księdza i te spowiedzi były dobre i owocne, ale w pewnym momencie stało się tak, że przestał mi odpowiadać jego pośpiech w konfesjonale. Pytałam Pana Jezusa, co mam zrobić, a On mi pokazał innego kapłana. Nie myślałam o tym drugim księdzu w kontekście spowiedzi; po ludzku w życiu bym do niego nie poszła. Ale na modlitwie wracał do mnie właśnie ten człowiek. To było emocjonalnie trudne, zwłaszcza, że u mojego aktualnego wtedy spowiednika dostawałam prawie wszystko, czego potrzebowałam. Ale czułam, że jest potrzebna zmiana. Mimo że emocje mówiły mi co innego, poszłam za tym natchnieniem, które przyszło na modlitwie i nie żałuję tej decyzji.

    Z księdzem, który był wtedy moim spowiednikiem, mam relację do tej pory, ale już się u niego nie spowiadam. I to było bardzo, bardzo uwalniające doświadczenie: że Pan Bóg się mną zaopiekuje i da mi człowieka odpowiedniego dla mnie na dany moment i na dane potrzeby, bo one też się zmieniają w trakcie życia. Warto Go pytać.

    A jakie masz doświadczenie, jeśli chodzi o miejsce spowiedzi?

    – Nie mam problemu, żeby się spowiadać w konfesjonale, choć tego nie lubię, bo u nas w parafialnym kościele są otwarte konfesjonały i czasami się robi z tego spowiedź powszechna; straszne to jest. Mam też doświadczenie spowiedzi w rozmównicy u jezuitów i ta spowiedź jest bardzo komfortowa: nikt nie stoi za tobą, nie musisz szeptać, tyle, że siedzisz na wprost kapłana i patrzycie sobie głęboko w oczy (śmiech). Nic nie blokuje mnie ani przed jedną, ani przed drugą formą. Jest czas, że wolę twarzą w twarz, jest czas, że wolę konfesjonał. Pozwalam sobie na to, że może być i tak, i tak, ale zawsze pytam Pana Jezusa, gdzie teraz, gdzie iść z konkretnym problemem, i zawsze dostaję odpowiedź. Nigdy nie było tak, żebym została bez niej, chociaż najczęściej w pierwszym momencie ta odpowiedź mi się nie podoba.

    W dyskusji o spowiedzi krąży taki emocjonalny argument: nie będę obcemu facetowi opowiadać o swoich intymnych sprawach, więc nie będę chodzić do spowiedzi. Co można zrobić dla osób, które mają takie podejście?

    – Można pokazać swoim życiem, że warto. Że spowiedź nie zatrzymuje się na księdzu. Miałam ostatnio dość ciekawą rozmowę z pewnym mężczyzną, który musiał iść do spowiedzi, bo miał zostać ojcem chrzestnym. Strasznie nad tym ubolewał, bo co on będzie facetowi w sukience opowiadał o swoich najintymniejszych problemach. Zdziwiło mnie, że przyszedł z tym do mnie i że nie zrobił tego w formie oskarżenia, jak to często widać w mediach. Miałam wrażenie, że było w nim pragnienie czegoś więcej, że szukał, że gdyby miał dobre doświadczenie spowiedzi, miałby może wciąż jakiś problem, ale nie tak ogromny.

    Jak ktoś ze mną tak szczerze gada, namawiam, żeby się przełamać, żeby spróbować – ale żeby też świadomie znaleźć sobie spowiednika, który będzie miał więcej czasu, żeby wysłuchać. Żeby nie trafić na kogoś, kto na nas nawrzeszczy: nie byłeś tyle lat u spowiedzi! Takie rzeczy niestety cały czas się zdarzają. Nie mam takiej pokusy, żeby przekonywać kogoś na siłę. Nie uważam, że moja droga jest jedyna słuszna – bo nie jest. Święty Ignacy też mówił, że Pan Bóg ma wiele dróg do ludzi, dla każdego inną. Wychodzę z założenia, że mogę opowiedzieć  o moim doświadczeniu i jeżeli to komuś pomoże, da komuś światło, nadzieję, doda sił, to wspaniale. Ale nie naciskam i staram się nie moralizować innych, bo wiem, że ludzie noszą w sobie różne zranienia, które czasem jest trudno przeskoczyć.

    Wszystko wypływa z naszych doświadczeń. Dlatego nie przekonuję nigdy nikogo na siłę, że spowiedź jest dobra, fajna i tak dalej. Mówię wprost o moim doświadczeniu i mam wrażenie, że ono kłuje niektórych w oczy. Bo jest w nas taka tęsknota za miłością, za akceptacją, za sacrum. To wszystko możemy dostać w spowiedzi, jeżeli ona jest dobrze przeżyta i  trafimy na dobrego spowiednika. I my tak naprawdę w jakiś sposób tego pragniemy, ale nie do końca jesteśmy świadomi, że to o to chodzi, że spowiedź może nam to dać i że nam to da. Zatrzymujemy się na grzechu, na księdzu, na wstydzie i nie widzimy tego, co jest dalej: ulgi, pomocy, zmiany patrzenia, która po spowiedzi przychodzi, a przede wszystkim tego, że po rozgrzeszeniu naszego grzechu już nie ma. Dalej jest tylko Jezus i Jego przytulenie.

    Magdalena Urbańska – katolicka publicystka, z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny, żona, matka dwóch synów, autorka książki “Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet“. Prowadzi bloga oraz Instagram. 

    rozmowę przeprowadziła Marta Łysek/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 WRZEŚNIA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XXII NIEDZIELI OKRESU ZWYKŁEGO

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – NABOŻEŃSTWO WYNAGRODZAJĄCE I ZADOŚĆ CZYNIĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE.

    *****

    Aby spełnić prośbę Bożej Matki dotyczącą Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca należy:

    1. przystąpić do sakramentu spowiedzi św. (można przystąpić do sakramentu pojednania kilka dni wcześniej) i przyjąć Komunię św.

    2. pomodlić się na różańcu wybierając jedną z czterech części Tajemnic (Radosną, Światła, Bolesną, Chwalebną)

    3. poświęcić kwadrans czasu na rozważanie jednej z 20 Tajemnic Różańca Świętego

    4. być świadomym intencji, którą jest wynagrodzenie za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    Osoby, które z ważnych powodów (np. choroba) nie mogą osobiście uczestniczyć w nabożeństwie i przyjąć Komunii św. w kościele św. Piotra lub swoim lokalnym kościele, mogą łączyć się online, np. z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem:

    https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/  – w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 18.30 pokutny różaniec fatimski (w Szkocji 17:30), następnie medytacja pierwszosobotnia, Msza św. z kazaniem i Apel Maryjny

    *****

    Pierwsza sobota miesiąca.

    NAJŚWIĘTSZA MARYJA PANNA:

    “Przybędę z łaskami”

    „Córko moja – prosiła Maryja – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść Mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć Mi będą w intencji zadośćuczynienia”. Te słowa zawierające prośbę Maryi wypowiedziane w dni 10 grudnia 1925 r. w Pontevedra (Hiszpania) są nadal mało znane, a tym bardziej słabo praktykowane w kościele Chrystusowym. W tym dniu Maryja objawiła się s. Łucji z Dzieciątkiem Jezus i pokazała cierniami otoczone Serce…

    Nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca, które tu omawiam, jest ściśle związane z Objawieniami Fatimskimi, których 101 rocznicę obchodzimy w tym roku. Spośród trójki dzieci Franciszka, Hiacynty i Łucji, „Niebo” wybrało Łucję do „specjalnego zadania” o którym poinformowała ją Najświętsza Maryja w dniu 13 czerwca 1917 roku: „Jezus chce posłużyć się tobą, abym była bardziej znana i miłowana. Chce zaprowadzić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy przyjmą to nabożeństwo, obiecuję zbawienie. Te dusze będą przez Boga kochane jak kwiaty postawione przeze mnie dla ozdoby Jego tronu”.

     S. Łucja również otrzymała w nocy z 29 na 30 maja 1930 r. w Tuy odpowiedź od Pana Jezusa na pytanie o zasadność pięciu pierwszych sobót miesiąca.
    „Córko moja, powód jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi:
    – bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;

    Dzisiaj zatrzymamy się nad pierwszym bluźnierstwem przeciwko Niepokalanemu Poczęciu.

    Papież Pius IX w 9 grudnia 1854 roku w konstytucji apostolskiej Ineffabilis Deus ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, który brzmi: 
    (…) ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmogącego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana jako nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną, i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.

     Niestety sam termin “Niepokalane Poczęcie” wielu ludzi doprowadza do najwyższej irytacji. Często słychać nawet z ust ludzi wierzących “wszystko w tym chrześcijaństwie mogłabym przyjąć, tylko tego Niepokalanego Poczęcia nie mogę przełknąć!”. Takie spojrzenie jest dobrym powodem, aby spokojnie się zastanowić nad tą prawdą wiary katolickiej, którą dopiero w dziewiętnastym wieku uznano za dogmat. Trzeba tu jednak dodać, że cztery lata później „samo Niebo” jakby go potwierdziło „posyłając” Maryję do skromnej 14 letniej Bernadety w Lourdes, a Ona w święto Zwiastowania, 25 marca 1858 roku powiedziała: “Ja jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadetta była zaskoczona tą odpowiedzią, gdyż nie wiedziała, co znaczy to dziwne imię “Niepokalanie Poczęta”, tym bardziej że nigdy o nim nie słyszała. Nie zdążyła się już jednak o nic więcej zapytać, ponieważ śliczna Pani zniknęła. 
    Gdy słyszę, jak ktoś w podobny sposób podważa dogmat o Niepokalanym Poczęciu nietrudno udowodnić takim ludziom, że w ogóle nie wiedzą o czym mówią, bo często bywa tak, że mylą oni dogmat o Niepokalanym Poczęciu z zupełnie inną prawdą wiary o dziewictwie Maryi i narodzinach Bożego Syna z Dziewicy. Ale to są dwie całkowicie różne sprawy. 
    Bóg wybrał Maryję, aby stała się Matką Odkupiciela rodzaju ludzkiego i o Niej słyszymy: błogosławioną między niewiastami. Jest błogosławiona, ponieważ uwierzyła, że u Boga nie ma nic niemożliwego. Wielokrotnie Bóg przemawiał przez proroków chcąc wejść w ludzkie życie i szukając, którędy by mógł do nas wejść, i tak Pan znalazł otwarte Serce Maryi na boży głos gotowe wypełnić Bożą wolę. Kiedy chce przemówić do nas – choćby w tym nadchodzącym czasie pokuty – to być może szuka właśnie owego Maryjnego punktu w naszym życiu. Być może nie interesuje Go, jak bardzo jesteśmy pobożni, moralni, ascetyczni i zdyscyplinowani – chce raczej wiedzieć, jak bardzo jesteśmy otwarci na Jego Słowo i Jego wolę, czyli jak bardzo jest otwarte nasze serce. 
    Brama, przez którą wchodzi Pan w historię życia ludzkiego, jest Maryjne FIAT, “stań się” – “Niech mi się stanie według Słowa Twego!”. U początków dzieła stworzenia znajduje się Boże FIAT – Niech się stanie! Niech się stanie światłość! Niech się stanie ziemia! Niech się staną słońce i gwiazdy! To Boże słowo wyraża Jego władze i stwórczą potęgę, powołuje rzeczy z niebytu do bytu – tak było na początku dzieła stworzenia o czym czytamy w księdze Rodzaju.

    Gdy jednak ludzkość uległa podszeptom szatana i uległa grzechowi, Pan rozpoczyna swoje dzieło naszego odkupienia, przez które dziełu stworzenia dopiero nadaje ostateczną głębię i sens. To dzieło również jest zależne od FIAT Maryi – będące ludzką odpowiedzią na Boże wezwanie. Słowo wiary Maryi: “Fiat mihi secundum verbum Tuum” – “Niech mi się stanie według słowa Twego”. Owo FIAT czyli “stań się” wypowiada Maryja całym swoim jestestwem, całą swoją wiarą i życiem Ta, która nie doznała skazy grzechu pierworodnego.

    Cieszmy się zatem, że mamy taką Matkę, która dla nas jest też prawdziwym przykładem, że Pan Bóg ma w swej opiece tych, którzy Mu ufają.

    W każdym czasie naszej egzystencji chcemy się uczyć takiej wiary i ufności – dlatego my Sercanie Biali zapraszamy do naszego klasztoru w Polanicy Zdroju ul. Reymonta 1, do Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, czyli SZKOŁY SERCA na pierwsze soboty miesiąca, aby razem wynagradzać za grzechy, jakich dopuszczają się ludzie, także niewierzący, przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi, a w konsekwencji przeciw Bogu, ale również uczyć się od Maryi miłości i posłuszeństwa Panu Bogu, czyli mówić Bogu w sposób świadomy i odważny FIAT „niech mi się tak stanie”. 
    Nasze modlitewne spotkanie zaczynamy o godzinie 20.00 Mszą Świętą, a później Różaniec wynagradzający i czuwanie. Jest to dobra okazja do odbycia spowiedzi. 
    (Szczegóły na stronie www.sanktuarium-fatimskie.pl ) 
    W ten sposób chcemy wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi za różne obelgi i bluźnierstwa.
    Zapraszamy wszystkich chętnych do przybycia do MATKI… 
    „Muszę wyznać – pisała Siostra Łucja – że nigdy nie czułam się tak szczęśliwa, niż kiedy przychodzi pierwsza sobota. Czy nie jest prawdą, że największym naszym szczęściem jest być całym dla Jezusa i Maryi i kochać Ich wyłącznie, bezwarunkowo?”.

    o. Zdzisław Świniarski SSCC (Sercanin Biały)/fronda, 2018

    ______________________________________________________________________________________________________________

    POMNIK JANA PAWŁA II NA TERENIE SANKTUARIUM W FATIMIE/fot.stacja 7pl

    ***

    Po 106 latach od objawień w dolinie Cova da Iria w 1917 r. cały świat słyszał o Fatimie, z drugiej jednak strony przesłanie Matki Bożej pozostaje w pewnym sensie nieznane. Chodzi o fundamentalne treści orędzia.

    Czego wymaga od nas Matka Boża, której głos usłyszał świat w Fatimie? Jakie są Jej wskazania i co powinniśmy uczynić, by wypełnić Jej prośbę? Dlaczego nabożeństwo 13 dnia miesiąca we wszystkich parafiach świata nie jest wystarczające, by uczynić zadość Jej wskazaniom? Czy objawienia miały miejsce tylko przez sześć miesięcy w 1917 roku?

    Fatimska Pani przychodzi do swoich dzieci, ukazując drogę ratunku przed złem i sposób przemiany całego świata. Mówi: „Bóg pragnie ustanowić na świecie nabożeństwo do Mego Niepokalanego Serca”. Jeśli zrobi się to, o co prosi Bóg, wiele dusz zostanie uratowanych przed piekłem, wojna się skończy, nastanie pokój na świecie, nie będzie głodu, sprawiedliwi nie będą prześladowani, Rosja się nawróci i jej błędy nie będą rozlewać się po świecie, nadejdzie czas triumfu Jej Niepokalanego Serca. Czy świadomość tego, co dzieje się wokół nas, nie jest aż nader doniosłym przynagleniem, by skierować naszą uwagę w stronę Fatimy?

    ***

    Fatima. Niespełnione prośby Matki Bożej

    “Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka. Tyle dusz zostaje potępionych przez sprawiedliwość Bożą z powodu grzechów przeciw mnie popełnionych. Przychodzę przeto prosić o zadośćuczynienie. Ofiaruj się w tej intencji i módl się”. 

    Siostra Łucja nie traciła żadnej okazji, aby przesłanie Maryi przekazać Ojcu Świętemu Piusowi XI, przede wszystkim za pośrednictwem biskupa Leirii i jej spowiednika o. Gonçalvesa. W czasie pontyfikatu Piusa XI, 13 października 1930 roku, biskup Leirii José Alves Correia da Silva wydał oficjalny dokument, w którym uznał wiarygodność objawień i zezwolił na kult Matki Bożej Fatimskiej. Potwierdzenie przez Kościół autentyczności objawień zwiększyło wiarygodność przekazywanych przez siostrę Łucję informacji, a przede wszystkim prośby o poświęcenie Rosji. Wiarygodność siostry Łucji potwierdzały także niezliczone cuda, które działy się na miejscu objawień w Fatimie. W okresie od maja 1926 roku do grudnia 1937 roku biuro badań lekarskich w Fatimie zarejestrowało 14725 cudownych uzdrowień chorych, którzy przybyli tam, aby modlić się o swoje uzdrowienie.

    W czternastą rocznicę pierwszego objawienia w Fatimie, 13 maja 1931 roku, biskupi portugalscy w zbiorowym akcie poświęcili Portugalię Niepokalanemu Sercu Maryi. Akt ten odnowili 13 maja 1938 roku w Fatimie. W uroczystości uczestniczyło 20 arcybiskupów i biskupów, tysiąc kapłanów i pół miliona Portugalczyków. W tym samym czasie jednoczyło się z nimi kilkaset tysięcy wiernych z wszystkich parafii Portugalii, modlących się w swoich kościołach. W latach trzydziestych siostra Łucja, przebywając w klasztorze w Tuy lub w Pontevedra, doświadczyła kolejnych objawień, w których otrzymała liczne ponaglenia w sprawie poświęcenia Rosji. Wiadomości o tym przekazywała swoim przełożonym, którzy z kolei informowali Stolicę Apostolską, lecz nie otrzymali odpowiedzi.

    Intencje modlitw siostry Łucji, nic o nich nie wiedząc, wspomagała św. Siostra Faustyna, mistyczka. Pod datą 16 grudnia 1936 roku zanotowała w swoim Dzienniczku:

    Dzisiejszy dzień ofiarowałam za Rosję, wszystkie cierpienia swoje i modlitwy ofiarowałam za ten biedny kraj. Po Komunii świętej powiedział mi Jezus, że: „Dłużej tego kraju znosić nie mogę, nie krępuj mi rąk, córko moja”. Zrozumiałam – gdyby nie modlitwa dusz miłych Bogu, to by już ten cały naród obrócił się w nicość. O, jak cierpię nad tym narodem, który wygnał z granic swoich Boga.

    Papież Pius XI do końca swego pontyfikatu (zm. 10 II 1939) nie podjął się spełnienia wielokrotnie przekazywanej mu prośby o zawierzenie Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi. Prawdopodobnie zadecydowała o tym uzasadniona obawa przed pogorszeniem sytuacji katolików w Rosji. Siostra Łucja bardzo cierpiała z powodu opóźniającego się spełnienia prośby Matki Bożej, ponieważ zdawała sobie sprawę, ile nieszczęść można byłoby dzięki temu uniknąć.

    Z polecenia biskupa Leirii siostra Łucja napisała do Ojca Świętego Piusa XII list (z datą 2 grudnia 1940 roku), w którym przedstawiła prośbę Matki Bożej w rozszerzonej formie. Zło na świecie do tego czasu tak się rozrosło, że poświęcenie samej Rosji już nie wystarczało, wobec czego Maryja prosiła o poświęcenie Rosji i świata.

    Ojcze Święty

    W 1929 roku Matka Boża w kolejnym objawieniu prosiła o ofiarowanie Rosji swemu Niepokalanemu Sercu, obiecując, że ten akt uniemożliwi rozszerzanie się jej błędów oraz posłuży jej nawróceniu. Po jakimś czasie poinformowałam o prośbie Matki Bożej spowiednika. Jego Wielebność podjął pewne kroki, mające na celu spełnienie życzenia – postarał się, by ono dotarło do wiadomości Jego Świątobliwości Piusa XI. W wielu intymnych rozmowach Pan Jezus nalegał na wypełnienie tej prośby. Ostatnimi czasy obiecuje, że jeśli Wasza Świątobliwość będzie łaskaw ofiarować świat Niepokalanemu Sercu Maryi, ze specjalnym uwzględnieniem Rosji, i nakaże, by w zjednoczeniu z Waszą Świątobliwością i w tym samym czasie, identycznego aktu dokonali wszyscy Biskupi świata, On skróci czas nieszczęść, którymi postanowił ukarać narody za ich zbrodnie poprzez wojnę, głód, liczne prześladowania świętego Kościoła i Waszej Świątobliwości.

    Ojcze Święty, odczuwam realnie cierpienia Waszej Świątobliwości i jak tylko mogę, poprzez moje ubogie modlitwy i ofiary, wraz z naszym dobrym Bogiem i Niepokalanym Sercem Maryi staram się je umniejszać.

    Ojcze Święty, jeśli nie jestem w błędzie co do zjednoczenia mojej duszy z Bogiem, Pan Jezus obiecuje, w zamian za ofiarowanie przez portugalskich Biskupów naszego Narodu Niepokalanemu Sercu Maryi, specjalną ochronę dla naszej Ojczyzny podczas tej wojny i to, że ta ochrona będzie dowodem łask, których udzieli innym narodom, jeśli tak jak Portugalia ofiarują się Niepokalanemu Sercu Maryi!

    Obietnica Pana Jezusa spełniła się i Portugalię istotnie nie dotknęły działania drugiej wojny światowej. Po Portugalii pierwszym krajem na świecie, który zawierzył się Niepokalanemu Sercu Maryi i przyjął nabożeństwo pięciu sobót była Polska. Prymas Polski, kardynał August Hlond, przebywając w czasie drugiej wojny światowej na emigracji, w 1942 roku w Rzymie był świadkiem zawierzenia świata Niepokalanemu Sercu Maryi przez papieża Piusa XII. Zachęcony jego wezwaniem, aby uczyniły to także inne episkopaty w swoich krajach, pragnął także zawierzyć Sercu Maryi Polskę.

    W tym samym czasie, kiedy Łucja kieruje do papieża prośbę o poświęcenie świata i Rosji, do Watykanu dochodzą listy od portugalskiej mistyczki Alexandriny Marii da Costa, która od 1934 roku ma objawienia Pana Jezusa. Alexandrina przekazuje w nich prośbę Jezusa, aby papież poświęcił świat Sercu Najświętszej Maryi Panny. Tak więc obie portugalskie mistyczki otrzymały przekaz z prośbą o poświęcenie świata.

    Pius XII żywił wielkie nabożeństwo do Matki Bożej Fatimskiej, szczególnie z powodu zbieżności dat swojej sakry biskupiej i pierwszego objawienia w Cova da Iria 13 maja 1917 roku. Po raz pierwszy aktu konsekracji świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi dokonał 31 października 1942 roku, w czwartym roku trwającej wówczas II wojny światowej. Było to w dniu kończącym w Portugalii obchody srebrnego jubileuszu objawień w Fatimie (1917-1942). Ojciec Święty zawierzył Niepokalanemu Sercu Maryi cały świat ze szczególnym uwzględnieniem Rosji, o której mówił, nie wymieniając jej z nazwy.

    Razem z Piusem XII aktu poświęcenia dokonali jedynie biskupi Portugalii zgromadzeni w katedrze lizbońskiej. Dlatego Łucja stwierdziła, że poświęcenie nie zostało dokonane zgodnie z poleceniem Matki Bożej, ponieważ nie została spełniona jej prośba o dokonanie tego aktu wraz z biskupami całego świata. Pius XII ponowił ten akt sześć tygodni później, 8 grudnia 1942 roku, w Bazylice św. Piotra w Rzymie w obecności kilku biskupów i 40 tysięcy wiernych. Papież polecił wówczas, aby analogicznego aktu poświęcenia dokonano w poszczególnych Kościołach lokalnych.

    22 października 1942 roku, dziewięć dni przed datą poświęcenia, siostrze Łucji objawił się Pan Jezus, który powiedział jej, że akt papieża, choć nie spełni wszystkich żądań Matki Bożej, przyniesie skrócenie działań wojennych. I tak się stało, bo wraz z rokiem 1942 skończyły się tryumfalne zwycięstwa Niemiec.

    Ważnym aktem dokonanym przez papieża Piusa XII jest także ogłoszenie 1 grudnia 1950 roku dogmatu o wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. Było to w ogłoszonym przez niego Roku Świętym – Roku Pokoju, który został zainicjowany 24 grudnia 1949 roku, a zamknięty 13 października 1951 roku. W uroczystościach zamykających w Fatimie Rok Święty uczestniczył jako legat Piusa XII kardynał Federico Tedeschini. W homilii wygłoszonej wobec miliona pielgrzymów powiedział, że w ciągu minionego roku Pius XII cztery razy doświadczył „cudu słońca”, podobnego do tego, który wydarzył się 13 października 1917 roku w Fatimie. Było to 30 i 31 października oraz 1 i 8 listopada 1950 roku w ogrodach watykańskich. Dla Ojca Świętego był to znak akceptacji przez niebo dogmatu o wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, na krótko przed jego ogłoszeniem.

    Dziesięć lat po pierwszym poświęceniu Niepokalanemu Sercu Maryi Kościoła i świata ze szczególnym uwzględnieniem Rosji Papież Pius XII zawierzył Niepokalanemu Sercu Maryi naród rosyjski. Dokonał tego w liście apostolskim do narodów Rosji „Sacro Vergente Anno” z 7 lipca 1952 roku. W tym poświęceniu również nie uczestniczyli wszyscy biskupi świata, wobec czego nie został spełniony warunek, od którego Matka Boża uzależniła nawrócenie Rosji.

    (fragment pochodzi z książki „Fatima. Niespełnione prośby Matki Bożej” wydanej nakładem Wydawnictwa Serafin)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XXII NIEDZIELA * ROK A

    3 WRZEŚNIA

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ***

    O ofierze Mszy świętej – św. Jan Maria Vianney tak napisał:

    Wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza jest dziełem Bożym. Nawet męczeństwa nie da się porównać z Mszą świętą – jest ono bowiem ofiarą, jaką człowiek składa Bogu ze swojego życia, a Msza święta jest ofiarą, jaką Bóg złożył z samego siebie człowiekowi, przelewając za niego krew.

    Kapłan jest kimś bardzo wielkim, gdyby pojął swoje powołanie do końca umarłby… Sam Bóg jest mu posłuszny. Na słowa kapłana Chrystus zstępuje z nieba i daje się zamknąć w małej hostii. Ojciec nieustannie patrzy z nieba na ołtarz: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie (Mt 17,5a)Wobec zasług tak wielkiej ofiary, Ojciec nie może Synowi niczego odmówić. Gdybyśmy mieli wiarę, ujrzelibyśmy Boga w kapłanie, jak się widzi światło przez szybę, jak wino pomieszane z wodą.

    Po konsekracji, kiedy trzymam w dłoniach Najświętsze Ciało Pana, jeśli przeżywam chwile zniechęcenia i myślę, że godny jestem tylko piekła, mówię w duszy:  „Gdybym tylko mógł zabrać Go ze sobą do piekła, w Jego obecności czułbym się tam jak w raju! Mógłbym cierpieć tam przez całą wieczność, gdybym mógł przebywać tam razem z Jezusem. Wtedy jednak nie byłoby to już piekło, bo płomienie Bożej miłości prędko ugasiłyby ogień sprawiedliwości”.

    Po konsekracji Bóg jest między nami obecny tak samo, jak jest obecny w niebie. Gdybyśmy w pełni zdawali sobie z tego sprawę, umarlibyśmy z miłości. Bóg jednak oszczędza nas i zakrywa przed nami tę tajemnicę z powodu naszej słabości.

    Pewien kapłan zaczynał wątpić, że jego słowa rzeczywiście sprowadzają Chrystusa na ołtarz; w tej samej chwili hostia, którą trzymał w dłoniach, zaczęła ociekać krwią wsiąkającą w korporał.

    Gdyby nam ktoś powiedział, że o tej godzinie jakiś zmarły ma powstać z grobu, zaraz byśmy tam pobiegli, żeby zobaczyć cud. A czyż konsekracja, podczas której chleb i wino stają się Ciałem i Krwią samego Boga, nie jest o wiele większym cudem niż wskrzeszenie umarłego? Potrzeba przynajmniej kwadransa, żeby dobrze przygotować się do przeżycia Mszy świętej. W tym czasie trzeba głębokiego uniżenia, jakiego Chrystus dokonuje w sakramencie  Eucharystii; trzeba zrobić rachunek sumienia, gdyż aby dobrze przeżyć Mszę Świętą powinniśmy być w stanie łaski uświęcającej.

    Gdybyśmy znali cenę ofiary Mszy świętej albo raczej gdybyśmy mieli głębszą wiarę, uczestniczylibyśmy w niej z o wiele większą gorliwością.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej komunii św.

    fot. via Pixabay

    ***

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej Komunii św.

    Wspominany 1 sierpnia przez Kościół założyciel zgromadzenia redemptorystów bardzo dużą wagę przykładał do częstego karmienia się przez wierzących Komunią św. i przestrzegał tych, którzy pod pozorem pobożności unikają częstego umacniania się Chlebem eucharystycznym.

    XVIII-wieczny włoski święty, który zmarł na zaledwie 2 lata przed wybuchem rewolucji francuskiej, pozostawił po sobie wiele niezwykle cennych i wartościowych myśli na temat

    „Osoby, które często i z prawdziwym pragnieniem przyjmują Boga do swego serca, szybko wzrastają w miłości Bożej i czynią wielkie postępy w dążeniu do doskonałości. Pan okazuje im wielkie łaski i obdarza coraz hojniej swoją miłością”.

    „Powstrzymywanie się od przyjmowania Komunii św. nie uczyniło nikogo doskonalszym. Chrześcijanin nie staje się lepszy poprzez oddalenie od sakramentu Eucharystii”.

    „Cała doskonałość tego sakramentu polega na zjednoczeniu duszy z Panem Bogiem. Komunia jest aktem najbliższego zjednoczenia. Ponad ten akt nie można uczynić nic milszego Bogu”.

    „Kto mówi, że czuje swą niegodność, powinien wiedzieć, że im bardziej ociąga się z przystąpieniem do stołu Pańskiego, tym bardziej niegodność jego się zwiększa. Im rzadziej przyjmuje Najświętszy Sakrament, tym bardziej wzrastają jego wady, bo pozbawia się łask i pomocy duchowych, których ten sakrament jest źródłem”.

    „Bardziej pokorna jest ta osoba, która często przyjmuje komunię św. niż ta, która się wymawia od niej swoją niegodnością. Pierwsza szuka bowiem lekarstwa na swoje choroby, podczas gdy druga w rzeczywistości oddala się od Boga”.

    „Nie wymawiajmy się więc od częstej Komunii św. pod pozorem, że rzadziej będziemy ją przyjmowali z większą pobożnością. Im rzadziej bowiem karmimy się Chlebem eucharystycznym, tym trudniej jest ustrzec się grzechu i oprzeć pokusom”.

    “Sakrament Eucharystii jest dla nas obfitym źródłem światła i mocy. Przynosi nam więcej łask niż wszystkie inne sakramenty, wprowadza bowiem do dusz naszych Jezusa Chrystusa, źródło łask wszelkich”.

    św. Alfons Maria Liguori “Droga do świętości. O ćwiczeniach duchowych”, Kraków 2011

    _______________________________________________________________________________

    Post Eucharystyczny

    Spodobało się Duchowi Świętemu, aby ze względu na cześć tak wielkiego sakramentu Ciało Pańskie wchodziło do ust chrześcijanina pierwej niż inne pokarmy i dlatego obyczaj ten zachowuje się na całym świecie”. To słowa św. Augustyna sprzed półtora tysiąca lat, nad którymi warto się czasem zastanowić.

    Chrystus przed wszystkimi

    Wiele razy dane mi było oglądać scenę, w której cała rodzina szykowała się do wyjścia na ślub. Prasowanie, wiązanie krawatów, modelowanie fryzur, pastowanie butów, makijaż. A na ostatnią chwilę jakaś bułeczka do buzi, żeby w czasie ślubu nie zgłodnieć do wesela. I tak, przez przewartościowanie tego, co zewnętrzne, a niedowartościowanie tego, co wewnętrzne, Pan Jezus w Komunii św. nie zostaje potraktowany jak Bóg, któremu należy się szczególna cześć.
    Zaryzykuję tezę, że niektóre osoby przystępujące do Ołtarza Pańskiego bardziej martwią się tym, jak zrobić przyjemność wychodzącej za mąż cioci, niż Chrystusowi. Bo, wbrew temu, co się niekiedy mówi, podczas Mszy św. ślubnej to nie państwo młodzi są najważniejsi…

    Nie tylko nie-jedzenie

    Prawo kościelne, mówiąc o poście eucharystycznym, mówi o jedzeniu i piciu: „Przystępujący do Najświętszej Eucharystii powinien przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii św. powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju, z wyjątkiem tylko wody i lekarstwa” (kan. 919). Nie należy jednak tracić logiki w postępowaniu wedle niego. Ktoś zgorszony opowiadał, że pewna dziewczyna siedząca w pierwszej ławce całą Mszę św. żuła gumę. Wyjęła ją z ust na czas przyjęcia Komunii św., po czym wzięła do ust nową gumę. Na własne oczy widziałem mężczyzn, którzy gasili papierosy przed wejściem do kościoła w momencie, gdy brzmiał już dzwonek na rozpoczęcie Mszy św. Pół godziny później przyjmowali Chrystusa Eucharystyczego. Wiele dziewcząt skrzywiłoby się, gdyby musiało pocałować śmierdzącego papierosami chłopaka. Pan Jezus jakoś to musi znosić… Być może w jednym i drugim przypadku osoby zachowujące się niegodnie wobec Najświętszego Sakramentu zachowały nawet post eucharystyczny. Niemniej jednak nie przyjęły postawy uniżenia wobec Boga, do której prowadzić ma ów post. Nie chodzi tu więc o bezmyślne przestrzeganie litery prawa, lecz o właściwe rozumienie sakramentu. Katechizm jasno uczy, że post jest nie tylko oznaką zewnętrzną, ale ma wzbudzać „nawrócenie serca, pokutę wewnętrzną. Bez niej czyny pokutne pozostają bezowocne i kłamliwe” (KKK 1430).

    Przygotowanie spotkania

    Zapytałem ks. Roberta o to, czy nieprzestrzeganie postu eucharystycznego jest grzechem. Bez wahania odpowiedział, że według jego rozeznania to grzech lekki. Spotkał się także z tym problemem w konfesjonale, choć zaznacza, że nieczęsto ludzie spowiadają się z nieprzestrzegania postu eucharystycznego. Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze, większość zapewne przestrzega tego postu. Po drugie, pozostała część może nie mieć świadomości, że brak tego postu jest nieobojętny moralnie i należy się z tego faktu wyspowiadać. Ks. Robert zwrócił jednak przede wszystkim uwagę na to, że nie chodzi o to, by straszyć grzechem, lecz by przypomnieć jaki jest cel postu eucharystycznego. Stwierdził jasno: jest to istotny elementy przygotowania do Mszy św. Podobnie jak wyciszenie, skierowanie swoich myśli do Boga, itp. Zresztą Kościół jest w tym względzie ewangelicznie miłosierny: „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” (kan. 919).

    Osoba, a nie przedmiot

    Wbrew temu, co można wywnioskować z początku tego artykułu, jego celem nie jest krytyka kogokolwiek, kto nie przestrzega postu eucharystycznego. Wręcz przeciwnie! Należy powiedzieć wszystkim tym, którzy go przestrzegają, że czynią dobrze, i że z tej dobroci mogą czerpać dla siebie jeszcze więcej. Bo sensem postu eucharystycznego nie jest to, „by ludzie widzieli”, lecz przybliżanie się do Boga. Pewien zakonnik zwrócił ostatnio moją uwagę na to, że przeżywanie Eucharystii przybiera niekiedy postać kultu materialnego, a nie osobowego. To nie z Chlebem, w który przemienił się Chrystus, wchodzimy w stan Komunii św., lecz z Chrystusem – czyli Osobą, która przyjęła postać Chleba. To zasadnicza różnica, która pokazuje nam, jaki jest sens postu eucharystycznego. Popatrzmy na Komunię św. jak na spotkanie podobne do spotkania ze swoim nowo poślubionym współmałżonkiem (sam Bóg używa tego porównania w Piśmie Świętym), a będziemy się starali uczynić wszystko, żeby się na to spotkanie dobrze przygotować.

    Marcin Konik-Korn/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O. Badeni: Antychryst już przebywa pośród nas

    fot. screenshot – YouTube (Stacja 7)

    ***

    o. Badeni: Antychryst już przebywa pośród nas

    Dla tych, którzy go mniej znali, ojciec Joachim Badeni mógł się wydawać miłym starszym księdzem, dobrotliwie uśmiechniętym, przyjaźnie nastawionym do każdego, kto się do niego zbliżał. Ale za tą — prawdziwą zresztą — powierzchownością krył się wulkan, kipiący wewnętrzną mocą. Dawał on o sobie znać nieoczekiwanymi pomrukami i nagłymi wstrząsami. Łagodny staruszek stawał się groźnym prorokiem, miotającym pioruny. Piszę o tym, aby ostrzec potencjalnych czytelników tej książki, którzy biorą ją do ręki.

    Co Ojcu daje wiara w paruzję?

    Pewność paruzji daje mi chociażby zupełnie inną postawę wobec przebiegu historii. Widząc, że istnieją historyczne sytuacje wrogie wierze chrześcijańskiej, wiem, że one przeminą. Widząc, że pustoszeją kościoły na Zachodzie Europy, konfesjonały są rozebrane — wiem, że ta sytuacja jest przejściowa, bo potęga Boga w niczym nie jest naruszona tym, że dzisiaj słabnie wiara. A triumf Chrystusa jest całkowicie pewny. Na kartach Ewangelii czytamy, pytanie, jakie Chrystus skierował do swoich uczniów: Czy kiedy przyjdę, zastanę wiarę na świecie? Uczniowie nie mieli potężnej wiary od razu, ale modlili się bardzo mądrze: Panie przymnóż nam wiary! Oni rozumieli, że sama znajomość Syna Bożego — w ich przypadku bardzo osobista — nie wystarczy.. Czy wszyscy uczniowie wierzyli od razu, że Jezus jest Mesjaszem? Wydaje mi się, że nie od razu wszyscy wierzyli, ale na pewno rozumieli, że muszą prosić o głęboką wiarę Każdy człowiek potrzebuje głębokiej wiary.

    Co mi jeszcze daje wiara w paruzję? Myślę, że dzięki niej otrzymałem spokój ducha, choć niekoniecznie nerwów. Człowiek zyskując pewność paruzji, dalej pozostaje nerwowy i zmienny. Ale jeśli sięgnę głębiej do swojej świadomości, to widzę tam wyraźnie absolutną pewność paruzji. Ona jest czasem przykryta wątpliwościami, lękami, ale pewność raz dana, nie została mi już odebrana. Wiem, że bieg historii, jest tylko przejściowy, a triumf Chrystusa, triumf wiary jest całkowity i pewny. Ta pewność jest ponadczasowa. Gdyby została podana z datą, to można by powiedzieć, że mamy jeszcze 200 albo 120 lat. Zaczęlibyśmy odliczać czas i doszli do wniosku, że jeszcze sobie możemy pohulać. Dlatego ponadczasowość paruzji daje bardzo głęboki, duchowy spokój temu, który ten spokój otrzymał. Może zrodzi się teraz w kimś pytanie, jak go otrzymać? Trzeba się o niego modlić. Niekonieczna jest wizja symboliczna, taka jaką ja miałem. Wystarczy sam dar pewności. Jeśli człowiek będzie się modlił o paruzję to otrzyma pewność, że będzie szczęście i dobro na świecie. Zaś pewność istnienia paruzji jest ogromną siłą pocieszenia, daną od samego Boga.

    Przeżycie paruzji jest też bardzo twórcze. Ustawia człowieka i umacnia jego wiarę. Człowiek mając pewność paruzji patrzy inaczej na zło. Widzi je jako zło, ale ono jest już w jego świadomości pokonane. Czyli człowiek współczesny wierzący w paruzję widzi, że zło nie jest już siłą, której nie można pokonać, ale wierzy, że w miejsce zła przyjdzie niewyobrażalne boskie szczęście całej ludzkości, ład i sprawiedliwość.

    Wiara w paruzję to dar Boży, dlatego daje spokój — spokój boski. Człowiek może być nadal nerwowy, zmienny, czy depresyjny, ale w głębi duszy będzie spokojny. Głębia ducha ludzkiego jest niezależna od nerwów.

    Czy wiara w paruzję daje siłę, żeby przetrwać?

    W razie kryzysu można po nią sięgnąć. Ale wiara w paruzję nie jest na powierzchni tak, jak wiara w istnienie Boga — o tym się wie, że Bóg istnieje. Natomiast wiara w paruzję jest skryta w planach bożych. Nawet Chrystus nie wie, kiedy będzie paruzja. Tylko Ojciec Niebieski będzie o tym wiedział.

    A jak się mamy modlić o paruzję?

    Marana tha — Przyjdź Panie Jezu. To ostatnie słowa Apokalipsy św. Jana. Odpowiedź brzmi: Przyjdę niebawem…

    Mówi Ojciec, że Pan Bóg nas zaskoczy? A może jednak łagodnie przygotuje za nim przyjdzie nas sądzić?

    Sam fakt paruzji, jak wynika z tekstu Pisma świętego, będzie raczej nagły. W Biblii zawarte jest wyraźne ostrzeżenie: Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny. Ten, kto jest w polu niech nie wraca po płaszcz.

    Ale kiedyś Ojciec mi mówił, że Pan Bóg lubi przychodzić w ciszy.

    Tak, ale nie zawsze. Stąd wynika potrzeba skupienia.

    Nie rozumiem, przecież skupienie to cisza. Jakie więc będzie to powtórne przyjście? W ciszy, czy w nagłości?

    Może być nagle w ciszy — w ciszy modlitewnej. Cisza nie przeszkadza nagłości. Przeciwnie, wydaje mi się, że cisza przygotowuje do nagłości. Jeśli jestem sfrustrowany, myślę o tysiącach rzeczy, to wtedy nie jestem przygotowany do czegoś nagłego. Jeśli zaś jestem skupiony i wyciszony, to wtedy nagłość mnie nie zaskoczy. Cisza, a raczej skupienie przygotowuje mnie do nagłości. To jest bardzo ciekawa myśl: czy cisza przeszkadza nagłości, czy sprzyja? Myślę, że sprzyja. Bo to cisza skupienia, która nas odrywa od doczesności. W tej chwili jestem skupiony i to może być bardzo podatny czas…

    Czyli może w tym jest jakiś klucz, że paruzja będzie wtedy, kiedy świat się wyciszy?

    Czy jest możliwe, żeby świat się wyciszył? Chyba nie. Spekulacje tutaj nie mają sensu. Warto skupić się w myślach na paruzji i potraktować to jako ćwiczenie w medytacji: „Paruzja jest pewna… Kiedy?… Nie wiem… W tej chwili nie wiem…”.

    W Apokalipsie św. Jana jest taka wskazówka, żebyśmy obserwowali drzewo figowe. I ten opis sugeruje, że paruzja będzie bliska wtedy, kiedy dobre owoce zaczną dojrzewać. Jak Ojciec zinterpretuje ten fragment?

    Powiem szczerze, że nie wiem… W Apokalipsie jest też bardzo wyraźnie powiedziane o klęskach, które poprzedzą paruzję. Jak te dwa fragmenty pogodzić? Trzeba zapytać dobrego biblistę… Ale próbowałbym to zrozumieć tak, że przy końcu świata może będzie liczna elita ludzi wybranych. I ze względu na nich, na owoce dobra, zostanie skrócone cierpienie i mniej będzie katastrof poprzedzających paruzję — to jest powiedziane w innym miejscu.

    W sumie, to szukamy teraz ludzkich, jasnych pojęć, a to jest ciemność wiary, w którą trzeba wejść z miłością. Dyskusja nigdy nie rozwiąże tajemnicy, tylko doprowadzi do frustracji.

    Czy oczekiwanie na przyjście Pana może pogłębić relacje z Panem Bogiem?

    Na pewno, bardzo. W relacji z Bogiem jest podobnie jak w relacji małżeńskiej. Wyobraźmy sobie taką historię: mąż wyjechał do Ameryki zarobić na dom. Żona przestaje oczekiwać jego powrotu, nie myśli o nim, nie dzwoni. Stwarza się między nimi dystans. Natomiast, jeżeli żona codziennie czeka na telefon od męża, mimo upływu czasu, to pogłębia stale swoją więź z mężem. Podobnie jest z Panem Bogiem. Oczekiwanie na Jego powtórne przyjście, pogłębia relację. Oczekujmy przyjścia Pana, ale bardzo spokojnie. Na pewności paruzji spoczywa mój spokój, bardzo głęboki.

    A może Pan Bóg specjalnie będzie nas trzymał w napięciu, żeby się pogłębiła wiara?

    Napięcia co do paruzji nie ma zupełnie i nie będzie. Nie wiem czy w Krakowie znalazłabyś choć jednego człowieka, który byłby spięty czekaniem na Pana Boga… Nawet wśród zakonników myślę, że nie ma takiego. Ja też do czasu widzenia, nigdy nie myślałem o paruzji, chociaż interesowały mnie opisy zawarte w Piśmie Świętym.

    Skąd bierze się w ludziach potrzeba poznania daty paruzji? Skąd te pomysły, że koniec świata będzie na przykład w roku 2012?

    Tajemnice Boga podlegają niestety sfałszowaniu. Myślę, że potrzeba zwycięstwa dobra nad złem jest zawsze obecna, dlatego objawia się czasem w sposób fałszywy. Wiem, że jednym z najważniejszych zadań życia wewnętrznego jest umiejętność rozróżniania fałszywek, które są dość częste. W swoim życiu nie raz udało mi się nabrać na coś, co było genialnie podrobione — bo diabeł nie jest głupi, czasami udaje głupiego, ale staje się też bardzo inteligenty. Ludzie niby pragną zwycięstwa dobra nad złem, więc wyznacza się datę paruzji — przecież było już coś takiego, że tłum zgromadził się na szczycie góry w białych sukniach. Ale fałszywka nie spełnia się i wtedy następuje załamanie wiary. Myślę, że jeżeli ktoś chce poznać dokładną definicję końca świata i poznać datę, to z Panem Bogiem się nie dogada. Pan Bóg owszem, daje człowiekowi dokładne rozporządzenia, takie, jak na przykład dał Mojżeszowi na górze Horeb — dokładny opis Tabernakulum w szczególikach. Ale wtedy Panu Bogu chodziło o kult i formację Izraela. Natomiast, jeśli indywidualnie chcemy się czegoś od Pana Boga dowiedzieć, to nawet nie powinniśmy pytać Go, tylko możemy prosić, żeby objawił swoją wolę przez natchnienie, przez księdza, przez znajomego…

    Mnie osobiście wiele rzeczy uświadomili ludzie świeccy. Przypadkiem, coś nagle powiedzieli i to była prawda. Dzisiaj miałem telefon, dzwoni kobieta i mówi, że moje książki są dla niej modlitwą. Świecka kobieta! Duchowny by tego nie powiedział, kobieta tak. Jej zdaniem są one pisane w sposób modlitewny, to jest prawda. Ludzie, którzy są przeformowani pojęciowo, myślę, że nie są w stanie bezpośrednio odczytać wiadomości tego typu. Wszystko klasyfikują starannie i dokładnie, ale to ich zamyka na niespodziewane światło Boga, bo nie potrafią go zmieścić, w żadnym rozdziale podręcznika do teologii. Pan Bóg mówi o czymś, zgodnie z dekalogiem, bo sam go podyktował, ale mówi czasami poza wszelkimi układami ludzkimi, mówi nagle. I to jest zaskakujące, ale prawda wtedy uderza. Instynkt prawdy wydaje się być dość częsty u ludu bożego. Spotykam się z nim u zupełnie prostych ludzi — żonatych, mających dzieci. U księży raczej nie spotkałem się z nim, choć może niektórzy mają taki wyraźny instynkt prawdy w sobie. . Jest takie przekonanie w teologii, że Duch Święty jest w ludzie bożym. Owszem w tym ludzie jest też pijaczyna i morderca, ale Duch święty jest ponad tym. A czy jest wśród duchowieństwa? Oby, ale wydaje się być mniej czytelny w duchowieństwie zakonnym czy diecezjalnym, niż u świeckich.

    Ale to przecież księża powinni być tym czytelnym znakiem Boga.

    Niestety nie są. Znam bardzo świętobliwych i pracowitych kapłanów, modlących się, ale oni nie są podatni na nagłe przyjęcie światła bożego. Są zbytnio uporządkowani. Ja osobiście nie mam żadnego porządku dnia, bo nie widzę, nie słyszę, wobec tego nie chodzę do chóru na modlitwy, czy liturgię godzin. Na mszy świętej słucham tylko mszału i dużo mnie to nauczyło. Słuchając tekstów z mszału, często otrzymuję odpowiedzi na różne pytania. Ale może przez to, że nie jestem czynny i mam dużo wolnego czasu, łatwiej widzę światło — mimo moich wszelkich braków. To samo dotyczy ludzi świeckich. Wiara u nich jest głęboka. Chodzą do kościoła, do spowiedzi, ale nie są zorganizowani wobec Pana Boga, i nie mają ustawionego planu. Pan Bóg zwykle działa ponad plan, w sposób zaskakujący. Wybory Boga są nie do przewidzenia, chociażby opisany w Biblii wybór króla Dawida. Nagle przychodzi światło, które poucza człowieka i nie można ustalić, że będzie to o piątej czy szóstej godzinie. Zakonnicy zwykle mają medytację o określonym czasie. Nic się wtedy specjalnego nie dzieje. Owszem, wszystko jest poprawne, ale to co Pan Bóg chce powiedzieć nagle, istnieje poza wszystkim. Czasem światło przychodzi do mnie na mszy świętej, bo tam jest sprawowana ofiara Syna Bożego. Ale nie koniecznie, bo czasem przyjdzie w najmniej oczekiwanych sytuacjach życiowych. Pan Bóg daje wtedy poczucie absolutnej prawdy, tym bardziej, kiedy otoczenie tego przeżycia jest zwyczajne, na przykład podczas obiadu. Pan Bóg nie ogranicza się do rozkładu zajęć klasztoru czy plebani, owszem uznaje ten układ, ale w razie potrzeby go przekracza. To jest tajemnica bożego działania. Zgodnie z prawdą, z Dekalogiem, z zarządzeniami w Kościele. Jednak Pana Boga nie mogą żadne kategorie uchwycić. To co mówi, tak, ale Jego samego, nie. Bóg przekracza wszelkie możliwe kategorie myślowe. Mistrz Eckhart bardzo dobrze wyczuwa Pana Boga i dobrze do niego podchodzi — negatywnie. Paradoksalnie, często więcej się wie o Panu Bogu, przez to, że się nic nie wie. W tej chwili, kiedy mówię, to czuję absolutną pewność paruzji i czuję, że to co mówię, ma być powiedziane.


    Czy kult Miłosierdzia Bożego jest znakiem zbliżającego się końca świata?

    Wydaje mi się, że tak. Można sobie to tak, trochę po ludzku wyobrazić, że jest to ostatnia próba. Jedna siostrzyczka z drugiego chóru [św. Faustyna], gruźliczka, słabo pisząca po polsku, jest narzędziem w rękach Boga. Ona krzewi miłosierdzie, które cieszy się wielkim powodzeniem. Do krakowskiego sanktuarium w Łagiewnikach od lat przybywają tłumy. Ale czy miłosierdzie zwycięży nad złem? Chyba nie. Dlatego przyjdzie czas na sprawiedliwość. Miłosierdzie ma nas przygotować, jak pisze św. siostra Faustyna, na drugie przyjście Chrystusa. Aktem wolnej woli człowiek może poddać się Bożemu Miłosierdziu. Ale ilu ludzi to robi?…

    Uważa Ojciec, że miłosierdzie nie wygra ze złem?

    To zależy od naszej wolnej woli. Człowiek musi przyjąć miłosierdzie. Nawet w teologii moralnej, spowiednicy podkreślają, że jeśli ktoś umierając, odrzuca Miłosierdzie Boże, to nie zostanie zbawiony. Czy tak jest na pewno, tego nie wiemy. Może prorocy to wiedzą.

    Tłumy w Łagiewnikach są bardzo pocieszające, ale to kropla w morzu potrzeb. Czy ta kropla uratuje świat? To jest możliwe. Przypominają mi się ciągle sławne targi Abrahama z Panem Bogiem, to wspaniała scena biblijna. Piękny dialog między człowiekiem a Stwórcą: Abraham pyta Boga, czy jak będzie trzydziestu sprawiedliwych, zniszczy Sodomę i Gomorę? Bóg odpowiada, że dopóki będą sprawiedliwi, nie zniszczy. Może właśnie ci ludzie, którzy przyjeżdżają do krakowskich Łagiewnik, pełnią taką funkcję? Może św. Faustyna oddala gromy gniewu Bożego?…

    W życiu kontemplacyjnym można doświadczyć przeżycia niesamowitej łagodności Boga. Ale zaraz po nim, następuje widzenie grozy Boga. Ona jest straszliwa. Mówi się, że ktoś, kto by widział tu na ziemi Boga twarzą w twarz, umarłby. Bóg jednak dopuszcza inne widzenie tu na ziemi, ono nie jest jeszcze bezpośrednie. To nie jest widzenie twarzą w twarz. To jest widzenie grozy, która jednocześnie jest niesamowicie łagodna: Baranek Boży, który gładzi grzechy świata… Pewien chłopiec zdradził mi swoją myśl, uważa, że Pan Jezus wszystkich gładzi, czyli głaszcze. „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”… Ale ten Baranek jest wszechmocny i bardzo groźny. Jeśli odrzucimy Baranka, to będzie groza.

    Groza?! Przecież Miłosierdzie Boże nie zna granic.

    Granicą miłosierdzia jest poniekąd wolna wola każdego z nas. Pan Bóg nie wymusi na nikim swojego miłosierdzia. On je tylko proponuje. Tłumom, które przybywają do Łagiewnik proponuje się spowiedź i miłosierdzie. Ale jeśli ktoś powie nie, to Bóg na nim niczego nie wymusi. Co będzie w ostatniej minucie życia, tego nikt nie wie. Jedno jest pewne, gniew Boży jest nieubłagany, konkretny, straszliwy, a miłosierdzie Boże jest bardzo łagodne. Ludzie sobie myślą, że Pan Bóg jest cały czas taki sam, że nie ma gniewu Bożego, nie ma Bożej sprawiedliwości, że jest tylko miłosierdzie. Bardzo się mylą.

    Mówi się, że piekła już nie ma, bo Bóg objawił swoje miłosierdzie.

    Jest nawet taki teolog w Lublinie, który twierdzi, że piekła nie ma — nazwiska nie wypowiem, bo nie wypada — ale publicznie to głosi. Mówi, że piekło jest puste, bo tak wielkie jest miłosierdzie Boże. To jednak niemożliwe, żeby największy łobuz wbrew swojej woli został nawrócony. Jeżeli ktoś nie chce być nawrócony, bo nie wierzy w Boga, to Bóg go na siłę nie zbawi. Bóg bardzo szanuje wolną wolę człowieka. Przykład mamy już w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju. Miłosierdzie Boże nie będzie narzucone, ono jest tylko proponowane. Sprawiedliwość zaś, będzie narzucona i stanie się nagle. Ale przyjmując miłosierdzie, trzeba mu też zaufać, a wtedy wszystko będzie w porządku. Zaufać i przestać grzeszyć.

    Albo grzeszyć mniej…

    Zaufać Miłosierdziu Bożemu i dalej grzeszyć to byłoby nadużycie, bardzo groźne.

    Jakie może mieć konsekwencje?

    Sądzę, że odrzucenie miłosierdzia kończy się piekłem. Ale kto jest, kto nie jest w piekle, tego nie wiemy. Z wizji opisanych przez mistyków wynika, że piekło nie jest puste.

    Tutaj dotykamy tematu uczuciowości Boga. Osobiście uważam, że z tymi uczuciami u Boga to jest bardzo dziwna sprawa. Pan Bóg jest Absolutem. Jemu nie przypisuje się życia uczuciowego, ale przecież uczuciowe życie miał Chrystus: zapłakał nad Łazarzem, był wzruszony postawą Marii Magdaleny. W Starym Testamencie Bóg również mówi o sobie, że się wzruszył. I uczucia są tam bardzo częste. Ostrzega przecież Izraelitów, że się na nich rozgniewa. Czasami się na nich obraża — mówiąc na przykład pod górą Horeb, że dalej z nimi nie pójdzie. Później daje się przekonać Izraelitom i idzie dalej. To wszystko jest oczywiście taką antropomorficzną wizja Boga, ale jednak objawioną.

    W Biblii jest więcej takich opisów, których Absolutowi nie powinno się przypisywać. Mój ulubiony fragment Psalmu 17, przepiękny:

    Strzeż mnie, jak źrenica oka;
    w cieniu twych skrzydeł mnie ukryj

    Według Psalmisty Pan Bóg ma skrzydła, pod którymi ktoś może się schować, a przecież Absolut nie może mieć skrzydeł. Podobnie jest z Aniołami. Duch nie ma żadnych skrzydeł, tylko my tak sobie to wszystko wyobrażamy, bo Pan Bóg objawił się jako istota, pod której skrzydłami może schronić się wystraszony Izraelita, jak również każdy z nas. Pan Bóg jest tą źrenicą oka na sposób Absolutu, ale nie uczuciowo. On nie współczuje, bo Absolut nie ma współczucia, ale na kartach Biblii wchodzi w rolę istoty, która ma uczucia. I czyni to nawet jeszcze przed wcieleniem Syna Bożego.

    Przypominają mi się znowu targi Abrahama z panem Bogiem o Sodomę i Gomorę. Pamiętam, jak w oparciu o tę scenę, przekonałem kiedyś jednego protestanta, że Pana Boga można po ludzku skłonić do zmiany decyzji. Abraham targował się z Panem Bogiem i Pan Bóg ustąpił. Mimo, iż jest cały czas Absolutem Niezmiennym, to pragnie intymności i relacji z człowiekiem. Ale na pewno Pana Boga nie można zamknąć w uczuciowości, bo to byłaby dewocja.

    Myślę, że Pan Bóg najbardziej pragnie wiary, a wiara to ogromna siła. Syn Boży mówi: Gdybyście mieli, wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej górze rzuć się w morze, a stałoby się tak. Wiara ma kolosalną siłę. Wiarą można z Panem Bogiem bardzo wiele utargować — z własnego doświadczenia wiem, że jak z wiarą się o coś prosi, to Pan Bóg wysłucha, choć nie zawsze i nie wszystko.

    Dzisiaj wiara na Zachodzie Europy zanika, stała się bardzo obrzędowa. Dlatego boję się, żeby u nas nie była obecna tylko wiara w obrzędowość mszy św., zamiast w tajemnicę, w której ofiaruję mękę Syna Bożego Ojcu Przedwiecznemu za nasze grzechy.

    opoka.org

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Do księży, którzy odrzucają swoich biskupów

    Kościół jest pogrążony w chaosie; drogą do wyjścia jest oddanie się wielu katolików dziełu zaprowadzania Bożego porządku. Drogą do tego jest – między innymi – prawdziwe posłuszeństwo uprawnionej władzy kościelnej. Bywa, że przełożeni domagają się od nas oczywistego zła. Wówczas trzeba ich napomnieć – z pokorą i gotowością do poniesienia męczeństwa. Nie wolno podejmować prób ratowania Kościoła buntując się przeciwko władzy i burząc tym samym apostolską strukturę Kościoła.

    Na całym świecie – również w Polsce – wzrasta liczba katolickich kapłanów, którzy w obliczu namacalnego zepsucia w Kościele mówią „dość” – i odchodzą własną drogą. Zakładają wspólnoty, w których są jedynymi sternikami, odrzucając władzę biskupa. W imię obrony Tradycji, ze szlachetnymi pobudkami – popełniają niegodziwość, kwestionując Boży porządek.

    Kościół katolicki jest społecznością widzialną. Gdyby taki nie był, ludzie nie mogliby go rozpoznać. Tym samym zbawcze dzieło Jezusa Chrystusa zostałoby zmarnotrawione. „Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem; lecz stawia na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą” – mówi Pan (Łk 8, 16). Co stanowi kryterium widzialności Kościoła? Samo sprawowanie Mszy świętej i głoszenie Ewangelii to za mało; gdyby to wystarczało, schizmatykami nie byliby Henryk VIII ani patriarchowie Konstantynopola i Moskwy. Kościół jest widzialny dzięki sukcesji apostolskiej: stanowią o tej widzialności papież z biskupami. Kto chce głosić naukę Chrystusa, ale odrzuca Jego świętą hierarchię, wychodzi z Kościoła i zakłada swoją własną, czysto ludzką wspólnotę, która niegodziwie posługuje się imieniem Zbawiciela.

    „Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga” (Rz 13, 1) – pisze Apostoł. Jeżeli dotyczy to władzy świeckiej – to o ileż bardziej uprawnionej władzy w Kościele? Kościół wyróżnia władze święceń i jurysdykcji. Władza święceń udzielana jest poprzez sakramenty. Władza jurysdykcyjna została udzielona Piotrowi przez samego Chrystusa – i to Chrystus, już za pośrednictwem papieża, udziela jej w Kościele innym. Kto odrzuca władzę jurysdykcyjną biskupa, ten odrzuca władzę daną mu pośrednio przez samego Chrystusa. Nie jest to błahe przewinienie: to faktyczna negacja samej zasady władzy. Powiedzenie biskupowi „nie” stanowi tym samym jawny zamach na Boży porządek i fundamentalną strukturę Kościoła. Każdy, kto odrzuca jurysdykcję swojego biskupa, zaprowadza chaos i podziały. Nieważne, z jakiego czyni to powodu. Czy jak Marcin Luter po to, by głosić własną Ewangelię; czy po to, by głosić autentyczną naukę Kościoła. Zamach na porządek Boży jest zły sam w sobie – nic nie może tego zmienić ani usprawiedliwić. My, katolicy, nie wyznajemy filozofii Niccolò Machiavellego – cel nie czyni złych środków dobrymi. Popełniać niemoralność w imię ratowania Kościoła to wyznawać filozofię księcia – księcia tego świata.

    Cóż zatem? Biskup zabrania sprawować tradycyjną Mszę świętą? Wyjaśnijmy mu, że dopuszcza to powszechne prawo Kościoła, w ostateczności cierpmy, dając świadectwo Prawdzie. Biskup głosi oczywiste herezje? Napominajmy go – „w cztery oczy” (por. Mt 18, 15) albo nawet i tak, jak św. Paweł napominał św. Piotra, otwarcie i „wobec wszystkich” (por. Ga 2, 11-14). Jeżeli w odpowiedzi w nas uderzy – znośmy to w pokorze, dając świadectwo Prawdzie. „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” – mówi Pan (Mk 8, 34). Chrystus nigdy nie wzywa do buntu wobec następców Apostołów. Komu się tak zdaje, ten nic nie zrozumiał; ten słucha samego siebie zamiast Boga.

    Drogą katolików jest cierpienie, jest napominanie przełożonych, nawet jeżeli czeka za to bolesny odwet. Nigdy jednak – zakwestionowanie władzy następców Apostołów.

    Paweł Chmielewski/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Aleksander Posacki przestrzega: Fałszywe stany mistyczne

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Ks. Aleksander Posacki przestrzega: Fałszywe stany mistyczne

    Wybitny demonolog ks. dr Aleksander Posacki w styczniowym numerze miesięcznika „Egzorcysta” przestrzega, że Szatan „podszywa się pod działanie Boga”, „imituje wszystkie stany mistyczne”, a nawet przed wizjonerami udaje samego Chrystusa, obdarza darami imitującymi dary boże (słowami pozornej mądrości, uzdrowieniami, fałszywą wiarą, kieruje fałszywymi nauczycielami i mistykami, którzy są podstępni i przewrotni).

    Szatan swoimi działaniami operacyjnymi „doprowadza do niezgody i podziałów w Kościele”, fałszywej interpretacji Pisma Świętego, podważania nauczania katolickiego. Przejawem takiego szatańskiego działania jest gnoza, która postuluje ubóstwienie człowieka, uznanie grzechu za wyzwolenie, a Lucyfera za wyzwoliciela. Jedyną ochroną przed gnozą, przed byciem zmanipulowanym przez demony jest jedność z Kościołem katolickim.

    By nie ulec szatańskim mamieniom, trzeba korzystać z rozeznania duchowego, rozpoznawania duchów — daru od Boga, który pozwala rozeznać noże natchnienia od diabelskich impulsów, pokus, pułapek, strategi i emocji. Rozpoznawać fałszywych proroków od prawdziwych, ducha prawdy od ducha fałszu.

    Katolickie „rozeznanie duchowe nie jest czysto subiektywne, ale opiera się na zasadach obiektywnych”, które pozwalają ocenić czy natchnienie pochodzi „od Boga i jego aniołów, albo od szatana i aniołów, którzy upadli razem z nim”, czy z natury ludzkiej.

    W rozeznaniu duchowym należy pamiętać, „że zły duch działa przez kłamstwo, pychę, próżność, upór, ciemność, nieroztropność, a także przez to, co powierzchowne i niepotrzebne. Rodzi on w woli niepokój, zamieszanie, pychę, rozpacz, niewiarę, nieposłuszeństwo, […] niecierpliwość, użalenie się, chłód wobec Chrystusa, […] zniewolenia, rozpustę i rozwiązłość, skrytość, dwulicowość, zgorzknienie”.

    “Podejrzanym znakiem w mistyce jest pragnienie wizji i objawień […] czy przyjemności duchowej”, pocieszenia, radości, a nie tego by były to dary od Boga. Radość „może [bowiem] pochodzić od złego”.

    W tym samym numerze miesięcznika „Egzorcysta” ks. prof. Marek Chmielewski zwrócił uwagę, że celem darów Ducha Świętego jest korzyść Kościoła. Są one przez Boga udzielane w celu budowy Kościoła, dla dobra ludzi. Fałszywe charyzmaty trzeba więc rozpoznać od prawdziwych, by nie dać się zwieść fałszowi, nie ulec zagrożeniu ze strony fałszywych proroków czy samozwańczych charyzmatyków.

    Bóg obdarowuje nas darami hierarchicznymi (łaskami nieodzownymi w życiu duchowym, takimi jak łaska uświęcenia, czy dary wiary, nadziei i miłości) i charyzmatami (darami o szczególnym charakterze, udzielanymi przez Ducha Świętego według swojej woli, dla pożytku Kościoła). Charyzmaty muszą być używane w więzi z Chrystusem, jak są używane bez tej więzi, nie przynoszą dobrych owoców. Istnieje wielość form charyzmatów, są charyzmaty wyjątkowe (uzdrawiania, mocy, języków), i zwyczajne (nauczania, służby, dobroczynności, przewodzenia wspólnocie).

    Kościół katolicki ma obowiązek czuwania nad dobrym korzystaniem z charyzmatów, tak by służyły one kościołowi. Kościół robi to poprzez rozpoznawanie charyzmatów, bo tylko Kościół ma charyzmat rozpoznawania charyzmatów.

    Charyzmaty nie zwalniają z obowiązku zachowania łączności i posłuszeństwa wobec pasterzy Kościoła. Gdy charyzmaty prowadzą do rozbicia jedności Kościoła, oznacza, że są fałszywe. Podobnie o fałszywości chryzmatów świadczy, gdy niektórzy charyzmatycy uzurpują sobie moc uzdrawiania, którą Kościół katolicki oferuje wszystkim w namaszczeniu chorych.

    Kwestia fałszywych charyzmatów jest bardzo istotna. Zagrożenie dla katolicyzmu i cywilizacji zachodniej polega współcześnie też na tym, że katolicyzm ze swoim imponującym potencjałem intelektualnym zastępowany jest przez niekatolicką irracjonalna, subiektywną i emocjonalną religijność. Ten destruktywny proces zastępowania katolicyzmu niekatolickim ”chrześcijaństwem”, przenikania religijności zielonoświątkowej do Kościoła katolickiego, nazywany jest „pentekostalizacją chrześcijaństwa”.

    Jan Bodakowski/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kult inteligencji

    Sztuczna inteligencja może zagrozić wierze, o ile jest to zbytnia wiara w ludzką inteligencję.

    Do niedawna sztuczna inteligencja to była blondynka ufarbowana na czarno. Teraz pojawia się coś mocniejszego, co, jak słychać, może zastąpić nas w wielu dziedzinach. Niektórzy uważają, że we wszystkich – łącznie z religią. „Wszystkie religie są zagrożone” – przeczytałem właśnie na stronie wyborcza.pl. „Czy sztuczna inteligencja doczeka się własnego kultu?” – zastanawia się dalej autor.

    Ja myślę, że z kultem nie ma żadnego problemu. Własnego uwielbienia doczeka się wszystko, czemu człowiek odda cześć boską, a takich obiektów jest bez liku, od pieniędzy po UFO. Sztuczna inteligencja też się nada. Ale żeby mogła zagrozić wszystkim religiom? To śmieszne. Tak może mówić tylko ktoś, kto wyobraża sobie, że wiara w Boga jest jak pakiet informacji, które się przyjmuje albo odrzuca. Że jest wynikiem przyjęcia jednego z mitów i jeśli pojawi się ciekawszy i lepiej sformułowany, wtedy wygra ten nowy. Gdyby tym była religia, wtedy naprawdę sztuczna inteligencja miałaby szansę wygrać w konkurencji na najlepiej wymyślony mit.

    Ale religia – mówimy tu o chrześcijaństwie – tym nie jest. Wiara w Chrystusa to przede wszystkim doświadczenie. To jest coś, co do człowieka dociera osobiście, sięga znacznie głębiej niż do mózgu i realnie zmienia życie. Owszem, elementem tej wiary jest wiedza, ale pragnienie poznania Pana Jezusa na ogół pojawia się później, gdy człowiek już Go spotka. Wtedy wszystko chce się o Nim wiedzieć, czasem wręcz zachłannie, choć czuje się, że wieczności na to nie starczy. To jednak, czego się wtedy na Jego temat dowiaduję, nie jest tylko informacją. Nikt poza Bogiem nie jest mi w stanie tego dać. Ani człowiek sam z siebie, ani żadna maszyna, choćby jej wgrali wszystkie algorytmy świata. Bo to jest łaska. To jest coś, co dociera do serca, czasem przez treść intelektualną, czasem przez okoliczności, a czasem przez nagły przebłysk świadomości, przy którym wszelkie ludzkie dociekania są bezradne jak ekoaktywista przyklejony do niewłaściwej drogi. Pod wpływem łaski człowiek robi rzeczy, które go przerastają, bo jest motywowany czymś nieskończenie większym niż to, co mogą wytworzyć jakiekolwiek stworzenia.

    Jeśli coś może człowiekowi przeszkodzić w przyjęciu łaski, to nie sztuczna inteligencja, tylko jego własna, naturalna. Przecież to my sami tworzymy to, co się Bogu sprzeciwia. Żeby zgrzeszyć, nie trzeba maszyny, wystarczy uznać, że się wie lepiej od Niego. To człowiek odmawiający Panu zaufania, staje się mistrzem trwożliwej kalkulacji, obliczonej na zachowanie stanu posiadania. Stąd pewnie bierze się przekonanie, że jak Bóg czegoś chce – to zaraz kaplica, najpewniej przedpogrzebowa.

    Skoro nasza własna inteligencja jest w stanie tak nas zmylić, to sztuczna w tej dziedzinie nic ciekawszego nie wymyśli.•


    KRÓTKO:

    Po co chodzą

    Jakie motywacje towarzyszą pielgrzymom do Częstochowy? „Odchudzanie, pijaństwo, seks” – takie powody podano w radiu TOK FM. „Romanse wśród młodych na pielgrzymkach to norma, seks również. Wstrzemięźliwości od wysokoprocentowych trunków też wiele osób nie przestrzega” – czytamy. Co prawda ta „norma” bazuje na wypowiedziach paru anonimowych rozmówców, ale przecież nie po to się tworzy takie teksty, żeby wyszło, że chodzi o modlitwę czy pokutę. Wystarczy jednak pomyśleć logicznie: iść całymi dniami w upale i chłodzie, modlić się, śpiewać, uczestniczyć po drodze we Mszach, korzystać z sakramentów – i wszystko po to, żeby ciężko grzeszyć? Nawet oryginalne to nie jest. Agenci komunistycznej bezpieki już dawno temu rozrzucali na miejscach biwakowania pielgrzymów zużyte prezerwatywy i butelki po alkoholu. Dziś bezpieki dawno nie ma, a pielgrzymki są. Cóż – radio insynuuje, pielgrzymka idzie dalej. •

    Znowu cud

    Na polsko-białoruskiej granicy doszło do cudownego ozdrowienia. Leżący na ziemi Somalijczyk, o którym aktywiści pisali, że był „cierpiący” i „nie był w stanie się poruszać”, po przyjeździe Straży Granicznej wstał bez problemu. SG poinformowała później, że badania lekarskie wykazały dobry stan zdrowia migranta. Ten zaś złożył pisemną deklarację, że chce dostać się do Niemiec. Aktywiści, dążący do wykazania, jak nieludzcy są Polacy, muszą poszukać kogoś innego.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W OSTATNIĄ NIEDZIELĘ 27 SIERPNIA

    KAPŁANI ZAPRASZAJĄ NA DOROCZNĄ POLSKĄ PIELGRZYMKĘ DO SZKOCKIEGO SANKTUARIUM W CARFIN,

    ABY WSPÓLNIE MODLIĆ SIĘ

    Z MATKĄ BOŻEGO SYNA, KTÓRA JEST I NASZĄ MATKĄ

    CO JASNEJ BRONI CZĘSTOCHOWY I W OSTREJ ŚWIECI BRAMIE

    _________________________________________________

    TEGO DNIA NIE BĘDZIE MSZY ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00


    24.09.2021 / Radio BOBOLA / fot. Michał Jarka / Sancta Familia Media / Carfin Grotto

    ***

    Pielgrzymowanie Polaków do Carfin ma swój początek w czasach II wojny światowej. To tutaj przybywali, jeszcze w wojskowych mundurach razem ze swoim polowym Biskupem Józefem Gawliną i z polskimi kapłanami. I to pielgrzymowanie wciąż trwa. Na te pielgrzymki przybywał Ksiądz Kardynał Władysław Rubin, który w roku 1983 poświęcił polską kapliczkę zaprojektowaną i wykonaną przez artystę rzeźbiarza Tadeusza Zielińskiego, twórcę sławnej rzeźby Matki Bożej Kozielskiej. Również wiele razy przyjeżdżał na doroczną pielgrzymkę Ksiądz Arcybiskup Szczepan Wesoły. Obok kapliczki Szkoci umieścili pomnik św. Jana Pawła II, aby upamiętnić rok 1982, w którym nawiedził był Szkocję nasz wielki Rodak.

    ***

    KAPŁANI, KTORZY DUSZPASTERZOWALI NASZYM RODAKOM W SZKOCJI A KTÓRZY JUŻ PRZESZLI PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:

    +KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
    +KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
    +KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
    +O. PIUS LEWANDOWSKI OFM (1907 – 1997) – KIRKCALDY, DUNDEE, ABERDEEN
    +KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
    +KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK

    PAMIĘTAJMY O NICH W NASZYCH MODLITWACH.

    ______________________________________________

    PROGRAM PIELGRZYMKI:

    GODZ. 14.00 – ROZPOCZĘCIE MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ PRZY POLSKIEJ KAPLICZCE

    PO PROCESJI – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM ZAKOŃCZONA KORONKĄ DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA O GODZ. 15.00

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 16.00 – UROCZYSTA MSZA ŚW. W KOŚCIELE

    ***


    TEGO DNIA DO CARFIN MOŻNA PÓJŚĆ TEŻ PIESZO

    JEST TO NIEOFICJALNA PIESZA PIELGRZYMKA, 

    KAŻDY UCZESTNIK IDZIE NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ, 

    A MŁODZIEŻ NIEPEŁNOLETNIA MUSI BYĆ POD OPIEKĄ OSOBY DOROSŁEJ

    Po drodze odmówimy Różaniec, a po dotarciu do Carfin

    będziemy uczestniczyć we Mszy św. o godz. 16:00

    Długość trasy to około 25 km. Trasa prowadzi na wielu odcinkach

    przez teren miejscami błotnisty lub zarośnięty, 

    zatem przejście całej trasy to 6-7 godzin intensywnego marszu

    i możliwe będą tylko krótkie niezbędne postoje.

    ZBIÓRKA o 8.45 RANO NA PARKINGU MORRISONS W CAMBUSLANG

    1 Bridge St, Cambuslang, Glasgow G72 7EA
    WYMARSZ NAJPÓŹNIEJ O GODZINIE 9.00
     

    Parking jest bezpłatny i bez limitu czasowego.


    Do Cambuslang można też dotrzeć pociągiem, autobusem 267 lub autobusem 64

    Dla wielu osób bardzo właściwe może być dołączenie po drodze

    i przebycie części pielgrzymki

    MAPKA:

    https://www.google.com/maps/d/u/0/viewer?mid=1ZRisrXM3n-MV2r0rpQ8a__b-Jy1mWsY&ll=55.80809140018349%2C-4.046933301928328&z=12
    Dogodne miejsca, aby dołączyć to:


    1. parking przy stacji kolejowej w NEWTON, będziemy tam około 9.45

    Newton station, Station Road, Cambuslang, Glasgow G72 7TD

    POZOSTANIE OKOŁO 21 KILOMETRÓW

    2. podczas postoju w BLANTYRE przy Centrum Davida Livingstona (koło placu zabaw)

    165 Station Rd, Blantyre, Glasgow G72 9BY

    około godz. 11-11.30

    POZOSTANIE OKOŁO 16 KILOMETRÓW

    3. podczas postoju przy parku rozrywki M&D’s w pobliżu FOOD COURT

    Strathclyde Country Park, Bellshill, Motherwell ML1 3RT

    planujemy tam dotrzeć przed godziną 13.00

    POZOSTANIE OKOŁO 10 KILOMETRÓW

    Podane czasy są oczywiście bardzo orientacyjne
      

    ZAINTERESOWANYCH PROSIMY O KONTAKT

    NA MAILA  rozaniec@kosciolwszkocji.org

    LUB TEL 07552435042

    DODAMY DO GRUPY PIELGRZYMKOWEJ NA WHATSAPPIE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 SIERPNIA – WTOREK – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    MSZA ŚW. O GODZ. 20.00

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY KRÓLOWEJ

    Koronacja Matki Boskiej, El Greco, 1591, Muzeum Santa Cruz, Toledo, Hiszpania

    Charakterystyczna dla obrazów El Greca świetlistość opływa scenę koronacji Najświętszej Marii Panny. W dole zebrali się Apostołowie – wznoszą wzrok w górę, kontemplując niebiańską scenę: trzy osoby Świętej Trójcy koronują Matkę Bożą na Królową Niebios.

    ***

    Papież Pius XII encykliką “Ad Caeli Reginam” 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, ustanowił święto Królowej Maryi, które początkowo obchodzone było 31 maja a po reformie kalendarza liturgicznego w czasie Soboru Watykańskiego II przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia NMP.

    “Nakazujemy również, aby tegoż dnia ponawiano poświęcenie się rodzaju ludzkiego nieskalanemu Sercu Panny Maryi. W nim bowiem leży nadzieja nadejścia lepszego wieku, tryumfu wiary i chrześcijańskiego pokoju”.

    papież Pius XII

    ***

    “Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana, jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego oraz zwycięzcy grzechu i śmierci”.

    z Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II – Lumen gentium (KK59)

    ***

    ***

    PO MSZY ŚW. ODNOWIENIE AKTU ODDANIA

    MATCE BOŻEJ, KRÓLOWEJ ŚWIATA

    ***

    Akt osobistego oddania się Matce Bożej 

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!
    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace,
    Radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam.
    Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości.
    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi
    i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką.
    Chcę odtąd czynić wszystko z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie.
    Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam.
    Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna i zawsze zwyciężasz.
    Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna
    była rzeczywistym królestwem Twego Syna i Twoim.
    Amen. 

    ***

    22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona, oddaliśmy siebie i całą wspólnotą do dyspozycji naszej Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za wiele błogosławieństw jakie dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 25 SIERPNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    18.00  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    19.00 – MSZA ŚWIĘTA

                                     

    ______________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-747x1024.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 SIERPNIA – SOBOTA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    UROCZYSTOŚĆ MATKI BOŻEJ CZĘSTOCHOWSKIEJ

    GODZ. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 17.30 – GODZINKI KU CZCI NIEPOKALANEGO POCZĘCIA NMP

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW.

    ***

    W roku 1957 Prymas Polski Kardynał Stefan Wyszyński zabiera do Rzymu wierną kopię Jasnogórskiego Obrazu, przeznaczoną na wędrówkę po całym kraju. Papież Pius XII uroczyście poświęca ja i błogosławi plan peregrynacji.

    26 sierpnia Pani Jasnogórska w swoim nowym, pięknym wizerunku, wychodzi z Jasnej Góry, aby nawiedzić każdą świątynię, aby spojrzeć w ręce każdego Polaka. W każdej parafii obraz przebywa 24 godziny. W tym czasie nieustannie odprawiane są Msze św., trwają adoracje i modlitwy. Ludzie wypraszają u Matki i Królowej niezliczone łaski.

    Oto jedna z nich według relacji pewnej kobiety: „Dwóch moich braci przestało praktykować. Od kilku lat nie spowiadali się… Błagałam Matkę Boża, by ratowała wiarę moich braci. Chciałam ich przygotować do uroczystości Nawiedzenia, ale bałam się, aby moje namowy nie miały odwrotnego skutku. Tak już nieraz, niestety, bywało. Ufałam, że tym razem Matka Boża przyjdzie mi z pomocą. Razem z kolegami w pracy postanowiliśmy kupić kwiaty dla naszej Matki. Nie było ich na miejscu. Poszłam więc do najstarszego brata i mówię: ponieważ jeździsz do pracy do miasta, musisz mi kupić kwiaty. Zaraz się zainteresował, z jakiej okazji. Odpowiedziałam mu, jak tylko umiałam, o wędrówce Królowej Polski. Zaczął wypytywać o szczegóły. Czułam, że Ona sama mi pomaga. Za kilka dni uklękłam w kościele, aby przyjąć Komunię św. Podnoszę oczy i widzę naprzeciw obu moich braci, również oczekujących na Pana Jezusa. Wierzę, że to Najświętsza Panna doprowadziła ich do spowiedzi”.

    W roku 1966 Obraz odstawiono na Jasna Górę z nakazem niewywożenia go stamtąd. Nawiedzenie jednak trwa nadal. Płonąca świeca i pusta rama symbolicznie przedstawiają duchowa obecność Królowej Narodu. Łaski nawróceń nie są mniejsze. 80 – 90 procent ludzi, czasem wszyscy mieszkańcy danej miejscowości przystępują do sakramentów świętych. Tak trwa do 18 czerwca 1972 roku. Od tego czasu bez przeszkód Jasnogórska Matka znowu w swoim budzącym zachwyt wizerunku jedna swe dzieci ze swoim Synem. Wędruje ciągle, niestrudzenie po polskich wioskach i miastach.

    Tymczasem powstają inne kopie Jasnogórskiego Obrazu. Za ich pośrednictwem Królowa Polski pomaga swoim dzieciom w Australii, w Afryce, a także w Ameryce, gdzie wiele polskich parafii, drużyn harcerskich i różnych organizacji polonijnych czci obraz Częstochowskiej Pani. Na szczególną uwagę zasługuje kult Jasnogórskiej Maryi w Amerykańskiej Częstochowie w Doylestown.

    Wśród setek polskich sanktuariów Jasna Góra ma swoje pierwsze i uprzywilejowane miejsce. Rocznie to sanktuarium nawiedza od miliona do dwóch milionów pielgrzymów. Przybywają, by modlić się przed cudownym obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, słynącym wieloma łaskami i na trwałe wpisanym w dzieje Polski.

    Pierwszym i najdawniejszym dokumentem, informującym o cudownym obrazie, jest łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru: Translatio tabulae Beate Marie Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz).W rękopisie tym czytamy:

    Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Urzeczony cudownym obrazem książę ruski Lew, pozostający w służbie cesarza, uprosił Konstantyna o darowanie mu obrazu, który też przeniósł do swojego księstwa i kazał go bogato ozdobić. Obraz znowu zasłynął cudami. W czasie wojny prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego obraz ukryto w zamku bełzkim. Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk, zajął obraz. W czasie oblegania zamku przez Litwinów i Tatarów strzała wpadła do zamku i ugodziła w prawą stronę wizerunku. Wtedy mgła otoczyła nieprzyjaciół, która przeraziła wrogów. Książę wypadł na nich z wojskiem i ich rozgromił. Kiedy chciał wywieść obraz do swojego księstwa, mimo dużej liczby koni obraz nie ruszał z miejsca. Wtedy książę uczynił ślub, że wystawi kościół i klasztor tam, gdzie umieści obraz. Wtedy konie lekko ruszyły i zawiozły obraz na Jasną Górę. Tam umieścił go w kaplicy kościoła, gdzie obraz ponownie zajaśniał cudami.

    Dokument pochodzi z I poł. XV w. Być może został przepisany z dokumentu wcześniejszego. Tradycja głosi, że obraz został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie. Wizerunek z Jerozolimy do Konstantynopola miał przewieźć cesarz Konstantyn. Służący w wojsku cesarskim książę ruski Lew zapragnął przenieść obraz na Ruś. Cesarz podarował mu wizerunek i od tego czasu obraz otaczany był na Rusi wielką czcią. Obraz rzeczywiście mógł dostać się na Ruś z Konstantynopola, gdyż w XI-XIV w. pomiędzy Cesarstwem Bizantyjskim a Rusią trwał żywy kontakt. Nie jest również wykluczone, że obraz został zraniony strzałą w czasie bitwy. W czasie walk prowadzonych przez Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego na Rusi, obraz ukryto w zamku w Bełzie. W roku 1382 znalazł go tam książę Władysław Opolczyk. Doznając wielu łask przez wstawiennictwo Matki Bożej, książę zabrał obraz i przywiózł do Częstochowy.
    Po II wojnie światowej znaleziono na Jasnej Górze inny dokument, pochodzący z 1474 r. Zawiera on szerszy opis dziejów cudownego obrazu, ale pełno w nim legend. Mamy jednak także dokument najwyższej wagi: dwa dzieła, które wyszły spod pióra Jana Długosza (1415-1480). Żył on w czasach, które blisko dotyczą cudownego obrazu – sam mógł więc być świadkiem niektórych wydarzeń. Długosz kilka razy pisze o cudownym obrazie częstochowskim.

     25 sierpnia 2020/wobroniewiary

    ***

    Matka Boska Częstochowska

    w kulcie i kulturze polskiej

    Ks. Janusz Pasierb: Matka Boska Częstochowska w kulcie i kulturze polskiej

    Jasna Góra stała się nietykalną stolicą Królowej Polski. Już w 1655 roku król szwedzki Karol Gustaw pisał do generała Mullera, że „atakowanie obrazu Maryi wywoła u Polaków jeszcze większy gniew”. Potwierdzić się to miało na początku XVIII wieku w dobie rozdarcia Polski między „Sasem” i „Lasem” – Augustem II i Stanisławem Leszczyńskim – pisał ksiądz Janusz Pasierb o kulcie Najświętszej Maryi Panny na Jasnej Górze. Przypominamy ten tekst w przededniu Święta Matki Boskiej Częstochowskiej.

    Zacznijmy od początków, od historii i legendy Jasnej Góry. Cofnijmy się do roku 1382, kiedy to – jak wynika z najstarszych, niezbyt pewnych dokumentów – przybyli z Węgier paulini obejmują parafię Najświętszej Maryi Panny na górze Starej Częstochowy. Była to prawdopodobnie fundacja króla Ludwika Węgierskiego. Do parafii należały dwie wsie i huta żelaza, którą oddano paulinom w użytkowanie.
    Najbardziej przydatny do rekonstrukcji początkowych dziejów Jasnej Góry jest tekst Translacio tabule. Zachowany egzemplarz pochodzi z pierwszej połowy XV wieku, oryginał natomiast jest prawdopodobnie wcześniejszy. Jest tam mowa o wykonanym z drzewa cyprysowego „stole Świętej Rodziny”, na którym – jak chce legenda – Święty Łukasz miał namalować wizerunek Matki Boskiej. Fakt, że w cudownie przeniesionym do Loreto domu Świętej Rodziny nie ma stołu, nie zawsze był dla Polaków koronnym dowodem prawdziwości opisanej wyżej historii. Czytając Translacio tabule, dowiadujemy się, że wizerunek Matki Boskiej został namalowany w trzynaście lat po śmierci Chrystusa, że był następnie przechowywany w Jerozolimie, skąd zabrał go do Konstantynopola Konstantyn Wielki. Jak podaje kodeks starosłowiański, opublikowany przez Zimorowica, w roku 1278 obraz stał się własnością księcia Lwa (Leona) i książąt lwowskich. W czasie wojny prowadzonej przez Ludwika Węgierskiego, Władysław Opolczyk, namiestnik króla na Rusi, znalazł obraz w Bełzie i stamtąd zabrał go do Polski, do Częstochowy. Według Piotra Risiniusa i jego Historia pulchra z 1523 roku, obraz miał dotrzeć do Częstochowy 31 sierpnia 1384 roku. Tyle źródła najwcześniejsze.

    Legendarne czy historyczne informacje podane wyżej nie dotyczą jednak tego obrazu, który znamy dzisiaj. Aktualna wersja wizerunku Matki Boskiej pochodzi z lat 1431-1433. Został on namalowany według bizantyjskiego wzoru przez malarzy z zachodniej Europy. Jego najstarszy opis zawdzięczamy Janowi Długoszowi: dziejopis zawarł go w Liber beneficiorum, relacjonując, że w klasztorze jasnogórskim „pokazują obraz Maryi przechwalebnej i najczcigodniejszej dziewicy, władczyni świata i naszej, dziwnym a rzadko spotykanym kunsztem wykonany, o bardzo łagodnym wyrazie twarzy, z którejkolwiek strony by mu się przyglądać. Mówią, że jest jednym z tych, które namalował własnoręcznie Święty Łukasz Ewangelista (…). Spoglądających na ten obraz przenika szczególna pobożność, jakbyś patrzył na żywą osobę”.

    Aktualna wersja wizerunku Matki Boskiej pochodzi z lat 1431-1433. Został on namalowany według bizantyjskiego wzoru przez malarzy z zachodniej Europy

    Chcąc relacjonować dzieje wizerunku, trzeba wspomnieć o wydarzeniu, które ze względu na pewien pietyzm czy uczucie czci nie było do niedawna zbyt dobrze znane. Opisuje je Długosz w Historiae Polonicae libri XIII. W czasie, gdy z całej Polski i z krajów sąsiednich, a szczególnie ze Śląska, Moraw, Prus, Węgier, ciągnęły z darami ogromne rzesze pielgrzymów, gdy kult obrazu jasnogórskiego stawał się coraz żywszy i powszechniejszy, w czasie Wielkiej Nocy 1430 roku doszło do aktu świętokradztwa. Jedna z grasujących wówczas band rozbójników, składająca się z Polaków, Czechów, Niemców, Rusinów, zachęcona legendarnymi skarbami Jasnej Góry, zaatakowała pauliński klasztor. Ludźmi tymi – gdy wnikniemy głębiej w motywy ataku – kierowała może nie tylko chęć zysku, lecz także jakaś chęć zamachu obrazoburczego. Rozbójnicy mogli przecież poprzestać na rabunku kosztowności, nie podnosząc ręki na sam święty obraz. Oto, co zapisał Długosz: „Gromada rozbójników, dowiedziawszy się, że klasztor na Jasnej Górze posiada wielkie skarby i pieniądze na święto Wielkiej Nocy dokonała napadu na klasztor Paulinów. Nie znalazłszy skarbów wyciągnęli świętokradcze dłonie po sprzęty święte, jak kielichy, krzyże, ozdoby. Sam nawet obraz naszej Pani odarli ze złota i klejnotów, w jakie przez ludzi pobożnych był przyozdobiony”. Dodajmy na marginesie, że badania rentgenologiczne potwierdziły istnienie pod obecną warstwą malarską licznych otworów po gwoździach, co wskazuje, że rzeczywiście kiedyś na licu obrazu znajdowały się ozdoby. Dalej Długosz podaje: „nie poprzestając na grabieży, przebili oblicze na wylot mieczem, a tablicę, na której się obraz znajdował połamali. Po dokonaniu przestępstwa, bardziej skalani zbrodnią niż wzbogaceni, uciekli z nieznacznym łupem”. O dalszych losach obrazu dowiadujemy się z dzieła Risiniusa, o którym już wspomniałem, oraz z książki Andrzeja Gołdonowskiego Diva Claromontana z roku 1642. Paulini zawieźli zniszczony obraz do Krakowa i tam czekali na powrót króla Jagiełły z wojny pruskiej. Wiadomo, że Jagiełło był z paulinami bardzo zaprzyjaźniony. To on, w roku 1424, popierał skierowaną do pierwszego renesansowego papieża – Marcina V prośbę zakonników o przyznanie odpustu pielgrzymującym na Jasną Górę.

    Wróćmy jednak do samego obrazu. Spróbujmy zrekonstruować to, co się działo, zanim obraz dotarł do Krakowa i został przedstawiony królowi. Na pewno wstrząs wywołany świętokradztwem musiał być silny, lecz z drugiej strony – wiemy to choćby ze smutnej sprawy ojca Damazego Macocha – właśnie po takich wydarzeniach budziła się chęć zadośćuczynienia i tym samym wzrastał kult zbezczeszczonego świętego wizerunku. Wydarzenie było straszne, lecz nie można było obrazu schować i czekać, skoro ciągle napływali pielgrzymi. Można przypuszczać, że zakonnicy, chcąc obraz wystawić na widok publiczny, scalili połamane deski, sam wizerunek nieco retuszując. Największe zniszczenia nastąpiły w miejscu styku desek, gdzie odprysnął grunt i warstwa malarska. Warto dodać, opierając się już na zdaniu komisji fachowców badających obraz, że trzy deski, składające się na tablicę obrazu, są opracowane bardzo prymitywnie, na odwrocie grubo ciosane, bez pietyzmu czy staranności. Z jednej strony świadczyłoby to o wiekowości dzieła, z drugiej – i to zdumiewa najbardziej – nie zgadza się z powszechną wówczas metodą przygotowywania tablic pod ikony, co czyniono z wielką dokładnością i poszanowaniem każdego szczegółu, jako że dzieło miało być obiektem świętym. Jest to sprawa zagadkowa. Wróćmy do wieku XV. Zakonnicy, dokonując pobieżnej renowacji obrazu, nie zatarli śladów po cięciach mieczem. Tak okaleczony wizerunek wierni oglądali co najmniej rok. Należy przypuszczać, że zaszło coś, co można nazwać „przyzwyczajaniem się” ludzi do widoku poranionego obrazu. Potwierdza to fakt, że po odrestaurowaniu, a właściwie namalowaniu wizerunku na nowo, odtworzono rany na licu Matki Boskiej, odciskając je ostrym narzędziem i pokrywając cynobrem. Tak więc w tej chwili mamy do czynienia z pamiątką, symbolem cierpienia, a nie pozostałością po smutnym wydarzeniu.

    W jaki sposób przebiegała w Krakowie, na dworze Władysława Jagiełły, restauracja wizerunku? Niestety, nie znamy dokładnej daty rozpoczęcia prac. Mogło to być w połowie roku 1433, a może rok lub dwa lata wcześniej. Wiadomo natomiast, że do pracy przystępowały kolejno dwie grupy malarzy, różniące się nie tylko stosowaną technologią malarską, lecz także ogólnym pojmowaniem sztuki. Najpierw obrazem zajęli się artyści malujący more greco. Z opisem tego sposobu malowania spotykamy się w źródłach włoskich. Giannozzo Manetti i inni pisarze, wychwalając sztukę Giotta, przypisywali całą winę za dekadencję sztuki średniowiecznej Bizantyjczykom, „Grekom”. Ci „Grecy”, czyli artyści wywodzący się ze słowiańskiego kręgu Bizancjum, którego kulturę Jagiełło szczególnie sobie upodobał, jako pierwsi otrzymali zadanie rekonstrukcji obrazu. I oto stała się rzecz dziwna. Jak podaje Risinius – za jakimś wcześniejszym rękopisem – farby spłynęły z lica już w następnym dniu po ich położeniu. Druga próba także się nie powiodła. Można wysnuć wniosek, że obraz malowany był jakąś techniką tłustą, zbliżoną do enkaustyki, co wpływało na małą przyczepność farb do powierzchni obrazu. Wówczas przystąpiła do pracy druga grupa artystów, tym razem „cesarskich”, a więc związanych z cesarskim dworem Habsburgów. Istnieje wiele hipotez odnośnie do środowiska, z jakiego ci malarze mogli się wywodzić. Mówi się o wpływach włoskich, o kręgu Simone Martiniego, lub jakiegoś ośrodka czeskiego. Wysuwano tezę, że był to ktoś ze szkoły Pietra Cavalliniego. Uzasadnione wydaje się przypuszczenie, że mamy do czynienia z wpływami kręgu andegaweńskiego, jako że właśnie wtedy na szacie Matki Boskiej pojawiły się lilie andegaweńskie. W każdym razie i tym artystom nie powiodło się przy pierwszej próbie. Cytowany tu Risinius zapisał, że przystąpili oni do malowania z wielkim tupetem i pewnością siebie, sądząc bardzo nisko kunszt swoich poprzedników. Dopiero druga próba zakończyła się sukcesem. Obraz odnowiono, tyle że słowo „odnowiono” należy opatrzyć dużym cudzysłowem. Do czego to „odnawianie” się sprowadziło, możemy się przekonać, analizując stan podobrazia i dzisiejszy wygląd wizerunku. Ponieważ lico obrazu było nieprzyczepne, zniszczono starą warstwę malarską. Deski dopasowano, wyrównano, ubytki załatano nowymi kawałkami drewna. Naklejono na nie drobno tkane płótno, na to wszystko położono zaprawę kredową grubości dwóch, trzech milimetrów, która po wyszlifowaniu stała się podkładem dla nowej wersji malowidła. Przy naszej dzisiejszej czci dla autentyku podobny zabieg „konserwatorski” wywołuje dreszcze, jednak ówcześni malarze musieli mieć inne podejście do tego typu pracy. Przede wszystkim chodziło o te trzy cyprysowe, a raczej – jak się okazało – lipowe deski ze stołu Świętej Rodziny (nie wiadomo dotychczas, czy jest to gatunek lipy rosnącej w naszych szerokościach geograficznych, czy jest to lipa pochodząca z Bliskiego Wschodu). Malarze, mając do czynienia z relikwią, ją w pierwszym rzędzie postanowili zachować – ważny był już sam przedmiot. Jeśli idzie o obraz, powtórzono w sensie ikonograficznym wiernie pierwowzór, bizantyjską Hodegetrię, traktującą ją jednak pod względem formalnym zgodnie z zasadami gotyckiego „stylu miękkiego”. Powstał w ten sposób obraz wschodnio-zachodni, jakby emblematycznie odbijający sytuację i kulturę narodu, którego stał się największą świętością. Nie można tu nie przypomnieć słów międzywojennego poety, Jerzego Lieberta, o Warszawie i chyba o Polsce w ogóle:

    Ani tu Zachód, ani Wschód —
    Coś tak, jak gdybyś stanął w drzwiach…
    (Piosenka do Warszawy)

    Z kolei współczesny nam poeta, ksiądz Jan Twardowski, napisał, że Matka Boska Częstochowska „dlatego jest cudowna, że kiedy patrzymy na nią, przypomina się Polska”. Wizerunek jasnogórski uległ jeszcze jednemu przekształceniu: brat Makary Sztyftowski, złotnik z zawodu, odnawiając obraz od 1 czerwca do 22 grudnia 1705 roku, na szczęście nie przemalował twarzy Madonny i Dzieciątka, lecz za to przemalował – „podniósł” prawą rękę Madonny. Dalsze, fachowe już, konserwacje obrazu miały miejsce w latach 1925-1926 (Jan Rutkowski), 1945 (Henryk Kucharski), 1948 i 1950-1951 (Rudolf Kozłowski).

    Brat Makary Sztyftowski, złotnik z zawodu, odnawiając obraz od 1 czerwca do 22 grudnia 1705 roku, „podniósł” prawą rękę Madonny

    Opiewana w wierszach i pieśniach, haftowana na sztandarach, grawerowana na ryngrafach husarskich, ikona jasnogórska okrywana była już od drugiej połowy XVII wieku drogocennymi sukienkami; we wspomnianym czasie były cztery takie sukienki, a wykonał je zdolny hafciarz – brat Klemens Tomaszewski; w 1981 roku było ich pięć. Wyzłacane nimby wokół głowy Madonny i Dzieciątka już od około 1431 roku były przykryte nimbami trybowanymi w pozłacanym srebrze, a blachy, rytowane od XV wieku, zakrywały tło obrazu. Złote korony na głowach Madonny i Dzieciątka podarował papież Pius X w roku 1910, w związku z ponowną koronacją obrazu. Wizerunek pokazuje się także bez wspomnianych kosztownych sukienek, które nie pozwalają na to, by przemówił autentyczny koloryt malowidła. I właśnie w tej prostocie obraz najsilniej działa na widza. Bizantyjska powaga zmiękczona przez słodycz i liryzm malarstwa europejskiego pierwszej połowy wieku XV warunkuje ten jedyny w swoim rodzaju czar, jaki wizerunek Madonny wywiera na pielgrzymach i zwiedzających.

    Tyle w skrócie o samym obrazie i jego historii. Zwróćmy teraz uwagę na problemy kultu i kultury, jakie wiążą się z obrazem jasnogórskim i których nie sposób pominąć. Zazwyczaj tak się dzieje, że oddziaływanie jakiegoś sanktuarium obejmuje najpierw najbliższe okolice, później rozszerza się na region, z czasem na cały kraj, by wreszcie wyjść poza jego granice. Jasna Góra jest pod tym względem miejscem nietypowym. Opisany proces w jej przypadku przebiegł odwrotnie. Wiąże się to z początkami obecności paulinów, którzy zaraz po przybyciu z Węgier na Jasną Górę założyli konfraternię pod wezwaniem swojego patrona, Świętego Pawła Pustelnika. Klasztor pauliński stał się miejscem pielgrzymek tych wiernych, którzy chcieli zachować stały związek z konfraternią. Dopiero później konfraternia stopniowo przekształcała się w bractwo Matki Boskiej Częstochowskiej lub po prostu konfraternię jasnogórską. Trzeba wiedzieć, że była to forma pod względem społecznym i narodowym bardzo otwarta. W zachowanych rejestrach znajdujemy Polaków i cudzoziemców, zwłaszcza z krajów najbliższych, spotykamy przedstawicieli wszystkich warstw społecznych.

    Od roku 1517 na Jasnej Górze prowadzono księgę, do której wpisywano przybywających pielgrzymów. Warto przytoczyć kilka znajdujących się tam informacji. Członkowie konfraterni, przybywający na Jasną Górę, otrzymywali pewne przywileje – i nie chodziło tylko o modlitwę czy mszę świętą odprawianą w ich intencji. Kto przyjeżdżał do klasztoru, miał prawo do mieszkania i jedzenia razem z paulinami, a po śmierci mógł być pochowany w habicie zakonu w podziemiach wybranego kościoła klasztornego. W okresie od 1517 do 1613 roku przyjęto na Jasnej Górze 4426 osób, w tym osiemset czternastu Polaków. Tak więc na początku kult Matki Boskiej Częstochowskiej miał zdecydowanie międzynarodowy charakter. Fakt ten trzeba mocno podkreślić. Jasna Góra nie miała być nigdy miejscem demonstrowania polskiego nacjonalizmu, wręcz przeciwnie. Właśnie tutaj dawał się zauważyć charakter kultury polskiej, otwartej, uniwersalistycznej, tej dawnej kultury polskiej, do której odwołujemy się w momentach naszych narodowych przełomów i odrodzeń.

    Polski aspekt kultu Jasnej Góry wyrażał się określeniami, jakie nadawano Matce Boskiej Częstochowskiej. Długosz w Liber benefidorum powtarza za anonimem z 1474 (?) roku, że na obrazie jasnogórskim „jest przedstawiona najdostojniejsza Królowa Świata i nasza”. Uwagę zwraca kolejność tych określeń, akcentująca uniwersalistyczny wymiar panowania Matki Boskiej. Jej królestwem było średniowieczne universum, które swym charakterem, na zasadzie – jak mawiają socjologowie kultury – „pierwszego wdrukowania”, naznaczyło kulturę polską. Obok tego królewskiego określenia pojawiło się wiele innych, wskazujących, czego poszukiwano na Jasnej Górze, jakie funkcje spełniał święty wizerunek. Wiele z nich zachowało się w Liber miraculorum, czyli Księdze cudów, prowadzonej na Jasnej Górze od roku 1402, to znaczy od czasu pierwszego wydarzenia uznawanego za cudowne. I tak, od Średniowiecza począwszy, najczęściej spotykanymi określeniami były: „Matka Opiekunka”, „Pośredniczka Miłosierdzia”. Zapis z roku 1617 mówi o ucieczce do „Matki Miłosierdzia”. W latach 1646-1712 dość często pojawia się określenie „Pocieszycielka”, a następnie „Najłaskawsza Patronka Miłosierdzia”, „Dziewica – Pocieszycielka Strapionych”. W 1705 roku napotykamy określenie „Uzdrowicielka”, w 1712 roku bardzo piękne – „Dobrodziejka Najdobrotliwsza”, a w 1724 roku – „Protektorka w beznadziejności” – wezwanie zupełnie na nasze czasy. Najczęstsze były, oczywiście, określenia – „Bogurodzica” lub „Bogarodzicielka”. W naszych czasach ciągle pojawiały się nowe określenia. Gilbert Keith Chesterton, będąc przed wojną w Polsce, przypomniał wiersz Hilaire’a Belloca, napisany jako wotum dla Matki Boskiej Częstochowskiej:

    Wspomożycielko na wpółpokonanych, Domie złoty,
    Relikwiarzu oręża i Wieżo z kości słoniowej.

    Dla nas, Polaków, jedno wezwanie jest szczególnie ważne. Tytuł „Królowa Polski” (nie królowa polska, bo to oznaczałoby żonę króla polskiego) pojawił się już w drugiej połowie XIV wieku i później był często wykorzystywany w tekstach literackich, na przykład Grzegorz z Sambora pisał w 1562 roku o „Królowej Polski i Polaków”. Nie traktowano tego „przenośnie” czy tylko „honorowo”. Jak w średniowiecznej Francji od grobu Świętego Dionizego, jako patrona królestwa, tak sprzed tego obrazu wyruszali królowie i hetmani polscy na pola bitew i tu wracali, by wraz z podziękowaniem za odniesione zwycięstwa składać wota, niekiedy zdobyte na nieprzyjacielu. Istotną cechą tego kultu był jego „demokratyzm”: w ślady możnowładców szła szlachta, mieszczanie, rzemieślnicy i chłopi; właśnie ze sznurów korali, stanowiących główną ozdobę kobiecego stroju ludowego, powstała jedna ze wspomnianych wspaniałych sukienek służących do przesłaniania obrazu, a inną, sporządzoną w roku 1966, poza ozdobieniem rubinami, klejnotami, pochodzącymi głównie z XVII i XVIII wieku, naszyto setkami obrączek, złożonych tu w ofierze przez pary małżeńskie, i stąd nosi ona nazwę „sukienki wierności”. Emaliowane klejnoty, prawdziwe małe arcydzieła kunsztu złotniczego, wysadzane diamentami, szmaragdami, perłami i rubinami, złożone na Jasnej Górze ex voto, zostały wkomponowane w najbogatszą z sukienek, zwaną diamentową.

     Tytuł „Królowa Polski” pojawił się już w drugiej połowie XIV wieku i później był często wykorzystywany w tekstach literackich

    Teologiczne uzasadnienia tytułu królewskiego Matki Boskiej Częstochowskiej dali między innymi Szymon Starowolski w 1640 roku i ojciec Andrzej Gołdonowski w dwa lata później. Ten ostatni podkreślał międzynarodowy charakter kultu. Czyniono to zresztą i wcześniej, i później w XVII stuleciu: w 1620 roku pisał o tym Jan Skiba, a w roku 1623 ojciec Śniadecki stwierdzał, że Jasna Góra przyciąga „ludzi różnych nacyi”.

    Inne określenia, nawiązujące do królowania Maryi Jasnogórskiej, mówiły o jej obowiązkach wobec Polaków. Znakomity dramaturg, Mikołaj z Wilkowiecka, nazwał Ją „patronką”, podobnie Risinius. Patronką nazywał Ją również biskup krakowski Marcin Szyszkowski. Ów biskup na synodzie odbytym w Krakowie w 1621 roku wydał ustawę dotyczącą między innymi tworzenia świętych wizerunków, w tym także obrazów Matki Boskiej. Był to czas przenoszenia na grunt polski – trzeba przyznać, że z niejakimi oporami – reformy Soboru Trydenckiego, był to okres kontrreformacji i nowych założeń uprawiania sztuki kościelnej. Biskup Szyszkowski wspomniał o wizerunkach Matki Boskiej malowanych niestosownie, na wzór świecki. Z ambon kaznodzieje gromili malarzy, mówiąc, że nie może być tylu typów Matki Boskiej, ile artyście podobać się może pięknych kobiet. Tenże biskup jako model, wzór do przedstawiania Matki Boskiej, wskazał wizerunek częstochowski. Na marginesie można dodać, że zarzuty stawiane malarzom w najmniejszym stopniu dotyczyły artystów polskich. Po zaleceniu biskupa Szyszkowskiego (oczywiście, istniała możliwość wyboru, i tak na przykład w Wielkopolsce malowano według przedstawień Matki Boskiej Śnieżnej), Hodegetria częstochowska stała się pierwowzorem dla wielu barokowych malowideł, co spowodowało różne zderzenia ikonograficzne i stylistyczne. Analogiczne zjawisko można zaobserwować w wielu barokowych kościołach włoskich, gdzie w centrum wspaniałych kompozycji plastycznych znajduje się maleńka ikona bizantyjska. Ogólnie można powiedzieć, że w tym okresie tryumfu Kościoła potrydenckiego i restauracji katolicyzmu ikony bizantyjskie odegrały wielką rolę. Nie zapowiadało jej negatywne stanowisko, jakie wobec malarstwa bizantyjskiego zajęła epoka Renesansu.

    Pewne wydarzenia w szczególny sposób związały obraz i Jasną Górę z kulturą i historią narodową. Wiemy, że Jasna Góra odgrywała w czasie reformacji doniosłą rolę, miało tu miejsce wiele konwersji i rekonwersji na katolicyzm. Wspomniany ojciec Gołdonowski chwalił się, że jako „spowiednik apostolski” sprowadził na łono Kościoła katolickiego trzydzieści tysięcy heretyków w ciągu piętnastu lat. Wkrótce Jasna Góra stanie się prawdziwą twierdzą duchową katolickiej Polski. Taką rolę odegrała ona w czasie pamiętnego oblężenia, które trwało od 18 listopada do 26 grudnia 1655 roku. Wojskami szwedzkimi – przeważnie zaciężnymi – dowodził generał Burchard Muller, mając pod sobą dwunastu oficerów i 3275 żołnierzy. Musiał on odstąpić od klasztoru, bronionego przez nieliczną załogę, złożoną ze stu sześćdziesięciu żołnierzy „wziętych przeważnie od pługa”, dwudziestu szlachty i czeladzi i siedemdziesięciu zakonników pod wodzą przeora Augustyna Kordeckiego, który okrył się nieśmiertelną sławą i awansowany został przez historię i legendę na bohatera narodowego, zwłaszcza że targnięcie się na sanktuarium przez Szwedów wzbudziło oburzenie, wzmogło opór polskiej społeczności i zmieniło zasadniczo nastroje na rzecz króla Jana Kazimierza, który wyparty ze stolicy, znajdował się podczas oblężenia Jasnej Góry w Opolu. Fakt obronienia się klasztoru uznano ponadto za zjawisko cudowne i przypisano je opiece Matki Boskiej Częstochowskiej, którą też król Jan Kazimierz 1 kwietnia następnego roku ogłosił we Lwowie Królową Polski. Wzmogło to wszystkie sympatie dla dzielnych obrońców klasztoru za to, że – jak pisał ojciec Kordecki – „życie swe niżej ceniąc niż dobro konwentu, nie szli za chęcią własnej woli, byle miejsce święte pozostało wolne od przemocy wroga”. Obrona Jasnej Góry stała się tematem licznych malowideł – tak znajdujących się w samym klasztorze, jak i poza nim – oraz rycin. Ważne jest to, że obrońcy Jasnej Góry bronili nie obrazu, gdyż ten – jak wiemy – został przewieziony na Śląsk, ale świętego miejsca. Było już bardzo blisko poddania klasztoru i sanktuarium, o czym pisze z rozbrajającą szczerością i pokorą ojciec Kordecki. Stało się jednak inaczej. Jasna Góra, klasztor-forteca, ale twierdza o charakterze bardziej ornamentalnym niż obronnym, stała się twierdzą duchową, symboliczną, i tego symbolu broniono. Obrona nie miała, wbrew głoszonej legendzie, tak wielkiego znaczenia militarnego, była natomiast znakiem mobilizującym duchowo wszystkich Polaków. Od 1655 roku Jasna Góra trwa w społecznej świadomości jako wyspa ostatniego ratunku, oblana zewsząd morzem obcości i wrogości. Niedaleko tu jesteśmy od ideologii przedmurza!

    Jasna Góra stała się nietykalną stolicą Królowej Polski. Już 1 grudnia 1655 roku król szwedzki Karol Gustaw pisał do generała Mullera, że „atakowanie obrazu Maryi wywoła u Polaków jeszcze większy gniew”. Potwierdzić się to miało na początku XVIII wieku w dobie rozdarcia Polski między „Sasem” i „Lasem” – Augustem II i Stanisławem Leszczyńskim. Przed wojskami saskimi i szwedzkimi bronili Jasnej Góry (w latach 1702, 1704 i 1705) prowincjał Izydor Krasuski i przeor Innocenty Pokorski, a sprawa – jak pisał 27 stycznia 1704 roku sekretarz króla szwedzkiego, Olof Hernelin, do swego brata – „zaalarmowała cały kraj, ten naród uważa bowiem ten klasztor za Sanctissimum”.

    Jasna Góra stała się nietykalną stolicą Królowej Polski 

    Klasztor dzielił losy kraju także po utracie niepodległości. Fortyfikacje Jasnej Góry zostały zburzone z rozkazu cara Aleksandra I. Z kolei Aleksander II po powstaniu styczniowym, ukazem z roku 1864, skasował klasztory paulińskie poza Jasną Górą, której odebrano własną administrację zakonną, a majątki poddano zarządowi skarbu królestwa. Zaiste, prorocze aż do końca miały się okazać słowa, jakie konwent około roku 1770 skierował do Stanów Rzeczypospolitej: „Wierny swym królom i narodowi, jeżeli do ulżenia losów ojczyzny swojej nie przykładał się, to ich nie pogarszał nigdy. Tyle klęsk, tyle nieszczęśliwości wytrzymał cierpliwie; doznane szkody i straty były mu nawet i miłe, bo za swoich królów, za ojczyznę własną poniesione”.

    Kult Matki Boskiej jako królowej i pani kraju podkreślały kolejne koronacje obrazu. Pierwsza miała miejsce 8 września 1717 roku, jako pierwsza koronacja na prawach papieskich poza Rzymem. Król August II podarował korony, których jednak nie nałożono, uznając je za nie dość godne – przyjęto dopiero te, które przysłał papież Klemens XI. Przypomnijmy, że następne korony, już w naszym stuleciu, po kradzieży tych z XVIII wieku, przysłał w roku 1910 papież Pius X. W 1744 roku nastąpił akt oddania króla Augusta III i całej Polski Matce Bożej, a sejm z roku 1764 w swoich ustawach nazwał Matkę Boską Częstochowską – Królową Polski.

    Nadchodziły jednak czasy coraz burzliwsze i coraz ciemniejsze. Jasnej Górze, gdzie ongiś – jako w najbezpieczniejszym miejscu – prymas Szembek doradzał ukryć insygnia koronne, zaczęli znów zagrażać wrogowie. W 1771 roku bronili się tutaj konfederaci barscy. Potem Prusacy zapragnęli zawładnąć skarbami Jasnej Góry, a nawet samym obrazem. Deputacja sejmowa w 1793 roku odpowiedziała, że „obraz Najświętszej Panny, który jako starożytny monument pobożności ich przodków, wielu ofiarami uczczony, za własność całego narodu winien być poczytany”. Obraz pozostał na Jasnej Górze, nie przeniesiono go na teren wolnej jeszcze części Polski. Jednak Stanisław August polecił wpuścić do klasztoru księcia Golicyna i tak zaczęły się rabunki. Nie oszczędzali klasztoru ani wrogowie ani sojusznicy – choćby w czasach napoleońskich – ale pozostała związana z nim idea wolności Polaków. Matka Boska Częstochowska pozostała patronką niepodległości, nieprzyjaciele nazywali Ją „główną rewolucjonistką Polski”, paulini szerzyli Jej kult w kazaniach i pismach ulotnych. W Litanii loretańskiej umieszczano dalej wezwania „Regina Regni Poloniae” lub „Regina Regni nostri”. Obecna w wielkiej literaturze romantycznej, towarzyszyła uchodźcom i wygnańcom jako „Patronka wygnaństwa polskiego”, jako „Sybiraczka polska”. Matka Polaków była matką Polką wpatrzoną w ukrzyżowanego Syna. W 1863 roku umieszczono Ją na piersiach białego orła.

    Wizerunek ten był przyczyną wielu represji ze strony zaborców, zwłaszcza Prusaków i Rosjan, którzy upatrywali w nim symbolu patriotyzmu i polskiego buntownictwa. Nie pomogły jednak ani wzmożone represje, ani zamknięte granice. Podczas jubileuszu w 1882 roku zebrało się w Częstochowie około trzystu tysięcy wiernych ze wszystkich zaborów i z zagranicy – ktoś przybył nawet z Jerozolimy! (trudno pojąć, jak to było możliwe).

    Podczas jubileuszu w 1882 roku zebrało się w Częstochowie około trzystu tysięcy wiernych ze wszystkich zaborów i z zagranicy

    Matka Boska trafiła na sztandary Polski odrodzonej. Pani Jasnogórska otrzymała swoje święto, ustalone przez Piusa XI na 26 sierpnia, oraz przeznaczony na tę okazję formularz mszalny Fundamenta Eius. Z czasem zmieniono perykopę ewangeliczną przeznaczoną na ten dzień. Zamiast tekstu opisującego ból Matki pod krzyżem Chrystusa, zaczęto czytać opis cudu w Kanie Galilejskiej. Najpierw świętowano uroczystość patronki ludzkiej boleści, potem patronki ludzkiej radości. Dzięki kopiom, plakietom, ryngrafom i medalikom wizerunek jasnogórski trafił wszędzie tam, gdzie żyli Polacy: stał się on jednym z symboli jedności narodu.

    W czasie okupacji hitlerowskiej Matka Boska Częstochowska była patronką Polski Walczącej, stawiającej opór, wbrew wszystkiemu – wolnej. W Dzienniku generalnego gubernatora Hansa Franka zachowały się niezapomniane słowa: „Gdy wszystkie światła dla Polski zagasły, to wtedy zawsze jeszcze była Święta z Częstochowy i Kościół”. Nawet w czasie okupacji pielgrzymowano tutaj, odnawiano ślubowania młodzieży akademickiej.

    Po wojnie, 8 września 1946 roku, wobec milionowej rzeszy, prymas August Hlond, a za nim cały naród złożyli Pani Jasnogórskiej uroczyste śluby. Niezapomniane były obchody dziesięciolecia tej uroczystości z pustym miejscem przygotowanym dla prymasa Wyszyńskiego. Zbliżały się uroczystości tysiąclecia chrześcijańskiej Polski, poprzedzone wielką nowenną, uroczystości z pustym tronem Pawła VI. Tu odbywały się modlitewne „czuwania soborowe”.

    Trzeba pamiętać o niezwykłej pielgrzymce obrazu po kraju, kiedy to Matka Boska Częstochowska, jak pisał ksiądz Twardowski, okazała się „najpiękniejszą pątniczką, bez biżuterii wędrującą polskimi drogami”. Kiedy zaaresztowano wędrującą kopię wizerunku i odesłano do Częstochowy, Jasna Góra przeżywała swoje ostatnie – jak do tej pory – oblężenie. Sprawdzano nawet, czy ktoś nie próbuje wywieźć obrazu w bagażniku samochodu. W tym czasie wędrowały po Polsce puste ramy obrazu nawiedzenia i nieobecność wizerunku mówiła tym silniej o obecności Maryi wśród swego ludu.

    Pielgrzymki na Jasną Górę przestały być zjawiskiem tylko polskim: zaczęła – łącząc się przeważnie z pieszą pielgrzymką warszawską – przybywać młodzież z wielu krajów europejskich i pozaeuropejskich, odnajdując tu ludowe ciepło, niepowtarzalny koloryt i poczucie braterstwa, prawdziwą lekcję bycia Kościołem w marszu. To dzięki tej pielgrzymce odradza się ta zamarła na Zachodzie forma pobożności. Tak wielką liczbą pielgrzymów nie może się poszczycić żadne sanktuarium na świecie. Wielu z przybywających witał niestrudzony pielgrzym, kardynał prymas Wyszyński. Maryja przedstawiona w obrazie jasnogórskim była tą, której oddał swe życie i której zawierzył to, co mu było najdroższe: losy Ojczyzny. Tu przeżył swój największy tryumf, gdy w czerwcu 1979 roku witał papieża Polaka. Pierwsze słowa, jakie wypowiedział Jan Paweł II, wstąpiwszy na szczyt Jasnej Góry, przepełnione były radością i jakby niedowierzaniem, że do tego doszło: „Jestem tutaj, jestem tutaj”.

    W ciągu kilku niezapomnianych dni tej pielgrzymki przeżyliśmy właśnie ten fakt, że jesteśmy tutaj, w tym miejscu Europy, może tylko dzięki temu, że Ona jest tutaj; to przecież dzięki Niej – jak powiedział papież – „tu zawsze byliśmy wolni” tą osobliwą polską wolnością, nie wynikającą z ziemskich przesłanek. Czuli to pielgrzymi, którzy w XIX wieku przekradali się na tysiące sposobów przez granice zaborów, aby przed obrazem Pani Jasnogórskiej pooddychać życiem Polski dawnej. Tutaj Polacy ciągle byli jednym narodem. Zachowało się to w świadomości społecznej aż do dziś.

    Obchody jasnogórskiego jubileuszu w 1982 roku – niestety, bez Jana Pawła II – były przypomnieniem jasnych i ciemnych chwil. Maryja Jasnogórska „dana ku obronie narodu naszego” – jak mawiał prymas Wyszyński – spełnia tę swoją rolę. Matka wszystkich ludzi była w tym miejscu dla swych polskich dzieci „miastem ucieczki”, gdzie mogły przeżywać swoją tożsamość, odnajdywać samych siebie. Zobaczeni oczyma Matki, widzieli się większymi i lepszymi i to pozwalało im trwać, żyć, rozwijać się wbrew sprzysiężeniom zła. Tu widzieli także swoją małość, niedorastanie, niedojrzałość. Stąd może wywodzi się fakt, że tyle tu zawsze było rachunków sumienia, pokuty, nawróceń. Niewiele można wyliczyć na Jasnej Górze cudów, które mogłyby sprostać wymogom komisji lekarskiej, jaka urzęduje w Lourdes. Cudowność Jasnej Góry wydaje się polegać na czymś innym. Dzieją się tu cuda przede wszystkim moralne. I na tym w gruncie rzeczy polega obecność cudownego obrazu w dziejach polskich i w kulturze polskiej: nie na fakcie, że otoczyły go jak wieńcem wspaniałe dzieła sztuki i wota, nie na tym, że był kopiowany i opisywany przez największych poetów, lecz na tym, że promieniował na życie osobiste i społeczne milionów Polaków.

    Ks. Janusz Pasierb 

    tekst pochodzi z książki autorstwa ks. Janusza Pasierba „Na początku była kultura” wydanej nakładem Księgarni św. Jacka. 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC SIERPIEŃ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby Światowy Dzień Młodzieży w Lizbonie pomógł młodym ludziom wyruszać w drogę i dawać świadectwo Ewangelii własnym życiem.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *To już XIII rok odkąd jako wspólnota oddaliśmy się do dyspozycji Matki Bożej w Jej święto – Królowej świata. Gorąco i serdecznie prosimy Najświętszą Maryję Pannę, abyśmy wytrwali w naszym oddaniu i nadal różańcową modlitwą i cierpliwym znoszeniem codziennych przeciwności przyczyniali się do wzrostu Bożego pokoju w ludzkich sercach. Oby nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca przekonało dotąd jeszcze nieprzekonanych, że ratunek dla świata Niebo złożyło w Jej rękach.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    KONTAKT NA MAILA – rozaniec@kosciolwszkocji.org lub tel. 07552435042

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    fot. via: Pixabay

    ***

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    W historii narodu polskiego modlitwa różańcowa odegrała wielką rolę. Polacy niejednokrotnie mieli okazję przekonać się o tym, że wytrwałe, pełne ufności odmawianie różańca stanowi niezastąpioną pomoc i pewny ratunek w najtrudniejszym nawet położeniu. Fakt ten podkreślał Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim dokumencie Rosarium Virginis Mariae: “Kościół zawsze uznawał szczególną skuteczność tej modlitwy, powierzając jej (…) najtrudniejsze sprawy. W chwilach, gdy samo chrześcijaństwo było zagrożone, mocy tej właśnie modlitwy przypisywano ocalenie przed niebezpieczeństwem, a Matkę Bożą Różańcową czczoną jako Tę, która wyjednywała wybawienie”.

      Potęga tej modlitwy uwidoczniła się między innymi w moralnym odrodzeniu, jakie się dokonało po objawieniach Matki Bożej w drugiej połowie XIX w. w Gietrzwałdzie na Warmii. W czasach rozpasanej germanizacji ziem polskich w zaborze pruskim, kiedy walka z polskością przybierała na sile, Najświętsza Panna wezwała miejscową ludność do odmawiania różańca. W krótkim czasie ujawniły się tego owoce. Jak relacjonował potem proboszcz Gietrzwałdu, świadek objawień: “Wśród wszystkich mówiących po polsku radosne postępy czyni szczególnie zapał do modlitwy i Bractwo Wstrzemięźliwości. Miliony modlą się na różańcu, przez co utwierdzają się w wierze katolickiej i ogromna ilość pijaków wyrwana została z doczesnej i wiecznej zguby. Do tego należy dodać czystość życia, jaką można zaobserwować wśród młodzieży, liczne powołania zakonne męskie i żeńskie, różne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych. W całej Warmii, prawie we wszystkich domach, różaniec jest wspólnie odmawiany”.

         Objawienia się Matki Bożej na ziemi warmińskiej wywołały więc duchową odnowę mieszkańców tych terenów i zapoczątkowały podobne przemiany w innych regionach Polski, a ponadto stały się podstawą, dzięki której odzyskanie niepodległości przez nasz kraj zaczęło nabierać realnych kształtów.

         Suwerenność Polski, odzyskana wraz z zakończeniem pierwszej wojny światowej, po wielu latach niewoli, została poważnie zagrożona w roku 1920, kiedy to nasza ojczyzna przeżywała natarcie potężnej armii bolszewików. Wydarzenie owo zostało upamiętnione pod nazwą “cudu nad Wisłą”, gdyż rzeczywiście jedynie w kategoriach cudu można je rozpatrywać. Wystarczy wspomnieć, że naprzeciwko sowieckiej potęgi (12 dywizji piechoty i 2 dywizje jazdy) stanęło zaledwie trzy i pół dywizji polskiej piechoty oraz kilka drobnych oddziałów. Wynik konfrontacji wydawał się z góry przesądzony… Rychłego zwycięstwa bolszewików oczekiwali też Niemcy, dla których zdobycie Warszawy miało się stać hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska.

         Wojska bolszewickie w szybkim tempie zbliżały się do stolicy. Zatrwożeni warszawiacy zaczęli tłumnie wypełniać świątynie; wydano zarządzenie, że od 6 do 14 sierpnia we wszystkich kościołach zostanie wystawiony Najświętszy .Sakrament, na placu Zamkowym zaś około 30 tysięcy kobiet, dzieci oraz ludzi w podeszłym wieku żarliwie modliło się na różańcu. Dodawano sobie wzajemnie otuchy, przypominając słowa, które 31 lipca wypowiedział młody warszawski katecheta, ks. Ignacy Skorupka: “Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity”. Tymczasem z oddali dochodziły już odgłosy toczącej się bitwy…

         Walka rozgorzała na dobre w nocy z 13 na 14 sierpnia. Wziął w niej udział także ks. Skorupka, który niosąc krzyż wzniesiony wysoko nad głową, pobudzał wiarę polskich żołnierzy oraz dawał im przykład męstwa i odwagi, do czasu gdy został trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Jego niezwykle ofiarna postawa i bohaterska śmierć odebrane zostały przez Polaków jako potężny, nadprzyrodzony impuls, który wywarł wielki wpływ na ducha narodu i wojska oraz przyczynił się do tego, że 15 sierpnia 1920 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, potęga wroga załamała się i zapowiedziane zwycięstwo polskiego oręża nad potężną armią bolszewików stało się faktem.

         Jeden z uczestników bitwy warszawskiej 1920 r., ks. Stanisław Tworkowski, następująco podsumował tamte dramatyczne wydarzenia: “Cud nad Wisłą to dzieło Bożej Opatrzności, w które swój wysiłek włączył mój naród, naród wierzący, naród wzywający Boga, miłujący Go… To była walka w imię Jezusa Chrystusa, w imię Krzyża Świętego. Symbolem tego jest nasz kapelan katolicki – ks. Ignacy Skorupka, który z krzyżem w ręku biegł w tyralierze pod Ossowem. (…) Tajemnicę Cudu nad Wisłą stanowi modlitwa ludu Warszawy na placu Zamkowym… Przebieg walki z przytłaczającymi siłami bolszewików i odparcie ich w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny”.

         Także druga połowa XX wieku obfitowała w objawienia maryjne, podczas których Matka Boża wskazywała na wielką potrzebę modlitwy różańcowej, między innymi w rodzinie. Nie wszystkie wprawdzie te objawienia zostały oficjalnie potwierdzone przez władze kościelne, ale każde jest dokładnie obserwowane i w wielu wypadkach uznano błogosławione owoce duchowe, które przyniosły. Spróbujmy zatem opisać pokrótce niektóre z nich, przypuszczalnie mniej znane polskiemu czytelnikowi.

         W roku 1980 w miejscowości Cuapa w Nigerii wieśniak Bernard Martinez, który spytał Najświętszą Pannę o Jej życzenia, otrzymał następującą odpowiedź: “Pragnę, abyś codziennie odmawiał różaniec”. Nieco później zaś Matka Boża dodała: “W rodzinie, wraz z dziećmi – od chwili, gdy będą zdolne zrozumieć. Trzeba odmawiać różaniec o stałej godzinie, po zakończeniu zajęć domowych”. A innego dnia objawień Matka Boża dodała: “Odmawiajcie różaniec, rozmyślajcie nad tajemnicami, słuchajcie słowa Bożego zawartego w tajemnicach”. Objawienia w Cuapie nie zostały jeszcze oficjalnie uznane, ale miejscowy biskup zachęcał wiernych do rozważania i realizacji przesłania Maryi.

         Nad trwającymi od 1983 r. objawieniami w Campito w Argentynie, otrzymywanymi przez Gladys Quirodę de Mota, czuwa bezpośrednio biskup Castagna, który z uwagą śledzi rozwój kultu w miejscu objawień i stwierdza wielkie ich duchowe owoce. 6 czerwca 1987 r., gdy światowe telewizje transmitowały różaniec z papieżem Janem Pawłem II, Matka Boża powiedziała wizjonerce: “Dziś Pan będzie słuchał różańca świętego tak, jakby był on odmawiany moim głosem”.

         W obu oficjalnie uznanych objawieniach w Naju w Korei (połowa lat 80. XX w.) Matka Boża przekazała następujące orędzie: “Odmawiajcie z żarliwością różaniec, w intencji pokoju na świecie i za nawrócenie grzeszników. Starajcie się, aby odżyła świętość rodzin”.

         We wszystkich tych przesłaniach – a także w wielu innych – różaniec jest ukazywany jako najważniejsza po Mszy św. forma modlitwy, sposób na zażegnanie lub złagodzenie cierpień grożących światu za jego odejście od praw Bożych. Dzięki systematycznemu praktykowaniu nabożeństwa różańcowego możemy zaprosić do swego życia osobistego oraz rodzinnego Jezusa i Jego Matkę.

         Ażeby zaś nasze zaufanie do mocy różańca mogło stale wzrastać, byśmy byli coraz bardziej świadomi jego piękna, módlmy się jak najczęściej słowami apelu bł. Bartolomea Longo: “O błogosławiony różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem, więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie”.

         Zachętą do odmawiania różańca niech będą dla nas także słowa Ojca Świętego Jana Pawła II: “Dziś skuteczności tej modlitwy zawierzam (…) sprawę pokoju w świecie i sprawę rodziny (…). [Pamiętajmy bowiem, że] różaniec był zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę, że niegdyś była ona szczególnie droga rodzinom chrześcijańskim i niewątpliwie sprzyjała ich jedności. (…)

         Tak więc różaniec, kierując nasze spojrzenie ku Chrystusowi, czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie. Mając charakter nieustającego, wspólnego błagania, zgodne z Chrystusowym wezwaniem, by modlić się »zawsze i nie ustawać« (por. Łk 18,1), pozwala on mieć nadzieję, że również dzisiaj »walka« tak trudna jak ta, która toczy się o pokój, może być zwycięska. Różaniec, daleki od tego, by być ucieczką od problemów świata, skłania nas, by patrzeć na nie oczyma odpowiedzialnymi i wielkodusznymi, i wyjednuje nam siłę, by powrócić do nich z pewnością co do Bożej pomocy oraz z silnym postanowieniem, by we wszelkich okolicznościach dawać świadectwo miłości, która jest »więzią doskonałości« (Koi 3, 14).(…)

         Patrzę na Was wszystkich, Bracia i Siostry wszelkiego stanu, na Was, rodziny chrześcijańskie, na Was, osoby chore i w podeszłym wieku, na Was, młodzi: weźcie znów ufnie do rąk koronkę różańca, odkrywając ją na nowo w świetle Pisma Świętego, w harmonii z liturgią, w kontekście codziennego życia. (…) Modlitwa różańcowa jest wielką pomocą dla naszego czasu. Sprowadza ona pokój i sumienie; wprowadza nasze życie w tajemnice Boże i sprowadza Boga do naszego życia”.

    Robert Bil

    Źródła: Gottfried Hierzenberger, Otto Nedomansky:

    “Księga objawień maryjnych od I do XX wieku”,

    Warszawa 2003; Ewa Hanter: “Tyś wielką chlubą naszego narodu “,

    Toruń 2000; “Godzina różańca”, Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej

    w Zakopanem, 2003; Jan Paweł II: List apostolski “Rosarium Virginis Mariae”.

    Do biskupów, duchowieństwa i wiernych o różańcu świętym, Kraków 2002.

    dam/adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    M. Patynowska: U Marii Simmy to dusze czyśćcowe szukają kontaktu, a w spirytyzmie - człowiek...

    fot. screenshot – YouTube

    ***

    M. Patynowska:

    U Marii Simmy to dusze czyśćcowe szukają kontaktu,

    a w spirytyzmie – człowiek…

    Miłosierny Bóg sprawił, że możemy skrócić czas czyśćcowego oczyszczenia tym, którzy odeszli już do wieczności, ale ze względu na swoje nieodpokutowane grzechy i zaniedbania nie są jeszcze gotowi aby wejść do nieba.

    Jak wskazują słowa mistyków, oni nie zapominają o swoich dobroczyńcach. Odwdzięczają się tym wszystkim, którzy pomagają im dostać się do raju, czyli do miejsca prawdziwego, najdoskonalszego szczęścia, do miejsca spotkania z ukochanym Stwórcą oraz bliskimi.

    „ Musimy modlić się za dusze w czyśćcu. To niewiarygodne, co one mogą uczynić dla naszego duchowego dobra. ” Św. Ojciec Pio

    „ Często to, co przez Świętych w Niebie uzyskać nie mogłam, otrzymałam natychmiast, kiedy zwróciłam się do dusz w czyśćcu. ” Św. Katarzyna z Bolonii

    „ To, co ktoś dla dusz czyśćcowych czyni, czy modli się za nie, czy ofiaruje cierpienie, zaraz mu to wychodzi na korzyść i wtedy one są bardzo zadowolone, szczęśliwe i wdzięczne. Kiedy za nie ofiaruję moje cierpienie, wtedy one modlą się za mnie. ” Bł. Katarzyna Emmerich

    „ O, gdyby wiedziano, jak wielką moc posiadają te dusze nad Sercem Bożym i jakie łaski można za ich wstawiennictwem uzyskać, nie byłyby tak bardzo opuszczone. Kiedy uprosić chcemy u Boga prawdziwy żal za nasze grzechy, zwróćmy się do dusz czyśćcowych, które od tak wielu lat żałują za swe grzechy w płomieniach ognia czyśćcowego. Trzeba się dużo za nie modlić, aby i one modliły się dużo za nas. ” Św. Jan Maria Vianney

    „ Żaden okres mojego życia nie był dla mnie tak szczęśliwy i bardziej błogosławiony niż czas, który spędziłam z duszami i dla dusz czyśćcowych. Bóg wspaniałomyślnie nagradza miłość do dusz czyśćcowych i tą drogą najprędzej pomaga nam w cnotach i doskonałościach, ponieważ te dusze leżą Mu bardzo na Sercu, dlatego że są najbiedniejsze i same już sobie pomóc nie mogą. ” Anna Maria Lindmayr

    Na koniec słowa Jana Pawła II, św. Faustyny i Pana Jezusa, które dodatkowo powinny nas zachęcić do tego aby nieść jak najwięcej pomocy przebywającym w czyśćcu.

    „ Modlitwa za zmarłych jest ważną powinnością, bowiem nawet jeśli odeszli w łasce i w przyjaźni z Bogiem, być może potrzebują jeszcze ostatniego oczyszczenia, by dostąpić radości Nieba. ” Jan Paweł II

    „ Ujrzałam Anioła Stróża, który mi kazał pójść za sobą. W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a w nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. ” Św. Faustyna (Dz.20)

    „ Wszystkie te dusze [w czyśćcu przebywające] są bardzo przeze mnie umiłowane, odpłacają się mojej sprawiedliwości; w twojej mocy jest im przynieść ulgę… O, gdybyś znała ich mękę, ustawicznie byś ofiarowała za nie jałmużnę ducha i spłacała ich długi mojej sprawiedliwości. ” Jezus Chrystus do św. Faustyny (Dz.1226)

    Gdy tylko możemy, to módlmy się za wszystkich pokutujących w czyśćcu, ONI CZEKAJĄ NA NASZĄ POMOC.
    „ Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen. “

    mp/fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XIX NIEDZIELA * ROK A

    13 SIERPNIA

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    Jezus chodzi po jeziorze

     “…o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze.”/pixabay.com

    ***

    O czwartej straży

    Wielkie kościelne uroczystości często kończą się podobnie: biskupi i kapłani idą na obiad, a Chrystus pozostaje jeszcze z tłumem wiernych, by ich „odprawić”: rozmawia z nimi w sercu, kładzie na nich ręce i w niewidzialny sposób błogosławi ich zamiary i myśli.

    W tym przypadku Jezus, zamiast na obiad, wysłał swych uczniów na drugi brzeg Jeziora Galilejskiego, choć nie wiedzieli, że tamtego brzegu nie da się osiągnąć bez pomocy Zbawiciela. Gdy apostołowie wiosłują, a Kościół zmaga się z apostazjami i przeciwnościami, Jezus przebywa na modlitwie w odosobnieniu. W pewnej chwili słyszy krzyk uczniów z łodzi. Przyzywają swego Pana, którego nie widzą. I przychodzi im z pomocą, krocząc po wodach. Pojawia się przed nimi „o czwartej straży nocnej”, czyli około trzeciej w nocy. „O trzeciej godzinie – mówił Pan Jezus do siostry Faustyny – błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego” (Dz. 1320). Trzecia godzina w nocy to pora, w której organizm jest przemęczony, i jeśli ktoś o tej porze nie śpi, będzie padał z nóg. W opinii średniowiecznych komentatorów o tej właśnie godzinie odbywał się sąd Sanhedrynu nad Jezusem. Była to chwila odrzucenia Boga przez naród wybrany. To godzina złych duchów. Diabeł robi na przekór Bogu. Skoro Jezus umarł o godzinie 15 i owa godzina jest dla katolików godziną miłosierdzia, szatan chciał zrobić na odwrót – i wybrał sobie godzinę 3 nad ranem. Stąd brał się pogląd, że szatanowi najłatwiej zniewolić ludzkie dusze w godzinach nocnych: pomiędzy północą a czwartą nad ranem. Uważano, że o tej porze diabeł posługuje się marzeniami sennymi, by dusze „niepewne w wierze” zwieść na manowce najokropniejszych występków. W nocy łatwiej mu przedstawić fałsz jako prawdę. Nie znaczy to jednak, że ludzie – nawet „o szatańskiej, nocnej porze” – pozbawieni są rozumu i wolnej woli. Ufając w pomoc Boga, mogą skutecznie przeciwstawiać się diabłu. Piotr woła: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!”. Widzi Jezusa tryumfującego nad złem, strachem i śmiercią. Ze wzrokiem utkwionym w Niego i pod wpływem miłości w sercu stawia stopę na niepewnym i groźnym obszarze, na którym objawił mu się Jezus. Stacza w sobie bój o najwyższą stawkę: czy Jezus to zjawa, czy rzeczywistość? Gdy tylko oderwie wzrok od Pana, znów pogrąży się w obawach i zwątpieniach, złych nastrojach i lękach. Kościół musi często przechodzić okresy burz i niewiary, gdy wiatr przeciwny niemal przewraca łódkę, a człowiek traci nadzieję na dotarcie do przeciwległego brzegu, do zmartwychwstania. I nagle pojawia się Chrystus chodzący po wodach, o trzeciej w nocy, gdy wydaje się, że nadciąga „koniec czasów”, kres Kościoła. On jest pokojem i ocaleniem. Poza Nim zaś szaleje burza i gęstnieją mroki. Ludzie denerwują się i popadają w panikę, bo traktują Jezusa jak zjawę, widmo. Zamiast do Niego przylgnąć i adorować Go, okazują Mu arogancką obojętność. I będą tonąć, póki nie zaczną wołać: „Panie, ratuj!”.

    ks. Robert Skrzypczak/ Tygodnik Niedziela

    ***

    “Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!”

    "Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!"

    obraz Amadee Varinta/ fot. via wikipedia CC 0/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24-GMP-logo.png

    Z nabożeństwem przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    13-14-sierpnia-2023-.png

    O inicjatywie

    Żyjemy dziś w czasach największej apostazji, czyli odejścia od Boga. Sekularyzacja państw Zachodu jest faktem. Polska, choć uważana za ostoję katolicyzmu, też stopniowo ulega tej fali. Coraz więcej ludzi, także tych deklarujących się katolikami, żyje tak, jakby Pana Boga nie było. Czas, w którym przyszło nam żyć, jest czasem bezkompromisowej walki. Ale co gorsza, nawet ludzie  wierzący nie zawsze to widzą, trwając w stanie uśpienia i letargu. Nie dostrzegają, że każdy grzech popełniony indywidualnie ma swoje negatywne reperkusje nie tylko wobec jednostki ale i całego społeczeństwa czy narodu, i domaga się zadośćuczynienia.

    Dlatego podczas wydarzenia “24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę”, trwając na modlitwie przez dwadzieścia cztery godziny przed Najświętszym Sakramentem będziemy wynagradzać za wszystkie grzechy popełnione w naszej ojczyźnie, zwłaszcza za grzechy: zbrodni wobec nienarodzonych dzieci, nieczystości, apostazji, nienawiści, podziałów, kłótni i nieprzebaczenia, pijaństwa, rozwodów, niegodnego przyjmowania Komunii Świętej, zdrady narodu. Uczynimy to w jedności Trzech Serc – Najświętszego Serca Pana Jezusa, Niepokalanego Serca Maryi i Przeczystego Serca św. Józefa, prosząc też o wstawiennictwo wszystkich polskich świętych i błogosławionych, patronów i niebiańskich opiekunów naszej ojczyzny.

    Dziś mało kto wzywa do pokuty i nawrócenia. Bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach Kościoła w Polsce była zorganizowana w 2016 r. Wielka Pokuta – największe w historii chrześcijaństwa nabożeństwo przebłagalno-ekspiacyjne, które zgromadziło pod wałami klasztoru jasnogórskiego ponad 140 tysięcy wiernych. Zebrali się, by prosić Boga o wybaczenie grzechów swoich oraz całego narodu. Wierzymy, że tamto wydarzenie nie było ostatnim, ale zapoczątkowało akty kolejnych wynagrodzeń. Będziemy zatem modlić się w duchu i w łączności z Wielką Pokutą, aby kontynuować to wielkie dzieło ekspiacji. Podczas modlitwy o uwolnienie Polski spod mocy ciemności, którą 15 października 2016 roku wypowiedział ks. Piotr Glas, padły m.in. takie słowa: „Ojcze, Boże Wszechmogący, nadszedł już czas, aby raz na zawsze odwrócić się od grzechów naszych i naszych nieprawości, które ranią Twoje Ojcowskie Serce, od szatana, księcia tego świata, ojca kłamstwa i iluzji, a zwrócić się całym sercem do Ciebie. Pragniemy jak mieszkańcy Niniwy dzisiaj błagać Cię o przebaczenie naszych grzechów, win i nieprawości. Za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi!”. Niech Jego oczyszczający i uświęcający płomień zstąpi teraz na nas tu obecnych, na wszystkich Polaków mieszkających na tej ziemi i poza jej granicami”. Dlatego i my powtórzymy te słowa oraz inne fragmenty tej potężnej modlitwy, rozpalając wielki płomień, czego konkretnym wyrazem będzie wieńczące nasze spotkanie nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi.

    Program spotkania:

    13 sierpnia 2023 (niedziela)

    16.00     Eucharystia

    16.45     Wystawienie Najświętszego Sakramentu i modlitwa wprowadzająca

    17.00     Pierwsza Godzina rozważania Męki Pańskiej (kolejne rozważania o każdej pełnej godzinie)

    ​14 sierpnia 2023 (poniedziałek)

    16.00    Ostatnia Godzina rozważania Męki Pańskiej

    17.00     Zakończenie Adoracji i Eucharystia

    17. 45    Nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    ***

    Miejsce: Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Małym Płocku

    ​Organizator wydarzenia: Parafia pw. Znalezienia Krzyża Świętego w Małym Płocku

    Transmisja online: Kanał YT Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 15 SIERPNIA

    UROCZYSTOŚĆ WNIEBOWSTĄPIENIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    Sample

    Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny / Rubens, 1626 | wikipedia

    ***

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 20.00 – UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    ***

    Dla przypomnienia:

    W tym szczególnym dniu członkowie Żywego Różańca mogą uzyskać 

    odpust zupełny 

    za siebie albo za dusze w czyśćcu cierpiące  

    pod zwykłymi warunkami:

    – być w stanie łaski uświęcającej; 

    (jeżeli tego warunku brak, należy przystąpić do spowiedzi św.)

    – nie mieć w sobie przywiązania do jakiegokolwiek grzechu; 

    – uczestniczyć w pełni we Mszy św.;

    – pomodlić się w intencjach, w których modli się Ojciec św.

    ___________________________________________________________________________________________

    „Błogosław Ojczyźnie naszej, by była Tobie zawsze wierna…”

    Obraz przedstawiający scenę kapłana w stroju liturgicznym kroczącego na czele żołnierzy.

    Ksiądz Skorupka w obronie Warszawy w 1920 r. Obraz namalowany na życzenie papieża Piusa XI, kaplica w Castel Gandolfo przez Jana Henryka Rosena.

    ***

    W dzisiejszą uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wspominamy 103. rocznicę Cudu nad Wisłą – „Bitwę Warszawską”, która ocaliła Europę przed bolszewickim najazdem.

    Zawierzajmy Panu Bogu naszą Ojczyznę

    Boże, Rządco i Panie narodów,

    z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, 
    a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, 
    błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, 
    chwałę przynosiła Imieniowi Twemu 
    a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

    Wszechmogący wieczny Boże, 
    spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom 
    i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, 
    byśmy jej i ludowi Twemu, 
    swoich pożytków zapomniawszy, 
    mogli służyć uczciwie.

    Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, 
    rządy kraju naszego sprawujące, 
    by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym 
    mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    (Modlitwa za Ojczyznę ks. Piotra Skargi)

    _______________________________________________________________

    Sample

    fot. patrizio righero / Cathopic

    ***

    Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

    jest jednym z dogmatów Kościoła Katolickiego od roku 1950 – ustanowił go papież Pius XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus (łac. Najszczodrobliwszy Bóg), w odpowiedzi m. in. na prośbę polskich biskupów.

    „Powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105).

    Na Wschodzie Wniebowzięcie nazywane jest do dzisiaj obchodzone jako święto «Zaśnięcia Matki Bożej».
    Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, obchodzona przez Kościół katolicki 15 sierpnia, sięga V wieku i jest rozpowszechniona w całym chrześcijaństwie. Jednocześnie należy zaznaczyć, że Nowy Testament nigdzie nie wspomina o ostatnich dniach życia, śmierci i o Wniebowzięciu Matki Bożej. Nie ma Jej grobu ani Jej relikwii. Ale od początku dziejów Kościoła istniała żywa wiara, że Maryja „wraz z ciałem i duszą” została wzięta do nieba.

    Uroczystość Matki Bożej Wniebowziętej ma swoje początki w Kościele wschodnim, który wprowadził ją w 431 roku. Kościół łaciński (rzymski) obchodzi Wniebowzięcie (Assumptio) Maryi od VII wieku. Pisma teologiczne potwierdzają, że liczni święci, m.in. Grzegorz z Tours, Albert Wielki, Tomasz z Akwinu i Bonawentura często rozważali wzięcie Maryi z duszą i ciałem do nieba.

    Czy dogmat o Wniebowzięciu oznacza, że Matka Boża nie umarła śmiercią fizyczną? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Nie wszyscy ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Maryi. Papież Pius XII ustanawiając dogmat nie wspomina o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego Wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz „zasypiając”. Stąd zresztą w różnych tradycjach i okresach różne nazwy tego wydarzenia, jak na przykład: Wzięcie Maryi do nieba, Przejście, Zaśnięcie czy Odpocznienie Maryi.

    Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele katolickim. Już w VI wieku cesarz Maurycy (582-602) polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie w dniu 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. Święto to musiało lokalnie istnieć już wcześniej, przynajmniej w V w. W Rzymie istnieje to święto z całą pewnością w wieku VII. Wiemy bowiem, że papież św. Sergiusz I (687-701) ustanawia na tę uroczystość procesję. Papież Leon IV (+ 855) dodał do tego święta wigilię i oktawę.

    Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W mszale na to święto, używanym wówczas w Galii, czytamy, że jest to „jedyna tajemnica, jaka się stała dla ludzi – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny”. W prefacji zaś znajdujemy słowa: „Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa”.

    Tradycja ikonograficzna przedstawia ciało Matki Bożej unoszone w promienistym świetle przez aniołów do nieba. W taki sposób Wniebowzięcie ukazuje większość dzieł sztuki.

    Do najpiękniejszych obrazów o tej tematyce zalicza się „Assunta” (Wniebowzięta) Tycjana w kościele Santa Maria Gloriosa (Matki Bożej Chwalebnej) w Wenecji. Ten wielki obraz w głównym ołtarzu, namalowany w latach 1516-18, należy do mistrzowskich dzieł wielkiego malarza, w późniejszym okresie również wziętego portrecisty papieskiego. Ukazuje on Maryję jako piękną, powabną kobietę – nawet zbyt piękną i zbyt zmysłową dla zamawiających go franciszkanów. Dopiero po długich targach i długotrwałym procesie przyzwyczajania się do obrazu, przywykli do ascetycznego życia zakonnicy weneccy zgodzili się przyjąć pracę i zapłacić za nią Tycjanowi.

    W Niemczech tematyka ta pojawia się przede wszystkim na barokowych freskach kościołów Bawarii. Często w sklepieniach można zobaczyć freski ukazujące Maryję, otoczoną aniołami i unoszącą się na obłoku. Hiszpański malarz okresu baroku, Bartolomé Esteban Murillo poświęcił temu tematowi w 1675 r. dzieło, którego oryginał znajduje się obecnie w petersburskim Ermitażu. „Wniebowzięcie Maryi” Petera Paula Rubensa z 1626 r. znajduje się w Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie.

    Zwyczaje ludowe

    W Polsce i wielu innych krajach europejskich dzień ten jest często nazywany także świętem Matki Bożej Zielnej lub Korzennej. W kościołach święci się wówczas zioła, kwiaty i snopy dożynkowe. W sanktuariach maryjnych gromadzą się wielkie rzesze pielgrzymów.

    Z Wniebowzięciem NMP łączą się liczne zwyczaje ludowe. Święci się w tym dniu zioła. Wierni przynoszą do kościołów artystycznie ułożone, barwne bukiety. Liczba ziół waha się w nich od siedmiu do 77; najczęściej są wśród nich dziurawiec, rumianek, przywrotnik, oset, kozłek lekarski (waleriana) i lawenda, ale zdarzają się też koper, mięta i szałwia. W środku, niczym berło, umieszczana jest często dziewanna.

    Podczas obrzędu poświęcenia śpiewane są pieśni, wychwalające Maryję jako „lilię dolin” i „kwiat pól”. Bukiety poświęconych roślin zanosi się do domów i zasusza. Mają one chronić przed chorobami i przynosić błogosławieństwo domostwu. Po poświęceniu ziół często rzuca się za siebie przez lewe ramię jabłka i gruszki, wyrażając w ten sposób nadzieję na dobre zbiory, zaczynające się właśnie wtedy; od niepamiętnych czasów również zbiorom owoców patronuje Matka Boża. 15 sierpnia jest dla rolników dniem szczególnym.

    Niemieckie przysłowie mówi, że „gdy w dzień Wniebowstąpienia świeci słońce, można spodziewać się obfitego owocobrania i słodkich winogron”, co miało oznaczać, że Maryja błogosławi niebo i ziemię, faunę i florę.

    Pielęgnowany jest też zwyczaj tzw. trzydziestki maryjnej, rozpoczynającej się 15 sierpnia. Od tego dnia przez 30 dni w kościołach, głównie z tytułami maryjnymi, wierni uczestniczą w nabożeństwach i procesjach ku czci Matki Bożej. W ciągu tych 30 dni przypadają także święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny – 8 września i Imienia Maryi – 12 września.

    Święcenie ziół ma podkreślać, że człowiekowi potrzebna jest ozdrowieńcza moc natury. Chrześcijaństwo ma tu bogatą tradycję, jeśli wspomnieć choćby bardzo dziś popularną św. Hildegardę z Bingen, żyjącą w latach 1098-1179 frankońską mniszkę, a także liczne klasztory, zajmujące się ziołolecznictwem.

    W Sienie, we włoskiej Toskanii, 15 sierpnia odbywa się święto zwane palio – wyścigi zaprzęgów konnych wokół głównego rynku. Organizuje się je na pamiątkę 1260 roku, gdy miasto, przeżywające wielkie nieszczęścia, oddało się w opiekę Najświętszej Maryi Pannie i zwyciężyło w walce o uniezależnienie się od Florencji. Zwycięzca palio otrzymuje szarfę z wymalowanym wizerunkiem Matki Bożej.

    W Polsce ta uroczystość maryjna wiązała się z zakończeniem zbioru plonów, toteż mówiono, że „na Wniebowzięcie zakończone żęcie”. Stało się więc zwyczajem święcenie plonów, przede wszystkim tego, co rosło na własnych polach i w przydomowych ogródkach. Owa „dożynkowa wiązanka” musiała zawierać pokruszone kłosy pszenicy, żyta, jęczmienia i owsa – tzw. próżankę. Obowiązkowe były też len i groch, bób i marchew z natką, gałązka z gruszką lub jabłko, makówka i orzechy. Ale razem z „wiązanką” święciło się także różne zioła lecznicze.

    Katolicka Agencja Informacyjna

    __________________________________________________________________________________________

    Różaniec, przez tę modlitwę łatwo możemy otrzymać wielkie łaski i błogosławieństwo Boże.


    św. Maksymilian Maria Kolbe

    Krucjata Różańcowa Niepokalanów


    15.08.2023 – 25.12.2023


    Kiedy milion dzieci odmawia różaniec, świat się zmienia.

    św. o. Pio.


    Możesz przystąpić do Krucjaty Różańcowej w każdym momencie

    Jedno przystąpienie do Krucjaty = Jedna rodzina


    Jest nas już:

    7797

    (ilość rodzin)


    • Przystąp do Krucjaty Różańcowej zapisując się poniżej:
    • Twój adres e-mail *
    • * Adres e-mail jest wykorzystywany jedynie do rejestrowania unikalnych przystąpień do Krucjaty Różańcowej zgodnie z przepisami RODO. Adresy e-mail nie będą używane w żadnych kampaniach marketingowych ani udostępniane osobom trzecim. Po zakończeniu Krucjaty, wszystkie adresy e-mail zostaną niezwłocznie usunięte z naszej bazy danych, zapewniając ochronę Twojej prywatności i zgodność z obowiązującymi przepisami dotyczącymi ochrony danych osobowych (tzn. po 25.12.2023). (Polityka Prywatności)

    Zasady przystąpienia

    • jedna dziesiątka różańca codziennie (15.08.2023 – 25.12.2023)
    • możesz przyłączyć się w każdej chwili.
    • każdy może przystąpić do Krucjaty Różańcowej za Polskę.


    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cud nad Wisłą – historia nieopowiedziana

    Cud nad Wisłą – Bitwa Warszawska – Jerzy Kossak –

    ze zbiorów Muzeum Wojska Polskiego via Wikimedia Commons /Lemons2019

    ***

    W 1920 roku zatrzymaliśmy czerwoną zarazę. Odpędziliśmy diabelską hordę precz od naszej stolicy i pognaliśmy ją na wschód, skąd przyszła. Był to wielki, jeżeli wręcz nie największy w dziejach triumf oręża polskiego. Powinniśmy być z niego nieskończenie dumni, pomimo, iż ostatecznie nie rozgromiliśmy bolszewickiej dziczy, a nawet nie wyparliśmy jej z terytorium dawnej Rzeczypospolitej, czego tragiczne skutki spadły na nas już po dwudziestu latach. A jednak bezsprzecznie powstrzymaliśmy jej marsz na zachód, ratując od niechybnej zguby nieświadomą zagrożenia Europę. Jak śpiewa psalmista: „Stało się to przez Pana i cudem jest w naszych oczach” (Ps 118, 23).

    Materiał pierwotnie został opublikowany 2020 roku

    Dlaczego wstydzimy się Cudu nad Wisłą? Bo że tego typu postawę przejawiają liczni Polacy, nie ulega wątpliwości. I to wcale nie ateiści (co wszak w pełni zrozumiałe i szkoda sobie tym głowę zawracać), ale również katolicy, którzy wiarę w Boga mniej lub bardziej otwarcie deklarują, mniej lub bardziej świadomie żyją Ewangelią na co dzień i cudów istnienie mniej lub bardziej uznają. Ale wystarczy, by ktoś choćby napomknął o nadprzyrodzonym aspekcie zwycięstwa nad bolszewikami w sierpniu 1920 roku, a natychmiast wywoła u licznej rzeszy Polaków pełen zażenowania uśmieszek, pogardliwe spojrzenie z góry lub sarkastyczną odpowiedź:

    – A gdzie tam cud! Jaki cud! Nie żaden cud, tylko geniusz wodza i waleczność żołnierza polskiego. Wygraliśmy, bo byliśmy lepsi i silniejsi.

    Czyżby? Złośliwiec mógłby zauważyć, że zaledwie dwadzieścia lat później ten sam żołnierz dostanie ciężkiego łupnia i nie obroni Ojczyzny, a polityczni wychowankowie tego samego wodza w obliczu nadchodzącej wojny zachowają się jak dzieci we mgle i zmarnują Polskę.

    Czy zaś byliśmy lepsi i silniejsi? Przede wszystkim, nie najrozsądniej jest post factum umniejszać siły i wartość bojową pokonanego wroga, bo się tym samym własne nad nim zwycięstwo umniejsza. Ale o to mniejsza.

    Ważniejszą bowiem kwestią jest, czy rzeczywiście czerwona horda prąca na Warszawę, Lwów i Poznań, oraz dalej: na Berlin, Paryż i Rzym, była od nas słabsza? Siła, której uległo światowe mocarstwo o niewyczerpanych zasobach ludzkich i materiałowych, jakim była Rosja? Nie wolno nie doceniać sił przez Rewolucję zrodzonych, jak to uczynili pod koniec XVIII stulecia europejscy monarchowie…

    Latem zaś 1920 roku tratowała polską ziemię rewolucyjna bestia, której starsza, francuska siostra nie była godna zawiązać sznurka u szubienicy. A naprzeciw tej siły Polonia dopiero co Restituta – kraj młodziutki, państwo ledwo sklejone z trzech całkiem odrębnych dzielnic, wojsko, co jeszcze wczoraj w szeregach obcych armii strzelało do siebie nawzajem (albo w szkolnej ławce siedziało), uzbrojone w mieszankę zaborczego dziedzictwa a dowodzone wedle trzech różnych tradycji…

    Niech ziści się cud Wisły – prosimy Cię, Panie

    Podobnych zastrzeżeń mógłby ktoś złośliwy namnożyć niekończącą się litanię. Ale dziś nie czas na złośliwości. Dzisiaj świętujemy oczywisty triumf. I dlatego dziś nazywamy rzeczy po imieniu.

    15 sierpnia 1920 roku na polskiej ziemi wydarzył się Cud!

    Utarło się sądzić, że Cud nad Wisłą wymyśliła endecja celem podważenia zasług marszałka Piłsudskiego. W istocie jednak sprawa nie do końca tak wygląda. Owszem, w nocy z 13 na 14 sierpnia, czyli w chwili największego zagrożenia stolicy, jak najbardziej endecki publicysta Stanisław Stroński opublikował na łamach dziennika „Rzeczpospolita” artykuł zatytułowany „O cud Wisły”, w którym – powołując się na analogiczną sytuację z początku września 1914 roku, kiedy to wojskom francusko-brytyjskim z wielkim trudem udało się na przedpolach Paryża zatrzymać niemiecki Blitzkrieg, co francuska opinia publiczna natychmiast okrzyknęła mianem „cudu nad Marną” – w życzeniowym, wręcz błagalnym tonie wołał o taki sam cud na polskiej ziemi.

    Bo – jak czytamy we wspomnianym artykule – „żeby Warszawa wpaść miała w ręce bolszewików, żeby Trocki miał wejść do miasta jak ongi Suworow i później Paskiewicz, żeby ten sam dziki, a dzisiaj jeszcze dzikszy, bo podniecony przez mściwych i krwiożerczych naganiaczy sołdat i mużyk pohulać miał w stolicy odrodzonej Polski, tej myśli wojsko nasze nie zniesie i każdy żołnierz sobie powie: po moim trupie! (…) I gdy w jutrzejszą niedzielę zbiorą się miliony ludności polskiej w kościołach i kościółkach naszych, ze wszystkich serc popłynie modlitwa: Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, Ojczyznę, Wolność, zachowaj nam Panie. Błogosławiony tą modlitwą ojców, matek, sióstr i małej dziatwy o ziszczenie się cudu Wisły, żołnierz polski pójdzie naprzód z tym przeświadczeniem, że oto przypadło mu w jednej z najcięższych chwil w naszych tysiącletnich dziejach być obrońcą Ojczyzny”.

    I tyle. Nic ponad to, co było widać naokoło: miliony Polaków na Mszach Świętych, w procesjach i czuwaniach; w kościołach, domach i na ulicach; na kolanach przed Najświętszym Sakramentem i wiejskimi kapliczkami błagały o cud, który ich samych i ich rodziny, domy ich i ziemię, i wszystko, co się Polską nazywa, ocali od nadchodzącej hordy Antychrysta.

    Nic ponad to, o co może – i powinien – prosić wierzący chrześcijanin.

    Tylko w sposób nadprzyrodzony da się to wyjaśnić

    Orzeczenie cudownego charakteru zwycięstwa na przedpolach Warszawy przyszło skądinąd. Wkrótce po zwycięstwie, podczas nabożeństwa dziękczynnego za oswobodzenie stolicy i kraju od najazdu bolszewickiego, z wysokości ambony warszawskiej bazyliki archikatedralnej pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela padły słowa wypowiedziane przez metropolitę lwowskiego obrządku ormiańskiego, arcybiskupa Józefa Teodorowicza:

    „Cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją Cudem nad Wisłą i jako cud przejdzie ona do historii. (…) Zwycięstwo pod Warszawą tylko w sposób nadprzyrodzony wyjaśnić i wytłumaczyć można.”

    Do kogo zaś należy wyrokowanie o nadprzyrodzonym charakterze zjawisk, jeśli nie do katolickiego hierarchy, na którym spoczywa sukcesja apostolska?

    A wszystkich zaniepokojonych o ziemską chwałę uczestników tamtych wydarzeń tenże sam hierarcha, i jednocześnie żarliwy polski patriota, który niejednokrotnie dał wyraz swej miłości do Ojczyzny, uspokaja zapewnieniem, że postrzeganie warszawskiej wiktorii w kategoriach cudu nikomu bynajmniej nie ujmuje niczego z należnej mu chwały, bohaterstwa czy dowódczych kompetencji.

    „Bóg czyniąc cuda, nie przytłacza i nie niszczy chlubnych wysiłków swojego stworzenia; owszem, tam, gdzie i największe ofiary przed przemagającą siłą ustąpić muszą, cudem je wspiera i cudami bohaterstwo wieńczy. Pycha to tylko bałwochwaląca siebie zdolna jest tak wysoko się wynieść, iż Bogu samemu urąga, dumnie w przechwałkach wołając: O cudach nam mówicie, cuda nam głosicie? Zali to nie ramię nasze ocaliło Warszawę? Zali to nie geniusz wodzów ją zbawił?”

    „Tylko tym, co się mienią bogami na ziemi, wydaje się Bóg i Jego moc, i Jego łaska jakąś konkurencją niepożądaną, która z zasług ich odziera. Nie za sługi Pańskie, ale za wcielone bóstwa uważają się ci, którzy w śmiesznej i zuchwałej nadętości tak mówią.”

    Skąd zaczerpnąć nowej ufności i zapału?

    „Niechaj wodze spierają się i swarzą” – kontynuuje mądry ormiański metropolita – „niech długo i uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł. Będziemy im wierzyli na słowo i słuszność im przyznamy. Ale cokolwiek wypowiedzą, nigdy nas o jednym nie przekonają: by plan, choćby najmędrszy, sam przez się dokonał zwycięstwa. Jeżeli w każdej bitwie, nawet najlepiej przygotowanej, przy doborze wodzów i żołnierza, przy planach genialnych, jeszcze zwycięstwo waha się niepewne, jeszcze zależne jest od gry przypadków, a raczej od woli Bożej, to cóż dopiero mówić tutaj?”

    15 sierpnia 1920 roku żołnierz polski – od dwóch miesięcy w nieustannym odwrocie; bity i spychany z kolejno zajmowanych pozycji, bez oporu oddający ważne punkty strategiczne (jak choćby twierdzę brzeską), porażony strachem przez wroga z głębi piekieł, jakiego nie widziano na tej ziemi od ponad dwustu lat, a który swym bestialstwem przewyższał tatarskie czambuły – ten żołnierz przez setki kilometrów cofający się coraz bardziej niezbornie, a wreszcie uciekający w popłochu – ten właśnie żołnierz pod Warszawą nagle a niespodziewanie odzyskał pełnię sprawności bojowej i niezłomnego ducha.

    Bo – wskazuje arcybiskup Teodorowicz – „żołnierz w rozsypce, który od tygodni całych miał tylko jedno na myśli – ucieczkę; żołnierz wyczerpany i na ciele, i na duchu, żołnierz zwątpiały, który wierzył święcie w przegraną, a zrozpaczył o zwycięstwie, taki żołnierz tylko od Ciebie, Panie, tylko od serca Twojego mógł zaczerpnąć nowej wiary, nowej ufności, nowego zapału.”

    Ale czy to aby nie retoryczna, kaznodziejska przesada?

    Skądże znowu! Przeczą temu fakty.

    Oto już 16 lipca szef sztabu 1 Dywizji Litewsko-Białoruskiej raportował szefowi sztabu 1 Armii, że polskie „oddziały cofają się w zupełnym nieładzie, małymi grupami. Stan moralny jest bardzo niski. Wojsko ucieka przy lada wystrzale, przy lada okrzyku: „kawaleria”. Drogi są zapełnione tysiącami łazików bez karabinów. Trzeba stanowczych rozkazów, stanowczej egzekutywy w sprawach maruderstwa. Jeżeli tego nie będzie, cały kraj, przez który armii naszej cofać się wypadnie, zostanie doszczętnie rozgrabiony, a imię Polski na zawsze skompromitowane. (…) Niestety, trzeba nazywać rzeczy po imieniu, że masa panicznie w największym nieładzie ucieka.”

    17 lipca generał Władysław Jędrzejewski meldował o „ogromnym przemęczeniu, upadku ducha i szerzeniu się grabieży. W tym samym meldunku donosił ponadto, iż oddziały uciekają nawet przed patrolami, pomimo najostrzejszych środków, a nawet rozstrzeliwań. (…) Oddziały nie są zdolne do stawienia jakiegokolwiek oporu.”

    Z kolei porucznik Wiktor Drymmer zapisał w pamiętniku: „Widziałem oficerów płaczących i rozpaczających głośno, wymyślających na wszystko i na wszystkich. (…) Jednego z oficerów musiałem mocno uderzyć, gdy siedział na kamieniu i rozpaczał, wykrzykując, że wszystko stracone.” W innych zaś oficerskich wspomnieniach przeczytać można, że „nie ma już armii polskiej, tej silnej i odpornej armii, która niedawno temu cały świat zadziwiała swym zwycięstwem.”

    Upadek morale był widoczny gołym okiem. Rząd nie krył najwyższych obaw. „Niebezpieczeństwo stanęło przed nami w całej swej grozie” – konstatował premier Wincenty Witos – „gdyśmy musieli patrzeć na coraz to nowe zastępy żołnierzy ubranych i uzbrojonych, ale przerażonych, nie mogących wymówić nawet jednego słowa, a widzących tylko w ucieczce ratunek. Zapytani, gdzie uciekają, nic nie odpowiedzieli, oglądając się tylko trwożnie za siebie.”

    Wojsko Polskie opanowała – jak rzecz zwięźle ujął Józef Mackiewicz – „gangrena demoralizacji i rozkładu”.

    I takie wojsko miało pokonać dziką hordę, która upojona dotychczasowymi sukcesami aż przytupywała z niecierpliwości na samą myśl o orgii gwałtu i łupiestwa, jaką wkrótce rozpęta w zdobytej Warszawie.

    – Jeszcze szesnaście wiorst i Europa! – zagrzewał swoich bojców dowódca Frontu Zachodniego Michaił Tuchaczewski – a tam nieprzebrane skarby Zachodu; tam dopiero będzie można realizować leninowską dyrektywę wyrażającą samo jądro komunizmu: grab nagrabliennoje!

    Do tego stopnia wróg był pewny zwycięstwa, że już 14 sierpnia – uprzedzając niezaistniałe jeszcze (i nie mające nigdy zaistnieć) fakty – oficjalnie całemu światu ogłosił zdobycie stolicy Rzeczypospolitej. Nie usprawiedliwiając bynajmniej oszczerczej sowieckiej praktyki kreowania faktów medialnych można jednak do pewnego stopnia tę pewność zrozumieć. 14 sierpnia 1920 roku bowiem sytuacja Polski była po prostu rozpaczliwa. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę znający wojnę od podszewki szef przebywającej w Polsce francuskiej misji wojskowej generał Maxime Weygand. „Wasze modlitwy mogą w tym dniu więcej pomóc niż cała nasza wiedza wojskowa” – oznajmił w rozmowie z kardynałem Achille Rattim, nuncjuszem apostolskim w Warszawie.

    „Istotnie modlitwy pomogły” – orzeka autorytatywnie arcybiskup Józef Teodorowicz. „Nie ujęły zasługi wodzom, ni chwały męstwu żołnierzy; nie ujęły też wartości ofiarom i wysiłkom całego społeczeństwa; ale to modły bitwę rozegrały, modły Cud nad Wisłą sprowadziły.”

    Gdy zmora dusiła nieprzeparta

    Na początku drugiej dekady sierpnia 1920 roku mogło się wydawać, że nie ma siły, która by przerażonego, osłabionego i zrozpaczonego, więc w ogólnym rozrachunku niezdatnego do boju, czyli, krótko mówiąc, przegranego żołnierza polskiego postawiła z powrotem na nogi, wlała weń ducha zwycięstwa, poderwała do kontrataku. Bo istotnie na ziemi takiej siły nie było. Duch zwątpienia ogarnął nawet dziarskiego zawsze Komendanta.

    Józef Piłsudski w stanie krańcowej apatii, złożywszy na ręce premiera rezygnację ze stanowiska naczelnika państwa i naczelnego wodza już 12 sierpnia, czyli w momencie nie całkiem jeszcze krytycznym, opuścił stolicę, by – jak twierdzą nieprzychylni mu – szukać pocieszenia w ramionach konkubiny, czy też, aby – jak utrzymują jego zwolennicy – rzucić na stos swój życia los, osobiście prowadząc słynne uderzenie znad Wieprza.

    Dziwne to zachowanie naczelnego wodza, skrajnie nieodpowiedzialne, wręcz szkodliwe, co zresztą on sam pośrednio przyzna w książce poświęconej wojnie polsko-bolszewickiej, pisząc, iż „przy braku mego autorytetu mogła się załamać obrona stolicy nawet wtedy, gdy przewagę nad wrogiem mieć możemy”. Mimo to zszedł z posterunku, co nie uszło uwagi otoczenia. „Wszyscy byli zdziwieni, a ja pierwszy, widząc, że wódz naczelny porzuca kierownictwo całości bitwy” – zapisał generał Weygand.

    Czymże innym takie postępowanie racjonalnie wytłumaczyć, jak nie skrajnym rozstrojem ducha, umysłu i woli – głęboką depresją, gdy (wedle słów samego Piłsudskiego) „jakaś zmora dusiła mnie swą nieprzepartą siłą ustawicznego ruchu, zbliżającego potworne łapy do śmiertelnego ucisku gardła?”

    Z drugiej strony jednak powyższe słowa człowieka, który nadprzyrodzonościami nigdy głowy sobie nie zawracał, tym dobitniej dowodzą powszechnego wówczas przekonania, że oto zmierza ku sercu Rzeczypospolitej niepokonana potęga samego mysterium iniquitatis – opisanej przez świętego Pawła w drugim liście do Tesaloniczan „tajemnicy bezbożności” (2 Tes 2, 7).

    „Cóż może uczynić człowiek przeciwko tak zuchwałej nienawiści?” – pyta w identycznym stanie ducha Théoden król Rohanu, gdy piekielne hordy przełamują ostatni szaniec i wydaje się, że już wszystko stracone…

    Przeciw pierwiastkom duchowym zła

    Nie bez racji lord Edgar Vincent wicehrabia D’Abernon dostrzegł w podwarszawskiej batalii osiemnastą przełomową bitwę w historii świata. Nie trzeba być Polakiem, nie trzeba być chrześcijaninem, wystarczy odrobina rozsądku i chwila zastanowienia, by dostrzec jej doniosłe znaczenie.

    Podobnie bowiem jak, gdyby Karol Młot poniósł pod Poitiers w roku 732 klęskę z rąk Arabów, to – w myśl trafnej uwagi osiemnastowiecznego angielskiego historyka Edwarda Gibbona – „być może do dzisiaj z katedr Oksfordu nauczano by obrzezany lud interpretowania według Koranu świętości i prawdy objawienia Mahometa”, tak gdyby polski żołnierz uległ bolszewickiemu agresorowi, z tych samych katedr już sto lat temu zagłodzony i okuty w kajdany lud Zachodu poznałby dogmaty marksizmu-leninizmu.

    Gdyby pękły polskie linie pod Radzyminem i Ossowem, wkrótce cała Europa pogrążyłaby się w mrocznej otchłani zła w jego najohydniejszej postaci, ponieważ – jak uczy papież Pius XI w encyklice „Divini Redemptoris” – „komunizm jest zły w samej swej istocie”. Jest on – zapewnia z kolei w encyklice „Quod apostolici muneris” papież Leon XIII – „śmiertelną zarazą przenikającą do najgłębszych komórek społeczeństwa i narażającą je na pewną zgubę”. Jeśliby zaraza ta „została przyjęta, stałaby się całkowitą ruiną wszystkich praw, instytucji i własności, a nawet samego społeczeństwa” – ostrzega papież Pius IX w encyklice „Qui pluribus”.

    Gdyby więc pękły polskie linie pod Radzyminem i Ossowem, Stary Kontynent stałby się piekłem na ziemi – od Atlantyku do Morza Śródziemnego, od Gibraltaru po Nordkapp rozciągałby się jeden wielki gułag. Albowiem – jak napisali 7 lipca 1920 roku polscy biskupi w dramatycznym liście do całego światowego episkopatu z apelem o pomoc i ratunek dla Polski ­– „bolszewizm prawdziwie jest żywym wcieleniem i ujawnieniem się na ziemi ducha Antychrysta”.

    15 sierpnia 1920 roku pod Warszawą, a może raczej nad Warszawą, starły się moce nieporównanie potężniejsze od wojsk Wschodu i Zachodu – kto tego nie bierze pod uwagę, ten nie jest w stanie pojąć istoty ani samego (chwilowego, niestety) zwycięstwa Polaków, ani też istoty komunizmu (ostatecznie, wskutek takiej właśnie sceptycznej mentalności, wciąż triumfującego).

    15 sierpnia 1920 roku nie toczyliśmy wszak „walki przeciw krwi i ciału” – by sięgnąć po jakże adekwatny ustęp listu świętego Pawła Apostoła do Efezjan – lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich” (Ef 6, 12).

    Za sprawą naszej Hetmanki i Królowej

    Na ziemi zaś – jako się już rzekło – nie było podówczas siły zdolnej polskiego żołnierza wyrwać z odmętów defetyzmu i rozpalić w nim na nowo utraconą waleczność.

    „Nie z nas to, o Panie, nagle wystrzelił promień nadziei” – wspomina arcybiskup Józef Teodorowicz. „Z nas było tylko przygnębienie, z nas mówiło zrozpaczenie, kiedyśmy dzikie hordy pod Warszawą ujrzeli. Z nas szły tylko cienie, które chmurą czarnej nocy przysłaniały oczy nasze. To ty pośród ciemności rozpaliłeś światło. Ty w zwątpieniu wskrzesiłeś nadzieję. Ty w omdlałej naszej duszy rozpaliłeś płomień życia, miłości i bohaterstwa. Bohaterstwo zatętniło w skroniach naszego polskiego żołnierza, a ono dziełem było rąk Twoich. Ty je spuściłeś z niebios na jego rozmodloną przed ołtarzami Twymi duszę.”

    Nie przypadkiem – bo nie ma przypadków, tylko znaki od Boga – losy wojny polsko-bolszewickiej odwróciły się tego dnia, w którym Kościół czci uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. „Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królową” – podkreśla arcybiskup Józef Teodorowicz.

    „Dzień 15 sierpnia” – mówi dalej lwowski metropolita – „obwołany w biuletynach całego świata jeszcze przed czasem jako dzień zajęcia Warszawy, obraca się dla dumnego wroga w klęskę, a dla nas w chwałę i zwycięstwo. Oto dzień, który Pan uczynił: radujmy się zeń i weselmy! (Ps 118, 24). To jest prawdziwy dzień Najświętszej Panny – dzień Jej zmiłowania i dzień Jej opieki – dzień cudu Jej nad Polską. Chce Ona w nim przed narodem całym zaświadczyć, że będzie tym Polsce, czym była w całej przeszłości: Panią jej i Obronicielką. Jak ongi nad murami Częstochowy, tak i dziś rozbłysnąć zapragnęła nad Warszawą, ażeby przez ten nowy cud wycisnąć w sercu nowej Polski miłość swoją.”

    15 sierpnia 1920 roku za sprawą Niewiasty, która miażdży głowę węża, pękła moc czartowska. Niektórzy nawet ujrzeli na niebie Jej postać. I co ciekawe, nie byli to zrozpaczeni polscy żołnierze, lecz uskrzydleni nieprzerwanym pasmem dotychczasowych zwycięstw czerwonoarmiści. Zachowały się relacje jeńców bolszewickich, którzy na widok Bogurodzicy rzucili broń i pierzchli z pola walki.

    – Was się nie boimy, ale z Nią walczyć nie będziemy! – deklarowali otwarcie.

    Struchlały żołnierz nagle w lwa się przemienił

    15 sierpnia 1920 roku duch przemiany dawał się wręcz wyczuć w powietrzu. Zauważyli to nawet twardzi żołnierze, nieskłonni ulegać nastrojom chwili.

    „Nadszedł moment, kiedy nie tylko poszczególne jednostki, lecz całe armie nagle straciły wiarę w możliwość zwycięstwa nad wrogiem. Mieliśmy wrażenie, że struna, którą naciągaliśmy za sobą od przejścia Bugu, nagle pękła” – tak zwerbalizował opinię dość powszechną w sztabie Armii Czerwonej komkor Witowt Putna, dowódca 27 Omskiej Dywizji Strzeleckiej imienia Włoskiego Proletariatu.

    „Naszym Polakom wyrosły skrzydła” – na bieżąco notował z kolei członek francuskiej misji wojskowej, major Charles de Gaulle. „Żołnierze, którzy zaledwie przed tygodniem byli fizycznie i psychicznie wyczerpani, gnają teraz naprzód, pokonując czterdzieści kilometrów dziennie. Tak, to jest Zwycięstwo! Całkowite, triumfalne zwycięstwo!”

    – Ale gdzie w tym cud ów mniemany? – zawoła jeszcze zażarty niedowiarek. Gdzie wojsko anielskie, gdzie desant z nieba, gdzie nadprzyrodzona Wunderwaffe? Jeśli już Boga do wojny mieszamy, to po prostu uznajmy, że jest On po stronie silniejszych batalionów.

    Nie, to bzdura. Nie powtarzajmy bezmyślnie bon motów starego zrzędy Woltera, który na dodatek nigdy w życiu prochu nie wąchał. Pan Bóg nie stosuje tanich rekwizytów rodem z Hollywood. „Nie miesza się On cudownie w zastępy walczących – tłumaczy wyczerpująco arcybiskup Józef Teodorowicz – nie zsyła aniołów swych z nieba, by hufce mdlejące zasilały; bierze jednak w swe ręce to, co się wymyka z wszelkich i najlepszych obliczeń rycerskich dowódców i czego nie dosięgnie ni zapał, ni bohaterstwo żołnierzy; bierze On w swe ręce to, co się wydaje czystym przypadkiem albo jakimś niedopatrzeniem czy niedoliczeniem, i wciąga to w swój rachunek, w swój plan, i albo daje przegraną, albo też darzy zwycięstwem.”

    Szalę zwycięstwa, owszem, przechylił kontratak znad Wieprza, jednakowoż – jak celnie zauważył Norman Davies – „kontratak znad Wieprza był wprawdzie najbardziej dramatycznym wydarzeniem bitwy warszawskiej, lecz jego sukces był uzależniony od powodzenia działań, które go poprzedzały. Gdyby przyczółek wiślany upadł (…), śmiały manewr Piłsudskiego byłby bez znaczenia.”

    Choćby ruszyła ofensywa nawet znad całego stada wieprzy, nic by nie zmieniła, gdyby przedmoście warszawskie nie utrzymało pozycji. Ale przedmoście warszawskie swe pozycje utrzymało, albowiem polski żołnierz, jeszcze wczoraj do ostatnich granic sterany odwrotem i podminowany rozpaczą, dziś precz odrzuciwszy strach i przemęczenie – o czym przypomina lwowski hierarcha – „w lwa się przemienił, gdyś ty, o Panie, tchnął weń mocą Twoją”.

    Znaki od Pana historii

    Ale to nie wszystko. Arcybiskup Teodorowicz dostrzega jeszcze jeden istotny aspekt nadprzyrodzonej pomocy. Pomyślmy tylko, ileż to razy w militarnych dziejach świata o zwycięstwie bądź klęsce decydował czynnik zupełnie nieprzewidziany: pomyślny zbieg okoliczności, łut szczęścia, ślepy traf. Chrześcijanin nie wierzy w ślepotę losu, bo wie, że w całym wszechświecie wszystko leży w mocy Boga w Trójcy Jedynego, Pana historii, który „wszystko urządził według miary i liczby, i wagi” (Mdr 11, 20). Każde szczęśliwe zrządzenie, które sceptyk nazwie uśmiechem losu, od Boga pochodzi.

    Sięgnijmy po trzy przykłady z lata 1920 roku. Oto już na początku sierpnia naczelny dowódca Armii Czerwonej, Siergiej Kamieniew w porozumieniu z komisarzem ludowym spraw wojskowych Lwem Trockim wydał dowódcy frontu południowo-zachodniego Aleksandrowi Jegorowowi rozkaz przekazania trzech armii tegoż frontu zbliżającego się właśnie do Lwowa pod komendę prącego na Warszawę Tuchaczewskiego. Tak poważnie wzmocniony (zwłaszcza siłami okrytej ponurą sławą Konarmii, czyli Pierwszej Armii Konnej Siemiona Budionnego) Front Zachodni bez trudu przełamałby polską obronę, jednak sprawujący funkcję komisarza politycznego frontu Józef Stalin, niechętny Trockiemu i zazdrosny o wojenną sławę Tuchaczewskiego sprytnie opóźnił wykonanie tego rozkazu, wskutek czego czerwona konnica rozpoczęła przegrupowanie dopiero 13 sierpnia, czyli za późno.

    Tego samego dnia 13 sierpnia zginął pod Dubienką major Wacław Drohojowski, przy którego zwłokach czerwonoarmiści znaleźli supertajną mapę z wyrysowanym planem działań polskich wojsk. Tuchaczewski jednak, zgodnie z sowiecką mentalnością, uznał dokument za mistyfikację, mającą wprowadzić go w błąd celem wymuszenia na nim niekorzystnych przegrupowań, i orzekłszy, że nie z nim takie tanie numery zignorował go.

    A 15 sierpnia, podczas zaciętych walk nad Wkrą, polski pułk ułanów pod dowództwem majora Zygmunta Podhorskiego, wykorzystując nagle wytworzoną lukę we froncie wpadł do Ciechanowa, by znaleźć w nim pozbawiony jakiejkolwiek osłony sztab jednej z armii sowieckich i jedną z dwóch bolszewickich radiostacji. Zdobycie jej umożliwiło przestrojenie warszawskiego nadajnika na częstotliwość wroga i rozpoczęcie skutecznego zagłuszania – czytanym bez przerwy tekstem Pisma Świętego – czerwonych nadajników z Mińska, gdzie stacjonowało dowództwo Armii Czerwonej, wskutek czego jej oddziały nie były w stanie odbierać rozkazów Tuchaczewskiego. Nawiasem mówiąc symbolika tego wydarzenia wręcz poraża – czym zagłuszyć jazgot piekielnych hord jak nie Słowem Bożym…

    Ale wracając do meritum, co zadziałało we wszystkich tych sytuacjach? Ślepy traf czy palec Boży? Lwowski arcybiskup widzi tę sprawę prosto: „Nas oświecałeś, o Panie, a wroga naszego zaślepiałeś; w nas wskrzeszałeś ufność i wiarę, a jemu zatwardnieć dałeś w wyniosłości i pysze; z nas dobywałeś płomień bohaterstwa i wysiłki najszczytniejsze, kiedy tymczasem u wroga pewność zwycięstwa wywoływała lekceważenie i nieopatrzność.”

    Krótko mówiąc, Ojciec Niebieski życzył sobie, aby zwycięstwo przypadło w udziale Polakom.

    Venimus, vidimus, Deus vicit

    Wygraliśmy tę bitwę i całą tę wojnę, ale nie sami – kiedyż wreszcie to do nas dotrze? I co zyskujemy na tak kurczowym trzymaniu się rzekomo „racjonalnych” wyjaśnień zwycięstwa? Jakie w tym dobro? Przecież odżegnywanie się od nadprzyrodzonej pomocy żadnej chwały człowiekowi nie przymnaża, lecz – wprost przeciwnie – stawia go w nader marnym świetle. Stanowi przejaw nie tylko bluźnierczej pychy, ale wręcz zwykłej małostkowości.

    Jakie to odległe od naszej narodowej tradycji, która kazała żołnierzom i wodzom dawnej Rzeczypospolitej przed każdą bitewną potrzebą wzywać niebieskich auxiliów, a za zwycięstwo nieodmiennie Opatrzności Bożej dziękować. Jakże daleko odeszliśmy od wzorca, który zostawił nam Jan III Sobieski. Wybitny strateg, bezsprzecznie przodujący w gronie naszych największych wodzów, na słane z Wiednia, skądinąd niezbyt Polsce przychylnego, błaganie o ratunek nie odpowiedział buńczucznie a głupio:

    – Jesteśmy potęgą, a wyście trupy. Dławcie się, bijcie się, nic mnie to nie obchodzi, o ile interesy Polski nie są zahaczone. A jeśli gdzie zahaczycie je, będę bił.

    Przeciwnie, dostrzegając w dalszej perspektywie zagrożenie dla Rzeczypospolitej – bo w końcu chodziło o jej odwiecznego wroga – zdecydował pobić go zawczasu i nie na swojej ziemi.

    A pogromiwszy nawałę porównywalną do bolszewickiej, wprost z pobojowiska napisał w liście do papieża: „Venimus, vidimus, Deus vicit – przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył.” Nie możemy się niestety pochwalić, że nasz król jako pierwszy w historii nowożytnej wykorzystał znany bon mot Juliusza Cezara (gdyż niespełna półtora wieku wcześniej uczynił to cesarz Karol V, kwitując zwycięstwo swej katolickiej armii nad heretykami z ligi szmalkaldzkiej pod Mühlbergiem słowami: Veni, vidi, Deus vicit), za to bezspornie chwalimy go za skromność, albowiem wypowiadając się z pierwszej osobie liczby mnogiej podzielił się chwałą zwycięzcy z całym swoim wojskiem.

    Skoro więc wywyższony poprzez koronację ponad ogół poddanych monarcha nie wahał się wyznać, że „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały”, to dlaczego nam, prostym członkom egalitarnego społeczeństwa tak trudno to przychodzi?

    „Czyż te słowa pokory i wiary umniejszyły w czymkolwiek lub obniżyły bohaterstwo króla i wodza?” – pyta arcybiskup Józef Teodorowicz. „Czy uszczknęły co z wawrzynów, jakie potomność i historia włożyły na skroń jego? Nic, zaiste; raczej mu ich przymnożyły: bo przepoiły jego bohaterstwo wdziękiem niezwykłym, że tak kornie o sobie trzymał, a nie nadymał się pysznie i nie wynosił. Rzuciły te słowa na czoło królewskie aureolę utkaną z promieni wiary, które Jana III pasują na chrześcijańskiego rycerza. Można więc śmiało powiedzieć, że te piękne i korne słowa wieńczą i zdobią jego skronie jeszcze wdzięczniej niż samo męstwo.”

    Deus vicit! – Bóg zwyciężył! – zawołamy tym wszystkim, którzy by ludzkiej mocy czy zręczności wyłącznie przypisywać chcieli zwycięstwo i wiązać je nie z nadziemską pomocą Bożą, ale tylko z wojennymi planami – powiada ormiański hierarcha ze Lwowa, by od razu wyjaśnić, że zgoła inny plan ocalenie nam przyniósł.”

    „Plan ten skreślony był ręką Bożą, a tworzył go i wykonywał Duch Pański. Czego nie zdołał ni zabezpieczyć, ni przewidzieć plan ludzki, to zabezpieczył i przewidział plan Boży. (…) Bóg to jeden do warunków, do potrzeb, do chwili, odnajdywał i wydobywał serca, poddawał im szczęśliwe natchnienia, uzbrajał męstwem bohaterskim i przez nie swoje przeprowadzał plany. To, co jest najsłabszą stroną w planie strategicznym człowieka, to właśnie stanie się najsilniejsze w planie nadprzyrodzonym, Bożym. Gdyby zabrakło w tym miejscu i w tej chwili tego konkretnego bohatera, przepadłoby wszystko. Tośmy stwierdzili pod Warszawą.”

    Narzędzia w ręku niewidzialnego Wodza

    O tym samym poucza nas Słowo Boże. Oto kiedy wędrującym ku ziemi obiecanej Izraelitom zastąpili drogę Amalekici pod Refidim, ci ruszyli na nich zbrojnie, a „Mojżesz, Aaron i Chur wyszli na szczyt góry. Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita. Gdy ręce Mojżesza zdrętwiały, wzięli kamień i położyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron zaś i Chur podparli jego ręce, jeden z tej, a drugi z tamtej strony. W ten sposób aż do zachodu słońca były ręce jego stale wzniesione wysoko. I tak zdołał Jozue pokonać Amalekitów i ich lud ostrzem miecza” (Wj 17, 10-13).

    Arcybiskup Józef Teodorowicz opatruje to biblijne zdarzenie wyśmienitym komentarzem. „Patrzcie, najmilsi” – wskazuje – „jak w tym wizerunku sprzęgają się i wzajemnie wspomagają: duch męstwa żołnierza i duch modlitwy. Bitwa ta rozgrywała się niezawodnie podług wszelkich praw znanej ówczesnej strategii. Losy przegranej czy zwycięstwa ważyć się zdawały tylko podług rachunku ludzkiego, to jest gorszych czy lepszych planów strategicznych, większej czy mniejszej liczby żołnierzy, większej czy mniejszej sprawności wodzów.”

    „I każdy historyk wojenny” – kontynuuje wybitny polski hierarcha – „mógł śmiało uczniom wykładać, gdzie i w której chwili, i dlaczego losy bitwy przechyliły się na tę czy na tamtą stronę. A jednak i plany wojenne, i męstwo żołnierza, i zdolności dowódców nie rozegrały tej walki. Wszystko to, co o bitwie stanowi, było narzędziem tylko w ręku niewidzialnego Wodza, który podług miary i wagi układa sam swój plan bitwy.”

    Ten sam schemat powtarza się w niezliczonych przykładach od samego zarania chrześcijańskiego świata.

    Oto na przykład kiedy niedługo po idach październikowych roku 1065 od założenia Miasta cesarz Konstantyn, stanąwszy pod murami Rzymu, ujrzał we śnie niebiański znak Boży z zapewnieniem, iż pod tym znakiem zwycięży, niezwłocznie kazał swym żołnierzom umieścić go na tarczach. I faktycznie zwyciężył liczniejszego przeciwnika – wedle obietnicy Boga, któremu, choć poganin, postanowił zawierzyć.

    Oto kiedy w roku Pańskim 1571 Turcy Osmańscy najechali Cypr, papież Pius V wysłał połączoną flotę z trudem zmontowanej koalicji Państwa Kościelnego, Hiszpanii, Wenecji, Genui, Sabaudii i Malty przeciwko najeźdźcom, a sam upadł na kolana, by z różańcem w dłoni błagać o niebiańskie wsparcie. I powstał z klęczek pewny zwycięstwa, zanim jeszcze powiadomili go o nim wysłańcy z pola bitwy.

    Oto gdy w listopadzie 1655 roku Szwedzi przybyli pod jasnogórski klasztor celem splądrowania sanktuarium, przeor Augustyn Kordecki, od dawna się tego spodziewający (czego dał wyraz jeszcze w sierpniu kupując kilkadziesiąt muszkietów i wzmacniając liczebnie siłę zbrojną twierdzy), objął osobiste dowództwo jego obrony, nie ustając jednocześnie, wraz z całą duchowną załogą, w modlitwie i innych liturgicznych poczynaniach na rzecz uproszenia zwycięstwa. I po czterdziestu dniach bezskutecznego oblężenia potężny Szwed uszedł jak niepyszny ukradkiem nocną porą.

    Bóg powiązał przyszłość z przeszłością

    Naszkicowana powyżej perspektywa każe świeżym okiem spojrzeć nie tylko na samą warszawską wiktorię, nie tylko na zwycięski finał wojny z bolszewikami w roku 1920, ale również na fenomen zmartwychwstania Polski po ponad stuletnim niebycie politycznym. Uważna analiza faktów wiedzie bowiem do konkluzji, że Pan Bóg po to przywrócił życie Niepodległej, aby uratowała ona świat przed czerwoną zarazą.

    „Pod Warszawą zrozumieliśmy” – podsumowuje arcybiskup Józef Teodorowicz – „że albo ogarnąć się damy hordom i nawale od Wschodu – a wtedy utracimy i byt nasz, i duszę naszą – lub też staniemy przeciw niej, ażeby wybawić siebie, a murem ochronnym stać się dla świata. Przez cud swój pod Warszawą Bóg powiązał przyszłość naszą z przeszłością. Powiązał i sprzągł myśl swoją względem nas z dnia wczorajszego z dniem dzisiejszym i jutrzejszym.”

    Rzeczpospolita powróciła na światową scenę, aby dalej pełnić misję zleconą przez Boga przodkom naszym, gdy za oczywisty natchnieniem Ducha Świętego przyjęli łaciński model cywilizacji. Taki już nasz los, czy raczej: takie nasze zadanie od Pana historii – być antemurale. Bronić cywilizacji Zachodu – nie tylko w nas samych, ale i w otaczającym nas świecie. Choćby nawet ów świat sobie tego nie życzył.

    Czyż bowiem świat starożytny życzył sobie zmian, jakie nieśli mu Apostołowie. Oni jednak nie pytali go o zdanie, lecz konsekwentnie głosili naukę Tego, który przyszedł na świat, po to „aby świat zbawić” (J 12, 47), i wkrótce: „Patrz – świat poszedł za Nim” (J 12, 19).

    Niedługo zaś potem ów świat stworzy najwspanialszą cywilizację w dziejach ludzkości. Albowiem – jak trafnie spostrzegł Plinio Corrêa de Oliveira – „gdy ludzie postanawiają współpracować z łaską Bożą, dokonują się cuda w historii: nawrócenie Imperium Rzymskiego, powstanie średniowiecza, rekonkwista Hiszpanii, wszystkie wydarzenia wynikające z wielkich zmartwychwstań duszy, do których są również zdolne narody. Te zmartwychwstania są niezwyciężone, ponieważ nic nie może pokonać cnotliwego narodu, który prawdziwie kocha Boga.”

    To nasza droga.

    Nie potrzeba nam cudów?

    Polonia Restituta niestety nie do końca poszła tą drogą. Nie rozdeptała czerwonej gadziny. Nie pognała bestii piekielnej do samego jej gniazda, by tam jej zadać cios śmiertelny. Nie wyzwoliła nawet z jej szponów całości ziem przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Wręcz przeciwnie, zatrzymawszy zwycięską ofensywę o włos od całkowitego triumfu nad bolszewicką hydrą, pospieszyła zawrzeć z nią niekorzystny dla siebie pokój, choć nie obeschły jeszcze łzy po żołnierzach, których ciała rąbali szablami czerwoni orkowie u bram Lwiego Grodu. Porzuciła swoich antysowieckich sojuszników: Ukraińców i Rosjan, Kozaków i Białorusinów. Nade wszystko zaś zdradziła półtora miliona własnych obywateli, wydając ich na pastwę czerwonego Lewiatana na nieludzkiej ziemi.

    A o Cudzie nad Wisłą szybko zapomniała. Szczególnie, kiedy sześć lat później władzę w niej przejęła bezbożna sitwa. Wprowadzono kult jednostki, w armii dokonano czystki. Miejsce bogobojnych generałów zajęli libertyni. Miejsce chrześcijańskich rycerzy – wierni pretorianie. Prawdziwi bohaterowie trafili za kraty.

    Na owoce jawnej niesprawiedliwości i uporczywego negowania prawdy nie trzeba było długo czekać. Pychą nadęci nawet nie zauważyli, jak bestia w swej jamie z ran się wylizała i cień jej ponownie zawisł nad wschodnią granicą. A na zachód patrząc, nie dostrzegli, że się tam jej młodsza siostra wylęgła, nie mniej krwiożercza, nie mniej agresywna. Odżegnując się od wiary w plany Opatrzności, wyrzekli się pomocy Bożej.

    Dlaczego we wrześniu 1939 roku nie było cudu nad Bzurą? Właśnie dlatego. Dlatego, że nikt wtedy żadnego cudu od Pana Boga nie potrzebował – taką ufność pokładaliśmy we własnych siłach i zapewnieniach sojuszników. Tak byliśmy „silni, zwarci, gotowi”; tak przekonani, że „nie oddamy ani guzika”, tak arogancko pewni, że Hitler ma czołgi i samoloty z tektury…

    Nie bez racji uczy biblijna Księga Przysłów, iż „przed porażką – wyniosłość; duch pyszny poprzedza upadek” (Prz 16, 18).

    Rzeczpospolita upadła głównie z rąk tej samej siły, którą w roku 1920 spektakularnie pokonawszy nad Wisłą i Niemnem, w roku 1921 literą traktatu ryskiego głupio zlekceważyła; przy stosunku potęg Zachodu w roku 1945 równie obojętnym jej sprawie jak ćwierć wieku wcześniej; przy równie jak dziś naiwnej wierze Polaków w szczytne intencje międzynarodowych instytucji.

    A wąż, od którego morderczych splotów i jadu trującego Rzeczpospolita chwalebnie Europę uratowała, by natychmiast haniebnie zaniedbać roztrzaskania, wzorem swojej Królowej, na miazgę jego plugawego łba – ten „wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan, zwodzący całą zamieszkałą ziemię” (Ap 12, 9); ten sam, co „był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył” (Rdz 3, 1) – najpierw się przyczaił, by wkrótce ponownie wypełznąć i z niepohamowaną zachłannością pożerać krainy, ludy, szczepy, języki i narody. Aby je piętnować znamieniem Bestii…

    I do dziś nieustannie wężowym zwyczajem zrzuca jedną skórę, by zaraz przybrać inną – to płonie czerwienią, to czernią mroczy; to kusi zielenią, to tęczą mami oczy…

    Czy zmarnowaliśmy Cud nad Wisłą? Bo, że go należycie nie wykorzystaliśmy, to więcej niż pewne.

    Jerzy Wolak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bitwa Warszawska we wspomnieniach

    Warszawo Naprzód, obraz Zdzisława Jasińskiego, domena publiczna / polski plakat z 1920 r.

    ***

    Bitwa Warszawska we wspomnieniach

    Kardynał Aleksander Kakowski tak wspominał księdza Skorupkę:  “W bitwie pod Ossowem młodociany żołnierz nie wytrzymał ataku i zaczął się cofać. Cofali się oficerowie i dowódca pułku. wtedy ks. Skorupka zebrał koło siebie kilkunastu chłopców i z nimi poszedł naprzód. Widząc cofającego się dowódcę pułku, krzyknął do niego: ‚Panie pułkowniku, naprzód!’ ‚A ksiądz?’, zapytał pułkownik. ‚Panie pułkowniku, za mną!’. ‚Chłopcy za mną!’. Poszli naprzód. Wielu poległo; padł rażony granatem i ks. Skorupka. Dlaczego tak podnoszą i gloryfikują śmierć ks. Skorupki przed wszystkimi ofiarami wojny? Chwila śmierci ks. Skorupki jest punktem zwrotnym w bitwie pod Ossowem i w dziejach wojny 1920 r. Do tej chwili Polacy uciekali przed bolszewikami, odtąd uciekali bolszewicy przed Polakami…Szczegóły śmierci ks. Skorupki opowiadali mi młodzi żołnierze, których odwiedziłem w szpitalu, jako rannych. Bolszewicy wzięci do niewoli opowiadali znowu, że widzieli księdza w komży i z krzyżem w ręku, a nad nim Matkę Boską. Jakżeż mogli strzelać do Matki Boskiej, która szła przeciwko nim”

    Charles de Gaulle, który przebywał z francuską misją wojskową w Polsce tak pisał: “14 sierpnia: Ogólna ofensywa została postanowiona (…). W tej samej chwili wydaje się, że wszystko do najdrobniejszego szczegółu jest jasne. Wierne wojska polskie, których wyższe kadry były jednymi z najlepszych na świecie, odczuwają natychmiast, że silna i logiczna wola ma zamiar skoordynować wysiłki (…). Jeszcze zanim rozpoczęła się bitwa, czuję, jak tych żołnierzy znaczy powiew zwycięstwa, który tak dobrze znam (…).

    Anna Kamieńska, która pracowała jako jedna z sanitariuszek w szpitalu Polskiego Białęgo Krzyża, tak wspominała tamte chwille: “I gdybyście widzieli, kogo przynosili na noszach; nie starych żołnierzy, ale wprost dzieciaków i wyrostków, wszystko to nawet nie w uniformach, wielu bez butów, z ranami w bardzo wielu wypadkach kłutymi; co znaczy, że ci malcy potykali się już pierś o pierś. Jeden z nich, gdyśmy go położyły na łóżko i zrobiły opatrunek, to pierwsze słowa, jakie wyszły z ust jego były: ‘Mamo, mamo, gdzie jesteś?’. Z innym chłopakiem, który był uczniem szóstej klasy gimnazjalnej związana jest scena jeszcze bardziej przejmująca, bo gdy na chwilę uzyskał przytomność, zawołał: ‘Polsko, choć ja umieram, lecz ty będziesz wolna!’ Tak to do walki poszła młodzież gimnazjów i liceów warszawskich, wszystkich warstw społecznych. Młodzież niedoświadczona, nieobyta w krwawych bojach, mając przeciwko sobie żołnierza doświadczonego w bitwach I wojny światowej. Razem z nią ks. Ignacy Skorupka, który dnia 31 lipca w kazaniu powiedział: ‘Nie minie 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity’ “.

    Adam Grzymała-Siedlecki, będący wtedy korespondentem wojennym pisze:  “Już jest w kurzawie takiej kul, że nie widać go spoza niej, tylko błyszczy krzyż nad głową jego. Tym, co padają, krzyż ów pokazuje drogę do nieba: tam się za chwilę znajdziecie. Tym, co jeszcze żyją, krzyż księdza Skorupki przypomina, za co walczą. Więc wzrasta nieugiętość obrońców. Za Boga i za Ojczyznę! Podwajają się siły, utysiąckrotnia się ich wola zwyciężenia. Aż nareszcie kula nieprzyjacielska zabija świętego kapłana. Któż podejmie się opisać, co na ten widok powstaje w sercach żołnierzy!? Ile się żądzy zrodziło odwetu, pokarania wroga za ten zgon przejasny?!(…)Piszący te słowa miał wówczas sposobność przebywać niemal w linii ognia i podziwiać cud przemiany polskiego żołnierza. Kto by był w nim poznał rozbitka lipcowego! Jaki animusz! Jaka radość w oczach! Jaki niepowstrzymany pęd naprzód!(…)Dziś, we wspomnieniu, patrzę na ten pochód, jak na jakiegoś poloneza, w którym bataliony sunęły pod wtór muzyki armatniej. Spiekota niewypowiedziana i słońce miłosne, a tu – w pyle gościńców i pól – tysiące naszych bohaterów pędzą całe nawały struchlałych bolszewików.”

    Józef Drążkiewicz, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, członek 221 ochotniczego pułku “Dzieci Warszawy”: “Kiedy w 1920 roku bolszewicy uderzyli na Polskę i chcieli zdobyć Warszawę, ja miałem 16 lat i byłem uczniem IV klasy gimnazjum w Sierpcu, mieszczącego się wówczas przy ulicy Piastowskiej w domu Juliana Trębińskiego(…). Nasze dwie marszowe kompanie liczyły 650 żołnierzy. Było w nich dwóch oficerów; major i porucznik. Po kilku godzinach przyłączył się do nas jakiś młody ksiądz. Jak się później dowiedziałem, był to ksiądz kapelan – Ignacy Skorupka(…). 14 sierpnia o świcie rozległy się pojedyńcze strzały z karabinu. U nas ogłoszono alarm. Kazano natychmiast powstać, znaki ochotnicze pozrywać i swoje dokumenty zniszczyć. Strzelanina wzmogła się. Lecące w naszym kierunku kule brzęczały jak roje pszczół. Czegoś podobnego w życiu swoim nigdy dotychczas nie spotkałem i nie przeżywałem. Rozpoczął się prawdziwy bój. W tym czasie nasza kompania wychodząc na równe pola za stodołami Ossowa, rozwinęła się w linię tyralierską i została silnie ostrzelana z karabinów maszynowych. Przy mnie kula dosięgnęła pierwszego żołnierza – Śliwkę ze Skarżyska(…). Prowadził nas do boju, starszy wiekiem, siwowłosy major Dobrowolski. Tego pierwszego piekła wojny nigdy nie zapomnę. Utrwaliłem go w swoim pamiętniku. Kto nie był na wojnie i nie brał w niej udziału, nigdy nie będzie wiedział czym ona jest, choćby nie wiem ile książek przeczytał(…). Wróg bolszewicki został od naszej Warszawy odparty. Nieubłagana śmierć dokonała swego żniwa. W bitwie pod Ossowem padł bohaterski ksiądz kapelan Ignacy Skorupka i wielu walecznych żołnierzy, którzy młode swoje życie oddali w ofierze Ojczyźnie. Historia i wdzięczna Ojczyzna nigdy o nich i o nas nie zapomni(…). W tym czasie idąc po pobojowisku, zobaczyłem poległego księdza-kapelana Ignacego Skorupkę, leżącego przy drodze w końcu wsi Ossów od strony wschodniej, gdzie teraz stoi pomnik. Ksiądz położony był na żołnierskim płaszczu, przykryty białą komżą, a na twarzy miał gałązki sosny(…). Gospodyni domu, przy którym nastąpił odpoczynek, otworzywszy okno w mieszkaniu, nastawiła gramofon z płytą ‘Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy’. Była to bardzo radosna chwila. Ze wzruszenia żołnierzom popłynęły łzy. W tym samym momencie zobaczyliśmy, że od wschodu nadlatuje nisko samolot z okrągłymi polskimi znakami na skrzydłach. Kiedy znalazł się nad nami, padły dwie nieduże bomby, raniąc kilku żołnierzy. Czy był to samolot sowiecki z polskimi znakami, czy polski, pomyłkowo bombardujący nas, tego nikt nie wiedział. Później podobny samolot zrzucał ulotki drukowane w języku polskim z podpisem Dzierżyńskiego i innych, nawołujące żołnierzy polskich do rzucenia broni i zaprzestania walki za hrabiów Potockich i innych obszarników.

    Ówczesny ambasador brytyjski w Berlinie Vincent d’Abernon tak podsumował znaczenie bitwy warszawskiej: “Gdyby Karol Młot nie powstrzymał inwazji Saracenów zwyciężając w bitwie pod Tours, w szkołach Oxfordu uczono by dziś interpretacji Koranu, a uczniowie dowodziliby obrzezanemu ludowi świętości i prawdy objawienia Mahometa. Gdyby Piłsudskiemu i Weygandowi nie udało się powstrzymać triumfalnego pochodu Armii Czerwonej w wyniku bitwy pod Warszawą, nastąpiłby nie tylko niebezpieczny zwrot w dziejach chrześcijaństwa, ale zostałoby zagrożone samo istnienie zachodniej cywilizacji. Bitwa pod Tours uratowała naszych przodków przed jarzmem Koranu; jest rzeczą prawdopodobną, że bitwa pod Warszawą uratowała Europę Środkową, a także część Europy Zachodniej przed o wiele groźniejszym niebezpieczeństwem, fanatyczną tyranią sowiecką”.

    Podporucznik Sławikowski tak wspomina tamte wydarzenia: “Nie było czasu na posiłek. Żołnierze nic nie mieli w ustach przez cały dzień(…)Kompanie nie raz musiały cofać się pod naciskiem bolszewickiego ataku. Zryw ponowionego kontrataku wyrzucał znowu wroga ze wsi. Był to kontredans bitwy, który powtarzał się kilkakrotnie. Widziałem jak upadający ze zmęczenia lub leżący na ziemi ochotnik na sygnał naszego szturmu rzucał się jak nieprzytomny naprzód z bagnetem w ręku odzyskując siły po prostu cudem”.

    Angelight24 – fronda, blogi

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak umierała Matka Boża.

    Wizja św. Katarzyny Emmerich

    Jak umierała Matka Boża. Wizja św. Katarzyny Emmerich

    fot. Jakub Kołacz SJ

    ***

    Anna Katarzyna Emmerich, córka ubogich chłopów, przyszła na świat 8 września 1774 roku. Jej biografie podkreślają, że już od dzieciństwa cieszyła się zdolnością widzenia rzeczy niezwykłych. Jako dziecko była przekonana, że każdy człowiek obdarzony jest taką właśnie łaską. Szybko jednak odkryła, że tak nie jest, dlatego wiele z duchowych przeżyć zachowała wyłącznie dla siebie, nie chcąc narażać się na szyderstwa i zazdrość ze strony innych. Od czasu, gdy otrzymała łaskę stygmatów, pozostała przykuta do łóżka, wtedy też spisano większość jej wizji, które dotyczyły głównie życia Jezusa. Pośród nich znajduje się także kilka opowiadań dotyczących życia świętych oraz Maryi, z których jednym z najciekawszych jest opis jej życia w Efezie oraz śmierci, jaka miała nastąpić w gronie najbliższych: krewnych i apostołów. 

    Nadmorskie miasto Efez, w którym mieszało się wiele kultur, uważane było za miejsce bezpieczne dla chrześcijan. Z tego też względu Jan – któremu Jezus na krzyżu zlecił opiekę nad Matką – tam właśnie zaprowadził Maryję. Według Katarzyny Emmerich, Matka Jezusa spędziła tam 9 lat: w tym czasie raz odwiedziła Jerozolimę, ale wkrótce do Efezu wróciła i tam zmarła, mając 64 lata. Jej ostatnie chwile Katarzyna opisuje tak:

    Do śmiertelnego łoża Maryi zaproszeni zostali tylko krewni i dobrzy znajomi świętej Rodziny. Pierwsi przybyli Piotr, Andrzej i Jan, i zastali Najświętszą Pannę już bliską śmierci. Leżała spokojnie na swym łożu w sypialni. Zbliżali się z rozrzewnieniem do łoża Maryi, aby ją pozdrowić. Najświętsza Panna nie miała już siły wiele mówić. Apostołowie, którzy najpierw przybyli, obrali zaraz miejsce w przedniej części domu na odprawianie Mszy św. i wspólne modlitwy. Ustawiono ołtarz, nakryty białym i czerwonym obrusem, a na nim postawiono biały krzyż, jakby z perłowej masy, podobny kształtem do krzyża maltańskiego. Krzyż taki nosili apostołowie zawsze w podróży, zawieszony na piersiach. W krzyżu było pięć schowków, trzy wzdłuż, a dwa w bocznych ramionach; środkowy schowek zawierał Najświętszy Sakrament, w innych schowane było krzyżmo, olej święty, bawełna i sól. W tym to krzyżu przyniósł Piotr Najświętszej Pannie komunię świętą, przy czym apostołowie ustawili się w dwóch rzędach od ołtarza aż do posłania Maryi i pochylili nisko na znak czci.

    Zbliżała się chwila zaśnięcia Maryi, więc wszyscy Apostołowie zebrali się w jej sypialni na pożegnanie; ścianę przednią odsunięto. apostołowie ubrani byli w długie szaty, przepasane szerokimi pasami. Uczniowie i święte niewiasty zebrali się w przedniej komnacie. Maryja siedziała na posłaniu; Apostołowie przystępowali kolejno i klękali przy łożu, a Najświętsza Panna modliła się nad każdym i błogosławiła go, wkładając nań ręce, złożone na krzyż. Tak samo błogosławiła uczniów i niewiasty. Po udzieleniu błogosławieństwa przemówiła Maryja do wszystkich. Janowi dała Maryja rozporządzenie, co do pogrzebania jej zwłok. Poleciła mu również, by po jej śmierci darował jej szaty służebnej i drugiej dziewicy, która przychodziła czasem jej posługiwać.

    Potem ustawiono ołtarz, a Piotr przystąpił do odprawiania mszy świętej w ten sam sposób, jak i przedtem odprawiał mszę w kościele przy sadzawce Betesda. Przez całą mszę siedziała Maryja na posłaniu. Piotr, sam przyjąwszy komunię świętą, podał innym Najświętszy Sakrament. Podczas mszy św. przybył Filip, spieszący prosto z Egiptu. Płacząc rzewnie, przyjął błogosławieństwo Najświętszej Panny, a potem spożył osobno komunię świętą. Maryi zaniósł Piotr Najświętszy Sakrament w owym krzyżu o pięciu schowkach. Jan niósł za nim na czaszy kielich z krwią przenajświętszą. Kielich to był mały, barwy białej, jakby lany z masy jakiejś, kształtem podobny był do kielicha, w którym Jezus konsekrował wino przy ostatniej wieczerzy; nóżka była tak krótka, że tylko dwoma palcami można ją było ująć. Tadeusz niósł przed nimi małą kadzielnicę. Najpierw udzielił Piotr Najświętszej Pannie sakramentu ostatniego namaszczenia w zupełnie podobny sposób, jak to się odbywa teraz. Następnie podał jej komunię świętą, którą Maryja spożywała wyprostowana, nie opierając się; zaraz jednak potem opadła na poduszkę i dopiero po krótkiej modlitwie, odmówionej przez apostołów, podniosła się znowu, by przyjąć krew przenajświętszą z kielicha, podanego jej przez Jana.

    Po komunii nic już nie mówiła Maryja. Leżała spokojnie, zwróciwszy oczy w górę; twarz Jej uśmiechnięta była i kwitnąca, jak za czasów młodości. Wtem – pisze Katarzyna Emmerich w swej wizji – ujrzałam cudowne zjawisko. Znikła mi z oczu powała sypialni, lampa zdawała mi się wisieć wolno w powietrzu, szeroka struga światła unosiła się od ciała Maryi w górę ku niebiańskiej Jerozolimie, ku tronowi Trójcy Przenajświętszej. Po obu bokach tej smugi widać było świetliste obłoczki, z pośród których widać było twarze Aniołów. Maryja wzniosła z utęsknieniem ręce ku tej niebiańskiej Jerozolimie, ciało jej uniosło się wraz z całym okryciem ponad posłanie, z ciała zaś zdawała się występować dusza w postaci świetlistej, wyciągającej także ręce w górę. Dwa chóry aniołów złączyły się w jedno pod tą postacią i uniosły ją ze sobą w górę, oddzielając od ciała, które martwe już opadło na posłanie z rękoma, skrzyżowanymi na piersiach. Duszy Maryi wyszło naprzeciw mnóstwo dusz świętych, między którymi poznałam dusze Józefa, Anny, Joachima, Jana Chrzciciela, Zachariasza i Elżbiety. W ich orszaku uniosła się dusza Maryi ku swemu Boskiemu Synowi, którego rany błyszczały jeszcze wspanialszym światłem, niż blask go otaczający. On zaś przyjął ją radośnie i oddał jej zaraz berło władzy nad całym kręgiem ziemskim. Równocześnie ujrzałam ku wielkiej radości, że wielka ilość dusz, uwolnionych z czyśćca, spieszyła za Maryją do nieba; dowiedziałam się zarazem, i to na pewno, że corocznie w święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny uzyska wielu jej czcicieli uwolnienie z mąk czyśćcowych. Piotr i Jan musieli także widzieć tę chwałę i tryumf Najświętszej duszy Maryi, bo stali zapatrzeni w niebo, podczas gdy inni apostołowie klęczeli pochyleni ku ziemi, tak samo uczniowie i niewiasty. Zwłoki Najświętszej Panny spoczywały na posłaniu, blaskiem otoczone; oczy były zamknięte, ręce złożone na krzyż na piersiach. Maryja umarła o godzinie dziewiątej według rachuby żydowskiej, podobnie jak Jezus na krzyżu.

    o. Jakub Kołacz SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Katolik może głosować na partie opowiadające się za aborcją? Jasna odpowiedź abp. Rysia

    „Jeśli w trakcie kampanii wyborczej duchowni przypominają nauczenie Kościoła w kwestii aborcji, to nie jest mieszanie się w politykę” – powiedział abp Grzegorz Ryś podkreślając, że „katolik nie powinien przykładać ręki do liberalizacji prawa aborcyjnego”.

    Metropolita łódzki udzielił wywiadu Polskiej Agencji Prasowej, w którym był pytany o rolę Kościoła w czasie kampanii wyborczej.

    – „Jeśli Kościołem – a przy tym się cały czas upieramy – są wszyscy ludzie ochrzczeni, to ludzie świeccy mają prawo uczestniczyć w życiu politycznym i to jest jasne. Wszyscy ludzie świeccy, którzy są ochrzczeni, mają prawo tworzyć świat zgodnie ze swoimi przekonaniami

    – podkreślił kardynał-nominat.

    Mówiąc z kolei o sobie zaznaczył, że jako obywatel ma prawo do udziału w wyborach, ale jako duchowny „nie ma prawa uczestniczyć w tzw. realnej polityce”.

    – „To oczywiste. To dotyczy wszystkich duchownych”

    – powiedział.

    Ocenił, że Kościół powinien ograniczać się do wypowiadania w kwestiach politycznych wtedy, kiedy dotyczą one moralności. Wskazał, że „ambona nie jest od uprawiania polityki”. Przypomniał też Konstytucję dogmatyczną o Kościele Lumen Gentium, której autorzy podkreślili, że „Kościół jest w Chrystusie jakby sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”.

    – „W takie sytuacji, kiedy trwa kampania wyborcza, to jest taka autodefinicja Kościoła, którą powinniśmy bardzo pamiętać, że Kościół nie jest od tworzenia porziałów ani od zaostrzania podziałów, które już zaistniały. Kościół jest od budowania jedności”

    – stwierdził.

    Dopytywany o głosy, wedle których katolik nie może głosować na partie opowiadające się za rozszerzeniem legalnej aborcji, metropolita łódzki przyznał, że „katolik nie powinien przykładać ręki do liberalizacji prawa aborcyjnego”.

    – „Nauczanie Kościoła na temat aborcji jest jasne i tu nie ma możliwości jakiejś zmiany doktrynalnej. Ono zostało wypowiedziane jako ostateczne i nieomylne przez papieża Jana Pawła II”

    – przypomniał.

    Wskazując na związaną z tym odpowiedzialnością za spodziewające się dziecka kobiety podkreślił, że „jeśli w trakcie kampanii wyborczej duchowni przypominają nauczeni Kościoła w kwestii aborcji, to nie jest mieszanie się w politykę”.

    Zastrzegł przy tym, że rolą Kościoła jest przypominanie pewnych kryteriów, ale ostatecznie to głosujący podejmuje decyzje w swoim sumieniu.

    kak/PAP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA PRZEMIENIENIENIA PAŃSKIEGO

    6 SIERPNIA

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    Adam StykaChrystus Król olej na płótnie, 1944Kościół pallotynów, Warszawa

    Chrystus Król w kościele księży pallotynów na warszawskiej Pradze

    ***

    W roku 1944, tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego, artysta malarz Adam Styka, na zamówienie księży Pallotynów, namalował obraz Chrystusa Króla. Obraz ten odegrał ogromną rolę zarówno w życiu artysty, jak również u tych, którzy z tym obrazem się zetknęli. Zadanie było bardzo trudne dla Adama Styki. Dotychczas malował wyłącznie sceny świeckie, najczęściej egzotyczne. Potrzebował więc czasu. Czytał Ewangelię i dużo rozmyślał, medytował. Kiedy tak szukał koncepcji, aby rozpocząć swoje dzieło, wydarzyła się dla niego rzecz straszna. Niemcy aresztowali mu syna. Adam Styka przeżył to doświadczenie bardzo głęboko.

    Kiedy człowieka dotyka cierpienie i ból, kiedy przeżywa napięcia i stresy i potrafi je znosić w swoim życiu – to nie jest jakiś religijny masochizm, jakby powiedział ks. Janusz Pasierb. Nie kto inny, ale jeden z największych malarzy naszych czasów, Chagall, w jednym ze swoich wywiadów tak odpowiedział: „Kiedy pracuję najlepiej? … Ja nie pracuję dobrze. Ja dobrze znoszę cierpienie”.

    Właśnie w tym czasie u Adama Styki jakby wyzwoliły się nowe energie twórcze. Ci, którzy go znali, twierdzili, że zmienił się nie do poznania. Po jakimś czasie powiadomił Pallotynów, że obraz jest już gotowy. Ale obraz nie był gotowy. Chrystus Król w scenie Przemienienia nie miał jeszcze namalowanych oczu. Bo artysta, jak sam powiedział: „Ja się tych oczu boję!” Potrzebował więcej czasu. Kiedy wreszcie odważył się dać Chrystusowi oczy nastąpiła scena odsłonięcia obrazu. Artysta, według świadka tego wydarzenia, nie wytrzymał patrząc na Chrystusa. Padł na ziemię i płakał. Odtąd jego życie zmieniło się diametralnie. Całkowicie zwrócił się ku Bogu. Stał się zupełnie nowym człowiekiem. Swój obraz najpierw umieścił w oknie wystawowym w jednym z warszawskich sklepów przy Nowym Świecie. Chciał w ten sposób podzielić się z mieszkańcami Warszawy tym, czego sam doznał, czego sam doświadczył.

    Obraz przedstawia Chrystusa Króla w koronie cierniowej w nadnaturalnej wielkości. Z tyłu zarysowany jest krzyż – Jezusowy tron. Obok Chrystusa, który jedną ręką błogosławi, a w drugiej trzyma berło na kuli ziemskiej, są dwie postacie ze sceny Przemienienia Pańskiego na Górze Tabor: Mojżesz i Eliasz. Bardzo trafnie teologicznie artysta ujął swoją wizję, bowiem nie ma Chrystusa w oderwaniu od krzyża; nawet w dniu sądu, już w chwale, pojawi się z krzyżem. Św. Paweł w Liście do Koryntian napisał: „Postanowiłem będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego”. Kościół, którego głową jest Jezus Chrystus Król w cierniowej koronie wciąż przypomina, że droga do nieba prowadzi przez krzyż. Tego zgorszenia, jakim jest krzyż, nie da się usunąć, ani zapewnić, że nic nie będzie bolało.

    Bardzo wielu przechodniów zatrzymywało się przed tym obrazem. W powstańczym zmaganiu, najpierw z jednym najeźdźcą, potem z drugim, odczytywano ten obraz nie tylko w religijnych kategoriach, ale i w patriotycznych. Pan Jezus ubrany rozświetloną białą szatę w czerwonym płaszczu ze swoim berłem jakby zasłaniał Polskę na kuli świata. To nawiązanie do polskich barw narodowych staje się zrozumiałe, gdy połączy się razem z koroną cierniową i modlitwą Zbawiciela. Można się domyślać się, że to modlitwa za umęczony Naród Polski. Ci, którzy patrzyli na ten obraz w tamten trudny czas odnajdywali w sobie nową siłę i nową nadzieję.

    Ponieważ działania wojenne nasilały się, obraz wyjęto z ram i w zwiniętym rulonie przewieziono do Jabłonny. Po upadku Powstania obraz – zgodnie z jego przeznaczeniem – umieszczono w głównym ołtarzu w kościele Chrystusa Króla przy ulicy Skaryszewskiej na warszawskiej Pradze.

    Niestety w styczniu 2007 roku zapaliła się dekoracja bożonarodzeniowa w kościele. Ogień błyskawicznie przeniósł się na obraz, który spłonął całkowicie. Pozostały tylko nadpalone ramy. Obecnie jest już tylko kopia dzieła Adama Styki wykonana przez malarza Krzysztofa Antoniego Kudelskiego.

    Tajemnica człowieczych spotkań z Bogiem wciąż trwa i wciąż w ludzkim sercu dokonuje się. Jedni rozpoznają w Nim swego Zbawcę, a inni patrząc nie mogą wyobrazić sobie, że ten Jezus zlekceważony i skazany na śmierć jest Tym, który będzie panował na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca.

    Piłatowe wątpliwości wciąż się powtarzają: „Czy Ty jesteś Królem?” Gdzie jest Twoja moc i potęga? Świat rządzi się innymi prawami, które dalekie są od Ewangelii. Jezusowe zaś słowa: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” są zbywane szyderstwem, które dziś brzmią bardziej dotkliwie niż korona z ciernia czy szkarłatny płaszcz.

    I tak już będzie do końca świata: dwie pary oczu patrząc na Jezusa będą widzieć zupełnie co innego. Jeden będzie drwił z Chrystusowego Królestwa, a drugi – w skrusze swojego serca będzie błagał o litość i przebaczenie.

    Przez tę ziemię wciąż przechodzą ludzie, którzy dla Królestwa Bożego nie wahają się oddawać całego swojego życia. To oni są na froncie, gdzie decydują się losy walki pomiędzy dobrem a złem. Dzięki nim najgroźniejsze ataki spotęgowanego zła stają się bezsilne.

    A tuż obok są inni ludzie, niewidzący tej walki – ponieważ wiodą sobie i tylko dla siebie swój spokojny i wygodny żywot – jak bogacz z Jezusowej przypowieści, który ubrany w bisior w dzień w dzień świetnie się bawił nie widząc u bramy swojego domu Łazarza, któremu psy oblizywały rany. Egoizm widzi tylko ludzkie kalkulacje, dyplomacje i racje.

    Świat jest poletkiem wciąż obsiewanym, ale niestety nie tylko dobrym ziarnem. Kiedy w ludzkim sercu panuje noc, jest ktoś, który wykorzystuje tę ciemność. A potem z takiej ciemności wyrasta chwast. I tak już będzie aż do czasu żniwa.

    Panie Jezu, Królu Wszechświata, który idziesz w spiekocie dnia tak blisko każdego ludzkiego serca, błagam Cię dziś wraz z całym Kościołem, abyś dał odwagę tym, którzy boją się spojrzenia Twoich oczu. Twoje oczy są tu i teraz tylko przebaczeniem. Dopiero później, na końcu świata, w tych oczach ukaże się cała Twoja cześć i chwała, nasz wieczny Panie.

    ks. Marian

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 8 SIERPNIA

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Od 22 lutego 2022 roku we wtorkowe wieczory o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również te spotkania są zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    godz. 18.30 – KATECHEZA

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 12 sierpnia

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 10.00 – GODZINKI KU CZCI NMP I SPOTKANIE BIBLIJNE

    ***

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XIX NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – KORONKA DO MATKI BOLESNEJ

    This image has an empty alt attribute; its file name is 50900.jpg
    fragment figury Matki Bożej Bolesnej

    ***


    MODLITWA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

              
    Matko Bolesna stojąca pod krzyżem, naucz nas trwać mężnie przy cierpiących i współcierpieć z nimi, jak Ty na Kalwarii. Matko Ukrzyżowanego i Matko wszystkich ludzi, oddawaj Ojcu Niebieskiemu ludzkie cierpienia, tak jak ofiarowałaś Mękę Twego Syna i swój ból matczyny. Ucz swoje dzieci przyjmować z gotowością każdą wolę Bożą, w cierpieniu zachować ufność, znosić je mężnie w zjednoczeniu z Chrystusem i ofiarowywać je z miłością dla zbawienia świata. Matko Bolesna, pomóż nam i wszystkim ludziom udręczonym, odkrywać w cierpieniu głęboki sens. Uproś, aby cierpienia chrześcijan stały się wynagrodzeniem Bogu za grzechy świata
    i przyczyniły się do jego zbawienia. Amen.

    KORONKA (RÓŻANIEC) DO SIEDMIU BOLEŚCI MATKI BOSKIEJ  

       
    Koronka (Różaniec) do Siedmiu Boleści Matki Bożej składa się z siedmiu tajemnic, w których rozważamy najboleśniejsze momenty z życia Matki Bożej. Rozważając te tajemnice w szczególny sposób czcimy Matkę Bożą Bolesną i upraszamy dla siebie i bliźnich potrzebne łaski w tym życiu, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci.            

    W Imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.


    Modlitwa wstępna
    :

    Mój Boże, ofiarowuję Ci ten różaniec na cześć siedmiu boleści Maryi, na Twoją większą chwałę, moje nawrócenie i nawrócenie wszystkich ludzi na wiarę w Twego umiłowanego Syna, Jezusa Chrystusa- nasze zbawienie i naszą jedyną drogę do Ciebie, w jedności z Duchem Świętym, na wieki wieków. Amen!
    Ku Tobie Święta Matko wznosimy serca swoje, aby współczuć w Boleściach Twoich.

    BOLEŚĆ I – Proroctwo Symeona

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść, która przeszyła Serce Twoje, gdyś słyszała prorocze słowa starca Symeona o Męce Jezusa, Syna Twojego, racz nam wyjednać łaskę uświęcenia naszego życia i cierpliwego znoszenia cierpień i przeciwności.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ II – Ucieczka do Egiptu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść Twoją, której doznałaś uciekając z Synem Twoim przed Herodem do Egiptu, uproś nam łaskę wiernego poddania się Woli Bożej we wszystkim co nas spotyka.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ III – Szukanie Jezusa

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś szukając zgubionego Jezusa, uproś nam łaskę, abyśmy nigdy Go nie utracili. Tym, którzy zgubili Jezusa, na grzesznych drogach swojego życia dopomóż Go odnaleźć w Sakramentach Świętych.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ IV – Spotkanie z Synem na drodze Krzyżowej

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś spotkawszy Jezusa na drodze Krzyżowej, gdy na Swoich Ramionach dźwigał grzechy moje i całej ludzkości, uproś nam łaskę, abyśmy już nigdy nie obarczali Jezusa najmniejszymi grzechami. Prosimy Cie o łaskę miłości do Krzyża oraz cierpliwości i wytrwałości w niesieniu codziennych krzyży całego naszego życia dla ratowania dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ V – Śmierć Pana Jezusa na Krzyżu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś u stóp Krzyża patrząc na Mękę i śmierć Twojego Syna, uproś nam łaskę szczerego żalu i pokuty oraz nawrócenie zatwardziałych grzeszników, szczególnie konających i Łaskę Miłosierdzia Bożego dla świata całego.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ VI – Maryja trzyma martwe Ciało Syna

    Matko Najboleśniejsza! Przez łzy, którymi obmywałaś Rany Jezusa złożonego w Twoich Ramionach oraz przez Twoje Matczyne i Krwawe łzy, które wylewasz nad całą grzeszną ludzkością stojącą w obliczu zagłady, prosimy Cię, ratuj dusze idące na potępienie, ratuj dusze w czyśćcu cierpiące, ratuj zagrożoną młodzież i nasze rodziny. Dla pocieszenia Twojego Zbolałego Serca i otarcia Twoich Łez ofiarujemy Ci Maryjo nasze serca, cierpienia, ofiary, łzy i modlitwy i całe nasze życie w ofierze miłości dla ratowania zagubionych dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ VII – Złożenie Jezusa W Grobie

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść rozstania z Jezusem złożonym w grobie, uproś nam łaskę, aby umarły w nas wszystkie złe skłonności i przywiązania do grzechu. Abyśmy żyli w świętości i miłości dla Chwały Bożej i ratowania dusz, przez Chrystusa i z Chrystusem, a po śmierci osiągnęli życie wieczne.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    Modlitwa na zakończenie: 

    O Święta Matko, którą Wszechmogący Bóg wybrał na Matkę Odkupiciela świata i upodobnił w cierpieniach do Swego Syna Ukrzyżowanego, niech boleść Twoja pobudzi nas do miłości Jezusa i Ciebie. O Królowo Męczenników, udziel nam podobnej cierpliwości i męstwa w znoszeniu cierpień z jakimi Ty stałaś pod krzyżem, Syna Twego. Amen.

    Na uczczenie łez, które Najświętsza Maryja Panna przy tych tajemnicach wylała oraz na uproszenie łaski odpustu przypisanego do tej modlitwy odmówmy 3 razy: Zdrowaś Maryjo…
    Wieczny odpoczynek racz zmarłym dać Panie…
    

    LITANIA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ


    Kyrie eleison! Chryste eleison! Kyrie eleison!
    Chryste, usłysz nas! Chryste, wysłuchaj nas!
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże zmiłuj się nad nami

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Boża Rodzicielko
    Święta Panno nad pannami
    Matko męki krzyżowe Twego Syna cierpiąca
    Matko Bolesna
    Matko płacząca
    Matko żałosna
    Matko opuszczona
    Matko stroskana
    Matko mieczem przeszyta
    Matko w smutku pogrążona
    Matko trwogą przerażona
    Matko sercem do krzyża przybita
    Matko najsmutniejsza
    Krynico łez obfitych
    Opoko stałości
    Nadziejo opuszczonych
    Tarczo uciśnionych
    Wspomożenie wiernych
    Lekarko chorych
    Umocnienie słabych
    Ucieczko umierających
    Korono Męczenników
    Światło Wyznawców
    Perło panieńska
    Radości Świętych Pańskich

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Boże, Ty sprawiłeś, że obok Twojego Syna, wywyższonego na krzyżu, stała współcierpiąca Matka, daj, aby Twój Kościół uczestniczył razem z Maryją w męce Chrystusa i zasłużył na udział w Jego zmartwychwstaniu. Który z Tobą żyje i króluje, w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Świadectwo. Jestem zdrowa dzięki odmawianiu Różańca do Siedmiu Boleści NMP

    fot. via Pixabay.com

    *******

    Świadectwo. Jestem zdrowa dzięki odmawianiu Różańca do Siedmiu Boleści NMP

    W styczniu 2014 roku lekarze zdiagnozowali u mnie zaawansowany nowotwór piersi. Operacja była konieczna dla ocalenia życia. 11 marca trafiłam do szpitala. Tam odwiedziła mnie moja szwagierka na kilka godzin przed operacją. Dała mi Różaniec do Siedmiu Boleści NMP i ulotkę jak się na nim modlić. Powiedziała, że jej kolega, który pracuje w szpitalu, odmawiał ten różaniec przez dziewięć dni w intencji swojego brata. Po upływie 9 dni wydarzył się cud – jego brat został uleczony z choroby serca. Przeczytałam ulotkę i prosiłam Matkę Bożą o wstawiennictwo.

    Operacja zakończyła się sukcesem. Lekarz powiedział, że nie miałam powiększonych węzłów chłonnych. Dodał, że podczas operacji pobrano mi materiał do badań laboratoryjnych. Wyniki miały wskazać, czy będę musiała poddać się chemioterapii lub nie. Następnego dnia wypisano mnie ze szpitala. Codziennie odmawiałam Różaniec do Siedmiu Boleści NMP, prosząc Matkę Bożą, abym uniknęła chemioterapii i pozostała przy życiu. Miałam wrażenie, że błagałam o coś niemożliwego. Ta modlitwa sprawiła, że stał się cud. W maju podczas omawiania wyników lekarz onkolog poinformował mnie, że chemioterapia nie jest konieczna tylko przepisał mi pigułki. Byłam wdzięczna Bogu za okazaną mi Łaskę. Spełniły się słowa z Ewangelii według św. Mateusza: „Proście, a będzie wam dane” (Mt 7.7-14).

    Od tamtej pory rozpowszechniam Różaniec do Siedmiu Boleści NMP wśród przyjaciół i krewnych. Ostatnio dałam go koleżance, która przechodzi chemioterapię po operacji usunięcia nowotworu z piersi. Wierzę, że odmawiając ten różaniec wyprosi łaskę uzdrowienia.

    W grudniu badania krwi były dobre. Lekarz postanowił, że następne badania kontrolne będę miała co 6 miesięcy. Jestem pewna, że to jest kolejna łaska, jaką otrzymałam od Boga za to, że codziennie odmawiam Różaniec do Siedmiu Boleści NMP, prosząc o zdrowie i wysłuchanie moich próśb.

    Claire*

    *Imię zmienione ponieważ autorka świadectwa chciała zachować anonimowość.

    Tłumaczenie z j.ang. na j.pol: Marcin Rak

    Fronda.pl/źródło:https://www.sorrowsofmary.com/testimonials

    mp/zywawiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przesłanie dla Polski w objawieniach Matki Bożej w Kibeho

    (zdjęcie ilustracyjne)

    ******

    Przesłanie dla Polski w objawieniach Matki Bożej w Kibeho

    Objawień w Kibeho było wiele i bardzo rozciągnęły się w czasie, ale elementy składowe orędzia z Kibeho zostały wyjawione w ciągu dwóch pierwszych lat objawień, to znaczy przed końcem 1983 r. Po tej dacie nie pojawiło się nic oryginalnego, raczej powtórki i próby streszczeń. Dziewica przekazuje widzącym odrębne, ale nie przeciwstawne orędzia; można w nich łatwo rozpoznać wiele wspólnych punktów.

    Objawienia Najświętszej Dziewicy Maryi w Kibeho

    Ludowa pobożność w Kościele katolickim zawsze i wszędzie interesowała się nadzwyczajnymi zjawiskami i wydarzeniami, które często mają związek z objawieniami zwanymi „prywatnymi”, dla odróżnienia ich od pozytywnego i ostatecznego Objawienia danego przez Jezusa Chrystusa. Objawienia prywatne dotyczą szczególnie pobożności maryjnej i mają swoje „orędzia”, nawet jeśli wykraczają poza te ramy. Może się zdarzyć, że pewne „objawienia” zostają uznane przez władzę kościelną. Tak jest na przykład w przypadku
    objawień, które miały miejsce w Lourdes we Francji, w Fatimie w Portugalii czy w Banneaux w Belgii. Zostały one uznane, jednak nie należą do depozytu wiary. Żaden chrześcijanin nie musi więc w nie wierzyć; jednak wymaga się od niego, by wykazał się szacunkiem wobec tych, którzy w nie wierzą.

    Taka sytuacja dotyczy również objawień w Kibeho w Rwandzie, uznanych przez Kościół 29 czerwca 2001 r. Mając to na uwadze, chcielibyśmy w niniejszym rozdziale, dając zarys zdarzeń, ukazać drogę, która doprowadziła do uznania wspomnianych objawień, przedstawić elementy orędzia z Kibeho, a w końcu powiedzieć o trzech uznanych przez Kościół widzących; wszystko po to, by zachęcić czytelnika do zebrania większej ilości informacji na ten temat.

    Elementy orędzia Matki Bożej z Kibeho

    Wśród faktów, które powinny służyć za wsparcie wiarygodności objawień w Kibeho, jednym z najważniejszych jest niewątpliwie treść „dialogów” widzących, jakość orędzia.

    Oczywiście objawień w Kibeho było wiele i bardzo rozciągnęły się w czasie; ale elementy składowe orędzia z Kibeho zostały wyjawione w ciągu dwóch pierwszych lat objawień, to znaczy przed końcem 1983 r. Po tej dacie nie pojawiło się nic oryginalnego, raczej powtórki i próby streszczeń. Dziewica przekazuje widzącym odrębne, ale nie przeciwstawne orędzia; można w nich łatwo rozpoznać wiele wspólnych punktów. Ograniczymy się tutaj do krótkiego zarysu. Mówiąc w skrócie, bez kopiowania słów każdej widzącej, orędzie z Kibeho mogłoby się sprowadzić do następujących tematów:

    1˚. Pilne wezwanie do skruchy i przemiany serc: „Okażcie skruchę, żałujcie za grzechy, żałujcie za grzechy!”. „Nawróćcie się, kiedy jest jeszcze na to czas”.

    2˚. Diagnoza moralnego stanu świata: „Świat ma się bardzo źle” („Ngo isi imeze nabi cyane”). „Świat działa na własną zgubę, wkrótce wpadnie w otchłań („Ngo isi igiye kugwa mu rwobo”), to znaczy pogrąży się w niezliczonych i nieustających nieszczęściach”. „Świat buntuje się przeciwko Bogu, (ubu isi yarigometse), popełnia za dużo grzechów; nie ma miłości ani pokoju”. „Jeśli nie okażecie skruchy i nie przemienicie waszych serc, wszyscy wpadniecie w otchłań”.

    3˚. Głęboki smutek Dziewicy Maryi: Widzące mówią, że widziały jak płakała 15 sierpnia 1982 r. Matka Słowa bardzo się martwi brakiem wiary ludzi i ich zatwardziałością w grzechu. Skarży się na nasze złe zachowanie, które charakteryzuje rozwiązłość obyczajów, upodobanie do zła, ciągły brak posłuchu dla Przykazań Bożych.

    4˚. „Wiara i brak wiary przyjdą niepostrzeżenie”. (Ngo ukwemera n’ubuhakanyi bizaza mu mayeri). To jedno z tajemniczych zdań, które Maryja powiedziała Alphonsine więcej niż raz w początkach objawień, z prośbą, by je powtórzyć ludziom.

    5˚. Zbawcze cierpienie: Ten temat jest jednym z najważniejszych w historii objawień w Kibeho, zwłaszcza u Nathalie Mukamazimpaka. Dla chrześcijanina cierpienie, zresztą nieuniknione w życiu doczesnym, jest obowiązkową drogą do osiągnięcia chwały niebieskiej. 15 maja 1982 r. Dziewica Maryja powiedziała swoim widzącym, a przede wszystkim Nathalie: „Nikt nie wchodzi do nieba, nie cierpiąc”. Albo jeszcze: „Dziecko Maryi nie rozstaje się z cierpieniem”. Ale cierpienie jest również sposobem na odpokutowanie za grzechy świata i udział w cierpieniach Jezusa i Maryi dla zbawienia świata. Widzący zostali zaproszeni do przeżycia tego orędzia w konkretny sposób, do akceptacji cierpienia z wiarą i radością, do umartwiania się („kwibabaza”) i rezygnacji z przyjemności (kwigomwa) w celu nawrócenia świata. Kibeho jest w ten sposób przypomnieniem miejsca krzyża w życiu chrześcijanina i Kościoła.

    6˚. Módlcie się nieustannie i szczerze:
    Ludzie nie modlą się, a nawet jeśli się modlą, wielu z nich nie robi tego jak należy. Dziewica prosi widzących, aby dużo modlili się za świat, nauczyli innych jak się modlić i modlili się zamiast tych, którzy się nie modlą. Dziewica prosi nas, byśmy modlili się z większą gorliwością i szczerze.

    7˚. Kult Maryi, urzeczywistniany przede wszystkim przez regularne i szczere odmawianie różańca.

    8˚. Różaniec do Siedmiu Boleści Dziewicy Maryi:
    Widząca Marie Claire Mukangango mówi, że otrzymała objawienia na tym różańcu. Dziewica kocha ten różaniec. Znany niegdyś, popadł potem w zapomnienie. Matka Boża z Kibeho pragnie, aby przywrócono mu dobre imię i rozpowszechniono w Kościele. Różaniec do Siedmiu Boleści nie zajmuje wcale miejsca Różańca Świętego.

    9˚. Dziewica Maryja pragnie, aby zbudowano Jej kaplicę na pamiątkę Jej objawienia się w Kibeho. Ten temat sięga do objawienia z 16 stycznia 1982 r. i wielokrotnie powraca tamtego roku z nowymi szczegółami.

    10˚. Módlcie się bez przerwy za Kościół, ponieważ w najbliższym czasie czekają go poważne przykrości. Alphonsine usłyszała to od Dziewicy 15 sierpnia 1983 r. i 28 listopada 1983 r.

    mp/kibeho-sanctuary.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    79 lat temu, 1 sierpnia 1944 roku, dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór” wydał decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie, które trwało 63 dni

    78 lat temu w Warszawie wybuchło powstanie - największa akcja zbrojna podziemia w okupowanej przez Niemców Europie
    Pomnik małego powstańca/ fot.Henryk Przomdziono/Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________________

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące “proroctwo” niemieckich żołnierzy

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące "proroctwo" niemieckich żołnierzy

    Zdjęcie leżącego na bruku Chrystusa pokazali ks. Wyszyńskiemu niemieccy żołnierze/WIKIPEDIA

    ***

    Figura Chrystusa dźwigającego krzyż stanęła przed kościołem na Krakowskim Przedmieściu w 1858 r. Była świadkiem wielu historycznych wydarzeń. W tym roku mija 75 lat od jej powrotu na schody bazyliki.

    Pomysłodawcą ustawienia rzeźby na balustradzie schodów świątyni był hrabia Andrzej Zamoyski. Z zamówieniem zwrócił się do popularnego wówczas rzeźbiarza – Andrzeja Pruszyńskiego, autora licznych posągów i grobowców na warszawskich cmentarzach oraz epitafium Fryderyka Chopina we wnętrzu bazyliki św. Krzyża. Artysta przedstawił Chrystusa upadającego pod krzyżem w drodze na Golgotę. Była to pierwsza rzeźba polskiego dłuta w czasie carskiej niewoli w Warszawie. 

    Mało kto wie, że rzeźbę początkowo wykonano z cementu. Mało trwały materiał pod wpływem warunków atmosferycznych kruszył się i pękał. Był też łatwym celem dla wandali. Cała stolica była oburzona, gdy w 1887 r. kilku pijanych po raz kolejny uszkodziło rzeźbę. Przyspieszyło to decyzję, by odlać ją z brązu. Na łamach “Wędrowca” ukazał się apel o zbiórkę funduszy na ten cel. Wykonania odlewu podjął się najwybitniejszy ówczesny rzeźbiarz polski Józef Pius Weloński. Pracował w Rzymie i tam też odlał nowy posag, umieszczając na kopii figury autorstwa Pruszyńskiego swój podpis. Rzeźbę ponownie ustawiono na schodach świątyni 2 listopada 1898 r. na nowym cokole z czarnego granitu, zaprojektowanym przez Stefana Szyllera z wygrawerowanym złoconym napisem “Sursum Corda” (“W górę serca”).

    Cementową figurę Chrystusa przewieziono do Kruszyny i umieszczono na grobowcu Lubomirskich. Obecnie znajduje się ona przed tamtejszym kościołem parafialnym św. Macieja Apostoła.

    We wrześniu 1944 wskutek detonacji Goliatów brązowa figura Chrystusa upadła na bruk ulicy, ręką wskazując na napis na cokole: “Sursum corda”. W swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego wydarzenie to przytacza ks. Stefan Wyszyński.

    „Mam (…) w pamięci zdarzenie, które przeżyłem wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego. Do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina, wróciła grupa oficerów niemieckich – lekarzy, którzy tam pracowali. Jeden z nich zatrzymał mnie, gdy biegłem od jednego chorego do drugiego. Wyciągnąwszy z kieszeni jakąś fotografię, gwałtem niemal kazał mi ją oglądać. Rzuciłem okiem. Niezwykłe wydało mi się to spotkanie i swoisty przymus żołnierza niemieckiego. Spieszyło mi się bardzo, mnóstwo chorych i cierpiących czekało. A on swoje: Zobacz – powiada – zobacz. Przyglądam się więc – i cóż widzę? Chrystus z frontonu kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Zdjęcie zrobione od strony Kopernika. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią – przedziwnym zbiegiem okoliczności zachowaną – pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: «Sursum Corda». Patrzyłem, ale jeszcze nie mogłem zrozumieć żołnierza: Czego ode mnie chciał? Co go w tym uderzyło? W pewnym momencie z ust jego wyrywają się słowa, od których niemal odzwyczaiło się nasze ucho, dawno już ich nie słyszeliśmy: «Ist noch Polen nicht verloren – Jeszcze Polska nie zginęła». Zdumiałem się. Po chwili podeszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem… Jeden z nich zawołał: «Sursum corda! Sursum corda!»… Było to na kilka miesięcy przed wyjściem [tej]  «zwycięskiej armii» z powalonej Warszawy. Zdarzeniem tym byłem dogłębnie wstrząśnięty. Niewątpliwie i ja to wiedziałem. Niewątpliwie i ja tak wierzyłem. Ale nie przypuszczałem, że w chwilach smutku i tragizmu naszego Narodu, będę miał taką pociechę – i to z pomocą ludzi, których uważaliśmy za nieprzyjaciół. Tymczasem ich właśnie uderzyło to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!»”

    – Wydarzenie to ks. Wyszyński odczytał symbolicznie, jako palec Bożej Opatrzności, która czuwa nad miastem – mówi ks. Piotr Rutkowski z parafii św. Krzyża.

    Zniszczoną figurę 22 października 1944 Niemcy wywieźli z Warszawy, jednak wraz z pomnikiem Mikołaja Kopernika porzucili w przydrożnym rowie w Hajdukach Nyskich. Rozpoznali ją polscy żołnierze i oba pomniki wróciły do Warszawy. Posąg Chrystusa ponownie stanął przed kościołem 19 lipca 1945, poświęcony w obecności prezydenta RP Bolesława Bieruta i przedstawicieli rządu przybyłych na odsłonięcie pomnika Mikołaja Kopernika.

    Losy figury zostały przypomniane przez Jana Pawła II na pl. Zwycięstwa podczas jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny 2 czerwca 1979. Papież powiedział wówczas w homilii:

    (…) Nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas — bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną — bez Chrystusa. Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu”.

    Słowa papieskiej homilii wygrawerowane są na Ołtarzu Ojczyzny, który znajduje się w bazylice.

    Sama bazylika to ponad trzysta lat historii naszego kraju. Tu spoczywają serca Fryderyka Chopina i Władysława Reymonta. Tu złożono szczątki księcia Adama Czartoryskiego. Tu odbywały się egzekwie pogrzebowe księcia Józefa Poniatowskiego, a na organach w św. Krzyżu grał Stanisław Moniuszko. Z bazyliki św. Krzyża w każdą niedzielę nadawane są Msze św. radiowe. W tym roku mija 75 lat od powrotu figury na schody bazyliki.

    Agata Ślusarczyk/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wyjątkowe proroctwo dla Polski! Niemcy pokazali prymasowi Wyszyńskiemu jedno zdjęcie

    Figura Chrystusa niosącego krzyż, znajdująca się na Krakowskim Przedmieściu bez wątpienia jest jednym z najbardziej wymownych symboli II wojny światowej i Powstania Warszawskiego. W cyfrowym archiwum fotografii zebranych przez Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji znajduje się fotografia z adnotacją w języku angielskim, z której wynika, że „w zrujnowanej Warszawie posąg Chrystusa, w cudowny sposób pozostał nietknięty”. Na tym jednak symbolika związana z monumentem się nie skończyła. Niesamowitą historię przytacza w swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego ksiądz Stefan Wyszyński, późniejszy kardynał – prymas Polski.

    ***

    To jeden z symboli Powstania Warszawskiego. Chrystus niosący Krzyż – figura sprzed kościoła św. Krzyża w Warszawie. Postawiono ją w 1858 roku, na kilka lat przez wybuchem Powstania Styczniowego. Fundatorem był Andrzej Zamoyski, który niedaleko miał swój „dom”, duży budynek czynszowy. To z okna jednego z mieszkań Moskale na bruk wyrzucili fortepian Chopina – historię i burzliwe losy figury Chrystusa przybliża na łamach portalu niezalezna.pl Tomasz Łysiak

    Figura stała na swoim miejscu nietknięta aż do września 1944. Wówczas wskutek detonacji Goliatów (samobieżnych min niemieckich) pomnik upadł na bruk w taki sposób, że Chrystus wskazywał dłonią napis „Sursum corda” (łac. w górę serca) znajdujący się na cokole.

    W swoich wspomnieniach z czasów Powstania Warszawskiego prymas Wyszyński opisał niezwykłe wydarzenie związane z tym pomnikiem.

    „Mam (…) w pamięci zdarzenie, które przeżyłem wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego. Do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina, wróciła grupa oficerów niemieckich – lekarzy, którzy tam pracowali. Jeden z nich zatrzymał mnie, gdy biegłem od jednego chorego do drugiego. Wyciągnąwszy z kieszeni jakąś fotografię, gwałtem niemal kazał mi ją oglądać. Rzuciłem okiem. Niezwykłe wydało mi się to spotkanie i swoisty przymus żołnierza niemieckiego. Spieszyło mi się bardzo, mnóstwo chorych i cierpiących czekało. A on swoje: Zobacz – powiada – zobacz. Przyglądam się więc – i cóż widzę? Chrystus z frontonu kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Zdjęcie zrobione od strony Kopernika. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią – przedziwnym zbiegiem okoliczności zachowaną – pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: «Sursum Corda». Patrzyłem, ale jeszcze nie mogłem zrozumieć żołnierza: Czego ode mnie chciał? Co go w tym uderzyło? W pewnym momencie z ust jego wyrywają się słowa, od których niemal odzwyczaiło się nasze ucho, dawno już ich nie słyszeliśmy: «Ist noch Polen nicht verloren – Jeszcze Polska nie zginęła». Zdumiałem się. Po chwili podeszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem… Jeden z nich zawołał: «Sursum corda! Sursum corda!»… Było to na kilka miesięcy przed wyjściem [tej]  «zwycięskiej armii» z powalonej Warszawy. Zdarzeniem tym byłem dogłębnie wstrząśnięty. Niewątpliwie i ja to wiedziałem. Niewątpliwie i ja tak wierzyłem. Ale nie przypuszczałem, że w chwilach smutku i tragizmu naszego Narodu, będę miał taką pociechę – i to z pomocą ludzi, których uważaliśmy za nieprzyjaciół. Tymczasem ich właśnie uderzyło to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!»”
     – relacjonował kard. Stefan Wyszyński we wspomnieniach 17 czerwca 1962 r.

    Muzeum Jana Pawła II i prymasa Wyszyńskiego przypomina, że Powstanie Warszawskie zastało ks. prof. Stefana Wyszyńskiego w podstołecznych Laskach, w Puszczy Kampinoskiej, gdzie od 1942 r. był kapelanem miejscowego zakładu dla niewidomych.
     
    Jeszcze przed wybuchem powstania zgłosił się do niego ks. Jerzy Baszkiewicz, ps. Radwan II, naczelny kapelan Zgrupowania AK „Kampinos”, z taką wiadomością:
    „Księże Profesorze, przychodzę z dość trudną misją. To jest dobra wola, propozycja, a nie konieczność. Jestem kapelanem Puszczy Kampinoskiej i mam zorganizować służbę duszpasterską. Czy Ksiądz Profesor mógłby wziąć udział w tej akcji?”.

    Ks. Wyszyński odparł bez wahania: „Jestem do dyspozycji”, a następnie złożył przysięgę wojskową na ręce młodszego o 13 lat – ale starszego rangą – ks. Baszkiewicza i przyjął pseudonim Radwan III.
     
    Ks. kapelan Wyszyński był jednym z organizatorów szpitala powstańczego w Laskach. Pracował tam tylko jeden lekarz – dr Kazimierz Cebertowicz, wspomagany przez pielęgniarki – siostry ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz personel świecki.  Z relacji świadków i pacjentów szpitala wynika, że obecność ks. Wyszyńskiego przynosiła rannym spokój. Zapamiętano go jako tego, który gotów jest ryzykować własne życie dla bliźnich.
     
    Częstym obrazem z tamtych czasów był widok ks. Wyszyńskiego błogosławiącego oddziałom powstańczym wyruszającym do lasu. 


    POWSTANIE OCZAMI KS. KAPELANA STEFANA WYSZYŃSKIEGO

    Pierwszego sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie. Ostatniego lipca zebraliśmy się tutaj, w sąsiedniej sali i poświęciliśmy szpital powstańczy.
    Stefan Wyszyński, Laski, 3 sierpnia 1960, Laski
     
    Szpital zapełniał się bardzo szybko. Wkrótce stał się za mały. Musieliśmy rannych żołnierzy kłaść, gdzie tylko się dało. Zajęliśmy cały dom rekolekcyjny i domek obok. Spowiadało się zazwyczaj tych, który czekali na operację tutaj, w tej kaplicy. Przynoszeni byli na noszach albo na jakimś kocu. Tutaj czekali, potem przenosiło się ich na stół operacyjny. Prześcieradła i koce, na których leżeli, były przesiąknięte krwią.
    Stefan Wyszyński, Droga życia
     
    Pamiętam, jak byłem zmęczony, znużony tą ciągłą krwią, amputacjami, koszami wynoszonych rąk i nóg, tą męką żołnierzy, którzy byli bohaterscy na froncie, a jak dzieci na stole operacyjnym. Patrzyłem na to wszystko , przeżywałem strasznie. Wydawało mi się, że nie dla mnie ten obraz, ale dzisiaj rozumiem, jak wiele mi to dało.
    Stefan Wyszyński, Warszawa, 31 stycznia 1965 r.
     
    […] ten szesnastoletni chłopaczek służył ze swoim starszym bratem w armii powstańczej w formacji kawalerii wileńskiej. Padł zaraz w pierwszych dniach.
    Przeniesiono go do szpitala, położono na niewielkiej sali w zakładzie franciszkanek w Laskach. Tam się z nimi spotkałem, spowiadałem go i przygotowałem na śmierć. Był bardzo poszarpany od kul, bo gdy został ranny, przez trzy dni leżał na deszczu i chłodzie pod kulami. Nikt nie mógł się do niego dostać, aby go stamtąd zabrać. Więc gdy wreszcie został przeniesiony do szpitala wojennego, był już prawie bez sił i trudno go było uratować. […]
    Pochowałem go na cmentarzu pod Izabelinem na górce, w piasku, bez trumny, bo już trumien nie było.

    Stefan Wyszyński, Stryszawa, 1 sierpnia 1963 r.
     
    Pamiętam operację bardzo dzielnego żołnierza, któremu trzeba było odjąć nogę. Powiedział, że zgodzi się na operację pod tym warunkiem, że przez cały czas będę przy nim stał. Złapał mnie za rękę i trzymał ją, dopóki nie zaczął działać środek usypiający. Byłem wtedy strasznie nieuczciwy, bo gdy poczułem, że jego ręka opadła, pobiegłem do innych, których trzeba było spowiadać lub przygotować do następnych operacji. Aby zdążyć na czas, umówiłem się tylko z lekarzem, że mnie natychmiast wezwie, gdy mój żołnierz zacznie się budzić. W tym wypadku nie było innego wyjścia. Przyszedłem w porę, gdy on budził się już po operacji.
    Stefan Wyszyński, Droga życia
     
    Już pod koniec powstania, idąc przez las, zobaczyłem stertę spopielonych kart przyniesionych przez wiatr. Na jednej z nich został niedopalony środek, a na nim słowa: „Będziesz miłował…”. Nic droższego nie mogła nam przynieść ginąca Stolica. To najświętszy apel walczącej Warszawy do nas i do całego świata. Apel i testament… „Będziesz miłował…”.
    Stefan Wyszyński, Droga życia

    Piotr Łukawski | Niezalezna.pl

    ______________________________________________________________________________________________

    Świadkowała historii

    ◄	Na wystawie można zobaczyć m.in. wizerunki z powaloną przez Niemców figurą Chrystusa.

    fot. Tomasz Gołąb/Gość.pl Warszawski – 37.2020

    ***

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Świętego Krzyża, która była świadkiem wielkich wydarzeń w historii Polski, ostatnią wojnę przetrwała cudem. Mija 70 lat od ponownego umieszczenia figury na Krakowskim Przedmieściu

    Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, kościół Świętego Krzyża przechodził z rąk do rąk. 5 sierpnia Niemcy podpalili część kościoła, a po zdobyciu go przez Powstańców ostrzeliwali pociskami artyleryjskimi, powodując wielkie zniszczenia. Gdy na początku września Niemcy ponownie zdobyli kościół i zdetonowali ładunki wybuchowe, rozbita została fasada świątyni, zniszczone ołtarze, załamało się sklepienie.

    Wtedy także figura Chrystusa dźwigającego krzyż spadła na bruk. Jak pokazują dawne zdjęcia, legła w gruzach z ręką uniesioną w górę. Tak przeleżała kilka tygodni. Już po upadku Powstania, Niemcy wywieźli figurę w nieznanym kierunku.

    W górę serca

    Warszawiacy zżyli się z figurą Chrystusa. Po raz pierwszy stanęła przed kościołem Świętego Krzyża w Warszawie w 1858 r. Jej autorem był Andrzej Pruszyński, znany warszawski rzeźbiarz, a odlano ją początkowo w cemencie. Jednak uszkodzona kilkanaście lat później przez nieznanych sprawców, została zastąpiona przez nową. Nowy odlew – tym razem z brązu – wykonał w Rzymie uczeń Pruszyńskiego – Pius Weloński.

    Pomnik ustawiono na nowym cokole z czarnego granitu, ze złoconym napisem „Sursum Corda” (W górę serca). Cementową figurę Chrystusa umieszczono na grobowcu Lubomirskich w Kruszynie (i do dziś znajduje się ona przed tamtejszym kościołem).

    Podczas sympozjum, zorganizowanego w 150-lecie powstania figury, ks. Marian Wnuk CM zwrócił uwagę, że była ona przez lata świadkiem przeróżnych wydarzeń. W marcu 1861 r. przeszła tędy wielka 150-tysięczna manifestacja patriotyczna po śmierci tzw. Pięciu Poległych, zabitych przez rosyjskich żołnierzy.

    W czasie Powstania Styczniowego figura była też świadkiem nieudanego zamachu na Fiodora Berga, rosyjskiego namiestnika i spalenia przez Rosjan fortepianu Fryderyka Chopina. Księża Misjonarze, prowadzący parafię, przechowywali archiwum powstańcze, czego następstwem była kasata zgromadzenia w 1864 r.

    Jak zrozumieć to miasto

    To o tej figurze św. Jan Paweł II mówił w 1979 r., w czasie pamiętnej Mszy św. na dzisiejszym pl. Piłsudskiego. – Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu – mówił Ojciec Święty.

    W 1920 r., w czasie wojny polsko-bolszewickiej, trwały tu nieustanne nabożeństwa i modły o zwycięstwo, w których brał udział m.in. nuncjusz Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI. W 1944 r. trwały tu jedne z najbardziej zaciętych walk powstańczych. W 1968 r. figura była świadkiem tzw. wydarzeń marcowych.

    Figura była też świadkiem pogrzebów zasłużonych Polaków, m.in.: Stanisława Moniuszki, Edwarda Odyńca, Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury, Józefa Piłsudskiego, Marii Rodziewiczównej, Jana Kiepury, Karola Szymanowskiego, Pawła Jasienicy, Stefana Kisielewskiego i Ignacego Paderewskiego.

    W przydrożnym rowie

    Po upadku Powstania Warszawskiego figurą leżącą na zgliszczach kościoła z ręką uniesioną w górę zainteresowali się Niemcy. W końcu października wywieźli ją z Warszawy w nieznanym kierunku. Figura nie świadkowała już ostatecznemu aktowi zniszczenia kościoła Świętego Krzyża, który Niemcy dokonali parę miesięcy później, kilka dni przed wycofaniem się ze zniszczonego miasta, wysadzając w powietrze wieżę, na której wisiały dzwony.

    Nie świadkowała też w styczniu 1945 r. pierwszej Mszy św. odprawionej przez ks. Antoniego Czaplę CM na gruzach kościoła i powrotowi do Warszawy Księży Misjonarzy, wywiezionych wcześniej przez Niemców.

    Figurę Niemcy najpewniej chcieli przetopić w hucie na Dolnym Śląsku. Jednak nie zdążyli. Porzucili ją na złomowisku, w przydrożnym rowie w Hajdukach Nyskich. Znaleźli i rozpoznali ją tam kilka miesięcy później, razem z pomnikiem Mikołaja Kopernika, żołnierze Berlinga.

    Na początku lipca 1945 r. odesłano figurę do Warszawy. Tu poddano ją renowacji w słynnej pracowni Braci Łopieńskich i oficjalnie przekazano jej właścicielowi: parafii Świętego Krzyża. Posąg ponownie stanął przed kościołem, został poświęcony w obecności ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta i przedstawicieli rządu przybyłych na odsłonięcie pomnika Mikołaja Kopernika.

    Wkrótce rozpoczęto też odbudowę kościoła. W 1951 r. ukończono odbudowę wież, a dwa lata później zrekonstruowano fasadę kościoła. W 1969 r. prymas Polski Stefan Wyszyński poświęcił rekonstruowany przez lata główny ołtarz.

    Witold Dudziński/Niedziela warszawska 26/2015

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szlakiem przydrożnych figur i kapliczek (113). Szlak drogi krzyżowej (6). Polska pamięta

    fot. Stanisław Szczepan Cichoń/Gazeta Myślenicka

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Słowa św. Jana Pawła II o Ojczyźnie!

    Piękne i mocne słowa Jana Pawła II o Ojczyźnie! PRZECZYTAJ

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    “Pocałunek złożony na ziemi polskiej ma dla mnie sens szczególny. Jest to jakby pocałunek złożony na rękach matki – albowiem Ojczyzna jest naszą matką ziemską”.

    (z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)

    Dzieje narodu zasługują na właściwą ocenę wedle tego, co wniósł on w rozwój człowieka i człowieczeństwa, w jego świadomość, serce, sumienie. To jest najgłębszy nurt kultury. To jej najmocniejszy zrąb. To jej rdzeń i siła“.

    (z homilii podczas Mszy świętej na Placu Zwycięstwa w Warszawie, 2 czerwca 1979)

    “Pojęcie «ojczyzna» rozwija się w bezpośredniej bliskości pojęcia «rodzina» – poniekąd jedno w obrębie drugiego. Stopniowo też, odczuwając tę więź społeczną, która jest szersza od więzi rodzinnej, zaczynacie także uczestniczyć w odpowiedzialności za wspólne dobro owej większej «rodziny», która jest ziemską «ojczyzną» każdego i każdej spośród was”.

    (z Listu do młodych całego świata “Parati semper” z okazji Międzynarodowego Roku Młodzieży)

    “Polska jest matką szczególną. Niełatwe są jej dzieje, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich stuleci. Jest matką, która wiele przecierpiała i wciąż na nowo cierpi. Dlatego też ma prawo do miłości szczególnej”.

    (z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)

    “Jasna Góra jest sanktuarium Narodu. Trzeba przykładać ucho do tego świętego Miejsca, aby czuć, jak bije serce Narodu w Sercu Matki. Bije zaś ono, jak wiemy, wszystkimi tonami dziejów, wszystkimi odgłosami życia. Ileż razy biło jękiem polskich cierpień dziejowych! Ale również okrzykami radości i zwycięstwa! Można na różne sposoby pisać dzieje Polski, zwłaszcza ostatnich stuleci, można je interpretować wedle wielorakiego klucza. Jeśli jednakże chcemy dowiedzieć się, jak płyną te dzieje w sercach Polaków, trzeba przyjść tutaj”.

    (z homilii podczas Mszy świętej odprawionej pod szczytem Jasnej Góry, 4 czerwca 1979)

    “Rozłąka z ojczyzną, której niekiedy Bóg wymaga od wybranych ludzi, przyjęta z wiarą w Jego obietnicę, jest zawsze tajemniczym i płodnym warunkiem rozwoju i wzrostu Ludu Bożego na ziemi”.

    (z Encykliki “Slavorum Apostolici”)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W 79. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego warto przypomnieć wizje jakie miała objawić Matka Boża 12-letniej dziewczynce i opowiedzieć o przyszłych wydarzeniach w Polsce.

    Matka Boża objawiła mistyczce z Siekierek, Bronisławie Kuczewskiej, wybuch Powstania Warszawskiego

    Matka Boża objawiła mistyczce Bronisławie Kuczewskiej wybuch Powstania Warszawskiego
    fot. screenshot – YouTube (Rekonstrukcja Cyfrowa)/Adrian Grycuk via: Wikipedia CC BY-SA 3.0 pl

    ***

    Matka Boża Łaskawa, obrana w 1652 roku Patronką Warszawy i Strażniczką Polski [pełen tytuł warszawskiej Madonny, przyp. red.] w 1943 roku ukazała się w Warszawie, na osadzie Siekierki, by uprzedzić swój lud o grożącym nieszczęściu. Maryja przybywa, aby miasto, któremu od 291 lat patronuje, nie podzieliło losu dopalającego się w tym czasie żydowskiego get­ta. Mistyczka Bronisława Kuczewska (1907-1989) tak wspomina swoje pierwsze spotkania z Matką Bożą na Siekierkach: 28 kwietnia 1943 roku Matka Boża objawiła mi się w domu rodzinnym w Nowym Dobrem i powiedziała: Dziecino, nie będziesz już do Mnie przychodzić do Przygód i do Budzieszyna. Wybieram sobie inne miejsce, w Warszawie, na Siekierkach. Będziesz miała tylko 3 kilometry od tramwaju, z ulicy Czerniakowskiej, i tam masz przychodzić. Ujrzałam wiśnię i dziewczynkę. Jak się później okazało, była nią 13-letnia Władysława Fronczakówna [obecnie Papis przyp.aut.], której Matka Najświętsza objawi się 3 maja 1943 roku.

    Bogurodzica, niebiańsko piękna, ukazała się wśród zieleni, na drzewie wiśni obsypanym kwiatami. Jej słowa były poważne i brzmiały złowieszczo: Módlcie się, bo idzie na was WIELKA KARA, CIĘŻKI KRZYŻ. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi rato­wać przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia!

    Bronisława relacjonuje dalej: 4 maja 1943 roku przyjechał do mnie mąż i powie­dział, że w Warszawie na Siekierkach było objawienie [Bogurodzicy] 3 maja. Ja mu na to odpowiedziałam, że wiem o tym, bo Matka Boża powiedziała mi o tym 5 dni wcześniej. 5 maja 1943 roku urodziłam syna Janusza. 28 maja 1943 roku pojechałam z mężem i małym dzieckiem [23-dniowym niemowlęciem] na Siekierki, gdzie 3 maja objawiła się Matka Boża, i miałam z Nią tam po raz pierwszy objawienie. Odtąd chodziłam na Siekierki i tam otrzymywałam od Matki Bożej polecenia do wyko­nania przez 38 lat, aż do 1981 roku. Kilka razy w mie­siącu nawiedzałam to miejsce, a szczególnie każdego 3 i 28 dnia miesiąca oraz w uroczystości Matki Bożej.

    3 czerwca 1943 roku poszłam z synkiem na ręku na Siekierki. Ujrzałam Matkę Najświętszą, która powiedziała mi, że pragnie, aby na tym miejscu wybudować klasztor. Powiedziała też, że to będzie jakby druga Częstochowa dla War­szawy, że ludność nie będzie musiała tak daleko jeździć, względnie chodzić. Będą mogli przychodzić na Siekierki.

    W lipcu 1943 roku w Orzywole, gdzie pojechałam na rozkaz Matki Najświętszej, po modlitwie, miałam widzenie Pana Jezusa, który trzymał rózgę nad War­szawą. Wiedziałam, że Warszawę czeka wielka kara.

    W okresie międzywojnia sytuacja moralna społe­czeństwa polskiego była, oględnie mówiąc, nienajlepsza. Dlatego Jezus Chrystus prosił wizjonerów św. siostrę Faustynę, Sługi Boże: Rozalię Celakównę, Leonię Nastał, Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy wynagradzające za grzechy rozwiązłości: Strasznie ranią moje Serce Najświętsze grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji!
    Nasz Pan szczególnie prosił o modlitwy za warszawian: stolica odrodzonej Polski, nie chciała pamiętać o Dekalogu. Wystarczy zajrzeć do pamiętników i wspomnień z tego okresu. Luminarze życia społecznego i kulturalnego prowadzili ostentacyjnie, nader rozwiązłe życie, zarażając tym stylem życia otoczenie, a szczególnie podatną na wpływy młodzież.

    Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja. Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i… wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim]. świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej. Z długiej listy książek lansujących „nowy moralny ład” wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki.

    Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: „wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”.

    W roku 1936, po osiemnastu latach niepodległości, masoni mogli się wykazać znacznymi osiągnięciami w demoralizacji społeczeństwa. [Tu opuszczam fragmenty książki Sławomira Kopera Życie prywatne elit Drugiej Rzeczy­pospolitej (Bellona Rytm, Warszawa, 2009, md]

    Katolicki pisarz Gilbert Keith Chesterton w roku 1923 napisał: Rozwód to coś, co dzisiejsze gazety nie tylko reklamują, ale wręcz zalecają, zupełnie jakby to była przyjemność sama w sobie.

    Ks. kard. August Hlond konkluduje: Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską „masońskim naturalizmem”. Koła liberalne i masońskie przypuściły atak na małżeństwa chrześcijańskie, sprowadzając je tylko do rangi kontraktu cywilnego, pozbawiając je wszelkiej nadprzyrodzoności.

    Zapoczątkowany przed II wojną światową proces upadku moralności doprowadził do tego, że w pierw­szej dekadzie XXI wieku, już nikt nie ośmieli się przypomnieć „nowożeńcom z odzysku”, zawierającym kontrakt małżeński (w urzędzie Stanu Cywilnego), że w świetle prawa kanonicznego popełniają cudzołóstwo (gdy któreś z nich jest nadal związane sakramentem małżeństwa). Czyli zaczynają, świadomie i dobrowolnie, tzw. nowe życie w grzechu ciężkim, co prowadzi prostą drogą do piekła!

    Wygodny eufemizm, używany w kościele – „związek niesakramentalny” – zgrabnie ukrywa złowieszczą perspektywę. Autor wielokrotnie rozmawiał w konfesjonale z kobietami, które dla swoich dzieci, związanych sakramentem małżeństwa, a rozwiedzionych w świetle prawa cywilnego, modlą się o… założenie nowej, szczęśliwej rodziny! Sądzą one, że jest to intencja słuszna! Te „pobożne” matki realizują plan masonów, którzy chcą zniszczyć chrześcijaństwo… rękami samych katolików!
    Trwająca od dziesięcioleci promocja wszelkiej wolności seksualnej i zanik społecznego ostracyzmu w stosunku do tzw. „związków partnerskich” doprowadził, zdaniem księdza profesora Jerzego Bajdy, do: Zniszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw rodziny i fałszowania jej struktury personalistycznej. Profesor przestrzega: Jeżeli proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą promotorzy rewolucji obyczajowej – a właściwie promotorzy rozwiązłości, […] wkrótce może zupełnie zniknąć ta formuła antropologiczna, której na imię naród, a społeczeństwo nie będzie się niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem. Choć i pod tym względem różnica systematycznie maleje.

    Czyny, których nikt nie ośmieliłby się publicznie nazwać grzechem, a więc nierząd, cudzołóstwo, lesbijstwo i homoseksualizm – nadal wywołują, określone w Piśmie świętym, konsekwencje. […]

    Bóg Ojciec, chcąc ocalić Warszawę przed zasłużoną karą pozwala, by Matka Łaskawa ostrzegła swój lud, by żądała nawrócenia, całkowitego odwrócenia się od grzesznego życia i wynagrodzenia za dotychczas popełnione grzechy: rozwiązłości, cudzołóstwa i te najstraszniejsze – grzechy dzieciobójstwa. Trzeba bo­wiem wiedzieć, że w okresie międzywojennym prze­ciętna liczba umyślnych poronień wynosiła rocznie, według oficjalnych statystyk: przeciętnie od 100 do 130 tysięcy.

    Kiedy Maryja przybędzie na Siekierki, orędzia będzie otrzymywać nie tylko trzynastoletnia Władysława Fronczakówna, ale przede wszystkim Jej ulubienica, trzydziestosześcioletnia Bronisława Kuczewska: Od 9 kwietnia przestałam chodzić do Budzieszyna, natomiast od 28 maja 1943 roku zaczęłam chodzić na Siekierki, gdzie otrzymywałam polecenia od Matki Bożej do wykonania, przez okres 38 lat, do 21 sierpnia 1981 roku [tj. od święta Maryi Królowej Polski do wigilii święta Matki Bożej Królowej].
    Maryja, Matka Łaskawa Patronka Warszawy, za pośrednictwem Broni Kuczewskiej i Fronczakówny będzie apelować do ludu stolicy, aby przez przemianę życia, respektowanie praw Dekalogu i pokutę odwrócił wiszące nad miastem nieszczęście.
    Prosi warszawian o modlitwę powszechną, czyli taką jak w 1920 roku, kiedy to lud stolicy żarliwie błagał Boga i Patronkę Warszawy o ocalenie przed bolszewikami [rozdziały 15 i 16 cytowanej książki przyp. red.] i wymodlił cud Jej publicznego ukazania się, które w konsekwencji zmieniło zdawałoby się już przesądzony wynik wojny i ocaliło Polskę!

    Po 23 latach, w roku 1943 – czwartym roku okupacji niemieckiej, sytuacja jest diametralnie różna: to nie lud błaga Maryję, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski o ustanie okropieństw wojny, lecz Ona Sama schodzi z nieba i osobiście wzywa do modlitwy o pokój, błagając Swój lud o nawrócenie i pokutę!!! Najłaskawsza z Matek chce odwrócić od miasta zapowiedzianą karę! Podejmuje się tej niewdzięcznej misji, by nie doszło do tragedii: Jeśli się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie!

    Pomimo ośmieszania i deprecjonowania objawień wiadomości o nich rozchodzą się po mieście. Dzieje się tak dzięki niestrudzonej Broni Kuczewskiej, która dociera z nimi do warszawskich księży, oraz życzliwym mieszkankom Siekierek, które rozwożąc mleko i warzywa „na gospody”, opowiadają w mieście o objawieniach.

    Mimo wielu wysiłków przestrogi Maryi nie dotrą do ogółu warszawian. Główną przyczyną jest brak zainteresowania objawieniami ze strony kleru.

    Wydawało się oczywiste, że księża Zmartwychwstańcy z parafii św. Bonifacego na Czerniakowie, pełniący posługę w osadzie, dopomogą w upowszechnieniu orędzi i że słowa Bogurodzicy, uprzedzające o mającej nadejść na miasto karze, będą głoszone ze wszystkich ambon stolicy. Niestety, Zmartwychwstańcy nie tylko nie traktowali objawień poważnie, ale negowali wszystko, co miało z nimi związek, m.in. odmówili poświęcenia malutkiej kapliczki, umiejscowionej przy drzewie, na którym ukazała się Matka Boża. Bronisława Kuczewska napisze: Po postawieniu kapliczki Pan Jezus dał mi polecenie, abym poszła do księdza do parafii św. Kazimierza na ul. Chełmską. Kiedy przyszłam i powiedziałam, że Pan Jezus życzy sobie, aby poświęcić kapliczkę, ksiądz wysłał mnie do parafii św. Jakuba [na Ochocie, przyp. aut.]. Było tam 5 księży. Wypyty­wali mnie o objawienia na Siekierkach. Opowiadałam im o nich przez około 4 godziny. Potem wysłali mnie z powrotem do parafii św. Kazimierza [Dolny Mokotów, przyp. aut.]. Ksiądz jednak nadal nie chciał wyrazić zgody na poświęcenie kapliczki. Powiedział, że nie ma pozwolenia, bo trzeba iść z procesją i on nie może tego wykonać. Wróciłam więc do domu [przy ul. Jasnej, przyp. aut.], a że byłam zmęczona, położyłam się. I wtem słyszę głos Pana Jezusa: Idź Dziecino do księdza po raz trzeci, i powiedz, żeby poszedł z kościelnym, bez ludzi i bez procesji, i poświęcił kapliczkę. Powiesz, że taka jest Wola Moja i Matki Mojej, ażeby kapliczka była poświęcona, bo jest bardzo znieważana.
    Kiedy poszłam po raz trzeci do księdza, chciał mi drzwi zamknąć przed nosem, ale ja przytrzymałam je nogą i powtórzyłam to, co mi Pan Jezus powiedział. Ksiądz jednak nie wykonał tego polecenia. Dopiero jedna z wiernych przyprowadziła, po kryjomu, księdza jezuitę, ojca Antoniego Kozłow­skiego, który był wielkim czcicielem Matki Bożej i wiedział o moich objawieniach, i on poświęcił kapliczkę.

    Wokół siostry Bronisławy, profeski III Zakonu św. Franciszka, spontanicznie gromadzili się ludzie i wkrótce zawiązała się wspólnota, której Sama Bogurodzica nadała nazwę Grono Matki Bożej i Miłosierdzia Bożego. Jej członkowie, osoby świeckie, pomagały mistyczce w wykonywaniu poleceń z Nieba. Grono podejmowało także cotygodniowe modlitwy o nawrócenie Warszawy i upowszechniało orędzia Maryi i Pana Jezusa w swoich środowiskach.

    Misja ostrzeżenia Warszawy przed mającym wy­buchnąć za 16 miesięcy powstaniem wymagała od Kuczewskiej heroizmu i zaparcia: W sierpniu 1943 roku [rok przed wybuchem powstania] na modlitwie u pani Teofili Ciecierskiej, przy ul. Płockiej 25, miałam objawienie Matki Najświętszej. Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie Powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą liczyć się z nami. [W innym miejscu Bronisława mówi o tym wydarzeniu w ten sposób: Powiedzieli, żebym nie plotła głupstw i zajęła się robotą, a nie plotkami, że Niemcy będą się z nami liczyć].

    Trzy dni przed Powstaniem Matka Boża dała mi polecenie, abym zabrała dzieci i wyjechała z Warszawy w rodzinne strony, do Dobrego. Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom, który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i w sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób.

    Proroctwa nie lekceważcie – pisze św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (1 Tes 5,20). Proroctwo o całkowitym zniszczeniu Warszawy zostało lekceważone. Przestroga, jaką w imieniu Boga Najwyższego, Bogurodzica przeka­zała warszawianom: Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Żąda nawrócenia! – do nich nie dotrze…

    Powstanie Warszawskie wybuchnie po szesnastu miesiącach od pierwszych objawień i ostrzeżeń Maryi. W sierpniu 1944 roku młodych warszawian rozpiera chęć walki ze znienawidzonym wrogiem, ruszą więc naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącymi sercami, z butelkami napełnionymi benzyną, ale… bez błogosławieństwa Bogurodzicy.

    Dowództwo nie czuło potrzeby oficjalnego zawierzenia akcji zbrojnej Patronce miasta. Owszem, indywidualnie zawierzano się Maryi Łaskawej, modlono się na różańcu, przyjmowano sakramenty, uczestniczono w polowych Mszach świętych (co w swojej książce wspomina s. Maria Okońska), lecz oficjalnego – jak za Marszałka Piłsudskiego – zawierzenia akcji zbrojnej Bogu Najwyższemu nie było! Po 47 latach w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi, 12.09.1991r., w Sastin, Narodowym Sanktuarium Słowacji, w orędziu skierowanym do ks. Stefano Gobbi’ego Maryja dobitnie wyjaśni kwestię oficjalnego zawierzenia na przykładzie odsieczy wiedeńskiej: Turcy zostali pokonani, gdy oblegali Wiedeń i grozili zniszczeniem całego chrześcijańskiego świata. Przewyższali żołnierzy świętej Ligi liczbą, siłą, uzbrojeniem i czuli, że do nich należy zwycięstwo, ale: wezwano Mnie publicznie, i publicznie proszono o pomoc, Moje Imię zostało wypisane na proporcach i było wzywane przez wszystkich żołnierzy. To za Moim wstawiennictwem miał miejsce cud zwycięstwa, który uratował świat chrześcijański.

    Matka Łaskawa w ciągu 16 miesięcy wielokrotnie uprzedzała, że jedynym sposobem na pokój i zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta, nie zaś pięści i butelki z benzyną.

    Młodzi warszawianie jednakże bezgranicznie ufali w moc pięści i nie widzieli powodu, by w swoje plany wtajemniczać Boga. Stolica w obliczu godziny W zachowała się tak, jak zachowują się przemądrzałe dzieci, które chcą wszystko robić same, bez pomocy Mamy i Taty!

    Nie chciano pamiętać, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga Najwyższego, który zawsze i wszędzie Sam o wszystkim decyduje!
    Nie chciano pamiętać, że to jedynie od Niego zależy, czy ludzkie plany zaowocują sukcesem, czy zakończą się porażką.
    Miał tą świadomość lud Warszawy w sierpniu 1920 roku, kiedy leżał krzyżem przed Patronką Stolicy i Strażniczką Polski, błagając o ocalenie stolicy, ocalenie Polski.

    W 1920 roku warszawianie mieli świadomość, że współpracując z Najwyższym, będą w stanie pokonać pięciokrotnie liczniejszych i zdeterminowanych bolszewików. Wiedzieli, że gdy współpracują z Bogiem, siła i moc są po ich stronie. Bo: Jeśli Bóg jest z nami, to kto przeciwko nam?

    1 sierpnia 1944 roku, w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego, Hitler wspólnie z Himmlerem wydał rozkaz, który przesądzi o losie „zbuntowanej” Warszawy: Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią. W ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy.

    Po drugiej stronie Wisły stały wojska radzieckie, Sowieci jednak nie kiwnęli palcem, by konającej Warszawie przybyć z odsieczą. Stalin zdawał sobie sprawę, że skupione w Warszawie młode pokolenie polskiej inteligencji zagraża jego koncepcji utworzenia w Polsce rządu totalitarnego. Dlatego nie przeszkadzał w zbrodni, która dokonywała się niemieckimi rękami w zbuntowanym mieście.
    Sowieci, zgrupowani na drugim brzegu Wisły, z zimną krwią przyglądali się agonii Warszawy, miasta, którego nie udało się im zdobyć i złupić w 1920 roku:
    [….]

    1 sierpnia 1944 roku o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału, młodzieńczych wizji, z realnymi możliwościami, ergo brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna, podjęta bez wsparcia się na Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się totalną, niewyobrażalną klęską, jakiej w historii Polski i narodu jeszcze nie było. Daremny był trud żołnierzy, daremna ofiara z życia i krwi osób cywilnych.

    Czas gorzki, zły, zwątpienia czas podchodzi nam pod gardło,
    Czy wszyscy zapomnieli nas, czekając, by miasto padło?…
    Na barykadach wciąż czekamy, licząc ostatnie chwile,
    Tak się powoli dopalają warszawskie Termopile…

    Tylko na Woli w dniach 3-5 sierpnia bestialsko za­mordowano pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Ogółem zginało pół miliona ludzi (wg szacunku historyka Norberta Boratyna). Z pewnością nie taki los w zamyśle Bożym miał spotkać lud Warszawy, gdyby usłuchał ostrzeżeń swej Łaskawej Matki, swej Patronki!

    Nurtuje pytanie: co w ciągu dwudziestu czterech lat, które upłynęły od bitwy warszawskiej, mogło tak bardzo odmienić serca i umysły mieszkańców stolicy, że bez oficjalnego zawierzenia Bożej Opatrzności podjęli się walki z przeważającym wrogiem? Skąd pomysł, by własnymi, wątłymi siłami, bez Bożego błogosławieństwa próbować oswobodzić stolicę? Nie od dziś wiadomo, że: jeśli Pan miasta nie strzeże, daremnie czuwają straże (Ps 127,1).

    Chrystus Pan uprzedzał: beze Mnie nic dobrego uczynić nie możecie (J 15,5). Skąd więc ta krótkowzroczność w Polsce, która w owym czasie uważała się za kraj katolicki? Gdyby orędzia Bogurodzicy zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (jak w 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej! Tak ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za dawne grzechy. Niniwici mieli czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku! Tak ocalał Rzym dwa miesiące wcześniej (5. VI.44). Dzięki modlitwie uratowało się zaminowane przez Niemców miasto, miliony ludzi ocaliły życie, o czym piszemy dalej.

    Dowódcom AK nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło im wiary, by los powstania oficjalnie, przez ręce Maryi, powierzyć Bogu Najwyższemu. Ze słów Matki Bożej, które padły na Siekierkach, wybraliśmy te z listopada 1943 roku, są one bowiem kluczem do zrozumienia przyczyny klęski Powstania Warszaw­skiego: Jak wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i nic się wam nie stanie!
    Dowódcy Armii Krajowej nie poszli w bój z Jej błogosławieństwem, okryci płaszczem Jej opieki. Nie prosili Patronki Warszawy, by skruszyła strzały Bożego gniewu godzące w miasto, nie prosili, by odrzucała, jak ongiś w Wólce Radzymińskiej, wrogie pociski, które teraz bezkarnie burzyły dom po domu. Nie byli z Maryją, więc nie mogli doświadczyć skutków Jej solennej obietnicy: i nic się wam nie stanie! Dlatego nie może nikogo dziwić, że w sierpniu 1944 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, nie powtórzył się Cud nad Wisłą z 1920 roku, nie pokonano i nie przepędzono okupanta ze stolicy!

    Nie może nikogo dziwić, że wszystko dookoła leżało w gruzach. Wszystko było zburzone i wszystko się paliło. Między jednym a drugim schronem przekopy były zniszczone. Nie było możliwości życia. Bomby padały i burzyły ulicę po ulicy, dom po domu.
    Po sześćdziesięciu trzech dniach powstanie poniosło druzgoczącą klęskę, a Warszawa została totalnie zrujnowana, wręcz starta z powierzchni ziemi. Stało się tak, jak zaplanował Hitler: Warszawa [została] zrównana z ziemią, [by] w ten sposób [stworzyć] zastraszający przykład dla całej Europy. Warschau caput! ! !

    Pół miliona niewinnych ludzi straciło życie. Słusznie zauważa ks. Kazimierz Góral: Gdy zlekceważy się przestrogi Maryi, przychodzi tylko czekać na zapowiadaną otchłań rozpaczy!

    Ponawiamy pytanie, czy tak się musiało stać? Odpowiadamy: na pewno nie! Wystarczy przyjrzeć się analogicznej sytuacji, jaka w tym samym czasie miała miejsce w okupowanym Rzymie: Rzym, maj 1944 roku. Front szybko zbliżał się do Wiecznego Miasta. Walki toczyły się zaledwie o 12 kilometrów od centrum, w pobliżu miejscowości Castel di Leva. Papież Pius XII zatroskany o bezpieczeństwo cudownego, starożytnego obrazu Madonny Bożej Miłości, nakazał przeniesienie go do rzymskiej bazyliki św. Ignacego.

    W końcu maja, gdy działania wojenne objęły przedmieścia, Papież polecił, by przed obrazem Madonny dei Divino Amore została podjęta nowenna o ocalenie miasta. Sam w imieniu mieszkańców Rzymu złożył Maryi ślubowanie. Przyrzekł, że jeśli Madonna ocali miasto, to na ruinach zamku Castel di Leva zostanie zbudowana dla cudownego obrazu nowa świątynia i zostaną erygowane organizacje religijne i charytatywne Jej imienia.

    4 czerwca 1944 roku czołgi generała Alexandra ruszyły do ataku. Niemcy byli przygotowani do zdetonowania założonych ładunków i wysadzenia w powietrze miasta. Chcieli pozostawić po sobie pamiątkę: spaloną ziemię i rumowisko gruzów (takie samo, jakie w 3 miesiące później pozostawili w Warszawie i jakie chcieli pozostawić po sobie na Jasnej Górze, w styczniu 1945 roku).
    Lud Rzymu, odmiennie niż lud Warszawy, nie sposobił się do akcji zbrojnej. Jego mieszkańcy trwali na modlitwie dzień i noc na placu przed bazyliką świętego Ignacego. Zawierzali Matce Bożej Miłości los Wiecznego Miasta, a władze magistratu oficjalnie potwierdziły gotowość wypełnienia ślubów, jakie w ich imieniu złożył Madonnie Ojciec święty.
    I oto tego samego dnia, w nocy z 4 na 5 czerwca, Niemcy nagle, z niewiadomych przyczyn, opuścili Rzym, nie detonując założonych ładunków. Nikt nie mógł pojąć, jak to się właściwie stało i dlaczego? Wszystkich: cywilów, wojskowych i polityków zadziwił ten cudowny obrót sprawy! Winston Churchill dał wyraz zdumieniu, pisząc: „Rzym zdobyto w sposób całkowicie nieoczekiwany!”

    12 czerwca 1944 r. „L’ Osservatore Romano” poinformował swoich czytelników: 11 czerwca dziesiątki tysięcy ludzi zebrały się przed Bazyliką Sant Ignazio, a wielu z nich przyszło tutaj boso. Przybyły rodziny, instytucje i szkoły. W procesji bez końca podchodzono, by ucałować obraz Madonny Bożej Miłości, by podziękować i oddać Jej cześć. Wśród rzeszy pątników znajdował się także Papież Pius XIL który przemówi! do Maryi w imieniu zgromadzonych, wyrażając Jej wdzięczność za cud bezkrwawego oswobodzenia Rzymu! Następnego dnia nieprzebrane tłumy odprowadziły procesyjnie cudowny obraz Madonny dei Divino Amore do jej siedziby w Castel di Leva.

    Rzymianie nie chcieli rozstać się ze swoją dobrodziejką! W ścianach rzymskich kamienic wykuwano nisze, gdzie wśród kwiatów i płonących lampek kró­lował obraz ich umiłowanej Matki! Magistrat Rzymu wkrótce wywiązał się ze złożonych obietnic: Czym się odpłacimy Maryi, za wszystko co nam wyświadczyła? Wypełnimy nasze śluby dla Niej, przed ludem Rzymu!

    Porównajmy skuteczność sposobów zastosowanych dla wyzwolenia dwóch europejskich stolic latem 1944 roku:
    . lud Wiecznego Miasta sposobił się do wyzwolenia stolicy, nie chwytając za broń i nie wzniecając powstania. Pod przewodnictwem swego biskupa, ojca świętego Piusa XII, złożył Bogurodzicy ślubowania i … trwał na ufnej modlitwie przed Jej obliczem;
    . papież, Głowa Kościoła katolickiego i jednocześnie biskup Rzymu, mimo realnie istniejącego śmiertelnego niebezpieczeństwa (zaminowane miasto miało być lada chwila wysadzone w powietrze!) nie opuścił miasta, by ratować życie, lecz jak Dobry Pasterz pozostał ze swoimi owcami. I był promotorem ocalenia miasta, które dokonało się w sposób duchowy, bez użycia broni i przelewu krwi. Bo jak siłą armii jest wódz, tak siłą wierzącego ludu są jego pasterze;
    ˇ prymas Polski, kard. Hlond opuścił Polskę i swoją owczarnię już we wrześniu 1939 roku;
    . w Warszawie słowa ostrzeżeń Matki Bożej, nawołujące do pokuty i modlitwy, zostały praktycznie zignorowane, trafiając jedynie do znikomej części warszawian;
    . Mater Gratiarum odwrotnie niż Madonna dei Divino Amore nie została oficjalnie zaproszona do współpracy! Pozbawione Jej matczynej opieki Powstanie upadło, hitlerowcy stolicę Polski spalili i wymordowali pół miliona jej mieszkańców;
    . rzymianie postawili na MARYJĘ i… uratowali miasto;
    . warszawianie postawili na SIEBIE i… ponieśli totalną klęskę;
    . nie chciano pamiętać, że: lepiej uciekać się do Pana, niźli pokładać ufność w człowieku (Ps 118);
    . zapomniano, że : bez Boga ani do proga!

    Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej, rozdz. pt.: Rok 1943 Matka Łaskawa objawia się na Siekierkach, czyli S.O.S dla Warszawy.

    Mistyczka z Siekierek przepowiedziała Powstanie Warszawskie

    fot. via: Wikipedia (domena publiczna)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Widziałam wielkie zagniewanie Boże”. Czy zniszczenie Warszawy było karą za grzechy?

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Rok po śmierci świętej Siostry Faustyny na polskiej ziemi wybuchł zbrojny konflikt, który przerodził się z czasem w wojnę o światowym zasięgu. Towarzyszące działaniom wojennym hitlerowskie okrucieństwo wobec ludności cywilnej wprawiło w osłupienie nawet tych, których oczy widziały niejedną straszliwą zbrodnię. Do najkrwawszych przewinień niemieckiego okupanta względem Polski zaliczyć można dokonany na mieszkańcach powstańczej Warszawy mord. Wraz z bestialsko tłumioną insurekcją niszczono dobytek całych pokoleń. Czy w wydarzeniu tym należy dopatrywać się Bożej kary, która – zgodnie z wizją wspomnianej mistyczki i stygmatyczki – miała spaść na „najpiękniejsze w Ojczyźnie miasto” za rozliczne grzechy jej mieszkańców?

    Trudno, by odwiedzającym stołeczne Muzeum Powstania Warszawskiego nie zakręciła się łezka w oku po seansie wyświetlanego tam filmu ukazującego zgliszcza polskiej stolicy po niemieckiej, niszczycielskiej nawałnicy, jaka przez nią przeszła po upadku sierpniowej insurekcji. Malowniczy, architektoniczny krajobraz miasta, nazywanego czasem „Paryżem Północy”, hitlerowski okupant przeistoczył w smętne gruzowisko, wraz z usunięciem którego żegnano opiewany w tak wielu dziełach przedwojenny świat. Granice powojennej Warszawy wyznaczyły obszar rozległego cmentarzyska, w którym obok żołnierza z karabinem leżała matka ze swym niemowlęciem. Powracającym do stolicy mieszkańcom widok ruin tętniącego niegdyś życiem miejsca mógł nasuwać biblijne obrazy miast ukaranych przez Boga za ich liczne występki.

    W upamiętniających sierpniowe wydarzenia roku 1944 tekstach spotkać się można czasem z wizją zniszczonej Warszawy jako kary Bożej za jej rozliczne przewinienia. Za takim sposobem patrzenia na dziejowy moment w historii miasta przemawiają zapisane w „Dzienniczku” słowa św. Siostry Faustyny: Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być [taka], jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę. Widziałam wielkie zagniewanie Boże i dreszcz napełnił, przeszył mi serce.

    Uważa się, że powodem Bożego zagniewania była dokonująca się w majestacie polskiego prawa zbrodnia na nienarodzonych. O duchowej wadze tej winy świadczy ogrom cierpienia, jakie Sekretarka Bożego Miłosierdzia musiała znosić, czyniąc zadość Stwórcy za wołające o pomstę do Nieba krzyki mordowanych w łonach kobiet dzieci.

    Dziś tak gorąco pragnęłam odprawić godzinę św. przed Najświętszym Sakramentem – czytamy w „Dzienniczku” – jednak inna była wola Boża; o godzinie ósmej dostałam tak gwałtownych boleści, że musiałam się natychmiast położyć do łóżka; wiłam się w tych boleściach trzy godziny, to jest do jedenastej wieczorem. Żadne lekarstwo mi nie pomogło, co przyjęłam, to zrzuciłam; chwilami odbierały mi te boleści przytomność. Jezus dał mi poznać, że w ten sposób wzięłam udział w Jego konaniu w ogrodzie i że te cierpienia Sam dopuścił dla zadośćuczynienia Bogu za dusze pomordowane w żywotach złych matek. (…)Mówiłam lekarzowi, że jeszcze nigdy w życiu podobnych cierpień nie miałam, on oświadczył, że nie wie co to za cierpienie. Teraz rozumiem co to za cierpienie, bo mi Pan dał poznać… Jednak kiedy pomyślę, że może kiedyś jeszcze będę w podobny sposób cierpieć, to dreszcz mnie przenika, (…). Obym tymi cierpieniami uratować mogła choćby jedną duszę od morderstwa.

    Prenatalne dzieciobójstwo nie było jedynym uchybieniem, jakiego dopuścił się wobec Boga polski naród, o czym Święta wzmiankuje wiele razy w swoim dziele. Duchowy stan rodaków przynaglał ją do nieustannego orędownictwa. Św. Siostra Faustyna pisała:

    Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.

    Trudno wyobrazić sobie los Polaków bez przemożnego wstawiennictwa Apostołki Bożego Miłosierdzia. Rąbek tajemnicy uchyla Siostra Faustyna w następującym fragmencie „Dzienniczka”:

    Widziałam gniew Boży ciążący nad Polską. I teraz widzę, że jeśliby Bóg dotknął kraj nasz największymi karami, to byłoby to jeszcze Jego wielkie miłosierdzie, bo by nas mógł ukarać wiecznym zniszczeniem za tak wielkie występki. Struchlałam cała, jak mi Pan choć trochę uchylił zasłony. Teraz widzę wyraźnie, że dusze wybrane podtrzymują w istnieniu świat, aby się dopełniła miara.

    Wśród ogromu ludzkich przewinień, których ciężar poznać miała polska Święta, były grzechy przeciwko ciału.

    Kiedy przyszłam na adorację, zaraz mnie ogarnęło wewnętrzne skupienie i ujrzałam Pana Jezusa przywiązanego do słupa, z szat obnażonego i zaraz nastąpiło biczowanie. Ujrzałam czterech mężczyzn, którzy na zmianę dyscyplinami siekli Pana. Serce mi ustawało patrząc na te boleści; wtem rzekł mi Pan te słowa: – „cierpię jeszcze większą boleść od tej, którą widzisz?” I dał mi Jezus poznać za jakie grzechy poddał się biczowaniu, są to grzechy nieczyste. O, jak strasznie Jezus cierpiał moralnie, kiedy się poddał biczowaniu – pisała.

    Gdy w kontekście przywołanych słów spróbujmy naszkicować duchową mapę przedwojennej Polski, to nietrudno będzie nam zauważyć wyróżniającą się na tle pozostałych miast ilość stołecznych domów rozpusty. Gdyby zapytać przedwojennego policjanta – czytamy w książce Pawła Rzewuskiego pt. „Warszawa. Miasto grzechu. Prostytucja w II RP” – co stanowi największy problem Warszawy, odpowiedziałby, że prostytucja. Co prawda stolicy Polski daleko było do Berlina z czasów Republiki Weimarskiej, barwnie ukazanego w filmie „Kabaret”, to jednak proceder ten był powszechny. I niezwykle widoczny.

    „Przybytki rozkoszy” rozlokowane były nawet w wokół Bożych Świątyń, co niezgodne było zresztą z obowiązującym wówczas prawem. Na warszawskiej mapie grzechu niechlubnie wyróżniały się dzielnice: Wola, Muranów, Powiśle i Stare Miasto. Warto zauważyć, że to właśnie w tych miejscach okupant przelał brutalnie najwięcej polskiej krwi w czasie Powstania. W labiryncie ulokowanych w centralnej części miasta uliczek przybyszowi trudno było z kolei znaleźć miejsce na nocleg, jako że właścicielom lokali opłacało się bardziej wynajmować pokoje na tak zwane „godziny”. Im dalej od śródmieścia, tym trudniej spotkać było córy Koryntu, co potwierdzą dane wskazujące na centrum stolicy jako na teren, w którym znaleźć można było najwięcej lunaparów.

    W próbie zrozumienia problemu przedwojennej prostytucji w Warszawie nie sposób nie odnieść się do przepisów regulujących ten aspekt życia II RP. W odrodzonej Polsce zakazano prowadzenia domów publicznych, legalna była natomiast prostytucja pod warunkiem stawiania się przez osobę zajmującą się nierządem na regularne badania lekarskie. Panie do towarzystwa zobowiązane były do posiadania karty zdrowia, czyli tak zwanej „czarnej książeczki”, którą – zgodnie z opisem – nie należało traktować jako „zachętę do rozpusty ani przeszkodę dla pracy”. Wszystko to było jednak papierową fikcją, ponieważ po warszawskim niebem czynne stały domy publiczne, w których zamieszkiwały zarówno zarejestrowane, jak i nielegalne prostytutki.

    Możemy być niemal pewni, że jednym ze skutków pleniącego się w stolicy nierządu były usługi płatnych morderców nienarodzonych dzieci. Trudno określić dokładną ich ilość, ponieważ tego typu przestępstwa zatajano lub nie zgłaszano organom ścigania.

    Z fragmentarycznych danych ogólnopolskich wynika, że w latach 1924–1928 odnotowywano rocznie 1233 do 1393 zgłoszeń dotyczących przeprowadzenia nielegalnych aborcji. Według obliczeń dokonanych przez Adama Czyżewicza na podstawie danych statystycznych dotyczących liczby kobiet z rozpoznaniem poronienia, które zostały przyjęte do szpitali, wynika natomiast, że w latach 1922–1938 przestępstw dokonywano rocznie od 256213 do 513237 tego typu – czytamy w artykule Mateusza Łodygi pt. „Metody i środki stosowane w procederze aborcyjnym w okresie międzywojennym na przykładzie spraw z terenu siedleckiego okręgu sądowego”.

    Skala tego procederu pokazuje, że w aborcyjnym podziemiu ginęły nie tylko dzieci zdeprawowanych matek. Kwestia „zabiegów” i środków służących przeprowadzaniu nielegalnych aborcji stanowiła swego rodzaju „tajemnicę poliszynela” w II RP, w której, co warto podkreślić, legalnie zabić można było nienarodzonego człowieka ze względu na stan zdrowia ciężarnej matki lub gdy ciąża była wynikiem przestępstwa (czyn nierządny z nieletnią lub upośledzoną, zgwałcenie, kazirodztwo). Za te, wołające o pomstę do Nieba grzechy, najdotkliwiej cierpiała znana prawie na całym świecie polska mistyczka.

    Czy wobec powyższego możemy domniemywać, że to właśnie te przewinienia ściągnęły pod koniec wojny na miasto Bożą karę, zgodnie z zapowiedzią, jaką otrzymała Apostołka Bożego Miłosierdzia? Ks. Sopoćko w swoich wspomnieniach opisuje jedną z ostatnich wizyt u chorej na gruźlicę zakonnicy:

    Znalazłem Siostrę Faustynę w szpitalu zakaźnym na Prądniku już zaopatrzoną na śmierć.(…) Jeszcze opisała mi wygląd kościółka i domu pierwszego zgromadzenia oraz ubolewała na losem Polski, którą bardzo kochała i za którą często się modliła. (…)W tym wypadku również nie zapytałem, jaki to los ma spotkać Polskę, że ona tak ubolewa. Sama mi tego nie powiedziała, tylko westchnąwszy zakryła twarz od zgrozy obrazu, który prawdopodobnie wówczas widziała.

    Modlitwa za Polskę była jedną z najczęstszych, jakich się podejmowała, o czym mówi nam sama Święta na łamach „Dzienniczka”: Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów do ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu. Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna. Nie bez powodu intencja ta była tak droga sercu zakonnicy. Wagę jej ustawicznego orędownictwa za ojczyznę dostrzec można lepiej w perspektywie cierpień, które stały się udziałem ludności cywilnej w czasie wojny. Pod tym względem hekatomba mieszkańców Warszawy w czasie Powstania i późniejsze, niemal doszczętne, zniszczenie miasta musiały nasuwać związek między wizjami i przestrogami mistyczki a stanem faktycznym.

    Powiązanie skutków sierpniowej insurekcji z przyczyną, jaką miały być grzechy zamieszkujących w stolicy ludzi, budzi do dzisiaj wiele emocji, dzieląc włączających się w dyskusję o tym na zwolenników i przeciwników takiej tezy. Trudno rozstrzygnąć powstały spór, jako że dotyka materii wymagającej spojrzenia na nią oczami wiary. Bez tej optyki nie sposób zrozumieć skierowanych do Siostry Faustyny słów Zbawiciela o szczególnym umiłowaniu przez Niego naszej ojczyzny. W obliczu dramatycznej historii obywateli II RP dane mistyczce słowo jawi się jako niedorzeczność, którą przemóc może w jakiejś mierze znajomość Biblii. W perspektywie ukazanych tam dziejów zobaczyć możemy nie tylko Bożą Sprawiedliwość, ale też Boże Miłosierdzie względem grzesznika, a w związku z tym pedagogiczny wymiar kary.

    Uprawniony wydaje się zatem sąd, że dopuszczone przez Boga skutki ludzkich działań są z jednej strony konsekwencją danej człowiekowi wolności, z drugiej zaś ukazują w jakiś sposób Bożą pedagogię w prowadzeniu człowieka. Nie możemy więc wykluczyć Bożego dopustu, jakim było zniszczenie Warszawy z powodu rozlicznych grzechów jej mieszkańców. Rozważając problem w takim ujęciu, jednego możemy być pewni. Wraz z cierpiącymi mieszkańcami stolicy współcierpiał Jezus. Prawdę tę pięknie ujął Paul Claudel, pisząc: „Ach, Panie, (…)wiemy, że Cię boli, gdy w nas uderzasz”.

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________

    „Krew będzie płynęła rynsztokami”

    fot. kadr z filmu

    ***

    Głusi na ostrzeżenia, przekonani o własnej wielkości ludzie z trudem akceptują prawdę o Bogu „Sędzim sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za złe karze”. Dlatego wielu z nas sugestia, że straszliwa hekatomba stolicy Polski, której 70. rocznicę właśnie obchodzimy, mogła być karą za grzechy przedwojennych mieszkańców Stolicy, może wydać się wręcz bluźnierstwem. Warto jednak pamiętać, że przedwojenna Warszawa była prawdziwą stolicą prostytucji i aborcji. I że kara za te grzechy była zapowiadana.

    Rzadko pamięta się też, iż przedwojenna Warszawa była prawdziwym zagłębiem haniebnych praktyk aborcyjnych. Przepisy chroniące życie od poczęcia obowiązywały w odrodzonym państwie polskim do 1932 r, choć i wówczas istniało duże „podziemie aborcyjne”. W latach 20. ruszyła jednak szeroko zakrojona akcja na rzecz wprowadzenia zmian ułatwiających zabijanie dzieci nienarodzonych. Po stronie domagającej się legalizacji aborcji „z przyczyn społecznych” szczególną aktywnością wykazywali się m. in. mason Tadeusz Boy-Żeleński i jego partnerka, działaczka feministyczna Irena Krzywicka z domu Goldberg. Antynatalistyczne lobby odniosło wreszcie sukces i w 1932 r. rządząca Polską Sanacja zalegalizowała aborcję w Polsce artykułem 233 Kodeksu Karnego (wprowadzonego rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 11 lipca 1932 r.).

    Nowe przepisy tworzyły możliwość dokonania aborcji w dwóch przypadkach: z powodu ścisłych wskazań medycznych, oraz gdy ciąża zaistniała w wyniku gwałtu, kazirodztwa bądź współżycia z nieletnią poniżej lat 15. Kodeks wprowadzał wymóg, aby „zabieg” był dokonany przez lekarza. Co najbardziej przerażające, nie określono trybu stwierdzania przesłanek umożliwiających „legalną” aborcję. Nie określono także stadium zaawansowania ciąży, do jakiego wolno dokonać aborcji. Trzeba zauważyć, że wprowadzone przez władze II RP aborcyjne regulacje mogły śmiało stawać w śmiertelne szranki z przepisami obowiązującymi w latach 1920-1936 w ZSRR.

    Tylko komunistyczne Sowiety mogły poszczycić się bardziej złowrogimi dla życia nienarodzonych przepisami.

    Według różnych danych, w okresie międzywojennym przeciętna liczba zabójstw dokonywanych na dzieciach poczętych zarówno w lekarskich gabinetach, jak i nielegalnie wynosiła od 100 do 130 tysięcy rocznie! Tylko w latach 1932-1939 mogło więc zostać zabitych nawet milion nienarodzonych Polaków! Zjawisko to nasiliło się jeszcze po 1939 roku: okupacyjne władze hitlerowskie śmiało wkroczyły w uchylone przez władze II RP bramy aborcyjnego koszmaru, wprowadzając w 1943 roku „aborcję na życzenie”. Znakomita część zbrodniczych „zabiegów” wykonywana była w Warszawie, możliwe więc, że do 1944 zabito w łonach warszawianek więcej dzieci, niż wyniosły straty w ludności cywilnej podczas samego Powstania Warszawskiego.

    Znakomita część sanacyjnej elity II RP nie przykładała szczególnej wagi do nauczania Kościoła w zakresie nierozerwalności małżeństwa i etyki seksualnej. Przykłady można mnożyć: Józef Piłsudski, Rydz-Śmigły, Walery Sławek, Józef Beck. Obraz kondycji moralnej elit – choć z pewnością przerysowany – jaki odnajdujemy w „Karierze Nikodema Dyzmy” nie odbiegał zbytnio od rzeczywistości. Promowanie stylu życia pozbawionego moralności, nagłaśnianie skandali obyczajowych, lekceważący stosunek do dramatu, jakim jest rozwód, stały się chlebem powszednim obyczajowości międzywojennej Polski, a zwłaszcza stołecznej Warszawy.

    Do największych problemów z jakim zmagali się stróże porządku przedwojennej Warszawy należała prostytucja. Pod tym względem Stolica była prawdziwym miastem grzechu. Korzystanie z „usług” panien lekkich obyczajów było zjawiskiem mocno egalitarnym. Gdzie znaleźć najbliższy lupanar wiedzieli zarówno biedni i bogaci, gimnazjaliści oraz panowie posunięci w latach.

    To, co kiedyś szokowało, powoli stawało się „normalnością”; to, co wzbudzało odrazę okazywało się „dobrodziejstwem współczesności”. W taki sposób rewolucja wprowadzała w narodowy krwioobieg swój antyporzadek oparty na nihilizmie i skoncentrowany na człowieku.

    Zapowiedź kary

    Oddajmy głos ks. kard. Augustowi Hlondowi: „Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską masońskim naturalizmem”. Jakże zatem, w kontekście szerokiej fali demoralizacji płynącej zarówno w elitach społecznych jak i wśród warstw mniej wpływowych w przedwojennej Polsce, dramatycznie brzmią słowa skierowane przez Pana Jezusa do Sługi Bożej Rozalii Celakównej:

    „Trzeba ofiary za Polskę, za grzeszny świat (…), straszne są grzechy Narodu Polskiego. Bóg chce go ukarać. Ratunek dla Polski jest tylko w moim Boskim Sercu”.

    Ponieważ mimo wielu starań do intronizacji w Polsce nie dochodziło, na parę miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej Rozalia otrzymuje następną wizję ukazującą ogrom nieszczęść, jakie spadną na Polskę, a zarazem zapewnienie, że jeśli Polska – z rządem na czele – dokona intronizacji, do zapowiadanej wojny nie dojdzie.

    „Pod koniec lutego 1939 roku – pisze Rozalia – Pan Jezus przedstawił mej duszy następujący obraz w czasie, gdy Mu polecałam naszą Ojczyznę i wszystkie narody świata. Zobaczyłam w sposób duchowy granicę polsko-niemiecką, począwszy od Śląska, aż po Pomorze, całą w ogniu. Widok był to naprawdę przerażający, zdawało mi się, że ten ogień zniszczy całkowicie cały świat. Po pewnym czasie ogień ogarnął całe Niemcy niszcząc je tak, że ani śladu nie pozostało z dzisiejszej Trzeciej Rzeszy. Wtedy usłyszałam w głębi duszy głos i równocześnie odczułam pewność niezwykłą, że tak się stanie: Moje dziecko, będzie wojna straszna, która spowoduje takie zniszczenie (…). Wielkie i straszne grzechy i zbrodnie są Polski. Sprawiedliwość Boża chce ukarać ten Naród za grzechy, zwłaszcza za grzechy nieczyste, morderstwa i nienawiść. Jest jednak ratunek dla Polski, jeśli Mnie uzna za swego Króla i Pana w zupełności poprzez intronizację, nie tylko w poszczególnych częściach kraju, ale w całym państwie z rządem na czele. To uznanie ma być potwierdzone porzuceniem grzechów, a całkowitym zwrotem do Boga (…). Tylko we Mnie jest ratunek dla Polski”. (op. cit. rozalia.krakow.pl).

    Zapowiedź wielkiego nieszczęścia i grożącej Polakom kary padła także w trakcie objawień w Siekierkach w 1943 r. Choć nie zostały one oficjalnie uznane przez Kościół, warto jednak przyglądnąć się ich treści, zwłaszcza w kontekście następujących po nich wydarzeń z sierpnia 1944 r. Matka Boża miała zwrócić się do 12-letniej Władzi Fronczak tymi słowami: „Módlcie się, bo idzie na was wielka kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo się lud nie nawraca”. Wśród słów skierowanych do dziewczynki szczególnie dramatycznie brzmią z 27 października 1943r: „Śmierć będzie dla was straszna. Krew będzie płynęła rynsztokami”.

    Szczególnie tragicznie w kontekście dramatu Powstania Warszawskiego brzmią słowa zapowiadające „straszliwą śmierć”. Choć Kościół do dziś nie ustosunkował się oficjalnie do siekierkowskich objawień, nie trudno dostrzec w nich pewnego podobieństwa do treści objawień z Fatimy. Stałym motywem objawień maryjnych pozostaje konieczność nawrócenia i pokuty oraz ostrzeżenie przed indywidualnymi i społecznymi konsekwencjami popełnianych grzechów. Nie oszukujmy się, te wezwania są ciągle aktualne. Słowa, jakie skierował Bóg do Kaina o „krwi brata wołającej z ziemi”, znakomicie pasują do współczesnego świata. Głos mordowanych nienarodzonych dzieci, szaleństwo homorewolucji, planowa destrukcja rodziny – to dramaty wołające współcześnie z ziemi do naszego Stwórcy. A jest On Sędzią sprawiedliwym…

    Łukasz Karpiel/PCh24.pl

    TEKST ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W 70. ROCZNICĘ POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niechciany Jezus z żydowskiego obrazu

    Kopia malowidła „Jezu ufam Tobie” autorstwa Pereca Willenberga w Muzeum Powstania Warszawskiego. Fot. PAP/G. Jakubowski

    Kopia malowidła „Jezu ufam Tobie” autorstwa Pereca Willenberga w Muzeum Powstania Warszawskiego. Fot. PAP/G. Jakubowski

    ***

    Czy malowidło żydowskiego artysty, które przetrwało Powstanie, uda się dziś ocalić?

    Perec Willenberg, malarz synagog, we wrześniu 1944 r. mieszkał – a właściwie ukrywał się pod nazwiskiem Karol Baltazar Pękosławski – w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 60. Przez swój żydowski akcent nie mógł ukryć swojego pochodzenia, dlatego też często musiał zmieniać miejsce pobytu.

    – Przeprowadzaliśmy się z miejsca na miejsce. Wcześniej mieszkaliśmy u pani sędziny przy ul. Natolińskiej, dokąd trafiliśmy z ul. Grójeckiej 104, bo pod numerem 80 zaczęły się już aresztowania – mówi Samuel Willenberg, 90-letni syn Pereca. Dla większego bezpieczeństwa ojciec przy ul. Marszałkowskiej udawał niemowę. – Nawet do mnie zwracał się, pisząc na kartce – wspomina Samuel Willenberg, który swoją historię opisał w książce „Ucieczka z Treblinki”. W przygotowaniu jest film na ten temat.

    Samuel Willenberg jest także artystą, rzeźbiarzem. Po wizycie Jana Pawła II wyrzeźbił postać Papieża nad rozwiniętym zwojem Tory, która może już niedługo stanie w Warszawie. Jest ostatnim żyjącym uczestnikiem buntu w niemieckim obozie zagłady w Treblince, skąd uciekł 2 sierpnia 1943 roku, przedostał się do stolicy i walczył w Powstaniu Warszawskim.

    – Akurat 4 września byłem na barykadzie na Mokotowskiej. Śródmieście było wtedy bombardowane przez Niemców. Zobaczyłem, jak w okolice domu, gdzie był ojciec, uderzyły cztery pociski nazywane krowami. Pobiegłem do ojca, który mieszkał na pierwszym piętrze. Leżał na łóżku, przykryty kurzem i gruzem, mówił, że źle się czuje. – Tato – mówię – zejdź do schronu. Zanim wyszliśmy z mieszkania, tata poszedł do pokoju i zabrał ze sobą pudełko, w którym trzymał akwarele, pędzle, węgiel, ołówki i pastele. Brodząc w gruzie, zaczęliśmy schodzić z pierwszego piętra na parter. Tata zatrzymał się przy zejściu do piwnicy i nie chciał już schodzić. Zaczął rysować ołówkiem i węglem głowę Chrystusa – opowiada Samuel Willenberg.

    Wizerunek Chrystusa Perec Willenberg opatrzył napisem: „Jezu Ufam Tobie”. – Ludzie nabrali wtedy takiej otuchy, nadziei, że ocaleją, przeżyją wojnę – opowiada z werwą Samuel Willenberg.

    Ocalenie budynku uznali za cud i przypisali go wizerunkowi Jezusa, bo kamienice wokół zostały zburzone. Jako drugi cud uznali to, że Perec Willenberg zaczął mówić.

    – W tamtym czasie wszystkie zapasy żywności zostawiliśmy na ul. Natolińskiej. Po tym wydarzeniu tata zapraszany był przez mieszkańców na posiłki – opowiada.

    Dlaczego żydowski malarz namalował ten niezwykły, głęboko katolicki w swojej wymowie wizerunek, wtedy z mało znanym jeszcze zawołaniem, które brzmi jak wyznanie wiary? Co działo się wtedy w jego sercu? Na to pytanie mógłby odpowiedzieć tylko on sam. Wiadomo, że w czasie okupacji malował obrazy Chrystusa, Matki Bożej i świętych, żeby zarobić na utrzymanie. Do obrazów często pozował mu syn Samuel. Tak powstał – zachowany do dziś – obraz Jezusa Miłosiernego w kościele św. Stanisława w Siedlcach.

    – W czasie okupacji ojciec malował obrazy dla kościołów, z tego żył, ale wtedy, w Powstaniu, to był impuls. Zaczął rysować Chrystusa, schodząc do piwnicy. To w żadnym stopniu nie było zaplanowane – powiedział Samuel Willenberg 29 sierpnia, kiedy kopia Jezusa z kamienicy przy ul. Marszałkowskiej odsłaniana była w Muzeum Powstania Warszawskiego. Ale ten obraz nie był wykonany na niczyje zamówienie i nie był na sprzedaż. Został przecież namalowany bezpośrednio na sklepieniu.

    Perec Willenberg był utalentowanym artystą, jednym z najbardziej cenionych malarzy fresków w synagogach. Wskazuje się go jako twórcę nowego żydowskiego stylu w sztuce. – W synagodze nie można malować twarzy. Ojciec używał w malowidłach hebrajskich liter – wyjaśnia syn artysty.

    Perec Willenberg ozdobił m.in. synagogę w Opatowie, Częstochowie i w Piotrkowie. Organizował wystawy z Romanem Kramsztykiem, Stanisławem Wyspiańskim, Jackiem Malczewskim i Leonem Wyczółkowskim. Pracował także jako nauczyciel rysunku w żydowskim gimnazjum w Częstochowie. W tym mieście spędzał z rodziną ostatnie lata przed wybuchem wojny: z żoną Maniefą, córkami Itą i Tamarą, które zginęły w Treblince, oraz z synem Samuelem, któremu z Treblinki udało się uciec, aby dziś dawać świadectwo prawdzie. Perec Willenberg przeżył wojnę. Zmarł na gruźlicę w 1947 r. w Łodzi.

    Trzy lata później, w 1950 r. Samuel z matką i żoną wyjechali do Izraela.


    KOPIA W MUZEUM

    – Kiedy w 1983 r. rząd komunistyczny w Polsce zezwolił na przyjazdy grupom z Izraela, przybyliśmy tu z żoną i córką. Jechałem tramwajem ul. Marszałkowską i zdumiony zobaczyłem, że kamienica z numerem 60 wciąż stoi. Wszedłem do klatki, a tam przy zejściu do piwnicy nadal był rysunek taty – wspomina Samuel Willenberg. Wtedy jeszcze nie wiedział, że podczas remontów wizerunek był starannie chroniony przez robotników.

    Podczas kolejnej z wizyt okazało się, że wizerunek Chrystusa przy ul. Marszałkowskiej został zasłonięty. – W sierpniu 2010 r. Samuel Willenberg zwrócił się do nas o zaopiekowanie się malowidłem i pomoc w wynegocjowaniu dostępu dla zwiedzających – mówi Anna Grzechnik z Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Wspólnota mieszkaniowa nie zgodziła się jednak na udostępnienie wizerunku. – Nie pozwolono nam na umieszczenie w bramie budynku kopii, wizerunku i tablicy z informacją o tej niezwykłej powstańczej pamiątce. Nie mogliśmy wykonać także kopii do Muzeum Powstania Warszawskiego – mówi Anna Grzechnik. – Kopię wykonano na podstawie zdjęcia zrobionego przez Samuela Willenberga w latach 80.

    Odsłonięta została z udziałem Samuela Willenberga w Muzeum Powstania Warszawskiego 29 sierpnia. – Przygotowane dla niej miejsce nie jest przypadkowe. Znalazła się na ekspozycji poświęconej żydowskim artystom, obok jest fragment wystawy na temat Władysława Szpilmana. Kopię malowidła Willenberga scenograficznie umieściliśmy tak, by przypominała klatkę schodową – miejsce, gdzie znajduje się oryginał – tłumaczy Anna Grzechnik.

    ORYGINAŁ NISZCZEJE

    Kiedy 3 września odwiedziłam kamienicę przy ul. Marszałkowskiej 60, swobodnie weszłam nie tylko na dziedziniec. Otwarte były też drzwi na klatkę schodową, gdzie schronił się Perec Willenberg. Podobnie otwarta była krata w zejściu do piwnic. Odpadająca ze ścian farba, wytarte od stóp drewniane schody – klatka czeka na remont i zapewne lepiej musiała wyglądać w czasie wojny.

    Czy tak powinno wyglądać zabezpieczenie cennego zabytku? Biuro Stołecznego Konserwatora Zabytków pytane o sprawę wyjaśnia, że od ośmiu lat wie o istnieniu malowidła. Jak nas informuje, wydało „zalecenia dla użytkownika obiektu, w których zasugerowano zabezpieczenie obiektu przed ewentualnym zniszczeniem, które mogło nastąpić podczas prowadzonych wówczas prac remontowych w budynku”. Dodaje, że konsultowało zabezpieczenie malowidła z konserwatorem malarstwa ściennego, a jego trwałość monitorowana jest przez Zarząd Gospodarowania Nieruchomościami, któremu podlega budynek.

    Drążenie sprawy odsłania jednak coraz większy bałagan w miejskich instytucjach. Tam chyba nikt liczy się z narodowym dobrem. Zakład Gospodarowania Nieruchomościami odpowiada, że to konserwator monitoruje jakość zabezpieczenia malowidła, a ostatnia kontrola odbyła się rok temu.

    – Według oceny naszego pracownika, od strony konserwatorskiej zabezpieczenie malowidła jest niewystarczające i może przyczynić się do jego uszkodzenia – ocenia Anna Grzechnik z Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Są sprzeczne informacje dotyczące wpisu malowidła do rejestru zabytków. Jednego dnia Agnieszka Kasprzak z Biura Stołecznego Konserwatora Zabytków (BSKZ) informuje w rozmowie telefonicznej, że sprawa wpisu malowidła do rejestru zabytków jest w toku u wojewódzkiego konserwatora zabytków. Następnego dnia redakcja otrzymuje informację, że jest inaczej: obiekt nie jest pod ochroną konserwatora, nie został wpisany do rejestru zabytków, do chwili obecnej nie wszczęto postępowania w tej sprawie. Odpowiedzialność za wpis do rejestru BSKZ przerzuca na mazowieckiego konserwatora i właściciela budynku. – Jeśli pani redaktor ma w domu zabytkowy wazon, to co do tego ma konserwator zabytków? – konkluduje Agnieszka Kasprzak z BSKZ.

    Biuro Stołecznego Konserwatora Zabytków nie widzi różnicy pomiędzy zabytkowym wazonem w prywatnym mieszkaniu a zabytkowym malowidłem w warszawskim budynku! Czy to znaczy, że niezwykłe malowidło – podwójnie unikatowa pamiątka, bo i ocalonego żydowskiego artysty, i Powstania Warszawskiego – może podzielić los innych zdewastowanych obiektów: 100-letniego budynku koszar przy Łazienkach Królewskich albo XIX-wiecznej parowozowni na Pradze, która nie znalazła się w rejestrze zabytków?

    A może sprawa wyraźnie niechcianego wizerunku Chrystusa, który stawia nas wobec wielu pytań bez odpowiedzi, ma jakieś drugie dno?

    Irena Świerdzewska/Idziemy nr 37 (418), 15 września 2013 r.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie ma, jak u Mamy:

    Matka Boska Armii Krajowej

     

    „Nie ma, jak u Mamy” to nasz radiowy cotygodniowy cykl internetowy, w którym pragniemy przybliżać Matkę Bożą. Jej życie, Jej skuteczne wstawiennictwo, Jej „obecność” w życiu świętych, modlitwy do Maryi, miejsca Jej kultu, a także wizerunki Matki Bożej. Może na wzór św. Maksymiliana, który, jak napisał o. Roman Soczewka – „lubił soboty i radością z tego dnia dzielił się ze współbraćmi zakonnymi, wygłaszając im pogadanki lub konferencje o Matce Bożej Niepokalanej.”

    ***

    Z okazji 77. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, pragniemy zapoznać Państwa z historią powstania niezwykłego obrazu, zatytułowanego „Matka Boska Armii Krajowej”. Obraz namalowała podczas Powstania Warszawskiego Irena Pokrzywnicka, a inspracją do tego było kazanie ks. Apolinarego Leśniewskiego.

    Obraz przedstawia „Madonnę z Dzieciątkiem w strojnej szacie, w koronach, osłaniającą prawym ramieniem powstańca. Żołnierz jest w stopniu kaprala, w mundurze wojskowym, furażerce na głowie i z krzyżykiem na szyi. Dzieciątko Jezus trzyma nad głową powstańca gałązkę wawrzynu – symbol zwycięstwa i męczeństwa, w tle widać zaś płonącą Warszawę (prawdopodobnie jest to zarys uszkodzonych wież kościoła Najświętszego Zbawiciela)”.

    Dzieło Ireny Pokrzywnickiej powstawało podczas niemieckich ostrzałów. Mimo tego artystka nie zeszła do schronu i za wszelką cenę pragnęła dokończyć pracę, przedstawiającą Maryję, osłaniającą powstańca… „Malarka tłumaczyła później swój upór tym, że obraz musiał być gotowy dla ks. Apolinarego na wieczorną Mszę św.” – czytamy na stronie przystanekhistoria.pl  W rezultacie Pokrzywnicka została ranna, malowany przez nią obraz nie został jednak zniszczony, ani nawet uszkodzony.

    Malarka wykonała także ok. 4 tys. obrazków z reprodukcją Matki Boskiej Armii Krajowej. Obrazki te były rozdawane żołnierzom, a celem tych działań było dodanie walczącym otuchy i wiary w zwycięstwo.

    Dzieło życia Ireny Pokrzywnickiej przetrwało w ukryciu aż do 1962 r., kiedy to ks. Apolinary przekazał je kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. W Pałacu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej obraz przebywał do 2008 r., kiedy abp Kazimierz Nycz przekazał go Muzeum Powstania Warszawskiego. Jego kopia  jest wystawiana podczas Mszy św. odprawianej na ołtarzu polowym cmentarza Powstańców Warszawy na Woli w każdą rocznicę wybuchu powstania.

    Więcej na temat Ireny Pokrzywnickiej, ks. Apolinarego Leśniewskiego, ich spotkania i wzajemnej inspiracji, a także niezwykłego obrazu Matki Boskiej Armii Krajowej można przeczytać na stronie Instytutu Pamięci Narodowej – przystanekhistoria.pl 

    radio NIEPOKALANÓW/31 lipca 2021

    ***


    „Matka Boska Powstańcza”

    Bóg Ci słońca na dłonie Twe nie żałował
    ani ciszy na usta Twe zbyt mało dał –
    broń bym zdobył dla Ciebie, o głodzie wędrował,
    potajemnie orzechy na ołtarz Ci rwał.

    Najświętsza, utracona, z rozkazami spalona –
    w barykady równoczarnym strumieniu –
    z Tobą twarz zapłakana, z Tobą bitwy do rana
    i uśmiechy, i sen na kamieniu.

    ks. Jan Twardowski

    ***

    Matka Boża Armii Krajowej

    Historia obrazu Matki Bożej Armii Krajowej jest niezwykłym świadectwem zawiłości losów Polski i Polaków w XX wieku oraz bezcennym skarbem wiary i patriotyzmu. Ten wyjątkowy wizerunek maryjny powstał w ciągu zaledwie kilku dni sierpnia 1944 roku. Jego autorka, wszechstronna artystka Irena Pokrzywnicka (była nie tylko malarką, ale też projektantką mody i wnętrz), na początku Powstania Warszawskiego zaprzysiężona na żołnierza Armii Krajowej, w czasie Mszy Świętej polowej w święto Wniebowzięcia NMP wysłuchała kazania ks. Apolinarego Leśniewskiego, kapelana AK. Pod wpływem jego słów poczuła natchnienie do namalowania obrazu, na którym Matka Boża z Dzieciątkiem osłania swoją ręką powstańca w stopniu kaprala, w mundurze i z krzyżykiem na szyi, na tle płonącej Warszawy.

    Już sam proces powstawania obrazu był niesamowity: w trakcie jego malowania Niemcy rozpoczęli ostrzał artyleryjski i trafili w pracownię Pokrzywnickiej – malarka została powalona na ziemię, ale płótno nie doznało żadnego uszczerbku. Następnie, po przekazaniu obrazu ks. Leśniewskiemu, Matka Boża Armii Krajowej została umieszczona w ołtarzu polowym przy ul. Marszałkowskiej, który w toku walk powstańczych został zniszczony, lecz obraz ponownie ocalał i został wyciągnięty z gruzów. Po kapitulacji powstania ks. Leśniewski ukrył go w swoim mieszkaniu, które później zostało obrabowane – ale obrazem złodzieje się nie zainteresowali. Po raz czwarty groźba zniszczenia zawisła nad wizerunkiem Matki Bożej Armii Krajowej już po wojnie, gdy funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa przeprowadzali rekwizycję na plebanii w Sieradzu, gdzie posługiwał wówczas ks. Leśniewski. Na szczęście obraz nie został znaleziony.

    Obecnie Matka Boża Armii Krajowej znajduje się na stałe w Muzeum Powstania Warszawskiego. Jednakże raz do roku, w rocznicę powstania, jest wystawiana podczas Mszy Świętej na Cmentarzu Powstańców Warszawy, gdzie cześć oddają jej tłumy mieszkańców stolicy, ostatni żyjący powstańcy i wszyscy, którym drogi jest ten wizerunek maryjny.

    Marcin Więckowski/artykuł z PzM 119 lipiec/sierpień 2021

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego Bóg karze? O. Salij: Bo kocha!

    Lot z córkami ucieka z Sodomy, za nimi odwracająca się jego żona

    ilustracja z 1918 via: Wikipedia (domena publiczna) /fot. screenshot – YouTube (Teologia Polityczna)

    ***

    Dlaczego Bóg karze? O. Salij: Bo kocha!

    Nie wiem, skąd mi się wzięło takie przekonanie, że Kościół współczesny nie naucza już o karze Bożej, gdyż było to nazbyt ludzkie ujmowanie stosunku Boga do ludzi. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w Apokalipsie przeczytałam tę oto modlitwę: “Dokądże, Władco święty i prawdziwy, nie będziesz sądził i wymierzał za krew naszą kary tym, co mieszkają na ziemi?” (6,10) Jak się wtedy poczułam, zachowam to dla siebie. W każdym razie zrozumiałam, że Pismo Święte nie tylko mówi o karze Bożej za grzechy, ale mówi to jeszcze w taki sposób, że nawet gdyby ktoś nie znał teorii resentymentu, to i tak w duchu tej teorii przytoczoną tu modlitwę zrozumie. Myślę, że Kościół i teologia mają takieś metody ochrony wiernych przed nazbyt ludzkim rozumieniem takich wypowiedzi Pisma Świętego. Sama nie wiem, czego ja od Ojca oczekuję. Najprościej by było, gdyby Ojciec napisał, co myśli na temat kary Bożej.

    odpowiedź o. JACKA SALIJA OP:

    Postaram się nie powtarzać tego, co napisałem w tekście o gniewie Bożym (znajduje się on w mojej książce pt. Pytania nieobojętne). Próbowałem tam pokazać, iż nie tylko jest tak, że miłosierdzie Boże jest większe od Jego gniewu, ale również sam gniew Boży jest przejawem Jego miłości do nas. To po prostu niemożliwe, żeby Bóg był obojętny wobec zła, jakie czynimy. Znaczyłoby to, że my sami jesteśmy Mu obojętni, czyli że nas nie kocha.

    Przeinaczylibyśmy również prawdę o karze Bożej, gdybyśmy nie umieli w niej dostrzec przejawu Bożej miłości. Najpierw zauważmy, że tak już jesteśmy stworzeni, że czynienie zła i trwanie w złu niszczy nas i sprowadza na nas nieszczęście. Tutaj nie potrzeba nawet żadnej dodatkowej kary. Po prostu tak to już jest, że kto szuka korzyści lub szczęścia, nie licząc się z Bożymi przykazaniami, prędzej czy później przekona się, że działał przeciwko samemu sobie. Wprawdzie można powiedzieć, że na syna marnotrawnego Bóg w końcu zesłał karę. Ale przecież samo jego postępowanie prowadziło go do coraz to głębszej degradacji. Jak powiada przysłowie: “zło trawi samo siebie”.

    I to jest pierwsza różnica, jaka dzieli karę Bożą od kar ludzkich: Ludzie wymierzają karę w następstwie jakiegoś przestępstwa, kara Boża zawarta jest już w samym grzechu, tyle że grzesznik nie zawsze od razu to spostrzega. “Twoja niegodziwość cię karze — wypomina Bóg swojemu grzesznemu ludowi — twoje przestępstwo jest tym, co cię chłoszcze. Poznaj i zobacz, jak źle ci i gorzko, żeś opuściła Pana, Boga twego, i żadnej trwogi nie miałaś przede Mną” (Jr 2,19; por. 6,19).

    Pomyślmy sobie teraz, jakie to by było straszne, gdyby grzech nie sprowadzał na nas nieszczęścia. To by było gorzej jeszcze, niż kiedy żonie mąż nie jest potrzebny do szczęścia. Bo wprawdzie nie jest to normalne, że małżonkowie nie są sobie potrzebni do szczęścia, ale taką sytuację da się jeszcze wyobrazić. Jakże jednak człowiek może być szczęśliwy bez Boga? To trochę tak, jakby ktoś chciał oddychać bez powietrza albo najeść się tym, że mu się śniło jedzenie. Skoro grzech jest odejściem od Boga, rozumie się samo przez się, że jest to droga ku samozniszczeniu. Świat byłby absurdalny, gdyby było inaczej.

    “Grzech sam w sobie jest karą” — powiada mądre przysłowie. To prawda, że czasem działa on jak narkotyk i może dać człowiekowi na jakiś czas poczucie szczęścia i spełnienia, ale obiektywnie każdy grzech zmienia sytuację człowieka na gorsze. Toteż najbardziej tragiczną i przeklętą karą za grzech jest to, że otwiera on wrota do grzechów następnych. Jak powiada Apostoł Paweł: Tych, którzy nie liczą się z Bogiem, “wydał Bóg na pastwę ich bezużytecznego rozumu, tak że czynią to, co się nie godzi” (Rz 1,28).

    My czasem sądzimy, że utrapienia, które nas spotykają, są karą za nasze grzechy. Otóż tylko w szerokim sensie może to być prawda. Przecież nawet wówczas, kiedy są one oczywistym skutkiem jakichś naszych grzechów, stanowią raczej miłosierne upomnienie, żebyśmy jak najszybciej porzucili grzech, gdyż niszczy w nas samą duszę. W Piśmie Świętym czytamy nieraz, że grzesznik, któremu wszystko wiedzie się pomyślnie, powinien się tym bardzo zaniepokoić — kto wie, może to jest znak, że sam Bóg traci już nadzieję na jego nawrócenie.

         
        Pamiętny wyraz tej intuicji dał Adam Mickiewicz:
        Onego czasu w upał przyszli ludzie różni
        Zasnąć pod cieniem muru; byli to podróżni.
        Między nimi był zbójca; a gdy inni spali,
        Anioł Pański zbudził go: “Wstań, bo mur się wali”.
        On zbójca był ze wszystkich innych najzłośliwszy:
        Wstał, a mur inne pobił. On ręce złożywszy
        Bogu dziękował, że mu ocalono zdrowie.
        A Anioł Pański stanął przed nim i tak powie:
        “Ty najwięcej zgrzeszyłeś! kary nie wyminiesz,
        Lecz ostatni najgłośniej, najhaniebniej zginiesz”.
         

    Nie będę tu wskazywał wszystkich biblijnych źródeł tej poetyckiej przypowieści z Dziadów, części trzeciej, ale warto przynajmniej przytoczyć tu następującą wypowiedź Drugiej Księgi Machabejskiej: “Znakiem wielkiego dobrodziejstwa jest to, iż grzesznicy nie są pozostawieni w spokoju przez długi czas, ale że zaraz dosięga ich kara. Nie uważał bowiem Pan, że z nami trzeba postępować tak samo, jak z innymi narodami, co do których pozostaje cierpliwy i nie karze ich tak długo, aż wypełnią miarę grzechów. Nie chciał bowiem karać nas na końcu, dopiero wtedy, gdyby nasze grzechy przebrały miarę. A więc nigdy nie cofa On od nas swojego miłosierdzia; choć wychowuje przez prześladowania, to jednak nie opuszcza swojego ludu” (2 Mch 6,13-16; por. Am 4,6-12).

    Sami wiemy najlepiej, że to trudne miłosierdzie Boga wobec nas — miłosierdzie wyrażające się spuszczaniem na nas utrapień — bywa szczególnie skuteczne. Iluż to ludzi pod wpływem doznanych utrapień opamiętało się! “Wszystko, co na nas sprowadziłeś — modli się pokornie Azariasz — i wszystko, co nam uczyniłeś, uczyniłeś według sprawiedliwego sądu. (…) Niech jednak dusza strapiona i duch uniżony znajdą u Ciebie upodobanie. (…) Nie zawstydzaj nas, lecz postępuj z nami według swojej łagodności i według wielkiego swego miłosierdzia!” (Dn 3,31.39.42)

    Właśnie w tej perspektywie należy rozumieć modlitwę z Apokalipsy, która tak Panią zaniepokoiła. Proszę zauważyć, że nie jest to modlitwa ludzi takich samych jak my, a więc narażonych na subiektywizm oraz ciemne uczucia wobec swych prześladowców. Jest to modlitwa męczenników, którzy już oglądają święte oblicze Boga. Czyż serce nie podpowiada nam, że oni błagają Boga, aby nie zrażał się zatwardziałością swoich nieprzyjaciół, ale miłosiernie spuścił na nich utrapienia? Przecież nawet skałę da się skruszyć!

    Podsumujmy. O karze za grzechy mówi słowo Boże jakby na dwóch płaszczyznach. W sensie ścisłym karą za grzech są ciemności przebywania poza obecnością Bożą, wystawienie samego siebie na pustkę i bezsens. Mówiąc inaczej, karą za grzech jest sam grzech; nasze przebywanie w świecie bez Boga.

    Pismo Święte mówi ponadto o karze za grzech w sensie nieścisłym. Są to utrapienia, będące albo zwyczajną konsekwencją naszych grzechów, albo nawet przychodzące na nas w wyniku szczególnej ingerencji Bożej Opatrzności w nasze życie: abyśmy zaprzestali wreszcie iść do własnej zguby. Tego rodzaju “kara” jest znakiem Bożego miłosierdzia: Bóg usiłuje w ten sposób przywrócić nas do duchowej przytomności, abyśmy nie spadli do przepaści.

    Dla uniknięcia nieporozumień dodajmy jeszcze, że nie wszystkie utrapienia, które nas spotykają, muszą mieć właśnie ten sens. Bóg dopuszcza na nas również takie utrapienia, które stanowią raczej próbę i oczyszczenie niż wezwanie do opamiętania. “Bo kogo Bóg miłuje, tego karze. Chłoszcze zaś każdego, kogo uznaje za syna” (Prz 3,12; Hbr 12,6).

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Charbel. Potężny Znak od Boga dla Niewierzących

    fot.LLEW via Wikipedia, CC BY-SA 4.0

    ***

    Św. Charbel. Potężny Znak od Boga dla Niewierzących

    “Kto stanie przed Bogiem bez miłości , będzie musiał ponieść wszystkie konsekwencje swoich grzesznych wyborów i egoistycznego postępowania”

     „ W chwili śmierci będzie się liczyła tylko miłość.

    W chwili śmierci grzesznik najbardziej będzie się obawiał swego braku odpowiedzi na nieskończoną miłość Boga i będzie to opłakiwał.

    Wszystkie bogactwa materialne , sława , władza , pozycja społeczna i najróżniejsze sukcesy wraz ze śmiercią pozostaną na tej ziemi.

    W chwili śmierci będzie się liczyła tylko miłość.

    Kto stanie przed Bogiem bez miłości , będzie musiał ponieść wszystkie konsekwencje swoich grzesznych wyborów i egoistycznego postępowania.

    Arogancja zawsze prowadzi do grzechu , a brak przebaczenia i nienawiść prowadzi do potępienia wiecznego.

     Módlmy się więc i nawracajmy.

    Otwórzmy dla Chrystusa bramy naszych serc , aby mógł On tam zamieszkać .

    Święci są czytelnymi znakami obecności i działania niewidzialnego Boga.

    Za ich  pośrednictwem Jezus Chrystus nieustannie dokonuje różnych cudów i znaków , poprzez które wzywa nas do nawrócenia.”  – Orędzie św Charbela.


    Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie (J 4, 48)



    Pan Jezus za pośrednictwem tego świętego dokonał tysięcy cudów, jak podaje portal Adonai — W sanktuarium św. Charbela w miejscowości Annaya znajduje się obfita dokumentacja o przeszło sześciu tysiącach cudownych uzdrowień. Z pewnością jest to tylko mała część tych cudownych znaków, które się dokonały za wstawiennictwem świętego pustelnika z Libanu. Dziesięć procent z nich dotyczy osób nieochrzczonych, muzułmanów, druzów i wyznawców innych wyznań.| To dane z 2006 roku.

    Jak podaje ks Jarosław Cielecki, dyrektor Watykańskiego Serwisu Informacyjnego — Film „Liban. Ziemia Świętych” przedstawia m.in. postać św. Charbela i św. Rafki – opowiada o nich kardynał Bechara Rai, patriarcha maronicki…
    Św. Charbel był pustelnikiem, urodził się w 1828 roku i żył 70 lat. Po śmierci, jego ciało nie uległo rozkładowi i z niego wydobyło się ponad 100 litrów oleju. W 1993 roku Święty przyszedł do sparaliżowanej kobiety Nochad al Hami, którą we śnie zoperował. Na szyi uzdrowionej Libanki pozostały rany po zabiegu, a krwawe blizny są widoczne do dziś. O swoim uzdrowieniu Nochad opowiada w filmie. Obecnie zarejestrowano już ponad 23 tysiące cudów za wstawiennictwem św. Charbela. Co roku do jego grobu w Annaya przybywa ponad 4 milionów pielgrzymów, prosząc i dziękując za otrzymane łaski.|

    5 grudnia 1965 r. papież Paweł VI beatyfikował, a 9 października 1977 r. kanonizował o. Charbela Makhloufa. Spośród tysięcy cudownych uzdrowień przypisywanych wstawiennictwu św. Charbela trzy zostały wybrane do zakończenia procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego.

    W 1936 r. trzydziestoletnia siostra zakonna Maria Abel Kamari ciężko zachorowała – doznała rozległego owrzodzenia żołądka. Po dwóch operacjach nie było żadnej poprawy – kobieta dalej nie mogła jeść, ponadto nastąpiło u niej odwapnienie kości, straciła zęby, a jej prawa ręka została sparaliżowana. W 1942 r. problemy żołądkowe siostry Marii nasiliły się do tego stopnia, że już nawet nie wstawała z łóżka, gdyż istniało stałe niebezpieczeństwo śmierci. Po przyjęciu sakramentu namaszczenia chorych zakonnica zaczęła gorąco się modlić o powrót do zdrowia za wstawiennictwem św. Charbela. Na jej usilną prośbę 11 lipca 1950 r. zawieziono ją do grobu Świętego Pustelnika. Kiedy s. Maria dotknęła grobu, poczuła w całym swoim ciele jakby elektryczny wstrząs. Otarła wtedy chusteczką tajemniczy płyn, który wypływał z ciała św. Charbela i przenikał przez marmurowy sarkofag. I kiedy potarła mokrą tkaniną chore części ciała, natychmiast wstała o własnych siłach z noszy i zaczęła normalnie chodzić. Widząc to, zgromadzeni ludzie z wielką radością zaczęli krzyczeć, że stał się cud. Od tego momentu kobieta została całkowicie uzdrowiona, co potwierdziły późniejsze szczegółowe badania lekarskie.

    Iskander Obeid był kowalem. W 1925 r. podczas pracy w kuźni odłamek metalu poważnie uszkodził jego prawe oko. Dziwnym zbiegiem okoliczności w roku 1937, również w czasie pracy, to samo oko zostało tak mocno zranione, że mężczyzna przestał nim w ogóle widzieć. Lekarze zdecydowali się wówczas na jego usunięcie. Pomimo tego, że Iskander odczuwał nieustanny ból uszkodzonego oka, nie zgodził się, aby je usunięto. W 1950 r. zaczął żarliwie się modlić o uzdrowienie za wstawiennictwem św. Charbela. Pewnej nocy w czasie snu zobaczył Świętego Pustelnika, który prosił go, aby udał się z pielgrzymką do jego grobu w klasztorze Annaya. Iskander zdecydował się tam pojechać 18 października 1950 r. Gdy dotarł na miejsce, ból oka tak bardzo się nasilił, że z tylko z wielkim trudem mógł go znosić. Po spowiedzi i przyjęciu Jezusa w Komunii św. Iskander długo się modlił przy grobie św. Charbela. W nocy przyśnił mu się Święty Pustelnik, który go pobłogosławił. Kiedy rano się obudził, stwierdził ku swojej wielkiej radości, że doskonale widzi na prawe oko, a ból całkowicie ustał. Komisja lekarska potwierdziła fakt całkowitej, cudownej regeneracji uszkodzonego oka Iskandra Obeida.

    Mariam Assai Awad, Syryjka mieszkająca w Libanie, dowiedziała się, że jest chora na raka żołądka, gdy nastąpiły już przerzuty na jelita i gardło. Operacje w 1963 i 1965 r. nic nie pomogły. Z medycznego punktu widzenia Mariam nie miała żadnych szans na wyleczenie, została więc wypisana ze szpitala, aby mogła umierać w swoim domu. Chora zaczęła wtedy wzywać pomocy św. Charbela. Pewnej nocy w 1967 r. przed zaśnięciem gorąco pomodliła się za wstawiennictwem św. Charbela o swoje całkowite uzdrowienie. I kiedy obudziła się rano, stwierdziła, że wszystkie symptomy jej choroby zniknęły. Lekarze z miejscowego szpitala przeżyli prawdziwy szok, kiedy zobaczyli Mariam poruszającą się o własnych siłach. Szczegółowe badania potwierdziły, że kobieta została w niewyjaśniony sposób całkowicie uzdrowiona.

    Podobnych cudów dokonanych za pośrednictwem św Charbela jest od groma. W internecie znajdziemy ich całą masę, również z opiniami lekarzy, takich jak np sławny libański chirurg – dr Nabił Hokayem.

    AdrianJ/Fronda

    ______________________________________________________________________________________________________________


    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA 3 SIERPNIA – KAPLICA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI KAPŁANÓW

    ***

    Każdy pierwszy czwartek miesiąca jest przypomnieniem tego, co świętujemy w Wielki Czwartek. Teologia liturgii przychodzi nam tutaj z pomocą i określa owo przypominanie jako anamnezę (gr. anamnesis – przypominać, czynić pamiątkę).

    Słowo być może wydaje się trudne, ale chodzi tutaj o to, że za każdym razem, kiedy w liturgii coś wspominamy, to jednocześnie dana prawda lub konkretne wydarzenie uobecnia się między nami. Tym samym zbawcze dzieło Chrystusa jest kontynuowane w każdym miejscu i czasie. Sam Jezus daje nam wskazanie, mówiąc: „To czyńcie na moją pamiątkę (gr. anamnesin)!”.

    W czwartek, poprzez anamnezę, uczestniczymy w Ostatniej Wieczerzy i z Jezusem wchodzimy na drogę Jego Męki. Na pierwszy plan wysuwają się tu dwa ważne wydarzenia: ustanowienie Eucharystii i kapłaństwa.

    Dzień Eucharystii

    Pierwszy czwartek miesiąca jest dniem Eucharystii, a w związku z tym jest przede wszystkim czasem dziękczynienia. Dziękujemy w nim za największy z cudów, ale także za Kościół i to wszystko, co przyczynia się do naszego zbawienia.

    W praktyce najlepszym uczczeniem tego dnia jest przyjęcie Komunii Świętej w duchu dziękczynienia za otrzymane dary. Przedłużając ten moment, warto poświęcić chwilę na adorację Najświętszego Sakramentu lub ofiarować Komunię za tych, którzy z różnych powodów nie mają dostępu do mszy świętej, a jest takich ludzi na świecie naprawdę dużo.

    W wielu kościołach w tym dniu trwa całodzienna lub całonocna adoracja Najświętszego Sakramentu. Nasza obecność przy Jezusie eucharystycznym ma być wyrazem wiary w Jego obecność pod postaciami chleba i wina.

    Wdzięczność za dar kapłaństwa

    Nierozerwalnie z sakramentem Najświętszej Ofiary Mszy św. związane jest kapłaństwo. Dzięki niemu Eucharystię Pan Jezus powierzył w ręce ludzi. To przez nich ten cud Bożej Miłości jest nieustannie obecny w każdym miejscu i czasie. Tylko poprzez kapłanów Chrystus Pan może w pełni dawać siebie i przebywać wśród ludzi w swoich sakramentalnych znakach.

    Pierwszy czwartek jest więc także dniem wdzięczności za dar kapłaństwa, a co za tym idzie – modlitwy za kapłanów o wytrwanie w dobrym i godne sprawowanie świętych obrzędów.

    W tym dniu pragniemy podziękować Panu Bogu za wszystkich kapłanów, którzy pomagają nam na drodze do zbawienia i prosić o „nowych robotników, bo żniwo wielkie”.

    To także jest czas modlitwy o nowe powołania do służby w Kościele i tutaj, oprócz powołanych do kapłaństwa, uwzględnieni są wszyscy, którzy wspomagają Kościół i księży. Są nimi diakoni, osoby konsekrowane, szafarze Eucharystii i Liturgiczna Służba Ołtarza.

    _________________________________________________________________________

    Najświętszy Sakrament to nie jest „opłatek”!

    Ks. prof. Marek Tatar: nie wszyscy zdają sobie sprawę, z czym mają do czynienia

    fot. Pixabay

    ***

    – Określanie Najświętszego Sakramentu jako „opłatka” pojawia się coraz częściej, nie tylko wśród dzieci przygotowujących się do Pierwszej Komunii Świętej. Nie do końca więc te osoby zdają sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z największym darem, największą wartością w Kościele – mówi w rozmowie z tygodnikiem „Idziemy” ks. prof. Marek Tatar, teolog duchowości.

    Kapłan przypomina słowa kard. Josepha Ratzingera, które brzmią: „Kościół zbudowany jest na Eucharystii, ponieważ  jest to realna obecność Chrystusa, który pozostał z nami w swoim Słowie, ale przede wszystkim w sakramencie Jego obecności”. – Z tego względu celebracja Eucharystii i adoracja koncentrują się wokół Najświętszego Sakramentu, uznając realną obecność Jezusa – dodaje.

    Duchowny zwraca uwagę, że Eucharystia „nie mieści się w kategoriach sentymentu”. Nie jest ona również jedynie „pamiątką wieczerzy Pańskiej”, jak uważają protestanci. – Podczas sprawowania Eucharystii dokonuje się akt ofiarniczy Chrystusa na ołtarzu. Możemy tu mówić o uniżeniu Boga, który daje się człowiekowi. To Bóg udziela nam siebie, a nie my robimy Mu łaskę, przyjmując Komunię Świętą – wyjaśnia.

    W dalszej części wywiadu ks. prof. Tatar przywołuje fragment Ewangelii według świętego Jana: „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6, 54). – Niezwykle istotne jest to, że przyjmowanie Najświętszej Eucharystii rzutuje na charakter naszego życia eschatycznego, przekłada się na nasze życie wieczne. Jeden ze świętych mówił, że gdybyśmy w pełni pojęli Eucharystię, to oszalelibyśmy z powodu wielkości Boga, który jednoczy się z człowiekiem – podkreśla.

    Zapytany, jakie znaczenie dla ważności Eucharystii ma osobista świętość kapłana, ks. prof. Tatar odpowiada:

    „Rolą kapłana jest bycie narzędziem, a nie przyczyną konsekracji. Nawet kiedy kapłan jest w grzechu ciężkim, to Mszę Świętą sprawuje ważnie, ale sam nie korzysta z jej owoców. Dla wiernych, którzy uczestniczą w tej Mszy Świętej, jest to ważny sakrament. Czasem ludzie mają wątpliwości, czy ważne są sakramenty udzielane przez księdza, który odszedł od kapłaństwa. Jeśli miał ważne święcenia kapłańskie, to oczywiście, są ważne”.

    źródło: tygodnik „Idziemy”/PCh24.pl

    ___________________________________________________________

    Katechizm Kościoła Katolickiego – nr 2628 : 

    „Adoracja jest zasadniczą postawą człowieka, który uznaje się za stworzenie przed swoim Stwórcą. Wysławia wielkość Pana, który nas stworzył, oraz wszechmoc Zbawiciela, który wyzwala nas od zła. Jest uniżeniem się ducha przed „Królem chwały” (Ps 24, 9-10) i pełnym czci milczeniem przed Bogiem, który jest „zawsze większy” . Adoracja trzykroć świętego i miłowanego ponad wszystko Boga napełnia nas pokorą oraz nadaje pewność naszym błaganiom”.

    Kaplica na Dworcu Głównym PKP będzie miała specjalną straż

    kaplica adoracji Najświętszego Sakramentu na Dworcu Głównym we Wrocławiu

    fot. Maciej Rajfur/Gość Niedzielny

    *****

    Pierwszy czwartek miesiąca, a więc Godzina Święta!

    Abp Sheen: To ratunek dla Kościoła

    Godzina Święta jest potrzebna Kościołowi – pisze abp Fulton Sheen w swojej książce „Godzina Święta. Modlitwy i medytacje”. Amerykański hierarcha codziennie odprawiał ją przed Najświętszym Sakramentem i zachęcał do tej praktyki wszystkich spotkanych ludzi. To właśnie podczas jej odprawiania odszedł do Domu Ojca. Poznaj 10 powodów, dla których warto ją praktykować.

    Czym jest Godzina Święta?

    Godzina Święta jest rozumiana jako jedna godzina dziennie poświęcona medytacji o Bogu i o naszym wiecznym zbawieniu. Godzinę Świętą można odprawiać wszędzie. Dla katolików jednakże ma ona szczególne znaczenie. Oznacza ciągłą i nieprzerywaną niczym godzinę spędzoną w obecności naszego Najświętszego Pana w Eucharystii. W przypadku księży i osób konsekrowanych zaleca się, aby tę Godzinę Świętą odprawiali oprócz zwykłego odmawiania Bożego Oficjum i odprawiania Mszy Świętej […].

    10 powodów, by praktykować Godzinę Świętą

    A dlaczego mamy odprawiać Godzinę Świętą? Dla dziesięciu powodów.

    1. Ponieważ jest to czas spędzony w Obecności samego Boga. Jeśli mamy żywą wiarę, żaden dodatkowy powód nie jest nam potrzebny.
    1. Ponieważ w naszym zapracowanym życiu sporo czasu zabiera nam pozbycie się „demona południa”, czyli trosk doczesnych, które niczym pył przywierają do naszych dusz. Godzina z naszym Panem wynika z doświadczenia uczniów na drodze do Emaus (por. Łk 24, 13–35). Zaczynamy iść z Nim, ale nasze oczy są „jakby przesłonięte”, dlatego „Go nie poznajemy”. On prowadzi rozmowę z naszą duszą, gdy czytamy Pismo Święte. Trzeci etap to chwila słodkiej bliskości – jak wtedy, gdy „zajął z nimi miejsce u stołu”. Czwarty etap jest pełnym objawieniem tajemnicy Eucharystii. Oczy nam się „otwierają” i rozpoznajemy Go. Wreszcie dochodzimy do punktu, w którym nie chcemy odejść. Ta godzina okazała się za krótka. Wstając, zadajemy pytanie: „Czyż serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” (Łk 24, 32).
    1. Ponieważ nasz Pan prosił o to. „Tak [oto] nie mogliście jednej godziny czuwać ze Mną?” (Mt 26, 40). Słowo to było skierowane do Piotra, ale tu odnosi się do Szymona. To nasza natura Szymona potrzebuje tej godziny. Jeśli ta godzina wydaje nam się trudna, to tylko dlatego, że „duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe” (Mk 14, 38).
    1. Ponieważ Godzina Święta zachowuje równowagę między tym, co duchowe, a tym, co doczesne. Filozofie zachodnie skłaniają się ku aktywizmowi, w którym Bóg nic nie czyni, a człowiek czyni wszystko; filozofie Wschodu z kolei skłaniają się ku kwietyzmowi, w którym Bóg czyni wszystko, a człowiek nic. Złoty środek kryje się w słowach św. Tomasza: „ruch następuje po spoczynku” – to Marta, która idzie z Marią. Godzina Święta włącza kontemplację w czynne życie człowieka. Dzięki tej godzinie z naszym Panem nasze medytacje i postanowienia przechodzą ze świadomości do podświadomości, a następnie stają się motywem działania. Nowy duch zaczyna przenikać naszą pracę. Zmiany dokonuje nasz Pan, który napełnia nasze serca i działa przez nasze ręce. Człowiek może dać tylko tyle, ile posiada. Aby dać Chrystusa innym, trzeba Go posiadać.
    1. Ponieważ Godzina Święta sprawi, że będziemy praktykować to, co głosimy. Nasz Pan powiedział: „Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść” (Mt 22, 2–3). Napisano o naszym Panu, że „czynił i nauczał” (Dz 1, 1). Człowiek, który praktykuje Godzinę Świętą, odkryje, że kiedy naucza, ludzie mówią o nim tak jak o Panu: „Wszyscy […] dziwili się pełnym łaski słowom, które płynęły z ust Jego” (Łk 4, 22).
    1. Ponieważ Godzina Święta pomaga nam zadośćuczynić za grzechy świata i za nasze własne. Kiedy Najświętsze Serce ukazało się św. Małgorzacie Marii Alacoque, to było Jezusa Serce, a nie Głowa, ukoronowane cierniami. To była zraniona Miłość. Czarne msze, świętokradcze komunie, skandale, wojujący ateizm – kto za to wszystko zadośćuczyni? Kto będzie Abrahamem z Sodomy czy Maryją dla tych, którzy nie mają już wina? Grzechy tego świata są naszymi grzechami – tak, jakbyśmy sami je popełnili. Jeśli one sprawiły, że nasz Pan oblał się krwawym potem, do tego stopnia, że upomniał swoich uczniów, że nie czuwali razem z Nim godziny, czy zapytamy tak jak Kain: „Czyż jestem stróżem brata mego?” (Rdz 4, 9)?
    1. Ponieważ Godzina Święta zmniejsza naszą skłonność do ulegania pokusie i słabości. Trwanie przed naszym Panem w Najświętszym Sakramencie przypomina wystawieniechorego na gruźlicę na działanie czystego powietrza i światła słonecznego. Wirus naszychgrzechów nie może dłużej istnieć wobec Światłości świata. „Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy, On jest po mojej prawicy, nic mną nie zachwieje” (Ps 16, 8). Nasze grzeszne podniety są powstrzymywane przez barierę wznoszoną codziennie podczas Godziny Świętej. Nasza wola staje się bardziej usposobiona do dobra przy niewielkim świadomym wysiłku z naszej strony. Szatan, lew ryczący, nie mógł dotknąć bez pozwolenia sprawiedliwego Hioba (por. Hi 1, 12); „Bóg […] nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść” (1 Kor 10, 13). Z pełną ufnością pokładaną w Panu Eucharystycznym człowiek zyska duchową odporność.  Po upadku będzie się szybko podnosić: „Choć upadłam, powstanę, choć siedzę w ciemnościach, Pan jest światłością moją. Gniew Pański muszę znosić, bo zgrzeszyłam przeciw Niemu, aż rozsądzi moją sprawę i przywróci mi prawo; wywiedzie mnie na światło” (Mi 7, 8–9). Pan będzie łaskawy nawet dla najsłabszych z nas, jeśli znajdzie nas u stóp swoich, trwających w uwielbieniu, usposabiających się do otrzymania Bożych łask. Gdy tylko Szaweł z Tarsu, prześladowca, ukorzył się przed swoim Stwórcą, wtedy Bóg posłał specjalnego posłańca ku jego uldze, mówiąc mu, że właśnie tam się modli (por. Dz 9, 11). Nawet człowiek upadły może się spodziewać pocieszenia, jeśli czuwa i się modli. „Pomnożę ich, i nie zmaleje ich liczba, przysporzę im chwały, by nimi nikt nie pogardzał” ( Jr 30, 19).
    1. Ponieważ Godzina Święta jest modlitwą osobistą, człowiek, który ogranicza się ściśle do swoich oficjalnych obowiązków, przypomina związkowca, który odkłada narzędzia w tej samej chwili, gdy gwizdek ogłosi koniec pracy. Miłość zaczyna się tam, gdzie kończy się obowiązek. To oddawanie szaty, gdy już wzięto płaszcz. To pójście dwa tysiące kroków. „I będzie tak, iż zanim zawołają, Ja im odpowiem; oni jeszcze mówić będą, a Ja już wysłucham” (Iz 65, 24). Oczywiście, nie musimy odprawiać Godziny Świętej – i o to właśnie chodzi. Miłość nigdy nie jest z przymusu, z wyjątkiem piekła. Tam miłość musi się poddać sprawiedliwości. Zmuszanie do miłości byłoby rodzajem piekła. Żaden mężczyzna, który kocha kobietę, nie jest zmuszony do dawania jej pierścionka zaręczynowego, i żaden człowiek, który kocha Najświętsze Serce, nigdy nie jest zmuszany ofiarować takiej zaręczynowej godziny. „Czyż i wy chcecie odejść?” ( J 6, 67) – to przykład słabej miłości; „Śpisz?” (Mk 14, 37) – to przykład miłości nieodpowiedzialnej; „Miał wiele posiadłości” (Mt 19, 22; Mk 10, 22) – to przykład miłości samolubnej. Ale czy człowiek, który kocha swojego Pana, ma czas na inne zajęcia, zanim nie dokona aktów miłości „ponad wszelką miarą i ponad obowiązki”? Czy pacjent lubi lekarza, który żąda honorarium za każdą wizytę, czy też zaczyna lubić lekarza, który mówi: „Wpadłem zobaczyć, jak się pan miewa”?
    1. Medytacja zachowuje nas od poszukiwania zewnętrznych dróg ucieczki przed naszymi troskami i niedolami. Kiedy pojawiają się trudności, kiedy nerwy są napięte na skutek fałszywych oskarżeń, zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że zaczniemy szukać pomocy na zewnątrz, tak jak to zrobili Izraelici. „Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela: «W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła. Ale wyście tego nie chcieli! Owszem, powiedzieliście: ’Nie, bo na koniach uciekniemy!’ – Dobrze, uciekniecie! – ’I na szybkich wozach pomkniemy!’ – Dobrze, szybsi będą ci, którzy pogonią za wami!»” (Iz 30, 15–16). Nie jest odpowiedzią żadna ucieczka na zewnątrz: ani przyjemności, ani przyjaciele, ani szukanie sobie zajęcia. Dusza nie może „lecieć na koniu”; musi wziąć „skrzydła”, by trafić do miejsca, w którym „wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu” (Kol 3, 3).
    1. I na koniec – ponieważ Godzina Święta jest potrzebna Kościołowi. Każdy, kto czyta Stary Testament, musi sobie uświadomić obecność Boga w historii. Jak często Bóg wykorzystywał inne narody do ukarania Izraela za jego grzechy! Uczynił z Asyrii „rózgę swojego gniewu” (Iz 10, 5). Historia świata od wcielenia jest drogą krzyża. Powstanie narodów oraz ich upadek pozostają w związku z królestwem Bożym. Nie możemy zrozumieć tajemnicy rządów Boga, ponieważ jest to „opieczętowana księga” z Apokalipsy. Jan płakał, kiedy ją zobaczył (Ap 5, 4). Nie mógł zrozumieć, skąd się wzięła ta chwila dobrobytu i ta godzina przeciwności. Jedynym wymogiem jest wyznawanie wiary, a nagroda – to głębia bliskości dla tych, którzy dbają o przyjaźń z Nim. Trwanie z Chrystusem jest tworzeniem duchowej wspólnoty, jak podkreślił w uroczystą i świętą noc ostatniej wieczerzy w chwili, którą wybrał, aby dać nam Eucharystię. „Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać” ( J 15, 4). Obiecuje On nam: „Zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” ( J 14, 3).

    *fragment pochodzi z książki „Godzina Święta. Modlitwy i medytacje” abp Fultona Sheena, wydanej nakładem Wydawnictwa Esprit

    _____________________________________________________________________________________

    Oni modlą się za nas codziennie,

    dziś my pomódlmy się za nich

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Pierwszy czwartek miesiąca jest dobrym momentem na to, by zastanowić się nad tym, czy… modlimy się za naszych księży? Czy modlisz się za tego księdza, który w niedzielę odprawia Mszę św., na którą przychodzisz? Czy modlisz się za swojego spowiednika? Za księdza proboszcza?

    Księża ogarniają codzienną modlitwą swoich parafian. Jednak przecież oni sami bardzo potrzebują naszego duchowego wsparcia! Czyjejś modlitwy, która umocni, doda sił, pokaże kierunek, światło. Nasze słowa modlitewnego szturmu nie mogą zostać jedynie słowami wypowiedzianymi przy okazji imieninowych czy wielkoczwartkowych życzeń.

    Kapłani potrzebują naszej CODZIENNEJ duchowej opieki.

    Jeśli brakuje Ci konsekwencji w modlitwie, a może chciałbyś podjąć się wielkiego dzieła, z pomocą przychodzi Dzieło Duchowej Adopcji Kapłana. To trwająca już niemalże 11 lat świecka, katolicka akcja, która obejmuje tych, którzy przyjęli sakrament święceń, czyli są: diakonami, prezbiterami lub biskupami. Adopcja polega na codziennej modlitwie za wybranego przez siebie kapłana – jeśli nie za tego, którego nazwisko sam podasz, to tego, którego można wybrać z listy oczekujących. Można podjąć się adopcji stałej (tj. do końca Twojego życia) lub terminowej – wybór należy do Ciebie. Ksiądz adoptowany na stałe otrzymuje Kartę Adopcyjną, na pamiątkę przyjęcia przez Ciebie zobowiązania. O adopcji kapłan może się dowiedzieć lub nie – tu także wybór należy do osoby adoptującej”

    Statystyki ubiegłorocznej adopcji:

    w styczniu: 268 adopcji

    w lutym: 466 adopcji

    Wielki Post 2020: 420 adopcji

    w marcu: 180 adopcji

    w kwietniu: 191 adopcji

    w maju: 258 adopcji

    w czerwcu: 190 adopcji

    w lipcu: 147 adopcji

    w sierpniu: 119 adopcji

    we wrześniu: 122 adopcje

    w październiku: 117 adopcji

    modlitwa za spowiedników: 32 adopcje

    w listopadzie: 323 adopcje

    modlitwa za zamrłych kapłanów: 59 adopcji

    Jak możemy przeczytać na stronie DDAK o samej inicjatywie:

    “Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów powstało po to, by zrzeszać ludzi pragnących wspierać kapłanów w ich posłudze, przede wszystkim poprzez modlitwę, ofiarowanie cierpień duchowych lub fizycznych, czy udział we Mszy Świętej. Gorąco wierzymy, że nasze modlitwy przyczynią się do wzrostu wiary kapłanów oraz rozpalania charyzmatu ich powołania, przez co staną się lepszymi głosicielami Słowa Bożego i szafarzami Sakramentów”.

    Więcej informacji: Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów

    Jeśli nie chcesz podjąć się adopcji, dziś po prostu pomódl się za znajomego kapłana. Módlmy się o świętość, siłę, niech nasza modlitwa będzie dla nich ogromnym umocnieniem!

    ***

    Dobry pasterz, pasterz według Bożego serca, jest największym skarbem, jaki dobry Bóg może dać parafii i jednym z najcenniejszych darów Bożego miłosierdzia. (św. Jan Maria Vianney).

    ***

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA 4 SIERPNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    18.00  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    19.00 – MSZA ŚWIĘTEJ WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

    Nabożeństwo I piątków miesiąca

    MARGARET MARY ALACOQUE

    Zvonimir Atletic | Shutterstock

    *********

    Obietnica zwycięstwa

    Praktykę pierwszych piątków miesiąca większość z nas zaczęła wraz z Pierwszą Komunią św. Są tacy, którzy od tego momentu co miesiąc chodzą do spowiedzi i przyjmują z miłości do Jezusa Komunię św. wynagradzającą. Są też tacy, którzy tę praktykę porzucili. Wspominając św. Małgorzatę Marię Alacoque warto przypomnieć sobie znaczenie pierwszych piątków miesiąca.

    „Wielka obietnica”

    Ostatnia z obietnic otrzymanych przez św. Małgorzatę Marię znana jest także jako „wielka obietnica”, ponieważ jest ona najważniejsza dla naszego zbawienia. Jezus wyraził ją tymi słowami: „Z nadmiernego miłosierdzia mego Serca obiecuję ci, że wszechmocna miłość tego Serca wszystkim przystępującym przez dziewięć z rzędu pierwszych piątków miesiąca do Komunii św. da ostateczną łaskę pokuty tak, że nie umrą w stanie Jego niełaski ani bez sakramentów świętych i że Serce moje będzie dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”. Chrystus obiecuje więc wszystkim, którzy z zaangażowaniem wypełnią tę praktykę, łaskę ostatecznego pojednania. Zadziwia jednak fakt, że z tak prostego środka może płynąć aż tak wielka łaska dla ostatnich chwil pobytu na ziemi. Jezus, który pragnie zbawienia każdego człowieka, staje się bardziej wrażliwy na tych, którzy przez dziewięć piątków chcą Mu okazać chociaż trochę wzajemnej miłości i być blisko Niego. Będzie o nich szczególnie pamiętał w godzinie ich śmierci.

    Trzeba zatem wierzyć, że nawet w momencie „przypadkowej” śmierci dostąpimy wielkiej łaski odejścia z tego świata w stanie łaski uświęcającej. Czy znajdzie się wówczas przy nas ksiądz ze świętymi olejami i Najświętszym Sakramentem? Tego trudno być pewnym, ponieważ mogą zdarzyć się takie warunki, w których przybycie kapłana będzie niemożliwe. Jezus obiecuje dla czcicieli swego Serca, że będzie miejscem schronienia od złego ducha i wiecznego potępienia. Tym, którzy w momencie śmierci będą w stanie łaski Bożej, obiecuje wytrwanie do końca, a tym, którzy będą mieli na sumieniu grzechy ciężkie, obiecuje, że je przebaczy. Może się to dokonać przez spowiedź lub przez akt żalu doskonałego. Jezusowa obietnica dotyczy więc także ostatnich myśli, pragnień i postanowień umierającego człowieka.

    Jezus automatycznie mnie zbawi?

    W takim razie ktoś mógłby sobie powiedzieć: „Odbyłem dziewięć pierwszych piątków miesiąca, mogę być pewnym zbawienia. Teraz więc nie jest już tak bardzo ważne, co czynię, czy żyję blisko Boga, czy daleko – w stanie grzechu, czy łaski uświęcającej. Ważne, że mam zaliczone pierwsze piątki – Jezus automatycznie mnie zbawi”. Jeśliby ktoś odbywał pierwsze piątki z nastawieniem złej woli, że powróci do grzesznego życia, to byłoby to świętokradztwo, a co najmniej praktyka magiczna, mająca niewiele wspólnego z pobożnością. Sama św. Małgorzata Maria podkreślała, iż Jezus dotrzyma obietnic i ofiaruje nam wielki ostatni dar pojednania pod warunkiem, że będziemy Go kochać i naśladować, „żyjąc w zgodzie z Jego świętymi prawami”.

    „Wielka obietnica” jest dla tych, którzy nieprzerwanie oddają cześć Jezusowemu Sercu i przez to są zaproszeni do oddania się Mu, powierzenia się Jego miłości, a w konsekwencji – do pracy nad sobą. Przecież gdy człowiek coraz bardziej świadomie otwiera się na Jezusa, rodzi się w nim coraz mocniejsze pragnienie pracy nad sobą, codziennej, ofiarnej służby, przekraczania siebie. Jak pokazuje doświadczenie, częsta, pobożnie przyjmowana Komunia św. staje się szczególnym momentem łaski, tym bardziej pierwszopiątkowa – przyjęta w duchu wdzięczności i wynagrodzenia. Znakiem zaś owocności tej praktyki będzie wierność na drodze Bożych przykazań. W takim kontekście każdy pierwszy piątek staje się dniem comiesięcznej odnowy w wierze, odejściem od drogi grzechu i wkroczeniem na drogę miłości. Każdy kolejny dzień miesiąca może więc stać się ponawianiem pierwszego piątku – dzięki przyjęciu Komunii św. i intencji miłości oraz wynagrodzenia Sercu Jezusa.

    Potrzebne warunki

    Podstawowym warunkiem praktyki pierwszych piątków jest przystępowanie do Komunii św. przez dziewięć kolejnych pierwszych piątków miesiąca. Nie można ani zmienić dnia przyjęcia Komunii św., ani przerwać kolejnych dziewięciu piątków.

    Potrzebna jest również właściwa intencja. Jest nią miłość i wynagrodzenie Sercu Jezusowemu oraz pragnienie przyjęcia Komunii św. według intencji Jezusowego Serca: by otrzymać łaskę śmierci w stanie zjednoczenia z Panem Bogiem. Można ją tak wyrazić: „Panie Jezu, w zjednoczeniu z Sercem Twym Najświętszym, w duchu miłości i wynagrodzenia, ofiaruję Ci przyjmowanie przeze mnie Komunii św. przez kolejne dziewięć pierwszych piątków miesiąca”. Jest to szczególnie ważne dla osób często lub codziennie przyjmujących Komunię św. Bez tej intencji, uczynionej na początku praktyki, która potem może być ponawiana w każdy pierwszy piątek, nie można powiedzieć, że się ją właściwie odbyło. Dlatego też dla pewności, że otrzyma się owoc tej pobożnej praktyki, warto ją powtórzyć kilka razy w swoim życiu.

    Komunię św. należy przyjmować w stanie łaski uświęcającej. Ten, kto jest w stanie grzechu ciężkiego, musi otrzymać przebaczenie w sakramencie pokuty. Do spowiedzi św. można przystąpić w sam pierwszy piątek lub wcześniej. Ten, kto w szczerości serca rozpoczął świętą praktykę, a w słabości swojej upadł, jeśli otrzyma łaskę przebaczenia grzechów i podejmie kontynuację pierwszych piątków, dostąpi wypełnienia w swoim życiu „wielkiej obietnicy”.

    Na pierwszy piątek każdego miesiąca osobiście wskazał Pan Jezus jako na dzień wdzięczności za Jego miłość oraz dzień wynagrodzenia za zniewagi, niewdzięczność i zapomnienia, których szczególnie doświadcza On w Eucharystii. Jest to również wyjątkowy dzień łaski, przygotowania się do śmierci, zadbania o ostatnie chwile swego pobytu na ziemi. Skoro Jezus tak wiele dla nas uczynił: stał się człowiekiem, umarł za nasze grzechy, zmartwychwstał, ustanowił Eucharystię, warto zadbać o swoje zbawienie przez praktykę „wielkiej obietnicy”.

    ks. Jacek Szczygieł SCJ

    _______________________________________________________________________________

    Apostoł konfesjonału

    konfesjonał św. Jana Vianney/fot. Jakub Szymczuk – Gość Niedzielny

    ***

    Dziś pierwszy piątek miesiąca. Dlatego dobrze jest przypomnieć sobie słowa Pana Jezusa, które wypowiedział do św. Faustyny na temat sakramentu spowiedzi św.:

    ***

    Córko, kiedy przystępujesz do spowiedzi świętej, do tego źródła miłosierdzia Mojego, zawsze spływa na twoją duszę Moja krew i woda, która wyszła z serca Mojego, i uszlachetnia twą duszę. Za każdym razem, jak się zbliżasz do spowiedzi świętej, zanurzaj się cała w Moim miłosierdziu z wielką ufnością, abym mógł zlać na duszę twoją hojność swej łaski”.

    ***

    Kiedy się zbliżasz do spowiedzi, wiedz o tym, że Ja sam w konfesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. Tu nędza duszy spotyka się z Bogiem miłosierdzia. Powiedz duszom, że z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności. Jeżeli ufność ich będzie wielka, hojności Mojej nie ma granic. Strumienie Mej łaski zalewają dusze pokorne. Pyszni zawsze są w ubóstwie i nędzy, gdyż łaska Moja odwraca się od nich do dusz pokornych“.

    ***

    „Powiedz duszom, gdzie mają szukać pociech, to jest w trybunale miłosierdzia (tj. w Sakramencie Pokuty); tam są największe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawiać dalekiej pielgrzymki ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy Mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone – nie tak jest po Bożemu, cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni. O biedni, którzy nie korzystają z tego cudu miłosierdzia Bożego; na darmo będziecie wołać, ale już będzie za późno”.

    ***

    Szczerość twa wobec spowiednika niech będzie jak największa”

    ***

    “Pierwsze – nie walcz sama z pokusą, ale natychmiast odsłoń ją spowiednikowi, a wtenczas pokusa straci całą swą siłę; drugie – w tych doświadczeniach nie trać pokoju, przeżywaj moją obecność, proś o pomoc Matkę moją i świętych; trzecie miej tę pewność, że ja na ciebie patrzę i wspieram cię; czwarte – nie lękaj się ani walk duchowych, ani żadnych pokus, bo ja cię wspieram, byleś ty chciała walczyć; wiedz, że zawsze zwycięstwo jest po twojej stronie; piąte – wiedz, że przez mężną walkę oddajesz mi wielką chwałę, a sobie skarbisz zasługi, pokusa daje sposobność do okazania mi wierności”.

    *** 

    “Córko, kiedy przystępujesz do spowiedzi świętej, do tego źródła miłosierdzia mojego, zawsze spływa na twoją duszę moja krew i woda, która wyszła z serca mojego, i uszlachetnia twą duszę. Za każdym razem, jak się zbliżasz do spowiedzi świętej, zanurzaj się cała w moim miłosierdziu z wielką ufnością, abym mógł zlać na duszę twoją hojność swej łaski. Kiedy się zbliżasz do spowiedzi, wiedz o tym, że ja sam w konfesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. Tu nędza duszy spotyka się z Bogiem miłosierdzia. Powiedz duszom, że z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności. Jeżeli ufność ich będzie wielka, hojności mojej nie ma granic. Strumienie mej łaski zalewają dusze pokorne. Pyszni zawsze są w ubóstwie i nędzy, gdyż łaska moja odwraca się od nich do dusz pokornych”. 

    ***

    “Szukam dusz, które by łaskę moją przyjąć chciały. Córko moja, jak się przygotowujesz w mojej obecności, tak się i spowiadasz przede mną; kapłanem się tylko zasłaniam. Nigdy nie rozbieraj, jaki jest ten kapłan, którym się zasłoniłem, i tak się odsłaniaj w spowiedzi, jako przede mną, a duszę twoją napełnię światłem moim”. 

    z Dzienniczka św. Siostry Faustyny Kowalskiej

    _____________________________________________________

    Dziś wspominamy św. Jana Vianney, który szczególnie znany jest jako spowiednik. Oto jego wypowiedzi na temat sakramentu pojednania i kilku innych świętych, aby przypomniały nam z jak wielką ufnością powinniśmy przystępować do źródła Bożego Miłosierdzia:

    “Dlaczego nieczuli jesteśmy na dobrodziejstwa płynące z sakramentu pokuty? Dlatego, że nie poszukujemy tajemnicy miłosierdzia Bożego, które nie ma granic w tym sakramencie”. 

    św. Jan Maria Vianney

    “Gdy idziemy się wyspowiadać, musimy zrozumieć, co w ten sposób zrobimy. Można powiedzieć, że wyjmiemy gwoździe ukrzyżowanemu Panu”. 

    św. Jan Maria Vianney

    “”Wybaczać nam – to Jego największa przyjemność”. 

    św. Jan Maria Vianney

    “Wiem, że samooskarżenie kosztuje cię krótką chwilę upokorzenia. Ale czy potępienie własnych grzechów jest rzeczywiście upokorzeniem?” 

    św. Jan Maria Vianney

    “Tylko małą pokutę zadaję tym, którzy się dobrze spowiadają; reszty sam za nich dokonuję”. 

    św. Jan Maria Vianney

    “Bóg szybciej przebacza, niż matka dziecko ratuje z ognia”. 

    św. Jan Maria Vianney

    Ufaj Miłosierdziu Bożemu, którego stolicą jest Najlitościwsze Serce Jezusa, a do którego nas prowadzi Najmiłościwsza Matka; natomiast nie pokładaj nadziei w stworzeniach, bo doznasz bolesnego zawodu”. 

    św. Józef Sebastian Pelczar

    Rozważanie własnej nędzy może łatwo wpędzić duszę w smutek i zniechęcenie, dlatego patrz równocześnie na Pana Boga, a zwłaszcza na Jego Miłosierdzie leczące naszą nędzę”. 

    św. Józef Sebastian Pelczar

    “Sakrament Pokuty to najwspanialsze dzieło miłosierdzia. O jakże wielkie jest Miłosierdzie Boże! W jednej chwili tak łatwo możemy zatopić nasze grzechy we Krwi Jezusa, zerwać węzy szatana, wrócić do przyjaźni z Bogiem, odzyskać życie duszy, a wraz z nim dawną piękność, pokój i dawne zasługi”. 

    św. Józef Sebastian Pelczar

    “Jeżeli zdarzyło ci się nieszczęście i upadłeś, nie rozpaczaj, lecz z ufnością i pokorą uciekaj się do Miłosierdzia Bożego, które nie chce śmierci grzesznika, ale cierpliwie go znosi, pilnie szuka i przyjmuje z miłością. Jeśli zaś Miłosierdzie Pańskie wyrwie Cię z grzechów, nade wszystko strzeż się powrotu do nich dla ratowania duszy własnej”. 

    św. Józef Sebastian Pelczar

    “Początkiem dobrych czynów jest wyznanie złych”. 

    św. Augustyn

    “Bóg jest wierny, ponieważ dochowuje obietnicy odpuszczania grzechów”. 

    św. Cyprian

    Pokój z Bogiem jest skutkiem usprawiedliwienia i usunięcia grzechów, pokój z ludźmi jest wynikiem owocu miłości Ducha świętego, pokój ze sobą jest wynikiem czystości sumienia, które zwyciężyło nad namiętnościami i grzechami. 

    św. Jan Paweł II

    Nawrócenie oznacza szukanie z naszej strony przebaczenia i mocy Bożej w Sakramencie Pojednania i w ten sposób stałe rozpoczynanie od nowa, codzienne posuwanie się naprzód”. 

    św. Jan Paweł II

    “Jest to radość przebaczenia Boga poprzez jego kapłanów, kiedy na nieszczęście obraziło się Jego nieskończoną miłość i ze skruchą powraca się w Jego ojcowskie ramiona”. 

    św. Jan Paweł II

    Pierwszym warunkiem zbawienia jest poznanie własnej grzeszności, również grzeszności dziedzicznej i wyznanie jej przed Bogiem, który niczego innego nie oczekuje, jak tylko przyjąć to wyznacie i zbawić człowieka. 

    św. Jan Paweł II

    Po otrzymaniu rozgrzeszenia w chrześcijaninie pozostaje ciemna sfera, spowodowana ranami grzechu, niedoskonałą miłością w skrusze, osłabieniem władz duchowych, w których działa zapalne ognisko grzechu. Trzeba je pokonać przez umartwienie i pokutę. Takie jest znaczenie pokornego, lecz szczerego zadośćuczynienia”. 

    św. Jan Paweł II

    Niech miłosierdzie będzie tym większe, im większy jest upadek moralny penitenta”. 

    św. Jan Paweł II

    Spowiedź ponawiana co jakiś czas, zwana spowiedzią z pobożności, zawsze w Kościele towarzyszyła drodze do świętości”. 

    św. Jan Paweł II

    Zanim Jezus powrócił do Ojca, powierzył Kościołowi posługę jednania. Nie wystarcza wewnętrzna skrucha, aby otrzymać Boże przebaczenie. Pojednanie z Nim uzyskuje się przez pojednanie ze wspólnotą Kościoła. Uznanie winy dokonuje się przez konkretny akt sakramentalny, wyrażenie żalu, wyznanie grzechów i postanowienie odnowy życia, w obecności szafarza Kościoła”. 

    św. Jan Paweł II

    Przystępujcie z ufnością do sakramentu spowiedzi: przez wyznanie grzechów okażecie, że pragniecie uznać swoją niewierność i odrzucić ją; dacie świadectwo, że potrzebujecie nawrócenia i pojednania, aby odzyskać godność synów Bożych w Jezusie Chrystusie, która przywraca pokój i przynosi owoce; wyrazicie solidarność z braćmi również doświadczonymi przez grzech”. 

    św. Jan Paweł II

    _______________________________________________________________________________________

    Pamiętaj o wielkiej sile spowiedzi świętej.

    Nie daj się zniechęcić!

    [OKIEM MŁODYCH]

    fot. AdobeStock.com

    ***

    Idziesz do konfesjonału?! Zwariowałeś?! Spowiedź to tylko formalność dla katolików, którzy grzeszą, ale wcale się nie zmieniają! Jest środkiem kontroli, aby religia utrzymywała władzę nad wiernymi. To przestarzały rytuał rodem z ciemnogrodu! Konfesjonał jest pełen hipokryzji, ludzie udają, że są lepsi, niż naprawdę. Do spowiedzi idą tylko słabe jednostki, dające sobą manipulować. Masz zamiar sprzedawać swoją prywatność jakiemuś facetowi w sukience? – tak oto nowoczesny, “oświecony” świat spogląda na Sakrament Spowiedzi. Czy istnieje uzasadnienie dla, jakże dziś popularnego, czarnego PR-u konfesjonałów? Sprawdźmy, jaka jest prawda.

    Pismo Święte i Tradycja Apostolska uczą, iż jednym z największych przymiotów Boga jest Miłosierdzie. Bóg, który jest Miłością, wzrusza się do głębi widząc nędzę grzesznika, dlatego w Swej dobroci odpuszcza mu grzechy i pociąga go ku Sobie dając mu życie wieczne. Daru zbawienia można doświadczyć właśnie dzięki odpuszczeniu grzechów.

    Kapłańska władza “kluczy”

    Niechaj nikt nie mówi: zgrzeszyłem w skrytości i Bóg sam jeden wie o tym, Jemu się też samemu przyznam. Inaczej, na próżno byłyby dane klucze Kościołowi – pisze św. Augustyn z Hippony. Kościół Katolicki w swym Katechizmie jednoznacznie wyjaśnia: Chrystus po swoim zmartwychwstaniu posłał Apostołów, by w Jego imię głosili „nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom” (Łk 24, 47). Apostołowie i ich następcy pełnią tę „posługę jednania” (2 Kor 5,18), nie tylko głosząc ludziom przebaczenie Boże wysłużone nam przez Chrystusa i wzywając ich do nawrócenia i wiary, lecz także udzielając im odpuszczenia grzechów przez chrzest oraz jednając ich z Bogiem i z Kościołem dzięki władzy „kluczy” otrzymanej od Chrystusa: Kościół otrzymał klucze Królestwa niebieskiego, by dokonywało się w nim odpuszczenie grzechów przez Krew Chrystusa i działanie Ducha Świętego. Dusza, która umarła z powodu grzechu, zostaje ożywiona w Kościele, by żyć z Chrystusem, którego łaska nas zbawiła. (KKK 981)

    Grzechy odpuścić może człowiekowi jedynie Bóg, tylko On ma bowiem taką władzę. Zechciał jednak owej mocy udzielić kapłanom: Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. W piękny sposób pisze o tym św. Jan Chryzostom: Kapłani otrzymali władzę, jakiej Bóg nie dał ani aniołom, ani archaniołom… Bóg potwierdza w górze to wszystko, co kapłani czynią na ziemi.

    Czy spowiedź jest nam potrzebna?

    Biorąc pod uwagę autorytet Pisma Świętego i Tradycji, nie można mieć wątpliwości co do słuszności, konieczności i ważności posługi spowiedników, którym sam Bóg powierzył tę niezwykłą misję. Kościół Święty, świadom powagi rzeczy, na Soborze Laterańskim IV w 1215 r. zaliczył Spowiedź co najmniej raz w roku do obowiązków wynikających z Przykazań Kościelnych. Spójrzmy zatem uważniej na głębię Spowiedzi jako Sakramentu – widocznego znaku działania Łaski Bożej.

    Przyjęcie Bożego miłosierdzia w konfesjonale wymaga od człowieka uznania swoich win. Jednak Katechizm przypomina, iż Sakrament Spowiedzi polega nie tylko na oskarżaniu samego siebie przed kapłanem, co oczywiście jest bardzo istotne, ale stanowi również ścieżkę nawrócenia, pokuty, przebaczenia i pojednania. Jego celem jest “zmartwychwstanie duchowe”, przywrócenie człowiekowi Łaski Bożej, godności dziecka Bożego i zjednoczenie w przyjaźni ze Stwórcą. Skutkiem Spowiedzi jest również komunia z całym Kościołem – wszystkimi braćmi i siostrami w Chrystusie. Po wyspowiadaniu się człowiek godzi się z samym sobą i odrzuca ciężar grzechu, który oddzielał go od jego prawdziwej tożsamości, od człowieczeństwa i świętości. Szczera Spowiedź skruszonego penitenta staje się dla niego wielką pociechą duchową przynoszącą “pokój i pogodę sumienia”. Istotą Spowiedzi jest jednak przede wszystkim wybór drogi prowadzącej do życia. Grzesznik, który z wiarą przystępuje do Trybunału Miłosierdzia, poddaje się Bożemu osądowi już tu na Ziemi i niejako uprzedza czekający go na końcu życia ziemskiego sąd Boży. Katechizm, za św. Janem Ewangelistą, wskazuje nawet, iż dzięki Spowiedzi i pokucie człowiek „nie idzie na sąd” (J 5,24).

    Nie bójmy się być kochani!

    Spowiedź jest Sakramentem, którego najbardziej się obawiamy. Niemal każdego penitenta dopada strach przed duchownym zasiadającym w konfesjonale wywołany wstydem z powodu popełnionych grzechów. Zadajemy sobie pytanie, co spowiednik sobie o nas pomyśli, czy na pewno nikomu nie wyjawi naszych tajemnic lub nas srodze nie upomni. Obawy te są naturalne, jesteśmy ludźmi, znamy słabość naszej natury, dlatego też mamy powody, by powątpiewać w stałość cnót drugiego człowieka. Należy jednak przezwyciężyć lęk i zaufać Bogu, który ustanowił spowiedź dla naszego zbawienia. Dobrze jest pamiętać, że to sam Chrystus czeka na nas w konfesjonale – kapłan jest jedynie szafarzem Miłosierdzia, narzędziem w Boskich rękach.

    Kapłan, kiedy Mnie zastępuje, to nie on działa, ale Ja przez niego; życzenia jego są życzeniami Moimi. […] Pragnę, żebyś była wobec zastępcy Mojego tak szczera i prosta jak dziecko – mówi Chrystus św. Faustynie.

    Niezwykle poruszające fakty na temat istoty Spowiedzi Pan Bóg zdradził mistyczce Catalinie Rivas. Oto fragmenty opisu jej wizji:

    Widziałam, jak młoda kobieta siedziała podczas spowiedzi, jednak nie przed księdzem, a przed samym Jezusem. Nie widziałam księdza; to Jezus zajął Jego miejsce. Nasz Pan siedział bokiem do mnie, opierając brodę na dłoniach splecionych jak do modlitwy, i słuchał uważnie. […] po prawej stronie Jezusa i spowiadającej się kobiety, dostrzegłam Dziewicę Maryję […] Dwa bardzo wysokie anioły stały i każdy trzymając w dłoni włócznię, badawczo obserwowały otoczenie […] Były czujne i uważne, jakby strzegły Najświętszej Panny, która trwała stojąc z dłońmi złożonymi do modlitwy i patrzyła ku niebu, a anioły tymczasem wydawały się strzec całego miejsca. […] W pewnym momencie Jezus podniósł rękę, zatrzymując dłoń w pewnej odległości od głowy młodej kobiety. Jego cała ręka była pełna światła, od którego odchodziły złote promienie, okrywając kobietę największą wspaniałością i przemieniając ją. Zobaczyłam, jak stopniowo zmieniała się jej twarz, jak gdyby ktoś zdejmował z niej maskę… Widziałam, jak wcześniejsza harda twarz zmienia się w twarz inną, szlachetniejszą, słodszą i spokojniejszą. W chwili, kiedy Jezus udzielał rozgrzeszenia, Najświętsza Dziewica uklękła i pochyliła głowę, a wszystkie istoty, które były wokół niej, zrobiły tak samo. Jezus wstał, zbliżył się do kobiety i dopiero wtedy zobaczyłam księdza siedzącego tam, gdzie wcześniej był Jezus. Pan objął młodą kobietę i pocałował ją w policzek. Następnie obrócił się, objął księdza i jego również pocałował w policzek. W tej chwili wszystko wypełniło się intensywnym światłem, które, jak gdyby wznosząc się do sufitu, zniknęło w tym samym czasie, co moja wizja i znowu patrzyłam na znajdującą się przede mną ścianę. […]

    “Ojciec kłamstwa” nie daje za wygraną

    Watykan zachęca księży, aby ich zachowanie podczas posługi spowiedzi przypominało postawę miłosiernego ojca z przypowieści o synu marnotrawnym –  aby byli otwarci na wszystkich i wielkoduszni w udzielaniu Bożego przebaczenia. Jednak lewicowa propaganda widzi w takich wskazówkach nawoływanie księży do bycia “terapeutą”, a nie spowiednikiem. Spowiedź jest dla przeciwników Kościoła jednym ze sposobów przekazywania i utrwalania “toksycznych treści katolickiego nauczania”. Niektóre antyklerykalne portale często zamieszczają artykuły oczerniające sakrament Spowiedzi: Opowiadam się za zniesieniem spowiedzi, bo niczego dobrego nie wnosi, a ma bardzo dużo negatywnych skutków psychologicznych u najmłodszych. (…) Spowiedź z jednej strony wyrywa dzieci z dzieciństwa, a z drugiej utrzymuje dorosłych ludzi w stanie wiecznej niedojrzałości – możemy przeczytać w wywodach byłego księdza opublikowanych na portalu NaTematSpowiedź jest trywializowania, sprowadzana do rangi luźnej pogawędki: jedni wolą psychoterapeutę, inni spowiednika, do którego przychodzą, żeby pogadać i się poradzić… Z kolei oko.press stawia tezę, że “spowiedź dziecka jest źródłem cierpienia”, zaś pisząca o tym Sakramencie aktywistka LGBT nazywa ją “aktem wymuszania poczucia winy”.

    W tego typu artykułach ubolewa się nawet nad tym, że konfesjonał wymaga uklęknięcia, tak jakby zapomniano, że w Spowiedzi penitent ze skruchą wyznaje swoje grzechy przed samym Bogiem! Publikacje te pozwalają poznać smutną prawdę o tym, jak współcześnie postrzegana jest spowiedź  – nie jako spotkanie z żywym Bogiem, lecz jako przykry obowiązek wynikający ze “staroświeckich” tradycji. Dlaczego spowiedź tak bardzo przeszkadza wrogom Kościoła?

    Najsilniejszy egzorcyzm

    Mistyczka Catalina Rivas w następujący sposób relacjonuje swoje wizje dotyczące działania złego ducha zmierzające do tego, aby człowiek nie przystąpił do konfesjonału lub był nieodpowiednio przygotowany do Spowiedzi z powodu pokus i rozproszeń: […]nagle znalazłam się w kościele, przed grupą ludzi czekających w kolejce do spowiedzi. Moim oczom ukazało się wiele cieni, postaci o ludzkich ciałach i zwierzęcych głowach. Były one w trakcie łapania na lasso pewnego człowieka idącego do spowiedzi. Istoty zarzucały i okręcały sznury wokół jego szyi i czoła, jednocześnie szepcząc mu coś do ucha.

    Egzorcyści twierdzą, iż Sakrament Pokuty i Pojednania skuteczniej pozbawia szatana władzy nad duszami niż klasycznie pojmowane egzorcyzmy. O. Gabriele Amorth jest zdania, iż obrzędy te wydzierają szatanowi jedynie ludzkie ciało, podczas gdy dobrze odbyta Spowiedź skutecznie uwalnia z diabelskich szponów nieśmiertelną duszę.

    Z kolei ks. Piotr Glas, znany polski rekolekcjonista i autor książek niejednokrotnie podkreślał, że do wyspowiadanych grzechów szatan nie ma dostępu i nie może nas już za nie oskarżać, są one bowiem zgładzone przez Baranka, do którego je zanieśliśmy.

    Siła spowiedzi Świętej jest niezwykle potężna – dzięki niej ludzie wychodzą ze zniewoleń i nałogów, a osiągnięta w konfesjonale przyjaźń z Miłosiernym Ojcem owocuje poukładaniem relacji w rodzinie i uzdrowieniem życia zawodowego. Przede wszystkim Spowiedź daje możliwość przyjęcia najcenniejszego Daru – Komunii Świętej, która w sposób najdoskonalszy jednoczy z Chrystusem. Ważne, by przystępować do Spowiedzi regularnie, praktykując np. nabożeństwo Pierwszych Piątków Miesiąca, które, oprócz “standardowych” korzyści sakramentalnych, pozwalają na szczególne uczczenie Najświętszego Serca Jezusowego i wynagrodzenie Mu za zniewagi i bluźnierstwa.

    Zofia Michałowicz

    W ramach cyklu [OKIEM MŁODYCH] prezentujemy materiały młodych Autorów przygotowane dla PCh24.pl

    źródła:

    • Katechizm Kościoła Katolickiego
    • ks. Tomasz Lewicki – Ewangelia Miłosierdzia. Orędzie Jezusa w przekazie Łukaszowym, Studia Płockie tom XXXVIII/2010
    • Catalina Rivas – Tajemnica Spowiedzi i Mszy Świętej, Wyd. Vox Domini, Katowice 2019
    • https://natemat.pl/466772,byly-ksiadz-nie-ma-watpliwosci-spowiedz-dzieci-jest-szkodliwa-wywiad – dostęp 01.08.2023
    • https://oko.press/spowiedz-dziecka-jako-zrodlo-cierpien-polowa-z-nas-sie-bala-i-wstydzila-sondaz – dostęp 01.08.2023
    • św. Faustyna Kowalska – Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Świadectwo. Sakrament pokuty sprawił, że gniew ustąpił miejsca miłości

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Świadectwo. Sakrament pokuty sprawił, że gniew ustąpił miejsca miłości

    Wierzę, że sakrament pokuty sprawia, że uwalnia grzesznika od grzechu i przyprowadza do Boga. Od dziecka wierzę, że spowiedź podnosi na duchu każdego, kto przystępuje do kratek konfesjonału. Z własnego doświadczenia wiem, że sakrament pokuty zmienił moje życie na lepsze.

    Pewnego dnia zachowanie mojej synowej wyprowadziło mnie z równowagi. Czułam do niej odrazę i wstręt. Gniew zagnieździł się w moim sercu. Miałam świadomość, że to wszystko było złe. Niestety na próżno próbowałam wykorzenić z serca to wszystko, co czułam do mojej synowej.

    Zrozumiałam, że musiałam pójść do spowiedzi. Gniew i odraza wobec mojej synowej stały się cierniem, który sprawiał, że miałam poczucie winy i złość. Dotarło do mnie, że przystąpienie do sakramentu pojednania sprawi, że odzyskam pokój w sercu i powrócę do stanu łaski.

    Poszłam do kościoła i przystąpiłam do sakramentu pokuty. Wyznałam kapłanowi to, co czułam do mojej synowej. Potem wysłuchałam pouczenie spowiednika. Jednocześnie myślałam, że za pokutę będę musiała odmówić kilkanaście Zdrowaś Maryjo lub różaniec. Spytałam kapłana: „Czy za pokutę będę musiała odmówić różaniec?”. Odpowiedź, jaką usłyszałam od spowiednika całkowicie mnie zaskoczyła. „Nie. Za pokutę będzie pani modlić się za swoją synową przez 30 dni”. „Proszę księdza nie dam rady spełnić tej pokuty”. „Da pani radę” – odpowiedział spowiednik. „Proszę księdza jeśli będę modlić się za moją synową to obawiam się, że nie będę szczera i moje modlitwy nic nie będą znaczyć”. „Spokojnie. Będzie się pani za nią modlić tak, jak za siebie i rodzinę. Na początku ta modlitwa będzie dla pani tylko formalnością, ale potem sprawi, że pani zapragnie zgody ze swoją synową”. Potem kapłan udzielił mi rozgrzeszenie.

    Miałam wiele wątpliwości co do tej pokuty. Jednak codziennie modliłam się za swoją synową. To była najtrudniejsza modlitwa jaką przyszło mi odmówić. Najpierw myślałam, że ta pokuta nie ma sensu, ale dwa i pół tygodnia później zobaczyłam głęboki sens modlitwy za moją synową. Chciałam, aby Bóg zamieszkał w jej sercu. Ta pokuta sprawiła, że zniknął gniew wobec mojej synowej, a jego miejsce zajęła miłość.

    Lucy

    Tłumaczenie z j.ang. na j.pol: Marcin Rak

    Źródło:101 Inspirational Stories of the Sacrament of Reconciliation. Called by Joy Book. s. 23 – 24.

    mp/zywawiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W każdy piątek Kościół zachęca nas

    do rozważania Męki Pana naszego Jezusa Chrystusa

    witraż ze św. Faustyną Kowalską

    MONKPRESS/East News

    *****

    Kilka cytatów z Dzienniczka św. Faustyny, która mając bardzo wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej, wiele nocy spędziła na rozważaniu Męki Pańskiej (por. Dz 661).    

    Słowa Pana Jezusa: „Mało jest dusz, które rozważają mękę Moją z prawdziwym uczuciem; najwięcej łask udzielam duszom, które pobożnie rozważają mękę Moją” (Dz 737).


    „Pragnę, abyś głębiej poznała Moją miłość, jaką pała Moje Serce ku duszom, a zrozumiesz to, kiedy będziesz rozważać Moją Mękę” (Dz 186).


    „Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej Męki, większą zasługę ma, aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie Moich bolesnych Ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a Mnie sprawia wielką radość” (Dz 369). 


    „Córko Moja, dziś rozważ Moją bolesną Mękę, cały jej ogrom; rozważaj w ten sposób, jakoby ona była wyłącznie dla ciebie podjęta” (Dz 1761).


    Słowa św. Faustyny: „Jezus mi powiedział, że najwięcej Mu się przypodobam przez rozważanie Jego Bolesnej Męki i przez to rozważanie wiele światła spływa na duszę moją. Kto chce się nauczyć prawdziwej pokory, niech rozważa Mękę Jezusa. Kiedy rozważam Mękę Jezusa, to mi przychodzi jasne pojęcie wielu rzeczy, których przed tym zrozumieć nie mogłam” (Dz 267).


    „Jezu mój, nadziejo moja jedyna, dziękuje Ci za tę księgę, którą otworzyłeś przed oczyma duszy mojej. Tą księgą jest Męka Twoja dla mnie z miłości podjęta. Z tej Księgi nauczyłam się jak kochać Boga i dusze. W tej księdze są zawarte dla nas skarby nieprzebrane. O Jezu, jak mało dusz Ciebie rozumie w Twoim męczeństwie miłości. O, jak wielki jest ogień najczystszej miłości, który płonie w Twym Najświętszym Sercu. Szczęśliwa dusza, która zrozumiała miłość Serca Jezusowego” (Dz 304).


    „Nagle ujrzałam Pana Jezusa Ukrzyżowanego, który mi rzekł: – W Męce Mojej szukaj siły i światła. Po skończonej spowiedzi, rozważałam straszną Mękę Jezusa i zrozumiałam, że to co ja cierpię, jest niczym w porównaniu z Męką, Zbawiciela, a każda nawet najmniejsza niedoskonałość, była przyczyną tej strasznej Męki. Wtem duszę moją ogarnęła tak wielka skrucha i dopiero w tym odczułam, że jestem w morzu niezgłębionego miłosierdzia Bożego. O, jak mało mam słów, ażeby wyrazić to, co przeżywam. Czuję, że jestem jak kropla rosy pochłonięta w głębie bezdennego oceanu miłosierdzia Boga” (Dz 654).
    „W chwilach ciężkich, wpatrywać się będę w rozpięte i ciche Serce Jezusa na krzyżu, a w buchających płomieniach z miłosiernego Jego Serca, spłynie mi moc i siła do walki”
    .(Dz 906).


    „Dziś w czasie Mszy św. widziałam Pana Jezusa cierpiącego, jakoby konał na krzyżu, który mi rzekł: córko Moja, rozważaj często cierpienia Moje, które dla ciebie poniosłem; a nic ci się wielkim nie wyda co ty cierpisz dla Mnie. Najwięcej Mi się podobasz, kiedy rozważasz Moją bolesną Mękę; łącz swoje małe cierpienia z Moją bolesną Męką, aby miały wartość nieskończoną przed Moim Majestatem” (Dz 1512).  


    „Kiedy zaczęłam zatapiać się w męce Bożej, odsłoniła mi się wielka wartość duszy ludzkiej i cała złość grzechu i poznałam, jak nie umiem cierpieć. Abym miała zasługę za cierpienie, łączyć się będę w cierpieniu ściśle z Męką Pana Jezusa, prosząc o łaskę dla dusz konających, aby miłosierdzie Boże ogarnęło ich w tym ważnym momencie” (Dz 1762).  

    „Kiedy modliłam się przed Najświętszym Sakramentem, pozdrawiając Pięć Ran Pana Jezusa, przy każdym pozdrowieniu Rany czułam, jak strumień łaski tryskał w moją duszę i dawał mi przedsmak nieba i zupełną ufność w miłosierdzie Boże (Dz 1337)”.  

    RANA NA JEZUSOWYM RAMIENIU             

    Objawienie przez Pana Jezusa tajemnicy Rany na Ramieniu otrzymał św. Bernard z Clairvaux. Kiedy w czasie modlitwy dopytywał się Pana naszego, jaki był największy ból, który odczuł na Swoim Ciele, podczas swej najświętszej Męki – otrzymał taką odpowiedź: „Miałem Ranę na Ramieniu, spowodowaną dźwiganiem Krzyża, na trzy palce głęboką, z której widniały trzy odkryte kości. Sprawiła mi ona największe cierpienie i ból aniżeli wszystkie inne. Ludzie mało o niej myślą dlatego jest nieznana. Lecz ty staraj się objawić ją wszystkim chrześcijanom całego świata. Wiedz, że o jakąkolwiek łaskę prosić mnie będą przez Tą właśnie ranę, udzielę jej – i wszystkim, którzy z miłości do Tej Rany uczczą Mnie odmówieniem codziennie Trzech Ojcze Nasz … i Trzech Zdrowaś Maryjo, daruję im grzechy powszednie, ich grzechów ciężkich już więcej pamiętać nie będę i nie umrą nagłą śmiercią, a w chwili skonania nawiedzi ich Najświętsza Dziewica i uzyskają łaskę i zmiłowanie Moje”. Św. Bernard po tym widzeniu ułożył modlitwę ku czci tej rany:

    Modlitwa św. Bernarda, opata z Clairaux do Świętej Rany Ramienia Jezusa

    O Najukochańszy Jezu mój, Ty Najcichszy Baranku Boży, ja biedny grzesznik pozdrawiam i czczę TĘ RANĘ TWOJĄ NAJŚWIĘTSZĄ, która Ci sprawiła ból bardzo dotkliwy, gdyś niósł Krzyż ciężki na Swym Boskim Ramieniu. Ból cięższy i dotkliwszy, niż inne Rany na Twoim Świętym Ciele. Uwielbiam Cię oddaję cześć i pokłon z głębi serca.

    Dziękuję Ci za Tę Najgłębszą i Najdotkliwszą RANĘ Twego Ramienia. Pokornie proszę, abyś dla tej srogiej boleści Twojej, którą w skutek Tej Rany cierpiałeś i w Imię Krzyża Twego ciężkiego, któryś na tej Ranie Świętej dźwigał, ulitować się raczył nade mną nędznym grzesznikiem, darował mi wszystkie grzechy i sprawił, aby wstępując w Twoje Krwawe Ślady doszedł do szczęśliwej wieczności. Amen.

    Ojcze Nasz… x 3
    Zdrowaś Maryjo x 3

    *****

    Naznaczony bólem – św. Ojciec Pio

    fot. Renata Katarzyna Cogiel

    *****

    Trzydziestojednoletni zakonnik o delikatnej budowie ciała, po zakończonej Mszy świętej 20 września 1918 roku udał się do klasztornego chóru, by odprawić dziękczynienie. Gdy był pogrążony w modlitwie, zjawiła się tajemnicza postać, która odcisnęła mu na dłoniach, stopach i boku stygmaty. Jak okazało się wiele lat później, zakonnik otrzymał wówczas jeszcze jedną ranę, która jednak pozostała ukryta przed światem aż do jego śmierci.

    Co to są stygmaty?

    Terminem „stygmaty” (gr. stigma – piętno, znamię) określa się znaki na ciele, przypominające rany ukrzyżowanego Je­zusa. Pojawiają się na tych częściach cia­ła, które u Jezusa w czasie męki zostały najdotkliwiej zranione. Są to ręce, nogi (miejsca wbicia gwoździ), klatka piersio­wa (rana po przebiciu włócznią), plecy (rany po biczowaniu) oraz głowa (rany po koronie cierniowej).

    W historii Kościoła odnotowano około czterysta przypadków stygma­tyzacji, w tym u blisko osiemdziesięciu świętych. Tylko w jednym z nich styg­maty zostały uznane za autentyczne, czyli będące wynikiem interwencji sa­mego Boga. Stało się tak w przypadku św. Franciszka z Asyżu – pierwszego stygmatyka w dziejach. Nie oznacza to, że rany przypominające rany ukrzyżo­wanego Jezusa, występujące u pozosta­łych świętych nie mają cech zjawiska nadprzyrodzonego, ale że Kościół nie zajął jeszcze ostatecznego stanowiska w tej kwestii.

    Ślady Ukrzyżowanego

    Pierwsze symptomy ran podobnych do ran Jezusa ukrzyżowanego pojawiły się u ojca Pio latem 1910 roku, kilka mie­sięcy po przyjęciu przez niego święceń kapłańskich. Zakonnik przestraszony i zawstydzony pojawieniem się niezwy­kłych ran, modlił się, by Pan „zabrał od niego te widoczne znaki”. Bóg wysłu­chał jego modlitwy i stygmaty stały się na jakiś czas niewidzialne, choć pozo­stały dokuczliwie bolesne. Cierpienia wywołane owymi ranami występowały z różną częstotliwością i intensywnością w określonych dniach tygodnia przez następnych 8 lat. „Bolesna tragedia trwa dla mnie od czwartkowego wieczoru do soboty, a także we wtorek. Wydaje się, że moje serce, ręce i stopy przeszywa miecz – tak wielki jest ból, który od­czuwam” – czytamy w jednym z listów ojca Pio. Ostatecznie stygmaty stały się widzialne 20 września 1918 roku. Miało to miejsce w chórze zakonnym, gdzie ojciec Pio klęczał samotnie przed kru­cyfiksem i odprawiał dziękczynienie po Mszy świętej. Podczas modlitwy ogar­nęła go senność, której towarzyszyło poczucie głębokiego spokoju. Wówczas ujrzał przed sobą tajemniczą postać, której ręce, stopy i bok ociekały krwią. Gdy postać zniknęła, przerażony zakon­nik poczuł przeszywający ból w rękach, stopach i boku, które zostały przebite i odtąd mocno krwawiły.

    Po tym wydarzeniu stygmaty zo­stały naocznie zweryfikowane przez ówczesnego prowincjała, ojca Benedetto, który tak opisał to, co zobaczył: „To nie są plamy ani znamiona, ale prawdziwe rany przeszywające dłonie i stopy. Ta na boku to prawdziwe rozdarcie, które nieustannie broczy krwią albo krwistą cieczą”.

    Zapowiedź pojawienia się tych bo­lesnych ran na ciele, ojciec Pio otrzymał od samego Jezusa. Pisał o tym w jed­nym ze swoich listów adresowanych do kierownika duchowego, ojca Agostina: „Przeniknięty zupełnie łaskawością Je­zusa wobec mnie, skierowałem zwykłą modlitwę do Niego, robiąc to z większą poufałością: «O Jezu! Obym mógł ko­chać Cię! Obym mógł cierpieć tyle, ile chciałbym, aby Cię zadowolić i naprawić w jakiś sposób niewdzięczność ludzi wobec Ciebie!». Lecz Pan Jezus pozwo­lił mi usłyszeć w mym sercu wyraźniej Jego głos: «Mój synu! Miłość poznaje się w bólu; odczujesz go ostry w swej duszy, a jeszcze ostrzejszy w swym ciele»”.

    Czynnik nadprzyrodzony

    Stygmaty ojca Pio widziało wiele osób. Były one bowiem na przestrze­ni lat przedmiotem wnikliwych badań lekarskich i naukowych analiz. Szcze­gólnie władzom zakonnym zależało na uzyskaniu rzetelnej opinii medycznej dotyczącej źródła i przyczyn ran na ciele zakonnika. Pierwszym lekarzem, który badał stygmaty ojca Pio, był chi­rurg, prof. Luigi Romanelli. W swoim sprawozdaniu opisał je od strony me­dycznej i postawił następującą diagno­zę: „Według mojej metody oceniania nie można zaklasyfikować tych ran jako zwykłe i powszechne, mające swe podłoże w chorobach zakaźnych albo urazowych. Wniosek jest taki, iż rany te mają zupełnie odmienny proces gojenia, niż inne rany. Jest zatem wykluczone, by pochodzenie ran ojca Pio miało źró­dło naturalne. Czynnik, który wywołał takie rany, powinien być bez wątpienia poszukiwany wśród zjawisk nadprzy­rodzonych. Fakt ten jest fenomenem, którego nie sposób wytłumaczyć jedynie za pomocą wiedzy ludzkiej”.

    Ukryta rana

    Dzięki podobnym medycznym spra­wozdaniom i naukowym ekspertyzom, o tych ranach, które ojciec Pio miał na dłoniach, stopach oraz boku, wiedzieli niemal wszyscy. Jedna rana natomiast – ta, która sprawiała mu największy ból – nie została ujawniona w czasie jego życia. Była to rana na prawym ra­mieniu – odciśnięte piętno dźwigania krzyża przez Jezusa (Jezus obecność tej dotkliwej rany na swoim ciele objawił św. Bernardowi, który później ułożył Modlitwę do Świętej Rany Ramienia).

    Ojciec Pio wspomniał kiedyś swo­jemu duchowemu synowi, bratu Mo­destino, który pomagał mu w codzien­nych obowiązkach, że największy ból odczuwa przy zmianie podkoszulka. Ten jednak myślał, że chodzi o ból spowodowany raną boku. Dopiero po śmierci ojca Pio, w trakcie porządko­wania jego ubrań, brat Modestino na jednym z nich zauważył dużą krwistą plamę, blisko obojczyka. Dopiero wte­dy zorientował się dlaczego ojciec Pio wspominał o wielkim bólu w trakcie zmiany ubrania. Stygmat ramienia po­zostawał ukrytą raną i nie był należycie opatrywany, jak pozostałe stygmaty. To przyczyniało się do jeszcze większego cierpienia ojca Pio. W przeżywaniu bólu, który sprawiała mu ta rana, przebywał on z Jezusem na osobności, sam na sam. Uczestniczył w konaniu Jezusa opuszczonego w Ogrójcu i na Golgocie. Również dzisiaj wielu chorych znosi swe cierpienia – podobnie jak ojciec Pio – w łączności z Jezusem i w ukryciu przed światem. Ileż bólu, smutku i łez pozostaje zakrytych przed ich rodzinami i osobami z najbliższego otoczenia. Jakże wielkie­go męstwa wymaga cierpliwe znoszenie bólu w cichości serca, bez narzekania i złorzeczenia. Jakże ogromnej wiary potrzeba, by bez rozgłosu złączyć swój dotkliwy ból z bólem Jezusa… Ojciec Pio, który ukrywał przed światem swoją naj­dotkliwszą ranę, zdaje się podpowiadać osobom cierpiącym, że każdy ich ból, zwłaszcza ten ukryty i niezrozumiany przez innych, jest niczym drogocenny kanał, przez który Bóg zlewa na świat swoje łaski.

    Powiernik tajemnicy

    W 1948 roku ojciec Pio powiedział o istnieniu stygmatu na ramieniu tylko jednej osobie. Tą osobą był dopiero co wyświęcony na kapłana Karol Wojtyła – przyszły papież. Wokół ich spotka­nia narosło w późniejszym czasie wiele legend. Jedną z nich było twierdzenie, jakoby ojciec Pio miał przepowiedzieć Karolowi Wojtyle wybór na papieża oraz zamach na jego życie. Wszelkie speku­lacje uciął po latach sam Jan Paweł II, kiedy ujawnił prawdziwą treść rozmowy z ojcem Pio: „Rozmawialiśmy jedynie o jego stygmatach. Zapytałem, który ze stygmatów sprawia mu największy ból. Byłem przekonany, że ten w sercu. Ojciec Pio bardzo mnie zaskoczył, mó­wiąc: «Nie, najbardziej boli mnie ten na ramieniu, o którym nikt nie wie i który nawet nie jest opatrywany»”.

    Może zastanawiać fakt, że ojciec Pio nie powiedział o tej ranie swoim współ­braciom, a młodemu polskiemu księdzu, którego przypadkiem spotkał w zakonnej zakrystii. Wiele osób dopatruje się w tym zdarzeniu dowodu na to, że zakonnik przeniknął przyszłość księdza Wojtyły i tym osobistym wyznaniem dotyczącym ukrytej rany, chciał podkreślić, że Bóg wybrał go do wielkiej misji.

    Święty bliski Apostolstwu Chorych

    Ojciec Pio od młodości był czło­wiekiem chorowitym. Ze względu na stan zdrowia nie wiadomo było nawet, czy zdoła ukończyć przygotowania do kapłaństwa i przyjąć święcenia. Bóg jed­nak dał mu łaskę przyjęcia święceń i co­dziennego sprawowania sakramentów świętych. Obdarzył go także wyjątkową i trudną do spełnienia misją. Ojciec Pio miał realnie wchodzić w sekret cierpień duchowych i fizycznych Chrystusa, ofia­rującego się Bogu Ojcu za zbawienie grzeszników. Jezus wybrał go i przez dar stygmatów upodobnił w widzial­ny sposób do Siebie – ukrzyżowanego i cierpiącego. Ojciec Pio konsekwentnie i mężnie podążał drogą krzyża, rozbu­dzając w sobie pragnienie współcier­pienia z Jezusem w ofierze miłości za Kościół, grzeszników i dusze w czyśćcu cierpiące. W jednym z listów do kie­rownika duchowego pisał: „Odczuwam potrzebę ofiarowania się Bogu jako żer­twa ofiarna za biednych grzeszników i za dusze w czyśćcu. To ofiarowanie siebie Panu Bogu uczyniłem kilkakrot­nie, zaklinając Go, aby chciał przenieść na mnie kary przygotowane dla grzesz­ników i dla dusz w czyśćcu, a nawet stokrotnie je pomnożył wobec mnie, byleby tylko nawrócił i zbawił grzesz­ników, a także szybko przyjął do nieba dusze czyśćcowe”.

    Cała, trwająca blisko 60 lat, posługa ojca Pio, skupiała się na sprawowaniu sakramentów świętych i kierownic­twie duchowym. Są to posługi właści­we każdemu kapłanowi, ale u ojca Pio osiągnęły poziom heroicznej miłości. Oczywiście, posługa ta była nad wyraz płodna i przynosiła głębokie duchowe owoce także dlatego, że ojciec Pio miał nadzwyczajne charyzmaty: stygmaty, dar bilokacji czy umiejętność czytania w ludzkich sercach. Dawało mu to wgląd w stan ludzkiego ducha i możliwość sto­sowania takiego lekarstwa, aby penitent mógł jak najszybciej wyjść z duchowej choroby. Aby skutecznie pomagać in­nym, ojciec Pio nie tylko modlił się za nich, ale także pokutował za ich grzechy i ofiarował za nich swój ból i cierpienia. To wszystko sprawiało, że jego posługa była skuteczna i ciągle przynosi wielkie owoce w postaci nawróceń i duchowej przemiany wielu ludzi, którzy się do niego zwracają.

    Apostolstwo Chorych

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 5 SIERPNIA  kościół św. Piotra

    17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    18.00  MSZA ŚWIĘTA Z NIEDZIELI PRZEMIENIENIENIA PAŃSKIEGO

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – NABOŻEŃSTWO PIERWSZYCH PIĘCIU SOBÓT MIESIĄCA, JAKO WYNAGRODZENIE I ZADOŚĆUCZYNIENIE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE.

    *****

    Aby spełnić prośbę Bożej Matki dotyczącą Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca należy:

    1. przystąpić do sakramentu spowiedzi św. (można przystąpić do sakramentu pojednania kilka dni wcześniej) i przyjąć Komunię św.

    2. pomodlić się na różańcu wybierając jedną z czterech części Tajemnic (Radosną, Światła, Bolesną, Chwalebną)

    3. poświęcić kwadrans czasu na rozważanie jednej z 20 Tajemnic Różańca Świętego

    4. być świadomym intencji, którą jest wynagrodzenie za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    Osoby, które z różnych ważnych powodów (np. choroba) nie mogą osobiście uczestniczyć w nabożeństwie i przyjąć Komunii św. w kościele św. Piotra lub swoim lokalnym kościele, mogą łączyć się online, np. z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem:

    https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/  – w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 18.30 pokutny różaniec fatimski (w Szkocji 17:30), następnie medytacja pierwszosobotnia, Msza św. z kazaniem i Apel Maryjny

    *****

    Pierwsza sobota miesiąca.

    NAJŚWIĘTSZA MARYJA PANNA:

    “Przybędę z łaskami”

    „Córko moja – prosiła Maryja – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść Mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć Mi będą w intencji zadośćuczynienia”. Te słowa zawierające prośbę Maryi wypowiedziane w dni 10 grudnia 1925 r. w Pontevedra (Hiszpania) są nadal mało znane, a tym bardziej słabo praktykowane w kościele Chrystusowym. W tym dniu Maryja objawiła się s. Łucji z Dzieciątkiem Jezus i pokazała cierniami otoczone Serce…

    Nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca, które tu omawiam, jest ściśle związane z Objawieniami Fatimskimi, których 101 rocznicę obchodzimy w tym roku. Spośród trójki dzieci Franciszka, Hiacynty i Łucji, „Niebo” wybrało Łucję do „specjalnego zadania” o którym poinformowała ją Najświętsza Maryja w dniu 13 czerwca 1917 roku: „Jezus chce posłużyć się tobą, abym była bardziej znana i miłowana. Chce zaprowadzić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy przyjmą to nabożeństwo, obiecuję zbawienie. Te dusze będą przez Boga kochane jak kwiaty postawione przeze mnie dla ozdoby Jego tronu”.

     S. Łucja również otrzymała w nocy z 29 na 30 maja 1930 r. w Tuy odpowiedź od Pana Jezusa na pytanie o zasadność pięciu pierwszych sobót miesiąca.
    „Córko moja, powód jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi:
    – bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;

    Dzisiaj zatrzymamy się nad pierwszym bluźnierstwem przeciwko Niepokalanemu Poczęciu.

    Papież Pius IX w 9 grudnia 1854 roku w konstytucji apostolskiej Ineffabilis Deus ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, który brzmi: 
    (…) ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmogącego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana jako nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną, i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.

     Niestety sam termin “Niepokalane Poczęcie” wielu ludzi doprowadza do najwyższej irytacji. Często słychać nawet z ust ludzi wierzących “wszystko w tym chrześcijaństwie mogłabym przyjąć, tylko tego Niepokalanego Poczęcia nie mogę przełknąć!”. Takie spojrzenie jest dobrym powodem, aby spokojnie się zastanowić nad tą prawdą wiary katolickiej, którą dopiero w dziewiętnastym wieku uznano za dogmat. Trzeba tu jednak dodać, że cztery lata później „samo Niebo” jakby go potwierdziło „posyłając” Maryję do skromnej 14 letniej Bernadety w Lourdes, a Ona w święto Zwiastowania, 25 marca 1858 roku powiedziała: “Ja jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadetta była zaskoczona tą odpowiedzią, gdyż nie wiedziała, co znaczy to dziwne imię “Niepokalanie Poczęta”, tym bardziej że nigdy o nim nie słyszała. Nie zdążyła się już jednak o nic więcej zapytać, ponieważ śliczna Pani zniknęła. 
    Gdy słyszę, jak ktoś w podobny sposób podważa dogmat o Niepokalanym Poczęciu nietrudno udowodnić takim ludziom, że w ogóle nie wiedzą o czym mówią, bo często bywa tak, że mylą oni dogmat o Niepokalanym Poczęciu z zupełnie inną prawdą wiary o dziewictwie Maryi i narodzinach Bożego Syna z Dziewicy. Ale to są dwie całkowicie różne sprawy. 
    Bóg wybrał Maryję, aby stała się Matką Odkupiciela rodzaju ludzkiego i o Niej słyszymy: błogosławioną między niewiastami. Jest błogosławiona, ponieważ uwierzyła, że u Boga nie ma nic niemożliwego. Wielokrotnie Bóg przemawiał przez proroków chcąc wejść w ludzkie życie i szukając, którędy by mógł do nas wejść, i tak Pan znalazł otwarte Serce Maryi na boży głos gotowe wypełnić Bożą wolę. Kiedy chce przemówić do nas – choćby w tym nadchodzącym czasie pokuty – to być może szuka właśnie owego Maryjnego punktu w naszym życiu. Być może nie interesuje Go, jak bardzo jesteśmy pobożni, moralni, ascetyczni i zdyscyplinowani – chce raczej wiedzieć, jak bardzo jesteśmy otwarci na Jego Słowo i Jego wolę, czyli jak bardzo jest otwarte nasze serce. 
    Brama, przez którą wchodzi Pan w historię życia ludzkiego, jest Maryjne FIAT, “stań się” – “Niech mi się stanie według Słowa Twego!”. U początków dzieła stworzenia znajduje się Boże FIAT – Niech się stanie! Niech się stanie światłość! Niech się stanie ziemia! Niech się staną słońce i gwiazdy! To Boże słowo wyraża Jego władze i stwórczą potęgę, powołuje rzeczy z niebytu do bytu – tak było na początku dzieła stworzenia o czym czytamy w księdze Rodzaju.

    Gdy jednak ludzkość uległa podszeptom szatana i uległa grzechowi, Pan rozpoczyna swoje dzieło naszego odkupienia, przez które dziełu stworzenia dopiero nadaje ostateczną głębię i sens. To dzieło również jest zależne od FIAT Maryi – będące ludzką odpowiedzią na Boże wezwanie. Słowo wiary Maryi: “Fiat mihi secundum verbum Tuum” – “Niech mi się stanie według słowa Twego”. Owo FIAT czyli “stań się” wypowiada Maryja całym swoim jestestwem, całą swoją wiarą i życiem Ta, która nie doznała skazy grzechu pierworodnego.

    Cieszmy się zatem, że mamy taką Matkę, która dla nas jest też prawdziwym przykładem, że Pan Bóg ma w swej opiece tych, którzy Mu ufają.

    W każdym czasie naszej egzystencji chcemy się uczyć takiej wiary i ufności – dlatego my Sercanie Biali zapraszamy do naszego klasztoru w Polanicy Zdroju ul. Reymonta 1, do Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, czyli SZKOŁY SERCA na pierwsze soboty miesiąca, aby razem wynagradzać za grzechy, jakich dopuszczają się ludzie, także niewierzący, przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi, a w konsekwencji przeciw Bogu, ale również uczyć się od Maryi miłości i posłuszeństwa Panu Bogu, czyli mówić Bogu w sposób świadomy i odważny FIAT „niech mi się tak stanie”. 
    Nasze modlitewne spotkanie zaczynamy o godzinie 20.00 Mszą Świętą, a później Różaniec wynagradzający i czuwanie. Jest to dobra okazja do odbycia spowiedzi. 
    (Szczegóły na stronie www.sanktuarium-fatimskie.pl ) 
    W ten sposób chcemy wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi za różne obelgi i bluźnierstwa.
    Zapraszamy wszystkich chętnych do przybycia do MATKI… 
    „Muszę wyznać – pisała Siostra Łucja – że nigdy nie czułam się tak szczęśliwa, niż kiedy przychodzi pierwsza sobota. Czy nie jest prawdą, że największym naszym szczęściem jest być całym dla Jezusa i Maryi i kochać Ich wyłącznie, bezwarunkowo?”.

    o. Zdzisław Świniarski SSCC (Sercanin Biały)/fronda, 2018

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Stefan Wyszyński:

    Wszystko postawiłem na Maryję!

    Kard. Stefan Wyszyński: Wszystko postawiłem na Maryję!

    BŁOGOSŁAWIONE DZIEDZICTWO NARODU

    Młode pokolenie Polski idzie w czasy niewątpliwie trudne. Kiedyś mnie zabraknie, ale Wy to przypomnicie! I od Was zażądają wielkich ofiar, potężnej wiary, gorącej miłości, a w niejednej klęsce — nadziei na Sprawiedliwego Boga. Musicie być wtedy mężni. W takich momentach pomocą Wam będzie doświadczenie, które Naród zdobył w ciągu minionych dziejów.

    Wielką mądrością jest umiejętność czerpania z doświadczeń przeszłości. Aby się ostać, musicie sięgnąć do tych sił w Narodzie, dzięki którym trwa on od wieków, mimo tylu niebezpieczeństw, cierpień, wojen. Mamy bogate doświadczenia religijne, moralne, społeczne, narodowe i polityczne. Dobrze wiemy, że wielkie moce, które sprawiły, iż Naród trwa i rozwija się, w dużym stopniu zawdzięczamy naszemu natchnieniu i duchowości religijnej, którą w najtrudniejszych momentach odżywia się nasza duchowość ojczysta i kultura narodowa. Gdybyśmy chcieli z niej usunąć wszystko, co jest z ducha chrześcijańskiego, jakże pozostałaby uboga!

    Mamy więc dziedziczne — jakże błogosławione! — obciążenie przeszłością. Właśnie z jej ducha rodziły się zobowiązania, które uprzedziły rozwój społeczny i kulturalny innych narodów. Były to: 
    Śluby Jana Kazimierza, 
    Unia Horodelska, 
    Konstytucja 3 Maja, a ostatnio — Śluby Jasnogórskie i Milenijny Akt Oddania Bogurodzicy za Kościół. Stanowią one wspaniałe dziedzictwo, z którym wyruszamy w przyszłość. Trzeba tylko umieć wczytać się w głosy, które brzmią w przeszłości Narodu. Nie wolno lekceważyć przeszłości!

    (Warszawa, 4.10.1970 r.)

    FRAGMENT WIZERUNKU PRYMASA JASNOGÓRSKIEGO

    1. „Wszystko postawiłem na Maryję”

    Dobrze znana jest już ta książka, która pod takim właśnie tytułem, ukazała się jesienią 1980 r. w paryskim wydawnictwie Księży Pallotynów. Autor: Stefan Wyszyński — Prymas Polski. Objętość 375 stron. Na pierwszej stronie okładki: obraz nieodłączny od Osoby Autora: Matka Boska Jasnogórska, z Dzieciątkiem Jezus na ręku. Obraz bez koron. „Zbyt uboga jest obecnie Polska, by Jej Królowa miała chodzić w koronie” — mówił jeszcze w 1948 roku postanawiając włączyć Ją do prymasowskiego herbu. Na ostatniej stronie okładki: Prymas Polski w objęciach Ojca Świętego Jana Pawła II w dniu uroczystej inauguracji pontyfikatu. Zdjęcie to obiegło świat i stało się symbolem najgłębszej przyjaźni tych ludzi. Ten tytuł i zdjęcia spinają w jedno Wielką Tajemnicę życia Stefana Kard. Wyszyńskiego. Książka ukazuje fragmenty wizerunku Człowieka, o którym mówią: „Ojciec Ojczyzny”, „Prymas Tysiąclecia”. On sam określał się również mianem „Claromontanus” tj. „Jasnogórski”. Ta niezwykła publikacja, poprzedzona została Listem Polskiego Papieża: „Chodzi tutaj o teksty autobiograficzne, a zwłaszcza o zapiski z trudnego okresu lat 1953—56, które posiadają wartość nieporównaną. Odsłania się w nich nie tylko jakiś najgłębszy nurt dziejów duszy Prymasa Polski — ale równocześnie jeden z centralnych wątków naszej współczesności: wątek ważny i decydujący dla dziejów Kościoła w Polsce. I nie tylko w Polsce. Bóg w Swej niewysłowionej Opatrzności pisze te dzieje poprzez dzieje duszy ludzi, zwłaszcza tych, którym szczególnie dużo zawierza (…) Książka pod tak wymownym tytułem: „Wszystko postawiłem na Maryję”, będzie nade wszystko wielkim świadectwem: chrześcijanina, kapłana, biskupa, Polaka naszej epoki. Książkę pod takim tytułem może opublikować tylko Prymas Polski. Świadectwo bowiem zakłada doświadczenie, A Ksiądz Prymas posiada wyjątkowe doświadczenie Maryjne: doświadczenie na miarę epoki” (s. 11—12).

    Ojciec Święty pisał te słowa przeszło rok przed śmiercią Stefana Wyszyńskiego. Nazwał tę księżkę „darem bezcennym” i obiecał wraz z nami „czytać ją z należną czcią i wdzięcznością”. Teraz po tych zadziwiających wypowiedziach i uczuciach, które Jan Paweł II wyraził wobec Narodu Polskiego i całego Kościoła w związku ze śmiercią i pogrzebem Prymasa, a zwłaszcza po nawiedzeniu grobu „Swego Przyjaciela” w czasie II Pielgrzymki do Ojczyzny i po tylekroć wyrażonym pragnieniu by było kontynuowane dzieło i linia Kardynała Stefana Wyszyńskiego — wszyscy jeszcze wyraźniej wiemy jak wielka była ta cześć i wdzięczność. Nasza wspólna miłość do Maryi Jasnogórskiej i wezwanie Ojca Świętego, przynaglają aby pochylić się raz jeszcze z szacunkiem nad książką i tajemnicą Serca Wielkiego Prymasa. Nie wszyscy zdążyli przeczytać w całości te zapiski przed śmiercią Autora. Dla wielu jednak będą one, jak fragment ważnego testamentu często odczytywanego, umocnieniem na maryjnej drodze.

    2. „Dlaczego wszystko postawiłem na Maryję?”

    Prymas często odpowiadał na to pytanie: „Wydaje mi się, że najbardziej bezpośrednią mocą w moim życiu jest Maryja. Przez szczególną tajemnicę, której w pełni nie rozumiem, została Ona postawiona na mej drodze… Wiem jednak, że z tej drogi zejść nie mogę i nie chcę! Doświadczenie mnie pouczyło, że tylko na tej drodze, przy pomocy Dziewicy Wspomożycielki, Pani Jasnogórskiej, można czegoś dokonać w Polsce. Oczywiście mocami Bożymi” (s. 15—16). Słowa powyższe Prymasa wypowiedziane zostały 12 V 1971 r. do Paulinów, w których szeregi chciał 50 lat wcześniej wstąpić. Na ukochanie tej maryjnej drogi życia złożyło się wiele argumentów: osobiste doznanie cudownych łask przez pośrednictwo Jasnogórskiej Pani; dogłębna znajomość duszy i serca Narodu Polskiego, z którego żaden nieprzyjaciel nie mógł wyrwać miłości do Maryi; wielkie doświadczenia historyczne i współczesne, które raz jeszcze ujawniły, że Jasna Góra i Maryja rzeczywiście broni, wzmacnia i jednoczy Naród. W książce znajdujemy świadectwo Człowieka, który poznał Moc jaką Bóg obdarzył Maryję. Z Jego osobistych doświadczeń wybierzemy okruchy wspomnień…

    Z najwcześniejszych lat dzieciństwa utrwalił Mu się obraz ojca opowiadającego o swoich pielgrzymkach do Częstochowy i matki dzielącej się wrażeniami z Ostrej Bramy. Przeplatały się te relacje o miłości Rodziców do Królowej Jasnogórskiej i Ostrobramskiej Matki. „Wiele razy znajdowałem Ojca przed Obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej…”

    „Dlaczego przyjechałem na Jasną Górę?”

    „W wigilię kapłańskich święceń zakrystian z katedry włocławskiej powiedział mi „Proszę księdza z takim zdrowiem, to lepiej od razu iść na cmentarz, a nie do święceń…” Miał w tym dużo racji — mówi Ks. Prymas — a ja pragnąłem odprawić przynajmniej jedną Mszę św.” (s. 30). Odprawił ją właśnie na Jasnej Górze. Później odprawiał Mszę św. przez 57 lat! Co się wtedy stało z jego sercem i z jego zdrowiem? Maryja zna tę tajemnicę Ona „uwięziła wtedy jego serce”. Pięknie mówił o tym Kardynał Karol Wojtyła w 50-tą rocznicę jasnogórskich prymicji Stefana Wyszyńskiego. „Tutaj na Jasnej Górze, tutaj przed tym Obrazem, o którym młodzi śpiewają, iż wszystkie serca więzi, tutaj zostało uwięzione twoje serce w dniu, w którym odprawiłeś pięćdziesiąt lat temu swoją pierwszą Mszę św. Przybywając tutaj na to miejsce w dniu dzisiejszym, widzimy głęboką logikę, nie ludzką, ale Bożą, wydarzeń, którą najlepiej zna Duch Święty, pozostawiamy jako tajemnicę pomiędzy twoim biskupim i prymasowskim sercem — a Tą Najlepszą z Matek, która przed 50-ciu laty uwięziła tutaj Twoje serce, po to ażeby dać Ci tą wspaniałą duchową wolność, która zapobiegła jakiemukolwiek zniewoleniu ducha polskiego na tym etapie naszych dziejów” (Oto Matka Twoja, s.262).

    Sam Solenizant wyznawał: „Nosiłem się z zamiarem wstąpienia do Zakonu Paulinów i poświęcenia się pracy wśród pielgrzymów. Ojciec Korniłowicz, mój kierownik duchowy oświadczył mi, że życie moje musi jednak iść drogą maryjną, jakkolwiek by płynęło…” (s. 172). Ucieszy serce jeszcze i tym wyznaniem: „Wydaje mi się, że cokolwiek bym powiedział o moim życiu, jakkolwiek bym zestawił moje pomyłki, to na jednym odcinku się nie pomyliłem: na drodze duchowej na Jasną Górę. Drogę “tą uważam za najlepszą cząstkę, którą Bóg pozwolił mi obrać. Pragnąłbym aby nigdy nie była mi odebrana…” (s. 33). Tą swoją „najlepszą cząstkę” oddał Prymas Narodowi, któremu służył tak wiernie i bezgranicznie przez wszystkie lata swego kapłaństwa, biskupstwa i prymasowstwa.

    3. „Przychodzę tu wprost z Jasnej Góry”

    Tak powie młody biskup Stefan Wyszyński swoim nowym diecezjanom w Lublinie. „Na tarczy biskupiej niosę pogodną, choć zoraną bliznami walki Twarz Maryi” (List Pasterski na dzień ingresu do katedry lubelskiej 26 V 1946 r.). Sakrę biskupią zgodnie z swoim pragnieniem otrzymał na Jasnej Górze. Widział w tym znak Boży. Wspomnijmy notatkę zrobioną w więzieniu 12 V 1965 r. w rocznicę sakry: „Wielką pociechą dla mej nędzy jest to, że urodziłem się do biskupstwa na Jasnej Górze, że „origine” jestem „Claromontanus… (s. 89). Może również z tej właśnie racji, pobyty na Jasnej Górze i bliskość Obrazu Jasnogórskiego stawały się okazją do ujawniania zawsze z nową świeżością jakiegoś rąbka „jasnogórskiej tajemnicy” Prymasa? W 25-lecie prymasowskiej drogi, późną nocą 9 XI 1973 r., mówił wobec grona Paulinów: „Myślę, że to spotkanie w obliczu naszej wspólnej Matki, wprowadza nas w głębię tajemnicy (…) Dla mnie „Soli Deo” nie jest ozdobą pieczęci biskupiej. Dla mnie jest programem (…) Program ten był później uzupełniony na Jasnej Górze. Tajmnica ta pogłębiała się i nadal się pogłębia… Ale ta właśnie tajemnica każe mi niejako ukryć się z nią, dopóki nie wyczerpią się dni i dopóki Pan nie zażąda zmiany warty przy Jego Kościele w Polsce i przy Jego Jasnogórskiej Służebnicy… Niechaj się głowią teologowie nad tym, jak to jest… Ja sam się wahałem, czy mam mówić „per Mariam — Soli Deo”, ale teraz tak mówię, bo tak wierzę… Mam na to mnóstwo dowodów, że właśnie Matka Chrystusowa jest zwiastunką mocy Ojca, który miłuje Swoje dzieci wierzące Jego Synowi w Polsce” (s. 22). Krótkie lata, choć wypełnione intensywną biskupią posługą w Lublinie pozwoliły Mu na niezwykłe trafne włączanie w dzieło Kościoła swojej i ludu polskiego pobożności maryjnej. Kiedy żegnał Lublin, mówił o smutku rozstania, ale dodawał: „Wielką pociechą moją jest to, że odkryłem w sercach Waszych miłą słabość — Waszą słabość do wspólnej Matki, Maryi Najczystszej. Przyszedłem do Was pod znakiem Maryi Jasnogórskiej, a dziś idę dalej w swej życiowej misji. Zostawiam Was na kolanach przed Jej Niepokalanym Sercem. Krzepiliśmy się tą miłością. Trwajcie drogie Dzieci w tej czci ku Matce Boga Człowieka, gdyż ta cześć utrzyma Was w miłości społecznej i wierności Bogu. Proszę Was szczególnie, abyście w modlitwach swoich polecali moje trudy apostolskie Panience Krasnobrodzkiej i Serdecznej Matce Chełmskiej i Potężnej Opiekunce Janowskiej…”. To wpatrzenie w Jasną Górę a jednocześnie uszanowanie i wywyższenie wszystkich napotkanych miejsc czci Maryi stanie się Jego znamienitą cechą. Jako Prymas Polski dokona przeszło 50 koronacji cudownych figur i obrazów Matki Bożej w różnych sanktuariach Polski.

    4. „W Imię Pani Jasnogórskiej pragnę być Wam pasterzem”

    Witając się z Warszawą, przy objęciu stolicy arcybiskupiej, Ksiądz Prymas Wyszyński czuje się pośród swoich. Jest to nie tylko miasto Jego młodości uczniowskiej i kapłańskiej, ale również bardzo bliskie mu środowisko ideowe. „Rozumiem, iż po Warszawie, obmytej krwią najlepszych dzieci Waszych, po Warszawie, po której biegałem jako uczeń, jako kapłan w czasie okupacji, po tej Warszawie trzeba chodzić z wielką czcią, z sercem czystym i wiernym aż do śmierci Bogu i Katolickiej Polsce”. Była to „Jego” Warszawa, głównie z lat okupacji. Wracały wspomnienia z lat gdy jako „siostra Cecylia” pełnił obowiązki kapelana Zakładu dla Niewidomych w Laskach u sióstr Franciszkanek. Znowu stały Mu przed oczyma tajne komplety młodzieży akademickiej Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Ziem Zachodnich, wykłady na ul. Chłodnej u sióstr Zmartwychwstanek, czy na ul. Kredytowej w „Kółku Pawiowym”, lub na ul. Wiślanej u Szarych Urszulanek. „Jest jakimś tajemniczym narzędziem, przepływa z Niego potęga”; „Ten człowiek ma jakieś posłannictwo. Jeszcze wstrząśnie chrześcijaństwem” — pozostawały w pamięci takie zdania z okupacyjnych dyskusji młodzieży akademickiej. W tamtym okresie, pod Jego kierownictwem pracowały już zespoły młodzieży żeńskiej przygotowujące się do pracy nad duchowym odrodzeniem Polski. To ich dziełem była ulotka rozpowszechniona podczas Powstania Warszawskiego „Mobilizacja Walczącej Warszawy” na dzień 26 VIII 1944 r. „W rocznicę Cudu nad Wisłą (15 VIII) a w przeddzień święta Królowej z Jasnej Góry (26 VIII) Warszawa — wierne, macierzyńskie serce Polski krwią i męką rodzące wolność Ojczyzny, wzywa synów i cały Naród do nowej mobilizacji, do walki o wewnętrzne przemienienie Narodu w duchu Bożej i braterskiej miłości, do szturmu już, nie o wolną ale i i świętą Polskę… Bracia do broni! do nowej, niezawodnej odwiecznej broni Polaka, ufnej, zwycięskiej modlitwy całego Narodu! W dniach od 15. do 26. VIII cała Warszawa przyjmuje Komunię świętą we wspólnej narodowej intencji; Walcząca Warszawa codziennie powtarza jedną wspólną modlitwę — różaniec… Zgromadzeni przed Obrazem Matki Bożej Częstochowskiej we wszystkich naszych domach, mówimy modlitwę walczącej Warszawy, wyrażającą dziejowe posłannictwo Polski: „Matko nasza Jasnogórska, Królowo Narodu Polskiego, daj nam Jezusa, oddaj nas Jezusowi i racz sprawić byśmy przez Ciebie całej Ojczyźnie, a przez wolną Ojczyznę — całemu światu wywalczyli Jezusa”. Bracia uderzmy w wielki dzwon wzywający Warszawę na modlitwę do Jasnogórskiej Matki. Rzućmy Ojczyznę na kolana w przeddzień cudu Bożego Miłosierdzia… Za wysłuchanie modlitwy nie obiecujemy świątyń i pielgrzymek, ale coś więcej: obiecujemy, że Obraz Jasnogórskiej Matki wprowadzimy do naszych serc, że on przemieni nasze życie narodowe i osobiste, że znajdzie się na narodowym sztandarze”.

    Czy — Prymas Polski — dawny kapelan okręgu wojskowego Żolibórz-Kampinos i szpitala powstańczego w Laskach, ojciec i kierownik duchowy tych grup młodzieży, nie myślał o tej „mobilizacji w Imię Jasnogórskiej Pani” gdy niecałe pięć lat później podczas ingresu do Warszawy, mówił: „Przyszedłem do Was w Imię Matki Bożej Królowej Polski. Sakrę biskupią przyjąłem u stóp Pani Jasnogórskiej i w Jej Imię pragnę być Wam pasterzem, bowiem Jej zaufałem…”.

    Idąc tym śladem chcielibyśmy też wiedzieć: jakie myśli rodziły się w sercu Prymasa Polski i członków tych dawnych grup apostolskich, które ślubowały wprowadzenie Obrazu Jasnogórskiej Pani na „narodowy sztandar”, gdy 30 lat później, na Placu Zwycięstwa, pod Jej Obrazem, w otoczeniu narodowych sztandarów, przemawiał Jan Paweł II, rówieśnik tego pokolenia walczącej Warszawy?

    Z komentarza otrzymanego od samego Ks. Prymasa, wiemy jak głęboko traktował ten Znak Jasnogórski pod Krzyżem Papieskim na Placu Zwycięstwa. Widział w nim wielki manifest chrześcijaństwa w Polsce. Sama Opatrzność według Niego wskazuje na ten Znak tożsamości narodowej i Źródło mocy Bożej, z którą trzeba się związać.

    Kiedy przyszły trudne lata pogłębiającego się sporu z ateizmem o to co święte w Narodzie, w historii, w kulturze — Prymas Polski stanął mężnie w obronie tych wartości. On wiedział, że zamach na kulturę ojczystą zaczyna! się w historii Polski często od zamachu na religię i wolność sumienia. Podczas procesji Bożego Ciała 4 VI 1953 r. mówił do 200 tysięcy wiernych: „Najmilsze Dzieci. Gdy wokół nas stoicie tak licznie i tak zwarcie, cieszymy się Wami, cieszymy się oczyma Waszymi, cieszymy się każdą twarzą, każdym rumieńcem, tak nam droga jest każda łza duszy czystej, bośmy razem z ludu wzięci, bośmy z łona matek Polek się urodzili. I choć drugą Ojczyzną jest Rzym, tam gdzie jest pierwszy Kapłan… to jednak myśmy postawieni tu przez Chrystusa, abyśmy w pierwszej Ojczyźnie ziemskiej przypominali Pana Niebios, bośmy z ludu i dla ludu…”. Niedługo miał się cieszyć oglądaniem tych kochanych twarzy!

    Nadchodził bardzo trudny czas, w którym związek z Kościołem, z Narodem, z Jasnogórską Matką miał być poddany heroicznej próbie. 25 IX 1953 r. przed południem, rozmawiał jeszcze Prymas, z bliską osobą, którą znał z okupacji: „Gdyby ci mówili, że Twój Ojciec działa przeciwko Narodowi we własnej Ojczyźnie, nie wierz! Gdyby ci mówili, że Twój Ojciec stchórzył, nie wierz! Twój Ojciec nigdy nie zdradził i nie zdradzi sprawy Kościoła, choćby miał za to zapłacić życiem i własną krwią (…) Twój Ojciec kocha ojczyznę więcej od własnego serca i wszystko czyni dla Kościoła i dla niej. (…) Nie bój się moje dziecko, bo Twój Ojciec niczego się nie boi, tylko Boga”. Wieczorem tego dnia podczas kazania w kościele św. Anny, na uroczystości patronalnej św. Ładysława z Gielniowa powiedział: „Obchodzimy dziś święto Patrona Warszawy. Dziwne połączenie: z jednej strony herb Warszawy syrena z mieczem w ręku, jakby przygotowana do odbicia ciosu, z drugiej człowiek w habicie, przepasany sznurem. Tam piękna legenda, tu życie i trzeba się opowiedzieć, albo za legendą albo za życiem, ale żeby się opowiedzieć za życiem, trzeba mieć wiele odwagi, bo takie życie to świętość…”.

    Na Prymasa Polski był już podpisany nakaz aresztowania i internowania. Msza św. skończyła się po 21.00. Przed kościołem żegnał go tłum młodzieży. Powiedział im: Znacie obraz Michała Anioła — Sąd Ostateczny, Anioł Boży 
    wyciąga z przepaści człowieka na różańcu. Mówcie za mnie różaniec”. Po północy został wywieziony pod silną eskortą. Wziął tylko brewiarz i różaniec. Nie wiedział, że przez te przeszło 3 lata jego uwięzienia dniem i nocą trwały czuwania, Msze św. i różaniec na Jasnej Górze w jego intencji. Ludzie, którzy doświadczyli tych samych „mocy jasnogórskich” jakie były źródłem jego siły, chcieli swemu Prymasowi i Ojcu zapewnić stały dopływ tej niewidzialnej energii.

    5. „Modlitwy i więzienne cierpienia ku uczczeniu Pani Jasnogórskiej”

    Czytając teksty Dziennika z tamtych więziennych lat, dotykamy tajemnicy Prymasa Wyszyńskiego. Jan Paweł II ofiarował nam do niej komentarz, a jego słowa wpisały się głęboko w pamięć Polski: „Czcigodny i umiłowany Księże Prymasie! Pozwól, że powiem po prostu co myślę. Nie byłoby na Stolicy Piotrowej tego Papieża-Polaka (…) gdyby nie było Twojej wiary, nie cofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei, Twego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła; Gdyby nie było Jasnej Góry, i tego całego okresu dziejów Kościoła w Ojczyźnie naszej, które związane są z Twoim biskupim i prymasowskim posługiwaniem” (23 X 1978).

    Jakże dziś mówić o tym okresie więziennym: „In vinculis pro ecclesia?”. Tutaj przecież kształtował się cały program pracy Kościoła w Polsce wybiegający w dziesiątki lat. Rydwałd, Stoczek, Prudnik, Komańcza. Na tych etapach internowania Prymas wykonuje olbrzymią pracę dla przyszłości. Program dla życia Kościoła w Polsce oparty o Jasnogórskie Centrum, rodzi Się tu, w całkowitej izolacji, a przecież dociera do wiernych! Ślady przemyśleń zdradzają zapiski z kolejnych więzień, przemycone listy, instrukcje, komentarze. Ujawnią go w pełni późniejsze dzieła, które się tutaj rodzą. W więzieniu, opracowuje program Wielkiej Nowenny przed Tysiącleciem Chrztu Polski: Tu powstaje i krystalizuje się myśl Nawiedzenia Polski przez kopię Obrazu Jasnogórskiego, a nade wszystko zamiar przeprowadzenia dzieła oddania Narodu w Macierzyńską Niewolę Maryi za wolność Kościoła w Polsce i w świecie. Gdy zbliżał się Jubileusz 300-lecia „Obrony Jasnej Góry” Prymas zapisywał: Obrona Jasnej Góry dziś — to obrona chrześcijańskiego ducha Narodu, to obrona kultury rodzimej, obrona jedności serc ludzkich w Bożym Sercu. Jest to obrona swobodnego oddechu człowieka, który chce wierzyć bardziej Bogu niż ludziom, a ludziom — po Bożemu” (18 XII 1954, s. 82—83). W pierwszym dniu Roku Jubileuszowego (1 I 1955 r.) zanotuje: „Już dziś oddaję wszystkie swoje modlitwy i więzienne cierpienia ku uczczeniu Pani Jasnogórskiej — za Naród Chrystusowy, by wytrwał w łasce i miłości…” (s. 85).

    Bardzo intensywnie pracował Prymas nad przygotowaniem Akcji Odnowienia Ślubów Jasnogórskich. W więzieniu powstaje ich nowy tekst. Cały okres 1956 r. wypełniony jest myślą o tych wielkich wydarzeniach, które w przekonaniu Prymasa-Więźnia muszą nastąpić. Do Generała Paulinów pisał 21 VI 1956 r.: „Bodaj nigdy tak dobitnie jak teraz, nie uświadomiłem sobie tego, jak potężna jest wola Boża, by Jasna Góra była stolicą chwały Bożej, która rozlewa się na Polskę (…). I dziś musi być przeprowadzona w Polsce obrona Jasnej Góry — już nie z pomocą armat i pocisków, ale przez potężny ładunek myśli i uczuć roznieconych przez Ojca Świętego” (s. 117). „Trzeba związać bliżej jeszcze Naród cały z Jasną Górą. Idzie mi szczególnie o inteligencję naszą, tak słabą, tak żyjącą zaledwie okruchami ze stołu ewangelicznego, a jednak tak religijną, choć na swój sposób, i kochającą Matkę Bożą. Nasze obecne przeżycia wskazują na to, że inteligencja polska, choćby istotnie teologicznie była niewyrobiona, to jednak na Kościół patrzy oczyma narodowej racji stanu. Możemy widzieć błędy i braki tego patrzenia, ale nie możemy nie wiedzieć, że jest to doniosły dla Kościoła Bożego punkt wiążący, dzięki któremu schizma i herezja są w Polsce niemożliwe. Co więcej nie jest możliwa ateistyczna apostazja Narodu. Możemy i musimy poprawiać to widzenie Narodu, ale nie możemy go nie doceniać. Nie możemy go nawet potępiać. Kościół polski musi być zawsze wrażliwy na to widzenie narodowe Kościoła Świętego. Ostatecznie takie widzenie sprawia, że Naród ciąży ku Kościołowi. W tym ciążeniu Narodu centralnym punktem jest Jasna Góra…” (s. 122—23). Na inteligencji bardzo mu zależało. Tym bardziej, że znane były opory niektórych środowisk w stosunku do „maryjnej drogi” duszpasterstwa Kościoła w Polsce. 6 VIII 1956 notuje: „Wyruszam” dziś z Pieszą Pielgrzymką Warszawską na Jasną Górę. Modlić się będę razem z pielgrzymami (…) Towarzyszę duchem dzieciom moim, które mają łaskę wezwania na Jasną Górę…”.

    26 VIII 1956, w dniu Ślubów Narodu, fotel Prymasa Polski na Jasnej Górze pozostał pusty. Tylko ogromny bukiet biało-czerwonych kwiatów spoczywał na nim. Ale to wystarczyło. Te kwiaty, te polskie kolory i to miejsce — wszystko mówiło o Człowieku, który wtedy Polskę uosabiał. On sam w swej celi w Komańczy pisał w tym dniu: „Dzień Ślubów Narodu na Jasnej Górze. Teraz wiem prawdziwie, że jestem Twoim Królowo Świata i Królowo Polski, niewolnikiem. Bo dziś w dniu wielkiego święta Narodu katolickiego, każdy kto tylko zapragnie może stanąć pod Jasną Górą… A ja mam pełne do tego prawo… A jednak, mając tak potężną i tak Dobrą Panią, mam zostać w Komańczy. Przecież to z Twojej woli (…). Tylko my oboje, Matko, możemy chcieć jednego. W tej chwili cała Polska modli się o moją obecność na Jasnej Górze. Tylko my dwoje wiemy, że jeszcze nie przyszedł czas… Jestem już w pełni spokojny. Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca, aby stał się chlebem Narodu”.

    6. „Co się stało na Jasnej Górze?”

    3 dni po Jasnogórskich Ślubach (29 VIII 1956 r.) po otrzymaniu relacji o wspaniałych uroczystościach o milionowym zgromadzeniu pielgrzymów i o żarliwej modlitwie Narodu spotykamy w dzienniku z Komańczy te słowa: „może wreszcie wszyscy uwierzą w potęgę Jasnej Góry w Polsce! Wszyscy! Ja wierzę już od dawna. Bóg jeszcze raz pokazał, w imię jakiej Siły trzeba jednoczyć i odradzać Naród…” (s. 131). 23 lata później w czerwcu 1979 roku Jan Paweł II, dziękując Prymasowi Polski za genialne wyczucie znaczenia Jasnogórskiego Sanktuarium, odpowiadał na pytanie które Kard. Wyszyński postawił w Komańczy we wrześniu 1956 r. cytując słowa Stefana Wyszyńskiego, „co się stało na Jasnej Górze? Dotąd nie jesteśmy w stanie dobrze na to odpowiedzieć, stało się coś więcej, niż zamierzaliśmy. („O tak! stało się coś więcej, niż zamierzaliśmy…”! — zawołał Papież, a wszystkim starczyło to radosne zawołanie za najpiękniejszy komentarz)… Okazało się, że Jasna Góra jest wewnętrznym spoidłem życia Narodu, jest siłą, która chwyta głęboko za serce i trzyma Naród w pokornej a mocnej postawie wierności Bogu, Kościołowi i jego Hierarchii. Dla wszystkich nas była to wielka niespodzianka, że potęga Królowej Polski jest w Narodzie aż tak wspaniała” (Oto Matka Twoja, s. 359; Wszystko postawiłem na Maryję, s. 133-134).

    Dwa tygodnie przed uwolnieniem z więzienia Kard. Wyszyński składając Bogu dziękczynienie w rocznicę zwycięstwa chocimskiego dorzucił jeszcze w dzienniku: „Choćbym miał umrzeć nie wysłuchany przez Ciebie, Matko, to jeszcze będę uważał za największą łaskę życia, żem mógł do Ciebie mówić” (10 X 1956 r. s. 106—107).

    7. Tyle wspaniałych rzeczy dokonało się później na naszej ziemi z pomocą Jasnogórskiej Królowej Polski!

    Znamy to wszystko. Widzieliśmy wielkie zmagania. Prymas wraz z Episkopatem i całym. Kościołem w Polsce występował z programem ocalenia. Wszystko toczyło się z jakąś przedziwną logiką. Moc Jasnogórskiego Znaku Ocalenia, okazywała się w kolejnych misjach Kościoła w Polsce podjętych nie tylko dla ocalenia najistotniejszych wartości, ale i dla wsparcia wielkich ewangelicznych idei. Millenium, Peregrynacja, Akt Oddania w Niewolę Maryi za Wolność Kościoła, program przygotowania Jubileuszu 600-lecia Jasnej Góry. Wybór Polskiego Papieża, Bierzmowanie Narodu podczas pierwszej Pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny i wielki ruch odnowy moralnej, ogłoszenie Papieskiego Aktu Zawierzenia Kościoła Maryi… To są wielkie etapy najnowszych dziejów Kościoła w Polsce i dziejów Prymasa, który „Wszystko postawił na Maryję”. Oglądały jeszcze jego oczy te radosne tajemnice… 
    Niemożliwe jest streszczenie orędzia Prymasa Tysiąclecia. Rozsiane jest ono w dziesiątkach książek — zapisów kazań i naukowych opracowań. Mieści się tam zarówno wielka, żywa, ewangeliczna — to znaczy „służebna” mariologia, jak i doświadczenia socjologa, znawcy ducha pracy ludzkiej, organizacji chrześcijańskich związków zawodowych, kierownika dusz, uczestnika powstania, wykładowcy tajnych i jawnych uniwersytetów, Męża stanu, Kardynała i teologa, niekwestionowanego przywódcy Narodu — a nade wszystko Pasterza Kościoła i Polaka. Jest to myśl Biskupa, stojącego w szeregu tych wielkich biskupów, których tradycja w Polsce jest taka piękna. Jego „doświadczenie maryjne” — jak mówi Jan Paweł II — jest rzeczywiście „na miarę epoki!”.

    Cała książka „Wszystko postawiłem na Maryję” ogarnięta jest mariologią eklezjalną. Prymas Polski nie tworzy jakiejś „narodowej kapliczki”. We wszystkich poczynaniach ukazuje i umacnia związek z Ojcem Świętym. Jakże Go cieszy, poświęcony przez Piusa XII Obraz, który pójdzie w Nawiedzenie poprzez Polską ziemię: „Dzisiaj rano wróciłem z Rzymu. Ale nie wróciłem sam. Przywiozłem ze sobą dar — Oblicze naszej Królowej i Matki, Pani Jasnogórskiej, Dziewicy Wspomożycielki (opowiada o tych dwu kopiach obrazu zawiezionych do Rzymu 13 V 1957 r. Pius XII jedną przyjął dla siebie, a drugą pobłogosławił dla Polski. „Odtąd na Watykanie, wśród najrozmaitszych cudów świata, będzie miała swoje władanie Matka Boża Jasnogórska. Patrząc spokojnym wzrokiem na Namiestnika Jej Syna na ziemi, będzie przypominała Ojcu Świętemu Polskę! (s. 171—172), Warszawa, 18 VI 1957).

    10 lat później, 3 V 1967 r. Prymas czyta w liście Pawła VI: „Sprawimy, aby dokument Waszego oddania się w Niewolę Matki Najświętszej z całą troskliwością przechowywany był na Watykanie, obok Grobu św. Piotra”. Komentarz pełen entuzjazmu, wskazuje na wielką radość: „Jest to rzecz niesłychana. Jest to niezwykły symbol i znak! Oto Papież (…) na oczach świata, zamyka nas niejako w sercu Kościoła, u fundamentów Piotra, na znak wieczystej i nierozerwalnej jedności… Kładzie nas jak kamień świętego budowania na Opoce — przy Grobie Księcia Apostołów. Tysiącletnie doświadczenie więzi z Kościołem doprowadziło nas aż dotąd…” (s. 268). Czyżby człowiek o tak potężnej wyobraźni, proroczym przeczuwaniu i wiary w niemożliwe, sądził że nie można już dalej pójść? Mówił to 3 V 1967 r. Czy mógł jednak przewidzieć, już wtedy jak bardzo zakróluje na Watykanie Jasnogórska Pani i jak często Jej kopie będą wędrować do Rzymu?

    Jakże dziwny, wielki i miłosierny jest Bóg! Jaką mocą darzy On tych, którzy Mu ufają na sposób Maryi i „przez Maryję”. Teksty z tamtych odległych lat, czytamy dziś z przejęciem, jakby dotykając tajemnicy, którą byliśmy otoczeni tak długo, z którą stykaliśmy się tak blisko: „Jesteśmy z Tobą Ojcze Święty, w całej Twej pokojowej pracy jednoczenia narodów i godzenia zwaśnionych (…) Polska jest z Tobą, Polska modli się za Ciebie, Polska Ci ufa, Polska oddaje Ci się na wierną służbę, Polska zawsze na Ciebie czeka”. Kto z Polaków potrafi teraz bez wzruszenia słuchać takich słów zmarłego Prymasa Polski, chociaż słyszał je już w 1967 roku? Jakie to czekanie, ta modlitwa, i to zamknięcie w sercu Kościoła — przeszły wszelkie oczekiwania!

    8. Ku najwyższemu uczczeniu Jasnogórskiej Matki Kościoła

    Od stycznia 1961 r. Prymas zaczyna oddawać w niewolę Maryi, tak jak wcześniej siebie, „wszystko co Polskę stanowi”. Aktu Uroczystego Oddania Narodu Maryi za Kościół w Polsce i na świecie dokonał na Jasnej Górze w dniu 3 V 1966 r. Niezwykle głęboki komentarz do tego wydarzenia wygłosił wtedy Kard. Karol Wojtyła.

    Od 1964 r. Prymas Polski i Episkopat Polski zabiegają na Soborze o tytuł „Matki Kościoła dla Maryi” i oddanie Jej całej Rodziny Ludzkiej. Papież Paweł VI dokonuje oddania 21 XI 1964 r. Kolegialne oddanie, tzn. Papieża wraz ze wszystkimi biskupami świata ma nastąpić później… W listopadzie 1973 r., gdy mówił w Gnieźnie o tym tytule Maryi, potwierdzonym przez Pawła VI, pytał sam siebie jakby z jakimś proroczym przeczuciem: „Czy to już jest zwycięstwo? Na zwycięstwo czeka się na Krzyżu… Przychodzi ono w chwili, gdy człowiek oddaje w ręce Ojca swego ducha…”.

    Jakże przedziwna jest tajemnica tego serca, które Bóg wybrał i ubogacił, aby Jemu Jedynemu i nam służyło ‘przez Maryję’! Patrzymy na tytuł książki ‘Wszystko postawiłem na Maryję’ i zaczyna nam się coś rozjaśniać. Prosimy aby Prymas Polski mówił dalej, tak jak wtedy w Rzymskim Kościele del Gesu 22 X 1978 r.: “wszystkie nasze uczucia wiążemy z aktem dziekczynnym za proroczą wizję Kard. Prymasa Hlonda, który mówił; ‘Zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwycięstwo Matki Najświętszej’. Meldujemy Tobie radosny przyjacielu z ojczyny niebieskiej : Zwycięstwo, które ukazałeś, krzepiąc nas na duchu, przyszło! I przyszło w Imię Matki Chrystusowej, której dochowalismy wierności, idąć za Nią, ku Jej Synowi, który jest Jedynym Zbawicielem świata” (s.324).

    9. „Dopóki Pan nie zażąda, zmiany warty przy Jego Jasnogórskiej Służebnicy…”

    Słowa te wypowiedział Prymas Polski jeszcze 9 X 1973 r. przy okazji dzielenia się z najbliższymi rąbkiem swej tajemnicy, która każe mu „niejako ukryć się dopóki nie wyczerpią się dni”… (s. 22). Dni te nadeszły w maju 1981 r. Poprzez Polskę szła potężna fala odrodzenia sumień. Wielki zryw narodowej, społecznej i politycznej odnowy znalazł w Prymasie Polski nie tylko wsparcie duchowe ale i ogromną pomoc formacyjną. Ostatnie 9 miesięcy życia pozwoliły mu dać komentarz do podstaw rzetelnej odnowy. Naród otrzymał od Prymasa Wyszyńskiego testament, którego wypełnienie gwarantuje trwałość tego procesu choćby był z różnych stron zagrożony. Świat wstrząśnięty został zamachem na Ojca Świętego. Prymas Polski leżał śmiertelnie chory. Polska trwała na modlitwie za dwie ukochane osoby: Jana Pawła II i swojego Prymasa. Za Nich Obu, za Kościół i za Polskę szły bezustanne wołania do Jasnogórskiej Matki Miłosierdzia. Kto z nas nie rozumie, że cząstką tajemnicy Prymasa jest także Jego dar z 14 maja?: Proszę Was aby te heroiczne modlitwy, które zanosiliście w mojej intencji na Jasnej Górze i gdziekolwiek, abyście to wszystko skierowali w tej chwili wraz ze mną ku Matce Chrystusowej, błagając o zdrowie i siły dla Ojca świętego… aby Chrystus rozeznał ogromną miłość, którą mamy do Jego Zastępcy na ziemi…”.

    Kiedy cały Naród wraz z dużą częścią chrześcijaństwa odprowadzał Prymasa Wyszyńskiego na wieczny odpoczynek do katedry warszawskiej poprzez Plac Zwycięstwa, nad wszystkimi unosiły się niepowtarzalne słowa Ojca Świętego skierowane do Kościoła w Polsce i słowa pożegnalne Zmarłego: „Testamentu nie piszę żadnego. Przyjdą nowe czasy, wymagają nowych świateł, nowych mocy. Bóg je da w swoim czasie (…) a wszystko zawierzyłem Matce Najświętszej i wiem, że nie będzie słabszą w Polsce, choćby ludzie się zmienili” (Kościół w służbie Narodu, s. 347). Nie trzeba nam wyjaśnień dodatkowych. I my mamy powody, tysiące powodów, aby ufać. Już nie trzeba nam tłumaczyć, że „twarz Matki najbardziej przypomina Chrystusa”. Kardynał Wyszyński wytłumaczył tę prawdę swoją myślą, życiem i wiarą i przez to stał się naszym narodowym geniuszem. Zrozumiał i przybliżył nam najważniejsze dla naszej duchowości prawd i mocy. Czytając Jego książkę „Wszystko postawiłem na Maryję” nie tylko umacnia się w nas radość wyboru prawidłowej drogi „ku Jasnej Górze”. Czujemy też, że stykając się z dziełami i myślą Tego Człowieka dotykamy świętego ognia. Także teraz rozumiemy to lepiej: Człowiek Boży był wśród nas. Prorok żył na naszej ziemi. Znaki Boże działy się na naszych oczach. Czy można pozostać zimnym żyjąc w tym samym kręgu Światła, które tak rozświetliło Prymasa Jasnogórskiego?

    Rufin Józef Abramek, ZP (*2.01.1938 – +30.04.1990)


    artykuł opublikowany w: Miesięcznik ‘Jasna Góra’. Rok II. Nr 5(7) z maja 1984 r., s. 21-32.

    oprac. o. Stanisław Tomoń/Fronda.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Rocznica urodzin kard. Wyszyńskiego

     

    Prymas Wyszyński z Ojcem

    Prymas Wyszyński z Ojcem / Instytut Prymasowski

    ***

    „Ks. Prymas jest obecny w moim sercu od lat dziecięcych. Dla mojej mamy kard. Wyszyński już za życia był święty. Ja w takim duchu byłem wychowany” – powiedział ks. Jerzy Krysztopa, proboszcz parafii w Zuzeli, gdzie 122 lata temu urodził się Stefan Wyszyński, późniejszy Prymas Polski, błogosławiony.

    Stanisław Wyszyński i Julianna Karp – rodzice przyszłego Prymasa – pobrali się w 1899 r. w sanktuarium Trójcy Przenajświętszej i św. Anny w Prostyni (obecnie diecezja drohiczyńska), a na początku 1900 r. przybyli do Zuzeli. Stanisław pracował tam jako organista.

    W pierwszą sobotę miesiąca, 3 sierpnia 1901 r. o godz. 3:00 w nocy urodził się Stefan jako drugie z sześciorga dzieci państwa Wyszyńskich.

    „W tym dniu został również ochrzczony o godz. 16:00 w miejscowym barokowym, drewnianym kościele pw. Przemienienia Pańskiego z 1726 r. Ten kościół już nie istnieje. W latach 1908-1913 wybudowano obok nową świątynię neogotycką. Przeniesiono ze starej świątyni kilka przedmiotów kultu religijnego, m.in. chrzcielnicę, przy której został ochrzczony Stefan Wyszyński i jego rodzeństwo. Jest to zatem przedmiot kultu bezpośrednio związany z ks. Prymasem. Drugi to obraz Matki Bożej Częstochowskiej, również z połowy XIX w.” – opowiedział proboszcz Zuzeli.

    W kwietniu 1910 r. rodzina przeniosła się do pobliskiego Andrzejewa. Żaden okres w życiu kard. Wyszyńskiego nie był tak udany jak ten spędzony w Zuzeli. „Czasy zuzelskie dla Stefana Wyszyńskiego przeżywane wraz z rodzicami i rodzeństwem były okresem ‘sielskim, anielskim’. Nie było trudnych wydarzeń. Wiemy, że na łożu śmierci ks. Prymas powiedział o swojej posłudze biskupiej i całym życiu, że było ono jednym Wielki Piątkiem. Można jednak z tego czasu prawie 80 lat życia Prymasa wyłączyć czasy zuzelskie: blisko 9 lat” – podkreślił ks. kan. Jerzy Krysztopa.

    Proboszcz zuzelski zaznaczył, że Wyszyńscy przekazali dzieciom wiarę i patriotyzm.

    Wieczorami opowiadali o swoich pielgrzymkach do Częstochowy i Ostrej Bramy. Mały Stefan od najmłodszych lat miał w pamięci obrazy Maryi z tych sanktuariów, wiszące w domu.

    Stosowali także pedagogikę polegającą na zadawaniu dzieciom pytań w celu utrwalenia wiedzy na jakiś temat, m.in. było słynne pytanie – Która Matka Boża jest skuteczniejsza: czy Ta, co świeci w Ostrej Bramie, czy Ta, co broni Jasnej Góry?

    Zachowało się kilka anegdot z czasów zuzelskich w życiu Prymasa.

    Jedna z nich opowiada o tym, jak mały Stefek rozpruł lalki sióstr, żeby się przekonać, co jest w środku. Gdy sprawa dotarła do ojca, chłopak skrył się pod fortepianem, z którego wydobyły go siostry i wstawiły się u ojca za bratem. Mówiły: „Tatusiu, on już nie będzie, on się poprawi, my bardziej kochamy naszego braciszka niż nasze szmaciane lalki”. W ten sposób uniknął kary.

    Innym razem Stefka miała spotkać kara w szkole. Miał do wyboru siedzenie w tzw. kozie albo „łapę” (uderzenie linijką w rękę). Za namową koleżanki wybrał „łapę”, gdyż chciał zdążyć na obiad przygotowany przez mamę.

    Po latach ks. kard. Wyszyński bywał w Zuzeli wielokrotnie, ale tylko raz oficjalnie: 13 czerwca 1971 r. z racji ukończenia remontu miejscowego kościoła, który poważnie ucierpiał na skutek wojny. W kazaniu wygłoszonym z tej okazji powiedział o rozterkach związanych z nominacją na biskupa. Po wielu wahaniach, przypominając sobie modlitwę swoich rodziców w kościele parafialnym w Zuzeli, zgodził się zostać biskupem. Utwierdził się w przekonaniu, że będzie wspomagany w posłudze biskupiej w tamtych trudnych czasach modlitwą Matki Bożej i kochanych rodziców: mamy z nieba i żyjącego ojca.

    Miejsce urodzenia Prymasa odwiedzają tysiące gości, głównie z Polski, ale zdarzają się też wizyty zagraniczne. Co mogą zobaczyć współcześnie osoby przybywające do Zuzeli? „Mamy tu muzeum poświęcone Prymasowi Tysiąclecia. Od 30 lat wielu pielgrzymów odwiedza miejsce urodzenia Prymasa. Mała parafia, niespełna tysięczna, sama prowadzi to muzeum. To jest taki trochę ewenement” – powiedział ks. kan. Krysztopa. Oprócz tego od 1987 r. w Zuzeli znajduje się pomnik Prymasa poświęcony przez Jana Pawła II, a w 1994 r. oddano do użytku dzwonnicę, gdzie znajdują się trzy dzwony poświęcone polskiemu Papieżowi, Prymasowi Tysiąclecia oraz ks. J. Popiełuszce.

    Parafia Zuzela zmniejszyła się w stosunku do czasów Wyszyńskiego: „W jego latach dziecięcych miała koło 5 tys. wiernych, obecnie niecały tysiąc. Większość młodych ludzi wyjeżdża do pobliskich miast lub emigruje za granicę. Niewiele młodych małżeństw zostaje na terenie parafii” – wyjaśnia proboszcz.

    Dzięki kard. Wyszyńskiemu Zuzela rozwija się duchowo: „Prymas mobilizuje nas do modlitwy. Modliliśmy się przez wiele lat o beatyfikację, teraz modlimy się o duchowe owoce tego wyczekiwanego religijnego wydarzenia. Staramy się żyć nauką Prymasa i dzielimy się tym z pielgrzymami” – dodaje ks. Krysztopa.

    „Ks. Prymas jest obecny w moim sercu od lat dziecięcych. Dla mojej mamy kard. Wyszyński już za życia był święty, tak jak w wielu rodzinach w Polsce. Ja w takim duchu byłem wychowany. Kiedy mama usłyszała informację, że Polak został wybrany na Stolicę Piotrową od razu powiedziała, że to kard. Wyszyński. Pierwszą książką, którą przeczytałem w seminarium, były ‘Zapiski więzienne’ Prymasa” – opowiedział ks. Krysztopa.

    Proboszcz zuzelski zaznaczył też, co szczególnie inspiruje go w postawie Prymasa: „Chciałbym więcej czasu poświęcać na modlitwę tak jak to czynił ks. Prymas Wyszyński, pomimo wielości swoich obowiązków. Miał czas także na zapiski ‘Pro memoria’, które są jego duchowym dzienniczkiem, ukazując również wiele wątków z życia Kościoła i naszej Ojczyzny”.

    12 września 2021 r. w kościele Opatrzności Bożej w Warszawie ks. kard. Wyszyński został ogłoszony błogosławionym wraz z matką Elżbietą Różą Czacką.

    Family News Service/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kolejny anglikański biskup przeszedł na katolicyzm. Kim są hierachowie, którzy decydują się na taki krok?

    Byli biskupi anglikańscy, którzy jako pierwsi hierarchowie przeszli do Kościoła katolickiego: John Broadhurst, Andrew Burnham i Keith Newton w towarzystwie arcybiskupa Westminsteru Vincenta Nicholsa (w środku).

    Byli biskupi anglikańscy, którzy jako pierwsi hierarchowie przeszli do Kościoła katolickiego: John Broadhurst, Andrew Burnham i Keith Newton w towarzystwie arcybiskupa Westminsteru Vincenta Nicholsa (w środku).
    ANDREW WINNING /REUTERS/FORUM

    ***

    Fala konwersji na katolicyzm, która ma miejsce w ostatnich latach wśród anglikańskich hierarchów, to w dużej mierze efekt zmian, jakie zaszły w ostatnich latach w ich macierzystym Kościele.

    Richard Pain, były biskup anglikański Monmouth w Walii, zostanie w tę niedzielę przyjęty do pełnej komunii Kościoła katolickiego w ramach utworzonego przez Benedykta XVI Ordynariatu Personalnego Matki Bożej z Walsingham. To specjalna struktura przeznaczona dla Brytyjczyków, którzy przeszli taką konwersję (podobne ordynariaty powstały też w USA i Australii). Pain jest już szóstym w ciągu ostatnich czterech lat ważnym przedstawicielem anglikańskiego duchowieństwa w Wielkiej Brytanii przechodzącym na katolicyzm. Jaka jest przyczyna tych przejść i kim są hierarchowie, którzy decydują się na taki krok?

    Skok w nieznane

    Aby zrozumieć ów proces, trzeba cofnąć się do roku 1994, kiedy to zaczęły się święcenia kobiet w Kościele anglikańskim. To właśnie ta decyzja wywołała pierwszą dużą falę konwersji (na katolicyzm przeszło wówczas około stu anglikańskich księży), choć samo zjawisko bynajmniej nie jest nowe. Nie bez powodu patronem angielskiego ordynariatu stał się bł. kard. John Henry Newman, XIX-wieczny filozof i teolog anglikański, który, przechodząc na katolicyzm, pociągnął swoim przykładem inne osoby, określające się mianem „anglokatolików”. – Kościół anglikański jest bardzo zróżnicowany – wyjaśniał na łamach GN krótko po utworzeniu ordynariatu jego ówczesny rzecznik ks. James Bradley, pierwszy kapłan wyświęcony wyłącznie w nowej strukturze, który przeszedł na katolicyzm jeszcze przed ukończeniem seminarium. – Można tam znaleźć ludzi o poglądach protestanckich i osoby, które są bardzo blisko katolicyzmu. Właśnie dzięki tym drugim ordynariat się rozwija.

    Powołana przez papieża struktura umożliwiała anglikanom przystąpienie do pełnej jedności z Rzymem przy zachowaniu niektórych elementów ich tradycji i liturgii. Dla wielu z nich przejście na katolicyzm oznaczało jednak rezygnację z wcześniejszej pozycji i skok w nieznane. Konstytucja Anglicanorum coetibus, ustanawiająca ordynariat, nie dopuszcza żonatych do sakry biskupiej, dlatego pierwsi anglikańscy biskupi, przyjęci na łono katolicyzmu w dniu ustanowienia ordynariatu – Keith Newton (od tamtego czasu zwierzchnik tej struktury), Andrew Burnham i John Broadhurst – zostali wyświęceni jako zwykli kapłani. Dodajmy, że w Kościele anglikańskim duchownym wraz z rodzinami przysługiwało prawo do darmowego mieszkania. Po konwersji stracili to zabezpieczenie. Ordynariat z własnych środków musi także finansować duszpasterstwo, utrzymanie świątyń i duchowieństwa, ma też pod swoją opieką osoby w podeszłym wieku. Dla stosunkowo młodej struktury jest to spore wyzwanie.

    Kapitulacja przed światem

    W międzyczasie w Kościele anglikańskim nastąpiły kolejne zmiany. Od 2014 r. kobiety mogą być w nim także biskupami. Jak się jednak wydaje, decydujące znaczenie dla nowych konwersji ma fakt, że Kościół Anglii coraz bardziej kapituluje przed zlaicyzowanym światem. Tak przynajmniej uważa ks. Gavin Ashenden, do 2017 r. kapelan królowej Elżbiety II. Jego zdaniem wspólnota anglikańska, próbując dogodzić wszystkim, którzy wyznają „wartości humanistyczne”, straciła swoją tożsamość i znajduje się obecnie w stanie rozkładu. Bezpośrednią przyczyną jego rezygnacji z funkcji królewskiego kapelana stały się obchody święta Objawienia Pańskiego w anglikańskiej katedrze św. Marii w Glasgow, podczas których muzułmańska studentka została poproszona o odczytanie sury Koranu zaprzeczającej bóstwu Jezusa. Ksiądz Ashenden stwierdził wówczas, że w tej sytuacji musi stanowczo wyrazić swój sprzeciw. W geście protestu przeszedł najpierw do Chrześcijańskiego Kościoła Episkopalnego, w którym przez dwa lata pełnił funkcję biskupa misyjnego odpowiedzialnego za Wyspy Brytyjskie, zaś w grudniu 2019 r. podjął decyzję o przejściu na katolicyzm, z którym zresztą sympatyzował od dawna, zafascynowany duchową drogą kard. Newmana i ks. Roberta Hugha Bensona.

    Wybór dokonany przez ks. Ashendena zapoczątkował falę kolejnych konwersji wśród anglikańskich hierarchów. We wrześniu 2021 r. arcybiskup Canterbury Justin Welby przyjął rezygnację Johna Goodalla, biskupa Ebbsfleet – notabene tej samej diecezji, którą kierował wcześniej bp Andrew Burnham, konwertyta sprzed dekady. Wcześniej ks. Goodall posługiwał m.in. w opactwie westminsterskim, a w latach 2005–2013 pełnił funkcję kapelana i sekretarza ds. ekumenicznych ówczesnego arcybiskupa Canterbury, Rowana Williamsa. W oświadczeniu skierowanym do wiernych wyjaśniał, że jego decyzja była poprzedzona długim okresem modlitwy i rozeznawania: „Ufam, że wierzycie, iż moja decyzja to »tak« w odpowiedzi na Boże wezwanie i zaproszenie, i że nie mówię w ten sposób »nie« temu wszystkiemu, czego doświadczyłem w Kościele Anglii, wobec którego mam cały czas ogromny dług wdzięczności”. Warto jednak dodać, że były ordynariusz Ebbsfleet znany był również jako tzw. latający biskup, czyli kapelan wspólnot sprzeciwiających się święceniom kapłańskim kobiet.

    Pragnienie wierności

    Zaledwie miesiąc po biskupie Goodallu konwersji dokonał pochodzący z Pakistanu bp Michael Nazir-Ali, syn nawróconego na anglikanizm muzułmanina, poeta. Wyświęcony na biskupa w 1984 r., był wówczas najmłodszym biskupem w Kościele anglikańskim. Posługiwał najpierw wśród anglikanów w Pakistanie, ale w związku z zagrożeniem ze strony islamistów powrócił do Wielkiej Brytanii. Od 1994 r. był biskupem diecezji Rochester, z której to funkcji zrezygnował po 15 latach, żeby utworzyć w Oksfordzie ośrodek promujący ewangelikalny nurt anglikanizmu oraz dialog z innymi religiami. Na początku XXI wieku był wymieniany jako jeden z głównych kandydatów do objęcia funkcji arcybiskupa Canterbury, duchownej głowy Kościoła Anglii. Dystansował się jednak od reform doktrynalnych Kościoła anglikańskiego, sprzeciwiając się m.in. rozluźnieniu nauczania w sprawie aborcji, eutanazji czy in vitro, a także wyświęcaniu homoseksualistów. „Wierzę, że anglikańskie pragnienie wierności nauczaniu apostołów, ojców Kościoła i soborów może być najlepiej realizowane w łączności z ordynariatem rzymskim. (…) Moja decyzja to po prostu kolejny krok na drodze służenia Panu” – napisał w oświadczeniu.

    Kolejnym konwertytą stał się ks. Peter Foster, emerytowany biskup Chester, najdłużej urzędujący hierarcha Kościoła Anglii. Był on m.in. członkiem Międzynarodowej Komisji Anglikańsko-Katolickiej. Popierał kapłaństwo kobiet, a jego diecezja była pierwszą, w której kobieta została biskupem. Natomiast jako wieloletni członek Izby Lordów zainicjował ważne debaty na temat małżeństwa, dzieci i życia rodzinnego, a także wpływu pornografii na społeczeństwo. W 2003 r. wzbudził w Wielkiej Brytanii spore kontrowersje, mówiąc, że osoby homoseksualne mogą reorientować się z pomocą psychiatrów. Był z tego powodu przesłuchiwany przez policję, ale ostatecznie nie zostały podjęte wobec niego żadne działania. Znalazł się też wśród dziewięciu hierarchów, którzy sprzeciwili się mianowaniu homoseksualnego duchownego na biskupa Reading.

    Szept Bożego głosu

    Również w 2021 r. Kościół anglikański opuścił ks. John William Goddard, emerytowany biskup Burnley, należący do hierarchów sprzeciwiających się wyświęcaniu kobiet na biskupów. To właśnie ta kwestia – jak wynika z relacji ks. Goddarda – zrodziła w jego umyśle pytania dotyczące sposobu sprawowania władzy w Kościele anglikańskim. Jego zdaniem w ostatnich dziesięcioleciach rozumienie władzy w anglikanizmie stało się bardziej „protestanckie” i nie bazuje już na trzech filarach: rozumu, Pisma Świętego i tradycji. Były hierarcha uważa, że jego macierzysty Kościół poszedł drogą relatywizmu, niezgodnego z tradycją katolicką. „Jestem chrześcijaninem przez chrzest, katolikiem z przekonania i czuję teraz, że moje powołanie i pielgrzymowanie spełnia się w Kościele katolickim” – wyznał w jednym z wywiadów.

    Ostatni jak dotąd z biskupów konwertytów, Richard Pain, jest pierwszym w tym gronie Walijczykiem. Były anglikański biskup Monmouth, od czterdziestu lat żonaty, ojciec dwóch synów, przez wiele lat był odpowiedzialny za rozeznanie powołań i formację pastorów. W życiu prywatnym jest pasjonatem fotografii i gry na gitarze klasycznej. Oprócz teologii studiował literaturę angielską. O swojej drodze do katolicyzmu opowiada: „Po przejściu na emeryturę z posługi biskupiej trzy lata temu miałem czas, aby zastanowić się nad odwiecznym pytaniem emeryta: co dalej? Proces rozeznawania trwa przez całe życie i jest nieustannie kształtowany przez kontekst, ale co ważniejsze, przez szept Bożego głosu. Benedyktyńskie rozumienie posłuszeństwa – słuchania Pana – było znaczące dla mojej osobistej formacji. Idące za tym wezwanie do nawrócenia doprowadziło mnie do przejścia do Kościoła katolickiego przez ordynariat personalny. Mam wiele powodów do wdzięczności za doświadczenie zdobyte przez całe życie jako anglikanin. Jednak wezwanie do katolicyzmu wydaje się naturalne i duchowe jednocześnie”. •

    Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________

    Żydzi, którzy nie bali się pójść za Prawdą. Czego uczą nas św. Edyta Stein i Alfons Ratisbonne?

    (oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    Alfons Ratisbonne oraz św. Edyta Stein to wyznawcy judaizmu, których serca Bóg zwrócił ku wierze katolickiej. Ich niezwykle nawrócenia są świadectwem prawdy o tym, że Stwórca różnymi drogami dociera do naszych dusz, aby wydobyć z nas, to co najcenniejsze. 

    Ojciec Maria

    Alfons Ratisbonne urodził się w roku 1814 w Strasburgu. Pochodził z bardzo bogatej francuskiej rodziny żydowskiej, w której zanikły jednak żydowskie tradycje religijne. Alfonsa pociągały zabawy, rozrywki, pogoń za przyjemnościami. Gdy jego brat, Teodor, przeszedł na katolicyzm i został kapłanem, Alfons zapłonął nienawiścią do wiary katolickiej.

    Nienawiść ta jednak zamieniła się w… miłość.

    Był rok 1842, a dzień 20 stycznia, kiedy Ratisbonne uczestniczył, w kościele Sant’Andrea delle Fratte w Rzymie, w przygotowaniach do pogrzebu swego przyjaciela. Nie miał pojęcia, że ten przyjaciel przed śmiercią modlił się o jego nawrócenie. Prosił Matkę Bożą o wstawiennictwo w tej sprawie. Maryja go wysłuchała – Ratisbonne został cudownie nawrócony.

    Wróg Kościoła otrzymał łaskę widzenia Niepokalanej i dał temu następujące świadectwo. „Nagle poczułem jakiś niepokój, ujrzałem przed sobą jakby zasłonę. Kościół wydawał mi się, oprócz jednej kaplicy, całkiem ciemny, tak jakby całe światło z kościoła tam właśnie się skupiło. Nie mogłem pojąć, w jaki sposób, upadłszy na kolana w innej części nawy i pomimo przygotowań do pogrzebu, które zamykały  dostęp do owej kaplicy, znalazłem się w pobliżu balustrady. Wzniosłem oczy ku kaplicy rozsiewającej ogrom światła i ujrzałem stojącą na ołtarzu, żywą, dużą, majestatyczną, przepiękną i miłosierną Przenajświętszą Maryję Pannę, podobną w postawie i strukturze wizerunkowi z Cudownego Medalika Niepokalanej… W obecności Przenajświętszej Maryi Panny, chociaż nie wyrzekła ani słowa, zrozumiałem ohydę stanu, w jakim tkwiłem, brzydotę grzechu, piękno religii katolickiej; jednym słowem – zrozumiałem wszystko”.

    Alfons Ratisbonne stanął w trudnej sytuacji. Z jednej strony nowa wiara rozpalała jego serce, z drugiej miał świadomość, że żydowska rodzina, delikatnie mówiąc, nie będzie z tego zadowolona i zapewne zerwie z nim kontakty. Wiedział również, że jeżeli zostanie katolikiem, nie dojdzie do jego ślubu z narzeczoną, która była droga jego sercu. Mimo to wybrał nową wiarę. Po otrzymaniu podstaw nauki chrześcijańskiej od ojca Villeforta, został ochrzczony w rzymskim kościele del Gesù i 31 stycznia 1842 roku przyjął imię Maria.

    Homilię chrzcielną wygłosił ks. Dupanloup, który powiedział do Ratisbonne znamienne słowa: „Nie miłowałeś Prawdy, ale Prawda cię umiłowała… Sama Maryja przyjmuje cię i chroni”. Jeszcze tego samego roku neofita przyjął Pierwszą Komunię Świętą i sakrament Bierzmowania. Natomiast już trzeciego lutego 1842 roku został przyjęty na prywatnej audiencji przez papieża Grzegorza XVI. Ojca świętego bardzo zainteresował cud jakiego doznał Alfons. 3 czerwca 1842 r. papież specjalnym dekretem uznał ten cud, który doprowadził do nawrócenia Alfonsa Ratisbonne, za prawdziwe działanie Boże, przez wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny.

    Owoce nawrócenia Alfonsa Ratisbonne były wspaniałe. W roku 1847 wstąpił on do zakonu jezuitów. Później wraz ze swoim, nawróconym wcześniej, bratem Teodorem (był on księdzem, wybitnym kaznodzieją) rozpoczęli pracę duszpasterską w Ziemi Świętej wśród swoich współbraci Żydów, kierując szczególną uwagę na dziewczęta żydowskie. Z myślą o nich założyli w roku 1855 Kongregację Najświętszej Maryi Panny Syjońskiej (Sióstr Syjońskich).

    Innym niezwykle cennym owocem nawrócenia Alfonsa Ratisbonne był fakt, iż przyczyniło się ono do oficjalnego uznania Medalika Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny przez Stolicę Apostolską. Dekret papieża Leona XIII, wydany pod koniec XIX wieku, ustanowił 27 listopada, czyli dzień drugiego objawienia się Maryi Niepokalanej św. Katarzynie Labouré, świętem Matki Bożej od Cudownego Medalika.

    Edyta Stein

    Edyta Stein urodziła się w październiku 1891 roku we Wrocławiu (wówczas był on w rękach Niemców), jako najmłodsze dziecko w wielodzietnej rodzinie żydowskiego kupca. We Wrocławiu, Getyndze i Fryburgu Bryzgowijskim studiowała filozofię, germanistykę, historię i psychologię. Doktoryzowała się w 1916 roku we Fryburgu u znanego filozofa Edmunda Husserla, później była jego asystentką. Jako dziecko wychowała się w religii judaistycznej, jednak w wieku 14 lat porzuciła ją. Na tej decyzji zaważyło odejście od wiary jej starszego rodzeństwa oraz samobójcza śmierć wujka i stryjka, którzy targnęli się na życie z powodu bankructwa. Do 30. roku życia określała się jako ateistka, która wierzy jedynie nauce.

    Pierwszym „przebłyskiem” chrześcijańskiej wiary, który dotarł do serca Edyty, była postawa jej przyjaciółki chrześcijanki Pauliny Reinach, która po śmierci ukochanego męża walczącego w okopach I wojny światowej, nie pogrążyła się w rozpaczy, ale zachowała niesamowity wewnętrzny pokój. „To było moje pierwsze spotkanie z krzyżem i jego boską mocą” – wspominała po latach od tego wydarzenia Edyta.

    Jednak tak naprawdę wszystko w jej życiu zmieniło się latem 1921 roku. Wówczas to spędzała wakacyjne dni u swoich przyjaciół, katolików. Pewnego wieczoru, gdy nie było ich w domu, nudząc się, postanowiła poczytać sobie jakąś ciekawą lekturę. Przeglądając książki stojące na półce, jej wzrok padł na tytuł „Księga życia”. Sięgnęła po nią niemal odruchowo, gdyż od lat nurtowała ją myśl o prawdziwym sensie życia i pytanie co jest prawdą? Autorką księgi – autobiografii, którą wzięła do rąk Edyta, okazała się być jedną z największych świętych Kościoła katolickiego – św. Teresa z Avili.

    Zagłębiła się w treści „Księgi życia”, które ją zupełnie pochłonęły. Choć lektura ta jest bardzo obszerna, Edyta Stein nie wypuściła jej z rąk, dopóki nie dotarła do ostatniego słowa. Czytała całą noc. „Gdy zamknęłam tę książkę, powiedziałam sobie: to jest prawda!” – wspominała Edyta. Już następnego dnia Edyta Stein kupiła katechizm i czytała go z pasją. A po kilku tygodniach postanowiła przyjąć chrzest w Kościele katolickim. Była to bardzo trudna decyzja. Augusta, matka Edyty, była gorliwą wyznawczynią judaizmu. Dla pobożnej żydówki decyzja córki o porzuceniu wiary przodków była prawdziwym dramatem i cierpieniem. Edyta wiedział o tym, jednak wierzyła, że jej decyzja jest właściwa. A dla niej prawda była najważniejsza. Edyta Stein powiedziała „Bóg jest Prawdą. Kto szuka Prawdy, szuka Boga, choćby o tym nie wiedział”. Jej matka, Augusta, też doszła do prawdy i po kilku latach od konwersji córki, zaakceptowała jej decyzję.

    Edyta Stein przyjęła chrzest 1 stycznia 1922 roku, obierając sobie imiona Teresa Jadwiga na pamiątkę św. Teresy z Avili oraz swojej matki chrzestnej Jadwigi. Tego samego dnia przyjęła pierwszą Komunię Świętą. Miała wówczas 31 lat. Po przejściu trudnej drogi rozwoju duchowego, która trwała dziesięć lat, Edyta wstąpiła do Karmelu w Kolonii 15 kwietnia 1934 otrzymała szaty zakonne i przybrała imię zakonne Teresia Benedicta a Cruce – siostry Teresy Benedykty od Krzyża. Edyta Stein wybrała to imię, gdyż jako dojrzała chrześcijanka, ale i jako poszukujący prawdy filozof, doszła do wniosku, że w życiu nie da się uniknąć dźwigania krzyża. W 1938 roku złożyła śluby wieczyste.

    Krzyż rzeczywiście na nią przyszedł. 2 sierpnia 1942 roku Niemcy aresztowali Edytę Stein i jej siostrę Różę, która kilka lat wcześniej również przeszła na katolicyzm i żyła w Karmelu w Echt. Obie zostały zamordowane w niemieckim obozie koncentracyjnym. Papież Jan Paweł II podczas wizyty w 1987 roku w Kolonii ogłosił Edytę Stein błogosławioną, a kanonizował ją 11 października 1998 roku w Rzymie. Rok później, obok św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny ze Sieny, została jedną ze współpatronek Europy. Papież Jan Paweł II podczas  beatyfikacji w 1987 roku powiedział o św. Teresie Benedykcie od Krzyża – “Była wielką córką narodu żydowskiego i wierzącą chrześcijanką pośród milionów niewinnie zamęczonych ludzi”. Natomiast ks. Jerzy Witek znawca biografii św. Edyty Stein zaznacza „św. Edyta Stein pokazuje, jak należy żyć, aby nie zatracić nie tylko siebie, ale całego wielkiego dziedzictwa europejskiej tożsamości i duchowej kultury”.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 powodów, dla których warto pozostać katolikiem

    ( unsplash.com)

    ***

    Występowanie z Kościoła staje się swego rodzaju modą. Sprzyjają temu zarówno poważne przypadki nadużyć części duchowieństwa, jak i ludzka natura buntująca się przeciw trudnym nakazom moralnym. Dla przeciwwagi przedstawiamy pięć wybranych powodów, dla których warto pozostać katolikiem. Szczególnie jeśli myślimy trzeźwo i realistycznie.

    1.Kościół broni Prawdy

    Podstawowym powodem, dla którego warto pozostać w Kościele, jest prawda. Postmodernistyczny i sentymentalny świat zakłada niemożliwość jej poznania. Według modnych intelektualistów obiektywny wgląd w rzeczywistość jest niemożliwy. Istnieją tylko opinie. O ile kiedyś wyrażano je w książkach, o tyle teraz dominują social media. To na nich głoszone są ulotne „prawdy”, których ważność często nie przekracza jednego dnia.

    W takim świecie człowiekowi łatwo się pogubić. Często na jej miejsce religii wybiera ideologie, głoszące dające irracjonalne nadzieje na budowę raju na ziemi. 

    Tymczasem Kościół głosi istnienie wiecznej i obiektywnej Prawdy, możliwej do poznania rozumem i wiarą. Nauka pokazuje zdumiewający porządek świata. Tak zwana zasada antropiczna dowodzi, że gdyby choćby pewne prawa fizyki (np. stała grawitacji) były choćby minimalnie inne, świat i życie nie mogłoby istnieć.

    Przekonanie o istnieniu prawdy absolutnej nie jest dziś popularne. Oznacza bowiem, że istnieje także błąd. Zdaniem filozoficznych liberałów prawda prowadzi do totalitaryzmu, przemocy i prześladowania mniejszości. Historia obala jednak te wynurzenia teoretyków. Pokazuje, że najwięcej krwi na rękach mają reżymy, które odeszły od koncepcji stałej prawdy i skierowały się w kierunku darwinizmu czy heglizmu. Wszyscy pamiętamy, ile spustoszenia dokonał marksizm obiecujący ludziom namiastkę religii, jak również narodowy socjalizm. Wiele wskazuje, że do podobnych skutków doprowadzi również skrajny ekologizm.

    Lęk przed prawdą sam ma w sobie wiele z ducha totalitarnego. Gdy bowiem możliwość obiektywnego poznania, pozostanie tylko siła. Niektórzy temu zaprzeczają, twierdząc, że chodzi o miłość, która nie dyskryminuje. Takie quasi-hipisowskie rojenia trafnie punktuje Benedykt XVI w encyklice Caritas in Veritate. „Bez prawdy” – zauważa ów papież „miłość staje się sentymentalizmem. Miłość staje się pustym słowem, które można dowolnie pojmować. Na tym polega nieuchronne ryzyko, na jakie wystawiona jest miłość w kulturze bez prawdy. Pada ona łupem emocji oraz przejściowych opinii jednostek, staje się słowem nadużywanym i wypaczonym i nabiera przeciwstawnego znaczenia”.

    Troska Kościoła o prawdę wyraża się także w dbałości o szkolnictwo. To przecież w rzekomo ciemnym średniowieczu, a nie powszechnie czczonym renesansie, powstawały placówki edukacyjne służące zwykłym ludziom. Co więcej, Kościół odpowiada za tworzenie uniwersytetów, których obecna struktura wywodzi się z wieków średnich. Po dziś dzień działają zresztą średniowieczne uczelnie w Oksfordzie, Bolonii, Paryżu, Krakowie i nie tylko. 

    2.Kościół praktykuje Dobro

    Współcześnie niewierzącym trudno jest znaleźć etyczną drogę postępowania. Na areopagach XXI wieku jedni głoszą wizję ekologicznego kataklizmu i za największe zło uznają jedzenie kotleta. Inni negują istnienie różnic między mężczyzną a kobietą, a aborcję do 9. miesiąca ciąży uznają za „prawo kobiet”. Są też tacy, którzy uznają wojnę, zabójstwa i zamachy za uprawnione sposoby radzenia sobie ze złem.

    Pośród szumu mediów społecznościowych Kościół od 2000 lat wychowuje do przestrzegania obiektywnej moralności opartej na nakazie miłości Boga i bliźniego. Uczy tych zasad młodych i starych, małżonków i żyjących w celibacie, duchownych i świeckich, biednych i bogatych.

    Mimo obecnego zamieszania w Kościele wciąż obowiązuje Magisterium i nauka o czynach wewnętrznie złych, których nigdy dokonywać nie wolno. Dobro pozostaje dobrem, a zło – złem. Przypomnijmy naukę Jana Pawła II, który w encyklice Veritatis Splendor podkreślił, że „normy negatywne prawa naturalnego mają moc uniwersalną: obowiązują wszystkich i każdego, zawsze i w każdej okoliczności. Chodzi tu bowiem o zakazy, które zabraniają określonego działania semper et pro semper, bez wyjątku, ponieważ wyboru takiego postępowania w żadnym przypadku nie da się pogodzić z dobrocią woli osoby działającej, z jej powołaniem do życia z Bogiem i do komunii z bliźnim. Nikogo i nigdy nie wolno łamać przykazań, które bezwzględnie obowiązują wszystkich do nieobrażania w drugim człowieku, a przede wszystkim w samym sobie, godności osoby wspólnej wszystkim ludziom”.

    Kościół od wieków głosi więc konieczność absolutnego powstrzymania się od zła. A jednocześnie promuje dobro. Widać to w niezliczonych dziełach miłosierdzia, tworzeniu ochronek, szpitali, szkół, a także bezinteresownej pracy misjonarzy dla zbawienia dusz osób w krajach ubogich.

    Nie tylko pierwsze uniwersytety, ale i najwcześniejsze szpitale stanowiły dzieło średniowiecznego Kościoła. To chrześcijanie podczas epidemii w Imperium Romanum narażali swe życie, by ratować zakażonych pogan. Współcześnie także nie brakuje postaw heroicznej miłości bliźniego. Dość o oczekującej na beatyfikację rodzinie Ulmów z Markowej, która zapłaciła najwyższą cenę za ukrywanie Żydów podczas hitlerowskiej okupacji. Pozostanie w Kościele umożliwia czerpanie z tych wzorców.

    3.Kościół inspiruje Piękno

    Kolejnym argumentem za pozostaniem w Kościele jest możliwość korzystania z inspirowanych katolicyzmem architektury, muzyki i sztuki. Przywołajmy tu prastare katedry w Kolonii, Strasburgu czy Barcelonie. A także chorał gregoriański czy „Ave Maria” Mozarta. Jak również piękne dziedzictwo liturgiczne oraz przepych starych ceremonii papieskich czy biskupich. Ale też skromny urok wiejskiej kapliczki. To wszystko – i o wiele więcej świadczy o trosce Kościoła o piękno.

    Szczególnym wyrazem tej troski jest sztuka. Wspomnijmy choćby o obrazach Rafaela czy rzeźbach Michała Anioła. A niewiele brakowało, by tego wszystkiego zabrakło, jak chcieli ikonoklaści. Na przeszkodzie stanął im święty Jan Damasceński, który w „Wykładzie Wiary Prawdziwej” pisał „Wobec tego zaś, że nie wszyscy umieją czytać i nie zajmują się czytaniem, Ojcowie postanowili, by te ważne zdarzenia były przed stawiane w obrazach dla łatwiejszego pamiętania o nich. Często się zdarza, że chociaż w danej chwili nie myślimy o Męce Pańskiej, to na widok obrazu przedstawiającego ukrzyżowanego Chrystusa natychmiast wspominamy zbawczą Mękę i pokornie adorujemy – nie materię obrazu, lecz to, co on przedstawia. Przecież nie oddajemy też czci materii Ewangelii ani też materii krzyża, lecz temu, co one przedstawiają. Co za różnica bowiem pomiędzy krzyżem, który nie ma wizerunku Pana, a takim, który go ma?”.

    Choć w naszym Kościele nie rozkwitł kult ikon tak silny jak w prawosławiu, to również katolicy mogą podziwiać piękno sakralnych wizerunków. Tej sztuki religijnej nie przyjęli protestanci, odrzucając wraz z obrazami przepych kościelnych ceremonii i architektury. Warto więc pozostać katolikiem również, dlatego, by cieszyć się stworzonym przez artystów pięknem wznoszącym dusze ku Bogu.

    4.Wiara sprzyja szczęściu

    Katolicyzm daje nie tylko prawdę, dobro i piękno, lecz również sprzyja szczęściu człowieka i dobru społeczeństw. Badanie prestiżowego amerykańskiego ośrodka Pew Research Center pokazuje korzystne skutki religijności.

    Jak zauważa Joey Marshall na stronie Pew Research Center „osoby aktywnie religijne częściej niż ich mniej religijni rówieśnicy określają siebie jako >bardzo szczęśliwi< w około połowie badanych krajów. Czasami różnice są uderzające: na przykład w Stanach Zjednoczonych 36% aktywnie religijnych określa siebie jako >bardzo szczęśliwych<, w porównaniu z 25% nieaktywnych religijnych i 25% niezrzeszonych. Znaczące różnice w poziomie zadowolenia wśród tych grup istnieją również w Japonii, Australii i Niemczech”.

    Większe poczucie szczęścia u wierzących wynika z podzielanego przez nich poczucia bliskości dobrego i miłującego Boga. W tym sensie głęboka religijność przypomina przyjaźń międzyludzką (i ją przewyższa). Daje poczucie więzi osamotnionemu w nowoczesnym świecie człowiekowi. Mało tego! W Kościele katolickim wspólnota ta obejmuje zarówno więź z Bogiem, jak i ze świętymi, duszami zmarłych w czyśćcu, aniołami oraz innymi wiernymi. Religia katolicka daje zagubionemu człowiekowi poczucie wspólnoty przekraczającej granice wieku, pozycji społecznej, bogactwa, narodu. A nawet granice życia i śmierci.

    Wspomniane badanie pokazuje także inne interesujące zależności. W prawie każdym z 19 badanych krajów (z których część jest katolicka) praktykujący religijnie palą mniej tytoniu niż niepraktykujący i osoby niezwiązane z żadnym wyznaniem. Ponadto praktykujący chętniej uczestniczą w wyborach i udzielają się w organizacjach społecznych i charytatywnych. Zazwyczaj też rzadziej sięgają po kieliszek.

    Kościół błogosławi szczęśliwe momenty w dziejach człowieka i towarzyszy w smutnych. Wierzący katolik wie, że śmierć nie stanowi kresu rzeczywistości i zamiast popadać w rozpacz modli się za dusze bliskich. Również w momencie choroby znajduje pocieszenie w rozmyślaniu Męki Chrystusa i trudach świętych. Wie, że Bóg jest szczególnie bliski ubogim i cierpiącym. Również dlatego warto pozostać katolikiem.

    5.Dostęp do Sakramentów

    Przede wszystkim jednak Kościół towarzyszy wiernym przez całe życie poprzez sakramenty. Już małym dzieciom zapewnia chrzest, przyjmując je do wielkiej wspólnoty wierzących. Gdy dziecko dojdzie do używania rozumu karmi je Ciałem Pańskim, a następnie umacnia w sakramencie bierzmowania. Na grzeszników przedstawiciele Kościoła czekają cierpliwie w konfesjonałach, a chorym udzielają pokrzepienia czcigodnym olejem. Kościół uroczyście święci powołanych do służby kapłańskiej, nakazując im szczególne poświęcenie i troskę o wiernych. Narzeczonym towarzyszy zaś w przygotowaniach i następnie błogosławi zawierane przez nich małżeństwa.

    Dla porównania luteranie uznają tylko chrzest i sakrament ołtarza. Ten ostatni jest zresztą, jak głosi katolicka teologia, nieważny wskutek braku sukcesji apostolskiej (i sakramentu kapłaństwa). Grzesznicy protestanccy nie mają widzialnej, sakramentalnej drogi oczyszczenia z winy, a małżeństwu nie przysługuje ranga sakramentu. Z podobnych dobrodziejstw nie mogą korzystać również wyznawcy islamu czy judaizmu. Również, dlatego warto pozostać w Kościele.

    Stanisław Bukłowicz/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dowód na istnienie Boga

    fot. screenshot – YouTube

    ***

    Dowód na istnienie Boga

    – Może nie tyle cuda, ile sam chory Ojciec Pio, jego wyjątkowość i przynależność do tego samego zakonu. To napawało mnie jakąś dumą, pewnością wewnętrzną i radością, że właśnie przez Niego Pan Bóg czyni bardzo wiele dobra duchowego i przywraca zdrowie. W tamtym okresie, gdy byłem studentem w seminarium, klerykiem, Ojciec Pio był dla mnie także “dowodem” na istnienie Pana Boga – powiedział O. Salezy Kafl OFMCap.

    – Jakie było ojca pierwsze spotkanie ze Stygmatykiem z San Giovanni Rotondo?

    – Moje pierwsze spotkanie z Ojcem Pio miało miejsce w czasie studiów teologicznych, gdy świętej pamięci br. Teodor Kałucki poprosił mnie o przetłumaczenie z języka francuskiego Modlitwy do Matki Bożej Pośredniczki Łask, której tekst otrzymał ktoś z San Giovanni Rotondo w odpowiedzi na list wysłany do Ojca Pio. W tym czasie ukazały się “wydane” przez br. Teodora na powielaczu dwie książki o Ojcu Pio (Marii Winowskiej i ks. Karola Mortimera Cartyego).

    Dotarłem do wydanego w Londynie oryginału tej ostatniej i zostalem porażony, gdy przeczytałem tekst zatytułowany:
    Nie ma oczu i widzi i zobaczyłem zdjęcia tej małej dziewczynki Gemmy di Giorgi oraz zdjęcia innych osób uzdrowionych przez Ojca Pio, a zwłaszcza młodej kobiety, która w ciągu doby musiała przyjmować dwadzieścia cztery litry wody czy innych płynów…..

    – Cudowne uzdrowienia wywołują ogromne wrażenie. Czy te relacje skłoniły ojca do bliższego poznania niezwykłego Zakonnika?

    – Może nie tyle cuda, ile sam chory Ojciec Pio, jego wyjątkowość i przynależność do tego samego zakonu. To napawało mnie jakąś dumą, pewnością wewnętrzną i radością, że właśnie przez Niego Pan Bóg czyni bardzo wiele dobra duchowego i przywraca zdrowie. W tamtym okresie, gdy byłem studentem w seminarium, klerykiem, Ojciec Pio był dla mnie także “dowodem” na istnienie Pana Boga.

    – Przez kilka lat przebywał ojciec w klasztorze w San Giovanni Rotondo, w tym samym, w którym 52 lata żył błogosławiony Stygmatyk. W jaki sposób znalazł się tam ojciec.

    – Wyjechałem w 1992 roku. Zostałem wysłany przez ojca prowincjała by pomagać w pracy duszpasterskiej, a szczególnie w spowiedzi,

    – Wielokrotnie wspominał ojciec w rozmowach i kazaniach, że tam na każdym kroku “czuć obecność Ojca Pio”, wszyscy żyją Jego osobą, przesłaniem miłości Boga i człowieka, które pozostawił potomnym…

    – Tak, tak… Gdyby nie wyjątkowe działanie Boga za pośrednictwem Ojca Pio, to San Giovanni Rotondo byłoby nieznaną wioską, a zbawienie tysięcy, by nie powiedzieć setek tysięcy, ludzi byłoby co najmniej pod znakiem zapytania.

    – Pobyt ojca w San Giovanni Rotondo to przede wszystkim praca w konfesjonale, modlitwa, ale także niestety – pobyt w szpitalu Casa Sollievo della Sofferenza w charakterze pacjenta. Wiem, że doświadczył ojciec wielu cierpień ale i zachwytu nad tym wielkim dziełem miłosierdzia, które pozostawił po sobie Ojciec Pio.

    – Owszem, przez sześć tygodni przebywałem w tym szpitalu, gdzie przeprowadzono ciężką operację mojego kręgosłupa.

    – Przez kilka lat wydawał ojciec kwartalnik Z Ojcem Pio, którego był ojciec pomysłodawcą i redaktorem. W jakim celu powstało to pismo, jakie były jego założenia programowe, do kogo było kierowane.

    – Pismo Z Ojcem Pio powstało zarówno z miłości do Ojca Pio, jak i z pychy oraz zazdrości. Tyle różnorodnych czasopism wydawały wspólnoty zakonne czy inni wydawcy w Polsce, a u nas, kapucynów, przysłowiowa goła plaża… Bardzo pragnąłem wiernym w Polsce przybliżać postać Ojca Pio, by ludzie cierpiący mieli możliwość zwracania się do Niego, by katolicy mieli możliwość coraz mocniej ugruntowywać swoją wiarę i żyć według niej oraz by obojętni religijnie i ateiści mogli podumać nad faktami związanymi z Ojcem Pio i nad sobą…

    Takie były ogólne założenia programowe. Jak wynika chociażby z kilku ostatnich numerów, które się ukazały, czasopismo było kierowane do dzieci, młodzieży i dorosłych, a także do członków Wspólnoty Przyjaciół im. Ojca Pio naszego Wyższego Seminarium Duchownego.

    – Spotykał się ojciec z wieloma czcicielami Błogosławionego, odwiedzał ich, korespondował z nimi. Czy zastanawiał się ojciec nad tym niezwykłym fenomenem wciąż rosnącego kultu Ojca Pio w całym świecie? Dlaczego Polacy mieszkający około 2 tysiące kilometrów od San Giovanni Rotondo i odlegli kulturowo oraz religijne od południowych Włoch, dosłownie, lgną do Ojca Pio, dlaczego uważają go za swego pośrednika, patrona i opiekuna.

    – Nad fenomenem kultu specjalnie się nie zastanawiałem; ciągle pragnąłem i pragnę, by coraz więcej ludzi znało i kochało Ojca Pio. Natomiast frapowało i nadal frapuje mnie pytanie, dlaczego Pan Bóg powołał go właśnie do zakonu kapucynów? Jest przecież w Kościele wiele zakonów “nowszych”, bardziej “aktualnych” – dzisiejszych…, a chyba i bardziej zasłużonych. Dlaczego lgną do niego? Myślę, że dlatego – nie dotykając sprawy Boga zaangażowanego w to lgnięcie – ponieważ lgnie się i idzie do źródeł miłości, do miejsca, w którym ktoś kocha. W przypadku Ojca Pio jest to miłość cierpiąca i owocująca w postaci nadzwyczajnych łask i darów nie tylko duchowych. Gdyby ta miłość nie owocowała, na pewno nie byłoby w San Giovanni Rotondo ponad dwunastu milionów pielgrzymów w ciągu jednego roku.

    – A co spowodowało ojca osobiste zainteresowanie błogosławionym Stygmatykiem. Przecież jest wielu kapucynów wyniesionych na ołtarze. Dlaczego Ojciec Pio?

    – Dlatego, że on jest jedyny i wyjątkowy w tej całej galerii jedenastu świętych i około trzydziestu błogosławionych z naszego zakonu.

    – Jakie przesłanie – według ojca – kieruje bł. Ojciec Pio do ludzi żyjących współcześnie, na przełomie XX i XXI wieku.

    – Wydaje mi się, że przesłanie bł. Ojca Pio jest bardzo proste… Stygmaty otrzymał między innymi dlatego, by najpierw wzbudzić ciekawość, zainteresowanie, by później – jak potwierdzają fakty – przywracać wiarę, zachęcać do uczciwego życia. Bardzo wymowny jest obraz wiszący na ścianie korytarza prowadzącego do “Krzyża Stygmatów”. Artysta namalował na szczycie wulkanu spowiadającego się u Ojca Pio Jana Pawła II. Obraz podpisał: Krater wiary. Myślę, że nie trzeba nic więcej dodawać ani ujmować.

    – Dziękuję za rozmowę.

    o. Józef Marecki z O. Salezym Kaflem OFMCap w “Głos Ojca Pio” 6/12/2001

    mp/”Głos Ojca Pio” 6/12/2001

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Do ,,wierzących, ale niepraktykujących'' - niezwykłe świadectwo!

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Do ,,wierzących, ale niepraktykujących” – niezwykłe świadectwo!

    Swoje świadectwo dedykuję wszystkim, którzy określają siebie jako “wierzący, ale niepraktykujący”. Przez wiele lat sam mówiłem o sobie właśnie w ten sposób. Szedłem w złym kierunku, bo w istocie byłem zamknięty na działanie Boga. Teraz, mając już 30 lat, czuję się jak raczkujące niemowlę w nowej rzeczywistości świata, którą otworzył przede mną Pan Bóg za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, Królowej Polski z Jasnej Góry.

    Mam na imię Bartosz. Całe swoje życie uważałem się za katolika, ale tak dokładnie chyba nie rozumiałem, jaki skarb odziedziczyłem po swoich dziadkach i rodzicach. Mając 19 lat, wróciłem do Polski z zagranicy, gdzie skończyłem szkołę. Przebywałem tam w zasadzie sam, przez 3 lata. Ten okres był niestety wypełniony nie tylko nauką, ale także brnięciem w rzeczy niegodne człowieka wierzącego. Właściwie to traktowałem ten czas jako zabawę. Po powrocie do kraju kontynuowałem ten rozrywkowy styl funkcjonowania. Miałem wielu znajomych i przyjaciół, którzy imponowali mi swoim statusem społecznym albo tym, że byli “kimś” w towarzystwie dzięki kasie, którą dysponowali. Niestety, nie potrafiłem być sobą. Płynąłem z prądem. Żyłem według zasad innych, które sam przyjąłem za własne priorytety.

    Mając 20 lat, nie potrafiłem kompletnie rozmawiać ze swoimi rodzicami, a w szczególności z ojcem. Zawsze uwa- żałem, że wiem lepiej od niego, na czym polega życie. Rodzinne spędzanie niedzieli przeze mnie odbywało się w ten sposób, że zaliczałem Mszę św., na którą jechałem z rodzicami, aby zaraz potem powrócić do stylu życia swoich znajomych. Jednocześnie udawałem dobrego syna wychowanego w duchu religijnym. Były to jednak tylko pozory. W rzeczywistości oszukiwałem samego siebie i tych, którzy mnie kochali. Szedłem ścieżką rozwiązłego życia w zakłamaniu i perfidnych manipulacjach osobami mi najbliższymi. Oddalałem się coraz bardziej od rodziny, nie wiedząc nawet, kiedy to się dzieje. Moje serce było przepełnione pustką, a dusza zaśmiecona nieczystością i obłudą…

    Pewnego dnia dowiedziałem się o ciężkiej chorobie mojego 37-letniego wujka. Był to zaawansowany rak mózgu, niemożliwy do zoperowania. Przeraził nas wszystkich fakt, że ten człowiek może z dnia na dzień odejść, pozostawiając dwójkę dorastających dzieci. Była to tragedia rodzinna, która spadła na nas wszystkich niczym grom z jasnego nieba. Po kilku miesiącach prób ratowania życia wujka przez lekarzy zdecydowaliśmy się wybrać na Jasną Górę, aby tam prosić o jego zdrowie. Nie wiedzieliśmy wtedy, że będzie to dla nas początek nowego życia.

    Dosyć nieudolnie, ale szczerze zawierzyliśmy się Niepokalanemu Sercu Maryi, Królowej Polski, według modlitwy, którą ktoś nam podsunął. Od tego dnia rozpoczął się “program naprawczy” całej naszej rodziny. Proces ten nie był łatwy, gdyż niektórzy mocno się buntowali. Jednak łaska Boża płynąca prosto z Niepokalanego Serca Matki Bożej działała. Pierwsze oczyszczenie trwało kilkanaście tygodni, ale już od pierwszej wizyty na Jasnej Górze chyba każdy z nas czuł ogromną siłę miłości, która działa w tym miejscu.

    Dla mnie nastąpił wyjątkowy okres. Jako młody człowiek mający przyjaciół z różnych – i w większości nieciekawych – środowisk widziałem świat, przed tą wizytą, jako czysto materialny, a chęć przeżywania cielesnych uciech życia była we mnie mocno zakorzeniona. Teraz zacząłem się modlić, chodzić regularnie do spowiedzi i w ogóle poważnie traktować Pana Boga oraz Jego przykazania.

    W tym czasie stan zdrowia mojego wujka stopniowo się pogarszał, ale nasza wiara w to, że jednak wyzdrowieje, była ogromna. W moim życiu rozpoczęły się wielkie zmiany. Czasami nie byłem z nich zadowolony, ponieważ praktycznie z dnia na dzień większość moich znajomych i przyjaciół odwróciła się ode mnie bez wyraźnego powodu. Było to dla mnie trochę dziwne, gdy ktoś z dnia na dzień potrafił mi powiedzieć przez telefon, że nie chce mnie znać i że nie spotkamy się prawdopodobnie już więcej… Nie przejmowałem się tym zbytnio. Już wtedy wiedziałem, że po zawierzeniu siebie Niepokalanemu Sercu Matki Bożej moja nowa Mama postanowiła uporządkować moje życie od podstaw, troszcząc się nawet o najmniejsze szczegóły.

    W kilka tygodni po zawierzeniu rozstałem się ze swoją dotychczasową dziewczyną. Natomiast kontakty z oj cem zaczęły się rozwijać w tempie, nad którym chyba obaj nie mogliśmy zapanować, ale byliśmy obydwaj z takiego obrotu sprawy bardzo zadowoleni. Mój tata poczuł, że ma syna, a ja z kolei, że to ojciec jest moim prawdziwym przyjacielem i partnerem. Postanowiliśmy razem otworzyć mały, rodzinny biznes, ale oparty na Bożym fundamencie i dlatego -jestem przekonany -przetrwa on nawet największy kryzys.

    Praktycznie w każdy weekend odwiedzaliśmy Jasną Górę całą rodziną (z chorym wujkiem) lub jeździliśmy tam we trójkę (mama, tata i ja). Czułem wtedy – i czuję do dzisiaj – że jesteśmy prowadzeni ścieżką prowadzącą do zbawienia. Po prawie pół roku od naszej pierwszej wizyty na Jasnej Górze okazało się, że wyniki badania rezonansu magnetycznego głowy mojego wujka są idealne. Guz główny oraz wszystkie ogniska zapalne zniknęły bez śladu. Dzisiaj jednak wiem, że Panu Bogu nie chodziło głównie o uzdrowienie mojego wujka, lecz przede wszystkim o uzdrowienie całej naszej rodziny. Największy cud, jaki się dokonał, to ten, że tak wiele zmieniło się w naszym życiu. Często się zastanawiam – i jest mi też bardzo wstyd z tego powodu – że Pan Bóg musiał za wstawiennictwem Matki Bożej pokazać mi namacalnie, jaką siłą dysponuje i że jest miłością. Nie uwierzycie, dopóki nie zobaczycie! Ja zobaczyłem i doświadczyłem. Zastanawiam się też, czym sobie zasłużyłem na taką łaskę. Dziękuję za to, że teraz wiem, kim jestem, i wiem, że nie ma przede mną problemu ani sytuacji bez wyjścia, gdyż jestem w Niepokalanym Sercu Matki Bożej!

    Ożeniłem się ze wspaniałą kobietą, Kasią, którą poznałem zaraz po tych wszystkich opisanych wyżej wydarzeniach. Pierwszy raz spotkaliśmy się w kościele. W dzień po ślubie pojechaliśmy z gośćmi (wynajętym autokarem) na Jasną Górę. Tam,, na naszej Mszy św., wspólnie z moją żoną Kasią zawierzyliśmy siebie, rodzinę, naszą przyszłość Niepokalanemu Sercu Maryi. Mamy bliźniaki – dwóch synów Piotra i Pawła. Jest to kolejna wspaniała łaska dla naszej rodziny. Moja żona i ja nigdy nie przypuszczaliśmy, że będziemy mieli dwoje dzieci naraz, choć zawsze mówiliśmy, że chcielibyśmy mieć ich dużo.

    Modlę się o to, aby udało się nam wychować nasze dzieci na takich ludzi, którzy nie będą musieli zobaczyć na własne oczy, aby uwierzyć, i nigdy nie powiedzą, że są wierzący, ale niepraktykujący. Ufam, że tak będzie, bo zawierzyliśmy ich Niepokalanemu Sercu Maryi, Królowej Polski, i zawierzymy Jej także nasze kolejne dzieci.

    Akt zawierzenia Niepokalanemu

    Sercu Maryi, Królowej Polski

    Niepokalana Matko Jezusa i Matko

    moja – Maryjo, Królowo Polski!

    Biorąc za wzór sługę Bożego Jana

    Pawta II, mówię dziś: cały(cała) jestem

    Twój(Twoja).

    Twojemu Niepokalanemu Sercu zawierzam catego(-łą) siebie,

    wszystko, czym jestem: swój umysł, serce, wolę,

    ciało, swe zmysły, emocje, pamięć, zranienia,

    słabości, swoją przeszłość od chwili poczęcia,

    swoją teraźniejszość i przyszłość

    wraz ze śmiercią cielesną, każdy swój

    krok, czyn, słowo i myśl. Twojemu

    Niepokalanemu Sercu zawierzam

    także swoją rodzinę i wszystko,

    co posiadam. Tobie oddaję wszystkie

    swoje prace, modlitwy i cierpienia.

    Ty, Najlepsza Matko, chroń mnie

    i moich bliskich od Złego. Upraszaj

    nam łaski potrzebne do przemiany

    i uzdrowienia. Prowadź nas

    po drogach życia i posługuj się nami

    do budowania Królestwa Twojego

    Syna Jezusa Chrystusa -Jedynego

    Zbawiciela świata, od którego

    pochodzi wszelkie dobro, prawda

    i życie. Amen.

    Bartek z Warszawy

    mp/adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykłe świadectwo. Umierając zobaczyłem Jezusa, który zapytał: Czy chcesz być ze Mną?

    fot. screenshot YouTube (Ku Bogu)

    ***

    Niezwykłe świadectwo. Umierając zobaczyłem Jezusa, który zapytał: Czy chcesz być ze Mną?

    Żyjąca w latach 1923-2007 polska, świecka mistyczka Anna Dąmbska przez lata doświadczała wielu niezwykłych spotkań z duszami osób zmarłych. Ich zapis utrwaliła w spisanych przez siebie dziełach, jednym z nich są „Świadkowie Bożego Miłosierdzia”.

    Oto opis jednego z takich niezwykłych, mistycznych spotkań z duszą osoby zmarłej i jej świadectwo uwiecznione w zapiskach Dąmbskiej.

    „Kiedy zrozumiałem, że umieram, a może, że umarłem – zobaczyłem Jezusa, Pana naszego. Zrozumcie! Ja, niewidomy, zobaczyłem Pana wyciągającego do mnie ręce, uśmiechającego się cudownym uśmiechem, wzruszonego i szczęśliwego na mój widok! Usłyszałem: ‘Mroki przeminęły na zawsze. Mój synu, oczekiwałem cię z tęsknotą. A ty, czy chcesz być ze Mną?’. Czy chcę? Pan nasz, Jezus Chrystus jest samym światłem! Samą miłością! Zachwytem! Olśnieniem! […] Brak tu słów. Czy chcę? On na mnie czekał! Na mnie! On – sama czystość! Słońce wieczności! Matka i ojciec! Brat i przyjaciel! – wszystko!

    To się czuje, nie rozumie, a wie z całą pewnością, że to jest Ten, który był naszym celem, spełnieniem naszych marzeń, końcem poszukiwań i trudów, zaspokojeniem tęsknoty, odpoczynkiem, ochłodą, uciszeniem łez i najgłębszym pokojem spragnionego serca. A ja…? I tu widzi się nagle siebie takiego, jakim się jest: niegodnym, brudnym, małym i lichym, niewdzięcznym, bezrozumnie marnotrawiącym Jego nieustanną miłość, narzekającym, niezadowolonym, pełnym pretensji i żalów – absolutnie niegodnym. I wtedy, kiedy całe serce wyrywa się, aby paść do nóg, przylgnąć na zawsze do tych przebitych – za mnie – stóp i nigdy, nigdy już odeń nie odejść – sumienie mówi: nie jesteś godny!

    W oczach Pana jest zrozumienie, współczucie i usprawiedliwienie. On nas tłumaczy: ‘nie chciałeś tego’, ‘nie rozumiałeś’, ‘nie wiedziałeś, jak bardzo jesteś kochany’, ‘cierpiałeś’, ‘było ci trudno i ciężko’, ‘byłeś sam’, ‘krzywdzono cię’. Jezus wie o mnie wszystko, bo nigdy nie pozostawił mnie samego. On usprawiedliwia i tłumaczy, ale ja wiem, że wiedziałem – byłem ochrzczony, uczyłem się religii, słyszałem Jego słowa, mogłem w każdej chwili sięgnąć po nie (po Ewangelię) – podczas gdy miliony ludzi tej pomocy nie miało. Ja miałem ogromny skarb, z którego nie korzystałem, który zlekceważyłem. To jest stanięcie twarzą w twarz z prawdą o sobie! Nie myślcie, że Pan nas osądza. On rad by przytulić każde swoje dziecko do serca i za jedno słowo miłości zapomnieć mu wszystko złe, a kiedy Bóg zapomina – wina przestaje istnieć. Nie ma jej i nie będzie. Ale my nie możemy darować sami sobie. Nie możemy podejść do Nieskazitelności Przeczystej – brudni z własnej winy, cuchnący i ociekający gnojem. To jeszcze bardzo łagodne słowo. Wydaje się nam, że wydobyliśmy się z bagna i czuć od nas całą zgniliznę ziemi. Bo w świetle Pana widoczny jest najmniejszy pył na nas. Zaczynamy odczuwać najgłębszy wstyd, zażenowanie i pragnienie natychmiastowej ucieczki, aby zedrzeć z siebie ten haniebny brud, umyć się, a właściwie myć i myć, aż śladu nie pozostanie z tego, co nas tak plami.

    To wszystko są przenośnie, a rzeczywistość jest nieporównywalnie tragiczniejsza. Bo zrozumienie miłości Pana do nas porywa nas i przemienia, a sumienie ukazuje wszystko, cośmy zawinili przeciwko sobie i przeciwko bliźnim naszym jako w przenośni – brud, w rzeczywistości – zło, ohydę, trupi odór i trupią zgniliznę, gdyż wszystko, co przynieśliśmy ze sobą, a co przynależy do ducha nienawiści i buntu, jest tu martwe, rozkłada się i wydziela trupi jad. A przecież tak wielu, prawie wszyscy stajemy przed naszym Zbawcą, naszą miłością – tak właśnie odrażający. Wtedy On zezwala nam na pracę oczyszczania się aż do pełnej bieli. I czeka na nas, wspomaga, dodaje sił i zawsze kocha. A niebo całe prosi za nas i przeprasza […]”.

    ren/Anna “Świadkowie Bożego Miłosierdzia”/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krwawiące Hostie. 624 lata temu w Poznaniu wydarzył się Cud Eucharystyczny

    fot. screenshot – YouTube (MikaelFilms)

    ***

    Krwawiące Hostie. 624 lata temu w Poznaniu wydarzył się Cud Eucharystyczny

    Wieści o niezwykłych okolicznościach Cudu Eucharystycznego, który w sierpniu 1399 roku wydarzył się w Poznaniu rozeszły się po świecie tak szybko, że już niespełna 2 lata później papież Bonifacy IX z powodu wielu „cudów, które tam się wydarzają”, oficjalnym pismem nadaje temu miejscu kultu specjalne odpusty, rozszerzone później kilkukrotnie również przez jego następców na Piotrowym Tronie. W pewnym momencie Poznań staje się jednym z zaledwie kilku najliczniej uczęszczanych miejsc pielgrzymkowych na mapie Europy. Po upływie kilku wieków, Poznański Cud Eucharystyczny stanie się jednak na tyle niepoprawny politycznie, że miejscowy biskup, będący zarazem obecnym Przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski nakaże nazywać go „legendą”. Dlaczego?

    Będący jednym z najwybitniejszych historiografów średniowiecza, Jan Długosz, w swym dziele zatytułowanym „Roczniki czyli kronika sławnego Królestwa Polskiego” w następujący sposób relacjonuje Cud Eucharystyczny, jaki miał miejsce w Poznaniu w 1399 roku.

    „W piątek 15 sierpnia pewna kobieta w Poznaniu przyjąwszy Najświętszy Sakrament Eucharystii w klasztorze braci dominikanów w Poznaniu, wyjęła z ust Hostie, by sprzedać przebywającym w Poznaniu Żydom. Hostie znaleziono na łąkach Miasta Poznania. W miejscu znalezienia zaczęły spotykać ludzi wielkie dobrodziejstwa. Przejęty głęboko tym wypadkiem król Polski Władysław wzniósł w tym miejscu klasztor braci karmelitów pod wezwaniem Bożego Ciała”.

    Warto zaznaczyć, że sam Długosz urodził się zaledwie 16 lat po poznańskim Cudzie Eucharystycznym, a opisuje to zdarzenie w swych „Rocznikach” nieco ponad sześć dekad po jego zaistnieniu. Jest więc to przekaz jak najbardziej współczesny i wiarygodny. Tym bardziej, że Poznański Cud Eucharystyczny obok Długosza opisują również inni kronikarze, m.in. Michał z Janowca, Maciej z Miechowa, Bernard Wapowski, Marcin Kromer, Jan Herburt, Tomasz Rerus, Jan Chryzostom Sikorski, Tomasz Treter, Alojzy Zarembiusz, nuncjusz apostolski Francesco Ditalevi czy Jan Kanty Kowalski.

    Pośród źródeł mówiących o Cudzie Eucharystycznym z Poznania szczególne miejsce obok Długosza niewątpliwie zajmuje „Historyja o dziwnym nalezieniu Ciała Bożego na tym miejscu, gdzie teraz w Poznaniu Kościół Bożego Ciała zową”. Jej autorem był bowiem Tomasz Rerus, należący do zakonu Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, którzy to właśnie zakonnicy zwani popularnie karmelitami, opiekowali się miejscem kultu związanym z Poznańskim Cudem Eucharystycznym. Wydobywając z tych licznych źródeł pewien wspólny i zasadniczy rdzeń wydarzeń z 1399 roku, cała historia przedstawia się następująco:

    Grupa poznańskich Żydów przekupiła pewną kobietę, posługującą w domu jednego z nich, aby ta zgodziła się wykraść konsekrowane Hostie z któregoś z poznańskich kościołów, a następnie, by przekazała im ją. Kobieta motywowana chęcią zysku wyraziła zgodę na dokonanie świętokradczego czynu. 15 sierpnia 1399 roku w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, po zakończonej Mszy św. sprawowanej w samo południe, kobieta pozostała ukryta za filarem w poznańskim kościele dominikanów (obecnie w kościele tym, przy ul. Szewskiej posługują księża jezuici). Gdy zamknięto świątynię kobieta wyszła z ukrycia i podeszła do ołtarza próbując otworzyć tabernakulum, aby wykraść Najświętszy Sakrament. Wykradła trzy konsekrowane Hostie, owinęła je w chustę i ponownie ukryła się w kościele czekając na otwarcie świątyni na wieczorne nieszpory.  Gdy to się stało, niepostrzeżona opuściła dominikański kościół ze swą „zdobyczą”. Następnie udała się do Żydów, aby przekazać im wykradziony Najświętszy Sakrament oraz odebrać umówioną zapłatę. Żydzi otrzymawszy Hostie zanieśli je do sklepu znajdującego się w piwnicy uważanej za najstarszą w całym Poznaniu kamienicy należącej do szlacheckiej rodziny Świdwów-Szamotulskich przy ul. Sukienniczej, noszącej dziś nazwę ul. Żydowskiej. Tam wysypawszy Hostie na stół, zaczęli je nakłuwać i przebijać. Ku ich przerażeniu jednak Hostie zaczęły krwawić.

    W miejscu profanacji znajdowała się niewidoma od urodzenia Żydówka, która żarliwie pomodliła się o uzdrowienie ze ślepoty, jeśli Najświętszym Sakramencie rzeczywiście obecny jest Bóg – Jezus Chrystus, „którego chrześcijanie chwalą”.

    Jej prośba została wysłuchana i żydowska kobieta odzyskała wzrok wychwalając za ten cud Boga. Ów cud uzdrowienia oraz natychmiastowe, niczym Szawła z Tarsu nawrócenie niewidomej od urodzenia Żydówki jeszcze bardziej wzmogło przerażenie u profanatorów, którzy postanowili teraz za wszelką cenę pozbyć się krwawiących Hostii, zdając sobie sprawę, jakie mogą być dla nich konsekwencje zbezczeszczenia Najświętszego Sakramentu. Bezskutecznie jednak próbowali oni zarówno spalić cudowne Hostie w ogniu, jak i utopić znajdującej się w piwnicy studni. Hostie w sposób niewytłumaczalny zaczęły unosić się nad powierzchnią zarówno ognia, jak i wody, nie mając na sobie najmniejszego nawet śladu nadpalenia czy też zawilgocenia.

    W akcie desperacji sprawcy świętokradczego czynu postanowili więc wywieźć krwawiące Hostie za miasto, by jak najprędzej pozbyć się ‘dowodów rzeczowych’ swego świętokradczego czynu. Wychodząc za mury miasta i mijając po drodze jedną z podmiejskich osad, profanatorzy byli świadkiem jeszcze jednego cudownego uzdrowienia, jakie dokonało się za pośrednictwem ukrytych przez nich krwawiących Hostii – tym razem mężczyzny z kalectwa. Żydzi dotarli ze sprofanowanym Najświętszym Sakramentem na podpoznańskie błonia i tam na pastewnych łąkach, pośród trzęsawisk porzucili Hostie wrzucając je do bagna oraz uciekając jak oddalając się z tego miejsca.

    Niedługo potem, w niedzielny poranek pewien pasterz wypasający wraz z synkiem bydło na wspomnianych łąkach, zobaczyli unoszące się w powietrzu nad bagnami trzy Hostie. Doniesiono o tym poznańskiemu burmistrzowi, który początkowo nie chciał dawać wiary cudownemu wydarzeniu, ale ostatecznie zarówno on, jak i ówczesny miejscowy biskup Wojciech Jastrzębiec wraz z duchowieństwem przybyli na podpoznańskie łąki, gdzie ich oczom rzeczywiście ukazały się unoszące się w sposób cudowny nad bagnami trzy Hostie. Zabrano Hostie i przeniesiono je w uroczystej procesji do miasta.

    W miejscu, w którym Hostie zostały odnalezione dość szybko wybudowano drewnianą kapliczkę i to właśnie w niej umieszczono  wspomniane cudowne trzy Hostie,  by odbierały tam cześć od wiernych. W miejscu tym zaczęły dokonywać się tak liczne cuda i uzdrowienia na duszy oraz ciele, że już niespełna dwa lata później papież Bonifacy IX nadał specjalny odpusty, a król Władysław Jagiełło ufundował Kościół Bożego Ciała.

    Jagiełło nakazał też poddać sprawców zbezczeszczenia Najświętszego Sakramentu starannemu badaniu sądowemu, podczas którego jednym ze świadków była wspomniana uzdrowiona w sposób cudowny ze ślepoty Żydówka. Gdy sprawcom udowodniono winę, zarówno zleceniodawcy profanacji Najświętszego Sakramentu, jak i kobieta, która wykradła Hostie z dominikańskiego kościoła – ponieśli śmierć za swój świętokradczy czyn. Po jakimś czasie gmina żydowska wniosła do króla prośbę o ponowne sądowne przebadanie całej sprawy.  W 1434 roku zarządzono więc powtórne śledztwo i wznowiono proces, który trwał aż przez następne dwie dekady. Po wnikliwym rozpatrzeniu sprawy, wyrokiem trybunalskim z 1454 roku nakazano gminie żydowskiej w ramach zadośćuczynienia za profanację Najświętszego Sakramentu wpłacać corocznie na rzecz procesji Bożego Ciała datek wysokości 800 tynfów.  Natomiast w każdą okrągłą setną rocznicę Poznańskiego Cudu Eucharystycznego trzech starszych z gminy żydowskiej miało w sposób uczestniczyć w uroczystej eucharystycznej procesji, aby w symboliczny sposób upamiętniać straszliwe świętokradztwo sprzed lat. Żydzi respektowali ten wyrok przez 200 lat. Dopiero w 1699 roku gmina żydowska złożyła ówczesnemu przeorowi poznańskich karmelitów trzewiczkowych sumę 60 zł na proch potrzebny do salwy uświetniającej uroczystą procesję eucharystyczną, traktując to jako rekompensatę za nieobecność przedstawicieli gminy podczas procesji. A w 1724 roku w wyniku ugody sądowej zawartej pomiędzy obiema stronami sporu, poznańscy Żydzi zgodzili się darować corocznie kościołowi Bożego Ciała dwa kamienie oliwy oraz dwa kamienie wosku na świece do palenia przed relikwiami trzech Hostii a także dwa kamienie topionego łoju na uroczystość całej oktawy oraz jeden kamień prochu na samą uroczystość Bożego Ciała. Wyrazili oni również zgodę na umieszczenie w kościele Cudu Eucharystycznego trzech drewnianych figur przedstawiających postacie Żydów wrzucających do studzienki sprofanowany uprzednio Najświętszy Sakrament. Do dziś pośrodku kościoła Bożego Ciała znajduje się fragment Konfesji św. Onufrego upamiętniającej miejsce, w którym odnaleziono przed wiekami zbezczeszczony Najświętszy Sakrament, a przedstawiający rzeźby trzech Żydów wyrzucających do studzienki trzy krwawiące Hostie. Według przekazów jest to dokładnie to miejsce, w którym w 1399 roku odnaleziono unoszące się nad bagnami Hostie.

    Już w lipcu 1401 roku papież Bonifacy IX nadaje pierwsze odpusty miejscu Poznańskiego Cudu Eucharystycznego,  a dwa lata później ubogaca o kolejne – ufundowany przez Władysława Jagiełłę kościół karmelitański, w którym „liczne znaki i cuda codziennie się dzieją i do którego lud chrześcijański stałą żywi pobożność i licznie się zbiega”. Następne przywileje odpustowe  w miejscu Poznańskiego Cudu Eucharystycznego nadadzą – w 1406 roku papież Innocenty VII i w 1472 roku papież Sykstus IV.

    Król Władysław Jagiełło w sposób bardzo świadomy czyni z kościoła Bożego Ciała sanktuarium narodowe. To właśnie tu pielgrzymuje polski król w październiku 1409 roku prosząc Najwyższego o wsparcie przed decydującą o losach ojczyzny bitwą pod Grunwaldem i składa ślub, że po jej pomyślnym zakończeniu, dla uczczenia Najświętszego Sakramentu odwiedzi w ramach wdzięczności poznański kościół i klasztor karmelitański. I rzeczywiście, ponad rok później, jesienią 1410 roku Jagiełło dotrzymuje słowa i z Pobiedzisk pielgrzymuje pieszo blisko 30 km do poznańskiego Sanktuarium Eucharystycznego, gdzie spędza w klasztorze trzy dni, dziękując na modlitwie Panu Bogu za dar zwycięstwa w decydującej bitwie nad potężnym, krzyżackim przeciwnikiem. Na przestrzeni następnych kilkunastu lat, Jagiełło jeszcze wielokrotnie odwiedzi miejsce Poznańskiego Cudu Eucharystycznego, by modlić się tam zarówno we własnych, jak i w Ojczyzny intencjach.

    Cudowne trzy Hostie aż do 1897 roku wystawiane były do adoracji wiernym w gotyckiej monstrancji ufundowanej przez Jagiełłę. Obecnie są one niestety niedostępne dla oczu wiernych i znajdują się w zalakowanej metalowej puszce, opieczętowanej od zewnątrz pieczęcią arcybiskupa Floriana Stablewskiego, a wmontowanej od spodu w stopę monstrancji z 1936 roku, ufundowanej przez ks. Rankowskiego.

     Warto też nadmienić, że w 1620 roku w uroczystej procesji składającej się z duchowieństwa świeckiego i zakonnego oraz licznej rzeczy wiernych przeniesiono do Sanktuarium Bożego Ciała ze zrujnowanej już niemal kamienicy Świdwów-Szamotulskich odnaleziony w tamtejszej piwnicy stół, na którym zbezczeszczono Hostie w 1399 roku. Ówczesny nuncjusz apostolski w swym oficjalnym piśmie wspomina o stole „cudownie krwią Zbawiciela Naszego spryskanym”. Natomiast 16 lutego 1704 roku rzymska Kongregacja Kardynałów wydała dekret oficjalnie zatwierdzający możliwość otwarcia przez Karmelitów trzewiczkowych oratorium właśnie w miejscu profanacji Hostii. Rankiem 20 maja 1704 roku odprawiono pierwszą Mszę św. w kościele wybudowanym w miejscu, gdzie kiedyś w najstarszej poznańskiej kamienicy krwawiły profanowane Hostię. Od tego czasu również świątynia znajdująca się dziś przy ul. Żydowskiej, podobnie jak starsze od niej o trzy wieki Sanktuarium Bożego Ciała – stała się miejscem żywego kultu eucharystycznego i wielu niezwykłych cudów oraz uzdrowień duszy i ciała.

     Dziś po dawnej świetności kościoła Bożego Ciała pozostało już naprawdę niewiele i nawet bardzo wielu rodowitych mieszkańców Poznania nie zna niezwykłej historii tego miejsca. W ubiegłym roku Sanktuarium zostało w przeraźliwy sposób sprofanowane, przedmioty kultu porozrzucane i poniszczone. Natomiast sama historia Poznańskiego Cudu Eucharystycznego poświadczona na przestrzeni wieków przez tak liczne źródła i dokumenty, skrywana jest obecnie przez miejscowego arcybiskupa niczym coś wstydliwego – pod nazwą legendy, o czym można się przekonać choćby odwiedzając oficjalną stronę internetową Archidiecezji Poznańskiej. Może gdyby sprawcami świętokradczej profanacji byli Polacy, poprawność polityczna lokalnego Kościoła nie tłamsiłaby pamięci o niezwykłym Poznańskim Cudzie Eucharystycznym, który przez wieku ożywiał kult eucharystyczny nie tylko na terenie archidiecezji, a którego żywymi pomnikami są Sanktuarium Bożego Ciała znajdujące się przy ul. Strzeleckiej oraz Sanktuarium Najdroższej Krwi Pana Jezusa przy ul. Żydowskiej w Poznaniu. 

    Kronika Miasta Poznania 3-4/92, J.Długosz “Roczniki czyli kroniki sławnego Królewstwa Polskiego”

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – lipiec 2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Miesiąc szczególnej czci do

    PRZENAJDROŻSZEJ KRWI JEZUSA CHRYSTUSA

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Lita­nia do Naj­droż­szej Krwi Chrystusa

    Kyrie, eleison, Chrysteeleison, Kyrieeleison.
    Chryste
    , usłysz nas, Chrystewysłuchaj nas,
    Ojcze z nieba, Boże
    zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, 
    zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże
    , zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże
    , zmiłuj się nad nami

    Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii
    wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonychwybaw nas.
    Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, pociecho płaczących
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, otucho umierających
    wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszychwybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza,
     wybaw nas.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją.
    W. 
    I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego.

    K. Módlmy się. 
    Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, † daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, * abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego.
    W. Amen.


    Ofiarowanie Przenajdroższej Krwi Chrystusa


    Ojcze Przedwieczny, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa,
    – na zadośćuczynienie za grzechy całego świata,
    – za konających i za zmarłych w czyśćcu
    – oraz dla odnowienia Kościoła w Duchu Świętym.
    Amen.



    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją odkupił!
    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uwolnił!
    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uświęcił!
    Błogosławiona Krew Jezusowa! Na wieki błogosławiona!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krwiodawstwo Życia: Jezus przelewa Krew podczas ukoronowania cierniem

     

     Adobe Stock

    *****

    Przywódcy żydowscy żądają od Piłata, aby skazał Jezusa na ukrzyżowanie. Ukoronowanie cierniem staje się najbardziej ekspresywnym momentem w całym objawieniu. Jezus jest wyśmiany, jednakże prawdziwie jest Królem, ponieważ Jego królewskość jest „inna” niż ta z tego świata.

    Z Ewangelii św. Jana

    A żołnierze, uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: «Witaj, Królu żydowski!» I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go wam na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». (J 19, 2-5)

    Refleksja

    Jan Ewangelista umieszcza scenę ukoronowania cierniem Jezusa i wyśmiania Go jako „króla” w centrum procesu, w taki sposób, aby Jezus został ukazany jako prawdziwy Król. Piłat po raz kolejny stwierdza, że nie znalazł w Nim żadnej winy, zasługującej na skazanie Jezusa na śmierć, i ukazuje Go ludowi: Oto Człowiek! Ta wypowiedź Piłata o Jezusie poranionym, z koroną cierniową na głowie i w płaszczu purpurowym, mogłaby wskazywać na pogardę wobec tej „biednej ofiary”. Ale może również mieć inne znaczenie: zwykle „nowy król” był przedstawiany poddanym, już ubrany w szaty królewskie, wypowiadano imię króla, a lud wznosił okrzyki aprobaty. Myślą przewodnią naszego rozumowania i działania jest nie tyle Ewangelia, co Osoba, którą ta Ewangelia przepowiada. Chrystus, nasz Niebiański Król, jest obecny w nas, a nasza relacja z Nim ma się opierać na prawdziwym poddaniu się Jemu, jako Królowi. On, słońce naszej duszy, upiększa nas swoją czystością i swoim blaskiem. W ten sposób Jego Królewska godność staje się dla nas bodźcem do podążania za Nim wszędzie i naśladowania Go we wszystkim.

    Z „Komentarza do Ewangelii św. Jana” św. Augustyna, biskupa (Homilia 116)

    Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go do was na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». Oto dowód na to, że nie dokonało się bez wiedzy Piłata to, co żołnierze uczynili Jezusowi, zarówno to, co było im zlecone, jak i to, na co im pozwolono. Stało się to z tego powodu, jak już powiedzieliśmy, że nieprzyjaciele Jezusa zasmakowali w rozkoszowaniu się tymi wszystkimi wyrządzanymi Mu zniewagami i nie zaspokoili ostatecznie swojej żądzy krwi. Jezus wychodzi przed lud w koronie cierniowej i zhańbiony. Piłat mówi do nich: Oto Człowiek!, jakby chciał powiedzieć: jeśli jesteście zawistni o króla, oszczędźcie Go teraz, kiedy widzicie Go tak poniżonym; został ubiczowany, ukoronowany cierniem, odziany w hańbiący strój; został wyśmiany obelżywymi krzykami, spoliczkowany; zawrzała hańba, rozpaliła się nienawiść.

    Prośby

    Módlmy się do Boga Ojca za zbawienie wszystkich ludzi, odkupionych mocą Krwi Chrystusa, i wołajmy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby Krew Chrystusa oczyściła nasze sumienia ze złych uczynków, byśmy mogli służyć żywemu Bogu:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby tajemnica Chrystusa, który wydaje się za każdego człowieka, przyciągnęła wszystkie narody do serca Jezusowego:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby spojrzenie na krzyż Chrystusa wzbudziło w grzesznikach prawdziwe pragnienie pokuty:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Boże Wszechmocny, dziękujemy Ci za to, że uczyniłeś nas godnymi uczestnictwa w tajemnicy Krwi Twojego Syna. Naucz nas odpowiadać coraz lepiej na wyraz Twojej miłosiernej miłości. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    tekst pochodzi z książki:

    “Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”/tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa gromi demony.

    Pamiętaj o tym – nie tylko w lipcu!

    Zgodnie z tradycją Kościoła lipiec to miesiąc szczególnie poświęcony Najdroższej Krwi Chrystusa. Ten bogaty kult związany jest głównie z Męką Chrystusa na Krzyżu i Eucharystią. Jak pisał św. Jan Chryzostom „Ta Krew, gdy godnie przyjęta, oddala demony, przywołuje aniołów, a nawet samego Pana aniołów”. Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.

    1.Kult Krwi Chrystusa sięga pierwszych wieków

    Pierwotne zapisy dotyczące czczenia Krwi Chrystusa zostawili nam już ojcowie Kościoła, w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. „Ta Krew wylana oczyszcza świat cały. Ona jest ceną wszechświata, za którą Chrystus odkupił Kościół” – pisał św. Jan Chryzostom, który żył w IV wieku.

    Kult Krwi Chrystusa w Kościele związany jest z dwiema relikwiami Męki Pańskiej, które odnaleziono w średniowieczu. W roku 804 znaleziono gąbkę, z której pojono konającego na krzyżu Chrystusa. Natomiast w roku 1048 odnaleziono, zabezpieczoną w ołowianym naczyniu, ziemię spod Krzyża, w którą wsiąkła krew Jezusa. Do miasta Mantuia obie relikwie miał przywieźć nawrócony rzymski żołnierz Longin, ten sam, który przebił bok Chrystusa włócznią. Autentyczność tych relikwii potwierdził w roku 1053 papież Leon IX. Już wówczas zaczęto nadawać kościołom wezwanie Najdroższej Krwi Chrystusa.

    2.Ustanowienie uroczystości Najdroższej Krwi Chrystusa

    Uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa ustanowił w roku 1849 dekretem „Redempti sumus” papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały lipiec był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł uroczystość na dzień 1 lipca. Natomiast Ojciec Święty Pius XI podniósł je (1933 rok) do rangi świąt pierwszej klasy na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi.

    Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Chrystusa wyróżniał się papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście „Inde a primis z 1960 roku zachęcał do tego kultu. „To nabożeństwo zostało mi wpojone już w życiu rodzinnym, od wczesnych lat mojego dzieciństwa. Pozostaje mi w pamięci wspomnienie moich sędziwych rodziców, recytujących w dniach lipca litanię do Najdroższej Krwi” – wspominał Jan XXIII.

    3.Tak uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa zniknęła z kalendarza liturgicznego

    Do czasu reformy kalendarza liturgicznego (1969) po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Później skreślono tę uroczystość z kalendarza. Reformatorzy tłumaczyli, że obchód uroczystości Krwi Chrystusa został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem). Na zasadzie pewnego przywileju – uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa pozwolono celebrować jedynie  zgromadzeniom Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa. Tę rodzinę  zakonną założył św. Kasper de Buffalo (+ 1837), gorący zwolennik szerzenia kultu Krwi Chrystusa, która obmywa nas z grzechów i otwiera dla nas bramy raju.

    4.Jak czcić Najdroższą Krew Chrystusa?

    Najprostszą formą kultu Krwi Chrystusa jest adoracja i Komunia Święta. Można też rozważać fragmenty Ewangelii, opisujące przelanie Krwi przez Chrystusa. Święty Jan XXIII w liście apostolskim „Inde a Primis”, zachęca wiernych do odprawienia nabożeństwa ku czci Przenajdroższej Krwi Jezusa Chrystusa, szczególnie w lipcu.

    „Niechaj rozważają o niesłychanie obfitej i nieogarnionej wartości tej Krwi prawdziwie najdroższej” – pisze w liście apostolskim papież święty Jan XXIII. „Ta sama Krew Boża płynie we wszystkich sakramentach Kościoła, dlatego nie tylko słuszną jest rzeczą ale wielce sprawiedliwą, aby tej Krwi składali wszyscy odrodzeni w jej zbawczych strumieniach hołd adoracji, podyktowanej wdzięcznością i miłością” – zaznacza w liście do wiernych papież.

    Publiczną i prywatną formą modlitwy może być także Litania do Najdroższej. W encyklice „Evengalium Vitae” św. Jana Pawła II czytamy, że „Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia”.

    Kult Najdroższej Krwi Chrystusa szczególnie mocno upowszechniają Misjonarze Krwi Chrystusa, którzy mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce również siostry Adoratorki Krwi Chrystusa. Obecnie w Częstochowie pod opieką Misjonarzy Krwi Chrystusa znajduje się jedyne w Polsce sanktuarium Przenajdroższej Krwi, gdzie od 1998 roku czczone są relikwie Krwi Chrystusa z Mantui – dar Sióstr Przenajdroższej Krwi z Schellenbergu (Księstwo Lichtenstein). Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.

    Dziś szczególnie potrzebne jest oddawanie czci Najdroższej Krwi Jezusa. W czasach szerzących się ideologii gender, promocji seksu bez odpowiedzialności, LGBT, stawiania przyrody wyżej człowieka, profanacji, zabijania nienarodzonych, osób starszych i słabych, tym głośniej powinniśmy wołać „Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas”.

    źródła  – brewiarz.pl, czestochowskie24.pl,cpps.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XVII NIEDZIELA OKRESU ZWYKŁEGO – 30 LIPCA  

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 1 SIERPNIA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    Od 22 lutego 2022 roku we wtorkowe wieczory o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również te spotkania są zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    godz. 18.30 – KATECHEZA

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________


    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA 3 SIERPNIA – KAPLICA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI KAPŁANÓW

    Katechizm Kościoła Katolickiego – nr 2628 : „Adoracja jest zasadniczą postawą człowieka, który uznaje się za stworzenie przed swoim Stwórcą. Wysławia wielkość Pana, który nas stworzył, oraz wszechmoc Zbawiciela, który wyzwala nas od zła. Jest uniżeniem się ducha przed „Królem chwały” (Ps 24, 9-10) i pełnym czci milczeniem przed Bogiem, który jest „zawsze większy” . Adoracja trzykroć świętego i miłowanego ponad wszystko Boga napełnia nas pokorą oraz nadaje pewność naszym błaganiom”.

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA 4 SIERPNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    18.00  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    19.00 – MSZA ŚWIĘTEJ WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

    Nabożeństwo I piątków miesiąca

    MARGARET MARY ALACOQUE

    Zvonimir Atletic | Shutterstock

    *********

    Obietnica zwycięstwa

    Praktykę pierwszych piątków miesiąca większość z nas zaczęła wraz z Pierwszą Komunią św. Są tacy, którzy od tego momentu co miesiąc chodzą do spowiedzi i przyjmują z miłości do Jezusa Komunię św. wynagradzającą. Są też tacy, którzy tę praktykę porzucili. Wspominając św. Małgorzatę Marię Alacoque warto przypomnieć sobie znaczenie pierwszych piątków miesiąca.

    „Wielka obietnica”

    Ostatnia z obietnic otrzymanych przez św. Małgorzatę Marię znana jest także jako „wielka obietnica”, ponieważ jest ona najważniejsza dla naszego zbawienia. Jezus wyraził ją tymi słowami: „Z nadmiernego miłosierdzia mego Serca obiecuję ci, że wszechmocna miłość tego Serca wszystkim przystępującym przez dziewięć z rzędu pierwszych piątków miesiąca do Komunii św. da ostateczną łaskę pokuty tak, że nie umrą w stanie Jego niełaski ani bez sakramentów świętych i że Serce moje będzie dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”. Chrystus obiecuje więc wszystkim, którzy z zaangażowaniem wypełnią tę praktykę, łaskę ostatecznego pojednania. Zadziwia jednak fakt, że z tak prostego środka może płynąć aż tak wielka łaska dla ostatnich chwil pobytu na ziemi. Jezus, który pragnie zbawienia każdego człowieka, staje się bardziej wrażliwy na tych, którzy przez dziewięć piątków chcą Mu okazać chociaż trochę wzajemnej miłości i być blisko Niego. Będzie o nich szczególnie pamiętał w godzinie ich śmierci.

    Trzeba zatem wierzyć, że nawet w momencie „przypadkowej” śmierci dostąpimy wielkiej łaski odejścia z tego świata w stanie łaski uświęcającej. Czy znajdzie się wówczas przy nas ksiądz ze świętymi olejami i Najświętszym Sakramentem? Tego trudno być pewnym, ponieważ mogą zdarzyć się takie warunki, w których przybycie kapłana będzie niemożliwe. Jezus obiecuje dla czcicieli swego Serca, że będzie miejscem schronienia od złego ducha i wiecznego potępienia. Tym, którzy w momencie śmierci będą w stanie łaski Bożej, obiecuje wytrwanie do końca, a tym, którzy będą mieli na sumieniu grzechy ciężkie, obiecuje, że je przebaczy. Może się to dokonać przez spowiedź lub przez akt żalu doskonałego. Jezusowa obietnica dotyczy więc także ostatnich myśli, pragnień i postanowień umierającego człowieka.

    Jezus automatycznie mnie zbawi?

    W takim razie ktoś mógłby sobie powiedzieć: „Odbyłem dziewięć pierwszych piątków miesiąca, mogę być pewnym zbawienia. Teraz więc nie jest już tak bardzo ważne, co czynię, czy żyję blisko Boga, czy daleko – w stanie grzechu, czy łaski uświęcającej. Ważne, że mam zaliczone pierwsze piątki – Jezus automatycznie mnie zbawi”. Jeśliby ktoś odbywał pierwsze piątki z nastawieniem złej woli, że powróci do grzesznego życia, to byłoby to świętokradztwo, a co najmniej praktyka magiczna, mająca niewiele wspólnego z pobożnością. Sama św. Małgorzata Maria podkreślała, iż Jezus dotrzyma obietnic i ofiaruje nam wielki ostatni dar pojednania pod warunkiem, że będziemy Go kochać i naśladować, „żyjąc w zgodzie z Jego świętymi prawami”.

    „Wielka obietnica” jest dla tych, którzy nieprzerwanie oddają cześć Jezusowemu Sercu i przez to są zaproszeni do oddania się Mu, powierzenia się Jego miłości, a w konsekwencji – do pracy nad sobą. Przecież gdy człowiek coraz bardziej świadomie otwiera się na Jezusa, rodzi się w nim coraz mocniejsze pragnienie pracy nad sobą, codziennej, ofiarnej służby, przekraczania siebie. Jak pokazuje doświadczenie, częsta, pobożnie przyjmowana Komunia św. staje się szczególnym momentem łaski, tym bardziej pierwszopiątkowa – przyjęta w duchu wdzięczności i wynagrodzenia. Znakiem zaś owocności tej praktyki będzie wierność na drodze Bożych przykazań. W takim kontekście każdy pierwszy piątek staje się dniem comiesięcznej odnowy w wierze, odejściem od drogi grzechu i wkroczeniem na drogę miłości. Każdy kolejny dzień miesiąca może więc stać się ponawianiem pierwszego piątku – dzięki przyjęciu Komunii św. i intencji miłości oraz wynagrodzenia Sercu Jezusa.

    Potrzebne warunki

    Podstawowym warunkiem praktyki pierwszych piątków jest przystępowanie do Komunii św. przez dziewięć kolejnych pierwszych piątków miesiąca. Nie można ani zmienić dnia przyjęcia Komunii św., ani przerwać kolejnych dziewięciu piątków.

    Potrzebna jest również właściwa intencja. Jest nią miłość i wynagrodzenie Sercu Jezusowemu oraz pragnienie przyjęcia Komunii św. według intencji Jezusowego Serca: by otrzymać łaskę śmierci w stanie zjednoczenia z Panem Bogiem. Można ją tak wyrazić: „Panie Jezu, w zjednoczeniu z Sercem Twym Najświętszym, w duchu miłości i wynagrodzenia, ofiaruję Ci przyjmowanie przeze mnie Komunii św. przez kolejne dziewięć pierwszych piątków miesiąca”. Jest to szczególnie ważne dla osób często lub codziennie przyjmujących Komunię św. Bez tej intencji, uczynionej na początku praktyki, która potem może być ponawiana w każdy pierwszy piątek, nie można powiedzieć, że się ją właściwie odbyło. Dlatego też dla pewności, że otrzyma się owoc tej pobożnej praktyki, warto ją powtórzyć kilka razy w swoim życiu.

    Komunię św. należy przyjmować w stanie łaski uświęcającej. Ten, kto jest w stanie grzechu ciężkiego, musi otrzymać przebaczenie w sakramencie pokuty. Do spowiedzi św. można przystąpić w sam pierwszy piątek lub wcześniej. Ten, kto w szczerości serca rozpoczął świętą praktykę, a w słabości swojej upadł, jeśli otrzyma łaskę przebaczenia grzechów i podejmie kontynuację pierwszych piątków, dostąpi wypełnienia w swoim życiu „wielkiej obietnicy”.

    Na pierwszy piątek każdego miesiąca osobiście wskazał Pan Jezus jako na dzień wdzięczności za Jego miłość oraz dzień wynagrodzenia za zniewagi, niewdzięczność i zapomnienia, których szczególnie doświadcza On w Eucharystii. Jest to również wyjątkowy dzień łaski, przygotowania się do śmierci, zadbania o ostatnie chwile swego pobytu na ziemi. Skoro Jezus tak wiele dla nas uczynił: stał się człowiekiem, umarł za nasze grzechy, zmartwychwstał, ustanowił Eucharystię, warto zadbać o swoje zbawienie przez praktykę „wielkiej obietnicy”.

    ks. Jacek Szczygieł SCJ

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 5 SIERPNIA  kościół św. Piotra

    17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    18.00  MSZA ŚWIĘTA Z XVIII NIEDZIELI OKRESU ZWYKŁEGO

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – NABOŻEŃSTWO PIERWSZYCH PIĘCIU SOBÓT MIESIĄCA, JAKO WYNAGRODZENIE I ZADOŚĆUCZYNIENIE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE.

    *****

    Aby spełnić prośbę Bożej Matki dotyczącą Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca należy:

    1. przystąpić do sakramentu spowiedzi św. (można przystąpić do sakramentu pojednania kilka dni wcześniej) i przyjąć Komunię św.

    2. pomodlić się na różańcu wybierając jedną z czterech części Tajemnic (Radosną, Światła, Bolesną, Chwalebną)

    3. poświęcić kwadrans czasu na rozważanie jednej z 20 Tajemnic Różańca Świętego

    4. być świadomym intencji, którą jest wynagrodzenie za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    Osoby, które z różnych ważnych powodów (np. choroba) nie mogą osobiście uczestniczyć w nabożeństwie i przyjąć Komunii św. w kościele św. Piotra lub swoim lokalnym kościele, mogą łączyć się online, np. z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem:

    https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/  – w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 18.30 pokutny różaniec fatimski (w Szkocji 17:30), następnie medytacja pierwszosobotnia, Msza św. z kazaniem i Apel Maryjny

    *****

    Pierwsza sobota miesiąca.

    NAJŚWIĘTSZA MARYJA PANNA:

    “Przybędę z łaskami”

    „Córko moja – prosiła Maryja – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść Mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć Mi będą w intencji zadośćuczynienia”. Te słowa zawierające prośbę Maryi wypowiedziane w dni 10 grudnia 1925 r. w Pontevedra (Hiszpania) są nadal mało znane, a tym bardziej słabo praktykowane w kościele Chrystusowym. W tym dniu Maryja objawiła się s. Łucji z Dzieciątkiem Jezus i pokazała cierniami otoczone Serce…

    Nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca, które tu omawiam, jest ściśle związane z Objawieniami Fatimskimi, których 101 rocznicę obchodzimy w tym roku. Spośród trójki dzieci Franciszka, Hiacynty i Łucji, „Niebo” wybrało Łucję do „specjalnego zadania” o którym poinformowała ją Najświętsza Maryja w dniu 13 czerwca 1917 roku: „Jezus chce posłużyć się tobą, abym była bardziej znana i miłowana. Chce zaprowadzić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy przyjmą to nabożeństwo, obiecuję zbawienie. Te dusze będą przez Boga kochane jak kwiaty postawione przeze mnie dla ozdoby Jego tronu”.

     S. Łucja również otrzymała w nocy z 29 na 30 maja 1930 r. w Tuy odpowiedź od Pana Jezusa na pytanie o zasadność pięciu pierwszych sobót miesiąca.
    „Córko moja, powód jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi:
    – bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;

    Dzisiaj zatrzymamy się nad pierwszym bluźnierstwem przeciwko Niepokalanemu Poczęciu.

    Papież Pius IX w 9 grudnia 1854 roku w konstytucji apostolskiej Ineffabilis Deus ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, który brzmi: 
    (…) ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmogącego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana jako nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną, i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.

     Niestety sam termin “Niepokalane Poczęcie” wielu ludzi doprowadza do najwyższej irytacji. Często słychać nawet z ust ludzi wierzących “wszystko w tym chrześcijaństwie mogłabym przyjąć, tylko tego Niepokalanego Poczęcia nie mogę przełknąć!”. Takie spojrzenie jest dobrym powodem, aby spokojnie się zastanowić nad tą prawdą wiary katolickiej, którą dopiero w dziewiętnastym wieku uznano za dogmat. Trzeba tu jednak dodać, że cztery lata później „samo Niebo” jakby go potwierdziło „posyłając” Maryję do skromnej 14 letniej Bernadety w Lourdes, a Ona w święto Zwiastowania, 25 marca 1858 roku powiedziała: “Ja jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadetta była zaskoczona tą odpowiedzią, gdyż nie wiedziała, co znaczy to dziwne imię “Niepokalanie Poczęta”, tym bardziej że nigdy o nim nie słyszała. Nie zdążyła się już jednak o nic więcej zapytać, ponieważ śliczna Pani zniknęła. 
    Gdy słyszę, jak ktoś w podobny sposób podważa dogmat o Niepokalanym Poczęciu nietrudno udowodnić takim ludziom, że w ogóle nie wiedzą o czym mówią, bo często bywa tak, że mylą oni dogmat o Niepokalanym Poczęciu z zupełnie inną prawdą wiary o dziewictwie Maryi i narodzinach Bożego Syna z Dziewicy. Ale to są dwie całkowicie różne sprawy. 
    Bóg wybrał Maryję, aby stała się Matką Odkupiciela rodzaju ludzkiego i o Niej słyszymy: błogosławioną między niewiastami. Jest błogosławiona, ponieważ uwierzyła, że u Boga nie ma nic niemożliwego. Wielokrotnie Bóg przemawiał przez proroków chcąc wejść w ludzkie życie i szukając, którędy by mógł do nas wejść, i tak Pan znalazł otwarte Serce Maryi na boży głos gotowe wypełnić Bożą wolę. Kiedy chce przemówić do nas – choćby w tym nadchodzącym czasie pokuty – to być może szuka właśnie owego Maryjnego punktu w naszym życiu. Być może nie interesuje Go, jak bardzo jesteśmy pobożni, moralni, ascetyczni i zdyscyplinowani – chce raczej wiedzieć, jak bardzo jesteśmy otwarci na Jego Słowo i Jego wolę, czyli jak bardzo jest otwarte nasze serce. 
    Brama, przez którą wchodzi Pan w historię życia ludzkiego, jest Maryjne FIAT, “stań się” – “Niech mi się stanie według Słowa Twego!”. U początków dzieła stworzenia znajduje się Boże FIAT – Niech się stanie! Niech się stanie światłość! Niech się stanie ziemia! Niech się staną słońce i gwiazdy! To Boże słowo wyraża Jego władze i stwórczą potęgę, powołuje rzeczy z niebytu do bytu – tak było na początku dzieła stworzenia o czym czytamy w księdze Rodzaju.

    Gdy jednak ludzkość uległa podszeptom szatana i uległa grzechowi, Pan rozpoczyna swoje dzieło naszego odkupienia, przez które dziełu stworzenia dopiero nadaje ostateczną głębię i sens. To dzieło również jest zależne od FIAT Maryi – będące ludzką odpowiedzią na Boże wezwanie. Słowo wiary Maryi: “Fiat mihi secundum verbum Tuum” – “Niech mi się stanie według słowa Twego”. Owo FIAT czyli “stań się” wypowiada Maryja całym swoim jestestwem, całą swoją wiarą i życiem Ta, która nie doznała skazy grzechu pierworodnego.

    Cieszmy się zatem, że mamy taką Matkę, która dla nas jest też prawdziwym przykładem, że Pan Bóg ma w swej opiece tych, którzy Mu ufają.

    W każdym czasie naszej egzystencji chcemy się uczyć takiej wiary i ufności – dlatego my Sercanie Biali zapraszamy do naszego klasztoru w Polanicy Zdroju ul. Reymonta 1, do Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, czyli SZKOŁY SERCA na pierwsze soboty miesiąca, aby razem wynagradzać za grzechy, jakich dopuszczają się ludzie, także niewierzący, przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi, a w konsekwencji przeciw Bogu, ale również uczyć się od Maryi miłości i posłuszeństwa Panu Bogu, czyli mówić Bogu w sposób świadomy i odważny FIAT „niech mi się tak stanie”. 
    Nasze modlitewne spotkanie zaczynamy o godzinie 20.00 Mszą Świętą, a później Różaniec wynagradzający i czuwanie. Jest to dobra okazja do odbycia spowiedzi. 
    (Szczegóły na stronie www.sanktuarium-fatimskie.pl ) 
    W ten sposób chcemy wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi za różne obelgi i bluźnierstwa.
    Zapraszamy wszystkich chętnych do przybycia do MATKI… 
    „Muszę wyznać – pisała Siostra Łucja – że nigdy nie czułam się tak szczęśliwa, niż kiedy przychodzi pierwsza sobota. Czy nie jest prawdą, że największym naszym szczęściem jest być całym dla Jezusa i Maryi i kochać Ich wyłącznie, bezwarunkowo?”.

    o. Zdzisław Świniarski SSCC (Sercanin Biały)/fronda, 2018

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kard. Stefan Wyszyński: Wszystko postawiłem na Maryję!

    Kard. Stefan Wyszyński:

    Wszystko postawiłem na Maryję!

    BŁOGOSŁAWIONE DZIEDZICTWO NARODU

    Młode pokolenie Polski idzie w czasy niewątpliwie trudne. Kiedyś mnie zabraknie, ale Wy to przypomnicie! I od Was zażądają wielkich ofiar, potężnej wiary, gorącej miłości, a w niejednej klęsce — nadziei na Sprawiedliwego Boga. Musicie być wtedy mężni. W takich momentach pomocą Wam będzie doświadczenie, które Naród zdobył w ciągu minionych dziejów.

    Wielką mądrością jest umiejętność czerpania z doświadczeń przeszłości. Aby się ostać, musicie sięgnąć do tych sił w Narodzie, dzięki którym trwa on od wieków, mimo tylu niebezpieczeństw, cierpień, wojen. Mamy bogate doświadczenia religijne, moralne, społeczne, narodowe i polityczne. Dobrze wiemy, że wielkie moce, które sprawiły, iż Naród trwa i rozwija się, w dużym stopniu zawdzięczamy naszemu natchnieniu i duchowości religijnej, którą w najtrudniejszych momentach odżywia się nasza duchowość ojczysta i kultura narodowa. Gdybyśmy chcieli z niej usunąć wszystko, co jest z ducha chrześcijańskiego, jakże pozostałaby uboga!

    Mamy więc dziedziczne — jakże błogosławione! — obciążenie przeszłością. Właśnie z jej ducha rodziły się zobowiązania, które uprzedziły rozwój społeczny i kulturalny innych narodów. Były to: 
    Śluby Jana Kazimierza, 
    Unia Horodelska, 
    Konstytucja 3 Maja, a ostatnio — Śluby Jasnogórskie i Milenijny Akt Oddania Bogurodzicy za Kościół. Stanowią one wspaniałe dziedzictwo, z którym wyruszamy w przyszłość. Trzeba tylko umieć wczytać się w głosy, które brzmią w przeszłości Narodu. Nie wolno lekceważyć przeszłości!

    (Warszawa, 4.10.1970 r.)

    FRAGMENT WIZERUNKU PRYMASA JASNOGÓRSKIEGO

    1. „Wszystko postawiłem na Maryję”

    Dobrze znana jest już ta książka, która pod takim właśnie tytułem, ukazała się jesienią 1980 r. w paryskim wydawnictwie Księży Pallotynów. Autor: Stefan Wyszyński — Prymas Polski. Objętość 375 stron. Na pierwszej stronie okładki: obraz nieodłączny od Osoby Autora: Matka Boska Jasnogórska, z Dzieciątkiem Jezus na ręku. Obraz bez koron. „Zbyt uboga jest obecnie Polska, by Jej Królowa miała chodzić w koronie” — mówił jeszcze w 1948 roku postanawiając włączyć Ją do prymasowskiego herbu. Na ostatniej stronie okładki: Prymas Polski w objęciach Ojca Świętego Jana Pawła II w dniu uroczystej inauguracji pontyfikatu. Zdjęcie to obiegło świat i stało się symbolem najgłębszej przyjaźni tych ludzi. Ten tytuł i zdjęcia spinają w jedno Wielką Tajemnicę życia Stefana Kard. Wyszyńskiego. Książka ukazuje fragmenty wizerunku Człowieka, o którym mówią: „Ojciec Ojczyzny”, „Prymas Tysiąclecia”. On sam określał się również mianem „Claromontanus” tj. „Jasnogórski”. Ta niezwykła publikacja, poprzedzona została Listem Polskiego Papieża: „Chodzi tutaj o teksty autobiograficzne, a zwłaszcza o zapiski z trudnego okresu lat 1953—56, które posiadają wartość nieporównaną. Odsłania się w nich nie tylko jakiś najgłębszy nurt dziejów duszy Prymasa Polski — ale równocześnie jeden z centralnych wątków naszej współczesności: wątek ważny i decydujący dla dziejów Kościoła w Polsce. I nie tylko w Polsce. Bóg w Swej niewysłowionej Opatrzności pisze te dzieje poprzez dzieje duszy ludzi, zwłaszcza tych, którym szczególnie dużo zawierza (…) Książka pod tak wymownym tytułem: „Wszystko postawiłem na Maryję”, będzie nade wszystko wielkim świadectwem: chrześcijanina, kapłana, biskupa, Polaka naszej epoki. Książkę pod takim tytułem może opublikować tylko Prymas Polski. Świadectwo bowiem zakłada doświadczenie, A Ksiądz Prymas posiada wyjątkowe doświadczenie Maryjne: doświadczenie na miarę epoki” (s. 11—12).

    Ojciec Święty pisał te słowa przeszło rok przed śmiercią Stefana Wyszyńskiego. Nazwał tę księżkę „darem bezcennym” i obiecał wraz z nami „czytać ją z należną czcią i wdzięcznością”. Teraz po tych zadziwiających wypowiedziach i uczuciach, które Jan Paweł II wyraził wobec Narodu Polskiego i całego Kościoła w związku ze śmiercią i pogrzebem Prymasa, a zwłaszcza po nawiedzeniu grobu „Swego Przyjaciela” w czasie II Pielgrzymki do Ojczyzny i po tylekroć wyrażonym pragnieniu by było kontynuowane dzieło i linia Kardynała Stefana Wyszyńskiego — wszyscy jeszcze wyraźniej wiemy jak wielka była ta cześć i wdzięczność. Nasza wspólna miłość do Maryi Jasnogórskiej i wezwanie Ojca Świętego, przynaglają aby pochylić się raz jeszcze z szacunkiem nad książką i tajemnicą Serca Wielkiego Prymasa. Nie wszyscy zdążyli przeczytać w całości te zapiski przed śmiercią Autora. Dla wielu jednak będą one, jak fragment ważnego testamentu często odczytywanego, umocnieniem na maryjnej drodze.

    2. „Dlaczego wszystko postawiłem na Maryję?”

    Prymas często odpowiadał na to pytanie: „Wydaje mi się, że najbardziej bezpośrednią mocą w moim życiu jest Maryja. Przez szczególną tajemnicę, której w pełni nie rozumiem, została Ona postawiona na mej drodze… Wiem jednak, że z tej drogi zejść nie mogę i nie chcę! Doświadczenie mnie pouczyło, że tylko na tej drodze, przy pomocy Dziewicy Wspomożycielki, Pani Jasnogórskiej, można czegoś dokonać w Polsce. Oczywiście mocami Bożymi” (s. 15—16). Słowa powyższe Prymasa wypowiedziane zostały 12 V 1971 r. do Paulinów, w których szeregi chciał 50 lat wcześniej wstąpić. Na ukochanie tej maryjnej drogi życia złożyło się wiele argumentów: osobiste doznanie cudownych łask przez pośrednictwo Jasnogórskiej Pani; dogłębna znajomość duszy i serca Narodu Polskiego, z którego żaden nieprzyjaciel nie mógł wyrwać miłości do Maryi; wielkie doświadczenia historyczne i współczesne, które raz jeszcze ujawniły, że Jasna Góra i Maryja rzeczywiście broni, wzmacnia i jednoczy Naród. W książce znajdujemy świadectwo Człowieka, który poznał Moc jaką Bóg obdarzył Maryję. Z Jego osobistych doświadczeń wybierzemy okruchy wspomnień…

    Z najwcześniejszych lat dzieciństwa utrwalił Mu się obraz ojca opowiadającego o swoich pielgrzymkach do Częstochowy i matki dzielącej się wrażeniami z Ostrej Bramy. Przeplatały się te relacje o miłości Rodziców do Królowej Jasnogórskiej i Ostrobramskiej Matki. „Wiele razy znajdowałem Ojca przed Obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej…”

    „Dlaczego przyjechałem na Jasną Górę?”

    „W wigilię kapłańskich święceń zakrystian z katedry włocławskiej powiedział mi „Proszę księdza z takim zdrowiem, to lepiej od razu iść na cmentarz, a nie do święceń…” Miał w tym dużo racji — mówi Ks. Prymas — a ja pragnąłem odprawić przynajmniej jedną Mszę św.” (s. 30). Odprawił ją właśnie na Jasnej Górze. Później odprawiał Mszę św. przez 57 lat! Co się wtedy stało z jego sercem i z jego zdrowiem? Maryja zna tę tajemnicę Ona „uwięziła wtedy jego serce”. Pięknie mówił o tym Kardynał Karol Wojtyła w 50-tą rocznicę jasnogórskich prymicji Stefana Wyszyńskiego. „Tutaj na Jasnej Górze, tutaj przed tym Obrazem, o którym młodzi śpiewają, iż wszystkie serca więzi, tutaj zostało uwięzione twoje serce w dniu, w którym odprawiłeś pięćdziesiąt lat temu swoją pierwszą Mszę św. Przybywając tutaj na to miejsce w dniu dzisiejszym, widzimy głęboką logikę, nie ludzką, ale Bożą, wydarzeń, którą najlepiej zna Duch Święty, pozostawiamy jako tajemnicę pomiędzy twoim biskupim i prymasowskim sercem — a Tą Najlepszą z Matek, która przed 50-ciu laty uwięziła tutaj Twoje serce, po to ażeby dać Ci tą wspaniałą duchową wolność, która zapobiegła jakiemukolwiek zniewoleniu ducha polskiego na tym etapie naszych dziejów” (Oto Matka Twoja, s.262).

    Sam Solenizant wyznawał: „Nosiłem się z zamiarem wstąpienia do Zakonu Paulinów i poświęcenia się pracy wśród pielgrzymów. Ojciec Korniłowicz, mój kierownik duchowy oświadczył mi, że życie moje musi jednak iść drogą maryjną, jakkolwiek by płynęło…” (s. 172). Ucieszy serce jeszcze i tym wyznaniem: „Wydaje mi się, że cokolwiek bym powiedział o moim życiu, jakkolwiek bym zestawił moje pomyłki, to na jednym odcinku się nie pomyliłem: na drodze duchowej na Jasną Górę. Drogę “tą uważam za najlepszą cząstkę, którą Bóg pozwolił mi obrać. Pragnąłbym aby nigdy nie była mi odebrana…” (s. 33). Tą swoją „najlepszą cząstkę” oddał Prymas Narodowi, któremu służył tak wiernie i bezgranicznie przez wszystkie lata swego kapłaństwa, biskupstwa i prymasowstwa.

    3. „Przychodzę tu wprost z Jasnej Góry”

    Tak powie młody biskup Stefan Wyszyński swoim nowym diecezjanom w Lublinie. „Na tarczy biskupiej niosę pogodną, choć zoraną bliznami walki Twarz Maryi” (List Pasterski na dzień ingresu do katedry lubelskiej 26 V 1946 r.). Sakrę biskupią zgodnie z swoim pragnieniem otrzymał na Jasnej Górze. Widział w tym znak Boży. Wspomnijmy notatkę zrobioną w więzieniu 12 V 1965 r. w rocznicę sakry: „Wielką pociechą dla mej nędzy jest to, że urodziłem się do biskupstwa na Jasnej Górze, że „origine” jestem „Claromontanus… (s. 89). Może również z tej właśnie racji, pobyty na Jasnej Górze i bliskość Obrazu Jasnogórskiego stawały się okazją do ujawniania zawsze z nową świeżością jakiegoś rąbka „jasnogórskiej tajemnicy” Prymasa? W 25-lecie prymasowskiej drogi, późną nocą 9 XI 1973 r., mówił wobec grona Paulinów: „Myślę, że to spotkanie w obliczu naszej wspólnej Matki, wprowadza nas w głębię tajemnicy (…) Dla mnie „Soli Deo” nie jest ozdobą pieczęci biskupiej. Dla mnie jest programem (…) Program ten był później uzupełniony na Jasnej Górze. Tajmnica ta pogłębiała się i nadal się pogłębia… Ale ta właśnie tajemnica każe mi niejako ukryć się z nią, dopóki nie wyczerpią się dni i dopóki Pan nie zażąda zmiany warty przy Jego Kościele w Polsce i przy Jego Jasnogórskiej Służebnicy… Niechaj się głowią teologowie nad tym, jak to jest… Ja sam się wahałem, czy mam mówić „per Mariam — Soli Deo”, ale teraz tak mówię, bo tak wierzę… Mam na to mnóstwo dowodów, że właśnie Matka Chrystusowa jest zwiastunką mocy Ojca, który miłuje Swoje dzieci wierzące Jego Synowi w Polsce” (s. 22). Krótkie lata, choć wypełnione intensywną biskupią posługą w Lublinie pozwoliły Mu na niezwykłe trafne włączanie w dzieło Kościoła swojej i ludu polskiego pobożności maryjnej. Kiedy żegnał Lublin, mówił o smutku rozstania, ale dodawał: „Wielką pociechą moją jest to, że odkryłem w sercach Waszych miłą słabość — Waszą słabość do wspólnej Matki, Maryi Najczystszej. Przyszedłem do Was pod znakiem Maryi Jasnogórskiej, a dziś idę dalej w swej życiowej misji. Zostawiam Was na kolanach przed Jej Niepokalanym Sercem. Krzepiliśmy się tą miłością. Trwajcie drogie Dzieci w tej czci ku Matce Boga Człowieka, gdyż ta cześć utrzyma Was w miłości społecznej i wierności Bogu. Proszę Was szczególnie, abyście w modlitwach swoich polecali moje trudy apostolskie Panience Krasnobrodzkiej i Serdecznej Matce Chełmskiej i Potężnej Opiekunce Janowskiej…”. To wpatrzenie w Jasną Górę a jednocześnie uszanowanie i wywyższenie wszystkich napotkanych miejsc czci Maryi stanie się Jego znamienitą cechą. Jako Prymas Polski dokona przeszło 50 koronacji cudownych figur i obrazów Matki Bożej w różnych sanktuariach Polski.

    4. „W Imię Pani Jasnogórskiej pragnę być Wam pasterzem”

    Witając się z Warszawą, przy objęciu stolicy arcybiskupiej, Ksiądz Prymas Wyszyński czuje się pośród swoich. Jest to nie tylko miasto Jego młodości uczniowskiej i kapłańskiej, ale również bardzo bliskie mu środowisko ideowe. „Rozumiem, iż po Warszawie, obmytej krwią najlepszych dzieci Waszych, po Warszawie, po której biegałem jako uczeń, jako kapłan w czasie okupacji, po tej Warszawie trzeba chodzić z wielką czcią, z sercem czystym i wiernym aż do śmierci Bogu i Katolickiej Polsce”. Była to „Jego” Warszawa, głównie z lat okupacji. Wracały wspomnienia z lat gdy jako „siostra Cecylia” pełnił obowiązki kapelana Zakładu dla Niewidomych w Laskach u sióstr Franciszkanek. Znowu stały Mu przed oczyma tajne komplety młodzieży akademickiej Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Ziem Zachodnich, wykłady na ul. Chłodnej u sióstr Zmartwychwstanek, czy na ul. Kredytowej w „Kółku Pawiowym”, lub na ul. Wiślanej u Szarych Urszulanek. „Jest jakimś tajemniczym narzędziem, przepływa z Niego potęga”; „Ten człowiek ma jakieś posłannictwo. Jeszcze wstrząśnie chrześcijaństwem” — pozostawały w pamięci takie zdania z okupacyjnych dyskusji młodzieży akademickiej. W tamtym okresie, pod Jego kierownictwem pracowały już zespoły młodzieży żeńskiej przygotowujące się do pracy nad duchowym odrodzeniem Polski. To ich dziełem była ulotka rozpowszechniona podczas Powstania Warszawskiego „Mobilizacja Walczącej Warszawy” na dzień 26 VIII 1944 r. „W rocznicę Cudu nad Wisłą (15 VIII) a w przeddzień święta Królowej z Jasnej Góry (26 VIII) Warszawa — wierne, macierzyńskie serce Polski krwią i męką rodzące wolność Ojczyzny, wzywa synów i cały Naród do nowej mobilizacji, do walki o wewnętrzne przemienienie Narodu w duchu Bożej i braterskiej miłości, do szturmu już, nie o wolną ale i i świętą Polskę… Bracia do broni! do nowej, niezawodnej odwiecznej broni Polaka, ufnej, zwycięskiej modlitwy całego Narodu! W dniach od 15. do 26. VIII cała Warszawa przyjmuje Komunię świętą we wspólnej narodowej intencji; Walcząca Warszawa codziennie powtarza jedną wspólną modlitwę — różaniec… Zgromadzeni przed Obrazem Matki Bożej Częstochowskiej we wszystkich naszych domach, mówimy modlitwę walczącej Warszawy, wyrażającą dziejowe posłannictwo Polski: „Matko nasza Jasnogórska, Królowo Narodu Polskiego, daj nam Jezusa, oddaj nas Jezusowi i racz sprawić byśmy przez Ciebie całej Ojczyźnie, a przez wolną Ojczyznę — całemu światu wywalczyli Jezusa”. Bracia uderzmy w wielki dzwon wzywający Warszawę na modlitwę do Jasnogórskiej Matki. Rzućmy Ojczyznę na kolana w przeddzień cudu Bożego Miłosierdzia… Za wysłuchanie modlitwy nie obiecujemy świątyń i pielgrzymek, ale coś więcej: obiecujemy, że Obraz Jasnogórskiej Matki wprowadzimy do naszych serc, że on przemieni nasze życie narodowe i osobiste, że znajdzie się na narodowym sztandarze”.

    Czy — Prymas Polski — dawny kapelan okręgu wojskowego Żolibórz-Kampinos i szpitala powstańczego w Laskach, ojciec i kierownik duchowy tych grup młodzieży, nie myślał o tej „mobilizacji w Imię Jasnogórskiej Pani” gdy niecałe pięć lat później podczas ingresu do Warszawy, mówił: „Przyszedłem do Was w Imię Matki Bożej Królowej Polski. Sakrę biskupią przyjąłem u stóp Pani Jasnogórskiej i w Jej Imię pragnę być Wam pasterzem, bowiem Jej zaufałem…”.

    Idąc tym śladem chcielibyśmy też wiedzieć: jakie myśli rodziły się w sercu Prymasa Polski i członków tych dawnych grup apostolskich, które ślubowały wprowadzenie Obrazu Jasnogórskiej Pani na „narodowy sztandar”, gdy 30 lat później, na Placu Zwycięstwa, pod Jej Obrazem, w otoczeniu narodowych sztandarów, przemawiał Jan Paweł II, rówieśnik tego pokolenia walczącej Warszawy?

    Z komentarza otrzymanego od samego Ks. Prymasa, wiemy jak głęboko traktował ten Znak Jasnogórski pod Krzyżem Papieskim na Placu Zwycięstwa. Widział w nim wielki manifest chrześcijaństwa w Polsce. Sama Opatrzność według Niego wskazuje na ten Znak tożsamości narodowej i Źródło mocy Bożej, z którą trzeba się związać.

    Kiedy przyszły trudne lata pogłębiającego się sporu z ateizmem o to co święte w Narodzie, w historii, w kulturze — Prymas Polski stanął mężnie w obronie tych wartości. On wiedział, że zamach na kulturę ojczystą zaczyna! się w historii Polski często od zamachu na religię i wolność sumienia. Podczas procesji Bożego Ciała 4 VI 1953 r. mówił do 200 tysięcy wiernych: „Najmilsze Dzieci. Gdy wokół nas stoicie tak licznie i tak zwarcie, cieszymy się Wami, cieszymy się oczyma Waszymi, cieszymy się każdą twarzą, każdym rumieńcem, tak nam droga jest każda łza duszy czystej, bośmy razem z ludu wzięci, bośmy z łona matek Polek się urodzili. I choć drugą Ojczyzną jest Rzym, tam gdzie jest pierwszy Kapłan… to jednak myśmy postawieni tu przez Chrystusa, abyśmy w pierwszej Ojczyźnie ziemskiej przypominali Pana Niebios, bośmy z ludu i dla ludu…”. Niedługo miał się cieszyć oglądaniem tych kochanych twarzy!

    Nadchodził bardzo trudny czas, w którym związek z Kościołem, z Narodem, z Jasnogórską Matką miał być poddany heroicznej próbie. 25 IX 1953 r. przed południem, rozmawiał jeszcze Prymas, z bliską osobą, którą znał z okupacji: „Gdyby ci mówili, że Twój Ojciec działa przeciwko Narodowi we własnej Ojczyźnie, nie wierz! Gdyby ci mówili, że Twój Ojciec stchórzył, nie wierz! Twój Ojciec nigdy nie zdradził i nie zdradzi sprawy Kościoła, choćby miał za to zapłacić życiem i własną krwią (…) Twój Ojciec kocha ojczyznę więcej od własnego serca i wszystko czyni dla Kościoła i dla niej. (…) Nie bój się moje dziecko, bo Twój Ojciec niczego się nie boi, tylko Boga”. Wieczorem tego dnia podczas kazania w kościele św. Anny, na uroczystości patronalnej św. Ładysława z Gielniowa powiedział: „Obchodzimy dziś święto Patrona Warszawy. Dziwne połączenie: z jednej strony herb Warszawy syrena z mieczem w ręku, jakby przygotowana do odbicia ciosu, z drugiej człowiek w habicie, przepasany sznurem. Tam piękna legenda, tu życie i trzeba się opowiedzieć, albo za legendą albo za życiem, ale żeby się opowiedzieć za życiem, trzeba mieć wiele odwagi, bo takie życie to świętość…”.

    Na Prymasa Polski był już podpisany nakaz aresztowania i internowania. Msza św. skończyła się po 21.00. Przed kościołem żegnał go tłum młodzieży. Powiedział im: Znacie obraz Michała Anioła — Sąd Ostateczny, Anioł Boży 
    wyciąga z przepaści człowieka na różańcu. Mówcie za mnie różaniec”. Po północy został wywieziony pod silną eskortą. Wziął tylko brewiarz i różaniec. Nie wiedział, że przez te przeszło 3 lata jego uwięzienia dniem i nocą trwały czuwania, Msze św. i różaniec na Jasnej Górze w jego intencji. Ludzie, którzy doświadczyli tych samych „mocy jasnogórskich” jakie były źródłem jego siły, chcieli swemu Prymasowi i Ojcu zapewnić stały dopływ tej niewidzialnej energii.

    5. „Modlitwy i więzienne cierpienia ku uczczeniu Pani Jasnogórskiej”

    Czytając teksty Dziennika z tamtych więziennych lat, dotykamy tajemnicy Prymasa Wyszyńskiego. Jan Paweł II ofiarował nam do niej komentarz, a jego słowa wpisały się głęboko w pamięć Polski: „Czcigodny i umiłowany Księże Prymasie! Pozwól, że powiem po prostu co myślę. Nie byłoby na Stolicy Piotrowej tego Papieża-Polaka (…) gdyby nie było Twojej wiary, nie cofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei, Twego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła; Gdyby nie było Jasnej Góry, i tego całego okresu dziejów Kościoła w Ojczyźnie naszej, które związane są z Twoim biskupim i prymasowskim posługiwaniem” (23 X 1978).

    Jakże dziś mówić o tym okresie więziennym: „In vinculis pro ecclesia?”. Tutaj przecież kształtował się cały program pracy Kościoła w Polsce wybiegający w dziesiątki lat. Rydwałd, Stoczek, Prudnik, Komańcza. Na tych etapach internowania Prymas wykonuje olbrzymią pracę dla przyszłości. Program dla życia Kościoła w Polsce oparty o Jasnogórskie Centrum, rodzi Się tu, w całkowitej izolacji, a przecież dociera do wiernych! Ślady przemyśleń zdradzają zapiski z kolejnych więzień, przemycone listy, instrukcje, komentarze. Ujawnią go w pełni późniejsze dzieła, które się tutaj rodzą. W więzieniu, opracowuje program Wielkiej Nowenny przed Tysiącleciem Chrztu Polski: Tu powstaje i krystalizuje się myśl Nawiedzenia Polski przez kopię Obrazu Jasnogórskiego, a nade wszystko zamiar przeprowadzenia dzieła oddania Narodu w Macierzyńską Niewolę Maryi za wolność Kościoła w Polsce i w świecie. Gdy zbliżał się Jubileusz 300-lecia „Obrony Jasnej Góry” Prymas zapisywał: Obrona Jasnej Góry dziś — to obrona chrześcijańskiego ducha Narodu, to obrona kultury rodzimej, obrona jedności serc ludzkich w Bożym Sercu. Jest to obrona swobodnego oddechu człowieka, który chce wierzyć bardziej Bogu niż ludziom, a ludziom — po Bożemu” (18 XII 1954, s. 82—83). W pierwszym dniu Roku Jubileuszowego (1 I 1955 r.) zanotuje: „Już dziś oddaję wszystkie swoje modlitwy i więzienne cierpienia ku uczczeniu Pani Jasnogórskiej — za Naród Chrystusowy, by wytrwał w łasce i miłości…” (s. 85).

    Bardzo intensywnie pracował Prymas nad przygotowaniem Akcji Odnowienia Ślubów Jasnogórskich. W więzieniu powstaje ich nowy tekst. Cały okres 1956 r. wypełniony jest myślą o tych wielkich wydarzeniach, które w przekonaniu Prymasa-Więźnia muszą nastąpić. Do Generała Paulinów pisał 21 VI 1956 r.: „Bodaj nigdy tak dobitnie jak teraz, nie uświadomiłem sobie tego, jak potężna jest wola Boża, by Jasna Góra była stolicą chwały Bożej, która rozlewa się na Polskę (…). I dziś musi być przeprowadzona w Polsce obrona Jasnej Góry — już nie z pomocą armat i pocisków, ale przez potężny ładunek myśli i uczuć roznieconych przez Ojca Świętego” (s. 117). „Trzeba związać bliżej jeszcze Naród cały z Jasną Górą. Idzie mi szczególnie o inteligencję naszą, tak słabą, tak żyjącą zaledwie okruchami ze stołu ewangelicznego, a jednak tak religijną, choć na swój sposób, i kochającą Matkę Bożą. Nasze obecne przeżycia wskazują na to, że inteligencja polska, choćby istotnie teologicznie była niewyrobiona, to jednak na Kościół patrzy oczyma narodowej racji stanu. Możemy widzieć błędy i braki tego patrzenia, ale nie możemy nie wiedzieć, że jest to doniosły dla Kościoła Bożego punkt wiążący, dzięki któremu schizma i herezja są w Polsce niemożliwe. Co więcej nie jest możliwa ateistyczna apostazja Narodu. Możemy i musimy poprawiać to widzenie Narodu, ale nie możemy go nie doceniać. Nie możemy go nawet potępiać. Kościół polski musi być zawsze wrażliwy na to widzenie narodowe Kościoła Świętego. Ostatecznie takie widzenie sprawia, że Naród ciąży ku Kościołowi. W tym ciążeniu Narodu centralnym punktem jest Jasna Góra…” (s. 122—23). Na inteligencji bardzo mu zależało. Tym bardziej, że znane były opory niektórych środowisk w stosunku do „maryjnej drogi” duszpasterstwa Kościoła w Polsce. 6 VIII 1956 notuje: „Wyruszam” dziś z Pieszą Pielgrzymką Warszawską na Jasną Górę. Modlić się będę razem z pielgrzymami (…) Towarzyszę duchem dzieciom moim, które mają łaskę wezwania na Jasną Górę…”.

    26 VIII 1956, w dniu Ślubów Narodu, fotel Prymasa Polski na Jasnej Górze pozostał pusty. Tylko ogromny bukiet biało-czerwonych kwiatów spoczywał na nim. Ale to wystarczyło. Te kwiaty, te polskie kolory i to miejsce — wszystko mówiło o Człowieku, który wtedy Polskę uosabiał. On sam w swej celi w Komańczy pisał w tym dniu: „Dzień Ślubów Narodu na Jasnej Górze. Teraz wiem prawdziwie, że jestem Twoim Królowo Świata i Królowo Polski, niewolnikiem. Bo dziś w dniu wielkiego święta Narodu katolickiego, każdy kto tylko zapragnie może stanąć pod Jasną Górą… A ja mam pełne do tego prawo… A jednak, mając tak potężną i tak Dobrą Panią, mam zostać w Komańczy. Przecież to z Twojej woli (…). Tylko my oboje, Matko, możemy chcieć jednego. W tej chwili cała Polska modli się o moją obecność na Jasnej Górze. Tylko my dwoje wiemy, że jeszcze nie przyszedł czas… Jestem już w pełni spokojny. Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca, aby stał się chlebem Narodu”.

    6. „Co się stało na Jasnej Górze?”

    3 dni po Jasnogórskich Ślubach (29 VIII 1956 r.) po otrzymaniu relacji o wspaniałych uroczystościach o milionowym zgromadzeniu pielgrzymów i o żarliwej modlitwie Narodu spotykamy w dzienniku z Komańczy te słowa: „może wreszcie wszyscy uwierzą w potęgę Jasnej Góry w Polsce! Wszyscy! Ja wierzę już od dawna. Bóg jeszcze raz pokazał, w imię jakiej Siły trzeba jednoczyć i odradzać Naród…” (s. 131). 23 lata później w czerwcu 1979 roku Jan Paweł II, dziękując Prymasowi Polski za genialne wyczucie znaczenia Jasnogórskiego Sanktuarium, odpowiadał na pytanie które Kard. Wyszyński postawił w Komańczy we wrześniu 1956 r. cytując słowa Stefana Wyszyńskiego, „co się stało na Jasnej Górze? Dotąd nie jesteśmy w stanie dobrze na to odpowiedzieć, stało się coś więcej, niż zamierzaliśmy. („O tak! stało się coś więcej, niż zamierzaliśmy…”! — zawołał Papież, a wszystkim starczyło to radosne zawołanie za najpiękniejszy komentarz)… Okazało się, że Jasna Góra jest wewnętrznym spoidłem życia Narodu, jest siłą, która chwyta głęboko za serce i trzyma Naród w pokornej a mocnej postawie wierności Bogu, Kościołowi i jego Hierarchii. Dla wszystkich nas była to wielka niespodzianka, że potęga Królowej Polski jest w Narodzie aż tak wspaniała” (Oto Matka Twoja, s. 359; Wszystko postawiłem na Maryję, s. 133-134).

    Dwa tygodnie przed uwolnieniem z więzienia Kard. Wyszyński składając Bogu dziękczynienie w rocznicę zwycięstwa chocimskiego dorzucił jeszcze w dzienniku: „Choćbym miał umrzeć nie wysłuchany przez Ciebie, Matko, to jeszcze będę uważał za największą łaskę życia, żem mógł do Ciebie mówić” (10 X 1956 r. s. 106—107).

    7. Tyle wspaniałych rzeczy dokonało się później na naszej ziemi z pomocą Jasnogórskiej Królowej Polski!

    Znamy to wszystko. Widzieliśmy wielkie zmagania. Prymas wraz z Episkopatem i całym. Kościołem w Polsce występował z programem ocalenia. Wszystko toczyło się z jakąś przedziwną logiką. Moc Jasnogórskiego Znaku Ocalenia, okazywała się w kolejnych misjach Kościoła w Polsce podjętych nie tylko dla ocalenia najistotniejszych wartości, ale i dla wsparcia wielkich ewangelicznych idei. Millenium, Peregrynacja, Akt Oddania w Niewolę Maryi za Wolność Kościoła, program przygotowania Jubileuszu 600-lecia Jasnej Góry. Wybór Polskiego Papieża, Bierzmowanie Narodu podczas pierwszej Pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny i wielki ruch odnowy moralnej, ogłoszenie Papieskiego Aktu Zawierzenia Kościoła Maryi… To są wielkie etapy najnowszych dziejów Kościoła w Polsce i dziejów Prymasa, który „Wszystko postawił na Maryję”. Oglądały jeszcze jego oczy te radosne tajemnice… 
    Niemożliwe jest streszczenie orędzia Prymasa Tysiąclecia. Rozsiane jest ono w dziesiątkach książek — zapisów kazań i naukowych opracowań. Mieści się tam zarówno wielka, żywa, ewangeliczna — to znaczy „służebna” mariologia, jak i doświadczenia socjologa, znawcy ducha pracy ludzkiej, organizacji chrześcijańskich związków zawodowych, kierownika dusz, uczestnika powstania, wykładowcy tajnych i jawnych uniwersytetów, Męża stanu, Kardynała i teologa, niekwestionowanego przywódcy Narodu — a nade wszystko Pasterza Kościoła i Polaka. Jest to myśl Biskupa, stojącego w szeregu tych wielkich biskupów, których tradycja w Polsce jest taka piękna. Jego „doświadczenie maryjne” — jak mówi Jan Paweł II — jest rzeczywiście „na miarę epoki!”.

    Cała książka „Wszystko postawiłem na Maryję” ogarnięta jest mariologią eklezjalną. Prymas Polski nie tworzy jakiejś „narodowej kapliczki”. We wszystkich poczynaniach ukazuje i umacnia związek z Ojcem Świętym. Jakże Go cieszy, poświęcony przez Piusa XII Obraz, który pójdzie w Nawiedzenie poprzez Polską ziemię: „Dzisiaj rano wróciłem z Rzymu. Ale nie wróciłem sam. Przywiozłem ze sobą dar — Oblicze naszej Królowej i Matki, Pani Jasnogórskiej, Dziewicy Wspomożycielki (opowiada o tych dwu kopiach obrazu zawiezionych do Rzymu 13 V 1957 r. Pius XII jedną przyjął dla siebie, a drugą pobłogosławił dla Polski. „Odtąd na Watykanie, wśród najrozmaitszych cudów świata, będzie miała swoje władanie Matka Boża Jasnogórska. Patrząc spokojnym wzrokiem na Namiestnika Jej Syna na ziemi, będzie przypominała Ojcu Świętemu Polskę! (s. 171—172), Warszawa, 18 VI 1957).

    10 lat później, 3 V 1967 r. Prymas czyta w liście Pawła VI: „Sprawimy, aby dokument Waszego oddania się w Niewolę Matki Najświętszej z całą troskliwością przechowywany był na Watykanie, obok Grobu św. Piotra”. Komentarz pełen entuzjazmu, wskazuje na wielką radość: „Jest to rzecz niesłychana. Jest to niezwykły symbol i znak! Oto Papież (…) na oczach świata, zamyka nas niejako w sercu Kościoła, u fundamentów Piotra, na znak wieczystej i nierozerwalnej jedności… Kładzie nas jak kamień świętego budowania na Opoce — przy Grobie Księcia Apostołów. Tysiącletnie doświadczenie więzi z Kościołem doprowadziło nas aż dotąd…” (s. 268). Czyżby człowiek o tak potężnej wyobraźni, proroczym przeczuwaniu i wiary w niemożliwe, sądził że nie można już dalej pójść? Mówił to 3 V 1967 r. Czy mógł jednak przewidzieć, już wtedy jak bardzo zakróluje na Watykanie Jasnogórska Pani i jak często Jej kopie będą wędrować do Rzymu?

    Jakże dziwny, wielki i miłosierny jest Bóg! Jaką mocą darzy On tych, którzy Mu ufają na sposób Maryi i „przez Maryję”. Teksty z tamtych odległych lat, czytamy dziś z przejęciem, jakby dotykając tajemnicy, którą byliśmy otoczeni tak długo, z którą stykaliśmy się tak blisko: „Jesteśmy z Tobą Ojcze Święty, w całej Twej pokojowej pracy jednoczenia narodów i godzenia zwaśnionych (…) Polska jest z Tobą, Polska modli się za Ciebie, Polska Ci ufa, Polska oddaje Ci się na wierną służbę, Polska zawsze na Ciebie czeka”. Kto z Polaków potrafi teraz bez wzruszenia słuchać takich słów zmarłego Prymasa Polski, chociaż słyszał je już w 1967 roku? Jakie to czekanie, ta modlitwa, i to zamknięcie w sercu Kościoła — przeszły wszelkie oczekiwania!

    8. Ku najwyższemu uczczeniu Jasnogórskiej Matki Kościoła

    Od stycznia 1961 r. Prymas zaczyna oddawać w niewolę Maryi, tak jak wcześniej siebie, „wszystko co Polskę stanowi”. Aktu Uroczystego Oddania Narodu Maryi za Kościół w Polsce i na świecie dokonał na Jasnej Górze w dniu 3 V 1966 r. Niezwykle głęboki komentarz do tego wydarzenia wygłosił wtedy Kard. Karol Wojtyła.

    Od 1964 r. Prymas Polski i Episkopat Polski zabiegają na Soborze o tytuł „Matki Kościoła dla Maryi” i oddanie Jej całej Rodziny Ludzkiej. Papież Paweł VI dokonuje oddania 21 XI 1964 r. Kolegialne oddanie, tzn. Papieża wraz ze wszystkimi biskupami świata ma nastąpić później… W listopadzie 1973 r., gdy mówił w Gnieźnie o tym tytule Maryi, potwierdzonym przez Pawła VI, pytał sam siebie jakby z jakimś proroczym przeczuciem: „Czy to już jest zwycięstwo? Na zwycięstwo czeka się na Krzyżu… Przychodzi ono w chwili, gdy człowiek oddaje w ręce Ojca swego ducha…”.

    Jakże przedziwna jest tajemnica tego serca, które Bóg wybrał i ubogacił, aby Jemu Jedynemu i nam służyło ‘przez Maryję’! Patrzymy na tytuł książki ‘Wszystko postawiłem na Maryję’ i zaczyna nam się coś rozjaśniać. Prosimy aby Prymas Polski mówił dalej, tak jak wtedy w Rzymskim Kościele del Gesu 22 X 1978 r.: “wszystkie nasze uczucia wiążemy z aktem dziekczynnym za proroczą wizję Kard. Prymasa Hlonda, który mówił; ‘Zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwycięstwo Matki Najświętszej’. Meldujemy Tobie radosny przyjacielu z ojczyny niebieskiej : Zwycięstwo, które ukazałeś, krzepiąc nas na duchu, przyszło! I przyszło w Imię Matki Chrystusowej, której dochowalismy wierności, idąć za Nią, ku Jej Synowi, który jest Jedynym Zbawicielem świata” (s.324).

    9. „Dopóki Pan nie zażąda, zmiany warty przy Jego Jasnogórskiej Służebnicy…”

    Słowa te wypowiedział Prymas Polski jeszcze 9 X 1973 r. przy okazji dzielenia się z najbliższymi rąbkiem swej tajemnicy, która każe mu „niejako ukryć się dopóki nie wyczerpią się dni”… (s. 22). Dni te nadeszły w maju 1981 r. Poprzez Polskę szła potężna fala odrodzenia sumień. Wielki zryw narodowej, społecznej i politycznej odnowy znalazł w Prymasie Polski nie tylko wsparcie duchowe ale i ogromną pomoc formacyjną. Ostatnie 9 miesięcy życia pozwoliły mu dać komentarz do podstaw rzetelnej odnowy. Naród otrzymał od Prymasa Wyszyńskiego testament, którego wypełnienie gwarantuje trwałość tego procesu choćby był z różnych stron zagrożony. Świat wstrząśnięty został zamachem na Ojca Świętego. Prymas Polski leżał śmiertelnie chory. Polska trwała na modlitwie za dwie ukochane osoby: Jana Pawła II i swojego Prymasa. Za Nich Obu, za Kościół i za Polskę szły bezustanne wołania do Jasnogórskiej Matki Miłosierdzia. Kto z nas nie rozumie, że cząstką tajemnicy Prymasa jest także Jego dar z 14 maja?: Proszę Was aby te heroiczne modlitwy, które zanosiliście w mojej intencji na Jasnej Górze i gdziekolwiek, abyście to wszystko skierowali w tej chwili wraz ze mną ku Matce Chrystusowej, błagając o zdrowie i siły dla Ojca świętego… aby Chrystus rozeznał ogromną miłość, którą mamy do Jego Zastępcy na ziemi…”.

    Kiedy cały Naród wraz z dużą częścią chrześcijaństwa odprowadzał Prymasa Wyszyńskiego na wieczny odpoczynek do katedry warszawskiej poprzez Plac Zwycięstwa, nad wszystkimi unosiły się niepowtarzalne słowa Ojca Świętego skierowane do Kościoła w Polsce i słowa pożegnalne Zmarłego: „Testamentu nie piszę żadnego. Przyjdą nowe czasy, wymagają nowych świateł, nowych mocy. Bóg je da w swoim czasie (…) a wszystko zawierzyłem Matce Najświętszej i wiem, że nie będzie słabszą w Polsce, choćby ludzie się zmienili” (Kościół w służbie Narodu, s. 347). Nie trzeba nam wyjaśnień dodatkowych. I my mamy powody, tysiące powodów, aby ufać. Już nie trzeba nam tłumaczyć, że „twarz Matki najbardziej przypomina Chrystusa”. Kardynał Wyszyński wytłumaczył tę prawdę swoją myślą, życiem i wiarą i przez to stał się naszym narodowym geniuszem. Zrozumiał i przybliżył nam najważniejsze dla naszej duchowości prawd i mocy. Czytając Jego książkę „Wszystko postawiłem na Maryję” nie tylko umacnia się w nas radość wyboru prawidłowej drogi „ku Jasnej Górze”. Czujemy też, że stykając się z dziełami i myślą Tego Człowieka dotykamy świętego ognia. Także teraz rozumiemy to lepiej: Człowiek Boży był wśród nas. Prorok żył na naszej ziemi. Znaki Boże działy się na naszych oczach. Czy można pozostać zimnym żyjąc w tym samym kręgu Światła, które tak rozświetliło Prymasa Jasnogórskiego?

    Rufin Józef Abramek, ZP (*2.01.1938 – +30.04.1990)


    artykuł opublikowany w: Miesięcznik ‘Jasna Góra’. Rok II. Nr 5(7) z maja 1984 r., s. 21-32.

    oprac. o. Stanisław Tomoń/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mistyczka z Siekierek przepowiedziała Powstanie Warszawskie

    fot. via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    Mistyczka z Siekierek

    przepowiedziała Powstanie Warszawskie

    W przeddzień 79. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego warto przypomnieć wizje Władysławy Papis, której jako 12-letniej dziewczynce miała objawić się Maryja i opowiedzieć o przyszłych wydarzeniach w Polsce.

    Oto krótka historia jej mistycznych spotkań z Maryją. 

    Matka Boża Łaskawa, obrana w 1652 roku Patronką Warszawy i Strażniczką Polski [pełen tytuł warszawskiej Madonny, przyp. red.] w 1943 roku ukazała się w Warszawie, na osadzie Siekierki, by uprzedzić swój lud o grożącym nieszczęściu. Maryja przybywa, aby miasto, któremu od 291 lat patronuje, nie podzieliło losu dopalającego się w tym czasie żydowskiego get­ta. Mistyczka Bronisława Kuczewska (1907-1989) tak wspomina swoje pierwsze spotkania z Matką Bożą na Siekierkach: 28 kwietnia 1943 roku Matka Boża objawiła mi się w domu rodzinnym w Nowym Dobrem i powiedziała: Dziecino, nie będziesz już do Mnie przychodzić do Przygód i do Budzieszyna. Wybieram sobie inne miejsce, w Warszawie, na Siekierkach. Będziesz miała tylko 3 kilometry od tramwaju, z ulicy Czerniakowskiej, i tam masz przychodzić. Ujrzałam wiśnię i dziewczynkę. Jak się później okazało, była nią 13-letnia Władysława Fronczakówna [obecnie Papis przyp.aut.], której Matka Najświętsza objawi się 3 maja 1943 roku.

    Bogurodzica, niebiańsko piękna, ukazała się wśród zieleni, na drzewie wiśni obsypanym kwiatami. Jej słowa były poważne i brzmiały złowieszczo: Módlcie się, bo idzie na was WIELKA KARA, CIĘŻKI KRZYŻ. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi rato­wać przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia!

    Bronisława relacjonuje dalej: 4 maja 1943 roku przyjechał do mnie mąż i powie­dział, że w Warszawie na Siekierkach było objawienie [Bogurodzicy] 3 maja. Ja mu na to odpowiedziałam, że wiem o tym, bo Matka Boża powiedziała mi o tym 5 dni wcześniej. 5 maja 1943 roku urodziłam syna Janusza. 28 maja 1943 roku pojechałam z mężem i małym dzieckiem [23-dniowym niemowlęciem] na Siekierki, gdzie 3 maja objawiła się Matka Boża, i miałam z Nią tam po raz pierwszy objawienie. Odtąd chodziłam na Siekierki i tam otrzymywałam od Matki Bożej polecenia do wyko­nania przez 38 lat, aż do 1981 roku. Kilka razy w mie­siącu nawiedzałam to miejsce, a szczególnie każdego 3 i 28 dnia miesiąca oraz w uroczystości Matki Bożej.

    3 czerwca 1943 roku poszłam z synkiem na ręku na Siekierki. Ujrzałam Matkę Najświętszą, która powiedziała mi, że pragnie, aby na tym miejscu wybudować klasztor. Powiedziała też, że to będzie jakby druga Częstochowa dla War­szawy, że ludność nie będzie musiała tak daleko jeździć, względnie chodzić. Będą mogli przychodzić na Siekierki.

    W lipcu 1943 roku w Orzywole, gdzie pojechałam na rozkaz Matki Najświętszej, po modlitwie, miałam widzenie Pana Jezusa, który trzymał rózgę nad War­szawą. Wiedziałam, że Warszawę czeka wielka kara.

    W okresie międzywojnia sytuacja moralna społe­czeństwa polskiego była, oględnie mówiąc, nienajlepsza. Dlatego Jezus Chrystus prosił wizjonerów św. siostrę Faustynę, Sługi Boże: Rozalię Celakównę, Leonię Nastał, Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy wynagradzające za grzechy rozwiązłości: Strasznie ranią moje Serce Najświętsze grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji!
    Nasz Pan szczególnie prosił o modlitwy za warszawian: stolica odrodzonej Polski, nie chciała pamiętać o Dekalogu. Wystarczy zajrzeć do pamiętników i wspomnień z tego okresu. Luminarze życia społecznego i kulturalnego prowadzili ostentacyjnie, nader rozwiązłe życie, zarażając tym stylem życia otoczenie, a szczególnie podatną na wpływy młodzież.

    Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja. Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i… wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim]. świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej. Z długiej listy książek lansujących „nowy moralny ład” wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki.

    Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: „wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”.

    W roku 1936, po osiemnastu latach niepodległości, masoni mogli się wykazać znacznymi osiągnięciami w demoralizacji społeczeństwa. [Tu opuszczam fragmenty książki Sławomira Kopera Życie prywatne elit Drugiej Rzeczy­pospolitej (Bellona Rytm, Warszawa, 2009, md]

    Katolicki pisarz Gilbert Keith Chesterton w roku 1923 napisał: Rozwód to coś, co dzisiejsze gazety nie tylko reklamują, ale wręcz zalecają, zupełnie jakby to była przyjemność sama w sobie.

    Ks. kard. August Hlond konkluduje: Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską „masońskim naturalizmem”. Koła liberalne i masońskie przypuściły atak na małżeństwa chrześcijańskie, sprowadzając je tylko do rangi kontraktu cywilnego, pozbawiając je wszelkiej nadprzyrodzoności.

    Zapoczątkowany przed II wojną światową proces upadku moralności doprowadził do tego, że w pierw­szej dekadzie XXI wieku, już nikt nie ośmieli się przypomnieć „nowożeńcom z odzysku”, zawierającym kontrakt małżeński (w urzędzie Stanu Cywilnego), że w świetle prawa kanonicznego popełniają cudzołóstwo (gdy któreś z nich jest nadal związane sakramentem małżeństwa). Czyli zaczynają, świadomie i dobrowolnie, tzw. nowe życie w grzechu ciężkim, co prowadzi prostą drogą do piekła!

    Wygodny eufemizm, używany w kościele – „związek niesakramentalny” – zgrabnie ukrywa złowieszczą perspektywę. Autor wielokrotnie rozmawiał w konfesjonale z kobietami, które dla swoich dzieci, związanych sakramentem małżeństwa, a rozwiedzionych w świetle prawa cywilnego, modlą się o… założenie nowej, szczęśliwej rodziny! Sądzą one, że jest to intencja słuszna! Te „pobożne” matki realizują plan masonów, którzy chcą zniszczyć chrześcijaństwo… rękami samych katolików!
    Trwająca od dziesięcioleci promocja wszelkiej wolności seksualnej i zanik społecznego ostracyzmu w stosunku do tzw. „związków partnerskich” doprowadził, zdaniem księdza profesora Jerzego Bajdy, do: Zniszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw rodziny i fałszowania jej struktury personalistycznej. Profesor przestrzega: Jeżeli proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą promotorzy rewolucji obyczajowej – a właściwie promotorzy rozwiązłości, […] wkrótce może zupełnie zniknąć ta formuła antropologiczna, której na imię naród, a społeczeństwo nie będzie się niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem. Choć i pod tym względem różnica systematycznie maleje.

    Czyny, których nikt nie ośmieliłby się publicznie nazwać grzechem, a więc nierząd, cudzołóstwo, lesbijstwo i homoseksualizm – nadal wywołują, określone w Piśmie świętym, konsekwencje. […]

    Bóg Ojciec, chcąc ocalić Warszawę przed zasłużoną karą pozwala, by Matka Łaskawa ostrzegła swój lud, by żądała nawrócenia, całkowitego odwrócenia się od grzesznego życia i wynagrodzenia za dotychczas popełnione grzechy: rozwiązłości, cudzołóstwa i te najstraszniejsze – grzechy dzieciobójstwa. Trzeba bo­wiem wiedzieć, że w okresie międzywojennym prze­ciętna liczba umyślnych poronień wynosiła rocznie, według oficjalnych statystyk: przeciętnie od 100 do 130 tysięcy.

    Kiedy Maryja przybędzie na Siekierki, orędzia będzie otrzymywać nie tylko trzynastoletnia Władysława Fronczakówna, ale przede wszystkim Jej ulubienica, trzydziestosześcioletnia Bronisława Kuczewska: Od 9 kwietnia przestałam chodzić do Budzieszyna, natomiast od 28 maja 1943 roku zaczęłam chodzić na Siekierki, gdzie otrzymywałam polecenia od Matki Bożej do wykonania, przez okres 38 lat, do 21 sierpnia 1981 roku [tj. od święta Maryi Królowej Polski do wigilii święta Matki Bożej Królowej].
    Maryja, Matka Łaskawa Patronka Warszawy, za pośrednictwem Broni Kuczewskiej i Fronczakówny będzie apelować do ludu stolicy, aby przez przemianę życia, respektowanie praw Dekalogu i pokutę odwrócił wiszące nad miastem nieszczęście.
    Prosi warszawian o modlitwę powszechną, czyli taką jak w 1920 roku, kiedy to lud stolicy żarliwie błagał Boga i Patronkę Warszawy o ocalenie przed bolszewikami [rozdziały 15 i 16 cytowanej książki przyp. red.] i wymodlił cud Jej publicznego ukazania się, które w konsekwencji zmieniło zdawałoby się już przesądzony wynik wojny i ocaliło Polskę!

    Po 23 latach, w roku 1943 – czwartym roku okupacji niemieckiej, sytuacja jest diametralnie różna: to nie lud błaga Maryję, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski o ustanie okropieństw wojny, lecz Ona Sama schodzi z nieba i osobiście wzywa do modlitwy o pokój, błagając Swój lud o nawrócenie i pokutę!!! Najłaskawsza z Matek chce odwrócić od miasta zapowiedzianą karę! Podejmuje się tej niewdzięcznej misji, by nie doszło do tragedii: Jeśli się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie!

    Pomimo ośmieszania i deprecjonowania objawień wiadomości o nich rozchodzą się po mieście. Dzieje się tak dzięki niestrudzonej Broni Kuczewskiej, która dociera z nimi do warszawskich księży, oraz życzliwym mieszkankom Siekierek, które rozwożąc mleko i warzywa „na gospody”, opowiadają w mieście o objawieniach.

    Mimo wielu wysiłków przestrogi Maryi nie dotrą do ogółu warszawian. Główną przyczyną jest brak zainteresowania objawieniami ze strony kleru.

    Wydawało się oczywiste, że księża Zmartwychwstańcy z parafii św. Bonifacego na Czerniakowie, pełniący posługę w osadzie, dopomogą w upowszechnieniu orędzi i że słowa Bogurodzicy, uprzedzające o mającej nadejść na miasto karze, będą głoszone ze wszystkich ambon stolicy. Niestety, Zmartwychwstańcy nie tylko nie traktowali objawień poważnie, ale negowali wszystko, co miało z nimi związek, m.in. odmówili poświęcenia malutkiej kapliczki, umiejscowionej przy drzewie, na którym ukazała się Matka Boża. Bronisława Kuczewska napisze: Po postawieniu kapliczki Pan Jezus dał mi polecenie, abym poszła do księdza do parafii św. Kazimierza na ul. Chełmską. Kiedy przyszłam i powiedziałam, że Pan Jezus życzy sobie, aby poświęcić kapliczkę, ksiądz wysłał mnie do parafii św. Jakuba [na Ochocie, przyp. aut.]. Było tam 5 księży. Wypyty­wali mnie o objawienia na Siekierkach. Opowiadałam im o nich przez około 4 godziny. Potem wysłali mnie z powrotem do parafii św. Kazimierza [Dolny Mokotów, przyp. aut.]. Ksiądz jednak nadal nie chciał wyrazić zgody na poświęcenie kapliczki. Powiedział, że nie ma pozwolenia, bo trzeba iść z procesją i on nie może tego wykonać. Wróciłam więc do domu [przy ul. Jasnej, przyp. aut.], a że byłam zmęczona, położyłam się. I wtem słyszę głos Pana Jezusa: Idź Dziecino do księdza po raz trzeci, i powiedz, żeby poszedł z kościelnym, bez ludzi i bez procesji, i poświęcił kapliczkę. Powiesz, że taka jest Wola Moja i Matki Mojej, ażeby kapliczka była poświęcona, bo jest bardzo znieważana.
    Kiedy poszłam po raz trzeci do księdza, chciał mi drzwi zamknąć przed nosem, ale ja przytrzymałam je nogą i powtórzyłam to, co mi Pan Jezus powiedział. Ksiądz jednak nie wykonał tego polecenia. Dopiero jedna z wiernych przyprowadziła, po kryjomu, księdza jezuitę, ojca Antoniego Kozłow­skiego, który był wielkim czcicielem Matki Bożej i wiedział o moich objawieniach, i on poświęcił kapliczkę.

    Wokół siostry Bronisławy, profeski III Zakonu św. Franciszka, spontanicznie gromadzili się ludzie i wkrótce zawiązała się wspólnota, której Sama Bogurodzica nadała nazwę Grono Matki Bożej i Miłosierdzia Bożego. Jej członkowie, osoby świeckie, pomagały mistyczce w wykonywaniu poleceń z Nieba. Grono podejmowało także cotygodniowe modlitwy o nawrócenie Warszawy i upowszechniało orędzia Maryi i Pana Jezusa w swoich środowiskach.

    Misja ostrzeżenia Warszawy przed mającym wy­buchnąć za 16 miesięcy powstaniem wymagała od Kuczewskiej heroizmu i zaparcia: W sierpniu 1943 roku [rok przed wybuchem powstania] na modlitwie u pani Teofili Ciecierskiej, przy ul. Płockiej 25, miałam objawienie Matki Najświętszej. Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie Powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą liczyć się z nami. [W innym miejscu Bronisława mówi o tym wydarzeniu w ten sposób: Powiedzieli, żebym nie plotła głupstw i zajęła się robotą, a nie plotkami, że Niemcy będą się z nami liczyć].

    Trzy dni przed Powstaniem Matka Boża dała mi polecenie, abym zabrała dzieci i wyjechała z Warszawy w rodzinne strony, do Dobrego. Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom, który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i w sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób.

    Proroctwa nie lekceważcie – pisze św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (1 Tes 5,20). Proroctwo o całkowitym zniszczeniu Warszawy zostało lekceważone. Przestroga, jaką w imieniu Boga Najwyższego, Bogurodzica przeka­zała warszawianom: Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Żąda nawrócenia! – do nich nie dotrze…

    Powstanie Warszawskie wybuchnie po szesnastu miesiącach od pierwszych objawień i ostrzeżeń Maryi. W sierpniu 1944 roku młodych warszawian rozpiera chęć walki ze znienawidzonym wrogiem, ruszą więc naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącymi sercami, z butelkami napełnionymi benzyną, ale… bez błogosławieństwa Bogurodzicy.

    Dowództwo nie czuło potrzeby oficjalnego zawierzenia akcji zbrojnej Patronce miasta. Owszem, indywidualnie zawierzano się Maryi Łaskawej, modlono się na różańcu, przyjmowano sakramenty, uczestniczono w polowych Mszach świętych (co w swojej książce wspomina s. Maria Okońska), lecz oficjalnego – jak za Marszałka Piłsudskiego – zawierzenia akcji zbrojnej Bogu Najwyższemu nie było! Po 47 latach w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi, 12.09.1991r., w Sastin, Narodowym Sanktuarium Słowacji, w orędziu skierowanym do ks. Stefano Gobbi’ego Maryja dobitnie wyjaśni kwestię oficjalnego zawierzenia na przykładzie odsieczy wiedeńskiej: Turcy zostali pokonani, gdy oblegali Wiedeń i grozili zniszczeniem całego chrześcijańskiego świata. Przewyższali żołnierzy świętej Ligi liczbą, siłą, uzbrojeniem i czuli, że do nich należy zwycięstwo, ale: wezwano Mnie publicznie, i publicznie proszono o pomoc, Moje Imię zostało wypisane na proporcach i było wzywane przez wszystkich żołnierzy. To za Moim wstawiennictwem miał miejsce cud zwycięstwa, który uratował świat chrześcijański.

    Matka Łaskawa w ciągu 16 miesięcy wielokrotnie uprzedzała, że jedynym sposobem na pokój i zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta, nie zaś pięści i butelki z benzyną.

    Młodzi warszawianie jednakże bezgranicznie ufali w moc pięści i nie widzieli powodu, by w swoje plany wtajemniczać Boga. Stolica w obliczu godziny W zachowała się tak, jak zachowują się przemądrzałe dzieci, które chcą wszystko robić same, bez pomocy Mamy i Taty!

    Nie chciano pamiętać, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga Najwyższego, który zawsze i wszędzie Sam o wszystkim decyduje!
    Nie chciano pamiętać, że to jedynie od Niego zależy, czy ludzkie plany zaowocują sukcesem, czy zakończą się porażką.
    Miał tą świadomość lud Warszawy w sierpniu 1920 roku, kiedy leżał krzyżem przed Patronką Stolicy i Strażniczką Polski, błagając o ocalenie stolicy, ocalenie Polski.

    W 1920 roku warszawianie mieli świadomość, że współpracując z Najwyższym, będą w stanie pokonać pięciokrotnie liczniejszych i zdeterminowanych bolszewików. Wiedzieli, że gdy współpracują z Bogiem, siła i moc są po ich stronie. Bo: Jeśli Bóg jest z nami, to kto przeciwko nam?

    1 sierpnia 1944 roku, w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego, Hitler wspólnie z Himmlerem wydał rozkaz, który przesądzi o losie „zbuntowanej” Warszawy: Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią. W ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy.

    Po drugiej stronie Wisły stały wojska radzieckie, Sowieci jednak nie kiwnęli palcem, by konającej Warszawie przybyć z odsieczą. Stalin zdawał sobie sprawę, że skupione w Warszawie młode pokolenie polskiej inteligencji zagraża jego koncepcji utworzenia w Polsce rządu totalitarnego. Dlatego nie przeszkadzał w zbrodni, która dokonywała się niemieckimi rękami w zbuntowanym mieście.

    Sowieci, zgrupowani na drugim brzegu Wisły, z zimną krwią przyglądali się agonii Warszawy, miasta, którego nie udało się im zdobyć i złupić w 1920 roku:

    1 sierpnia 1944 roku o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału, młodzieńczych wizji, z realnymi możliwościami, ergo brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna, podjęta bez wsparcia się na Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się totalną, niewyobrażalną klęską, jakiej w historii Polski i narodu jeszcze nie było. Daremny był trud żołnierzy, daremna ofiara z życia i krwi osób cywilnych.

    Czas gorzki, zły, zwątpienia czas podchodzi nam pod gardło,
    Czy wszyscy zapomnieli nas, czekając, by miasto padło?…
    Na barykadach wciąż czekamy, licząc ostatnie chwile,
    Tak się powoli dopalają warszawskie Termopile…

    Tylko na Woli w dniach 3-5 sierpnia bestialsko za­mordowano pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Ogółem zginało pół miliona ludzi (wg szacunku historyka Norberta Boratyna). Z pewnością nie taki los w zamyśle Bożym miał spotkać lud Warszawy, gdyby usłuchał ostrzeżeń swej Łaskawej Matki, swej Patronki!

    Nurtuje pytanie: co w ciągu dwudziestu czterech lat, które upłynęły od bitwy warszawskiej, mogło tak bardzo odmienić serca i umysły mieszkańców stolicy, że bez oficjalnego zawierzenia Bożej Opatrzności podjęli się walki z przeważającym wrogiem? Skąd pomysł, by własnymi, wątłymi siłami, bez Bożego błogosławieństwa próbować oswobodzić stolicę? Nie od dziś wiadomo, że: jeśli Pan miasta nie strzeże, daremnie czuwają straże (Ps 127,1).

    Chrystus Pan uprzedzał: beze Mnie nic dobrego uczynić nie możecie (J 15,5). Skąd więc ta krótkowzroczność w Polsce, która w owym czasie uważała się za kraj katolicki? Gdyby orędzia Bogurodzicy zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (jak w 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej! Tak ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za dawne grzechy. Niniwici mieli czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku! Tak ocalał Rzym dwa miesiące wcześniej (5. VI.44). Dzięki modlitwie uratowało się zaminowane przez Niemców miasto, miliony ludzi ocaliły życie, o czym piszemy dalej.

    Dowódcom AK nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło im wiary, by los powstania oficjalnie, przez ręce Maryi, powierzyć Bogu Najwyższemu. Ze słów Matki Bożej, które padły na Siekierkach, wybraliśmy te z listopada 1943 roku, są one bowiem kluczem do zrozumienia przyczyny klęski Powstania Warszaw­skiego: Jak wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i nic się wam nie stanie!
    Dowódcy Armii Krajowej nie poszli w bój z Jej błogosławieństwem, okryci płaszczem Jej opieki. Nie prosili Patronki Warszawy, by skruszyła strzały Bożego gniewu godzące w miasto, nie prosili, by odrzucała, jak ongiś w Wólce Radzymińskiej, wrogie pociski, które teraz bezkarnie burzyły dom po domu. Nie byli z Maryją, więc nie mogli doświadczyć skutków Jej solennej obietnicy: i nic się wam nie stanie! Dlatego nie może nikogo dziwić, że w sierpniu 1944 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, nie powtórzył się Cud nad Wisłą z 1920 roku, nie pokonano i nie przepędzono okupanta ze stolicy!

    Nie może nikogo dziwić, że wszystko dookoła leżało w gruzach. Wszystko było zburzone i wszystko się paliło. Między jednym a drugim schronem przekopy były zniszczone. Nie było możliwości życia. Bomby padały i burzyły ulicę po ulicy, dom po domu.
    Po sześćdziesięciu trzech dniach powstanie poniosło druzgoczącą klęskę, a Warszawa została totalnie zrujnowana, wręcz starta z powierzchni ziemi. Stało się tak, jak zaplanował Hitler: Warszawa [została] zrównana z ziemią, [by] w ten sposób [stworzyć] zastraszający przykład dla całej Europy. Warschau caput! ! !

    Pół miliona niewinnych ludzi straciło życie. Słusznie zauważa ks. Kazimierz Góral: Gdy zlekceważy się przestrogi Maryi, przychodzi tylko czekać na zapowiadaną otchłań rozpaczy!

    Ponawiamy pytanie, czy tak się musiało stać? Odpowiadamy: na pewno nie! Wystarczy przyjrzeć się analogicznej sytuacji, jaka w tym samym czasie miała miejsce w okupowanym Rzymie: Rzym, maj 1944 roku. Front szybko zbliżał się do Wiecznego Miasta. Walki toczyły się zaledwie o 12 kilometrów od centrum, w pobliżu miejscowości Castel di Leva. Papież Pius XII zatroskany o bezpieczeństwo cudownego, starożytnego obrazu Madonny Bożej Miłości, nakazał przeniesienie go do rzymskiej bazyliki św. Ignacego.

    W końcu maja, gdy działania wojenne objęły przedmieścia, Papież polecił, by przed obrazem Madonny dei Divino Amore została podjęta nowenna o ocalenie miasta. Sam w imieniu mieszkańców Rzymu złożył Maryi ślubowanie. Przyrzekł, że jeśli Madonna ocali miasto, to na ruinach zamku Castel di Leva zostanie zbudowana dla cudownego obrazu nowa świątynia i zostaną erygowane organizacje religijne i charytatywne Jej imienia.

    4 czerwca 1944 roku czołgi generała Alexandra ruszyły do ataku. Niemcy byli przygotowani do zdetonowania założonych ładunków i wysadzenia w powietrze miasta. Chcieli pozostawić po sobie pamiątkę: spaloną ziemię i rumowisko gruzów (takie samo, jakie w 3 miesiące później pozostawili w Warszawie i jakie chcieli pozostawić po sobie na Jasnej Górze, w styczniu 1945 roku).
    Lud Rzymu, odmiennie niż lud Warszawy, nie sposobił się do akcji zbrojnej. Jego mieszkańcy trwali na modlitwie dzień i noc na placu przed bazyliką świętego Ignacego. Zawierzali Matce Bożej Miłości los Wiecznego Miasta, a władze magistratu oficjalnie potwierdziły gotowość wypełnienia ślubów, jakie w ich imieniu złożył Madonnie Ojciec święty.
    I oto tego samego dnia, w nocy z 4 na 5 czerwca, Niemcy nagle, z niewiadomych przyczyn, opuścili Rzym, nie detonując założonych ładunków. Nikt nie mógł pojąć, jak to się właściwie stało i dlaczego? Wszystkich: cywilów, wojskowych i polityków zadziwił ten cudowny obrót sprawy! Winston Churchill dał wyraz zdumieniu, pisząc: „Rzym zdobyto w sposób całkowicie nieoczekiwany!”

    12 czerwca 1944 r. „L’ Osservatore Romano” poinformował swoich czytelników: 11 czerwca dziesiątki tysięcy ludzi zebrały się przed Bazyliką Sant Ignazio, a wielu z nich przyszło tutaj boso. Przybyły rodziny, instytucje i szkoły. W procesji bez końca podchodzono, by ucałować obraz Madonny Bożej Miłości, by podziękować i oddać Jej cześć. Wśród rzeszy pątników znajdował się także Papież Pius XIL który przemówi! do Maryi w imieniu zgromadzonych, wyrażając Jej wdzięczność za cud bezkrwawego oswobodzenia Rzymu! Następnego dnia nieprzebrane tłumy odprowadziły procesyjnie cudowny obraz Madonny dei Divino Amore do jej siedziby w Castel di Leva.

    Rzymianie nie chcieli rozstać się ze swoją dobrodziejką! W ścianach rzymskich kamienic wykuwano nisze, gdzie wśród kwiatów i płonących lampek kró­lował obraz ich umiłowanej Matki! Magistrat Rzymu wkrótce wywiązał się ze złożonych obietnic: Czym się odpłacimy Maryi, za wszystko co nam wyświadczyła? Wypełnimy nasze śluby dla Niej, przed ludem Rzymu!

    Porównajmy skuteczność sposobów zastosowanych dla wyzwolenia dwóch europejskich stolic latem 1944 roku:
    . lud Wiecznego Miasta sposobił się do wyzwolenia stolicy, nie chwytając za broń i nie wzniecając powstania. Pod przewodnictwem swego biskupa, ojca świętego Piusa XII, złożył Bogurodzicy ślubowania i … trwał na ufnej modlitwie przed Jej obliczem;
    . papież, Głowa Kościoła katolickiego i jednocześnie biskup Rzymu, mimo realnie istniejącego śmiertelnego niebezpieczeństwa (zaminowane miasto miało być lada chwila wysadzone w powietrze!) nie opuścił miasta, by ratować życie, lecz jak Dobry Pasterz pozostał ze swoimi owcami. I był promotorem ocalenia miasta, które dokonało się w sposób duchowy, bez użycia broni i przelewu krwi. Bo jak siłą armii jest wódz, tak siłą wierzącego ludu są jego pasterze;
    ˇ prymas Polski, kard. Hlond opuścił Polskę i swoją owczarnię już we wrześniu 1939 roku;
    . w Warszawie słowa ostrzeżeń Matki Bożej, nawołujące do pokuty i modlitwy, zostały praktycznie zignorowane, trafiając jedynie do znikomej części warszawian;
    . Mater Gratiarum odwrotnie niż Madonna dei Divino Amore nie została oficjalnie zaproszona do współpracy! Pozbawione Jej matczynej opieki Powstanie upadło, hitlerowcy stolicę Polski spalili i wymordowali pół miliona jej mieszkańców;
    . rzymianie postawili na MARYJĘ i… uratowali miasto;
    . warszawianie postawili na SIEBIE i… ponieśli totalną klęskę;
    . nie chciano pamiętać, że: lepiej uciekać się do Pana, niźli pokładać ufność w człowieku (Ps 118);
    . zapomniano, że : bez Boga ani do proga!

    Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej, rozdz. pt.: Rok 1943 Matka Łaskawa objawia się na Siekierkach, czyli S.O.S dla Warszawy.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA 26 LIPCA – LITURGICZNE WSPOMNIENIE ŚWIĘTYCH JOACHIMA I ANNY – RODZICÓW NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    Ewangelie nie przekazały o rodzicach Maryi żadnej wiadomości. Milczenie Biblii dopełnia bogata literatura apokryficzna. Ich imiona są znane jedynie z apokryfów Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. roku 150, z Ewangelii Pseudo-Mateusza z wieku VI oraz z Księgi Narodzenia Maryi z wieku VIII. Najbardziej godnym uwagi może być pierwszy z wymienionych apokryfów, gdyż pochodzi z samych początków chrześcijaństwa, stąd może zawierać ziarna prawdy zachowanej przez tradycję.

    Apokryficzna Protoewangelia Jakuba z II wieku podaje, że Anna i Joachim byli bezdzietni. Małżonkowie daremnie modlili się i dawali hojne ofiary na świątynię, aby uprosić sobie dziecię. Joachim, będąc już w podeszłym wieku, udał się na pustkowie i tam przez dni 40 pościł i modlił się o Boże miłosierdzie. Wtedy zjawił mu się anioł i zwiastował, że jego prośby zostały wysłuchane, gdyż jego małżonka Anna da mu Dziecię, które będzie radością ziemi.

    Kult świętych Joachima i Anny był w całym Kościele bardzo dawny i żywy. W miarę jak rozrastał się kult Matki Chrystusa, wzrastała także publiczna cześć Jej rodziców. Już w IV/V w. istniał w Jerozolimie kościółek przy dawnej sadzawce Betesda w pobliżu świątyni pod wezwaniem św. Joachima i św. Anny.

    Szczególną czcią była zawsze otaczana św. Anna. Jej kult był i jest do dnia dzisiejszego bardzo żywy. Na Zachodzie pierwszy kościół i klasztor św. Anny stanął w roku 701 we Floriac koło Rouen. Dowodem popularności św. Anny jest także to, że jej imię było i dotąd jest często nadawane dziewczynkom. Bardzo liczne są też kościoły i sanktuaria pod jej wezwaniem. Ku czci św. Anny powstało 5 zakonów żeńskich. W dawnej liturgii poświęcono św. Annie aż 118 hymnów i 36 sekwencji (wiek XIV-XVI).

    Polska chlubi się wieloma sanktuariami św. Anny: na Górze św. Anny w pobliżu Brzegu Głogowskiego, w Jordanowie, w Selnikach, w Grębocicach, w Stoczku koło Lidzbarka Warmińskiego, w Kamiance. Największej jednak czci doznaje św. Anna w Przyrowie koło Częstochowy i na Górze Św. Anny koło Opola.

    Sanktuarium opolskie należy do najsłynniejszych w świecie – tak dalece, że figura św. Anny doczekała się uroczystej koronacji papieskimi koronami 14 września 1910 r. Sanktuarium to nawiedził św. Jan Paweł II 21 czerwca 1983 roku podczas swej drugiej pielgrzymki do Polski. Cudowna figura św. Anny wykonana jest z drzewa bukowego i liczy 66 cm wysokości. Przedstawia ona św. Annę piastującą dwoje dzieci: Maryję, której była matką, i Pana Jezusa, dla którego była babką (św. Anna Samotrzecia). Wszystkie trzy figury są koronowane. Początkowo była tylko jedna postać św. Anny (wiek XV). Potem dodano postacie Maryi i Jezusa (wiek XVII), umieszczając je przy głowie św. Anny.

    Radio Niepokalanów

    _____________________________________________________________________________

    Święci małżonkowie Joachim i Anna

    fot. Wikimedia Commons

    ***

    Św. Jan Paweł II nauczał, że święci Joachim i Anna stanowią „stałe źródło natchnienia w życiu codziennym, w życiu rodzinnym i społecznym”. W domu, który tworzyli Anna i Joachim, Maryja otrzymała skarby tradycji swojego narodu. To w domu rodzinnym nauczyła się zwracać do Boga Ojca z ogromną pobożnością, w tym domu poznała proroctwa odnoszące się do nadejścia Mesjasza. A zakładając swój własny dom, w którym miał narodzić się Jezus Chrystus, korzystała z tych bogatych doświadczeń rodzinnego domu, w którym „nauczyła się bycia matką od swojej matki”.

    „Na progu Nowego Testamentu właśnie Joachim i Anna przygotowują nadejście Mesjasza, przyjmując Maryję jako dar Boży i ofiarowując Ją światu jako Niepokalaną «Arkę Przymierza» – mówił św. Jan Paweł II. „Później – zgodnie z apokryficzną Ewangelią Jakuba – oni sami zostali z kolei przyjęci i otoczeni szacunkiem przez Rodzinę Nazaretańską, która stała się w ten sposób jak gdyby wzorem troskliwej opieki nad nimi. Proszę świętych Joachima i Annę, a zwłaszcza ich chwalebną Córkę, Matkę Zbawiciela, aby wyjednali nam dar mądrej miłości do ludzi starszych, ażeby w naszym społeczeństwie każda rodzina i wszyscy jej członkowie umieli «strzec, objawiać i przekazywać miłość» (Familiaris consortio, 17).”

    __________________________________________________________________________

    Co bł. kard. Wyszyński mówił o babciach i dziadkach?

    fot. via Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego

    ***

    Co bł. kard. Stefan Wyszyński mówił o babciach i dziadkach?

    Dziadkowie są często pierwszymi wychowawcami i nauczycielami. Rozpieszczają, przekazują wiarę, uczą pracowitości i są strażnikami rodzinnych opowieści. W nauczaniu Kościoła podkreśla się godność, mądrość i doświadczenie życiowe osób starszych. Papież Franciszek nazywa dziadków „strażnikami i gwarantami wiary, którzy zachowują pamięć Kościoła i przekazują ją młodym pokoleniom”. O darze obecności osób starszych w rodzinie przypominał w swoim nauczaniu bł. kard. Stefan Wyszyński.

                Nie ma nic piękniejszego niż uśmiech dziadków trzymających w ramionach nowo narodzonego wnuka lub wnuczkę. Pierwsze spojrzenie, przytulenie – od tego momentu powstaje więź na całe życie. Bycie babcią i dziadkiem to praca w niepełnym wymiarze godzin, która przynosi ogromną radość i satysfakcję. Dziadkowie zajmują kluczowe miejsce w rodzinach. Są strażnikami rodzinnych opowieści, dostawcami porad życiowych i mają ogromne pokłady cierpliwości. Nic dziwnego, że czujemy potrzebę okazywania im wdzięczności. Bez nich nasze życie wyglądałoby zupełnie inaczej! Z nimi uczymy się modlitw, poznajemy Pismo Święte, nabieramy doświadczeń i wskazówek, które są przydatne w dorosłym życiu. Ewangelia wg św. Mateusza rozpoczyna się od genealogii Jezusa, przypomina o jego przodkach.

    Dziadkowie to drudzy rodzice

                W nauczaniu Kościoła Katolickiego osoby starsze zajmują znaczące miejsce. Podkreśla się ich godność, szczególne posłannictwo oraz miłość.  Tematyka rodziny zajmowała szczególne miejsce w nauczaniu papieży, widoczna była w wypowiedziach Jana Pawła II czy Benedykta XVI.        Papież Franciszek nazywa dziadków „strażnikami i gwarantami wiary, którzy zachowują pamięć Kościoła i przekazują ją młodym pokoleniom”. W jednym ze swoich przemówień stwierdził, że „dziadkowie i osoby starsze są chlebem, który karmi nasze życie”.

                Dar obecności osób starszych w rodzinie dostrzegał także bł. kard. Stefan Wyszyński. Dziadek kardynała, Piotr Wyszyński umarł, gdy ten miał zaledwie rok. Prymas Tysiąclecia pamiętał i bardzo cenił swoją babcię – Katarzynę, która zmarła, kiedy ks. Wyszyński miał 39 lat.

                Troska Prymasa Tysiąclecia o rodzinę wyrażała się w szacunku i zainteresowaniu każdą osobą, która do niej należy, także i dziadkami. Mówił: „Uczcie się szacunku do tych starszych ludzi, którzy już wypełnili obowiązki swojego życia. Niekiedy są wam tak bardzo pomocni, zastępując pracującą matkę czy nieobecnych rodziców. Czasami są dla was po prostu jakby drugimi rodzicami”.

    Prymas pielęgnował pamięć o dziadkach

                W przemówieniu na XXIV Tydzień Miłosierdzia w 1968 roku, Prymas Tysiąclecia opowiadał jak ważna jest relacja miłości w rodzinie i jak wielką rolę pełnią w środowisku domowym osoby starsze. „W powszechnym dziś dążeniu do nowości nie należy zapominać, że Chrystusa poznała na ziemi naprzód stara Elżbieta, matka Jana Chrzciciela, że spoczął On na ramionach starca Symeona i radował oczy staruszki Anny Prorokini. Jest to przedziwna właściwość ludzi poważnych wiekiem, iż są wrażliwi na sprawy Boże i pełni doświadczonej mądrości. Może właśnie do nich należy przypominać nadchodzącym młodym pokoleniom odwieczne prawo Boże, które uczy najskuteczniej miłości w środowisku domowym” – mówił.

                Jak podkreśla w rozmowie z Family News Service Marian Romaniuk, znawca życia kard. Wyszyńskiego i autor wielu książek o jego życiu i posłudze, Prymas Tysiąclecia miał wielki szacunek do dziadków i osób starszych, pielęgnował pamięć o swoich przodkach. – „W młodości jeździł do miejsca zamieszkania swoich dziadków. Są na ten temat dokumenty i wielokrotnie powtarza o tym także Andrzej Karp, krewny kard. Wyszyńskiego (jego dziadek był rodzonym bratem matki Wyszyńskiego – Julianny Wyszyńskiej z d. Karp – przyp. aut.). Prymas często odwiedzał także miejsce pochówku swoich dziadków w Andrzejewie” – mówi Family News Service Marian Romaniuk. Kard. Stefan Wyszyński podkreślał ważność rodziny wielopokoleniowej.

    Osoby starsze potrzebują miłości i zainteresowania

                Prymas tłumaczył, że wychowanie do miłości nigdy się nie kończy i jest przekazywane z pokolenia na pokolenie. Na zakończenie cyklu wykładów poświęconych zagadnieniu małżeństwa i rodziny, 9 czerwca 1969 roku, wyjaśniał: „Miłość dwojga przechodzi na potomstwo, idzie w przyszłość, z pokolenia na pokolenie. Bo miłość trwa i nigdy nie umiera. (…) Tak samo w rodzinie zaczyna się od miłości, bo Autorem rodziny jest Ojciec Niebieski, który jest Miłością. Miłość więc ma trwać i towarzyszyć rodzinie w drodze. Ma być ona przekazywana następnym pokoleniom. Ona prowadzi nas przez ziemię, pomagając wypełnić obowiązki stanu, zawodu, powołania. Na skrzydłach miłości rodzinnej, miłość przechodzi na naród i państwo, i wraca do Ojca naszego Niebieskiego, od którego pochodzi”.

                Z domu rodzinnego swoich dziadków wyniósł kard. Wyszyński miłość do Ojczyzny i patriotyzm. Jego dziadek walczył w Powstaniu Styczniowym; został nawet karnie wysiedlony z Podlasia i zamieszkał we wsi Kamieńczyk koło Radzymina. Julianna Wyszyńska, matka ks. Wyszyńskiego, zmarła, gdy ten był jeszcze dzieckiem. Opiekę nad nim przejęła babcia Katarzyna.  – „Ona opowiadała mu o dziadku, uczyła postawy patriotycznej i miłości do Ojczyzny i języka polskiego” – tłumaczy Marian Romaniuk. Wartości wyniesione z domu rodzinnego miały wpływ na tematykę jego kazań, homilii i przemówień.

                Prymasowi Tysiąclecia bliska była potrzeba otoczenia osób starszych szczególną opieką i troską. 1 sierpnia 1971 roku na Jasnej Górze mówił: „Jest, niestety, w naszej Ojczyźnie kategoria ludzi ‘niechcianych’. Mówi się o dzieciach ‘niechcianych’. Trzeba pamiętać i o starcach ‘niechcianych’. O tych, którzy mają swoje zasługi: wykonali zadanie życiowe, wychowali dzieci i wykształcili je, odejmując sobie nieraz od ust – a dzisiaj wydają się być niepotrzebni. W każdej rodzinie parafialnej istnieje duża grupa ludzi samotnych, opuszczonych, starców i chorych. Kto się nimi zajmie?”.

                Z okazji Dnia Babci i Dziadka swoją obecnością możemy zaskoczyć dziadków. To możliwość, aby ich odwiedzić, potrzymać za rękę, chwilę porozmawiać i uśmiechnąć się do siebie. Sfera uczuć bowiem łączy pokolenia. A wychowanie w miłości, o czym tak wiele razy wspominał bł. kard. Stefan Wyszyński, jest gwarancją kierunku rozwój przyszłych pokoleń i narodu.

    Family News Service

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 28 lipca – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 29 lipca – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XVII NIEDZIELI ZWYKŁEJ W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWWGO RÓŻAŃCA

    *****

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC LIPIEC 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby katolicy stawiali w centrum swojego życia celebrowanie Eucharystii, która głęboko przemienia relacje międzyludzkie oraz otwiera na spotkanie z Bogiem i braćmi. 

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * O Krwi Najdroższa, ceno naszego zbawienia – bądź uwielbiona! W tym miesiącu kontemplujemy Najświętszą Krew Syna Bożego, która jest niezgłębioną tajemnicą miłości i miłosierdzia, najbardziej przekonywującym dowodem niewyobrażalnej miłości Boga Trójjedynego do każdego człowieka.

    Panie Jezu Chryste, nasz Odkupicielu, prosimy Cię za wszystkimi ludźmi, którzy jeszcze Ciebie nie znają i za tymi, którzy nie czerpią wprost ze źródła łask płynących poprzez Święte Sakramenty czy to z powodu rozłamu w Kościele, czy trwania w błędzie czy przeżywania daru życia wciąż z niewybaczonymi grzechami. Daj nam doświadczyć Twojej Krwi jako źródła pojednania, jedności i miłości, przez gorliwe i pełne szacunku przyjmowanie Twoich Świętych Sakramentów. Bo wtedy złączeni z Tobą, w Mistycznym Ciele Kościoła, stajemy się użytecznymi narzędziami we wzrastaniu Twojego Królestwa. 

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    KONTAKT NA MAILA – rozaniec@kosciolwszkocji.org lub tel. 07552435042

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W każdy piątek Kościół zachęca nas

    do rozważania Męki Pana naszego Jezusa Chrystusa

    witraż ze św. Faustyną Kowalską

    MONKPRESS/East News

    *****

    Kilka cytatów z Dzienniczka św. Faustyny, która mając bardzo wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej, wiele nocy spędziła na rozważaniu Męki Pańskiej (por. Dz 661).    

    Słowa Pana Jezusa: „Mało jest dusz, które rozważają mękę Moją z prawdziwym uczuciem; najwięcej łask udzielam duszom, które pobożnie rozważają mękę Moją” (Dz 737).


    „Pragnę, abyś głębiej poznała Moją miłość, jaką pała Moje Serce ku duszom, a zrozumiesz to, kiedy będziesz rozważać Moją Mękę” (Dz 186).


    „Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej Męki, większą zasługę ma, aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie Moich bolesnych Ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a Mnie sprawia wielką radość” (Dz 369). 


    „Córko Moja, dziś rozważ Moją bolesną Mękę, cały jej ogrom; rozważaj w ten sposób, jakoby ona była wyłącznie dla ciebie podjęta” (Dz 1761).


    Słowa św. Faustyny: „Jezus mi powiedział, że najwięcej Mu się przypodobam przez rozważanie Jego Bolesnej Męki i przez to rozważanie wiele światła spływa na duszę moją. Kto chce się nauczyć prawdziwej pokory, niech rozważa Mękę Jezusa. Kiedy rozważam Mękę Jezusa, to mi przychodzi jasne pojęcie wielu rzeczy, których przed tym zrozumieć nie mogłam” (Dz 267).


    „Jezu mój, nadziejo moja jedyna, dziękuje Ci za tę księgę, którą otworzyłeś przed oczyma duszy mojej. Tą księgą jest Męka Twoja dla mnie z miłości podjęta. Z tej Księgi nauczyłam się jak kochać Boga i dusze. W tej księdze są zawarte dla nas skarby nieprzebrane. O Jezu, jak mało dusz Ciebie rozumie w Twoim męczeństwie miłości. O, jak wielki jest ogień najczystszej miłości, który płonie w Twym Najświętszym Sercu. Szczęśliwa dusza, która zrozumiała miłość Serca Jezusowego” (Dz 304).


    „Nagle ujrzałam Pana Jezusa Ukrzyżowanego, który mi rzekł: – W Męce Mojej szukaj siły i światła. Po skończonej spowiedzi, rozważałam straszną Mękę Jezusa i zrozumiałam, że to co ja cierpię, jest niczym w porównaniu z Męką, Zbawiciela, a każda nawet najmniejsza niedoskonałość, była przyczyną tej strasznej Męki. Wtem duszę moją ogarnęła tak wielka skrucha i dopiero w tym odczułam, że jestem w morzu niezgłębionego miłosierdzia Bożego. O, jak mało mam słów, ażeby wyrazić to, co przeżywam. Czuję, że jestem jak kropla rosy pochłonięta w głębie bezdennego oceanu miłosierdzia Boga” (Dz 654).
    „W chwilach ciężkich, wpatrywać się będę w rozpięte i ciche Serce Jezusa na krzyżu, a w buchających płomieniach z miłosiernego Jego Serca, spłynie mi moc i siła do walki”
    .(Dz 906).


    „Dziś w czasie Mszy św. widziałam Pana Jezusa cierpiącego, jakoby konał na krzyżu, który mi rzekł: córko Moja, rozważaj często cierpienia Moje, które dla ciebie poniosłem; a nic ci się wielkim nie wyda co ty cierpisz dla Mnie. Najwięcej Mi się podobasz, kiedy rozważasz Moją bolesną Mękę; łącz swoje małe cierpienia z Moją bolesną Męką, aby miały wartość nieskończoną przed Moim Majestatem” (Dz 1512).  


    „Kiedy zaczęłam zatapiać się w męce Bożej, odsłoniła mi się wielka wartość duszy ludzkiej i cała złość grzechu i poznałam, jak nie umiem cierpieć. Abym miała zasługę za cierpienie, łączyć się będę w cierpieniu ściśle z Męką Pana Jezusa, prosząc o łaskę dla dusz konających, aby miłosierdzie Boże ogarnęło ich w tym ważnym momencie” (Dz 1762).  

    „Kiedy modliłam się przed Najświętszym Sakramentem, pozdrawiając Pięć Ran Pana Jezusa, przy każdym pozdrowieniu Rany czułam, jak strumień łaski tryskał w moją duszę i dawał mi przedsmak nieba i zupełną ufność w miłosierdzie Boże (Dz 1337)”.  

    RANA NA JEZUSOWYM RAMIENIU             

    Objawienie przez Pana Jezusa tajemnicy Rany na Ramieniu otrzymał św. Bernard z Clairvaux. Kiedy w czasie modlitwy dopytywał się Pana naszego, jaki był największy ból, który odczuł na Swoim Ciele, podczas swej najświętszej Męki – otrzymał taką odpowiedź: „Miałem Ranę na Ramieniu, spowodowaną dźwiganiem Krzyża, na trzy palce głęboką, z której widniały trzy odkryte kości. Sprawiła mi ona największe cierpienie i ból aniżeli wszystkie inne. Ludzie mało o niej myślą dlatego jest nieznana. Lecz ty staraj się objawić ją wszystkim chrześcijanom całego świata. Wiedz, że o jakąkolwiek łaskę prosić mnie będą przez Tą właśnie ranę, udzielę jej – i wszystkim, którzy z miłości do Tej Rany uczczą Mnie odmówieniem codziennie Trzech Ojcze Nasz … i Trzech Zdrowaś Maryjo, daruję im grzechy powszednie, ich grzechów ciężkich już więcej pamiętać nie będę i nie umrą nagłą śmiercią, a w chwili skonania nawiedzi ich Najświętsza Dziewica i uzyskają łaskę i zmiłowanie Moje”. Św. Bernard po tym widzeniu ułożył modlitwę ku czci tej rany:

    Modlitwa św. Bernarda, opata z Clairaux do Świętej Rany Ramienia Jezusa

    O Najukochańszy Jezu mój, Ty Najcichszy Baranku Boży, ja biedny grzesznik pozdrawiam i czczę TĘ RANĘ TWOJĄ NAJŚWIĘTSZĄ, która Ci sprawiła ból bardzo dotkliwy, gdyś niósł Krzyż ciężki na Swym Boskim Ramieniu. Ból cięższy i dotkliwszy, niż inne Rany na Twoim Świętym Ciele. Uwielbiam Cię oddaję cześć i pokłon z głębi serca.

    Dziękuję Ci za Tę Najgłębszą i Najdotkliwszą RANĘ Twego Ramienia. Pokornie proszę, abyś dla tej srogiej boleści Twojej, którą w skutek Tej Rany cierpiałeś i w Imię Krzyża Twego ciężkiego, któryś na tej Ranie Świętej dźwigał, ulitować się raczył nade mną nędznym grzesznikiem, darował mi wszystkie grzechy i sprawił, aby wstępując w Twoje Krwawe Ślady doszedł do szczęśliwej wieczności. Amen.

    Ojcze Nasz… x 3
    Zdrowaś Maryjo x 3

    *****

    Naznaczony bólem – św. Ojciec Pio

    fot. Renata Katarzyna Cogiel

    *****

    Trzydziestojednoletni zakonnik o delikatnej budowie ciała, po zakończonej Mszy świętej 20 września 1918 roku udał się do klasztornego chóru, by odprawić dziękczynienie. Gdy był pogrążony w modlitwie, zjawiła się tajemnicza postać, która odcisnęła mu na dłoniach, stopach i boku stygmaty. Jak okazało się wiele lat później, zakonnik otrzymał wówczas jeszcze jedną ranę, która jednak pozostała ukryta przed światem aż do jego śmierci.

    Co to są stygmaty?

    Terminem „stygmaty” (gr. stigma – piętno, znamię) określa się znaki na ciele, przypominające rany ukrzyżowanego Je­zusa. Pojawiają się na tych częściach cia­ła, które u Jezusa w czasie męki zostały najdotkliwiej zranione. Są to ręce, nogi (miejsca wbicia gwoździ), klatka piersio­wa (rana po przebiciu włócznią), plecy (rany po biczowaniu) oraz głowa (rany po koronie cierniowej).

    W historii Kościoła odnotowano około czterysta przypadków stygma­tyzacji, w tym u blisko osiemdziesięciu świętych. Tylko w jednym z nich styg­maty zostały uznane za autentyczne, czyli będące wynikiem interwencji sa­mego Boga. Stało się tak w przypadku św. Franciszka z Asyżu – pierwszego stygmatyka w dziejach. Nie oznacza to, że rany przypominające rany ukrzyżo­wanego Jezusa, występujące u pozosta­łych świętych nie mają cech zjawiska nadprzyrodzonego, ale że Kościół nie zajął jeszcze ostatecznego stanowiska w tej kwestii.

    Ślady Ukrzyżowanego

    Pierwsze symptomy ran podobnych do ran Jezusa ukrzyżowanego pojawiły się u ojca Pio latem 1910 roku, kilka mie­sięcy po przyjęciu przez niego święceń kapłańskich. Zakonnik przestraszony i zawstydzony pojawieniem się niezwy­kłych ran, modlił się, by Pan „zabrał od niego te widoczne znaki”. Bóg wysłu­chał jego modlitwy i stygmaty stały się na jakiś czas niewidzialne, choć pozo­stały dokuczliwie bolesne. Cierpienia wywołane owymi ranami występowały z różną częstotliwością i intensywnością w określonych dniach tygodnia przez następnych 8 lat. „Bolesna tragedia trwa dla mnie od czwartkowego wieczoru do soboty, a także we wtorek. Wydaje się, że moje serce, ręce i stopy przeszywa miecz – tak wielki jest ból, który od­czuwam” – czytamy w jednym z listów ojca Pio. Ostatecznie stygmaty stały się widzialne 20 września 1918 roku. Miało to miejsce w chórze zakonnym, gdzie ojciec Pio klęczał samotnie przed kru­cyfiksem i odprawiał dziękczynienie po Mszy świętej. Podczas modlitwy ogar­nęła go senność, której towarzyszyło poczucie głębokiego spokoju. Wówczas ujrzał przed sobą tajemniczą postać, której ręce, stopy i bok ociekały krwią. Gdy postać zniknęła, przerażony zakon­nik poczuł przeszywający ból w rękach, stopach i boku, które zostały przebite i odtąd mocno krwawiły.

    Po tym wydarzeniu stygmaty zo­stały naocznie zweryfikowane przez ówczesnego prowincjała, ojca Benedetto, który tak opisał to, co zobaczył: „To nie są plamy ani znamiona, ale prawdziwe rany przeszywające dłonie i stopy. Ta na boku to prawdziwe rozdarcie, które nieustannie broczy krwią albo krwistą cieczą”.

    Zapowiedź pojawienia się tych bo­lesnych ran na ciele, ojciec Pio otrzymał od samego Jezusa. Pisał o tym w jed­nym ze swoich listów adresowanych do kierownika duchowego, ojca Agostina: „Przeniknięty zupełnie łaskawością Je­zusa wobec mnie, skierowałem zwykłą modlitwę do Niego, robiąc to z większą poufałością: «O Jezu! Obym mógł ko­chać Cię! Obym mógł cierpieć tyle, ile chciałbym, aby Cię zadowolić i naprawić w jakiś sposób niewdzięczność ludzi wobec Ciebie!». Lecz Pan Jezus pozwo­lił mi usłyszeć w mym sercu wyraźniej Jego głos: «Mój synu! Miłość poznaje się w bólu; odczujesz go ostry w swej duszy, a jeszcze ostrzejszy w swym ciele»”.

    Czynnik nadprzyrodzony

    Stygmaty ojca Pio widziało wiele osób. Były one bowiem na przestrze­ni lat przedmiotem wnikliwych badań lekarskich i naukowych analiz. Szcze­gólnie władzom zakonnym zależało na uzyskaniu rzetelnej opinii medycznej dotyczącej źródła i przyczyn ran na ciele zakonnika. Pierwszym lekarzem, który badał stygmaty ojca Pio, był chi­rurg, prof. Luigi Romanelli. W swoim sprawozdaniu opisał je od strony me­dycznej i postawił następującą diagno­zę: „Według mojej metody oceniania nie można zaklasyfikować tych ran jako zwykłe i powszechne, mające swe podłoże w chorobach zakaźnych albo urazowych. Wniosek jest taki, iż rany te mają zupełnie odmienny proces gojenia, niż inne rany. Jest zatem wykluczone, by pochodzenie ran ojca Pio miało źró­dło naturalne. Czynnik, który wywołał takie rany, powinien być bez wątpienia poszukiwany wśród zjawisk nadprzy­rodzonych. Fakt ten jest fenomenem, którego nie sposób wytłumaczyć jedynie za pomocą wiedzy ludzkiej”.

    Ukryta rana

    Dzięki podobnym medycznym spra­wozdaniom i naukowym ekspertyzom, o tych ranach, które ojciec Pio miał na dłoniach, stopach oraz boku, wiedzieli niemal wszyscy. Jedna rana natomiast – ta, która sprawiała mu największy ból – nie została ujawniona w czasie jego życia. Była to rana na prawym ra­mieniu – odciśnięte piętno dźwigania krzyża przez Jezusa (Jezus obecność tej dotkliwej rany na swoim ciele objawił św. Bernardowi, który później ułożył Modlitwę do Świętej Rany Ramienia).

    Ojciec Pio wspomniał kiedyś swo­jemu duchowemu synowi, bratu Mo­destino, który pomagał mu w codzien­nych obowiązkach, że największy ból odczuwa przy zmianie podkoszulka. Ten jednak myślał, że chodzi o ból spowodowany raną boku. Dopiero po śmierci ojca Pio, w trakcie porządko­wania jego ubrań, brat Modestino na jednym z nich zauważył dużą krwistą plamę, blisko obojczyka. Dopiero wte­dy zorientował się dlaczego ojciec Pio wspominał o wielkim bólu w trakcie zmiany ubrania. Stygmat ramienia po­zostawał ukrytą raną i nie był należycie opatrywany, jak pozostałe stygmaty. To przyczyniało się do jeszcze większego cierpienia ojca Pio. W przeżywaniu bólu, który sprawiała mu ta rana, przebywał on z Jezusem na osobności, sam na sam. Uczestniczył w konaniu Jezusa opuszczonego w Ogrójcu i na Golgocie. Również dzisiaj wielu chorych znosi swe cierpienia – podobnie jak ojciec Pio – w łączności z Jezusem i w ukryciu przed światem. Ileż bólu, smutku i łez pozostaje zakrytych przed ich rodzinami i osobami z najbliższego otoczenia. Jakże wielkie­go męstwa wymaga cierpliwe znoszenie bólu w cichości serca, bez narzekania i złorzeczenia. Jakże ogromnej wiary potrzeba, by bez rozgłosu złączyć swój dotkliwy ból z bólem Jezusa… Ojciec Pio, który ukrywał przed światem swoją naj­dotkliwszą ranę, zdaje się podpowiadać osobom cierpiącym, że każdy ich ból, zwłaszcza ten ukryty i niezrozumiany przez innych, jest niczym drogocenny kanał, przez który Bóg zlewa na świat swoje łaski.

    Powiernik tajemnicy

    W 1948 roku ojciec Pio powiedział o istnieniu stygmatu na ramieniu tylko jednej osobie. Tą osobą był dopiero co wyświęcony na kapłana Karol Wojtyła – przyszły papież. Wokół ich spotka­nia narosło w późniejszym czasie wiele legend. Jedną z nich było twierdzenie, jakoby ojciec Pio miał przepowiedzieć Karolowi Wojtyle wybór na papieża oraz zamach na jego życie. Wszelkie speku­lacje uciął po latach sam Jan Paweł II, kiedy ujawnił prawdziwą treść rozmowy z ojcem Pio: „Rozmawialiśmy jedynie o jego stygmatach. Zapytałem, który ze stygmatów sprawia mu największy ból. Byłem przekonany, że ten w sercu. Ojciec Pio bardzo mnie zaskoczył, mó­wiąc: «Nie, najbardziej boli mnie ten na ramieniu, o którym nikt nie wie i który nawet nie jest opatrywany»”.

    Może zastanawiać fakt, że ojciec Pio nie powiedział o tej ranie swoim współ­braciom, a młodemu polskiemu księdzu, którego przypadkiem spotkał w zakonnej zakrystii. Wiele osób dopatruje się w tym zdarzeniu dowodu na to, że zakonnik przeniknął przyszłość księdza Wojtyły i tym osobistym wyznaniem dotyczącym ukrytej rany, chciał podkreślić, że Bóg wybrał go do wielkiej misji.

    Święty bliski Apostolstwu Chorych

    Ojciec Pio od młodości był czło­wiekiem chorowitym. Ze względu na stan zdrowia nie wiadomo było nawet, czy zdoła ukończyć przygotowania do kapłaństwa i przyjąć święcenia. Bóg jed­nak dał mu łaskę przyjęcia święceń i co­dziennego sprawowania sakramentów świętych. Obdarzył go także wyjątkową i trudną do spełnienia misją. Ojciec Pio miał realnie wchodzić w sekret cierpień duchowych i fizycznych Chrystusa, ofia­rującego się Bogu Ojcu za zbawienie grzeszników. Jezus wybrał go i przez dar stygmatów upodobnił w widzial­ny sposób do Siebie – ukrzyżowanego i cierpiącego. Ojciec Pio konsekwentnie i mężnie podążał drogą krzyża, rozbu­dzając w sobie pragnienie współcier­pienia z Jezusem w ofierze miłości za Kościół, grzeszników i dusze w czyśćcu cierpiące. W jednym z listów do kie­rownika duchowego pisał: „Odczuwam potrzebę ofiarowania się Bogu jako żer­twa ofiarna za biednych grzeszników i za dusze w czyśćcu. To ofiarowanie siebie Panu Bogu uczyniłem kilkakrot­nie, zaklinając Go, aby chciał przenieść na mnie kary przygotowane dla grzesz­ników i dla dusz w czyśćcu, a nawet stokrotnie je pomnożył wobec mnie, byleby tylko nawrócił i zbawił grzesz­ników, a także szybko przyjął do nieba dusze czyśćcowe”.

    Cała, trwająca blisko 60 lat, posługa ojca Pio, skupiała się na sprawowaniu sakramentów świętych i kierownic­twie duchowym. Są to posługi właści­we każdemu kapłanowi, ale u ojca Pio osiągnęły poziom heroicznej miłości. Oczywiście, posługa ta była nad wyraz płodna i przynosiła głębokie duchowe owoce także dlatego, że ojciec Pio miał nadzwyczajne charyzmaty: stygmaty, dar bilokacji czy umiejętność czytania w ludzkich sercach. Dawało mu to wgląd w stan ludzkiego ducha i możliwość sto­sowania takiego lekarstwa, aby penitent mógł jak najszybciej wyjść z duchowej choroby. Aby skutecznie pomagać in­nym, ojciec Pio nie tylko modlił się za nich, ale także pokutował za ich grzechy i ofiarował za nich swój ból i cierpienia. To wszystko sprawiało, że jego posługa była skuteczna i ciągle przynosi wielkie owoce w postaci nawróceń i duchowej przemiany wielu ludzi, którzy się do niego zwracają.

    Apostolstwo Chorych

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XVII NIEDZIELA OKRESU ZWYKŁEGO – 30 lipca  

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________

    Niedziela – jak świętować Dzień Pański?

    „Miej zawsze w pamięci, że niedziela to bardzo dobry wynalazek, że nie jesteś zwierzęciem jucznym, aby pracować w pocie czoła i szybko umrzeć. Narzuć przeklętemu nawałowi pracy, który cię osacza i prześladuje, chwilę odpoczynku i ciszy, na spotkanie z samotnością, z muzyką, z przyrodą, z twoją własną duszą, wreszcie z Bogiem. Wiesz już, że twoja dusza zawiera kwiaty, które rosną tylko dzięki pracy. Ale wiesz także, że obok nich rosną inne, rozwijające się tylko w płodnym próżniactwie”. Takie słowa komentarza do wytłumaczenia roli niedzieli w życiu chrześcijańskim podał jeden ze współczesnych pisarzy hiszpańskich, Jose Luis Martin Descalzo, w swojej książce, Dlaczego warto mieć nadzieję? (Kraków 2004). Słowami tymi wyraził krótko i dosadnie, że „nie samym chlebem żyje człowiek”, i że niedziela jest dla świętowania i radowania się Bożym darem odpoczynku na tle dzieła stworzenia. Przyjrzyjmy się roli tego świątecznego dnia w naszym codziennym życiu, by zobaczyć jak my go świętujemy i ile nam brakuje do prawdziwego ideału.

    Dzień zmartwychwstania Chrystusa

    Dies Dominica, czyli Dzień Pański, pod takim tytułem Jan Paweł II, przejęty nieznajomością argumentacji celebrowania niedzieli jako święta chrześcijańskiego przez samych chrześcijan i w obliczu jej coraz większego zlaicyzowania w praktyce ich życia, napisał w 1988 roku, a więc zaraz na początku swego pontyfikatu, swój list apostolski. Odnosi się w nim do podstawowych prawd naszej wiary, które podyktowały tę celebrację, uwzględniając zarazem pielgrzymią kondycję człowieka zmierzającego ku swej pełni w Bogu. Są to: stworzenie świata i Boski odpoczynek, czyli szabat, odkupienie człowieka w zbawczej śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, zrodzenie wspólnoty Kościoła jako instytucji zbawczej, naturalny wypoczynek każdej jednostki ludzkiej w rytmie tygodniowej pracy, wreszcie, eschatologiczny cel ziemskiego pielgrzymowania. Chrześcijański pełny sens świętowania niedzieli zawiera wszystkie te elementy, jednak podstawowy należy widzieć w fakcie odkupienia człowieka w Chrystusie. W pierwszym bowiem dniu tygodnia, który nazywa się dniem Pańskim, Kościół obchodzi Misterium Paschalne, zgodnie z tradycją apostolską wywodzącą się od samego zmartwychwstania Chrystusa. Właśnie w tym dniu Chrystus, nasz Pan, zmartwychwstał rozpoczynając nowy etap odkupionego stworzenia. Wydarzenie to należy widzieć w związku ze stworzeniem świata, bowiem „radość, z jaką w pierwszy szabat dziejów człowieka Bóg przygląda się swemu stworzeniu wydobytemu z nicości, wyraża się teraz przez radość, z jaką Chrystus objawił się uczniom w niedzielę Wielkanocy, przynosząc dar pokoju i Ducha”. Dlatego niedziela jest pierwotnym dniem świątecznym Kościoła, świętowaniem dzieła Stwórcy, dniem zmartwychwstałego Pana i daru Ducha Świętego. Jako taka nazywa się również dniem ósmym, ponieważ wydarzenie zmartwychwstania Chrystusa miało miejsce w pierwszym dniu tygodnia po szabacie (czyli dnia ósmego), rozpoczynając tym samym niejako dzieje nowego stworzenia. Ten aspekt odkupienia i odnowienia wszystkiego w Chrystusie kazał chrześcijaństwu, głęboko zakorzenionemu w tradycji żydowskiej, przesunąć świętowanie szabatu na niedzielę.

    Pascha tygodnia

    Niedziela jawi się na tle tygodnia jako jego serce, nadając mu sensu i biegu. W tym znaczeniu jest nazywana przez papieża „paschą tygodnia”. Jak rok liturgiczny skupia się wokół Paschy Chrystusa, tak tydzień ogniskuje się wokół niedzielnego wydarzenia celebrującego szczególnie tę prawdę. Człowiek rezerwuje sobie wtedy specjalny czasu na nabożną refleksję, odpoczynek i regeneracje sił fizyczno-duchowych, by te prawdy odnieść do siebie i nie zgubić ich sensu w codziennej bieganinie tygodnia. Tu jest też miejsce na kontemplację dzieł stworzonych przez Boga i dziękczynienie za nie. Wiąże się to ściśle z powszechnym prawem do odpoczynku, który z natury wyznacza rytm samej pracy. Jednak nie na próżnym odpoczynku należy położyć cały nacisk niedzielnego świętowania. Odpoczynek daje potrzebne warunki spokoju i możliwości do przeżywania prawd wiary w celu ich życiowego ukierunkowania. Tym się różni chrześcijańskie przeżywanie niedzieli od zwykłego wolnego dnia. Dla chrześcijanina niedziela jest przede wszystkim dniem Pańskim celebrującym misterium paschalne, a nie kolejnym wolnym dniem od pracy. A to oznacza, że każdy chrześcijanin powinien mieć czas na przemyślenie swojego stosunku do Boga, do świętowania go w gronie rodziny i bliskich, umacniając swoje relacje rodzinne i społeczne. Ta ostatnia wzmianka jest istotna biorąc pod uwagę fakt, że dziś rodzina coraz bardziej zatraca własne tradycje i się rozpada, ulegając nowym świeckim trendom i modom kultywowanym przez środki masowego przekazu. Szczególnie podatni są na nie ludzie młodzi, którzy nierzadko pozbawieni edukacji chrześcijańskiej widzą w niedzieli jedynie jeden z dni weekendu, dając upust swoim fantazjom i szaleństwom, a nawet nudzie. Tymczasem niedziela, ze swym centralnym momentem celebrowania wydarzeń paschalnych Chrystusa jednoczy i cementuje rodzinę, ucząc podstawowych cnót i wartości: szacunku dla Boga, bliskich oraz wszystkich ludzi. Stworzenie warunków do prawidłowego świętowania niedzieli daje również potrzebną wrażliwość solidaryzowania się z potrzebującymi i biednymi oraz angażowania się w dzieła miłosierdzia, zgodnie z przykazaniem miłości.

    Pozostałe aspekty niedzieli

    Papież podkreśla również aspekt eklezjalny i eschatologiczny niedzieli. Oznacza to, że niedziela ze swym momentem centralnym zogniskowanym na celebracji wydarzeń paschalnych Chrystusa, gromadzi ludzi we wspólnocie Kościoła, instytucji zbawczej specjalnie ustanowionej w tym celu. To właśnie Eucharystia sprawowana w niedzielę gromadzi lud wierny, budując prawdziwą wspólnotę w Bogu. Każdy partycypujący w niej w sobie właściwy sposób, stosownie do talentów i powołania, jawi się jako żywy członek Kościoła, pielgrzymującego ludu Bożego, który karmiony Słowem Bożym oraz Ciałem i Krwią Chrystusa, zmierza ku swej ostatecznej przystani, do niebieskiego Jeruzalem, do wiecznego spoczynku i kontemplacji Boga.

    Podsumowując list papieża o chrześcijańskim znaczeniu niedzieli, można wyróżnić w niej następujące aspekty, tzn. widzieć ją jako:

    -dzień Pański, gdzie całe stworzenie celebruje z Bogiem radosny odpoczynek; stąd jest ona dniem świętym (dies Domini);

    -dzień Chrystusa, bowiem w tym dniu nasz Pan zmartwychwstał wieńcząc swoją Paschę i w ten sposób rozpoczął nowe odkupione stworzenie, przypieczętowane zesłaniem Ducha Świętego (dies Christi);

    -dzień Kościoła, w którym lud Boży gromadzi się na niedzielną celebrację eucharystyczną (dies ecclesiae);

    -dzień człowieka, w którym każdy byt ludzki korzysta z fizycznego i duchowego odpoczynku w solidarności z rodziną i potrzebującymi (dies hominis);

    -dzień (wszystkich) dni, bowiem swoim ukierunkowaniem na wieczność, przydaje naszej jednostajnej powszedniości znamię wieczności, nadziei, nadając sens czasowi i wszelkiemu istnieniu (dies dierum).

    Niedziela, jak widzimy, zawiera całe bogactwo, które stanowi istny dar Boży. Nie przez przypadek przykazanie Boże i kościelne nawołuje do przestrzegania tego dnia i przeżywania go z szacunkiem, zgodnie z jego rolą. Z perspektywy tego bogactwa możemy dopiero zobaczyć, jak wiele ludzie tracą w swoim życiu nie zachowując niedzieli jako Dnia Pańskiego. Tu chodzi o wielką stawkę: odkrycie piękna i sensu istnienia, a przede wszystkim zrozumienia własnego życia w szerszej perspektywie „wielkich rzeczy, które nam Pan uczynił” i przygotował.

    ks. Ryszard Groń/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ludzie, których odmienił Chrystus w Eucharystii

    Uroczystości na Jasnej Górze w Częstochowie.

    Uroczystości na Jasnej Górze w Częstochowie.
    fot. Henryk Przondziono/
    Gość Niedzielny

    ***

    Ciało Pańskie jest prawdziwym pokarmem. Prawdziwszym niż każdy inny, o czym świadczą ci, którzy do dna duszy pokochali Najświętszy Sakrament.

    Wdniu swoich święceń kapłańskich Fulton Sheen postanowił, że każdego dnia przez godzinę będzie adorował Najświętszy Sakrament. I tak było. Żadna okoliczność nie stanowiła dla niego przeszkody wystarczającej do rezygnacji ze Świętej Godziny. Kiedyś, wobec perspektywy długiej podróży pociągiem, który wyruszał o 4.00 rano, po prostu wstał na adorację krótko po północy. Innym razem, będąc przejazdem w Chicago, około 19.00 poprosił proboszcza o wpuszczenie do napotkanego kościoła. Gospodarz spełnił prośbę księdza Sheena, ale potem o nim zapomniał. „Spędziłem tam około dwóch godzin, szukając sposobu na wydostanie się” – wspominał później sługa Boży. Gdy w końcu wydostał się przez jakieś okienko, wpadł do pojemnika na węgiel. „Przeraziło to dozorcę, który następnie przyszedł mi z pomocą” – zanotował.

    Jedna godzina

    Fulton Sheen w obecności Jezusa Eucharystycznego nie tylko się modlił, ale też pracował. Przed Nim tworzył swoje kazania, homilie i konferencje, które potem tak porywały dla Chrystusa serca milionów czytelników, widzów i słuchaczy.

    W jednym ze swoich tekstów wyjaśnił, dlaczego Święta Godzina jest dla niego tak ważna i dlaczego zachęca innych do tej praktyki. Otóż „jest ona wzięciem udziału w dziele odkupienia”. Przywołał słowa Jezusa z Ogrójca: „Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?” i skomentował: „Nie prosił On o godzinę aktywności, lecz o godzinę towarzystwa”. Zwrócił uwagę na fakt, że noc agonii to jedyna sytuacja, w której Chrystus poprosił swoich apostołów o cokolwiek. Wskazał też na inną motywację: pragnienie wzrastania na podobieństwo Pana. „Stajemy się tacy jak to, na co spoglądamy. (…) Spoglądanie przez godzinę na Eucharystycznego Pana w tajemniczy sposób przemienia serce” – zauważył.

    Dlaczego godzina? „Przekonałem się, że złapanie ognia w modlitwie wymaga czasu” – stwierdził. Wskazał też, że chodzi o spotkanie sam na sam z Panem. „W tych chwilach nie trzeba recytować spisanych modlitw; jest to czas na słuchanie. Nie mówimy: »Słuchaj, Panie, bo sługa Twój mówi«, ale »Mów, Panie, bo sługa Twój słucha«” – podkreślił.

    Czy to trudne? „W ogólnym rozrachunku nigdy nie było to ciężarem, ale radością” – oceniał ­Sheen z perspektywy prawie 60 lat praktykowania godzinnej adoracji. Przyznał, że nie wszystkie Święte Godziny „były budujące”. Jedna z nich przydarzyła się w kościele św. Rocha w Paryżu. Wszedł tam na adorację około 15.00, świadom, że za dwie godziny będzie miał pociąg do Lourdes. Odmówił modlitwę adoracji, po czym… natychmiast zasnął. Obudził się równo godzinę później. „Zapytałem Dobrego Pana: »Czy odprawiłem moją Świętą Godzinę?«. Wydawało mi się, że Jego anioł odpowiedział: »Właśnie w ten sposób apostołowie spędzili swoją pierwszą Świętą Godzinę w Ogrodzie, lecz więcej tak nie rób«”.

    Fulton Sheen wiedział, że tylko z Chrystusa płynie prawdziwa chrześcijańska owocność. „Sama wiedza teologiczna lub sama działalność społeczna nie wystarczy, abyśmy trwali w zakochaniu w Chrystusie, jeśli obu tych rzeczy nie poprzedzi osobiste spotkanie z Nim” – przypominał. Pozostał wierny codziennej adoracji Jezusa w Eucharystii dosłownie do końca. Zmarł 9 grudnia 1979 r. przed Najświętszym Sakramentem w prywatnej kaplicy swojego mieszkania.

    Pokorny geniusz

    „Tylko ten, kto żyje z Bogiem i tajemnicami wiary, może zrozumieć, co one mówią” – powiedział Benedykt XVI podczas katechezy o św. Tomaszu z Akwinu. Święty dominikanin żył z Bogiem i stąd pochodzi jego geniusz teologiczny. Jego nauczanie o Eucharystii nie wzięło się tylko ze znakomitych możliwości jego umysłu, lecz z osobistej relacji z Chrystusem Eucharystycznym. „Według dawnych biografów zwykł był przysuwać głowę do tabernakulum, pragnąc jakby odczuć bicie Boskiego i ludzkiego Serca Jezusa” – mówił o nim papież.

    To Tomasz z Akwinu jest autorem pieśni „Zbliżam się w pokorze i niskości swej”. Był świadom, że Eucharystia wymaga od człowieka pokory, i to wybrzmiewa w tym utworze. Jeśli człowiek chce zbliżyć się do prawdy, musi porzucić mrzonki o swojej intelektualnej wszechmocy i czekać na oświecenie przez wiarę. Wiele stwierdzeń teologicznych Tomasza ma swoje źródło w tym, co dotarło do jego duszy na adoracji Najświętszego Sakramentu. Pewnie z tego źródła pochodzi jego przekonanie, że to Jezus „łączy nas ze sobą samym w tym sakramencie” i „serdecznie zbliża się do nas”. Wiele stwierdzeń genialnego teologa dotyczy doznań słodyczy i duchowej rozkoszy z przyjmowania Ciała Pańskiego. Nie pisałby tak o Eucharystii ktoś, kto nie ma w tej dziedzinie osobistego doświadczenia. 6 grudnia 1273 roku doświadczenie to okazało się tak silne, że święty uznał, iż jego twórczość jest niczym w obliczu tego, co ujrzał podczas odprawiania Mszy św. „Nie będę już pisał” – powiedział potem zdumionemu sekretarzowi. „Wszystko, co napisałem, wydaje mi się słomą wobec tego, co zobaczyłem i co zostało mi objawione” – wyznał po chwili.

    Tomasz zmarł trzy miesiące później, w drodze na sobór do Lyonu, w klasztorze cystersów. Odchodził na modlitwie, przyjąwszy z wielką pobożnością Wiatyk – Komunię na drogę.

    Tylko dla Niego

    „Komunia z Bogiem od rana do wieczora” – tak określiła swoje życie Francuzka Elżbieta Catez, w zakonie Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej. W 1901 roku, w wieku 21 lat, wstąpiła do Karmelu. Już 10 lat wcześniej odznaczała się osobistą relacją z Chrystusem. „W tym wielkim dniu oddaliśmy się sobie nawzajem” – wspominała dzień pierwszej spowiedzi. „Już przed moją I Komunią św. tak bardzo kochałam Boga, że nie rozumiałam, aby można było komuś innemu oddać serce. Postanowiłam żyć tylko dla Niego, Jego samego miłować” – zdecydowała. Po I Komunii bliscy zauważyli zmianę w zachowaniu dziewczynki. Znając jej porywczy temperament, zwrócili uwagę, że znacznie złagodniała. Sporo ją to kosztowało. „Lecz Jezus był ze mną. Słyszałam głos Jego w głębi serca i gotowa byłam wszystko znieść z miłości dla Niego” – pisała później. Gdy wstąpiła do Karmelu, jasno sformułowała swój ideał świętości: „Żyć miłością”. Jak to zrobić? „Uczynić się całkiem małą, oddać się Bogu bezpowrotnie”. W 1906 roku ciężko zachorowała. 8 listopada powiedziała: „Idę do Światła, do Miłości, do Życia”. Zmarła nazajutrz, w wieku 26 lat. W jednej z modlitw, które po sobie zostawiła, zwraca się do Boga tymi słowami: „Napełnij pokojem moją duszę, uczyń w niej swoje niebo, swoje ulubione mieszkanie i miejsce swego odpoczynku. Obym nigdy nie zostawiała Ciebie samego, lecz była tam zawsze cała, cała czuwająca z wiarą, cała pogrążona w adoracji i cała zdana na Twoje stwórcze działanie”.

    Jan Paweł II beatyfikował Elżbietę od Trójcy Przenajświętszej w 1984 r. Papież Franciszek kanonizował ją w roku 2016.

    Cud miłości

    Każdy święty Kościoła kocha Eucharystię, ale w niektórych przypadkach miłość ta jeszcze na ziemi wyraża się w sposób nadnaturalny. Tak było m.in. w przypadku patrona Szwajcarii, św. Mikołaja z Flue, pustelnika przez 19 lat żyjącego wyłącznie Eucharystią, co potwierdził proces kanoniczny. Późno został pustelnikiem. W młodości wstąpił do benedyktynów, ale ostatecznie obrał inną drogę. Ożenił się i miał 10 dzieci. W wieku 50 lat, za zgodą żony i władz kościelnych, obrał życie pustelnicze niedaleko swoich rodzinnych stron. Mikołaj szybko zasłynął jako człowiek skutecznej modlitwy i ktoś, kto udziela dobrych rad, stąd jego pustelnia była odwiedzana przez licznych potrzebujących.

    Łaskę życia wyłącznie Eucharystią otrzymała także bł. Aleksandra Maria da Costa, Portugalka urodzona w 1904 roku. Kiedy miała 14 lat, doznała urazu wskutek skoku z okna podczas ucieczki przed mężczyzną, który chciał ją zgwałcić. Stopniowo traciła zdolność samodzielnego poruszania się i 30 lat spędziła przykuta do łóżka. Przyjęła cierpienie jako ofiarę złożoną Bogu, co przyniosło jej wewnętrzną radość. Często powtarzała: „Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mojego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie”. Przez kilka lat, między 1938 a 1942 rokiem, w każdy piątek w niezrozumiały sposób wstawała i pomimo paraliżu przez kilka godzin odprawiała Drogę Krzyżową. W 1942 roku przestała przyjmować jakiekolwiek pokarmy za wyjątkiem Eucharystii. Zmarła 13 października 1955 r. W roku 2004 beatyfikował ją Jan Paweł II. •

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O co modlimy się, wypowiadając słowa: „…chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”?

    O co modlimy się, wypowiadając słowa: „…chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”?

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Prośba o chleb stoi w centrum Modlitwy Pańskiej i wydaje się, że dotyczy najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb. Ojcowie Kościoła zwracali uwagę, że to także prośba o mądrość i o Chrystusa obecnego w Eucharystii.

    W„Słowniku teologii biblijnej” czytamy: „Chleb, dar Boży, jest dla człowieka źródłem siły, środkiem podtrzymującym go przy życiu w sposób tak istotny, że brak chleba oznacza brak wszystkiego. Dlatego też w modlitwie, której Chrystus nauczył swoich uczniów, chleb zdaje się streszczać wszystkie dobra, które są nam niezbędne; co więcej, jest on wyrazem dobra największego ze wszystkich”. Czym jest to największe ze wszystkich dobro? Autor hasła nie pisze wprost, odsyła jednak do czternastego rozdziału Ewangelii Marka, opisu ustanowienia Eucharystii. Wszystko zatem staje się jasne: to Jezus, obecny prawdziwie w znaku chleba, jest dobrem najwyższym. Zanim jednak zostawi swoją obecność w postaciach eucharystycznych, sam rozmnaża zwykły chleb i daje go zgłodniałym słuchaczom swoich nauk.

    Chleb powszedni

    Modlitwa o chleb to czwarta i centralna prośba Modlitwy Pańskiej. Te, które ją poprzedzają, dotyczą uświęcenia Bożego imienia, przyjścia Bożego królestwa i wypełnienia woli Bożej. To prośby bardzo duchowe, głębokie, w sposób pozytywny wyrażające to, czym powinno być życie uczniów Chrystusa. Kolejne trzy prośby wskazują na negatywne aspekty tego życia, stale zagrożonego przez grzech, pokusę i wszelki rodzaj zła.

    Jak zaznaczył Benedykt XVI w „Jezusie z Nazaretu”, prośba o chleb wydaje się najbardziej „ludzką” ze wszystkich próśb. „Pan, który kieruje nasze spojrzenia na to, co istotne, na jedynie konieczne, wie o naszych ziemskich potrzebach i uznaje je. Zaprasza nas jednak do modlitwy o pożywienie dla nas i do powierzenia w ten sposób naszych trosk Bogu” – pisał papież. Czy o tym myśleli uczniowie Jezusa, gdy po raz pierwszy słuchali nauki o Modlitwie Pańskiej? Zapewne tak. Zwłaszcza że, jak podaje ewangelista Mateusz, chwilę po przekazaniu tej modlitwy Jezus zaleca postawę ufności wobec Ojca: „Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym macie się przyodziać. Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one?” (Mt 6,25-26).

    Nieco więcej problemów ze zrozumieniem tej prośby mogli mieć pierwsi czytelnicy Ewangelii spisanej po grecku. Jest w niej bowiem użyte rzadkie słowo „powszedni”. „W naszych przekładach brzmi zupełnie niewinnie” – zauważa Benedykt XVI, wskazując, że problem z przekładem tego słowa na inne języki pojawił się już w starożytności.

    Orygenes, jeden z pierwszych teologów chrześcijańskich, pisał, że „terminu epiousios nie znajdziemy u żadnego greckiego pisarza ani mędrca, ani w mowie potocznej, ale prawdopodobnie został on utworzony przez ewangelistów”. Rzeczywiście, Mateusz, a także Łukasz, bo obaj zostawili nam Modlitwę Pańską, choć w różnej wersji, użyli tego samego słowa. Nie ma go w żadnych znanych nam tekstach greckich. Jego podstawowe znaczenie można wywieść z etymologii. Z jednej strony chodzi o chleb „konieczny do życia”, o niezbędny do istnienia pokarm. To znaczenie, jak się wydaje, odpowiada nauce Jezusa. Modlić się o chleb powszedni, i to w dodatku „dzisiaj”, to modlić się o wszystko to, co potrzebne, by przeżyć bieżący dzień. Jutro zatroszczy się samo o siebie. Z drugiej strony możliwe tłumaczenie tego słowa to „chleb przyszły”, „chleb jutrzejszy” lub „chleb z jutra”. W prośbie tej chodziłoby więc o powierzenie dnia jutrzejszego, najbliższej przyszłości, Temu, do którego on należy. Na tę możliwość zwrócił uwagę św. Hieronim, który przygotowując Wulgatę, natknął się na jedną z apokryficznych Ewangelii. W dokumencie, który nie przetrwał do naszych czasów, znalazł następujące tłumaczenie: „chleba naszego jutrzejszego daj nam dzisiaj”. Ta wersja wydaje się jednak mniej prawdopodobna. Dlaczego bowiem Ojciec miałby dzisiaj dawać nam chleb na jutro?

    Chleb mądrości

    Ciekawą drogą w interpretacji tej prośby poszli ojcowie Kościoła na Wschodzie. Chleb Modlitwy Pańskiej utożsamiali ze słowem lub z mądrością Bożą. Skąd takie spojrzenie? Wrażliwość ojców była kształtowana przez Septuagintę – Stary Testament przetłumaczony na język grecki. To nie był dosłowny przekład, ale raczej tłumaczenie i interpretacja, wierne oddanie orędzia zawartego w Biblii Hebrajskiej. W wielu tekstach chleb rozumiany był symbolicznie, w nawiązaniu do słowa i Bożej mądrości.

    „Udręczył cię Pan, doświadczył głodem, a potem karmił manną, której wcześniej nie znali twoi ojcowie, aby cię pouczyć, że nie dzięki samemu chlebowi żyć będzie człowiek, ale że człowiek żyć będzie dzięki każdemu słowu, które pochodzi z ust Boga” (Pwt 8,3; cytat za Biblią pierwszego Kościoła). Znamienne, że Jezus powołuje się na te słowa, odpierając pokusy diabła na pustyni wówczas, gdy ten domaga się zamiany kamienia w chleb.

    Podobną symbolikę zostawił autor Księgi Przysłów. Uosobiona mądrość, która przygotowała ucztę, „wysłała swoje sługi, by donośnym głosem herolda przekazali jej słowa zapraszające na ucztę […]: Przyjdźcie spożywać mój chleb; pijcie wino, które dla was przygotowałam” (Prz 9,3.5). Ta uczta przeciwstawiona jest innej, przygotowanej przez głupotę. Podaje ona wodę i chleb, które jednak pochodzą z kradzieży, a ich jedzenie prowadzi na manowce, do śmierci. Wątpliwości nie pozostawia także Syracydes, który stwierdza, że sama mądrość wyjdzie naprzeciw temu, kto wypełnia Prawo i boi się Pana. Takiego człowieka „nakarmi chlebem rozumu i napoi go wodą roztropności” (Syr 15,3).

    Ojcowie Kościoła, czytając Stary Testament, nie mieli więc wątpliwości. W prośbie o powszedni chleb nie chodzi tylko o chleb materialny. Orygenes, który całkowicie odrzucał tę interpretację, pisał: „Kto bowiem je z pobłogosławionych przez Jezusa chlebów i nimi się nasyca, ten stara się lepiej poznać Syna Bożego i spieszy do Niego”, a następnie pytał retorycznie: „A cóż jest lepszym pokarmem dla duszy niż Słowo? Cóż jest cenniejsze niż mądrość Boża dla umysłu, który może ją pojąć? Cóż odpowiedniejszego dla rozumnej natury niż prawda?”. Można też dodać inne pytanie: „Czy to przypadek, że prośba o chleb w modlitwie »Ojcze nasz« znajduje się tuż po prośbie o wypełnianie woli Bożej?”. Prosić o chleb to prosić o mądrość, a ta według autorów Biblii nie jest niczym innym jak życiem według Bożych zaleceń. Zresztą warto zauważyć, że wszystkie pozostałe prośby Modlitwy Pańskiej także mają swój wymiar etyczny, formują postawy, które prowadzą do pełni życia, do wspólnoty i zjednoczenia z Chrystusem.

    Chleb Eucharystyczny

    „Słowa »chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj« winniśmy rozumieć raczej duchowo” – wskazywał Tertulian, jeden z pierwszych teologów Kościoła na Zachodzie. „Chrystus bowiem jest naszym chlebem, ponieważ życie to Chrystus i życie to chleb. Powiedział: »Ja jestem chlebem życia«; i nieco wcześniej: »chlebem jest słowo Boga żywego, które zstąpiło z nieba«. Gdy przeto prosimy o chleb codzienny, chcemy osiągnąć wieczność w Chrystusie i zjednoczenie z Jego ciałem” – dodawał.

    Intuicja Tertuliana jest niezwykle ważna. Starożytny pisarz zwraca uwagę nie tylko na chleb, którym jest słowo Boga. Odwołuje się on także do mowy eucharystycznej Jezusa, obszernej katechezy wygłoszonej w synagodze w Kafarnaum. W jej pierwszej części (por. J 6,35-51a) Chrystus zwraca uwagę raczej na naukę, którą przyniósł, mówi o wypełnieniu woli Ojca i wierze. Dopiero w drugiej części mowy (por. J 6,51b-58) wyraźnie wspomina o swoim ciele wydanym za życie świata. Co istotne, mowę Jezusa poprzedza cudowne rozmnożenie chleba. Widać zatem wyraźnie, że podstawowe potrzeby ludzi, słowa nauki Chrystusa i dar Eucharystii splatają się w szóstym rozdziale Ewangelii Jana, kreśląc rzeczywisty horyzont czwartej prośby Modlitwy Pańskiej.

    Modlitwa o chleb to ufne zawierzenie, oddanie w ręce Boga obecnego dnia ze wszystkimi potrzebami, których doświadczamy. To także prośba o mądrość, o dar Ojca, o Chrystusa. To On jest najbardziej potrzebny do życia. I najbardziej obecny jest właśnie w eucharystycznym Chlebie.•

    ks. Rafał Bogacki/ Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy stół eucharystyczny może stać się źródłem jedności chrześcijan?

    Czy stół eucharystyczny może stać się źródłem jedności chrześcijan?

    ISTOCKPHOTO

    ***

    „Eucharystia była w centrum Kościoła od początku. I wszyscy wierzyli w realną obecność Chrystusa w tym chlebie i w tym kielichu. Tak bardzo żałuję, że to przegapiłem, że wcześniej nie studiowałem historii Kościoła” – mówi ewangelikalny kaznodzieja Francis Chan.

    Nie jest sam. Coraz więcej liderów tzw. wolnych Kościołów odkrywa, że źródłem jedności chrześcijan może na nowo stać się stół eucharystyczny.

    Wspólnota źródeł

    To znane i wpływowe w swoich środowiskach postacie. Słuchają ich tysiące, czasem miliony wiernych różnych denominacji, najczęściej z nurtu wspólnot ewangelikalnych, w USA często określanych mianem new-born Christians lub born again Christians (chrześcijanie narodzeni na nowo). To m.in. Bill Johnson, założyciel i pastor senior wpływowego w tym nurcie Bethel Church z Kalifornii. To także pastor Lou Engle, znany głównie z organizacji TheCall, wzywającej chrześcijan do modlitwy i postu w intencjach związanych z ustawodawstwem uderzającym w podstawowe wartości cywilizacyjne. Jest wspomniany na wstępie Francis Chan, kaznodzieja i pisarz, założyciel Eternity Bible College. Jest także Dean Briggs, jeden z liderów Międzynarodowego Domu Modlitwy (IHOP) w Kansas City, autor książek o tematyce biblijnej, ojciec ósemki dzieci. Każdy z nich przechodzi inną drogę i inaczej stawia akcenty w swoim odkrywaniu Eucharystii. Nie można też oczekiwać, że nagle zaczną wypowiadać formuły w pełni zgodne z tym, jak Eucharystię rozumie Kościół katolicki. Ale jest jasne, że cała ich dotychczasowa działalność, głoszenie Ewangelii, potwierdzane przez Boga wieloma znakami i nawróceniami, były częścią drogi, na której nagle dane im było odkryć prawdę o tym, co było w pierwszych wiekach i co może być znowu źródłem komunii, jedności chrześcijan. Być może nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie spotkania ekumeniczne, tak często niedoceniane lub traktowane z podejrzliwością (zarówno po stronie katolików, jak i protestantów), wspólna modlitwa i ewangelizacja prowadzona przez chrześcijan różnych tradycji. Tutaj jednak można mówić o czymś nawet głębszym niż tzw. wymiana darów duchowych. „Wymiana” sugeruje: ja daję ci coś swojego, od ciebie dostaję coś twojego. Tymczasem przywołani pastorzy odkrywają, że Eucharystia to nie żadna „katolicka specyfika”, ale samo centrum życia Kościoła od pierwszych wieków.

    Ołtarz zabrany z centrum

    W Polsce jako pierwszy temat poruszył Karol Sobczyk ze wspólnoty Głos na Pustyni z Krakowa. W swoim podcaście „Nie wszystko jedno” zamieścił nagrania wystąpień kilku pastorów, którzy mówią o Komunii, o Eucharystii. Nagrania nie są krótkie, sporo czasu zajmuje wysłuchanie i obejrzenie ich w całości i wyłapanie z nich wątków, które nas tutaj interesują, ale warto poświęcić dzień lub dwa, by na własne uszy i oczy przekonać się, jaką drogę przechodzą osoby, które od lat przepowiadają Ewangelię, a teraz również docierają do początków historii Kościoła.

    Najlepiej oddać im głos. Francis Chan: „Dopiero kilka lat temu poczułem wezwanie, by studiować historię wczesnego Kościoła. Dotąd miałem perspektywę tylko ostatnich 500 lat. Zacząłem pytać: a czy my w ogóle wiemy, co się działo podczas pierwszych 300 lat istnienia Kościoła? Wiemy, jak wyglądały zgromadzenia pierwszych chrześcijan? Oni nie głosili czterdziestominutowych kazań, nie mieli zespołów uwielbienia, które my mamy, więc co oni robili? Zacząłem studiować temat i zobaczyłem, że Eucharystia była tam najważniejsza. Zacząłem zadawać sobie pytania, dlaczego wierzyłem w to, w co wierzyłem na temat sakramentów. Dlaczego myślałem, że Komunia to tylko symbol, który przyjmujesz na przykład raz w miesiącu. Zdałem sobie sprawę, że nie znałem historii Kościoła obejmującej pierwsze 1500 lat, gdzie Komunia, Eucharystia były zawsze w samym centrum. I wszyscy wierzyli w realną obecność Chrystusa w tym chlebie i w tym kielichu. Nikt nie postrzegał tego jako symbolu. Czasem pojawiał się ktoś, kto to kwestionował, ale ojcowie Kościoła od razu się temu sprzeciwiali. Dopiero 500 lat temu Zwingli [szwajcarski reformator – przyp. red.] powiedział, że to tylko symbol, i przeniósł Eucharystię z centrum Kościoła, i postawił w nim swoją ambonę. A Eucharystia to była ta jedna rzecz, która nas łączyła, sprawiała, że wszyscy wpatrywaliśmy się w Ciało i Krew Chrystusa, które były centralną częścią naszych zgromadzeń”.

    Tęsknota za Komunią

    Oglądam nagranie z niedzielnego kazania Billa Johnsona. Jeden z niekwestionowanych autorytetów w środowiskach Kościołów ewangelikalnych, zwłaszcza tych bardziej konserwatywnych, niemal godzinne wystąpienie poświęca znaczeniu Komunii. Podkreśla, że nie można pod tym pojęciem rozumieć wyłącznie pamiątki ostatniej wieczerzy. Trzyma w ręku kawałek chleba. I mówi: „Chciałbym wziąć ten chleb i połamać go. I chciałbym się upewnić, że nie traktuję tego jak kawałka krakersa. Chcę podejść do niego jak do złamanego Ciała Jezusa. Ważne jest, abym dokonał tego przejścia, by to nie było religijną rutyną, ale bym faktycznie spotkał się z obecnością Boga Wszechmogącego”. Oczywiście pastor nie próbuje inscenizować Przeistoczenia. Jest w tym raczej wyraźna tęsknota za tym, by tak wierzyć i tak traktować Komunię. Zachęca też swoich wiernych, by poszli tą samą drogą, „abyśmy mogli przyjmować Komunię z większym zrozumieniem znaczenia złamanego Ciała i przelanej Krwi Jezusa. Bo to jest centralne dla naszej wiary. Ale wiem też, że na razie widzę w zwierciadle, niejasno, jak by powiedział apostoł Paweł. Widzę to niewyraźnie, ale czuję, że Bóg wkrótce nas otworzy, ponieważ to przyspieszy tę wielką komunię między nami”. Eucharystię nazywa jedną z najważniejszych części swojego życia, „ponieważ to nie jest coś symbolicznego, to jest życie”. I zachęca wiernych: „Trzymaj ten kielich przed Panem. Krew Jezusa nas wyzwala”.

    Ekumenizm otwiera

    Na ciekawą rzecz zwraca uwagę wspomniany wyżej Karol Sobczyk. Opowiada o początku tej drogi Billa Johnsona w odkrywaniu Eucharystii. Usłyszał o tym od katolickiego lidera Damiana Steina z jednej z angielskich wspólnot. W 2014 na północy Anglii odbywała się konferencja ekumeniczna. Stein był jednym z prelegentów. W przerwie, podczas obiadu, ktoś z protestantów zapytał go o znaczenie cudów w Kościele katolickim. Byli tym żywo zainteresowani, słuchali z uwagą. Opowiedział m.in. o cudach eucharystycznych. Pastorzy pytali o szczegóły, bardzo ich to poruszyło. Damian Stein trafnie opisał ten fenomen jako fizyczną manifestację tego, „co oczami wiary przeżywamy, kiedy przyjmujemy Ciało i Krew Chrystusa”. Pokazał też pastorom nagrania na YouTube. Krótko po tym Billy Johnson zaczął mówić o „wielkiej Komunii”, o Eucharystii. Czy byłoby to możliwe, gdyby nie „podejrzane” spotkania ekumeniczne? Podejrzliwość czy wręcz niechęć pojawia się w wielu środowiskach katolickich i protestanckich. A ta historia dobrze pokazuje, że bez zaufania, budowanego przez wspólne spotkania i modlitwę, byłoby trudniej „wymieniać się” darami duchowymi chrześcijan różnych wyznań. To właśnie spotkania ekumeniczne doprowadziły Benny’ego Hinna, również znanej postaci w środowiskach ewangelikalnych, do wyznania: „Więcej ludzi jest uzdrawianych w Kościele katolickim niż w Kościołach zielonoświątkowych, ponieważ katolicy czczą Eucharystię. Więcej ludzi zostaje uzdrowionych w Kościele katolickim podczas przyjmowania Komunii niż w Kościołach zielonoświątkowym, ponieważ dla nas jest to jedynie symboliczne. Ale Jezus nie powiedział: »To symbolizuje moje ciało«. On powiedział: »To jest moje Ciało«; nie powiedział: »To symbolizuje moją krew«, powiedział: »To jest moja Krew«”.

    Przejście przez zasłonę

    Lou Engle na nagraniu ze swojej kongregacji mówi: „Komunia miała być miejscem, w którym Bóg zaczął przygotowywać ludzi, aby stali się jednym chlebem. Komunia była miejscem, w którym Bóg miał się z nami spotkać swoją obecnością, obmyć nas swoją Krwią. Byliśmy w podróży do odrodzenia Wielkiej Komunii. Dopiero niedawno zaczęliśmy w nią wchodzić. I wygląda na to, że gdziekolwiek się zwrócimy, ludzie mówią o Komunii. I o Krwi Jezusa. Wierzymy, że tak naprawdę Komunia została udzielona przez Jezusa jako rzeczywisty, namacalny sposób spotkania się z Nim w Jego obecności i w zjednoczeniu z Nim”. Zaprasza na scenę Deana Briggsa z IHOP, gdzie 24 h na dobę, 7 dni w tygodniu, nieustannie trwa modlitwa. Wierzy, że przygotowała ich do wejścia jeszcze dalej w głąb: „Jeśli spojrzysz na zewnętrzny dziedziniec przed wejściem do Miejsca Świętego, do Świętego Świętych, zobaczysz ołtarz kadzidła, który symbolizuje modlitwę. Jest ostatnią rzeczą, zanim przejdziesz do miejsca Obecności. A więc jesteśmy przy ołtarzu kadzidła. Dym wypełnia ziemię, a my mamy przejść przez zasłonę. I zobaczyć rzeczy w pokoju chwały, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Więc odrzućmy cały program, żeby Go tylko dotknąć. Tylko po to, aby służyć Mu, aby być kapłanami przed Panem, błogosławić Go i czcić. I nie znam lepszego sposobu, aby to zrobić, niż uczcić Krew Jego Syna (…). Jesteśmy nowicjuszami w tym, w czym powinniśmy być ekspertami. Nie jesteśmy jeszcze ekspertami w temacie Krwi Jezusa. Straciliśmy tak wiele. Dopiero teraz zaczęliśmy rozumieć, że Komunia jest rekonstrukcją triumfu Krzyża. Jeśli nie jest tylko wspomnieniem, to nie jest też tylko rytuałem” – mówi Briggs. W uszach brzmią jeszcze inne słowa z kazania Billa Johnsona o Komunii: „Jestem głodny. Nie mogę się doczekać”.•

    Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II: Fatimskie wezwanie do pokuty

    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna, Screenshot – YouTube

    ***

    Św. Jan Paweł II: Fatimskie wezwanie do pokuty

    „To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące”  – św. Jan Paweł II

    Zamach miał miejsce 13 maja 1981 r., w 64. rocznicę pierwszego objawienia się Matki Bożej w Fatimie. Historycy, eksperci od objawień fatimskich twierdzą, że nawet godzina i minuty były te same. 13 maja 2000 r. podczas beatyfikacji Hiacynty i Franciszka w Fatimie przez Jana Pawła II zostały ujawnione główne treści trzeciej części tajemnicy fatimskiej.

    “Według interpretacji Pastuszków – wyjaśniał kard. Sodano – ostatnio potwierdzonej przez siostrę Łucję, ubrany na biało biskup, który modli się za wszystkich wiernych, to Papież. Także on, z trudem podążając ku krzyżowi wśród martwych ciał męczenników (biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i licznych świeckich), pada, ugodzony kulami, jak martwy”.

    W czasie pobytu w klinice Gemelli Jan Paweł II poprosił biskupa Hnilicę, aby dostarczył mu wszystkie dokumenty związane z objawieniami w Fatimie. Papież dokładnie przestudiował całą dokumentację. Kiedy opuszczał szpital, powiedział biskupowi Hnilicy: “zrozumiałem, że jedynym sposobem ocalenia świata od wojny, od ateizmu, jest nawrócenie zgodnie z orędziem fatimskim.”

    Dopiero pięć miesięcy po zamachu, a dokładnie 15 sierpnia 1981 r. Papież spotkał się z wiernymi na placu św. Piotra. Powiedział wtedy: “Stałem się na nowo dłużnikiem Najświętszej Dziewicy i wszystkich świętych Patronów. Czyż mogę zapomnieć, że wydarzenie na placu św. Piotra miało miejsce w tym dniu i o tej godzinie, kiedy od sześćdziesięciu z górą lat wspomina się w portugalskiej Fatimie pierwsze pojawienie się Matki Chrystusa ubogim wiejskim dzieciom? Wszak we wszystkim, co mnie w tym właśnie dniu spotkało, odczułem ową niezwykłą macierzyńską troskę i opiekę, która okazała się mocniejsza od śmiercionośnej kuli”. Niezwykle interesującą interpretację nieudanego zamachu na życie Ojca Świętego usłyszeliśmy z ust samego Ali Agcy. Jan Paweł II odwiedził go w rzymskim więzieniu Rebibbia. Podczas rozmowy z Papieżem zamachowiec dziwił się, jak to się stało, że Ojciec Święty ocalał. Był pewny, że dobrze celował. Wiedział, że strzał był zabójczy, śmiertelny… a pomimo to nie zabił. Dlaczego? Uporczywie pytał się Papieża: “Co to jest, co wszyscy powtarzają: Fatima?”.

    Jan Paweł II tak wspominał: “Na Boże Narodzenie 1983 roku odwiedziłem zamachowca w więzieniu. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Ali Agca jest, jak wszyscy mówią, zawodowym zabójcą. Co znaczy, że zamach nie był jego inicjatywą, że ktoś inny to wymyślił, ktoś inny to zlecił. W ciągu całej rozmowy było jasne, że Alemu Agcy nie dawało spokoju pytanie: jak się to stało, że zamach się nie powiódł? Przecież robił wszystko, co należało, zadbał o najdrobniejszy szczegół swego planu. A jednak ofiara uniknęła śmierci. Jak to się mogło stać? I ciekawa rzecz… ten niepokój naprowadził go na problem religijny. “Pytał się, jak to właściwie jest z tą tajemnicą fatimską. Na czym ona polega? To był główny punkt jego zainteresowania, tego przede wszystkim chciał się dowiedzieć. Być może, że jego uporczywe pytania były znakiem, że zyskał świadomość tego, co rzeczywiście ważne. Ali Agca – jak mi się wydaje – zrozumiał, że ponad jego władzą, władzą strzelania i zabijania, jest jakaś potęga wyższa. Zaczął więc jej poszukiwać. Życzę mu, aby ją znalazł”. Zamach na Ojca Świętego miał miejsce dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie 13 maja 1917 r. Matka Boża apelowała wtedy do wszystkich ludzi: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby poprawiła się i czyniła pokutę za swoje grzechy”. Orędzie fatimskie jest jasne i jednoznaczne: aby uchronić ludzkość od samozagłady, konieczne jest nawrócenie, jej powrót do Boga. W pierwszą rocznicę zamachu 13 maja 1982 r. Papież pojechał z pielgrzymką do Fatimy, aby podziękować za cudowne ocalenie życia. Powiedział wtedy: “Daty te (13.05 1917 r. i 13.05.1981r.) spotkały się ze sobą w taki sposób, że musiałem odczuć, iż jestem tutaj przedziwnie wezwany. I oto dzisiaj przybywam. Przybywam po to, ażeby w tym miejscu podziękować Bożej Opatrzności… Jedna ręka wymierzała broń, a druga zmieniła kierunek kuli”. Ojciec Święty przypomniał wtedy, że przyjechał do Fatimy w tym celu, “by raz jeszcze w imieniu całego Kościoła wysłuchać orędzia, które 65 lat temu popłynęło z ust wspólnej Matki, zatroskanej o los swoich dzieci. Dziś to orędzie jest bardziej aktualne i naglące, niż kiedykolwiek. Jak bowiem nie patrzeć bez trwogi na falę sekularyzmu i permisywizmu, które jakże poważnie zagrażają podstawowym wartościom moralnych zasad chrześcijańskich?” W dramatycznych słowach Papież wyraził swój ból, “że wezwanie do pokuty, nawrócenia, modlitwy, nie spotkało się i nie spotyka z takim przyjęciem, jak powinno! O, Serce Niepokalane – wołał Ojciec Święty – pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które ciąży nad ludzkością i zamyka drogi ku przyszłości”. W Częstochowie 19 czerwca 1983 r. podczas Apelu Jasnogórskiego Jan Paweł II modlił się: “W dniu 13 maja minęło dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na placu św. Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia. Zeszłego roku 13 maja byłem w Fatimie, aby podziękować i zawierzać. Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze, pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny. Wielki Twój czciciel kardynał Hlond, prymas Polski, na łożu śmierci wypowiedział słowa: “Zwycięstwo – gdy przyjdzie przyjdzie przez Maryję”. Totus Tuus. I więcej już nie dodam”. W swojej książce “Przekroczyć próg nadziei” Jan Paweł II pisał: “A cóż powiedzieć o trojgu portugalskich dzieciach z Fatimy, które nagle, w przeddzień wybuchu rewolucji październikowej, usłyszały, że “Rosja się nawróci”, że “na końcu moje Serce zwycięży”?… Tego nie mogły one wymyślić. Nie znały na tyle historii i geografii, a jeszcze mniej orientowały się w ruchach społecznych i w rozwoju ideologii. A jednak to właśnie się stało, co zapowiedziały. Może również na to został wezwany z “dalekiego kraju” ten Papież, może na to był potrzebny zamach na placu św. Piotra właśnie 13 maja 1981 roku, ażeby to wszystko stało się bardziej przejrzyste i zrozumiałe, ażeby głos Boga mówiącego poprzez dzieje człowieka w “znakach czasu” mógł być łatwiej słyszany i łatwiej zrozumiany? Jest to ten Ojciec, który wciąż działa, i ten Syn, który również działa, i ten niewidzialny Duch Święty, który jest Miłością, a jako Miłość jest nieustannym działaniem stwórczym, zbawczym, uświęcającym i ożywiającym” (s. 108).

     W Fatimie Matka Boża prosiła, aby Ojciec Święty poświęcił Jej cały świat i Rosję. Swą prośbę ponowiła 13 czerwca 1929 r. objawiając się s. Łucji w Tuy: “Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka”. Jan Paweł II całym sercem pragnął spełnić to życzenie Matki Chrystusa. W tym celu, w łączności z wszystkimi biskupami, rozpoczął przygotowania do dokonania uroczystego aktu poświęcenia całego świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi w dniu 25 marca 1984 r. W ten pamiętny dzień na placu św. Piotra w Rzymie, Ojciec Święty, w obecności specjalnie przywiezionej na tę okoliczność figurki Matki Bożej Fatimskiej, dokonał aktu zawierzenia, jak o to prosiła Niepokalana. W tym samym dniu biskupi we wszystkich diecezjach na świecie mieli to samo uczynić w łączności ze swoimi kapłanami i wiernymi. Wszyscy intuicyjnie czuli, że to wydarzenie zmieni bieg historii świata. Jan Paweł II dokonał tego aktu zawierzenia Niepokalanej, aby przezwyciężyć moce zła, które zagrażają całej ludzkości: “Moc tego poświęcenia – mówił Ojciec Święty – trwa przez wszystkie czasy, ogarnia wszystkich ludzi, ludy i narody, przewyższa zaś wszelkie zło, jakie duch ciemności zdolny jest rozniecić w sercu człowieka i w jego dziejach: jakie też rozniecił w naszych czasach… Zawierzając Ci, o Matko, świat, wszystkich ludzi i wszystkie ludy (…) składam je w Twym macierzyńskim Sercu. O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości”. Po tym akcie oddania świata i Rosji Maryi, Matce Kościoła, Ojciec Święty wręczył biskupowi z Fatimy wyjątkowy dar, mówiąc: “To jest pocisk wyjęty z mojego ciała 13 maja 1981 roku. Drugi zagubił się gdzieś na placu św. Piotra. Nie należy on do mnie, ale do Tej, która czuwała nade mną i mnie ocaliła. Niech ksiądz biskup zawiezie go do Fatimy i złoży w sanktuarium na znak mojej wdzięczności dla Najświętszej Maryi Panny, jako świadectwo wielkich dzieł Bożych”. Pocisk ten został umieszczony w koronie figury Matki Boskiej Fatimskiej. Dzień oddania całego świata i Rosji Matce Najświętszej stał się przełomowym w historii ludzkości. W krótkim czasie nastąpił upadek ZSRR, pierwszego w historii ateistycznego imperium zła, które za wszelka cenę chciało zniszczyć chrześcijaństwo. Kiedy w Związku Radzieckim do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, zaczęły się zmiany zwane pierestrojką, które po kilku latach doprowadziły ostatecznie do upadku całego systemu komunistycznego. Związek Radziecki rozpadł się. Polska i inne kraje odzyskały niepodległość, a wierzącym zostało przywrócone prawo do praktykowania swojej religii. Jesteśmy świadkami wielkiego cudu Matki Bożej, cudu zapowiedzianego w Fatimie. Dalsze wydarzenia 1989 roku przyniosły tak w Związku Radzieckim, jak i w licznych państwach Europy Wschodniej upadek szerzącego się ateizmu reżimu komunistycznego. Jednak w innych częściach świata ataki na Kościół i chrześcijan oraz związane z tym cierpienia nie ustały. Nawet jeśli zamach z 13 maja 1981 r., o którym mówi trzecia część tajemnicy fatimskiej, należy do przeszłości, to wypowiedziane przez Matkę Bożą na początku dwudziestego wieku wezwanie do nawrócenia i pokuty dziś nadal zachowuje swoją aktualność. Maryja przekazując swoje orędzia, zdawała się ze szczególną przenikliwością odczytywać znaki czasu, znaki naszego czasu. Jej naglące wezwanie do pokuty nie jest niczym innym, jak tylko przejawem Jej macierzyńskiej troski o los ludzkiej rodziny, potrzebującej nawrócenia i przebaczenia.

    „To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące” 
    Jan Paweł II

    Dzień 13 maja jest szczególnie wpisany w życie i świętość Jana Pawła II. Rozpoczynając posługę pasterską, powiedział do Maryi: „Totus Tuus” – Cały Twój. U progu tej najtrudniejszej służby Kościołowi i całej ludzkości został wezwany przez Boga do powtórzenia tego zawierzenia przez wielkie cierpienie, wielkie zaufanie i świadectwo wiary. 
    13 maja 1981 r. godz. 17.19 – tę datę pamiętają wszyscy Polacy. Zamach na Jana Pawła II. Strzelał Ali Agca. Dwie kule dosięgnęły Jana Pawła II. Jedna ugodziła także polską emigrantkę mieszkającą w Rzymie. Urodziła się ona w Wadowicach tego samego dnia co Ojciec Święty. Na Placu św. Piotra rozległ się szloch ludzi. Polacy przywieźli na audiencję dar dla Jana Pawła II – obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, który ustawili na fotelu pośrodku swej pielgrzymki. Na odwrocie obrazu był napis: „Wspieraj, Maryjo, Ojca Świętego”. 
    Z relacji Andrzeja, brata moich przyjaciół, mieszkającego w Kanadzie, który wówczas był w Rzymie, wiem, że w ten pogodny dzień zerwał się nagle straszliwy wiatr i zrzucił obraz Matki Bożej Jasnogórskiej. Andrzej wspominał też, że w momencie strzałów usłyszał głośny śmiech. Był porażony. Wydawało mu się, że całe piekło święciło swój triumf. 
    Jak to się stało, że Papież żyje? – pytał Ali Agca, wiedząc, że strzelał celnie, a kule były śmiercionośne. Stan Jana Pawła II był krytyczny, znalazł się na progu śmierci. 
    W Polsce odezwały się dzwony kościołów wzywające do modlitwy i jakby na trwogę. Był to dla nas czas niezwykle dramatyczny. Umierał wielki Prymas Stefan Wyszyński. Wydawało się, że odchodzi także Ojciec Święty. Wydawało się, że wszystko odsuwa się w pustkę, w jakąś straszliwą przepaść. Poszliśmy ze studentami na nocną adorację do kaplicy, w której wiele razy odprawiał Msze św. Prymas Wyszyński. Odmawialiśmy Różaniec fatimski z rękami wzniesionymi do góry. Wszyscy płakali. Wzniesionymi, omdlałymi rękami i płaczem chcieliśmy „przebić” Niebo. Na pewno wielu Polaków i wielu wierzących na świecie tej nocy wołało do Boga o ratunek, o cud. Komunikaty mediów były bolesne. Niewielu z nas wiedziało, że to rocznica pierwszych objawień Matki Bożej w Fatimie (13 maja 1917 r. godz. 17.15). Tym doświadczeniem, w tym dniu, Matka Boża związała Polaków z Fatimą przez Jana Pawła II. 
    Papież nie miał wątpliwości, że swoje ocalenie zawdzięcza Pani z Fatimy. Po zamachu, będąc jeszcze w klinice Gemelli, Jan Paweł II poprosił, aby przyniesiono mu dokumenty związane z objawieniami w Fatimie, a przede wszystkim z trzecią tajemnicą fatimską. Nie ulega wątpliwości, że je znał. Chciał je zapewne nie tyle przeczytać, co przeżyć na nowo. (Były w języku portugalskim, bo był to język dzieci, którym objawiła się Maryja). Chciał zapewne potwierdzić swoją wiarę, że ocaliła go Maryja. 
    Po opuszczeniu kliniki oznajmił: „Zamach na moje życie był elementem pozaziemskiej walki”. W cztery dni po zamachu, w przemówieniu na „Anioł Pański” nagranym na taśmie, Jan Paweł II powiedział: „Zjednoczony z Chrystusem Kapłanem-Ofiarą, składam moje cierpienie w ofierze za Kościół i świat. Tobie, Maryjo, powtarzam: «Totus Tuus ego sum»”. 
    Ojciec Święty doświadczył nie tylko cierpienia, ale także nienawiści piekła. Przeżywał dwie agonie: pierwszą – spowodowaną zamachem, drugą – wirusem śmierci. Nie bał się śmierci, ale miał przekonanie, że zostanie ocalony, aby służyć. „Ta pewność nigdy mnie nie opuściła, nawet w najgorszych chwilach, czy to podczas pierwszej operacji, czy w czasie drugiej choroby wirusowej” – powiedział Jan Paweł II. Wiele razy powtarzał: „Czyjaś ręka strzelała, ale Inna Ręka prowadziła kulę”. 
    Jan Paweł II znał tajemnicę fatimską i chciał wypełnić polecenie Matki Bożej. 7 czerwca 1981 r. były rocznice dwu soborów: Konstantynopolitańskiego i Efeskiego. Na ten dzień zaprosił biskupów z całego świata i napisał list pasterski: „I dlatego, trwając na modlitwie wspólnie z Maryją, pełni ufności do Niej, będziemy powierzać Kościół, jego misję wśród wszystkich narodów w świecie dzisiejszym i jutrzejszym mocy Ducha Przenajświętszego”. Uroczystość ta nie odbyła się z powodu choroby Jana Pawła II. 
    O swoich doświadczeniach i związku z Fatimą Papież powiedział na audiencji generalnej 7 października 1981 r.: „Czyż mógłbym zapomnieć, że dokładnie w tym samym dniu i o tej samej porze, co owo wydarzenie na Placu św. Piotra, od przeszło 60 lat w Fatimie, w Portugalii, wspominane jest pierwsze objawienie Matki Bożej biednym wiejskim dzieciom!”. 
    Jan Paweł II przyleciał do Fatimy 12 maja 1982 r. W godzinie zamachu modlił się do Pani Fatimskiej. 13 maja podczas homilii powiedział: „Staję, odczytując z drżeniem serca wezwanie do pokuty, do nawrócenia – wezwanie żarliwe Serca Maryi, które rozbrzmiewało w Fatimie 65 lat temu. To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Nawet jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące. Następca Piotra staje tutaj jako świadek zagrożeń narodów ludzkości na miarę apokaliptyczną. Następca Piotra staje z tym większą wiarą w odkupienie świata. Jeśli więc ściska się serce odczuciem grzechu świata, także skalą zagrożeń, jakie w nim narasta – to samo ludzkie serce rozszerza się nadzieją: jeszcze raz uczynić to, co uczynili już moi Poprzednicy. Jeszcze raz oddać i zawierzyć świat Sercu Matki, zawierzyć zwłaszcza te ludy, które w szczególny sposób tego potrzebują”. S. Łucja stwierdziła potem, że nie było to jeszcze pełne i dokładne wypełnienie poleceń Maryi. Nie było kolegialne. 
    Kolejnego zawierzenia Jan Paweł II dokonał 25 marca 1984 r. w Rzymie na Placu św. Piotra przed figurą przywiezioną z Fatimy. Było to kolegialne oddanie ze wszystkimi biskupami świata. Jan Paweł II modlił się i dokonał aktu oddania: „O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogę ku przyszłości!”. 
    Ten akt oddania Maryi poruszył serca i umysły wielu ludzi. S. Łucja w wywiadzie dla katolickiego dziennika w Portugalii powiedziała, że było to oddanie według wskazań Matki Bożej i ustrzegło świat od wojny atomowej. Tę wiedzę otrzymała s. Łucja. My dowiemy się zapewne w Niebie. 
    Co jest najważniejsze w relacji Jana Pawła II? To, że starał się wierzyć i wypełniać wolę Boga objawioną przez Maryję w Fatimie. 
    To bezkompromisowe zawierzenie Jana Pawła II ma niejako dalszy ciąg. 13 maja 2005 r. Papież Benedykt XVI ogłasza otwarcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. 13 maja 2009 r. zostaje ogłoszona publicznie deklaracja teologów o heroiczności cnót Jana Pawła II. Jest to jakby najważniejsza część procesu beatyfikacyjnego. 
    Matka Boża, której mówił: „Totus Tuus” – Fatimska i Jasnogórska – ta sama Maryja prowadzi swoje dzieło przez jego zawierzenie. Teraz wybrała Polskę do wielkiej pracy i zawierzenia w Wielkiej Nowennie Fatimskiej.

    Staraniem Sekretariatu Fatimskiego zostały przygotowane materiały przydatne w odprawianiu Wielkiej Nowenny Fatimskiej, które można zamawiać pod adresem: Sekretariat Fatimski, ul. Krzeptówki 14, 34-500 Zakopane, tel. (0-18) 20 66 420 lub drogą internetową: sekretariat@smbf.pl. 
    Więcej informacji na stronie internetowej Sekretariatu: www.sekretariatfatimski.pl.

    mp/sekretariatfatimski.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pogromca diabła, orędownik Maryi - św. Jan Paweł II

    fot. Screenshot – Youtube, Wikipedia.org

    ***

    Pogromca diabła, orędownik Maryi – św. Jan Paweł II

    Powodów szczególnego zainteresowania Janem Pawłem II ze strony Złego jest kilka. Po pierwsze, Niewiasta z Protoewangelii i z Apokalipsy, z którą Papież związał się w sposób całkowity. Trwa odwieczna walka Szatana z Maryją i Jej potomstwem. Stąd każdy czciciel Matki Najświętszej poznaje smak przeciwności szatańskich – tego właśnie doświadczył Karol Wojtyła. Po drugie, Szatan atakuje przede wszystkim świętych, tych, którzy niweczą jego plany. A wiemy, że Jan Paweł II był wielkim świętym i że odebrał piekłu wiele dusz.

    Na działalność Papieża diabeł nie mógł patrzeć obojętnie. Po trzecie, szatańska strategia kierowana jest nade wszystko na pasterzy. Demony z rozmysłem atakują fundamenty Kościoła. To oczywiste: szary człowiek może się zbawić, może też pomóc w zbawieniu kilku ludziom. Większym zagrożeniem jest kapłan, zakonnik, jeszcze większym biskup. Największym pasterz, który prowadzi cały Kościół. On może ocalić przed piekłem miliony! Stąd dzieje papiestwa to historia walki z Szatanem. Nie inaczej było w „polskim” pontyfikacie.

    Papież w objawieniach

    Rzadko bywa, by ktoś z ludzi żyjących na ziemi stawał się tematem objawieniowych rozmów i wizji. Tymczasem Jan Paweł II był wielokrotnie wspominany przez Jezusa i Matkę Najświętszą w najróżniejszych objawieniach. Nie mamy tu na myśli wizji wątpliwych; mówimy o wiarygodnych dla katolików źródłach: o zatwierdzonych w 2003 roku objawieniach w Amsterdamie czy uznanych w 1987 roku objawieniach w wenezuelskiej Finca Betania.

    Dodajemy w tym miejscu głos ks. Stefano Gobbi z Włoch, popieranego przez wielu hierarchów, czy świadectwo amerykańskiej „Anny”, której zeszyty zawierające treści rozmów z Jezusem i Maryją mają wsparcie Kościoła. Mamy nawet Fatimę z jej trzecią częścią sekretu i „biskupem w bieli”, którym miał być Jan Paweł II. I wizję, jaką w godzinie śmierci miała siostra Łucja. W niej żyjący jeszcze Papież był mieszkańcem nieba…

    O czym mówią te objawienia? W Amsterdamie Zbawiciel kieruje do Jana Pawła II słowa: A ty, mój Najwyższy Pasterzu, jeszcze bardziej otworzę twe oczy i uszy. Będziesz Mistrzem budującym czasy obecne i następne pokolenie! W Finca Betania Maryja prosi o modlitwę za Papieża, który jest Jej umiłowanym synem i ma do spełnienia kluczową misję w świecie. Tam też 12 maja 1981 roku daje wizjonerce do zrozumienia, że nazajutrz Jan Paweł II stanie się ofiarą zamachu!

    Objawienia jednoznacznie podkreślają, że Papież Polak był pod szczególną opieką Maryi, ale zaznaczają też, że otrzymał wyjątkową misję, która potrzebowała wielkiej modlitwy Kościoła.

    W kręgu światła Maryi

    Skąd takie upodobanie Nieba? Znamy odpowiedź. Jan Paweł II był cały Maryi. „Totus Tuus” to najprostsza, a jednocześnie niezwykle heroiczna droga do świętości i apostolskiej skuteczności. Zaś dla Szatana to potężne zagrożenie, gdyż oto ktoś wiąże się z Maryją, jego znienawidzonym wrogiem. Siły ciemności były wobec Papieża bezsilne, bo trwając w nieustannym z Nią zjednoczeniu, zamieszkiwał w Jej świetle i był bezpieczny; tak jak pastuszkowie fatimscy znajdowali się w świetle bijącym od objawiającej się im Matki Bożej. W ten krąg Szatan nie ma dostępu. Potworność jego królestwa mogła się ujawnić dopiero tam, gdzie kończyło się to światło, jak w objawieniu z lipca 1917 roku, kiedy piekło ukazało się w miejscu, gdzie kończył się krąg niebieskiego światła otaczający postać Matki Bożej.

    To niezwykle rzadka łaska, zarezerwowana dla tych, którzy zostali ukształtowani przez Matkę Boga na największych świętych: Najwyższy – pisał św. Ludwik w „Traktacie o prawdziwym nabożeństwie” – wraz z Matką swoją muszą stworzyć sobie wielkich świętych, którzy świętością przewyższą innych świętych, jak cedry Libanu przewyższają karłowate krzewy (…). Kształtowanie i wychowywanie wielkich świętych (…) Jej są zastrzeżone. A według objawień są to słowa o Janie Pawle II, który jest pierwszym z nowego pokolenia mającego zwyciężyć pokolenie szatańskie.

    Bezradność Szatana

    W licznych świadectwach egzorcystów obecny jest lęk Szatana przed Janem Pawłem II. Rzymski egzorcysta Gabriel Amorth opowiada: Wiele razy pytałem demona, dlaczego tak boi się Jana Pawła II i otrzymywałem dwie odpowiedzi, obie interesujące. Pierwsza, „ponieważ on pokrzyżował moje plany”. Myślę – dodaje Amorth – że demon miał na myśli upadek komunizmu w Rosji i w Europie Wschodniej. Warto przypomnieć wizję Leona XIII, który w 1884 roku usłyszał, iż Szatan otrzymuje na sto lat szczególną władzę w świecie. Miała się ona skończyć w roku 1984. A jest to rok poświęcenia przez Jana Pawła II świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi, zgodnie z żądaniem Matki Bożej w Fatimie!

    To z tą datą rozpoczął się proces dekonstrukcji komunizmu i – jak powiedziała Siostra Łucja – początek zapowiedzianego w Fatimie triumfu Niepokalanego Serca. Jan Paweł II pokrzyżował wielkie plany piekła… Wielu ludzi odciągnął z drogi tam prowadzącej, zbudowanej przez Szatana w czasie jego stuletniego „panowania” w świecie. Według diabelskich planów u schyłku XX wieku nowe pokolenie miało już nie znać Boga. Tymczasem demon, o którym opowiada Amorth, wyznaje, iż Jan Paweł II wyrwał tak wielu młodych ludzi z mych rąk. Młodzież nawracała się przez spotkanie z nadprzyrodzonością, która była w Ojcu Świętym.

    Czy Szatan atakował Jana Pawła II?

    Wiemy, że diabeł nie ujawnia się temu, kto nie jest dla niego definitywnie stracony. Manifestuje swe istnienie tylko przed tymi, nad którymi nie ma już władzy. Gdy wie, że czyjaś dusza należy już do Boga, wyładowuje swą wściekłość w sposób nawet fizyczny, ujawniając swoją obecność pod postacią materialną. Poznali to św. Antoni Pustelnik, św. Benedykt, św. Gemma Galgani, św. Jan Vianney, św. Ojciec Pio. Czy Jan Paweł II był fizycznie atakowany przez złego ducha? Nie znamy na to pytanie odpowiedzi, ale brak tego typu świadectw sugeruje, że Papież był niedostępny dla bezpośrednich ataków. Tym bardziej że chroniła go opieka Maryi – podobna do tej, jakiej doznawała siostra Łucja, która do końca życia zapewniała, że zgodnie z obietnicą Maryi, Jej Niepokalane Serce było dla niej pewnym schronieniem i pomocą. Papież był jednak przedmiotem szatańskich intryg, z których największa to zamach w 1981 roku (a także próby innych zamachów). Szatan nie przewidział tylko, że Jan Paweł II wykorzysta jego pośrednie działania do pomnożenia chwały Bożej i że ofiaruje swój krzyż dla ratowania świata spod jego wpływów!

    Miał sposobność ofiarować coś jeszcze. Niektórzy krytycy wielokrotnie ogłaszali, że Jan Paweł II jest papieżem Szatana, że jest mu całkowicie posłuszny i realizuje jego plany. Najwięcej tego typu głosów pojawiło się w związku z modlitwą o pokój w Asyżu, kiedy Ojciec Święty spotkał się z przedstawicielami kilkudziesięciu innych religii.

    Teologia czy doświadczenie

    Jan Paweł II wielokrotnie wypowiadał się na temat istnienia i działania Szatana. Uczył, że słowa apostoła Jana – „cały świat leży w mocy Złego” (1 J 5, 19) – mówią również o obecności szatana w historii ludzkości, o obecności, która staje się jeszcze bardziej dotkliwa, gdy człowiek i społeczeństwo odchodzi od Boga. Przestrzegał, że diabeł jest aniołem, a zatem czystym duchem stworzonym przez Boga jako dobry,który wypaczył się, bo zbuntował się przeciwko Bogu. Posiada on wszystkie cechy właściwe czystemu duchowi, jak bardzo dużą inteligencję, wiele większą niż nasza. Czy są to słowa Papieża jako teologa, czy może także owoc jego osobistego doświadczenia? Niech za odpowiedź wystarczy przypomnienie, że Jan Paweł II jest jednym z niewielu papieży w czasach nowożytnych, który odprawiał egzorcyzmy. Świadkowie mówią o trzech takich przypadkach wypędzania złego ducha przez Najwyższego Pasterza. Pierwszy z nich miał miejsce w 1982 roku, a ostatni w roku 2000. Czy diabeł boi się Jana Pawła II? Bał się Papieża za jego życia, ale boi się go także po śmierci. Dokumentacja kanonizacyjna wystarczająco jasno kreśli bowiem przed nami obraz świętego, który nadal pracuje dla naszego zbawienia

    Wincenty Łaszewski

    (artykuł z Miesięcznika Egzorcystanr 20/2014)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    comshalom

    fot. Arturo Mari

    ***

    Demon w Watykanie.

    Św. Jan Paweł II jako egzorcysta

    Św. Jan Paweł II nieraz stawał twarzą w twarz z demonem, zdarzało mu się też poddawać egzorcyzmom przybyłych do Watykanu wiernych. Za czasów swojego pontyfikatu wspierał egzorcystów, których posługa była wcześniej postrzegana jako relikt średniowiecza i z tej racji często lekceważona. Fabio Msrchese Ragona, włoski dziennikarz w swojej najnowszej książce „Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu do Medjugorje” odnalazł jedną z najbliższych Karolowi Wojtyle osób, aby przekonać się, w co warto wierzyć, a co lepiej włożyć między bajki. Przeczytaj fragment książki.

    Na przestrzeni lat opowiadano o odprawianych przez polskiego papieża rytuałach najróżniejsze historie. Oficjalnie możemy przeczytać przynajmniej o trzech odprawionych przez ojca świętego egzorcyzmach, jeden odbył się w 1982, drugi w 1984, a trzeci w 2000 roku. Nie można jednak wykluczyć, że takich epizodów, skrzętnie ukrywanych przed oczami świata, było więcej.

    24 maja 1987 roku, przemawiając do wiernych w sanktuarium św. Michała Archanioła w Monte Sant’Angelo nieopodal Foggii, Jan Paweł II powiedział: „Ta walka z demonem, tak często kojarzona z postacią archanioła Michała, nadal jest aktualna, ponieważ demon wciąż żyje i działa na tym świecie. W istocie zło, które w nim jest, panujący w społeczeństwie nieład, niekonsekwencja człowieka i wewnętrzny rozłam, którego tenże człowiek staje się ofiarą, są nie tylko efektem grzechu pierworodnego, lecz także skutkiem nieustających i ukrytych poczynań szatana, owego zagrażającego naszej moralnej równowadze burzyciela, którego św. Paweł nie waha się nazywać «bogiem tego świata»”.

    Świadectwo

    Spotykam się w Rzymie z człowiekiem, który przez dwadzieścia siedem lat żył u boku Jana Pawła II, podążając za nim jak cień i robiąc miliony fotografii. To Arturo Mari, oficjalny fotograf papieża – urodzony w 1940 roku, dystyngowany, zawsze elegancki w swoich ciemnych garniturach. Mówi z charakterystycznym dla regionu Lacjum akcentem. – Miewałem lepsze dni – wyjaśnia z porozumiewawczym śmiechem, zanim rozmowa schodzi na temat egzorcyzmów. – Opowiem jedynie to, co widziałem na własne oczy, pomijając rzeczy, które znam z opowieści – dodaje, a ja mogę tylko zaakceptować tę jakże uprzejmą i szczerą propozycję. Zaczynamy od „najnowszego” egzorcyzmu. Karol Wojtyła odprawił go przed dwudziestu laty, we wrześniu 2000 roku, na dziewczynie o imieniu Sabrina. Arturo, który był świadkiem tej sceny, poprawia krawat, robi głęboki wdech i sięga pamięcią do tamtych szczególnych chwil. Kiedy audiencja generalna na placu św. Piotra dobiegła końca, ks. Stanisław (Dziwisz, będący wówczas osobistym sekretarzem Jana Pawła ii) podszedł do papieża, aby uprzedzić go, że jedna z obecnych tam młodych kobiet najprawdopodobniej jest opętana. Ojciec święty pobłogosławił wiernych z papamobile, po czym skierował się ku sektorowi, w którym przebywała dziewczyna, i polecił kierowcy się zatrzymać. Było to przy Bramie Dzwonów, w dość ustronnym miejscu. Dziewczyna była drobna, mogła ważyć trzydzieści pięć–czterdzieści kilogramów.

    Obok stało czterech papieskich tragarzy, a także dwóch watykańskich żandarmów. Wszyscy byli słusznej postury, można by rzec: prawdziwe osiłki! A jednak nie potrafili zapanować nad dziewczyną. Ojciec święty wysiadł z jeepa, przeżegnał się i zaczął się niespiesznie posuwać w stronę opętanej, odmawiając półgłosem łacińskie modlitwy. Im był bliżej, tym gwałtowniej dziewczyna złorzeczyła. Ciskała przekleństwa gardłowym głosem, który brzmiał jak głos mężczyzny. Wołała: „kuternoga!”, „przeklęty!”, „idź sobie!”, „dziad!”. Papież nie przestawał się modlić, a ona miotała się, tocząc z ust żółtą pianę. Nagle rozległ się krzyk demona: „Wiesz, że nie dam ci rady!”. Trwało to cztery, może pięć minut, które jednak wydawały się wiecznością. W dziewczynę jakby wstąpiły niespożyte siły. Szarpała się i wyrywała żandarmom. Gdy Jan Paweł II dokończył modlitwę i podszedł jeszcze bliżej, diabeł ponownie się rozjuszył: „Nie dotykaj mnie! Odejdź, przeklęty!”. Wtedy papież musnął czoło dziewczyny i udzieli jej błogosławieństwa. Powietrze rozdarł przerażający krzyk. Opętana osunęła się na ziemię i przez chwilę wyglądała, biedaczka, jak nieżywa. Potem z rozpromienioną twarzą wyciągnęła ręce, a ojciec święty uścisnął je i ją pogładził. Gdy doszła już do siebie, poszliśmy dalej.

    Królestwo zła istnieje

    W marcu 1981 roku, odprawiając w Bazylice św. Piotra przedświąteczną mszę dla studentów, Karol Wojtyła przypominał młodzieży: Chrystus potwierdza istnienie złego ducha i jego królestwa, w którym panują ściśle określone zasady. Zasady te wymagają nadzwyczaj logicznych działań, ponieważ to właśnie dzięki logice „królestwo zła” nie tylko istnieje, lecz także rozwija się w ludziach, ku którym się kieruje. Szatan nie może działać wbrew własnym zasadom, zły duch nie może przepędzić złego ducha. Tak mówi Chrystus. I pozostawiając wysnucie ostatecznych wniosków słuchaczom, dodaje: „A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże” ( Łk 11, 20).

    Arturo Mari nadal pamięta te słowa. I determinację, z jaką polski papież od pierwszych chwil po wyborze na biskupa Rzymu toczył boje z demonem. Papieski fotograf przypomina sobie również inny niewielki, ale jakże znaczący epizod z pierwszych lat pontyfikatu Jana Pawła II: otóż pewnego dnia, gdy Wojtyła odprawiał w Pałacu Apostolskim nabożeństwo różańcowe, demon zaznaczył swoją obecność.

    Zgromadziliśmy się w Auli Błogosławieństw. To było w czasie, gdy ojciec święty nie miał jeszcze nadmiaru obowiązków i w każdą sobotę wieczorem odmawiał różaniec z wiernymi, którzy przybywali do Pałacu Apostolskiego na modlitwę. Kiedy robiłem zdjęcia, wydarzyło się coś, co z miejsca przykuło moją uwagę. Zauważyłem dziewczynę, stała przy barierkach, które oddzielały wiernych od papieża. W pewnym momencie, gdy wszyscy recytowali różaniec, uklękła na posadzce i zaczęła powtarzać dziwnym głosem: „Zabierz mnie stąd, zabierz mnie stąd”. Papież modlił się żarliwie, młoda kobieta prawdopodobnie umknęła jego uwadze. Kiedy ponownie odwróciłem się w jej stronę, pełzła w kierunku wyjścia. Po chwili już jej nie było. Ten jakże osobliwy, jedyny w swoim rodzaju epizod wywarł na Arturze tak wielkie wrażenie, że chociaż minęło już niemal czterdzieści lat, fotograf nadal go pamięta. W jego wspomnieniach żyje również przemowa, którą Jan Paweł II wygłosił bez przygotowania we wrześniu 1988 roku, zwracając się po wspólnym obiedzie do osiemnastu biskupów oraz grupki salezjanów, którzy przyjęli go w stolicy Piemontu. „Turyn – powiedział wówczas Wojtyła – był dla mnie zagadką. Dzieje zbawienia uczą nas jednak, że tam, gdzie są święci, pojawia się również ktoś inny. Ktoś, kto przedstawia się cudzymi imionami, zamiast podać własne. Nazywa się go księciem tego świata, demonem. Któraż partia, któraż ideologia nie chciałaby być księciem tego świata?”. Te ostre jak nóż słowa wywarły na zgromadzonych wielkie wrażenie, a zarazem dowiodły, że ochrona wiernych przed niecnymi poczynaniami diabła bezustannie zaprzątała myśli Wojtyły.

    fragment pochodzi z książki „Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu po Medjugorje”, Wydawnictwo Esprit.

    Fabio Msrchese Ragona/„Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu do Medjugorje”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego św. Jan Paweł II całował ziemię? Złe duchy nie mogły tego znieść!

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    Dlaczego św. Jan Paweł II całował ziemię?

    Złe duchy nie mogły tego znieść!

    Ksiądz Marian Rajchel, egzorcysta z diecezji przemyskiej, opowiadał, że podczas jednego z egzorcyzmów demon wrzasnął: Ten Wasz PAPIEŻ!!! On tym pocałunkiem więcej nam szkody czyni niż WY WASZYMI egzorcyzmami! Jeden taki pocałunek gorszy niż 1500 egzorcyzmów. Dla nas to był tylko piękny gest – mówił ks. Marian. – Nie… to była miłość do tej ziemi i zły duch to dobrze odczytał.

    Chodziło o pocałunek, który Jan Paweł II składał na ziemi za każdym razem, gdy przybywał do jakiegoś kraju. Tego pocałunku nauczył się od św. Jana Marii Vianneya, proboszcza z Ars, który czynił to samo, przekraczając granicę parafii, do której został posłany. Innym razem, jak mówił egzorcysta, Zły nie wytrzymał: Najgorszy był dzień jego urodzenia… powtórnego, dla nieba. Na jego wezwanie ja pierzchnąć muszę.

    Francesca z Umbrii

    Bywało i tak, że Jan Paweł II sam sprawował egzorcyzmy. Jedna z takich sytuacji wydarzyła się w Watykanie w pierwszych latach pontyfikatu. Biskup Ottorino Pietro Alberti ze Spoleto wziął pod ramię kobietę i wspólnie z jej proboszczem, księdzem Baldino, wprowadził ją do pokoju. Francesca, 22-letnia mieszkanka Umbrii, stawiała opór. To był wyjątkowo trudny przypadek. Ani Alberti, ani nikt inny w jego diecezji nie mógł sobie dać z tym rady. Już kiedyś w Spoleto miała miejsce podobna sytuacja. W 1951 roku miejscowy egzorcysta, ksiądz Corrado Balducci, nie potrafił wypędzić złego ducha z pewnej starszej kobiety. Zawiózł ją do ówczesnego papieża Piusa XII, który uwolnił nieszczęśliwą. Czy papież z Polski pomoże Francesce?

    Jan Paweł II wszedł do pokoju. Kobieta natychmiast rzuciła się na ziemię i zaczęła wrzeszczeć. Tarzała się po podłodze i krzyczała, krzyczała tak głośno, że słychać to było w pobliskich pomieszczeniach. Papież otworzył rytuał egzorcyzmów i zaczął się modlić. Minuta, dwie, trzy. Wrzask nie ustawał. Francesca przewracała się z boku na bok, kręciła się, wydawało się, że za chwilę oczy wyskoczą jej z orbit.

    – Jutro odprawię za ciebie Mszę – powiedział Jan Paweł II. Kobieta znieruchomiała. Usiadła na podłodze i spojrzała na Ojca Świętego. Miała zupełnie inny wzrok niż przed chwilą. Jej oczy patrzyły rozumnie, była w nich jakaś pogoda i spokój. Wstała.

    – Co się stało? – zapytała.

    – Francesca, wróciłaś, odzyskaliśmy cię! – proboszcz Baldino był zachwycony. – Modlitwy Ojca Świętego uwolniły cię od demona. Jan Paweł II przyglądał się jej uważnie. – Pierwszy raz widzę coś podobnego, to prawdziwa scena biblijna – powiedział. Uścisnął Francescę, pobłogosławił ją i wyszedł.

    Zły duch to nie symbol

    Jezus wielokrotnie uwalniał ludzi od złych duchów. Miał nad nimi władzę, którą one rozpoznawały i poddawały się jej. Tak było w tamtych, odległych czasach. Ale teraz, w XXI wieku? Nawet wśród ludzi Kościoła nierzadki był pogląd, że ewangeliczne opisy egzorcyzmów to pełne wschodniej przesady symboliczne opowieści. Niechętnie tłumaczono zło działaniem niewidzialnych mocy. Przyjaciel Jana Pawła II, francuski pisarz André Frossard, podjął nawet polemikę z tymi poglądami, publikując książkę „36 dowodów na istnienie diabła”.

    Papież nie potrzebował tych dowodów. Wystarczyło zobaczyć Auschwitz, posłuchać opowieści więźniów obozów koncentracyjnych, pomyśleć o Katyniu. Diabolos, ten który przeciwstawia sobie ludzi, rozbija jedność, posługuje się kłamstwem, wprowadza zamęt w ludzkie dusze – tego dnia był tak blisko niego. Ale uciekł. Wystarczyło jedno zdanie: Jutro odprawię za ciebie Mszę.

    Paweł Zuchniewicz

    Artykuł ukazał się w numerze 20 (kwiecień 2014) Miesięcznika Egzorcysta.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czasy ostateczne. Dlaczego diabeł zostanie spuszczony z łańcucha?

    fot. via Wikimedia Commons, domena publiczna, Luca Signorelli

    ***

    Czasy ostateczne. Dlaczego diabeł zostanie spuszczony z łańcucha?

    Tak skrajny pesymizm, wręcz nihilizm, doprawdy zbija z tropu. Przywodzi na myśl zdumienie Jana, gdy ten ujrzał Nierządnicę czerpiącą sadystyczną przyjemność z zagłady sprawiedliwych. Wobec nieszczęść, które mają spaść na lud Izraela, prorok Habakuk zadawał Bogu pytanie:

    „Dlaczego każesz mi patrzeć na nieprawość, dlaczego muszę przyglądać się uciskowi?”[213].

    Po czym, widząc, że Bóg dopuszcza, by Jego lud cierpiał pod jarzmem pogan, pytał:

    „Czy nie od wieków istniejesz, o Jahwe, Boże mój, Święty, Nieśmiertelny? Powołałeś go, o Jahwe, by dokonał sądu, Opoko moja, wyznaczyłeś go do wymierzenia kary. Tak czyste są Twoje oczy, że nie możesz patrzeć na zło, nie możesz znieść widoku udręki. Dlaczegóż więc przyglądasz się niewiernym i milczysz, gdy bezbożny gubi sprawiedliwego? Sprawiłeś, że [może postępować] z ludźmi jak z rybami morskimi, jak z robactwem bezpańskim”[214].

    Wówczas Pan odpowiedział:

    „Zapisz to widzenie, na tabliczkach je wyryj, tak by każdy mógł je łatwo przeczytać. Widzenie to bowiem odnosi się do chwili, która dopiero nadejdzie, mówi o końcu i nie zawiedzie; jeżeli zaś nie ziści się rychło, czekaj cierpliwie na jego spełnienie; nastąpi ono niezawodnie i nie opóźni się. Oto pyszny nie utrzyma się przy życiu, a sprawiedliwy dzięki swej wierności będzie żył”[215].

    Nie jest łatwo zrozumieć powód, dla którego Bóg dopuszcza istnienie zła. Możemy jedynie wierzyć, że jest w tym pewna logika i czekać do czasu, aż wszystko się wyjaśni. Skoro Bóg dopuszcza istnienie zła i pozwala mu doświadczać wszystkich swoich możliwości, musi w tym być immanentna sprawiedliwość, jak to w swym Komentarzu do Księgo Hioba napisał święty Grzegorz Wielki:

    „Należy zaś wiedzieć, że wola szatana zawsze jest niegodziwa, ale jego moc nie jest nigdy bezprawna; sam decyduje o swojej woli, lecz moc posiada od Pana. Jeśli sam chce coś niegodziwie uczynić, Bóg pozwala, aby się tak stało, tylko wówczas, gdy to sprawiedliwe”[216].

    Patrząc z perspektywy Boga, musimy uznać, że, wbrew pozorom, wszystko jest pod kontrolą. Gdyby szatan dysponował nieograniczoną swobodą działania, zniszczyłby świat w bardzo krótkim czasie. Zatem siła jego destrukcyjnych działań jest zawsze powściągana, wedle kryteriów sprawiedliwości, wolności i miłosierdzia.

    Pierwszą przeszkodę postawił jej sam Jezus, kiedy — zakładając Kościół — zwrócił się do Piotra słowami:

    „Ty jesteś opoką i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne nie zwyciężą go”[217].

    Tradycja katolicka postrzegała tę obietnicę jako gwarancję Bożej ochrony przed najgorszym nawet zagrożeniem. Wierzyła, że Kościół nie da się zepchnąć z prawidłowego kursu, że nie pozwoli, by zniszczyli go zdrajcy, działający od wewnątrz, gotowi zamachnąć się na sukcesję Piotrową. Jak pięknie to ujął Hans Urs von Balthasar:

    „Sama już świadomość tego, że gdzieś w historii jest taki żywy, napominający, prowadzący i niby oścień pobudzający czynnik — nawet jeżeli nie przechodzi do konkretnych działań — nigdy nie daje nam całkowitego spokoju. Z drugiej strony, kiedy się z nim świadomie liczymy, budzi w nas uskrzydlającą świadomość, że nie zeszliśmy zupełnie z drogi i nie jesteśmy samotnymi i zdanymi na siebie samych poszukiwaczami, ponoszącymi całe ryzyko i wszystkie koszty”[218]. Jednak, niejako dla równowagi, ów żywy punkt [Kościół i urząd Piotra] stanie się „punktem prowokującym najbardziej mroczne moce w dziejach świata. Aczkolwiek „w huczącym przyborze pokus […] jest to wystający jeszcze z topieli wierzchołek — darowany Kościołowi akt Boży, ratujący go przed zatonięciem”[219].

    Nie mają racji ci, którzy zarzucają papieżom ludzką słabość. Nawet jeśli w niektórych momentach papiestwo zdawało się przywdziewać ohydną maskę Antychrysta, wykroczenia moralne najgorszych nawet papieży nie doprowadziły do zasadniczych odstępstw doktrynalnych[220]. Zresztą, jak uczy historia, wszystkie wspólnoty chrześcijańskie, które nie podlegają zwierzchności Rzymu, o wiele łatwiej zostają wchłonięte przez ruchy nacjonalistyczne lub ulegają niemożliwym do pokonania podziałom. W roku 1870 papiestwo utraciło Państwo Kościelne i chcąc nie chcąc, przekroczyło nieodwracalny próg. Była to prawdopodobnie strata opatrznościowa, która przyniosła papiestwu możliwość niezwykłego oddziaływania duchowego. Kościół wydaje się być gotowy do ostatniego boju.

    Drugą przeszkodą, która nie pozwoli, by zło zawładnęło światem, będzie obecność świętych — tych, którzy bez względu na wszystko pozostaną wierni. Oni udowodnią, że kłamstwo i nienawiść, pleniące się w świecie za sprawą piekielnych sztuczek, pozostają absolutnie bezsilne, wobec tajemnicy Chrystusa. W Księdze Apokalipsy ową siłę świętych symbolizują dwaj prorocy Pana, o których jest mowa w rozdziale 11.:

    „Dwom moim Świadkom dam władzę, a będą prorokować obleczeni w wory przez tysiąc dwieście sześćdziesiąt dni. Oni są dwoma drzewami oliwnymi i dwoma świecznikami, co stoją przed Panem ziemi. A jeśli kto chce ich skrzywdzić, ogień wychodzi z ich ust i pożera wrogów. A jeśli ktokolwiek zechciałby ich skrzywdzić, w ten sposób musi być zabity. Mają oni władzę zamknąć niebo, aby nie padał deszcz za dni ich prorokowania, i mają władzę nad wodami: (mogą) przemienić je w krew i (mogą) porazić ziemię wszelkimi plagami, ilekroć zechcą. A gdy dopełnią swojego świadectwa, Bestia, która wychodzi z Przepaści, stoczy z nimi walkę, zwycięży ich i zabije. A zwłoki ich (leżeć będą) na placu wielkiego miasta, które przenośnie zwie się Sodoma i Egipt, gdzie także ukrzyżowano ich Pana. I (wielu) spośród ludów, szczepów i różnojęzycznych narodów przez trzy i pół dnia patrzy na ich zwłoki, i nie zezwala ich złożyć do grobu. Mieszkańcy ziemi cieszą się i radują z ich powodu. I będą sobie nawzajem posyłali dary, bo ci dwaj prorocy mieszkańcom ziemi zadali katusze. A po trzech i pół dniach wstąpił do nich duch życia od Boga i stanęli na nogi. A wielki strach padł na tych, którzy na nich patrzyli. Oni zaś usłyszeli donośny głos z nieba mówiący do nich: «Wstąpcie tutaj!» I wstąpili do nieba w obłoku, a ich wrogowie (tak) ich zobaczyli. W owej godzinie nastąpiło wielkie trzęsienie ziemi i runęła dziesiąta część miasta, a od tego trzęsienia ziemi zginęło siedem tysięcy osób. A pozostałych ogarnęło przerażenie i oddali chwałę Bogu nieba”[221].

    Najstarsza i najbardziej obiegowa interpretacja każe rozpoznać w owych dwóch świadkach proroków Henocha i Eliasza, o których jako jedynych Stary Testament mówi, że nie umarli, lecz zostali zabrani przez Pana… Właśnie dlatego niektórzy uważali, że Jezus jest Eliaszem. Jednak sam Jezus odrzucił tę hipotezę, utożsamiając z prorokiem z Góry Karmel Jana Chrzciciela, w sensie symbolicznym — jednakże nie odwołując się do idei reinkarnacji! Zatem wolę powiedzieć — jak czyni to część egzegetów — że dwaj prorocy symbolizują całą wspólnotę sprawiedliwych i jej dwie gałęzie: żydowską i chrześcijańską. Choć może też chodzić o dwóch apostołów czasów ostatecznych — takich, jakimi byli święci Piotr i Paweł. Tak czy inaczej, prześladowany Kościół przejdzie przez śmierć i zmartwychwstanie w walce, którą będzie musiał toczyć z bestią w czasie jej panowania na ziemi, to znaczy „przez trzy i pół roku”.

    Trzecią przeszkodą stojąca na drodze szatana jest przeszkoda czasu. W tej kwestii, kilka liczb rzuca wyzwanie przenikliwości egzegetów: tysiąc; trzy i pół; sześćset sześćdziesiąt sześć.

    Apokalipsa powiada, że szatan zostanie wrzucony do czeluści na tysiąc lat, „by już nie zwodzić narodów”. W tym miejscu powraca trudna kwestia millenaryzmu. Idąc za myślą świętego Augustyna i nauką Magisterium Kościoła, byłbym skłonnym uznać, że najbardziej prawidłowa interpretacja wiąże się z dosłownym potraktowaniem określenia „narody”. Wiedząc, że czas historyczny jest czasem przemieszania dobra i złą, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że uwięzienie szatana ma jedynie charakter względny. Oznacza to, że wciąż może zwodzić ludzi, na tysiące sposobów, choć jednocześnie przez tysiąc lat (liczba symboliczna) nie może przejąć władzy nad narodami. Ale znów — nie oznacza to, że nie wywiera żadnego wpływu na głowy Państw czy rządy! Zbyt wiele przykładów wykazuje coś zgoła odmiennego. Niemniej, wielki plan zdobycia władzy nad światem jest póki co uniemożliwiony aż do chwili, gdy na krótki czas szatan zostanie uwolniony. Określenie „a potem ma być na krótki czas uwolniony” może oznaczać koniec czasów i nawrócenie żydów. Jeśli chodzi o tysiącletnie panowanie Chrystusa i świętych, można by się tu zgodzić z hipotezą Hansa Ursa von Balthasara, że owymi świętymi i błogosławionymi są ci, którzy powstali z grobów w chwili śmierci Jezusa, by wraz z Nim wstąpić do nieba[222]. W takim razie Maria byłaby pierwszą, lecz nie jedyną, której ciało zostało wskrzeszone[223].

    Okres władania zła w czasach ostatecznych miałby wynosić trzy i pół roku — połowa siódemki! Taką właśnie liczbę podaje Księga Daniela[224]. Później, owe trzy i pół roku, czterdzieści dwa miesiące lub tysiąc dwieście sześćdziesiąt dni oznaczać będą czas eschatologicznej próby[225]. Liczb tych nie należy pojmować dosłownie, gdyż mają jedynie wymiar symboliczny. Tak jak liczba 7 symbolizuje pełnię czasów, tak jej połowa oznacza czas „złamany”, niepełny, niedokończony.

    To samo dotyczy liczby 666. Na temat tej osławionej liczby wysnuto wiele hipotez, przy czym żadna nie spotkała się z jednomyślnym uznaniem specjalistów. Klucz do interpretacji zaginął[226]. Choć — nie do końca, jeśli przyjmiemy najbardziej oczywiste znaczenie. 666 oznaczałoby wówczas pseudo-trójcę, niezdolną do urzeczywistnienia swoich planów w obliczu Boga, który jako jedyny jest Panem historii. Trynitarne spełnienie historii byłoby więc wyrażone liczbą 777 lub 888 — jeśli by się skłonić ku wieczności. Szach i mat diabelskiemu oszustwu mówi liczba 666.

    [213] Ha 1,3.

    [214] Ha 1,12-14.

    [215] Ha 2,2-4.

    [216] Św. Grzegorz Wielki, Moralia, Komentarz do Księgo Hioba, tom 1, Ks. II, X, 17, przekład Teresa Fabiszak, Anna Strzelecka, Rafał Wójcik, Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2006.

    [217] Mt 16,18.

    [218] Hans Urs von Balthasar, Antyrzymski resentyment, przełożył Wiesław Szymona OP, W Drodze, Poznań 2004, s. 29.

    [219] Ibidem.

    [220] Nie możemy więc dać wiary niektórym widzeniom Vassuli Ryden (prawosławnej Greczynki). Kongregacja Nauki Wiary przestrzega przed błędami zawartymi w jej pismach: „Rzekome objawienia obwieszczają, że wkrótce w Kościele zapanuje Antychryst. W duchu millenarystycznym zapowiadają decydującą i chwalebną interwencję Boga, który ma jakoby ustanowić na ziemi, jeszcze przed ostatecznym przyjściem Chrystusa, erę pokoju i powszechnego dobrobytu”. Informacja na temat pism i działalności pani Vassuli Ryden. Molti Vescovi, AAS 88 (1996), w: W trosce o pełnię wiary, Dokumenty Kongregacji Nauki Wiary 1995-2000, red. ks. Janusz Królikowski, ks. Zygmunt Zimowski, Biblos, Tarnów 2002, s. 11. Z tą samą krytyką spotyka się przepowiednia z La Salette, mówiąca o tym, że „Rzym straci wiarę i stanie się siedzibą antychrysta” — o ile nie odnosi się do mieszkańców Rzymu, a nie do centralnej władzy Kościoła.

    [221] Ap 11,3-13.

    [222] Mt 27,52-53.

    [223] Artykuł „Les jugements de Dieu dans l’Apocalypse”, w: Communio, X, styczeń-luty 1985, s. 15.

    [224] Dn 12,7: prześladowania Antiocha IV.

    [225] Ap 11,3; 12,6-14; 13,5.

    [226] Wspomnijmy jednak, że dla judeochrześcijan w czasach świętego Jana, liczba 666 mogła oznaczać cesarza Nerona, ponieważ wartość numeryczna jego imienia, obliczona według alfabetu babilońskiego, po aramejsku rzeczywiście oznacza 666.

    Jean-Marc Bot – „Koniec świata. Duch czasów ostatecznych” (fragment książki, wydanej przez Wydawnictwo Święty Wojciech, 2012 r.)

    dam/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Robert Skrzypczak: Proroctwo, które połączyło o. Dolindo z Janem Pawłem II

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    Ks. Robert Skrzypczak: Proroctwo, które połączyło o. Dolindo z Janem Pawłem II

    Wiele proroczych słów padło pod adresem Jana Pawła II podczas jego długiego pontyfikatu. Inne zaś, dotyczące wciąż Jego, były wydobywane z przeszłości i odczytywane w świetle dwudziestu siedmiu lat Jego posługi i dokonań. Mówiło się, że ojciec Pio miał mu przepowiedzieć Tron Piotrowy. W podobnym tonie wypowiadali się znamienni teologowie, z którymi arcybiskup krakowski Karol Wojtyła brał udział w pracach soborowych. Francuski ekspert Vaticanum II, dominikanin Yves Congar pisał w swym Dzienniku: „„Wojtyła zrobił znakomite wrażenie. Ma dominującą osobowość. W jego osobie jest jakieś ożywienie, magnetyczna siła, profetyczna moc, pełna pokoju i nie do odparcia”[1]. Inny teolog francuski, jezuita, ojciec Henri de Lubac pozostawił z tamtego okresy zaskakujące wyznanie: „Miejmy nadzieję, że Opatrzność na długie lata zachowa nam Pawła VI, lecz jeśli pewnego dnia potrzebować będziemy papieża, mój kandydat jest jeden: Wojtyła! Niestety, to niemożliwe. On jest bez szans”[2]. Nie istnieje jednakże piękniejsza przepowiednia w obszarze wypowiedzi profetycznych dotyczących polskiego Papieża, jak ta pozostawiona przez włoskiego kapłana z Neapolu ks. Dolindo Ruotolo. O nim myślał ojciec Pio z San Giovanni Rotondo, gdy strofował przybywających do niego penitentów z tamtego rejonu Włoch, mówiąc: „Dlaczego przyjeżdżacie do mnie, skoro macie Świętego w waszym mieście?”.

    Ks. Dolindo przecierpiał wiele. Zresztą, pisząc swoją Autobiografię, wyjaśnił, że Dolindo w dialekcie neapolitańskim znaczy ból. Od dzieciństwa musiał znieść wiele chorób i materialną nędzę, łącznie z głodem. Ponadto jego ojciec był człowiekiem szorstkim i gniewnym, zresztą niebawem porzucił rodzinę. W 1905 roku Dolindo przyjął święcenia kapłańskie, następnie uczył teologii i śpiewu gregoriańskiego seminarzystów Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Po dwóch latach kapłaństwa został poddany poważnej próbie życia przez Opatrzność. Oskarżony o rozsiewanie błędów teologicznych i herezji został suspendowany i poddany wieloletniemu dochodzeniu sądowemu prowadzonemu przez watykańskie Święte Oficjum. Poddano go także upokarzającym badaniom psychiatrycznych, z których, oczywiście, nie wyniknęło żadne negatywne świadectwo o stanie jego umysłu. Miano go nie tylko za wariata, ale i opętanego, przymuszając w imię świętego posłuszeństwa do poddania się obrzędom egzorcyzmu. Nie trzeba dodawać, jak bardzo do jego tortur psychicznych dołożyła się lokalna prasa.

    Czas ciężkiej próby wiary i pokory ks. Dolindo przetrzymał dzięki szczególnej relacji z Bogiem i Maryją Dziewicą. Ostatecznie został zrehabilitowany i oczyszczony z wszelkich zarzutów przez Stolicę Apostolską w 1937 roku, po trzydziestoletniej gehennie pomówień i przykrości. Przywrócony w pełni do kapłańskiej aktywności powrócił do Neapolu wyposażony w nadprzyrodzony dar rozróżniania, umiejętność czytania w ludzkich sercach oraz wyjątkowe zamiłowanie do analizowania Ksiąg Pisma Świętego i przeżywania Eucharystii. Przyjmował tłumy osób pragnących spowiedzi lub słowa pocieszenia, odwiedzał chorych, opiekował się biedakami z ulicy, przyciągał do siebie kazaniami i konferencjami młodych wykształconych studentów Neapolu.

    Pozostawił po sobie liczne zapiski, zwłaszcza komentarze do Biblii w 33 tomach, które spisywał mimo udaru, jaki go złamał bólem i spowolnił na dziesięć ostatnich lat życia. Pomimo paraliżu lewej strony ciała, nadal pisał listy i konferencje przy swoim starym biurku, przekonany do słuszności swego apostolatu budzenia wiary w duszach ludzkich. „Bóg posługuje się mną, by oświecać i wspierać innych, podobnie jak używa się draski, by zapalić zapałkę, albo miotły do sprzątania, zwykłej igły do szycia, a wreszcie nawozu do użyźniania gleby”. Napęczniałe i pokrzywione chorobą nogi wymagały kuracji niemniej bolesnych, jak sama dolegliwość. Przy tym wszystkim nigdy nie opuszczał go wyśmienity humor. Przez łzy uśmiechał się i łobuzerskim „cześć, brachu” witał każdy nowy przypływ bólu. Gdy mu się polepszało, wyruszał na nowo, by zanosić umocnienie innym chorym, którzy o własnych siłach nie mogli się poruszać.

    Miał specyficzny zwyczaj rozdawania ludziom obrazków świętych i wysyłania pod rozmaite adresy pocztówek, które zawsze zaopatrzał w ręcznie napisane zdanie, jedno lub dwa. Niezmordowanie umacniał i oświecał innych ludzi, dołączając im rodzaj przesłania duchowego, które zazwyczaj zaopatrywał na początku we wzmiankę: „Jezus do duszy…”, „Maryja do duszy…” lub „To ja, Jezus, mówię do ciebie…”. Jak przejrzysty kryształ daje się przenikać promieniami światła, tak i on przepuszczał przez siebie treść szczególnego rodzaju dialogu, który prowadził nieustannie z Bogiem i Świętymi.

    Był 2 lipca 1965 roku. Na odwrocie obrazka z wizerunkiem Matki Bożej ks. Dolindo wypisał wyjątkowe przesłanie dla polskiego arystokraty, hrabiego Witolda Laskowskiego, będącego szczególnym czcicielem ojca Pio. Na obrazku widnieje następujący zapis:

    „Maryja do duszy:

    Świat chyli się do upadku, ale Polska, dzięki nabożeństwom do Mego Niepokalanego Serca uwolni świat od straszliwej tyrani komunizmu, tak jak za  czasów Sobieskiego z 20-ma tysiącami rycerzy  wybawiła Europę od tyrani tureckiej. Powstanie z niej nowy Jan, który poza jej granicami, heroicznym wysiłkiem zerwie kajdany, nałożone przez tyranie komunizmu. Pamiętaj o tym. Błogosławię Polskę! Błogosławię Ciebie. Błogosławcie mnie. Ubogi ksiądz Dolindo Ruotolo – ulica Salvator Rosa, 58, Neapol”.

    Dzieje tej kartki są przedziwne. Wszyscy zapomnieli o tym wpisie. Dopiero po wyborze Karola Wojtyły na papieża w 1978 roku uczennice duchowe ks. Dolindo odkryły kopię zapisku przeniesioną do jednego z zeszytów Stowarzyszenia Apostolstwa Wydawniczego, ugrupowania założonego przez neapolitańskiego kapłana. Należało odszukać oryginał. Kanałami Bożej Opatrzności udało się dotrzeć do wspomnianego obrazka, opartego o ścianki kasy pancernej, w której przechowywał swe tajne dokumenty biskup słowacki Paweł Hnilica, bliski przyjaciel Jana Pawła II. Nie można było nie odszukać tej kartki. Zawierała ona wyraźne proroctwo na temat nowego polskiego Jana i jego niezastąpionej roli w załamaniu się systemu ateistycznego komunizmu. „Wypełniło się pragnienie Matki Bożej – mówił sekretarz papieski kardynał Stanisław Dziwisz, nawiązując do objawień Maryi w Fatimie i próby spełnienia Jej życzenia, aby Ojciec Święty poświęcił specjalnym aktem oddania Związek Radziecki i cały komunistyczny świat, co Jan Paweł II podjął 25 marca 1984 roku na placu św. Piotra – To wtedy miały swój początek wydarzenia prowadzące do rozsypania się komunistycznego świata”[3].            

    18 października 1978 roku – jak słusznie zauważył ks. Gianni Baget Bozzo – „Wojtyła został papieżem, rzecz jasna, nie po to, aby prowadzić wojnę z komunizmem. Niemniej faktem jest, że to się stało i że mianowanie Wojtyły zapoczątkowało obiektywnie kryzys na Wschodzie. Nikt nie twierdzi, by takie były zamiary Papieża albo jego elektorów. Zwłaszcza, że kryzysu realnego socjalizmu, do którego potem doszło, nikt nie mógł przewidzieć w dniach wyboru Wojtyły”[4]. Kardynał Karol Wojtyła nie walczył z komunizmem zewnętrznym, obwarowanym komitetami partyjnymi i uzbrojonym w system represji, lecz tym wewnętrznym, to jest sekularyzacją Kościoła i przewagą tego, co społeczne, nad tym, co osobiste. Sam zainteresowany wyjaśniał swą strategię działania w następujący sposób: „Zło w naszych czasach w pierwszym rzędzie polega na pewnego rodzaju degradacji, nawet zniszczeniu, fundamentalnej jedności każdej osoby ludzkiej. To zło leży nawet bardziej w porządku metafizycznym niż moralnym. Tej dezintegracji, planowanej czasami przez ideologie ateistyczne, musimy zamiast jałowych polemik przeciwstawić coś w rodzaju «rekapitulacji» nienaruszalnej tajemnicy osoby”[5]. Wystarczy odbudować człowieka od środka i przywrócić nadzieję, a żadne mury i kajdany tego nie przetrwają.

    Tak rozumiał logikę Ewangelii ubrany na biało człowiek, który 16 października 1978 roku ukazał się na balkonie Bazyliki św. Piotra w Rzymie i zawołał „Nie lękajcie się!”. „Nagle w tej jednej twarzy, w tym jednym człowieku wszyscy dostrzegli, że chrześcijaństwo jest młodością świata, że Chrystus ukształtował prawdziwych ludzi, pięknych i silnych. Że ideologiczne mity, które elektryzowały Zachód, a doprowadzały do zbiorowego męczeństwa Wschód, są ponurą, nieludzką tyranią. Maryja Dziewica zaś, którą często uważano za kłopotliwą spuściznę po katolicyzmie przedsoborowym, była oddechem gnębionych ludów, zwycięskim pięknem człowieka gotowego wyprostować się na nowo spod jarzma oszalałych sług Szatana. Nowy pontyfikat wdarł się jak pożar w otoczone drutem kolczastym rejony budowy nowego wspaniałego raju dla ludzi bez Boga, przedostając się tam poprzez zakamarki ludzkich serc. Ogień został podłożony. Należało jedynie czekać, aż spełni się zapowiedź księdza Dolindo, iż na naszych oczach powtórzy się ratowanie chrześcijańskiej cywilizacji, jak za czasów króla Jana Sobieskiego. „Kiedy w dniu 22 października 1978 roku – wspominał Jan Paweł II – wypowiadałem na placu św. Piotra słowa: «Nie lękajcie się!», nie mogłem w całej pełni zdawać sobie sprawy z tego, jak daleko mnie i cały Kościół te słowa poprowadzą. To, co w nich było zawarte, pochodziło bardziej od Ducha Świętego […]. Dlaczego mamy się nie lękać? Ponieważ człowiek został odkupiony przez Boga”[6].

    Na poziomie najbardziej duchowym ci dwaj kapłani: Dolindo Ruotolo i Karol Wojtyła spotkali się w jednym, istotnym punkcie. Ich życie przebiegło trasą zdumiewającej paraleli. Dolindo nie pozwolił się złamać cierpieniu fizycznemu, ani tym bardziej temu moralnemu i duchowemu, którym nabrzmiewały jego mroczne czasy. Mimo, że czuł opuszczanie go sił – poruszał się zgięty w pól, wlekąc za sobą ciało poddające się coraz bardziej skutkom choroby i sędziwego wieku – mawiał: „Słynnemu skrzypkowi Paganiniemu rwały się, jedna po drugiej, trzy struny w instrumencie: relami…, tak że pozostała mu tylko sol, z której zdołał wykrzesać przepiękną harmonię. Wybuchły oklaski na widowni. Zrywanie się strun okazało się tryumfem. W starości wydaje się, jakby rwały się, jedna po drugiej, struny ludzkiej aktywności. I pozostaje tylko jedna, i na tej jednej można zagrać tryumfalny dźwięk wieczności: sol – solo Dio! Tylko Bóg! O błogosławiony sol mych skrzypiec, jedyna nuto mej sędziwości. O Boże jedyny, harmonio pośród zgrzytu współczesnego świata gubiącego się bez wiary w otchłani błędów i złudzeń, będących piskami wydobywanymi z pogruchotanego instrumentu”. Nigdy nie zapomnę obolałego cierpieniem i chorobami, a jednocześnie wspieranego niezłomnością ciała wielkiego Papieża Jana Pawła II, który z niewyobrażalnym wysiłkiem usiłował przemówić do swych dzieci. Pomimo przegrywanej walki z fizycznością, z jego gestów wylewała się potężna energia, wyraz gigantycznego, na stałe złączonego z Bogiem ducha. Ks. Dolindo, jak i Jan Paweł II zużyli swe siły do ostatka, niosąc w sobie nieznaną wielu uszom na tym świecie słodką melodię Nieba. Serce ks. Dolindo zatrzymało się 19 listopada 1970 roku o godzinie 17. 15, serce Jana Pawła II przestało bić 2 kwietnia, trzydzieści pięć lat później. Pół wieku przeżyli wspólnie, wiedząc o sobie niewiele. Połączyło ich proroctwo. Piękni ludzie!

    Ks. dr hab. Robert Skrzypczak/Fronda.pl

    _______

    [1] Y. Congar, Diario del Concilio, vol. I–II, Ed. San Paolo, Cinisello Balsamo 2005, wpis pod datą 2 lutego 1965.

    [2] H. de Lubac, Entretien autour de Vatican IISouvenir et réflexions, Cerf, Paris 1985, s. 48.

    [3] Kardynał S. Dziwisz, Świadectwo, Wydawnictwo TBA, Warszawa 2007, s. 162.

    [4] G. Baget Bozzo, Il futuro del cattolicesimoLa Chiesa dopo papa Wojtyla, Piemme, Casale Monferrato 1977, s. 129.

    [5] H. de Lubac, At the Service of the Church, s. 171–172; podaję za: G. Weigel, Świadek nadziei. Biografia papieża Jana Pawła II, tłum. M. Tarnowska i in., Znak, Kraków 2002, s. 223.

    [6] Jan Paweł II, Przekroczyć próg nadziei, RW KUL, Lublin 1994, s. 160-161.

    mp/Ks. prof. Robert Skrzypczak

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O. Jacek Salij o nauce św. Jana Paweła II: Męczeństwo jest drogą do Prawdy

    fot. Screenshot – YouTube (Radio Maryja)

    ***

    O. Jacek Salij o nauce św. Jana Paweła II: Męczeństwo jest drogą do Prawdy

    Św. Jan Paweł II na temat męczeństwa.

    1. W trzecim pokoleniu po ogłoszeniu edyktu mediolańskiego, Kościół rzymski pod przewodem papieża Damazego (366-384) podjął wielki wysiłek zabezpieczenia pamięci swoich męczenników oraz ożywienia ich kultu. Jan Paweł II – papież końca XX wieku, tego wieku, w którym więcej ludzi zostało zabitych za wiarę w Chrystusa, niż w ciągu poprzednich dziewiętnastu wieków razem wziętych – wzywa Kościół do analogicznego wysiłku.

    Uderza nie tylko wielka liczba ogłoszonych podczas tego pontyfikatu beatyfikacji i kanonizacji (wielu spośród nowych błogosławionych i świętych to, oczywiście, męczennicy). Ten Papież zdecydowanie nie liczy się ze względami ludzkimi, które chciałyby przeszkodzić w przedstawianiu Kościołowi jako świętych tych chrześcijan, którzy rzeczywiście oddali życie za Chrystusa.

    Konsekwentnie więc wynoszeni są na ołtarze męczennicy z czasów rewolucji francuskiej i meksykańskiej, czy wojny domowej w Hiszpanii, mimo że niektóre środowiska lewicowe i liberalne nie ukrywają, że to im się nie podoba. Analogicznie, mimo ostrzeżeń, że wielu Żydów poczyta to za akt agresji, został przeprowadzony do końca proces beatyfikacyjny i kanonizacyjny Edyty Stein. Również oburzenie czeskich protestantów nie powstrzymało Jana Pawła II przed kanonizacją Jana Sarkandra. Tak samo ostre protesty władz chińskich czy wietnamskich nie były w stanie przeszkodzić kanonizacjom pochodzących z tych krajów męczenników.

    Rzecz jasna, nic nie jest bardziej obce temu Papieżowi niż postawa konfrontacyjna. Jan Paweł II za każdym razem uważnie i życzliwie wsłuchuje się w zgłaszane sprzeciwy i zastrzeżenia, a jak bardzo stara się je uwzględnić, świadczą o tym choćby gesty dobrej woli podczas wspomnianych przed chwilą kanonizacji Edyty Stein i Jana Sarkandra. Zarazem zdecydowanie trzyma się zasady, że skoro męczennik oddał życie za Chrystusa, to oddawania mu czci nie powinniśmy uzależniać od takich czy innych względów ludzkich.

    Koniecznie trzeba było podkreślić tę bezkompromisowość Papieża w oddawaniu sprawiedliwości męczennikom, bo to z niej płynie tyle razy formułowane przez niego wezwanie, żebyśmy dbali o zachowanie naszych męczenników we wdzięcznej pamięci Kościoła. „Za szczególną powinność naszego pokolenia w Kościele – mówił 7 czerwca 1999 w Bydgoszczy, a styl tej wypowiedzi świadczy o tym, że nie była ona przygotowana na piśmie, ale płynęła prosto z serca – uważam zebranie wszystkich świadectw o tych, którzy dali życie za Chrystusa. Nasz wiek, nasze stulecie ma swe szczególne martyrologium jeszcze nie w pełni spisane. Trzeba go zbadać, trzeba go stwierdzić, trzeba go spisać. Tak jak spisały martyrologia pierwsze wieki Kościoła, i to jest do dzisiaj naszą siłą, tamto świadectwo męczenników pierwszych stuleci. Proszę wszystkie Episkopaty, ażeby do tej sprawy przywiązały należytą uwagę. Nasz wiek, wiek XX, ma swoją wielką martyrologię w wielu krajach, w wielu rejonach ziemi. Trzeba, ażebyśmy przechodząc do trzeciego tysiąclecia spełnili obowiązek, powinność wobec tych, którzy dali wielkie świadectwo Chrystusowi w naszym stuleciu”.

    Wcześniej, mianowicie w obu podstawowych dokumentach milenijnych, z podobnym wezwaniem zwracał się Jan Paweł II do całego Kościoła. W liście apostolskim Tertio millennio adveniente (1994), wezwanie do ochrony pamięci o męczennikach ma ważki kontekst ekumeniczny, na co zwrócimy uwagę odrębnie, jest ponadto rozszerzone na innych bohaterów świętości, nie tylko męczenników.

    Natomiast w bulli Incarnationis mysterium (1998) pojawia się argument eklezjologiczny: obecne pokolenie Kościoła wyrasta przecież z pokoleń, które wydały tamtych męczenników, toteż powinno troszczyć się o swoje zakorzenienie we wspólnocie z nimi. „Kościół wszędzie na ziemi musi pozostać zakorzeniony w ich świadectwie i pieczołowicie chronić pamięć o nich” (IM 13).

    Nie próbowałem ustalać pełnej listy wezwań Jana Pawła II na ten temat. Spośród różnych wezwań partykularnych na szczególną uwagę zasługują słowa Pawła VI z homilii wygłoszonej 18 października 1964 podczas kanonizacji męczenników ugandyjskich, powtórzone w adhortacji apostolskiej Ecclesia in Africa (1995), oraz analogiczne wezwanie skierowane do rodzin zakonnych w adhortacji apostolskiej Vita consecrata (1996).

    2. Warto przypatrzeć się samej nauce Jana Pawła II na temat męczeństwa, zwłaszcza że znajdziemy w niej wiele spojrzeń oryginalnych, a zarazem głęboko osadzonych w tradycyjnej mądrości Kościoła. Podstawowa intuicja na temat męczeństwa – że jego źródłem i wzorem jest krzyż Chrystusa Pana – jest wspólna wszystkim autentycznie katolickim teologom; jest ona również fundamentem martyrologicznego nauczania Jana Pawła II.

    Dobrze więc będzie na samym początku niniejszego opisu przypomnieć sobie, że męczeństwo jest niczym więcej, tylko szczególną formą realizacji powszechnego obowiązku uczniów Chrystusa: naśladowania Go w przyjmowaniu krzyża (por. Mt 10,38; 16,24, itd.). Krzyż Chrystusa jest Bożą odpowiedzią na zwycięstwo, jakie szatan odniósł nad nami, doprowadzając nas do grzechu. Mianowicie szatanowi udało się oddzielić człowieka od Boga i w konsekwencji porozdzielać nas różnorako od siebie wzajemnie.

    Otóż na krzyżu Chrystus Pan pokonał tego przeklętego zwycięzcę. Wszedł wtedy w samo centrum świata urządzanego wbrew Bogu i poza prawem miłości, świata budowanego na przemocy i pogardzie dla prawdy i sprawiedliwości – i tam aż do samego końca wytrwał w miłości do swojego Przedwiecznego Ojca i do nas, których sobie przybrał na braci i siostry, własnych morderców nie wyłączając. Okazało się w ten sposób, że prawo miłości jest nie tylko pierwszym słowem Boga, jakie On do nas wypowiedział, ale również Jego słowem ostatnim: w krzyżu Chrystusa Pana ujawniła się bowiem ostateczna bezsiła szatana i grzechu oraz potęga Bożej miłości do ludzi.

    Naśladowanie Chrystusa w niesieniu krzyża polega właśnie na tym: na trwaniu w miłości do Boga i bliźnich w naszym świecie mniej lub więcej zdeformowanym wskutek różnych zwycięstw odniesionych nad ludźmi przez szatana. Zobowiązaliśmy się do tego wszyscy przez sam fakt przyjęcia chrztu. Szczególność wezwania do niesienia krzyża, jakie staje przed męczennikiem, na tym tylko polega, że ceną tego trwania w miłości jest oddanie życia, zazwyczaj wśród różnych dodatkowych utrapień.

    Istotą męczeństwa nie jest więc – jakby podpowiadała polska etymologia tego wyrazu – doznawanie prześladowań czy nawet śmierci za to, że się jest chrześcijaninem. Istotą męczeństwa jest czyn trudnej wierności Chrystusowi. Znoszenie prześladowań i utrapień jest ceną tej wierności, a nieraz również jej drogą. Męczeństwo jest zatem wyrazem i owocem ludzkiej wolności, rzecz jasna, wolności oczyszczonej, umocnionej i rozświetlonej łaską.

    Opisaną tu dynamikę diabelskiego ataku na człowieka oraz obrony człowieka przez Chrystusa poprzez uzdolnienie nas do niesienia krzyża, niekiedy aż do męczeństwa włącznie, znakomicie oddaje Augustyńska opozycja dwóch postaw, nad którymi kilkakrotnie medytował kardynał Wojtyła w swoich rekolekcjach watykańskich z lutego 1976. Program szatana – amor sui usque ad contemptum Dei – jest programem radykalnego zdeformowania miłości, w gruncie rzeczy programem anty-Miłości. W odpowiedzi, Chrystus Pan zaprasza nas do postawy przeciwnej, postawy Miłości konsekwentnej, która w świecie współtworzonym przez grzech bywa czymś trudnym i ponad zwykłe ludzkie siły. Jest to postawa amor Dei usque ad contemptum sui. Właśnie po to, żeby nas do takiej postawy uzdolnić, Chrystus Pan sam dał nam jej przykład na krzyżu oraz umacnia nas łaską z Jego krzyża płynącą.

    Ponieważ podjęta przez Chrystusa linia obrony człowieka poprzez wezwanie i uzdolnienie nas do Miłości konsekwentnej jest skuteczna i prowadzi do zwycięstwa, powoduje to po stronie sił anty-Miłości nienawiść i czynne ataki na uczniów Chrystusa: „Jeżeli świat was nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził” (J 15,18; por. Mt 10,22; 24,9). To dlatego każde pokolenie Kościoła ma swoich męczenników, ale też ich zwycięstwa potwierdzają i pogłębiają odniesione na Kalwarii rozstrzygające zwycięstwo Miłości nad anty-Miłością.

    Co więcej, męczennik jest nie tylko uczestnikiem tego zwycięstwa, ale i jego owocem. Nie tylko bowiem jest naśladowcą ukrzyżowanego Chrystusa, ale zostaje do Niego upodobniony. Wspaniale wypowiedział to Jan Paweł II podczas uroczystości beatyfikacyjnej księdza Stefana Frelichowskiego, 7 czerwca 1999 w Toruniu: „Całe jego życie jest jakby zwierciadłem, w którym odbija się blask owej Chrystusowej filozofii, wedle której prawdziwe szczęście osiąga ten, kto w zjednoczeniu z Bogiem staje się człowiekiem pokoju, czyni pokój i niesie pokój innym”.

    Dwa inne jeszcze momenty zauważył kard. Wojtyła podczas tamtych watykańskich rekolekcji w postawie Miłości konsekwentnej, i będą one nieraz podejmowane w jego, kontynuowanej na stolicy Piotra, nauce o męczeństwie. Po pierwsze, Chrystus Pan, realizując na Kalwarii postawę amor Dei usque ad contemptum sui, wypełnił perfectum opus laudis, mianowicie w Jego krzyżu jest zawarte „takie uwielbienie Boga nieskończonego Majestatu, jakiego nie mógł i nie może wyrazić absolutnie nikt, żadne stworzenie”. Rzecz jasna, męczennicy – swoim umiłowaniem Chrystusa aż do śmierci – najszczególniej przyłączają się do Jego wypełnionego na krzyżu perfectum opus laudis.

    Po wtóre, „śmierć Chrystusa na krzyżu jako akt najwyższej miłości – amor Dei usque ad contemptum sui – ma charakter odkupieńczy i oblubieńczy zarazem”, mówiąc inaczej, była również aktem najwyższej miłości wobec nas, mimo że byliśmy Jego nieprzyjaciółmi. Zatem oddawanie życia z kolei za Chrystusa przez męczenników wiary jest ze strony Kościoła wyrazem miłości wzajemnej. Ofiarą składaną przez męczenników Kościół składa Chrystusowi dowody, że kocha Go ponad życie.

    Oblubieńczy charakter związku między Chrystusem i Kościołem jest częstym tematem w tekstach Jana Pawła II, i zasługuje na odrębne opracowanie. Naturalnie, nie jest tak, że Papież podejmując ten temat, za każdym razem wspomina o męczennikach. Jednak wczytajmy się, tylko tytułem przykładu, w jedną z wielu tych wypowiedzi o oblubieńczym związku Chrystusa i Kościoła, gdzie o męczennikach i męczeństwie się nie wspomina: „W parze z niezgłębionym i niezasłużonym darem, jakim jest miłość objawiona do końca w zbawczej ofierze Syna Bożego, której Eucharystia jest niezniszczalnym znakiem, rodzi się również w nas samych żywa odpowiedź miłości. Nie tylko poznajemy miłość, ale sami zaczynamy miłować. Wkraczamy niejako na drogę miłości i na tej drodze czynimy postępy. Miłość, która rodzi się w nas z Eucharystii, dzięki Eucharystii też w nas się rozwija, gruntuje i umacnia”.

    Przecież dokończenie powyższej wypowiedzi wzmianką o męczeństwie byłoby w niej tylko postawieniem kropki nad i. Mówiąc inaczej, pragnę zwrócić uwagę na to, że temat męczeństwa – często expressis verbis podnoszony przez Jana Pawła II – obecny jest w jego nauczaniu często również między liniami, zwłaszcza w wypowiedziach na temat miłości między Chrystusem i Kościołem, i w ogóle w tych wypowiedziach, w którym przypomina on o naszym ostatecznym powołaniu do miłości.

    3. Męczeństwo – dowód konsekwentnej wierności Chrystusowi, szczytowy wyraz oblubieńczej miłości Kościoła dla swego Zbawiciela – jest zarazem najwyższym potwierdzeniem i manifestacją naszej ludzkiej godności. Najwyraźniej mówi o tym Jan Paweł II w encyklice Veritatis splendor.

    Podstawą tej prawdy o męczeństwie jest dar Bożych przykazań jako zabezpieczenie naszej ludzkiej godności w sytuacji, kiedy jesteśmy grzeszni i opowiadanie się po stronie dobra nie zawsze jest dla nas czymś oczywistym. Gdyby nie grzech Adama, nie potrzebowalibyśmy przykazań – dobro wybieralibyśmy zawsze i w sposób konieczny, a zarazem z pełną wolnością. „Prawo nie dla sprawiedliwego jest przeznaczone” (1 Tm 1,9). O głębokim zakorzenieniu w Kościele tego spojrzenia na Boże przykazania świadczą wciąż pojawiające się na jego obrzeżach herezje anomistyczne, których istotą jest przedwczesne i fałszywe uznanie samego siebie za całkowicie już wolnego od grzechu, a zatem nie podlegającego już przykazaniom.

    Tę właśnie, wcześniejszą prawdę – że naszą osobową godność zabezpieczają Boże przykazania – przypomni Jan Paweł II, zanim zwróci uwagę na znaczenie męczeństwa w ochronie ludzkiej godności: „Więź między wiarą a moralnością ujawnia w pełni swój blask w bezwarunkowym poszanowaniu niezaprzeczalnych wymogów wypływających z osobowej godności każdego człowieka, wymogów chronionych przez normy moralne, które zakazują bez wyjątku dokonywania czynów wewnętrznie złych. Powszechność i niezmienność normy moralnej ujawnia, a zarazem stoi na straży godności osobowej, to znaczy nienaruszalności człowieka, na którego obliczu jaśnieje blask Boży” (VS 90).

    Możliwość, a w niektórych sytuacjach powinność męczeństwa w tym sensie zabezpiecza naszą godność, że wyzwala nas od przymusu czynienia zła i w ogóle od przymusu składania złu jakichkolwiek hołdów. Nawet pod presją królującego zła, które potrafi wpędzić człowieka w sytuacje bez dobrego wyjścia nie musimy czynić zła. Z Bożą pomocą można bowiem wyjść z takich sytuacji poprzez męczeństwo. To właśnie dlatego katolicka nauka moralna głosi, iż zakaz czynienia zła obowiązuje semper et ad semper, zawsze i bez względu na okoliczności. Naukę tę Kościół znajduje w słowie Zbawiciela, żeby się nie bać „tych, co zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą” (Mt 10,28). Zarazem nie jest to nauka specyficznie chrześcijańska, chyba wszystkie wielkie tradycje religijne i mądrościowe znają i doceniają wartość męczeństwa.

    Rzecz jasna, zarówno przymuszanie bliźniego do czynienia zła, jak uleganie temu przymusowi, ciężko znieważa przyrodzoną człowiekowi godność, męczeństwo zaś jest zawsze skuteczną obroną zagrożonej godności: „Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie <ludzkie tłumaczenia>, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić – nawet w <wyjątkowych> okolicznościach – akty moralnie złe ze swej istoty; co więcej, ujawnia, że akt taki jest w istocie pogwałceniem <człowieczeństwa> człowieka, i to bardziej nawet w tym, kto go popełnia, niż w tym, kto pada jego ofiarą” (VS 92).

    Pozytywny wykład na ten temat poprzedził Papież przypomnieniem heroicznego wyboru biblijnej Zuzanny (Dn 13,22n), Jana Chrzciciela (Mk 6,17-29) oraz innych męczenników, o których czytamy na kartach Nowego Testamentu: „Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych mężczyzn i kobiet, którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy, to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia. W męczeństwie, jako potwierdzeniu nienaruszalności porządku moralnego, jaśnieje świętość prawa Bożego, a zarazem nietykalność osobowej godności człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga” (VS 91-92).

    W odniesieniu do godności naszego człowieczeństwa, męczeństwo nie tylko ją potwierdza i zabezpiecza. W męczeństwie dokonuje się ponadto ostateczne dojrzewanie człowieka, a zarazem ujawnia się to, do jakich szczytów, nawet w naszym świecie zdeformowanym przez grzech, może z Bożą pomocą dojść człowiek. W tej jednak encyklice Papież o tym tylko wspomina. Głębi jego wypowiedzi doda odwołanie się do sławnego świadectwa męczennika z roku ok.108: „Męczeństwo jest także wywyższeniem doskonałego <człowieczeństwa> i prawdziwego <życia> człowieka, co poświadcza św. Ignacy Antiocheński w słowach skierowanych do chrześcijan Rzymu, gdzie poniósł śmierć męczeńską: <Wybaczcie mi, bracia. Nie wzbraniajcie żyć, nie chciejcie, abym umarł (…), pozwólcie chłonąć światło nieskalane. Gdy je osiągnę, będę pełnym człowiekiem. Pozwólcie mi naśladować mękę mego Boga>”(VS 92).

    Ten wymiar – nie tylko zresztą męczeństwa, ale każdego cierpienia przyjmowanego w duchu naśladowania krzyża Chrystusa – analizował Jan Paweł II wcześniej, we wspomnianym już liście apostolskim Salvifici doloris. Zwracał tam uwagę na „paradoks słabości i mocy”, doświadczany przez naśladowców cierpień Chrystusowych, w którym dokonuje się „duchowe hartowanie się człowieka”. Dzięki oparciu się na łasce Bożej w cierpiącym uczniu Chrystusa – rzecz jasna, dotyczy to również, a nawet szczególnie, męczennika – wyzwala się „nadzieja, która podtrzymuje w nim przeświadczenie, że cierpienie go nie przemoże, nie pozbawi właściwej człowiekowi godności wraz z poczuciem sensu życia. I oto ten sens się objawia wraz z działaniem miłości Bożej, która jest największym darem Ducha Świętego. W miarę jak uczestniczy w tej miłości, człowiek w cierpieniu odnajduje do końca siebie: odnajduje <duszę>, którą — zdawało mu się, że przez cierpienie <stracił>” (SD 23).

    4. Męczeństwo jako droga do prawdy – to następny temat istotnie obecny w nauczaniu Jana Pawła II. Ten wątek zacznijmy od przypomnienia, w jakim sensie starożytni chrześcijanie widzieli w męczennikach świadków prawdziwości swojej wiary. Otóż raczej nie pojawiał się wówczas argument, że należy wierzyć ludziom, którzy za wyznawane poglądy dają się zabić. Ludzkie dzieje pełne są nieszczęśników, którzy ginęli za wyznawane przez siebie brednie.

    Większą powagę ma argument Pascala, że należy wierzyć ludziom, którzy nawet w obliczu śmierci nie przestają świadczyć o znanych sobie wydarzeniach – o tym , że po śmierci Chrystusa spotykali się z Nim jako ze zmartwychwstałym. Ten argument dotyczy jednak nie wszystkich męczenników, a tylko wezwanych do męczeństwa bezpośrednich świadków śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Znamienne jest ponadto, że w tej formie argumentu tego również nie widać w pismach patrystycznych.

    Dla starożytnych chrześcijan męczennicy byli dowodem prawdy wiary chrześcijańskiej, bo stanowili żywe świadectwo tego, iż Ewangelia rzeczywiście przemienia człowieka w kogoś aż do końca i nawet wśród tortur rozkochanego w Bogu, rozmodlonego, życzliwego wszystkim, modlącego się nawet za własnych morderców.

    W dość podobnej perspektywie epistemologicznej znaczenie męczeństwa widzi Jan Paweł II. Najważniejsza, a zarazem dla naszej ukształtowanej przez nominalizm mentalności nieoczekiwana wypowiedź na ten temat znajduje się w encyklice Fides et ratio (1998). Papież zaczyna tę wypowiedź od zwrócenia uwagi na to, że wiara jest wprawdzie niedoskonałą formą wiedzy, ale zarazem otwiera na takie wymiary prawdy, które zwyczajnej wiedzy w ogóle nie są dostępne, mianowicie na tę prawdę, którą można poznać dopiero w relacji międzyosobowej.

    Ta relatywna wyższość wiary nad wiedzą ujawnia się nie tylko w odniesieniu do wiary religijnej czy do prawdy religijnej. Na przykład trudno mówić o autentycznym małżeństwie bez „wierzę w ciebie” obojga małżonków w odniesieniu do swojego współmałżonka. W owym „wierzę w ciebie” dokonuje się głębokie poznanie wzajemne, w ogóle niedostępne nawet wnikliwemu obserwatorowi. Wierzący wzajemnie w siebie małżonkowie nie mają, rzecz jasna, najmniejszych wątpliwości co do istnienia współmałżonka; co więcej, oni żyją razem, blisko siebie przebywają, wiele ze sobą rozmawiają, mają wiele wspólnych spraw, itd. Zarazem każde z nich nosi w sobie takie głębokie prawdy, do których można dotrzeć wyłącznie w postawie „wierzę w ciebie”, w postawie „ja tobie zawierzam samego siebie”. W tej postawie, zdaniem Papieża, „człowiek znajduje pełnię pewności i bezpieczeństwa, zarazem jednak poznanie oparte na wierze, którego podstawą jest zaufanie między osobami, nie jest pozbawione odniesienia do prawdy: wierząc, człowiek zawierza prawdzie, którą ukazuje mu druga osoba” (FR 32).

    Warto zauważyć to zaproponowane przez Jana Pawła II rozróżnienie prawdy rzeczowej i osobowej – prawdy poznawanej przez obserwację oraz z pomocą różnych, nieraz wyrafinowanych metod wypracowanych przez nauki i filozofię, oraz prawdy poznawanej w międzyosobowych relacjach bliskości i zaufania.

    Męczennik jest, rzecz jasna, świadkiem prawdy osobowej. Pytanie, czy Jezus jest naprawdę Synem Bożym i Zbawicielem, jest dla niego oraz dla wielu innych chrześcijan głęboko żyjących swą wiarą równie retoryczne jak pytanie, czy mój mąż, moja żona naprawdę istnieje. Pozytywnej odpowiedzi na to pytanie świadectwo męczennika dotyczy co najwyższej drugorzędnie. Istotą tego świadectwa jest prawda całoosobowego zawierzenia się przez męczennika Chrystusowi oraz wierności Chrystusa, który swoim przyjaciołom daje siły do przejścia przez ciemną dolinę.

    „Męczennik – kończy Papież swój krótki wykład na ten temat – jest najbardziej autentycznym świadkiem prawdy o życiu. Wie, że dzięki spotkaniu z Jezusem Chrystusem znalazł prawdę o własnym życiu, i tej pewności nikt ani nic nie zdoła mu odebrać. Ani cierpienie, ani śmierć zadana przemocą nie skłonią go do odstąpienia od prawdy, którą odkrył spotykając Chrystusa. Oto dlaczego po dziś dzień świadectwo męczenników nie przestaje fascynować, znajduje uznanie, przyciąga uwagę i pobudza do naśladowania. Powód, dla którego ufamy ich słowu, jest zaś taki, że dostrzegamy w nich oczywiste świadectwo miłości, która nie potrzebuje długich wywodów, aby nas przekonać, gdyż mówi do każdego człowieka o tym, co on w głębi serca już uznaje za prawdę i czego od dawna poszukuje. Męczennik budzi w nas głębokie zaufanie, ponieważ mówi to, co my już przeczuwamy, i wypowiada otwarcie to, co my również chcielibyśmy umieć wyrazić” (tamże).

    „Z psychologicznego punktu widzenia – napisze Jan Paweł II dwa miesiące później w bulli Incarnationis mysterium – męczeństwo jest najwymowniejszym dowodem prawdziwości wiary, która może nadać ludzkie oblicze nawet najbardziej gwałtownej śmierci i ujawnia swe piękno podczas najokrutniejszych prześladowań” (IM 13).

    Skrótowy charakter niniejszego przeglądu nie pozwala głębiej analizować uwag Papieża na temat bezsilności prześladowców wobec Prawdy wyznawanej przez męczenników, czy na temat ujawniającej się poprzez męczeństwo potęgi miłości. Nie powstrzymam się jednak przed przytoczeniem przepięknego nawiązania do jedenastego rozdziału Listu do Hebrajczyków na temat wiary jako drogi ku Niewidzialnemu: „Autor Listu przytacza aż siedemnaście przykładów wiary: <Przez wiarę Abel […]. Przez wiarę Noe […]. Przez wiarę Abraham […]. Przez wiarę Mojżesz […]>. My zaś możemy dodać: przez wiarę Maryja…; przez wiarę Józef…; przez wiarę Symeon i Anna…; przez wiarę Apostołowie, męczennicy, wyznawcy, dziewice, biskupi, kapłani, zakonnicy i ludzie świeccy wszystkich wieków chrześcijaństwa. Przez wiarę Kościół przemierzał stulecia i dziś nadal podąża ku Niewidzialnemu dzięki tchnieniu i kierownictwu Ducha Świętego”.

    Żeby właściwie zrozumieć tę wypowiedź, koniecznie trzeba mieć na uwadze to, co później, w encyklice Fides et ratio, mówił Jan Paweł II na temat prawdy osobowej.

    5. Na koniec przynajmniej zasygnalizujmy, co mówi Jan Paweł II na temat ekumenicznego wymiaru męczeństwa. Z wyżyn Stolicy Apostolskiej pod raz pierwszy podniósł ten temat Paweł VI, w roku 1964, w homilii podczas kanonizacji męczenników ugandyjskich. Praktyka eklezjologiczna była tu jednak wcześniejsza: Kościoły, które w wyniku kolejnych unii przyjmowały jedność z Kościołem katolickim, zazwyczaj były przyjmowane razem ze swoimi świętami i liturgicznymi wspomnieniami, a więc również razem ze swoimi męczennikami oraz innymi świętymi.

    Niemniej prawdą jest również to, że w Kościele starożytnym zasadą było nieuznawanie męczenników niekatolickich. Anonimowy autor z III wieku, którego dzieło przeciw montanistom zachowało się jedynie we fragmentach cytowanych w Historii kościelnej Euzebiusza z Cezarei, nie ma wątpliwości, że zamordowani podczas prześladować marcjonici czy montaniści nie są prawdziwymi męczennikami: „Marcjonici, zwani tak od herezji Marcjona, twierdzą, że mają wielu męczenników Chrystusowych, a przecież oni nie wyznają Chrystusa naprawdę. (…) Kiedy się zdarza, że wierni Kościoła otrzymują powołanie do męczeństwa za wiarę prawdziwą i zetkną się wówczas z tak zwanymi męczennikami herezji frygijskiej, odsuwają się od nich i idą na śmierć, w ogóle się z nimi nie łącząc, bo nie chcą mieć nic wspólnego z duchem Montanusa i jego kobiet”.

    Trudno wątpić, że sam Euzebiusz podziela ten pogląd. Warto jednak wiedzieć, że również nie wszystkim zamordowanym za wiarę katolikom Kościół przyznawał godność męczennika. Przypomnijmy choćby kanon 60 synodu w Elwirze (rok ok.305), który odmawia tej godności zapaleńcom, co sprowokowali swoją śmierć przez sprofanowanie jakichś świętości pogańskich.

    Szczególnie znany jest sprzeciw świętego Augustyna przeciwko uznawaniu za męczenników tych arian czy donatystów, którzy zginęli w prześladowaniach religijnych. Martyres non facit poena, sed causa – uznajemy męczenników nie dlatego, że zostali ukarani, ale z jakiego powodu to ich spotkało – tę tezę Augustyn powtarza wręcz często. „Męczenników poznać po tym, za co byli karani, nie – że ponieśli karę. Wielu bowiem znosiło cierpienia w uporze, nie w stałości, w grzechu, nie w cnocie, w przewrotnym błędzie, nie w zdrowym rozumie, opanowani przez diabła, a nie prześladowani przez niego”.

    Generalnie, nie śpieszyłbym się z przeciwstawianiem sobie dawnego dystansowania się wobec męczenników wspólnot heretyckich oraz sformułowanej przez Jana Pawła II tezy (o której za chwilę), że wspólni męczennicy Kościołów i Wspólnot kościelnych już teraz antycypują jedność, jakiej jeszcze nie zdołaliśmy osiągnąć.

    Dwa argumenty, że niektórzy chrześcijanie, którzy zostali zabici za wyznawane poglądy religijne, są tylko pseudomęczennikami, nie utraciły – moim zdaniem – również dzisiaj swojej ważności. Jeśli zgodzimy się z utrwaloną w Kościele tezą, że męczennikiem jest ten, kto wiarę w Chrystusa albo sprawiedliwość wybrał ponad życie, to 1) nie jest męczennikiem ktoś, kto zginął powodowany tylko jakąś namiętnością mocniejszą niż życie, np. namiętnością fanatyzmu skierowanego przeciw świętościom pogan; 2) trudno również rozpoznać męczennika za wiarę w Chrystusa w kimś, kto na temat Chrystusa żywił tylko jakieś ludzkie opinie, albo kto akurat był zaangażowany w rozbijanie jedności Kościoła.

    Otóż nigdy dość podkreślania, że, w przeciwieństwie do większości heretyków starożytnych, z naszymi braćmi z Kościołów prawosławnych i starokatolickich oraz z większości Kościołów i Wspólnot protestanckich naprawdę łączy nas jedna wiara w Chrystusa – Syna Bożego, przez którego świat został stworzony, który dla nas stał się jednym z nas, aby ogłosić nam dobrą nowinę o Królestwie Bożym i dokonać naszego odkupienia na krzyżu, i który swoim zmartwychwstaniem otworzył nam drogę do życia wiecznego. Kiedy więc nasi bracia z tych Kościołów i Wspólnot giną jako świadkowie tej wiary, rozpoznajemy w nich po prostu męczenników naszej wspólnej wiary w Chrystusa.

    Dwie wypowiedzi Jana Pawła II na temat naszych wspólnych męczenników wydają się najszczególniej ważne. W adhortacjiTertio millennio adveniente (1994), zachęcając Kościoły lokalne, aby „uczyniły wszystko dla zachowania pamięci tych, którzy ponieśli męczeństwo”, prosi Papież, żeby nie zapominać o męczennikach, którzy nie byli członkami naszego Kościoła: „Będzie to miało niewątpliwie charakter i wymowę ekumeniczną. Chyba najbardziej przekonujący jest ten ekumenizm świętych, męczenników. Communio sanctorum mówi głośniej aniżeli podziały” (TMA 37).

    Niecały rok później, w encyklice Ut unum sint, Jan Paweł II już całkiem wyraźnie twierdzi, że dzięki naszym wspólnym męczennikom jedność Kościoła już teraz jest jakby profetycznym faktem. Co więcej, od tego twierdzenia rozpoczyna swoją encyklikę: „Odważne świadectwo licznych męczenników naszego stulecia, należących do innych także Kościołów i Wspólnot kościelnych, które nie są w pełnej komunii z Kościołem katolickim, nadaje nową moc wezwaniu Soboru i przypomina nam o obowiązku przyjęcia i wprowadzenia w czyn jego zalecenia. Ci nasi bracia i siostry, połączeni przez wielkoduszną ofiarę z własnego życia, złożoną dla Królestwa Bożego, są najbardziej wymownym świadectwem tego, iż można przekroczyć i przezwyciężyć wszelkie elementy podziału, składając całkowity dar z siebie dla sprawy Ewangelii” (UUS 1).

    Wróci jeszcze Papież do tej idei w dalszej części encykliki. Najpierw – przekonuje nas – dialog ekumeniczny moglibyśmy prowadzić z radykalizmem właściwym naszym wspólnym męczennikom: Wszystkie chrześcijańskie Wspólnoty „wydały przecież męczenników chrześcijańskiej wiary. Mimo dramatu podziału zachowali w sobie tak radykalne i absolutne przywiązanie do Chrystusa i do Ojca, że byli zdolni nawet do przelania krwi. A czyż takie właśnie przywiązanie nie jest potrzebne w tym, co nazwałem <dialogiem nawrócenia>? Czyż ten właśnie dialog nie podkreśla, że aby osiągnąć pełną komunię, trzeba przeżyć do końca doświadczenie prawdy?” (UUS 83).

    Co jednak ważniejsze: Wzrastająca komunia między naszymi Kościołami i Wspólnotami jest przecież włączona w pełną komunię, która już się dokonała w naszych męczennikach: „Już poprzednio odnotowałem z radością, że komunia – niedoskonała, ale realna – utrzymuje się i wzrasta na wielu poziomach życia kościelnego. Tutaj stwierdzam natomiast, że jest ona już doskonała w tym, co wszyscy uważamy za szczyt życia łaski: w męczeństwie (martyria) aż do śmierci, w tej najprawdziwszej realistycznej komunii z Chrystusem, który rozlewa własną krew i przez tę ofiarę przybliża ku sobie tych, którzy niegdyś byli daleko” (UUS 84).

    Papież nie waha się powiedzieć wyraźnie jeszcze więcej – że ta nasza komunia jest już doskonała w ogóle w tych wszystkich braciach i siostrach z naszych rozdzielonych Kościołów i Wspólnot, którzy już zostali obdarzeni życiem wiecznym: „Choć dla całej chrześcijańskiej Wspólnoty męczennicy stanowią dowód na moc łaski, nie są oni bynajmniej jedynymi świadkami tej mocy. Niepełna jeszcze komunia naszych Wspólnot jest już w rzeczywistości – choć w sposób niewidzialny – włączona na trwałe w pełną komunię świętych, to znaczy tych, którzy zakończywszy życie wierne łasce, znajdują się dziś w komunii Chrystusa uwielbionego. Ci święci wywodzą się z wszystkich Kościołów i Wspólnot kościelnych, które otworzyły im drogę do komunii zbawienia” (tamże).

    O. Jacek Salij OP

    mp/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przypominamy! Benedykt XVI obnażył prawdziwą twarz islamu!

    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna

    ***

    Benedykt XVI obnażył prawdziwą twarz islamu!

    Islam i przemoc, religia i rozum… Benedykt XVI w swoim słynnym wykładzie wygłoszonym w 2006 roku w Ratyzbonie jasno pokazał wszystkie manowce, na które wiedzie literalne odczytywanie wiary mahometańskiej.

    Przemówienie na uniwersytecie w Ratyzbonie (Regensburg), 12.09.2006

    Szanowne Panie i Panowie

    Jest dla mnie poruszającym doświadczeniem stanąć raz jeszcze na tej katedrze uniwersyteckiej, by wygłosić wykład. Myślę o latach wstecz, gdy po miłym okresie w Freisinger Hochschule, zacząłem uczyć na uniwersytecie bońskim. Było to w roku 1959, w dniach starego uniwersytetu, który składał się z normalnych profesorów. Rozmaite katedry nie miały ani asystentów, ani sekretarek, zamiast tego było jednak wiele bezpośredniego kontaktu ze studentami, a zwłaszcza pomiędzy poszczególnymi profesorami. Spotykaliśmy się przed i po wykładach w pokojach nauczycielskich. Zachodziła ożywiona wymiana zdań pomiędzy historykami, filozofami, filologami i, oczywiście, pomiędzy dwoma wydziałami teologicznymi. Raz w semestrze był diesacademicus, gdy profesorowie z każdego wydziału pojawiali się przed studentami całego uniwersytetu, umożliwiając prawdziwe doświadczenie universitas: rzeczywistości, w której, pomimo naszej specjalizacji, utrudniającej czasem wzajemną komunikację, składaliśmy się na całość, pracując we wszystkim na podstawach jednej racjonalności z jej różnymi aspektami i współdzieląc odpowiedzialność za właściwe posługiwanie się rozumem — ta rzeczywistość stała się żywym doświadczeniem. Uniwersytet był także dumny ze swych dwóch wydziałów teologicznych. Było jasne, że dociekając racjonalności wiary, wykonywały one także pracę, która z konieczności jest częścią „całości” universitas scientiarum, nawet jeśli nie każdy mógł mieć udział w wierze, którą teologowie starali się skorelować z rozumem jako całość. To głębokie poczucie spójności wewnątrz świata rozumu nie było zakłócone, nawet gdy kiedyś doniesiono, że jeden z kolegów powiedział coś dziwnego o naszym uniwersytecie: że ma dwa wydziały poświęcone czemuś, co nie istnieje: Bogu. To, że nawet wobec tak radykalnego sceptycyzmu nadal konieczne jest i rozsądne podnoszenie kwestii Boga poprzez posługiwanie się rozumem i czynienie tego w kontekście tradycji wiary chrześcijańskiej: wewnątrz uniwersytetu jako całości, było to akceptowane bez pytania.

    Przypomniałem sobie o tym niedawno, czytając zredagowane przez prof. Theodore’a Kohury’ego (Monachium) wydanie części dialogu, który miał miejsce — prawdopodobnie w koszarach zimowych blisko Ankary — pomiędzy erudytą, bizantyjskim cesarzem Manuelem II Paleologiem a wykształconym Persem, na temat chrześcijaństwa i islamu oraz prawdy obojga. Prawdopodobnie to sam cesarz spisał ten dialog podczas oblężenia Konstantynopola między 1394 a 1402; tłumaczyłoby to, dlaczego jego argumenty przedstawione są bardziej szczegółowo niż odpowiedzi uczonego Persa. Dialog obejmuje szeroki zakres struktur wiary zawartej w Biblii oraz w Koranie i zajmuje się zwłaszcza obrazem Boga i człowieka, wracając jednocześnie z konieczności raz za razem do relacji „trzech praw”: Starego Testamentu, Nowego Testamentu i Koranu. Podczas tego wykładu chciałbym omówić tylko jeden punkt — sam z siebie dość marginalny w samym dialogu — który, w kontekście zagadnienia „wiary i rozumu”, uznałem za ciekawy i który może posłużyć jako punkt wyjścia do moich rozmyślań nad tym zagadnieniem.

    W siódmej rozmowie (διάλεξις — kontrowersja) opracowanej przez prof. Khoury’ego, cesarz dotyka tematu dżihadu (świętej wojny). Cesarz musiał wiedzieć, że w surze 2,256 napisano: „Nie ma przymusu w religii”. Jest to jedna z sur wczesnego okresu, gdy Mahomet był jeszcze słaby i zagrożony. Ale oczywiście cesarz znał także przepisy, utworzone później i spisane w Koranie, dotyczące świętej wojny. Nie wchodząc w szczegóły, takie jak różnica traktowania przyznana tym, którzy mają „Księgę” oraz „niewiernym”, zwraca się do swego rozmówcy dość szorstko, zadając kluczowe pytanie na temat ogólnej relacji między religią a przemocą, w następujących słowach: „Pokaż mi, co przyniósł Mahomet, co byłoby nowe, a odkryjesz tylko rzeczy złe i nieludzkie, takie jak jego nakaz zaprowadzania mieczem wiary, którą głosił”. Cesarz kontynuuje, tłumacząc szczegółowo powody, dla których rozpowszechnianie wiary przemocą jest czymś nierozumnym. Przemoc jest niezgodna z naturą Boga i naturą duszy. „Bóg nie cieszy się z krwi, a nierozumne postępowanie (συν λόγω) jest sprzeczne z Bożą naturą. Wiara rodzi się z duszy, nie z ciała. Ktokolwiek miałby doprowadzić drugiego do wiary, potrzebuje zdolności dobrego przemawiania i właściwego rozumowania, bez przemocy i gróźb… Aby przekonać rozumną duszę, nie potrzeba silnego ramienia ani żadnej broni, ani żadnych innych sposobów grożenia danej osobie śmiercią…”

    Decydującym stwierdzeniem w tej argumentacji przeciwko nawracaniu przemocą jest to, że niedziałanie zgodnie z rozumem jest czymś sprzecznym z naturą Bożą. Redaktor, Theodore Khoury, zauważa: „dla cesarza, bizantyńczyka ukształtowanego przez filozofię grecką, to stwierdzenie jest oczywiste samo w sobie. Ale dla nauczania muzułmańskiego, Bóg jest całkowicie transcendentny. Jego wola nie jest związana żadnymi naszymi kategoriami, nawet kategorią racjonalności. Tu Khoury cytuje dzieło znanego francuskiego islamisty R. Arnaldeza, który wskazuje, że Ibn Hazn posunął się do twierdzenia, że Bóg nie jest związany nawet swoim własnym słowem i że nic nie mogłoby go zmusić, aby objawił nam prawdę. Gdyby taka była wola Boża, to możliwe, że musielibyśmy nawet praktykować bałwochwalstwo.

    Jeśli chodzi o rozumienie Boga, a więc i o konkretne praktyki religijne, stajemy przed dylematem, który dziś staje się dla nas bezpośrednim wyzwaniem. Czy przekonanie, że działanie nierozumne sprzeciwia się Bożej naturze jest tylko grecką koncepcją, czy też jest ono zawsze i z natury prawdziwe? Sądzę, że możemy dojrzeć tu głęboką zgodność pomiędzy tym, co greckie – w najlepszym znaczeniu tego słowa – i bliblijnym rozumieniem wiary w Boga. Modyfikując pierwszy wers księgi Rodzaju, Jan rozpoczął prolog Ewangelii tymi słowami: „Na początku było λόγoς”. Jest to to samo słowo, którego użył cesarz: Bóg działalogosem. Logos oznacza zarówno rozum, jak i słowo — rozum, który jest twórczy i zdolny do samo-komunikowania, właśnie jako rozum. Jan w ten sposób wypowiedział ostateczne słowo na temat biblijnej koncepcji Boga, a w słowie tym wszelkie — często mozolne i kręte ścieżki wiary biblijnej znajdują swą kulminację i syntezę. Na początku było logos, a logos jest Bogiem, mówi Ewangelista. Spotkanie pomiędzy przesłaniem biblijnym a myślą grecką nie nastąpiło przypadkowo. Wizja św. Pawła, który zobaczył zamknięte drogi do Azji i ujrzał we śnie Macedończyka, błagającego go: „Przyjdź do Macedonii i pomóż nam (por. Dz 16,6-10). — ta wizja może być zinterpretowana jako „kwintesencja” wewnętrznej konieczności zbliżenia pomiędzy wiarą biblijną a dociekaniami greckimi.

    W istocie, to zbliżenie trwało już od pewnego czasu. Tajemnicze imię Boga, objawione w płonącym krzewie, imię, które oddziela Boga od wszelkich innych bóstw z ich wieloma imionami, które oznajmia po prostu, że On jest, stwarza wyzwanie koncepcji mitu — w bliskiej analogii jawi się tu staranie Sokratesa, by obalić i przekroczyć mit. Wewnątrz Starego Testamentu proces, który rozpoczął się od płonącego krzewu osiągnął nową dojrzałość w czasie Wygnania, gdy Bóg Izraela, pozbawionego wtedy swej ziemi i kultu, głoszony był jako Bóg nieba i ziemi oraz opisany był w prostej formule, która jest echem słów wypowiedzianych przy płonącym krzewie: „Ja jestem” Temu nowemu pojmowaniu Boga towarzyszy swoiste oświecenie, które znajduje mocny wyraz w wyszydzeniu bóstw, które są tylko dziełem ludzkich rąk (por. Ps 115). Tak więc, pomimo ostrego konfliktu z tymi władcami hellenistycznymi, którzy pragnęli dostosować ją do zwyczajów i bałwochwalczego kultu Greków, wiara biblijna w okresie hellenistycznym spotkała się z najlepszą myślą grecką na głębokim poziomie, co przyniosło wzajemne ubogacenie, widoczne zwłaszcza w późnej literaturze mądrościowej. Wiemy dziś, że greckie tłumaczenie Starego Testamentu stworzone w Aleksandrii — Septuaginta — jest czymś więcej niż prostym (i w tym znaczeniu nie w pełni satysfakcjonującym) tłumaczeniem tekstu hebrajskiego: jest niezależnym świadectwem tekstualnym i wyraźnym oraz ważnym krokiem w historii objawienia, która doprowadziła do tego spotkania w sposób decydujący dla narodzin i rozpowszechnienia się chrześcijaństwa. Ma tu miejsce głębokie spotkanie wiary i rozumu, spotkanie pomiędzy prawdziwym oświeceniem i religią. Z samego serca chrześcijańskiej wiary, a jednocześnie z serca greckiej myśli, połączonej teraz z wiarą, Manuel II mógł powiedzieć: niedziałanie „z logosem” jest przeciwne Bożej naturze.

    Uczciwie rzecz biorąc, trzeba zauważyć, że w późnych wiekach średnich odkrywamy nurty teologiczne, które chciały rozdzielić tę syntezę pomiędzy duchem greckim a duchem chrześcijańskim. W odróżnieniu od tzw. intelektualizmu Augustyna i Tomasza, wraz z Dunsem Szkotem pojawił się woluntaryzm, który ostatecznie doprowadził do twierdzenia, że możemy poznać jedynie Bożąvoluntas ordinata. Ponad nią znajduje się dziedzina Bożej wolności, mocą której mógłby uczynić wszystko przeciwnie do tego, co w rzeczywistości uczynił. To daje początek stanowiskom, które wyraźnie zbliżają się do stanowiska Ibn Hazna i które mogłyby nawet doprowadzić do obrazu Boga kapryśnego, który nie jest nawet związany prawdą i dobrocią . Boża transcendencja i inność są tak wywyższone, że nasz rozum, nasze poczucie tego, co prawdziwe i dobre, nie są już prawdziwym odbiciem Boga, którego najgłębsze możliwości pozostają wiecznie nieosiągalne i ukryte za Jego rzeczywistymi decyzjami. W przeciwieństwie do tego, wiara Kościoła twierdziła zawsze, że pomiędzy Bogiem i nami, pomiędzy Jego wiecznym Duchem Stwórcą a naszym stworzonym rozumem istnieje prawdziwa analogia, w której niepodobieństwo pozostaje nieskończenie większe niż podobieństwo, nie jednak do tego stopnia, by odrzucić analogię i jej język (por. Lateran IV). Bóg nie staje się bardziej boski, gdy odpychamy Go od siebie w czystym, niezgłębionym woluntaryzmie; raczej, prawdziwie boski Bóg jest Bogiem, który objawił się jako logos i, jako logosdziałał i w dalszym ciągu działa z miłością dla naszego dobra. Z pewnością miłość „przekracza” wiedzę i dlatego zdolna jest więcej dostrzec niż sama myśl (por. Ef 3,19), niemniej jednak w dalszym ciągu jest to miłość Boga, który jest logosem. Skutkiem tego, chrześcijański kult jest logike latreia, kultem w zgodzie z wiecznym Słowem i naszym rozumem (por. Rz 12,1).

    To wewnętrzne zbliżenie pomiędzy wiarą biblijną a greckimi dociekaniami filozoficznymi było zdarzeniem o decydującym znaczeniu nie tylko z punktu widzenia historii religii, ale także z punktu widzenia historii światowej — jest to wydarzenie, które dotyczy nas także dzisiaj. Biorąc pod uwagę tę zbieżność, nie jest dziwne, że chrześcijaństwo, pomimo swych źródeł i ważnych stadiów rozwoju na Wschodzie, ostatecznie zdobyło decydujący historycznie charakter w Europie. Możemy to także wyrazić odwrotnie: ta zbieżność, z późniejszym dodatkiem dziedzictwa rzymskiego, stworzyła Europę i pozostaje fundamentem tego, co prawdziwie może być nazywane Europą.

    Teza, że krytycznie oczyszczone dziedzictwo greckie tworzy integralną część wiary chrześcijańskiej, została odrzucona przez wezwanie do dehellenizacji chrześcijaństwo — wezwanie, które coraz bardziej dominuje w dyskusjach teologicznych od początku czasów współczesnych. Gdy przyjrzymy się uważniej, możemy dostrzec trzy etapy programu dehellenizacji: choć połączone ze sobą, są one wyraźnie różne od siebie w swych motywacjach i celach.

    Dehelenizacja pojawia się najpierw w powiązaniu z podstawowymi postulatami Reformacji w szesnastym wieku. Patrząc na tradycję teologii scholastycznej Reformatorzy sądzili, że mają przed sobą system wiary całkowicie ukształtowany przez filozofię, to znaczy wyraz wiary oparty na obcym systemie myśli. Skutkiem tego wiara nie jawiła się już jako żywe historyczne Słowo, ale jako pewien element wszechogarniającego systemu filozoficznego. Zasada sola scriptura, z drugiej strony, poszukiwała wiary w jej czystej, pierwotnej postaci, tak jak ją pierwotnie znajdujemy w Słowie biblijnym. Metafizyka jawiła się jako przesłanka pochodząca z innego źródła, od którego wiara musiała zostać uwolniona, aby na powrót mogła się pełniej stać sama sobą. Gdy Kant oświadczył, że musi odsunąć myślenie, aby uczynić miejsce wierze, poprowadził ten program dalej z radykalizmem, którego nie mogli nawet przewidzieć Reformatorzy. W ten sposób zakotwiczył on wiarę tylko w praktycznym rozumie, zaprzeczając jej przystępowi do rzeczywistości jako całości.

    Liberalna teologia dziewiętnastego i dwudziestego wieku, z Adolfem von Harnackiem jako wybitnym przedstawicielem, wprowadziła w drugi etap procesu dehellenizacji. Gdy byłem studentem i w pierwszych latach mojego nauczania, program ten był bardzo wpływowy także w teologii katolickiej. Jako punkt wyjścia przyjął on rozróżnienie Pascala pomiędzy Bogiem filozofów a Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba. W moim wykładzie inauguracyjnym w Bonn w 1959 r. starałem się podjąć to zagadnienie. Nie będę tu powtarzał tego, co powiedziałem przy tamtej okazji, ale chciałbym opisać przynajmniej krótko to, co było nowego w tym etapie dehelenizacji. Kluczową ideą Harnacka było proste powrócenie do człowieka Jezusa i jego prostego przekazu, [ukrytego] pod złogami teologii, czyli hellenizacji: to proste przesłanie postrzegano jako kulminację rozwoju religijnego ludzkości. Twierdzono, że Jezus zakończył sprawowanie kultu na korzyść moralności. Koniec końców, przedstawiono Go jako ojca humanitarnego przekazu moralnego. Fundamentalnym celem było przywrócenie zgodności chrześcijaństwa ze współczesnym rozumem, uwalniając je tym samym od pozornie filozoficznych i teologicznych elementów, takich jak wiara w bóstwo Chrystusa i trójjedynego Boga. W tym znaczeniu historyczno-krytyczna egzegeza Nowego Testamentu przywróciła teologii jej miejsce w ramach uniwersytetu: teologia, dla Harnacka, jest czymś zasadniczo historycznym, a więc ściśle naukowym. To, co może ona powiedzieć krytycznie o Jezusie to, niejako, wyraz praktycznego rozumu, dzięki czemu może ona zajmować należne miejsce wewnątrz uniwersytetu. Za tym myśleniem kryje się nowoczesne samo-ograniczenie rozumu, wyrażone klasycznie w „Krytykach” Kanta, ale w międzyczasie jeszcze bardziej zradykalizowane przez wpływ nauk przyrodniczych. Nowoczesna koncepcja rozumu opiera się, mówiąc krótko, na syntezie między platonizmem (kartezjanizmem) a empiryzmem, syntezie, potwierdzonej sukcesem technologii. Z jednej strony zakłada ona matematyczną strukturę materii, jej wewnętrzną racjonalność, co sprawia, że możliwe jest zrozumienie działania materii i jej skuteczne wykorzystanie: to podstawowe założenie jest, można powiedzieć, elementem platońskim w nowoczesnym rozumieniu natury. Z drugiej strony, istnieje potencjał natury, który daje się wykorzystywać dla naszych celów i tu ostateczną pewność przynieść może jedynie możliwość weryfikacji lub falsyfikacji poprzez eksperyment. Ciężar wagi pomiędzy tymi dwoma biegunami może, zależnie od okoliczności, przesuwać się z jednej strony na drugą. Tak wybitnie pozytywistyczny myśliciel jak J. Monod uważał się za platonika / kartezjanistę z przekonania.

    To daje początek dwom zasadom, które są kluczowe dla podniesionej przez nas kwestii. Po pierwsze, tylko typ pewności wynikający ze współgrania elementów matematycznych i empirycznych może być uważany za naukowy. Wszystko, co uważa się za naukę, musi być mierzone tym kryterium. Tak więc nauki humanistyczne, takie jak historia, psychologia, socjologia i filozofia, starają się dostosować do tego kanonu naukowości. Drugi punkt, który jest istotny dla naszych rozważań, to to, że z samej swojej natury metoda ta wyklucza kwestię Boga, sprawiając, że jawi się jako kwestia nienaukowa lub przed-naukowa. Skutkiem tego, stajemy przed redukcją zakresu nauki i rozumu, którą musimy zakwestionować.

    Wrócimy do tego problemu później. W międzyczasie musimy zauważyć, że z tego punktu widzenia każda próba utrzymania twierdzenia, że teologia jest „naukowa” zakończy się zredukowaniem chrześcijaństwa do jakiejś części swej poprzedniej tożsamości. Musimy jednak powiedzieć więcej: to sam człowiek zostaje zredukowany, ponieważ specyficznie ludzkie pytania o nasze pochodzenie i przeznaczenie, pytania stawiane przez religię i etykę, nie mają już miejsca w zasięgu zbiorczego rozumu zdefiniowanego przez „naukę”, tak więc muszą być odesłane do dziedziny subiektywności. Podmiot więc decyduje, na podstawie swojego doświadczenia, co uznaje za możliwe do utrzymania w sprawach religijnych i subiektywne „sumienie” staje się jedynym sędzią tego, co etyczne. W ten sposób jednak etyka i religia tracą siłę tworzenia społeczności i stają się sprawą całkowicie osobistą. Jest to niebezpieczny dla ludzkości stan rzeczy, jak widzimy po niepokojących patologiach religii i rozumu, które z konieczności wybuchają, gdy rozum jest tak zredukowany, że pytania religii i etyki już go nie dotyczą. Próby konstruowania etyki z reguł ewolucji lub z psychologii i socjologii okazują się być po prostu nieadekwatne.

    Zanim wyciągnę wnioski, do których zmierzam, muszę krótko odnieść się do trzeciego etapu dehellenizacji, który ma miejsce teraz. W świetle naszego doświadczenia pluralizmu kulturowego mówi się dziś często, że synteza z hellenizmem osiągnięta we wczesnym Kościele była wstępną inkulturacją, która nie powinna być wiążąca dla innych kultur. Mówi się o nich, że mają one prawo powrotu do prostego przesłania Nowego Testamentu wcześniejszego od tej inkulturacji, po to, aby je inkulturować na nowo w swoich własnych środowiskach. Teza ta jest nie tylko fałszywa; jest ona surowa i nieprecyzyjna. Nowy Testament został spisany po grecku i nosi odcisk greckiego ducha, który doszedł już do dojrzałości, gdy rozwijał się Stary Testament. To prawda, istnieją elementy w ewolucji wczesnego Kościoła, które nie muszą być zintegrowane we wszystkich kulturach. Niemniej jednak, zasadnicze decyzje podjęte odnośnie relacji między wiarą a wykorzystaniem ludzkiego rozumu są częścią samej wiary; są one elementami rozwoju współbrzmiącymi z samą naturą wiary.

    W ten sposób doszedłem do konkluzji. Szkic ten, namalowany szerokimi pociągnięciami pędzla, mający na celu krytykę współczesnego rozumu, wychodząc od niego samego, nie ma nic wspólnego z cofaniem się do czasu przed Oświeceniem i odrzuceniem spostrzeżeń nowoczesności. Pozytywne aspekty nowoczesności powinny być uznane bez zastrzeżeń: wszyscy jesteśmy wdzięczni za cudowne możliwości, które otwarła przed ludzkością i za postęp w człowieczeństwie, który został nam dany. Etos naukowy jest ponadto wolą posłuszeństwa prawdzie, i jako taki, zawiera postawę, która odbija w sobie jedno z podstawowych przekonań chrześcijaństwa. Naszym celem nie jest okopywanie się czy negatywny krytycyzm, ale poszerzenie naszej koncepcji rozumu i jego zastosowania. Choć cieszymy się z nowych możliwości otwierających się przed ludzkością, widzimy także niebezpieczeństwa rodzące się z tych możliwości i musimy zadać sobie pytanie, jak możemy je przezwyciężyć. Uda nam się to uczynić tylko wtedy, gdy rozum i wiara spotkają się w nowy sposób, jeśli przezwyciężymy nałożone przez rozum sam na siebie ograniczenie do tego, co empirycznie sprawdzalne i jeśli ponownie otworzymy jego szerokie horyzonty. W tym znaczeniu teologia słusznie należy do uniwersytetu i do szeroko zakrojonego dialogu nauk, nie tylko jako dyscyplina historyczna i jedna z nauk humanistycznych, ale dokładnie jako teologia, jako dociekanie racjonalności wiary.

    Tylko w ten sposób stajemy się zdolni do szczerego dialogu kultur i religii, tak pilnie potrzebnego dzisiaj. W zachodnim świecie powszechnie utrzymuje się, że tylko rozum pozytywistyczny i oparte na nim formy filozofii cieszą się powszechną ważnością. A jednak, głęboko religijne kultury światowe postrzegają to wykluczenie boskości z powszechności rozumu jako atak na swe najgłębsze przekonania. Rozum, który jest głuchy na boskość i który odkłada religię w dziedzinę subkultur, jest niezdolny do wchodzenia w dialog kultur. Jednocześnie, jak starałem się pokazać, nowoczesny rozum naukowy ze swym nieodłącznym elementem platońskim nosi w sobie pytanie, które wskazuje poza niego i poza możliwości jego metodologii. Nowoczesny rozum naukowy musi po prostu przyjąć racjonalną strukturę materii i zgodność pomiędzy naszym duchem a panującymi racjonalnymi strukturami natury jako fakt, na którym musi oprzeć swą metodologię. A jednak pytanie, dlaczego tak musi być, jest realnym pytaniem i to takim, które musi zostać przekazane przez nauki przyrodnicze innym metodom i poziomom myślenia — filozofii i teologii. Dla filozofii i, choć w inny sposób, dla teologii, wsłuchiwanie się w wielkie doświadczenia i przemyślenia tradycji religijnych ludzkości, a zwłaszcza wiary chrześcijańskiej, jest źródłem poznania, a ignorowanie tego byłoby niemożliwym do zaakceptowania ograniczeniem naszego [pola] percepcji i reakcji. Przypomina mi się tu coś, co powiedział Sokrates do Fedona. W poprzednich rozmowach podnieśli oni wiele fałszywych opinii filozoficznych, tak więc Sokrates mówi: „łatwo można by zrozumieć, gdyby ktoś tak zirytował się na wszystkie te fałszywe poglądy, że przez resztę życia gardziłby i szydził z wszelkiej mowy na temat istnienia — ale w ten sposób pozbawiłby się prawdy egzystencji i poniósłby ogromną stratę”. Zachodowi od dawna zagraża taka awersja wobec pytań, które leżą u podstaw jego racjonalności i może on z tego powodu jedynie ponieść wielką stratę. Odwaga, by zaangażować cały dech rozumu, a nie zaprzeczanie jego wielkości — to program, z którym teologia oparta na wierze biblijnej wchodzi w debaty naszych czasów. „Niedziałanie rozumnie (z logosem) jest czymś przeciwnym naturze Boga”, powiedział Manuel II, zgodnie ze swym chrześcijańskim rozumieniem Boga, w odpowiedzi udzielonej perskiemu rozmówcy. To do tego wielkiego logosu, do tej rozległości rozumu, zapraszamy naszych partnerów w dialogu kultur. Jego nieustanne odkrywanie na nowo jest wielkim zadaniem uniwersytetu.

    tłum. Maciej Górnicki, Fundacja Opoka

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Vittorio Messori: Z ciemności niewiary do spotkania z Chrystusem

    fot. Screenshot – YouTube (ASCOLTARE, LEGGERE, CRESCERE)

    ***

    Vittorio Messori:

    Z ciemności niewiary do spotkania z Chrystusem

    Latem 1964 r. w życiu 24-letniego studenta Vittoria Messoriego dokonała się radykalna przemiana. Doświadczył namacalnie istnienia Boga. Z agnostyka stał się jednym z najznamienitszych współczesnych apologetów Kościoła katolickiego, wielkiej sławy pisarzem i dziennikarzem, którego książki są w czołówce światowych list bestsellerów.

    Nawrócenie – jak twierdzi Messori w książce Dlaczego wierzę – spotkało go bez żadnej jego zasługi. Był to “tajemniczy dar”, który został mu ofiarowany w formie propozycji. Oczywiście, że mógł ten dar odrzucić i powiedzieć “nie”, ale gdyby to zrobił, byłby – jak sam twierdzi – “skończonym osłem, który zamyka nie tylko serce, ale też oczy, odrzucając to, co oczywiste. I przez to obciążając swe sumienie ogromnym ciężarem wyrzutów” (s. 22).

    Wiara w Jezusa Chrystusa stała się dla Messoriego tak drogocennym skarbem, że gotów jest dzisiaj w jej obronie oddać życie. Wolałby umrzeć niż zaprzeć się Chrystusa. Z całą szczerością wyznał, że gdyby ktoś przystawił mu pistolet do głowy i zagroził, że naciśnie cyngiel, jeżeli nie wyrzeknie się Ewangelii i nie uzna, że jest ona jedną wielką iluzją i mitem, to wtedy wybrałby śmierć. Nie potrafiłby zaprzeczyć niczemu, co jest w wyznaniu katolickiej wiary.

    Dzieciństwo i formacja

    Rodzice Vittoria Messoriego pobrali się w 1940 r. Matka miała wtedy 19 lat, a ojciec był o dwa lata starszym żołnierzem; zakochali się i wzięli ślub. Rodzice Vittoria byli uczciwymi ludźmi, bez nałogów, solidnie wypełniającymi swoje obowiązki. Jednak zarówno oni, jak i ich najbliżsi krewni byli agresywnymi antyklerykałami i agnostykami, odrzucali wszystko, co miało związek z religią. Po skończonej wojnie przenieśli się z Sassuolo do Turynu, gdzie ojciec Vittoria pracował jako urzędnik, a jego mama prowadziła dom. Pomimo tego. że trzymali się z dala od Kościoła, Vittorio przystąpił do Pierwszej Komunii św. i tego samego dnia przyjął również sakrament bierzmowania. Ta decyzja rodziców spowodowana była panującym przekonaniem, że dzieci trzeba doprowadzić do sakramentów, aby chroniły ich one przed nieszczęściem.

    Po przyjęciu Pierwszej Komunii św. Vittorio nie miał w ogóle kontaktu z katechezą i Kościołem. Wychował się i wzrastał w laickiej, antykościelnej i antyklerykalnej kulturze, która boleśnie odczuwała zamknięcie się na wymiar wiary, chociaż nie potrafiła i nie chciała się do tego przyznać. Przez długi czas Vittorio nie był świadomy, że tej laickiej kulturze, która nazywała się otwartą, wolną, krytyczną, nie można zadawać pytań o sens życia i śmierci, o ludobójstwo w Wandei czy o miliony krwawych ofiar francuskiej rewolucji.

    Yittorio chodził do Gimnazjum i Liceum Massima D’Azeglia w historycznym centrum Turynu. Była to szkoła dla dzieci z najbardziej wpływowych rodzin miasta. Uczyły się w niej między innymi dzieci rodziny Agnelli, właścicieli zakładów Fiata. To w tej szkole powstała drużyna piłkarska Juventus, a także słynne wydawnictwo Giulia Einaudiego, szerzące liberalną i marksistowską ideologię. Szkoła ta wychowywała agnostyków i ateistów, wyznawców racjonalizmu, niechętnych lub wręcz wrogich Kościołowi katolickiemu. Panował w niej rygorystyczny agnostycyzm, obowiązywał zakaz mówienia o zagadnieniach religijnych. Tak więc środowisko, w którym się wychowywał i wzrastał Vittorio, było całkowicie zamknięte na sprawy religijne i wrogie Kościołowi katolickiemu.

    Po szkole średniej Vittorio kontynuował swoją “laicką” formację, studiując nauki polityczne. Aby opłacić studia, pracował w nocy jako telefonista w miejskiej centrali telefonicznej. Był bardzo gorliwym studentem, można powiedzieć, wręcz pasjonatem, o niewyczerpanej intelektualnej ciekawości. Studiował całymi dniami, również w dni świąteczne.

    Pytanie o sens śmierci

    W upalne popołudnie, latem 1964 r., w życiu Vittoria dokonał się gwałtowny, radykalny przełom. Do tego czasu był agnostykiem i.antyklerykałem, bez żadnych kompleksów i frustracji społecznych, studentem prestiżowej uczelni czystego i agresywnego laicyzmu. Nie zawracał sobie głowy poszukiwaniem absolutnej prawdy, po prostu nie wierzył w jej istnienie. Na katolików patrzył z pogardą, jak na przesądnych wyznawców anachronicznych mitów. Nic więc nie predysponowało Messoriego do tego, aby kierować swoje zainteresowania w stronę chrześcijaństwa, a tym bardziej w kierunku mistycznych doznań.

    W tym okresie Messori zachwycał się książką Mdłości znanego francuskiego filozofa i ateisty J.-P. Sartre’a. Fascynował się ideami ateistycznego egzystencjalizmu, ale faktu śmierci nie odnosił do siebie. Jednak tamtego pamiętnego dnia, latem 1964 r., po raz pierwszy uświadomił sobie, że śmierć to także jego osobisty problem. Zadawanie pytań o sens życia traktował do tej pory jako infantylizm niegodny dojrzałego człowieka. Tym razem jednak do siebie odniósł pytanie: czy wraz z moją śmiercią wszystko się skończy? Uświadomił sobie, że na to najważniejsze pytanie nie otrzymał odpowiedzi – ani od swoich nauczycieli, ani od racjonalistycznej ideologii, w której się wychował. Czy rzeczywiście śmierć wprowadzi go w czarną otchłań nicości? Uświadomił sobie, że jeśli śmierć jest końcem wszystkiego, to wtedy jego życie jest absurdalne i nie ma sensu.

    Świadomość ta niosła ze sobą wielkie duchowe cierpienie, wewnętrzny krzyk o ratunek – krzyk człowieka pogrążonego w beznadziejności.

    Tego pamiętnego letniego dnia w 1964 r. Vittorio czuł się zupełnie osamotniony. Tym bardziej że w domu został sam, gdyż rodzice z bratem wyjechali na wakacje. Nie było wykładów, więc spał do samego południa. I sam nie wie, jak to się stało, że właśnie tego dnia, po południu, wziął do ręki skromne, kieszonkowe wydanie Ewangelii. Sam nie wie, w jaki sposób znalazła się ona w jego pokoju, nie wie, skąd pochodziła. Po prostu leżała w kącie szafy. Nie wie także, czego w niej szukał, gdyż niczego po tej lekturze się nie spodziewał. Był przecież agnostykiem, dla którego szukanie odpowiedzi na pytanie o istnienie Boga było tylko stratą czasu.

    Istnieje inny świat

    Jednak fakt, że sięgnął wtedy po Ewangelię, Messori odczytuje dzisiaj jako znak dyskretnego Bożego prowadzenia. Wziął ją, otworzył i zaczął czytać: “Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28) – i wtedy stało się coś niesamowitego. Nagle jakby łuski spadły mu z oczu. Został ogarnięty przedziwnym światłem słodyczy miłości, miłosierdzia i sprawiedliwości. Wzruszony czytał dalej: “Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11, 29). Do głębi wstrząsnęła nim przestroga zawarta w przypowieści o nieurodzajnym drzewie figowym (Łk 13,6-9). I właśnie wtedy Vittorip został ogarnięty niesamowitym żarem miłości, czułości i pokoju, i przeprowadzony jakby przez próg, za którym istnieje inny świat, naznaczony świętością i niedoświadczalny zmysłami. To było mistyczne doświadczenie światła obecności Chrystusa, które jak strumień wytrysnęło z Ewangelii. Messori mówi, że tego spotkania z Chrystusem nie jest w stanie wyrazić słowami. Z ciemności niewiary wyłoniło się niespodziewanie Światło i Vittorio spotkał Chrystusa “w sensie fizycznym, prawdziwym: tak bardzo rzeczywista była pewność tej Obecności. Z papierowych kart – pisze Messori – Słowo naprawdę stało się dla mnie ciałem, ofiarowując mi radość i niepokój, wielki entuzjazm i bojaźń, zadowolenie z wypełnionej powinności i wyrzuty sumienia z powodu niewierności. (…) Wiara dla chrześcijanina to spotkanie Osoby, która jednocześnie jest miłosierna i surowa, ludzka i boska. Spotkaniu temu towarzyszy nieodparta potrzeba podążania za Nią i bycia Jej posłusznym” (s. 64).

    Messori podkreśla, że to doświadczenie było absolutnie obiektywnym faktem, a nie iluzją lub przejawem jakiejś choroby psychicznej. Zrozumiał wtedy, że największym szczęściem człowieka jest otwarcie się na obecność wszechmogącego Boga i powierzenie Mu z dziecięcą ufnością całego siebie i całej swojej wolnej woli. Z radością odkrył, że jest dzieckiem Boga Ojca, który jest miłością, a jeżeli całkowicie zaufa Jego Opatrzności, wszystko w jego życiu będzie miało sens. Takie bezgraniczne zaufanie i zawierzanie siebie Bogu, szczególnie w sytuacjach duchowej pustki i cierpienia, zapewni prawdziwy pokój ducha wśród bolesnych zmagań, jakie niesie życie.

    Spotkanie z Chrystusem było w życiu duchowym Messoriego jak tsunami, które roztrzaskało w kawałki całą jego dotychczasową racjonalistyczną i materialistyczną ideologię, jego sposób myślenia i wartościowania. Został napełniony obecnością Boga, którego istnienie do tej pory negował. Co więcej, zdziwiony odkrył, że jest z natury katolikiem, że cała prawda objawiona przez Boga jest obecna w Kościele katolickim. Jak nowo narodzony zobaczył i zaakceptował rzeczywistość taką, jaka ona jest. Odtąd pokora stała się dla niego życiową koniecznością, ponieważ jest posłuszeństwem prawdzie o Bogu i o człowieku. Tak jak przy nawróceniu Szawła, kiedy “łuski spadły z jego oczu” (Dz 9, 18), zobaczył inny świat i pokorę Chrystusa. Zrozumiał, że musi budować swoje chrześcijańskie życie na pokorze, czyli na objawionej prawdzie o Bogu i człowieku. Doświadczenie pokory Chrystusa rozbiło w pył intelektualny snobizm Messoriego oraz sprawiło, że całkowicie wyrzekł się “wolnej miłości” i wszelkich seksualnych kontaktów z dziewczynami. Przede wszystkim czuł się zaproszony, aby stać się członkiem wielkiej rodziny Kościoła katolickiego. Od tego momentu stał się zdeklarowanym katolikiem. Otrzymał wtedy nadzwyczajną energię do działania i radykalnego uporządkowania swojego życia. Był – przyzwyczajony do braku dyscypliny, ale po spotkaniu z Chrystusem ułożył sobie taki plan swoich zajęć i modlitw, którego nie wytrzymałby nawet trapista lub kartuz. Narzucił sobie stały rozkład dnia z czasem przeznaczonym na modlitwę, pracę, naukę, odpoczynek oraz wypełnienie wszystkich obowiązków. Ten program dnia ustalał każdego tygodnia i przestrzegał go co do minuty. Między innymi codziennie czytał i medytował teksty Pisma św., studiował katechizm oraz teksty Pascala i książki teologiczne. Przyłączył się do grupy charytatywnej św. Wincentego a Paulo działającej przy jego parafii. Regularnie opiekował się samotną, schorowaną staruszką.

    Podczas mistycznego spotkania z Chrystusem Messori otrzymał intuicyjne poznanie prawdy o jednym Bogu w trzech Osobach, o istnieniu nieba, czyśćca i piekła, o sądzie każdego człowieka w chwili śmierci, podczas którego decyduje się jego zbawienie albo potępienie. Doświadczył nieopisanej radości z odkrycia prawdy o życiu wiecznym i równocześnie świętej bojaźni przed jego utratą. Twierdzi, że w chwili nawrócenia, bez żadnej zasługi z jego strony, cały depozyt wiary został mu powierzony jako dar.

    Spotkanie z Pascalem

    Po nawróceniu w sercu Messoriego rozlegał się entuzjastyczny krzyk kogoś, kto znalazł najcenniejszy skarb. Bardziej jednak czuł, niż rozumiał, dlatego zaczął intensywnie szukać głębszego zrozumienia wiary. Sięgnął po Myśli Pascala, genialnego fizyka, matematyka, filozofa i pisarza. Czytał te zapiski przez całą noc, aż do wschodu słońca. Myśli Pascala i jego mistyczne doświadczenie bardzo mu pomogły lepiej zrozumieć to, co się stało w jego życiu. To było niesamowite odkrycie: 310 lat po mistycznym doświadczeniu Pascala, w Turynie, w letnie popołudnie, 24-letni student przeżywa podobne wstrząsające spotkanie z Chrystusem. Całkowita duchowa przemiana, doświadczenie “ognia” miłości i obecności Boga oraz cała atmosfera były takie same jak w przypadku Pascala. Jego teksty stały się dla Messoriego duchowym przewodnikiem, a on sam bratem i towarzyszem tej duchowej przygody. Blaise Pascal swoje mistyczne doświadczenie w nocy 25 listopada 1654 r. wyraził w słynnym tekście Pamiątka: “Ogień. Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba, nie filozofów i naukowców. Pewność. Pewność. Uczucie. Radość. Pokój. Bóg Jezusa Chrystusa. Mój Bóg i twój Bóg. (…) Radość, radość, łzy radości (…), niech nie zapominam Twoich pouczeń”. Relacjonuje w nim objawienie tego, co tak naprawdę oznacza wiara w Chrystusa. Przede wszystkim chodzi o świadomość, że od jakości życia na ziemi zależy cała wieczność radości zbawienia lub kary potępienia, w którą się wchodzi w momencie śmierci. Świadomość tego faktu powinna zawsze nam towarzyszyć. Messori ręcznie przepisał i nosił ze sobą tekst Pamiątki Pascala, ponieważ najpełniej wyrażał on stan jego uczuć podczas mistycznego spotkania z Chrystusem.

    Messori twierdzi, że to Pascal pomógł mu zrozumieć, że chrześcijanin jest stuprocentowym realistą, dlatego że w obliczu wyboru pomiędzy życiem wiecznym i śmiercią wybiera to, co jest najbardziej prawdopodobne – czyli życie, istnienie Boga.

    Pascal uświadomił mu, że w zależności od tego, z jakiego punktu widzenia patrzy się na zagadnienie wiary, dla jednego może być ono prawdziwe, a dla drugiego fałszywe.

    Dzięki Pascalowi Messori uświadomił sobie, że przez spotkanie z Chrystusem, po raz pierwszy w swoim życiu, zobaczył chrześcijaństwo z właściwego punktu widzenia i zachwycił się nim, gdyż zobaczył je w całej prawdzie. Messori zrozumiał, że bez Objawienia, sami z siebie, nie jesteśmy w stanie odróżnić prawdy od fałszu. To sam Stwórca daje nam światło odróżnienia dobra od zła, prawdy od kłamstwa i właściwy punkt patrzenia na otaczającą rzeczywistość. Wiara w Boga, która stała się tamtego dnia udziałem Messoriego, wcale nie negowała rozumu, lecz tylko otworzyła go na pełnię prawdy. Dokonało się to, o czym pisze Pascal: “Ostatnim krokiem rozumu jest uznanie Tajemnicy, która go przewyższa”. Vittorio dokonał tego kroku, otwierając się na tajemnicę Boga. Dogmaty Kościoła katolickiego stały się dla niego znakami wskazującymi drogę wolności w poznawaniu prawdy. Każdy logicznie myślący człowiek, jeżeli odrzuci wszelkie uprzedzenia, dochodzi do wniosku, że jesteśmy zanurzeni w tajemnicy makro – i mikro-kosmosu, a także w jeszcze większej tajemnicy świata duchowego. Dlatego trudno jest zrozumieć, dlaczego tak wielu ludzi nie zastanawia się nad niezgłębioną tajemnicą, w której zanurzone jest nasze życie. “I niech nie rozśmieszają nas ci, którzy uważają się za rozumniej szych od wierzących, ponieważ zastępują Boga Stworzyciela absurdalnym idolem, którym miałaby być Wieczna Materia! To dopiero jest nieracjonalne” – stwierdza Messori (s. 34).

    Tylko człowiek wierzący zachowuje wolność w poszukiwaniu prawdy; szczególnie jest to widoczne w sytuacjach, które wymykają się poznaniu empirycznemu. Jeżeli oceni, że fakty są pewne w przypadku cudu, to wtedy je akceptuje, chociaż nie może ich racjonalnie wyjaśnić. Natomiast ludzie niewierzący z góry odrzucają możliwość zaistnienia cudu – i w ten sposób zamykają się na tajemnicę takiego wymiaru rzeczywistości, który jest niedostępny poznaniu zmysłowemu. Czynią tak dlatego, że fakty te nie mieszczą się w ich ideologicznym schemacie. Wtedy uciekają się do irracjonalnych tłumaczeń. Po prostu są zniewoleni ślepą wiarą w ateistyczny dogmat, który mówi, że Bóg na pewno nie istnieje, a cudów nie ma. W ten sposób stają się ślepi i głusi, zamknięci na poznanie prawdy i istnienie duchowego wymiaru rzeczywistości.

    Po swoim nawróceniu Messori nie szuka Prawdy, gdyż z całą pewnością wie, gdzie Ona jest. Podejmuje tylko trud nieustannego głębszego Jej rozumienia. Do siebie odnosi słowa św. Pawła: “Przechowujemy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas” (2 Kor 4, 7); “Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą” (Łk 12,48).

    Podobieństwo z nawróceniem Frossarda

    Kiedy Messori po raz pierwszy przeczytał książkę Andrego Frossarda Spotkałem Boga, odnalazł w niej wzruszający opis nawrócenia, który przypominał mu jego własne. Andre Frossard, jedyny katolik w gronie 40 “nieśmiertelnych” członków Akademii Francuskiej, przyjaciel Jana Pawła II, był jednym z najsłynniejszych i najbardziej wpływowych europejskich pisarzy i dziennikarzy, który dopiero po 40 latach od swego nawrócenia zdecydował się napisać książkę poświęconą temu niezwykłemu wydarzeniu. Uczynił to dopiero wtedy, gdy był już cenionym pisarzem i dziennikarzem, aby to wyjątkowe świadectwo mogło być przyjęte przez czytelników. Jako 20-letni, początkujący dziennikarz, Frossard, szukając swego przyjaciela, przypadkowo wszedł do paryskiego kościoła, w którym siostry zakonne adorowały Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie. Po raz pierwszy w swoim życiu widział Najświętszy Sakrament. Był ateistą od dziecka, ponieważ tak go wychował ojciec, znany francuski polityk, założyciel Francuskiej Partii Komunistycznej. Kiedy Frossard patrzył na Hostię, nagle poczuł, że w jego wnętrze wniknęła jakaś tajemnicza moc, która uwolniła go od ateistycznej ślepoty i ogarnęła nadprzyrodzoną rzeczywistością, promieniującą wprost od Najświętszego Sakramentu. “To jest inny świat – pisze Frossard – o takim blasku i realności, że nasz świat wydaje się przy nim podobny do rozwiewających się cieni sennych marzeń. (…) To jest ład we wszechświecie, a na jego szczycie jest Oczywistość Boga, która jest Obecnością i Osobą. Jeszcze przed sekundą zaprzeczałem Jej istnienia. Chrześcijanie nazywają Ją ťnaszym OjcemŤ. Doświadczam Jej łagodnej dobroci i łaskawości, której nie jest w stanie dorównać żadna inna. Łagodność ta jest zdolna przemienić każde ludzkie serce – również takie, które jest twardsze od najtwardszego kamienia. Temu wtargnięciu rzeczywistości Boga towarzyszy radość, która jest entuzjazmem uratowanego od śmierci, w samą porę wydobytego z oceanu rozbitka. Dopiero teraz uświadamiam sobie, wjakim błocie byłem pogrążony, i dziwię się, jak mogłem tam żyć i oddychać. Jednocześnie zostałem obdarowany nową rodziną, a jest nią Kościół katolicki. Jego zadaniem jest prowadzenie mnie tam, dokąd muszę iść, gdyż pozostaje mi do przebycia jeszcze kawał drogi. (…) Kościół jest wspólnotą; w niej obecny jest Jedyny, którego imienia nigdy więcej nie będę mógł napisać bez trwogi, że zranię Jego miłość. Stoję przed Nim jak dziecko, któremu przypadło w udziale szczęście otrzymania przebaczenia” {Istnieje inny świat, ss. 39-40).

    Owoce nawrócenia

    Doświadczenie zanurzenia się w “innym” świecie w przypadku Frossarda trwało miesiąc, a u Messoriego – cztery miesiące. W tym wyjątkowym czasie Vittorio doświadczał intensywnego pragnienia modlitwy, którą przeżywał jako osobiste spotkanie z Bogiem, bez formułek i słów, w radosnej intymności, której często towarzyszył dar łez. Tę specjalną łaskę otrzymał w obfitości. W ciągu czterech miesięcy od swego nawrócenia podczas modlitwy wylał wiele łez. Był to, jak pisze; “płacz pocieszenia, roztkliwienia, zadziwienia, rozpoznania. Ale także skruchy, wyrzutów sumienia, żałowania” (s. 255). Podczas nocnej pracy w centrali telefonicznej, w chwilach przerwy, modlił się, ukryty w swojej garderobie, obficie mocząc łzami czarny służbowy kitel.

    Doświadczenie bardzo intensywnego wewnętrznego żaru uniesienia i radości pojawiało się podczas pierwszych Mszy św., w których Vittorio zaczął codziennie uczestniczyć, w ukryciu, z tyłu kościoła – tak jak celnik z ewangelicznej przypowieści. Odkrył, jak wielkim skarbem jest Eucharystia – rzeczywista obecność zmartwychwstałego Chrystusa. To w tabernakulach katolickich kościołów jest obecny największy skarb ludzkości, nasz Zbawiciel. Jezus Chrystus, który promieniuje mocą swojego Boskiego Życia i Miłości.

    Po swoim nawróceniu Messori do końca pragnął być obiektywny i dlatego kupił w księgarni protestanckiej kilka antykatolickich książek, i z uwagąje przeczytał. Ta lektura jeszcze bardziej utwierdziła go w przekonaniu, że pełnia praw d> znajduje się tylko w Ewangelii interpretowanej i przeżywanej we wspólnocie Kościoła katolickiego.

    W tym czasie odszukał swojego katechetę z czasów licealnych, franciszkanina o. Berarda, i u niego przystąpił do sakramentu pokuty. Chociaż wyznanie grzechów bardzo go bolało, to jednak przyniosło mu ogromną radość z cudu przebaczenia. Vittorio po raz pierwszy w swoim życiu doświadczył i zrozumiał, jak wielkim skarbem jest sakrament pokuty, w którym uobecnia się wszechmoc Bożego Miłosierdzia. Władzę odpuszczania grzechów Pan Jezus przekazał św. Piotrowi i wszystkim apostołom oraz ich następcom: “(…) cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 19). Messori z wielką ufnością powierzył się duchowemu kierownictwu o. Berarda. Przychodził do niego każdego tygodnia na rozmowy, które otwierały go na fascynującą rzeczywistość świata duchowego. Był to również dla Messoriego czas intensywnego czytania książek z dziedziny duchowej formacji oraz historycznych początków chrześcijaństwa. Pragnął jak najwięcej się dowiedzieć o Jezusie Chrystusie, wykorzystując do tego celu historię, archeologię i rozum. W ten sposób uzyskał pewność, że chrześcijaństwo oparte jest na solidnych historycznych fundamentach, a szczególnie na historycznym fakcie narodzenia, nauczania, Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Intensywne studia utwierdziły Messoriego w przekonaniu, że Ewangelie wiernie relacjonują to wszystko, co się wydarzyło w czasie ziemskiego życia Jezusa, a Jezus historii i Chrystus wiary to ta sama osoba Syna Bożego. Tylko najwięksi wrogowie Kościoła, z braku dostatecznej wiedzy lub ze złośliwości, próbują przekonywać, że Ewangelie są zbiorem mitów, legend i bajek. Messori w swoich późniejszych książkach zdecydowanie przeciwstawiał się tym twierdzeniom, ukazując ich bezpodstawność. Czuł, że został powołany do tego, aby jako dziennikarz, pisarz i apologeta dostarczać “dowodów na to, by wierzyć”; zrozumiał, że jest to jego szczególne powołanie. Po dwunastu latach od swojego nawrócenia napisał pierwszą książkę Opinie o Jezusie, która stała się światowym bestsellerem.

    W tej oraz w kolejnych swoich książkach Messori udowadnia, że wiara w Jezusa Chrystusa osadzona jest w historycznych faktach opisanych w Biblii, a ich kulminacją jest Zmartwychwstanie Chrystusa. Podkreśla, jak ważna jest znajomość historii ludzkości i Kościoła, gdyż właśnie w tę historię wszedł Bóg. stając się prawdziwym człowiekiem. Jest to Bóg. który objawia się i równocześnie jest ukryty, aby pozostawić człowiekowi możliwość wolnego wyboru i nie zniewolić go wszechmocą swojej miłości.

    Messori zdecydowanie odrzuca pogląd, że wszystkie religie są równe. Szkoda więc marnować czas na poznawanie duchowości Wschodu, różnorodnych mitów, legend pochodzących z różnych religii, które mogą być tylko dalekim przygotowaniem do pełnego Objawienia w Chrystusie. Wszystkim, którzy mają awersję do chrześcijaństwa, Messori radzi poznać przerażające, krwawe barbarzyństwo pogańskich kultów w Afryce oraz Ameryce Południowej przed przybyciem Kolumba. Pisze: “Co jednak poradzę na to, że jestem przekonany, że spośród wielu rację miał tylko ten Nazarejczyk, który powiedział o sobie: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem» (J 14, 6), i który nas przestrzega: «beze Mnie nic nie możecie uczynić» (J 15, 5)”(s. 120).

    Do dzisiejszego dnia dla Messoriego wiara stanowi centrum jego życia, a za prawdę, którą głosi chrześcijaństwo, jest gotów oddać swoje życie. Jest wierny codziennej modlitwie, którą traktuje jako rozmowę z Bogiem. Codziennie uczestniczy we Mszy św., czyta i medytuje teksty Pisma św., kocha ludową pobożność, korzysta z odpustów, czci relikwie, pielgrzymuje, odmawia różaniec, podejmuje umartwienia. Szczególnym rodzajem modlitwy jest dla niego różaniec, do którego odmawiania wzywała Matka Boża podczas objawień w Lourdes i Fatimie i o którym papieże pisali encykliki. Messori podkreśla, że tysiącletnia tradycja odmawiania różańca potwierdza jego tajemniczą skuteczność i moc. W różańcu znajduje się całe kompendium wyznania wiary, a w jego odmawianiu tkwi wielka duchowa, uspokajająca siła.

    Czuje się grzesznikiem narażonym na cielesne pokusy, takie jak łakomstwo czy seks. Gdy czasami upadnie, to natychmiast żałuje i powstaje w sakramencie pokuty, z jeszcze większą gorliwością oddając się pobożnym praktykom. Codziennie pamięta o modlitwie za zmarłych i ich także prosi o modlitwę. Zwraca się do zmarłych jak do osób żyjących w innym wymiarze rzeczywistości.

    Messori jest przekonany, że każdemu człowiekowi od momentu poczęcia Pan Bóg powierzył Anioła Stróża, który ma go “oświecać, strzec, podtrzymywać, kierować”, dlatego nigdy nie zapomina o modlitwie do swego Anioła Stróża oraz do tych aniołów, którzy strzegą jego bliskich.

    Przed nawróceniem Vittorio patrzył na księży i katolików jak na hipokrytów, kombinatorów, wsteczników i chciwców, a samą instytucję Kościoła uważał za wroga państwa. Całe to jego negatywne nastawienie po nawróceniu całkowicie zniknęło. Przestał wyszukiwać skandale z udziałem ludzi Kościoła i mówić o nich. Została mu dana jasność prawdy o Kościele, tak często lekceważonym i znieważanym nie tylko przez wrogów, ale także przez swoje dzieci. Zrozumiał, że największym skarbem ludzkości jest Kościół katolicki, że jest to Chrystus, który jednoczy ze sobą wszystkich grzeszników, aby ich uwalniać z niewoli grzechów, czynić świętymi i prowadzić do nieba. Kościół katolicki jest więc bezcennym skarbem, Matką i Nauczycielką, Ciałem Chrystusa uobecnianym w Eucharystii.

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr

    mp/Miłujcie się!, nr 5-2009, adonai.pl

    Książki Vittorio Messori, które warto przeczytać. Oto tytuły niektóre z nich:

    NIEBO DAJE ZNAK, DLACZEGO WIERZĘ, OPINIE O JEZUSIE, OPINIE O MARYI, KOŚCIÓŁ KATOLICKI W ŚWIECIE I JEGO WROGOWIE, CZARNE KARTY KOŚCIOŁA, TAJEMNICA LOURDES

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jestem do dyspozycji Pana Boga – wywiad z Wojciechem Modestem Amaro

    Wojciech Modest Amaro – najbardziej utytułowany i rozpoznawalny polski szef kuchni na świecie. W 2019 roku zaliczony do grona 100 najlepszych kucharzy świata przez The Best Chef Awards, zdobywca pierwszej, historycznej gwiazdki Michelin w Polsce w rozmowie z „Niedzielą” dzieli się swoim doświadczeniem wiary oraz świadectwem służby w Kościele.

     

    fot. Iwona Kowalska/Tygodnik Niedziela

    *

    Damian Krawczykowski: Od zawsze był Pan tak blisko Kościoła, czy nastąpił jakiś moment przełomowy?

    Wojciech Modest Amaro: W Kościele byłem od małego, czasami myślę, że odkąd pamiętam. Przygotowania do I Komunii Świętej rozbudziły we mnie chęć bycia bliżej, przy ołtarzu, służenia Bogu, poznawania tego Misterium Paschalnego. Przełożyło się to na wiele lat służby ministranckiej. Lubiłem to, miało to też swoje zaskakujące strony: chodzenie z księdzem po kolędzie w trakcie stanu wojennego, gdy na ulicy nie było nikogo – Jezus z nami maszerował, a ja jeszcze trąbiłem o tym dzwoniąc dzwonkiem w tej paraliżującej ciszy. Zacząłem rozumieć, że ON jest ponad wszystkim. Szczególnie pamiętam ceremonię pogrzebów, do której nikt z ministrantów specjalnie się nie garnął, ale ktoś musiał służyć. W tak wyjątkowych i poważnych okolicznościach w jakiś sposób przedzierał się do mnie przekaz „Anielski orszak niech twa duszę przyjmie…On wezwał ciebie do królestwa światła”. Z tych słów bije taka pewność, nawet już nie nadzieja, ale pewność, że Bóg przygotował dla nas rzeczy, których ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało.

    Potem przyszedł okres kiedy porzuciłem Boga, a dokładnie rzecz ujmując zaprzestałem rozwijać swoją wiarę. Pochłonęło mnie życie: wyjechałem za granicę, popłynąłem z prądem świata, w pogoni za zdobywaniem szczęścia swoimi metodami. Kontynuowałem czasami praktyki: niedzielną Mszę święta, bardzo rzadko przystępowałem do sakramentu spowiedzi świętej, ale w moim myśleniu byłem dalej osoba wierzącą. Tu tkwi całe źródło niezrozumienia tego czym jest nasza religia, wiara. Tu jest ciężki do zaakceptowania nawet przez praktykujących katolików fakt, że wiara rodzi się ze Słowa, z jego poznawania, z otwarcia na to Słowo, życia według tego Słowa, z chęci rozwijania tego daru wiary wbrew logicznym, ludzkim, ziemskim sposobom rozumowania. Bóg przestrzega przed tym mówiąc „jeśli nie wierzycie , to nie zrozumiecie” ( Iz 7.9). A zatem ważne są następujące aspekty: wiara przyniesie mi zrozumienie spraw duchowych – czym jest grzech?, nadprzyrodzonych – czym jest życie wieczne? oraz pewnych postaw – jak czym jest celibat? czym jest życie Kościoła jako Mistycznego Ciała Chrystusa? Z kolei mówiąc o rozwijaniu naszej wiary – dotykamy wymiaru egoistycznego limitowania Boga w naszym życiu, poprzez decydowanie za Niego co ja mogę zrobić? Do czego mnie powołał? Tymczasem On zachęca i prosi o dziecięce zaufanie, aby mógł przez ciebie działać. Gdy mu powiesz : nie – On to uszanuje . I nic nie zdziała. W tym scenariuszu niestety skoro On nie działa, władze przyjmuje ktoś inny . Tu nie ma „bezpiecznego środka”. Ale, gdy powiesz „tak” , to zostaniesz totalnie zaskoczony, co możesz zrobić, w jakie dary i talenty cię wyposaży, abyś robił rzeczy, o których nigdy byś nie pomyślał.

    Wszystko tkwi w tej jednej prostej decyzji, że na serio decydujesz się na życie Jego Ewangelią, zostawiasz odbębnianie niedzielnych mszy, niepodejmowanie walki ze swoimi grzechami, bierność wobec łamania Jego zasad i postaw sprzecznych z Ewangelią, nie dawanie świadectwa swoim życie, szukanie kompromisów z tym co oferuje współczesny świat, stawianie Bogu barier i zakazów: jak mi ciężko to Cię zapraszam , ale do tego jak się zachowuje wobec moich bliskich, kogoś kto mnie zranił, kogoś kto mnie oszukał, czy do mojej własnej moralności – to już nie – tam dam sobie radę sam. Nie będę tez za Ciebie obrywał, bo wszyscy wkoło myślą inaczej, postępowo, z nurtem zmian. Taka postawa, mimo przekonania, że jestem dobrym człowiekiem i dobrym katolikiem jest ułudą. W takiej ułudzie tkwiłem przez wiele lat, aż przyszedł moment nawrócenia. Jestem przekonany, że jest on gwarantowany dla każdego kto jest ochrzczony – czyli od chwili, gdy staliśmy się dziećmi Boga. To jest gwarant , że On nas nigdy nie zostawi na pastwę losu. Jest jeden mały warunek. Musisz z głębi serca chcieć, żeby On ci pomógł, podał rękę, zmienił życie, uratował je, nadal mu sens. Taki warunek spełniłem prosząc Go w sercu, aby mnie uratował. Mimo, że po ludzku nie brakowało mi niczego. I przyszedł po mnie …

    Nie obawia się Pan opinii ludzi otwarcie mówiąc o Bogu, czy służąc podczas Mszy św.?

    Jeśli patrzysz na życie przez pryzmat żywej wiary to po pierwsze przestajesz posługiwać się non stop sformułowaniem – ja. Jest Stwórca, Bóg – Ojciec, który cię stworzył i we wszystko cię wyposażył. We wszystko co masz. A zatem jedyne ja, jakie mi przysługuje to – ja świadek. To wzorzec zaczerpnięty z życia Maryi Matki Boga. Nic dla siebie, nic dla własnej chwały, nic dla budowania własnej wielkości. Ja świadek, tego że Bóg może stworzyć takiego mnie, ja świadek, że Bóg może wyposażyć takie mnie w takie charyzmaty, talenty, dary łaski, ja świadek, że będąc znany jako człowiek agresywny, impulsywny, arogancki (nie ważne czy była to gra i postawa na potrzeby programu) mogę wnosić ciepło, służyć innym, czerpać radość ze świadczenia miłosierdzia, prowadzić dom modlitwy. A przede wszystkim świadczyć o tym, że Bóg może spektakularnie kogoś nawrócić i jak wspomniałem, jedyna moją zasługą było to, że tego chciałem – nie na niby. Wyszedłem z założenia – całe życie działałem według mojej woli i jak to wyglądało już wiem ( kiepsko-pustka – dno), teraz chce poznać jak to jest, żyć według Jego woli? Z takiej perspektywy patrząc należy zatem zrozumieć, że wspomniana rozpoznawalność mojej osoby odbyła się dzięki woli Ojca. On do tego dopuścił. Jestem Mu winny wdzięczność – ogrom wdzięczności. Czytanie czy służenie w kościele jest taka formą wdzięczności. Przyznania się do Niego. Jest zwykłym odruchem serca, poznałem Jego Miłość i Miłosierdzie i staję publicznie po Jego stronie. I nie jest to manifestacja. Żaden pokaz. To wewnętrzna potrzeba. Znamiennie wydaje się, że jedno z moich pierwszych czytań jakie przyszło mi czytać zaraz po nawróceniu podczas mszy świętej brzmiało tak „Dzięki składam Temu, który mnie umocnił, Chrystusowi Jezusowi, naszemu Panu, że uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę, oszczercę. Dostąpiłem jednak miłosierdzia. …Nauka to godna wiary i zasługująca na całkowite uznanie, że Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników , spośród których ja jestem pierwszy.”

    Ja jestem pierwszy. Swoista spowiedź. Akt żalu. Skruchy. Publicznie.

    I zabranie tego co pyszne. Można sobie wyobrazić jak przechodziły mi przez gardło te Słowa przed tłumem ludzi w kościele. Zresztą polecam cały ten fragment Ewangelii „Dziękczynienie za łaskę nawrócenia” 1 Tm 1. 12-17. Każdemu czytającemu Duch Święty resztę wyjaśni …

    Zostaje kwestia opinii ludzkich , moglibyśmy po prostu powiedzieć hejtu. Nie – nie mam obaw. Jest to wpisane w bycie świadkiem Jezusa, jest to zaszczyt cierpieć dla Niego, „z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich” Łk 21.12–19. Ciekawe , że pada słowo „wszystkich”. Tu mistyka wiary nakazuje odnieść się do tego, ze po ludzku takich form hejtu nie jesteśmy (jak wszystko o czym już mówiłem) znieść sami. To nie ja – zacisnę zęby i jakoś to zniosę. Mogę to zrobić tylko z Nim – zaproszę Go do tego bólu, znieważania, wyszydzania i poproszę, żeby wziął na swoje ramiona ten krzyż. To jest ten moment kiedy On przyjdzie mi z pomocą. Kiedy mój ból ofiaruję za coś, za kogoś, najlepiej za tego kto mnie nienawidzi i hejtuje – a całą resztę weźmie ON. Z miłości ….do mnie.

    Podczas mojej „rozmowy” z Bogiem dał mi takie Słowo ze „Świadectwa” Alicji Lenczewskiej:

    „Nie ma ofiary bez ogołocenia. Najpierw trzeba oddać to co zewnętrzne, co materialne. Bo wydaje ci się, że jest twoje i że przyozdabiając twoje ciało, dodaje ci wartości.

    Trzeba oddać także to, co służy twemu egoizmowi i twej próżności – co nie jest konieczne dla twego istnienia i wypełniania misji, jaką otrzymałeś ode mnie, co od ludzi pochodzi. To trzeba oddać, pozwalając im ,żeby zabrali. I nie zważać na to , co z tym uczynią.

    Oddaj wszystko w swoim sercu i bądź wolny wobec świata i wobec ludzi, aby jedynie Miłość rządziła tobą, ubogacała cię i przyozdabiała. Abyś Jej służył wyłącznie.

    I nie bój się obnażenia prawdy o tobie. Stań przed ludźmi i przed Bogiem z nagim sercem i nagim sumieniem, z odkrytą prawdą w twej twarzy. Bo Miłości niczym nie trzeba przysłaniać i niczego jej dodawać.”

    Czy da się stawać publicznie po stronie Jezusa bez praktykowania wiary, bez sakramentów?

    Nie ma prawdziwego nawrócenia bez spowiedzi świętej. Nie jest to możliwe. Wiara, która wyznajemy ma w sobie ten jedyny, unikalny sposób rozmowy z Bogiem w oparciu o Jego dekalog. Rozmowy, która jest kwintesencją posiadania przez nas wolnej woli, zaufania i wiary, że w Sakramencie Spowiedzi spotykamy samego Boga. Jest to również przestrzeń na ziemi, do której szatan nie ma dostępu. Tam siedzi Chrystus. Nie ksiądz , który sam nie jest święty, ani może nawet miły , a wcześniej była u niego moja bliska osoba -to ja się wstydzę . I tak dalej i tak dalej . Abstrakcja – podsycana, aby odciągnąć cię od tego sakramentu. Bez którego, bo to jest najistotniejsze, nie przyjmiesz do swego serca Żywego Jezusa. Eucharystia – bezkrwawa ofiara, męka, śmierć i Zmartwychwstanie do nowego życia. Po które przecież przychodzisz do kościoła. Po ten dar, tę cząstkę Bożą, którą składa w Tobie, abyś mógł właśnie świecić Jego światłem, dawać o Nim świadectwo, żyć jego przykazaniami i po raz kolejny umniejszać swój egoistyczny wkład w twoim życiu. Wyobraźmy sobie, że twoje życie to puzzle, podzielone na części – tylko te które wypełni Ciało Chrystusa się liczą i tworzą twoje człowieczeństwo, twój obraz, prawdziwie wartościowy obraz twojego życia. I pomyśl, ile przyjąłeś Eucharystii i jak zatem wygląda twój obraz? Zwarty? Mnóstwo elementów napełnionych Nim? Czy tylko kilka, same dziury, puste miejsca. I teraz przychodzi w twoim życiu ciężar, choroba, oścień, ciężkie doświadczenie – wstaniesz taki poturbowany? I będziesz silny? W ogóle wstaniesz? Stawisz temu czoła? Czy się rozsypiesz, sięgniesz bo alkohol, używki, wstąpi w ciebie samo zło… I może teraz właśnie zrozumiesz co to znaczy wyczyścić swoje serce (mieszkanie) w spowiedzi świętej i postawić krzesło, żeby On na nim usiadł i zaczął tam mieszkać. Zmieniać twoje życie. Eucharystia po eucharystii. Za tydzień będziesz innym człowiekiem, a za rok? To ta przemiana wynikająca z Jego obecności rozpocznie lawinę zdarzeń w twoim życiu, lawinę – gwarantuję. Przestaniesz używać pogańskiej terminologii „przypadek” i zaczniesz odnajdywać w każdej codzienności Jego działanie, natchnienia, inspiracje i Jego obecność. Namacalną. To jest Kościół. To jest Mistyczne Ciało Chrystusa – i już za chwilę zrozumiesz, że tym co od Niego dostajesz nie możesz się nie podzielić. Nie jesteś w stanie tego sam przyjąć. To jest bezkresne morze. I zrozumiesz ideę wspólnoty, miłosierdzia, miłości bliźniego. To nic twojego czy od ciebie – ty masz być tylko narzędziem w szerzeniu tej Miłości. Żeby być aktywnym „przekaźnikiem” musisz być w stanie łaski uświęcającej. To jest Kościół.

    Dzisiejsze czasy są trudne dla Kościoła. Kryzys kapłaństwa, powołań, spadek liczby wiernych.. Czy Pana zdaniem odważne świadectwa nas – osób świeckich, są dziś ważne?

    Kilka zagadnień ciśnie mi się do głowy. Żywa wiara bez świadectwa nie istnieje. Żywy Kościół bez świadectwa nie istnieje. Kościół charyzmatyczny bez świadectw działania Ducha Świętego nie istnieje, pomijam fakt, że Kościół był, jest i będzie zawsze charyzmatyczny – innego nie ma. I nie chodzi za każdym razem o spotkanie modlitewne, mikrofon i podzielenie się świadectwem. To świetny sposób, bo dociera przeważnie do dużej liczby ludzi . Ale świadectwo to przede wszystkim własne życie. I dawanie go powinno odbywać się poprzez własne życie . W każdej sytuacji życiowej, rozmowie, zdarzeniu – staraj się reprezentować Chrystusa. Nie oglądaj się na nikogo. On ma „przyjść”, „zabrać głos”, „podjąć decyzję” przez ciebie, twoimi ustami, twoimi czynami. Tak myśląc, czy wręcz takie mając po prostu nastawienie i czyste serce otwarte na Jego działanie – On cię wyposaży jak obiecał Mk 13.11 „bo nie wy będziecie mówić lecz Duch Święty”. Taka postawa dziecięcego zaufania, o która prosił Jezus przez św. siostrę Faustynę i Św. Jana Pawła II musi być udziałem wszystkich, w kościele nie ma podziału na „oni/my”, jesteśmy jednym ciałem – wiec twoja postawa może uzdrowić, nawrócić, pomóc nie tyko osobom niewierzącym, ale biskupom, kapłanom, zakonnikom, dla których możesz stać się źródłem umocnienia. Zachwytu – jaki szczodry potrafi być Pan. Jak może działać przez maluczkich. W oczach świata jesteśmy „malutcy”, czyli archaiczni, fanatyczni, niedostosowani do realiów, konserwatywni, zacofani, prostaccy, oderwani, odklejeni, nie pasujemy, bo mogą nas poznać, że jesteśmy uczniami Chrystusa modląc się za oprawców, walcząc w obronie życia poczętego i każdego, nadstawiając drugi policzek, wybaczając  co najmniej 77 razy, znajdując sens w cierpieniu, cierpliwie znosząc upokorzenia i ucisk. Gdzie w tym światowy splendor? Kto taka postawę dziś akceptuje? Po co o tym mówić w przestrzeni publicznej? Właśnie dlatego, że ta przestrzeń jak i wszystko inne jest Jego – to Boża przestrzeń, którą stworzył . Zrób coś „samemu” i postaraj się zachować spokój, gdy inni będą się tym chwalić jak swoim… przyjemne? A Bóg daje ci cała przestrzeń życia i wysłuchuje twoje: a ja … a ja …. a ja …. Tylko dzięki Jego Miłosierdziu On nie ustanie w wysiłkach, żeby cię uratować, czyli zbawić.. żebyś zaczął Go dostrzegać. I każdy ma inna drogę, inne dary, inny plan Boga Ojca dopasowany. Znamienna jest Ewangelia o robotnikach z winnicy, których gospodarz brał z rynku. O różnej godzinie. I za każdym razem ofiarował taką samą zapłatę. Wiele razy myślałem o tej Ewangelii, że ona jest uosobieniem Miłości i Miłosierdzia, ale intrygujący jest aspekt, kto i dlaczego stoi na tym rynku. Tam stoją tyko ci co chcą pracować. Niektórzy przyszli o własnych siłach, ale byli i tacy, których trzeba było tam przynieść, przyprowadzić. Zawalczyli o to ,żeby tam być, żeby tam się znaleźć. Tych najsłabszych, kalekich, których nie chciał nikt przez cały dzień też gospodarz zabiera. I daje taka sama zapłatę. Po ludzku dziwne. Więc zanim zaczniesz się limitować, narzekać, utyskiwać, porównywać, że się do tego nie nadajesz – zaufaj i tylko stań na tym rynku życia , gotowy do pracy dla Niego. To jest zadanie. By tam się znaleźć. To jest ta decyzja , która zapada w sercu. Na pewno ON nie zostawi Cię tam. Na pewno nie da Ci mniej… na pewno. Nie zostań tylko w domu, czyli we współczesnym świecie ponakręcany, że się nie nadajesz, że to przeżytek, że to nie ma sensu, że dla Ciebie się nic nie znajdzie.… Jezu Ufam Tobie!

    A Kościół ?

    To pytanie akurat jest najprostsze. Bo jest to prosta religia. Religia serc kochających Boga i wypełniających jego przykazania. Jest to religia Wdzięczności, za to, że Bóg oddał życie za nas. Jeśli Kościół ma reprezentować te wartości to musi być poddawany próbie, musi prosić Boga o łaskę nawrócenia, oczyszczenia, o wylanie Ducha Świętego, który jako jedyny może go uzdrowić. Kościół musi opierać swoją naukę na żywym świadectwie wiary, na wypełnianiu misji z gorliwością i zaangażowaniem godnym samego Jezusa, musi być dziś gotowy na Jego przyjście i gotowy na Jego pytanie: czy zastałem tu jeszcze wiarę? czy zastałem tu jednego sprawiedliwego? Jak tego dokonać? „Wy zatem tak się módlcie: Ojcze Nasz , który jesteś w niebie, niech się święci imię Twoje.” Mt 6.5-15. I wypełniając objawienia Maryjne z Fatimy, Medugorje i wielu innych miejsc na świecie – odmawiając różaniec.

    Tylko jak zachęcić dziś osoby świeckie do aktywności w Kościele… Do służenia, do głoszenia Dobrej Nowiny?

    Otwarcie na Boga to cała filozofia. Nic więcej. Ta czysta chęć. Innymi słowy : jestem do dyspozycji. My często Bogu „podpowiadamy do czego się możemy nadać”, tym samym po cichu mówiąc, do czego na pewno ręki nie przyłożymy. To rodzaj karykatury naszej chęci służenia Mu. Tak , ale ….. Bóg oczekuje od nas, jak od Maryi jedynie „Tak!” – bez stawiania Mu warunków. Naczynie gliniane nie wybiera co w nie naleją. Stajesz zatem gotowy, serce ci wali – i dobrze , bo w rękach Bożych możesz stać się kimś, kim nigdy nie marzyłbyś nawet być, robić rzeczy, o które nigdy byś nie śmiał nawet prosić. I nie drukuj wizytówek – modlę się wstawienniczo. Kropka. Albo prorok. Bo w Jego rękach wszystko przeminie, choćby jutro i zachce cię posłać gdzie indziej i robić zupełnie inne rzeczy. Nie przywiązuj się do tego co dziś. Jedyne czego oczekuje od Ciebie Bóg – to gotowość , jak w przypowieści z lampami oliwnymi. Jak masz komuś nieść pomoc jak nie masz nawet lampy -Eucharystii ? Zatem moja zachęta jest dla każdego taka sama: otwórz się na działanie Boga, nie zajmuj się kwestiami jak, gdzie, z kim, po co, dlaczego… nic z tych rzeczy nie zależy od ciebie. I może usłyszysz kiedyś jak wielu świętych takie słowa :

    „-Jak mogłeś tak bardzo obdarzyć taką nędzę, jak ja?

    + Właśnie dlatego cię wybrałem, żebyś nic nie mógł sobie przypisać. Wszystko jest darem darmo danym: to co już otrzymałeś, i to, co jeszcze otrzymasz.

    Miłości twej pragnę jedynie.

    Jesteś świadectwem Mojej hojności.”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Bezcenne piękno i prawda” tylko w Kościele Chrystusowym. Niezwykłe świadectwo nawrócenia poety George’a Mackaya Browna

    (George Mckay Brown)

    ***

    Pisarz George Mackay Brown to przykład niezwykłego nawrócenia, które dokonało się za sprawą piękna zawartego w literaturze. Czytając m. in. poemat epicki o św. Magnusie, po wielu latach błądzenia w mrokach protestantyzmu, ów znany Szkot postanowił powrócić do jedynej owczarni Chrystusowej. Zachęcamy do zapoznania się z tym wyjątkowym rysem jego biografii!

    Ostatecznie to literatura zburzyła moje ostatnie linie obrony. Istnieje wiele sposobów wejścia do owczarni; to piękno słów otwarło mi drzwi.

    George Mackay Brown, For the Islands I Sing: An Autobiography.

    Poeta i pisarz szkocki George Mackay Brown urodził się w 1921 r. i zmarł w 1996 r. Żył i zmarł w tym samym mieście: Stromness, drugiej największej miejscowości archipelagu Orkadów, położonego na północy Szkocji. Z wyjątkiem kilku lat studiów, większą część życia Brown spędził w Stromness, miejscowości zamieszkanej w szczególności przez rolników i rybaków. Te dwa zawody, równie starożytne jak odkryte na Orkadach szczątki ludzkie liczące sobie pięć tysięcy lat, naznaczyły całe dzieło literackie George’a Mackay Browna. A także jego nawrócenie.

    Pisarz został przyjęty do Kościoła katolickiego w 1961 r. po wielu latach zmagań i niezdecydowania – według tego, co relacjonuje w swojej autobiografii. Nie było wówczas wielu katolików w Stromness – Brown wspomina pewnego Irlandczyka i powiedzmy, że nie był on raczej wzorem – co sprawiło, że jego decyzja okazała się dla sąsiadów, którzy go znali, bardzo dziwna. Dlaczego George Mackay Brown stał się katolikiem? Oto pytanie, które słyszeli niemal wszyscy pisarze katoliccy minionego wieku i na które niewielu – być może żaden – nie potrafił udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi zaintrygowanym czytelnikom, którzy katolikami nie byli.

    W tym artykule nie zajmę się tym „dlaczego”, ale bardziej „jak”, to znaczy drogą przebytą przez George’a Mackay Browna ku nawróceniu. Drzwi otworzyła mu literatura. Im bardziej zbliżał się ku niej, jako czytelnik i pisarz, zbliżał się także ku Kościołowi. Można powiedzieć, że rozwój literackiego rzemiosła – do którego wydawał się być wyjątkowo uzdolniony – umożliwił mu uczestnictwo w życiu, wspólnotę z życiem, którego sam sens wydawał się mu umykać. I tutaj, oprócz pisarzy – mistrzów w rzemiośle, który Brown obrał – niezwykle ważną rolę odegrali rybacy i rolnicy. Jego drugi tom wierszy, opublikowany w 1959 r., nosi tytuł Loaves and Fishes (Bochenki chleba i ryby).

    W wyniku jednego z tych paradoksów, które wydają się sprawiać przyjemność Bogu, miejscowość Stromness – oddalona od Kościoła od czasów reformacji protestanckiej – także stała się po części odpowiedzialna za to, że nasz autor miał wejść do Owczarni naszego Pana. Kiedy zaczął studiować historię Orkadów, poznał postać św. Magnusa (w Orkneyinga saga, czyli Sadze o Orkadach), zamordowanego w poniedziałek oktawy wielkanocnej roku 1117.

    Według tego, co opowiada się w poemacie epickim z Orkad, św. Magnus i jego kuzyn Haakon toczyli spór o panowanie na Orkadach. Haakon zaproponował, by obaj się spotkali bez broni w celu omówienia tej kwestii po przyjacielsku. Magnus się zgodził, udał się do miasta Kirkwall (w pobliżu Stromness), wziął udział we Mszy wielkanocnej, a następnego dnia pochwycili go żołnierze jego kuzyna. „Wyrok” był oczywisty: śmierć. Jednak ponieważ była oktawa wielkanocna, a sława o dobroci Magnusa była powszechna, poeta, który stworzył Sagę o Orkadach, opowiada, że żaden z ludzi Haakona nie odważył się wykonać wyroku. W końcu jeden – ponieważ był ubogi, a obiecany zysk ekonomiczny znaczny – ośmielił się go wykonać, ale prosząc o wybaczenie Magnusa. Niewiele lat później Magnus był czczony jako święty i męczennik za lud. Jego doczesne szczątki przeniesiono do katedry w Kirkwall, która nosi jego imię aż do dziś.

    Poznawszy tę historię – z pewnością dużo piękniejszą w epickich wersach – George Mackay Brown zdał sobie sprawę z tego, że Magnus i wszyscy ludzie jego epoki byli katolikami. Uroczystość, w której uczestniczył Magnus dzień przed swoją śmiercią, to po prostu Msza św. A sposób życia tych ludzi, sposób życia, który jakoś dalej trwał wśród współczesnych mu rolników i rybaków, był takim sposobem życia, który towarzyszył liturgii katolickiej.

    W rybakach i rolnikach, prostych i żyjących tam od tysiącleci, było jakieś piękno. Nie było to oczywiście piękno fizyczne ani tym bardziej nie było go w pewnych ich zwyczajach niezwiązanych z pracą. Ale ich praca – zarówno uprawa ziemi, jak i połów ryb w morzu – objawiały rytm, którego ciągłość zawierała w sobie piękno i sens. W rybkach i rolnikach, w liturgicznej powtarzalności ich zajęć, George Mackay Brown dostrzegał „nieśmiertelne diamenty” o których mówił o. Gerard Manley Hopkins w jednym z wierszy. I Brown zaczął opiewać w wierszach to, co widział, dawać formę poetycką rytmowi, który był jak klucz do tajemnicy.

    Piękno, które opiewał, było – wiedział to – prawdziwe, realne. „Z każdej epoki i sztuki literackiej napływały chmarą wiersze i proza, by powiększyć to piękno i tajemnicę, w które się zabłąkałem – wydawało się przez przypadek – tak dawno temu. Jeśli piękno jest prawdą, prawda pięknem, to tutaj było bezcenne piękno i prawda”. Inni mistrzowie w jego rzemiośle – rzemiośle pisarza – dostrzegli przed nim i opowiedzieli o tym pięknie, które go pociągało. I poza tym obrali kurs, z którego obraniem zwlekał Brown. W końcu – opowiada – to literatura okazała się odpowiedzialna za zburzenie ostatnich linii obrony. Nie abstrakcyjne rozumowanie, ale sekwencja obrazów opowiadanych z żarem pozwoliła mu wejść przez bramę, na którą spoglądał czując się niegodny. „Tajemnica i piękno zwiększyły się, gdy dużo więcej czytałem”.

    Skoro do skłonienia go nie wystarczyła historia o Magnusie, ani poeci i prozaicy, których tak podziwiał, George’a Mackay Browna ostatecznie ujęły przypowieści naszego Pana. Pozwólmy opowiedzieć o tym samemu pisarzowi:

    Piękno przypowieści Chrystusa było nieodparte. Jakże mogłoby nie być, gdy tak wiele z nich dotyczy orki, siewu i zbiorów, a Jego słuchaczami byli w większości rybacy? Mieszkam na grupie wysp, które uprawiano przez wiele stuleci; wokół mnie wszędzie w lecie są pola uprawne zmieniające się z zielonych w złote. „Jeśli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze…” Słowa te były rozkoszą i objawieniem, kiedy po raz pierwszy je zrozumiałem. A przy molach i przystaniach w każdej wiosce i na każdej wyspie są łodzie rybackie i ci, którzy codziennie wyruszają na niebezpieczny zachód – rybacy wpatrzeni w horyzont, czujący posmak soli na języku („Podobne jest królestwo niebieskie do sieci…”; „Uczynię was rybkami ludzi…”). Żywioły ziemi i morza, które uważaliśmy za tak nudne i zwykłe, zawierały w sobie obfitość i tajemnicę nie z tego świata. Teraz patrzyłem nowymi oczami na tych, którzy dostarczali nasz chleb i ryby; a kiedy wreszcie zacząłem pracować jako pisarz, to te heroiczne i odwieczne zajęcia zapewniały najbogatszą metaforykę, najbardziej ekscytujący symbolizm.

    Sam Chrystus, Bóg wcielony, nawiązywał do królestwa niebieskiego poprzez obrazy, które George Mackay Brown znał; obrazy, które chłonął oczami, ale których ostateczny sens mu wcześniej umykał. Przypowieści naszego Pana w końcu objawiły mu to, czego tak bardzo szukał. Skoro nie było właściwą mu rzeczą opowiadać o tym konceptami, zdecydował się bieżące życie opowiedzieć – i opiewać – w wierszu i prozie. Rzecz tak zwykła, jak praca rolnika uprawiającego pszenicę, która zamienia się w chleb, i winogrona, które zamieniają się w wino, może przypomnieć nam, kim jesteśmy i po co zostaliśmy stworzeni.

    „To, że trud uprawiającego ziemię ma się stać w czasie Mszy Ciałem Chrystusa, było dla mnie cudem nie do opisania i wciąż jest”. Oczarowanie George’a Mackay Browna nie ustało. Wydoskonalił swe rzemiosło pisarza, ponieważ chciał opowiadać lepiej, przy pomocy słów coraz bardziej właściwych i prawdziwszych, tajemnicę, której nie przestał kontemplować. Wiersze, opowiadania i powieści oraz sztuki teatralne George’a Mackay Browna to miłosny trud, którego celem jest dać nam poznać liturgiczny rytm życia.

    Gilmar Siqueira

    George Mackay Brown, For the Islands I Sing: An Autobiographyźródło: marchandoreligion.es

    tłum. Jan J. Franczak/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 11 LIPCA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA W INTENCJI NASZYCH RODAKÓW POMORDOWANYCH W BESTIALSKI SPOSÓB 80 LAT TEMU W KOŚCIOŁACH I W ICH WŁASNYCH DOMACH NA TERENACH DZISIEJSZEJ UKRAINY.

    ***

    11 lipca jest Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP

    ***

    80 lat temu, 11 i 12 lipca 1943 r., Ukraińska Powstańcza Armia dokonała skoordynowanego ataku na ok. 150 miejscowości zamieszkanych przez Polaków w powiatach włodzimierskim, horochowskim, kowelskim i łuckim dawnego województwa wołyńskiego. Wykorzystano fakt gromadzenia się w niedzielę 11 lipca ludzi w kościołach. “Krwawa niedziela” jest uważana za szczytowy moment ludobójstwa dokonywanego przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach 1943-1945. W wyniku ludobójczych działań zginęło ok. 100 tys. Polaków.

    Zbrodnia wołyńska. Miejsca pamięci

    fot. Wojtek Jargiło/PAP/Gość Niedzielny

    ***

    „Boże, ulecz nasze serca”

    „Miłosierny Boże, wejrzyj łaskawie na wszystkie Twoje dzieci, których niewinna krew woła do Ciebie z każdego skrawka tej obolałej ziemi. Niech dostąpią radości w Twoim Królestwie, a ich cierpienia – złączone z męką i śmiercią krzyżową Twojego Syna i Pana Jezusa Chrystusa – niech sprowadzą na nasze narody obfite potoki łask – skruchy wobec Ciebie i przebaczenia braciom”modlił się w niedzielę 9 lipca ramach kościelnych obchodów 80. rocznicy Rzezi Wołyńskiej podczas Mszy św. w Katedrze Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki.

    ____________________________________________________________________________

    Pragnąc godnego upamiętnienia ofiar tych smutnych – szczególnie dla narodu polskiego i ukraińskiego – wydarzeń, błagając Boga, by narody te wyciągnęły prawidłowe wnioski z historii […], występujemy z inicjatywą odszukania w obwodzie wołyńskim wszystkich miejsc pochówku ofiar tych wydarzeń […]. Naszym chrześcijańskim obowiązkiem jest zadbanie o to, by nasi bracia i siostry, którzy zginęli i których szczątki pospiesznie czy niedbale przysypano ziemią, byli pochowani w należyty sposób na cmentarzach. Składając hołd każdej ofierze tych haniebnych wydarzeń naszej wspólnej historii, tylko w ten sposób możemy sprzyjać pojednaniu, zagojeniu dawnych ran i budowaniu dobrych relacji”.

    Apel bp. Witalija Skomarowskiego, rzymskokatolickiego biskupa diecezji łuckiej, który w 2016 r., w 73. rocznicę zbrodni wołyńskiej, zwrócił się do mieszkańców Wołynia o ujawnianie miejsc, w których znajdują się szczątki zamordowanych Polaków.

    ______________________________________________________________________________


    Czy możemy wybaczyć Ukraińcom rzeź wołyńską?

    Poruszające ŚWIADECTWO ks. Józefa Mareckiego

    fot: Wlodzimierz Wasyluk / Forum

    ***

    Wielokrotnie spotykałem się z osobami, które są potomkami ofiar ludobójstwa ukraińskiego, które mówiły: „Tobie to dobrze, bo ty wiesz, gdzie zapalić znicz; Ty wiesz, w którym grobie leżą twoja mama i tata; Ty wiesz, na który cmentarz masz się udać, a my nie wiemy”. Ja ich rozumiem! Rozumiem ich słuszny żal, ale my musimy im w tym żalu pomóc, aby go ukoić i naprawić to zło, które przez lata im wyrządzali różni politycy czy to ukraińscy, czy polscy, ponieważ nie chcieli doprowadzić do ekshumacji i godnego, chrześcijańskiego upamiętnienia ofiar – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Józef Marecki, historyk i archiwista, profesor nauk humanistycznych, w latach 2016–2023 członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

    Księże profesorze, czy 11 lipca 1943 roku, kiedy na Wołyniu miała miejsce „krwawa niedziela” oprócz symbolicznego początku ludobójstwa Polaków, jakiego dokonali Ukraińcy, mieliśmy również do czynienia z początkiem Holocaustu Kościoła katolickiego na tamtych terenach?

    Zarówno napady na ludność polską jak i napady zbrojne na kościoły na Wołyniu w tzw. krwawą niedzielę w 1943 roku były równocześnie zbrodnią na narodzie polskim, jak i zbrodnią na Kościele katolickim obrządku łacińskiego.

    W większości przypadków w tym dniu – w niedzielę 11 lipca 1943 roku – Ukraińcy zaatakowali wiernych, którzy albo zmierzali do kościołów, albo już w nich przebywali, modlili się, brali udział w Mszy Świętej, albo też wychodzili ze świątyni po niedzielnej modlitwie.

    Zresztą tutaj trzeba podkreślić, że mord wołyński został zorganizowany w sposób niemalże doskonały. Na początku miała miejsce dezinformacja ze strony wielu Ukraińców. Polacy widzieli, że Ukraińcy się zbroją, że przygotowują się do czegoś, ale jeszcze w przededniu tej strasznej zbrodni słyszeli zapewnienia od tychże Ukraińców, że to tylko przygotowania do nadejścia armii czerwonej, bądź do walki z Niemcami, czy też do starcia z partyzantką sowiecką.

    Czujność naszych rodaków została uśpiona. 11 lipca, kiedy Polacy przebywali w kościołach, kościoły były otaczana przez Ukraińców, którzy strzelali do tych którzy wychodzili, albo jeszcze się modlili. Znanych jest wiele przypadków, kiedy do świątyni Ukraińcy wrzucali granaty, bądź je podpalali.

    Trzeba więc powiedzieć wprost: mordowanie Polaków było równoznaczne z mordowaniem Kościoła Rzymsko-katolickiego. Mordowano wiernych i kapłanów; podpalano kościoły, zakrystie, plebanie i kaplice; palono szaty liturgiczne; dewastowano Tabernakula; profanowano Najświętszy Sakrament; niszczono księgi metrykalne i mszalne. Wszystko to było robione z rozmysłem i świadomie. Nie chodziło tylko o zabicie i zamordowanie Polaków. Chodziło o zniszczenie wszystkiego, co Polaków przypominało i stanowiło – przede wszystkim Kościoła Rzymsko-katolickiego.

    Proszę sobie wyobrazić, że Ukraińcy niszczyli również polskie cmentarze! Znane są relacje, że Ukraińcy wysadzali w powietrze groby z pomordowanymi, żeby nie było po nich śladu. Niszczono wszystkie miejsca, które przypominały Polaków. Niszczono wszystko, co polskie i co rzymsko-katolickie, żeby wymazać z tego obszaru Polaków i Kościół katolicki obrządku łacińskiego, żeby nie pozostało po nich pół śladu…

    A co jeśli 11 lipca w kościele, który został zaatakowany przez Ukraińców byli… Ukraińcy? Oni również zostali zamordowani za to, że byli na Mszy Świętej?

    Do świątyń Kościoła Rzymsko-katolickiego oprócz Polaków, którzy byli ochrzczeni w Kościele katolickim obrządku łacińskiego uczęszczali także Polacy, którzy byli ochrzczeni w Kościele prawosławnym, albo też w Kościele Greko-katolickim.

    Przychodzili tam również Ukraińcy przede wszystkim ci, którzy pochodzili z małżeństw mieszanych np. mężczyzna był prawosławnym, a kobieta rzymską katoliczką. Zdarzały się przypadki, że Ukraińcy dokonywali selekcji przed mordem – wybierali niektórych, a potem puszczali ich wolno. Najczęściej jednak „za zdradę narodu ukraińskiego” mordowano również Ukraińców, którzy brali udział w Mszy Świętej w obrządku łacińskim.

    Napadów dokonywało bowiem „zbrojne ramię”, czyli Ukraińska Powstańcza Armia – ci, którzy jakoś byli przeszkoleni i zdolni obsługiwać broń oraz czerń ukraińska, czyli sąsiedzi Polaków, którzy doskonale orientowali się kto kim jest i bardzo często, kiedy zauważyli np. swojego krewnego w „polskiej świątyni” wyłuskiwali go i ratowali mu życie. 

    Mordowano także Ukraińców, którzy chronili Polaków, którzy ich ukrywali. Znane są przypadki duchownych prawosławnych, którzy ukrywali Polaków za co zostali zamordowani.

    Księże profesorze, pozwolę sobie przytoczyć z pamięci jedną relację z „krwawej niedzieli”: Polacy, próbowali schronić się w kościele przed Ukraińcami. Jedna z Polek zaczęła rodzić. Młoda dziewczyna odebrała poród i pierwsze, co zrobiła, kiedy Ukraińcy zaczęli dobijać się do drzwi świątyni, to podeszła do chrzcielnicy i ochrzciła noworodka. Historia wręcz nieprawdopodobna… Młoda Polka miała wręcz zakodowane, że bez względu na wszystko dziecko musi być ochrzczone…

    Ludność kresowa była bardzo religijna. Wierni obrządku łacińskiego Kościoła katolickiego byli ludźmi poddanymi głębokiej katechezie i mieli bardzo głęboką świadomość swojej wiary. Nawet wtedy, kiedy zbliżała się śmierć, kiedy byli już bezradni modlili się, odmawiali akt żalu i pokuty oraz nawzajem przepraszali za grzechy, aby przygotować się do śmierci. Oni na pierwszym miejscu, co brzmi absurdalnie dla ludzi XXI wieku, dla współczesnego zlaicyzowanego świata, stawiali Królestwo Boże i życie wieczne, a sprawy doczesny były dla nich drugorzędne.

    Takie historie, jak ta opisana przez Pana, nie były jednostkowymi przypadkami. Mamy wiele relacji o tym, jak polscy katolicy w świątyniach, domach czy klasztorach byli otoczeni przez Ukraińców. Bardzo często Polacy słyszeli od nich: będziecie wolni, jeśli zmienicie wiarę. Tak było chociażby w Lubieszowie, gdzie ponad 100 osób zamknięto w domu, następnie oblano go benzyną, obłożono słomą, a potem powiedziano: „Będziecie wolni, jeśli przyjmiecie prawosławie”. Polacy zaczęli śpiewać „My chcemy Boga” i „Serdeczna Matko” i żaden z nich nie zdradził Kościoła Rzymsko-katolickiego.

    Takich męczenników, którzy świadomie i dobrowolnie oddawali życie albo za wiarę, albo w imię miłości bliźniego były tysiące. Najważniejszy była dla nich Chrystus i Jego przykazanie miłości, a nie życie doczesne.

    Młoda Polka, o której Pan powiedział też wiedziała chrzcząc tego noworodka, że najpierw trzeba uratować jego życie wieczne, bo ono jest najważniejsze. To była normalna postawa! Tak byli wychowani Polacy mieszkający na Kresach II Rzeczypospolitej.

    Czy doczekamy się beatyfikacji ofiar „krwawej niedzieli”?

    To bardzo trudne pytanie. Wiele osób, potomków zamordowanych modli się o to. Nie można dokonać zbiorowej beatyfikacji. Kościół katolickie czegoś takiego nie robi. Każde życie, każdy życiorys musi zostać zbadany, każdy przypadek musi zostać rozpatrzony indywidualnie, ale czekamy żeby wykonano ten pierwszy krok i o to się modlimy. Polacy, którzy zginęli na Wołyniu i zostaną wyniesieni na ołtarze są niezwykłymi świadkami miłości Boga, bliźniego i Ojczyzn. Ich postawa to wyżyny świętości i heroizmu.

    Módlmy się więc o to, aby jak najszybciej miała miejsce ich beatyfikacja i kanonizacja.

    Ukraińcy zanim dokonali ludobójstwa na Polakach poszli do swoich świątyń, gdzie ichniejsi kapłani dokonali poświęcenia siekier, kos, noży, wideł etc., a potem poszli do „polskiego kościoła”, gdzie były te same figury i obrazy świętych, ten sam Najświętszy Sakrament…

    Na Wołyniu było bardzo mało grekokatolików. Na Wołyniu byli prawosławni…

    Ale był też bp Szeptycki, a on nie był prawosławny…

    Zgadza się, ale to wszystko trzeba uporządkować.

    Jeśli chodzi o Wołyń, to mamy tam przede wszystkim prawosławnych i rzymskich katolików. Grekokatolików było tam niewielu. Poza Wołyniem na Kresach dominowały ośrodki greko-katolickie, a prawosławnych było niewielu.

    Wielokrotnie słyszałem pytanie: jak to możliwe, że ludzie wierzący w tego samego Boga, przyjmujący te same sakramenty, żyjący razem z rzymskimi katolikami, modlący się przy tych samych obrazach, figurach etc. dokonali tak potwornej zbrodni.

    Odpowiedź wbrew pozorom jest niezwykle prosta a podał ją wiele lat temu bp Grzegorz Chomyszyn. Hierarcha ten powiedział wprost: wśród Ukraińców zapanowała herezja chorej ideologii. Ukraińcom wmówiono bądź narzucono przy wsparciu i akceptacji wielu duchownych takich jak Szeptycki ideologię, która na pierwszym miejscu stawiała naród i tylko naród. Nie Pana Boga, ale naród.

    W dekalogu ukraińskiego nacjonalisty przeczytamy, że na pierwszym miejscu stoi naród. Mamy więc kult narodu. Naród jest bożkiem!

    Błogosławiony bp Grzegorz Chomyszyn przestrzegał zarówno Szeptyckiego jak i innych hierarchów i wiernych, że nie można ulec propagandzie narodowo-socjalistycznej ukraińskiej. Bp Chomyszyn mówił wprost, że na pierwszym miejscu ma być Pan Bóg i Jego prawo.

    Nacjonaliści ukraińscy głosili coś zupełnie innego, że to naród jest bożkiem i niestety ludzie im uwierzyli, a efektem było ludobójstwo Polaków.

    I tutaj dochodzimy do najważniejszej kwestii z dzisiejszego punktu widzenia: jak Polak-katolik ma na to wszystko patrzeć? Czy katolik może w ogóle przebaczyć taką zbrodnię jak rzeź na Wołyniu? Jak wybaczyć, skoro ze strony ukraińskiej nie został spełniony ani jeden warunek dobrej spowiedzi?

    Katolik zawsze wybacza! W prawdziwym katolicyzmie jest miłość Boga i bliźniego i wynikające z nich przebaczenie. Nie ma katolicyzmu bez przebaczenia.

    My – katolicy obrządku łacińskiego – przebaczamy. Mamy wielu świętych, którzy umierając pod ciosami, pod nożami, pod siekierami przebaczali swoim oprawcom. Ostatnie wielkie przebaczenie, które powinno dać nam do myślenia to Jan Paweł II i Ali Agca.

    Przebaczenie to postawa katolicka. Przebaczenie to postawa, która zawsze musi być po naszej, katolickiej stronie.

    Wiem, że ciężko to czytać dzieciom czy wnukom ofiar ukraińskich nacjonalistów. Wiem jak niełatwo mówić im takie rzeczy. Wiem również, że w głębi serca oni przebaczyli, bo inaczej nie mogliby brać udziału w Sakramentach Świętych, nie mogliby być katolikami.

    Przebaczenie nie jest równoznaczne z żalem. O co Polacy mają żal do Ukraińców? Mamy żal i pretensje o to, że nasi rodacy nie zostali odnalezieni, godnie pochowani i upamiętnieni. O to mamy żal, ból i łzy.

    Wielokrotnie spotykałem się z osobami, które są potomkami ofiar ludobójstwa ukraińskiego, które mówiły: „Tobie to dobrze, bo ty wiesz, gdzie zapalić znicz; Ty wiesz, w którym grobie leżą twoja mama i tata; Ty wiesz, na który cmentarz masz się udać, a my nie wiemy”. Ja ich rozumiem! Rozumiem ich słuszny żal, ale my musimy im w tym żalu pomóc, aby go ukoić i naprawić to zło, które przez lata im wyrządzali różni politycy czy to ukraińscy, czy polscy, ponieważ nie chcieli doprowadzić do ekshumacji i godnego, chrześcijańskiego upamiętnienia ofiar.

    To jest jedna strona medalu – strona polska. Jest jednak i druga strona, czyli strona ukraińska. Ja nie mogę wchodzić w duszę ukraińską. Naród ukraiński musi sam się z tym zmierzyć, on sam musi upaść na kolana, uderzyć się w pierś i powiedzieć „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”. My nie możemy ich do tego zmuszać, nie możemy ich bić, boksować, aby oni padli na kolana i przeprosili. Jako chrześcijanie my musimy im przebaczyć. Ich żal musi być szczery i prawdziwy, a nie wymuszony. Musimy się modlić o to, żeby Ukraińcy dostąpili łaski przebaczenia. Być może Ukraińcy nie są jeszcze na to gotowi; być może Ukraińcy w ogóle nie zdają sobie sprawy, że żyją w grzechu jako naród. Nie wiem, jak powiedziałem – nie mogę wchodzić w ukraińską duszę. Powtórzę jednak: oni sami muszą dokonać pokuty, oni z własnej winy muszą upaść na kolana i z własnej inicjatywy szczerze uderzyć się w pierś.

    Bóg zapłać za rozmowę.

    Tomasz D. Kolanek/PCh24.pl

    ______________________________________________________


    Błogosławiony biskup Chomyszyn:

    Sprawiedliwy między łotrami

    Gdyby władze w Warszawie i Kijowie z należytą energią propagowały pamięć o dokonaniach urodzonego 25 marca 1867 roku biskupa Grzegorza Chomyszyna, dzisiejsze relacje polsko-ukraińskie wyglądałyby zdecydowanie lepiej.

     „Oni to i nadal wywołują gniew Boży i gotowi do tego doprowadzić, że z kipiącego kotła Wschodu poleje się lawa ognista, która może nas całkowicie zniszczyć z oblicza ziemi”.

    Bł. Grzegorz Chomyszyn

    Przyszły męczennik i błogosławiony Kościoła przyszedł na świat w roku 1867 w Hadyńkowcach na Tarnopolszczyźnie, w zaborze austriackim, w ukraińskiej rodzinie chłopskiej. Opisanie jego żywota i osiągnięć zajęłoby niejedną opasłą księgę. Po studiach na Uniwersytecie Lwowskim i przyjęciu święceń kapłańskich, jego zwierzchnicy wysłali go na dodatkowe studia w wiedeńskim instytucie Augustineum, gdzie uzyskał stopień doktora teologii. Po powrocie piastował szereg odpowiedzialnych funkcji, w tym rektora greckokatolickiego Seminarium Duchownego we Lwowie. W roku 1904 został wyświęcony na unickiego biskupa diecezji stanisławowskiej.

    W swojej posłudze duszpasterskiej opowiadał się za zbliżeniem między wiernymi obrządków łacińskiego i greckokatolickiego, zarazem zwalczając wpływy prawosławia. W swej diecezji zastąpił używany dotąd juliański kalendarz liturgiczny kalendarzem gregoriańskim, z czasem wprowadził także celibat księży. Propagował kult Najświętszego Sakramentu, nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego, pobożność maryjną. Był zaangażowany w działalność społeczno-polityczną, którą chciał oprzeć na wartościach chrześcijańskich. Jego posługa przypadła na trudne czasy. Wiatr historii miał spustoszyć powierzone mu ziemie.

    Nasz przyjaciel wróg

    Oceniając działania biskupa Chomyszyna należy pamiętać, że był on ukraińskim patriotą. Jego inicjatywy niejednokrotnie stały w kolizji z interesami polskimi.

    W roku 1918 poparł utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej i włączenie do niej Chełmszczyzny i Podlasia. Następnie podczas wojny polsko-ukraińskiej opowiedział się po stronie swych rodaków, choć trzeba podkreślić, że nigdy nie był bezkrytyczny wobec ich działań. Jeszcze w latach Wielkiej Wojny protestował przeciw instrumentalnemu wykorzystywaniu przez nich religii, pisząc: „Kościół i wiara zostały podporządkowane kwestii narodowej i traktuje się je jako środek do celu”. Żądał oparcia fundamentów niepodległego państwa o zasady wiary i etyki katolickiej. W jego opinii „bez prawd Bożych najwspanialsze nawet działania człowieka są niczym innym, jak tylko pustym dźwiękiem”.

    Winę za klęskę ukraińskich aspiracji niepodległościowych upatrywał w nieporadności i nieustępliwości rusińskich polityków, odżegnujących się od jakiegokolwiek kompromisu z Polakami. Kiedy jego diecezja znalazła się w granicach odrodzonej Rzeczypospolitej, wielokrotnie wzywał swe owieczki do lojalności wobec państwa polskiego, zarazem popierając legalne działania w obronie religijnej i narodowej tożsamości.

    Biskupa Grzegorza opętani szowinizmem rodacy zaczęli piętnować jako „polskiego agenta”. W rzeczywistości potrafił być niełatwym negocjatorem dla władz Rzplitej. Ganił „polską pychę”, zrażającą mniejszości narodowe. Utyskiwał na niedogodności, dyskryminacje i szykany, jakim jego zdaniem byli poddawani w II RP Ukraińcy. Tym jednakże także nie szczędził gorzkich słów. Stanowczo potępił terrorystyczne kampanie Ukraińskiej Wojskowej Organizacji (UWO) i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Zarazem ostro skrytykował policyjne pacyfikacje w Małopolsce Wschodniej, podkreślając iż ofiarą represji padli także ludzie niewinni, niezaangażowani w działalność ekstremistów. Stwierdził: „Opatrzność Boża wręczyła Polsce bicz, ażeby nas smagać, za nasze winy, jednakowoż nie na nasze zgnębienie i zniszczenie, ale na nasze dźwignięcie i uzdrowienie, i to dla dobra samego państwa polskiego. Jeżeli jednak Polska nie zrozumie swego posłannictwa i nadużyje swej władzy, wówczas może Opatrzność Boża bicz ów zwrócić przeciwko niej samej”.

    Polskie władze widziały w biskupie stanisławowskim przeciwnika, z którym jednak warto i trzeba rozmawiać. Doceniano jego uczciwość, polityczny realizm i starania na rzecz pojednania dwóch chrześcijańskich narodów w oparciu o wartości moralne i duchowe.

    Prorok kresowej apokalipsy

    Władyka stanisławowski poddał miażdżącej krytyce ideologię szowinistów z OUN, trafnie dostrzegając zrodzone przez nią zagrożenia.

    Kościół greckokatolicki jeszcze pod władzą austriacką stał się Kościołem narodowym galicyjskich Ukraińców. Nie było w tym nic dziwnego ani zdrożnego – przecież ruchy narodowe w wielu krajach, łącznie z Polską, odwoływały się do nauki i dziedzictwa Kościoła. Traktowanie na serio zaleceń Ewangelii chroniło nacjonalizmy chrześcijańskie przed totalnym ubóstwieniem narodu i państwa, przed stoczeniem się w otchłań szowinizmu i statolatrii. Jednakże w latach 20. XX wieku coraz większą popularność jęły zyskiwać nacjonalizmy świeckie i neopogańskie, stojące w opozycji do duchowego dziedzictwa Europy.

    Aktywiści OUN oparli się na założeniach Dmytro Doncowa, uznawanego za jednego z ojców „ukraińskiego nacjonalizmu integralnego”. Doncow, zafascynowany Mein Kampf Adolfa Hitlera, nawoływał do odrzucenia tradycyjnej moralności zabraniającej szkodzenia innym, a stworzenia moralności nowej, której celem jest „człowiek silny, a nie człowiek w ogóle”. W pismach Doncowa pełno było stwierdzeń w duchu darwinizmu społecznego, w rodzaju: „Słaby musi zginąć, aby żyć mógł silniejszy”; „Bądźcie napastnikami i zdobywcami”; „Natura nie zna pojęcia humanitaryzmu czy sprawiedliwości”; „Bez gwałtu i bez żelaznej bezwzględności niczego w historii nie stworzono”.

    Nauki Doncowa znalazły gorliwych naśladowców. „Trzeba krwi, dajmy morze krwi, trzeba terroru, uczyńmy go piekielnym […] Mając na celu wolne państwo ukraińskie, idźmy doń wszystkimi środkami i wszystkimi szlakami. Nie wstydźmy się mordów, grabieży i podpaleń. W walce nie ma etyki”  zalecał inny teoretyk OUN, Mychajło Kołodzinśkyj.

    „Ukraiński nacjonalizm integralny” (będący w istocie skrajnym szowinizmem) unikał ostentacyjnej pogańskiej mistyki, jaką dało się zaobserwować choćby we wpływowych kręgach niemieckich narodowych socjalistów, ale niewątpliwie był z ducha antychrześcijański. Zdumiewające, że nie dostrzegały tego (lub nie chciały dostrzec) szerokie kręgi duchowieństwa greckokatolickiego, z metropolitą lwowskim Andrzejem Szeptyckim na czele.

    Rolę sprawiedliwego wśród tłumu obojętnych i łotrów, proroka wołającego na puszczy podjął biskup Chomyszyn. Warto podkreślić, iż wcale nie odrzucał on nacjonalizmu jako takiego (był zwolennikiem „nacjonalizmu pozytywnego”, traktowanego jako cnota). Jednak w ideologii OUN dostrzegł czyste zło: „Nacjonalizm począł u nas przybierać cechy ducha pogańskiego, albowiem wprowadza pogańską etykę nienawiści, nakazuje nienawidzić wszystkich, którzy są innej narodowości […] Ów wadliwy, zatruty i szkodliwy nacjonalizm stał się u nas nową religią, jak materializm u bolszewików. […] Co gorsza, na tle nacjonalizmu ukraińskiego zjawiły się oznaki pewnego rodzaju satanizmu. […] proklamuje się zasadę, że wszystkie środki, nawet nieetyczne, są dozwolone, gdy chodzi o dobro narodu i budowę państwa. Kościół ma służyć polityce, wiara i religia ma stanąć do jej usług. Kto myśli inaczej, kto się temu sprzeciwia, uchodzi za wroga narodu”.

    Chomyszyn przegrał. Trudno być prorokiem we własnym kraju. A przecież dziś, wiedząc co stało się później, czujemy grozę wczytując się w przenikliwe słowa władyki: „Hurrapatrioci narodowi, szowiniści i krótkowzroczni politycy ukraińscy spowodowali również gorzki los narodu ukraińskiego. Ludzie ci, którzy postępowali raczej jak obłąkańcy aniżeli jak przywódcy, oni to właśnie opluwali wszelki poważny prąd. Oni to wprowadzali ten duchowy rozkład w narodzie, oni to podkopali wiarę i moralność, oni to oślepili i zatruli naród. Oni to i nadal wywołują gniew Boży i gotowi do tego doprowadzić, że z kipiącego kotła Wschodu poleje się lawa ognista, która może nas całkowicie zniszczyć z oblicza ziemi”.

    Lawa ognista

    We wrześniu 1939 roku rozpętało się piekło. Szczególnie dramatyczny był los polskiej ludności południowo-wschodnich województw Rzeczypospolitej, gdzie na terror sług totalitaryzmów niemieckiego i sowieckiego nałożyło się genocidum atrox („ludobójstwo okrutne”) w wykonaniu szowinistów ukraińskich.

    Już w pierwszych tygodniach wojny od kul, noży i siekier bojówkarzy zginęły tysiące osób. Kolejną masową rzeź aktywiści OUN zafundowali Polakom i polskim Żydom latem 1941 roku, po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Następnie setki tysięcy ludzi straciły życie za sprawą wojskowych i policyjnych formacji ukraińskich na żołdzie Hitlera. Wreszcie w 1943 roku Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), zbrojne ramię banderowskiej frakcji OUN, rozpoczęła potworną akcję ludobójczą na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

    Napadom banderowców towarzyszyły akty niewyobrażalnego bestialstwa. Zbrodnie wynikały z nienawiści etnicznej, ale i również religijnej, o czym świadczyły dokonane profanacje i bluźnierstwa. Striłci UPA zburzyli 250 świątyń rzymskokatolickich, w co najmniej kilkudziesięciu z nich dokonując rzezi zgromadzonych wiernych i kapłanów.

    Część duchownych greckokatolickich i prawosławnych nie podporządkowała się oszalałym z nienawiści mordercom. Próbowali ratować Polaków, odważnie potępiali zbrodniarzy, nawoływali do opamiętania; niektórzy zapłacili za swą postawę męczeńską śmiercią. Wszakże inni bez jakichkolwiek hamulców wspierali rezunów w ich krwawym dziele, a nawet sami uczestniczyli w zbrodniach.

    Hierarchia Kościoła greckokatolickiego zawiodła. Można zrozumieć postawę biskupów unickich, którzy po okrutnych doświadczeniach pierwszej okupacji sowieckiej (1939-1941) z ulgą i nadzieją powitali wkroczenie wojsk niemieckich i maszerujących u ich boku aktywistów OUN. Jednakże następne miesiące i lata winny były rozwiać iluzje największych optymistów. Mimo to część hierarchów trwała w swych złudzeniach. Wobec zbrodni UPA zachowywali milczenie, unikając wskazania sprawców i ofiar, racząc wiernych jedynie ogólnikowymi napomnieniami o konieczności przestrzegania V przykazania.

    Nie milczał za to Chomyszyn. Na zbrodnie zareagował z prawdziwie ewangeliczną bezkompromisowością. Potępił przemoc wobec bezbronnych. Po raz kolejny wezwał naród ukraiński, by swe działania oparł na wartościach chrześcijańskich. Rzucił klątwę „na każdego, kto w zaślepieniu i nienawiści przelewa czyjąś krew”. Pisał też: „Ludzie dopuszczają się aktów bandytyzmu w imię Ukrainy i umierają jako ukraińscy bohaterowie. Bandytyzm, choćby najbardziej zaangażowany ideologicznie, zawsze pozostanie tylko bandytyzmem”.

    Podczas homilii wołał:  Nie zabijaj! Krew zabijanych woła o pomstę do nieba!

    Męczeństwo pierwsze i wtóre

    Potem przyszedł sowiecki walec, co zmiażdżył do reszty udręczony kraj.

    Biskup Grzegorz został aresztowany w kwietniu 1945 roku. Wśród wielu postawionych mu zarzutów poziomem absurdalności wyróżniało się oskarżenie o współpracę z OUN-UPA. Był więziony początkowo we Lwowie, następnie w Kijowie. Liczył sobie wówczas 78 wiosen, ale oprawcy z NKWD nie mieli szacunku dla siwych skroni. Poddany brutalnemu śledztwu, do końca pozostał niezłomny. Na pytanie śledczego, co zrobi w razie uwolnienia, odparł:

    – To samo, co do tej pory! Będę bronił przed wami, bo jestem sługą Chrystusa, a wy Jego wrogami.

    Komuniści nie dali mu tej szansy. Trudne warunki uwięzienia oraz śledczy maraton zrobiły swoje. Już 28 grudnia władyka oddał ducha w więziennym szpitalu.

    Biskup Grzegorz został beatyfikowany przez papieża Jana Pawła II we Lwowie 27 czerwca 2001 roku. Niestety, w swojej ojczyźnie ukraiński prorok miał znowu przegrać. Niepodległa Ukraina zaroiła się od pomników zbrodniarzy, przeciw którym niegdyś występował stanisławowski władyka. Z ust prominentnych oficjeli i hierarchów znów płynęły nikczemne słowa o OUN jako „świetlanym wzorcu postawy moralnej, na którym należy budować przyszłość”. Opublikowanie wspomnień Chomyszyna, w których dokonał srogiej oceny szowinistów, jak również poddał surowej krytyce bierność greckokatolickiej hierarchii, wywołało wściekłość neobanderowców.

    Postscriptum. Ludobójstwa lepsze i gorsze

    W minionych latach starałem się, na miarę mych skromnych umiejętności i możliwości, propagować wiedzę o wspaniałych postawach Ukraińców takich jak biskup Grzegorz Chomyszyn.

    Albo jak greckokatolicki ksiądz Serafin Horosiewicz z Żabcza, spalony żywcem przez UPA w cerkwi wraz z czterema Polakami, którym udzielił schronienia. Bądź jak prosty włościanin Semen Herasym z Łuczyc, co w obronie polskiej rodziny stanął z toporem w ręku naprzeciw bandy, którą dowodził jego rodzony brat. Lub jak Irena Chruścielowa z Ciemierzyńc, zabita przez hajdamaków, gdy tuliła w ramionach polską dziewczynkę, maleńką Stasię Wilk, krzycząc rozpaczliwie: – Moja ona! Ne dam! Ne dam!…

    Opisywałem tych dzielnych ludzi, czując narastającą frustrację. Bo wysiłki takich jak ja desperatów rozmijały się z postawą polskich dostojników oraz mediów głównego nurtu, wprawionych w zamiataniu spraw niewygodnych pod dywan.

    Pod koniec lutego 2022 roku, bodaj w czwartej dobie obecnego konfliktu zbrojnego na Ukrainie, wysoki rangą urzędnik ONZ zakomunikował, że liczba cywilów zabitych podczas działań wojennych sięgnęła 102 (słownie: stu dwóch) udokumentowanych przypadków. W tym samym dniu część polskich mediów jęła grzmieć wielkim głosem o „ludobójstwie ludności ukraińskiej”.

    Pragnę zapewnić o moim szacunku dla tych i innych ofiar, tej wojny i innych wojen. Wszystkie rzeczywiste zbrodnie powinny zostać rozliczone, niezależnie od narodowości ofiar i sprawców. Tym niemniej trudno w tym miejscu nie wspomnieć haniebnej postawy polskich polityków, historyków i dziennikarzy, którzy przez wiele lat, w imię źle pojętego dobrosąsiedztwa, negowali fakt ludobójstwa Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Dla nich wyrżnięcie stu kilkudziesięciu tysięcy ludzi (licząc same tylko ofiary UPA) nie było ludobójstwem.

    Ileż gładkich eufemizmów wymyślono na tę okoliczność: „wołyńska tragedia”, „tragiczne wydarzenia”, „smutne wypadki”… Utytułowani dziejopisowie narzucali „obiektywne” i „wyważone” określenia: „antypolska akcja”, „walki partyzanckie z Polakami” (tak właśnie – dla niektórych nabijanie dzieci na widły, przerzynanie ludzi piłami, obdzieranie ich ze skóry bądź rozpruwanie brzuchów brzemiennym niewiastom, wszystko to było „walką partyzancką”!).

    Politycy z Warszawy udawali ślepców, kiedy za wschodnią granicą stawiano pomniki mordercom i zadeptywano mogiły pomordowanych; gdy ogłaszano dekrety o potrzebie wychowania ukraińskiej młodzieży w kulcie zbrodniarzy. Dla naszych reprezentantów nie stanowił problemu fakt, iż Lwowska i Wołyńska Rady Obwodowe (odpowiednik naszych sejmików wojewódzkich) ogłosiły rok 2022 – Rokiem UPA.

    Takie mamy rodzime „elity”. Napuszeni dygnitarze z gębami pełnymi patriotycznych frazesów – mieliście za nic interesy polskiej ludności na Wschodzie. Pozwoliliście bezkarnie hodować upiory banderyzmu. Bo podobno to nie był dobry czas, żeby upomnieć się o Wołyń; ten czas nigdy nie był dla was dobry. Nie obchodziły was ustawy ograniczające na Ukrainie prawa mniejszości narodowych, w tym polskiej. To również dzięki wam Władimir Putin zyskał dogodny pretekst do inwazji.

    Mówiliście, nadęte błazny, że pada deszcz, kiedy pluto wam w twarz. Jak pisał poeta  „w pysk dadzą sobie napluć za tyle a tyle; gębę potem obetrą, a forsę przeliczą”. Udawaliście, że nie wiecie o dzisiejszych lękach kresowych Polaków; o ich strachu, że pomniki UPA i SS-Galizien, i te tłumy fanatyków maszerujących z pochodniami i skandujących swe uwielbienie dla Bandery i Szuchewycza – że to nie tylko wspomnienie wypadków sprzed kilkudziesięciu lat; że to groźna teraźniejszość, która kiedyś może znów wydać straszliwe owoce.

    ***

    Wciąż wierzę w pojednanie polsko-ukraińskie. Jednak to niemożliwe, by zbudowano je na kłamstwie, na naszym przyzwoleniu na heroizację bandytów. Niewiele da na dłuższą metę także chwalebne współczucie dla ofiar obecnej wojny. Widziałem już podobne akcje wsparcia dla Rumunów, Czeczenów, bośniackich muzułmanów, Albańczyków z Kosowa. Za kilka miesięcy, za rok, za dwa wahadło społecznych nastrojów nieuchronnie odbije w przeciwną stronę. Taki jest los inicjatyw budowanych wyłącznie na emocjach.

    Naprawdę trwałe braterstwo da się stworzyć tylko w oparciu o prawdę, także tę bolesną. Wtedy filarem przyjaźni może stać się wspomnienie o prawdziwych bohaterach Ukrainy. Takich, jak błogosławiony Grzegorz Chomyszyn  człowiek który nie odwracał wzroku, który nie milczał wobec zła.

    Andrzej Solak/PCh24.pl

    ________________________________________________________________________________________

    Ks. Batruch: droga pojednania polsko-ukraińskiego wydaje się długa, jednak nie należy się zniechęcać

    Ks. Batruch: droga pojednania polsko-ukraińskiego wydaje się długa, jednak nie należy się zniechęcać

    Ksiądz mitrat dr Stefan Batruch / fot. ks. Rafał Pastwa/GN

    ***

    Potrzeba dużo cierpliwości, kolejnych inicjatyw, apelów i modlitwy o to, by kwestia Wołynia została rozstrzygnięta do końca – powiedział prezes Fundacji Kultury Duchowej Pogranicza i proboszcz parafii greckokatolickiej w Lublinie ks. mitrat Stefan Batruch. Dodał, że nie należy się zniechęcać tym, że droga pojednania wydaje się długa.

    Wpiątek w Warszawie rozpoczną się obchody 80. rocznicy tragicznych wydarzeń na Wołyniu. O godz. 11.00 w archikatedrze św. Jana Chrzciciela odbędzie się liturgia słowa, podczas której zostanie podpisane wspólne oświadczenie “Przebaczenie i pojednanie”.

    Prezes Fundacji Kultury Duchowej Pogranicza podkreślił, że “powinniśmy wspierać wysiłki zmierzające do tego, by pojednanie między naszymi narodami było trwałe”.

    Przyznał, że wciąż jest grono ludzi, którzy noszą w sobie cierpienie i ból związane z tragiczną śmiercią przodków na Wołyniu.

    “Każdy taką traumę przeżywa indywidualnie. Naszym zadaniem jest pomóc im, nie pozostawić ich samych sobie, ale towarzyszyć i wspierać w poszukiwaniu wewnętrznego uleczenia pamięci i świadomości” – mówił.

    Zastrzegł, że podpisanie wspólnego oświadczenia nie może być traktowane jako końcowy etap pojednania polsko-ukraińskiego.

    “Jest to kolejny krok na długiej drodze, zmierzający do tego, by tego tematu nie pozostawiać niewyjaśnionym i niezakończonym. Oczywiście, po tych wydarzeniach wciąż pozostaną sprawy wymagające wyjaśnienia” – przyznał.

    Dodał, że żaden z dotychczasowych apeli czy oświadczeń Kościołów w sprawie Wołynia nie zakładał rezygnacji z dążenia do pochówku ofiar i wyjaśnienia kwestii historycznych.

    “Apele te mówią o szukaniu sposobów na to, by pokonać to, co wciąż nas różni. W tym samym duchu zostanie podpisane także to najnowsze orędzie” – zapowiedział.

    Podkreślił, że wysiłki podejmowane przez Kościoły nie wystarczą, by sprawa została załatwiona. “Kościoły mogą apelować, resztę muszą rozstrzygnąć władze centralne. To proces, który jest przed nami, ale nie należy w nim ustawać” – stwierdził.

    Zdaniem duchownego, “strona ukraińska dąży do tego, by zrozumieć postulaty strony polskiej”. “Teraz jest bardzo trudny czas, Ukraina jest zajęta niezwykle dramatycznymi wydarzeniami związanymi z wojną z Rosją, ale to nie znaczy, że Ukraina nie chce rozstrzygnąć tych kwestii” – zastrzegł.

    “Potrzeba tu dużo cierpliwości, wytrwałości, kolejnych kroków, kolejnych inicjatyw, kolejnego apelu, przypominania i modlitwy o to, by kwestia Wołynia została rozstrzygnięta do końca. Dlatego nie należy się zniechęcać, nie należy się rozczarowywać i ulegać rozgoryczeniu, że nic się nie dzieje i nic nie jest robione” – stwierdził.

    Przyznał, że “wiele osób oczekuje, żeby to się już stało, ale życie jest bardziej skomplikowane niż nasze oczekiwania”. “Ta droga pojednania może się wielu osobom wydawać bardzo długa. Do przełomu lat 90. mieliśmy do czynienia z etapem przygotowawczym, w który mocno był zaangażowany papież Jan Paweł II, później zaangażowali się hierarchowie kościelni po stronie polskiej i ukraińskiej, pojawiały się inicjatywy oddolne. Ale ten proces nie ma alternatywy, on musi być dalej kontynuowany” – ocenił.

    Ks. Bartuch przyznał, że “są środowiska, którym bardzo zależy na tym, by nie doszło do pojednania polsko-ukraińskiego”. “Te środowiska podważają sens pojednania, szukają w tym procesie niedoróbek, umniejszają jego znaczenie – wszystko po to, by udaremnić te wysiłki. Powinniśmy być wytrwali i nie poddawać się” – zastrzegł.

    Kościelne obchody 80. rocznicy tragicznych wydarzeń na Wołyniu rozpoczną się w piątek w Warszawie. O godz. 11.00 w archikatedrze św. Jana Chrzciciela odbędzie się liturgia słowa, w której wezmą udział przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki i arcybiskup większy kijowsko-halicki, zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego abp Światosław Szewczuk. Podczas nabożeństwa zostanie podpisane wspólne oświadczenie “Przebaczenie i pojednanie”. Po uroczystościach w archikatedrze została zaplanowana konferencja prasowa w Domu Arcybiskupów Warszawskich z udziałem abp. Stanisława Gądeckiego i abp. Światosława Szewczuka.

    Następnie delegacja polsko-ukraińska uda się na pielgrzymkę przebaczenia i pojednania do Ukrainy. W sobotę 8 lipca, o godz. 11.00 czasu miejscowego przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski będzie przewodniczył mszy św. we wsi Parośla na Wołyniu.

    W niedzielę 9 lipca o godz. 11.00 czasu miejscowego zostanie odprawiona msza św. w katedrze Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku. Eucharystii przewodniczyć będzie nuncjusz apostolski w Ukrainie abp Visvaldas Kulbokas, a udział w niej wezmą przewodniczący KEP i przedstawiciele Kościoła greckokatolickiego z Polski i z Ukrainy.(PAP)

    Zbrodnia w Parośli w powiecie sarneńskim była pierwszym atakiem oddziału Ukraińskiej Powstańczej Armii na polską wieś. Uznawana jest za początek ludobójstwa na Polakach, nazywanego rzezią wołyńską. Masowego mordu dokonano 9 lutego 1943 r., kilka tygodni po podjęciu decyzji o rozpoczęciu mobilizacji sił UPA.

    Oddział “Dowbeszki-Korobki” dowodzony przez Hryhorija Perehijniaka wszedł do Parośli przedstawiając się jako oddział partyzantki sowieckiej. Mieszkańców przekonano, by położyli się na podłodze w swoich domach i pozwolili się związać. Dzięki temu mieliby uniknąć podejrzenia i zemsty Niemców za “dobrowolne” goszczenie i karmienie partyzantów. Związanych Polaków zamordowano siekierami, nie oszczędzając kobiet i dzieci. Z rzezi ocalało 12 rannych osób. Najmłodsza z ofiar zbrodni w Parośli miała kilkanaście miesięcy.

    “Ocknąłem się po jakimś czasie, głowa mnie bolała. To cud, że nie zacząłem jęczeć, bo oni jeszcze byli w domu. Czekałem, byłem sparaliżowany strachem, udawałem nieżywego. Wtedy usłyszałem, jak mama odezwała się płaczliwym głosem. Ukrainiec poszedł, zamachnął się siekierą, rąbnął i zapanowała cisza. Potem trącali nas butem, sprawdzali, czy żyjemy. Nie wiem, jak to się stało, że wytrzymałem, że nie próbowałem uciekać” – wspominał jeden z ocalonych, Witold Kołodyński. Masakrę przeżyła także jego młodsza o cztery lata siostra. Wieś nie została spalona, lecz pozostała opustoszała aż do lipca 1943 r. Dopiero wówczas została podpalona, wraz z innymi polskimi miejscowościami. Dziś Paroślę porasta las. Jedynym śladem są prostokątne pagórki w miejscach dawnych zabudowań.

    Po odejściu z Parośli oddział Perehijniaka zamordował 15 Polaków w Toptach. Planował również atak na pobliski Wydymer, ale z uderzenia zrezygnowano z powodu nieprzybycia innego oddziału UPA.

    Zamordowani zostali pochowani w zbiorowej mogile. Na kurhanie masowej mogiły w 1974 r. miejscowy Ukrainiec Anton Dorofijewicz Kowalczuk wzniósł pamiątkowy krzyż z informacją, że zbrodni dokonali jego rodacy. Po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę obok krzyża ustawiono tablicę, na której wymieniono nazwiska wymordowanych rodzin. “Za nimi trudy, za nimi męka Tym co na zawsze odeszli – Pamięć Święta” – głosi upamiętniający ich napis.

    Odpowiedzialny za zbrodnię Perehijniak zginął już 22 lutego 1943 r. w Wysocku na Wołyniu w starciu z Niemcami. Była to konsekwencja dokonanego przez niego ataku na posterunek żandarmerii niemieckiej i ich kolaborantów we Włodzimiercu w nocy z 7 na 8 lutego 1943 r.

    Gość Niedzielny/PAP

    _________________________________________________________________________________________

    Ukraiński historyk: Co Polacy takiego zrobili, że ukraińskie władze zabraniają im pochowania swoich bliskich?

    fot. screenshot – YouTube (Instytut Historyczny UWr)

    Ukraiński historyk: Co Polacy takiego zrobili, że ukraińskie władze zabraniają im pochowania swoich bliskich?

    Ukraiński historyk, prof. Jurij Szapował z Instytutu Studiów Politycznych i Etnicznych Narodowej Akademii Nauk Ukrainy nie ma wątpliwości, że rzeź Polaków na Wołyniu nie była zwykłą zbrodnią, ale ludobójstwem. Uczony ubolewa przy tym nad brakiem ekshumacji ofiar.

    Swoją oceną zbrodni na Wołyniu ukraiński historyk podzielił się pod koniec ub. miesiąca w rozmowie z Katolicką Agencją Informacyjną. Szapował był pytany, czy w jego ocenie zbrodnię tę można określić ludobójstwem.

    – „Moim zdaniem można. Definicję ludobójstwa dał nam polsko-amerykański prawnik Rafał Lemkin. Według niej tak kwalifikujemy Wielki Głód w latach trzydziestych XX w. w Ukrainie. Nie widzę w tym nic bulwersującego, że Polacy tak to nazwali”

    – powiedział.

    – „Co ciekawe, gdy Lemkin pracował nad tym tematem, kontaktował się z diasporą ukraińską na Zachodzie. Konwencja w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa z 1948 r. tak to kwalifikuje”

    – dodał.

    Przypomnijmy, że wedle definicji Lemkina, zbrodnia ludobójstwa to działania, których celem jest całkowite zniszczenie narodu lub grupy etnicznej.

    Prof. Szapował wskazuje też na konieczność przeprowadzenia ekshumacji.

    – „W sprawie ekshumacji i pochówku nie może być żadnych wątpliwości czy manipulacji. To jest święta sprawa! Instytut Pamięci i minister kultury Ukrainy powinni to załatwić. Sprawa leży po stronie władz. Nie wiem i nie rozumiem dlaczego tego dotychczas nie uregulowano, co Polacy takiego zrobili, aby im odmawiać ekshumacji i pochówku bliskich, którzy zginęli na Wołyniu. To duży błąd i zaniedbanie ze strony ukraińskich władz”

    – powiedział stanowczo

    kak/KAI/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 14 lipca – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    *******

    Abp Fulton Sheen: „Jeśli człowiek jest z gruntu dobry, w jaki sposób…?”

    Zarówno dla świata, jak i dla niektórych kościołów jedynymi grzechami są grzechy społeczne. Nie ma już grzechów osobistych. Pacjenci zastąpili penitentów. Ludzie mogą być “chorzy”, lecz nigdy nie są źli. Zło istnieje jedynie w porządku politycznym i ekonomicznym.

    Dawniej grzechy klasyfikowano według motywacji i postępowania poszczególnych osób. Było tych grzechów siedem: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, łakomstwo, gniew, lenistwo. Dziś nie słychać nikogo, kto mówiłby o sobie, że jest pyszny. Wszak taki ma być dzisiejszy człowiek, który egotycznie skanduje: “Muszę być sobą. Muszę być wolny”.

    Zamiast powyższych grzechów serca, jedyną winą, do której ludzkość się przyznaje, jest niszczenie środowiska, budowanie wielkich monopoli i przygotowania do wojny. Zawsze oskarżany jest ktoś inny, przez co osoba oskarżająca udoparnia się na wszelką potrzebę skruchy. Dawniej jedynie katolicy wierzyli w Niepokalane Poczęcie i w bezgrzeszność Matki Boga.

    Dziś każdy człowiek jest niepokalanie poczęty. Jedynie społeczeństwo jest splamione grzechem. Lecz rodzi się przez to większy problem: jeśli człowiek jest z gruntu dobry, w jaki sposób może on tworzyć skorumpowane organizacje polityczne i wyzyskujące kartele gospodarcze? Skoro wszystkie rzeki i strumienie, które wpływają do jeziora, są nieskazitelnie czyste, jak to się dzieje, że jezioro jest zanieczyszczone?

    mp/źródło: “God’s Thunder of Courage!”, 1975 r.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 15 lipca – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XV NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    ***

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – BĘDZIEMY MODLIĆ SIĘ NA RÓŻAŃCU PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM O POKÓJ, KTÓRY JEST DAREM PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA

    ***

    NA ZAKOŃCZENIE NOWENNY DO MATKI BOŻEJ SZKAPLERZNEJ BĘDZIE MOŻLIWOŚĆ OTRZYMANIA SZKAPLERZA, KTÓRE POŚWIĘCĘ I NAŁOŻĘ WEDŁUG RYTUAŁU KARMELITAŃSKIEGO

    Czy noszenie szkaplerza skraca czyścieć?

    fot. screenshot – YouTube (Maria Vision Polska)

    ***

    Czy noszenie szkaplerza skraca czyścieć?

    Szkaplerz to nazwa części średniowiecznej szaty, która poza suknią posiadała na sobie rodzaj ochrony przed zabrudzeniem przy siadaniu i przy pracy. Stanowił tę ochronę pas materiału, zwisający z przodu i z tyłu szaty, z otworem na głowę. Taką średniowieczną szatą były habity zakonne na samym początku tworzenia się wielu zakonów. Taki praktyczny szkaplerz posiadał także zakon karmelitański.

    Kiedy zakonnicy karmelitańscy w sposób szczególny potrzebowali reformy życia modlitwy, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku św. Szymon Stock doznał szczególnej łaski. Ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna w otoczeniu aniołów, która podała mu szkaplerz koloru brązowego. Usłyszał wtedy następujące słowa Maryi: “Przyjmij, synu najmilszy, Szkaplerz twego Zakonu jako znak mego braterstwa, przywilej dla Ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”. Szkaplerz karmelitański jest zatem znakiem szczególnej ochrony na godzinę śmierci. Nie chroni już przed zabrudzeniem fizycznym jak praktyczny szkaplerz średniowiecznej szaty, ale zabezpiecza nas duchowo. Obecnie szkaplerz to dwa małe kawałki materiału połączone tasiemkami, są na nich wizerunki Jezusa i Maryi.

    Czytając o przywilejach jakie daje nam szkaplerz karmelitański, pamiętajmy że jego moc tkwi w Bogu i że te przywileje otrzymujemy, o ile spełniamy warunki odpustów, których podstawą jest stan Łaski Uświęcającej i bark przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, oraz modlitwa w intencjach Ojca Świetego. Więcej wiadomości znajdziemy na stronie szkaplerz .pl

    Przywileje szkaplerza karmelitańskiego są następujące: 
    1. Kto umrze odziany szkaplerzem świętym, nie zostanie potępiony; 
    2. Noszący szkaplerz jako czciciel Matki Bożej zapewnia sobie Jej opiekę, co do duszy i ciała w tym życiu i szczególną pomoc w godzinie śmierci; 
    3. Każdy, kto pobożnie nosi szkaplerz i zachowuje czystość według stanu, zostanie wybawiony z czyśćca w pierwszą sobotę po swojej śmierci; 
    4. Ci, którzy należą do Bractwa Szkaplerznego, są duchowo złączeni z Zakonem Karmelitańskim i mają udział w jego dobrach duchowych za życia ziemskiego i po śmierci, a więc we Mszach świętych, Komuniach św., umartwieniach, modlitwach, postach itp.

    Noszenie szkaplerza przypomina nam o własnej śmierci, konieczności modlitwy w intencji tego, aby była to śmierć szczęśliwa, to znaczy dobrze przygotowana, w zgodzie z Panem Bogiem.

    Maria Patynowska/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nabożeństwo szkaplerzne Jana Pawła II

    Fakt przyjęcia szkaplerza Ojciec Święty potwierdził kilkakrotnie – po raz pierwszy 23 listopada 1958 roku, jeszcze jako biskup krakowski. W tym dniu, po odprawieniu prymicji biskupich w kościele parafialnym, odwiedził również klasztor karmelitów bosych, spotkał się ze zgromadzeniem i alumnami Niższego Seminarium, do których powiedział: „Cieszę się, że mogę podzielić się z wami moim nabożeństwem do Najświętszej Maryi Panny, Matki Boskiej Szkaplerznej. Szkaplerz, który przyjąłem z rąk ojca Sylwestra w dniu mojej Pierwszej Komunii św., noszę zawsze”. „A szkaplerz do dzisiaj noszę, tak jak go przyjąłem u Karmelitów na Górce, mając kilkanaście lat” (16 czerwca 1999 r. w Wadowicach). Spróbujmy na podstawie wspomnienia biskupa i papieża ustalić bardziej dokładnie datę przyjęcia przez niego szkaplerza. A wiec chłopiec Karol Wojtyła przyjął szkaplerz karmelitański w dniu swojej Pierwszej Komunii św. z rąk o. Sylwestra Gleczmana (1883-1961). Niestety nie znamy daty Pierwszej Komunii św. Ojca Świętego. Niektórzy biografowie papieża przypuszczają, że miała ona miejsce wiosną 1929 roku. Nie wzięli oni jednak pod uwagę tego, że w tym roku o. Sylwestra nie było w Wadowicach. Przyjechał tutaj dopiero jako nowy przeor klasztoru 22 maja 1930 roku. W tym roku również Karol kończył 10 lat. Jeżeli zawierzymy pamięci biskupa, że przyjął szkaplerz z rąk o. Sylwestra w dniu Pierwszej Komunii św., stało się to w roku 1930, prawdopodobnie w niedzielę 25 maja lub w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, 29 maja. (…) Zbigniew Siłkowski, kolega szkolny Ojca Świętego, twierdzi, że Karol jako jedyny z nas przyjął szkaplerz. Nie wiemy, kto wpłynął na jego decyzję. Mógł to być katecheta, rodzice lub informacje usłyszane w kościele karmelitów w czasie nowenny szkaplerznej. (Honorat Gil OCD, Jest moją siłą …)

    Pierwszy szkaplerz Karola Wojtyły nałożony mu przez ojca Sylwestra.
    (muzeum Jana Pawła II w Wadowicach)

    Ostatni szkaplerz Jana Pawła II ofiarowany wadowickiemu Karmelowi.
    (sanktuarium św. Józefa w Wadowicach)

    Najczęściej młodzi po kilku latach rezygnowali z noszenia szkaplerza i zapominali o zobowiązaniach wynikających z jego przyjęcia. U Karola Wojtyły było inaczej. Nigdy nie zaprzestał noszenia płóciennego szkaplerza. Dowodem są nie tylko słowa papieża, ale również zachowane fotografie: Wojtyły junaka na obozie Legii Akademickiej w Ożomli koło Sądowej Wiszni (1939), kapłana w czasie wypraw turystycznych, papieża w klinice Gemelli w Rzymie (1981). Dla ucznia i gimnazjalisty uroczystość Matki Bożej Szkaplerznej obchodzona 16 lipca była świętem Tej. którą przez szkaplerz wybrał sobie w szczególny sposób za Matkę. Stąd do matury, czyli do wyjazdu z Wadowic, każdego roku uczestniczył w nowennie szkaplerznej, chociaż musiał z tego powodu rezygnować z zabawy z kolegami czy też z kąpieli w Skawie. (Honorat Gil OCD, Jest moją siłą …)

    Ożomla koło Sądowej Wiszni – 1939.
    Szkaplerz karmelitański na piersi junaka Wojtyły.

    (Junacy) ubrani byli w liche drelichowe mundury wojskowe, furażerki i podkute buty. Podczas pracy, w letnim słońcu, zrzucali mundury pozostając tylko w spodenkach gimnastycznych. Karol Wojtyła jak inni sypiał na pryczy (…), machał kilofem, woził taczki. Starał się zawsze wypracować trudną normę. (…) A jednak było coś, co go wyróżniało w tłumie opalonych na brąz młodzieńców. Na szyi miał zawieszony szkaplerz. Dla kilku kolegów z Wadowic nie stanowiło to niespodzianki; już wcześniej zauważyli na gimnastyce, że Karol nosi szkaplerz. (…) Nosił więc Karol szkaplerz od ósmego roku życia (od dnia pierwszej Komunii świętej). Należał do Bractwa Szkaplerza świętego, które prowadzili wadowiccy karmelici. Jeden z jego przyjaciół, pan mgr Zbigniew Siłkowski, powiedział: „Zapisał się tam jako jedyny z nas, z wewnętrznej potrzeby, szukając prawdy o życiu”. (Roman Antoni Gajczak, Sercu najbliższe. Szkice z lat młodzieńczych Karola Wojtyły – Jana Pawła II, Kraków 1987, s. 65-68)

    1. Wakacje ks. Wojtyły w Złocieniu nad Drawą – 1955.
    2. Jedna z ostatnich wycieczek po Polsce Metropolity Krakowskiego
    (na obu fotografiach widoczny jest szkaplerz).

    Gdy Karol Wojtyła był jeszcze wikariuszem w parafii św. Floriana w Krakowie, urządził specjalne parodniowe rekolekcje dla chorych, na zakończenie których wezwał karmelitę, aby przywiezionym do kościoła chorym poświęcił i nałożył szkaplerze. Pouczenie Ojca Rudolfa o szkaplerzu dopełnił własną zachętą: „Noście zawsze święty szkaplerz. Ja zawsze mam szkaplerz na sobie i odniosłem wiele dobra z tego nabożeństwa”. Chorzy byli bardzo podniesieni na duchu i wdzięczni. Nabożeństwo szkaplerzne posiadało w osobie Ojca świętego Jana Pawła II szczególnego promotora. Gdy z powodu reformy liturgicznej ranga święta Matki Bożej Szkaplerznej znacznie się obniżyła, kardynał Wojtyła poczynił odpowiednie kroki na terenie Polski oraz u Stolicy świętej w celu przywrócenia należnej pozycji tak zbawiennemu nabożeństwu. (Otto od Aniołów, Nasz Karmel, 1979 r., s. 7)

    23 listopada 1958: Cieszę się, że mogę podzielić się z wami moim nabożeństwem do Matki Bożej Szkaplerznej. Szkaplerz, który przyjąłem z rąk o. Sylwestra w dniu mojej Pierwszej Komunii św. noszę zawsze, a chociaż mieszkałem w cieniu kościoła parafialnego, wasz kościół na Górce był mi zawsze bardzo drogi. Wśród wielu nabożeństw, które urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki Bożej z Góry Karmel. Był to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy, jak obecnie. Wakacje spędzałem w Wadowicach, więc nigdy do czasu mojego wyjazdu z Wadowic nie opuszczałem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno się było oderwać od kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny głos karmelitańskich dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem. Tak, tak, mieszkałem obok kościoła parafialnego, ale wzrastałem w kościele św. Józefa. (Kronika klasztoru karmelitów bosych w Wadowicach)

    22 kwietnia 1979: Mogę powiedzieć, że karmelitów bosych znam od dziecka. Urodziłem się bowiem – jak zapewne wiecie – w Wadowicach, gdzie znajduje się Wasz klasztor, sławny z tego, że przez pewien czas jego przeorem był Sługa Boży Ojciec Rafał Kalinowski. Stąd przyzwyczaiłem się do Waszego tak charakterystycznego habitu, od pierwszych lat mojego życia. Uczęszczałem także do Waszego kościoła, biorąc udział w liturgii i odprawianych tam nabożeństwach. (Przemówienie w Aula Magna Papieskiego Wydziału “Teresjanum” w Rzymie, Karmelitów Bosych znam od dziecka, Rzym 1988, s. 127)

    13 maja 1981: 16 lipca, w dniu Matki Boskiej z Góry Karmel, nastąpiło przesilenie choroby i poprawa samopoczucia. Ojciec Święty z nową żywotnością podejmuje codzienne sprawy. (Przemówienie – świadectwo bp Stanisława Dziwisza wygłoszone z okazji otrzymania doktoratu Honoris Causa KUL. Niedziela. Dodatek akademicki. Seria T nr 12, 2001, s. 4)

    20 czerwca 1982: Niech wam będzie pomocą i przewodniczką Najświętsza Maryja Panna, niezrównany wzór wszystkich dusz kontemplacyjnych, a szczególnie was, córek Zakonu, który od samych swoich początków uważał się za „cały maryjny”, według wyrażenia waszych Ojców w średniowieczu: „Totus marianus est Carmelus” (Karmel cały jest maryjny). Poprzez swoje dzieło przywrócenia w Zakonie pierwotnej gorliwości, św. Matka Teresa chciała „przyczynić się do większej chwały Pańskiej i do uczczenia świętego szkaplerza chwalebnej Jego Matki” (Życie 36,6), a zakładając klasztor św. Józefa pragnęła gorąco, „aby tutaj zachowywała się doskonale Reguła Pani naszej i Monarchini” (Droga doskonałości 3,5). (List do Karmelitanek Bosych z okazji czterechsetlecia śmierci św. Teresy, OR, 20.06.1982, s. 1)

    9 listopada 1982: Niech wam towarzyszy zawsze Matka Boża Szkaplerzna, Matka Boża z Góry Karmelu, której figury i obrazy zdobią tę ziemię galicyjską. Niech prowadzi was Ona jak gwiazda, która nigdy nie znika z horyzontu. I niech was Ona zawiedzie w końcu do Boga, ostatecznego Portu, ostatniej Przystani nas wszystkich. (Santiago de Compostela, 9.11.1982, Przemówienie do marynarzy, OR. 11.11.1982, s. 2)

    24 września 1983: W waszym Zakonie istnieje bardzo mocny i głęboko zakorzeniony pierwiastek chrystocentryczno-maryjny: iść za Chrystusem, naśladując Maryję. Życzę wam: zachowajcie te skarby, pogłębcie je i odnówcie, ponieważ są to skarby niezastąpione, a świat, ludzkość, bardzo ich potrzebują. (Watykan, 24.09.1983, do Kapituły Generalnej Karmelitów Dawnej Obserwy, OR, 25.09.1983, s. 2)

    14 grudnia 1986: Za chwilę będę mógł z radością dokonać koronacji figury Matki Bożej, jakże bardzo przez was czczonej i przyzywanej. Kościół cały, a wasza parafia w szczególności, nazywają tę pokorną Służebnicę Pańską, Królową świata. Maryja, nasza Matka i Królowa świata niech wspomaga i otacza opieką was wszystkich. (Rzym, 14.12.1986, wizytacja pasterska parafii Królowej Świata i Matki Karmelu, prowadzonej przez Karmelitów Dawnej Obserwy, OR, 15-16.12.1986, s. IV)

    3 kwietnia 1987: Święta Maryjo, Matko Nadziei,
    Najświętsza Dziewico z Karmelu, Matko Chile!
    Osłoń swoim szkaplerzem jak tarczą opieki
    miasta i wsie, łańcuchy gór i morze,
    mężczyzn i kobiety, młodzież i dzieci,
    starców i chorych, sieroty i cierpiących,
    wiernych synów Kościoła i zbłąkane owce.
    (Akt poświęcenia Chile Matce Bożej z Góry Karmel, Maipú, 3 kwietnia 1987 r.)

    3 kwietnia 1987: Widok tak wielkiej rzeszy wiernych z Santiago i całego kraju, zgromadzonych u stóp Sanktuarium Narodowego w Maipu, napawa mnie niezwykłą i głęboką radością. Patrząc tutaj na was, jakże garnących się do Jezusa i Maryi, wydaje mi się, iż oglądam całe Chile, które jeszcze raz ucieka się i chroni pod matczyny płaszcz Matki Bożej Szkaplerznej (…). Wszyscy razem prośmy Ją, Dziewicę z Góry Karmelu, Matkę i Królową Chile, aby nam pomagała zachować zawsze jedność i miłość dobrych braci i dzieci tego samego Ojca, który jest w niebie. (Maipu, 3.04.1987, Koronacja Matki Bożej Szkaplerznej w Narodowym Sanktuarium Maryjnym Chile, OR, 5.04.1987, s. 5)

    3 lipca 1987: Najświętsza Maryja Panna z Góry Karmelu, której figurę za chwilę kanonicznie ukoronuję, niech was wspomaga i strzeże. (…) Zaprasza Ona dziś wszystkie swoje dzieci, podobnie jak to uczyniła niegdyś w Kanie Galilejskiej, aby wsłuchiwały się w głos jej Syna: „Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie”. (Por.: Homilia podczas Mszy św. koronacyjnej w Cuzco – Peru, 3.02.1985, Ins., VIII, 1/1986/380; Przemówienie w narodowym Sanktuarium Maryjnym w Chiquinaquira – Kolumbia, 3.07.1987, AAS 79/1987/79)

    16 lipca 1988: Jeszcze jedna myśl, którą pragnę się z wami podzielić, wiąże się z Najświętszą Dziewicą z Góry Karmel (…) Niech nikt nie wątpi, jak wielki wpływ na ugruntowanie wiary katolickiej i poprawę obyczajów wywiera miłość i cześć Najświętszej Bogurodzicy. Dotyczy to zaś szczególnie tych form pobożności, które bardziej wyraziście zdolne są oświecić umysł niebieską nauką oraz umocnić ducha w praktyce chrześcijańskiego życia. Do nich w pierwszym rzędzie należy zaliczyć nabożeństwo szkaplerza karmelitańskiego, które ze względu na swą prostotę jest zrozumiałe dla wszystkich i bardzo rozpowszechniło się wśród wiernych, niosąc ze sobą zbawienne owoce. Zawsze, ale głównie dziś, w dniu tego szczególnego święta, Matka Najświętsza przypomina nam podstawowy cel naszego życia, naszej egzystencji – zbawienie wieczne. I równocześnie zapewnia nam swe wstawiennictwo, abyśmy wytrwali w wierze i w łasce do końca naszej ziemskiej pielgrzymki. (Fragment homilii w czasie Mszy św. na szczycie Adamello w Alpach 16 lipca 1988 r.)

    17 lipca 1988: W uroczystości tej uczestniczę duchem i modlitwą. (…) Dziś szczególnie głęboko przeżywam zrządzenia Opatrzności, która związała mnie z duchowością karmelitańską. Wadowice i Ojcowie Karmelici na Górce. Mój pierwszy szkaplerz, któremu pozostałem wierny i który jest moją siłą. (Fragment telegramu Jana Pawła II do uczestników koronacji obrazu Matki Bożej Szkaplerznej w Czernej)

    24 lipca 1988: W obecnym miesiącu obchodziliśmy wspomnienie NMP z Góry Karmel, tak bardzo bliskiej pobożności ludu chrześcijańskiego na całym świecie i związanej szczególnie z życiem wielkiej zakonnej rodziny karmelitańskiej. Myśl nasza biegnie ku Świętej Górze Karmel, którą świat biblijny uważał za symbol łaski, błogosławieństwa i piękna. Na niej karmelici wznieśli swój pierwszy kościół, poświęcając go Dziewicy Maryi »Flos Carmeli« (Kwiat Karmelu), zachowującej piękno wszystkich cnót. Chcieli wyrazić w ten sposób własne pragnienia całkowitego poświęcenia się Jej oraz stałego związania swej służby Maryi ze Służbą Chrystusowi. Liczni mistycy karmelitańscy pojęli doświadczenie Boga w swoim życiu: jako drogę doskonałości – św. Teresa od Jezusa jako wstąpienie na Górę Karmel – św. Jan od Krzyża. W tej wędrówce obecna jest Maryja. Ona wzywana przez karmelitów jako Matka, Opiekunka i Siostra staje się jako Przeczysta Dziewica wzorem kontemplacji, uważnego nasłuchiwania i medytacji słowa Bożego oraz posłuszeństwa woli Ojca przez Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym. Dlatego właśnie w Karmelu i w każdej duszy głęboko karmelitańskiej kwitnie życie mocnej jedności i zażyłości z Maryją, jakiś nowy sposób życia dla Boga i przedłużenia tutaj na ziemi miłości Syna Bożego ku Maryi, Jego Matce. Szczególna łaska Maryi wobec zakonu karmelitańskiego wspominana przez czcigodną tradycję, związana z osobą św. Szymona Stocka, rozpromieniła pośród ludu chrześcijańskiego wieloma owocami duchowymi. Chodzi tu o szkaplerz karmelitański będący znakiem wsączenia do zakonu karmelitańskiego dla otrzymania udziału w dobrach duchowych oraz przewodnikiem czułej i synowskiej pobożności maryjnej. Poprzez szkaplerz czciciele Maryi z Góry Karmel wyrażają pragnienie kształtowania swego życia w oparciu o Jej przykład jako Matki, Opiekunki, Siostry, Przeczystej Dziewicy, przyjmując z czystym sercem słowo Boże i oddając się żarliwej służbie braciom. Pragnę zachęcić wszystkich czcicieli św. Dziewicy, by modlili się gorąco za Jej wstawiennictwem o to, by wiodła Ona każdego pewnym szlakiem na drogach życia, byśmy szczęśliwie doszli do Świętej Góry, którą jest Jezus Chrystus, nasz Pan. (Słowa przed modlitwą „Anioł Pański” w niedzielę 24 lipca 1988 r.)

    15 styczeń 1989: Chcę powiedzieć wam coś bardzo osobistego. Znajduję się w parafii poświęconej Dziewicy Karmelu. Muszę wyznać, że w młodym wieku, gdy byłem taki jak wy, Ona bardzo mi pomogła. Nie potrafię określić dokładnie jak bardzo, ale jestem przekonany, że ogromnie. Pomogła mi odnaleźć łaskę mego wieku, moje powołanie. (…) chcę dać temu świadectwo, bo może być ono przydatne dla każdego z was młodych. Jest to bardzo szczególny wymiar bogactw duchowych Dziewicy, Matki Chrystusa, ponieważ Jej misja karmelitańska, która bierze początek na Górze Karmel w Ziemi Świętej, jest związana z szatą. Szata ta nazywa się Szkaplerzem świętym. Bardzo dużo zawdzięczałem Szkaplerzowi karmelitańskiemu w latach mojej młodości. Bo jest rzeczą piękną, że matka troszczy się również o odzienie. (…) A może dzieci potrzebują jakiejś szczególnej szaty, czegoś więcej niż zwykłe odzienie? I właśnie Ona, Dziewica Karmelu, Matka Szkaplerza świętego, mówi nam o swej macierzyńskiej trosce, o swym zatroskaniu o nasze odzienie. O nasze odzienie w sensie duchowym, o odzianiu nas łaską Bożą i o wspomaganiu nas, aby zawsze była bulą ta szata, którą – jak wiemy – otrzymaliśmy, podobnie jak katechumeni pierwszych wieków, podczas Chrztu świętego. Ta biała szata, jest symbolem owej duchowej szaty, w którą została przyobleczona nasza dusza – szaty łaski uświęcającej. Życzę wam, abyście mogli zawsze znaleźć Matkę z Góry Karmel, patronkę waszej parafii, zatroskaną po matczynemu o nas wszystkich, a szczególnie o was młodych. Bądźcie też i wy sami zatroskani o to, aby ta szata duchowa była coraz piękniejsza, aby nie została nigdy splamiona i nie musiała być naprawiana. Także i wy bądźcie zatroskani, współpracujcie z tą dobrą Matką, która dba bardzo o wasze szaty, a szczególnie o tę szatę, którą, jest łaska uświęcająca w duszach Jej dzieci. Wszystko, co powiedziałem, może także posłużyć wam jako zadanie apostolskie w szkole, może być pomocne w rozwiązywaniu problemów z innymi, z kolegami ze szkoły, którzy uważają się za niewierzących. Również i w tym może was wspomagać Matka Boża, która jest przecież Matką łaski Bożej. Nie chciałbym przedłużać mej wypowiedzi. Jestem wam wdzięczny za to spotkanie i życzę wam, abyście zawsze mogli znaleźć matczyną pomoc Matki Chrystusa, Dziewicy z Góry Karmel, tak jak ja ją znalazłem. (Słowo do młodzieży w czasie wizytacji parafii Mostacciano pod Rzymem)

    15 listopada 1996: Z okazji 50-tej rocznicy swojego kapłaństwa, Papież napisał książkę „Dar i Tajemnica”, w której przytacza niektóre momenty charakterystyczne dla swojego powołania i życia kapłańskiego. Między innymi wspomina źródła swojej pobożności maryjnej oraz przynależność do Bractwa Szkaplerznego.

    W Wadowicach był Karmel, klasztor na Górce, czasem swojego powstania związany z postacią św. Rafała Kalinowskiego. Wadowiczanie licznie uczęszczali do tego klasztoru, a to oznaczało związanie się z tradycją karmelitańskiego szkaplerza. Ja też zapisałem się do szkaplerza mając chyba 10 lat i do dzisiaj ten szkaplerz noszę. Do karmelitów chodziło się także do spowiedzi. Tak więc zarówno kościół parafialny, jak i klasztor na Górce kształtował moją pobożność maryjną jako chłopca, a później młodzieńca i gimnazjalisty, aż do egzaminu dojrzałości. (Jan Paweł II, Dar i tajemnica, 1996 r.)

    16 czerwca 1999: W sposób szczególny pragnę pozdrowić ojców Karmelitów Bosych z wadowickiej Górki. Spotykamy się bowiem w wyjątkowej okoliczności: w tym roku, 27 sierpnia, przypada setna rocznica konsekracji kościoła pod wezwaniem św. Józefa przy klasztorze ufundowanym przez św. Rafała Kalinowskiego. Jak za lat młodzieńczych, wędruję w duchu do tego miejsca szczególnego kultu Matki Bożej Szkaplerznej, które wywierało tak wielki wpływ na duchowość Ziemi Wadowickiej. Sam wyniosłem z tego miejsca wiele łask, za które dziś Bogu dziękuję. A szkaplerz do dzisiaj noszę, tak jak go przyjąłem u Karmelitów na Górce, mając kilkanaście lat. Cieszę się, że dane mi było beatyfikować, wraz ze stu ośmiu męczennikami, również bł. O. Alfonsa Marię Mazurka, który był wychowankiem, a potem zasłużonym wychowawcą w przyklasztornym Niższym Seminarium. Z pewnością miałem sposobność zetknąć się osobiście z tym świadkiem Chrystusa, który w 1944 r., jako przeor klasztoru w Czernej, przypieczętował swoją wierność Bogu męczeńską śmiercią. Ze czcią klękam u jego relikwii, które spoczywają właśnie w kościele św. Józefa, i dziękuję Bogu za dar życia, męczeństwa i świętości tego wielkiego zakonnika. (Z przemówienia Jana Pawła II w Wadowicach)

    25 marca 2001: Z wielką radością przyjąłem wiadomość, że obie gałęzie Zakonu Karmelitańskiego: dawna i reformowana, zamierzają poświęcić rok 2001 Maryi, aby wyrazić synowską miłość do swej Patronki, którą wzywają jako Kwiat Karmelu, Matkę i Przewodniczkę na drodze do świętości. W związku z tym pragnę podkreślić, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności obchody tego maryjnego roku całego Karmelu przypadają – jak głosi czcigodna tradycja Zakonu – w 750. rocznicę otrzymania Szkaplerza. Obchody te stanowią zatem dla całej Rodziny karmelitańskiej niezwykłą okazję nie tylko do pogłębienia duchowości maryjnej, ale i do przeżywania jej z coraz większą świadomością roli, jaką Dziewicza Matka Boga i ludzi odgrywa w tajemnicy Chrystusa i Kościoła, by iść za Nią – «Gwiazdą nowej ewangelizacji». (..) Znak Szkaplerza przywołuje zatem dwie prawdy: jedna z nich mówi o ustawicznej opiece Najświętszej Maryi Panny, i to nie tylko na drodze życia, ale także w chwili przejścia ku pełni wiecznej chwały; druga to świadomość, że nabożeństwo do Niej nie może ograniczać się tylko do modlitw i hołdów składanych Jej przy określonych okazjach, ale powinna stanowić «habit», czyli nadawać stały kierunek chrześcijańskiemu postępowaniu, opartemu na modlitwie i życiu wewnętrznym poprzez częste przystępowanie do sakramentów i konkretne uczynki miłosierne co do ciała i co do duszy. W ten sposób Szkaplerz staje się znakiem «przymierza» i wzajemnej komunii pomiędzy Maryją i wiernymi: wyraża bowiem w sposób konkretny dar, jaki na krzyżu Jezus uczynił Janowi, a przez niego nam wszystkim, ze swojej Matki, oraz przypomina o powierzeniu umiłowanego apostoła i nas Tej, którą ustanowił naszą Matką duchową. (…) Ja również od bardzo długiego czasu noszę na sercu Szkaplerz karmelitański! Z miłością do wspólnej Matki niebieskiej, której opieki doznaję ustawicznie, życzę, aby dzięki temu rokowi maryjnemu wszyscy zakonnicy i zakonnice Karmelu oraz pobożni wierni, którzy Ją czczą z synowskim oddaniem, wzrośli w miłości do Niej i by umocnili w świecie obecność tej Niewiasty milczenia i modlitwy, wzywanej jako Matka miłosierdzia, Matka nadziei i łaski. (Szkaplerz znakiem “przymierza” z Maryją – List Ojca Świętego Jana Pawła II z okazji 750-lecia Szkaplerza św.)


    Przekazanie relikwii papieskiego szkaplerza karmelitom bosym w Wadowicach

    23 listopada 2005 r. w karmelitańskim sanktuarium św. Józefa w Wadowicach został zaprezentowany i umieszczony w ściennym relikwiarzu szkaplerz Ojca Świętego Jana Pawła II. W tym kościele swego rodzinnego miasta młody Karol Wojtyła przyjął szkaplerz karmelitański, co sam wielokrotnie przypominał. W czerwcu 1999 r., odwiedzając po raz ostatni swoje rodzinne Wadowice, Jan Paweł II powiedział: “Jak za lat młodzieńczych, chłopieńczych wędruję w duchu do tego miejsca szczególnego kultu Matki Bożej Szkaplerznej, które wywierało tak wielki wpływ na duchowość Ziemi Wadowickiej. Sam wyniosłem z tego miejsca wiele łask, za które dziś Bogu dziękuję. A szkaplerz do dzisiaj noszę, tak jak go przyjąłem u Karmelitów na Górce, mając kilkanaście lat”.

    karmel.pl/Karmelici Bosi

    _____________________________________________________________________________________________________________

    ***

    Szkaplerz Jana Pawła II. Nawet po zamachu nie pozwolił go sobie zdjąć

    Wśród licznej rzeszy duchownych i świeckich, miłośników nabożeństwa szkaplerznego, najsłynniejszym był św. Jan Paweł II – przypomina o. dr hab. Szczepan Praśkiewicz OCD, konsultor watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

    Jak zaznacza zakonnik, papież Polak, nazywany także „karmelitańskim”, przyjął znak opieki Matki Bożej w wieku chłopięcym w kościele karmelitów bosych w Wadowicach. To właśnie podczas spotkania w 1999 r. w swym rodzinnym mieście papież przywołał, obok słynnych kremówek, moment, gdy na wadowickiej Górce przyjął jako młody chłopiec u karmelitów szkaplerz. 

    Te słowa papieskie widnieją dziś na marmurowej tablicy na ścianie obok ołtarza Matki Bożej Szkaplerznej w wadowickim kościele. Tam także w ozdobnym relikwiarzu jest szkaplerz Ojca Świętego. Po śmierci papieża klasztor otrzymał tę relikwię od kard. Stanisława Dziwisza.

    Kiedy Karol Wojtyła przyjął szkaplerz?

    O. Praśkiewicz przywołuje inne słowa młodego bp. Karola Wojtyły, skierowane do karmelitów bosych. Szkaplerz, który przyjąłem z rąk o. Sylwestra, noszę zawsze, a chociaż mieszkałem w cieniu kościoła parafialnego, wasz kościół na Górce był mi zawsze bardzo drogi. Wśród wielu nabożeństw, które urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki Bożej z Góry Karmel. Był to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy, jak obecnie. Wakacje spędzałem w Wadowicach, więc nigdy do czasu mojego wyjazdu z Wadowic nie opuszczałem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno się było oderwać od kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny głos karmelitańskich dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem. Tak, tak, mieszkałem obok kościoła parafialnego, ale wzrastałem w waszym kościele karmelitańskim – mówił wówczas przyszły papież. 

    Według zakonnika, o tym, że św. Jan Paweł II nosił zawsze szkaplerz, świadczą też liczne fotografie. „Najbardziej znane są trzy: na jednej widzimy sukniany szkaplerz na barkach junaka Karola Wojtyły, pozującego do pamiątkowego zdjęcia wraz z kolegami; na drugiej szkaplerz widnieje na szyi kardynała, odpoczywającego na Mazurach; na trzeciej zaś dostrzegamy brunatny szkaplerz Karmelu na szyi Jana Pawła II przebywającego w Poliklinice Gemelli w 1981 r., tuż po zamachu na jego życie. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nie pozwolił zdjąć ze swej szyi brunatnego szkaplerza karmelitańskiego” – podkreśla karmelita bosy. 

    zdjęcie poglądowe fot. cathopic

    ***

    Szkaplerz jak habit

    O. Praśkiewicz wyjaśnia, że św. Jan Paweł II pozostawił także wypowiedzi doktrynalne, które zawierają teologię szkaplerza świętego. W orędziu wydanym z okazji 750. rocznicy tego daru Maryi, przypadało w 2001 roku, papież podkreślił m.in., że znak szkaplerza, pozostając ustawicznie na naszych barkach, przypomina i zobowiązuje do tego, by nasze maryjne nabożeństwo nie ograniczało się jedynie do modlitw i hołdów składanych Matce Chrystusa przy określonych okazjach. „Chodzi o to, by było ono czymś stałym, habitualnym w naszym życiu, tak by stanowić habit, czyli stałe maryjne ukierunkowanie naszego życia chrześcijańskiego” – tłumaczy o. Praśkiewicz, przywołując leksykalne konotacje słowa habit. „Wszak szkaplerz to przecież habit, po włosku mówi się na niego abitino, na habit zaś abito, czyli szkaplerz po włosku to habicik” – dodał. 

    Ruch szkaplerzny zaczął się rozwijać po objawieniach

    Tradycja karmelitańska podaje, że ruch szkaplerzny zaczął się rozwijać po objawieniach, które otrzymał w 1251 roku św. Szymon Stock, generał Zakonu Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Przyjęcie szkaplerza, całkowite zawierzenie Matce Bożej, niesie ze sobą obietnice szczególnej opieki Maryi w niebezpieczeństwach życia oraz szczęśliwej śmierci i zachowania od wiecznego potępienia.

    Pod koniec XV w. do powyższych łask dołączono jeszcze tzw. przywilej sobotni. Zgodnie z nim Matka Jezusa już w pierwszą sobotę po śmierci uwalnia z czyśćca tych, którzy za życia praktykowali nabożeństwo szkaplerzne.

    Misyjne Drogi/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szkaplerz noś, na różańcu proś!

    Św. Jan Paweł II nie tylko wspominał dzień i miejsce przyjęcia szkaplerza karmelitańskiego, ale często mówił o tym, że praktykuje nabożeństwo szkaplerzne i że ustawicznie nosi szkaplerz na swoich barkach.

    Jeszcze jako wikariusz w krakowskiej parafii św. Floriana, urządziwszy nabożeństwo dla chorych, zaprosił nań świątobliwego naszego współbrata – o. Rudolfa Warzechę, aby wygłosił zebranym szkaplerzną katechezę i nałożył im ten znak opieki Matki Najświętszej. Gdy o. Rudolf kończył swoją posługę, ks. Wojtyła – jak to zapisały kroniki – powiedział do chorych: “Noście zawsze szkaplerz święty. Ja zawsze mam szkaplerz na sobie, i wiele z tego nabożeństwa doznałem pożytku”.

    Moglibyśmy przywołać całą litanię podobnych słów Sługi Bożego, zarówno sprzed wyboru na Namiestnika Chrystusowego, jak i późniejszych. Niech jednak wystarczą tyko poniższe:

    Od odwiedzającego klasztor wadowicki młodego biskupa Karola Wojtyły zakonnicy usłyszeli: “Cieszę się, że mogę podzielić się z wami moim nabożeństwem do Matki Bożej Szkaplerznej. Szkaplerz, który przyjąłem z rąk o. Sylwestra (.) noszę zawsze, a chociaż mieszkałem w cieniu kościoła parafialnego, wasz kościół na Górce był mi zawsze bardzo drogi. Wśród wielu nabożeństw, które urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki Bożej z Góry Karmel. Był to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy, jak obecnie. Wakacje spędzałem w Wadowicach, więc nigdy do czasu mojego wyjazdu z Wadowic nie opuszczałem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno się było oderwać od kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny glos karmelitańskich dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem. Tak, tak, mieszkałem obok kościoła parafialnego, ale wzrastałem w kościele św. Józefa”.

    w telegramie na koronację obrazu Matki Bożej Czerneńskiej, która odbyła się w 1988 r., Papież przywołał swój “pierwszy szkaplerz” , stwierdził, że “pozostał mu wierny” i że jest on “jego siłą”.

    W końcu w orędziu pt. “Opatrznościowe wydarzenie łaski”, wystosowanym w 2001 r. z okazji jubileuszu 750-lecia daru szkaplerza świętego, przedłożył jego teologię i na zakończenie zaświadczył: “Ja również od bardzo długiego czasu noszę na sercu szkaplerz karmelitański!”.

    O tym, że Sługa Boży nosił zawsze szkaplerz święty świadczą też liczne fotografie. Najbardziej znane są dwie: na jednej widzimy sukniany szkaplerz na barkach junaka Karola Wojtyły, na drugiej zaś dostrzegamy brunatny szkaplerz Karmelu na szyi Jana Pawła II przebywającego w Poliklinice Gemelli w 1981 r., tuż po zamachu na jego życie.

    Nadto wymowne świadectwo o przywiązaniu Jana Pawła II do szkaplerza złożył niedawno, i to aż trzykrotnie, jego były osobisty sekretarz, a obecnie metropolita krakowski, ks. abp Stanisław Dziwisz. W dniu 4 listopada 2005 r., w oficjalnym przemówieniu wygłoszonym w katedrze wawelskiej na rozpoczęcie procesu rogatoryjnego w sprawie beatyfikacji Sługi Bożego, arcybiskup powiedział: “W Wadowicach na Górce był klasztor ojców karmelitów bosych, którzy szerzyli kult św. Józefa i karmelitański szkaplerz. Sługa Boży mając 10 lat zapisał się do szkaplerza, który stale nosił i z którym poszedł do domu Ojca. Dodam, że był to prawdziwy szkaplerz – z sukna, a nie medalik na łańcuszku”. Podobne słowa usłyszeliśmy z ust nowego metropolity krakowskiego 21 listopada w auli Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, gdzie zabrał głos podczas sesji inaugurującej ogólnopolskie sympozjum naukowe z racji jubileuszu 400-lecia obecności karmelitów bosych w Polsce, oraz 8 grudnia, kiedy to z okazji tego samego jubileuszu przewodniczył Eucharystii w krakowskim kościele karmelitów bosych przy ul. Rakowickiej.

    Słusznie więc przeor wadowickiego klasztoru i kustosz miejscowego sanktuarium – o. Włodzimierz Tochmański – przyjmując wymowną relikwię szkaplerza Jana Pawła II, mógł powiedzieć: “Sługa Boży nie zdjął tej brązowej szaty Maryi, gdy otrzymał czarną sutannę kapłańską, gdy otrzymał fioletowe szaty biskupie, czerwone kardynalskie i białe papieskie. Ta brązowa karmelitańska szata pozostała na jego barkach do dnia śmierci i była niemym świadkiem wszystkich chwil życia Ojca Świętego”.

    o. Szczepan T. Praśkiewicz OCD
    źródło: szkaplerz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XV NIEDZIELA OKRESU ZWYKŁEGO – 16 lipca  

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    foto

    WSPOMNIENIE MATKI BOŻE Z GÓRY KARMEL

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________

    ___________________________________________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 4 LIPCA – 80. ROCZNICA TRAGICZNEJ ŚMIERCI, NADAL JESZCZE NIEWYJAŚNIONEJ, GEN. WŁADYSŁAWA SIKORSKIEGO

    W GLASGOW, GDZIE JEST DOM POLSKI IM GENERAŁA SIKORSKIEGO W NIEDZIELĘ 2 LIPCA ZOSTAŁA ODPRAWIONA UROCZYSTA MSZA ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00

    A DZIŚ W KATEDRZE NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY KRÓLOWEJ W GIBRALTARZE EUCHARYSTII PRZEWODNICZYŁ KS. PPŁK MARCIN JANOCHA, SZEF SEKRETARIATU BISKUPA POLOWEGO, KAPELAN ORDYNARIATU POLOWEGO.

     

    Gen. Sikorski wśród żołnierzy we Francji w 1940

     Gen. Sikorski wśród żołnierzy we Francji w 1940/pl.wikipedia.org

    ***

    “Wspominając dziś 80. rocznicę tragicznej śmierci gen. Władysława Sikorskiego, premiera rządu Rzeczpospolitej Polskiej i Naczelnego Wodza Sił Zbrojnych, chcemy kolejny już raz złożyć hołd wielkiemu bohaterowi. Pragniemy wyrazić wdzięczność za tysiące wyprowadzonych i uratowanych z Nieludzkiej ziemi ” – mówił dziś celebrans. Na Mszy św. obecny był też bp Carmello Zammit, ordynariusz Gibraltaru.

    W homilii ks. ppłk Janocha podkreślał, że gen. Sikorski był „wielkim Polakiem, mężem stanu, retorem, który słowem, ale i czynem rozbudził wielkie nadzieje narodu polskiego, uciemiężonego przez dwóch zaborców – z Zachodu i ze Wschodu”. – Charyzmatycznego generała w swoim działaniu cechowały dynamizm i optymizm, uczciwość i odpowiedzialność, a nade wszystko szacunek dla narodu i umiłowanie Ojczyzny. Do polskich żołnierzy mawiał: „Bóg patrzy w moje serce. Widzi i zna moje intencje oraz zamiary, które są czyste i rzetelne. Jedynym moim celem jest wolna, sprawiedliwa i wielka Polska” Jego postawa była głęboko zakorzeniona w wymiarze duchowym i religijnym – powiedział.

    Kapelan przypomniał, że 30 lipca 1941 r. „kierując się troską o Ojczyznę doprowadził do podpisania układu z sowiecką Rosją o utworzeniu polskiej armii na jej terytorium”. – Układ zaowocował uratowaniem około stu dwudziestu tysięcy Polaków skazanych na niewolniczą, wyniszczającą pracę na dalekiej i skutej mrozem Syberii, zwanej „Białym Krematorium Północy”, w kopalniach Workuty i wielu innych miejscach. Kto tylko mógł, czynił wszystko, aby opuścić „nieludzką ziemię”, miejsca smutku i cierpienia – przypomniał.

    Ks. ppłk Marcin Janocha przypomniał, że mimo 80 lat od katastrofy wciąż nie do końca zostały wyjaśnione jej okoliczności. – My na śmierć gen. Sikorskiego pragniemy popatrzeć w świetle wiary. Tylko spotkanie ze Zmartwychwstałym pomoże nam na nowo z nadzieją spojrzeć w przyszłość. Autor Księgi Mądrości przekonuje, że „sprawiedliwy, choćby umarł przedwcześnie, znajdzie odpoczynek. (…) Ponieważ spodobał się Bogu, znalazł Jego miłość, i żyjąc wśród grzeszników, został przeniesiony. Zabrany został, by złość nie odmieniła jego myśli albo ułuda nie uwiodła duszy” (Mdr 4,7-11) – powiedział.

    Kapelan zwrócił uwagę, że po 80 latach na postać gen. Sikorskiego nadal patrzymy z dumą, jako na żołnierza, który do końca walczył o sprawę Ojczyzny. – Nadal żyjesz w naszych sercach. Jesteśmy Ci wdzięczni za każde słowo i za każdy czyn, którymi upominałeś się o Polskę. Dziękujemy z ocalonymi i ich potomkami za wyprowadzenie z „domu niewoli”. Niech Twoje dokonania i ofiara życia nadal przynoszą Polsce dojrzały owoc wolności, sprawiedliwości, pokoju i suwerenności – powiedział.

    Po zakończonej Mszy św. polska delegacja złożyła kwiaty przed pomnikiem upamiętniającym ofiary katastrofy w tzw. Europa Point. 10 lat temu odbyła się tam uroczystość odsłonięcia i poświęcenia monumentu. Wieczorem członkowie delegacji wypłyną w morze, aby w pobliżu miejsca katastrofy z pokładu statku zrzucić wieniec. Jutro odwiedzą Cmentarz Północny w Gibraltarze, gdzie spoczywają żołnierze z czasów I i II wojny światowej. Odmówiona zostanie tam modlitwa w intencji poległych żołnierzy.

    Generał Sikorski zginął w katastrofie lotniczej w Gibraltarze, wracając z inspekcji wojsk na Środkowym Wschodzie 4 lipca 1943 r. W raporcie brytyjskiej komisji badającej wypadek jeszcze w 1943 r., przyczyną katastrofy było zablokowanie steru wysokości. Komisja nie potrafiła jednak wyjaśnić, jak doszło do awarii. Część historyków uważa, że gen. Sikorski padł ofiarą zamachu. Pochowany został na cmentarzu polskich lotników w Newark, w Wielkiej Brytanii. Pięćdziesiąt lat później, 17 września 1993 r. prochy Sikorskiego przeniesiono na Wawel.

    W 2008 r. na wniosek IPN ciało gen. Sikorskiego zostało poddane ekshumacji i zbadane przez specjalistów z Zakładu Medycyny Sądowej Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Według badaczy gen. Sikorski odniósł obrażenia typowe dla ofiary katastrofy lotniczej. Eksperci wykluczyli formułowane przez niektórych historyków hipotezy, że przed katastrofą Sikorski mógł być zastrzelony lub uduszony. Nie zmarł także na skutek zadanych mu ran kłutych, ciętych czy rąbanych. Również nie znaleziono żadnych resztek materiałów wybuchowych ani trucizn. Po ekspertyzach ciało generała ponownie spoczęło na Wawelu.

    W grudniu 2010 r. do Warszawy sprowadzono ciała dwóch z trzech oficerów, którzy towarzyszyli gen. Sikorskiemu w ostatnim locie: gen. Tadeusza Klimeckiego oraz płk. Andrzej Mareckiego. Po Mszy św. w katedrze polowej trumny z ciałami tragicznie zmarłych oficerów spoczęły w kwaterze żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie na Wojskowych Powązkach. Wcześniej ciała ofiar, podobnie jak gen. Sikorskiego pochowane były na cmentarzu w Newark.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    80 lat temu w tragicznej śmierci zginął

    premier RP gen. Władysław Sikorski

    Gen. Władysław Sikorski (1943 r.). foto: PAP/CAF-archiwum

    ***

    80 lat temu, 4 lipca 1943 r., w katastrofie samolotu w wodach wokół Gibraltaru zginął gen. Władysław Sikorski, współautor zwycięstwa nad Armią Czerwoną w 1920 r., w czasie II wojny światowej Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych i szef rządu RP na uchodźstwie.

    Pomiędzy kwietniem a lipcem 1943 r. Polacy w okupowanym kraju oraz na uchodźstwie otrzymali trzy dramatyczne informacje. W kwietniu 1943 r. Niemcy ujawnili odkrycie mogił polskich oficerów w lesie pod Katyniem. Kilkanaście dni później Związek Sowiecki zerwał stosunki dyplomatyczne z Polską, państwem do tej pory sojuszniczym. W tym samym czasie Stalin rozpoczął przygotowania do powołania podporządkowanej sobie armii polskiej i przyszłego marionetkowego rządu w kontrolowanej przez siebie Polsce. Na początku lipca władze Polskiego Państwa Podziemnego ogłosiły dramatyczną informację o aresztowaniu 30 czerwca gen. Stefana Roweckiego „Grota”, dowódcy Armii Krajowej. Był on symbolem podziemnej walki o niepodległość i gwarantem ciągłości państwa. Podobną symboliczną rolę spełniał premier Władysław Sikorski, którego słowa docierały do Polski za pośrednictwem fal radiowych i przywracały nadzieję na kres okupacji.

    Już jesienią 1939 r. na murach polskich miast i w rodzącej się prasie konspiracyjnej pojawiało się hasło „Słoneczko wyżej, Sikorski bliżej”. Śmierć premiera i Wodza Naczelnego była więc szokiem dla opinii publicznej, przekonanej, że to Sikorski doprowadzi polską armię u boku zachodnich sojuszników do odrodzenia Polski, silniejszej niż II RP. „Jego nazwisko kojarzy się ze zmaganiami narodu polskiego w latach II wojny światowej, tak jak Tadeusza Kościuszki z insurekcją 1794 r., a księcia Józefa Poniatowskiego z epoką Księstwa Warszawskiego. Wprawdzie każda z tych postaci odmiennie zaznaczyła się w dziejach narodowych, różny wywarła na nie wpływ, ale mimo to można chyba mówić o podobieństwie ich losu. W każdej z tych postaci zawarta jest bowiem olbrzymia doza tragizmu, ich własnego i powszechniejszego — narodowego” – podsumowywał pierwszy biograf Sikorskiego, Roman Wapiński.

    Pozycję polityczną Sikorskiego w latach poprzedzających II wojnę determinował jego stosunek do rządów Józefa Piłsudskiego i jego ideowych następców. Został odsunięty od pełnienia wszelkich funkcji wojskowych. W okresie 1928-1932 przebywał za granicą, głównie we Francji i w Szwajcarii. Angażując się w działalność opozycyjną wobec rządów piłsudczyków, był w 1936 r. jednym z inicjatorów utworzenia Frontu Morges. W kampanii polskiej w 1939 r. pomimo starań nie uzyskał przydziału bojowego. 18 września przekroczył granicę polsko-rumuńską, a 24 września przybył do Paryża. 28 września został wyznaczony na dowódcę polskich sił zbrojnych mających powstać we Francji. Dwa dni później prezydent Władysław Raczkiewicz mianował go prezesem Rady Ministrów i ministrem spraw wojskowych. 7 listopada 1939 r. dekretem prezydenckim gen. Sikorski powołany został na stanowisko Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych.

    W lipcu 1941 r., po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, Sikorski podpisał układ o współpracy wojskowej ze Związkiem Sowieckim, umożliwiający na jego obszarze organizację polskiej armii. Układ ten wywołał poważny kryzys wewnątrz rządu polskiego, którego główną przyczyną było niesprecyzowanie w układzie kształtu polskiej granicy wschodniej. „Prawie sześć miesięcy po układzie Sikorski-Majski doszło do podróży Sikorskiego do Moskwy i rozmowy ze Stalinem. Wydano deklarację o współpracy przeciw Niemcom. Stalin zrobił aluzję co do potrzeby porozmawiania o granicach, stwierdzając niezobowiązująco, że Polska cofnie się trochę („ciut-ciut”) na zachód, i do dzisiaj nie wiadomo, co to miało znaczyć. Istnieją spekulacje, iż zapewne chciał zagarnąć ziemie wschodnie państwa polskiego, ale zostawić przy Polsce Lwów. Sikorski uchylił się od rozmowy i powstaje wielkie pytanie, czy postąpił słusznie” – zauważa w rozmowie z PAP historyk dyplomacji prof. Marek Kornat. W kolejnych miesiącach stosunki polsko-sowieckie ulegały stopniowemu pogorszeniu, czego symbolem była ewakuacja Armii Andersa z „nieludzkiej ziemi” do Iranu.

    Zerwanie stosunków dyplomatycznych z rządem RP przez Związek Sowiecki niezwykle komplikowało sytuację, w jakiej znajdowała się Polska, ale już wcześniej na horyzoncie rysowały się wydarzenia przesądzające o losach Polski. „Po wielkim triumfie pod Stalingradem w lutym 1943 r. w Moskwie zapadła decyzja zakładająca dominację nad przyszłą, okrojoną terytorialnie na wschodzie, Polską. Konferencja w Teheranie dała Sowietom w tej sprawie wolną rękę. Działo się to już pięć miesięcy po tragicznej śmierci premiera Sikorskiego” – zauważa prof. Kornat. Jak dodaje, premier był politykiem postrzeganym jako zwolennik kompromisu z Moskwą, który ratowałby suwerenność i granice Polski. Jednak w armii, której żołnierze i oficerowie w dużej części doświadczyli zbrodniczej polityki Stalina, uważano, że Sikorski dąży do kompromisu ze dyktatorem kosztem polskich interesów. Późną wiosną podjęto więc decyzję o podróży Sikorskiego na Bliski Wschód, gdzie stacjonowały oddziały, które wkrótce miały wylądować we Włoszech. Wbrew obawom rozpoczęta 25 maja wizyta udowodniła, że w szeregach wojska Sikorski wciąż cieszy się znaczącym zaufaniem. „Z prawdziwymi żołnierzami zawsze dojdę do porozumienia; aby dać temu wyraz — niech orkiestra zagra Pierwszą Brygadę” – mówił podczas jednego ze spotkań z oddziałami.

    Ostatnim punktem podróży po Bliskim Wschodzie była wizyta w Libanie. Z Bejrutu Sikorski dotarł do Gibraltaru. Wraz z polską delegacją dotarł do brytyjskiej enklawy 3 lipca o godz. 14.30 miejscowego czasu. Spotkał się z brytyjskim gubernatorem Gibraltaru i wziął udział w przyjęciu dla polskiej delegacji. Wieczorem 4 lipca rozpoczęto przygotowania do odlotu do Wielkiej Brytanii. O 23.07 samolot Liberator II wystartował z lotniska w Gibraltarze. Około 16 sekund po starcie obniżył lot i uderzył w powierzchnię morza. Niemal natychmiast rozpoczęła się akcja ratunkowa. Zanim na miejsce dopłynęły motorówki, maszyna wywróciła się do góry podwoziem i zatonęła. Wyłowiono znajdujące się na powierzchni ciała gen. Sikorskiego, gen. Tadeusza Klimeckiego (szefa Sztabu Naczelnego Wodza) i Johna Percivala Whiteleya (doradcy wicekróla Indii). Na wodzie unosił się także czeski pilot Eduard Prchal, który odniósł niewielkie obrażenia. W kolejnych dniach morze wyrzuciło ciała Jana Gralewskiego (prawdopodobnie kuriera Polskiego Państwa Podziemnego) oraz płk. Andrzeja Mareckiego, szefa III Oddziału Operacyjnego Sztabu Naczelnego Wodza. Prawdopodobnie na pokładzie znajdowało się ok. 20 pasażerów. Śmierć poniosła m.in. córka Sikorskiego Zofia Leśniowska, której ciała nigdy nie odnaleziono.

    Przyczyny katastrofy do dziś budzą ogromne kontrowersje. Według oficjalnej wersji, przedstawionej w raporcie brytyjskiej komisji badającej wypadek w 1943 r., przyczyną było zablokowanie steru wysokości. Niektórzy uważają jednak, że doszło do zamachu. Jako możliwych autorów wskazywano m.in. sowiecki wywiad, Brytyjczyków oraz polską opozycję wobec Sikorskiego. Tę ostatnią możliwość wyklucza np. prof. Kornat: „Zwolennicy historiografii uprawianej wbrew zdrowemu rozsądkowi rozpowszechniają hasło, że zamach w Gibraltarze przeprowadzili Polacy, chociaż oczywiście nie ma na to żadnych dowodów. Czymś innym jest krytyka premiera – nawet bardzo ostra, a czymś innym jest podniesienie ręki na szefa rządu i Naczelnego Wodza, i to w jednej z najbardziej tragicznych godzin historii Polski. To pierwsze uprawiali liczni Polacy. Na to drugie nie był w stanie poważyć się żaden z nich. Jeśli Sikorski padł ofiarą zamachu – było to dzieło Sowietów, bo jego śmierć tylko im była na rękę”.

    W listopadzie 2008 r. w ramach śledztwa Instytutu Pamięci Narodowej ekshumowano szczątki gen. Sikorskiego z sarkofagu w katedrze na Wawelu. Dzięki badaniom ustalono, że generał zginął w wyniku obrażeń wielu narządów, typowych dla ofiar katastrof komunikacyjnych. W grudniu 2013 r. pion śledczy IPN umorzył śledztwo w tej sprawie, stwierdzając, że dowody nie pozwalają ani potwierdzić, ani wykluczyć tezy o zamachu. Wykluczono, żeby do zamachu na Sikorskiego doszło jeszcze przed startem z Gibraltaru, a jego śmierć w katastrofie została spreparowana.

    „Śmierć Sikorskiego była dotkliwym ciosem dla polskiej polityki. Był on rozpoznawalnym mężem stanu na forum międzynarodowym. Miał opinię demokraty – co nie było bez znaczenia. Nikt na świecie nie mógł lekceważąco powiedzieć, że Sikorski jest nikim. Że nie jest przywódcą walczącej Polski. Gdy go zabrakło, dokonał się przewrót degradujący sprawę polską” – podsumowuje prof. Kornat.

    Atmosfera panująca na pogrzebie generała wydawała się potwierdzać to, w jak dramatycznej sytuacji znalazła się Polska w połowie 1943 r. Po przybyciu ciała premiera Sikorskiego do Wielkiej Brytanii na pokładzie ORP „Orkan” (10 lipca) trumnę wystawiono w gmachu Prezydium Rady Ministrów przy Kensington Gardens w Londynie. „Prezydent wszedł na salę krokiem powolnym, uroczystym, nieco sztywnym, podszedł do trumny. Położył na niej insygnia Orderu Orła Białego. W kilku słowach powiedział, że dekoruje męża stanu, który dobrze zasłużył się Ojczyźnie. Po czym, stojąc na środku sali, wypowiedział uroczyste przemówienie, nie szczędząc cytatów. Świece jarzyły się, w sali było upalnie i duszno. Nie było ani nastroju, ani serdecznego żalu, ani harmonii. Atmosfera była przepojona politycznym zadrażnieniem i starciem ambicji” – wspominał ambasador RP w Londynie Edward Bernard Raczyński. 14 lipca szczątki generała przewieziono do katedry Westminsterskiej, w której nazajutrz odprawiono żałobną mszę świętą. 16 lipca na cmentarzu polskich lotników w Newark koło Nottingham odbyły się uroczystości pogrzebowe.

    17 września 1993 r. prochy generała spoczęły w krypcie św. Leonarda w podziemiach katedry na Wawelu.

    PAP/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________


    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA 6 lipca – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI KAPŁANÓW

    Katechizm Kościoła Katolickiego – nr 2628 : „Adoracja jest zasadniczą postawą człowieka, który uznaje się za stworzenie przed swoim Stwórcą. Wysławia wielkość Pana, który nas stworzył, oraz wszechmoc Zbawiciela, który wyzwala nas od zła. Jest uniżeniem się ducha przed „Królem chwały” (Ps 24, 9-10) i pełnym czci milczeniem przed Bogiem, który jest „zawsze większy” . Adoracja trzykroć świętego i miłowanego ponad wszystko Boga napełnia nas pokorą oraz nadaje pewność naszym błaganiom”.

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    _________________________________________________________________________________

    Każdy pierwszy czwartek miesiąca jest przypomnieniem tego, co świętujemy w Wielki Czwartek. Teologia liturgii przychodzi nam tutaj z pomocą i określa owo przypominanie jako anamnezę (gr. anamnesis – przypominać, czynić pamiątkę).

    Słowo być może wydaje się trudne, ale chodzi tutaj o to, że za każdym razem, kiedy w liturgii coś wspominamy, to jednocześnie dana prawda lub konkretne wydarzenie uobecnia się między nami. Tym samym zbawcze dzieło Chrystusa jest kontynuowane w każdym miejscu i czasie. Sam Jezus daje nam wskazanie, mówiąc: „To czyńcie na moją pamiątkę (gr. anamnesin)!”.

    W czwartek, poprzez anamnezę, uczestniczymy w Ostatniej Wieczerzy i z Jezusem wchodzimy na drogę Jego Męki. Na pierwszy plan wysuwają się tu dwa ważne wydarzenia: ustanowienie Eucharystii i kapłaństwa.

    Dzień Eucharystii

    Pierwszy czwartek miesiąca jest dniem Eucharystii, a w związku z tym jest przede wszystkim czasem dziękczynienia. Dziękujemy w nim za największy z cudów, ale także za Kościół i to wszystko, co przyczynia się do naszego zbawienia.

    W praktyce najlepszym uczczeniem tego dnia jest przyjęcie Komunii Świętej w duchu dziękczynienia za otrzymane dary. Przedłużając ten moment, warto poświęcić chwilę na adorację Najświętszego Sakramentu lub ofiarować Komunię za tych, którzy z różnych powodów nie mają dostępu do mszy świętej, a jest takich ludzi na świecie naprawdę dużo.

    W wielu kościołach w tym dniu trwa całodzienna lub całonocna adoracja Najświętszego Sakramentu. Nasza obecność przy Jezusie eucharystycznym ma być wyrazem wiary w Jego obecność pod postaciami chleba i wina.

    Wdzięczność za dar kapłaństwa

    Nierozerwalnie z sakramentem Najświętszej Ofiary Mszy św. związane jest kapłaństwo. Dzięki niemu Eucharystię Pan Jezus powierzył w ręce ludzi. To przez nich ten cud Bożej Miłości jest nieustannie obecny w każdym miejscu i czasie. Tylko poprzez kapłanów Chrystus Pan może w pełni dawać siebie i przebywać wśród ludzi w swoich sakramentalnych znakach.

    Pierwszy czwartek jest więc także dniem wdzięczności za dar kapłaństwa, a co za tym idzie – modlitwy za kapłanów o wytrwanie w dobrym i godne sprawowanie świętych obrzędów.

    W tym dniu pragniemy podziękować Panu Bogu za wszystkich kapłanów, którzy pomagają nam na drodze do zbawienia i prosić o „nowych robotników, bo żniwo wielkie”.

    To także jest czas modlitwy o nowe powołania do służby w Kościele i tutaj, oprócz powołanych do kapłaństwa, uwzględnieni są wszyscy, którzy wspomagają Kościół i księży. Są nimi diakoni, osoby konsekrowane, szafarze Eucharystii i Liturgiczna Służba Ołtarza.

    _________________________________________________________________________

    Najświętszy Sakrament to nie jest „opłatek”!

    Ks. prof. Marek Tatar: nie wszyscy zdają sobie sprawę, z czym mają do czynienia

    fot. Pixabay

    ***

    – Określanie Najświętszego Sakramentu jako „opłatka” pojawia się coraz częściej, nie tylko wśród dzieci przygotowujących się do Pierwszej Komunii Świętej. Nie do końca więc te osoby zdają sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z największym darem, największą wartością w Kościele – mówi w rozmowie z tygodnikiem „Idziemy” ks. prof. Marek Tatar, teolog duchowości.

    Kapłan przypomina słowa kard. Josepha Ratzingera, które brzmią: „Kościół zbudowany jest na Eucharystii, ponieważ  jest to realna obecność Chrystusa, który pozostał z nami w swoim Słowie, ale przede wszystkim w sakramencie Jego obecności”. – Z tego względu celebracja Eucharystii i adoracja koncentrują się wokół Najświętszego Sakramentu, uznając realną obecność Jezusa – dodaje.

    Duchowny zwraca uwagę, że Eucharystia „nie mieści się w kategoriach sentymentu”. Nie jest ona również jedynie „pamiątką wieczerzy Pańskiej”, jak uważają protestanci. – Podczas sprawowania Eucharystii dokonuje się akt ofiarniczy Chrystusa na ołtarzu. Możemy tu mówić o uniżeniu Boga, który daje się człowiekowi. To Bóg udziela nam siebie, a nie my robimy Mu łaskę, przyjmując Komunię Świętą – wyjaśnia.

    W dalszej części wywiadu ks. prof. Tatar przywołuje fragment Ewangelii według świętego Jana: „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6, 54). – Niezwykle istotne jest to, że przyjmowanie Najświętszej Eucharystii rzutuje na charakter naszego życia eschatycznego, przekłada się na nasze życie wieczne. Jeden ze świętych mówił, że gdybyśmy w pełni pojęli Eucharystię, to oszalelibyśmy z powodu wielkości Boga, który jednoczy się z człowiekiem – podkreśla.

    Zapytany, jakie znaczenie dla ważności Eucharystii ma osobista świętość kapłana, ks. prof. Tatar odpowiada:

    „Rolą kapłana jest bycie narzędziem, a nie przyczyną konsekracji. Nawet kiedy kapłan jest w grzechu ciężkim, to Mszę Świętą sprawuje ważnie, ale sam nie korzysta z jej owoców. Dla wiernych, którzy uczestniczą w tej Mszy Świętej, jest to ważny sakrament. Czasem ludzie mają wątpliwości, czy ważne są sakramenty udzielane przez księdza, który odszedł od kapłaństwa. Jeśli miał ważne święcenia kapłańskie, to oczywiście, są ważne”.

    źródło: tygodnik „Idziemy”/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA 7 lipca – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    18.00  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    19.00 – MSZA ŚWIĘTEJ WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

    Nabożeństwo I piątków miesiąca

    MARGARET MARY ALACOQUE

    Zvonimir Atletic | Shutterstock

    *********

    Obietnica zwycięstwa

    Praktykę pierwszych piątków miesiąca większość z nas zaczęła wraz z Pierwszą Komunią św. Są tacy, którzy od tego momentu co miesiąc chodzą do spowiedzi i przyjmują z miłości do Jezusa Komunię św. wynagradzającą. Są też tacy, którzy tę praktykę porzucili. Wspominając św. Małgorzatę Marię Alacoque warto przypomnieć sobie znaczenie pierwszych piątków miesiąca.

    „Wielka obietnica”

    Ostatnia z obietnic otrzymanych przez św. Małgorzatę Marię znana jest także jako „wielka obietnica”, ponieważ jest ona najważniejsza dla naszego zbawienia. Jezus wyraził ją tymi słowami: „Z nadmiernego miłosierdzia mego Serca obiecuję ci, że wszechmocna miłość tego Serca wszystkim przystępującym przez dziewięć z rzędu pierwszych piątków miesiąca do Komunii św. da ostateczną łaskę pokuty tak, że nie umrą w stanie Jego niełaski ani bez sakramentów świętych i że Serce moje będzie dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”. Chrystus obiecuje więc wszystkim, którzy z zaangażowaniem wypełnią tę praktykę, łaskę ostatecznego pojednania. Zadziwia jednak fakt, że z tak prostego środka może płynąć aż tak wielka łaska dla ostatnich chwil pobytu na ziemi. Jezus, który pragnie zbawienia każdego człowieka, staje się bardziej wrażliwy na tych, którzy przez dziewięć piątków chcą Mu okazać chociaż trochę wzajemnej miłości i być blisko Niego. Będzie o nich szczególnie pamiętał w godzinie ich śmierci.

    Trzeba zatem wierzyć, że nawet w momencie „przypadkowej” śmierci dostąpimy wielkiej łaski odejścia z tego świata w stanie łaski uświęcającej. Czy znajdzie się wówczas przy nas ksiądz ze świętymi olejami i Najświętszym Sakramentem? Tego trudno być pewnym, ponieważ mogą zdarzyć się takie warunki, w których przybycie kapłana będzie niemożliwe. Jezus obiecuje dla czcicieli swego Serca, że będzie miejscem schronienia od złego ducha i wiecznego potępienia. Tym, którzy w momencie śmierci będą w stanie łaski Bożej, obiecuje wytrwanie do końca, a tym, którzy będą mieli na sumieniu grzechy ciężkie, obiecuje, że je przebaczy. Może się to dokonać przez spowiedź lub przez akt żalu doskonałego. Jezusowa obietnica dotyczy więc także ostatnich myśli, pragnień i postanowień umierającego człowieka.

    Jezus automatycznie mnie zbawi?

    W takim razie ktoś mógłby sobie powiedzieć: „Odbyłem dziewięć pierwszych piątków miesiąca, mogę być pewnym zbawienia. Teraz więc nie jest już tak bardzo ważne, co czynię, czy żyję blisko Boga, czy daleko – w stanie grzechu, czy łaski uświęcającej. Ważne, że mam zaliczone pierwsze piątki – Jezus automatycznie mnie zbawi”. Jeśliby ktoś odbywał pierwsze piątki z nastawieniem złej woli, że powróci do grzesznego życia, to byłoby to świętokradztwo, a co najmniej praktyka magiczna, mająca niewiele wspólnego z pobożnością. Sama św. Małgorzata Maria podkreślała, iż Jezus dotrzyma obietnic i ofiaruje nam wielki ostatni dar pojednania pod warunkiem, że będziemy Go kochać i naśladować, „żyjąc w zgodzie z Jego świętymi prawami”.

    „Wielka obietnica” jest dla tych, którzy nieprzerwanie oddają cześć Jezusowemu Sercu i przez to są zaproszeni do oddania się Mu, powierzenia się Jego miłości, a w konsekwencji – do pracy nad sobą. Przecież gdy człowiek coraz bardziej świadomie otwiera się na Jezusa, rodzi się w nim coraz mocniejsze pragnienie pracy nad sobą, codziennej, ofiarnej służby, przekraczania siebie. Jak pokazuje doświadczenie, częsta, pobożnie przyjmowana Komunia św. staje się szczególnym momentem łaski, tym bardziej pierwszopiątkowa – przyjęta w duchu wdzięczności i wynagrodzenia. Znakiem zaś owocności tej praktyki będzie wierność na drodze Bożych przykazań. W takim kontekście każdy pierwszy piątek staje się dniem comiesięcznej odnowy w wierze, odejściem od drogi grzechu i wkroczeniem na drogę miłości. Każdy kolejny dzień miesiąca może więc stać się ponawianiem pierwszego piątku – dzięki przyjęciu Komunii św. i intencji miłości oraz wynagrodzenia Sercu Jezusa.

    Potrzebne warunki

    Podstawowym warunkiem praktyki pierwszych piątków jest przystępowanie do Komunii św. przez dziewięć kolejnych pierwszych piątków miesiąca. Nie można ani zmienić dnia przyjęcia Komunii św., ani przerwać kolejnych dziewięciu piątków.

    Potrzebna jest również właściwa intencja. Jest nią miłość i wynagrodzenie Sercu Jezusowemu oraz pragnienie przyjęcia Komunii św. według intencji Jezusowego Serca: by otrzymać łaskę śmierci w stanie zjednoczenia z Panem Bogiem. Można ją tak wyrazić: „Panie Jezu, w zjednoczeniu z Sercem Twym Najświętszym, w duchu miłości i wynagrodzenia, ofiaruję Ci przyjmowanie przeze mnie Komunii św. przez kolejne dziewięć pierwszych piątków miesiąca”. Jest to szczególnie ważne dla osób często lub codziennie przyjmujących Komunię św. Bez tej intencji, uczynionej na początku praktyki, która potem może być ponawiana w każdy pierwszy piątek, nie można powiedzieć, że się ją właściwie odbyło. Dlatego też dla pewności, że otrzyma się owoc tej pobożnej praktyki, warto ją powtórzyć kilka razy w swoim życiu.

    Komunię św. należy przyjmować w stanie łaski uświęcającej. Ten, kto jest w stanie grzechu ciężkiego, musi otrzymać przebaczenie w sakramencie pokuty. Do spowiedzi św. można przystąpić w sam pierwszy piątek lub wcześniej. Ten, kto w szczerości serca rozpoczął świętą praktykę, a w słabości swojej upadł, jeśli otrzyma łaskę przebaczenia grzechów i podejmie kontynuację pierwszych piątków, dostąpi wypełnienia w swoim życiu „wielkiej obietnicy”.

    Na pierwszy piątek każdego miesiąca osobiście wskazał Pan Jezus jako na dzień wdzięczności za Jego miłość oraz dzień wynagrodzenia za zniewagi, niewdzięczność i zapomnienia, których szczególnie doświadcza On w Eucharystii. Jest to również wyjątkowy dzień łaski, przygotowania się do śmierci, zadbania o ostatnie chwile swego pobytu na ziemi. Skoro Jezus tak wiele dla nas uczynił: stał się człowiekiem, umarł za nasze grzechy, zmartwychwstał, ustanowił Eucharystię, warto zadbać o swoje zbawienie przez praktykę „wielkiej obietnicy”.

    ks. Jacek Szczygieł SCJ

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pierwsze Piątki? Trzeba powrócić do właściwego rozumienia obietnicy Pana Jezusa

    oprac. GS/ PCh24.pl

    ***

    Niestety, do naszej praktyki wdarła się, a z biegiem czasu nawet utrwaliła błędna interpretacja, zarówno u kapłanów, jak i u świeckich, według której wystarczy przyjąć Komunię Św., której kapłani udzielają w Pierwsze Piątki także poza Mszą Świętą. Ma to być ich zdaniem spełnienie warunku zawartego w obietnicy danej św. Małgorzacie. Trzeba jasno powiedzieć, że w obietnicy danej przez Jezusa chodzi o Komunię przyjmowaną w czasie Mszy. Msza i Komunia to jest jedna i właściwa całość. W czasach św. Małgorzaty nie było praktyki udzielania Komunii poza Mszą z wyjątkiem udzielania jej umierającym (Wiatyk). Trzeba powrócić do autentycznego rozumienia obietnicy – mówi ks. prof. Janusz Królikowski – dziekan Wydziału Teologii Uniwersytetu Jana Pawła II, sekcja w Tarnowie

    Księże Profesorze, skąd się wzięło nabożeństwo Pierwszych Piątków miesiąca?

    Praktyka Pierwszych Piątków w ramach czci oddawanej Najświętszemu Sercu Jezusa łączy się wprost z objawieniami, których doznawała św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690). W jednym z tych objawień sam Chrystus przekazał jej specjalne obietnice, które są związane z czcią okazywaną Jego Sercu. Jedna z nich dotyczy właśnie Pierwszych Piątków, a brzmi ona następująco:

    „Obiecuję ci w przeogromnym miłosierdziu mego Serca, że Jego wszechmocna miłość udzieli łaski pokuty pod koniec życia tym, którzy przez kolejnych dziewięć pierwszych piątków miesiąca przyjmą Komunię Świętą; nie umrą nie pojednani ze Mną i bez sakramentów świętach: moje Serce będzie ich schronieniem w ostatnim momencie”.

    Trzeba oczywiście pamiętać, że obietnica ta jest skierowana do tych, którzy będą mieli u siebie wystawiony obraz Serca Jezusa, aby był szczególnie czczony. Kult Serca Jezusa od samego początku jest związany ze specjalnym obrazem, który ma na co dzień o Nim przypominać. Zachodzi tu pewne podobieństwo z objawieniami miłosierdzia Bożego, których dostąpiła św. Faustyna Kowalska, a których elementem jest też specjalny obraz: „Jezu, ufam Tobie”, który ma przypominać o tajemnicy miłosierdzia Bożego. Człowiek wierzący potrzebuje widzialnych znaków, aby skuteczniej zdążać do Boga.

    Do niedawna istniał bardzo piękny – niestety, dzisiaj już porzucony – zwyczaj, że obraz-pamiątka pierwszej Komunii świętej przedstawiał na ogół Najświętsze Serce Jezusa, aby z nim właśnie dziecko mogło łączyć swoją wędrówkę eucharystyczną drogą, a przy okazji, by utrwalało sobie pamięć o obietnicy dziewięciu pierwszych piątków.

    By jednak móc dojrzale mówić o kulcie Serca Jezusa, w tym także o praktyce Pierwszych Piątków, należy uwzględnić, że ten kult był przygotowywany w Kościele już od średniowiecza, zwłaszcza za pośrednictwem licznych ówczesnych mistyczek, które pokazywały wierzącym potrzebę zwracania się do Serca Jezusowego, aby dojść do pełnego życia chrześcijańskiego, czyli do udziału w tajemnicy miłości Bożej, która z niego rozlewa się na ludzi.

    Na czym polega praktyka Pierwszych Piątków miesiąca?

    Jak możemy wnioskować z przywołanej obietnicy, istotą tej praktyki jest: „przez kolejnych dziewięć pierwszych piątków miesiąca przyjąć Komunię świętą”. Niestety, do naszej praktyki wdarła się, a z biegiem czasu nawet utrwaliła błędna interpretacja, zarówno u kapłanów, jak i u świeckich, według której wystarczy przyjąć Komunię, której kapłani udzielają w Pierwsze Piątki także poza Mszą. Ma to być ich zdaniem spełnienie warunku zawartego w obietnicy danej św. Małgorzacie. Trzeba jasno powiedzieć, że w obietnicy danej przez Jezusa chodzi o Komunię przyjmowaną w czasie Mszy. Msza i Komunia to jest jedna i właściwa całość. W czasach św. Małgorzaty nie było praktyki udzielania Komunii poza Mszą z wyjątkiem udzielania jej umierającym (Wiatyk). Trzeba powrócić do autentycznego rozumienia obietnicy.

    Dlaczego akurat dziewięć pierwszych piątków, a nie dziesięć czy dwanaście? 

    Liczba dziewięć pozostaje pewną tajemnicą. Wydaje się, że trzeba ją połączyć przede wszystkim z tradycją kościelną, która od bardzo dawna widzi nowennę (nazwa pochodzi od liczby dziewięć w języku łacińskim), jako praktykę wytrwałą, wyrażającą pewną ciągłość, pokazującą ludzką determinację, np. w formułowanej prośbie czy spełnianej obietnicy, a tym samym zasługująca na pewną pochwałę i przyjęcie przez Boga.

    Obietnica związana z dziewięcioma pierwszymi piątkami, między innymi z powodu tej liczby, była przedmiotem niemałych kontrowersji, w tym także mocnych pytań pod adresem św. Małgorzaty, czy czegoś od siebie nie dodała do obietnic Jezusowych. Nawiązując do tego faktu, papież Benedykt XV w bulli Ecclesiae consuetudo (13 maja 1920 r.), w której dokonywał aktu kanonizacji Małgorzaty M. Alacoque, potwierdził autentyczność obietnicy dotyczącej dziewięciu pierwszych piątków. Ten fakt ma dla nas decydujące znaczenie i stanowi dla pewny punkt odniesienia w ich osobistym przeżywaniu i w propagowaniu tej praktyki.

    Jakie warunki trzeba spełnić, żeby nabożeństwo było ważne?

    Warunki są proste: Komunia – oczywiście w czasie Mszy Świętej – przez dziewięć pierwszych piątków. Warunkiem przyjęcia Komunii Świętej pozostaje oczywiście stan łaski, czyli wolność od grzechu śmiertelnego. W przypadku popełnienia takiego grzechu, drogą powrotu do Boga i nowego otwarcia się na dar Jego łaski pozostaje spowiedź. Nie musi ona być oczywiście odbyta w sam pierwszy piątek. Ważny jest przede wszystkim stan łaski.

    Co w sytuacji, kiedy nie mamy możliwości uczestniczyć we Mszy Św., bo wyjeżdżamy, jesteśmy chorzy?  

    Sytuacja jest taka, jak w każdym innym przypadku: „nikt nie jest zobowiązany do rzeczy niemożliwych”. Jeśli zachodzi uzasadniona przeszkoda w uczestniczeniu w Mszy Św. i w przyjęciu Komunii Św., to na pewno nie potrzeba zaczynać od początku praktyki dziewięciu pierwszych piątków. Pan Bóg widzi te „kolejne piątki” w perspektywie ludzkich możliwości zachowania ciągłości w tej praktyce. Nie ma żadnej racji, by w tym przypadku odwoływać się do jakiegoś ślepego rygoryzmu, czy wręcz mechanicystecznego interpretowania obietnicy Chrystusa. Bóg szanuje ludzkie możliwości i tylko do ich respektowania się odwołuje.

    Odprawienie pierwszych piątków miesiąca jest gwarancją tego, że będziemy zbawieni? 

    „Gwarancją” zbawienia jest stan łaski, czyli aktualnej przyjaźni z Bogiem w chwili śmierci, przy czym jedyną gwarancją zbawienia jest sam łaskawy i miłosierny Bóg, Pan wiecznej chwały i Dawca w niej udziału. Zbawienie jest darmowym darem Bożym. Obietnica „pierwszych piątków” na pewno może być źródłem ufności w to, że Bóg pragnie zbawienia człowieka. Zauważmy, że w obietnicy jest powiedziane: „wszechmocna miłość udzieli łaski pokuty pod koniec życia” czcicielom Najświętszego Serca Jezusa. Z tego powodu tej obietnicy jest nadawane miano „wielkiej”, bo chodzi w niej o wielką rzecz, a mianowicie śmierć w stanie łaski, który jest gwarancją zbawienia. Drogą do tego stanu jest właśnie łaska pokuty, której zwieńczeniem i wypełnieniem jest spowiedź sakramentalna i Komunia święta.

    Co to znaczy „Komunia Święta wynagradzająca”? 

    Praktyka Komunii w pierwsze piątki została związana z praktyką „wynagrodzenia”. Zgodne jest to zarówno z duchem, jak z literą orędzia, z którym Chrystus objawiający zwrócił się do św. Małgorzaty. Wynagrodzenie w tradycji katolickiej łączy w sobie zasadniczo dwie prawdy. Pierwsza mówi, że grzech jest obrazą Boga, a druga, że człowiek w pełni wyraża świadomość grzechu, gdy stara się naprawić tę destrukcję, której on dokonuje, w relacji wiary z Bogiem, a następnie, co jest możliwe tylko na tym gruncie, może naprawić relacje z Kościołem i z braćmi.

    Jak możemy naprawić obrazę Boga? Oddając to, co mamy najcenniejszego, a tym jest sam Chrystus, który ofiaruje się za nas i nasze grzechy oraz udziela się nam w Komunii Świętej. Komunia Święta jest w najwyższym stopniu wejściem w to wynagrodzenie, którego On dokonał na krzyżu. Wynagrodzenie to zatem próba odbudowania tego, co zostało zburzone przez grzech, aby łaska Boża odbudowała skuteczniej porządek Boży w świecie. Komunia święta ma w najwyższym znaczeniu charakter odnawiający i odbudowujący porządek duchowy.

    Powinniśmy się modlić o dobrą śmierć?  

    Śmierć to największe wydarzenie ludzkiego życia, bo jest ono bezpośrednim i ostatecznym spotkaniem z Bogiem. Modlitwa o dobrą śmierć powinna być stałą praktyką w naszym życiu duchowym, aby nie rozminąć się z Bogiem w tej ważnej chwili. Niestety, zbyt często o tym zapominamy, zachowując się tak jakbyśmy mieli zakorzenić się na Ziemi już na zawsze. Łączy się ta praktyka także z modlitwą o dar ostatecznego wytrwania w wierze i w łasce. Nabożeństwo Pierwszych Piątków ma także tę wartość, że jest ono związane z przygotowywaniem się do śmierci, która jest wpisana w wielką obietnicę Chrystusa, a która mówi: „nie umrze niepojednany” i „bez sakramentów”, a więc ta praktyka zbliża do dobrej i szczęśliwej śmierci, czyli „śmierci w Chrystusie”.

    Bóg zapłać za rozmowę

    Monika Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pierwsze piątki miesiąca. Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Już przystępując do Pierwszej Komunii Świętej dzieci zobowiązują się do uczestnictwa w 9. Pierwszych Piątkach miesiąca. Praktykę, stosowaną już od 1673 roku, gdy Świętej Małgorzacie Marii Alacoque objawił się Pan Jezus, Kościół propaguje w celu pogłębienia życia religijnego wszystkich wiernych. Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Serce niegdyś rozumiano jako wolę. A zatem Wolna Wola naszego Umiłowanego Nauczyciela poddała się zupełnie Woli Ojca. Przykład Chrystusa jest wzorem postępowania dla wszystkich chrześcijan. Nasze cierpienia winniśmy składać na Niepokalane Ręce Matki Zbawiciela. Prosić Matkę naszego Pana, aby te serca, przepełnione współczuciem wobec Mąk Jej Syna Jezusa zaniosła przed Tron Przenajświętszej Trójcy.

    Aby okazanej ludziom Bożej Miłości zadośćuczynić za grzechy ,,gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw” (Chrystus do Świętej Małgorzaty) należy w tym dniu:

    1. Być w stanie łaski uświęcającej albo wyspowiadać się (w intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, aby połączyć praktykę pierwszego piątku i pierwszej soboty miesiąca).

    2. Wysłuchać w piątek Mszy Świętej celebrowanej w intencji wynagradzającej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    3. Przyjąć Komunię Świętą.

    4. Odmówić Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    5. W miarę możliwości odprawić godzinną adorację Najświętszego Sakramentu.

    Wszystkim czczącym Najświętsze Serce Pana Jezusa i rozpowszechniającym Jego kult, Król Nieba i Ziemi przez Świętą Małgorzatę Marię Pan Jezus składa 12 obietnic:

    1. Dam im łaski, potrzebne w ich stanie.

    2. Ustalę pokój w ich rodzinach.

    3. Będę ich pocieszał w utrapieniach.

    4. Będę ich pewną ucieczką w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci.

    5. Będę im błogosławił w ich przedsięwzięciach.

    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło i ocean miłosierdzia.

    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.

    8. Dusze gorliwe prędko dojdą do doskonałości.

    9. Będę błogosławił domom, w których wizerunek Serca mojego będzie czczony.

    10. Osoby, które będą to nabożeństwo rozszerzały, będą miały imię swoje wypisane w Sercu moim.

    11. Dam kapłanom dar wzruszania serc nawet najzatwardzialszych.

    12. W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia.

    NP/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dziś 7 lipca rozpoczyna rozpoczyna się

    Nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej

     

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Modlitwa na początek nowenny

    O najwspanialsza Królowo nieba i ziemi! Orędowniczko Szkaplerza świętego, Matko Boga! Oto ja, Twoje dziecko, wznoszę do Ciebie błagalnie ręce i z głębi serca wołam do Ciebie: Królowo Szkaplerza świętego, ratuj mnie, bo w Tobie cała moja nadzieja.

    Jeśli Ty mnie nie wysłuchasz, do kogóż mam się udać? Wiem, o dobra Matko, serce Twoje wzruszy się moim błaganiem i wysłuchasz mnie w moich potrzebach, gdyż Wszechmoc Boża spoczywa w Twoich rękach, a użyć jej możesz według upodobania. Od wieków tak czczona, najszlachetniejsza Pocieszycielko strapionych, powstań i swą potężną mocą rozprosz moje cierpienia, ulecz, uspokój mą duszę, o Matko pełna litości! Ja zaś wdzięcznym sercem wielbić Cię będę aż do śmierci. Na Twoją chwałę w Szkaplerzu świętym żyć i umierać pragnę. Amen.

    Dzień pierwszy — 7 lipca

    „Miłujcie Maryję! Z tej miłości nie przestawajcie czerpać siły dla waszych serc. Niech Ona okazuje się dla was i przez was Matką wszystkich, którzy tak bardzo spragnieni są tej macierzyńskiej opieki”.

    Jan Paweł II

    Maryjo, Kwiecie Karmelu i Matko nasza! Ukazałaś się niegdyś prorokowi Eliaszowi w postaci jasnego obłoku, który wzniósłszy się nad morzem, użyźnił spragnioną ziemię obfitym deszczem. Pokornie Cię błagamy, racz nam wyjednać obfite zdroje łask niebieskich, które ubogacą nasze dusze, aby wydawały stokrotny plon świętych cnót i dobrych uczynków i abyśmy służąc Bogu w wierze oraz miłości, już w tym życiu mogli się cieszyć błogą nadzieją oglądania Go w szczęśliwej wieczności.

    Składamy w Twoje Matczyne ręce nasze potrzeby i intencje tej nowenny, ufni, że nie odrzucisz naszej prośby, najlepsza i najczulsza Matko. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień drugi — 8 lipca

    „Nie bójmy się, że Maryja przesłoni nam Chrystusa, Ona jest po to, aby do Niego prowadzić”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Gwiazdo Karmelu i Matko nasza, która pałając szczególną miłością ku dzieciom odzianym Szkaplerzem świętym, nawiedzasz ich dusze, pocieszasz je słowem i przykładem, uproś nam, o Królowo nasza, aby Syn Twój, a Pan nasz, Jezus Chrystus, swą Boską światłością rozproszył ciemności naszych umysłów; abyśmy poznali wartość Jego miłości ku nam zwróconej i serdecznie Go miłowali, abyśmy zrozumieli doniosłość naszych obowiązków i sumiennie je wypełniali, abyśmy wszystkie myśli, słowa i czyny kierowali ku większej chwale Bożej i zbudowaniu naszych bliźnich.

    Pokornie powierzamy Ci wszystko, co nas dręczy, niepokoi i boli. Ufamy, że przyjmiesz to jak Matka i dasz naszym duszom i sercom niezmącony pokój! Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień trzeci — 9 lipca

    „Matka nigdy nie odchodzi — ani od kołyski, ani z Kalwarii, ani od grobu swojego dziecka”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Mistrzyni Karmelu i Matko nasza, przepełniona dobrocią dla nas, która raczyłaś przyjąć ofiary złożone Ci przez synów Twego zakonu, błagamy Cię, o Pani nasza, przemień nasze dusze w świątynie Boga żywego, aby przyozdobione kwiatami cnót i dobrych uczynków mogły godnie przyjąć Boski Majestat; abyśmy wielbiąc i miłując Boga, mogli wiernie Mu służyć i nigdy naszych świątyń duszy nie skalać grzesznym przywiązaniem do stworzeń.

    O Matko! Tyle w nas słabości, tyle nędz i mroków! Ty możesz umocnić nasze dusze i serca. Zawierzamy Ci całkowicie. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień czwarty — 10 lipca

    „Równowaga stojącej pod krzyżem Maryi pomaga całemu światu”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Chwało Karmelu i Matko nasza, która w dowód szczególnej miłości do dzieci odzianych Twą świętą szatą, raczyłaś zaszczycić je mianem Twego najsłodszego Imienia, prosimy Cię pokornie, obudź w naszych sercach pragnienie, abyśmy we wszystkich uciskach i dolegliwościach życia u Ciebie szukali wsparcia, ulgi i pociechy. Zachęcaj nas Twym życiem i przykładem do pełnienia dobrych uczynków i spraw, o Matko Miłosierdzia, abyśmy naśladując Twoje święte cnoty, stali się godni zaszczytnej nazwy synów Twoich; abyśmy zapisani zostali w księdze żywota, pomiędzy Twymi dziećmi i braćmi Jezusa Chrystusa. Usłysz nasze błagania. Ty na Kalwarii w wielkim bólu stałaś się dla nas Matką. Ty najlepiej rozumiesz nasze cierpienia. Osłaniaj nas przed pokusami złego i zaprowadź nas do Twego Syna, Jezusa Chrystusa. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień piąty — 11 lipca

    „Jak bardzo postać Maryi promieniuje światu właśnie dziś, gdy tylu mądrych i roztropnych ludzi żenuje się mówić o ubożuchnym Dziewczęciu, które Bóg wypa­trzył sobie w Nazarecie i uczynił Matką Syna Swego”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Twierdzo Karmelu, która pośród ataków nieprzyjacielskich osłaniałaś tarczą swej opieki zakon karmelitański i ocaliłaś go od upadku, prosimy Cię pokornie, o Pani i Orędowniczko nasza, broń nas od nieprzyjaciół duszy i ciała: abyśmy służyli Bogu w pokoju i bezpieczeństwie na większą Jego cześć i na chwałę Twoją. Królowo Karmelu! Przychodzimy do Ciebie i składamy w Twoje Matczyne dłonie nasze przyszłe losy, losy Kościoła i naszej Ojczyzny. Ulżyj nam w dźwiganiu krzyża, który nosimy, i ukaż blask zwycięstwa prawdy, dobra, piękna i pokoju. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień szósty — 12 lipca

    „Bóg nie chce inaczej udzielać się światu, jak tylko z ramion Maryi”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Królowo Karmelu i Matko nasza, która swego wiernego sługę Szymona zaszczyciłaś świętym Szkaplerzem — znakiem zbawienia i synostwa Twego, przyobiecując niezliczone zdroje łask i błogosławieństw Bożych tym wszystkim, którzy będą pobożnie tę szatę nosić i należycie wypełniać obowiązki swego powołania, a naśladując Twoje święte cnoty, będą się stawali wiernymi Twoimi sługami, spraw, abyśmy przez wierność podjętym zadaniom, korzystali w życiu i po śmierci z Twoich obietnic, a przez to zostali dopuszczeni do chwały wiecznej.

    Spraw, Królowo Szkaplerza świętego, aby nosząc Twój Szkaplerz, dusze nasze upodabniały się coraz bardziej do Ciebie, a przez Ciebie do Chrystusa, i aby wzrastała w nas ufność, że Ty każdej naszej potrzebie zaradzisz i osłonisz przed burzami życia. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień siódmy — 13 lipca

    „Zawsze, gdy jest szczególnie ciężko, gdy ciemności ogarniają ziemie, a słońce już gaśnie i gwiazdy nie dają światłości, trzeba wszystko oddawać Maryi”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Strażniczko Karmelu i Matko! Tyś nas zapewniła, że święta Twa suknia, jeżeli ją godnie nosimy, będzie nam puklerzem i tarczą przeciwko pociskom nieprzyjacielskim i że uchroni nas od wszelkiego zła. Prosimy Cię gorąco: niech nas zachowa Twoja potężna obrona nie tylko od niebezpieczeństw ciała, ale przede wszystkim od niebezpieczeństw duszy i wiecznego potępienia. Spraw za swoją przemożną przyczyną, abyśmy nie popełnili takiej winy, przez którą moglibyśmy być odrzuceni przez Boga. Kornie upadając przed Tobą, ufamy, że nie będzie takiego bólu, którego byś nie ukoiła, nie będzie takiej zasadzki, której byś nie oddaliła, bo jesteś najbardziej kochającą Matką. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień ósmy — 14 lipca

    „Po Bogu w Trójcy Jedynym, nie mamy nikogo bliższego nad Matkę Słowa Wcielonego. Gdy więc szukamy w naszych myślach modlitewnych, z kim mielibyśmy rozmawiać, komu mielibyśmy się zwierzyć, z kim naszą samotność dzielić, to chyba z Nią”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Ozdobo Karmelu i Matko nasza! Dając nam tę szlachetną odznakę Twojej miłości — Szkaplerz święty, nie tylko chciałaś widzieć w nas swoje sługi, ale zapragnęłaś jeszcze przybrać nas za swoje córki i za swoich synów i raczyłaś nas tak nazwać. Błagamy Cię, wyjednaj nam u Jezusa tę łaskę, abyśmy nigdy nie byli dla Ciebie powodem smutku, ale Twoją radością i Twoją chwałą! Chcemy też być dobrymi Twymi braćmi, jak tego sobie życzyłaś. Dzięki pomocy takiej Matki, która wszystko rozumie — wyzwolimy się ze wszystkiego, co nas od Ciebie oddala, co nie podoba się Chrystusowi Panu. „Bądź z nami w każdy czas, wspieraj i ratuj nas”. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień dziewiąty — 15 lipca

    „Matko Kościoła!… Daj nam odradzać się wciąż całym pięknem świadectwa dawanego Krzyżowi i Zmartwychwstaniu Twego Syna”.

    Jan Paweł II

    Maryjo, Opiekunko Karmelu i Matko nasza! Wie­my, że nigdy nie opuszczasz wiernych swoich. Spraw, abyśmy zawsze byli wierni Tobie. Opiekuj się naszymi sercami, oczyść je z wszelkich brudów grzechowych, przystrój je w wonne kwiaty cnót. Niech Jezus Chrystus zamieszka w nas na zawsze, aby w godzinie śmierci naszej szatan odstąpił od nas, widząc Jezusa w naszych sercach. A kiedy dusze nasze rozłączą się z ciałami, daj nam pociechę oglądania Twego świętego Oblicza i zaprowadź nas do przybytku wiecznego szczęścia. Matko Szkaplerza świętego! Przyobiecałaś, że nie będzie potępiony ten, kto pobożnie nosił Twój Szkaplerz. Przypominaj nam nieustannie o tym, abyśmy w ostatniej godzinie ziemskiego życia ucałowali Twój znak zbawienia i stali się uczestnikami wiecznej chwały. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Modlitwa do Matki Bożej Szkaplerznej (na zakończenie nowenny)

    Bogarodzico Dziewico! Królowo Szkaplerza świętego i Matko nasza! Nieustannie przywołujesz nas do Siebie. Pani i Królowo nasza! Jak niegdyś przez dar Szkaplerza świętego ocaliłaś swój umiłowany zakon karmelitański od rozbicia i upadku, a nam wszystkim dałaś znak szczególnej opieki, tak dzisiaj stań na drogach ludzkości odchodzącej od Boga jako znak pojednania i ratunku dla świata. Bądź ocaleniem dla całej ziemi, Kościoła i naszego narodu. Odnów znaki i powtórz cuda! Otrzyj łzy cierpiącym, ochraniaj niewinność dzieci, broń wiary świętej w sercach młodzieży; rodzinom naszym uproś pokój i miłość wzajemną, i ducha ofiary! Naszej całej Ojczyźnie, którą tak bardzo umiłowałaś, błogosław od tronu Twej łaski. Niech będzie pociechą dla Twego Serca! Wyjednaj nam dar wytrwania w wierze ojców naszych, byśmy Cię mogli chwalić teraz i w wieczności. Amen.

    sanctus.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Okryci szatą Maryi

     fot. Grażyna Kołek/Niedziela

    ***

    Brązowy szkaplerz to nie talizman, nie ma właściwości magicznych. Noszenie go nie zagwarantuje nam automatycznie zbawienia. Od wieków jest on natomiast symbolem pójścia za Chrystusem na wzór Maryi, najdoskonalszej uczennicy Pana

    Historia szkaplerza świętego sięga XIII wieku, kiedy pewnemu bogobojnemu człowiekowi – Szymonowi Stockowi w Cambridge w Anglii ukazała się Matka Boża. Szymon był generałem Zakonu Karmelitańskiego i dostrzegając zagrażające zakonowi niebezpieczeństwa, modlił się gorliwie do Matki Bożej o pomoc. W nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. ukazała mu się Najświętsza Panienka w otoczeniu aniołów. Szymon otrzymał od Maryi brązowy szkaplerz i usłyszał słowa: „Przyjmij, synu najmilszy, szkaplerz twego zakonu jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”. Od tamtej chwili karmelici noszą szkaplerz jako znak szczególnej więzi z Maryją. W 1910 r. papież Pius X zezwolił na zastąpienie szkaplerza (dwa prostokątne skrawki wełnianego sukna z naszytymi wyobrażeniami Matki Bożej Szkaplerznej i Najświętszego Serca Pana Jezusa, połączone tasiemkami) medalikiem szkaplerznym.

    Dwie obietnice i dwie łaski

    Tradycja Karmelu wiąże ze szkaplerzem obietnice i łaski Maryi, które przekazała Ona generałowi zakonu i zapewniła je noszącym pobożnie szkaplerz karmelitański. Papież Jan XXII ogłosił te łaski światu chrześcijańskiemu bullą „Sabbatina” z 1322 r. i dzięki niemu szkaplerz stał się powszechny. W bulli jest mowa o tzw. przywileju sobotnim. Po pierwsze, Matka Boża obiecała, że „kto w nim (szkaplerzu – przyp. aut.) umrze, nie dozna ognia piekielnego”, a w drugiej obietnicy zapewniła o wybawieniu z czyśćca w pierwszą sobotę po śmierci. Rychłe wybawienie z czyśćca otrzymają ci, którzy nosząc szkaplerz, zachowają czystość według stanu i wierność modlitwie: „Ja Matka w pierwszą sobotę po ich śmierci miłościwie przyjdę po nich i ilu ich zastanę w czyśćcu, uwolnię i zaprowadzę na świętą Górę żywota wiecznego”. Obok tego Matka Boża obiecała wspierać noszących szkaplerz na drodze naśladowania Chrystusa, a w ostatniej godzinie życia pomóc w ostatecznej walce o wieczne zbawienie. Noszący szkaplerz święty ma również uczestnictwo w dobrach duchowych całego Zakonu Karmelitańskiego za życia i po śmierci (Mszach św., pokutach, modlitwie i ofiarach).

    Szkaplerz to potężna tarcza

    – Znam wiele osób okrytych szatą Maryi – szkaplerzem świętym i propozycję podzielenia się doświadczeniem opieki Matki Bożej z Góry Karmel skierowaną właśnie do mnie przyjęłam z zaskoczeniem. Jestem tylko cząstką Bractwa Szkaplerza Świętego w parafii pw. Świętych Pierwszych Męczenników Polski – mówi Irena Karpeta z Częstochowy. – Po zastanowieniu propozycję odebrałam jako znak Bożej ekonomii w moim życiu. Z perspektywy lat rozumiem, że całe moje życie i to, co przede mną – łącznie z wiecznością – jest realizacją Bożego planu dla mnie i obecności w nim Maryi. W realizację tego planu wpisuje się też przyjęcie szkaplerza świętego z rąk ówczesnego księdza wikariusza, a obecnie karmelity – o. Adama Hrabiego. To przez jego kapłańską posługę i przykład życia zostało we mnie zasiane ziarenko duchowości karmelitańskiej i pojawiło się pragnienie przyjęcia szkaplerza. Data też jest znacząca – mamusia i ja przyjęłyśmy szkaplerz w uroczystość Matki Bożej z Góry Karmel 16 lipca 2001 r. Otrzymałyśmy wtedy dar matczynej opieki Maryi i szczególnych łask obiecanych wszystkim okrytym Jej płaszczem, ale też dar, który stawia wymagania, by doskonalić się w Jej cnotach. Napisałam kiedyś: „Maryjo – Drabino Jakubowa/ Flos Carmeli/cnót boskich najpiękniejszy wzorze,/ kto Ciebie naśladuje/ Niebo osiągnąć może!”. Wstępując w 2002 r. do Bractwa Szkaplerznego, przyjęłam wszystkie wypływające z tego zobowiązania i zawierzyłam się całkowicie Matce Karmelu. Ona pomagała mi opiekować się chorą mamusią i jest obecna w moich własnych doświadczeniach zdrowotnych. Od Niej uczę się pokory, zaufania, posłuszeństwa, wdzięczności, radości wbrew wszelkim przeciwnościom i otwartości na drugiego człowieka. Przez te wszystkie lata, obleczona szczególnym znakiem bliskości Maryi, Jej zawierzam się na nowo każdego ranka i z Nią zanurzam się w sen. Dla mnie szkaplerz jest potężną tarczą i osłoną przed złym, ale i wielkim zobowiązaniem, by szata mojego życia była tkana na wzór życia Maryi.

    Życiowy drogowskaz

    – Odkąd tylko pamiętam, kochałem Matkę Bożą. Zachwycały mnie Jej matczyna miłość i opieka, którą zawsze odczuwałem – mówi Kazimierz Świeżak, animator Bractwa Szkaplerza Świętego w Prowincji Krakowskiej. – Dlatego kiedy w 2001 r. karmelita o. Dawid w przystępny sposób opowiedział nam, jakim darem Matka Boża obdarzyła swoje dzieci, nie wahałem się i od razu wiedziałem, że pragnę też przyjąć szkaplerz święty. Celem każdego katolika jest przecież osiągnięcie zbawienia, a Pan Bóg nigdy nie nakłada na nas ciężarów nie do uniesienia i nie żąda zbyt wiele. Przyjmując szkaplerz święty, zobowiązałem się do codziennego odmawiania modlitwy „Pod Twoją obronę”, noszenia szkaplerza świętego i pobożnego życia. Daje mi to nadzieję na szczególne miejsce w sercu Matki Bożej i wierzę, że moje życie jest pod Jej szczególnym spojrzeniem i że nie pozwoli mi Ona pogubić się w drodze do nieba. Widzę też, jak Matka Boża przez te wszystkie lata nieustannie pobudza mnie do przemiany życia. Staram się regularnie spowiadać w czasie pierwszych piątków miesiąca, a w 2017 r. obudziło się we mnie pragnienie, żeby zostać nadzwyczajnym szafarzem Komunii św. Wszystko, co dobre w moim życiu, zawdzięczam Bożej łasce, opiece Królowej szkaplerza świętego i, oczywiście mojej żonie.

    Szkaplerz przyjąłem 16 lipca 2001 r. z rąk o. Dawida Ulmana, karmelity z Czernej. Do jego przyjęcia zachęciło mnie zapewnienie Matki Bożej o Jej szczególnej opiece, pomocy i obronie w niebezpieczeństwach duszy i ciała oraz o tym, że kto w nim umrze, nie dozna ognia piekielnego, a Matka Boża wybawi go z czyśćca w pierwszą sobotę po śmierci. Zachwyciło mnie to. Szkaplerz stał się dla mnie drogowskazem w życiu, ponieważ jego przyjęcie zobowiązuje również do naśladowania cnót Matki Bożej, starania się o świętość życia, codziennej modlitwy.Widzę, jak to ważne wydarzenie wpłynęło na całe moje życie i ciągle je zmienia.

    * * *

    Maryja stanowi klucz do zrozumienia Pana Boga i jako Matka dba o wszystkie swoje dzieci. Św. Jan Paweł II podczas audiencji ogólnej 25 lipca 1988 r. w Watykanie powiedział: „A może dzieci potrzebują jakiejś szczególnej szaty, czegoś więcej niż zwykłe odzienie? (…) I właśnie Ona, Dziewica Karmelu, Matka szkaplerza świętego, mówi nam o swej macierzyńskiej trosce, o swym zatroskaniu o nasze odzienie; o nasze odzienie w sensie duchowym, którego szkaplerz jest symbolem, o odzianiu nas łaską Bożą i o wspomaganiu nas, aby zawsze była białą ta szata, którą (…) otrzymaliśmy podczas chrztu świętego. Ta biała szata jest symbolem owej duchowej szaty, w którą została przyobleczona nasza dusza – szaty łaski uświęcającej. Współpracujcie z tą dobrą Matką, Matką szkaplerza świętego, która dba bardzo o wasze szaty, a szczególnie o tę szatę, którą jest łaska uświęcająca w duszach Jej dzieci”.

    Julia A. Lewandowska/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kto w nim umrze, nie dozna ognia piekielnego

    Bp Paweł Socha od kilkunastu lat  nosi szkaplerz karmelitański

     fot. Karolina Krasowska

    ***

    Bp Paweł Socha od kilkunastu lat nosi szkaplerz karmelitański

    O duchowym znaczeniu i obietnicach związanych z noszeniem szkaplerza z bp. Pawłem Sochą rozmawia Kamil Krasowski.

    Księże Biskupie, proszę powiedzieć, czym jest szkaplerz karmelitański?

    Bp Paweł Socha: Szkaplerz karmelitański to szkaplerz Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Jest związany z historią i duchowością Zakonu Karmelitańskiego, który miał swoją siedzibę na Górze Karmel w Palestynie. Według tradycji Matka Boża objawiła się generałowi Zakonu św. Szymonowi Stockowi w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. Podczas tego objawienia powiedziała: „Przyjmij, najmilszy synu, szkaplerz twojego zakonu. Kto w nim umrze, nie dozna ognia piekielnego”. Przyszli papieże związali później ze szkaplerzem bardzo wiele różnych przywilejów, łącznie z naszym rodakiem św. Janem Pawłem II, który powiedział: „Noście zawsze szkaplerz święty. Ja zawsze go noszę i wiele z tego nabożeństwa doznałem pożytku. Pozostałem mu wierny i stał się on moją siłą”. Szkaplerz to w zasadzie forma habitu zakonnego. To szeroki pas, opadający z przodu i z tyłu ciała zakonnika, i on także nazywa się szkaplerzem.

    Jakie jest duchowe znaczenie i obietnice związane z noszeniem szkaplerza?

    Szkaplerz jest szatą Maryi, bo w takim kolorze ukazała się Matka Najświętsza św. Szymonowi Stockowi. Jest znakiem pokuty i nawrócenia. Kto nosi szkaplerz, ma w sobie postawę umartwienia i wyrzeczenia się siebie, a także chce nieustannie się nawracać na myśl Bożą. Stąd, kto przyjmuje szkaplerz, wyrzeka się złego ducha, odnawia przyrzeczenia chrztu św. i oddaje się Maryi jako Jej dziecko, czyli jako ten, który chce pod Jej opieką i Jej przewodnictwem w szczególny sposób oddawać cześć Chrystusowi Panu jako naszemu Zbawicielowi. Szkaplerz oznacza też poświęcenie się Niepokalanemu Sercu Maryi i naśladowanie Jej cnót, szczególnie czystości i pokory. Oznacza przymierze z Matką Najświętszą, w którym Ona zobowiązuje się dopomóc nam do zbawienia i uświęcenia. Po pierwsze szkaplerz jest to znak szczególnej opieki Matki Najświętszej w chwili śmierci i w dziele zbawienia. Po drugie Matka Boża obiecuje wybawienie z czyśćca, które ma nastąpić w pierwszą sobotę po śmierci. Po trzecie, ten, kto nosi szkaplerz, ma być pod szczególną obroną w niebezpieczeństwach duszy i ciała. I wreszcie ma uczestniczyć w dobrach duchowych Zakonu Karmelitańskiego. Z noszeniem szkaplerza wiążą się też pewne zobowiązania, tj. troska o swoje zbawienie, zachowanie czystości według stanu w jakim się żyje, naśladowanie Matki Najświętszej i staranie się o świętość życia. To także zobowiązanie do codziennej modlitwy, zwłaszcza Maryjnej. Wreszcie zobowiązanie do życia duchowego i misji Zakonu Karmelitańskiego z uwzględnieniem naszego powołania.

    Jak przyjąć szkaplerz?

    Aby godnie przyjąć i nosić szkaplerz należy najpierw go nabyć. Następnie odbyć spowiedź i przyjąć Komunię św. Poprosić kapłana w swojej parafii o poświęcenie i nałożenie szkaplerza. Są księża w naszej diecezji, którzy jadą z pielgrzymką do Czernej do Klasztoru Karmelitańskiego w pobliżu Krakowa. Tam można nabyć szkaplerz i wpisać się do księgi członków Zakonu Karmelitańskiego jako noszący szkaplerz i proszący Matkę Bożą o opiekę przez Jej pośrednictwo i wstawiennictwo.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szkaplerz – zaniedbany Skarb Kościoła?

     

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Szkaplerz – dwa prostokątne kawałki sukna połączone sznurkiem, albo ozdobną tasiemką. Na jednym naszyty obrazek Najświętszego Serca Pana Jezusa, na drugim obrazek Matki Bożej Szkaplerznej.

    Jest to obrazek z chwili objawienia: Matka Boża, jak zapracowana mama, na jednej ręce trzyma małego Jezusa, a drugą wręcza klęczącemu św. Szymonowi Stockowi sznureczki z kawałkami Jej płaszcza. Przyjęcie szkaplerza oznacza, że pod ten płaszcz chowamy się przed zakusami złego.

    Biblista ze szkaplerzem

    – Szkaplerz noszę od 35 lat – mówi ks. prof. dr hab. Mariusz Rosik, wybitny wrocławski biblista. – Pamiętam, że gdy kapłan dokonujący obrzędu wprowadzenia mnie na drogę szkaplerza zapytał, jaką modlitwę maryjną chciałbym odmawiać co dzień, bez wahania wybrałem Pozdrowienie Anielskie. Już wtedy co dzień czytałem Pismo Święte, a „Zdrowaś Mario” jest modlitwą na wskroś biblijną. Do słów Archanioła dodajemy tylko krótkie westchnienie: módl się za nami teraz i w chwili śmierci. Ta krótka modlitwa związana z przyjętym szkaplerzem, odmawiana codziennie, nie tylko kieruje moją myśl ku Bogu za wstawiennictwem Maryi, ale pobudza w sercu to, co dla mnie naprawdę drogie: ukochanie Słowa Bożego zapisanego w Biblii i umiłowanie Piątej Ewangelii, czyli ziemi Jezusa i wielu biblijnych bohaterów – wyjaśnia ks. Rosik. Jako przewodnik grup odwiedzających Izrael i autor bestsellera pt. „Ziemia słowa. Biblijny przewodnik po Ziemi Świętej”, często odwiedza historyczny klasztor związany ze szkaplerzem. – Gdy z pielgrzymami docieramy do sanktuarium na górze Karmel, zawsze z wielkim rozrzewnieniem przypominam sobie moment nałożenia szkaplerza i jestem ogromnie wdzięczny za ten dar – mówi wzruszony. – Lubię z pasją opowiadać historię objawień św. Szymona Stocka, którego zakon powstał właśnie na górze Karmel, w miejscu, na którym o czystość religii walczył prorok Eliasz. To właśnie w grocie na stokach tej góry mieszkał zapalony gorliwością Prorok, o czym wspomina Stary Testament.

    Ks. Mariusz Rosik przyjął szkaplerz w parafialnym kościele pw. św. Jadwigi w Leśnicy. Miał 16 lat i usłyszał prelekcję prof. Ireneusza Jóźwiaka pt. „Zaniedbywany Skarb Kościoła” właśnie na temat szkaplerza. Prof. Jóźwiak mówił z zapałem, jak świadek, który doświadczył cudów sprawianych przez Maryję. I obecni w kościele uwierzyli. – Po prelekcji szkaplerz przyjęło kilkaset osób, w tym również ja – mówi ks. Mariusz.

    Prof. dr hab. inż. Ireneusz Jóźwiak jest wykładowcą na Wydziale Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej, interesuje się bezpieczeństwem i niezawodnością systemów informatycznych, zastosowaniem statystyki matematycznej i kryptografią kwantową. Studenci twierdzą, że rachunek prawdopodobieństwa i statystyka matematyczna w wydaniu Profesora nagle stają się możliwe do zrozumienia. Ale co inżynier ma wspólnego ze szkaplerzem i dlaczego głosi o nim prelekcje?

    Pielgrzym w płaszczu Maryi

    – Mieszkałem w akademiku, zachorowałem i odwiedził mnie przyjaciel, Jurek Legut, dziś pracownik naukowy Politechniki Wrocławskiej. Nie wiadomo dlaczego, bo nie było ku temu racjonalnego powodu, opowiedział mi wtedy o szkaplerzu – mówi Ireneusz Jóźwiak. – Byłem zaskoczony, bo nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. Okazało się później, że noszę medalik szkaplerzny, ale nie byłem tego świadomy – dodaje. Po tym spotkaniu wciąż myślał o szkaplerzu. Pojechał do Sióstr Karmelitanek przy Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu, aby zaczerpnąć wiedzy. Siostry pożyczyły mu książkę z 1940 r. autorstwa o. Bernarda od Matki Bożej pt. „Znak zbawienia. Rozmyślania z przykładami dla czcicieli Matki Boskiej Szkaplerznej”. Książka go porwała, zafascynowała. To były lata 80., o skserowaniu egzemplarza nie mogło być mowy, ale poczynił obszerne notatki, które stały się punktem wyjścia do głoszonych później prelekcji. – Najpierw opowiedziałem o szkaplerzu na kilku prywatnych przyjęciach – mówi pan Ireneusz – miałem potrzebę mówić o tym, co mnie do głębi poruszyło. Na jednym z przyjęć usłyszał moją opowieść człowiek związany ze środowiskiem Oazy. Spytał później, czy wygłoszę prelekcję dla grup oazowych we wrocławskim kościele pw. św. Mikołaja na ul. Św. Antoniego u Księży Salezjanów – bo wtedy nie było tam jeszcze Ojców Paulinów – tłumaczy. – Tam wygłosiłem pierwszą w życiu prelekcję o szkaplerzu. Słuchaczami była młodzież z tej parafii, ale nie tylko stamtąd, byli też młodzi ludzie z innych miejsc. Po spotkaniu od razu zaprosili mnie do swoich parafii, a ja te zaproszenia, wzruszony, przyjąłem. I tak zaczęło się moje pielgrzymowanie z prelekcją pt. „Zaniedbywany Skarb Kościoła” – opowiada.

    Prezenty od Mamy

    Od lat 80. odwiedził wiele parafii – nie tylko w archidiecezji wrocławskiej, ale też poza nią, np. w Mrągowie, w Szczecinie i w wielu innych miastach. Jedną z ostatnich wygłosił w Sanoku. Schemat spotkań jest prosty: najpierw wykład, który trwa ok. półtorej godziny, a po nim nabożeństwo z nałożeniem Szkaplerza Karmelitańskiego dla chętnych go przyjąć. Prosi kapłanów, aby po prelekcji była możliwość przystąpienia do spowiedzi. – To niezwykle ważne – mówi. – Gdy w 2015 r. głosiłem prelekcję w DA Redemptor na wrocławskim Wittigowie studenci otrzymali łaskę pragnienia spowiedzi tak wielką, że kilku kapłanów musiało usiąść do konfesjonałów, żeby wyspowiadać chętnych – opowiada. Od początku czuje, że to Maryi zależy, by mówić o szkaplerzu.

    – Zdarzało się, że księża nie wiedzieli o co w tym wszystkim chodzi. Niektórzy pierwszy raz słyszeli o szkaplerzu, ale proszeni przez swoich parafian, albo przez młodzież, wyrażali zgodę na prelekcję. W pierwszych latach nałożenie szkaplerza odbywało się w wyznaczonym dniu u Sióstr Karmelitanek – tam zapraszałem wszystkich chętnych. Jednak z czasem okazało się, że grupy są coraz większe, a kaplica sióstr malutka, zacząłem więc wozić ze sobą zakupione u karmelitanek szkaplerze, miałem również tekst modlitwy nałożenia przeznaczony dla kapłana i obrzęd przyjęcia dokonywał się w parafii po prelekcji – opowiada pan Jóźwiak. Łaski, które Maryja obiecała tym, co szkaplerz przyjmą, zaskakują. – Wśród wielu znanych mi młodych ludzi, którzy przyjęli szkaplerz, duża liczba po jakimś czasie wybrała kapłaństwo. To wielki dar Maryi – powołanie do sprawowania ofiary Jej Syna – mówi. Gdy w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. św. Szymon Stock zobaczył Maryję, która przekazała mu szkaplerz, pośród wielu obietnic usłyszał od Maryi zapewnienie o uniknięciu kary wiecznej dla tych, którzy będą go nosili aż do śmierci. Pan Ireneusz wysłuchał przez lata świadectw wielu osób, które noszą szkaplerz i doświadczają cudownej opieki Maryi. Na przytoczenie wszystkich nie mamy miejsca, ale szczególnie wybrzmiewa jedna z nich.

    – Kiedyś, w pewnym mieście na Dolnym Śląsku, po prelekcji podeszła do mnie pani i opowiedziała pewne wydarzenie. Syn jej koleżanki chciał popełnić samobójstwo, stanął na krawędzi, żeby skoczyć i wtedy, na dole, zobaczył strasznie wyglądającego osobnika, który nakazał mu: „Zanim skoczysz, wyrzuć to chomąto, które masz na szyi”. Mężczyzna najpierw nie zrozumiał, ale po chwili dotarło do niego, że jedyne co ma na szyi to łańcuszek ze szkaplerznym medalikiem… Nie skoczył. Przeżył głębokie nawrócenie i dziś jest pewien, że to Maryja go ocaliła – opowiada pan Jóźwiak.

    Jedna z obietnic Maryi dla noszących szkaplerz brzmi: „kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Założony na szyi niedoszłego samobójcy szkaplerz był dla szatana przeszkodą nie do pokonania, skoro zjawił się, by nakazać go zdjąć…

    ***


    Szkaplerz – zaniedbany Skarb Kościoła… Czy nosisz? Czy jesteś wtulony w płaszcz Maryi, który chroni nie od zwykłego deszczu i chłodu, ale od ognia piekielnego?
    16 lipca w dniu odpustu Matki Bożej z Góry Karmel, nazywanej Szkaplerzną, warto nie tylko odnowić swoje zawierzenie – jeśli już przyjęliśmy ten Skarb – ale i zachęcić innych – męża, żonę, dzieci, przyjaciół, znajomych, aby zechcieli przyjąć Szatę Maryi, Szkaplerz Karmelitański.

    Agnieszka Bugała/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 8 lipca – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XIV NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – KORONKA DO MATKI BOLESNEJ

    This image has an empty alt attribute; its file name is 50900.jpg
    fragment figury Matki Bożej Bolesnej

    ***


    MODLITWA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

              
    Matko Bolesna stojąca pod krzyżem, naucz nas trwać mężnie przy cierpiących i współcierpieć z nimi, jak Ty na Kalwarii. Matko Ukrzyżowanego i Matko wszystkich ludzi, oddawaj Ojcu Niebieskiemu ludzkie cierpienia, tak jak ofiarowałaś Mękę Twego Syna i swój ból matczyny. Ucz swoje dzieci przyjmować z gotowością każdą wolę Bożą, w cierpieniu zachować ufność, znosić je mężnie w zjednoczeniu z Chrystusem i ofiarowywać je z miłością dla zbawienia świata. Matko Bolesna, pomóż nam i wszystkim ludziom udręczonym, odkrywać w cierpieniu głęboki sens. Uproś, aby cierpienia chrześcijan stały się wynagrodzeniem Bogu za grzechy świata
    i przyczyniły się do jego zbawienia. Amen.

    KORONKA (RÓŻANIEC) DO SIEDMIU BOLEŚCI MATKI BOSKIEJ  

       
    Koronka (Różaniec) do Siedmiu Boleści Matki Bożej składa się z siedmiu tajemnic, w których rozważamy najboleśniejsze momenty z życia Matki Bożej. Rozważając te tajemnice w szczególny sposób czcimy Matkę Bożą Bolesną i upraszamy dla siebie i bliźnich potrzebne łaski w tym życiu, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci.            

    W Imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.


    Modlitwa wstępna
    :

    Mój Boże, ofiarowuję Ci ten różaniec na cześć siedmiu boleści Maryi, na Twoją większą chwałę, moje nawrócenie i nawrócenie wszystkich ludzi na wiarę w Twego umiłowanego Syna, Jezusa Chrystusa- nasze zbawienie i naszą jedyną drogę do Ciebie, w jedności z Duchem Świętym, na wieki wieków. Amen!
    Ku Tobie Święta Matko wznosimy serca swoje, aby współczuć w Boleściach Twoich.

    BOLEŚĆ I – Proroctwo Symeona

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść, która przeszyła Serce Twoje, gdyś słyszała prorocze słowa starca Symeona o Męce Jezusa, Syna Twojego, racz nam wyjednać łaskę uświęcenia naszego życia i cierpliwego znoszenia cierpień i przeciwności.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ II – Ucieczka do Egiptu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść Twoją, której doznałaś uciekając z Synem Twoim przed Herodem do Egiptu, uproś nam łaskę wiernego poddania się Woli Bożej we wszystkim co nas spotyka.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ III – Szukanie Jezusa

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś szukając zgubionego Jezusa, uproś nam łaskę, abyśmy nigdy Go nie utracili. Tym, którzy zgubili Jezusa, na grzesznych drogach swojego życia dopomóż Go odnaleźć w Sakramentach Świętych.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ IV – Spotkanie z Synem na drodze Krzyżowej

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś spotkawszy Jezusa na drodze Krzyżowej, gdy na Swoich Ramionach dźwigał grzechy moje i całej ludzkości, uproś nam łaskę, abyśmy już nigdy nie obarczali Jezusa najmniejszymi grzechami. Prosimy Cie o łaskę miłości do Krzyża oraz cierpliwości i wytrwałości w niesieniu codziennych krzyży całego naszego życia dla ratowania dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ V – Śmierć Pana Jezusa na Krzyżu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś u stóp Krzyża patrząc na Mękę i śmierć Twojego Syna, uproś nam łaskę szczerego żalu i pokuty oraz nawrócenie zatwardziałych grzeszników, szczególnie konających i Łaskę Miłosierdzia Bożego dla świata całego.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ VI – Maryja trzyma martwe Ciało Syna

    Matko Najboleśniejsza! Przez łzy, którymi obmywałaś Rany Jezusa złożonego w Twoich Ramionach oraz przez Twoje Matczyne i Krwawe łzy, które wylewasz nad całą grzeszną ludzkością stojącą w obliczu zagłady, prosimy Cię, ratuj dusze idące na potępienie, ratuj dusze w czyśćcu cierpiące, ratuj zagrożoną młodzież i nasze rodziny. Dla pocieszenia Twojego Zbolałego Serca i otarcia Twoich Łez ofiarujemy Ci Maryjo nasze serca, cierpienia, ofiary, łzy i modlitwy i całe nasze życie w ofierze miłości dla ratowania zagubionych dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ VII – Złożenie Jezusa W Grobie

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść rozstania z Jezusem złożonym w grobie, uproś nam łaskę, aby umarły w nas wszystkie złe skłonności i przywiązania do grzechu. Abyśmy żyli w świętości i miłości dla Chwały Bożej i ratowania dusz, przez Chrystusa i z Chrystusem, a po śmierci osiągnęli życie wieczne.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    Modlitwa na zakończenie: 

    O Święta Matko, którą Wszechmogący Bóg wybrał na Matkę Odkupiciela świata i upodobnił w cierpieniach do Swego Syna Ukrzyżowanego, niech boleść Twoja pobudzi nas do miłości Jezusa i Ciebie. O Królowo Męczenników, udziel nam podobnej cierpliwości i męstwa w znoszeniu cierpień z jakimi Ty stałaś pod krzyżem, Syna Twego. Amen.

    Na uczczenie łez, które Najświętsza Maryja Panna przy tych tajemnicach wylała oraz na uproszenie łaski odpustu przypisanego do tej modlitwy odmówmy 3 razy: Zdrowaś Maryjo…
    Wieczny odpoczynek racz zmarłym dać Panie…
    

    LITANIA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ


    Kyrie eleison! Chryste eleison! Kyrie eleison!
    Chryste, usłysz nas! Chryste, wysłuchaj nas!
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże zmiłuj się nad nami

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Boża Rodzicielko
    Święta Panno nad pannami
    Matko męki krzyżowe Twego Syna cierpiąca
    Matko Bolesna
    Matko płacząca
    Matko żałosna
    Matko opuszczona
    Matko stroskana
    Matko mieczem przeszyta
    Matko w smutku pogrążona
    Matko trwogą przerażona
    Matko sercem do krzyża przybita
    Matko najsmutniejsza
    Krynico łez obfitych
    Opoko stałości
    Nadziejo opuszczonych
    Tarczo uciśnionych
    Wspomożenie wiernych
    Lekarko chorych
    Umocnienie słabych
    Ucieczko umierających
    Korono Męczenników
    Światło Wyznawców
    Perło panieńska
    Radości Świętych Pańskich

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Boże, Ty sprawiłeś, że obok Twojego Syna, wywyższonego na krzyżu, stała współcierpiąca Matka, daj, aby Twój Kościół uczestniczył razem z Maryją w męce Chrystusa i zasłużył na udział w Jego zmartwychwstaniu. Który z Tobą żyje i króluje, w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Świadectwo. Jestem zdrowa dzięki odmawianiu Różańca do Siedmiu Boleści NMP

    fot. via Pixabay.com

    *******

    Świadectwo. Jestem zdrowa dzięki odmawianiu Różańca do Siedmiu Boleści NMP

    W styczniu 2014 roku lekarze zdiagnozowali u mnie zaawansowany nowotwór piersi. Operacja była konieczna dla ocalenia życia. 11 marca trafiłam do szpitala. Tam odwiedziła mnie moja szwagierka na kilka godzin przed operacją. Dała mi Różaniec do Siedmiu Boleści NMP i ulotkę jak się na nim modlić. Powiedziała, że jej kolega, który pracuje w szpitalu, odmawiał ten różaniec przez dziewięć dni w intencji swojego brata. Po upływie 9 dni wydarzył się cud – jego brat został uleczony z choroby serca. Przeczytałam ulotkę i prosiłam Matkę Bożą o wstawiennictwo.

    Operacja zakończyła się sukcesem. Lekarz powiedział, że nie miałam powiększonych węzłów chłonnych. Dodał, że podczas operacji pobrano mi materiał do badań laboratoryjnych. Wyniki miały wskazać, czy będę musiała poddać się chemioterapii lub nie. Następnego dnia wypisano mnie ze szpitala. Codziennie odmawiałam Różaniec do Siedmiu Boleści NMP, prosząc Matkę Bożą, abym uniknęła chemioterapii i pozostała przy życiu. Miałam wrażenie, że błagałam o coś niemożliwego. Ta modlitwa sprawiła, że stał się cud. W maju podczas omawiania wyników lekarz onkolog poinformował mnie, że chemioterapia nie jest konieczna tylko przepisał mi pigułki. Byłam wdzięczna Bogu za okazaną mi Łaskę. Spełniły się słowa z Ewangelii według św. Mateusza: „Proście, a będzie wam dane” (Mt 7.7-14).

    Od tamtej pory rozpowszechniam Różaniec do Siedmiu Boleści NMP wśród przyjaciół i krewnych. Ostatnio dałam go koleżance, która przechodzi chemioterapię po operacji usunięcia nowotworu z piersi. Wierzę, że odmawiając ten różaniec wyprosi łaskę uzdrowienia.

    W grudniu badania krwi były dobre. Lekarz postanowił, że następne badania kontrolne będę miała co 6 miesięcy. Jestem pewna, że to jest kolejna łaska, jaką otrzymałam od Boga za to, że codziennie odmawiam Różaniec do Siedmiu Boleści NMP, prosząc o zdrowie i wysłuchanie moich próśb.

    Claire*

    *Imię zmienione ponieważ autorka świadectwa chciała zachować anonimowość.

    Tłumaczenie z j.ang. na j.pol: Marcin Rak

    Fronda.pl/źródło:https://www.sorrowsofmary.com/testimonials

    mp/zywawiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 9 lipca – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 1 LIPCA  kościół św. Piotra

    17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    18.00  MSZA ŚWIĘTA Z XIII NIEDZIELI OKRESU ZWYKŁEGO

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – NABOŻEŃSTWO PIERWSZYCH PIĘCIU SOBÓT MIESIĄCA, JAKO WYNAGRODZENIE I ZADOŚĆUCZYNIENIE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE.

    *****

    Aby spełnić prośbę Bożej Matki dotyczącą Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca należy:

    1. przystąpić do sakramentu spowiedzi św. (można przystąpić do sakramentu pojednania kilka dni wcześniej) i przyjąć Komunię św.

    2. pomodlić się na różańcu wybierając jedną z czterech części Tajemnic (Radosną, Światła, Bolesną, Chwalebną)

    3. poświęcić kwadrans czasu na rozważanie jednej z 20 Tajemnic Różańca Świętego

    4. być świadomym intencji, którą jest wynagrodzenie za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    Osoby, które z różnych ważnych powodów (np. choroba) nie mogą osobiście uczestniczyć w nabożeństwie i przyjąć Komunii św. w kościele św. Piotra lub swoim lokalnym kościele, mogą łączyć się online, np. z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem:

    https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/  – w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 18.30 pokutny różaniec fatimski (w Szkocji 17:30), następnie medytacja pierwszosobotnia, Msza św. z kazaniem i Apel Maryjny

    *****

    Pierwsza sobota miesiąca.

    NAJŚWIĘTSZA MARYJA PANNA:

    “Przybędę z łaskami”

    „Córko moja – prosiła Maryja – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść Mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć Mi będą w intencji zadośćuczynienia”. Te słowa zawierające prośbę Maryi wypowiedziane w dni 10 grudnia 1925 r. w Pontevedra (Hiszpania) są nadal mało znane, a tym bardziej słabo praktykowane w kościele Chrystusowym. W tym dniu Maryja objawiła się s. Łucji z Dzieciątkiem Jezus i pokazała cierniami otoczone Serce…

    Nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca, które tu omawiam, jest ściśle związane z Objawieniami Fatimskimi, których 101 rocznicę obchodzimy w tym roku. Spośród trójki dzieci Franciszka, Hiacynty i Łucji, „Niebo” wybrało Łucję do „specjalnego zadania” o którym poinformowała ją Najświętsza Maryja w dniu 13 czerwca 1917 roku: „Jezus chce posłużyć się tobą, abym była bardziej znana i miłowana. Chce zaprowadzić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy przyjmą to nabożeństwo, obiecuję zbawienie. Te dusze będą przez Boga kochane jak kwiaty postawione przeze mnie dla ozdoby Jego tronu”.

     S. Łucja również otrzymała w nocy z 29 na 30 maja 1930 r. w Tuy odpowiedź od Pana Jezusa na pytanie o zasadność pięciu pierwszych sobót miesiąca.
    „Córko moja, powód jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi:
    – bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;

    Dzisiaj zatrzymamy się nad pierwszym bluźnierstwem przeciwko Niepokalanemu Poczęciu.

    Papież Pius IX w 9 grudnia 1854 roku w konstytucji apostolskiej Ineffabilis Deus ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, który brzmi: 
    (…) ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmogącego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana jako nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną, i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.

     Niestety sam termin “Niepokalane Poczęcie” wielu ludzi doprowadza do najwyższej irytacji. Często słychać nawet z ust ludzi wierzących “wszystko w tym chrześcijaństwie mogłabym przyjąć, tylko tego Niepokalanego Poczęcia nie mogę przełknąć!”. Takie spojrzenie jest dobrym powodem, aby spokojnie się zastanowić nad tą prawdą wiary katolickiej, którą dopiero w dziewiętnastym wieku uznano za dogmat. Trzeba tu jednak dodać, że cztery lata później „samo Niebo” jakby go potwierdziło „posyłając” Maryję do skromnej 14 letniej Bernadety w Lourdes, a Ona w święto Zwiastowania, 25 marca 1858 roku powiedziała: “Ja jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadetta była zaskoczona tą odpowiedzią, gdyż nie wiedziała, co znaczy to dziwne imię “Niepokalanie Poczęta”, tym bardziej że nigdy o nim nie słyszała. Nie zdążyła się już jednak o nic więcej zapytać, ponieważ śliczna Pani zniknęła. 
    Gdy słyszę, jak ktoś w podobny sposób podważa dogmat o Niepokalanym Poczęciu nietrudno udowodnić takim ludziom, że w ogóle nie wiedzą o czym mówią, bo często bywa tak, że mylą oni dogmat o Niepokalanym Poczęciu z zupełnie inną prawdą wiary o dziewictwie Maryi i narodzinach Bożego Syna z Dziewicy. Ale to są dwie całkowicie różne sprawy. 
    Bóg wybrał Maryję, aby stała się Matką Odkupiciela rodzaju ludzkiego i o Niej słyszymy: błogosławioną między niewiastami. Jest błogosławiona, ponieważ uwierzyła, że u Boga nie ma nic niemożliwego. Wielokrotnie Bóg przemawiał przez proroków chcąc wejść w ludzkie życie i szukając, którędy by mógł do nas wejść, i tak Pan znalazł otwarte Serce Maryi na boży głos gotowe wypełnić Bożą wolę. Kiedy chce przemówić do nas – choćby w tym nadchodzącym czasie pokuty – to być może szuka właśnie owego Maryjnego punktu w naszym życiu. Być może nie interesuje Go, jak bardzo jesteśmy pobożni, moralni, ascetyczni i zdyscyplinowani – chce raczej wiedzieć, jak bardzo jesteśmy otwarci na Jego Słowo i Jego wolę, czyli jak bardzo jest otwarte nasze serce. 
    Brama, przez którą wchodzi Pan w historię życia ludzkiego, jest Maryjne FIAT, “stań się” – “Niech mi się stanie według Słowa Twego!”. U początków dzieła stworzenia znajduje się Boże FIAT – Niech się stanie! Niech się stanie światłość! Niech się stanie ziemia! Niech się staną słońce i gwiazdy! To Boże słowo wyraża Jego władze i stwórczą potęgę, powołuje rzeczy z niebytu do bytu – tak było na początku dzieła stworzenia o czym czytamy w księdze Rodzaju.

    Gdy jednak ludzkość uległa podszeptom szatana i uległa grzechowi, Pan rozpoczyna swoje dzieło naszego odkupienia, przez które dziełu stworzenia dopiero nadaje ostateczną głębię i sens. To dzieło również jest zależne od FIAT Maryi – będące ludzką odpowiedzią na Boże wezwanie. Słowo wiary Maryi: “Fiat mihi secundum verbum Tuum” – “Niech mi się stanie według słowa Twego”. Owo FIAT czyli “stań się” wypowiada Maryja całym swoim jestestwem, całą swoją wiarą i życiem Ta, która nie doznała skazy grzechu pierworodnego.

    Cieszmy się zatem, że mamy taką Matkę, która dla nas jest też prawdziwym przykładem, że Pan Bóg ma w swej opiece tych, którzy Mu ufają.

    W każdym czasie naszej egzystencji chcemy się uczyć takiej wiary i ufności – dlatego my Sercanie Biali zapraszamy do naszego klasztoru w Polanicy Zdroju ul. Reymonta 1, do Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, czyli SZKOŁY SERCA na pierwsze soboty miesiąca, aby razem wynagradzać za grzechy, jakich dopuszczają się ludzie, także niewierzący, przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi, a w konsekwencji przeciw Bogu, ale również uczyć się od Maryi miłości i posłuszeństwa Panu Bogu, czyli mówić Bogu w sposób świadomy i odważny FIAT „niech mi się tak stanie”. 
    Nasze modlitewne spotkanie zaczynamy o godzinie 20.00 Mszą Świętą, a później Różaniec wynagradzający i czuwanie. Jest to dobra okazja do odbycia spowiedzi. 
    (Szczegóły na stronie www.sanktuarium-fatimskie.pl ) 
    W ten sposób chcemy wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi za różne obelgi i bluźnierstwa.
    Zapraszamy wszystkich chętnych do przybycia do MATKI… 
    „Muszę wyznać – pisała Siostra Łucja – że nigdy nie czułam się tak szczęśliwa, niż kiedy przychodzi pierwsza sobota. Czy nie jest prawdą, że największym naszym szczęściem jest być całym dla Jezusa i Maryi i kochać Ich wyłącznie, bezwarunkowo?”.

    o. Zdzisław Świniarski SSCC (Sercanin Biały)/fronda, 2018

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC LIPIEC 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby katolicy stawiali w centrum swojego życia celebrowanie Eucharystii, która głęboko przemienia relacje międzyludzkie oraz otwiera na spotkanie z Bogiem i braćmi. 

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * O Krwi Najdroższa, ceno naszego zbawienia – bądź uwielbiona! W tym miesiącu kontemplujemy Najświętszą Krew Syna Bożego, która jest niezgłębioną tajemnicą miłości i miłosierdzia, najbardziej przekonywującym dowodem niewyobrażalnej miłości Boga Trójjedynego do każdego człowieka.

    Panie Jezu Chryste, nasz Odkupicielu, prosimy Cię za wszystkimi ludźmi, którzy jeszcze Ciebie nie znają i za tymi, którzy nie czerpią wprost ze źródła łask płynących poprzez Święte Sakramenty czy to z powodu rozłamu w Kościele, czy trwania w błędzie czy przeżywania daru życia wciąż z niewybaczonymi grzechami. Daj nam doświadczyć Twojej Krwi jako źródła pojednania, jedności i miłości, przez gorliwe i pełne szacunku przyjmowanie Twoich Świętych Sakramentów. Bo wtedy złączeni z Tobą, w Mistycznym Ciele Kościoła, stajemy się użytecznymi narzędziami we wzrastaniu Twojego Królestwa. 

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    KONTAKT NA MAILA – rozaniec@kosciolwszkocji.org lub tel. 07552435042

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nawrócona ateistka podaje 6 dowodów na istnienie Boga!

    fot. Screenshot – YouTube (Canaveral Port Ministry Training)

    Nawrócona ateistka podaje 6 dowodów na istnienie Boga!

    Jako ateistka Marilyn Adamson nie mogła zakwestionować nieustannie wysłuchiwanych modlitw i świadectwa życia swojej bliskiej przyjaciółki. Próbując podważyć jej przekonania, Marilyn była zaskoczona bogactwem obiektywnych faktów przemawiających za istnieniem Boga. Po około roku nieustępliwych poszukiwań odpowiedziała na Bożą ofertę, zapraszając Go do swojego życia. Od tamtej pory stale przekonuje się, że wiara w Boga ma mocne podstawy i daje wiele satysfakcji.

    1. Czy Bóg istnieje? Stopień złożoności naszej planety wskazuje na świadomego Projektanta, który nie tylko stworzył nasz wszechświat, ale także obecnie go podtrzymuje.

    Można podać niezliczone przykłady wskazujące na istnienie Bożego projektu — tutaj wymienimy zaledwie kilka z nich:

    Ziemia… Jej wielkość jest właściwa dla rozwoju. Rozmiar Ziemi i odpowiadająca mu siła grawitacji zapewniają utrzymanie przy planecie cienkiej powłoki gazowej – składającej się głównie z tlenu i azotu – o grubości nieprzekraczającej 100 km. Gdyby Ziemia była znacznie mniejsza, istnienie atmosfery byłoby niemożliwe, podobnie jak w przypadku Merkurego.

    Ziemia znajduje się w odpowiedniej odległości od Słońca (waha się ona w ciągu roku o kilka procent). Zwróćmy uwagę na występujące wahania temperatury, w przybliżeniu w zakresie od -30 do +50 stopni Celsjusza. Gdyby nasza planeta znajdowała się nieco dalej od Słońca, wszyscy byśmy zamarzli. Gdyby Ziemia znajdowała się bliżej Słońca, groziłoby nam spalenie. Nawet nieznaczne odchylenie od obecnego położenia Ziemi względem Słońca spowodowałoby, że życie na naszej planecie byłoby niemożliwe. Ziemia zachowuje tę doskonałą odległość od Słońca, krążąc wokół niego z prędkością niemal 110 tys. kilometrów na godzinę. Ziemia obraca się również wokół własnej osi, co pozwala na codzienne ogrzanie i ochłodzenie większości powierzchni planety.

    Oddziaływanie Księżyca powoduje formowanie się pływów oceanicznych i przemieszczanie olbrzymich mas wody, dzięki czemu ulega ona wymieszaniu, a – poza wypadkami tsunami – nie zalewa powierzchni kontynentów4.

    Woda… Bezbarwna, bezwonna i pozbawiona smaku, a jednak żadna żywa istota nie mogłaby się bez niej obyć. Rośliny, zwierzęta i ludzie składają się w większości z wody (woda stanowi około dwie trzecie masy naszego ciała). Właściwości wody okazują się doskonale współgrać z potrzebami różnych form życia na Ziemi.

    Woda charakteryzuje się wysoką temperaturą wrzenia i niską temperaturą zamarzania. Pozwala nam funkcjonować w środowisku o znacznych wahaniach temperatury, zapewniając zachowanie stałej temperatury ciała na poziomie około 37 stopni Celsjusza.

    Woda jest uniwersalnym rozpuszczalnikiem. Ta właściwość czyni z wody doskonały środek transportu wewnątrzustrojowego, dzięki któremu tysiące związków chemicznych, substancji mineralnych i składników pokarmowych dostaje się do najmniejszych naczyń krwionośnych i komórek naszego ciała5.

    Woda jest obojętna pod względem chemicznym. Nie wpływa na skład przenoszonych przez siebie substancji, dlatego substancje odżywcze, środki lecznicze i związki mineralne mogą być łatwo wchłaniane i wykorzystywane przez nasz organizm.

    Dzięki procesowi dyfuzji prostej woda przedostaje się do wyższych części roślin wbrew sile ciążenia, dostarczając życiodajne soki i składniki odżywcze na szczyty nawet najwyższych drzew.

    Woda zamarza zwykle w górnych partiach zbiorników wodnych, a warstwa lodu unosi się na wodzie, dzięki czemu ryby są w stanie przetrwać zimę.

    Dziewięćdziesiąt siedem procent wody na Ziemi znajduje się w oceanach. Jest to woda słona, istnieje jednak system jej oczyszczania i dystrybucji, co zapewnia warunki do życia na naszej planecie. Woda oceaniczna unosi się w górę w procesie parowania i oddzielona od soli gromadzi się w formie chmur. Te są z łatwością przemieszczane przez wiatr i pozwalają na rozprowadzanie wody nad lądem w celu zaspokojenia potrzeb roślin, zwierząt i ludzi. Opisany system oczyszczania i dystrybucji umożliwia ponowne wykorzystanie wody i zapewnia warunki do życia na naszej planecie6.

    2. Czy Bóg istnieje? Złożoność ludzkiego mózgu wskazuje na stojącą za nim wyższą inteligencję.

    Mózg człowieka… Miliony jednocześnie zachodzących procesów i zdumiewająca ilość informacji. Nasz mózg rejestruje wszystkie oglądane kolory i kształty, temperaturę otoczenia, nacisk stóp na podłoże, dochodzące dźwięki, suchość ust, a nawet fakturę dotykanych przedmiotów — na przykład klawiatury. Mózg przechowuje i przetwarza wszystkie emocje, myśli i wspomnienia. Jednocześnie nieustannie monitoruje bieżące procesy i funkcje organizmu, takie jak rytm oddechu, ruchy gałek ocznych, głód czy pracę mięśni dłoni.

    Mózg człowieka przetwarza ponad milion komunikatów na sekundę7. Ocenia wagę wszystkich tych danych, odfiltrowując mniej istotne informacje. Dzięki temu możemy się skupić i skutecznie funkcjonować w swoim świecie. Mózg, który przetwarza ponad milion informacji na sekundę, oceniając ich wagę i pozwalając nam działać na podstawie najistotniejszych danych… Czy mógł powstać po prostu przez przypadek? Czy za jego powstaniem kryją się wyłącznie bezosobowe czynniki biologiczne, które przypadkiem doprowadziły do ukształtowania idealnej tkanki, naczyń krwionośnych, komórek nerwowych i struktury? Mózg działa inaczej niż pozostałe organy. Dostrzegamy w nim inteligencję, zdolność rozumowania, generowania uczuć, snucia marzeń i planów, podejmowania działań oraz wchodzenia w interakcje z innymi osobami. W jaki sposób można wyjaśnić powstanie mózgu człowieka?

    3. Czy Bóg istnieje? „Przypadek” lub „przyczyny naturalne” nie są wystarczającym wyjaśnieniem.

    Alternatywą dla istnienia Boga jest pogląd, że wszystko, co widzimy wokół nas, powstało w wyniku splotu czynników naturalnych i przypadku. Gdy ktoś rzuca kostką, istnieje pewne prawdopodobieństwo, że wypadnie para szóstek. Jednak czymś zupełnie innym jest szansa pojawienia się oczek na czystej kostce. Współczesna nauka potwierdza to, co Pasteur próbował wykazać już dawno temu — życie nie może powstać z materii nieożywionej. Skąd zatem pochodzą ludzie, zwierzęta i rośliny?

    Przyczyny naturalne nie są również adekwatnym wyjaśnieniem ilości precyzyjnych informacji zawartych w ludzkim DNA. Osobom, które nie biorą pod uwagę Boga, pozostaje wniosek, że wszystko to powstało bez przyczyny, bez planu, jedynie w wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności. Jednak odwoływanie się do szczęśliwego zbiegu okoliczności u podstaw niezwykle złożonych struktur i zjawisk, które obserwujemy we wszechświecie, to postawa, która intelektualnie pozostawia wiele do życzenia.

    4. Czy Bóg istnieje? Osoba twierdząca stanowczo, że nie ma Boga, musi zignorować najgłębsze odczucia niezliczonej rzeszy ludzi, którzy są przekonani, że Bóg jest.

    Nie chcemy przez to powiedzieć, że jeśli wystarczająca liczba osób w coś wierzy, to automatycznie jest to prawdą. Naukowcy odkrywają nowe prawdy o wszechświecie, które podważają lub negują wcześniejsze wnioski. Jednak postęp naukowy nie doprowadził jeszcze do odkrycia, które podważyłoby prawdopodobieństwo liczbowe, że za tym wszystkim kryje się inteligentny umysł. W istocie kolejne odkrycia naukowe dotyczące człowieka i wszechświata wykazują jeszcze dobitniej, z jak złożonymi zjawiskami mamy do czynienia i jak bardzo uwidacznia się w nich misterny projekt. Dowody wcale nie podważają Boga, ale przemawiają za inteligentnym źródłem życia we wszechświecie. Jednak przesłanki obiektywne to nie wszystko.

    Musimy spojrzeć szerzej na to zagadnienie. Od zarania dziejów u miliardów ludzi na całym świecie napotykamy przeświadczenie, że Bóg istnieje — ludzie dochodzą do takiego wniosku na podstawie osobistego, subiektywnego kontaktu z Bogiem. Szczegółowe relacje dotyczące swoich doświadczeń z Bogiem mogą także dziś złożyć miliony żyjących współcześnie osób. Osoby te powołują się na wysłuchane modlitwy, i konkretne, często zadziwiające sposoby, w jakie Bóg zaspokaja ich potrzeby i prowadzi podczas podejmowania ważnych decyzji w życiu osobistym. Ludzie, o których mowa, nie opisują jedynie takich czy innych wierzeń czy doktryn, ale przedstawiają szczegółowe relacje dotyczące działania Boga w ich życiu. Wielu z nich wyraża pewność, że istnieje dobry, kochający Bóg, który okazał im swoją troskę i wierność. Jeśli jesteś sceptykiem, czy możesz z całą pewnością stwierdzić: „Mam absolutną rację, a oni wszyscy mylą się co do Boga”?

    5. Czy Bóg istnieje? Wiemy, że Bóg istnieje, ponieważ On szuka kontaktu z nami. Podejmuje różne działania i zachęca nas, żebyśmy się do Niego zwrócili.

    Dawniej byłam ateistką i jak większość ateistów zastanawiałam się często, dlaczego ludzie w ogóle wierzą w Boga. Ciekawe, że ateiści poświęcają tyle czasu, uwagi i energii, próbując obalić coś, co, jak wierzą, nawet nie istnieje! Co nimi powoduje? Gdy byłam ateistką, tłumaczyłam swoje intencje troską o biednych ludzi karmiących się złudzeniami… Chciałam im pomóc w uświadomieniu sobie, że ich nadzieja jest pozbawiona podstaw. Szczerze mówiąc, kierowała mną również motywacja innego rodzaju. Podważając przekonania osób wierzących w Boga, byłam ciekawa, czy uda im się przekonać mnie do swoich racji. Chciałam uwolnić się od pytania o Boga. Gdybym była w stanie niezbicie wykazać wierzącym, że się mylą, problem zostałby rozwiązany i mogłabym bez przeszkód zająć się innymi sprawami.

    Nie wiedziałam, że temat Boga ciążył tak bardzo na moim umyśle, ponieważ On sam wywierał na mnie nacisk. Przekonałam się, że Bóg chce być znany. Stworzył nas właśnie po to, byśmy Go znali. Otoczył nas całym mnóstwem faktów i konsekwentnie konfrontuje nas z pytaniem o to, czy On istnieje. Czułam się tak, jakbym nie mogła uciec przed myślą, że Jego istnienie jest możliwe — w dniu, w którym postanowiłam uznać, że Bóg jest, rozpoczęłam swoją modlitwę od stwierdzenia „No dobrze, wygrałeś…”. Być może zasadniczym powodem, dla którego ateiści tak bardzo przejmują się ludźmi wierzącymi w Boga, jest właśnie to, że Bóg szuka w ten sposób drogi do ich serc.

    Nie jestem jedyną osobą, która doświadczyła czegoś podobnego. Malcolm Muggeridge, socjalista i autor książek filozoficznych, opisał swoje życie przed poznaniem Boga w taki oto sposób: „Miałem poczucie, że nie tylko ja prowadzę poszukiwania, ale ktoś poszukuje mnie”. C.S. Lewis wspominał: „Wyobraźcie sobie, jak siedzę w pokoju w Magdalen i czuję co noc, że ile razy odrywam się choćby na sekundę od pracy, niezmiennie napotykam Jego coraz wyraźniejszą, tak przecież niechcianą obecność. To, czego tak bardzo się bałem, spotkało mnie w końcu. Wiosną 1929 roku poddałem się i uznałem, że Bóg jest Bogiem. Ukląkłem i modliłem się tej nocy jak największy i najbardziej opieszały grzesznik w całej Anglii”.

    Lewis napisał później książkę pod tytułem Zaskoczony radością, która jest owocem jego osobistego spotkania z Bogiem. Ja też nie miałam żadnych oczekiwań, gdy po prostu przyznałam zgodnie z prawdą, że Bóg istnieje. A jednak na przestrzeni kolejnych kilku miesięcy Jego miłość do mnie zupełnie mnie zadziwiła.

    6. Czy Bóg istnieje? W przeciwieństwie do wszystkich innych objawień, Jezus Chrystus jest najwyraźniejszym, najkonkretniejszym obrazem Boga, który poszukuje z nami kontaktu.

    Dlaczego Jezus? Jeśli przyjrzymy się głównym religiom świata, odkryjemy, że Budda, Mahomet, Konfucjusz i Mojżesz określali się mianem nauczycieli lub proroków. Żaden z nich nie twierdził nigdy, że jest równy Bogu, natomiast w odróżnieniu od nich Jezus złożył taką deklarację. Mówił swoim słuchaczom, że Bóg istnieje i że właśnie na Niego patrzą. Choć nauczał o swoim Ojcu w niebie, nie mówił z pozycji oddzielenia od Niego, ale z pozycji jedności z Ojcem — jedności niedostępnej dla żadnego innego człowieka. Jezus twierdził, że kto Go zobaczył, zobaczył także i Ojca, a kto w Niego uwierzył, uwierzył w Ojca.

    Jezus powiedział: „Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia”8. Przypisywał sobie atrybuty właściwe jedynie Bogu — zapewniał, że może przebaczać ludziom grzechy, uwalniać od grzesznych nawyków, udzielać poczucia sensu i spełnienia, a także ofiarować życie wieczne w niebie. W przeciwieństwie do innych nauczycieli, którzy zwracali uwagę na swoje słowa, Jezus wskazywał ludziom na samego siebie. Nie mówił: „Słuchajcie moich słów, a znajdziecie prawdę”. Twierdził raczej: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”9.

    Czy Jezus przedstawił jakieś dowody na poparcie przypisywanej sobie boskości? Tak — robił rzeczy, których nie są w stanie zrobić inni ludzie. Dokonywał cudów. Uzdrawiał ludzi — niewidomych, kalekich, głuchych — a kilka osób wzbudził z martwych. Miał władzę nad przedmiotami — rozmnażał chleb i ryby, karmiąc tłumy liczące kilka tysięcy osób. Panował nad siłami przyrody — chodził po jeziorze i uciszył burzę, żeby ochronić swoich przyjaciół przed żywiołem. Tłumy nie odstępowały Jezusa na krok, ponieważ stale zaspokajał ich potrzeby i dokonywał cudów. On sam powiedział, że jeśli ktoś nie chce wierzyć w to, co mówi, powinien przynajmniej uwierzyć w Niego ze względu na cuda, które ogląda10.

    Jezus Chrystus pokazał nam Boga, który jest łagodny i kochający, który zdaje sobie sprawę z naszego egoizmu i niedoskonałości, ale mimo to gorąco pragnie bliskiej więzi z nami. Jezus uczył, że chociaż w Bożych oczach jesteśmy grzesznikami zasługującymi na karę, Jego miłość do nas przeważyła i Bóg przygotował inny plan. Sam przyjął postać człowieka i wziął na siebie karę za nasze grzechy. To brzmi niedorzecznie? Być może, ale wielu kochających ojców chętnie zamieniłoby się miejscami ze swoimi dziećmi na oddziale onkologicznym, gdyby tylko było to możliwe. Biblia mówi, że kochamy Boga dlatego, że On pierwszy nas umiłował.

    Jezus zamienił się z nami miejscami i umarł za nas, abyśmy mogli otrzymać przebaczenie. Na tle wszystkich innych religii znanych ludzkości tylko w Jezusie widzimy Boga, który wychodzi naprzeciw człowiekowi i oferuje nam możliwość nawiązania z Nim więzi. Jezus okazuje nam Boże serce przepełnione miłością, zaspokaja nasze potrzeby i przybliża nas do siebie. Przez Jego śmierć i zmartwychwstanie możemy dziś otrzymać nowe życie. Możemy doświadczyć przebaczenia, akceptacji oraz prawdziwej miłości ze strony Boga. On sam mówi do nas: „Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też zachowałem dla ciebie łaskawość”11. To właśnie Bóg w działaniu.

    Czy Bóg istnieje? Jeśli chcesz się dowiedzieć, zapoznaj się bliżej z osobą Jezusa Chrystusa. To właśnie o nim powiedziano: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”12.

    Bóg nie zmusza nas do uwierzenia w Niego, chociaż mógłby to zrobić. Zamiast tego zapewnił nam dostęp do wielu faktów przemawiających za Jego istnieniem, tak abyśmy mogli dobrowolnie się do Niego ustosunkować. W tym artykule wspomnieliśmy o doskonałej odległości Ziemi od Słońca, unikatowych właściwościach chemicznych wody, ludzkim mózgu, DNA, niezliczonej rzeszy ludzi dających wyraz swojej wierze w Boga, nurtującym nasze serca i umysły pytaniu, czy Bóg istnieje, czy wreszcie o gotowości Boga do wyjścia nam naprzeciw i objawienia się przez Jezusa Chrystusa. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o Jezusie i powodach, które przemawiają za tym, by w Niego uwierzyć, zobacz: Wiara nie jest ślepa.

    Jeśli chcesz nawiązać więź z Bogiem, możesz to zrobić już teraz.

    To twoja decyzja, nikt nie może cię do niej zmusić. Jednak jeśli chcesz uzyskać Boże przebaczenie i nawiązać z Nim przyjaźń, możesz to zrobić choćby zaraz, prosząc Go, aby ci wybaczył i wszedł w twoje życie. Jezus mówi: Oto stoję u drzwi [serca] i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego”13. Jeśli chcesz to zrobić, ale nie wiesz, jak wyrazić swoje pragnienie słowami, możesz skorzystać z następującej modlitwy: „Jezu, dziękuję, że umarłeś za moje grzechy. Znasz moje życie i wiesz, że potrzebuję przebaczenia. Proszę, żebyś mi teraz przebaczył i wkroczył w moje życie. Chce naprawdę Cię poznać. Przyjdź teraz do mojego życia. Dziękuję, że chcesz się ze mną przyjaźnić. Amen”.

    Dla Boga wasza przyjaźń jest czymś nienaruszalnym. Mówiąc o wszystkich, którzy uwierzą w Niego, Jezus stwierdza: „Ja ich znam. Oni idą za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki”14.

    A zatem – czy Bóg istnieje? Po przeanalizowaniu przedstawionych tutaj faktów można dojść do wniosku, że Bóg istnieje i można Go poznać, nawiązując z Nim bliską, osobistą więź. Jeśli potrzebujesz więcej informacji na temat boskości Jezusa lub istnienia Boga albo jeśli masz inne ważne pytania, napisz do nas.

    mp/źródło: kazdystudent.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Naukowe dowody na istnienie Boga

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Naukowe dowody na istnienie Boga

    – „Naukowy obraz otaczającego mnie świata jest bardzo niepełny. Daje mi mnóstwo rzeczowych informacji, w sposób cudownie spójny porządkuje całe nasze doświadczenie, ale jednocześnie upiornie milczy o sprawach bliskich naszemu sercu, naprawdę dla nas ważnych. Nie wie nic o pięknu i brzydocie, dobru i złu, Bogu i wieczności. Nauka czasem udaje, że odpowiada na takie pytania, ale jej odpowiedzi są na ogół tak niemądre, że nie możemy ich traktować poważnie. […] Nauka jest również powściągliwa w kwestii wielkiej Jedności, której w jakiś sposób jesteśmy częścią, do której należymy. W naszych czasach Jedność tę określa się najczęściej mianem Boga przez duże B. Naukę zaś powszechnie uważa się za działalność ateistyczną. W świetle powyższych spostrzeżeń nie ma w tym nic zaskakującego. Jeżeli naukowy obraz świata nie obejmuje nawet piękna, zachwytu, smutku, jeżeli za zgodą powszechną usunięto z niego osobowość, to jak miałby obejmować najbardziej wzniosłą ideę, która objawia się umysłowi człowieka?” – powiedział wybitny fizyk Erwin Schrӧdinger, twórca mechaniki falowej i pionier teorii kwantowej.

    KRUCJATA NAUKI PRZECIWKO NIEWIERZE

    Doświadczenie licznej rzeszy naukowców, gotowych uczciwie formułować wnioski z czynionych obserwacji i badań, owocuje przekonaniem, iż wszechświat powołała do istnienia nieskończona wyższa Inteligencja. Anhony Flew, brytyjski profesor filozofii, niegdyś zagorzały orędownik ateizmu, wyznał u schyłku swego życia: „Wierzę, że misterne prawa rządzące wszechświatem objawiają to, co naukowcy nazwali Umysłem Boga. Wierzę, że życie i jego odtwarzanie mają początek w boskim Źródle. Dlaczego w to wierzę, skoro przez ponad pół wieku broniłem światopoglądu ateistycznego? Najkrócej mówiąc dlatego, że taki właśnie obraz świata wyłania się ze współczesnej nauki.” ¹ Flew w swojej publikacji przywołuje liczne przykłady uczonych, którzy posługując się badawczą metodą naukową, doszli do identycznego wniosku. Za wszelkiego rodzaju ateizm odpowiada wyłącznie celowa odmowa „patrzenia” – pisze były ateista.

    Religia i nauki przyrodnicze walczą ramię w ramię w nigdy nie ustającej krucjacie przeciwko sceptycyzmowi i dogmatyzmowi, przeciwko niewierze i zabobonowi”. Tak stwierdził słynny noblista Max Planck, genialny fizyk niemiecki, który jako pierwszy wysunął hipotezę kwantową. W dalszych swych wywodach Max Planck nie pozostawił złudzeń – jest to krucjata ZA BOGIEM.²

    Inny wybitny fizyk – Erwin Schrӧdinger, twórca mechaniki falowej i pionier teorii kwantowej, stwierdził:

    Naukowy obraz otaczającego mnie świata jest bardzo niepełny. Daje mi mnóstwo rzeczowych informacji, w sposób cudownie spójny porządkuje całe nasze doświadczenie, ale jednocześnie upiornie milczy o sprawach bliskich naszemu sercu, naprawdę dla nas ważnych. Nie wie nic o pięknu i brzydocie, dobru i złu, Bogu i wieczności. Nauka czasem udaje, że odpowiada na takie pytania, ale jej odpowiedzi są na ogół tak niemądre, że nie możemy ich traktować poważnie. […] Nauka jest również powściągliwa w kwestii wielkiej Jedności, której w jakiś sposób jesteśmy częścią, do której należymy. W naszych czasach Jedność tę określa się najczęściej mianem Boga przez duże B. Naukę zaś powszechnie uważa się za działalność ateistyczną. W świetle powyższych spostrzeżeń nie ma w tym nic zaskakującego. Jeżeli naukowy obraz świata nie obejmuje nawet piękna, zachwytu, smutku, jeżeli za zgodą powszechną usunięto z niego osobowość, to jak miałby obejmować najbardziej wzniosłą ideę, która objawia się umysłowi człowieka?”³

    Nie sposób nie podzielić spostrzeżenia, że ateistyczna nauka, przyjmując jako punkt wyjścia i dojścia tezę o nieistnieniu Boga, posługuje się niczym innym jak dogmatem, przecząc tym samym idei naukowej. A wszakże już Sokrates pouczył wszystkich, pretendujących do miana ludzi nauki, że za danym rozumowaniem musimy iść, dokądkolwiek prowadzi.

    Twórca trzeciej teorii kwantów, Paul Dirac, kontynuując dorobek Heisenberga i Schrӧdingera stwierdził, że „Bóg jest bardzo wyrafinowanym matematykiem i konstruując wszechświat, posłużył się wyższą matematyką”.⁴

    Czyż nie tę samą myśl wraził Niels Bohr, gdy wykrzyknął w zachwycie, iż ruch cząstek elementarnych jest zjawiskiem tak pięknym, że może być opisywany tylko językiem poezji? Zatem mamy tu już nie tylko wyrafinowanego Matematyka, lecz genialnego Poetę – Stwórcę.

    A nie kto inny, jak Karol Darwin, o kilka pokoleń poprzedzający narodziny teorii kwantowej, dostrzegając iż ewolucjonizm nie opisuje w sposób dostateczny bogactwa ludzkiej natury, ujął to w takich słowach:

    [Istnieje] „nadzwyczajna trudność czy wręcz niemożliwość wyobrażenia sobie, iż niezmierzony i cudowny wszechświat wraz z człowiekiem zdolnym do spoglądania zarówno wstecz, jak i w daleką przyszłość, jest dziełem przypadku lub konieczności. Gdy zastanawiam się nad tym, czuję, że zmuszony jestem zwrócić się ku Pierwszej Przyczynie władającej rozumem w jakimś stopniu analogicznym do rozumu człowieka: a więc należy mi się miano Teisty.⁵

    NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO

    Obserwacja świata natury prowadzi wieloma drogami do wniosku o stworzeniu świata, a zatem o jego początku i końcu. Boski Autor kosmicznego projektu objawia się w przyrodzie zwłaszcza w dwóch obszarach: ścisłego obowiązywania praw przyrody oraz przekazywania życia.

    Nauka opiera się na założeniu, że świat jest na wskroś racjonalny i logiczny na wszystkich poziomach” – powiada Paul Davies, bodaj najważniejszy interpretator nauki współczesnej. „Ateiści twierdzą, że prawa przyrody istnieją bez powodu i że wszechświat jest w ostatecznym rachunku niedorzeczny. Nie mogę się z tym zgodzić jako naukowiec. Musi istnieć niezmienna podstawa racjonalna będąca korzeniem logicznej i uporządkowanej natury wszechświata”. *

    Ważne jest nie tylko to, że w przyrodzie istnieją prawidłowości, ale że te prawidłowości są matematycznie ścisłe, ogólne i wzajemnie powiązane. Einstein nazywał je „rozumem wcielonym”. „Chcę wiedzieć, w jaki sposób Bóg stworzył ten świat. […] Chcę poznać Jego myśli, reszta to szczegóły” – tak Einstein wyrażał swą naukową pasję. Skąd bierze się w przyrodzie tak ścisły porządek? Wiedzeni tą samą pasją, pytanie to zadawali sobie uczeni od Newtona i Maxwella po Einsteina i Heisenberga.

    Współcześnie Stephen Hawking pisał: „Wrażenie porządku jest przytłaczające. Im więcej dowiadujemy się o wszechświecie, tym , tym większą odczuwamy pewność, że rządzą nim racjonalne prawa”. […] Wciąż istnieje pytanie: dlaczego wszechświat zadaje sobie trud istnienia? Jeżeli chcecie, możecie zdefiniować Boga jako odpowiedź na to pytanie.” ⁶ Jest to zatem pytanie o początek. Dopóki bowiem nic nie przeczy temu, że wszechświat nie ma nie tylko końca, ale i początku, dopóty jego istnienie można uznać za fakt ostateczny. Ostateczności tej przeczą jednak same tylko – coraz doskonalsze – obserwacje nieustannego rozszerzania wszechświata i nieustannej kreacji materii zgodnie z teorią Wielkiego Wybuchu, będącej zarazem naukową próbą opisania owego okrytego tajemnicą początku. Co było przedtem? Jak to możliwe, że owo „coś”, będące skumulowaną energią o nieprawdopodobnie wielkiej gęstości, o olbrzymiej temperaturze i ciśnieniu „wyłoniło” się samoistnie z „niczego” – pozostaje tajemnicą Boga.

    JEŚLI SIĘ NIE ODMIENICIE I NIE STANIECIE JAK DZIECI, NIE WEJDZIECIE DO KRÓLESTWA…

    Einstein nie był ateistą. Sam to wyraźnie oświadczył, co przytacza jeden z jego przyjaciół – Max Jammer, autor książki Einstein and Religion.* Odcinając się zwłaszcza od sugerowanych związków z filozofią Spinozy, polegających na utożsamieniu Boga z przyrodą, Einstein utrzymywał, że Bóg objawia się poprzez prawa wszechświata jako „duch, który nieskończenie przewyższa ducha ludzkiego i w obliczu którego człowiek, świadom, jak skromne ma możliwości, musi odczuwać pokorę”.

    Rozwijając tę myśl, Einstein sformułował porównanie:

    Nie jestem ateistą i nie sądzę, abym mógł się nazwać panteistą.

    Znajdujemy się w sytuacji małego dziecka, które wchodzi do ogromnej biblioteki wypełnionej książkami w wielu językach. Dziecko wie, że ktoś musiał te książki napisać. Nie wie jak. Nie zna języków, w których napisano te książki. Dziecko podejrzewa, że książki ustawiono zgodnie z pewnym tajemniczym porządkiem, ale go nie rozumie. Myślę, że w tej sytuacji znajduje się nawet najbardziej inteligentny człowiek wobec Boga. Widzimy wszechświat urządzony i podlegający pewnym prawom, ale prawa te rozumiemy tylko mgliście. Nasze ograniczone umysły zdają sobie sprawę z istnienia tajemniczej siły, która porusza konstelacjami. […] Owo głębokie przekonanie, że istnieje najwyższy umysł objawiający się poprzez niepoznawalny do końca wszechświat, stanowi podstawę mojej koncepcji Boga”. ⁷

    CUD ŻYCIA

    Podążając za dowodami dokądkolwiek prowadzą, Anthony Flew stwierdził: badania and DNA odsłoniły tak niewiarygodną złożoność struktur niezbędnych do wytworzenia życia, że moim zdaniem dowodzi to, iż połączenie tych niesamowicie zróżnicowanych elementów w taki sposób, aby z sobą współpracowały, musiało się odbyć z udziałem inteligencji. Chodzi o kolosalną złożoność wszystkich tych elementów i nadzwyczajną subtelność sposobów, w które ze sobą współpracują. Szansa na przypadkowe sprzęgnięcie się tych dwóch aspektów jest po prostu znikoma.*

    Idąc dalej, Flew formułuje opinię, że „przypadkowe” powstanie życia jest równie prawdopodobne jak to, że stado małp uderzające na oślep w klawiaturę komputera może w końcu napisać sonet Szekspira. Flew przywołuje eksperyment przeprowadzony przez naukowców z British National Council of Arts polegający na tym, że do klatki z sześcioma małpami wstawiono komputer. Po miesiącu nieustannego bębnienia w klawiaturę komputera (połączonego z zanieczyszczaniem jej ekskrementami) małpy doprowadziły do zapełnienia znakami 50-ciu stron, jednak nie wytworzyły ani jednego słowa. Przy tym wynik uwzględniał fakt, że najkrótsze słowa w języku angielskim składają się z jednej litery (jak w przypadku „I” czy „a” – gdy przed i za znajdzie się spacja. Przyjmując w dużym uproszczeniu, że klawiatura obejmuje 30 znaków (26 liter + inne znaki) prawdopodobieństwo napisania słowa jednoliterowego wynosi 30 razy 30 razy 30 czyli 1/27000. Jaka jest zatem szansa napisania czternastu wersowego sonetu Szekspira jak choćby słynnego „Shall I comapre thee to a summer day?” Przeliczywszy ilość liter składających się na ów sonet, otrzymujemy liczbę 488. Prawdopodobieństwo wstukania 488 liter w takiej kolejności, jak występują w sonecie, wynosi 26⁴⁸⁸ czyli 10⁶⁹⁰ /*. A jakże skromne jest owo porównanie do złożoności struktury cząsteczki DNA, z jej mechanizmem kodowania! “Nieważne jak olbrzymie środowisko jest brane pod uwagę, życie nie mogło mieć przypadkowego początku. Stada małp bębniące na chybił trafił na maszynach do pisania nie mogłyby wyprodukować dzieł Szekspira z tej praktycznej przyczyny, że cały dostępny obserwacjom wszechświat nie jest wystarczająco olbrzymi by pomieścić niezbędne hordy małp, niezbędne maszyny do pisania i, z pewnością, niezbędne śmietniki, do których wyrzucano by nieudane próby. Tak samo rzecz ma się z żywą materią.” – puentuje sir Fred Hoyle.⁸

    Parafrazując inne słynne stwierdzenie Freda Hoyle’a podsumować można, że prawdopodobieństwo samoistnego wyłonienia się życia z materii równe jest prawdopodobieństwu zdarzenia, że z wszystkich części i fragmentów Tupolewa 154, porozkręcanych i chaotycznie porozrzucanych na złomowisku, po przypadkowym przejściu trąby powietrznej znajdziemy w pełni złożony TU 154, gotowy do lotu.

    BAJKA O TYM, JAK DAWNO TEMU MATERIA OŻYŁA I STAŁA SIĘ JAŹNIĄ

    Oczywiście wiemy, że życie mogło przetrwać tylko dzięki korzystnym warunkom na naszej planecie. Nie istnieje jednak prawo przyrody, które nakazuje materii wytworzenie wewnętrznie celowych i rozmnażających się istot. Laureat nagrody Nobla, fizjolog George Wald oświadczył wprost: naukowe wyjaśnienia pochodzenia życia zakładają wiarę w niemożliwe, czyli wiarę, że życie powstało spontanicznie, przez przypadek. „To umysł stworzył wszechświat fizyczny, który rodzi życie i wyłania z siebie w końcu istoty poznające i tworzące, uprawiające naukę, sztukę i technologię”. ⁹

    Aby zilustrować to twierdzenie, warto dokonać pewnego eksperymentu myślowego – proponuje Anthony Flew: „Powiedzmy, że mamy przed sobą stół marmurowy, i zastanówmy się nad nim przez chwilę. Czy sądzicie, że za bilion lat lub nawet czas nieskończony ten stół mógłby nagle lub stopniowo stać się świadomy, uzmysłowić sobie swoje otoczenie i siebie w taki sposób, w jaki i wy sobie to uświadamiacie? To, że doszłoby lub mogłoby dojść do tego, jest po prostu niewyobrażalne. I dotyczy to wszelkiej innej materii. Kiedy rozumie się naturę materii, czyli masy-energii, rozumie się, że materia właśnie z powodu swej natury nigdy nie może stać się „świadoma”, nigdy nie „myśli”, nigdy nie mówi „ja”. Natomiast zgodnie ze stanowiskiem ateisty na pewnym etapie dziejów wszechświata to niemożliwe i niewyobrażalne stało się rzeczywistością. W pewnej chwili niezróżnicowana materia „ożyła”, potem stała się świadoma, zaczęła sprawnie posługiwać się pojęciami, wreszcie stała się jaźnią. […]

    Przez minione trzysta lat nauka empiryczna odkryła tak ogromny zasób wiadomości o świecie fizycznym, jakiego nasi przodkowie w ogóle nie potrafili sobie wyobrazić. Wiedza ta obejmuje głębokie zrozumienie sieci genetycznych i neuronowych, które są podłożem życia, świadomości, myślenia i jaźni. Ale z wyjątkiem twierdzenia, że te cztery zjawiska funkcjonują na gruncie podbudowy fizycznej, którą rozumiemy lepiej niż kiedykolwiek przedtem, nauka nie jest w stanie powiedzieć niczego na temat natury ani pochodzenia tych zjawisk jako takich. Chociaż indywidualni naukowcy próbują wyjaśniać je jako przejawy materii, w żaden sposób nie da się dowieść moje rozumienie tego zdania jest jedynie szczególnym oddziaływaniem w moim układzie nerwowym. Oczywiście moim myślom towarzyszą oddziaływania w moim układzie nerwowym, a nowoczesna neurologia wyodrębnia obszary mózgu, które podtrzymują określonego rodzaju aktywność myślową. Ale twierdzenie, że dana myśl JEST określonym zespołem oddziaływań nerwowych, jest tak niedorzeczne jak sugestia, że idea sprawiedliwości jest jedynie określonego rodzaju śladami atramentu na papierze”. *

    JESTEM, WIĘC MYŚLĘ. JESTEM, WIĘC WIERZĘ.

    Richardowi Dawkinsowi, zdeklarowanemu antyteiście i przeciwnikowi wszelkiej religii, nie zabrakło uczciwości by w odpowiedzi na pytanie o pochodzenie i istotę świadomości subiektywnej, stwierdzić: „Ni w ząb nie rozumiem tego cholerstwa we mnie”. ¹⁰

    Paradoksalnie największym przeoczeniem nowych ateistów jest najbardziej oczywista z danych, czyli oni sami. Najwyższą znaną nam z doświadczenia rzeczywistością ponadfizyczną i fizyczną zarazem jest sam podmiot doświadczenia, czyli my sami. Kiedy uzmysławiamy sobie istnienie perspektywy pierwszej osoby, a więc sens takich słów jak „ja”, „mnie”, „moje” i pokrewnych, stajemy przed największą ale i najbardziej porywająca tajemnicą. Ja jestem. Odwrotnie niż u Kartezjusza: Jestem, więc myślę, postrzegam, zamierzam, pojmuję oddziałuję.

    Kim jest owo „ja”? Gdzie ono jest. Skąd się wzięło?… *

    Rozważania te oczywiście nie mogą wyczerpać możliwych argumentów w dyskusji o Początku i Stwórcy. Objawiona wiara, która staje się doświadczeniem życia w Bogu, poucza iż: nie jesteśmy jakimś przypadkowym i bezsensownym produktem ewolucji. Każdy z nas jest wyrazem myśli Bożej. Każdy z nas stał się upragnionym, ukochanym i wręcz koniecznym. (Benedykt XVI).

    Monika Grzesik

    PRZYPISY:

    ¹ Anthony Flew, Bóg istnieje, tłum. R. Pucek, Fronda 2010.

    Tytuł oryginalny: THERE IS A GOD. How the World’s Most Notorious Atheist Changed His Mind.

    Wszystkie fragmenty oznaczone (*) pochodzą z przywołanej w przypisie ¹ publikacji

    Pozostałe przypisy, z wyjątkiem (⁷) podane w ślad za powyższą publikacją.

    ² Max Planck, Where is science going? New York 1977 s. 168

    ³ Erwin Schrӧdinger My View of the World, Cambridge 1964, s. 93

    ⁴ Paul A. M. Dirac The Evolution of the Physicist’s Picture of Nature ”Scientific American” nr 208

    ⁵ Max Jammer, Einstein and Religion, Princeton 1999 s. 45 -46

    ⁶ Karol Darwin Autobiografia, tłum. St. Skowron w: Dzieła wybrane t. VIII, Warszawa 1960 str. 47

    ⁷ Stephen Hawking, Krótka Historia czasu, tłum. P. Amsterdamski, Warszawa 1990, s. 161

    ⁸ Fred Hoyle and N. Chandra WickramasingheEvolution from Space: A Theory of Cosmic Creationism (New York: Simon and Schuster, 1981), p. 148

    ⁹ Georg Wald, Life and mind in the Universe [w]: Henry Margenau, Roy Abraham Vaghese, Cosmos, Bios, Theos, La Salle 1992, s. 218

    ¹⁰ Richard Dawkins, Steven Pinker Is Science Killing the Soul? The Guardian-Dillons Debate w “Edge” nr 53 (8 kwietnia 1999)

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fizyk kwantowy mówi wprost: Bóg stworzył świat!

    fot. Screenshot – YouTube (UAE Ambition)

    ***

    Fizyk kwantowy mówi wprost:

    Bóg stworzył świat!

    Fizyk teoretyczny dr Michio Kaku, współtwórca tak zwanej teorii strun, przekonuje, że świat został stworzony przez Boga – i są na to doskonałe fizyczne argumenty.

    “Jest dla mnie jasne, że istniejemy w świecie rządzonym przez stworzone zasady” – pisze dr Kaku w artykule opublikowanym przez Geofilozoficzne Stowarzyszenie Studiów Antropologicznych i Kulturowych. Jak dodaje Kaku, zasady, podług których funkcjonuje świat, zostały w jego ocenie “ukształtowane przez uniwersalną inteligencję, a nie przez przypadek”.

    Naukowiec pracuje na co dzień w City College w Nowym Jorku. Jego zdaniem można twierdzenie o Bożym planie wyjaśnić na przykład poprzez prymitywne półpromienne tachiony, a więc cząstki zdolne do odczepiania materii.

    Dr Kaku swoje wnioski wypracował zajmując się teorią strun. 

    “Żyjemy w świecie stworzonym podług zasad przez niewyobrażalną inteligencję” – zauważa uczony. Jak dodaje, “Bóg może być matematykiem”. “Jak sądzimy, umysł Boga to kosmiczna muzyka strun wybrzmiewająca przez złożoną z 11 wymiarów nadprzestrzeń” – stwierdza z kolei w jednym ze swoich filmów uczony.

    bbb/chnnews.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fizyka kwantowa i istnienie Boga. Jest dowód?

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Fizyka kwantowa i istnienie Boga. Jest dowód?

    Podstawowym założeniem metody badawczej stosowanej w naukach przyrodniczych jest przyjęcie, że wszystko można wyjaśnić w sposób naturalistyczny, bez odwoływania się do czynników ponadnaturalnych. Inaczej mówiąc, nauki te prowadzą badania tak, jakby Bóg nie istniał. Odnalazły one swoją tożsamość, gdy zrezygnowały ze stawiania pytań, na które nie są w stanie udzielić odpowiedzi.

    Chciałbym się odnieść tylko do tego, czy rzeczywiście wiara chrześcijańska jest sprzeczna z nauką. W średniowieczu nikt nie myślał o ateizmie, o tym, że istnienie Boga można kwestionować. Wystarczy wspomnieć wielkiego fizyka Isaaca Newtona, który twierdził jeszcze w XVII w., że ateizm – czyli niewiara w Boga – jest tak niedorzecznym poglądem, iż w zasadzie nie ma on zwolenników. I tak było. Natomiast teraz ateizm jest jedną z religii na świecie, mającą swoich wyznawców.

    Pod koniec XIX w., wraz z rozwojem technik obserwacyjnych, m.in. dzięki powstaniu teleskopów, stwierdzono, że Słońce jest gwiazdą i że takich gwiazd są miliardy. Słońce jest tylko jedną z gwiazd ogromnego systemu gwiezdnego, który nazywamy Drogą Mleczną lub Galaktyką, zawierającego – jak teraz wiemy – ok. 300 mld gwiazd. Widzimy, że Słońce i cały Układ Słoneczny wraz z Ziemią są tylko drobnym fragmentem tego układu gwiezdnego. Żeby móc sobie uzmysłowić, jaki jest ogrom tego systemu gwiezdnego w kształcie dysku, wystarczy sobie wyobrazić, że gdybyśmy zredukowali odległość Ziemia – Słońce, która wynosi 150 mln km, do 1 mm, to średnica tego układu gwiezdnego miałaby ok. 6 tys. km (czyli mniej więcej jak od nas do Stanów Zjednoczonych). I wiedziano już pod koniec XIX w., że ten układ gwiezdny jest zawieszony w pustej, niekończącej się przestrzeni. Przypuszczano, że czas też jest wieczny, dlatego następują lokalne zmiany gwiazd: jedne się tworzą, inne się rozpadają – ale wszechświat jest wieczny.

    Właśnie gwałtowny postęp w naukach przyrodniczych oraz rozwój techniki, który był z nim związany, spowodowały wypracowanie pewnej metody badań przyrody. Stwierdzono, że możemy badać tylko te wielkości, które potrafimy zmierzyć i opisać matematycznie. I dlatego przyjęto jako zasadę metodologiczną, że interesujemy się tylko przyrodą materialną. To założenie metodologiczne czasami nazywa się naturalizmem metodologicznym. Naturalizmem – czyli zakładamy, że istnieje tylko przyroda, że nie ma nic poza przyrodą. Po prostu nauki funkcjonują tak, jakby Bóg nie istniał. Takie jest założenie metodologiczne.

    Ale euforia związana właśnie z postępem naukowo-technicznym XIX w. spowodowała, że to założenie metodologiczne zostało przeniesione na to, co istnieje. Naukowcy zaczęli się zachowywać tak, jak gdyby to nie było tylko przyjęcie jakiejś wybranej metodologii, która się okazała bardzo skuteczna, i zaczęli tworzyć iluzję, że tylko sama przyroda istnieje – poza nią nie istnieje nic. I wtedy powstał tzw. naturalizm metafizyczny czy ontologiczny: zakładamy, że poza przyrodą nic nie istnieje. Założenie to już nie jest nauką – to jest pewna ideologia. Ale ideologia ta stała się fundamentem właśnie bezbożnictwa, ateizmu – czyli odrzucenia jakiejkolwiek rzeczywistości poza naturą.

    Gwałtowny rozwój nauki i techniki w XX w. wpłynął na to, że w wielu kręgach, zwłaszcza naukowych, szerzyło się wówczas przekonanie, iż rzeczywiście przyroda jest samowystarczalna, w związku z czym nie musimy się odwoływać do żadnej rzeczywistości transcendentnej, przekraczającej przyrodę. Ta ideologia opanowała umysły ludzi z wielu środowisk i dodatkowo została wzmocniona przez darwinizm, czyli koncepcję zakładającą, że człowiek jest wytworem ewolucji biologicznej – zresztą ewolucji całego wszechświata, ale przede wszystkim ewolucji biologicznej. Z punktu widzenia ideologii naturalistycznej takie założenie jest konieczne, ponieważ jeśli zakładamy, że nie istnieje nic poza naturą, to oczywiście człowiek musi być produktem natury, a świadomość człowieka musi być wytworem tylko wysoko zorganizowanej materii – i umysł się sprowadza tylko do działania mózgu. I chyba to właśnie jest główna przyczyna powstania tego nurtu myślowego, który nazywamy materializmem naukowym albo wprost ateizmem naukowym.

    Jednak sytuacja uległa zmianie w XX w. Mianowicie, badając kosmos, odkryto wówczas kilka ważnych faktów: stwierdzono, że wszechświat się rozszerza, czyli że kiedyś w przeszłości był punkt, w którym galaktyki znajdowały się bardzo blisko siebie. Można oszacować ten punkt dość dokładnie: mianowicie to było mniej więcej 14 mld lat temu. To znaczy, że światło nie może do nas dobiegać z większej odległości niż 14 mld lat świetlnych. Okazało się, że nie będziemy mogli obserwować w nieskończoność coraz to większych odległości we wszechświecie, że nie będziemy mogli wnikać coraz bardziej w głąb wszechświata, jak to wyobrażano sobie w XIX w. Żeby to sobie uzmysłowić, wyobraźmy sobie naszą Galaktykę w takiej skali, że ma ona średnicę 1 mm; wtedy wszechświat, który możemy obserwować, ma promień o długości ok. 140 m. Czyli my jesteśmy jakby w środku kuli i dalej nie możemy wszechświata obserwować. Jest zatem pierwszy problem: możliwości obserwacji, czyli badań naukowych, są ograniczone. I to zarówno w przestrzeni, jak i w czasie. Dlatego, że jeśli spoglądamy 14 mld lat wstecz, cofamy się do momentu, kiedy wszechświat był bardzo gorący, miał powyżej 3 tysięcy stopni, i jeżeli jakakolwiek przeszłość wszechświata była przedtem, to ona jest nie do zbadania.

    Dalej z faktu rozszerzania się wszechświata wynika, że materia zostanie bardzo szybko rozproszona – szybko w skali kosmicznej – tak że nie będzie możliwe życie w jakimkolwiek punkcie wszechświata w dalekiej przyszłości. Czyli tym samym ludzkość nie może istnieć w nieskończoność, lecz musi mieć swój kres. Nawet loty kosmiczne nie ratują sytuacji, bo cały wszechświat nie będzie się nadawał do zamieszkania. W 1917 r. Einstein stwierdził, korzystając ze swojej ogólnej teorii względności, że w zasadzie sensownie możemy myśleć o wszechświecie tylko jako o wszechświecie zamkniętym, którego objętość jest ograniczona.

    Czyli widzimy, że ten materialistyczny entuzjazm XIX-wieczny został w pewien sposób nadszarpnięty przez najnowsze badania makrokosmosu. Ale również badania w mikrokosmosie doprowadziły fizyków do konsternacji, gdyż nie spodziewano się, że otrzyma się takie rezultaty. Kiedy badamy materię, okazuje się, że ona się składa z bardzo małych części: z atomów i z cząstek, powiedzmy, subatomowych. I teraz się okazało, że prawa rządzące tymi małymi cząstkami, które nazywamy fizyką kwantową, są zupełnie inne niż prawa fizyki dotyczące obiektów dużych. Przede wszystkim okazało się, że my nie możemy przewidzieć zjawisk, które nastąpią. Na ogół możemy podać tylko prawdopodobieństwo zdarzenia, które nastąpi, a nie mamy pewności co do jego zaistnienia. Czyli w fizyce kwantowej nie jest tak, jak zaobserwował Newton w makrokosmosie, że można obliczać ruchy planet na tysiące czy nawet miliony lat w czasie do przodu i do tyłu. Tutaj możemy tylko podać prawdopodobieństwo, co zajdzie, jeżeli dokonamy obserwacji.

    Fizyka kwantowa nie opisuje przesuwania się obiektów w przestrzeni i czasie, tylko przesuwanie się prawdopodobieństwa. Prawa fizyki kwantowej odnoszą się do szans, a nie do samych obiektów. Wtedy, kiedy obiekt taki jak atom czy cząstka subatomowa nie jest obserwowany, jest on tylko zbiorem szans, nie można mu przypisać żadnych parametrów fizycznych. Parametry fizyczne odnoszą się dopiero do procesu pomiaru. I to jest zdumiewające, bo podważa realizm dotyczący istnienia materii.

    W ten sposób się okazało, że każdy obiekt fizyczny w zasadzie możemy utożsamić ze skończonym zbiorem informacji. Czyli obiekt może nie istnieć, tylko być zastąpiony zbiorem informacji. Powstaje pytanie: jak możemy wytłumaczyć, jaką filozofię, jaką metafizykę możemy przyjąć, żeby wyjaśnić te wszystkie zjawiska kwantowe, które są takie zaskakujące? Materializm naukowy, który jest taki dumny i uważa siebie za czystą naukę, w fizyce kwantowej zawodzi. Zawodzi   dlatego, że materię możemy sprowadzić do zbioru informacji, a kiedy jej nie obserwujemy, to w zasadzie nic jej nie możemy przypisać. I dlatego potrzebna jest jakaś nowa metafizyka, która by wyjaśniała, jaka rzeczywistość kryje się za prawami fizyki kwantowej.

    Każdy naukowiec, który analizuje przyrodę, staje przed oczywistą prawdą, że jeżeli bada jakiś element rzeczywistości, to on jest racjonalny i można go zrozumieć – obojętnie, czy to jest atom, czy to jest jakiś układ masywny, czy jakiś organizm żywy – to widać, że to jest obiekt, który możemy poznawać. I naukowiec niewierzący wierzy, że w rozumie mamy pewną wiedzę przejściową, częściową, ale w miarę rozwoju nauki będziemy poznawać coraz głębiej tę rzeczywistość itd. Ale ten proces poznawania nie może się ciągnąć w nieskończoność, ponieważ są ograniczenia, których nigdy nie przekroczymy.

    Różnicą właśnie pomiędzy naukowcem wierzącym a niewierzącym jest to, że człowiek, który jest naukowcem wierzącym, uważa, że istnieje taki ogólny, wszechogarniający akt poznania i zrozumienia. Że istnieje ktoś, kto rozumie wszystko. Nie że my poznajemy z wielkim trudem poszczególne części przyrody, ale że istnieje pewien akt zrozumienia i poznania absolutny, który rozumie wszystko. Taki totalny akt zrozumienia i poznania możemy utożsamić z Bogiem. To właśnie Bóg wie wszystko. Możemy powiedzieć, że Bóg dysponuje wiedzą, od której większej wiedzy nie można pomyśleć. Czasami mówimy w skrócie, że jest to wszechwiedza. Po prostu zakładamy, że cechą Boga jest to, że On wie wszystko. Tradycja monoteizmu właśnie taki atrybut Boga przyjmuje jako rzecz jedną z fundamentalnych.

    Dalej – logika nas przekonuje, że każda idea, która obejmuje samą siebie, jest niepoznawalna dla racjonalnego rozumowania; my tego nie możemy poznać. A to oznacza, że Bóg, który jest wszechwiedzą, będzie tajemnicą, której nigdy nie zdołamy poznać na drodze rozumowania racjonalnego. Bóg może się nam objawić, ale nigdy nie możemy Go zrozumieć bez Jego pomocy – na drodze jakiejś analizy, na podstawie jakichś przesłanek rozumowych.

    Poza tym jeżeli Bóg jest miłością, to nasze istnienie świadczy o tym, że On stworzył nas z miłości. My jesteśmy tylko częścią wszechwiedzy; taką częścią, którą Bóg wyposażył w dwie ważne cechy: jesteśmy podmiotami i mamy wolną wolę. Bóg stworzył nas po to, żebyśmy mogli nawiązać relację miłości z Miłością – Miłością absolutną, czyli z Bogiem Trójjedynym. Bez założenia, że Bóg jest trójosobowy, samo istnienie, stworzenie człowieka wydaje się mało sensowne – i poza tym nie można by stwierdzić, dlaczego człowiek miałby mieć wolną wolę. Jeżeli Bóg nas stworzył z miłości, to my musimy mieć możliwość wyboru – czyli musi On stworzyć obszar możliwego działania dla człowieka, żeby on się mógł opowiedzieć za miłością lub przeciw miłości. I ten obszar my odczuwamy jako nasze ciało umieszczone we wszechświecie.

    Proszę zwrócić uwagę na fakt, że wszechświat musi być stworzony tylko ze wszechwiedzy, dlatego że nic poza wszechwiedzą nie istnieje. Zatem nasz wszechświat, który my odbieramy jako bardzo złożoną rzeczywistość, możemy w tym ujęciu wyobrazić sobie tak, iż w naszych umysłach po prostu jest on generowany przez Boga poprzez przekaz odpowiednich porcji (kwantów) wiedzy.

    Ktoś mógłby powiedzieć, że to są czyste spekulacje. Ale proszę też zobaczyć, że właśnie taka dziwna metafizyka, taka dziwna ontologia, taka dziwna struktura rzeczywistości dokładnie odpowiada temu, co mówi fizyka kwantowa. Dlaczego? No bo jeżeli jest tak, że wszechświat jest tylko zbiorem informacji, to jeżeli ja nie pytam, co zaszło, czy nie wykonuję obserwacji, no to mamy tylko zbiór możliwości – i dopiero wtedy, gdy zapytam, co się działo, no to Bóg nam daje odpowiedź: to znaczy ta odpowiedź od Boga już jest od wieków dana, od zawsze, ponieważ On jest wszechwiedzą i o tym, co odpowie, wiedział już zawsze, wie zawsze. Mało tego: jeżeli ja mam wolną wolę, to muszę mieć możliwość działania – czyli mogę zawsze wybrać z pewnych możliwości. Ale fizyka kwantowa mówi, że mogę określić tylko prawdopodobieństwo tego, co zajdzie. I rzeczywiście: póki nie ma rozstrzygnięcia dokonanego przez Boga, to sprawa jest w zawieszeniu – mamy jedynie zbiory możliwości. To jest zgodne z formalizmem matematycznym, który jest podstawą fizyki kwantowej.

    Proszę zobaczyć jeszcze, jakie są konsekwencje takiej metafizyki. Jeżeli nie było człowieka, to nie było też wszechświata. A przecież my obserwujemy, że wszechświat ma, jak mówiłem, 14 mld lat. Ale tu znowu dochodzi do głosu prawo fizyki kwantowej, które mówi, że jeżeli obiekt nie jest obserwowany, to jest on tylko zbiorem możliwości, nie można mu niczego przypisać. Czyli wszechświat powstał w momencie, kiedy powstał pierwszy człowiek, i z całego zbioru możliwych wszechświatów został wykreowany taki, w którym może istnieć właśnie człowiek taki, jakiego Bóg sobie założył. I to też odkryto w ramach badań kosmologicznych, że wszechświat jest właśnie tak skonstruowany, iż nawet drobne zmiany w jego strukturze uniemożliwiłyby życie człowieka. I to, że my obserwujemy przeszłość wszechświata, to jest tylko projekcja naszych wyobrażeń bazująca na prawach fizyki, które aktualnie obowiązują we wszechświecie.

    W ten sposób otrzymujemy zupełnie inne spojrzenie na teorię ewolucji. Oczywiście, badając jakieś skamieliny, mamy projekcję cofania się w czasie, ale rzeczywiste istnienie wszechświata może być takie jak istnienie człowieka. Nasuwa się tu oczywisty wniosek, że ideologia oparta na koncepcji Darwina jest nieprawdziwa: człowiek nie jest produktem wszechświata, jedynie zmodyfikowanym genetycznie zwierzęciem, które zyskało świadomość tylko dzięki własnej pracy itd. Z punktu widzenia fizyki kwantowej sytuacja jest zupełnie odwrotna. Możemy powiedzieć, że podejścia naturalistyczne są mało wiarygodne z punktu widzenia fizyki kwantowej. Z tego, co my naprawdę wiemy o wszechświecie w tej chwili, wynika, że znacznie lepsza jest metafizyka oparta na koncepcji Trójjedynej Osobowej Wszechwiedzy, ponieważ koncepcja taka więcej tłumaczy, a poza tym jest ona dokładnie zgodna z nauczaniem Kościoła katolickiego. I dlatego szykanowanie chrześcijan za to, że ich przekonania są sprzeczne z nauką, że chrześcijaństwo to jest ciemnogród, jest bezpodstawne. Wyrzucanie religii gdzieś na margines życia społecznego, czyli chrystofobia, z punktu widzenia nauki współczesnej, tej najbardziej wyrafinowanej nauki współczesnej, która dotyczy zarówno mikro-, jak i makroświata, wydaje się zupełnie nieusprawiedliwione.

    prof. Zbigniew Jacyna-Onyszkiewicz

    Tekst ukazał się w dwumiesięczniku “Miłujcie się!” (1/2011r.)

    mp/”Miłujcie się!” (1/2011)

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – czerwiec 2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Litania do Serca Pana Jezusa

    Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, świątynio Boga, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, źródło życia i świętości, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, zelżywością napełnione, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, włócznią przebite, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K: Jezu cichy i pokornego serca,
    W: Uczyń serca nasze według Serca Twego.

    Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i na chwałę, i zadośćuczynienie, jakie w imieniu grzeszników Ci składa, † daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia, * i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna swego, Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 26 CZERWCA – przy kaplicy izbie JEZUSA MIŁOSIERNEGO

     18.00 – 20.00  PORADNICTWO RODZINNE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 27 CZERWCA – kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    Kod Matki Bożej Nieustającej Pomocy

    Kod Matki Bożej Nieustającej Pomocy

    ***

    Dziś wspomnienie Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Jej obraz można znaleźć w chyba każdym polskim kościele. Ale czy wiesz, co oznaczają greckie napisy na tym słynnym wizerunku?

    Oryginał obrazu znajduje się w rzymskim kościele św. Alfonsa Liguoriego na Eskwilinie, przy Via Merulana.

    Rozszyfrujemy jednak napisy, które znajdują się w tle postaci.

    Po obu stronach głowa Maryi znajdują się litery: MP ΘΥ. To skrót od greckiego Μήτηρ Θεοῦ (Meter Theou), co oznacza: Matka Boga.

    Poniżej widać niewielkie postacie archaniołów, dzierżących symbole męki Chrystusa:  krzyż, gwoździe, włócznię, trzcinę z gąbką i naczynie z octem zaprawiony żółcią. Umieszczone nad nimi napisy to skróty ich imion:

    • ΟΡ М –  αρχάγγελος Μιχαήλ (Archannelos Michael) – Archanioł Michał
    • OΡ Г –  αρχάγγελος Γαβριήλ – Archannelos Gabriel– Archanioł Gabriel

    Jeszcze niżej widać litery: IC XC. To także skrót od Ιησούς Χριστός (Iesous Christos), czyli Jezus Chrystus. Jest to monogram Pana Jezusa, który na tym obrazie spoczywa w postaci Dzieciątka na rękach Swej Matki.

    W tym też tkwi najgłębszy sens wizerunku Matki Bożej Nieustającej Pomocy. To ikona w typie Hodegetrii, czyli “wskazującej drogę”. Drogę – czyli Pana Jezusa. Na Niego wskazuje Maryja, a zetknięcie dłoni Dzieciątka i Matki Bożej jest centralnym punktem obrazu, jego geometrycznym środkiem.

    Jarosław Dudała/Gość Niedzielny

    ***

    Modlitwa o nawrócenie grzeszników

    do Matki Bożej Nieustającej Pomocy

    Najbardziej znanym na świecie obrazem Maryi jest Ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy. 27 czerwca 2015 r. rozpoczął się Jubileusz 150-lecia przywrócenia jej do kultu publicznego. Redemptoryści spełnili prośbę bł. Piusa IX i zanieśli ten wizerunek na cały świat.

    Kolory szat postaci, odbiegające od najstarszych greckich kanonów ikonograficznych, określają symbolikę, która jest podatna na heterogeniczne interpretacje. Płaszcz Dziewicy koloru ultramaryny oznacza to, co ponadziemskie, jest symbolem wiary, głębokiego życia wewnętrznego, sugeruje cichą pokorę, akcentuje działanie wewnętrzne, pragnienie nieskończoności, przebóstwienie; może oznaczać także misterium, tajemnicę łaski Bożej, okrywającej Maryję – „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię” (Łk 1,35). Maryja jest symbolem Kościoła, stąd kolory jej szat odnoszą się nie tylko do Niej samej, ale także do wiernych Kościoła – Oblubienicy Chrystusa. Kolor granatowy ukazuje zatem wybranie i usprawiedliwienie przez wiarę całej społeczności wiernych (Rz 8,33), to symbol duchowości, wierności i powszechnego macierzyństwa Kościoła, którego wzorem jest Matka Boża. Czerwony kolor tuniki Dziewicy, przez związek z ogniem i krwią, pierwiastkami życia, oznacza miłość uduchowioną, pełnię Ducha Św. Jest też symbolem ofiary Maryi, jej altruizmu i duchowego męczeństwa, wyniesienia i godności. Czerwień ogłasza jednocześnie, że największą siłą Kościoła jest miłość, moc Ducha św., który uzdalnia do poświęcenia życia, do przelania krwi za braci (J 15,13). Kościół jest pokornym nosicielem mocy Boga i jest jej rozdawcą na ziemi.

    Zielony kolor tuniki Chrystusa, symbol życia, odnowy, młodości i odrodzenia duchowego, na ikonie oznacza życie wieczne, którego źródłem jest Bóg (J 1,4-5) i podkreśla bóstwo Chrystusa; poprzez Wcielenie to Życie stało się ludzkim życiem (J 1,14). Brązowy kolor chrystusowego płaszcza, kolor słońca, gliny i gleby, oznacza, że Słowo stało się człowiekiem, Synem Maryi, współdzieląc z nami ludzką naturę i historię, ludzkie ciało, zniszczalne i poddane skutkom grzechu, podkreśla również niezwykły gest pokory Boga, uniżenia (kathabasis), krańcowy gest ubóstwa i wyniszczenia z miłości do człowieka (2 Kor 8,9). Czerwony kolor przepaski, spinającej w jedno tunikę Chrystusa, mówi, że Wcielenie dokonało się z miłości posuniętej aż do przelania krwi, oznacza męczeństwo z miłości, ofiarę z życia dokonaną w mocy Ducha Św., by darować ludziom nowe życie. Połączenie barw zielonej i brązowej jest znakiem bóstwa i człowieczeństwa Chrystusa. Bóg stał się człowiekiem z miłości, która zaprowadziła Go aż na krzyż (J 15,13).

    MODLITWA O NAWRÓCENIE GRZESZNIKÓW

    Matko Nieustającej Pomocy wspomnij na Krew Boskiego Syna Twego wylaną dla dusz zbawienia, wspomnij na boleści jakie Twoje macierzyńskie serce wycierpiało i zlituj się nad tylu nieszczęśliwymi grzesznikami, którzy żyją z dala od Boga, i nie korzystają ze zbawczych zasług Pana Jezusa ani z łez przez Ciebie Matko wylanych. O Maryjo, wybłagaj miłościwie łaskę nawrócenia dla tylu grzeszników zwłaszcza w naszej parafii żyjących. Ofiaruj za nie sprawiedliwości Bożej krew Syna Świętego wraz z zasługami Twoich boleści i wspieraj mnie w mym pragnieniu pozyskania wielu dusz dla Pana Jezusa przez wypraszanie im Twojej przemożnej opieki.

    Matko Nieustającej Pomocy wstawiaj się za nieszczęśliwymi grzesznikami i wyproś im u Boga łaskę nawrócenia. Amen.

    ANTYFONA KOŚCIELNA

    Święta Maryjo, spiesz nam na pomoc nieszczęśliwym, podnoś przygnębionych, pocieszaj płaczących, módl się za ludem, wstawiaj się za duchowieństwem, oręduj za poświęconym Bogu stanem niewieścim. Niech wsparcia twego doznają wszyscy, którzy wzywają Twojej Nieustającej Pomocy.

    redemptor.pl/ piszczac.siedlce.opoka.org.pl

    ________________________________________________________________

    5 najpiękniejszych wezwań Litanii do Matki Bożej Nieustającej Pomocy

    (fot. pixabay.com)

    *****

    Najświętsza Maryja Panna spieszy z pomocą wyznawcom swojego Syna. Ta, której macierzyństwu Jezus Chrystus z krzyża powierzył swój Kościół nigdy nie zostawiła go w potrzebie. Pamiętajmy o tym modląc się słowami Litanii do Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

    Aby nasza modlitwa była świadoma, warto zastanowić się nad znaczeniem tytułów, za pomocą których zwracamy się do Matki Bożej. Oto niektóre z nich:

    Matka Boga

    Tytuł, który powtarzamy tak często, że po prostu się nam osłuchał, przez co paradoksalnie zapominamy prawdę jaka za nim stoi – Maryja z Nazaretu jest prawdziwą Matką Boga; tą, która Bogu dała ciało. To pierwszy dogmat w historii Kościoła. Gdy został ogłoszony w 431 roku ojcowie soborowi wyszli na ulice Efezu i wzruszeni śpiewali hymny ku czci tej, która porodziła Syna Bożego. Święty Tomasz z Akwinu pisał: „matką jakiegokolwiek człowieka nazywa się ta kobieta, z której wziął on ciało. Również więc błogosławioną Maryję powinno się nazywać Matką Boga, skoro wzięte z niej ciało jest ciałem Boga”.

    Jej Boskie Macierzyństwo to fakt, który sprawia, że oddajemy jej cześć większą niż jakiemukolwiek innemu stworzeniu, ponieważ jej „amen” powiedziane Bogu stało się początkiem szczytowego momentu historii zbawienia. Cześć oddawana Matce Bożej to obowiązek i zaszczyt każdego wyznawcy Chrystusa, gdyż – jak dowodził Akwinata – „kult Matki skierowuje się ku Synowi, bo czcimy ją ze względu na Syna”.

    Podpora Kościoła

    Matka Boża od samego początku wspierała rodzący się Kościół. Jako Matka Jezusa Chrystusa towarzyszyła mu w jego ziemskiej misji, trwała z Nim w trakcie drogi krzyżowej, stała pod krzyżem ledwo żywa i na jej ramiona złożono Jego ciało. To jej Syn powierzył z krzyża opiekę nad Janem, a więc i całym Kościołem, a Janowi przykazał kochać Maryję. Razem z Apostołami przebywała w Wieczerniku aż do Zesłania Ducha Świata, czyli narodzin Kościoła. Matka Boża była zawsze tam gdzie Kościół, pomagając mu, chroniąc go i wstawiając się za nim. Tak samo dziś, jak i przez całą historię – Maryja jest podporą Kościoła.

    Najświętsza Maryja Panna jest słupem ognistym prowadzącym nas przez trudy ciemności. Wzywa nas do ufności Bogu i wierności Ewangelii. To za pomocą jej ust Bóg przekazuje nam orędzia i wzywa do nawrócenia i pokuty. Stojąc na takiej podporze Kościół nie może się zachwiać.

    Potęga niezwyciężona dla piekła

    Jej Niepokalane Serce nie zostało skażone grzechem pierworodnym, przez co szatan jej nienawidzi. Egzorcyści jednym głosem powtarzają, że gdy podczas egzorcyzmów przywołują na pomoc Maryję, demon jest bezradny i wyje ze strachu.

    Trzecia tajemnica fatimska została podana do publicznej wiadomości 26 czerwca 2017. Kardynał Joseph Ratzinger, ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary tak opisywał wizję, której doświadczyli Łucja, Hiacynta i Franciszek: „Anioł z ognistym mieczem stojący po lewej stronie Matki Bożej przypomina podobne obrazy z Apokalipsy. Przedstawia groźbę sądu, wiszącą nad światem. Myśl, że świat może spłonąć w morzu ognia, nie jawi się już bynajmniej jako wytwór fantazji: człowiek sam przez swe wynalazki zgotował na siebie ognisty miecz”. Dodał jednak, że tej tragicznej wizji przyszłości może przeciwstawić się Maryja wraz z ludźmi, którzy wcielą w życie jej przesłanie o pokucie i nawróceniu.

    Jako stworzenie nad którym szatan nie miał nigdy żadnej władzy, Matka Boża stała się głównym obrońcą człowieka przed demonami, które go nienawidzą.

    Twierdza uzbrojona dla naszej obrony

    Maryja chroni nas nie tylko przed demonami. Trudno zliczyć przypadki, w których ludzie oddający się w jej opiekę zostali ocaleni.

    W 1571 roku do Europy nadciągało islamskie niebezpieczeństwo. Wtedy papież Pius V wezwał na pomoc chrześcijańskich władców i… Matkę Bożą – dzięki niej chrześcijaństwo zostało uratowane. Tak w encyklice Supremi Apostolatu opisuje te wydarzenia Ojciec Święty Leon XIII: „Gdy olbrzymie zastępy Turków usiłowały narzucić prawie całej Europie jarzmo przesądu i barbarzyństwa. Wtedy to Najświętszy Pasterz św. Pius V, pozyskawszy chrześcijańskich władców do wspólnej obrony, jak najusilniej starał się przede wszystkim, by najpełniejsza mocy Matka Boża zjednana modlitwą różańcową, przybyła łaskawie z pomocą imieniu chrześcijańskiemu. Rozegrało się wtedy najwspanialsze widowisko miedzy niebem i ziemią, przyciągając wszystkie umysły i dusze. Tam bowiem niedaleko Cieśniny Korynckiej wierni Chrystusa gotowi przelać krew za bezpieczeństwo religii i ojczyzny czekali nieustraszenie na wroga, zaś bezbronne tłumy modlących się wzywały Maryję, pozdrawiając Ją ciągle słowami różańca, by pomogła walczącym do zwycięstwa. I przybyła ta uproszona Pani, bo w bitwie morskiej pod Lepanto flota chrześcijańska bez większych strat własnych rozgromiła wrogów, odnosząc wspaniałe zwycięstwo. Dlatego ten wielce święty Najwyższy Pasterz dla upamiętnienia otrzymanego dobrodziejstwa pragnął ustanowić jako rocznicę tej bitwy święto na cześć Maryi Zwycięskiej, a Grzegorz XIII nadał mu tytuł różańcowy”.

    Chrześcijanie często wzywali Maryję na ratunek: w 1241 roku w Hostyniu, gdy na Czechy napadli Tatarzy i Mongołowie; w 1716 pod Tremesvar i Korfu, gdy Węgry i Grecja odparły ataki Turków. Również król Polski, Jan III Sobieski, osobiście błagał Matkę Bożą o pomoc – prosił ją: „błogosławiona Dziewico Częstochowska, pozwól mi doświadczyć dwóch cudów: że ci, którzy trwają w Wiedniu wytrzymają oblężenie do września i że my zdążymy tam na czas, aby ich uwolnić.” Jak dobrze wiemy udał się później pod Wiedeń i z dużo mniej liczną armią rozgromił Turków.

    Maryja zawsze jest i była tą, w której jej dzieci znajdowały schronienie.

    Zbawienie umierających

    „Maryja wzięta do nieba, nie zaprzestała zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo ustawicznie zjednuje nam dary zbawienia wiecznego. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi Syna swego, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, póki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny” – pisał w encyklice Dives in Misericordia św. Jan Paweł II. Stąd też wołamy w modlitwach „módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej” oraz „pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko”.

    Ta, do której zwracamy się ufnie z błaganiem o matczyną opiekę nigdy nie odmawia nam pomocy, szczególnie w chwili naszej śmierci. Sama w objawieniach wielokrotnie przypominała ludziom, aby ci oddawali się w jej opiekę. W Fatimie namawiała do odmawiania Różańca jako gwarancji bezpiecznego przejścia do nieba. W XIV wieku natomiast Matka Boża objawiła się papieżowi Janowi XXII, że każdego noszącego szkaplerz karmelitański wyciągnie z czyśćca w pierwszą sobotę po jego śmierci.

    Nazwanie powyższych wezwań litanii najpiękniejszymi ma oczywiście charakter czysto subiektywny. Głęboko wierzymy w to, że najpiękniejszym wezwaniem jest to, które czynione jest z najwyższą pobożnością i miłością do Matki Bożej. Dlatego zachęcamy do wychwalania Najświętszej Maryi Panny, Matki Boga i naszej, słowami Litanii do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. W ten sposób uczyńmy zadość za wszystkie łaskie, której dzięki jej wstawiennictwu otrzymujemy.

    Litania do Matki Bożej Nieustającej Pomocy

    Kyrie eleison, Chryste eleison, Kyrie eleison.
    Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba Boże – zmiłuj się nad nami.

    Synu Odkupicielu świata Boże – zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty Boże – zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże – zmiłuj się nad nami.

    Święta i Niepokalana Dziewico Maryjo, udziel nam Twojej nieustającej pomocy
    Matko Boska
    Matko Miłosierdzia
    Tronie Łaski Bożej
    Pośredniczko naszego zbawienia
    Arko wiecznego pokoju
    Wsparcie w naszych nieszczęściach
    Podporo Kościoła
    Siło naszej wiary
    Potęgo niezwyciężona dla piekła
    Twierdzo uzbrojona dla naszej obrony
    Przewodniczko chrześcijan
    Miłośniczko serc czystych
    Kotwico naszej nadziei
    Ucieczko uciśnionych
    Pocieszycielko utrapionych
    Obrończyni grzeszników
    Porcie rozbitków
    Nadziejo zrozpaczonych
    Opiekunko rodzin
    Strażniczko młodzieży
    Podporo wdów
    Matko sierot
    Zbawienie umierających
    Pani naszych losów
    Bramo do przybytków niebieskich
    Królowo nieba i ziemi

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K. O Maryjo, udziel nam Twej nieustającej pomocy.
    W. I uczyń nas godnymi zbawiennych jej skutków.

    Módlmy się: Niepokalana Dziewico, która swymi licznymi dobrodziejstwami wzbudziłaś naszą ufność w Twoją nieustającą pomoc, otaczaj nas swoją dobrocią. Wspieraj Kościół święty, zachowaj i umacniaj wiarę wśród narodów katolickich, obudź ducha chrześcijańskiego w rodzinach, wspieraj siły pracujących, dodawaj odwagi cierpiącym i otwórz bramy nieba dla umierających, bądź naszą ucieczką we wszystkich chwilach życia i uwolnij nas od grzechu. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________

    18.30 KATECHEZA DLA DOROSŁYCH – katecheza.kosciol.org

    19.00 – MSZA ŚW.

    19.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 29 CZERWCA – kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    19.00 – MSZA ŚW.

    UROCZYSTOŚĆ APOSTOŁÓW PIOTRA I PAWŁA

    El Greco,
„Święci Piotr i Paweł”
(XVI wiek)

     wikipedia.org

    ***

     Nowy sposób bycia braćmi

    Bardzo się różnili. Jeden pochodził z Betsaidy, niewielkiej miejscowości nad jeziorem Genezaret, o której mało kto wówczas słyszał. Drugi urodził się w Tarsie, szeroko wtedy znanej metropolii, zamieszkiwanej przez kilkaset tysięcy ludzi. Jeden był galilejskim rybakiem, drugi starannie wykształconym faryzeuszem i posiadaczem rzymskiego obywatelstwa. Jeden był uczniem i apostołem Jezusa, drugi nie tylko nie należał do grona Dwunastu, ale nawet nie znalazł się w bardzo szeroko rozumianej grupie słuchaczy Chrystusa.

    Zaczątek wiary

    Ich życiorysy były tak niepodobne, a dokonania dla chrześcijaństwa tak doniosłe, że każdy z nich zasługuje na osobne upamiętnienie. A jednak Kościół czci ich jednego dnia. Nie tylko dlatego, że – jak głosi tradycja – tego samego dnia i w tym samym mieście ponieśli śmierć męczeńską z powodu swej wiary. Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła mówi o tym, że jedność Kościoła zbudowana jest z różnorodności tworzących go ludzi. Nie szkodzi jej odmienność dróg, na których spotkali Jezusa Chrystusa. Ważne, że za Nim poszli, oddali Mu całe życie i wypełnili powierzoną im misję.

    „Św. Piotr, rybak z Betsaidy, zostaje ustanowiony przez Chrystusa kamieniem węgielnym Kościoła. Św. Paweł, oślepiony na drodze do Damaszku, z prześladowcy chrześcijan staje się Apostołem Narodów. Obydwaj kończą życie męczeństwem w Rzymie. Poprzez nich Bóg dał Kościołowi «zaczątek wiary»” – powiedział św. Jan Paweł II w 1999 r., wyjaśniając miejsce świętych Piotra i Pawła w dziejach chrześcijaństwa.

    Rozmowa, nie konflikt

    Na słynnym obrazie hiszpańskiego malarza znanego jako El Greco (żył na przełomie XVI i XVII wieku) święci Piotr i Paweł prowadzą rozmowę. Artysta podkreślił ich indywidualność, zdecydowanie różne temperamenty i charaktery. Św. Piotr emanuje pokorą, dobrocią i łagodnością. Niektórzy upatrują w sposobie, w jaki został pokazany, również zasygnalizowania pewnej chwiejności charakteru. Św. Pawła natomiast El Greco pokazał jako człowieka zdecydowanego, stanowczego, emanującego energią. Jednak kto się uważnie przyjrzy, dostrzeże, że obaj Apostołowie wzajemnie na siebie wskazują. Paweł lewą dłoń trzyma na otwartej księdze, symbolizującej mądrość i wykształcenie, prawą ręką natomiast wskazuje na klucz, który trzyma Piotr. Spojrzenie Piotra skierowane jest na księgę. Widać wyraźnie, że obaj nie tylko wzajemnie się doceniają, ale również stanowią zespół, uzupełniają się. Łączy ich – symbolizowana przez jasny filar w tle – mocna wiara. Nie ma między nimi konfliktu, jest rozmowa. Zdaniem specjalistów, obraz nawiązuje do wspomnianego w Liście św. Pawła do Galatów spotkania obydwu Apostołów, do którego doszło w Antiochii (por. Ga 2, 11-14).

    Autorytet

    Opisana przez Apostoła Narodów sytuacja świetnie pokazuje nie tylko wzajemne relacje świętych Piotra i Pawła, ale również to, w jaki sposób od samego początku był kształtowany Kościół. Św. Paweł nie knuł intryg przeciwko św. Piotrowi, lecz otwarcie mu się sprzeciwił, ponieważ był przekonany, że przesadna ostrożność św. Piotra w niektórych sytuacjach może prowadzić do nieporozumień i błędnych interpretacji Ewangelii. Powiedział głośno, w czym problem, nie po to, aby postawić na swoim, lecz z troski o jasność przekazu. Nie usiłował zająć miejsca św. Piotra. Jego stanowczość wynikała właśnie z faktu doceniania pozycji Piotra we wspólnocie wyznawców Chrystusa i jej znaczenia dla ich jedności, niezależnie od pochodzenia. Napomniał św. Piotra w taki sposób, aby nie naruszyć jego autorytetu. Wręcz przeciwnie, dążył do jego umocnienia. Nie budował swojego autorytetu kosztem autorytetu Piotra.

    Jan Paweł II zwrócił kiedyś uwagę, że na autorytety świętych Piotra i Pawła, tych dwóch „filarów Kościoła”, powołuje się, gdy w oficjalnych dokumentach sięga do źródła Tradycji, którym jest słowo Boże zachowane i przekazane przez Apostołów. „Wsłuchując się uważnie w to słowo, wspólnota kościelna wzrasta w miłości razem z papieżem, biskupem oraz całym duchowieństwem” – podkreślił.

    Cała Ewangelia

    W Rzymie zarówno św. Piotr, jak i św. Paweł mają bazyliki, których są patronami. Bazylika św. Piotra znajduje się na Watykanie, w jej podziemiach jest jego grób. Bazylika św. Pawła za Murami została zbudowana przy Via Ostiense, gdzie według tradycji znajduje się miejsce jego pochówku. Benedykt XVI zauważył podczas homilii wygłoszonej w 2012 r., że w jednej i drugiej można znaleźć dzieła sztuki przedstawiające postacie obydwu Apostołów. „Chrześcijańska tradycja zawsze łączyła Piotra i Pawła: rzeczywiście razem reprezentują oni całą Ewangelię Chrystusa” – powiedział i dodał, że w Rzymie ich więź jako braci w wierze nabrała szczególnego znaczenia, gdyż uważano ich za rodzaj przeciwstawienia mitycznym braciom bliźniakom Romulusowi i Remusowi, którym przypisywano założenie Rzymu. Piotr i Paweł, choć po ludzku bardzo różnili się od siebie i w ich relacji nie brakowało różnic zdań, to jednak pokazali nowy sposób bycia braćmi, przeżywany według Ewangelii, autentyczny, możliwy przez działającą w nich łaskę.

    Nic dziwnego, że papież Franciszek zachęca: „Niech nieskażona i mocna wiara Piotra, wielkie i powszechne serce Pawła pomogą nam być radosnymi chrześcijanami, wiernymi Ewangelii i otwartymi na spotkanie wszystkich”.

    ks. Artur Stopka/Tygodnik Niedziela

    ŚW. PIOTR I św. PAWEŁ

    wikipedia.org

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 30 CZERWCA  kościół św. Piotra

    18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    19.00  MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 1 LIPCA  kościół św. Piotra

    17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    18.00  MSZA ŚWIĘTA Z XIII NIEDZIELI OKRESU ZWYKŁEGO

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – NABOŻEŃSTWO PIERWSZYCH PIĘCIU SOBÓT MIESIĄCA, JAKO WYNAGRODZENIE I ZADOŚĆUCZYNIENIE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 2 LIPCA  kościół św. Piotra

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Fulton Sheen znał sposób na kryzys Kościoła! Musimy odprawiać Godzinę Świętą

    fot. via Wikipedia, CC 0 [Fred Palumbo, World Telegram staff photographer – Library of Congress. New York World-Telegram & Sun Collection]/Pixabay.com

    ***

    Abp Fulton Sheen znał sposób na kryzys Kościoła! Musimy odprawiać Godzinę Świętą

    Godzina Święta jest potrzebna Kościołowi – pisze abp Fulton Sheen w swojej książce „Godzina Święta. Modlitwy i medytacje”. Amerykański hierarcha codziennie odprawiał ją przed Najświętszym Sakramentem i zachęcał do tej praktyki wszystkich spotkanych ludzi. To właśnie podczas jej odprawiania odszedł do Domu Ojca. Poznaj 10 powodów, dla których warto ją praktykować.

    Czym jest Godzina Święta?

    Godzina Święta jest rozumiana jako jedna godzina dziennie poświęcona medytacji o Bogu i o naszym wiecznym zbawieniu. Godzinę Świętą można odprawiać wszędzie. Dla katolików jednakże ma ona szczególne znaczenie. Oznacza ciągłą i nieprzerywaną niczym godzinę spędzoną w obecności naszego Najświętszego Pana w Eucharystii. W przypadku księży i osób konsekrowanych zaleca się, aby tę Godzinę Świętą odprawiali oprócz zwykłego odmawiania Bożego Oficjum i odprawiania Mszy Świętej […].

    10 powodów, by praktykować Godzinę Świętą

    A dlaczego mamy odprawiać Godzinę Świętą? Dla dziesięciu powodów.

    1. Ponieważ jest to czas spędzony w Obecności samego Boga. Jeśli mamy żywą wiarę, żaden dodatkowy powód nie jest nam potrzebny.
    1. Ponieważ w naszym zapracowanym życiu sporo czasu zabiera nam pozbycie się „demona południa”, czyli trosk doczesnych, które niczym pył przywierają do naszych dusz. Godzina z naszym Panem wynika z doświadczenia uczniów na drodze do Emaus (por. Łk 24, 13–35). Zaczynamy iść z Nim, ale nasze oczy są „jakby przesłonięte”, dlatego „Go nie poznajemy”. On prowadzi rozmowę z naszą duszą, gdy czytamy Pismo Święte. Trzeci etap to chwila słodkiej bliskości – jak wtedy, gdy „zajął z nimi miejsce u stołu”. Czwarty etap jest pełnym objawieniem tajemnicy Eucharystii. Oczy nam się „otwierają” i rozpoznajemy Go. Wreszcie dochodzimy do punktu, w którym nie chcemy odejść. Ta godzina okazała się za krótka. Wstając, zadajemy pytanie: „Czyż serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” (Łk 24, 32).
    1. Ponieważ nasz Pan prosił o to. „Tak [oto] nie mogliście jednej godziny czuwać ze Mną?” (Mt 26, 40). Słowo to było skierowane do Piotra, ale tu odnosi się do Szymona. To nasza natura Szymona potrzebuje tej godziny. Jeśli ta godzina wydaje nam się trudna, to tylko dlatego, że „duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe” (Mk 14, 38).
    1. Ponieważ Godzina Święta zachowuje równowagę między tym, co duchowe, a tym, co doczesne. Filozofie zachodnie skłaniają się ku aktywizmowi, w którym Bóg nic nie czyni, a człowiek czyni wszystko; filozofie Wschodu z kolei skłaniają się ku kwietyzmowi, w którym Bóg czyni wszystko, a człowiek nic. Złoty środek kryje się w słowach św. Tomasza: „ruch następuje po spoczynku” – to Marta, która idzie z Marią. Godzina Święta włącza kontemplację w czynne życie człowieka. Dzięki tej godzinie z naszym Panem nasze medytacje i postanowienia przechodzą ze świadomości do podświadomości, a następnie stają się motywem działania. Nowy duch zaczyna przenikać naszą pracę. Zmiany dokonuje nasz Pan, który napełnia nasze serca i działa przez nasze ręce. Człowiek może dać tylko tyle, ile posiada. Aby dać Chrystusa innym, trzeba Go posiadać.
    1. Ponieważ Godzina Święta sprawi, że będziemy praktykować to, co głosimy. Nasz Pan powiedział: „Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść” (Mt 22, 2–3). Napisano o naszym Panu, że „czynił i nauczał” (Dz 1, 1). Człowiek, który praktykuje Godzinę Świętą, odkryje, że kiedy naucza, ludzie mówią o nim tak jak o Panu: „Wszyscy […] dziwili się pełnym łaski słowom, które płynęły z ust Jego” (Łk 4, 22).
    1. Ponieważ Godzina Święta pomaga nam zadośćuczynić za grzechy świata i za nasze własne. Kiedy Najświętsze Serce ukazało się św. Małgorzacie Marii Alacoque, to było Jezusa Serce, a nie Głowa, ukoronowane cierniami. To była zraniona Miłość. Czarne msze, świętokradcze komunie, skandale, wojujący ateizm – kto za to wszystko zadośćuczyni? Kto będzie Abrahamem z Sodomy czy Maryją dla tych, którzy nie mają już wina? Grzechy tego świata są naszymi grzechami – tak, jakbyśmy sami je popełnili. Jeśli one sprawiły, że nasz Pan oblał się krwawym potem, do tego stopnia, że upomniał swoich uczniów, że nie czuwali razem z Nim godziny, czy zapytamy tak jak Kain: „Czyż jestem stróżem brata mego?” (Rdz 4, 9)?
    1. Ponieważ Godzina Święta zmniejsza naszą skłonność do ulegania pokusie i słabości. Trwanie przed naszym Panem w Najświętszym Sakramencie przypomina wystawieniechorego na gruźlicę na działanie czystego powietrza i światła słonecznego. Wirus naszychgrzechów nie może dłużej istnieć wobec Światłości świata. „Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy, On jest po mojej prawicy, nic mną nie zachwieje” (Ps 16, 8). Nasze grzeszne podniety są powstrzymywane przez barierę wznoszoną codziennie podczas Godziny Świętej. Nasza wola staje się bardziej usposobiona do dobra przy niewielkim świadomym wysiłku z naszej strony. Szatan, lew ryczący, nie mógł dotknąć bez pozwolenia sprawiedliwego Hioba (por. Hi 1, 12); „Bóg […] nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść” (1 Kor 10, 13). Z pełną ufnością pokładaną w Panu Eucharystycznym człowiek zyska duchową odporność.  Po upadku będzie się szybko podnosić: „Choć upadłam, powstanę, choć siedzę w ciemnościach, Pan jest światłością moją. Gniew Pański muszę znosić, bo zgrzeszyłam przeciw Niemu, aż rozsądzi moją sprawę i przywróci mi prawo; wywiedzie mnie na światło” (Mi 7, 8–9). Pan będzie łaskawy nawet dla najsłabszych z nas, jeśli znajdzie nas u stóp swoich, trwających w uwielbieniu, usposabiających się do otrzymania Bożych łask. Gdy tylko Szaweł z Tarsu, prześladowca, ukorzył się przed swoim Stwórcą, wtedy Bóg posłał specjalnego posłańca ku jego uldze, mówiąc mu, że właśnie tam się modli (por. Dz 9, 11). Nawet człowiek upadły może się spodziewać pocieszenia, jeśli czuwa i się modli. „Pomnożę ich, i nie zmaleje ich liczba, przysporzę im chwały, by nimi nikt nie pogardzał” ( Jr 30, 19).
    1. Ponieważ Godzina Święta jest modlitwą osobistą, człowiek, który ogranicza się ściśle do swoich oficjalnych obowiązków, przypomina związkowca, który odkłada narzędzia w tej samej chwili, gdy gwizdek ogłosi koniec pracy. Miłość zaczyna się tam, gdzie kończy się obowiązek. To oddawanie szaty, gdy już wzięto płaszcz. To pójście dwa tysiące kroków. „I będzie tak, iż zanim zawołają, Ja im odpowiem; oni jeszcze mówić będą, a Ja już wysłucham” (Iz 65, 24). Oczywiście, nie musimy odprawiać Godziny Świętej – i o to właśnie chodzi. Miłość nigdy nie jest z przymusu, z wyjątkiem piekła. Tam miłość musi się poddać sprawiedliwości. Zmuszanie do miłości byłoby rodzajem piekła. Żaden mężczyzna, który kocha kobietę, nie jest zmuszony do dawania jej pierścionka zaręczynowego, i żaden człowiek, który kocha Najświętsze Serce, nigdy nie jest zmuszany ofiarować takiej zaręczynowej godziny. „Czyż i wy chcecie odejść?” ( J 6, 67) – to przykład słabej miłości; „Śpisz?” (Mk 14, 37) – to przykład miłości nieodpowiedzialnej; „Miał wiele posiadłości” (Mt 19, 22; Mk 10, 22) – to przykład miłości samolubnej. Ale czy człowiek, który kocha swojego Pana, ma czas na inne zajęcia, zanim nie dokona aktów miłości „ponad wszelką miarą i ponad obowiązki”? Czy pacjent lubi lekarza, który żąda honorarium za każdą wizytę, czy też zaczyna lubić lekarza, który mówi: „Wpadłem zobaczyć, jak się pan miewa”?
    1. Medytacja zachowuje nas od poszukiwania zewnętrznych dróg ucieczki przed naszymi troskami i niedolami. Kiedy pojawiają się trudności, kiedy nerwy są napięte na skutek fałszywych oskarżeń, zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że zaczniemy szukać pomocy na zewnątrz, tak jak to zrobili Izraelici. „Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela: «W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła. Ale wyście tego nie chcieli! Owszem, powiedzieliście: ’Nie, bo na koniach uciekniemy!’ – Dobrze, uciekniecie! – ’I na szybkich wozach pomkniemy!’ – Dobrze, szybsi będą ci, którzy pogonią za wami!»” (Iz 30, 15–16). Nie jest odpowiedzią żadna ucieczka na zewnątrz: ani przyjemności, ani przyjaciele, ani szukanie sobie zajęcia. Dusza nie może „lecieć na koniu”; musi wziąć „skrzydła”, by trafić do miejsca, w którym „wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu” (Kol 3, 3).
    1. I na koniec – ponieważ Godzina Święta jest potrzebna Kościołowi. Każdy, kto czyta Stary Testament, musi sobie uświadomić obecność Boga w historii. Jak często Bóg wykorzystywał inne narody do ukarania Izraela za jego grzechy! Uczynił z Asyrii „rózgę swojego gniewu” (Iz 10, 5). Historia świata od wcielenia jest drogą krzyża. Powstanie narodów oraz ich upadek pozostają w związku z królestwem Bożym. Nie możemy zrozumieć tajemnicy rządów Boga, ponieważ jest to „opieczętowana księga” z Apokalipsy. Jan płakał, kiedy ją zobaczył (Ap 5, 4). Nie mógł zrozumieć, skąd się wzięła ta chwila dobrobytu i ta godzina przeciwności. Jedynym wymogiem jest wyznawanie wiary, a nagroda – to głębia bliskości dla tych, którzy dbają o przyjaźń z Nim. Trwanie z Chrystusem jest tworzeniem duchowej wspólnoty, jak podkreślił w uroczystą i świętą noc ostatniej wieczerzy w chwili, którą wybrał, aby dać nam Eucharystię. „Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać” ( J 15, 4). Obiecuje On nam: „Zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” ( J 14, 3).

    WIĘCEJ W KSIĄŻCE „GODZINA ŚWIĘTA. MODLITWY I MEDYTACJE”

    *fragment pochodzi z książki „Godzina Święta. Modlitwy i medytacje” abp Fultona Sheena, wydanej nakładem Wydawnictwa Esprit

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża wzywa do Gietrzwałdu!

    Odpowiedz na Jej prośbę

    fot. PChTV

    ***

    Matka Boża Królowa Polski – Pani Gietrzwałdzka wzywa do swojego sanktuarium w Gietrzwałdzie! Nie może Cię zabraknąć! Zapraszamy 1 lipca 2023 roku na modlitwę w intencji życia, małżeństw i rodzin oraz czuwanie modlitewne w intencji świętości Kapłanów.

    SPOTKANIE MODLITEWNE W GIETRZWAŁDZIE

    1-2 LIPCA A.D. 2023

    PRZYGOTOWANIE DO JUBILEUSZU 2000-LECIA ODKUPIENIA. WYNAGRADZAMY, POKUTUJEMY, DZIĘKUJEMY, BŁAGAMY I UWIELBIAMY.

    DROGA KRZYŻOWA: STACJA V – SZYMON Z CYRENY POMAGA NIEŚĆ KRZYŻ CHRYSTUSOWI.

    „Wolność wyszła z Gietrzwałdu”

    Ks. prof. Krzysztof Bielawny

    Matka Boża wzywa do Gietrzwałdu

    Laudetur Iesus Christus!

    Gietrzwałd jest jedynym, uznanym przez Kościół Katolicki miejscem objawień Matki Bożej w Polsce.

    To w tej niewielkiej miejscowości na Warmii, w roku 1877 Matka Pana naszego Jezusa Chrystusa objawiała się ponad 160 razy, mówiąc w języku polskim i zapowiadając odzyskanie niepodległości przez naszą Ojczyznę zniewolonej przez trzech zaborców.

    To w Gietrzwałdzie Naród Polski otrzymał nadzieję na zjednoczenie po dziesięcioleciu rozdarcia na trzy części. To właśnie na świętej Warmii Polacy otrzymali jasne wskazania jak mogą odzyskać wolność.

    Dzisiaj również chcemy zwrócić się do Pani Gietrzwałdzkiej o ratunek i Boże Miłosierdzie dla Polski. Chcemy dziękować, wynagradzać, błagać i uwielbiać naszą Królową, a przez Niepokalane Serce Maryi – uwielbić Pana naszego Jezusa Chrystusa.

    Czuwanie zostało podzielone na dwie części niezależne od siebie. W sposób szczególny zapraszamy do udziału w drugiej części czuwania, która rozpocznie się o godzinie 18.00 konferencją wprowadzającą. Następnie zostanie odprawione nabożeństwo Drogi Krzyżowej. W sposób szczególny podczas Drogi Krzyżowej będziemy rozważać V Stację  – „Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść Krzyż Chrystusowi”, w piątym roku przygotowania w Gietrzwałdzie do dwutysiąclecia Odkupienia ludzkości.

    Przez całą noc będzie trwało czuwanie przed Najświętszym Sakramentem. O godzinie 22.00 zostanie odprawiona Msza Święta, zostaną odmówioną wszystkie części Różańca Świętego, zostanie odprawione nabożeństwo Wynagradzające Niepokalanemu Sercu Maryi, a także zwrócimy się w modlitwie o wstawiennictwo do naszych potężnych Patronów i Opiekunów. Odnowione zostaną Śluby Jasnogórskie Narodu Polskiego, a czuwanie zakończy się Mszą Świętą o godzinie 5 rano. Całość czuwania zostanie zakończona ponowieniem jubileuszowego Aktu przyjęcia Chrystusa na Króla i Pana.

    Wierzymy, że Matka Boża Pani Gietrzwałdzka, wysłucha modlitwy Narodu Polskiego.

    Wierzymy, że Królowa Polski przyjmie nasze dziękczynienie i błagania.

    Wierzymy, że Maryja Szafarka Wszelkich Łask wejrzy na pokorną modlitwę Polaków i obdarzy nas swoim błogosławieństwem, nawróceniem i pokojem.

    Do zobaczenia na wspólnej modlitwie w Gietrzwałdzie.

    Ave Maria!

    PROGRAM MODLITEWNY WYDARZENIA

    09.00 – Przygotowanie do modlitwy.

    09.30 – Rozpoczęcie czuwania. Droga Krzyżowa.

    12.30 – Konferencja I – ks. prof. Tadeusz Guz.

    13.30 – Msza Święta koncelebrowana.

    15.00 – Różaniec Święty.

    15.30 – Wynagradzające nabożeństwo ku czci Najdroższej Krwi Chrystusa.

    16.00 – Msza Święta w formie nadzwyczajnej rytu rzymskiego. (na błoniach)

    W łączności z modlitwą realizowaną w ciągu dnia odbędzie się czuwanie nocne:

    18.00 – Konferencja wprowadzająca. (na błoniach)

    19.00 – Droga Krzyżowa. (na błoniach)

    21.00 – Apel Jasnogórski. (w bazylice i na błoniach)

    21.05 – Nabożeństwo do św. Andrzeja Boboli. (w bazylice i na błoniach)

    21.15 – Rozważania Boleści Maryi. (w bazylice i na błoniach)

    Dalsza część modlitwy będzie kontynuowana w bazylice:

    22.00 – Msza Święta w intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi.

    22.50 – Odnowienie Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego.

    23.00 – Różaniec Święty – Tajemnice Radosne oraz 15 minut rozważania.

    00.00 – Adoracja Najświętszego Sakramentu w ciszy.

    00.30 – Różaniec Święty – Tajemnice Światła.

    01.00 – Litania do św. Jana Pawła II.

    01.15 – Adoracja Najświętszego Sakramentu w ciszy.

    01.30 – Różaniec Święty – Tajemnice Bolesne.

    02.15 – Litania do Najdroższej Krwi Chrystus.

    02.30 – Adoracja Najświętszego Sakramentu w ciszy.

    02.45 – Litania do św. Andrzeja Boboli.

    03.00 – Koronka do Bożego Miłosierdzia.

    03.15 – Różaniec Święty – Tajemnice Chwalebne.

    04.00 – Nabożeństwo do św. Józefa.

    04.15 – Dziękczynienie i Uwielbienie.

    04.45 – Adoracja Najświętszego Sakramentu w ciszy. Przygotowanie do Mszy św.

    05.00 – Msza św. oraz ponowienie Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana.

     Modlitwa Żołnierzy Podziemnej Armii Polskiej z okresu II Wojny Światowej.

    „Matko Bolesna obmyj Swymi łzami dusze poległych.

    Uproś u Syna – aby ofiara ich życia stała się podwaliną odrodzenia Narodu.

    Pomóż nam zerwać z grzechem i obojętnością, nie daj nas podzielić ani skłócić między sobą.

    Weź w swe dłonie serca zbolałe Matek, które oddały Ojczyźnie synów.

    Niech z łez ich i krwi poległych powstanie nowe pokolenie Polaków, wolne od wad narodowych.

    Niech zachowa myśl niepodległą, miłość braci i wszystko co Polskę stanowi Amen.”

    Pax Christi!

    Inicjatywa Zjednoczeni 2022

    ______________________________________________


    Czego żądasz Matko Boża?

    Maryjne przesłanie z Gietrzwałdu nadal aktualne

    (fot. Łukasz Dejnarowicz / Forum)

    ***

    27 czerwca 1877 około godziny 21.00 przy kościele w Gietrzwałdzie miało miejsce pierwsze objawienie Matki Bożej, która ukazała się wówczas 13-letniej Justynie Szafryńskiej.  „Widzę siedzącą na żółtym krześle piękną Pani w bieli. Jej włosy są długie i jaśnieją” – opisywała Maryję młoda wizjonerka. Objawienia Maryjne w Gietrzwałdzie, jedyne takie objawienia w Polsce uznane przez Rzym, trwały do 16 września, przynosząc Polakom siłę i wiarę w trudnym czasie niewoli.   

    1.Gietrzwałd od początku był Maryjny

    Od początku istnienia gietrzwałdzkiej parafii, bardzo mocno czczono tu Matkę Najświętszą. Pierwszy murowany kościół w Gietrzwałdzie zbudowano pod koniec XV wieku. Konsekrowano go dokładnie 31 marca w roku 1500. Pięknej, gotyckiej świątyni nadano imię Narodzenia Najświętszej Panny Maryi. Już wówczas bardzo silnie rozwinął się w Gietrzwałdzie kult Maryjny. Świadczy o tym chociażby obraz Matki Bożej łaskami słynący, który znajduje się w głównym ołtarzu świątyni. Jest on bardzo dawny. Najstarsze zachowane wzmianki pisemne o tym Maryjnym wizerunku pochodzą z roku 1583. Ale jest on o wiele starszy. Obraz przedstawia Madonnę okrytą ciemnoniebieskim płaszczem, trzymającą na lewej ręce Dzieciątko Jezus ubrane w długą, czerwoną suknię. W górnej części obrazu, na podtrzymywanej przez dwóch aniołów wstędze, znajduje się napis „Ave Regina Caelorum, ave Domina Angelorum: Bądź pozdrowiona Królowo Nieba, bądź pozdrowiona Pani Aniołów”.

    Autor obrazu i rok jego powstania są okryte mgłą tajemnicy. W 1717 roku obraz przyozdobiono srebrnymi koronami, które w roku 1731 zastąpiono bardziej kosztownymi, wysadzanymi drogimi kamieniami, wykonanymi przez złotnika Jana Krzysztofa Geese. W 1734 roku obraz otrzymał srebrne sukienki. 20 października 1963 roku, odpowiadając na prośbę Ks. Biskupa Tomasza Wilczyńskiego, biskupa warmińskiego, papież Paweł VI zezwolił na uroczystą koronację obrazu. Dokonał jej 10 września 1967 roku Ks. Stefan Kardynał Wyszyński, Prymas Polski, przy współudziale Ks. Karola Kardynała Wojtyły, metropolity krakowskiego i Ks. Biskupa Józefa Drzazgi, biskupa warmińskiego. 

    2.Pierwsze objawienie Maryi

    Był wieczór, 27 czerwca roku pańskiego 1877. Anna Szafryńska, kobieta bardzo pobożna, czekała przed plebanią na 13-letnią córkę Justynkę, która zdawała właśnie egzamin u księdza Augustyna Weichsela, proboszcza gietrzwałdzkiej parafii. Justynka wyszła z plebanii szeroko uśmiechnięta. – Matulu zdałam. Wszystko to dzięki Matce Najświętszej, do której mocno się modliłam o pomoc – prawie wykrzyczała uradowana Justynka. – Bogu dzięki – Anna pochwaliła Najwyższego.

    Kiedy tylko to powiedziała odezwał się dzwon na kościelnej wieży. Była godzina 21.00 i jak zwykle o tej porze donośny dźwięk dzwonu wzywał wiernych do Maryjnej modlitwy. Szafryńskie odmówiły modlitwę pobożnie. Zaraz potem mama Justynki, nie oglądając się na córkę, obróciła się i szybko ruszyła drogą w stronę domu.

    Mieszkały we wsi Woryty, do której z Gietrzwałdu trzeba było iść, i to raźnym krokiem, co najmniej godzinę. Sądząc, że córka idzie za nią, Anna uszła tak ze sto kroków. Dopiero wtedy obróciła się za siebie i zobaczyła, że Justynka nadal stoi pod starym klonem, rosnącym koło kościoła. Mama wróciła, wzięła za rękę córkę i ponaglała ją do drogi. Według dawnych, pisemnych relacji dziewczynka miała jej wtedy powiedzieć „Widzę siedzącą na żółtym krześle piękną Panią w bieli. Jej włosy są długie i jaśnieją”. 

    Według słów Justyny Szafrańskiej do Matki Bożej miał zstąpić z obłoków anioł w postaci dziecka. Anioł ukłonił się Maryi, po czym razem wznieśli się ku niebu. Pierwsza wizja zakończyła się. Następnego dnia, o tej samej porze, Justyna przyszła pod kościelny klon razem ze swoja kuzynką Barbara Samulowską.

    Matka Boża ukazała się ponownie. Na pytanie dziewczynek: Kto Ty Jesteś? Odpowiedziała: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta!” Na pytanie: Czego żądasz Matko Boża? Padła odpowiedź: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec!”. Objawienia trwały aż do 16 września.

    3.Maryja o polskich sprawach mówiła po polsku

    Co bardzo ciekawe, Maryja przemawiała do Justynki i Basi w języku polskim, którego one używały na co dzień. Przypomnijmy, iż były to czasy zaborów. Warmia była pod zaborem pruskim i obowiązywał tu język niemiecki. Dziewczynki uczono w szkole pisać i mówić wyłącznie po niemiecku. Między wieloma pytaniami jakie zadawały Maryi w Gietrzwałdzie dzieci było to „Czy Kościół w Królestwie Polskim będzie oswobodzony, a osierocone parafie na południowej Warmii otrzymają kapłanów?” – W odpowiedzi dziewczynki usłyszały „Tak, jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów!”.

    Maryja, za pośrednictwem młodych wizjonerek, przekazała też obietnice bliskiego uwolnienia Kościoła od prześladowań, obsadzenie kapłanami osieroconych parafii diecezji warmińskiej oraz otoczenie opieką jej czcicieli w życiu doczesnym i wiecznym. Wszystko to się spełniło. Żegnając się ze swoimi ziemskimi dziećmi w Gietrzwałdzie Maryja pocieszyła nas i umocniła w wierze mówiąc – „Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę przy was”.

    4.Grzechy boleśnie ranią Matkę Bożą

    Podczas objawień Matka Boża kilka razy skarżyła się dzieciom, że wielu ludzi nie ma dla Niej szacunku, co Maryję bardzo boli. Na prośbę proboszcza dziewczynki zapytały Maryi skąd w tych czasach tyle zła. Matka Boża dała odpowiedź, która i dziś jest bardzo aktualna „Teraz, przed końcem świata, szatan obchodzi ziemię jak zgłodniały pies, aby pożreć ludzi”. Maryja wskazywała konkretne grzechy, które wtrącają naród polski w szatańską niewolę. Wymieniła m.in. rozwiązłość i pijaństwo. Niestety te wskazania i dziś są bardzo aktualne.

    5.Eucharystia sercem modlitwy

    Główny ciężar przesłań przekazanych przez Maryję ludziom w Gietrzwałdzie położony był na potrzebę modlitwy. Matka Boża podkreślała, że modlitwa ma wielką moc, tak ogromną, iż potrafi wyznaczyć historię świata oraz historię życia poszczególnych osób. Oprócz konkretnego wskazania na modlitwę różańcową, jako potężną broń przeciw złu, Maryja podkreślała też wielokrotnie podczas objawień, iż centrum, sercem modlitwy katolików jest żywy udział w Eucharystii. Kiedy podczas jednego z objawień Justynka Szafryńska, zapytała wprost Matki Bożej, jaka jest hierarchia modlitw – Eucharystii i różańca, Maryja odpowiedziała: „Największą modlitwą jest udział we Mszy świętej. Jeżeli więc macie wybierać, to najpierw uczestniczcie w Eucharystii, a potem zmówcie Różaniec. Ponieważ tamta jest ważniejsza od tego”.

    6.Tłumy u Matki

    Od czasu cudownych objawień Gietrzwałd stał się miejscem pielgrzymek ciągnących tu ze wszystkich zaborów. Według dokumentów w okresie od 27 czerwca do 16 września 1877 roku (okres objawień Matki Bożej) do Gietrzwałdu przybyło około 300 tysięcy pielgrzymów. Do dziś ruch pielgrzymkowy jest tu bardzo żywy. Rocznie sanktuarium odwiedza około 300 tysięcy pielgrzymów. W jubileuszowym 2017 roku było ich ponad 600 tysięcy. Przybywający pielgrzymi doznają szczególnych Bożych Łask. Objawienia maryjne w Gietrzwałdzie są jedynymi takimi w Polsce uznanymi przez Rzym.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ________________________________________________________________________________

    „Odmawiajcie codziennie różaniec”. 146 lat temu Maryja objawiła się w Gietrzwałdzie

    Kapliczka objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie / fot. I, Bogitor via: Wikipedia CC BY-SA 3.0

    ***

    „Odmawiajcie codziennie różaniec”. 146 lat temu Maryja objawiła się w Gietrzwałdzie

    Dokładnie 146 lat temu, 27 czerwca 1877 roku Matka Boża po raz pierwszy objawiła się w Gietrzwałdzie. Maryja ukazywała się trzynastoletniej Justynie Szafryńskiej i dwunastoletniej Barbarze Samulowskiej do 16 września. Są to jedyne oficjalnie uznane przez Kościół katolicki objawienia maryjne w Polsce.

    Pierwszy raz Maryja objawiła się Justynie Szafryńskiej, kiedy ta z mamą wracała z egzaminu przed przystąpieniem do I Komunii Świętej. Następnego dnia Matkę Bożą ujrzała również Barbara Samulowska. „Jasna Pani” przedstawiła się jako „Najświętsza Maryja Niepokalanie Poczęta” i w języku polskim (był to czas zaborów) prosiła dziewczynki, aby codziennie odmawiały różaniec.

    Owocem objawień w Gietrzwałdzie było odnowienie życia religijnego Polaków i wzmocnienie więzi narodowej. Pielgrzymi ze wszystkich zaborów udawali się do miejsca objawień, kultywując przy tym tradycje narodowe.

    kak/misericors.org

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odmawiajcie Różaniec. Sprawia... cuda!!!

    fot. via: Pixabay

    ***

    Odmawiajcie Różaniec. Sprawia… cuda!!!

    Cuda różańcowe w historii świata

    Źródeł tej modlitwy upatruje się w historii św. Dominika. Została mu ona objawiona przez Maryję, gdy wszystkie ludzkie sposoby działania zawiodły. Święty ten próbował walczyć z heretykami wszystkimi dostępnymi sposobami – pościł i modlił się w ich intencji i … bezskutecznie. Wtedy Matka Boża jako ratunek w jego bezradności przykazała mu odmawianie Psałterza Maryi (dzisiejszego Różańca). Czyli od początku ta modlitwa była ostatnią i niezawodną deską ratunku…

    Lepanto. Rok 1571. Imperium muzułmańskie wybudowało ogromną flotę i szykuje się do ataku na świat chrześcijański. Chce pierwsze podbić Rzym, a następnie całą Europę. Odpowiedź papieża Piusa V jest jednoznaczna – wzywa on wszystkich chrześcijan do odmawiania różańca. O zwycięstwie chrześcijan zadecydowała nagła zmiana pogody. Wenecjanie w dowód wdzięczności wybudowali kaplicę z napisem: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja Różańcowa dała nam zwycięstwo”.

    Filipiny. Lata 80. XX wieku. Dyktator F. Marcos rozwiązał parlament i rozpoczął aresztowania. Na to bezbronni mieszkańcy zwrócili się o pomoc do kardynała Filipin – J. Sina. Wezwał on  przez radio wiernych do wyjścia na ulice z różańcem w ręce. Całe rodziny publicznie odmawiały tę modlitwę w celu obalenia dyktatury. W Alei Objawienia zebrało się około 2 mln ludzi. Po czterech dniach na ulice wyjechały czołgi, aby rozgromić tłum, jednak ku zdziwieniu wszystkich żołnierze zamiast atakować ludzi przyłączyli się do modlitwy różańcowej. Gdy następnie próbowano zgromadzone osoby rozgromić gazem, wiatr zaczął wiać z przeciwnej strony, tak że nikomu z zebranych nie wyrządził on szkody.

    Objawienia maryjne a różaniec

    Można stwierdzić, że niemal za każdym razem, gdy objawia się Matka Boża wzywa do modlitwy różańcowej, a wielokrotnie sama odmawia ją z widzącymi. Tak było na przykład w przypadku objawień w Lourdes, gdy Maryja modliła się na różańcu razem z Bernadettą.

    Wielokrotnie także Matka Boża obiecywała wyjednanie wszystkich potrzebnych łask i otrzymanie tego, o co się usilnie prosi, właśnie dzięki modlitwie różańcowej. Wystarczy przytoczyć tutaj chociażby przykład coraz bardziej znanych objawień w Pompejach. Do odmawiania różańca wezwała ona najpierw Bartolomeo Longo. Mężczyzna ten spacerował właśnie obok kapliczki, gdy nagle usłyszał głos: „Kto szerzy różaniec, ten jest ocalony! To jest obietnica samej Maryi!” Następnie Maryja objawiła się młodej neapolitance cierpiącej na nieuleczalną chorobę. Obiecała jej, że otrzyma wszystko, o co będzie prosić z różańcem w dłoni. I dziewczyna została uzdrowiona. Matka Boża podczas drugich objawień wezwała wszystkich do proszenia Boga o łaski w modlitwie różańcowej: „Kto pragnie uzyskać ode mnie łaski winien odprawić trzy nowenny różańcowe połączone z błaganiem, a następnie trzy nowenny dziękczynne”. Taką formę ma współczesna Nowenna Pompejańska składająca się z trzech części różańca odmawianego codziennie pierwsze w formie błagalnej przez 27 dni, a następnie dziękczynnej przez tyle samo czasu.

    Tak samo gorąco do odmawiania różańca wzywała Matka Boża dzieci w Fatimie, zapewniając, że ta modlitwa może uratować świat i nawrócić zatwardziałych grzeszników: „Chcę abyście codziennie odmawiały różaniec” – prosiła. Fatima, jako jedno z niewielu państw, uniknęła strasznego spustoszenia podczas II wojny światowej.

    Św. Ojciec Pio, który przez całe życie walczył z atakami szatańskimi uważał różaniec za jedną z najskuteczniejszych broni w duchowej walce: „Tym się zwycięża Szatana” – mówił wskazując na różaniec. Nosił go zawsze przy sobie, przez całe życie, a osoby, które go znały wielokrotnie widziały jak szeptał „Zdrowaś Mario” pogrążając się w skupieniu: „Odmawiajcie zawsze różaniec […] Dzięki tej modlitwie szatan spłudłuje swe ataki i będzie pokonany, i to zawsze. Jest to modlitwa do Tej, która odnosi triumf nad wszystkim i nad wszystkimi” – mawiał. To samo przekonanie żywiło wielu świętych, m.in. Josemaria Escriva: „Różaniec święty – to potężna broń. Używaj jej zawsze, a rezultaty wprawą cię w zadziwienie”.

    Różaniec działa!

    Świadectwa osób odmawiających różaniec (w tym Nowennę Pompejańską) potwierdzają, że Maryja jest wierna danej obietnicy, a świeci się nie mylą, gdy jej słuchają. Ludzie odmawiający różaniec zaświadczają, że otrzymują łaski, o które bezskutecznie starali się latami. Wielu doświadcza wyleczenia ze śmiertelnych chorób, niepłodne kobiety zachodzą w ciążę, a bezrobotni otrzymują pracę. Przytoczę tutaj  świadectwo jednej osoby – Ani , która miała zagrożenie ciąży:

    „W połowie ciąży z moim czwartym dzieckiem okazało się, ze mam łożysko przodujące, które się nie posuwa, co grozi krwotokiem, a w konsekwencji poronieniem dziecka, a nawet moją śmiercią. Po jakimś czasie lekarz stwierdził, że najprawdopodobniej będę musiała w 30 tygodniu ciąży pójść do szpitala, a w 37 zostanie sztucznie wywołany poród. Ta wiadomość mnie przeraziła, ponieważ jako matka trójki dzieci mam cały dom na głowie i nie wyobrażałam sobie, jak to wszystko poukładam. Zaczęłam modlić się o cud, ale nic się nie wydarzało. Po urlopie lekarz potwierdził diagnozę, stwierdzając, że pobyt w szpitalu będzie nieuchronny. I wtedy przypomniałam sobie o Nowennie Pompejańskiej, o której już wielokrotnie słyszałam. Jednak odmawianie trzech części różańca dziennie wydawało mi się niewykonalne. Zawsze miałam ogromne problemy, aby się na nim skupić, myśli co chwilę mi „odlatywały” do innych rzeczy, a poza tym byłam bardzo zapracowana. Jednak coraz wyraźniej czułam, że Bóg wzywa mnie do tego, abym pokonała te swoje bariery. I w końcu zaczęłam odmawiać Nowennę Pompejańską. Na początku dobrze mi szło, tym bardziej, że wtedy dostałam już urlop zdrowotny i miałam więcej wolnego czasu. W połowie nowenny zauważyłam, ze zmienił się mój sposób myślenia. Dalej modliłam się o cud, ale w mojej świadomości zgodziłam się na to, czego będzie chciał Bóg. Wyluzowałam. Uspokoiłam się wewnętrznie  i zrozumiałam, że nawet jak pójdę do szpitala to Bóg zatroszczy się o mój dom i dzieci. Pojawiła się we mnie zgoda na tę sytuacje. I tak dobrnęłam do końca nowenny, kiedy już modlitwa była dla mnie coraz trudniejsza, ja jednak pozostałam jej wierna. Po zakończeniu nowenny byłam umówiona do lekarza. Podczas wizyty zauważyła, że coś się wydarzyło – lekarz jakoś dziwnie się zachowywał. W końcu stwierdził, że co jest niemożliwe z medycznego punktu widzenia , ale łożysko się przesunęło i na razie nie musze iść do szpitala. Co tydzień przychodziłam na wizyty kontrolne i wszystko było w porządku. W końcu urodził się mój syn Antoś – całkiem zdrowy. Poród przebiegał w sposób naturalny i wyjątkowo bez żadnych komplikacji – urodziłam dziecko w przeciągu 1,5 godziny, a poprzednie porody trwały wiele godzin. Lekarz potwierdził, że to co miało miejsce z medycznego punktu widzenia jest cudem”.

    Matka Boża jednak przez różaniec nie tylko leczy ciało, ale także duszę:

    „Moje nawrócenie zaczęło się od różańca. Parę lat temu znalazłam się w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Byłam „w dole”, z którego nie widziałam żadnego wyjścia. Do kościoła chodziłam tylko z tradycji, w przekonaniu, że chociaż Bóg jest, ale za bardzo się mną nie interesuje. Dlatego, jak wydarzyła się ta trudna sytuacja, to czułam, że grunt usuwa mi się spod nóg i nie mam w niczym oparcia. I w tym tragicznym momencie zadzwoniła do mnie koleżanka, z pytaniem co u mnie słychać. Ja się rozpłakałam, a ona zapytała, czy się modlę. Dla mnie to była totalna abstrakcja. „Po co mam się modlić, skoro Pan Bóg nas w ogóle nie słucha” – myślałam. Wtedy zaproponowała, abyśmy codziennie o 21.00 odmawiały wspólnie dziesiątkę różańca. Przystałam. A ponieważ jestem słowna to byłam wierna danemu słowu, pomimo tego, że w ogóle nie miałam do tego przekonania. Podczas odmawiania różańca nie odczuwałam żadnych uczuć czy emocji, recytowałam go jak formułkę, coś w rodzaju mówienia „Wlazł kotek na płotek…”. Jednak po kilku dniach zauważyłam, że lepiej funkcjonuję, jestem spokojniejsza i nie mam takich czarnych myśli o swoim życiu. Ponieważ człowiek jest z natury pragmatyczny to postanowiłam odmawiać go jeszcze w drodze do pracy. Jednak tak samo jak poprzednio – robiłam to bezmyślnie. To wszystko trwało około miesiąca, a po tym czasie przyszła łaska niesamowitego doświadczenia Boga. Spotkałam Chrystusa i zakochałam się w Nim. Jednak wiem, ze wyprosiła mi to Matka Boża, gdy ja bezmyślnie mówiłam „Zdrowaś Mario…. Módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej, Amen”.

    Natalia Podosek/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przesłanie dla Polski

    w objawieniach Matki Bożej w Kibeho

    Przesłanie dla Polski w objawieniach Matki Bożej w Kibeho

    Objawień w Kibeho było wiele i bardzo rozciągnęły się w czasie, ale elementy składowe orędzia z Kibeho zostały wyjawione w ciągu dwóch pierwszych lat objawień, to znaczy przed końcem 1983 r. Po tej dacie nie pojawiło się nic oryginalnego, raczej powtórki i próby streszczeń. Dziewica przekazuje widzącym odrębne, ale nie przeciwstawne orędzia; można w nich łatwo rozpoznać wiele wspólnych punktów.

    Objawienia Najświętszej Dziewicy Maryi w Kibeho

    Ludowa pobożność w Kościele katolickim zawsze i wszędzie interesowała się nadzwyczajnymi zjawiskami i wydarzeniami, które często mają związek z objawieniami zwanymi „prywatnymi”, dla odróżnienia ich od pozytywnego i ostatecznego Objawienia danego przez Jezusa Chrystusa. Objawienia prywatne dotyczą szczególnie pobożności maryjnej i mają swoje „orędzia”, nawet jeśli wykraczają poza te ramy. Może się zdarzyć, że pewne „objawienia” zostają uznane przez władzę kościelną. Tak jest na przykład w przypadku
    objawień, które miały miejsce w Lourdes we Francji, w Fatimie w Portugalii czy w Banneaux w Belgii. Zostały one uznane, jednak nie należą do depozytu wiary. Żaden chrześcijanin nie musi więc w nie wierzyć; jednak wymaga się od niego, by wykazał się szacunkiem wobec tych, którzy w nie wierzą.

    Taka sytuacja dotyczy również objawień w Kibeho w Rwandzie, uznanych przez Kościół 29 czerwca 2001 r. Mając to na uwadze, chcielibyśmy w niniejszym rozdziale, dając zarys zdarzeń, ukazać drogę, która doprowadziła do uznania wspomnianych objawień, przedstawić elementy orędzia z Kibeho, a w końcu powiedzieć o trzech uznanych przez Kościół widzących; wszystko po to, by zachęcić czytelnika do zebrania większej ilości informacji na ten temat.

    Elementy orędzia Matki Bożej z Kibeho

    Wśród faktów, które powinny służyć za wsparcie wiarygodności objawień w Kibeho, jednym z najważniejszych jest niewątpliwie treść „dialogów” widzących, jakość orędzia.

    Oczywiście objawień w Kibeho było wiele i bardzo rozciągnęły się w czasie; ale elementy składowe orędzia z Kibeho zostały wyjawione w ciągu dwóch pierwszych lat objawień, to znaczy przed końcem 1983 r. Po tej dacie nie pojawiło się nic oryginalnego, raczej powtórki i próby streszczeń. Dziewica przekazuje widzącym odrębne, ale nie przeciwstawne orędzia; można w nich łatwo rozpoznać wiele wspólnych punktów. Ograniczymy się tutaj do krótkiego zarysu. Mówiąc w skrócie, bez kopiowania słów każdej widzącej, orędzie z Kibeho mogłoby się sprowadzić do następujących tematów:

    1˚. Pilne wezwanie do skruchy i przemiany serc: „Okażcie skruchę, żałujcie za grzechy, żałujcie za grzechy!”. „Nawróćcie się, kiedy jest jeszcze na to czas”.

    2˚. Diagnoza moralnego stanu świata: „Świat ma się bardzo źle” („Ngo isi imeze nabi cyane”). „Świat działa na własną zgubę, wkrótce wpadnie w otchłań („Ngo isi igiye kugwa mu rwobo”), to znaczy pogrąży się w niezliczonych i nieustających nieszczęściach”. „Świat buntuje się przeciwko Bogu, (ubu isi yarigometse), popełnia za dużo grzechów; nie ma miłości ani pokoju”. „Jeśli nie okażecie skruchy i nie przemienicie waszych serc, wszyscy wpadniecie w otchłań”.

    3˚. Głęboki smutek Dziewicy Maryi: Widzące mówią, że widziały jak płakała 15 sierpnia 1982 r. Matka Słowa bardzo się martwi brakiem wiary ludzi i ich zatwardziałością w grzechu. Skarży się na nasze złe zachowanie, które charakteryzuje rozwiązłość obyczajów, upodobanie do zła, ciągły brak posłuchu dla Przykazań Bożych.

    4˚. „Wiara i brak wiary przyjdą niepostrzeżenie”. (Ngo ukwemera n’ubuhakanyi bizaza mu mayeri). To jedno z tajemniczych zdań, które Maryja powiedziała Alphonsine więcej niż raz w początkach objawień, z prośbą, by je powtórzyć ludziom.

    5˚. Zbawcze cierpienie: Ten temat jest jednym z najważniejszych w historii objawień w Kibeho, zwłaszcza u Nathalie Mukamazimpaka. Dla chrześcijanina cierpienie, zresztą nieuniknione w życiu doczesnym, jest obowiązkową drogą do osiągnięcia chwały niebieskiej. 15 maja 1982 r. Dziewica Maryja powiedziała swoim widzącym, a przede wszystkim Nathalie: „Nikt nie wchodzi do nieba, nie cierpiąc”. Albo jeszcze: „Dziecko Maryi nie rozstaje się z cierpieniem”. Ale cierpienie jest również sposobem na odpokutowanie za grzechy świata i udział w cierpieniach Jezusa i Maryi dla zbawienia świata. Widzący zostali zaproszeni do przeżycia tego orędzia w konkretny sposób, do akceptacji cierpienia z wiarą i radością, do umartwiania się („kwibabaza”) i rezygnacji z przyjemności (kwigomwa) w celu nawrócenia świata. Kibeho jest w ten sposób przypomnieniem miejsca krzyża w życiu chrześcijanina i Kościoła.

    6˚. Módlcie się nieustannie i szczerze:
    Ludzie nie modlą się, a nawet jeśli się modlą, wielu z nich nie robi tego jak należy. Dziewica prosi widzących, aby dużo modlili się za świat, nauczyli innych jak się modlić i modlili się zamiast tych, którzy się nie modlą. Dziewica prosi nas, byśmy modlili się z większą gorliwością i szczerze.

    7˚. Kult Maryi, urzeczywistniany przede wszystkim przez regularne i szczere odmawianie różańca.

    8˚. Różaniec do Siedmiu Boleści Dziewicy Maryi:
    Widząca Marie Claire Mukangango mówi, że otrzymała objawienia na tym różańcu. Dziewica kocha ten różaniec. Znany niegdyś, popadł potem w zapomnienie. Matka Boża z Kibeho pragnie, aby przywrócono mu dobre imię i rozpowszechniono w Kościele. Różaniec do Siedmiu Boleści nie zajmuje wcale miejsca Różańca Świętego.

    9˚. Dziewica Maryja pragnie, aby zbudowano Jej kaplicę na pamiątkę Jej objawienia się w Kibeho. Ten temat sięga do objawienia z 16 stycznia 1982 r. i wielokrotnie powraca tamtego roku z nowymi szczegółami.

    10˚. Módlcie się bez przerwy za Kościół, ponieważ w najbliższym czasie czekają go poważne przykrości. Alphonsine usłyszała to od Dziewicy 15 sierpnia 1983 r. i 28 listopada 1983 r.

    mp/kibeho-sanctuary.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Siedem grzechów seksualnych sodomii według Biblii

    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna/zniszczenie Sodomy i Gomory, obraz Jacoba Jacobsa

    *******

    Siedem grzechów seksualnych sodomii według Biblii

    Jeśli komukolwiek zadalibyśmy pytanie, w który miejscu na ziemi było największe siedlisko grzechu i rozwiązłości seksualnej, zapewne większość odpowiedziałaby że to była biblijna Sodoma.

    Znikoma jednak część tych ludzi wskazałaby inne miasto w przeszłości lub teraźniejszości.

    Czym była Sodoma? była miastem biblijnym położonym w dolinie Siidim.

    Biblia mówi nam, że Abraham po powrocie z Egiptu przybył do ziemi kananejskiej by podzielić ją pomiędzy siebie i swego bratanka Lota. Sodomici mieli jednak problem z Asyryjczykami, którzy stale ich napadali. Z pomocą przyszedł Abraham, któremu Bóg obiecał nagrodę.

    Po jakimś czasie jak to w życiu bywa, mieszkańcy Sodomy poczuli siłę i wielce się wzbogacili. Niestety bogactwu towarzyszyła rozpusta i całkowity brak zasad, życie bez Boga. Bóg jak to Bóg słusznie się rozgniewał wysyłając dwóch aniołów, którzy spędzili noc w namiocie Lota. Zanim jeszcze poszli owi goście spać, mężczyźni z miasta otoczyli Lota domo oznajmili, że chcą współżyć z jego gośćmi. Lot zaoferował im w zamian swoje dwie córki notabene dziewice, czemu Sodomici odmówili dobijając się do drzwi na co aniołowie odpowiednio zareagowali. Porazili ich światłem. Po tym incydencie oznajmili  Lotowi, by zebrał wszystkich najbliższych w swoim domu, ponieważ rankiem miasto ma być zniszczone. Tak też się stało.

    Co robili Sodomici takiego strasznego, że Bóg chciał ich zgładzić? Myślę, że to jedno z tych pytań, które dadzą odpowiedź wrogom Boga lub sceptykom wiary co do zabijania przez Boga ludzi. Ateiści mimo, że nie wierzą w Boga, to uważają go za największego morderce w historii. Tutaj mogę tylko dać ten znaczek 🙂

    Sodomici popełnili maksymalną ilość grzechów seksualnych, których Biblia wymienia minimum siedem. Są nimi

    1. Homoseksualizm.

    3MO. 18.(22) “Nie będziesz cieleśnie obcował z mężczyzną jak z kobietą”. 
    Z powodu tego nakazu Boga w kilku stanach USA jest zakaz cytowania Biblii!!!

    2. Kazirodztwo.

    3MO. 6.18
    “Nikt nie będzie się zbliżał do swojego krewnego, aby odsłaniać jego nagość; Jam jest Pan!(7) Nie będziesz odsłaniał nagości swojego ojca i nagości swojej matki. Jest ona twoją matką. Nie będziesz odsłaniał jej nagości. (8) Nie będziesz odsłaniał nagości żony swojego ojca, gdyż jest to nagość ojca twojego. (9) Nie będziesz odsłaniał nagości siostry swojej, córki twojego ojca lub córki twojej matki, czy się urodziła w domu rodzinnym, czy się urodziła poza nim. (10) Nie będziesz odsłaniał nagości córki twojego syna lub córki twojej córki, gdyż są one twoją nagością. (11) Nie będziesz odsłaniał nagości córki żony twojego ojca, urodzonej z ojca twojego, gdyż jest ona twoją siostrą. (12) Nie będziesz odsłaniał nagości siostry twojego ojca, jest ona krewną twojego ojca. (13) Nie będziesz odsłaniał nagości siostry twojej matki, jest ona krewną matki twojej. (14) Nie będziesz odsłaniał nagości brata ojca twojego, nie zbliżysz się do jego żony, jest ona twoją stryjenką. (15) Nie będziesz odsłaniał nagości twojej synowej, jest ona żoną twojego syna, nie będziesz odsłaniał jej nagości. (16) Nie będziesz odsłaniał nagości żony twojego brata, jest ona nagością twojego brata. (17) Nie będziesz odsłaniał nagości kobiety i jej córki. Nie weźmiesz córki jej syna ani córki jej córki, aby odsłonić jej nagość, są one krewne między sobą. Jest to sprośnością. (18) Nie weźmiesz sobie kobiety i jej siostry za nałożnicę i nie będziesz odsłaniał jej nagości za życia tamtej.”

    3. Cudzołóstwo

    3Mo, 18,20 oraz przykazania:

    7. Nie kradnij.
    9. Nie pożądaj żony bliźniego twego,

    Co oznacza także:
        – zdradę małżeńską
        – uwiedzenie (namówienie, nakłonienie partnera do czynu lubieżnego)
        – gwałt (zmuszenie siłą do uległości i stosunku cielesnego)
        – prostytucja (uprawianie nierządu w celach zarobkowych)

    “Albo czy nie wiecie, że niesprawiedliwi Królestwa Bożego nie odziedziczą? Nie łudźcie się!
    Ani wszetecznicy, …ani cudzołożnicy, ani rozpustnicy, ani mężołożnicy …Królestwa Bożego
    nie odziedziczą.” 1 Kor. 6:9.10

    4. Bestialstwo, zoofilia.
    Kontakt seksualny ze zwierzętami. 3MO 16,23

    5. Aborcja
    3MO 20, 1-5

    ” (1) I przemówił Pan do Mojżesza tymi słowy: (2) Powiedz do synów izraelskich: Ktokolwiek z synów izraelskich i z obcych przybyszów mieszkających w Izraelu odda kogoś ze swego potomstwa Molochowi, poniesie śmierć; miejscowa ludność ukamienuje go. (3) Ja zaś zwrócę się przeciwko mężowi temu i wytracę go spośród jego ludu, gdyż oddał Molochowi jedno ze swego potomstwa i skalał moją świątynię, i zbezcześcił moje święte imię. (4) A jeśliby miejscowa ludność nie zwróciła uwagi na tego męża, że oddał Molochowi kogoś ze swego potomstwa, i nie zabiła go,”

    6. Stosunek z kobietą w czasie menstruacji.

    “Mężczyzna, który obcuje cieleśnie z kobietą w czasie jej miesięcznego krwawienia i odsłania jej nagość oraz obnaża źródło jej upływu krwi, a ona też odsłoni źródło upływu krwi swojej, to oboje zostaną wytraceni spośród swego ludu.”

    Nakaz ma nie tylko wartość pod kątem seksu ale także i higieny. Wśród moich byłych znajomych modne i takie “śmieszne” było powiedzenie ” co to za marynarz co nie pływał po morzu czerwonym”. Myślę że kultura uupada a szatan zbiera żniwo.

    7. Masturbacja.
    Mylnie kojarzona z także postacią biblijną Onanem. Onan kompletnie nie ma nic wspólnego z ta czynnością. Onan unikał tylko zapłodnienia ilekroć współżył z żoną brata mimo nakazu ojca. Prawdopodobnie stosował stosunek przerywany.

    3 Mo. 18.21
    “Z potomstwa swego nie będziesz oddawał żadnego na ofiarę dla Molocha i nie będziesz przez to bezcześcił imienia Boga swojego; Jam jest Pan.”

    W naszych niestety nowoczesnych czasach nakaz ten nabył nowe oblicze – pornografia (pisma porno mające na celu pobudzenie seksualne), wyuzdanie seksualne (odkrywanie intymnych części ciała przed obcymi ludźmi).
    W celu pobudzenia dodatkowo stosuje się praktyki new age czyli czysto satanistyczne techniki  jak wizualizacja, w tym przypadku wyobrażenie sobie stosunku z obca kobietą ze zdjęć. Tak więc skoro raz, nasienie jest marnowane, a dwa poświęca się je szatanowi przez jego demoralkulturę pornograficzną, człowiek staje w opozycji do Boga

    Teraz powstaje takie oto pytanie: czy aby na pewno Sodoma i Gomora były jedynymi zdemoralizowanymi miastami w historii? Czy nie ma takich miast obecnie w Polsce? co jest w  Warszawie, Katowicach i innych większych miastach? Co robią tzw swingersi jeśli nie uprawiają sodomy. Czym są kluby go-go? Czym jest film “Testosteron”, w którym próbuje się w naukowy sposób wyjaśnić zdrady?
    Obecny świat z patoinżynierią społeczną upodlił prawdziwą miłość sprowadzając ją na niziny o ile nie na dno. 

    Przesłanie Biblii można umieścić w jednym zdaniu: giniemy tylko z jednego powodu, “braku poznania”.
    Szukajcie a znajdziecie, proście a będzie Wam dane.

    mp/detektywprawdyblogspot.com/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Głoszenie Ewangelii – oto najważniejsza posługa Kościoła

    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna

    ***

    Głoszenie Ewangelii

    oto najważniejsza posługa Kościoła

    «Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam» (J 20, 21)

    Z okazji Jubileuszu Roku 2000 czcigodny Jan Paweł II na początku nowego tysiąclecia ery chrześcijańskiej stanowczo podkreślił potrzebę odnowienia zobowiązania, by nieść wszystkim orędzie Ewangelii «z takim samym entuzjazmem jak pierwsi chrześcijanie» (por. list apost. Novo millennio ineunte, 58). Jest to najcenniejsza posługa, jaką Kościół może ofiarować ludzkości i każdej poszczególnej osobie, poszukującej głębokich racji, by żyć pełnią swojego życia. Dlatego też to właśnie wezwanie rozbrzmiewa każdego roku w czasie obchodów Światowego Dnia Misyjnego. Nieustanne głoszenie Ewangelii ożywia bowiem także Kościół, jego zapał, jego ducha apostolskiego, odnawia jego metody duszpasterskie, tak aby zawsze odpowiadały nowym sytuacjom — również tym, które wymagają nowej ewangelizacji — i by ożywiał je zapał misyjny: «Misje bowiem odnawiają Kościół, wzmacniają wiarę i tożsamość chrześcijańską, dają życiu chrześcijańskiemu nowy entuzjazm i nowe uzasadnienie. Wiara umacnia się, gdy jest przekazywana! Nowa ewangelizacja ludów chrześcijańskich znajdzie natchnienie i oparcie w oddaniu się działalności misyjnej» (Jan Paweł II, enc. Redemptoris missio, 2).

    Idźcie i głoście

    Ten cel jest wciąż stawiany na nowo przez sprawowanie liturgii, zwłaszcza Eucharystii, która kończy się zawsze powtórzeniem polecenia zmartwychwstałego Jezusa, skierowanego do apostołów: «Idźcie…» (Mt 28, 19). Liturgia jest zawsze powołaniem «ze świata» i nowym posłaniem «do świata», aby dawać świadectwo temu, czego się doznało: zbawczej mocy Słowa Bożego, zbawczej mocy tajemnicy paschalnej Chrystusa. Wszyscy, którzy spotkali zmartwychwstałego Pana, czuli potrzebę, by powiedzieć o tym innym, tak jak dwaj uczniowie z Emaus. Po tym, jak rozpoznali Pana przy łamaniu chleba, «w tej samej godzinie zabrali się i wrócili do Jeruzalem. Tam zastali zebranych Jedenastu» i opowiedzieli im o tym, co przydarzyło się im w drodze (por. Łk 24, 33-34). Papież Jan Paweł II napominał, byśmy «czuwali, byli gotowi rozpoznać Jego oblicze i spieszyć do braci, aby nieść im wspaniałą nowinę: ‘Widzieliśmy Pana!’» (por. list apost. Novo millennio ineunte, 59).

    Wszystkim

    Ewangelia jest głoszona wszystkim narodom. Kościół «z natury swojej jest misyjny, ponieważ bierze początek z misji Syna i misji Ducha Świętego, zgodnie z zamysłem Boga Ojca» (Sobór Watykański II, dekret Ad gentes, 2). Taka jest «łaska i właściwe powołanie Kościoła; wyraża najprawdziwszą jego tożsamość. Kościół jest dla ewangelizacji» (por. Paweł VI, adhortacja apost. Evangelii nuntiandi, 14). W związku z tym nie może on nigdy zamykać się w sobie. Zakorzenia się w określonych miejscach, aby iść dalej. Jego działanie, zgodnie ze słowem Chrystusa i pod wpływem Jego łaski oraz Jego miłości, uobecnia się w pełnym wymiarze we wszystkich ludziach i narodach, aby doprowadzić ich do wiary w Chrystusa (por. Ad gentes, 5).

    To zadanie nie przestało być pilne. A wręcz, «misja Chrystusa Odkupiciela, powierzona Kościołowi, nie została jeszcze bynajmniej wypełniona do końca. Gdy (…) obejmujemy spojrzeniem ludzkość, przekonujemy się, że misja Kościoła dopiero się rozpoczyna i że w jej służbie musimy zaangażować wszystkie nasze siły» (Jan Paweł II, enc. Redemptoris missio, 1). Nie możemy być spokojni, jeśli pomyślimy, że po dwóch tysiącach lat wciąż są narody, które nie znają Chrystusa i nie słyszały jeszcze Jego orędzia zbawienia.

    Co więcej, powiększa się też rzesza osób, którym wprawdzie była głoszona Ewangelia, ale zapomniały o niej i oddaliły się od niej, nie utożsamiają się już z Kościołem; a liczne środowiska, także w społeczeństwach tradycyjnie chrześcijańskich, nie chcą się otworzyć na słowo wiary. Dokonuje się przemiana kulturowa, której sprzyjają także globalizacja, prądy myślowe i panujący relatywizm; przemiana, której rezultatem jest mentalność i styl życia nieuwzględniające przesłania ewangelicznego, jak gdyby Bóg nie istniał, a afirmujące jako cel życia dążenie do dobrobytu, łatwego zarobku, kariery i sukcesu, nawet kosztem wartości moralnych.

    Współodpowiedzialność wszystkich

    Misja powszechna obejmuje wszystkich, wszystko i zawsze. Ewangelia nie jest wyłącznym dobrem tego, kto ją otrzymał, ale jest darem, którym trzeba się dzielić, wspaniałą nowiną, którą należy przekazywać. A ten dar-zadanie powierzony jest nie tylko nielicznym, ale wszystkim ochrzczonym, którzy są «wybranym plemieniem, (…) narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym» (1 P 2, 9), aby głosił Jego cudowne dzieła.

    Obejmuje ona również wszelkie rodzaje działalności. Poświęcanie uwagi ewangelizacyjnej działalności Kościoła w świecie i współpraca w niej nie mogą ograniczać się do paru momentów i szczególnych okazji, nie można ich też traktować jako jednego z wielu rodzajów czynności duszpasterskich: wymiar misyjny Kościoła jest istotny, dlatego trzeba mieć go zawsze na uwadze. Ważne jest, aby zarówno poszczególni ochrzczeni, jak i wspólnoty kościelne interesowali się misją nie sporadycznie i okazjonalnie, ale w sposób trwały, jako formą życia chrześcijańskiego. Dzień Misyjny nie jest odosobnioną chwilą w ciągu roku, ale cenną okazją do refleksji nad tym, czy i jak odpowiadamy na powołanie misyjne; jest to odpowiedź o zasadniczym znaczeniu dla życia Kościoła.

    Ewangelizacja globalna

    Ewangelizacja jest procesem złożonym i obejmuje różne elementy. Jednym z nich, do których w działalności misyjnej przywiązywano zawsze szczególną wagę, jest solidarność. Jest to również jeden z celów Światowego Dnia Misyjnego, który za pośrednictwem Papieskich Dzieł Misyjnych zachęca do pomocy w realizacji zadań ewangelizacyjnych na terenach misyjnych. Polega ona na wspieraniu instytucji, niezbędnych do utrwalania i umacniania Kościoła przez katechistów, seminarzystów, kapłanów; a także na wnoszeniu wkładu w polepszanie warunków życia osób w krajach, w których występują w najpoważniejszej formie zjawiska ubóstwa, niedożywienia, zwłaszcza dzieci, chorób, niedostatku opieki medycznej oraz instytucji oświatowych. To również wchodzi w zakres misji Kościoła. Głosząc Ewangelię, ma on na względzie życie ludzkie w pełnym jego znaczeniu. Jest niedopuszczalne, podkreślał sługa Boży Paweł VI, aby w ewangelizacji nie były brane pod uwagę kwestie dotyczące promocji człowieka, sprawiedliwości, wyzwolenia z wszelkiego rodzaju ucisku, oczywiście z poszanowaniem autonomii sfery politycznej. Brak zainteresowania doczesnymi problemami ludzkości byłby równoznaczny z «zapominaniem nauki Ewangelii o miłości bliźniego, cierpiącego i będącego w potrzebie» (por. adhortacja apost. Evangelii nuntiandi, 31. 34); nie byłoby to zgodne z postępowaniem Jezusa, który «obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię o królestwie i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości» (Mt 9, 35).

    Tak więc przez współodpowiedzialne uczestnictwo w misji Kościoła chrześcijanin staje się budowniczym jedności, pokoju, solidarności, które dał nam Chrystus, i współpracuje w urzeczywistnianiu zbawczego planu Boga w stosunku do całej ludzkości. Wyzwania, które przed nią stają, wymagają od chrześcijan, by podążali razem z innymi, a misja jest integralną częścią tej wędrówki ze wszystkimi. Na tej drodze niesiemy, choć w naczyniach glinianych, nasze powołanie chrześcijańskie, nieoceniony skarb Ewangelii, żywe świadectwo o Jezusie, który umarł i zmartwychwstał, którego spotyka się i w którego wierzy w Kościele.

    Niech Dzień Misyjny ożywia w każdym pragnienie i radość z «wychodzenia» naprzeciw ludzkości i niesienia wszystkim Chrystusa. W Jego imię udzielam wam z serca Błogosławieństwa Apostolskiego, w szczególności tym, którzy najbardziej trudzą się i cierpią dla sprawy Ewangelii.

    Watykan, 6 stycznia 2011 r., uroczystość Objawienia Pańskiego

    Benedykt XVI

    dam/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    o. Jan Strumiłowski OCist:

    Trójca Święta – istota naszego istnienia

    (źrodło: youtube.com/Blessed Trinity Orlando FL)

    ***

    Trzecia Prawda Wiary brzmi: Są trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Jest to dogmat, który wydaje się być najbardziej teoretycznym, który wydaje się nie mieć odzwierciedlenia w naszym życiu. Oczywiście jest to mniemanie błędne, ponieważ jest to jeden z fundamentalnych, a nawet można powiedzieć – podstawowy dogmat Prawdy Wiary. Wierzymy w Boga, który jest Trójcą Świętą. 

    Nie chodzi tu o to, że wierzymy w trzech Bogów, jak zarzucają nam niektórzy poganie. My wierzymy w Jednego Boga. Jest tylko jedna istota Boga, jedna istota Najwyższa. Natomiast ta istota Boga nie jest samotnikiem. Gdyby Bóg był tylko jeden, a nie był Trójjedyny, nie mógłby być Miłością. Bo miłość realizuje się w relacji. 

    W takim odczytaniu boskości, można powiedzieć filozoficznym, kiedy Boga przedstawiamy jako monolit, jako monadę, jako absolut – Bóg z trudem mógłby być nazwany miłością. Można byłoby powiedzieć, że Bóg aby kochać potrzebował kogoś jeszcze. Wydawałoby się wówczas, że dla urzeczywistnienia swojej miłości Bóg potrzebował człowieka, potrzebował stworzenia.

    Tymczasem Bóg, jako Trójca Osób, jest Odwieczną Miłością. I to miłością istotową. I Bóg zawsze był szczęśliwy – Ojciec kochał i kocha Syna – odwiecznie i zawsze Go kocha. Oddaje mu wszystko w akcie rodzenia. Ów akt z teologicznego punktu widzenia jest udzielaniem własnej istoty przez Ojca – Synowi, aby On był. A zatem jest to miłość pełna, miłość wywłaszczająca siebie, miłość rodząca. Syn zaś przyjmuje wszystko z ręki Ojca i jest to miłość receptywna. Syn nie sam stanowi o sobie, ale jest wszystkim tym, czym rodzi Go Ojciec. Przyjmuje wszystko. 

    To jest bardzo ważny aspekt miłości, o którym dziś zapominamy. Nam się wydaje, że kochać, to znaczy całkowicie oddać siebie. Natomiast kochać, to znaczy również przyjąć wszystko od Boga. I Syn wszystko przyjmuje. Jest tym, kim Ojciec Go czyni w akcie rodzenia. Ale zaraz, od razu, jednocześnie, Syn wszystko oddaje Ojcu, oddaje Mu całą swoją istotę, jak gdyby powtarzając ten akt ojca: Chcę abyś był, oddaje wszystko Tobie, wszystko co moje należy do Ciebie.

    W Ewangelii ta dynamika życia Trójjedynego bardzo wyraźnie jest widoczna w Chrystusie. Duch Święty tymczasem jest istotową, osobową miłością między Ojcem i Synem. W Bogu kochać, to nie oddzielny akt, oddzielony od osoby. W naszym życiu doczesnym w przestrzeni stworzeń, które są złożone, być i działać, to jest coś innego. Ja jestem i ja działam. Natomiast nigdy nie jestem całym swoim działaniem. W Bogu to jest zjednoczone i jednoznaczne. 

    Ojciec nie tylko kocha Syna, ale Ojciec jest Miłością do Syna. Syn nie tylko kocha Ojca, ale Syn jest Miłością ku Ojcu. Duch Święty nie tylko jest wzajemną miłością ich Obu, ale jest osobą współistotną Ojcu i Synowi.

    Zatem miłość w Bogu jest pełna i jest miarą absolutnej miłości. Jest wzorem miłości, do której my powinniśmy dążyć. Człowiek, na zasadzie podobieństwa do Boga, jest zdolny do miłości, ale nasza miłość nigdy nie jest pełna. My tęsknimy i pragniemy takiej miłości, gdzie nie tylko będziemy kochali ukochanego aktem miłości, który jest od nas oderwany, ale my pragniemy całkowicie siebie oddać, całkowicie należeć i całkowicie przyjąć.

    I taka miłość jest możliwa do zrealizowania tylko i wyłącznie w zjednoczeniu z Bogiem. Między innymi z tego powodu ta miłość naturalnie, która zawiązuje się między mężczyzną a kobietą, została podniesiona do rangi sakramentu, aby w jej przestrzeni realizowała się Miłość Boża. Żeby mąż nie tylko kochał żonę, ale ze względu na Chrystusa, na Kościół Święty, na Boga, stawał się miłością do niej, stawał się wywłaszczeniem siebie na rzecz jej dobra i odwrotnie.

    Widzimy więc, że w Trójcy Świętej mamy obraz i wzór prawdziwej miłości. Intuicyjnie mamy zapisany obraz tej miłości w naszej naturze, ale on jest nie do zrealizowania w pełni.

    W Trójcy Świętej widzimy cel naszego życia – a więc stać się miłością absolutną ku Bogu i ku swoim braciom. Po wtóre Trójca Święta pokazuje nam jak człowiek powinien żyć w sposób pełny – czyli całkowicie angażujący siebie i swoją istotę: Nie tylko modle się do Boga, ale staję się modlitwą do Boga. Nie tylko oddaje siebie Bogu, ale staje się oddaniem Bogu.

    Zatem dogmat o Trójcy Świętej tak naprawdę porządkuje i wyznacza początek i kres naszego życia. Dogmat ów jest jakby przedstawieniem tego za czym intuicyjnie tęsknimy, a czego nie posiadamy we własnej naturze i co nie może nam dać spełnienia. Pokazuje, że nasza natura nie może nam dać spełnienia sama w sobie. Aby człowiek mógł żyć spełniony, potrzebuje Boga.

    Dogmat o Trójcy Świętej oczywiście porządkuje też inne aspekty naszego życia. Nie jest przypadkiem, że Trójca Święta, chociaż jest współistotna, to każda osoba posiada tą samą godność, należy się jej ta sama cześć, jest równa co do majestatu i chwały, to jednak w pewnym sensie Trójca Święta jest uhierarchizowana. 

    Bóg jest początkiem Trójcy. To On rodzi Syna, który jest Logosem, który jest Rozumem, natomiast dopiero z Ojca i Syna rodzi się Akt Woli (mówiąc metaforycznie), którym jest Duch Święty, akt miłości. I to również powinno porządkować i dawać wzór naszego życia. Jeżeli bowiem zasadą życia chrześcijańskiego jest miłość, to ta miłość musi wynikać z poznania. Musi wynikać i z Ojca i Syna. Nie można postawić miłości ponad poznanie. 

    Jeśli zapomnimy o dogmacie, zapomnimy o tym Kim jest Bóg naprawdę, zapomnimy kim jest człowiek, a skupimy się tylko na miłości, to nasza miłość stanie się ślepa, beztreściowa i stanie się karykaturą i wykrzywieniem miłości.

    I z takim procesem, jak się wydaje, mamy dziś często do czynienia – kładzie się na piedestale miłość, natomiast mówi się, że prawda jest drugorzędna. Ale miłość bez prawdy może skończyć się nawet na umiłowaniu grzechu. I to widzimy chociażby w takim pojęciu jak „tolerancja”, która jest niczym innym jak wykrzywieniem miłości, jak miłością bez poznania.

    Jeżeli poznajemy w Bogu obiektywny porządek rzeczy, poznajemy co się Bogu podoba i to zaczynamy kochać, to wówczas nasza miłość jest uporządkowana, wtedy miłość nie skłoni się ku temu co jest przeciwne Bogu, co grzeszne, ale zacznie to nienawidzić. Święty Tomasz z Akwinu mówi, że nienawiść grzechu również jest owocem miłości.

    Dogmat o Trójcy Świętej jest więc dogmatem, który wyznacza istotę naszego istnienia – początek, wzór i cel. Kochać w takim porządku jaki odwiecznie istnieje w Bogu. Zanurzyć się w istotowej, substancjalnej Miłości, jaką jest Bóg. Ona będzie celem i kresem wszelkich pragnień naszej natury i wszelkich pragnień, które Bóg w tej naszej naturze umieścił. Bez Boga, bez Boga Trójjedynego, nie ma prawdziwego spełnienie i nie ma prawdziwej miłości.

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bóg jest obecny na cztery sposoby. Nie chce, byśmy Go zamykali w “złotym pudełku”

    Ks. Porosło: Bóg jest obecny na cztery sposoby. Nie chce, byśmy Go zamykali w "złotym pudełku"

    – Czasem się uśmiecham, gdy w kościołach jest tabliczka: “Bóg tu jest”. Przecież On jest wszędzie, nie tylko tu! Jest wszechobecny. To znaczy, że nie ma takiego miejsca, gdzie Boga nie ma. Gdy wyjdziemy z kościoła, Bóg będzie poza nim. Warto to sobie uzmysłowić, że nieustannie, wszędzie, gdzie jesteśmy, jesteśmy w obecności Boga – mówi ks. Krzysztof Porosło.

    Diecezjalny duszpasterz akademicki przy kolegiacie św. Anny w Krakowie wygłosił w bazylice w Hałcnowie katechezę zatytułowaną „W jaki sposób Jezus żyje w Kościele? Kościół żyje Eucharystią!”. 

    Jak mówił podczas katechezy, o “zamykaniu” Boga w jednym miejscu pisał jeden z wielkich teologów Kościoła, Hans Urs von Balthasar. W jednej ze swoich książek wybitny teolog w usta Jezusa włożył skargę, która może nas zaskoczyć.

    “Zamknęliście Mnie w złotym pudełku” 

    – Zamknęliście Mnie w złotym pudełku, tabernakulum, ksiądz proboszcz ma kluczyk, raz w tygodniu przychodzicie do Mnie i otwieracie pudełko. a potem zamykacie Mnie z powrotem i idziecie załatwiać swoje sprawy. Raz w roku Mnie bierzecie na spacer po parafii, na Boże Ciało, pozwalacie Mi zobaczyć, jak żyjecie, gdzie mieszkacie, ale tylko raz w roku, a potem znowu zamykacie Mnie w złotym pudełku, na kluczyk – parafrazował ks. Porosło. – Ten lament Jezusa jest bardzo realny, kiedy zapominamy, że całe nasze życie jest przeżywane w obecności Boga. I nie chodzi o to, że Pan Bóg jest jak wielki brat, wszędzie ma kamery, widzi wszystko, co robimy i kiedy chcemy zrobić coś złego, powinna nam się zapalić czerwona lampka “Bóg widzi”. Chodzi o co ś znacznie ważniejszego: że Bóg naprawdę jest obecny we wszystkim, co powołuje do istnienia i nie ma takiego stworzenia, które byłoby bezbożne. Może być ktoś, kto Boga odrzuci i nie chce budować z nim bliskości, może być ktoś, kto w Boga nie wierzy, ale nie ma takiego człowieka, którego Bóg by odrzucił i z niego zrezygnował – mówił duszpasterz.

    Jeśli budzisz się rano, to znaczy, że Bóg cię chce, że jesteś ważny

    Jak wyjaśniał ks. Porosło, Bóg jest obecny na trzy sposoby. Wyjaśniał to już Tomasz a Akwinu. Po pierwsze nadaje wszystkiemu istnienie i podtrzymuje w w istnieniu wszystko, co istnieje.

    – Jeśli Bóg przestałby nas chcieć chociaż na sekundę, to przestalibyśmy istnieć. Jeśli dziś obudziłeś się rano, twoje serce bije, to tylko dlatego, że Bóg mówi: jesteś dla mnie ważny, jesteś, bo cię chcę – mówił duszpasterz.

    Drugi sposób obecności Boga przejawia się w Jego prawach. Św. Tomasz wyjaśnia, że Bóg jest we wszystkim obecny swoją mocą i prawami: cały świat jest podany władzy bożej.

    – To trochę jak z królem, który rządzi w całym królestwie nie dlatego, że jest w każdym mieście, ale dlatego, że nadaje prawa, które w całym państwie obowiązują. To tak, jak trener piłkarski: niby nie gra, niby nie biega po boisku, ale jak drużyna nie wygrywa, to jego się zwalnia, bo drużyna realizuje jego taktykę i zamysł – wyjaśniał ks. Porosło. 

    Nikt nie wypada z rąk Panu Bogu

    Trzeci sposób obecności Bożej to Boża opatrzność. 

    – Bóg jest obecny we wszystkim, bo z miłością przygląda się nam i czuwa, żeby wszystko zmierzało we właściwym kierunku. Nikt nie wypada z rąk Panu Bogu. Bóg na wszystko patrzy: jak mama, która dogląda swoje dzieci, choć wydaje się, że jest zajęta czymś innym. Gotuje w kuchni obiad, ale kątem oka dobrze widzi, co robią w drugim pokoju – tłumaczył ks. Porosło.

    Jak mówił, Bogu to nie wystarczyło i zapragnął być obecny w ludzkim życiu w jeszcze jeden sposób. To jest właśnie to, co nazywamy łaską uświęcającą.

    – Bogu nie wystarczyło, że jest obecny na te trzy sposoby. Zapragnął wejść w tak wyjątkową relację z człowiekiem, że zapragnął nas uczynić swoimi dziećmi – mówił duszpasterz.

    To właśnie jest łaska uświęcająca

    – To, co nazywamy łaską uświęcającą, to ten szczególny sposób zamieszkania Boga w człowieku; kiedy w naszej duszy trzy Osoby Trójcy zamieszkują i upodobniają nas do siebie. To nie jest coś, co się wydarza na sposób naturalny: potrzebujemy, żeby to Bóg wyszedł do nas z taką propozycją. Żeby przestał być na zewnątrz nas, a zaczął być w głębi nas, poruszał nas do działania, inspirował do dobra i miłości, przemieniał od wewnątrz. I to jest najważniejsze: tęsknota za życiem w łasce uświęcającej. Budowania relacji z Bogiem, doświadczenia, że jesteśmy tak bardzo kochani, że On chce mieszkać w naszych sercach. Chce być moją codziennością, chce przeżywać moje życie razem ze mną, odczuwać to, co czuję, być w tym, co robię – mówił ks. Porosło.

    ks. Krzysztof Porosło/źródło: diecezja.bielsko.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 16 CZERWCA – kościół św. Piotra

    UROCZYSTOŚĆ

    NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA JEZUSA

    17.00  SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA – ZAPRASZAMY DO POMOCY

    18.00  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU I SAKRAMENT SPOWIEDZI ŚW.

    19.00  MSZA ŚW.

    MOŻLIWOŚĆ DOKONANIA OSOBISTEGO AKTU POŚWIĘCENIA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA (za te osoby będzie też intencja Mszy św.)

    Najważniejsze Serce świata

    Począwszy od duchowych doświadczeń św. Małgorzaty Marii Alacoque, głęboko związanych z doznanymi objawieniami Najświętszego Serca Pana Jezusa, stojących u podstaw Jego kultu, katolicy praktykują najpierw osobiste, a potem także wspólnotowe i publiczne akty poświęcenia. Możemy je zauważyć w wędrówce duchowej wielu świętych w XVIII i XIX wieku, dla których stały się niejako programem życia i działania.

    Adobe Stock

    *****

    Szczególnym przełomem w praktykowaniu tych aktów było zalecenie publicznego odmawiania Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, które wydał papież Leon XIII w encyklice Annum sacrum (25 maja 1899 r.). Powód zalecenia tego aktu całemu Kościołowi i jego odmawiania „w głównym kościele wszystkich stolic i miast” był bardzo osobisty. Papież chciał w ten sposób dziękować Bogu „za uwolnienie od niebezpiecznej choroby i zachowanie przy życiu”. Stopniowo ten akt zaczął się przyjmować w Kościele w wersji wspólnotowej, by stać się manifestacją kultu Najświętszego Serca Jezusowego i zawartego w nim przesłania duchowego, kościelnego i społecznego. Do jego utrwalenia przyczynił się następnie papież Pius XI, nadając odpusty jego publicznemu odmówieniu, a kolejni papieże potwierdzili zarówno znaczenie tej pobożnej praktyki, jak i odpusty z nią związane. Dzisiaj także łączy się z tym aktem odpust zupełny, gdy jest on odmawiany publicznie.

    Aby zrozumieć sens tego aktu i jego uprzywilejowane znaczenie, trzeba mieć na względzie jego genezę i rolę, którą odgrywał i odgrywa w Kościele. Chociaż został on zalecony po raz pierwszy w Kościele przez Leona XIII z racji niejako prywatnych, to jednak nie odzwierciedla tylko osobistych przekonań papieża, ale wyrasta z głębokiej teologii Najświętszego Serca Pana Jezusa, która została wypracowana w XVIII i XIX wieku. Łączy ona w sobie tajemnicę wcielenia Syna Bożego i Jego zbawczej ofiary na krzyżu, która niejako streszcza się w słowie miłość, a jej symbolicznym wyrazem jest serce. Od samego początku więc Serce Jezusa jest syntezą dzieła zbawczego.

    W tym kulcie jest obecny jednak także drugi aspekt, którym są jego konsekwencje duchowe i moralne – zarówno indywidualne, jak i społeczne. Od wierzącego domaga się on zatem odpowiadania osobistą miłością na miłość Chrystusa, a od wspólnoty wierzących – chrześcijańskiego kształtowania życia społecznego, a nawet politycznego. Dlatego już w XIX wieku zwrócono uwagę na społeczne królowanie Chrystusa, którego wymóg rodzi się z kultu Jego Serca. Począwszy od papieża bł. Piusa IX, o tych konsekwencjach społecznych mówi się coraz więcej. Papież św. Paweł VI, wychodząc od Najświętszego Serca Pana Jezusa, zaproponował Kościołowi budowanie „cywilizacji miłości”, a św. Jan Paweł II poszerzył tę koncepcję, proponując „cywilizację miłości i prawdy”. Dobrze to odpowiada dzisiejszej sytuacji duchowej świata, który potrzebuje odnaleźć na nowo i odbudować podstawowe znaczenie prawdy i miłości w życiu osobistym, społecznym, politycznym itd.

    Dlaczego więc publiczne, czyli właściwie wspólnotowe odmawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?

    Ta praktyka kościelna podkreśla przede wszystkim, że kult Najświętszego Serca Jezusowego nie jest jedynie wyrazem jakieś pobożności czysto wewnętrznej i indywidualistycznej, by nie powiedzieć – pietystycznej, ale jest kultem doniosłym społecznie, jak społeczny charakter miało dzieło zbawcze Chrystusa, gdy zakorzeniało się w Jego Sercu. Wyraża się w nim jasno świadomość, że wiara chrześcijańska ma charakter kościelny: jest pierwotnie „wiarą Kościoła”, w której potem osobiście uczestniczy każdy wierzący. Jako wiara eklezjalna ma ona także kształtować życie wspólnotowe w jego wielu aspektach.

    Kult Najświętszego Serca ma następnie charakter wynagradzający i ekspiacyjny. Akt, o którym mówimy, został zalecony także jako akt ekspiacyjny, szczególnie za grzechy raniące życie społeczne, takie jak: zaniedbania w wychowaniu, lekceważenie czystości, bluźnierstwa, żądza posiadania, niewiara, ateizm, odrzucanie Boga w kulturze i polityce, lekceważenie władzy itd. Grzechy publiczne domagają się również publicznego zadośćuczynienia. Zwracała na to uwagę już św. Małgorzata Maria Alacoque.

    Publiczne odmawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa ma następnie na celu podkreślenie, że objawiona przez Niego miłość jest najwyższą zasadą życia społecznego i politycznego. Wszyscy papieże XX wieku, podobnie jak to uczyniono w dokumentach II Soboru Watykańskiego, stale powracają do tego pryncypium, usiłując do niego przekonać zarówno chrześcijan, jak i wszystkich ludzi dobrej woli. Publiczne powtarzanie tego aktu ma za zadanie utrwalać to przekonanie o zasadniczym znaczeniu dla całej ludzkości, aby w oparciu o nie dokonywać przemiany relacji międzyludzkich i kształtować nowy styl życia.

    Trzeba także pamiętać, że papież Pius XI złączył odmawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa ze świętem Chrystusa jako Króla Wszechświata. Chciał w ten sposób nie tylko połączyć ze sobą te dwa rodzaje kultu, ale także jeszcze mocniej podkreślić społeczne znaczenie Jezusa Chrystusa i Jego zbawczej miłości dla przyszłości człowieka, która będzie rzeczywiście otwarta, jeśli zostanie złączona z Jego obecnością i Jego panowaniem. Trafnie zwracają na to uwagę rozwijające się obecnie rozmaite ruchy intronizacyjne, które łączą się z kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Publiczne odnawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa jest niejako syntetycznym potwierdzeniem tych głębokich treści obecnych w Jego kulcie. Na pewno powinny one zostać wydobyte, aby dokonywać przemiany życia społecznego, której dzisiaj tak bardzo potrzeba – ze względu zarówno na dzisiejszą sytuację duchową, jak i na dalszy rozwój życia wspólnoty ludzkiej. Odpust związany z tym aktem stanowi niewątpliwie zachętę do jego odmawiania, ale przede wszystkim odpust – ten wielki duchowy dar – dokonuje odnowy wewnętrznej człowieka, gdyż uwalnia go od skutków grzechu i przyczynia się do tego, że człowiek w nowy sposób może także wcielać w życie to, co jest zawarte w przesłaniu, z którego ten akt wyrasta i które nadal propaguje.

    ks. Janusz Królikowski, dziekan wydziału teologicznego UPJPII, sekcja w Tarnowie/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 faktów na temat

    Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Z uroczystością Najświętszego Serca Pana Jezusa wiążą się nie tylko pobożne praktyki prostego ludu. Dzieje objawień ustanawiających nabożeństwo i uroczystość Najświętszego Serca to także, a może przede wszystkim, polityczna historia Europy. Stary Kontynent zapewne wyglądałby dziś zupełnie inaczej, gdyby rządzący zamiast kierować się pychą, słuchali wezwań Pana Jezusa.

    Przypominamy zatem sześć faktów na temat Najświętszego Serca Pana Jezusa, o których każdy katolik musi bezwzględnie pamiętać:

    1.Pan Jezus objawił swe oczekiwanie wobec polityków francuskiej zakonnicy

    Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa obchodzimy dzięki łasce widzenia Chrystusa otrzymanej przez francuską zakonnicę Małgorzatę Marię Alacoque. To jej między grudniem 1673 a czerwcem 1675 objawił się sam Zbawiciel przypominając o swym nieskończonym miłosierdziu dla ludzi i o potrzebie zwrócenia się wszystkich do jego Serca poprzez specjalne Nabożeństwo. Stało się ono dla odprawiających je wiernych źródłem licznych łask.

    „Moje Boskie Serce płonie tak wielką miłością ku ludziom, że nie może utrzymać dłużej tych gorejących płomieni, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie je rozlać za Twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi skarbami” – mówił Pan Jezus do zakonnicy. Przekazał jej także misję dla króla Francji.

    2. Koniecznie musimy wynagradzać Najświętszemu Sercu za grzechy. W jaki sposób?

    Pan Jezus poprosił by pierwszy piątek miesiąca po oktawie Bożego Ciała był „szczególną uroczystością ku czci Serca mego, by w tym dniu zbliżano się do Stołu Pańskiego, by mi cześć składano celem wynagrodzenia tych wszystkich zniewag, które Serce me spotykają, gdy na ołtarzach przebywam”. Z tego też powodu to właśnie w czerwcowy piątek obchodzimy Uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego.

    Nasz Zbawiciel, kierując się swą przeogromną miłością do ludzi wprost podał formy pobożności, które przyczyniają się do wynagradzania Jego Najświętszemu Sercu za grzechy ludzkości. Należą do nich:

    – Częste przyjmowanie komunii św. w intencji wynagrodzenia, zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca.

    – Modlitewne czuwanie w nocy z czwartku na piątek, aby towarzyszyć Jezusowi w Jego śmiertelnym smutku na Górze Oliwnej i wypraszać miłosierdzie dla grzeszników.

    – Oddawanie czci obrazowi Serca Jezusowego

    3. Pan Jezus ostrzegał katolicką Francję przed upadkiem, w czasie jej świetności

    Francuzki król Ludwik XIV otrzymał osobistą misję od Chrystusa, co jest niewyobrażalnym wręcz wyróżnieniem. Wraz z całą swoją rodziną miał poświęcić się Najświętszemu Sercu, miał Je czcić publicznie, zbudować świątynię pod wezwaniem Najświętszego Serca, szerzyć wśród wojska kult obrazu Serca Jezusowego i ozdobić Nim królewskie sztandary. Niewielkie zadanie, jak na króla, nieprawdaż?

    Pan Jezus zapowiedział, że będzie błogosławił królowi i jego państwu we wszystkich sprawach, będzie strzegł jej mieszkańców, a wszystkich wrogów złoży u jej stóp, jeżeli tak król jak i poddani szerzyć będą między innymi narodami nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    4. Władcy Francji zdradzili Najświętsze Serce Jezusowe, za co kraj zapłacił ogromną cenę

    Mimo, iż Zbawiciel postawił konkretne oczekiwanie wobec władców Francji, król Ludwik XIV nie spełnił Jego wymagania. Francja poniosła tego konsekwencje – z katolickiego kraju, obronionego przed falą protestanckiej herezji i stanowiącego o potędze chrześcijańskiej Europy (jakim była Francja, gdy Małgorzata Alacoque otrzymywała dar widzenia Chrystusa) za panowania wnuka Ludwika XIV, nie pozostało już wiele. Rewolucja Francuska zmiotła stary, tradycyjny świat.

    Antykatolicka rewolta przyniosła setki tysięcy krwawych ofiar – łącznie z poźniejszym królem, Ludwikiem XVI i jego żoną. Historia jego dziadka, Ludwika XIV jest klarownym przykładem tego, jak wielką odpowiedzialność stanowi sprawowanie władzy, szczególnie władzy królewskiej. Najstarsza córa Kościoła dała tym samym bardzo zły przykład innym krajom – to z winy francuzów właśnie świat urządzony jest dziś zupełnie inaczej niż za czasów Ludwika XIV.     

    5. Serce Jezusowe na tarczach obrońców katolicyzmu

    Podczas trwania Rewolucji Francuskiej symbol Najświętszego Serca Pana Jezusa stał się emblematem chroniącym przeciwników tego krwawego antychrześcijańskiego przewrotu. Powstańcy z Wandei ozdabiali swe sztandary symbolem Serca Jezusowego.

    Również wśród rzeczy należących do królowej Marii Antoniny, zgilotynowanej przez rewolucjonistów, znaleziono rysunek Świętego Serca z płomieniem, krzyżem i koroną cierniową, z napisem: „Przenajświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami !”

    Pierwszą osobą, która na stałe nosiła przy sobie wizerunek Najświętszego Serca była jednak oczywiście święta Małgorzata Maria Alacoque.

    6. W objawieniach dotyczących Najświętszego Serca jest i polski wątek

    Król Francji, ostrzegany przed nadciągającą za wiele lat katastrofą, zbagatelizował żądanie Pana Jezusa dotyczące poświęcenia się Jego Sercu. Kilkaset lat później Zbawiciel objawił się w Polsce, a słowa które wypowiedział do Rozalii Celakównej poprzedziły hekatombę już nie o kilkadziesiąt lat, ale o zaledwie kilka miesięcy. „Za grzechy i zbrodnie (wymieniając zabójstwa i rozpustę), popełniane przez ludzkość na całym świecie, ześle Pan Bóg straszną karę. Sprawiedliwość Boża nie może znieść dłużej tych występków. Ostoją się tylko te państwa, w których będzie Chrystus królował. Jeżeli chcecie ratować świat, trzeba przeprowadzić Intronizację Najświętszego Serca Jezusowego we wszystkich państwach i narodach na całym świecie. Tu i jedynie tu jest ratunek(…)”. Polska nie zginie, o ile przyjmie Chrystusa za Króla w całym tego słowa znaczeniu; jeżeli się podporządkuje pod prawo Boże, pod prawo Jego Miłości. Inaczej, Moje dziecko, nie ostoi się” – usłyszała polska pielęgniarka w… kwietniu 1939 r.

    Przypomnienie Służebnicy Bożej nakazu przekazanego uprzednio świętej Małgorzacie, nie przyniosło do tej pory oczekiwanych efektów. Co jednak bardzo ważne, poświęcenie siebie Najświętszemu Sercu  możliwe jest także indywidualnie i w gronie rodziny.

     malk/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 17 CZERWCA 

    UROCZYSTOŚĆ NIEPOKALANEGO SERCA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    w kaplicy izbie JEZUSA MIŁOSIERNEGO – SPOTKANIE BIBLIJNE

    10.00 – GODZINKI KU CZCI NMP

    w kościele św. Piotra od godz. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    18.00 – MSZA ŚW.

    RÓŻANIEC W INTENCJI POKOJU

    Dziś wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny

    Niepokalane Serce NMP (Screenshot YouTube)

    Wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny

    Matka Boża pokazała też dzieciom piekło, a w nim wiele dusz potępionych, aby wzbudzić w nich grozę i tym większe pragnienie ratowania grzeszników od ognia wiecznego. Zażądała także z tej okazji, aby w każdą pierwszą sobotę miesiąca była przyjmowana Komunia święta wynagradzająca.

    Liturgiczne święta Matki Bożej idą zwykle równolegle ze świętami Pana Jezusa. Tak więc Kościół obchodzi: Boże Narodzenie (25 XII) i Narodzenie Najświętszej Maryi (8 IX), Ofiarowanie Chrystusa w świątyni (2 II) i Ofiarowanie Maryi (21 XI), Wielki Piątek i wspomnienie Matki Bożej Bolesnej (15 IX), Wniebowstąpienie Pana Jezusa i Wniebowzięcie Maryi (15 VIII), Serca Pana Jezusa i Serca Maryi (dzień później), Chrystusa Króla (w ostatnią niedzielę przed Adwentem) i Maryi Królowej (22 VIII).

    O Sercu Maryi jako pierwszy pisze św. Łukasz (Łk 2, 19. 51). Pierwsze ślady kultu Serca Maryi napotykamy już w XII w. I tak o Sercu Maryi wspominają: św. Azelm (+ 1109), jego uczeń Eudmer (+ 1124), Hugo od św. Wiktora (+ 1141), św. Bernard (+ 1153), św. Herman Józef (+ 1236), św. Bonawentura (+ 1274), św. Albert Wielki (+ 1280), Tauler (+ 1361), bł. Jakub z Voragine (+ 1298), św. Mechtylda (+ 1299), św. Gertruda Wielka (+ 1303), św. Brygida Szwedzka (+ 1373) i inni.
    Na wielką skalę kult Serca Maryi rozwinął św. Jan Eudes (1601-1680). Kult, który szerzył, nosił nazwę Najświętszego Serca Maryi lub Najsłodszego Serca Maryi. Jak wiemy, łączył go ze czcią Serca Pana Jezusa. Odtąd powszechne są obrazy Serca Jezusa i Serca Maryi. Najwięcej jednak do rozpowszechnienia czci Serca Maryi przyczynił się ks. Geretes, proboszcz kościoła Matki Bożej Zwycięskiej w Paryżu. W roku 1836 założył on bractwo Matki Bożej Zwycięskiej, mające za cel nawracanie grzeszników przez Serce Maryi. W roku 1892 bractwo liczyło 20 milionów członków.
    W objawieniu “cudownego medalika Matki Bożej Niepokalanej”, jakie otrzymała w roku 1830 św. Katarzyna Laboure, są umieszczone dwa Serca: Jezusa i Maryi. Św. Antoni Maria Klaret (+ 1870) Niepokalane Serce Maryi ustanowił Patronką swojego zgromadzenia. Co więcej, Serce Niepokalane Maryi umieścił w herbie tegoż zakonu.

    W wieku XIX rozpowszechniło się nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi dla podkreślenia przywileju Jej Niepokalanego Poczęcia i wszystkich skutków, jakie ten przywilej na Maryję sprowadził. To nabożeństwo w ostatnich dziesiątkach lat stało się powszechne. Początek temu nabożeństwu dało ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi przez papieża Piusa IX w roku 1854, jak też objawienia Matki Bożej w Lourdes (1858). Najbardziej jednak przyczyniły się do tego głośne objawienia Matki Bożej w Fatimie w roku 1917.

    Dnia 13 maja 1917 roku, kiedy dzieci: Łucja (lat 10), jej cioteczny brat Franciszek (lat 9) i Hiacynta (siostra Franciszka, lat 7) w odległości 3 km od Fatimy pasły swoje owce, ujrzały nagle silny błysk ognia jakby potężnej błyskawicy, który powtórzył się dwa razy. Zaniepokojone dzieci zaczęły zabierać się do domu ze swymi owcami. Ujrzały nagle na dębie postać Matki Bożej i usłyszały Jej głos: “Nie bójcie się, przychodzę z nieba. Czy jesteście gotowe na wszelkie cierpienia i pokuty, aby sprawiedliwości Bożej zadośćuczynić za grzechy, jakie Jego Majestat obrażają? Jesteście gotowe nieść pociechę memu Niepokalanemu Sercu?” W imieniu trojga odpowiedziała najstarsza Łucja: “Tak jest, bardzo tego chcemy”. Matka Boża poleciła dzieciom, aby przychodziły na to samo miejsce co miesiąc 13 każdego miesiąca.
    Dzieci wzięły sobie głęboko do serca polecenie z nieba i zadawały sobie w tym czasie najrozmaitsze pokuty i cierpienia na wynagrodzenie Panu Bogu za grzechy ludzkie. W czerwcu Łucja usłyszała od Maryi: “Moje Serce Niepokalane chciałoby Panu Bogu składać dusze odkupione, jako kwiaty przed Jego tronem”. W lipcu Maryja powiedziała: “Musisz ofiarować się za grzechy. Kiedy to będziesz czynić, powtarzaj: «O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie i za nawrócenie grzeszników w łączności z Niepokalanym Sercem Maryi»”. Matka Boża pokazała też dzieciom piekło, a w nim wiele dusz potępionych, aby wzbudzić w nich grozę i tym większe pragnienie ratowania grzeszników od ognia wiecznego. Zażądała także z tej okazji, aby w każdą pierwszą sobotę miesiąca była przyjmowana Komunia święta wynagradzająca. W końcu poleciła: “Gdy będziecie odmawiać różaniec, to na końcu dodajcie: – O Jezu, strzeż nas od grzechu i zachowaj nas od ognia piekielnego, wprowadź wszystkie dusze do nieba, a zwłaszcza te, które wyróżniały się szczególnym nabożeństwem do Niepokalanego Serca Maryi”.

    10 grudnia 1925 roku Matka Boża pojawiła się siostrze Łucji, pokazała jej swoje Serce otoczone cierniami i powiedziała: “Spójrz, córko moja, na to Serce otoczone cierniami, którymi ludzie niewdzięczni Mnie ranią. (…) Ty przynajmniej staraj się Mnie pocieszać i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinę śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia tym wszystkim, którzy w pierwsze soboty pięciu następujących po sobie miesięcy wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec, towarzyszyć Mi będą przez 15 minut w rozważaniu tajemnic różańca świętego w intencji wynagrodzenia”.
    Episkopat Polski wyprosił u Stolicy Apostolskiej przywilej odprawiania w każdą pierwszą sobotę miesiąca (za wyjątkiem sobót uprzywilejowanych liturgicznie) Mszy świętej o Niepokalanym Sercu Maryi. Warto z tego przywileju korzystać i nadać nabożeństwu odpowiednią oprawę. We wszystkie inne zwykłe soboty można odprawiać Mszę świętą wotywną o Najświętszej Maryi Pannie.

    13 października 1942 roku, w 15. rocznicę zakończenia objawień fatimskich, papież Pius XII drogą radiową ogłosił całemu światu, że poświęcił rodzaj ludzki Niepokalanemu Sercu Maryi. Polecił także, aby uczyniły to poszczególne kraje w swoim zakresie. Pierwsza uczyniła to Portugalia z udziałem prezydenta państwa. Polska była wówczas pod okupacją hitlerowską. Prymas Polski, kardynał August Hlond w obecności całego Episkopatu Polski i około miliona pielgrzymów uczynił to 8 września 1946 r. na Jasnej Górze przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XII wysłał z tej okazji osobny list gratulacyjny do Polski (23 grudnia 1946 r.). Jak widać, objawienia fatimskie ukierunkowały kult Serca Maryi do czci Jej Serca Niepokalanego. Nadto nadały mu charakter wybitnie ekspiacyjny, w czym bardzo upodobnił się do kultu Serca Pana Jezusa, propagowanego w objawieniach danych św. Małgorzacie Marii Alacoque.

    Samo święto Serca Maryi zapoczątkował św. Jan Eudes już w roku 1643. Wyznaczył je dla swoich rodzin zakonnych na dzień 8 lutego. On to ustanowił zakon pod wezwaniem Serc Jezusa i Maryi (kongregacja eudystów), ustalił odpowiednie pozdrowienie codzienne wśród współbraci tego zakonu i napisał teksty liturgiczne: mszalne i brewiarzowe na dzień święta. Wiemy także, że św. Jan Eudes pierwszy napisał dziełko na temat kultu Serca Maryi. Ukończył je przed samą swoją śmiercią w roku 1680. Wydane zostało drukiem w roku 1681. Papież Pius VII (+ 1823) zatwierdził święto Najświętszego Serca Maryi dla niektórych diecezji i zakonów jako święto lokalne. Papież Pius IX (+ 1878) zatwierdził teksty Mszy świętej dla tego święta i oficjum brewiarza. Dla całego Kościoła święto Niepokalanego Serca Maryi wprowadził papież Pius XII dnia 4 maja 1944 roku. Posoborowa reforma liturgiczna przesunęła je na sobotę po uroczystości Najświętszego Serca Jezusowego.

    brewiarz.pl

    _______________________________________________________________________________

    Coracao Imaculado.jpg

    Niepokalane Serce Maryi Podczas objawienia w czerwcu Matka Boska pokazuje dzieciom swoje Niepokalane Serce – „ucieczkę i drogę, która […] zaprowadzi do Boga”. W lipcu, po ukazaniu wizji piekła, Maryja mówi, że poświęcenie świata Jej Niepokalanemu Sercu jest sposobem na nawrócenie i zadośćuczynienie. Nabożeństwo do Serca Maryi – wraz z prośbą o poświęcenie Rosji i wszystkiego tego, co ona symbolizuje – staje się wyrazem obecności Boga, towarzyszącego dramatom dziejów i ukazującego wiernym inny, eschatologiczny wymiar historii. Wezwanie do poświęcenia świata, uzupełnione o nabożeństwo wynagradzające pierwszych sobót miesiąca, zostaje powtórzone w wizjach siostry Łucji w Pontevedra i w Tuy, które ostatecznie zamykają orędzie fatimskie.Istotą prośby o poświęcenie świata Niepokalanemu Sercu Maryi i komunii wynagradzającej w pierwsze soboty jest wskazanie na centralne miejsce Boga w życiu człowieka wierzącego. Drogą, która prowadzi do Boga jest serce Maryi ukształtowane na podobieństwo serca Boga („I dam wam pasterzy według mego serca, by was paśli rozsądnie i roztropnie” [Jr 3, 15]). Poświęcenie się sercu Maryi to okazanie gotowości do wypełniania woli Boga i do nawrócenia się przez Jego miłosierdzie. Nabożeństwo pierwszych sobót, ofiarowane w intencji zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi, przypomina człowiekowi wierzącemu o miłosierdziu Bożym i sercu bez skazy, które ujawnia swoją pełną miłości obecność.

    Kościół w Polsce ponowi Akt poświęcenia

    Rosji i Ukrainy Niepokalanemu Sercu Maryi

    Kościół w Polsce ponowi Akt poświęcenia Rosji i Ukrainy Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. To odpowiedź polskich biskupów na prośbę, jaką skierował do nich podczas 395. Zebrania Plenarnego w Lidzbarku Warmińskim biskup kijowsko-żytomierski Vitalii Kryvytskyi SDB.

    Decyzją Episkopatu Polski Akt poświęcenia Rosji i Ukrainy Niepokalanemu Sercu Maryi zostanie ponowiony w parafiach w całej Polsce w najbliższą sobotę 17 czerwca we Wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny lub w niedzielę 18 czerwca podczas wszystkich Mszy Świętych.

    Z prośbą o ponowienie Aktu poświęcenia zwrócił się do polskich biskupów reprezentujący Rzymskokatolicką Konferencję Episkopatu Ukrainy bp Vitalii Kryvytskyi SDB podczas 395. Zebrania Plenarnego Episkopatu Polski, które miało miejsce od 12 do 14 czerwca br. w Lidzbarku Warmińskim. W zebraniu uczestniczyli goście z zagranicy.

    Do poświęcenia Rosji i Ukrainy Niepokalanemu Sercu Maryi wezwał wiernych na całym świecie Ojciec Święty Franciszek w marcu zeszłego roku, po agresji rosyjskiej na Ukrainę.

    Papież dokonał go podczas celebracji pokutnej w Bazylice św. Piotra 25 marca o godz. 17.00. W tym samym dniu odmówił tę samą modlitwę w Fatimie wysłannik papieski kard. Konrad Krajewski. W jedności z papieżem Franciszkiem Akt ponowili – zgodnie z apelem Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski – wierni Kościoła katolickiego w Polsce.

    „My zatem, Matka Boga i nasza Matko, uroczyście zawierzamy i poświęcamy Twojemu Niepokalanemu Sercu siebie samych, Kościół i całą ludzkość, a zwłaszcza Rosję i Ukrainę. Przyjmij ten nasz akt, którego dokonujemy z ufnością i miłością; spraw, aby ustały wojny, i zapewnij światu pokój” – czytamy w tekście modlitwy z 25 marca 2022 roku, który zostanie odczytany w najbliższą sobotę i niedzielę w kościołach.

    BP KEP/dm/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najświętsze serca miłością gorejące

    (oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    Czerwiec to miesiąc tradycyjnie poświęcony Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Gromadzimy się wtedy w kościołach na nabożeństwach czerwcowych i na odmawianiu litanii do Serca Pana Jezusa. W piątek po oktawie Bożego Ciała przypada uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, a w sobotę Święto Niepokalanego Serca Matki Bożej. Podkreślamy w ten sposób ścisły związek Serca Boskiego Syna z Sercem Jego Matki.

    Oba Serca są ze sobą połączone już od chwili Zwiastowania, gdy Matka Boża odpowiedziała Archaniołowi Gabrielowi: Fiat! Od tamtej pory pod Jej ludzkim Sercem zaczęło bić Serce Boga, pod Jej Matczynym Sercem – Serce Jej Syna. O tym wyjątkowym związku Serc ksiądz Dolindo Ruotolo napisał: W ciągu dziewięciu miesięcy, kiedy nosiła Jezusa w swoim łonie, Maryja dawała Mu życie, a On stał się Sercem z Jej Serca, tworząc z Nią jedność.

    Tak było aż do momentu, gdy Pan Jezus wypowiedział na Krzyżu słowa: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego! i miecz bólu przeszył Serce Maryi. W chwili śmierci Serce Pana Jezusa pękło z bólu, a wkrótce potem żołnierz przebił Je włócznią. Jaki los spotkał wtedy Serce Jego Matki? – Tam, na Kalwarii, Maryja została ukrzyżowana wraz z Jezusem  zaznała męczeństwa serca – odpowiada na to pytanie ks. Dolindo.

    Innemu Włochowi – ks. Giuseppe Tomasellemu, wizjonerowi żyjącemu w XX wieku – Matka Boża powiedziała: – Widząc przebite Serce Mojego Najdroższego Syna, wydawało mi się, jakby to mnie samej przeszyto serce. I dodała: – Gdy Jezus został złożony do grobu, dwa Serca zostały w nim zamknięte: Serce Syna oraz Matki, gdyż tam, gdzie znajduje się nasz skarb, tam też znajduje się nasze serce. W ciągu trzech dni po śmierci Jezusa myślą i uczuciami przebywałam w Jego grobie. Duszo pobożna, przeniknij duszę Jezusa oraz moją. Zmierz, jeśli dasz radę, to morze boleści, które napełniło Serce mojego Syna i moje. Czyż była kiedykolwiek ofiara bardziej powszechna, bardziej całkowita i doskonała?

    Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa trwał zatem już od momentu Zwiastowania i nie przerwała go nawet śmierć Chrystusa. Pierwszą i najdoskonalszą czcicielką Serca Zbawiciela była bowiem Jego Matka. Po Niej do czcicieli Serca Jezusowego dołączyli Apostołowie oraz wielu błogosławionych i świętych. Powoli rozwijał się również kult Serca Matki Bożej, któremu oddawało hołd wielu świętych.

    Początek kultu liturgicznego Serca Jezusa i Maryi

    Jako przełomowy nie tylko dla kultu Serca Pana Jezusa, ale też dla kultu Niepokalanego Serca Jego Matki jawi się wiek XVII. To wtedy żył i działał we Francji święty kapłan, Jan Eudes, później nazwany twórcą liturgicznego kultu Serca Jezusa i Maryi. Rozpowszechniał on wśród świeckich i duchowieństwa podobizny Serca Jezusa i Serca Maryi, ułożył Mszę Świętą i modlitwy ku czci obu tych serc, a także założył Zakon Jezusa i Maryi.

    W swoich zapiskach ks. Eudes zanotował: Nigdy nie wolno wam rozdzielać tego, co Bóg tak doskonale zjednoczył. Jezus i Maryja są tak blisko ze sobą związani, że ktokolwiek widzi Jezusa, widzi Maryję; kto kocha Jezusa, kocha Maryję; ktokolwiek oddaje się Jezusowi, oddaje się Maryi. Kapłan, który miał wielkie zasługi w rozpowszechnianiu kultu Serc Jezusa i Maryi został beatyfikowany w 1909 roku i kanonizowany w 1925 roku.

    Ustanowienie kultu Serca Pana Jezusa

    W tym samym XVII wieku Pan Jezus objawił się Małgorzacie Marii Alacoque – zakonnicy ze Zgromadzenia Sióstr Nawiedzenia NMP (wizytek). W serii objawień Pan Jezus nakazał siostrze Małgorzacie czczenie wizerunku Swojego Serca, rozprzestrzenianie wypływających z Niego promieni Miłosierdzia, zalecił nabożeństwa wynagradzające Sercu Jezusowemu za grzechy ludzi, a w końcu zażądał, aby w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała celebrowano uroczystość ku czci Serca Chrystusa, a Komunię wtedy przyjmowaną ofiarowano za zniewagi temu Sercu czynione. Czcicielom i propagatorom kultu Swojego Serca Pan Jezus obiecał ustanowienie pokoju w ich rodzinach, pocieszenie w utrapieniach, bycie niezawodną ucieczką w życiu, zwłaszcza w godzinie śmierci; odejście z tego świata w łasce uświęcającej, błogosławieństwo w przedsięwzięciach, odkrycie źródła i oceanu Miłosierdzia w Sercu Chrystusowym, przeobrażenie dusz oziębłych w gorliwe, dojście dusz gorliwych do świętości, błogosławieństwo dla domów, w których czci się wizerunek Serca Jezusowego, wypisanie w Sercu Jezusowym imion tych, którzy rozszerzają Jego kult, a kapłanom udzielenie daru poruszania nawet najbardziej zatwardziałych serc.

    Po 12 latach Stolica Apostolska oficjalnie zezwoliła na kult Najświętszego Serca Pana Jezusa we francuskim klasztorze Paray-le-Monial, gdzie przebywała siostra Małgorzata Alacoque. Wkrótce poświęcono tam kaplicę ku czci Serca Jezusowego, a klasztor sióstr wizytek stał się centrum kultu. To właśnie siostry tego zakonu stworzyły znaną nam obecnie litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Siostra Małgorzata zmarła w 1690 roku, w 1864 roku została beatyfikowana, a w 1920 roku kanonizowana.

    Rola Polski w propagowaniu kultu Serca Pana Jezusa

    Największą zasługę w rozpowszechnianiu nabożeństwa ku czci Serca Pana Jezusa w Polsce miał jezuita Kasper Drużbicki, autor pracy Ognisko serc – Serce Jezusa, a także twórca popularnych wtedy w całej Europie litanii i modlitw do Serca Pana Jezusa. Swój udział miał też w tym dziele Episkopat Polski, który w 1765 roku wydał specjalny memoriał. Zawarto w nim historyczny przegląd kultu, a także potencjalne łaski, które mogłyby płynąć z nabożeństwa ku czci Serca Pana Jezusa. Pod wpływem tego dokumentu papież Klemens XIII ustanowił takie nabożeństwo, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów. W roku 1856 papież Pius IX rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół, a 31 grudnia 1899 roku Ojciec Święty Leon XIII oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.

    Fatima i kult Serca Maryi

    Niecałe dwie dekady później Matka Boża objawiła się trójce pastuszków w portugalskiej Fatimie. W czerwcu 1917 roku oznajmiła dzieciom-wizjonerom: – Jezus chciałby ustanowić na świecie nabożeństwo do Mego Niepokalanego Serca. Miesiąc później, po przedstawieniu dzieciom wizji piekła, Matka Boża znów upomniała się o nabożeństwo ku czci Swojego Serca, mówiąc: – Aby ratować dusze grzeszników idące do piekła, Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do Mego Niepokalanego Serca. Zapowiedziała też: – Przybędę, aby prosić o poświęcenie Rosji Memu Niepokalanemu Sercu.

    Słowa te zaczęły się wypełniać kilka lat później. 10 grudnia 1925 roku Matka Boża objawiła się siostrze Łucji, trzymając na jednej ręce Dzieciątko Jezus, a w drugiej swoje Serce otoczone cierniami. Sam Pan Jezus powiedział wtedy do wizjonerki: – Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je wciąż na nowo, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał. Maryja zaś powiedziała: – Serce Moje jest otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale Je ranią. Po czym dodała: – Przekaż wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z wszystkimi łaskami tym, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię Świętą, odmówią jeden różaniec w intencji zadośćuczynienia i przez 15 minut będą mi towarzyszyć w rozmyślaniach nad 15 tajemnicami różańcowymi.

    Cztery lata później, ukazując się ponownie siostrze Łucji, Maryja poprosiła o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu Sercu i zapowiedziała, że powstrzyma to błędy tego kraju i doprowadzi go do nawrócenia. Musiało minąć jednak ponad 100 lat od objawień w Fatimie, żeby dokonano w pełni aktu poświęcenia Rosji Niepokalanemu Sercu Matki Bożej, a uczynił to dopiero papież Franciszek 25 marca 2022 roku.

    Bluźnierstwa przeciw Sercom Jezusa i Maryi

    Niestety, stało się to za późno i Rosja rozlała już swoje błędy po całym świecie. Najnowszą ich odsłonę możemy obserwować na ulicach największych miast świata, a od kilku lat również w Polsce w postaci tzw. marszów równości, których organizatorzy właśnie czerwiec – miesiąc poświęcony Najświętszemu Sercu Pana Jezusa – wybrali sobie na datę swoich gorszących manifestacji. Coraz częściej w przestrzeni publicznej możemy usłyszeć, że jest to miesiąc dumy: osób z zaburzeniami swojej seksualności, które zamiast kryć się ze swoimi grzesznymi ciągotami, wręcz przeciwnie, afiszują się z nimi, przy okazji gorsząc innych.

    Ulicami przeciągają kolorowe korowody, których uczestnicy nie wahają się obrażać Pana Jezusa i Jego Matki. Maryja, która sama nakazała nazywać się Królową Korony Polskiej, w tejże Polsce jest haniebnie atakowana, a Jej wizerunki są profanowane. Podczas tych pochodów publicznie obraża się Jej Boskiego Syna: w imię rzekomej wolności słowa – wolności do nieskrępowanego wyrażania swoich poglądów – dochodzi do profanacji ofiary Pana Jezusa na Krzyżu; do profanacji Mszy Świętej.

    Mało tego: bezwstydna tłuszcza niesie na swoich sztandarach cytaty z Pisma Świętego mające uzasadnić jej grzeszne, wołające o pomstę do Nieba skłonności. Najświętsze Serce Jezusa; świątynia Boga, przybytek Najwyższego, życie i zmartwychwstanie nasze, jest demonstracyjnie znieważane otwartą propagandą rozwiązłości i dogadzania swoim plugawym skłonnościom. Dodatkowo wulgarnie obrażane nieprzystojnymi grafikami jest Niepokalane Serce Maryi Panny, Matki najczystszej i dziewiczej, Panny czcigodnej i wiernej, Królowej Dziewic i rodzin!

    Nierozerwalność obu kultów

    A przecież jak swego czasu o Niepokalanym Sercu Maryi powiedział św. Ojciec Pio: – Jest to jedyne miejsce na świecie, w którym szatan nie postawił swojej nogi i nigdy jej nie postawi, aby zagarnąć dusze, które tam weszły. Wejdźcie tam, a będziecie bezpieczni! Z kolei siostra Łucja usłyszała pewnego razu od Matki Bożej: Moje Niepokalane Serce będzie twoją ucieczką i drogą, która cię zaprowadzi do Boga.

    Na koniec zacytujmy słowa papieża Piusa XII, który podkreślił związek łączący Serce Pana Jezusa z Sercem Matki Najświętszej i doniosłość oddawanego im hołdu, mówiąc: – Ażeby kult Najświętszego Serca Jezusa wydał jak najżyźniejsze owoce w rodzinie chrześcijańskiej i w całej ludzkości, niech wierni starają się połączyć go ściśle z kultem Niepokalanego Serca Matki Bożej.

    Janusz Komenda/PCh24.pl/artykuł z “Przymierza z Maryją”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dziś uroczystość

    Najświętszego Serca Pana Jezusa

    kaplica Serca Pana Jezusa – Sanktuarium św. Jana Pawła II Wielkiego w Krakowie/fot.Michał Zięba

    ***

    Kult Serca Jezusowego rozwinął się w Polsce jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Polska miała też szczególne przywileje papieskie. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.

    „Kult Serca Jezusowego ukazuje wielką miłość Pana Boga do nas, który nie cofa jej w zależności od postępowania człowieka. Kontemplując Serce Boże, odkrywamy nieskończoną miłość Boga, którą nam objawił w swoim Synu. Chodzi jednak o to, aby nie zatrzymywać się tylko na tym, ale by starać się naśladować przymioty Bożego Serca: łagodność, cierpliwość, pokorę. W ten sposób będziemy przyczyniać się do budowania +cywilizacji miłości+” – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ.

    Liturgiczne święto Boskiego Serca Pana Jezusa, wraz z Mszą św. i oficjum brewiarzowym, ustanowił w 1765 r. papież Klemens XIII. Był to przywilej tylko dla Polski, dla ówczesnego Królestwa Polskiego i jednej Konfraterni Najświętszego Serca w Rzymie. W ten sposób Stolica Apostolska odpowiedziała na memoriał biskupów polskich z 1764 r.

    Początku samego kultu Serca Jezusowego można upatrywać wcześniej. Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podkreślał, że pierwszą Jego czcicielką była bez wątpienia Najświętsza Panna. „Dwa te najpiękniejsze Serca – Jezusa i Maryi – biły zawsze zgodnie i najżywiej ze sobą współczuły i w chwilach radości, i w godzinach bólu czy męki” – pisał kard. Wyszyński w 1965 r. Do grona czcicieli Najświętszego Serca Jezusowego należeli m.in. św. Bernard, Bonawentura, Katarzyna ze Sieny, Franciszek Salezy. Najbardziej znaną pozostaje jednak św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690), wizytka z klasztoru w Paray-le-Monial. Obok takich praktyk pobożnych jak pierwsze piątki, Komunia św. wynagradzająca czy „godzina święta” (adoracja przez godzinę Najśw. Sakramentu w nocy z czwartku na pierwszy piątek) – Pan Jezus zlecił jej podjęcie starań o ustanowienie w Kościele święta Jego Serca, w piątek po oktawie Bożego Ciała.

    Na ziemiach polskich Serce Boskiego Zbawcy czczone było jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwszy w świecie podręcznik tego nabożeństwa napisał o. Kacper Drużbicki. Autor książeczki „Ognisko serc – Serce Jezusa” zmarł 13 lat przed objawieniami w Paray-le-Monial. O ustanowienie święta Bożego Serca zabiegali w Stolicy Apostolskiej polscy królowie i biskupi. Dekret z 1765 r. był właśnie odpowiedzią na sławny memoriał polskich biskupów, który podaje historyczny przegląd kultu i uzasadnia wymowę tego nabożeństwa. Prymas Polski abp Ledóchowski poświęcił Najświętszemu Sercu metropolię gnieźnieńską. Nabożeństwem do Serca Jezusowego odznaczali się biskupi Bilczewski i Pelczar, autor dzieł o Najświętszym Sercu i założyciel zgromadzenia sióstr sercanek. Kolejny prymas, kard. Dalbor, w imieniu Episkopatu powierzył Polskę Sercu Zbawiciela i Jego Najświętszej Matce. W 1921 r. jako wotum wdzięczności Sercu Bożemu za odzyskanie niepodległości przez Naród Polski konsekrowano bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. W Poznaniu wzniesiono też pomnik „Sacratissimo Cordi – Polonia Restituta” (został on zburzony w 1940 r.). W 1948 r. biskupi zachęcali wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a trzy lata później Episkopat Polski ogłosił rok poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    „Sam Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Serce spragnione miłości, żądał tego poświęcenia, które ona nazywała prywatnym albo małym w odróżnieniu od publicznego poświęcenia się całych społeczeństw” – przypomnieli biskupi. Praktyka prywatnego poświęcenia się Sercu Pana Jezusa została zapomniana i dopiero po 200 latach, po objawieniach w Paray-le-Monial, przypomniał je papież Pius XI. O osobistym poświęceniu mowa w encyklice „Miserentissimus Redemptor” z roku 1928.

    Polscy biskupi zachęcali do osobistego poświęcenia Sercu Jezusowemu, ale i oddania całych rodzin, co nazywane jest intronizacją Serca Jezusowego w rodzinach. Dopiero zwieńczeniem modlitw prywatnych było wspólne poświęcenie Najświętszemu Sercu Jezusowemu Narodu i Rzeczypospolitej. Nastąpiło to w uroczystość Chrystusa Króla w 1951 r. Akt poświęcenia poprzedził tydzień modlitw do Serca Jezusowego.

    11 czerwca 2021 roku, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie, biskupi polscy zgromadzeni na 389. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski, ponowili Akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Mszy św. przewodniczył abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, który dokonał także ponowienia Aktu. „Powierzamy Ci całe nasze życie osobiste, rodzinne i społeczne, które pragniemy oprzeć na trwałych zasadach Ewangelii. Podobnie jak przed stu laty, w pokorze poświęcamy się Twojemu Najświętszemu Sercu, oddając naszą Ojczyznę w Twoje władanie” – powiedział przewodniczący Episkopatu odczytując Akt.

    Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Znamienny jest też akt oddania całego Kościoła i rodzaju ludzkiego w opiekę Serca Jezusowego, jakiego dokonał 31 grudnia 1899 roku papież Leon XIII. Nowy rys nadał papież Jan Paweł II. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, ustanowił on Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.

    Episkopat.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Profesor de Mattei:

    Czerwiec to miesiąc Najświętszego Serca.

    Prośmy w nim o nawrócenie własne i całej ludzkości

    Tak jak miesiąc maj jest poświęcony Matce Bożej, tak czerwiec jest tradycyjnie poświęcony Najświętszemu Sercu. Nabożeństwo do Niego towarzyszy życiu duchowemu każdego katolika i każdego roku w miesiącu czerwcu musi być odnawiane, pielęgnowane, pogłębiane – przypomina profesor Roberto de Mattei w artykule na łamach portalu Voice of Family.

    Jak zwraca uwagę włoski historyk, pielęgnowanie i pogłębianie tego nabożeństwa nie sprowadza się do jego aspektu sentymentalnego, choć i on jest on istotny, ponieważ każde prawdziwe nabożeństwo pochodzi z serca. Trzeba jednak jeszcze używać rozumu do refleksji nad jego naturą i znaczeniem. „W przypadku nabożeństwa do Najświętszego Serca można to zrobić poprzez ponowne przeczytanie trzech encyklik, napisanych przez trzech różnych papieży” – wskazuje autor komentarza.

    Jako pierwszy papieski dokument profesor wymienia Annum Sacrum autorstwa Leona XIII, datowany na 25 maja 1899 roku. Ojciec Święty wzywa tam ludzi, rodziny i narody do poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusa. Jest to lekarstwo na zło trapiące ludzkość.

    „Zbłądziliśmy i musimy wrócić na właściwą drogę; ciemność zaćmiła nasze umysły, a ciemność musi zostać rozproszona przez światło prawdy; śmierć nas ogarnęła, a my musimy uchwycić się życia. W końcu stanie się możliwe, aby nasze liczne rany zostały uleczone i wszelka sprawiedliwość ponownie zakwitła z nadzieją na przywrócenie władzy; aby wspaniałość pokoju została odnowiona, a miecze i broń opadły z rąk, kiedy wszyscy ludzie uznają królestwo Chrystusa i chętnie będą posłuszni Jego słowu, i każdy język wyzna, że ​​Pan nasz Jezus Chrystus jest w chwale Boga Ojca (Flp 2:11)” – cytuje prof. de Mattei.

    Drugą przypomnianą przezeń encykliką jest Miserentissimus Redemptor (8 maja 1928) papieża Piusa XI. Autor zachęca do poświęcenia się Najświętszemu Sercu, przez które ofiarujemy się Bogu w ramach pokuty i zadośćuczynienia za grzechy własne i innych ludzi.

    Trzecią encykliką przywołaną przez autora tekstu na łamach thevoiceofthefamily.com, jest Haurietis Aquas (15 maja 1956). Pius XII zaznacza, iż „objawienia św. Małgorzacie Marii [Alacoque] nie wniosły nic nowego do doktryny katolickiej. Ich znaczenie polegało na tym, że Chrystus Pan nasz, odsłaniając swoje Najświętsze Serce, zechciał w sposób zupełnie niezwykły zaprosić umysły ludzkie do kontemplacji i nabożeństwa do tajemnicy miłosiernej miłości Boga wobec rodzaju ludzkiego. W tej szczególnej manifestacji Chrystus wyraźnie i wielokrotnie powtarzał słowa wskazujące na swoje Serce jako na symbol, przez który ludzie powinni być pociągnięci do poznania i uznania Jego miłości; a jednocześnie ustanowił ją jako znak lub rękojmię miłosierdzia i łaski dla potrzeb Kościoła naszych czasów”.

    „Ale wspominając nabożeństwo do Najświętszego Serca, jakże nie kojarzyć go z nabożeństwem do Niepokalanego Serca Maryi, stworzenia, które bardziej doskonale niż ktokolwiek inny zrozumiało i umiłowało Boskiego Odkupiciela?” – pyta retorycznie autor.

    Profesor cytuje treść modlitwy, której anioł nauczył trzech pastuszków w Fatimie jesienią 1916 roku, przed rozpoczęciem następujących kilka miesięcy później objawień Matki Bożej:

    „Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty, wielbię Cię najgłębiej i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, na zadośćuczynienie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, które tak bardzo Go obrażają. I przez nieskończone zasługi Najświętszego Serca Jezusowego i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników”.

    „Przez nieskończone zasługi Najświętszego Serca Jezusowego i przez wstawiennictwo Niepokalanego Serca Maryi prośmy więc o nawrócenie biednych grzeszników, nawrócenie całej ludzkości, ale przede wszystkim o nasze własne nawrócenie” – wzywa prof. de Mattei.

    PCh24.pl/źródło: thevoiceofthefamily.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Obraz Serca Bożego kojarzy się z płomieniami miłości, z żarliwym uczuciem, jakim Bóg zapałał do ludzkich stworzeń, w których przypieczętował Swą miłość.

    Gorące, ożywiające promienie, wzbudzające zieleń przyrody, wzrost i dojrzewanie owoców, najlepiej wiążą się z szóstym miesiącem roku. Jego nazwa być może pochodzi od czerwi, małych istot szczególnie aktywnych w tym okresie. Ich zadaniem od starożytności było czyścić ranę. Mnożące się larwy zjadają martwe tkanki i zostawiają miejsce na przyrost nowej, żywej i zdrowej. Małe i nic nieznaczące istoty są jak czerwcowa litania, która łączy się w nabożeństwo. Jej celem jest wywołać proces oczyszczenia duszy i ciała. Ma zanurzyć człowieka w płomieniach Boskiego uczucia, by on sam zapłonął miłością czystą i bez granic.

    Objawienia i obietnice

    Początki nabożeństw czerwcowych związane są z objawieniami Małgorzaty M. Alacoque. Najważniejsze objawienie, jedno z trzech, których doświadczyła święta, dokonało się w piątek po oktawie Bożego Ciała, 10 czerwca 1675 r. Kiedy Małgorzata klęczała przed tabernakulum w czasie nawiedzenia Najświętszego Sakramentu, ukazał się jej Chrystus, który odsłonił swoje Serce i powiedział: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Lecz najbardziej boli Mnie to, że w podobny sposób obchodzą się ze Mną serca służbie mojej szczególnie poświęcone. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez Komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję.

    W zamian za to obiecuję ci, że Serce moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do jej rozszerzenia”.

    Dwanaście obietnic skierowanych do czcicieli Serca Jezusa gwarantuje otrzymanie łask potrzebnych we właściwym każdemu stanie. Zapewniają one: pokój w rodzinie, pociechę w utrapieniach, pomoc w życiu, a zwłaszcza w momencie śmierci, błogosławieństwo w przedsięwzięciach, miłosierdzie dla grzeszników, wyjście z oziębłości, doskonałość dla gorliwych, błogosławieństwo dla domów, gdzie czczony jest wizerunek Serca Jezusa, szczególny wzgląd dla apostołów kultu Bożego Serca, pomoc kapłanom w docieraniu do serc zatwardziałych grzeszników. Ostatnia, dwunasta obietnica dotyczyła godziny śmierci i odnosiła się do tych, którzy przystąpią do Komunii św. w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia za grzechy. Oni to otrzymają łaskę pokuty tak, że nie umrą w niełasce, bez sakramentów świętych, a Serce Jezusa będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia.

    Nabożeństwa czerwcowe

    Na pomysł codziennych czerwcowych nabożeństw wpadła młoda zakonnica Aniela de Sainte-Croix. Uważała, że podobnie jak w maju sławi się i czcią obdarza Najświętszą Maryję Pannę, tak w następującym po nim miesiącu czerwcu wypada obdarzyć modlitewnym uczuciem Najświętsze Serce Boże. Pomysł spodobał się wspólnocie zakonnej, do której przynależała, oraz arcybiskupowi Paryża. Tak nabożeństwo zaczęło się rozszerzać.

    Do dziś modlitwy czerwcowe żywo pielęgnowane są w Kościele, zwłaszcza w Polsce. Cieszył się tym faktem Jan Paweł II, czemu dał wyraz na nabożeństwie czerwcowym w Elblągu w 1999 r.

    Głównym punktem modlitwy jest śpiewanie Litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Pierwsze litanie powstały w XVII wieku. Jedną z nich ułożyła sama Małgorzata Alacoque. Obecna ma swoją złożoną historię. Zawiera 33 wezwania do Najświętszego Serca. Ich liczba odpowiada długości ziemskiego życia Pana Jezusa. Jej początki sięgają roku 1720, kiedy to w Marsylii wybuchła zaraza. Powoli liczba wezwań, których początkowo było ponad dwadzieścia, wzrosła do 33, a zatwierdzony przez Kongregację Obrzędów w 1899 r. tekst zachował się do naszych czasów.

    Po wieczornej Mszy św. adorowany jest Najświętszy Sakrament, a wierni razem z kapłanem odmawiają litanię. W Polsce kult Serca Pana Jezusa ma długą tradycję. Nabożeństwa odprawiane są od 1857 r. Gdy w początkach ubiegłego wieku niedoszły metropolita krakowski, późniejszy pasterz przemyski Anatol Nowak konsekrował jezuicką bazylikę przy ul. Kopernika w Krakowie, wiedziano, że stanie się ona miejscem szczególnego kultu Serca Jezusa. Mocny ośrodek szerzący kult Bożego Serca znajduje się tam do dziś.

    Odmawianie litanii

    Jakie znaczenie ma dziś odmawianie litanii? Czy jest to forma na dzisiejsze czasy? Język nie jest współczesny, a zawarte myśli błąkają się daleko od tych, które mogą poruszyć serca młodych – pokolenie obrazu. Litanię można jednak potraktować jak naszyjnik z korali, które nawleka się na słowa kierowane ku Bogu. Każda myśl wyraża uczucie i odkrywa prawdę. Archaiczne wezwania stanowią tajemnicę, są jak archeologiczne pole, jak skrzynka ze skarbami znaleziona na strychu. Można ją przekształcić w pakiet sms-ów wysyłanych do nieba, krótkich, lecz treściwych, które w kilku słowach mówią wszystko.

    Czy da się tak zaśpiewać litanię, by porwała serca idących na narzeczeńskie spotkanie? To zależy od dobrego organisty, od rozmodlonego księdza, od pań ze Straży Honorowej i innych grup Bożego Serca, czy przyjmą młodych i uczynią ich aktywnymi uczestnikami spotkania.

    By miłość do Jezusa mogła zapalić miłość rodziców do dzieci, a dzieci do dziadków, by mogła oczyścić miłość młodych i uzdolnić ją, by płonęła na wieki – nie trzeba zmieniać form, wystarczy nadać im świeże barwy, wyjaśnić i ukształtować. W ten sposób Litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa może stać się sztafetą modlitwy, łączącą przeszłość z nadzieją na Kościół jutra, wzrastający w blasku litanijnych promieni.

    ks. Jarosław Krzewicki/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak modlić się w Godzinę Świętą?

    Poznaj rady abp. Fultona Sheena

    Arcybiskup Fulton J. Sheen, Sługa Boży, od momentu przyjęcia święceń kapłańskich codziennie odprawiał Godzinę Świętą przed Najświętszym Sakramentem. Zachęcał do tej praktyki zarówno osoby konsekrowane, jak i świeckie. Godzina Święta nadawała poczucie sensu jego życiu, by ostatecznie uświęcić moment jego śmierci – podczas jej odprawiania odszedł do Domu Ojca. W swojej książce „Godzina Święta. Modlitwy i medytacje” amerykański duchowny dzieli się z czytelnikami owocami praktykowania Godziny Świętej oraz przekazuje cenne rady jak ją prawidłowo odprawiać. Przeczytaj fragment z tej publikacji.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Modlitwa naszą siłą

    Modlitwa jest wzniesieniem naszej duszy do Boga w celu doskonałego wypełnienia Jego świętej woli. Nasz Boski Pan, opisując swoją misję, powiedział tak: „Ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał. Jest wolą Tego, który Mnie posłał, abym nic nie stracił z tego wszystkiego, co Mi dał, ale żebym to wskrzesił w dniu ostatecznym” (J 6, 38– 39). „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4, 34). Aby wypełnić wolę Bożą, musimy po pierwsze ją znać, a po drugie mieć łaskę i siłę, która będzie dla niej odpowiednia, gdy już będzie poznana. Ale by osiągnąć te dwa dary światła dla naszych umysłów i mocy dla naszej woli, musimy żyć na warunkach bliskiej przyjaźni z Bogiem. To się uzyskuje dzięki modlitwie. Tym samym życie wypełnione modlitwą jest przeżywane w zgodzie ze świętą wolą Bożą, gdy tymczasem życie bez niej obfituje w samowolę i egoizm.

    Czym jest Godzina Święta?

    Jest pewien element modlitwy wspólny dla Żydów, protestantów i katolików, a mianowicie wiara w Boga. Ponad połowa modlitw, które na przykład wypowiada ksiądz w swoim Bożym Oficjum, jest zaczerpnięta ze Starego Testamentu. W stosunku do wszystkich trzech, to jest Żydów, protestantów i katolików, Godzina Święta będzie zatem rozumiana jako jedna godzina dziennie poświęcona medytacji o Bogu i o naszym wiecznym zbawieniu. Godzinę Świętą można odprawiać wszędzie. Dla katolików jednakże ma ona szczególne znaczenie. Oznacza ciągłą i nieprzerywaną niczym godzinę spędzoną w obecności naszego Najświętszego Pana w Eucharystii. W przypadku księży i osób konsekrowanych zaleca się, aby tę Godzinę Świętą odprawiali oprócz zwykłego odmawiania Bożego Oficjum i odprawiania Mszy Świętej. Ta Godzina Święta będzie spędzona na modlitwie i medytacji. Jest różnica między tymi dwiema; szczególny nacisk kładziemy na tę drugą.

    Przez modlitwę rozumiemy tutaj recytację formalnych modlitw, zazwyczaj ułożonych przez osobę inną niż ta, która się modli. Psalmy stanowią jedną z najwyższych form modlitwy ustnej i są wspólne Żydom, protestantom i katolikom. Inne modlitwy ustne to: Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Wierzę w Boga, Spowiedź powszechna, akty wiary, nadziei, miłości i żalu oraz tysiące innych modlitw, które można znaleźć w różnego rodzaju modlitewnikach. W modlitwie ustnej zwraca się uwagę na trzy rzeczy: (1) na słowa, aby nie wypowiedzieć ich źle; (2) na ich sens i znaczenie; (3) na Boga i na intencję, w której się modlimy. Ten ostatni typ uwagi jest kluczowy dla modlitwy ustnej.

    Jak podjąć się medytacji?

    Głównym celem tych medytacji w Godzinie Świętej jest uprawianie modlitwy myślnej lub medytacji. Bardzo niewiele dusz kiedykolwiek medytuje; są one albo przerażone tym słowem

    albo nigdy ich nie uczono o jego istnieniu. W porządku ludzkim człowiek zakochany zawsze jest świadomy tego, kogo kocha, żyje w obecności tej drugiej osoby, postanawia spełniać jej wolę i uważa za największy powód do zazdrości, kiedy zostaje prześcignięty choćby w najmniejszej mierze w składaniu daru z siebie. Zastosujmy to do duszy zakochanej w Bogu, a poznamy postawy medytacji. Medytacja jest rodzajem obcowania ducha z duchem, z Bogiem jako jego przedmiotem. Nie staram się przedstawić formalnych aspektów medytacji, ale aby uczynić ją jak najbardziej zrozumiałą dla początkujących, podaję opis stosowanej techniki:

    1. Mówimy do Boga: zaczynamy od postawienia siebie w Jego obecności. U tych, którzy odprawiają Godzinę Świętą przed Najświętszym Sakramentem, musi istnieć świadomość naszej obecności przed Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Oczywiście, istnieją różne stopnie zażyłości między ludźmi. W teatrze znajduje się jednocześnie kilkaset osób, ale między nimi jest bardzo niewiele bliskości lub nie ma jej wcale. Ta bliskość się pogłębia do pewnego stopnia, kiedy nawiązujemy rozmowę z jedną lub z kilkoma osobami, jako że ta rozmowa wynika ze wspólnego zainteresowania. Tak samo jest z Bogiem. Zatem modlitwa nie jest zwykłym wnoszeniem próśb o rzeczy, lecz dążeniem do przemiany; to znaczy: do stania się „na wzór obrazu Jego Syna” (Rz 8, 29). Modlimy się nie po to, aby usposobić Boga przychylnie do nas i do podarowania nam czegoś, ale abyśmy byli gotowi przyjąć coś od Niego: pełnię Boskiego życia.

    2. Bóg przemawia do nas: działanie nie dotyczy wyłącznie strony ludzkiej, lecz także Boskiej.

    Rozmowa jest wymianą myśli, a nie monologiem. Gdy dusza zapragnęła zbliżyć się do Boga, Bóg pragnie przyciągnąć bliżej duszę. Monopolizowanie rozmowy z przyjaciółmi byłoby niewłaściwe; tym bardziej niewłaściwe byłoby to w naszych relacjach z Bogiem. Nie wolno nam mówić bez przerwy; musimy również uważnie słuchać. „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3, 9).

    Dusza doświadcza prawdziwości słów: „Przystąpcie bliżej do Boga, to i On przybliży się do was” (Jk 4, 8). Przez cały czas medytacji będzie ona doznawać pobożnych uczuć – uwielbienia, prośby, poświęcenia i zadośćuczynienia Bogu, szczególnie jednak będzie to miało miejsce na zakończenie medytacji. Te uczucia lub rozmowy powinny być ofiarowane najlepiej własnymi słowami, ponieważ każda dusza musi sama tworzyć swoją miłość do Boga, bo On kocha każdą duszę w sposób szczególny.

    *fragment pochodzi z książki „Godzina Święta. Modlitwy i medytacje” abp Fultona Sheena, wydanej nakładem Wydawnictwa Esprit

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Benedykt XVI: Eucharystia uświęceniem świata

    fot. Peter Nguyen via Flickr, CC BY 2.0

    ***

    Benedykt XVI:

    Eucharystia uświęceniem świata

    Eucharystia, chlebem łamanym za życie świata

    „Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało [wydane] za życie świata” (J 6, 51). Tymi słowami Pan objawia prawdziwe znaczenie daru z własnego życia dla wszystkich ludzi. Ukazują one również dogłębne współczucie, jakie Chrystus żywi wobec każdej osoby. Ewangelie opowiadają wiele razy o uczuciach Jezusa wobec ludzi, a w szczególności wobec cierpiących i grzeszników (por. Mt 20, 34; Mk 6, 34; Łk 19, 41). Poprzez głęboko ludzkie uczucia wyraża On zbawczy zamysł Boga, aby każdy człowiek osiągnął prawdziwe życie. Każda celebracja eucharystyczna uobecnia sakramentalnie dar, jaki Jezus uczynił z własnego życia przez śmierć na Krzyżu dla nas oraz dla świata całego. Równocześnie w Eucharystii Jezus czyni z nas świadków współczucia Boga wobec każdego brata i siostry. W ten sposób rodzi się wokół tajemnicy eucharystycznej służba miłości wobec bliźniego, która „polega właśnie na tym, że kocham w Bogu i z Bogiem również innego człowieka, którego w danym momencie może nawet nie znam, lub do którego nie czuję sympatii. Taka miłość może być urzeczywistniona jedynie wtedy, kiedy jej punktem wyjścia jest intymne spotkanie z Bogiem, spotkanie, które stało się zjednoczeniem woli, a które pobudza także uczucia. Właśnie wtedy uczę się patrzeć na inną osobę nie tylko jedynie moimi oczyma i poprzez moje uczucia, ale również z perspektywy Jezusa Chrystusa”[240]. W ten sposób uznaję w osobach, do których się przybliżam, braci i siostry, za których Pan dał swoje życie, miłując ich „aż do końca” (J 13, 1). W konsekwencji nasze wspólnoty, gdy celebrują Eucharystię powinny być coraz bardziej świadome, że ofiara Chrystusa jest dla wszystkich i dlatego Eucharystia przynagla każdego Weń wierzącego, by stawał się „chlebem łamanym” dla innych, a więc by angażował się na rzecz świata bardziej sprawiedliwego i braterskiego. Myśląc o rozmnożeniu chleba i ryb, winniśmy rozpoznać, że Chrystus nadal, również i teraz, wzywa swych uczniów, by osobiście angażowali się: « Wy dajcie im jeść » (Mt 14, 16). Naprawdę, powołaniem każdego z nas jest, byśmy wraz z Jezusem byli chlebem łamanym za życie świata.

    Społeczne konsekwencje tajemnicy eucharystycznej

    Zjednoczenie z Chrystusem urzeczywistnia się w sakramencie, który uzdalnia również do wprowadzenia nowości w stosunkach społecznych: „«mistyka» tego sakramentu ma charakter społeczny”, bowiem „zjednoczenie z Chrystusem jest jednocześnie zjednoczeniem z wszystkimi, którym On się daje. Nie mogę mieć Chrystusa tylko dla siebie; mogę do Niego należeć tylko w jedności z wszystkimi, którzy już stali się lub staną się Jego”[241]. W związku z tym konieczne jest wyjaśnienie relacji pomiędzy tajemnicą eucharystyczną i zaangażowaniem społecznym. Eucharystia jest sakramentem komunii pomiędzy braćmi i siostrami, którzy godzą się na pojednanie z Chrystusem. On to z żydów i pogan uczynił jeden lud, burząc mur nienawiści, jaki ich dzielił (por. Ef 2, 14). Tylko ciągłe dążenie do pojednania pozwala na godne przyjmowanie Ciała i Krwi Pańskiej (por. Mt 5, 23-24)[242]. Chrystus poprzez pamiątkę swojej ofiary wzmacnia komunię wśród braci, a w szczególności przynagla tych, którzy są w konflikcie, by przyspieszyli pojednanie, otwierając się na dialog oraz budowanie sprawiedliwości. Nie ma wątpliwości, że warunkiem budowania prawdziwego pokoju jest przywrócenie sprawiedliwości, pojednania i przebaczenia[243]. Z tej świadomości rodzi się wola przemienienia również niesprawiedliwych struktur, aby przywrócić na nowo szacunek dla godności człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga. Poprzez podejmowanie tej odpowiedzialności Eucharystia staje się w życiu tym, co oznacza w celebracji. Jak mogłem już stwierdzić, nie jest zadaniem Kościoła udział w walce politycznej, aby zbudować społeczeństwo bardziej sprawiedliwe; niemniej jednak, Kościół nie może i nawet nie powinien pozostawać na marginesie walki o sprawiedliwość. Kościół „musi włączyć się w nią przez argumentację rozumową i obudzić siły duchowe, bez których sprawiedliwość, domagająca się zawsze wyrzeczeń, nie może utrwalić się i rozwijać”[244].

    W perspektywie odpowiedzialności społecznej wszystkich chrześcijan, Ojcowie synodalni przypomnieli, że ofiara Chrystusa jest tajemnicą wyzwolenia, która nas przynagla i ciągle prowokuje. Zwracam się więc z apelem do wszystkich wiernych, by rzeczywiście działali na rzecz pokoju i sprawiedliwości: „Kto zaś uczestniczy w Eucharystii, powinien angażować się w budowanie pokoju w naszym świecie, naznaczonym przemocą i licznymi wojnami, a dziś w szczególny sposób przez terroryzm, korupcję ekonomiczną oraz wykorzystywanie seksualne”[245]. Wszystkie te problemy rodzą z kolei inne upokarzające zjawiska, budzące żywe zaniepokojenie. Wiemy, że nie można stawić czoła tym sytuacjom w sposób powierzchowny. Właśnie na mocy tajemnicy, którą celebrujemy, trzeba demaskować okoliczności sprzeciwiające się godności człowieka, dla którego Chrystus przelał swoją krew, potwierdzając w ten sposób ogromną wartość każdej pojedynczej osoby.

    Pokarm prawdy i nędza człowieka

    Nie możemy pozostawać bezczynni wobec tych procesów globalizacji, które nierzadko sprawiają, iż na poziomie światowym wzrasta nadmiernie rozdźwięk pomiędzy bogatymi i ubogimi. Winniśmy mówić otwarcie o tych, co trwonią bogactwa ziemi, prowokując nierówności, które wołają do nieba (por. Jk 5, 4). Nie możemy, na przykład, milczeć wobec „wstrząsających obrazów z wielkich obozów dla uchodźców i wysiedlonych – w różnych częściach świata – zbiorowisk ludzi żyjących w prowizorycznych warunkach, szukających schronienia przed jeszcze gorszym losem i potrzebujących wszystkiego. Czyż ci ludzie nie są naszymi braćmi i siostrami? Czyż ich dzieci nie przyszły na świat z takim samym jak inne, słusznym pragnieniem szczęścia?”[246]. Pan Jezus, Chleb życia wiecznego, nakłania nas i uwrażliwia na sytuacje nędzy, w których znajduje się wciąż większa część ludzkości. Są to sytuacje, których przyczyna tkwi często w niepokojącym braku odpowiedzialności ludzi. W rzeczywistości, „na podstawie dostępnych danych statystycznych można stwierdzić, że mniej niż połowa olbrzymich kwot przeznaczanych na całym świecie na zbrojenia, wystarczyłaby w zupełności, aby na trwałe wydobyć z nędzy niezliczone rzesze ubogich. Jest to wyzwaniem dla ludzkiego sumienia. Społecznościom, które żyją poniżej progu ubóstwa – bardziej z przyczyn związanych z międzynarodowymi stosunkami politycznymi, handlowymi i kulturowymi niż na skutek niekontrolowanych okoliczności –  nasze wspólne działania na rzecz prawdy mogą i powinny dawać nowe nadzieje”[247].

    Pokarm prawdy przynagla nas do ujawniania sytuacji, które są niegodne człowieka, w których umiera się z powodu braku pożywienia, niesprawiedliwości lub wyzysku, daje nam też nową siłę i odwagę, by pracować wytrwale nad budowaniem cywilizacji miłości. Od początku chrześcijanie starali się dzielić swymi dobrami (por. Dz 4, 32) oraz pomagać ubogim (por. Rz 15, 26). Jałmużna, którą się zbiera podczas zgromadzeń liturgicznych, jest żywym tego przypomnieniem, jak też aktualną koniecznością. Kościelne instytucje dobroczynne, w szczególności Caritas, spełniają na różnych poziomach cenną posługę pomocy osobom potrzebującym, nade wszystko najuboższym. Czerpiąc natchnienie z Eucharystii, która jest sakramentem miłości, stają się konkretnym jej przejawem; ich solidarne zaangażowanie w świecie zasługuje na aprobatę i poparcie.

    Nauka społeczna Kościoła

    Tajemnica Eucharystii uzdalnia nas i przynagla do odważnego angażowania w strukturach tego świata, by wnieść w nie tę nowość odniesień, która ma swe niewyczerpalne źródło w darze Boga. Modlitwa, którą powtarzamy podczas każdej Mszy św.: “Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”, zobowiązuje nas, byśmy czynili wszystko co możliwe, współdziałając z instytucjami międzynarodowymi, państwowymi i prywatnymi, by zlikwidować lub przynajmniej zmniejszyć w świecie zgorszenie głodu oraz niedożywienia, z powodu którego cierpi tak wiele milionów ludzi, nade wszystko w krajach będących na drodze rozwoju. Szczególnie chrześcijanin świecki, uformowany w szkole Eucharystii, wezwany jest do bezpośredniego podejmowania swojej odpowiedzialności politycznej i społecznej. Aby mógł stosownie spełniać swe zadanie, trzeba go przygotować poprzez konkretne wychowanie do miłości i sprawiedliwości. W tym celu, jak proponował Synod, konieczne jest, by w diecezjach oraz wspólnotach chrześcijańskich znana była i stosowana społeczna nauka Kościoła[248]. W tym cennym dziedzictwie, wywodzącym się z najstarszej tradycji kościelnej, znajdziemy elementy, które z głęboką mądrością wskazują kierunek reagowania chrześcijan na palące kwestie społeczne. Ta nauka, dojrzewając w ciągu całej historii Kościoła, charakteryzuje się realizmem i równowagą, co pomaga unikać błędnych kompromisów czy też złudnych utopii.

    Uświęcenie świata i ochrona stworzenia

    Aby rozwinąć głęboką duchowość eucharystyczną, zdolną znacząco wpłynąć na tkankę społeczną, trzeba, by lud chrześcijański, który składa dziękczynienie przez Eucharystię, miał świadomość, iż czyni to w imieniu całego stworzenia, starając się w ten sposób o uświęcenie świata i pracując intensywnie w tym celu[249]. Eucharystia rzuca potężne światło na ludzką historię i na cały kosmos. W tej sakramentalnej perspektywie uczymy się dzień po dniu, iż każde kościelne wydarzenie ma charakter znaku, poprzez który Bóg się nam udziela i nas przynagla. W ten sposób eucharystyczna forma egzystencji może naprawdę sprzyjać autentycznej zmianie mentalności w odczytywaniu historii i świata. Wychowuje nas do tego sama liturgia, gdy kapłan podczas ofiarowania darów kieruje do Boga modlitwę błogosławieństwa i prośby dotyczącą chleba i wina, « owocu ziemi », « winnego krzewu » oraz “pracy rąk ludzkich”. Tymi słowami, poza włączeniem całego ludzkiego trudu i aktywności w ofiarę złożoną Bogu, liturgia wzywa nas do uznania ziemi za stworzenie Boże, wytwarzające potrzebne nam pożywienie. Ziemia nie jest niezależną rzeczywistością, samą materią, którą nieodpowiedzialnie się posługujemy według ludzkiej pożądliwości. Ma ona miejsce w dobrym zamyśle Boga, według którego wszyscy jesteśmy powołani, aby stać się synami i córkami w jedynym Synu Bożym, Jezusie Chrystusie (por. Ef 1, 4-12). Słuszne zatroskanie o warunki ekologiczne, jakie degradują naturę stworzoną w tak wielu częściach świata, znajduje pociechę w perspektywie chrześcijańskiej nadziei, która zobowiązuje do odpowiedzialnego działania na rzecz ochrony stworzenia.[250]. W związku pomiędzy Eucharystią a kosmosem odkrywamy bowiem jedność Bożego zamysłu i możemy pojąć głęboki związek pomiędzy stworzeniem i “nowym stworzeniem », zapoczątkowanym przez zmartwychwstanie Chrystusa, nowego Adama. Uczestniczymy w nim już obecnie na mocy Chrztu (por. Kol 2, 12 n.), i w ten sposób nasze chrześcijańskie życie, karmione Eucharystią, otwiera się na perspektywę nowego nieba i nowej ziemi, nowego świata, w którym nowe Jeruzalem zstępuje z nieba, od Boga, « przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża” (Ap 21, 2).

    Benedykt XVI, z adhortacji apostolskiej Sacramentum caritatis

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK – 8 CZERWCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    «Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki»

    fot. via Pixabay.com

    ***

    «Ja jestem Chlebem Żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli ktoś spożywa Ten Chleb, będzie żył na wieki»

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA w języku angielskim

    GODZ. 20.00 – MSZA ŚWIĘTA w języku polskim

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – PROCESJA EUCHARYSTYCZNA

    Samplefot. Piotr Tumidajski/kai

    ***

    Boże Ciało to jedno z głównych świąt obchodzonych w Kościele katolickim. Choć świadomość niezwykłego cudu przemiany konsekrowanego chleba i wina w rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa towarzyszyła wiernym od początku chrześcijaństwa, jednak trzeba było czekać aż dziesięć stuleci zanim zewnętrzne przejawy tego kultu powstały i zadomowiły się w Kościele. Data Bożego Ciała nie jest stała, dlatego święto to rokrocznie może wypadać w różnych terminach. Zawsze jednak jest to czwartek po święcie Trójcy Świętej. W tym roku ten dzień przypada w czwartek, 16 czerwca.

    Początek tradycji obchodzenia święta Bożego Ciała sięga XIII wieku. U progu tego stulecia – na Soborze Laterańskim IV (1215) – w Kościele katolickim przyjęto dogmat o transsubstancjacji, czyli przemianie substancji chleba i wina, w ciało i krew Chrystusa z zachowaniem ich naturalnych przypadłości takich jak smak, wygląd, forma, itp. Wiązało się to z coraz mocniejszymi wpływami filozofii greckiej oraz tradycji scholastycznej w teologii Kościoła zachodniego.

    Wraz z ogłoszeniem dogmatu, wzrosło zainteresowanie kultem Eucharystii, która przestawała być jedynie elementem liturgii, lecz coraz mocniej postrzegana była jako dowód na trwałą obecność Chrystusa na Ziemi. Święto eucharystyczne przypadało w tym okresie zwyczajowo w Wielki Czwartek, w czasie, którego – zgodnie z tradycją ewangeliczną – Jezus po raz pierwszy dokonał przemiany chleba i wina w swoje Ciało i Krew.

    Bezpośrednią przyczyną ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa były objawienia bł. Julianny z Cornillon. Około 1207 r., jako szesnastoletnia dziewczyna, przeżyła pierwsze widzenia, choć były one jeszcze mgliste i niezrozumiałe. Zgodnie z tradycją hagiograficzną, dopiero kilkanaście lat później, w 1245 roku, św. Juliannie ukazać miał się Chrystus, który w widzeniu domagał się ustanowienia święta Eucharystii na pierwszy czwartek po święcie Trójcy Przenajświętszej. Pod wpływem tych objawień bp Robert ustanowił w 1246 r. święto Bożego Ciała, początkowo dla diecezji Liege oraz zainaugurował pierwszą procesję eucharystyczną ulicami miasta.

    Wkrótce zaczęto jednak wysuwać przeciwko Juliannie oskarżenia o herezję, a decyzję o wprowadzeniu święta Bożego Ciała w diecezji Liege, uznano za przedwczesną. Zarzuty te spowodowały, że święto przestało być obchodzone.

    Sprawa święta Eucharystii nie została jednak zapomniana. Problemem tym zajął się późniejszy biskup Verdun, a od 1261 papież Urban IV. Do ostatecznego uznania święta Bożego Ciała za ogólnokościelne, papieża tego skłonił jednak dopiero cud eucharystyczny, jaki miał miejsce w Bolsenie (w środkowych Włoszech) w 1263 roku. W czasie jednej z Mszy św., podczas przemienienia, odprawiający kapłan zauważyć miał, że z konsekrowanej hostii zaczynały spadać krople krwi. Poplamiona krwią chusta została przesłana papieżowi, który w tym czasie przebywał w Orvieto w Umbrii. Urban IV umieścił relikwię w tutejszej katedrze, a pod wpływem fascynacji cudem rozpoczął aktywne starania, których celem miało być ustanowienia święta Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.

    Ułożenie liturgii i tekstów odczytywanych w czasie święta, papież zlecić miał samemu św. Tomaszowi z Akwinu, który na tę okazję stworzył jeden z najpiękniejszych hymnów kościelnych pt. „Pange lingua”.

    11 sierpnia 1264 r. Urban IV ogłosił bullę „Transiturus de hoc mundo”, na mocy której Boże Ciało stało się świętem całego Kościoła. Śmierć papieża przeszkodziła jednak ogłoszeniu bulli. Dokonał tego papież Jan XXII (w 1334 r.), natomiast papież Bonifacy IX polecił w 1391 r. wprowadzić święto Bożego Ciała wszędzie tam, gdzie jeszcze nie było ono obchodzone.

    W Polsce jako pierwszy wprowadził to święto bp Nankier w 1320 r. w diecezji krakowskiej, natomiast w Kościele unickim – synod zamojski w 1720 r. W Kościele katolickim w Polsce pod koniec XIV w. święto Bożego Ciała było obchodzone już we wszystkich diecezjach. Było ono zawsze zaliczane do świąt głównych. Od końca XV w. przy okazji tego święta udzielano błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

    Prawdziwa obecność Chrystusa w Eucharystii

    Kościół od samego początku głosił wiarę w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Chrystus ustanowił Najświętszy Sakrament przy Ostatniej Wieczerzy. Opisali to trzej Ewangeliści: Mateusz, Marek i Łukasz oraz i św. Paweł Apostoł. Prawdziwa i rzeczywista obecność Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina opiera się według nauki Kościoła na słowie Jezusa: „To jest Ciało moje … To jest krew moja” (Mk 14,22.24).

    Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, iż „sposób obecności Chrystusa pod postaciami eucharystycznymi jest wyjątkowy… W Najświętszym Sakramencie Eucharystii są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus.” (KKK 1374).

    Kult Najświętszego Sakramentu

    Od XVI w. przyjęła się w Kościele katolickim praktyka 40-godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Praktykę tę wprowadził do Mediolanu św. Karol Boromeusz w 1520 r. Dzisiaj praktyka ta jest obecna w całym Kościele katolickim. Zostały założone nawet specjalne zakony, których głównym celem jest nieustanna adoracja Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W Polsce istnieją trzy zakony od wieczystej adoracji: benedyktynki-sakramentki, franciszkanki od Najświętszego Sakramentu i eucharystki.

    Procesje

    Procesje eucharystyczne w dniu Bożego Ciała wprowadzono później niż samo święto. Pierwszym śladem ich istnienia jest wzmianka o uroczystej procesji przed sumą w Kolonii w latach 1265-75. Podczas procesji niesiono krzyż z Najświętszym Sakramentem. W ten sposób nawiązywano do dawnego zwyczaju zabierania w podróż Eucharystii dla ochrony przed niebezpieczeństwami.

    W XV w. procesje eucharystyczne odprawiano w całych Niemczech, Anglii, Francji, północnych Włoszech i Polsce. W Niemczech procesję w uroczystość Bożego Ciała łączono z procesją błagalną o odwrócenie nieszczęść i dobrą pogodę, dlatego przy czterech ołtarzach śpiewano początkowe teksty Ewangelii i udzielano uroczystego błogosławieństwa. W Polsce zwyczaj ten wszedł do „Rytuału piotrkowskiego” z 1631 r. Rzymskie przepisy procesji zawarte w „Caeremoniale episcoporum” (1600 r.) i „Rituale romanum” (1614 r.) przewidywały jedynie przejście z Najświętszym Sakramentem bez zatrzymywania się i błogosławieństwo eucharystyczne na zakończenie.

    Procesję odprawiano z wielkim przepychem od początku jej wprowadzenia. Od czasu zakwestionowania tych praktyk przez reformację, udział w procesji traktowano jako publiczne wyznanie wiary.

    W Polsce od czasów rozbiorów z udziałem w procesji łączyła się w świadomości wiernych manifestacja przynależności narodowej. Po II wojnie światowej procesje w czasie Bożego Ciała były znakiem jedności narodu i wiary. Z tej racji ateistyczne władze państwowe niejednokrotnie zakazywały procesji urządzanych ulicami miast.

    Konferencja Episkopatu Polski zmodyfikowała 17 lutego 1967 r. obrzędy procesji Bożego Ciała, wprowadzając w całej Polsce nowe modlitwy przy każdym ołtarzu oraz czytania Ewangelii tematycznie związane z Eucharystią.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Boże Ciało – to Pan Jezus domagał się ustanowienia uroczystości

    Najświętszego Ciała i Krwi

    Boże Ciało jest jednym z najważniejszych świąt obchodzonych w Kościele katolickim. Choć świadomość niezwykłego cudu przemiany konsekrowanego chleba i wina w rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa towarzyszyła wiernym od początku chrześcijaństwa, jednak trzeba było czekać aż dziesięć stuleci zanim zewnętrzne przejawy tego kultu powstały i zadomowiły się w Kościele. Bezpośrednią przyczyną ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa były objawienia, w których to sam Pan Jezus domagał się tego.

    Początek tradycji obchodzenia święta Bożego Ciała sięga XIII wieku. U progu tego stulecia – na Soborze Laterańskim IV (1215) – w Kościele katolickim przyjęto dogmat o transsubstancjacji, czyli przemianie substancji chleba i wina, w Ciało i Krew Chrystusa z zachowaniem ich naturalnych przypadłości takich jak smak, wygląd, forma itp. Wiązało się to z coraz mocniejszymi wpływami filozofii greckiej oraz tradycji scholastycznej w teologii Kościoła zachodniego.

    Wraz z ogłoszeniem dogmatu, wzrosło zainteresowanie kultem Eucharystii, która przestawała być jedynie elementem liturgii, lecz coraz mocniej postrzegana była jako dowód na trwałą obecność Chrystusa na Ziemi. Święto eucharystyczne przypadało w tym okresie zwyczajowo w Wielki Czwartek w czasie, którego – zgodnie z tradycją ewangeliczną – Jezus po raz pierwszy dokonał przemiany chleba i wina w swoje Ciało i Krew.

    Bezpośrednią przyczyną ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa były objawienia bł. Julianny z Cornillon. Około 1207 r., jako szesnastoletnia dziewczyna, przeżyła pierwsze widzenia, choć były one jeszcze mgliste i niezrozumiałe. Zgodnie z tradycją hagiograficzną dopiero kilkanaście lat później, w 1245 roku, św. Juliannie ukazać miał się Chrystus, który w widzeniu domagał się ustanowienia święta Eucharystii na pierwszy czwartek po święcie Trójcy Przenajświętszej. Pod wpływem tych objawień bp Robert ustanowił w 1246 r. święto Bożego Ciała, początkowo dla diecezji Liege oraz zainaugurował pierwszą procesję eucharystyczną ulicami miasta. 

    Wkrótce zaczęto jednak wysuwać przeciwko Juliannie oskarżenia o herezję, a decyzję o wprowadzeniu święta Bożego Ciała w diecezji Liege, uznano za przedwczesną. Zarzuty te spowodowały, że święto przestało być obchodzone. 

    Sprawa święta Eucharystii nie została jednak zapomniana. Problemem tym zajął się późniejszy biskup Verdun, a od 1261 papież Urban IV. Do ostatecznego uznania święta Bożego Ciała za powszechne, papieża skłonił cud eucharystyczny, jaki miał miejsce w Bolsenie (w środkowych Włoszech) w 1263 roku. W czasie jednej z Mszy św. podczas przemienienia, kapłan zauważyć miał, że z konsekrowanej hostii zaczynały spadać krople krwi. Poplamiona krwią chusta została przesłana papieżowi, który w tym czasie przebywał w Orvieto w Umbrii. Urban IV umieścił relikwię w tutejszej katedrze, a pod wpływem fascynacji cudem rozpoczął aktywne starania, których celem miało być ustanowienia święta Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. 

    Ułożenie liturgii i tekstów odczytywanych w czasie święta, papież zlecić miał samemu św. Tomaszowi z Akwinu, który na tę okazję stworzył jeden z najpiękniejszych hymnów kościelnych pt. Pange lingua

    11 sierpnia 1264 r. Urban IV ogłosił bullę Transiturus de hoc Mundo, na mocy której Boże Ciało stało się świętem całego Kościoła. Śmierć papieża przeszkodziła jednak ogłoszeniu bulli. Dokonał tego papież Jan XXII (w 1334 r.), natomiast papież Bonifacy IX polecił w 1391 r. wprowadzić święto Bożego Ciała wszędzie tam, gdzie jeszcze nie było ono obchodzone.

    W Polsce jako pierwszy wprowadził to święto bp Nankier w 1320 r. w diecezji krakowskiej. Pod koniec XIV wieku w Kościele katolickim w Polsce święto Bożego Ciała było obchodzone już we wszystkich diecezjach. Było ono zawsze zaliczane do świąt głównych. Od końca XV w. przy okazji tego święta udzielano błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

    Procesje eucharystyczne w dniu Bożego Ciała wprowadzono później niż samo święto. Pierwszym śladem ich istnienia jest wzmianka o uroczystej procesji przed sumą w Kolonii w latach 1265-75. Podczas procesji niesiono krzyż z Najświętszym Sakramentem. W ten sposób nawiązywano do dawnego zwyczaju zabierania w podróż Eucharystii dla ochrony przed niebezpieczeństwami.

    W XV w. procesje eucharystyczne odprawiano w całych Niemczech, Anglii, Francji, północnych Włoszech i Polsce. W Niemczech procesję w uroczystość Bożego Ciała łączono z procesją błagalną o odwrócenie nieszczęść i dobrą pogodę, dlatego przy czterech ołtarzach śpiewano początkowe teksty Ewangelii i udzielano uroczystego błogosławieństwa. W Polsce zwyczaj ten wszedł do „Rytuału piotrkowskiego” z 1631 r. Rzymskie przepisy procesji zawarte w Caeremoniale episcoporum (1600 r.) i Rituale romanum (1614 r.) przewidywały jedynie przejście z Najświętszym Sakramentem bez zatrzymywania się i błogosławieństwo eucharystyczne na zakończenie.

    źródło: KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Mamy obowiązek publicznego wyznawania wiary!”

    – ks. prof. Chrostowski o istocie Bożego Ciała i Eucharystii

    Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, jest jednym z najważniejszych, ale równocześnie jednym z najtrudniejszych świąt chrześcijaństwa. Mamy problem z jego zrozumieniem, zwłaszcza dziś, w dobie kryzysu wiary i Kościoła. Czym jest przeistoczenie i jak ono w ogóle jest możliwe? Dlaczego Eucharystia jest ofiarą, skoro to Pan Jezus złożył największą ofiarę na Krzyżu? Czy naprawdę jemy Ciało Chrystusa i naprawdę pijemy Jego Krew?

    Te pytania nurtują wiernych, bo często nie znamy na nie odpowiedzi. W sposób przystępny i biblijny tłumaczy to ks. prof. Waldemar Chrostowski w swej książce „Eucharystia”, której fragment publikujemy poniżej:

    W Eucharystii jest rzeczywiście obecny Jezus Chrystus. Teologiczne objaśnienie tej podstawowej dla chrześcijaństwa prawdy nie jest łatwe, chodzi bowiem – zgodnie z tym, co wyznajemy podczas sprawowania Eucharystii – o mysterium fidei, czyli „tajemnicę wiary”. Wśród wielu wypracowanych przez wieki interpretacji prawo bytu w teologii katolickiej zyskała ta, która pochodzi od św. Tomasza z Akwinu, a zakorzeniona jest w znacznie starszych pojęciach filozoficznych, wypracowanych przez Arystotelesa i jego uczniów. Uznając, że każdy byt ma istotę (substancję), która stanowi o jego tożsamości, oraz przymioty, które są zmienne, katolicka teologia Eucharystii uczy, że w momencie konsekracji pszennego chleba i wina, do którego dodaje się trochę wody, podczas Mszy św. dokonuje się transsubstancjacja, czyli przeistoczenie: to, co istotne w chlebie i winie, staje się Ciałem i Krwią Pana, podczas gdy przymioty chleba i wina, wśród nich ich wygląd, pozostają takie, jak wcześniej. Zmieszanie wina z niewielką ilością wody stanowi symbol połączenia w jednej osobie Jezusa dwóch Jego natur – Boskiej i ludzkiej. Sobór Trydencki naucza: „Przez konsekrację chleba i wina dokonuje się przemiana całej substancji chleba w substancję Ciała Chrystusa, Pana naszego, i całej substancji wina w substancję Jego Krwi. Tę przemianę trafnie i właściwie nazwał święty i katolicki Kościół przeistoczeniem” (Dekret o Najświętszej Eucharystii, rozdz. 4). W obliczu Eucharystii stajemy więc przed samym Chrystusem, obecnym radykalnie inaczej niż podczas Jego ziemskiego życia, lecz tak samo rzeczywistym oraz zobowiązującym do ufnej odpowiedzi zawierzenia Mu.

    Obecność Jezusa w Eucharystii jest specyficzna. W encyklice Mysterium fidei (3 IX 1965) papież Paweł VI mówi o niej „jako o ‘rzeczywistej’ nie w sensie wyłączności, tak jakby inne nie były ‘rzeczywiste’, ale przez antonomazję, ponieważ jest substancjalna, a w jej mocy Chrystus, Bóg-Człowiek, cały staje się obecny”. Podczas ziemskiego życia Jezus był wpisany w ramy doczesności, ze wszystkimi jej ograniczeniami wynikającymi z uwarunkowań czasu i przestrzeni. Lecz mając świadomość własnego losu, którego integralną część stanowiła śmierć, zapowiadał radykalnie nowy kształt przyszłej obecności wśród swoich wyznawców. Jej nowość wynika z zasadniczej nowości osoby i posłannictwa Jezusa – Syna Bożego, który – w celu wybawienia ludzkości z niewoli grzechu – stał się człowiekiem. Ten nowy sposób obecności Jezusa dokonuje się wraz z przeistoczeniem, kiedy chleb i wino przestają istnieć, stając się czcigodnym Ciałem i Krwią Pana.

    Z Ewangelii według św. Jana wiemy, że najwyraźniejsza zapowiedź ustanowienia Eucharystii została wygłoszona w synagodze w Kafarnaum (J 6,22-59), nazajutrz po nadzwyczajnym rozmnożeniu chleba i ryb (J 6,1-15). Ludowi, który będąc świadkiem i uczestnikiem cudownego nakarmienia, szukał Jezusa w oczekiwaniu na kolejne cudowne wydarzenie, Jezus mówi: „Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec” (6,27). W wyraźnym nawiązaniu do daru manny, który przywołali rozmówcy Jezusa, zapowiada On nowy dar, nieporównanie większy i jeszcze bardziej niezwykły: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu” (J 6,32-33). Zapowiadając dar Eucharystii, Jezus potwierdza biblijną tradycję o darze manny, objawiając zarazem swoją prawdziwą tożsamość i godność, która nieporównanie przewyższa wielkość Mojżesza.

    Zapowiedź największego znaku, którym ma być sam Jezus w darze Eucharystii, wywołała niedowierzanie i sprzeciwy. Dla słuchaczy Jezusa słowa zapowiadające pokarm, którym będzie Jego Ciało i Krew, rozumiane przez nich dosłownie, były arcytrudne, a nawet niemożliwe do przyjęcia. Wielu z nich nie wie, jak pogodzić Jego ludzką naturę z tajemniczą obecnością, którą zapowiada. Pojawia się szemranie i bunt, analogicznie jak na pustyni podczas wędrówki do Ziemi Obiecanej. Jezus nie tłumaczy, jak ów radykalnie nowy sposób Jego obecności będzie możliwy, podkreśla jedynie, że jego źródłem i sprawcą jest niczym nieograniczona moc Boża. Kładzie nacisk na przejściowość dawnego daru manny oraz życiodajne skutki nowego, zapowiadanego daru: „Ja jestem chlebem życia. Ojcowie wasi spożywali mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata” (J 6,48-51).

    Umieszczając w przemijającym czasie pamiątkę swej śmierci i zmartwychwstania, Jezus przekazuje swoim wyznawcom zadatek życia wiecznego, to jest przedsmak obcowania z Nim w niebiańskim Jeruzalem. W Apokalipsie św. Jana pojawia się obietnica „manny ukrytej”, nawiązująca do obiecanego przez Jezusa „chleba życia” (Ap 2,17). Uobecniając przeszłość, Eucharystia zwraca nas ku przyszłości, której ostatni etap stanowi powtórne przyjście Chrystusa na końcu czasów. Wzgląd na to podkreśla eschatologiczne aspekty Najświętszego Sakramentu, czyniąc z niego swoisty pomost między tym, co było, a tym, co jest i co ma dopiero nastąpić. W taki sposób eucharystyczna obecność Chrystusa staje się spoiwem chrześcijańskiej wiary, nadziei i miłości.

    (…)

    Zapowiedź ustanowienia Eucharystii dała początek pierwszemu wyraźnemu rozłamowi wśród uczniów i słuchaczy Jezusa. Część z nich zawyrokowała: „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać” (J 6,60), po czym „wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło” (J 6,66). Do dzisiaj Eucharystia pozostaje najbardziej wyrazistym probierzem wiary i wierności Chrystusowi. W Kafarnaum rzekł On do Dwunastu: „Czyż i wy chcecie odejść?” (J 6,67). W imieniu pozostałych apostołów i własnym Piotr odpowiedział: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6,68). Tak zaznaczyła się szczególna odpowiedzialność Dwunastu oraz ich następców i konsekrowanych przez nich kapłanów, szafarzy tego sakramentu in persona Christi (w osobie Chrystusa), za sprawowanie Eucharystii. Aktualne uczestnictwo wiernych, możliwe dlatego, że w niej ofiara Jezusa wciąż się uobecnia, może się odbywać dzięki temu, że sprawują ją konsekrowani szafarze. Ich zadanie polega na wciąż ponawianym karmieniu wiernych z dwóch stołów: stołu Słowa i stołu Chleba. Jednemu i drugiemu towarzyszą dynamiczne znaki, które – jak niegdyś w przypadku uczniów zdążających do Emaus – mają oświecić umysły i rozgrzać serca.

    (…)

    Eucharystia potrzebuje godnego miejsca, w którym może być sprawowana. Tym miejscem jest świątynia, dom Pański. Chrześcijaństwo przeszło stopniową, lecz wyraźnie widoczną ewolucję. Najpierw, w samych początkach, Eucharystia, określana jako „łamanie chleba” (Dz 2,42), była sprawowana w domach prywatnych, w których wyznawcy Chrystusa gromadzili się na wspólną modlitwę i Wieczerzę Pańską. Właśnie domy chrześcijan były też pierwszą szkołą chrześcijańskiej modlitwy, która, wykorzystując skarbiec modlitw biblijnego Izraela, głównie psalmy, coraz wyraźniej uświadamiała sobie nowość dzieła zbawienia dokonanego przez Jezusa Chrystusa. „Łamanie chleba”, obok wierności nauce apostołów, budowania wspólnoty i modlitwy, od początku stanowiło jeden z czterech filarów życia Kościoła.

    (…)

    Osobne miejsce w pobożności katolickiej zajmuje uroczystość Bożego Ciała. W pewnym sensie bilansuje wszystkie wcześniejsze okresy roku liturgicznego, poczynając od Adwentu, jako oczekiwania na przyjście Mesjasza, po uroczystość Zesłania Ducha Świętego – jako narodziny Kościoła. Na progu kilkumiesięcznego tzw. okresu zwykłego, którego treść stanowią usystematyzowane nawiązania do życia i działalności Jezusa, uroczystość Bożego Ciała eksponuje ustawiczną i trwałą obecność Chrystusa, który pozostając „z” nami, pragnie pozostać również „w” nas. Integralnym składnikiem świątecznych obchodów są procesje do czterech ołtarzy, specjalnie przygotowanych poza świątynią czy kaplicą na ulicach i pośród domów, połączone z czytaniami biblijnymi dotyczącymi tajemnicy Eucharystii, oraz uroczyste błogosławieństwo wiernych Najświętszym Sakramentem. Te obrzędy wrosły w duchowy krajobraz Polski tak bardzo, że stały się integralną częścią rodzimej kultury, przypominając, że religia nigdy nie była, nie jest, ani nie może być sprawą prywatną człowieka. Jest natomiast jego sprawą osobistą, to znaczy każdy z nas dokonuje wyboru swej religii i sposobu wyrażania czci Bogu, lecz dokonawszy wolnego wyboru ma obowiązek publicznego wyznawania wiary. Z tego wynika potrzeba dawania świadectwa i ewangelizowania, zgodnie z nauczaniem Pawła: „Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb i pijecie kielich, śmierć Pana głosicie, aż przyjdzie” (1 Kor 11,26).

    (…)

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski

    Froda.pl/fragment książki „Eucharystia”/ https://bialykruk.pl/ksiegarnia/ksiazki/eucharystia

    mp/Wydawnictwo Biały Kruk

    _______________________________________________________________________________________

    Eucharystia. Jedyne lekarstwo na śmierć

    Eucharystia. Jedyne lekarstwo na śmierć
    fot. via: Pixabay (norbert47)

    ***

    Eucharystyczny cud w Sokółce, tak jak i inne eucharystyczne cuda, które miały miejsce w historii Kościoła, są znakiem szczególnego objawienia się wszechmocy Boga, który wzywa nas do nawrócenia się, a równocześnie wychowuje nas i edukuje.

    Poprzez nadzwyczajne znaki, jakimi są cuda eucharystyczne, Chrystus potwierdza, że w Eucharystii uobecnia się Jego męka, śmierć i zmartwychwstanie, że pod postaciami chleba i wina jest rzeczywiście obecny w swoim zmartwychwstałym, uwielbionym człowieczeństwie.

    SERCE JEZUSA

    Zestawmy wyniki naukowych badań trzech najbardziej znanych cudów eucharystycznych.

    Podczas Cudu Eucharystycznego w Buenos Aires (1996 r.) konsekrowana Hostia, która była sprofanowana przez nieznanych sprawców, również zamieniła się w mięsień ludzkiego serca. Stwierdzili to w 1999 r. amerykańscy naukowcy w Nowym Jorku pod kierunkiem prof. F. Zugibego, znanego kardiologa i patologa medycyny sądowej.

    Badając przesłaną z Buenos Aires próbkę, nowojorscy naukowcy nie wiedzieli, skąd została ona wzięta. Stwierdzili, że badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego, znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. Jest on w stanie zapalnym i znajduje się w nim wiele białych ciałek, co wskazuje na fakt, że serce żyło w chwili pobierania z niego wycinka.

    Ponieważ białe ciałka wniknęły w tkankę, wskazuje to na fakt, że to serce cierpiało – jak na przykład  u kogoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej.

    Jeden z najsłynniejszych cudów eucharystycznych miał miejsce w VIII w. w Lanciano we Włoszech. Bazyliański mnich podczas odprawiania Mszy św. miał wątpliwości, czy w czasie konsekracji chleb rzeczywiście staje się Ciałem Chrystusa, a wino Jego Krwią. Gdy wymawiał słowa konsekracji, chleb zamienił się w Ciało, a wino w Krew, i to w taki sposób, że można było to stwierdzić ludzkimi zmysłami.

    18 listopada 1970 r. papież Paweł  VI zlecił grupie włoskich naukowców szczegółowe badania tych świętych postaci eucharystycznych.

    Zakończone 4 marca 1971 r. wyniki naukowych ekspertyz potwierdziły przekaz tradycji. Z naukowego punktu widzenia w cudownej Hostii jest kompletne ludzkie serce. Są w nim obecne wszystkie elementy, które je tworzą.

    Badania wykazały, że to serce jest zasuszone, bez żadnych śladów cięcia, a w środku tkanek są żywe białka.

    Zachowało się również pięć bryłek skrzepniętej krwi. Badania wykazały, że jest to prawdziwa ludzka krew grupy AB.

    Tę samą grupę krwi znaleziono na Całunie Turyńskim – płótnie grobowym, w które było zawinięte po śmierci ciało Jezusa i na którym znajduje się Jego odbicie w fotograficznym negatywie.

    W 1976 r. lekarze wydelegowani przez ONZ chcieli zweryfikować badania naukowców włoskich z 1971 r. Pobrali próbki Ciała i Krwi z postaci eucharystycznego cudu z Lanciano i przebadali je.

    Wyniki ich badań potwierdziły naukowe ekspertyzy lekarzy włoskich z 1971 r.

    W Sokółce większa część przenajświętszej Hostii przemieniła się w mięsień ludzkiego serca, będącego w stanie agonii i bardzo cierpiącego. Struktura włókien mięśnia sercowego jest tak ściśle zintegrowana ze strukturą opłatka, iż całkowicie wykluczona jest jakakolwiek ingerencja ze strony człowieka.

    CÓŻ WIĘKSZEGO JEZUS MÓGŁ UCZYNIĆ DLA NAS?

    Poprzez nadzwyczajne znaki, jakimi są cuda eucharystyczne,  Chrystus w sposób jasny i jednoznaczny pragnie na nowo uświadomić nam, że podczas sprawowania Eucharystii staje się obecny cały dramat Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. W ten sposób każdy człowiek może uczestniczyć w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią, szatanem i grzechem.

    „Cóż większego Jezus mógł uczynić dla nas? Prawdziwie, w Eucharystii objawia nam miłość, która posuwa się »aż do końca« (por. J 13,1)  – miłość, która nie zna miary” (EE 11).

    Eucharystia jest sakramentalnym uobecnieniem męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

    „Jest ofiarą Krzyża, która trwa przez wieki, (…) gdy Kościół sprawuje Eucharystię – pisze św. Jan Paweł II – pamiątka śmierci i zmartwychwstania swojego Pana, to centralne wydarzenie zbawienia staje się rzeczywiście obecne i »dokonuje się dzieło naszego Odkupienia«” (EE 11).

    Nie ogranicza się ono do przeszłości, dlatego że

    „to, kim Chrystus jest, to, co uczynił i co wycierpiał dla wszystkich ludzi, uczestniczy w wieczności Bożej, przekracza wszelkie czasy i jest w nich stale obecne” (EE 11).

    W Bogu jest ciągłe „teraz”, nie ma przeszłości i przyszłości. Dlatego Jezus Chrystus jako prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek wziął z historii każdego człowieka wszystkie cierpienia i grzechy, doświadczył konsekwencji grzechów wszystkich ludzi w czasie swojej męki i śmierci na krzyżu.

    W tym doświadczeniu największego zła On, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, powierzył oraz ofiarował siebie i wszystkich ludzi Bogu Ojcu. Święty Jan Paweł II podkreśla, że

    „jest to tajemnica »ofiary, którą Ojciec przyjął, odwzajemniając bezgraniczne oddanie swego Syna, kiedy Ten stał się posłuszny aż do śmierci (por. Flp 2,8), swoim Ojcowskim oddaniem — a był to dar nowego Życia nieśmiertelnego w zmartwychwstaniu«” (EE 13).

    Przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystus zgładził wszystkie nasze grzechy, definitywnie zwyciężył szatana, otworzył dla każdego „bramy nieba” i nadał sens naszemu cierpieniu i śmierci.

    Dzięki Chrystusowi każde nasze cierpienie (jeżeli Mu je ofiarujemy i zjednoczymy się z Nim w Jego cierpieniu za zbawienie świata) staje się drogą naszego zbawienia i źródłem największych łask.

    Dzięki Chrystusowi również nasza śmierć będzie uczestnictwem w Jego ostatecznym zwycięstwie nad śmiercią w zmartwychwstaniu, jeśli tylko Mu zaufamy i przez Niego pojednamy się z Bogiem.

    Pamiętaj, kiedy dotyka cię jakiekolwiek cierpienie, a szczególnie cierpienie niezawinione, podziękuj Jezusowi za to doświadczenie i zawierz Mu siebie, odmawiając następującą modlitwę:

    „Panie Jezu, łączę swoje cierpienie z Twoim cierpieniem. Całego (całą) siebie, swój ból fizyczny i udrękę duchową składam w Twoich ranach, bo w nich jest moje uzdrowienie”.

    ANTIDOTUM NA ŚMIERĆ

    Dzięki sakramentowi Eucharystii możemy jednoczyć się z Chrystusem w Jego ofierze krzyżowej, doświadczać radości zmartwychwstania i uczestniczyć w życiu i miłości Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Powinniśmy zawsze pamiętać, że

    „Ofiara Chrystusa i ofiara eucharystyczna są jedną ofiarą” (KKK 1367),

    a kiedy uczestniczymy we Mszy św., mamy wraz z Chrystusem ofiarowywać samych siebie Bogu Ojcu.

    Zmartwychwstały Chrystus staje się dla nas w Eucharystii „chlebem życia” (J 6,35). Pan Jezus mówi:

    „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata” (J 6,51);

    „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił. (…) Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,55-58).

    „Eucharystia kieruje do ostatecznego celu – pisze św. Jan Paweł II – jest przedsmakiem pełni radości obiecanej przez Chrystusa (por. J 15,11); w pewnym sensie jest antycypacją Raju. (…)

    Kto się karmi Chrystusem w Eucharystii, nie potrzebuje wyczekiwać zaświatów, żeby otrzymać życie wieczne: posiada je już na ziemi, jako przedsmak przyszłej pełni, która obejmie człowieka do końca. W Eucharystii otrzymujemy także gwarancję zmartwychwstania ciał, które nastąpi na końcu świata:

    »Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym« (J 6,54).

    Ta gwarancja przyszłego zmartwychwstania wypływa z faktu, że Ciało Syna Bożego, pozostawione jako pokarm, jest chwalebnym Ciałem Zmartwychwstałego. W Eucharystii – żeby tak powiedzieć – staje się dostępna »tajemnica« zmartwychwstania.

    Dlatego też słusznie św. Ignacy Antiocheński określał Chleb eucharystyczny jako

    »lekarstwo dające nieśmiertelność, antidotum na śmierć«” (EE 18).

    TO WAS GORSZY?

    Żydzi byli zszokowani i zgorszeni, gdy słyszeli to, co Jezus mówił na temat Eucharystii, i pytali się:

    „Jak On może nam dać [swoje] ciało do spożycia?” (J 6,52).

    „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?” (J 6,60)

    – mówili z kolei Jego uczniowie. Wtedy Pan Jezus wypowiada słowa, które tłumaczą istotę Eucharystii:

    „To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem” (J 6,61-63).

    Kiedy Pan Jezus mówi:

    „A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem?”,

    wskazuje na tajemnicę uwielbienia (wywyższenia) Jego człowieczeństwa (ciała i krwi) w śmierci na krzyżu, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu.

    W innym miejscu Jezus powiedział do apostołów:

    „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja Jestem” (J 8,28),

    czyli że po Jego śmierci i zmartwychwstaniu rozpoznają, że jest On Bogiem. Wywyższenie wskazuje więc na przemianę człowieczeństwa Chrystusa, która się dokonała w Jego śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu. Wtedy człowieczeństwo Jezusa zostało uwielbione i tak przemienione, że zamieszkała w Nim

    „cała Pełnia: Bóstwo na sposób ciała” (Kol 2,9; por. Kol 1,19).

    Od tego momentu Jezus Chrystus zakończył na ziemi swą fizycznie widzialną obecność i w swoim człowieczeństwie rozpoczął nowy rodzaj egzystencji.

    Po zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu Chrystus jest niewidzialny, ale wszechobecny w swoim człowieczeństwie i dlatego staje się możliwa Jego rzeczywista, substancjalna obecność w Eucharystii.

    „Ten, który zstąpił, jest i Tym, który wstąpił ponad wszystkie niebiosa, aby wszystko napełnić” (Ef 4,10) – pisze św. Paweł.

    Człowieczeństwo (ciało i krew) Jezusa w Jego śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu zostało uwielbione mocą Ducha Świętego i stało się prawdziwym duchowym pokarmem i napojem.

    Eucharystia to zmartwychwstały Chrystus w swoim uwielbionym człowieczeństwie, który daje nam siebie cały, aby uczynić nas „uczestnikami Boskiej natury” (2 P 1,4).

    Ustanawiając sakrament Eucharystii podczas Ostatniej Wieczerzy, Pan Jezus antycypował zbawcze wydarzenia śmierci i zmartwychwstania i dawał apostołom do spożywania pod postaciami eucharystycznymi swoje uwielbione Człowieczeństwo (Ciało i Krew).

    Pan Jezus daje nam w Eucharystii siebie samego, swoje prawdziwe ciało i krew, ale już w stanie uwielbionym. Dając nam siebie pod postaciami chleba i wina, przemienia nas mocą Ducha Świętego, abyśmy już teraz na ziemi uczestniczyli w miłości i wiecznym życiu Trójcy Świętej. Dlatego Jezus przestrzega nas:

    „Jeżeli nie będziecie spożywali ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6,53).

    Inaczej mówiąc, jeśli nie żyjemy w stanie łaski uświęcającej i nie przyjmujemy Eucharystii z wiarą w tajemniczą obecność w niej Jego Ciała i Krwi, to w ten sposób sami siebie pozbawiamy udziału w życiu wiecznym.

    Kiedy Jezus skończył wyjaśniać tajemnicę Eucharystii, to wtedy tak powiedział do apostołów:

    „»Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą«. Jezus bowiem na początku wiedział, którzy to są, co nie wierzą, i kto miał Go wydać” (J 6, 64).

    „»Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem«.

    Mówił zaś o Judaszu, synu Szymona Iskarioty” (J 6,70-71).

    Zdrada Judasza rozpoczęła się wtedy, gdy nie uwierzył w to, co Jezus mówił na temat Eucharystii. Tak samo zdradza Chrystusa każdy, kto odrzuca lub lekceważy objawioną prawdę o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii lub kto przyjmuje niegodnie Komunię św.

    Miesięcznik Miłujcie się!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Po co nam cuda eucharystyczne

    Po co nam cuda eucharystyczne
    Średniowieczna katedra pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Orvieto we Włoszech, w której przechowywane są relikwie cudu eucharystycznego mającego miejsce w Bolsenie. Na zdjęciu relikwiarz z hostią i korporałem/ fot. H. Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jeśli Jezus pozostał z nami realnie w Eucharystii – ukryty pod postaciami Chleba i Wina, to dlaczego od czasu do czasu dzieją się wyjątkowe rzeczy, które noszą miano cudów eucharystycznych, kiedy na przykład chleb zamienia się w żywy mięsień serca, a z konsekrowanej hostii skapuje krew? Komu są potrzebne podobne znaki?

    “Gościu Ekstra” poświęconemu Eucharystii przeczytamy ciekawą rozmowę ks. Rafała Skitka z o. Vittore Boccardim SSS, sekretarzem Papieskiego Komitetu Międzynarodowych Kongresów Eucharystycznych o znaczeniu cudów eucharystycznych.

    “Cuda eucharystyczne odwołują się do Eucharystii – mówi o. Boccardi. – Nie tylko potwierdzają realną obecność Chrystusa, ale ukazują Eucharystię jako centrum życia i serce Kościoła. (…) Adresatami cudów eucharystycznych są ochrzczeni”.

    Cuda są znakami Boga. Mają nam pomóc wierzyć, a nie zastępować wiarę. Żaden cud – ani eucharystyczny, ani żaden inny – nie może zastąpić zwyczajnej drogi głoszenia wiary.

    Cuda eucharystyczne działy się na przestrzeni historii Kościoła w różnych okresach, w miejscach na Ziemi i w różnych okolicznościach. W Wielkiej Karcie Cudów Eucharystycznych, przechowywanej w Musée du Hiéron w Paray-le-Monial, we francuskiej Burgundii wymienionych jest aż 132 cudów eucharystycznych. Według o. Boccardiego w rzeczywistości było ich o wiele więcej.

    Zdaniem wszystkich historyków Kościoła cuda eucharystyczne na przestrzeni wieków znalazły naturalną przestrzeń w pobożności.

    Istotną kwestią, poruszoną w wywiadzie, jest bezwzględna wyższość Eucharystii nad cudami eucharystycznymi. “Zwrócenie uwagi na cuda eucharystyczne słuszne i dobre jest wtedy, gdy dokonuje się w duchu nauczania soborowego: centrum i szczytem wszystkich form pobożności jest celebracja eucharystyczna” – podkreśla o. Boccardi.

    W 1263 roku ks. Piotr z Pragi podczas Mszy przystąpił do rozdzielania Komunii Św. Nagle jedna z Hostii nagle zaczęła krwawić i krew spłynęła na białe płótno korporału. W tym czasie w pobliskim Orvieto przebywał papież Urban IV. Kiedy obecni przy nim teologowie przywieźli zakrwawiony korporał z Bolseny do Orvieto, papież wziął go do rąk i pokazał licznie zgromadzonym wiernym. To właśnie wydarzenie uznaje się za początek odprawiania procesji Bożego Ciała.

    A co, gdy dokonuje się cud eucharystyczny i na przykład kawałek hostii zamienia się w żywe ciało? “Co należy zrobić z materiałem pochodzącym z uznanych przez Kościół cudów eucharystycznych? – pyta ks. Skitek. – To rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa czy ‘co najwyżej’ relikwie?”.

    Tę kwestię rozważał już św. Tomasz z Akwinu w swojej “Sumie teologicznej”. “Akwinata tłumaczy, że ‘Ciało Chrystusa Pana ukryte w sakramencie przestaje istnieć, z chwilą kiedy przestają istnieć postacie sakramentu. A kiedy ukazuje się Ciało lub Dzieciątko, postacie sakramentu przestają istnieć. Więc nie ma tam wówczas prawdziwego Ciała Chrystusa’. Mamy zatem do czynienia jedynie z relikwiami, które wskazują na wiarę eucharystyczną Kościoła”.

    Dzięki uobecnianiu eucharystycznej ofiary Kościół staje się obecny w świecie jako wspólnota służebna, która przez swój styl życia promienieje miłością Chrystusa.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cuda Eucharystyczne – wołanie o nawrócenie i przypomnienie o Jego realnej obecności

    fot. AB/PCh24.pl

    ***

    Tegoroczne przeżywanie uroczystości Bożego Ciała powinno być przez nas wzbogacone świadomością dotyczącą Cudów Eucharystycznych, które w ostatnich latach miały miejsce w Polsce. To co stało się w Sokółce i Legnicy, a być może jeszcze w kilku miejscach naszego kraju (badania trwają) nie może być przez nas niezauważone. Cuda Eucharystyczne mają wzmocnić naszą wiarę w prawdziwą obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina, która dokonuje się w czasie Mszy Świętej.

    Jeżeli wiara nas Polaków ma być wzmocniona, to może warto zadać pytanie jaka obecnie jest nasza wiara? I  czy wiara w narodzie rośnie, czy słabnie? Aby szukać odpowiedzi na to pytanie, sięgnijmy do kościelnych statystyk. Z ostatnich badań tzw. dominicantes, przeprowadzonych w roku 2022, wynika że w niedzielnych Mszach Św. uczestniczyło w ubiegłym roku niecałe 30 procent katolików. Jeszcze w 2019 roku, czyli przed tzw. pandemią COVID-19, ten wskaźnik wynosił 36,9 procent. Najwyższy wskaźnik dominicantes był w roku 1990  i wynosił 50,3 procent. Widzimy więc, że „różowo” nie jest. A niski procent katolików biorących udział w niedzielnej Mszy Świętej świadczy również o tym, iż wiara przynajmniej 70 procent polskich katolików w rzeczywistą obecność Chrystusa w Hostii jest mizerna. Gdyby w nią wierzyli, biegliby (przynajmniej) w niedziele na Mszę Świętą.

    Kryzys wiary w Polsce pokazują też dane CBOS. Według nich od marca 1992 roku do czerwca 2022 roku odsetek osób dorosłych określających się jako wierzący, spadł z 94 do 84 procent, a podejmujących praktyki religijne regularnie, takie jak m.in. modlitwa (raz w tygodniu lub częściej) z blisko 70 procent do niemal 42 procent. Jednocześnie wzrósł odsetek niepraktykujących (nie modlą się, nie uczestniczą w żadnych nabożeństwach) – z niespełna 9 do 19 procent. Praktyki religijne porzucają najczęściej mieszkańcy wielkich miast (37 proc.), częściej młodzi (nastolatkowie) niż osoby starsze (odpowiednio 38 proc. wobec 13 proc.)

    Jak wynika z tych statystyk wiara polskich katolików w rzeczywistą obecność Pana Jezusa w Eucharystii słabnie. Może to być również wynikiem nieznajomości Pisma Świętego.  Do czytania Pisma Świętego, przynajmniej raz w roku, przyznaje się zaledwie 19,2 procent Polaków. A to właśnie w Ewangelii jest napisane „To jest Ciało moje… To jest Krew moja… To czyńcie na moją pamiątkę”. Słowa Chrystusa wypowiedziane podczas ostatniej wieczerzy, a powtarzane przez kapłana podczas każdej ofiary Mszy Św.

    Może właśnie z powodu słabnięcia wiary w polskim narodzie, który swoją drogą jest dziś od niej odciągany przez wyjątkowo wiele toksycznych ideologii, jest powodem Bożego wołania do nas poprzez Cuda Eucharystyczne. Bowiem autentyczne Cuda Eucharystyczne odsyłają wiernych do udziału w sercu naszej modlitwy, czyli do Eucharystii, w której prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie jest obecny Chrystus. Przy tym Cuda Eucharystyczne nic cudownej przemianie chleba w Ciało Chrystusa, a wina w Jego Krew, co ma miejsce podczas każdej Mszy Św., nie dodają. Nie ulepszają tej Boskiej Tajemnicy, a jedynie odsłaniają przed naszymi zmysłami, to co od czasu pierwszej Eucharystii w Wieczerniku, aż do dziś na ołtarzach naszych kościołów podczas Mszy św. się dzieje.

    Mają nam również przypomnieć, że jest inny świat, świat Ducha. Raj, w którym czeka na nas Bóg. Cuda sygnalizują nową jakość nadchodzącej rzeczywistości, zapowiadają nowe stworzenie, odkupioną cielesność, uczestnictwo w chwale uwielbionego Ciała Chrystusa. Mistyczne Ciało Chrystusa, które spożywamy podczas Komunii, jest dla nas pokarmem na życie wieczne. To właśnie uświadamiają nam Cuda Eucharystyczne. Uświadomić nam również powinny, że bez tego duchowego pokarmu, możemy mocno osłabnąć w wierze i nie mieć siły dojść tam, gdzie nas Bóg woła.

    Cuda Eucharystyczne, a również uroczystość Bożego Ciała, są też przesłaniem dla nas, abyśmy nie zapomnieli o tym, jak wielką cenę musiał zapłacić Bóg za nasze grzechy, abyśmy mogli prawdziwie żyć. Relikwie cudu są przejmującym znakiem męki i wyniszczenia Chrystusa z miłości ofiarnej do ludzi. Naukowcy, patomorfolodzy, którzy badali relikwie powstałe wskutek Cudów Eucharystycznych w Sokółce oraz w Legnicy, zgodnie stwierdzili, że są to „mięśnie serca ludzkiego, będącego w agonii”. Jeden z badaczy Hostii z Legnicy zaznaczył „Na obrazie wyraźnie wyodrębniono włókna mięśnia serca ludzkiego, mocno pofragmentowane. Taki obraz towarzyszy agonii” – powiedziała dr Barbara Engel.

    Tak więc myśląc o Cudach Eucharystycznych, nie powinniśmy zatrzymywać się jedynie na zachwycaniu się niezwykłością tych wydarzeń, ale podjąć też głębszą refleksję. Ksiądz Krzysztof  Wiśniewski w jednym ze swoich artykułów poświęconych Cudowi Eucharystycznemu w Legnicy, tak oto zachęca do głębszego spojrzenia: „Konsekwentne przyjęcie tej perspektywy wyklucza takie manifestacje religijności, w których zachwyt cudownością zdarzenia eucharystycznego górowałby nad rachunkiem sumienia oraz cichą i pokorną ekspiacją za grzechy przeciwko wierze w Eucharystię”.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 9 CZERWCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    Wstrząsająca wizja o Europie! Anna Katarzyna Emmerich: Widziałam burzenie kościołów

    Wstrząsająca wizja o Europie!

    Anna Katarzyna Emmerich: Widziałam burzenie kościołów

    Niemiecka mistyczka, stygmatyczka i wizjonerka katolicka (1774-1824)

    Beatyfikowana 3 października 2004 przez papieża św. Jana Pawła II

    TAJEMNICA BEZBOŻNOŚCI

    Widziałam różne części ziemi. Mój przewodnik wskazał mi Europę i pokazując mi piaszczyste miejsce, wyrzekł te znaczące słowa: «Oto wrogie Prusy». Pokazał mi następnie punkt najbardziej wysunięty na północ mówiąc: «Oto Moskwa niosąca ze sobą wiele zła.» (A III.133)*

    Mieszkańcy odznaczali się niesłychaną pychą. Zobaczyłam, że zbrojono się i pracowano wszędzie. Wszystko było ciemne i zagrażające. Zobaczyłam tam świętego Bazylego i innych (przyp. wyd. franc.: na Placu Czerwonym jest katedra św. Bazylego). Ujrzałam pałac o lśniących dachach. Na nim stał szatan na czatach. Widziałam, że spośród demonów związanych przez Chrystusa w czasie jego zstąpienia do piekieł, kilku się niedawno rozwiązało i wskrzesiło tę sektę (masonerii). Zobaczyłam, że inne zostaną uwolnione… (19.10.1823)

    Ujrzałam straszne skutki działań wielkich propagatorów „światła” wszędzie tam, gdzie dochodzili oni do władzy i przejmowali wpływy albo dla obalenia kultu Bożego oraz wszelkich praktyk i pobożnych ćwiczeń, albo dla uczynienia z nich czegoś równie próżnego jak używane przez nich słowa: światło, miłość, duch. Usiłowali pod nimi ukryć przed sobą i innymi opłakaną pustkę swych przedsięwzięć, w których Bóg był niczym. (A. III 161)

    Mój przewodnik poprowadził mnie wokół całej ziemi. Musiałam przemierzać bez przerwy ogromne jaskinie pogrążone w ciemności. Widziałam w nich ogromną ilość osób błąkających się wszędzie, we wszystkich kierunkach i zajętych mrocznymi dziełami. Wydawało się, że przebiegłam wszystkie zamieszkałe miejsca globu, widząc w nich tylko ludzi pełnych wad. Widywałam coraz to nowe zastępy ludzi, wpadających jak gdyby z góry w to zaślepienie nieprawością. Nie widziałam żadnej poprawy… Musiałam wchodzić w te ciemności i patrzeć wciąż na nowo na złośliwość, zaślepienie, przewrotność, zastawione zasadzki, mściwe żądze, pychę, mamienie, zazdrość, chciwość, niezgodę, zabójstwo, rozwiązłość i straszliwą bezbożność ludzi, wszystkie rzeczy, które jednak nie przynosiły im żadnej korzyści, ale czyniły ich coraz bardziej zaślepionymi, nędznymi i pogrążały ich w coraz głębszych ciemnościach. Często miałam wrażenie, że całe miasta znajdowały się na bardzo cienkiej skorupie ziemi i grozi im wkrótce stoczenie się w otchłań.

    Zobaczyłam ludzi wykopujących dla innych rowy lekko zakryte: ale nie zobaczyłam dobrych ludzi w tych rowach ani nikogo, kto by do nich wpadał. Widziałam wszystkich tych złych, jak gdyby byli ogromną ciemną przestrzenią rozciągającą się od jednego krańca ziemi do drugiego. Widziałam ich w nieładzie. W hałaśliwym zamieszaniu, jak na wielkim jarmarku, zakładających różne grupy, podsycające się do zła. Ujrzałam masy ludzi, które mieszały się ze sobą, popełniając wszelkie rodzaje czynów grzesznych. Każdy grzech pociągał za sobą inny. Często wydawało mi się, że pogrążam się jeszcze głębiej w noc. Droga prowadziła stromo w dół. Była przerażająca. Oplatała całą ziemię. Widziałam ludy wszystkich ras, noszących najróżniejsze szaty, wszystkie pogrążone w tych obrzydliwościach. (A II.154)

    Często budziłam się pełna przygnębienia i przerażenia. Księżyc świecił spokojnie przez okno, a ja modliłam się jęcząc, aby mi nie kazano więcej patrzeć na te przerażające sceny. Wkrótce jednak znów musiałam wejść w te straszne ciemności i patrzeć na popełniane w nich obrzydliwości. Znalazłam się raz w obrębie grzechu tak strasznego, że wydawało mi się, że jestem w piekle i zaczęłam krzyczeć i jęczeć. Wtedy mój przewodnik powiedział: ‘Jestem przy tobie, a nie może być piekła tam, gdzie ja jestem’. Wydawało mi się, że widzę miejsce bardzo rozległe, w którym więcej było światła dziennego. Było to jakby miasto należące do tej części świata, na której mieszkamy. Zostało mi tam ukazane straszliwe widowisko. Zobaczyłam ukrzyżowanie naszego Pana Jezusa Chrystusa. Zadrżałam aż do szpiku kości, bo byli tam tylko ludzie naszej epoki. Męczeństwo Pana było straszniejsze i bardziej krwawe niż to, które wycierpiał od Żydów. (A.II.157)

    Zobaczyłam z przerażeniem wielką liczbę ludzi znanych mi, nawet kapłanów. Wiele linii i ścieżek od tych ludzi, błądzących w ciemnościach, prowadziło do tego miejsca (Ukrzyżowania). (A.II.157)

    Kończąc opowiadanie tej strasznej wizji, której wspomnienie przyprawiało ją o ból serca i nic nie mogło skłonić jej do przedstawienia jej w całości, Katarzyna Emmerich powiedziała:

    Mój przewodnik rzekł do mnie: ‘Zobaczyłaś obrzydliwości, którym ludzie zaślepieni oddają się w ciemnościach’. Zobaczyłam niezliczony tłum prześladowanych, nieszczęśliwych, dręczonych i męczonych w naszych czasach, w różnych miejscach. I zawsze widziałam, że przez to dręczono Jezusa Chrystusa we własnej Osobie. Żyjemy w czasach godnych pożałowania, w których nie ma schronienia przed złem: gęsta mgła grzechu ciąży nad całym światem i widzę ludzi czyniących rzeczy najbardziej obrzydliwe spokojnie i obojętnie. Widziałam to wszystko w wielu wizjach, gdy moja dusza była prowadzona poprzez liczne kraje całej ziemi. (C. 89)** Potem ujrzałam męczenników nie czasu obecnego (r.1820), lecz czasów przyszłych. Jednak już widzę, jak się ich prześladuje. (A.III.112)

    BURZENIE KOŚCIOŁA

    Zobaczyłam ludzi z tajnej sekty podkopującej nieustannie wielki Kościół… (A. III.113) i zobaczyłam blisko nich obrzydliwą Bestię, która wyszła z morza. Miała ogon jak u ryby, pazury jak u lwa i liczne głowy, które otaczały jak korona jej największą głowę. Miała pysk szeroki i czerwony. Była w cętki jak tygrys i okazywała wielką zażyłość wobec burzących. Kładła się często pośród nich, gdy pracowali. Oni zaś często wchodzili do pieczary, w której czasami się chowała. W tym czasie widziałam tu i tam na całym świecie wielu ludzi dobrych i pobożnych przede wszystkim duchownych znieważanych, więzionych i uciskanych i miałam wrażenie, że któregoś dnia staną się męczennikami. (A. III.113)

    Kościół był już w dużej mierze zburzony, tak że pozostawało jeszcze tylko prezbiterium z ołtarzem. Ujrzałam burzących, jak weszli do niego razem z bestią. Wchodząc do Kościoła z bestią burzyciele napotkali tam potężną niewiastę pełną majestatu. Zdawało się, że spodziewała się dziecka, szła bowiem powoli. Nieprzyjaciół ogarnęło przerażenie na jej widok, a bestia nie mogła postąpić nawet o jeden krok. Wyciągnęła w powietrzu najbardziej wściekłą szyję w kierunku tej niewiasty, jak gdyby chciała ją pożreć. Lecz Ona się odwróciła i upadła na twarz. Zobaczyłam wtedy bestię uciekającą w kierunku morza, a nieprzyjaciele biegli w wielkim nieładzie. (A. III.113)

    Zobaczyłam Kościół św. Piotra i ogromną ilość ludzi pracującą by go zburzyć. Ujrzałam też innych naprawiających go. Linia podziału pomiędzy wykonującymi tę dwojaką pracę ciągnęła się przez cały świat. Dziwiła mnie równoczesność tego, co się dokonywało. Burzyciele odrywali wielkie kawały (budowli). Byli to w szczególności zwolennicy sekt w wielkiej liczbie, a z nimi – odstępcy. Ludzie ci, wykonując swą niszczycielską pracę, wydawali się postępować według pewnych wskazań i jakiejś zasady. Nosili białe fartuchy, obszyte niebieską wstążką i przyozdobione kieszeniami z kielniami przyczepionymi do pasa. Mieli szaty wszelkiego rodzaju. Byli pomiędzy nimi ludzie dostojni, wielcy i potężni w mundurach i z krzyżami, którzy jednak nie przykładali sami ręki do dzieła, lecz kielnią oznaczali na murach miejsca, które trzeba było zniszczyć. Z przerażeniem ujrzałam wśród nich także katolickich kapłanów. Zburzono już całą wewnętrzną część Kościoła. Stało tam jeszcze tylko prezbiterium z Najświętszym Sakramentem. (A. II. 202-203)

    Kościół św. Piotra był zniszczony, z wyjątkiem prezbiterium i głównego ołtarza. (A. III. 118) Widziałam znowu atakujących i burzących Kościół św. Piotra. Zobaczyłam, że na końcu Maryja rozciągnęła płaszcz nad Kościołem i nieprzyjaciele Boga zostali przepędzeni. (A. II.414) Znowu miałam wizję tajnej sekty podkopującej ze wszystkich stron Kościół św. Piotra. Pracowali oni przy pomocy różnego rodzaju narzędzi i biegali to tu, to tam, unosząc ze sobą kamienie, które z niego oderwali. Musieli jedynie pozostawić ołtarz. Nie mogli go wynieść. Zobaczyłam, jak sprofanowano i skradziono obraz Maryi. (A. III. 556) Poskarżyłam się Papieżowi. Pytałam go, jak może tolerować, że jest tylu kapłanów wśród burzących. Widziałam przy tej okazji, dlaczego Kościół został wzniesiony w Rzymie. To dlatego, że tam jest centrum świata i że wszystkie narody są z nim na różne sposoby związane.

    Zobaczyłam też, że Rzym stoi jak wyspa, jak skała pośrodku morza, gdy wszystko wokół niego obraca się w ruinę. Gdy patrzyłam na burzących, zachwycała mnie ich wielka zręczność. Posiadali wszelkie rodzaje maszyn, wszystko dokonywało się według pewnego planu. Nic nie waliło się samo. Nie robili hałasu. Na wszystko zwracali uwagę, uciekali się do wszelkich rodzajów podstępów i kamienie wydawały się często znikać w ich rękach. Niektórzy z nich ponownie budowali; niszczyli to, co było święte i wielkie, a to, co budowali było próżne, puste i powierzchowne. Np. wynosili kamienie z ołtarza i budowali z nich schody wejściowe. (A. III. 556)

    CIEMNOŚĆ W KOŚCIELE

    Widziałam Kościół ziemski, to znaczy społeczność wierzących na ziemi, owczarnię Chrystusa w jej stanie przejściowym na ziemi, pogrążoną w całkowitych ciemnościach i opuszczoną. (A. II. 352) Wy, kapłani, wy się nie ruszacie! Śpicie, a owczarnia płonie ze wszystkich stron! Nic nie robicie! Och! Jakże płakać będziecie nad tym dniem! Gdybyście choć wypowiedzieli jedno ‘Ojcze nasz’. Widzę tak wielu zdrajców! Nie odczuwają cierpienia, kiedy się mówi: «Źle się dzieje.» W ich oczach wszystko idzie dobrze, byle tylko doznawali chwały tego świata. (A. III. 184) Widziałam też wielu dobrych i pobożnych biskupów, lecz wątłych i słabych. Źli często brali górę. (A. II. 414) Widzę ułomności i upadek kapłaństwa, widzę też przyczyny tego i widzę przygotowane kary. (A. II. 334) Słudzy Kościoła są tak gnuśni! Nie czynią już użytku z mocy, jaką posiadają dzięki kapłaństwu. (A. II. 245)

    Dla niezliczonej liczby osób dobrej woli, dojście do źródła łaski z serca Jezusa było zamknięte i utrudnione z powodu zniesienia pobożnych praktyk oraz z powodu zamknięcia i profanacji kościołów. (A. III.167) Cały ten głęboki zamęt, z powodu którego cierpieli wierni, wynikał stąd, że wielu z tych, którzy przyoblekli się w Jezusa Chrystusa, coraz bardziej zwracało się w stronę bezbożnego świata i wydawało się zapominać o cnotach i nadprzyrodzonej mocy Kapłaństwa. W tym wszystkim poznałam, że czytanie genealogii naszego Pana przed Najświętszym Sakramentem w święto Bożego Ciała zamyka w sobie wielką i głęboką tajemnicę. Poznałam bowiem, że nawet pomiędzy przodkami Jezusa Chrystusa – według ciała – liczni nie byli świętymi, a byli wśród nich nawet grzesznicy. Mimo to nie przestali być stopniami drabiny Jakubowej, po których Bóg przyszedł do ludzi. Tak więc nawet niegodni biskupi są nadal zdolni do sprawowania Najświętszej Ofiary i do udzielania sakramentu kapłaństwa wraz z wszelką mocą z nim związaną. (C. 175)

    Widziałam wielką liczbę kapłanów dotkniętych ekskomuniką, którzy wydawali się tym nie przejmować, a nawet o tym nie wiedzieli. A jednak byli ekskomunikowali od chwili, gdy wzięli udział w pewnych przedsięwzięciach, gdy weszli do pewnych stowarzyszeń i przejmowali opinie, na których ciążyła klątwa. Widziałam tych ludzi w takiej mgle, że byli jakby oddzieleni murem. Widać z tego jak bardzo Bóg liczy się z dekretami, postanowieniami i zakazami głowy Kościoła i podtrzymuje je, choć ludzie się nimi nie przejmują, przeciwstawiają się im lub wyśmiewają. (A. III. 148) Widziałam, jak smutne były konsekwencje przeciwstawiania się Kościołowi. Ujrzałam, jak ono rosło, a w końcu heretycy wszelkiego rodzaju przybyli do miasta (Rzym). (A. III. 102)

    Poznałam, że poganie adorowali niegdyś pokornie bóstwa odmienne od nich samych… Ich kult był lepszy niż kult tych, którzy sami siebie adorują w postaci tysiąca idoli, a pomiędzy nimi nie zostawiają żadnego miejsca Panu. (A. III. 102, 104)

    Ujrzałam, jak stawało się oziębłe duchowieństwo i zapadała wielka ciemność. Widok rozszerzył się i wtedy zobaczyłam wszędzie wspólnoty katolickie prześladowane, dręczone, uciskane i pozbawione wolności. Widziałam wiele zamkniętych kościołów. Ujrzałam wojny i rozlew krwi. Wszędzie widać było lud dziki, nieuczony, walczący przemocą. To nie trwało długo. Kościół św. Piotra był podkopywany, zgodnie z planem ułożonym przez tajną sektę. W tym samym czasie uszkadzały go burze. (A. III. 103) Widziałam, jak pomoc przyszła w chwili największego niebezpieczeństwa. (A. III. 104)

    Przekład z fr. E. B. Raoul Auclair. Prophétie de Catherine Emmerich pour notre Temps, Nouvelles Ed. Latines, Paryż 1974.

    Oznaczenia francuskiego wydawcy w tekście określają źródło cytatów:

    * A: Vie d’Anne-Catherine Emmerich (t. I-III) K. E. Schmoeger, Téqui 1950.

    ** C: Vie de la Sainte Vierge d’apres les Méditations d’Anne-Catherine Emmerich, Téq

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 10 CZERWCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA Z X NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO MATKI BOLESNEJ

    This image has an empty alt attribute; its file name is 50900.jpg
    fragment figury Matki Bożej Bolesnej

    ***


    MODLITWA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

              
    Matko Bolesna stojąca pod krzyżem, naucz nas trwać mężnie przy cierpiących i współcierpieć z nimi, jak Ty na Kalwarii. Matko Ukrzyżowanego i Matko wszystkich ludzi, oddawaj Ojcu Niebieskiemu ludzkie cierpienia, tak jak ofiarowałaś Mękę Twego Syna i swój ból matczyny. Ucz swoje dzieci przyjmować z gotowością każdą wolę Bożą, w cierpieniu zachować ufność, znosić je mężnie w zjednoczeniu z Chrystusem i ofiarowywać je z miłością dla zbawienia świata. Matko Bolesna, pomóż nam i wszystkim ludziom udręczonym, odkrywać w cierpieniu głęboki sens. Uproś, aby cierpienia chrześcijan stały się wynagrodzeniem Bogu za grzechy świata
    i przyczyniły się do jego zbawienia. Amen.

    KORONKA (RÓŻANIEC) DO SIEDMIU BOLEŚCI MATKI BOSKIEJ  

       
    Koronka (Różaniec) do Siedmiu Boleści Matki Bożej składa się z siedmiu tajemnic, w których rozważamy najboleśniejsze momenty z życia Matki Bożej. Rozważając te tajemnice w szczególny sposób czcimy Matkę Bożą Bolesną i upraszamy dla siebie i bliźnich potrzebne łaski w tym życiu, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci.            

    W Imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.


    Modlitwa wstępna
    :

    Mój Boże, ofiarowuję Ci ten różaniec na cześć siedmiu boleści Maryi, na Twoją większą chwałę, moje nawrócenie i nawrócenie wszystkich ludzi na wiarę w Twego umiłowanego Syna, Jezusa Chrystusa- nasze zbawienie i naszą jedyną drogę do Ciebie, w jedności z Duchem Świętym, na wieki wieków. Amen!
    Ku Tobie Święta Matko wznosimy serca swoje, aby współczuć w Boleściach Twoich.

    BOLEŚĆ I – Proroctwo Symeona

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść, która przeszyła Serce Twoje, gdyś słyszała prorocze słowa starca Symeona o Męce Jezusa, Syna Twojego, racz nam wyjednać łaskę uświęcenia naszego życia i cierpliwego znoszenia cierpień i przeciwności.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ II – Ucieczka do Egiptu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść Twoją, której doznałaś uciekając z Synem Twoim przed Herodem do Egiptu, uproś nam łaskę wiernego poddania się Woli Bożej we wszystkim co nas spotyka.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ III – Szukanie Jezusa

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś szukając zgubionego Jezusa, uproś nam łaskę, abyśmy nigdy Go nie utracili. Tym, którzy zgubili Jezusa, na grzesznych drogach swojego życia dopomóż Go odnaleźć w Sakramentach Świętych.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ IV – Spotkanie z Synem na drodze Krzyżowej

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś spotkawszy Jezusa na drodze Krzyżowej, gdy na Swoich Ramionach dźwigał grzechy moje i całej ludzkości, uproś nam łaskę, abyśmy już nigdy nie obarczali Jezusa najmniejszymi grzechami. Prosimy Cie o łaskę miłości do Krzyża oraz cierpliwości i wytrwałości w niesieniu codziennych krzyży całego naszego życia dla ratowania dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ V – Śmierć Pana Jezusa na Krzyżu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś u stóp Krzyża patrząc na Mękę i śmierć Twojego Syna, uproś nam łaskę szczerego żalu i pokuty oraz nawrócenie zatwardziałych grzeszników, szczególnie konających i Łaskę Miłosierdzia Bożego dla świata całego.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ VI – Maryja trzyma martwe Ciało Syna

    Matko Najboleśniejsza! Przez łzy, którymi obmywałaś Rany Jezusa złożonego w Twoich Ramionach oraz przez Twoje Matczyne i Krwawe łzy, które wylewasz nad całą grzeszną ludzkością stojącą w obliczu zagłady, prosimy Cię, ratuj dusze idące na potępienie, ratuj dusze w czyśćcu cierpiące, ratuj zagrożoną młodzież i nasze rodziny. Dla pocieszenia Twojego Zbolałego Serca i otarcia Twoich Łez ofiarujemy Ci Maryjo nasze serca, cierpienia, ofiary, łzy i modlitwy i całe nasze życie w ofierze miłości dla ratowania zagubionych dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ VII – Złożenie Jezusa W Grobie

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść rozstania z Jezusem złożonym w grobie, uproś nam łaskę, aby umarły w nas wszystkie złe skłonności i przywiązania do grzechu. Abyśmy żyli w świętości i miłości dla Chwały Bożej i ratowania dusz, przez Chrystusa i z Chrystusem, a po śmierci osiągnęli życie wieczne.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    Modlitwa na zakończenie: 

    O Święta Matko, którą Wszechmogący Bóg wybrał na Matkę Odkupiciela świata i upodobnił w cierpieniach do Swego Syna Ukrzyżowanego, niech boleść Twoja pobudzi nas do miłości Jezusa i Ciebie. O Królowo Męczenników, udziel nam podobnej cierpliwości i męstwa w znoszeniu cierpień z jakimi Ty stałaś pod krzyżem, Syna Twego. Amen.

    Na uczczenie łez, które Najświętsza Maryja Panna przy tych tajemnicach wylała oraz na uproszenie łaski odpustu przypisanego do tej modlitwy odmówmy 3 razy: Zdrowaś Maryjo…
    Wieczny odpoczynek racz zmarłym dać Panie…
    

    LITANIA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ


    Kyrie eleison! Chryste eleison! Kyrie eleison!
    Chryste, usłysz nas! Chryste, wysłuchaj nas!
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże zmiłuj się nad nami

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Boża Rodzicielko
    Święta Panno nad pannami
    Matko męki krzyżowe Twego Syna cierpiąca
    Matko Bolesna
    Matko płacząca
    Matko żałosna
    Matko opuszczona
    Matko stroskana
    Matko mieczem przeszyta
    Matko w smutku pogrążona
    Matko trwogą przerażona
    Matko sercem do krzyża przybita
    Matko najsmutniejsza
    Krynico łez obfitych
    Opoko stałości
    Nadziejo opuszczonych
    Tarczo uciśnionych
    Wspomożenie wiernych
    Lekarko chorych
    Umocnienie słabych
    Ucieczko umierających
    Korono Męczenników
    Światło Wyznawców
    Perło panieńska
    Radości Świętych Pańskich

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Boże, Ty sprawiłeś, że obok Twojego Syna, wywyższonego na krzyżu, stała współcierpiąca Matka, daj, aby Twój Kościół uczestniczył razem z Maryją w męce Chrystusa i zasłużył na udział w Jego zmartwychwstaniu. Który z Tobą żyje i króluje, w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    BOŻA MATKA BOLEŚCIWA

    Radków
    fot. Jan Nitecki/Radków/Tygodnik Niedziela

    ***

    Pannę Maryję nazywamy Najświętszą Panną. Nazwa ta odnosi się raczej do Jej obecnego stanu w niebie, bo gdy wyobrażamy Ją sobie żyjącą na ziemi, to najlepiej odpowiada Jej nazwa Matki Boskiej Bolesnej. To zupełnie zrozumiałe: cierpienie Chrystusa musiało odbić się na Maryi, przecież Ona była Mu najbliższą. Jeśli wichura złamie drzewo, to zniszczyć potrafi i kwiaty. Jeśli cierpiał Chrystus, to cierpiała i Maryja.

    Zwykle mówi się o siedmiu boleściach Najświętszej Panny, o jakich?

    1. Pierwsza boleść spotkała Ją jeszcze przed narodzeniem Pana Jezusa, kiedy musiała wyjść za mąż za Józefa i porzucić świątynię, przy której postanowiła spędzić całe życie na służbie Bożej. Dużo bólu kosztowała Ją ta decyzja, ale wykonała ją zgodnie z wolą Bożą.

    2. Druga boleść była dotkliwsza. Św. Józef z początku nie wiedział, że Bóg w cudowny sposób chce zesłać Swojego Syna na świat. Był zaskoczony niewytłumaczonym macierzyństwem Najświętszej Panny i postanowił z Nią zerwać. Możemy sobie wyobrazić, jak ten moralny cios dotknął Maryję!

    3. Niedługo potem nawiedza Ją nowy ból, oto szuka schronienia w świętą noc i nie znajduje go, idzie więc do zimnej groty pasterskiej, by tam wydać na świat Zbawiciela!…

    4. Czterdziestego dnia po Narodzeniu Chrystusa idzie do świątyni, by Go ofiarować Bogu, a tam stary Symeon przepowiada, że smutna przyszłość Ją czeka, miecz boleści przeszyje Jej duszę (Łk 2,35). Jaki smutek owładnął duszą Maryi po słowach Symeona! Bolesną jest rana fizyczna, ale stokroć bardziej boli rana zadana duszy. Słowa Symeona zraniły do głębi duszę Maryi i ciążyły nad Nią te koszmarne chmury smutku. Są słowa, które całe życie pamiętamy. Człowiek nie może zapomnieć ostatnich słów kochanych osób. Pamiętamy przestrogi konającego ojca, matki. Słowa Symeona tak głęboko utkwiły w sercu Maryi, że nie dawały Jej spokoju. Karmiąc małego Jezusa pamiętała, że chowa Go na mękę, na śmierć, że duszę Jej przeszyje miecz boleści.

    Wyobrażam sobie dom Nazaretański, pełen smutnego wyczekiwania śmierci Chrystusowej. Krajało się z bólu serce Maryi, kiedy słuchała w świątyni słów Izajasza proroka o mękach Zbawiciela, że będzie „mężem boleści”, „ubity”, „jako trędowaty” „uniżony”, „wzgardzony”, że przebiją Jego ręce i nogi… Wiadomości te musiały bardzo zasmucać serce Najświętszej Panny.

    5. Matka Boska przeżyła wiele utrapień, niedostatku i boleści w czasie ucieczki do Egiptu.

    6. Niedługo potem musiała się rozstać na pewien czas z 12-letnim Jezusem i z niepokojem szukać Go; było to jakby przygotowanie do rozstania się z Jezusem, skazanym na śmierć. Maryja chcąc zbliżyć się do nas, musiała przeżyć największe cierpienie: rozstać się ze Swym Synem.

    7. Był to największy ból, jakiego doznała Maryja. Pewnego dnia usłyszała smutną nowinę, że Judasz wydał Chrystusa, że żołdactwo z rozkazu przełożonych świątyni uwięziło Go, że Piotr się Go wyparł. Słyszała złowrogie okrzyki rozjuszonego tłumu — ukrzyżuj Go!… widziała Swego najukochańszego Syna biczowanego, w cierniowej koronie. Teraz rozumiemy dlaczego Kościół katolicki nazywa Najświętszą Pannę „Matką Bolesną”, „Królową Męczenników”, bo męką i cierpieniem duchowym przeżyła wszystkie boleści, jakie mogą spotkać człowieka. Chrystusa skazali na śmierć. Włożono Mu ciężki krzyż na ramiona. Pochód ruszył, słychać urągania, szyderstwa, potwarze. Chrystus ledwie idzie pod ciężarem krzyża.

    Na rogu jednej ulicy zachodzi wzruszająca scena, którą by się przejęli na pewno wrogowie Chrystusa, gdyby ich nie zaślepiała nienawiść. Tłum rozstąpił się, a przed skrwawionym Chrystusem stanęła Marja! Napróżno Ją wstrzymywali krewni, znajomi – koniecznie chciała widzieć Swego ukochanego Syna. Było to smutne spotkanie! „Im większa, miłość, tym głębszy ból” – mówi św. Augustyn.

    Im większa miłość! Czy może istnieć miłość macierzyńska, która by dorównała miłości Maryi? Kto znał tak dobrze Chrystusa, jak Ona? Dobrze wiedziała, kim jest Chrystus: że jest Synem Bożym bez grzechu, pełen doskonałości, mądrości, dobroci, miłości. A teraz na śmierć Go prowadzą!

    Nastąpiło ukrzyżowanie, śmierć i pogrzeb. Najświętsza Panna przez cierpienia musiała Sobie wysłużyć zasługi wobec Boga… dusza Jej, lgnąc do strasznego drzewa krzyża, godziła się z wolą Bożą. Co wycierpiała Maryja pod krzyżem, tego język ludzki nie jest w stanie wyrazić. Co przeżywała, kiedy Syn Jej konał, kiedy Go zdjęto z krzyża i umieszczono na Jej łonie! Św. Hieronim mówi, że tyle dostała ran, ile miał Chrystus na Swym ciele. Ból ten można opisać tylko słowami Pisma Świętego: „Wielkie jest jako morze skruszenie Twoje” (Lm 2, 13). Kiedyś śpiewałaś Magnificat – a teraz smucisz się i bolejesz? Smutną jesteś, bo  na wskroś przeszyta jest Twoja dusza. Słusznie możesz powiedzieć o Sobie słowami Noemi: „Nie nazywajcie Mię Noemi (to jest piękna), ale Mię zwijcie Mara (to jest gorzka), bo Mię gorzkością wielką napełnił Wszechmogący” (Rt 1,20). „Wy wszyscy, którzy idziecie przez drogę obaczcie i przypatrzcie się, jeśli jest boleść, jako boleść Moja?” (Lm 1 12).

    bp dr Tihamer Toth, Wierzę w Jezusa Chrystusa, Kraków 1934, s. 275-278

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 CZERWCA

    X NIEDZIELA ZWYKŁA

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PRZED EUCHARYSTIĄ – PÓŁGODZINNA ADORACJA/MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    PO LITURGII, W GODZINIE BOŻEGO MIŁOSIERDZIA – KORONKA, KTÓRĄ SAM PAN JEZUS PRZEKAZAŁ ŚW. SIOSTRZE FAUSTYNIE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. priest.pl

    ***

    Co tak naprawdę dzieje się w czasie Mszy?

    Co ujrzała mistyczka!

    Jest to świadectwo, które muszę i chcę dać całemu światu dla większej chwały Bożej i dla zbawienia tych, którzy chcą otworzyć serca Panu. Także po to, by wiele osób konsekrowanych Bogu na nowo roznieciło w sobie ogień miłości do Chrystusa; niektórzy z nich mają ręce posiadające władzę, by uobecniać Go w tym świecie, tak by stał się naszym pokarmem. Dla innych, aby przełamali “praktykę rutyny” w przyjmowaniu Go i na nowo ożywili w sobie zadziwienie nad codziennym spotkaniem z Miłością. I dla moich świeckich braci i sióstr na całym świecie, aby żyli wielkodusznie tym największym Cudem: celebracją Eucharystii.

    Była to wigilia uroczystości Zwiastowania i członkowie naszej grupy przystąpili do Sakramentu Pojednania. Niektóre panie z grupy modlitewnej nie mogły tego uczynić, więc przełożyły Sakrament na następny dzień przed Mszą Świętą. Kiedy przyszłam do Kościoła przed Mszą Św. następnego dnia, trochę późno, Arcybiskup i kapłani już wychodzili z zakrystii. Dziewica Maryja powiedziała swoim słodkim kobiecym głosem, który działa na duszę:

    “Dzisiaj jest dzień nauki dla ciebie i chcę, abyś zwróciła szczególną uwagę na to, czego będziesz świadkiem. Wszystkim, czego dziś doświadczysz, masz podzielić się z całą ludzkością.”

    Byłam głęboko wzruszona, nie rozumiejąc dlaczego, ale starałam się być bardzo uważna. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, był chór pięknych głosów, który śpiewał jakby z oddali. Na chwilę muzyka przybliżała się, a następnie oddalała jak odgłos wiatru. Arcybiskup rozpoczął Mszę Świętą, i gdy doszedł do Aktu Pokuty, Najświętsza Dziewica powiedziała:

    “Z głębi serca proś Pana o przebaczenie swoich win, które Go obraziły. W ten sposób będziesz mogła godnie brać udział w tym przywileju, jakim jest Msza Św.”

    Przez ułamek sekundy pomyślałam: Na pewno jestem w stanie łaski Bożej; wczoraj wieczorem poszłam do spowiedzi. Matka Boża odpowiedziała:

    “Czy sądzisz, że od wczorajszego wieczoru nie obraziłaś Boga? Pozwól mi przypomnieć ci o kilku rzeczach. Kiedy wyszłaś z domu idąc tutaj, dziewczyna, która ci pomaga podeszła do ciebie i poprosiła o coś, a ty, ponieważ byłaś spóźniona, nie odpowiedziałaś jej zbyt miło. To był brak miłości z twojej strony, a ty mówisz, że nie obraziłaś Boga…? W drodze tutaj, autobus wjechał na dróżkę, którą szłaś i omal cię nie potrącił. Odniosłaś się do tego biednego człowieka w sposób nieodpowiedni, zamiast modlić się i przygotowywać do Mszy. Zabrakło ci miłości i straciłaś pokój i cierpliwość. I mówisz, że nie zraniłaś Boga? Przychodzisz w ostatniej minucie, gdy procesja celebransów już wychodzi, by celebrować Mszę Św… i zamierzasz uczestniczyć bez uprzedniego przygotowania…”

    Odpowiedziałam: “Dobrze, moja Matko, nie mów już nic więcej. Nie musisz mi przypominać więcej, bo umrę ze smutku i wstydu.”

    “Dlaczego wy wszyscy musicie przychodzić w ostatnim momencie? Powinniście przychodzić wcześniej, aby móc się pomodlić i prosić Pana, aby zesłał Swojego Ducha Świętego, który może udzielić wam pokoju i oczyścić z ducha świata, waszych kłopotów, problemów i rozproszeń, aby uzdolnić was do przeżywania tego tak świętego momentu. Jednakże, przychodzicie prawie w momencie, gdy celebracja się już zaczyna i uczestniczycie jak w zwykłym wydarzeniu bez żadnego duchowego przygotowania. Dlaczego? To jest największy z Cudów. Przychodzicie przeżywać moment, gdy Najwyższy Bóg udziela swojego największego daru i nie potraficie go docenić.”

    Tego było już dosyć. Czułam się tak źle, że miałam aż nadto, by prosić Boga o przebaczenie. Nie tylko z powodu win tego dnia, ale także za te wszystkie przypadki, kiedy podobnie jak wielu innych ludzi czekałam, kiedy kapłan skończy homilię, by wejść do kościoła. Także za te przypadki, gdy nie wiedziałam lub nie chciałam zrozumieć, co to znaczy być tutaj, i za te, kiedy moja dusza była pełna ciężkich grzechów i miałam śmiałość brać udział we Mszy Św. Była to uroczystość i miało być odmawiane Chwała. Matka Bożą powiedziała:

    “Wychwalaj i błogosław całym swoim sercem Świętą Trójcę, uznając, że jesteś jednym z Jej stworzeń.”

    Jakże inne było to Chwała! Nagle zobaczyłam siebie w odległym miejscu pełnym światła, przed Majestatem Tronu Boga. Z tak wielką miłością dziękowałam Bogu, gdy powtarzałam: “Dla Twojej wielkiej chwały, wychwalamy Cię, błogosławimy Ciebie, uwielbiamy Ciebie, oddajemy Ci chwałę, dziękujemy Ci, Panie Boże, Królu Nieba, Boże Ojcze Wszechmogący.” I przypomniałam sobie ojcowską twarz Ojca, pełną dobroci. “Panie Jezu Chryste, Jednorodzony Synu Ojca, Panie Boże, Baranku Boży, Ty gładzisz grzechy świata…” A Jezus był przede mną, z twarzą pełną łagodności i Miłosierdzia… “Bo tylko Tyś jest Święty, tylko Tyś jest Panem, tylko Tyś Najwyższy, Jezu Chryste z Duchem Świętym…” Bóg pięknej Miłości. Ten, który w tej chwili sprawił, że cała moja istota drży… I poprosiłam: “Panie, wybaw mnie od wszelkiego zła. Moje serce należy do Ciebie. Mój Boże, ześlij mi Twój pokój, żebym mogła osiągnąć jak największe korzyści z Eucharystii i żeby moje życie mogło przynieść jak najlepsze owoce. Duchu święty, przekształć mnie, działaj we mnie, prowadź mnie. O Boże, udziel mi darów, których potrzebuję, by lepiej Ci służyć!” Przyszedł czas Liturgii Słowa i Dziewica Maryja kazała mi powtarzać:

    “Panie Boże, chcę słuchać Twojego Słowa i przynieść obfity owoc. Niech Twój Święty Duch oczyści wnętrze mojego serca, aby Słowo Boże wzrastało i rozwijało się, oczyszczając moje serce, tak by było dyspozycyjne.” Matka Boża powiedziała: “Módl się w sposób następujący: (i ja powtarzałam) Panie, ofiaruję wszystko czym jestem, wszystko co posiadam, wszystko co mogę. Kładę wszystko w Twoje Ręce. Kształtuj tę małą istotę, którą jestem. Przez zasługi Twojego Syna przekształć mnie, Wszechmogący Boże. Proszę Cię za moją rodzinę, moich dobroczyńców, za każdego członka Apostolatu, za wszystkich, którzy walczą przeciwko nam, za tych, którzy polecają się moim ubogim modlitwom. Naucz mnie kłaść moje serce jakby na ziemi przed nimi, żeby mogli iść bardziej miękko. Oto jak modlili się Święci; oto jak pragnę, byście wszyscy robili.”

    Oto jak Jezus prosi nas, byśmy się modlili, żebyśmy kładli nasze serca jakby na ziemi, żeby inni nie czuli twardości, ale raczej żebyśmy łagodzili ból ich kroków. Kilka lat później czytałam książkę z modlitwami świętego, którego bardzo kocham, Jose Maria Escriva de Balaguer, i w tej książce znalazłam modlitwę podobną do tej, której nauczyła mnie Najświętsza Dziewica. Może modlitwy tego Świętego, któremu zawierzyłam siebie, podobały się Matce Bożej. Nagle zaczęły powstawać jakieś postacie, których wcześniej nie widziałam. Wyglądało to tak, jakby u boku każdej osoby obecnej w Katedrze, pojawiła się inna osoba i wkrótce cała Katedra zapełniła się młodymi pięknymi ludźmi. Byli oni ubrani w białe szaty i skierowali się do głównej nawy, a następnie podeszli do ołtarza. Matka Boża powiedziała:

    “Patrz. To są Aniołowie Stróżowie wszystkich ludzi, którzy są tutaj. To jest moment, kiedy twój Anioł Stróż zanosi twoje ofiary i prośby przed Ołtarz Boga.”

    Byłam zdumiona, bo te istoty miały tak piękne twarze, tak promieniujące, że nie można sobie tego wyobrazić. Ich oblicza były bardzo piękne, niemalże z kobiecymi rysami; budowa ciała, ręce, postawa były męskie. Ich bose stopy nie dotykały podłogi, jakby się prześlizgiwały. Procesja była bardzo piękna. Niektórzy z nich nieśli coś, jakby złote misy z czymś, co lśniło jak złociste światło. Matka Boża powiedziała:

    “To są Aniołowie Stróżowie ludzi, którzy ofiarują tę Mszę Świętą w wielu intencjach, tych którzy są świadomi co znaczy ta celebracja. Oni mają coś do ofiarowania Bogu (…) Ofiaruj siebie w tej chwili… ofiaruj swoje smutki, bóle, nadzieje, radości, prośby. Pamiętaj, ze Msza Św. ma nieskończoną wartość. Dlatego bądź hojna w ofiarowaniu i proszeniu.”

    Za pierwszymi Aniołami szli następni, którzy nie mieli niczego w rękach; szli z pustymi rękami. Maryja powiedziała:

    “To są Aniołowie ludzi, którzy są tutaj ale nigdy niczego nie ofiarują. Nie są zainteresowani tym, by przeżywać każdy moment Mszy Św. i nie mają darów, by je zanieść przed Ołtarz Boga.”

    Na końcu procesji szli inni Aniołowie, którzy byli raczej smutni, z rękami złożonymi do modlitwy, ale ze spuszczonymi oczami.

    “To są Aniołowie Stróżowie ludzi, którzy są tutaj ale nie chcą być, to znaczy ci, którzy zostali zmuszeni do przyjścia, którzy przyszli z obowiązku ale bez żadnego pragnienia uczestniczenia we Mszy Św. Aniołowie idą smutni, ponieważ nie mają nic do zaniesienia przed Ołtarz poza własnymi modlitwami. Nie zasmucajcie swojego Anioła Stróża. Proście o wiele, proście o nawrócenie grzeszników, o pokój w świecie, za waszych sąsiadów, za tych, którzy proszą was o modlitwę. Proście, proście o wiele, ale nie tylko za was samych, ale także za wszystkich. Pamiętajcie, że ofiara która najbardziej podoba się Panu jest ta, kiedy ofiarujecie siebie samych jako ofiarę całopalną, tak żeby Jezus mógł zstąpić i przekształcić was przez swoje zasługi. Co wy macie do ofiarowania Ojcu sami z siebie? Nicość i grzech. Ale ofiarowanie siebie samego złączone z zasługami Jezusa podoba się Ojcu.”

    Widok tej procesji był tak piękny, że trudno byłoby porównać go z czymkolwiek. Te wszystkie niebiańskie istoty pochylające się przed ołtarzem, niektóre zostawiające swoje ofiary na podłodze, inne prosternujące się z czołem prawie dotykającym ziemi. Skoro tylko przybyły do ołtarza, zniknęły mi z oczu. Nadszedł końcowy moment Prefacji i kiedy całe zgromadzenie mówiło: “Święty, Święty, Święty”, nagle wszystko co znajdowało się za celebransami zniknęło. Za Arcybiskupem z lewej strony tysiące aniołów ukazało się po przekątnej, mali aniołowie, wielcy aniołowie, aniołowie z dużymi skrzydłami, aniołowie z małymi skrzydłami, bez skrzydeł. Tak jak poprzedni wszyscy byli ubrani w białe szaty kapłańskie lub ministranckie. Każdy z nich ukląkł ze złożonymi rękami i pochylił głowę ze czcią. Słychać było piękną muzykę jakby wiele chórów z różnymi głosami, wszyscy śpiewali unisono razem z ludźmi: Święty, Święty, Święty… Nadszedł moment Konsekracji, najcudowniejszy z Cudów. Za Arcybiskupem z prawej strony pojawiło się mnóstwo ludzi, także po przekątnej. Byli oni ubrani w identyczne tuniki ale w kolorach pastelowych: różowych, zielonych, jasnoniebieskich, liliowych, żółtych, jednym słowem w różnych i bardzo ciepłych kolorach. Ich twarze były także jaśniejące, pełne radości. Zdawali się być w tym samym wieku. Można było zauważyć (nie potrafię powiedzieć dlaczego), że byli ludźmi w różnym wieku, ale ich twarze wyglądały jednakowo, bez zmarszczek, szczęśliwe. Wszyscy oni także uklękli na śpiew “Święty, Święty, Święty Pan…” Matka Boża powiedziała:

    “To są dusze wszystkich Świętych i błogosławionych w Niebie. Pomiędzy nimi są dusze twoich krewnych, którzy już się cieszą oglądaniem Boga.”

    Następnie zobaczyłam Ją dokładnie po prawej stronie Arcybiskupa, krok za celebransem. Była zawieszona odrobinę nad podłogą, klęcząc na jakimś bardzo solidnym przezroczystym i jednocześnie jaśniejącym materiale jakby czystej wodzie. Najświętsza Dziewica, z rękami złożonymi patrzyła z uwagą i szacunkiem na celebransa. Stamtąd mówiła do mnie, ale bez słów prosto do serca, nie patrząc na mnie:

    “Dziwi cię to, że stoję za Arcybiskupem, nieprawdaż? Tak właśnie powinno być… Z całą miłością, jaką Syn mi daje, On nie udzielił mi godności, której udzielił kapłanom; uobecniania codziennego Cudu moimi rękami, tak jak to oni robią swoimi kapłańskimi rękami. Dlatego czuję głęboki szacunek dla kapłanów i dla cudu, którego Bóg dokonuje przez nich, co skłania mnie do uklęknięcia za nimi.”

    O mój Boże, jak wielką godność, jak wielką łaskę wlewa Bóg w dusze kapłańskie, a ani my, a może niektórzy z nich także, nie jesteśmy tego świadomi. Za ołtarzem ukazały się cienie ludzi w szarych kolorach z rękami wzniesionymi. Matka Boża powiedziała:

    “To są błogosławione dusze z czyśćca, którzy czekają na wasze modlitwy, by mogły być uwolnione. Nie przestawaj modlić się za nie. Oni modlą się za was ale nie mogą modlić się za siebie. Ty masz się za nie modlić, aby pomóc im wyjść z czyśćca, aby mogli być z Bogiem i cieszyć się Nim wiecznie. Teraz to widzisz; jestem tutaj przez cały czas. Ludzie idą na pielgrzymki, szukają miejsc, gdzie się ukazałam. Jest to dobre z powodu łask, które tam otrzymają. Ale w żadnym objawieniu, w żadnym innym miejscu nie jestem bardziej obecna niż w czasie Mszy Świętej. Zawsze Mnie znajdziesz u stóp ołtarza, gdzie jest odprawiana Eucharystia. U stóp Tabernakulum, pozostaję z aniołami, ponieważ jestem zawsze z Jezusem.”

    Widzieć piękne oblicze Matki w chwili odmawiania słów “Święty, Święty, Święty…”, a także innych z promieniejącymi twarzami, rękami złożonymi, oczekującymi na cud, który się nieustannie powtarza, było przebywaniem jakby w samym niebie. I pomyśleć, że są ludzie, którzy w tym momencie mogą być rozproszeni rozmową. Boli mnie, gdy mówię, że wielu mężczyzn, więcej niż kobiet stoi ze skrzyżowanymi rękami jakby składając hołd tak jak równemu sobie. Maryja powiedziała:

    “Powiedz wszystkim, że człowiek nie jest nigdy bardziej człowiekiem niż kiedy zgina kolana przed Bogiem.”

    Celebrans wypowiedział słowa Konsekracji. Był on człowiekiem normalnego wzrostu, ale nagle zaczął rosnąć, napełniając się światłem, nadzwyczajnym światłem koloru pomiędzy bielą i złotem, które go ogarnęło i stało się bardzo silne wokół głowy. Z tego powodu nie mogłam dostrzec rysów. Kiedy podniósł Hostię zobaczyłam Jego ręce. Na wierzchu dłoni miał jakieś znaki, z których emanowało dużo światła. To był Jezus! To On otaczał Sobą celebransa, otaczał z miłością jego ręce. W tym momencie Hostia zaczęła rosnąć i stała się wielka. Ukazała się cudowna twarz Jezusa patrzącego na swój lud. Instynktownie chciałam pochylić głowę i Matka Boża powiedziała:

    “Nie patrz w dół. Patrz w górę i kontempluj Go. Wymień z Nim spojrzenia i powtórz modlitwę z Fatimy: Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Ciebie, ufam Tobie i kocham Ciebie. Proszę, przebacz tym, którzy nie wierzą, nie uwielbiają, nie ufają i nie kochają Ciebie. …Przebaczenie i Miłosierdzie… A teraz powiedz Mu, jak bardzo Go kochasz i złóż hołd Królowi Królów.”

    Wypowiedziałam te słowa i wydawało się, jakbym była jedyną, na którą On patrzył z ogromnej Hostii. Ale poznałam, że w taki sposób z pełnią miłości spogląda na każdą osobę. Pochyliłam głowę czołem dotykając ziemi, jak to czynili wszyscy aniołowie i błogosławieni z nieba. Przez ułamek sekundy dziwiłam się, jak Jezus przybrał ciało celebransa i jednocześnie był w środku Hostii. Kiedy celebrans położył Hostię, wrócił do normalnych rozmiarów. Łzy płynęły z moich oczu; nie mogłam wyjść z podziwu. Za chwilę Arcybiskup wypowiedział słowa Konsekracji nad winem, i gdy słowa były wymawiane, ukazało się światło z nieba w tle. Ściany i sufit kościoła zniknęły. Wszędzie była ciemność poza błyszczącym światłem z ołtarza. Nagle zobaczyłam zawieszonego w powietrzu Ukrzyżowanego Jezusa. Widziałam Go od głowy do dolnej części piersi. Belka krzyża była podtrzymywana przez jakieś duże, silne ręce. Ze środka tego jasnego światła wyszło małe światełko podobne do lśniącego małego gołębia, który przefrunął szybko nad kościołem. Spoczął na lewym ramieniu Arcybiskupa, który dalej ukazywał się jako Jezus. Mogłam rozpoznać Jego długie włosy, jaśniejące rany i ogromne ciało, ale nie mogłam dostrzec twarzy. W górze był Ukrzyżowany Jezus, z głową opartą na prawym ramieniu. Mogłam kontemplować Jego twarz, zbite ramiona i poszarpane ciało. Po prawej stronie klatki piersiowej miał ranę, z której tryskała krew w kierunku lewej strony, a na prawo coś, co wyglądało jak woda, ale było bardzo błyszczące. Wyglądało to bardziej jak strumienie światła wychodzące w kierunku wierzących i poruszające się w prawo i w lewo. Byłam zdumiona ilością Krwi, która spływała do kielicha. Myślałam, że się przeleje i zabarwi cały ołtarz, ale ani jedna kropla się nie rozlała. W tym momencie Maryja powiedziała:

    “To jest cud nad cudami. Powiedziałam ci przedtem, że Bóg nie jest ograniczony ani czasem ani przestrzenią. W chwili Konsekracji, całe zgromadzenie jest zabierane do stóp Kalwarii w chwili krzyżowania Jezusa.”

    Czy ktokolwiek może to sobie wyobrazić? Moje oczy tego nie mogą dostrzec, ale my wszyscy jesteśmy tam w momencie, gdy krzyżują Jezusa. A On prosi Ojca o przebaczenie nie tylko dla tych, którzy Go zabili, ale także o przebaczenie wszystkich naszych grzechów: “Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.” Od tego dnia nie dbam o to, że świat sądzi iż jestem szalona, ale proszę każdego, żeby uklęknął i próbował żyć z całego serca, z całą wrażliwością, na którą go stać, przywilejem, który daje nam Bóg. Kiedy mieliśmy odmawiać Ojcze Nasz, Pan przemówił po raz pierwszy w czasie celebracji:

    “Poczekaj, chcę, żebyś się modliła z największą głębią do jakiej jesteś zdolna. W tej chwili przypomnij sobie osobę lub osoby, które wyrządziły ci wielką krzywdę w ciągu życia, tak żebyś je serdecznie uścisnęła i powiedziała im z serca: “W Imię Jezusa przebaczam wam i życzę wam pokoju. W Imię Jezusa proszę was o przebaczenie i życzenie mi pokoju. Jeśli osoba jest godna pokoju, otrzyma go i poczuje się lepiej. Jeśli osoba nie jest zdolna otworzyć się na ten pokój, wróci on do twojego serca. Nie chcę, żebyś otrzymywała lub ofiarowała pokój, gdy nie jesteś zdolna przebaczyć i pierwsza odczuć go w swoim sercu.”(…)”Uważaj na to, co robisz”, kontynuował Pan, “powtarzasz w Ojcze Nasz: przebacz nam nasze winy, jako i my przebaczamy tym, którzy zawinili względem nas. Jeśli jesteś zdolna przebaczyć, ale nie zapomnieć, jak niektórzy mówią, stawiasz warunki przebaczeniu Boga. Mówisz: Przebaczasz mi tylko tak jak ja jestem zdolna przebaczyć, ale nie więcej.”

    Nie wiem, jak wytłumaczyć swój ból, jak bardzo możemy ranić Boga. I jak bardzo możemy ranić siebie samych przez tyle urazów, złych uczuć i niepochlebnych rzeczy, które rodzą się z naszych uprzedzeń i nadwrażliwości. Przebaczyłam; przebaczyłam z serca i poprosiłam o przebaczenie wszystkich ludzi, których zraniłam kiedykolwiek, aby odczuć pokój Boży. Celebrans powiedział, “obdarz nas pokojem i jednością…”a następnie, “pokój Pański niech będzie z wami wszystkimi.” Nagle zobaczyłam, że pomiędzy niektórymi (nie wszystkimi) ludźmi, którzy się ściskali, pojawiło się bardzo intensywne jasne światło. Wiedziałam, że to był Jezus i prawie że rzuciłam się, by uścisnąć osobę obok mnie. Naprawdę mogłam odczuć uścisk Pana w tym świetle. To On mnie uścisnął udzielając mi swojego pokoju, ponieważ w tym momencie byłam zdolna przebaczyć i usunąć z serca cały żal do innych. Tego właśnie chce Jezus, by dzielić się tą chwila radości, biorąc nas w objęcia i życząc nam swojego pokoju. Nadeszła chwila Komunii kapłańskiej. Ponownie zobaczyłam wszystkich kapłanów obok Arcybiskupa. Kiedy on przyjął Komunię Świętą, Maryja powiedziała:

    “To jest chwila na modlitwę za celebransa i kapłanów, którzy mu towarzyszą. Powtarzaj razem ze Mną: “Boże, błogosław im, uświęcaj ich, pomagaj im, oczyszczaj ich, kochaj ich, troszcz się o nich i wspieraj ich swoją miłością. Pamiętaj o wszystkich kapłanach świata, módl się za wszystkie dusze konsekrowane…”

    Drodzy bracia i siostry, to jest moment, w którym powinniśmy modlić się za nich, bo oni są Kościołem tak jak i my, świeccy. Wiele razy my, świeccy, żądamy tak wiele od kapłanów, ale nie jesteśmy zdolni modlić się za nich, niezdolni zrozumieć, że oni są ludźmi, niezdolni zrozumieć i docenić samotności, która często towarzyszy kapłanowi. Powinniśmy zrozumieć, że kapłani są ludźmi tak jak my i że potrzebują być zrozumiani, otoczeni opieką. Potrzebują naszego uczucia i uwagi, ponieważ oddają swoje życie za każdego z nas jak Jezus, przez bycie konsekrowanymi dla Niego. Pan Bóg chce, żeby lud, który mu powierzył, modlił się i pomagał w uświęcaniu Pasterza. Pewnego dnia, gdy będziemy już po drugiej stronie, zrozumiemy cuda, które Pan zdziałał, dając nam kapłanów, którzy pomagają nam zbawiać nasze dusze. Ludzie zaczęli wychodzić z ławek do Komunii. Nadeszła wielka chwila spotkania. Pan powiedział do mnie: “Poczekaj chwilę; Chcę, żebyś coś zobaczyła…” Poruszona wewnętrznym impulsem podniosłam wzrok na osobę, która miała przyjąć Komunię Świętą na język z rąk kapłana. Spostrzegłam, że to była jedna z pań z naszej grupy, która poprzedniego wieczoru nie mogła pójść do spowiedzi, ale dziś rano uczyniła to przed Mszą Świętą. Kiedy kapłan położył Świętą Hostię na jej języku, błysk złocistego światła przeszedł przez tę osobę, najpierw przez plecy, następnie otaczając ją z tyłu, wokół ramion, a na końcu wokół głowy. Pan powiedział:

    “Oto jak się cieszę obejmując duszę, która przychodzi z czystym sercem, by Mnie przyjąć.”

    Ton głosu Jezusa był tonem szczęśliwego człowieka. Byłam zdumiona widząc moją przyjaciółkę wracającą do ławki otoczoną światłem, w uścisku Pana. Pomyślałam o cudzie, który tracimy wiele razy, przyjmując Jezusa z małymi lub wielkimi winami, podczas gdy powinno być to święto. Wiele razy mówimy, że nie ma kapłanów, do których można pójść do spowiedzi w jakimś momencie. Ale problem nie jest w tym, by się móc powiadać, ale w naszej łatwości ponownego wpadania w zło. Z drugiej strony w ten sam sposób, w jaki szukamy pięknego salonu, a mężczyźni fryzjera, gdy urządzamy przyjęcie, musimy także podjąć wysiłek poszukania kapłana, gdy potrzebujemy usunąć brud z nas samych. Nie możemy śmiało przyjmować Jezusa w momencie, gdy nasze serce pełne jest brzydkich rzeczy. Kiedy poszłam przyjąć Komunię, Jezus powiedział do mnie:

    “Ostatnia Wieczerza była momentem największej intymności z Moimi bliskimi. W czasie tej godziny miłości, ustanowiłem to, co mogło być uważane za akt szaleństwa w oczach ludzi, uczynienie Siebie więźniem Miłości. Ustanowiłem Eucharystię. Chciałem pozostać z wami do końca wieków, ponieważ Moja Miłość nie mogła znieść, żebyście pozostali sierotami, wy, których ukochałem bardziej niż własne życie.”

    Otrzymałam Hostię, która miała inny smak. Było to połączenie krwi i kadzidła, poczułam się całkowicie pochłonięta. Czułam tak wielką miłość, że łzy spływały mi po policzkach i nie mogłam ich powstrzymać. Kiedy wróciłam na swoje miejsce, gdy klęczałam, Pan powiedział: “Posłuchaj…” Chwilę później usłyszałam modlitwy pani, która siedziała przede mną i która właśnie przyjęła Komunię Świętą. To co mówiła nie otwierając ust brzmiało mniej więcej tak: “Panie, pamiętaj, że jest koniec miesiąca i my nie mamy pieniędzy, by zapłacić za czynsz, opłaty za samochód i szkołę dzieci. Musisz coś zrobić, by mi pomóc… Proszę, spraw, by mój mąż nie pił tak dużo. Nie mogę już wytrzymać jego upijania się tak często i mój najmłodszy syn będzie powtarzał znowu rok, jeśli mu nie pomożesz. On ma egzaminy w tym tygodniu… I nie zapomnij o naszej sąsiadce, która musi się przenieść. Niech ona zrobi to zaraz. Nie mogę już dłużej jej znieść… etc. etc.” Następnie Arcybiskup powiedział: “Módlmy się,” i całe zgromadzenie powstało na końcową modlitwę. Jezus powiedział ze smutkiem:

    “Czy zwróciłaś uwagę na jej modlitwę? Ani przez chwilę nie powiedziała mi, że Mnie kocha. Ani przez chwilę nie podziękowała Mi za dar, którego jej w tym celu, aby ją podnieść do Mnie. Ani przez chwilę nie powiedziała: dziękuję Ci, Panie. To była litania próśb… i tak jest prawie ze wszystkimi, którzy Mnie przyjmują.” (…) “Umarłem z miłości i zmartwychwstałem. Z miłości czekam na każdego z was i z miłości pozostaję z wami. Ale wy nie zdajecie sobie sprawy, że potrzebuję waszej miłości. Pamiętaj, że jestem Żebrakiem Miłości w tej wzniosłej dla duszy godzinie.”

    Czy zdajecie sobie sprawę, że On, Miłość żebrze o naszą miłość i my Mu jej nie dajemy? Co więcej, unikamy tego spotkania z Miłością ponad inne miłości, z jedyną miłością, która daje się w nieustannej ofierze. Kiedy celebrans miał udzielić błogosławieństwa, Matka Boża powiedziała:

    “Bądź uważna, staraj się… Robisz jakiś stary znak zamiast znaku Krzyża. Pamiętaj, że to błogosławieństwo może być ostatnie, jakie otrzymujesz z rąk kapłana. Nie wiesz, gdy stąd odchodzisz, czy umrzesz czy nie. Nie wiesz, czy będziesz miała możliwość otrzymać błogosławieństwo od innego kapłana. Te konsekrowane ręce udzielają ci błogosławieństwa w Imię Trójcy Przenajświętszej. Dlatego czyń znak Krzyża z szacunkiem jakby to było ostatni raz w twoim życiu.”

    Jak bardzo brakuje nam zrozumienia i uczestnictwa w codziennej Mszy Świętej! Dlaczego by nie zacząć dnia pół godziny wcześniej i pójść na Mszę Świętą i otrzymać wszystkie błogosławieństwa, które Pan chce na nas zlać? Jestem świadoma, że z powodu obowiązków nie każdy może uczestniczyć w codziennej Mszy, ale przynajmniej dwa lub trzy razy w tygodniu. Tak wielu opuszcza Mszę Świętą w niedziele za najmniejszą wymówką, że mają dziecko, lub dwoje lub dziesięcioro dzieci, i dlatego nie mogą pójść na Mszę Świętą. Jak sobie ludzie poradzą, skoro mają inne ważne zobowiązania? Niech zabiorą wszystkie dzieci, lub niech idą na zmianę, mąż na jedną godzinę, żona na inną, ale niech spełnią swój obowiązek przed Bogiem. Mamy czas na studium, na pracę, na rozrywkę, odpoczynek, ale NIE MAMY CZASU, BY PRZYNAJMNIEJ W NIEDZIELĘ IŚĆ NA MSZĘ ŚWIĘTĄ. Jezus poprosił mnie, żebym pozostała z jeszcze przez kilka minut po zakończeniu Mszy Świętej. Powiedział:

    “Nie wychodź pośpiesznie po zakończeniu Mszy Świętej. Pozostań w Moim towarzystwie i ciesz się nim i pozwól Mi cieszyć się twoim…”

    Jako dziecko słyszałam, że Pan Jezus pozostaje z nami przez pięć lub dziesięć minut po Komunii. Zapytałam Pana w tym momencie: “Panie, jak długo pozostajesz z nami po Komunii?” Myślę, że Jezus musiał się śmiać z mojej głupoty, gdy odpowiedział:

    “Przez cały czas, kiedy chcesz być ze Mną. Jeśli będziesz mówić do Mnie przez cały dzień w czasie twojej pracy, będę cię słuchać. Ja zawsze jestem z tobą. To ty Mnie opuszczasz. Wychodzisz ze Mszy Świętej i dzień obowiązku się kończy. Uczciłaś dzień Pański i wszystko dla ciebie skończone. Nie sądzisz, ze chciałbym uczestniczyć w twoim rodzinnym życiu z tobą, przynajmniej tego dnia.” (…) “W waszych domach macie miejsce na wszystko: pokoje do różnych zajęć: do spania, do gotowania, inny do jedzenia, itd. Jakie miejsce przeznaczyliście dla Mnie? To nie powinno być miejsce, gdzie macie tylko obraz, na którym zbiera się kurz, ale miejsce, gdzie przynajmniej przez pięć minut każdego dnia rodzina spotyka się, by podziękować za dzień i za dar życia, prosić w potrzebach, o błogosławieństwo, opiekę, zdrowie. Wszystko ma miejsce w waszych domach oprócz Mnie.” (…) “Ludzie planują dzień, tydzień, semestr, wakacje, itd. Wiedzą, gdzie będą odpoczywać, w jaki dzień pójdą do kina lub na przyjęcie, kiedy odwiedzą babcię lub wnuczki, dzieci, przyjaciół i kiedy skorzystają z rozrywki. Ile rodzin mówi przynajmniej raz w miesiącu: “Dzisiaj jest dzień, by odwiedzić Jezusa w Tabernakulum” i cała rodzina przychodzi, by porozmawiać ze Mną? Ilu siada przede Mną i rozmawia ze Mną, opowiadając Mi, co się wydarzyło od ostatniego razu, opowiadając Mi swoje problemy, trudności, prosząc Mnie o to, czego potrzebują… czyniąc Mnie częścią tego wszystkiego? Ile razy?” (…) “Ja wiem wszystko. Czytam nawet najgłębsze sekrety waszych serc i umysłów. Ale cieszę się, gdy mówicie Mi o swoim życiu, gdy pozwalacie Mi w nim uczestniczyć jako członkowi rodziny, jako bliskiemu przyjacielowi. Jak wiele łask człowiek traci, jeśli nie daje Mi miejsca w swoim życiu!”

    Gdy pozostawałam z Nim tego dnia i w ciągu wielu innych, pouczał nas dalej. Dzisiaj chcę podzielić się z wami misją, którą mi powierzył. Jezus powiedział: “

    Chciałem zbawić Moje stworzenie. Moment otwarcia drzwi do nieba był przesiąknięty zbyt wielkim bólem… Pamiętaj, że nawet matka nie karmi swojego dziecka własnym ciałem. Doszedłem do granic miłości, by udzielić wam wszystkim swoich zasług.” (…) “Msza Święta to jestem Ja przedłużający Moje życie i Moją Mękę na krzyżu pośród was. Co byście mieli bez zasług Mojego życia i Mojej Krwi, by stanąć przed Ojcem? Nic, nędzę i grzech… Musicie przewyższać w cnocie aniołów i archaniołów, bo oni nie mają radości przyjmowania Mnie jako pokarmu tak jak wy. Oni piją kroplę ze źródła, a wy, którzy macie łaskę przyjmowania Mnie, macie cały ocean do picia.”

    Inną sprawą, o której Pan mówił z bólem dotyczyła ludzi, którzy spotykają się z Nim z przyzwyczajenia, tych, którzy zagubili lęk przed każdym spotkaniem z Nim. Rutyna sprawia, że ludzie stają się tak obojętni, że nie mają niczego nowego do powiedzenia Jezusowi, gdy Go przyjmują. Powiedział także, że jest tak dużo dusz konsekrowanych, które utraciły swój entuzjazm zakochania w Bogu, i przekształciły swoje powołanie w zajęcie, zawód, do którego nic się nie dodaje, poza tym co jest wymagane, i to bez uczucia… Pan mówił mi o owocach, które muszą pochodzić z każdej Komunii, którą przyjmujemy. Zdarza się, że są ludzie, którzy przyjmują codziennie Jezusa, ale nie zmieniają swojego życia. Spędzają wiele godzin na modlitwie i robią wiele rzeczy, itd. Ale ich życie nie przekształca się, a życie, które się nie zmienia, nie może przynieść prawdziwych owoców dla Boga.

    Zasługi, jakie otrzymujemy w Eucharystii powinny przynieść owoce nawrócenia w nas i owoce miłości względem naszych braci i sióstr. My, ludzie świeccy mamy wielką rolę do spełnienia w Kościele. Nie mamy prawa milczeć, ponieważ Pan posyła nas, nas wszystkich jako ochrzczonych, byśmy szli i głosili Dobrą Nowinę. Nie mamy prawa przyswajać tej całej wiedzy i nie dzielić się nią z innymi, pozwalać, by nasi bracia i siostry umierali z głodu, podczas gdy mamy tyle chleba w naszych rękach. Nie możemy patrzeć, gdy Kościół wali się, kiedy my żyjemy wygodnie w naszych parafiach i domach, otrzymując nieustannie tyle od Pana: Jego Słowo, homilie, pielgrzymki, Miłosierdzie Boże w Sakramencie Pojednania, cudowne zjednoczenie w pokarmie Komunii, pouczenia kapłańskie.

    Innymi słowy, otrzymujemy tak dużo, a nie mamy odwagi porzucić strefę naszego komfortu i pójść do więzienia, do instytucji poprawczych, rozmawiać z najbardziej potrzebującymi. Pójść i powiedzieć im, by się nie poddawali, że są katolikami, i że Kościół ich na tym miejscu potrzebuje, potrzebuje ich cierpienia, ponieważ ich cierpienie posłuży do zbawienia innych, ponieważ ta ofiara zdobędzie im życie wieczne. Nie jesteśmy w stanie pójść do szpitali, gdzie są terminalnie chorzy i przez odmawianie Koronki do Miłosierdzia, pomóc im naszymi modlitwami w tym czasie walki pomiędzy dobrem a złem, aby uwolnić ich od sideł i pokus szatana. Każdy umierający ma lęk, a proste ujęcie za rękę i powiedzenie im o miłości Bożej i cudach, które czekają na nich w niebie blisko Jezusa i Maryi, blisko ich zmarłych, daje im pociechę.

    Czas, w którym aktualnie żyjemy nie pozwala nam być obojętnymi. Musimy być przedłużeniem rąk kapłanów i iść tam, gdzie oni nie mogą dotrzeć. Ale do tego potrzebujemy odwagi. Musimy przyjmować Jezusa, karmić się Jezusem, żyć z Jezusem. Boimy się poświęcić siebie bardziej. Gdy Pan mówi, “Szukajcie najpierw Królestwa Bożego, a wszystko inne będzie wam dodane”, mówi do wszystkich, braci i sióstr. Znaczy to szukać Królestwa Bożego wszystkimi możliwymi sposobami i … otwierać ręce, by otrzymać WSZYSTKO! Dlatego, że On jest Panem, Który odpłaca najlepiej, jest Tym, który jest uważny na nasze najmniejsze potrzeby.

    Bracia, siostry, dziękuję wam za to, że pozwoliliście mi wypełnić misję, która została mi powierzona, żeby te strony dotarły do was… Następnym razem, gdy przyjdziecie na Mszę Świętą, przeżyjcie ją. Wiem, że Pan wypełni w was to, co obiecał, że “wasza Msza Święta nie będzie nigdy taka sama.” A gdy to otrzymacie, kochajcie Go! Doświadczcie słodyczy spoczywania w Jego boku, przebitego za was po to, by pozostawić wam swój Kościół i Jego Matkę, by otworzyć drzwi Domu Ojca. Doświadczcie tego, byście mogli odczuć Jego Miłosierną Miłość przez to świadectwo i starać się odwzajemniać dziecięcą miłością. Niech Bóg błogosławi was w tę Wielkanoc.

    Wasza siostra w Żyjącym Jezusie
    Catalina Rivas
    Świecka misjonarka Eucharystycznego Serca Jezusa

    Tekst pochodzi z książkiTajemnica Mszy Świętej. Świadectwo Cataliny Rivas”.

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tomasz a Kempis:

    O tym, że do Komunii świętej trzeba się przygotować starannie

    Tomasz a Kempis: O tym, że do Komunii świętej trzeba się przygotować starannie

    fot. Jakub Kołacz SJ

    ***

    Jednym z najważniejszych mistrzów duchowych chrześcijaństwa był żyjący na przełomie XIV i XV wieku niemiecki kanonik regularny Tomasz a Kempis. Jego dzieło „O naśladowaniu Chrystusa” wywarło wpływ na wiele pokoleń wierzących i choć napisane archaicznym językiem, zawiera wskazania, które do dziś są aktualne, jak choćby te odnoszące się do właściwej postawy wewnętrznej pod czas przyjmowania Komunii świętej.

    Tomasz a Kempis, niemiecki duchowny i mnich z zakonu kanoników regularnych, żył w latach 1380-1471. Był utalentowanym kopistą – cztery razy przepisał całą Biblię – oraz teologiem i mistykiem. Zasłynął jako prawdopodobny autor niewielkiego dzieła „O naśladowaniu Chrystusa”, będącego zbiorem duchowych wskazań dla tych, którzy pragną postępować drogą wiary, uznanego za jedno z najbardziej znaczących dzieł ascezy chrześcijańskiej. Jego refleksje i wskazania, choć naznaczone duchem czasu, są po dziś dzień aktualne, a jego dzieło nabyć można w każdej większej księgarni.

    Pośród licznych wskazań, znajduje się tam też kilka rozdziałów poświęconych Eucharystii, w tym podpowiedzi, jak należy się do niej przygotować i z jakim nastawieniem spożywać Najświętsze Ciało. Co ciekawe, Tomasz a Kempis zwraca uwagę, że równie istotne, jak samo przygotowanie, jest też czas po przyjęciu Komunii – która powinna przemienić tego, który ją przyjął i uświęcić jego życie. Rozdział ten ma formę wskazówek wypowiadanych przez samego Chrystusa.

    “Ja jestem miłośnikiem czystości i dawcą wszelkiej świętości. Szukam serca czystego i tylko w takim sercu znajduję miejsce, w którym mogę odpocząć. Przygotuj Mi wieczernik wielki, usłany (Mk 14, 15), a świętował będę u ciebie Paschę z uczniami moimi. Jeżeli chcesz, abym do ciebie przychodził i u ciebie pozostawał, uprzątnij stary kwas (1 Kor 5, 7) i wymieć mieszkanie twego serca. Wyrzuć wszystko, co światowe, pozbądź się całego hałasu wad, usiądź jak wróbel sam jeden na dachu (Ps 101, 8) i w gorzkości twojej duszy myśl nad swoimi występkami.

    Bo każdy kochający dla swojego umiłowanego przygotowuje najlepsze i najpiękniejsze miejsce, po tym bowiem się poznaje przywiązanie tego, kto przyjmuje umiłowanego. Wiedz jednak, że gdybyś nawet przez cały rok się przygotowywał i nic innego nie zajmowałoby twojego umysłu, to twoją pracą nie mógłbyś się wystarczająco dobrze przygotować. To tylko moje przywiązanie do Ciebie i łaska moja pozwalają ci przystępować do mojego Stołu; to jest tak, jakby bogacz wezwał na obiad biedaka, chociaż on nie ma czym odpowiedzieć na jego dobrodziejstwa poza pełnym uniżenia dziękczynieniem.

    Czyń, co możesz, i rób to starannie; nie ze zwyczaju i nie z konieczności, tylko z lękiem i uszanowaniem przyjmij Ciało swojego umiłowanego Pana, który zechciał przyjść do ciebie. To Ja cię wezwałem, to na Mój rozkaz to wszystko się dzieje, to Ja uzupełnię wszystko, czego ci brakuje, tylko przyjdź i przyjmij Mnie.

    Jeżeli nie czujesz pobożności, lecz raczej oschłość, módl się usilnie, wołaj i pukaj; nie ustępuj, dopóki sobie na to nie zasłużysz, że otrzymasz okruszynę zbawiennej łaski. To ty mnie potrzebujesz, a nie Ja ciebie. To nie ty przychodzisz, aby Mnie uświęcić, tylko Ja przychodzę, aby ciebie uświęcić i ulepszyć. Nie zaniedbuj tej łaski, ale z wszelką starannością przygotuj swoje serce i wprowadź do siebie swego Umiłowanego.

    Jest jednak rzeczą konieczną, byś się nie tylko pobożnie przygotował do przyjęcia Komunii świętej, ale byś także troskliwie się starał o pobożność po przyjęciu tego Sakramentu. I nie mniejszej trzeba czujności po przyjęciu Komunii świętej jak przed jej przyjęciem. Bo następująca po przyjęciu Komunii świętej czujność jest doskonałym przygotowaniem do otrzymania większej łaski. Z tego też wynika, że bardzo nieprzygotowany jest do przyjęcia Komunii świętej ten, kto zaraz po jej przyjęciu oddaje się zbytnio zewnętrznym uciechom.

    Strzeż się wielomówstwa, pozostań w samotności i Bogiem swoim się raduj. Masz bowiem Tego, kogo Ci cały świat odebrać nie zdoła. To Mnie masz oddać samego siebie całkowicie i to tak, byś już nie w sobie żył, tylko we Mnie bez żadnej troski”.

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 CZERWCA

    UROCZYSTOŚĆ TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ

    Przenajświętsza Trójca

    Fr. James Bradley/CC 2.0./wiara.pl

    ***

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PRZED EUCHARYSTIĄ – PÓŁGODZINNA ADORACJA/MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    PO LITURGII, W GODZINIE BOŻEGO MIŁOSIERDZIA – KORONKA, KTÓRĄ SAM PAN JEZUS PRZEKAZAŁ ŚW. SIOSTRZE FAUSTYNIE

    ___________________________________________________________________________

    Mistyczna wizja św. Faustyny uchyla rąbka tajemnicy o Trójcy Świętej

    Przed niezgłębioną tajemnicą Boga w Trójcy Świętej Jedynego zatrzymuje się z pokorą i wiarą Kościół od ponad dwudziestu wieków. Jednej z najwybitniejszych mistyczek w historii Kościoła, św. Faustynie Kowalskiej dane było dotknąć w sposób nadprzyrodzony tej wielkiej tajemnicy.

    Oto jak swoje doświadczenie duchowe z tym związane, zapisała polska apostołka Bożego Miłosierdzia na kartach „Dzienniczka”

    „W pewnej chwili zastanawiałam się o Trójcy Świętej, o Istocie Boga. Koniecznie chciałam zgłębić i poznać, kto jest Ten Bóg. W jednej chwili duch mój został porwany jakoby w zaświaty, ujrzałam Jasność nieprzystępną, a w niej jakoby trzy źródła jasności, której pojąć nie mogłam. A z tej Jasności wychodziły słowa w postaci gromu i okrążyły niebo i ziemie.

    Nic nie rozumiejąc z tego zasmuciłam się bardzo. Wtem z morza jasności wyszedł nasz ukochany Zbawiciel w piękności niepojętej, z Ranami jaśniejącymi. A z onej jasności było słychać głos taki: Jakim jest Bóg w Istocie swojej, nikt nie zgłębi, ani umysł anielski, ani ludzki. Jezus mi powiedział: Poznawaj Boga przez rozważanie przymiotów Jego. Po chwili Jezus zakreślił ręka znak krzyża i znikł”.

    św. Faustyna Kowalska “Dzienniczek”

    _________________________________________________________________________________

    fot. Cathopic

    *****

    Kiedy opuszczenie Mszy świętej

    nie jest grzechem?

    Czy opuszczenie Mszy świętej w niedzielę bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim? Czy można wybrać Mszę sobotnią zamiast niedzielnej z wygody? Kiedy opuszczając Mszę świętą nie ma się grzechu? Poznaj odpowiedź na te i inne pytania dotyczące obowiązku obecności na Mszy świętej!

    Obowiązek święcenia Dnia Pańskiego wynika z trzeciego przykazania Dekalogu, przypominającego „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” oraz pierwszego przykazania kościelnego „W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych”.

    Uczestniczenie w Mszy św. w niedziele i święta nakazane jest zatem obowiązkiem katolika. Mszę niedzielną można zastąpić sobotnią, tzw. wieczorną: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK kan. 1248 §1).

    Msza sobotnia zamiast niedzielnej – czy to grzech?

    W pierwszych wiekach Kościoła niedzielną Eucharystię sprawowano już w sobotę wieczór, zgodnie z żydowską tradycją mierzenia czasu, według której kolejny dzień zaczynał się o zmierzchu, (podobnie szabat rozpoczynano świętować w piątek po zachodzie słońca). W czasie prześladowań Kościoła chrześcijanie zbierali się często w nocy z soboty na niedzielę, aby uczcić zmartwychwstanie Chrystusa, które dokonało się w właśnie w nocy, ale także ze względów praktycznych: Eucharystię celebrowano w ukryciu.

    Sobór Watykański II powrócił do tradycji pierwotnego Kościoła i pozwolił na sprawowanie Mszy świętej niedzielnej w sobotni wieczór, a nawet popołudnie. Ale już na 9 lat przed Soborem, w roku 1953, papież Pius XII pozwolił ordynariuszom miejsca na wprowadzanie Mszy św. niedzielnych w sobotni wieczór. Wymogiem był co najmniej 3 godzinny post eucharystyczny, a Msze święte nie mogły być sprawowane wcześniej niż o 16.00.

    Sobotnia Msza „niedzielna” powinna być sprawowana według formularza niedzielnego, tzn. z „Chwała na wysokości”, dwoma czytaniami przed Ewangelią i Credo (Wyznanie wiary), jednak ich brak nie wpływa na wypełnienie obowiązku niedzielnego. Wymóg niedzielnej Mszy spełnia każda Eucharystia sprawowana w sobotę po południu lub wieczorem, może to być Msza ślubna, chrzcielna, pogrzebowa i zwykła Msza sobotnia.

    Czy Mszę sobotnią można wybrać tylko wtedy, gdy nie możemy przyjść w niedzielę?

    Kanon Kodeksu Prawa Kanonicznego nie podaje żadnych ograniczeń. Można tę Mszę wybrać ze zwykłej wygody. Niestety duszpasterze często podają, że wierny powinien mieć ku temu jakieś racje, co wprawdzie ma swoje źródło w przepisach kanonicznych, jednak w takich, które od 1983 roku już nie obowiązują. Zatem takie twierdzenie nie jest zgodne z przepisami aktualnego Kodeksu Prawa Kanonicznego.

    Sobotnia Msza wieczorna to powrót do starej tradycji Kościoła, ale wzięto też pod uwagę czynniki społeczne związane z przemianami w XX wieku, m.in. zwiększoną aktywność zawodową wiernych. Msza w sobotę wieczór była daniem wiernym dodatkowej możliwości spełnienia ich obowiązku.

    Kiedy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej nie jest grzechem?

    Opuszczenie Mszy nie jest grzechem, jeśli skłania ku temu ważny powód, jak np. choroba, konieczność opieki nad osobą obłożnie chorą czy niemowlęciem, kiedy jesteśmy w podróży lub przebywamy w miejscu, w którym dotarcie do kościoła jest znacznie utrudnione lub niemożliwe. Nie sposób omówić wszystkie przypadki, ale jeśli mimo naszego pragnienia istnieje poważna racja, z powodu której nie możemy uczestniczyć we Mszy, to taka nieobecność nie będzie grzechem ciężkim. Zawsze jednak taką sytuację powinno się rozważyć indywidualnie we własnym sumieniu, „stając w prawdzie przed Bogiem”, a w razie wątpliwości skonsultować ze spowiednikiem.

    Czy jeśli nie uczestniczyłem w Mszy niedzielnej z powodu choroby, to czy powinienem przyjść do kościoła w tygodniu za tę opuszczoną?

    Takie pytania są zadawane czasem duszpasterzom. Oczywiście nie trzeba „nadrabiać” opuszczonej Mszy świętej. Choroba jest uzasadnionym zwolnieniem i opuszczenie niedzielnej Mszy z tego powodu nie powoduje grzechu. Zdarza się jednak, że osoby wierzące odczuwają potrzebę pójścia na Eucharystię w tygodniu w zamian za tę „opuszczoną”. Świadczy to o chrześcijańskiej gorliwości i głębokiej więzi z Chrystusem, ale nie jest obowiązkiem.

    Czy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej jest grzechem ciężkim?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła, dobrowolne, bez powodu nieuczestniczenie we Mszy świętej niedzielnej jest grzechem ciężkim. Tak pisze o tym Katechizm Kościoła Katolickiego w art. 2181: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (np. choroba, pielęgnacja niemowląt) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki”. Aby móc przystąpić do Komunii podczas następnej Mszy, wierny musi pojednać się z Chrystusem w sakramencie pokuty, czyli pójść do spowiedzi.

    Święta nakazane

    W Polsce świętami nakazanymi (kiedy katolik ma obowiązek uczestniczyć we Mszy świętej) poza tymi, które przypadają w niedzielę (jak np. Wielkanoc), są:

    • Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi – obchodzona 1 stycznia (Nowy Rok);

    • Uroczystość Objawienia Pańskiego (inaczej: Święto Trzech Króli) – obchodzona 6 stycznia;

    • Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (inaczej: Boże Ciało) – obchodzona w czwartek po Uroczystości Trójcy Przenajświętszej (jest to święto ruchome, które wypada w maju lub w czerwcu);

    • Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (inaczej: Matki Boskiej Zielnej) – obchodzona 15 sierpnia;

    • Uroczystość Wszystkich Świętych – obchodzona 1 listopada;

    • Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie) – obchodzona 25 grudnia.

    KAI, kw/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czas wielkanocnej spowiedzi trwa od

    Środy Popielcowej (22 lutego 2023)

    do Niedzieli Trójcy Świętej (4 czerwca 2023)

    Spowiedź wielkanocna

    Katechizm Kościoła Katolickiego zaznacza, że w okresie wielkanocnym należy przyjąć Komunię Świętą. Nie przyjęcie Komunii Świętej w czasie wielkanocnym jest grzechem ciężkim.

    O obowiązku przystąpienia do sakramentu spowiedzi wielkanocnej przypomina trzecie przykazanie kościelne.

    Warunków dobrej spowiedzi świetej:

    • Rachunek sumienia
    • Żal za grzechy
    • Mocne postanowienie poprawy
    • Szczera spowiedź
    • Zadośćuczynienie

    Po spełnieniu powyższych warunków można uznać sakrament spowiedzi świętej czyli sakrament pojednania z Bogiem i z Kościołem za ważny i pełnowartościowy.

    1. Rachunek sumienia

    Pierwszym z pięciu warunków dobrej spowiedzi jest rachunek sumienia. Stanowi on podstawę przygotowania do sakramentu, ponieważ poprzez wykonanie go, wierni uświadamiają sobie i przypominają, jakie grzechy popełnili od czasu ostatniej spowiedzi. Rachunek sumienia może być przeprowadzany przy pomocy specjalnej książeczki, modlitewnika, rozważań na temat Dekalogu lub z użyciem Pisma Świętego. Rachunek sumienia musi być dostosowany do konkretnego wieku i stylu życia osoby, ponieważ inaczej sformułowane będą pytania do dzieci, rodziców, studentów czy pracowników. Pomocne w tym przypadku mogą okazać się internetowe wersje rachunku sumienia.

    2. Żal za grzechy

    Kolejnym warunkiem dobrej spowiedzi jest żal za grzechy. Jest on kontynuacją pierwszego warunku, ponieważ po wykonanym rachunku sumienia, wierni powinni poczuć szczery żal za grzechy. Bez niego spowiedź nie będzie ważna, gdyż bez żalu i skruchy za wyrządzone krzywdy, nie można otrzymać rozgrzeszenia.

    3. Mocne postanowienie poprawy

    Następny krok to mocne postanowienie poprawy, które jest trzecim warunkiem dobrej spowiedzi. Powinno ono iść w parze z żalem za grzechy. Tak samo, jak w jego przypadku, jeśli w duszy wiernego zabraknie chęci poprawy, to spowiedź będzie nieważna. Chrześcijanie muszą nie tylko żałować tego, co zrobili źle, ale również powinni chcieć czynić dobro i naprawiać to, co w przeszłości skierowało ich na złą ścieżkę. Ważna jest tu również chęć walki z własnymi słabościami.

    4. Wyznanie grzechów

    Czwartym warunkiem dobrej spowiedzi jest wyznanie grzechów, czyli wizyta przy konfesjonale. Po podejściu do spowiednika wypowiada się określoną formułę, a następnie wierny przystępuje do wyznania swoich grzechów.

    5. Zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu

    Ostatnim z pięciu warunków dobrej spowiedzi jest zadośćuczynienie Bogu i bliźnim. Związane jest to między innymi z momentem, gdy kapłan podczas spowiedzi udziela rozgrzeszenia i wyznacza konkretną pokutę. Najczęściej pokutą jest określona modlitwa, którą wierny zobowiązuje się odmówić, inaczej jego spowiedź będzie nieważna. W przypadku, gdy wyznawane są również krzywdy wobec bliźnich, to kapłan może jako pokutę wyznaczyć naprawienie wyrządzonego zła lub przeproszenie konkretnej osoby.

    ______________________________________________________________________________

    Rozwód, aborcja, masturbacja, alkoholizm… – Kiedy wierny nie dostanie rozgrzeszenia?

    W sakramencie pokuty i pojednania, katolicy mają możliwość doświadczenia Bożego przebaczenia i uzyskania rozgrzeszenia za swoje grzechy. Sakrament ten jest dla wierzących wyjątkowo ważny, ponieważ pomaga wkroczyć na drogę nawrócenia oraz umożliwia zbudowanie głębszej relacji z Bogiem. Istnieją jednak pewne okoliczności, w których wierny może napotkać trudności w uzyskaniu rozgrzeszenia.

    Sakrament pokuty i pojednania jest zawsze spotkaniem z miłosiernym Bogiem i przystępując do spowiedzi należy zawsze o tym pamiętać. Przede wszystkim petent powinien być szczery i konkretny w wyznawaniu grzechów, co pomaga w głębszym zrozumieniu ich natury i skutków. Wyznanie przewinień jest ważnym elementem, który umożliwia oczyszczenie sumienia i otrzymanie rozgrzeszenia.

    O. Paweł Kowalski SJ, podpowiada, że spojrzenie na grzech nie jako na przestępstwo, ale chorobę, może pomóc w uczciwym podejściu do tej kwestii. – Dla przykładu, kiedy jadę samochodem i zatrzymuje mnie policjant, mam pewną łatwość w formułowaniu wymówek. Mówię, że z pewnością nie przekroczyłem prędkości, że może policjantowi się wydawało, wszystko po to by udowodnić, że jestem niewinny. Tymczasem, kiedy patrzę na grzech jako na chorobę, a na Jezusa jako na lekarza, jest mi dużo łatwiej nazwać rzeczy po imieniu. Bo wiem, że On nie chce mi wlepić mandatu, On chce mnie uzdrowić – wyjaśnił.

    Warto jednak pamiętać, że istnieją pewne warunki, które muszą być spełnione, aby sakrament pojednania mógł być przyjęty skutecznie. Przede wszystkim wierny musi podejść do spowiedzi z prawdziwym żalem za swoje grzechy, mocnym postanowieniem poprawy i dążenia do życia zgodnego z nauką Chrystusa.

    Jak podkreśla jezuita, żeby nie uzyskać rozgrzeszenia trzeba się naprawdę “postarać”. – Dotyczy to osób, które nie chcą porzucić grzechu. Z jednej strony przychodzą, mówią o pewnej sprawie, ale wykluczają, że podejmą jakiekolwiek staranie, aby to zmienić – tłumaczy, dodając, że w tej kwestii liczą się intencje osoby, która się spowiada, a nie skuteczność podjętych działań. – Nie chodzi o to, że człowiek ma przy konfesjonale zagwarantować, że uda mu się wygrać z jakimkolwiek grzechem. Chodzi raczej o to, czy decyduje się zaprosić Boga do tej sytuacji, aby teraz żyć na nowo razem z Nim – zaznaczył o. Kowalski.

    Ks. dr Marek Dziewiecki wyjaśnia, że jedynie biskup lub delegowany przez niego kapłan może rozgrzeszyć z takich grzechów, jak odstępstwo od wiary, zabicie osoby duchownej dokonane z pogardy dla wiary, Kościoła czy posługi kościelnej, usiłowanie odprawienia Mszy świętej, udzielenia rozgrzeszenia lub słuchanie sakramentalnej spowiedzi przez osobę, która nie ma do tego uprawnień; próba zawarcia małżeństwa przez kapłana lub osobę zakonną, przynależność do stowarzyszeń walczących z Kościołem.

    – Stolicy Apostolskiej zastrzeżone są jeszcze cięższe grzechy: znieważenie Najświętszego Sakramentu, zabicie papieża lub przemoc wobec niego, zdrada tajemnicy spowiedzi przez spowiednika, udzielenie lub przyjęcie sakry biskupiej bez zgody Stolicy Apostolskiej, usiłowanie udzielenia rozgrzeszenia wspólnikowi grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu – wyliczył duchowny.

    Spowiednik nie może też udzielić rozgrzeszenia na przykład wtedy, gdy niewierny małżonek przestał wprawdzie cudzołożyć, lecz nie powrócił do żony. – Ślubował bowiem nie tylko wierność, lecz także i to, że do śmierci nie opuści żony/męża – wyjaśnił kapłan, dodając, że jeśli penitent świadomie zatai grzech ciężki, cała spowiedź staje się nieważna.

    Warto podkreślić, że przed 8 grudnia 2015 r. z aborcji mogli rozgrzeszać tylko biskupi. Natomiast papież Franciszek, na czas Roku Świętego (8 grudnia 2015 – 20 listopada 2016), przyznał takie prawo każdemu księdzu, a następnie bezterminowo je przedłużył. – Aby żadna przeszkoda nie stała pomiędzy prośbą o pojednanie a Bożym przebaczeniem, udzielam od tej pory wszystkim kapłanom, na mocy ich posługi, władzy rozgrzeszania osób, które popełniły grzech aborcji – ogłosił wówczas Ojciec Święty. Papież Franciszek podkreślił jednocześnie, że aborcja jest złem. Jego zdaniem nie ma jednak „żadnego grzechu, którego nie mogłoby objąć i zniszczyć Boże miłosierdzie, gdy znajduje serce skruszone, które prosi o pojednanie się z Ojcem”.

    Jednym z problemów jest odmowa rozgrzeszenia, z jaką spotykają się wierni o nieuregulowanym życiu małżeńskim. Zazwyczaj chodzi o osoby po rozwodzie w nowych związkach, żyjące w konkubinacie lub zawierające ślub cywilny. Zgodnie z katolickim nauczaniem, małżeństwo jest sakramentem i uznawane jest za nierozerwalne, więc osoba, która rozstała się z małżonkiem cywilnie, ale nie otrzymała orzeczenia o nieważności swojego kościelnego małżeństwa, uważana jest nadal za małżonka. Papież Franciszek w adhortacji “Amoris laetitia” (Radość miłości), zachęca jednak duszpasterzy do kierowania się “logiką miłosierdzia” wobec rozwodników w nowych związkach i “odpowiedzialnego rozeznania” ich sytuacji oraz cierpienia.

    – Rozwiedzeni, którzy żyją w nowym związku, mogą znaleźć się w bardzo różnych sytuacjach, których nie należy katalogować i podsumować zbyt surowymi stwierdzeniami, nie zostawiając miejsca na właściwe rozeznanie osobiste i duszpasterskie – głosi adhortacja.

    Inną problematyczną kwestią są uzależnienia. Jednym z kryteriów grzechu ciężkiego jest wolność. Natomiast przy uzależnieniach, czy to od tytoniu, alkoholu, pornografii, masturbacji, nie ma mowy o pełnej wolności. Powstaje więc pytanie, czy człowiek uzależniony po każdorazowym grzechu powinien korzystać z sakramentu pokuty.

    – W takich sytuacjach ja proponuję, żeby po pierwsze starać się znaleźć jakiegoś stałego spowiednika. Po drugie ustalić z nim pewien rytm spowiedzi, kiedy człowiek będzie oddawać Chrystusowi swój nałóg. Czyli, w praktyce, żeby spowiadać się np. raz na dwa tygodnie albo raz w miesiącu. Jeżeli nie wystąpią jakieś inne grzechy ciężkie, można w takich okolicznościach normalnie przystępować do Komunii – wyjaśnia o. Kowalski. Zaznacza jednak, że w kwestii nałogów warto nie poprzestawać jedynie na spowiedzi, ale poszukać także konkretnej pomocy w walce z uzależniłem np. terapii czy grupy wsparcia.

    Odroczenie czy odmowa udzielenia rozgrzeszenia to wyjątki od reguły. Spowiednik dokonując tej decyzji musi kierować się nauką i prawem Kościoła i wyłącznie w nich, nie we własnym osądzie, poszukiwać kryterium oceny dyspozycji penitenta. Jeśli nawet dojdzie do tej wyjątkowej sytuacji i wierny nie otrzyma rozgrzeszenia, nie jest to ostatecznie odrzucenie przez Kościół. Wręcz przeciwnie, Kościół zachęca do dalszej refleksji, modlitwy i dążenia do nawrócenia. Kapłan, w swojej roli duchowego przewodnika, może udzielić rady i pomocy w pokonaniu przeszkód, blokujących uzyskanie rozgrzeszenia.

    – Bóg Cię kocha i chce Cię uleczyć z twoich ran. Czasem dajemy się porwać pędowi życia albo nie dowierzamy, że przebaczenie jest możliwe. Jednak prawdziwa ludzka słabość polega na tym, że nie jesteśmy w stanie przekonać Boga, żeby myślał o nas źle – podsumowuje o. Kowalski.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    _____________________________________________________________________________________

    Spowiedź generalna – jak się przygotować?

    Kiedy ma sens?

    Spowiedź generalna jest konieczna właściwie tylko w jednym przypadku. Jeżeli na skutek np. rekolekcji uświadamiam sobie, że mam na sumieniu ciężki grzech z przeszłości, który nie został nigdy wyznany.

    Jeśli taki grzech został świadomie zatajony, to wtedy tamta spowiedź nie była ważna. Spowiedź generalna będzie wtedy drogą do naprawienia błędu. Trzeba wrócić pamięcią do tamtej sytuacji, wyznać zatajony grzech, jak również wszystkie inne grzechy ciężkie popełnione od tego czasu. Oczywiście jeśli rzecz miała miejsce dawno, wyznajemy to, co pamiętamy. Grzechy ciężkie na ogół zapisują się w sumieniu dość głęboko.

    Spowiedź generalna bywa praktyką zalecaną w sytuacji jakiegoś życiowego lub duchowego przełomu. A więc np. jeśli ktoś zamierza przyjąć sakrament małżeństwa albo święceń lub też składa śluby w zakonie; albo jeśli nie spowiadał się dawno i postanowił radykalnie zerwać z grzechem i zacząć regularnie praktykować, albo czuje, że na skutek choroby jego życie dobiega kresu. Spowiedź generalna może być też czymś wskazanym z okazji rekolekcji czy misji. Nie jest to jednak praktyka, którą trzeba podejmować w regularnych odstępach czasu. I raczej nie powinno się tego robić zbyt często. Prawdą jest to, że zasadniczo nie należy spowiadać się z grzechów już wyznanych i odpuszczonych, ale spowiedź generalna jest wyjątkiem od tej zasady. Jeśli spowiadam się np. z ostatnich dziesięciu lat, to celem mojego wyznania nie jest prośba o przebaczenie już odpuszczonych grzechów. Celem spowiedzi generalnej jest dokonanie pewnego życiowego bilansu. To taki gruntowny okresowy przegląd sumienia, w którym nie chodzi tylko o rozgrzeszenie, ale o uzyskanie duchowej pomocy od spowiednika i zamknięcie pewnego rozdziału. Nie chodzi więc o detaliczne wyliczenie wszystkich przewin, ale raczej o uchwycenie pewnych tendencji. O zauważenie złych nawyków czy okoliczności, które prowadzą do pewnych grzechów. O zobaczenie, w której dziedzinie życia rozwijam się duchowo, a w której się cofam. I co jest tego przyczyną. Takie duchowe résumé na jakimś życiowym etapie może być bardzo pomocne. Spowiednik, słuchając wyznania, może pomóc zobiektywizować moje problemy czy trudności. Może mi zadać jakieś pytania, które mu się nasuną, może podpowiedzieć, na co zwrócić uwagę. Spowiedź generalna zaczyna się od zwykłego wyznania grzechów popełnionych od ostatniej spowiedzi. Potem należy wyraźnie zaznaczyć spowiednikowi, że przechodzę do wyznania grzechów od ostatniej spowiedzi generalnej albo z całego życia. Na taką spowiedź generalną najlepiej umówić się ze spowiednikiem i zarezerwować czas. Nie powinno się zaskakiwać księdza spowiedzią generalną np. tuż przed Mszą lub w jej trakcie, zwłaszcza jeśli przy konfesjonale stoi kolejka penitentów. Spowiedź generalna wymaga więcej czasu. Podkreślmy, że jest to praktyka, która jest zalecana, ale nie jest czymś koniecznym do zbawienia. Ktoś, kto spowiada się regularnie, nie musi w ogóle podejmować spowiedzi generalnej. •

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC CZERWIEC 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby wspólnota międzynarodowa podjęła konkretne działania, zmierzające do zniesienia tortur, zapewniając wsparcie ofiarom i ich rodzinom. 

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * “Jezu cichy i pokornego Serca uczyń serca nasze według Serca Twego”. Wpatrując się w Twoje Przenajświętsze Boskie Serce, jak również w Niepokalane Serce Twojej Matki, którą nam dałeś w momencie największej Twojej chwały, ofiarujemy Tobie ten dzisiejszy dzień, który jest darem Twojego wielkiego miłosierdzia. Pragniemy go przeżyć w uwielbianiu Twojej miłości i w wynagradzaniu za grzechy nasze i grzechy całego świata. 

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Tajemnice Żywego Różańca wraz z intencjami na miesiąc czerwiec otrzymaliście na maila w środę 31 maja z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na ten adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    KONTAKT NA MAILA – rozaniec@kosciolwszkocji.org lub tel. 07552435042

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pielgrzymka Żywego Różańca z udziałem 10 tys. osób

    Z udziałem ok. 10 tys. osób na Jasnej Górze odbyła się 11. Pielgrzymki Żywego Różańca. Jasnogórskie spotkanie było szczególnym czasem modlitwy za Kościół, papieża, Ojczyznę, o pokój, za rodziny i młodzież oraz zachętą „by różaniec stał się modlitwą wszystkich”. Pielgrzymka przebiegała pod hasłem: „Różaniec siłą chorych i cierpiących”. To jednocześnie hasło szóstego roku Wielkiej Nowenny Różańcowej, która jest duchowym przygotowanie do jubileuszem 200-lecia powstania Żywego Różańca.

    BPJG

    *****

    – Wspólnota Kościoła na ziemi polskiej bierze codziennie do ręki różaniec jako szczególne zjednoczenie z Matką, żeby Jej opowiedzieć o radościach, niepokojach i tajemnicach swojego życia – powiedział abp Wacław Depo, delegat KEP ds. Stowarzyszenia „Żywy Różaniec” w słowie pozdrowienia do zgromadzonych na pielgrzymce. Przypomniał, że różaniec jest siłą ducha. Uwrażliwiał na potrzebę modlitwy za małżeństwa i rodziny, które są miejscem zmagania o wierność łasce Bożej, o Chrystusa.

    Mszy św. przewodniczył bp Jan Glapiak, moderator Żywego Różańca archodieecezji poznańskiej. W homilii zachęcał, by nie ustawać w praktykowaniu modlitwy różańcowej. Za Benedyktem XVI przypomniał, że „różaniec jest duchową bronią w walce ze złem, z wszelką przemocą, w walce o pokój w sercach, w rodzinach, w społeczeństwie, na świecie”.

    – Dziś modlitwa różańcowa to też wielkie wołanie o pokój dla świata, również za rodziny, które są, można powiedzieć, w sposób systemowy niszczone – powiedział ks. Jacek Gancarek, krajowy moderator Żywego Różańca. Przypomniał także, że po Eucharystii i sakramentach świętych najbardziej sprawdzoną i najbardziej skuteczną modlitwą jest różaniec.

    Zdaniem s. Emanueli Stachurskiej CSL, sekretarza Zarządu Stowarzyszenia Żywy Różaniec modlitwa ta, tak jak życie, kryje w sobie tajemnice radości, cierpienia, codziennych wyborów w duchu wiary. – Przez różaniec zanurzamy swoje życie w Ewangelii, to modlitwa, która zakorzenia nas w codzienności, ale tę codzienność podnosi do nieba – podkreśliła loretanka.

    Wspólnota różańcowa istnieje w prawie każdej parafii w Polsce. Jej członkowie, prosząc przede wszystkim w papieskich intencjach, każdego dnia modlą się za tych, którzy najbardziej potrzebują wsparcia. „Żywy Różaniec” nade wszystko pamięta o misjach, bo taka też była intencja inicjatorki bł. Pauliny Jaricot.

    – Prosimy osoby chore o ofiarowanie swojego krzyża za misje. Jest to taki apostolat niewidoczny, bo to są często nasi bracia, którzy nie wychodzą poza granicę łóżka, a de facto są pewni najważniejsi w misjonarskości – podkreślał ks. dr Jarosław Tomaszewski z Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary

    Pielgrzymka na Jasną Górę jest zawsze dla wszystkich członków Żywego Różańca początkiem nowego roku formacyjnego a teraz także szóstego roku Wielkiej Nowenny przed 200. rocznicą powstania Żywego Różańca.

    Do „Żywego Różańca” należy w Polsce ponad 2 mln wiernych. Koła i Róże różańcowe działają we wszystkich diecezjach w Polsce. W 2013 r. dzieło „Żywego Różańca” w Polsce otrzymało nową ogólnopolską strukturę, która została ujęta w Statucie “Stowarzyszenia Żywy Różaniec” i zatwierdzona przez polskich biskupów. W 2022 r. do Stowarzyszenia Żywego Różańca dołączył także Różaniec Rodziców jako jego osobna gałąź, a należy do niej ok. 150 tys. osób.

    Pismem formacyjnym dla wspólnot Żywego Różańca jest miesięcznik “Różaniec”, wydawany przez Wydawnictwo Sióstr Loretanek.

    Biuro Prasowe Jasna Góra/Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 CZERWCA – I CZWARTEK MIESIĄCA

    Święto Pana Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana

    Święto Pana Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana obchodzone jest w Polsce od 2013 r. Ma ono przyczynić do świętości życia duchowieństwa oraz być inspiracją do modlitwy o nowe, święte i liczne powołania kapłańskie.
    Święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana, wprowadzone w ostatnich dniach pontyfikatu papieża Benedykta XVI jest dla Kościoła w Polsce niejako jego testamentem duchowym.
    Egzegeza tekstu biblijnego ma prowadzić do modlitwy. Najlepszym zwieńczeniem tych rozważań będzie litania o Chrystusie-Kapłanie, odmawiana niegdyś w seminariach duchownych. Ojciec święty Jan Paweł II w swojej książce Dar i tajemnica poleca nam ją gorąco dla odnowienia żarliwości apostolskiej. Pisze tam między innymi: “W Ofierze Krzyża, upamiętnianej i uobecnianej w każdej Eucharystii, Chrystus ofiaruje siebie za zbawienie świata. Wezwania litanijne wyrażają całe bogactwo tej tajemnicy (…)  Jest w tych wezwaniach zawarte wielkie bogactwo teologicznej wizji kapłaństwa. Litania ta jest głęboko osadzona w Piśmie świętym, a zwłaszcza w “Liście do Hebrajczyków” (Dar i tajemnica, s. 77).

    Niech dzisiejsza uroczystość Pana naszego, Jezusa Chrystusa, który jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem będzie wielką zachętę, aby modlić się za kapłanów, którzy poprzez swoją posługę, przede wszystkim sakramentalną, pomagają nam osiągnąć wieczne zbawienie.

    Święto Chrystusa Najwyższego Kapłana. Odpowiedź Benedykta XVI na kryzys powołań

    Święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana jest w Kościele katolickim jednym z najmłodszych świąt. W Polsce celebruje się je zaledwie od 2013 roku. Z powodu malejącej liczby kapłanów oraz zagrożeń jakie na nich czyhają, święto to ustanowił papież Benedykt XVI. Święto Chrystusa Najwyższego Kapłana ma przyczynić się do świętości życia duchowieństwa oraz być inspiracją do modlitwy o nowe, święte i liczne powołania kapłańskie.

    Zaczęło się od Sióstr Oblatek

    Święto to ma swoją historię. Związana jest ona z hiszpańskim kontemplacyjnym Zgromadzeniem Sióstr Oblatek Chrystusa Kapłana, którego charyzmatem jest duchowe wsparcie dzieła uświęcenia kapłanów i kandydatów do kapłaństwa. Hiszpan ks. bp  José Maria Garcia Lahiguera, współzałożyciel zgromadzenia sióstr, zwrócił się do Piusa XII z prośbą o ustanowienie dla tego zakonu święta patronalnego Chrystusa Kapłana. Ojciec Święty zgodził się i od roku 1952 święto Chrystusa Kapłana było obchodzone w zakonie Zgromadzeniem Sióstr Oblatek Chrystusa Kapłana. W roku 1973 zostało rozszerzone na Kościół w krajach języka hiszpańskiego. A od roku 2012, jako Święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana, możliwość jego celebracji ma cały Kościół.

    Ważna decyzja Benedykta XVI

    Benedykt XVI wyznaczył na dzień święta Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana – czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego (nawiązanie do Wielkiego Czwartku, dnia ustanowienia kapłaństwa) czyli tydzień przed uroczystością Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwaną Bożym Ciałem. W Polsce biskupi na 360. zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu Polski, 26 listopada 2012 r. w Zakopanem, ustanowili to święto dla diecezji polskich. Zgodzić musiał się jeszcze Rzym. Watykańska Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów w lutym 2013 r. wydała dekret o zatwierdzeniu nowego święta dla Polski, zaaprobowała także polskie przekłady tekstów liturgicznych.

    Powrót do Wieczernika

    Święto wpisuje się w cykl uroczystości i świąt obchodzonych po zakończeniu cyklu paschalnego. Radość wielkanocna ze Zmartwychwstania Chrystusa i Jego zwycięstwa trwa pięćdziesiąt dni, kończy go uroczysty 50. Dzień, Zesłanie Ducha Świętego, który pieczętuje świąteczny okres obchodów liturgicznych. I dopiero po zakończeniu tego okresu w określone dni, mające rangę uroczystości czy święta, powraca się do pewnych tajemnic wiary, które zaistniały w Wydarzeniu Wielkanocnym. Taką tajemnicą wiary jest m.in. ustanowienie, w Wielki Czwartek, kapłaństwa przez Chrystusa Najwyższego Kapłana.

    To święto obowiązkowe?

    W nowe święto wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy św. i nie jest to dzień wolny od pracy. Jednak tego dnia Msze Święte są odprawiane w kościołach według specjalnego formularza mszalnego, również w Liturgii Godzin na ten dzień są przewidziane specjalne czytania i teksty.

    Piękną i głęboką treść niesie kolekta Mszy Św.: „Boże, Ty dla chwały Twojego majestatu i dla zbawienia rodzaju ludzkiego ustanowiłeś Jednorodzonego Syna swojego Najwyższym i Wiecznym Kapłanem, spraw, aby dzięki łasce Ducha Świętego ci, których On wybrał jako sługi i szafarzy swoich tajemnic, okazali się wierni w wykonywaniu przyjętego urzędu posługiwania. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen”.

    Adam Białous/PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________________

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    web

     z kościoła WSD w Częstochowie pod wezwaniem Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana 

    ***

    Antyfona na wejście

    Chrystus, Pośrednik nowego Przymierza, które trwa na wieki, ma Kapłaństwo nieprzemijające – Hbr 7,24; 9,15

    Chwała na wysokości…

    Kolekta

    Boże, Ty dla chwały Twojego majestatu
    i dla zbawienia rodzaju ludzkiego
    ustanowiłeś Jednorodzonego Syna swojego
    Najwyższym i Wiecznym Kapłanem,
    spraw, aby dzięki łasce Ducha Świętego ci,
    których On wybrał jako sługi i szafarzy swoich tajemnic, okazali się wierni w wykonywaniu przyjętego
    urzędu posługiwania.
    Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.
    Amen.

    Czytanie z Księgo Rodzaju – Rdz 22,9-18

    A gdy przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna. Ale wtedy anioł Pana zawołał na niego z nieba i rzekł: „Abrahamie!” A on rzekł: „Oto jestem”. Powiedział mu: „Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna”.

    Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach. Poszedł więc, wziął barana i złożył w ofierze całopalnej zamiast swego syna. I dał Abraham miejscu temu nazwę „Pan widzi”. Stąd to mówi się dzisiaj: „Na wzgórzu Pan się ukazuje”.

    Po czym anioł Pana przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: „Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to, iż nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia na wzór twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu”. Abraham wrócił do swych sług i wyruszywszy razem z nimi w drogę, poszedł do Beer-Szeby. I mieszkał Abraham nadal w Beer-Szebie.
    Oto słowo Boże.

    Psalm 40

    R/ Przychodzę, Boże, pełnić Twoją wolę

    Nie chciałeś ofiary krwawej ani z płodów ziemi,
    lecz otwarłeś mi uszy:
    nie żądałeś całopalenia i ofiary za grzechy.
    Wtedy powiedziałem: „Oto przychodzę. R/

    W zwoju księgi jest o mnie napisane:
    Radością jest dla mnie pełnić Twoją wolę, mój Boże,
    a Twoje prawo mieszka w moim sercu”.
    Głosiłem Twą sprawiedliwość w wielkim zgromadzeniu
    i nie powściągałem warg moich, o czym Ty wiesz,
    Panie. R/

    Sprawiedliwości Twojej nie kryłem w głębi serca,
    głosiłem Twoją wierność i pomoc.
    Nie taiłem Twojej łaski ani Twej wierności
    przed wielkim zgromadzeniem. R/

    Alleluja, alleluja, alleluja. 

    Dla nas Chrystus stał się posłusznym aż do śmierci, a była to śmierć na krzyżu, dlatego Bóg wywyższył Go nad wszystko i dał Mu imię, które jest ponad wszelkie imię. 

    Alleluja, alleluja, alleluja.

    Słowa Ewangelii według św. Mateusza – Mt 26,36-42

    Wtedy przyszedł Jezus z nimi do ogrodu, zwanego Getsemani, i rzekł do uczniów: „Usiądźcie tu, Ja tymczasem odejdę tam i będę się modlił”. Wziąwszy z sobą Piotra i dwóch synów Zebedeusza, począł się smucić i odczuwać trwogę. Wtedy rzekł do nich: „Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną”. I odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich. Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty”.

    Potem przyszedł do uczniów i zastał ich śpiących. Rzekł więc do Piotra: „Tak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”. Powtórnie odszedł i tak się modlił: „Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja”.

    Oto słowo Pańskie.

    Modlitwa nad darami

    Panie Boże, niech nasz Pośrednik, Jezus Chrystus, uczyni te dary miłymi Tobie;
    i wraz z Sobą przedstawi nas jako wdzięczną ofiarę.
    Który żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    Prefacja
    Kapłaństwo Chrystusa i Kościoła

    Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe,
    słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie
    Tobie składali dziękczynienie, Panie, Ojcze święty,
    wszechmogący, wieczny Boże.
    Ty przez namaszczenie Duchem Świętym
    ustanowiłeś Twojego Jednorodzonego Syna Kapłanem nowego i wiecznego przymierza i postanowiłeś,
    że Jego jedyne kapłaństwo będzie trwało w Kościele. Chrystus nie tylko obdarzył cały lud odkupiony królewskim kapłaństwem, lecz w swojej miłości
    dla braci wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie.

    W Jego imieniu odnawiają oni Ofiarę,
    przez którą odkupił ludzi,
    i przygotowują dla Twoich dzieci ucztę paschalną. Otaczają oni miłością Twój lud święty,
    karmią go słowem i umacniają sakramentami. Poświęcając swoje życie dla Ciebie i dla zbawienia braci,
    starają się upodobnić do Chrystusa
    i składają Tobie świadectwo wiary i miłości.
    Dlatego z Aniołami i wszystkimi Świętymi
    wysławiamy Ciebie, z radością wołając:


    Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów.
    Pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej.
    Hosanna na wysokości.
    Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie.
    Hosanna na wysokości.

    Antyfona na Komunię

    Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.

    Modlitwa po Komunii

    Prosimy Cię, Panie, niech święta Hostia,
    którąśmy ofiarowali i przyjęli, odnowi nasze życie, abyśmy nieustannie zjednoczeni z Tobą w miłości, przynosili owoce trwające na wieki.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINA ŚWIĘTA

    W dzisiejsze święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana, wierni modlą się w intencji kapłanów

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    “W czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: «Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś.

    Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi.

    Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata.

    Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie.

    Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył, że Ty Mnie posłałeś.

    I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, że Ty Mnie posłałeś i że Ty ich umiłowałeś, tak jak Mnie umiłowałeś.

    Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata.

    Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, że Ty Mnie posłałeś. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich”. (z rozdziału 17 Ewangelii wg św. Jana)

    Czcimy Jezusa Chrystusa, najwyższego i wiecznego Kapłana, ale myślimy o wszystkich kapłanach. Kapłaństwo bierze się przede wszystkim z podziwu wobec majestatu Boga – jak u Izajasza, który wszedłszy do świątyni zobaczył królującego Jahwe; patrząc na Boga, poznaje swój grzech, ale zarazem doznaje miłosierdzia. Natychmiast chce, aby również inni doznali potęgi Bożej miłości, jak i on doznał jej przed chwilą, dlatego na pytanie Boże wyznaje: „Oto ja, poślij mnie”. I tak człowiek staje jako obecny jako Obecnego: nie ucieka w grzech, kłamstwo, ułudę, ale ucieka w Boże miłosierdzie.

    Aby to było możliwe w pełni i na zawsze Jezus stał się człowiekiem i postanowił, abyśmy tej mocy Bożej miłości mogli doznawać poprzez święte sakramenty. „To, co było widzialne w Chrystusie przeszło w sakramenty” – wyjaśniał w IV w. św. Leon Wielki. Nie możemy teraz Jezusa zobaczyć oczyma ciała, ale możemy doznać Jego mocy poprzez uzdrawiającą moc świętych misteriów Eucharystii, chrztu, pokuty… Kapłani, którzy je celebrują, w jakiś sposób muszą być zawsze gotowi, aby naśladować Jezusa także w Jego Męce. Ta tajemnica ma miejsce szczególnie wtedy, gdy kapłan dla miłości Boga i ludzi powoli i z mozołem wyzbywa się swego egoizmu, swego grzechu, gdy porzuca swoje myślenie i ciasne sądy, aby móc spojrzeć na świat i ludzi tak, jak patrzył Jezus. Modląc się za kapłanów, pamiętać trzeba o ich ludzkiej słabości, która staje się jeszcze bardziej jaskrawa z powodu tajemnic, które celebrują. Naszą nadzieją jest dlatego Kapłan Najwyższy i Wieczny – Jezus Chrystus, nasz Pan.

    o.Szymon Hiżycki OSB/Pomiędzy grzechem a myślą

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego List do Hebrajczyków nazywa Chrystusa kapłanem?

    CHRYSTUS PRZED ARCYKAPŁANEM

    Gerard van Honthorst/ ok. 1617; WIKIPEDIA

    ***

    Litania do Chrystusa Kapłana i Żertwy

    Silnie związana z Listem do Hebrajczyków Litania do Chrystusa Kapłana i Żertwy przypomina prawdy teologiczne, o których współcześnie coraz częściej zapominamy: Jezus Chrystus jest Najwyższym Kapłanem, który składa swemu Ojcu najdoskonalszą Ofiarę – z samego siebie.

    Jezus, Kapłan z ludzi wzięty, dla ludzi ustanowiony

    Choć kapłaństwo znane jest od zarania dziejów, to dopiero w Jezusie Chrystusie odnalazło ono swoją pełnię. Kapłan z tego, który w imieniu wspólnoty kontaktuje się z bóstwami stał się tym, którego Prawdziwy Bóg wybiera spośród ludu i do ludu posyła, aby z samego siebie “składał dary i ofiary za grzechy” (Hbr 5, 1) oraz był rzeczywistym pośrednikiem (por. 1 Tm 2, 5) między Bogiem i ludźmi by w ten sposób, jak mówią słowa pięknej pieśni, “pojednywać nas z Niebem i uzyskać przebłaganie”. Takim kapłanem mógł być tylko Jezus Chrystus, który jako Bóg jest jedno z Ojcem, a jako człowiek solidaryzuje się z grzesznikami. On jest Pośrednikiem wyczekiwanym w Starym Przymierzu przez Hioba wołającego w żałosnym lamencie, że brak jest obrońcy przed Bogiem. To swoiste novum Nowego Testamentu; precedens, którego próżno szukać w historii.

    Jezus, Kapłan dobroczynny, pałający gorliwością o Boga i ludzi

    W trakcie Ostatniej Wieczerzy, przez niebywały gest obmycia nóg uczniom; gest zarezerwowany do tej pory dla niewolników, Jezus Chrystus objawił się po raz pierwszy jako Kapłan Nowego Przymierza, czyli ten, który służy. A przez swoją Mękę i Śmierć na Krzyżu zdefiniował istotę kapłaństwa: oddając Ojcu chwałę ofiarował ludziom siebie samego – swoje Ciało i swoją Krew – aby nas zbawić.

    Jezus, Ofiara Boga i ludzi, święta, przyjęta przez Boga

    Dopiero Ofiara Krzyżowa Jezusa Chrystusa wprowadziła między Boga i ludzi pojednanie. Do tej pory żadna z ofiar nie mogła skutecznie wyjednywać ludziom przebaczenia, gdyż kapłani Starego Przymierza nie byli godni, ani zdolni do składania darów „bez skazy” – jedynych prawdziwie godnych Boga. Jezus Chrystus zaś przeciwnie: złożył Bogu samego siebie „zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, (…) przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego, zdobywszy wieczne odkupienie” (Hbr 9, 11). Jego śmierć połączyła dwie dotąd niemożliwe do połączenia płaszczyzny miłości: miłość do Boga oraz miłość do człowieka, dając nam w ten sposób odkupienie. 

    ***

    Święty Jan Paweł II przyznawał, że to dzięki Litanii do Chrystusa kapłana i Żertwy wzrastało jego powołanie. Była też ona natchnieniem do napisania encykliki Redemptor hominis. Papież Polak głęboko zachęcał do sięgania w modlitwie właśnie po nią, aby wzrastać w apostolskiej gorliwości. Odmawiajmy ją chętnie, szczególnie w pierwsze czwartki miesiąca rozważając przy tym całe bogactwo teologicznej myśli nad Chrystusowym Kapłaństwem.

    Kyrie eleison                                       Chryste eleison. Kyrie eleison.
    Chryste usłysz nas                             Chryste wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba Boże,                            zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże,
    Duchu Święty, Boże,
    Święta Trójco, jedyny Boże,
    Jezu, Kapłanie na wieki,   zmiłuj się nad nami.
    Jezu, nazwany przez Boga Kapłanem na wzór Melchizedeka,
    Jezu, Kapłanie, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą,
    Jezu, Kapłanie wielki,
    Jezu, Kapłanie z ludzi wzięty,
    Jezu, Kapłanie dla ludzi ustanowiony,
    Jezu, Kapłanie wszystkich wierzących,
    Jezu, Kapłanie większej od Mojżesza czci godzien,
    Jezu, Kapłanie prawdziwego przybytku,
    Jezu, Kapłanie dóbr przyszłych,
    Jezu, Kapłanie święty, niewinny i nieskalany,
    Jezu, Kapłanie wierny,
    Jezu, Kapłanie miłosierny,
    Jezu, Kapłanie dobroczynny,
    Jezu, Kapłanie pałający gorliwością o Boga i ludzi,
    Jezu, Kapłanie na wieczność doskonały,
    Jezu, Kapłanie, który wszedłeś do nieba,
    Jezu, Kapłanie, siedzący po prawicy Majestatu na wysokości,
    Jezu, Kapłanie wstawiający się za nami przed obliczem Boga,
    Jezu, Kapłanie, któryś nam otwarł drogę nową i żywą,
    Jezu, Kapłanie, któryś umiłował nas i obmył od grzechów Krwią swoją,
    Jezu, Kapłanie, któryś siebie samego wydał jako Ofiarę i Hostię dla Boga,
    Jezu, Ofiaro Boga i ludzi,
    Jezu, Ofiaro święta,
    Jezu, Ofiaro niepokalana,
    Jezu, Ofiaro przyjęta przez Boga,
    Jezu, Ofiaro przejednania,
    Jezu, Ofiaro uroczysta,
    Jezu, Ofiaro chwały,
    Jezu, Ofiaro pokoju,
    Jezu, Ofiaro przebłagania,
    Jezu, Ofiaro zbawienia,
    Jezu, Ofiaro, w której mamy ufność i śmiały przystęp do Boga,
    Jezu, Ofiaro, która dwoje jednym uczyniła,
    Jezu, Ofiaro od założenia świata ofiarowana,
    Jezu, Ofiaro żywa przez wszystkie wieki.

    Bądź nam miłościw,                       przepuść nam, Jezu.
    Bądź nam miłościw,                       wysłuchaj nas, Jezu.
    Od zła wszelkiego,                         wybaw nas, Jezu.
    Od nierozważnego wejścia na służbę Kościoła,
    Od grzechu świętokradztwa,
    Od ducha niepowściągliwości,
    Od pogoni za pieniądzem,
    Od wszelkiej chciwości,
    Od złego używania majątku kościelnego,
    Od miłości świata i jego pychy,
    Od niegodnego sprawowania świętych Tajemnic,
    Przez odwieczne Kapłaństwo Twoje,
    Przez święte namaszczenie Boskości, mocą którego Bóg Ojciec uczynił Cię Kapłanem,
    Przez Twego kapłańskiego Ducha,
    Przez Twoje posługiwanie, którym na ziemi wsławiłeś Ojca Twego,
    Przez krwawą ofiarę z Siebie raz na Krzyżu złożoną,
    Przez tę samą ofiarę codziennie na ołtarzu odnawianą,
    Przez Boską władzę, którą jako jedyny i niewidzialny Kapłan wykonujesz przez swoich kapłanów.
     
    Abyś wszystkie sługi Kościoła w świętej pobożności zachować raczył,   Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie.
    Aby ich napełnił Duch kapłaństwa Twego,
    Aby usta kapłanów strzegły wiedzy,
    Abyś na żniwo swoje robotników nieugiętych posłać raczył,
    Abyś sługi Twoje w gorejące pochodnie przemienił,
    Abyś pasterzy według Twego Serca wzbudzić raczył,
    Aby wszyscy kapłani nienaganni byli i bez skazy,
    Aby wszyscy, którzy zobaczą sługi ołtarzy, Pana uczcili,
    Aby składali Ci ofiary w sprawiedliwości,
    Abyś przez nich cześć Najświętszego Sakramentu rozkrzewić raczył,
    Kapłanie i Ofiaro.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,                     przepuść nam, Jezu.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,                     wysłuchaj nas, Jezu.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,                     zmiłuj się nad nami, Jezu.

    Jezu, Kapłanie, usłysz nas.
    Jezu, Kapłanie, wysłuchaj nas.

    Módlmy się.  Boże, Uświęcicielu i Stróżu Twojego Kościoła, wzbudź w nim przez Ducha Twojego godnych i wiernych szafarzy świętych Tajemnic, aby za ich posługiwaniem i przykładem, przy Twojej pomocy, lud chrześcijański kierował się na drogę zbawienia.  Boże, Ty nakazałeś modlącym się i poszczącym uczniom oddzielić Pawła i Barnabę do dzieła, do którego ich przeznaczyłeś, bądź teraz z Twoim Kościołem trwającym na modlitwie, i wskaż tych, których do służby wybrałeś. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 CZERWCA – I PIĄTEK MIESIĄCA

    GODZINNA ADORACJA I SAKRAMENT SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA OD GODZ. 18.00

    MSZA ŚWIĘTA PRZEBŁAGALNA ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA O GODZ. 19.00

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czerwiec – miesiąc Serca Jezusowego

    This image has an empty alt attribute; its file name is 11351_13255.jpg

    Przejeżdżać przez środkową Francję, możemy podziwiać piękne pola uprawne w rolniczej Burgundii. Oprócz historycznego klasztoru w Cluny oraz tętniącej życiem w okresie letnim wioski Taize, znajdujemy kilku tysięczne miasteczko Paray-le-Monial z piękną romańską katedrą. W sąsiedztwie odnajdujemy klasztor Sióstr Nawiedzenia (wizytek), który związany jest z kultem Serca Jezusowego.

    1. Geneza kultu Serca Pana Jezusa

    Czerwiec to miesiąc w sposób szczególny poświęcony czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Kult Serca Jezusowego wywodzi się z czasów średniowiecza, początkowo miał charakter prywatny, z czasem ogarnął szerokie rzesze społeczeństwa. Mistyka średniowiecza łączyła kult serca Jezusowego z bardzo żywym nabożeństwem do Najświętszej Rany boku Jezusa. Do najpierwszych, którzy w ranie boku, otwartej włócznią żołnierza, odnaleźli Serce Boże należy nieznany autor poetyckiego utworu Winny szczep mistyczny. Mówi w nim, że właśnie w tej Ranie odnalazł Serce Boże, że spocznie przy Nim, że się już z Nim nie rozstanie.

    Cały zakon św. Dominika Guzmana – dominikanie – bardzo wcześnie przyswoił sobie nabożeństwo do zranionego boku i Serca Pana Jezusa. W piątek po oktawie Bożego Ciała, a więc w dzień, który sobie Chrystus wybrał na święto Jego Serca, dominikanie odmawiali oficjum o Ranie boku Pana Jezusa.

    Warto wymienić przynajmniej kilku świętych i błogosławionych, którzy wyróżniali się w średniowieczu szczególnym nabożeństwem do Serca Pana Jezusa; w tym Sercu znaleźli dla siebie źródło szczególnej radości i uświęcenia: Św. Mechtylda (1241-1298) za zachęta samego Pana Jezusa wchodziła do Jego Serca i w nim spoczywała. Jezus oddawał jej swoje serce jako znak zawartego z nią przymierza. Pewnego dnia w czasie spotkania Pan tak mocno przycisnął jej serce do swojego Serca, że miała wrażenie, że odtąd te dwa serca stanowią jedno. Mechtylda każdego rana witała Boże Serce i każdego wieczora czule je żegnała. Podobnym przywilejem cieszyła się młodsza siostra Mechtyldy, św. Gertruda (1250-1303). Jej zasadnicze dzieło, które wsławiało jej imię po całej Europie, to „Poseł Bożej pobożności”. Jest to prawdziwy poemat miłości Boga do duszy i duszy do Boga. Jego zaś źródłem jest Najświętsze serce Syna Bożego. Można powiedzieć, że Gertruda obcowała z Sercem Jezusowym na co dzień.

    Do św. Małgorzaty z Kortony (1252-1297) Pan Jezus odezwał się pewnego dnia: „Połóż twe ręce na ranach moich rąk!” Na to święta: „Nie, Panie!” w tej chwili otwarła się rana boku Chrystusa i święta ujrzała w niej Serce Zbawcy. Od XVII wieku nabożeństwo do Serca Pana Jezusa staje się własnością ogółu wiernych i całego Kościoła. Przyczyniło się do tego dwoje świętych: św. Jan Eudus i św. Małgorzata- pod wpływem nakazów, jakie otrzymała od samego Chrystusa, który chciał się jej pośrednictwem posłużyć. Św. Jan Eudes (1601-1680) w dekrecie o heroiczności cnót (1903) jest nazwany „twórcą liturgicznego kultu serca Jezusa i Maryi”. W breve beatyfikacyjnym czytamy wprost: „Płonąc sam szczególną miłością ku Najświętszym Sercom Jezusa i Maryi, powziął pierwszy – a nie było to bez natchnienia Bożego – myśl publicznego kultu ku ich czci. Należy go przeto uważać za ojca tego, tak miłego nam nabożeństwa. (…) Był także tego kultu doktorem, albowiem ku czci obu Serc ułożył oficjum i Mszę Świętą. Był wreszcie ich apostołem, bo całym sercem przykładał się do szerzenia tego zbawiennego nabożeństwa”. Jan Eudes chciał, aby ono było własnością wszystkich. Nowością, którą wprowadził było również to, że nabożeństwo do Serca Pana Jezusa łączył ściśle z nabożeństwem do Serca Maryi. Nie umiał tych dwóch Serc rozłączyć. Wreszcie nabożeństwo do tych dwóch serc wprowadził do liturgii Kościoła. Jan Eudes postawił sobie za cel, ze program swojej kapłańskiej misji szerzenie kultu i nabożeństwa do Serca Pana Jezusa i do Serca Maryi: niezmordowanym słowem, pismami i dziełami. Założył także ku czci tych dwóch Serc i pod ich imieniem osobną rodzinę zakonną (1642), aby kapłani tegoż zgromadzenia ex professo oddawali się szerzeniu nabożeństwa do tych dwóch serc. Ku czci tych dwóch Serc przepisuje swoim synom duchownym osobne nabożeństwa i modlitwy, wśród nich piękne pozdrowienie: Ave Cor sanctissimum, ave Cor amantissimum Jesu et Mariae! W roku 1643 poleca w swoim zakonie obchodzić uroczyście święto Najświętszego Serca Maryi (8 luty) oraz Serca Pana Jezusa (20 października). Układał oficjum o Najświętszym Sercu Pana Jezusa.

    2. Objawienia św. Małgorzacie Marii Alacoque

    A jednak główną zasługa w rozpowszechnianiu się nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa przypada skromnej zakonnicy, wizytce, św. Małgorzacie Marii Alacoque(1647-1690). Żyła ona w tym samym wieku i czasie, co św. Jan Eudes, ale w zupełnym ukryciu w klasztorze w Paray-le-Monial.

    27 grudnia 1673 roku Małgorzata dopuszczona do tego, by spoczęła na Sercu Jezusowym. Pan Jezus pokazując jej swoje Serce pełne ognia, rzekł do niej: „Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie rozlać je za twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi Bożymi skarbami”. Następie Jezus wziął serce Małgorzaty i umieścił je symboliczne w swoim Sercu. Potem już przemienione i jaśniejące oddał Małgorzacie. Usłyszała pocieszające słowa: „Dotąd nosiłaś tylko imię mojej sługi. Dzisiaj daję Ci inne imię – umiłowanej uczennicy mojego Serca”.

    Drugie objawienie maiło miejsce na początku roku 1674. Pan Jezus ponownie objawił Małgorzacie swoje Serce i wymienił dobrodziejstwa i łaski, jakie przyrzeka czcicielom swojego Serca. „To nabożeństw – pisze św. Małgorzata – jest ostatnim wysiłkiem Jego miłości i będzie dla ludzi jednym ratunkiem w ostatnich czasach”. Wśród różnych form czci Pan Jezus zażądał czci także wizerunków swojego Serca.

    W tym samym roku 1674 miało miejsce trzecie z wielkich objawień. W czasie wystawiania Najświętszego Sakramenty pojawił się Świętej Pan Jezus „jaśniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran, jaśniejącymi jak słońce”. Pan Jezus ponowie odsłonił swoją pierś i pokazał Serce w pełni blasku. Zażądał, aby w zamian za niewdzięczność, jaka spotyka Jego Serce i Jego miłość, okazaną rodzajowi ludzkiemu, dusze pobożne wynagradzały temuż Sercu zranionemu grzechami i niewdzięcznością ludzką. Zażądał od świętej, aby w duchu tegoż zgromadzenia odbywała się w każda noc przed pierwszym piątkiem miesiąca adoracja godzinna („godzina święta”) oraz aby Komunia święta w pierwsze piątki miesiąca była również ofiarowana w celu wynagrodzenia Boskiemu Sercu za grzechy i oziębłość ludzką.

    Wreszcie w piątek po oktawie Bożego Ciała, 10 czerwca 1675 roku nastąpiło ostatnie wielkie objawienie. Kiedy Małgorzata klęczała przed tabernakulum w czasie nawiedzenia Najświętszego Sakramentu, ukazał się jej Chrystus, odsłonił swoje Serce i powiedział: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Lecz najbardziej boli Mnie to, że w podobny sposób obchodzą się ze Mną serca służbie mojej szczególnie poświęcone. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzeni Mi przez Komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaje. W zamian za to obiecuję ci, że Serce moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do jej rozszerzenia”.  

    3. Obietnice Serca Jezusowego

    Pan Jezus dał św. Małgorzacie Alacoque dwanaście obietnic, dotyczących czcicieli Jego Serca:

    1. Dam im łaski, potrzebne w ich stanie.
    2. Ustalę pokój w ich rodzinach.
    3. Będę ich pocieszał w utrapieniach.
    4. Będę ich pewną ucieczką w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci.
    5. Będę im błogosławił w ich przedsięwzięciach.
    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło i ocean miłosierdzia.
    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.
    8. Dusze gorliwe prędko dojdą do doskonałości.
    9. Będę błogosławił domom, w których wizerunek Serca mojego będzie czczony.
    10. Osoby, które będą to nabożeństwo rozszerzały, będą miały imię swoje wypisane w Sercu moim.
    11. Dam kapłanom dar wzruszania serc nawet najzatwardzialszych.
    12. W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia.

    4. Rozwój kultu Serca Jezusowego

    Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Po raz drugi Kościół pośrednio zatwierdził objawienia, dane św. Małgorzacie Marii Alacoque, kiedy po surowym procesie wyniósł ją do chwały ołtarzy. Jej beatyfikacja odbyła się w roku 1864, a kanonizacja w roku 1920. Pierwszym z papieży, który zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa a także święto dla niektórych diecezji i zakonów był Klemens XIII. Uczynił to w roku 1765 – a więc prawie w sto lat po wspomnianych objawieniach. Decydującym jednak w tej sprawie stał się memoriał biskupów polskich wysłany do tegoż papieża w 1765 roku. Memoriał podaje najpierw historyczny przegląd kultu, z kolei uzasadnia bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa. Papież Pius IX w roku 1856 rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół. Leon XIII 31 grudnia 1899 roku oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.  

    Kościół widzi w nabożeństwie do Serca Jezusowego znak miłości Boga ku ludziom. Chce także rozbudzić w sercach ludzkich wzajemną miłości ku Bogu poprzez to nabożeństwo. Nadto sam Chrystus nadał temu nabożeństwu wybitnie kierunek ekspiacyjny: ma nas ono uwrażliwiać na grzech, mobilizować w imię miłości Chrystusa do walki z nim oraz do wynagradzania za tych, którzy najwięcej ranią Boże Serce. Bóg jest miłością. Z miłości Bożego Serca istnieje cały wszechświat i rodzaj ludzki. Kiedy zaś rodzaj ludzki sprzeniewierzył się Panu Bogu, swojemu Stwórcy, Bóg nadal go nie przestał miłować. Dowodem zaś tej niepojętej miłości było to, ze dał swojego Syna. Uosobieniem tej największej Bożej miłości jest Serce Jezusowe. Ta właśnie miłość dla rodzaju ludzkiego kazała Jezusowi przyjść na ziemię, przyjąć dla zbawienia rodzaju ludzkiego okrutną mękę i śmierć. Z miłości tego Serca powstał Kościół, sakrament święte, a wśród nich Sakrament Miłości Eucharystia. Nabożeństwo do Serca Jezusowego nakłada również zobowiązania. Człowiek nie powinien nadużywać dobroci Bożego Serca. Powinien mieć tego Serca nieograniczone zaufanie. Dlatego może i powinien uciekać się do tegoż Serca we wszystkich swoich potrzebach. Nie powinien jednak ranić tegoż Serca na nowo grzechami. Kiedy jednak słabość ludzka na nowo pchnie nas w bagno grzechu i w niewolę szatana, mamy prawo zawsze ufać w miłosierdzie Boże, które gotowe jest przyjść nam z pomocą i nas wybawić. Nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego skłania również do aktów pokutnych za grzechy braci. Tak więc nabożeństwo to budzi także świadomości i odpowiedzialność społeczną. Nabożeństwo do Serca Jezusowego nagli do naśladowania cnót tego Serca – a przede wszystkim miłości we wszelkich jej przejawach.

    5. Nasza odpowiedź na miłość Serca Jezusowego

    Czasem stawiamy sobie pytanie: Co możemy uczynić dla Serca Jezusowego, jak odpowiedzieć na Jego miłość?

    Ojciec Święty Benedykt XVI w trakcie audiencji środowej w dniu 7 czerwca 2006 roku mówił do Polaków: „To Serce jest symbolem miłości Jezusa do Ojca i do każdego z nas. Niech wasza modlitwa wynagradza Chrystusowi ludzkie zaniedbania i grzechy. Niech uprasza nawrócenie serc i pokój na świecie”.

    Czciciele Serca Pana Jezusa odpowiadają na miłość boskiego Serca swym oddaniem się, czyli poświęceniem oraz wynagrodzeniem. To oddanie i wynagrodzenie przybiera w ich życiu wiele różnych form pobożności. Przyczyniło się ono także do powstania wielu bractw i stowarzyszeń, których członkowie starają się w swoim życiu naśladować przede wszystkim Matkę Najświętszą stojącą u stóp swego Syna. Razem z nią pragną trwać przy Chrystusie i być dla innych pociechą. Starają się również być animatorami adoracji Najświętszego Serca Pana Jezusa. Natomiast poprzez akt poświęcenia się Sercu Jezusowemu ofiarowują Chrystusowi wszystko, co posiadają, oddają mu do dyspozycji całego siebie z ciałem i duszą, ze wszystkim. Temu, który ich kocha i który oddał za nich swoje życie oddają nawet swoją rodzinę. Tę piękną tradycję poświęceń zapoczątkowali w XVII wieku św. Małgorzata Maria i jej przewodnik duchowy św. Klaudiusz de la Colombiere. Dziś obok poświęceń osobistych praktykujemy również poświęcenia rodzin i społeczeństw.

    11 czerwca 1899 r., Leon XIII dokonał poświęcenia całego rodzaju ludzkiego. Natomiast w setną rocznicę tego aktu Ojciec Święty Jan Paweł II potwierdził jego aktualność w naszych czasach.

    Naród polski został trzykrotnie poświęcony Sercu Jezusowemu. Po raz pierwszy dokonali tego biskupi polscy na Jasnej Górze 27 lipca 1920 roku. Akt ten miał na celu uproszenie ratunku dla Polski, zagrożonej inwazją bolszewików. Rok później, 3 czerwca, akt poświęcenia został ponowiony na Małym Rynku w Krakowie. Inny charakter miało poświęcenie z 28 października 1951 roku w Polsce rządzonej przez komunistów. Dokonano go nie w czasie jednej ceremonii, lecz równocześnie we wszystkich kościołach w kraju. W orędziu biskupów, które poprzedziło akt poświęcenia, czytamy: „Przez poświęcenie narodu Sercu Jezusa chcemy złożyć hołd najgłębszej wdzięczności za wszystkie dobrodziejstwa, jakie otrzymaliśmy w ciągu tysiącletniej historii chrześcijańskiej, najściślej związanej z Chrystusem i Jego Kościołem…”

    Istnieją rozmaite formy czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Pierwszą z nich jest coroczna uroczystość, obchodzona w piątek po oktawie Bożego Ciała. Miesiąc czerwiec jest miesiącem Serca Jezusowego; szczególnym orędownikiem tej formy kultu był papież Leona XIII (+ 1903) i jego następcy.

    Często spotyka się także wizerunki Serca Jezusowego: w postaci medalików, obrazków, obrazów ściennych, figur. Liczne są także świątynie poświęcone Sercu Jezusa – w samej Polsce jest ich ok. 400.

    Na miano polskiej stolicy kultu Serca Jezusowego niewątpliwie zasługuje Kraków. Tam istnieje klasztor sióstr wizytek, które przybyły w 1681 roku, a więc wkrótce po objawieniach w Paray-le-Monial. Tam ukazuje się „Posłaniec Serca Jezusowego” wydawany od prawie 130 lat przez Apostolstwo Modlitwy.

    Wiele narodów i państw poświęciło się Sercu Pana Jezusa, m.in. Ekwador, Kolumbia, Belgia, Hiszpania, Francja, Meksyk, Polska.

    Istnieją też zakony pod nazwą Serca Jezusowego – m.in. sercanki, siostry Sacre Coeur, siostry urszulanki Serca Jezusa Konającego.

    Istnieją także konkretne pobożne praktyki ku czci Serca Jezusowego. Godzina święta wywodzi się od św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pan Jezus wyraził życzenia, aby wierni w nocy z czwartku na piątek miesiąca adorowali chociaż przez godzinę Najświętszy Sakrament dla uczczenia konania Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym. Praktykę tę przyswoiło sobie bardzo wiele parafii, odprawiając specjalne adoracje w godzinach wieczornych.

    Pierwsze litanie do Najświętszego Serca Jezusowego powstały w XVII wieku. Obecna pochodzi z wieku XIX. Jej początek miał miejsce w klasztorze sióstr francuskich wizytek. Zatwierdził ją do odmawiania publicznego papieża Leon XIII 2 kwietnia 1889 roku. On też dołączył do Litanii akt poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Papież Pius XI dodał akt Wynagrodzenia Sercu Jezusowemu, który nakazał odmawiać co roku w uroczystości Serca Jezusowego.

    Podczas moich studiów na Uniwersytecie w Fryburgu Szwajcarskim, miałem możliwość kilkukrotnego bycia w Paray-le-Monial. Szczególnie jeden pobyt zapis się bardzo szczegółowo. Wraz z znaczną grupą pielgrzymów, jak na laicką Francję, zgromadzonych w Uroczystość Serca Jezusowego w 2009 roku, w dzień rozpoczęcia Roku Kapłańskiego, modliliśmy się w miejscowej bazylice, następnie ogrodami Sióstr Wizytek przeszliśmy do kaplicy. Tam sprawowałem Eucharystię. Po zakończonej Mszy św. poszukiwała mnie uczestniczka liturgii. Po rozmowie zakupiła mi figurę Serca Jezusowego i zobowiązała do modlitwy o rychłą beatyfikację Sł. Bożego Jana Pawła II. W dwa lata później, poprzez fakt wyniesienia do chwały ołtarzy Jana Pawła II zostałem zwolniony ze zobowiązania.

    W moim mieszkaniu, na komodzie stoi figura Serca Jezusowego, która przypomina o tym wydarzeniu i zobowiązuje każdego dnia do oddawania czci. Kto się oddaje w opiekę Sercu Jezusowemu, ten się nie zawiedzie.

    ks. Grzegorz A. Ostrowski/mateusz.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Picture

    ***

    Dlaczego czcimy Serce Pana Jezusa?

    Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa ma już bardzo długie dzieje, sięgając swymi początkami mistyków średniowiecznych z XI i XII wieku. Wtedy również ten kult zyskał pierwsze uzasadnienia teologiczne. Na końcu epoki renesansu kult ten został przeniesiony z Europy do Nowego Świata — w 1585 roku misjonarze jezuiccy wznieśli w Brazylii pierwszy kościół poświęcony Sercu Jezusa. Objawienia prywatne św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690) znacząco wpłynęły na rozszerzenie się kultu Serca Pana Jezusa na cały świat, w czym wyjątkową rolę odegrali jezuici, ale do jego rozpowszechnienia i utrwalenia przyczynili się także pijarzy i księża misjonarze. Wyjątkową rangę kult Serca Jezusa zyskał w 1765 roku, gdy papież Klemens XIII zatwierdził liturgiczne święto Najświętszego Serca Jezusa dla Polski i dla rzymskiego Arcybractwa Najświętszego Serca Jezusa. O ten akt prosili już od początku XVIII wieku biskupi polscy.

    W drugiej połowie XX wieku ten kult nieco osłabł z powodu ogólnego kryzysu społeczeństw chrześcijańskich i pobożności ludowej, a także z powodu obniżenia rangi tego zagadnienia w teologii po Soborze Watykańskim II. Dzisiaj kult Serca Jezusa zyskuje jednak nowych zwolenników i obserwujemy wyraźne ruchy odnowy, które zapowiadają także odnowę Kościoła i pobożności. Wielką rolę odgrywa w tym względzie nauczanie i ponawiane zachęty papieża św. Jana Pawła II i papieża Benedykta XVI. Ich nauczanie chrystologiczne pozwala w odnowiony sposób patrzeć na kult Serca Jezusa i widzieć jego mocne uzasadnienie teologiczne, a tym samym zachęca do gorliwszego proponowania go wśród wiernych. Do zasadniczych inspiracji płynących z tego nauczania nawiązujemy w niniejszej refleksji, chociaż czynimy to tylko w sposób pośredni. Mamy na względzie przede wszystkim potrzebę zwrócenia uwagi na trwałe podstawy teologiczne kultu Serca Pana Jezusa, gdyż to one będą miały decydujące znaczenia dla jego dalszego rozwoju w Kościele.

    Serce Jezusa — centrum tajemnicy odkupieńczego wcielenia

    Kościół od samego początku swego istnienia kieruje wyostrzoną uwagę na przebity bok Jezusa wiszącego na krzyżu i zastanawia się teologicznie nad jego wymową, odkrywając w nim miejsce swoich narodzin oraz nowych narodzin każdego zbawionego. Wychodząc od tego kontemplacyjno-teologicznego spojrzenia, z biegiem czasu dostrzeżono, że odkupieńcze wcielenie Syna Bożego domaga się wyraźnego wyrażenia w kulcie Jego Serca. Św. Małgorzata Maria Alacoque o doznanym przez siebie „pierwszym objawieniu” z dnia 3 listopada 1689 roku tak pisała do o. Jana Croiseta: „Potem Boskie Serce ukazało mi się jakby na tronie z płomieni, jaśniejące bardziej niż słońce i przejrzyste jak kryształ, z godną uwielbienia raną. Całe było otoczone cierniami, które oznaczały rany zadawane Mu przez nasze grzechy. Powyżej tkwił krzyż, który znajdował się w Sercu od pierwszych chwil wcielenia, to jest od chwili uformowania się Najświętszego Serca. Od tego też czasu było napełnione wszelkimi goryczami na skutek upokorzeń, ubóstwa, bólu i wzgardy znoszonych w ciele ludzkim przez całe życie, a zwłaszcza podczas męki. Następnie wyjawiło mi gorące pragnienie, że chce być przez ludzi kochane i zawrócić ich z drogi, na którą szatan kieruje całe tłumy. Powziął więc zamiar objawić ludziom swe Serce ze wszystkimi skarbami miłości, miłosierdzia, uświęcenia i zbawienia, jakie w sobie zawiera, aby obfitością i nadmiarem Boskich skarbów Bożego Serca, będącego ich Źródłem, ubogacić wszystkich, którzy Mu się zechcą oddać i zjednać cześć, miłość i chwałę. Trzeba to Źródło skarbów czcić pod postacią cielesnego Serca” (List 133).

    Ta „wizja” tajemnicy Chrystusa, Słowa Wcielonego i Ukrzyżowanego, stanowi pierwotne źródło znaczenia, którą dopełniają późniejsze wizje doznane przez św. Małgorzatę odnośnie do tajemnicy i kultu Serca Jezusa. Szkoda, że rzadko nawiązuje się do tego tekstu z pism św. Małgorzaty, kładąc raczej nacisk na wizję z 1675 roku, opisaną w Pamiętniku duchowym, w której została podkreślona miłość wynagradzająca: „Oto Serce, które tak bardzo ukochało ludzi, że w niczym nie oszczędzając siebie, całkowicie się wyniszczyło i ofiarowało, aby im okazać swoją miłość”.

    Tym, co jest szczególne w przywołanej pierwszej wizji, jest jej nadzwyczajna koncentracja chrystologiczna, podkreślająca całościową i głęboką wizję tajemnicy Chrystusa. Został On w niej ukazany w całości swojego zbawczego wydarzenia od wcielenia aż po krzyż oraz w głębi swojego bytu Słowa Wcielonego, cierpiącego w czasie męki i chwalebnie wywyższonego w zmartwychwstaniu. To Serce Jezusa, Słowa Wcielonego, rozlewa na ludzi „Boskie skarby” miłości miłosiernej za zbawienie świata.

    Wśród rozmaitych elementów teologicznych i chrystologicznych obecnych w tej pierwszej wizji trzeba podkreślić rozumienie wcielenia jako ukierunkowanego od początku na krzyż. Od pierwszej chwili wcielenia, to znaczy od uformowania Najświętszego Serca, został na ziemi postawiony zbawczy krzyż. Mamy tutaj do czynienia z syntezą tradycji chrześcijańskiej, która tak właśnie ujmuje tajemnicę Chrystusa. Już Tertulian (†240) zauważył: „Ale Chrystus posłany, aby umrzeć, musiał także koniecznie narodzić się, aby móc umrzeć” (De carne Christi 6, 6). A św. Leon Wielki (†461) stwierdza: „Nie było żadnej innej przyczyny narodzin Syna Bożego niż ta, aby mógł zostać zawieszony na krzyżu” (Sermo 48, 1). Podobne świadectwa można by tutaj mnożyć.

    Ten nacisk tradycji na ukierunkowanie narodzenia Chrystusa na Kalwarię ma ewidentne podstawy w Nowym Testamencie, który odkreśla zbawczy cel narodzin i życia Chrystusa oraz Jego misji. Już samo nadanie Mu imienia i pierwsze ogłoszenie Jego narodzenia stanowiły zapowiedź Jego zbawczej męki. Józefowi anioł zapowiedział: „Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus. On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1,21), a w Betlejem aniołowie ogłaszają: „Dziś bowiem w mieście Dawida narodził się wam  Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan” (Łk 2,11).

    W planie zbawienia Syn Boży stał się człowiekiem, aby umrzeć na krzyżu i w ten sposób zbawić grzeszną ludzkość przez złożoną z siebie ofiarę. Oznacza to, że cała tajemnica Jezusa ma swoje centrum we wcieleniu i w krzyżu. Są to jakby dwa ogniska elipsy, które ukierunkowują spojrzenie na tajemnicę Chrystusa. Kult Serca Jezusa, który zmierza do tego, by tę tajemnicę uchwycić i przeżyć, ściśle łączy się więc z tym, co najbardziej podstawowe w tej tajemnicy, a mianowicie uwypukla jej wymiar zbawczy. W tym kulcie chodzi zatem o doświadczenie zbawienia, którego dokonał Chrystus, aby stało się ono potem inspiracją do ciągłego zanurzania się w nim oraz czerpania w wierze z jego duchowych bogactw.

    Serce — symbol miłości Chrystusa

    Wychodząc od Ewangelii stwierdzamy, że cała tajemnica Jezusa Chrystusa, Słowa Bożego, które stało się ciałem, i Odkupiciela człowieka, dopełniła się w mocy Ducha Świętego. Duch Boży jest „niewymowną komunią” Ojca i Syna — jest Ich „wzajemną Miłością”, jest On wspólny Ojcu i Synowi, a potem jest On udzielany wierzącym jako „właściwy dar Boży”. Duch Święty działa w Jezusie jako Synu Bożym zarówno w wydarzeniu wcielenia Słowa (a w konsekwencji w całym życiu Chrystusa), jak i w Jego ofierze złożonej na krzyżu. Duch Święty jest więc obecny w ofierze odkupieńczej Słowa Wcielonego i ją ostatecznie udoskonala (por. Jan Paweł II, Dominum et Vivificantem, 41). Duch Święty w najwyższym stopniu objawia więc, że Bóg jest miłością i przez Niego ta miłość zwraca się do człowieka, aby go nią objąć.

    Wychodząc od tego szczytu komunii, jaką jest wewnętrzne życie Trójcy Świętej, w której w najwyższym stopniu objawia się wspólnota miłości Ojca i Syna, to znaczy Duch Święty, można usiłować pogłębić centralne miejsce i znaczenie Serca Chrystusa, zarówno w odniesieniu do tajemnicy wcielenia, jak i w odniesieniu do tajemnicy odkupienia ludzkości. Chodzi o wniknięcie w „prowokującą” głębię słowa serce jako konkretnego symbolu miłości Bożej. Można to pogłębienie ukierunkować dwojako — najpierw można spojrzeć na Serce Chrystusa jako najwyższe wyrażenie sposobu, w jaki Bóg ukochał i czynnie kocha ludzi, a następnie można pytać się, w jaki sposób, wychodząc od tego pierwotnego faktu, należy Go kochać i służyć Mu w braciach. Z tej racji Serce Jezusa jawi się jako najwyższy wyraz i wzór miłości teologalnej, czyli miłości do Boga, oraz miłości międzyosobowej, czyli miłości do ludzi. Serce Jezusa może więc być naśladowane, stając się inspiracją także dla miłości społecznej.

    W tradycji zachodniej i w konkretnej historii każdego człowieka słowo serce jest nierozerwalnie związane z doświadczeniem miłości. Mówimy: „Kocham cię całym sercem”. Chodzi w takim stwierdzeniu o miłość wyrażoną całym sobą. W języku potocznym słowo serce przywołuje na myśl całość uczuć, przejawów wrażliwości, wzajemnej otwartości i relacji międzyosobowych. Ma ono ciągle jeszcze charakter sakralny właśnie dlatego, że od niepamiętnych czasów jest symbolem miłości, wyrażeniem wnętrza człowieka jako osoby inteligentnej, wolnej i zdolnej do bezinteresownej miłości drugiego. Także dzisiaj żadne inne słowo „nie jest w stanie dotknąć i uchwycić za jednym posunięciem centrum naszego bytu, jak słowo serce” (K. Rahner). Nadal więc idziemy za tą logiką, chociaż wiemy na podstawie danych dostarczanych przez naukę, że to nie serce, ale mózg jest siedzibą rozumu i woli, pierwotnym „miejscem” uczuć, emocji i poruszeń.

    Nowy Testament, w ścisłej łączności ze Starym, używa słowa serce w sensie pierwszorzędnego narządu życia psychicznego i duchowego, zatem wskazuje na centrum, w którym Bóg objawia się człowiekowi. Serce oznacza całość człowieka jako istoty myślącej, poruszanej przez wolę, pragnienia i uczucia. Człowiek jest więc właściwie tym, czym jest jego serce. Zdumiewająca wielkość Boga wyraża się natomiast w tym, że On „zna serca wszystkich” (Dz 1,24; 15,8). Tylko Bóg, Stwórca człowieka i wszechwiedzący, przenika ludzkie serce, zna jego ukryte głębiny i bada jego najskrytsze poruszenia.

    Określenie Serce Jezusa/Chrystusa staje się zrozumiałe w świetle tradycji biblijnej, na której opiera się tradycja teologiczna i kult w Kościele; z tej tradycji czerpie także duchowość i mistyka wielkich czcicieli Serca Jezusa. Kult Serca Pana Jezusa jest jakby źródłem rzeki, z którego zaczyna się bieg wody — źródłem, poza które nie można sięgnąć, gdyż podejmując taką próbę, można by się bezużytecznie zagubić. Jeśli chodzi o człowieka, to serce jest symbolem rzeczywistym, który wskazuje na pierwotne centrum jego jedności psychologicznej jako istoty wcielonej i historycznej, złożonej z ciała i duszy, materii i ducha. Dlatego można powiedzieć, że serce stanowi „ja” człowieka, określa jego wnętrze i obejmuje jego ukrytą osobowość, która przeciwstawia się temu, co zewnętrzne. Serce jest miejscem, w którym Bóg wnika w człowieka; na nim jest wypisane prawo Boże, do niego jest posyłany Duch Święty i w nim mieszka Trójca Święta. Podkreślał to papież Jan Paweł II: „Serce jest nie tylko organem, który warunkuje biologiczną żywotność człowieka. Serce jest symbolem. Mówi o całym człowieku wewnętrznym” (2 czerwca 1979 r.)

    Do takiego rozumienia serca odwoływał się sam Jezus w swoim nauczaniu (por. Mt 15,12-19). Zachowuje ono do dzisiaj całą aktualność i pouczającą wymowę. Ta sama linia rozumienia może być zastosowana w odniesieniu do tajemnicy Chrystusa, pozwalając uchwycić jej najbardziej ludzki wymiar.

    Właśnie to znaczące wyrażenie Serce Chrystusa jest najbardziej odpowiednie i najbardziej wymowne, gdyż pozwala uchwycić, a nawet do pewnego stopnia określić całość tajemnicy Jezusa, aby wejść w głębię Jego postaci Syna Bożego, który stał się człowiekiem, który stał się — przez swoje uniżenie — pokornym Synem Człowieczym, który umarł, a potem zmartwychwstał. W Sercu Pana Jezusa otrzymujemy to „miejsce”, w którym Bóg najbardziej bezpośrednio i najbardziej po ludzku objawił samego siebie, miejsce, z którego — jak to widział św. Jan patrzący na przebity bok Jezusa (por. J 19,34-37) — Ojciec wylał na świat dar Ducha Świętego, wspólną miłość Ojca i Syna.

    W Sercu Chrystusa człowiek otrzymuje do dyspozycji symbol niezrównanej i bezinteresownej miłości, miłości, która nie poddaje się porażkom, która triumfuje, będąc pokonaną, która daje życie po przyjęciu na siebie śmierci. Jest symbolem tej miłości, którą jest sam Bóg i którą jest Jego wewnętrzne życie. Serce Chrystusa głosi niezmiennie, że Bóg jest blisko człowieka, który cierpi i ugina się pod ciężarem życia, który modli się, a w chwili ostatecznej próby boleśnie pyta wraz z Jezusem ukrzyżowanym: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił”?

    Serce Jezusa — brama życia

    Gdy mówimy o Sercu Jezusa/Chrystusa, odnosimy się przede wszystkim do rzeczywistości ludzkiej, fizycznej, to znaczy do organu cielesnego, który Pan Jezus posiadał jako prawdziwy człowiek — każdy człowiek ma serce, aby mógł żyć. W niezwykłej rzeczywistości Chrystusa Jego Serce, począwszy od chwili wcielenia, było Sercem drugiej Osoby Trójcy Świętej. Stało się więc ono Sercem Bożym, jak potocznie mówimy. W całym swoim ziemskim życiu biło zgodnie z Sercem Boga Ojca, w komunii z Duchem Świętym, samoistną miłością Ojca i Syna. Czcząc więc Serce Jezusa, czcimy Jego samego w głębi Jego bosko-ludzkiej tajemnicy. Motywem tej czci jest fakt, że Serce Chrystusa nierozdzielnie jest złączone z Osobą Wiecznego Słowa, zatem wpisuje się integralnie w to zjednoczenie, jakie we wcieleniu zostało ukonstytuowane między pierwotną naturą Bożą Wiecznego Słowa i naturą ludzką, przyjętą właśnie we wcieleniu. W wyniku tego zjednoczenia Jezus Chrystus pozostaje „prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem”, jak Sobór Chalcedoński wyraził tajemnicę Jezusa Chrystusa.

    Odnosząc się do konkretnej rzeczywistości Chrystusa — boskiej i ludzkiej — Sobór Watykański II w konstytucji Gaudium et spes w taki sposób podkreślił historyczny byt Jezusa „człowieka nowego” i „człowieka doskonałego”: „Ludzkimi rękami wykonywał pracę, ludzkim umysłem myślał, ludzką wolą działał, ludzkim serem kochał. Zrodzony z Maryi Dziewicy, stał się prawdziwie jednym z nas, podobny do nas we wszystkim z wyjątkiem grzechu” (nr 22). Odwoływanie się do rzeczywistości konkretnej, fizycznej i ludzkiej Serca Chrystusa może odegrać ważną rolę zarówno w teologii, jak i w odpowiadającej jej pobożności wiernych. Nie tylko bowiem w duchowości wiernych, ale także w dziejach teologii pojawiał się i ciągle jest jakoś obecny błąd monofizytyzmu odnośnie do tajemnicy Jezusa Chrystusa — Boga-Człowieka. Z tej na przykład racji greccy ojcowie Kościoła, aby bronić realizmu wcielenia Słowa przed tendencjami monofizyckimi gnostycyzmu i apolinaryzmu, odwoływali się do zasady: „To, co nie zostało przyjęte, nie zostało uzdrowione” (Grzegorz z Nazjanzu, Epistula 101, 32; por. Atanazy z Aleksandrii, Adversus arianos oratio 2, 69).

    W swoim najwznioślejszym i najpełniejszym znaczeniu określenie Serce Chrystusa jest formalnie symbolem miłości Chrystusa do Ojca i do ludzi zbawionych w Jego krwi. Do symbolu serca odnosi się w pełni to, co św. Tomasz z Akwinu wyraził odnośnie do pojęcia ciała: „Gdy mówi się: «Słowo stało się ciałem», pojęcie ciała oznacza całego człowieka (pro toto homine), jakby się mówiło: «Słowo stało się człowiekiem»” (Summa theologiae III q. 5 a. 3 ad 1). Zatem gdy w teologii i w kulcie mówi się o Sercu Chrystusa, ma się właściwie na myśli całość tajemnicy Jezusa Chrystusa jako Słowa, które stało się ciałem, żyjącego w konkretności ciała i dziejów, przez które objawił On widzialnie tajemnicę niewidzialnego Ojca (por. J 1,18). Chrystus, jako Bóg i jako człowiek, przeżył w całej swojej dramatycznej intensywności dialog miłości między Bogiem i człowiekiem. Całe Jego ziemskie życie nie tylko było konkretnym objawieniem nieskończonej miłości Ojca, ale także pełną odpowiedzią serca człowieka powołanego do udzielenia synowskiej odpowiedzi na inicjatywę miłości Bożej. Pan Jezus jest więc Bogiem, który przychodzi przeżyć w pełni po ludzku swoją miłość oraz ukazać ją jako gorące wezwanie skierowane do każdego człowieka. W Jego Osobie człowiek kocha Boga i jest przez Niego kochany.

    Pan Jezus jest żywą syntezą zrealizowanych wymagań stawianych przez pierwsze i zasadnicze przykazanie, które domaga się miłości do Boga: „całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą”, a także przez przykazanie miłości bliźniego „jak siebie samego” (Mk 12,29-31; por. Pwt 6,4-5; Kpł 19,18). W doskonałej spójności z całym swoim życiem i ze swoją misją, Pan Jezus mógł wskazać siebie samego jako najwznioślejszy przykład do naśladowania przez uczniów: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak ja was umiłowałem” (J 15,12).

    Na krzyżu Pan Jezus najwymowniej poświadczył swoją miłość do Ojca i do ludzi. Dobrowolnie ofiarując samego z siebie, z miłującego posłuszeństwa względem Ojca (Flp 2,8) i z miłości do ludzi, Chrystus ofiarował swoje życie dla odkupienia wszystkich ludzi (por. Mk 10,45; 14,24). W przebitym boku Chrystusa „została jakby otwarta brama życia” (Augustyn, In Ioannis Evangelium tractatus 120, 3). Jest to brama życia Bożego otwartego dla wszystkich ludzi, która niezmiennie pozostaje najbardziej znaczącym i przyciągającym symbolem niewymownej miłości Pana Jezusa do ludzi (J 13,1). Ono jest ostatecznym dowodem „największej miłości” (por. J 15,12), który Zbawiciel mógł okazać ludziom, dokonując w ten sposób ich odkupienia. Przebity bok Chrystusa pozostaje także otwartą księgą rozumienia wiary przez nas — chrześcijan, abyśmy nauczyli się coraz bardziej kochać Boga i braci „z całego serca”, z pełnym zaangażowaniem i oddaniem.

    Kult Serca Chrystusa, gdy żywi się w swoim pierwotnym źródle teologicznym, którym jest integralna tajemnica Syna Bożego, który stał się ciałem, który umarł i zmartwychwstał, staje się więc dla każdego chrześcijanina źródłem wzrostu wiary oraz szkołą, czynnie wzbudzając miłość do wszystkich potrzebujących braci. Kochać Sercem Chrystusa — oznacza mieć w sobie takie same uczucia, jakie były w Nim (por. Flp 2,5). Pan Jezus, w pełnym przylgnięciu do woli Ojca i poruszany przez Ducha Świętego, żył konsekwentną i pełną miłością do każdego człowieka.

    ks. Janusz Królikowski, Tarnów/opoka.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 CZERWCA – I SOBOTA MIESIĄCA

    SPOWIEDŹ ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA OD GODZ. 17.00

    MSZA ŚW. WIGILIJNA Z UROCZYSTOŚCI TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTEJ O GODZ. 18.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

    *****

    „Bóg pragnie tego nabożeństwa”

    Ks. Krzysztof Czapla SAC o nabożeństwie Pięciu Pierwszych Sobót

    oprac. GS/PCh24.pl

    *****

    Jeśli chcemy zbudować z Maryją relację, która jest naprawdę wartościowa, prawdziwa i głęboka to trzeba z Nią rozmawiać w taki sposób jaki wskazała. Podczas objawień zaznaczyła, że ma być to codzienna modlitwa różańcowa. A siostra Łucja przypomniała, że język, w którym rozmawiamy z Maryją to język różańca – mówi ks. Krzysztof Czapla SAC, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego.

    Proszę Księdza, jak zbudować relację z Matką Bożą?

    Tak jak w każdej relacji – przyjaźni, miłości – potrzeba rozmowy i stałości. Nie zbudujemy relacji bez stałości. W Fatmie – ale nie tylko – Maryja mówi o codziennej modlitwie różańcowej. Stąd stwierdzenie „odmawiajcie codziennie różaniec” jest dla nas znaczącą podpowiedzią. Jeśli chcemy zbudować z Maryją relację, która jest naprawdę wartościowa, prawdziwa i głęboka to trzeba z Nią rozmawiać w taki sposób jaki wskazała. Podczas objawień zaznaczyła, że ma być to codzienna modlitwa różańcowa. A siostra Łucja przypomniała, że język, w którym rozmawiamy z Maryją to język różańca.

    Co powinno być fundamentem tej relacji?

    Stałość. Jeśli nie będzie stałości tylko przypadkowość – nigdy nie zbudujemy relacji. Dotyczy to również relacji z drugim człowiekiem. Jeśli będziemy się spotykać od przypadku do przypadku to często nie będziemy potrafili nawet ze sobą rozmawiać, bo nie będziemy mieli tematów. A stałość rodzi pewne głębokie więzi. Jest wręcz wstępem do głębszej więzi. Z Maryją trzeba spotykać się codziennie.       

    Modlitwa różańcowa czasami nudzi, jest długa, usypia… Jak się przekonać do tego, że odmawianie różańca ma jednak sens?

    Nigdy się nie przekonamy jeśli z czegoś nie skorzystamy. Na tym polega wszelkie bogactwo duchowych darów, że one nie przychodzą po jednym dniu – rozwój duchowy nie dokonuje się przez jeden akt. Łucja powiedziała bardzo pięknie, że modlitwa różańcowa nużąca, monotonna itd., ale… spójrz na swoje serce – co ono robi? Kurczy się i rozkurcza, i tak cały czas. Spójrz na świat: księżyc cały czas krąży wokół Ziemi. A co się dzieje ze słońcem, z całym wszechświatem? Gdyby nie było tej monotonii – nie byłoby życia. Wszechświat by się rozsypał. Nie ma innej możliwości jak się przełamać, żeby nie poddać się zniechęceniu. Nic, co wielkie nie przychodzi łatwo. Wszelkie duchowe dary – jeśli są wielkie – na początku mają być okupione pewną ofiarą, bo zyskujemy coś, czego nie kupimy za żadne pieniądze. Gdyby to przyszło łatwo to byśmy wpadli w pychę.

    Możemy modlić się różnymi modlitwami do Matki Bożej. Po co jeszcze nabożeństwo Pierwszych Sobót Miesiąca?     

    Łucja odpowiedziała najprościej: „Ponieważ Bóg tak chce”. Jeśli objawienia w Fatimie są prawdziwe, to Maryja powiedziała: „Bóg pragnie tego nabożeństwa”. Gdyby pozostawić to wszystko decyzji każdego z nas to myślę, że każdy  wybrałby sobie swoją własną drogę do Maryi i do Pana Boga. Kiedy mówimy o nabożeństwie Pierwszych Pięciu Sobót Miesiąca mówimy o nabożeństwie, które nie tylko ma mi coś pomóc, ale ma wpłynąć na świat. Mamy ratować dusze biednych grzeszników, którzy się nie modlą. A tu potrzeba pewnego wskazania – nie tylko opartego na ludzkiej mądrości, ale Bożego wskazania. A to, co jest Bożym wskazaniem wydaje się być najbardziej słuszne.

    Dlaczego właśnie Pięć Sobót?

    Takie dokładnie pytanie zadała siostra Łucja, ponieważ jej kierownik duchowy chciał aby przy następnej rozmowie z Panem Jezusem czy Matką Bożą o to zapytała. Pan Jezus odpowiedział bardzo jednoznacznie: ponieważ jest pięć bluźnierstw raniących Niepokalane Serce Maryi. Kiedy po raz pierwszy sięgamy do tych bluźnierstw to może nam się wydawać, że one nas – katolików nie dotyczą.

    Bo nam – katolikom, czasami może się wydawać, że jesteśmy wręcz idealnym przykładem do naśladowania?

    Jezus nie rozróżnia. On mówi o bluźnierstwach, które ranią Serce Maryi. Nie chodzi o to czy ktoś wierzy czy nie wierzy, czy akceptuje czy też nie. Chodzi o bluźnierstwa i zniewagi, a zniewaga zawsze dotyczy osoby. Nie można przecież znieważyć rzeczy. Zwróćmy uwagę na bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu: Niepokalane Poczęcie czyli Maryja została zachowana od zmazy grzechu pierworodnego, by mogła stać się Matką Boga. Bóg nie mógłby przyjąć ciała z matki, która naznaczona byłaby nawet pyłkiem grzechu. To nam uświadamia jak poważną przeszkodą jest grzech między nami a Bogiem. Gdyby Maryja była naznaczona grzechem, Bóg nie stałby się człowiekiem z Maryi Dziewicy. Jeśli więc ktoś dzisiaj przeinacza grzech albo uważa, że Dekalog trzeba napisać od nowa – bluźni przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. Dobrem jest to, co nazwał Bóg i złem jest to, co nazwał Bóg.

    Tak samo jest z drugim bluźnierstwem: przeciw Dziewictwu Matki Bożej? 

    Niezależnie od tego jakie są przypadki – osoby, które ślubowały czystość nie dorosły do pewnej świętości wcale nie oznacza, że dziewictwo, czystość i celibat nie mają żadnego znaczenia i należałoby je usunąć. Dziewictwo, czystość przed Bogiem były, są i będą święte. Jeśli ktoś chciałby dziś na to inaczej spojrzeć, bo są inne okoliczności – może negatywne czy skandaliczne –  wcale nie znaczy, że dziewictwo Maryi przestało być święte przed Bogiem.  

    Jak rozumieć bluźnierstwa przeciw Jej Boskiemu Macierzyństwu i nieuznawanie w Niej Matki ludzi? 

    Jezus mówi, że nie można miłować Boga, którego się nie widzi, jeśli pierwej nie miłuje się bliźniego, którego się widzi. Czy mogę powiedzieć, że kocham Maryję jeśli nie kocham swojej mamy? Czasami ktoś może jechać do Sanktuarium na drugi koniec świata by pokłonić się Matce Bożej i wołać: „Mamusiu, pomóż mi” – i to jest piękne, ale musi się zapytać czy najpierw kocha własną mamę, którą widzi, która dała mu życie.

    Czwartym bluźnierstwem jest znieważanie czynione przez tych, którzy wpajają w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet odrazę do Niepokalanej Matki. Czyli też niechęć do nabożeństw i modlitw do Matki Bożej?     

    W serca dzieci wszczepia się niechęć do Maryi jako Matki Boga. W naszym codziennym życiu zdarzają się takie sytuacje, że rodzice protestują żeby dzieci nie uczyć takiej starodawnej modlitwy jak różaniec. A to jest modlitwa, której uczy nas Matka Boża, i o tej modlitwie przypomina nam przez wieki.

    Piątą zniewagą jest obraza czynione przez tych, którzy znieważają Ją w Jej świętych wizerunkach. Oczywiście wiemy, co robić ze zniszczonymi obrazkami, ale jak właściwie rozumieć to piąte bluźnierstwo?

    Niestety, ale profanacje mają miejsce w Polsce. Na okrągło słyszymy o przerażających aktach ludzi, którzy są naszymi braćmi. Trzeba również i spojrzeć we własne serce. Większość z nas ma pewnie zerwane różańce, szkaplerz czy pamiątkę z pielgrzymki, które leżą w jakiejś szufladzie. Czasami przy okazji przeprowadzki wynosimy do piwnicy czy na strych obrazy, które kiedyś wisiały na ścianach. I niby nie mamy złych intencji, ale to też nie jest akt miłości, że to niszczeje. Kiedyś był piękny zwyczaj, że wszystko to się w godny sposób paliło, a czego nie można było spalić – zakopywało się w godnym miejscu. Często nasze przyzwyczajenia sprawiają, że szargamy to, co święte.

    Co w sytuacji kiedy zaczęliśmy nabożeństwo Pierwszych Pięciu Sobót Miesiąca, ale z różnych względów nie możemy uczestniczyć we mszy św. w pierwszą sobotę miesiąca?

    Kościół zatwierdzając Pięć Pierwszych Sobót Miesiąca w dokumencie, który w 2001 roku podpisał Ojciec Święty Jan Paweł II, zaznacza, że wszystkie wskazania dotyczące Pierwszych Sobót Miesiąca są analogiczne do Pierwszych Piątków Miesiąca. Łucja wprost zapytała: A jeśli ktoś nie może spełnić tych warunków w pierwszą sobotę? Odpowiedź brzmi jednoznacznie – wszystkie warunki: spowiedź, komunia, różaniec i kwadrans medytacji możemy odprawić w niedzielę po pierwszej sobocie, ale za zgodą kapłana.   

    A co ze spowiedzią? Jest koniecznie, by spowiadać się właśnie w pierwszą sobotę?

    Łucja zapytała czy spowiedź może być ważna osiem dni. Pan Jezus odpowiedział, że nawet i więcej spowiedź może być ważna, jeśli w pierwszą sobotę będziemy w stanie łaski uświecającej. Trzeba pamiętać, że jeśli praktykujemy Pięć Pierwszych Sobót Miesiąca to powinniśmy pięć razy pójść do sakramentu pokuty.

    Czyli też bez znaczenia czy różaniec omówimy rano czy wieczorem?

    Nie musimy wszystkich warunków spełnić rano czy w południe. Warunki Pierwszych Sobót spełniamy w pierwszą sobotę, od północy do północy.      

    Teraz w czasie przygotowań dzieci do Pierwszej Komunii Świętej też niektórzy rodzice wolą zostać przed kościołem. Oczywiście, te wszystkie tematy jak przyjęcie, wystrój sali są ważne, ale nie możemy przecież zapominać, że to dziecko i Pan Jezus są najważniejsze w tym dniu…

    Dzisiejszy świat jakby podąża w innym kierunku niż pragnie tego Matka Boża. Jeśli coś dla nas jest ważne to będziemy o tym mówić dziecku. Weźmy na przykład nabożeństwa majowe – jeśli rodzice nie mają czasu aby z dzieckiem zostać w kościele… Spotkałem się z taką sytuacją, że tato przywiózł dziecko do kościoła i powiedział mi, że nie ma czasu zostać z dzieckiem, bo ma pracę, obowiązki, ale kiedy byłby mistrzostwa świata w piłce nożnej wziął sobie urlop. Powiedział mi: Proszę Księdza, jest wielkie święto sportu. Co jest ważniejsze? Pan Bóg czy piłka nożna?

    Przykre to… 

    Czy przez takie postępowanie uczy się dziecko miłości? Tak naprawdę nikt dziecka nie uczy wrogości, ale nie uczy miłości.   

    Kiedy ksiądz odkrył piękno nabożeństwa Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca?

    Kiedy zacząłem je praktykować. Znałem nabożeństwa Pierwszych Sobót – pracuję w Sanktuarium na Krzeptówkach już dwadzieścia siedem lat, ale nie rozumiałem jego istoty. U nas na Krzeptówkach bardzo pięknie jest przeżywany dzień trzynasty – z czuwaniem całonocnym, podczas którego były odmawiane dwie/trzy części różańca. Natomiast, głębię Pierwszych Sobót odkryłem na nowo kiedy rozpoczęła się wielka nowenna fatimska przed stuleciem objawień Matki Bożej. Nagle sobie uświadomiłem czytając orędzie, że Maryja nie prosi o dzień trzynasty, tylko o codzienny różaniec i o wynagrodzenie w Pierwsze Soboty Miesiąca. „Przychodźcie trzynastego, a powiem wam kim jestem i czego chcę” – uświadomiłem sobie, że prośbą Maryi skierowaną do nas kiedy Jan Paweł II poświęcił świat i Rosję Niepokalanemu Sercu, tym co najbardziej jest znaczące w treści orędzia co nas wzywa, żeby doświadczyć owoców to jest wynagrodzenie w Pięć Pierwszych Sobót Miesiąca. Jeśli kocham Maryję to moja miłość jest prawdziwa wtedy kiedy będę odpowiadał na prośbę Tej, która mnie kocha.     

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – maj 2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 MAJA – SOBOTA

    IX DZIEŃ NOWENNY DO DUCHA ŚWIĘTEGO

    godz. 17.00 – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – SPOWIEDŹ ŚW.

    godz. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO PODCZAS KTÓREJ 4 OSOBY OTRZYMAJĄ SAKRAMENT BIERZMOWANIA

    INTENCJA MSZY ŚWIETEJ: ZA WSPÓLNOTĘ ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    PO MSZY ŚW. – WIECZÓR MODLITEWNEGO CZUWANIA

    ***

    Droga do wieczernika. Maryja, Królowa Apostołów

    fot. Wikipedia

    ***

    Wezwanie “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.

    Maryja jest Królową Apostołów, bo jest razem z Kościołem, razem z apostołami w wieczerniku.

    Czym jest wieczernik?

    To miejsce, gdzie Jezus zostawił nam Eucharystię, gdzie spotkał się z uczniami na ostatniej wieczerzy. To także miejsce, gdzie uczniowie schowali się po śmierci Jezusa z lęku przed zagrożeniem, przed tym, że będą uznani za Jego uczniów i będą wezwani do tego, by oddać za Niego życie.

    Wieczernik to także miejsce, gdzie uczniowie z Maryją czekali na zesłanie Ducha Świętego. To miejsce, gdzie kształtuje się apostołów. Wieczernik to szkoła dla każdego z nas, gdzie uczymy się, jak być z Maryją i oczekiwać na dar Ducha Świętego.

    Tam, gdzie czekasz na Ducha Świętego

    Dla mnie jako pallotynki Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być apostołem, ale miejsce, z którego wychodzę – wychodzę do człowieka, na ulicę, do świata. Tam, gdzie człowiek czeka na Ducha Świętego. Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być z Maryją i z Maryją z niego wychodzić.

    Czym wieczernik jest dla ciebie, czy masz miejsce, gdzie uczysz się, jak być z Bogiem, jak być Maryją? Czy masz takie miejsce, gdzie doświadczasz jej obecności, że ona tam jest? Co jest Wieczernikiem Twojej codzienności, gdzie uczysz się, jak być apostołem, jak czekać i otrzymywać dar Ducha Świętego? Czy masz swoje miejsce, z którego wychodzisz, by dawać świadectwo o Bogu, który jest i który żyje?

    Może Wieczernikiem jest Twój dom, gdzie żyjesz, gdzie spotykasz swoich najbliższych, gdzie razem z nami się modlisz. Może to miejsce, gdzie modlisz się w samotności. A może Wieczernikiem jest park, gdzie spacerujesz i doświadczasz obecności Pana Boga i z niego wychodzisz do pracy, do ludzi, napełniony Duchem Świętym do swoich obowiązków. A może to są twoje relacje bliskości, intymność i ciepła. Może Wieczernikiem są twoje relacje, swoje więzi.

    Tam, gdzie jest Ona

    Wieczernik z Maryją to miejsce, gdzie apostołowie doświadczali tego, że ona z nimi jest i że razem, we wspólnocie, doświadczają obecności Ducha Świętego.
    Jeśli nie wiesz, co jest twoim Wieczernikiem, jeśli dzisiaj nie masz takiego miejsca w sobie albo wokół siebie, to może warto go poszukać.
    Wezwanie w litanii loretańskiej “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.”

    s. Monika Cecot SAC/Stacja 7pl

    ***

    Królowo Apostołów, módl się za nami!

    Patronka

    Najświętsza Panna Maryja, Królowa Apostołów

    Patronką Zjednoczenia oraz doskonałym wzorem życia duchowego i apostolskiego dla jego członków jest Najświętsza Panna Maryja, Królowa Apostołów. Misją Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego jest ożywianie wiary, budzenie świadomości powołania do apostolstwa i rozpalanie miłości wśród wszystkich członków Ludu Bożego, aby wszyscy byli zjednoczeni w zadaniu szerzenia miłości, by jak najszybciej nastała jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem (por. J 10, 16). Dlatego też Zjednoczenie, w komunii z kompetentnymi pasterzami, rozwija i popiera współpracę między wszystkimi wierzącymi, w duchu otwartości na nowe formy ewangelizacji.

    W celu realizacji tej misji, Zjednoczenie, jako stowarzyszenie natury apostolskiej i duchowej, otwarte na wszystkich członków Ludu Bożego, to znaczy na wiernych świeckich, duchownych i osoby konsekrowane, stara się uświadamiać wszystkim ich charyzmaty i je ożywiać. Pragnie ono żyć tajemnicą Kościoła jako komunii wszystkich wiernych w ich autentycznej godności: z katolikami, ze wszystkimi chrześcijanami, ze wszystkimi ludźmi dobrej woli, jako żywymi obrazami Boga, który jest Miłością. Miłość, przeżywana tak, jak opisuje ją św. Paweł Apostoł w listach do Koryntian stanowi podstawową zasadę Zjednoczenia.

    Dlatego też wszyscy powinni być stale ożywiani duchem jak najdoskonalszej miłości. Członkowie Zjednoczenia, ożywieni charyzmatem św. Wincentego Pallottiego, angażują się świadomie w realizację powszechnego apostolstwa Kościoła na każdym miejscu, przy użyciu wszystkich stosownych środków i we współpracy z wszystkimi ludźmi dobrej woli.

    (Statut Generalny Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, Rzym 2003)

    _________________________________________________________________________________

    Nasze stałe zamieszkanie – Wieczernik i Nazaret

    First slide

    Ołtarz główny w kościele Królowej Apostołów w Wyższym Seminarium Duchownym Księży Pallotynów w Ołtarzewie

    Kiedy z polityki lub innej dziedziny życia społecznego odchodzi jakiś lider, często namaszcza swojego następcę. Pan Jezus odchodząc do Ojca, nie pozostawia nam w spadku kogoś lub coś, ale Ducha (Świętego) czyli relacje. Ojciec kocha Syna. Rozpoznaje się we wszystkim, co Syn powiedział lub uczynił w Jego imię. Syn kocha Ojca. Nigdy nie przestał karmić się Jego obecnością i wypełniać Jego woli. Duch Święty to właśnie owa relacja między Ojcem i Synem. To On jest nam dany, abyśmy kontynuowali przygodę wiary.

    Podobnie jest z N.M.P. Królową Apostołów, którą św. Wincenty Pallotti zostawił nam w spadku jako patronkę i wzór apostolskiego zaangażowania, a którą świętujemy każdego roku w wigilię przed Zesłaniem Ducha Świętego, czyli dziś. Otóż, Pallotti zachęca nas bardziej do więzi z Maryją, niż do jej kultu. Fundamentem jego maryjności była bowiem relacja z Maryją. Różaniec, nabożeństwa majowe czy napisana przez niego tzw. „Trylogia Maryjna”, pojawiały się jako sposób i język do podtrzymywania tej relacji. Nic więc dziwnego, że scena z Wieczernika stanie się dla Pallottiego modelem i przestrzenią realizacji powołania apostolskiego.

    Całą duchowość dotyczącą Królowej Apostołów, św. Wincenty wyraził w obrazie namalowanym z jego inspiracji w 1848 roku przez włoskiego malarza Serafino Cesaretti. Artysta zamówienie przyjął, lecz poprosił niemieckiego kolegę po fachu, Fryderyka Overbeka (1789-1869) działającego w tym czasie w Rzymie, o wykonanie szkicu. Overbek uczynił o co go poproszono, wykonując szkic w formacie mniej więcej kartki A4. Tak więc malując obraz o bardzo dużych rozmiarach (158/256), Cesaretti wzorował się zarówno na szkicu Overbeka jak i na wskazaniach Pallottiego, któremu zależało, by w Wieczerniku, obok Maryi i Apostołów, znalazły się również kobiety, o których mowa w Dziejach Apostolskich. Według zamysłu św. Wincentego, symbolizują one powołanie ludzi świeckich do apostolstwa.

    Przez około 30 lat obraz ten znajdował się w głównym ołtarzu kościoła SS. Salvatore in Onda. Jednak po dokonaniu renowacji kościoła i wybudowaniu baldachimu nad ołtarzem (około 1876 roku) obraz stał się mało widoczny. Dlatego przeniesiono go w inne miejsce Domu Generalnego, a w 1935 roku trafił ostatecznie do nowo wybudowanego w Rzymie kościoła p.w. Królowej Apostołów przy Via Ferrari, w dzielnicy Prati. Tam też pozostał po dzień dzisiejszy.

    I jeszcze jedno. Ikony „Wieczernika”, tak dla niego ważnej, Pallotti nigdy nie rozdzielał od ikony „Świętej Rodziny z Nazaretu”. Chciał nawet, aby Dom z Nazaretu służył jako „nić przewodnia” dla wszystkich wspólnot Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Jednocześnie odsyłał swoich uczniów do permanentnego przebywania w „Wieczerniku Jerozolimskim”, tam gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego. Dla uchwycenia pełnej dynamiki charyzmatu pallotyńskiego, nie mamy więc prawa oddzielać tych dwóch ikon: Wieczernika i Nazaretu.

    Myśl tę wyraził bardzo ciekawie w 1996 roku ówczesny generał pallotynów, ks. Séamus Freeman: „Czasem myślimy o Nazarecie i o Wieczerniku jako o doświadczeniach odrębnych – pisze Freeman. – Są tacy, którzy przyznają wyłączny priorytet jednemu lub drugiemu. Inni myślą, że jedno następuje naturalnie po zaistnieniu drugiego. Nie tak jednak było w życiu Wincentego Pallottiego. On chciał być obecnym nieustannie w tych dwóch miejscach jednocześnie, wskazując w ten sposób zasadniczą współzależność między obydwoma doświadczeniami. Jako Pallotyni potrzebujemy tych dwu miejsc jednocześnie i nierozerwalnie”.

    Trzeba nam zatem zapytać, skąd to naleganie Pallottiego, by uczynić jednocześnie z Nazaretu i Wieczernika nasze stałe zamieszkanie? Wynika ono z faktu, iż Pallotti pragnął, aby założone przez niego wspólnoty stawały się „laboratoriami apostołów”, w których przenikają się wzajemnie: milczenie i skrzyżowanie dróg, życie ukryte i życie publiczne, interioryzacja i uzewnętrznienie, modlitwa i działanie, formacja ciągła i apostolstwo. Zależało mu bowiem na tym, aby apostoł tak doświadczył spotkania z Bogiem, by obok jego świadectwa nie dało się przejść obojętnie.

    ks. Stanisław Stawicki SAC/Recogito, rok XXII, maj 2021

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 MAJA

    UROCZYSTOŚĆ ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PRZED MSZĄ ŚW. – PÓŁGODZINNA ADORACJA/MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    Zesłanie Ducha Świętego to jedno z najstarszych świąt Kościoła, obchodzone już w czasach apostolskich. Początkowo łączono je z Wielkanocą, a w IV w. wyodrębniono jako osobne święto. Urzędowo wprowadził je Synod w Elwirze w 306 roku. Uroczystość liturgiczna Zesłania Ducha Świętego obchodzona jest pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Pana Jezusa i kończy Okres Wielkanocny. Niegdyś w wigilię Pięćdziesiątnicy, podobnie jak w Wielką Sobotę, święcono wodę chrzcielną oraz udzielano chrztu katechumenom.

    Papież Leon XIII wprowadził dziewięciodniowe przygotowania modlitewne na przyjście Ducha Świętego w formie nowenny, aby dokonała się w sercach wiernych przemiana, tak jak to się stało w przypadku Apostołów w Wieczerniku.

    W średniowieczu istniał zwyczaj rzucania z sufitu kościoła, w trakcie odprawiania Mszy świętej, róż i innych kwiatów symbolizujących dary Ducha Świętego. W bazylikach i katedrach w czasie uroczystości wypuszczano z klatek gołębie – symbol trzeciej Osoby Boskiej.
    Uroczystość Zesłania Ducha Świętego jest jednocześnie świętem narodzin Kościoła. Na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów Jezus Chrystus zesłał Ducha Pocieszyciela, by Ten, doprowadził do końca dzieło zbawienia. Tym samym rozpoczął się nowy etap historii – czas Kościoła, który ożywiony darem z Nieba rozpoczął przepowiadanie Ewangelii.

    Duch Święty dzięki swoim darom: mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej uzdalnia wiernych do dojrzałej obecności w świecie. Kierował losami Kościoła, kiedy wybrał do grona Apostołów w miejsce Judasza św. Macieja, kiedy prosił wskazał Barnabę i Pawła „do dzieła szerzenia Dobrej Nowiny, czy kiedy posyłał Apostołów, by w różnych częściach świata głosili Ewangelię. Pomaga wiernym w głębszym zrozumieniu tajemnicy Chrystusa.

    Dzień Zesłania Ducha Świętego, zwany też Pięćdziesiątnicą, jest świętem ruchomym. Przypada na niedzielę, 49 dni (7 tygodni) po Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego.

    W Polsce w niektórych regionach Wielkanoc nazywany jest Białą Paschą, a Zesłanie Ducha Świętego – Czerwoną, prawdopodobnie dlatego, że dopiero po Jego zstąpieniu Apostołowie stali się zdolni do dawania świadectwa krwi. W Polsce uroczystość tę powszechnie nazywa się Zielonymi Świętami, gdyż w okresie, w którym jest obchodzona, przyroda odradza się po zimie, a zieleń jest dominującym kolorem krajobrazu.

    Zygmunt Gloger, w ”Encyklopedii Staropolskiej Ilustrowanej”, na temat tradycji związanych z Zielonymi Świątkami zanotował: Wszystkie kościoły, domy, chaty i podwórza ”majono” drzewkami brzozy, jesionu lub świerku ustawionemi i zatykanemi przy ołtarzach, gankach, wrotach, sieniach i wejściach. Podłogi i ziemię wysypują zielonym tatarakiem, świerczyną i kwiatami. Majowy zapach tej zieleni rozchodzi się wszędzie przepełniając kościoły, mieszkania i podwórka.

    W Polsce przez wieki święto Zesłania Ducha Świętego obchodzono przez dwa dni. Dopiero w 1957 r. rządy komunistyczne ograniczyły święto państwowe do jednego dnia.   

    brewiarz.pl, KAI/PCh24.pl

    _________________________________________________________________________________-

    Niech zawieje!

    Początek Kościoła wiąże się z darem Ducha, który  został tchnięty  na niego w Wielki Piątek, w wieczór zmartwychwstania  i po pięćdziesięciu  dniach od tego  momentu.

    fot. Henryk Przndziono/Gość Niedzielny

    ***

    Początek Kościoła wiąże się z darem Ducha, który został tchnięty na niego w Wielki Piątek, w wieczór zmartwychwstania i po pięćdziesięciu dniach od tego momentu.

    Dlaczego zanim nastąpiło „oficjalne” zesłanie Ducha Świętego, Jezus przekazywał Go swym uczniom? Po co wołać o Ducha, skoro już Go otrzymaliśmy?

    Jezus, „skłoniwszy głowę, oddał ducha”. Choć w pierwszej chwili tłumaczymy to sobie jako „wyzionął ducha”, grecki zwrot paredoken to pneuma (dosłownie: „przekazał Ducha”) i nigdy w starożytnych tekstach nie służył do opisywania zgonu! Czy ostatni oddech Jezusa był zesłaniem Ducha na Kościół zgromadzony przy krzyżu?

    I druga sytuacja: „Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: »Weźmijcie Ducha Świętego!«”. Dlaczego Jezus przekazywał Ducha przed Pięćdziesiątnicą?

    Ciągle na nowo

    – W starożytnym Kościele mieliśmy dwie tradycje – wyjaśnia o. Wit Chlondowski. – Tradycja Łukaszowa mówi o zesłaniu Ducha Świętego w pięćdziesiątym dniu po Passze. Ale mamy też tradycję Janową, która zesłanie Ducha Świętego wiąże ze śmiercią Jezusa na krzyżu i zmartwychwstaniem, a więc z Wielkim Piątkiem i Wielkanocą. W niektórych Kościołach w pierwszych wiekach zrodził się zwyczaj, że te pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu to okres zstępowania Ducha Świętego. Piękny znak – Duch Święty przychodzi na wiele sposobów, a Jego przychodzenie jest wciąż nowe, świeże.

    – W momencie przebicia włócznią Jezusowego boku, wytrysnęły krew i woda. Widzimy zatem, że Jezus przekazuje swojego Ducha uczniom. Początek Kościoła wiąże się z darem Ducha, który został tchnięty na niego w Wielki Piątek, w wieczór zmartwychwstania i po pięćdziesięciu dniach od tego momentu. Wszystkie te wydarzenia chcą powiedzieć, że nie da się zrozumieć Kościoła bez Jego intymnej relacji z Duchem, który utkał Kościół tak, jak wcześniej utkał człowieczeństwo Jezusa w łonie Maryi – wyjaśnia ks. Krzysztof Porosło. – Ukrzyżowany wypełnił proroctwo o strumieniach wody żywej, które odtąd nawadniają Kościół. „Duch bowiem jeszcze nie był dany, ponieważ Jezus nie został jeszcze uwielbiony”.

    Rewolucja

    – Opis śmierci Jezusa we wszystkich Ewangeliach jest przepełniony treściami teologicznymi. Liczy się każde słowo! – nie ma wątpliwości ks. prof. Mariusz Rosik. – Hebrajski termin ruah i grecki rzeczownik pneuma oznaczają nie tylko ducha. Ich pierwotne znaczenie wskazuje na wiatr, wicher. Ewangeliści sięgają po genialną grę słów: ludzki duch Jezusa, przepełniony Duchem Świętym, uchodząc z ciała Zbawiciela w chwili Jego śmierci, zamienia się w wicher czy wiatr. Ten potężny wiatr rozrywa zasłonę świątyni, za którą, jak wierzono, mieszkał sam Bóg. A skoro została ona zniszczona, to znaczy, że każdy ma otwarty przystęp do Boga. Do momentu zbawczej śmierci Jezusa do Miejsca Najświętszego w świątyni wchodził jedynie raz w roku, w Dzień Pojednania (największe żydowskie święto), najwyższy kapłan. Tylko jeden raz w roku tylko jeden człowiek na ziemi miał na niewielką chwilę przystęp do samego Boga. Śmierć Jezusa zmieniła wszystko. W geście bólu Bóg rozerwał swoją szatę i dał przystęp do siebie wszystkim, którzy przyjmą zbawcze owoce tej śmierci. Spełnia się zapowiedź dana Samarytance, że prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Bogu w duchu (Duchu) i prawdzie. Nieprzystępny dla nikogo (poza arcykapłanem) Bóg Starego Przymierza staje się przystępny dla wszystkich wierzących w Jezusa w każdym miejscu i każdym czasie. Całkowita rewolucja! Świadomy, że Duch Święty kojarzony jest z wiatrem, Jan XXIII, otwierając okno swego gabinetu, proroczym gestem zapowiedział zwołanie Soboru Watykańskiego II. U początku pontyfikatu papież ten modlił się o nowe wylanie Ducha Świętego.

    – Coraz mocniej przeżywam Wielki Piątek jako święto Ducha Świętego – dopowiada dominikanin Tomasz Nowak. – Mam świadomość, że zakładamy ornaty w czerwonym kolorze nie dlatego, że przelała się krew, ale dlatego, że to kolor obecności Ducha Świętego. Nie da się przelać krwi dla Boga bez Ducha Świętego. To jest wówczas zabójstwo, morderstwo, ale nie męczeństwo. Tylko w Duchu Świętym możesz z miłości oddać życie.

    Zabarykadowani

    – Historia po zmartwychwstaniu rozpoczyna się wielkim kryzysem apostołów. Przeżywają lęk graniczący z rozpaczą – wyjaśnia jezuita Maciej Szczęsny. – Siedzą w zamknięciu. Boją się o swoje życie. Stracili wszelkie perspektywy na przyszłość. Od trzech lat to Pan Jezus decydował, czym się zajmą i dokąd skierują, a w Wielki Piątek to wszystko runęło. Zbawiciel przychodzi do nich mimo zamkniętych drzwi, udowadniając, że potrafi pokonać wszelkie zamknięcia i zabezpieczenia. Pierwsze, co ma im do przekazania, to pokój. Pamiętamy, że apostołowie nie zatrzasnęli się w Wieczerniku, by rozważyć teologiczny problem, czy Pan Jezus zmartwychwstał. Zabarykadowali się tam, ponieważ truchleli z niepokoju o swoje życie. Jezus tchnął na nich, polecając, by przyjęli Ducha Świętego, Pocieszyciela. Bez Niego nie ma co próbować dalej kochać czy żyć jak Jezus. Przyjęcie Ducha prowadzi bezpośrednio do pragnienia kochania, troszczenia się o innych, przebaczania im, gdy nas skrzywdzili.

    – To ustanowienie sakramentu pojednania. Jeszcze zanim Bóg wyleje Ducha na cały Kościół pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu, przekazuje władzę rozgrzeszania ustanowionym przez obrzęd konsekracji kilka dni wcześniej kapłanom – dopowiada ks. prof. Rosik. – Gdy Mojżesz z namaszczenia Bożego konsekrował pierwszych kapłanów: Aarona, Nadaba i Abihu, nakazał im rytualne obmycie. Według niektórych biblistów chodziło o obmycie całego ciała, według innych jedynie o obmycie nóg. Nawet jeśli konsekracja starotestamenowych kapłanów rozpoczynała się od obmycia całego ciała, w przypadku apostołów wystarczyło obmycie nóg. Sam Jezus stwierdza, że apostołowie są czyści dzięki Jego słowu, a obmytemu wystarczy jedynie umyć nogi.

    W Wielki Czwartek Jezus konsekruje kapłanów Nowego Przymierza, a w Niedzielę Zmartwychwstania ustanawia sakrament pojednania. Siedem tygodni później ten sam Duch ogarnie wszystkich przyjmujących wiarę w Zmartwychwstałego.

    – Od lat modlę się gorąco, żeby spłynęło na mnie łaską to zdanie: „Weźmijcie Ducha Świętego. Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” – szczerze opowiada o. Tomasz Nowak. – Wierzę, że spowiedź to zesłanie Ducha Świętego i że Bóg udziela proroczych darów zarówno temu, który spowiada, jak i temu, który przystępuje do spowiedzi. Jeżeli zapraszamy Ducha Świętego, jesteśmy otwarci na Jego słowa, to On ma szansę działać. O to się modlę i to zawierzam: żeby każde słowo, które wypowiem, było zdolne nawrócić czyjeś serce.

    Bądź jak gąbka!

    Opisane przez Łukasza i Jana „zstąpienia” Ducha Świętego są dla nas przypomnieniem, by przyjmować Go nieustannie i dbać o pielęgnowanie tej relacji. Jasne, że przez chrzest i bierzmowanie jesteśmy w Nim zanurzeni, ale jak mawiał nieodżałowany ojciec Jan Góra: „Widać, że wody chrzcielne jeszcze nie wszędzie dotarły”.

    Znakomicie opisuje ten stan s. Bogna Młynarz: „Obiektywnie mamy już wszystko: Duch już przyszedł. Doświadczamy jednak napięcia pomiędzy tym, co jest obiektywną rzeczywistością, a naszym subiektywnym doświadczeniem. Żyjemy po zesłaniu Ducha. Obiektywnie: i łaska, i wszystko, co potrzebne do zbawienia, są już naszym udziałem, mamy wszystkie dary i charyzmaty. To rzeczywistość obiektywna i niezmienna. Ale patrząc od strony naszego doświadczenia, wszystko dopiero »się dzieje«. Jesteśmy w trakcie procesu nasiąkania tą Bożą rzeczywistością. Wyobraź sobie, że wkładasz do wody kamień i gąbkę. Obiektywnie są one tak samo zanurzone i oblane wodą, ale do głębi kamienia nie przenika ani kropla, a gąbka ją chłonie. Mamy być jak gąbka. Stopniowo nasiąkać Duchem”. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 rzeczy, które warto wiedzieć o uroczystości Zesłania Ducha Świętego

    (Dnalor 01, CC BY-SA 3.0 AT , via Wikimedia Commons)

    *******

    W chwili Zesłania Ducha Świętego narodził się Kościół. Apostołowie na których zstąpiła Trzecia Osoba Boska, otrzymali taką moc, że przez ich głoszenie Ewangelii nawracały się tysiące, działy się cuda, zdolni byli oddać życie za wiarę w Chrystusa. Kościół wskazuje Zesłanie Ducha Świętego jako trzecią najważniejszą uroczystość w kalendarzu liturgicznym.

    1.Zesłanie Ducha Świętego to czas narodzin Kościoła

    Uroczystość Zesłania Ducha Świętego celebrowana jest w Kościele, zgodnie z opisem tego wydarzenia zawartym w Dziejach Apostolskich, 50 dni po Zmartwychwstaniu Chrystusa.  Dlatego też uroczystość ta nazywa się Pięćdziesiątnicą. Jej polska nazwa pochodzi od greckiego słowa Pentecostes. Zesłanie Ducha Świętego nazywane jest również w Polsce „Zielonymi świątkami”. A to z powodu radosnego okresu zielenienia się i kwitnienia przyrody wraz z przyjściem wiosny, co obficie dzieje się o tej porze roku.

    2.Zesłanie Ducha Świętego a Żydzi

    W dzień Pięćdziesiątnicy wypada żydowskie święto Szawuot, czyli „Święto tygodni”. Jest to święto o charakterze rolniczym, którym uroczyście, z Bożym błogosławieństwem, rozpoczynano zbiory pszenicy i składano chleby ofiarne. Dlatego podczas Zesłania Ducha Świętego w Jerozolimie było mnóstwo Żydów, przybyłych tu z różnych stron świata. „Przebywali wtedy w Jeruzalem pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem” – pisze św. Łukasz (Dz 2,5). Z tych właśnie Dziejów Apostolskich, napisanych przez ewangelistę św. Łukasza, dowiadujemy się również, że zesłanie Ducha Świętego miało miejsce w wieczerniku, czyli tam gdzie Jezus spożywał ze swoimi uczniami ostatnią wieczerzę, ustanowił kapłaństwo i Eucharystię.

    Wyniki badań archeologicznych z dużym prawdopodobieństwem wskazują, iż wieczernik znajdował się na piętrze budynku, który wzniesiono na grobie króla Dawida. Nie przypadkiem więc w tym miejscu zaczyna się historia Kościoła, który Duch Święty prowadził i prowadzić będzie aż do końca tego świata.

    3.Antywieża Babel

    Przyjście Ducha Świętego w Pięćdziesiątnicę było wypełnieniem obietnicy Chrystusa, zapowiedzianej apostołom  – „Gdy przyjdzie Duch Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o Mnie” (J 15,26). W wieczerniku zgromadzeni byli wówczas apostołowie wraz z Maryją.

    Święty Łukasz opisując scenę zstąpienia Ducha Świętego wyraźnie nawiązuje, a jednocześnie przeciwstawia ją starotestamentalnej opowieści o wieży Babel. W opowieści tej budowniczowie wieży również nagle, w sposób cudowny, zaczęli mówić różnymi językami. Jednak w przeciwieństwie do apostołów, to ich poróżniło, gdyż jeden przestał rozumieć drugiego. Właśnie to rozbiło wspólnotę budujących, którzy wznosili swoją budowlę przeciw Bogu.

    Apostołowie, kiedy otrzymali od Ducha Świętego dar języków, pomimo tego, że każdy mówił innym, doskonale się rozumieli. Rozumieli też Żydów, którzy przybyli do Jerozolimy na święto Szawuot z różnych stron świata i również mówili w wielu językach. Żydzi też ich rozumieli „Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak [tamci] przemawiali w jego własnym języku. «Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami?» – mówili pełni zdumienia i podziwu. «Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? (Dz,2,6-8). Apostołów przede wszystkim różniło od budowniczych wieży Babel to, że w darze języków nie chwalili oni siebie i swe dokonania, ale „wielkie dzieła Boże”.   

    4.Moc otrzymana z wysoka

    W Łukaszowym opisie Zesłania Ducha Świętego czytamy „Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też jakby języki ognia, które się rozdzielały, i na każdym z nich spoczął i wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić”. (Dz 2, 2-4)

    Ludzie stojący na zewnątrz wieczernika musieli zostać poruszeni tym co działo się w jego wnętrzu. Bowiem, jak dowiadujemy się od św. Łukasza, „zbiegli się tłumnie i zdumieli” (Dz. 2,6). Poczuli, że w wieczerniku dzieje się coś nadzwyczajnego. A Duch Święty działał tam na apostołów i Maryję z wielką mocą. Musiało to być zauważalne w ich zachowaniu skoro, niektóre osoby z zewnątrz, patrząc na nich, a nie rozumiejąc co się dzieje, drwili – „upili się młodym winem”. Drwiny jednak zamilkły, kiedy apostołowie wyszli z wieczernika i zaczęli głosić Ewangelię. Moc, z którą to robili musiała być ogromna, skoro tego dnia, jak pisze św. Łukasz, nawróciło się i ochrzciło około 3 tysiące osób.

    Przemiana apostołów po zesłaniu Ducha Świętego nie była tymczasowa, ale stała. Od tego momentu z odwagą wychodzą oni z wieczernika i idą w różne miejsca świata głosić Chrystusa. Ich działalności ewangelizacyjnej towarzyszą cuda. Miłość apostołów do Boga, za sprawą Ducha Świętego, staje się tak mocna, że niemal wszyscy, głosząc Ewangelię, oddają życie za wiarę w Chrystusa. 

    5.Dary Ducha Świętego są dla wszystkich wierzących   

    Z darów Ducha Świętego mogą korzystać wszyscy członkowie Kościoła. Świadczy o tym sakrament bierzmowania, który przyjmuje się w młodym wieku, aby według wiary katolickiej żyć i być mężnym wyznawcą Chrystusa. Sama nazwa bierzmowanie pochodzi od dawnego polskiego słowa „bierzmo”, którym nazywało się mocną, drewnianą belkę wzmacniającą strop w budynkach. Tak właśnie przyjęcie Ducha Świętego ma wzmocnić wiarę chrześcijanina. Jak wiemy przyjmując sercem Ducha Świętego otrzymujemy od Niego 7 darów – mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej. Jakże ważne i potrzebne są one, aby móc żyć według Ewangelii. Dzięki tym darom kształtujemy siebie na obraz i podobieństwo Boga.

    6.Wielka ranga uroczystości

    Uroczystość Zesłania Ducha Świętego jest jednym z najstarszych świąt w Kościele. Obchodzona była już w czasach apostolskich. W pierwszych wiekach w wigilię tej uroczystości udzielano chrztu katechumenom. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego posiadała wtedy praktycznie tę samą rangę, co uroczystość Paschy. „Syn Boży i Duch Święty to dwie ręce Boga Ojca działające w świecie”- pisał św. Ireneusz.

    Dzień Zesłania Ducha Świętego na Apostołów pierwotny Kościół obchodził uroczyście i radośnie, gdyż uważał go za dzień swoich narodzin. Wtedy to bowiem powstała w Jerozolimie pierwsza zorganizowana gmina chrześcijańska (jakby parafia). Odtąd Kościół, z pomocą Ducha Świętego, począł szerzyć i rozwijać, zakładać nowe gminy w Samarii, Damaszku, Liddzie nadmorskiej, w Cezarei i w Jaffie, a nawet w odległej Antiochii, gdzie po raz pierwszy wyznawców Chrystusa nazwano chrześcijanami.

    W średniowieczu w czasie obchodów uroczystości Zesłania Ducha Świętego istniał zwyczaj rzucania z sufitu kościoła, w trakcie odprawiania Mszy św., róż i innych kwiatów symbolizujących dary Ducha Świętego. W bazylikach i katedrach w czasie uroczystości wypuszczano z klatek gołębie – symbol Ducha Świętego. Znaną modlitwą, autorstwa mnicha Hrabanusa Maurusa, powstałą we wczesnym średniowieczu, jest hymn „O Stworzycielu Duchu, przyjdź”. Odmawiając go w uroczystość Zesłania Ducha Świętego można dostąpić odpustu zupełnego, pod zwykłymi warunkami.

    Dla lepszego przygotowania do tego święta papież Leon XIII (1903 r) wprowadził nowennę, czyli dziewięciodniowe przygotowanie modlitewne na przyjście Ducha Świętego.

    7.Zielone Świątki i świeckie tradycje

    Dawniej Zesłania Ducha Świętego obchodziło się bardziej uroczyście. Kościół wyznacza je jako trzecią najważniejszą uroczystość w kalendarzu liturgicznym. Jeszcze do czasu wojny w Polsce uroczystość tę świętowano przez dwa dni wolne od pracy. Dopiero ateistyczne władze komunistyczne to zmieniły. W zależności od regionu Polski „Zielone Świątki” nazywane były dawniej również Sobótkami (południowa Polska) lub Palinockami (Podlasie). Zielone Świątki kończyły okres wzmożonej pracy na roli, czyli zasiewania i obsadzania pól. Rolnicy wychodzili w pole oglądając swe zboża i sady. Zesłanie Ducha Świętego w miastach również obchodzono wesoło. W Warszawie znane były zielonoświąteczne zabawy na Bielanach, o których gazeta Wiadomości Warszawskie z 1766 r. donosiła „Z rozkazu JKMMości na Bielanach był bal tak wspaniały, jakiego tu nie pamiętają. Wschody od Wisły na górę, różne bramy, teatr i machiny nowo wystawione, rzęsistym ogniem i piękną inwencją iluminowane, przedziwny ukazywały widok…”.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 29 MAJA – DRUGI DZIEŃ ZIELONYCH ŚWIĄT

    UROCZYSTOŚĆ NMP MATKI KOŚCIOŁA

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 10.00

    ____________________________________________________________________

    Dlaczego Maryja jest Matką Kościoła?

    I jaka jest tu rola Polski?

    źródło: Wikimedia Commons

    ***

    Od roku 2018 w poniedziałek przypadający po uroczystości Zesłania Ducha Świętego w całym Kościele powszechnym obchodzimy święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła. Kościół w Polsce obchodzi to święto nieco dłużej, bo już od 1971 roku. 

    Dlaczego to maryjne święto przypada właśnie dzień po tak ważnej uroczystości? Otóż w dzień Zesłania Ducha Świętego rozpoczęła się działalność Kościoła – tak uczy Pismo i Tradycja. Co wspólnego z tym ma Maryja? Otóż – jak czytamy w Dziejach Apostolskich – w momencie Zesłania Ducha Świętego w Wieczerniku obecni byli wszyscy Apostołowie, którzy „trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego” (Dz 1, 14).

    Święto wcześniej obchodzono w Polsce

    Dla nas Polaków, Święto Maryi Matki Kościoła, zostało wprowadzone do polskiego kalendarza liturgicznego już 4 maja 1971 r.! Co więcej, wcześniej, polscy biskupi złożyli na ręce ówczesnego papieża Pawła VI memoriał z prośbą o ogłoszenie Maryi Matką Kościoła i oddanie ponowne Jej macierzyńskiemu Sercu całej rodziny ludzkiej. Prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński, w imieniu 70 biskupów polskich w dniu 16 września 1964 roku, podczas trzeciej sesji soborowej, wygłosił przemówienie, uzasadniając konieczność ogłoszenia Maryi Matką Kościoła. 21 listopada 1964 r., papież Paweł VI ogłosił Maryję Matką Kościoła i powierzył Jej cały rodzaj ludzki.

    Kto pierwszy nazwał Maryję Matką Kościoła?

    Matkę Bożą tytułowano Matką Kościoła już w czwartym wieku, kiedy to mianem Mater Ecclesiae określił ją święty Ambroży, jeden z doktorów Kościoła. Tradycja zawsze wskazywała na szczególną rolę Maryi w życiu pierwszych Apostołów i wyznawców Chrystusa.

    Dlaczego Jej wiara jest wyjątkowa?

    W tekście „Dlaczego sobota poświęcona jest Maryi” Plinio Correa de Oliveria wskazał, że w Wielką Sobotę, Matka Boża „pozostawała jedynym stworzeniem na całej powierzchni Ziemi posiadającym wiarę, najpełniejszą wiarę bez cienia wątpliwości. Była to zupełna pewność i bolesne oczekiwanie z powodu grzechu, który został popełniony, ale była to też bardzo spokojna wiara – pewna nadchodzącego zwycięstwa. (…) Ponieważ tylko ona reprezentowała tego dnia wiarę, możemy powiedzieć, że gdyby tego nie uczyniła, świat by się skończył, ponieważ świat nie może istnieć bez wiary. Tylko godna podziwu wiara Matki Bożej podtrzymywała wówczas świat i dała ciągłość obietnicom Ewangelii”. A któż ma podtrzymywać Wiarę, jeśli nie Kościół?

    Co mówi Katechizm?

    Najlepiej wyjaśnia to Katechizm Kościoła Katolickiego (964-970), powołując się na konstytucję Lumen gentium:

    Błogosławiona Dziewica szła naprzód w pielgrzymce wiary i utrzymała wiernie swoje zjednoczenie z Synem aż do krzyża, przy którym nie bez postanowienia Bożego stanęła, najgłębiej ze swoim Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem, z miłością godząc się, aby doznała ofiarniczego wyniszczenia żertwa z Niej zrodzona; a wreszcie przez tegoż Jezusa Chrystusa umierającego na krzyżu oddana została uczniowi jako matka tymi słowami: „Niewiasto, oto syn Twój” (J 19, 26-27).

    Po Wniebowstąpieniu swego Syna „modlitwami swymi wspierała początki Kościoła”. Razem z Apostołami i kilkoma kobietami widzimy „także Maryję błagającą w modlitwach o dar Ducha, który podczas Zwiastowania już Ją był zacienił”.

    Przez całkowite przylgnięcie do woli Ojca, do odkupieńczego dzieła swego Syna, do każdego natchnienia Ducha Świętego, Maryja Dziewica jest dla Kościoła wzorem wiary i miłości. Przez to właśnie jest Ona „najznakomitszym i całkiem szczególnym członkiem Kościoła”; Maryja jest „figurą” Kościoła (typus Ecclesiae).

    Rola Maryi w stosunku do Kościoła i całej ludzkości ma jeszcze inny wymiar. „W szczególny zaiste sposób współpracowała z dziełem Zbawiciela przez wiarę, nadzieję i miłość żarliwą dla odnowienia nadprzyrodzonego życia dusz ludzkich. Dlatego to stała się nam Matką w porządku łaski. To macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie, poczynając od aktu zgody, którą przy Zwiastowaniu wiernie wyraziła i którą zachowała bez wahania pod krzyżem, aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych. Albowiem wzięta do nieba, nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo ustawicznie zjednuje nam dary zbawienia wiecznego… Dlatego to do Błogosławionej Dziewicy stosuje się w Kościele tytuły: Orędowniczki, Wspomożycielki, Pomocnicy, Pośredniczki.

    Macierzyńska zaś rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc. Cały bowiem wpływ zbawienny Błogosławionej Dziewicy na ludzi… wywodzi się z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależny i z niego czerpie całą moc swoją.

    źródło: ncregister.com/malk/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Benedykt XVI: Bez Maryi nie ma Kościoła

    fot. SICDAMNOME via Wikipedia, CC 4.0

    ***

    Benedykt XVI: Bez Maryi nie ma Kościoła

    – W tym kontekście oczekiwania, między wniebowstąpieniem i zesłaniem Ducha Świętego, św. Łukasz po raz ostatni wspomina o Maryi, Matce Jezusa, i Jego rodzinie (w. 14). Maryi poświęcił początek swojej Ewangelii, od zwiastowania anielskiego do narodzin i dzieciństwa Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Z Maryją rozpoczyna się ziemskie życie Jezusa i z Maryją pierwsze kroki stawia Kościół; w obu tych momentach panuje klimat słuchania Boga, skupienia – powiedział papież Benedykt XVI podczas audiencji generalnej 14 III 2012 roku.

    Drodzy bracia i siostry!

    W dzisiejszej katechezie chciałbym zacząć omawianie modlitwy w Dziejach Apostolskich i w Listach św. Pawła. Św. Łukasz przekazał nam, jak wiemy, jedną z czterech Ewangelii, poświęconą ziemskiemu życiu Jezusa, ale pozostawił nam też dzieło, które nazywane jest pierwszą księgą historii Kościoła, czyli Dzieje Apostolskie. W obu tych księgach jednym z elementów często się powtarzających jest właśnie modlitwa — od modlitwy Jezusa po modlitwę Maryi, uczniów, niewiast i wspólnoty chrześcijańskiej. Początkowy rytm życia Kościoła wyznaczany jest przede wszystkim przez działanie Ducha Świętego, który przemienia apostołów w świadków Zmartwychwstałego, aż do przelania krwi, oraz przez szybkie rozprzestrzenianie się Słowa Bożego na Wschód i na Zachód. Zanim jednak rozpowszechni się głoszenie Ewangelii, Łukasz opowiada epizod wniebowstąpienia Zmartwychwstałego (por. Dz 1, 6-9). Pan przekazuje uczniom program życia poświęconego ewangelizacji, mówiąc: «Gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jeruzalem i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi» (Dz 1, 8). W Jerozolimie apostołowie, których po zdradzie Judasza Iskarioty pozostało jedenastu, zgromadzili się w domu, aby się modlić, i właśnie na modlitwie oczekiwali na obiecany przez zmartwychwstałego Chrystusa dar — Ducha Świętego.

    W tym kontekście oczekiwania, między wniebowstąpieniem i zesłaniem Ducha Świętego, św. Łukasz po raz ostatni wspomina o Maryi, Matce Jezusa, i Jego rodzinie (w. 14). Maryi poświęcił początek swojej Ewangelii, od zwiastowania anielskiego do narodzin i dzieciństwa Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Z Maryją rozpoczyna się ziemskie życie Jezusa i z Maryją pierwsze kroki stawia Kościół; w obu tych momentach panuje klimat słuchania Boga, skupienia. Dziś chciałbym zatem omówić tę modlitewną obecność Dziewicy w grupie uczniów, którzy będą stanowili rodzący się pierwotny Kościół. Maryja w nierzucający się w oczy sposób śledziła całą drogę, jaką Syn pokonał w swoim życiu publicznym, i doszła za Nim aż pod krzyż, a teraz cichą modlitwą towarzyszy w drodze Kościołowi. Podczas zwiastowania Maryja przyjmuje w domu w Nazarecie anioła posłanego przez Boga, uważnie słucha jego słów, bierze je sobie do serca i akceptuje Boży plan z pełną gotowością: «Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego» (por. Łk 1, 38). Właśnie dzięki wewnętrznemu nastawieniu na słuchanie Maryja potrafi odczytać swoją historię, z pokorą rozpoznając działanie Pana. Odwiedzając swą krewną Elżbietę, w modlitwie uwielbienia i radości wysławia Bożą łaskę, która napełniła Jej serce i życie i uczyniła z Niej Matkę Pana (por. Łk 1, 46–55). Uwielbienie, dziękczynienie, radość: w kantyku Magnificat Maryja mówi nie tylko o tym, co Bóg uczynił w Niej, ale i o tym, czego dokonał i wciąż dokonuje w historii. Św. Ambroży w słynnym komentarzu do Magnificat wzywa do tego, by modlić się w tym samym duchu, pisząc: «Niech w każdym będzie dusza Maryi, by wielbić Pana; niech w każdym będzie duch Maryi, by się radować w Bogu» (Expositio Evangelii secundum Lucam [ Wy k ład Ewangelii według św. Łukasza] 2, 26: PL 15, 1561).

    Również w Wieczerniku w Jerozolimie, w «sali na górze, gdzie przebywali» uczniowie Jezusa (por. Dz 1, 13), w klimacie słuchania i modlitwy, Ona jest z nimi, zanim otworzą się drzwi i zaczną oni głosić Chrystusa Pana wszystkim narodom, ucząc je zachowywać wszystko, co On im przykazał (por. Mt 28, 19-20). Etapy drogi Maryi, z domu w Nazarecie do domu w Jerozolimie, przez krzyż, z którego Syn powierza Jej apostoła Jana, cechuje umiejętność utrzymywania klimatu skupienia, by rozważać każde wydarzenie w ciszy własnego serca, przed Bogiem (por. Łk 2, 19-51), i w medytacji przed Bogiem zrozumieć również Jego wolę oraz rozwinąć zdolność wewnętrznego jej zaakceptowania. Zaznaczenie obecności Matki Boga wśród Jedenastu, po wniebowstąpieniu, nie jest zatem zwykłą wzmianką historyczną o czymś z przeszłości, lecz ma ogromne znaczenie, bo dzieli Ona z nimi rzecz najcenniejszą: pamięć o Jezusie w modlitwie; dzieli tę misję Jezusową, którą jest zachowywanie pamięci o Jezusie, a tym samym zachowywanie Jego obecności.

    Po raz ostatni Maryja pojawia się w dwóch dziełach św. Łukasza w sobotę: w dniu odpoczynku Boga po stworzeniu świata, w dniu ciszy po śmierci Jezusa i oczekiwania na Jego zmartwychwstanie. Z tego epizodu wywodzi się tradycja wspominania Matki Bożej w sobotę. Między wniebowstąpieniem Zmartwychwstałego i pierwszą Pięćdziesiątnicą chrześcijańską apostołowie i Kościół gromadzą się z Maryją, by z Nią czekać na dar Ducha Świętego, bez którego nie można zostać świadkiem. Ona, która już Go otrzymała, by zrodzić Wcielone Słowo, dzieli z całym Kościołem oczekiwanie na ten dar, aby w sercu każdego wierzącego «ukształtował się Chrystus» (por. Ga 4, 19). Jeśli nie ma Kościoła bez zesłania Ducha Świętego, to i nie ma zesłania Ducha Świętego bez Matki Jezusa, ponieważ Ona w wyjątkowy sposób żyła tym, czego Kościół doświadcza codziennie za sprawą Ducha Świętego. Św. Chromacjusz z Akwilei w taki sposób komentuje wzmiankę z Dziejów Apostolskich: «Zgromadził się zatem Kościół w sali na górze razem z Maryją, Matką Jezusa, i razem z Jego braćmi. Nie można zatem mówić o Kościele, jeśli nie ma Maryi, Matki Pana… Kościół Chrystusowy jest tam, gdzie głosi się wcielenie Chrystusa w łonie Dziewicy, a tam, gdzie głoszą apostołowie, którzy są braćmi Pana, tam się słucha Ewangelii» (Sermo 30, 1: SC 164, 135).

    Sobór Watykański II w szczególny sposób podkreślił tę więź, której widocznym przejawem jest to, że Maryja modli się z apostołami w tym samym miejscu, w oczekiwaniu na Ducha Świętego. Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium stwierdza : «Kiedy zaś spodobało się Bogu uroczyście objawić tajemnice ludzkiego zbawienia, nie wcześniej niż ześle obiecanego przez Chrystusa Ducha, widzimy Apostołów przed dniem Pięćdziesiątnicy ‘trwających jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego’ (Dz 1, 14), a także Maryję błagającą modlitwami o dar Ducha, który okrył Ją już cieniem podczas zwiastowania» (n. 59). Uprzywilejowanym miejscem Maryi jest Kościół, gdzie uznana jest za «najznakomitszego i całkiem szczególnego członka… typiczne wyobrażenie i najdoskonalszy wzór w wierze i miłości» (tamże, 53).

    Oddawanie czci Matce Bożej w Kościele znaczy również, że uczymy się od Niej, jak być wspólnotą, która się modli: jest to jeden z istotnych aspektów pierwszego opisu wspólnoty chrześcijańskiej, zawartego w Dziejach Apostolskich (por. 2, 42). Często modlitwa podyktowana jest przez trudne sytuacje, przez problemy osobiste, które powodują, że zwracamy się do Pana w poszukiwaniu światła, pociechy i pomocy. Maryja zachęca, by poszerzać zakres modlitwy, by zwracać się do Boga nie tylko w potrzebie i nie tylko we własnych intencjach, lecz w sposób jednomyślny, wytrwały, wierny, «jednym duchem i jednym sercem» (por. Dz 4, 32).

    Drodzy przyjaciele, w życiu ludzkim jest wiele różnych faz przejściowych, często trudnych i wymagających wysiłku, kiedy potrzebne są zobowiązujące wybory, wyrzeczenia i ofiary. Matka Jezusa z woli Pana była obecna w decydujących momentach historii zbawienia i zawsze potrafiła odpowiedzieć z pełną gotowością, dzięki głębokiej więzi z Bogiem, która dojrzewała w wytrwałej i żarliwej modlitwie. W okresie między piątkiem męki i niedzielą zmartwychwstania został Jej powierzony umiłowany uczeń, a wraz z nim cała wspólnota uczniów (por. J 19, 26). Między wniebowstąpieniem i zesłaniem Ducha Świętego była Ona z modlącym się Kościołem i w nim (por. Dz 1, 14). Matka Boga i Matka Kościoła, Maryja trwa w macierzyństwie do końca dziejów. Zawierzajmy Jej każdą fazę przejściową naszego życia indywidualnego i kościelnego, a przede wszystkim nasze ostatnie przejście. Maryja uczy nas, że modlitwa jest potrzebna, i ukazuje, że tylko dzięki stałej więzi, głębokiej, pełnej miłości do Jej Syna możemy wyjść z «naszego domu», z nas samych, z odwagą, by dotrzeć na krańce świata i głosić wszędzie Pana Jezusa, Zbawiciela świata. Dziękuję.

    Benedykt XVI, audiencja generalna, 14 III 2012

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 maja 1981: zamach na Jana Pawła II wydarzył się w miejscu niezwykle symbolicznym

      • fot. Beata Zajączkowska

    ***

    Papież był przekonany, że to Maryja uratowała mu życie, stąd też, gdy pracownicy Watykanu powiedzieli mu, że chcieliby upamiętnić jego ocalenie, poprosił, by na placu św. Piotra w widocznym dla wszystkich miejscu pojawił się wizerunek Matki Bożej.

    Symboliczne miejsce

    Przed zamachem na Jana Pawła II na placu św. Piotra nie było ani jednego wizerunku Maryi. Pierwszy – i jak dotąd jedyny – pojawił się tam jako wotum dziękczynne za ocalenie papieża Polaka.

    „Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulą” – mówił tuż po zamachu Jan Paweł II. Przelał krew w miejscu niezwykle symbolicznym. Tu bowiem mieścił się starożytny cyrk Nerona, gdzie za Chrystusa ginęli pierwsi chrześcijanie.Nieopodal został ukrzyżowany św. Piotr.

    O miejscu zamachu przypomina wtopiona w kostkę brukową niewielka marmurowa płyta z herbem papieża Polaka i datą – 13 maja 1981 roku. Niejednokrotnie można zobaczyć w tym miejscu modlących się pielgrzymów i leżące na płycie kwiaty.

    Ojciec Święty był przekonany, że to Maryja uratowała mu życie, stąd też, gdy pracownicy Watykanu powiedzieli mu, że chcieliby upamiętnić jego ocalenie, poprosił, by na placu św. Piotra w widocznym dla wszystkich miejscu pojawił się wizerunek Matki Bożej.

    Gdzie Maryja na placu św. Piotra?

    Była to też odpowiedź na przytyk, jaki Jan Paweł II usłyszał rok przed zamachem w czasie spotkania z młodzieżą. Jeden z chłopców zauważył wówczas nieobecność Maryi na placu przed bazyliką watykańską, choć już wtedy znajdowały się tam figury Zbawiciela, wszystkich apostołów i 140 świętych, widocznych na kolumnadzie. Jan Paweł II obiecał wówczas temu zaradzić, a inicjatywa pracowników stała się ku temu sposobną okazją.

    Dziś trudno sobie wyobrazić Watykan bez wizerunku Matki Bożej z Dzieciątkiem. Znajduje się na nim herb Jana Pawła II i jego zawołanie Totus Tuus, a pod spodem napis po łacinie Mater Ecclesiae. By ten maryjny wizerunek pojawił się na placu, trzeba było jednak najpierw pokonać opór architektów, którzy nie chcieli pozwolić na wprowadzenie najmniejszej zmiany w wyglądzie tego miejsca. W końcu ulegli jednak stanowczej prośbie Wojtyły i ostatecznie mozaiką przysłonięto jedno z okien Pałacu Apostolskiego.

    Mater Ecclesiae

    Choć z dołu wygląda niepozornie, ma jednak ponad dwa i pół metra wysokości! Jest to kopia fresku widniejącego na jednej z kolumn dawnej bazyliki konstantyńskiej, który udało się szczęśliwie ocalić.

    Widniejąca na nim Matka Boża otrzymała tytuł Mater Ecclesiae, tj. «Matki Kościoła», na pamiątkę historycznego wydarzenia z 21 listopada 1964 roku, kiedy to w czasie trwającego wówczas II Soboru Watykańskiego Paweł VI ogłosił Maryję Matką Kościoła. Wielkimi i niestrudzonymi orędownikami przyznania Matce Bożej tego tytułu byli biskupi polscy, w tym szczególnie Prymas Tysiąclecia – podkreśla ks. Arkadiusz Nocoń z Kongregacji ds. Kultu Bożego.

    Mozaikę poświęcił Jan Paweł II 8 grudnia 1981 roku, prosząc, by pomagała ona każdemu, kto przyjdzie na plac, „podnieść wzrok ku Maryi i z dziecięcym oddaniem skierować do Niej swoją modlitwę”.

    Fatima jest też obecna w najbardziej maryjnym zakątku Watykanu, jakim bez wątpienia są papieskie ogrody. Umieszczono tam figurkę Maryi wyciągającej pomocne dłonie ku trojgu pastuszkom.

    Z polskiej perspektywy warto też przypomnieć, że wyruszającym w kolejne podróże papieżom błogosławi Matka Boska Częstochowska. Przy lądowisku helikopterów stoi unikatowa w skali światowej rzeźba Królowej Polski, ofiarowana przez paulinów.

    Zresztą Państwo Miasto Watykan, bo tak brzmi oficjalna nazwa tego najmniejszego państwa świata, jest od swych początków wyjątkowo maryjne i naznaczone także objawieniami z Lourdes. W obecnym kształcie powstało na mocy traktatów laterańskich podpisanych 11 lutego 1929 roku. Mało kto jednak pamięta, że 71 lat wcześniej, właśnie tego dnia, miały miejsce pierwsze objawienia maryjne w Lourdes.

    Pius XI, który podpisał traktaty, kazał też umieścić na fasadzie Pałacu Gubernatoratu, będącego swoistym odpowiednikiem ministerstwa spraw wewnętrznych, figurę Niepokalanej, która chroni w swych matczynych ramionach całe państwo. Maryjne wizerunki w papieskich ogrodach opowiadają historię Kościoła i świadczą o matczynym działaniu Maryi w jego dziejach.

    Beata Zajączkowska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 30 MAJA

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 19.00

    ______________________________________________________________________________

    Czas wielkanocnej spowiedzi trwa od

    Środy Popielcowej (22 lutego 2023)

    do Niedzieli Trójcy Świętej (4 czerwca 2023)

    Spowiedź wielkanocna

    Katechizm Kościoła Katolickiego zaznacza, że w okresie wielkanocnym należy przyjąć Komunię Świętą. Nie przyjęcie Komunii Świętej w czasie wielkanocnym jest grzechem ciężkim.

    O obowiązku przystąpienia do sakramentu spowiedzi wielkanocnej przypomina trzecie przykazanie kościelne.

    Warunków dobrej spowiedzi świetej:

    • Rachunek sumienia
    • Żal za grzechy
    • Mocne postanowienie poprawy
    • Szczera spowiedź
    • Zadośćuczynienie

    Po spełnieniu powyższych warunków można uznać sakrament spowiedzi świętej czyli sakrament pojednania z Bogiem i z Kościołem za ważny i pełnowartościowy.

    1. Rachunek sumienia

    Pierwszym z pięciu warunków dobrej spowiedzi jest rachunek sumienia. Stanowi on podstawę przygotowania do sakramentu, ponieważ poprzez wykonanie go, wierni uświadamiają sobie i przypominają, jakie grzechy popełnili od czasu ostatniej spowiedzi. Rachunek sumienia może być przeprowadzany przy pomocy specjalnej książeczki, modlitewnika, rozważań na temat Dekalogu lub z użyciem Pisma Świętego. Rachunek sumienia musi być dostosowany do konkretnego wieku i stylu życia osoby, ponieważ inaczej sformułowane będą pytania do dzieci, rodziców, studentów czy pracowników. Pomocne w tym przypadku mogą okazać się internetowe wersje rachunku sumienia.

    2. Żal za grzechy

    Kolejnym warunkiem dobrej spowiedzi jest żal za grzechy. Jest on kontynuacją pierwszego warunku, ponieważ po wykonanym rachunku sumienia, wierni powinni poczuć szczery żal za grzechy. Bez niego spowiedź nie będzie ważna, gdyż bez żalu i skruchy za wyrządzone krzywdy, nie można otrzymać rozgrzeszenia.

    3. Mocne postanowienie poprawy

    Następny krok to mocne postanowienie poprawy, które jest trzecim warunkiem dobrej spowiedzi. Powinno ono iść w parze z żalem za grzechy. Tak samo, jak w jego przypadku, jeśli w duszy wiernego zabraknie chęci poprawy, to spowiedź będzie nieważna. Chrześcijanie muszą nie tylko żałować tego, co zrobili źle, ale również powinni chcieć czynić dobro i naprawiać to, co w przeszłości skierowało ich na złą ścieżkę. Ważna jest tu również chęć walki z własnymi słabościami.

    4. Wyznanie grzechów

    Czwartym warunkiem dobrej spowiedzi jest wyznanie grzechów, czyli wizyta przy konfesjonale. Po podejściu do spowiednika wypowiada się określoną formułę, a następnie wierny przystępuje do wyznania swoich grzechów.

    5. Zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu

    Ostatnim z pięciu warunków dobrej spowiedzi jest zadośćuczynienie Bogu i bliźnim. Związane jest to między innymi z momentem, gdy kapłan podczas spowiedzi udziela rozgrzeszenia i wyznacza konkretną pokutę. Najczęściej pokutą jest określona modlitwa, którą wierny zobowiązuje się odmówić, inaczej jego spowiedź będzie nieważna. W przypadku, gdy wyznawane są również krzywdy wobec bliźnich, to kapłan może jako pokutę wyznaczyć naprawienie wyrządzonego zła lub przeproszenie konkretnej osoby.

    ______________________________________________________________________________

    Rozwód, aborcja, masturbacja, alkoholizm… – Kiedy wierny nie dostanie rozgrzeszenia?

    W sakramencie pokuty i pojednania, katolicy mają możliwość doświadczenia Bożego przebaczenia i uzyskania rozgrzeszenia za swoje grzechy. Sakrament ten jest dla wierzących wyjątkowo ważny, ponieważ pomaga wkroczyć na drogę nawrócenia oraz umożliwia zbudowanie głębszej relacji z Bogiem. Istnieją jednak pewne okoliczności, w których wierny może napotkać trudności w uzyskaniu rozgrzeszenia.

    Sakrament pokuty i pojednania jest zawsze spotkaniem z miłosiernym Bogiem i przystępując do spowiedzi należy zawsze o tym pamiętać. Przede wszystkim petent powinien być szczery i konkretny w wyznawaniu grzechów, co pomaga w głębszym zrozumieniu ich natury i skutków. Wyznanie przewinień jest ważnym elementem, który umożliwia oczyszczenie sumienia i otrzymanie rozgrzeszenia.

    O. Paweł Kowalski SJ, podpowiada, że spojrzenie na grzech nie jako na przestępstwo, ale chorobę, może pomóc w uczciwym podejściu do tej kwestii. – Dla przykładu, kiedy jadę samochodem i zatrzymuje mnie policjant, mam pewną łatwość w formułowaniu wymówek. Mówię, że z pewnością nie przekroczyłem prędkości, że może policjantowi się wydawało, wszystko po to by udowodnić, że jestem niewinny. Tymczasem, kiedy patrzę na grzech jako na chorobę, a na Jezusa jako na lekarza, jest mi dużo łatwiej nazwać rzeczy po imieniu. Bo wiem, że On nie chce mi wlepić mandatu, On chce mnie uzdrowić – wyjaśnił.

    Warto jednak pamiętać, że istnieją pewne warunki, które muszą być spełnione, aby sakrament pojednania mógł być przyjęty skutecznie. Przede wszystkim wierny musi podejść do spowiedzi z prawdziwym żalem za swoje grzechy, mocnym postanowieniem poprawy i dążenia do życia zgodnego z nauką Chrystusa.

    Jak podkreśla jezuita, żeby nie uzyskać rozgrzeszenia trzeba się naprawdę “postarać”. – Dotyczy to osób, które nie chcą porzucić grzechu. Z jednej strony przychodzą, mówią o pewnej sprawie, ale wykluczają, że podejmą jakiekolwiek staranie, aby to zmienić – tłumaczy, dodając, że w tej kwestii liczą się intencje osoby, która się spowiada, a nie skuteczność podjętych działań. – Nie chodzi o to, że człowiek ma przy konfesjonale zagwarantować, że uda mu się wygrać z jakimkolwiek grzechem. Chodzi raczej o to, czy decyduje się zaprosić Boga do tej sytuacji, aby teraz żyć na nowo razem z Nim – zaznaczył o. Kowalski.

    Ks. dr Marek Dziewiecki wyjaśnia, że jedynie biskup lub delegowany przez niego kapłan może rozgrzeszyć z takich grzechów, jak odstępstwo od wiary, zabicie osoby duchownej dokonane z pogardy dla wiary, Kościoła czy posługi kościelnej, usiłowanie odprawienia Mszy świętej, udzielenia rozgrzeszenia lub słuchanie sakramentalnej spowiedzi przez osobę, która nie ma do tego uprawnień; próba zawarcia małżeństwa przez kapłana lub osobę zakonną, przynależność do stowarzyszeń walczących z Kościołem.

    – Stolicy Apostolskiej zastrzeżone są jeszcze cięższe grzechy: znieważenie Najświętszego Sakramentu, zabicie papieża lub przemoc wobec niego, zdrada tajemnicy spowiedzi przez spowiednika, udzielenie lub przyjęcie sakry biskupiej bez zgody Stolicy Apostolskiej, usiłowanie udzielenia rozgrzeszenia wspólnikowi grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu – wyliczył duchowny.

    Spowiednik nie może też udzielić rozgrzeszenia na przykład wtedy, gdy niewierny małżonek przestał wprawdzie cudzołożyć, lecz nie powrócił do żony. – Ślubował bowiem nie tylko wierność, lecz także i to, że do śmierci nie opuści żony/męża – wyjaśnił kapłan, dodając, że jeśli penitent świadomie zatai grzech ciężki, cała spowiedź staje się nieważna.

    Warto podkreślić, że przed 8 grudnia 2015 r. z aborcji mogli rozgrzeszać tylko biskupi. Natomiast papież Franciszek, na czas Roku Świętego (8 grudnia 2015 – 20 listopada 2016), przyznał takie prawo każdemu księdzu, a następnie bezterminowo je przedłużył. – Aby żadna przeszkoda nie stała pomiędzy prośbą o pojednanie a Bożym przebaczeniem, udzielam od tej pory wszystkim kapłanom, na mocy ich posługi, władzy rozgrzeszania osób, które popełniły grzech aborcji – ogłosił wówczas Ojciec Święty. Papież Franciszek podkreślił jednocześnie, że aborcja jest złem. Jego zdaniem nie ma jednak „żadnego grzechu, którego nie mogłoby objąć i zniszczyć Boże miłosierdzie, gdy znajduje serce skruszone, które prosi o pojednanie się z Ojcem”.

    Jednym z problemów jest odmowa rozgrzeszenia, z jaką spotykają się wierni o nieuregulowanym życiu małżeńskim. Zazwyczaj chodzi o osoby po rozwodzie w nowych związkach, żyjące w konkubinacie lub zawierające ślub cywilny. Zgodnie z katolickim nauczaniem, małżeństwo jest sakramentem i uznawane jest za nierozerwalne, więc osoba, która rozstała się z małżonkiem cywilnie, ale nie otrzymała orzeczenia o nieważności swojego kościelnego małżeństwa, uważana jest nadal za małżonka. Papież Franciszek w adhortacji “Amoris laetitia” (Radość miłości), zachęca jednak duszpasterzy do kierowania się “logiką miłosierdzia” wobec rozwodników w nowych związkach i “odpowiedzialnego rozeznania” ich sytuacji oraz cierpienia.

    – Rozwiedzeni, którzy żyją w nowym związku, mogą znaleźć się w bardzo różnych sytuacjach, których nie należy katalogować i podsumować zbyt surowymi stwierdzeniami, nie zostawiając miejsca na właściwe rozeznanie osobiste i duszpasterskie – głosi adhortacja.

    Inną problematyczną kwestią są uzależnienia. Jednym z kryteriów grzechu ciężkiego jest wolność. Natomiast przy uzależnieniach, czy to od tytoniu, alkoholu, pornografii, masturbacji, nie ma mowy o pełnej wolności. Powstaje więc pytanie, czy człowiek uzależniony po każdorazowym grzechu powinien korzystać z sakramentu pokuty.

    – W takich sytuacjach ja proponuję, żeby po pierwsze starać się znaleźć jakiegoś stałego spowiednika. Po drugie ustalić z nim pewien rytm spowiedzi, kiedy człowiek będzie oddawać Chrystusowi swój nałóg. Czyli, w praktyce, żeby spowiadać się np. raz na dwa tygodnie albo raz w miesiącu. Jeżeli nie wystąpią jakieś inne grzechy ciężkie, można w takich okolicznościach normalnie przystępować do Komunii – wyjaśnia o. Kowalski. Zaznacza jednak, że w kwestii nałogów warto nie poprzestawać jedynie na spowiedzi, ale poszukać także konkretnej pomocy w walce z uzależniłem np. terapii czy grupy wsparcia.

    Odroczenie czy odmowa udzielenia rozgrzeszenia to wyjątki od reguły. Spowiednik dokonując tej decyzji musi kierować się nauką i prawem Kościoła i wyłącznie w nich, nie we własnym osądzie, poszukiwać kryterium oceny dyspozycji penitenta. Jeśli nawet dojdzie do tej wyjątkowej sytuacji i wierny nie otrzyma rozgrzeszenia, nie jest to ostatecznie odrzucenie przez Kościół. Wręcz przeciwnie, Kościół zachęca do dalszej refleksji, modlitwy i dążenia do nawrócenia. Kapłan, w swojej roli duchowego przewodnika, może udzielić rady i pomocy w pokonaniu przeszkód, blokujących uzyskanie rozgrzeszenia.

    – Bóg Cię kocha i chce Cię uleczyć z twoich ran. Czasem dajemy się porwać pędowi życia albo nie dowierzamy, że przebaczenie jest możliwe. Jednak prawdziwa ludzka słabość polega na tym, że nie jesteśmy w stanie przekonać Boga, żeby myślał o nas źle – podsumowuje o. Kowalski.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 CZERWCA – I CZWARTEK MIESIĄCA

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    PO MSZY ŚWIETEJ – GODZINA ŚWIĘTA

    *****

    Święto Pana Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana

    Święto Pana Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana obchodzone jest w Polsce od 2013 r. Ma ono przyczynić do świętości życia duchowieństwa oraz być inspiracją do modlitwy o nowe, święte i liczne powołania kapłańskie.
    Decyzję o wprowadzeniu święta podjęli biskupi zgromadzeni na 360. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski w Zakopanem w listopadzie 2012 r. W następstwie tej decyzji, w lutym 2013 r. Watykańska Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zatwierdziła dla Kościoła w Polsce nowe święto oraz zatwierdziła jego coroczne obchody na czwartek po Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.
    Biskupi podkreślają, że święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana, wprowadzone w ostatnich dniach pontyfikatu papieża Benedykta XVI jest dla Kościoła w Polsce niejako jego testamentem duchowym.
    Egzegeza tekstu biblijnego ma prowadzić do modlitwy. Najlepszym zwieńczeniem tych rozważań będzie litania o Chrystusie-Kapłanie, odmawiana niegdyś w seminariach duchownych. Ojciec święty Jan Paweł II w swojej książce Dar i tajemnica poleca nam ją gorąco dla odnowienia żarliwości apostolskiej. Pisze tam między innymi: “W Ofierze Krzyża, upamiętnianej i uobecnianej w każdej Eucharystii, Chrystus ofiaruje siebie za zbawienie świata. Wezwania litanijne wyrażają całe bogactwo tej tajemnicy (…)  Jest w tych wezwaniach zawarte wielkie bogactwo teologicznej wizji kapłaństwa. Litania ta jest głęboko osadzona w Piśmie świętym, a zwłaszcza w “Liście do Hebrajczyków” (Dar i tajemnica, s. 77).

    Niech dzisiejsza uroczystość Pana naszego, Jezusa Chrystusa, który jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem będzie wielką zachętę, aby modlić się za kapłanów, którzy poprzez swoją posługę, przede wszystkim sakramentalną, pomagają nam osiągnąć wieczne zbawienie.

    ************

    Msza święta

    Jezus fot. Lawrence OP
    KAPŁANI.PL

    Antyfona na wejście

    Chrystus, Pośrednik nowego Przymierza, które trwa na wieki, ma Kapłaństwo nieprzemijające – Hbr 7,24; 9,15

    Chwała na wysokości…

    Kolekta

    Boże, Ty dla chwały Twojego majestatu
    i dla zbawienia rodzaju ludzkiego
    ustanowiłeś Jednorodzonego Syna swojego
    Najwyższym i Wiecznym Kapłanem,
    spraw, aby dzięki łasce Ducha Świętego ci,
    których On wybrał jako sługi i szafarzy swoich tajemnic, okazali się wierni w wykonywaniu przyjętego
    urzędu posługiwania.
    Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.
    Amen.

    Czytanie z Księgo Rodzaju – Rdz 22,9-18

    A gdy przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna. Ale wtedy anioł Pana zawołał na niego z nieba i rzekł: „Abrahamie!” A on rzekł: „Oto jestem”. Powiedział mu: „Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna”.

    Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach. Poszedł więc, wziął barana i złożył w ofierze całopalnej zamiast swego syna. I dał Abraham miejscu temu nazwę „Pan widzi”. Stąd to mówi się dzisiaj: „Na wzgórzu Pan się ukazuje”.

    Po czym anioł Pana przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: „Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to, iż nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia na wzór twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu”. Abraham wrócił do swych sług i wyruszywszy razem z nimi w drogę, poszedł do Beer-Szeby. I mieszkał Abraham nadal w Beer-Szebie.
    Oto słowo Boże.

    Psalm 40

    R/ Przychodzę, Boże, pełnić Twoją wolę

    Nie chciałeś ofiary krwawej ani z płodów ziemi,
    lecz otwarłeś mi uszy:
    nie żądałeś całopalenia i ofiary za grzechy.
    Wtedy powiedziałem: „Oto przychodzę. R/

    W zwoju księgi jest o mnie napisane:
    Radością jest dla mnie pełnić Twoją wolę, mój Boże,
    a Twoje prawo mieszka w moim sercu”.
    Głosiłem Twą sprawiedliwość w wielkim zgromadzeniu
    i nie powściągałem warg moich, o czym Ty wiesz,
    Panie. R/

    Sprawiedliwości Twojej nie kryłem w głębi serca,
    głosiłem Twoją wierność i pomoc.
    Nie taiłem Twojej łaski ani Twej wierności
    przed wielkim zgromadzeniem. R/

    Alleluja, alleluja, alleluja. 

    Dla nas Chrystus stał się posłusznym aż do śmierci, a była to śmierć na krzyżu, dlatego Bóg wywyższył Go nad wszystko i dał Mu imię, które jest ponad wszelkie imię. 

    Alleluja, alleluja, alleluja.

    Słowa Ewangelii według św. Mateusza – Mt 26,36-42

    Wtedy przyszedł Jezus z nimi do ogrodu, zwanego Getsemani, i rzekł do uczniów: „Usiądźcie tu, Ja tymczasem odejdę tam i będę się modlił”. Wziąwszy z sobą Piotra i dwóch synów Zebedeusza, począł się smucić i odczuwać trwogę. Wtedy rzekł do nich: „Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną”. I odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich. Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty”.

    Potem przyszedł do uczniów i zastał ich śpiących. Rzekł więc do Piotra: „Tak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”. Powtórnie odszedł i tak się modlił: „Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja”.

    Oto słowo Pańskie.

    Modlitwa nad darami

    Panie Boże, niech nasz Pośrednik, Jezus Chrystus, uczyni te dary miłymi Tobie;
    i wraz z Sobą przedstawi nas jako wdzięczną ofiarę.
    Który żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    Prefacja
    Kapłaństwo Chrystusa i Kościoła

    Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe,
    słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie
    Tobie składali dziękczynienie, Panie, Ojcze święty,
    wszechmogący, wieczny Boże.
    Ty przez namaszczenie Duchem Świętym
    ustanowiłeś Twojego Jednorodzonego Syna Kapłanem nowego i wiecznego przymierza i postanowiłeś,
    że Jego jedyne kapłaństwo będzie trwało w Kościele. Chrystus nie tylko obdarzył cały lud odkupiony królewskim kapłaństwem, lecz w swojej miłości
    dla braci wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie.

    W Jego imieniu odnawiają oni Ofiarę,
    przez którą odkupił ludzi,
    i przygotowują dla Twoich dzieci ucztę paschalną. Otaczają oni miłością Twój lud święty,
    karmią go słowem i umacniają sakramentami. Poświęcając swoje życie dla Ciebie i dla zbawienia braci,
    starają się upodobnić do Chrystusa
    i składają Tobie świadectwo wiary i miłości.
    Dlatego z Aniołami i wszystkimi Świętymi
    wysławiamy Ciebie, z radością wołając:


    Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów.
    Pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej.
    Hosanna na wysokości.
    Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie.
    Hosanna na wysokości.

    Antyfona na Komunię

    Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.

    Modlitwa po Komunii

    Prosimy Cię, Panie, niech święta Hostia,
    którąśmy ofiarowali i przyjęli, odnowi nasze życie, abyśmy nieustannie zjednoczeni z Tobą w miłości, przynosili owoce trwające na wieki.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    __________________________________________________________

    W dzisiejsze święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana wierni modlą się w intencji kapłanów

    “W czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: «Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś.

    Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi.

    Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata.

    Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie.

    Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył, że Ty Mnie posłałeś.

    I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, że Ty Mnie posłałeś i że Ty ich umiłowałeś, tak jak Mnie umiłowałeś.

    Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata.

    Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, że Ty Mnie posłałeś. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich”. (z rozdziału 17 Ewangelii wg św. Jana)

    Czcimy Jezusa Chrystusa, najwyższego i wiecznego Kapłana, ale myślimy o wszystkich kapłanach. Kapłaństwo bierze się przede wszystkim z podziwu wobec majestatu Boga – jak u Izajasza, który wszedłszy do świątyni zobaczył królującego Jahwe; patrząc na Boga, poznaje swój grzech, ale zarazem doznaje miłosierdzia. Natychmiast chce, aby również inni doznali potęgi Bożej miłości, jak i on doznał jej przed chwilą, dlatego na pytanie Boże wyznaje: „Oto ja, poślij mnie”. I tak człowiek staje jako obecny jako Obecnego: nie ucieka w grzech, kłamstwo, ułudę, ale ucieka w Boże miłosierdzie.

    Aby to było możliwe w pełni i na zawsze Jezus stał się człowiekiem i postanowił, abyśmy tej mocy Bożej miłości mogli doznawać poprzez święte sakramenty. „To, co było widzialne w Chrystusie przeszło w sakramenty” – wyjaśniał w IV w. św. Leon Wielki. Nie możemy teraz Jezusa zobaczyć oczyma ciała, ale możemy doznać Jego mocy poprzez uzdrawiającą moc świętych misteriów Eucharystii, chrztu, pokuty… Kapłani, którzy je celebrują, w jakiś sposób muszą być zawsze gotowi, aby naśladować Jezusa także w Jego Męce. Ta tajemnica ma miejsce szczególnie wtedy, gdy kapłan dla miłości Boga i ludzi powoli i z mozołem wyzbywa się swego egoizmu, swego grzechu, gdy porzuca swoje myślenie i ciasne sądy, aby móc spojrzeć na świat i ludzi tak, jak patrzył Jezus. Modląc się za kapłanów, pamiętać trzeba o ich ludzkiej słabości, która staje się jeszcze bardziej jaskrawa z powodu tajemnic, które celebrują. Naszą nadzieją jest dlatego Kapłan Najwyższy i Wieczny – Jezus Chrystus, nasz Pan.

    o.Szymon Hiżycki OSB/Pomiędzy grzechem a myślą


    Litania do Chrystusa Kapłana i Żertwy

    • Kyrie eleison Chryste eleison. Kyrie eleison.
    • Chryste usłysz nas Chryste wysłuchaj nas.
    • Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.
    • Synu, Odkupicielu świata, Boże,
    • Duchu Święty, Boże,
    • Święta Trójco, jedyny Boże,
    • Jezu, Kapłanie na wieki, zmiłuj się nad nami.
    • Jezu, nazwany przez Boga Kapłanem na wzór Melchizedeka,
    • Jezu, Kapłanie, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą,
    • Jezu, Kapłanie wielki,
    • Jezu, Kapłanie z ludzi wzięty,
    • Jezu, Kapłanie dla ludzi ustanowiony,
    • Jezu, Kapłanie wszystkich wierzących,
    • Jezu, Kapłanie większej od Mojżesza czci godzien,
    • Jezu, Kapłanie prawdziwego przybytku,
    • Jezu, Kapłanie dóbr przyszłych,
    • Jezu, Kapłanie święty, niewinny i nieskalany,
    • Jezu, Kapłanie wierny,
    • Jezu, Kapłanie miłosierny,
    • Jezu, Kapłanie dobroczynny,
    • Jezu, Kapłanie pałający gorliwością o Boga i ludzi,
    • Jezu, Kapłanie na wieczność doskonały,
    • Jezu, Kapłanie, który wszedłeś do nieba,
    • Jezu, Kapłanie, siedzący po prawicy Majestatu na wysokości,
    • Jezu, Kapłanie wstawiający się za nami przed obliczem Boga,
    • Jezu, Kapłanie, któryś nam otwarł drogę nową i żywą,
    • Jezu, Kapłanie, któryś umiłował nas i obmył od grzechów Krwią swoją,
    • Jezu, Kapłanie, któryś siebie samego wydał jako Ofiarę i Hostię dla Boga,
    • Jezu, Ofiaro Boga i ludzi,
    • Jezu, Ofiaro święta,
    • Jezu, Ofiaro niepokalana,
    • Jezu, Ofiaro przyjęta przez Boga,
    • Jezu, Ofiaro przejednania,
    • Jezu, Ofiaro uroczysta,
    • Jezu, Ofiaro chwały,
    • Jezu, Ofiaro pokoju,
    • Jezu, Ofiaro przebłagania,
    • Jezu, Ofiaro zbawienia,
    • Jezu, Ofiaro, w której mamy ufność i śmiały przystęp do Boga,
    • Jezu, Ofiaro, która dwoje jednym uczyniła,
    • Jezu, Ofiaro od założenia świata ofiarowana,
    • Jezu, Ofiaro żywa przez wszystkie wieki.
    • Bądź nam miłościw, przepuść nam, Jezu.
    • Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Jezu.
    • Od zła wszelkiego, wybaw nas, Jezu.
    • Od nierozważnego wejścia na służbę Kościoła,
    • Od grzechu świętokradztwa,
    • Od ducha niepowściągliwości,
    • Od pogoni za pieniądzem,
    • Od wszelkiej chciwości,
    • Od złego używania majątku kościelnego,
    • Od miłości świata i jego pychy,
    • Od niegodnego sprawowania świętych Tajemnic,
    • Przez odwieczne Kapłaństwo Twoje,
    • Przez święte namaszczenie Boskości, mocą którego Bóg Ojciec uczynił Cię Kapłanem,
    • Przez Twego kapłańskiego Ducha,
    • Przez Twoje posługiwanie, którym na ziemi wsławiłeś Ojca Twego,
    • Przez krwawą ofiarę z Siebie raz na Krzyżu złożoną,
    • Przez tę samą ofiarę codziennie na ołtarzu odnawianą,
    • Przez Boską władzę, którą jako jedyny i niewidzialny Kapłan wykonujesz przez swoich kapłanów.
    • Abyś wszystkie sługi Kościoła w świętej pobożności zachować raczył, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie.
    • Aby ich napełnił Duch kapłaństwa Twego,
    • Aby usta kapłanów strzegły wiedzy,
    • Abyś na żniwo swoje robotników nieugiętych posłać raczył,
    • Abyś sługi Twoje w gorejące pochodnie przemienił,
    • Abyś pasterzy według Twego Serca wzbudzić raczył,
    • Aby wszyscy kapłani nienaganni byli i bez skazy,
    • Aby wszyscy, którzy zobaczą sługi ołtarzy, Pana uczcili,
    • Aby składali Ci ofiary w sprawiedliwości,
    • Abyś przez nich cześć Najświętszego Sakramentu rozkrzewić raczył,
    • Kapłanie i Ofiaro.
    • Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Jezu.
    • Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Jezu.
    • Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami, Jezu.
    • Jezu, Kapłanie, usłysz nas.
    • Jezu, Kapłanie, wysłuchaj nas.

    Módlmy się.  Boże, Uświęcicielu i Stróżu Twojego Kościoła, wzbudź w nim przez Ducha Twojego godnych i wiernych szafarzy świętych Tajemnic, aby za ich posługiwaniem i przykładem, przy Twojej pomocy, lud chrześcijański kierował się na drogę zbawienia.  Boże, Ty nakazałeś modlącym się i poszczącym uczniom oddzielić Pawła i Barnabę do dzieła, do którego ich przeznaczyłeś, bądź teraz z Twoim Kościołem trwającym na modlitwie, i wskaż tych, których do służby wybrałeś. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 CZERWCA – I PIĄTEK MIESIĄCA

    GODZINNA ADORACJA I SAKRAMENT SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA OD GODZ. 18.00

    MSZA ŚWIĘTA PRZEBŁAGALNA ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA O GODZ. 19.00

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 CZERWCA – I SOBOTA MIESIĄCA

    SPOWIEDŹ ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA OD GODZ. 17.00

    MSZA ŚW. WIGILIJNA Z UROCZYSTOŚCI TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTEJ O GODZ. 18.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 CZERWCA

    UROCZYSTOŚĆ TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PRZED EUCHARYSTIĄ – PÓŁGODZINNA ADORACJA/MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    PO LITURGII, W GODZINIE BOŻEGO MIŁOSIERDZIA – KORONKA, KTÓRĄ SAM PAN JEZUS PRZEKAZAŁ ŚW. SIOSTRZE FAUSTYNIE

    fot. Cathopic

    *****

    Kiedy opuszczenie Mszy świętej

    nie jest grzechem?

    Czy opuszczenie Mszy świętej w niedzielę bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim? Czy można wybrać Mszę sobotnią zamiast niedzielnej z wygody? Kiedy opuszczając Mszę świętą nie ma się grzechu? Poznaj odpowiedź na te i inne pytania dotyczące obowiązku obecności na Mszy świętej!

    Obowiązek święcenia Dnia Pańskiego wynika z trzeciego przykazania Dekalogu, przypominającego „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” oraz pierwszego przykazania kościelnego „W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych”.

    Uczestniczenie w Mszy św. w niedziele i święta nakazane jest zatem obowiązkiem katolika. Mszę niedzielną można zastąpić sobotnią, tzw. wieczorną: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK kan. 1248 §1).

    Msza sobotnia zamiast niedzielnej – czy to grzech?

    W pierwszych wiekach Kościoła niedzielną Eucharystię sprawowano już w sobotę wieczór, zgodnie z żydowską tradycją mierzenia czasu, według której kolejny dzień zaczynał się o zmierzchu, (podobnie szabat rozpoczynano świętować w piątek po zachodzie słońca). W czasie prześladowań Kościoła chrześcijanie zbierali się często w nocy z soboty na niedzielę, aby uczcić zmartwychwstanie Chrystusa, które dokonało się w właśnie w nocy, ale także ze względów praktycznych: Eucharystię celebrowano w ukryciu.

    Sobór Watykański II powrócił do tradycji pierwotnego Kościoła i pozwolił na sprawowanie Mszy świętej niedzielnej w sobotni wieczór, a nawet popołudnie. Ale już na 9 lat przed Soborem, w roku 1953, papież Pius XII pozwolił ordynariuszom miejsca na wprowadzanie Mszy św. niedzielnych w sobotni wieczór. Wymogiem był co najmniej 3 godzinny post eucharystyczny, a Msze święte nie mogły być sprawowane wcześniej niż o 16.00.

    Sobotnia Msza „niedzielna” powinna być sprawowana według formularza niedzielnego, tzn. z „Chwała na wysokości”, dwoma czytaniami przed Ewangelią i Credo (Wyznanie wiary), jednak ich brak nie wpływa na wypełnienie obowiązku niedzielnego. Wymóg niedzielnej Mszy spełnia każda Eucharystia sprawowana w sobotę po południu lub wieczorem, może to być Msza ślubna, chrzcielna, pogrzebowa i zwykła Msza sobotnia.

    Czy Mszę sobotnią można wybrać tylko wtedy, gdy nie możemy przyjść w niedzielę?

    Kanon Kodeksu Prawa Kanonicznego nie podaje żadnych ograniczeń. Można tę Mszę wybrać ze zwykłej wygody. Niestety duszpasterze często podają, że wierny powinien mieć ku temu jakieś racje, co wprawdzie ma swoje źródło w przepisach kanonicznych, jednak w takich, które od 1983 roku już nie obowiązują. Zatem takie twierdzenie nie jest zgodne z przepisami aktualnego Kodeksu Prawa Kanonicznego.

    Sobotnia Msza wieczorna to powrót do starej tradycji Kościoła, ale wzięto też pod uwagę czynniki społeczne związane z przemianami w XX wieku, m.in. zwiększoną aktywność zawodową wiernych. Msza w sobotę wieczór była daniem wiernym dodatkowej możliwości spełnienia ich obowiązku.

    Kiedy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej nie jest grzechem?

    Opuszczenie Mszy nie jest grzechem, jeśli skłania ku temu ważny powód, jak np. choroba, konieczność opieki nad osobą obłożnie chorą czy niemowlęciem, kiedy jesteśmy w podróży lub przebywamy w miejscu, w którym dotarcie do kościoła jest znacznie utrudnione lub niemożliwe. Nie sposób omówić wszystkie przypadki, ale jeśli mimo naszego pragnienia istnieje poważna racja, z powodu której nie możemy uczestniczyć we Mszy, to taka nieobecność nie będzie grzechem ciężkim. Zawsze jednak taką sytuację powinno się rozważyć indywidualnie we własnym sumieniu, „stając w prawdzie przed Bogiem”, a w razie wątpliwości skonsultować ze spowiednikiem.

    Czy jeśli nie uczestniczyłem w Mszy niedzielnej z powodu choroby, to czy powinienem przyjść do kościoła w tygodniu za tę opuszczoną?

    Takie pytania są zadawane czasem duszpasterzom. Oczywiście nie trzeba „nadrabiać” opuszczonej Mszy świętej. Choroba jest uzasadnionym zwolnieniem i opuszczenie niedzielnej Mszy z tego powodu nie powoduje grzechu. Zdarza się jednak, że osoby wierzące odczuwają potrzebę pójścia na Eucharystię w tygodniu w zamian za tę „opuszczoną”. Świadczy to o chrześcijańskiej gorliwości i głębokiej więzi z Chrystusem, ale nie jest obowiązkiem.

    Czy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej jest grzechem ciężkim?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła, dobrowolne, bez powodu nieuczestniczenie we Mszy świętej niedzielnej jest grzechem ciężkim. Tak pisze o tym Katechizm Kościoła Katolickiego w art. 2181: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (np. choroba, pielęgnacja niemowląt) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki”. Aby móc przystąpić do Komunii podczas następnej Mszy, wierny musi pojednać się z Chrystusem w sakramencie pokuty, czyli pójść do spowiedzi.

    Święta nakazane

    W Polsce świętami nakazanymi (kiedy katolik ma obowiązek uczestniczyć we Mszy świętej) poza tymi, które przypadają w niedzielę (jak np. Wielkanoc), są:

    • Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi – obchodzona 1 stycznia (Nowy Rok);

    • Uroczystość Objawienia Pańskiego (inaczej: Święto Trzech Króli) – obchodzona 6 stycznia;

    • Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (inaczej: Boże Ciało) – obchodzona w czwartek po Uroczystości Trójcy Przenajświętszej (jest to święto ruchome, które wypada w maju lub w czerwcu);

    • Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (inaczej: Matki Boskiej Zielnej) – obchodzona 15 sierpnia;

    • Uroczystość Wszystkich Świętych – obchodzona 1 listopada;

    • Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie) – obchodzona 25 grudnia.

    KAI, kw/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NOWENNA PRZED UROCZYSTOŚCIĄ ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO

    Leon XIII: Dary Ducha Świętego

    … Nowenna do Ducha Świętego, oparta na rozważaniu i upraszaniu dziewięciu „owoców Ducha Świętego”, wymienionych w Liście św. Pawła do Galatów. Pozwólmy się prowadzić Duchowi Świętemu – prosił Apostoł i zarazem zalecał, aby owoce te zdobywać i na ich  miarę kształtować nasze życie. Podkreślał ich wagę 
w miłości i wolności chrześcijańskiej. Pisał: „Oto, czego uczę: postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie. Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa… Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” (Ga 5,1618.22).

    …. Proponuję, aby modlitewne skupienie, towarzyszące odprawianiu nowenny o owoce Ducha Świętego, wzbogacić codziennymi, konkretnymi czynami. Niech podane propozycje i intencje modlitewne po każdym rozważaniu pomogą upraszać potrzebne łaski oraz żyć owocami Ducha Świętego, umacniać je i pogłębiać w swoim życiu.

    o. Mirosław Piątkowski SVD, święto Zwiastowania Pańskiego, 25.03.2006

    za zgodą Kurii Biskupiej Warszawsko-Praskiej, 30.10.2006 r., nr 1942(K)

    ________________________________________________________________________________________

    Apostołowie wraz z Maryją, Bożą Matką, po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa, trwali w wieczerniku na modlitewnym oczekiwaniu, przygotowując się w ten sposób na przyjście Ducha Pocieszyciela obiecanego przez Chrystusa, jak jest napisane w Ewangelii według św. Jana (14.15-20).

    “Owocem
 ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” – poucza Paweł Apostoł.

    Nie sposób przecenić znaczenie tych owoców

    w naszym codziennym, chrześcijańskim życiu.

    Pożytecznie i mądrze jest prosić o nie

    w modlitwie tak szczególnej

    jak nowenna do Ducha Świętego.

    _____________________________________________________________________________

    DZIEŃ PIERWSZY – piątek 19 maja

    MIŁOŚĆ – CARITAS

    Bóg jest miłością. Te słowa z Pierwszego Listu św. Jana (4,16) ze szczególną jasnością objawiają istotę wiary chrześcijańskiej. W tym krótkim stwierdzeniu, jak zauważa na początku swojej  pierwszej  encykliki papież Benedykt XVI,  zawiera się chrześcijański obraz Boga i wyłaniający się z niego obraz człowieka i jego drogi. Jan Apostoł nie napisał tych słów po wnikliwej analizie intelektualnej, ale po spotkaniu i doświadczeniu miłości Boga w osobie Jezusa Chrystusa. Wielu współczesnych Janowi, tak jak on sam, poznało miłość i uwierzyło w miłość, jaką Bóg nam okazuje. My, choć, żyjemy  już w innym czasie i innych sytuacjach, nadal spotykamy chrześcijan, którzy żyją miłością i doświadczamy miłości Boga i ludzi. Doświadczamy miłości Boga w Eucharystii, którą zostawił nam Jezus i w której w każdej chwili jest On obecny dla nas. Możemy też trwać w Jego miłości, bo daje nam samego siebie. Możemy wreszcie sami miłować Boga i ludzi swoją (i co więcej) Jego miłością. Wszystko to jest możliwe dzięki działaniu i mocy Ducha Świętego, który jest nam bezustannie dawany. „Miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5); „Albowiem Bóg tak umiłował świat, aby każdy kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Kto zatem trwa w miłości, trwa w Bogu… Przyzywajmy Ducha Świętego, aby trwać w miłości i obdarowywać nią innych, aby doświadczać miłości Bożej i odczuwać, że naprawdę jesteśmy kochani przez Niego, aż do „szaleństwa krzyża”!

    Czyn ku wzrastaniu w miłości – przyjmowanie Pana Jezusa w Komunii świętej

    z archiwum Głosu Ojca Pio/Tygodnik Niedziela

    ***

     Intencja ogólna:

    Przybądź Duchu Święty… daj szczęście bez miary! Pomóż nam dzięki jak najczęstszemu uczestniczeniu we Mszy świętej i przyjmowaniu Jezusa w Komunii świętej umacniać miłość do Ciebie i bliźniego, samego siebie i całego świata stworzonego.

     Intencja osobista:

    Duchu Święty, w szczególny sposób zawierzam ci moją osobistą troskę, którą w obecnym czasie jest… (w tym miejscu wymienić to, o co szczególnie chcę prosić w tej nowennie do Ducha Świętego).

    Następnie można odmówić koronkę do Ducha Świętego albo jedno Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu oraz modlitwę na zakończenie:

    Módlmy się: Boże, któryś pouczył serca wiernych światłem Ducha Świętego, daj nam w tymże Duchu poznać, co jest prawe, i Jego pociechą zawsze się radować. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

     Niepokalana   Oblubienico   Ducha Świętego,  – Módl się za nami.

    Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą (Łk 11,13).

    __________________________________________________________________________________

    KORONKA KU CZCI DUCHA ŚWIĘTEGO

    Krzyżyk:

    W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

    Wierzę w Boga Ojca…

    Koralik po krzyżyku:

    Przybądź, Duchu Święty,

    Spuść z niebiosów wzięty

    Światła Twego strumień.

    Przyjdź, Ojcze ubogich,

    Dawco darów mnogich,

    Przyjdź, Światłości sumień!

    O najmilszy z Gości,

    Słodka serc radości,

    Słodkie orzeźwienie.

    W pracy Tyś ochłodą,

    W
skwarze żywą wodą,

    W płaczu utulenie.

    Światłości najświętsza,

    Serc wierzących wnętrza

    Oddaj swej potędze!

    Bez Twojego tchnienia

    Cóż jest wśród stworzenia?

    Jeno cierń i nędze!

    Obmyj, co nieświęte,

    Oschłym wlej zachętę,

    Ulecz serca ranę!

    Nagnij, co jest harde,

    Rozgrzej serca twarde,

    Prowadź zabłąkane.

    Daj Twoim wierzącym,

    Daj wieniec zwycięstwa,

    Daj szczęścia bez miary!

    Amen.

     Siedem części po trzy koraliki:

    1. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze mądrości.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu.

    2. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze rozumu.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu.

    3. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze rady.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu..

    4. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze męstwa.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu.

    5. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze umiejętności.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    6. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze pobożności.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    7. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze bojaźni Bożej.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

     – Ześlij Ducha Twego, Panie, a powstanie życie,

     – I odnowisz oblicze ziemi.

    Zakończenie:

    Módlmy się: Boże, Tyś pouczył serca wiernych światłem Ducha Świętego: daj nam w tymże Duchu poznać, co jest prawe i Jego pociechą zawsze się radować. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

     – Niepokalana Oblubienico Ducha Świętego,

     – Módl się za nami.

    Codzienne ofiarowanie się Duchowi Świętemu:

    Boże, Duchu Święty, słodka miłości Ojca i Syna. Aby całkowicie należeć do Ciebie, oddaję Ci teraz i na zawsze: moje serce, moje ciało i duszę, moje siły i zdolności, moje cierpienia i radości, moje życie i śmierć. Oddaję Ci też wszystkich, którzy są mi drodzy i wszystko, czym jestem i co posiadam, abyś Ty sam mógł tym rozporządzać i panować nade mną swoją miłością, teraz i w wieczności. Amen.

    (św. Arnold Janssen SVD)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ DRUGI – sobota 20 maja

    RADOŚĆ – GAUDIUM

    „Aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna” – to życzenie, a nawet polecenie, Jezusa skierowane do uczniów. Bóg w Jezusie pragnie dla nas pełnej radości. Czy zdaję sobie z tego sprawę? Prawdziwa radość jest możliwa i  dla mnie i takiej radości dla mnie pragnie Bóg! Uczniowie Jezusa przypatrywali Mu się bacznie przez trzy lata i widzieli, że nieraz doznawał głębokiej radości. Oni sami uczestniczyli w Jego radości. „Kiedy wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością mówiąc: Panie przez  wzgląd na Twoje imię nawet złe duchy nam się poddają” (Łk 10,17); „W tej właśnie chwili Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: «Wysławiam cię Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom»” (Łk 10,21).

    Radość była również udziałem Apostołów po wstąpieniu Jezusa do nieba. Choć nie było Go już fizycznie pośród nich, tak jak to jest w naszej sytuacji, to jednak doświadczali pełni radości. Była ona ich udziałem nawet w trudnych sytuacjach, gdy doznawali cierpienia! Kiedy członkowie Sanhedrynu kazali ubiczować Apostołów za głoszenie “Dobrej Nowiny o Jezusie i zabronili im przemawiać w imię Jezusa, „oni odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla imienia Jezusa” (Dz 5,41). Potwierdza to także świadectwo Pawła Apostoła z Listu do Kolosan: „Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa, dla dobra Jego ciała, którym jest Kościół” (Kol 1,24). Nie były to tylko słowa pisane w liscie. Kiedy przebywał w więzieniu razem z Sylasem, zakuty w dyby, po wymierzeniu mu wielu razów „śpiewał hymny Bogu” (Dz 16,25).

    Biblia w wielu miejscach ukazuje nam, że ludzie dzięki żywej relacji z Bogiem, dzięki modlitewnemu życiu, jakie prowadzą, doznają prawdziwej radości, i to nawet w cierpieniu. Mojżesz i Izraelici śpiewali pieśni i tańczyli na cześć Pana, gdy „mocną ręką” wyprowadził ich z niewoli (por. Wj 15,1-21). Dawid również tańczył wśród radosnych okrzyków przed Arką Pańską po zwycięstwie nad wrogiem (por. 2 Sm 6,14-15). Maryja, Matka Jezusa, wyraża swoją radość w hymnie nazywanym Magnificat: ,Raduje się duch mój w Bogu zbawcy moim…” (Łk 1,47). Święty Jan Chrzciciel także – mimo surowego życia, jakie prowadził – zaświadcza o głębokiej radości, jakiej doznaje w relacji z Bogiem i w spotkaniu z Jezusem: „Przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje najwyższej radości na głos oblubieńca. Ta zaś moja radość doszła do szczytu” (J 3,29). I choć doznajemy smutku, to jednak Jezus obiecuje, że „smutek wasz zamieni się w radość… a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać” (J 16,20.22). Duch Święty sprawia, że Jezus jest obecny w naszym życiu. Przyzywajmy Ducha, aby zstępował na nas i uobecniał pośród nas Jezusa. Aby zamieniał nasze smutki w radość, której nikt nam nie zdoła odebrać.

    Czyn ku rozwijaniu radości – regularna lektura duchowa (np. życiorysy świętych)

    Żywoty Świętych Pańskich. Tom Piąty. Maj - Władysław Hozakowski - ebook

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… słodka serc radości! Pomóż nam rozwijać i umacniać radość w sobie dzięki lekturze duchowej, a w szczegółności dzięki przypatrywaniu się sługom Bożym, błogosławionym i świętym.

     Dalej tak, jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ TRZECI – Niedziela 21 maja

    POKÓJ – PAX

    Pokój serca jest największą i najgłębszą potrzebą człowieka. Franciszek Kyutaro Hashimoto, Japończyk urodzony w Osace, był buddystą.  Kiedy spotkał brata Romualda Mrozińskiego, franciszkanina, zafascynował się głębokim, wewnętrznym jego pokojem. ,Widziałem, że jest to prawdziwy pokój Chrystusa, pokój, którego nie znalazłem w kulturze i religijności japońskiej. Urzeczony bratem Romualdem, pokojem, który miał w sobie, zapragnąłem zostać chrześcijaninem” (z książki Rozmowy o chrześcijaństwie w Japonii… i w Polsce, wydanej przez Verbinum).

    Pokój jest pragnieniem człowieka. Pokoju chce Bóg dla ludzi. Kiedy narodził się Chrystus, aniołowie objawiając się pasterzom i zwiastując im Jego przyjście, wielbili Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania” (Łk 2,14). Pokój Boga jest możliwy dla narodów całej ziemi i wszystkich ludzi dobrej woli. Pokój Boży nie oznacza jednak tylko braku wojny. Jest przede wszystkim wewnętrznym stanen ducha, którym możemy się cieszyć mimo wojny, prześladowań i cierpień. Kiedy Jezus żegnał się ze swoimi uczniami, mówił do nich: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze, ani się nie lęka!” (J 14,27)

    Jeśli słyszałeś o chrześcijanach, którzy wewnętrznie spokojni i bez lęku stają wobec różnych trudnych sytuacji życiowych,  np. ciężkiej choroby czy śmierci, to tym samym dowiedziałeś się, czym jest prawdziwy pokój, który daje Chrystus. Tylko Jezus Chrystus może dać nam prawdziwy pokój. My sami nie możemy go sobie dać. Świat daje i odbiera pokój. Jeśli daje pokój, to często jest on tylko pozorny albo częściowy. Jezus przychodząc po swoim zmartwychwstaniu do uczniów, przynosi im przede wszystkim pokój.

    Mówi do nich: „Pokój wam”. Tchnął na nich i powiedział im:  „Weźmijcie Ducha Świętego! Komu odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, komu zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20,19-23). Jezus w sposób szczegółny udziela nam prawdziwego pokoju przez Ducha Świętego, gdy wyznajemy nasze grzechy w sakramencie pojednania! Jeśli pragniemy, by w naszych sercach i umysłach zagościł prawdziwy pokój Boga, przyzywajmy go z gorliwością i stałością, i oczyszczajmy się z naszych grzechów, stanowiących przeszkodę na drodze do pokoju.

    Czyn ku odnajdywaniu Bożego pokoju – regularna spowiedź

    This image has an empty alt attribute; its file name is S09XKM0.jpg

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… bez Twojego tchnienia cóż jest wśród stworzenia? Jeno cierń i nędze! Pomóż nam umacniać pokój w sobie, wokół siebie i na całym świecie dzięki dobrze przeżytemu, comiesięcznemu sakramentowi pojednania.

    Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ CZWARTY – poniedziałek 22 maja

    CIERPLIWOŚĆ – LONGAMINITAS

    Kardynał Ratzinger, obecny papież Benedykt XVI, pisząc o przemianach w Europie, a szczególnie we wschodniej jej części, podkreślą siłę cierpliwego świadectwa chrześcijan. „Jak znaczące jest to, czego mogła dokonać cierpliwość, a z tym i związane cierpienie duchowe, psychiczne i fizyczne chrześcijan. Fakt, że w Europie Wschodniej wiara stała się siłą, która okazała się mocniejsza niż «naukowy socjalizm» wypływa przede wszystkim z pokory i cierpliwości cierpiących, w których świadectwie uwidoczniła się większa obietnica. Jesteśmy od nowa zdani na to, aby przekraczać samych siebie na drodze wiary w Żywego Boga. Odwagi do tego, by wierzyć tak dziś jak i niegdyś, nie da się przekazać na czysto intelektualnej drodze. Przede wszystkim wymaga ona świadków, którzy ją poprzez swoje życie i cierpienie zweryfikują jako słuszną drogę. Jednak ta właśnie droga prowadzi do Żywego Boga” (por. J. Ratzinger, Czas przemian w Europie, Kraków 2001, s. 93).

    Cierpliwość to wytrwałość w drodze do wyznaczonego celu. Zwykle celu nie osiąga się natychmiast, w jednej chwili, ale po upływie jakiegoś czasu, nieraz długiego. Cnota ta nierzadko jest związana z trudem, zmęczeniem czy bólem, ale znoszonym w spokoju. W doskonaleniu cnoty cierpliwości i trwaniu w niej pomaga wpatrywanie się w cel, który chce się osiągnąć, jasna wizja drogi, którą się podąża, świadomość, że nie jesteśmy na tej drodze sami. Kto jest cierpliwy, nie zniechęca się upadkami, bo wie, jak ważny jest cel, do którego dąży. Cierpliwości potrzebujemy w znoszeniu naszych słabości i ciągłym nawracaniu się do Boga. Jednocześnie postawa ciągłego nawracania się wyrabia w nas cierpliwość i daje nadzieję na ostateczne osiągnięcie celu.

    Teresa z Avila, wielka święta i mistyczka hiszpańska, w krótkich i pięknych słowach określiła wartość cierpliwości: „Niech nic cię nie niepokoi, kto ma Boga, temu niczego nie brakuje, cierpliwością osiągnie się wszystko”.

    Czyn ku wzrastaniu w cierpliwości – postawa stałego nawracania się

    Nawrócenie ma wiele twarzy
    foto: Henryk przondziono/GOŚĆ NIEDZIELNY

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… daj wieniec zwycięstwa! Umocnij naszą cierpliwość dzięki postawie nieustającego nawracania się.

    Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ PIĄTY – wtorek 23 maja

    UPRZEJMOŚĆ – BENIGNITAS

    Jest wiele książek uczących dobrych manier – sztuki savoir vivre’u. W szczególności w zawodach sportowych, choć nie tylko, ma obowiązywać zasada fair play, czyli uczciwej i, mimo współzawodnictwa, honorowej walki. Przyznaje się nawet bardzo zaszczytną nagrodę fair play. Wszystko to świadczy, że uprzejmość nie jest powszechnie i na co dzień spotykaną postawą, choć na pewno bardzo upragnioną. Zależy nam, aby inni byli wobec nas uprzejmi i przyjaźnie do nas nastawieni w pracy, na ulicy czy w domu. Z własnego doświadczenia jednak wiemy, że nie jest łatwo przez cały czas być uprzejmym. Przyznajemy, że zdobywamy się na uprzejmość i grzeczność w szczególnych miejscach, w spotkaniu z wyjątkowymi osobami, w szczególnych sytuacjach. Ale słabość charakteru i zmienność emocji nie pozwalają  nam   być  uprzejmymi   zawsze i wszędzie. Zdarza się nawet, że wybuchamy złością   wobec innych, stajemy się dla nich opryskliwi, zamiast emanować uprzejmością.

    Słusznie święty Paweł zaliczył uprzejmość do tych cech ludzkiej  osobowości, które należą do owoców Ducha Świętego. Dopiero Jego obecność i moc są w stanie sprawić, że odnajdujemy dość siły i motywacji, by być uprzejmym. Zdarza się, że ze względu na wyznawaną wiarę okazujemy jakieś osobie szacunek, mimo że swym postępowaniem nie wydaje się ona godna szacunku. Jak wielkiej wówczas potrzebujemy mocy Bożej, aby wypełnić polecenie Jezusa: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują. Tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie… Bądźcie więc doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Łk 44-45.48). Jak wiele trzeba modlić się za innych, aby być wobec nich uprzejmym i odkrywać w nich oblicze Jezusa.

    Czyn ku rozwijaniu uprzejmości – modlitwa wstawiennicza

    Modlitwą i płaczem uprosiła u Boga nawrócenie dla syna
    św. Monika z synem

     Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty…  o najmilszy z Gości! Umocnij w nas cnotę uprzejmości dzięki modlitwie wstawienniczej za tych, którzy są jeszcze daleko od Ciebie, również za wrogów i nieprzyjaciół.

    Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ SZÓSTY – środa 24 maja

    DOBROĆ – BONITAS

    Człowiek tęskni za dobrocią serca. Dobroć ta obecna była w oczach Jezusa, w Jego słowach i czynach. „Nauczycielu dobry…” powiedział do Niego młodzieniec, pytający o życie wieczne (Mk 10,17). Pan Jezus przenikał do głębi ludzkiego serca, rozpoznawał pragnienia ludzkiej duszy, czuł ból i dostrzegał choroby każdego napotkanego człowieka. Błogosławił dzieci, pochylał się nad ubogimi i płaczącymi. Głosił słowa, które przynosiły życie. Patrzył z miłością… dawał samego siebie.


    Być dobrym to umieć się zatrzymać, ofiarowac swój czas, pozwolić odczuć ciepło, obdarzyć życzliwym spojrzeniem, radosnym uśmiechem i modlitwą, sprawiać, by serce drugiego człowieka otwierało się jak kwiat w promieniach słońca. Być dobrym to przejawiać gotowość na doznanie bólu, który może okazać się ceną dobroci. Być mimo wszystko dobrym jak chleb, który każdy może wziąć do ręki i odłamać kawałek, aby zaspokoić głód miłości… (św. Brat Albert).

    Dobroć, jakiej potrzebuje świat, wydaje się bardzo prosta. Czyż jednak ludzkość nie zagubiła dobroci, która obywa się bez świateł, neonów, wielkich słów, reklam, komputerów i pieniędzy? Ojciec Marian Żelazek (1908 -2006), misjonarz werbista, mimo pięcioletniej gehenny, jaką przeżył i widział, przebywając w obozie koncentracyjnym w Dachau (1940 -1945), zdecydował się zostać księdzem i po święceniach, od 1950 roku, pracował przez pięćdziesiąt lat w Indiach, z czego ponad trzydzieści wśród trędowatych w Puri. Stworzył dla nich ośrodek-miasteczko, aby uczynić ich życie ludzkim. Zwykł mawić: „Nie jest trudno być dobrym, wystarczy tylko chcieć”.

    Czy wytrwale pragniemy być dobrymi? Czy nie potrzeba nam mocy Ducha Świętego, aby mimo trudności chcieć żyć tą dobrocią, która odnawia oblicze ziemi? Czy nie to miał na  myśli psalmista, gdy się modlił: „Wszystko to czeka na Ciebie… Stwarzasz je, gdy ślesz swego Ducha i odnawiasz oblicze ziemi” (Ps 104,27.30).

    Czyn ku rozwijaniu dobroci – ofiarowywanie serca i dóbr (jałmużna)

    apostol.pl

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… Dawco darów mnogich!  Umocnij w nas dobroć, abyśmy umieli przyjmować dobroć Bożą i obdarzać nią innych dzięki ofiarowywaniu swego czasu i obecności, dobrego słowa i konkretnej pomocy osobom szczególnie potrzebującym, zwłaszcza tym, które utraciły wszelką nadzieję.

    Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ SIÓDMY – czwartek 25 maja

    WIERNOŚĆ – FIDES

    Wierność najczęściej kojarzy się z małżeństwem. Na początku wspólnej drogi małżonkowie przyrzekają sobie nawzajem, że zachowają wierność i uczciwość małżeńską i że nie opuszczą siebie aż do śmierci. Na koniec dopowiadają: „Tak mi dopomóż Panie Boże i wszyscy święci”. Przed ceremonią wypowiedzenia przysięgi małżeńskiej wzywa się Ducha Świętego, aby pobłogosławił nowy związek życia i udzielał małżonkom mocy do trwania w wierności aż do śmierci.

    Kościół  ustanawiając   obrzęd   zawarcia związku małżeńskiego był świadom, że wierność małżeńska, podobnie jak i zakonny ślub czystości, może być dochowana tylko dzięki łasce Ducha Świętego. Bez Niego ludzie nie są zdolni wytrwać do końca w wierności małżeńskiej czy w czystej miłości oblubieńczej do Boga. Konstytucje Zgromadzenia Słowa Bożego, mówiąc o ślubie czystości, tak zwracają się do tych, którzy zamierzają podjąć życie w czystości: „Nasza Bogu poświęcona czyśtość jest bardziej darem Boga dla nas, niż naszym darem dla Niego. Ponieważ dotyka ona głębokich skłonności ludzkiej natury, wierność jej jest możliwa jedynie w zawierzeniu łasce Boga, który nie opuszcza wybranych… Pełni zaufania zwracamy się do Maryi, która przez swoje «niech mi się stanie» w dziewiczej płodności stała się Matką Wcielonego Słowa, aby nam dopomagała każdego dnia przeżywać nasz ślub w mocy i radości Ducha Świętego” (206) .

    Nie tylko w sytuacjach szczególnych kryzysów wierności i pokus, ale także w codziennym wypełnianiu wszystkich naszych zobowiązań i w pielęgnowaniu przyjaźni wzywajmy wraz z Maryją i świętymi Ducha Świętego, gwaranta naszej wiernej miłości do Boga i człowieka. Wpatrujmy się w błogosławionych i świętych, aby zachęcać siebie ich przykładem dochowywania wierności do końca.

     Czyn ku wzrostowi wierności – codzienna modlitwa, szczególnie różaniec w rodzinie

    foto: Tygodnik NIEDZIELA/Africa Studio

     

     Intencja ogólna:

    Przybądź,  Duchu Święty…  ulecz serca ranę! Umacniaj naszą wierność Tobie i ludziom dzięki pielęgnowaniu codziennej modlitwy, szczególnie różańcowej.

     Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ ÓSMY – piątek 26 maja

    ŁAGODNOŚĆ – MODESTIA

    Łagodność ujawnia się przede wszystkim w zachowaniu wobec bliźniego. Jest przeciwieństwem brutalności, grubiaństwa, szorstkości czy wszelkiego rodzaju zajadłości i agresywności. Ale nie jest również miękkością ani brakiem zdecydowania, które są na ogół cechami ludzi wygodnych i unikających za wszelką cenę jakiejkolwiek konfliktowej sytuacji. Natomiast może iść w parze z żarem, mocą i odwagą. W tym sensie Dzieje Apostolskie mówią o św. Szczepanie, pierwszym męczenniku chrześcijaństwa: „pełen łaski i mocy” (Dz 6,8). Łagodność jest owocem wewnętrznej harmonii z naszym otoczeniem, przepojeniem naszej postawy wobec bliźniego pokojem i miłością. Człowiek łagodny promieniuje harmonią, której nic nie jest w stanie zburzyć.

    Prawdziwą łagodność może posiąść ten, kto stara się upodobnić w swym życiu do Chrystusa, pozwala Mu działać w sobie i przez Niego i z Nim odnosi zwycięstwo nad swoim gniewem i zapalczywością. Człowiek prawdziwie łagodny rozpoznaje oblicze Chrystusa w bliźnich, a widząc je, dostrzega też miłosierną miłość zbawiającą świat. Przypatrując się postępowaniu Jezusa wobec mężczyzn, kobiet i dzieci, możemy się uczyć, na czym polega święta łagodność. Jezus z natury był spokojny i łagodny. Nie przeszkadzało Mu to jednak wyrażać gniew i smutek wówczas, gdy chodziło o prawdziwe dobro i wieczne zbawienie człowieka. W Jego świętej łagodności kryła się nadprzyrodzona moc. Ewangelista odnosi do Jezusa słowa proroka Izajasza o Słudze Pańskim, który nie spiera się ani krzyczy, nie złamie trzciny zgniecionej ani nie zgasi knota o nikłym płomieniu (por. Iz 42,2-4; Mt 12,19-20). To Jezus swoją współczującą postawą wobec opuszczonych objawia Boga, pragnącego miłosierdzia, a nie ofiary (por. Mt 9,13; 12,7). Podstawowa prawda objawienia: „Bóg jest miłością”, ukazuje się nam w zbawiającej świat miłości „Baranka Bożego, który gładzi grzech świata” (por. Iz 53,7; J 1,29). Dlatego lgnęły do Niego tłumy, bo serce ludzkie można przede wszystkim pozyskać dzięki wyrozumiałości, miłości i życzliwości.

    Czyn ku rozwijaniu łagodności – czytanie i rozważanie Pisma Świętego

    Biblia Papieska

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… słodkie orzeźwienie! Umacniaj w nas łagodność dzięki częstemu czytaniu i rozważaniu Pisma Świętego, abyśmy z niego czerpali natchnienie, a wpatrując się w naszego Pana i Mistrza, uczyli się od Niego pokory i łagodności.

     Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.


    DZIEŃ DZIEWIĄTY – sobota – 27 maja

    OPANOWANIE – CONTINENTIA

    Odpowiadając na pytanie, czym jest cnota opanowania, można by powiedzieć, że cała mądrość życia to umiejętność czekania i trwania w nadziei. Wydaje się, że współczesnemu człowiekowi bardzo brakuje tej właśnie cnoty. Ciągle się śpieszymy, za czymś gonimy. Na nic nie chcemy czekać. Wszystko chcielibyśmy mieć już, w tej chwili, natychmiast. A przecież wiemy, jak często się zdarza, że nie jesteśmy w stanie przyswoić mnogości informacji, wrażeń i przeżyć, których tak łakniemy ciałem i duchem. Poza tym autor biblijny ostrzega: „Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem” (Koh 1,8). Warto więc ćwiczyć się w opanowywaniu naszej zmysłowości i nadmiernych pragnień, pożądliwości ciała, oczu i pychy tego życia (por. 1 J 2,16). 

    Opanowanie to umiar i umiejętność wyczekania na stosowną chwilę, reakcja w słowie i czynie w odpowiednim momencie, miejscu i we właściwej formie. Nie przemilczanie czy tłumienie, ale właściwe reagowanie we właściwy sposób, we właściwym czasie. Duch Święty może nam w tym pomóc. Chętnie wspomaga nasze ludzkie wysiłki, ochoczo wspiera nas w ćwiczeniu się w dobrze rozumianej ascezie, której szczególnymi wyrazami są wstrzemięźliwość i post, i to nie tylko w Wielkim Poście. Wielu jest takich, którzy poszczą o chlebie i wodzie nawet dwa razy w tygodniu. Wzywajmy łaski i obecności Ducha Świętego, by nauczył  nas  zachowywania  dystansu  do siebie i do życia. Prośmy Go o szczęśliwe kierowanie naszymi pragnieniami, o opanowywanie naszej zachłanności i kształtowanie siebie na obraz i podobieństwo Boże.

     Czyn ku wzrastaniu w opanowaniu – post i wstrzemięźliwość w określone dni

    foto: Agnieszka Konik-Korn/Tygodnik NIEDZIELA

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… serc wierzących wnętrza poddaj swej potędze! Umocnij nasze opanowanie ciała i duszy dzięki ćwiczeniu się we wstrzemięźliwości i poście. Uczyń nas na swoje podobieństwo.

    Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ZAKOŃCZENIE

    Każdego poranka stajemy na rozdrożu dróg. Stajemy przed wyborem „pełni życia albo pozorów życia”. Święty Paweł określa nasz codzienny dylemat następującymi słowami: „Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie” (Ga 5,17). Jak więc żyć w zgodzie z samym sobą? Przysłuchując się dalej słowom Pawła Apostoła, widzimy, że odpowiedź brzmi jasno: powinniśmy wybrać drogę, którą proponuje nam duch! Wydaje się to takie proste, a jednak doświadczenie codziennego życia uczy nas czegoś innego. Jak wielu z nas żyje w niezgodzie z samym sobą. Jakże często pociąga to za sobą niezgodę z drugim człowiekiem i samym Bogiem. 

    Czy naprawdę ciało jest mocniejsze i bardziej atrakcyjne od ducha? Postawmy to pytanie w inny sposób: czy „nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne” są atrakcyjniejsze i bardziej przez Ciebie pożądane niż „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie”? Wybór ostatecznie jest w Twoich rękach. Wielu rezygnuje z dobra, miłości, pokoju i wszystkiego, o czym marzy, z jednego tylko powodu. Wydaje im się, że tak zostali wychowani i nauczeni, że nie ma w nich owej mocy, która pozwalałaby im żyć i cieszyć się darami Ducha Świętego, żyć Jego owocami. Jakże często stajemy na rozdrożu dróg w naszej codziennej rzeczywistości życia. Jedną drogą radzi podążać głos ciała, drugą – głos serca. Pierwsza obiecuje szczęście, pokój, radość i miłość siebie, drugiego człowieka i rozkosze otaczającego świata, ale bez Boga. Druga prowadzi do przepięknych zakamarków serca, gdzie w łączności z Duchem Świętym możemy odnaleźć prawdziwe szczęście, pokój, radość i miłość. Już starotestamentowy autor Księgi Psalmów poucza na samym początku: „Szczęśliwy człowiek, który nie wchodzi na drogę grzeszników… lecz w Prawie Pana upodobał sobie, nad Jego Prawem rozmyśla dniem i nocą. Jest on jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą, które wydaje owoc w swoim czasie, a liście jego nie więdną: co uczyni, pomyślnie wypada” (Ps 1,1-3).

    Zapraszam do osobistego spotkania z Jezusem w mocy Ducha Świętego, abyś dzięki Jego darom odkrywał w sobie godność dziecka Bożego. Twój Bóg Ojciec zaprasza Cię do codziennego, radosnego wydawania trwałych owoców („Kto trwa we mnie przynosi owoc obfity” J 15,5). Stanie się to możliwe, gdy często będziesz przyzywał i wielbił Ducha Świętego oraz słuchał Jego natchnień („To, że trwa On w nas poznajemy po Duchu, którego nam dał” 1 J 3,14). W ten to sposób doświadczysz tego, kim jesteś naprawdę, i zaczniesz wzrastać w Pełni i Prawdzie ku wiecznej radości, bo takie jest powołanie człowieka w Duchu Świętym.

    “Owocami ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” – poucza Paweł Apostoł.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy wszystkie przeżycia duchowe pochodzą od Ducha Świętego?

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Czy wszystkie przeżycia duchowe pochodzą od Ducha Świętego?

    Nadprzyrodzone doznania zwykle nie stanowiły dla Kościoła problemu, jeżeli dotyczyły – jako szczególna łaska życia kontemplacyjnego – indywidualnego rozwoju duchowego. Liczyły się wtedy kryteria subiektywne. Zarówno św. Teresa, jak i św. Katarzyna wskazują na owoce objawienia. Jeśli wizja ostatecznie przynosi pokój i „głód cnoty” – pochodzi od Boga. Jeśli wizjonera z początku opanowuje radość, „która przechodzi w zamęt i ciemność duchową” – to znak, że Bóg nie jest źródłem wizji. Duch Święty jest często „imitowany” przez złego ducha, co dotyczy najczęściej osób pobożnych, ale nie zawsze pokornych. Problem leży więc w pokorze.

    Rzeczywistość była jednak bardziej złożona, gdy chodziło o wizje, przedstawiające jakieś nowe orędzia teologiczne. W takiej sytuacji Kościół czuwał nad wizjonerem poprzez kierowników duchowych dobrze znających naukę Kościoła. Istniały też kryteria, które pozwalały określić, czy wizja pochodzi od złego ducha (ewentualnie od samego wizjonera), czy od Boga.

    Podstawowym kryterium był stosunek zjawy do instytucji Kościoła. Jeśli zjawa traktowała Kościół hierarchiczny z szacunkiem, tak jak Pan Jezus w wizjach św. Teresy, można było dalej badać, czy treść wizji nie jest sprzeczna z nauką Kościoła. Jeśli natomiast pojawiała się krytyka instytucji Kościoła, hierarchów czy kierowników duchowych, wizję traktowano jako fałszywą, bądź inspirowaną przez diabła. Bóg bowiem nie mógł podważać sensu Kościoła, który sam powołał do istnienia. Nie może burzyć czy niszczyć instytucji odpowiedzialnej za zbawienie wieczne. Problem tkwi więc w posłuszeństwie.

    Wydaje się, że to podstawowe kryterium – wbrew ostrzeżeniom św. Faustyny – popadło dzisiaj w niełaskę i wielu wizjonerów za nic ma naukę Kościoła, a zwłaszcza posłuszeństwo.

    Ogólne zasady weryfikacji objawień i wizji

    Według św. Faustyny, szatan może okrywać się nawet płaszczem pokory, ale płaszcza posłuszeństwa nie może na siebie naciągnąć, i tu się wydaje cała jego robota (Dzienniczek, 939).

    Przypomnijmy więc ogólne zasady, które obowiązują każdego katolika. Od strony merytorycznej (treść) podstawowym warunkiem i kryterium autentyczności objawień prywatnych (i uznania ich prawdziwości przez Kościół) jest ich zgodność z treścią Objawienia Bożego i Magisterium Kościoła, a od strony formalnej także sposób (forma) przekazywania przesłania (taki nierozerwalny związek formy z treścią jest zgodny z zasadami rozeznania duchów w tradycji chrześcijańskiej, które także tu winny mieć zastosowanie).

    Nie stanowią one rozwinięcia Objawienia publicznego (nie uzupełniają go o żadne nowe treści wiary), ale będąc przejawem czy rozwinięciem „charyzmatu proroctwa” mogą pomóc Kościołowi w lepszym rozumieniu i przyjęciu niezmiennych prawd wiary. „‚Ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie. Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie’ (1 Tes 5, 19-21).

    W każdym czasie dany jest Kościołowi charyzmat proroctwa, który należy badać, ale którego nie można też lekceważyć.

    W tym kontekście należy pamiętać, że proroctwo w rozumieniu biblijnym nie oznacza przepowiadania przyszłości, ale wyjaśnianie woli Bożej na chwilę obecną, która wskazuje także właściwą drogę ku przyszłości. (…) W tym sensie można powiązać charyzmat proroctwa z pojęciem ‚znaków czasu’, na które rzucił nowe światło Sobór Watykański II:

    – Umiecie rozpoznawać wygląd ziemi i nieba, a jakże obecnego czasu nie rozpoznajecie?‚ (Łk 12, 56).

    W myśl tych słów Jezusa ‚znaki czasu’ należy rozumieć jako Jego własną drogę, Jego samego. Wyjaśniać znaki czasu w świetle wiary znaczy rozpoznawać obecność Chrystusa w każdym czasie. Taki jest właśnie cel objawień prywatnych uznanych przez Kościół” (Kard. J. Ratzinger, Komentarz teologiczny Kongregacji Nauki Wiary nt. orędzia fatimskiego, 26 VI 2000 r.).

    Innymi słowy, chodzi tu głównie o przypomnienie ducha samej Ewangelii w jej prostocie i wezwaniu do nawrócenia (modlitwa, post, pokuta). Prorok głosi wolę Boga: przypomina znaczenie pierwszego przykazania Dekalogu (idolatria), głosząc orędzie o nawróceniu, lecz w horyzoncie alternatywy: nadziei zbawienia i możliwości jego utraty (tak było np. w Fatimie). Ten wyraźny kontekst soteriologiczny – ściśle dotyczący zbawienia, pozwala odróżnić tego rodzaju duchowe „widzenie wewnętrzne” np. od parapsychologicznego „jasnowidzenia”, mistykę od mediumizmu, wiarę od gnozy.

    W konsekwencji tradycja Kościoła katolickiego jest przekonana, że aby mówić o autentycznych objawieniach prywatnych, od strony „treści” musi zaistnieć:

    1. zgodność z tzw. Objawieniem publicznym, czyli Pismem Świętym, które zostało zakończone wraz ze śmiercią ostatniego Apostoła (nie może być więc nic ujęte, zmienione, dodane). Stąd „wiara chrześcijańska nie może przyjąć ‚objawień’, zmierzających do przekroczenia czy poprawienia Objawienia, którego Chrystus jest wypełnieniem. Chodzi w tym wypadku o pewne religie niechrześcijańskie, a także o pewne ostatnio powstałe sekty, które opierają się na takich ‚objawieniach’ (KKK 67)”;

    2. Zgodność z Tradycją i Magisterium Kościoła (dogmaty), które to Objawienie interpretuje, mając tzw. asystencję Ducha Świętego;

    3. Zgodność z decyzjami hierarchii Kościoła (upoważnionej do rozeznania i decyzji w tej sprawie). Kluczowym kryterium – i w pierwszym rzędzie – jest tu posłuszeństwo (wizjonerów, słyszących) władzy Kościoła lokalnego (miejsce objawień), który to Magisterium reprezentuje.
    Ten punkt jest najbardziej narażony na nadużycie zwłaszcza ze strony zwolenników objawień, którzy nadużywając ducha profetyzmu objawień, mogą niecierpliwie i tendencyjnie interpretować ostrożność działań rozeznającego Kościoła jako opór wobec nawrócenia, a co gorsza bunt przeciwko Bogu!

    Badanie objawień rozpoczyna tylko lokalna i kompetentna władza kościelna (m.in. miejscowy biskup), natomiast ostateczne uznanie objawień za prawdziwe i pozwolenie na ich rozpowszechnianie należy wyłącznie do Stolicy Apostolskiej. Pozytywne orzeczenie władzy kościelnej – co ustalił już Prosper Lambertini (późniejszy Benedykt XIV) – nie jest obowiązujące (stąd wiara np. w liczne objawienia maryjne nie jest konieczna). Jeśli objawienia nie są autentyczne, obowiązuje zakaz ich szerzenia.

    Z powyższego wynikają zasady, co do „formy” objawień:

    1. Objawienia muszą być nie tylko prawdziwe (według powyższych kryteriów), ale również zasadniczo powściągliwe, a nawet krótkie i zwięzłe (nie powinny być „rozgadane” i zbyt hojne w szafowaniu tajemnicami, jak to jest w spirytyzmie), gdyż ich zadaniem jest tylko profetyczne przypomnienie treści Objawienia „publicznego” (głównie ducha Ewangelii);

    2. Treści muszą być podane poważnie (nie mogą być śmieszne, ekstrawaganckie itd.), w sposób moralnie (obyczajowo) i logicznie poprawny oraz racjonalnie uzasadniony, co zakłada też pośrednio, że wizjonerzy powinni być zdrowi psychicznie i odznaczać się przymiotami moralnymi, a nawet cnotami duchowymi;

    3. Mogą być jedynie warunkowe (a nie fatalistyczne), czyli zależne od woli (nawrócenia) człowieka i woli Boga (która się może zmienić np. pod wpływem modlitwy i nawrócenia człowieka). Nie powinny być więc zbyt szczegółowymi scenariuszami wydarzeń (co jest cechą wróżbiarstwa);

    4. Powinny być zasadniczo potwierdzone wiarygodnymi cudami, rozeznanymi jako nadprzyrodzone, gdyż mogą być również „cuda fałszywe” (tu potrzebne są szczególna czujność i rozeznanie, gdyż objawienia prywatne bywają miejscem zwodzenia demonicznego, o czym się często zapomina);

    5. Powinny przynosić „dobre owoce” wzrostu wiary, miłości Boga i bliźniego, szacunku do Kościoła, a nie „złe owoce” zwątpienia, zamętu, rozłamu czy nienawiści;

    6. Zgodnie z powyższymi zasadami, a szczególnie z samymi zasadami wiary chrześcijańskiej, powinny być pozbawione przymusu i otwarte na weryfikację.

    Posłuszeństwo decyzji Kościoła

    Wierni i osoby widzące pozostawiają rozeznanie organom oficjalnym Kościoła, mając obowiązek przyjąć w uległości ich orzeczenie. Ale orzeczenie pozytywne Kościoła jest możliwe dopiero wtedy, gdy objawienia się skończą, ponieważ dopiero wtedy można całościowo i obiektywnie zbadać skutki objawień, wraz z losami wizjonerów (tu pojawia się problem np. z Medjugorie).

    Orzeczenie pozytywne następuje, kiedy wynik badań Urzędu Kościelnego jest pozytywny (według kard. J Ratzingera, pierwszym urzędem i niezastąpionym jest biskup ordynariusz miejsca).

    Ostatnie uznane objawienia stały się takimi dzięki rozeznaniom (sprawa Cudownego Medalika – 1830;

    La Salette – 1846;

    Lourdes – 1858;

    Fatima – 1917.

    W czasie trwania objawień Kościół nie wydaje oficjalnego rozeznania, zachowując postawę wyczekującą. Orzeczenie pozytywne zawsze następuje w jakiś czas po zakończeniu objawień.

    Wymienione powyżej objawienia są wielkim darem Bożym, złożone zostały w skarbcu Kościoła, znajdując się w spokojnym jego posiadaniu, i przynoszą ciągle owoce. Stanowią też wielką pomoc dla ludu Bożego w jego pielgrzymce wiary. Jednakże te objawienia, jako prywatne, nie obowiązują do wierzenia, ponieważ nie są dogmatami i prawdami wiary wyznawanymi np. w Credo.

    Orzeczenie negatywne nie musi czekać aż seria objawień się skończy.

    Jeżeli w trakcie objawień wystąpią jednoznaczne negatywne cechy, Urząd Kościoła (Kongregacja Nauki i Wiary jest tu instancją najwyższą, a Urząd to najczęściej osoba biskupa danego miejsca) orzeka negatywnie w celu ostrzeżenia wiernych przed błędem, aby ich uchronić przed duchową szkodą.

    Przykładem są objawienia w Garabandal (będące według ks. J. Warszawskiego SJ demoniczną imitacją Fatimy) w Hiszpanii (w latach 1961–1965), które po orzeczeniu negatywnym ustały.

    – Świeższym przykładem są pisma i działalność Vassuli Ryden (popierającej Garabandal), o których orzekła Kongregacja Nauki Wiary w dniu 6 października 1995 r., stwierdzając, że zawierają błędy doktrynalne.

    – Kongregacja wezwała biskupów, aby należycie pouczyli swoich wiernych i nie dopuszczali do szerzenia się jej pism. Kongregacja wezwała wiernych, by nie uznawali objawień i wypowiedzi Vassuli Ryden za nadprzyrodzone. Mimo że został podjęty dialog Watykanu z Vassulą Ryden, Nota Kongregacji Nauki Wiary nie została odwołana.

    Oto fragment tego dokumentu zwracającego uwagę na problemy doktrynalne:

    – „Uważna i spokojna analiza całej sprawy, dokonana przez Kongregację w celu ‚zbadania duchów, czy są z Boga” (por. l J 4, l), ujawniła – obok aspektów pozytywnych – także cały zespół elementów o zasadniczym znaczeniu, które w świetle doktryny katolickiej należy ocenić negatywnie. Trzeba nie tylko zwrócić uwagę na podejrzany charakter zewnętrznych form, w jakich dokonują się owe rzekome objawienia, ale także podkreślić zawarte w nich pewne błędy doktrynalne [AP]. Mówią one między innymi o Osobach Trójcy Świętej, posługując się tak niejasnym językiem, że prowadzi to do pomieszania właściwych imion i funkcji Boskich Osób. Rzekome objawienia obwieszczają, że wkrótce w Kościele zapanuje Antychryst. W duchu milenarystycznym zapowiadają decydującą i chwalebną interwencję Boga, który ma jakoby ustanowić na ziemi, jeszcze przed ostatecznym przyjściem Chrystusa, erę pokoju i powszechnego dobrobytu. Przewidują też bliskie już powstanie Kościoła, który miałby być swego rodzaju wspólnotą panchrześcijańską, co jest niezgodne z doktryną katolicką. Fakt, że wymienione wyżej błędy nie pojawiają się w późniejszych pismach Vassuli Ryden, jest znakiem, że rzekome ‚niebiańskie objawienia’ są jedynie owocem prywatnych przemyśleń” (Watykan, 6 października 1995 r. w: L’Osservatore Romano, wyd. pol., 1/1996, s. 66).

    Przyjęcie takiego orzeczenia najwyższego Urzędu Kościoła obowiązuje wiernych w sumieniu, a tym bardziej kapłanów i biskupów. Okazywanie sprzeciwu i zachęcanie do niego innych jest grzesznym nieposłuszeństwem i budzi u nich zgorszenie.

    – Sprawa orzeczeń negatywnych jest o tyle poważna, że np. w latach 1933–1989 naliczono w Kościele katolickim 366 objawień przypisywanych Matce Bożej, ponadto pojawiały się krwawiące krzyże i płaczące figury (Syrakuzy 1953 r.), krwawiące obrazy (katedra w Lublinie 1949 r.).  Nie mają one pozytywnych orzeczeń, ale wiele zostało odrzuconych jako nieprawdziwe (np. Oława). Inne zaś najpierw zyskały aprobatę i pozwolenie na druk (Imprimatur), ale po bliższym badaniu aprobatę cofnięto (pisma Vassuli czy objawienia w Montechiari – Italia). Trzeba uważnie nasłuchiwać głosu Kościoła – „sentire cum Ecclesia” (św. Ignacy Loyola)

    Iluminizm i gnoza jako śmiertelne zagrożenie dla Kościoła

    Pomimo że wiele z prywatnych objawień określanych jest jako „znaki czasu”, to niejednokrotnie można w związku z nimi dostrzec też zagrożenia dla jedności Kościoła. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, kiedy biskupi nie mogą uznać ich autentyczności. Szczególną troskę budzi liczny napływ pielgrzymów do miejsc, w których Kościół wprawdzie nie zaprzeczył, ale też nie potwierdził autentyczności objawień.

    Wizjonerstwo „poza” Kościołem, a nawet „przeciwko” Kościołowi od wieków było cechą gnozy, która w ukrytej pysze i bałwochwalczym ubóstwieniu człowieka głosiła tezy o bezpośredniej relacji z Bogiem, która może się obyć bez osądu teologicznego instytucji Kościoła. Ojcowie Kościoła widzieli w gnozie podstawowe i śmiertelne zagrożenie dla prawdziwej duchowości.

    Praktyka pokazuje, że pragnienie bezpośredniości poznania Boga – bez żadnych zapośredniczeń i weryfikacji – może być bardzo niebezpieczne, gdyż może być wykorzystane przez „przeciwnika”, czyli diabła, który chętnie przemienia się w anioła światłości (2 Kor 11, 14).

    W takim właśnie duchu, nieco później doktor mistyczny św. Jan od Krzyża ostrzegał przed każdą formą wizjonerstwa w duchu pseudomistycznego iluminizmu, będącego odmianą gnostyckiego błędu.

    – Pożądanie wizji i objawień, co może stać się rodzajem przywiązania i zniewalającego nałogu, św. Jan nazywa dziełem diabła. Pisze on, że szatan aż dygoce z radości na widok duszy przyjmującej chętnie wizje i objawienia, a może i gotowej je uprzedzać. W taki sposób podsuwa on „truciznę błędu” i odwraca od „życia z wiary”, które decyduje o zbawieniu wiecznym. Kto życzy sobie wizji i objawień, na pewno popadnie w ciężkie błędy, ostrzega hiszpański mistyk i doktor Kościoła, gdzie iluminizm łatwo przeciwstawia się posłuszeństwu, zaś gnoza wizjonerstwa niszczy wiarę. Albowiem „pożądanie tych objawień otwiera drogę szatanowi, by mógł duszę oszukiwać innymi widziadłami, które umie on bardzo dobrze naśladować i przedstawiać je duszy jako dobre” (św. Jan od Krzyża, Droga na górę Karmel, Kraków 1995, t. II, s.11).

    Wiele grup chrześcijańskich ulega dziś pokusie wizjonerstwa, które przypomina ciekawskie wróżbiarstwo, degradując przez to swoją wiarę. Wizje same w sobie nie mogą dostarczać żadnej pewnej informacji. Raczej niepokoją umysł i odbierają pokój serca, gdy człowiek chce zamienić ciemność (i zasługę) wiary – w duchu gnozy – na iluministyczną jasność, której nigdy nie osiągnie. Zachłanność światła dowodów płynących z wizji jest wprost proporcjonalna do braku wiary. Brak pewności wewnętrznej płynącej z wiary koresponduje ściśle z poszukiwaniem zewnętrznych dowodów w wizjach, co jest ulotne i w istocie nie do zrealizowania.

    Pragnienie nadzwyczajnego poznania jest dziś cechą wielu charyzmatyków.

    Istnieje w tych środowiskach potrzeba ustawicznego rozeznawania duchowego, aby rozpoznać odwieczną pokusę gnozy, zwodniczą propozycję węża. Istnieje demoniczny „dar języków” (K. Koch). „Spoczynek w Duchu” to nie musi być zawsze wydarzenie duchowe, ale może być psychologiczne lub okultystyczne (por. ks. kard. L. Suenens, „Spoczynek w Duchu” kontrowersyjne zjawisko, Kraków 2005 r.). „Dar poznania” – jako forma charyzmatu proroctwa (Ph. Madre) to nie gnoza czy wróżbiarstwo, które zniewala.

    Zdarzają się jednak takie nadużycia, gdy szuka się poznania w zbyt konkretnych i przyziemnych sprawach.

    Dziś „pożądliwość poznawcza” gnozy przybiera formę mediumizmu, obecnego często w radiestezji, bioenergoterapii, a także w różnych formach pseudomedycznych i pseudopsychologicznych terapii czy „mentalnych” treningów „supernauczania”. Stosuje się tam często tzw. wizualizacje, nie weryfikując zwodniczych podszeptów wyobraźni, swoiście i zbyt optymistycznie zdefiniowanej.

    W tym kontekście praktykuje się tu często wizualizacje „przewodników wewnętrznych” (praktyka stosowana od wieków w szamanizmie i w rozmaitych formach spirytyzmu i magii), co może – w całkiem niezamierzony sposób – otwierać na mediumiczny kontakt z duchami, które tylko pozornie są przyjazne (to zagrożenie dotyczy także dzieci).

    W kontekście reaktywacji gnostyckiego myślenia należy zwrócić szczególną uwagę na pseudopsychologię podszywającą się pod neutralną psychologię, a stosującą w istocie ukryte założenia pozapsychologiczne. Prezentuje ona możliwości rozwoju umysłu-mózgu jako rzekomo czysto psychologiczne (np. Metoda Silvy czy NLP).

    Tymczasem owe techniki (nauczane często przez niepsychologów) umocowane są nie w kontekście psychologii, ale w obszarze – podmieniającej ją – ideologii „gnostyckiej”, traktującej człowieka jako „geniusza-boga” (problem grzechu idolatrii). Stąd tego rodzaju „przemiany osobowości”, które rozpoczynają się od niewinnych propozycji poprawy umiejętności myślenia czy pamięci, kierowane są ku rozbudzaniu zdolności paranormalnych, traktowanych jako duchowe czy boskie. Powoduje to poważne spustoszenia duchowo-moralne, a nie tylko psychiczne.

    Chodzi tu o doświadczenia i zniewolenia medialne. Według świadectw egzorcystów, są one związane nie tylko z satanizmem, ale także z magią, spirytyzmem (dziś także channelingiem czy doświadczeniami UFO).

    Do tego tematu można zaliczyć doświadczenia z aniołami czy duszami czyśćcowymi, które mogą być czasami prawdziwe. Tu należy włączyć doświadczenia z „pismem automatycznym”, które są problematyczne w kontekście mistyki nadzwyczajnej, jak było widoczne w doświadczeniach Vassuli Ryden.

    Nie wszyscy jesteśmy więc jednego Ducha, stąd „badajmy duchy czy są z Boga” (l J 4, l).

    Wizje mogą niszczyć wiarę, a iluminizm – posłuszeństwo, gdzie zerwanie więzi z Kościołem i jego nauką jest także zerwaniem ich z Duchem Świętym, co może być niebezpieczne dla naszego zbawienia.

    Jak przypomina bowiem Jan Paweł II,

    – „sam Chrystus Pan w trosce o tę wierność dla prawdy Bożej przyobiecał Kościołowi specjalną pomoc Ducha Prawdy, wyposażył w dar nieomylności tych, którym zlecił przekazywanie tej prawdy, jej nauczanie – jak to dokładnie określił Sobór Watykański I, a powtórzył SobórWatykański II” („Redemptor hominis” 19).

    ks. Aleksander Posacki SJ/Fronda.pl/Nasz Dziennik (2007)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chcesz żyć naprawdę Duchem Świętym? Chcesz chodzić po wodzie? ZOBACZ co NALEŻY ZROBIĆ

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Chcesz żyć naprawdę Duchem Świętym?

    Chcesz chodzić po wodzie?

    Zobacz co należy zrobić

    Tytułowe pytanie jest głęboko ukryte w  sercu każdego człowieka i dlatego szukamy na nie odpowiedzi. Życie bez Ducha Świętego jest śmiercią. Jeśli popatrzymy na ludzi wierzących, często możemy przywołać obraz doliny pełnej kości z księgi Ezechiela (por. Ez 37, 1-14). To widzenie wskazuje na ludzi, którzy nie mają Ducha, są martwi. Często nasze chrześcijaństwo jest martwe, ograniczone do tradycji. Dlatego Ci, którzy pragną lepszego życia, szukają Ducha Świętego i podejmują trud, by Jego doświadczać każdego dnia.

    Bo rozleję wody po spragnionej glebie
    i zdroje po wyschniętej ziemi.
    Przeleję Ducha mego na twoje plemię
    i błogosławieństwo moje na twych potomków.
    Wyrastać będą jak trawa wśród wody,
    jak topole nad bieżącymi wodami. 

    Iz 44, 3-4

    Duch Święty jest bardzo ważną Osobą, bez której nie można w ogóle odnaleźć Jezusa.  Mówi się, że jest wiele dróg prowadzących do Boga. Duch Święty wskazuje na jedyną drogę, którą jest Jezus. Sam nawet Jezus mówi, że nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przez Niego. Jezus jest tą najwłaściwszą, bezpieczną drogą prowadzącą do Ojca. Podczas Mszy świętej, kiedy gromadzimy się wokół Jezusa i nasze modlitwy zanosimy do Boga przez Niego, to wówczas Duch Święty nas łączy i pozwala doświadczyć Boga w osobie Jezusa. Nasza wiara jest Chrystocentryczna. Dlaczego więc wielu ludzi nie doświadcza miłości Boga? Bo nie poznało Jezusa.

    Jest wiele sposobów otwarcia się na działanie Ducha Świętego. Przeżywając każdy dzień możemy na Niego się otwierać. 

    W ostatnim zaś, najbardziej uroczystym dniu święta Jezus wstał i zawołał donośnym głosem: <<Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Rzeki wody żywej popłyną z jego wnętrza>>. A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego; Duch bowiem jeszcze nie był dany, ponieważ Jezus nie został jeszcze uwielbiony. (J 7, 37 – 39)

    Te słowa Jezus wygłosił podczas Święta Namiotów. Podczas każdego dnia tego święta kapłan szedł z procesją do sadzawki, nabierał tam wody i zanosił ją w uroczystej procesji do świątyni, gdzie woda była wylewana na ołtarz. W ostatnim zaś, najbardziej uroczystym dniu Święta kapłan podnosił pusty dzban. Izraelici oczekiwali tego dnia czegoś niezwykłego, cudownego, gdyż atmosfera prowadziła do punktu kulminacyjnego. Tymczasem kiedy radość uczestników święta osiągnęła apogeum, kiedy miało wydarzyć się coś niezwykłego, kapłan podnosił pusty dzban. Nic nadzwyczajnego się nie działo. Ludzie byli zawiedzeni. Ich nadzieje nie były spełnione. Wówczas to Jezus wstaje i woła donośnym głosem: Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie i pije. Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza. Święty Jan wyjaśnia, że Jezus mówił o Duchu Świętym, którego mieli otrzymać wierzący w Niego. 

    Wzbudzić pragnienie

    Dzisiaj uświadamiamy sobie, że mamy Ducha Świętego w sobie, ale jak mówi prorok Izajasz, cytowany na początku, ziemia naszych serc jest twarda, zasklepiona i źródło, którym jest Duch Święty nie może się przebić. Każdy z nas musi uczynić wszystko, co konieczne, aby przebić się do tego źródła. Jednym z warunków jest pragnienie. Ci bowiem, którzy pragną, zaczynają szukać. Pragnienie wręcz zmusza do szukania wody. Ludzie spragnieni zrobią wszystko, by znaleźć wodę, bo bez niej nie ma życia. Bóg przez proroka Izajasza mówi: Rozleję wody po spragnionej glebie. Żeby doświadczyć żywej wody, Ducha Świętego, trzeba być spragnionym. Zauważmy jedną prawidłowość: gdy jest zimno, pada deszcz, nie ma w nas wielkiego pragnienia. Wystarczy nam niewielka ilość wody, by funkcjonować. Jeśli natomiast jest upał i wieje gorący wiatr, potrzebujemy dużej ilość wody. Podobnie jest w życiu duchowym. Trzeba zbliżyć się do Słońca, wystawić się na gorący wiatr, aby pojawiło się wielkie pragnienie. Najlepszym sposobem na wzbudzenie w sobie takiego pragnienia Ducha Świętego jest adoracja Najświętszego Sakramentu. Jezus powiedział o sobie, że jest światłem, które oświeca każdego człowieka. To On jest Słońcem, które nas oświetla. Gdy znajdę się w obecności Jezusa, gdy wystawię się na Jego światło pełne ciepła, to wówczas na pewno zrodzi się we mnie pragnienie Boga. Przyjdź do Jezusa i pij. On do tego zachęcał, wołając donośnym głosem. Dlatego pierwszym kluczem otwarcia się na Ducha Świętego jest właśnie pragnienie. Wówczas z naszego wnętrza zacznie wylewać się Duch Święty. Zaczniemy widzieć Jego owoce.

    Objawiać Boga

    Drugim kluczem, również bardzo ważnym, jest  świadomość, że Duch Święty to nie energia, ale Osoba. Musimy mieć nieustannie świadomość, że Duch Święty to Osoba. Aby nawiązać relację z tą Osobą, trzeba się z Nią jak najczęściej spotykać i przebywać w Jej obecności. Najlepszym miejscem takiego spotkania lub mówiąc inaczej, przestrzenią spotkania, jest modlitwa. To podczas modlitwy kiedy wpatrujemy się w Ducha Świętego, zaczynamy odkrywać siebie, poznawać swoją wartość. Czujemy, że Bogu zależy właśnie na mnie. Duch Święty wskazuje, że Jezus umarł za mnie, że umarł za każdego z nas i że Jego cierpienie i męka to najdoskonalszy sposób objawienia miłości Boga do człowieka.  Dla Boga jesteśmy bezcenni. Jego zamiarem było, żeby człowiek się do Niego upodabniał i żeby objawiał wobec całego stworzenia Jego dobroć i miłość. 

    Możemy objawiać Boga całemu stworzeniu przede wszystkim przez miłość, dobroć, przebaczenie. Tam gdzie ludzie narzekają, bądźmy pełni nadziei i optymizmu. Tam, gdzie jest nienawiść i krzywda, my wybaczajmy i okazujmy miłość. To w taki sposób możemy objawiać dobroć i miłość Boga. Taką zdolność daje nam Duch Święty, który wskazuje na Jezusa. To w pełni streszcza św. Paweł w słowach: “Teraz już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20). Duch Święty jest Osobą, która uczy nas żyć jak Jezus. Jezus natomiast objawia nam Ojca i daje możliwość doświadczenia miłości Boga, a któż z nas nie chciałby jej doświadczyć? 

    Stanąć w prawdzie i otworzyć się na drugiego człowieka

    Kolejny klucz, czyli sposób otwarcia się na Ducha Świętego, to postawienie siebie w świetle prawdy. W przestrzeni miłości nie ma już miejsca na kłamstwo. Odkrywamy wówczas prawdę o nas samych. Zaczynamy widzieć samych siebie oczami Boga. Można wówczas zobaczyć w sobie wiele zła, wiele niedoskonałości, grzechów i zniewoleń, bo przebywanie z Bogiem uświadamia każdemu z nas, że jesteśmy grzesznikami. Ale z drugiej strony zaczynamy dostrzegać wielkie Boże Miłosierdzie, które jest nieporównywalnie większe od całego zła, które jest w nas. 

    Tutaj rodzi się nadzieja, na stawanie się podobnym do Jezusa, bo Bóg nam przebacza. I jeszcze jedna prawda. Poznając siebie, możemy poznać też drugiego człowieka. Duch Święty wskazuje nam również, że tak jak my jesteśmy umiłowanymi dziećmi Boga, tak samo jest nim każdy człowiek. My wszyscy jesteśmy stworzeni na podobieństwo Jezusa. By doświadczyć Boga trzeba po prostu kochać, bo Duch Święty jest miłością. Jeśli zamknę się na drugiego człowieka, to równocześnie zamykam się na Boga, bo miłość jest jedna. Ta sama Miłość, która mnie kocha, kocha też drugiego człowieka. Święty Jan w swoim Liście pisze wyraźnie, że nie można kochać Boga, którego nie widzimy, jeśli najpierw nie pokochamy człowieka, którego widzimy (por 1 J 4, 20). 

    Jeśli otwieramy się na Ducha Świętego, Boża miłość wpływa do naszego wnętrza, wypełnia nas i oczekuje, że ją przekażemy dalej. Jeżeli jesteśmy zamknięci na drugiego człowieka i nie pozwalamy tej miłości płynąć do serc innych ludzi, wszystko zaczyna w nas umierać i wówczas stajemy się martwi. Gdy jednak miłość z nas wypływa dalej, do innych ludzi, zaczynamy naprawdę żyć. Rozwijają się w nas wspaniałe cnoty. Zauważmy też, że tam gdzie ludzie są zamknięci na innych, nigdy nie ma uzdrowień. Bo skoro moc z wysoka, która wychodziła od Jezusa i uzdrawiała wszystkich, to Duch Święty, czyli Osobowa Miłość, to musimy być otwarci na Miłość, by ją przyjąć i przekazać dalej, a tym samym zyskać uzdrowienie. Ludzie zamknięci tego nie doświadczą. 

    Często droga do serca człowieka jest drogą bardzo trudną. Maryja szła do Elżbiety drogą niebezpieczną i wiodącą pod górę. Drogą, która zajęła jej kilka dni. Maryja podjęła ten trud, nie tylko dlatego, by odwiedzić swą krewną, która była już w szóstym miesiącu i jej pomóc, ale również dlatego, by podzielić się Jezusem, czyli Miłością. Maryja, gdy tylko doświadczyła Ducha Świętego w Zwiastowaniu, od razu wyrusza w drogę by dotrzeć do drugiego człowieka. Usłyszała bowiem podczas zwiastowania o Emmanuelu- Bogu, który jest z nami. Boga trzeba zanieść innym. Nasza droga do drugiego człowieka też może być trudna. I wcale najtrudniejszą drogą nie jest ta, która prowadzi do naszych nieprzyjaciół. Najtrudniejszą drogą jest ta, która prowadzi do tych, z którymi żyjemy na co dzień. To często jest droga do małżonka, do dziecka albo do rodziców. A jeszcze trudniejszą od tych dróg, jest na pewno droga do samego siebie. By dotrzeć do drugiego człowieka, trzeba na początku podjąć trud dotarcia do samego siebie. Odkrycia, że my tak naprawdę potrzebujemy miłości i to miłości do samego siebie. Kiedy Jezus mówi, by kochać innych, jak siebie samego, to wskazuje, że najpierw musimy nauczyć się miłości własnej. To obecność Ducha Świętego uczy nas takiej miłości. On jest najlepszym naszym Nauczycielem.

    Pokochać siebie i pokochać drugiego człowieka to ważny stopień w drodze do otwarcia się na Bożą miłość. Każdego dnia spotykamy od kilku do przynajmniej kilkunastu osób, dzięki którym możemy doświadczyć Ducha Świętego. Gdzie dwie osoby z otwartym sercem, z życzliwością i miłością spotykają się, tam Bóg zaczyna istnieć pośród nich. On uzależnił swoją obecność z nami i między nami od miłości.

    o. Józef Witko/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Duch Święty – lekarstwo dla sfrustrowanych chrześcijan

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Duch Święty – lekarstwo dla sfrustrowanych chrześcijan

    Dlaczego 2 tys. lat temu chrześcijanie byli zdolni do głębokiej relacji z Bogiem, do odważnego głoszenia Dobrej Nowiny i radykalności w aspekcie moralności, a my dziś nie potrafimy im dorównać? Czy byli silniejsi, odważniejsi, czy w ich kulturze było prościej? A może to dlatego, że przebywali z Jezusem w Jego wcielonej postaci?

    Wielu wierzących chrześcijan, konfrontując swoje życie z opisem życia Apostołów, o którym czytają w Dziejach Apostolskich, czuje frustrację. Chcieliby żyć wiarą tak jak Apostołowie, ale nie potrafią. Chcieliby tak jak Apostołowie się modlić, ale kiedy się modlą, czują zniechęcenie i nie mają pragnienia modlitwy. Chcieliby jak Apostołowie głosić Ewangelię, ale nie potrafią mówić innym o swojej wierze, często się jej wstydzic i obawiając, że z jej powodu zostaną odrzuceni w swoich środowiskach. Chcieliby, aby ich moralność przypominała moralność Apostołów, ale nie potrafią poradzić sobie ze swoimi ułomnościami, przyzwyczajeniami i słabościami.

    Dlaczego 2 tys. lat temu chrześcijanie byli zdolni do głębokiej relacji z Bogiem, do odważnego głoszenia Dobrej Nowiny i radykalności w aspekcie moralności, a my dziś nie potrafimy im dorównać? Czy byli silniejsi, odważniejsi, czy w ich kulturze było prościej? A może to dlatego, że przebywali z Jezusem w Jego wcielonej postaci? Same przekazy ewangeliczne odpowiadają nam, że nie. Aż do ukrzyżowania Chrystusa byli równie grzeszni, bojaźliwi, i słabi jak my dzisiaj. Wyraźnie widzimy to w najważniejszy momentach Paschy Jezusa, kiedy nie chciało im się modlić w Ogrójcu, kiedy uciekli spod krzyża i pozamykali się, w obawie przed opresjami ze strony Żydów. To, co pozwoliło im stać się odważnymi i świętymi heroldami Bożego zbawienia wydarzyło się 50. dni po Zmartwychwstaniu Syna Bożego. Wówczas to, modląc się w wieczerniku, zstąpił na nich Duch Święty. I to wydarzenie uczyniło Apostołów takimi, jakich znamy ich z Dziejów Apostolskich.

    To Duch Święty jest tym, dzięki któremu mamy w Chrystusie przystęp do Ojca. To w Nim możemy wołać Abba. Dlatego potrzebujemy Go, aby móc budować relację z Ojcem, aby móc przed Nim stanąć. On budzi w nas pragnienie tej relacji, budzi w nas pragnienie modlitwy i służby Bogu. I to On nas do tej modlitwy uzdalnia. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami (Rz 8, 26) – uczy św. Paweł. Kiedy więc nie potrafisz się modlić, kiedy wydaje ci się, że twoja modlitwa jest sucha i bezowocna, poproś Ducha Świętego, aby to On modlił się w Tobie. Kiedy czujesz niechęć do modlitwy i ciężko ci się do niej zmobilizować, poproś Ducha Świętego, aby to On dał ci pragnienie modlitwy, pragnienie przebywania z Bogiem. Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia i działania zgodnie z Jego wolą. (Flp 2, 13)

    Bóg, zawierając swoje przymierze z ludem Izraela, nadał mu swoje prawo. Żydzi jednak nie byli zdolni przestrzegać 613 przykazań. Przez grzech pierworodny człowiek jest skazany na drzemiącą w nim pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pychę życia (Por. 1J 2, 16). Ale Bóg zapowiedział Nowe Przymierze, które rozpoczęło się razem z Ofiarą Chrystusa. Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu (Jr 31,33) – powiedział przez proroka Jeremiasza. A ustami Ezechiela zapowiedział: I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić, byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań, i według nich postępowali (Ez 36, 26-27).

    Duch święty zabiera nasze zatwardziałe, kamienne serca, i daje nam nowe, pełne Jego miłości. On jest tym, który niemożliwe do wypełnienia prawo spisane na papierze wpisuje w nasze serca, czyniąc je naturalną częścią naszego jestestwa. Będąc miłością, przemienia życie człowieka, zamieniając na miłość grzech i nienawiść. Uzdalnia nas do tego, abyśmy zwyciężyli swoje pożądliwości. Tak jak Boże tchnienie powołało do istnienia uporządkowany świat z nicości, tak Duch Święty wnosi porządek i pokój w życie chrześcijan. Kiedy Samson został związany przez Filistynów powrozami, opanował go Duch Pana i te powrozy stały się dla niego słabe jak lniane włókna spalone ogniem (Sdz 15, 14). Ta historia z Księgi Sędziów jest obrazem naszego życia duchowego. Duch Święty sprawia, że powrozy naszego grzechu, nałogów, uzależnień i pożądliwości stają się dla nas łatwe do rozerwania. Duch Święty daje siłę do pokonania grzechu i do życia w świętości.

    Kiedy w dzień Pięćdziesiątnicy Ojciec zesłał Ducha Świętego na zgromadzonych w wieczerniku uczniów, ci przestraszeni wcześniej ludzie wyszli z zamknięcia i zaczęli odważnie głosić Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. To Duch Święty uzdalnia chrześcijanina do dawania świadectwa o swojej wierze. Zabiera strach i daje narzędzia, aby skutecznie nieść Dobrą Nowinę w swoim środowisku. On posługuje się człowiekiem, aby przez niego kontynuować dzieło głoszenia Królestwa Bożego. Kościół, który został przez Boga powołany do tej właśnie misji, jest jak pisze św. Paweł jednym ciałem. Ciałem, w którym każdy z członków ma swoje zadanie i każdy jest konieczny, aby to ciało mogło być w pełni sprawne. Każdy chrześcijanin został przez Boga obdarzony indywidualnym i tylko sobie właściwym powołaniem, które spełniając, buduje Kościół i niesie zbawienie Chrystusa. Duch Święty daje nam dary, których potrzebujemy, aby móc to powołanie spełnić.

    Wszystkim zaś objawia się Duch dla wspólnego dobra. Jednemu dany jest przez Ducha dar mądrości słowa, drugiemu umiejętność poznawania według tego samego Ducha, innemu jeszcze dar wiary w tymże Duchu, innemu łaska uzdrawiania w jednym Duchu, innemu dar czynienia cudów, innemu proroctwo, innemu rozpoznawanie duchów, innemu dar języków i wreszcie innemu łaska tłumaczenia języków. Wszystko zaś sprawia jeden i ten sam Duch, udzielając każdemu tak, jak chce. (1 Kor 12, 7-11).

    Ci sfrustrowani chrześcijanie, o których mówiliśmy na początku, przypominają człowieka, który dostał od przyjaciela najlepszy model samochodu. Zamknął go jednak w garażu i codziennie rano denerwuje się tym, że musi chodzić pieszo do pracy. Dar Pięćdziesiątnicy jest udziałem każdego, kto przyjął chrzest. Pełnię darów Ducha Świętego otrzymujemy w sakramencie Bierzmowania. Jednak często żyjemy tak, jakbyśmy wcale Ducha Świętego nie otrzymali. Bóg nie sprzeciwia się ludzkiej wolności. Duch Święty nie będzie w nas działał, jeżeli Mu na to nie pozwolimy. Święty Paweł pisze do Efezjan napełniajcie się Duchem (Ef 5, 18b). Żeby móc mieć udział w bliskości Boga, świętości i darach Ducha Świętego, musimy nieustannie prosić Go, aby nas napełniał. Nieustannie pozwalać Mu przychodzić i wylewać się na nas. Nieustannie otwierać Mu swoje serca. On przychodzi do nas wciąż na nowo, przede wszystkim w sakramencie Eucharystii, ale też dzięki naszej prywatnej modlitwie, kiedy Go o to prosimy.

    I ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka,  znajduje; a kołaczącemu otworzą. Jeżeli któregoś z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą (Łk 11 9-13).

    Jezus stawia sprawę bardzo jasno. Wszystko, co trzeba zrobić, aby otrzymać od Ojca Ducha Świętego, to o Niego poprosić. Nie trzeba nic więcej. Nie trzeba spełniać żadnych wymagań. Wystarczy poprosić. I to właśnie prośba o Ducha Świętego i otwarcie się na Jego działanie czyni życie chrześcijanina takim, jakim było życie bohaterów Dziejów Apostolskich. Święty Jan Paweł II codziennie prosił o Ducha Świętego prostą modlitwą, której nauczył się od swojego ojca. Warto przyjąć ten jego zwyczaj i podobnymi słowami, każdego dnia, prosić Ojca o udział w cudzie Pięćdziesiątnicy:

    Duchu Święty, proszę Cię

    o dar mądrości do lepszego poznawania

    Ciebie i Twoich doskonałości Bożych,

    o dar rozumu do lepszego zrozumienia

    ducha tajemnic wiary świętej,

    o dar umiejętności,

    abym w życiu kierował się zasadami tejże wiary,

    o dar rady, abym we wszystkim u Ciebie szukał rady

    i u Ciebie ją zawsze znajdował,

    o dar męstwa, aby żadna bojaźń ani względy ziemskie

    nie mogły mnie od Ciebie oderwać,

    o dar pobożności, abym zawsze służył Twojemu Majestatowi z synowską miłością,

    o dar bojaźni Bożej, abym lękał się grzechu,

    który Ciebie, o Boże, obraża.

    Przyjmijcie ode mnie tę modlitwę, której nauczył mnie mój ojciec i pozostańcie jej wierni – powiedział papież w czasie swojej pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny.

    Karol Kubacki/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 MAJA

    UROCZYSTOŚĆ WNIEBOWSTĄPIENIA PAŃSKIEGO

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PRZED MSZĄ ŚW. – PÓŁGODZINNA ADORACJA/MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    III DZIEŃ NOWENNY DO DUCHA ŚWIĘTEGO

    Kłopoty z Wniebowstąpieniem

    Wniebowstąpienie

    (Jaume Huguet, obraz z XV w., znajduje się w refektarzu kanoników katedry w katalońskiej Tortosie)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 MAJA – PONIEDZIAŁEK – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    IV DZIEŃ NOWENNY DO DUCHA ŚWIĘTEGO

    godz. 7.30 – MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 MAJA – WTOREK – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    V DZIEŃ NOWENNY DO DUCHA ŚWIĘTEGO

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 MAJA – ŚRODA – KOŚCIÓŁ NIEPOKALANEGO POCZĘCIA NMP (2049 Maryhill Road)

    VI DZIEŃ NOWENNY DO DUCHA ŚWIĘTEGO

    godz. 10.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 MAJA – CZWARTEK – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    VII DZIEŃ NOWENNY DO DUCHA ŚWIĘTEGO

    godz. 7.30 – MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 MAJA – PIĄTEK – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    VIII DZIEŃ NOWENNY DO DUCHA ŚWIĘTEGO

    godz. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    możliwość spowiedzi św. przed i po Mszy św

    NA DZIEŃ MATKI

    Siedem rad wyjątkowych Mam wybitnych Polaków

    Rady mamy są bardzo ważne w życiu człowieka, chociaż czasami bywają niedoceniane przez dzieci za jej życia. A co radziły mamy siedmiorga wybitnych Polaków? Warto je nieco poznać, skoro ich dzieci wyrosły na porządnych ludzi.

     Family News Service

    Dzień Matki

     Domena publiczna

    Rodzina Wyszyńskich

    Rodzina Wyszyńskich

    1. Marianna Popiełuszko: Odpowiadaj dobrem na zło!

    „Pierwsze wskazówki i pierwsze seminarium to on miał w domu” – powiedziała kiedyś Marianna Popiełuszko, mama bł. ks. Jerzego. Syn znany jest przede wszystkim z życia zasadą: zło dobrem zwyciężaj. Trudno przypuszczać, żeby przyszły męczennik był zdolny do wcielania jej w życie, gdyby nie wartości wyniesione z domu. Po tragicznej śmierci syna Marianna przebaczyła jego mordercom.

    2. Emilia Wojtyła: Szanuj życie nienarodzone bardziej niż własny komfort!

    Wielu wskazuje na to, że jednoznaczne nauczanie Jana Pawła II o nienaruszalności życia już od poczęcia oparte było na wartościach wyniesionych z domu rodzinnego: gdyby nie decyzja matki przyszłego papieża, że urodzi dziecko mimo zagrożenia, Karol Wojtyła mógłby w ogóle nie przyjść na świat. Papież Polak wyznał kiedyś, że nauczył się znosić cierpienie od matki, która po jego narodzinach już nie wróciła do pełni zdrowia. Dla niej ważniejsze było życie dziecka, niż jej własne zdrowie, a nawet życie.

     Domena publiczna

    Rodzice Karola Wojtyły

    Rodzice Karola Wojtyły

    3. Julianna Wyszyńska: Patrz szerzej i głębiej!

    Znane są słowa chorej mamy kard. Stefana Wyszyńskiego, która mówiła do syna: „Ubieraj się, ale nie tak, inaczej się ubieraj…”. Z pozoru błaha rada, po latach została uznana za życzenie matki, aby Stefan został księdzem. Matka Prymasa radzi, aby nie skupiać się tylko na tym, co wydaje się oczywiste, ale poprzez proste porównania przekazywać to, co naprawdę wartościowe w dalszej perspektywie.

    4. Marianna Kolbe: Rozwijaj i wykorzystuj dane Ci talenty!

    Mama słynnego męczennika z Oświęcimia o. Maksymiliana Kolbego to barwna postać. Jako furtianka u felicjanek w Krakowie dała się poznać jako osoba zaradna życiowo – umiała załatwiać wiele spaw w tym samym czasie. Jej syn znany jest również jako człowiek praktyczny, który wiele spraw organizował i realizował na szeroką skalę. Przypadek? A może nauka wyniesiona z domu?

    5. Marianna Kowalska: Pamiętaj o potrzebujących!

    „Nieustannie składam Bogu dzięki za takich rodziców” – to słowa św. s. Faustyny Kowalskiej. Jej mama, Marianna, została zapamiętana przez znajomych jako osoba chętnie dzieląca się z innymi: „Matka św. Siostry Faustyny, kiedy piekła chleb, a czyniła to zazwyczaj na początku tygodnia – zawsze miała kromkę pachnącego pieczywa dla przechodzących drogą dzieci” – wspominali. Może ten słynny moment, kiedy do świętej przyszedł Jezus pod postacią ubogiego młodzieńca, a ta nakarmiła Go, to wcielone w życie wspomnienie z dzieciństwa?

    6. Maria Hlond: Wykonuj swoje obowiązki „poważnie i ochoczo”!

    „Otwarłaś przed nami szeroko drogę do szczęścia, boś nas wychowała nie do pieszczot i wygód, lecz do hartu i pracy i nauczyłaś nas kochać obowiązek, a powinność spełniać poważnie i ochoczo” – pisał ks. August Hlond do matki, donosząc jej o nominacji kardynalskiej. O mamie Prymasa niewiele wiemy, ale pewne jest, że była osobą, która kładła nacisk na dobre spełnianie swoich obowiązków. Jak widać, już jako kardynał jej syn August miał jej rady w sercu i pilnie wypełniał z dużym pożytkiem dla Kościoła i państwa.

    7. Ewa Felińska: Pamiętaj o sprawach najważniejszych!

    Mama arcybiskupa warszawskiego św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego jest autorką „Wspomnień z Syberii”. Była znaną działaczką przeciwko rosyjskiemu zaborcy, za co trafiła właśnie na Syberię. Dbała o to, aby jej dzieci od najmłodszych lat kierowały swoje myśli i pragnienia ku temu, co najważniejsze. Zygmunt tak ją wspominał: „z miłością macierzyńską śledziła wszystkie odcienie mego charakteru, i w każdej myśli przelotnej, w każdym słowie, w każdym uczynku wnet odkryje dobrą lub złą stronę, a znając moje skłonności, wnet daje rady, które bez namysłu można przyjmować, bo pochodzą z życzliwości prawdziwej, z serca”.

     Domena publiczna

    Ewa Felińska

    Ewa Felińska

    A jakie są rady naszych Mam? Czy o nich pamiętamy…?

    ______________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is image.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Litania loretańska do NMP – najnowsza wersja

    Konferencja Episkopatu Polski zatwierdziła 28 sierpnia 2020 roku polskie tłumaczenie trzech nowych wezwań litanii loretańskiej: “Matko miłosierdzia”, “Matko nadziei”, “Pociecho migrantów” – poinformowało w sobotę biuro prasowe Episkopatu.

    Nowe wezwania litanii loretańskiej, wprowadzone w języku łacińskim przez Stolicę Apostolską 20 czerwca 2020 r., będą odtąd brzmiały w języku polskim “Matko miłosierdzia” (po “Matko Kościoła”), “Matko nadziei” (po “Matko łaski Bożej”), “Pociecho migrantów” (po “Ucieczko grzesznych”).

    Zaznaczono, że wezwania “Matko miłosierdzia”, które w polskiej wersji litanii już było w użyciu po wezwaniu “Matko łaski Bożej”, odtąd będzie znajdować się w nowym miejscu.

    “Nie można dokładać dodatkowych wezwań np. Królowo świata, tylko dla dokończenia symetrycznej frazy melodycznej” – zwrócił uwagę sekretarz Komisji KEP ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów ks. Dominik Ostrowski.

    Podkreślił, że w litaniach priorytetem jest tekst modlitwy, a nie melodia, dlatego “należy promować lub komponować takie melodie litanii, które nie zakładają parzystej liczby wezwań”.

    Nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej.

    Litania loretańska nazywana jest także litanią do Najświętszej Maryi Panny. Pierwsza wersja tego rodzaju modlitwy powstała w XII wieku we Francji, nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.

     Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny

    Kyrie eleison. Christe, eleison. Kyrie eleison.

    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Synu, Odkupicielu świata, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Święta Trójco, Jedyny Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Święta Maryjo, — módl się za nami.

    Święta Boża Rodzicielko,

    Święta Panno nad pannami,

    Matko Chrystusowa,

    Matko Kościoła,

    Matko miłosierdzia,

    Matko łaski Bożej,

    Matko nadziei,

    Matko nieskalana,

    Matko najczystsza,

    Matko dziewicza,

    Matko nienaruszona,

    Matko najmilsza,

    Matko przedziwna,

    Matko dobrej rady,

    Matko Stworzyciela,

    Matko Zbawiciela,

    Panno roztropna,

    Panno czcigodna,

    Panno wsławiona,

    Panno można,

    Panno łaskawa,

    Panno wierna,

    Zwierciadło sprawiedliwości,

    Stolico mądrości,

    Przyczyno naszej radości,

    Przybytku Ducha Świętego,

    Przybytku chwalebny,

    Przybytku sławny pobożności,

    Różo duchowna,

    Wieżo Dawidowa,

    Wieżo z kości słoniowej,

    Domie złoty,

    Arko przymierza,

    Bramo niebieska,

    Gwiazdo zaranna,

    Uzdrowienie chorych,

    Ucieczko grzesznych,

    Pociecho migrantów,

    Pocieszycielko strapionych,

    Wspomożenie wiernych,

    Królowo Aniołów,

    Królowo Patriarchów,

    Królowo Proroków,

    Królowo Apostołów,

    Królowo Męczenników,

    Królowo Wyznawców,

    Królowo Dziewic,

    Królowo wszystkich Świętych,

    Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta,

    Królowo wniebowzięta,

    Królowo różańca świętego,

    Królowo rodzin,

    Królowo pokoju,

    Królowo Polski,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — przepuść nam, Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — wysłuchaj nas, Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — zmiłuj się nad nami.

    P. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko.
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się. Panie, nasz Boże, daj nam, sługom swoim, cieszyć się trwałym zdrowiem duszy i ciała, 
    † i za wstawiennictwem Najświętszej Maryi, zawsze Dziewicy * uwolnij nas od doczesnych utrapień i obdarz wieczną radością. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone ;

    Chwalcie cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki !

    • Kaplica Jana Chrzciciela na Polanie Chochołowskiej

    Kaplica na Polanie Chochołowskiej/fot. Gerard/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NABOŻEŃSTWA MAJOWE

    PIĘKNA TRADYCJA, KTÓRA ŁĄCZY POKOLENIA

    fot. Dawid Bagiński

    ***

    „Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone…” – wraz z nadejściem maja ta najbardziej znana pieśń rozbrzmiewa w całym kraju. Nabożeństwa majowe to już nieodłączny element polskiej tradycji. Jeszcze do dziś przejeżdżając w godzinach popołudniowych obok kapliczek lub przydrożnych figur czy też krzyży, możemy spotkać modlących się wiernych, którzy śpiewem, a także różnymi tytułami i przymiotami  wychwalają Matkę Bożą.

    W tradycji przyjęło się, że miesiąc maj jest czasem poświęconym Matce Bożej.

    – Musimy o jednym pamiętać. Tam, gdzie kult Chrystusa, tam u boku Chrystusa stoi Matka Boża, a jak Matka Boża to i wspólnota wierzących, czyli te mistyczne Ciało Chrystusa. Nie da się oddzielić Maryi od Chrystusa, od wierzących, to jest właśnie wspólnota, troistość nierozerwalna i stąd ten kult Matki Bożej. Tak właśnie wykreowany w tamtym czasie i dalej kultywowany m.in. o takim natężeniu właśnie w Polsce, bo wraz z tym kultem wiąże się kult świętych propagujących Matkę Bożą, nie tylko jako Matkę Syna Bożego, ale Matkę Narodu i Królową Polski  – podkreśliła dr Aldona Plucińska.

    Etnograf zaznaczyła, że maj wyróżnia się swoją szczególnością.

    – Miesiąc, gdzie potężna spuścizna naszych przodków ukazuje pełen obraz miłości, jak należy się zachowywać, jak budować wspólnoty: rodzinne, wioskowe, parafialne w dużych aglomeracjach miejskich – dodała.

    Już od pierwszego maja wpisany jest czas uroczystego świętowania, który w polskiej dawnej tradycji występuje pod nazwą „zielonego karnawału”. W tym szczególnym czasie mieszają się ze sobą profanum i sacrum, połączenie dwóch światów polskiej kultury przedchrześcijańskiej i chrześcijańskiej.

    – Jest to początek 31 dni pełnych radości, dumy, że wśród nas na co dzień w zasięgu ręki, ale i wzroku jest ta jedyna szczególna postać Matki Bożej – zwróciła uwagę dr Aldona Plucińska i dodała, że „świat chrześcijański, szczególnie tu na ziemi polskiej, powinien powitać ten miesiąc „Pieśnią wesela witamy”.

    Pieśnią wesela witamy,

    O Maryo, miesiąc Twój!

    My Ci z serca cześć składamy,

    Ty nam otwórz łaski zdrój.

    W tym miesiącu ziemia cała,

    Życiem, wonią, wdziękiem lśni,

    Wszędzie Twoja dźwięczy chwała,

    Gdy majowe płyną dni.

    Słońce maja niech osuszy

    Z każdych oczu smutku łzę,

    Kosa łaski w każdej duszy

    Niech obmyje grzechu rdzę!

    Dla nas wszystkich niech zaświta

    Twej miłości błogi raj,

    Całej ziemi niech zawita,

    O Maryo, śliczny maj!

    Każde serce niech uczuje,

    Że mu świeci litość Twa,

    Niech się cieszy, niech dziękuje,

    Że Cię Matką w niebie ma!

    A za krótki maj na ziemi,

    Poświęcony Twojej czci,

    Daj nam w niebie, ze Świętymi

    Wieczną chwałę śpiewać Ci!

    Maj to przede wszystkim majówki. Pod tym słowem kryją się jednak dwa odmienne znaczenia.

    – W polskiej kulturze były „majówki”, ale bardziej związane z przestrzenią profanum. Już w wigilię 1 maja nie było zajęć, ponieważ przygotowywano się do wycieczki, ale nie takiej wycieczki, jak w tej chwili młody człowiek myśli, tylko wraz z dzwonkiem, z muzyką uczniowie zbierali się przy szkole i w takiej procesji, orszaku, na którego czele stał pan dyrektor, osoby duchowne, katecheci i szli do pobliskiego dworu. Tam właściciel otwierał wrota (stąd powiedzenie: „Polska to cnota otworzyć każdemu wrota”, czyli otworzyć serce), otwierał dwór, otwierał obejście i zapraszał młodzież, dzieci, częstował – zaznaczyła etnograf.

    Poczęstunek był darem, który buduje wspólnotę.

    – To było bardzo ważne, ponieważ jadło było obrzędowe. Oczywiście nie chodziło tylko o jedzenie, ale także o uczestniczenie w zawodach sportowych: grano w piłkę, urządzano biegi, wykorzystywano huśtawki itd. Cały bogaty kontekst kulturowy, symboliczny kod kulturowy, poprzez który bardzo umiejętnie uczono od dziecka czytać, rozumieć i uczestniczyć w tych wydarzeniach – wskazała dr Aldona Plucińska.

    W polskiej kulturze chrześcijańskiej majówki odnoszą się także do nabożeństw majowych. Korzeni tego nabożeństwa nie znajdziemy w Polsce, ponieważ ma  ono znacznie dłuższą historię.

    – W średniowieczu po raz pierwszy pojawia się nazwa: „Niech przyjdzie dobry maj” i czyni to w jednym ze swoich wierszy król hiszpański Alfons. Potem święci, błogosławieni, którzy mieli kontakt z mistykami np. bł. Henryk Suzon, który mówił, że jako pachołek lubił zbierać o tej porze kwiaty, potem niósł je do stóp Bożej Matki i kładł na głowach figurek Bożej Rodzicielki uwite przez siebie wieńce – wskazała dr Aldona Plucińska.

    Kolejnym etapem jest wiek XVI, czyli okres renesansu i pojawienie się książki pod tytułem „Maj duchowy”.

    – Tam po raz pierwszy maj jest nazwany miesiącem Maryi – dodała etnograf.

    Potem stopniowo się to rozwijało. W drugiej połowie XVI w. propagował nabożeństwo majowe św. Filip Nereusz, którego uznaje się czasem za twórcę tej praktyki.

    – Gromadził on małe dzieci, młodzież, czy w ogóle tych, którzy chcieli przybliżyć się do obrazów Matki Bożej, śpiewać pieśni. Zbierał kwiaty i zachęcał do składnia ich wokół figur, obrazów Matki Bożej. Potem dominikanie, szczególnie nowicjusze, w miesiącu maju gromadzili się przed wizerunkami, ale znowu poprzez śpiew i składanie tzw. kwiatów duchowych, czyli wyrzeczeń – zwróciła uwagę dr Aldona Plucińska.

    Następnie pojawiają się pierwsze pieśni, które w XVII w. wydaje m.in o. Wawrzyniec Schnueffis, kapucyn.

    – Czas po soborze trydenckim to wzmożony kult nie tylko Najświętszego Sakramentu, ale również Matki Bożej – zaznaczyła etnograf.

    Ojcem nabożeństw majowych w formie zbliżonej do tej, którą znamy dzisiaj, jest jezuita o. Ansolani.

    – On w kaplicy królewskiej w Neapolu codziennie w maju urządzał koncerty, pieśni ku czci Matki Bożej zakończone błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem – przypomniała pracownik Muzeum Etnograficznego.

    W Polsce nabożeństwo majowe po raz pierwszy publicznie odprawiono w 1837 r. w kościele Świętego Krzyża w Warszawie, potem w Krakowie i dotarło aż na Jasną Górę. Następnie w ciągu 30 lat znane było już w całej Polsce. Nabożeństwa majowe to czas przepięknego świętowania – kontynuowała etnograf.

    – Czas jedyny w swoim rodzaju, ponieważ katolicy, chrześcijanie wychodzą ze swojej przestrzeni sacrum domostwa poprzez śpiew, a śpiew niesie się na całą wieś i dalej na obszar parafii. Każdy, kto przechodził obok kapliczki, a grupa się modliła, nikt nie zwrócił uwagi: „Nie pozwalamy”, wręcz przeciwnie słuchać było: „Zapraszamy”, czyli jest to budowanie wspólnoty, której darem jest modlitwa, pieśń – dodała.

    – Kapliczki to perła krajobrazu kulturowego Polski. Polska jako jedyny kraj miała i ma największą ilość krzyży i kapliczek przydrożnych. Większość uległa zniszczeniu, szczególnie podczas I wojny światowej. Potem po II wojnie spora część została poza granicami, ale przez ten czas od zakończenia II wojny światowej powstała ogromna ilość nowych kapliczek w otwartej przestrzeni. W maju, kiedy cała pełnia życia w postaci przyrody nam się jawi, społeczność zbierała się właśnie u tzw. krzyża, u kapliczki, ponieważ w tamtych odległych czasach było daleko do kościoła, do świątyni. „Majono”* tę kapliczkę, „majono” ten krzyż i rozpoczynano modlitwy: Litanie do Matki Bożej, różaniec, śpiew – podkreśliła etnograf.

    – Tam, gdzie mówiono, że jest największe zło – skrzyżowanie dróg, czyli tych miejsc niczyich, złych, niedobrych. Mówiono, że trzeba się w ten sposób zabezpieczyć – dodała pracownik Muzeum Etnograficznego w Łodzi.

    Z kapliczkami wiąże się też ogromna literatura spisanych legend.

    – Na przykład – według legendy figurkę Matki Boskiej Gidelskiej wyorał w polu Jan Czeczek – wspomniała etnograf.

    Twórcy dawnych kapliczek, krzyży nie są znani. Jak podkreśliła dr Aldona Plucińska, to często autorzy anonimowi, o których trzeba pamiętać, bo bez nich polski krajobraz byłby pustynią.

    – Módlmy się za artystów, żeby piękno wizerunku Matki Bożej dalej kontynuowali i przekazywali te wszystkie treści, które dany obraz w sobie zawiera, żeby były czytelne, zrozumiałe i mówiły o pięknie, o życiu i miłości – Boga do człowieka i człowieka do Boga, bo przecież to jest zawarte w pieśniach maryjnych i w Litanii Loretańskiej (Litanii do Matki Bożej).

    Dlatego to od każdego z nas zależy, czy tradycja nabożeństw będzie kontynuowana.

    – Na ziemiach polskich nabożeństwa majowe są jedyne w swoim rodzaju. Zostały one ukształtowane w swoiste teatrum. Jesteśmy spadkobiercami tego w XXI wieku i zadane nam jest kontynuowanie tego piękna na ziemi polskiej, na ziemi słowiańskiej w centrum Europy – podsumowała dr Aldona Pulicińska.

    Anita Suraj-Bagińska/radiomaryja.pl

    *„majenie” (nie strojenie), „majenie” – ubieranie. Nazwa pochodząca od miesiąca, która ma ubierać naturą, ponieważ w maju bucha życiem w postaci rozmaitości kwiatów, faktury, tekstury, ale także działa na zmysły (zapach).

    Matka Boża, maj i przydrożne kapliczki

    Matka Boża, maj i przydrożne kapliczki

    (fot. papapishu / flickr.com / CC BY-SA 2.0)

    ***

    Maj jest w Kościele miesiącem szczególnie poświęconym czci Matki Bożej. Słynne “majówki” – nabożeństwa, odprawiane wieczorami w kościołach, przy grotach, kapliczkach i przydrożnych figurach, na stałe wpisały się w krajobraz Polski. Jego centralną częścią jest Litania Loretańska, do której w tym roku dodano nowe wezwanie.

    Początków tego nabożeństwa należy szukać w pieśniach sławiących Maryję Pannę znanych na Wschodzie już w V wieku. Na Zachodzie poświęcenie majowego miesiąca Matce Bożej pojawiło się dopiero na przełomie XIII i XIV w., dzięki hiszpańskiemu królowi Alfonsowi X. Zachęcał on by wieczorami gromadzić się na wspólnej modlitwie przed figurami Bożej Rodzicielki.

    Nabożeństwo majowe bardzo szybko stało się popularne w całej chrześcijańskiej Europie. Jeden z mistyków nadreńskich, dominikanin bł. Henryk Suzo, w swoich tekstach wspomina, że jeszcze jako dziecko w maju zbierał na łąkach kwiaty i zanosił je Maryi. W XVI w. upowszechnieniu nabożeństwa sprzyjał wynalazek druku. Po raz pierwszy maj został nazwany miesiącem Maryi w wydanej w 1549 r. w Niemczech książeczce “Maj duchowy”, która była odpowiedzią na Reformację.

    W wielu żywotach świętych oraz kronikach zakonnych można wyczytać o majowym kulcie Maryi Panny. Dobrym przykładem jest św. Filip Nereusz, który gromadził dzieci przy figurze Matki Bożej, zachęcał do modlitwy i do składania u jej stóp kwiatów. Podobne zwyczaje opisują XVII wieczne kroniki włoskich dominikanów.

    Ojcem nabożeństw majowych jest żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku w Neapolu jezuita o. Ansolani. Organizował on w kaplicy królewskiej specjalne koncerty pieśni maryjnych, które kończył uroczystym błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Wielkim propagatorem tej formy czci Matki Bożej był jezuita, o. Muzzarelli, który w 1787 r. wydał specjalną broszurkę, którą rozesłał do wszystkich włoskich biskupów. Pomimo kasaty jezuitów przez Klemensa XIV, o. Mazurelli wprowadził nabożeństwo majowe w kościele Il Gesu w Rzymie. Rozpowszechnił je również w Paryżu, towarzysząc papieżowi Piusowi VII podczas koronacji Napoleona Bonaparte. To właśnie Pius VII obdarzył nabożeństwo majowe pierwszymi odpustami. W 1859 r. kolejny następca św. Piotra – Pius IX, zatwierdził obowiązującą do naszych czasów formę nabożeństwa, składającego się z Litanii Loretańskiej, nauki kapłana oraz uroczystego błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

    Litania Loretańska, która jest główną częścią nabożeństw majowych, powstała prawdopodobnie już w XII w. we Francji. Zebrane wezwania sławiące Maryję Pannę zatwierdził 11 czerwca 1587 r. papież Sykstus V. Swoją nazwę zawdzięcza włoskiej miejscowości Loreto, gdzie była niezwykle popularna. Ponieważ często modlący się dodawali do niej własne wezwania, w 1631 r. Święta Kongregacja Obrzędów zakazała dokonywania w tekście samowolnych zmian. Nowe wezwania posiadały aprobatę Kościoła i wynikały z rozwoju mariologii. W Polsce jest o jedno wezwanie więcej. W okresie międzywojennym, po zatwierdzeniu przez Stolicę Apostolską uroczystości Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, za zgodą papieża Piusa XI, do Litanii dołączono wezwanie “Królowo Polski”.

    W tym roku do Litanii zostało dodane nowe wezwanie. Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zezwoliła, by w Polsce mogło być dodane wezwanie: “Matko Miłosierdzia”. Będzie ono umiejscowione po wezwaniu: “Matko Łaski Bożej”.

    W wielu miejscowościach wierni modlą się na “majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy kapliczkach czy na ulicach miast. W Kielcach wspólnota “Zarażę cię Bogiem” organizuje w tym roku trzy “uliczne majówki”. Organizatorzy zamierzają wyjść na ulice Kielc z figurką Matki Bożej i na ulicach odmawiać litanię loretańską.

    Warszawskie środowisko skupione wokół magazynu “Dywiz”, w poprzednim roku zapraszało na nabożeństwa majowe zatytułowane “Ucieczka grzesznych”. Wspólna modlitwa odbywała się przy kapliczkach miejskich. “Sięgamy do ich podstawowego sensu i przeznaczenia. Oglądamy zdjęcia dawnych mieszkańców Warszawy zgromadzonych na wieczornej modlitwie przy swojej kapliczce i jesteśmy poruszeni. Przypominamy sobie, że kapliczki służyły kiedyś do tego, by się przy nich modlić. I przekonani jesteśmy, że cały czas to właśnie jest ich najlepsze zastosowanie, także w ruchliwym mieście” – tak swój pomysł tłumaczą organizatorzy.

    Na podobny pomysł wpadł kilka lat temu ks. Michał Misiak z Łodzi, który na wspólna modlitwę postanowił zaprosić młodzież. Pomysł powstał spontanicznie, gdy ksiądz pewnego dnia chodził z młodzieżą po jednym z łódzkich osiedli i postanowił pomodlić się za młodych, którzy siedzieli między blokami i pili piwo. Ktoś powiedział, że warto byłoby powtórzyć to następnego dnia. Jak tłumaczy ks. Misiak, nabożeństwa odbywały się wieczorem, bo wtedy na placu zabaw zbiera się okoliczna młodzież i można ją zaprosić. W organizowanych przez niego “majowych” uczestniczyło nawet 40 osób. I tak tradycja nabożeństw na placu zabaw trwała aż do 2014 roku, do kiedy ksiądz mieszkał w Łodzi.

    Z kolei w Gnieźnie o nabożeństwach majowych wiernym przypomina… trąbka. Pomysł zrodził się spontanicznie kilka lat temu i spotkał z bardzo pozytywnym odbiorem mieszkańców. Jak mówi ks. kan. Jan Kasprowicz, proboszcz i kustosz katedry gnieźnieńskiej, dźwięk trąbki rozlegający się w majowe wieczory z katedralnej wieży na dobre wpisał się w koloryt miasta św. Wojciecha. I o ile mieszkańców już nie dziwi, o tyle turystów intryguje. Zatrzymują się i słuchają.

    Trębacze mają w repertuarze kilkanaście znanych pieśni maryjnych m.in.: “Po górach dolinach” “Z dawna Polski Tyś królową”, “Zdrowaś Maryja” i wiele innych. Minikoncert z katedralnej wieży rozpoczyna się każdorazowo “Fanfarą Jasnogórską”, po której rozbrzmiewają najbardziej znane i najpiękniejsze pieśni maryjne. Piętnastominutowy występ kończy Apel Jasnogórski.

    W Polsce pierwsze odnotowane nabożeństwa majowe zostały wprowadzone w 1838 r. przez jezuitów w Tarnopolu. W połowie XIX w. “majówki” odprawiane już były w wielu miastach, m.in. w Warszawie w kościele Św. Krzyża, w Krakowie, Płocku, Toruniu, Nowym Sączu, Lwowie i Włocławku.

    Kai/Deon.pl

    tradycyjna przydrożna kapliczka z Maryją stojąca pośród pól, Polska

    fot. Mateusz Kuca | Shutterstock/Aleteia.pl

    ______________________________________________________

    Kapliczki i krzyże przydrożne świadectwem wiary Polaków

    nunek_54/shutterstock.com

    ***

    Coraz więcej instytucji kultury, samorządów, stowarzyszeń, parafii i osób prywatnych przeznacza środki na ratowanie kapliczek i krzyży przydrożnych. To bardzo cieszy. Dla przykładu samorząd województwa łódzkiego postanowił ostatnio dużą sumą dofinansować remonty dawnych kapliczek. Pieniądze na ten słuszny cel otrzymało 17 gmin. Wśród obiektów, które dzięki dotacjom są już odnawiane, jest m.in. kapliczka zwana przez miejscową ludność „Grobelką”. To przepiękna kapliczka z rzeźbą św. Jana Nepomucena. Od wielu lat stoi w szczerym polu, pod wielką brzozą niedaleko miejscowości Augustynów w gminie Lututów. Ludzie, kiedy obok niej przechodzą czynią znak krzyża. Niektórzy przystają, odmawiają modlitwy, a wszyscy chwalą Boga.

    Również w ostatnim czasie na terenie gmin Narew oraz Czyże (województwo podlaskie) grupa miłośników polskiej, chrześcijańskiej tradycji ustawiła piękne, nowe, dębowe krzyże.  Zastąpiły one dawne krzyże, stojące w tychże miejscach, które skruszył ząb czasu. Specyfiką Podlasia są obecne tu w wielu miejscach kapliczki, figury świętych, krzyże. Były one stawiane tak we wsiach i miastach jak przy drogach w szczerym polu. Kiedy odwiedzam rodzinne strony mego taty, który urodził się w uroczysku Szyndziel, położonym na skraju Puszczy Knyszyńskiej, lubię pójść pod wyniosły, drewniany krzyż i odmówić tam modlitwę Anioł Pański. Na rozstaju dróg, pod starą lipą przy lesie, ten krzyż postawił mój dziadek, na pamiątkę bolesnego wydarzenia, kiedy to w dziecięcym wieku zmarła jego ukochana córeczka.      

    „Bogu na chwałę, cierpiącym na pociechę, błądzącym jako drogowskaz” – głosi napis na jednej z przydrożnych kapliczek. To motto najlepiej oddaje przesłanie jakie przez wieki niosą ludziom przydrożne krzyże i kapliczki. Zawsze stawiano je w intencji upamiętnienia ważnego wydarzenia, w podzięce za uzdrowienie, jako znak panowania na polskiej ziemi chrześcijaństwa. Te znaki Bożej obecności są też świadectwem kultury i historii naszego narodu. W Puszczy Knyszyńskiej, kilka kilometrów od znanej z Cudu Eucharystycznego Sokółki, leży ogromny głaz, w którym wyryty jest duży krzyż. To dzieło Powstańców Styczniowych, których oddział miał tu, wśród puszczańskich ostępów i bagien, kryjówkę.

    Krajobraz Polski wzbogacają też nowe kapliczki i krzyże. Wiele z nich powstaje wskutek zorganizowanych akcji. Jedną z nich były warsztaty tworzenia obrazów do kapliczek, przeprowadzone w miejscowości Nowica (woj. Małopolskie). Każdy artysta stworzył dzieło dotyczące Jezusa, Maryi lub świętego. Później te kapliczki stanęły w różnych miejscach Polski. Bardzo ciekawe i owocne przedsięwzięcie. Nowe kapliczki z figurami świętych patronów stawiają też grupy zawodowe. Dajmy na to – leśnicy, którzy są oczywiście „gorącymi fanami” św. Huberta. Kilka dni temu widziałem nowiuteńką, drewnianą figurę tego patrona leśników i myśliwych, postawioną na puszczańskiej polanie w Supraślu, niedaleko Białegostoku.

    Są całe galerie kapliczek i figur świętych. Jedna z nich, o sympatycznej nazwie „Kapliczkowo”, znajduje się w miejscowości Dubie niedaleko Bełchatowa. Całości, czyli 363 zebranym tam kapliczkom, patronuje kapliczka Jezusa Frasobliwego. Wśród wielu świętych tradycyjnie stojących przy polnych drogach, czy rzekach, są tu również kapliczki osób współcześnie wyniesionych na ołtarze – m.in. błogosławionych ks. Jerzego Popiełuszki i prymasa tysiąclecia ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego.

    Dokładnie nie wiadomo, kiedy zaczęto budować kapliczki. Ich geneza jest bowiem bardzo stara i niejasna. Prawdopodobnie nazwa „kapliczka” powstała na bazie łacińskiego wyrazu cappa, czyli płaszcz. Przypuszcza się, że chodzi tu o płaszcz, żyjącego w IV wieku, św. Marcina, biskupa z Tours, który przechowywany był w specjalnej celi, zwanej właśnie „kaplicą”. Z Tours, w ciągu wieków, kapliczki rozeszły się po całej Europie.  Zaś pierwsze krzyże na ziemi polskiej nasi przodkowie postawili już w X wieku. Ustawiono je w miejscach, w których chrzest przyjmowali obywatele księstwa Mieszka I.  Niedawno byłem w jednym z takich miejsc, przy krzyżu na pagórku w miejscowości Żdżary niedaleko Rawy Mazowieckiej. Do dziś mieszkańcy Żdżar dbają o to, aby na tym historycznym i uświęconym chrzcielnym wzgórzu stał krzyż.  

    Kapliczki, przydrożne figury świętych i krzyże są integralnie związane z polskim pejzażem kulturowym. Te obiekty kultu religijnego wyrosły z ducha chrześcijańskiej Europy.  Kapliczki są świadectwem żywej tradycji okazywania wdzięczności Bogu i świętym patronom: darem błagalnym w czasach zagrożeń (ileż nowych krzyży Karawaka stanęło obecnie na polskiej ziemi podczas pandemii) często aktem dziękczynnym, formą upamiętniania zasług zmarłych dobroczyńców czy osób najbliższych. Figury świętych patronowały wielu życiowym sytuacjom.

    Rzeźby św. Jana Nepomucena bardzo często stawiano przy przeprawach wodnych, aby pomógł on je szczęśliwie pokonać. Piękna figura tego świętego stoi przy moście na rzece Białej w Białymstoku. Jego imieniem nazwano też ulicę wiodąca przez most – ulica Świętojańska. Ciekawa jest historia tej figury. Ufundował ją w roku 1770 Jan Klemens Branicki, hetman wielki koronny, właściciel Białegostoku. W pamiętnym roku 1863, w ramach działań odwetowych za zryw powstańczy, władze carskie kazały zniszczyć figurę św. Nepomucena. Mieszkańcy złych skutków barbarzyństwa Rosjan nie zapomnieli i nie zostawili ich bez dobrej odpowiedzi. Kilka lat temu piękna rzeźba „Nepomuka”, jak się przyjęło popularnie zwać tego świętego – bliskiego sercom ludzi, znów stanęła przy moście.           

    Na Podlasiu istnieje piękny i stary zwyczaj stawiania krzyży na początku i końcu wsi, tak aby zaznaczyć, że w tej miejscowości żyją chrześcijanie. Według innego dobrego zwyczaju, po długich modlitwach nad trumną zmarłego mieszkańca wsi, odmawianych i śpiewanych w domu zmarłego, procesyjnie niesie się trumnę z jego ciałem aż do krzyża na skraju miejscowości. Ta procesja do krzyża to ostatnie pożegnanie krewnego, sąsiada i przyjaciela, z którym, często od dziecka, dzieliło się radości i smutki.    

    Krzyże i kapliczki przydrożne znaczą drogi ludzkiego życia i śmierci. Potrafią też życie uratować. Moja babcia Apolonia Romanowska, dziś już świętej pamięci, opowiedziała mi kiedyś wstrząsającą historię, której doświadczyła. Po ślubie z moim dziadkiem  Romualdem, zamieszkali w domu teściów. Młoda synowa nie miała łatwo, gdyż teściowie jej nie tolerowali. Uważali, że nie jest ona godna wejść do ich rodziny z powodu pochodzenia z niższego stanu. Szczególnie mocno dogryzała Apolonii teściowa, bywały sytuacje, kiedy nie dawała jej nawet jedzenia, a ta miała już wtedy małe dziecko.

    Moja babcia, z powodu tego psychicznego nękania, popadała w depresję i postanowiła targnąć się na swoje życie. Którejś jasnej, księżycowej nocy letnią porą, kiedy wszyscy spali, wyszła z domu i ruszyła ku rzece – Biebrzy, aby się w niej utopić. Szła na skróty, ścieżyną wiodącą przez łąki i pola. Kiedy przechodziła obok kapliczki poświęconej Matce Najświętszej, postanowiła ostatni raz odmówić modlitwę, prosząc też o przebaczenie ciężkiego grzechu, który zamierzała popełnić. „Kiedy się modliłam całym swoim sercem, wylewając przed Mateczką swój ból – nagle przyszło na mnie wielkie uspokojenie, nigdy wcześniej, ani później tak wielkiego pokoju nie doświadczyłam. Zrozumiałam, że nie mogę odebrać sobie życia, bo bardzo bym tym skrzywdziła mojego kochanego męża i dziecko. Wróciłam do domu – ale już inna” – opowiadała mi, ze łzami w oczach, babcia. Wkrótce po tym, można powiedzieć, cudownym ocaleniu, dziadek zakupił parcelę i zaczął budować dom. Tam zamieszkali, a Bóg obdarzył ich jeszcze pięciorgiem dzieci, wśród nich była moja mama.  

    Adam Białous/ PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża Tęskniąca z Powsina

    Maryja o tysiącach imion

    Matka Boża Tęskniąca z Powsina/fot. Jerzy Gumowski

    ***

    o. Jacek Salij OP:

    Matka Boska niewierzących

    Ogłaszając Maryję Królową Polski, Jan Kazimierz nie mógł oczywiście nie wiedzieć o tym, że nie wszyscy mieszkańcy jego państwa są katolikami. Nie wydaje się jednak, żeby przeżywał jakiś niepokój, czy ma prawo podjąć taką decyzję. Subiektywizm nie ogarnął jeszcze wówczas powszechnej świadomości i ludziom zwykle nie przychodziło nawet na myśl, że coś by mogło być prawdą jedynie w granicach ich świadomości. Jeśli ktoś wierzył, że to, czego Kościół katolicki naucza o Maryi, jest prawdą, wierzył oczywiście, że jest to prawdą niezależnie od czyjejś wiary lub niewiary: wiara, jeśli jest prawdziwa, nie ustanawia bowiem prawdy, ale ją odsłania. Nie zapominajmy ponadto, że swoją decyzję Jan Kazimierz podjął jako król, przeświadczony o szczególnych prerogatywach swojej władzy nad całym krajem.

    W okresie zaborów sytuacja się zmieniła. Zwłaszcza w momentach powstań narodowych wyraźnie uświadamiano sobie równoprawność wszystkich Polaków, bez względu na wyznanie, wobec Matki Ojczyzny. Protestanci i Żydzi nie tylko walczyli o wolność ojczyzny, ale nie zabrakło ich również wśród męczenników i bohaterów sprawy narodowej – żeby wymienić Szymona Konarskiego czy Berka Joselewicza. W dniach powstania styczniowego wielu Żydów ogłosiło się “Polakami wyznania Mojżeszowego” i idea ta zyskała sobie popularność w całym społeczeństwie. Powstał więc problem: Jak pogodzić wielowyznaniowość społeczeństwa z tradycją, tak drogą większości tegoż społeczeństwa, że Maryja jest szczególną Królową Polaków? Z jednej strony należało przecież w pełni uszanować odrębności wyznaniowe; z drugiej zaś strony nie wolno było odciąć sprawy narodowej od wymiaru religijnego, bo dopiero w nim uzyskuje ona niewyczerpane źródło siły.

    Przypatrzmy się, jak próbował rozwiązać ten problem ks. Aleksander Jełowiecki. Oto 31 maja 1863 roku przyszło mu poświęcić sztandar narodowy, na którym centralne miejsce przyznano Królowej Jasnogórskiej: “na jednolitej krwawej tarczy, promieńmi złotymi w troje przedzielonej, połyskują jasne herby Korony, Litwy i Rusi, a w ich pośrodku w obrazie częstochowskim króluje Maria”. Było to jednoznaczne wyznanie królewskich uprawnień Maryi wobec narodu polskiego: nasi królowie elekcyjni w centralnym miejscu swojego sztandaru umieszczali własny herb rodowy, otoczony herbami państwowymi.

    Ks. Jełowiecki poświęcił sztandar w kościele Wniebowzięcia w Paryżu, kazanie jego przedrukowało jedno z powstańczych pism, “Duchowny Dzwon” z 17 sierpnia 1863. Ponieważ tekst jest stosunkowo trudno dostępny, niech mi wolno będzie przytoczyć obszerny jego fragment:

    „Niektórzy obawiają się, by ta pozorna nowość nie zraziła różnowierców w Polsce. Próżną jest ta obawa; mili bracia, przy wolności dla wszystkich wyznań, którą przyjmujemy i której pragniemy. Wolność sumienia nie tylko nam jest pożądaną dla pokoju społecznego, bez którego nie masz potęgi w narodzie, ale przy tym pożądaną nam jest bardzo dla rozszerzania prawdziwej wiary, dla wzrostu Kościoła i dla spełnienia proroctwa Chrystusowego, kończącego proroctwa wszystkie: że będzie jedna tylko owczarnia i jeden pasterz. A proroctwo to spełni się najprędzej wolnością sumienia. O tę wolność dopominając się Kościół święty dla siebie, woła już przez to samo o wolność dla wszystkich. O tę wolność Kościół święty walcząc daje własną krew swoją, krew codziennych męczenników swoich; ale niczyjej krwi nie rozlewa, nikogo nie prześladuje, nikogo nie męczy, a tym sposobem wszystkim wolność tę zdobywa. O tę wolność Kościół święty codziennie woła do Boga, który chce mieć w swej służbie synów wolnych, nie zaś niewolników, bo niewolnictwo to nie obóz Marii, to szatański obóz. Tą wolnością Polska zawsze żyła; bo Polska od początku królestwem Marii. Tą wolnością Polska, w imię Marii, podbiła Kościołowi pokolenia i narody całe. I mam nadzieję, że to nieprzeparte proroctwo Jezusowe: <że będzie jedna tylko owczarnia i jeden pasterz>, spełniać się pocznie na wzór narodom wszystkim miłością i wolnością w królestwie Marii, w Polsce naszej drogiej.

    Maria, bracia mili, jest miłości i wolności matką. Nie lękajcie się przeto, by obraz Jej w herbie Polski miał kogo bądź od Polski odstręczyć. Owszem, wszystkich zjedna. I różnowiercy nawet tym więcej nas uszanują, im więcej my uszanujemy Marię. I patrząc na obraz Jej w środku herbów naszych, chociażby nie uszanowali w nim jeszcze Matki Bożej, uszanują w nim wszakże obraz swej królowej, skoro są Polacy. Boć nie w imieniu jednego tylko wyznania, lecz w imieniu narodu całego król nasz Jan Kazimierz wezwał Marię na królową Polski. I nie dla jednego wyznania tylko, lecz dla narodu całego myśmy tu z wami, na wygnaniu, u nóg Matki Boskiej Zwycięskiej ślub ten ponowili. I nie jedno tylko wyznanie w Polsce, ale cała Polska korzystała zawsze z opieki Marii. A kiedy Maria budzi w tej chwili naród cały do życia w sposób tak wymowny, mieliżbyśmy względem Niej okazać się niewdzięczni albo słabej wiary, nie śmiejąc wyznać Marii onym wyznaniem głośnym i na wszystkie wieki; że Maria królową naszą. Nie lękajcie się, bracia mili, przyjęcia obrazu Marii do polskiego herbu. Nie oddali od nas sprzymierzeńców, owszem, ich przymnoży, Kto Polak, już przez to samo obrońca Marii”.

    Stanowisko ks. Jełowieckiego skrystalizowało się – sam się do tego w kazaniu przyznaje – pod wpływem słynnego wydarzenia, które miało miejsce 8 kwietnia 1861 podczas patriotycznej manifestacji w Warszawie. Mianowicie kiedy Karol Nowakowski, student niosący krzyż na czele pochodu, padł od kuli kozackiej, wówczas młody Polak wyznania Mojżeszowego, Michał Lande, podjął upadający krzyż i poprowadził pochód dalej, aby wkrótce samemu z krzyżem w ręku – zginąć. Wydarzenie to stało. się symbolem jedności Polaków wszystkich wyznań w walce o wolność Ojczyzny. “podobnież wszyscy Żydzi, którzy są Polacy – mówił ks. Jełowiecki – staną w obronie obrazu Marii, skoro go ujrzą promieniującego nam nadzieją na chorągwiach naszych”.

    Kaznodzieja paryski przemawiał do katolików i jego argumentacja na rzecz wolności dla wszystkich wyznań jest przede wszystkim religijna: dopiero wolność stwarza warunki sprzyjające docieraniu Dobrej Nowiny do wszystkich. Gdyby przyszło mu przekonywać niekatolików do jakiegoś uznania Królowej Polski, zapewne zwróciłby uwagę na to, że różnorodność wyznaniowa narodu polskiego nie stoi w sprzeczności z faktem, że kultura tego narodu jest w swojej istocie, w swoim głównym nurcie, katolicka. Podobnie katolicy duńscy przyłączają się – jako Duńczycy – do protestanckiego ze swojej istoty kulturowego dziedzictwa własnego narodu. I chociaż dziedzictwo to jest im wyznaniowo obce, okazuje się, że można autentycznie w nim uczestniczyć i jednocześnie zachować swoją wyznaniową odrębność.

    Argumenty rzadko jednak są źródłem porywów, a cóż dopiero porywów społecznych! Te budzą się raczej pod wpływem jakiejś wielkiej radości, wielkiej tęsknoty i nadziei, wielkiego nieszczęścia: I rzeczywiście, zdarzało się w naszej historii, że Polacy powszechnie, bez względu na wyznanie, gromadzili się wokół swojej niebieskiej Królowej, patriotycznym instynktem jakby do tego przymuszeni. O jednym z takich wydarzeń świadczy Adam Mickiewicz:

    „Ach! gdybyście widzieli całą ludność wielkiego miasta, stolicy Litwy, kiedy rozstrzeliwano tam patriotów, całą ludność bez różnicy płci, wieku, a nawet wyznania (bo w tłumie tym byli Izraelici i prawosławni), całą ludność na klęczkach i z oczyma zwróconymi ku obrazowi Najświętszej Panny, jedynej nadziei, jaka została temu ludowi; gdybyście czuli ową boleść, tak potężną, że ulegali jej niedowiarkowie i prawosławni i bili czołem przed obrazem, który stał się wtedy przedmiotem powszechnej czci (…) zrozumielibyście skuteczność modlitwy narodowej natchnionej boleścią”.

    Matka tych, którzy stracili wiarę

    Drugi temat naszego dyptyku natychmiast przywodzi na pamięć Konrada z trzeciej części Dziadów, którego przed ostatecznym upadkiem uratowało jedynie to, że również jego apostazja nie była ostateczna, gdyż – jak go bronił Archanioł przed Bożą sprawiedliwością – “on szanował imię Najświętszej Twej Rodzicielki”. Zacznijmy może od przypomnienia tego szczegółu w dramacie Mickiewicza, żeby następnie zasygnalizować inne świadectwa żywotności owego wątku w literaturze polskiej i wreszcie wskazać na jego teologiczne korzenie.

    Wszystko zaczęło się od bluźnierczej piosenki Jankowskiego, w której natrętnie powtarzały się imiona “Jezus, Maryja”. Uraziło to religijne uczucia Konrada, mimo że uważał się przecież za niewierzącego:

    Słuchaj, ty! - tych mnie imion przy kielichach wara.
    Dawno nie wiem, gdzie moja podziała się wiara,
    Nie mieszam się do wszystkich świętych z litaniji,
    Lecz nie dozwolę bluźnić imienia Maryi. 

    Wówczas Kapral, dawny legionista, interpretuje to zachowanie Konrada jako znak, że nie utracił on wiary do końca, a to daje nadzieję odzyskania – nawet z naddatkiem – utraconego skarbu. Cześć dla imienia Maryi będzie ostatnią rękojmią ocalenia dla zbłąkanego bohatera:

    Dobrze, że Panu jedno to zostało imię —
    Choć szuler zgrany wszystko wyrzuci z kalety,
    Nie zgrał się, póki jedną ma sztukę monety.
    Znajdzie ją w dzień szczęśliwy, więc z kalety wyjmie,
    Więc da w handel na procent, Bóg pobłogosławi,
    I większy skarb przed śmiercią, niźli miał, zostawi. 

    Następująca potem opowieść Kaprala o swojej obronie imienia Maryi, a następnie ocaleniu z nocnej rzezi w oberży hiszpańskiej kończy się zdaniem, którego prawdziwości wkrótce miał zaznać również sam Konrad:

    Otóż widzisz Pan, że ja tym imieniem żyję. 

    Wspomnieliśmy już, że wzgląd na imię Maryi był ważnym argumentem Archanioła w obronie Konrada przed Bożą sprawiedliwością.

    Tak się przedstawia materialna zawartość tego motywu w Dziadach. Zanim wskażemy teologiczną tradycję, z której on wyrasta, posłuchajmy napisanej w sto lat później modlitwy bliźniaczego brata Konrada. Nie ma on w sobie nic z tytana, biorącego los całego narodu na ramiona, walczy on po prostu o własną duszę. Ale, podobnie jak Konrad, utracił już wiarę i tylko jakieś tajemnicze przywiązanie do Matki Bożej uzdalnia go jeszcze do modlitwy. Tym jeszcze różni się od Konrada, że – choć niewierzący – wprost modli się o wiarę, a Matki Bożej trzyma się świadomie i równie kurczowo, jak spadający taternik ubezpieczającej go liny. Mam na myśli Modlitwę do Matki Boskiej Teodora Bujnickiego:

    Budzimy się ze snu ciężkiego bardzo samotni
    i krzyż wiszący nad łóżkiem już nie mówi do nas
    kładziemy ręce na skroniach niby na przęsłach zwrotnic
    gdzież jest Anioł co zstąpi by nas pokonać, przekonać? 
    Panno niepokalana, Ty wiesz jak pragnę boleśnie
    uwierzyć w Twojego Syna i prawdy tak bardzo piękne
    Ty wiesz dlaczego się zrywam i krwawię i wołam we śnie
    do Boga Miłosiernego przed którym boję się klęknąć. 
    Ach czemu w Twoją Legendę jest mi uwierzyć zbyt łatwo
    i czemu w sercu jałowym wschodzą trujące plony
    Nauczycielko wątpiących, Pocieszycielko strapionych
    do stóp Twych depczących węża przypadam z modlitwą o światło! 

    Niekiedy znów poeta podejmie się roli Archanioła, wstawiającego się za tymi, których wiara nie zdołała się uwyraźnić, lecz tli się gdzieś ukryta w głębi duszy. W ten sposób ks. Jan Twardowski modli się za niewierzących, aby za przyczyną Bożej Matki mogli wejść do Królestwa “poza kolejką”, “z zapasowym kluczem”:

    ale Ty Matko Najświętsza (...)
    przyjmiesz poza kolejką
    wszystkich niepewnych którym się zdawało
    że znak zapytania jest dłuższy od znaku krzyża 
    (Poza kolejką) 
    którędy do Ciebie (...)
    może od innej strony
    na przełaj
    trochę naokoło
    od tyłu
    poprzez ciekawą wszystkiego rozpacz
    poprzez poczekalnię drugiej i trzeciej klasy
    z biletem w inną stronę
    bez wiary tylko z dobrocią jak na gapę
    z zapasowym kluczem od samej Matki Boskiej (Którędy).

    Wszystkie powyższe spojrzenia stanowią refleks dwóch popularnych idei mariologicznych. Po pierwsze, że spodobało się Bogu objawiać swoje szczególne miłosierdzie przez Maryję i uczynić Ją skuteczną orędowniczką, ratującą grzeszników przed Jego zagniewaną sprawiedliwością. Po wtóre, że cześć dla imienia Maryi chroni przed zabłąkaniem ostatecznym i stanowi nawet dla największych grzeszników rękojmię zbawienia wiecznego. Ideę pierwszą znajdziemy już u św. Germana (+733), na Zachodzie podniósł ją Ryszard ze Świętego Wiktora (+1173), szczególnie zaś rozwinął i spopularyzował św. Bernard (+1153). Również druga idea pojawiła się na Wschodzie, między innymi u św. Andrzeja z Krety (+740), zaś na Zachodzie głosili ją św. Bonawentura (1274), św. Antonin z Florencji (+1459), najżarliwiej zaś św. Alfons Liguori (+1787).

    “Bóg nasz – mówił św. Bernard w niedzielnym kazaniu w oktawie Wniebowzięcia – jest ogniem trawiącym. Czyż grzesznik nie będzie się bał, że przystępując do Niego, zginie w obliczu Boga, podobnie jak wosk roztapia się w obliczu ognia? (…) Czego zaś miałaby się lękać ułomność ludzka, kiedy przystępuje do Maryi? Nic w Niej przykrego, nic nie budzi lęku: Ona cała miła, wszystkim przynosi mleko i wełnę”.

    “Królestwo Boga – streszcza św. Alfons Liguori Jana Gersona (+1429) – polega na sprawiedliwości i miłosierdziu. Pan Bóg podzielił je: sobie zatrzymał królestwo sprawiedliwości, a królestwo miłosierdzia odstąpił Maryi i rozporządził, aby wszelkie zmiłowanie, jakiego ludzie dostępują, przechodziło przez ręce Maryi i od Jej zależało”. Zresztą przypomnijmy sobie nasze Serdeczna Matko:

    A kiedy Ojciec rozgniewany siecze,
    Szczęśliwy, kto się do Matki uciecze. 

    Przeciętny człowiek współczesny, podświadomie noszący w sobie deistyczne wyobrażenie Boga (jak gdyby był On jedynie centrum wszechbytu, a nie Tym, “w którym żyjemy, poruszamy się. i jesteśmy”), łatwo gorszy się takim ujęciem: “Czy nie ograbiamy w ten sposób Boga z atrybutu miłosierdzia? Przecież bluźnierstwem byłoby nawet pomyśleć, że jakieś stworzenie przewyższa Boga czymkolwiek, a cóż dopiero miłosierdziem!”

    Zestawmy to zgorszenie z innymi wątpliwościami nowożytnej mentalności co do kultu Maryi, a przekonamy się, że wszystkie one płyną z powierzchownych, a może nawet wypaczonych pojęć o Bogu. Przecież w czasach nowożytnych niektórzy posunęli się nawet do całkowitego zakwestionowania religijnej czci dla Matki Bożej: “Kult oddawany Maryi – twierdzili – ujmuje Bogu, bo On ma przecież prawo do całego ludzkiego serca”. “Maryja – brzmiał inny zarzut – zajęła w Kościele katolickim miejsce Ducha Świętego: przecież to Duch Święty jest nieskończenie miłowany przez Ojca i Syna, przecież to On rozlewa miłość Boga na ludzi”.

    Otóż Bóg, jest Kimś nieskończenie więcej niż centrum wszechbytu. On jest Wszechobecny – jest cały w każdym miejscu i w każdym czasie, choć zarazem żadne miejsce ani czas nie może Go ogarnąć, jest On bowiem zarazem Transcendentny wobec wszystkiego co stworzone. Właśnie dlatego stworzenia, nawet nierozumne, mogą głosić Boga: “Niebiosa opowiadają chwałę Boga, a nieboskłon obwieszcza dzieło rąk Jego” (Ps 19,2). Tutaj również tkwi tajemnica, dlaczego kochając bliźniego, okazujemy tym samym miłość Bogu: “Gdyby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a nienawidził brata swego, jest kłamcą” (1 J 4,20). Z drugiej strony, wszelkie autentyczne dobro, jakie otrzymujemy od bliźnich, jest oczywiście darem Bożym, przede wszystkim darem Bożym: to On przecież uzdalnia człowieka do czynienia dobra.

    Bóg podniósł stworzenie, zwłaszcza rozumne, do tak wielkiej godności, że uczynił je jakby sakramentem, przez który okazuje swą dobroć innym stworzeniom i przez który możemy zanosić do Niego nasze odpowiedzi na Jego miłość. Bałwochwalstwo zaczyna się dopiero wówczas, kiedy człowiek depcze tę godność quasi-sakramentu złożoną w stworzeniu i traktuje je jako swoją wartość najwyższą i przedmiot czci ostatecznej. Natomiast nie wolno nam, pod pozorem walki z bałwochwalstwem, sprzeciwiać się woli Boga, który chce “być wszystkim we wszystkim” (1 Krn 15,28). Zarazem, oczywiście, jest Transcendentny wobec wszystkiego. Miłości, jaką do Niego kierujemy, nie wolno ograniczyć do samej tylko miłości bliźniego; również słowo Boże i różne dobra, jakimi On nas obdarza, przychodzą do nas nie tylko za pośrednictwem stworzeń.

    Powyższe uwagi dotyczą wszystkich stworzeń, z wyjątkiem tylko mieszkańców piekła. Natomiast Maryja jest stworzeniem najszczególniejszym. Jeśli Chrystus jest Zbawcą wszystkich ludzi i Panem kosmosu, to Ona, która Go urodziła, urodziła Go dla nas wszystkich i dla całego kosmosu. Bóg powołał więc Ją, swoje najmilsze stworzenie, do pośrednictwa w wymiarze powszechnym. Ale również wobec Jej pośrednictwa Bóg jest, oczywiście, Kimś Transcendentnym.

    Tę właśnie prawdę znakomicie wyraża obraz miłosiernej Orędowniczki, ratującej przed gniewem sprawiedliwości Bożej. Przecież miłosierdzie okazywane przez Maryję pochodzi od samego Boga, Ona zaś – która dla nas wszystkich urodziła Zbawiciela świata – jest jedynie pośredniczką oraz wezwaniem, aby również przez nas świat napełniał się duchem miłosierdzia, jaki płynie od Boga. Zarazem miłosierdzie Boże przekracza wymiar mysterium fascinans, zawiera w sobie również aspekty budzące drżenie: “Bóg nie pozwoli naigrawać się z siebie” (Ga 6,8). Dlaczego jednak pobożność chrześcijańska nie śpieszy się przypisywać Maryi pośrednictwo w zakresie gniewu i sprawiedliwości Bożej? Może dlatego, żebyśmy również my sami nie poczuli się wezwanymi do takiego pośrednictwa. Przystoi nam naśladować raczej miłosierdzie Boga, niż Jego zagniewaną sprawiedliwość.

    Konrad, który utraciwszy wiarę, zachował jednak cześć dla Matki Bożej, należy oczywiście do galerii tych grzeszników, których niezliczone portrety znaleźć można w kazaniach maryjnych. Miłosierdzie Boże, okazywane ludziom za pośrednictwem Maryi, staje się bowiem szczególnie zauważalne wówczas, kiedy dokonuje rzeczy jakby niemożliwych. Bo czy możliwą jest rzeczą nawrócić grzesznika zatwardziałego w swoim złu? Zły łotr nie chciał się nawrócić, choć umierał tuż obok Syna Bożego, który jest samym Miłosierdziem. Żeby się nawrócić, trzeba mieć w sobie bodaj odrobinę potencjalności na łaskę Bożą.

    Otóż można zapytać: dlaczego ową resztkę potencjalności na łaskę miałaby stanowić cześć dla Matki Bożej? Na to pytanie odpowiedziałbym następująco: Grzesznik swoim złym życiem neguje zarówno Boga, jak świat Boży. Jeśli jednak zachowa cześć dla najlepszej cząstki Bożego świata, dla Matki Bożej, znaczy to, że nie odrzucił jeszcze całkowicie ani Boga, ani Bożego świata: Maryja jest bowiem miejscem najpełniejszej obecności Boga w stworzeniu, a zarazem najwspanialszym świadectwem, że świat jest Boży.

    Wątek maryjnego orędowania za największymi grzesznikami rozwijał zwłaszcza św. Alfons Liguori. Oto jeden z licznych jego przykładów na ten temat:

    „Święty Antonin opowiada o jednym grzeszniku: Zdawało mu się raz, że stoi przed trybunałem Bożym. Szatan go oskarżał, a Maryja broniła. Nieprzyjaciel przedstawił przeciw niemu całą listę grzechów, które położone na szali Bożej sprawiedliwości przeważyły o wiele wszystkie jego dobre czyny. I cóż uczyniła wtedy jego wielka Orędowniczka? Wyciągnęła swą miłą dłoń, położyła ją na drugiej szali, i sprawiła w ten sposób, że spadła na korzyść Jej czciciela. W ten sposób dała mu do zrozumienia, że wyjedna mu przebaczenie, jeśli zmieni życie. Rzeczywiście, grzesznik ów nawrócił się po tym widzeniu i rozpoczął nowe życie”

    Nie brak tego wątku również w literaturze polskiej:

    O, wstąp w me grzechy,
    Jak w miasta judzkie,
    Swoim imieniem:
    Mario z Libanu!
    Mario z Egiptu!
    Mario z Betlehem! 
    Jak krzyk skarlały,
    Jałowiec ciemny,
    Jest moja wiara,
    Pozwól jej rosnąć,
    Panno wysoka,
    Ku niebu dalej! 

    Tak modli się Jerzy Liebert w Litanii do Marii Panny. Albo przypomnijmy sobie Wilka gromnicznego Kazimiery Iłłakowiczówny: wzruszającą opowieść o wilku, słusznie ściganym za swoje zbrodnie, który się schronił pod płaszcz Matki Najświętszej; Ona go nie tylko uratowała, ale i upomniała dobrotliwie i doprowadziła do nawrócenia.

    We wspomnianej galerii grzeszników, Konrad wyróżnia się tym, że obciążają go nie tyle złe czyny, co niewiara i pycha. Starzy kaznodzieje naiwnie utożsamiali grzech ze świadomym przekroczeniem prawa Bożego. Konrad jest grzesznikiem już nowych czasów, które są prawie nieświadome swojej grzeszności. Jego grzech nie polega na tym, że brak mu szlachetności lub poświęcenia, ale na tym, że jest szlachetny i poświęca się, kierując wyłącznie własnym rozumem, zapominając o tym, że świat jest Boży. Grzech ten ściągnąłby go w otchłań lucyferyczną. Na szczęście Konrad nie do końca zapomniał o tym, że świat jest Boży: “on szanował imię Najświętszej Twej Rodzicielki”. I to go uratowało.

    o. Jacek Salij OP

    opr. aw/aw/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego Maryję nazywamy Matką Boga?

    Adobe Stock

    ***

    Maryja jest nazywana Matką Boga, bo jest matką Pana Jezusa. A skoro uznajemy w Nim Boską rzeczywistość, to konsekwentnie musimy uznać Jej Boskie macierzyństwo (por. K 95, KKK 495)*. Maryja poczęła i dała Jezusowi ludzkie ciało, była więc matką Jego człowieczeństwa, a nie Jego Bóstwa. Jej syn jednak od samego poczęcia został złączony osobowym, nierozerwalnym węzłem z Bóstwem Syna Bożego, jednej z osób Trójcy Przenajświętszej. Stanowi z Nim jedność nierozdzielną, jest zarazem Bogiem i człowiekiem (KKK 470). Skoro więc twierdzimy, że Jezus – syn Maryi – jest Przedwiecznym Synem Bożym, który dopuścił do uczestnictwa w swym Bóstwie nasze człowieczeństwo; że zjednoczył w swej Boskiej osobie swą Boską naturę z naturą ludzką – w tym sensie możemy Maryję nazywać Matką Boga-Człowieka. Tak rozstrzygano już w V wieku problem Bożego macierzyństwa Maryi.
    Gdy ok. 420 r. Nestoriusz, biskup Konstantynopola, poparł przeciwników nazywania Maryi Matką Boga (Theotokos), wielu zaprotestowało przeciw jego nauce. Biskup Aleksandrii Cyryl swymi listami spowodował, że problem stał się przedmiotem ogólnokościelnej dyskusji. Papież Celestyn I pisze w tej sprawie do Nestoriusza, a także do kapłanów w Konstantynopolu oraz do patriarchów Wschodu. Cyryl zwołuje do Aleksandrii synod, który redaguje anatematyzmy (wyklęcia) przeciwko błędom Nestoriusza. Wreszcie cesarz Teodozjusz II w 431 r. zwołuje do Efezu sobór powszechny. Ogłoszono na nim dogmat o Bożym macierzyństwie Maryi. Nestoriusza i jego zwolenników skazano na wygnanie. Cyryl w liście do uczestników Soboru pisał: „Słowo Przedwieczne jednocząc się przez unię osobową (hipostatyczną) z człowieczeństwem, stało się w sposób niepojęty człowiekiem i zostało nazwane Synem Człowieczym. A chociaż obie natury, złączone w przedziwną jedność, są różne, to jednak zjednoczyły się w jednego Chrystusa tak, że bóstwo i człowieczeństwo przez niemające porównania zjednoczenie dały nam jedność: Chrystusa Boga, a zarazem człowieka. Albowiem nie narodził się najpierw ze świętej Dziewicy zwykły człowiek, w którego potem wstąpiło Słowo, lecz twierdzimy, że już w łonie matki zostało Ono złączone z ciałem i cieleśnie się potem urodziło. Przeto Ojcowie nie wahali się nazywać Świętej Dziewicy Matką Boga”.
    Papież Jan I w liście do Senatu w Konstantynopolu zauważył, że tytuł Bogarodzicy przysługuje Maryi w znaczeniu właściwym, a nie przenośnym. Obszernie też na ten temat wypowiedział się II Sobór w Konstantynopolu (553 r.). Jego Ojcowie podkreślali, że choć w Chrystusie obecne są dwie natury, to należy widzieć w Nim tylko jedną osobę – Boską Osobę Przedwiecznego Syna Bożego. Ze względu na tę jedność odrzucali twierdzenia tych, którzy głosili, że Święta Dziewica Maryja jest Boga-Rodzicą nie w sensie prawdziwym, a przenośnym lub jakoby tylko człowieka urodziła, a nie Słowo Boże w Niej wcielone i z Niej zrodzone. Boska Osoba Przedwiecznego Słowa złączyła się bowiem z człowiekiem nie przy narodzeniu, lecz przy Wcieleniu, w momencie poczęcia Jezusa. Maryja jest więc Rodzicielką Boga, ponieważ matka rodzi osobę – a w Jezusie była nią jedna z osób Boskiej Trójcy. „Jeżeli więc ktoś nazywa Maryję Rodzicielką człowieka lub rodzicielką Chrystusa, tak jakby Chrystus nie był Bogiem, i nie wierzy, że Ona jest właściwie i prawdziwie Bożą Rodzicielką, i że Ten, który przed wiekami zrodzony z Ojca jako Słowo Boże, w Niej się teraz począł i z Niej narodził, i że właśnie w tym odczuciu świętej tajemnicy Sobór w Chalcedonie uznał Ją za Bogarodzicę – niech będzie wyklęty” (por. Sobór Konstantynopolitański II, kan. 6).
    Należy pamiętać, że Boska rzeczywistość Jej Syna swój odwieczny początek bierze od Ojca Niebieskiego, z Niego się zrodziła, w Nim od początku tkwi swymi korzeniami, z Nim i z Duchem Świętym stanowi odwieczną, Trójjedyną Jedność (KKK 468). I dlatego posługując się określeniem „Matka Boska”, musimy się strzec, by nie sugerowało Jej Boskości czy jakiejkolwiek roli w zaistnieniu Bóstwa Jej Syna.

    * (K 95) to informacja, do jakiego akapitu Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego autor powyższych refleksji nawiązuje. Natomiast (KKK 495) wskazuje akapit pełnej wersji Katechizmu Kościoła Katolickiego.

    ks. Florian/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC MAJ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby ruchy i grupy kościelne każdego dnia na nowo odkrywały swoją misję ewangelizacyjną, oddając swoje charyzmaty na służbę w potrzebach świata.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Boża i nasza Matko, w Twoim najpiękniejszym miesiącu, dziękujemy, żeś zechciała być Królową naszej Ojczyzny i żeś cudownie ocaliła 43 lata temu św. Jana Pawła II. Dlatego pragniemy każdego dnia modlitwą różańcową i śpiewem Litanii Loretańskiej dziękować Ci. Oby to nasze dziękczynienie również przyczyniało się, abyś była coraz bardziej znana i przez to goręcej miłowana na tym Bożym świecie, który przechodzi “przez ciemną dolinę”. W tej ciemności zbuntowany Belzebub sprytnie obsiewa glebę naszych serc swoim kąkolem. Uciekamy się więc pod Twoją obronę, bo jesteś nam dana przez Boga samego jako jedyny i pewny ratunek na ten obecny czas tu i teraz.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Znalezione obrazy dla zapytania ojciec św jan paweł obrazki
    „Od mych lat młodzieńczych modlitwa ta miała ważne miejsce w moim życiu duchowym. (…) Różaniec towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczenia. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy”
    ***
    „Modlitwa różańcowa jest modlitwą wdzięczności, miłości i ufnej prośby… Do tej modlitwy różańcowej zachęcam was i zapraszam. Odmawiajcie różaniec! „
    ***
    „Ufam, że ta tradycja odmawiania różańca w mojej Ojczyźnie będzie dalej podtrzymywana i rozwijana. Tego życzę z całego serca duszpasterzom i rodakom w mojej Ojczyźnie” – św. Jan Paweł II
    fot. Vatican

    Jak modlić się na różańcu

    Różaniec można odmawiać codziennie w całości, i nie brak takich, którzy to czynią z godną pochwały wytrwałością. Wypełnia on w ten sposób modlitwą dni tak wielu dusz kontemplacyjnych albo towarzyszy osobom chorym czy w podeszłym wieku, które dysponują dużym zasobem czasu. Jest jednak oczywiste – i to tym bardziej, jeśli doda się nowy cykl mysteria lucis – że wielu wiernych będzie mogło odmawiać tylko jego część według pewnego porządku tygodniowego. Ten rozkład prowadzi do nadania poszczególnym dniom tygodnia swoistego duchowego „kolorytu”, podobnie jak liturgia nadaje go różnym okresom roku liturgicznego.

    Według obecnej praktyki poniedziałek i czwartek poświęca się tajemnicom radosnym, wtorek i piątek – tajemnicom bolesnym, środę, sobotę i niedzielę – tajemnicom chwalebnym. Gdzie włączyć tajemnice światła? Zważywszy, że tajemnice chwalebne powtarza się przez dwa kolejne dni, w sobotę i w niedzielę, a sobota jest tradycyjnie dniem o silnym zabarwieniu maryjnym, wydaje się wskazane przenieść na sobotę drugie w ciągu tygodnia rozważanie tajemnic radosnych, w których wyraźniejsza jest obecność Maryi. Czwartek pozostaje w ten sposób wolny właśnie na medytację tajemnic światła.

    To wskazanie nie ma jednak ograniczać słusznej wolności medytacji osobistej i wspólnotowej, z uwzględnieniem potrzeb duchowych i duszpasterskich, a przede wszystkim dat liturgicznych, które mogą sugerować bardziej odpowiednie dostosowania. Sprawą naprawdę wielkiej wagi jest to, by różaniec był coraz bardziej pojmowany i przeżywany jako droga kontemplacji.

    św. Jan Paweł II

    List Apostolski – Rosarium Virginis Mariae/ pkt 38

    __________________________________________________________________________

    Różaniec święty jako egzorcyzm

    Około 1981 roku ks. bp Zbigniew Kraszewski po powrocie z Rzymu opowiedział na Jasnej Górze członkom Kapłańskiego Ruchu Maryjnego, co następuje:

    Na prywatnej audiencji dla Polaków Jan Paweł II pochwalił Ruch za to, że wszyscy (także świeccy, na wieczernikach – chórem) mówią egzorcyzm Leona XIII, zaczynający się od modlitwy do św. Michała Archanioła. Po chwili jednak wyjął z kieszeni swój różaniec i pokazując obecnym powiedział: „Ale przecież to jest egzorcyzm przeciwko wszystkim złym duchom, dostępny także dla świeckich!” Widząc zaskoczenie na twarzach, dodał: „Żebyście nie mieli wątpliwości, to ja w tej chwili nadaję Różańcowi moc egzorcyzmu”. Usłyszawszy to stwierdziliśmy my, zebrani na Jasnej Górze w Sali Różańcowej: „Przecież właśnie od dnia wypowiedzenia przez Papieża tych słów – od kilku miesięcy – Różaniec stał się strasznie męczącą modlitwą! Musieliśmy toczyć walkę z rozproszeniami, z sennością oraz z innymi przeszkodami, jak nigdy dotąd!”

    Jak się wydaje, aby Różaniec w pełni był egzorcyzmem, powinniśmy wypełnić przynajmniej trzy warunki: zaangażować w tę walkę swój rozum, swoją wolę, jak też mieć mocne przekonanie, że ta broń jest zawsze skuteczna. Inaczej mówiąc: mamy mieć świadomość walki oraz mocną wolę pokonania Przeciwnika (szatan znaczy właśnie przeciwnik), jak też wielką ufność w moc Boga i w Jego zwycięstwo, choćby owoce tego zwycięstwa miały pozostać dla nas na razie tajemnicą.

    _______________________________________________________________________

    Benedykt XVI o sile różańca: „Uzdrawiająca moc Imienia Jezusa”

    POPE BENEDICT XVI

    Vincenzo Pinto/AFP/Marzena Devoud

    *****

    Różaniec bywa uważany za modlitwę monotonną, mechaniczną i z innych czasów. Jednak według Benedykta XVI przeżywa dziś swą „nową wiosnę”. Odkryjmy refleksje papieża emeryta na temat tej duchowej pomocy, tak przydatnej w walce z trudami naszego życia.

    Różaniec nie każdemu odpowiada. Ale Benedykt XVI – tak jak jego poprzednik św. Jan Paweł II i następca Franciszek – zapewnia, że jest to jego ulubiona modlitwa. Dlaczego, według niego, ta forma modlitwy jest bronią o wielkiej sile uzdrawiającej? I jednym z najbardziej wymownych znaków miłości, jaką „młode pokolenia mają dla Jezusa i jego matki”? W jaki sposób ta modlitwa „pomaga umieścić Chrystusa w centrum” w świecie coraz bardziej podzielonym?

    We wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej Papież Benedyk XVI podczas modlitwy na Anioł Pański (8.10.2007) przypomniał o skuteczności różańca – modlitwy łączącej rodziny i wypraszającej światu pokój. Tradycyjny obraz Matki Boskiej Różańcowej przedstawia Maryję, która jednym ramieniem podtrzymuje Dzieciątko Jezus, a drugą ręką przekazuje różaniec św. Dominikowi.

    „Ta znacząca ikonografia wskazuje, że różaniec jest środkiem ofiarowanym nam przez Maryję, aby kontemplować Jezusa, rozważać Jego życie, kochać Go i coraz wierniej naśladować. To wskazanie Maryja pozostawiła także w wielu swoich objawieniach. Myślę szczególnie o tych fatimskich, które miały miejsce w 1917 roku. Trzem pastuszkom: Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi, Maryja przedstawiła się jako „Królowa Różańca”, poleciła z mocą, aby odmawiać codziennie różaniec i w ten sposób uprosić koniec wojny. Także my pragniemy podjąć to macierzyńskie polecenie Maryi, angażując się w odmawianie z wiarą różańca w intencji pokoju w rodzinach, między narodami i na całym świecie”.

    „Różaniec jest środkiem, który został nam ofiarowany przez Najświętszą Maryję Pannę, byśmy kontemplowali Jezusa i rozpamiętując Jego życie kochali Go i coraz wierniej naśladowali. Takie przesłanie przekazała też Matka Boża w swoich różnych objawieniach”

    ________________________________________________________________________

    Dwa najczęstsze błędy, jakie popełniamy przy odmawianiu różańca

    Jeden z największych propagatorów nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny mówi o tych błędach i podpowiada, jak dobrze odmawiać różaniec.

    Rozważanie tajemnic Odkupienia

    Św. Ludwik Maria Griñon de Monfort, wielki czciciel Najświętszej Maryi Panny, niestrudzenie propagował nabożeństwo do Matki Jezusa i zgodnie z Jego wolą, również Matki naszej.

    Modlitwę różańcową – jako jedną z najpopularniejszych form pobożności maryjnej polegającą na rozważaniu tajemnic Odkupienia – uczynił on centralnym tematem swojego dzieła pt. „Przedziwny sekret różańca świętego, aby się nawrócić i zbawić”.

    Odmawianie różańca zaleca on wszystkim wiernym, przestrzegając jednocześnie przed dwoma najczęstszymi błędami, jakie zwykło się popełniać przy tej okazji.

    Dwa błędy przy odmawianiu różańca

    „Aby dobrze odmówić różaniec, po wezwaniu Ducha Świętego stań przez chwilę w obecności Boga (…). Przed rozpoczęciem dziesiątki zatrzymaj się dłużej lub krócej, w zależności od czasu, jakim dysponujesz, aby rozważyć tajemnicę, którą sławisz w tej dziesiątce i proś zawsze w owej tajemnicy, przez wstawiennictwo Matki Bożej, o jedną z cnót, która najmocniej w niej promieniuje lub o tę, której najbardziej potrzebujesz.  

    Szczególnie uważaj na dwa powszechne błędy, jakie popełniają odmawiający różaniec. Pierwszy – że nie podejmują oni żadnej intencji – tak dalece, że gdyby zapytać, dlaczego odmawiają różaniec, nie umieliby odpowiedzieć. Dlatego ty odmawiając różaniec, miej zawsze na względzie kilka łask do uproszenia, pewne cnoty do naśladowania czy kilka grzechów do zniszczenia.

    Drugi błąd, który się popełnia zazwyczaj, odmawiając różaniec, to brak innej intencji przy rozpoczęciu aniżeli szybkie zakończenie modlitwy. Bierze się to stąd, że widzimy w nim coś przykrego, ciążącego nad nami, zwłaszcza gdy uczyniło się z niego zasadę moralną albo dostało za pokutę jakby wbrew naszej woli”.

    Następnym razem, kiedy będziemy odmawiać różaniec, pamiętajmy zatem by:

    1) wzbudzić w sercu konkretną intencję;

    2) modlić się bez pośpiechu, spokojnie i w skupieniu.

    Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak paciorki różańca przesuwają się chwile …
    nasze smutki, radości i troski …
    a Ty Bogu je zanieś, połączone w różaniec
    Święta Panno Maryjo pełna łaski…

    ________________________________________________________________________

    „Gdyby ludzie wiedzieli, że mają w zasięgu taką broń, siedziałbym samotny w piekle. Ale wy nie słuchacie papieży, świętych i proroków. Ani własnego serca. Zwyciężam was dzięki waszej głupocie i pysze. Nie boję się was. Ale boję się Jej różańca”. (szatan podczas egzorcyzmu prowadzonego przez księdza egzorcystę Francesco Bamonte)

    Jak szatan boi się Maryi i Różańca

    Święty Dominik wypędzając szatana z ciała opętanego, zapytał go:

    Którego świętego w niebie boicie się najbardziej i który ma największą władzę nad wami tu, na ziemi ?

    Przez dłuższy czas szatan nie odpowiadał, aż wreszcie rzekł:

    Najbardziej boimy się Matki Bożej. Ona ma największą władzę nad nami i Jej należy się na ziemi cześć największa, gdyż jedna Jej modlitwa więcej znaczy niż modlitwy wszystkich świętych razem wziętych.

    „Szatan wysila się i używa wszelkich sposobów, aby zerwać nić łączącą nas z Niepokalaną. Zadowoli się wszystkim – odmawianiem „Ojcze nasz” i innymi modlitwami, lecz nie pozwoli na odmawianie „Zdrowaś Maryjo”, bo właśnie na tym już się potknął i dlatego będzie starał się innych doprowadzić w ten sposób do upadku”. (św.Maksymilian Maria Kolbe)

    _________________________________________________________________________

    o. Gabriele Amorth:

    Różaniec wywołuje paniczny strach u demona

    Zmarły w 2016 roku egzorcysta Watykanu, jeden z najpopularniejszych duchownych, którzy stawali na froncie walki z szatanem, ojciec Gabriele Amorth przekonuje w swojej książce, że tylko jedna modlitwa wywołuje paniczny strach u demona – różaniec.

    Różaniec to potężny egzorcyzm – nie ma wątpliwości ojciec Gabriele Amorth. W świecie, w którym rządzi kozetka i tysiące – nierzadko sprzecznych – porad psychologów, słynny egzorcysta w książce „Mój różaniec” podsuwa nam niezawodny sposób rozwiązania wielu problemów duchowych. Te bowiem często rzutują na naszą kondycję psychiczną i fizyczną. Jak twierdzi watykański egzorcysta, żadna modlitwa, którą odmawia nie ma tak wielkiej mocy przepędzania złego ducha, co różaniec.

    Uznany autorytet w walce z demonami, ojciec Amorth udowadnia więc w swojej książce, że modlitwa Maryjna jest najpotężniejszym egzorcyzmem, zaś poprzez rozważanie tajemnic różańcowych, możemy odkrywać po raz kolejny ewangeliczną Dobrą Nowinę. Jeśli zatem poszukujemy rozwiązania wielu problemów wewnętrznych, trapią nas natrętne myśli lub czujemy się zagubieni i przygnieceni licznymi codziennymi sprawami, różaniec – udowadnia słynny egzorcysta – może stanowić wielką pociechę, a nawet darować nam uzdrowienie zarówno duchowe, jak i fizyczne.

    W książce, obok porad dotyczących tego, w jaki sposób zmagać się z zagrożeniami w życiu duchowym przy pomocy modlitwy różańcowej, znajdują się również niezwykłe rozważania, napisane przez ojca Amortha. Pozwalają one nie tylko odkrywać i przeżywać Ewangelię podczas modlitwy Maryjnej, ale również lepiej pojąć tajemnicę życia Matki naszego Boga.

    o. Gabriele Amorth, Mój różaniec, Wydawnictwo Esprit 2016

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 13 MAJA 2023

    „Nie bójcie się”. Dokładnie 106 lat temu Matka Boża po raz pierwszy objawiła się w Fatimie

    fot. screenshot – YouTube

    *****

    „Nie bójcie się”. Dokładnie 106 lat temu

    Matka Boża po raz pierwszy objawiła się w Fatimie

    W 1916 r. w niewielkiej portugalskiej miejscowości o nazwie Fatima trójce pobożnych dzieci: sześcioletniej Hiacyncie, jej o dwa lata starszemu bratu Franciszkowi oraz ich ciotecznej siostrze, dziewięcioletniej Łucji, ukazał się Anioł Pokoju. Miał on przygotować dzieci na przyjście Maryi.

    Pierwsze objawienie Matki Najświętszej dokonało się 13 maja 1917 r. Cudowna Pani powiedziała dzieciom: “Nie bójcie się, nic złego wam nie zrobię. Jestem z Nieba. Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie różaniec, aby wyprosić pokój dla świata”. Podczas drugiego objawienia, 13 czerwca, Maryja obiecała zabrać wkrótce do nieba Franciszka i Hiacyntę. Łucji powiedziała, że Pan Jezus pragnie posłużyć się jej osobą, by Maryja była bardziej znana i kochana, by ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Dusze, które ofiarują się Niepokalanemu Sercu Maryi, otrzymają ratunek, a Bóg obdarzy je szczególną łaską. Trzecie objawienie z 13 lipca przedstawiało wizję piekła i zawierało prośbę o odmawianie różańca.

    Następnego objawienia 13 sierpnia nie było z powodu aresztowania dzieci. Piąte objawienie 13 września było ponowieniem prośby o odmawianie różańca. Ostatnie, szóste objawienie dokonało się 13 października. Mimo deszczu i zimna w dolinie zgromadziło się 70 tys. ludzi oczekujących na cud. Cudem słońca Matka Boża potwierdziła prawdziwość swoich objawień. Podczas tego objawienia powiedziała: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy”.

    Chociaż objawienia Matki Bożej z Fatimy, jak wszystkie objawienia prywatne, nie należą do depozytu wiary, są przez wielu wierzących otaczane szczególnym szacunkiem. Zostały one uznane przez Kościół za zgodne z Objawieniem. Dlatego możemy, chociaż nie musimy, czerpać ze wskazówek i zachęt przekazanych nam przez Maryję.
    Z objawieniami w Fatimie wiążą się tzw. trzy tajemnice fatimskie. Pierwsze dwie ujawniono już kilkadziesiąt lat temu; ostatnią, trzecią tajemnicę, wokół której narosło wiele kontrowersji i legend, św. Jan Paweł II przedstawił światu dopiero podczas swojej wizyty w Fatimie w maju 2000 r. Sam Ojciec Święty wielokrotnie podkreślał, że opiece Matki Bożej z Fatimy zawdzięcza uratowanie podczas zamachu dokonanego na jego życie właśnie 13 maja 1981 r. na Placu Świętego Piotra w Rzymie.

    brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II: Fatimskie wezwanie do pokuty

    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna, Screenshot – YouTube

    *****

    Św. Jan Paweł II: Fatimskie wezwanie do pokuty

    „To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące”  – św. Jan Paweł II

    Zamach miał miejsce 13 maja 1981 r., w 64. rocznicę pierwszego objawienia się Matki Bożej w Fatimie. Historycy, eksperci od objawień fatimskich twierdzą, że nawet godzina i minuty były te same. 13 maja 2000 r. podczas beatyfikacji Hiacynty i Franciszka w Fatimie przez Jana Pawła II zostały ujawnione główne treści trzeciej części tajemnicy fatimskiej.

         “Według interpretacji Pastuszków – wyjaśniał kard. Sodano – ostatnio potwierdzonej przez siostrę Łucję, ubrany na biało biskup, który modli się za wszystkich wiernych, to Papież. Także on, z trudem podążając ku krzyżowi wśród martwych ciał męczenników (biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i licznych świeckich), pada, ugodzony kulami, jak martwy”.

         W czasie pobytu w klinice Gemelli Jan Paweł II poprosił biskupa Hnilicę, aby dostarczył mu wszystkie dokumenty związane z objawieniami w Fatimie. Papież dokładnie przestudiował całą dokumentację. Kiedy opuszczał szpital, powiedział biskupowi Hnilicy: “zrozumiałem, że jedynym sposobem ocalenia świata od wojny, od ateizmu, jest nawrócenie zgodnie z orędziem fatimskim.”

         Dopiero pięć miesięcy po zamachu, a dokładnie 15 sierpnia 1981 r. Papież spotkał się z wiernymi na placu św. Piotra. Powiedział wtedy: “Stałem się na nowo dłużnikiem Najświętszej Dziewicy i wszystkich świętych Patronów. Czyż mogę zapomnieć, że wydarzenie na placu św. Piotra miało miejsce w tym dniu i o tej godzinie, kiedy od sześćdziesięciu z górą lat wspomina się w portugalskiej Fatimie pierwsze pojawienie się Matki Chrystusa ubogim wiejskim dzieciom? Wszak we wszystkim, co mnie w tym właśnie dniu spotkało, odczułem ową niezwykłą macierzyńską troskę i opiekę, która okazała się mocniejsza od śmiercionośnej kuli”. Niezwykle interesującą interpretację nieudanego zamachu na życie Ojca Świętego usłyszeliśmy z ust samego Ali Agcy. Jan Paweł II odwiedził go w rzymskim więzieniu Rebibbia. Podczas rozmowy z Papieżem zamachowiec dziwił się, jak to się stało, że Ojciec Święty ocalał. Był pewny, że dobrze celował. Wiedział, że strzał był zabójczy, śmiertelny… a pomimo to nie zabił. Dlaczego? Uporczywie pytał się Papieża: “Co to jest, co wszyscy powtarzają: Fatima?”.

         Jan Paweł II tak wspominał: “Na Boże Narodzenie 1983 roku odwiedziłem zamachowca w więzieniu. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Ali Agca jest, jak wszyscy mówią, zawodowym zabójcą. Co znaczy, że zamach nie był jego inicjatywą, że ktoś inny to wymyślił, ktoś inny to zlecił. W ciągu całej rozmowy było jasne, że Alemu Agcy nie dawało spokoju pytanie: jak się to stało, że zamach się nie powiódł? Przecież robił wszystko, co należało, zadbał o najdrobniejszy szczegół swego planu. A jednak ofiara uniknęła śmierci. Jak to się mogło stać? I ciekawa rzecz… ten niepokój naprowadził go na problem religijny. “Pytał się, jak to właściwie jest z tą tajemnicą fatimską. Na czym ona polega? To był główny punkt jego zainteresowania, tego przede wszystkim chciał się dowiedzieć. Być może, że jego uporczywe pytania były znakiem, że zyskał świadomość tego, co rzeczywiście ważne. Ali Agca – jak mi się wydaje – zrozumiał, że ponad jego władzą, władzą strzelania i zabijania, jest jakaś potęga wyższa. Zaczął więc jej poszukiwać. Życzę mu, aby ją znalazł”. Zamach na Ojca Świętego miał miejsce dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie 13 maja 1917 r. Matka Boża apelowała wtedy do wszystkich ludzi: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby poprawiła się i czyniła pokutę za swoje grzechy”. Orędzie fatimskie jest jasne i jednoznaczne: aby uchronić ludzkość od samozagłady, konieczne jest nawrócenie, jej powrót do Boga. W pierwszą rocznicę zamachu 13 maja 1982 r. Papież pojechał z pielgrzymką do Fatimy, aby podziękować za cudowne ocalenie życia. Powiedział wtedy: “Daty te (13.05 1917 r. i 13.05.1981r.) spotkały się ze sobą w taki sposób, że musiałem odczuć, iż jestem tutaj przedziwnie wezwany. I oto dzisiaj przybywam. Przybywam po to, ażeby w tym miejscu podziękować Bożej Opatrzności… Jedna ręka wymierzała broń, a druga zmieniła kierunek kuli”. Ojciec Święty przypomniał wtedy, że przyjechał do Fatimy w tym celu, “by raz jeszcze w imieniu całego Kościoła wysłuchać orędzia, które 65 lat temu popłynęło z ust wspólnej Matki, zatroskanej o los swoich dzieci. Dziś to orędzie jest bardziej aktualne i naglące, niż kiedykolwiek. Jak bowiem nie patrzeć bez trwogi na falę sekularyzmu i permisywizmu, które jakże poważnie zagrażają podstawowym wartościom moralnych zasad chrześcijańskich?” W dramatycznych słowach Papież wyraził swój ból, “że wezwanie do pokuty, nawrócenia, modlitwy, nie spotkało się i nie spotyka z takim przyjęciem, jak powinno! O, Serce Niepokalane – wołał Ojciec Święty – pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które ciąży nad ludzkością i zamyka drogi ku przyszłości”. W Częstochowie 19 czerwca 1983 r. podczas Apelu Jasnogórskiego Jan Paweł II modlił się: “W dniu 13 maja minęło dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na placu św. Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia. Zeszłego roku 13 maja byłem w Fatimie, aby podziękować i zawierzać. Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze, pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny. Wielki Twój czciciel kardynał Hlond, prymas Polski, na łożu śmierci wypowiedział słowa: “Zwycięstwo – gdy przyjdzie przyjdzie przez Maryję”. Totus Tuus. I więcej już nie dodam”. W swojej książce “Przekroczyć próg nadziei” Jan Paweł II pisał: “A cóż powiedzieć o trojgu portugalskich dzieciach z Fatimy, które nagle, w przeddzień wybuchu rewolucji październikowej, usłyszały, że “Rosja się nawróci”, że “na końcu moje Serce zwycięży”?… Tego nie mogły one wymyślić. Nie znały na tyle historii i geografii, a jeszcze mniej orientowały się w ruchach społecznych i w rozwoju ideologii. A jednak to właśnie się stało, co zapowiedziały. Może również na to został wezwany z “dalekiego kraju” ten Papież, może na to był potrzebny zamach na placu św. Piotra właśnie 13 maja 1981 roku, ażeby to wszystko stało się bardziej przejrzyste i zrozumiałe, ażeby głos Boga mówiącego poprzez dzieje człowieka w “znakach czasu” mógł być łatwiej słyszany i łatwiej zrozumiany? Jest to ten Ojciec, który wciąż działa, i ten Syn, który również działa, i ten niewidzialny Duch Święty, który jest Miłością, a jako Miłość jest nieustannym działaniem stwórczym, zbawczym, uświęcającym i ożywiającym” (s. 108).

     W Fatimie Matka Boża prosiła, aby Ojciec Święty poświęcił Jej cały świat i Rosję. Swą prośbę ponowiła 13 czerwca 1929 r. objawiając się s. Łucji w Tuy: “Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka”. Jan Paweł II całym sercem pragnął spełnić to życzenie Matki Chrystusa. W tym celu, w łączności z wszystkimi biskupami, rozpoczął przygotowania do dokonania uroczystego aktu poświęcenia całego świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi w dniu 25 marca 1984 r. W ten pamiętny dzień na placu św. Piotra w Rzymie, Ojciec Święty, w obecności specjalnie przywiezionej na tę okoliczność figurki Matki Bożej Fatimskiej, dokonał aktu zawierzenia, jak o to prosiła Niepokalana. W tym samym dniu biskupi we wszystkich diecezjach na świecie mieli to samo uczynić w łączności ze swoimi kapłanami i wiernymi. Wszyscy intuicyjnie czuli, że to wydarzenie zmieni bieg historii świata. Jan Paweł II dokonał tego aktu zawierzenia Niepokalanej, aby przezwyciężyć moce zła, które zagrażają całej ludzkości: “Moc tego poświęcenia – mówił Ojciec Święty – trwa przez wszystkie czasy, ogarnia wszystkich ludzi, ludy i narody, przewyższa zaś wszelkie zło, jakie duch ciemności zdolny jest rozniecić w sercu człowieka i w jego dziejach: jakie też rozniecił w naszych czasach… Zawierzając Ci, o Matko, świat, wszystkich ludzi i wszystkie ludy (…) składam je w Twym macierzyńskim Sercu. O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości”. Po tym akcie oddania świata i Rosji Maryi, Matce Kościoła, Ojciec Święty wręczył biskupowi z Fatimy wyjątkowy dar, mówiąc: “To jest pocisk wyjęty z mojego ciała 13 maja 1981 roku. Drugi zagubił się gdzieś na placu św. Piotra. Nie należy on do mnie, ale do Tej, która czuwała nade mną i mnie ocaliła. Niech ksiądz biskup zawiezie go do Fatimy i złoży w sanktuarium na znak mojej wdzięczności dla Najświętszej Maryi Panny, jako świadectwo wielkich dzieł Bożych”. Pocisk ten został umieszczony w koronie figury Matki Boskiej Fatimskiej. Dzień oddania całego świata i Rosji Matce Najświętszej stał się przełomowym w historii ludzkości. W krótkim czasie nastąpił upadek ZSRR, pierwszego w historii ateistycznego imperium zła, które za wszelka cenę chciało zniszczyć chrześcijaństwo. Kiedy w Związku Radzieckim do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, zaczęły się zmiany zwane pierestrojką, które po kilku latach doprowadziły ostatecznie do upadku całego systemu komunistycznego. Związek Radziecki rozpadł się. Polska i inne kraje odzyskały niepodległość, a wierzącym zostało przywrócone prawo do praktykowania swojej religii. Jesteśmy świadkami wielkiego cudu Matki Bożej, cudu zapowiedzianego w Fatimie. Dalsze wydarzenia 1989 roku przyniosły tak w Związku Radzieckim, jak i w licznych państwach Europy Wschodniej upadek szerzącego się ateizmu reżimu komunistycznego. Jednak w innych częściach świata ataki na Kościół i chrześcijan oraz związane z tym cierpienia nie ustały. Nawet jeśli zamach z 13 maja 1981 r., o którym mówi trzecia część tajemnicy fatimskiej, należy do przeszłości, to wypowiedziane przez Matkę Bożą na początku dwudziestego wieku wezwanie do nawrócenia i pokuty dziś nadal zachowuje swoją aktualność. Maryja przekazując swoje orędzia, zdawała się ze szczególną przenikliwością odczytywać znaki czasu, znaki naszego czasu. Jej naglące wezwanie do pokuty nie jest niczym innym, jak tylko przejawem Jej macierzyńskiej troski o los ludzkiej rodziny, potrzebującej nawrócenia i przebaczenia.

    „To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące” 
    Jan Paweł II

    Dzień 13 maja jest szczególnie wpisany w życie i świętość Jana Pawła II. Rozpoczynając posługę pasterską, powiedział do Maryi: „Totus Tuus” – Cały Twój. U progu tej najtrudniejszej służby Kościołowi i całej ludzkości został wezwany przez Boga do powtórzenia tego zawierzenia przez wielkie cierpienie, wielkie zaufanie i świadectwo wiary. 
    13 maja 1981 r. godz. 17.19 – tę datę pamiętają wszyscy Polacy. Zamach na Jana Pawła II. Strzelał Ali Agca. Dwie kule dosięgnęły Jana Pawła II. Jedna ugodziła także polską emigrantkę mieszkającą w Rzymie. Urodziła się ona w Wadowicach tego samego dnia co Ojciec Święty. Na Placu św. Piotra rozległ się szloch ludzi. Polacy przywieźli na audiencję dar dla Jana Pawła II – obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, który ustawili na fotelu pośrodku swej pielgrzymki. Na odwrocie obrazu był napis: „Wspieraj, Maryjo, Ojca Świętego”. 
    Z relacji Andrzeja, brata moich przyjaciół, mieszkającego w Kanadzie, który wówczas był w Rzymie, wiem, że w ten pogodny dzień zerwał się nagle straszliwy wiatr i zrzucił obraz Matki Bożej Jasnogórskiej. Andrzej wspominał też, że w momencie strzałów usłyszał głośny śmiech. Był porażony. Wydawało mu się, że całe piekło święciło swój triumf. 
    Jak to się stało, że Papież żyje? – pytał Ali Agca, wiedząc, że strzelał celnie, a kule były śmiercionośne. Stan Jana Pawła II był krytyczny, znalazł się na progu śmierci. 
    W Polsce odezwały się dzwony kościołów wzywające do modlitwy i jakby na trwogę. Był to dla nas czas niezwykle dramatyczny. Umierał wielki Prymas Stefan Wyszyński. Wydawało się, że odchodzi także Ojciec Święty. Wydawało się, że wszystko odsuwa się w pustkę, w jakąś straszliwą przepaść. Poszliśmy ze studentami na nocną adorację do kaplicy, w której wiele razy odprawiał Msze św. Prymas Wyszyński. Odmawialiśmy Różaniec fatimski z rękami wzniesionymi do góry. Wszyscy płakali. Wzniesionymi, omdlałymi rękami i płaczem chcieliśmy „przebić” Niebo. Na pewno wielu Polaków i wielu wierzących na świecie tej nocy wołało do Boga o ratunek, o cud. Komunikaty mediów były bolesne. Niewielu z nas wiedziało, że to rocznica pierwszych objawień Matki Bożej w Fatimie (13 maja 1917 r. godz. 17.15). Tym doświadczeniem, w tym dniu, Matka Boża związała Polaków z Fatimą przez Jana Pawła II. 
    Papież nie miał wątpliwości, że swoje ocalenie zawdzięcza Pani z Fatimy. Po zamachu, będąc jeszcze w klinice Gemelli, Jan Paweł II poprosił, aby przyniesiono mu dokumenty związane z objawieniami w Fatimie, a przede wszystkim z trzecią tajemnicą fatimską. Nie ulega wątpliwości, że je znał. Chciał je zapewne nie tyle przeczytać, co przeżyć na nowo. (Były w języku portugalskim, bo był to język dzieci, którym objawiła się Maryja). Chciał zapewne potwierdzić swoją wiarę, że ocaliła go Maryja. 
    Po opuszczeniu kliniki oznajmił: „Zamach na moje życie był elementem pozaziemskiej walki”. W cztery dni po zamachu, w przemówieniu na „Anioł Pański” nagranym na taśmie, Jan Paweł II powiedział: „Zjednoczony z Chrystusem Kapłanem-Ofiarą, składam moje cierpienie w ofierze za Kościół i świat. Tobie, Maryjo, powtarzam: «Totus Tuus ego sum»”. 
    Ojciec Święty doświadczył nie tylko cierpienia, ale także nienawiści piekła. Przeżywał dwie agonie: pierwszą – spowodowaną zamachem, drugą – wirusem śmierci. Nie bał się śmierci, ale miał przekonanie, że zostanie ocalony, aby służyć. „Ta pewność nigdy mnie nie opuściła, nawet w najgorszych chwilach, czy to podczas pierwszej operacji, czy w czasie drugiej choroby wirusowej” – powiedział Jan Paweł II. Wiele razy powtarzał: „Czyjaś ręka strzelała, ale Inna Ręka prowadziła kulę”. 
    Jan Paweł II znał tajemnicę fatimską i chciał wypełnić polecenie Matki Bożej. 7 czerwca 1981 r. były rocznice dwu soborów: Konstantynopolitańskiego i Efeskiego. Na ten dzień zaprosił biskupów z całego świata i napisał list pasterski: „I dlatego, trwając na modlitwie wspólnie z Maryją, pełni ufności do Niej, będziemy powierzać Kościół, jego misję wśród wszystkich narodów w świecie dzisiejszym i jutrzejszym mocy Ducha Przenajświętszego”. Uroczystość ta nie odbyła się z powodu choroby Jana Pawła II. 
    O swoich doświadczeniach i związku z Fatimą Papież powiedział na audiencji generalnej 7 października 1981 r.: „Czyż mógłbym zapomnieć, że dokładnie w tym samym dniu i o tej samej porze, co owo wydarzenie na Placu św. Piotra, od przeszło 60 lat w Fatimie, w Portugalii, wspominane jest pierwsze objawienie Matki Bożej biednym wiejskim dzieciom!”. 
    Jan Paweł II przyleciał do Fatimy 12 maja 1982 r. W godzinie zamachu modlił się do Pani Fatimskiej. 13 maja podczas homilii powiedział: „Staję, odczytując z drżeniem serca wezwanie do pokuty, do nawrócenia – wezwanie żarliwe Serca Maryi, które rozbrzmiewało w Fatimie 65 lat temu. To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Nawet jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące. Następca Piotra staje tutaj jako świadek zagrożeń narodów ludzkości na miarę apokaliptyczną. Następca Piotra staje z tym większą wiarą w odkupienie świata. Jeśli więc ściska się serce odczuciem grzechu świata, także skalą zagrożeń, jakie w nim narasta – to samo ludzkie serce rozszerza się nadzieją: jeszcze raz uczynić to, co uczynili już moi Poprzednicy. Jeszcze raz oddać i zawierzyć świat Sercu Matki, zawierzyć zwłaszcza te ludy, które w szczególny sposób tego potrzebują”. S. Łucja stwierdziła potem, że nie było to jeszcze pełne i dokładne wypełnienie poleceń Maryi. Nie było kolegialne. 
    Kolejnego zawierzenia Jan Paweł II dokonał 25 marca 1984 r. w Rzymie na Placu św. Piotra przed figurą przywiezioną z Fatimy. Było to kolegialne oddanie ze wszystkimi biskupami świata. Jan Paweł II modlił się i dokonał aktu oddania: „O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogę ku przyszłości!”. 
    Ten akt oddania Maryi poruszył serca i umysły wielu ludzi. S. Łucja w wywiadzie dla katolickiego dziennika w Portugalii powiedziała, że było to oddanie według wskazań Matki Bożej i ustrzegło świat od wojny atomowej. Tę wiedzę otrzymała s. Łucja. My dowiemy się zapewne w Niebie. 
    Co jest najważniejsze w relacji Jana Pawła II? To, że starał się wierzyć i wypełniać wolę Boga objawioną przez Maryję w Fatimie. 
    To bezkompromisowe zawierzenie Jana Pawła II ma niejako dalszy ciąg. 13 maja 2005 r. Papież Benedykt XVI ogłasza otwarcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. 13 maja 2009 r. zostaje ogłoszona publicznie deklaracja teologów o heroiczności cnót Jana Pawła II. Jest to jakby najważniejsza część procesu beatyfikacyjnego. 
    Matka Boża, której mówił: „Totus Tuus” – Fatimska i Jasnogórska – ta sama Maryja prowadzi swoje dzieło przez jego zawierzenie. Teraz wybrała Polskę do wielkiej pracy i zawierzenia w Wielkiej Nowennie Fatimskiej.

    Staraniem Sekretariatu Fatimskiego zostały przygotowane materiały przydatne w odprawianiu Wielkiej Nowenny Fatimskiej, które można zamawiać pod adresem: Sekretariat Fatimski, ul. Krzeptówki 14, 34-500 Zakopane, tel. (0-18) 20 66 420 lub drogą internetową: sekretariat@smbf.pl. 
    Więcej informacji na stronie internetowej Sekretariatu: www.sekretariatfatimski.pl.

    mp/sekretariatfatimski.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odmawiajcie codziennie różaniec!

    „Odmawiajcie codziennie różaniec, aby wyprosić pokój dla świata.” – to słowa Matki Bożej wypowiedziane w Fatimie 13 maja 1917 r. Wielu katolików odpowiada dzień w dzień na to wezwanie ale co powiedzieć tym nieprzekonanym? Czym ich zachęcić?

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Może te kilka ciekawostek o modlitwie różańcowej będzie dobrym zaczynem:

    – Różaniec jest ulubioną modlitwą wielu świętych, miedzy innymi: św. Jana Pawła II, św. Franciszka Salezego, św. Ludwika Grignion de Montfort, św. Maksymiliana Kolbe…;

    – Różaniec (wieniec róż) – nazwa wywodzi się ze średniowiecza. Kwiaty pełniły wówczas istotną rolę, symbolizowały różne cechy. Często ofiarowywano kwiaty Bogu i ukochanym osobom. Modlitwy traktowane były jako duchowe kwiaty. I dlatego odmawianie różańca porównywano z dawaniem Matce Bożej róż;

    – Pierwowzorem różańca był psałterz. Modlitwa ta polegała na odmówieniu 150 psalmów. Ponieważ nie wszyscy byli w stanie to zrobić, psalmy zastąpiono najpierw modlitwą Ojcze nasz, a później Zdrowaś Maryjo;

    – Święto Matki Bożej Różańcowej, 7 października, zostało ustanowione w dniu zwycięstwa pod Lepanto. Pomyślny wynik bitwy przypisano modlitwie różańcowej zanoszonej przez papieża Piusa V i wiernych;

    – Od 1478 roku do dziś papieże ogłosili ponad 200 dokumentów o różańcu;

    – W 1620 roku dominikanin Tymoteusz Ricci wprowadził zwyczaj odmawiania Różańca Wieczystego. Rozdał ludziom 8760 karteczek z tajemnicami różańcowymi, tak by Różaniec był odmawiany w każdej godzinie roku;

    – Inspirując się Wieczystym Różańcem Paulina Jaricot (w XIX wieku) wymyśliła tak zwany Żywy Różaniec. Chciała by był przede wszystkim dla osób pracujących. Polega on na tworzeniu grup – róż różańcowych – w której każdego dnia każda osoba odmawia jedną dziesiątkę Różańca i w ten sposób cała grupa odmawia każdego dnia cały Różaniec;

    – Maryja, Królowa różańca, w sposób cudowny ochroniła małą wspólnotę czterech księży jezuitów, żyjących zaledwie osiem bloków od centrum wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie. Po ludzku sądząc, niewytłumaczalne jest, że spośród tysięcy ludzi, którzy znajdowali się w promieniu około półtora kilometra od centrum eksplozji, oni byli jedynymi, którzy przeżyli a dom parafialny pozostał niezburzony, podczas gdy wszystkie inne budynki wokół niego uległy całkowitemu zniszczeniu;

    – Bł. Bartłomiej Longo, za młodu zaciekły antyklerykał i kapłan świątyni szatana, w czasie samotnego spaceru usłyszał wewnętrzny głos, który powiedział: „Jeśli będziesz szerzył różaniec, zostaniesz zbawiony”. Tak też zrobił…

    A Ty jaki masz powód żeby nie odmawiać codziennie różańca, skoro on otwiera niebo?

    Maryja mówi do Ciebie: „Pragnę tylko, aby różaniec stał się dla was życiem”.

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Anulowanie Różańca?

    Głupota lewaków wodą na nasze młyny

    Przykładów na działanie tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni, jest bez liku. Szatan przerasta nas w inteligencji, ale pada ofiarą własnej nienawiści… i głupoty swoich popleczników. I tak nagonka na Różaniec w wykonaniu znanego liberalnego czasopisma przyniosła jeden jedyny efekt – wypromowanie modlitwy różańcowej, a przynajmniej symbolu Różańca.

    Kilka dni temu w „The Atlantic” ukazał się artykuł, którego tytuł brzmiał początkowo Jak różaniec stał się symbolem ekstremistów, a następnie został zmieniony na Jak ekstremistyczna kultura broni próbuje zaadoptować różaniec.

    Jak karabin AR-15 stał się sakralnym atrybutem dla chrześcijańskich nacjonalistów w ogóle, tak różaniec nabrał militarnego znaczenia dla radykalno-tradycyjnych (lub „rad trad”) katolików – skonstatował Daniel Panneton.

    Armia tradi-katolików solą w oczach liberałów

    Dla liberalnego autora nie do pomyślenia jest konwencja kulturowa, zgodnie z którą amerykańscy katolicy na jednym zdjęciu umieszczają karabin i różaniec. Jego liberalne serce tym bardziej truchleje, gdy słyszy, że ci sami mężczyźni nawołują do wsparcia szeregów… Kościoła Wojującego. Święci Pańscy, duchowni w sutannach, różańce i karabiny, a do tego… słowa pełne „agresywnej homofobii” – to zestaw wrażeń, który zdecydowanie przekracza skalę tolerancji pana Pannetona.

    Narzekając na „ultrakonserwatywny katolicyzm” Amerykanów i ich „skrajnie prawicową kulturę”, publicysta używa języka zarezerwowanego wyłącznie dla wielkiego uderzenia. Normalnie w „The Atlantic” ukazują się teksty odpowiednio wysmuklone intelektualnie, tak że przeciętny amerykański leming może poczuć, że przynależy do jakiejś wyższej, bardziej wysublimowanej kasty. Ale od czasu do czasu trzeba przywalić tak, by cały kredyt zaufania uzyskany u czytelników spożytkować do ataku na najświętsze wartości. Tym razem działa zostały wymierzone w Różaniec, co w sumie nie dziwi, a nawet… cieszy.

    Efekt jest bowiem podobny do tego, który miał miejsce, gdy aborcjoniści wzięli na cel katolickie świątynie po obaleniu przez Sąd Najwyższy rzekomego „prawa” do zabijania dzieci nienarodzonych. Szumne hasła bojowe wznoszone w mediach społecznościowych zaowocowały wprawdzie kilkoma atakami na kościoły, a nawet aktem profanacji, ale ostatecznie więcej szumu było… po drugiej stronie barykady.

    Wszystkie protestanckie portale pro-life rozpisywały się na temat antykatolickich zamieszek, a z newsów wyłaniało się wyraźne utożsamienie Kościoła ze sprzeciwem wobec aborcji i poszanowaniem wartości ludzkiego życia. Jeszcze wcześniej te same media – prowadzone przez ludzi niewierzących w realną obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie – bombardowały eter doniesieniami o Joe Bidenie, który nie powinien otrzymywać tegoż Pana Jezusa w Komunii Świętej.

    A teraz – śledząc aferę różańcową – włączmy Fox News. Widzimy jak katolicki dziennikarz, który „ma Różaniec na biurku” razem z latynoską komentatorką o przyjemnej aparycji i czarująco zachrypniętym głosie – która ma „różaniec albo i dwa w swojej torebce” – nabijają się w najlepsze z głupoty przeintelektualizowanych lewaków z „The Atlantic”, a w materiał klikają setki tysięcy widzów. W sumie miliony, jeżeli zliczymy wszystkie programy i artykuły na ten temat.

    Oto amerykański protestant – którego napędza konserwatywny sprzeciw wobec lewactwa – widzi na ekranie tysiąc różnych ujęć różańca i słyszy, że w tych katolickich paciorkach zawiera się wszystko, czego najbardziej nienawidzą jego neomarksistowscy wrogowie. Nic, tylko podziękować lewakom!

    Ale… Różaniec naprawdę jest bronią!

    Lewacy czują, że coś jest na rzeczy i dlatego tak się boją. Dlatego taka kaczka jest wypuszczona na medialne wody. Z odmętów antykatolickiego bełkotu cytowanego wyżej Daniela Pannetona wyłania się istotne spostrzeżenie: Ci uzbrojeni radykalni tradycjonaliści przyjęli duchowe przekonanie, że różaniec może być bronią w walce ze złem i przekształcili go w coś dosłownie niebezpiecznego.

    Tak, dosłownie. Różaniec jest bowiem bronią, którą podała nam do rąk sama Pogromicielka szatana, Ta, która zmiażdżyła jego głowę i której dzieci – według niezawodnej obietnicy – mają lub będą miały udział w Jej wiekuistym tryumfie nad siłami zła. Kto odmawia Różaniec, rozważa najświętsze tajemnice wiary i łączy się z duchem katolickiej ortodoksji, w świetle której upadają wszystkie ponętne ideologie głoszone z zapałem godnym lepszej sprawy przez tuby Rewolucji.

    Jak mówi wspomniana wyżej latynoska, osobowość telewizyjna Rachel Campos-Duffy: Musimy z tym walczyć, nie możemy tylko śmiać się z tych niedorzeczności, ale musimy zrozumieć, że w naszym kraju i na świecie chrześcijaństwo i wiara w ogóle są atakowane, dlatego musimy bronić naszych praw religijnych i odpierać tego typu bigoterię wymierzoną w chrześcijan. I potwierdza obawy pana Pannetona, zauważając, że wszyscy marksistowscy totalitaryści boją siły katolickiej modlitwy. Na koniec Rachel zachęca do zmawiania Różańca, bo „rodzina, która modli się razem, pozostaje razem”.

    Dziwnym trafem jej słowa o antychrześcijańskich nastrojach okazały się nieprzesadzone, gdyż po artykule w „The Atlantic” doszło do serii aktów wandalizmu, którym uległy katolickie pomniki z symboliką różańcową – takie jak figura św. Antoniego Padewskiego przy szkole w Waszyngtonie, której patronuje tenże święty.

    Oby wszyscy stali się Różańcowymi Ekstremistami – życzy sobie katolicki pisarz i podcaster dr Taylor Marshall, odpowiadając na artykuł Daniela Pannetona. Jeżeli nową zbrodnią jest wiara w Boga, to bądźmy wszyscy zbrodniarzami – sugeruje jedna z użytkowniczek Twittera, cytując abp Fultona Sheena. Jestem dumny z bycia różańcowym ekstremistą. Nasza Pani od Najświętszego Różańca, módl się za nami! – pisze popularny duchowny udzielający się na blogu i w mediach społecznościowych jako Ksiądz V. I dodaje: P.S. dla The Atlantic – Różaniec to sakramentalium, a nie sakrament.

    No właśnie – bo pan Panneton nie zadał sobie trudu, by rozróżnić te dwie rzeczy. Podobnie jak nie zadał sobie trudu, by zapoznać się z nauką o Kościele Wojującym na ziemi, Cierpiącym w czyśćcu i Tryumfującym w niebie. A wisienką na torcie serwowanych przez niego głodnych kawałków jest powołanie się na… Franciszka. Dla liberalnego publicysty nawet otwarcie neomarksistowski papież może być chłopcem do bicia, tylko dlatego, że powiedział kiedyś: Nie ma drogi do świętości bez duchowej walki.

    Ale nawet gdyby tekst w „The Atlantic” nie był aż tak niemerytoryczny i od cepa napastliwy, to i tak autor wylałby sporo wody na młyny wszystkich katolików i konserwatystów w USA. Tak samo jak aborcjoniści i inni gwałciciele prawa Bożego, którzy ślepną z nienawiści do tego stopnia, iż nie widzą nawet tego, że swoimi wybrykami promują wiarę i wartości – przyczyniając się do coraz wyrazistszej i skuteczniejszej reakcji po stronie Kontrrewolucji.

    Filip Obara

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 MAJA – WTOREK

    UROCZYSTOŚĆ ŚWIĘTEGO ANDRZEJA BOBOLI – PATRONA POLSKI

    Męczeństwo świętego Andrzeja Boboli

    (Piotr Mecik/FORUM )

    ***

    Ojciec Andrzej mógł łatwo uratować życie. Gdy znalazł się w rękach oprawców, po wielokroć dawano mu szansę ocalenia. Jednak on uznał proponowaną mu cenę za zbyt wysoką.

    Misja

    Andrzej Bobola herbu Leliwa przyszedł na świat w podsanockiej Strachocinie 30 listopada 1591 roku.

     W wieku niespełna 20 lat wstąpił w szeregi jezuitów, by dwa lata później złożyć śluby zakonne, a po kolejnych 9 latach przyjąć święcenia kapłańskie. Pełnił m.in. godność rektora kościoła w Nieświeżu oraz kościoła św. Kazimierza w Wilnie, przełożonego domu zakonnego w Bobrujsku. Sprawował posługę kapłańską w Płocku, Warszawie, Łomży, wreszcie w Pińsku. Przeszedł do historii jako autor tesktu Ślubów lwowskich złożonych 1 kwietnia 1656 roku przez króla Jana Kazimierza. Polski monarcha oddał wówczas Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Bożej, którą ogłosił Królową Korony Polskiej.

    Ojciec Andrzej zrazu nie był osobą łatwą w obcowaniu. Przełożeni mocno krytykowali go za zapalczywość, za brak cierpliwości i upór. Jednakże przyszły święty wytrwale pracował nad swym charakterem. Rzesza wiernych, którą los postawił na drodze jezuity, wspominała jego pokorę i anielską dobroć. Zapewne żadnemu z nich nie przyszło na myśl, że zdolność tego kapłana do przyjaznej współpracy z ludźmi niegdyś bywała poddawana w wątpliwość.

    Bobola zdobył zasłużoną sławę Apostoła Pińszczyzny i Apostoła Polesia. Niestrudzenie przemierzał tamtejsze bezdroża, wstępował do zapomnianych chutorów, w których dawno nie widziano kapłana. Nawracał kogo mógł. Katolików utwierdzał w wierze, a jego kaznodziejskie przewagi uznawali również lutrowie, kalwini i szczególnie prawosławni. Wśród ludności rusińskiej stał się głośny jako duszochwat – łowca dusz. Wielu wielbiło go za nieugiętą wierność Kościołowi. Inni – z tego samego powodu – darzyli go szczerą nienawiścią.

    Pościg

    Ojciec Andrzej śmiało zaglądał śmierci w oczy.

    Kiedy w roku 1628 Wilno nawiedziła zaraza, gdy wokół masowo umierali ludzie, on wraz z innymi zakonnikami niósł pomoc potrzebującym, nie bacząc na własne bezpieczeństwo. Epidemia zabiła ośmiu jego zakonnych braci, on przeżył. Bóg wciąż go potrzebował.

    W następnych dekadach na jego ojczyznę przyszły ciężkie terminy. W roku 1648 i późniejszych rebelia kozacka Bohdana Chmielnickiego rozdarła kraj i podpaliła województwa wschodnie. Rebelianci ze szczególną zaciekłością mordowali duchowieństwo katolickie. Krew lała się coraz większym strumieniem, do buntów kozackich doszły obce najazdy – moskiewski, szwedzki i siedmiogrodzki.

    W roku 1657 oddział Kozaków zajął Pińsk. Przebywający w mieście jezuici Andrzej Bobola i Szymon Maffon znaleźli schronienie w okolicznych wioskach. 15 maja w Horodku o. Maffon wpadł w ręce wroga.  Oprawcy przybili go gwoździami do ławy i ściskali mu głowę powrozami, zdzierali zeń skórę, polewali wrzątkiem, wreszcie zarąbali szablami.

    O. Bobola schronił się w Janowie Poleskim, potem we wsi Pieredił. Nie marnował tam czasu. Głosił kazania, udzielał spowiedzi, przygotowując wiernych do uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego. Znaleźli się judasze, którzy wskazali miejsce jego ukrycia wrogowi. Ostrzeżony przez dobrych ludzi, udał się chłopskim wozem do Mohilna. Jego śladami pomknął kozacki pościg.

    Uciekinierów dopędzono przed Mohilnem. Woźnica salwował się ucieczką. Ojciec Andrzej, wbrew namowom, pozostał na miejscu. Postanowił wydać nieprzyjacielowi otwartą bitwę.

    Credo

    Kozacy pochwycili zakonnika. Z okolicznych pól nadbiegli włościanie, pilnie obserwując dramat.

    Ponoć wpierw zwracano się do jeńca przyjaźnie. Kiedy nie okazał zainteresowania propozycją przejścia na prawosławie, oprawcy pokazali swe prawdziwe oblicze.

    Ojca Andrzeja odarto z szat kapłańskich, zawleczono do pobliskiego płotu, przywiązano doń, a następnie biczowano nahajami. Kułaki rezunów grzmociły więźnia po twarzy, wybijając część uzębienia. Wyrwano mu część paznokci,  zdarto nożem skórę z ramienia. Z pobliskiego dębu ucięto gałęzie, które skręcano na skroniach jezuity, tworząc prawdziwą męczeńską koronę.

    Któryś z Kozaków przypomniał, że mają rozkaz odstawienia „Lacha” żywego przed oblicze starszyzny. Obwiązano go więc sznurami przytroczonymi do końskich kulbak i pognano w stronę Janowa. 66-letni zakonnik biegł dobre cztery kilometry, przynaglany ukłuciami spis i szabel. Gdy stanął przed oczami starszyzny kozackiej, był cały pokryty krwią. To nie wzbudziło jednak litości. Ataman zwrócił się doń szyderczo:

    – Toś ty jest księdzem łacińskim?

    Zakonnik wiedział, co go czeka, jednak nie zawahał się ani chwili:

    – Jestem katolickim kapłanem. W tej wierze się urodziłem i w niej też chcę umrzeć.

    Wokół kłębił się tłum. Oprócz Kozaków i ich zwolenników na głównym placu Janowa stłoczyli się również sterroryzowani mieszkańcy – katolicy, prawosławni, żydzi. Ojciec Andrzej zapewne postanowił wlać otuchę w serca uciśnionym, gdy zwrócił się do zbrojnej gromady tymczasowych panów miasteczka:

    – Wiara moja jest prawdziwa i do zbawienia prowadzi. Wy powinniście żałować i pokutę czynić, bo bez tego w waszych błędach zbawienia nie dostąpicie. Przyjmując moją wiarę, poznacie prawdziwego Boga i wybawicie dusze wasze.

    Rozwścieczony wódz rebeliantów porwał za szablę i ciął na oślep. Andrzej odruchowo zasłonił się prawą ręką, ostrze pokiereszowało mu palce. Kozak uderzył ponownie, tym razem mierząc w lewą stopę kapłana. Żelazo zazgrzytało o kość, męczennik runął na ziemię. Gdy leżał, ujrzał nad sobą ostrza i wykrzywione nienawiścią twarze ich właścicieli. Wiedział, że śmierć jest blisko, złożył więc głośno wyznanie wiary. Świadkowie zapamiętali je następująco:

    – Wierzę i wyznaję, że jest jeden Bóg prawdziwy, tak jak jeden jest prawdziwy Kościół, jedna prawdziwa wiara katolicka, objawiona przez Chrystusa, ogłoszona przez apostołów. Za nią tak, jak apostołowie i wielu męczenników, także ja chętnie cierpię i umieram.

    Wedle świadków wypowiadał te słowa „łagodnie”„z dobrocią serca”. Odpowiedź ze strony oprawców przyszła szybko. Jeden dźgnął go szablą w twarz, ostrzem wydłubując prawe oko. Tłuszcza ryknęła z aprobatą.

    Światło

    Porwali go za pokaleczone nogi i powlekli do miejskiej rzeźni – niewielkiej drewnianej szopy, stojącej w centrum Janowa. Tam cisnęli go na stół służący do ćwiartowania zwierząt.

    W ciągu dwóch najbliższych godzin rezuni wykazywali się inwencją. Liczna publika oglądała widowisko przez okna i szpary w ścianach rzeźni.

    Znów poszły w ruch nahaje. Głowę kapłana ściskano młodymi gałęziami dębowymi. Przypalano go żywym ogniem. Wbijano drzazgi pod paznokcie, zdzierano skórę z piersi i z rąk.  Oskalpowano mu głowę, wycinając na czaszce krwawą „tonsurę”. Skórę zdarto mu też z pleców, tworząc ociekający posoką „ornat”. Noże katów odcinały palce, nos, uszy i wargi. Rany przypalano i wcierano w nie sieczkę. Co jakiś czas ponawiano propozycję przerwania mąk, w zamian za akt apostazji.

    Zaś on modlił się nieustannie, wołał do Boga, wzywał imion Jezusa, Maryi i świętych. Błagał o łaskę nawrócenia dla swych katów. W końcu zniecierpliwiony dręczyciel wydrążył dziurę w karku Andrzeja, wyciął u podstawy język.

    Potem jezuitę powieszono głową w dół. Towarzyszył temu radosny okrzyk gawiedzi:

    – Patrzcie, jak Lach tańczy!

    Wiszącemu ktoś wbił grube szydło w lewy bok.

    Była już trzecia po południu, gdy kozacki dowódca uznał, że pora zakończyć kaźń. Więźnia odcięto, a on runął w kałużę krwi. Jeden z rezunów dobył szabli, przystąpił do zmasakrowanego, drgającego w konwulsjach  ciała. A jednak życie wciąż tliło się w kapłanie, bo na widok nadchodzącej śmierci wzniósł ręce. Nie, nie zasłaniał się przed oprawcą. W ostatniej chwili ziemskiego żywota ojciec Andrzej wyciągnął okaleczone dłonie ku niebu.

    Ostrze opadło na szyję. Trysnęła krew, jednakże kozacka szabla nie zdołała odrąbać głowy. Zabójca uderzył ponownie, z podobnym rezultatem. Mordercy dali za wygraną, odeszli pozostawiając za sobą znieruchomiałe zwłoki.

    Świadkowie zeznali, że po zgonie Andrzeja Boboli ukazało się na niebie jakoweś dziwne światło. Był 16 maja 1657 roku, wigilia Wniebowstąpienia Pańskiego.

    Znaki

    Ojciec Andrzej Bobola był osiemdziesiątym czwartym polskim jezuitą, który dostąpił zaszczytu męczeńskiej śmierci. Tylko w latach 1648-1667 z rąk samych tylko rebeliantów kozackich zginęła setka kapłanów katolickich, w tej liczbie 40 jezuitów.

    Mogło się wydawać, że pamięć o męczeństwie ojca Andrzeja rychło zaniknie. Wszak takie i podobne okrucieństwa były niemal codziennością w Rzeczypospolitej przez ogromną część XVII stulecia.  Istotnie, po jakimś czasie w ludzkich sercach zatarło się nawet wspomnienie o dokładnym miejscu pochówku zakonnika. O męczenniku przypomniano sobie w okolicznościach, które trudno uznać za typowe. Ściślej, przypomniał on o sobie sam.

    16 kwietnia 1702 roku rektor kolegium pińskiego o. Marcin Godebski kończył wieczorne modlitwy. Miasto spowijał już mrok. Nagle przed obliczem rektora pojawiła się na chwilę nieznana postać. Przybysz przedstawił się jako Andrzej Bobola. Zażądał odnalezienia swej trumny, podając wskazówki co do jej lokalizacji.

    Całkowicie zrozumiały wstrząs u ojca rektora jeszcze się pogłębił, gdy dwa dni później zgłosił się doń zakrystianin  Prokop Łukaszewicz, by zeznać pod przysięgą o podobnym widzeniu. Wszczęto poszukiwania wedle pouczeń zostawionych przez niecodziennego gościa. W krypcie kościoła, pod ołtarzem, wśród wielu innych trumien odkryto tę właściwą, opatrzoną łacińskim napisem: „Ojciec Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego przez kozaków zabity.” Po otwarciu wieka obecni stwierdzili ze zdumieniem, że mimo upływu czasu i panującej w piwnicy wilgoci zwłoki męczennika nie wykazywały oznak rozkładu. Krew pokrywająca rany wyglądała na ledwie co zakrzepłą.

    Wieść o znalezisku zaczęła obiegać bliższą i dalszą okolicę. Rychło pojawiły się doniesienia o cudach, w tym o uzdrowieniach niewytłumaczalnych z medycznego punktu widzenia. Straszliwa epidemia z lat 1709-1710 zabrała z tego świata tysiące dusz, jednak osobliwym trafem ominęła Pińszczyznę.

    Rychło podjęto starania o kanonizację ojca Andrzeja. Nie sprzyjała temu sytuacja polityczna – kasata zakonu jezuitów, rozbiory, wojny. A wieści o nadnaturalnych zdarzeniach z udziałem męczennika mnożyły się. W roku 1819 w Wilnie widzenie miał uznany fizyk, a przy tym gorący patriota, dominikanin o. Alojzy Korzeniewski. Św. Andrzej miał ukazać mu ogromną równinę pokrytą walczącymi żołnierzami różnych narodowości i zapowiedzieć, że Polska zmartwychwstanie po wielkiej powszechnej wojnie. Informację o wizji przedrukowała zagraniczna prasa, zapewne wywołując drwiące uśmieszki niedowiarków. Kiedy sto lat po tym objawieniu traktat wersalski uprawomocnił istnienie niepodległej Rzeczypospolitej, wówczas nie śmiał się już nikt.

    Z Pińska do Rzymu

    30 października 1853 roku papież Pius IX dokonał beatyfikacji Andrzeja Boboli.

    O owocach pracy duszochwata zaświadczało i to, że cieszył się kultem także wśród ludności prawosławnej. Dowódcy wojsk rosyjskich stacjonujących wokół Pińska chronili glejtami katolickie kolegium. Oczywiście owa sytuacja nie wywoływała entuzjazmu zwierzchników Cerkwi Prawosławnej.

    Kiedy kościół w Pińsku przekazano prawosławnym bazylianom, trumna ze zwłokami męczennika powędrowała do Połocka (1808). W roku 1866 władze rosyjskie przysłały tam komisję, która miała zbadać zasięg kultu błogosławionego. Ledwie urzędnicy przekroczyli próg połockiego kościoła, gdy spod sklepienia oderwała się cegła, by grzmotnąć w głowę jednego z inspektorów. Pokiereszowany kontroler pospiesznie opuścił świątynię, a pozostali zaraz poszli w jego ślady. Komisja szybko wyniosła się z Połocka. Carska władza wolała nie zadzierać z duszochwatem.

    Nie czuli tego respektu bolszewicy, którzy po roku 1917 podjęli w całej Rosji walkę z „religijnym zabobonem”. W 1922 roku czerwoni barbarzyńcy usiłowali demonstracyjnie zniszczyć ciało ojca Andrzeja. Choć od jego śmierci upłynęło już 265 lat, zwłoki wciąż znajdowały się w dobrym stanie. Wydarto je z trumny i ciśnięto nimi o posadzkę kościoła. Ku powszechnemu zdumieniu, nie rozsypały się. Przetransportowano je do Moskwy jako „osobliwość”, skąd po wielu staraniach watykańskiej dyplomacji udało się je wydostać i przewieźć do Rzymu. Tymczasem w ojczyźnie Boboli jego kult stale potężniał.

    Patron

    Latem 1920 roku na Warszawę szły armie bolszewickie. Bój toczył się również na płaszczyźnie duchowej.

    28 lipca biskupi polscy zwrócili się do papieża Benedykta XV z prośbą o kanonizację ojca Andrzeja. Kardynał Aleksander Kakowski zalecił odprawienie nowenny na terenie archidiecezji warszawskiej. 8 sierpnia, gdy na horyzoncie grzmiały działa, ulicami stolicy ruszyła olbrzymia, stutysięczna procesja wiernych. Niesiono relikwie błogosławionych Andrzeja Boboli i Władysława z Gielniowa, wznosząc modły o odparcie bolszewickich hord. Tydzień później, w dniu święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny natarcie wroga został powstrzymane, Polacy odzyskali utracony wcześniej Radzymin. Nazajutrz Wojsko Polskie przeszło do kontrofensywy.

    Wiele lat później, 17 kwietnia 1938 roku, w Święto Zmartwychwstania Pańskiego, Andrzej Bobola został uroczyście zaliczony w poczet świętych Kościoła. Kanonizacji dokonał papież Pius XI, który latem 1920 roku, jako nuncjusz apostolski, modlił się w oblężonej Warszawie o sukces polskiego oręża.

    16 maja 2002 roku św. Andrzej został ogłoszony patronem Polski. Dziś, gdy obowiązek nawracania na wiarę Chrystusową bywa zastępowany gładkim i niezobowiązującym „dialogowaniem” z innowiercami, opieka duszochwata i pamięć o jego niezłomnym świadectwie są nam potrzebne bardziej niż kiedykolwiek.

    Andrzej Solak/PCh24pl

    ________________________________________________________________________________

    Maryja Królowa Polski i św. Andrzej Bobola w centrum miasta.

    Piękna inicjatywa bydgoskich katolików

    zdjęcie nadesłane przez Czytelnika PCh24.pl

    ***

    Wysiłkiem ludzi dobrej woli, w Bydgoszczy, na Święto Maryi Panny Królowej Polski, przygotowano baner z wizerunkiem Maryi Królowej Polski i oraz Głównego Patrona Polski, św. Andrzeja Boboli. Zawisł on w pobliżu centrum miasta.

    Jak informuje portal katolicka.bydgoszcz.pl, baner mieści się przy rondzie Jagiellonów, a udało go tam umieścić dzięki wysiłkowi „wielu ludzi dobrej woli”. Inicjatywa to oddanie hołdu Królowej Polski. Ale, jak czytamy, cały maj jest miesiącem maryjnym, a już 13 maja przypada święto Matki Bożej Łaskawej, której walczący w Bitwie Warszawskiej przypisują Cud nad Wisłą z 1920 roku.

    Ponadto już 16 maja przypada święto św. Andrzeja Boboli – patrona Polski. Warto przypomnieć, że w tym roku obchodzimy 85. Rocznicę jego kanonizacji.

    Św. Andrzej Bobola urodził się 30 listopada 1591 roku w Strachocinie koło Sanoka. Pochodził ze szlacheckiej rodziny. Wstąpił do jezuitów, w 1622 roku przyjął święcenia kapłańskie. Podejmował szczególne wysiłki na rzecz pojednania prawosławnych z katolikami.

    W maju 1657 roku Kozacy napadli na Janów Poleski i dokonali rzezi wśród katolików i Żydów. Andrzeja Bobolę pochwycili w pobliskiej wiosce. Został bestialsko okaleczony, a następnie zamordowany.

    Św. Andrzej Bobola został beatyfikowany w 1853 r., a kanonizowany w niedzielę wielkanocną 17 kwietnia 1938 roku w Watykanie. W uroczystości wzięło udział około 40 tysięcy Polaków, którzy udali się do Rzymu specjalnymi pociągami. Od 2002 r. św. Andrzej Bobola jest jednym z patronów Polski.

    źródło: katolicka.bydgoszcz.pl, KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 MAJA – CZWARTEK – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    UROCZYSTOŚĆ WNIEBOWSTĄPIENIA PAŃSKIEGO

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    po Mszy św. – nabożeństwo majowe

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Naród zwycięski. Jan Paweł II jako prorok Polaków

    Naród zwycięski. Jan Paweł II jako prorok Polaków

    Papież prorok obejmuje przywódz­two swego narodu i prowadzi go do wielkiego starcia, które kończy się – wbrew wszelkim ra­cjonalnym kalkulacjom – zwycięstwem – pisał Dariusz Gawin w 3. numerze „Teologii Politycznej” zatytułowanej „Pierwszy rok bezkrólewia”.

    Filozofia narodu Jana Pawła II to temat trudny z oczywistego względu – ilość koniecznych do uwzględnienia homilii, przemówień i wy­stąpień Ojca Świętego przytłacza swoim ogro­mem. Istnieje jednak tekst, który może posłu­żyć za kwintesencję tej wielkiej nauki, tekst krótki i dzisiaj powszechnie przywoływany: tekst papieskiej homilii wygłoszonej w czasie mszy świętej odprawionej 2 czerwca 1979 roku w Warszawie na placu Zwycięstwa. Frazę: „Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!” zna dzisiaj każdy, bowiem moment jej wygłoszenia stał się w zbiorowej wyobraźni początkiem końca komunizmu. To dlatego po śmierci Papieża właśnie ten frag­ment homilii przytaczano bez końca w przeka­zach telewizyjnych i to dlatego – ze względu na szczególną wymowę symboliczną miejsca – ten właśnie plac, obecnie plac Piłsudskiego wy­brali spontanicznie warszawiacy na mszę w in­tencji Ojca Świętego w kwietniu 2005 ro­ku. Ale jak to zwykle w takich wypadkach, mało kto sięga po całość tekstu. Tymczasem właśnie tutaj, w treści tego wielkiego kazania kryje się źródło duchowej mocy, z której wy­pływało końcowe wezwanie. Owym źródłem jest wielka wizja dziejów ludzkich jako ducho­wego dramatu – wielka wizja narodu jako wspólnoty odgrywającej w nim jedną z pierw­szoplanowych ról. Żeby zrozumieć ten szcze­gólny skrót myślowy, wystarczy przytoczyć po­czątek poprzedniego zdania homilii: „I wołam, ja, syn polskiej ziemi, zarazem ja, Jan Paweł II, papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia…”. Głębia tysiąclecia historii narodu – oto właści­we źródło politycznej mocy tego kazania.

    Głowa Kościoła katolickiego jest przede wszyst­kim kapłanem i naturalnym punktem odniesienia dla jego działań jest Kościół rozumiany jako wspólnota wiernych. Papież Polak zabierający głos w samym sercu stolicy, kilkadziesiąt metrów od Grobu Nieznanego Żołnierza – w czerw­cu 1979 roku, a więc w epoce gierkowskiego „realnego socjalizmu” – siłą rzeczy musiał wy­kroczyć poza te ramy. Jeśli szukać jakichś analo­gii odwołujących się do tradycji religijnej, to można powiedzieć, że odegrał wtedy rolę po­równywalną do starotestamentowego proroka. Był nie tylko kapłanem, lecz również przywódcą pełniącym oprócz funkcji religijnych także funk­cje zarezerwowane w naszym nowoczesnym ję­zyku dla polityków. Mojżesz łączył rolę najwyż­szego kapłana z rolą prawodawcy i przywódcy kierującego życiem publicznym – nade wszyst­ko zaś był czynnym współtwórcą dziejów swego narodu. Kimś takim jest właśnie Jan Paweł II 2 czerwca 1979 roku – w tej postaci wołającej o odmianę biegu historii splata się w jedno religia i polityka, historia polityczna narodu i du­chowy wymiar historii zbawienia. Tu tkwi siła tego obrazu i stąd wypływa jego wielka moc od­działywania. Papież prorok obejmuje przywódz­two swego narodu i prowadzi go do wielkiego starcia, które kończy się – wbrew wszelkim ra­cjonalnym kalkulacjom – zwycięstwem. Polityka to sfera interesów materialnych i stosunku sił. Jan Paweł II swoje wyzwanie rzuca systemowi, którego twórca rzucił kiedyś na wzmiankę o Wa­tykanie pogardliwy komentarz: „Papież? A ile on ma dywizji?”. Dla Stalina i Bieruta liczyła się tyl­ko brutalna fizyczna siła jako ultima ratio każdej skutecznej polityki. A jednak to bezbronny piel­grzym pokoju okazał się zwycięzcą tego starcia, ponieważ właściwym wymiarem historii okazu­je się wymiar duchowy. I w tym również wy­miarze konstytuuje on naród jako wspólnotę po­lityczną odnoszącą swoje zwycięstwo także w wymiarze politycznym.

    Sobotnia msza 2 czerwca 1979 odbywa się w przeddzień Zielonych Świątek, w przed­dzień święta Zesłania Ducha Świętego, kiedy to apostołowie i zebrani wokół nich wierni z wielu ludów i języków stali się – jak to opi­sują Dzieje Apostolskie – Kościołem. Łaciń­skie ecclesia – kościół – pochodzi z greki. Pierwotnie to słowo znaczyło zgromadzenie o charakterze politycznym. Ateńska eklezja – zgromadzenie ludowe – była najważniejszym elementem ateńskiej politei. W węższym zna­czeniu to właśnie eklezja stanowiła właściwą wspólnotę polityczną Ateńczyków. W pojęciu eklezji – zarówno zgromadzenia ludowego, jak i Kościoła – mieszają się znaczenia z zakre­su polityki i religii. Gdyby przyłożyć tę wła­śnie perspektywę, zrozumiały staje się konsty­tutywny charakter wystąpienia Papieża z 2 czerwca – setki tysięcy ludzi, którzy zeszli się na plac Zwycięstwa, przeistaczają się w dwoistą eklezję: eklezję – Kościół i eklezję – naród; inaczej – zgromadzenie duchowe Po­laków oraz zgromadzenie polityczne Polaków.

    Już na samym początku homilii Jan Pa­weł II wskazuje na wspólnotę narodową jako punkt odniesienia swojego wystąpienia – mó­wią o tym pierwsze jej słowa: „Umiłowani Ro­dacy, Drodzy Bracia i Siostry”, czy też dalsze słowa wstępnej części kazania: „Jako (…) wasz rodak, syn polskiej ziemi, a zarazem jako papież pielgrzym witam was wszystkich!”. Wszyscy obecni na placu mają też świeżo w pamięci scenę, w której Papież ucałował ziemię ojczystą na samym początku swej piel­grzymki, tuż po tym, jak wysiadł na warszaw­skim Okęciu z samolotu – gest później tak często oglądany w trakcie każdej zagranicznej pielgrzymki Ojca Świętego, że nie jesteśmy już w stanie w pełni przypomnieć sobie wstrząsa­jącego wrażenia, jakie wówczas wywierał. Dość szybko Papież przechodzi też od podsta­wowego przesłania homilii – Chrystus to „klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawo­wej rzeczywistości, jaką jest człowiek” – do teologii i filozofii narodu: „Nie można… bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski – przede wszystkim jako dziejów ludzi, którzy przeszli i przechodzą prze tę ziemię”.

    Naród to wspólnota duchowej, zbiorowej pra­cy, której owocem jest kultura: „Dzieje narodu zasługują na właściwą ocenę według tego, co wniósł on w rozwój człowieka i człowieczeń­stwa, w jego świadomość, serce, sumienie. To jest najgłębszy nurt kultury. To jej najmocniej­szy zrąb. To jej rdzeń i siła”. To dlatego wspól­nota narodowa pełni funkcję wyjątkową: „Nie sposób zrozumieć człowieka inaczej jak w tej wspólnocie, którą jest jego naród. Wiadomo, że nie jest to wspólnota jedyna. Jest to jednakże wspólnota szczególna, najbliżej chyba związana z rodziną, najważniejsza dla dziejów ducho­wych człowieka”. Jeśli naród jest wspólnotą du­chową, to jego granice rozciągają się w czasie – ta wspólnota obejmuje także minione pokole­nia i zakłada łączność z tymi, którzy po nas na­dejdą (Papież mówi o Polsce jako „tysiącletniej wspólnocie”). Właśnie dlatego wspólnocie tej przysługują, jak mówi Papież, godność i prawa, których – w domyśle – łamać nie wolno.

    Naród jako duchowa wspólnota polityczna po­trzebuje miejsc i symboli do aktualizacji swoje­go potencjału zawartego w wypracowanej przez kolejne pokolenia kulturze. Takim miejscem jest stolica Polski – Warszawa. Największe mia­sto w kraju, ale jednocześnie polityczne cen­trum życia narodu oraz symbol jego politycznej woli. Uderzający w homilii z 2 czerwca 1979 roku wydaje się fakt, że z całej dramatycznej i wielkiej historii Warszawy, ze wszystkich powstań, bitew, rewolucji i innych gwałtow­nych epifanii narodowych dziejów Jan Pa­weł II jako ilustrację swojego wywodu wybrał Powstanie Warszawskie: „Nie sposób zrozu­mieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nie­równą walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone po­tęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus Zba­wiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu”.

    Morze atramentu wylali Polacy, spierając się o to, czy Powstanie było najbardziej skrajnym przykładem polskiej nieodpowiedzialności w robieniu polityki i karygodną egzemplifikacją polskiego romantyzmu. Zarzut romanty­zmu zresztą miał sens głębszy – chodziło o kwestionowanie wizji historii, w której war­tości duchowe są ważniejsze od realnych, na­macalnych interesów. W tym zresztą sensie Powstanie zmieniło polityczne obyczaje Pola­ków – pokolenie Karola Wojtyły, pokolenie „Kolumbów” doświadczyło dobroczynnych skutków lekcji Powstania w 1956 roku, kiedy po raz pierwszy w polskiej historii zaistniała wprawdzie kolejna modelowa sytuacja insurekcyjna, lecz mimo to nie doszło do powsta­nia. Po tragedii 1944 roku żaden polski poli­tyk nie mógł już być czystym romantykiem.

    A jednak, chociaż insurekcyjno-romantyczna metoda robienia polityki odeszła w prze­szłość, pozostało coś, co tkwiło u podstaw trwałej dyspozycji mentalnej Polaków – upo­rczywe obstawanie przy idei wolności oraz przekonanie, że prawdziwą płaszczyzną histo­rii jest wielki moralny dramat, w którym ście­ra się dobro ze złem, wolność z tyranią i znie­woleniem. Papież w czerwcowej homilii dokonał dwóch niezwykłych rzeczy: posłużył się metaforą, która wprost odwoływała się do mesjanistycznego i romantycznego imaginarium Polaków (Polska jako Chrystus narodów – ulubiona teza szyderców i realistów, według nich kompromitująco naiwna politycznie), i jednocześnie poprzez tę tradycyjną metaforę uzyskał efekt jak najbardziej odległy od tejże tradycji, zarazem jednak cały czas pozostając w jej wnętrzu – zwołał zgromadzenie Polaków po to, aby wezwać ich do kolejnego, tym ra­zem bezkrwawego, pokojowego powstania na­rodowego.

    Pojęcie powstania odsyła do kolejnego, istot­nego elementu homilii – do heroizmu. Słowo to wprawdzie nie pada ani razu, ale zasugero­wane zostało przez przywołanie walki – nie­równej walki Warszawy w 1944 roku. Pojęcie walki i heroizmu wprowadza bowiem do ho­milii sama obecność na placu z Grobem Nie­znanego Żołnierza. Papież odnosi się do niego bezpośrednio, rozpoczynając ostatni frag­ment homilii, poprzedzający końcowe we­zwanie: „Stoimy tutaj w pobliżu Grobu Nie­znanego Żołnierza. W dziejach Polski – dawnych i współczesnych – grób ten znajdu­je szczególne pokrycie. Szczególne uzasad­nienie. Na ilu to miejscach ziemi ojczystej pa­dał ten żołnierz. Na ilu to miejscach Europy i świata przemawiał swoją śmiercią, że nie może być Europy sprawiedliwej bez Polski niepodległej na jej mapie? Na ilu to polach walk świadczył o prawach człowieka wpisa­nych głęboko w nienaruszalne prawa narodu, ginąc za «wolność naszą i waszą»”?

    Znów zatem mamy na pozór bezpośrednie od­wołanie do tradycji romantycznej polityki pol­skiej, której tyle razy zarzucano brak realizmu – na pozór, bowiem nie chodzi tu wprost o bo­haterstwo, lecz raczej o siłę świadectwa praw­dy i wolności jako wartości najwyższych, a nade wszystko jako świadectwa miłości. Następuje bowiem w kolejnym fragmencie istotne roz­szerzenie patriotyzmu jako miłości posiadają­cej charakter polityczny (obiekt tego uczucia to naród i państwo) na miłość bliźnich w ogó­le – w tym kontekście patriotyzm właściwie rozumiany staje się częścią chrześcijańskiej caritas. Posłuchajmy Papieża: „Przyklęknąłem przy tym grobie, wspólnie z Księdzem Pryma­sem, aby oddać cześć każdemu ziarnu, które – padając w ziemię i obumierając w niej – przy­nosi owoc. Czy to będzie ziarno krwi żołnier­skiej przelanej na polu bitwy, czy ofiara mę­czeńska w obozach i więzieniach. Czy to będzie ziarno ciężkiej codziennej pracy w po­cie czoła na roli, przy warsztacie, w kopalni, w hutach i fabrykach. Czy to będzie ziarno miłości rodzicielskiej, która nie cofa się przed daniem życia nowemu człowiekowi i podejmuje cały trud wychowawczy. Czy to będzie ziarno pracy twórczej w uczelniach, in­stytutach, bibliotekach, na warsztatach narodo­wej kultury. Czy to będzie ziarno modlitwy i posługi przy chorych, cierpiących, opuszczo­nych. Czy to będzie ziarno samego cierpienia na łożach szpitalnych, w klinikach, sanatoriach, po domach: «wszystko, co Polskę stanowi»”.

    Końcowe słowa, przytoczone z Aktu Milenij­nego prymasa Wyszyńskiego, stanowią klucz do tego rozszerzonego rozumienia narodu – wspólnoty duchowej łączącej wszystkie poko­lenia Polaków. W heroizm Nieznanego Żołnie­rza włączona zostaje nie tylko walka o militar­nym czy szerzej – politycznym charakterze, lecz także praca fizyczna, intelektualna, posłu­ga miłosierdzia czy cierpienie chorych.

    W tym porządku nie chodzi już o bohaterstwo głośne czynami i utrwalone w pamięci pomni­kami czy legendą, lecz także o najprostsze fakty codziennego na pozór życia. Polska to właśnie ten wielki, rozciągnięty w czasie wysi­łek ludzi wielkich i ludzi prostych, zdolnych zarówno do wielkości na ludzką miarę, jak i do pozbawionej widowiskowości codziennej świętości. Tutaj najpełniej widać zasadnicze rozszerzenie pojęcia wspólnoty – zgromadze­nia (eklezji); wspólnota polityczna tradycyjnie rozumiana w o wiele mniejszym stopniu zdolna jest wchłonąć w siebie także niepolityczne wy­miary życia ludzkiego. Chrześcijańska eklezja, chrześcijańska wspólnota polityczna – naród ja­ko zbiorowość połączona węzłem solidarnej wspólnoty losu – przekracza wymiar doczesny, obejmując świętość jednostek choćby najskrom­niej żyjących w świetle standardów doczesności.

    Warto przy tym jednocześnie zaznaczyć, że tak rozumiana wspólnota polityczna narodu nie daje się zredukować tylko do wspólnoty etnicznej. Według Papieża Polska jako wielka duchowa całość obejmuje także „dzieje lu­dów, które żyły wraz z nami i wśród nas”, na przykład Żydów – Jan Paweł II wspomina bowiem o tych, których „setki tysięcy zginęło w murach warszawskiego getta”.

    Dopiero po tak szerokim zakreśleniu ram naro­du jako duchowej wspólnoty Papież „woła z głę­bi tego tysiąclecia”, przywołując Ducha Bożej Opatrzności kierującego ludzkimi dziejami.

    Dalszy ciąg wszyscy doskonale znamy. Słowa Pa­pieża uruchomiły lawinę – kilkanaście miesięcy później rozpoczął się strajk w Stoczni Gdańskiej. Rozpoczął się początek końca komunizmu.

    W całej tej historii jest jeszcze jedna okolicz­ność warta podkreślenia. Msza święta 2 czerw­ca odbyła się na ówczesnym placu Zwycię­stwa. Nazwa ta odwoływała się do dnia 9 maja 1945, daty, której rocznice obchodzono jako oficjalne święto Polski Ludowej. Święto, w którym – trzeba dodać – przewijała się pewna dwuznaczność, czy może raczej ideolo­giczna pycha komunistycznych władców. Po pierwsze bowiem 9 maja nie był w rzeczy­wistości końcem wojny, ponieważ armia nie­miecka podpisała bezwarunkową kapitulację wobec Amerykanów dzień wcześniej. To mar­szałek Żuków, który dostał szału z powodu te­go afrontu, zażądał odegrania kapitulacyjnego przedstawienia po raz drugi, tym razem wo­bec dowództwa Armii Czerwonej. Moskwa nie tylko wygrała największą wojnę w dziejach ludzkości, chciała także kontrolować pamięć o niej. Zwycięstwo militarne musiało być połą­czone ze zwycięstwem w sferze symboli i rytu­ałów. Po drugie – o czym trzeba pamiętać – ko­niec wojny nie przyniósł Polakom wyzwolenia.

    To prawda, przestały dymić kominy obozów za­głady, minęło zagrożenie fizyczną eksterminacją narodu, jednak Polacy nie odzyskali wolności.

    Ciągle tropiono, wtrącano do więzień, torturo­wano i zabijano żołnierzy niepodległej Polski. Tępiono wszelkie ślady suwerenności i naro­dowej tradycji – świadczył o tym w 1979 sam wygląd placu, na którym Papież odprawiał mszę: przed wojną plac nosił imię marszałka Piłsudskiego; w Pałacu Saskim, w kolumnadzie którego umieszczono Grób Nieznanego Żoł­nierza, mieścił się Sztab Generalny. Właśnie dlatego po wojnie komunistyczne władze nie odbudowały zniszczonego przez Niemców gmachu – bowiem tak samo jak Zamek Kró­lewski symbolizował on ideę suwerenności Rzeczypospolitej. Resztkę kolumnady z Gro­bem Nieznanego Żołnierza zamieniono na pomnik-ruinę, a całość powiększonego placu (brakło bowiem na nim także pałacu Brühla – siedziby przedwojennego MSZ i zburzonych kamienic) nazwano placem Zwycięstwa.

    W PRL-owskiej nazwie placu zawarta została nuta okrutnego szyderstwa – w zwycięstwo Stalina z maja 1945 roku wpisana była bo­wiem zagłada Warszawy z jesieni 1944. I właśnie na tym placu – placu Zwycięstwa – Jan Paweł II zwołał zgromadzenie-eklezję Po­laków, aby poprowadzić ich do ostatecznego triumfu nad komunizmem. Niemal równo dziesięć lat później, 4 czerwca 1989, odbyły się w Polsce wybory, które uruchomiły reak­cję łańcuchową w całym regionie; reakcję, która w końcu nie ominęła samej Moskwy. Polska stała się wolna, a plac, na którym odby­ła się pamiętna msza, jest znów placem Pił­sudskiego. I to jest prawdziwa miara wielkości Jana Pawła II – Papieża, proroka Polaków.

    mp/źródło: TeologiaPolityczna.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rok Włodzimierza Tetmajera.

    Patron na czas wojny polsko-polskiej?

    Muzykanci w Bronowicach – przed karczmą, olej na płótnie, 1891 r.

    Muzykanci w Bronowicach – przed karczmą, olej na płótnie, 1891 r.
    Piotr LigierI /Muzeum Narodowe w Warszawie

    ***

    Miał wyjątkowy dar łączenia ludzi. Może dlatego został nam zadany na czas wojny polsko-polskiej?

    Chyba nikt nie potrafił tak pięknie namalować polskiej wsi. I jeszcze zdobyć za to wielu medali na światowych wystawach, od San Francisco po Paryż. Ozdobił przepięknymi polichromiami wiele świątyń. Pisał wiersze, opowiadania, dramaty. Był antropologiem, etnografem i językoznawcą, zaangażowanym publicystą, wreszcie politykiem, posłem do wiedeńskiego parlamentu. Imponujący jest zestaw talentów Włodzimierza Tetmajera, ale nie tylko dlatego na jego pogrzeb 26 grudnia 1923 roku stawił się „cały naród”: artyści i politycy, mieszczanie i chłopi, arystokraci oraz plebs. Tetmajer był tym, który ludzi jednoczył, i pewnie właśnie z tego powodu Senat RP ogłosił go patronem 2023 roku. – Chcemy odkrywać go jako postać, która łączyła – na przykład Dmowskiego z Piłsudskim. Był osobą, z którą mogą się dzisiaj identyfikować ludowcy, ale też ludzie, którzy mają bardzo radykalne społeczne myślenie. Był człowiekiem myślącym niepodległościowo, narodowościowo. Z nikim się nie kłócił. U niego w domu w Bronowicach wszyscy mogli się spotkać wokół tego, że Polska jest ważna, ale też wokół sztuki i wsi polskiej – wyjaśniał podczas inauguracji roku Tetmajera Michał Niezabitowski, dyrektor Muzeum Krakowa.

    Fenomen bronowickiej chaty

    „Decyzja 29-letniego, świetnie zapowiadającego się malarza, który nie stronił także od pióra, o poślubieniu córki wiejskiego gospodarza wywołała w Krakowie niebywałe poruszenie. Odwrócił się od niego prawie »cały« Kraków: rodzina, znajomi, środowisko artystyczne. Na skromny ślub w kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej w kościele Mariackim przyszło tylko kilku najbliższych przyjaciół” – pisał o Tetmajerze prof. Franciszek Ziejka, historyk literatury. Ale niewiele wody w Wiśle upłynęło, a trend się odwrócił. Ów „cały” Kraków płynął nieprzerwanym strumieniem w kierunku Bronowic. Jedni z ciekawości, inni dla poszukiwania inspiracji. Mało tego, w ślady Tetmajera szli kolejni artyści, nie tylko wybierając tamtejsze plenery, ale i żony – proste, wiejskie dziewczyny. Wesele Lucjana Rydla z Jadwigą Mikołajczykówną, uwiecznione w narodowym dramacie Wyspiańskiego, wywołało kolejny skandal towarzyski, ale jednocześnie zwróciło uwagę mieszkańców wszystkich zaborów na fenomen bronowickiej chaty. Na to, jak staje się ona miejscem narodzin nowej, młodej Polski. Wtedy, a i później uwadze wielu umknął fakt, kto był w owej chacie prawdziwym gospodarzem. Kto przewodził, a zarazem łączył: wieś z miastem, inteligentów z chłopami, pozytywistów z romantykami, a po latach endeków z piłsudczykami.

    We fraku i siermiędze

    Ten szczególny dar Włodzimierza Tetmajera może w dzisiejszych czasach uchodzić za anachroniczny. Karierę robi się wszak na dzieleniu, nie łączeniu. Ale może właśnie dlatego „zadano nam” tego niezwykłego człowieka wielu talentów na patrona roku totalnej wojny polsko-polskiej? Tadeusz Boy-Żeleński pisał, że Tetmajer miał niesłychaną łatwość wżywania się w każde środowisko. „Równie dobrze czuł się we fraku w salonach, jak w siermiędze na wsi, w Paryżu, jak w Bronowicach. Ale przez osobliwą i jakąś bardzo polską kombinację ten »chłopoman«, ten pionier ruchu ludowego, w gruncie rzeczy zachował typ najczystszej szlachetczyzny, skorygowanej jedynie wdziękiem artysty” – pisał autor „Plotki o »Weselu«”.

    W pierwszej dekadzie XX wieku tego typu talent okazał się bezcenny. Przekleństwem wieku XIX było bowiem rozgrywanie wewnątrzpolskich podziałów przez zaborców. Tetmajer potrafił te podziały przekraczać, nie tylko słowem (choć mówcą i publicystą był przednim), ale i przykładem. Żył wśród chłopów, znajdując w tym szczególne upodobanie: do krajobrazu, obyczaju, swoistej filozofii życiowej, także języka.

    Tropem Naczelnika

    Co ważne, działał integrująco w obu kierunkach. Inteligentom zachwalał plebejskość, wśród chłopów upowszechniał wiedzę historyczną, przekonywał do programu niepodległościowego. Postacią, do której najczęściej się odwoływał, był Tadeusz Kościuszko, „ów prawdziwy, najczystszy bohater, co przed stu jeszcze laty nie wahał się w krakowskiej sukmanie poprowadzić swoje »dzieci« na racławickie armaty”, jak pisał na łamach „Życia”. Swój program polityczny Tetmajer oparł – wzorem Naczelnika – na ideałach amerykańskich, koncepcji równości wszystkich obywateli, na pełnym udziale chłopów jako wolnych i równych innym warstwom społecznym w życiu publicznym.

    Był zafascynowany Kościuszką jako polityk, publicysta, pisarz i malarz. Poświęcił mu chłopską epopeję, wszedł także do zespołu, który w lwowskiej rotundzie – pod kierunkiem Jana Styki oraz Wojciecha Kossaka – namalował pierwszą polską panoramę: Racławice. Właśnie jemu powierzono dokładne odtworzenie wyglądu kosynierów atakujących rosyjskie armaty. Ale najwięcej z dziedzictwa Kościuszki odnajdziemy w politycznym programie Tetmajera. On naprawdę wierzył w to, że niepodległości nie da się odzyskać i utrzymać bez polskiego ludu, co najdobitniej pokazała wojna w roku 1920. Los sprawił, że w jej trakcie ludowiec z przekonania, patriota z temperamentu stracił ukochanego syna. Ułan Jan Kazimierz Tetmajer wstąpił do Wojska Polskiego już w 1918 roku, poległ 28 lipca 1920 roku pod Stanisławczykiem, trafiony bolszewicką kulą w serce. Po jego śmierci ojciec zmienił się nie do poznania. Bezpowrotnie opadły dumnie zakręcone wcześniej wąsy szlachcica w sukmanie. Syna uczcił tomem przejmujących wierszy „Przeznaczenie”.

    Misja wykonana

    Nazwiska ojców polskiej niepodległości znamy na pamięć. Niestety nie wszystkich, bo Włodzimierz Tetmajer także zasłużył na to miano. Współtworzył„Strzelca”, czyli paramilitarną organizację, której ćwiczenia urządzał w Bronowicach. Był bardzo aktywny w organizowaniu politycznego fundamentu dla przyszłego niepodległego państwa, wszedł do zarządu Polskiego Skarbu Wojskowego (już w 1912 roku!), zaś po wybuchu wojny został delegowany do Naczelnego Komitetu Narodowego, a potem Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie. Do historii przeszedł jako inicjator i autor słynnej rezolucji uchwalonejw parlamencie wiedeńskim 28 maja 1917 roku: „Polskie Koło Sejmowe stwierdza, że jedynym dążeniem narodu polskiego jest odzyskanie niepodległej Polski z dostępem do morza, i uznaje się solidarnym z tym dążeniem”. Później, podczas konferencji pokojowej w Paryżu, pośredniczył w negocjacjach między zespołem Romana Dmowskiego a przedstawicielami Józefa Piłsudskiego, wykorzystując swój dar łączenia przeciwieństw w imię wyższego dobra. Skutecznie.

    Być może jego zasługi zostały zapominane dlatego, że po odzyskaniu przez Polskę niepodległości usunął się w cień. Uznał, że jego życiowa misja została wykonana. Ustąpił miejsca innym, by tę niepodległość właściwie zagospodarowali. Inna sprawa, że był bardzo rozczarowany tym, co obserwował. Nie potrafił się odnaleźć w intrygach i wojnach podjazdowych, nie odpowiadał mu ten rodzaj uprawiania polityki. Wrócił do roli gospodarza.

    A to Polska właśnie

    O ile niewielu dziś kojarzy Tetmajera jako polityka, o tyle jego malarstwo pozostaje wiecznie młode, pełne życia, barw, niepowtarzalnego uroku. Patrząc na obrazy dokumentujące codzienne i odświętne życie Bronowic, niejako automatycznie przypominamy sobie słynny cytat: „a to Polska właśnie”. Nieprzypadkowo. Są w tych obrazach – oprócz talentu i wiedzy etnograficznej – jakaś czułość i ciepło, ukochanie krajobrazu, ludzi i ich kultury. Rok Włodzimierza Tetmajera, którego inicjatorem było Muzeum Krakowa, będzie okazją, by tę niezwykłą twórczość poznać. Na przykład w czerwcu dzięki ekspozycji „Siła barwy i temperamentu. Włodzimierz Tetmajer”. Na krakowskiej wystawie obok twórczości malarskiej znajdą się także pamiątki udostępnione przez rodzinę artysty.

    Jeszcze w czasie studiów Tetmajer namalował Madonnę w krakowskiej chuście, przepiękny obraz, który bez specjalnej okazji można oglądać (i kontemplować) w bocznym ołtarzu parafialnego kościoła Stygmatów św. Franciszka z Asyżu przy ul. Ojcowskiej w Krakowie, wybudowanym na granicy Bronowic Małych i Wielkich. Jest w tym także jakieś przesłanie dla nas, współczesnych, od jednego z ojców polskiej niepodległości.•

    Piotr Legutko/Gość Niedzielny 15.2023

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Znany katolicki dziennikarz MOCNO o „Egzorcyście papieża”: prawdziwy ks. Amorth ostrzegał przed nowoczesnymi zabobonami

    ojciec Gabriele Amorth / fot. Bridgeman Images – RDA / Forum

    ***

    Ksiądz Amorth ostrzegał, że wiele „zwykłych” pokus diabła jest przedstawianych jako „nowoczesne idee”, ale w rzeczywistości służą zachwianiu zasad wiary. Należą do nich: aborcja, „małżeństwa” osób tej samej płci, eutanazja, rozwód i konkubinat – powiedział w autorskim komentarzu na łamach portalu Life Site News jego redaktor naczelny John-Henry Westen. Publicysta odpowiedział na fałszywy obraz zawarty w głośnym filmie zatytułowanym „Egzorcysta papieża”.

    Publicysta poświęcił odcinek swego cyklicznego programu postaci ojca Gabriela Amortha. Życiorys tego nietuzinkowego duchownego posłużył reżyserowi Russelowi Crowe jako pierwowzór głównej postaci w jego najnowszym filmie. Obraz jest oparty w dużej mierze na wspomnieniach i pismach słynnego paulisty. Jednak, zarówno w opinii Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów (IAE), jak i samego Westena, bardziej przypomina krzywe zwierciadło niż wierny portret. Krytycy akcentowali między innymi wypreparowanie posługi ojca Amortha z „ducha służby”, którym się odznaczał.

    W swym stanowisku na temat filmu IAE napisało między innymi, że ukazany w obrazie obrzęd uwalniania z więzów diabła został zafałszowany. Utwór Crowe’a jest zaś „spektaklem mającym na celu wzbudzenie silnych i niezdrowych emocji, dzięki ponurej scenografii, z efektami dźwiękowymi, które mogą wzbudzić w widzu jedynie niepokój i strach”.

    „Efektem końcowym jest zaszczepienie przekonania, że ​​egzorcyzm jest zjawiskiem nienormalnym, potwornym i przerażającym, jego jedynym bohaterem jest diabeł, którego gwałtownym reakcjom można stawić czoła z dużym trudem — co jest dokładnym przeciwieństwem tego, co ma miejsce w kontekście egzorcyzmów celebrowanych w Kościele katolickim”.

    – Człowieku, to jest naprawdę złe. Z niecierpliwością czekałem na film o prawdziwym księdzu Gabriele Amorth, któremu byłem bardzo wdzięczny za jego prezentowaną przez lata klarowną postawę. Life Site miał zaszczyt przeprowadzić prawdopodobnie ostatni prasowy wywiad z nim, w szpitalu, niedługo przed śmiercią – przypomniał Westen.

    Ksiądz Amorth w 1985 roku został mianowany przez papieża Jana Pawła II głównym egzorcystą diecezji rzymskiej. W 2013 roku przyznał, że w trakcie całej swej posługi wypędził 160 tysięcy demonów. 

    W odpowiedzi na zafałszowany film autor LSN postanowił przybliżyć prawdziwy portret ojca Amortha. Powiedział m.in., że w przekonaniu zakonnika, spowodowane przez złe duchy zaburzenia, szczególnie u młodych osób, mogą być przyczyną „dezorientacji co do płci”.

    – Ksiądz Amorth ostrzegał, że wiele „zwykłych” pokus diabła jest przedstawianych jako „nowoczesne idee”, ale w rzeczywistości służą zachwianiu zasad wiary. Należą do nich: aborcja, „małżeństwa” osób tej samej płci, eutanazja, rozwód i konkubinat – stwierdził publicysta.

    – Utrata poczucia grzechu, która charakteryzuje naszą epokę, pomaga szatanowi działać niemal bez przeszkód i nakłaniać człowieka do grzechu, stopniowo odciągać go od miłości Boga – podkreślił w ślad za słynnym egzorcystą. Jak podkreślał paulista, sugestie typu „wszyscy to robią” odnoszące się do grzechów ciężkich „osłabiają sumienia mężczyzn i kobiet i prowadzą ich do zamykania serc, egoizmu, braku przebaczenia i robienia wszystkiego ze względu na pieniądze, władzę i seks”.

    – Amorth powiedział: „Wszystko, co uwodzi i zniewala dusze, prowadzi do ich śmierci, co jest celem szatana”. Wyjaśnił, że chociaż diabelskie obietnice dotyczące pieniędzy, przyjemności i władzy wydają się kuszące, w rzeczywistości mają straszliwą cenę i nie pozwalają tym, którzy je wybierają, na spokój – relacjonował John-Henry Westen.

    Egzorcysta wskazywał, iż zasada całkowitej wolności osobistej, obietnica braku zobowiązań wobec kogokolwiek i zaprzeczanie, że cała prawda pochodzi bezpośrednio od Boga, z pozoru są  dla człowieka bardzo kuszące. Na końcu nie dają jednak obiecywanego spełnienia, zwłaszcza ludziom młodym. Wspomniane tu pojęcia zwodzą przekonaniem, że ​​życie jest jedynie wspaniałym świętem, podczas którego wszystko jest dozwolone a ludzkie „ja” nie uznaje żadnych ograniczeń. To wszystko jednak są diabelskie sposoby na odciągnięcie ludzi od Pana Boga.

    Kolejną pułapkę, za pomocą której zły duch zaraża i atakuje współczesną kulturę, stanowią niektóre rodzaje muzyki, która może prowokować – jak ostrzegał ojciec Amorth – „przemoc, samobójstwa, perwersje seksualne i akty zniszczenia kierowane przeciwko państwu, porządkowi społecznemu i Kościołowi Bożemu”. 

    – Obecnie rodziny są szczególnie narażone na zwyczajne działania szatana – oceniał zakonnik. Zalecał on parom małżeńskim wspólną modlitwę, do której powinny być zapraszane i zachęcane także dzieci.

    Z kolei Edward Pentin z portalu National Catholic Register usłyszał w 2006 roku od ojca Amortha, że miejsce wiary w sercach wielu ludzi zajęły przesądy, magia czy wręcz satanizm. Już wówczas zakonnik ubolewał nad zbyt małą liczbą egzorcystów. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest brak wiary w znaczenie tej posługi ze strony biskupów i księży, chociaż Ewangelia podaje nam jasny nakaz: „módlcie się i wypędzajcie diabły oraz złe duchy” – podkreślał.

    Westen przypomniał również wywiad ojca Amortha dla LSN z 30 grudnia 2015 roku. Zapytany o zapowiedziane w Fatimie przez Matkę Bożą okresy męczenników i Bożej kary w przypadku niepodjęcia przez ludzkość pokuty, duchowny odpowiedział: – Spójrz, dzisiaj jest więcej męczenników niż w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Pomyśl tylko o Bliskim Wschodzie, gdzie tak wielu chrześcijan jest zabijanych tylko dlatego, że są chrześcijanami. Jest ogromna liczba męczenników! Ale nie zapominajmy, co powiedziała Matka Boża: „W końcu moje Niepokalane Serce zatriumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci i świat otrzyma okres pokoju”… Wkrótce nastąpią wielkie wydarzenia – zapowiadał.

    – Kiedy? – spytało Life Site News.

    – Trudno podać szczegóły, nie jestem prorokiem. Pewnego razu Izrael odsunął się od Boga, by skłonić się ku bałwochwalstwu. Prorocy byli bardzo źle traktowani. W końcu Bóg zesłał karę. Dziś świat nie odwraca się od Boga dlatego, że jest bałwochwalczy; raczej dąży do czystego ateizmu, aby położyć na ołtarzu naukę. Ale nauka nie tworzy; odkrywa tylko to, co stworzył Bóg. Gdy odwraca się od Pana, jej przełomy są wykorzystywane w katastrofalny sposób. Bez Pana postęp również jest niewłaściwie wykorzystywany. Widzimy to w prawach całkowicie sprzecznych z naturą, takich jak rozwody, aborcja, „małżeństwa homoseksualne”… Zapomnieliśmy o Bogu! Dlatego Bóg wkrótce upomni ludzkość w potężny sposób; wie, jak przypomnieć nam o swojej obecności – stwierdził ojciec Amorth.

    – Myślę, że jesteśmy blisko, coraz bliżej. Pan da się usłyszeć, a świat odpowie. Patrzę na to wszystko z optymizmem, bo Bóg zawsze działa dla nas, aby uzyskać większe dobro niż wymierzane kary, które mają otworzyć oczy zapomnianej i porzuconej ludzkości – dodał.

    źródło: Life Site News/RoM/PCh24pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Salvatore Cordileone:

    Aborcja jest jak satanizm, to jakby powrót do kultu Molocha

    Arcybiskup Salvatore Cordileone

    fot. You Tube / Steubenville Conferences

    ***

    Aborcja jest elementem satanistycznego kultu, powiedział abp Salvatore Cordileone podczas konferencji na temat walki duchowej. Wskazał też na demoniczność ideologii transgenderyzmu i wezwał do intensywnego życia modlitwy.

    Według metropolity San Francisco w USA, mordowanie dzieci nienarodzonych jest podobne do kultu bożka Molocha związanego ze składaniem krwawych ofiar z dzieci. Noworodki i małe dzieci były palone w ogniu. Kult Molocha był z wielką surowością potępiany w Starym Testamencie; za składanie ofiar Molochowi przewidywano karę śmierci.

    Dziś masowe dzieciobójstwo w wielu krajach świata zachodniego uchodzi za oczywistość lub zgoła osiągnięcie cywilizacyjne. Według abp. Salvatore Cordileone zbrodnia aborcji jest swoistym odnowieniem pogańskiego kultu Molocha. Hierarcha przywołał tu działalność Świątyni Satanistycznej, która próbuje unieważnić ustawodawstwo pro-life w Teksasie, przedstawiając aborcję jako element ich kultu.

    Arcybiskup określił mianem demonicznej również ideologię transgenderyzmu.

    – To wymazywanie obrazu Boga z ziemi. Nazywanie tego demonicznością nie jest retoryczną czy poetycką przesadą; to naprawdę takie jest – powiedział.

    Wezwał następnie do zaangażowania w obszarach walki duchowej, ale również w polityce czy edukacji.

    Podkreślił, że podstawowym wymiarem walki są jednak dla chrześcijanina pokuta, post i modlitwa. Zwrócił tu uwagę zwłaszcza na modlitwę różańcową, zachęcając do jej codziennego odmawiania, także wraz z całą rodziną.

    źródło: lifesitenews.com/Pach/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA – 3 MAJA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY KRÓLOWEJ POLSKI

    GODZ. 19.00 – UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    Prymas kard. Stefan Wyszyński: Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi - zdjęcie

    Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    błogosławionego Prymasa Polski Stefana kardynała Wyszyńskiego:

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!

    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace, radości i cierpienia, wszystko, czym jestem i co posiadam.

    Ochotnym sercem oddaję się Tobie w macierzyńską niewolę miłości.

    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi i ku pomocy Kościołowi Świętemu, którego jesteś Matką.

    Chcę odtąd wszystko czynić z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie. Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam.

    Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna, i zawsze zwyciężasz.

    Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna były rzeczywistym królestwem Twego Syna i Twoim. Amen.

    ____________________________________________________________________________________________

    Niech Matka Boża Królowa Polski wyprasza łaski naszej Ojczyźnie i pokój dla całego świata

    słowa ks. Arcybiskupa Stanisława Gądeckiego zapraszające na wspólne świętowanie 3 maja

    Abp Gądecki: Niech Matka Boża Królowa Polski wyprasza łaski naszej ojczyźnie i pokój dla całego świata

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Niech Matka Boża Królowa Polski wyprasza naszej ojczyźnie i nam wszystkim potrzebne łaski, a przede wszystkim pokój dla całego świata – powiedział we wtorek przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki, zapraszając na uroczystości na Jasnej Górze, które odbędą się 3 maja.

    W Kościele 3 maja przypada uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, głównej patronki Polski.

    W komunikacie z tej okazji przekazanym wtorek PAP abp Gądecki przywołał słowa bł. Stefana Wyszyńskiego: “Maryja jest polskim charyzmatem i to na niej trzeba budować przyszłość Ojczyzny”.

    “Serdecznie zapraszam wszystkich do wzięcia udziału w głównych obchodach tej uroczystości u tronu Jasnogórskiej Pani. To tam dokonywały się najważniejsze wydarzenia i akty religijne Kościoła w Polsce” – podkreślił abp Gądecki.

    Zachęcił, aby tego dnia być razem, “także w swoich lokalnych wspólnotach i rodzinach – łącząc się duchowo z polskim episkopatem modlącym się tego dnia na Jasnej Górze”.

    “Niech Matka Boża Królowa Polski wyprasza naszej ojczyźnie i nam wszystkim potrzebne łaski, a przede wszystkim pokój dla całego świata” – życzył przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

    Msza św. w uroczystość NMP Królowej Polski na Jasnej Górze będzie sprawowana o godz. 11 pod przewodnictwem abp. Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego KEP, który wygłosi również homilię.

    Król Jan Kazimierz 1 kwietnia 1656 r. w katedrze lwowskiej przed obrazem Matki Bożej Łaskawej obrał Maryję za królową swoich państw, a Królestwo Polskie polecił jej szczególnej obronie. Przyrzekł wówczas szerzyć jej cześć, ślubował wystarać się u Stolicy Apostolskiej o pozwolenie na obchodzenie jej święta jako Królowej Korony Polskiej oraz zająć się losem ciemiężonych pańszczyzną chłopów i zaprowadzić w kraju sprawiedliwość społeczną.

    Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. Episkopat Polski zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem “Królowej Polski”. Biskupi zaproponowali papieżowi dzień 3 maja, by podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z Sejmem Czteroletnim, zwłaszcza z uchwaloną 3 maja 1791 roku pierwszą polską konstytucją.

    Episkopat Polski 26 sierpnia 1956 r. na Jasnej Górze dokonał aktu odnowienia ślubów. Uwięzionego prymasa Polski symbolizował pusty tron i wiązanka biało-czerwonych kwiatów. 5 maja 1957 r. wszystkie diecezje i parafie oddały się pod opiekę Maryi. W roku 1962 papież Jan XXIII ogłosił Maryję Królową Polski – “główną patronką kraju i Niebieską Opiekunką naszego narodu”. Kard. Stefan Wyszyński 3 maja 1966 roku oddał naród w macierzyńską niewolę Maryi, za wolność Kościoła na nowe tysiąclecie Polski.

    Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Maryjo, Królowo Polski

    fot.Slawomir Olzacki/Forum

    ***

    Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam – słowa Apelu Jasnogórskiego zawierają prawdę, coraz trudniejszą do przełknięcia także dla wielu współczesnych katolików, że Boża Rodzicielka jest naszą Monarchinią. To karygodne zawłaszczanie Matki Jezusa przez Polaków – dowodzą, nie wiedząc lub nie chcąc wiedzieć, że tytuł Królowej Polski został objawiony w… nadtyrreńskim Neapolu pewnemu włoskiemu jezuicie.

    W połowie XVI wieku polsko‑łaciński poeta Grzegorz z Sambora pisał, używając literackiej przenośni, o Matce Bożej jako Królowej Polski i Polaków. Tytuł ten rozpowszechnił się w następnym stuleciu (po cudownej obronie Jasnej Góry, ściśle wiązanej ze wstawiennictwem Najświętszej Dziewicy) przede wszystkim za sprawą króla Jana Kazimierza, który 1 kwietnia 1656 roku przed cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej w katedrze lwowskiej na klęczkach oddał Rzeczpospolitą szczególnej opiece Maryi, nazywając ją Królową Polski. W istocie jednak odnoszący się do Matki Zbawiciela oficjalny tytuł Królowej Polski nie jest wymysłem Polaków, a tym mniej przejawem – tak obśmiewanej przez wielu „oświeconych polakosceptyków” – naszej rzekomej megalomanii. Nie zrodził się on bowiem w umyśle żadnego człowieka, lecz objawiony sędziwemu jezuicie z Neapolu padł z ust samej… Najświętszej Dziewicy. Sprawa to iście sensacyjna, bo ani wcześniej, ani nigdy potem, nie zdarzyło się, by jakiemukolwiek narodowi dana została taka łaska. Owszem, liczne królestwa, państwa i narody ogłaszały Maryję swą Królową, ale nigdy nie zostało to ogłoszone – expressis verbis – przez Nią samą. Sprawa była jeszcze o tyle bardziej intrygująca, że proklamacja Maryi jako Królowej Polski została ogłoszona światu nie przez naszego rodaka, ale przez Włocha. Stąd też ewentualny zarzut, że Polacy w swej pysze wymyślili całą historię, jest całkowicie chybiony.

    Świadek życia i śmierci św. Stanisława Kostki

    Juliusz (Gulio) Mancinelli urodził się 13 października 1537 roku w miejscowości Macerata, dwieście kilometrów na północny wschód od Rzymu. Choć był cenionym mistrzem nowicjatu rzymskich jezuitów – tego samego, w którym przebywał i zmarł św. Stanisław Kostka – dosyć pewnym wydaje się, że to nasz osiemnastoletni zaledwie rodak odgrywał rolę jego przewodnika duchowego, a nie na odwrót. Ojciec Mancinelli, świadek życia młodego Polaka, podobnie jak inni rzymscy jezuici pozostawał pod wielkim wrażeniem jego śmierci. Zatrzymajmy się na moment przy tym zdarzeniu…

    1 sierpnia 1568 roku św. Piotr Kanizjusz głosił w Rzymie konferencję dla jezuickich nowicjuszy. Niemiecki prowincjał mówił o nagłej śmierci. Nauczał, że każdy miesiąc należy spędzić tak, jakby był ostatnim w życiu. Słuchający tych nauk młody, ale już słynny z wielkiej gorliwości, Stanisław Kostka odezwał się:

    – Dla wszystkich ta nauka męża świętego jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu.

    Zupełnie jeszcze zdrowy Stanisław przepowiedział tym samym swą rychłą śmierć – nie upłynęło bowiem trzydzieści dni, gdy oddał ducha o północy w wigilię święta Wniebowzięcia Matki Bożej. Umierał pogodnie, choć z ust sączyła mu się krew. Przed śmiercią mówił o ufności w miłosierdzie Boże. W pewnym momencie jego twarz rozjaśniła się tajemniczym blaskiem. Kiedy współbracia zaczęli się dopytywać, czego sobie życzy, ten odpowiedział, że przyszła po niego Matka Boża. Współbracia dopiero wtedy zorientowali się, że już umarł, gdy nie zareagował na podsunięty mu obrazek Maryi.

    Zobaczyć polską ziemię!

    Ojciec Juliusz Mancinelli słynął z pobożnego, świątobliwego życia – miał opinię proroka i cudotwórcy. Zakładał wiele dzieł miłosierdzia, a wszędzie, gdzie się pojawiał jako misjonarz – w Dalmacji, Bośni, Konstantynopolu czy w Afryce – notowano ogromną ilość nawróceń.

    W latach 1585-1586 przebywał w Polsce – w Kamieńcu Podolskim i Jarosławiu. Słynący bowiem z żarliwej czci dla Najświętszego Sakramentu oraz Najświętszej Maryi Panny włoski jezuita miał pewną duchową „przypadłość”, za którą my, Polacy, powinniśmy wznosić nieustanne modły o jego beatyfikację i kanonizację! Odznaczał się on bowiem ogromnym nabożeństwem do naszych świętych, zwłaszcza do dwóch świętych Stanisławów: Biskupa i Męczennika, a także wspomnianego już św. Stanisława Kostki. Gorąco modlił się za Polskę.

    Powróciwszy do Neapolu, marzył, aby móc znów ujrzeć polską ziemię i oddać jej hołd jako Matce Świętych, aby nawiedzić grób świętego biskupa i męczennika Stanisława, patrona św. Stanisława Kostki.

    Chciał też włoski jezuita podziękować w katedrze krakowskiej za liczne łaski, jakie mu wyświadczyła Maryja i prosić Ją o dalszą pomoc. Nie sądził jednak, by mogło się to stać – był już wszak w podeszłym wieku – niemniej często zanosił modły do Boga, prosząc, by mu jeszcze umożliwił taką wyprawę. I Pan go wysłuchał. Po dwudziestu pięciu latach ojciec Juliusz powrócił na nasze ziemie. Pieszo! A jakie okoliczności skłoniły go do tej podróży!

    Jemu tę łaskę zawdzięczasz…

    14 sierpnia 1608 roku niemal siedemdziesięciojednoletni zakonnik modlił się w swoim klasztorze przy jezuickim kościele Gesu Nuovo w Neapolu. Wspomniał, iż w uroczystość Wniebowzięcia minie czterdziesta rocznica śmierci polskiego współbrata, którego kochał i starał się naśladować. Wśród wielu cnót świętego małego Polaka – jak go nazywano – jaśniała niezwykłym blaskiem jego miłość i cześć dla Królowej Nieba, a tę właśnie cnotę ojciec Juliusz szczególnie sobie upodobał i starał się ją praktykować. Usilnie szerzył kult Królowej Wniebowziętej, zwłaszcza po choro­bie, z której cudem go podźwignęła.

    Zatopiony w modlitwie starzec ujrzał nagle okrytą purpurowym płaszczem Dziewicę z Dzieciątkiem na ręku wyłaniającą się z obłoku. U Jej stóp klęczał piękny młodzieniec w aureoli. Poznał go natychmiast – to przecież ukochany współbrat, narodzony dla Nieba czterdzieści lat wcześniej.

    – Wniebowzięta! O Królowo Wniebowzięta módl się za nami! – wyszeptał wzruszony zakonnik i upadł na kolana.

    Tymczasem Matka Boża zapytała:

    – Dlaczego nie nazywasz Mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie.

    Usłyszawszy te słowa Najświętszej Dziewicy, Juliusz wykrzyknął:

    – Królowo Polski Wniebowzięta módl się za Polskę!

    Matka Boża spojrzała z wielką miłością na klęczącego u Jej stóp Stanisława Kostkę, a następnie na starego zakonnika i rzekła:

    – Juliuszu, jemu tę łaskę zawdzięczasz!

    Po skończonej wizji stary jezuita zwrócił się do swych współbraci następującymi słowy:

    – Matka Boża wielkie rzeczy dla Polaków zamierza, po czym dodał:

    – Królowo Polski, módl się za nami.

    Niebawem, po zbadaniu sprawy i za pozwoleniem przełożonych ojciec Mancinelli poinformował o całym zdarzeniu swego polskiego przyjaciela, również jezuitę, Mikołaja Łęczyckiego. Poprosił go, by tę dobrą nowinę oznajmił królowi Zygmuntowi III Wazie. Stąd poznał ją ks. Piotr Skarga i cały zakon jezuitów, którzy wkrótce rozpowszechnili radosną wieść, że sama Bogarodzica kazała się nazywać Królową Polski.

    Jestem Matką tego Narodu

    W roku 1610 ojciec Juliusz wiedziony wewnętrznym poruszeniem udał się w pieszą pielgrzymkę do Polski, chcąc nawiedzić grób św. Stanisława. Długą drogę z Neapolu do Krakowa podjął w wieku siedemdziesięciu trzech lat – wyczyn zaiste imponujący!

    Pierwsze swe kroki w Krakowie skierował do katedry wawelskiej (niektóre źródła podają, że został powitany przez króla i jego dworzan). Konający niemal ze zmęczenia staruszek udał się do Konfesji św. Stanisława, przed którą, ujrzawszy trumnę naszego głównego patrona, padł krzyżem i modlił się za Królestwo Polskie, a potem odprawił tam Mszę Świętą w dziękczynieniu za świętość Stanisława Kostki.

    Nagle podczas sprawowania Najświętszej Ofiary za pomyślność naszej ojczyzny włoski jezuita wpadł w ekstazę i ujrzał Maryję w królewskim majestacie. I znów usłyszał Jej głos:

    – Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką tego narodu, który jest Mi bardzo drogi, więc wstawiaj się do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj nieustannie, a Ja ci zawsze będę, jakom jest teraz, miłościwą.

    …ujrzysz mnie za rok w chwale Niebios

    Siedem lat po powrocie z Polski, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, ojciec Juliusz Mancinelli patrzył z okna swej celi klasztornej na piękną Zatokę Neapolitańską. Modlił się, pragnąc ciągle oddawać jeszcze większą cześć Maryi.

    I oto znowu z gorejącego obłoku, który pojawił się na niebie, wyłoniła się piękna postać Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus na rękach. U Jej stóp – tak jak poprzednio – klęczał młodzieniec w aureoli… Maryja zwróciła się do sędziwego jezuity:

    – Juliuszu, synu mój! Za cześć, jaką masz do Mnie Wniebowziętej, ujrzysz Mnie za rok w chwale niebios. Tu jednak, na ziemi, nazywaj Mnie zawsze Królową Polski.

    Stary jezuita zdołał tylko wyszeptać:

    – Królowo Polski, módl się za nami.

    Widzenie zakończyło się, ale w duszy zakonnika długo jeszcze panowała niebiańska radość.

    Miesiąc potem kurier z Neapolu przywiózł ojcu Mikołajowi Łęczyckiemu do Wilna list od ojca Juliusza Mancinellego, w którym pisał: Ja rychło odejdę, ale ufam, że przez ręce Wielebności sprawię, iż po moim zgonie w sercach i na ustach polskich mych współbraci żyć będzie w chwale Królowa Polski Wniebowzięta.

    Stało się wedle słów Królowej. Dokładnie rok po ostatnim objawieniu i pięćdziesiąt lat po śmierci św. Stanisława Kostki, w roku 1618, w uroczystość Wniebowzięcia Maryja wzięła do Nieba swego wiernego sługę.

    Niemal natychmiast za sprawą Polaków rozpoczął się proces beatyfikacyjny ojca Juliusza. Do Polski dotarła relikwia – część głowy, oraz portret włoskiego jezuity.

    Nie wszyscy jednak byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy i z czasem zebrane dokumenty „utknęły” gdzieś między Neapolem a Rzymem. Sprawa się odwlekła, a późniejsza kasata zakonu jezuitów w roku 1773 wstrzymała proces beatyfikacyjny. Taka sytuacja trwa do dnia dzisiejszego i niestety, podobnie jak w przypadku naszego wielkiego kaznodziei – ks. Piotra Skargi – na razie nie ma widoków na rychłe wznowienie procesu.

    Czyżby współcześni jezuici nie byli już zainteresowani promocją obu wielkich synów duchowych św. Ignacego?

    Polskie echa objawień

    Na podstawie objawień danych włoskiemu jezuicie, 1 kwietnia 1656 roku, król Jan Kazimierz ogłosił w katedrze lwowskiej Najświętszą Maryję Pannę Królową Narodu i Państwa Polskiego. Monarcha, za panowania którego Rzeczpospolita zmagała się z Moskwą i Szwecją, nie wspominając nawet o wewnętrznej rebelii Chmielnickiego, napisał list do Ojca Świętego Aleksandra VII z błaganiem o pomoc. Papież odpowiedział, odwołując się do objawień ojca Mancinellego: Dlaczego zwracasz się o pomoc do mnie, a nie zwracasz się do tej, która sama chciała być Waszą królową? Maryja Was wyratuje, toć to Polski Pani. Jej się poświęćcie, Jej oficjalnie ofiarujcie, Ją Królową ogłoście, przecież sama tego chciała.

    List ten uzmysłowił polskiemu królowi, że jedyna nadzieja w Maryi – Królowej Polski. Powziął więc Jan Kazimierz postanowienie, że gdy jakikolwiek skrawek Rzeczypospolitej wolny będzie od wrogów, uda się tam, by dokonać ślubów z ogłoszeniem publicznym, że Matka Boża jest Królową Polski. Kiedy w marcu 1656 roku Szwedzi wycofali się ze Lwowa, król w tamtejszej katedrze przed obrazem Matki Bożej Łaskawej złożył obiecane śluby i koronował wizerunek Matki Bożej, ogłaszając Ją oficjalnie Królową Polski.

    Objawienia ojca Juliusza Mancinellego wywołały w naszym narodzie potężny odzew. Pod ich wpływem w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny roku 1628 Kraków uczcił swą Królową poprzez umieszczenie na wieży Kościoła Mariackiego pozłacanej korony (obecna korona pochodzi z roku 1666, zamontowano ją tam w dziesiątą rocznicę Ślubów Lwowskich). Podwawelski gród dał tym samym zewnętrzny wyraz wierze w królowanie Matki Bożej nad polskim narodem. Krakowianie uczcili też chwalebną śmierć ojca Juliusza.

    Niedługo po jego odejściu do wieczności Królową Polski zaczęli nazywać Maryję paulini z Jasnej Góry. Już w roku 1642 ojciec Dionizy Łobżyński stwierdził, że Maryja jest Królową Polski, Patronką bitnego narodu, Patronką naszą, Królową Jasnogórską, Królową niebieską, Panią naszą dziedziczną.

    W polskich kościołach zawisły wizerunki Matki Bożej z z Orłem Białym na piersiach – jest ich co najmniej kilkanaście. Na podstawie objawień ojca Mancinellego powstał też obraz Matki Bożej Ostrobramskiej, na którym Maryja ma dwie korony – jako Królowa Świata i Królowa Polski.

    Bogusław Bajor/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Polacy są Narodem Maryjnym. Matka Boża jest pierwszą pośredniczką w drodze do Pana Jezusa

    (fot. Twitter / Episkopat News)

    ***

    – W maju w kościołach odprawiane są nabożeństwa majowe, których tradycją jest odmawianie Litanii do Najświętszej Maryi Panny. Matka Boża jest w naszych codziennych sprawach pierwszą i bezpośrednią pośredniczką w drodze do Pana Jezusa – powiedział w rozmowie z Polską Agencją Prasową rzecznik KEP ks. Leszek Gęsiak.

    Jak zastrzegł rzecznik KEP, Polacy są „narodem maryjnym”. – Matka Boża jest w naszych codziennych sprawach pierwszą i bezpośrednią pośredniczką w drodze do Pana Jezusa. Kult maryjny w Polsce przejawia się w licznych sanktuariach, począwszy od tego najważniejszego, czyli Jasnej Góry. Swoje sanktuaria maryjne ma każda polska diecezja, do nich ludzie pielgrzymują i tam się modlą. To dowodzi, że kult maryjny w Polsce był, jest i mam nadzieję, że wciąż pozostanie, bardzo mocno obecny – zaznaczył ks. Gęsiak.

    Wyjaśnił, że maj jest miesiącem w sposób szczególny poświęconym Maryi, a nabożeństwa majowe są bardzo mocno wpisane w polską tradycję religijną. – Trudno wyobrazić sobie dziś przeżywanie wiary przez Polaków bez tego nabożeństwa. W wielu miejscowościach ludzie nadal spotykają się przy kapliczkach i pod krzyżami, by wspólnie śpiewać „Majowe”. To pozwala im na bardzo proste, a jednocześnie głębokie przeżywanie wiary – ocenił.

    Ks. Gęsiak podkreślił, że wezwania litanii loretańskiej zawierają różnego rodzaju określenia i tytuły „wyjątkowej Kobiety, jaką jest Matka Boża”. – Te wezwania ukazują Maryję jako Królową, jako Matkę, a jednocześnie jako kogoś, kto jest nam bardzo bliski. Litania loretańska przypomina nam o wyjątkowej roli Matki Bożej w historii zbawienia, bo przecież przez Maryję przyszło na świat zbawienie. To przez jej dziewicze macierzyństwo otrzymaliśmy Boga-Człowieka – mówił.

    Poinformował, że wezwania litanii loretańskiej kształtowały się w tradycji Kościoła na przestrzeni wieków. – Niektóre wezwania wciąż są modyfikowane czy dodawane. To pokazuje, że litania loretańska – która może wydawać się prostym wymienianiem atrybutów Matki Bożej – jest wielkim wyrazem wiary Kościoła i jego przekonania, że ta Kobieta jest kimś wyjątkowym dla historii zbawienia, a także dla historii każdego z nas – zastrzegł.

    Pierwsza wersja Litanii do Najświętszej Maryi Panny powstała w XII wieku we Francji, ale nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.

    20 czerwca 2020 r. Stolica Apostolska zatwierdziła nowe wezwania litanii loretańskiej, które w języku polskim brzmią: „Matko miłosierdzia” (po „Matko Kościoła”), „Matko nadziei” (po „Matko łaski Bożej”), „Pociecho migrantów” (po „Ucieczko grzesznych”). W Polsce nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały przez Konferencję Episkopatu Polski, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej. (PAP)

    Iwona Żurek/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża, patronka polskich parafii

    Maj, to oprócz sierpnia i października, miesiąc „maryjny”. 3 maja Kościół w Polsce obchodzi uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, a przy wielu przydrożnych kapliczkach wieczorami wierni gromadzą się na nabożeństwach majowych by odśpiewać Litanię Loretańską i modlitwę “Pod Twoja obronę”. Około jednej czwartej polskich parafii nosi wezwanie Matki Bożej, co dobitnie potwierdza przekonanie o tym, że maryjność jest jedną z charakterystycznych cech polskiego katolicyzmu.

    Adobe Stock

    ***

    Charakterystyczną cechą polskiego katolicyzmu jest mariocentryzm, można nawet mówić o dominacji kultu Maryi, który w znacznym stopniu kształtował religijność w Polsce, a szczególnie wpłynął na religijność masową (ludową), stając się jej głównym nurtem. Nasilony kult Matki Bożej trwa od XV w., a jego wzlot nastąpił w XVII w. zwanym „stuleciem maryjnym”. Wiek XIX, okres zaborów, wzbogacił polską maryjność o element patriotyczny i niepodległościowy. Wówczas Jasna Góra mimo nieistnienia państwa pozostawała nadal jego stolicą, gdzie rezydowała Królowa, której nikt nie zdołał zdetronizować.

    O wszechobecności kultu maryjnego świadczy mnogość faktów: uroczystości, święta, liturgia, nabożeństwa, akty zawierzeń, litanie, nowenny, bractwa, sanktuaria (prawie 800), ruch pielgrzymkowy.

    Przyczynkiem świadczącym o natężeniu kultu maryjnego jest ilość parafii pw. Matki Boskiej we wszystkich diecezjach polskich oraz zestawienie wszystkich wezwań maryjnych jakie te parafie noszą. Wezwania parafii świadczą bowiem także o istnieniu, rozwoju i natężeniu kultu świętych osób i preferencjach religijnych wiernych i Kościołów lokalnych.

    W Polsce po regulacjach struktury Kościoła w 1992 i 2004 r. dokonanych przez Jana Pawła II istnieje 41 diecezji rzymskokatolickich i 2 diecezje greckokatolickie. Diecezje rzymskokatolickie liczą 10 248 parafii, greckokatolickie – 128 parafii.

    Parafie z wezwaniami maryjnymi stanowią zatem w przybliżeniu jedną czwartą wszystkich parafii, co potwierdza prawdę o wyjątkowej pozycji Matki Boskiej i Jej czci w polskiej religijności i w obu Kościołach katolickich.

    Można stwierdzić, że przeciętnie na każdą diecezję wypada jedna czwarta parafii maryjnych.

    Pod względem ilości parafii z wezwaniem maryjnym przodują diecezje tarnowska – 157 (wszystkich 450), następnie przemyska – 148 (388), krakowska – 136 (441), kielecka 96 (303), szczecińska – 94 (271), poznańska – 90 (402), katowicka – 85 (317), radomska – 83 (299). Greckokatolicka diecezja przemysko-warszawska posiada 25 parafii maryjnych (wszystkich 72), wrocławsko-gdańska – 13 (56).

    Jak już powiedziano, w diecezjach rzymskokatolickich istnieje 2693 parafii maryjnych (38 w diecezjach greckokatolickich). Do tych pierwszych odnosi się 111 wezwań maryjnych, którymi są przywileje, tytuły i cnoty Matki Boskiej oraz tytuły cudownych wizerunków maryjnych i nazwy miejsc objawień maryjnych uznanych przez Kościół (greckokatolickie parafie maryjne mają 8 wezwań).

    Ta wielość ukazuje miejsce Maryi w teologii, liturgii, w życiu Kościoła i w życiu religijnym i społecznym wiernych. Świadczy także o historycznym rozwoju kultu, uroczystości, świąt, wspomnień i nabożeństw do Matki Boskiej.

    Wśród wezwań maryjnych przoduje zdecydowanie Wniebowzięcie NMP. Oprócz tego wezwania do ścisłej czołówki należą wezwania Narodzenia NMP, Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Królowej Polski.

    Dominacja tytułu Wniebowzięcia zgodna jest z powszechnym odczuciem wiernych w kulcie tego przywileju, z nauka Kościoła potwierdzoną dogmatem Piusa XII w 1950 r. Uroczystość Wniebowzięcia NMP należy do najstarszych świąt maryjnych, które przyjęte z liturgii jerozolimskiej zostało wprowadzone do Kościoła wschodniego w VI w. pod nazwą koimesis (zaśnięcie). Kościół rzymski przyjął je w VII w. nazywając pausatio (spoczynek), natale (narodziny – dla nieba) i ostatecznie Assumptio (wniebowzięcie).

    Maryja wzięta wraz z ciałem do nieba występuje jako „pierwsza całkowicie zbawiona”. Taki scenariusz życia idealnego chrześcijanina był najbardziej atrakcyjnym wzorcem. Z Wniebowziętą łączyła się symbolika Niewiasty Apokaliptycznej i idea koronacji Matki Bożej na Królową Nieba, rozwinięta w średniowieczu. Katedra gnieźnieńska. „matka kościołów polskich została konsekrowana pw. Wniebowzięcia NMP.

    Tytuł Wniebowzięcia występuje na pierwszym miejscu w prawie połowie diecezji.

    Drugie miejsce zajmuje tytuł Narodzenia NMP. Święto Narodzenia należy także do najstarszych świąt maryjnych, źródła wskazują na jego istnienie już w połowie VI w. w Bizancjum i w początku VII w. w Rzymie.

    Parafie z wezwaniami Matki Bożej Królowej Polski i Matki Bożej Częstochowskiej (wraz z wezwaniami uzupełniającymi) zajmują trzecie i czwarte miejsca pod względem ich liczebności. Charakteryzuje to polską religijność maryjną poprzez ideę królowania Matki Bożej nad narodem polskim i kult Matki Bożej Jasnogórskiej w naczelnym sanktuarium narodowym łączącym w czci Maryi całe terytorium kraju.

    Od chwili koronacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w 1717 r. zaczęto utożsamiać Ją z Matką Boską czczoną jako Królowa Polski. Tym samym Jasna Góra zyskała rangę stolicy Królowej Polski, a ideę tą utrwalił okres zaborów. Uroczystość matki Boskiej Częstochowskiej ustanowił Pius X na środę po 24 sierpnia. W 1931 r. Pius XI przeniósł ją na 26 sierpnia.

    Uroczystość Matki Boskiej Królowej Polski (aktu elekcji dokonał Jan Kazimierz we Lwowie w 1656 r.) ustanowił Pius X dla diecezji przemyskiej w 1907 r. i dla archidiecezji lwowskiej w 1908 r. Pius XI w 1923 r. rozciągnął uroczystość na całą Polskę. Uzyskała ona wybitnie patriotyczno-narodowy charakter łącząc się z obchodami rocznic Konstytucji 3 Maja.

    Wezwanie Matki Boskiej Nieustającej Pomocy posiada około 150 polskich parafii. Kult Matki Boskiej Nieustającej pomocy łączy się z cudownym obrazem Madonny Pasji, przekazanym redemptorystom przez Piusa IX w 1865 r., którzy zainstalowali go w kościele św. Alfonsa w Rzymie. W 1866 r. Pius IX ustanowił święto Matki Boskiej Nieustającej Pomocy obchodzone 27 czerwca. Do rozwoju tego kultu w Polsce przyczynił się niezwykle redemptorysta, Sługa Boży Bernard Łubieński, który przywiózł pierwszą kopię obrazu MB Nieustającej Pomocy do Krakowa w 1903 r. i był inspiratorem sprowadzenia prawie 500 kopii tego obrazu do Polski. Dlatego diecezje małopolskie posiadają najwięcej parafii o tym wezwaniu.

    Młody kult Matki Boskiej Fatimskiej rozwija się w Polsce od lat 50. XX w. Wyraża się on także w liczbie parafii Matki Boskiej Fatimskiej, których jest około 60.

    Andrzej Datko/Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Janusz Pasierb:

    Matka Boska Częstochowska

    w kulcie i kulturze polskiej

    Ks. Janusz Pasierb: Matka Boska Częstochowska w kulcie i kulturze polskiej

    Jasna Góra stała się nietykalną stolicą Królowej Polski. Już w 1655 roku król szwedzki Karol Gustaw pisał do generała Mullera, że „atakowanie obrazu Maryi wywoła u Polaków jeszcze większy gniew”. Potwierdzić się to miało na początku XVIII wieku w dobie rozdarcia Polski między „Sasem” i „Lasem” – Augustem II i Stanisławem Leszczyńskim – pisał ksiądz Janusz Pasierb o kulcie Najświętszej Maryi Panny na Jasnej Górze. Przypominamy ten tekst w dniu Święta Matki Boskiej Częstochowskiej.

    Zacznijmy od początków, od historii i legendy Jasnej Góry. Cofnijmy się do roku 1382, kiedy to – jak wynika z najstarszych, niezbyt pewnych dokumentów – przybyli z Węgier paulini obejmują parafię Najświętszej Maryi Panny na górze Starej Częstochowy. Była to prawdopodobnie fundacja króla Ludwika Węgierskiego. Do parafii należały dwie wsie i huta żelaza, którą oddano paulinom w użytkowanie.
    Najbardziej przydatny do rekonstrukcji początkowych dziejów Jasnej Góry jest tekst Translacio tabule. Zachowany egzemplarz pochodzi z pierwszej połowy XV wieku, oryginał natomiast jest prawdopodobnie wcześniejszy. Jest tam mowa o wykonanym z drzewa cyprysowego „stole Świętej Rodziny”, na którym – jak chce legenda – Święty Łukasz miał namalować wizerunek Matki Boskiej. Fakt, że w cudownie przeniesionym do Loreto domu Świętej Rodziny nie ma stołu, nie zawsze był dla Polaków koronnym dowodem prawdziwości opisanej wyżej historii. Czytając Translacio tabule, dowiadujemy się, że wizerunek Matki Boskiej został namalowany w trzynaście lat po śmierci Chrystusa, że był następnie przechowywany w Jerozolimie, skąd zabrał go do Konstantynopola Konstantyn Wielki. Jak podaje kodeks starosłowiański, opublikowany przez Zimorowica, w roku 1278 obraz stał się własnością księcia Lwa (Leona) i książąt lwowskich. W czasie wojny prowadzonej przez Ludwika Węgierskiego, Władysław Opolczyk, namiestnik króla na Rusi, znalazł obraz w Bełzie i stamtąd zabrał go do Polski, do Częstochowy. Według Piotra Risiniusa i jego Historia pulchra z 1523 roku, obraz miał dotrzeć do Częstochowy 31 sierpnia 1384 roku. Tyle źródła najwcześniejsze.

    Legendarne czy historyczne informacje podane wyżej nie dotyczą jednak tego obrazu, który znamy dzisiaj. Aktualna wersja wizerunku Matki Boskiej pochodzi z lat 1431-1433. Został on namalowany według bizantyjskiego wzoru przez malarzy z zachodniej Europy. Jego najstarszy opis zawdzięczamy Janowi Długoszowi: dziejopis zawarł go w Liber beneficiorum, relacjonując, że w klasztorze jasnogórskim „pokazują obraz Maryi przechwalebnej i najczcigodniejszej dziewicy, władczyni świata i naszej, dziwnym a rzadko spotykanym kunsztem wykonany, o bardzo łagodnym wyrazie twarzy, z którejkolwiek strony by mu się przyglądać. Mówią, że jest jednym z tych, które namalował własnoręcznie Święty Łukasz Ewangelista (…). Spoglądających na ten obraz przenika szczególna pobożność, jakbyś patrzył na żywą osobę”.

    Aktualna wersja wizerunku Matki Boskiej pochodzi z lat 1431-1433. Został on namalowany według bizantyjskiego wzoru przez malarzy z zachodniej Europy

    Chcąc relacjonować dzieje wizerunku, trzeba wspomnieć o wydarzeniu, które ze względu na pewien pietyzm czy uczucie czci nie było do niedawna zbyt dobrze znane. Opisuje je Długosz w Historiae Polonicae libri XIII. W czasie, gdy z całej Polski i z krajów sąsiednich, a szczególnie ze Śląska, Moraw, Prus, Węgier, ciągnęły z darami ogromne rzesze pielgrzymów, gdy kult obrazu jasnogórskiego stawał się coraz żywszy i powszechniejszy, w czasie Wielkiej Nocy 1430 roku doszło do aktu świętokradztwa. Jedna z grasujących wówczas band rozbójników, składająca się z Polaków, Czechów, Niemców, Rusinów, zachęcona legendarnymi skarbami Jasnej Góry, zaatakowała pauliński klasztor. Ludźmi tymi – gdy wnikniemy głębiej w motywy ataku – kierowała może nie tylko chęć zysku, lecz także jakaś chęć zamachu obrazoburczego. Rozbójnicy mogli przecież poprzestać na rabunku kosztowności, nie podnosząc ręki na sam święty obraz. Oto, co zapisał Długosz: „Gromada rozbójników, dowiedziawszy się, że klasztor na Jasnej Górze posiada wielkie skarby i pieniądze na święto Wielkiej Nocy dokonała napadu na klasztor Paulinów. Nie znalazłszy skarbów wyciągnęli świętokradcze dłonie po sprzęty święte, jak kielichy, krzyże, ozdoby. Sam nawet obraz naszej Pani odarli ze złota i klejnotów, w jakie przez ludzi pobożnych był przyozdobiony”. Dodajmy na marginesie, że badania rentgenologiczne potwierdziły istnienie pod obecną warstwą malarską licznych otworów po gwoździach, co wskazuje, że rzeczywiście kiedyś na licu obrazu znajdowały się ozdoby. Dalej Długosz podaje: „nie poprzestając na grabieży, przebili oblicze na wylot mieczem, a tablicę, na której się obraz znajdował połamali. Po dokonaniu przestępstwa, bardziej skalani zbrodnią niż wzbogaceni, uciekli z nieznacznym łupem”. O dalszych losach obrazu dowiadujemy się z dzieła Risiniusa, o którym już wspomniałem, oraz z książki Andrzeja Gołdonowskiego Diva Claromontana z roku 1642. Paulini zawieźli zniszczony obraz do Krakowa i tam czekali na powrót króla Jagiełły z wojny pruskiej. Wiadomo, że Jagiełło był z paulinami bardzo zaprzyjaźniony. To on, w roku 1424, popierał skierowaną do pierwszego renesansowego papieża – Marcina V prośbę zakonników o przyznanie odpustu pielgrzymującym na Jasną Górę.

    Wróćmy jednak do samego obrazu. Spróbujmy zrekonstruować to, co się działo, zanim obraz dotarł do Krakowa i został przedstawiony królowi. Na pewno wstrząs wywołany świętokradztwem musiał być silny, lecz z drugiej strony – wiemy to choćby ze smutnej sprawy ojca Damazego Macocha – właśnie po takich wydarzeniach budziła się chęć zadośćuczynienia i tym samym wzrastał kult zbezczeszczonego świętego wizerunku. Wydarzenie było straszne, lecz nie można było obrazu schować i czekać, skoro ciągle napływali pielgrzymi. Można przypuszczać, że zakonnicy, chcąc obraz wystawić na widok publiczny, scalili połamane deski, sam wizerunek nieco retuszując. Największe zniszczenia nastąpiły w miejscu styku desek, gdzie odprysnął grunt i warstwa malarska. Warto dodać, opierając się już na zdaniu komisji fachowców badających obraz, że trzy deski, składające się na tablicę obrazu, są opracowane bardzo prymitywnie, na odwrocie grubo ciosane, bez pietyzmu czy staranności. Z jednej strony świadczyłoby to o wiekowości dzieła, z drugiej – i to zdumiewa najbardziej – nie zgadza się z powszechną wówczas metodą przygotowywania tablic pod ikony, co czyniono z wielką dokładnością i poszanowaniem każdego szczegółu, jako że dzieło miało być obiektem świętym. Jest to sprawa zagadkowa. Wróćmy do wieku XV. Zakonnicy, dokonując pobieżnej renowacji obrazu, nie zatarli śladów po cięciach mieczem. Tak okaleczony wizerunek wierni oglądali co najmniej rok. Należy przypuszczać, że zaszło coś, co można nazwać „przyzwyczajaniem się” ludzi do widoku poranionego obrazu. Potwierdza to fakt, że po odrestaurowaniu, a właściwie namalowaniu wizerunku na nowo, odtworzono rany na licu Matki Boskiej, odciskając je ostrym narzędziem i pokrywając cynobrem. Tak więc w tej chwili mamy do czynienia z pamiątką, symbolem cierpienia, a nie pozostałością po smutnym wydarzeniu.

    W jaki sposób przebiegała w Krakowie, na dworze Władysława Jagiełły, restauracja wizerunku? Niestety, nie znamy dokładnej daty rozpoczęcia prac. Mogło to być w połowie roku 1433, a może rok lub dwa lata wcześniej. Wiadomo natomiast, że do pracy przystępowały kolejno dwie grupy malarzy, różniące się nie tylko stosowaną technologią malarską, lecz także ogólnym pojmowaniem sztuki. Najpierw obrazem zajęli się artyści malujący more greco. Z opisem tego sposobu malowania spotykamy się w źródłach włoskich. Giannozzo Manetti i inni pisarze, wychwalając sztukę Giotta, przypisywali całą winę za dekadencję sztuki średniowiecznej Bizantyjczykom, „Grekom”. Ci „Grecy”, czyli artyści wywodzący się ze słowiańskiego kręgu Bizancjum, którego kulturę Jagiełło szczególnie sobie upodobał, jako pierwsi otrzymali zadanie rekonstrukcji obrazu. I oto stała się rzecz dziwna. Jak podaje Risinius – za jakimś wcześniejszym rękopisem – farby spłynęły z lica już w następnym dniu po ich położeniu. Druga próba także się nie powiodła. Można wysnuć wniosek, że obraz malowany był jakąś techniką tłustą, zbliżoną do enkaustyki, co wpływało na małą przyczepność farb do powierzchni obrazu. Wówczas przystąpiła do pracy druga grupa artystów, tym razem „cesarskich”, a więc związanych z cesarskim dworem Habsburgów. Istnieje wiele hipotez odnośnie do środowiska, z jakiego ci malarze mogli się wywodzić. Mówi się o wpływach włoskich, o kręgu Simone Martiniego, lub jakiegoś ośrodka czeskiego. Wysuwano tezę, że był to ktoś ze szkoły Pietra Cavalliniego. Uzasadnione wydaje się przypuszczenie, że mamy do czynienia z wpływami kręgu andegaweńskiego, jako że właśnie wtedy na szacie Matki Boskiej pojawiły się lilie andegaweńskie. W każdym razie i tym artystom nie powiodło się przy pierwszej próbie. Cytowany tu Risinius zapisał, że przystąpili oni do malowania z wielkim tupetem i pewnością siebie, sądząc bardzo nisko kunszt swoich poprzedników. Dopiero druga próba zakończyła się sukcesem. Obraz odnowiono, tyle że słowo „odnowiono” należy opatrzyć dużym cudzysłowem. Do czego to „odnawianie” się sprowadziło, możemy się przekonać, analizując stan podobrazia i dzisiejszy wygląd wizerunku. Ponieważ lico obrazu było nieprzyczepne, zniszczono starą warstwę malarską. Deski dopasowano, wyrównano, ubytki załatano nowymi kawałkami drewna. Naklejono na nie drobno tkane płótno, na to wszystko położono zaprawę kredową grubości dwóch, trzech milimetrów, która po wyszlifowaniu stała się podkładem dla nowej wersji malowidła. Przy naszej dzisiejszej czci dla autentyku podobny zabieg „konserwatorski” wywołuje dreszcze, jednak ówcześni malarze musieli mieć inne podejście do tego typu pracy. Przede wszystkim chodziło o te trzy cyprysowe, a raczej – jak się okazało – lipowe deski ze stołu Świętej Rodziny (nie wiadomo dotychczas, czy jest to gatunek lipy rosnącej w naszych szerokościach geograficznych, czy jest to lipa pochodząca z Bliskiego Wschodu). Malarze, mając do czynienia z relikwią, ją w pierwszym rzędzie postanowili zachować – ważny był już sam przedmiot. Jeśli idzie o obraz, powtórzono w sensie ikonograficznym wiernie pierwowzór, bizantyjską Hodegetrię, traktującą ją jednak pod względem formalnym zgodnie z zasadami gotyckiego „stylu miękkiego”. Powstał w ten sposób obraz wschodnio-zachodni, jakby emblematycznie odbijający sytuację i kulturę narodu, którego stał się największą świętością. Nie można tu nie przypomnieć słów międzywojennego poety, Jerzego Lieberta, o Warszawie i chyba o Polsce w ogóle:

    Ani tu Zachód, ani Wschód —
    Coś tak, jak gdybyś stanął w drzwiach…
    (Piosenka do Warszawy)

    Z kolei współczesny nam poeta, ksiądz Jan Twardowski, napisał, że Matka Boska Częstochowska „dlatego jest cudowna, że kiedy patrzymy na nią, przypomina się Polska”. Wizerunek jasnogórski uległ jeszcze jednemu przekształceniu: brat Makary Sztyftowski, złotnik z zawodu, odnawiając obraz od 1 czerwca do 22 grudnia 1705 roku, na szczęście nie przemalował twarzy Madonny i Dzieciątka, lecz za to przemalował – „podniósł” prawą rękę Madonny. Dalsze, fachowe już, konserwacje obrazu miały miejsce w latach 1925-1926 (Jan Rutkowski), 1945 (Henryk Kucharski), 1948 i 1950-1951 (Rudolf Kozłowski).

    Brat Makary Sztyftowski, złotnik z zawodu, odnawiając obraz od 1 czerwca do 22 grudnia 1705 roku, „podniósł” prawą rękę Madonny

    Opiewana w wierszach i pieśniach, haftowana na sztandarach, grawerowana na ryngrafach husarskich, ikona jasnogórska okrywana była już od drugiej połowy XVII wieku drogocennymi sukienkami; we wspomnianym czasie były cztery takie sukienki, a wykonał je zdolny hafciarz – brat Klemens Tomaszewski; w 1981 roku było ich pięć. Wyzłacane nimby wokół głowy Madonny i Dzieciątka już od około 1431 roku były przykryte nimbami trybowanymi w pozłacanym srebrze, a blachy, rytowane od XV wieku, zakrywały tło obrazu. Złote korony na głowach Madonny i Dzieciątka podarował papież Pius X w roku 1910, w związku z ponowną koronacją obrazu. Wizerunek pokazuje się także bez wspomnianych kosztownych sukienek, które nie pozwalają na to, by przemówił autentyczny koloryt malowidła. I właśnie w tej prostocie obraz najsilniej działa na widza. Bizantyjska powaga zmiękczona przez słodycz i liryzm malarstwa europejskiego pierwszej połowy wieku XV warunkuje ten jedyny w swoim rodzaju czar, jaki wizerunek Madonny wywiera na pielgrzymach i zwiedzających.

    Tyle w skrócie o samym obrazie i jego historii. Zwróćmy teraz uwagę na problemy kultu i kultury, jakie wiążą się z obrazem jasnogórskim i których nie sposób pominąć. Zazwyczaj tak się dzieje, że oddziaływanie jakiegoś sanktuarium obejmuje najpierw najbliższe okolice, później rozszerza się na region, z czasem na cały kraj, by wreszcie wyjść poza jego granice. Jasna Góra jest pod tym względem miejscem nietypowym. Opisany proces w jej przypadku przebiegł odwrotnie. Wiąże się to z początkami obecności paulinów, którzy zaraz po przybyciu z Węgier na Jasną Górę założyli konfraternię pod wezwaniem swojego patrona, Świętego Pawła Pustelnika. Klasztor pauliński stał się miejscem pielgrzymek tych wiernych, którzy chcieli zachować stały związek z konfraternią. Dopiero później konfraternia stopniowo przekształcała się w bractwo Matki Boskiej Częstochowskiej lub po prostu konfraternię jasnogórską. Trzeba wiedzieć, że była to forma pod względem społecznym i narodowym bardzo otwarta. W zachowanych rejestrach znajdujemy Polaków i cudzoziemców, zwłaszcza z krajów najbliższych, spotykamy przedstawicieli wszystkich warstw społecznych.

    Od roku 1517 na Jasnej Górze prowadzono księgę, do której wpisywano przybywających pielgrzymów. Warto przytoczyć kilka znajdujących się tam informacji. Członkowie konfraterni, przybywający na Jasną Górę, otrzymywali pewne przywileje – i nie chodziło tylko o modlitwę czy mszę świętą odprawianą w ich intencji. Kto przyjeżdżał do klasztoru, miał prawo do mieszkania i jedzenia razem z paulinami, a po śmierci mógł być pochowany w habicie zakonu w podziemiach wybranego kościoła klasztornego. W okresie od 1517 do 1613 roku przyjęto na Jasnej Górze 4426 osób, w tym osiemset czternastu Polaków. Tak więc na początku kult Matki Boskiej Częstochowskiej miał zdecydowanie międzynarodowy charakter. Fakt ten trzeba mocno podkreślić. Jasna Góra nie miała być nigdy miejscem demonstrowania polskiego nacjonalizmu, wręcz przeciwnie. Właśnie tutaj dawał się zauważyć charakter kultury polskiej, otwartej, uniwersalistycznej, tej dawnej kultury polskiej, do której odwołujemy się w momentach naszych narodowych przełomów i odrodzeń.

    Polski aspekt kultu Jasnej Góry wyrażał się określeniami, jakie nadawano Matce Boskiej Częstochowskiej. Długosz w Liber benefidorum powtarza za anonimem z 1474 (?) roku, że na obrazie jasnogórskim „jest przedstawiona najdostojniejsza Królowa Świata i nasza”. Uwagę zwraca kolejność tych określeń, akcentująca uniwersalistyczny wymiar panowania Matki Boskiej. Jej królestwem było średniowieczne universum, które swym charakterem, na zasadzie – jak mawiają socjologowie kultury – „pierwszego wdrukowania”, naznaczyło kulturę polską. Obok tego królewskiego określenia pojawiło się wiele innych, wskazujących, czego poszukiwano na Jasnej Górze, jakie funkcje spełniał święty wizerunek. Wiele z nich zachowało się w Liber miraculorum, czyli Księdze cudów, prowadzonej na Jasnej Górze od roku 1402, to znaczy od czasu pierwszego wydarzenia uznawanego za cudowne. I tak, od Średniowiecza począwszy, najczęściej spotykanymi określeniami były: „Matka Opiekunka”, „Pośredniczka Miłosierdzia”. Zapis z roku 1617 mówi o ucieczce do „Matki Miłosierdzia”. W latach 1646-1712 dość często pojawia się określenie „Pocieszycielka”, a następnie „Najłaskawsza Patronka Miłosierdzia”, „Dziewica – Pocieszycielka Strapionych”. W 1705 roku napotykamy określenie „Uzdrowicielka”, w 1712 roku bardzo piękne – „Dobrodziejka Najdobrotliwsza”, a w 1724 roku – „Protektorka w beznadziejności” – wezwanie zupełnie na nasze czasy. Najczęstsze były, oczywiście, określenia – „Bogurodzica” lub „Bogarodzicielka”. W naszych czasach ciągle pojawiały się nowe określenia. Gilbert Keith Chesterton, będąc przed wojną w Polsce, przypomniał wiersz Hilaire’a Belloca, napisany jako wotum dla Matki Boskiej Częstochowskiej:

    Wspomożycielko na wpółpokonanych, Domie złoty,
    Relikwiarzu oręża i Wieżo z kości słoniowej.

    Dla nas, Polaków, jedno wezwanie jest szczególnie ważne. Tytuł „Królowa Polski” (nie królowa polska, bo to oznaczałoby żonę króla polskiego) pojawił się już w drugiej połowie XIV wieku i później był często wykorzystywany w tekstach literackich, na przykład Grzegorz z Sambora pisał w 1562 roku o „Królowej Polski i Polaków”. Nie traktowano tego „przenośnie” czy tylko „honorowo”. Jak w średniowiecznej Francji od grobu Świętego Dionizego, jako patrona królestwa, tak sprzed tego obrazu wyruszali królowie i hetmani polscy na pola bitew i tu wracali, by wraz z podziękowaniem za odniesione zwycięstwa składać wota, niekiedy zdobyte na nieprzyjacielu. Istotną cechą tego kultu był jego „demokratyzm”: w ślady możnowładców szła szlachta, mieszczanie, rzemieślnicy i chłopi; właśnie ze sznurów korali, stanowiących główną ozdobę kobiecego stroju ludowego, powstała jedna ze wspomnianych wspaniałych sukienek służących do przesłaniania obrazu, a inną, sporządzoną w roku 1966, poza ozdobieniem rubinami, klejnotami, pochodzącymi głównie z XVII i XVIII wieku, naszyto setkami obrączek, złożonych tu w ofierze przez pary małżeńskie, i stąd nosi ona nazwę „sukienki wierności”. Emaliowane klejnoty, prawdziwe małe arcydzieła kunsztu złotniczego, wysadzane diamentami, szmaragdami, perłami i rubinami, złożone na Jasnej Górze ex voto, zostały wkomponowane w najbogatszą z sukienek, zwaną diamentową.

    Teologiczne uzasadnienia tytułu królewskiego Matki Boskiej Częstochowskiej dali między innymi Szymon Starowolski w 1640 roku i ojciec Andrzej Gołdonowski w dwa lata później. Ten ostatni podkreślał międzynarodowy charakter kultu. Czyniono to zresztą i wcześniej, i później w XVII stuleciu: w 1620 roku pisał o tym Jan Skiba, a w roku 1623 ojciec Śniadecki stwierdzał, że Jasna Góra przyciąga „ludzi różnych nacyi”.

     Tytuł „Królowa Polski” pojawił się już w drugiej połowie XIV wieku i później był często wykorzystywany w tekstach literackich

    Inne określenia, nawiązujące do królowania Maryi Jasnogórskiej, mówiły ojej obowiązkach wobec Polaków. Znakomity dramaturg, Mikołaj z Wilkowiecka, nazwał Ją „patronką”, podobnie Risinius. Patronką nazywał Ją również biskup krakowski Marcin Szyszkowski. Ów biskup na synodzie odbytym w Krakowie w 1621 roku wydał ustawę dotyczącą między innymi tworzenia świętych wizerunków, w tym także obrazów Matki Boskiej. Był to czas przenoszenia na grunt polski – trzeba przyznać, że z niejakimi oporami – reformy Soboru Trydenckiego, był to okres kontrreformacji i nowych założeń uprawiania sztuki kościelnej. Biskup Szyszkowski wspomniał o wizerunkach Matki Boskiej malowanych niestosownie, na wzór świecki. Z ambon kaznodzieje gromili malarzy, mówiąc, że nie może być tylu typów Matki Boskiej, ile artyście podobać się może pięknych kobiet. Tenże biskup jako model, wzór do przedstawiania Matki Boskiej, wskazał wizerunek częstochowski. Na marginesie można dodać, że zarzuty stawiane malarzom w najmniejszym stopniu dotyczyły artystów polskich. Po zaleceniu biskupa Szyszkowskiego (oczywiście, istniała możliwość wyboru, i tak na przykład w Wielkopolsce malowano według przedstawień Matki Boskiej Śnieżnej), Hodegetria częstochowska stała się pierwowzorem dla wielu barokowych malowideł, co spowodowało różne zderzenia ikonograficzne i stylistyczne. Analogiczne zjawisko można zaobserwować w wielu barokowych kościołach włoskich, gdzie w centrum wspaniałych kompozycji plastycznych znajduje się maleńka ikona bizantyjska. Ogólnie można powiedzieć, że w tym okresie tryumfu Kościoła potrydenckiego i restauracji katolicyzmu ikony bizantyjskie odegrały wielką rolę. Nie zapowiadało jej negatywne stanowisko, jakie wobec malarstwa bizantyjskiego zajęła epoka Renesansu.

    Pewne wydarzenia w szczególny sposób związały obraz i Jasną Górę z kulturą i historią narodową. Wiemy, że Jasna Góra odgrywała w czasie reformacji doniosłą rolę, miało tu miejsce wiele konwersji i rekonwersji na katolicyzm. Wspomniany ojciec Gołdonowski chwalił się, że jako „spowiednik apostolski” sprowadził na łono Kościoła katolickiego trzydzieści tysięcy heretyków w ciągu piętnastu lat. Wkrótce Jasna Góra stanie się prawdziwą twierdzą duchową katolickiej Polski. Taką rolę odegrała ona w czasie pamiętnego oblężenia, które trwało od 18 listopada do 26 grudnia 1655 roku. Wojskami szwedzkimi – przeważnie zaciężnymi – dowodził generał Burchard Muller, mając pod sobą dwunastu oficerów i 3275 żołnierzy. Musiał on odstąpić od klasztoru, bronionego przez nieliczną załogę, złożoną ze stu sześćdziesięciu żołnierzy „wziętych przeważnie od pługa”, dwudziestu szlachty i czeladzi i siedemdziesięciu zakonników pod wodzą przeora Augustyna Kordeckiego, który okrył się nieśmiertelną sławą i awansowany został przez historię i legendę na bohatera narodowego, zwłaszcza że targnięcie się na sanktuarium przez Szwedów wzbudziło oburzenie, wzmogło opór polskiej społeczności i zmieniło zasadniczo nastroje na rzecz króla Jana Kazimierza, który wyparty ze stolicy, znajdował się podczas oblężenia Jasnej Góry w Opolu. Fakt obronienia się klasztoru uznano ponadto za zjawisko cudowne i przypisano je opiece Matki Boskiej Częstochowskiej, którą też król Jan Kazimierz 1 kwietnia następnego roku ogłosił we Lwowie Królową Polski. Wzmogło to wszystkie sympatie dla dzielnych obrońców klasztoru za to, że – jak pisał ojciec Kordecki – „życie swe niżej ceniąc niż dobro konwentu, nie szli za chęcią własnej woli, byle miejsce święte pozostało wolne od przemocy wroga”. Obrona Jasnej Góry stała się tematem licznych malowideł – tak znajdujących się w samym klasztorze, jak i poza nim – oraz rycin. Ważne jest to, że obrońcy Jasnej Góry bronili nie obrazu, gdyż ten – jak wiemy – został przewieziony na Śląsk, ale świętego miejsca. Było już bardzo blisko poddania klasztoru i sanktuarium, o czym pisze z rozbrajającą szczerością i pokorą ojciec Kordecki. Stało się jednak inaczej. Jasna Góra, klasztor-forteca, ale twierdza o charakterze bardziej ornamentalnym niż obronnym, stała się twierdzą duchową, symboliczną, i tego symbolu broniono. Obrona nie miała, wbrew głoszonej legendzie, tak wielkiego znaczenia militarnego, była natomiast znakiem mobilizującym duchowo wszystkich Polaków. Od 1655 roku Jasna Góra trwa w społecznej świadomości jako wyspa ostatniego ratunku, oblana zewsząd morzem obcości i wrogości. Niedaleko tu jesteśmy od ideologii przedmurza!

    Jasna Góra stała się nietykalną stolicą Królowej Polski. Już 1 grudnia 1655 roku król szwedzki Karol Gustaw pisał do generała Mullera, że „atakowanie obrazu Maryi wywoła u Polaków jeszcze większy gniew”. Potwierdzić się to miało na początku XVIII wieku w dobie rozdarcia Polski między „Sasem” i „Lasem” – Augustem II i Stanisławem Leszczyńskim. Przed wojskami saskimi i szwedzkimi bronili Jasnej Góry (w latach 1702, 1704 i 1705) prowincjał Izydor Krasuski i przeor Innocenty Pokorski, a sprawa – jak pisał 27 stycznia 1704 roku sekretarz króla szwedzkiego, Olof Hernelin, do swego brata – „zaalarmowała cały kraj, ten naród uważa bowiem ten klasztor za Sanctissimum”.

    Jasna Góra stała się nietykalną stolicą Królowej Polski 

    Klasztor dzielił losy kraju także po utracie niepodległości. Fortyfikacje Jasnej Góry zostały zburzone z rozkazu cara Aleksandra I. Z kolei Aleksander II po powstaniu styczniowym, ukazem z roku 1864, skasował klasztory paulińskie poza Jasną Górą, której odebrano własną administrację zakonną, a majątki poddano zarządowi skarbu królestwa. Zaiste, prorocze aż do końca miały się okazać słowa, jakie konwent około roku 1770 skierował do Stanów Rzeczypospolitej: „Wierny swym królom i narodowi, jeżeli do ulżenia losów ojczyzny swojej nie przykładał się, to ich nie pogarszał nigdy. Tyle klęsk, tyle nieszczęśliwości wytrzymał cierpliwie; doznane szkody i straty były mu nawet i miłe, bo za swoich królów, za ojczyznę własną poniesione”.

    Kult Matki Boskiej jako królowej i pani kraju podkreślały kolejne koronacje obrazu. Pierwsza miała miejsce 8 września 1717 roku, jako pierwsza koronacja na prawach papieskich poza Rzymem. Król August II podarował korony, których jednak nie nałożono, uznając je za nie dość godne – przyjęto dopiero te, które przysłał papież Klemens XI. Przypomnijmy, że następne korony, już w naszym stuleciu, po kradzieży tych z XVIII wieku, przysłał w roku 1910 papież Pius X. W 1744 roku nastąpił akt oddania króla Augusta III i całej Polski Matce Bożej, a sejm z roku 1764 w swoich ustawach nazwał Matkę Boską Częstochowską – Królową Polski.

    Nadchodziły jednak czasy coraz burzliwsze i coraz ciemniejsze. Jasnej Górze, gdzie ongiś – jako w najbezpieczniejszym miejscu – prymas Szembek doradzał ukryć insygnia koronne, zaczęli znów zagrażać wrogowie. W 1771 roku bronili się tutaj konfederaci barscy. Potem Prusacy zapragnęli zawładnąć skarbami Jasnej Góry, a nawet samym obrazem. Deputacja sejmowa w 1793 roku odpowiedziała, że „obraz Najświętszej Panny, który jako starożytny monument pobożności ich przodków, wielu ofiarami uczczony, za własność całego narodu winien być poczytany”. Obraz pozostał na Jasnej Górze, nie przeniesiono go na teren wolnej jeszcze części Polski. Jednak Stanisław August polecił wpuścić do klasztoru księcia Golicyna i tak zaczęły się rabunki. Nie oszczędzali klasztoru ani wrogowie ani sojusznicy – choćby w czasach napoleońskich – ale pozostała związana z nim idea wolności Polaków. Matka Boska Częstochowska pozostała patronką niepodległości, nieprzyjaciele nazywali Ją „główną rewolucjonistką Polski”, paulini szerzyli Jej kult w kazaniach i pismach ulotnych. W Litanii loretańskiej umieszczano dalej wezwania „Regina Regni Poloniae” lub „Regina Regni nostri”. Obecna w wielkiej literaturze romantycznej, towarzyszyła uchodźcom i wygnańcom jako „Patronka wygnaństwa polskiego”, jako „Sybiraczka polska”. Matka Polaków była matką Polką wpatrzoną w ukrzyżowanego Syna. W 1863 roku umieszczono Ją na piersiach białego orła.

    Wizerunek ten był przyczyną wielu represji ze strony zaborców, zwłaszcza Prusaków i Rosjan, którzy upatrywali w nim symbolu patriotyzmu i polskiego buntownictwa. Nie pomogły jednak ani wzmożone represje, ani zamknięte granice. Podczas jubileuszu w 1882 roku zebrało się w Częstochowie około trzystu tysięcy wiernych ze wszystkich zaborów i z zagranicy – ktoś przybył nawet z Jerozolimy! (trudno pojąć, jak to było możliwe).

    Podczas jubileuszu w 1882 roku zebrało się w Częstochowie około trzystu tysięcy wiernych ze wszystkich zaborów i z zagranicy

    Matka Boska trafiła na sztandary Polski odrodzonej. Pani Jasnogórska otrzymała swoje święto, ustalone przez Piusa XI na 26 sierpnia, oraz przeznaczony na tę okazję formularz mszalny Fundamenta Eius. Z czasem zmieniono perykopę ewangeliczną przeznaczoną na ten dzień. Zamiast tekstu opisującego ból Matki pod krzyżem Chrystusa, zaczęto czytać opis cudu w Kanie Galilejskiej. Najpierw świętowano uroczystość patronki ludzkiej boleści, potem patronki ludzkiej radości. Dzięki kopiom, plakietom, ryngrafom i medalikom wizerunek jasnogórski trafił wszędzie tam, gdzie żyli Polacy: stał się on jednym z symboli jedności narodu.

    W czasie okupacji hitlerowskiej Matka Boska Częstochowska była patronką Polski Walczącej, stawiającej opór, wbrew wszystkiemu – wolnej. W Dzienniku generalnego gubernatora Hansa Franka zachowały się niezapomniane słowa: „Gdy wszystkie światła dla Polski zagasły, to wtedy zawsze jeszcze była Święta z Częstochowy i Kościół”. Nawet w czasie okupacji pielgrzymowano tutaj, odnawiano ślubowania młodzieży akademickiej.

    Po wojnie, 8 września 1946 roku, wobec milionowej rzeszy, prymas August Hlond, a za nim cały naród złożyli Pani Jasnogórskiej uroczyste śluby. Niezapomniane były obchody dziesięciolecia tej uroczystości z pustym miejscem przygotowanym dla prymasa Wyszyńskiego. Zbliżały się uroczystości tysiąclecia chrześcijańskiej Polski, poprzedzone wielką nowenną, uroczystości z pustym tronem Pawła VI. Tu odbywały się modlitewne „czuwania soborowe”.

    Trzeba pamiętać o niezwykłej pielgrzymce obrazu po kraju, kiedy to Matka Boska Częstochowska, jak pisał ksiądz Twardowski, okazała się „najpiękniejszą pątniczką, bez biżuterii wędrującą polskimi drogami”. Kiedy zaaresztowano wędrującą kopię wizerunku i odesłano do Częstochowy, Jasna Góra przeżywała swoje ostatnie – jak do tej pory – oblężenie. Sprawdzano nawet, czy ktoś nie próbuje wywieźć obrazu w bagażniku samochodu. W tym czasie wędrowały po Polsce puste ramy obrazu nawiedzenia i nieobecność wizerunku mówiła tym silniej o obecności Maryi wśród swego ludu.

    Pielgrzymki na Jasną Górę przestały być zjawiskiem tylko polskim: zaczęła – łącząc się przeważnie z pieszą pielgrzymką warszawską – przybywać młodzież z wielu krajów europejskich i pozaeuropejskich, odnajdując tu ludowe ciepło, niepowtarzalny koloryt i poczucie braterstwa, prawdziwą lekcję bycia Kościołem w marszu. To dzięki tej pielgrzymce odradza się ta zamarła na Zachodzie forma pobożności. Tak wielką liczbą pielgrzymów nie może się poszczycić żadne sanktuarium na świecie. Wielu z przybywających witał niestrudzony pielgrzym, kardynał prymas Wyszyński. Maryja przedstawiona w obrazie jasnogórskim była tą, której oddał swe życie i której zawierzył to, co mu było najdroższe: losy Ojczyzny. Tu przeżył swój największy tryumf, gdy w czerwcu 1979 roku witał papieża Polaka. Pierwsze słowa, jakie wypowiedział Jan Paweł II, wstąpiwszy na szczyt Jasnej Góry, przepełnione były radością i jakby niedowierzaniem, że do tego doszło: „Jestem tutaj, jestem tutaj”.

    W ciągu kilku niezapomnianych dni tej pielgrzymki przeżyliśmy właśnie ten fakt, że jesteśmy tutaj, w tym miejscu Europy, może tylko dzięki temu, że Ona jest tutaj; to przecież dzięki Niej – jak powiedział papież – „tu zawsze byliśmy wolni” tą osobliwą polską wolnością, nie wynikającą z ziemskich przesłanek. Czuli to pielgrzymi, którzy w XIX wieku przekradali się na tysiące sposobów przez granice zaborów, aby przed obrazem Pani Jasnogórskiej pooddychać życiem Polski dawnej. Tutaj Polacy ciągle byli jednym narodem. Zachowało się to w świadomości społecznej aż do dziś.

    Obchody jasnogórskiego jubileuszu w 1982 roku – niestety, bez Jana Pawła II – były przypomnieniem jasnych i ciemnych chwil. Maryja Jasnogórska „dana ku obronie narodu naszego” – jak mawiał prymas Wyszyński – spełnia tę swoją rolę. Matka wszystkich ludzi była w tym miejscu dla swych polskich dzieci „miastem ucieczki”, gdzie mogły przeżywać swoją tożsamość, odnajdywać samych siebie. Zobaczeni oczyma Matki, widzieli się większymi i lepszymi i to pozwalało im trwać, żyć, rozwijać się wbrew sprzysiężeniom zła. Tu widzieli także swoją małość, niedorastanie, niedojrzałość. Stąd może wywodzi się fakt, że tyle tu zawsze było rachunków sumienia, pokuty, nawróceń. Niewiele można wyliczyć na Jasnej Górze cudów, które mogłyby sprostać wymogom komisji lekarskiej, jaka urzęduje w Lourdes. Cudowność Jasnej Góry wydaje się polegać na czymś innym. Dzieją się tu cuda przede wszystkim moralne. I na tym w gruncie rzeczy polega obecność cudownego obrazu w dziejach polskich i w kulturze polskiej: nie na fakcie, że otoczyły go jak wieńcem wspaniałe dzieła sztuki i wota, nie na tym, że był kopiowany i opisywany przez największych poetów, lecz na tym, że promieniował na życie osobiste i społeczne milionów Polaków.

    Ks. Janusz Pasierb 

    Teologia Polityczna

    Tekst pochodzi z książki autorstwa księdza Janusza Pasierba „Na początku była kultura” wydanej nakładem Księgarni św. Jacka.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Prof. Magdalena Zowczaka: Czym byłaby Polska bez kultu Matki Bożej?

    fot. screenshot – YouTube

    ***

    Prof. Magdalena Zowczaka:

    Czym byłaby Polska bez kultu Matki Bożej?

    – Idąc śladem tego toposu ku współczesności, można dostrzec, jak Matka Pana staje się Tą, „w którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy”, jak to ujął Jan Lechoń w wierszu-modlitwie z 1942 roku – pisze prof. Magdalena Zowczak na łamach TEOLOGII POLITYCZNEJ CO TYDZIEŃ.

    Kult maryjny w różnorodności swoich form kształtował kulturę religijną w Polsce, przekraczając niejednokrotnie nie tylko granice etniczne czy narodowe, ale i wyznaniowe. Przekracza również granice środowisk społecznych i w tym sensie stanowi fenomen łączący różne, czasem skrajnie odmienne, typy wrażliwości i estetyki. W polskiej tradycji łączył wieś i dwór, czego przykładem może być wydawnictwo „Królowa Niebios. Legendy ludowe o Matce Boskiej” z 1894 roku. Autor tekstów legend, łączących elementy ewangeliczne z apokryfami, Marian Gawalewicz, czerpał z opublikowanych wcześniej materiałów etnograficznych. Wygładził je i uporządkował nadając formę literacką, ale zachował elementy struktury i słownictwa oryginalnych przekazów ustnych. Ilustrował je Piotr Stachiewicz, malarz, który stworzył cykl wizerunków maryjnych osadzonych w pejzażach polskiej wsi, sięgając do ludowej i narodowej symboliki. Przetworzył je w symbolicznym, sielankowym stylu, bliższym malarstwu prerafaelitów niż surowej ekspresji sztuki ludowej (podobno również, tak jak prerafaelici mieli w zwyczaju, sportretował na nich swoją żonę). Były to przedstawienia budzące powszechną akceptację salonowej publiczności ówczesnej Warszawy, Krakowa, a nawet Wiednia. Madonny Stachiewicza reprodukowano też na pocztówkach. Zasiliły wyobraźnię kolejnych pokoleń Polaków, powracając okrężną drogą od elit do ludu. Są to jednak wyobrażenia rodem z dziewiętnastowiecznego szlacheckiego zaścianka, który komunikował się z ludem i tworzył dla niego literaturę i obrazy w duchu narodowej solidarności. Maryjne przedstawienia wyjątkowo nadawały się do tego celu. Pamiętam z dzieciństwa mały obrazek dewocyjny z wczesnych lat powojennych z czarno-białą reprodukcją Matki Boskiej Gromnicznej, jednego z bardziej udanych obrazów Stachiewicza. Dziewczęca, zjawiskowa Maria zimową nocą odpędza gromnicą stadko wilków od opłotków zaśnieżonej wioski, wtapia się w śnieg bielą sukni.

    Być może właśnie pod wpływem tych obrazów Stefan Czarnowski, socjolog i agnostyk, autor syntetycznego eseju „Kultura religijna wiejskiego ludu polskiego”, ukształtował wiedzę kilku pokoleń na temat ludowego kultu Najświętszej Panienki. Opublikowany w 1937 roku esej sięga do doświadczeń autora z dzieciństwa, z dworku pod Płońskiem. „Spośród osób Świętej Rodziny na pierwsze miejsce wysuwa się Matka Boska, od której Dzieciątko jest nieodłączne” (…), pisze Czarnowski, „jeśli nie naczelna w znaczeniu hierarchicznym, to w każdym razie najpowszechniej i najgorliwiej czczona postać święta”. Ludowe wyobrażenia maryjne mają charakter dwoisty, narodowy i lokalny. Matka Boska Częstochowska – jako rodzaj narodowego emblematu – łączy „chłopa naszego z narodem polskim jako całością i jednością”, bo „więź narodowa przedstawia się u ludu w więzi kultowej” (1958: 86). Specyfika wyobrażeń ludowych wyraża się w cechach Opiekunki i Orędowniczki, przeciwstawionej włoskim „boginiom matczynym” oraz zachodnioeuropejskim wizerunkom „możnej feudalnej Pani, otoczonej dworem, sprawującej sądy”. „Jest przede wszystkim piękną i dobrą łaskawą Panienką wstawiającą się za czcicielami swymi u Syna, podobnie jak – według pragnień chłopa polskiego z okresu pańszczyźnianego – winna by się za nim wstawiać dobra panienka ze dworu”. Jej dziecięca niewinność, nieskalana czystość, nieograniczona dobroć łączą się z „wyższością natury”. Wydaje się to oczywiste, zważywszy, że chodzi o wyobrażenia religijne, a zatem – o transcendencję. Nie to, a przynajmniej nie tylko to, miał jednak Czarnowski na myśli. Matka Boska bowiem, „mimo że boso, jak chłopska dziewczyna po wsiach i po polach przechadzała się – wyobrażana jest jakby pańskie dziecko”, jest bowiem „najbardziej świętą osobą po Bogu”. Świadczyć to ma o „arystokratyzmie chłopskim”, co oznacza „cześć dla wyższości natury pańskiej tym większą, gdy istota wyższego rzędu miesza się z pospólstwem” (1958: 88-89).

    „Arystokratyzm chłopski”, dwuznaczne określenie łączące ziemską hierarchię społeczną z porządkiem transcendencji, świadectwo klasowego dystansu, wytknął Czarnowskiemu po latach Czesław Hernas w monografii dotyczącej źródeł folklorystyki w Polsce. „To termin mylący i wyrósł jak gdyby z przekonania, że chłop jest rzeczywiście gorszy!”, oburza się Hernas, i proponuje w zamian „chłopskie poczucie godności” jako cechę obyczajowości i twórczości ludowej, towarzyszącą przejęciu przez lud „motywów chrześcijańskich” (1965: 123). Korekta ta tworzy kontekst filologicznej analizy Hernasa, który ukazał wzajemną adaptację kultury chłopskiej i katolicyzmu między XVI a XVIII wiekiem. Analiza ta pogłębia wprowadzone przez Czarnowskiego pojęcie kultury religijnej.

    Podstawowym terminem staje się w niej semantyka paraleliczna, która pomaga skrzyżować ze sobą odrębne i nieprzystające wzajemnie języki: teoretyczny i abstrakcyjny język prawd kościelnych z konkretnym, sensualistycznym językiem folkloru. Termin ten znajduje zastosowanie zarówno na poziomie ich poetyki, jak i wyrażanych przez nie prawd – odmiennych, często wręcz sprzecznych obrazów świata. A przy tym uchyla kolejne wartościujące terminy badaczy religijności ludowej, takie jak „nacjonalizm wyznaniowy” (Czarnowski), czy „prymitywizm, niezdolny do wyrażenia czegoś w sposób oderwany” (Jan S. Bystroń). Ów „prymitywny” język – pisze Hernas – „ujawnia pełną sprawność w poznaniu artystycznym i posiada własne prawidłowości w stosowaniu typów paralel zgodnie z ich kodem znaczeniowym upowszechnionym w danym środowisku” (1965: 106-107).

    Pomimo konfliktu języków, reprezentujących odrębne kody semantyczne, nastąpiła jednak w końcu ich wzajemna adaptacja. W centrum powstałego w efekcie, wieloaspektowego obrazu, przedstawionego przez Hernasa na przykładzie pastorałek, znajduje się oczywiście Święta Rodzina i kult maryjny. Ich paralelizm socjologiczny zestawia ewangeliczny dramat z losem chłopskiej rodziny w duchu średniowiecznych apokryfów, wykorzystując szczególnie topos ubogiego macierzyństwa, nieco podobny, ale estetycznie odmienny od dziewczęcej Panienki ze Dworu, która króluje na rycinach Stachiewicza.

    Jeśli bowiem przyjmiemy za przedmiot refleksji rzeczywistą ludową ekspresję osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej rzeźby sakralnej z przydrożnych kapliczek i figur, wciąż jeszcze żywą za czasów Stachiewicza, wskaże nam ona inny topos: topos cierpienia, przedstawianego często aż nazbyt dosadnie za pośrednictwem popularnych typów ikonograficznych Matki Bożej Bolesnej i Piety, a także ludowych modlitw. Godne uwagi wydaje się pomijanie tego aspektu kultu maryjnego w różnych jego charakterystykach, poczynając od Czarnowskiego aż po teksty z lat 80. ubiegłego wieku, jakby powaga cierpienia była zarezerwowana dla kultury narodowej w wersji elitarnej. A przecież słynne rysy na pełnym smutku obliczu Częstochowskiej Królowej (cecha charakterystyczna, podkreślana w jej ludowych „kopiach”) mają swoje symboliczne analogie właśnie w ludowych rzeźbach Matki Boskiej Bolesnej, w wizerunkach jej przebitego mieczami serca. Jest więc swoisty doloryzm typem estetyki, łączącym w wyniku kolejnych powstań i wojen egzystencjalne doświadczenia ludu (czyli, zgodnie z polską tradycją, przede wszystkim chłopów) i narodu, choćby pierwotnie było to cierpienie odmienne genezą i znaczeniem.

    Współcierpienie Marii z Chrystusem (Compassio) oraz Jej współudział w odkupieniu (Corredemptio) teologicznie umacniają główne aspekty popularnego kultu maryjnego. Reprezentujące je przedstawienia literackie i plastyczne dziedziczą wyobrażenia i zwroty najstarszych zachowanych zabytków literatury staropolskiej jak Lament świętokrzyski, datowany na koniec XV wieku. Przenikały się z niechrześcijańską obrzędowością pogrzebową i eliminowanymi przez Kościół archaicznymi, śpiewnymi lamentami żałobnymi przy składaniu zmarłego do grobu. Zachowane w folklorze fragmenty staropolskich dialogów Marii z Jezusem, z Archaniołem Gabrielem, ze św. Janem, nacechowane są ekspresją wciąż ożywianą doświadczeniem kobiecego cierpienia. Anna Kunczyńska-Iracka, badaczka sztuki ludowej, pisała: „rzeźby Matki Boskiej Bolesnej i Piety zawierają najwięcej dramatycznej ekspresji. Wydaje się też, że w przypadku Piety świątkarze niemal z reguły wzorowali się na znanych im z własnego otoczenia twarzach steranych życiem wiejskich kobiet. (…) Rzeźby Piety i Marii pod krzyżem należą do najciekawszych osiągnięć artystycznych polskiej sztuki ludowej. W ich też przypadku korelacje dzieł plastycznych z tekstami literackimi są wyjątkowo liczne i dawno zakorzenione w tradycji pieśni pasyjnych” (1988: 251).

    Wróćmy jednak do adaptacji kultu maryjnego w kulturze rolniczej, które również łączyły wieś i dwór. Jeśli ludowe interpretacje Biblii można postrzegać jako pewien symboliczny system, to głównie ze względu na przenikanie się trzech rytmów czasowych: wyznaczanych przez święta roku kościelnego, zwłaszcza związane z życiem Jezusa i Jego Matki, rytm  wegetacji, powiązany z praktykami gospodarczymi, oraz cykl ludzkiego życia z jego momentami zwrotnymi – zmianami statusu społecznego. Te trzy miary czasu i ich symbolika przenikały się, tworząc system paralelnych odniesień i wyznaczając rytm świata, wspólnoty i podporządkowanej im jednostki. Stąd podwójne nazwy świąt maryjnych, dopisujące do oficjalnej, liturgicznej, wegetacyjno-gospodarczą, a przy tym modelujące ludzkie życie. Żeby wspomnieć o najpopularniejszych przypadkach: święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny (8 września) – czyli Matki Boskiej Siewnej, Zwiastowania NMP (25 marca) – czyli Zagrzewnej lub Roztwornej, bo „otwiera” zamarzniętą ziemię, Nawiedzenia NMP (dawniej 2 lipca, obecnie 31 maja), w czasie mniej intensywnych prac rolniczych przed żniwami – Jagodnej, Wniebowzięcie NMP (15 sierpnia) – Zielnej, Ofiarowanie w Świątyni (2 luty) – Gromnicznej. I tak np. to ostatnie, tak obrazowo uchwycone przez Stachiewicza, uchodziło za wzór obrzędowego wywodu, czyli oczyszczenia położnicy i jej dziecka, którego dokonywał kapłan przed ołtarzem w 40 dni po porodzie. Dzięki temu matka mogła wyobrażać sobie, że uczestniczy w takim samym ewangelicznym rytuale jak Maria z Nazaretu, a i w sztuce ludowej Gromniczna przedstawiana była jak wiejska kobieta, podążająca od wywodu z zapaloną świecą w ręku – „tak, jak Matka Boska szła”, jak powiedziała jedna z moich rozmówczyń. Przedstawienie Stachiewicza nawiązuje do innego rytuału, związanego z mocą poświęconej w tym dniu świecy. Zapalona, miała chronić od gromu, wilków, a także, włożona w ręce umierającego, oświecać mu drogę w zaświaty.

    Co do jednego, Czarnowski miał rację: Matka Boska ludowa, rzeźbiona czy malowana przez wiejskiego artystę dla własnego środowiska, rzadko bywała królową, skoro modelami były – jak to dostrzegła Kunczyńska-Iracka – wiejskie kobiety. Podczas badań w podkrakowskiej wsi Mników na przełomie lat 70/80 odnotowałam tam obecność dwóch obrazów maryjnych, przy których odprawiano liturgię. Jednym z nich był obraz Częstochowskiej Madonny, zwany Matką Boską Dworską, w kaplicy sióstr albertynek. Drugim – Matka Boska Skalska, namalowana bezpośrednio na opadającym pionowo zboczu skały w pobliskim wąwozie. To właśnie przedstawienie mieszkańcy Mnikowa otaczali szczególnym kultem, chociaż msze na tamtejszym polowym ołtarzu odprawiane były tylko okazjonalnie. Dzięki temu, że malowidło w Skałach odnowiono przed moim przyjazdem, mogłam usłyszeć i porównać opinie na temat dwóch wersji tego wizerunku. Opowiadano, że dawna Matka Boska, „prawdziwa Skalska”, była bardzo ładna: „jakby baba ze wsi”, „wsiowa Matka Boska”, „poważna, jakby niewiasta rzeczywiście już leciwa”, „okrąglutka na twarzy”, „w spódnicy, w zapasce długiej”, „rączki miała rozłożone, że widziało się, że tak wszystkich przygarnia do siebie”, „miała z jednej ręki promienie, a w drugiej sierp”[1]; „u rączek szły takie promienie, łaski wyobrażały”. Niestety, po odnowieniu wizerunek rozczarował wiernych: „to taka raczej pani, nie Matka Boża”, „więcej dziewicza”, młodsza; „tą zrobili tak, jak królowa Jadwiga”, taka okropna baba”, w dodatku – bez promieni!

    Opisana przez rozmówców symbolika i charakter wcześniejszego przestawienia podkreślają jego swojską bliskość – to wizerunek mnikowskiej gospodyni, konkurencyjny wobec nowszej, młodej dziewicy-królowej, a także wobec Matki Boskiej Dworskiej, czyli – Częstochowskiej. Matka Boska Skalska była tak bardzo „ich”, że nawet koronę cierniową w jej dłoni postrzegali jako sierp.

    Tyleż charakterystycznym dla polskiej kultury religijnej, co uniwersalnym toposem kultu maryjnego jest rola, która w litanii Loretańskiej nazwana została Ucieczką grzeszników. Odnosi się do tego toposu gest opieki – okrywania wiernych płaszczem czy welonem (jak w ikonie Matki Bożej Pokrowy)[2], albo ze schematem wyciągania pokutujących duszyczek z otchłani z pomocą różańca, szkaplerza lub sieci. Jeden z moich rozmówców nazwał wiszący w izbie wizerunek maryjny „Matką Boską Polską, co dusze z czyśćca wyprowadza”. Rozpowszechniane przez bractwa przedstawienia Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel, święto obchodzone w dniu 16 VII) oraz Różańcowej (7 X), na których Maria trzyma w dłoniach owe narzędzia łaski, w dolnych rejestrach ukazują często grzeszników palonych ogniem czyśćcowym; nosicieli szkaplerza wyciągają aniołowie z płomieni. Bywają również przedstawienia samej Marii, bez Dzieciątka, wyciągającej dusze z czyśćca[3]. Według wierzeń notowanych w XIX wieku Matka Boska w każdą środę i sobotę, czyli w dni jej poświęcone, zstępuje z orszakiem aniołów i świętych do czyśćca, „podaje różaniec jednej duszyczce uwolnionej, i tę przez różaniec z czyśćca do raju wprowadza kamienną bramą”[4]. Wzorem dla takiej interpretacji była ikona Zmartwychwstania Chrystusa, który ujmuje ręce pierwszych rodziców, aby wyprowadzić ich z otchłani wraz z orszakiem Patriarchów, Proroków i innych sprawiedliwych. W modlitwie ludowej

    „Matuchnicka Boża swym płascykiem cierpła –

    Chytajcie się, dusze, płascyka mojego –

    Zaprowadze ja was do raju wiecnego –

    Tam będziecie na wieki królować –

    Na wieki królować, ceść, chwałe Bogu dać […][5].

    W modlitwach ludowych Jezus często występuje jako surowy Sędzia, obiecuje jednak swojej Matce łaskę dla grzeszników za Jej wstawiennictwem. Toteż wpuszcza Ona grzeszne dusze do nieba nawet wbrew wyrokowi Jezusa, „boczną furtką”, pomijając św. Piotra pilnującego głównej bramy.

    Semantycznie zbieżny z ludowymi wierzeniami okazuje się wiersz ks. Jana Twardowskiego:

    „którędy do Ciebie
    czy tylko przez oficjalną bramę
    za świętymi bez przerwy
    w sztywnych kołnierzykach
    niosącymi przymusowy papier z pieczątką
    może od innej strony
    na przełaj
    trochę naokoło
    od tyłu
    poprzez ciekawą wszystkiego rozpacz
    poprzez poczekalnię II i III klasy
    z biletem w inną stronę
    bez wiary tylko z dobrocią jak na gapę
    przez ratunkowe przejścia na wszelki wypadek
    z zapasowym kluczem od Matki Boskiej
    przez wszystkie małe furtki zielone otwierane z haczyka”.

    Od czasów romantyzmu można wskazać dla tego toposu wyraźne paralele folkloru i poezji. Oto mistrz Twardowski, czarnoksiężnik, niesiony przez czarta do piekła, układa Godzinki do Najświętszej Panny i dzięki temu czart traci moc i porzuca go na progu piekła. Oto Konrad w „Dziadach” rzecze: 

    „Słuchaj ty! – tych mnie imion przy kielichach wara.

    Dawno nie wiem, gdzie moja podziała się wiara,

    Nie mieszam się do wszystkich świętych z litaniji,

    Lecz nie dozwolę bluźnić imienia Maryi”.

    Idąc śladem tego toposu ku współczesności, można dostrzec, jak Matka Pana staje się Tą, „w którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy”, jak to ujął Jan Lechoń w wierszu-modlitwie z 1942 roku. Wiersz ten z muzyką Zbigniewa Raja i w wykonaniu Oli Maurer stał się jednym z przebojów „Piwnicy pod Baranami”.

    Ludwik Stomma zwrócił uwagę na „bardzo silne pierwiastki matriarchalne” w rolniczym, osiadłym życiu polskiej wsi (1986: 225), odwrotnie niż Czesław Hernas, który podkreślał znaczenie idei patriarchalnych w zaszczepionym chłopu przez Kościół, organicznym „micie adaptacyjnym”, opartym na pojęciu władzy ojca i organizacji rodziny (1965 :88). Można ich chyba pogodzić: kult maryjny jest niewątpliwym źródłem wsparcia dla doświadczenia, praktyk i tożsamości kobiet w kontekście struktur patriarchalnych. Wyobrażenia maryjne są istotnym probierzem wrażliwości estetycznej i w tym sensie lustrem, odbijającym środowisko społeczne, w którym się formują. Nie dziwi więc, kiedy dziś bardziej umiarkowane feministki interpretują maryjne „Fiat” nie jako znak posłuszeństwa, ale duchowej sprawczości Marii z Nazaretu i w ramach estetyki kampowej kolekcjonują „maryjki” – obrazki dewocyjne. Od interpretacji kultu maryjnego postrzeganego zbyt często w kategoriach „magicznych” nastąpił radykalny zwrot do traktowania go jako „fantazmatu” – modelu relacji społecznych, a od obrazu łaskawej Panienki ze Dwora – do sprawczej duchowo Feministki.

    Skrajnie odmienny, męski i militarny charakter kultu maryjnego reprezentują ruchy z pogranicza oficjalnego życia religijnego, dążące do koronacji Chrystusa na króla Polski. Rycerzy Niepokalanej zastąpili Rycerze Chrystusa Króla. Internet to dar Maryi, twierdzi ks. Natanek w swojej ChristusVincit TV, jednak Częstochowska Królowa już nie wystarcza. Tylko proklamacja Chrystusa na Króla Polski przez Sejm, Senat i biskupów ocali świat: umożliwi poskromienie szatana i otworzy tysiącletnią erę Ducha Świętego. Fotografie figur maryjnych, zatytułowane „Zdjęcia powstańcze Armaty Matki Bożej” promują akcję postawienia figury na każdym podwórku („Armatą” są nazywane figury Maryi w podpisach fotografii, a inicjuje je „Armata z Grzechyni”).

    Zasada konstruowania własnej, społecznej tożsamości z pomocą interpretacji fenomenu kultu maryjnego jest znana i wykorzystywana przez polityków, jak choćby w przypadku „cudu nad Wisłą” jako nazwy bitwy warszawskiej 1920 roku, skutecznie wprowadzonej przez przeciwników marszałka Piłsudskiego. Objawienia maryjne pozostają mocnym środkiem ekspresji, podatnym na eksperymenty i innowacje religijne, a zarazem służącym konstruowaniu dyskursów tożsamościowych na wszystkich możliwych poziomach.

    Prof. Magdalena Zowczaka

    *******

    [1] Według fotografii z lat 50. Matka Boska Skalska trzymała w lewej ręce koronę cierniową.

    [2] Takim gestem okrywania – brania w opiekę, ale i w posiadanie, według dawnego prawa zwyczajowego panna mogła ocalić skazańca od śmierci, jak to uczyniła Danuśka wobec Zbyszka w „Krzyżakach” H. Sienkiewicza.

    [3] Obraz taki wisiał kilka lat temu w przedsionku kościoła franciszkanów w Wejherowie.

    [4] O. Kolberg, s. 21, 23. Takie wierzenia rozpowszechniły się zapewne pod wpływem bractw szkaplerznych i przywileju sobotniego, tzw. Sabbatina.

    [5] F. Kotula, Hej, leluja, czyli o wygasających starodawnych pieśniach kolędniczych w Rzeszowskiem. Warszawa 1970, s. 498. O wpuszczaniu dusz boczną furtką M. Zowczak, Biblia ludowa, s.

    Literatura

    S. Czarnowski, Kultura religijna wiejskiego ludu polskiego [w:] Kultura. Państwowe Wydawnictwo Naukowe Warszawa 1958, s. 80-99

    M. Gawalewicz, P. Stachiewicz, Królowa Niebios. Legendy ludowe o Matce Boskiej, Nakład Gebethnera i Wolffa, Warszawa 1894

    C. Hernas, W kalinowym lesie. U źródeł folklorystyki polskiej. T.1, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1965

    J. Lechoń, Aria z kurantem. Biblioteka Polska. Nowy Jork 1945

    O. Kolberg, Krakowskie. Dzieła Wszystkie, t. 7, PTL, Wrocław 1962.

    F. Kotula, Hej, leluja, czyli o wygasających starodawnych pieśniach kolędniczych w Rzeszowskiem. Warszawa 1970

    A. Kunczyńska-Iracka, Madonna w dawnej polskiej sztuce ludowej, „Polska Sztuka Ludowa – Konteksty” 1988, R. 44, nr 4

    K. Moisan, B. Szafraniec, Maryja Orędowniczka wiernych. Red. ks. J. Pasierb, t. 2. Akademia Teologii Katolickiej, Warszawa 1987

    J. Salij, Matka Boska niewierzących, „W drodze” 1983, nr 5

    L. Stomma,: Antropologia kultury wsi polskiej XIX wieku, Inst. Wyd. PAX, Warszawa 1986

    J. Twardowski, ks. „Którędy”/http://www.apostol.pl/twardowski/poezja/

    M. Zowczak, Biblia ludowa. Interpretacje wątków biblijnych w kulturze wsi. Wyd. FUNNA, Wrocław 2000

    mp/TEOLOGIA POLITYCZNA CO TYDZIEŃ (NR 20)


    ______________________________________________________________________________________________________________

    __________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 kwietnia

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA 

    DZIŚ NIEDZIELA DOBREGO PASTERZA


     

    fot. Adobe Stock/Tygodnik Niedziela

    ***

    W tym tygodniu wraz z całym Kościołem modlimy się szczególnie o powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego

    „W sanktuarium św. Jana Marii Vianneya w Mzykach przez cały rok trwa modlitwa przed Najświętszym Sakramentem za powołanych do służby w Kościele i o nowe powołania. Chcemy, aby ta pokorna modlitwa nabrała szczególnego wymiaru w Tygodniu Modlitw o Powołania” – napisał na stronie archidiecezji częstochowskiej ks. Wojciech Torchalski, kustosz sanktuarium.

    Msza Krzyżma w kościele seminaryjnym Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana w Częstochowie, Wielki Czwartek, 17 kwietnia 2019 r.

    Msza Krzyżma w kościele seminaryjnym Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana w Częstochowie, Wielki Czwartek, 17 kwietnia 2019 r./ fot.  Bożena Sztajner

    ***

    Ilu alumnów przygotowuje się do przyjęcia sakramentu kapłaństwa?

    Statystyki przed 60. Światowym Dniem Modlitw o Powołania

    Do przyjęcia sakramentu kapłaństwa przygotowuje się w seminariach diecezjalnych i zakonach w Polsce 1954 alumnów. Formację w seminariach duchownych w roku akademickim 2022/23 rozpoczęło 338 kandydatów, czyli o ok. 5 pkt. proc. mniej, niż rok wcześniej.

    fot. Karol Porwich

    ***

    W Kościele katolickim IV niedziela wielkanocna, nazywana niedzielą Dobrego Pasterza to 60. Światowy Dzień Modlitw o Powołania, który rozpoczyna w Polsce tydzień modlitw o powołania do szczególnej służby w Kościele.

    Zgodnie z danymi przekazanymi PAP przez Krajową Radę Duszpasterstwa Powołań KEP w bieżącym roku akademickim 2022/23 formację do kapłaństwa rozpoczęło 338 kandydatów, w tym 236 w seminariach diecezjalnych, a 102 w zakonnych i misyjnych. Dla porównania w roku 2021/22 formację do kapłaństwa rozpoczęło 356 kandydatów. To pokazuje spadek o ok. 5 pkt. procentowych.

    Łącznie do przyjęcia sakramentu kapłaństwa przygotowuje się w kraju 1954 alumnów. Rok temu było ich 2 177. W ciągu pięciu ostatnich lat, a więc w porównaniu z rokiem 2018, kiedy było ich 3016, liczba kleryków zmniejszyła się o 1062.

    W seminariach diecezjalnych etap propedeutyczny (który prowadzi tylko część seminariów) rozpoczęło 179 kandydatów, zaś pierwszy rok studiów 280 alumnów, natomiast w zakonach formację rozpoczęło 73 kandydatów” – wynika ze statystyk powołaniowych.

    Najwięcej kandydatów do kapłaństwa zgłosiło się do seminariów duchownych w Tarnowie – 15. Na kolejnym miejscu są seminaria w Częstochowie – 11 oraz w Poznaniu, Warszawie i Katowicach – po 10 osób.

    Najmniej nowych powołań (po jednym) zanotowano w diecezjalnym seminarium duchownym w Ełku, Bydgoszczy, Legnicy, Olsztynie, Szczecinie oraz w seminarium diecezji zielonogórsko-gorzowskiej i w seminarium diecezji łowickiej.

    Do Wyższego Seminarium Duchownego 35 plus w Łodzi, czyli przyjmującego kandydatów powyżej 35 lat, zgłosiło się 14 kandydatów z różnych diecezji, podczas gdy jeszcze rok wcześniej – tylko 5 kandydatów, zaś do warszawskiego seminarium Redemptoris Mater – 5 kandydatów.

    W przypadku zakonów męskich, w roku akademickim 2022/2023 najwięcej kandydatów rozpoczęło formację u franciszkanów OFM (zakon Braci Mniejszych) – 18 kandydatów, którzy zgłosili się do czterech Wyższych Seminariów Zakonnych OFM (Kraków – 5, Antonianum – 4, Katowice-Panewniki – 3, Wronki – 1). Na drugim miejscu znaleźli się dominikanie – 14 kandydatów i franciszkanie konwentualni – 10 kandydatów w dwóch seminariach: w Krakowie (5 kandydatów) i w Łodzi – (9 kandydatów). Kolejne miejsce zajmują salezjanie – 8 kandydatów i pallotyni – 7.

    Z najnowszych danych wynika, że w Polsce żyje 1220 mniszek (rok wcześniej było ich 1250) – w tym 1198 w klasztorach należących do konferencji klauzurowej. Wśród nich są 1062 – profeski wieczyste, 56 – profesek czasowych, 32 – nowicjuszki, 15 – postulantek, a 26 to aspirantki. Statystyczna mniszka w naszym kraju w r. 2022 miała 58 lat.

    Konferencja Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych w Polsce zrzesza 83 przełożonych klasztorów kontemplacyjnych, należących do 13 rodzin zakonnych. Są to: benedyktynki (9 domów), benedyktynki sakramentki (3), bernardynki (9), dominikanki (3), kamedułki (2), karmelitanki (28), klaryski kapucynki (6), klaryski (7), klaryski od wieczystej adoracji (8), norbertanki (2), redemptorystki (1), wizytki (4), anuncjatki (1).

    Z danych przekazanych przez Konferencję Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych w Polsce wynika, że w ostatnich pięciu latach liczba mniszek zmniejszyła się o 72.

    Według danych Konferencji Episkopatu Polski z 31 grudnia 2022 r. w kraju jest 107 czynnych zgromadzeń zakonnych, w których jest 15 tys. 940 sióstr. W 2021 było 16 tys. 307 zakonnic, a w 2020 r. – ok. 20 tys.

    Wśród 15 tys. 940 sióstr w Polsce jest 15 tys. 309 profesek wieczystych, 438 profesek czasowych, 109 nowicjuszek i 84 postulantki.

    Poza krajem pracuje 1821 zakonnic, w tym na misjach są 493 siostry, a 288 zakonnic na Wschodzie.

    Z danym statystycznych wynika, że w Polsce jest 397 dziewic konsekrowanych (indywidulana forma życia konsekrowanego). Najwięcej jest ich w archidiecezji krakowskiej – 57. Na drugim miejscu jest archidiecezja warszawska mająca 36 dziewic, zaś trzecie miejsce zajmuje archidiecezja gdańska – 29. Natomiast po jednej mają diecezje: drohiczyńska, gnieźnieńska oraz zamojsko-lubaczowska. Dwie dziewice konsekrowane są w diecezji legnickiej, włocławskiej bydgoskiej i siedleckiej, a po 3 – w diecezji radomskiej i świdnickiej.

    Do stanu wdów należy w Polsce 397 kobiet, w tym najwięcej jest w archidiecezji łódzkiej – 75. Na drugim miejscu jest archidiecezja krakowska i diecezja kielecka – po 26.

    Do Krajowej Konferencji Instytutów Świeckich (KKIŚ) należy 30 instytutów i stowarzyszeń, do których należą 1024 osoby. Po ślubach wieczystych w instytutach jest obecnie 865 osób, 101 – po ślubach czasowych, a w formacji wstępnej 58.

    Światowy Dzień Modlitw o Powołania to inicjatywa papieża Pawła VI. Pierwszy raz był obchodzony 12 kwietnia 1964 r. Niedziela Dobrego Pasterza to również święto patronalne Papieskiego Dzieła św. Piotra Apostoła. Wspiera ono powołania misyjne, m.in. akcją AdoMIS, zachęcającą do adopcji misyjnych seminarzystów. (PAP)

    Tygodnik Niedziela/PAP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ,,Takich mamy kapłanów, jakich sobie wymodlimy’’

    ,,Takich mamy kapłanów, jakich sobie wymodlimy’’. Modlitwy Piusa X, Jana Pawła II i Benedykta XVI

    fot. via Pixabay.com

    ***

    – Jezus wyznaczył jeszcze innych siedemdziesięciu dwu uczniów i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie! Oto posyłam was jak owce między wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Gdy wejdziecie do jakiegoś domu, najpierw mówcie: Pokój temu domowi. Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co będą mieli: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiegoś miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże». (Łk, 10, 1-9)

    Modlitwa Piusa X

    O Boże, Pasterzu i Nauczycielu wiernych, któryś dla zachowania i rozszerzenia swojego Kościoła ustanowił kapłaństwo i rzekł do swoich Apostołów: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Mt 9, 37-38) – oto przystępujemy do Ciebie z gorącym pragnieniem i błagamy Cię usilnie: racz zesłać robotników na żniwo swoje, ześlij godnych kapłanów do świętego swojego Kościoła.

    Daj, Panie, aby wszyscy, których od wieków do swej świętej służby wezwałeś, głosu Twego chętnie słuchali i z całego serca za nim postępowali. Strzeż ich od niebezpieczeństw świata, udziel im ducha rady i napełnij ich duchem swej świętej bojaźni, aby łaską kapłaństwa obdarzeni, słowem i przykładem nauczali nas postępować drogą przykazań Twoich i doprowadzili do błogosławionego połączenia z Tobą. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    Modlitwa Jana Pawła II

    Do Ciebie, Panie, zwracamy się z ufnością!

    Synu Boży, posłany przez Ojca do ludzi wszystkich czasów i żyjących w każdym zakątku świata! Błagamy Ciebie, za pośrednictwem Maryi,

    Matki Twojej i Matki naszej: spraw, aby w Kościele nie brakowało powołań, zwłaszcza do szczególnej służby Twemu Królestwu.

    Jezu, jedyny Zbawicielu człowieka!

    Modlimy się do Ciebie za naszych braci i za nasze siostry, którzy odpowiedzieli «tak» na Twoje powołanie do kapłaństwa, do życia konsekrowanego i do misji. Spraw, aby ich życie odnawiało się każdego dnia i stawało się żywą Ewangelią.

    Panie miłosierny i święty, nadal posyłaj nowych robotników na żniwo Twego Królestwa! Pomagaj tym, których powołujesz, by Cię naśladowali w naszych czasach: spraw, by kontemplując Twoje oblicze, przyjmowali z radością tę przedziwną misję, którą im powierzasz dla dobra Twego Ludu i wszystkich ludzi.

    Ty, który jesteś Bogiem i żyjesz, i królujesz z Ojcem i Duchem Świętym na wieki wieków. Amen.

    Modlitwa Benedykta XVI

    Ojcze, spraw, by wśród chrześcijan rozkwitały liczne i święte powołania kapłańskie, które będą podtrzymywały żywą wiarę i strzegły wdzięczną pamięć o Twoim Synu Jezusie poprzez głoszenie Jego słowa i sprawowani Sakramentów, za pomocą których nieustannie odnawiasz Twoich wiernych. Daj nam świętych szafarzy Twojego ołtarza, którzy będą mądrymi i żarliwymi stróżami Eucharystii, Sakramentu najwyższego daru Chrystusa dla zbawienia świata.

    Powołuj sługi Twego miłosierdzia, którzy poprzez sakrament Pojednania będą rozszerzać radość Twojego przebaczenia. Spraw, Panie, by Kościół przyjmował z radością liczne natchnienia Ducha Twojego Syna i posłuszny Jego wskazaniom troszczył się o powołanie kapłańskie i do życia konsekrowanego. Wspieraj Biskupów, kapłanów i diakonów, osoby konsekrowane i wszystkich ochrzczonych w Chrystusie, aby wiernie wypełniali swoje posłannictwo w służbie Ewangelii. Prosimy o to przez Chrystusa naszego Pana. Amen.

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mocne przesłanie Jana Pawła II: To jest moja Matka, ta Ojczyzna!

    fot. screenshot – YouTube

    ***

    Mocne przesłanie św. Jana Pawła II:

    To jest moja Matka, ta Ojczyzna!

    – Ten kryzys nie ominął rodziny, nie ominął on, niestety, polskiej rodziny! Powoduje tyle obrazy Boga, jest przyczyną wielu nieszczęść i zła. Dlatego jest przedmiotem szczególnej wrażliwości i szczególnej troski Kościoła. Za cyframi wszak, za analizami i opisami stoi tu zawsze żywy człowiek, tragedia jego serca, jego życia, tragedia jego powołania. Rozwody, wysoka liczba rozwodów. Trwałe skłócenie i konflikty w wielu rodzinach, a także długotrwałe rozstania na skutek wyjazdu jednego z małżonków za granicę. Prócz tego coraz częściej dochodzi też do zamykania się rodziny wyłącznie wokół własnych spraw, do jakiejś niezdolności otwarcia się na innych, na sprawy drugiego człowieka czy innej rodziny – mówił podczas homilii w trakcie swojej czwartek pielgrzymki do Ojczyzny Ojciec Święty Jan Paweł II.To jest moja Matka, ta Ojczyzna!

        Z homilii Jana Pawła II wygłoszonej 3 czerwca 1991 r. na lotnisku w Masłowie koło Kielc

         Wiemy z rodzimego doświadczenia, zwłaszcza z doświadczenia minionego okresu, że to zlo pierworodne, które drzemie w duszy każdego człowieka, a które u podstaw łączy się z odrzuceniem Bożego ojcostwa, szczególnie często, szczególnie łatwo daje o sobie znać poprzez naruszenie ładu moralnego małżeństwa i rodziny. Są to dziedziny szczególnie zagrożone, szczególnie narażone. Szczególnie łatwo w tych dziedzinach, gdzie tak wiele zależy od miłości, od prawdziwej miłości, człowiek ulega egoizmowi i drugich – najbliższych! – czyni ofiarą tego egoizmu.

         Ten kryzys nie ominął rodziny, nie ominął on, niestety, polskiej rodziny! Powoduje tyle obrazy Boga, jest przyczyną wielu nieszczęść i zła. Dlatego jest przedmiotem szczególnej wrażliwości i szczególnej troski Kościoła. Za cyframi wszak, za analizami i opisami stoi tu zawsze żywy człowiek, tragedia jego serca, jego życia, tragedia jego powołania. Rozwody, wysoka liczba rozwodów. Trwałe skłócenie i konflikty w wielu rodzinach, a także długotrwałe rozstania na skutek wyjazdu jednego z małżonków za granicę. Prócz tego coraz częściej dochodzi też do zamykania się rodziny wyłącznie wokół własnych spraw, do jakiejś niezdolności otwarcia się na innych, na sprawy drugiego człowieka czy innej rodziny. Co więcej, zanika czasem prawdziwa więź wewnątrz samej rodziny: brakuje niekiedy głębszej miłości nawet między rodzicami i dziećmi czy też wśród rodzeństwa. A ileż rodzin choruje i cierpi na skutek nadużywania alkoholu przez niektórych swoich członków. (…) “Umiłowani, (…) miłość jest z Boga” – pisze św. Jan (1 J 4,7). Nie odbuduje się zachwianej więzi rodzinnej, nie uleczy się ran powstających z ludzkich słabości i grzechu bez powrotu do Chrystusa, do sakramentu. (…)

         “Czcij ojca i matkę” – powiada czwarte przykazanie Boże. Ale żeby dzieci mogły czcić swoich rodziców, muszą być uważane i przyjmowane jako dar Boga. Tak, każde dziecko jest darem Boga. Dar to trudny niekiedy do przyjęcia, ale zawsze dar bezcenny. Trzeba najpierw zmienić stosunek do dziecka poczętego. Nawet jeśli pojawiło się ono nieoczekiwanie – mówi się tak: “nieoczekiwanie” – nigdy nie jest intruzem ani agresorem. Jest ludzką osobą, zatem ma prawo do tego, aby rodzice nie skąpili mu daru z samych siebie, choćby wymagało to od nich szczególnego poświęcenia. Świat zmieniłby się w koszmar, gdyby małżonkowie znajdujący się w trudnościach materialnych widzieli w swoim poczętym dziecku tylko ciężar i zagrożenie dla swojej stabilizacji; gdyby z kolei małżonkowie dobrze sytuowani widzieli w dziecku niepotrzebny, a kosztowny dodatek życiowy. Znaczyłoby to bowiem, że miłość już się nie liczy w ludzkim życiu. Znaczyłoby to, że zupełnie zapomniana została wielka godność człowieka, jego prawdziwe powołanie i jego ostateczne przeznaczenie. Podstawą prawdziwej miłości do dziecka jest autentyczna miłość między małżonkami, zaś podstawą miłości zarówno małżeńskiej, jak i rodzicielskiej jest oparcie w Bogu, właśnie to Boże ojcostwo. (…)

         Ta moja pielgrzymka do Ojczyzny – czwarta z kolei – idzie po śladach Dekalogu. I oto rozważanie Bożych słów, stanowiących nienaruszalny ład ludzkiej moralności, prowadzi nas na każdym etapie do głębszego zrozumienia tajemnicy Jezusa Chrystusa, czyli istotnej rzeczywistości chrześcijaństwa, naszej wiary i życia z wiary, czyli naszej moralności. Chciałbym tu zapytać tych wszystkich, którzy za tę moralność małżeńską, rodzinną mają odpowiedzialność: czy wolno lekkomyślnie narażać polskie rodziny na dalsze zniszczenie?

         Nie można tutaj mówić o wolności człowieka, bo to jest wolność, która zniewala. Tak, trzeba wychowania do wolności, trzeba dojrzałej wolności. Tylko na takiej może się opierać społeczeństwo, naród, wszystkie dziedziny jego życia, ale nie można stwarzać fikcji wolności, która rzekomo człowieka wyzwala, a właściwie go zniewala i znieprawia. Z tego trzeba zrobić rachunek sumienia u progu III Rzeczypospolitej!

         “Oto matka moja i moi bracia”. Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać! Nie można dalej lekkomyślnie niszczeć!

    św. Jan Paweł II

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Warunki

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    www.duchowaadopcja.com.pl

    ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zamiast „aborcji”, wybrały życie dla swoich dzieci. Żadna z matek nie zmieniłaby swojej decyzji

    fot. Pixabay

    ***

    W ciągu 16 lat niesienia pomocy ciężarnym i rodzącym matkom będącym w trudnej sytuacji Kathleen Wilson ani razu nie usłyszała od nich, że ratując życie podjęły złą decyzję. Czy tak samo myślą kobiety, które zdecydowały o śmierci swojego dziecka i wybrały aborcję?

    Wilson w rozmowie z Tuckerem Carlsonem z Fox News wyraziła zwoje zadziwienie lewicowo liberalną narracją o „torturowaniu” i „zmuszaniu” kobiet do rodzenia dzieci przez środowiska pro life. Jak przyznała, przez 16 lat działalności ośrodka Mary’s Shelter nie spotkała matki, która po wyborze życia dla swojego dziecka żałowałaby tej decyzji.

    Jak mówiła, ma nadzieję, że mimo agresywnej narracji proaborcyjnej „nigdy nie dojdziemy do punktu, w którym potępiamy kobiety za posiadanie dzieci”

    W domach Mary’s Shelter zamieszkać mogą matki potrzebujące wsparcia przez nawet trzy lata. Znajdują tam pomoc, edukację, zdobywają wiedzę o porodzie i macierzyństwie. Przez domy w ciągu 16 lat przeszło ponad 400 potrzebujących pomocy matek.

    Nikt ich do niczego nie zmusza – przychodzą do ośrodka po pomoc. I ją znajdują. –One kochają swoje dziecko. To naprawdę takie proste. Chcą swojego dziecka. W ciągu 16 lat żadna kobieta nie powiedziała mi, że przeszła przez Mary’s Shelter, że żałuje, że ma swoje dziecko. Nigdy, przenigdy – mówiła Wilson.

    Troszczymy się o dziecko w łonie matki. Kochamy dziecko w łonie matki, ale kochamy też tę mamę. A kobiety przychodzą do nas z tyloma dziećmi, ile mają. Kochamy wszystkie te dzieci – dodała.

    Owszem, w ośrodku były kobiety pełne żalu, smutku i goryczy – miały one za sobą złą decyzję o uśmierceniu swojego nienarodzonego dziecka.

    źródło: marsz.info/MA/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Joseph Strickland:

    Sprzeciw wobec aborcji to nie kwestia katolicka, to kwestia ludzka

    Bp Joseph Strickland: Sprzeciw wobec aborcji to nie kwestia katolicka, to kwestia ludzka

    fot. screenshot – YouTube (St. Philip Institute)

    ***

    „Jeśli rozumiemy, czym jest aborcja – zabraniem ludzkiego życia – wówczas nie możemy powiedzieć: Cóż, możecie zabrać kilka. Albo: Są dość młode, tak, możecie je zabić. Myślę, że to nie ma sensu” – stwierdził bp Joseph Strickland z diecezji Tyler w Teksasie. W programie The Bishop Strickland Hour, którego gospodarzem jest Terry Barber, amerykański hierarcha stwierdził, że ochrona życia ludzkiego wymaga najlepszych praw z możliwych i że „nie możemy ustąpić” w tej kwestii. „To naprawdę bitwa i musimy toczyć bitwę o każde dziecko w każdym życiu” – stwierdził.

    Rozmówcy poruszyli kwestię weta gubernator Laury Kelly z Kansas, która zablokowała w kwietniu ustawę wprowadzającą wymóg, by dzieciom, które przeżyły aborcję, udzielono podstawowej pomocy lekarskiej. Pro-liferzy określili jej decyzję jako „bezduszną”.

    Bp Strickland zauważył: „To nie jest kwestia katolicka. To nie jest: Och, ci wierzący! To kwestia ludzka. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do aborcji jako prawa obowiązującego w tym kraju. I teraz ludzie rozważają dzieciobójstwo. Myślę, że to barbarzyńskie. To po prostu nieludzkie powiedzieć: To dziecko (…) – nikt go nie chce, a więc można je zabić. Gdzie jest tego kres?”

    W rozmowie o zabijaniu nienarodzonych bp Strickland nawiązał do encykliki Piusa XI Casti connubii, której tematem jest małżeństwo chrześcijańskie. W encyklice tej można przeczytać m.in.: „W końcu nie powinny rządy i ciała ustawodawcze o tym zapominać, że to ich obowiązek stanąć za pomocą odpowiednich ustaw i kar w obronie życia niewinnych. Obowiązek ten jest tym pilniejszy, im mniejsza możliwość samoobrony u tych, których życie jest zagrożone i zwalczane. Do nich zaliczyć należy przede wszystkim dzieci w łonie matki”.

    Ojciec święty przestrzega w swej encyklice, by rządzący, którzy niewinne dzieci „wydają w ręce lekarzy i innych osób na śmierć pewną”, pamiętali, że „Bóg jest sędzią i mścicielem krwi niewinnej, wołającej z ziemi do nieba”. Komentując słowa Piusa XI, bp Strickland podkreślił raz jeszcze, że kwestia mordowania nienarodzonych nie jest jedynie kwestią katolicką: „I jesteśmy tak daleko od tej prawdy, to tragiczne dla ludzkości”.

    „Musimy być żarliwi w dzieleniu się prawdą i w głoszeniu prawdy, nie przepraszając za nią, nie idąc na kompromisy – stwierdził teksański biskup. – I (…) można powiedzieć, że rozpaczliwe czasy domagają się desperackich środków. Sądzę, że ta desperacja oznacza, że musimy desperacko uczyć prawdy i miłości Bożej. Nie atakujemy nikogo. Głosimy prawdę, to znaczy o ochronie każdego i pamiętania o świętości życia, które każda osoba otrzymała od Boga”.

    jjf/LifeSiteNews.com; opoka.org.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Eva Vlaardingerbroek: nie ma większych degeneratów od tych, którzy propagują aborcję

    Znana holenderska komentatorka medialna, która niedawno z radością ogłosiła swoją konwersję na katolicyzm, w mocnych słowach uderzyła w osoby promujące bezkarny proceder mordów prenatalnych. Co ciekawe, pod jej wpisem komentarz zostawił Elon Musk, pisząc… „to prawda”.

    Nie ma dla mnie nic bardziej narcystycznego, zdegenerowanego i złego niż ludzie, którzy propagują aborcję lub nieposiadanie dzieci z powodu „zmian klimatycznych” lub „obecnego stanu świata” – napisała na Twitterze Eva Vlaardingerbroek, udostępniając przy tej okazji artykuł o kobiecie, która zabiła swoje dziecko, ponieważ – jak twierdzi – „większość młodych dorosłych jest zaniepokojona o przyszłość swoich dzieci z powodu kryzysu klimatycznego”.

    Jeśli myślicie, że wasze życie jest „ciężkie” lub świat jest zbyt „niesprawiedliwy”, by sprowadzić na niego dziecko, to pomyślcie przez jedną cholerną sekundę o życiu naszych przodków i o tym, że nigdy nawet na moment nie przyszłoby im do głowy zabijać własne dzieci. Weźcie się w garść, przygłupy – dodała, nie przebierając w słowach, Eva.

    Pod wpisem komentarz zostawił właściciel Twittera, Elon Musk, który napisał: To prawda. To, co faktycznie dzieje się w większości krajów, to katastrofa populacyjna! Bardzo ważne, aby powoływać nowych ludzi. Brak nowych ludzi oznacza brak ludzkości.

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Transsubstancjacja była dla mnie kluczem”. Znana konserwatywna publicystka przyjęła katolicyzm

    fot. FB/PCh24.pl

    ***

    W niedzielę 23 kwietnia 2023 roku znana konserwatywna komentatorka polityczna i filozof, Eva Vlaardingerbroek, przyjęła wraz ojcem prawdziwą wiarę. W rozmowie z Edwardem Pentinem opowiada o swoim nawróceniu i przekonaniu, że ortodoksyjna wiara katolicka jest najpotężniejszą bronią przeciwko lewicowemu i globalistycznemu dyktatowi naszych czasów.

    Urodzona z katolickiej matki i protestanckiego ojca, 26-letnia Vlaardingerbroek została wychowana jako chrześcijanka, ale dopiero pandemia COVID-19 w pełni obudziła ją na rzeczywistość duchowej bitwy, przed którą stoi świat, i uświadomiła sobie, że wiara katolicka jest „najpotężniejszą bronią” przeciwko współczesnemu relatywizmowi moralnemu – czytamy w portalu National Catholic Register.

    Na łamach tegoż portalu ukazał się wywiad, w którym Eva odpowiada na pytania znanego publicysty katolickiego Edwarda Pentina. Rozmówczyni – zapytana, co przekonało ją, że „Kościół katolicki jest jedyną prawdziwą wiarą ufundowaną przez Chrystusa” – przyznaje, że środowiska akademickie i mainstreamowe zawsze próbowały wykluczać ją z powodu jej konserwatywnych poglądów, natomiast w dobie tzw. pandemii koronawirusa to wyklucza stało uzyskało sankcję rządową.

    – W tym czasie całym sercem zdałam sobie sprawę, że nie toczymy tylko walki politycznej (prawica kontra lewica), ale że mamy do czynienia z walką duchową (dobra ze złem). Pochopność, z jaką ludzie byli gotowi potępiać tych z nas, którzy nie podążali za „nauką”, oraz z jaką nasze rządy znosiły nasze konstytucyjne prawa, były dla mnie prawdziwym dzwonkiem alarmowym – opowiada.

    Jako filozof nie była ona zainteresowana dyskutowaniem, czy choćby na temat czy tzw. szczepionki powinny być podawane ze względów medycznych, lecz interesowały ją względy moralne. – A jedyną postawą moralną, która wydawała mi się słuszna, było to, że zostałam stworzona na obraz Boga, że ​​moje ciało jest świątynią i że prawa, jakimi się cieszę, zostały mi nadane przez mojego Stwórcę i dlatego są niezbywalne – kontynuuje.

    Od tego momentu komentatorka zaczęła otwarcie mówić o swojej motywacji religijnej, co – jak wspomina – stało się podstawą do jeszcze zacieklejszych ataków ze strony wrogów prawdy. – Doświadczyłam tego, co się dzieje, gdy wychodzisz i mówisz o swojej miłości do Chrystusa: siły zła na świecie stają się tym głośniejsze, bo niczego nie nienawidzą bardziej niż świadectwa, ale siły dobra w moim życiu stały się również sto razy silniejsze i ja stałam się silniejsza – relacjonuje.

    W podjęciu ostatecznej decyzji pomogły jej programy na YouTubie prof. Petera Kreefta, a szczególnie odcinek zatytułowany Siedem powodów, dla których każdy powinien zostać katolikiem. – Oglądałam to i po prostu nie byłam w stanie dyskutować tym, co mówił. Wszystko miało sens. Od faktu, że sam Chrystus założył Kościół, przez znaczenie świętych, po prawdziwy cud Eucharystii. Wiedziałam, że muszę dokonać wyboru – wyznaje Eva Vlaardingerbroek.

    Jak sama przyznaje, elementem kluczowym była prawda o przeistoczeniu i realnej obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. – Transsubstancjacja była dla mnie kluczem. Jako protestantka odrzucałam tę koncepcję, nigdy nie czułam, że mogę to zracjonalizować, więc poszłam z argumentem, że „to symbol”. Ale kiedy spojrzysz na Pismo Święte, na to, co sam Jezus powiedział, jest to krystalicznie jasne. To wcale nie jest symboliczne. I chociaż nie potrafię tego zracjonalizować, wierzę w to: ponieważ jeżeli Chrystus powiedział, że tak jest, to tak jest. Nie pozostaje więc nic innego, jak zostać katolikiem – podkreśla.

    – Najpotężniejszą bronią przeciwko lewicowemu relatywizmowi jest wiara katolicka. Co może być lepszego w czasach, gdy ludzie mówią, że „wszystko jest dozwolone” niż powiedzieć „nie”? Istnieje coś takiego jak piękno, istnieje coś takiego jak Dobro i istnieje coś takiego jak Prawda. On jest Prawdą, Drogą i Życiem. I to się nigdy nie zmieni. Doktryna katolicka pozostaje taka sama, bez względu na to, kto jest papieżem i jakie zawirowania przeżywa Kościół jako instytucja. Doktryna przetrwała i zawsze przetrwa próbę czasu, ponieważ On sam założył Kościół – nie ma wątpliwości rozmówczyni Edwarda Pentina.

    Filozof znana m. in. z przemówienia zatytułowanego Odrzucić globalizm: przyjąć Boga na Narodowej Konferencji Konserwatywnej w Brukseli podkreśla, że wiara katolicka jest jedyną odpowiedzią na zamęt współczesnego świata.

    – Problem polega na tym, że wielu chrześcijan daje się nabrać na „piękne słowa”, których używają globaliści, aby sprzedać nam swoje plany. Czy to zmiana klimatu, COVID czy transhumanizm, przedstawiają swoje „rozwiązania” pod pozorem równości i szlachetnych pretekstów, ale tak naprawdę, jeśli spojrzeć na to, co tak naprawdę proponują, zawsze sprowadza się to do tego, że ci ludzie chcą bawić się w Boga. A rozwiązania, które oferują — paszporty szczepionkowe, transhumanizm, „ratowanie planety” – zawsze żywią się ludzkim strachem przed śmiercią – tłumaczy Vlaardingerbroek.

    Jest przy tym przekonana, że narracja, która wmawia ludziom „ty możesz mieć swoją prawdę, a ja mam swoją” jest doskonałym wypełnieniem tego, w co diabeł chce, aby ludzie wierzyli. – Chrystus jest Prawdą, Drogą i Życiem. Jeśli naprawdę w to wierzymy, powinniśmy to mówić głośno. Moralność oparta na świeckich wartościach jest jak dom bez fundamentów. Dom może ładnie wyglądać z zewnątrz, mogą go zbudować mili, mający dobre intencje ludzie, ale nie będzie on trwały – dodaje.

    Również w odpowiedzi na szaleństwo feminizmu i tzw. ideologii gender odpowiedzią jest jej zdaniem „bezwzględna bezkompromisowość” wyznawania prawdy Jezusa Chrystusa w Jego prawdziwym Kościele. – Bóg stworzył Adama i Ewę, a nie 73 różne płcie. To człowiek próbuje być swoim własnym małym bogiem, co nigdy nie działało i nigdy nie zadziała. I my to wiemy. Moje pokolenie jest absolutnie nieszczęśliwe. Tak więc najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić jako katolicy, jest mówić ludziom, że istnieje alternatywna droga, którą można podążać. Ona istnieje i ma imię: Jezus Chrystus – kończy Eva Vlaardingerbroek.

    PCh24pl/źródło: ncregister.com

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Prawda, dobro i piękno. Tak dokonało się nawrócenie Evy Vlaardingerbroek

    źródło: YouTube/ The Spectator

    ***

    „Prawda, dobro i piękno to trzy rzeczy, których każdy chce. Przeznaczeniem każdej duszy jest nieskończony głód tych trzech pokarmów” – te między innymi słowa z przemówienia prof. Petera Kreefta wpłynęły na nawrócenie na katolicyzm holenderskiej filozof i publicystki Evy Vlaardingerbroek, o którym głośno ostatnio w mediach.

    Sama konwertytka wskazała na nagrania na portalu YouTube, które zainicjowały jej nawrócenie, wymieniając w szczególności wykład prof. Kreefta, jaki wygłosił on na diecezjalnej konferencji mężczyzn w 2017 r. w diecezji Harrisburg w stanie Pensylwania: „7 powodów, dla których każdy powinien być katolikiem”.

    Sam Peter Kreeft jest konwertytą na katolicyzm, wykładowcą filozofii w Boston College, apologetą katolickim i autorem ponad 100 książek, z których część jest dostępna także po polsku. W swoim trwającym godzinę przemówieniu z 2017 r. jako siedem powodów nawrócenia na katolicyzm wymienia fakt, że wiara katolicka jest prawdziwa, dobra, piękna, a jej prawdziwość potwierdzają fakty historii, daje ona światu świętych, wiedzie ludzi do Nieba i w Kościele katolickim spotykają oni Jezusa Chrystusa.

    Podkreślając nierozerwalność piękna, prawdy i dobra, Kreeft stwierdza, że w Kościele tęsknota człowieka do nich zostaje spełniona poprzez trzy cnoty teologiczne: wiarę, nadzieję i miłość. Jak wyjaśnia, są one „duchowym klejem, który łączy nas z Bogiem”, który z kolei zaspakaja w pełni pragnienie piękna, prawdy i dobra. Człowiek poznaje prawdę przez wiarę, dobro przez miłość i ma nadzieję na nieskończone piękno, którym jest wizja uszczęśliwiająca.

    Nazywając rewoltę protestancką „największą tragedią w historii widzialnego Kościoła”, Kreeft krytykuje doktrynę Marcina Lutra o „sola fide”, stwierdzając, że „wiara, która jest obojętna na miłość i miłość, która jest obojętna na wiarę to nie jest prawdziwa wiara ani prawdziwa miłość”.

    Mówiąc o historycznych faktach, które potwierdzają prawdziwość katolicyzmu, prof. Keeft stwierdza przede wszystkim, że do jego własnego nawrócenia przyczynił się „historyczny fakt, że Jezus Chrystus ustanowił Kościół katolicki”. A skoro, jak wskazuje historia, to Chrystus założył Kościół, to nie można do niego nie należeć. Przedstawiając historię Kościoła i dowody na sukcesję apostolską, apologeta stwierdził: „Jaka inna widzialna instytucja ludzka zachowała swoją naukę w całkowitej czystości, choć jej nauczyciele byli dalecy od całkowitej czystości? To cud!”.

    Według prof. Kreefta „nie można sprzeczać się ze świętymi”, którzy odgrywają „niesamowitą” rolę jako wzory wiary, a „święty we współczesnym politycznie poprawnym świecie wyglądałby dokładnie tak, jak św. Tomasz Morus”. Jest to też punkt, który musiał przemówić mocno do Evy Vlaardingerbroek, która stwierdziła: „Doświadczyłam tego, co dzieje się, kiedy wychodzi się i mówi o swojej miłości do Chrystusa: Siły zła na świecie stają się głośniejsze, ponieważ nienawidzą niczego bardziej niż świadectwo”.

    Podając jako szósty argument Niebo, amerykański apologeta stwierdził: „Bądź katolikiem, ponieważ to ustanowiony przez Boga sposób dostania się do Nieba”. Bycie katolikiem przyrównał on też do „Arki Noego, a Arka Noego płynie do lądu życia”.

    Ostatni – siódmy – argument okazał się też „kluczowy” dla Vlaardingerbroek. Prof. Kreeft mówiąc o Bogu jako początku i celu człowieka, podkreślił znaczenie sakramentów, a w szczególności Eucharystii, w której człowiek jednoczy się z Bogiem. Kreeft zauważył, że przed reformacją nikt nie kwestionował rzeczywistej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, „nikt nie mówił, że to tylko symbol”. Według profesora w X wieku Berengar z Tours był pierwszym, który to zakwestionował i „został natychmiast określony jako heretyk; wyraził żal, został pojednany z Kościołem”.

    PCh24.pl/źródło: ChurchMilitant.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy 3 maja obowiązuje nas udział we Mszy św.?

    W uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, 3 maja, choć wskazany jest udział we Mszy św., nie jest obowiązkowy, gdyż nie jest to tzw. święto nakazane.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wśród licznych świąt kościelnych można wyróżnić święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są od uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.

    Święta nakazane w 2023 roku:

    1 stycznia (niedziela) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (piątek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    9 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    21 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    28 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    8 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (wtorek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (środa) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. Niewątpliwie tym dniem jest uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak polscy biskupi zachęcają do udziału w liturgii również w te dni.

    Pozostałe ważne dni w 2023 roku:

    22 lutego (środa) – Środa Popielcowa

    25 marca (sobota) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    6-8 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne (UWAGA: Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    10 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    3 maja (środa) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski

    29 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (czwartek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    8 grudnia (piątek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (wtorek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    ___________________________________________________________________________________________

    Były pastor:

    Chrystus zmienił największą zbrodnię w dziejach ludzkości w źródło zbawienia

    Były pastor: Chrystus zmienił największą zbrodnię w dziejach ludzkości w źródło zbawienia

    archiwum Scotta Hahna

    ***

    O tym, w jaki sposób Chrystus zmienił utratę życia w oddanie go, mówi Scott Hahn, teolog.

    Jakub Jałowiczor: Pana książka nosi tytuł „Śmierć jest nadzieją”. Rozumiem, że można mieć nadzieję pomimo śmierci, ale jak można widzieć nadzieję w samej śmierci?

    Scott Hahn: W drugim rozdziale Księgi Rodzaju pierwszy ojciec otrzymuje dar życia. Pierwszy oddech bierze po tym, jak Bóg tchnie w jego nozdrza życie. Zatem Adam miał życie naturalne, fizyczne, oddychał powietrzem, jak my, ale Bóg tchnął w niego coś, czego nie można sprowadzić po prostu do tlenu. To jest życie Boga, życie wieczne.

    Co z tego wynika?

    Bóg zaprasza Adama, by korzystał z owoców wszystkich drzew, oprócz jednego, i ostrzega: „Jeśli z niego zjesz, na pewno umrzesz”. To znaczące, bo jeśli przewrócimy stronę i spojrzymy na scenę kuszenia, to wąż mówi tam: „Nie umrzesz”. A Adam i Ewa jedzą owoc i nie umierają. Można wpaść w konsternację. Bóg nie mówi: „Będziesz winny śmierci” albo: „Zaczniesz umierać w długi i bolesny sposób”. Mówi: „Kiedy zjesz, na pewno umrzesz”. Czy w takim razie wąż mówi prawdę? Nie. Czy Bóg rzuca pustą pogróżkę? Nie. Co się dzieje? Można stracić naturalne, cielesne życie z powodu strzału w głowę, raka, covidu, ale życie Boże tracimy wtedy, kiedy popełniamy śmiertelny grzech. Apostoł Jan pisze w liście o grzechach, które można nazwać powszednimi, które nas ranią i osłabiają, i takich, które są śmiertelne w takim sensie, w jakim Grecy używali słowa tanathos, pojawiającego się w Księdze Rodzaju. Zatem – czego uczy Tradycja, a zwłaszcza św. Paweł – w dniu, kiedy pierwsi rodzice zjedli zakazany owoc, popełnili śmiertelny grzech, duchowe samobójstwo. Stracili życie Boskie, doświadczyli śmierci, która nie jest metaforą czy figurą retoryczną. Utrata życia Bożego to nie jest coś mniej niż zwykła śmierć, ale coś daleko więcej niż utrata ludzkiego życia. Tradycja Kościoła przekazuje nam, że grzech pierworodny nie sprawia, że urodziliśmy się zdeprawowani, jak wierzyłem, kiedy byłem protestanckim pastorem, ale że urodziliśmy się pozbawieni czegoś – Bożego życia. To jest ciężki spadek po pierwszych rodzicach.

    I gdzie tu nadzieja?

    W Bożym planie pojawia się nowy Adam, który w darze miłości traci ludzkie życie, aby dać nam życie, które nie jest naturalne, lecz Boskie i przekraczające naturę. Zawsze będziemy doświadczać cierpienia i śmierci i bać się ich, jak nasz Pan w Getsemani. Niemniej jednak to, czego się boimy znacznie bardziej, jest powtórzeniem czynu pierwszych rodziców, czyli popełnieniem śmiertelnego grzechu, utratą Boskiego życia. Jezus egzekucję dokonaną przez Rzymian przemienił w najdoskonalszą ofiarę. Nikt nie patrzył na to jak na poświęcenie, ludzie widzieli egzekucję. Jeśli jednak spojrzysz na Wielki Piątek w kontekście Wielkiego Czwartku, to widzisz, że Eucharystia jest początkiem poświęcenia, a oddanie życia jest jego finałem. Niedziela Wielkanocna zmienia zaś tę ofiarę w taki sakrament, który jest wieczny. Kiedy my doświadczamy śmierci, musimy nie tylko zebrać się na odwagę, jak mówili stoicy, ale odwołać się do miłości, którą Jezus Chrystus w nas wlewa. Napisałem książkę, mając nadzieję, że wyjdzie na Wielkanoc 2020 r. Przyszła jednak pandemia. Cały świat doświadczał cierpienia i śmierci, przed którą nie mógł uciec. Powinniśmy przemyśleć, czego tak naprawdę się boimy. Dla czego żyjemy. I jak podchodzimy do nieuniknionego cierpienia.

    Uważa Pan, że to zrobiliśmy? Przemyśleliśmy przy okazji pandemii to, jak podchodzimy do cierpienia i śmierci?

    Pandemia z jednej strony wzmocniła pogańskie, postchrześcijańskie, epikurejskie: „Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy”; z drugiej pokazała ludziom, że obecne życie nie jest wszystkim. Jest darem, jest dobre, ale nie jest wszystkim. I czekamy na coś lepszego. Jeśli przeżywamy każdy dzień w świetle wieczności, to nie czerpiemy z niego mniej, tylko o wiele więcej. Ponad milion ludzi zmarło z powodu covidu, a wszyscy umrzemy prędzej czy później. Co jednak zrobił Chrystus ze śmiercią? Zmienił utratę życia w oddanie życia. Możemy powiedzieć, że to, co się wydarzyło w Wielki Piątek, to największa zbrodnia w dziejach ludzkości, popełniona przeciwko Stwórcy, naszemu Panu i Zbawicielowi. Ale On przekształca tę największą zbrodnię w największe źródło zbawienia dla całej ludzkości. Żołnierze Go torturowali, przebijali Mu ręce i nogi, a On nie tylko to znosił, ale zbawiał ludzi, którzy się nad Nim znęcali. Ratował tych, którzy go zabijali.

    W takim razie to dobrze, że umieramy?

    Śmierć sama w sobie nie jest dobra, ale Bóg przemienia zło w większe dobro. Gdyby pierwsi rodzice nie zgrzeszyli, byłoby dużo lepiej, ale to była – jak śpiewamy w czasie Wigilii Paschalnej w Exultecie – szczęśliwa wina. W Chrystusie moc Boża, dobroć Boga i Jego mądrość pracowały razem, aby powstało większe dobro, żebyśmy dzielili Boże życie, żebyśmy byli złączeni z Chrystusem w Jego śmierci i zmartwychwstaniu. Zbawienie to nie jest plan B – to plan Boży od samego początku. Inna rzecz, która przychodzi mi do głowy: można powiedzieć, że to, co człowiek kocha, poznaje się po tym, za co jest w stanie cierpieć. Kiedy człowiek przygotowuje się do igrzysk olimpijskich, cierpi, zwiększając intensywność treningów. W biznesie musisz cierpieć, ciężko pracując, aby dostać to, co kochasz, choć to nic więcej niż pieniądze. To samo widać w każdej innej dziedzinie życia. A żyjemy dla czegoś więcej niż medal i osobisty sukces. Żyjemy w świetle wieczności, więc perspektywa śmierci oznacza przejście do czegoś, czego, jak czytamy w Pierwszym Liście do Koryntian, oko nie widziało i ucho nie słyszało. Powinniśmy mieć tę wieczną perspektywę zwłaszcza wobec cierpienia, nie tylko naszego, ale i naszych bliskich. To gruntownie zmienia życie.

    Pisze Pan w książce o zmartwychwstaniu ciała. Właściwie dlaczego ważne jest to, że zmartwychwstaje ciało?

    Ciało jest czymś naturalnym i koniecznym, żebyśmy byli ludźmi. To, że z biegiem czasu starzeje się i choruje, sprawia, że wielu ludzi traktuje je jak opakowanie duszy. Kiedy ciało umrze, dusza jest wolna. Nie jest to całkowita pomyłka, ale i nie cała prawda. Dusza jest otwarta na relacje wspólnoty i miłości, ale ciało jest w tych relacjach czymś koniecznym. Poprzez ciało poznajemy siebie i innych ludzi. To, że Bóg nas takimi stworzył, nie jest tylko przejściową sytuacją. Kiedy patrzymy na zmartwychwstanie Chrystusa, widzimy coś więcej niż wskrzeszenie Łazarza. W Eucharystii spożywamy nie tylko Jego ciało i krew, ale Jego zmartwychwstałe ciało i krew. Spożywamy to, co w Chrystusie było ludzkie i zostało przebóstwione. Może On zatem zmienić i przebóstwić także nas. W Stanach Zjednoczonych używa się zwrotu „katolickie gadanie”. Oznacza to powtarzanie formuł, których się nauczyłeś i możesz nawet uczyć innych, ale ich nie rozważasz. A jeśli jednak to zrobimy, one nas będą przenikać i wzywać do myślenia i do wyboru innego życia. Do tego, by cierpieć i umrzeć z nową nadzieją. Nie jesteśmy masochistami, ale maksymalistami. Nie chcemy przetrwać cierpienia, ale przemienić je, jak Jezus, z utraty życia w oddanie życia.

    Jakie będzie zmartwychwstałe ciało?

    Tego, czego na ten temat nie wiemy, jest dużo więcej niż tego, co wiemy. W książce przytaczam wynikające z Tradycji opisy, jakiego zmartwychwstałego ciała możemy się spodziewać. Nie będzie ono mogło cierpieć i umierać. Nie będziemy mieli ciała niezdarnego i słabego, ale subtelne. Ta subtelność będzie darem pozwalającym wchodzić w głębsze relacje z innymi ludźmi. Sprawność – nie do końca rozumiem, jak to może wyglądać, ale każdy zmartwychwstały będzie sprawniejszy od ziemskiego olimpijczyka. Może to brzmieć jak przesada, ale to nawet nie zbliża się do tego, co nastąpi. Cechą zmartwychwstałych ciał ma być przejrzystość. To nie znaczy, że będzie można przez nie patrzeć jak przez okno, ale to cecha, która sprawia, że w niebie przyjaciele, ale i obcy będą się znali lepiej, niż ja się znam z żoną Kimberly po 44 latach, albo jak mnie zna 6 moich dzieci i 21 wnuków.

    Jest Pan przygotowany na śmierć?

    Chciałbym powiedzieć, że tak, ale za dobrze się znam. Jestem jak człowiek z Ewangelii, który mówi: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!” (Mk 9,24). Mam nadzieję, ale pomóż mi z moim brakiem odwagi, kocham, ale nawet nie zbliżam się do tego, jak jestem kochany. •

    Scott Hahn – teolog katolicki, były prezbiteriański pastor, założyciel Centrum Teologii Biblijnej św. Pawła w Steubenville (USA).

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Vittorio Messori: Z ciemności niewiary do spotkania z Chrystusem

    fot. screenshot – YouTube (ASCOLTARE, LEGGERE, CRESCERE)

    ***

    Vittorio Messori: Z ciemności niewiary do spotkania z Chrystusem

    Latem 1964 r. w życiu 24-letniego studenta Vittoria Messoriego dokonała się radykalna przemiana. Doświadczył namacalnie istnienia Boga. Z agnostyka stał się jednym z najznamienitszych współczesnych apologetów Kościoła katolickiego, wielkiej sławy pisarzem i dziennikarzem, którego książki są w czołówce światowych list bestsellerów.

    Nawrócenie – jak twierdzi Messori w książce Dlaczego wierzę – spotkało go bez żadnej jego zasługi. Był to “tajemniczy dar”, który został mu ofiarowany w formie propozycji. Oczywiście, że mógł ten dar odrzucić i powiedzieć “nie”, ale gdyby to zrobił, byłby – jak sam twierdzi – “skończonym osłem, który zamyka nie tylko serce, ale też oczy, odrzucając to, co oczywiste. I przez to obciążając swe sumienie ogromnym ciężarem wyrzutów” (s. 22).

    Wiara w Jezusa Chrystusa stała się dla Messoriego tak drogocennym skarbem, że gotów jest dzisiaj w jej obronie oddać życie. Wolałby umrzeć niż zaprzeć się Chrystusa. Z całą szczerością wyznał, że gdyby ktoś przystawił mu pistolet do głowy i zagroził, że naciśnie cyngiel, jeżeli nie wyrzeknie się Ewangelii i nie uzna, że jest ona jedną wielką iluzją i mitem, to wtedy wybrałby śmierć. Nie potrafiłby zaprzeczyć niczemu, co jest w wyznaniu katolickiej wiary.

    Dzieciństwo i formacja

    Rodzice Vittoria Messoriego pobrali się w 1940 r. Matka miała wtedy 19 lat, a ojciec był o dwa lata starszym żołnierzem; zakochali się i wzięli ślub. Rodzice Vittoria byli uczciwymi ludźmi, bez nałogów, solidnie wypełniającymi swoje obowiązki. Jednak zarówno oni, jak i ich najbliżsi krewni byli agresywnymi antyklerykałami i agnostykami, odrzucali wszystko, co miało związek z religią. Po skończonej wojnie przenieśli się z Sassuolo do Turynu, gdzie ojciec Vittoria pracował jako urzędnik, a jego mama prowadziła dom. Pomimo tego. że trzymali się z dala od Kościoła, Vittorio przystąpił do Pierwszej Komunii św. i tego samego dnia przyjął również sakrament bierzmowania. Ta decyzja rodziców spowodowana była panującym przekonaniem, że dzieci trzeba doprowadzić do sakramentów, aby chroniły ich one przed nieszczęściem.

    Po przyjęciu Pierwszej Komunii św. Vittorio nie miał w ogóle kontaktu z katechezą i Kościołem. Wychował się i wzrastał w laickiej, antykościelnej i antyklerykalnej kulturze, która boleśnie odczuwała zamknięcie się na wymiar wiary, chociaż nie potrafiła i nie chciała się do tego przyznać. Przez długi czas Vittorio nie był świadomy, że tej laickiej kulturze, która nazywała się otwartą, wolną, krytyczną, nie można zadawać pytań o sens życia i śmierci, o ludobójstwo w Wandei czy o miliony krwawych ofiar francuskiej rewolucji.

    Yittorio chodził do Gimnazjum i Liceum Massima D’Azeglia w historycznym centrum Turynu. Była to szkoła dla dzieci z najbardziej wpływowych rodzin miasta. Uczyły się w niej między innymi dzieci rodziny Agnelli, właścicieli zakładów Fiata. To w tej szkole powstała drużyna piłkarska Juventus, a także słynne wydawnictwo Giulia Einaudiego, szerzące liberalną i marksistowską ideologię. Szkoła ta wychowywała agnostyków i ateistów, wyznawców racjonalizmu, niechętnych lub wręcz wrogich Kościołowi katolickiemu. Panował w niej rygorystyczny agnostycyzm, obowiązywał zakaz mówienia o zagadnieniach religijnych. Tak więc środowisko, w którym się wychowywał i wzrastał Vittorio, było całkowicie zamknięte na sprawy religijne i wrogie Kościołowi katolickiemu.

    Po szkole średniej Vittorio kontynuował swoją “laicką” formację, studiując nauki polityczne. Aby opłacić studia, pracował w nocy jako telefonista w miejskiej centrali telefonicznej. Był bardzo gorliwym studentem, można powiedzieć, wręcz pasjonatem, o niewyczerpanej intelektualnej ciekawości. Studiował całymi dniami, również w dni świąteczne.

    Pytanie o sens śmierci

    W upalne popołudnie, latem 1964 r., w życiu Vittoria dokonał się gwałtowny, radykalny przełom. Do tego czasu był agnostykiem i.antyklerykałem, bez żadnych kompleksów i frustracji społecznych, studentem prestiżowej uczelni czystego i agresywnego laicyzmu. Nie zawracał sobie głowy poszukiwaniem absolutnej prawdy, po prostu nie wierzył w jej istnienie. Na katolików patrzył z pogardą, jak na przesądnych wyznawców anachronicznych mitów. Nic więc nie predysponowało Messoriego do tego, aby kierować swoje zainteresowania w stronę chrześcijaństwa, a tym bardziej w kierunku mistycznych doznań.

    W tym okresie Messori zachwycał się książką Mdłości znanego francuskiego filozofa i ateisty J.-P. Sartre’a. Fascynował się ideami ateistycznego egzystencjalizmu, ale faktu śmierci nie odnosił do siebie. Jednak tamtego pamiętnego dnia, latem 1964 r., po raz pierwszy uświadomił sobie, że śmierć to także jego osobisty problem. Zadawanie pytań o sens życia traktował do tej pory jako infantylizm niegodny dojrzałego człowieka. Tym razem jednak do siebie odniósł pytanie: czy wraz z moją śmiercią wszystko się skończy? Uświadomił sobie, że na to najważniejsze pytanie nie otrzymał odpowiedzi – ani od swoich nauczycieli, ani od racjonalistycznej ideologii, w której się wychował. Czy rzeczywiście śmierć wprowadzi go w czarną otchłań nicości? Uświadomił sobie, że jeśli śmierć jest końcem wszystkiego, to wtedy jego życie jest absurdalne i nie ma sensu.

    Świadomość ta niosła ze sobą wielkie duchowe cierpienie, wewnętrzny krzyk o ratunek – krzyk człowieka pogrążonego w beznadziejności.

    Tego pamiętnego letniego dnia w 1964 r. Vittorio czuł się zupełnie osamotniony. Tym bardziej że w domu został sam, gdyż rodzice z bratem wyjechali na wakacje. Nie było wykładów, więc spał do samego południa. I sam nie wie, jak to się stało, że właśnie tego dnia, po południu, wziął do ręki skromne, kieszonkowe wydanie Ewangelii. Sam nie wie, w jaki sposób znalazła się ona w jego pokoju, nie wie, skąd pochodziła. Po prostu leżała w kącie szafy. Nie wie także, czego w niej szukał, gdyż niczego po tej lekturze się nie spodziewał. Był przecież agnostykiem, dla którego szukanie odpowiedzi na pytanie o istnienie Boga było tylko stratą czasu.

    Istnieje inny świat

    Jednak fakt, że sięgnął wtedy po Ewangelię, Messori odczytuje dzisiaj jako znak dyskretnego Bożego prowadzenia. Wziął ją, otworzył i zaczął czytać: “Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28) – i wtedy stało się coś niesamowitego. Nagle jakby łuski spadły mu z oczu. Został ogarnięty przedziwnym światłem słodyczy miłości, miłosierdzia i sprawiedliwości. Wzruszony czytał dalej: “Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11, 29). Do głębi wstrząsnęła nim przestroga zawarta w przypowieści o nieurodzajnym drzewie figowym (Łk 13,6-9). I właśnie wtedy Vittorip został ogarnięty niesamowitym żarem miłości, czułości i pokoju, i przeprowadzony jakby przez próg, za którym istnieje inny świat, naznaczony świętością i niedoświadczalny zmysłami. To było mistyczne doświadczenie światła obecności Chrystusa, które jak strumień wytrysnęło z Ewangelii. Messori mówi, że tego spotkania z Chrystusem nie jest w stanie wyrazić słowami. Z ciemności niewiary wyłoniło się niespodziewanie Światło i Vittorio spotkał Chrystusa “w sensie fizycznym, prawdziwym: tak bardzo rzeczywista była pewność tej Obecności. Z papierowych kart – pisze Messori – Słowo naprawdę stało się dla mnie ciałem, ofiarowując mi radość i niepokój, wielki entuzjazm i bojaźń, zadowolenie z wypełnionej powinności i wyrzuty sumienia z powodu niewierności. (…) Wiara dla chrześcijanina to spotkanie Osoby, która jednocześnie jest miłosierna i surowa, ludzka i boska. Spotkaniu temu towarzyszy nieodparta potrzeba podążania za Nią i bycia Jej posłusznym” (s. 64).

    Messori podkreśla, że to doświadczenie było absolutnie obiektywnym faktem, a nie iluzją lub przejawem jakiejś choroby psychicznej. Zrozumiał wtedy, że największym szczęściem człowieka jest otwarcie się na obecność wszechmogącego Boga i powierzenie Mu z dziecięcą ufnością całego siebie i całej swojej wolnej woli. Z radością odkrył, że jest dzieckiem Boga Ojca, który jest miłością, a jeżeli całkowicie zaufa Jego Opatrzności, wszystko w jego życiu będzie miało sens. Takie bezgraniczne zaufanie i zawierzanie siebie Bogu, szczególnie w sytuacjach duchowej pustki i cierpienia, zapewni prawdziwy pokój ducha wśród bolesnych zmagań, jakie niesie życie.

    Spotkanie z Chrystusem było w życiu duchowym Messoriego jak tsunami, które roztrzaskało w kawałki całą jego dotychczasową racjonalistyczną i materialistyczną ideologię, jego sposób myślenia i wartościowania. Został napełniony obecnością Boga, którego istnienie do tej pory negował. Co więcej, zdziwiony odkrył, że jest z natury katolikiem, że cała prawda objawiona przez Boga jest obecna w Kościele katolickim. Jak nowo narodzony zobaczył i zaakceptował rzeczywistość taką, jaka ona jest. Odtąd pokora stała się dla niego życiową koniecznością, ponieważ jest posłuszeństwem prawdzie o Bogu i o człowieku. Tak jak przy nawróceniu Szawła, kiedy “łuski spadły z jego oczu” (Dz 9, 18), zobaczył inny świat i pokorę Chrystusa. Zrozumiał, że musi budować swoje chrześcijańskie życie na pokorze, czyli na objawionej prawdzie o Bogu i człowieku. Doświadczenie pokory Chrystusa rozbiło w pył intelektualny snobizm Messoriego oraz sprawiło, że całkowicie wyrzekł się “wolnej miłości” i wszelkich seksualnych kontaktów z dziewczynami. Przede wszystkim czuł się zaproszony, aby stać się członkiem wielkiej rodziny Kościoła katolickiego. Od tego momentu stał się zdeklarowanym katolikiem. Otrzymał wtedy nadzwyczajną energię do działania i radykalnego uporządkowania swojego życia. Był – przyzwyczajony do braku dyscypliny, ale po spotkaniu z Chrystusem ułożył sobie taki plan swoich zajęć i modlitw, którego nie wytrzymałby nawet trapista lub kartuz. Narzucił sobie stały rozkład dnia z czasem przeznaczonym na modlitwę, pracę, naukę, odpoczynek oraz wypełnienie wszystkich obowiązków. Ten program dnia ustalał każdego tygodnia i przestrzegał go co do minuty. Między innymi codziennie czytał i medytował teksty Pisma św., studiował katechizm oraz teksty Pascala i książki teologiczne. Przyłączył się do grupy charytatywnej św. Wincentego a Paulo działającej przy jego parafii. Regularnie opiekował się samotną, schorowaną staruszką.

    Podczas mistycznego spotkania z Chrystusem Messori otrzymał intuicyjne poznanie prawdy o jednym Bogu w trzech Osobach, o istnieniu nieba, czyśćca i piekła, o sądzie każdego człowieka w chwili śmierci, podczas którego decyduje się jego zbawienie albo potępienie. Doświadczył nieopisanej radości z odkrycia prawdy o życiu wiecznym i równocześnie świętej bojaźni przed jego utratą. Twierdzi, że w chwili nawrócenia, bez żadnej zasługi z jego strony, cały depozyt wiary został mu powierzony jako dar.

    Spotkanie z Pascalem

    Po nawróceniu w sercu Messoriego rozlegał się entuzjastyczny krzyk kogoś, kto znalazł najcenniejszy skarb. Bardziej jednak czuł, niż rozumiał, dlatego zaczął intensywnie szukać głębszego zrozumienia wiary. Sięgnął po Myśli Pascala, genialnego fizyka, matematyka, filozofa i pisarza. Czytał te zapiski przez całą noc, aż do wschodu słońca. Myśli Pascala i jego mistyczne doświadczenie bardzo mu pomogły lepiej zrozumieć to, co się stało w jego życiu. To było niesamowite odkrycie: 310 lat po mistycznym doświadczeniu Pascala, w Turynie, w letnie popołudnie, 24-letni student przeżywa podobne wstrząsające spotkanie z Chrystusem. Całkowita duchowa przemiana, doświadczenie “ognia” miłości i obecności Boga oraz cała atmosfera były takie same jak w przypadku Pascala. Jego teksty stały się dla Messoriego duchowym przewodnikiem, a on sam bratem i towarzyszem tej duchowej przygody. Blaise Pascal swoje mistyczne doświadczenie w nocy 25 listopada 1654 r. wyraził w słynnym tekście Pamiątka: “Ogień. Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba, nie filozofów i naukowców. Pewność. Pewność. Uczucie. Radość. Pokój. Bóg Jezusa Chrystusa. Mój Bóg i twój Bóg. (…) Radość, radość, łzy radości (…), niech nie zapominam Twoich pouczeń”. Relacjonuje w nim objawienie tego, co tak naprawdę oznacza wiara w Chrystusa. Przede wszystkim chodzi o świadomość, że od jakości życia na ziemi zależy cała wieczność radości zbawienia lub kary potępienia, w którą się wchodzi w momencie śmierci. Świadomość tego faktu powinna zawsze nam towarzyszyć. Messori ręcznie przepisał i nosił ze sobą tekst Pamiątki Pascala, ponieważ najpełniej wyrażał on stan jego uczuć podczas mistycznego spotkania z Chrystusem.

    Messori twierdzi, że to Pascal pomógł mu zrozumieć, że chrześcijanin jest stuprocentowym realistą, dlatego że w obliczu wyboru pomiędzy życiem wiecznym i śmiercią wybiera to, co jest najbardziej prawdopodobne – czyli życie, istnienie Boga.

    Pascal uświadomił mu, że w zależności od tego, z jakiego punktu widzenia patrzy się na zagadnienie wiary, dla jednego może być ono prawdziwe, a dla drugiego fałszywe.

    Dzięki Pascalowi Messori uświadomił sobie, że przez spotkanie z Chrystusem, po raz pierwszy w swoim życiu, zobaczył chrześcijaństwo z właściwego punktu widzenia i zachwycił się nim, gdyż zobaczył je w całej prawdzie. Messori zrozumiał, że bez Objawienia, sami z siebie, nie jesteśmy w stanie odróżnić prawdy od fałszu. To sam Stwórca daje nam światło odróżnienia dobra od zła, prawdy od kłamstwa i właściwy punkt patrzenia na otaczającą rzeczywistość. Wiara w Boga, która stała się tamtego dnia udziałem Messoriego, wcale nie negowała rozumu, lecz tylko otworzyła go na pełnię prawdy. Dokonało się to, o czym pisze Pascal: “Ostatnim krokiem rozumu jest uznanie Tajemnicy, która go przewyższa”. Vittorio dokonał tego kroku, otwierając się na tajemnicę Boga. Dogmaty Kościoła katolickiego stały się dla niego znakami wskazującymi drogę wolności w poznawaniu prawdy. Każdy logicznie myślący człowiek, jeżeli odrzuci wszelkie uprzedzenia, dochodzi do wniosku, że jesteśmy zanurzeni w tajemnicy makro – i mikro-kosmosu, a także w jeszcze większej tajemnicy świata duchowego. Dlatego trudno jest zrozumieć, dlaczego tak wielu ludzi nie zastanawia się nad niezgłębioną tajemnicą, w której zanurzone jest nasze życie. “I niech nie rozśmieszają nas ci, którzy uważają się za rozumniej szych od wierzących, ponieważ zastępują Boga Stworzyciela absurdalnym idolem, którym miałaby być Wieczna Materia! To dopiero jest nieracjonalne” – stwierdza Messori (s. 34).

    Tylko człowiek wierzący zachowuje wolność w poszukiwaniu prawdy; szczególnie jest to widoczne w sytuacjach, które wymykają się poznaniu empirycznemu. Jeżeli oceni, że fakty są pewne w przypadku cudu, to wtedy je akceptuje, chociaż nie może ich racjonalnie wyjaśnić. Natomiast ludzie niewierzący z góry odrzucają możliwość zaistnienia cudu – i w ten sposób zamykają się na tajemnicę takiego wymiaru rzeczywistości, który jest niedostępny poznaniu zmysłowemu. Czynią tak dlatego, że fakty te nie mieszczą się w ich ideologicznym schemacie. Wtedy uciekają się do irracjonalnych tłumaczeń. Po prostu są zniewoleni ślepą wiarą w ateistyczny dogmat, który mówi, że Bóg na pewno nie istnieje, a cudów nie ma. W ten sposób stają się ślepi i głusi, zamknięci na poznanie prawdy i istnienie duchowego wymiaru rzeczywistości.

    Po swoim nawróceniu Messori nie szuka Prawdy, gdyż z całą pewnością wie, gdzie Ona jest. Podejmuje tylko trud nieustannego głębszego Jej rozumienia. Do siebie odnosi słowa św. Pawła: “Przechowujemy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas” (2 Kor 4, 7); “Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą” (Łk 12,48).

    Podobieństwo z nawróceniem Frossarda

    Kiedy Messori po raz pierwszy przeczytał książkę Andrego Frossarda Spotkałem Boga, odnalazł w niej wzruszający opis nawrócenia, który przypominał mu jego własne. Andre Frossard, jedyny katolik w gronie 40 “nieśmiertelnych” członków Akademii Francuskiej, przyjaciel Jana Pawła II, był jednym z najsłynniejszych i najbardziej wpływowych europejskich pisarzy i dziennikarzy, który dopiero po 40 latach od swego nawrócenia zdecydował się napisać książkę poświęconą temu niezwykłemu wydarzeniu. Uczynił to dopiero wtedy, gdy był już cenionym pisarzem i dziennikarzem, aby to wyjątkowe świadectwo mogło być przyjęte przez czytelników. Jako 20-letni, początkujący dziennikarz, Frossard, szukając swego przyjaciela, przypadkowo wszedł do paryskiego kościoła, w którym siostry zakonne adorowały Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie. Po raz pierwszy w swoim życiu widział Najświętszy Sakrament. Był ateistą od dziecka, ponieważ tak go wychował ojciec, znany francuski polityk, założyciel Francuskiej Partii Komunistycznej. Kiedy Frossard patrzył na Hostię, nagle poczuł, że w jego wnętrze wniknęła jakaś tajemnicza moc, która uwolniła go od ateistycznej ślepoty i ogarnęła nadprzyrodzoną rzeczywistością, promieniującą wprost od Najświętszego Sakramentu. “To jest inny świat – pisze Frossard – o takim blasku i realności, że nasz świat wydaje się przy nim podobny do rozwiewających się cieni sennych marzeń. (…) To jest ład we wszechświecie, a na jego szczycie jest Oczywistość Boga, która jest Obecnością i Osobą. Jeszcze przed sekundą zaprzeczałem Jej istnienia. Chrześcijanie nazywają Ją ťnaszym OjcemŤ. Doświadczam Jej łagodnej dobroci i łaskawości, której nie jest w stanie dorównać żadna inna. Łagodność ta jest zdolna przemienić każde ludzkie serce – również takie, które jest twardsze od najtwardszego kamienia. Temu wtargnięciu rzeczywistości Boga towarzyszy radość, która jest entuzjazmem uratowanego od śmierci, w samą porę wydobytego z oceanu rozbitka. Dopiero teraz uświadamiam sobie, wjakim błocie byłem pogrążony, i dziwię się, jak mogłem tam żyć i oddychać. Jednocześnie zostałem obdarowany nową rodziną, a jest nią Kościół katolicki. Jego zadaniem jest prowadzenie mnie tam, dokąd muszę iść, gdyż pozostaje mi do przebycia jeszcze kawał drogi. (…) Kościół jest wspólnotą; w niej obecny jest Jedyny, którego imienia nigdy więcej nie będę mógł napisać bez trwogi, że zranię Jego miłość. Stoję przed Nim jak dziecko, któremu przypadło w udziale szczęście otrzymania przebaczenia” {Istnieje inny świat, ss. 39-40).

    Owoce nawrócenia

    Doświadczenie zanurzenia się w “innym” świecie w przypadku Frossarda trwało miesiąc, a u Messoriego – cztery miesiące. W tym wyjątkowym czasie Vittorio doświadczał intensywnego pragnienia modlitwy, którą przeżywał jako osobiste spotkanie z Bogiem, bez formułek i słów, w radosnej intymności, której często towarzyszył dar łez. Tę specjalną łaskę otrzymał w obfitości. W ciągu czterech miesięcy od swego nawrócenia podczas modlitwy wylał wiele łez. Był to, jak pisze; “płacz pocieszenia, roztkliwienia, zadziwienia, rozpoznania. Ale także skruchy, wyrzutów sumienia, żałowania” (s. 255). Podczas nocnej pracy w centrali telefonicznej, w chwilach przerwy, modlił się, ukryty w swojej garderobie, obficie mocząc łzami czarny służbowy kitel.

    Doświadczenie bardzo intensywnego wewnętrznego żaru uniesienia i radości pojawiało się podczas pierwszych Mszy św., w których Vittorio zaczął codziennie uczestniczyć, w ukryciu, z tyłu kościoła – tak jak celnik z ewangelicznej przypowieści. Odkrył, jak wielkim skarbem jest Eucharystia – rzeczywista obecność zmartwychwstałego Chrystusa. To w tabernakulach katolickich kościołów jest obecny największy skarb ludzkości, nasz Zbawiciel. Jezus Chrystus, który promieniuje mocą swojego Boskiego Życia i Miłości.

    Po swoim nawróceniu Messori do końca pragnął być obiektywny i dlatego kupił w księgarni protestanckiej kilka antykatolickich książek, i z uwagąje przeczytał. Ta lektura jeszcze bardziej utwierdziła go w przekonaniu, że pełnia praw d> znajduje się tylko w Ewangelii interpretowanej i przeżywanej we wspólnocie Kościoła katolickiego.

    W tym czasie odszukał swojego katechetę z czasów licealnych, franciszkanina o. Berarda, i u niego przystąpił do sakramentu pokuty. Chociaż wyznanie grzechów bardzo go bolało, to jednak przyniosło mu ogromną radość z cudu przebaczenia. Vittorio po raz pierwszy w swoim życiu doświadczył i zrozumiał, jak wielkim skarbem jest sakrament pokuty, w którym uobecnia się wszechmoc Bożego Miłosierdzia. Władzę odpuszczania grzechów Pan Jezus przekazał św. Piotrowi i wszystkim apostołom oraz ich następcom: “(…) cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 19). Messori z wielką ufnością powierzył się duchowemu kierownictwu o. Berarda. Przychodził do niego każdego tygodnia na rozmowy, które otwierały go na fascynującą rzeczywistość świata duchowego. Był to również dla Messoriego czas intensywnego czytania książek z dziedziny duchowej formacji oraz historycznych początków chrześcijaństwa. Pragnął jak najwięcej się dowiedzieć o Jezusie Chrystusie, wykorzystując do tego celu historię, archeologię i rozum. W ten sposób uzyskał pewność, że chrześcijaństwo oparte jest na solidnych historycznych fundamentach, a szczególnie na historycznym fakcie narodzenia, nauczania, Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Intensywne studia utwierdziły Messoriego w przekonaniu, że Ewangelie wiernie relacjonują to wszystko, co się wydarzyło w czasie ziemskiego życia Jezusa, a Jezus historii i Chrystus wiary to ta sama osoba Syna Bożego. Tylko najwięksi wrogowie Kościoła, z braku dostatecznej wiedzy lub ze złośliwości, próbują przekonywać, że Ewangelie są zbiorem mitów, legend i bajek. Messori w swoich późniejszych książkach zdecydowanie przeciwstawiał się tym twierdzeniom, ukazując ich bezpodstawność. Czuł, że został powołany do tego, aby jako dziennikarz, pisarz i apologeta dostarczać “dowodów na to, by wierzyć”; zrozumiał, że jest to jego szczególne powołanie. Po dwunastu latach od swojego nawrócenia napisał pierwszą książkę Opinie o Jezusie, która stała się światowym bestsellerem.

    W tej oraz w kolejnych swoich książkach Messori udowadnia, że wiara w Jezusa Chrystusa osadzona jest w historycznych faktach opisanych w Biblii, a ich kulminacją jest Zmartwychwstanie Chrystusa. Podkreśla, jak ważna jest znajomość historii ludzkości i Kościoła, gdyż właśnie w tę historię wszedł Bóg. stając się prawdziwym człowiekiem. Jest to Bóg. który objawia się i równocześnie jest ukryty, aby pozostawić człowiekowi możliwość wolnego wyboru i nie zniewolić go wszechmocą swojej miłości.

    Messori zdecydowanie odrzuca pogląd, że wszystkie religie są równe. Szkoda więc marnować czas na poznawanie duchowości Wschodu, różnorodnych mitów, legend pochodzących z różnych religii, które mogą być tylko dalekim przygotowaniem do pełnego Objawienia w Chrystusie. Wszystkim, którzy mają awersję do chrześcijaństwa, Messori radzi poznać przerażające, krwawe barbarzyństwo pogańskich kultów w Afryce oraz Ameryce Południowej przed przybyciem Kolumba. Pisze: “Co jednak poradzę na to, że jestem przekonany, że spośród wielu rację miał tylko ten Nazarejczyk, który powiedział o sobie: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem» (J 14, 6), i który nas przestrzega: «beze Mnie nic nie możecie uczynić» (J 15, 5)”(s. 120).

    Do dzisiejszego dnia dla Messoriego wiara stanowi centrum jego życia, a za prawdę, którą głosi chrześcijaństwo, jest gotów oddać swoje życie. Jest wierny codziennej modlitwie, którą traktuje jako rozmowę z Bogiem. Codziennie uczestniczy we Mszy św., czyta i medytuje teksty Pisma św., kocha ludową pobożność, korzysta z odpustów, czci relikwie, pielgrzymuje, odmawia różaniec, podejmuje umartwienia. Szczególnym rodzajem modlitwy jest dla niego różaniec, do którego odmawiania wzywała Matka Boża podczas objawień w Lourdes i Fatimie i o którym papieże pisali encykliki. Messori podkreśla, że tysiącletnia tradycja odmawiania różańca potwierdza jego tajemniczą skuteczność i moc. W różańcu znajduje się całe kompendium wyznania wiary, a w jego odmawianiu tkwi wielka duchowa, uspokajająca siła.

    Czuje się grzesznikiem narażonym na cielesne pokusy, takie jak łakomstwo czy seks. Gdy czasami upadnie, to natychmiast żałuje i powstaje w sakramencie pokuty, z jeszcze większą gorliwością oddając się pobożnym praktykom. Codziennie pamięta o modlitwie za zmarłych i ich także prosi o modlitwę. Zwraca się do zmarłych jak do osób żyjących w innym wymiarze rzeczywistości.

    Messori jest przekonany, że każdemu człowiekowi od momentu poczęcia Pan Bóg powierzył Anioła Stróża, który ma go “oświecać, strzec, podtrzymywać, kierować”, dlatego nigdy nie zapomina o modlitwie do swego Anioła Stróża oraz do tych aniołów, którzy strzegą jego bliskich.

    Przed nawróceniem Vittorio patrzył na księży i katolików jak na hipokrytów, kombinatorów, wsteczników i chciwców, a samą instytucję Kościoła uważał za wroga państwa. Całe to jego negatywne nastawienie po nawróceniu całkowicie zniknęło. Przestał wyszukiwać skandale z udziałem ludzi Kościoła i mówić o nich. Została mu dana jasność prawdy o Kościele, tak często lekceważonym i znieważanym nie tylko przez wrogów, ale także przez swoje dzieci. Zrozumiał, że największym skarbem ludzkości jest Kościół katolicki, że jest to Chrystus, który jednoczy ze sobą wszystkich grzeszników, aby ich uwalniać z niewoli grzechów, czynić świętymi i prowadzić do nieba. Kościół katolicki jest więc bezcennym skarbem, Matką i Nauczycielką, Ciałem Chrystusa uobecnianym w Eucharystii.

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr

    Miłujcie się!, nr 5-2009 /Adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pierwsza komunia gubi swój duchowy sens. Jak uniknąć komercyjnej otoczki?

    Canstockphoto/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 MAJA – I CZWARTEK MIESIĄCA

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA

    Nowenna Pompejańska za Kapłanów: 1 kwietnia – 24 maja 2021 r.

    Zachęcamy, a jednocześnie prosimy Was o podjęcie wyzwania – walki o świętość życia Kapłanów. Pragniemy zaprosić Was do modlitwy z prośbą o światło, moc i mądrość Ducha Świętego dla Kapłanów, aby sprostali znakom czasu i pułapkom szatana. Dziś potrzebujemy Waszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek… (www.zakaplanow.pl)

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 MAJA – I PIĄTEK MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    Po co nam Pierwszy Piątek miesiąca?

    fot. via: Pixabay

    ***

    Po co nam Pierwszy Piątek miesiąca?

    Zadzwonił dzwonek. Spojrzałem na zegarek-wskazywał godzinę 20.20. Otworzyłem drzwi, na progu stali ojciec i syn. Chłopiec miał 9 lat i przed kilkoma miesiącami przystąpił do Pierwszej Komunii Świętej.

    Ojciec wyraził prośbę: „Czy może go ksiądz teraz wyspowiadać? Błażej już przygotowywał się do spania, ale był jakoś niespokojny i przypomniał mi, że dziś jest pierwszy piątek miesiąca, a on nie był u spowiedzi i wyraził chęć przystąpienia do tego sakramentu. Może go ksiądz teraz wyspowiadać?”.

    Pod koniec łat 60. ubiegłego stulecia w niektórych krajach Europy Zachodniej pojawiły się tendencje duszpasterskie dążące do tego, by dzieci przystępowały do Komunii Świętej bez przystąpienia do spowiedzi św. Teologowie lansujący taki pogląd twierdzili, że dziecko nie jest zdolne popełnić grzechu ciężkiego. Praktyka takiego postępowania zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Zdarzało się, że do pierwszej spowiedzi przystępowano… przed bierzmowaniem, w wieku kilkunastu lat. Ostatecznie Stolica Apostolska poznawszy problem nakazała udzielać dzieciom Pierwszej Komunii Świętej, poprzedzając ten sakrament spowiedzią św.

    Zawsze w pierwszy piątek miesiąca

    W każdy pierwszy piątek miesiąca kapłani dają szczególną okazję do spowiedzi św. Często korzystają z niej dzieci. Bywa, że po otrzymaniu rozgrzeszenia proszą księdza o podpis na obrazku lub odpowiedniej składance. Zbieranie podpisów potwierdzających spowiedź wiąże się w pewnym stopniu z obietnicami, jakie otrzymała od Pana Jezusa św. Małgorzata Maria Alacoque, XVII-wieczna mistyczka. W pewnym stopniu, ponieważ objawienia nie mówią wprost o spowiedzi, ale o przyjmowaniu Komunii św. wynagradzającej właśnie w pierwszy piątek miesiąca. I tu jest problem!

    Idea wynagrodzenia i zadośćuczynienia jest bardzo trudna dla zrozumienia przez dziecko. Także niełatwe jest zrozumienie ostatniej, dwunastej obietnicy przekazanej św. Małgorzacie przez Pana Jezusa. Mówi ona o łasce spokojnej śmierci, pokuty ostatecznej i przyjęcia sakramentów w ostatniej godzinie życia. Dla dziecka rzeczywistość śmierci prawie zawsze jest daleka, obca i nieznana. Brak katechetycznego pogłębienia sakramentów spowiedzi i Komunii św. doprowadziły do tego, że część dzieci w pierwszy piątek miesiąca korzysta ze spowiedzi św, ale tego dnia nie przystępuje do Komunii św. A istota obietnic Pana Jezusa, przekazanych św. Małgorzacie, dotyczy Komunii św. przyjmowanej przez 9 miesięcy, zawsze w pierwszy piątek miesiąca. Co więc czynić?

    Obecnie – moim zdaniem – problemem dzieci jest nie tyle zaniedbywanie sakramentów, ile zaniedbywanie sumienia. Comiesięczna spowiedź – zawsze przygotowana – bardzo skutecznie może pomóc dziecku w tym, by jego sumienie było zdrowe, a więc właściwie reagowało na zło i dobro. Stąd -w trosce o sumienie dziecka – warto, by było ono oczyszczane co miesiąc w sakramencie spowiedzi św. Właściwe każdemu człowiekowi, a więc i dziecku, sumienie pomoże w podejmowaniu decyzji, które będą zgodne z Bożymi przykazaniami. Stąd potrzeba współpracy – takiego właśnie Bożego rozumienia problemu przez rodziców, katechetów i duszpasterzy. Dla rodziców kapitalną zdobyczą w procesie wychowywana dzieci jest możliwość odwoływania się do ich sumienia. Ale to dziecięce sumienie musi być właściwie ukształtowane. Comiesięczna spowiedź temu właśnie służy.

    Nie wstyd ci?

    Jak większość kapłanów, także i ja miałem matkę o wielkim, dobrym i mądrym sercu. Ta mądrość serca podpowiadała jej metody wychowania dzieci. Jedna z nich polegała na tym, że ilekroć zrobiłem coś złego, matka widząc to, spokojnie stawiała mi pytanie: „Maciej, nie wstyd ci?”. To pytanie matki zawstydzało mnie, bo dotykało mojego sumienia. Pamiętam, że takie pytanie zawsze bardzo przeżywałem, ono wewnętrznie mnie poruszało. Nie mam wątpliwości, że tak kształtowane przez matkę moje sumienie mogło w swoim czasie odczytać głos Boga wzywający do kapłaństwa i uzdalniający do pójścia za tym głosem. Muszę dodać, że całemu mojemu dzieciństwu i młodości towarzyszył też Boży, święty rytm: w każdy pierwszy piątek miesiąc przystępowałem do spowiedzi św. i podczas Mszy Świętej przyjmowałam Komunię św.

    Boży zysk

    Wspomniane na początku spotkanie o godz. 20.20 i prośba o wyspowiadanie w pierwszy piątek miesiąca dziecka, trzecioklasisty, to piękny przykład rodziny pełnej wiary i miłości. W tej rodzinie niedzielna Msza Św., zaangażowanie w życie parafii, przykład rodziców to świadectwo, że Pan Bóg kocha i jest kochany. Nie jest On ciężarem… Spotkanie z Nim nie jest stratą, ale zawsze zyskiem – zyskiem pomnożonej wiary i uświęconego serca.

    W Polsce stosunkowo bardzo łatwo i dziecku, i dorosłemu wyspowiadać się, skorzystać z sakramentu pojednania i przyjąć Komunię św. O wiele trudniejsze jest to we Francji, Holandii, Belgii, a nawet w Niemczech… Zapewne ta trudność ma swe korzenie w tym, że w latach 60. i 70. ubiegłego stulecia w tych krajach głoszono, że bardzo trudno popełnić grzech ciężki – szczególnie dziecku – więc po co się spowiadać, nie ma z czego. Tam, gdzie usuwa się konfesjonały, tam wkrótce niepotrzebny będzie i ołtarz.

    Nic tak nie oczyszcza sumienia i nic tak nie uspokaja serca jak sakrament pojednania. Warto o tym pamiętać w każdy pierwszy piątek miesiąca, tym bardziej że Pan Jezus zapewnia o swojej miłości i miłosierdziu, a także o swojej łaskawej cierpliwości.

    ks. Maciej Kubiak/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pierwsze piątki miesiąca

     

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Kto dziewięć piątków odprawi jak trzeba,
    nie umrze w grzechach, lecz pójdzie do nieba

    Pierwszy i ostatni?

    Pamiętasz swoją pierwszą spowiedź? Ja pamiętam dokładnie. Pamiętam to zaangażowanie i przejęcie. Pamiętam ten strach. Najpierw była próba. Po wcześniejszym sprawdzeniu czy znamy regułę, każdy z nas podchodził na chwilkę do konfesjonału i udawał, że się spowiada. Następnego dnia na serio. W domu przeprosiłam rodziców i rodzeństwo za każdą wyrządzoną przykrość i – do kościoła. „Oby tylko nie ks. Stanisław!” – myślałam. Ale za kratkami konfesjonału nie czekał nikt inny, rzecz jasna. Nie było tak źle. Pamiętam, że paliły mnie policzki. Potem pani katechetka powiedziała, że od tej pory mamy chodzić do spowiedzi w każdy pierwszy piątek miesiąca, ale nie wytłumaczyła po co.

    Dlaczego nie wtorek?

    Piątek w tradycji Kościoła ma bardzo wielką symbolikę. Przede wszystkim śmierć Pana Jezusa na krzyżu. To wtedy Jego Serce zostało przebite włócznią. Jest to również związane z objawieniami Pana Jezusa złożonymi św. Małgorzacie Marii Alacoque. Za jej pośrednictwem Jezus przekazał czcicielom swego Serca 12 obietnic:

    1. Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie.

    2. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach.

    3. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach.

    4. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci.

    5. Wyleję obfite błogosławieństwa na wszystkie ich przedsięwzięcia.

    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia.

    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.

    8. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości.

    9. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony.

    10. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych.

    11. Imiona tych, co rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w mym Sercu i na zawsze w Nim pozostaną.

    12. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów, i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci.

    Co z tego będę miał?

    Przeczytałeś dokładnie punkt 12.? Ta Wielka obietnica mówi o tym, jak bardzo Jezus troszczy się o ciebie. To niezwykłe! Jezus pozwala dostąpić nam największej łaski – śmierć w stanie łaski uświęcającej. Warunek jest jeden – przez dziewięć kolejnych piątków miesiąca musisz pojednać się z Bogiem i przystąpić do Komunii św. Czy można chcieć więcej?

    Może warto?

    Pewnie, że warto! Zastanów się tylko, od kiedy zaczynasz.

     Anna Pikuła/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 MAJA – I SOBOTA MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA Z V NIEDZIELI WIELKANOCNEJ

    PO MSZY ŚW. – NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

    *****

    W pierwszą sobotę miesiąca:

    Co trzeba uczynić, by spełnić prośbę Matki Bożej?

    kadr z filmu “Fatima. Orędzie wciąż aktualne”

    *****

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Litania loretańska do NMP - najnowsza wersja

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Koronka 10 Cnót Najświętszej Maryi Panny

    Odmawiajmy koronkę 10 cnót i naśladujmy Najświętszą Maryję Pannę

    Jest to bardzo skuteczna modlitwa, która pomaga nam w rozważaniu cnót Maryi oraz w ich naśladowaniu.

    Jeśli pragniemy wieść naprawdę święte życie w dzisiejszych czasach, jednym z najlepszych sposobów będzie naśladowanie Najświętszej Maryi Panny. Bowiem Jej cnoty ewangeliczne promieniują z kart Ewangelii, wskazując każdemu z nas chwalebną drogę do zbawienia.

    Możemy rozważać cnoty Niepokalanej i wzywać Jej skutecznego macierzyńskiego wstawiennictwa, odmawiając koronkę dziesięciu cnót ewangelicznych Najświętszej Maryi Panny.

    Spójrzmy na cnoty Niepokalanej, ich uzasadnienie w Ewangelii oraz ich rozwój historyczny, a następnie przyjrzyjmy się samej koronce, która jest wielce skuteczną modlitwą.

    Maryja w Ewangelii

    Dziesięć cnót Matki Bożej można odnaleźć w Ewangelii. Została Ona ukazana jako Najświętsza Maryja Dziewica – ewangeliczny wzorzec dla całego Kościoła:

    Nie ulega wątpliwości, że pierwsi chrześcijanie, rozważając opowieści biblijne, patrzyli na Maryję szczególnie jako na niezrównany wzór miłości i służby.

    Pierwsze rozdziały Ewangelii św. Mateusza i św. Łukasza, opowiadające o dziecięcych latach Chrystusa szczególnie zwracają uwagę na cnotliwy charakter Matki Zbawiciela.

    Najczystsza (Mt 1,18, 20, 23; Łk 1,27,34)

    Najroztropniejsza (Łk 2,19, 51)

    Najpokorniejsza (Łk 1,48)

    Najwierniejsza (Łk 1,45; J 2,5)

    Najpobożniejsza (Łk 1,46-7; Dz 1,14)

    Najposłuszniejsza (Łk 1,38; 2,21-2, 27)

    Najuboższa (Łk 2,7)

    Najcierpliwsza (J 19,25)

    Najmiłosierniejsza (Łk 1,39, 56)

    Najboleśniejsza (Łk 2,35)

    Wzorzec dla nas

    Ale w jaki sposób Matka naszego Pana była widziana przez pierwszych naśladowców Jej Zmartwychwstałego Syna?

    Niewątpliwie, w świetle pełni łaski, którą została obdarowana, była Ona widziana jako odbicie obrazu samego Boga Ojca. W Matce Najświętszej chrześcijanie dostrzegali Boga wiecznego, do którego Jezus był podobny nie tylko fizycznie, ale i duchowo.

    Była Ona pierwszą, która uwierzyła i została odkupiona, jako przewyższający innych członek Kościoła. Poprzez swoje wierne posłuszeństwo Bogu i Jego prawom dowiodła, że prawdziwie miłowała Boga jako swego Ojca.

    Natchnieniem dla nas jest fakt, że cnoty Maryi mają szczególną wagę dla każdego z nas, jako Marianów. Maryja będąc Matką Kościoła i jego najważniejszym członkiem, ukazuje wszystkim pozostałym drogę do bardziej ścisłego naśladowania Jej Syna.

    Nie dziwi więc fakt, że naśladowanie ewangelicznych cnót Maryi od dawna było widziane jako najpewniejsza droga do chrześcijańskiej doskonałości. Najbardziej wyróżniającą Ją cnotą jest czystość. Ale często są wymieniane także wiara, posłuszeństwo, miłość i ubóstwo Maryi.

    Ujrzeć chwałę

    Dziesięć ewangelicznych cnót Maryi jest często ukazywane graficznie w postaci gwiazdy dziesięcioramiennej. Doskonały przykład takiej ikonografii maryjnej wciąż można oglądać na suficie XVIII-wiecznego kościoła mariańskiego w Goźlinie.

    Gwiazda ma przede wszystkim ogromne znaczenie duchowe, ale również oddziałuje na nas moralnie. Maryja – Gwiazda poranna – promieniuje swymi Dziesięcioma Cnotami Ewangelicznymi i zachęca nas do zainspirowania się i naśladowania Jej chwalebnego przykładu na drodze naszej ziemskiej pielgrzymki. W naszej walce ze złem Matka Boża jest promieniującym wzorem doskonałości.

    Najbardziej inspirującym przymiotem cnót Matki Bożej, jak je ukazuje Ewangelia, jest ich doskonała zgodność z ośmiu błogosławieństwami udzielonymi przez Jej Syna w Kazaniu na Górze (Mt 5,3-12)! Owe błogosławieństwa Jezusowe stanowią sedno Ewangelii, doskonale odzwierciedlone w życiu Maryi.

    Nie dziwi więc zatem, że w przeciągu stuleci, począwszy od pierwszych chrześcijan, cnoty Maryi były źródłem natchnienia. Ostatecznie, ktokolwiek nosi w swym sercu nauczanie Jezusa i naśladuje Go upodabnia się do Maryi – doskonałej uczennicy Pana.

    Do Jezusa przez Maryję

    Rozpatrujemy teraz jeden z największych skarbów Kościoła. Wielcy mistycy dostrzegali w cnotach Maryi uproszczoną formę dążenia do świętości dostępną dla wiernych: bądźmy tacy jak Maryja i staniemy się święci, spełniając wezwanie Ewangelii.

    Tym sposobem została zapoczątkowana wspaniała maryjna tradycja pobożnościowa, najlepiej ujęta w formule: „Do Jezusa przez Maryję”. Owa tradycja zawsze cieszyła się poparciem najwyższych autorytetów Kościoła.

    Zarówno papież św. Paweł VI jak i św. Jan Paweł II są tego doskonałym przykładem. Całą drugą część adhortacji Signum Magnum, opublikowanej w 50. rocznicę objawień maryjnych w Fatimie, Paweł VI poświęcił „pobożnemu naśladowaniu cnót Matki Bożej, Maryi.” Raz jeszcze potwierdził słuszność dążenia do świętości w Jezusie „przez Maryję”.

    Święty Jan Paweł II był znany z jego głębokiej pobożności maryjnej, najlepiej wyrażonej jego mottem biskupim „Totus Tuus”, oraz jego codziennym zawierzaniem się Matce Najświętszej.

    Wzór naszego życia

    Mówiąc o Zgromadzeniu Księży Marianów, w duchu wiary można śmiało stwierdzić, że nie był to tylko przypadek historyczny, że nikt inny, ale właśnie Maryja została nam dana jako wzór do naśladowania. Opatrzność Boża 350 lat temu powołała do istnienia naszą wspólnotę zakonną i już od zarania naszych dziejów byliśmy znani jako Zakon Niepokalanego Poczęcia.

    Od samego początku my, marianie, byliśmy powołani by bronić i promować doskonałą świętość Matki Najświętszej w tajemnicy Jej Niepokalanego Poczęcia. Wiązało się to nie tylko z kolorem naszych habitów, ale także z oddawaniem Jej czci i naśladowaniem Jej ewangelicznych cnót.

    Jeden z najwybitniejszych Marianów naszej wczesnej historii – czcigodny sługa Boży o. Kazimierz Wyszyński – napisał: „Ktokolwiek pragnie oddawać cześć Matce Najświętszej i korzystać z Jej obrony, powinien Ją miłować i szanować, ale przede wszystkim powinien praktykować cnoty ewangeliczne, naśladując tym samym Jej przykład.”

    Korzenie historyczne

    Naturalną konsekwencją powyższego jest fakt, że jako regułę życia marianie wybrali Regułę dziesięciu cnót Najświętszej Maryi Panny. Owa reguła wywodzi się ze wspólnoty zakonnej dedykowanej Matce Bożej.

    Pozwólcie mi powiedzieć kilka słów na temat jej początków. W roku 1501 została założona żeńska kontemplacyjną wspólnota zakonna. Nadano jej tytuł „Zakonu Maryi Dziewicy”, zwanego także zakonem dziesięciu cnót lub upodobań Matki Bożej, zakonem Zwiastowania NMP lub po prostu Anuncjatkami. Współzałożycielami zakonu byli św. Joanna de Valois (1464-1505) oraz bł. Gilbert Nicolas OFM (Gabriel Maria, ur. około 1460; zmarł w 1532). Na prośbę św. Joanny błogosławiony Gilbert napisał Regułę dziesięciu cnót Najświętszej Maryi Panny. Argumentował to tym, że skoro Maryja była wzorcem dla sióstr Anuncjatek, zatem Jej cnoty – jak wymienia je Ewangelia – powinny stać się podstawą reguły ich życia.

    Kroniki zakonu Anuncjatek podają, że wtedy również św. Joanna (kanonizowana w roku 1950 przez Piusa XII) ułożyła koronkę dziesięciu cnót NMP. Modlitwa ta jest oparta na bogatej kościelnej tradycji różańcowej oraz rozważaniu cnót Matki Najświętszej. Dla sióstr koronka była codziennym przypomnieniem reguły ich życia oraz maryjnych założeń.

    Reguła i modlitwa dla Marianów

    Marianie byli i nadal pozostają jedyną męską wspólnotą zakonną, która przyjęła Regułę dziesięciu cnót ewangelicznych NMP za podstawę swojej maryjnej duchowości. Reguła ta została nam nadana w roku 1699.

    Aż do momentu odnowienia zakonu, które nastąpiło w roku 1909, marianie składali uroczystą profesję rad ewangelicznych w oparciu o Regułę dziesięciu cnót, autorstwa bł. Gilberta.

    Z punktu widzenia historycznego wypada podkreślić szczególną rolę koronki w życiu Marianów z okresu przed odnowieniem. U pasa białego habitu każdy marianin nosił paciorki do odmawiania koronki. Zwane one były „decymka” (od łacińskiego słowa „dziesięć”) i składały się z 10 czarnych paciorków z krucyfiksem na jednym końcu i medalikiem z wizerunkiem Niepokalanej i dusz czyśćcowych – na drugim. Wiadomo, że w medaliki do koronek marianie zaopatrywali się w Rzymie.

    „Biali” marianie nosili decymkę przy sobie całe życie i byli chowani z decymką w ręku. Taka koronka była uroczyście poświęcana i wręczana każdemu marianinowi u progu życia zakonnego podczas obłóczyn w habit.

    Koronka dziesięciu ewangelicznych cnót NMP była w przeciągu ponad dwu wieków codzienną modlitwą mariańską do której odmawiania zobowiązywała Reguła dziesięciu cnót. Marianie recytowali ją wspólnotowo po komplecie. Faktycznie, w ikonografii mariańskiej (klasztory w Puszczy, Skórcu, Goźlinie i Balsamao) nasz Ojciec i Założyciel, św. Stanisław oraz czcigodny sługa Boży o. Kazimierz Wyszyński są zwykle przedstawiani z dziesięcioma paciorkami w ręku. Ma ją również, wiszącą u pasa, o. generał Rajmund Nowicki na swoim portrecie z Goźlina. W czasach współczesnych ten krótki akt pobożności maryjnej wciąż stanowi ulubioną modlitwę dla wielu członków Zgromadzenia na całym świecie. Do naszych czasów zachowały się dwie autentyczne koronki dziesięciu cnót wyeksponowane obecnie w muzeum na Mariankach i w Balsamao. Jedna pochodzi prawdopodobnie z grobu o. Tadeusza Białowieskiego, a drugą wyjęto z trumny czcigodnego o. Kazimierza Wyszyńskiego.

    Modlitwa dla każdego

    Być może, czcigodny sługa Boży, o. Kazimierz najlepiej pojął i wyraził duchową wagę tej skutecznej modlitwy, gdy w swoim wprowadzeniu do książki „Gwiazda zaranna” napisał: „Chociaż nasza Najukochańsza Pani zajaśniała niezliczonymi cnotami, to – poza tymi dziesięcioma – inne byłyby trudne nie tylko do naśladowania, lecz także do zrozumienia, gdyż nimi przewyższała nie tylko najświętszych ludzi, lecz także samych aniołów.” Duch Święty zrządził, że Ewangelie przekazują nam tylko te dziesięć cnót, gdyż mogą one być osiągnięte nie tylko przez Maryję, ale i przez każdego z nas. Z przekazów historycznych wiadomo też, jak bardzo o. Kazimierz cenił sobie osobiście ten krótki akt pobożności mariańskiej i jak często nim się posługiwał wypraszając dla siebie i innych potrzebne łaski.

    Kierując do nas wszystkich te poruszające słowa zachęty o. Kazimierza, pragnę na koniec przypomnieć, jak odmawiać koronkę 10 cnót oraz gorąco zachęcam do odmawiania jej całym sercem i do rozważania cnót Matki Bożej:

    Najpierw czynimy znak krzyża świętego. Następnie odmawiamy jeden raz Ojcze nasz i dziesięć razy Zdrowaś Maryjo. Za każdym razem po słowach Święta Maryjo, Matko Boża…, wymieniamy jedną cnotę w następującej kolejności:

    KORONKA DZIESIĘCIU CNÓT EWANGELICZNYCH

    NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    Modlitwa odmawiana przez Marianów od czasu aprobaty Zgromadzenia przez papieża Innocentego XII w 1699 r. w oparciu o „Regułę Dziesięciu Cnót NMP”. Święty Stanisław Papczyński, założyciel Marianów był pierwszym, który złożył na tę regułę uroczyste śluby zakonne w Warszawie dnia 6 czerwca 1701 r.

    Najpierw czynimy znak krzyża świętego. Następnie odmawiamy jeden raz Ojcze nasz i dziesięć razy Zdrowaś Maryjo. Za każdym razem po słowach: Święta Maryjo, Matko Boża…, wymieniamy jedną cnotę w podanej poniżej kolejności.

    W IMIĘ OJCA I SYNA, I DUCHA ŚWIĘTEGO. AMEN.

    Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu.

    O. Jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.

    W poczęciu Twoim, Panno, Niepokalanaś była.

    O. Módl się za nami do Boga Ojca, któregoś Syna porodziła.

    Módlmy się.

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Niepokalane Poczęcie Maryi Dziewicy.

    O. Niech nam będzie zbawieniem i obroną.

    mp/padrimariani.org/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 maja

    Totus Tuus.

    Matka Boża w życiu i posłudze Jana Pawła II

    Kilka dni po zamachu, Jan Paweł II polecił swoim najbliższym współpracownikom przygotowanie i dostarczenie sobie do szpitala wszelkich materiałów i dokumentów dotyczących trzeciej, nie ujawnionej jeszcze wówczas, tajemnicy fatimskiej… W związku z przypadającą dziś rocznicą urodzin Karola Wojtyły publikujemy garść faktów i ciekawostek dotyczących postaci Matki Bożej w życiu i posłudze Jana Pawła II.

     Wydawnictwo Biały Kruk/Adam Bujak

    ***

    Łacińskie słowa “Totus Tuus” (Cały Twój), które Karol Wojtyła umieścił w swoim herbie biskupim i papieskim to dewiza św. Ludwika Grignion de Montforta (żyjącego na przełomie XVII i XVIII w.)

    Zgodnie z wolą Jana Pawła II jego herb papieski wyglądał niemal tak samo jak herb biskupi. Dodano jedynie tiarę – oznakę władzy papieża – i klucze Piotrowe.

    Już w pierwszym przemówieniu do wiernych, tuż po wyborze na papieża, Jan Paweł II wspomniał (i to dwukrotnie), Matkę Bożą wyznając m.in.: “Bałem się przyjąć ten wybór, ale zrobiłem to w duchu posłuszeństwa Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi i w całkowitym zaufaniu do Jego Matki, Najświętszej Maryi Panny”.

    Tym, co najmocniej wpłynęło na wybór Matki Bożej jako Patronki drogi biskupiej i papieskiej Karola Wojtyły był “Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” św. Ludwika Marii Grignion de Montfort. Karol przeczytał go zanim jeszcze wstąpił do seminarium duchownego. Traktat zawiera m.in. modlitwę, która rozpoczyna się od słów: “Totus Tuus sum et omnia mea Tua sunt”.

    Podczas okupacji student polonistyki, Karol Wojtyła odbył wraz z dwoma kolegami z uniwersytetu pielgrzymkę na Jasną Górę, otoczoną przez wojska hitlerowskie. Zamysłem tej wyprawy było podtrzymanie tradycji pielgrzymek akademickich, które – w okresie wojny – nie mogły odbyć się w dotychczasowej, masowej formie. “Konspiratorzy”, którym ojcowie paulini udzielili gościny, byli bardzo szczęśliwi, że udało im się utrzymać ciągłość akademickiego pielgrzymowania do Czarnej Madonny.

    Jako biskup krakowski Karol Wojtyła wielokrotnie przyjeżdżał do głównego sanktuarium maryjnego archidiecezji Krakowskiej – w Kalwarii Zebrzydowskiej. Samotnie wędrował po tak zwanych “dróżkach maryjnych”, gdzie modlił się w różnych intencjach Kościoła, zwłaszcza tych związanych ze zmaganiami z komunistyczną władzą.

    Jako cel pierwszej podróży zagranicznej Jan Paweł II obrał słynne sanktuarium maryjne. Stało się tak z powodu jego wielkiego, dawnego przywiązania do pielgrzymek na Jasną Górę. Dlatego pierwsza podróż apostolska zawiodła go do sanktuarium Matki Bożej z Guadelupe w Mexico City.

    Prof. Stefan Swieżawski, wybitny historyk filozofii i przyjaciel ks. Karola od lat 50. ub. wieku, w 1974 r. we Włoszech, po wysłuchaniu jednej z homilii kard. Wojtyły, powiedział do niego po Mszy: „będziesz papieżem”. Pięć dni po wyborze na papieża, Jan Paweł II napisał do profesora odręczny list w którym wyznał m.in.: „Tak jest drogi Stefanie, przypominam sobie Twoje słowa (…) Czeka mnie z pewnością egzamin większy od wszystkich dotychczasowych, ale bez reszty powierzam się Chrystusowi i bezgranicznie ufam Jego Matce. Totus Tuus”.

    Z inicjatyw Jana Pawła II Kościół obchodził Rok Maryjny, od 7 czerwca 1987 do 15 sierpnia 1988 (w Polsce do 8 grudnia 1988). 6 czerwca, podczas uroczystości, jakie odbyły się w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore, papież zainaugurował Rok Maryjny. Za pośrednictwem 18 satelitów połączono się wówczas z największymi sanktuariami Maryjnymi na świecie.

    Zamach na papieża nastąpił dokładnie w rocznicę objawień Matki Bożej w trójce portugalskich dzieci w Fatimie, 13 maja 1917 roku. Co więcej co do minuty taka sama jest też godzina: obydwu wydarzeń: 17.19. Uważa się, że ten fakt zadecydował o wielkim kulcie, jakim Jan Paweł II otaczał Matkę Bożą Fatimską i Jej orędzie.

    Podczas objawień w Fatimie Maryja wezwała świat do pokuty, nawrócenia i ostrzegła przed skutkami dalszego trwania ludzkości w grzechach. Przepowiedziała także tragiczne skutki wybuchu II wojny światowe i prześladowania Kościoła przez komunistyczną Rosję. Prosiła też o poświęcenie Rosji jej Niepokalanemu Sercu. Część objawień – tzw. Trzecia tajemnica fatimska, została ujawniona dopiero w 2000 r. Mówiła ona o “ubranym na biało biskupie, który krocząc z trudem ku krzyżowi wśród ciał zabitych męczenników [głównie duchownych i zakonnic], pada na ziemię jak martwy, rażony strzałami z broni palnej”. Według interpretacji watykańskiej, wizja ta dotyczyła zamachu na Jana Pawła II z maja 1981 r.

    W 1984 r. Jan Paweł II, podczas uroczystości na Placu św. Piotra, powierzył Rosję opiece Matki Bożej. W ten sposób prośba Matki Bożej sprzed 67 lat została spełniona.

    W karetce, która wiozła papieża po zamachu do szpitala, Jan Paweł II był jeszcze przytomny. Modlił się półgłosem powierzając się opiece Matki Bożej i powtarzając słowa “Totus Tuus”.

    Przestrzelony podczas zamachu w 1981 r. pas swojej sutanny Jan Paweł II podarował, jako wotum, sanktuarium na Jasnej Górze. Pas ze śladem po pocisku przechowywany jest w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej. Natomiast kulę, która raniła papieża podczas zamachu Jan Paweł II przekazał sanktuarium w portugalskiej Fatimie. Umieszczono ją w koronie wieńczącej słynną figurę Matki Bożej.

    W książkowym wywiadzie papież wyznał André Frossardowi: “w chwili, kiedy padałem na placu świętego Piotra, miałem wyraźne przeczucie, że wyjdę z tego”. Wyraził też przekonanie, że “czyjaś ręka strzelała, ale Inna Ręka prowadziła kulę”.

    Dokładnie w pierwszą rocznicę zamachu, 13 maja 1982 r. papież przybył z dziękczynna pielgrzymką do Fatimy. W homilii z ubolewaniem stwierdził, że “bardzo wielu ludzi i społeczeństw, jak wielu chrześcijan poszło w kierunku przeciwnym niż wskazywało orędzie pani z Fatimy. Grzech zyskał tak bardzo prawo obywatelstwa – a negacja Boga rozprzestrzeniła się w ludzkich światopoglądach i programach!”. Oprócz dziękczynienia za własne ocalenie, Jan Paweł II – podobnie jak przed nim dwukrotnie uczynił to papież Pius XII – zawierzył Maryi losy świata.

    “Zrozumiałem, że jedynym sposobem ocalenia świata od wojny, ocalenia od ateizmu, jest nawrócenie Rosji zgodnie z orędziem z Fatimy” – miał powiedzieć Jan Paweł II do słowackiego biskupa emigracyjnego Pavola Hnilicy (1921-2006), opuszczając rzymską klinikę im. Gemelli w czerwcu 1981 roku po zamachu na swe życie 13 maja tegoż roku. Kilka tygodni wcześniej, na prośbę papieża, biskup dostarczył mu do szpitala dokumenty związane z Fatimą i objawieniami Matki Bożej.

    Kilka dni po zamachu, Jan Paweł II polecił swoim najbliższym współpracownikom przygotowanie i dostarczenie sobie do szpitala wszelkich materiałów i dokumentów dotyczących trzeciej, nie ujawnionej jeszcze wówczas, tajemnicy fatimskiej.

    Jedną ze swoich encyklik (szóstą z kolei) papież w całości poświęcił Matce Bożej. W ogłoszonym 25 marca 1987 r. dokumencie zatytułowanym “Redemptoris Mater”(Matka Odkupiciela) pisze o roli Matki Jezusa w życiu Kościoła. Papież ogłosił w tej encyklice Rok Maryjny (1987) i podkreślił, że “odkąd dokonała się tajemnica Wcielenia, dzieje ludzkości weszły w ‘pełnię czasu’, a znakiem tej pełni jest Kościół”.

    Pisząc swoją pierwszą encyklikę “Redeptor hominis” Jan Paweł II zastosował niezwykle osobliwy sposób numerowania rękopisu. Nie nadawał kolejnym stronom odpowiednich numerów, lecz oznaczał je używając do tego celu kolejnych słów modlitwy “Totus Tuus” i na tej podstawie orientował się w ciągłości wywodu.

    Aż trzykrotnie formułę „Totus Tuus” zapisał papież w swoim testamencie. Jeden z jego najbardziej poruszających fragmentów brzmi: “Nie wiem, kiedy ona [śmierć] nastąpi, ale tak jak wszystko, również i tę chwilę oddaję w ręce Matki mojego Mistrza: totus Tuus. W tych samych rękach matczynych zostawiam wszystko i Wszystkich, z którymi związało mnie moje życie i moje powołanie. W tych Rękach zostawiam nade wszystko Kościół, a także mój Naród i całą ludzkość”.

    Tuż po ostatnim, jak się miało okazać, publicznym spotkaniu z wiernymi (Wielka Niedziela, 27 marca 2005), kiedy to z okna Pałacu Apostolskiego pozdrowił ich tylko gestem, bo nie był już w stanie mówić, Jan Paweł II zapisał na kartce: „Totus Tuus”…

    Od młodości Karol Wojtyła czuł przywiązanie do – jak to określił “skarbów pobożności maryjnej”. Jako dziecko słuchał “Godzinek o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny” (dziś śpiewanych m.in. o świecie w pielgrzymkach na Jasną Górę). Bardzo też lubił pieśni ludowe: kolędy, czy wielkopostne “Gorzkie Żale”. Wyznał po latach, że tym, co w tych pieśniach go urzekło było bogactwo treści teologicznej i biblijnej.

    Także podczas swojego ostatniego pobytu w szpitalu (w lutym 2005) Papież dał wyraz bezgranicznego zaufania do Matki Bożej. Po operacji tracheotomii, która pozbawiła go głosu, więc ze światem zewnętrznym porozumiewał się na piśmie, zapytał swoje otoczenie: “Co ze mną zrobiliście?” dopisując – “Totus Tuus”… Natomiast w powstałych kilka dni potem rozważaniach do modlitwy Anioł Pański wyznał m.in.: „Wobec Maryi, Matki Kościoła, ponawiam moje zawierzenie: ‘Totus tuus!’ Niechaj w każdym momencie życia pomaga nam Ona wykonywać święta wolę Boga”.

    Wielokrotnie odbywał papież nieformalne, modlitewno-rekreacyjne wizyty w malowniczo położonym, górskim sanktuarium maryjnym w Mentorella (ok. 80 km od Rzymu).

    Opiekunowie tego miejsca z dumą pokazują jego własnoręczne wpisy do klasztornej księgi, jakich dokonywał na pamiątkę kolejnych pobytów. Jako papież po raz pierwszy przybył tu już w październiku 1978 r., ale wcześniej bywał tu już kilkadziesiąt razy.

    Podczas ostatniej swojej wizyty w sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej (w sierpniu 2002 r.), dokąd przybywał od młodości dziesiątki razy, papież w przejmujących słowach zwracał się do Matki Bożej:

    „Tobie oddaję wszystkie owoce mojego życia i posługi,

    Tobie zawierzam losy Kościoła,

    Tobie polecam mój naród,

    Tobie ufam i Tobie jeszcze raz wyznaję:

    Totus Tuus, Maria!

    Totus Tuus.

    Amen.”

    Przypomniał wszystkim wiernym, że będąc tu w 1979 r. prosił ich o modlitwę „za życia i po śmierci”; obecnie prośbę tę powtórzył.

    Podczas swojej trzeciej podróży do Fatimy (maj 1991) papież ponownie zawierzył świat Matce Bożej. Przestrzegając, że „wciąż jeszcze istnieje niebezpieczeństwo, że miejsce marksismu zając może ateizm w innej postaci”, modlił się: (…) Maryjo, potrzebuje Ciebie Europa (…) Potrzebuje Ciebie świat, ażeby położyć kres tak wielu i tak gwałtownym konfliktom, które wciąż jeszcze są jego udręką”.

    Pisząc o nowym tysiącleciu chrześcijaństwa, które rozciąga się przed Kościołem „niczym rozległy ocean”, papież zachęcał wiernych by z odwagą „płynęli na głębię” pod kierunkiem Maryi – „gwiazdy Nowej Ewangelizacji”.

    Tomasz Królak/KAI/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 niezwykłych faktów z życia codziennego

    św. Jana Pawła II

    Jan Paweł II wciąż uczy i zaskakuje! Oto 7 inspirujących faktów zaczerpniętych z życia codziennego papieża Polaka.

    Insytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego

    ***

    1) Tytan pracy

    Wielu było onieśmielonych pracowitością Jana Pawła II. Papież wstawał między 5 a 6 rano, a po długiej modlitwie osobistej oraz Mszy św. pracował nawet 12-16 godzin. Jednym z wielu darów, jaki Karol Wojtyła otrzymał od Boga, była wielozadaniowość. Papież potrafił na przykład jednocześnie czytać i żywo rozmawiać z drugą osobą. Czasami męczył się na spotkaniach, jeśli w tym samym czasie nie pracował nad czymś innym. Pragnienie karmienia intelektu było tak silne, że Karol Wojtyła przyniósł materiały do ​​czytania nawet na konklawe, na którym został wybrany na papieża. Wciąż pisał. Tylko podczas swojego pontyfikatu sporządzał średnio 3000 stron rocznie!

    2) Wolne chwile dla Maryi

    Modlitwa przez ręce Matki Bożej wyznaczała rytm dnia świętego papieża. O godzinie 6, w południe oraz o 18 Jan Paweł II odkładał swoje zajęcia, by odmówić Anioł Pański. Praktykował te wezwania do Matki Bożej również, zanim został papieżem, pracując w zakładach chemicznych w Krakowie. W trakcie pontyfikatu odmawiał kilka Różańców dziennie. W samochodzie, na konferencjach, spotkaniach i wyjściach w góry – w wielu sytuacjach dnia codziennego przesuwał w palcach różańcowe koraliki.

    3) Wieczorne błogosławieństwo świata

    Każdej nocy Jan Paweł II spoglądał przez okno skierowane na plac św. Piotra i znakiem krzyża błogosławił świat. Przez wiele lat wychodził też na dach papieskich apartamentów, by tam przekazać mieszkańcom Ziemi swoje błogosławieństwo. Miało to miejsce w późnych godzinach wieczornych. Odwiedzający Watykan pielgrzymi, potwierdzali, że papież gasił światło w swojej komnacie między 23 a 1 nad ranem. Jeden z jego biografów napisał, że Jan Paweł II rzadko chodził spać przed północą.

    4) Naczelna wada… i zaleta

    Kto by przypuszczał, że papież ciągle się spóźniał…! Problem z docieraniem na czas wynikał z faktu, że Ojciec Święty napotkane osoby traktował z wielkim szacunkiem, pragnąc je do końca wysłuchać. A to trwa… Dlatego niekiedy spotkania Ojca Świętego rozpoczynały się z dwugodzinnym opóźnieniem. Rozmowy z gośćmi, pielgrzymami traktował jako możliwość obcowania z samym Jezusem.

    5) 100 „ucieczek”

    Choć papież miał wiele obowiązków, a jego kalendarz wypełniony był na miesiące, a nawet lata do przodu, Jan Paweł II dbał o odpoczynek. Czas rekreacji rzeczywiście stanowił dla niego czas odnowy. We wtorki, jedyny wolny dzień w tygodniu, wraz z przyjaciółmi wyjeżdżał za miasto. Co ciekawe, nikt w Watykanie nie wiedział o tych eskapadach. Aby nie zostać zauważonym przez szwajcarską gwardię, Ojciec Święty chował się za rozłożoną gazetą lub zakładał długi, czarny płaszcz. W kolejnych latach pontyfikatu wsiadał niezauważony do samochodu z przyciemnianymi szybami, tak że nawet włoscy reporterzy nie potrafili go uchwycić. Takich „ucieczek” było ponad 100. Zwykle papież jeździł do Abruzzo, górskiego regionu położonego dwie godziny drogi samochodem od Rzymu.

    6) Największa miłość

    Jan Paweł II najbardziej miłował Eucharystię. Każdego dnia przyjmował komunię św. i przeznaczał czas na adorację. Odwiedzał Pana Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie przed posiłkami. Spędzał długie godziny w kaplicy przed pielgrzymkami. Potrafił uprawiać maratony modlitewne. Jeden z papieskich fotografów wspominał wizytę papieża w Wilnie, podczas której Jan Paweł II modlił się 6 godzin – bez przerwy! Ojciec Święty powtarzał, że wszystkie ludzkie działania powinny być zakorzenione w modlitwie.

    7) Akceptacja krzyża

    Jan Paweł II naznaczony był dramatem fizycznego cierpienia. Nazywał klinikę Gemelii „Trzecim Watykanem” (po Bazylice św. Piotra i Castel Gandolfo), gdyż spędził tam łącznie 164 dni! Powodów było wiele – dyslokacja ramienia, złamanie kości udowej, operacja biodra, usunięcie guza jelita grubego. Papież chorował na Parkinsona, dotknęło go zwyrodnienie stawów. Przeżył też zamach na swoje życie. 13 maja 1981 r. na placu św. Piotra został ugodzony dwiema kulami – w brzuch i ramię. Codzienność Ojca Świętego naznaczona była bólem, ale to, co wyróżniało świętego to wyjątkowa akceptacja krzyża. Jan Paweł II odnalazł w cierpieniu zbawczą moc i głosił ją na wszystkich kontynentach.

    Anna Casanova/autorka tekstu korzystała z: Saint John Paul the Great. His Five Loves, Jason Evert, 2014.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościół na Bachledówce zostanie nowym sanktuarium w archidiecezji krakowskiej

    Kościół na Bachledówce koło Zakopanego zostanie nowym sanktuarium w archidiecezji krakowskiej. Uroczystości odbędą się 28 maja, poprowadzi je metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski. Na Bachledówce spędzał wakacje kard. Stefan Wyszyński, gdzie spotykał się m.in. z kard. Karolem Wojtyłą.

    Parafia MB Częstochowskiej Czerwienne-Bachledówka

    Parafia MB Częstochowskiej Czerwienne-Bachledówka

    ***

    Na Bachledówce duszpasterzują ojcowie paulini. Od samego początku ich posługi wiernym Podhala, którzy przybywali na Bachledówkę, program duszpasterski był przeniknięty rysami maryjnymi oraz żywą pamięcią obecności w tym miejscu bł. kard. Stefana Wyszyńskiego. – To wyjątkowe miejsce corocznie odwiedzają rzesze pielgrzymów (ok. 50 tys. w skali roku), których liczba jeszcze bardzie wzrosła po beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia. Dla ich potrzeb powstaje na terenie przyklasztornym Dom Pamięci Błogosławionego – mówi KAI o. Jerzy Kielech, proboszcz parafii na Bachledówce.

    – Wszystkie te przesłanki skłoniły nas do starań o uczynienie tego miejsca ośrodkiem szczególnego kultu. Do naszej prośby przychylił się metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski. Na mocy jego dekretu 28 maja odbędzie się uroczystość ustanowienia kościoła na Bachledówce Sanktuarium Błogosławionego Kardynała Stefana Wyszyńskiego Czciciela Matki Boskiej Jasnogórskiej – zapowiada o. Kielech.

    Historia Bachledówki związana jest ściśle z losami życia dwóch zamożnych pań: księżnej Marii Bułhak-Prińskiej i Heleny Kowieńskiej-Jarząbek z domu Prussan. Pochodzące ze wschodnich kresów Polski, prawdopodobnie z Litwy, przyjechały na Podhale uciekając przed represjami z czasów rewolucji. – W czasie II wojny światowej posesja Heleny Jarząbek stała się partyzancką skrytką. Zostało to doniesione na gestapo, które dokonało rewizji całej posesji. Wywleczona i położona twarzą do śniegu Helena przyrzekła Bogu, że jeśli przeżyje a gestapowcy nie odnajdą ukrytych w jednym z uli partyzanckiej broni i radiostacji, wszystko, co posiada na Bachledówce, Jemu odda i poświęci. Żandarmi nic nie odnaleźli! – opowiada pauliński proboszcz.

    W miejscu, w którym Helena złożyła Bogu swoje obietnice, postawiła wotum – kapliczkę z kamienia. Dla spełnienia złożonych Bogu obietnic, zaczęła się starać o sprowadzenie na Bachledówkę zakonników.

    Po wielu staraniach spadkobiercami tego niezwykłego miejsca stali się ojcowie paulini, którzy zamieszkują na Bachledówce od wakacji 1955 r. Zakonnicy przywieźli ze sobą kopię obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej. Dwa lata później zgromadzeniu udało się uzyskać pozwolenie na założenie nowego domu zakonnego.

    W czasie początków Bachledówki nikt nie przewidział, że niezamieszkałe wcześniej wzgórze, stanie się miejscem pobytu świętych naszych czasów. Ksiądz kard. Stefan Wyszyński przybywał na Bachledówkę na miesięczny wypoczynek, przez siedem kolejnych lat (1967-1973). W czasie jednego z pobytów osobiście poświęcił Jasnogórską Ikonę. W tym czasie Prymasa Tysiąclecia odwiedzał ówczesny metropolita krakowski Karol Wojtyła. – To wyjątkowe miejsce, stało się przestrzenią spotkań świętych naszych czasów pod płaszczem Matki Jasnogórskiej. Ksiądz Prymas nawiązał też pełną serdeczności relację z miejscowymi ludźmi, z którymi modlił się, rozmawiał, odpoczywał. Codziennie sprawował Mszę św. z homilią, a wieczorem uczestniczył w nabożeństwie, po czym odprawiał Apel Jasnogórski.

    Od 29 maja 1988 r. na Bachledówce istnieje erygowana przez kard. Franciszka Macharskiego parafia pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. Wieża świątyni jest widoczna już z daleka. Wyjątkowa drewniana architektura wnętrza została zaprojektowana i wykonana przez miejscowych artystów. W 1991 r. kard. Macharski poświęcił kościół, a w 2000 r. dokonał jego konsekracji.

    Dopełnieniem ogłoszenia kościoła na Bachledówce sanktuarium będzie zaplanowana na 10 czerwca na godz. 19.00 IV Wieczornica z Wyszyńskim. Na koncert “Czas to milość” zaprasza Centrum Kultury i Promocji Gminy Czarny Dunajec. Przed publicznością wystąpią członkowie zespołów regionalnych z terenu gminy Czarny Dunajec, kapela góralska, Zespół LEX-Family-Ensemble Schola Niebo z Piekielnika oraz gwiazda koncertu Zespół Skaldowie.

    Bachledówka/Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    140 lat temu zmarł Cyprian Kamil Norwid

    140 lat temu, 23 maja 1883 r. w podparyskim przytułku św. Kazimierza zmarł Cyprian Kamil Norwid, poeta nierozumiany za życia, po latach wyniesiony do panteonu polskich wieszczów. “W dramatycznych okolicznościach historii chciał ocalić człowieka w Polakach” – powiedział PAP prof. Andrzej Fabianowski, historyk literatury, autor książki “Sonata Norwidowska”.

    Drzeworyt Józefa Łoskoczynskiego

    Drzeworyt Józefa Łoskoczynskiego/pl.wikipedia.org

    ***

    Dwa miesiące przed śmiercią, w ostatnim zachowanym liście Norwid napisał: “C.N. zasłużył na dwie rzeczy od Społeczeństwa Polskiego: to jest aby oneż społeczeństwo nie było dlań obce i nieprzyjazne”.

    “Norwid był poetą mało znanym w XIX w. i pozostaje nie do końca znanym także w XXI w. Jest wielkością, do której się można zbliżać, ale której się w pełni nie określi ani nie pozna, dlatego że on z jednej strony chciał swoją twórczością odpowiedzieć na wyzwania epoki, w której żył, a więc epoki, kiedy Polska była pod zaborami, kiedy dobijała się o niepodległość i kiedy rozdzierały ją różne konflikty społeczne, ale z drugiej strony chciał, by w tych dramatycznych okolicznościach historii, ocalić człowieka w Polakach. Tutaj ta jego chęć i ten jego postulat, żeby ocalić człowieka w Polaku jest po prostu przerażająco aktualny” – powiedział PAP prof. Fabianowski.

    Ocenił, że trudność w odbiorze poezji Norwida jest “wielopłaszczyznowa i wielopiętrowa”. “Podkreśliłbym dwa poziomy tej trudności. Pierwszy z nich jest taki, że Norwid nie jest poetą zagłaskującym swoich czytelników, nie jest poetą, który tworzy po to, żeby im sprawić przyjemność, albo żeby napompować ich ego. Jeżeli Mickiewicz, Krasiński, Słowacki byli mesjanistami, to oprócz wszystkich zobowiązań, jakie ten mesjanizm niósł za sobą, oni w gruncie rzeczy dopieszczali Polaków. Oni stawiali ich na pewnym cokole, sprawiali im swoją wizją Polski i Polaków przyjemność, Norwid natomiast ich chłostał. Norwid w sposób bezwzględny i bezkompromisowy pokazywał wszystkie słabości polskiej kondycji i trudno jest go czytać, bo trudno jest to zaakceptować. Trudno jest zaakceptować to, że się nie jest pięknym, dobrym, bogatym, że się nie jest rozsądnym, a tak właśnie pisał Norwid” – tłumaczył prof. Fabianowski.

    “Norwid był także odkrywcą bardzo trudnych prawd o kondycji polskiej i europejskiej. Wypowiadając te prawdy musiał wypracować własny, specyficzny i trudny język – indywidualny idiolekt. Teraz nie zrozumiemy twórczości Norwida, jeżeli nie zadamy sobie trudu przedarcia się przez tę skorupę norwidowskiego idiolektu. Prawdy potoczne wypowiada się językiem potocznym, prawdy naukowe wypowiada się językiem naukowym, prawdy Norwida wypowiedziane muszą być w języku Norwida, a to jest naprawdę trudne zadanie, żeby w ten język wgryźć się, wniknąć, żeby poznać kolejne odsłony znaczeń, jakie się otwierają, kiedy wczytujemy się w to dzieło” – powiedział.

    Cyprian Kamil Norwid herbu Topór urodził się 24 września 1821 r. w Laskowie-Głuchach, mazowieckiej wiosce w połowie drogi pomiędzy Radzyminem a Wyszkowem. Miał trójkę starszego rodzeństwa. Jego ojciec – Jan (1784–1835) był plenipotentem Radziwiłłów herbu Trąby, później administracji Namiestnictwa, matka – Ludwika ze Zdzieborskich (1798–1825) zmarła kiedy Cyprian miał cztery lata.

    Od 1825 r. wychowywał się u babki Hilarii z Sobieskich Zdziechowskiej. Sprawa koligacji rodzinnych niejednokrotnie powracała w tekstach Norwida, który pisał nie tylko o swoim fikcyjnym normandzkim rodowodzie, przeciwstawiając go przyrodzonym wadom “Słowian” i “Mazurów”, ale także chętnie podkreślał, że po kądzieli jego przodkiem był król Jan III Sobieski.

    Rok 1830 i powstanie listopadowe Norwidowie spędzili w Warszawie. Razem ze starszym bratem Ludwikiem, również poetą, uczył się w gimnazjum warszawskim. Tam poznał m.in. Felicjana Faleńskiego i Aleksandra Niewiarowskiego (autora m.in. “Szkiców o Cyganerii Warszawskiej”). Nie ukończywszy piątej klasy przerwał naukę i wstąpił do prywatnej szkoły malarskiej. Formalna edukacja Norwida była nieregularna, był samoukiem.

    Pierwszym wierszem Norwida, z którym mogła zapoznać się publiczność, był “Mój ostatni sonet” wydrukowany w 1840 r. na łamach “Piśmiennictwa Krajowego”. We wrześniu 1842 r. w wieku 21 lat wyjechał za granicę, by nigdy już nie powrócić do kraju. Podróżował po Europie, odwiedzał Drezno, Norymbergę, Monachium, Weronę, Ferrarę, Florencję. We Florencji zapisał się na oddział rzeźby Akademii Sztuk Pięknych; odwiedził Neapol i Rzym. W 1845 r. w Rzymie podczas bierzmowania przyjmuje imię Kamil nawiązujące do dowódcy rzymskiego Marka Furiusza Kamillusa (Marcusa Furiusa Camillusa). Będzie podpisywał swoje utwory jako “Cyprian Kamil Norwid”, podkreślając w ten sposób swój fikcyjny “rzymski rodowód”.

    We Włoszech zakochuje się w Marii Kalergis – jednej z najpiękniejszych i najbardziej adorowanych kobiet ówczesnej Europy. Mimo braku środków, podróżował za obiektem swych westchnień po całej Europie. W Berlinie trafił na kilka tygodni do więzienia za kontakty z emisariuszami polskiego ruchu niepodległościowego, tam właśnie zaczęły się jego problemy ze słuchem. Podczas kolejnej podróży do Włoch za piękną Marią poznał Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego, w Paryżu – Juliusza Słowackiego i Fryderyka Chopina, obaj byli już bardzo chorzy. Opis ich ostatnich dni Norwid zamieścił w “Czarnych kwiatach”.

    Podczas pobytu w Paryżu poeta publikował w “Gońcu polskim”, żył w biedzie, postępowała u niego utrata słuchu, zaczął też mieć kłopoty ze wzrokiem. Bezkompromisowy i konsekwentny w swoich poglądach szybko znalazł się na marginesie życia emigracji. Jego dzieła nie znalazły uznania współczesnych poecie.

    “Żaden jego poemat dłuższy nie tworzy całości, a najkrótszy i najpiękniejszy wierszyk nie jest wolen od jakiegoś wybraku, co go kazi. Pod tym względem szkice jego daleko są piękniejsze od poezji, lecz jak skoro da się w kompozycję historyczną, religijną, mistyczną, zdradza zupełną nieudolność artystyczną. Pomysł będzie znakomity, wykonanie niedołężne” – pisał o twórczości Norwida Józef Ignacy Kraszewski.

    Zmęczony biedą i niepowodzeniami postanowił wyemigrować do USA. W lutym 1853 r. przypłynął do Nowego Jorku, w którym trwały przygotowania do światowej wystawy przemysłu. Zatrudniono go do wykonywania drzeworytów świadczących o rozwoju ówczesnej myśli technicznej, które miały znaleźć się w albumie ilustrującym tę wystawę. Badacze wskazują, że to jedyny okres, kiedy Norwidowi nie brakowało pieniędzy i przeżywał coś w rodzaju finansowej prosperity.

    Kiedy wystawa światowa się skończyła, znów stanął na krawędzi nędzy. Wynajmował się w nowojorskim porcie do malowania wnętrz statków, a nawet jako rębacz drewna do parowców. Pewnego razu podczas rąbania drewna wydarzył się wypadek i Norwid tak dotkliwie zranił się w rękę, że nie mógł już tego zajęcia kontynuować. W oczy zajrzała mu śmierć głodowa. Tymczasem jeden z jego kolegów dostał z Europy spadek i podzielił się z Norwidem pieniędzmi.

    W czerwcu 1854 r. poeta wrócił do Europy. Zamieszkał początkowo w Londynie, utrzymując się z dorywczych prac rzemieślniczych, po czym udało mu się powrócić do Paryża. W tym czasie rozpoczął pracę nad swym najobszerniejszym poematem “Quidam” (napisany w latach 1855-56 i przeredagowany w 1857.), którego akcja rozgrywa się w starożytnym Rzymie za panowania cesarza Hadriana.

    Na początku lat sześćdziesiątych do Norwida znowu uśmiechnęło się szczęście. Prestiżowe lipskie wydawnictwo Brockhaus, które drukowało także książki po polsku, zaproponowało mu wydanie tomu poezji. Duży tom, zbierający najważniejsze wiersze, które poeta napisał do tego momentu, ukazał się. Był to jednak rok 1863, kiedy to Polska wykrwawiała się w powstaniu styczniowym i nikt wtedy nie myślał o poezji.

    Norwid, ze względu na stan zdrowia, nie mógł wziąć w powstaniu udziału, ale w dziesiątkach listów i memoriałów zgłaszał różne projekty polityczne, które nie znajdowały odzewu i aprobaty. Liryczny tom Norwida przeszedł bez echa, a dla wydawnictwa był finansową klapą.

    W 1866 r. ukończył pracę nad “Vade-mecum”, chociaż tomu, mimo prób i protekcji, nie udało się wydać. Utworem otwierającym “Vade-mecum” jest wiersz “Klaskaniem mając obrzękłe prawice…”, będący duchową i poetycką autobiografią autora.

    Norwida często określa się mianem “czwartego wieszcza”. W ostatniej strofie wiersza wypowiada proroctwo dotyczące swego dzieła, że nie będzie zrozumiany nie tylko przez współczesnych, ale nawet przez ich synów. Może liczyć dopiero na wnuki. “Syn minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku (…)” – pisał.

    Poeta cenił także wielokulturowość i nie znosił zaściankowości. W liście do Wojciecha Cybulskiego tak pisał o “Panu Tadeuszu”: “ulubiony i słynny poemat narodowy polski, w którym jedyną poważną i serio figurą jest kto?… Żyd (Jankiel). Zresztą: awanturniki, facecjoniści, gawędziarze, pasibrzuchy, którzy jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają, aż Francuzi przyjdą zrobić im ojczyznę…”.

    Norwid nie krytykował dzieła Mickiewicza, tylko postawy ludzkie. “Żarliwa polskość Norwida, chłoszcząca (…) każdy zwyrodniały patriotyzm, każdy przejaw zaściankowości narodowej, postulująca kulturę, która byłaby syntezą rodzimych osiągnięć i europejskich tradycji, może dziś przekonywać tych, którzy rozumiejąc wartość (…) wspólnoty europejskiej, dbają o to, aby w jej ramach ocalić narodową odrębność” – napisał prof. Stefan Sawicki w artykule “Norwid – od strony prawnuków” (2006 r.)

    W środowisku artystycznym Norwid znany był głównie jako deklamator, rysownik i rytownik. Sytuacja materialna artysty w następnych latach znowu się pogorszyła. Norwid cierpiał nędzę, chorował na gruźlicę. W 1877 r. przeżył tragedię z powodu nieudanego wyjazdu do Florencji. Bardzo liczył w związku z tym na poprawę stanu zdrowia, wysłał swój dobytek, ale książę Władysław Czartoryski nie udzielił poecie obiecanej pożyczki. Kuzyn Norwida, Michał Kleczkowski umieścił go w Domu św. Kazimierza na przedmieściu Ivry na peryferiach Paryża, przytułku dla ubogich polskich weteranów i sierot, gdzie spędził resztę życia.

    Regulamin zakładu ograniczał swobodę poety i utrudniał jego kontakty z Paryżem, co spotęgowało samotność, izolację i zgorzknienie. Norwid pracował twórczo do samej śmierci. W ostatnich latach życia powstał m.in. dramat “Miłość czysta u kąpieli morskich”, nowele “Stygmat”, “Ad leones!”, “Tajemnica lorda Singelworth”.

    Poeta umarł we śnie 23 maja 1883 r. Zaraz po jego śmierci w czasie porządkowania pokoju spalone zostały papiery zgromadzone w kufrze pisarza. Pochowany na cmentarzu w Ivry, po pięciu latach jego zwłoki zostały przeniesione do polskiego grobu zbiorowego na cmentarzu w Montmorency; następnie – po wygaśnięciu piętnastoletniej koncesji – do zbiorowego grobu domowników Hotelu Lambert. Dopiero w 2001 r. odbył się symboliczny pochówek Norwida na Wawelu w Krypcie Wieszczów.

    Twórczość Norwida, nierozumiana przez mu współczesnych, doczekała się odkrycia i uznania dopiero wtedy, gdy tomik jego “Poezyj” trafił do rąk Zenona Przesmyckiego “Miriama”, poety i krytyka artystycznego okresu Młodej Polski.

    “Przesmycki pracował nad zamówionym u niego artykułem na temat Wielkiej Emigracji i oczywiście słyszał nazwisko +Norwid+, choć nie za wiele mu ono mówiło. Będąc w tej bibliotece, zamówił tom poezji Norwida wydany przez Brockhausa. Zaczytał się, nie mógł się oderwać od tej poezji. Jak wspominał później, woźny musiał go długo szarpać, aby powiedzieć, że biblioteka jest już zamknięta. +Miriam+ dziwił się, że nie dostrzeżono tak wielkiego poety i myśliciela. Ostatnich pięćdziesiąt lat swojego życia poświęcił na odnajdywanie rękopisów, popularyzowanie twórczości i wydawanię tomów z utworami Norwida” – mówił PAP w 2021 r. prof. Fabianowski.

    Przesmycki zaczął publikować utwory Norwida. Jednak “Pisma wszystkie”, czyli pełna edycja dzieł Norwida, składająca się z jedenastu tomów, ukazała się za sprawą Juliusza Witolda Gomulickiego dopiero w latach 1971-76.

    Współcześnie poeta patronuje szkołom, bibliotekom; istnieją stowarzyszenia i katedry poświęcone jego życiu i twórczości. Wiele piosenek do tekstów Norwida interpretowali m.in. Czesław Niemen, Wanda Warska, Stan Borys, Przemysław Gintrowski, Budka Suflera, Maciej Maleńczuk.

    W 2021 r., w 200-lecie urodzin poety, decyzją polskiego Parlamentu obchodzono Rok Norwida.

    “Najwybitniejsi polscy poeci podążali szlakiem Norwida. Jego twórczy wkład w nowoczesną polską literaturę, a szerzej w polską kulturę, jest ogromny, na wielu polach decydujący” – podkreślono w uchwale Sejmu. (PAP)

    Tygodnik Niedziela/PAP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Słowo do rzeczy

    190. rocznica urodzin Norwida

    190. rocznica urodzin Norwida
    Grafika autorstwa Norwida z 1861 r.EAST NEWS/MUZEUM LITERATURY

    ***

    Miał jeden cel: „Odpowiednie dać rzeczy – słowo!”. I tak budował mosty między literaturą a teologią. Nic dziwnego, że twórczością Norwida zafascynował się przyszły papież.

    Wiedeńska biblioteka, rok 1901. Młodopolski poeta i tłumacz Zenon „Miriam” Przesmycki trzyma w ręku niepozornie wyglądający tomik poezji. Nie wie jeszcze, że ta chwila będzie przełomowym momentem dla historii polskiej literatury.

    Czwarty wieszcz

    Ów tomik to jedyny zbiór wierszy Cypriana Kamila Norwida, jaki autorowi „Vade-mecum” udało się wydać za życia. Niemal wszystko, co dziś znamy, i co mieści się w jedenastu tomach „Pism wszystkich”, wydanych dopiero w latach 70. ubiegłego wieku, zostało wydobyte z rękopisów.

    Urodził się w mazowieckiej wsi Laskowo-Głuchy, ale większą część życia spędził za granicą, głównie w Paryżu. Wiele lat przeżył w skrajnej nędzy, utrzymując się jedynie z dorywczych prac, m.in. z grafiki. Postępująca gruźlica i uzależnienie od alkoholu sprawiły, że jeden z największych polskich poetów wszech czasów ostatnie lata życia spędził w przytułku, opuszczony i zapomniany.

    Czemu tak się stało? Cyprian Kamil Norwid to jeden z tych artystów, którzy wyprzedzili swoją epokę. Niezrozumiany przez współczesnych, stał się jednak inspiracją dla potomków, tak jak przewidział w wierszu: „Syn – minie pismo, lecz ty spomnisz wnuku”. Dziś stawia się go w jednym rzędzie z romantycznymi wieszczami, jednak błędem byłoby sądzić, że twórczość Norwida jest powszechnie znana. Trudny, filozoficzny język jego poezji sprawia, że zaczytywać się nią mogą tylko nieliczni. I choć są badacze, którzy zajmują się niemal wyłącznie Norwidem, to dla wielu zwykłych czytelników pozostaje on ciągle autorem kilku „szkolnych” utworów: „Fortepianu Chopina”, „Mojej piosnki (II)” czy „Bema pamięci żałobnego rapsodu”.

    Krzyż stał się bramą

    Jednym z tych, którzy uważali Norwida za swojego mistrza, był Jan Paweł II. Gdyby sporządzić listę artystów najczęściej przez papieża cytowanych, na pierwszym miejscu znalazłby się z pewnością autor „Promethidiona”. Jego wpływy widać nie tylko w poezji Karola Wojtyły, zwłaszcza w „Tryptyku rzymskim”, ale przede wszystkim w nauczaniu, co zresztą Ojciec Święty sam podkreślał. W 180. rocznicę urodzin poety wyznał, że myśl o kapłańskim charakterze osoby ludzkiej, zaczerpnięta właśnie z Norwida, kształtowała społeczny wymiar jego pontyfikatu. Papieża inspirowały również rozważania Norwida na temat narodu. „Z wielkim bólem mówił Norwid Polakom, że nie będą nigdy dobrymi patriotami, jeśli wpierw nie będą pracowali na swoje człowieczeństwo – przypomina papież. – Ład narodu przychodzi spoza narodu, ostatecznie jest on z Boga, i dlatego tym, którzy tak dalekosiężnie, bo kapłańsko, kochają swój naród, nie grozi nacjonalizm”.

    Dla Jana Pawła II jest oczywiste, że siła autorytetu poety bierze się z krzyża: „Tylko ci bowiem, w których wnętrzu codziennie rozgrywa się dramat Golgoty, mogą powiedzieć: Krzyż »Stał się nam: bramą«”. Krzyż to jedno ze słów-kluczy w twórczości Norwida, jednak symboli zaczerpniętych z Biblii jest w niej znacznie więcej. Siostra Alina Merdas w książce „Łuk przymierza” udowadnia, że są one jednym z najważniejszych tworzyw tej poezji. To odróżnia autora „Vade-mecum” od wielu innych poetów, znajdujących w motywach biblijnych jedynie ozdobniki. Zdaniem badaczki, Biblia przeniknęła całą twórczość Norwida, czyniąc ją religijną, a nawet ortodoksyjnie katolicką.

    Mowa na nowo

    Norwid nie wybiera z Biblii jedynie wygodnych dla siebie fragmentów, ale inspiruje go ona w całości: od Księgi Rodzaju po Apokalipsę. To dążenie do pełni, charakterystyczne dla artysty, widoczne jest zarówno w konstruowaniu cyklów poetyckich, jak i w tworzeniu spójnego systemu filozoficznego, w którym głównym zagadnieniem stanie się – jak mówi s. Alina Merdas – „moralny postęp ludzkości”. Zdaniem poety, tylko „c a ł y – c z ł o w i e k  –  od stóp do głów – cały!” ma szansę wygrać, jak Bóg, w walce ze światem. Aby „być  c z ł o w i e c z y m”, człowiek musi więc stać się „n a d – l u d z k i m”, przemienionym według Bożego zamysłu. Przemiana ma się dokonać nie tylko na planie osoby, ale także narodu i wreszcie całej ludzkości. W ten sposób Norwid tworzy całą filozofię dziejów, która oparta jest na biblijnej wizji świata, a także na pismach Ojców Kościoła, których poeta był gorliwym czytelnikiem.  Jak jednak przedstawić tę wizję w poezji, nie uciekając się do wytartych formuł? Norwid dostrzega niebezpieczeństwo „zeskorupienia” języka religijnego, dlatego jednym z celów, które sobie postawi, będzie jego odświeżenie. To zadanie najlepiej chyba streszcza tytuł książki o twórczości Norwida, napisanej przez Wojciecha Kudybę: „Aby mowę chrześcijańską odtworzyć na nowo…”. „Odtworzyć” właśnie, czyli dotrzeć do źródeł, a nie stworzyć od zera.


    Wyprzedzał teologów

    Autor „Vade-mecum”, nawet kiedy układa neologizmy, to zazwyczaj po to, by wydobyć ukryte znaczenie słów już istniejących. Czasem dzieje się to przez rozbijanie wyrazów na części („u-martwienie”, „od-poczynek”), innym razem z kolei przez ich łączenie („Słowo-ciałem”, „źródła-czynów”), ale cel jest zawsze ten sam: skoncentrować uwagę czytelnika na tym, że każdy, nawet najmniejszy, element języka ma istotne znaczenie. Norwid nadaje słowu poetyckiemu bardzo wysoką rangę, ma ono być jak najwierniejszym odzwierciedleniem rzeczywistości. Stąd wezwanie, by: „Odpowiednie dać rzeczy – słowo!”.

    Czy to się udało? Zdaniem Wojciecha Kudyby, twórczość Norwida budowała mosty pomiędzy literaturą a teologią – „obszarami pozostającymi w czasach romantyzmu w wyraźnej separacji”. Inny badacz, ks. Antoni Dunajski, twierdzi nawet, że „teologia poetycka” Norwida uprzedza niekiedy ujęcia teologów profesjonalistów. Nie dziwi więc, że zafascynował się nią przyszły papież. „Podczas okupacji niemieckiej – pisze Jan Paweł II – myśli Norwida podtrzymywały naszą nadzieję pokładaną w Bogu, a w okresie niesprawiedliwości i pogardy, z jaką system komunistyczny traktował człowieka, pomagały nam trwać przy zadanej prawdzie i godnie żyć. Cyprian Norwid pozostawił dzieło, z którego emanuje światło pozwalające wejść głębiej w prawdę naszego bycia człowiekiem, chrześcijaninem, Europejczykiem i Polakiem”. Warto zaczerpnąć tego światła.    

    Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tworzył z Bożego natchnienia

    W konkatedrze Matki Bożej Zwycięskiej na warszawskim Kamionku uroczyście zainaugurowano obchody 200-lecia urodzin Cypriana Kamila Norwida w powiecie wołomińskim.

    Mszy św. przewodniczył bp Romuald Kamiński, ordynariusz warszawsko-praski. W Eucharystii uczestniczyli przedstawiciele władz samorządowych z powiatów wołomińskiego, wyszkowskiego i węgrowskiego. – Sanktuarium Matki Bożej Zwycięskiej to miejsce symboliczne, wzniesione jako wotum za zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej w 1920 r. Powiat wołomiński pielęgnuje pamięć o Cyprianie Kamilu Norwidzie, którego historia życia i twórczości nierozerwalnie związana jest z naszym powiatem. C. K. Norwid jest wzorem wznoszenia myśli ponad podziałami dla budowania silnej Polski – powiedział przed rozpoczęciem liturgii Adam Lubiak, starosta wołomiński i podkreślił, że Norwid prezentuje postawę wierności Bogu i Ojczyźnie.

    W kazaniu bp Kamiński zaznaczył, że niezwykle ważne jest, aby słowa Norwida ożyły w nas i abyśmy potrafili zrozumieć prawdy, które on przeżywał. – Norwid naprawdę pragnął zbawienia dla swoich braci i sióstr – podkreślił ordynariusz warszawsko-praski i dodał, nawiązując do liturgii słowa mówiącej o powołaniu proroka, że powinność mówienia w imieniu Boga mamy wszyscy. – I Cyprian był obdarzony powinnością przemawiania w imię Boże oraz głoszenia Ewangelii na co dzień. Całe jego życie było domaganiem się realizacji zamysłów Bożych w życiu każdego człowieka – powiedział bp Kamiński.

    Hierarcha przypomniał, że Norwid był nie tylko wielkim dramaturgiem, malarzem, człowiekiem wielu cnót i talentów, ale przede wszystkim osobą wierzącą. – Bardzo głęboko pojmował wiarę, kochał Kościół i bronił Stolicy Apostolskiej – podkreślił pasterz Kościoła warszawsko-praskiego. Odwołał się także do słów Czesława Niemena, który mówił, że treści głoszone przez Norwida w XIX wieku były aktualne w wieku XX i są nadal aktualne w XXI.

    – Warto wiele zainwestować, aby współczesne społeczeństwo polskie nie tylko dowiedziało się na powrót o Norwidzie, ale by cokolwiek przyswoiło z jego posłannictwa – wskazał bp Kamiński. Przywołując istotne wydarzenia z biografii poety, przypomniał, że będąc w Rzymie w czasie Wiosny Ludów Norwid był świadkiem ataku na Kwirynał, gdzie wówczas mieszkał Pius IX i pośpieszył papieżowi na ratunek. – Norwid miał w sercu potrzebę podziękowania papieżowi, ponieważ wcześniej poprosił Ojca Świętego o odpusty na godzinę śmierci, które otrzymał dla siebie, a także dla Mickiewicza i Słowackiego. Uchylił więc im drzwi do nieba – powiedział bp Kamiński.

    Odnosząc się do twórczości poety, hierarcha przypomniał, że Norwid ostrzegał, iż skrzętnie budowana przez ludzi będących daleko od Boga cywilizacja niechybnie idzie na zatracenie. – Tak bardzo społeczeństwu dzisiaj jest daleko do pochylenia się nad sprawami opisanymi przez Norwida, których sercem była Ewangelia – zwrócił uwagę biskup warszawsko-praski i zaznaczył, że moc Norwida nie była z niego samego, ale pochodziła od Boga. – Zróbmy poważny krok, aby przekazać obecnym pokoleniom nie tylko w Ojczyźnie to, co jest prawdziwą i drogocenną perłą – podkreślił.

    Bezpośrednio po Mszy św. odbył się koncert poetycko-muzyczny, w trakcie którego wystąpił Chór Konkatedralny oraz zaprezentowane zostały utwory Cypriana Kamila Norwida.

    Okolice Wołomina to ziemie związane z latami dzieciństwa poety. Powiat nazywany jest „Ziemią Norwida i Cudu nad Wisłą”. Cyprian urodził się w mazowieckiej wsi Laskowo-Głuchy, która znajduje się w połowie drogi pomiędzy Radzyminem a Wyszkowem. Został ochrzczony w pobliskim kościele parafialnym w Dąbrówce, gdzie znajduje się tablica pamiątkowa, a także akt chrztu.

    Ł.K./Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – kwiecień 2023

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _____________________________________________________________________________________________________________

    30 kwietnia

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA 

    DZIŚ NIEDZIELA DOBREGO PASTERZA

    W tym tygodniu Kościół modli się szczególnie o powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego

    „W sanktuarium św. Jana Marii Vianneya w Mzykach przez cały rok trwa modlitwa przed Najświętszym Sakramentem za powołanych do służby w Kościele i o nowe powołania. Chcemy, aby ta pokorna modlitwa nabrała szczególnego wymiaru w Tygodniu Modlitw o Powołania” – napisał na stronie archidiecezji częstochowskiej ks. Wojciech Torchalski, kustosz sanktuarium.

    Msza Krzyżma w kościele seminaryjnym Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana w Częstochowie, Wielki Czwartek, 17 kwietnia 2019 r.

    Msza Krzyżma w kościele seminaryjnym Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana w Częstochowie, Wielki Czwartek, 17 kwietnia 2019 r./ fot.  Bożena Sztajner

    ***

    Ilu alumnów przygotowuje się do przyjęcia sakramentu kapłaństwa?

    Statystyki przed 60. Światowym Dniem Modlitw o Powołania

    Do przyjęcia sakramentu kapłaństwa przygotowuje się w seminariach diecezjalnych i zakonach w Polsce 1954 alumnów. Formację w seminariach duchownych w roku akademickim 2022/23 rozpoczęło 338 kandydatów, czyli o ok. 5 pkt. proc. mniej, niż rok wcześniej.

    fot. Karol Porwich

    ***

    W Kościele katolickim IV niedziela wielkanocna, nazywana niedzielą Dobrego Pasterza to 60. Światowy Dzień Modlitw o Powołania, który rozpoczyna w Polsce tydzień modlitw o powołania do szczególnej służby w Kościele.

    Zgodnie z danymi przekazanymi PAP przez Krajową Radę Duszpasterstwa Powołań KEP w bieżącym roku akademickim 2022/23 formację do kapłaństwa rozpoczęło 338 kandydatów, w tym 236 w seminariach diecezjalnych, a 102 w zakonnych i misyjnych. Dla porównania w roku 2021/22 formację do kapłaństwa rozpoczęło 356 kandydatów. To pokazuje spadek o ok. 5 pkt. procentowych.

    Łącznie do przyjęcia sakramentu kapłaństwa przygotowuje się w kraju 1954 alumnów. Rok temu było ich 2 177. W ciągu pięciu ostatnich lat, a więc w porównaniu z rokiem 2018, kiedy było ich 3016, liczba kleryków zmniejszyła się o 1062.

    W seminariach diecezjalnych etap propedeutyczny (który prowadzi tylko część seminariów) rozpoczęło 179 kandydatów, zaś pierwszy rok studiów 280 alumnów, natomiast w zakonach formację rozpoczęło 73 kandydatów” – wynika ze statystyk powołaniowych.

    Najwięcej kandydatów do kapłaństwa zgłosiło się do seminariów duchownych w Tarnowie – 15. Na kolejnym miejscu są seminaria w Częstochowie – 11 oraz w Poznaniu, Warszawie i Katowicach – po 10 osób.

    Najmniej nowych powołań (po jednym) zanotowano w diecezjalnym seminarium duchownym w Ełku, Bydgoszczy, Legnicy, Olsztynie, Szczecinie oraz w seminarium diecezji zielonogórsko-gorzowskiej i w seminarium diecezji łowickiej.

    Do Wyższego Seminarium Duchownego 35 plus w Łodzi, czyli przyjmującego kandydatów powyżej 35 lat, zgłosiło się 14 kandydatów z różnych diecezji, podczas gdy jeszcze rok wcześniej – tylko 5 kandydatów, zaś do warszawskiego seminarium Redemptoris Mater – 5 kandydatów.

    W przypadku zakonów męskich, w roku akademickim 2022/2023 najwięcej kandydatów rozpoczęło formację u franciszkanów OFM (zakon Braci Mniejszych) – 18 kandydatów, którzy zgłosili się do czterech Wyższych Seminariów Zakonnych OFM (Kraków – 5, Antonianum – 4, Katowice-Panewniki – 3, Wronki – 1). Na drugim miejscu znaleźli się dominikanie – 14 kandydatów i franciszkanie konwentualni – 10 kandydatów w dwóch seminariach: w Krakowie (5 kandydatów) i w Łodzi – (9 kandydatów). Kolejne miejsce zajmują salezjanie – 8 kandydatów i pallotyni – 7.

    Z najnowszych danych wynika, że w Polsce żyje 1220 mniszek (rok wcześniej było ich 1250) – w tym 1198 w klasztorach należących do konferencji klauzurowej. Wśród nich są 1062 – profeski wieczyste, 56 – profesek czasowych, 32 – nowicjuszki, 15 – postulantek, a 26 to aspirantki. Statystyczna mniszka w naszym kraju w r. 2022 miała 58 lat.

    Konferencja Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych w Polsce zrzesza 83 przełożonych klasztorów kontemplacyjnych, należących do 13 rodzin zakonnych. Są to: benedyktynki (9 domów), benedyktynki sakramentki (3), bernardynki (9), dominikanki (3), kamedułki (2), karmelitanki (28), klaryski kapucynki (6), klaryski (7), klaryski od wieczystej adoracji (8), norbertanki (2), redemptorystki (1), wizytki (4), anuncjatki (1).

    Z danych przekazanych przez Konferencję Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych w Polsce wynika, że w ostatnich pięciu latach liczba mniszek zmniejszyła się o 72.

    Według danych Konferencji Episkopatu Polski z 31 grudnia 2022 r. w kraju jest 107 czynnych zgromadzeń zakonnych, w których jest 15 tys. 940 sióstr. W 2021 było 16 tys. 307 zakonnic, a w 2020 r. – ok. 20 tys.

    Wśród 15 tys. 940 sióstr w Polsce jest 15 tys. 309 profesek wieczystych, 438 profesek czasowych, 109 nowicjuszek i 84 postulantki.

    Poza krajem pracuje 1821 zakonnic, w tym na misjach są 493 siostry, a 288 zakonnic na Wschodzie.

    Z danym statystycznych wynika, że w Polsce jest 397 dziewic konsekrowanych (indywidulana forma życia konsekrowanego). Najwięcej jest ich w archidiecezji krakowskiej – 57. Na drugim miejscu jest archidiecezja warszawska mająca 36 dziewic, zaś trzecie miejsce zajmuje archidiecezja gdańska – 29. Natomiast po jednej mają diecezje: drohiczyńska, gnieźnieńska oraz zamojsko-lubaczowska. Dwie dziewice konsekrowane są w diecezji legnickiej, włocławskiej bydgoskiej i siedleckiej, a po 3 – w diecezji radomskiej i świdnickiej.

    Do stanu wdów należy w Polsce 397 kobiet, w tym najwięcej jest w archidiecezji łódzkiej – 75. Na drugim miejscu jest archidiecezja krakowska i diecezja kielecka – po 26.

    Do Krajowej Konferencji Instytutów Świeckich (KKIŚ) należy 30 instytutów i stowarzyszeń, do których należą 1024 osoby. Po ślubach wieczystych w instytutach jest obecnie 865 osób, 101 – po ślubach czasowych, a w formacji wstępnej 58.

    Światowy Dzień Modlitw o Powołania to inicjatywa papieża Pawła VI. Pierwszy raz był obchodzony 12 kwietnia 1964 r. Niedziela Dobrego Pasterza to również święto patronalne Papieskiego Dzieła św. Piotra Apostoła. Wspiera ono powołania misyjne, m.in. akcją AdoMIS, zachęcającą do adopcji misyjnych seminarzystów. (PAP)

    Tygodnik Niedziela/PAP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 MAJA WE WTOREK NIE BĘDZIE SPOTKANIA W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    KOLEJNE WTORKOWE KATECHEZY W MAJU: 9,23,30

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA – 3 MAJA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY KRÓLOWEJ POLSKI

    GODZ. 19.00 – UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    Prymas kard. Stefan Wyszyński: Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi - zdjęcie

    Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    błogosławionego Prymasa Polski Stefana kardynała Wyszyńskiego:

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!

    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace, radości i cierpienia, wszystko, czym jestem i co posiadam.

    Ochotnym sercem oddaję się Tobie w macierzyńską niewolę miłości.

    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi i ku pomocy Kościołowi Świętemu, którego jesteś Matką.

    Chcę odtąd wszystko czynić z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie. Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam.

    Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna, i zawsze zwyciężasz.

    Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna były rzeczywistym królestwem Twego Syna i Twoim. Amen.

    ____________________________________________________________________________________________

    Maryjo, Królowo Polski

    fot.Slawomir Olzacki/Forum

    ***

    Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam – słowa Apelu Jasnogórskiego zawierają prawdę, coraz trudniejszą do przełknięcia także dla wielu współczesnych katolików, że Boża Rodzicielka jest naszą Monarchinią. To karygodne zawłaszczanie Matki Jezusa przez Polaków – dowodzą, nie wiedząc lub nie chcąc wiedzieć, że tytuł Królowej Polski został objawiony w… nadtyrreńskim Neapolu pewnemu włoskiemu jezuicie.

    W połowie XVI wieku polsko‑łaciński poeta Grzegorz z Sambora pisał, używając literackiej przenośni, o Matce Bożej jako Królowej Polski i Polaków. Tytuł ten rozpowszechnił się w następnym stuleciu (po cudownej obronie Jasnej Góry, ściśle wiązanej ze wstawiennictwem Najświętszej Dziewicy) przede wszystkim za sprawą króla Jana Kazimierza, który 1 kwietnia 1656 roku przed cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej w katedrze lwowskiej na klęczkach oddał Rzeczpospolitą szczególnej opiece Maryi, nazywając ją Królową Polski. W istocie jednak odnoszący się do Matki Zbawiciela oficjalny tytuł Królowej Polski nie jest wymysłem Polaków, a tym mniej przejawem – tak obśmiewanej przez wielu „oświeconych polakosceptyków” – naszej rzekomej megalomanii. Nie zrodził się on bowiem w umyśle żadnego człowieka, lecz objawiony sędziwemu jezuicie z Neapolu padł z ust samej… Najświętszej Dziewicy. Sprawa to iście sensacyjna, bo ani wcześniej, ani nigdy potem, nie zdarzyło się, by jakiemukolwiek narodowi dana została taka łaska. Owszem, liczne królestwa, państwa i narody ogłaszały Maryję swą Królową, ale nigdy nie zostało to ogłoszone – expressis verbis – przez Nią samą. Sprawa była jeszcze o tyle bardziej intrygująca, że proklamacja Maryi jako Królowej Polski została ogłoszona światu nie przez naszego rodaka, ale przez Włocha. Stąd też ewentualny zarzut, że Polacy w swej pysze wymyślili całą historię, jest całkowicie chybiony.

    Świadek życia i śmierci św. Stanisława Kostki

    Juliusz (Gulio) Mancinelli urodził się 13 października 1537 roku w miejscowości Macerata, dwieście kilometrów na północny wschód od Rzymu. Choć był cenionym mistrzem nowicjatu rzymskich jezuitów – tego samego, w którym przebywał i zmarł św. Stanisław Kostka – dosyć pewnym wydaje się, że to nasz osiemnastoletni zaledwie rodak odgrywał rolę jego przewodnika duchowego, a nie na odwrót. Ojciec Mancinelli, świadek życia młodego Polaka, podobnie jak inni rzymscy jezuici pozostawał pod wielkim wrażeniem jego śmierci. Zatrzymajmy się na moment przy tym zdarzeniu…

    1 sierpnia 1568 roku św. Piotr Kanizjusz głosił w Rzymie konferencję dla jezuickich nowicjuszy. Niemiecki prowincjał mówił o nagłej śmierci. Nauczał, że każdy miesiąc należy spędzić tak, jakby był ostatnim w życiu. Słuchający tych nauk młody, ale już słynny z wielkiej gorliwości, Stanisław Kostka odezwał się:

    – Dla wszystkich ta nauka męża świętego jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu.

    Zupełnie jeszcze zdrowy Stanisław przepowiedział tym samym swą rychłą śmierć – nie upłynęło bowiem trzydzieści dni, gdy oddał ducha o północy w wigilię święta Wniebowzięcia Matki Bożej. Umierał pogodnie, choć z ust sączyła mu się krew. Przed śmiercią mówił o ufności w miłosierdzie Boże. W pewnym momencie jego twarz rozjaśniła się tajemniczym blaskiem. Kiedy współbracia zaczęli się dopytywać, czego sobie życzy, ten odpowiedział, że przyszła po niego Matka Boża. Współbracia dopiero wtedy zorientowali się, że już umarł, gdy nie zareagował na podsunięty mu obrazek Maryi.

    Zobaczyć polską ziemię!

    Ojciec Juliusz Mancinelli słynął z pobożnego, świątobliwego życia – miał opinię proroka i cudotwórcy. Zakładał wiele dzieł miłosierdzia, a wszędzie, gdzie się pojawiał jako misjonarz – w Dalmacji, Bośni, Konstantynopolu czy w Afryce – notowano ogromną ilość nawróceń.

    W latach 1585-1586 przebywał w Polsce – w Kamieńcu Podolskim i Jarosławiu. Słynący bowiem z żarliwej czci dla Najświętszego Sakramentu oraz Najświętszej Maryi Panny włoski jezuita miał pewną duchową „przypadłość”, za którą my, Polacy, powinniśmy wznosić nieustanne modły o jego beatyfikację i kanonizację! Odznaczał się on bowiem ogromnym nabożeństwem do naszych świętych, zwłaszcza do dwóch świętych Stanisławów: Biskupa i Męczennika, a także wspomnianego już św. Stanisława Kostki. Gorąco modlił się za Polskę.

    Powróciwszy do Neapolu, marzył, aby móc znów ujrzeć polską ziemię i oddać jej hołd jako Matce Świętych, aby nawiedzić grób świętego biskupa i męczennika Stanisława, patrona św. Stanisława Kostki.

    Chciał też włoski jezuita podziękować w katedrze krakowskiej za liczne łaski, jakie mu wyświadczyła Maryja i prosić Ją o dalszą pomoc. Nie sądził jednak, by mogło się to stać – był już wszak w podeszłym wieku – niemniej często zanosił modły do Boga, prosząc, by mu jeszcze umożliwił taką wyprawę. I Pan go wysłuchał. Po dwudziestu pięciu latach ojciec Juliusz powrócił na nasze ziemie. Pieszo! A jakie okoliczności skłoniły go do tej podróży!

    Jemu tę łaskę zawdzięczasz…

    14 sierpnia 1608 roku niemal siedemdziesięciojednoletni zakonnik modlił się w swoim klasztorze przy jezuickim kościele Gesu Nuovo w Neapolu. Wspomniał, iż w uroczystość Wniebowzięcia minie czterdziesta rocznica śmierci polskiego współbrata, którego kochał i starał się naśladować. Wśród wielu cnót świętego małego Polaka – jak go nazywano – jaśniała niezwykłym blaskiem jego miłość i cześć dla Królowej Nieba, a tę właśnie cnotę ojciec Juliusz szczególnie sobie upodobał i starał się ją praktykować. Usilnie szerzył kult Królowej Wniebowziętej, zwłaszcza po choro­bie, z której cudem go podźwignęła.

    Zatopiony w modlitwie starzec ujrzał nagle okrytą purpurowym płaszczem Dziewicę z Dzieciątkiem na ręku wyłaniającą się z obłoku. U Jej stóp klęczał piękny młodzieniec w aureoli. Poznał go natychmiast – to przecież ukochany współbrat, narodzony dla Nieba czterdzieści lat wcześniej.

    – Wniebowzięta! O Królowo Wniebowzięta módl się za nami! – wyszeptał wzruszony zakonnik i upadł na kolana.

    Tymczasem Matka Boża zapytała:

    – Dlaczego nie nazywasz Mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie.

    Usłyszawszy te słowa Najświętszej Dziewicy, Juliusz wykrzyknął:

    – Królowo Polski Wniebowzięta módl się za Polskę!

    Matka Boża spojrzała z wielką miłością na klęczącego u Jej stóp Stanisława Kostkę, a następnie na starego zakonnika i rzekła:

    – Juliuszu, jemu tę łaskę zawdzięczasz!

    Po skończonej wizji stary jezuita zwrócił się do swych współbraci następującymi słowy:

    – Matka Boża wielkie rzeczy dla Polaków zamierza, po czym dodał:

    – Królowo Polski, módl się za nami.

    Niebawem, po zbadaniu sprawy i za pozwoleniem przełożonych ojciec Mancinelli poinformował o całym zdarzeniu swego polskiego przyjaciela, również jezuitę, Mikołaja Łęczyckiego. Poprosił go, by tę dobrą nowinę oznajmił królowi Zygmuntowi III Wazie. Stąd poznał ją ks. Piotr Skarga i cały zakon jezuitów, którzy wkrótce rozpowszechnili radosną wieść, że sama Bogarodzica kazała się nazywać Królową Polski.

    Jestem Matką tego Narodu

    W roku 1610 ojciec Juliusz wiedziony wewnętrznym poruszeniem udał się w pieszą pielgrzymkę do Polski, chcąc nawiedzić grób św. Stanisława. Długą drogę z Neapolu do Krakowa podjął w wieku siedemdziesięciu trzech lat – wyczyn zaiste imponujący!

    Pierwsze swe kroki w Krakowie skierował do katedry wawelskiej (niektóre źródła podają, że został powitany przez króla i jego dworzan). Konający niemal ze zmęczenia staruszek udał się do Konfesji św. Stanisława, przed którą, ujrzawszy trumnę naszego głównego patrona, padł krzyżem i modlił się za Królestwo Polskie, a potem odprawił tam Mszę Świętą w dziękczynieniu za świętość Stanisława Kostki.

    Nagle podczas sprawowania Najświętszej Ofiary za pomyślność naszej ojczyzny włoski jezuita wpadł w ekstazę i ujrzał Maryję w królewskim majestacie. I znów usłyszał Jej głos:

    – Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką tego narodu, który jest Mi bardzo drogi, więc wstawiaj się do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj nieustannie, a Ja ci zawsze będę, jakom jest teraz, miłościwą.

    …ujrzysz mnie za rok w chwale Niebios

    Siedem lat po powrocie z Polski, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, ojciec Juliusz Mancinelli patrzył z okna swej celi klasztornej na piękną Zatokę Neapolitańską. Modlił się, pragnąc ciągle oddawać jeszcze większą cześć Maryi.

    I oto znowu z gorejącego obłoku, który pojawił się na niebie, wyłoniła się piękna postać Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus na rękach. U Jej stóp – tak jak poprzednio – klęczał młodzieniec w aureoli… Maryja zwróciła się do sędziwego jezuity:

    – Juliuszu, synu mój! Za cześć, jaką masz do Mnie Wniebowziętej, ujrzysz Mnie za rok w chwale niebios. Tu jednak, na ziemi, nazywaj Mnie zawsze Królową Polski.

    Stary jezuita zdołał tylko wyszeptać:

    – Królowo Polski, módl się za nami.

    Widzenie zakończyło się, ale w duszy zakonnika długo jeszcze panowała niebiańska radość.

    Miesiąc potem kurier z Neapolu przywiózł ojcu Mikołajowi Łęczyckiemu do Wilna list od ojca Juliusza Mancinellego, w którym pisał: Ja rychło odejdę, ale ufam, że przez ręce Wielebności sprawię, iż po moim zgonie w sercach i na ustach polskich mych współbraci żyć będzie w chwale Królowa Polski Wniebowzięta.

    Stało się wedle słów Królowej. Dokładnie rok po ostatnim objawieniu i pięćdziesiąt lat po śmierci św. Stanisława Kostki, w roku 1618, w uroczystość Wniebowzięcia Maryja wzięła do Nieba swego wiernego sługę.

    Niemal natychmiast za sprawą Polaków rozpoczął się proces beatyfikacyjny ojca Juliusza. Do Polski dotarła relikwia – część głowy, oraz portret włoskiego jezuity.

    Nie wszyscy jednak byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy i z czasem zebrane dokumenty „utknęły” gdzieś między Neapolem a Rzymem. Sprawa się odwlekła, a późniejsza kasata zakonu jezuitów w roku 1773 wstrzymała proces beatyfikacyjny. Taka sytuacja trwa do dnia dzisiejszego i niestety, podobnie jak w przypadku naszego wielkiego kaznodziei – ks. Piotra Skargi – na razie nie ma widoków na rychłe wznowienie procesu.

    Czyżby współcześni jezuici nie byli już zainteresowani promocją obu wielkich synów duchowych św. Ignacego?

    Polskie echa objawień

    Na podstawie objawień danych włoskiemu jezuicie, 1 kwietnia 1656 roku, król Jan Kazimierz ogłosił w katedrze lwowskiej Najświętszą Maryję Pannę Królową Narodu i Państwa Polskiego. Monarcha, za panowania którego Rzeczpospolita zmagała się z Moskwą i Szwecją, nie wspominając nawet o wewnętrznej rebelii Chmielnickiego, napisał list do Ojca Świętego Aleksandra VII z błaganiem o pomoc. Papież odpowiedział, odwołując się do objawień ojca Mancinellego: Dlaczego zwracasz się o pomoc do mnie, a nie zwracasz się do tej, która sama chciała być Waszą królową? Maryja Was wyratuje, toć to Polski Pani. Jej się poświęćcie, Jej oficjalnie ofiarujcie, Ją Królową ogłoście, przecież sama tego chciała.

    List ten uzmysłowił polskiemu królowi, że jedyna nadzieja w Maryi – Królowej Polski. Powziął więc Jan Kazimierz postanowienie, że gdy jakikolwiek skrawek Rzeczypospolitej wolny będzie od wrogów, uda się tam, by dokonać ślubów z ogłoszeniem publicznym, że Matka Boża jest Królową Polski. Kiedy w marcu 1656 roku Szwedzi wycofali się ze Lwowa, król w tamtejszej katedrze przed obrazem Matki Bożej Łaskawej złożył obiecane śluby i koronował wizerunek Matki Bożej, ogłaszając Ją oficjalnie Królową Polski.

    Objawienia ojca Juliusza Mancinellego wywołały w naszym narodzie potężny odzew. Pod ich wpływem w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny roku 1628 Kraków uczcił swą Królową poprzez umieszczenie na wieży Kościoła Mariackiego pozłacanej korony (obecna korona pochodzi z roku 1666, zamontowano ją tam w dziesiątą rocznicę Ślubów Lwowskich). Podwawelski gród dał tym samym zewnętrzny wyraz wierze w królowanie Matki Bożej nad polskim narodem. Krakowianie uczcili też chwalebną śmierć ojca Juliusza.

    Niedługo po jego odejściu do wieczności Królową Polski zaczęli nazywać Maryję paulini z Jasnej Góry. Już w roku 1642 ojciec Dionizy Łobżyński stwierdził, że Maryja jest Królową Polski, Patronką bitnego narodu, Patronką naszą, Królową Jasnogórską, Królową niebieską, Panią naszą dziedziczną.

    W polskich kościołach zawisły wizerunki Matki Bożej z z Orłem Białym na piersiach – jest ich co najmniej kilkanaście. Na podstawie objawień ojca Mancinellego powstał też obraz Matki Bożej Ostrobramskiej, na którym Maryja ma dwie korony – jako Królowa Świata i Królowa Polski.

    Bogusław Bajor/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Polacy są Narodem Maryjnym. Matka Boża jest pierwszą pośredniczką w drodze do Pana Jezusa

    (fot. Twitter / Episkopat News)

    ***

    – W maju w kościołach odprawiane są nabożeństwa majowe, których tradycją jest odmawianie Litanii do Najświętszej Maryi Panny. Matka Boża jest w naszych codziennych sprawach pierwszą i bezpośrednią pośredniczką w drodze do Pana Jezusa – powiedział w rozmowie z Polską Agencją Prasową rzecznik KEP ks. Leszek Gęsiak.

    Jak zastrzegł rzecznik KEP, Polacy są „narodem maryjnym”. – Matka Boża jest w naszych codziennych sprawach pierwszą i bezpośrednią pośredniczką w drodze do Pana Jezusa. Kult maryjny w Polsce przejawia się w licznych sanktuariach, począwszy od tego najważniejszego, czyli Jasnej Góry. Swoje sanktuaria maryjne ma każda polska diecezja, do nich ludzie pielgrzymują i tam się modlą. To dowodzi, że kult maryjny w Polsce był, jest i mam nadzieję, że wciąż pozostanie, bardzo mocno obecny – zaznaczył ks. Gęsiak.

    Wyjaśnił, że maj jest miesiącem w sposób szczególny poświęconym Maryi, a nabożeństwa majowe są bardzo mocno wpisane w polską tradycję religijną. – Trudno wyobrazić sobie dziś przeżywanie wiary przez Polaków bez tego nabożeństwa. W wielu miejscowościach ludzie nadal spotykają się przy kapliczkach i pod krzyżami, by wspólnie śpiewać „Majowe”. To pozwala im na bardzo proste, a jednocześnie głębokie przeżywanie wiary – ocenił.

    Ks. Gęsiak podkreślił, że wezwania litanii loretańskiej zawierają różnego rodzaju określenia i tytuły „wyjątkowej Kobiety, jaką jest Matka Boża”. – Te wezwania ukazują Maryję jako Królową, jako Matkę, a jednocześnie jako kogoś, kto jest nam bardzo bliski. Litania loretańska przypomina nam o wyjątkowej roli Matki Bożej w historii zbawienia, bo przecież przez Maryję przyszło na świat zbawienie. To przez jej dziewicze macierzyństwo otrzymaliśmy Boga-Człowieka – mówił.

    Poinformował, że wezwania litanii loretańskiej kształtowały się w tradycji Kościoła na przestrzeni wieków. – Niektóre wezwania wciąż są modyfikowane czy dodawane. To pokazuje, że litania loretańska – która może wydawać się prostym wymienianiem atrybutów Matki Bożej – jest wielkim wyrazem wiary Kościoła i jego przekonania, że ta Kobieta jest kimś wyjątkowym dla historii zbawienia, a także dla historii każdego z nas – zastrzegł.

    Pierwsza wersja Litanii do Najświętszej Maryi Panny powstała w XII wieku we Francji, ale nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.

    20 czerwca 2020 r. Stolica Apostolska zatwierdziła nowe wezwania litanii loretańskiej, które w języku polskim brzmią: „Matko miłosierdzia” (po „Matko Kościoła”), „Matko nadziei” (po „Matko łaski Bożej”), „Pociecho migrantów” (po „Ucieczko grzesznych”). W Polsce nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały przez Konferencję Episkopatu Polski, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej. (PAP)

    Iwona Żurek/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Litania loretańska do NMP – najnowsza wersja

    10 października 2020 | autor: AS

    Litania loretańska do NMP - najnowsza wersja

    Konferencja Episkopatu Polski zatwierdziła 28 sierpnia 2020 roku polskie tłumaczenie trzech nowych wezwań litanii loretańskiej: “Matko miłosierdzia”, “Matko nadziei”, “Pociecho migrantów” – poinformowało w sobotę biuro prasowe Episkopatu.

    Nowe wezwania litanii loretańskiej, wprowadzone w języku łacińskim przez Stolicę Apostolską 20 czerwca 2020 r., będą odtąd brzmiały w języku polskim “Matko miłosierdzia” (po “Matko Kościoła”), “Matko nadziei” (po “Matko łaski Bożej”), “Pociecho migrantów” (po “Ucieczko grzesznych”).

    Zaznaczono, że wezwania “Matko miłosierdzia”, które w polskiej wersji litanii już było w użyciu po wezwaniu “Matko łaski Bożej”, odtąd będzie znajdować się w nowym miejscu.

    “Nie można dokładać dodatkowych wezwań np. Królowo świata, tylko dla dokończenia symetrycznej frazy melodycznej” – zwrócił uwagę sekretarz Komisji KEP ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów ks. Dominik Ostrowski.

    Podkreślił, że w litaniach priorytetem jest tekst modlitwy, a nie melodia, dlatego “należy promować lub komponować takie melodie litanii, które nie zakładają parzystej liczby wezwań”.

    Nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej.

    Litania loretańska nazywana jest także litanią do Najświętszej Maryi Panny. Pierwsza wersja tego rodzaju modlitwy powstała w XII wieku we Francji, nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.

     Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny

    Kyrie eleison. Christe, eleison. Kyrie eleison.

    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Synu, Odkupicielu świata, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Święta Trójco, Jedyny Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Święta Maryjo, — módl się za nami.

    Święta Boża Rodzicielko,

    Święta Panno nad pannami,

    Matko Chrystusowa,

    Matko Kościoła,

    Matko miłosierdzia,

    Matko łaski Bożej,

    Matko nadziei,

    Matko nieskalana,

    Matko najczystsza,

    Matko dziewicza,

    Matko nienaruszona,

    Matko najmilsza,

    Matko przedziwna,

    Matko dobrej rady,

    Matko Stworzyciela,

    Matko Zbawiciela,

    Panno roztropna,

    Panno czcigodna,

    Panno wsławiona,

    Panno można,

    Panno łaskawa,

    Panno wierna,

    Zwierciadło sprawiedliwości,

    Stolico mądrości,

    Przyczyno naszej radości,

    Przybytku Ducha Świętego,

    Przybytku chwalebny,

    Przybytku sławny pobożności,

    Różo duchowna,

    Wieżo Dawidowa,

    Wieżo z kości słoniowej,

    Domie złoty,

    Arko przymierza,

    Bramo niebieska,

    Gwiazdo zaranna,

    Uzdrowienie chorych,

    Ucieczko grzesznych,

    Pociecho migrantów,

    Pocieszycielko strapionych,

    Wspomożenie wiernych,

    Królowo Aniołów,

    Królowo Patriarchów,

    Królowo Proroków,

    Królowo Apostołów,

    Królowo Męczenników,

    Królowo Wyznawców,

    Królowo Dziewic,

    Królowo wszystkich Świętych,

    Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta,

    Królowo wniebowzięta,

    Królowo różańca świętego,

    Królowo rodzin,

    Królowo pokoju,

    Królowo Polski,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — przepuść nam, Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — wysłuchaj nas, Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — zmiłuj się nad nami.

    P. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko.
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się. Panie, nasz Boże, daj nam, sługom swoim, cieszyć się trwałym zdrowiem duszy i ciała, 
    † i za wstawiennictwem Najświętszej Maryi, zawsze Dziewicy * uwolnij nas od doczesnych utrapień i obdarz wieczną radością. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Piotr Turzyński z okazji Dnia Polonii i Polaków za Granicą:

    Niech polskie korzenie wydają dobre owoce tam, gdzie żyjecie

    Niech polskie korzenie wydają wielkie owoce szlachetności i dobra ku pożytkowi ludzi, wśród których żyjecie, i na chwałę Ojczyzny – napisał Delegat Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej bp Piotr Turzyński w Słowie skierowanym do rodaków z okazji przypadającego 2 maja Dnia Polonii i Polaków za Granicą.

    fot. episkopat.pl

    ***

    Z okazji obchodzonego od 2002 roku Dnia Polonii i Polaków za Granicą, Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej zapewnił rodaków żyjących poza Ojczyzną o swojej modlitwie i jedności z nimi oraz życzył, aby polskie pochodzenie cechowały szlachetność i dobro. „W tym dniu o godzinie 12.00 w kaplicy Jasnogórskiej przed Obliczem Królowej Polski będę celebrował Eucharystię w Waszej intencji. Niech polskie korzenie, które wydały kochanego na całym świecie Ojca Świętego Jana Pawła Wielkiego oraz z Bożej Opatrzności przypomniały światu o miłosierdziu i solidarności, w was też wydają wielkie owoce szlachetności i dobra ku pożytkowi ludzi, wśród których żyjecie i na chwałę Matki Naszej – Kochanej Ojczyzny – Polski” – napisał bp Turzyński.

    Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej nawiązał również do trwającej w Ukrainie wojny. Prosił, aby nie ustawała modlitwa o zakończenie walk oraz w intencji wszystkich, którzy doświadczają ich okrucieństwa.

    W Słowie skierowanym do Polonii i Polaków żyjących poza granicami kraju bp Turzyński zaakcentował także rolę kapłanów, sióstr zakonnych i świeckich liderów, którzy poza Ojczyzną „z miłością utwierdzają wiarę i polską tożsamość”, życząc im obfitości łask i umocnienia.

    Transmisja Mszy św., którą w intencji Polonii i Polaków żyjących poza granicami kraju bp Piotr Turzyński odprawi we wtorek, 2 maja o godz. 12.00, w kaplicy Jasnogórskiej, będzie dostępna na kanale YouTube: Jasna Góra – transmisja na żywo.

    SŁOWO BISKUPA PIOTRA TURZYŃSKIEGO, DELEGATA KEP DS. DUSZPASTERSTWA EMIGRACJI POLSKIEJ, DO POLONII I POLAKÓW ZA GRANICĄ

    Kochani Rodacy żyjący poza granicami Ojczyzny!

    Z okazji przypadającego 2 maja Dnia Polonii i Polaków za granicą pragnę zapewnić Was o jedności i modlitwie. W tym dniu o godzinie 12.00 w kaplicy Jasnogórskiej przed Obliczem Królowej Polski będę celebrował Eucharystię w Waszej intencji. Niech polskie korzenie, które wydały kochanego na całym świecie Ojca Świętego Jana Pawła Wielkiego oraz z Bożej Opatrzności przypomniały światu o miłosierdziu i solidarności, w was też wydają wielkie owoce szlachetności i dobra ku pożytkowi ludzi wśród których żyjecie i na chwałę Matki Naszej – Kochanej Ojczyzny – Polski.

    Szczególną modlitwę wznieśmy wspólnie za tych, którzy na Ukrainie doświadczają okrucieństwa wojny i prośmy usilnie o zakończenie tego barbarzyństwa.

    Dobry Bóg niech obficie darzy łaskami i umacnia tych, którzy z miłością utwierdzają w was wiarę i polską tożsamość, myślę tu o kapłanach, siostrach zakonnych i świeckich liderach. Niech Was wszystkich otacza swoją Opieką Jasnogórska Pani, Królowa Polski, której oddamy hołd w dniu 3 maja.

    Z błogosławieństwem

    Bp Piotr Turzyński

    Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej

    BP KEP/Warszawa KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Piotr Turzyński: Zapraszam Polonię do Lourdes

    Bp Piotr Turzyński: Zapraszam Polonię do Lourdes

    POLSKIFR.FR

    ***

    Zawieziemy Maryi sprawy naszej Ojczyzny, a przede wszystkim chcemy zawierzyć Jej sprawę pokoju na Ukrainie i w Europie. Zapraszam Was bardzo serdecznie do Lourdes – powiedział delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej bp Piotr Turzyński. W dniach 17-20 maja br. już po raz 146. odbędzie się Europejska Pielgrzymka Polonijna do Lourdes, którą organizuje Polska Misja Katolicka we Francji. Zapisy trwają do 30 kwietnia.

    Sanktuarium Maryjne w Lourdes znane jest przede wszystkim jako miejsce modlitwy za chorych. „Chcemy Maryi zanieść wszystkie nasze sprawy, chcemy Jej powierzyć naszych ludzi chorych, cierpiących” – podkreślił bp Turzyński, nawiązując do szczególnego charyzmatu miejsca.

    Od ponad 100 lat Polonia pielgrzymuje do Lourdes. Tradycją stało się, że pielgrzymka jest organizowana w okolicach uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego. W tym roku ta uroczystość przypada we Francji w czwartek 18 maja, a w Polsce w niedzielę 21 maja. Polska Misja Katolicka w łączności z Polonią innych krajów nie ma wątpliwości, że tę ważną tradycję wspólnego pielgrzymowania do Lourdes trzeba pielęgnować.

    Na pielgrzymkę można się zapisać na trzy sposoby: w parafiach polskich, w największej i najstarszej polskiej parafii we Francji pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny na „Concorde” w Paryżu (tel.: 0033155353225, e-mail: paroissepolonaisedeparis@gmail.com) oraz w biurze Polskiej Misji Katolickiej we Francji (tel.: 0033155353223, e-mail: pmk.france@gmail.com).

    Każdego roku sanktuarium w Lourdes nawiedzają miliony pielgrzymów, a wśród nich wielu z Polski. Przybysze kierują swoje kroki również do groty Massabielle, w której Maryja objawiła się osiemnaście razy Bernadecie Soubirous w 1858 r. W grocie znajduje się figura, będąca dziełem Józefa Hugona Fabisia – urodzonego we Francji potomka polskiego imigranta.

    Historia najstarszej w świecie Polskiej Misji Katolickiej rozpoczyna się w Paryżu na przełomie wieku XVIII i XIX, jednym z jej założycieli był Adam Mickiewicz. Misja służyła polskim emigrantom, dla których stanowiła możliwość uczestnictwa w życiu liturgicznym oraz kontaktu z rodakami i krzewienia kultury polskiej.

    Do głównych zadań PMK należy m.in. organizacja duszpasterstwa Polaków we Francji, katechizacja oraz ewangelizacja, a także podtrzymywanie kultury i tożsamości polskiej. Przy niektórych parafiach działają oddziały polskich szkół, funkcjonują również ruchy i wspólnoty katolickie. Szczególna oferta duszpastersko-edukacyjna kierowana jest do młodzieży. Misja niesie też różnorodną pomoc osobom, które jej potrzebują.

    Misja prowadzi Seminarium Polskie w Paryżu w Issy-Les-Moulineaux, w którym mieszkają m.in. księża przebywający na stypendiach naukowych, znajduje się tam również biblioteka i archiwum, istnieje możliwość wynajmu pokoi.

    Do PMK należą domy wypoczynkowo-rekolekcyjne: Polski Dom Pielgrzyma w Lourdes, Dom w La Ferte-Sous-Jouarre w rejonie paryskim i Dom św. Jacka na Korsyce. Przy PMK działa portal informacyjno-społecznościowy Polskifr.fr.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I CZWARTEK MIESIĄCA – 4 MAJA

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    GODZ. 19.30 – GODZINNA ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    _______________________________________________________________________________

    Jasna Góra:

    Powołani dla powołanych – pierwsze nocne czuwanie już dziś

    4 maja 2022

    Dziś pierwszy czwartek miesiąca. To dzień Eucharystii i dziękczynienia za Nią oraz wdzięczności za dar kapłaństwa, modlitwy o powołania do wyłącznej służby Bogu. Także na Jasnej Górze od dziś w każdy pierwszy czwartek miesiąca nocne czuwanie POWOŁANI DLA POWOŁANYCH.

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Czuwanie rozpocznie się w Kaplicy Matki Bożej po Apelu i potrwa do ok. 1.30. Do modlitwy zaproszeni są: kapłani, klerycy, siostry zakonne i zakonnicy, ci, którzy odkrywają życiową drogę oraz wszyscy, którym sprawa powołań jest bliska.

    – To inicjatywa, która ma pomóc twórczo, wiernie i radośnie wspierać się nawzajem w powołaniu – wyjaśniła s. Jana, urszulanka Unii Rzymskiej.

    – Chcemy uwielbiać Pana Boga, zebrać się przed Nim przy Sercu Maryi. Razem trwać w wdzięczności za każdy dar powołania, też ukazać światu, że to nasze życie z Bogiem jest piękne, że Bóg jest naszym szczęściem i chcemy tez prosić o nowe powołania – powiedziała s. Jana.

    Jak podkreśliła urszulanka teraz w okresie matur modlitwa zanoszona będzie także za wszystkich młodych, by odnaleźli dobry kierunek życia, umocnienie w poszukiwaniu swojego powołania również do życia małżeńskiego i rodzinnego.

    Czuwania odbywać się będą w każdy pierwszy czwartek miesiąca.

     
     Biuro Prasowe @JasnaGóraNews/Kai
    ____________________________________________________________________
    Płomień Bożej miłości oczyści Ziemię Prorocze orędzia s. Marii Natalii Magdolnej dla kapłanów  - zdjęcie
    fot. via: Pixabay

    ***

    Płomień Bożej miłości oczyści Ziemię

    Prorocze orędzia s. Marii Natalii Magdolnej dla kapłanów

    „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem” [Mt 22, 37]. W wieku trzydziestu trzech lat s. Maria Natalia wyznała Jezusowi, że pragnie Go kochać właśnie w ten sposób, a Jezus obiecał jej w zamian tak wiele łask, że do końca życia miała doświadczać radości. Siostra Maria Natalia Magdolna otrzymywała przesłania dla dusz kapłańskich przede wszystkim pomiędzy rokiem 1939 a 1943Jakie słowa przekazał Jezus węgierskiej mistyczce? Czego oczekuje od kapłanów? Jaką ważną role im powierzył? Przeczytaj fragment książki Claudii Matery „Nawróćcie się, nadchodzi czas oczyszczenia. Prorocze objawienia s. Marii Natalii Magdolnej”.

    Jezus w jednym z przeslań mówił do s. Marii Natalii: Jesteś narzędziem, za pomocą którego pragnę otworzyć drzwi, aby dotrzeć do moich kapłanów. Przyjmuj moje boskie polecenia z pokojem w sercu, poświęcając Mi każdą myśl. Moi księża mnie zasmucają. Dlaczego ukrywają przed światem moją miłość, miłosierdzie i wszechmoc, gdy wróg niestrudzenie knuje przeciwko Mnie i przeciw tym, którzy Mnie kochają?  Przekaż moim synom: „Kochajcie Mnie, tak jak Ja kocham was. Pragnijcie tego, czego i Ja pragnę, wynagradzajcie, pokutujcie, pielęgnujcie i umacniajcie ufność i miłość do Mnie w was samych, a także w duszach, które zostały powierzone waszej pieczy”.

    Jezus zwraca się do kapłanów oraz dusz powierzonych ich opiece

    Pewnego dnia wprawił mnie w zdumienie widok żebrzącego Jezusa. W przypływie współczucia zapytałam Go, dokąd zmierza. „Do moich kapłanów”, odparł. „Czego od nich oczekujesz?” „Prosiłem, żeby ofiarowali Mi dusze”. „Uczynili to?” „Nie”. „Dlaczego?” „Ponieważ własne sprawy pochłaniają ich bardziej aniżeli ratowanie dusz, chociaż to właśnie jemu powinni się niestrudzenie oddawać, nie troszcząc się o siebie i nie zważając na światowe rozrywki. Nie robią tego, mimo że wymownie modliłem się za nich na krzyżu: «Ojcze, powierzam ich dusze Twojej pieczy, aby żaden z nich nie zbłądził». Moja córko, módl się za nich dniem i nocą i składaj ofiary, żeby w ostatniej godzinie nie stawili się przed sądem z pustymi rękami”.

    Z początkiem jesieni 1942 roku, kiedy byłam pogrążona w modlitwie, Jezus udzielił mi następującej wskazówki: „Potrzeba trzech rzeczy, abym w krótkim czasie mógł osiąść w duszy na tronie i chciałbym, żeby moi księża, szczególnie ci, którzy pełnią posługę jako przewodnicy duchowi, często o tych rzeczach mówili. Opiszę je za pomocą trzech obrazów: to kryształ, skrzydła i proch.

    Kryształ symbolizuje czystość ciała, serca, woli, a nade wszystko duszy. Ta ostatnia powinna się obmyć nie tylko z grzechów ciężkich, lecz także z grzechów powszednich, zaniedbań, złych intencji, niewłaściwych inklinacji oraz niedoskonałości. Niewierność, choćby dotyczyła najbardziej błahych spraw, niezwłocznie skaża duszę. Każdy, kto pragnie osiągnąć taki stopień czystości, musi zadbać o cztery rzeczy: odmówić ciału wszelkich nieuporządkowanych przyjemności; oczyścić serce z emocji i uczuć, które nie są pochodną nadprzyrodzonej miłości Boga; oddalić od woli to, dla czego nadrzędnym celem nie jest dobro; wyrugować z myśli wszystko, co ziemskie, uwolnić się od przeszłości i nie martwić się tym, co niesie teraźniejszość i przyszłość, ponieważ tego rodzaju zmartwienia plamią duszę i nie pozwalają Mi się z nią połączyć.

    Skrzydła są symbolem wolności duszy, która musi się uwolnić od przywiązania do ciała, do rzeczy tego świata i do stworzeń, aby mogło przepełnić ją pragnienie rzeczy świętych. Dusza powinna też wyzbyć się skłonności do decydowania o sobie, bo tylko wolne dusze mogę wynieść na poziom mojej boskości.

    Proch należy utożsamiać z tym, czym istota ludzka byłaby beze Mnie. Dusza nie powinna przypisywać sobie żadnej wartości – ani wobec Mnie, ani wobec innych, ani wobec siebie samej. Gdyby jednak przypisywała, odsunąłbym się od niej i utraciłaby część przeznaczonych dla niej łask. Dusza, która uznając swoją małość, słabość i nędzę, prosi o wybaczenie, i która potrafi cieszyć się własną miernością, nie zdumiewa się swoimi słabostkami i nie doświadcza z ich powodu goryczy. Gdy wskazuję jej popełnione błędy, nie unosi się dumą, przeciwnie: szczerze przyznaje, że świętym jest nie ten, kto nie upada, ale ten, kto ma siłę podnieść się po upadku. Taka dusza odzyskuje siły i pomna własnej ułomności, zawierza Mi całkowicie, składa swój los w moje ręce, nie tyle dla uzyskania łask, ile po to, aby sprawić Mi radość i wynagrodzić dawne przewinienia. W swojej pokorze wie, że bardziej zasługuje na potępienie niż na łaskę. Tym sposobem ze swojej otchłani nieświadomie zarzuca złoty łańcuch na niebiańskie szczyty, a Ja zstępuję do niej, aby osiąść na tronie w jej sercu.

    Płomień Bożej miłości rozleje się na ziemię przez otwarte serca kapłanów

    Jezus polecił Mi przekazać ojcu spowiednikowi taką oto wiadomość: „Powiedz swojemu ojcu spowiednikowi, że godzina, w której spełnią się moje słowa, nadeszła. Przyniosłem na ziemię ogień, a ogień ma wypalać. Od momentu stworzenia człowieka opromienił już wiele dusz, ale mój płomień nie dopełnił jeszcze dzieła oczyszczenia. Za sprawą moich kapłanów ogień rozprzestrzeni się w cudowny, nadzwyczajny sposób i nic nie zdoła go ugasić. Płomień mojej miłości spoi ziemię z niebem. Moi księża będą podsycać ten ogień: moje boskie Serce udzieli im koniecznych łask, a ludzie się dowiedzą, jak słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie”

    Następnie skierował do kapłanów słowa: „Nie obawiajcie się. Śmiało idźcie przed siebie. Niechaj waszych myśli nie zaprzątają ani życie, ani śmierć, ani efekty waszych działań. Wszystko jest w moich rękach. Wpatrujcie się we Mnie niestrudzenie i wypełniajcie moją wolę. To będzie waszym skarbem i waszą chwałą, a wasza dusza nie polegnie w walce. Nie zastanawiajcie się nad tym, co wydarzy się w przyszłości, jak do tego dojdzie i jaki będzie bieg rzeczy. Nieustannie proście niebieskiego Ojca o łaskę, przebaczenie i miłosierdzie. Moje dzieci, ukazałem wam moje plany. Doprowadźcie je do końca. Proszę, utkwijcie we Mnie wasze spojrzenia i nie lękajcie się; pozostańcie radośni, tak jak Ja jestem radosny, kiedy na was patrzę. Weselcie się, dzieło bowiem, które wam powierzyłem, rozwesela mojego Ojca. To nie wasza siła w was działa, ale siła Boga. Za waszym pośrednictwem ofiarowuję się duszom, aby przez nie wielbić i sławić Ojca. Przemierzajcie świat, zwyciężajcie go i zwyciężajcie moich nieprzyjaciół, ponieważ jestem potężniejszy niż wszelka potęga i silniejszy niż wszelka siła”.

    Jezus na koniec zwrócił się do mnie:„Droga córko, módl się za moich kapłanów, aby łaska popchnęła oschłych ku nawróceniu, pokucie i duchowi poświęcenia, ze wzmożonym entuzjazmem i większą siłą niż dotychczas. Nadchodzi czas wielkiego oczyszczenia i pokoju, oczekujcie go z sercem pełnym skruchy”. Jedna dusza, jedno serce, jedna siła niech przemawia przez was, a tą siłą jestem Ja. Nie poddawajcie się zniechęceniu. Aby zmartwychwstać, trzeba zostać ukrzyżowanym, ale mój triumf, moje królestwo i pocieszenie są blisko”.

    Fragmenty pochodzą z książki  Claudii Matery „Nawróćcie się, nadchodzi czas oczyszczenia. Prorocze objawienia s. Marii Natalii Magdolnej” , Wydawnictwo Esprit/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Kaliszu trwa Kongres 108. Błogosławionych Męczenników II Wojny Światowej

    Wydarzenie poprzedza ogólnopolskie obchody Dnia Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego, które w sobotę zakończy Msza św. pod przewodnictwem Prymasa Polski – powiedział w piątek PAP rzecznik prasowy diecezji kaliskiej ks. Przemysław Kaczkowski.

    Polichromia błogosławionych męczenników II wojny światowej w kaplicy Muzeum Pomnika Historii

    Polichromia błogosławionych męczenników II wojny światowej w kaplicy Muzeum Pomnika Historii Mateusz Środoń – autor polichromii

    ***

    Jak dodał, co roku 29 kwietnia w kaliskiej bazylice św. Józefa duchowni wspominają wyzwolenie kapłanów z obozu w Dachau za przyczyną św. Józefa. Tego dnia przypada 78. rocznica cudownego ocalenia więźniów obozu KL Dachau, według których, do ocalenia doszło za przyczyną św. Józefa.

    Tegoroczne obchody mają większy rozmach z okazji odbywającego się Kongresu 108. Błogosławionych Męczenników II Wojny Światowej.

    90 lat temu, 21 marca 1933 r. Heinrich Himmler wydał rozkaz utworzenia obozu koncentracyjnego w Dachau (z niem. Konzentrationslager Dachau). Od 1938 r. obóz pełnił funkcję “ośrodka szkoleniowego”. Przeprowadzano tam zbrodnicze pseudomedyczne eksperymenty na więźniach. Przez KL Dachau przeszło łącznie ponad 200 tys. osób, z czego jedna trzecia to Polacy.

    “Polscy duchowni, zarówno według Niemców, jak i Sowietów, byli grupą szczególnie niebezpieczną. Wynikało to z ich wiedzy o bardzo dobrze zorganizowanej pracy duszpasterskiej i społecznej Kościoła w Polsce. Kapłani byli wsparciem i ostoją polskości, co skutecznie uniemożliwiało planowe wyniszczanie narodu. Duchowni stali się głównym celem niemieckiej akcji +Tannenberg+, która miała na celu bezwzględną eliminację elit przywódczych i moralnych Rzeczypospolitej” – powiedział PAP organizator kongresu prezes Pomorskiego Stowarzyszenia Wspólna Europa (PSWE) Andrzej B. Piotrowicz. Poinformował, że w latach 1939–1945 z rąk Niemców i Sowietów śmierć poniosło blisko 3 tys. polskich duchownych, czyli około 20 procent stanu przedwojennego.

    W Dachau, które stało się głównym, choć nie jedynym miejscem zagłady polskiego duchowieństwa, od końca 1940 r. prześladowano i mordowano duchownych wszystkich wyznań z całej Europy. Polscy księża stanowili wśród nich grupę nie tylko najliczniejszą, lecz także poddawaną najbardziej okrutnym represjom. Przebywało tam łącznie 1780 księży, zakonników i kleryków z całej Polski.

    “Ocalało 800. 22 kwietnia 1945 r. uroczystym ślubowaniem oddali oni siebie i pozostałych współwięźniów w opiekę świętemu Józefowi i tydzień później – 29 kwietnia – zostali ocaleni z obozowej niewoli przez niewielki oddział patrolowy armii amerykańskiej. Stało się to niespodziewanie, na dwie godziny przed likwidacją obozu i na kilkanaście godzin przed atakiem na KL Dachau planowanym przez dowództwo amerykańskie” – powiedział Piotrowicz.

    Wyjaśnił, że fakt wcześniejszego wyzwolenia obozu uznany został przez więźniów za szczególną łaskę otrzymaną od Pana Boga za przyczyną świętego Józefa.

    Po zakończeniu wojny i powrocie do kraju polscy księża i zakonnicy wypełnili swoje obozowe ślubowanie i corocznie pielgrzymowali 29 kwietnia do sanktuarium Świętego Józefa w Kaliszu z dziękczynieniem. W 1970 r., w 25. rocznicę wyzwolenia obozu, ufundowali w podziemiach kaliskiego sanktuarium Kaplicę Wdzięczności i Męczeństwa oraz utworzyli muzeum i archiwum, w których zgromadzone zostały dokumenty i przedmioty z lat ich obozowej gehenny.

    Od 2005 r., decyzją Konferencji Episkopatu Polski, w miejsce pielgrzymek byłych więźniów KL Dachau, w Kaliszu odbywają się ogólnopolskie obchody Dnia Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego.

    Patronat honorowy nad wydarzeniem objął biskup kaliski Damian Bryl i ks. Dariusz Wilk CSMA (Congregatio Sancti Michaelis Archangeli – Zgromadzenie Św. Michała Archanioła; popularnie nazywani michalitami – PAP) i jednocześnie przewodniczący Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich w Polsce. Patronat medialny nad wydarzeniem objęła Polska Agencja Prasowa.

    Inauguracja obrad zaczęła się w czwartek w Krotoszynie, miejscu urodzenia bł. biskupa Michała Kozala, aby w kontekście 80. rocznicy męczeńskiej śmierci najmłodszego biskupa II Rzeczypospolitej w sposób szczególny uhonorować i przybliżyć duchowość przywódcy polskiego duchowieństwa w KL Dachau. 26 stycznia 1943 r. ordynariusz diecezji włocławskiej został zabity przez Niemców zastrzykiem z fenolu.

    Kongres zakończy się dzisiaj wieczorem mszą św. w Narodowym Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu.

    W sobotę o godz. 11.00 odbędzie się otwarcie wystawy o księżach męczennikach II wojny światowej, o godz. 12 mszy św. przewodniczyć będzie Prymas Polski abp Wojciech Polak.(PAP)

    Tygodnik Niedziela/PAP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W PONIEDZIAŁKI OD GODZ. 18.00 – 20.00 – PORADNICTWO RODZINNE

    adres: 4 Park Grove Terrace, G3 7SD

    POMOC DLA BEZDOMNYCH

    KAŻDEJ NOCY – na Argyle Street pod mostem blisko Stacji Centralnej

    KAŻDEGO DNIA – adres:  20 Crimea Street, G2 8PW (do godziny 20.00)

    W CZWARTKI – adres: Cadogan Street (do godziny 20.00)

    WE WTORKI i W CZWARTKI – adres; George Square (do godziny 19.00)

    WSPÓLNOTA SZYMONA – adres: 389 Argyle Street, G2 8LR (naprzeciwko hotelu Aleksandra)

    KLUB THE WAYSIDE – adres: 32 Midland Street, G1 4PR 9 (do godziny 19.00)

    THE MARIE TRUST – adres: 29 Albion Street, G1 1LH, tel. 0141 286 0065 (każdego dnia do godziny 17.00)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 MAJA WE WTOREK NIE BĘDZIE SPOTKANIA W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    KOLEJNE WTORKOWE KATECHEZY W MAJU: 9,23,30

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego 2022 roku w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również te spotkania są zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    godz. 18.30 – KATECHEZA

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK – 28 KWIETNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    godz. 18.00  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    godz. 19.00 – MSZA ŚW.

    This image has an empty alt attribute; its file name is image.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 29 KWIETNIA 

    godz. 17.00 – KATECHEZA DLA DZIECI PRZED I KOMUNIĄ ŚW./SPOWIEDŹ ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    godz. 18.00  MSZA ŚW. WIGILIJNA Z IV NIEDZIELI WIELKANOCNEJ

    PO MSZY ŚW. OGŁOSZENIE NOWEJ INTENCJI NA MIESIĄC MAJ

    WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA POTRZEBUJE TRZY OSOBY, ABY NADAL MIEĆ KOMPLET W NASZYCH 21 RÓŻACH.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Prawda, dobro i piękno.

    Tak dokonało się nawrócenie Evy Vlaardingerbroek

    (źródło: YouTube/ The Spectator)

    ***

    „Prawda, dobro i piękno to trzy rzeczy, których każdy chce. Przeznaczeniem każdej duszy jest nieskończony głód tych trzech pokarmów” – te między innymi słowa z przemówienia prof. Petera Kreefta wpłynęły na nawrócenie na katolicyzm holenderskiej filozof i publicystki Evy Vlaardingerbroek, o którym głośno ostatnio w mediach.

    Sama konwertytka wskazała na nagrania na portalu YouTube, które zainicjowały jej nawrócenie, wymieniając w szczególności wykład prof. Kreefta, jaki wygłosił on na diecezjalnej konferencji mężczyzn w 2017 r. w diecezji Harrisburg w stanie Pensylwania: „7 powodów, dla których każdy powinien być katolikiem”.

    Sam Peter Kreeft jest konwertytą na katolicyzm, wykładowcą filozofii w Boston College, apologetą katolickim i autorem ponad 100 książek, z których część jest dostępna także po polsku. W swoim trwającym godzinę przemówieniu z 2017 r. jako siedem powodów nawrócenia na katolicyzm wymienia fakt, że wiara katolicka jest prawdziwa, dobra, piękna, a jej prawdziwość potwierdzają fakty historii, daje ona światu świętych, wiedzie ludzi do Nieba i w Kościele katolickim spotykają oni Jezusa Chrystusa.

    Podkreślając nierozerwalność piękna, prawdy i dobra, Kreeft stwierdza, że w Kościele tęsknota człowieka do nich zostaje spełniona poprzez trzy cnoty teologiczne: wiarę, nadzieję i miłość. Jak wyjaśnia, są one „duchowym klejem, który łączy nas z Bogiem”, który z kolei zaspakaja w pełni pragnienie piękna, prawdy i dobra. Człowiek poznaje prawdę przez wiarę, dobro przez miłość i ma nadzieję na nieskończone piękno, którym jest wizja uszczęśliwiająca.

    Nazywając rewoltę protestancką „największą tragedią w historii widzialnego Kościoła”, Kreeft krytykuje doktrynę Marcina Lutra o „sola fide”, stwierdzając, że „wiara, która jest obojętna na miłość i miłość, która jest obojętna na wiarę to nie jest prawdziwa wiara ani prawdziwa miłość”.

    Mówiąc o historycznych faktach, które potwierdzają prawdziwość katolicyzmu, prof. Keeft stwierdza przede wszystkim, że do jego własnego nawrócenia przyczynił się „historyczny fakt, że Jezus Chrystus ustanowił Kościół katolicki”. A skoro, jak wskazuje historia, to Chrystus założył Kościół, to nie można do niego nie należeć. Przedstawiając historię Kościoła i dowody na sukcesję apostolską, apologeta stwierdził: „Jaka inna widzialna instytucja ludzka zachowała swoją naukę w całkowitej czystości, choć jej nauczyciele byli dalecy od całkowitej czystości? To cud!”.

    Według prof. Kreefta „nie można sprzeczać się ze świętymi”, którzy odgrywają „niesamowitą” rolę jako wzory wiary, a „święty we współczesnym politycznie poprawnym świecie wyglądałby dokładnie tak, jak św. Tomasz Morus”. Jest to też punkt, który musiał przemówić mocno do Evy Vlaardingerbroek, która stwierdziła: „Doświadczyłam tego, co dzieje się, kiedy wychodzi się i mówi o swojej miłości do Chrystusa: Siły zła na świecie stają się głośniejsze, ponieważ nienawidzą niczego bardziej niż świadectwo”.

    Podając jako szósty argument Niebo, amerykański apologeta stwierdził: „Bądź katolikiem, ponieważ to ustanowiony przez Boga sposób dostania się do Nieba”. Bycie katolikiem przyrównał on też do „Arki Noego, a Arka Noego płynie do lądu życia”.

    Ostatni – siódmy – argument okazał się też „kluczowy” dla Vlaardingerbroek. Prof. Kreeft mówiąc o Bogu jako początku i celu człowieka, podkreślił znaczenie sakramentów, a w szczególności Eucharystii, w której człowiek jednoczy się z Bogiem. Kreeft zauważył, że przed reformacją nikt nie kwestionował rzeczywistej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, „nikt nie mówił, że to tylko symbol”. Według profesora w X wieku Berengar z Tours był pierwszym, który to zakwestionował i „został natychmiast określony jako heretyk; wyraził żal, został pojednany z Kościołem”.

    źródło: ChurchMilitant.com/PCh24.pl

    „Transsubstancjacja była dla mnie kluczem”. Znana konserwatywna publicystka przyjęła katolicyzm

    fot. FB

    ***

    W ubiegłą niedzielę znana konserwatywna komentatorka polityczna i filozof, Eva Vlaardingerbroek, przyjęła wraz ojcem prawdziwą wiarę. W rozmowie z Edwardem Pentinem opowiada o swoim nawróceniu i przekonaniu, że ortodoksyjna wiara katolicka jest najpotężniejszą bronią przeciwko lewicowemu i globalistycznemu dyktatowi naszych czasów.

    Urodzona z katolickiej matki i protestanckiego ojca, 26-letnia Vlaardingerbroek została wychowana jako chrześcijanka, ale dopiero pandemia COVID-19 w pełni obudziła ją na rzeczywistość duchowej bitwy, przed którą stoi świat, i uświadomiła sobie, że wiara katolicka jest „najpotężniejszą bronią” przeciwko współczesnemu relatywizmowi moralnemu – czytamy w portalu National Catholic Register.

    Na łamach tegoż portalu ukazał się wywiad, w którym Eva odpowiada na pytania znanego publicysty katolickiego Edwarda Pentina. Rozmówczyni – zapytana, co przekonało ją, że „Kościół katolicki jest jedyną prawdziwą wiarą ufundowaną przez Chrystusa” – przyznaje, że środowiska akademickie i mainstreamowe zawsze próbowały wykluczać ją z powodu jej konserwatywnych poglądów, natomiast w dobie tzw. pandemii koronawirusa to wyklucza stało uzyskało sankcję rządową.

    – W tym czasie całym sercem zdałam sobie sprawę, że nie toczymy tylko walki politycznej (prawica kontra lewica), ale że mamy do czynienia z walką duchową (dobra ze złem). Pochopność, z jaką ludzie byli gotowi potępiać tych z nas, którzy nie podążali za „nauką”, oraz z jaką nasze rządy znosiły nasze konstytucyjne prawa, były dla mnie prawdziwym dzwonkiem alarmowym – opowiada.

    Jako filozof nie była ona zainteresowana dyskutowaniem, czy choćby na temat czy tzw. szczepionki powinny być podawane ze względów medycznych, lecz interesowały ją względy moralne. – A jedyną postawą moralną, która wydawała mi się słuszna, było to, że zostałam stworzona na obraz Boga, że ​​moje ciało jest świątynią i że prawa, jakimi się cieszę, zostały mi nadane przez mojego Stwórcę i dlatego są niezbywalne – kontynuuje.

    Od tego momentu komentatorka zaczęła otwarcie mówić o swojej motywacji religijnej, co – jak wspomina – stało się podstawą do jeszcze zacieklejszych ataków ze strony wrogów prawdy. – Doświadczyłam tego, co się dzieje, gdy wychodzisz i mówisz o swojej miłości do Chrystusa: siły zła na świecie stają się tym głośniejsze, bo niczego nie nienawidzą bardziej niż świadectwa, ale siły dobra w moim życiu stały się również sto razy silniejsze i ja stałam się silniejsza – relacjonuje.

    W podjęciu ostatecznej decyzji pomogły jej programy na YouTubie prof. Petera Kreefta, a szczególnie odcinek zatytułowany Siedem powodów, dla których każdy powinien zostać katolikiem. – Oglądałam to i po prostu nie byłam w stanie dyskutować tym, co mówił. Wszystko miało sens. Od faktu, że sam Chrystus założył Kościół, przez znaczenie świętych, po prawdziwy cud Eucharystii. Wiedziałam, że muszę dokonać wyboru – wyznaje Eva Vlaardingerbroek.

    Jak sama przyznaje, elementem kluczowym była prawda o przeistoczeniu i realnej obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. – Transsubstancjacja była dla mnie kluczem. Jako protestantka odrzucałam tę koncepcję, nigdy nie czułam, że mogę to zracjonalizować, więc poszłam z argumentem, że „to symbol”. Ale kiedy spojrzysz na Pismo Święte, na to, co sam Jezus powiedział, jest to krystalicznie jasne. To wcale nie jest symboliczne. I chociaż nie potrafię tego zracjonalizować, wierzę w to: ponieważ jeżeli Chrystus powiedział, że tak jest, to tak jest. Nie pozostaje więc nic innego, jak zostać katolikiem – podkreśla.

    – Najpotężniejszą bronią przeciwko lewicowemu relatywizmowi jest wiara katolicka. Co może być lepszego w czasach, gdy ludzie mówią, że „wszystko jest dozwolone” niż powiedzieć „nie”? Istnieje coś takiego jak piękno, istnieje coś takiego jak Dobro i istnieje coś takiego jak Prawda. On jest Prawdą, Drogą i Życiem. I to się nigdy nie zmieni. Doktryna katolicka pozostaje taka sama, bez względu na to, kto jest papieżem i jakie zawirowania przeżywa Kościół jako instytucja. Doktryna przetrwała i zawsze przetrwa próbę czasu, ponieważ On sam założył Kościół – nie ma wątpliwości rozmówczyni Edwarda Pentina.

    Filozof znana m. in. z przemówienia zatytułowanego Odrzucić globalizm: przyjąć Boga na Narodowej Konferencji Konserwatywnej w Brukseli podkreśla, że wiara katolicka jest jedyną odpowiedzią na zamęt współczesnego świata.

    – Problem polega na tym, że wielu chrześcijan daje się nabrać na „piękne słowa”, których używają globaliści, aby sprzedać nam swoje plany. Czy to zmiana klimatu, COVID czy transhumanizm, przedstawiają swoje „rozwiązania” pod pozorem równości i szlachetnych pretekstów, ale tak naprawdę, jeśli spojrzeć na to, co tak naprawdę proponują, zawsze sprowadza się to do tego, że ci ludzie chcą bawić się w Boga. A rozwiązania, które oferują — paszporty szczepionkowe, transhumanizm, „ratowanie planety” – zawsze żywią się ludzkim strachem przed śmiercią – tłumaczy Vlaardingerbroek.

    Jest przy tym przekonana, że narracja, która wmawia ludziom „ty możesz mieć swoją prawdę, a ja mam swoją” jest doskonałym wypełnieniem tego, w co diabeł chce, aby ludzie wierzyli. – Chrystus jest Prawdą, Drogą i Życiem. Jeśli naprawdę w to wierzymy, powinniśmy to mówić głośno. Moralność oparta na świeckich wartościach jest jak dom bez fundamentów. Dom może ładnie wyglądać z zewnątrz, mogą go zbudować mili, mający dobre intencje ludzie, ale nie będzie on trwały – dodaje.

    Również w odpowiedzi na szaleństwo feminizmu i tzw. ideologii gender odpowiedzią jest jej zdaniem „bezwzględna bezkompromisowość” wyznawania prawdy Jezusa Chrystusa w Jego prawdziwym Kościele. – Bóg stworzył Adama i Ewę, a nie 73 różne płcie. To człowiek próbuje być swoim własnym małym bogiem, co nigdy nie działało i nigdy nie zadziała. I my to wiemy. Moje pokolenie jest absolutnie nieszczęśliwe. Tak więc najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić jako katolicy, jest mówić ludziom, że istnieje alternatywna droga, którą można podążać. Ona istnieje i ma imię: Jezus Chrystus – kończy Eva Vlaardingerbroek.

    źródło: ncregister.com/FO/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przyciąganie powierzchowne

    Ewangelizacja działa, gdy ma związek z Ewangelią. I tylko wtedy.

    Podobno Kościół, jeśli chce przyciągać nowych wiernych, musi „nauczyć się być sexy”. Tak stwierdzili członkowie austriackiej grupy Quo Vadis, zrzeszającej osoby zakonne. Tą ideą uskrzydleni zorganizowali przed katedrą w Wiedniu akcję bezpłatnego tatuowania chętnych „motywami katolickimi”. Chętnych były podobno setki, więc trzeba było losować. Ostatecznie z „katolicko” wytatuowanym ciałem wyszło kilkadziesiąt osób.

    Nie, żebym miał coś przeciw rozmaitym inicjatywom w Kościele. Lepiej coś robić niż nie robić i zrzędzić na tych, co robią. Pytanie tylko, czy zawsze to robienie jest właściwie zaadresowane. No bo o co w tym wszystkim chodzi? Czemu właściwie Kościół ma być sexy? Żeby się podobać? Komu?

    Może tu tkwi odpowiedź na pytanie, dlaczego w ogóle ludzie odchodzą od Kościoła zamiast, jak w czasach apostolskich, garnąć się do niego drzwiami i oknami. Kościół jest oblubienicą Chrystusa i to Jemu się ma podobać. I tylko taki Kościół przyciąga ludzi – bo widzą w nim Boga. Tymczasem wiele zaangażowań „katolickich” zmierza, jak się wydaje, ku przypodobaniu się ludziom. Bóg, jeśli się tam pojawia, to powierzchownie, tak jak powierzchowny, dosłownie, jest tatuaż. Towarzyszy temu komunikat, że w Kościele też może być fajnie, nawet tak jak na dyskotece czy innej imprezie.

    W skrajnej formie taką mentalność prezentuje niemiecka Droga Synodalna. Ludzi ubywa? Więc dajmy sobie spokój z Ewangelią, niech Kościół błogosławi wszystko jak leci, zapomnijmy o grzechu, a z Boga uczyńmy ideę do dowolnego kształtowania – zdają się mówić promotorzy takich tendencji. I tylko ciekawa rzecz: to umizgiwanie się do ludzkich upodobań kompletnie nie pomaga. I nie pomoże, ludzie będą dalej odchodzili, może jeszcze szybciej, bo nikt nie potrzebuje Kościoła, który funkcjonuje tak jak wszyscy i oferuje to, co wszyscy. Zwłaszcza „seksowność”. Na tym świecie jest wystarczająco dużo akwizytorów rzeczy przemijających, żeby Oblubienica Chrystusa się nimi ścigała. Konkurencja w promocji byle czego jest oszałamiająca. Tu Kościół nie ma żadnych szans, naraża się tylko na śmieszność. Nie ma natomiast żadnej konkurencji w czynieniu uczniów Chrystusowi. A o to przecież chodzi.

    Posiadanie duchowych dzieci wynika z nakazu misyjnego Zbawiciela. „Czyńcie uczniów ze wszystkich narodów” – to Jego testament.

    Na tym polega ewangelizacja – na pokazywaniu Boga działającego w Kościele. Na spotkaniu z Nim i na czerpaniu z Niego. I, jak sama nazwa wskazuje, musi mieć związek z Ewangelią, a nie z seksem. W innym wypadku ma związek z seksualizacją, a chyba nie o to chodzi.•


    KRÓTKO:

    Wolno zakłócać

    Sąd Okręgowy w Toruniu podtrzymał decyzję o umorzeniu postępowania w sprawie Joanny Scheuring-Wielgus. Chodzi o wydarzenie z 25 października 2020 r., gdy posłanka Lewicy wraz z mężem zakłóciła sprawowanie Mszy św. Oboje stanęli przed ołtarzem, trzymając transparenty o treści proaborcyjnej. Sąd Rejonowy w Toruniu nie dopatrzył się w tym niczego złego. Postanowienie zaskarżyły toruńska prokuratura i Instytut Ordo Iuris. 17 kwietnia sąd wyższej instancji oddalił zażalenie. „Posłanka nie miała zamiaru znieważenia symboli religijnych ani zakłócenia mszy, ale chodziło jej o to, by zwrócić uwagę na problem związany z represjonowaniem kobiet” – tłumaczył pełnomocnik Scheuring-Wielgus. Wychodzi na to, że Mszę zakłócać można, jeśli wyraża się przy tym poglądy zgodne z prywatnymi zapatrywaniami sędziów. Krótko mówiąc, katolicy podczas Mszy nie mogą liczyć na ochronę swoich praw, i kto zechce w jej trakcie reklamować zabijanie dzieci, będzie bezkarny. •

    Wolno bić

    Warszawski sąd umorzył postępowanie karne wobec Piotra Sz., który zaatakował kierowcę ciężarówki oklejonej plakatami pro life, bijąc go pięścią i przygniatając drzwiami. Sędzia dała „pełną wiarę” wyjaśnieniom sprawcy, który tłumaczył, że reagował „impulsywnie”, bo wcześniej czytał o śmierci kobiety, której lekarze odmówili aborcji, i chciał jedynie, żeby kierowca zaprzestał swojej działalności. Czyli bić prolajferów też można.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Edith Piaf i św. Teresa z Lisieux. Cud i pełne zawierzenie…

    EDITH PIAF

    DALMAS/SIPA/East News

    ***

    Ikona piosenki francuskiej, Édith Piaf, od czasu cudownego uzdrowienia, którego doznała w dzieciństwie, była wielką czcicielką świętej Teresy z Lisieux. Po tym, jak oślepła w wieku 6 lat, odzyskała wzrok po pielgrzymce do Lisieux. Historia niezwykłego oddania…

    Zdaje się, że Édith Gassion, urodzonej 19 grudnia 1915 roku w Paryżu, wyjątkowa przyszłość była pisana już od dzieciństwa. Znana na całym świecie jako Édith Piaf, po dziś dzień jest uznawana za jeden z najlepszych głosów francuskiej piosenki, dzięki sławnym utworom, jak Non, je ne regrette rien,La vie en rose albo Hymne à l’ amour.

    Édith Piaf – smutne dzieciństwo

    Jej życie było tak samo krótkie, jak intensywne i rozpoczęło je nie nazbyt szczęśliwe dzieciństwo. Córka śpiewaczki ulicznej i akrobaty cyrkowego, została szybko porzucona przez matkę, która zostawiła ją, by móc zarabiać na życie. Jej ojciec, żołnierz podczas I Wojny Światowej, powierzył zatem małą Édith swojej matce.

    W tym czasie babka dziewczynki prowadziła w Normandii dom publiczny, w miejscowości Bernay, około trzydziestu kilometrów od Lisieux. Édith spędziła tam kilka lat, zanim po skończonej wojnie wróciła do swego ojca. Zaczęła śpiewać na ulicy, żeby zarobić trochę pieniędzy.

    Tak dostrzegł ją, kilka lat później, właściciel sali widowiskowej na Polach Elizejskich, Louis Leplée. Nadał jej pseudonim „La Môme Piaf”, „mały wróbelek”, z powodu jej niskiego wzrostu i dał początek jej karierze.

    Całe życie Édith Piaf było naznaczone wieloma trudnościami. Przez jej licznych kochanków i liczne historie miłosne, które kończyły się skandalami, nie brakowało ludzi, którzy uważali, że jej życie było rozpustne. Niektóre zakłady pogrzebowe odmówiły jej nawet pochówku, przez wzgląd na liczbę zawartych przez nią małżeństw.

    A jednak, wierność, której dochowała świętej Teresie z Lisieux, po cudzie, którego jak twierdziła doświadczyła będąc dzieckiem, jest ważniejsza od stawianych jej zarzutów.

    Utrata wzroku?

    W wieku 6 lat mała Edith przeszła ostre zapalenie rogówki, które sprawiło, że jak opowiadała straciła wzrok. Ponieważ liczne zabiegi nie przynosiły efektów, babcia dziewczynki, jak i „panienki lekkich obyczajów” z domu publicznego oraz sama Édith, pogodziły się z tym, że zostanie ślepa na zawsze. Wszystko zmieniło się, gdy babcia Édith  postanowiła zabrać swoje „córki” na pielgrzymkę do pobliskiego Lisieux, a wraz z nimi swoją małą wnuczkę.

    Krążyły słuchy o niespodziewanych uzdrowieniach, których doświadczali ludzie przybywający do grobu św. Teresy. I wtedy, w tym miejscu, zebrane kobiety pogrążyły się w modlitwie, przed oczami ciekawskich mieszkańców: zobaczyć te „panienki lekkich obyczajów”, choć ubrane zgrzebnie, z towarzyszącą im dziewczynką z czarnym bandażem na oczach, było rzeczą, co najmniej, niezwykłą. Przed grobem świętej Teresy przetarły ziemią czoło małej Édith, a następnie błagały świętą w swoich modlitwach, ażeby ta pomogła ich małej podopiecznej.

    Kilka dni później, Édith zaczęła odzyskiwać wzrok, ku radości kobiet z domu publicznego i swojej babci. Lekarze pozostali sceptyczni. Jednakże, niewątpliwym jest, że dziewczynka odzyskała zdolność widzenia i mogła, kilka lat później, wrócić wraz ze swym ojcem na ulicę, żeby występować to tu, to tam.

    W trakcie swego życia, Édith przypisała ten cud wielu modlitwom skierowanym do Teresy z Lisieux i oddała się tej świętej.

    Chociaż autor najnowszej biografii pieśniarki Robert Belleret twierdzi, że nigdy nie była niewidoma. Jego zdaniem cierpiała co najwyżej na kilkutygodniową infekcję wirusową.

    Niezawodna wiara

    Zawsze we wrześniu, w rocznicę śmierci Teresy, Édith bywała w Karmelu w Lisieux, by się pomodlić. Zachowała przez całe swoje życie medalik z wizerunkiem świętej, który nosiła na szyi.

    Przed każdym występem czyniła znak krzyża i modliła się tymi samymi słowami:

    Tereso, teraz śpiewam dla ciebie!

    Édith uważała ją za swoją duchową siostrę i, jak się okazało, były kuzynkami w czternastym stopniu pokrewieństwa, od strony ojca Édith…

    Pomimo trudności, których doświadczała w życiu, jej wiara nie została zachwiana. Édith przeżyła śmierć swojej dwuletniej córki Marcelle, spowodowaną zapaleniem opon mózgowych, jaki i utratę wielu przyjaciół, kochanków, w tym śmierć miłości swego życia, boksera Marcela Cerdana… Nawet po tym wszystkim, zachowała swoją wiarę do końca.

    Kilka dni przed śmiercią, powiedziała do swojej pielęgniarki:

    To niemożliwe, że gdy umrzemy, to pozostaniemy niczym więcej niż pyłem… Jest coś, co nam się wymyka, czego nie wiemy… Wierzę w Boga. Niesprawiedliwe by było, żeby ci, którzy na ziemi wyłącznie cierpieli, teraz odczuli spokój sprowadzony do prochu… Raj nadejdzie… po Sądzie Ostatecznym.

    Fanny Leroux /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pamiętacie Edith Piaf? Pamiętacie. Nie można nie zapamiętać tak dramatycznego vibrato w głosie i jeszcze bardziej dramatycznego życia.

    Była córką śpiewaczki ulicznej, która szybko ją porzuciła, i cyrkowego akrobaty, który powierzył wychowanie małej Edith swojej matce. A że prowadziła ona dom publiczny, to właśnie w nim dziecko spędziło kilka najwcześniejszych lat. To musiało się na niej odbić: dzieciństwo częściowo spędzone w domu publicznym, dorosłość w nieustannym uzależnieniu od nielegalnej miłości i niezdrowej ilości leków znieczulających. Non, rien de rien, non, je ne regrette rien – słuchane po raz pierwszy zdaje się lirycznym credo, a w rzeczywistości jest przecież rozliczeniem z całym życiem. Niczego nie żałuję – ani dobra, którego doświadczałam, ani zła, które mi wyrządzono. Pamiętacie św. Teresę z Lisieux? Pamiętacie. Ale uwaga – o mały włos moglibyście nie pamiętać! W jaki sposób dwudziestoczterolatka miałaby zapracować na to, by ją zapamiętano po śmierci? Nawet jej rodzone siostry, również zakonnice, nie za bardzo przychylne były rozpoczęciu procesu kanonizacyjnego. A jednak. Jeden z najstarszych filmów w internecie to zapis ekshumacji jej ciała. Choć w jej pogrzebie uczestniczyła garstka, już przy ekshumacji otaczają ją tłumy, purpuraci i dostojnicy, a trumna jest przewożona z królewskim wręcz przepychem. Papieże – jak wspomniał Franciszek Kucharczak w bieżącym numerze „Gościa” („Wielka mała Teresa” – ss. 26–27) – prorokowali, że będzie „największą świętą nowych czasów” i „gwiazdą pontyfikatu”. Co takiego zatem się stało? Opublikowano jej zapiski, czyli „Dzieje duszy”. Książka ta – przyznam ze wstydem – przez całe życie wydawała mi się zapisem zbyt emocjonalnym, wręcz dziecięcym. Owszem, jest, ale nie tylko. Oto „mała” Tereska wychodzi na scenę tych naszych nowych czasów i mówi: możesz robić wiele i bardzo się starać, ale jeśli w tym wszystkim nie odnajdziesz prostej drogi do szczęścia, którym jest zaufanie Jemu, to… twoje starania raczej na nic się zdadzą. Do tego to szaleństwo – ofiara z siebie za mordercę, pragnienie wyjazdu na misje, gorąca modlitwa za kapłanów (cieszę się, że akurat te dwa tematy zbiegają się ze sobą w bieżącym numerze!). Umierała w ogromnym cierpieniu. I wciąż dziękowała, nie żałowała niczego, co ją spotkało. Co święta Teresa ma wspólnego ze słynną francuską śpiewaczką? Wiele. Gdy mała Edith przebywała u babki i w tym czasie zachorowała na oczy, ta – wraz z innymi mieszkankami prowadzonego przez siebie domu publicznego – zabrała ją do Lisieux (nie tak słynnego jak dzisiaj, dodajmy). Przyszła gwiazda francuskiej piosenki została uzdrowiona i do końca swoich dni, pomimo bardzo pokręconej historii życia, pozostała wierna Teresie. W rocznicę jej śmierci zawsze była w Lisieux, by się modlić. Medalik z jej wizerunkiem nosiła na szyi. Podobno przed każdym występem mówiła: „Śpiewam dla ciebie, Tereso”. Jest coś urzekającego w połączeniu historii dwóch tak odmiennych kobiet. Może deszcz róż, który jeśli już pada, to niewyłącznie na miejsca święte? A może to „niczego nie żałuję”, nawet zła, które mi wyrządzono? •

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przed Vaticanum II Kościół modlił się o nawrócenie heretyków. A teraz?…

    Watykan, fot. P. Ozdoba

    ***

    Przed II Soborem Watykańskim Kościół katolicki modlił się o nawrócenie heretyków i schizmatyków. Dzisiaj Kościół obchodzi jednak bardziej „ekumeniczne” wydarzenia. O dawnych praktykach przypomniał na łamach „OnePeterFive.com” Matthew Plese.

    Jak wskazuje autor, przed II Soborem Watykańskim Kościół katolicki obchodził Oktawę Jedności Chrześcijan, której zasadniczym celem była modlitwa i działania na rzecz nawrócenia tych, którzy są poza Kościołem katolickim. Po Vaticanum II wprowadzono jednak Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, którego charakter przesłania główny cel Oktawy.

     Oktawę wprowadzono w Kościele dzięki zaangażowaniu Lewisa Thomasa Wattsona, który w 1898 założył episkopalną wspólnotę religijną w Anglii. Chciał przenieść model duchowości franciszkańskiej do tzw. Kościoła anglikańskiego. Wattson w 1909 roku nawrócił się na katolicyzm; Stolica Apostolska przyjęła wówczas do Kościoła całe stowarzyszenie, pozwalając im na zachowanie dotychczasowego modelu działania, co było bezprecedensowe. Do stowarzyszenia należeli zarówno mężczyźni jak i kobiety. Na rzecz tak rozumianej jedności chrześcijan Wattson pracował aż do swojej śmierci w 1940 roku.

    Jak przypomina autor, w Oktawie kolejne dni były poświęcone konkretnym problemom. I tak:

    18 stycznia modlono się o zjednoczenie wszystkich chrześcijan w prawdziwej wierze i w Kościele katolickim.

    19 stycznia o powrót schizmatyków prawosławnych.

    20 stycznia o powrót anglikanów.

    21 stycznia o powrót protestantów europejskich.

    22 stycznia o powrót protestantów z Ameryki.

    23 stycznia o przywrócenie apostatów do sakramentalnego życia w Kościele.

    24 stycznia o nawrócenie narodu żydowskiego.

    25 stycznia o rozszerzenie Królestwa Chrystusa na cały świat.

    Matthew Plese przypomniał, że istnieje wiele modlitw, które katolicy mogą odmawiać w każdy z tych dni.

    źródło: onepeterfive.com/PachPCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    G. K. Chesterton: Dlaczego jestem katolikiem

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    G. K. Chesterton: Dlaczego jestem katolikiem

    Odkryłem, że kwestia, czy pozostać przy wierze protestanckiej, w ogóle już nie istnieje. Istniała po prostu kwestia, czy pozostać przy protestanckiej niezgodzie. Stwierdziłem, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, że bardzo liczni liberałowie wciąż ochoczo sieją protestancką niezgodę, choć dawno już stracili protestancką wiarę.

    Na pierwszej stronie pewnej gazety codziennej ukazał się niedawno artykuł poświęcony Nowej Liturgii (1); nie żeby miał o niej wiele nowego do powiedzenia. Jego treść sprowadzała się do powtórzenia po raz dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty, że zwyczajny Anglik potrzebuje religii bez dogmatów (cokolwiek to może oznaczać) i że wszelkie spory na tematy kościelne to rzucanie grochem o ścianę, czy to z jednej strony, czy z drugiej. W tym miejscu autor artykułu przypomniał sobie nagle, że nie wolno zrównywać obu stron, bo a nuż zostanie to odebrane jako drobne ustęp- stwo wobec katolików albo uwzględnienie jakiejś katolickiej racji. Czym prędzej się więc poprawił i w dalszym toku wywodu zasugerował, że choć wiara w dogmaty jest zła sama w sobie, to jednak koniecznie należy wierzyć w dogmaty protestanckie. Zwyczajny Anglik (ta użyteczna postać) mimo niechęci do wszelkich różnic religijnych żywi przekonanie, że jego religia koniecznie musi nadal różnić się od katolicyzmu, uważa bowiem (wedle autora artykułu), że „Brytania jest protestancka tak jak morze jest słone”.

    Spoglądając z rewerencją na głęboki protestantyzm pana Michaela Arlena(2), pana Noela Cowarda albo najnowszego murzyńskiego tańca w Mayfair, czujemy jednak pokusę, by zapytać: „Jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić?” A ponieważ z powyższego cytatu możemy logicznie wywnioskować, że lord Beaverbrook, pan James Douglas, pan Hannen Swaffer i wszyscy ich naśladowcy są w gruncie rzeczy surowymi i nieugiętymi protestantami (zaś protestanci, jak wiadomo, słyną z dociekliwego i zapamiętałego studiowania Pisma, w czym nie przeszkodzi im żaden ksiądz ani papież), możemy sobie pozwolić na interpretację tego stwierdzenia w świetle innego, mniej znanego cytatu. Nie da się wykluczyć, że gdy porównywali protestantyzm do morskiej soli, prześladowało ich mgliste wspomnienie fragmentu, w którym ten sam Autorytet mówił o jednym świętym źródle, pełnym wody żywej, dlatego tak nazwanej, że naprawdę daje życie i zaspokaja pragnienie ludzi; w odróżnieniu od rozmaitych sadzawek i bajorek, bo kto się z nich napije, znowu będzie pragnął. A przytrafia się to niekiedy osobom, które wolą pić słoną wodę.

    Być może nazbyt to prowokujący początek dla wyznania moich najgłębszych przekonań, ale z całym szacunkiem trzeba wskazać, że prowokacja wyszła od protestantów. Kiedy protestantyzm z niezmąconym spokojem oznajmia, że sprawuje powszechny rząd dusz, w stylu Brytanii panującej nad morzami, wolno odpowiedzieć, że kwintesencja takiej właśnie soli zalega grubą warstwą na dnie Morza Martwego. Protestantyzm przypisuje sobie władzę, jaką w chwili obecnej nie może się poszczycić żadna religia. Od niechcenia zawłaszcza miliony agnostyków, ateistów, hedonistycznych pogan, niezależnych mistyków, badaczy fenomenów parapsychicznych, teistów, teozofów, wyznawców wschodnich kultów i przeróżnych wesołych koleżków żyjących jako te bydlęta, które zginą. Udawanie, że wszyscy ci ludzie są protestantami, to obniżanie prestiżu i znaczenia protestantyzmu. To sprowadzanie protestantyzmu do samej tylko negacji – a sól nie jest negacją.

    Przyjmując ów artykuł za probierz obecnych problemów z dokonywaniem wyborów religijnych, stajemy twarzą w twarz z dylematem dotyczącym tradycyjnej religii naszych ojców. Protestantyzm, jak go tu rozumiemy, jest czymś albo pozytywnym, albo negatywnym. Jeśli jest pozytywny, jest bez wątpienia martwy. Na ile stanowił system konkretnych, specyficznych wierzeń, na tyle odszedł do lamusa. Praktycznie nikt dziś nie wyznaje autentycznej doktryny protestanckiej – a już z pewnością nie protestanci. Do tego stopnia stracili wiarę we własną religię, że niemal z kretesem zapomnieli, na czym polegała. Gdyby zapytać współczesnego człowieka, czy zbawienie duszy osiąga się wyłącznie dzięki teologii, czy też dobre uczynki (na rzecz ubogich, dajmy na to) pomagają nam na drodze do Boga, człowiek współczesny odpowie bez wahania, że milsze są chyba Bogu dobre uczynki niż teologia. Byłby najpewniej bardzo zdumiony, gdyby mu powiedzieć, że przez trzy stulecia wiara w samą wiarę cechowała protestantów, podczas gdy wiara w dobre uczynki stanowiła haniebny wyróżnik niegodziwych papistów. Zwyczajny Anglik (aby znów przywołać naszego starego znajomego) nie żywiłby dziś najmniejszych wątpliwości, która strona miała słuszność w długim sporze między katolicyzmem a kalwinizmem – a był to najistotniejszy i najbardziej intelektualny spór, do jakiego kiedykolwiek doszło między katolicyzmem a protestantyzmem. Jeśli zwyczajny Anglik w ogóle wierzy w Boga, a nawet jeśli i nie wierzy, z całą pewnością woli Boga, który stworzył wszystkich ludzi do radości i który chciałby ich wszystkich zbawić, niż Boga, który celowo stworzył niektórych ludzi do nieuchronnego grzechu i nieskończonego cierpienia po śmierci. A na tym właśnie polegał cały spór; i to katolicy wyznawali ten pierwszy pogląd, podczas gdy protestanci wyznawali ten drugi. Czło wiek współczesny nie tylko nie podziela, lecz nawet nie pojmuje nienaturalnej odrazy purytanów do wszelkiej sztuki i wszelkiego piękna związanego z religią. A przecież był to autentyczny protestancki protest. Jeszcze w czasach wiktoriańskich protestanckie matrony gorszyły się na widok białej sukni, nie mówiąc już o barwnym ornacie. W każdej praktycznie kwestii, w której tylko Reformacja postawiła Rzym w stan oskarżenia, Rzym został od tamtej pory uniewinniony zgodnym werdyktem całego świata.

    Owszem, jest najzupełniejszą prawdą, że w Kościele katolickim tuż przed Reformacją istniało wiele zła prowokującego do buntu. Próżno by jednak szukać takiego zła, które Reformacja naprawiła. Na przykład, na skutek zepsucia klasztorów jakiś bogaty magnat mógł zabawiać się w patrona, czy nawet w opata, albo korzystać z dochodów należących w teorii do bractwa miłosiernego i ubogiego. Ale jedyne, co uczyniła Reformacja, to pozwoliła temuż bogatemu magnatowi zagarnąć c a ł y dochód, przywłaszczyć sobie cały klasztor, obrócić go wedle fantazji w pałac lub chlew i całkowicie wykorzenić ostatnie wspomnienie ubogiego bractwa. Najgorsze cechy doczesnego katolicyzmu zostały jeszcze pogorszone przez protestantyzm. Ale najlepsze cechy przetrwały jakoś czasy zepsucia; ba, przetrwały nawet czasy reform. Trwają do dziś we wszystkich krajach katolickich, gdzie religia jest barwna, poetyczna i powszechna. Widać je również w praktycznej mądrości, która mogłaby udzielać lekcji psychologom. I do tego stopnia znajdują dziś potwierdzenie, po czterech wiekach osądu, że każda z nich jest naśladowana nawet przez tych, którzy je potępiali. Niestety, naśladownictwo często przeradza się w karykaturę. Psychoanaliza to spowiedź bez bezpieczeństwa konfesjonału; komunizm to ruch franciszkański bez umiarkowania i równowagi Kościoła; zaś amerykańskie sekty, które przez trzy stulecia ciskały gromy oburzenia na papistowski teatr, odwołujący się do zmysłów, teraz „uatrakcyjniają” swoją liturgię wyświetlając teatralne filmy i kierując promienie różowego światła na głowę kapłana. Gdybyśmy to my używali promieni różowego światła, nie na kapłana byśmy je kierowali.

    Rozumując dalej, protestantyzm może być czymś negatywnym. Inaczej mówiąc, może sprowadzać się dziś do nowej i całkiem odmiennej listy zarzutów wobec Rzymu, która tyle tylko ma wspólnego z dawną listą, że nadal jest skierowana przeciw Rzymowi. I tak się właśnie sprawy mają, najogólniej biorąc. Prawdopodobnie to właśnie miał na myśli dziennikarz z „Daily Express”, kiedy oznajmiał, że nasz kraj i nasi rodacy są przesiąknięci protestantyzmem niczym solą. Legenda, że Rzym myli się tak czy owak, nadal żyje i miewa się doskonale, chociaż karykatury odmalowują dziś monstrum o zupełnie innych kształtach. Nawet w tym znaczeniu twierdzenie „Daily Express” jest już przesadą w odniesieniu do współczesnej Anglii, ale nadal tkwi w tym więcej niż ziarno prawdy. Cóż, kiedy jest to prawda, z której uczciwy i autentyczny pro- tentant nie może czerpać specjalnej satysfakcji. Bo też, na dobrą sprawę, jakaż to tradycja, która co drugi dzień lub co dziesięć lat zmienia wersję, uznając, że każda zmiana jest dobra, byle tylko wszystkie te sprzeczne opowiastki były skierowane przeciw temu samemu człowiekowi czy tej samej instytucji? Jakaż to święta sprawa, odziedziczona po przodkach, która sprowadza się do założenia, że powinniśmy wciąż czegoś nienawidzić i tylko w nienawiści pozostawać konsekwentni, a we wszystkim innym możemy sobie pozwalać na dowolną zmienność i dowolny fałsz, nawet gdy chodzi o sam powód naszej nienawiści? Czy mamy na serio zająć się obmyślaniem coraz to nowych przyczyn niechęci wobec innych chrześcijan? Czy na tym właśnie polega protestantyzm, a skoro tak – czy zasługuje on na zestawienie z patriotyzmem lub morzem?

    Takim to refleksjom musiałem stawić czoła, gdy zacząłem rozmyślać o kwestiach religijnych, ja, potomek czysto protestanckich przodków, wychowany w protestanckim domu. Protestanckim, co prawda, tylko w potocznym rozumieniu, gdyż w gruncie rzeczy moja rodzina nie była już protestancka, odkąd stała się liberalna. Wyrosłem raczej jako uniwersalista(3) i unitarianin(4), u stóp owego wspaniałego człowieka, Stepforda Brooke5. O ile w ogóle był to protestantyzm, to najwyżej w znaczeniu negatywnym. Nieraz było to coś całkiem przeciwnego. Na przykład, uniwersalista nie wierzył w piekło i zwykł podkreślać z emfazą, że niebo to szczęśliwy stan umysłu – „usposobienie”. Miał jednak dość rozumu, by dostrzec, że większość ludzi nie żyje ani nie umiera w wystarczająco szczęśliwym stanie umysłu, by mogli za jego sprawą dostać się do nieba. Jeśli niebo jest usposobieniem, na pewno nie jest usposobieniem powszechnie spotykanym; cała masa ludzi miewa iście piekielne humory. Skoro zaś, z braku pieklą, nawet oni trafią w końcu do nieba, musi się im przedtem przydarzyć coś innego niż miły charakter. Toteż uniwersalista wierzył w postęp duchowy po śmierci, w karę i zarazem oświecenie. Innymi słowy, wierzył w czyściec, chociaż nie wierzył w piekło. Tymczasem protestantyzm przez całą swoją historię toczył nieustającą wojnę z ideą czyśćca, czyli postępu duchowego w życiu pozagrobowym. Teraz, po latach, uważam, że ze wszystkich tych trzech poglądów najgłębsza prawda zawiera się w doktrynie katolickiej; prawda o woli, stworzeniu i cudownym Bożym umiłowaniu wolności. Ale nawet na samym początku, kiedy ani mi w głowie postał katolicyzm, nie widziałem żadnego powodu, by przejmować się protestantyzmem, który zawsze głosił coś zupełnie przeciwnego niż współczesna doktryna liberalna.

    Mówiąc dobitnie, odkryłem, że kwestia, czy pozostać przy wierze protestanckiej, w ogóle już nie istnieje. Istniała po prostu kwestia, czy pozostać przy protestanckiej niezgodzie. I w tym momencie stwierdziłem, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, że bardzo liczni liberałowie wciąż ochoczo się ją protestancką niezgodę, choć dawno już stracili protestancką wiarę. Nie mam prawa ich osądzać, lecz w moich oczach, wyznaję, zdawało się to zachowaniem paskudnie niehonorowym. Dowiedzieć się, że mówiliśmy o kimś oszczerstwa, odmówić przeprosin i od razu wziąć się za wymyślanie nowej, bardziej przekonującej historyjki – nie było to w moim pojęciu ideałem dobrych manier. Ostatecznie postanowiłem sobie, że ocenię oczernianą insty- tucję podtug jej własnych zalet i wad, i od razu nasunęło mi się pytanie, czemuż to liberałowie są wobec niej tak bardzo nieliberalni? Jaki jest sens tej niezgody, tak stałej i tak nieustępliwej? Sporo czasu minęło, nim znalazłem odpowiedź, a jeszcze więcej czasu minęłoby, gdybym chciał teraz opisywać drogę mojego rozumowania. Doprowadziła mnie ona wreszcie do jedynego logicznego wniosku, zgodnego z doświadczeniem życiowym: mianowicie, że owa instytucja jest znienawidzona jak nic innego na świecie po prostu dlatego, że sama jest jak nic innego na świecie.

    Niewiele mam tu miejsca, by wybrać choć jeden fakt spośród tysiąca faktów, które potwierdzają ten wniosek i są też spójne ze sobą nawzajem. Mógłbym wziąć cokolwiek, na chybił trafił, od wieprzowiny po pirotechnikę, aby wykazać, że potwierdza to prawdę zawartą w tej jedynej prawdziwej filozofii; do tego stopnia realistyczne jest przysłowie, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Poruszę zatem kwestię niejako podstawową: tę mianowicie, że katolicyzm jest prześladowany stulecie po stuleciu przez irracjonalną nienawiść, która wyszukuje sobie coraz to nowe racje.

    Otóż o niemal wszystkich minionych herezjach można powiedzieć, że w oczach ludzkich są nie tylko minione, ale i martwe; czy to w Kościele, czy poza nim, nikt nie widzi dla nich racji bytu, ledwo tylko skończy się moda na ich wyznawanie lub wygaśnie mania religijna. Nikt w dzisiejszych czasach nie pragnie przywrócenia Boskiego Prawa Królów, które pierwsi anglikanie wysuwali jako argument przeciw papieżowi. Nikt nie chce, by powrócił kalwinizm, który pierwsi purytanie wysuwali jako argument przeciw królom. Nikt nie żałuje, że ikonoklastom nie udało się zniszczyć wszystkich dziel sztuki w Italii. Nikt nie rozpacza, że janseniści nie zdołali zniszczyć wszystkich dramatów we Francji. Nikt, kto wie cokolwiek o albigensach, nie narzeka, że nie nawrócili oni świata na pesymizm i perwersję. Nikt, kto naprawdę rozumie logikę lollardów (skądinąd całkiem miłych ludzi) nie życzyłby sobie, by doprowadzili oni do odebrania wszelkich praw publicznych każdemu, kto nie jest w stanie łaski uświęcającej. „Dominium zbudowane na łasce” to pobożny ideał, ale gdy rozważać go jako nakaz ignorowania policjanta, regulującego ruch na Picadilly, póki się nie dowiemy, czy był on ostatnio u spowiedzi, ideał ten zdaje się cokolwiek jakby nieaktualny. W dziewięciu wypadkach na dziesięć Kościół katolicki bronił rozsądku i umiarkowania przeciw heretykom, którzy nieraz mocno przypominali wariatów. A przecież w każdych czasach ciśnienie błędu napierało z ogromną siłą; błędem karmiły się całe pokolenia, wywierał wpływ tak przemożny, jak szkoła manchesterska w latach 50-tych X I X wieku lub fabianizm w okresie mojej młodości. Gdy jednak przestudiować wypadki historyczne, okazuje się, że duch czasów zmierzał w złą stronę, podczas gdy katolicy, przynajmniej relatywnie, zmierzali w dobrą. Rozum przetrwa tysiące zmiennych nastrojów.

    Tak jak mówię, to tylko jeden aspekt sprawy, lecz pierwszy, który mi się nasunął i który doprowadził mnie do kolejnych. Kiedy ktoś sto razy z rzędu odnajduje właściwą drogę, musi się za tym kryć coś więcej niż przypadek. Wszystkie dowody historyczne byłyby jednak niczym bez dowodów ludzkich, osobistych, wymagających zupełnie innej relacji. Starczy powiedzieć, że ci, którzy znają praktykę wiary katolickiej stwierdzają nie tylko, że jest ona słuszna, ale że jest słuszna zawsze wtedy, gdy wszystko inne jest błędne. To ona czyni konfesjonał autentyczną ostoją szczerości, gdy świat opowiada nonsensy o spowiedzi. To ona podtrzymuje pokorę, gdy wszędzie wokół wysławia się pychę. Jest oskarżana o sentymentalne miłosierdzie, kiedy świat woli brutalny utylitaryzm; jest oskarżana o dogmatyczną surowość, kiedy świat woli krzykliwy i prostacki sentymentalizm – jak ma to miejsce współcześnie. W miejscu, gdzie spotykają się wszystkie drogi, nie sposób wątpić, że drogi prowadzą w jedną stronę. Człowiek może żywić najróżniejsze poglądy, zazwyczaj uczciwe i nieraz słuszne, co do kwestii, gdzie należy skręcić w labiryncie ścieżek. Ale nie żywi poglądu, że znalazł się w środku; wie tym.

    Gilbert Keith Chesterton

    tłum. Jaga Rydzewska

    Rozdział “Why I am a Catholic” pochodzi z książki “The Thing” (1929)/Fronda nr 21-22

    Przypisy:

    1. Prace nad nową liturgią Kościoła Anglikańskiego rozpoczęły się jeszcze przed I Wojną Świato­wą. Ostateczna wersja, powstała w latach 1927-28, była ostro krytykowana, gdyż pod wieloma względami upodabniała liturgię anglikańską do katolickiej. Została przyjęta przez Izbę Lordów, lecz Izba Gmin dwukrotnie odrzuciła ją w głosowaniu. Ostatecznie, w drodze kompromisu, ze­ zwolono na jej tymczasowe wprowadzenie; „tymczasowość” ta trwała do roku 1 9 8 0 .

    2. Wszystkie osoby wymienione w tym akapicie były znane z postępowych poglądów: pisarz Michael Arlen, aktor i dramaturg Noel Coward, magnat prasowy William Aitken lord Beaverbrook, czołowy spirytysta Hannen Swaffer i redaktor pisma „Daily Express” J a m e s Douglas.

    3 Uniwersalizm – odłam protestancki, pierwotnie wywodzący się z doktryny socyniańskiej, bardzo zbliżony do unitarianizmu, z którym ostatecznie się połączył w 1961 roku.

    4 Unitarianizm – odłam protestancki, odrzucający dogmat o Trójcy Świętej, lecz poza tym bar­dzo liberalny pod względem doktryny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Konferencja satanistów w Bostonie.

    Tematy to grzechy cielesne i aborcja.

    Archidiecezja wzywa do szturmu modlitewnego.

    fot. PCh24.pl

    ***

    Archidiecezja Bostonu zachęca do modlitwy w obliczu konferencji, jaką w mieście organizują sataniści. Według władz kościelnych należy powstrzymać się od protestów, by nie przyciągać uwagi mediów do wydarzenia.

    W dniach 28-30 w Bostonie odbędzie się wydarzenie zatytułowane SatanCon, organizowane przez tzw. „Świątynię Szatana”. Według tej organizacji ma to być „największe zgromadzenie satanistów w historii”. W odpowiedzi na plany satanistów bp Mark O’Connel, wikariusz generalny archidiecezji Bostonu, wezwał do „intensywnej modlitwy” oraz do adoracji Najświętszego Sakramentu. Według wikariusza generalnego, który powołał się na stanowisko kardynała Seána o’Malley’a, katolicy muszą osiągnąć równowagę pomiędzy przeciwdziałaniu temu wydarzeniu a zwracaniu na nie jeszcze większej uwagi. Dlatego powinni skupić się na modlitwie.

    Konferencja satanistów będzie skupiać się na promocji grzechów cielesnych oraz na aborcji; w jej centrum będzie stać między innymi postać starożytnych demonów, które sataniści wykorzystują jako symbol „wolności reprodukcyjnej” – czyli zabijania dzieci poczętych.

    Według władz diecezji należy powstrzymać się od protestów, bo to „doleje tylko paliwa do nienawiści tych, którzy to wspierają i zaopatrzy media w obrazy”.

    Zamiast osobiście protestować, mamy nadzieję na szturm modlitewny do nieba” – stwierdził wikariusz, dodając, że poprosił kościoły, kaplice i klasztory archidiecezji o intensyfikację modlitwy w nadchodzących dniach.

    Archidiecezja przygotuje też listę miejsc, w których będzie możliwa adoracja Najświętszego Sakramentu. Władze archidiecezji zachęcają też do odmawiania modlitwy do św. Michała Archanioła; część kościołów zapowiedziała już też modlitwy wynagradzające za organizację konferencji.

    źródło: lifesitenews.com/PachPCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykła modlitwa Jana Pawła II, wypowiedziana w formie egzorcyzmu

    MODLITWA JANA PAWŁA II

    ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl/fot.Afp/East News

    ***

    Człowiek zdolny jest do rzeczy najgorszych. Wzajemna nienawiść staje się często jedynym językiem w relacjach międzyludzkich. Dlatego warto wracać do tej wyjątkowej modlitwy.

    Oddanie świata w opiekę Maryi, które miało miejsce 25 marca 1984 roku uważam za jeden z najważniejszych momentów pontyfikatu Jana Pawła II. Świat, który od wieków zna Chrystusa i może poszczycić się rozwojem cywilizacyjnym tak wysokim, że nigdy wcześniej nawet nie spodziewano się, jak daleko może sięgać człowiek, jest jednocześnie miejscem wewnętrznego rozdarcia.

    Wraz z postępem cywilizacji, techniki i nauki nie zawsze idzie postęp moralny. Człowiek nadal zdolny jest do rzeczy najgorszych, a jego serce zranione przez grzech staje się puste bez Boga. Mimo ucywilizowania wielu sfer życia nadal toczą się wojny, a w silosach światowych imperiów czekają rakiety gotowe na odpalenie.

    Wzajemna nienawiść stała się często jedynym językiem w relacjach międzyludzkich. Warto może zatem wrócić dzisiaj do tekstu poświęcenia świata Niepokalanemu Sercu Maryi i żarliwej modlitwy Jana Pawła II, który wypowiedział ją w formie potężnego egzorcyzmu. Oto tekst tej modlitwy:

    Modlitwa św. Jana Pawła II

    O Serce Niepokalane! Pomóż przezwyciężyć grozę zła, która tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości!

    Od głodu i wojny, wybaw nas!

    Od wojny atomowej, od nieobliczalnego samozniszczenia, od wszelkiej wojny, wybaw nas!

    Od grzechów przeciw życiu człowieka od jego zarania, wybaw nas!

    Od nienawiści i podeptania godności dzieci Bożych, wybaw nas!

    Od wszelkich rodzajów niesprawiedliwości w życiu społecznym, państwowym i międzynarodowym, wybaw nas!

    Od deptania Bożych przykazań, wybaw nas!

    Od usiłowań zdeptania samej prawdy o Bogu w sercach ludzkich, wybaw nas!

    Od przytępienia wrażliwości sumienia na dobro i zło, wybaw nas!

    Od grzechów przeciw Duchowi Świętemu, wybaw nas! Wybaw nas!

    Przyjmij, o Matko Chrystusa, to wołanie nabrzmiałe cierpieniem wszystkich ludzi! Nabrzmiałe cierpieniem całych społeczeństw!

    Pomóż nam mocą Ducha Świętego przezwyciężać wszelki grzech: grzech człowieka i „grzech świata”, grzech w każdej jego postaci.

    Niech jeszcze raz objawi się w dziejach świata nieskończona zbawcza potęga Odkupienia: potęga Miłości miłosiernej! Niech powstrzyma zło! Niech przetworzy sumienia! Niech w Sercu Twym Niepokalanym odsłoni się dla wszystkich światło Nadziei!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 kwietnia – IX rocznica kanonizacji Jana Pawła II

    Papież, który zmienił świat, Polskę i Kościół

    Żaden Polak w dziejach nie miał tak realnego wpływu na losy świata jak Karol Wojtyła. To on przyczynił się w znacznym stopniu do zmian politycznych w Europie Środkowo-Wschodniej, choć nie było to celem jego posługi. Dla nas, Polaków, ważna jest odpowiedź na pytanie: Jaka byłaby Polska, gdyby nie Jan Paweł II? Ale nie można zapominać, że „Papież z dalekiego kraju” odmienił także Kościół katolicki.

     

     

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Janowi Pawłowi II przypisuje się decydującą rolę w demontażu komunizmu, choć on od tego zdecydowanie się odżegnywał, wskazując w książce „Przekroczyć próg nadziei” i w encyklice „Centesimus annus” na inne przyczyny. Papież nie stał na czele jakiejś prymitywnej, antykomunistycznej krucjaty. On zmieniał „imperium zła” potęgą ewangelicznego Słowa Prawdy.

    Bóg zwyciężył, Papież pomagał

    Tezę o Janie Pawle II jako pogromcy „imperium zła” lansują w pierwszym rzędzie publicyści zagraniczni. Francuski pisarz i dziennikarz Bernard Lecomte w książce pt. „Prawda zawsze zwycięży. Jak Papież pokonał komunizm” zwraca uwagę, że pojawienie się Jana Pawła II rozbudziło działania opozycji w krajach opanowanych przez Związek Sowiecki. Lecomte pisze: „Zwierzchnik Kościoła katolickiego to, rzecz jasna, nie wódz na wojnie, strateg, który z pałacu biskupiego rozstawiałby swoich generałów, regimenty, swą piątą kolumnę… A jednak, wkrótce po objęciu pontyfikatu przez Karola Wojtyłę, dało się zauważyć niezwykłe zjawisko: to właśnie w szeregach wiernych wszystkich wyznań pojawili się nowi grabarze totalitaryzmu, przyszli bohaterowie wyzwolonej Europy, którzy nie czynią tajemnicy z celu, jaki im przyświeca”. To trafne spostrzeżenie, bo rzeczywiście opozycja przed rokiem 1978 była słaba, a silniejszy był wówczas komunizm.

    Papież dający do zrozumienia, że pojałtański porządek polityczny w Europie nie jest rozdziałem zamkniętym, upominający się konsekwentnie i odważnie o prawa człowieka, solidaryzujący się z ciemiężonymi narodami, zachęcał – żeby nie powiedzieć: „rozzuchwalał” – całe rzesze ludzi do wyrażania sprzeciwu wobec reżimu.

    Jean-Bernard Raimond, ambasador Francji w PRL, w swojej pełnej entuzjazmu wobec Ojca Świętego książce pt. „Jan Paweł II. Papież w samym sercu Historii” dowodzi, że Karol Wojtyła zmienił bieg dziejów, także przez swoją dominującą rolę w demontażu komunizmu.

    Najbardziej ten wpływ Ojca Świętego był widoczny w Polsce, ale dał się także zaobserwować w krajach sąsiednich. Wiosną 1985 r. w Velehradzie na Morawach w Czechosłowacji obchodzono tysięczną rocznicę śmierci św. Metodego. Sędziwy arcybiskup Pragi kard. František Tomášek odczytał list Jana Pawła II, w którym Papież zachęcał katolików w Czechosłowacji do dawania świadectwa, „nawet jeśli w obecnej sytuacji jest to trudne, uciążliwe i przepojone goryczą”. Ludzie wierzący poczuli się pokrzepieni i trzy miesiące później do Velehradu przybyło ich znacznie więcej, niemal 200 tys., co było liczbą olbrzymią jak na ten niewielki kraj, rządzony bezwzględnie, wręcz w sposób nieludzki, przez komunistów. Gdy ci próbowali zakłócić przebieg uroczystości, przejmując mikrofony, wierni zaczęli skandować: „To jest pielgrzymka! Chcemy Papieża! Chcemy Mszy!”. Było to największe publiczne zgromadzenie w Czechosłowacji od czasów Praskiej Wiosny w roku 1968. Od tych uroczystości Kościół katolicki w tym kraju włączył się odważniej w działalność opozycyjną. A i sama opozycja hardziej podniosła głowę.

    Papież nie chciał, żeby przypisywano mu decydującą rolę w powaleniu „sowieckiego niedźwiedzia”. Po tym, jak upadek systemu komunistycznego stał się faktem, 21 lutego 1991 r. podczas audiencji generalnej Ojciec Święty powiedział z przekonaniem autentycznego świadka wiary: „To Bóg zwyciężył na Wschodzie”. Chodziło mu o podkreślenie, że zwyciężyło dobro, a nie o powiedzenie, że to Opatrzność Boża obaliła komunizm. System ten – tłumaczył Ojciec Święty włoskiemu pisarzowi Vittorio Messoriemu w książce „Przekroczyć próg nadziei” – upadł w konsekwencji własnych błędów i nadużyć, wskutek tkwiącej w nim własnej słabości. Okazał się „lekarstwem gorszym od samej choroby”.

    Duch odnawia oblicze ziemi

    Te zmiany, o czym często zapomina się na Zachodzie, rozpoczęły się w Ojczyźnie Papieża od jego pierwszej pielgrzymki w czerwcu 1979 r. Ludzie wierzący nie mają wątpliwości, że modlitwa Jana Pawła II z placu Zwycięstwa do Ducha Świętego, aby odnowił oblicze Polski, została wysłuchana. Ale trzeba też podkreślić, że Polacy odpowiedzieli na apel Papieża, podejmując trud odnowy, co nastąpiło rok później.

    Brytyjski publicysta Timothy Garton Ash w swojej książce pt. „Polska rewolucja: «Solidarność»” tak opisuje „najbardziej fantastyczną pielgrzymkę w historii współczesnej Europy”: „Przez dziewięć dni państwo jakby przestało istnieć, działało jedynie jako cenzor zniekształcający transmisje telewizyjne. Dla świata stało się jasne, że Polska nie jest krajem komunistycznym, lecz zaledwie państwem komunistycznym. Jan Paweł II wykrzesał w tysiącach ludzi nowy szacunek dla samych siebie i odnowioną wiarę. Wyjeżdżając, pozostawił naród o rozbudzonej dumie i społeczeństwo z nowym poczuciem elementarnej jedności”. Ash nie ma wątpliwości, że pierwsza pielgrzymka papieska do Polski zaowocowała powstaniem „Solidarności”. „Spokojna godność robotników, ich opanowanie, retoryka moralnej odnowy, zakaz spożywania alkoholu, rozmach społecznego poparcia – wszystko to wywodziło się z masowego doświadczenia niezwykłej pielgrzymki 1979 roku. Trudno sobie wyobrazić «Solidarność» bez polskiego papieża” – twierdzi z przekonaniem brytyjski publicysta.

    Dla swojej Ojczyzny Papież gotów był uczynić wszystko. Na rok przed ogłoszeniem stanu wojennego Zbigniew Brzeziński, doradca prezydenta Jimmy’ego Cartera ds. bezpieczeństwa narodowego USA, informował Ojca Świętego, że istnieje groźba interwencji sowieckiej w Polsce. Papież oznajmił mu, że w takim przypadku nie zawaha się udać do swego kraju. Jan Paweł II nigdy nie zostawiłby rodaków na pastwę wrogów!

    Przed drugą pielgrzymką do Ojczyzny, w czasie, kiedy trwał jeszcze stan wojenny, w prasie podziemnej i w dyskusjach prywatnych wyrażano poważne zastrzeżenia, czy Papież przyjeżdżając do Polski nie będzie legitymizował władzy komunistycznej. Sam Ojciec Święty nie miał wątpliwości. Do ks. Stanisława Dziwisza powiedział: „Ja jadę, żeby podnieść na duchu naród, a nie umocnić reżim”. Podobną rolę spełnił w czasie swojej trzeciej pielgrzymki w 1987 r., podczas której przygotowywał nas do życia w wolności. A już w wolnej Polsce uczył nas, jak korzystać z daru wolności, aby nie przemieniła się ona w niewolę.

    W czerwcu 1999 r., podczas pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, miało miejsce wydarzenie o randze symbolu. Papież odwiedził polski parlament, podsumowując naszą drogę do niepodległości. „Składam dzięki Panu historii za obecny kształt polskich przemian, za świadectwo godności i duchowej niezłomności tych wszystkich, których w tamtych trudnych dniach jednoczyła ta sama troska o prawa człowieka, ta sama świadomość, iż można życie w naszej Ojczyźnie uczynić lepszym, bardziej ludzkim” – mówił Ojciec Święty. Kiedy sala zaintonowała: „Marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi włoskiej do Polski”, Papież zażartował: „Nikt nie przypuszczał, że w takim umundurowaniu”. A po oklaskach dodał: „Ale nam się wydarzyło”.

    Kościół miłosiernego Ojca

    Nie ma wątpliwości, że Jan Paweł II wywarł wielki wpływ na kształt współczesnego Kościoła. Po śmierci Ojca Świętego Kościół katolicki był inny od tego, którego przewodnictwo Papież przejął 16 października 1978 r. Wielką jego zasługą było to, że wprowadził nowy styl sprawowania urzędu Piotrowego i nakreślił jego wyraźną linię, od której nie ma odwrotu, co pokazał pontyfikat Benedykta XVI, a o czym w jeszcze większym stopniu świadczy posługa papieża Franciszka. Papież Polak, niczym św. Paweł Apostoł, był w nieustannym ruchu. Obliczono, że poza Watykanem spędził prawie 600 dni, czyli 7 proc. swego pontyfikatu. Ten nowy styl obejmował nie tylko pielgrzymowanie, ale w ogóle relacje z ludźmi: audiencje generalne i prywatne, wizytacje parafii rzymskich, spotkania poza Watykanem, podróże na terenie Włoch. Miliony ludzi na świecie ma fotografie z Ojcem Świętym, miliony ludzi go dotknęło, ucałowało go w pierścień lub uścisnęło jego dłoń. Poprzez łatwość kontaktu, bezpośredniość i serdeczność Jan Paweł II ostatecznie rozprawił się z mitem Najwyższego Pasterza niedostępnego w swoim pałacu.

    Jan Paweł II dzięki swojemu geniuszowi, charyzmie i świętości wyniósł autorytet i prestiż papiestwa na niebotyczne w czasach współczesnych wyżyny. Stał się globalnym przywódcą, przekraczającym granice nie tylko swojej wspólnoty, ale liderem wręcz panreligijnym. Był powszechnie uznawany za rzecznika wszystkich wykluczonych i tych, którzy nie mają głosu, za herolda pokoju i pojednania wszystkich ludzi.

    Andrea Riccardi, autor znakomitej biografii Jana Pawła II, która ukaże się niebawem po polsku, napisał: „Papież pochodzący z Europy totalitaryzmów i zimnej wojny był papieżem rodzącego się zglobalizowanego świata. Jest to bardzo ważny aspekt jego pontyfikatu i nie można go pominąć. Jan Paweł II rodzi się i działa jako papież czasu zimnej wojny, ale staje się papieżem globalizacji”.

    Wielkim uproszczeniem jest postrzeganie Jana Pawła II przede wszystkim jako grabarza komunizmu i papieża, który wprowadził nowy styl sprawowania urzędu Piotrowego. Ojciec Święty zostawił nam olbrzymie dziedzictwo w postaci Katechizmu Kościoła Katolickiego i nowego Kodeksu prawa kanonicznego, a także swojego nauczania. W dobie kryzysu Kościoła zachodniego, zwłaszcza w Europie, ulegającego laicyzacji i relatywizującego nauczanie kościelne, sprecyzował i pozostawił nam obszerną i dogłębną wykładnię wiary, nie pozostawiając wątpliwości, co jest katolickie, a co nie.

    Zachowując wielki szacunek dla tradycji, Jan Paweł II tworzył nową tradycję. Wymieńmy jeden ważki przykład: dodanie tajemnic światła do modlitwy różańcowej, co zostało przyjęte z radością przez wiernych, choć mogło się wydawać, że naruszenie wielowiekowej tradycji będzie tu i ówdzie napotykać opór.

    Poprzez liczne beatyfikacje i kanonizacje, propagowanie kultu świętych, w tym także ludzi świeckich, Jan Paweł II przybliżył katolikom świętość, zwracając uwagę, że może być ona wykuwana nie tylko w zaciszu klasztoru i z dala od świata, ale także w środowisku pracy i w rodzinie.

    Dzięki heroicznemu zaangażowaniu Ojca Świętego w szerzenie kultu Miłosierdzia Bożego, Kościół katolicki nabiera na naszych oczach jeszcze bardziej ewangelicznego charakteru. Powstające jak grzyby po deszczu na wszystkich kontynentach sanktuaria Miłosierdzia Bożego z nieodłącznym obrazem Jezusa Miłosiernego, rosnąca popularność różnych form kultu z Koronką na czele, rozwój teologii i coraz częstsze akcentowanie idei Miłosierdzia Bożego w kaznodziejstwie stawia w centrum Kościoła najważniejszą ideę, która także niewierzącym pomaga lepiej zrozumieć chrześcijaństwo. Idea ta głosi, że Bóg jest miłością, miłosiernym Ojcem dla wszystkich ludzi. Jan Paweł II niósł to przesłanie z niewzruszonym przekonaniem i w sposób porywający, o czym świadczy dynamiczny rozwój kultu Miłosierdzia Bożego.

    Jan Paweł II zostawił Kościół bardziej otwarty na dialog – zarówno w podzielonej rodzinie chrześcijan, jak również z innymi religiami oraz z ludźmi, którzy nie mają łaski wiary.

    Grzegorz Polak/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. prof. Robert Skrzypczak:

    Benedykt XVI. Jego wrogowie znajdowali się wewnątrz Kościoła

    Benedykt XVI odszedł ostatniego dnia 2022 roku. Uczynił to w swoim niepowtarzalnym stylu, złożonym z pokory, słodyczy i wrodzonej elegancji. Pozostawił nam swe dzieła zebrane, ogromną ilość papieskich homilii, okolicznościowych przemówień i udzielonych wywiadów. Być może jego nauczanie katolickich zasad czyni go współczesnym Ojcem Kościoła. Podjął się w nim wielkiej próby połączenia tradycji z nowoczesnością. Joseph Ratzinger był teologiem, prefektem Kongregacji Nauki Wiary i papieżem.

    W 1966 roku Jacques Maritain, krytykując zachłyśnięcie się wielu katolickich środowisk nowoczesnością, napisał, że dzisiejszy Kościół postanowił trwać „na kolanach przed światem”. Z tego upadku katolicką wspólnotę usiłowali wydźwignąć wspólnymi siłami św. Jan Paweł II i jego „strażnik wiary” – Joseph Ratzinger. Podjęli się tego zadania nie po to, by Kościół znów zatryumfował i rzucał światu lekceważące wyzwania, ale by bez kompleksów i lęku wypełniał swą misję przekazywania ludziom żywego Jezusa Chrystusa. Z jaką reakcją spotykała się odważna i dogłębna posługa myślenia Benedykta XVI, pokazują gniewne i pełne napastliwości ataki kierowane przeciwko niemu choćby po opublikowaniu deklaracji Dominus Jesus w 2000 roku albo po napisaniu motu proprio Summorum Pontificum w 2009 roku. Najradykalniejszych prób zszargania jego dobrego imienia podejmowali się jego rodacy, biskupi i teologowie z Niemiec.

    Wszyscy jego prawdziwi wrogowie znajdowali się wewnątrz Kościoła. Wystarczy tu przywołać tzw. mafię z St. ­Gallen – tak ją nazwał kard. Godfried Danneels, prymas Belgii, w biograficznej książce jemu poświęconej autorstwa ­Karima ­Schelkensa i Jürgena Mettepenningena – która przez lata spiskowała za plecami Benedykta XVI, aż został odwołany, albo też innych wpływowych teologów, z których jeden, Peter Hünermann, założył nawet specjalny instytut teologiczny przeznaczony do zwalczania Ratzingerowej myśli w Kościele. Profesor ­Hünermann narzekał, że Ratzinger „wzrastał w poprzedniej epoce, na starej teologii sprzed Soboru”. Wraz z Jurgenem Werbickiem i Hansem Küngiem podpisał się on pod dramatycznym apelem, w którym domagano się kapłaństwa kobiet, wyświęcania mężczyzn żonatych, udziału świeckich w wyborze kandydatów na biskupów i proboszczów, a także tego, by „nie wykluczać” z Kościoła rozwodników żyjących w ponownych związkach ani par złożonych z osób tej samej płci współżyjących ze sobą. Ci teologowie napierali całym swym autorytetem na ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, domagając się od Rzymu „wolności dla ewangelicznego przesłania” i „swobody postępowania w zgodzie z sumieniem”. Protestowali przeciwko autorytarnej władzy papieża. Hünermann pytany o to, jaka była największa zasługa Josepha Ratzingera dla Kościoła, miał odrzec z przekąsem: „fakt, że zrezygnował”.

    Benedykt XVI tak opisywał tę atmosferę: „W niejednym seminarium studenci przyłapani na czytaniu moich książek byli uważani za niezdolnych do kapłaństwa. Moje książki były chowane, jak zła literatura, i jedynie czytane pod ławką”. Znamienna, choć wcale niezaskakująca, okazała się decyzja emerytowanego Ojca Świętego, żeby kazać opublikować swe ostatnie teksty, powstałe w latach 2018-2022, dopiero po własnej śmierci. Uzasadnił to następująco: „Ze swojej strony nie chcę już nic publikować w moim życiu. Wściekłość środowisk wobec mnie w Niemczech jest tak silna, że pojawienie się jakichkolwiek moich słów natychmiast wywołuje z ich strony morderczy szum. Sobie i chrześcijaństwu chcę tego oszczędzić”. I rzeczywiście, książka ujrzała światło dzienne dopiero po pogrzebie Josepha Ratzingera, zaopatrzona w tytuł: Czym jest chrześcijaństwo. Mój niejako testament duchowy (Che cos’è il cristianesimo. Quasi un testamento spirituale, Mondadori, Milano 2023).

    Niechęć do Benedykta XVI nie ograniczała się jedynie do osób z kraju, z którego pochodził. Również we Włoszech przy wielu okazjach musiał znosić afront i kontestację. W niechęci do niego przodował postępowy Turyn. Przypomnę tylko kilka przykładów, choć można by zebrać z nich całą antologię. W 1998 roku kard. Ratzinger przybył do Turynu na zaproszenie abp. Giovanniego Saldariniego. Odwiedzał diecezję i rozmawiał z seminarzystami, a wieczorem wygłosił wykład w teatrze Regio, gdzie rażąco zabrakło całej znacznej części postępowego Kościoła lokalnego. Ówcześni seminarzyści zaczęli czytać jego książki potajemnie, ponieważ rektor, który właściwie niewiele z nich rozumiał, był temu przeciwny. Tekst konferencji poświęconej liturgii, wygłoszonej przez Ratzingera w opactwie Fontgombault w 2001 roku, został przetłumaczony, a następnie wydrukowany na koszt osoby prywatnej, po czym rozpowszechniony niemal potajemnie. W tym czasie o. Eugenio Costa SJ propagował opinię, że Ratzinger jest wyrazicielem „myśli nazistowskiej”. Podobnie Enzo Bianchi, założyciel włoskiej wspólnoty ekumenicznej „Communità di Bose”, nie szczędził krytyki ówczesnemu Ojcu Świętemu na wszystkich frontach. Arcybiskup Turynu Severino Poletto sprzeciwił się pomysłowi zaproszenia Ratzingera do przemawiania na wydziale teologicznym, woląc widzieć wśród swoich studentów innego niemieckiego kardynała Waltera Kaspera.

    Kiedy Benedykt XVI odwiedził Turyn w 2010 roku, wydział liturgiczny sprzeciwił się użyciu kanonu rzymskiego w języku łacińskim podczas papieskiej Mszy Świętej na piazza S. Carlo, na szczęście bezskutecznie. Jeden z przedstawicieli „magicznego kręgu” włoskich liberalnych środowisk katolickich powiedział, że wraz z wyborem Franciszka Kościół „uwolnił się od ciężaru”. Aby zrozumieć dominujący dziś nurt myślowy w ojczyźnie Dantego i św. Franciszka, wystarczy wejść do sanktuarium św. Józefa przy via Santa Teresa, prowadzonego przez ojców kamilianów, i przyjrzeć się niszy wokół Świętego Oblicza Całunu Turyńskiego. Widnieją tam dumnie ikony postępowego katolicyzmu: Marcin Luter, Jan XXIII, Dietrich Bonhoeffer, Che Guevara, John Kennedy, Martin Luther King oraz  kard. Carlo Martini. Żadnych ofiar komunizmu i męczenników lewicowego szaleństwa XX wieku, z wyjątkiem nieco ukrytego o. Pawła Floreńskiego. Benedykt XVI z pewnością nigdy nie znajdzie miejsca dla siebie w takim panteonie. Dla tych, którzy nie poddali się „dyktaturze relatywizmu”, będzie to raczej powodem do chwały.

    Nikt już pewnie tego nie pamięta, ale Benedykt XVI w 2008 roku był przedmiotem jednego z najbardziej haniebnych wyczynów włoskiej nauki, kiedy to po zaproszeniu go do wygłoszenia konferencji na rzymskim uniwersytecie La ­Sapienza uniemożliwiono mu wejście na teren uczelni, ulegając dyktatowi wąskiego grona profesorów, w tym laureata Nagrody Nobla z fizyki w 2021 roku Giorgio Parisiego. Wszystko to odbyło się przy aplauzie orędowników postnowoczesnej idei wolności od elementów religii w przestrzeni publicznej. Eugenio Scalfari, redaktor naczelny włoskiego dziennika „La Reppublica”, sarkastycznie skomentował zdarzenie, iż według jezuickich przyjaciół Joseph Ratzinger był „przeciętnym teologiem”.

    Dziś opłakuje go większość hipokrytów. Niektórzy w przypływie szczerości mówią, że był postacią „złożoną i kontrowersyjną”. Pewnie w kolejnych miesiącach usłyszymy jeszcze więcej podobnych wynurzeń. Dlaczego Benedykt XVI obudził tyle emocji? Aby to zrozumieć, wystarczy ponownie przeczytać jego mistrzowskie przemówienie wygłoszone w Regensburgu w 2006 roku, skoncentrowane na dehellenizacji chrześcijaństwa oraz przemocy u korzeni religii islamskiej, albo sięgnąć po jego trafne diagnozy współczesnego świata, w których mówił o „dyktaturze relatywizmu”, proponując katolikom sporządzenie katalogu „nienegocjowalnych zasad”.

    Jak widział siebie Joseph Ratzinger? Jakie stoją dziś zadania przed teologiem i jaki funkcjonuje dziś – ujmując szerzej – obraz  współczesnego głosiciela Ewangelii? Sam o tym pisał na początku pierwszego rozdziału swojego arcydzieła Wprowadzenie do chrześcijaństwa, opublikowanego po raz pierwszy w 1969 roku. Przywołał w tym miejscu, pochodzącą z pism Kierkegaarda, opowieść o klaunie i płonącej wiosce. Gdy dyrektor cyrku dowiedział się o wybuchu pożaru w swoim obwoźnym taborze, natychmiast wysłał klauna, już ubranego i wymalowanego do występu, do pobliskiej wsi, bowiem istniało niebezpieczeństwo, że ogień, rozprzestrzeniający się po wysuszonych polach, podpali ludziom domostwa. Klaun bez namysłu pobiegł do wioski, błagając mieszkańców, aby przyszli do cyrku i pomogli ugasić pożar. Jednakże jego krzyki ludzie wzięli za przebiegłą sztuczkę, mającą na celu przyciągnięcie jak największej liczby widzów na przedstawienie, toteż oklaskiwali go, śmiejąc się do łez. Biednemu klaunowi chciało się płakać, widząc, że na próżno błagał tamtych mężczyzn, by zaradzili niebezpieczeństwu. Tłumaczył, że to nie fikcja ani sztuczka, ale gorzka rzeczywistość, bo cyrk naprawdę płonie. Jego płacz jeszcze bardziej wzmagał śmiech. Wszyscy uważali, że pięknie odegrał swoją rolę… Zabawa trwała do momentu, aż ogień naprawdę ogarnął wieś, a pomoc przyszła za późno. Wieś i cyrk uległy płomieniom. Benedykt XVI być może wygląda jak ten błazen, ubrany w strój odziedziczony z przeszłości. W dzisiejszym Kościele niewielu ma ochotę potraktować go na serio i wysłuchać tego, co ma do przekazania. Ale historia jest długa, a Opatrzność Boża działa skutecznie. Przyjdzie czas, kiedy jego myśl przyniesie owoce.

    George Weigel napisał: „Zgodnie z karykaturalnymi wyobrażeniami Ratzinger był przestarzałym, stetryczałym intelektualistą, którego książki wkrótce pokryją się kurzem, a potem rozlecą, nie pozostawiając żadnego śladu w Kościele i światowej kulturze. Tymczasem można być bardziej niż pewnym, że jego publikacje będą nadal czytane. Podejrzewam też, że niektóre z homilii tego papieża, największego papieskiego kaznodziei od czasów św. Grzegorza Wielkiego, znajdą ostatecznie miejsce w oficjalnej codziennej modlitwie Kościoła, Liturgii Godzin”. Nie chciał być papieżem, zresztą w 2005 roku powiedział o sobie, że nie jest „miłośnikiem rządzenia”. Wybór na tron papieski przyjął tylko z posłuszeństwa wobec tego, co uznał za wolę Bożą, objawioną przytłaczającą większością głosów braci kardynałów. Nie miał nic z „Bożego rottweilera” czy też „panzerkardinala”, co chętnie przypisywała nieprzychylna mu prasa. Był raczej wytrawnym dżentelmenem o łagodnej duszy, nieśmiałym mężczyzną, który mimo to miał silne poczucie humoru. Był miłośnikiem Mozarta i św. Augustyna, i zasadniczo szczęśliwym człowiekiem. Nie miał nic ze zgorzkniałego wariata. Był Niemcem, który podczas oficjalnej wizyty w Wielkiej Brytanii w 2010 roku podziękował Brytyjczykom za zwycięstwo w bitwie o Anglię. Zrobił więcej niż ktokolwiek inny, jako kardynał – prefekt Kongregacji Nauki Wiary, a później jako papież, aby oczyścić Kościół z tego, co brutalnie i dogłębnie określał jako „brud”.

    Kluczem do zrozumienia jego osoby i jego wielkości była głęboka i szczera miłość do Pana Jezusa, miłość wyostrzona przez niezwykłą teologiczną i egzegetyczną kompetencję, Uważał, że „przyjaźń z Jezusem Chrystusem” jest początkiem, a także warunkiem sine qua non życia chrześcijańskiego. Pielęgnowanie tej przyjaźni uważał za najważniejszy cel Kościoła.

    fragment pochodzi z książki „Wymagający papież” ks. prof. Roberta Skrzypczaka wydanej nakładem wydawnictwa „Rafael”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC KWIECIEŃ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się o większe propagowanie kultury rezygnacji z przemocy, do której prowadzi coraz rzadsze używanie broni, zarówno przez państwa, jak i obywateli.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Panie Jezu Chryste, otwórz oczy mojego serca, abym mógł każdą chwilę swojego życia przeżywać darem Bożej Mądrości. Bądź uwielbiony za “Twoją klęskę” na kalwaryjskiej drodze w oczach świata, bo dzięki tej klęsce świat, przez który przechodzą wciąż nowe pokolenia, otrzymał największy dar. Odtąd każdy człowiek, jeżeli tylko zechce, już tu na tym świecie, może wchodzić do Bożego Domu i staje się jego domownikiem. Drzwi są otwarte – otwarte na oścież od czasu tej jedynej i najważniejszej Nocy. Dlatego ta Noc jest Wielkanocą.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Znalezione obrazy dla zapytania ojciec św jan paweł obrazki
    „Od mych lat młodzieńczych modlitwa ta miała ważne miejsce w moim życiu duchowym. (…) Różaniec towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczenia. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy”
    ***
    „Modlitwa różańcowa jest modlitwą wdzięczności, miłości i ufnej prośby… Do tej modlitwy różańcowej zachęcam was i zapraszam. Odmawiajcie różaniec! „
    ***
    „Ufam, że ta tradycja odmawiania różańca w mojej Ojczyźnie będzie dalej podtrzymywana i rozwijana. Tego życzę z całego serca duszpasterzom i rodakom w mojej Ojczyźnie” – św. Jan Paweł II
    fot. Vatican

    Jak modlić się na różańcu

    Różaniec można odmawiać codziennie w całości, i nie brak takich, którzy to czynią z godną pochwały wytrwałością. Wypełnia on w ten sposób modlitwą dni tak wielu dusz kontemplacyjnych albo towarzyszy osobom chorym czy w podeszłym wieku, które dysponują dużym zasobem czasu. Jest jednak oczywiste – i to tym bardziej, jeśli doda się nowy cykl mysteria lucis – że wielu wiernych będzie mogło odmawiać tylko jego część według pewnego porządku tygodniowego. Ten rozkład prowadzi do nadania poszczególnym dniom tygodnia swoistego duchowego „kolorytu”, podobnie jak liturgia nadaje go różnym okresom roku liturgicznego.

    Według obecnej praktyki poniedziałek i czwartek poświęca się tajemnicom radosnym, wtorek i piątek – tajemnicom bolesnym, środę, sobotę i niedzielę – tajemnicom chwalebnym. Gdzie włączyć tajemnice światła? Zważywszy, że tajemnice chwalebne powtarza się przez dwa kolejne dni, w sobotę i w niedzielę, a sobota jest tradycyjnie dniem o silnym zabarwieniu maryjnym, wydaje się wskazane przenieść na sobotę drugie w ciągu tygodnia rozważanie tajemnic radosnych, w których wyraźniejsza jest obecność Maryi. Czwartek pozostaje w ten sposób wolny właśnie na medytację tajemnic światła.

    To wskazanie nie ma jednak ograniczać słusznej wolności medytacji osobistej i wspólnotowej, z uwzględnieniem potrzeb duchowych i duszpasterskich, a przede wszystkim dat liturgicznych, które mogą sugerować bardziej odpowiednie dostosowania. Sprawą naprawdę wielkiej wagi jest to, by różaniec był coraz bardziej pojmowany i przeżywany jako droga kontemplacji.

    św. Jan Paweł II

    List Apostolski – Rosarium Virginis Mariae/ pkt 38

    __________________________________________________________________________

    Różaniec święty jako egzorcyzm

    Około 1981 roku ks. bp Zbigniew Kraszewski po powrocie z Rzymu opowiedział na Jasnej Górze członkom Kapłańskiego Ruchu Maryjnego, co następuje:

    Na prywatnej audiencji dla Polaków Jan Paweł II pochwalił Ruch za to, że wszyscy (także świeccy, na wieczernikach – chórem) mówią egzorcyzm Leona XIII, zaczynający się od modlitwy do św. Michała Archanioła. Po chwili jednak wyjął z kieszeni swój różaniec i pokazując obecnym powiedział: „Ale przecież to jest egzorcyzm przeciwko wszystkim złym duchom, dostępny także dla świeckich!” Widząc zaskoczenie na twarzach, dodał: „Żebyście nie mieli wątpliwości, to ja w tej chwili nadaję Różańcowi moc egzorcyzmu”. Usłyszawszy to stwierdziliśmy my, zebrani na Jasnej Górze w Sali Różańcowej: „Przecież właśnie od dnia wypowiedzenia przez Papieża tych słów – od kilku miesięcy – Różaniec stał się strasznie męczącą modlitwą! Musieliśmy toczyć walkę z rozproszeniami, z sennością oraz z innymi przeszkodami, jak nigdy dotąd!”

    Jak się wydaje, aby Różaniec w pełni był egzorcyzmem, powinniśmy wypełnić przynajmniej trzy warunki: zaangażować w tę walkę swój rozum, swoją wolę, jak też mieć mocne przekonanie, że ta broń jest zawsze skuteczna. Inaczej mówiąc: mamy mieć świadomość walki oraz mocną wolę pokonania Przeciwnika (szatan znaczy właśnie przeciwnik), jak też wielką ufność w moc Boga i w Jego zwycięstwo, choćby owoce tego zwycięstwa miały pozostać dla nas na razie tajemnicą.

    _______________________________________________________________________

    Benedykt XVI o sile różańca: „Uzdrawiająca moc Imienia Jezusa”

    POPE BENEDICT XVI

    Vincenzo Pinto/AFP/Marzena Devoud

    *****

    Różaniec bywa uważany za modlitwę monotonną, mechaniczną i z innych czasów. Jednak według Benedykta XVI przeżywa dziś swą „nową wiosnę”. Odkryjmy refleksje papieża emeryta na temat tej duchowej pomocy, tak przydatnej w walce z trudami naszego życia.

    Różaniec nie każdemu odpowiada. Ale Benedykt XVI – tak jak jego poprzednik św. Jan Paweł II i następca Franciszek – zapewnia, że jest to jego ulubiona modlitwa. Dlaczego, według niego, ta forma modlitwy jest bronią o wielkiej sile uzdrawiającej? I jednym z najbardziej wymownych znaków miłości, jaką „młode pokolenia mają dla Jezusa i jego matki”? W jaki sposób ta modlitwa „pomaga umieścić Chrystusa w centrum” w świecie coraz bardziej podzielonym?

    We wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej Papież Benedyk XVI podczas modlitwy na Anioł Pański (8.10.2007) przypomniał o skuteczności różańca – modlitwy łączącej rodziny i wypraszającej światu pokój. Tradycyjny obraz Matki Boskiej Różańcowej przedstawia Maryję, która jednym ramieniem podtrzymuje Dzieciątko Jezus, a drugą ręką przekazuje różaniec św. Dominikowi.

    „Ta znacząca ikonografia wskazuje, że różaniec jest środkiem ofiarowanym nam przez Maryję, aby kontemplować Jezusa, rozważać Jego życie, kochać Go i coraz wierniej naśladować. To wskazanie Maryja pozostawiła także w wielu swoich objawieniach. Myślę szczególnie o tych fatimskich, które miały miejsce w 1917 roku. Trzem pastuszkom: Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi, Maryja przedstawiła się jako „Królowa Różańca”, poleciła z mocą, aby odmawiać codziennie różaniec i w ten sposób uprosić koniec wojny. Także my pragniemy podjąć to macierzyńskie polecenie Maryi, angażując się w odmawianie z wiarą różańca w intencji pokoju w rodzinach, między narodami i na całym świecie”.

    „Różaniec jest środkiem, który został nam ofiarowany przez Najświętszą Maryję Pannę, byśmy kontemplowali Jezusa i rozpamiętując Jego życie kochali Go i coraz wierniej naśladowali. Takie przesłanie przekazała też Matka Boża w swoich różnych objawieniach”

    ________________________________________________________________________

    Dwa najczęstsze błędy, jakie popełniamy przy odmawianiu różańca

    Jeden z największych propagatorów nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny mówi o tych błędach i podpowiada, jak dobrze odmawiać różaniec.

    Rozważanie tajemnic Odkupienia

    Św. Ludwik Maria Griñon de Monfort, wielki czciciel Najświętszej Maryi Panny, niestrudzenie propagował nabożeństwo do Matki Jezusa i zgodnie z Jego wolą, również Matki naszej.

    Modlitwę różańcową – jako jedną z najpopularniejszych form pobożności maryjnej polegającą na rozważaniu tajemnic Odkupienia – uczynił on centralnym tematem swojego dzieła pt. „Przedziwny sekret różańca świętego, aby się nawrócić i zbawić”.

    Odmawianie różańca zaleca on wszystkim wiernym, przestrzegając jednocześnie przed dwoma najczęstszymi błędami, jakie zwykło się popełniać przy tej okazji.

    Dwa błędy przy odmawianiu różańca

    „Aby dobrze odmówić różaniec, po wezwaniu Ducha Świętego stań przez chwilę w obecności Boga (…). Przed rozpoczęciem dziesiątki zatrzymaj się dłużej lub krócej, w zależności od czasu, jakim dysponujesz, aby rozważyć tajemnicę, którą sławisz w tej dziesiątce i proś zawsze w owej tajemnicy, przez wstawiennictwo Matki Bożej, o jedną z cnót, która najmocniej w niej promieniuje lub o tę, której najbardziej potrzebujesz.  

    Szczególnie uważaj na dwa powszechne błędy, jakie popełniają odmawiający różaniec. Pierwszy – że nie podejmują oni żadnej intencji – tak dalece, że gdyby zapytać, dlaczego odmawiają różaniec, nie umieliby odpowiedzieć. Dlatego ty odmawiając różaniec, miej zawsze na względzie kilka łask do uproszenia, pewne cnoty do naśladowania czy kilka grzechów do zniszczenia.

    Drugi błąd, który się popełnia zazwyczaj, odmawiając różaniec, to brak innej intencji przy rozpoczęciu aniżeli szybkie zakończenie modlitwy. Bierze się to stąd, że widzimy w nim coś przykrego, ciążącego nad nami, zwłaszcza gdy uczyniło się z niego zasadę moralną albo dostało za pokutę jakby wbrew naszej woli”.

    Następnym razem, kiedy będziemy odmawiać różaniec, pamiętajmy zatem by:

    1) wzbudzić w sercu konkretną intencję;

    2) modlić się bez pośpiechu, spokojnie i w skupieniu.

    Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak paciorki różańca przesuwają się chwile …
    nasze smutki, radości i troski …
    a Ty Bogu je zanieś, połączone w różaniec
    Święta Panno Maryjo pełna łaski…

    ________________________________________________________________________

    „Gdyby ludzie wiedzieli, że mają w zasięgu taką broń, siedziałbym samotny w piekle. Ale wy nie słuchacie papieży, świętych i proroków. Ani własnego serca. Zwyciężam was dzięki waszej głupocie i pysze. Nie boję się was. Ale boję się Jej różańca”. (szatan podczas egzorcyzmu prowadzonego przez księdza egzorcystę Francesco Bamonte)

    Jak szatan boi się Maryi i Różańca

    Święty Dominik wypędzając szatana z ciała opętanego, zapytał go:

    Którego świętego w niebie boicie się najbardziej i który ma największą władzę nad wami tu, na ziemi ?

    Przez dłuższy czas szatan nie odpowiadał, aż wreszcie rzekł:

    Najbardziej boimy się Matki Bożej. Ona ma największą władzę nad nami i Jej należy się na ziemi cześć największa, gdyż jedna Jej modlitwa więcej znaczy niż modlitwy wszystkich świętych razem wziętych.

    „Szatan wysila się i używa wszelkich sposobów, aby zerwać nić łączącą nas z Niepokalaną. Zadowoli się wszystkim – odmawianiem „Ojcze nasz” i innymi modlitwami, lecz nie pozwoli na odmawianie „Zdrowaś Maryjo”, bo właśnie na tym już się potknął i dlatego będzie starał się innych doprowadzić w ten sposób do upadku”. (św.Maksymilian Maria Kolbe)

    _________________________________________________________________________

    o. Gabriele Amorth:

    Różaniec wywołuje paniczny strach u demona

    Zmarły w 2016 roku egzorcysta Watykanu, jeden z najpopularniejszych duchownych, którzy stawali na froncie walki z szatanem, ojciec Gabriele Amorth przekonuje w swojej książce, że tylko jedna modlitwa wywołuje paniczny strach u demona – różaniec.

    Różaniec to potężny egzorcyzm – nie ma wątpliwości ojciec Gabriele Amorth. W świecie, w którym rządzi kozetka i tysiące – nierzadko sprzecznych – porad psychologów, słynny egzorcysta w książce „Mój różaniec” podsuwa nam niezawodny sposób rozwiązania wielu problemów duchowych. Te bowiem często rzutują na naszą kondycję psychiczną i fizyczną. Jak twierdzi watykański egzorcysta, żadna modlitwa, którą odmawia nie ma tak wielkiej mocy przepędzania złego ducha, co różaniec.

    Uznany autorytet w walce z demonami, ojciec Amorth udowadnia więc w swojej książce, że modlitwa Maryjna jest najpotężniejszym egzorcyzmem, zaś poprzez rozważanie tajemnic różańcowych, możemy odkrywać po raz kolejny ewangeliczną Dobrą Nowinę. Jeśli zatem poszukujemy rozwiązania wielu problemów wewnętrznych, trapią nas natrętne myśli lub czujemy się zagubieni i przygnieceni licznymi codziennymi sprawami, różaniec – udowadnia słynny egzorcysta – może stanowić wielką pociechę, a nawet darować nam uzdrowienie zarówno duchowe, jak i fizyczne.

    W książce, obok porad dotyczących tego, w jaki sposób zmagać się z zagrożeniami w życiu duchowym przy pomocy modlitwy różańcowej, znajdują się również niezwykłe rozważania, napisane przez ojca Amortha. Pozwalają one nie tylko odkrywać i przeżywać Ewangelię podczas modlitwy Maryjnej, ale również lepiej pojąć tajemnicę życia Matki naszego Boga.

    o. Gabriele Amorth, Mój różaniec, Wydawnictwo Esprit 2016

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jasna Góra: Konferencja o fenomenie Apelu Jasnogórskiego w 70-lecie nabożeństwa

    O fenomenie, dziedzictwie i duszpasterskich szansach Apelu Jasnogórskiego w 70-lecie tego najbardziej charakterystycznego dla Jasnej Góry nabożeństwa mowa będzie podczas dwudniowej konferencji, która za tydzień odbędzie się w sanktuarium. Organizatorem konferencji pt. „Apel Jasnogórski – obecnością, pamięcią i czuwaniem z Maryją” jest Jasnogórski Instytut Maryjny.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Apel Jasnogórski jest wyjątkowym nabożeństwem, które dzięki transmisjom telewizyjnym, radiowym, internetowym dociera do Polaków na całym świecie. – To ważny moment naszej łączności, to co jest najbardziej charakterystyczne dla tej modlitwy, to wspólne stanięcie przed Matką. Wszyscy się wtedy odnajdujemy jako dzieci, w jednym domu, u jednej Matki – zauważył o. dr Grzegorz Prus, dyrektor Jasnogórskiego Instytutu Maryjnego.

    Przypomniał, że Apel Jasnogórski jest nabożeństwem typowo polskim zakorzenionym w naszej historii i dziedzictwie. Idea Apelu zrodziła się 8 grudnia 1953 r. w Kaplicy Matki Bożej. Modlitwa zaczęła się od małej grupy – paulinów i członkiń Instytutu Prymasa Wyszyńskiego proszących Maryję o uwolnienie uwięzionego przez komunistów kard. Wyszyńskiego i za Ojczyznę.

    Wielkim propagatorem tego nabożeństwa stał się potem też sam Prymas Wyszyński, zwłaszcza w okresie Wielkiej Nowenny w latach 1957-1966, przygotowującej do Millenium Chrztu Polski. Gdziekolwiek był o godz. 21.00 jednoczył się z Jasną Górą i błogosławił Polakom.

    O. Prus zwraca uwagę na strukturę modlitwy apelowej, w której istotną rolę odgrywa rozważanie wygłaszane przez duchownego prowadzącego nabożeństwo. Przywołuje słowa śp. o. Zachariasza Jabłońskiego, który na pytanie o to, jak przygotowuje rozważanie, miał stwierdzić, że „zagląda do Ewangelii i do gazety”, by osadzić przesłanie ewangeliczne w aktualnym kontekście życia ludzi.

    Konferencja o Apelu Jasnogórskim rozpocznie się w piątek, 21 kwietnia w Kaplicy Różańcowej o godz.19.00. Otworzy ją przeor Jasnej Góry, o. Samuel Pacholski. O początkach Apelu powie Beata Mackiewicz z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego. Ks. prof. Janusz Królikowski z Wydziału Teologicznego UPJPII wygłosi słowo o inspiracjach apelowych w maryjnej drodze odnowy Kościoła. „Klęknij przed Matki Bolesnej Obrazem….” Prorocze słowa „do matki Polki” – to temat wystąpienia ks. prof. Jana K. Przybyłowskiego z UKSW. Po części konferencyjnej odbędzie się dyskusja. Pierwszą część sympozjum zakończy Apel Jasnogórski, który poprowadzi wikariusz generalny Zakonu Paulinów, o. dr Michał Lukoszek.

    Drugi dzień sympozjum – sobotę, 22 kwietnia – rozpocznie Msza św. w Kaplicy Matki Bożej o 7.30 pod przewodnictwem bp. Jana Wątroby z Komisji Maryjnej KEP. O 9.30 w Kaplicy Różańcowej rozpocznie się pierwsza część panelowa. Jej temat to „Apel Jasnogórski w perspektywie pastoralno-ewangelizacyjnej, wśród zaproszonych gości: dziennikarka Judyta Syrek, o. dr Piotr Polek wykładowca w seminarium Zakonu Paulinów, o. Michał Legan, kierownik Redakcji Audycji Katolickich TVP i ks. dr Jarosław Grabowski, redaktor naczelny Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

    W drugiej części panelowej o Apelu Jasnogórskim w mediach udział wezmą: prof. Monika Przybysz z UKSW, ks. Grzegorz Moj z Telewizji Trwam, prof. Michał Drożdż z UPJPII, Rafał Porzeziński, dziennikarz i prezes Stowarzyszenia Ocaleni.


    /Biuro Prasowe Jasnej Góry/Częstochowa (KAI)

    ____________________________________________________________________________________

    fot. Maciej Kluczka

    ***

      

    Kiedy i jak rozpoczęto modlitwę

    Apelu Jasnogórskiego?

    W tej formie jako wieczorna modlitwa kierowana do Maryi, Królowej Polski i Matki Kościoła w intencji Ojczyzny i Kościoła rozpoczęła się 8 grudnia 1953 r. Dziś więc przypada 66. rocznica Apelu Jasnogórskiego. To jedna z najbardziej znanych modlitw, która każdego wieczoru o godz. 21.00 gromadzi tysiące pielgrzymów w Kaplicy Matki Bożej i kolejne tysiące dzięki transmisji na cały świat.

    Genezy Apelu jasnogórskiego można dopatrywać się w wydarzeniach z 4 listopada 1918 r. kiedy polscy żołnierze z 22. Pułku Piechoty, dowodzeni przez podporucznika Artura Wiśniewskiego, wyzwolili Jasną Górę spod okupacji austriackiej i o godz. 21.15 stanęli, wraz z paulinami przed Cudownym Obrazem Królowej Polski, dziękując za odzyskaną wolność po 123 latach niewoli narodowej i zaborów.

    fot. Flickr/Episkopatnews

    ***

    Inny przekaz mówi o kapitanie Władysławie Polesińskim, pilocie zmarłym w 1939 r., trochę „wadzącym się z Bogiem”, który podczas próbnego lotu usłyszał nagle jakby wewnętrzny rozkaz: „zniż lot, ląduj!” Wylądował szczęśliwie. Po opuszczeniu samolotu nastąpiła jego eksplozja. Była godzina 21.00. Gdy po powrocie do domu opowiedział swojej żonie o tym wydarzeniu, ona zapytała go, którego to było dnia i o której godzinie to się stało? Okazało się, że właśnie tego dnia o godz. 21.00 polecała go Matce Bożej. Kapitan stanął „na baczność”, zasalutował i zwrócił się do Matki Bożej Jasnogórskiej, meldując się Jej jako swemu Dowódcy, od którego otrzymał ten wewnętrzny nakaz ratujący go od śmierci. Odtąd czynił to codziennie.

    Kapitan Władysław Polesiński nawrócił się, zmienił życie i założył wśród oficerów polskich katolicką organizację – „Krzyż i Miecz”. Członkowie tej organizacji mieli w zwyczaju codziennie o godzinie 21.00 meldować się na apel przed Matką Bożą Częstochowską. Podczas okupacji hitlerowskiej ks. Leon Cieślak, pallotyn, szerzył tę praktykę w Warszawie wśród młodzieży akademickiej na tajnych kompletach i w sodalicjach mariańskich. O godzinie 21.00 młodzież modliła się do Matki Bożej Jasnogórskiej i odmawiała akt zawierzenia się Maryi. W tym samym czasie na Jasnej Górze o. Polikarp Sawicki, paulin, gromadził różne grupy akademickie, najczęściej członków sodalicji mariańskiej, na wieczorową modlitwę przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej. Po otrzymaniu wiadomości o internowaniu kard. Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Polski w późnych godzinach nocnych 25 września 1953 r., paulini na Jasnej Górze podjęli z pielgrzymami specjalne modlitwy o jego rychłe uwolnienie. Prymas podczas swego internowania w Stoczku Warmińskim – w okresie stalinowskiego terroru – postanowił dokonać osobistego Aktu oddania się w niewolę miłości Matce Bożej, zawierzając Jej całkowicie swój los. Oddał się Maryi w uroczystość Jej Niepokalanego Poczęcia 8 grudnia 1953 r. W tym samym dniu rozpoczęto na Jasnej Górze wieczorową modlitwę, zwaną Apelem, w jego intencji o godz. 21.00.

    PIELGRZYMKA KLUBÓW INTELIGENCJI KATOLICKIEJ NA JASNEJ GÓRZE

    ***

    Papież Pius XII ogłasza początek Maryjnego Roku Jubileuszowego.

    Na Jasnej Górze z tej okazji ks. biskup Zdzisław Goliński, ordynariusz częstochowski, w otoczeniu kapituły katedralnej, paulinów i licznie zgromadzonych wiernych celebrował Mszę św. pontyfikalną 8 grudnia 1953 r. wieczorem – w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Podczas tej Mszy św. kazanie wygłosił przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński, w którym między innymi zapowiedział: „Staniemy dziś wszyscy na jasnogórski apel. Co to jest? Nic trudnego! Codziennie o godz. 9.00 wieczorem przeniesiemy się myślą i modlitwą na Jasną Górę, do cudownej kaplicy. Są rodziny, które o tej porze przerywają rozmowę, pracę i stają w milczeniu albo na czele ze swym ojcem odmawiają dziesiątkę różańca. Są całe zastępy polskiej młodzieży akademickiej, które to czynią. Gdy powiedziano o tym Księdzu Prymasowi Kardynałowi Wyszyńskiemu, odniósł się życzliwie do tego, potem jednak, kiedy przemyślał tę sprawę, powiedział parę miesięcy temu, że codziennie o godzinie 9 wieczorem przenoszę się myślą na Jasną Górę, modlę się i błogosławię całemu Narodowi. Wszyscy, jak nas jest przeszło 30 milionów na całym świecie; wszyscy o jednej godzinie, gdziekolwiek będziemy, czy w pracy, czy na ulicy, czy w kinie, czy na zabawie; wszyscy zbratani jedną myślą, jednym polskim sercem, staniemy przy naszej Pani i Królowej, przy Matce i Pocieszycielce, aby prosić i żebrać za Polskę, za Naród…”.

    Zgodnie z tą zapowiedzią i pod jego przewodnictwem zgromadziła się w kaplicy Matki Bożej o tej wieczornej porze grupka osób, w tym paulini – o. Teofil Krauze, o. Aleksander Rumiński oraz kilka pań z Instytutu Prymasowskiego z Marią Okońską na czele, by polecić szczególnej opiece Maryi internowanego Prymasa Polski. Postanowili zbierać się codziennie o godzinie 21.00, by odmawiać modlitwy do Matki Bożej przed zasłoniętym Cudownym Obrazem. To było oficjalne zapoczątkowanie jasnogórskiego Apelu. Paulini wzywali rodaków, by sercem, myślą i modlitwą stawać przed Obliczem Jasnogórskiej Pani o godz. 21.00 i modlić się o uwolnienie Prymasa Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

    Śluby Narodu

    Nowe impulsy dla apelu jako wieczornego nabożeństwa maryjnego dały Jasnogórskie Śluby Narodu złożone 26 sierpnia 1956 r., zawierające program religijno-moralnej odnowy życia narodowego. Odtąd Apel jasnogórski stał się modlitwą wieczorną w intencji Narodu. Prymas Wyszyński o godz. 21.00 błogosławił całej Polsce, a za jego przykładem czynili to inni biskupi, a zwłaszcza ks. biskup Lucjan Biernacki, biskup pomocniczy prymasowskiej archidiecezji gnieźnieńskiej, który za wierność współpracy z kard. Wyszyńskim został usunięty przez władze komunistyczne z Gniezna i przebywał na wygnaniu na Jasnej Górze.

    Do upowszechnienia praktyki Apelu jasnogórskiego przyczyniła się przede wszystkim peregrynacja kopii Cudownego Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej (od 1957 r.). We wszystkich parafiach, gdzie był Obraz Nawiedzenia, utrwalała się praktyka Apelu jasnogórskiego o godzinie 21.00. Paulini, prowadzący misje przed nawiedzeniem kopii Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej w Człuchowie i okolicy, zaczęli wprowadzać już w 1961 r. praktykę jasnogórskiego apelu każdego wieczora. Spotkało się to z ogromnym zainteresowaniem, bo wierni wypełniali świątynie po brzegi. Niektórzy z nich urozmaicali apel przeźroczami o tematyce jasnogórskiej.

    Apel jasnogórski miał różne melodie i był śpiewany w różnych wersjach. Autorem najbardziej znanej i rozpowszechnionej melodii jest ks. Stanisław Ormiński, salezjanin, który skomponował ją w 1956 r. W późniejszych latach melodię do apelu skomponował także ks. Marian Michalec CM. Młodzież zwykle śpiewa swój własny apel, nawiązujący w swej treści do jej zadań na nowe Tysiąclecie i wyrażający prośbę uświęcenia siebie i rodziny. Jak wynika z zapisów kronikarskich, Apel wszedł już na stałe do programu nabożeństw maryjnych na Jasnej Górze, zwłaszcza w uroczystości odpustowe – od 1960 r.

    fot. Wikipedia

    ***

    Z okazji rozpoczęcia tzw. „Czuwań soborowych” w 1962 r. ówczesny przeor Jasnej Góry o. Anzelm Radwański podjął decyzję, aby tę praktykę wieczorowego spotkania z Królową Polski jeszcze bardziej ożywić i pogłębić. Postanowiono więc na tę szczególną chwilę spotkania z Maryją odsłaniać Cudowny Obraz i nadać temu nabożeństwu bogatszą oprawę. Najczęściej od Apelu zaczynały się czuwania modlitewne wiernych w intencji prac ojców Soboru Watykańskiego II. Tak pomyślana i zaplanowana modlitwa maryjna zaczęła gromadzić nie tylko pielgrzymów przybyłych na „Czuwania soborowe”, ale także mieszkańców Częstochowy. Po powrocie kard. Stefana Wyszyńskiego na stolicę prymasowską (28 X 1956 r.), Apel wzbogacił się o specjalne modlitewne rozważania i intencje. Odtąd Prymas Polski błogosławił o godz. 21.00 całej Polsce, a także Polonii rozsianej po wszystkich kontynentach.

    Rozmiłowany w Maryi kardynał

    Do spopularyzowania modlitwy Apelu jasnogórskiego przyczynił się przede wszystkim kard. Wyszyński. Prymas Polski, który nie tylko na Jasnej Górze, ilekroć był obecny, ale wszędzie, nawet w swojej prywatnej kaplicy, gromadził domowników na to wieczorne spotkanie z Matką Bożą, Królową Polski i osobiście prowadził rozważania i modlitwy apelu. Wiele z nich zostało nagranych na taśmę magnetofonową i stanowi dziś bogaty zbiór modlitw w intencji aktualnych spraw Kościoła i Ojczyzny. Te modlitwy i rozważania ks. Prymasa pogłębiły znaczenie i wartość apelu. Przypomniał on, że Maryja, Królowa Polski, jest nam dana jako skuteczna pomoc i obrona dla naszego Narodu. Kard. Wyszyński wciąż zaświadczał, że wszystko postawił na Maryję. Apel jasnogórski – w ujęciu Prymasa – to modlitwa zawierzenia się w opiekę macierzyńską Maryi. Jego rozważania nawiązują do najbardziej aktualnych problemów społecznych w Polsce, do potrzeb Narodu zagrożonego w swej wierze i suwerenności, a także do zwykłych, codziennych spraw ludzkich. Ich treść wyrastała przede wszystkim z Jasnogórskich Ślubów Narodu, z duchowych mocy Wielkiej Nowenny, z owoców nawiedzenia kopii Obrazu Jasnogórskiego, a w następnych latach z Milenijnego Aktu Oddania w macierzyńską niewolę Maryi, z przeżyć Tysiąclecia Chrztu, „Społecznej Krucjaty Miłości” i przygotowań do jubileuszu 600-lecia Jasnej Góry.

    Kard. Stefan Wyszyński rozmiłował się w tej maryjnej modlitwie, nadał jej właściwy charakter i treść oraz stał się jej szczególnym propagatorem. On pozostawił pewien model rozważania modlitewnego przy Apelu. – Jest to godzina czuwania przy Pani Jasnogórskiej, godzina rachunku sumienia i składania u Jej królewskich stóp naszego dorobku. Jest to godzina modlitwy, zjednoczenia przez miłość i błogosławieństwo – mówił podczas jednego z Apeli kard. Wyszyński.

    Wzorując się na przykładzie kard. Stefana Wyszyńskiego i jego sposobie prowadzenia Apelu, przeor jasnogórski o. Józef Płatek wprowadził od 1975 r. krótkie rozważania modlitewne – spontaniczną modlitwę do Królowej i Matki Polaków, nawiązując do aktualnych potrzeb Ojczyzny. Następnie od 28 marca 1978 r. jako generał zakonu, przez kolejne 12 lat osobiście prowadząc Apel, utrwalił już na stałe taki styl prowadzenia jasnogórskiego Apelu, nadając mu przez to charakter serdeczny i zarazem rodzinny. Podobnie jak w dobrej rodzime wszyscy wieczorem gromadzą się wokół matki, tak samo czciciele Maryi stają po dziś dzień przed Nią jako Matką i Królową.

    fot. Wikipedia

    ***

    Papież promotor i animator

    Największym promotorem i animatorem Apelu jasnogórskiego stał się św. Jan Paweł II. On bowiem ukazał najgłębszą treść ewangeliczną i zarazem narodową, zwłaszcza podczas swych pielgrzymek na Jasną Górę, ale i także podczas swych spotkań z Polakami. Chętnie śpiewał Apel ze swymi rodakami i nawiązywał do jego zobowiązującej treści. Wskazywał na historyczny i rycerski charakter Apelu i jednocześnie ukazał, że śpiewając czy odmawiając go, stajemy jakby „na baczność”, meldując się Maryi z oświadczeniem swego oddania: jestem cały Twój i do Twej dyspozycji! Jest to więc spotkanie z Maryją ubogacające i zarazem zobowiązujące.

    Wielką zasługą papieża z Polski pozostanie na zawsze to, że jasnogórskiemu Apelowi VI Światowego Dnia Młodzieży na Jasnej Górze nadał charakter uniwersalny i zarazem eklezjalny. Jak podkreśla o. Józef Płatek, paulin „nie była to próba jakiejś polonizacji, ale raczej chrześcijańska postawa dzielenia się tym, co nasze z innymi w ich własnym języku i kulturze”. Papież w swym przemówieniu (14 sierpnia 1991 r.) zwrócił uwagę młodzieży na trzy słowa: jestem – pamiętam – czuwam. Są to kluczowe słowa apelu, które stały się programem życia dla młodego pokolenia całego świata. Dzięki inspiracji wypływającej z Ewangelii apel nabrał charakteru międzynarodowego, światowego i uniwersalnego i stał się nie tylko programem, ale i modlitwą do Maryi Matki Kościoła i Królowej świata. Po Światowym Dniu Młodzieży z udziałem Jana Pawła II na Jasnej Górze, w dniach 14-15 sierpnia 1991 r., swą działalność rozpoczęło archidiecezjalne częstochowskie Radio „Fiat”. Ono pierwsze podjęło transmisję Apelu z Kaplicy Matki Bożej Jasnogórskiej. Od 25 marca 1995 r. przekazuje Apel już na stałe i codziennie Radio „Jasna Góra”. Radio „Maryja” podjęła początkowo transmisję we wszystkie soboty od adwentu 1996 r. Na mocy umowy tej rozgłośni z Radiem „Jasna Góra”, od 2 lutego 1997 r. Radio „Maryja” transmituje codziennie Apel na całą Polskę i poza jej granice bezpośrednio z kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej. Od 5 grudnia 1997 r.- dzięki „Radiu Jasna Góra” – tysiące osób może w godzinie Apelu jasnogórskiego przekazywać swoje intencje kierowane do Jasnogórskiej Bogarodzicy Maryi. Jedni czynią to za pomocą telefonu (w godz. 20.30-21.00), a inni przesyłają swoje intencje drogą mailową, sms-ową lub pocztową.

    W specjalnej księdze, którą nazwano „księgą modlitwy apelowej”, są zapisywane prośby i podziękowania. Księga ta jest też po części obrazem religijności Polaków, którzy bezgraniczną ufność pokładają w przemożnym wstawiennictwie Maryi i pragną się łączyć w modlitwie Apelu, stając duchowo przed obliczem Jasnogórskiej Królowej Polski. Tę księgę modlitwy apelowej składa się w czasie Apelu na ołtarzu. Księga pozostanie dla potomnych świadectwem miłości naszych rodaków z Polski i zagranicy – do swojej Matki i Orędowniczki.

    fot. Maciej Kluczka

    ***

    Na to niepowtarzalne spotkanie modlitewne z Królową Polski składają się: pradawna pieśń „Bogurodzica Dziewica”; trzykrotnie śpiewany hejnał: Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam!; modlitewne rozważanie na tle tajemnic życia Maryi, Jej udziału w misterium Chrystusa, Kościoła i Narodu; dziesiątka różańca; antyfona „Pod Twoją obronę”; wezwania: „Królowo Polski, módl się za nami!”; błogosławieństwo, którego udziela prowadzący rozważanie, albo któryś z dostojników kościelnych; pieśń do Matki Bożej.

    Misyjne Drogi/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    _____________

    23 kwietnia

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA 

    Dziś wspominamy naszego pierwszego świętego

    Jest nim św. Wojciech, patron Polski, który został wyniesiony do chwały ołtarzy w niecałe 2 lata po męczeńskiej śmierci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przewodniczący Episkopatu:

    Zachęcam wszystkich do osobistej, codziennej lektury Pisma Świętego

    Zachęcam wszystkich wierzących, ale również poszukujących prawdy, do osobistej, codziennej lektury i rozważania Pisma Świętego – powiedział przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki z okazji rozpoczynającego się w niedzielę 23 kwietnia Tygodnia Biblijnego.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Przewodniczący Episkopatu wyjaśnił, że Tydzień Biblijny ma przypominać, „jak ważne dla chrześcijanina jest sięganie do tej Świętej Księgi”. „Jeżeli jesteśmy przyjaciółmi Chrystusa, to powinniśmy też mieć pragnienie przebywania z Nim i słuchania Jego Słowa, a następnie życia nim w naszej codzienności” – podkreślił.

    „Spróbujmy w tym dzisiejszym, zabieganym świecie, odpoczywać przy Chrystusie” – zachęcił przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

    W dniach od 23 do 29 kwietnia, Dzieło Biblijne im. św. Jana Pawła II inicjuje już po raz 15. Tydzień Biblijny połączony z Narodowym Czytaniem Pisma Świętego.

    BP KEP/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    JAK CZYTAĆ PISMO ŚWIETE?

    KONKRETNE RADY

    Jak czytać Pismo Święte? KONKRETNE RADY

    fot. via: Pixabay

    ***

    Dziś Niedziela Narodowego Czytania Pisma Świętego, która rozpoczyna w Kościele katolickim w Polsce XV Tydzień Biblijny. Inicjatywa ta ma nas zachęcić do częstszego czytania Słowa Bożego. W jaki sposób to robić? Warto przyjrzeć się radom o. Ludwika Mycielskiego, które przypominamy poniżej.

    PIERWSZA RADA

    Nie rozpoczynaj czytania Biblii tak, jak się zaczyna czytać inne książki – od jej początku. Przeciwnie: Biblię należy raczej czytać od końca, tzn. zaczynając od Nowego Testamentu. Kolejność przy tym nie jest obojętna. Najlepiej zacząć od historii powstawania Kościoła, a zatem od Dziejów Apostolskich. Potem czytać Listy św. Jana, cztery Ewangelie, Listy św. Pawła, Listy Apostolskie.

    Apokalipsę, mimo że opisuje współczesne życie Kościoła, należy raczej odłożyć na koniec: do czasu, kiedy zapoznasz się bliżej z apokaliptycznym gatunkiem literackim u proroków, zwłaszcza u Daniela i Ezechiela.

    Jeśli chodzi o Stary Testament, to nie należy zaczynać go od Księgi Rodzaju, gdyż wbrew pozorom pierwsze 11 rozdziałów tej Księgi – to najtrudniejsze rozdziały Biblii. Proponuję rozpoczynać od lektury Ksiąg najbliższych nam czasowo: Mądrości, Syracha, od Ksiąg Machabejskich, Przysłów, Hioba, Psalmów.

    Z czasem – jak Ci już o tym pisałem – zauważysz, że Stary i Nowy Testament stanowią jedną zwartą całość – tworzą Biblię Katolicką (Katechizm Kościoła Katolickiego nr 128-130).

    DRUGA RADA

    Nie wdawaj się z własnej inicjatywy w dyskusje dotyczące Biblii – z ludźmi, przed którymi przestrzega św. Jan:

    Dzieci, jest już ostatnia godzina i – tak, jak słyszeliście – Antychryst nadchodzi.

    Św. Jan terminem Antychryst określa głosicieli błędnych nauk i odstępców (też 1 Tm 4,1).

    Oto teraz właśnie pojawiło się wielu Antychrystów: stąd poznajemy, że już jest ostatnia godzina. Wyszli oni z nas, lecz nie byli z nas; bo gdyby byli naszego ducha, pozostaliby z nami. (J 13,23; 1 J 2,18)

    Zastanów się:

    – Kto, kiedy i od kogo odszedł? To prosty sposób rozeznawania duchów (1 Kor 12,10; 2 P 1,21 i 3,16).

    Trzymaj się prostej linii prawdy. Unikaj światowej gadaniny, albowiem uprawiający ją coraz bardziej będą się zbliżać do bezbożności, a ich nauka jak gangrena będzie się szerzyć wokoło. (2 Tm 2,15)

    Wiedz o tym, że w dniach ostatnich nastaną chwile trudne. Ludzie bowiem będą samolubni, chciwi, wyniośli, pyszni, bluźniący, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, bez serca, bezlitośni, miotający oszczerstwa, niepohamowani, bez uczuć ludzkich, nieprzychylni, zdrajcy, zuchwali, nadęci, miłujący bardziej rozkosz niż Boga. Będą okazywać pozór pobożności, ale wyrzekną się jej mocy. I od takich stroń! Z takich bowiem są ci, co wślizgują się do domów i przeciągają na swą stronę kobietki obciążone grzechami, powodowane pożądaniami różnego rodzaju: takie, co to zawsze się uczą, a nigdy nie mogą dojść co poznania prawdy. Jak Jannes i Jambres wystąpili przeciw Mojżeszowi – tak też i ci przeciwstawiają się prawdzie: ludzie o spaczonym umyśle, którzy nie zdali egzaminu z wiary. Ale dalszego postępu nie osiągną, bo ich bezmyślność będzie jawna dla wszystkich, jak i tamtych jawną się stała.

    Ty natomiast poszedłeś śladami mojej nauki, sposobu życia, zamierzeń, wiary, cierpliwości, miłości, wytrwałości, prześladowań, cierpień jakie mnie spotkały… Jakież to prześladowania zniosłem – a ze wszystkich wyrwał mnie Pan! I wszystkich, którzy chcą żyć zbożnie w Chrystusie Jezusie, spotykają prześladowania.

    Tymczasem ludzie źli i zwodziciele będą się dalej posuwać ku temu, co gorsze – błądząc i innych w błąd wprowadzając. Ty natomiast trwaj w tym, czego się nauczyłeś i co ci powierzono, bo wiesz, od kogo się nauczyłeś. Od lat bowiem niemowlęcych znasz Pisma Święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu przez wiarę w Chrystusie Jezusie (2 Tm 3,1-15).

    Nienawiść ma swoich geniuszów. Voltaire, mistrz francuskiego Oświecenia, tak nauczał swoich uczniów: Okłamujcie ludzi, ile wlezie. Co im będziecie wmawiać – być może – odrzucą. Ale spokojna głowa: to, o co nam chodzi najbardziej, z pewnością w ludziach pozostanie!

    I tak też się działo…

    TRZECIA RADA

    Jeżeli otrzymałeś od swojego biskupa misję kanoniczną do rozmów z ludźmi, o jakich wspomina Apostoł – rozmawiaj. Pamiętaj jednak, że walka na wersety jest walką niebezpieczną. Sam Pan Jezus miał z nią trudności. Diabeł, który Go kusił, w szermierce na wersety był doskonały.

    Czytamy w Ewangelii:

    Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy pościł już czterdzieści dni i czterdzieści nocy, poczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem. Lecz On mu odparł: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych. Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na szczycie narożnika świątyni i rzekł Mu: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, napisane jest bowiem: Aniołom swoim da rozkaz co do ciebie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Odrzekł mu Jezus: Ale napisane jest także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Na to odrzekł mu Jezus: Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Wtedy opuścił Go diabeł, a oto przystąpili aniołowie i usługiwali Mu. Mt 4,1-11

    Jezus dał mu odprawę, bo był Jednorodzonym Synem Bożym. A ja, mizerota – jak ja się zachowam? Co ze mną będzie? Uświadamiam sobie, że moje ewentualne zwycięstwo w szermierce na wersety może łatwo doprowadzić mnie do tego, o co w zasadzie diabłu chodzi: stanę się pyszny (wyniosły choćby z tego powodu, że w danym wypadku zwyciężyłem). I tu już jest moja klęska. Więc wyrwane z całości tekstu Biblii wersety – to broń obosieczna.

    Po gorzkich doświadczeniach nauczyłem się metody, mającej jakąś szansę powodzenia w spotkaniach z emisariuszami Złego (które bywają nie do uniknięcia. Można by tę metodę streścić w trzech punktach):

    • Po dobrej spowiedzi, po Mszy świętej, po przyjęciu Komunii, związać się paktem wzajemnej miłości z innymi chrześcijanami, którzy będą uczestniczyć w rozmowie.
    • Ściskać w ręce odmawiany codziennie różaniec.
    • Pytać – zanim się zostanie zapytanym.

    Mam przy tym do Ciebie pytanie (może niezbyt delikatne, za co z góry Cię przepraszam):

    Czy znasz na tyle problematykę biblijną, żeby zadawać sensowne pytania?

    I czy na pewno znasz wyczerpujące odpowiedzi na te pytania?

    CZWARTA RADA

    Chodzisz do kościoła. Pamiętaj, że szatan wokół kościoła krąży jak lew ryczący, szukając, kogo by pożreć (1P 5,8). I porywa: tych, co stoją na zewnątrz, pod murem, koło cmentarza, tych, co do wnętrza kościoła nie wchodzą.

    Ty – idąc do kościoła – dbaj o pełne uczestnictwo we Mszy Świętej. Regularnie przystępuj do sakramentu pojednania – do spowiedzi – by możliwie zawsze być u Komunii świętej.

    PIĄTA RADA

    Lectio divina – czytanie Słowa Bożego (określenie z Reguły św. Benedykta, podejmowane często w nauce Kościoła, parokrotnie przez Katechizm Kościoła Katolickiego) wymaga stosowania dodatkowej pomocy: zaglądania do komentarzy i innych książek. One bowiem czynią bardziej przystępnym i zrozumiałym słowo Boże, pisane specyficznym językiem ludzi sprzed tysięcy lat.

    Książki, które Ci polecam.

    Pragnącemu ze zrozumieniem wsłuchiwać się w natchnione teksty Biblii, proponuję raz – a dobrze – przestudiować książkę księdza profesora Józefa Kudasiewicza: Biblia, historia, nauka (Znak, Kraków 1987). Obejmuje ona trzy części:

    ABC katechizmu biblijnego, Biblia na cenzurowanym oraz Ewangelie a historia. Jest to praktyczny wykład konstytucji II Soboru Watykańskiego O objawieniu Bożym, jak również odnośnych pouczeń dwóch Konstytucji o Kościele, dogmatycznej i pastoralnej.

    A oto inne książki:

    Alonso-Schoekel L. Słowo natchnione (Kraków 1983).

    Balthasar H.U. von Medytacja chrześcijańska (Poznań 1998).

    Bednarz M. Zanim zaczniesz czytać Pismo Święte (Tarnów 1997). Wprowadzenie do lektury Pisma Świętego (Tarnów 2005).
    Bianchi E. Przemodlić słowo. Wprowadzenie w lectio divina (Kraków 1998).

    Bosak C. Postacie Nowego Testamentu: słownik – konkordancja (Pelplin 1996).

    Brandstaetter R. Krąg biblijny (Warszawa 1977). Jezus z Nazaretu (Warszawa 1979).

    Brown R.E. – Fitzmyer J.A. – Murphy R.E. Katolicki komentarz biblijny(Warszawa 2004).

    Charpentier E. Czytając Nowy Testament (Włocławek 1992)

    Czytając Stary Testament (Włocławek 1993).

    Czerski J. Wprowadzenie do Ksiąg Nowego Testamentu (Opole 1996).

    Dąbrowski E. Prolegomena do NT (Warszawa 1959).

    Drosnin M. Kod Biblii (Warszawa 1998).

    Farmer W.R. Międzynarodowy komentarz do Pisma Świętego: komentarz katolicki i ekumeniczny na XXI wiek (Warszawa 2000).

    Fitzmyer J. Pismo duszą teologii, (Kraków 1997).

    Gądecki S. Wstęp do pism Janowych (Gniezno 2000).

    Gryglewicz F. Wstęp do Nowego Testamentu, (Poznań 1969).

    Hergesel T. Rozumieć Biblię, (Kraków 1992).

    Jankowski A. Z rozważań nad Nowym Przymierzem (Poznań 1958). Apokalipsa św. Jana (Poznań 1959). Zarys pneumatologii NT (Kraków 1982). Eschatologia powszechna NT (Kraków 1974). Trwajcie mocno w wierze (Kraków1999). Porozmawiajmy o Apokalipsie (Kraków 2003). Królestwo Boże w Przypowieściach (Kraków 2003).

    Jankowski A. – Romaniuk K. – Stachowiak L. Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu (Poznań – Kraków 1999).

    Jelonek T. Biblia Księga Kościoła (Kraków 1978). Przed lekturą Nowego Testamentu (Kraków 1993). Jak czytać Pismo Święte (Kraków 1994). Nowy Testament dla ciebie (Kraków 1998). Biblijna historia zbawienia (Kraków 2004).

    Kajfosz J. – Szymanek A. Konkordancja biblijna (Poznań 1990).

    Keener C. S. Komentarz historyczno-kulturowy do Nowego Testamentu(Warszawa 2000).

    Kremer J. Czytać Biblię, ale jak? (Lublin 1988).

    Krzysiuk M. – Kwiecień M. Wykład Pisma Świętego Nowego Testamentu(Warszawa 1995).

    Kudasiewicz J. Biblia dzisiaj (Kraków 1969). Biblia, historia, nauka (Kraków 1987). Jezus historii a Chrystus wiary (Lublin 1987).

    Langkammer H. Wprowadzenie do Ksiąg Nowego Testamentu (Wrocław 1979). Słownik biblijny (Katowice 1989). Teologia Nowego Testamentu (Wrocław 1991). Stary Testament odczytany na nowo: wprowadzenie, treść teologiczna, etos(Lublin 1992). Wprowadzenie do ksiąg Nowego Testamentu (Wrocław 1997).

    Laepple A. Od Księgi Rodzaju do Ewangelii (Kraków 1977).

    Leon-Dufour S. Słownik teologii biblijnej (Poznań 1985). Słownik Nowego Testamentu (Poznań 1986).

    Łach S. Wstęp do Starego Testamentu (Poznań 1973).

    Mień A. Apokalipsa: komentarz (Kraków 2000).

    Muszyński H.J. Biblia – księga natchniona (Gniezno 1995). Słowo natchnione(Kraków 1983).

    Paciorek A. Wstęp ogólny do Pisma Świętego (Tarnów 1994). Ewangelia umiłowanego ucznia (Lublin 2000).

    Peter M. W kręgu Starego Przymierza (Poznań 1975).

    Peter M. – Wolniewicz M. Zanim otworzysz Biblię (Poznań 1981).

    Pindel R. Od ewangelizacji do wspólnoty (Kraków 2000).

    Pritchard J.E. Wielki atlas biblijny (Warszawa 1994).

    Pronzato A. Niewygodne Ewangelie (Poznań 1994).

    Romaniuk K. Nowy Testament bez problemów (Warszawa 1983). Lectio divina. Ascetyczna lektura Biblii (Częstochowa 1994). Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu (Poznań – Kraków 1999).

    Rops D. Dzieje Chrystusa (Warszawa 1950). Od Abrahama do Chrystusa(Warszawa 1952). Co to jest Pismo Święte? (Poznań 1959). Życie codzienne w Palestynie w czasach Chrystusa (Poznań 1964).

    Schmidt W. Wprowadzenie do Starego Testamentu (Bielsko- Biała 1997).

    Szlaga J. Wstęp ogólny do Pisma Świętego (Poznań 1986).

    Staniek E. Bogactwo natchnionych ksiąg. Nowy Testament (Kraków 1993).

    Stern D.H. Komentarz żydowski do Nowego Testamentu (Warszawa 2004).

    Szymanek E. Wykład Pisma Świętego Nowego Testamentu (Poznań 1990).

    Wolniewicz M. W kręgu Nowego Przymierza (Poznań 1985).

    Ziółkowski Z. Najtrudniejsze stronice Biblii (Poznań 1989). Spotkanie z Biblią(Poznań 1989).

    Seria WAM-u Źródła myśli teologicznej zawiera liczne komentarze Ojców Kościoła do poszczególnych ksiąg Pisma Świętego (Orygenesa, Hilarego, Hieronima, Teodoreta, Tomasza z Akwinu i innych).

    W bibliotekach mamy wielotomową Prymasowską Serię Biblijną z interlinearnym grecko-polskim tekstem Nowego Testamentu, z Konkordancją Biblijną, z Katolickim Komentarzem Biblijnym (Oficyna Wydawnicza Vocatio).

    Są komentarze do poszczególnych Ksiąg Biblii wydawane przez KUL. Ukazała się warszawska seria „Wprowadzenie w myśl i wezwanie ksiąg biblijnych”. W Wydawnictwie Księży Sercanów można nabyć serię Lectio Divina. W Wydawnictwie Benedyktynów – serię pod wspólnym tytułem Czytając Pismo Święte.

    Cieszę się z naszego braterskiego spotkania i na koniec lektury tego kursu proponuję Ci modlitwę:

    Boże, mój Boże, szukam Ciebie
    i pragnie Ciebie moja dusza.

    Ciało moje tęskni za Tobą,
    jak zeschła ziemia łaknąca wody.

    Oto wpatruję się w Ciebie w świątyni,
    by ujrzeć Twą potęgę i chwałę.

    Twoja łaska jest cenniejsza od życia,
    więc sławić Cię będą moje wargi.

    Będę Cię wielbił przez całe me życie
    i wzniosę ręce w imię Twoje.

    Moja dusza syci się obficie,
    a usta Cię wielbią radosnymi wargami,
    gdy myślę o Tobie na moim posłaniu
    i o Tobie rozważam w czasie moich czuwań.

    Bo stałeś się dla mnie pomocą
    i w cieniu Twych skrzydeł wołam radośnie:
    Do Ciebie lgnie moja dusza,
    prawica Twoja mnie wspiera.

    Psalm 63

    o. Ludwik Mycielski OSB/Ordo et Pax/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak zapoznać dzieci z Pismem Świętym? – pomocne publikacje

    W drugą niedzielę po Wielkanocy rozpoczął się XV Tydzień Biblijny, który potrwa do 29 kwietnia. Czas ten stanowi okazję do rozpoczęcia lektury Pisma Świętego ze swoim dzieckiem. Obecnie na rynku wydawniczym nie brakuje wersji Pisma Świętego przygotowanego z myślą o najmłodszych czytelnikach, a także innych pomocnych materiałów służących do wprowadzenia dzieci w świat Biblii, jak chociażby Biblia Audio dla dzieci, komiks biblijny, animacje, aplikacje, czy interaktywna książka z czytającym piórem. Prezentujemy najciekawsze pozycje.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Najnowszym edukacyjnym trendem wśród dzieci w wieku przedszkolnym, które jeszcze nie potrafią czytać, są serie książeczek z czytającym piórem. Albik to długopis, opowiadający dzieciom historie zawarte w książce, uczy nazewnictwa, nowych pojęć i ćwiczy spostrzegawczość. Wystarczy nakierować piórem na obrazek, który zainteresuje małego czytelnika, by dowiedzieć się więcej o interesującej ilustracji. Oprócz tego na każdej stronie zawarte są ciekawe quizy pozwalające uporządkować zdobytą wiedzę.

    Jednym z takich dzieł jest „Interaktywna Biblia dla dzieci” z serii „Czytaj z Albikiem”. Zawiera ona zbiór pięknie zilustrowanych historii ze Starego i Nowego Testamentu. Książkę czyta aktor Marcin Kobierski i inni lektorzy ze studia Katolik.tv. Wg wydawcy publikacja przeznaczona jest dla dzieci 4+, jednak i młodsze z pewnością znajdą w niej coś dla siebie. Poprzez pióro można usłyszeć długie historie np. o stworzeniu świata, Noem, cudach Jezusa. Opowieściom towarzyszą utwory Arki Noego, a także modlitwy dla dzieci oraz quizy sprawdzające wiedzę.

    Najlepiej poświęcić czas dziecku i przy okazji dopowiedzieć coś do treści podanych przez Gadające Pióro, jednak niewątpliwym plusem tej publikacji jest fakt, że dziecko może sięgnąć po nie samo, słuchając swoich ulubionych fragmentów.

    Kolejną ciekawą opcją dla dzieci, które jeszcze nie czytają samodzielnie, jest “Biblia audio Kids”. To 90 biblijnych opowieść na trzech płytach CD lub na pedrivie. Treści są przygotowanych specjalnie z myślą o najmłodszych słuchaczach. Każda historia opatrzona jest komentarzem biblisty dr Piotra Kosiaka i pobudzającymi wyobraźnię odgłosami w tle. W role narratorów wcielili się młodzi aktorzy w wieku 10-15 lat. W pozostałych rolach wystąpili znani polscy aktorzy: Jerzy Trela, Adam Woronowicz, Franciszek Pieczka, Rafał Królikowski, Danuta Stenka i inni.

    To idealna opcja dla dzieci, które w tym czasie przechodzą okres sensytywny na muzykę. Jak podkreślają twórcy, przyjemne słuchanie do snu ułatwia złagodzona ścieżka dźwiękowa, przygotowana z troską o wrażliwość młodych uszu. Pendrive świetnie sprawdzi się nie tylko podczas słuchania na komputerze, ale również podróży autem. Do zestawu dołączona została książeczka z obrazkami, które dzieci mogą kolorować podczas słuchania.

    Wiele animowanych opowieści biblijnych znaleźć można na YouTubie. Warto jednak wcześniej samemu obejrzeć wideo, aby ocenić czy poziom nagrania jest odpowiedni dla naszego dziecka. Ciekawą propozycją dla nieco starszych dzieci są animacje na kanale BibleProject – Polski. Jak podkreślają twórcy, celem publikacji jest pomoc w odkryciu i lepszym zrozumieniu różnych motywów i wątków zawartych w Piśmie Świętym. „Tworzymy i bezpłatnie udostępniamy filmy animowane i inne materiały, żeby pomóc ludziom poznać Biblię jako spójną opowieść, która prowadzi do Jezusa” – zachęcają twórcy. Pozycja ta, będzie również ciekawa dla dorosłych, którzy dzięki niej mogą uporządkować zapomniane fakty związane z Pismem Świętym.

    Animacje zawierają m.in. ilustrowane omówienie treści wszystkich Ewangelii, przybliżenie najważniejszych motywów biblijnych oraz pojęć, które często powtarzają się na kartach Pisma Świętego. Osobne filmy tłumaczą w jaki sposób czytać i interpretować poszczególne teksty Pisma Świętego. Link: Zobacz

    Na Youtube dostępna jest także popularna animowana produkcja pt. „Księga Ksiąg”, która w ciągu ostatnich kilku lat stała się jednym z najbardziej lubianych i popularnych seriali animowanych w Polsce, a jej oglądalność osiągnęła liczbę kilkunastu milionów widzów. Jest to serial animowany z historiami biblijnymi dla dzieci, wyprodukowany przez amerykańską chrześcijańską telewizję CBN (Christian Broadcasting Network).

    Główni bohaterowie Ola, Krzyś i robot Gizmo przenoszą się w czasie aby przeżyć i odkryć prawdziwe historie Biblijne. W ten sposób zdobywają ważne życiowe lekcje dotyczące wartości takich jak: miłość, przyjaźń, sprawiedliwość, miłosierdzie… Na podstawie poznanej przez dzieci historii z tytułowej „Księgi Ksiąg” mają one rozwiązać własne codzienne problemy. Niewątpliwym walorem animacji jest piękne odwzorowana sceneria i wydarzenia biblijne, a także polski dubbing oraz melodyjne piosenki. Link: Zobacz

    Materiały edukacyjne dla dzieci i młodzieży, stworzone w oparciu o teksty i historie biblijne, do wykorzystania w domu, na religii lub w szkółkach biblijnych, do pobrania i wydrukowania – to wszystko można znaleźć na witrynie – Zobacz

    Na stronie znajdują również m.in. opowiadania, krzyżówki, szyfry, gry planszowe oraz różne inne zadania i gry, które pomogą dzieciom i młodzieży w poznaniu i zrozumieniu historii biblijnych. Inicjatorzy projektu, którymi są członkowie Fundacji „Laodycea”, podkreślają, że wszystkie materiały muszą być wykorzystane wyłącznie w zakresie osobistego użytku. Teksty biblijne pochodzą z Biblii Warszawskiej, wydanej przez Towarzystwo Biblijne w Polsce.

    Niedawno powstała również całkowicie darmowa aplikacja „Biblia dla Dzieci”, dostępna na urządzenia iPhone, iPad i iPod touch. Jest najnowszym dziełem aplikacji YouVersion. Poprzez interaktywne przygody i piękne animacje, dzieci odkrywają wielkie opowieści biblijne.

    „To może być początek miłości do Słowa Bożego trwającej całe życie. Poprzez interaktywne przygody i piękne animacje, twoje dzieci odkryją niezwykłe opowieści biblijne” – zachęcają twórcy aplikacji, wyliczając jej plusy: „Łatwa, przyjazna dzieciom nawigacja, kolorowe ilustracje, animacje dotykowe, zabawne fakty i aktywności zaprojektowane do pomagania dzieciom w zapamiętywaniu tego, czego się uczą, specjalne wyzwania, które pozwalają dzieciom zdobywać nagrody”. Link do aplikacji: Zobacz

    Nic nie zastąpi jednak kontaktu z papierową wersją Pisma Świętego, najlepiej dopasowaną do wieku dziecka. Tu również propozycji wydawniczych nie brakuje. Z najmłodszymi dziećmi, przygodę z Ewangelią najlepiej rozpocząć od małych książeczek, jak chociażby te z Edycji Świętego Pawła, przybliżające różne biblijne wydarzenia – „Biblia. Miniopowieści. Zagubiona owieczka, Dawid, Jonasz”, „Mali bohaterowie Biblii”, „Mała Biblia dla małych dzieci”, „Stajenka pełna cudów”, czy rozkładana książeczka „Narodziny Jezusa. Historia Bożego Narodzenia w 3D”. Każdą historię uzupełniono kolorowymi ilustracjami, zachęcającymi dziecko do słuchania. Opowiadania zredagowano w taki sposób, aby ich język był przystępny i zrozumiały, a zarazem interesujący dla maluchów.

    Dla nieco starszych dzieci, powstała książka “Z Jezusem przez Biblię” autorstwa Jones-Lloyd Sally. Obsypana licznymi nagrodami niezwykła opowieść, która łączy w sobie wiele historii biblijnych z całego Pisma Świętego. Głównym bohaterem tej opowieści jest wyjątkowe Dziecko, od którego zależą losy całego świata. „Od Adama i Ewy, Noego, Abrahama, Izaaka i Jakuba, poprzez Mojżesza i Jozuego, aż do króla Dawida i wielu innych postaci – w każdej opowieści biblijnej, jeśli dobrze się w nią wsłuchać, można usłyszeć Jego imię – imię Jezusa. Jezus jest jak brakujący kawałek układanki, który pozwala dopasować do siebie wszystkie pozostałe jej części, tak by naszym oczom ukazał się piękny obraz” – zachęcają wydawcy. “Z Jezusem przez Biblię” to książka napisana przystępnym językiem, z bogatymi ilustracjami i przesłaniem dostosowanym do wrażliwości dziecięcej.

    Kolejna podobna, polecana publikacja nosi tytuł „Jezus mówi do dzieci. Opowieści biblijne” a jej autorką jest Sarah Young. Książka również zawiera streszczenie najważniejszych historii z Nowego i Starego Testamentu. Po każdym rozdziale znajduje się krótkie rozważanie, w którym można przeczytać co Jezus mówi do dziecka poprzez przeczytaną historię. „Sarah Young usłyszała w swoim sercu słowa Jezusa, które, przekazane dalej, stawały się dla wielu chrześcijan źródłem siły i wielką pomocą w modlitwie. Autorka wiedziała, że Jezus mówi nie tylko do niej, ale swój głos kieruje do wszystkich ludzi. W sposób szczególny zaś, każdego dnia, mówi do dzieci. Opracowane przez nią opowieści biblijne i słowa Jezusa skierowane do nas, to najlepszy sposób by pokazać najmłodszym czytelnikom, że sercem Pisma Świętego jest Boża miłość” – czytamy w notce wydawniczej.

    Dostępna jest także Komiksowa wersja Pisma Świętego. „Czytanie komiksu z małymi dziećmi to okazja do rozmów na tematy moralne i etyczne. Komiks angażuje najmłodszych dużo bardziej niż tradycyjne Słowo Boże. W kolejnych latach, gdy już samodzielnie będą sięgać po Biblię, z radością będą odszukiwać znane już historie” – podkreślają twórcy publikacji „Biblia. Komiks” – Doug Mauss, Sergio Cariello. Warstwa językowa i graficzna zachęcają do czytania. Ilustracje są barwne i dynamiczne i daleko im do idyllicznych przedstawień. Biblia Komiks od Wydawnictwa M to ponad 800 stron komiksu, a księga waży ponad dwa kilogramy!

    Z kolei dla nastoletnich dzieci ciekawą pozycją jest bez wątpienia „Pismo Święte dla młodych” z paginacją Domu Wydawniczego Rafael. To edycja Biblii Tysiąclecia przygotowana specjalnie dla młodych czytelników. Publikacja zawiera kolorowe grafiki, komentarze, objaśnienia, ciekawostki, didaskalia, przygodową stylizację, kolorowe mapy i wiele innych elementów, przygotowanych po to, aby młody czytelnik ze zrozumieniem i w pełni świadomie korzystał z dobrodziejstw Słowa Bożego.

    Kai.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA W OKTAWIE WIELKANOCY – 15 KWIETNIA

    * DZIEWIĄTY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    Dziś z powodu mojego zastępstwa w szkockiej parafii

    spowiedź św. będzie po Mszy św. tak długo jak będzie potrzeba.

    MSZA ŚW. WIGILIJNA Z UROCZYSTOŚCI BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    O GODZ. 18.00

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tylko Boże Miłosierdzie może nas uratować!

    Tuż przed wybuchem II wojny światowej, w jednym z najtrudniejszych momentów dla ludzkości, Pan Jezus objawił się polskiej zakonnicy, aby przekazać jej prawdę dotyczącą całego świata. Jest to prawda o Bożym Miłosierdziu – jedynej nadziei dla zatwardziałych grzeszników...

    Za nami najważniejsze Święta chrześcijaństwa. Lecz zaraz po nich, zgodnie z życzeniem naszego Zbawiciela, w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, Kościół obchodzi uroczystość Bożego Miłosierdzia. Jej genezą była seria objawień, jakich doznała siostra Faustyna Kowalska w Płocku i Wilnie w latach trzydziestych XX wieku…

    To właśnie przez Polkę Bóg przekazał światu tajemnicę Swojego Miłosierdzia. Dlatego też to my, Polacy jesteśmy szczególnie zobowiązani do zgłębiania tej prawdy i propagowania jej w świecie! Niestety… choć na ten temat ukazało się już wiele opracowań, to pewna część z nich traktuje temat powierzchownie lub – co gorsza – używa Miłosierdzia Bożego jako usprawiedliwienia swoich i cudzych grzechów lub powodu do zapomnienia o Sądzie i karze…

    Bóg jest miłosierny, ale też sprawiedliwy. Jego Miłosierdzie to dla nas jedyna szansa na ocalenie, lecz potrzebna jest też nasza współpraca z Bożą łaską…

    Boże Miłosierdzie czeka na Ciebie!

    Przymierze z Maryją/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 kwietnia

    NIEDZIELA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była Świętem Miłosierdzia”

    (słowa Pana Jezusa wypowiedziane do św. Faustyny Kowalskiej)

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW. PRZED I PO MSZY ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA 

    Święto Miłosierdzia w I niedzielę po Wielkanocy ustanowił całego Kościoła papież Jan Paweł II w dniu kanonizacji s. Faustyny Kowalskiej 30 kwietnia 2000 r.

    Wcześniej, jako pierwszy wpisał je do kalendarza liturgicznego kardynał Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej w roku 1985. Dziesięć lat później, na prośbę Polskiego Episkopatu, św. Jan Paweł II ustanowił to święto dla wszystkich diecezji w Polsce.


    Po raz pierwszy o ustanowieniu tego święta mówił Pan Jezus siostrze Faustynie w Płocku w 1931 r., gdy przekazywał swą wolę co do powstania obrazu: “Ja pragnę, aby było święto Miłosierdzia. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy – ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (Dz. 49).

    Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia jest ściśle związane z wielkanocną Tajemnicą Odkupienia a tajemnicą Bożego Miłosierdzia. Ten związek podkreśla także Nowenna wraz z Koronką do Bożego Miłosierdzia, którą również Pan Jezus podyktował polecając, aby pierwszy dzień nowenny rozpoczynał się w Wielki Piątek.

    Święto Bożego Miłosierdzia jest dniem szczególnym, w którym Kościół uwielbia Boga w tajemnicy miłosierdzia a dla wszystkich ludzi jest czasem szczególnej łaski:

    W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).

    Wielkość tego święta mierzy się miarą niezwykłych obietnic, jakie Pan Jezus z tym świętem związał: “Kto w dniu tym przystąpi do Źródła Życia – powiedział Chrystus – ten dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar” (Dz. 300).

    Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat” (Dz. 699).

    Aby skorzystać z tych wielkich darów, trzeba wypełnić warunki nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego (ufność w dobroć Boga i czynna miłość bliźniego) oraz być w stanie łaski uświęcającej (po spowiedzi świętej) i godnie przyjąć Komunię Świętą.

    ____________________________________________________

    Modlitwa, którą św. Jan Paweł II wypowiedział podczas konsekracji Bazylki Bożego Miłosierdzia 7 sierpnia 2002 roku w Łagiewnikach:

    Boże, Ojcze Miłosierny, który objawiłeś swoją miłość

    w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,

    i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu,

    Tobie zawierzamy dziś losy

    świata i każdego człowieka.

    Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość,

    przezwycięż wszelkie zło,

    pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi

    doświadczyć Twojego miłosierdzia,

    aby w Tobie, Trójjedyny Boże,

    zawsze odnajdywali źródło nadziei.

    Ojcze Przedwieczny,

    dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna,

    miej miłosierdzie dla nas i całego świata!

    _______________________________________________________________________

    Ostatnia deska ratunku
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Dlaczego tę niedzielę porównuje do „drugiego chrztu”?

    Największa łaska

    Sam Jezus chciał, aby niedziela po Wielkanocy była obchodzona w Kościele jako Niedziela Miłosierdzia. Mówił o tym do św. siostry Faustyny Kowalskiej. Największą łaską jaką możemy otrzymać jest „zupełne odpuszczenie win i kar”. Należy w tym dniu przyjąć Komunią świętą po dobrze odprawionej spowiedzi (bez przywiązania do najmniejszego grzechu). W 2000 roku, podczas kanonizacji św. siostry Faustyny, papież Jan Paweł II ogłosił drugą niedzielę wielkanocną jako Niedzielę Miłosierdzia dla całego Kościoła.

    Słowa klucze

    Jezus: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.

    Najlepszym komentarzem do tego fragmentu są słowa Jezusa, które powiedział podczas jednego z objawień św. siostrze Faustynie:
    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski (Dzienniczek św. s. Faustyny, nr 699).

    Ks. Prof. Ignacy Różycki, który był członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, a wcześniej na polecenie kard. Karola Wojtyły jako arcybiskupa krakowskiego przeprowadził teologiczną analizę Dzienniczka św. s. Faustyny tak skomentował tę obietnicę Jezusa:
    „odpuszczenie wszystkich win i kar jest tylko sakramentalną łaską chrztu świętego. W przytoczonych zaś obietnicach Chrystus związał odpuszczenie win i kar z Komunią świętą przyjętą w święto Miłosierdzia, czyli pod tym względem podniósł ją do rzędu «drugiego chrztu»”.

    Dziś

    W Niedzielę Miłosierdzia możemy otrzymać łaskę porównywaną przez teologów do „drugiego chrztu”. Wykorzystajmy tę okazję, którą daje nam Jezus i powiedzmy o tym innym.

    ks. Paweł Rytel Andrianik/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpust zupełny na Święto Miłosierdzia

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Ażeby wierni przeżywali to święto z głęboką pobożnością, Ojciec Święty rozporządził, że we wspomnianą niedzielę będzie można dostąpić odpustu zupełnego, zgodnie ze wskazaniami podanymi poniżej. Dzięki temu wierni będą mogli obficiej korzystać z daru pocieszenia Ducha Świętego, a przez to żywić coraz większą miłość do Boga i bliźniego; kiedy zaś uzyskają oni Boże przebaczenie, sami będą z kolei gotowi przebaczyć ochoczo braciom.

    Dzięki temu wierni w sposób doskonalszy zachowywać będą ducha Ewangelii, urzeczywistniając w sobie odnowę wskazaną i wprowadzoną przez Sobór Watykański II: «Chrześcijanie, pamiętając o słowach Pana: ‘Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali’ (J 13, 35), niczego nie powinni pragnąć goręcej, niż żeby coraz wielkoduszniej i skuteczniej służyć ludziom w dzisiejszym świecie. (…) Ojciec zaś chce, abyśmy we wszystkich ludziach rozpoznali Chrystusa jako brata i skutecznie miłowali, tak słowem, jak i czynem» (Gaudium et spes, 93).

    Dlatego Ojciec Święty, powodowany gorącym pragnieniem rozbudzenia w chrześcijańskim ludzie jak najżywszej czci Bożego Miłosierdzia – ze względu na przebogate duchowe owoce, jakie może ona wydać – podczas audiencji udzielonej w dniu 13 czerwca 2002 r. niżej podpisanym, przełożonym Penitencjarii Apostolskiej, zechciał przyznać odpusty na następujących zasadach:

    Udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum, modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).

    Udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który – przynajmniej z sercem skruszonym – skieruje do Pana Jezusa Miłosiernego jedno z prawnie zatwierdzonych pobożnych wezwań.

    Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wy- darzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się cał- kowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).

    www.faustyna.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi 
    i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu.
    A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. 

    Mt 6, 6

    Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje

    Św. Siostra Faustyna Kowalska zapisała w pierwszym zeszycie swojego “Dzienniczka” modlitwę, w której kolejne wezwania rozpoczyna słowami “Dopomóż mi, Panie” (nr 163)


    + Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.

    Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.

    Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.

    Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.

    Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.

    Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.

    Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem. że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój. (Dz. 163).

    Św. Siostra Faustyna o modlitwie

    Dusza zbroi się przez modlitwę do walki wszelakiej. W jakimkolwiek dusza jest stanie, powinna się modlić. Musi się modlić dusza czysta i piękna, bo inaczej utraciłaby swą piękność; modlić się musi dusza dążąca do tej czystości, bo inaczej nie doszłaby do niej; modlić się musi dusza dopiero co nawrócona, bo inaczej upadłaby z powrotem; modlić się musi dusza grzeszna, pogrążona w grzechach, aby mogła powstać. I nie ma duszy, która by nie była obowiązana do modlitwy, bo wszelka łaska spływa przez modlitwę (Dz. 146).

    Niech dusza wie, że aby się modlić i wytrwać w modlitwie, musi się uzbroić w cierpliwość i mężnie pokonywać trudności zewnętrzne i wewnętrzne – trudności wewnętrzne: zniechęcenie, oschłości, ociężałość, pokusy; zewnętrzne: wzgląd ludzki – uszanować chwile, które są przeznaczone na modlitwę. Sama tego doświadczyłam, że jeżeli nie odprawiłam modlitwy w czasie dla niej przeznaczonym, później też jej nie odprawiłam, bo mi obowiązki nie pozwoliły, a jeżeli ją odprawiłam, to z wielkim trudem, bo myśl ucieka do obowiązku.

    Zdarzała mi się ta trudność, że jeżeli dusza dobrze odprawiła modlitwę i wyszła z niej z wewnętrznym, głębokim skupieniem, inni sprzeciwiają jej się w tym skupieniu, a więc musi być cierpliwość, aby wytrwać w modlitwie. Zdarzała mi się rzecz taka niejednokrotnie, że kiedy dusza moja była głębiej pogrążona w Bogu i większy owoc odniosła z modlitwy, i obecność Boża towarzyszyła w ciągu dnia, a przy pracy było większe skupienie i większa dokładność, i wysiłek w obowiązku – to jednak zdarzało mi się, że właśnie wtenczas najwięcej miałam upomnień, że jestem nieobowiązkowa, że jestem obojętna na wszystko, bo dusze mniej skupione chcą, aby i inni byli im podobni, ponieważ są dla nich ustawicznym wyrzutem (Dz. 147).

    Poznałam, jak bardzo potrzeba nam wytrwałości w modlitwie, i od takiej ciężkiej modlitwy zależy nieraz nasze zbawienie (Dz. 157).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nieobjęte miłosierdzie

    Nieobjęte miłosierdzie

     

    To dość symptomatyczne, że w numerze na drugą niedzielę wielkanocną, od jakiegoś czasu przeżywaną jako Niedziela Miłosierdzia Bożego, rozmowę „Gościa” przeprowadzamy z… filozofem.

    Choćby dlatego, żeby podkreślić, że Boże „bycie miłosiernym” (utożsamione po objawieniach świętej siostry Faustyny z „byciem Miłosierdziem”) nie oznacza jakiegoś eskalowania emocji, ulotnych, subiektywnych odczuć. Oznacza raczej to, co najważniejsze: Kim jest Pan Bóg. Oczywiście można sobie zadawać pytanie, po co w ogóle o miłosierdziu mówić i czy nie wystarczy samo mówienie o miłości. Otóż nie wystarczy, gdyby wystarczyło, to objawienia Miłosiernego byłyby niepotrzebne. Wracając jednak do filozofa – zagadnięty przez Piotra Sachę, czy to Bóg się tak dobrze ukrywa, czy my Go tak niedoskonale szukamy, profesor Jacek Wojtysiak odpowiedział: „Wielu filozofów podkreślało, że Bóg jest kompletnie od nas różny. Przekracza świat, co język filozofii nazywa transcendencją. Nie jesteśmy w stanie objąć nieskończoności. Dlatego w jakimś stopniu Bóg zawsze pozostanie dla nas zakryty. To trochę tak, jakby dziecku, które dopiero zaczyna mówić, kazać opisać mamę. Jednak po pierwsze – ono nie opanowało jeszcze języka, po drugie – mama jawi się mu jako nieobjęta. To ona je obejmuje, a nie na odwrót. Przy odrobinie pokory możemy czuć tajemnicę Boga jak dziecko czuje matkę” („Bóg ukryty i smak wiary”, ss. 22–24). Mnie się to porównanie do obejmowania mamy albo do opisywania jej przez niemowlę spodobało, i to bardzo, a temat Boga ukrytego nowy przecież nie jest – Karol Wojtyła napisał poemat pod tym właśnie tytułem i publikował jego fragmenty w okresie seminarium. „Więc w takiej ciszy ukryty ja – liść, oswobodzony od wiatru, już się nie troskam o żaden z upadających dni, gdy wiem, że wszystkie upadną” brzmi mi w uszach do dzisiaj i akurat „dzisiaj” chcę powiedzieć, że w tych krótkich słowach młody Wojtyła oddał całą rzeczywistość Bożego miłosierdzia. „Nie troskam się” to przecież trochę inna odsłona „Jezu, ufam Tobie”.

    Nie jesteśmy w stanie objąć nieskończoności, w tym nieskończonego Bożego miłosierdzia. Nawet jeśli możemy – a wręcz mamy obowiązek – naśladować je w okazywaniu miłosierdzia innym, zawsze będzie to jakoś niedoskonałe. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że objawienia Miłosierdzia miały miejsce we właściwym czasie i miejscu, i wobec właściwej osoby. Prosta i głęboka duchowość Faustyny nie miała w sobie nic z porywających racjonalnością umysłów największych teologów wszech czasów. I to był jej atut – mogła stać się tym niemowlęciem, które usiłuje „opisać mamę” (płacząc co chwila z powodu niedoskonałości swoich słów albo niedoskonałości obrazu, który powstał pod ich wpływem). Nie próbowała obejmować, zamiast tego sama pozwoliła się objąć, a modlitwa przekazana przez nią światu jest najczęściej obecnie odmawianą modlitwą polską na wszystkich kontynentach. Filozofom się w głowie nie mieści, co pomieścić może serce kochającego niemowlęcia. I jak nieobjęte jest miłosierdzie naszego Boga.

    ks. Adam Pawlaszczyk/15.Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Boże Miłosierdzie przewraca do góry nogami nasze patrzenie na świat

    Boże Miłosierdzie przewraca do góry nogami nasze patrzenie na świat

    Happiness without/CC 2.0/Gość Niedzielny

    ***

    O rewelacyjnym rozumieniu Bożego Miłosierdzia przez św. Teresę z Lisieux mówi ks. prof. Andrzej Muszala.

    Jarosław Dudała: O co chodzi w miłosierdziu? O pomoc ubogiemu, choremu czy grzesznemu? A Miłosierdzie Boże? To odpuszczenie grzechów, ewentualnie jakieś cudowne uzdrowienie?


    Ks. prof. Andrzej Muszala:
     A skądże! To tylko jakiś maleńki ułamek tego, co rozumiemy pod tym pojęciem.
    Szerszy obraz daje już choćby 14 uczynków miłosierdzia względem ciała i względem duszy. Tam jest mowa  np. o tym, aby smutnych pocieszać, a wątpiącym dobrze radzić (dobra rada może nawet uratować komuś życie!).
    Św. Teresa z Lisieux jeszcze bardziej rozszerzyła rozumienie Miłosierdzia Bożego . W swoich „Rękopisach” zaraz na początku zastanawiała się, o czym właściwie miałaby pisać (a pisała z polecenia swojej przełożonej). I doszła do wniosku, że chce wyśpiewać Miłosierdzie Pana. Właściwie to użyła liczby mnogiej (les miséricordes du Seigneur); to coś jakby chciała opowiadać o wielu “miłosierdziach Pana”, czyli różnych jego przejawach.
    Teresa uważa, że wszystko, co się wydarzyło w jej życiu, jest dziełem Miłosierdzia Bożego. Począwszy od tego, że się urodziła, poprzez to, że miała rodziców, siostry, że rodzina przekazała jej wiarę. Podkreśla, że na żadną z tych rzeczy nie zasłużyła.
    Zresztą, nie tylko ona. Bo kto sobie nabył własne życie? Kto sobie kupił swoją sytuację życiową? Dlaczego mamy takich a nie innych rodziców? To wszystko dostaliśmy za darmo. Tymczasem ludzie są często roszczeniowi. Wydaje im się, że ciągle coś im się należy. Nie widzą, że właściwie niemal wszystko, co najcenniejsze, dostali za darmo. Każdy moment życia to przejaw Miłosierdzia Bożego.

    A te złe momenty?
    Teresa uznawała za przejaw Bożego Miłosierdzia także to, że chorowała. Że miała trudne siostry w klasztorze. Ona to wszystko odczytywała jako jedno wielkie Miłosierdzie Boże.

    To ewidentne pójście pod prąd. Bo my raczej prosimy Boże Miłosierdzie o zdrowie, o życzliwe otoczenie…
    Ona uważała za dary Bożego Miłosierdzia i te dobre elementy, i te – w ludzkim rozumieniu – złe. Dlaczego? Bo nawet w najtrudniejszym doświadczeniu jest jakiś pozytywny ładunek. I ona próbowała go odkryć. Gdy np. miała trudną, irytującą współsiostrę, to widziała w tym akt Miłosierdzia Bożego polegający na tym, że dzięki niej mogła zobaczyć własną wadę (złość, niecierpliwość) i nad nią pracować.
    To rozszerzenie pojęcia Miłosierdzia Bożego odczytuję jako wielkie odkrycie tej świętej. Tu nie chodzi tylko o przebaczenie grzechów. Tymczasem my często tak właśnie rozumiemy Miłosierdzie Boga: sprowadzamy je do odpuszczenia grzechów. A to, że Bóg dał nam wszystko? To dopiero jest Miłosierdzie Boże! Bóg nie musiał nam tego dać – a dał!

    W tym ujęciu aktem Bożego Miłosierdzia było stworzenie świata, jego podtrzymywanie w istnieniu i odkupienie.

    To podstawowe pytanie filozoficzne: dlaczego coś jest? Dlaczego jestem ja? Dlaczego jest ziemia? Dlaczego jest ten kwiatek? Przecież mogło go nie być. A jednak jest. Czyli ktoś tego chciał!
    Oczywiście, można powiedzieć, że to dzieło przypadku, ewolucji. Ale jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi, to wierzymy, że za tym wszystkim stoi Ktoś większy, a nie tylko przypadek. Zresztą, czy Bóg nie mógł stworzyć przypadku? Może przypadek też jest wyrazem Miłosierdzia Bożego? To, że sprawy potoczyły się tak a nie inaczej? Że świat się rozwija? Że stworzenia mają swoją wolność, swoją autonomię? Oczywiście, ceną wolności jest nieraz cierpienie. Ale bez niego wolność nie byłaby możliwa. Nasza wolność jest także wyrazem Bożego Miłosierdzia.
    Jeśli człowiek tak patrzy na życie, to przyjmuje zupełnie inną optykę. Jest wdzięczny za każdą chwilę. Nie jest roszczeniowy. Nie ma pretensji, że tego czy tamtego nie ma.
    Nieskończone Miłosierdzie Boże to pryzmat, przez który powinniśmy patrzeć na nasze życie. Patrzeć z nadzieją, która jest jedną z najpiękniejszych chrześcijańskich cnót. Wtedy człowiek na nic nie narzeka. A wszystko zyskuje jakiś pozytywny wydźwięk.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W niedzielę Święto Miłosierdzia Bożego

    Święto Miłosierdzia Bożego obchodzone jest w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, zwaną obecnie Niedzielą Miłosierdzia Bożego. Święto to – obowiązujące w Kościele powszechnym od 2000 r. – ukazuje jedną a najważniejszych prawd chrześcijaństwa.

    fot. Beata Pieczykura/Tygodnik Niedziela

    ***

    Zostało ustanowione przez Jana Pawła II w odwołaniu do objawień s. Faustyny Kowalskiej, na zawartą w nich prośbę samego Jezusa. Zabiegi o ustanowienie tego święta sięgają roku 1938 r., które po śmierci św. Faustyny podjął jej spowiednik ks. Michał Sopoćko.

    Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy nie jest przypadkowy – na ten dzień przypada oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, która wieńczy obchody Misterium Paschalnego Chrystusa. Ten okres w liturgii Kościoła ukazuje tajemnicę miłosierdzia Bożego, która najpełniej została objawiona właśnie w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Inaczej mówiąc – nie byłoby dzieła odkupienia, gdyby nie było miłosierdzia Boga.

    Przygotowaniem do obchodów święta jest nowenna, polegająca m. in. na odmawianiu Koronki do Miłosierdzia Bożego przez 9 dni, poczynając od Wielkiego Piątku. W tej nowennie – mówił sam Jezus – „udzielę duszom wszelkich łask” (Dz. 796).

    Święto Miłosierdzia zamyka Oktawę Wielkanocy oraz otwiera Tydzień Miłosierdzia. Tydzień Miłosierdzia jest czasem, który wzywa do refleksji i bardziej uważnego rozejrzenia się wokół, by lepiej dostrzec tych, którzy szczególnie potrzebują naszej pomocy. Jest czasem budzenia „wyobraźni miłosierdzia”, o którą apelował Jan Paweł II, po konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu. Obecnie apel ten nabiera wyjątkowego znaczenia ze względu na panującą w Polsce i na świecie epidemię.

    Święto Miłosierdzia Bożego wpisał do kalendarza liturgicznego najpierw kard. Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej (1985), a potem niektórzy biskupi polscy w swoich diecezjach. Na prośbę Episkopatu Polski Jan Paweł II w 1995 roku wprowadził to święto dla wszystkich diecezji w Polsce. Po kanonizacji Siostry Faustyny 30 kwietnia 2000 roku Papież ogłosił to święto jako obowiązujące w całym Kościele.

    Święto odpowiedzią na prośbę samego Jezusa

    Inspiracją dla ustanowienia Święta Miłosierdzia Bożego było pragnienie Jezusa, które przekazała Siostra Faustyna. Pan Jezus powiedział do niej: „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).

    Kult Bożego Miłosierdzia

    Pierwsze objawienia s. Faustyna miała w 1931 r. w Płocku, a później w Wilnie. Wedle jej wskazań malarz Eugeniusz Kazimirowski namalował obraz “Jezu Ufam Tobie” w 1934 r. w Wilnie. Wówczas wydrukowano także jego małe, czarno-białe reprodukcje. Został on umieszczony w wileńskim kościele św. Michała, w 1948 r. skonfiskowany przez sowietów, ale wykupiony potajemnie przez wiernych i ukryty.

    Maleńkie modlitewniki z Koronką i reprodukcją obrazu Jezusa Miłosiernego, w czasie II wojny światowej były bardzo popularne. Jest wiele świadectw mówiących o tym, że właśnie w trudnym okresie wojny wierni spontanicznie zwracali się do Miłosierdzia Bożego. Żołnierze polscy roznieśli orędzie s. Faustyny na cały świat.

    Dzięki Polakom z armii Andersa, utworzonej w 1941 roku w ZSRR, kult Miłosierdzia dotarł do Iranu, Palestyny, Libanu, Egiptu, a stamtąd – do Afryki i Włoch. Wielkie zasługi w szerzeniu kultu poza granicami oddał marianin ks. Józef Jarzębowski, który podczas okupacji wydostał się z Wilna wywożąc memoriał o nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego ks. Michała Sopoćki, spowiednika s. Faustyny i dotarł w niemal cudowny sposób do Stanów Zjednoczonych, podróżując przez Syberię i Japonię. Jeszcze w czasie wojny pojawiły się teksty nowenny, koronki oraz litanii do Miłosierdzia Bożego w językach: niemieckim, litewskim, francuskim, włoskim i angielskim.

    W 1943 r. krakowski spowiednik s. Faustyny, o. Józef Andrasz, jezuita, poświęcił drugi obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Adolfa Hyłę, także według wizji s. Faustyny i ofiarowany do klasztornej kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach. O. Andrasz zapoczątkował też uroczyste nabożeństwo ku czci Miłosierdzia Bożego. Kaplica, która służyła dotąd siostrom i ich wychowankom, stała się miejscem publicznego kultu. Wizerunek bardzo szybko zasłynął licznymi łaskami.

    Próba ogniowa

    Zaraz po zakończeniu wojny, już w 1946 roku w sprawę zatwierdzenia kultu zaangażowali się biskupi polscy. W 1948 roku skierowana została prośba do Stolicy Apostolskiej o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego w myśl poleceń, które otrzymała s. Faustyna (Dzienniczek, nr 49,88,1530). 27 lutego 1948 r. rozgłośnia Radia Watykańskiego nadała audycję o siostrze Faustynie i jej posłannictwie.

    Pod koniec lat 50., według Marii Winowskiej – autorki biografii s. Faustyny, apostołka Miłosierdzia Bożego znana była w całej Europie, obu Amerykach, w Australii, w wielu krajach Azji i Afryki. Dzieła teologiczne poświęcone Miłosierdziu Bożemu oraz obrazki wraz z koronką do Miłosierdzia Bożego ukazały się w językach angielskim, francuskim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim, niemieckim oraz w liturgicznym wówczas języku Kościoła – po łacinie. Same teksty nabożeństw i akt “Jezu, ufam Tobie!” przetłumaczone zostały ponadto na litewski, łotewski, niderlandzki, czeski, słowacki, ukraiński, węgierski oraz chorwacki. W Polsce istniało już wiele ośrodków, w których czczono Boże Miłosierdzie.

    W tej sytuacji sporym zaskoczeniem była Notyfikacja Świętego Oficjum z 1958 r., które kwestionowało nadprzyrodzoność objawień siostry Faustyny, sprzeciwiało się wprowadzeniu święta Miłosierdzia Bożego, zakazywało rozpowszechniania obrazków i pism propagujących nabożeństwo w formach proponowanych przez siostrę Faustynę. Wątpliwości związane były nie tyle z samym kultem, co wynikały z pewnych nieprawidłowości w jego formach. Głównym powodem wydania przez Święte Oficjum dekretu zakazującego nowego kultu było rozpowszechnianie wyrwanych z kontekstu albo niedokładnych i “poprawionych” przez jedną z sióstr fragmentów „Dzienniczka” siostry Faustyny, obecnych we włoskim tłumaczeniu, które dotarło do kongregacji. Watykańscy eksperci opierali się na niedokładnych i źle przetłumaczonych odpisach rękopisów „Dzienniczka”. Ich autorka, siostra Ksawera Olszamowska, działając w dobrej wierze, „poprawiła” nieco dzieło Faustyny. Opuściła wielostronicowe fragmenty tekstu, pominęła wiele zdań i pozmieniała sens niektórych sformułowań.

    W drugiej nocie Świętego Oficjum z 6 marca 1959 r. autorzy wycofali się jednak z negatywnego sądu co do prawdziwości objawień, nie zakazywano tak ostro propagowania samego kultu, ale powierzono to „roztropności biskupów, włącznie z usunięciem obrazów, które ewentualnie zostały już wcześniej wystawione do kultu”. W związku z czym obrazy ze świątyń zostały usunięte, zaprzestano organizowania nabożeństw.

    Jednak ówczesny metropolita krakowski abp Eugeniusz Baziak, zdecydował, że obraz Adolfa Hyły przedstawiający Jezusa Miłosiernego, związany z objawieniem siostry Faustyny ma pozostać tam, gdzie był, czyli w kaplicy klasztoru w Łagiewnikach. Z innych kościołów został usunięty.

    Zasadniczą rolę w zdjęciu zakazu i dalszym rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego odegrał następca abp Baziaka, abp Karol Wojtyła, który nie miał wątpliwości co do prawdziwości objawień siostry Faustyny i szczególnej aktualności przesłania o Bożym Miłosierdziu. Będąc młodym księdzem wracał często do kaplicy w Łagiewnikach. Kronika sióstr odnotowuje, że ksiądz Wojtyła kilkakrotnie głosił kazanie w trzecią niedzielę miesiąca w czasie Mszy świętej i nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia.

    Wojtyła jako arcybiskup krakowski od 1964 r., przyjął mądrą strategię polegającą na tym, że najpierw należy doprowadzić do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny, a potem dopiero podjąć kroki mające na celu propagowanie kultu Bożego miłosierdzia.

    Proces informacyjny ws. siostry Faustyny w archidiecezji krakowskiej rozpoczął się w 1965. Zakończył po dwóch latach, a w 1968 zaczął być prowadzony jej proces beatyfikacyjny w watykańskiej Kongregacji ds. Świętych. W tym czasie kard. Wojtyła zarządził nowe wydanie „Dzienniczka”, gdzie tekst został skopiowany dosłownie, bez opuszczeń i dopisków oraz ze zwróceniem uwagi na podkreślenia ołówkiem, którym s. Faustyna zaznaczała słowa Jezusa. Zlecił ekspertyzę teologiczną “Dzienniczka” s. Faustyny ks. prof. Ignacemu Różyckiemu z krakowskiego Papieskiego Wydziału Teologicznego, który znany był z tego, że nie był przekonany do orędzia siostry Faustyny. Jednakże napisana przez niego obiektywna, naukowa analiza, dała podstawy do tego, że Paweł VI w 1978 r. odwołał ograniczenia dotyczące kultu Bożego Miłosierdzia. W tym samym roku kard. Wojtyła został papieżem.

    Encyklika i “Dzienniczek”

    W 1980 roku Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Dives in misericordia” o Bożym Miłosierdziu. Ważny etap rozwoju kultu stanowiła beatyfikacja s. Faustyny (18 kwietnia 1993 w Rzymie). Siedem lat później, 30 kwietnia 2000 r., bł. s. Faustyna Kowalska została wyniesiona przez Jana Pawła II do chwały ołtarzy jako święta. 5 maja 2000 r. Kongregacja Kultu Bożego i ds. Dyscypliny Sakramentów wydała dekret ustanawiający obowiązujące w całym Kościele powszechnym Święto Miłosierdzia Bożego. Polecenia Pana Jezusa, sformułowane w trakcie objawień zostały tym samym zrealizowane.

    W Polsce do rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego przyczyniło się także wydane w 1981 r. krytyczne opracowanie “Dzienniczka” w jego oryginalnym kształcie. W połowie lat 80. nie było już diecezji, która by nie miała parafii pw. Miłosierdzia Bożego.

    Święto Miłosierdzia Bożego wpisał do kalendarza liturgicznego najpierw kard. Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej (1985), a potem niektórzy biskupi polscy w swoich diecezjach. Na prośbę Episkopatu Polski Jan Paweł II w 1995 roku wprowadził to święto dla wszystkich diecezji w Polsce. Po kanonizacji Siostry Faustyny 30 kwietnia 2000 r. Papież ogłosił to święto jako obowiązujące w całym Kościele.

    17 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

    „Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka. Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość, przezwycięż wszelkie zło, pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi doświadczyć Twojego miłosierdzia, aby w Tobie, Trójjedyny Boże, zawsze odnajdywali źródło nadziei” – modlił się wówczas Papież, powierzając cały świat Bożemu Miłosierdziu.

    „Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat” – wyjaśniał, apelując, że „Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.

    „To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia!” – apelował.

    Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca po pierwszych Nieszporach Niedzieli Miłosierdzia 2005 r. – uroczystości, którą sam ustanowił.

    Do sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie Łagiewnikach przybywało corocznie przed wybuchem pandemii około 2, 5 miliona pielgrzymów z Polski i wszystkich kontynentów. Szczególnie licznie sanktuarium odwiedzili młodzi podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku w Krakowie.

    Jednym z owoców konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu w Krakowie, była decyzja o utworzeniu sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Wilnie, mieście, gdzie s. Faustyna doświadczyła większości swych objawień. Obecny na uroczystościach w Łagiewnikach metropolita wileński kard. Audrys Juozas Bačkis postanowił pracować nad ożywieniem kultu na całej Litwie. Pierwszym krokiem miało być otwarcie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Kardynał wyremontował w tym celu kościół św. Trójcy w Wilnie, do którego przeniósł we wrześniu 2005 r. cudowny obraz Jezusa Miłosiernego. Obraz ten od czasów wojny, przez kilkadziesiąt lat ukrywany był w jednej z parafii na Białorusi, a do Wilna powrócił w 1987 r. i początkowo umieszczony został w należącym do miejscowych Polaków kościele Świętego Ducha. Dziś w wileńskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia każdego dnia sprawowane są liturgie zarówno po litewsku jak i po polsku oraz w wielu innych jeżykach. Przybywają tam pielgrzymi z całego świata.

    W Polsce obok sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach kult Miłosierdzia Bożego szerzony jest również w kilku innych sanktuariach, to znaczy w Płocku, w Dolinie Miłosierdzia w Częstochowie, w Myśliborzu, w Ożarowie Mazowieckim, w Kaliszu, Warszawie, w Białymstoku, w Świnicach Warckich.

    Kult w skali świata

    We Włoszech główne miejsce szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego stanowi Centro della Divina Misericordia przy kościele Santo Spirito in Sassia w Rzymie w pobliżu Watykanu. Specyficzną formą szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego w tym kraju jest peregrynacja obrazu Jezusa Miłosiernego do parafii i wspólnot zakonnych, które tego pragną. Kilkudniowy pobyt obrazu Jezusa Miłosiernego w parafii lub wspólnocie kończy się zapoczątkowaniem odmawiania na stałe koronki do Miłosierdzia Bożego i Godziny Miłosierdzia.

    W Niemczech od 1987 roku działa w Brilon Schwester Faustine Sekretariat, zajmujący się wydawaniem i dystrybucją obrazków, folderów i książek propagujących posłannictwo św. Siostry Faustyny i jej duchowość.

    We Francji od zakończenia II wojny światowej kult Miłosierdzia Bożego szerzą księża pallotyni z ośrodka w Osny pod Paryżem. W 1993 roku wznowione zostało po 35 latach przerwy czasopismo pt. “Messager de la Misericorde Divine”. Kult Jezusa Miłosiernego sprawowany jest w około 100 kościołach, kaplicach i wspólnotach zakonnych we Francji.

    W Portugalii szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego zajmuje się Apostolat Miłosierdzia Bożego z siedzibą w Balsamao. Oprócz Balsamao istnieje w Lizbonie ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego założony przez Stowarzyszenie Katolików Świeckich pod nazwą “Odnowić wszystko w Chrystusie”.

    W Anglii i Irlandii istnieją liczne ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego prowadzone przez księży marianów, a także ludzi świeckich. Za przykład można podać Fawley Court w Henley-on-Thames w Anglii. Ośrodek ten rozwija działalność duszpasterską i wydawniczą.

    W Czechach ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego w Brnie i innych miastach utrzymują kontakty z sanktuariami polskimi. Czciciele Miłosierdzia Bożego z Czech co roku licznie przybywają do sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach na święto Miłosierdzia.

    Na Węgrzech główny ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego mieści się w Egerze, a osobą odpowiedzialną za kontakty i współpracę Episkopatu Węgier z sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach jest tamtejszy sufragan bp Istvan Katona.

    Na Słowacji księża pallotyni budują w Spisska Nova Ves kościół pod wezwaniem Bożego Miłsoierdzia i od 1997 roku wydają czasopismo “Apostol Bozieho Molosrdenstva”.

    W Szwecji od 1995 roku grupa czcicieli Miłosierdzia Bożego gromadzi się regularnie przy parafii Najświetszej Maryi Panny w Malmo. Podobne grupy działają w Boras i w Göteborgu.

    Bardzo żywo kult miłosierdzia rozwija się od czasów II wojny światowej w Stanach Zjednoczonych. Obecnie w USA istnieje 75 sanktuariów Bożego Miłosierdzia, na czele z Narodowym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego Stanów Zjednoczonych w Stockbridge w stanie Massachusatts.

    Kult, zapoczątkowany objawieniami św. Faustyny, jest bardzo rozpowszechniony także w Ameryce Południowej i Afryce, na Filipinach, Korei i Nowej Zelandii. W Australii działa Bractwo Miłosierdzia Bożego, które zrzesza ponad 5 tys. osób z 14 krajów. Bardzo prężnym ośrodkiem duszpasterskim i wydawniczym jest również kanadyjska wspólnota w Verdun, której członkowie troszczą się o ludzi zagubionych moralnie.

    Czciciele Miłosierdzia Bożego zrzeszają się ponadto w dwóch międzynarodowych organizacjach: Stowarzyszeniu Apostołów Bożego Miłosierdzia “Faustinum”, które liczy ok. 5 tys. osób z ponad 40 krajów oraz w wielomilionowym Apostolskim Ruchu Bożego Miłosierdzia. W samych Stanach Zjednoczonych należy do niego ok. miliona osób.

    Szerzeniem orędzia Miłosierdzia Bożego w szczególny sposób zajmuje się założone w 1862 r. w Warszawie zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, do którego należała s. Faustyna oraz Siostry Jezusa Miłosiernego – zgromadzenie założone w 1942 r. w Wilnie przez kierownika duchowego i spowiednika s. Faustyny, bł. ks. Michała Sopoćkę.

    Marcin Przeciszewski/Kai – Warszawa/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rzymskie ślady miłosierdzia. Te powiązania Rzymu i Polski trwają od kilkuset lat

    Rzymskie ślady miłosierdzia. Te powiązania Rzymu i Polski trwają od kilkuset lat

    Kościół pw. Ducha Świętego w Rzymie. Tu w XII wieku powstał pierwszy w Europie szpital, a przy nim pierwsze na świecie okno życia./fot. Istock/Gość Niedzielny

    ***

    Miłosierdzie Boże łączy niewidzialną linią Rzym z Polską. To znad Tybru przez stulecia docierały do nas inspiracje, które w XX wieku zaczęły powracać za sprawą św. Faustyny i św. Jana Pawła II. Tak historia zatoczyła koło.

    Wprzewodnikach turystycznych możemy znaleźć bardzo wiele informacji o rzymskich polonikach i polityczno-kulturalnych związkach naszego kraju ze stolicą Włoch. Popularnym opracowaniom umykają jednak niezwykle istotne i głębokie, mające kilkusetletnią tradycję wzajemne relacje Rzymu i Polski oparte na Bożym miłosierdziu.

    Pierwsze okno życia

    19 marca obchodzić będziemy kolejną rocznicę powołania do istnienia w Polsce okien życia. Pierwsze z nich otwarto 19 marca 2006 roku w Krakowie, przy klasztorze sióstr nazaretanek (ul. Przybyszewskiego). Ta szlachetna inicjatywa, która matkom rezygnującym z jakiegoś bolesnego powodu z własnego dziecka umożliwia jego bezpieczne przekazanie do adopcji, realizowana jest dzisiaj przez ponad 60 okien życia na terenie całej Polski. Od 2006 roku pozostawiono w nich ponad 160 dzieci.

    Mało kto jednak wie, że pierwowzór tego miejsca, będącego polskim fenomenem XXI wieku, znajduje się w Rzymie, w dawnym szpitalu Ducha Świętego, tuż przy Watykanie. To właśnie tam papież Innocenty III (zm. 1216), dowiedziawszy się o noworodkach wrzucanych przez zrozpaczone matki do Tybru, polecił uruchomić pierwsze w świecie okno życia, mające w tym przypadku formę obrotowego bębna. Każda matka, która nie chciała czy nie mogła zatrzymać swego dziecka, wkładała je anonimowo do wspomnianego drewnianego bębna i obracając nim, przekazywała dziecko na drugą stronę muru, pod opiekę szpitala.

    Pierwszy prawdziwy szpital

    Podążając w stronę Watykanu, warto odszukać to rzymskie okno życia, dzięki któremu uratowano wiele ludzkich istnień. Warto też zwrócić uwagę na sam szpital, nie tylko dlatego, że jest to najstarsza tego typu placówka w Europie, bogata w dzieła sztuki (posiada m.in. jedyną rzymską pracę słynnego architekta Andrei Palladia), lecz także ze względu na jej związki z Polską. Mówiąc o szpitalu, mamy na myśli również sąsiadujący z nim kościół Ducha Świętego – w średniowieczu jedna instytucja nie mogła bowiem istnieć bez drugiej, dając w ten sposób wyraz integralnej wizji człowieka w Kościele, troszczącego się i o ciało, i o duszę. Historia tego niezwykłego miejsca sięga VIII wieku, gdy dla anglosaskich pielgrzymów do Wiecznego Miasta zbudowano tutaj hospicjum, tzw. Schola Saxonum. Podupadłe w XI wieku, zostało z polecenia papieża Innocentego III w 1198 roku gruntownie przebudowane i przekształcone w pierwszy europejski szpital w kształcie, w jakim dzisiaj rozumiemy funkcjonowanie takiej placówki. Stał się on wzorem dla kolejnych takich instytucji w Europie.

    W budynku szpitala mieściło się około trzystu pacjentów. Poza zabiegami medycznymi (niektóre z nich były wówczas nowatorskie) placówka świadczyła również dzieła miłosierdzia (ubranie, jedzenie, usługi ambulatoryjne) dla ponad tysiąca potrzebujących (ówczesny Rzym liczył 35 tys. mieszkańców). W roku 1204 papież Innocenty III przekazał oficjalnie to miejsce i kościół pod opiekę Zakonu Ducha Świętego de Saxia i od tamtego czasu oba te budynki noszą imię Ducha Świętego.

    Największy rozwój zakonu przypadł na wiek XIII. Duchacy, jak popularnie nazywa się członków tego zakonu, prowadzili wówczas w Europie prawie 300 szpitali! Przy każdym z nich przed główną bramą znajdowało się specjalnie wyznaczone miejsce, gdzie matki mogły pozostawić niechciane dziecko. Warto dodać, że zabronione było nie tylko dowiadywanie się nazwiska matki, lecz także śledzenie ją wzrokiem. Ideę okna życia ze swego rzymskiego szpitala duchacy ponieśli więc szeroko w świat.

    Dzisiaj w dawnym szpitalu znajduje się centrum kongresowe. Na przestrzeni wieków miejsce to zapisało się jednak złotymi zgłoskami zarówno w historii miasta, jak i całej Europy. Leczono w nim przybywających do Rzymu pielgrzymów. Dość powiedzieć, że nawet Marcin Luter, krytykujący chętnie wszystko, co rzymskie i papieskie, wypowiadał się o szpitalu Ducha Świętego z najwyższym uznaniem.

    Z ziemi włoskiej do Polski

    Do kraju nad Wisłą Zakon Ducha Świętego de Saxia sprowadzony został przez krakowskiego biskupa Iwona Odrowąża, który w czasie swoich pobytów w Wiecznym Mieście miał okazję zapoznać się z dziełem duchaków przy Watykanie i zapragnął mieć podobne w Polsce. W roku 1220 w Prądniku na przedmieściu Krakowa wybudował więc szpital i przytułek, który oddał właśnie pod opiekę duchaków. Pozostałością tamtego wydarzenia jest mało znany i niestety coraz mniej widoczny fresk w zakrystii kościoła Ducha Świętego w Rzymie. Jego autorem, podobnie jak pozostałych malowideł w zakrystii, powstałych z okazji Roku Świętego 1650, jest włoski artysta Guidobaldo Abbatini (1600–1656).

    Fresk z interesującym nas polonikum nawiązuje do historii Zakonu Ducha Świętego de Saxia, o czym informuje umieszczony nad nim łaciński napis, który tłumaczymy następująco: „Karol II, król Obojga Sycylii, Iwo, biskup Krakowa w Polsce, w roku 1222, następnie i inni królowie i książęta zakładają szpitale Zakonu Ducha Świętego”. Intrygujące w tym zdaniu jest imienne wyszczególnienie osoby krakowskiego biskupa na tle anonimowych królów i książąt Europy. Trudno dzisiaj powiedzieć, jakie intencje kierowały artystą, czy raczej zleceniodawcą fresku i intrygującego napisu. Jedno wszak jest pewne – że jeszcze w XVII wieku biskup krakowski Iwo Odrowąż był osobą znaną i znaczącą w zakonie duchaków.

    Był on nie tylko wybitnym biskupem i mężem stanu, lecz także jednym z najznamienitszych przedstawicieli trzynastowiecznej elity intelektualnej. Zasłynął jako posiadacz najstarszej prywatnej biblioteki w Polsce. Liczba jej woluminów – 41 – nie robi dzisiaj wrażenia, warto jednak pamiętać, że jedna taka księga kosztowała wówczas tyle co folwark! Biskup Iwo to również fundator dwóch wspaniałych krakowskich kościołów: Mariackiego i Trójcy Świętej. Jego zasługą było również sprowadzenie do Polski dwóch zasłużonych dla naszej historii zakonów, wspomnianych już duchaków i dominikanów, którym przewodził krewniak biskupa Iwona, Jacek Odrowąż. Lista zasług biskupa jest oczywiście o wiele większa, wróćmy jednak jeszcze na chwilę do rzymskiego kościoła Ducha Świętego.

    Z ziemi polskiej do Włoch

    1 stycznia 1994 roku z woli papieża Jana Pawła II powstało bowiem tutaj Centrum Duchowości Bożego Miłosierdzia, którego celem jest promowanie orędzia Bożego Miłosierdzia przekazanego przez Jezusa światu za pośrednictwem siostry Faustyny. Od tamtej chwili ten zamknięty dotąd dla wiernych kościół stał się żywym centrum duszpasterskim na mapie Rzymu, silnie związanym również z Polską. Od 1994 roku posługują tutaj bowiem polskie siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia (tego samego, do którego należała siostra Faustyna), sprawowane są tu Msze św. w języku polskim, nawiedzają kościół nasi liczni rodacy. Najważniejszym z nich był oczywiście papież Jan Paweł II, który 23 kwietnia 1995 roku, w Niedzielę Bożego Miłosierdzia, sprawował w tym miejscu Mszę św. i poświęcił czczony w kościele obraz Jezusa Miłosiernego. Ten sam papież przekazał również świątyni relikwiarz kanonizacyjny św. Faustyny.

    Koło historii

    Czyż nie jest przedziwnym zrządzeniem Bożej Opatrzności, że jeden biskup krakowski, Iwo, sprowadza z kościoła Ducha Świętego zakon do Polski, a drugi biskup krakowski, Karol, sprowadza po wiekach do tego samego kościoła zakon z Polski? Koło historii, wprawione w ruch przez Boże miłosierdzie, zamyka się w ten sposób niczym bęben najstarszego okna życia w rzymskim szpitalu…

    ks. Arkadiusz Nocoń/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ksiądz Michał Sopoćko – kapłan wierny przesłaniu Miłosierdzia Bożego – rozmowa z s. Dominiką Steć

    Patrząc na posłannictwo św. Faustyny, bł. ks. Michała Sopoćki i św. Jana Pawła II, można ich zaangażowanie w dzieło ustanowienia Święta Bożego Miłosierdzia spuentować parafrazą słów św. Pawła Apostoła: „Jeden siał, drugi podlewał, lecz Bóg dał wzrost” – powiedziała w rozmowie z KAI s. Dominika Steć ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego. W pierwszą niedzielę po Wielkanocy, która w tym roku przypada 16 kwietnia, obchodzone jest Święto Miłosierdzia Bożego.

    Wikipedia.org

    ***

    Teresa Margańska (KAI): Święta Faustyna w swoim Dzienniczku zapisała słowa Pana Jezusa: „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia. Proś wiernego sługę mego, żeby w dniu tym powiedział światu całemu o tym wielkim miłosierdziu moim, że kto w dniu tym przystąpi do Źródła Życia, ten dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar” (Dzienniczek, 300). Jaki wkład w ustanowienie Święta Miłosierdzia Bożego miał spowiednik s. Faustyny, ks. Michał Sopoćko – ten, którego sam Jezus nazwał „wiernym sługą”?

    S. dr Dominika Steć: Jego wkład był ogromny. Ksiądz Michał Sopoćko jako pierwszy ze spowiedników s. Faustyny okazał zainteresowanie tą sprawą. Spełniło się wówczas jej wewnętrzne poznanie, że to właśnie on ma dopomóc jej w zrealizowaniu objawionych przez Jezusa żądań. Ksiądz Michał szybko zapalił się do tej idei. Krytycznie, ale z całą otwartością na Boże natchnienie, wczytał się w przesłanie o miłosierdziu Bożym przekazywane s. Faustynie. W swej kapłańskiej i duszpasterskiej intuicji rozpoznał, jak błogosławione owoce może przynieść kult Miłosierdzia Bożego.

    Już w początkach swego zaangażowania pisał: „Święta Najmiłosierniejszego Zbawiciela domaga się dziś wielka nędza ludzka, potrzeba lepszego poznania i Boga i bliźniego, konieczność większej ufności, nawrócenie niewiernych i błędnowierców oraz okazanie należnej wdzięczności Panu Bogu za dobrodziejstwa”. Wiedział jednak doskonale, że objawienia s. Faustyny należy traktować jedynie jako inspirację, przypomnienie przez Boga w nowy sposób prawd od dawna objawionych, a święto, jeśli ma być przyjęte i zatwierdzone w Kościele, musi opierać się na solidnych podstawach biblijnych, liturgicznych i duszpasterskich. Tych podstaw zaczął poszukiwać, by uzasadnić podejmowane starania.

    Wyniki swych dociekań opublikował już w 1936 r. w Wilnie. W tym samym roku zwrócił się też do biskupów polskich z prośbą o zatwierdzenie tego święta, wysyłając każdemu z nich broszurę o miłosierdziu Bożym. Nie okazali oni tej sprawie wielkiego zainteresowania – być może było na to jeszcze za wcześnie.

    KAI: Jak argumentował wobec hierarchów potrzebę ustanowienia Święta Miłosierdzia Bożego, i to właśnie w pierwszą niedzielę po Wielkanocy?

    – Zwracał uwagę przede wszystkim na to, że zakończenie oktawy Wielkanocy wieńczy łaski płynące z tajemnicy odkupienia, największego dzieła Miłosierdzia Bożego, celebrowanego w Święta Wielkanocne.

    Podkreślał też, że aby ustanowić to święto nie trzeba nic zmieniać w liturgii przygotowanej na ten dzień, gdyż jest ona skupiona właśnie na uwielbieniu Miłosierdzia Bożego. Niedziela ta bowiem w swej treści przypomina tajemnicę chrztu św., ustanowienia sakramentu pokuty, a wraz z nim władzy darowania kar poprzez odpusty, to wszystko zaś jest przejawem działania Bożego Miłosierdzia. Dodatkowo ks. Sopoćko wskazał, że treści liturgii tejże niedzieli jak najbardziej odpowiada obraz Najmiłosierniejszego Zbawiciela z napisem: „Jezu, ufam Tobie!”, który został namalowany na polecenie samego Jezusa.

    KAI: Jak przebiegały dalsze działania ks. Sopoćki?

    – W staraniach o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego ks. Sopoćko zwracał się przede wszystkim do swojego ordynariusza abp. Romualda Jałbrzykowskiego, ówczesnego biskupa wileńskiego, jednak nie uzyskał jego aprobaty.

    Gdy 15 czerwca 1938 r. arcybiskup udawał się do Rzymu na kanonizację św. Andrzeja Boboli, ks. Sopoćko przekazał mu kopię obrazu Jezusa Miłosiernego, prosząc jednocześnie o podjęcie starań w sprawie ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego. Następnie 8 września tegoż roku złożył do niego podanie, w którym uzasadniając potrzebę nowego święta, prosił o poruszenie tej sprawy na konferencji Episkopatu Polski.

    Arcybiskup jednak nie przyjął tego podania, wobec czego ks. Sopoćko sam postanowił zwrócić się z tym do polskich biskupów zebranych na konferencji w Częstochowie we wrześniu 1938 r. Każdemu z nich przekazał indywidualnie list z podaniem motywów przemawiających za wprowadzeniem święta w Niedzielę Przewodnią. Od żadnego z nich nie usłyszał słowa sprzeciwu, ale też najprawdopodobniej nie uzyskał konkretnego poparcia. W kwietniu 1939 r. udał się do Rzymu. Tam zamierzał ubiegać się o audiencję u papieża Piusa XII. Do audiencji jednak nie doszło, a starania o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego przerwała wojna.

    KAI: Czy śmierć s. Faustyny i przeżycia okresu wojennego nie zniechęciły ks. Michała?

    – Ksiądz Sopoćko nigdy nie ustał w swoich staraniach. Kontynuował je po wojnie, po 1947 r., kiedy przeniósł się na stałe z Wilna do Białegostoku. Wówczas ustanowienie przez Kościół Święta Miłosierdzia Bożego stało się główną ideą jego życia. Już w 1948 r. ponownie wydał broszurę dotyczącą tej tematyki, a rok później ukazały się kolejne.

    Ksiądz Sopoćko w publikacjach przedstawiał swoje racje za ustanowieniem tego święta i poprzedzającej go Nowenny do Miłosierdzia Bożego. Wykorzystywał on wszelkie sposoby, by przekonać hierarchów Kościoła o ważności tego święta. Z taką intencją odwiedził wszystkich polskich biskupów w latach 50. XX w.

    Mimo, że trafiał na twardy grunt, nie zniechęcał się. Pisał artykuły, uczestniczył w sympozjach poświęconych Bożemu Miłosierdziu, organizowanych przez księży pallotynów, którzy jako pierwsi przejawiali zainteresowanie rodzącym się kultem.

    KAI: Co było dla niego najbardziej bolesne – czy właśnie brak poparcia ze strony biskupów?- Był świadomy, że choć dochodziło do ustanawiania świąt wskazywanych w objawieniach prywatnych, to ostatecznie wprowadzane były przez zakorzenienie ich w żywej wierze i tradycji Kościoła oraz odczytanie ich w duchu czasu. Liczył się zatem z długą i niełatwą drogą, znaczoną licznymi przeszkodami i trudnościami – koniecznymi, by dzieło oczyszczało się z ludzkich wpływów, aby najwierniej wyrażało zamysły Boże. Taką próbą wierności misji miłosierdzia, wskazanej w objawieniach s. Faustyny, był niewątpliwie zakaz Stolicy Apostolskiej z 1959 r., odnoszący się do propagowania nabożeństwa według tychże objawień. To chyba zabolało go najbardziej.

    Notyfikacja, tak jak przypuszczał ks. Sopoćko na podstawie docierających do niego wcześniej wiadomości, dotyczyła jedynie nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego, które szerzone było przez pisma i obrazy, wywodzące się z objawień św. Faustyny. Nie orzekała natomiast wprost o prawdziwości tych objawień, a także nie była podjęta w niej sprawa Święta Miłosierdzia Bożego ani ogólnie kultu Miłosierdzia Bożego, czyli potrzeby szczególniejszego uczczenia w odrębnych liturgicznych formach tej tajemnicy Boga, niezależnie od objawień zakonnicy. Dlatego, ks. Sopoćko nie przerwał pracy piśmienniczej dotyczącej kultu Miłosierdzia Bożego, zwłaszcza że w żadnych swoich pismach nie nawiązywał do objawień św. Faustyny, ale za fundament swoich przemyśleń uważał Pismo Święte i nauczanie Ojców Kościoła.

    KAI: W jaki sposób ks. Michał przyjmował napotykane przeciwności?

    – Myślę, że na to pytanie najlepiej odpowiedzieć jego własnymi słowami. Pod datą 1 listopada 1967 r. zapisał w swoim Dzienniku: „Wczoraj skończyłem 79 lat życia. Dziś rozpoczynam rok 80. Drżę na wspomnienie, że mogę stanąć na sąd przed Majestatem Najwyższego z pustymi rękami. Jeżeli bowiem i były jakie zasługi, zostały może przekreślone przez brak czystej intencji. Pozostaje tylko ufać Miłosierdziu Bożemu”.

    KAI: Jaki był wkład ks. Sopoćki w szerzenie kultu Miłosierdzia Bożego wobec zasług s. Faustyny i Jana Pawła II?

    – Patrząc na posłannictwo św. Faustyny, bł. ks. Michała Sopoćki i św. Jana Pawła II, można ich zaangażowanie w to dzieło spuentować parafrazą słów św. Pawła Apostoła: „Jeden siał, drugi podlewał, lecz Bóg dał wzrost”.

    Wspomniany wcześniej akt notyfikacji Kongregacji Świętego Oficjum Stolica Apostolska odwołała w 1978 r. Jan Paweł II wypełnił wolę Bożą, ustanawiając Święto Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła. Dokończył to, co zaczęła s. Faustyna i kontynuował ks. Michał Sopoćko, którego wkład był nieoceniony: przede wszystkim polecił on s. Faustynie pisać Dzienniczek, dzięki czemu wyprowadził treść objawień poza konfesjonał, by świat mógł je poznać. On też stał się pierwszym wykonawcą próśb Pana Jezusa przekazanych przez św. Faustynę: doprowadził do namalowania pierwszego obrazu Najmiłosierniejszego Zbawiciela. Pierwszy drukował obrazki Miłosierdzia Bożego z tym samym podpisem oraz Litanię i Koronkę do Miłosierdzia Bożego; założył nowe zgromadzenie zakonne (Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego) i do końca życia zabiegał o ustanowienie Święta Bożego Miłosierdzia.

    W tej intencji nieustannie się modlił i ofiarował swoje cierpienia. Cierpiał nie tylko fizycznie, znosząc wiele chorób. Jego krzyżem było niezrozumienie, zwłaszcza w najbliższym mu środowisku kapłańskim.

    KAI: Ze spisanych przez ks. Michała pod koniec życia wspomnień wynika, że wielu z księży nie traktowało go wówczas poważnie, podobnie jak propagowanej przez niego idei Miłosierdzia Bożego. A jak dziś kapłani odbierają jego postać?

    – Przede wszystkim Kościół otworzył się dziś na teologię Miłosierdzia Bożego. W czasach ks. Michała ten nurt teologii nie był tak oczywisty jak współcześnie. Dlatego też Apostoł Bożego Miłosierdzia, bł. ks. Michał jest coraz popularniejszym błogosławionym.

    W moim odczuciu jednak najbardziej poruszają kapłanów słowa Pana Jezusa o ks. Michale: „Jest to kapłan według serca Mego” (Dzienniczek, 1256). Te słowa są dziś źródłem refleksji wielu z nich w przeżywaniu własnego powołania – ks. Sopoćko jest dla nich szczególnym orędownikiem przed Bogiem. Jest to ważne zwłaszcza teraz, gdy autorytet kapłana jest niszczony.

    KAI: Jakie przesłanie dla współczesnego człowieka kryje się w tym święcie? Dlaczego prawda o Bożym Miłosierdziu jest dziś tak bardzo aktualna?

    – Patrząc na to, co dzieje się na świecie i wokół nas, myślę że przesłanie tego święta można zamknąć w słowach Pana Jezusa, zapisanych w Dzienniczku św. Faustyny: „Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dopóki nie zwróci się z ufnością do Mego Miłosierdzia” (Dzienniczek, 300).

    ***

    Dominika Steć – siostra ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego, doktor teologii. Promuje dzieła związane z osobą bł. ks. Michała Sopoćki. Autorka licznych artykułów i publikacji szerzących kult Bożego Miłosierdzia w Polsce i zagranicą. Autorka książki Święta siostra Faustyna Kowalska. Kobieta o macierzyńskim sercu.

    (rozmowę przeprowadziła Teresa Margańska/Białystok/Kai/Tygodnik Niedziela)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kierowca Jezusa Miłosiernego

    Kierowca Jezusa Miłosiernego

    Jarek z Wrocławia od trzech lat przed świętem Bożego Miłosierdzia przemierza Polskę.

    fot. Karolina Pawłowska/Gość Niedzielny

    ***

    Nie liczy ani kilometrów, ani pieniędzy potrzebnych na paliwo. Co roku montuje obraz na dachu samochodu i jedzie w Polskę, żeby zapraszać do kościołów i na ulicach głosić orędzie o Bożym Miłosierdziu.

    Wmniejszych miejscowościach już sam widok białej mazdy z dużym obrazem na dachu wzbudza zdumienie, na większych osiedlach to płynący z głośnika głos Jarka sprawia, że odwracają się głowy.

    – Dzień dobry, kochani! Już w tę niedzielę jest święto Bożego Miłosierdzia! To osobiste zaproszenie dla ciebie od Jezusa, który tak cię umiłował, że dla ciebie oddał życie, dla ciebie zmartwychwstał. Ma dla ciebie dar życia wiecznego, przychodzi z łaską odpuszczenia wszystkich grzechów i win. Jezus cię kocha – przyjdź do Niego z ufnością. Jego miłosierdzie trwa na wieki! – ogłasza i… jedzie dalej. Dokąd? Najczęściej sam nie bardzo z góry wie. 

    – Wyjechałem w środę. Nie miałem planu, po prostu ruszyłem przed siebie. Pytałem Boga w sercu, dokąd mam jechać – przyznaje z uśmiechem wrocławianin, który od trzech lat przed świętem Bożego Miłosierdzia na kilka dni jedzie w Polskę. Mijanych ludzi zaprasza do kościołów, na ulicach głosi o Bożym Miłosierdziu. 

    Jak przyznaje, przynaglenie do podjęcia tego dzieła poczuł w Wielkim Poście 2020 r., odmawiając Koronkę. Planował, że zrobi rundę z obrazem po swoim osiedlu. Skończyło się na… Szczecinie.

    – Pan mówił: „Jedziemy dalej. Są inni, którym chcę przypomnieć, że na nich czekam”. Więc jechaliśmy – opowiada.

    W kolejnym roku, zainspirowany antycovidowymi komunikatami straży miejskiej, zainwestował w zakup nagłośnienia. Teraz Jezusa nie tylko widać, ale też słychać Jego przesłanie.

    – Jezus uwolnił mnie z takich rzeczy! Wołałem do Niego szczerze, z głębokości i poczułem Jego obecność. Czystą, bezwarunkową miłość. I nigdy mnie nie odrzucił, nigdy się mnie nie zaparł – wyznaje wrocławianin, nie kryjąc dużych emocji.

    “Dzienniczek” s. Faustyny doprowadził go do spowiedzi generalnej i nowej relacji z Jezusem.

    – Czytałem słowa wezwania do rozpropagowania święta Bożego Miłosierdzia. I czułem, że są one tak bardzo do mnie. Przeszyły mnie na wylot – opowiada, choć przyznaje, że każda podróż sporo go kosztuje.

    Mężowi, ojcu trójki dzieci, biznesmenowi nie łatwo wyrwać się niemal na tydzień z codziennych obowiązków. Bardzo trudno też przełamać się, żeby głosić Jezusa na ulicach.

    Reakcje są przeróżne. – Najczęściej ludzie udają, że nie widzą. Traktują jak kolejną akcję reklamową. Ale są też tacy, którzy reagują. Jedni tak – Jarek demonstruje wyraz aprobaty uniesionym w górę kciukiem. – Albo tak – dodaje ze śmiechem, wymownie pukając się w głowę.

    Z wrogimi reakcjami się nie spotyka, bo… nie ma na nie czasu. Nim zaskoczenie przerodzi się w agresję, on jedzie już dalej. 

    – To dla mnie wyjątkowy czas w ciągu roku. Czuję, że Jezus jedzie razem ze mną, że błogosławi ludziom, których mijamy po drodze – mówi.

    W tegorocznej akcji od Poznania pomagała mu Ola z koszalińskiej Wspólnoty Świętego Pawła Szkoły Nowej Ewangelizacji, dlatego też obrał kierunek na północ. Dzisiaj o święcie Bożego Miłosierdzia przypominał mieszkańcom Koszalina i Karlina. Zanim obrał kierunek na Dolny Śląsk, ruszył też nad morze, do Kołobrzegu, Ustronia Morskiego i Sarbinowa. A potem, w drodze do Szczecina, odwiedził jeszcze mieszkańców Trzebiatowa, Kamienia Pomorskiego i Goleniowa. 

    Karolina Pawłowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy spowiednik i penitent muszą mówić w tym samym języku?

    Czy spowiednik i penitent muszą mówić w tym samym języku?

     

    Nie da się odpowiedzieć na tak postawione pytanie bez podania okoliczności. One bowiem decydują o właściwym działaniu i inna jest ocena sytuacji. Na kwestię trzeba spojrzeć z dwóch stron: penitenta i spowiednika.

    Zacznijmy od penitenta. Co ma zrobić człowiek, który chce się wyspowiadać, ale jest za granicą i problem stanowi bariera językowa? Na pewno nie powinien klęknąć przy konfesjonale i zacząć się spowiadać księdzu, który go nie rozumie. Co więc można zrobić? Po pierwsze, jeśli znamy choć trochę np. angielski, można spróbować wyspowiadać się w tym języku. Najważniejsze jest nazwanie po imieniu grzechów ciężkich. Można więc posłużyć się translatorem, napisać sobie grzechy na karteczce i przeczytać spowiednikowi. To jest minimalny próg komunikacji ze spowiednikiem. Tego nie da się ominąć. Jeśli nasza znajomość języka obcego jest niewystarczająca, by nazwać swoje grzechy, można skorzystać z pomocy tłumacza. Prawo kanoniczne przewiduje taką możliwość (kan. 990). Tłumacza obowiązuje tajemnica spowiedzi. Ogólna zasada mówi, że w sytuacji, gdy nie ma możliwości wyspowiadania się (a więc np. nie ma spowiednika, który mnie rozumie), a istnieje poważna racja, by przystąpić do Komunii św. (np. chrzest, pogrzeb, ślub itp.), wtedy wolno przyjąć Hostię po wzbudzeniu w sobie żalu doskonałego i decyzji o wyspowiadaniu się, gdy tylko będzie taka możliwość (kan. 916).

    Od strony księdza rzecz wygląda następująco. Jeśli spowiednik zorientuje się, że ktoś spowiada się w języku, którego nie rozumie, to wtedy powinien przerwać taką spowiedź. Nie ma ona sensu, bo podstawą sakramentu pokuty jest wyznanie grzechów, a rolą spowiednika jest bycie sędzią i lekarzem. Kapłan nie jest w stanie wypełnić tej funkcji, nie znając sytuacji moralnej penitenta. Tak jak lekarz nie jest w stanie przepisać leku, nie znając choroby, ani sędzia wydać wyroku, nie rozumiejąc słów sądzonego. Kapłan, aby udzielić rozgrzeszenia, musi uznać, że penitent jest właściwie dysponowany, czyli odrzuca grzechy, które popełnił, postanawia poprawę i nawraca się do Boga. Jeśli spowiednik zrozumiał w jakiejś mierze penitenta, ale ma wątpliwości jedynie z powodu bariery językowej, powinien działać na korzyść penitenta, czyli udzielić rozgrzeszenia. Oczywiście mówimy o sytuacji zwyczajnej. Jeśli mamy do czynienia z niebezpieczeństwem śmierci, kapłan może zawsze udzielić rozgrzeszenia, jeżeli penitent o to prosi i żałuje za grzechy, nawet domyślnie. Wyznanie grzechów jest oczywiście wskazane, ale nie jest konieczne (czasem stan osoby w niebezpieczeństwie nie pozwala na wyznanie grzechów). Ponadto możliwa jest tzw. absolucja generalna w sytuacji, gdy z uwagi na dużą liczbę penitentów brakuje spowiedników. To może się zdarzyć, gdy np. duża liczba pracowników zatrudnionych za granicą prosi o spowiedź przedświąteczną, a nie ma możliwości zorganizowania tłumacza. Decyzję podejmuje biskup diecezjalny.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    9 KWIETNIA

    NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO

    14.00 UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    * TRZECI DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _____________________________________________________________________________

    10 KWIETNIA

    PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY  

    14.00 MSZA ŚWIĘTA

    * CZWARTY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _____________________________________________________________

    emaus

    zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska

    ***

    ŚWIĄTECZNE ŻYCZENIA NA WIELKANOCNY CZAS

    Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego miłosierdzia.

    Pragnę złożyć życzenia na ten wielkanocny czas. Dlatego zapraszam na drogę, którą przemierzali, tak się wydawało, tylko dwoje uczniów zmierzających do miejscowości zwanej Emaus.

    Byli całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.

    Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł dokładnie był opisany w świętych Księgach i dokładnie się wypełnił. I choć jeszcze “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak ich serca “pałały”.

    Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką wielką żarliwością wypowiedziana, pewnie pozostałoby nadal w nich rozczarowanie i strach.

    Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie niczym mgła.

    Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, bo nie mogli  nie opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychwstał.

    Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.

    Niech Zmartwychwstały Pan sprawi, w Twoim i w moim sercu, też taką wielką przemianę.

    Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać co mówi do Ciebie i do mnie ów Nierozpoznany a przecież wciąż obecny na drogach naszego ziemskiego “padołu”.

    I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..       

    ks. Marian
    Ilustracja

    Wieczerza w Emaus/Rembrandt/Paryż

    [7] Rembrandt 1660, olej 50 x 64 cm Luwr

    Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ ZMARTWYCHWSTANIA PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA

    zmartwychwstały

    Jezus żyje

    Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.

    Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?

    Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.

    Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.

    Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.

    Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.

    Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.

    ks. Marian

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Oktawa Wielkiej Nocy

    Cud Zmartwychwstania „nie mieści się” w jednym dniu, dlatego też Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy – przez osiem dni bez przerwy wciąż powtarza się tę samą prawdę, że Chrystus Zmartwychwstał.

     

    fot. Karol Porwich

    ***

    Nazwa “oktawa” pochodzi od łacińskiego słowa oznaczającego liczbę osiem. Ta wielkanocna jest weselem z wydarzeń przeżywanych podczas Triduum Paschalnego. To osiem dni świętowania Kościoła, które później przedłuża się aż do Pięćdziesiątnicy.

    Zwyczaj przedłużania najważniejszych świąt chrześcijańskich na oktawę jest bardzo dawny. Nie znamy dokładnej daty powstania oktawy Paschy. Jednak wspomina o niej w już IV stuleciu Asteriusz Sofista z Kapadocji. Kościół chce w ten sposób podkreślić rangę i ważność uroczystości.

    Oprócz Wielkanocy w Kościele obchodzi się również oktawę Narodzenia Pańskiego.

    Dni oktawy Wielkanocy mają, podobnie jak Niedziela Zmartwychwstania, rangę uroczystości. Okres ośmiu dni traktowany jest jak jeden dzień, jako jedna uroczystość. Dlatego w oktawie Wielkanocy nie obowiązuje piątkowy post.

    W te dni codziennie śpiewamy “Gloria” i wielkanocną sekwencję „Niech w święto radosne”. Na Mszach świętych czytane są także perykopy o spotkaniach Zmartwychwstałego, m.in. z Marią Magdaleną, z uczniami idącymi do Emaus, z uczniami nad jeziorem Genezaret.

    Teksty mszalne wyjaśniają tez znaczenie sakramentu chrztu. W dawnych wiekach był to bowiem czas tzw. katechezy mistagogicznej dla ochrzczonych w Święta Paschalne. Miała ona na celu wprowadzić ich w tajemnicę obecności Chrystusa we wspólnocie wierzących.

    Ostatnim dniem oktawy jest Biała Niedziela. Niegdyś w ten dzień neofici ochrzczeni podczas rzymskiej Wigilii Paschalnej, odziani w białe szaty podarowane im przez gminę chrześcijańską, szli w procesji do kościoła św. Pankracego, by tam uczestniczyć w Mszy.

    Święty Jan Paweł II ustanowił tę niedzielę świętem Miłosierdzia Bożego.

    W czasie jednej z wizji św. siostry Faustyny Kowalskiej Jezus powiedział do niej:

    “Święto Miłosierdzia wyszło z wnętrzności moich, pragnę, aby uroczyście obchodzone było w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego”.

    W roku 2000 papież Jan Paweł II ustanowił tę niedzielę świętem Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła powszechnego. Stąd dzisiaj określa się niedzielę w oktawie Wielkanocy jako Niedzielę Miłosierdzia Bożego.

    Liturgiczny okres wielkanocny

    Sam liturgiczny okres wielkanocny trwa 50 dni, aż do uroczystości zesłania Ducha Świętego (tzw. Pięćdziesiątnicy).

    W tym czasie paschał, mający swoje miejsce przy ambonie lub przy ołtarzu, jest zapalony we wszystkich uroczystych celebracjach liturgicznych, a więc w czasie mszy św., podczas jutrzni i w czasie nieszporów, aż do niedzieli zesłania Ducha Świętego.

    Krzyż ołtarzowy w okresie wielkanocnym przyozdobiony jest czerwoną stułą. Na miejscu widocznym, w pobliżu ołtarza, ale nie na nim, ustawia się figurę Chrystusa zmartwychwstałego. Ponadto zamiast modlitwy “Anioł Pański” odmawia się modlitwę “Królowo nieba” (Regina coeli).

    Zgodnie z przykazaniami kościelnymi każdy wierny zobowiązany jest przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię Świętą (III przykazanie kościelne).

    205. Konferencja Episkopatu Polski 21 marca 1985 r. w Warszawie ustaliła, że w naszym kraju “okres, w którym obowiązuje czas wielkanocnej komunii św. obejmować będzie okres od Środy Popielcowej do niedzieli Trójcy Świętej”. W tym roku uroczystość Trójcy Przenajświętszej przypadnie 4 czerwca.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK W OKTAWIE WIELKANOCY – 13 KWIETNIA 

    18.00 – MSZA ŚW. W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    * SIÓDMY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _________________________________________________

    Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej

    Historia obrazu MATKI BOŻEJ KOZIELSKIEJ

    Obraz zawdzięcza swoje powstanie członkom Instytutu i Kola Religijno-Rycerskiego Marianum, które istniało w Wilnie w latach trzydziestych i zostało potem wznowione przez por. Tadeusza Bireckiego w obozie oficerów internowanych na Litwie po wrześniu 1939 r.
    Do grona członków Instytutu Marianum od początku jego powstania należał kapitan Walerian Charkiewicz. To właśnie on odnalazł przypadkowo dobrze zachowany fresk na murze w najstarszej cerkiewce w Kozielsku przedstawiający dawna świętość Rzeczypospolitej – Matkę Boska z Żyrowic (koło Słonimia) związanej ze świętym Jozafatem Kuncewiczem. 

    Wśród więźniów Kozielska żywy był kult obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej, obrończyni Wilna przed nawala moskiewska. Zrodziła się wiec myśl polaczenia tych dwu cudownych obrazów w jeden.Pierwsze szkice obrazu wykonał Mikołaj Arciszewski, rysownik i dziennikarz. Namalowania obrazu podjął się porucznik Michał Siemiradzki, artysta malarz a zarazem bratanek znakomitego malarza Henryka Siemiradzkiego. Za materiał posłużyła deska z drzewa lipowego, która podobno pochodziła z rozebranego ikonostasu. Przygotowano ja w obozowej stolarni, która prowadził generał Wacław Przeździecka, członek Kola Rycerskiego.
    Porucznik Mieczysław Gulin wykonał w drzewie z gruszki kozielskiej oryginalne korony dla Madonny i Dzieciatka na obrazie. I w ten sposób powstał pierwszy malowany obraz Matki Boskiej Kozielskiej Zwycięskiej.

    Do Kozielska przywieziono również tych, którzy uprzednio byli internowani na Łotwie, a wśród nich podchorążego Tadeusza Zielińskiego, młodego artystę rzeźbiarza. Na prośbę Tadeusza Bireckiego, członka Instytutu Marianum, i według szkiców Arciszewskiego, Zieliński wykonał w drzewie (druga cześć deski z ikonostasu) płaskorzeźbę obrazu Matki Boskiej Kozielskiej Zwycięskiej. W dolnym rogu obrazu, prawem autora-rzeźbiarza, została umieszczona deseczka, na której po jednej stronie wyrzezał swoje imię i nazwisko oraz datę 3.5.1941, a po drugiej stronie słowa Adama Mickiewicza: „Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzno łono”.

    W wielkiej tajemnicy, w obecności jedynie Bireckiego i pułkownika Adama Kosiby, poświecenia obu obrazów dokonał Ks. Nikodem Dubrawka w Wielka Sobotę 1941 roku, który mieszkał w Kozielsku w baraku nr. 2. Kiedy przerzucano jeńców do obozu w Griazowcu to wraz z nimi powędrował obraz Zielińskiego ukryty w podwójnym dnie walizki pułkownika Adama Kosiby. To tu w Griazowcu udało się artyście Zielińskiemu pokryć płaskorzeźbę polichromia przez użycie farb przeznaczonych na hasła i slogany komunistyczne.
    Natomiast obraz Siemiradzkiego pod opieka podchorążego Siemińskiego powędrował na północ, na półwysep Kola wraz z grupa podchorążych i policjantów. Później znalazł się on w 5 Dywizji organizowanej w Tatiszczewie nad Wołgą. Po wyjeździe z Sowietów, już w Palestynie, został on zwrócony Bireckiemu w przewidywaniu, iż po wojnie będzie obrazem Instytutu Marianum.

    W niedziele 24 sierpnia 1941 roku w Griazowcu została odprawiona przed obrazem Matki Boskiej Kozielskiej Zwycięskiej pierwsza publiczna Msza św. przez Ks. Franciszka Tyczkowskiego w obecności generała Władysława Andersa i oficerów sowieckich. Od tego momentu obraz staje się przedmiotem kultu publicznego.

    St. Andrew Bobola, Polish Roman Catholic Church


    Historia MBKZ

    Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej

    13 kwietnia obchodzimy Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej. Tego dnia w 1943 r. w Berlinie ujawniono informację o znalezieniu w Katyniu masowych grobów polskich oficerów zamordowanych przez sowieckie NKWD na mocy decyzji Biura Politycznego KPZS. Od 2008 r. 13 kwietnia jest Dniem Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej.

     pl.wikipedia.org

    ***

    Rysy na budowanym przez sowietów kłamstwie katyńskim pojawiały się długo przed ujawnieniem mordu przez niemiecką machinę propagandy. Już latem 1941 r. okazało się, że do tworzonej Armii Polskiej na Wschodzie zgłasza się bardzo niewielu oficerów. Józefowi Czapskiemu, jednemu z nielicznych ocalałych z obozu w Starobielsku, powierzono zadanie odnalezienia towarzyszy niewoli oraz jeńców z dwóch pozostałych obozów. Prowadząc śledztwo, Czapski rozmawiał nie tylko z polskimi jeńcami i więźniami łagrów, ale również sowieckimi urzędnikami i enkawudzistami. Część z nich sugerowała, że zaginieni jeńcy zostali wysłani na najdalsze wyspy na Morzu Arktycznym. Podobne przekonanie wyrażała część towarzyszy niewoli, którzy uniknęli śmierci.

    Kilka miesięcy później, podczas rozmowy między gen. Władysławem Sikorskim a Stalinem, na pytanie polskiego premiera sowiecki dyktator stwierdził, że tysiące polskich jeńców uciekło do Mandżurii. Wiosną 1942 r. polskie władze zwróciły się do Brytyjczyków o wsparcie w poszukiwaniach. Szef brytyjskiego MSZ Anthony Eden zabronił dyplomatom angażować się w narastający m.in. wokół tej kwestii konflikt polsko-sowiecki. Sprawa ta pojawiła się jednak w raporcie przygotowanym dla Ministerstwa Wojny przez ppłk. Lesliego Hullsa: „Uwięzieni w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie po prostu znikli bez śladu (w łącznej liczbie 8300). Od 1940 r. nikt o nich nie słyszał i mimo obietnicy złożonej osobiście przez Stalina gen. Sikorskiemu i gen. Andersowi los tych oficerów pozostaje całkowitą tajemnicą”.

    Wiosną 1942 r. część prawdy o losach polskich jeńców nieświadomie odkryli polscy robotnicy przymusowi, którzy dowiedzieli się o kaźni od miejscowych mieszkańców. Ustawiony przez nich krzyż mógł był jedną ze wskazówek, która doprowadziła Niemców do miejsca mordu. Kluczowe dla odkrycia dołów śmierci były również relacje składane przez miejscową ludność.

    11 kwietnia 1943 r. niemiecka agencja prasowa Transocean opublikowała depeszę o odnalezieniu koło Katynia, na terenie lasu Kozie Góry, zwłok ok. 3 tys. ciał polskich oficerów wziętych do niewoli przez sowietów we wrześniu i w październiku 1939 r. Był to początek gigantycznej niemieckiej akcji propagandowej, której celem było rozbicie sojuszu ZSRS i państw zachodnich oraz przekonanie Polaków o bezsensowności walki po ich stronie. Kolejne tygodnie miały udowodnić nieskuteczność machiny sterowanej przez Josepha Goebbelsa. Dwa dni wcześniej niemiecki minister propagandy zapisał w swoim dzienniku: „W pobliżu Smoleńska odkryto masowe groby Polaków. Bolszewicy zastrzelili po prostu ok. 10 tys. polskich jeńców, wśród nich także więźniów cywilnych, biskupów, intelektualistów, artystów itp., po czym grzebali ich we wspólnych mogiłach”.

    Dwa dni później w siedzibie niemieckiego MSZ odbyła się specjalna konferencja prasowa, na której ujawniono pierwsze szczegóły prowadzonych prac ekshumacyjnych, w tym nazwiska niektórych zamordowanych. Tego samego dnia o godz. 15:15 o odkryciu poinformowało Radio Berlin: „Ze Smoleńska donoszą, że miejscowa ludność wskazała władzom niemieckim miejsce tajnych egzekucji masowych wykonywanych przez bolszewików […] Już dziś ustalono, że wśród zamordowanych znajduje się gen. [Mieczysław – przyp. red.] Smorawiński z Lublina. […] Ogólna liczba zamordowanych obliczana jest na 10 tysięcy, co odpowiadałoby mniej więcej całości korpusu oficerskiego polskiego wziętego przez bolszewików do niewoli”.

    „Wiadomości – rano o znalezieniu przez Niemców pod Smoleńskiem grobu 11 tys. Polaków zamordowanych przez bolszewików” – zapisano w „Dzienniku czynności Prezydenta RP Władysława Raczkiewicza” pod datą 13 kwietnia 1943 r. Dwa dni później informacja o odnalezieniu miejsca zbrodni ukazała się w prasie Generalnego Gubernatorstwa. Tego samego dnia o sprawie zameldował do Londynu dowódca Armii Krajowej gen. Stefan Rowecki „Grot”. „W oględzinach grobu wzięło udział kilku Polaków z Warszawy i Krakowa specjalnie tam zawiezionych. Ich relacje nie pozwalają wątpić w autentyczność tego masowego mordu. Opinia publiczna jest wzburzona, szczegóły w najbliższych dniach” – pisał. Tydzień później przesłał do Londynu informacje na temat składu delegacji oraz szczegółów prac prowadzonych przez Niemców, m.in. o odnalezieniu zapisków oficerów, które pozwalały ustalić datę popełnienia mordu na wiosnę 1940 r.

    „Rozkręcamy sprawę nadal i będziemy tak długo atakować przede wszystkim Anglików i Amerykanów, aż wreszcie przemówią. […] Cała sprawa Katynia staje się gigantycznym wydarzeniem politycznym, które wywołać może jeszcze doniosłe reakcje” – zapisał Goebbels po kilku dniach trwania akcji propagandowej. Szczególną wagę przywiązywał do szokujących obrazów z Katynia, które były „w swej wymowie tak okropne, iż tylko część nadaje się do publikacji”. Wielką wagę przywiązywał również do uwiarygodnienia ekshumacji przez przedstawicieli państw neutralnych oraz funkcjonujące na terenie Generalnego Gubernatorstwa instytucje, które zachowały polskie kierownictwo. 14 kwietnia do Katynia udała się Komisja Techniczna Polskiego Czerwonego Krzyża z sekretarzem generalnym Kazimierzem Skarżyńskim.

    19 kwietnia Skarżyński przedstawił sprawozdanie o wynikach prac, które potwierdzało, że oficerów zamordowano wiosną 1943 r. strzałem w tył głowy. 23 kwietnia działacze PCK zwrócili się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu tej sprawy.

    Już dwa dni wcześniej, 17 kwietnia 1943 r., strona polska złożyła w tej kwestii oficjalną notę w Genewie, dowiadując się jednocześnie, iż wcześniej także Niemcy zwrócili się do MCK o wszczęcie dochodzenia. Moskwa bardzo ostro zareagowała na propozycję dochodzenia prowadzonego przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. 19 kwietnia dziennik „Prawda” opublikował artykuł zatytułowany „Polscy pomocnicy Hitlera”. Przeczytać w nim można było m. in.: „Zanim wysechł atrament na piórach niemiecko-faszystowskich pismaków, ohydne wymysły Goebbelsa i spółki na temat rzekomego masowego mordu na polskich oficerach dokonanego przez władze sowieckie w 1940 r. zostały podchwycone nie tylko przez wiernych hitlerowskich służalców, ale co dziwniejsze, przez ministerialne kręgi rządu generała Sikorskiego”. Ujawnienie mordu posłużyło sowietom za pretekst do zerwania stosunków dyplomatycznych z rządem RP. Niemal jednocześnie Kreml rozpoczął tworzenie podporządkowanych sobie polskich sił zbrojnych oraz intensywnie przygotowywał się do powołania własnego ośrodka władzy w przyszłej Polsce. Do formalnego zerwania stosunków dyplomatycznych przez Moskwę z polskim rządem na uchodźstwie doszło w nocy z 25 na 26 kwietnia 1943 r.

    21 kwietnia Stalin wysłał tajne depesze do prezydenta Roosevelta i premiera Churchilla, w których zarzucał rządowi gen. Sikorskiego prowadzenie w zmowie z Hitlerem wrogiej kampanii przeciwko Związkowi Sowieckiemu. 24 kwietnia w rozmowie z premierem Sikorskim szef brytyjskiej dyplomacji Anthony Eden zaapelował do rządu RP o wycofanie wniosku z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i stwierdzenie, że pełną odpowiedzialność za mord ponosi strona niemiecka. „Po stronie Rosji jest siła – po naszej sprawiedliwość” – odpowiedział gen. Sikorski.

    Wobec zablokowania przez sowietów przeprowadzenia śledztwa w sprawie katyńskiej przez MCK Niemcy zorganizowali własne dochodzenie. 28 kwietnia 1943 r. na miejsce zbrodni na zaproszenie władz niemieckich przyjechała grupa międzynarodowych ekspertów medycyny sądowej i kryminologii. Przewodniczącym zespołu został doktor Ferenc Orsós, dyrektor Instytutu Medycyny Sądowej w Budapeszcie. Eksperci jednomyślnie podpisali sprawozdanie, w którym stwierdzali, że egzekucje na polskich jeńcach wykonano w marcu i kwietniu 1940 r.

    Uwieńczeniem równolegle budowanego kłamstwa katyńskiego było sowieckie „śledztwo” komisji chirurga Nikołaja Burdenki, która „wyjaśniła”, że zbrodni na polskich oficerach dopuścili się Niemcy jesienią 1941 r. Do wsparcia sowieckiej wersji wydarzeń użyto również żołnierzy podporządkowanej sowietom 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, którzy w styczniu 1944 r. wzięli udział w uroczystości żałobnej w miejscu mordu. Na miejsce przybyli też zachodni korespondenci i dyplomaci, którym przedstawiono spreparowane dowody zbrodni.

    Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej został ustanowiony 14 listopada 2007 r. uchwałą Sejmu RP.

    autor: Michał Szukała/PAP/Tygodnik Niedziela

    This image has an empty alt attribute; its file name is b16_Z3dfNGj-1024x683-1.jpg.webp

    Kaplica Katyńska w kościele św. Krzyża w Warszawie

    Dziś obchodzimy 83-cię rocznicę wydania decyzji przez władze Związku Sowieckiego o zamordowaniu 22 tys. polskich oficerów w Katyniu i innych miejscach kaźni na Wschodzie.

    János Esterházy – zapomniany świadek prawdy o zbrodni katyńskiej

    János Esterházy – zapomniany świadek prawdy o zbrodni katyńskiej

    Zdjęcie Jánosa Esterházyego zrobione w więzieniu w Czechosłowacji w 1949 r., po blisko 4 latach spędzonych w sowieckich więzieniach i łagrach.

    ARCHIWUM BIURA POSTULATORA PROCESU BEATYFIKACYJNEGO J. ESTERHÁZYEGO

    ***

    Sługa Boży János Esterházy został w Moskwie skazany na 10 lat łagru między innymi za to, że głosił prawdę o zbrodni katyńskiej. Wynika to z sowieckich akt śledczych, które w kontekście katyńskim omawiamy i publikujemy jako pierwsi.

    Osiemdziesiąt lat temu 13 kwietnia Niemcy ujawnili informację o znalezieniu w Katyniu nieopodal Smoleńska masowych grobów polskich jeńców wojennych. Niemcy wiedzieli o tym już w 1942 r., kiedy polscy przymusowi robotnicy, budujący obiekty wojskowe w okolicy Katynia, od miejscowej ludności dowiedzieli się o masowych grobach polskich wojskowych, zamordowanych przez NKWD. Tę wiedzę Niemcy postanowili wykorzystać dopiero po klęsce pod Stalingradem, licząc na to, że informacja o zbrodni doprowadzi do skłócenia zachodnich aliantów z Sowietami. Informacje o mordzie w Katyniu ukazywały się w krajach znajdujących się pod niemiecką okupacją albo w tych, które były sojusznikami III Rzeszy. Sowieci od początku wypierali się swego sprawstwa tej zbrodni i już w czasie wojny starali się dopaść wszystkich, którzy mówili prawdę o tym, co się wydarzyło w Katyniu wiosną 1940 r. Jednym z nich był hrabia János Esterházy, lider mniejszości węgierskiej na Słowacji. Jego matka była Polką, ojciec przedstawicielem węgierskiej arystokracji. Znał polski język i czuł się dziedzicem także polskiej kultury. Jako polityk starał się w koszmarnych czasach największych sukcesów nazizmu i komunizmu bronić wartości chrześcijańskich. Jesienią 1939 r., m.in. za jego sprawą, schronienie na Węgrzech znalazło wielu polskich żołnierzy, a także ich rodziny. Gdy w maju 1942 r. Sejm Republiki Słowackiej zezwolił Niemcom na deportację tamtejszych Żydów, co doprowadziło potem do ich zagłady, jedynie Esterházy miał odwagę zagłosować przeciwko temu. Kiedy wiosną 1945 r. na Słowację wkroczyła Armia Czerwona, nie uciekł, przekonany, że ma czyste sumienie i nie może zawieść tych, którym przewodził w czasach wojny. Na dalszy bieg wypadków czekał w Bratysławie.

    Śledztwo nr 7976

    Nakaz jego aresztowania 27 czerwca 1945 r. wydał ppor. Iwan Danilin, inspektor Ministerstwa Sprawiedliwości służący w jednostce wojskowej nr 7138/3. 23 sierpnia 1945 r., wraz z dziewięcioma innymi osobami z kierownictwa Partii Węgierskiej, Esterházy został przewieziony do Moskwy i osadzony w więzieniu Butyrki. Przez pewien czas siedział tam z Aleksandrem Sołżenicynem i Raoulem Wallenbergiem, szwedzkim dyplomatą znanym z ratowania Żydów w czasie wojny. Śledztwo przeciwko Węgrom, oznaczone numerem 7976, prowadzone było przez osiem miesięcy. 11 kwietnia 1946 r. sporządzono liczący 17 stron akt oskarżenia. Całość dokumentacji tej sprawy zgromadzono w VI tomach, które nie są dostępne dla badaczy.

    Esterházyemu zarzucano m.in., że jako przywódca „faszystowskiej” Partii Węgierskiej „aktywnie walczył przeciwko Związkowi Sowieckiemu i partii komunistycznej”, a także, że jako poseł słowackiego parlamentu „wszelkimi siłami wspomagał i popularyzował walkę u boku Niemiec przeciwko Związkowi Sowieckiemu”. Postawiono mu też zarzut „systematycznego” publikowania artykułów na temat zbrodni katyńskiej w węgierskiej prasie: „Magyar Hirlap”, „Új Hirek” i „Magyar Néplap”. Miał w nich – jak czytamy w akcie oskarżenia – dokonaną przez Niemców „barbarzyńską zbrodnię na polskich oficerach” przypisywać Związkowi Sowieckiemu. Akt ten zatwierdził 11 kwietnia 1946 r. naczelnik 3 Zarządu Ministerstwa Bezpieczeństwa Związku Sowieckiego gen. por. Sołomon Milsztejn. Był jednym z bliskich współpracowników Ławrentija Berii, odpowiedzialnego za funkcjonowanie całego sowieckiego systemu bezpieczeństwa. Po upadku Berii został aresztowany i rozstrzelany w styczniu 1955 r. Tego samego dnia, kiedy Milsztejn podpisał akt oskarżenia, zebrało się Kolegium Specjalne, kolektywny organ działający w ramach sowieckiej bezpieki, i bez żadnych procedur sądowych skazało Esterházyego na 10 lat łagru. Niewątpliwie więc jego działania na rzecz ujawnienia prawdy o zbrodni katyńskiej miały istotne znaczenie dla wysokości kary, jaką otrzymał w Moskwie. Skazani zostali także pozostali Węgrzy.

    Sowieckie motywy

    Doktor Imre Molnár, były węgierski dyplomata i autor książki „Zdradzony bohater. János Esterházy 1901–1957”, w rozmowie z „Gościem” zwraca uwagę, że żadnemu innemu Węgrowi, represjonowanemu przez władze komunistyczne, nie został postawiony zarzut „propagowania kłamstwa” o zbrodni katyńskiej, co świadczy o wyjątkowej aktywności Esterházego w tej kwestii. – Zniknięcie Esterházyego – podkreśla dr Molnár – było wygodne także dla słowackich komunistów, którzy w ten sposób pozbywali się ważnego polityka mniejszości węgierskiej. Kiedy przebywał w więzieniu Butyrki w Moskwie, we wrześniu 1947 r. w Bratysławie odbył się proces zaoczny. W takich okolicznościach, bez żadnego przesłuchania, był on fikcją. Esterházy został w nim skazany na karę śmierci przez powieszenie.

    Dr Molnár dodaje, że o Katyniu pisała nie tylko gazeta „Magyar Hirlap”, wydawana w Bratysławie. Esterházy mówił o tym także w czasie spotkań z Węgrami na Słowacji, które organizował prywatnie, gdyż władze słowackie zakazywały oficjalnych mityngów. – Chodził od wsi do wsi i mówił tam o Katyniu – opowiada dr Molnár i dodaje, że wiedzę na ten temat czerpał nie tylko z oficjalnych informacji niemieckich. Miał także własne źródła. Kontaktował się m.in. z prof. Františkiem Šubíkiem, słowackim lekarzem, który był członkiem powołanej przez Niemców komisji lekarskiej i uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, a przede wszystkim z dr. Ferencem Orsósem, światowej sławy węgierskim patologiem, przewodniczącym tej komisji. Opracowana przez Orsósa metoda oznaczenia daty śmierci, na podstawie zmian zwapnienia kości czaszki, pozwoliła ustalić szczegółowo, kiedy zamordowano w Katyniu polskich jeńców wojennych.

    – Niewątpliwie Esterházy, którego matka była Polką, miał dodatkowe motywy, aby zaangażować się w głoszenie prawdy o zamordowanych rodakach– dopowiada dr Molnár. – Dla niego ta sprawa miała wymiar osobisty, a nie była tylko kolejną sowiecką zbrodnią. O znaczeniu tropu katyńskiego w aktach Esterházyego świadczy również to, że tylko w tym przypadku Sowieci powołują się na zeznania jakiegoś słowackiego komunisty – świadka, w innych punktach aktu oskarżenia tego nie ma.

    Czy aresztowanie Esterházyego i jego szybkie wywiezienie do Moskwy mogło mieć związek z pracami Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze, gdzie Sowieci planowali obciążyć Niemców odpowiedzialnością za zbrodnię katyńską i chcieli usunąć niewygodnego świadka? Dr Molnár uważa, że taka hipoteza jest wiarygodna, ale nie można jej obecnie potwierdzić w dokumentach. – Aresztowanie Esterházyego w Bratysławie można wytłumaczyć także tym, że Sowieci chcieli zlikwidować elity polityczne w tych krajach, gdzie mieli rządzić, aby w ich miejsce instalować swoich ludzi – mówi. – Możliwe są zresztą oba motywy. Sowieci chcieli pozbyć się Esterházyego, bo był niewygodnym świadkiem w sprawie Katynia, oraz dlatego, że cieszył się wielkim autorytetem wśród słowackich Węgrów. W tym kontekście można także rozpatrywać jego nieoczekiwane zwolnienie w kwietniu 1949 r. i przekazanie go Czechosłowacji. Sprawa katyńska w Norymberdze nie stanęła na wokandzie, a więc i powód przetrzymywania ­Esterházyego nie był już aktualny i dlatego mógł on wrócić do Czechosłowacji. Niewątpliwie trop katyński w biografii Esterházyego jest ważny i warty dalszych badań. W tym kontekście jego postać zasługuje na upamiętnienie w Muzeum Katyńskim w Warszawie, gdzie uhonorowani są już dwaj inni Węgrzy zabici w Katyniu – Emánuel Aladár Korompay oraz Oskar Rudolf Kühneln – dodaje dr Molnár.

    Świadek prawdy

    W kwietniu 1949 r. Esterházy wrócił do Czechosłowacji, ale wolności nigdy nie odzyskał. Przez kolejne osiem lat był przetrzymywany w najstraszniejszych więzieniach w Czechach i na Słowacji. Współwięźniowie zapamiętali go jako mistyka, wpisującego swoje i innych więzienne cierpienie w mękę Pańską. Modlił się za oprawców nawet w czasie przesłuchań i tortur i namawiał do tego innych więźniów. Umarł 8 marca 1957 r. w więzieniu w Mirovie na Morawach.

    Postulator w procesie beatyfikacyjnym Jánosa Esterházyego, ojciec Paweł Cebula OFM Conv, pytany o znaczenie świadectwa, jakie sługa Boży dawał w sprawie zbrodni katyńskiej, podkreśla, że całe jego życie było odważnym świadectwem prawdy. W swoim najgłębszym przekonaniu chciał działać jako chrześcijanin. Kiedy w czasie wojny ponownie wybrano go na przewodniczącego partii, powiedział, że godzi się na to tylko pod warunkiem, że nadal będą walczyć pod sztandarem Maryi. Nawiązywał w ten sposób do dziedzictwa św. Stefana, który oddał Koronę Węgierską Maryi, nazywanej Magna Domina Hungarorum, czyli Wielka Pani Węgrów. – Myślę, że dla Esterházyego Katyń był ważny jako ukazanie, do czego zdolna jest maszyna totalitaryzmów, zagrażająca nam ze Wschodu i z Zachodu. Stale powtarzał, że naszym znakiem jest krzyż Chrystusa, a nie złamany krzyż, czyli niemiecka swastyka, bądź gwiazda, młot i sierp. Na rozumienie przez niego tego, co wydarzyło się w Katyniu, miały wpływ opowieści, jakie usłyszał od swej młodszej siostry Marii, która na Kresach po 17 września 1939 r. przeżyła wkroczenie Armii Czerwonej i opowiadała o barbarzyństwie, jakie wtedy się tam rozgrywało – mówi o. Paweł. Na pytanie, czy ugruntowanie wiedzy o tym, że Esterházy jest także świadkiem prawdy o zbrodni katyńskiej, ma znaczenie dla jego procesu beatyfikacyjnego, o. Paweł odpowiada twierdząco, dodając, że pokazuje to jego odwagę w dążeniu do prawdy, a później konsekwencję w jej obronie.

    Andrzej Grajewski/Gość Niedzielny

    Fi 3605 - 06 ** Matka Boska Katyńska i Kozielska

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK W OKTAWIE WIELKANOCY 14 KWIETNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    19.00 MSZA ŚW.

    * ÓSMY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mistyczne spotkania z Jezusem?

    To normalne, że odwiedza się przyjaciół

    Giovanni di Paolo „Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny ze Sieny”, tempera na desce,  ok. 1460 roku.

     

    Giovanni di Paolo „Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny ze Sieny”, tempera na desce, ok. 1460 roku.
    METROPOLITAN MUSEUM OF ART, NOWY JORK

    ***

    Jezus ukazał się apostołom przemieniony. Od tamtej pory ukazuje się wciąż – i to przemienia nas.

    Podobno ptaki całymi gromadami zlatywały się ze szczebiotem, gdy Franciszek z Asyżu wchodził na Alwernię. Święty już od pewnego czasu trwał w duchowym napięciu, odczuwając dziwną mieszaninę uniesienia i udręczenia. Zamierzał zaszyć się na 40 dni wśród skalnych rozpadlin tej dzikiej góry. Zapowiedział braciom z tworzącego się zakonu, że będzie to dla niego czas postu. Bardzo chciał poznać i wypełnić wolę Bożą, a przeczuwał, że Bóg chce go obdarzyć łaską cierpienia razem z Ukrzyżowanym.

    Rankiem 14 września 1224 roku, w święto Podwyższenia Krzyża, chwila nadeszła. Kiedy modlił się na zboczu góry, zobaczył nad sobą postać wiszącą na krzyżu, z przybitymi do belek rękami i nogami. Miała ona sześć skrzydeł, tak jak przedstawia się serafinów – dwa skrzydła nad głową, dwa jakby rozciągnięte do lotu, a dwa okrywające ciało.

    „Widząc to, Franciszek zdumiał się gwałtownie, a gdy nie umiał wytłumaczyć, co by znaczyło to widzenie, wtargnęła mu w serce radość pomieszana z żałością. Cieszył się z łaskawego wejrzenia, jakim Serafin patrzył na niego, ale przybicie do krzyża przeraziło go. Natężył umysł, by pojąć, co mogłaby znaczyć ta wróżba, i duch jego silił się trwożnie nad jakimś jej zrozumieniem. Otóż podczas gdy szukając wyjaśnienia na zewnątrz, poza sobą, nie znalazł rozwiązania, nagle objawiło mu je w nim samym odczucie bólu” – zapisał brat Tomasz z Celano, biograf Biedaczyny z Asyżu i jeden z pierwszych jego towarzyszy. Święty Bonawentura dodał później, że między serafinem a Franciszkiem toczyła się rozmowa „tajemna i poufna”. Opisujący tę scenę podkreślają mistyczne piękno ukrzyżowanego człowieka, ale nie piszą wprost, że był to Chrystus.

    Ból, który odczuł Franciszek, wynikał ze stygmatyzacji. „Natychmiast bowiem na jego rękach i nogach zaczęły jawić się znaki gwoździ, jak to na krótko przedtem widział u Męża ukrzyżowanego, ponad sobą w powietrzu” – relacjonuje Tomasz z Celano. Dodaje, że także „prawy bok, jakby przebity lancą, miał na sobie czerwoną bliznę, która często broczyła i spryskiwała tunikę oraz spodnie świętą krwią”.

    Znaki męki Chrystusa na ciele założyciela Zakonu Braci Mniejszych zdumiały świat chrześcijański. Franciszek stał się pierwszym w historii świętym, obdarzonym uznanymi przez Kościół stygmatami, jemu samemu zaś przyniosły określenie alter Christus (drugi Chrystus).

    Zdarzenie na górze Alwerni wyjątkowo mocno pokazuje, że spotkanie z żywym Bogiem nie pozostawia człowieka takim samym, jakim był wcześniej. To spotkanie przemieniające, czasem tak, jak to było w przypadku Mojżesza, gdy po rozmowie z Bogiem jego twarz promieniała. To także spotkanie umacniające przed nadchodzącą próbą, tak jak to było z apostołami, świadkami przemienienia Jezusa na górze. To wreszcie spotkanie mówiące o wielkiej miłości Boga, który już tu na ziemi chce być blisko człowieka, tak jak to było z wieloma świętymi.

    Pierścień niewidzialny

    Wśród osób, które osobiście i bezpośrednio spotykały Chrystusa, wyróżnia się św. Katarzyna ze Sieny. W połowie XIV wieku, gdy miała około siedmiu lat, zobaczyła Pana Jezusa, idąc z bratem jedną ze sieneńskich uliczek. Zbawiciel był ubrany w białą kapę i miał na głowie złocistą tiarę. Nic wtedy nie powiedział, uśmiechnął się tylko i spojrzał dziewczynce głęboko w oczy, po czym ją pobłogosławił.

    Spotkanie to zapadło w serce Katarzyny tak mocno, że odtąd bezustannie myślała o Jezusie. Paliło ją pragnienie ujrzenia Go ponownie. Chciała nawet opuścić miasto, żeby z dala od zgiełku myśleć o Nim na pustkowiu. Kiedy to jednak zrobiła, jeszcze tego samego dnia w niepojęty sposób znalazła się z powrotem w Sienie. Żyła więc jako dominikańska tercjarka, prowadząc życie pustelnicy pośród miejskiego gwaru. Jej mały pokoik, wydzielony w jej rodzinnym domu, był świadkiem duchowych zmagań i wielu mistycznych doświadczeń Katarzyny. Do najważniejszych należą mistyczne zaślubiny, które miały miejsce pod koniec karnawału 1367 r. Kiedy w całym mieście rozbrzmiewały odgłosy zabawy, Katarzyna intensywnie się modliła. W pewnej chwili ujrzała Jezusa. „Ponieważ pogardziłaś próżnymi przyjemnościami, oddając całe serce Mnie, twemu Stwórcy i Zbawicielowi, poślubiam cię w wierze. Bądź mężna! Mocą twej wiary zwyciężysz!” – powiedział Chrystus. Następnie nałożył na palec Katarzyny złoty pierścień z czterema perłami i diamentem, mówiąc: „Zaślubiam cię w wierze, Ja, twój Stwórca i Zbawiciel. I dopóki w niebie nie będziesz ze mną odprawiać godów wiecznych, niech ten ślub będzie nienaruszony. A teraz, moja córko, bądź mężna, bez żadnej zwłoki wykonuj wszystko, co zarządzi moja Opatrzność, bo jesteś zbrojna mocą wiary i wszystkie przeciwności szczęśliwie pokonasz”.

    Odtąd święta zawsze ten pierścień widziała, ale tylko ona. Tego dnia serce mistyczki ściśle przylgnęło do Serca Jezusa. Biografowie piszą, że w tym okresie pozostawała w ciągłym kontakcie ze świętymi. Podczas jednej z ekstaz przeżyła śmierć mistyczną, gdy na kilka godzin zamarły jej funkcje życiowe i sądzono, że nie żyje. Kiedy powróciła do życia, przez trzy dni płakała z tęsknoty za tym, co widziała. W 1375 roku otrzymała stygmaty, których nie było widać na zewnątrz, a które pojawiły się na jej ciele po śmierci.

    To już inna księga

    Z mistycznych doświadczeń zasłynęła także św. Teresa od Jezusa, odnowicielka zakonu karmelitańskiego. Jedno z nich genialnie wyraził w marmurze Gianlorenzo Bernini. Wykonana przez niego rzeźba, zatytułowana „Ekstaza św. Teresy”, znajduje się w kościele Santa Maria della Vittoria w Rzymie. Przedstawia uśmiechniętego anioła, który zamierza przebić serce zakonnicy trzymaną w ręku strzałą. Jest to zgodne z opisem, jaki sama Teresa zawarła w autobiografii. Święta relacjonuje, że anioł w postaci cielesnej, którego widziała, był niewysokiego wzrostu, ale bardzo piękny. „Z twarzy jego płonącej niebieskim zapałem znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów, całkiem jakby w ogień przemienionych. Musiał być z rzędu tych, których nazywają cherubinami” – czytamy. W ręku anioła Teresa ujrzała złotą włócznię z grotem jakby z ognia. „Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej” – zapisała Teresa. Dalej zaznaczyła, że to „niewypowiedziane męczeństwo” było jednocześnie słodkie „ponad wszelki wyraz”, co sprawiało, że, jak zanotowała, „najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu”. Nie jest to bowiem ból cielesny, ale duchowy, choć, jak przyznaje Teresa, także ciało ma w nim znaczny udział. „Taka mu towarzyszy słodka, między Bogiem a duszą, wymiana oznak miłości, że opisać jej nie zdołam, tylko Boga proszę, aby w dobroci swojej dał zakosztować jej każdemu, kto by mnie nie wierzył” – stwierdza mistyczka.

    Nic nie zapowiadało takiej intensywności przeżyć duchowych Teresy. Gdy dobiegała czterdziestki, wpadła w oziębłość, ulegając „demonowi południa”, zwanemu acedią. Jako zakonnica spełniała swoje obowiązki, ale bez zaangażowania, i czuła, że jest nieautentyczna. Wtedy, w Wielki Poście, przywieziono do klasztoru obraz przedstawiający bardzo poranionego Chrystusa. „Czułam się cała poruszona, gdyż on dobrze przedstawiał to, co Pan dla nas przeszedł. Serce mi się rozdzierało i upadłam tuż przy Nim, cała zalana łzami, błagając Go, aby mnie już raz na zawsze umocnił, abym Go już nie obrażała… Wydaje mi się, że powiedziałam Mu wówczas, że nie podniosę się stamtąd, dopóki nie sprawi tego, o co Go błagałam. Od tamtego czasu bardzo zaczęłam się poprawiać” – czytamy.

    To był punkt zwrotny. „Odtąd jest to już inna, nowa księga, to znaczy inne, nowe życie. To aż dotąd było moje. Natomiast obecne jest tym, którym Bóg żył we mnie” – zanotowała Teresa. Zgodnie ze swym imieniem zakonnym była już naprawdę „od Jezusa”. Jej zażyłe relacje ze Zbawicielem uświadamiały zaskoczonym obserwatorom, że Bóg naprawdę chce z nami przebywać jak z przyjaciółmi i dzielić się niesłychanymi tajemnicami swojego serca.

    Kiedy miała 67 lat, jej życie dobiegło kresu. Gdy przyjęła Komunię, powiedziała: „Już czas, mój Oblubieńcze, abyśmy się spotkali”. W gruncie rzeczy byli ze sobą stale.

    Kwestia decyzji

    Mistyczne spotkania z Jezusem nie są doświadczeniem tylko odległych pokoleń. Ojciec Pio czy Faustyna Kowalska to wyraziste przykłady świętych ostatnich czasów, dla których relacja ze Zbawicielem „twarzą w twarz” była w swojej nadnaturalności czymś naturalnym. Takich osób było i jest wiele, choć tylko nieliczne z nich Kościół wyniósł do chwały ołtarzy. Poniekąd każdy z nas powinien spotkać Chrystusa na swój oryginalny sposób. Mistyczny potencjał każdego chrześcijanina czeka na ożywienie, a to dzieje się zawsze wtedy, gdy człowiek decyduje się zaufać Bogu i po prostu robić to, o co On prosi.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cierpliwość pomnika

    „DLACZEGO TY ŻYJESZ?” JAN PAWEŁ II NIGDY NIE ZAPOMNIAŁ TEGO PYTANIA

    Cała rozmowa skupiła się na tym wątku. Ojciec Święty, o czym wielokrotnie i ze zmartwieniem przypominał, nigdy nie usłyszał słów: „Przebacz mi”. „Dlaczego Ty żyjesz?” Jan Paweł II nigdy nie zapomniał tego pytania. Przez lata nosił je w sobie, zastanawiał się. Znalazł pierwszą, definitywną odpowiedź. Był pewien, że został ocalony przez Matkę Boską. Pozostawała odpowiedź na drugie pytanie, którą pragnął odnaleźć. Zbliżając się do schyłku swego ziemskiego życia, poczuł potrzebę podzielenia się zdaniem, które wyrobił sobie na ten temat. W ostatniej książce „Pamięć i tożsamość” czytamy: „Ali Agca, jak wszyscy mówią, to zawodowy zabójca. Oznacza to, że zamach nie był jego inicjatywą, zaplanował go ktoś inny, ktoś inny zlecił mu jego wykonanie…” (…) Przeznaczeniem (bądź działaniem Opatrzności, jak powiedzieliby wierzący) był taki przebieg wydarzeń. Przeznaczeniem było także pytanie Ali Agcy, zadane człowiekowi, którego miał zabić: „Dlaczego Ty żyjesz?”. Ale nie poprosił o przebaczenie! Jan Paweł II napisał to nawet w liście: „Drogi Bracie, jak moglibyśmy stanąć przed obliczem Pana, jeśli nie przebaczymy sobie wzajemnie tu na ziemi?”. Ten list nigdy nie został wysłany. Prawdopodobnie Ali Agca zlekceważyłby go. Ojciec Święty wolał pójść go odwiedzić. Uczynić gest pojednania. I uścisnąć zamachowcowi dłoń. Tę dłoń! A on nic, zero. Interesowały go wyłącznie objawienia fatimskie. Chciał wiedzieć, kto przeszkodził mu w zabiciu tego człowieka. Ale prosić o przebaczenie? Nie, to go nie interesowało. Nigdy tego nie zrobił. Nigdy nie poprosił o przebaczenie!

    Ks. Kardynał Stanisław Dziwisz – „Świadectwo”.

    ***

    Najświętsze oburzenie nie jest tak święte jak przebaczenie.

    Kiedy w nocy z 1 na 2 kwietnia ktoś zdewastował pomnik św. Jana Pawła II przed łódzką katedrą, abp Grzegorz Ryś powiedział podczas porannej Mszy: „Zapraszam do modlitwy za naszych braci, którzy ten pomnik zniszczyli; nie o ich opamiętanie czy nawrócenie, lecz po prostu za nich”.

    Strasznie to trudne zrezygnować z jakiejś formy odwetu, a tym bywa nawet cedzone przez zęby oświadczenie: „Pomodlę się, żebyś się nawrócił”. Rzadko autor takiej deklaracji rzeczywiście się potem modli, bo miała ona tylko podkreślić jego moralną wyższość i w istocie zastąpić kopniaka. To nie są szczere intencje, a jak pisze Faustyna, „bardzo nie podoba się Bogu czyn chociażby był najchwalebniejszy, ale niemający pieczęci czystej intencji; takie czyny pobudzają Boga raczej do kary, a nie do nagrody”. Szczera i pokorna modlitwa tam, gdzie chciałoby się udusić drania różańcem, to jest dopiero ofiara. Ale czy można inaczej? Właśnie na tym polega wyjątkowość Ewangelii, że wymaga od nas zachowań szokująco odmiennych od tych, których domaga się skażona ludzka natura. „Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go!” – instruuje św. Paweł” (Rz 12,19).

    To po ludzku nie jest normalne. W żadnej religii nie ma wymogu działania na przekór odruchowi zemsty. Czasem cały organizm skowyczy: „Skoro już dajesz jeść wrogowi, to dodaj mu przynajmniej coś na przeczyszczenie!”. Ale trzeba się temu oprzeć, jeśli nie chcemy być „jak poganie”. Jak ludzkość stara, wciąż się za coś odkuwamy i jakoś niczego to nie naprawia i nikogo nie skłania do zmiany życia. A przecież o taką zmianę chodzi.

    Gdyby Jan Paweł II wcielił się w pomnik i palnąłby w łeb tego delikwenta, co go mazał farbą, tamten by się na pewno wystraszył i uciekł. Ale co z tego? Niczego by biedak nie zrozumiał i zostałby tak samo pogubiony jak był wcześniej.

    Ale Jan Paweł II by tego nie zrobił. To pewne, bo on doznał zamachu na siebie, a nie na swój pomnik. I w obliczu śmierci – bo nie mógł przewidzieć, że przeżyje – powiedział: „Wybaczam zamachowcowi”. W takich warunkach się nie gra, nie robi niczego na pokaz. O ile bardziej więc wybaczyłby nieszczęśnikowi, który nasłuchał się insynuacji i wyobraża sobie, że atakując pomnik walczy z pedofilią.

    Pomnikowy terroryzm to rzecz daleko mniej straszna od tego, co zrobiliśmy z Bogiem wcielonym. A jednak i wtedy Pan Jezus znalazł okoliczność łagodzącą: „Nie wiedzą, co czynią”. Tu też sprawcy nie wiedzą, co czynią. Oni naprawdę uważają siebie za obrońców dzieci, za rzeczników prawdy wobec tego, co uznają za nasz fanatyzm. I nie zmienią zdania, jeśli z naszej strony nie spotkają się z tym, czego się najmniej spodziewają: z miłością.


    KRÓTKO:

    Trauma krzyża

    W „Gazecie Wyborczej” trwa akcja oburzania się tym, co kościelne. „Drastyczne sceny w pasyjnym spektaklu przed kościołem w Strzegomiu. Wśród widzów były dzieci” – napisali w tytule na portalu wałbrzyskiego wydania GW. Dalej czytamy: „Oblane sztuczną krwią ciało aktora grającego Jezusa, biczowanie półnagiego mężczyzny czy »ukrzyżowanie« – takie sceny oglądali parafianie na widowisku pasyjnym w Strzegomiu. Wśród widzów były dzieci, które wszystkiemu mogły się przyglądać z bardzo bliska”. Proszę, jak się redaktorzy troszczą o dzieci. Czy w następnym kroku oburzą się krucyfiksami? Bo tak się składa, że misteria Męki Pańskiej są organizowane od wieków, zazwyczaj z udziałem dzieci, a główną rolę gra w nich „półnagi mężczyzna”. I krew (sztuczna) też się leje. I jakoś dzieci nie miały traumy. Za to teraz, jak się zdaje, traumę mają ci, którzy życzyliby sobie, żeby dzieci niczego już o Jezusie Chrystusie się nie dowiadywały.

    Kolejny transfob

    Richard Dawkins, znany misjonarz ateizmu, stanął w obronie J.K. Rowling, autorki Harry’ego Pottera i brytyjskiej profesor filozofii Kathleen Stock. Obie panie naraziły się genderystom. Zostały uznane za „transfobki” za sprzeciw wobec ideologicznego traktowania ludzkiej płciowości i są z tego powodu szykanowane i zastraszane. Dawkins napisał na Twitterze: „Jako biolog twierdzę, że są dwie płcie i to wszystko”. Teraz on też ma kłopoty.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    LITURGIA WIELKIEGO TYGODNIA

    ____________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    8 KWIETNIA

    WIELKA SOBOTA

    22.00 LITURGIA PASCHALNA

    * DRUGI DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ŚWIĘCENIE POKARMÓW NA STÓŁ WIELKANOCNY O GODZ. 12.00 I 15.00

    _____________________________________________

    Wielka cisza spowiła ziemię;

    wielka na niej cisza i pustka.

    Cisza wielka, bo Król zasnął

    Grób Pański w kościele św. Tomasza Apostoła/profil parafii na FB/PCh24.pl

    ______________________________________________________

    Noc Zmartwychwstania WIELKANOC

    Obrzędy Wigilii Paschalnej

    EAST NEWS

    ***

    Ta uroczysta Eucharystia, wieńcząca nocne paschalne czuwanie, jest par excellence rezurekcją, a nie poranna procesja. Wyjaśniamy znaczenie liturgicznych znaków Wigilii Paschalnej.

    Wielki szabat

    Doświadczenie pustki i ciszy. „Kościół trwa przy Grobie Pańskim, rozważając Mękę i Śmierć Chrystusa oraz Jego zstąpienie do otchłani, a także w modlitwie i poście oczekuje na Jego Zmartwychwstanie”.

    W naszej polskiej tradycji to także – niekorespondujący zbytnio z nastrojem Wielkiej Soboty – zwyczaj błogosławienia pokarmów na wielkanocny stół. Oby nie zmącił wielkosobotniej ciszy i skupienia. Gdy wielki i święty szabat, wraz z nastaniem nocy dobiegnie kresu, nadejdzie oczekiwane.

    Noc

    Konieczny warunek. Świętowanie Zmartwychwstania rozpoczyna się „czuwaniem na cześć Pana” w nocy. Wigilia Paschalna domaga się tego znaku. Nie chodzi o to, by rozpoczynając liturgie w popołudniowych godzinach Wielkiej Soboty wyobrazić sobie, że jest noc. Trzeba tej nocy doświadczyć.

    Dlatego przepisy liturgiczne stanowczo zakazują rozpoczęcia Wigilii Paschalnej przed zapadnięciem nocy. Bez niej trudno będzie zrozumieć pełny sens tej celebracji.

    Światło

    Rozprasza ciemności nocy. Przy rozpalonym ognisku, przed kościołem, rozpoczyna się pierwsza część Wigilii Paschalnej – Liturgia Światła. Kapłan poświęca nowy ogień.

    Po chwili, zapalona od nowego ognia i oznaczona symbolami Chrystusa paschalna świeca wnoszona jest do ciemnego kościoła, otwierając procesję. „Jak synowie Izraela szli za przewodem słupa ognia, tak chrześcijanie idą w ślady Zmartwychwstałego Chrystusa”. Światło Chrystusa! Ciemna świątynia powoli rozjaśnia się blaskiem setek płomieni trzymanych w rękach świec.

    Orędzie

    Przed płonącym paschałem wyśpiewywane jest Orędzie Wielkanocne. W przepięknym lirycznym poemacie otwiera się przed uczestnikami liturgii tajemnica paschalnej nocy.

    „Jest to ta sama noc, w której niegdyś ojców naszych, synów Izraela, wywiodłeś z Egiptu; noc, która światłem ognistego słupa rozproszyła ciemności grzechu; a teraz ta sama noc uwalnia wszystkich wierzących w Chrystusa (…) od mroku grzechów; tej właśnie nocy Chrystus skruszywszy więzy śmierci, jako zwycięzca wyszedł z otchłani; o, zaiste błogosławiona noc!”.

    Noc Paschy Izraela, noc Zmartwychwstania Chrystusa, noc naszego czuwania. Ta sama noc.

    Słowo

    Stół słowa tej nocy jest zastawiony obficie. Czytanie słowa Bożego stanowi podstawową część Wigilii Paschalnej. Siedem czytań ze Starego Testamentu, dwa z Nowego; towarzyszą im psalmy i modlitwy.

    „Kościół – poczynając od Mojżesza i wszystkich proroków – wyjaśnia paschalne misterium Chrystusa”. Otwierają się przed nami w tę noc najważniejsze etapy historii zbawienia: stworzenie świata („Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre”); próba Abrahama („Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia takiego, jakie jest udziałem twojego potomstwa”); przejście Izraela przez Morze Czerwone („Ulękli się Pana i uwierzyli Jemu oraz Jego słudze Mojżeszowi”); Boże obietnice dawane za pośrednictwem proroków („Dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza”).

    Słuchając słowa, symbolicznie przechodzimy od Pierwszego do Nowego Przymierza. Wypełnia się Pascha naszego zbawienia: „Przez chrzest zostaliśmy razem z Chrystusem pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych”; rozbrzmiewa radosne: „nie ma Go tu, zmartwychwstał!”. By to usłyszeć, trzeba mieć czas. Jakikolwiek pośpiech byłby zaprzeczeniem czuwania.

    Chrzest

    Liturgia chrzcielna jest trzecią częścią Wigilii Paschalnej. Pascha Chrystusa staje się realnie naszą Paschą. Urzeczywistnia się w sakramencie. Katechumeni, mający przyjąć w tę noc chrzest, wspierani przez wszystkich modlitwą „z radosną nadzieją zbliżają się do źródła odrodzenia”.

    Nawet jeśli gdzieś nie ma katechumenów ani dzieci, które mają być ochrzczone, błogosławi się wodę chrzcielną, używaną do udzielania chrztu przez cały okres wielkanocny: „Prosimy Cię Panie, niech przez Twojego Syna zstąpi na tę wodę moc Ducha Świętego, aby wszyscy przez chrzest pogrzebani razem z Chrystusem w śmierci, z Nim też powstali do nowego życia”.

    Katechumeni wyrzekają się szatana, wyznają wiarę i przyjmują chrzest. Pozostali uczestnicy liturgii, z płonącymi świecami w rękach, odnawiają swoje chrzcielne przyrzeczenia. Do tego momentu przygotowywali się przez czterdzieści dni Wielkiego Postu. Krople chrzcielnej wody obficie zraszają zgromadzonych.

    Eucharystia

    Jest czwartą częścią Wigilii Paschalnej i jej szczytem. „Jest ona bowiem najpełniej sakramentem paschalnym, czyli upamiętnieniem ofiary krzyża i obecnością Chrystusa Zmartwychwstałego”. Nowo ochrzczeni uczestniczą w niej po raz pierwszy, dopełniając chrześcijańskiego wtajemniczenia.

    Ta uroczysta Eucharystia, wieńcząca nocne paschalne czuwanie, jest par excellence rezurekcją! To przecież nie procesja po porannej mszy świętej w wielkanocny poranek nosić powinna to miano. Msza rezurekcyjna, czyli pierwsza msza Zmartwychwstania, sprawowana jest na zakończenie Wigilii Paschalnej w Wielką Noc.

    Wpisana w naszą polską tradycję procesja rezurekcyjna doskonale może zakończyć (tak dzieje się już w wielu kościołach) nocną rezurekcję. Radosne ogłoszenie światu Zmartwychwstania Pana będzie wtedy naturalną konsekwencją przeżytej Paschy i początkiem pięćdziesięciu dni świątecznej radości.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wielka Sobota i „zstąpienie do piekieł”

    Chrystus w krainie umarłych

    Chrystus wyciąga Adama i Ewę z Otchłani, fresk z kościoła w Stambule, 1315

    © José Luiz Bernardes Ribeiro/Wikipedia | CC

    ***

    „Tobie, Adamie, rozkazuję: Zbudź się, który śpisz! Nie po to bowiem cię stworzyłem, abyś pozostawał spętany w Otchłani. Powstań ty, który jesteś moim obrazem uczynionym na moje podobieństwo. Powstań, pójdźmy stąd!”

    O jakie „piekła” chodzi?

    W odmawianych przez nas słowach Składu Apostolskiego, wyrażających wiarę Kościoła, tuż przed wyznaniem wiary w zmartwychwstanie Chrystusa spotykamy dość enigmatyczne stwierdzenie: „zstąpił do piekieł”. Co oznacza ta formuła? Inaczej mówiąc: dokąd i w jakim celu Jezus zstąpił?

    Pierwsze nasuwające się w tym kontekście skojarzenie „piekieł” ze stanem potępienia jest mylące. Staropolskie, wyrażane w liczbie mnogiej „piekła” są bowiem oddaniem znajdującego się w wyznaniu wiary greckiego „katotata” (dosłownie: dół) czy łacińskiego „infernae” (również w liczbie mnogiej), które – choć może oznaczać piekło w dosłownym tego słowa znaczeniu – sugeruje przede wszystkim coś, co znajduje się „niżej”.

    Chodzi więc o „krainę umarłych”, Otchłań, biblijny Szeol (hebr.), przetłumaczony potem przez Biblię grecką jako „Hades”.

    Szeol i kraina umarłych

    Pojęcie „Szeolu” oznaczało pierwotnie w Biblii krainę umarłych, bez rozróżnienia ostatecznych konsekwencji ich życia i ich czynów. Szeol był taki sam dla wszystkich, którzy umarli: smutny i beznadziejny. Przebywający w nim byli cieniami, niespełnieni, oddzieleni od Boga. Szukający nadziei człowiek potrafił jednak modlić się: „Choćbym przechodził przez dolinę cienia śmierci, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23,4), „Jesteś przy mnie, gdy położę się w Szeolu” (Ps 139,8).

    W późniejszych tekstach Starego Testamentu pojawia się coraz wyraźniej koncepcja zmartwychwstania i sądu, podkreślająca konsekwencje dobrych i złych czynów człowieka.

    Znajdujemy ją też w Ewangelii w nauczaniu Jezusa: przypowieść o bogaczu, cierpiącym w wiecznych płomieniach gehenny z powodu braku miłości w swym życiu i Łazarzu, doświadczającym szczęścia „na łonie Abrahama”, jest jej wyraźnym przykładem, choć wciąż nie jest rozwiązaniem „problemu śmierci” i braku zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW. MOŻNA PRZYSTĄPIĆ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – KAŻDEGO WIECZORU PO LITURGII TRIDUUM I W WIELKI PIĄTEK W KAPLICY-IZBIE OD GODZ. 10.00 -15.00

    Niechciany sakrament

    Niechciany sakrament
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Jezus powiedział św. Faustynie: „Nie odkładaj sakramentu spowiedzi, bo to Mi się nie podoba”. Każdemu to mówi.

    Dziesięciu księży spowiada od wieczora do późnej nocy. Ludzie, czasem po raz pierwszy od wielu lat, wylewają przed Bogiem swoje dusze. Siedząc twarzą w twarz ze spowiednikiem, mówią rzeczy, których nikomu, nawet sobie, powiedzieć nie chcieli. Płaczą. Wreszcie słyszą: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. I odchodzą przemienieni. I mówią: „Nie wiedziałem, że Kościół taki jest. Nie wiedziałam, że taka może być spowiedź”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak uzyskać odpust zupełny w czasie Triduum Paschalnego?

    Jak uzyskać odpust zupełny w czasie Triduum Paschalnego?

    CATHOPIC

    ***

    Każdego dnia Triduum Paschalnego można uzyskać odpust zupełny za siebie lub za zmarłego. Kościół określa warunki, jakie w tym celu trzeba wypełnić.

    “Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” – czytamy w 1471 punkcie Katechizmu Kościoła Katolickiego. 

    Odpust może uzyskać osoba ochrzczona, wolna od ekskomuniki, będąca w stanie łaski uświęcającej przynajmniej pod koniec wypełniania przepisanych czynności oraz posiadająca przynajmniej ogólną intencję zyskania odpustu. 

    Warunki przyjęcia odpustu:

    WIELKI CZWARTEK: 

    adoracja Najświętszego Sakramentu trwająca przynajmniej przez pół godziny;
    lub
    odmówienie w sposób uroczysty hymnu ,,Przed tak wielkim Sakramentem”

    WIELKI PIĄTEK:

    pobożne odprawienie Drogi Krzyżowej (przed stacjami prawnie erygowanymi, połączone z rozważaniem Męki i Śmierci Chrystusa i przechodzeniem od stacji do stacji; w publicznym odprawianiu wystarczy przechodzenie prowadzącego)
    lub
    pobożny udział w obrzędzie liturgicznym w Wielki Piątek i ucałowanie krzyża

    WIELKA SOBOTA:

    odnowienie przyrzeczeń chrztu św. w czasie nabożeństwa Wigilii Paschalnej.

    Oprócz tego spełnione muszą być stałe warunki odpustu, którymi są:

    – spowiedź sakramentalna (niekoniecznie w dniu odpustu)
    – Komunia eucharystyczna
    – modlitwa w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz i Zdrowaś)
    – brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.

    (Po jednej spowiedzi sakramentalnej można uzyskać wiele odpustów zupełnych. Natomiast po jednej Komunii eucharystycznej i po jednej modlitwie w intencjach Ojca Świętego zyskuje się tylko jeden odpust zupełny.)

    AH/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 KWIETNIA – NIEDZIELA PALMOWA

    GODZ. 13.30

    ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    NABOŻEŃSTWO GORZKICH ŻALÓW

    GODZ. 14.00

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    Z CEREMONIĄ POŚWIĘCENIA PALM I PROCESJĄ

    Plik:Józef Chełmoński - Krzyż w zadymce (1907).jpg
     Józef Chełmoński – Krzyż w zadymce (1907)

    Ludzkie krzyże

    W pokoju, w którym mijają moje dni i noce, miesiące i lata
    wisi dużo krzyży – a każdy krzyż jest inny, bo i jego ciężar, który ciąży człowiekowi niczym brzemię też jest inny, jedyny, niepowtarzalny…
    Są jak stacje Drogi Krzyżowej.
    Ciągle dochodzą kolejne wydłużając pogłębiającą się koleinę.
    Ludzkie krzyże: duże i małe, z drzewa szorstkiego i bardzo ozdobne
    uczestniczą nie tylko w mojej modlitwie,
    ale i w udręce, bo lęku doznaję – jak Jonasz.
    Czemu we mnie jest jeszcze tak mało z Szymona z Cyreny, który niosąc belkę Krzyża pozbył się przymusu?

    Ludzkie krzyże z Jezusowym wizerunkiem przenoszę na drugi brzeg. Z trudem pokonuję wir rzeki. Wiem, że Twoje nieskończone Miłosierdzie już tyle razy obmywało moją nędzę a jednak wciąż ją widzę powtarzając za psalmistą: …”a grzech mój jest zawsze przede mną”…

    Niech wreszcie utonie w wodzie, z którą się zmagam, mój ciężar słabości i grzechu, abym mógł nieść tylko Ciebie Panie, któryś ukrył swoje Oblicze w każdym człowieczym sercu.

    ks. Marian

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 KWIETNIA

    WIELKI CZWARTEK

    20.30 MSZA ŚW. WIECZERZY PAŃSKIEJ

    El Greco, Ostatnia Wieczerza
    El Greco (1541-1614)
    ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia

    ***

    „Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.

    Pani Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…

    Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.

    Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.

    Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.

    ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________

    Modlitwa w intencji kapłanów:

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. 

    Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.

    Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.

    Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    _____________________________________________________

    W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:

    “W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.

    ***

    “Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.

    ***

    “Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”

    ***

    “Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”. 

    ***

    “Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”. 

    _____________________________________________________________________________________________________________

    7 KWIETNIA

    WIELKI PIĄTEK

    20.00 LITURGIA MĘKI PAŃSKIEJ

    * DZIEŃ ŚCISŁEGO POSTU CO DO JAKOŚCI I ILOŚCI

    * PIERWSZY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    * O GODZ. 15.00 W KAPLICY IZBIE – DROGA KRZYŻOWA

    Jezus staje przed Piłatem. Ten fakt budzi nasze wątpliwości jak również medialną, sensację. Czy Oskarżony jest wiarygodny i prawdziwy, skoro Jego Królestwo nie jest z tego Świata?
    Chrystus pogrąża się w mroku, zamyka oczy przed ziemskim prawem, gdyż wie, że nie jest podsądnym, lecz Sędzią Niebieskim, który ponownie przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Będzie Boskim Sędzią, dobrym i naturalnym jak słońce, w przeciwieństwie do Piłata, któremu przyświeca sztuczny blask reflektorów, aby wszyscy widzieli, jak obmywa ręce z krwi Baranka.
    Chrystus Król z Pierwszej Stacji Drogi Krzyżowej Jerzego Dudy Gracza

    _____________________________________________________________________

    _______________________________________________

    Dziś przed krzyżem klękamy jak przed Najświętszym Sakramentem

    i całujemy go z wielką czcią, wielbimy adorując …

    PAPIEŻ JAN PAWEŁ II Z KRZYŻEM
    East News

    __________________________________________________________________________________________

    Dzisiejszego wieczoru medytując Mękę Pana naszego Jezusa Chrystusa

    wchodzę w nieprawdopodobną ciszę.

    Nie ma muzyki ani śpiewu.

    Są jedynie lamentacje.

    Kapłan w milczeniu zbliża się do obnażonego ołtarza przed którym pada na twarz. Ten gest wyraża „ukorzenie się człowieka oraz smutek i ból Kościoła”.

    Na ołtarzu nie ma zapalonych świec.

    Nie ma krzyża.

    I nie ma Mszy św.

    W takiej scenerii pragnę pokutować za grzechy swoje i grzechy świata całego.

    Słucham opisu Męki Pańskiej według Ewangelii św. Jana.

    I widzę coraz wyraźniej jak często i jak lekkomyślnie swoimi wyborami skazywałem

    Ciebie, Panie Jezu na śmierć.

    Jak uczynić zadość za każdy Twój upadek, Jezu?

    Jak wynagrodzić za każde wyszydzanie Ciebie, Jezu?

    Bo w Twojej męce wpisany jest mój konkretny grzech.

    Wiem, że łaską jest pragnienie, aby doznać nawrócenia. Dlatego proszę o tę łaskę.

    Już w Ogrodzie oliwnym Twój pot stał się krwią.

    W tym duchowym cierpieniu widziałeś, Jezu,

    jak bardzo wielu tak bezgranicznie ukochanych przez Ciebie nie tylko nie uszanuje,

    ale pogardzi Twoją Miłością.

    Dziś w Wielki Piątek cierpisz także fizycznie.

    Dlatego medytuję opis Twojej Męki i proszę Cię, Panie,

    abym nie zwątpił patrząc na Twoje niewyobrażalne cierpienia i śmierć,

    ale oddał Tobie całego siebie bez żadnych zastrzeżeń.

    Bo tylko Ty, Panie, możesz przeprowadzić mnie z moim krzyżem przez ten padół wszystkiego czego się wciąż lękam.

    Dróg jest wiele, ale Tyś jest tą jedyną Drogą, prawdziwą, która ma moc doprowadzić do zmartwychpowstania.

    ks. Marian

    __________________________________________________________________________

    Tajemniczy wizerunek Chrystusa.

    Stworzony nieprzerwaną linią. Jak to możliwe?

    Ta szesnastowieczna rycina przedstawiająca Chrystusa w koronie cierniowej była jednym z najpopularniejszych wizerunków Zbawiciela w XVII-wiecznej Europie. Jednak technika wykonania wizerunku pozostaje tajemnicą, której nikt nie zdołał powtórzyć.

    Sudarium św. Weroniki, znane także pod tytułami Święte ObliczeOblicze Chrystusa, przedstawiające twarz umęczonego Jezusa wpisaną w koło to jeden z najbardziej tajemniczych wizerunków Zbawiciela.  Stworzył je w 1649 r. francuski grawer i malarz Claude Mellan (1598 –1688).

    Twarz Chrystusa

    Miedzioryt na pierwszy rzut oka nie różni się od innych dzieł z epoki. Ale gdy spojrzymy na niego z bliska zobaczymy, że twarz Chrystusa tworzy ciągła, nieprzerwana spiralna linia. Zaczyna się na czubku nosa, rozwija się (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), rozszerza i ponownie zwęża, nie stykając się z sąsiednią linią, i tworzy kompletny obraz.

    Twarz Chrystusa. Miedzioryt autorstwa Claude’a Mellana
    Rene den Engelsman/ Wikimedia Commons

    ***

    Spoglądają na nas smutne oczy Jezusa. Widzimy detale, takie jak krople krwi i potu, poszczególne włosy na brodzie i pukle loków na głowie, a także misternie wykończoną koronę cierniową. Wszystkie te elementy, cienie i efekt plastyczny powstały poprzez wygięcie i poszerzenie lub osłabienie pojedynczej, wygrawerowanej linii.

    „Święte Oblicze”

    U dołu znajdują się dwie łacińskie inskrypcje. Pierwsza z nich informuje, że autorem pracy jest Claude Mellan i powstała ona w Luwrze w 1649 r. Druga, Formatur Unicus Una Non Alter (łac. jedyny uczyniony z jedynego [być może „jednorodzony”?], żadnego innego), od wielu lat stanowi zagadkę i budzi domysły historyków sztuki.

    Jedna z interpretacji sugeruje, że chodzi o osobę jednorodzonego Syna Bożego, zrodzonego z Dziewicy, a napis NON ALTER oznacza, że ​​nie ma nikogo, kto przypominałby, kto byłby drugim Chrystusem. Jednocześnie napis nawiązuje też do mistrzowskiej techniki grawera, jego pewnej ręki, której pracy nikt nie jest w stanie skopiować.

    Tym bardziej, że napis miał podobno umieścić przyjaciel Mellana, Michel de Marolles, opat z Villeloin-Coulangé w środkowej Francji. Niektórzy badacze skłaniają się też do teorii, że napis odnosi się do odbicia Chrystusowego oblicza, które w momencie podania przez św. Weronikę chusty zostało stworzone „ręką Boga”.

    Krzysztof Stępkowski/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________

    Dzisiejszy dzień jest dniem postu ścisłego co do ilości i jakości.

    Wstrzemięźliwością od pokarmów mięsnych i post ścisły (trzy posiłki w ciągu dnia, w tym tylko jeden – do syta) zobowiązani są wszyscy wierzący powyżej 14-tego roku życia, a post dotyczy osób pełnoletnich do 60-tego roku życia. (Kodeks Prawa Kanonicznego: 1251-1252)

    Poprzez post mam doświadczyć głodu, który mnie osłabi, bo w tej słabości łatwiej uświadomić sobie, jak bardzo jestem słaby, kruchy i bezbronny. Ta niemoc nakarmienia samego siebie powinna mnie tak mocno ogarnąć, że zaczynam wołać do Boga: Nakarm mnie! Tak bardzo potrzebuję Ciebie, Panie!

    Mój dobrowolnie przyjęty post, który powinienem odczuć, pomoże mi zbliżyć się i zjednoczyć z Panem naszym Jezusem Chrystusem przyjmującym całkowicie dobrowolnie krzyż naszych grzechów po to, aby poprzez swoją mękę i śmierć i chwalebne Zmartwychwstanie nakarmić swoim Ciałem głód całego świata.

    ________________________________________________________________________

    Nowenna przed Świętem Miłosierdzia Bożego

    Nowennę tę kazał Pan Jezus siostrze Faustynie zapisać w sierpniu 1937 roku, polecając odprawianie jej przed Świętem Miłosierdzia, począwszy od Wielkiego Piątku:

    “Pragnę, abyś przez te dziewięć dni sprowadzała dusze do zdroju mojego miłosierdzia, by zaczerpnęły siły i ochłody, i wszelkiej łaski, jakiej potrzebują na trudy życia, a szczególnie w śmierci godzinie. W każdym dniu przyprowadzisz do serca mego odmienną grupę dusz i zanurzysz je w tym morzu miłosierdzia mojego. A ja te wszystkie dusze wprowadzę w dom Ojca mojego. Czynić to będziesz w tym życiu i w przyszłym. I nie odmówię żadnej duszy niczego, którą wprowadzisz do źródła miłosierdzia mojego. W każdym dniu prosić będziesz Ojca mojego przez gorzką mękę moją o łaski dla tych dusz.

    Odpowiedziałam: Jezu, nie wiem, jak tę nowennę odprawiać i jakie dusze wpierw wprowadzić w najlitościwsze Serce Twoje. – I odpowiedział mi Jezus, że powie mi na każdy dzień, jakie mam dusze wprowadzić w Serce Jego”. (1209)

    _________________________________________

    PIERWSZY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 KWIETNIA, WSPOMINAMY XVIII ROCZNICĘ “ODEJŚCIA DO DOMU OJCA”

    ŚW. JANA PAWŁA II

    Bazylika Mniejsza w Wadowicach widziana z ulicy Kościelnej, na której stoi dom rodzinny Papieża Jana Pawła II-go.
    Na ścianie Bazyliki Mniejszej NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY w Wadowicach znajduje się zegar słoneczny, który Karol Wojtyła oglądał codziennie z okien swojego mieszkania. Oto jego słowa, które wypowiedział był na wadowickim rynku: „A dom był tutaj, za moimi plecami, przy ulicy Kościelnej. Kiedy patrzyłem przez okno, widziałem na murze zegar słoneczny i napis: „Czas ucieka, wieczność czeka”. Po śmierci św. Jana Pawła II dopisano datę: „2 kwietnia 2005”. Inskrypcja została wpisana między godziny oznaczone rzymskimi cyframi XI i X. Ma to symbolizować godzinę 21.37, tę, w której odszedł Jan Paweł II do Domu Ojca.(fot. ze strony: muzeum JPII)
    Jan Paweł II zamieszkał tu na stałe
    Rodzinny dom Karola Wojtyły w Wadowicach – widok na zegar słoneczny na ścianie kościoła parafialnego
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Homilia św. Jana Pawła II,

    którą wygłosił był 43 lata temu w Niedzielę Palmową

    ***

    – Jezus, idąc do Jerozolimy w tym momencie, odsłania siebie całkowicie wobec tych, którzy przygotowuję zamach na Jego życie. Odsłania się zresztą od dawna, głosząc to wszystko, co głosi – i nauczając, czego naucza. Czytania liturgiczne ostatnich tygodni ukazują to bardzo przejrzyście: “wjazd do Jerozolimy” stanowi nowy, zdecydowany krok na drodze ku śmierci, jaką gotują Mu przedstawiciele starszyzny żydowskiej. Nie mogły nie spotęgować niepokoju Najwyższej Rady i nie przyśpieszyć ostatecznej decyzji słowa wypowiadane przez “całe mnóstwo” pielgrzymów, zdążających wraz z Jezusem do Jerozolimy – powiedział podczas homilii wygłoszonej 30.03.1980 r. św. Jan Paweł II.

    1. Chrystus przybliża się do Jerozolimy z uczniami. Czyni to podobnie jak inni pielgrzymi, synowie i córki Izraela, którzy w tym tygodniu poprzedzającym Paschę podążają do Jerozolimy. Jezus jest jednym z wielu.

    Zdarzenie to można więc uznać za zwyczajne, jeśli sadzić po jego zewnętrznym przebiegu. Jezus przybliża się do Jerozolimy od strony Góry Oliwnej; a więc także od strony miejscowości Betfage i Betania. Tam poleca dwom uczniom przyprowadzić osiołka. Daje im dokładne wskazówki co do tego, gdzie znajdą zwierzę i jak maję odpowiedzieć tym, którzy będą pytać, w jakim celu to czynią. Uczniowie postępują ściśle według tych wskazówek. Pytającym, czemu odwiązują oślę, odpowiadają: “Pan go potrzebuje” (Łk 19, 31) – i ta odpowiedź wystarcza. Osiołek jest młody. Nikt jeszcze dotąd nie siadał na nim, Jezus będzie pierwszy. Tak więc dalszy ciąg drogi do Jerozolimy odbywa Jezus siedząc na osiołku. Od pewnego jednak momentu ta podróż, która nie miała w sobie nic niezwykłego, zamienia się w prawdziwy “wjazd do Jerozolimy”.

    Dzisiaj sprawujemy liturgię Niedzieli Palmowej, która nam ten “wjazd” przypomina i uobecnia. W specjalnym obrzędzie liturgicznym powtarzamy i odtwarzamy to wszystko, co czynili i mówili uczniowie Jezusa – bliżsi i dalsi – na owej drodze, jaka wiodła spoza Góry Oliwnej do Jerozolimy. Podobnie jak oni trzymamy w rękach gałęzie palmowe i wypowiadamy – a raczej wyśpiewujemy – słowa uwielbienia, które oni wówczas wypowiadali. Słowa te, wedle zapisu ewangelii Łukaszowej, brzmią: “Błogosławiony król, który przychodzi w imię Pańskie, Pokój w niebie i chwała na wysokościach” (Łk 19, 38).

    Poprzez niniejsze okoliczności zwyczajne wydarzenie: Jezus przybliżający się z uczniami do Jerozolimy w związku z bliskim świętem Paschy – nabiera wyraźnie znaczenia mesjańskiego. Szczegóły, jakie znajdują miejsce w ramach tego wydarzenia, wskazują na to, że dopełniają się w nim proroctwa. Wskazują również na to, że na kilka dni przed Paschą, w owym momencie swego publicznego posłannictwa, Jezus zdołał przekonać do tego posłannictwa wielu zwyczajnych ludzi w Izraelu. Oprócz najbliższych – dwunastu – szła już za Nim rzesza – “całe mnóstwo uczniów”, jak mówi ewangelia Łukasza (19,37), którzy niedwuznacznie dawali do poznania, iż widzą w nim Mesjasza.

    2. Niedziela Palmowa otwiera Wielki Tydzień Męki Pańskiej – i niesie już w sobie pełny wymiar tego Tygodnia. Dlatego też czytamy cały opis Męki Pańskiej według św. Łukasza.

    Jezus, idąc do Jerozolimy w tym momencie, odsłania siebie całkowicie wobec tych, którzy przygotowuję zamach na Jego życie. Odsłania się zresztą od dawna, głosząc to wszystko, co głosi – i nauczając, czego naucza. Czytania liturgiczne ostatnich tygodni ukazują to bardzo przejrzyście: “wjazd do Jerozolimy” stanowi nowy, zdecydowany krok na drodze ku śmierci, jaką gotują Mu przedstawiciele starszyzny żydowskiej. Nie mogły nie spotęgować niepokoju Najwyższej Rady i nie przyśpieszyć ostatecznej decyzji słowa wypowiadane przez “całe mnóstwo” pielgrzymów, zdążających wraz z Jezusem do Jerozolimy.

    Mistrz ma pełną świadomość tego. Wszystko, co czyni, czyni z tą świadomością, idąc za słowem Pisma, które przewidziało poszczególne momenty Jego Paschy. “Wjazd do Jerozolimy” był wypełnieniem Pisma.

    Odsłania się więc Jezus z Nazaretu w świetle słowa proroków, które On jeden przyjmował w całej pełni. Nie liczyło się z pełnią tego słowa ani to “całe mnóstwo uczniów”, którzy na drodze do Jerozolimy, śpiewając “Hosanna”, “wielbili radośnie Boga za wszystkie cuda, jakie widzieli” (Łk 19, 37) – ani nawet owych Dwunastu Najbliższych. Tym ostatnim miłość do Chrystusa nie pozwalała przypuścić żadnych złych myśli. Pamiętamy, jak kiedyś powiedział Piotr: “nie przyjdzie to na Ciebie”.

    Natomiast dla Jezusa słowa proroków są przejrzyste do końca: odsłaniają się przed Nim całą pełnią swej prawdy – i On sam otwiera się wobec prawdy całą głębią swojego ducha. Przyjmuje ją w całości. Niczego nie ogranicza. Znajduje w słowach proroków właściwe znaczenie powołania Mesjasza: swego powołania. Znajduje w nich wolę Ojca.

    “Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem, ani nie cofnąłem”! (Iz 50, 5)

    W ten sposób liturgia Niedzieli Palmowej zawiera już w sobie pełny wymiar Męki: wymiar Paschy. “Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mej twarzy przed zniewagami i opluciem” (Iz 50, 6). “Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, wykrzywiają wargi i potrząsają głowami…”. “Przebodli ręce moje i nogi, policzyć mogę wszystkie moje kości…”. “Dzielą między siebie moje szaty i los rzucają o moją suknię…” (Ps 22 [21], 8, 17-19).

    3. Oto liturgia Niedzieli Palmowej: pośród okrzyków rzeszy, wśród uniesienia uczniów, którzy słowami proroków głoszą i wyznają w Nim Mesjasza – On jeden, Chrystus, zna do końca prawdę swojego posłannictwa; On jeden, Chrystus, czyta do końca to, co napisali o Nim prorocy.

    W Nim też to wszystko, co powiedzieli i napisali, wypełnia się wewnętrzną prawdą Jego duszy. On już jest wolą i sercem w tym wszystkim, co w zewnętrznych wymiarach czasu jest jeszcze przed Nim: On już w tym swoim tryumfalnym pochodzie, w swoim “wjeździe do Jerozolimy” jest posłuszny aż do śmierci – do śmierci na krzyżu (Flp 2, 8).

    Pomiędzy wolą Ojca, który Go posłał, a wolą Syna trwa głębokie, pełne miłości zjednoczenie: wewnętrzny pocałunek pokoju – pocałunek odkupienia. W tym pocałunku, w tym oddaniu bez granic “Jezus Chrystus, istniejąc w postaci Bożej… ogołaca samego siebie, przyjąwszy postać sługi… uniża samego siebie” (Flp 2, 6-8). I trwa w tym uniżeniu, w tym ogołoceniu własnego wnętrza. Idzie tym wyniszczonym, ogołoconym wnętrzem – On, Syn Człowieczy – ku wydarzeniom, które przyniosą najbliższe dni. Ku wydarzeniom, wśród których to Jego wewnętrzne uniżenie, ogołocenie, wyniszczenie przyoblecze się w zewnętrzne kształty: będzie oplwany, ubiczowany, zelżony, wyszydzony, odrzucony przez własny lud, skazany na śmierć, ukrzyżowany – aż wypowie ostatnie “wykonało się” i odda ducha swego Ojcu.

    Taki jest ów “wewnętrzny” ingres Jezusa do Jerozolimy – ten, który dokonuje się w Jego duszy na progu Wielkiego Tygodnia.

    4. W pewnym momencie zbliżają się do niego faryzeusze, którzy nie mogą znieść okrzyków rzeszy na cześć Chrystusa wkraczającego do Jerozolimy – i mówią: “Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom”. Jezus odpowiada: “Powiadam wam, jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą” (Łk 19, 39 – 40).

    Rozpoczynamy dzisiaj Wielki Tydzień Męki Pańskiej w Rzymie. W tym mieście nie brak kamieni, które mówią o tym, jak dotarł tutaj krzyż Chrystusa. Jak się zakorzenił w tej stolicy starożytnego świata.

    Oby kamienie nie zawstydzały żywych ludzi. Oby serca nasze i sumienia wołały głośniej od nich!

    mp/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    To ja zobaczyłem, że to już koniec…

    wspomnienia z momentu śmierci św. Jana Pawła II

    W rocznicę śmierci św. Jana Pawła II prezentujemy wzruszający fragment książki Magdaleny Wolińskiej-Riedi „Zdarzyło się w Watykanie”, w którym moment odejścia Ojca Świętego opisuje Massimiliano – ówczesny sanitariusz w Poliklinice Gemelli w Rzymie.

    ©Wydawnictwo Biały Kruk/Adam Bujak

    ***

    – Prawie dwadzieścia lat temu watykańska służba zdrowia organizowała specjalną ekipę do opieki nad coraz bardziej schorowanym Janem Pawłem II. Pracowałem wtedy w Poliklinice Gemelli w Rzymie. Kilkakrotnie zdarzyło mi się opiekować papieżem podczas jego pobytów w tym szpitalu. Kolega, z którym tam współpracowałem, wymienił moje nazwisko, kiedy kompletowano wspomnianą ekipę. Kilka miesięcy później, w 2002 roku, trafiłem do Watykanu. Był to bez wątpienia trudny czas. Najtrudniejszy w mojej medycznej karierze. W Gemelli, gdzie pracowałem od 1990 roku, kiedy miewałem do czynienia z Ojcem Świętym, to jedynie przez kilka godzin, najwyżej kilka dni. Tutaj ta opieka miała być na stałe, a przy tym nabrała zupełnie innego, bardzo osobistego charakteru.

    (…)

    Ostatniego dnia, w sobotę, wszyscy czuwaliśmy przy łóżku Ojca Świętego. Klęczały przy nim siostry sercanki, te, które całe życie zajmowały się prowadzeniem jego domu, byli obaj sekretarze, był też kardynał Jaworski, matka Tekla – przełożona sióstr brygidek, jeśli dobrze pamiętam. Z sypialni papieskiej nie oddalał się również doktor Buzzonetti ani drugi lekarz, reanimator. Byłem też ja oraz drugi sanitariusz, Andrea.

    To ja zobaczyłem, że to już koniec… I wyłączyłem monitor, kiedy papież przestał oddychać. Zrobiłem ostatnie EKG, które potwierdziło śmierć. Walczyłem ze sobą, z własnymi emocjami. Tłumaczyłem sobie, że muszę być twardy, niewzruszony, skoro wszyscy wokół mnie są w tym momencie zrozpaczeni. W środku cały drżałem, ale nie dałem tego po sobie poznać.

    Największe wzruszenie wywołała we mnie reakcja doktora Buzzonettiego, który płakał jak dziecko. Przez te wszystkie lata nie tylko był osobistym lekarzem papieża, ale też stał się jego prawdziwym przyjacielem. Jego rozpaczliwy płacz uświadomił mi jeszcze mocniej, jak wielką stratą była śmierć Jana Pawła II i jak wielkim był on człowiekiem. Był przepełniony dobrem, a nade wszystko wiarą. Miał niesamowicie silną wiarę w Boga – może zabrzmi to niewiarygodnie i górnolotnie, ale dla mnie papież był cały przeniknięty Bogiem.

    Kiedy obejmowałem go ramionami, by go podtrzymać, przenieść czy obrócić, czułem niewytłumaczalną moc ducha, coś wielkiego, nieopisanego, co w nim drzemało. Czegoś takiego nie doświadczyłem nigdy, zbliżając się do żadnej innej osoby. Oczywiście w momencie kiedy stwierdziliśmy, że funkcje życiowe Ojca Świętego definitywnie ustały, ruszyła cała machina ceremoniału związanego ze śmiercią głowy Kościoła. Zaczęli wchodzić kardynałowie, by oddać mu pokłon, a niedługo potem zabraliśmy się do przygotowania ciała papieża do wystawienia go publicznie. Pojawił się kardynał kamerling, który przystąpił do obrzędu ogłoszenia zgonu, zgodnie ze wskazówkami zawartymi w Ordo exsequiarum (Ceremoniale pogrzebu).

    Po chwili dołączyli też ceremoniarze z Urzędu Papieskich Ceremonii Liturgicznych ze szkatułą pełną szat przewidzianych na okoliczność śmierci następcy świętego Piotra.

    Magdalena Wolińska-Riedi – “Zdarzyło się w Watykanie”/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Problemem nie jest Jan Paweł II

    Jakoś jestem spokojny o Jana Pawła II. Jeśli o kimś mógłbym powiedzieć, że jest na pewno święty, to o nim. Nie dlatego, że został beatyfikowany i kanonizowany, bo to jest tylko konsekwencja. Dlatego, że po prostu był święty. Dotąd mi w uszach brzmią słowa, które ks. Konrad Krajewski – wtedy jeszcze ceremoniarz papieski – w Kolegium Polskim w Rzymie powtarzał jak refren: „Dotykałem świętego. Dlaczego nie zostałem świętym?”.

    Koronacja cudownego obrazu Matki Bożej Opolskiej na Górze św. Anny, 21 czerwca 1983 r.

    Koronacja cudownego obrazu Matki Bożej Opolskiej na Górze św. Anny, 21 czerwca 1983 r.

    Reprodukcja Łukasz Krzysztofka

    ***

    Nie boję się akt, archiwów i świadków, tak jak nie boję się, że ktoś znajdzie jakiś starożytny manuskrypt, które będzie miał inną wersję Ewangelii. Jest bowiem za wiele świadectw, które potwierdzają jej zgodność, żeby lękać się o to, co z tymi świadectwami może nie być zgodne. Miliony ludzi na całym świecie śledziło papieża z daleka i z bliska. I jeśli wołaliśmy „Santo subito”, to nie dlatego, że wybraliśmy emocje i rezygnację z solidnych badań. Po prostu było to tak oczywiste jak słońce i księżyc, a świadków tego, że nie ma się do czego przyczepić było więcej niż lądowania Amerykanów na księżyc.

    Problem nie jest z Janem Pawłem II. Problem jest z nami. Coś dziwnego dzieje się w społeczeństwie i to jest widoczne przynajmniej na siedmiu płaszczyznach.

    Po pierwsze, nie zależy nam na rozwiązywaniu prawdziwych problemów. W styczniu 2013 trzy razy dziennie sprawdzałem, co na temat Kościoła i księży piszą na głównej stronie portale gazeta.pl, onet. pl. i interia.pl. Okazało się, że ilość artykułów na głównej mówiąca na ten temat wahała się między 30 a 60 w zależności do portalu i prawie wszystkie były negatywne, tzn. mówiące o negatywnym zachowaniu księży. W styczniu 2023 roku zrobiłem podobnie, z tym, że sprawdzałem raz dziennie i dodałem jeszcze wirtualna.pl. Z grubsza (bo zawsze coś mogłem pominąć) na głównej stronie na temat Kościoła i księży było tekstów: 27 (Interia), 28 (WP), 40 (Gazeta) a nawet 45 (Onet). Księży w Polsce jest 30 tysięcy, 4 razy więcej jest lekarzy, 5 razy więcej jest żołnierzy, 20 razy więcej jest nauczycieli, ale ilość artykułów na temat innych profesji jest zdumiewająca niska. A przecież wystarczy zejść z Internetu do realu, żeby zobaczyć, że problemy, którymi żyją ludzie są naprawdę inne. Ale nam jako społeczeństwu nie zależy na rozwiązywaniu prawdziwych problemów. I to jest pierwszy nasz problem.

    Po drugie, nie zależy nam na faktach. Były badania GUS-u na temat przyczyn małej dzietności Polaków. Każdy mógł je zobaczyć. Abp Jędraszewski w liście na Wielki Post wymienił te, które były najczęstsze. Rozpętała się burza. To nic, że z badań wynikało, że tylko 2% podaje za przyczynę zbyt małej mieszkanie. I nawet można by zrozumieć sławny list Polki, bo przecież ktoś może się w tych 2% procentach znajdować. Ale jeśli największe portale – także katolickie – szerują problemy z przewijakami i nawet jedna czy drugi profesor mówią w mediach, że przyczyną braku otwarcia na życie – wbrew badaniom – są problemy finansowe, to o co nam chodzi? Nam jako społeczeństwu coraz mniej zależy na faktach. I to jest drugi nasz problem.

    Po trzecie, nie zależy nam na prawdzie. Wybuchła afera z ks. Stryczkiem. Kilkaset świadków przesłuchanych. Nie skażą go za mobbing. „Ale jest winny, choćby sąd inaczej orzekł, bo to są takie sprawy, których się nie da udowodnić”. Wybuchła sprawa z bp. Szkodoniem. Był proces. Nie stwierdzono winy. „Ale skoro nie ma pewności, że nic nie było, na pewno coś było”. To samo z kard. Dziwiszem. Przyjechał z Rzymu kard. Bagnasco. Sprawdzał zarzuty tuszowania pedofilii. Zarzuty się nie potwierdziły. „Ale skoro się znali z Rzymu, to na pewno poszło po znajomości”. Nam jako społeczeństwu nie zależy na prawdzie. Zależy nam na tym, żeby nasza opinia była prawdą, a nie żeby prawda była naszą opinią. I to jest nasz trzeci problem.

    Po czwarte, nie zależy nam na żadnych archiwach. Przerabialiśmy to już przy okazji lustracji a jeszcze bardziej w sprawie McCarrricka. Raport był zrobiony rzetelnie. Każdy mógł go przeczytać. I każdy kto umie czytać, zobaczył, że nie można oskarżać papieża w tej sprawie. Pomogło? Nie. Wystarczy poczytać niektóre teksty a jeszcze lepiej komentarze. Tysiące ludzi dalej uważa i powtarza jak mantrę, że papież jest winny. Dlatego rozpowszechnia się zdjęcie papieża z McCarrrickiem, wypowiadając słowa o „drapieżcy seksualnym” i sprawa gotowa. Zmieniły coś badania archiwów? Nie. Bo nam jako społeczeństwu nie zależy na archiwach. Nam zależy na hakach. I to jest nasz czwarty problem.

    Po piąte, nie zależy nam na ofiarach. Gdyby nam zależało na ofiarach, to byśmy walczyli z pedofilią a nie z pedofilią w Kościele. Jeśli nauczyciel widzi, że cała klasa ściąga na sprawdzianie i wpisuje ocenę niedostateczną tylko prymusowi, to czy nauczycielowi zależy na tym, żeby cała klasa nie ściągała? Nie. Zwłaszcza, że cała klasa cieszy się, że prymus dostał pałę. Gdyby nam zależało na ofiarach, to byśmy sprawdzili wszystkie archiwa, wyłapali każdego SB-ka, który złamał życie niejednej osobie. Wyrzucili z sejmu i sądów ludzi, którzy przyłożyli rękę do rządów komuny. Zrobilibyśmy narodowy program walki z pedofilią, informowali na portalach, jak sobie radzi z tym Kościół a jak nauczyciele, jak lekarze a jak terapeuci. Przepytali świat celebrytów i dziennikarzy. Ale nam nie zależy na ofiarach. Raz skrzywdzeni staję się narzędziem partykularnych interesów. I to jest nasz piąty problem.

    Po szóste, nie umiemy myśleć. Przecież każdą sprawę musi się rozpatrywać w szerszym kontekście, również historycznym. Czy naprawdę mądrym jest oskarżać katolickich lekarzy za to, że sto lat temu operowali bez masek? Czy można śmiać się ze starożytnych uczonych za to, że uważali, że ziemia jest płaska? Nigdy nie wolno przerzucać swoich pojęć i rozumienia wiedzy na czasy, kiedy takiej wiedzy nie było! Historia lubi się powtarzać. I wierzę gorąco w to, że tak jak my oskarżamy poprzednie pokolenia, oskarżą i nas. Nie wiem za co. Czy za pozwalanie od najmłodszych lat na smartfony, czy za to, że będąc tak wykształceni, nie rozumieliśmy, że aborcja to zabójstwo. Nie wiem za co. Ale jeśli społeczeństwo nie postawi na homo sapiens, to homo emoticus na pewno nie będzie przejmował się, jaka była historyczna prawda, tylko wsadzi nas w takie ramy, jakie mu będą pasować. Nie potrafimy zgodzić się na prymat myślenia nad emocjami. I to jest nasz szósty problem.

    Po siódme, jesteśmy nielogiczni. Jeśli ktoś mówi, że nie rozumie, jak papież mógł nie zrobić więcej dla ofiar, a afiszuje się profilem wspierającym marsz za aborcją, jeśli ktoś strzela do kamery, że episkopat to dno a nie zna nawet 10% biskupów, to nie ma w tym żadnej logiki. Logika jest nieodłączną częścią prawdy. I nie będzie prawdy tam, gdzie nie będzie logicznego myślenia. Nie potrafimy logicznie myśleć, coraz mniej łączymy przyczyny ze skutkami, nie przeszkadza nam, że to się nie trzyma kupy, bo światem zaczęły rządzić lajki a nie logika. Stąd również nie oblejemy studenta, bo choć logicznie tyle mu się należy, tak zrobić nie można, bo nas lubił nie będzie. Zdecydowaliśmy się jako społeczeństwo, że lubienie jest ważniejsze niż logika. I to jest nasz siódmy problem.

    Problemem nie jest Karol Wojtyła II, bo jemu zależało na prawdzie i ta prawda go wyzwoliła. Problem jest z nami. On nas przeprowadził przez Morze Czerwone. Nam zachciało się na nowo Egiptu. Nie prawdy, do której dochodzi się przez krzyż, ale faraonów emocji, manipulacji, krzyków i podziałów. I jak tak dalej pójdzie, skończymy zniewoleni każdy własną wizją przeszłości. Jak rodacy Jezusa, którzy potrafili nawet zapłacić za to, żeby rozgłaszać, że Chrystus nie zmartwychwstał.

    ks. Wojciech Węgrzyniak/wegrzyniak.com/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie sądzę

    Sąd Piłata (Pasja Rothenburska). XV w. Autor nieznany.
Reichsstadtmuseum.
Rothenburg nad Tauberem,
Niemcy.

    Sąd Piłata (Pasja Rothenburska).

    XV w. Autor nieznany. Reichsstadtmuseum. Rothenburg nad Tauberem, Niemcy

    ***

    W każdym procesie chodzi o prawdę. Także wtedy, gdy siedzi ona na ławie oskarżonych.

    Wyrok „winien” zapadł, zanim ks. Adam Rucki stanął przed sędziami. Wcześniej, zanim go zamknęli, pracował z młodzieżą. Do kościoła w Jabłonkowie ściągali młodzi z całej okolicy. W komunistycznych Czechach to była rzecz nie do przyjęcia. Miarka się przebrała, gdy 33-letni wtedy kapłan ochrzcił syna komunistki. Szpicel wszystko doniósł. Ksiądz Adam trafił za kratki. W roku 1985 odbył się proces. Trwał dwa dni. Wreszcie przyszedł czas na ostatnie słowo oskarżonego. Ksiądz Adam przygotował sobie przemowę, ale…

    – Duch Święty wszystko mi wygumował – opowiada. – Nie wiedziałem, jak się nazywam. Zacząłem mówić, jak Jezus nauczył mnie kochać. Także tego człowieka, który mnie wydał. Powiedziałem sędziom: „On nie wie, co czyni. I wam tu, z tego miejsca z serca przebaczam”. A potem nie wiem już, co mówiłem. Pamiętam ostatnie zdania. Popatrzyłem na sędziów i powiedziałem: „Ja tu stoję przed wami, ale pewnego dnia wszyscy staniemy przed sędzią sędziów. Ja chciałbym wtedy spojrzeć Mu w twarz z uśmiechem. Dlatego róbcie, co musicie, panowie”. Ludzie płakali, sędziowie byli bladzi jak ściana. Duch Święty na sali sądowej wiał jak tajfun, atmosfera była niesamowita. Potem pomyślałem: „Po co się przygotowywałem? Przecież Pan Jezus powiedział, że w takiej chwili Duch waszego Ojca będzie przez was przemawiał”. Teraz zobaczyłem, jak te słowa Ewangelii się wypełniły.

    Ustawianie wyroku

    Jest coś mistycznego w sytuacjach, gdy prawda ściera się z kłamstwem. „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” – powiedział Jezus, stojąc przed sądem Piłata. „A cóż to jest prawda?” – zapytał cynicznie namiestnik. Nie miał pojęcia, że Prawda stoi przed nim. Jezus jest prawdą. Osobową. „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” – mówi sam o sobie.

    Bóg „nie może się zaprzeć siebie samego” – powie apostoł. A siedem wieków wcześniej Izajasz prorokował o Nim: „W Jego ustach kłamstwo nie postało”. Ten, który jest prawdą, zna całą prawdę i mówi zawsze prawdę. A zwykły śmiertelnik? Mimo postępów cywilizacyjnych jesteśmy jak dzieci we mgle. Nie znamy wektorów wyznaczających kierunek zdarzeń, a i zdarzenia dostrzegamy wycinkowo. Co my wiemy o sobie, o innych, o świecie? Sokrates doszedł do tego: „Wiem, że nic nie wiem”. Oto szczyt ludzkiej mądrości – świadomość własnej niewiedzy.

    Na tej mizernej podstawie sądzimy i wyrokujemy. Nie ma dramatu, gdy wyrokujący ma dobrą wolę, jeśli szczerze chce poznać prawdę i wydać uczciwy wyrok. Gorzej, gdy prawda osądzającemu przeszkadza. Tak jak to było wtedy, w tym procesie procesów, gdy jedyny Sprawiedliwy stanął przed trybunałem sług kłamstwa.

    „Tymczasem arcykapłani i cała Wysoka Rada szukali fałszywego świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić” – czytamy u Mateusza. Bo decyzja zapadła kilka dni wcześniej, po tym, gdy Jezus wskrzesił Łazarza. „Tego więc dnia postanowili Go zabić” – czytamy u Jana.

    Gdy sędziowie mają cel inny niż sprawiedliwość, szanse na uczciwy wyrok maleją do zera. A gdy celem tym jest zgładzenie podsądnego, tak samo maleją szanse jego przeżycia.

    Nie żeby sędziowie Jezusa tak po prostu chcieli Go zabić. Nie, skądże. Oni szlachetni byli. Sam arcykapłan „Kajfasz poradził Żydom, że warto, aby jeden człowiek zginął za naród”. O naród podobno chodziło, o cel nadrzędny, który – no trudno – czasem wymaga ofiar.

    Jak widać, zasada „cel uświęca środki” była stosowana na długo przed tym, jak sformułował ją Machiavelli. Kto ją stosuje, nigdy nie ma czystych intencji, także wtedy, gdy sam to sobie skutecznie wmawia. Oficjalnie nikt nigdy świadomie nie skazuje niewinnego z podaniem prawdziwych przyczyn. Skazaniec musi wyglądać na takiego, który zasłużył na wyrok. Tak jak się to w 1966 roku przydarzyło paulinowi o. Krzysztofowi Kotnisowi, faktycznie skazanemu przez PRL za nazywanie aborcji morderstwem. Dostał dwa lata więzienia z utratą praw publicznych i obywatelskich za „rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, mogących wyrządzić istotną szkodę interesom państwa polskiego”. Pozwolono mu wygłosić ostatnie słowo: „Przyjmuję cierpienie dla sprawiedliwości” – powiedział. Wiedział, czyje to słowa. „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” – obiecał Jezus. Ojciec Krzysztof wiedział, że te słowa są także dla niego. Mimo bólu – uszczęśliwiające.

    Nie zawsze ofiary fałszywych procesów dożywają ziemskiej rehabilitacji, ale osoby postronne z reguły łatwo rozpoznają rzeczywiste motywy prześladowców. W sądzie nad Jezusem nikt chyba na serio nie uwierzył w gadanie o „dobru narodu”. Nawet dla Piłata to było jasne. „Wiedział bowiem, że przez zawiść Go wydali” – relacjonuje Mateusz.

    Jest wielbłądem

    Zanim jednak sprawa trafiła przed namiestnika, proces nie szedł łatwo. Nawet podstawieni „świadkowie” nie dawali rady. Kłamstwo, biegnąc na swoich krótkich nóżkach, co chwila dostawało zadyszki. „Wielu wprawdzie zeznawało fałszywie przeciwko Niemu, ale świadectwa te nie były zgodne” – podaje Marek. Zawsze tak jest. W obliczu niewinności podstęp się plącze, zaprzecza sam sobie i sam siebie kompromituje. W końcu dwaj kłamcy zeznali: „On powiedział: »Mogę zburzyć przybytek Boży i w ciągu trzech dni go odbudować«”.

    Typowa półprawda. Naprawdę Jezus powiedział: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”. Różnica z pozoru drobna, ale istotna. W fałszywym zeznaniu wygląda to tak, jakby się Jezus chełpił zdolnością robienia sztuczek, i to kosztem przybytku samego Boga. „On zaś mówił o świątyni swego ciała” – wyjaśnia ewangelista Jan.

    Z opisu Mateusza wynika, że Jezus nie reagował na fałszywe oskarżenia. „Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciwko Tobie?” – zdziwił się najwyższy kapłan. „Lecz Jezus milczał” – czytamy. Nie zaszczycił oczywistego kłamstwa polemiką, nie poniżył się tłumaczeniem z gatunku „nie jestem wielbłądem”. Przemówił dopiero wtedy, gdy arcykapłan zapytał Go wprost, dotykając samej istoty Jego misji: „Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?”.

    Są takie chwile, gdy nie można stosować uników, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie za to zapłacić. To była taka chwila. „Tak, Ja Nim jestem” – zabrzmiały nieprawdopodobne słowa. Tak nieprawdopodobne, że dla takich ludzi jak członkowie trybunału okazały się nie do przyjęcia. Mesjasza może by jeszcze przełknęli. Wiedzieli, że miał nadejść, czekali na niego – ale Syn Boży? Jak człowiek może powiedzieć coś takiego? Rzeczywiście – nikt nigdy nie miał prawa tego powiedzieć. Tylko Jezus, On jeden jedyny. Nie mógł inaczej: bo to była prawda.

    Znamienne: Jezus nie prowokuje wypadków, nie wypowiada bez potrzeby słów, które przesądzą o jego losie. Wcześniej, gdy Piotr powiedział: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”, On surowo zabronił uczniom o tym mówić. Teraz daje świadectwo prawdzie, bo dać je trzeba. Tak samo będą robić pokolenia męczenników, łączących swoje cierpienie z męką Jezusa. Takie będzie doświadczenie i tych chrześcijan, których skażą rzymskie trybunały, i tych prześladowanych w wiekach późniejszych, i tych niedawno zarzynanych przez islamistów. Nie będą pewnymi siebie pyszałkami, pokrzykującymi jak Piotr: „Panie, z Tobą gotów jestem iść nawet do więzienia i na śmierć”. Będą liczyli na łaskę męczeństwa. I gdy alternatywą będzie zaparcie się wiary, otrzymają tę łaskę: z podniesionym czołem powiedzą: „Jestem chrześcijaninem”.

    Odruchy stadne

    Dalej jest już chóralne „Ukrzyżuj!” na placu przed siedzibą namiestnika. Jak to możliwe? Przecież dopiero co tłumy krzyczały „Hosanna!”. Jeszcze nie zwiędły zerwane wtedy liście palmowe, a już taka zmiana opinii społecznej? Wielu z ludzi, którzy tam byli, musiało znać Jezusa, a przynajmniej słyszeć o Nim dobre rzeczy. Głośno było o Nim od wybrzeża Morza Czerwonego po górę Hermon – że uzdrawia, wskrzesza, złe duchy wygania, rozmnaża chleb. Nikt nie doznał od Niego żadnej krzywdy, wszędzie za to było mnóstwo ludzi, którzy swoim odzyskanym wzrokiem, zdrowym ciałem i duchem świadczyli o otrzymanych od Niego niesłychanych dobrodziejstwach. Aż tu nagle okazuje się, że nawet zbója wolą od Jezusa.

    Tyle warte jest poparcie społeczne. Łaska społeczna jeździ na pstrym koniu, który nie kieruje się prawdą, tylko nastrojem i emocjami, a żywi się fejkami. Parę fałszywych wiadomości, parę podstępnych sugestii i niezobowiązujących obietnic podsuniętych przez cyników – i gotowe. Jakie to prawdziwe przysłowie, że gdy kto wszedł między wrony, zacznie krakać jak i one.

    Pewnie gdyby każdego z osobna zapytać o przyczynę tej nagłej nienawiści, okazałoby się, że właściwie to nikt nie ma nic przeciw Jezusowi, a nawet każdy jest jego zwolennikiem, tylko że tak, no wiecie, „w sercu”.

    Zostanie szczęście

    Jest coś błogosławionego w procesach wytaczanych ludziom za ich zaangażowanie na rzecz sprawiedliwości: oskarżony jest błogosławiony. Czyli szczęśliwy. „Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie” – zapowiada Jezus w Kazaniu na Górze. Zatem znoszenie urągań i wysłuchiwanie o sobie kłamstw nie oznacza konieczności natychmiastowego prostowania i ripostowania. To dym, „nastrój społeczny”, który rozwieje się równie nagle, jak się pojawił. Poczekaj, burza minie. Pozostanie błogosławieństwo, które ma swoje korzenie w ofierze, jaką poniósł Jezus znoszący dobrowolnie najbardziej krzyczącą niesprawiedliwość. Owocu tego błogosławieństwa zakosztował także ks. Adam Rucki. Dziś pełni funkcję ojca duchownego kapłanów diecezji ostrawsko-opawskiej. Jest szczęśliwym kapłanem. Największa i wspaniała niespodzianka przyszła jednak w 2011 roku, gdy ks. Adam prowadził rekolekcje w Trzyńcu. Na zakończenie podszedł do niego wiekowy mężczyzna. – Ksiądz mnie poznaje? To ja księdza osądziłem przed dwudziestu pięciu laty. Wtedy byłem niewierzący, ale uwierzyłem w Jezusa – powiedział ze łzami w oczach.

    – Padliśmy sobie w ramiona, popłakaliśmy się. „Bracie, witaj w Kościele!” – powiedziałem. Szaweł stał się Pawłem, Dzieje Apostolskie ciągle aktualne! Wszystko działa! Nie wiem, czy przed śmiercią zakosztuję jeszcze większego szczęścia – cieszy się ksiądz.

    Prawda zawsze zwycięża. Bo Jezus jest prawdą.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 1 KWIETNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 18.00

    MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI MĘKI PAŃSKIEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięciu pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    *****

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC KWIECIEŃ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się o większe propagowanie kultury rezygnacji z przemocy, do której prowadzi coraz rzadsze używanie broni, zarówno przez państwa, jak i obywateli.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Panie Jezu Chryste, otwórz oczy mojego serca, abym mógł każdą chwilę swojego życia przeżywać darem Bożej Mądrości. Bądź uwielbiony za “Twoją klęskę” na kalwaryjskiej drodze w oczach świata, bo dzięki tej klęsce świat, przez który przechodzą wciąż nowe pokolenia, otrzymał największy dar. Odtąd każdy człowiek, jeżeli tylko zechce, już tu na tym świecie, może wchodzić do Bożego Domu i staje się jego domownikiem. Drzwi są otwarte – otwarte na oścież od czasu tej jedynej i najważniejszej Nocy. Dlatego ta Noc jest Wielkanocą.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – marzec 2023

    CZAS WIELKIEGO POSTU

    jest szczególnym czasem do nawrócenia naszego serca:

    “NAWRACAJCIE SIĘ I WIERZCIE W EWNGELIĘ”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 Hyndland St. Glasgow, G11 5PS

    ____________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Niedziela

    *****

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 MARCA PIĄTEK V TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.30 – DROGA KRZYŻOWA

    Jezus staje przed Piłatem. Ten fakt budzi nasze wątpliwości jak również medialną, sensację. Czy Oskarżony jest wiarygodny i prawdziwy, skoro Jego Królestwo nie jest z tego Świata?
    Chrystus pogrąża się w mroku, zamyka oczy przed ziemskim prawem, gdyż wie, że nie jest podsądnym, lecz Sędzią Niebieskim, który ponownie przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Będzie Boskim Sędzią, dobrym i naturalnym jak słońce, w przeciwieństwie do Piłata, któremu przyświeca sztuczny blask reflektorów, aby wszyscy widzieli, jak obmywa ręce z krwi Baranka.
    Chrystus Król z Pierwszej Stacji Drogi Krzyżowej Jerzego Dudy Gracza

    ***

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    ++++++++++++++

    NOCNA DROGA KRZYŻOWA W GLASGOW

    Wspólnota mężczyzn Świętego Józefa zaprasza do udziału

    w nocnej Drodze Krzyżowej z piątku 31 marca na sobotę 1 kwietnia

    Trasa Drogi Krzyżowej rozpocznie się  z kościoła św. Anny o godz. 20.30

    zatrzymując się przy 14 kościołach katolickich adorując w ciszy w modlitewnym skupieniu

    OBECNEGO PANA JEZUSA W NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENCIE

    Przejście Drogi Krzyżowej będzie trwało ponad 5 godzin, ponieważ jest to dystans około 25 km.

    Na zakończenie Drogi Krzyżowej zostanie odprawiona Msza św. w kościele św. Józefa w Clarkston około 02:00 rano.

    STACJE DROGI KRZYŻOWEJ:

    StartNazwa kościołaAdresStacja
    1St Mary’s89 Abercromby St, Glasgow G40 2DQI
    2St Alphonsus217 London Rd, Glasgow G40 2STII
    3St Mungo’s52 Parson St, Glasgow G4 0RXIII
    4St Aloysius25 Rose St, Glasgow G3 6REIV
    5Polish Catholic Mission in Glasgow4 Parkgrove Terrace, Glasgow G3 7SDV
    6Glasgow University Catholic Chaplaincy13-15 Southpark Terrace, Glasgow G12 8LGVI
    7St Peter’s46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PSVII
    8St Simon33 Partick Bridge St, Glasgow G11 6PQVIII
    9St Patrick137 William St, Glasgow G3 8URIX
    10Metropolitan Cathedral of St Andrew196 Clyde St, Glasgow G1 4JYX
    11Blessed John Duns Scotus270 Ballater St, Glasgow G5 0YTXI
    12Holy Cross113 Dixon Ave, Glasgow G42 8ERXII
    13St Helen’s32 Langside Ave, Shawlands, Glasgow G41 2QSXIII
    14St Joseph’s2 Eaglesham Rd, Clarkston, Glasgow G76 7BTXIV

    ______________________________________________________________________________________________________________

    To było jedno z jego ukochanych nabożeństw. Przeżyj Drogę Krzyżową z Janem Pawłem II

    To było jedno z jego ukochanych nabożeństw. Przeżyj Drogę Krzyżową z Janem Pawłem II
    fot. screenshot – YouTube (Radio Maryja)

    ***

    Św. Jan Paweł II niemal każdego dnia modlił się rozważając Drogę Krzyżową. Rozumiał, że tylko biorąc krzyż, można rzeczywiście stać się uczniem Jezusa. Zagłębianie się w tajemnie Golgoty pomagało mu odważnie brać każdego dnia swój własny krzyż. Prosząc o jego wstawiennictwo, razem ze świętym papieżem rozważmy Drogę Krzyżową.

    STACJA I
    Jezus na śmierć skazany

    Synu, kiedy odejdziesz, wzbierająca głębio
    odwieczna,
    w której wszystko ujrzałem –
    Ojcze, Miłość oznacza konieczność
    Wzbierania chwałą.
    (…)
    Synu, kiedy odejdziesz, Miłość odwieczna,
    któż ogarnie Cię nurtem najbliższym?

    Ojcze, opuszczam Twoje wejrzenie wzbierające
    zalewem słonecznym,
    obieram oczy ludzkie –
    obieram oczy ludzkie zalane światłem
    pszenicznym.

    (Pieśń o Bogu ukrytym, I. 14 )

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA II
    Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

    Uwielbiam cię, siano wonne, bo znajduję
    w tobie
    dumę dojrzałych kłosów.
    Uwielbiam cię, siano wonne, któreś tuliło w sobie
    Dziecinę bosą.

    Uwielbiam cię, drzewo surowe, bo nie znajduję skargi
    W twoich opadłych liściach.
    Uwielbiam cię, drzewo surowe, boś kryło Jego barki
    W krwawych okiściach.

    Uwielbiam Cię, blade światło pszennego chleba,
    w którym wieczność na chwilę zamieszka,
    podpływając do naszego brzegu
    tajemną ścieżką.

    (Pieśń o Bogu ukrytym I. 11)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA III
    Pierwszy upadek Jezusa

    Nadzieja dźwiga się w porę ze wszystkich miejsc,
    jakie poddane są śmierci –
    nadzieja jest jej przeciwwagą,
    w niej świat, który umiera,
    na nowo odsłania swe życie.

    (Rozważania o śmierci IV. 1)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA IV
    Spotkanie z Matką

    Mój Synu – w tamtej mieścinie,
    gdzie ludzie znali nas razem,
    mówiłeś do mnie “matko”
    – i nikt nie przejrzał w głąb
    mijanych dnia każdego zdumiewających
    zdarzeń a życie Twoje się zlało z życiem
    ludzi ubogich, do których chciałeś
    należeć przez ciężką pracę rąk.

    Lecz ja wiedziałam, że światło,
    które snuje się w owych zdarzeniach
    jak włókno iskry głębokie pod korą dni
    jest Tobą. Nie było ono ze mnie –

    A ileż więcej miałam Ciebie w tym blasku
    i w tym milczeniu, niż miałam Ciebie
    z owocu ciała mojego i krwi. (…)
    Synu mój trudny i wielki, Synu mój prosty,
    przywykłeś we mnie na pewno do myśli
    wszystkich ludzi –
    w cieniu tych myśli czekasz głębokiej
    chwili serca, która się w każdym
    człowieku inaczej zaczyna
    a we mnie jest pełna matki –
    i pełnią tą nigdy się nie utrudzi.

    (Matka I. 3, I. 4)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA V
    Szymon z Cereny pomaga dźwigać krzyż

    Duch się przesunął nagle, a ciało jeszcze zostało
    na dawnym swoim miejscu. Dlatego ogarnął mnie
    ból.

    I trwać on będzie tak długo, aż nie dojrzeje ciało
    w duchu znajdzie pokarm dla siebie, a nie jak
    dotąd głód.

    To są chwile, gdy miłość boli: tygodnie, miesiące, lata.
    Język i podniebienie jak korzeń suchego drzewa
    (…)

    Lecz suszę całego świata
    nie ja odczuwam, lecz On.
    (…)

    Chcę jednak być sprawiedliwy, więc targuję się
    z wami, siepacze, o tego drugiego Człowieka
    – (a przecież chcę wrócić do miasta).
    Targuję się z wami o to,
    co sprawiedliwość każe,
    co mnie słusznie winno ominąć,
    a co dla Niego jest łaską.

    (Profile Cyrenejczyka II. 11; III)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA VI
    Weronika ociera twarz Jezusowi

    Nikt Ci nie przeszkodził, Weroniko.
    Jesteś blisko. Ta chusta stała się wołaniem serc,
    wszystkich onieśmielonych serc, które przestają
    się przedzierać, widząc, że ścieżka twa
    jest równoległa do drogi Skazańca.
    (…)

    On odszedł. Kiedy odchodzi człowiek, bliskość
    ulatuje jak ptak, w nurcie serca zostaje wyrwa,
    w którą się wdziera tęsknota.

    Tęsknota – głód bliskości.

    ODKUPIENIE jest nieustanną bliskością
    TEGO, KTÓRY ODSZEDŁ.

    Ciemniejące płótno w twoich rękach przyciąga
    Niepokój świata.

    Stworzenia pytać będą o życiodajne źródło,
    które bije z twojej postaci
    Weroniko, siostro –

    Odkupienie szukało twego kształtu, by wejść
    w niepokój wszystkich ludzi.

    (Odkupienie szukało twego kształtu, by wejść w niepokój wszystkich ludzi IV. 4)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA VII
    Jezus drugi raz upada pod krzyżem

    (…)
    i mówiłeś
    uniżę się, bracie, uniżę
    nie osamotnię nigdy twoich oczu,
    naprzód ukryję się w krzyżu,
    potem chlebem w dojrzałym zbożu.
    Więc myślę:
    dlatego tak się uniżasz,
    by nie osamotnić w kosmosie
    moich ramion dalekich od krzyża (!!!)
    i mych oczu oddanych tęsknocie.

    (Pieśń o Bogu ukrytym II. 6)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA VIII
    Jezus pociesza płaczące niewiasty

    Pan, gdy się w sercu przyjmie, jest jak kwiat,
    spragniony ciepła słonecznego.
    Więc przypłyń światło z głębin nie pojętego dnia
    i oprzyj się na mym brzegu.
    Płoń nie za blisko nieba
    I nie za daleko.
    Zapamiętaj, serce, to spojrzenie,
    w którym wieczność cała ciebie czeka.

    Schyl się, serce, słońce przybrzeżne,
    zamglone w głębinach ócz,
    nad kwiatem niedosiężnym,
    nad jedną z róż.

    (Pieśń o Bogu ukrytym I. 7)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA IX
    Jezus trzeci raz upada pod krzyżem

    Aż dotąd doszedł Bóg i zatrzymał się krok od
    nicości,
    tak blisko naszych oczu.
    Zdawało się sercom otwartym, zdawało się sercom
    prostym,
    że zniknął w cieniu kłosów

    (Pieśń o Bogu ukrytym I. 12)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA X
    Jezus z szat obnażony

    Jesteś jednakże straszliwie niepodobny do Tego,
    którym jesteś –
    natrudziłeś się w każdym z nich.
    Zmęczyłeś się śmiertelnie.
    Wyniszczyli Cię –
    To się nazywa Miłosierdzie.

    Przy tym pozostałeś piękny.
    Najpiękniejszy z synów ludzkich.
    Takie piękno nie powtórzyło się już nigdy później –
    O, jakieś trudne piękno, jak trudne.
    Takie piękno nazywa się Miłosierdzie.

    (Ecco homo)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA XI
    Jezus do krzyża przybity

    DRZEWO mówiło tak:
    nie lękaj się, gdy umieram – nie lękaj się ze mną
    umrzeć, nie lękaj się śmierci – bo patrz, odzywam:
    śmierć tylko dotknęła kory.
    Nie lękaj się ze mną umrzeć i odżyć.
    Zasklepi się znak.
    Dojrzeję w nim wszystko na nowo –
    I owoc nie opadnie ciężarem własnym.
    DRZEWO odda owoce Temu, kto je szczepił –
    będziecie pożywać owoce wyrosłe na Mnie,
    Zranionym Drzewie.  

    (Opowieść o drzewie zranionym 4)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA XII
    Jezus na krzyżu umiera

    (…)
    Czy ty wiesz, czy ty wiesz, mój bracie
    jak miłuje nas Ojciec nasz?

    Ale głębi owych słów nikt nie zna,
    ale przyczyn najdalszych nikt nie wie,
    jaka to męka była bezbrzeżna
    ta samotność na krzyżowym drzewie.

    Lecz nie krew, która w drzewie rozkwitła,
    jak rozkwita każdy trud w jutrzejszym chlebie –
    tylko to odepchnięcie od Ojca,
    to odtrącenie…

    Za te słowa: Czemuś mnie opuścił,
    Ojcze, Ojcze – za Matki płacz –
    Ja na wargach Twoich odkupiłem
    dwa najprostsze słowa: Ojcze Nasz.

    ( Pieśń o Bogu ukrytym II. 10)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA XIII
    Jezus zdjęty z krzyża i oddany swojej Matce

    Proszę Cię, byś mnie ukrywał
    w miejscu niedostępnym,
    w nurcie cichego podziwu
    lub w nocy posępnej.

    bo wiem o takim ukryciu,
    że w nim nic nie rozproszę z tych słońc,
    które płoną pod horyzontem
    spojrzeń utkwionych w głąb.

    A wtedy dokona się cud przemiany:
    Oto Ty staniesz się mną –
    ja – eucharystyczny.

    (Pieśń o Bogu ukrytym II. 13)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA XIV
    Jezus złożony do grobu

    Jest taka Noc, gdy czuwając przy Twoim grobie,
    najbardziej jesteśmy Kościołem
    – jest to noc walki, jaką toczy w nas rozpacz
    z nadzieją: ta walka wciąż się nakłada
    na wszystkie walki naszych dziejów,
    napełnia je wszystkie w głąb
    (wszystkie one – czy tracą swój sens?
    Czy go wtedy właśnie zyskują?).

    Ten Nocy obrzęd ziemi dosięga swego początku.
    Tysiąc lat jest, jak jedna Noc.
    Noc czuwania przy Twoim grobie.

    (Wigilia Wielkanocna 1996)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    adonai.pl/fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jan Paweł od Krzyża

    Jan Paweł II wypełnił prorockie polecenie kard. Wyszyńskiego: „Wprowadź Kościół w III tysiąclecie”. Na zdjęciu otwarcie Jubileuszowego Roku 2000
    św. Jan Paweł II wypełnił prorockie polecenie kard. Wyszyńskiego: „Wprowadź Kościół w III tysiąclecie”. Na zdjęciu otwarcie Jubileuszowego Roku 2000
    fot. Gałązka/SIPA/EAST NEWS

    *****

    Nie może być inaczej. Wielkopostnym kaznodzieją w „Gościu” będzie bł. Jan Paweł II. Widzieliśmy go często wspartego o krzyż Chrystusa. To obraz – symbol, klucz do jego świętości. Sam mówił, że papież ma być „przewodnikiem po tajemnicy świętego Krzyża”. Przekonywał: „jeżeli z Ewangelii Krzyża uczynisz program życia, jeżeli pójdziesz za Chrystusem aż na Krzyż, w pełni odnajdziesz Samego siebie!”.

    Na zakończenie Mszy św. w Kielcach 3 czerwca 1991 roku Jan Paweł II nawiązał do nadanego mu tam tytułu „honorowego przewodnika po Górach Świętokrzyskich”. Zapytał retorycznie: „Czym ma być papież, jeżeli nie przewodnikiem po tajemnicy świętego Krzyża?”. I dodał: „Tylko Krzyż jest mocą Bożą i mądrością Bożą, jak powiedział św. Paweł. Więc dziękuję, będę się starał dalej być we wszystkim pokornym sługą tej tajemnicy, a także, na ile mi pozwolą siły ducha, przewodnikiem po tej tajemnicy dla moich braci i sióstr wszędzie, dokądkolwiek skieruje mnie moje posłannictwo”. Dokładnie w taki sposób chcemy popatrzeć na Jana Pawła II. Jako na przewodnika po tajemnicy świętego Krzyża! Dobry przewodnik prowadzi po szlakach, które sam wielokrotnie przemierzył. Karol Wojtyła od młodości poznawał świat cierpienia, samotności, wojny, totalitaryzmu… Kiedy rozpoczął posługę papieża, wziął w swoje silne dłonie papieski krucyfiks. Trzymał go podczas Mszy św. jak sztandar. Z wiekiem, tracąc zdrowie i siły, coraz bardziej opierał się na nim. Prowadząc Drogę Krzyżową w Wielki Piątek, brał do ręki prosty drewniany krzyż, przemierzając kolejne stacje, dopóki starczyło mu sił. W ostatni Wielki Piątek mógł już tylko przytulić się mocno do krzyża. Nazwa naszego cyklu „Jan Paweł od Krzyża” to nawiązanie do świętych, którzy mieli taki przydomek. Święty Jan od Krzyża, wielki hiszpański mistyk, karmelita.

    Jego imię kojarzy się najbardziej z doświadczeniem tzw. nocy ciemnej, czyli czasu próby, oczyszczenia, samotności, nieobecności Boga, który jest etapem na drodze do pełnego zjednoczenia z Nim. Młody Wojtyła czytał dzieła Jana od Krzyża podczas długiej okupacyjnej nocy, zachęcony przez Jana Tyranowskiego, starszego przyjaciela, mistyka, mentora. Później w Rzymie pisał doktorat poświęcony słynnemu hiszpańskiemu karmelicie. Jednym z fundamentów duchowości przyszłego papieża stała się zgoda na noc ciemną, na ogołocenie, na przejście przez ciemną dolinę śmierci. Zgodził się na cierpliwe dźwiganie krzyża. Krzyża nie jako celu samego w sobie, ale jako drogi, bramy, przejścia do pełnej miłości z Bogiem, do dojrzałego człowieczeństwa, do zmartwychwstania. Święta Edyta Stein w Karmelu nosiła imię Teresy Benedykty od Krzyża. Zginęła zagazowana w Auschwitz. Krótko przed śmiercią pisała: „Scientiam Crucis (wiedzę Krzyża) zdobywa się tylko wtedy, gdy się samemu dogłębnie doświadcza Krzyża”. To ją Jan Paweł II ogłosił współpatronką Europy. W kolejnych odcinkach naszego cyklu będziemy starali się pokazać wybrane „stacje” drogi krzyżowej papieża. Z potężnego zbioru jego nauczania wyszukamy najważniejsze lekcje z owej Scientia Crucis, którą posiadł. Wielki Post jest po to, by odnowić własny chrzest przez post, modlitwę i pokutę, by się nawrócić. Odnaleźć siebie na nowo u stóp Ukrzyżowanego i przed pustym grobem Żyjącego. Tam biją źródła wody żywej – jedynej nadziei dla świata, dla nas. Czy można lepiej przygotować się do kanonizacji Jana Pawła II, jak przez własne nawrócenie dzięki świadectwu jego życia i jego słowom? Piszę te słowa, mając przed oczami dramatyczne wydarzenia na Ukrainie. Także to cierpienie, tę grozę, ten lęk rozjaśnia Ukrzyżowany. „Tak, Krzyż jest wpisany w życie człowieka. Kto próbuje usunąć go ze swojego życia, nie zna prawdy ludzkiej kondycji” – przypominał Jan Paweł II młodzieży w 1998 roku. „Jesteśmy stworzeni do życia, ale nie możemy usunąć z naszej indywidualnej historii cierpienia i trudnych doświadczeń. Jeżeli Krzyż zostaje przyjęty, przynosi zbawienie i pokój. Bez Boga Krzyż nas przygniata; z Bogiem daje nam odkupienie i zbawienie”. Papież zakończył wezwaniem, które potraktujmy jako motto naszego cyklu: „Weź Krzyż! Przyjmij go, nie pozwól, aby przygniotły cię wydarzenia, ale z Chrystusem zwyciężaj zło i śmierć! Jeżeli z Ewangelii Krzyża uczynisz program swojego życia, jeżeli pójdziesz za Chrystusem aż na Krzyż, w pełni odnajdziesz samego siebie!”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pasterz wsparty o krzyż

    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji ” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”
    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji ” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”
    fot. Alberto Pizzoli/East News

    *****

    Jako chłopak przemierzał z ojcem dróżki na Kalwarii Zebrzydowskiej, ucząc się, że kochać znaczy dać siebie. Jego krzyż był krzyżem pasterza: wyczerpujące pielgrzymki, nauczanie z mocą i odwagą, walka z mocami zła, świadectwo…

    Krzyż jako klucz do życia Jana Pawła II. Im więcej czytam o papieżu, im dłużej o tym myślę, tym bardziej przekonuję się, że to dobry trop. Duchowość Karola Wojtyły kształtowała się w pobliżu Kalwarii Zebrzydowskiej. Czyż nie jest to wymowne? Tam jako młody chłopak ze swoim ojcem wędrował po ścieżkach ze stacjami Męki Pańskiej lub dróżkami Maryi. Jako ksiądz, później biskup, przemierzał samotnie kalwaryjskie dróżki, omadlając sprawy Kościoła, zwłaszcza w trudnym okresie zmagania z komunizmem. W programie osobistej modlitwy papieża Droga Krzyżowa zajmowała zawsze ważne miejsce. Odprawiał ją w każdy piątek przez cały rok i codziennie w Wielkim Poście. W jego życiu słowo »krzyż« nie jest jedynie słowem” – mawiał kard. Ratzinger, jego następca. Motorem napędowym wszystkich duszpasterskich działań Jana Pawła II była miłość – naśladowanie Dobrego Pasterza, który się nie oszczędza, daje życie za owce. Pielgrzymował wytrwale na koniec świata tak długo, aż nogi odmówiły mu posłuszeństwa, głosił słowo Boże aż po utratę zdolności mówienia, jego pełna blasku twarz jaśniała, dopóki choroba nie zdeformowała jej grymasem bólu, jego ramiona wyciągały się ku wszystkim, aż utracił władzę w drżących dłoniach…

    Modlitwa jako „narzędzie” pasterza

    „Pierwszym obowiązkiem papieża wobec Kościoła i świata jest modlitwa” – powtarzał. Wielu świadków mówi o wręcz mistycznym poziomie duchowości papieża. Nieraz, nawet w chwilach największego natężenia obowiązków, jakby się wyłączał na chwilę i przenosił w inny świat. Każdego rana modlił się godzinę lub półtorej w swojej kaplicy. Goście, którzy zostali zaproszeni na poranną Mszę, widywali go klęczącego, jakby zanurzonego w Bogu. Vittorio Messori zapytał kiedyś Jana Pawła II, za kogo się modli. „Troska o wszystkie Kościoły każe mi codziennie na modlitwie pielgrzymować myślą i sercem przez cały świat” – usłyszał odpowiedź. „Szufladka jego klęcznika wypełniona była kierowanymi do niego prośbami o modlitwę” – wspomina kard. Dziwisz. „Sercu papieża bliskie było cierpienie kobiet i mężczyzn całego świata. Były listy chorych na AIDS i raka. List matki, która błagała o modlitwę za siedemnastoletniego syna w śpiączce. Listy rodzin będących w trudnej sytuacji”. Do Jana Pawła II prośby o modlitwę kierowało także wiele bezdzietnych małżeństw. Można powiedzieć, że modlitwa nie była wyłącznie sprawą osobistej pobożności papieża, ale jednym z podstawowych „narzędzi” jego pasterskiej służby. Zanosił pod krzyż Chrystusa wszystkie choroby świata i Kościoła. Choroby ciała i duszy, nieszczęścia, grzechy, zło… Wiele osób świadczy o bardzo konkretnych owocach modlitwy Jana Pawła II, czasem także fizycznych uzdrowieniach. Już za życia, a także po jego śmierci. Papież wiedział sporo o niegodziwości świata, także o złu działającym w samym Kościele. „Nikt, kto nie dźwigał na własnych barkach brzemienia, jakim wiedza dostępna papieżowi przytłacza niosącego je człowieka, nie może w pełni pojąć, jak miażdżący musi to być ciężar” – zauważa George Weigel. I dodaje: „Lekkość, z jaką Jan Paweł nosił ten niewidzialny ołowiany ciężar, być może w największym stopniu świadczy o jego odwadze – i o źródle tej odwagi, z jaką przyjmował dramat Kalwarii, rozgrywającej się na nowo w jego własnym życiu”. Nie jest tajemnicą, że modlitwa papieska przyczyniła się parę razy do uwolnienia ludzi, którzy doświadczyli opętania przez Złego. 6 września 2000 roku na zakończenie audiencji generalnej młoda Włoszka zaczęła strasznie krzyczeć. Policja nie była w stanie opanować tej kobiety, która rzucała przekleństwa w stronę stojącego w pobliżu biskupa. Jan Paweł II modlił się nad nią na osobności przez pół godziny, a następnego dnia odprawił Mszę o jej uwolnienie. Kard. Dziwisz wspomina, że zachowanie dziewczyny zmieniło się zupełnie po tej modlitwie. 

    Megamaraton ewangelizacyjny

    Trudno będzie pobić jego rekord. Odwiedził 129 różnych krajów podczas 104 podróży apostolskich. Przemierzył 1 247 613 km, czyli więcej, niż gdyby trzydziestokrotnie okrążyć kulę ziemską lub trzykrotnie odbyć lot na Księżyc. Przebywał w drodze 822 dni (8,7 proc. swojego pontyfikatu), odwiedził 1022 miejscowości, gdzie wygłosił 3288 przemówień.

     W samych Włoszech odbył 146 wizyt, nie licząc 748 w diecezji rzymskiej. W trakcie rzymskich wizytacji odwiedził 320 spośród 336 parafii Wiecznego Miasta. Jeśli papież Franciszek wzywa, by Kościół wyszedł na ulice i robił raban, to Jan Paweł II był pierwszym, który to robił na niespotykaną w dziejach Kościoła skalę. „Nie możemy czekać na wiernych na placu św. Piotra, musimy do nich wyjść” – powtarzał. Gromadził miliony ludzi na placach, ulicach, stadionach, by głosić im Dobrą Nowinę. Światowe Dni Młodzieży (Buenos Aires 1987, Santiago de Compostela 1989, Częstochowa 1991, Denver 1993, Manila 1995, Paryż 1997, Rzym 2000, Toronto 2002) zgromadziły łącznie dziesiątki milionów osób. W końcowej Mszy św. w Manili uczestniczyło ok. 5 milionów, co było największym zgromadzeniem ludzkim w historii. Papieża widziało osobiście więcej ludzi niż kogokolwiek w dziejach. Jeśli uwzględnimy jeszcze zwielokrotnienie tego efektu przez globalne media, to można śmiało powiedzieć, że dotarł on na krańce świata. Czy nie jest to jakimś niezwykłym znakiem danym nam od Boga, że najbardziej znanym i rozpoznawalnym człowiekiem w dziejach był świadek Jezusa Chrystusa, Jego apostoł, następca Rybaka z Galilei? Taki sposób życia wiązał się z nadludzkim wysiłkiem. Kilka przykładów. Pierwsza podróż do Afryki trwała 10 dni, Jan Paweł II wygłosił 50 przemówień. Jego otoczenie w połowie pielgrzymki padało z wycieńczenia w tropikalnym upale, tylko papież, jak donosiła prasa, „nie okazuje żadnych objawów zmęczenia”. Jan Paweł II w pewnym momencie nie mógł sobie odmówić żartu – pomachał do ekipy telewizji niemieckiej: „Co z wami, chłopcy, żyjecie jeszcze?”. Podróż na Filipiny w 1981 roku – program każdego dnia obejmował 16 godzin bez żadnych przerw. I tak dalej. Zmiany stref czasowych, nieskończona ilość spotkań, celebracji, przemówień, ludzi… Czasem w upalnym słońcu, czasem w zimnie, w deszczu, a nawet i w śniegu, jak w Sarajewie w 1997 roku. Uczenie się języków, koncentracja uwagi, by uwzględnić lokalne zwyczaje, odmienne konteksty polityczne, historyczne, kulturowe. U podstaw tego megamaratonu ewangelizacyjnego leżało przekonanie, że Dobra Nowina o Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym jest uniwersalna, że jest adresowana do ludzi wszystkich kultur i religii. On dosłownie, wręcz fizycznie, oddał się całkowicie tym, którym służył. Organizm papieża w ostatnich latach życia był zniszczony nie tylko przez chorobę i starość. Jego ciało nosiło na sobie ślady tego wyczerpującego biegu z Ewangelią po całym świecie. 

    Pielgrzymki najtrudniejsze 

    Były pielgrzymki z różnych powodów łatwiejsze, były i takie, które wymagały bardzo wiele wysiłku, odwagi, determinacji. Zdarzały się momenty dramatyczne, wręcz niebezpieczne. Nie sposób tego opisać. Kilka obrazów. Zaczęło się od Meksyku. Kraj zamieszkały w większości przez katolików, rządzony był w 1978 roku przez antyklerykalne rządy. Od stu lat zakazane tam było noszenie sutanny w miejscach publicznych. Władze nie były przychylne wizycie papieża. Problemem Kościoła w całej Ameryce Łacińskiej była teologia wyzwolenia wzywająca do rewolucji społecznej, z Ewangelią i, jeśli trzeba, z karabinem w ręku. Na konferencji biskupów Ameryki Łacińskiej (CELAM) w Puebla papież wygłosił przemówienie, w którym wykazał błędy teologii wyzwolenia, odrzucił stosowanie przemocy i upolitycznienie Ewangelii, kazał zerwać z wizerunkiem „rewolucjonisty z Nazaretu”. Jan Paweł II obawiał się, jak biskupi przyjmą tak zdecydowane stanowisko. Jego stanowczość i świadectwo przyczyniły się do zahamowania wpływu teologii wyzwolenia na Kościół w Ameryce Południowej. Być może uratował Kościół przed schizmą. Ale na jego głowę posypały się w mediach gromy. Uznano go za konserwatystę, fundamentalistę z Polski. Papież, krytykując marksistowską ideologię, zarazem z ogromnym współczuciem odnosił się do Indian, do wyzyskiwanych robotników. Mówił, że chce być głosem wykluczonych. Z pasją protestował przeciwko niesprawiedliwości społecznej, wzywał do reform społecznych, ale nie do rewolucji. Ta nuta powracała zawsze podczas spotkań Jana Pawła, zwłaszcza z ubogimi z krajów Ameryki Południowej, Afryki czy Azji. Kiedy przygotowywano wizytę papieską w Wielkiej Brytanii, wybuchł konflikt między Argentyną a Zjednoczonym Królestwem o Falklandy. Odradzano papieżowi wizytę w kraju prowadzącym wojnę.

    Jan Paweł postanowił wtedy, że tuż po wizycie w Anglii poleci do Argentyny. „Czas lotu tam i z powrotem zajął 29 godzin, podczas gdy czas pobytu na argentyńskiej ziemi jedynie 28 godzin” – wylicza kard. Dziwisz. I dodaje: „Wystarczająco dużo, by zabrzmiało przesłanie pokoju niezbędne dla uniknięcia konfliktu”. Politycy, zwłaszcza dyktatorzy, często szukali okazji, aby wizytę papieską wykorzystać dla swoich celów. Żałosny popis takiego zachowania dał sandinowski reżim w Nikaragui. Papież przybył do tego kraju 4 marca 1983 roku. W rządzie Daniela Ortegi zasiadało wtedy trzech duchownych. Papież upomniał jednego z nich – tego, który miał odwagę pojawić się podczas powitania na lotnisku. Do prawdziwej konfrontacji doszło podczas Mszy świętej w Managui. Rząd zarezerwował pod ołtarzem miejsca dla zwolenników swojej partii. Ludzi, dla których odprawiana była Msza, przepędzono daleko do tyłu, policja strzelała ponad głowami z karabinów maszynowych dla odstraszenia tych, którzy chcieli podejść bliżej. Podczas kazania sandiniści, manipulując nagłośnieniem, zagłuszali słowa papieża. Jan Paweł II przerwał kazanie i zawołał głośno: „Silencio!”. „Sam stawił czoło prowokacji” – wspomina kard. Dziwisz. „Doszło do niezapomnianej sceny, gdy sandiniści wymachiwali czerwono-czarnymi chorągiewkami, a on z podwyższenia ołtarza odpowiadał im uniesionym pastorałem-krzyżem”. W kwietniu 1987 roku papież odwiedził Chile pod rządami Pinocheta. Dyktator po spotkaniu z Janem Pawłem II w pałacu prezydenckim wyszedł z nim na balkon. Wspólne zdjęcie miało sugerować wspieranie wojskowych rządów przez papieża, co było nadużyciem. Podczas Mszy św. w Santiago z udziałem ok. miliona osób doszło do zamieszek. Ich uczestnicy zaczęli podpalać opony, policja interweniowała z opóźnieniem, używając armatek wodnych, pałek i gazów łzawiących. Ojciec Roberto Tucci, doświadczony organizator papieskich podróży, po raz pierwszy myślał o wyprowadzeniu Jana Pawła z miejsca wydarzeń. Papież wytrwał do końca Eucharystii. Rozdawał dzieciom pierwszą Komunię św. ze łzami w oczach z powodu dymu i gazu łzawiącego. Po celebrze klęczał długą chwilę przed ołtarzem. Kiedy miejscowy biskup powiedział do niego: „Wybacz nam”, papież odparł: „Co? Wasi ludzie zostali i uczestniczyli. Jedyną rzeczą, jakiej nie wolno zrobić w tej sytuacji, jest poddanie się awanturnikom”. Nie wiadomo, kto inspirował zamieszki, ale chodziło o wzmocnienie wrażenia, że Chile potrzebuje silnych rządów wojska.

    Świadek, czyli męczennik

    Inny rodzaj trudności spotykał papieża w zachodniej Europie. Lewicowo-liberalne środowiska, także w samym Kościele, uznały papieża z Polski za wroga „postępowych” przemian. Trzy dni przed pielgrzymką do Holandii w maju 1985 roku zorganizowano w Hadze masową demonstrację przeciwko wizycie. W Utrechcie papamobil obrzucono świecami dymnymi i jajami. Rozlepiono plakaty obiecujące nagrodę za życie papież. Podczas podróży na Sycylię w maju 1993 roku papież z ogromną stanowczością przeciwstawił się mafii. „Nawróćcie się, kiedyś wybije godzina sądu Bożego!” – krzyczał w Agrigento. W lipcu tego samego roku w katedrze papieża – bazylice na Lateranie wybuchła bomba, podłożona przez „nieznanych sprawców”. To był czytelny znak od tych, którym nie podobały się odważne słowa ojca świętego. W Berlinie w 1996 roku podczas papieskich odwiedzin odbywały się demonstracje skinheadów i gejów. Bardzo trudna z innych względów była podróż do Grecji. Duchowni prawosławni byli przeciwni tej wizycie, nieliczni katolicy greccy obawiali się aktów agresji. Papież rozładował całe to wielowiekowe napięcie swoją pokorą, prostotą i wiarą. Krytycy Jana Pawła II podnosili sprawę kosztów papieskich pielgrzymek. Odpowiadał, że każda pielgrzymka przekonuje go, iż papieże powinni być nie tylko następcami św. Piotra, ale także naśladowcami św. Pawła, który stale był w drodze. Ojciec święty napotykał czasem niezrozumienie w łonie samego Kościoła. Jako program pontyfikatu traktował Sobór Watykański II. Ale postępowcy oskarżali go o zdradę tzw. ducha soboru. Konserwatyści uważali, że zdradą katolicyzmu było międzyreligijne spotkanie w Asyżu czy wyznanie win Kościoła w Roku 2000. Jak zauważył Rocco Buttiglione: „Dla Jana Pawła II ideałem jest męczennik, świadek, życie zgodne z prawdą. Tak rozumie swoją papieską posługę. W wierszu »Stanisław« napisał: »Słowo nie nawróciło, nawróci krew«. (…) Jezus wybrał drogę dawania świadectwa prawdzie nie przez krew złoczyńców i grzeszników, ale krwią własną”. Słowo „martyr” oznacza w tradycji chrześcijańskiej nie tylko świadka, ale także męczennika. Wiedział o tym doskonale papież opierający się mocno o pastorał w kształcie krzyża.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zabijmy świętego

    Zabijmy świętego
    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji ” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”
    fot. GianniI GiansantiI /Sygma/Corbis

    ***

    13 maja 1981 roku. To jak pierwszy upadek pod ciężarem papieskiego krzyża. „Miał tę bezwładną postawę znaną ze wszystkich obrazów Zdjęcia z krzyża” – opowiadają świadkowie. „Twarz spokojną, z czymś podobnym do uśmiechu”.

    Pamiętam nadal to ściśnięcie serca na wieść o strzałach oddanych na placu św. Piotra w stronę papieża. Łzy, niepokój o jego życie, modlitewny szturm do nieba. Wracaliśmy do domu po wizycie u krewnych. „Strzelali do papieża” – mama dzieliła się tą wieścią z mijanymi przechodniami. Zatrzymywali się z niedowierzaniem. I to niejasne poczucie, które dziś potrafię lepiej nazwać, to ukłucie wywołane spotkaniem ze złem w czystej postaci, „tchnienie” diabła, który chce zgasić Boży ogień. Wszystko na to wskazuje, że Ali Agca, zawodowy morderca, nie działał sam. Tropy prowadzą w tę samą stronę, ku której w tych dniach zwraca się świat. KGB – trzy litery, które miliony ludzi napełniały trwogą, złowrogi symbol imperium zła. Wychowanek tej zbrodniczej organizacji prowokuje właśnie kolejną wojnę. Książę tego świata nie odpuszcza. Ciągle mu mało. Ale nad nami miłosierdzie Boga. 

    Boli? Boli

    „Za każdym razem, gdy powracam myślą do tamtego wydarzenia, mam zawsze te same odczucia. Zawsze…” – wspomina kard. Stanisław Dziwisz w książce „Świadectwo”. „Przeżywam wszystko od początku, chwilę po chwili. Tak jakbym wciąż nie mógł uwierzyć, że mogło dojść do czegoś podobnego. Że próbowano zabić papieża, tego papieża, Jana Pawła II, w samym sercu chrześcijaństwa…”. W opowieściach o tamtych wydarzeniach powtarza się motyw gołębi, które nagle poderwały się w górę z placu św. Piotra. Papież w otwartym jeepie objeżdżał plac przed audiencją generalną. O godz. 17.19 w jego stronę padły dwa strzały. „Ojciec święty zaczął bezwładnie osuwać się na bok, prosto w moje ramiona” – wspomina kard. Dziwisz. „Usiłowałem wesprzeć Papieża, choć on sprawiał takie wrażenie, jakby się poddał. Łagodnie. Naznaczony bólem, ale pogodny. Zapytałem: »Gdzie?«. Odpowiedział: »W brzuch«. »Boli?«. On na to: »Boli«. Pierwsza kula, przeszywając okrężnicę i raniąc w kilku miejscach jelito cienkie, rozszarpała brzuch, po czym – przebiwszy ciało na wylot – spadła do wnętrza jeepa. Druga zaś po tym, jak się otarła o prawy łokieć i złamała palec wskazujący lewej ręki, zraniła dwie amerykańskie turystki”. Potem był rajd karetki do Polikliniki Gemelli. Trasę, którą w godzinie szczytu pokonuje się co najmniej 20 minut, samochód z rannym papieżem przejechał w 8 minut. Syrena się zacięła, kierowca jadąc, naciskał na klakson. „Papież tracił siły, ale nadal był przytomny. Wydawał z siebie ciche, coraz słabsze jęki. I modlił się. Słyszałem, jak się modli, mówiąc: »Jezu, Maryjo, Matko moja«. Gdy dotarliśmy do polikliniki, stracił przytomność” – opowiada kard. Stanisław. Polka, która była wtedy na audiencji, opisuje reakcję ludzi: „Wydawało mi się, że cały plac św. Piotra zapada się z wolna razem z nami, że wszystko osuwa się w pustkę: schody, tłum, wszystkie posągi nad kolumnadą, a ich barokowe gesty wydały mi się gestami przerażenia i zgrozy. Od tej pory bardzo je lubię… Wokół mnie wszyscy byli bladzi, a wstrząśnięci policjanci watykańscy w alejach robili wrażenie, że mają twarze bez kropli krwi. Jeden, blisko mnie, miał kredowobiałą twarz pod kruczymi włosami i zastanawiałam się, czy nie zemdleje. Nie, nie mdlał, płakał”. Jakaś grupa z Polski przywiozła na audiencję kopię obrazu jasnogórskiego. Ustawili ją na ziemi opartą o pusty fotel. Wiatr przewrócił obraz. Na odwrocie ukazał się napis: „Matko Boża, opiekuj się ojcem świętym, broń go od złego”. Obraz umieszczono na fotelu, wokół którego ludzie zaczęli się modlić. Odmawiali Różaniec aż do wieczora, gdy nadeszły lepsze wieści o stanie zdrowia papieża. 

    Połączyło nas cierpienie 

    Jan Paweł II, który cieszył się dobrym zdrowiem, żelazną kondycją, niespożytymi siłami do pracy, znalazł się nagle w szpitalu jako pacjent, któremu ratowano życie. Kiedy Paweł VI wymagał zabiegu chirurgicznego, wykonano go w zaaranżowanej sali operacyjnej w jego apartamentach. Jan Paweł II wcześniej zastrzegł sobie, że w razie choroby ma być leczony jak zwykli ludzie – w szpitalu. Do szpitala Gemelli wracał kilkakrotnie. Spędził tam w sumie 153 dni, dlatego nazywał go żartobliwie „trzecim Watykanem”. Jeden z lekarzy wspomina, że 12 maja, w przeddzień zamachu, papież odwiedził pawilon medyczny w Watykanie. Kilka miesięcy wcześniej ufundowano specjalną karetkę, która miała służyć pielgrzymom przybywającym na plac św. Piotra. Pokazano ją papieżowi. Następnego dnia właśnie ta karetka wiozła go do szpitala. Operacja po zamachu miała przebieg dramatyczny. Życie papieża wisiało na włosku. Profesor Francesco Crucitti na wieść o zamachu jakimś cudem dotarł w kilka minut do szpitala. Kiedy otworzył jamę brzuszną, ujrzał najpierw mnóstwo krwi. Jego pacjent stracił jej trzy litry. Po zatamowaniu krwawienia zobaczył, co się stało. Okazało się, że kula minęła tętnicę główną o milimetry. Jej trafienie oznaczało śmierć w ciągu kilku minut. Pocisk minął także kręgosłup i połączenia nerwowe, dzięki czemu papież nie został sparaliżowany. „Czyjaś ręka strzelała, ale inna ręka prowadziła kulę” – powiedział później Jan Paweł II. Kardynał Dziwisz wspomina, że tuż po przebudzeniu nad ranem 14 maja papież zapytał: „Odmówiłem kompletę?”. „Pierwsze dni były koszmarne. Ojciec święty modlił się nieustannie. I cierpiał”. Prócz bólu fizycznego odczuwał ból z powodu odchodzenia kard. Stefana Wyszyńskiego. Agonia Prymasa Tysiąclecia trwała trzy tygodnie, jakby czekał, aż z Rzymu nadejdą lepsze wieści. Ostatnia rozmowa telefoniczna między papieżem a prymasem odbyła się w szpitalu. „Słychać było wątły, ledwo słyszalny głos kardynała: »Połączyło nas cierpienie…

    Ale Ojciec jest uratowany«. A potem: »Ojcze święty, pobłogosław mnie…«. Papież nie chciał wymówić tych słów, bo dobrze wiedział, że to ostatnie pożegnanie: »Tak, tak. Błogosławię Twoje usta… Twoje dłonie…«” – relacjonuje kard. Dziwisz. Prymas Tysiąclecia zmarł 28 maja. Jan Paweł był jeszcze wtedy w szpitalu. Papież nie mógł odmówić z wiernymi modlitwy „Anioł Pański”. Nagrał więc na taśmie krótkie słowo, które kończyło się następująco: „Jestem szczególnie blisko dwóch osób, zranionych wraz ze mą, oraz modlę się za brata, który mnie zranił, a któremu szczerze przebaczyłem. Zjednoczony z Chrystusem, Kapłanem-Ofiarą, składam moje cierpienie w ofierze za Kościół i świat. Tobie, Maryjo, powtarzam: Totus Tuus ego sum (Cały Twój jestem)”. To była chyba najkrótsza papieska katecheza o krzyżu. Co podpowiedział nam Jan Paweł II ze szpitalnego łóżka? Kiedy spada na ciebie krzyż, nie zapomnij, że inni też cierpią, przebacz krzywdzącym, zjednocz się z Ukrzyżowanym, ofiaruj cierpienia za innych, odnów swój akt zawierzenia. Wymowna lekcja. 

    Nie ma przypadków

    Już po powrocie do Watykanu u ojca świętego ponownie pojawiła się wysoka gorączka. Okazało się, że w przetaczanej krwi był cytomegalowirus. Papież musiał po raz kolejny trafić do szpitala. Opanowano wirusa i przeprowadzono operację usunięcia przetoki. Jakim pacjentem był Jan Paweł II? Wymagającym. Dopytywał lekarzy o wszystkie szczegóły związane ze swoim zdrowiem. „Co Sanhedryn dziś orzekł? Co zamiast mnie zdecydował?” – żartował, gdy konsylium lekarzy powiadamiało go o stanie zdrowia i dalszej terapii. Chciał wiedzieć, jak wygląda wirus, który go zaatakował. Częścią walki z chorobą, powiedział kiedyś lekarzom jest to, że pacjent musi sam walczyć. Ale żeby miał siły do tego, musi stać się „podmiotem swojej choroby”, nie może być tylko „przedmiotem leczenia”. Godność pacjenta, godność cierpiącego, godność człowieka – to zawsze akcentował Jan Paweł II. Czy obawiał się śmierci? Nie. Mówił o tym w wywiadzie z André Frossardem: „To nawet nie była odwaga, ale w chwili, kiedy padałem na placu św. Piotra, miałem wyraźne przeczucie, że wyjdę z tego. Ta pewność nigdy mnie nie opuściła, nawet w najgorszych chwilach, bądź po pierwszej operacji, bądź w czasie choroby wirusowej”. Podczas drugiego pobytu w szpitalu papież poprosił o tekst trzeciej tajemnicy fatimskiej, która była przechowywana w archiwum Kongregacji Nauki Wiary. Intrygowała go zbieżność daty zamachu z początkiem objawień fatimskich. Po przeczytaniu „sekretu” Jan Paweł II nie miał już wątpliwości, komu zawdzięcza swoje życie. Dokładnie rok później, 13 maja, modlił się w Fatimie. Dziękował Bogu i Maryi za ocalenie życia. Kula, która go trafiła, została złożona jako wotum i umieszczona w koronie cudownej figury. „Proste zbiegi okoliczności nie istnieją w planach Bożej Opatrzności” – podsumował papież. Zło nie poddaje się łatwo. Podczas wizyty w Fatimie doszło do drugiej próby zamachu. W chwili gdy papież szedł środkiem fatimskiego kościoła, spośród napierających wiernych wyskoczył człowiek w sutannie z nożem w ręku. Ochrona obezwładniła napastnika, jednak ten zranił Jana Pawła. Papież dokończył nabożeństwo pomimo krwawienia. Zamachowcem okazał się hiszpański ksiądz, szaleniec głoszący skrajne poglądy (później zrzucił sutannę). Sprawa nie była nagłośniona. Przypomniał ją kard. Dziwisz w filmie „Świadectwo”. Zamach w Fatimie nie był wcale ostatnią próbą zabicia Jana Pawła II. Było ich jeszcze kilkanaście. W 1995 roku w Manili w domu przy nuncjaturze, gdzie miał przebywać papież, odkryto potężny skład materiałów wybuchowych. Dwa lata później, w Sarajewie pod mostem, którym miał przejeżdżać Jan Paweł II, znaleziono bombę. W encyklice „Dives in misericordia”, ukończonej pół roku przed 13 maja 1981 roku, Jan Paweł II pisał m.in. o tym, że krzyż jest „radykalnym objawieniem miłosierdzia, czyli miłości wychodzącej na spotkanie tego, co stanowi sam korzeń zła w dziejach człowieka: na spotkanie grzechu i śmierci”. I jedno z tych zdań, do których wraca się nieustannie: „Krzyż stanowi najgłębsze pochylenie się Bóstwa nad człowiekiem, nad tym, co człowiek – zwłaszcza w chwilach trudnych i bolesnych – nazywa swoim losem. Krzyż stanowi jakby dotknięcie odwieczną miłością najboleśniejszych ran ziemskiej egzystencji człowieka”. Warto popatrzeć w świetle tych słów na zamach z 1981 roku i kolejne próby zabicia papieża. Atak zła, które może przerażać, i zarazem doświadczenie Bożego miłosierdzia, które uchroniło go przed przedwczesną śmiercią dla dobra całego świata. Wróćmy raz jeszcze do 13 maja 1981 roku. Sekundy przed zamachem papież wziął do rąk pucołowatą półtoraroczną blondyneczkę ściskającą balonik. Jan Paweł ucałował ją i oddał rodzicom. Chwilę potem osunął się bezwładny. Ali Agca przyznał, że z powodu tego dziecka opóźnił strzał i dlatego nie trafił precyzyjnie. Sara Bartoli stała się narzędziem Bożej Opatrzności. W wywiadzie dla GN (19/2011) opowiadała, że długo nie znosiła sławy „dziewczynki od zamachu”. Przełom nastąpił, kiedy papież był umierający. „To była ostatnia jego Wielkanoc” – wspomina. „Był już po zabiegu tracheotomii, bardzo chory. Oglądaliśmy z rodziną transmisję z Rzymu. Papież zdenerwował się i z powodu swojego ograniczenia mowy uderzył ręką w ten przezroczysty pulpit w oknie swojego pokoju. Poczułam, jakby uderzył prosto w moje serce, jakby ktoś dotknął jakiejś głęboko ukrytej części mnie samej. Zobaczyłam wtedy w papieżu człowieka, który był świadomy własnej słabości, jakby potrzebował ochrony. Powstała jakaś dziwna więź, poczułam, że go potrzebuję. Wspomnienie tamtego dnia było tak silne, że właściwie wtedy wiedziałam, że muszę się zmienić, nawrócić”. Proste zbiegi okoliczności nie istnieją w planach Bożej Opatrzności…

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Watykański pacjent

    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”

    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”
    fot. Grzegorz Gałązka/SIPA PRESS/EAST NEWS

    *****

    „Cierpienie ludzkie budzi współczucie, budzi także szacunek – i na swój sposób onieśmiela” – napisał. Świat cierpienia był mu dobrze znany. Dźwiganie krzyża choroby, bólu fizycznego i duchowego traktował jako część swojego powołania.

    Doświadczał cierpień od dziecka. Podczas okupacji zaznał głodu i zimna, potrąciła go również wtedy niemiecka ciężarówka. Pontyfikat Jana Pawła II był także historią jego chorób. Był pierwszym w dziejach papieżem, który leczył się poza Watykanem. W klinice Gemelli spędził łącznie 153 dni, dlatego nazywał ją żartobliwie „Watykanem numer trzy”. W 1984 roku napisał przejmujący list o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia „Salvifici doloris”, nie przeczuwając może jeszcze wtedy, jak bardzo jego treść będzie spełniała się w jego życiu. W 1992 roku ustanowił Światowy Dzień Chorego, który obchodzony jest we wspomnienie objawienia Matki Bożej w Lourdes, czyli 11 lutego. Po operacji biodra w 1994 roku przed modlitwą „Anioł Pański” podzielił się osobistą refleksją: „Zrozumiałem, że mam wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie przez modlitwę i wieloraką działalność, ale przekonałem się później, że to nie wystarcza: trzeba było wprowadzić go przez cierpienie. (…) Także papież musi być atakowany, musi cierpieć, aby każda rodzina i cały świat ujrzał, że istnieje Ewangelia – rzec można – »wyższa«: Ewangelia cierpienia, którą trzeba głosić, by przygotować przyszłość”. Te słowa okazały się prorocze. Jan Paweł II wprowadził Kościół i świat w nowe tysiąclecie za cenę wielu fizycznych i duchowych cierpień. Nigdy nie ukrywał swojego stanu zdrowia. Cierpiał na oczach ludzi, którym dawał w ten sposób niezwykłą katechezę. Wielokrotnie podkreślał wartość choroby i zwracał się do ludzi chorych i starszych z prośbą o modlitwę. Wraz z upływem lat coraz bardziej jego pontyfikat stawał się drogą krzyżową. Ostatnią pielgrzymkę zagraniczną odbył do Lourdes, gdzie chciał być pielgrzymem jako chory wśród chorych.

    Historie papieskich chorób 

    Zaczęło się od zamachu Ali Agcy. Operacja ratująca życie trwała 5 i pół godziny. Spędził wtedy w szpitalu 3 tygodnie. Miesiąc później znów musiał iść do szpitala z powodu groźnego zakażenia cytomegalowirusem. Tym razem przebywał w Gemelli prawie dwa miesiące. W lipcu 1992 roku przeszedł operację usunięcia guza jelita grubego. Nowotwór był wielkości pomarańczy, wycięto go w ostatnim momencie. Po otwarciu jamy brzusznej lekarze stwierdzili również obecność kamieni żółciowych i zdecydowali się na usunięcie woreczka żółciowego. Rok 1993 – zwichnięcie prawego ramienia i pęknięcie panewki stawowej. Papieżowi nastawiono staw barkowy i nałożono temblak, który nosił przez cztery tygodnie. Żartował, że lewą ręką może błogosławić równie dobrze jak prawą. W 1994 roku upadł w łazience i złamał kość udową, wstawiono mu protezę stawu biodrowego. Operacja nie całkiem się udała, proteza okazała się źle dopasowana. To spowodowało, że nigdy nie mógł już swobodnie chodzić. Zaczął więc posługiwać się laską. Szturchał nią odwiedzających go przyjaciół, udawał, że to strzelba, czasem wywijał nią jak Charlie Chaplin na spotkaniach z młodzieżą. W 1996 roku wykonano mu operację usunięcia wyrostka robaczkowego. Od połowy lat 90. cierpiał na chorobę Parkinsona, która nieustannie go osłabiała. Podczas podróży do Polski w 1999 roku upadł w nuncjaturze w Warszawie, lekko kalecząc się po prawej stronie czoła. Nie zjawił się na krakowskich Błoniach z powodu infekcji, której się nabawił. Jan Paweł II reagował z dystansem i humorem na postępujące ograniczenia związane z chorobą. Kiedy po operacji biodra kuśtykał powoli o lasce w auli synodalnej, zażartował: „A jednak się kręci” – powtarzając półgłosem słynne słowa Galileusza o ruchu Ziemi wokół Słońca. Samo cierpienie było jednak dla Jana Pawła II tematem bardzo ważnym, który wielokrotnie podejmował w swoim nauczaniu. W 2003 roku papież cierpiał na przenikliwy ból w kolanie wywołany artretyzmem. Miał mieć zabieg, ale lekarze uznali, że poddanie pacjenta znieczuleniu ogólnemu przy wysokim zaawansowaniu choroby Parkinsona byłoby zbyt niebezpieczne. Zabieg odwołano. Papież stawał się coraz bardziej unieruchomiony. Podczas podróży do Słowacji w 2003 roku nie dokończył przemówienia powitalnego na lotnisku z powodu nagłego osłabienia. W październiku tego samego roku Jan Paweł II obchodził 25-lecie swojego pontyfikatu. Telewizja Polska realizowała specjalny program z Watykanu. Papież wjechał na Salę Klementyńską na wózku. George Weigel, uczestnik tego spotkania, wspomina: „Trudno było mu utrzymać prosto głowę, twarz wydawała się zastygniętą maską, jego cierpienie było niemal wyczuwalne, a jednak jego roziskrzone oczy mówiły o wielkim przejęciu. (…) Karol Wojtyła z Wadowic, Krakowa i Rzymu szedł dalej swoją pielgrzymią drogą przez dolinę pogrążającą się w mroku. Te jasne niebieskie oczy mówiły o bólu z powodu tego, czego doznaje ze strony własnego ciała. Mówiły również bez słów o cierpieniu znoszonym w wierze i o powierzeniu się woli Bożej”. Do długiej listy schorzeń papieża trzeba dopisać te ostatnie z roku 2005, które zaprowadziły go do domu Ojca. Znaczne pogorszenie się stanu zdrowia rozpoczęło się 30 stycznia 2005 roku. Diagnoza brzmiała: „ostre zapalenie krtani i tchawicy”. Papież trafił jeszcze dwukrotnie do szpitala, gdzie poddano go zabiegowi tracheotomii z powodu niewydolności oddechowej. Bezpośrednią przyczyną śmierci okazał się wstrząs septyczny wywołany infekcją dróg moczowych. 

    Ostatnie kazanie

    18 maja 2004 roku papież obchodził swoje ostatnie, jak się okazało, urodziny. Kończył 84 lata. Miałem łaskę być na audiencji dla Polaków w Sali Klementyńskiej na Watykanie. Ucałowałem jego dłoń, spojrzałem w jego oczy, pierwszy i ostatni raz. Cieszyłem się tym spotkaniem, ale dominujące było uczucie smutku. Widać było, że papież dogasa. Czułem wręcz wyrzut sumienia, że dosłownie zamęczamy go swoją miłością, pragnieniem spotkania, dotknięcia. Wydawało mi się, że powinniśmy dać mu już święty spokój. On jednak chciał do końca być wierny swojej pasterskiej misji. Był silniejszy niż jego ciało odmawiające posłuszeństwa. Podczas swojej ostatniej pielgrzymki do Lourdes, w sierpniu 2004 roku, Jan Paweł dopełnił przemiany, którą trafnie opisał John Allen, reporter z USA, „z najwyższego Pasterza Kościoła w żywy symbol ludzkiego cierpienia – praktycznie w ikonę Chrystusa na krzyżu”. Kardynał Dziwisz podkreśla, że Jan Paweł cierpiał nie tylko fizycznie, ale i duchowo, kiedy zmuszony był przez chorobę do znacznego ograniczenia czy wręcz przerwania zajęć związanych z pełnieniem misji pasterza Kościoła powszechnego. „Jego droga była nieprzerwanym męczeństwem” – dodaje. „Nauczył się współżyć z bólem, z chorobą. Było to możliwe przede wszystkim dzięki jego duchowości, dzięki osobistej relacji z Bogiem”. Kiedy choroba papieża była już bardzo widoczna, w mediach podnoszono coraz częściej problem abdykacji. Tuż przed wizytą w Szwajcarii (5–6 czerwca 2004 r.) 41 katolickich osobistości z tego kraju podpisało publiczną petycję, domagając się ustąpienia papieża z urzędu.

    Kardynał Dziwisz zauważa, że tego typu sugestie dużo bardziej raniły osoby z otocznia papieża niż jego samego. „On nie przywiązywał do nich wagi. W pewnym momencie papież zlecił przeanalizowanie kwestii abdykacji, po czym uznał, że wytrwa w swej misji tak długo, jak zechce Pan”. Kardynał Jean-Marie Lustiger wyjaśniał sens trwania Jana Pa­wła II na posterunku w taki sposób: „W swojej słabości papież bardziej niż kiedykolwiek realizuje wyznaczoną mu rolę polegającą na byciu zastępcą Chrystusa na ziemi, uczestniczeniu w cierpieniach naszego Odkupiciela. Nieraz mam takie wrażenie, że głowa Kościoła to super-zarządca jakiejś wielkiej międzynarodowej korporacji, człowiek czynu, który podejmuje decyzje i jest oceniany przez pryzmat skuteczności. Jednak dla wierzących najskuteczniejszy czyn, tajemnica zbawienia, dokonuje się wtedy, gdy Chrystus znajduje się na krzyżu i nie może zrobić niczego innego ani podjąć innej decyzji, jak tylko przyjąć wolę Ojca”. „»Czy ten schorowany, śliniący się starzec na wózku rzeczywiście jest reprezentatywnym obrazem waszego Kościoła?«. To pytanie zadawano mi nieraz w ostatnich latach” – wspomina ks. Tomasz Halik. „»W pewnym sensie tak«, odpowiadałem, »bo kiedy patrzy się na Kościół z zewnątrz, to istotnie jest w nim coś bardzo kruchego. Jeśli jednak uda się wam zajrzeć w głąb, zobaczycie w nim siłę podobną do siły tego chorego Papieża…«. Nie, nie wstydziłem się jego fizycznej kruchości; byłem rad, że właśnie w nim Kościół ma inny typ reprezentanta niż ten, jaki proponuje świat ze swoim coraz bardziej stereotypowym sexy – i sport-looking przywódców, manekinów, spreparowanych na wzór reklam telewizyjnych, które zachwalają wieczną młodość. Byłem rad, że właśnie ten Papież kieruje w stronę naszego coraz gwałtowniej starzejącego się świata przesłanie, że starość nie może być powodem odkładania człowieka do lamusa. (…) Tak, częścią jego posługi stało się także »ostatnie kazanie« – owo bezradne charczenie i machanie ręką przez okno, a potem spokojne, godne umieranie na oczach świata”.

    Ewangelia cierpienia

    Zanim Jan Paweł II wygłosił to milczące „ostatnie kazanie”, powiedział sporo na temat znaczenia cierpienia w ludzkim życiu. Podczas pielgrzymek i audiencji zawsze spotykał się z chorymi, przytulał, dotykał, błogosławił. Tematowi cierpienia poświęcił list apostolski „Salvifici doloris”. „To, co wyrażamy w słowie »cierpienie«, wydaje się szczególnie współistotne z człowiekiem” – pisał. „Cierpienie zdaje się przynależeć do transcendencji człowieka: jest jednym z tych punktów, w których człowiek zostaje niejako »skazany« na to, ażeby przerastał samego siebie”. Papież podkreśla, że cierpienie zawsze pozostaje tajemnicą, ale jeśli szukamy odpowiedzi na pytanie „dlaczego”, musimy zwrócić się ku objawieniu Bożej miłości. To „miłość jest też najpełniejszym źródłem odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia. Odpowiedzi tej udzielił Bóg człowiekowi w Krzyżu Jezusa Chrystusa”. Pytanie o sens cierpienia nie jest pytaniem czysto akademickim. To pytanie z gruntu egzystencjalne, zadaje je przede wszystkim człowiek, którego dotyka konkretne nieszczęście. Wiąże się ono z „typowo ludzkim sprzeciwem oraz z pytaniem »dlaczego«. (…) Niejednokrotnie zapewne stawia to pytanie również Bogu – i stawia wobec Chrystusa”. Papież mówi w tym miejscu rzecz być może najciekawszą. Otóż człowiek cierpiący powinien dostrzec, że Ten, kogo pyta, „sam cierpi – a więc, że chce mu odpowiadać z Krzyża, z pośrodku swego własnego cierpienia”. Innymi słowy, Boża odpowiedź nie jest teoretycznym wykładem, pouczeniem z ambony czy katedry uniwersyteckiej. Odpowiedzią jest sam Ukrzyżowany – Jego cierpienie, krzyk, samotność, ból, konanie. „Trzeba jednakże nieraz czasu, nawet długiego czasu, ażeby ta odpowiedź zaczęła być wewnętrznie słyszalna”, zauważa Jan Paweł II. „Człowiek słyszy Jego zbawczą odpowiedź, w miarę jak sam staje się uczestnikiem cierpień Chrystusa. (…) Chrystus nie wyjaśnia w oderwaniu racji cierpienia, ale przede wszystkim mówi: »Pójdź za Mną!«. Pójdź! Weź udział swoim cierpieniem w tym zbawianiu świata, które dokonuje się przez moje cierpienie! Przez mój Krzyż. W miarę jak człowiek bierze swój krzyż, łącząc się duchowo z Krzyżem Chrystusa, odsłania się przed nim zbawczy sens cierpienia. (…) Wówczas też człowiek odnajduje w swoim cierpieniu pokój wewnętrzny, a nawet duchową radość”. Ostatnią częścią dokumentu jest medytacja o miłosiernym Samarytaninie. Jan Paweł II zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt cierpienia. Cierpiący człowiek pobudza innych przechodzących obok do samarytańskiego działania. Cierpienie może „wyzwalać w człowieku miłość, ów właśnie bezinteresowny dar z własnego »ja« na rzecz innych ludzi, ludzi cierpiących. Świat ludzkiego cierpienia przyzywa niejako bez przestanku inny świat: świat ludzkiej miłości – i tę bezinteresowną miłość, jaka budzi się w jego sercu i uczynkach, człowiek niejako zawdzięcza cierpieniu”. List kończy się bardzo osobistym wezwaniem do ludzi cierpiących: „I prosimy Was wszystkich, którzy cierpicie, abyście nas wspierali. Właśnie Was, którzy jesteście słabi, prosimy, abyście stawali się źródłem mocy dla Kościoła i dla ludzkości. W straszliwym zmaganiu się pomiędzy siłami dobra i zła, którego widownią jest nasz współczesny świat – niech Wasze cierpienie w jedności z Krzyżem Chrystusa przeważy!”. Ten motyw powtarzał się bardzo często. Podczas spotkań z chorymi Jan Paweł II prosił, aby zamieniali swoje cierpienie w modlitwę. „Nie wzbraniajcie się nigdy złożyć w darze Panu i Kościołowi waszych ofiar i waszego ukrytego bólu, a staniecie się pierwszymi, których wynagrodzi i obdaruje”. Pamiętam z jakiejś seminaryjnej konferencji ascetycznej w seminarium zdanie, że w życiu kapłana liczy się najbardziej to, ile wycierpi. Jeśli tę miarę przyłożymy do Jana Pawła, odkryjemy dużo, bardzo dużo.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    To moja matka, ta ziemia

    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji ” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”

    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji ” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”
    fot. Gabriel BouS /EAST NEWS

    ***

    Kochał ją jak matkę, uczył takiej miłości. Pod krzyżem w 1979 roku wołał, że nie można zrozumieć Polski bez Chrystusa. Cierpiał z powodu rozłąki, stanu wojennego, ale i rodaków…

    Nigdy nie wstydził się tej miłości. Wyznawał ją wielokrotnie podczas kolejnych pielgrzymek do ojczyzny. “Chciałbym, abyście pamiętali, iż myślą i sercem jestem przy was i sprawy mojej ojczyzny niezmiennie traktuję jako swoje własne. Wasze radości są mymi radościami, a wasze niepokoje – mymi niepokojami” (Skoczów 1995) – to jedno z wielu tych wyznań. Jak każda miłość, także ta miała swoją cenę, miała swój krzyż. “Nie pragniemy takiej Polski, która by nas nic nie kosztowała” – mówił w 1983 roku na Jasnej Górze. Walczył o wolność dla Polski, mówiąc do nas, ale także i za nas. Boleśnie przeżył wojnę, którą wypowiedział narodowi gen. Wojciech Jaruzelski. Jak powiedział kiedyś kard. Glemp, gdyby Sowieci wkroczyli do Polski, Jan Paweł II “był gotowy na wszystko, nawet na to, by zostawić stery Kościoła i stanąć w obronie własnego kraju”. Gdy odzyskaliśmy wolność, uczył, jak z niej mądrze korzystać. Przejmujące było papieskie wołanie w Kielcach, gdy wzywał do odnowienia życia małżeństw i rodzin, do poszanowania życia poczętego. Mówił gniewnie, jak zatroskany i cierpiący ojciec: “Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować”. Słowa nadal aktualne. Do bólu.

    Rewolucja pod krzyżem

    Decyzja konklawe z 16 października 1978 roku oznaczała dla kard. Karola Wojtyły rozstanie z Polską na zawsze. W liście przekazanym polskim biskupom Jan Paweł II napisał, że “trudno myśleć i mówić” o opuszczeniu ojczyzny “bez najgłębszego wzruszenia. Zda się, że nie wystarczy serca ludzkiego – a w szczególności serca polskiego – ażeby wzruszenie to ogarnąć”. Pierwsza wizyta w Polsce w 1979 roku była dla niego wydarzeniem niezwykle radosnym, ale jednocześnie czuł ciężar odpowiedzialności za każde słowo. Emocje Polaków sięgały zenitu, komuniści przeczuwali już kres swojego panowania. Papież wiedział, że tę wyzwoloną w ludziach duchowo-moralną energię musi tak skierować, by nie doprowadzić do gwałtownych wystąpień przeciwko reżimowi. A zarazem chciał, by jego naród powstał z kolan, by nabrał nowego poczucia godności, wolności i siły.

    Eucharystia z 2 czerwca 1979 roku, sprawowana pod wielkim krzyżem na placu Zwycięstwa, stała się jednym z symboli tego pontyfikatu, była jednym z punktów zwrotnych w historii Polski. “Tu, na tej ziemi… trzeba stanąć, aby odczytać świadectwo Jego krzyża i Jego zmartwychwstania”. Krzyż, pod którym przemawiał papież, był dopełnieniem jego słów. Był znakiem, że zło zwycięża się tylko dobrem, nienawiść miłością i przebaczeniem. Wielkie historyczne starcie, które doprowadziło do przemian w roku 1989, dokonało się pod krzyżem Chrystusa. Jan Paweł II nigdy nie wzywał wprost do obalenia komunizmu. Głosił Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego. Głosem pełnym nieziemskiej mocy mówił w Warszawie, że Chrystus jest kluczem do człowieka, także do historii naszego narodu. “Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną – bez Chrystusa”. A na zakończenie homilii wypowiedział modlitwę, która dała początek lawinie: “Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi! Amen”. Oglądałem jako nastolatek transmisję w telewizji, nagrywałem kazanie na grundigu, ówczesnym cudzie techniki. Brzmi mi w uszach ten przejmujący tembr głosu Wojtyły. Kazanie przerywał śpiew “My chcemy Boga”. Dobrze się stało, że pomnik na palcu Piłsudskiego, upamiętniający tamtą chwilę, ma kształt krzyża. Homilia w Krakowie była zwieńczeniem tej katechezy budzącej Polaków ze snu. Jan Paweł powtarzał: “Musicie być mocni”. “Mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć, jak to objawił św. Stanisław i bł. Maksymilian Maria Kolbe”. Czyli mocni miłością płynącą z krzyża.

    Jeden drugiego brzemiona noście

    Jan Paweł II lubił święta Bożego Narodzenia, ale te w 1981 roku należały do najsmutniejszych. Po ogłoszeniu stanu wojennego i po pierwszych ofiarach na kopalni “Wujek” papież napisał list do gen. Jaruzelskiego z „usilną prośbą i zarazem gorącym wezwaniem zaprzestania działań, które przynoszą ze sobą rozlew polskiej krwi”. W czerwcu 1983 roku papież przyjechał do Polski zduszonej i upokorzonej. Podczas pierwszej Mszy św. w katedrze warszawskiej jasno wyraził swoje intencje: “Wraz z wszystkimi moimi rodakami – zwłaszcza z tymi, którzy najboleśniej czują cierpki smak zawodu, upokorzenia, cierpienia, pozbawienia wolności, krzywdy, podeptanej godności człowieka – staję pod krzyżem Chrystusa”. Pielgrzymka odbywała się w Roku Jubileuszowym Odkupienia – 1950 lat od śmierci Chrystusa. Jan Paweł II w tym bardzo trudnym momencie cały czas konsekwentnie wskazywał na krzyż. Wzywał Polaków do zwyciężania zła dobrem, do przebaczenia i pojednania. “Przebaczenie nie jest słabością. Przebaczać nie oznacza rezygnować z prawdy i sprawiedliwości. Oznacza: zmierzać do prawdy i sprawiedliwości drogą Ewangelii”. Papież podniósł na duchu naród po raz kolejny zmiażdżony, aby nie ustawał na drodze do wolności. W 1987 roku trzecia pielgrzymka papieża przygotowała grunt pod wydarzenia 1989 roku. Podczas Mszy św. w Gdańsku ołtarz papieski miał kształt gigantycznego okrętu. Papież przemawiał z mostka kapitańskiego. Słowo “solidarność” miało wtedy niezwykłą moc. Było symbolem walki narodu z komunistyczną opresją. Papież unikał jak zawsze bezpośrednich aluzji politycznych. Zaproponował Polakom teologię solidarności, głębsze rozumienie tego słowa. Oświetlił je mądrością krzyża. Mówił: “»Jeden drugiego brzemiona noście« – to zwięzłe zdanie apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność – to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni przeciw drugim. I nigdy »brzemię« dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza od solidarności. Nie może być program walki ponad programem solidarności. Inaczej – rosną zbyt ciężkie brzemiona. I rozkład tych brzemion narasta w sposób nieproporcjonalny”. Papież podziękował robotnikom, że w 1980 podjęli “szlachetną walkę”. I przypomniał fakt, o którym dziś wielu zapomniało, a mianowicie:, “że istnieje więź pomiędzy światem pracy a krzyżem Chrystusa, że istnieje więź pomiędzy pracą ludzką a Mszą świętą: Ofiarą Chrystusa”. Zdziwienie, ale także podziw i szacunek budził widok robotników polskich spowiadających się i przystępujących do Komunii św. na terenie zakładu pracy. Różni się dziwili. A może nie tylko… może równocześnie odkrywali. Wpływ Jana Pawła II i Kościoła na rewolucję roku 1989 jest bezdyskusyjny. Jej sednem jest teologia wyzwolenia oparta na Chrystusowym krzyżu. Sam papież pisał, że układ jałtański został przezwyciężony “wysiłkiem ludzi, którzy nie uciekali się do przemocy, zaś odmawiając konsekwentnie ustąpienia przed potęgą siły, zawsze umieli znaleźć skuteczne formy świadczenia o prawdzie. Taka postawa rozbroiła przeciwnika…”. Ta zwycięska walka “w pewnym sensie zrodziła się z modlitwy i z pewnością byłaby nie do pomyślenia bez nieograniczonego zaufania Bogu, który jest Panem historii i sam kształtuje serce człowieka. Łącząc własne cierpienia za prawdę i za wolność z cierpieniem Chrystusa na krzyżu, człowiek może dokonać cudu pokoju i uczy się dostrzegać wąską nieraz ścieżkę pomiędzy małodusznością, która ulega złu, a przemocą, która chce je zwalczać, a w rzeczywistości je pomnaża” (encyklika “Centesimus annus”). Kto nie dostrzega tego wymiaru tamtych wydarzeń, ten najgłośniej dziś krzyczy dokładnie tak samo jak wtedy komuniści, że z życia publicznego trzeba usunąć religię, a zwłaszcza katolicyzm. Wtedy domagano się uciszenia Kościoła w imię raju komunistycznego, teraz w imię utopii raju zbudowanego na liberalizmie.

    Wyższy poziom walki o wolność

    Zrzucenie jarzma sowieckiej niewoli i komunistycznej utopii było początkiem drogi do budowania wolnego społeczeństwa. Jan Paweł II rozumiał znacznie przenikliwiej niż wielu z nas wtedy, że rok 1989 oznaczał dla Polaków promocję do wyższej klasy, znacznie trudniejszej. Walka o wolność od zewnętrznej opresji jest w sensie moralnym czymś prostszym niż walka o mądre urządzenie odzyskanej wolności. W encyklice “Centesimus annus” z 1991 roku papież wskazywał, że do rozwoju społeczeństwa nie wystarczy sama demokracja i wolny rynek. Te dwa mechanizmy społeczne do swojego dobrego funkcjonowania potrzebują ludzi kierujących się etyką zbudowaną na obiektywnym ładzie etycznym. Sama wolność to za mało. Potrzebni są ludzie, którzy potrafią tę wolność w sposób szlachetny przeżywać jako szansę na czynienie dobra, a nie tylko jako platformę do zaspokajania swoich egoistycznych celów. Wolność, aby służyła człowiekowi, musi być oparta na uniwersalnych ludzkich wartościach, na prawdzie o człowieku.

    O tym przypominał papież Polakom i wszystkim wolnym społeczeństwom z nową siłą po 1989 roku. Nazywał po imieniu zagrożenie dla demokracji, jakim jest legalizacja aborcji czy eutanazji. Ci, którzy w “pierwszej klasie” byli prymusami zasłuchanymi w papieża, w tej “wyższej klasie” stawali się często pierwszymi krytykami “zacofanego” Jana Pawła II. Pierwsza “Solidarność” wygrała, bo budowała na papieskiej wizji, po 1989 roku wielu jej liderów odwróciło się od wskazań Jana Pawła II. Bolesne skutki tego odwrotu czujemy dziś w Polsce. Czwarta pielgrzymka do Polski w 1991 r. była chyba najtrudniejszą ze wszystkich. Jan Paweł II zaproponował Polakom żyjącym w wolnym kraju powtórkę z Dekalogu. Słusznie przewidywał, że o wierność prawu moralnemu będzie się teraz toczył bój. Polacy nie mieli ochoty na upomnienia. Do tej pory słuchali papieża jako tego, który dokładał komunie. Teraz dokładał już bezpośrednio nam. To oczywiście duże uproszczenie. Media i niektórzy politycy straszyli Polaków wizją państwa wyznaniowego. Hierarchowie Kościoła po 1989 roku nie bardzo potrafili znaleźć język, który odpowiadałby nowej sytuacji politycznej Polski. “Pielgrzymka roku 1981 stworzyła nowy wizerunek Jan Pawła w zachodniej prasie – zagniewanego starego człowieka, niezdolnego do zrozumienia świata, który pomógł tworzyć” – zauważa Weigel. “Była to ostra karykatura”. W 1995 roku papież pojawił się w Polsce na chwilę w związku z kanonizacją Jana Sarkandra, księdza męczennika urodzonego w Skoczowie. Padły ważne słowa, które z perspektywy dzisiejszej wydają się jeszcze bardziej aktualne. Jan Paweł II stwierdził, że Polska dla swojej odnowy potrzebuje nade wszystko ludzi sumienia. Co to znaczy? “Być człowiekiem sumienia to znaczy przede wszystkim w każdej sytuacji swojego sumienia słuchać i jego głosu w sobie nie zagłuszać, choć jest on nieraz trudny i wymagający; to znaczy angażować się w dobro i pomnażać je w sobie i wokół siebie, a także nie godzić się nigdy na zło, w myśl słów św. Pawła: »Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!« (Rz 12,21)”. Jan Paweł II zwrócił uwagę, że “pod hasłami tolerancji w życiu publicznym i w środkach masowego przekazu szerzy się nieraz wielka, może coraz większa nietolerancja. Odczuwają to boleśnie ludzie wierzący. Zauważa się tendencje do spychania ich na margines życia społecznego, ośmiesza się i wyszydza to, co dla nich stanowi nieraz największą świętość. Te formy powracającej dyskryminacji budzą niepokój i muszą dawać wiele do myślenia”. Medialni komentatorzy pisali, że to zakompleksieni i polscy biskupi zasugerowali papieżowi błędną diagnozę sytuacji społecznej. Prawda jest taka, że Jan Paweł II widział już wtedy zjawisko, które dziś występuje na znacznie większą skalę w Polsce – odbierania prawa głosu katolikom w sprawach publicznych w imię tolerancji dla niekatolików, dla których ten głos jest drażniący. Jan Paweł w Skoczowie przypomniał też, że “w okresach najcięższych dziejowych prób naród szukał i znajdował siłę do przetrwania i do powstania z dziejowych klęsk właśnie w nim – w Chrystusowym krzyżu! I nigdy się nie zawiódł. Był mocny mocą i mądrością krzyża! Czy można o tym nie pamiętać?!” – pytał retorycznie papież. Do tego tematu powrócił podczas pielgrzymki w 1997 roku. Patrząc na krzyż na Giewoncie, Jan Paweł II stwierdził: “Ten krzyż tam stoi i trwa. Ogarnia całą naszą ziemię od Tatr po Bałtyk. (…) Umiłowani bracia i siostry, nie wstydźcie się krzyża. Starajcie się na co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa. Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu społecznym czy rodzinnym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych, szpitali. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie”. Z wiekiem coraz bardziej tęsknił za Polską. Podczas pielgrzymki w 2002 roku wszyscy czuliśmy, że to może być jego ostatnia wizyta. Schorowany papież poświęcił sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Żegnał się z nami słowami z “Dzienniczka” s. Faustyny “Ojczyzno moja kochana, Polsko, (…) Bóg Cię wywyższa i wyszczególnia, umiej być wdzięczna!”. Myślę o tym, czy w kontekście pontyfikatu Jana Pawła II jesteśmy wystarczająco wdzięczni Bogu za ten dar niebios, jakim był dla nas ten człowiek? W jakim miejscu bylibyśmy teraz, gdyby nie on? “A na koniec cóż powiedzieć? Żal odjeżdżać!” – to ostatnie słowa Jana Pawła II wypowiedziane w jego ojczyźnie.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Problemem nie jest Jan Paweł II

    Jakoś jestem spokojny o Jana Pawła II. Jeśli o kimś mógłbym powiedzieć, że jest na pewno święty, to o nim. Nie dlatego, że został beatyfikowany i kanonizowany, bo to jest tylko konsekwencja. Dlatego, że po prostu był święty. Dotąd mi w uszach brzmią słowa, które ks. Konrad Krajewski – wtedy jeszcze ceremoniarz papieski – w Kolegium Polskim w Rzymie powtarzał jak refren: „Dotykałem świętego. Dlaczego nie zostałem świętym?”.

    Koronacja cudownego obrazu Matki Bożej Opolskiej na Górze św. Anny, 21 czerwca 1983 r.

    Koronacja cudownego obrazu Matki Bożej Opolskiej na Górze św. Anny, 21 czerwca 1983 r.

    Reprodukcja Łukasz Krzysztofka

    ***

    Nie boję się akt, archiwów i świadków, tak jak nie boję się, że ktoś znajdzie jakiś starożytny manuskrypt, które będzie miał inną wersję Ewangelii. Jest bowiem za wiele świadectw, które potwierdzają jej zgodność, żeby lękać się o to, co z tymi świadectwami może nie być zgodne. Miliony ludzi na całym świecie śledziło papieża z daleka i z bliska. I jeśli wołaliśmy „Santo subito”, to nie dlatego, że wybraliśmy emocje i rezygnację z solidnych badań. Po prostu było to tak oczywiste jak słońce i księżyc, a świadków tego, że nie ma się do czego przyczepić było więcej niż lądowania Amerykanów na księżyc.

    Problem nie jest z Janem Pawłem II. Problem jest z nami. Coś dziwnego dzieje się w społeczeństwie i to jest widoczne przynajmniej na siedmiu płaszczyznach.

    Po pierwsze, nie zależy nam na rozwiązywaniu prawdziwych problemów. W styczniu 2013 trzy razy dziennie sprawdzałem, co na temat Kościoła i księży piszą na głównej stronie portale gazeta.pl, onet. pl. i interia.pl. Okazało się, że ilość artykułów na głównej mówiąca na ten temat wahała się między 30 a 60 w zależności do portalu i prawie wszystkie były negatywne, tzn. mówiące o negatywnym zachowaniu księży. W styczniu 2023 roku zrobiłem podobnie, z tym, że sprawdzałem raz dziennie i dodałem jeszcze wirtualna.pl. Z grubsza (bo zawsze coś mogłem pominąć) na głównej stronie na temat Kościoła i księży było tekstów: 27 (Interia), 28 (WP), 40 (Gazeta) a nawet 45 (Onet). Księży w Polsce jest 30 tysięcy, 4 razy więcej jest lekarzy, 5 razy więcej jest żołnierzy, 20 razy więcej jest nauczycieli, ale ilość artykułów na temat innych profesji jest zdumiewająca niska. A przecież wystarczy zejść z Internetu do realu, żeby zobaczyć, że problemy, którymi żyją ludzie są naprawdę inne. Ale nam jako społeczeństwu nie zależy na rozwiązywaniu prawdziwych problemów. I to jest pierwszy nasz problem.

    Po drugie, nie zależy nam na faktach. Były badania GUS-u na temat przyczyn małej dzietności Polaków. Każdy mógł je zobaczyć. Abp Jędraszewski w liście na Wielki Post wymienił te, które były najczęstsze. Rozpętała się burza. To nic, że z badań wynikało, że tylko 2% podaje za przyczynę zbyt małej mieszkanie. I nawet można by zrozumieć sławny list Polki, bo przecież ktoś może się w tych 2% procentach znajdować. Ale jeśli największe portale – także katolickie – szerują problemy z przewijakami i nawet jedna czy drugi profesor mówią w mediach, że przyczyną braku otwarcia na życie – wbrew badaniom – są problemy finansowe, to o co nam chodzi? Nam jako społeczeństwu coraz mniej zależy na faktach. I to jest drugi nasz problem.

    Po trzecie, nie zależy nam na prawdzie. Wybuchła afera z ks. Stryczkiem. Kilkaset świadków przesłuchanych. Nie skażą go za mobbing. „Ale jest winny, choćby sąd inaczej orzekł, bo to są takie sprawy, których się nie da udowodnić”. Wybuchła sprawa z bp. Szkodoniem. Był proces. Nie stwierdzono winy. „Ale skoro nie ma pewności, że nic nie było, na pewno coś było”. To samo z kard. Dziwiszem. Przyjechał z Rzymu kard. Bagnasco. Sprawdzał zarzuty tuszowania pedofilii. Zarzuty się nie potwierdziły. „Ale skoro się znali z Rzymu, to na pewno poszło po znajomości”. Nam jako społeczeństwu nie zależy na prawdzie. Zależy nam na tym, żeby nasza opinia była prawdą, a nie żeby prawda była naszą opinią. I to jest nasz trzeci problem.

    Po czwarte, nie zależy nam na żadnych archiwach. Przerabialiśmy to już przy okazji lustracji a jeszcze bardziej w sprawie McCarrricka. Raport był zrobiony rzetelnie. Każdy mógł go przeczytać. I każdy kto umie czytać, zobaczył, że nie można oskarżać papieża w tej sprawie. Pomogło? Nie. Wystarczy poczytać niektóre teksty a jeszcze lepiej komentarze. Tysiące ludzi dalej uważa i powtarza jak mantrę, że papież jest winny. Dlatego rozpowszechnia się zdjęcie papieża z McCarrrickiem, wypowiadając słowa o „drapieżcy seksualnym” i sprawa gotowa. Zmieniły coś badania archiwów? Nie. Bo nam jako społeczeństwu nie zależy na archiwach. Nam zależy na hakach. I to jest nasz czwarty problem.

    Po piąte, nie zależy nam na ofiarach. Gdyby nam zależało na ofiarach, to byśmy walczyli z pedofilią a nie z pedofilią w Kościele. Jeśli nauczyciel widzi, że cała klasa ściąga na sprawdzianie i wpisuje ocenę niedostateczną tylko prymusowi, to czy nauczycielowi zależy na tym, żeby cała klasa nie ściągała? Nie. Zwłaszcza, że cała klasa cieszy się, że prymus dostał pałę. Gdyby nam zależało na ofiarach, to byśmy sprawdzili wszystkie archiwa, wyłapali każdego SB-ka, który złamał życie niejednej osobie. Wyrzucili z sejmu i sądów ludzi, którzy przyłożyli rękę do rządów komuny. Zrobilibyśmy narodowy program walki z pedofilią, informowali na portalach, jak sobie radzi z tym Kościół a jak nauczyciele, jak lekarze a jak terapeuci. Przepytali świat celebrytów i dziennikarzy. Ale nam nie zależy na ofiarach. Raz skrzywdzeni staję się narzędziem partykularnych interesów. I to jest nasz piąty problem.

    Po szóste, nie umiemy myśleć. Przecież każdą sprawę musi się rozpatrywać w szerszym kontekście, również historycznym. Czy naprawdę mądrym jest oskarżać katolickich lekarzy za to, że sto lat temu operowali bez masek? Czy można śmiać się ze starożytnych uczonych za to, że uważali, że ziemia jest płaska? Nigdy nie wolno przerzucać swoich pojęć i rozumienia wiedzy na czasy, kiedy takiej wiedzy nie było! Historia lubi się powtarzać. I wierzę gorąco w to, że tak jak my oskarżamy poprzednie pokolenia, oskarżą i nas. Nie wiem za co. Czy za pozwalanie od najmłodszych lat na smartfony, czy za to, że będąc tak wykształceni, nie rozumieliśmy, że aborcja to zabójstwo. Nie wiem za co. Ale jeśli społeczeństwo nie postawi na homo sapiens, to homo emoticus na pewno nie będzie przejmował się, jaka była historyczna prawda, tylko wsadzi nas w takie ramy, jakie mu będą pasować. Nie potrafimy zgodzić się na prymat myślenia nad emocjami. I to jest nasz szósty problem.

    Po siódme, jesteśmy nielogiczni. Jeśli ktoś mówi, że nie rozumie, jak papież mógł nie zrobić więcej dla ofiar, a afiszuje się profilem wspierającym marsz za aborcją, jeśli ktoś strzela do kamery, że episkopat to dno a nie zna nawet 10% biskupów, to nie ma w tym żadnej logiki. Logika jest nieodłączną częścią prawdy. I nie będzie prawdy tam, gdzie nie będzie logicznego myślenia. Nie potrafimy logicznie myśleć, coraz mniej łączymy przyczyny ze skutkami, nie przeszkadza nam, że to się nie trzyma kupy, bo światem zaczęły rządzić lajki a nie logika. Stąd również nie oblejemy studenta, bo choć logicznie tyle mu się należy, tak zrobić nie można, bo nas lubił nie będzie. Zdecydowaliśmy się jako społeczeństwo, że lubienie jest ważniejsze niż logika. I to jest nasz siódmy problem.

    Problemem nie jest Karol Wojtyła II, bo jemu zależało na prawdzie i ta prawda go wyzwoliła. Problem jest z nami. On nas przeprowadził przez Morze Czerwone. Nam zachciało się na nowo Egiptu. Nie prawdy, do której dochodzi się przez krzyż, ale faraonów emocji, manipulacji, krzyków i podziałów. I jak tak dalej pójdzie, skończymy zniewoleni każdy własną wizją przeszłości. Jak rodacy Jezusa, którzy potrafili nawet zapłacić za to, żeby rozgłaszać, że Chrystus nie zmartwychwstał.

    ks. Wojciech Węgrzyniak/wegrzyniak.com/Tygodnik Niedziela
    ______________________________________________________________________________________________________________

    Droga Krzyżowa

    Rozważania ks. Piotra Pawlukiewicza

    *****

    Przyjacielu, po coś przyszedł?…

    Ruali/pixabay.com

    *****

    To Chrystusowe pytanie skierowane do Judasza było ostatnimi słowami Zbawiciela, jakie wypowiedział przed swoim pojmaniem i uwięzieniem. Zanim rozpoczniemy Drogę Krzyżową w tym uświęconym miejscu, stańmy wobec tych słów: Przyjacielu, po coś przyszedł? Dlaczego podjąłeś trud podróży? Krzyż jest zgorszeniem, głupstwem, porażką. Na pewno chcesz iść za zgorszeniem, głupstwem i porażką? Nosimy krzyżyki na łańcuszkach, wieszamy je w domach, szkołach, szpitalach i nierzadko potem pod tymi krzyżami przeklinamy, że coś się nam nie powiodło, że nie poszło po naszej myśli, że ktoś nas odrzucił. Mówimy o krzyżu, śpiewamy o krzyżu, a kiedy przychodzi, często jesteśmy zaskoczeni i oburzeni.

    Przyjacielu, po coś przyszedł?

    Kto z nas jest godny stanąć przy krzyżu…?

    Kto z nas jest godny stanąć przy krzyżu….?

    Czy mamy wrócić do domów?

    Jezus zapytał kiedyś swoich uczniów: Czy możecie pić kielich, który ja mam pić? I sam odpowiedział: Kielich mój pić będziecie. Tak powiedział swoim uczniom. Uczniowie dostąpią uczestnictwa w tajemnicy krzyża. Tylko uczniowie. Idźmy więc, za krzyżem. Pokorni, uważni, skupieni. Idźmy na kolejną lekcję miłości.

    STACJA I

    PAN JEZUS NA ŚMIERĆ SKAZANY

    Przekonywano kiedyś, że wśród nas najwięcej lekarzy, bo każdy zna się po swojemu na chorobach i ich leczeniu. Ale to błąd. Stokroć więcej wśród nas sędziów. Ktoś zajechał samochodem drogę – to prymityw. Ktoś źle załatwił sprawę – jest beznadziejny. Ktoś ma inne poglądy – jest całkiem bezsensowny. To już nie sądy dwudziestoczterogodzinne. To sądy dwudziestoczterosekundowe. Spojrzenie. Odruch. Wyrok. A Chrystus tak mocno podkreślał: Nie sądźcie! Bo tylko Bóg przenika i zna człowieka. Każde sądzenie brata jest pychą. A pycha ludzka jest tak wielka, że człowiek porwał się, by sądzić Boga. Ślepy Piłat osądzał Syna Bożego. Ten człowieczek chciał sądzić „światłość ze światłości”. Ziarno piasku z dna morza chciało ogarnąć ocean.

    Piłat może i starał się uwolnić Jezusa, ale ten tłum tak bardzo domagał się wyroku. Może ktoś mówić: w zasadzie to staram się być chrześcijaninem, ale ten tłum wokół mnie tak głośno krzyczy o antykoncepcji, o eutanazji, o aborcji, o in vitro. Oni tak głośno krzyczą u mnie w biurze, na uczelni, w firmie, że ja milczę i dyskretnie umywam ręce.

    Nie umyli rąk, liczni w dziejach ludzkości, uczniowie Jezusa. Od wieków poznaje się ich po czystych dłoniach. Oni, tak jak Chrystus, nie wydali wyroku. Oni go przyjęli.

    STACJA II

    PAN JEZUS BIERZE KRZYŻ NA SWOJE RAMIONA

    Jezus w swoim nauczaniu wyjaśniał ludziom wiele kwestii, ale nie udzielił odpowiedzi na najbardziej nurtujące człowieka pytanie: dlaczego krzyż, dlaczego cierpienie?

    Ks. Jan Twardowski napisał kiedyś taki krótki wiersz:

    Dlaczego krzyż?

    Uśmiech.

    Rana głęboka

    Widzisz,

    to takie proste

    kiedy się kocha.

    Nie zrozumie krzyża egoista, człowiek szukający tylko swoich spraw. Będzie krzyż przeklinał i odrzucał. Zamknięte pozostaną dla niego słowa Zbawiciela mówiące o słodkim jarzmie i lekkim brzemieniu. Nazwie je nielogicznymi.

    Dawno temu naukowcy zauważyli, jak małe ptaszki wyruszając w drogę przez morze chwytają w dziób niewielkie gałązki. Dlaczego to czynią? – zastanawiano się. Przecież to utrudnia im lot. Przecież to dla nich poważne obciążenie. Zagadka się rozwiązała, kiedy spostrzeżono, iż te Boże stworzenia, znużone wielogodzinną podróżą rzucają gałązkę na powierzchnię morza, siadają na niej, odpoczywają, a potem kontynuują swoją wędrówkę.

    A może nam w życiu bywa tak ciężko, ponieważ nieustannie zabiegamy o to, by było nam lekko?

    Ks. Jan Twadrowski napisał jeszcze kiedyś, że krzyż to takie szczęście, że wszystko inaczej…

    STACJA III

    PAN JEZUS PO RAZ PIERWSZY UPADA

    Są trzy takie stacje na drodze krzyżowej, które nazywają się upadek Jezusa. Ale one powinny się nazywać powstanie Jezusa. Bo to, że upadał, to tylko wyczerpanie, zmęczenie mięśni, utrata równowagi. To, że powstał, to czysta miłość.

    Dziś świat fascynuje się upadkami człowieka. Ludzie chcą podejrzeć grzech, pokazać grzech. Z detalami, z różnych ujęć. A wszystko w imię przekonania: taka jest prawda, tacy jesteśmy. Księga Apokalipsy mówi, że imię szatana to oskarżyciel, bo on dzień i noc oskarża braci naszych. To on tak mocno koncentruje uwagę ludzi na grzechach i ukazuje je jako mur nie do pokonania. A wszystkie upadki świata, grzech Ewy, Adama, Kaina, wszystkie zdrady, zabójstwa, bluźnierstwa, zbrodnie wszystkich totalitaryzmów, cała obrzydliwość ludzkiej grzeszności jest obmyta jedną kroplą krwi Chrystusa.

    To dlatego, że Chrystus wtedy powstał i dźwignął krzyż, dźwignął nasze grzechy, dziś każdy z nas może usłyszeć te najpiękniejsze na świecie słowa: i ja odpuszczam tobie grzechy.

    STACJA IV

    PAN JEZUS SPOTYKA MATKĘ SWOJĄ

    Do Maryi zapewne docierały słowa, które dla każdej matki są najboleśniejsze: twój Syn odszedł od zmysłów. Szatan chciał przeniknąć jej duszę mieczem bolesnego oszczerstwa, że jej Syn oszalał. Ale Ona mocno rozpamiętywała słowa Elżbiety napełnionej Duchem Świętym wypowiedziane przed laty: błogosławiony jest owoc twojego łona. BŁOGOSŁAWIONY. Dobry, prawy, pełen światła. Ona wierzyła Bogu, nawet wtedy, kiedy jej Syn był miażdżony cierpieniem na Drodze Krzyżowej. Nie ratowała Go, nie chciała wyrwać Go z rąk oprawców, ale dała Mu coś więcej: zrozumienie i zaufanie. Ona jedna, tam, w tym tłumie wierzyła, że ta męka wpisana jest w ogrom planów Bożych.

    To takie ważne widzieć swego bliźniego w perspektywie zamysłów Stwórcy. Jest tak wtedy, gdy matka zostawia dorosłe dziecko, by mogło spełnić Boże powołanie. Gdy małżonkowie nawet w kryzysie miłości modlą się za siebie. Tak naprawdę syna, córkę, męża, narzeczoną można kochać tylko na Drodze Krzyżowej oddając ukochanego człowieka Bogu.

    Abrahamie z góry Moria, Matko siedmiu synów z księgi Machabejskiej, Maryjo z Golgoty uczcie nas czym różni się miłość od uzależnienia.

    STACJA V

    SZYMON Z CYRENY POMAGA DŹWIGAĆ KRZYŻ JEZUSOWI

    W ścisłym sensie Szymon Cyrenejczyk nie niósł krzyża. Niósł tylko ciężki kawał drewna. Bo żeby nieść krzyż, trzeba tego gorąco pragnąć, trzeba tego chcieć. Jezus zawsze mówił: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż. A jarzmo Jezusa nie było jarzmem Szymona. To nie była jego sprawa. Żołnierze zmusili go, by je dźwigał. Fundamentem niesienia Chrystusowego krzyża jest nasza zgoda, nasze „tak”. Dlatego każda droga krzyżowa rozpoczyna się od pytania: czy chcesz?

    Kiedyś bardzo ciężko chory chłopiec zapytał swoją mamę: Mamusiu, dlaczego mnie tak boli? Kobieta odpowiedziała pytaniem: a gdyby Pan Jezus poprosił cię, byś cierpiał dla Niego, czy zgodziłbyś się? Tak – odpowiedział chłopczyk. No to Cię poprosił.

    Bracie i siostro, a gdyby ciebie Chrystus poprosił?

    STACJA VI

    WERONIKA OCIERA TWARZ PANU JEZUSOWI

    Wielu użalało się nad Chrystusem, ale tylko Weronika podeszła, by obetrzeć Mu twarz. Może to ją wspomniał po latach św. Jan, kiedy pisał w swoim liście, byśmy nie miłowali słowem i językiem, ale czynem i prawdą. Jak łatwo można zagubić chrześcijaństwo we wzniosłej teorii i pięknych sformułowaniach. I to chyba grozi szczególnie ludziom mocno związanym z religią. Charles Peguy napisał kiedyś: Są tacy, którzy ponieważ nie należą do człowieka, myślą, że należą do Boga. Sądzą, że kochają Boga, ponieważ niczego nie kochają. Ewangelia domaga się konkretu. Bo można kochać świat, ludzkość, Kościół i nie kochać nikogo. A gdyby tak usiąść i napisać imiona i nazwiska tych, których kochamy. A potem skreślić matkę, ojca, brata, dziecko, przyjaciela, bo przecież poganie też kochają najbliższych. Ile osób by na tej kartce pozostało? A byłoby tam imię skazańca z Golgoty?

    Przed laty w jednej z gazet ukazało się niecodzienne ogłoszenie. Pewien żołnierz, trzymający wartę przy Grobie Nieznanego Żołnierza dziękował w nim nieznanej kobiecie, która w upalny, letni dzień otarła mu pot z twarzy. Wtedy, stojąc na baczność, nie mógł powiedzieć ani słowa. Teraz chciał okazać jej wdzięczność. Ile miłości jest w geście otarcia twarzy bezradnemu człowiekowi. Jezus odnajdzie wszystkich, którzy kiedykolwiek Mu to uczynili.

    STACJA VII

    DRUGI UPADEK PANA JEZUSA

    Nie lubimy, gdy ktoś upada. Wtedy zakłóca ruch, wybija z rytmu innych, trzeba się zatrzymać i go podnosić. Przez takiego kogoś są tylko opóźnienia i brak porządku. Najczęściej przewracają się dzieci, starzy i chorzy. I świat znalazł na nich sposób: aborcję i eutanazję. Świat nie ma czasu dla upadających, guzdrzących się, marudzących, zadumanych. Świat się spieszy. Ma napięty harmonogram. Pędzi do nowego telewizora, zakupu nowej komórki i nowej promocji. Świat kocha postęp i chce, by Kościół też był postępowy i nadążał za szaloną gonitwą. Chce, by Kościół pobłogosławił wszystkie pragnienia i uczynki ludzi, bo skoro czegoś mocno pragną, to na pewno jest to dobre. Niech Kościół nie utrudnia ludziom, nie komplikuje, niech się nie czepia.

    Ks. Janusz Pasierb napisał kiedyś: „Każde chrześcijaństwo, zgodne z rozumem, zgodne z naturą, bezbłędne pod względem taktycznym, niewymagające zbyt wiele, będzie musiało się potykać o zesztywniałe zwłoki Skazańca z Golgoty po wszystkie czasy”.

    STACJA VIII

    PAN JEZUS POCIESZA PŁACZĄCE NIEWIASTY

    Niektórzy płaczą, gdy ich drużyna przegra mecz. Inni płaczą, gdy nie zdadzą jakiegoś egzaminu. Dla kogoś dramatem jest przybrać na wadze, dla innego zarysowany lakier na samochodzie. Wiele mamy problemów i ciągle przybywają nowe. Często nie pamiętamy tego, co opłakiwaliśmy przed rokiem. Jezus przypomina nam rzecz oczywistą, ale jakże często zapominaną: tak naprawdę mamy tylko jeden poważny problem: śmierć i wybór wiecznego potępienia lub szczęśliwości. Tu gdzie teraz jesteśmy, na Jasnej Górze, mnóstwo ludzi wydeptało swoją ścieżkę. Gdzie oni teraz są? Gdzie ich problemy? Martwili się zgubionymi pieniędzmi, rozbitą szybą, kłótnią z sąsiadem. Gdzie są teraz te zmartwienia? Nie pamiętamy często nawet imion naszych pradziadków. Czym oni żyli? Co było ich radościami i smutkami? To samo kiedyś stanie się z nami. Tylko ktoś wyjątkowy pozostawi po sobie znaczącą pamiątkę. Po większości z nas, po latach, nie zostanie nic. I tylko jedno będzie ważne: czy liczyłeś się z Bogiem? Czy kochałeś Go? Czy żyłeś Nim na co dzień?

    Czy zadajemy sobie pytania o wieczność kolegi z pracy, koleżanki ze studiów? O swoją wieczność? Ilu z nas potrafi rozpłakać się na tym jedynym ważnym problemem? Cyprian Kamil Norwid napisał:

    Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny

    Czy to co Twoje będzie zatracone

    Czy popiół tylko zostanie i zamęt

    Co idzie w przepaść z burzą. Czy zostanie

    Na dnie popiołu gwieździsty diament

    Wiekuistego zwycięstwa zaranie?

    STACJA IX

    TRZECI UPADEK JEZUSA

    Trzeci upadek. To mogła być wielka pokusa, by się poddać, by już nie wstawać. Mogła pojawić się myśl: Niech tu już Mnie zabiją, niech się dzieje, co chce. Nie dam już rady. Do tej stacji dochodzi wielu ludzi. Kiedy upadają po raz setny, tysięczny, pogrążając się w uzależnienie od alkoholu, w pornografii, w zazdrości. Wtedy pojawia się myśl: już nie dam rady. Już nie powstanę. Po co się z tego spowiadać, skoro grzech i tak powróci. A przecież się starałem. Odprawiałem rekolekcje i pielgrzymki. Cisną się wtedy na usta słowa rozgoryczonego Piotra: Mistrzu, całą noc łowiliśmy i niceśmy nie ułowili.

    Pismo święte mówi: serce ludzkie podobne jest do przepaści. A w tych przepastnych przestrzeniach ludzkiego wnętrza ukryte bywa sprytnie to, co dla człowieka najniebezpieczniejsze – pycha. Ks. Aleksander Fedorowicz powiedział kiedyś: Lepiej jest człowiekowi popaść w grzechy ciężkie niż w stan wszechogarniającej pychy. Dlatego niekiedy na naszej Drodze Krzyżowej przychodzi upadek, z którego już sami nie potrafimy się podnieść. Nasi bliscy już to widzą, znajomi są kurtuazyjnie zaskoczeni, a my stoimy jak nędzarze przed dwoma drogami: pychą i pokorą. Drogami Piotra i Judasza. Błogosławieni, którzy wbrew ludzkiej nadziei – spes contra spem – zdołają wtedy zakrzyknąć: Lecz na Twoje słowo zarzucę sieć. Jeszcze raz.

    STACJA X

    PAN JEZUS Z SZAT OBNAŻONY

    Kto wytrwa do końca ten będzie zbawiony. Do końca.

    Oglądali Go, podglądali, podsłuchiwali, wystawiali na próbę. W końcu zdarli z Niego szatę. I nie znaleźli tego, czego szukali. Znaleźli tylko czystą miłość. Tylko prawdę i dobroć. Czystość serca daje odwagę i wolność. Błogosławieni, szczęśliwi są ci, którzy nie lękają się prawdy do dna, do końca. Możecie czytać ich korespondencję, słuchać osobistych zwierzeń, zaglądać w sekretne notatki. Znajdziecie w tym wszystkim tylko życie Bożego dziecka.

    Tak wielu ludzi się boi, że się wyda, że się coś okaże, że ktoś wyciągnie na dzienne światło. Co z tym zrobić? Trzeba to ukrzyżować. Utopić w wodzie chrztu. Oczyścić krwią Zbawiciela. Ta droga jest bardzo konkretna: spowiedź, pokuta, wolność. Kto naprawdę umarł z Jezusem, ten nie ma czego się bać. Temu nie są potrzebne szaty tytułów, osiągnięć, nieustannych sukcesów w rywalizacji. On wie, że jego skarbem jest biały kamyk, na którym wypisane jest jego nowe imię. Imię czystego człowieka.

    STACJA XI

    PAN JEZUS DO KRZYŻA PRZYBITY

    Bóg przybity do krzyża. To szokujący, ale i wspaniały znak Jego miłości do nas. Bóg dał się przybić do naszego życia. Tak, żeby nie dało się Go oderwać. Sam mówił: Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata. Kiedy tylko budzi się dzień, we wszystkich kościołach kapłani wznoszą nad głowami wiernych Biały Chleb i przypominają, że to jest Ciało za nas wydane. Każdego dnia Chrystus czeka, by rozgrzeszać swoje poranione dzieci w kościołach Paulinów, Jezuitów, Kapucynów, Dominikanów, Franciszkanów, Bonifratrów, Redemptorystów. Cały dzień Chrystus jest wyniesiony w monstrancji w Sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze. Od setek lat przypomina o swojej miłości w znaku krzyża.

    Od wieków Bóg, jakby przybity do tego miasta, dzieli losy z mieszkańcami Częstochowy. Bóg przybity do Polski, do całego świata. Wbity jak hak w tatrzańskiej skale, ratujący tych, którzy odpadają od życia i lecą w przepaść.

    Niekiedy ktoś może prosić: Jezu, przytul mnie, obejmij mnie. Ale to dla Niego zbyt mało. On się miłością przybija do naszego życia. Na dobre i na złe. Na nasze zbawienie wieczne.

    STACJA XII

    PAN JEZUS UMIERA NA KRZYŻU

    Gdy Jezus umierał na krzyżu, być może ktoś pomyślał, że szkoda Jego życia. Tak wiele pożytecznych rzeczy czynił, a teraz wszystko skończone. Tyle osób mógł jeszcze uzdrowić, nakarmić, wskrzesić, a jednak został powstrzymany przez intrygę złych ludzi. Wszyscy pamiętali, że kiedy wędrował z uczniami po drogach Palestyny, zawsze ich wyprzedzał, zawsze się śpieszył. A teraz bez tchnienia, bez życia, bez ruchu wisi na krzyżu. A to jednak nie była prawda. On nie dał się zatrzymać. Przekroczył próg śmierci i dalej poniósł swoją Ewangelię nadziei. Kiedy ludzie patrzyli na zmarłego Jezusa, na Jego martwe ciało, On był już w otchłaniach, zwiastując zmarłym wyzwolenie.

    Musimy pamiętać, że i my najwięcej czynimy, gdy nasze ciała obumierają w postawie modlitwy, gdy splatamy nasze dłonie w geście błagania. Ludzie będą mówili, że to marnowanie życia. Tak. My musimy zmarnować życie ciągle obumierając dla świata, przekraczając go w wierze, nadziei i miłości.

    STACJA XIII

    PAN JEZUS ZDJĘTY Z KRZYŻA I ZŁOŻONY NA RAMIONA MATKI

    Można być przy Jezusie, bo potrzebuje się zdrowia i szczęścia. Można być przy Nim, by inni to wiedzieli i podziwiali. Można szukać u Niego sensu dla swego życia lub duchowego ładu i harmonii. Jak bogaty młodzieniec z Ewangelii można prosić Go o receptę na życie wieczne.

    Ale w tych wszystkich wypadkach jest się raczej z sobą samym niż z Chrystusem. Być przy Jezusie to przede wszystkim być przy Nim tak, jak Maryja na trzynastej stacji Drogi Krzyżowej. Ona tuli ciało swego Syna, choć On już nie naucza, nie karmi, nie uzdrawia. Został już tylko ból i słowa: koniec, beznadziejność, śmierć. Tu nie pocieszą żadne wspomnienia, nie pomogą żadne marzenia.

    Co robić? Jezus na tę stację pozostawił nam słowa: Nie bój się. Wierz tylko. Kto wytrwa do końca ten będzie zbawiony.

    STACJA XIV

    PAN JEZUS DO GROBU ZŁOŻONY

    Aby wejść do świata pełni zbawienia, trzeba tu, na ziemi zostawić wszystko. Dlatego całe życie tracimy: beztroskie dzieciństwo, kolorową młodość, dzieci, które opuszczają dom rodzinny, w końcu musimy zostawić pracę, stracić zdrowie, pożegnać nad grobem przyjaciół. Anna Kamieńska napisała: Dzieje człowieka to kolejne wygnania z wielu rajów, to kolejne zamykanie się za nami bram, bezpowrotnie, na zawsze. Nie ma powrotów. Nigdy.

    Ktoś powie: to przerażające. Wszystko zostaje nam zabrane. Czy zabrane? Każdy człowiek ma przed sobą dwie drogi: żebraka i siewcy. Ten pierwszy gromadzi w swoich żebraczych torbach swój nędzny majątek. Torby są wielkie, ciążą mu bardzo, a on nie rozstaje się z nimi nawet na chwilę, choć tak naprawdę to tylko same śmiecie. Ale człowiek może być, jak siewca, który idzie przez życie i hojnie rzuca na pole Królestwa Bożego ziarna swoich talentów, pracy i miłości. Pod koniec życia torba jest pusta. Ale pole zostało obficie zasiane.

    Grób Chrystusa to pierwsze ziarno nowego ogrodu życia, a wszystkie cmentarze świata to zasiane pola Nowej Ziemi. Grób Chrystusa jest pierwszym, przy którym słowo koniec ustępuje miejsca słowu początek. Przy nim dziś kończymy drogę krzyżową, ale jutro, o poranku, znowu spotkamy się przy tym samym grobie. Ale będzie to już zupełnie inne miejsce.

    ZAKOŃCZENIE

    Stacja piętnasta – powrót do domu, spotkanie z najbliższymi, wieczorna modlitwa.
    Stacja szesnasta – trudna rozmowa w rodzinie.
    Stacja siedemnasta – wizyta u lekarza.
    Stacja czterdziesta – śmierć kogoś bliskiego
    Stacja setna.
    Stacja tysięczna…
    Kto nie zna drogi do morza, niech podąża za rzeką.
    Niech podąża za krzyżem ten, kto szuka drogi do Boga, do zmartwychwstania, do życia. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Droga krzyżowa – jedyna droga chrześcijanina

    fot. József Süveg via: Wikipedia CC 3.0/Fronda.pl

    *****

    Droga krzyżowa – jedyna droga chrześcijania

    Droga krzyżowa… czyli czyja? Droga chrześcijanina. Chrześcijanin nie kroczy inna drogą, niż drogą krzyżową, która prowadzi przez śmierć do zmartwychwstania. Droga krzyżowa, to droga ku wolności, bo ku niej wyswobodził nas Chrystus. Przez zdrady i upadki, przez podnoszenie się i dowody miłości, przez niewiedzę i zrozumienie kroczymy razem ku zmartwychwstaniu.

    Stacja I. Pan Jezus na śmierć skazany

    [Piłat] uwolnił Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie (Mt 27,26). Męka Pańska jest Męką zbawczą. Pierwszy uratowany przez nią jest Barabasz. Może potrzebował czasu na nawrócenie? Może to była jeszcze nie ta chwila na śmierć. Niebawem dołączy do uratowanych Dobry Łotr. Moc krzyża, także naszego, to moc miłości, która nawet spod zła potrafi wydobyć dobro.

    Stacja II. Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

    A gdy Go wyszydzili zdjęli z Niego płaszcz, włożyli na Niego własne Jego szaty i odprowadzili na ukrzyżowanie (Mt 27,31). Krzyż, którym obarczony był Chrystus, którym my jesteśmy obarczeni, krępuje ruchy, wyznacza pewien rytm kroków, pokazuje horyzont. Ale to nasz krzyż, który wraz z Chrystusem niesiemy we własnych szatach – – po to, aby do końca wyrazić swoje jestestwo, do końca stać się sobą. Bez krzyża sobą być nie możemy.

    Stacja III. Pan Jezus po raz pierwszy upada pod krzyżem

    Oczy moje wylewają łzy dzień i noc bez przerwy, bo wielki upadek dotknie Dziewicę, Córę mojego ludu, klęska bardzo wielka. (Jr 14,17) Upadek pod ciężarem krzyża… Jeżeli upadasz, to znaczy, że twój krzyż jest prawdziwy. A jeśli się podnosisz, to znaczy, że jesteś chrześcijaninem.

    Stacja IV. Pan Jezus spotyka swoją Matkę

    A Twoją duszę miecz przeniknie (Łk 2,35). Idąc naszą drogą krzyżowa, czy dostrzegamy także tych, którzy nas kochają? To, że ktoś nas kocha, w dzisiejszym świecie, może wydawać się krępujące, dziwne, niewygodne. Niemniej także oni mają prawo do naszej uwagi, do naszego spojrzenia.

    Stacja V. Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi

    Przymusili niejakiego Szymona z Cyreny aby niósł krzyż. (Mk 15,21) Nasi współpracownicy z przymusu… Czy mamy siły, aby wziąć na barki także ten obowiązek – pomoc ludzi, którzy nam nie za bardzo chcą pomóc? Cyrenejczyk mógł stracić dzień przez przemoc żołnierzy; tradycja mówi, że jego synowie, Aleksander i Rufus, byli później rzymskimi chrześcijanami. Może więc to wymuszone spotkanie było początkiem nowego życia?

    Stacja VI. Święta Weronika ociera twarz Panu Jezusowi

    Najpiękniejszy jesteś spośród synów ludzkich. (Ps 45,3) Twarz Chrystusa… Nie wiemy, jak On wyglądał, ale ciągle szukamy Jego oblicza. Według legendy Mandylion z Twarzą Chrystusa, który Ten posłał Abgarowi, królowi Edessy, chronił w cudowny sposób miasto przed kolejnymi najazdami wrogów. Modlimy się, aby Chrystus rozpromienił swe oblicze nad nami i obdarzył nas pokojem.

    Stacja VII. Pan Jezus upada pod krzyżem po raz drugi

    Drugi upadek poprzedziła cała seria spotkań. Istotnie tak jest, że ludzie, spotkania z nimi, mogą zabierać nam siły; czasem mogą odbierać nam odwagę, wiarę. Mogą zachwiać naszą nadzieją. Chrystus upadający po raz drugi pod ciężarem krzyża i po raz kolejny dźwigający się do dalszej drogi umacnia nas w cierpliwej służbie naszym bliźnim.

    Stacja VIII. Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty

    Córki jerozolimskie! Nie płaczcie nade Mną, ale nad sobą i swoimi dziećmi! (Łk 23,28) Droga krzyżowa nie jest miejscem na płacz nad Zbawicielem. To miejsce, w którym wpatrując się oczami wiary w Niego i ofiarę Jego Męki, staramy się zrozumieć także nasze życie, poprawić to, co Bogu podobać się nie może i umocnić to, co Bogu jest miłe.

    Stacja IX. Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci

    Trzeci upadek – tym razem już z wyczerpania, prawie u szczytu Golgoty. Chrystus podnosi się, ale przecież tylko po to, aby za chwilę dojść na miejsce stracenia… Czy zatem bezsensowny wysiłek? Żaden wysiłek ożywiany miłością do Boga i człowieka nie jest pozbawiony sensu.

    Stacja X. Pan Jezus z szat obnażony

    Przynieście zaraz najlepszą szatę i ubierzcie go. Dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. (Łk 16,22) Taka jest różnica między człowiekiem a Bogiem: gdy jesteśmy w rękach Boga, dostępujemy godności Synów; człowiek zaś potrafi człowieka obedrzeć ze wszystkiego. Nagi Chrystus, oczekujący na przybicie do krzyża, ikona Bożej gotowości do przebaczenia, zdaje się mówić do każdego z nas udręczonego na naszej drodze krzyżowej: Przyjdźcie do Mnie wszyscy… a Ja was pokrzepię. (Mt 11,28)

    Stacja XI. Pan Jezus do krzyża przybity

    Gdy przyszli na miejsce ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców (Łk 23,33). Nie wystarczy być ukrzyżowanym. Będąc przybitym do krzyża trzeba także mieć w sercu miłość, skruchę i przebaczenie – tak jak widzimy to w Jezusie, tak jak naśladował Go w tym Dobry Łotr. Samo przybicie do krzyża, bez miłości, pozbawione jest znaczenia.

    Stacja XII. Pan Jezus umiera na krzyżu

    Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego!” (Łk 23,46) Z naszym krzyżem nie rozstaniemy się aż do śmierci. Cała droga krzyżowa, całe nasze życie, jest przygotowaniem do błogosławienia dobrego Boga w chwili śmierci, do oddania Mu naszego ostatniego tchnienia.

    Stacja XIII. Zdjęcie z krzyża

    Józef poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża i owinął w płótno. (Łk 23,52-53) Jezus umarł i okazywanie Mu swej sympatii mogło być niebezpieczne. Józef z Arymatei, pobożny Żyd, uczy nas odwagi, także w decyzjach dotyczących dnia codziennego, które nie wydają się mieć waloru zbawczego, w sytuacjach, w których odważna decyzja może ściągnąć na nas niechęć otoczenia.

    Stacja XIV. Złożenie do grobu

    A na miejscu, gdzie Go ukrzyżowano był ogród. Tam to złożono ciało Jezusa. (por. J 19,41) Ludzie zrobili Mu już wszystko, co mogli: umęczyli Go, zabili i złożyli do grobu. Reszta należy do Ojca. O to przecież się modlił w chwili śmierci. Także i nasz los leży ostatecznie w ręku Boga. Do Niego należymy w naszej śmierci i naszym zmartwychwstaniu.

    Tekst opublikowany na stronie CSPB. Portal o duchowości monastycznej

    Szymon Hiżycki OSB (ur. w 1980 r.) studiował teologię oraz filologię klasyczną; odbył specjalistyczne studia z zakresu starożytnego monastycyzmu w kolegium św. Anzelma w Rzymie. Jest miłośnikiem literatury klasycznej i Ojców Kościoła. W klasztorze pełnił funkcję opiekuna ministrantów, duszpasterza akademickiego, bibliotekarza i rektora studiów. Do momentu wyboru na urząd opacki był także mistrzem nowicjatu tynieckiego. Autor książki na temat ośmiu duchów zła „Pomiędzy grzechem a myślą” oraz o praktyce modlitwy nieustannej „Modlitwa Jezusowa. Bardzo krótkie wprowadzenie”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 1 KWIETNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 18.00

    MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI MĘKI PAŃSKIEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięć pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 KWIETNIA – NIEDZIELA PALMOWA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    PRZED KAŻDĄ MSZĄ ŚW. JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 MARCA – SOBOTA IV TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    UROCZYSTOŚĆ ZWIASTOWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco
    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco/ Vatican News

    *********

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 17.00 – KATECHEZA DLA DZIECI I RODZICÓW

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW.

    W OSTATNIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA MSZA ŚWIĘTA ODPRAWIANA JEST W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    CZŁONKOWIE ŻYWEGO RÓŻAŃCA MOGĄ DZIŚ UZYSKAĆ ODPUST ZUPEŁNY

    POD ZWYKŁYMI WARUNKAMI

    PO MSZY ŚWIĘTEJ SĄ PRZEDSTAWIANE INTENCJE NA KOLEJNY MIESIĄC

    This image has an empty alt attribute; its file name is 14807.jpg
    fot. notoryczna / sxc.hu

    _________________________________________________________________________________________

    25 marca – Dzień Świętości Życia

    połączony z Adopcją Dziecka Poczętego

    Duchowa Adopcja to modlitwa zainicjowana przez ojców paulinów ponad 30 lat temu, w warszawskim kościele pod wezwaniem Świętego Ducha, który jest obecnie Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. „Istotą Duchowej Adopcji jest codzienna modlitwa za dziecko w łonie matki, trwająca przez dziewięć miesięcy. Polega ona na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy (dziesiątki) różańca świętego oraz specjalnej, krótkiej modlitwy za dziecko, którego życie jest zagrożone”.

    „Przeżywany teraz czas realnego zagrożenia własnego życia mobilizuje do szukania sposobów jego chronienia, ale także pobudza do wzajemnej modlitwy. Jest szansą otwarcia oczu i serca – nowego spojrzenia – na najbardziej bezbronne i samotne wobec zagrożenia zagładą – życie dzieci nienarodzonych” – podkreślają paulini.

    Szczegółowe informacje o Dziele Adopcji Dziecka Poczętego można znaleźć na stronach:  centrumzawierzenia.jasnagora.pl,  www.duchowaadopcja.pl oraz  paulini.com.pl/duchowa-adopcja. Aby ułatwić codzienne zobowiązanie modlitewne można też skorzystać z aplikacji na telefon „Adoptuj życie” stworzonej przez Fundację Małych Stópek. Dzięki aplikacji można zobaczyć, jak dziecko codziennie rośnie, są również zdjęcia USG, które towarzyszą w każdym dniu modlitwy.

    Dzień Świętości Życia został ustanowiony w Kościele w Polsce w 1998 r. w odpowiedzi na apel św. Jana Pawła II zawarty w encyklice „Evangelium Vitae” ogłoszonej 25 lat temu, 25 marca 1995 roku. Papież napisał w niej m.in., że „Człowiek i jego życie jawią się nam jako jeden z najwspanialszych cudów stworzenia…” (Evangelium Vitae, 84). Dzień Świętości Życia przypada dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem.  Jego celem jest budzenie wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia na każdym jego etapie oraz zwrócenie uwagi na potrzebę szczególnej troski o nie.

    MODLITWA W INTENCJI OBRONY ŻYCIA

    (do odmawiania po Koronce do Bożego Miłosierdzia)

    O Maryjo, jutrzenko nowego świata, Matko żyjących, Tobie zawierzamy sprawę życia: spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat, ubogich, którzy zmagają się z trudnościami życia, mężczyzn i kobiet – ofiary nieludzkiej przemocy, starców i chorych zabitych przez obojętność albo fałszywą litość.

    Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna potrafili otwarcie i z miłością głosić ludziom naszej epoki Ewangelię życia. Wyjednaj im łaskę przyjęcia jej jako zawsze nowego daru, radość wysławiania jej z wdzięcznością w całym życiu oraz odwagę czynnego i wytrwałego świadczenia o niej, aby mogli budować, wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, cywilizację prawdy i miłości na cześć i chwałę Boga Stwórcy, który miłuje życie.

    Jan Paweł II
    Encyklika Evangelium vitae, 105

    *********

    Codzienna modlitwa Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego,
    towarzysząca dziesiątce różańca: 

    Panie Jezu,
    za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi,
    która urodziła Cię z miłością
    oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia,
    który opiekował się Tobą po narodzeniu,
    proszę Cię w intencji tego nie narodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem,
    a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady.
    Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę,
    aby swoje dziecko pozostawili przy życiu,
    które Ty sam mu przeznaczyłeś.
    Ame
    n.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Warunki

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    www.duchowaadopcja.com.pl

    ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zamiast „aborcji”, wybrały życie dla swoich dzieci. Żadna z matek nie zmieniłaby swojej decyzji

    fot. Pixabay

    ***

    W ciągu 16 lat niesienia pomocy ciężarnym i rodzącym matkom będącym w trudnej sytuacji Kathleen Wilson ani razu nie usłyszała od nich, że ratując życie podjęły złą decyzję. Czy tak samo myślą kobiety, które zdecydowały o śmierci swojego dziecka i wybrały aborcję?

    Wilson w rozmowie z Tuckerem Carlsonem z Fox News wyraziła zwoje zadziwienie lewicowo liberalną narracją o „torturowaniu” i „zmuszaniu” kobiet do rodzenia dzieci przez środowiska pro life. Jak przyznała, przez 16 lat działalności ośrodka Mary’s Shelter nie spotkała matki, która po wyborze życia dla swojego dziecka żałowałaby tej decyzji.

    Jak mówiła, ma nadzieję, że mimo agresywnej narracji proaborcyjnej „nigdy nie dojdziemy do punktu, w którym potępiamy kobiety za posiadanie dzieci”

    W domach Mary’s Shelter zamieszkać mogą matki potrzebujące wsparcia przez nawet trzy lata. Znajdują tam pomoc, edukację, zdobywają wiedzę o porodzie i macierzyństwie. Przez domy w ciągu 16 lat przeszło ponad 400 potrzebujących pomocy matek.

    Nikt ich do niczego nie zmusza – przychodzą do ośrodka po pomoc. I ją znajdują. –One kochają swoje dziecko. To naprawdę takie proste. Chcą swojego dziecka. W ciągu 16 lat żadna kobieta nie powiedziała mi, że przeszła przez Mary’s Shelter, że żałuje, że ma swoje dziecko. Nigdy, przenigdy – mówiła Wilson.

    Troszczymy się o dziecko w łonie matki. Kochamy dziecko w łonie matki, ale kochamy też tę mamę. A kobiety przychodzą do nas z tyloma dziećmi, ile mają. Kochamy wszystkie te dzieci – dodała.

    Owszem, w ośrodku były kobiety pełne żalu, smutku i goryczy – miały one za sobą złą decyzję o uśmierceniu swojego nienarodzonego dziecka.

    źródło: marsz.info/MA/PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    20 MARCA – PONIEDZIAŁEK IV TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    UROCZYSTOŚĆ ŚW. JÓZEFA

    Choć o św. Józefie dowiadujemy się z Biblii stosunkowo niewiele, to we współczesnym Kościele jest opiekunem aż kilku sytuacji czy ról życiowych: jest wzorem dla ojców, mężów, małżeństw i rodzin, patronuje dobrej śmierci, a także czuwa przy ludziach podczas pracy. To ostatnie dlatego, że kontekst, z jakiego go poznajemy, czytając Ewangelię, dotyczy właśnie sfery zawodowej. O Józefie wiemy niewiele, ale wiemy na pewno, że był stolarzem.

    John Everett Millais, 1850 r.

    ***

    Pełen symboli obraz przedstawiający Świętą Rodzinę w warsztacie stolarskim. Jezus, pomagając Józefowi, rani się w dłoń. Jego babcia Anna obcęgami wyjmuje gwóźdź, który zadał ranę. Krew z dłoni kapie na stopę dziecka – zapowiada śmierć na krzyżu. Józef z troską ogląda skaleczenie, a Maryja pociesza Syna, ofiarując Mu policzek do pocałowania. Obok przechodzi strapiony chłopiec w skórzanej przepasce – to oczywiście Jan, a woda, którą niesie w naczyniu, symbolizuje wodę, którą ochrzci Jezusa. Asystent Józefa obserwujący całe zdarzenie reprezentuje przyszłych uczniów Jezusa, apostołów. I jeszcze 3 symbole: drabina odwołująca się do Drabiny Jakuba (por. Rdz 28,10-22), na niej gołąb, czyli figura Ducha Świętego oraz owce w owczarni jako obraz przyszłego Kościoła.

    Aleteia.pl

    __________________________________________________________________________

    Św. Józef - zwykły człowiek, któremu Bóg powierzył wielkie rzeczy
    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna

    ***

    Św. Józef – zwykły człowiek, któremu Bóg powierzył wielkie rzeczy

    Dziś przypada uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    W sercu Wielkiego Postu liturgia wskazuje nam tego wielkiego świętego jako przykład do naśladowania i jako opiekuna, do którego możemy się uciekać. Św. Józef jest dla nas przede wszystkim wzorem wiary. Tak jak Abraham, żył zawsze zdając się bez zastrzeżeń na Bożą Opatrzność, podobnie św. Józef stanowi dla nas umacniający przykład, zwłaszcza wtedy, gdy Bóg chce, abyśmy zawierzyli Mu «na słowo», a więc nie mając jasności co do Jego zamysłu.

    Jesteśmy wezwani do naśladowania św. Józefa także w pełnym pokory posłuszeństwie – cnocie, która wyraża się u niego w milczeniu i pracy w ukryciu. Jakże cenna jest «szkoła nazaretańska» dla współczesnego człowieka, kuszonego przez kulturę, która najczęściej gloryfikuje pozór i sukces, niezależność i fałszywe pojęcie wolności indywidualnej! Jakże potrzebne jest natomiast przywrócenie właściwej wartości prostocie i posłuszeństwu, szacunkowi i poszukiwaniu z miłością woli Bożej! 

    Święty Józef żył, służąc swej Oblubienicy i Boskiemu Synowi; tym samym stał się dla wierzących wymownym świadectwem tego, iż «panować» znaczy «służyć». Z jego przykładu mogą czerpać przydatną naukę życiową zwłaszcza ci, którzy w rodzinie, w szkole i w Kościele pełnią rolę «ojców» i «przewodników». Myślę przede wszystkim o ojcach, którzy właśnie w dniu poświęconym św. Józefowi obchodzą swoje święto. Myślę również o tych, którzy zgodnie z Bożą wolą pełnią w Kościele funkcję ojców duchowych. 
    Niech św. Józef, którego lud chrześcijański wzywa z wielką ufnością, kieruje zawsze krokami Bożej rodziny; w sposób szczególny niech wspomaga tych, którzy pełnią rolę ojców zarówno w sensie fizycznym, jak i duchowym. Niech naszym prośbom towarzyszy i wstawia się za nami Maryja, dziewicza Oblubienica Józefa i Matka Odkupiciela. 

    W Józefie bowiem, powołanym, aby być ziemskim ojcem Wcielonego Słowa, dostrzegamy szczególne odzwierciedlenie Bożego Ojcostwa. Józef jest ojcem Jezusa, ponieważ jest naprawdę oblubieńcem Maryi. Dziecko poczęło się w Jej dziewiczym łonie za sprawą Boga, ale jest także synem Józefa, Jej małżonka w świetle prawa. Dlatego Ewangelia nazywa ich oboje «rodzicami» 
    Pełniąc funkcję ojca, Józef współuczestniczy w pełni czasów w wielkiej tajemnicy odkupienia» (Redemptoris custos). Jego ojcostwo wyraziło się w sposób konkretny w tym, że uczynił ze swego życia służbę (..) tajemnicy wcielenia i związanej z nią odkupieńczej misji; Józef przekształcił swe ludzkie powołanie do rodzinnej miłości w ponadludzką ofiarę z siebie, ze swego serca i wszystkich zdolności, w miłość oddaną na służbę Mesjaszowi, wzrastającemu w jego domu. Aby to było możliwe, Bóg dał Józefowi udział w swojej ojcowskiej miłości, od której «bierze nazwę wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi» (por. Ef 3, 15).

    Powołaniem Józefa było być przybranym ojcem Jezusa i małżonkiem Maryi. Św. Mateusz mówi o nim: Józef, mąż Maryi. Józef wziął Maryję wraz z całą tajemnicą Jej macierzyństwa, razem z Synem, który miał przyjść na świat za sprawą Ducha Świętego. Mieszkańcy Nazaretu pewnego razu nazwali Jezusa Synem cieśli. Miłość Józefa do Maryi była spokojna i żarliwa, wzruszająca i czuła. Otrzymał on od Boga dwa skarby: Jezusa i Maryję, które stanowiły rację jego życia. Żył pośród niewypowiedzianych radości, mając przy sobie Jezusa i Maryję, ale równocześnie wśród niepewności i cierpień, takich jak: zakłopotanie wobec dokonującej się w Maryi tajemnicy, której on jeszcze nie znał.

    Przeżył różne sytuacje. Przestał zajmować się sobą samym od chwili, kiedy pouczony przez anioła we śnie przyjął zamiary Boga wobec siebie i Maryi. Zaczął żyć dla Tych, których mu powierzono. Żył jak zwykły człowiek, któremu Bóg powierzył wielkie rzeczy.
    Życie jego było wypełnione pracą w Nazarecie, w Betlejem, w Egipcie i ponownie w Nazarecie. Jako cieśla – rzemieślnik wyrabiał najróżniejsze przedmioty: stoły, jarzma, drzwi itp. Święty Józef stanowi dla nas swego rodzaju zwierciadło, w którym mamy się przeglądać i odkrywać, jak uświęcić nasze życie. Jego życie polegało na ustawicznym oddawaniu się bez zastrzeżeń woli Bożej dla dobra Świętej Rodziny. Boża siła wytrącała go ze spokoju życia, pokazując mu różne drogi, a w dzień i w nocy przynaglała do ważnych decyzji. Józef uczy nas, abyśmy byli mężni podczas trudności, patrząc zawsze na Jezusa. 

    Kościół katolicki ukazuje św. Józefa jako wzór takich cnót, jak: posłuszeństwo Bogu, wiara, pracowitość, męstwo, sprawiedliwość, czystość, piękna miłość, skromność, ubóstwo, milczenie, opanowanie. Święty Józef jest wzorem męstwa i paradygmatem ojcostwa. Św. Józef przez Kościół katolicki jest ukazywany również jako pogromca duchów piekielnych. 

    Na jego temat wydawane jest wiele publikacji. O dozgonnej dziewiczości św. Józefa piszą: św. Hieronim, św. Tomasz z Akwinu i wielu innych. Największą jednak czcią do św. Józefa wyróżniała się św. Teresa z Avila, wielka reformatorka Karmelu (+ 1582). Twierdziła ona wprost, że o cokolwiek prosiła Pana Boga za jego przyczyną, zawsze otrzymała i nie była nigdy zawiedziona. Wszystkie swoje klasztory fundowała pod jego imieniem. Jego też obrała za głównego patrona swoich dzieł. Doroczną uroczystość św. Józefa obchodziła bardzo bogato, zapraszając najwybitniejszych kaznodziejów, orkiestrę i chóry, dekorując świątynię, wystawiając najbogatsze paramenty liturgiczne. 

    Do szczególnych czcicieli św. Józefa zaliczał się również św. Jan Bosko. Stawiał on Józefa za wzór swojej młodzieży rzemieślniczej. Miesiąc marzec co roku obchodził jako miesiąc św. Józefa, czcząc Go osobnym, codziennym nabożeństwem i specjalnymi czytankami. 

    We współczesnych pismach o św. Józefie możemy przeczytać: „Józefa miłujcie jak brata w waszej niedoli. To najbardziej pokorny z ludzi. Tylko tak pokorny człowiek mógł ponieść brzemię odpowiedzialności za Syna Bożego. O, gdybyście widzieli Jego poświęcenie, a także cześć oddawaną Dziecięciu i Maryi! Zewsząd słyszał odgłosy zagrożenia, ale trwał, trwał przy Bogu i wypełniał cicho swoje trudne obowiązki. On nawet w Niebie pozostaje pokornym, ale ma wielką moc wstawienniczą jako nagrodę za opiekę nad Synem Bożym. Józef, wasz Patron, trwa przy was jak przy Jezusie. O, proście, proście waszych Świętych aby łaska ich męczeństwa i chwały spływała na was i pomogła być świętymi” (Tobie Panie zaufałam, Kraków 2004, wyd. Pijarów). 

    Śladami Oblubieńca Maryi

    Nawiedzając Ziemię Świętą, napotykamy na ślady świadczące o życiu Świętej Rodziny w Nazarecie. W odległości ok. 200 m od Bazyliki Zwiastowania, usytuowana jest świątynia pw. św. Józefa, która została zbudowana w 1911 r. na ruinach poprzedniego kościoła z czasów krzyżowców. W 1950 r. dokonano wystroju świątyni. Fresk w centralnej absydzie przedstawia Świętą Rodzinę. W absydach bocznych zostały utrwalone sceny: sen św. Józefa oraz jego śmierć. Witraże w kościele ilustrują Litanię do św. Józefa. Sanktuarium więc związane jest z domem św. Józefa, w którym mieszkała Święta Rodzina. 

    Także w Betlejem, w pewnej odległości od Bazyliki Narodzenia, przy klasztorze Sióstr Franciszkanek, znajduje się kaplica – Dom św. Józefa. W tym miejscu przez pewien czas mieszkała Święta Rodzina. W chwili gdy przybyli Mędrcy ze Wschodu do Betlejem, „nowo narodzony Król żydowski” nie mieszkał już w grocie. Mędrcy złożyli Mu hołd już we wspomnianym domku. „Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon” (Mt 2, 11). 

    W Bazylice Narodzenia, w pobliżu groty, w której urodził się Chrystus, usytuowana jest kaplica św. Józefa. Upamiętnia ona wydarzenie, kiedy w czasie snu Józefa zjawił się anioł, aby ostrzec przed niebezpieczeństwem ze strony króla Heroda.
    Ostatnia scena ewangeliczna, w której dostrzegamy milczącego św. Józefa, to scena znalezienia 12-letniego Jezusa w świątyni. W tym miejscu mała dygresja: Na 16-tym kilometrze drogi z Jerozolimy do Galilei leży miejscowość Al Bireh. Przed osiedlem znajduje się źródło. Przy tym źródle karawany i grupy pielgrzymkowe wracające z Jerozolimy przez Samarię do Galilei zatrzymywały się na pierwszy postój. Najprawdopodobniej w tym miejscu Maryja i Józef zdali sobie sprawę, że wśród pielgrzymujących nie ma Jezusa. Wobec tego wrócili do Jerozolimy, by Go szukać. Znaleźli Go w świątyni 
    Resztę informacji o św. Józefie przekazała nam tradycja chrześcijańska. Niestety, ani tradycja, ani Pismo Święte nie wspominają nam o miejscu, gdzie mógłby być pochowany św. Józef. Na terenie, gdzie dziś wznosi się klasztor Sióstr z Nazaretu, znajduje się domniemany grób św. Józefa. Domniemany, ponieważ podczas budowy klasztoru odkryto cmentarzysko i napotkano grób żydowski wykuty w skale. Według osądu Sióstr, mógłby to być grób św. Józefa. Niestety, jak na razie, brak jest na to dowodów.
    Na zakończenie pragnę zaproponować krótką modlitwę do świętego Józefa, powierzając się Jego szczególnej opiece i wstawiennictwu:

    Akt poświęcenia się świętemu Józefowi

    Święty Józefie, mój najmilszy Ojcze, po Jezusie i Maryi najdroższy mojemu sercu, Tobie się powierzam i oddaję, jak powierzyli się Twej opiece Boży Syn i Jego Przeczysta Matka. Przyjmij mnie za swoje dziecko, bo ja na całe życie obieram Cię za Ojca, Opiekuna, Obrońcę i Przewodnika mej duszy. O mój najlepszy Ojcze, święty Józefie, prowadź mnie prostą drogą do Jezusa i Maryi. Naucz mnie kochać wszystkich czystą miłością i być gotowym do poświęceń dla bliźnich. Naucz walczyć z pokusami ciała, świata i szatana i znosić w cichości każdy krzyż, jaki mnie spotka. Naucz pokory i posłuszeństwa woli Bożej. O najdroższy święty Józefie, bądź Piastunem mej duszy, odkupionej Krwią Chrystusa. Czuwaj nade mną, jak strzegłeś Dzieciątka Jezus, a ja Ci przyrzekam wierność, miłość i całkowite posłuszeństwo, bo ufam, że za Twym wstawiennictwem będę zbawiony. Nie patrz na moją nędzę, ale dla miłości Jezusa i Maryi przyjmij mnie pod swą Ojcowską opiekę. Amen.

    Modlitwa na Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca NMP

    Józefie święty, jaką Ty miałeś ogromną wiarę i zaufanie Bogu, że potrafiłeś przyjąć tak niepojętą Tajemnicę. Jak wielkim zaufaniem obdarzył Cię Bóg, skoro Twojej opiece powierzył Jedynego Syna, Jezusa Chrystusa – Boga, która stał się Człowiekiem. Józefie święty – naucz mnie cichości i zasłuchania się w każde Boże natchnienie. Naucz mnie takiego zadziwienia się Bogiem, aby nie mówić żadnego słowa. Józefie dobry, naucz mnie kochać Jezusa i Jego Matkę. Naucz mnie ofiarować każdą moją pracę i każdy mój trud, i moje cierpienie Jezusowi i Jego Matce. Józefie święty, Opiekunie Świętej Rodziny, pierwszego Kościoła w domku nazaretańskim, miej w opiece Ojca Świętego i cały Kościół Chrystusowy. Proszę Cię pokornie, aby moja rodzina była Kościołem domowym. Święty mój Patronie – Ty miałeś tę łaskę umierać na rękach Pana Jezusa. Bądź przy mnie w chwili mej śmierci, przemożny Orędowniku u Boga, mego Pana, pomóż mi wysłużyć sobie – wieczne Bogiem zadziwienie. Amen

     opracowała Helena Sosnowska/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 MARCA PIĄTEK IV TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.30 – DROGA KRZYŻOWA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 MARCA – SOBOTA IV TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    UROCZYSTOŚĆ ZWIASTOWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW.

    W OSTATNIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA MSZA ŚWIĘTA ODPRAWIANA JEST W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    PO MSZY ŚWIĘTEJ OGŁASZANE SĄ INTENCJE NA KOLEJNY MIESIĄC

    This image has an empty alt attribute; its file name is 14807.jpg
    fot. notoryczna / sxc.hu

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

     fot. Adam Bujak/wyd. Biały Kruk

    ***

    „Coś ty Polakom zrobił, Janie Pawle…”.

    Wstrząsający wiersz Marcina Wolskiego w GPC (9.03.2023)

    „Coś ty Polakom zrobił, Janie Pawle, że Cię łajdacy szkalują tak nagle, łasząc się pierwej…” – tak zaczyna się wiersz Marcina Wolskiego „Z Norwida”, opublikowany w dzisiejszej Gazecie Polskiej Codziennie. Poetycka odpowiedź na ataki postkomunistów na świętego Jana Pawła II nawiązuje do wiersza Cypriana Kamila Norwida „Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie…”. Jeden z najważniejszych polskich wierszy kończy się słowami mówiącymi o tym, że wielkość, stająca naprzeciw złu, będzie atakowana także po śmierci: „Każdego z takich, jak ty, świat nie może/ Od razu przyjąć na spokojne łoże,/ I nie przyjmował nigdy, jak wiek wiekiem./ Bo glina w glinę wtapia się bez przerwy,/ Gdy sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem/ Później… lub pierwéj…”. Niezwykle mocny wiersz Marcina Wolskiego, oddający dziś uczucia milionów Polaków, zamieszczamy poniżej.

    Piotr Lisiewicz | Niezalezna.PL

    Z Norwida

    Coś ty Polakom zrobił, Janie Pawle,

    że Cię łajdacy szkalują tak nagle,

    łasząc się pierwej…

    Gdy na podstawie starych akt ubeckich

    dzieci agentów dawnych służb sowieckich

    plują codziennie.

    Pamiętam wasze twarze, tak skupione,

    wpatrzone w Ciebie jak w świętą ikonę,

    te komplementy i te fotografie,

    których zrachować nawet nie potrafię…

    Świat nam się zmienia, chociaż nie za bardzo,

    gdy jego piękno miesza się z ohydą.

    Bo kiedy maski i łuski opadną,

    święty staje się świętszym,

    gnida nadal gnidą.

    źródło: Gazeta Polska Codziennie, Niezalezna.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co ty wiesz o Kościele?

    Co ty wiesz o Kościele?

    Myśl wyrachowana: Głupstwa pozostają głupstwami nawet wtedy, gdy wypowiadają je ulubieńcy tłumów.

    Ostatnio w mediach często pojawiają się i zyskują popularność wypowiedzi aktorów na temat Kościoła. A to się któryś oburzy, a to wyrazi obrzydzenie, a to zadeklaruje apostazję.

    Miesiąc temu w antykościelnej stylistyce zabłysnął Bogusław Linda. W rozmowie z Małgorzatą Domagalik na Kanale Sportowym stwierdził, że jest patriotą, ponieważ stara się „zobaczyć ten kraj zarówno historycznie, od zaborów, rozbiorów, średniowiecza, katolicyzmu, który wszedł w którymś momencie i rozpieprzył nasz kraj, czyli od Wazów, którzy zaczęli rządzić, do teraz i do tego, co złego zrobił z nami Kościół, jak rozwalił ten naród w ogóle…”. Jako przykład wskazał stosunek Kościoła do Biblii. „Jak długo nie można było tłumaczyć Biblii? A po co tłumaczyć, jak ludzie zaczną czytać i rozumieć, o czym jest? Lepiej mówić po łacinie Msze, prawda? Dlaczego ludzie mają wiedzieć, że wcześniej nie było piekła, tylko wymyślono to po to, żeby sprzedawać odpusty? Po co to jest wszystko? Kościół utrzymuje głupotę w tym kraju, niestety” – oznajmił.

    Oczywiście każdy ma prawo gadać głupstwa, ale gdy robią to aktorzy, zwłaszcza tak dobrzy jak Linda, wzrasta społeczna przyswajalność takich nonsensów. Wynika to z faktu, że kojarzymy tych ludzi z ich ról, na ogół niebanalnych, słyszymy wypowiadane przez nich słowa, zazwyczaj niegłupie, i ulegamy sugestywności ich gestów i mimiki. W efekcie utożsamiamy aktorów z ich rolami, zakładając mimowolnie, że gdy mówią własnym, prywatnym tekstem, też mówią mądrze. Może się na przykład komuś skojarzyć, że skoro Bogusław Linda grał księdza Robaka, to znaczy, że zna się na teologii. Albo że jeśli grał jakąś postać historyczną, to zna się na historii. Należy mu więc przytaknąć zarówno wtedy, gdy twierdzi, że „katolicyzm” wprowadzili w Polsce Wazowie, jak i wtedy, gdy mówi, że „wcześniej nie było piekła”.

    Właściwie każde zdanie to manifest ignorancji. Autorom podobnych tekstów nie chodzi o wyjaśnianie czegokolwiek, tylko o wskazanie sprawcy wszystkiego złego. To bardzo wygodna rzecz, taki wróg publiczny numer 1. Wszystkim go można obciążyć – pożarem Rzymu, rządami PiS czy przyczynami własnej frustracji. Przy czarnym charakterze wszyscy inni wyglądają jak jasne charaktery – i zaraz im lepiej. Gdy w czarnej roli występuje Kościół, sytuacja jest idealna, bo można na nim odreagować wszystko, zwłaszcza to, co nie podoba nam się w sobie.

    Jasne, że ludzie Kościoła mają swoje za uszami. W ostatnich czasach ujawniono tego dużo, i bardzo dobrze. Niech wychodzi wszystko, bo prawda jest zawsze lecząca. Ale właśnie prawda, a nie insynuacje i pomówienia podawane ludziom jak hasła do linczu. Bo takie gadanie, że Kościół „rozwalił ten naród”, to w istocie praca nad narodem, żeby „rozwalił ten Kościół”.


    KRÓTKO:

    Pozyskanie głosów

    Władysław Kosiniak-Kamysz i Szymon Hołownia (obaj katolicy) postanowili „oddać głos społeczeństwu” i ogłosili zamiar przeprowadzenia po wygranych wyborach referendum na temat prawa do aborcji. Twierdzą, że ustawy wynikającej z referendum nawet prezydent RP nie ośmieli się zawetować. A na razie, dopóki nie ma odpowiednich zmian prawnych, liderzy PSL i Polski 2050 zaproponowali powrót do „kompromisu aborcyjnego”. Jak sobie to wyobrażają po orzeczeniu TK, stwierdzającym jasno, że nie zezwala na to konstytucja? Nieważne. Ważny jest „głos społeczeństwa” – a konkretnie każdy głos oddany na nich.

    Mit burzący

    W Polsce przyśpiesza medialny proces „odjaniepawlania” społeczeństwa. Ostatnio Stefan Niesiołowski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdził, że „wszystkie pomniki JPII powinny być dyskretnie usunięte”. Były poseł i senator już wie: „Fakty, jakie są i jeszcze nowe mają być ujawniane, świadczą, że papież po prostu krył pedofilów. I właściwie powoli trzeba zapominać o tej postaci. Pomniki natomiast będą usunięte, prędzej czy później”. Gdyby kogokolwiek prześwietlano tak usilnie i w celu przypisania mu złych intencji, jak dzieje się to z Janem Pawłem II, to żaden autorytet na świecie by się nie ostał. To nie mit zbudował pomniki papieżowi z Polski. Mit powstaje teraz – mit złego Wojtyły. A po co? Stefan Niesiołowski to powiedział: „trzeba zapominać o tej postaci”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O świętości, która parzy Złego

    Świętość przyciąga, ale może także przeszkadzać, irytować. Nic dziwnego, że ktoś taki jak św. Jan Paweł II, prawdziwy mąż Boży, budzi złość.

    Adam Bujak, Arturo Mari/Biały Kruk

    ***

    Czas umierania i pogrzebu Jana Pawła II był smutny, ale podniosły, na swój sposób piękny, wyzwalający dobro. W prawie wszystkich mediach jednym głosem mówiono o wielkim Karolu Wojtyle, należącym do najwybitniejszych synów polskiego narodu i Kościoła. Hasło: „Santo subito” było dla wszystkich oczywiste. Bo jeśli święty jest tylko Bóg, a święci to ci, w których inni dostrzegają odbicie Boga, to niewątpliwie papież Polak jest święty. Swoim słowem, postawą budził i umacniał w milionach ludzi wiarę, nadzieję i miłość. Wielu, słuchając jego słów, nawróciło się do Boga, do Chrystusowego Kościoła. Wielu doświadczyło skuteczności wstawiennictwa Karola Wojtyły u Boga.

    Niestety, antyjanowopawłowy panświnizm Jerzego Urbana okazał się bardziej rozpowszechniony w Polsce, niż w 2005 roku można było przypuszczać. Wielu przyczaiło się, skrywając swą niechęć do wiary katolickiej, do Kościoła, w tym do Jana Pawła II. Jeszcze deklarowali przywiązanie do „tradycyjnych wartości”, łasili się do duchownych, kiedy wydawało im się, że mogą na tym coś zyskać, ale było tylko kwestią czasu, kiedy przyłączą się do noszących koszulki z napisem: „Nie płakałem po papieżu”. Z czasem także wewnątrz Kościoła ujawnili się tacy, którzy odeszli od wcześniejszych deklaracji, że chcą podążać za ukochanym Janem Pawłem II. Zaczęli natomiast kwękać, że za szybko beatyfikowano i kanonizowano papieża, że jednak był zbyt konserwatywny, nie rozumiał zmieniającego się świata itp. Tymczasem nic nie stało się za szybko. Wręcz przeciwnie! Gdyby od razu nie podjęto procesu beatyfikacyjnego, a potem kanonizacyjnego, dziś przeciwnicy nauczania Jana Pawła II mieliby duże szanse, by takie działania zablokować.

    UDERZENIE W ŚWIĘTOŚĆ

    Krótko po śmierci Ojca Świętego nadszedł pierwszy atak na jego pontyfikat. Atak nie wprost, ale pośredni, przygotowujący atmosferę dla kolejnych. Wykorzystano w tym celu sprawę lustracji. Szybko znalazły się teczki o. Konrada Hejmy OP i zaczęto kreować przekonanie, że oto ten, który organizował audiencje Polaków u papieża, był esbeckim donosicielem. Nie atakowano jeszcze przekonania o świętości Jana Pawła II, ale sugerowano, że jego najbliższe otoczenie wcale nie było takie święte. Po kanonizacji zaczęto jednak nacierać wprost. Stopniowo, coraz bardziej, coraz mocniej. Szczytem tych działań jest hasło, które wypisują cyniczni lub ogłupieni internauci, że Jan Paweł II to żaden święty, tylko „obrońca pedofilów”. Motto, które nie jest owocem jakiejkolwiek znajomości rzeczy, ale po prostu złej woli lub głupoty. Zresztą gdyby chcieć przyłożyć pseudokryteria, które stosuje się wobec papieża Polaka – że mianowicie „musiał wiedzieć, a nic nie zrobił” – do innych spraw, np. do afery reprywatyzacyjnej lub afery Amber Gold, wówczas wielu ludzi, którzy znajdowali się na najwyższych stanowiskach, dawno już powinno odejść z polityki w niesławie.

    Uderzenie w świętość Jana Pawła II nie ma oczywiście nic wspólnego z troską o prawdę i dobro, w tym o dzieci zagrożone panseksualizacją, także pedofilią. To dobrze przemyślany plan, w którym chodzi o uderzenie w papieskie dziedzictwo, którego fundamentalnymi aspektami było umiłowanie Chrystusa, Kościoła i ojczyzny. Dziedzictwo świętego papieża jest niewygodne dla tych, którzy chcieliby Polski zlaicyzowanej, podporządkowanej liberalno-lewicowej międzynarodówce. Jest też niewygodne dla tych, którzy chcieliby Kościoła zrewolucjonizowanego w duchu synodu niemieckiego. Co w tej sytuacji robić? Trzeba między innymi dawać świadectwo doświadczenia świętości Jana Pawła II.

    MOC PAPIESKIEJ MODLITWY

    W liście „Novo millennio ineunte”, ogłoszonym na zakończenie Jubileuszu Roku 2000, papież nakreślił plan duszpasterski dla Kościoła na XXI wiek. Na początek stwierdził, że podstawową perspektywą działalności duszpasterskiej jest „perspektywa świętości”. Wszak „wolą Bożą jest wasze uświęcenie” (1 Tes 4,3), a zatem każdy do świętości i życia w niebie jest powołany. „Podłożem tej pedagogiki świętości powinno być chrześcijaństwo wyróżniające się przede wszystkim sztuką modlitwy”. Jan Paweł II tą sztuką się wyróżniał. Był człowiekiem prostej, ale niebywale intensywnej modlitwy. Był mistykiem odnajdywania się przed Bogiem na modlitwie. Znamy formalnie udokumentowane cuda, które znalazły się w aktach procesów beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego, ale świadectw o uzdrowieniach i innych nadzwyczajnych wydarzeniach przypisywanych Janowi Pawłowi II jest znacznie więcej. Wielu, jak już zauważyliśmy, doświadczyło mocy jego modlitwy wstawienniczej nie tylko po jego śmierci, ale także za jego życia. Wielu każdego dnia zwraca się do św. Jana Pawła II na modlitwie, szczególnie w sprawach małżeńskich, rodzinnych, dotyczących posiadania potomstwa. Wielu Polaków modli się za jego wstawiennictwem za Polskę, którą tak bardzo kochał, będąc jednocześnie otwartym na inne narody, na cały świat. A on wstawia się u Boga za Polaków, choć nie brakuje takich, którzy na niego plują i oszczerczo oskarżają. W żadnym innym kraju Jan Paweł II nie jest tak atakowany. No cóż, diabeł wie, że niszczenie autorytetu Karola Wojtyły właśnie w Polsce może z punktu widzenia piekieł przynieść szczególnie pożądane korzyści.

    ŚWIĘTY NIE ZNACZY NIEOMYLNY

    Autentyczna świętość przyciąga, ale może także irytować, a nawet parzyć. Nic dziwnego, że ktoś taki jak Jan Paweł II, prawdziwy mąż Boży, wzbudza złość. Często ukrytą. Wystarczy jednak podsunąć zręcznie jakiś pseudomotyw, aby wielu zaczęło otwarcie szydzić i kąsać świętego. Sam Jezus powiedział, że skoro Jego prześladują, będą także prześladować Jego uczniów. Jezusa nazywano bluźniercą, mówiono, że odszedł od zmysłów, wielokrotnie chciano Go zabić, ostatecznie Go ukrzyżowano. Po śmierci i zmartwychwstaniu był i nadal jest obiektem kłamstw, oszczerstw i drwin. Podobny los spotkał wielu świętych. Popatrzmy chociażby na Matkę Teresę z Kalkuty czy na prymasa Wyszyńskiego. A zatem atak na Jana Pawła II jest paradoksalnie świadectwem jego świętości.

    Byle kogo by w ten sposób nie atakowano. Zauważyliśmy, że święty odbija świętość Boga. Jest jak księżyc, który świeci światłem odbitym. Bo słońce jest źródłem światła, a Bóg jest źródłem świętości. Nie wynika z tego oczywiście, że świętość jest czymś biernym. Wręcz przeciwnie! Święci współpracowali na różne sposoby z Bożą łaską. Piękny życiorys Karola Wojtyły jest tego przykładem. Ale właśnie dlatego, że świętość jest darem, który opiera się na naturze i z którym trzeba współpracować, święci nie są osobami we wszystkim doskonałymi. W czasie swego doczesnego życia nie są pozbawieni słabości. To nie jacyś mityczni herosowie bez skazy. Jan Paweł II, choć pod wieloma względami wybitny, miał też słabsze strony. Na przykład słuszna wydaje się opinia, że nie miał talentu do prowadzenia tzw. polityki personalnej.

    Nie zawsze „miał nosa” do ludzi. Być może m.in. dlatego, że sam, będąc prawym, nie umiał podejrzewać innych o nieprawość. Miał też inne priorytety niż szczegółowe zajmowanie się nominacjami. A dzień ma tylko 24 godziny. Niemniej jednak takie czy inne ograniczenie w niczym nie przekreśla jego świętości. Potwierdza jednak prawdę, że do świętości powołany jest każdy, choć nie wszyscy są w stanie na takie powołanie odpowiedzieć. Papież Polak odpowiedział. Dostrzegały to miliony. Potwierdził to Kościół. A diabeł się piekli.

    ks. prof. Dariusz Kowalczyk SJ/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Żyjemy w epoce świętych papieży. Czy wynoszenie na ołtarze jest rodzajem docenienia pracy poprzednika i pośmiertną nobilitacją?

    Jan Paweł I.
    Jan Paweł I.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Zaraz, zaraz… Czy w zalewie hejtu i krytyki nie umknęło nam to, że mamy ogromną łaskę życia w czasach wyniesionych na ołtarze kolejnych biskupów Rzymu?

    Media społecznościowe przyzwyczaiły nas do tego, że żyjemy w epoce krytyki, łapania za słówka i komentowania wszelkich posunięć kolejnych papieży. – Kto dał prawo Janowi Kowalskiemu komentowania każdego kroku następcy Piotra? – zapytałem abp. Grzegorza Rysia. – Facebook – odpowiedział. „Herezja” to dzisiaj niezwykle popularne słowo… Herezja tu, herezja tam. A herezja jest uporczywym trwaniem w błędzie co do wiary. Za chwilę będziemy mieli tyle autorytatywnych wykładów wiary, ilu mamy publicystów. Po tym, jak 14 maja 1999 roku Jan Paweł II ucałował Koran, część z nich uznała go za heretyka i nie chciała słyszeć o propozycji, by ogłosić go doktorem Kościoła i patronem Europy. A Jan Paweł II jest kanonizowany, zaś kanonizacja jest uroczystym aktem nauczania papieskiego; więc nie jest tak prosto, jak postulują niektóre środowiska, ją „odwołać”. Czy w ferworze podobnych dyskusji potrafimy jeszcze zachwycić się tym, że Bóg w osobach kolejnych papieży daje nam prawdziwych świadków wiary?

    Na ołtarze

    Żyjemy w czasach, gdy na ołtarze zostali wyniesieni kolejni następcy świętego Piotra: Jan XXIII (beatyfikowany 3 września 2000 r. i kanonizowany 27 kwietnia 2014 r.), Paweł VI (beatyfikowany 19 października 2014 r., kanonizowany 14 października 2018 r.), Jan Paweł I (beatyfikowany 4 września 2022 r.), i Jan Paweł II (beatyfikowany 1 maja 2011 r. i kanonizowany 27 kwietnia 2014 r.).

    Beatyfikacje czy kanonizacje nie są, jak czytam na popularnym portalu (tak, tak, tym samym, który opublikował właśnie perełkę: „W Watykanie ruszyła kampania wyborcza przed konklawe”), „zamieceniem pod dywan wzbudzających dyskusję decyzji” czy „przypudrowaniem rys na nieskazitelnym postumencie”. Nie zamykają ust konstruktywnej krytyce. Nie są jednak, jak często słyszę, rodzajem „docenienia pracy poprzednika i pośmiertną nobilitacją”.

    Kanonizacja to uroczysty akt, przez który papież oświadcza, że dana osoba, praktykująca heroiczną cnotę i żyjąca w wierności łasce, jest z Bogiem w niebie i ma być czczona przez cały Kościół. Wciąga się ją wówczas do kanonu świętych (stąd nazwa!). Beatyfikacja jest etapem w tym procesie, a papież pozwala wówczas na publiczny kult osoby w Kościele lokalnym, w obrębie zgromadzenia zakonnego i miejscach, które otrzymują takie pozwolenie. Czczony nad Wisłą Wincenty Kadłubek może być kompletnie nierozpoznawalny poza granicami Polski, a błogosławieni Ślązacy Józef Czempiel i Emil Szramek nieznani na przykład na Mazurach.

    Kościół wyniósł do chwały ołtarzy 91 spośród 266 papieży, a więc niemal jedną trzecią z nich. Pamiętajmy jednak, że pierwotnie kanonizacje ogłaszano bez żmudnego procesu i skrupulatnie opracowywanych tomów positio, a pierwszych 52 biskupów Rzymu było „automatycznie” uznawanych za świętych. Tradycja uznaje za męczenników biskupów Rzymu, którzy zasiadali na tronie Piotrowym do czasu edyktu mediolańskiego, który w 313 r. zatrzymał falę prześladowań. I choć nie wszyscy papieże do czasu Konstantyna ginęli za wiarę, 31 z nich uznano za męczenników. Procedury kanonizacyjne wykształciły się dopiero na początku II tysiąclecia, a wcześniej o wyniesieniu na ołtarze decydowało powszechne przekonanie wspólnoty wiernych.

    Nie tak łatwo…

    Przyzwyczajeni do streszczeń lektur, dróg na skróty i przyspieszonych kursów myślimy często, że można szybko „załatwić” kanonizację. To nie takie proste. Wiedzą o tym doskonale członkowie zgromadzeń, którzy od lat czekają na wyniesienie na ołtarze założycieli swych wspólnot. By uzmysłowić sobie, jak mrówczą pracę trzeba wykonać, warto wziąć do ręki positio. Abp Alfons Nossol żartował, że doktorat różni się od habilitacji tym, że gdy weźmie się tę drugą i „się cylnie, to idzie zabić”. A co dopiero potężną „cegłą” zawierającą setki zeznań, przesłuchań, świadectw, korespondencji, wykładów, opinii, analiz!

    Naprawdę niełatwo trafić na „kanonizacyjny dywanik”. Zanim papież lub jego delegat uroczyście odczyta imię nowego błogosławionego, w Tybrze musi upłynąć sporo wody. Proces rozpoczyna się od „powoda” (nazywanego „aktorem”), czyli osoby, ruchu, zgromadzenia, które wnoszą o beatyfikację. W przypadku pochodzącej z terenu obecnych Świętochłowic siostry Dulcissimy było to Zgromadzenie Sióstr Maryi Niepokalanej. O decyzji informuje się episkopat, a gdy przegłosowaną kandydaturę zatwierdzi jego przewodniczący, rusza proces diecezjalny. Najwięcej pracy ma wówczas postulator, odpowiedzialny za zebranie wszelkich dostępnych materiałów potrzebnych w procesie. Same akta ks. Blachnickiego zajęły aż 28 tomów. Jeśli żyją świadkowie pamiętający kandydata na ołtarze, przesłuchuje się ich. Wypowiadają się na temat praktykowania przez kandydata na ołtarze heroiczności cnót: boskich, czyli wiary, nadziei i miłości, oraz kardynalnych – roztropności, umiarkowania, sprawiedliwości i męstwa. W przypadku męczenników zbiera się informacje na temat okoliczności śmierci i motywów, jakimi kierowali się zabójcy. „Czy hitlerowcy wrzucili o. Maksymiliana Kolbego do celi śmierci powodowani nienawiścią do Kościoła?” – pytali sceptycy, gdy toczył się proces franciszkanina. „Tak” – orzekł Watykan. Co ciekawe, o. Kolbe został beatyfikowany jako wyznawca, ale kanonizowany jako męczennik.

    Nad przebiegiem procesu etapu diecezjalnego czuwa komisja złożona z biegłych historyków i teologów. Przetłumaczone na włoski kopie akt (tzw. transumpty) wędrują do watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, gdzie zaczyna się żmudny proces ich weryfikacji. Nad zachowaniem norm prawnych czuwa promotor sprawiedliwości. Przygotowuje pytania dla świadków i powołuje biegłych. Gdy papież podpisze dekret o heroiczności cnót, kandydata na ołtarze możemy nazywać czcigodnym sługą Bożym. W czasie tego etapu przygotowywane jest positio, weryfikujące heroiczność cnót i opinie o świętości.

    Czekanie na cud

    Beatyfikacja i kanonizacja wymagają cudu, który badany jest w kolejnym procesie, znów na poziomie diecezjalnym i w Watykanie. Jest nim nadzwyczajne, niewytłumaczalne naukowo zdarzenie przypisane bezpośrednio wstawiennictwu sługi Bożego, poprawa zdrowia w przypadku ciężkiej choroby. Ma ona nastąpić w krótkim czasie i być trwała. Cud bada Consulta Medica, złożona z wybitnych lekarzy.

    Opisuję ten żmudny proces, by pokazać, jak absurdalne są podnoszone dziś argumenty o kanonizacjach jako rodzaju „watykańskiej laurki” czy „próbie nobilitacji poprzednika”.

    Przywołam cud przypisywany wstawiennictwu Pawła VI. Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych uznała za niewytłumaczalne z naukowego punktu widzenia uzdrowienie dziecka, u którego w piątym miesiącu ciąży wykryto problemy prowadzące do poważnego uszkodzenia mózgu. W 2001 roku jego matce, Amerykance z Kalifornii, lekarze zaproponowali aborcję, ale ta rozpoczęła modlitwę za wstawiennictwem autora „Humanae vitae”. Dziecko narodziło się zdrowe, a lekarze czekali aż do momentu, gdy osiągnie ono pełną dojrzałość, by móc je szczegółowo przebadać. Okazało się, że uzdrowienie było nie tylko pełne, ale też niemożliwe do wyjaśnienia.

    Bunt

    Próby negowania świętości ostatnich papieży wypływają często nie ze środowisk nieprzychylnych Kościołowi, ale tych, które nie uznały nauczania soboru zainicjowanego przez Jana XXIII. Część z nich, tzw. sedewakantyści (od sede vacante – „przy nieobsadzonej stolicy”), twierdzi, że zasiadający na tronie papieskim po Piusie XII (zmarł w 1958 r.) są antypapieżami. Źródło tej narracji znajdziemy w pewnej trudnej rozmowie, jaką odbył Paweł VI. Sporo go kosztowała, bo z natury był delikatny i nieśmiały.

    „Człowiek nieskończonej uprzejmości” (tak o nim mówiono), który ogłosił doktorami Kościoła pierwsze kobiety: Katarzynę ze Sieny i Teresę z Ávili, na konsystorzu 24 maja 1976 r. alarmował: „Są tacy, którzy pod pretekstem większej wierności Kościołowi i Magisterium systematycznie odrzucają nauczanie soboru i jego stopniowe wprowadzanie przez Stolicę Apostolską oraz konferencje episkopatów pod naszym zwierzchnictwem, którego chce Chrystus. Próbuje się zdyskredytować autorytet Kościoła w imię Tradycji, której wierność, dosłowną i materialną, się głosi. Wierni, za przykładem swych legalnie urzędujących biskupów, zrywają więzi posłuszeństwa ze Stolicą Piotrową. Odrzuca się autorytet dzisiejszy w imię autorytetu wczorajszego”. Jedną z najtrudniejszych rozmów odbył 11 września 1976 roku z abp. Marcelem Lefebvrem: „Wasza Ekscelencja nigdy nie chciał słuchać” – powiedział. „Ufam, że mam przed sobą brata, syna, przyjaciela. Niestety, stanowisko, jakie zajął Wasza Ekscelencja, to stanowisko anty- papieża. Co mam powiedzieć? Nie przystałeś na jakiekolwiek kroki w swoich słowach, czynach, zachowaniu. Wiem, że jestem ubogim człowiekiem. Ale tutaj nie chodzi o osobę, lecz o papieża. A Wasza Ekscelencja uznał papieża za odstępcę od wiary, której jest najwyższym gwarantem. Może dzieje się tak po raz pierwszy w dziejach. Powiedziałeś całemu światu, że papież nie ma wiary, że nie wierzy… To prawda, muszę być pokorny. Ale Wasza Ekscelencja jest w okropnej sytuacji”.

    Czy przywoływane w tym roku wyznanie „Wierzę w Kościół” nie zawiera ufności w to, że asystencja Ducha Świętego nie tylko nie opuściła kolejnych konklawe, ale i znajdowała w biskupach Rzymu wybieranych w drugiej połowie XX wieku świadków wiary? Jak mocno brzmią w tym kontekście ostatnie słowa Pawła VI, który 29 czerwca 1978 roku podsumował swój pontyfikat: „Wiary dochowałem! Możemy powiedzieć dziś w pokorze i pewności serca, że nigdy nie zdradziliśmy »świętej prawdy«”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kompleks Herostratesa

    Donośniejszego głosu na temat potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilskim niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było.
    Donośniejszego głosu na temat potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilskim niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było.
    fot. East News

    ***

    Przygotowując się do rozpoczęcia procesu, spotkałem się z ekspertami, którzy mieli mi pomóc we wskazaniu płaszczyzn badań, jakie należało podjąć.

    Wśród zasugerowanych tematów znajdowały się także kwestie związane z osobą założyciela Legionistów Chrystusa Marciala Maciela Degollado i reakcją Jana Pawła II na sygnały o nadużyciach, do których dochodziło w Kościele amerykańskim. Nikt z uczestników spotkania nie dostrzegał nieprawidłowości w podejściu papieża do kwestii nadużyć seksualnych. Podkreślano jednak konieczność przeprowadzenia badań źródłowych, aby nie było wątpliwości co do uczciwości Jana Pawła II w tej sprawie. Pomimo pewnych trudności komisja historyczna temat ten podjęła. Trudności polegały na braku bezpośredniego dostępu do zbiorów archiwum watykańskiego, zawierających dokumenty z ostatnich lat. Były one objęte klauzulą tajności – i nie jest to żaden ewenement. Kolejne zbiory udostępniane są dopiero po upływie okresu przewidzianego przez prawo. Biorąc to pod uwagę, komisja historyczna sformułowała listę pytań, które zostały przekazane Kongregacji ds. Świętych, a ta skierowała je do odpowiednich organów Stolicy Apostolskiej z prośbą o przeprowadzenie kwerendy. Zaprzysiężeni archiwiści zostali zaangażowani w przygotowanie odpowiedzi na postawione pytania. Były wśród nich także te dotyczące stosunku Jana Pawła II do zjawiska pedofilii w Kościele amerykańskim oraz te związane z postacią Maciela Degollado. Odpowiedzi, które otrzymaliśmy, potwierdziły, że Jan Paweł II pozostaje poza jakimikolwiek podejrzeniami dotyczącymi matactwa lub zaniechania w tej dziedzinie. Papież Polak był bardzo wrażliwy na te sprawy. Jeden z biskupów pomocniczych diecezji rzymskiej opowiadał mi o spotkaniu Ojca Świętego z kardynałem wikariuszem, podczas którego padło oskarżenie wobec pewnego kapłana. Reakcja papieża była natychmiastowa: „Jeśli to jest prawda, ten człowiek nie powinien być kapłanem!”. Zarządzono dogłębne zbadanie sprawy. Myślę, że sytuacja ta dobrze ilustruje, jaka była reakcja Jana Pawła II na takie przestępstwa. Jeżeli uczciwie spojrzymy na jego wypowiedzi i działania, to zauważymy, że donioślejszego głosu na temat potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilskim w tamtym czasie nie było. A głos ten pojawił się już w 1993 roku. Papież powiedział wówczas do biskupów amerykańskich, że dla przestępców, którzy krzywdzą najsłabszych, nie ma miejsca w Kościele. Ten głos przybierał na sile wraz z ujawnianiem skali i wagi problemu. Nikt poza Janem Pawłem II w ówczesnym świecie tego tak ostro nie mówił. Oskarżanie go o sprzyjanie czy „zamiatanie pod dywan” przestępstw wykorzystywania seksualnego małoletnich jest absurdem, a przede wszystkim przeczy faktom.

    Zdumiewa mnie, że ani w tamtych czasach, ani dzisiaj nie słychać głosów tak jednoznacznie jak papież piętnujących tego typu zachowania w innych środowiskach. Ujawnione i udokumentowane zjawiska pedofilii w różnych grupach społecznych oraz propagowanie idei legalizacji pedofilii przez niektóre ugrupowania i ruchy polityczne w tzw. cywilizowanej Europie nie wzbudziły, jak się wydaje, aż tak radykalnej reakcji wśród tych, którzy dzisiaj tak zagorzale atakują św. Jana Pawła II, wskazując na jego domniemane zaniedbania. Bałbym się nawet pomyśleć, że wcale nie chodzi o walkę ze złem, jakim jest pedofilia w każdym jej wydaniu, ale o cyniczne manipulowanie cierpieniem nieletnich ofiar w walce ideologicznej z Kościołem albo nawet o żałosny kompleks Herostratesa.

    ks. Sławomir Oder, Postulator w procesie kanonizacyjnym św. Jana Pawła II/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Sławomir Oder dla “Gościa”:

    Jan Paweł II pozostaje dla mnie niedoścignionym wzorem kapłaństwa

    Postulator procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego papieża Polaka oraz jego rodziców.
    Postulator procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego papieża Polaka oraz jego rodziców.
    fot. Tomasz Gołąb /Gość Niedzielny

    ***

    O tym, jak trudno dziś być księdzem, o życiu w prawdzie i rekolekcjach głoszonych przez św. Jana Pawła II mówi bp Sławomir Oder.

    MIRA FIUTAK: Jaka była pierwsza reakcja Księdza Biskupa na wiadomość, że zostaje posłany do diecezji gliwickiej?

    BP SŁAWOMIR ODER: Ogromnym zaskoczeniem był dla mnie sam fakt nominacji na biskupa, Gliwice były drugim elementem tej informacji, jaki mnie zdumiał. Nie spodziewałem się takiego wyboru. Po powrocie z Rzymu moje życie było bardzo zorganizowane, w pełni zintegrowane z pracą i funkcjonowaniem prezbiteratu diecezji toruńskiej, gdzie w 2021 roku biskup powierzył mi piękną i odpowiedzialną funkcję ojca duchownego kapłanów.

    W dniu ogłoszenia mojej nominacji w czytaniu z Listu do Hebrajczyków przypomniana została historia Abrahama, któremu Pan powiedział: zostaw wszystko, wyjdź z ziemi twego ojca i idź, gdzie ci wskażę. I Abraham w duchu wiary poszedł. W moim sercu pojawiło się natychmiast pytanie o wiarę. Bo to są sytuacje, które można odczytać w perspektywie ludzkiej – i wtedy rodzą się wątpliwości, pytania, albo w perspektywie wiary – i wtedy przychodzą słowa jak w chwili zwiastowania: „Oto jestem”. Tak jak Maryja zadała pytanie: „Jak się to stanie?”, tak i ja pytam. Przecież wiem, kim jestem, znam swoje ograniczenia, rzeczywistość, w której żyję. Jednak pytanie Maryi nie było pozbawione wiary, było pytaniem o to, co Ona wobec tego wezwania mogła zrobić. U mnie to pytanie też się pojawiło. Tę rzeczywistość można przyjąć tylko w perspektywie wiary. Szczególnie w obecnej sytuacji, kiedy trudno być księdzem, a tym bardziej biskupem, w rzeczywistości postępującej laicyzacji i kontestacji wielu spraw. Moja reakcja to było przede wszystkim pytanie o moją wiarę.

    Miał Ksiądz Biskup okazję poznać wcześniej Kościół na Śląsku? Z perspektywy Rzymu pewnie nie było do tego wielu okazji.

    Paradoksalnie ta rzeczywistość śląska nie była mi obca, przynajmniej z dwóch powodów, chociaż oczywiście nie mogę powiedzieć, że ją znałem. Podczas procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II jedną z moich najbliższych współpracownic była pani Aleksandra Zapotoczny, która pochodzi właśnie stąd i często mówiła mi o swoim ukochanym Śląsku. Dzięki temu miał on konkretne oblicze; była to rzeczywistość, którą ona reprezentowała. Drugą taką osobą, która w Rzymie utożsamiała dla mnie Śląsk, był ks. prał. Arkadiusz Nocoń.

    Jak Ksiądz Biskup powiedział, ten nowy etap rozpoczyna się w niełatwym czasie. Co jest największym wyzwaniem, przed którym stoi dzisiaj Kościół?

    Jestem głęboko przekonany, że w rzeczywistości, w której dziś żyjemy, najistotniejsze jest to, żeby Kościół zachował swoją tożsamość. A to znaczy, że musi być wspólnotą wiary. Największym wyzwaniem jest życie w prawdzie i życie w wierze, co wcale nie jest takie oczywiste. Wiemy, jak łatwo obecnie żyć pomiędzy dwoma światami – wirtualnym i rzeczywistym, światem przybranych masek społecznych i życia osobistego. O tym mówił Benedykt XVI, przypominając, że dzisiaj największym problemem Kościoła i korzeniem tego, co złe, jest niedostatek autentycznej wiary. Kiedy byłem młodym chłopakiem – a wyjeżdżałem z Polski w 1985 roku, kiedy kościoły były jeszcze pełne i przeżywaliśmy niesamowitą radość na fali wyboru Jana Pawła II – nie rozumiałem do końca pytania Chrystusa o to, czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy ponownie przyjdzie. A dzisiaj to jest główny problem, nad którym musimy pracować.

    W jaki sposób?

    Chodzi o autentyczną wiarę, bo jest ona rzeczywistością wieloaspektową. Wierzymy w Boga, który istnieje, wierzymy w słowo, które nam przekazuje, ale to nie wszystko. Chodzi o to, żeby uwierzyć Bogu, stworzyć osobistą relację z Nim. Bardzo łatwo być tylko urzędnikiem czy szafarzem, nawet bardzo poprawnym. Ale to jest jeszcze mało. Dzisiaj wiarygodność Kościoła zależy od autentyczności jego wiary. Trzeba wierzyć w Boga i wierzyć Bogu, a to oznacza autentyczną relację z Nim. I co za tym idzie, życie prawdą – i w wymiarze osobistym, i całego Kościoła. Jeżeli w moim sercu jest Chrystus, Jego Ewangelia, miłość do Kościoła i troska o Kościół, to wydaje się, że nie mamy się czego bać. Chrystus nie obiecał, że Kościół będzie rzeczywistością wielkich liczb, ale mówił: „Będziecie solą ziemi, światłością świata, zaczynem”. Zadaniem Kościoła jest być inspiratorem, spiritus movens, tym, który niepokoi sumienie. A można to zrobić tylko poprzez prawdę, którą się głosi własnym życiem. Mamy iść do świata jako ci, przez których emanuje światło Ewangelii, którzy zaciekawiają, pokazują, jak można żyć w różnych trudnych sytuacjach. Właśnie te sytuacje ekstremalne są momentem, kiedy człowiek staje wobec konieczności powiedzenia o swojej wierze. Łatwo na co dzień powiedzieć: „Pewnie, że wierzę”, ale przyjąć w duchu wiary przeciwności życia – to już wcale nie jest takie oczywiste.

    Jaka tutaj jest rola wspólnot i ruchów, które Ksiądz Biskup szczególnie zaprosił do czuwania w przeddzień uroczystości w katedrze?

    Wbrew temu, co czasami się dzisiaj głosi o kryzysie i trudnościach, Duch Święty działa. Wszystkie ruchy i grupy, które powstają, są autentycznym przejawem żywotności Kościoła i działania w nim Ducha. Trzeba o nie dbać, bo są darem Boga dla nas. Ich rola jest charyzmatyczna, polega na przyjęciu tego daru Ducha Świętego, który trafia do konkretnego człowieka, jego wrażliwości, jego człowieczeństwa. Pozwala mu głębiej spotkać się z Chrystusem i przeżywać tę radość także we wspólnocie. W tym kontekście również powraca problem autentycznej wiary w Boga, który jest centrum mojego życia, którego doświadczam w konkretnej rzeczywistości, żeby coraz bardziej być świadkiem spotkania z Nim. To niezwykle istotne, by kształtować autentycznych chrześcijan, uczniów Chrystusa, ludzi zakochanych w Nim, bo przede wszystkim to dzisiaj przemawia do świata.

    Drugą zaproszoną grupą do tego wieczernika są ludzie młodzi.

    Nie mając młodzieży, trudno myśleć o przyszłości. Nie jest prawdą, że dzisiejsza młodzież jest stracona dla Kościoła, że nie potrzebuje niczego duchowego, bo zadowala się życiem wirtualnym albo konsumpcją dóbr, które przemijają. Wielokrotnie spotykałem młodych ludzi, którzy temu przeczą. Wcale nie mówię, że są to masy. Jan Paweł II potrafił gromadzić masy i to był jego szczególny charyzmat. Te rzesze, które za nim szły, były przejawem tego, że w człowieku, zwłaszcza młodym, jest głód czegoś więcej. Przy Janie Pawle II to była fascynacja prawdą jego życia. Dzisiaj w młodym człowieku również jest takie pragnienie, poszukiwanie autentyczności życia, czegoś, co nie przemija. Jest tęsknota za czymś, co nadaje sens naszej egzystencji. Mamy wiele przejawów altruizmu w życiu młodych ludzi, np. wolontariat. Doświadczenie i przeżywanie wspólnoty Kościoła pozwala im odkryć, że źródłem i korzeniem tego, co naprawdę dobre, głębokie, szlachetne i nieprzemijające, jest Chrystus.

    Co w formacji księży, którą zajmował się Ksiądz Biskup w Toruniu, jest dziś szczególnie ważne? Co można przenieść do naszej diecezji?

    Każda wspólnota jest inna, ma swoje własne doświadczenia i tożsamość, dlatego nie chciałbym tutaj mówić o tym, co można by przenieść. Bardzo istotnym wydaje mi się fakt, że dzisiaj jest znacznie trudniej niż kiedyś odpowiedzieć na powołanie Chrystusa. Świat oferuje więcej możliwych dróg realizowania się w swoim człowieczeństwie. Głos Pana jest mocno zagłuszany. Obecnie młodzi kapłani potrzebują bardzo dużo wsparcia, bo ten otaczający świat nie odpuszcza, dlatego istotne jest budowanie wspólnoty kapłańskiej. Nie chodzi o jakieś „kolesiostwo”, grupę kolegów kursowych z seminariów czy na placówce duszpasterskiej, ale o budowanie braterstwa kapłańskiego opartego na świadomości tego, kim się jest, do czego zostało się przez Chrystusa wybranym i przeznaczonym. To budowanie więzi na modlitwie i pragnieniu pogłębienia własnej duchowości. Potrzebny jest braterski krąg ludzi życzliwych, gdzie to braterstwo jest autentycznie zakorzenione w umiłowaniu Chrystusa i kapłaństwa. Drugi aspekt, co już po raz kolejny powtarzam, to prawda w życiu, która musi być nieustannie weryfikowana przez głębokie życie duchowe. Bardzo łatwo wejść w pewne schematy myślenia, funkcjonowania, działania, a my nie mamy być managerami, funkcjonariuszami jakiejś instytucji ludzkiej; jesteśmy posłani do dzisiejszego świata jako słudzy Ewangelii, świadkowie Chrystusa i płynącej ze spotkania z Nim nadziei.

    Co nie jest łatwe, bo jednocześnie trzeba być trochę managerem.

    Oczywiście, że tak. Nie ma realizacji powołania chrześcijańskiego bez odniesienia do rzeczywistości, w której żyjemy. W nią mamy wnosić to, co duchowe, a wtedy ona nas nie zniewoli, nie oczaruje, nie zdominuje, bo w tym wszystkim, co będziemy robić, będziemy kapłanami. To jest sekret wolności kapłańskiej. W naszej relacji z Chrystusem jest autentyczna wolność, przede wszystkim od samego siebie, od przywiązania do rzeczy, które mają charakter drugorzędny. Człowiek żyjący głęboką prawdą o tym, kim jest, nie pozwoli się uwikłać w układy polityczne, sentymentalne czy towarzyskie.

    Co najmocniej przemówiło do Księdza Biskupa w postaci Jana Pawła II podczas pracy postulatora jego procesu kanonizacyjnego?

    To był to dla mnie czas wielkich rekolekcji, które on mi głosił. Jana Pawła II charakteryzuje przede wszystkim kapłaństwo. Patrzymy na niego jak na wielkiego papieża, człowieka, który swoją posługą zmienił historię świata – i rzeczywiście tak było. A zrobił to dlatego, że był autentycznym kapłanem. Człowiekiem zakochanym w Chrystusie, żyjącym w prawdzie, wolnym. Pozostaje dla mnie niedoścignionym wzorem kapłaństwa, które tak bardzo ukochał; które jest też głęboko w moim sercu i które osobiście bardzo kocham. To był dla mnie wielki dar i rzeczywistość, która mnie ukształtowała jako już dojrzałego kapłana. Pamiętam też spotkania z nim w seminarium rzymskim w święto patronki Madonny della Fiducia, Matki Bożej Zawierzenia. Kiedyś rozważaliśmy fragment z Ewangelii św. Jana – dialog między Piotrem a Chrystusem, z pytaniem: „Czy miłujesz Mnie?”. Ulubiony przez Jana Pawła II, który prowadząc wtedy medytację, powiedział: „Każdy kapłan, nawet papież, musi pozostać w swoim sercu seminarzystą”. Nigdy nie da się odpowiedzieć na to pytanie w sposób ostateczny. Musimy stale być w szkole Chrystusa, być Jego uczniami i do tej odpowiedzi na pytanie o miłość dorastać.

    Mira Fiutak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kard. Cantalamessa:

    Jezus ma być w centrum Kościoła, a nie w tle

    ​Zsekularyzowany świat robi wszystko co w jego mocy, aby ilekroć jest mowa o Kościele, imię Jezusa były przemilczane czy spychane na dalszy plan. I niestety tak rzeczywiście się dzieje. My natomiast musimy robić wszystko, aby było on obecne – mówił kard. Raniero Cantalamessa w drugim kazaniu wielkopostnym dla papieża i Kurii Rzymskiej. Podkreślił, że nie chodzi tu o to, by Kościół ukrywał się za osobą Jezusa, ale by wiedział, że to On jest jego siłą i życiem.

    Kard.Cantalamessa/flickr.com

    ***

    Swe rozważanie papieski kaznodzieja poświęcił ewangelizacji. Podkreślił, że będzie ona skuteczna tylko wtedy, gdy będziemy świadomi, że istotą chrześcijańskiego przepowiadania jest Jezus. Dlatego dzisiejszy Kościół, poraniony i często skompromitowany w oczach świata, musi wyjść na nowo od osoby Chrystusa, który nie może stanowić tylko tła dla naszej działalności, lecz być w centrum. Wszelka ewangelizacja musi prowadzić do osobistego spotkania ze Zbawicielem.

    „Spróbujmy zrozumieć, na czym polega to słynne osobiste spotkanie z Chrystusem. Jest to niczym spotkanie z człowiekiem na żywo, po tym jak znało się go przez lata tylko na fotografii. Można znać książki o Jezusie, doktryny, herezje o Jezusie, koncepcje o Jezusie, ale nie znać Go żywego i obecnego. Nalegam zwłaszcza na te dwa przymiotniki: Jezus zmartwychwstały i żyjący oraz Jezus obecny! Dla wielu, nawet ochrzczonych i wierzących, Jezus jest postacią z przeszłości, a nie żywą osobą w teraźniejszości” – zaznaczył kard. Cantalamessa.

    Aby zrozumieć tę różnicę, „pomyślmy o przemianie, jaka zachodzi w kimś, kto się zakochał. Można wiedzieć wszystko o jakiejś kobiecie czy mężczyźnie: jak się nazywa, ile ma lat, jakie studia odbył, do jakiej rodziny należy… Aż pewnego dnia pojawia się iskra i zakochanie. Wszystko się zmienia” – tłumaczył papieski kaznodzieja.

    „Co zrobić, aby ta iskra zapłonęła w innych względem osoby Jezusa? Nie zapłonie ona w tych, którzy słyszą przesłanie Ewangelii, jeśli nie zapali się ona najpierw w tych, którzy ją głoszą. Były i są wyjątki; słowo Boże ma własną moc i może działać, czasami, nawet gdy wypowiadają je ci, którzy nim nie żyją; ale to są wyjątki. (…) W większości przypadków, które znam z mojego życia, odkrycie Chrystusa było spowodowane spotkaniem z kimś, kto już doświadczył tej łaski, uczestnictwem w spotkaniu, wysłuchaniem świadectwa, doświadczeniem Bożej obecności w czasie wielkiego cierpienia, a także – nie mogę tego przemilczeć, bo zdarzyło się to również mnie – otrzymaniem tzw. chrztu w Duchu Świętym” – wyznał kardynał.

    Radio Watykańskie/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mistyczne spotkania z Jezusem?

    To normalne, że odwiedza się przyjaciół

    Giovanni di Paolo „Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny ze Sieny”, tempera na desce,  ok. 1460 roku.
    Giovanni di Paolo „Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny ze Sieny”, tempera na desce, ok. 1460 roku.
    METROPOLITAN MUSEUM OF ART, NOWY JORK

    ***

    Jezus ukazał się apostołom przemieniony. Od tamtej pory ukazuje się wciąż – i to przemienia nas.

    Podobno ptaki całymi gromadami zlatywały się ze szczebiotem, gdy Franciszek z Asyżu wchodził na Alwernię. Święty już od pewnego czasu trwał w duchowym napięciu, odczuwając dziwną mieszaninę uniesienia i udręczenia. Zamierzał zaszyć się na 40 dni wśród skalnych rozpadlin tej dzikiej góry. Zapowiedział braciom z tworzącego się zakonu, że będzie to dla niego czas postu. Bardzo chciał poznać i wypełnić wolę Bożą, a przeczuwał, że Bóg chce go obdarzyć łaską cierpienia razem z Ukrzyżowanym.

    Rankiem 14 września 1224 roku, w święto Podwyższenia Krzyża, chwila nadeszła. Kiedy modlił się na zboczu góry, zobaczył nad sobą postać wiszącą na krzyżu, z przybitymi do belek rękami i nogami. Miała ona sześć skrzydeł, tak jak przedstawia się serafinów – dwa skrzydła nad głową, dwa jakby rozciągnięte do lotu, a dwa okrywające ciało.

    „Widząc to, Franciszek zdumiał się gwałtownie, a gdy nie umiał wytłumaczyć, co by znaczyło to widzenie, wtargnęła mu w serce radość pomieszana z żałością. Cieszył się z łaskawego wejrzenia, jakim Serafin patrzył na niego, ale przybicie do krzyża przeraziło go. Natężył umysł, by pojąć, co mogłaby znaczyć ta wróżba, i duch jego silił się trwożnie nad jakimś jej zrozumieniem. Otóż podczas gdy szukając wyjaśnienia na zewnątrz, poza sobą, nie znalazł rozwiązania, nagle objawiło mu je w nim samym odczucie bólu” – zapisał brat Tomasz z Celano, biograf Biedaczyny z Asyżu i jeden z pierwszych jego towarzyszy. Święty Bonawentura dodał później, że między serafinem a Franciszkiem toczyła się rozmowa „tajemna i poufna”. Opisujący tę scenę podkreślają mistyczne piękno ukrzyżowanego człowieka, ale nie piszą wprost, że był to Chrystus.

    Ból, który odczuł Franciszek, wynikał ze stygmatyzacji. „Natychmiast bowiem na jego rękach i nogach zaczęły jawić się znaki gwoździ, jak to na krótko przedtem widział u Męża ukrzyżowanego, ponad sobą w powietrzu” – relacjonuje Tomasz z Celano. Dodaje, że także „prawy bok, jakby przebity lancą, miał na sobie czerwoną bliznę, która często broczyła i spryskiwała tunikę oraz spodnie świętą krwią”.

    Znaki męki Chrystusa na ciele założyciela Zakonu Braci Mniejszych zdumiały świat chrześcijański. Franciszek stał się pierwszym w historii świętym, obdarzonym uznanymi przez Kościół stygmatami, jemu samemu zaś przyniosły określenie alter Christus (drugi Chrystus).

    Zdarzenie na górze Alwerni wyjątkowo mocno pokazuje, że spotkanie z żywym Bogiem nie pozostawia człowieka takim samym, jakim był wcześniej. To spotkanie przemieniające, czasem tak, jak to było w przypadku Mojżesza, gdy po rozmowie z Bogiem jego twarz promieniała. To także spotkanie umacniające przed nadchodzącą próbą, tak jak to było z apostołami, świadkami przemienienia Jezusa na górze. To wreszcie spotkanie mówiące o wielkiej miłości Boga, który już tu na ziemi chce być blisko człowieka, tak jak to było z wieloma świętymi.

    Pierścień niewidzialny

    Wśród osób, które osobiście i bezpośrednio spotykały Chrystusa, wyróżnia się św. Katarzyna ze Sieny. W połowie XIV wieku, gdy miała około siedmiu lat, zobaczyła Pana Jezusa, idąc z bratem jedną ze sieneńskich uliczek. Zbawiciel był ubrany w białą kapę i miał na głowie złocistą tiarę. Nic wtedy nie powiedział, uśmiechnął się tylko i spojrzał dziewczynce głęboko w oczy, po czym ją pobłogosławił.

    Spotkanie to zapadło w serce Katarzyny tak mocno, że odtąd bezustannie myślała o Jezusie. Paliło ją pragnienie ujrzenia Go ponownie. Chciała nawet opuścić miasto, żeby z dala od zgiełku myśleć o Nim na pustkowiu. Kiedy to jednak zrobiła, jeszcze tego samego dnia w niepojęty sposób znalazła się z powrotem w Sienie. Żyła więc jako dominikańska tercjarka, prowadząc życie pustelnicy pośród miejskiego gwaru. Jej mały pokoik, wydzielony w jej rodzinnym domu, był świadkiem duchowych zmagań i wielu mistycznych doświadczeń Katarzyny. Do najważniejszych należą mistyczne zaślubiny, które miały miejsce pod koniec karnawału 1367 r. Kiedy w całym mieście rozbrzmiewały odgłosy zabawy, Katarzyna intensywnie się modliła. W pewnej chwili ujrzała Jezusa. „Ponieważ pogardziłaś próżnymi przyjemnościami, oddając całe serce Mnie, twemu Stwórcy i Zbawicielowi, poślubiam cię w wierze. Bądź mężna! Mocą twej wiary zwyciężysz!” – powiedział Chrystus. Następnie nałożył na palec Katarzyny złoty pierścień z czterema perłami i diamentem, mówiąc: „Zaślubiam cię w wierze, Ja, twój Stwórca i Zbawiciel. I dopóki w niebie nie będziesz ze mną odprawiać godów wiecznych, niech ten ślub będzie nienaruszony. A teraz, moja córko, bądź mężna, bez żadnej zwłoki wykonuj wszystko, co zarządzi moja Opatrzność, bo jesteś zbrojna mocą wiary i wszystkie przeciwności szczęśliwie pokonasz”.

    Odtąd święta zawsze ten pierścień widziała, ale tylko ona. Tego dnia serce mistyczki ściśle przylgnęło do Serca Jezusa. Biografowie piszą, że w tym okresie pozostawała w ciągłym kontakcie ze świętymi. Podczas jednej z ekstaz przeżyła śmierć mistyczną, gdy na kilka godzin zamarły jej funkcje życiowe i sądzono, że nie żyje. Kiedy powróciła do życia, przez trzy dni płakała z tęsknoty za tym, co widziała. W 1375 roku otrzymała stygmaty, których nie było widać na zewnątrz, a które pojawiły się na jej ciele po śmierci.

    To już inna księga

    Z mistycznych doświadczeń zasłynęła także św. Teresa od Jezusa, odnowicielka zakonu karmelitańskiego. Jedno z nich genialnie wyraził w marmurze Gianlorenzo Bernini. Wykonana przez niego rzeźba, zatytułowana „Ekstaza św. Teresy”, znajduje się w kościele Santa Maria della Vittoria w Rzymie. Przedstawia uśmiechniętego anioła, który zamierza przebić serce zakonnicy trzymaną w ręku strzałą. Jest to zgodne z opisem, jaki sama Teresa zawarła w autobiografii. Święta relacjonuje, że anioł w postaci cielesnej, którego widziała, był niewysokiego wzrostu, ale bardzo piękny. „Z twarzy jego płonącej niebieskim zapałem znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów, całkiem jakby w ogień przemienionych. Musiał być z rzędu tych, których nazywają cherubinami” – czytamy. W ręku anioła Teresa ujrzała złotą włócznię z grotem jakby z ognia. „Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej” – zapisała Teresa. Dalej zaznaczyła, że to „niewypowiedziane męczeństwo” było jednocześnie słodkie „ponad wszelki wyraz”, co sprawiało, że, jak zanotowała, „najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu”. Nie jest to bowiem ból cielesny, ale duchowy, choć, jak przyznaje Teresa, także ciało ma w nim znaczny udział. „Taka mu towarzyszy słodka, między Bogiem a duszą, wymiana oznak miłości, że opisać jej nie zdołam, tylko Boga proszę, aby w dobroci swojej dał zakosztować jej każdemu, kto by mnie nie wierzył” – stwierdza mistyczka.

    Nic nie zapowiadało takiej intensywności przeżyć duchowych Teresy. Gdy dobiegała czterdziestki, wpadła w oziębłość, ulegając „demonowi południa”, zwanemu acedią. Jako zakonnica spełniała swoje obowiązki, ale bez zaangażowania, i czuła, że jest nieautentyczna. Wtedy, w Wielki Poście, przywieziono do klasztoru obraz przedstawiający bardzo poranionego Chrystusa. „Czułam się cała poruszona, gdyż on dobrze przedstawiał to, co Pan dla nas przeszedł. Serce mi się rozdzierało i upadłam tuż przy Nim, cała zalana łzami, błagając Go, aby mnie już raz na zawsze umocnił, abym Go już nie obrażała… Wydaje mi się, że powiedziałam Mu wówczas, że nie podniosę się stamtąd, dopóki nie sprawi tego, o co Go błagałam. Od tamtego czasu bardzo zaczęłam się poprawiać” – czytamy.

    To był punkt zwrotny. „Odtąd jest to już inna, nowa księga, to znaczy inne, nowe życie. To aż dotąd było moje. Natomiast obecne jest tym, którym Bóg żył we mnie” – zanotowała Teresa. Zgodnie ze swym imieniem zakonnym była już naprawdę „od Jezusa”. Jej zażyłe relacje ze Zbawicielem uświadamiały zaskoczonym obserwatorom, że Bóg naprawdę chce z nami przebywać jak z przyjaciółmi i dzielić się niesłychanymi tajemnicami swojego serca.

    Kiedy miała 67 lat, jej życie dobiegło kresu. Gdy przyjęła Komunię, powiedziała: „Już czas, mój Oblubieńcze, abyśmy się spotkali”. W gruncie rzeczy byli ze sobą stale.

    Kwestia decyzji

    Mistyczne spotkania z Jezusem nie są doświadczeniem tylko odległych pokoleń. Ojciec Pio czy Faustyna Kowalska to wyraziste przykłady świętych ostatnich czasów, dla których relacja ze Zbawicielem „twarzą w twarz” była w swojej nadnaturalności czymś naturalnym. Takich osób było i jest wiele, choć tylko nieliczne z nich Kościół wyniósł do chwały ołtarzy. Poniekąd każdy z nas powinien spotkać Chrystusa na swój oryginalny sposób. Mistyczny potencjał każdego chrześcijanina czeka na ożywienie, a to dzieje się zawsze wtedy, gdy człowiek decyduje się zaufać Bogu i po prostu robić to, o co On prosi.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy Jezus musiał zginąć?

    Jacek Malczewski, „Chrystus przed Piłatem”
    „Chrystus przed Piłatem”– Jacek Malczewski
    (ze zbiorów lwowskiej galerii obrazów)

    ***

    … Całe życie Jezusa było drogą na krzyż. Ukrzyżowanie było konsekwencją Jego wolności: zrezygnował z siebie, aby żyć dla Boga i dla ludzi. Nie szukał ani cierpienia, ani śmierci. Przyjął je, kiedy okazały się ceną za miłość.

    Czy śmierć Jezusa była konieczna? Czy Bóg nie mógł zbawić świata inaczej? Jako pierwsza nasuwa się odpowiedź: „Bóg nic nie musi, może wszystko”. Oczywiście, człowiek ma prawo pytać. Czy jednak naprawdę chce słuchać odpowiedzi? Czy nie sadzamy Boga na ławie oskarżonych? Tam, gdzie myśl chce dominować, tam, gdzie człowiek zbyt natarczywie domaga się, by Bóg mu się z wszystkiego wytłumaczył, tam pojawia się niebezpieczeństwo rozminięcia się z Jego przesłaniem i Nim samym. Pokorną mowę krzyża słyszą pokorni. Tylko oni mają szansę cokolwiek zrozumieć. Piłat próbował być bezstronnym świadkiem, chciał zachować bezpieczny dystans, zimną krew, próbował nawet być sprawiedliwy. Podpisał wyrok śmierci na niewinnego. Krzyż Chrystusa wiąże się z naszym życiem na znacznie głębszym poziomie niż intelektualne rozważanie. Drzewo, na którym zginął Jezus, sięga swoimi korzeniami najgłębszej prawdy mojego życia. Nie ma neutralnych kazań pasyjnych. Krzyż Chrystusa krzyżuje się z moimi drogami, z wyborami, powołaniem, grzechem, bólem, samotnością, miłością, śmiercią.

    Sprawiedliwemu nie jest łatwo
    Pytając o przyczyny śmierci Jezusa, nie powinniśmy za szybko przeskakiwać na poziom wysokiej teologii, zastanawiając się, czy Bóg Ojciec tego chciał, czy nie. Trzeba wyjść od ludzkiej historii tej zbrodni. Ukrzyżowanie zostało spowodowane przez ludzi, a nie przez Boga. Jezus od początku swej działalności narażał się starotestamentalnym strażnikom kultu i Prawa Bożego. Burzył ich spokój, prowokował. W sytuacji narastającego konfliktu o wyroku skazującym zadecydowała mieszanka zwykłych grzechów: złości, głupoty, zazdrości, przywiązania do schematów, drobiazgowości, sekciarskiego myślenia, niewdzięczności, lęku o swoją pozycję itd. Sąd nad Jezusem był jednym z wielu ludzkich sądów, które skazują sprawiedliwego i niewinnego. Takie rzeczy działy się i dzieją nadal. Cztery wieki przed Chrystusem Platon pisał w „Państwie”, że sprawiedliwy musi być na tym świecie prześladowany – „Powiedzą zatem, że sprawiedliwy w tych okolicznościach zostanie ubiczowany, torturowany, związany, że wypalą mu oczy i że wreszcie po tych wszystkich mękach zostanie ukrzyżowany”. Chrześcijanin czyta ten tekst Platona ze wzruszeniem. Głęboka filozofia przeczuwa coś z dramatu krzyża.

    Bardzo podobna intuicja pojawiła się w Starym Testamencie. W Księdze Mądrości znajdujemy budzące grozę rozważania, które snuje grupa ludzi: „Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim. Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne. Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości. Kres sprawiedliwych ogłasza za szczęśliwy i chełpi się Bogiem jako ojcem. Zobaczmyż, czy prawdziwe są jego słowa, wybadajmy, co będzie przy jego zejściu. Bo jeśli sprawiedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nim i wyrwie go z ręki przeciwników. Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo – jak mówił – będzie ocalony” (2,12–20). Moralna prawość kłuje w oczy. Stąd pomysł, by zlikwidować sprawiedliwego. Mechanizm stary jak świat.

    Bóg ma słabość do człowieka
    Nie jest jednak tak, że śmierć Jezusa była tylko jedną z wielu niesprawiedliwości popełnionych w majestacie prawa. Piłat i inni, zabijając Jezusa, sądzili, że pozbywają się jeszcze jednego niewygodnego buntownika, a w rzeczywistości zabili kogoś więcej. Jezus został osądzony i umierał na krzyżu jako Syn Ojca, jako prawdziwy Bóg. Dochodzimy tutaj do progu tajemnicy, której każde wyjaśnienia brzmią nieporadnie. Krzyż uczy, że każdy, kto krzywdzi niewinnego, zamierza się na samego Boga. Każde zło, które spada na człowieka, spada także na Boga.

    Wciąż jednak nurtuje pytanie, dlaczego Bóg na to pozwolił? Czy mamy wyobrażać sobie Boga jako kogoś, kto żąda zamordowania swego Syna, aby ułagodzić swój gniew lub uczynić zadość sprawiedliwości? Taki obraz wyłania się z wielu pobożnych rozważań. Jest on jednak zupełnie fałszywy. Powtórzmy: Bóg niczego nie musi. On nas kocha, bo chce kochać. Dobrowolnie stał się człowiekiem. Wcielił się, wszedł w ludzki los, aby ratować człowieka, każdego bez wyjątku. Wobec zła obecnego w świecie, Bóg staje po stronie tych, którzy doświadczają krzywdy, niesprawiedliwości, bólu. Jest z wszystkimi, którzy zostają niewinnie osądzeni, odrzuceni, poniżeni, ukrzyżowani.

    Dlaczego Jezus nie zszedł z krzyża i w ten sposób nie rozprawił się ze złem? Dostojewski tłumaczy tak: „Nie zszedłeś z krzyża, ponieważ nie chciałeś zniewolić człowieka cudem i pragnąłeś wiary wolnej, a nie wiary przez cud. Pragnąłeś wiary wolnej, a nie pokornego zachwytu niewolnika wobec potęgi, która go raz na zawsze przejęła grozą” („Bracia Karamazow”). To bardzo ciekawa intuicja. W propozycji zejścia z krzyża słychać echo kuszenia na pustyni, gdzie szatan sugerował Jezusowi dokonanie spektakularnego cudu, który objawi Bożą moc.

    Tym, co wyróżnia skazańca-Jezusa od wszystkich innych niesprawiedliwie skazanych, jest jego całkowita niewinność i pełna wolność. Jezus naprawdę nie musiał na to się godzić. On mógł w każdej chwili zejść z krzyża. Decyduje się oddać życie. Dlaczego? Bo kocha. Czyni to, co wynika z jego najgłębszej istoty. Daje siebie do końca, bo taka jest miłość. Nie ma granic, nigdy nie mówi: „to już za wiele”. Wszechmoc Boga objawia się pod pozorem Jego totalnej bezsilności. Krzyż odsłania najgłębsze oblicze Boga, którym jest tajemnicza „słabość”. Skąd ona się bierze? Ten, kto kocha, ten staje się podatny na cios. Kto kocha, ten ryzykuje, że zostaje zraniony, odrzucony. Kiedy kogoś kochamy, mówimy: „mam do ciebie słabość”. Bóg ma słabość do człowieka. Dokładnie o tym mówi krzyż Chrystusa.

    Jest wyjście
    Całe życie Jezusa było drogą do krzyża. Ewangelie ukazują Jezusa jako wędrowca do Jerozolimy, świętego miasta, które zabija proroków. Wspominają, że trzykrotnie sam zapowiada najbliższym swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Jezus liczy się z tym, że zostanie odrzucony, a jednocześnie ufa bezgranicznie Ojcu. Droga na Golgotę jest ostatnim etapem tej samej wędrówki. W stronę całkowitego wydania siebie. Autor Listu do Hebrajczyków opisuje ten podstawowy azymut Jezusowej drogi słowami: „Oto idę, abym spełniał wolę Twoją” (Hbr 10,9). Syn wypełnia posłannictwo, które zlecił mu Ojciec, aż po ostatnie „wykonało się”. Przy czym polecenie Ojca nie brzmiało „daj się zabić, potrzebuję Twojej krwi”, ale „ukochaj mój lud, pokaż im, jak bardzo ich kocham, daj się im cały, zbaw ich, ocal. Za każdą cenę, byleby tylko zostali ocaleni”.

    Jezus jako człowiek poczuł lęk, gdy zobaczył, że cena, którą musi zapłacić za swoją wierność, będzie najwyższa. Modli się do Ojca „oddal ode mnie ten kielich”, ale powtarza „nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie”. Dotykamy tu czegoś, co dzieje się we wnętrzu samego Boga: miłości Ojca i Syna. Do końca nigdy tego nie zrozumiemy. Krzyż uczy, że wierność kosztuje, że kochać to oddać życie za tych, których kochamy. Kto kocha, ten pojmuje to bez wielkich słów.

    Nie uciekniemy od swojego krzyża. Przychodzimy na świat z jego zalążkiem ukrytym w naszej śmiertelnej kruchości. W każde ludzkie powołanie wpisany jest krzyż. Każde powołanie ma swój ciężar, który trzeba udźwignąć i donieść do końca. Każde dobro napotyka opór. Ziarno musi obumrzeć, aby był owoc. Nieraz to umieranie jest rozłożone na raty: nieprzespane noce, niespokojne bicie serca, łzy, bezsilne czekanie, zmienianie bandaży lub pampersów, modlitwa przy łóżku konającego.

    Nasz wybór przedstawia się ostatecznie tak: albo dźwigamy swój krzyż razem z Ukrzyżowanym, albo mój krzyż pozostanie tylko narzędziem tortury, źródłem rozpaczy. Ukrzyżowany mówi nam: „Przeszedłem tę drogę przed Wami. Nie dajcie się zwieść beznadziejnym ciemnościom. Jest wyjście. Pójdźcie za mną. Ja was przeprowadzę”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Josemaria Escriva: Jaki jest cel Kościoła?

    Św. Josemaria Escriva: Jaki jest cel Kościoła?
    fot. Pablovarela via Wikipedia, CC BY-SA 4.0

    ***

    – Tak, jak w Chrystusie są dwie natury – ludzka i boska, tak i w Kościele, analogicznie, istnieje pierwiastek ludzki i boski. Element ludzki nie umyka niczyjej uwadze – dla każdego jest oczywisty. Kościół na tym świecie jest złożony z ludzi i dla ludzi. Gdy mówimy o ludziach, to mówimy o wolności, o możliwościach wielkości i małostkowości, bohaterstwa i upadków, jakie niesie ona ze sobą. Gdybyśmy przyjęli tylko tę ludzką cząstkę Kościoła, nie zrozumielibyśmy go nigdy, ponieważ nie doszlibyśmy do bram tajemnicy. Pismo Święte używa wielu terminów wziętych z ziemskiego doświadczenia, aby nazwać Królestwo Boże i jego obecność wśród nas, w Kościele. Porównuje je do zagrody, do owczarni, do domu, do nasienia, do winnicy, do pola, na którym Bóg sadzi lub buduje. Ale wyróżnia się jedno określenie, które streszcza wszystko: Kościół jest Ciałem Chrystusa – pisze św. Josemaria Escriva de Balaguer.

    Nadprzyrodzony cel Kościoła

    1.
    Na początek przypomnijmy słowa, św Cypriana. “Kościół uniwersalny przedstawia się nam jako lud, który czerpie swoją jedność z jedności Ojca, Syna i Ducha Świętego” (1). Niech was nie dziwi przeto, ze w święto Trójcy Przenajświętszej kazanie dotyczy Kościoła, a to dlatego, ze Kościół tkwi korzeniami w fundamentalnej tajemnicy naszej wiary katolickiej Boga jedynego w swej istocie istniejącego w trzech osobach
    Kościół ześrodkowany w Trójcy – tak go zawsze widzieli Ojcowie Jakże jednoznaczne są słowa św. Augustyna “Bóg więc zamieszkuje w swojej świątyni; nie tylko Duch Święty, ale także Ojciec i Syn… Dlatego Kościół święty jest świątynią Boga, świątynią całej Trójcy Świętej” (2)

    Kiedy w najbliższą niedzielę znowu się zbierzemy, rozważać będziemy inny wspaniały aspekt Kościoła Świętego Wkrótce wygłosimy go w Credo Po wyśpiewaniu naszej wiary w Ojca, w Syna i w Ducha Świętego mówimy et unam, sanctam, catolicam et apostolicam Ecclesiam (3), wyznajemy ze jest Jeden tylko Kościół, Święty, Katolicki i Apostolski.
    Wszyscy, którzy naprawdę kochali Kościół, potrafili związać te cztery cechy z niezbadaną tajemnicą naszej świętej religii, tajemnicą Trójcy Przenajświętszej. “My wierzymy w Kościół Boży, Jeden, Święty, Katolicki i Apostolski, w którym otrzymujemy doktrynę, poznajemy Ojca i Syna i Ducha Świętego i jesteśmy chrzczeni w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” (4).

    Trudne chwile

    2.
    Trzeba, abyśmy często rozważali, po to, by tego nie zapomieć, że Kościół jest głęboką tajemnicą, która nie może być nigdy ogarnięta na tej ziemi. Jeżeliby rozum zamierzał wytłumaczyć ją sam z siebie, widziałby jedynie zgromadzenie ludzi, którzy przestrzegają pewnych przepisów, którzy myślą w podobny sposób. Ale to nie byłby Kościół Święty.
    W Kościele Świętym my, katolicy odnajdujemy naszą wiarę, normy naszego postępowania, naszą modlitwę, znaczenie braterstwa, łączność ze wszystkimi braćmi, którzy zmarli i którzy przebywają w Czyśćcu – z Kościołem cierpiącym, i Kościołem triumfującym – tymi, co radują się już błogosławionym widzeniem – na wieki wieków miłującym Boga trzy razy Świętego Jest to Kościół, który trwa tu, a zarazem wykracza poza historię Kościół, który zrodził się pod płaszczem Najświętszej Marii Panny i nie zaprzestaje – na ziemi i w niebie – wychwalać Jej jako Matki.

    Utwierdźmy się w wierze w nadprzyrodzony charakter Kościoła, wyznajmy to – jeżeli trzeba – wielkim głosem, ponieważ dzisiaj wielu jest takich, którzy -choć fizycznie są wewnątrz Kościoła, a często nawet na górze – zapomnieli o tych podstawowych prawdach i usiłują kreować wizję Kościoła, który nie jest Święty, który nie jest Jeden, który nie może być Apostolski, ponieważ nie opiera się na skale Piotrowej, który nie jest Katolicki, ponieważ jest popękany w wyniku różnych nieprawidłowości będących często wymysłem zachcianek ludzkich.
    Nie jest to nic nowego. Odkąd Jezus Chrystus Nasz Pan założył Kościół Święty, ta Matka nasza stale cierpiała prześladowania. Być może w innych epokach napaści bywały organizowane bardziej otwarcie, jawnie, teraz w wielu wypadkach chodzi o prześladowanie ukryte. Jak wczoraj, tak dzisiaj prześladowanie Kościoła trwa.

    Powiem wam to jeszcze raz: ani z temperamentu, ani z przekonania nie jestem pesymistą. Jak można być pesymistą, jeżeli Pan Nasz przyrzekł, że będzie z nami aż do skończenia świata? (5)
    Zesłanie Ducha Świętego uczyniło ze zgromadzenia uczniów w Wieczerniku pierwszą publiczną manifestację Kościoła (6).
    Nasz Bóg Ojciec – ten Ojciec kochający, który troszczy się o nas jak “o źrenicę swego oka” (7) – jak to obrazowo podaje Pismo, byśmy lepiej pojęli – nie przestaje uświęcać, przez Ducha Świętego, Kościoła założonego przez Swego najukochańszego Syna. Ale Kościół przezywa obecnie trudne dni: są to lata wielkiego zamętu dusz. Wśród hałasu i wrzawy ze wszystkich stron, odradzają się wszelkie błędy, które zdarzały się juz na przestrzeni wieków.

    3.
    Wiara. Potrzebujemy wiary. Jeśli patrzy się oczyma wiary, odkrywa się, że “Kościół niesie w sobie samym i głosi wokół siebie swą własną apologię. Kto go rozważa, kto studiuje oczyma miłującymi prawdę, powinien przyznać, że on – niezależnie od ludzi, którzy się nań składają, i praktycznych form działania, w których się przejawia – niesie w sobie orędzie światła uniwersalnego i jedynego, uwalniającego i potrzebnego, boskiego” (8).

    Kiedy słyszymy głosy herezji – tak właśnie trzeba to nazwać, nigdy nie lubiłem eufemizmów – kiedy obserwujemy, że atakuje się bezkarnie świętość małżeństwa i świętość kapłaństwa, niepokalane poczęcie Najświętszej Marii Panny Naszej Matki i jej dziewiczość wiecznąze wszystkimi przywilejami i darami, którymi Bóg ją ozdobił; że atakuje się cud nieustannej obecności Jezusa Chrystusa w Przenajświętszej Eucharystii, prymat Piotra, samo Zmartwychwstanie Naszego Pana -jak można nie czuć smutku duszy? Ale bądźmy ufni – Kościół Święty nie może ulec zepsuciu. “Kościół zachwiałby się, gdyby jego fundament się zachwiał, ale czy Chrystus może się zachwiać? Dopóki Chrystus się nie zachwieje, dopóty Kościół nie osłabnie – nigdy aż do skończenia czasów” (9).

    To, co ludzkie i to, co boskie w Kościele

    4.
    Tak, jak w Chrystusie są dwie natury – ludzka i boska, tak i w Kościele, analogicznie, istnieje pierwiastek ludzki i boski. Element ludzki nie umyka niczyjej uwadze – dla każdego jest oczywisty. Kościół na tym świecie jest złożony z ludzi i dla ludzi. Gdy mówimy o ludziach, to mówimy o wolności, o możliwościach wielkości i małostkowości, bohaterstwa i upadków, jakie niesie ona ze sobą. Gdybyśmy przyjęli tylko tę ludzką cząstkę Kościoła, nie zrozumielibyśmy go nigdy, ponieważ nie doszlibyśmy do bram tajemnicy. Pismo Święte używa wielu terminów wziętych z ziemskiego doświadczenia, aby nazwać Królestwo Boże i jego obecność wśród nas, w Kościele. Porównuje je do zagrody, do owczarni, do domu, do nasienia, do winnicy, do pola, na którym Bóg sadzi lub buduje. Ale wyróżnia się jedno określenie, które streszcza wszystko: Kościół jest Ciałem Chrystusa.

    I On ustanowił jednych apostołami, innych prorokami, innych ewangelistami, innych pasterzami i nauczycielami dla przysposobienia świętych do wykonywania posługi celem budowania Ciała Chrystusowego” (10). Św. Paweł pisze także, że “wszyscy razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy nawzajem dla siebie członkami” (11). Jak świetlana jest nasza wiara! Wszyscy jesteśmy w Chrystusie, ponieważ “On jest Głową Ciała-Kościoła” (12).

    5.
    To jest wiara, którą chrześcijanie zawsze wyznawali. Posłuchajmy słów św. Augustyna: “i od tej pory cały Chrystus jest ukształtowany z głowy i ciała; oto prawda, którą, nie wątpię, znacie dobrze. Głową jest sam nasz Zbawca, który cierpiał pod Ponckim Piłatem i teraz, po tym jak zmartwychwstał spośród umarłych, siedzi po prawicy Ojca. Jego zaś Ciałem jest Kościół. Nie ten, czy tamten kościół, lecz Kościół, który rozprzestrzenił się na cały świat. I nie tylko ten, który istnieje tu i teraz, wśród żyjących, ponieważ należą do niego również ci, którzy żyli przed nami i ci, którzy będą istnieć w przyszłości aż do skończenia świata. Zatem cały Kościół, będący zgromadzeniem wiernych – ponieważ wszyscy wierni są członkami Chrystusa – za Głowę ma Chrystusa, który rządzi swoim ciałem z Nieba. I, chociaż ta Głowa znajduje się poza zasięgiem widzenia ciała, to jednak jest z Nim zjednoczona przez miłość” (13).

    6.
    Rozumiecie teraz, dlaczego nie można rozłączyć Kościoła widzialnego od Kościoła niewidzialnego. Kościół jest jednocześnie ciałem mistycznym i ciałem prawnym. Przez “sam fakt, że jest ciałem, poznaje się Kościół oczyma” (14), nauczał Leon XIII. W ciele widzialnym Kościoła – w zachowaniu się ludzi, którzy się na niego składają tu na ziemi – zauważamy wiele nędzy, chwiejności, zdrady. Ale na tym Kościół ani się nie kończy, ani też tym bardziej z tak błędnym zachowaniem się nie utożsamia. Z drugiej strony nie brakuje tu i teraz przykładów wielkoduszności, heroicznych zachowań, świętego życia, które bez rozgłosu spala się z radością w służbie braciom w wierze i wszystkim duszom.

    Zważcie nadto, że gdyby nawet upadki liczebnie przewyższały męstwo, pozostawałaby jeszcze owa rzeczywistość mistyczna – jasna, niezaprzeczalna, chociaż nie dostrzegamy jej zmysłami – to jest Ciało Chrystusa, sam Nasz Pan, działanie Ducha Świętego, pełną miłości obecność Ojca.
    Kościół jest zatem jednocześnie ludzki i boski. “Jest społecznością boską a przez swe pochodzenie nadprzyrodzoną ze względu na cel i środki, które bezpośrednio do tego celu wiodaj ale o tyle, o ile złożony jest z ludzi, jest wspólnotą ludzką” (15). Żyje i działa w świecie, ale jego cel i moc nie są na ziemi, lecz w Niebie.

    Popełniają straszliwy błąd ci, którzy zmierzają do wydzielenia Kościoła charyzmatycznego, który był tym naprawdę założonym przez Chrystusa, od innego, prawnego czy instytucjonalnego, który byłby dziełem ludzi i zwykłym wynikiem wypadków historycznych Jest tylko jeden Kościół. Chrystus założył jeden jedyny Kościół: widzialny i niewidzialny, którego ciało jest hierarchiczne i zorganizowane, osadzony w prawie bożym z własnym życiem nadprzyrodzonym, które go porusza, podtrzymuje i ożywia.
    Trzeba więc pamiętać, ze kiedy Pan ustanowił swój Kościół, “nie pojmował go, ani nie uformował w taki sposób, aby mieścił w sobie mnogość wspólnot podobnych w swoim rodzaju, ale różnych i nie złączonych owymi więzami, które czynią Kościół niepodzielnym i jednym… I tak, kiedy Jezus Chrystus mówiło tym mistycznym gmachu, wspominał tylko o jednym Kościele, który nazywał swoim: zbuduję Kościół mój (Mt 16,18). Jakikolwiek inny Kościół, nie będąc założonym przez Niego, nie może być Jego prawdziwym Kościołem” (16).
    Jeszcze raz powtarzam: wiara Pomnóżmy naszą wiarę prosząc o nią Trójcę Przenajświętszą, której uroczystość dziś obchodzimy. Może zdarzyć się wszystko, ale nie zdarzy się, ze Bóg trzy razy Święty opuści swą Oblubienicę.

    Cel Kościoła

    7.
    Św Paweł, w pierwszym rozdziale listu do Efezjan, stwierdza że tajemnica Boga ogłoszona przez Chrystusa realizuje się w Kościele. Bóg Ojciec “wszystko poddał pod Jego stopy, a Jego samego ustanowił nade wszystko Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem, Pełnią Tego, który napełnia wszystko wszelkimi sposobami” (17). “Tajemnica Boża jest dla dokonania pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi” (18).
    Jest to tajemnica niepojęta wypływająca z najczystszej niezgłębionej miłości: “wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem” (19) z miłości. Miłość Boża nie ma granic – św. Paweł głosi również, ze Zbawiciel nasz “pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (20).

    Taki, a nie inny jest cel Kościoła: zbawienie dusz – co do jednej. Na to Ojciec posłał Syna: “Jak Ojciec Mnie posłał tak i Ja was posyłam” (21). Stąd nakaz nauczania prawd wiary i udzielania chrztu, aby w duszy zamieszkała przez łaskę Trójca Przenajświętsza: “Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (22).
    Są to proste i wzniosłe słowa epilogu Ewangelii św. Mateusza. Tu podkreślany jest obowiązek głoszenia prawd wiary, nagląca potrzeba życia sakramentalnego, Chrystusowa obietnica stałej opieki nad swym Kościołem. Nie jest się wiernym Chrystusowi jeśli zaniedbuje się tę rzeczywistość nadprzyrodzoną: nauczanie prawd i moralności chrześcijańskiej, przystępowanie do Sakramentów. Na tym nakazie Chrystus buduje swój Kościół. Wszystko inne jest drugorzędne.

    W Kościele jest nasze zbawienie

    8.
    Nie możemy zapominać, że Kościół jest czymś więcej niż drogą do zbawienia: jest jedyną drogą. I nie jest to wymysłem ludzi, lecz wyrazem woli Chrystusa: “Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (23). Dlatego właśnie twierdzi się, że Kościół jest środkiem koniecznym do zbawienia. Już w II wieku pisał Orygenes: “jeżeli ktoś chce się zbawić, niech przyjdzie do tego domu, ażeby mógł to osiągnąć… Niech nikt nie oszukuje samego siebie: z dala od tego domu, to jest z dala od Kościoła, nikt się nie zbawi” (24) A Św. Cyprian mówił: “Jeśli ktoś ocalał z potopu uciekłszy z Arki Noego, wówczas moglibyśmy przyjąć ze ktoś, kto porzuca Kościół może uniknąć potępienia” (25).
    Extra Ecclesiam, nulla salus. Jest to ustawiczne ostrzeżenie Ojców Kościoła: “poza Kościołem katolickim można znaleźć wszystko – przyznaje św. Augustyn – oprócz zbawienia. Można mieć godność, można mieć sakramenty, można śpiewać alleluja, można odpowiadać amen, można podtrzymywać Ewangelię, można mieć wiarę w Ojca, w Syna i w Ducha Świętego, i głosić ją; ale nigdzie poza Kościołem katolickim nie można znaleźć zbawienia” (26).

    Mimo to, jak ponad dwadzieścia lat temu ubolewał Pius XII, “niektórzy sprowadzają do pustej formułki konieczność należenia do prawdziwego Kościoła dla osiągnięcia wiecznego zbawienia” (27). Ten dogmat wiary stanowi bazę zbawczej misji Kościoła, on akcentuje odpowiedzialność apostolską chrześcijan. Chrystus kategorycznie podkreśla – pośród innych poleceń – konieczność włączenia się do Jego Ciała Mistycznego przez chrzest. “I nasz Zbawiciel nie tylko dał przykazanie, aby wszyscy wchodzili do Kościoła, ale także postanowił, żeby Kościół był pośrednikiem zbawienia, bez którego nikt nie może dojść do królestwa chwały niebieskiej” (28).
    Jest obowiązkiem wierzyć, że nikt, kto nie należy do Kościoła nie będzie zbawiony, i że nikt, kto się nie ochrzci, nie wchodzi do Kościoła. Usprawiedliwienie “po ogłoszeniu Ewangelii, nie może mieć miejsca bez odradzającego obmycia, lub pragnienia tego“, postanowił Sobór w Trydencie (29).

    9.
    Jest to stałe wymaganie Kościoła, które, z jednej strony, stanowi dla naszej duszy zarzewie żarliwości apostolskiej, z drugiej, okazuje także jasno nieskończone miłosierdzie Boże dla stworzeń.
    Św. Tomasz tłumaczy to w sposób następujący: “w dwojaki sposób rozumieć można brak sakramentu chrztu. Po pierwsze, kiedy nie otrzymało się go ani faktycznie, ani pragnieniem; jest to przypadek tego, kto ani się nie ochrzcił, ani nie chce się ochrzcić. Taka postawa u osób, które osiągnęły wiek dojrzałości oznacza lekceważenie sakramentu. I w konsekwencji, ci którzy z tej racji nie są ochrzczeni nie mogą wejść do królestwa niebieskiego, ponieważ ani sakramentalnie, ani duchowo nie wcielają się w Chrystusa; a jedynie od Niego pochodzi Zbawienie. Po drugie, może brakować pewnej osobie sakramentu chrztu, ale nie pragnienia go, jak jest w wypadku pragnącego ochrzcić się, którego zaskakuje śmierć przed otrzymaniem sakramentu. Człowiek ten może się zbawić nawet bez chrztu rzeczywistego, przez samo pragnienie sakramentu, pragnienie, które pochodzi z wiary działającej przez miłość, przez którą Bóg, który nie związał swojej władzy z sakramentami widzialnymi, uświęca wewnętrznie tego człowieka” (30).

    Bóg nasz Pan, nie odmawia nikomu szczęścia wiecznego i naprzyrodzonego -jest to całkowicie darowane, to nam z żadnego tytułu nie przysługiwało, zwłaszcza po grzechu: Jego wspaniałomyślność jest nieskończona. “Jest rzeczą wiadomą, że ci, co cierpią na nieprzezwyciężoną nieznajomość naszej przenajświętszej religii, a starannie przestrzegają prawa naturalnego i jego przepisów, wykutych przez Boga w sercach wszystkich, i są gotowi być posłusznymi Bogu i prowadzą życie uczciwe i prostolinijne, mogą osiągnąć życie wieczne przez skuteczne działanie światła bożego i łaskę” (31).
    Tylko Bóg wie, co się dzieje w sercu każdego człowieka i On nie traktuje dusz jako masy, tylko każdą indywidualnie. Nikomu na tej ziemi nie przysługuje prawo sądzenia o zbawieniu czy potępieniu wiecznym w jakimś konkretnym przypadku.

    10.
    Ale nie zapominajmy, że sumienie może z własnej winy ulec spaczeniu, stwardnieć w grzechu i opierać się zbawczemu działaniu Boga. Stąd potrzeba głoszenia nauki Chrystusowej, prawd wiary i norm moralnych; i stąd także potrzeba Sakramentów, ustanowionych przez Jezusa Chrystusa jako narzędzie przyczynowe Jego łaski (32) i środek na nędzę spowodowaną stanem naszej upadłej natury (33). Wynika z tego, że korzystne jest częste przystępowanie do spowiedzi i Komunii Eucharystycznej.
    Stąd też, jasno skonkretyzowana przez rady Św. Pawła, ogromna odpowiedzialność wszystkich w Kościele, a szczególnie pasterzy: “Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, w porę wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią- będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom” (34).

    Czas próby

    11.
    Nie potrafię powiedzieć, ile razy spełniły się te prorocze słowa Apostoła. Ale tylko ślepy nie zauważyłby, że obecnie sprawdzają się prawie co do joty. Odrzuca się wymogi przykazań Prawa Bożego i Kościelnego, wypacza się sens błogosławieństw, napełniając je treścią polityczno-społeczną. I ten, kto stara się być pokornym, łagodnym, czystego serca, jest traktowany jako ignorant albo zacofany prymitywny obserwant. Nie wytrzymuje się jarzma czystości i wymyśla się tysiąc sposobów, aby ominąć boskie przepisy Chrystusa.

    Jest pewien symptom, który zawiera w sobie wszystkie pozostałe: zamysł zmiany nadprzyrodzonych celów Kościoła. Przez sprawiedliwość niektórzy nie rozumieją już życia w świętości, tylko określoną walkę polityczną, mniej lub więcej pokrewną marksizmowi, co nie jest do pogodzenia z wiarą chrześcijańską. Wyzwolenie nie oznacza dla nich podjęcia osobistych zmagań w ucieczce od grzechu, tylko zadanie ludzkie, które może być szlachetne i słuszne samo w sobie, ale dla chrześcijanina pozbawione jest sensu, jeżeli oznacza zniszczenie tego, co jedynie jest potrzebne (35) – zbawienia wiecznego dusz, każdej pojedynczo.

    12.
    Z powodu ślepoty spowodowanej odejściem od Boga: “ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode mnie” (36), tworzy się obraz Kościoła, który nie ma żadnego związku z tym, który założył Chrystus. Nawet Święty Sakrament Ołtarza – odnowa Ofiary dokonanej na Kalwarii – jest profanowany, albo redukowany do zwykłego symbolu, który zwą komunią ludzi między sobą. Co stałoby się z duszami, gdyby Nasz Pan nie był oddał się za nas aż do ostatniej kropli Swojej drogocennej Krwi! Jak to jest możliwe, że się wzgardzą tym nieustannym cudem realnej obecności Chrystusa w Tabernakulum? Pozostał, abyśmy z Nim obcowali, abyśmy Go uwielbiali, abyśmy poznawszy przedsmak przyszłej chwały raz i na zawsze zdecydowali się iść Jego śladami.

    Czasy te są czasami próby i winniśmy błagać Pana, wołaniem nieustannym (37), aby je skrócił, aby spojrzał miłosiernie na swój Kościół i udzielił na nowo nadprzyrodzonego światła duszom pasterzy i duszom wszystkich wiernych. Nie ma powodu, aby Kościół starał się schlebiać ludziom, ponieważ ludzie – ani pojedynczo, ani zbiorowo – nigdy nie dadzą zbawienia wiecznego. Jedynym, który zbawia jest Bóg.

    Synowska miłość Kościoła

    13.
    Trzeba dzisiaj głośno powtórzyć słowa św. Piotra do dostojników w Jerozolimie: “On jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się głowicą węgła. I niema w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (38).
    Tak mówił pierwszy Papież – opoka, na której Chrystus zbudował swój Kościół – powodowany swoim synowskim nabożeństwem do Pana i swoją troską o całą trzódkę, która została mu powierzona. Od niego i od reszty Apostołów nauczyli się pierwsi chrześcijanie kochać z całego serca Kościół.

    A widzieliście z jakim brakiem miłosierdzia mówi się codziennie o naszej Świętej Matce-Kościele? Jakąż ulgę i radość przynosi czytanie żarliwych wyznań gorącej miłości do Kościoła Chrystusowego Ojców Kościoła! “Kochajmy Pana, Boga Naszego; kochajmy Jego Kościół – pisze św. Augustyn. Jego jako Ojca, jego Kościół jako Matkę. Niech nikt nie mówi: tak, chodzę jeszcze do bożków, radzę się opętanych i czarnoksiężników, ale nie opuszczam Kościoła Bożego, jestem katolikiem. Możecie być jeszcze zjednoczeni z Matką, ale obrażacie Ojca. Ktoś inny mógby powiedzieć: Broń Boże; nie radzę się czarowników, nie wypytuję opętanych, nie słucham przepowiedni świętokradzkich, nie chodzę adorować demonów, nie służę bogom z kamienia, ale jestem z partii Donata. Na co przyda się nie obrażać Ojca, jeżeli On pomści Matkę, którą obrażacie?” (39) Św. Cyprian zadeklarował krótko: “nie może mieć Boga za Ojca, kto nie ma Kościoła za Matkę” (40).

    Dzisiaj wielu nie chce słuchać prawdziwej nauki o Świętej Matce, Kościele. Niektórzy pragną przekształcić instytucję, występują z szaleńczym pomysłem wprowadzenia do Mistycznego Ciała Chrystusa demokracji w stylu takim, jak się ją pojmuje w społeczności cywilnej albo, prawdę rzekłszy, w stylu, w którym zamierza się, aby była wprowadzona: wszyscy równi we wszystkim. I nie chcą zrozumieć, że z boskiego postanowienia, Kościół składa się z Papieża, biskupów, księży, diakonów i świeckich. Chrystus chciał, aby tak właśnie było.

    14.
    Kościół, z woli bożej, jest instytucją hierarchiczną. “Społecznością hierarchicznie zorganizowaną” – nazywa go Sobór Watykański II (41), gdzie “ministrowie mają władzę sakralną” (42). Hierarchia nie tylko jest w zgodzie z wolnością, ale pozostaje w służbie wolności dzieci Bożych (43).
    Pojęcie demokracji nie ma sensu w Kościele, który – powtarzam – jest hierarchiczny z bożej woli. Ale hierarchia oznacza władanie święte i ład sakralny, w żadnym wypadku samowładztwo ludzkie, czy nieludzki despotyzm. W Kościele Pan zarządził ład hierarchiczny, który nie przerodzi się w tyranię, ponieważ sama władza jest służbą, tak, jak jest nią posłuszeństwo.

    W Kościele jest równość: raz ochrzczeni wszyscy jesteśmy równi, ponieważ jesteśmy dziećmi tego samego Boga, naszego Ojca. Na skutek chrztu nie ma jakiejkolwiek różnicy między Papieżem i najmniejszym, który się wciela do Kościoła. Ale ta powszechna równość nie zawiera możliwości zmiany istoty Kościoła w tym, co zostało postanowione przez Chrystusa. Z oczywistej woli bożej mamy różnorodność funkcji, stosownych do otrzymanych zdolności, niezatarty charakter święceń udzielanych księżom w Sakramencie Kapłaństwa. Na szczycie tego porządku jest następca Piotra i z nim, i pod nim, wszyscy biskupi: ze swoją potrójną misją uświęcania, rządzenia i nauczania.

    15.
    Darujcie mi uporczywe naleganie, prawd wiary i moralności nie ustala się większością głosów: stanowią depozyt wiary – depositum fidei – oddany przez Chrystusa wszystkim wiernym i powierzony w swoim wykładzie i miarodajnej nauce, Nauczycielskiej Władzy Kościoła.
    Byłoby błędem myśleć że, skoro ludzie nabyli być może większą świadomość więzów solidarności, które ich łączą wzajemnie, powinno się zmodyfikować tożsamość Kościoła, aby go zaktualizować. Czasy nie należą do ludzi, niezależnie czy sąoni w Kościele, czy też poza nim; czasy należądo Boga, który jest Panem historii. I Kościół może dać zbawienie duszom tylko wtedy, jeśli pozostaje wiernym Chrystusowi w swoim założeniu, w swoich dogmatach, w swojej moralności.

    Odrzućmy więc myśl, że Kościół – zapominając o kazaniu na górze – szuka szczęścia ludzi na ziemi, ponieważ wiemy, że jego jedynym zadaniem jest prowadzenie dusz do chwały wiecznej w raju; odrzućmy wszelkie rozwiązania naturalistyczne, które nie doceniają pierwszorzędnej roli łaski bożej; odrzućmy opinie materialistyczne, które usiłują zatrzeć znaczenie duchowych wartości w życiu człowieka; odrzućmy na równi teorie sekularyzujące, które starają się identyfikować cele Kościoła Bożego z celami ziemskich państw, mieszając istotę, instytucje i działania o cechach przypominających w jakiś sposób te, które obserwujemy w społeczeństwie ziemskim.

    Przepaść mądrości Bożej

    16.
    Przypomnijcie sobie rozważania św. Pawła, które czytaliśmy w liście: “O, głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! Kto bowiem poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą? Lub kto Go pierwszy obdarował, aby nawzajem otrzymać odpłatę? Albowiem z Niego, i przez Niego, i dla Niego wszystko. Jemu chwała na wieki. Amen” (44). Jakże nędzne są w świetle słów Bożych ludzkie próby zmieniania tego, co Bóg postanowił!
    Nie taję, że pewna niezwykła właściwość człowieka rozlewa się dziś na wszystkie strony: nie osiągnąwszy nic przeciw Bogu, wyładowuje się na drugim człowieku, jest strasznym instrumentem zła, okazją i bodźcem popychającym do grzechu, siewcą tego zamieszania, które prowadzi do tego, że popełnia się czyny same w sobie złe, przedstawiając je jako dobre.

    Zawsze istniała ignorancja, ale teraz ignorancja najbardziej brutalna w rzeczach wiary i moralności stroi się nieraz w głośne imiona rzekomo teologiczne. Dlatego zadanie dane przez Chrystusa jego Apostołom – dopiero co słyszeliśmy je w Ewangelii – nabiera, jeśli można tak powiedzieć, przynaglającej aktualności: “idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (45). Nie możemy być głusi, nie wolno nam siedzieć z założonymi rękami, zamykać się w sobie. Stańmy, na Boga, do walki, do wielkiej rozprawy o pokój, równowagę ducha, doktrynę!

    17.
    Mamy być wyrozumiali, okrywać wszystko serdecznym płaszczem dobroci. Dobroci, która utwierdzi nas w wierze, pomnoży naszą nadzieję i uczyni nas mocnymi, zdolnymi powiedzieć głośno, że Kościół nie jest tym obrazem, który proponują niektórzy. Kościół jest z Boga i zmierza do jednego celu: zbawienia dusz. Zbliżmy się do Pana, rozmawiajmy z Nim twarzą w twarz w modlitwie, prośmy Go o przebaczenie naszych nędz osobistych i uczyńmy zadośćuczynienie za nasze grzechy i grzechy innych ludzi, którzy być może – w tej atmosferze zamieszania – nie zdają sobie sprawy, jak ciężko obrażają Boga. W dzisiejszej Mszy św., w bezkrwawym odnowieniu krwawej ofiary Kalwarii, Jezus – Kapłan i Ofiara – oddaje się za grzechy ludzi. Obyśmy nie zostawili Go w osamotnieniu, niech wznieci się w piersi naszej gorące pragnienie bycia z Nim u stóp Krzyża; niech wzmaga się nasze wołanie do Ojca, Boga miłosiernego, by przywrócił pokój światu, pokój Kościołowi, pokój sumieniom.

    Gdy tak uczynimy, spotkamy – pod Krzyżem – Najświętszą Maryję Pannę, Matkę Boga i Matkę naszą. Prowadzeni Jej błogosławioną ręką dojdziemy do Jezusa, a przez Niego do Ojca i Ducha Świętego.

    bł. Josemarla Escriva de Balaguer

    Pismo Poświęcone Fronda nr 7 (1996)

    * Kazanie wygłoszone 28 V 1972 r. na uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Niniejszy tekst jest fragmentem książki: bł. Josemaria Escriva de Balaguer “Kochać Kościół”, Wydawnictwo Św. Jacka, Katowice
    Przypisy:
    1.  ŚW. CYPRIAN, De oratione dominica, 23 (PL 4, 553).
    2.  ŚW. AUGUSTYN, Enchiridion, 56,15 (PL 40, 259).
    3. Credo Mszy św.
    4.  ŚW. JAN DAMASCEŃSKI, Adversum Icon., 12 (PG 96, 1358 D).
    5. Por. Mt28, 20.
    6.  Ecclesia, quae iam concepta, ex latere ipso secundi Adami velut in cruce dormientis orta erat, sese in lucern hominum insigni modo primitus dedit die celeberrima Pentecostes. Ipsaąue die beneficia sua Spiritus Sanctus in mystico Christi Corpore prodere coepit. LEON XIII, Enc. Divinum illud munus, AAS 29, s. 648.
    7.  Pwt32, 10.
    8.  PAWEŁ VI, Przemówienie, 23 VI 1966.
    9.  ŚW. AUGUSTYN, Enarrationes in Psalmos, 103,2,5 (PL 37,1353).
    10. Ef4, 11-12.
    11.  Rzl2, 5. 12 Koi 1, 18.
    13.  ŚW. AUGUSTYN, Enarrationes in Psalmos, 56, 1 (PL 36, 662).
    14. LEON XIII, Enc. Satis cognitum, AAS 28, s. 710.
    15 Tamże, s. 724.
    16 Tamże, s. 712-713.
    17. Ef 1,22-23.
    18. Ef 1, 10.
    19. Ef 1,4.
    20.  1 Tym 2, 4.
    21. J 20, 21.
    22. Mt28, 18-20.
    23. Mk 16, 16.
    24. ORYGENES, In Jesu nave hom„ 5, 3 (PG 12, 841).
    25.  ŚW. CYPRIAN, De catholicae Ecclesiae unitate, 6 (PL 4, 503).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ PRZYJMUJEMY Z NALEŻNYM USZANOWANIEM DO UST

    ALBO NA RĘKĘ – WTEDY CIAŁO PAŃSKIE SPOŻYWAMY W OBECNOŚCI KAŁANA.

    PRZYJMUJĄC KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – NA SŁOWA KAPŁANA: CIAŁO CHRYSTUSA – ODPOWIADAMY: AMEN.

    *************************************************************************************************

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “TEN, KTO MNIE SPOŻYWA, BĘDZIE ŻYŁ PRZEZE MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC MARZEC 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się za tych, którzy cierpią z powodu zła wyrządzonego im przez członków wspólnoty kościelnej, aby właśnie w Kościele znaleźli konkretną odpowiedź na swój ból i swoje cierpienia.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Co zrobić, aby Wielkopostne wołanie do nawrócenia nie zniechęciło mnie? Przecież tyle razy słyszałem już ten Głos. Dlatego proszę Cię Panie, abyś dał mi odwagę otworzyć oczy i zobaczyć drogę, którą idę a która prowadzi z Jerozolimy do Emaus. W moim upadaniu nie mam wątpić, ale nieustannie powstawać. I to jest możliwe tylko dzięki Tobie, Panie, który jesteś nieustanną Obecnością a moje oczy tak często są jeszcze na “uwięzi”. Św. Jan Maria Vianney zwykł mawiać: „Gdybyś naprawdę prosił Pana o nawrócenie, byłoby ci to dane”. Więc proszę – szczerze i z całego serca

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    25 marca: w Uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny członkowie Żywego Różańca mogą uzyskać odpust zupełny .

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    _____________________________________________________________________________

    Tajemnice Różańcowe wraz intencjami zostały wysłane na maila we wtorek 28 lutego: e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś nie otrzymał, bardzo proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres: rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    Na stronie Żywego Różańca: zr.kosciol.org – znajdują się intencje, Tajemnice Różańcowe, Patroni Róż oraz ogłoszenia.

    ___________________________________________________________________________________________

    Odpusty dla odmawiających różaniec

    „Wiedz, że jakiekolwiek są już liczne odpusty udzielone Mojemu Różańcowi, Ja ubogacę go jeszcze więcej na każdą pięćdziesiątkę „Zdrowaś Maryja” dla tych, którzy będą go odmawiali bez grzechu śmiertelnego i pobożnie na kolanach. Każdemu zaś, kto wytrwa w odmawianiu go rozmyślając jego piętnaście tajemnic, uproszę jako nagrodę za tak dobrą przysługę, aby w końcu życia zostały mu całkowicie odpuszczone winy i kara za wszystkie jego grzechy… Niech ci się to nie wydaje niemożliwe, ponieważ łatwo Mi jest to uczynić, gdyż jestem Matką Króla Niebios, tego, który nazywa Mnie Pełną łaski; jeżeli więc jestem nią wypełniona, to mogę ją rozdzielać i udzielę jej obficie Moim drogim synom”. (MB do bł. Alana de Rupe)

    Czym jest odpust?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych.
    (…). Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” (KKK 1471).

    „Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (KKK 1473).

    a) Odpust zupełny – uwalnia od wszystkich kar doczesnych, należnych za grzechy odpuszczone co do winy w sakramencie pokuty.
    b) Odpust cząstkowy – darowanie części kary doczesnej.
    „Przez odpusty wierni mogą otrzymać dla siebie, a także dla dusz w czyśćcu, darowanie kar doczesnych, będących skutkiem grzechów” (KKK 1498).

    Kiedy uzyskujemy odpust różańcowy?

    Odpust zupełny możemy uzyskać wówczas, gdy modlitwę różańcową odmawiamy:

    • w kościele,
    • w miejscu publicznych modlitw,
    • w rodzinnym gronie,
    • w zakonnej wspólnocie,
    • w pobożnym stowarzyszeniu.

    Gdy modlitwie różańcowej towarzyszą inne okoliczności, Kościół wtedy mówi o udzieleniu odpustu cząstkowego.

    Warunki, które należy wypełnić dla uzyskania odpustu zupełnego:

    1. Odmówić w całości przynajmniej jedną z czterech części różańca (pięć tajemnic określonej części).

    2. Medytacji nad tajemnicami różańcowymi musi towarzyszyć modlitwa ustna.

    3. Podczas publicznego odmawiania różańca muszą być – w sposób dla danego miejsca właściwy – zapowiadane poszczególne tajemnice. W przypadku gdy modlitwę różańcową odmawiamy sami, wystarcza, że recytujemy modlitwy i że towarzyszy temu rozważanie stosownych tajemnic. Ważne jest, byśmy nie przerywali modlitwy, nim ją skończymy*

    Pozostałe warunki dla uzyskania każdego odpustu zupełnego:
    • Być w stanie łaski uświęcającej; a jeśli trzeba, przystąpić do sakramentu pokuty.
    • Przyjąć Komunię świętą.
    • Wykluczyć wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, tzn. tolerowanie u siebie złych przyzwyczajeń lub dobrowolne trwanie w jakimś nałogu.
    • Wykonać z pobożnością dzieło obdarzone odpustem.
    • Odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo).

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, a cząstkowy – kilka razy dziennie. Należy wzbudzić intencję uzyskania odpustu. Odpusty możemy uzyskać dla siebie lub za zmarłych. Nie można ich przekazać żyjącym.

    za: http://parafia.prabuty.pl/


    *„Dla uzyskania odpustów za odmawianie Różańca świętego, kiedyś należało odmawiać przynajmniej jedną trzecią część w całości, bez przerywania. Tylko członkowie wpisani do bractwa mieli przywilej i to jedynie przy odmawianiu obowiązującego w ciągu tygodnia różańca, że mogli oddzielać jeden dziesiątek od drugiego, bez względu na czas między jednym dziesiątkiem a drugim. Jednak św. Pius X zezwolił na to wszystkim wiernym. Dzisiaj więc wszyscy mogą zyskiwać odpusty różańcowe, odmawiając nawet każdy dziesiątek oddzielnie... Dlatego nikt nie może twierdzić, że brak mu czasu na częste, a nawet codzienne odmówienie chociażby jednej cząstki Różańca”. (o. Ludwik Fanfani OP) – za: https://rozaniec.maryjni.pl/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ja trzymam różaniec – Maryja mnie

    … zwrócenie się ku Matce Bożej, aby od Niej czerpać wzór i duchowe siły.

    … zastanówmy się nad sensem i znaczeniem Różańca.

    fot. Karol Porwich/TYgodnik Niedziela

    *****

    Pamiętasz swój pierwszy różaniec? Pewnie z utęsknieniem czekałeś na moment, gdy w czasie przygotowań do I Komunii św. otrzymasz go z książeczką i medalikiem. Być może twój dziecięcy wzrok nie potrafił jeszcze wtedy wznieść się ponad ziemskie piękno koralików i schludnego futerału. I może nawet do dziś po prostu „nie czujesz” Różańca. Nie martw się. Św. Tereskę nużył i nie od razu umiała odkryć jego piękno. Bo z Różańcem jest jak z drzewem. Nie zachwycasz się samym pniem. Mimo że jest najważniejszy, to sam w sobie jest nudny. W podziw wprawia nas dopiero widok owoców. Różaniec również zachwyci cię dopiero wtedy, gdy po czasie zobaczysz jego owoce.

    Precz z nudą!

    Czy powtarzanie tych samych formułek na okrągło, przez pół godziny, nie jest bezsensownym i nudnym klepaniem? Bezsensowne to nie jest na pewno. A nudę da się pokonać. Po pierwsze – warto się wyleczyć z tego specyficznego rodzaju „stresu”, w jaki sami siebie wpędzamy: „muszę kontrolować uciekające myśli”, „muszę się skupić tylko na wypowiadanych słowach”. Stop! A kto tak każe? Gdzie znalazłeś nakaz bezwzględnego koncentrowania całej uwagi wyłącznie na kolejnych słowach „zdrowaśki”? Nie wymagaj od siebie myślenia o każdym słowie wypowiadanych formuł. One mają ci pomóc wejść w prawdziwą modlitwę. Modlitwę sercem. Regularnie wypowiadane słowa mają je „ukołysać”, by zaczęło medytować! Tak! Bo Różaniec to modlitwa medytacyjna! Tutaj chodzi o rozważanie konkretnych tajemnic, jakby przy „melodii” powtarzanych słów. Mam się skupiać na kolejnych tajemnicach, a nie na kolejnych „paciorkach”. Sens i piękno Różańca nie polega na panicznym skupianiu uwagi na nim samym, ale na „dostrojeniu serca”. Dzięki niemu dusza staje się otwarta na rozważanie prawd z życia Jezusa i Maryi, a po czasie zaczyna z nich czerpać mądrość do własnego życia.

    Co to znaczy „rozważać”?

    Modlitwa „Zdrowaś Maryjo” jest jak sama Matka Boża: pokorna, a niesłychanie potężna. Ma niezwykłą właściwość: potrafi koić duszę, wyciszać serce i skupiać uwagę na rozważanych tajemnicach. Żeby głęboko je rozważać, warto sobie pomóc gotowymi tekstami. Czyta się je przed każdą „dziesiątką”. Gdzie je znaleźć? Najlepsza jest Biblia. Znajdziesz w Ewangelii fragmenty pasujące do każdej tajemnicy. Piękniejszych rozważań nie ma. Poza tym połączenie owej „modlitwy otwartego serca” ze Słowem Bożym jest dla duszy jak skondensowana dawka najbardziej wartościowego pokarmu. Rozważania są też w modlitewnikach albo po prostu w necie i często opierają się nie tylko na Biblii, ale także na tekstach świętych autorów. Po przeczytaniu rozważania zaczynasz daną dziesiątkę. Na ustach masz „Zdrowaś Maryjo”, a w sercu przedłuża się spotkanie z Jezusem, tyle że już bez kartki. Rozważanie ma dać ci impuls. Resztę zrobi twoje serce, kołysane rytmem powtarzanych słów.

    Nie dobranocka, lecz kołysanka

    Różaniec możesz mówić lub śpiewać. Samemu albo wspólnie. Głośno albo szeptem. Tradycyjnie bądź „z dopowiedzeniami”. Niezależnie od formy – na pewno podziała na osoby, które omadlasz, i na ciebie, który się modlisz. Zawsze, gdy trzymasz różaniec w ręku, wiedz, że ciebie za rękę trzyma Maryja. A tam, gdzie jest Ona, zawsze wylewa się łaska. I zawsze zstępuje Duch Święty, który jest Dawcą pokoju i mądrości. Nie bój się, gdy w czasie modlitwy nagle się „rozproszysz” i przed oczami staną ci aktualne problemy czy bliskie osoby. O to właśnie chodzi! Różaniec tak działa. Maryja celowo wydobywa z serca na wierzch to, co je obciąża. I zaczyna to sortować. Porządkuje myśli. Pomaga rozeznać sytuację i podjąć decyzję. Wielu ludzi zaraz po zakończeniu Różańca doświadcza „dziwnego” spokoju. Inni wstając od modlitwy, nagle wiedzą, co mają robić, mimo że nawet nie prosili o jasność w danej sprawie. Gdy więc spostrzeżesz, że na modlitwie atakują cię jakieś myśli o sprawach i ludziach – od razu zanurzaj je w tej modlitwie! Oddawaj Matce Bożej! Uczyń z rozproszeń intencję modlitewną. I pozwól, by ta modlitwa dalej kołysała twoją duszę. To jest właśnie medytacja. Pokój wlewa się do serca. Wnętrze się kołysze, ale ty wcale nie usypiasz.

    I promise!

    Nie sposób wymienić wszystkich obietnic, jakie do Różańca przywiązuje Maryja. W objawieniach wskazuje na niego jako skuteczne narzędzie nawrócenia człowieka i jego bliskich. Odmawianie Różańca ma moc wyproszenia i zachowania pokoju w świecie. Na różańcu można wymodlić cuda, uzdrowienie, a nawet zatrzymanie wojen. Historia już nieraz potwierdziła nadzwyczajne ingerencje Boga w sprawy omadlane Różańcem. Warto wspomnieć choćby o Hiroszimie, wojnie na Bałkanach czy niedawnym odbiciu kolumbijskiej senatorki Ingrid Betancourt przez wojsko, które do akcji przygotowywało się przez Różaniec! Święci nazywali go „biczem na szatana”, a sam Chrystus powiedział św. Gertrudzie, że „Zdrowaś Maryjo” to „moneta, za którą nabywa się niebo”. Różaniec to taka niebiańska kroplówka, dzięki której za każdą „zdrowaśką” do twojego duchowego organizmu sączy się kolejna kropla mądrości i pokoju. Ten, kto odmawia Różaniec, zmusza diabła do kapitulacji, a siebie i świat na nowo chowa pod płaszcz Maryi.

    Módlmy się za wszystkie kobiety, aby Niepokalana była zawsze wzorem do naśladowania w ich życiu i uczyła wiernie trwać przy Chrystusie

    ks. Tomasz Podlewski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Oto polski cud różańcowy, który wydarzył się w czasie II wojny światowej

    reprod. z „Naszego Dziennika” fot.Robert Sobkowicz

    *****

    POTĘGA RÓŻAŃCA PRZED WYSTAWIONYM NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    “Różaniec Święty, to bardzo potężna broń. Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie” (św.Josemaria Escriva do Balaguer).

    Działo się to w Polsce w czasie II wojny światowej. Ciągle trzeba o tym mówić, szczególnie młodzieży, co czynili Niemcy w Polsce w czasie II wojny. Jakiej ruinie uległa cała Polska; spalone wioski, miasta, zniszczone fabryki. Ile milionów ludzi zginęło w Polsce w czasie wojny (35 mln Polaków było w 1939r. – 23 mln W 1945r.). Ludzie ginęli na frontach wojny, podczas bombardowań miast i wsi, ginęli w obozach koncentracyjnych, więzieniach, byli rozstrzeliwani, wieszani na ulicach, ginęli od mrozu, głodu w obozach śmierci. Pojawienie się żołnierzy niemieckich w jakiejś miejscowości oznaczało śmierć nawet wielu mieszkańców. Bardzo często żołnierze niemieccy, którzy przyjechali do jakiejś miejscowości strzelali do napotkanych na ulicy ludzi tak jak do zwierząt w lesie. Są w Polsce miejscowości, parafie, które straciły nawet do 60 – 80% mieszkańców.

    JEST TYLKO JEDNA PARAFIA W POLSCE, KTÓREJ MIESZKAŃCY NIE ZAZNALI W/W NIESZCZĘŚĆ I TRAGEDII.

    Nikt z tej parafii nie zginął w czasie wojny!
    Wszyscy żołnierze powrócili z wojny do swoich rodzin!
    Przez cały czas wojny, żaden Niemiec nie przekroczył granicy tej parafii!

    TO JEST CUD! Jak to się stało, że ta parafia doznała tego cudu?

    Parafia ta nazywa się Garnek. Leży w centrum Polski, około 70 km od Warszawy. W 1939r. liczyła 7 tys. mieszkańców. Dnia 1.IX. 1939r. gdy Niemcy zaatakowały Polskę w parafii w/w proboszczem był bardzo mądry i pobożny kapłan. W tym tragicznym dniu w tamtejszym kościele zgromadziło się trochę ludzi na Mszy świętej – był to pierwszy piątek miesiąca.

    Proboszcz do zgromadzonych w kościele ludzi powiedział wtedy takie słowa: „Dziś Niemcy pod wodzą Hitlera zaatakowały Polskę. Hitler to człowiek opętany przez szatana. Hitler wyrządzi straszliwe zło Polsce i całej Europie. Zginą miliony ludzi, Europa ulegnie wielkiemu zniszczeniu. Czy jest jakiś ratunek? Czy możemy uniknąć śmierci, uratować nasze domy, gospodarstwa, zakłady pracy ? Tak, jest ratunek ! Tym ratunkiem jest różaniec przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem ! Od dzisiaj, aż do końca wojny, (nie wiemy ile będzie trwać ta wojna), każdego dnia w naszym kościele będzie odmawiany Różaniec przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Zapraszam wszystkich każdego dnia na to nabożeństwo”.

    Wojna trwała 6 lat, Różaniec w kościele trwał 6 lat. Proboszcz podał ludziom godz. nabożeństwa. Na to nabożeństwo ludzie zaczęli przychodzić. Odmawiali cząstkę Różańca (5 tajemnic) po Różańcu proboszcz udzielał błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Początkowo ludzi było niewiele, ale w miarę upływu wojny przychodziło coraz więcej. Kościół codziennie był zapełniony ludźmi. Gdy spostrzeżono, jaka jest potęga tego nabożeństwa, tzn. że nikt z tej parafii nie zginął (w innych zginęło już wielu), na Różaniec codziennie gromadziło się tyle ludzi, że kościół nie mógł wszystkich pomieścić!

    Nie było w Polsce miejscowości, do której by nie dotarli żołnierze niemieccy w czasie wojny. Nawet do najdalej położonych wiosek, 300 –400 km od Warszawy. Docierali nawet do tych wiosek, które nie miały szosy (dojeżdżali końmi), a ta parafia jest w centrum Polski, tak blisko Warszawy. A więc: JAK WIELKA JEST POTĘGA MODLITWY RÓŻAŃCOWEJ W KOŚCIELE PRZED WYSTAWIONYM NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM!

    Z tej parafii przed IX 1939r. wielu młodych mężczyzn zostało zmobilizowanych do wojska. Jedni walczyli (we wrześniu 1939r). z Niemcami, inni z Rosjanami. Nikt z nich nie zginął na froncie! Część z nich wróciła do domów po ustaniu walk, część dostała się do niewoli. Jedni byli w obozach niemieckich, inni w rosyjskich, również na dalekiej Syberii. Wszyscy powrócili do swoich rodzin ! A więc cudowną opieką w/w modlitwy zostali otoczeni żołnierze z tej parafii, którzy byli nawet kilkanaście tys. km od niej (Syberia).

    Jak to wszystko zrozumieć? Jak to wszystko wytłumaczyć? Można stwierdzić z całą pewnością, że Różaniec w kościele przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem jest wielką potęgą. Okazał się silniejszy, niż wszystkie bomby, czołgi, armaty, karabiny maszynowe itp. Silniejszy niż cała potęga hitlerowskich Niemiec.

    Czy tylko w czasie wojny? A czy dziś nie ma już tej samej mocy, potęgi, skuteczności w innych dziedzinach ludzkiej egzystencji? Wstępną informację podał +ks.Bp Zbigniew Kraszewski na spotkaniu Kapłańskiego Ruchu Maryjnego.

    “Różaniec to Credo, które stało się modlitwą” (bł.John Henry Newman).

    adonai.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Demon w Watykanie. Św. Jan Paweł II jako egzorcysta
    fot. screenshot – YouTube (Krzysztof Tomczak)

    ***

    Demon w Watykanie.

    Św. Jan Paweł II jako egzorcysta

    Św. Jan Paweł II nieraz stawał twarzą w twarz z demonem, zdarzało mu się też poddawać egzorcyzmom przybyłych do Watykanu wiernych. Za czasów swojego pontyfikatu wspierał egzorcystów, których posługa była wcześniej postrzegana jako relikt średniowiecza i z tej racji często lekceważona. Fabio Msrchese Ragona, włoski dziennikarz w swojej najnowszej książce „Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu do Medjugorje” odnalazł jedną z najbliższych Karolowi Wojtyle osób, aby przekonać się, w co warto wierzyć, a co lepiej włożyć między bajki. Przeczytaj fragment książki.

    Na przestrzeni lat opowiadano o odprawianych przez polskiego papieża rytuałach najróżniejsze historie. Oficjalnie możemy przeczytać przynajmniej o trzech odprawionych przez ojca świętego egzorcyzmach, jeden odbył się w 1982, drugi w 1984, a trzeci w 2000 roku. Nie można jednak wykluczyć, że takich epizodów, skrzętnie ukrywanych przed oczami świata, było więcej.

    24 maja 1987 roku, przemawiając do wiernych w sanktuarium św. Michała Archanioła w Monte Sant’Angelo nieopodal Foggii, Jan Paweł II powiedział: „Ta walka z demonem, tak często kojarzona z postacią archanioła Michała, nadal jest aktualna, ponieważ demon wciąż żyje i działa na tym świecie. W istocie zło, które w nim jest, panujący w społeczeństwie nieład, niekonsekwencja człowieka i wewnętrzny rozłam, którego tenże człowiek staje się ofiarą, są nie tylko efektem grzechu pierworodnego, lecz także skutkiem nieustających i ukrytych poczynań szatana, owego zagrażającego naszej moralnej równowadze burzyciela, którego św. Paweł nie waha się nazywać «bogiem tego świata»”.

    Świadectwo

    Spotykam się w Rzymie z człowiekiem, który przez dwadzieścia siedem lat żył u boku Jana Pawła II, podążając za nim jak cień i robiąc miliony fotografii. To Arturo Mari, oficjalny fotograf papieża – urodzony w 1940 roku, dystyngowany, zawsze elegancki w swoich ciemnych garniturach. Mówi z charakterystycznym dla regionu Lacjum akcentem. – Miewałem lepsze dni – wyjaśnia z porozumiewawczym śmiechem, zanim rozmowa schodzi na temat egzorcyzmów. – Opowiem jedynie to, co widziałem na własne oczy, pomijając rzeczy, które znam z opowieści – dodaje, a ja mogę tylko zaakceptować tę jakże uprzejmą i szczerą propozycję. Zaczynamy od „najnowszego” egzorcyzmu. Karol Wojtyła odprawił go przed dwudziestu laty, we wrześniu 2000 roku, na dziewczynie o imieniu Sabrina. Arturo, który był świadkiem tej sceny, poprawia krawat, robi głęboki wdech i sięga pamięcią do tamtych szczególnych chwil. Kiedy audiencja generalna na placu św. Piotra dobiegła końca, ks. Stanisław (Dziwisz, będący wówczas osobistym sekretarzem Jana Pawła ii) podszedł do papieża, aby uprzedzić go, że jedna z obecnych tam młodych kobiet najprawdopodobniej jest opętana. Ojciec święty pobłogosławił wiernych z papamobile, po czym skierował się ku sektorowi, w którym przebywała dziewczyna, i polecił kierowcy się zatrzymać. Było to przy Bramie Dzwonów, w dość ustronnym miejscu. Dziewczyna była drobna, mogła ważyć trzydzieści pięć–czterdzieści kilogramów.

    Obok stało czterech papieskich tragarzy, a także dwóch watykańskich żandarmów. Wszyscy byli słusznej postury, można by rzec: prawdziwe osiłki! A jednak nie potrafili zapanować nad dziewczyną. Ojciec święty wysiadł z jeepa, przeżegnał się i zaczął się niespiesznie posuwać w stronę opętanej, odmawiając półgłosem łacińskie modlitwy. Im był bliżej, tym gwałtowniej dziewczyna złorzeczyła. Ciskała przekleństwa gardłowym głosem, który brzmiał jak głos mężczyzny. Wołała: „kuternoga!”, „przeklęty!”, „idź sobie!”, „dziad!”. Papież nie przestawał się modlić, a ona miotała się, tocząc z ust żółtą pianę. Nagle rozległ się krzyk demona: „Wiesz, że nie dam ci rady!”. Trwało to cztery, może pięć minut, które jednak wydawały się wiecznością. W dziewczynę jakby wstąpiły niespożyte siły. Szarpała się i wyrywała żandarmom. Gdy Jan Paweł II dokończył modlitwę i podszedł jeszcze bliżej, diabeł ponownie się rozjuszył: „Nie dotykaj mnie! Odejdź, przeklęty!”. Wtedy papież musnął czoło dziewczyny i udzieli jej błogosławieństwa. Powietrze rozdarł przerażający krzyk. Opętana osunęła się na ziemię i przez chwilę wyglądała, biedaczka, jak nieżywa. Potem z rozpromienioną twarzą wyciągnęła ręce, a ojciec święty uścisnął je i ją pogładził. Gdy doszła już do siebie, poszliśmy dalej.

    Królestwo zła istnieje

    W marcu 1981 roku, odprawiając w Bazylice św. Piotra przedświąteczną mszę dla studentów, Karol Wojtyła przypominał młodzieży: Chrystus potwierdza istnienie złego ducha i jego królestwa, w którym panują ściśle określone zasady. Zasady te wymagają nadzwyczaj logicznych działań, ponieważ to właśnie dzięki logice „królestwo zła” nie tylko istnieje, lecz także rozwija się w ludziach, ku którym się kieruje. Szatan nie może działać wbrew własnym zasadom, zły duch nie może przepędzić złego ducha. Tak mówi Chrystus. I pozostawiając wysnucie ostatecznych wniosków słuchaczom, dodaje: „A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże” ( Łk 11, 20).

    Arturo Mari nadal pamięta te słowa. I determinację, z jaką polski papież od pierwszych chwil po wyborze na biskupa Rzymu toczył boje z demonem. Papieski fotograf przypomina sobie również inny niewielki, ale jakże znaczący epizod z pierwszych lat pontyfikatu Jana Pawła II: otóż pewnego dnia, gdy Wojtyła odprawiał w Pałacu Apostolskim nabożeństwo różańcowe, demon zaznaczył swoją obecność.

    Zgromadziliśmy się w Auli Błogosławieństw. To było w czasie, gdy ojciec święty nie miał jeszcze nadmiaru obowiązków i w każdą sobotę wieczorem odmawiał różaniec z wiernymi, którzy przybywali do Pałacu Apostolskiego na modlitwę. Kiedy robiłem zdjęcia, wydarzyło się coś, co z miejsca przykuło moją uwagę. Zauważyłem dziewczynę, stała przy barierkach, które oddzielały wiernych od papieża. W pewnym momencie, gdy wszyscy recytowali różaniec, uklękła na posadzce i zaczęła powtarzać dziwnym głosem: „Zabierz mnie stąd, zabierz mnie stąd”. Papież modlił się żarliwie, młoda kobieta prawdopodobnie umknęła jego uwadze. Kiedy ponownie odwróciłem się w jej stronę, pełzła w kierunku wyjścia. Po chwili już jej nie było. Ten jakże osobliwy, jedyny w swoim rodzaju epizod wywarł na Arturze tak wielkie wrażenie, że chociaż minęło już niemal czterdzieści lat, fotograf nadal go pamięta. W jego wspomnieniach żyje również przemowa, którą Jan Paweł II wygłosił bez przygotowania we wrześniu 1988 roku, zwracając się po wspólnym obiedzie do osiemnastu biskupów oraz grupki salezjanów, którzy przyjęli go w stolicy Piemontu. „Turyn – powiedział wówczas Wojtyła – był dla mnie zagadką. Dzieje zbawienia uczą nas jednak, że tam, gdzie są święci, pojawia się również ktoś inny. Ktoś, kto przedstawia się cudzymi imionami, zamiast podać własne. Nazywa się go księciem tego świata, demonem. Któraż partia, któraż ideologia nie chciałaby być księciem tego świata?”. Te ostre jak nóż słowa wywarły na zgromadzonych wielkie wrażenie, a zarazem dowiodły, że ochrona wiernych przed niecnymi poczynaniami diabła bezustannie zaprzątała myśli Wojtyły.

    Fragment pochodzi z książki „Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu po Medjugorje”, Wydawnictwo Esprit.

    Fabio Msrchese Ragona/„Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu do Medjugorje”

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szatan istnieje naprawdę. Egzorcysta dostał od złego ducha...
    fot. screenshot – YouTube (Edycja Świętego Pawła)

    ***

    Szatan istnieje naprawdę.

    Egzorcysta dostał od złego ducha…

    Przytaczamy wywiad pt.: “Niewidzialni wrogowie” przeprowadzony z ks. Marianem Rajchelem.

    Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?

    Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: “Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.

    W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?

    Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić.

    W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…

    W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego. 

    Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.

    Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?

    Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.

    Egzorcyści

    Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: “Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?

    Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.

    Czy zły duch uprzykrza życie i utrudnia posługę również egzorcyście? 

    Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo “miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): “Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony.  

    Inny SMS był taki: “Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: “nie boję się”, a równocześnie “zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia! 

    Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.

    Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.

    A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…

    bo człowiek jest wolny…

    …tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: “Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.

    Czy ze złym duchem można rozmawiać?

    Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: “Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. “Odmówić “Ojcze nasz” po francusku” – usłyszałemodpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło. 

    Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: “Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. “Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił. 

    Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu. 

    Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą? 

    Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania… 

    Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy. 

    Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: “Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: “Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.

    Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.

    Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka. 

    U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha. 

    Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?

    Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.

    Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli? 

    Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.

    Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?

    Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem).

    Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?

    Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: “Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: “Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: “Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: “Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?

    Fronda.plmp/Za: katolik.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Droga na Golgotę

    Chrystus niosący krzyż, Muzeum Prado, Madryt
    Chrystus niosący krzyż, Muzeum Prado, Madryt
    TYCJAN (TIZIANO VECELLI)

    *****

    „Jeśli kto chce pójść za Mną…” Naśladować Jezusa znaczy pójść Drogą Krzyżową. Nie dlatego, że Bóg lubuje się we krwi i śmierci. Ale dlatego, że miłość oznacza zgodę na danie siebie bez względu na cenę.

    Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola, i włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem. A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: »Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły«”. Wtedy zaczną wołać do gór: »Padnijcie na nas«; a do pagórków: »Przykryjcie nas!«. Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?”. Przyprowadzono też dwóch innych – złoczyńców, aby ich z Nim stracić. Gdy przyszli na miejsce zwane „Czaszką”, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Jezus zaś mówił: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. A oni rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy. Łk 23,26-34

    Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. Mk 8,34-35

    Przez ile dróg musi przejść każdy z nas, by mógł człowiekiem się stać? – śpiewał Bob Dylan. Bez wątpienia przez wiele. Wśród nich pojawi się też droga krzyżowa. Prędzej czy później spotkamy krzyż, który trzeba ponieść. Choroba, wypadek, jakaś niesprawiedliwość, grzech własny lub cudzy, samotność… A może ciężar samego życia, które ułożyło się tak, a nie inaczej. Krzyża nie bierze się na siebie, nie wybiera, on raczej spada na nas, często znienacka. Leci się wtedy na zbity pysk, bezwładnie, twarzą do ziemi. Ewangelie nie opisują szczegółowo drogi na Golgotę. Jan poświęca jej tylko jedno lakoniczne zdanie. Chrześcijanie czuli potrzebę modlitewnego towarzyszenia Jezusowi. Tak powstało nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Jest ono czymś więcej niż tylko pobożnym opisem Jego cierpień, upadków i spotkań. Rozważając 14 symbolicznych stacji na tej drodze, widzimy w nich jak w lustrze nasze własne stacje: cierpienia, upadki, spotkania. Rozumiemy, że te dwie drogi: Jego i moja muszą się spotkać. W tym spotkaniu jest nasza nadzieja i nasze zbawienie. 

    Pomocnik z Bożej łaski

    Krzyżowanie było rzymską karą przejętą od ludów wschodnich. Była to tortura przewidziana dla niewolników, zbrodniarzy, ludzi z prowincji. Chodziło nie tylko o uśmiercenie, ale i o publiczne napiętnowanie. Skazaniec sam niósł na miejsce egzekucji poziomą belkę (patibulum) mierzącą ok. 1,8 metra, która mogła ważyć nawet do 50 kg. Dźwigając ten kawał nieheblowanego drewna, nie mógł amortyzować upadku ani podpierać się ręką, więc każdy upadek powodował ciężkie urazy kolan i twarzy. Jezus zmaltretowany przesłuchaniem, biczowaniem i biciem nie miał żadnych szans donieść samodzielnie krzyża. Świadectwo o wymuszonej pomocy niejakiego Szymona z Cyreny potwierdza tę opinię. Szymon został wplątany w tę ponurą sprawę przypadkiem. Zwykły człowiek, przechodzień. Miał swój świat, swoje obowiązki i plany na ten dzień. Wracał z pola, pewnie przygotowywał się do świętowania Paschy. Jego droga skrzyżowała się z drogą Jezusa. Przymuszono go, by niósł narzędzie tortur Jezusa na Golgotę. Musiał nieźle się napocić, zabrudzić krwią, poodzierać ręce, wziąć udział w poniżającym widowisku, na co nie miał najmniejszej ochoty. Być może klął pod nosem. Pomocnik z Bożej łaski. Po latach pewnie błogosławił Boga za te chwile. Wiadomo bowiem, że już po Wielkanocy należał razem ze swoimi synami Aleksandrem i Rufusem do wspólnoty chrześcijańskiej. Okazać się przydatnym Bogu to wielka łaska. Czasem zostajemy jak Cyrenejczyk wplątani w los drugiego człowieka bez własnej woli. Dobro wymuszone nie jest dobrem, a jednak Boże plany i Boża logika przerastają nasze wyobrażenia. Nawet przymusowa sytuacja może okazać się błogosławieństwem. Nieraz wydaje się nam, że okazujemy komuś łaskę, poświęcamy się, a tak naprawdę otrzymujemy o wiele więcej, niż daliśmy. Odruchowo uciekamy przed krzyżem, stronimy od słabych, przegranych, wyśmianych, brudnych, od takich, z których nic nie ma. Nie chcemy się brudzić cudzym potem i krwią. Ale takie „ubrudzenie” może okazać się początkiem czegoś wielkiego i pięknego – początkiem przemiany serca, obudzeniem uśpionych pokładów dobra, wrażliwości, współczucia, ofiarności. Więc może lepiej nie szemrać przeciwko Bogu, kiedy wciąga nas w jakąś przegraną, beznadziejną historię. On wie lepiej. Chwile po ludzku przeklęte mogą okazać się błogosławione.

    Płaczcie nad sobą

    Jezusowi w drodze na Golgotę towarzyszyły kobiety, które „zawodziły i płakały”. Wschodni zwyczaj nakazywał opłakiwanie zmarłych, ale zakazane było głośne użalanie się nad skazańcem. Być może kobiety złamały ów zakaz i wyrażały w ten sposób swoje przekonanie o niewinności Jezusa. Pan wypowiada swoje ostatnie pouczenie: „Nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!”. Dodaje do tego przerażające proroctwo o zniszczeniu Jerozolimy. Słowa, które brzmią bardzo twardo. A przecież sam Jezus zapłakał nad grobem swojego przyjaciela, płakał także nad tragicznym losem, który czeka Jerozolimę. Parę linijek dalej będzie wstawiał się za swoimi oprawcami „przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Łzy mogą być formą ucieczki od prawdy. „Wylewamy łzy i czujemy się przez to uwolnieni od winy i odpowiedzialności” – zauważa celnie ks. Jan Twardowski. Przed tym właśnie przestrzega Jezus. On wcale nie odrzucił współczucia niewiast jerozolimskich. Zaprosił je tylko do tego, aby nie poprzestały na emocjach, ale szukały głębszego sensu wydarzeń, które oglądają.

    To wezwanie pozostaje aktualne. Rozważanie męki Pańskiej może zatrzymać się tylko na uczuciowym uczestnictwie w ludzkich cierpieniach Zbawiciela. Takie współczucie jest czymś wartościowym, ale to za mało. Towarzyszenie Jezusowi na Drodze Krzyżowej musi prowadzić do odkrycia prawdy o sobie, o moim grzechu, o mojej winie. Jezus został skazany i cierpi przeze mnie! Więc ja nie mogę się tylko przyglądać, nie mogę być jedynie widzem, nawet zaangażowanym emocjonalnie, bo jestem częścią tego dramatu. Nawrócenie zaczyna się często od wstrząsu: „Co ja narobiłem?!”. Czasem Bóg pozwala nam zobaczyć przerażające skutki naszych czynów, słów, zaniedbań, głupoty, nieodpowiedzialności. Grzech niszczy, rani, powoduje cierpienie niewinnych, zabija. Krzyż Chrystusa pokazuje, że mój grzech dosięga samego Boga, chce Go przekreślić, wymazać, wyrzucić, zabić. Owszem, potrzebujemy łez, ale takich, które prowadzą do skruchy, do uderzenia się we własne piersi, do głębokiego żalu za grzechy. Potrzebujemy łez nawrócenia, takich, jakie popłynęły po twarzy Piotra, gdy po trzykrotnym zaparciu się Mistrza jego wzrok napotkał cierpiące i nadal kochające oblicze Pana. 

    Jezus wciąga nas w krzyż

    Jezus wciąga nas w tajemnicę krzyża na poziomie jeszcze głębszym. Zapowiedzi zniszczenia Jerozolimy nie przypadkiem znalazły się w kontekście opisu męki Pańskiej. Nie przypadkiem Jezus umiera w czasie świąt paschalnych, podczas których zabijano baranki. Świątynia jerozolimska była miejscem kultu Boga i miejscem pojednania. Ale już prorocy Starego Testamentu zwracali uwagę, że krew z cielców i kozłów nie może oczyścić człowieka. Oczekiwano więc jakiegoś nowego kultu. To przeczucie proroków wypełnia się w krzyżu. Jezus – „Baranek Boży” wziął na siebie grzechy świata i zgładził je. „W Chrystusie Bóg pojednał świat ze sobą” (2 Kor 5,19) – napisze św. Paweł. Miejsce świątyni jerozolimskiej zajął Chrystus. On sam jest ołtarzem, kapłanem i ofiarą. Benedykt XVI w drugim tomie „Jezusa z Nazaretu” mocuje się z pojęciem ekspiacji, czyli pokuty, wynagrodzenia za grzechy, wyrównania sprawiedliwości. „Czy Bóg domagający się nieskończonej ekspiacji nie jest Bogiem okrutnym?” – pyta papież. To pytanie raz po raz powraca w historii. Niektórzy teologowie tłumaczyli bowiem sens krzyża w taki sposób: ludzki grzech znieważył nieskończony majestat Boga, dlatego konieczna jest nieskończona ofiara Syna Bożego dla zmycia tej winy. Akcent padał tu bardziej na sprawiedliwość, konieczność wynagrodzenia za zło niż na miłość. Papież nie odrzuca pojęcia ekspiacji, ale je pogłębia. Podkreśla mocno dwie prawdy. Pierwsza: zło jest czymś realnym, nasz grzech rzeczywiście niszczy świat i zaciemnia obraz Boga, nie należy więc tej rzeczywistości lekceważyć. Druga prawda: kluczem jest miłość. „Nie jest tak, że okrutny Bóg domaga się czegoś nieskończonego. Jest dokładnie odwrotnie. Sam Bóg czyni siebie miejscem pojednania i w swoim Synu bierze na siebie cierpienie. Sam Bóg ofiarowuje światu w darze nieskończoną czystość”. „Gdzie świat z całą swą niesprawiedliwością i z wszelkim okrucieństwem dotyka nieskończenie Czystego, tam On, Czysty jest równocześnie mocniejszy. Poprzez ten kontakt brud świata jest prawdziwie wchłonięty, zniweczony, przemieniony przez nieskończoną miłość” (Benedykt XVI). Przypomina się Weronika. Milczą o niej Ewangelie. Ale ta postać, nawet jeśli tylko symboliczna, wyraża to, o czym teologicznym językiem mówił papież. Chrystus niszczony przez zło, przez mój grzech, opluty, pobity, wyszydzony, dotknięty nieludzkim okrucieństwem zachowuje Twarz jaśniejącą pięknem. To piękno nieskończonej miłości. Chusta Weroniki pozostaje symbolem takiego przeżywania krzyżowej drogi, które zostawia głęboki ślad głębszy niż wzruszenie. Nieść w sobie, w swoim sercu, w sumieniu Twarz Chrystusa, pieczęć Jego Miłości silniejszej niż zło. Stawać się podobnym do Niego. Pięknym Jego pięknem. Jezus idzie uliczkami Jerozolimy, idzie ulicami naszego świata, mija nas, przechodniów. Wciąga w tajemnicę swojego krzyża, bo w Nim dokonuje się nasze zbawienie, pojednanie z Bogiem, oczyszczenie z grzechów. „Pójdź za mną”, mówi Pan zmierzający na Golgotę. Weź swój krzyż, swój grzech, swoje cierpienie. Idź po moich śladach. Ja ci pomogę wytrwać w posłuszeństwie Bogu, w wierności. Ja cię nauczę miłości, która jest do końca. Razem ze mną powstaniesz ze wszystkich upadków. Poniesiesz ciężar swojego powołania aż na szczyt. Ze Mną zostaniesz przybity do swojego krzyża. Oddasz Bogu chwałę, staniesz się darem, barankiem ofiarnym, pokonasz zło dobrem. Wygrasz życie. Umrzesz, aby zmartwychwstać.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym jest prawdziwe nawrócenie?

    o. Piotr Rostworowski:

    Bez niego nie można wejść do królestwa niebieskiego

    W naturze miłości bowiem jest delikatność, w naturze miłości jest, że ona prosi o przyjaźń, lecz do niej nie zmusza, puka do drzwi, lecz ich nie wyważa. W naturze miłości jest, że chce być przyjęta jedynie przez akt zupełnie wolny, a więc przez akt miłości. Ale z tego wynika, że może być również odrzucona…
    Przyczyną niejednej trudności w zrozumieniu problemu wiary jest zbyt intelektualistyczne podejście do niego, tak jakby przyjęcie wiary było wyłącznie albo przede wszystkim przyjęciem pewnego światopoglądu. Taka koncepcja staje się przyczyną zrozumiałych oporów u ludzi, bo obraz Boga, jaki za nią stoi, jest nieprawdziwy i jakiś nieludzki, a więc i nie Boży.

    Nie możemy się wewnętrznie zgodzić na takie oblicze Boga, który, nie bardzo wiadomo dlaczego, żądałby od człowieka przyjęcia takiego czy innego światopoglądu, i to pod karą utraty zbawienia. Bóg nie jest profesorem, który za nienauczenie się lekcji stawia dwóję. Nie możemy Go sobie również wyobrazić w roli nowoczesnego dyktatora, narzucającego całemu społeczeństwu oficjalny i obowiązujący światopogląd. Od kiedy chrystianizm w pojęciu szerokiego ogółu stał się jedynie systemem doktrynalnym, jedną z licznych interpretacji świata, czyli jednym ze światopoglądów – problem wiary zabrnął w uliczkę, z której niełatwo go wyprowadzić, a dusze ludzkie najeżyły się przeciwko wierze zupełnie nieuzasadnionymi oporami.

    Apostołowie Jezusa nie byli filozofami światopoglądowymi, ale świadkami napełnionymi Duchem Świętym i mocą, aby świadczyć o tym, co widzieli i słyszeli. Jakaż była treść tego świadectwa? Mówili o Jezusie z Nazaretu, który przeszedł dobrze czyniąc, uzdrawiając chorych, wyrzucając czarty, wskrzeszając umarłych, który został ukrzyżowany w Jeruzalem, a Bóg Go wskrzesił na trzeci dzień i ukazał się żywy wielu świadkom, którzy Go widzieli, a niektórzy z nich rozmawiali z Nim i dotykali Go po Zmartwychwstaniu. Świadczyli, że Ten jest, o którym przepowiadali dawni Prorocy, w którym ziściły się wszystkie obietnice Starego Testamentu i nie masz innego imienia danego ludziom, w którym moglibyśmy dostąpić zbawienia.

    Te świadectwa uczniów, tchnące szczerością i mocą w swej lapidarnej zwięzłości i prostocie, są wszystkie do siebie podobne (Dz 2,22–36; 3,12–26; 4,8–12; 5,29–32; 10,34–43; 13,16–41; Rz 1,1–5).

    Nie chodzi tu o system filozoficzny ani o naukową interpretację świata, ale o fakt, o centralny fakt historii, iż w pewnym momencie Bóg nie tylko przemówił, ale osobiście wszedł w dzieje ludzkości i ten fakt jest centralnym punktem dziejów, do którego wszystkie poprzednie wieki zdążają, do którego wszystkie następne wieki się odnoszą. Zadaniem uczniów Chrystusa jest głosić, że to się stało, że ten Bóg, który na świat przyszedł, zwraca się do całej ludzkości, do wszystkich społeczności i narodów, zwraca się też do każdego pojedynczego człowieka i każdy człowiek winien się do tego faktu jakoś osobiście ustosunkować. Od tego, jak się ustosunkuje, zależy los jego życia i wieczności.

    Oczywiście, że jeżeli Dobra Nowina (czyli Ewangelia) jest prawdą, to z konieczności wynika z niej jakiś „światopogląd chrześcijański”, który jest koniecznym jej następstwem, bo nie jest możliwe, by to „nowe”, które idzie, które się wdziera w mroczne nasze dusze strumieniami światła miłości i dobroci, dając nam poznanie Boga i „tajemnic Jego Królestwa”, nie przemieniło do gruntu naszej wizji świata i naszych poglądów na sens tego życia, a więc nie stworzyło faktycznie światopoglądu. Ten światopogląd oczywiście obowiązuje, jak samo przyjęcie Boga, z którym jest ściśle związany.

    Jest jednak rzeczą dla nas bardzo doniosłą, że Jezus nie powiedział: „Ja wskazuję drogę, nauczam prawdy i prowadzę do żywota”, ale Ja jestem drogą i prawdą, i życiem (J 14,6). Właśnie tu leży najbardziej zasadnicza różnica między chrześcijaństwem a wszelkimi innymi systemami religijnymi i filozoficznymi: chodzi o przyjęcie Boga-Człowieka, nie tylko Jego nauki, ale w pierwszym rzędzie Jego Osoby. Chrystus sam jest życiem naszym. Apostołowie więc nie teoretyzują. Mowa ich jest konkretna, żywa, zwracają się nie tylko do umysłu człowieka, ale i do jego woli, jego serca, żądają gruntownej przemiany: „Czyńcie pokutę, tzn. przemieńcie się wewnętrznie, otwórzcie się, zrzućcie z serca pychę i twardość, bądźcie gotowi przyjąć dobrą nowinę, która do was jest skierowana”. Oni się czują przede wszystkim heroldami Wcielonego Syna Bożego, z Nim są złączeni, Nim żyją, Jego głoszą. Przykładem takiego niezwykle konkretnego sposobu mówienia jest umiłowany uczeń Chrystusa, św. Jan, który tak rozpoczyna pierwszy swój list:

    co było od początku,
    cośmy usłyszeli o Słowie życia,
    co ujrzeliśmy własnymi oczami,
    na co patrzyliśmy
    i czego dotykały nasze ręce –
    bo życie objawiło się:
    myśmy je widzieli,
    o nim zaświadczamy
    i oznajmiamy wam życie wieczne,
    które było w Ojcu,
    a nam zostało objawione –
    cośmy ujrzeli i usłyszeli,
    oznajmiamy także wam,
    abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami.
    A mieć z nami współuczestnictwo, znaczy:
    mieć je z Ojcem i z Jego Synem
    Jezusem Chrystusem.
    Piszemy to w tym celu,
    aby nasza radość była pełna (1 J 1,1–4).

    Słowa Apostoła jeszcze są gorące od tej wizji Syna Bożego. Niosą one nam nie tylko nagie poświadczenie faktu, ale wezwanie do udziału w tym życiu nowym, które się ukazało zdumionym oczom ludzkości.

    A więc dobra nowina to nie propozycja nowej interpretacji świata, ale zaproszenie do współżycia z Bogiem, ofiarowanie osobistej przyjaźni człowiekowi ze strony samego Boga. Przeto problem wiary to nie w pierwszym rzędzie przyjęcie światopoglądu, ale przyjęcie Boga samego. Osoby zaś spotkać się mogą tylko na drodze wzajemnego otworzenia się. I właśnie tą rzeczą niesłychaną, którą Ewangelia głosi, jest nowina, że Bóg ze swej strony się człowiekowi otworzył. On niedostępny, niepojęty objawia nam tajemnice swego życia wewnętrznego.

    Pierwszym i najważniejszym przedmiotem Objawienia nie jest nowy pogląd na świat, ale tajemnica Trójcy Świętej, wewnętrzne życie Boga. Człowiek wprawdzie z natury swej jest zdolny Boga poznać siłami przyrodzonego rozumu, jako pra-przyczynę, jest zdolny na tej drodze dojść do poznania pewnych przymiotów Bożych, jak nieskończoność, wszechmoc itd., ale żadne stworzenie nie może się nawet przybliżyć do poznania Ojca, Syna i Ducha Świętego, bo to jest życie wewnętrzne Boga. Jeżeli więc Bóg otworzył przed nami swoje własne życie wewnętrzne, to jest równoznaczne z powiedzeniem, że ofiarował nam swą przyjaźń, bo przyjaźń jest właśnie tym wzajemnym otworzeniem i dopuszczeniem drugiego do swych tajemnic najbardziej intymnych i osobistych. Boże Objawienie nie jest więc żądaniem przyjęcia doktryny, ale jest przede wszystkim ofiarowaniem przyjaźni, a przyjęcie Objawienia jest w pierwszym rzędzie przyjęciem Osoby, przyjęciem Ojca, przyjęciem Chrystusa, przyjęciem Ducha Świętego, zgodzeniem się na przyjaźń z Bogiem ze wszystkimi jej konsekwencjami.

    Rzecz oczywista, iż nie można przyjąć Boga i Jego przyjaźni inaczej, jak dając Mu swe pełne zaufanie i swe posłuszeństwo, które musi znaleźć wyraz w przyjęciu tego wszystkiego, co On mówi, tzn. wszystkich prawd objawionych. Dokonywanie wyboru, jak się to dziś często robi, między prawdami wiary w ten sposób, że się przyjmie niektóre z nich, a inne odrzuca (np. stworzenie świata, Kościół, nierozerwalność małżeństwa, piekło…) jest odrzuceniem Boga, a więc odpadnięciem od wiary i od przyjaźni Bożej.

    W tej perspektywie już o wiele łatwiej zrozumieć, że przyjęcie lub nieprzyjęcie nauki Kościoła decyduje o zbawieniu, bo odrzucenie Ewangelii jest odrzuceniem Boga, który z niej wychodzi na spotkanie człowieka. Powiedziałbym, że samo nawet trudne zagadnienie potępienia, które w koncepcji „profesorskiej” jest prawie nie do przyjęcia, staje się w tej perspektywie bardziej zrozumiałe, i można powiedzieć – chociaż to się wyda paradoksem – że potępienie jest możliwe dlatego, że Bóg jest miłością!

    W naturze miłości bowiem jest delikatność, w naturze miłości jest, że ona prosi o przyjaźń, lecz do niej nie zmusza, puka do drzwi, lecz ich nie wyważa. W naturze miłości jest, że chce być przyjęta jedynie przez akt zupełnie wolny, a więc przez akt miłości. Ale z tego wynika, że może być również odrzucona, a odrzucenie miłości Boga jest równoznaczne z potępieniem. Bo potępienie nie jest niczym innym, jak utratą tego, co jedynie może być życiem i szczęściem wiecznym dla istoty duchowej, jaką jest człowiek, a tym może być tylko Bóg. Szum tej ziemi, mnóstwo różnych rzeczy, trosk, prac, rozrywek itd. przytłumia ostrość odczucia tej pustki, jaka jest w duszy, która opuściła Boga, ale skoro śmierć zabierze nam wszystkie te nieistotne głupstwa, w których się kryjemy przed Bogiem i przed naszą własną rzeczywistością, wówczas przed człowiekiem, który odrzucił Boga, objawi się jego własne potępienie z całą przerażającą swą grozą.

    Aktem, którym człowiek wychodzi naprzeciw przychodzącemu doń Bogu i przyjmuje dobrą nowinę o odkupieniu i wszystko, co mówi doń Bóg, jest akt wiary. Dlatego też wiary i przede wszystkim wiary domaga się od ludzi Chrystus. Wiara jest tym jedynym pomostem między naturą i nadprzyrodzonością, tym co daje dostęp do Boga i życia nadprzyrodzonego. Jedynie dzięki wierze możliwy jest ten tajemny, a jakże realny, kontakt z Bogiem, z którego płynie całe życie nadprzyrodzone. I dlatego mówi Autor Listu do Hebrajczyków:

    Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu. Przystępujący bowiem do Boga musi wierzyć, że [Bóg] jest i że wynagradza tych, którzy Go szukają (Hbr 11,6).

    Z tych wszystkich rozważań wynika, że problemu wiary niepodobna oddzielić od problemu miłości. Jeżeli z jednej strony prawdą jest, że miłość płynie z wiary, to z drugiej strony również prawdą jest, że to „zawierzenie” Bogu, które się realizuje już w pierwszym akcie wiary, jest już nabrzmiałe miłością i bez miłości jest niemożliwe. Prawda ta zasługuje na szczególne podkreślenie jako bardzo ważna. Dopóki bowiem nawrócenie będzie rozumiane wyłącznie intelektualnie, jako suche i „obiektywne” przyjęcie światopoglądu, a nie jak powrót dziecka do domu Ojca, dopóki za jedyną drogę uważać się będzie dyskusję światopoglądową, a miłość, skruchę, pragnienie wyeliminuje się jako elementy rzekomo zbyt „subiektywne”, dopóty trudności piętrzące się na drodze do wiary dla bardzo wielu będą nie do pokonania. To bowiem co jest najważniejsze, prawdziwe Oblicze Boga miłości, będzie przedstawione w krzywym zwierciadle. Człowieka zaś nawrócić może tylko prawdziwe Oblicze Boga: Rozjaśnij Twoje oblicze, abyśmy doznali zbawienia (Ps 80[79],8). A ten Bóg nie jest profesorem filozofii, ale Stwórcą, Ojcem i Zbawicielem człowieka, a religia nie jest przede wszystkim wiedzą o świecie, ale współżyciem z Bogiem w miłości, uwielbieniu i służbie.

    Prawdziwe nawrócenie do Boga, ta ewangeliczna metanoia, oznacza całkowitą przemianę człowieka, bez której nie można wejść do królestwa niebieskiego. Zwykła zmiana przekonań umysłowych, która się dokonuje w chwili przyjęcia nowego światopoglądu, nie wystarcza. Ta przemiana, jakiej wymaga od człowieka przychodzący na świat zupełnie nowy Boży ład, jest tak głęboka i tak wszechstronna, że Chrystus nazywa ją nowym narodzeniem:

    Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego (J 3,3). Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego (Mt 18,3).

    Przemienić się musi do gruntu nie tylko nasze teoretyczne myślenie, lecz i nasze wartościowanie i kierunek naszej woli, i nasze postępowanie. Aby to się dokonać mogło, człowiek musi być zdolny spojrzeć na siebie samego w prawdzie i powiedzieć sobie: „Ty, łotrze, jak ty żyjesz! Ile w twym życiu zakłamania, egoizmu, bezsensu, głupoty, niesprawiedliwości! W jakich nieważnych, nieistotnych rzeczach tkwisz!…” – i takie poznanie będzie prawdziwe dla każdego człowieka wobec Boga, nawet dla tego, który w opinii innych, a może i w swej własnej, jest „człowiekiem etycznym”.

    Orędzie Jezusa do ludzi, od pierwszych jego słów do takiej właśnie pokuty-przemiany jest wezwaniem:

    Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię! (Mk 1,15).

    Przesunięcie zaś problemu wiary całkowicie na płaszczyznę intelektu i odseparowanie jej od woli i miłości sprawiło, że człowiek przystępując do problemu Boga z twardym i nieskruszonym sercem, do samego Boga dojść nie może.

    (fragment książki: “Świadectwo Boga. Rozważania nad problemem wiary”)Fronda.pl/mp/cspb.pl

    o.Piotr Rostworowski OSB / EC – benedyktyn, pierwszy polski przeor odnowionego w 1939 roku klasztoru w Tyńcu. Więzień za czasów PRL-u. Kameduła – przeor eremów w Polsce, Włoszech i Kolumbii. W ostatnim okresie życia rekluz oddany całkowitej samotności przed Bogiem. Zmarł w 1999 roku i został pochowany w eremie kamedulskim we Frascati koło Rzymu. “Był zawsze bliski mojemu sercu” – napisał po Jego śmierci Ojciec Święty Jan Paweł II. Autor licznych publikacji z dziedziny duchowości i życia wewnętrznego.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 pokus, którymi diabeł atakuje nas w Wielkim Poście

    KUSZENIE DIABŁA
    Aleteia

    *****

    s. Theresa Aletheia Noble/Aleteia.pl 

    Ale głowa do góry! Bóg może wykorzystać pokusy i ataki złego ducha dla naszego nawrócenia, przemiany i świętości.

    Pokusy w Wielkim Poście

    Rzekł Pan do szatana: „Oto cały majątek jego w twej mocy. Tylko na niego samego nie wyciągaj ręki”. Księga Hioba 1,12

    Nie wiem jak wy, ale odkąd powróciłam do Kościoła, w okresie Wielkiego Postu czuję się często jak Hiob. Mam takie poczucie, że Bóg nieco poluzowuje smyczy szatanowi i moje życie duchowe ogarnia chaos!

    Pan Jezus był kuszony na pustyni. Wielki Post jest czasem pustyni. Według Katechizmu Kościoła katolickiego „Kościół co roku przez czterdzieści dni Wielkiego Postu jednoczy się z tajemnicą Jezusa na pustyni”. Nic więc dziwnego w tym, że możemy w tym okresie odczuwać wzmożone pokusy. Jednakże Bóg nie zezwala na nic, co nie prowadziłoby do dobrego. Bóg może wykorzystać pokusy i ataki złego ducha dla naszego nawrócenia, przemiany i świętości.

    Poniżej podaję listę przykładowych ataków ze strony szatana, które zauważyłam w swoim życiu w Wielkim Poście oraz własne sposoby radzenia sobie z nimi. Czy wy też doświadczacie podobnych pokus w tych dniach?

    5 pokus, którymi diabeł atakuje nas w Wielkim Poście:

    1. Pokusa rozproszenia

    Czystość serca polega na pragnieniu jednej rzeczy – Søren Kierkegaard. Wielki Post łatwo może stać się okresem, w którym robimy bardzo wiele rzeczy naraz lub odwrotnie – nie robimy nic. Zły duch chce, abyśmy zatracili się niejako w uczynkach pokutnych lub też abyśmy szybko zniechęcili się do nich i ich zaniechali. Lecz przecież w Wielkim Poście chodzi o Boga, a nie o nasze działania, jakiekolwiek szlachetne intencje by im nie przyświecały. Korzystniej jest w okresie Wielkiego Postu poprosić Boga zarówno o pomoc w skoncentrowaniu się na jednej, kluczowej kwestii, jak i o łaskę wytrwania, pomimo upadków w drodze.

    2. Pokusa osądzania

    Duma zmieniła anioły w diabły; pokora zmienia ludzi w anioły – św. Augustyn. Jeśli mamy naturalną łatwość wewnętrznej dyscypliny lub cechuje nas prawdziwa siła woli, odczuwamy pokusę porównywania się z innymi i poklepywania samych siebie po plecach. Takiego właśnie zachowania oczekuje od nas szatan. Chce, abyśmy uważali się za lepszych od innych i żebyśmy pęcznieli dumą, a przecież za to winniśmy w Wielkim Poście przepraszać i pokutować. Jeśli zaobserwujemy u siebie taką stałą lub tymczasową tendencję, najlepszym antidotum jest w

    Wybór pokuty, której realizacja jest absolutną niemożliwością, co nie pozwoli nam wbić się w dumę. Wówczas zdamy sobie sprawę, że w Wielkim Poście nie chodzi o dążenie do doskonałości i osądzanie, na którym etapie drogi do doskonałości znajdują się inni. Chodzi o uzmysłowienie sobie, że nawet posiadając naturalne dary Boże, nadal jesteśmy grzeszni i potrzebujemy łaski.

    3. Pokusa samodoskonalenia

    Wielki Post bardzo łatwo może przerodzić się w czas, kiedy staramy się wyłącznie zgubić parę kilogramów lub skończyć z jakimś nałogiem, który przeszkadza nam zbliżyć się do Boga. Szatan wiele by dał, abyśmy do tego właśnie ograniczyli się w tym okresie. Jednak w Wielkim Poście nie o to chodzi. O. Anthony Gerber opublikował na ten temat znakomity wpis internetowy: „W Wielkim Poście upadamy bardzo nisko. Docieramy do trzeciego tygodnia wyrzeczeń, wybierając gwoździe i ciernie miłości. Lecz wówczas właśnie zapieramy się Jezusa za trzydzieści srebrników wygody i egoistycznej miłości siebie samych. W takiej chwili trzeba paść na kolana, podnieść ręce do nieba i zawołać: Panie, w pojedynkę nie dam rady! Panie, dopomóż mi! Nie umiem kochać!”. Zazwyczaj doskonała jest tylko miłość samych siebie, miłość niedoskonałą rezerwujemy dla innych. Dlatego tak ważne jest, aby wybrać uczynki pokutne pozwalające nam wzrastać w miłości wyzbytej egoizmu.

    4. Pokusa podziałów

    Skąd biorą się te podziały? Od szatana! Podziałom winny jest szatan – powiedział papież Franciszek. Wprowadzanie podziałów jest ulubionym z wielorakich narzędzi szatana. Uwielbia dzielić chrześcijan, powodując rywalizację, wszczynając zamęt, wzbudzając zazdrość, wywołując złość i doprowadzając do paranoi. Szatan chce, abyśmy w innych chrześcijanach widzieli wrogów, bo nie chce, abyśmy zorientowali się, że jedynym naszym wrogiem jest tylko on (a także my sami, kiedy pozwalamy mu na to). Naturalnie więc w Wielkim Poście zły duch może próbować wprowadzać nieprzyjaźń i podziały między chrześcijanami w rodzinach i parafiach, ale też w internecie. Dobrze jest zadać sobie w okresie Wielkiego Postu (choć nie tylko wtedy) pytanie, czy to, co czytam albo co scrolluję, pomaga wzrastać w miłości braci chrześcijan czy może prowadzi do podziałów? Antonin Scalia, nieżyjący już sędzia Sądu Najwyższego USA, zagorzały katolik, powiedział swego czasu: „Atakuję idee. Nie atakuję ludzi”. Takie stwierdzenie to oznaka prawdziwego charakteru. Jest to cecha coraz rzadziej spotykana w naszym społeczeństwie. Jeśli to, co czytamy czy piszemy w internecie, stanowi atak personalny i nie jest działaniem na rzecz jedności w miłości Chrystusa, może być to narzędzie szatana, którym posługuje się, aby powstrzymać nas (i innych) przed wzrastaniem duchowym.

    5. Pokusa ulegania zniechęceniu

    Pokusy, zniechęcenie i niepokój są towarem oferowanym przez wroga – św. Ojciec Pio. Szatan niczego bardziej nie pragnie, niż uczynić nas tak samo nieszczęśliwymi, jak nieszczęśliwy jest on sam. Wie też, że poddanie się zniechęceniu zmniejsza prawdopodobieństwo naszej współpracy z łaską Bożą. Tak więc w tym okresie diabeł może kusić nas odrzuceniem pokutnego ducha Wielkiego Postu. Może spowodować, że będziemy myśleć, iż nic nam się nie udaje i nie jesteśmy „dobrzy”. Lecz przecież w Wielkim Poście nie ma nikogo, kto mógłby powiedzieć, że jest „dobry”. Przeżywane przeze mnie chwile zniechęcenia stanowią szansę podziękowania Bogu głośnymi okrzykami radości za wybawienie nas od naszej przeciętności i grzechu. Nie ma sensu poddawać się zniechęceniu, skoro naprawdę wierzymy w przesłanie Ewangelii. Nawet przeżywając Wielki Post, wiemy, że oczywiście Jezus umarł, lecz przecież także zmartwychwstał, a radość i łaska wypływające z tego faktu są dla nas dostępne w tej właśnie chwili i mogą owocować naszą przemianą. Bogu niech będą za to dzięki!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Strzeżcie się ducha Absaloma pięknisie i narcyzi!
    fot. screenshot – YouTube, Pixabay.com

    ***

    Strzeżcie się ducha Absaloma pięknisie i narcyzi!

    Biblijne czarne charaktery to kontynuacja cieszącej się wielkim zainteresowaniem czytelników książki Święci nie-święci. O nicponiach, rzezimieszkach, oszustach i wyznawcach szatana, którzy jednak zostali świętymi. Tym razem amerykański pisarz zajmuje się niezwykle barwnymi, często również mniej znanymi postaciami z Biblii, które zasłynęły rozpustą, przewrotnością i okrucieństwem.

    Absalom, syn króla Dawida, miał wszystko, co można sobie wymarzyć: pozycję, bogactwo, atrakcyjny wygląd, czarującą osobowość. Jednak roztrwonił to wszystko, poddając się egoistycznym i buntowniczym instynktom, które doprowadziły go do znieważenia, a nawet próby zabicia własnego ojca. Gdy już wydawało się, że zły, podstępny plan Absaloma może się ziścić, książę tragicznie zakończył życie z powodu pozornie niewinnego symbolu własnej próżności.

    Absalom, trzeci pod względem starszeństwa syn Dawida, króla Izraela, mógł być podobny do dzisiejszych nadzwyczajnie uzdolnionych dzieci, które wygrywają szkolne turnieje naukowe i konkursy ortograficzne, dorabiają do kieszonkowego, handlując na aukcjach internetowych, i są kapitanami szkolnych drużyn sportowych. Jednak Absalom swoją arogancją, egoizmem i próżnością przekreślił te liczne naturalne zdolności, a fakt, że miał zastąpić ojca na tronie Izraela, tylko wzmógł jego egocentryzm. Krewni jakoś znosili jego obecność podczas świąt i rodzinnych przyjęć, lecz przy innych okazjach starali się trzymać od niego z daleka. Jednak zwykli, prości Izraelici byli pod wrażeniem jego uroku, łatwości nawiązywania kontaktów i atrakcyjnego wyglądu: długich, niezwykle bujnych włosów i olśniewającego uśmiechu.

    „W całym Izraelu nie było człowieka tak pięknego jak Absalom. O nim wygłaszano pochwały: «Od stóp do głowy nie było na nim skazy»”.

    Biorąc pod uwagę dysfunkcyjność rodziny królewskiej, wady Absaloma nie są zaskoczeniem. Dawid miał wiele żon i nałożnic, przez co rodziną królewską nieustannie wstrząsały konflikty. Chciwość, korupcja, nawet morderstwa na stałe zagościły w pałacu Dawida. Kryzys osiągnął swoje apogeum, gdy Amnon, pierworodny syn Dawida i przyrodni brat Absaloma, zgwałcił swoją przyrodnią siostrę Tamar. To, w jaki sposób Dawid i Absalom zareagowali na to straszliwe wydarzenie, doprowadziło do zerwania ich wzajemnych stosunków na wiele lat. Dawid nie ukarał Amnona za gwałt na Tamar i Absalom mu tego nie wybaczył, a z kolei Absalom zwabił Amnona do swojego domu i zabił go – czym naraził się na gniew ojca.

    Po dokonaniu zabójstwa Absalom uciekł z Izraela. Przez trzy lata mieszkał w pałacu dziadka w Geszur. Absalom uważał, że w ten sposób zachowuje bezpieczny dystans od swojego nieprzewidywalnego ojca, natomiast Dawid miał go za tchórzliwego chłopca, który chowa się za plecami starca. Jednak trzy lata to szmat czasu – wystarczająco długo, aby tak uczuciowy człowiek jak Dawid nieco „zmiękł” – ale tylko do pewnego stopnia. Dawid posłał do swojego teścia gońca z wiadomością, że Absalom może wrócić do Jerozolimy, pod warunkiem że będzie trzymał się z daleka od królewskiego oblicza.

    Jednak za tym z pozoru sentymentalnym gestem pobłażliwego ojca kryło się coś więcej: Absalom musiał wrócić, dla dobra dynastii. Jakiś czas po zabójstwie Amnona zmarł drugi pod względem starszeństwa syn Dawida, Daniel, przez co Absalom awansował na pierwszego kandydata do korony. Jak każdy dobry król, Dawid wiedział, że przyszłość dynastii jest ważniejsza od rodzinnych niesnasek, ale chociaż pozwalał Absalomowi na powrót do Jerozolimy, nie miał ochoty nawiązywać z nim bliższych kontaktów.

    Dawid stanął przed takim samym dylematem jak wielu rodziców, których dzieci zrobiły coś okropnego. Kochał swojego syna i chciał się z nim pojednać, lecz Absalom nie wykazywał żadnych oznak skruchy. Nie żałował ani zabójstwa Amnona, ani tego, że zranił uczucia ojca. Dlatego też Dawid postanowił przyjąć postawę „szorstkiej miłości”: bez skruchy nie będzie przebaczenia.

    WALKA O PAŁAC

    Jednak Absalom nie miał zamiaru okazywać skruchy. Podczas pobytu w Geszur jego egocentryzm jeszcze się pogłębił i postawa Dawida po prostu go zirytowała. Chociaż sam zdusił w sobie jakiekolwiek ciepłe uczucia wobec Dawida, to jak nadąsane dziecko nadal oczekiwał od niego miłości. To nieracjonalne, ale logika nigdy nie była mocną stroną Absaloma.

    Absalom przyjął zatem inną strategię. Jeśli najbardziej zaufany dowódca Dawida, Joab, wstawi się za mną – pomyślał – król na pewno ustąpi i zaprosi mnie do pałacu. Dwukrotnie zwracał się z prośbą do Joaba, ale bezskutecznie. W końcu rozwścieczony Absalom wysłał sługi na pole Joaba, na którym dojrzewał jęczmień, i rozkazał: „Spalcie go ogniem” – a słudzy wykonali rozkaz swojego pana.

    To wreszcie zwróciło uwagę Joaba. Zanim jeszcze z pola opadł dym, Joab zjawił się w domu Absaloma. Absalom nie tracił czasu na przeprosiny. Miał cel: chciał zobaczyć się z ojcem i potrzebował, aby Joab przetarł dla niego szlak. Podobnie jak pozostali członkowie rodziny królewskiej, Joab nie cierpiał Absaloma, ale nie chciał, żeby książę zrujnował mu całe zbiory, więc obiecał wystąpić w roli mediatora i przekonać króla do zmiany zdania. I rzeczywiście – za namową Joaba Dawid ustąpił i zaprosił syna marnotrawnego do pałacu.

    W wyznaczonym dniu Absalom wszedł do sali tronowej pałacu i upadł przed ojcem na twarz. Kilku prostych Izraelitów obecnych w sali tronowej ze wzruszeniem patrzyło, jak ich piękny książę leży na posadzce, błagając o przebaczenie. Tymczasem dworzanie, którzy dobrze znali Absaloma, przewracali oczami, zniesmaczeni kolejną melodramatyczną „pokazówką” księcia. Jednak Dawid, który zawsze miał słabość do swoich dzieci, zszedł z tronu, podniósł syna z posadzki i ucałował go. Po raz kolejny Absalom dostał to, czego chciał – i po raz kolejny się tym nie zadowolił.

    Nie, Absalomowi nie wystarczało to, że był kochany, że mu wybaczono i powitano go w domu z otwartymi ramionami, zapewniając, że jego wszystkie grzechy przeszłości zostały zapomniane. Dla niego liczyło się tylko ostateczne zwycięstwo. Książę oczekiwał, że wszyscy członkowie rodziny królewskiej powitają go słowami: „Przepraszamy, że zareagowaliśmy tak nerwowo na wieść, że zabiłeś swojego brata, nie odwołując się do króla, sądu ani żadnego innego przedstawiciela prawa. Tak bardzo się pomyliliśmy, myśląc, że morderstwo popełnione z zimną krwią zasługuje na naganę”.

    Nie, Absalomowi nie wystarczało to, że był kochany, że mu wybaczono i powitano go w domu z otwartymi ramionami, zapewniając, że jego wszystkie grzechy przeszłości zostały zapomniane. Dla niego liczyło się tylko ostateczne zwycięstwo.

    SĘDZIA DLA LUDU, ZDRAJCA W PAŁACU

    Gdy tylko Absalom wrócił do łask, zaraz odezwały się w nim autodestrukcyjne tendencje – zaczął niszczyć relacje ze swoim ojcem. Nigdy wcześniej ani potem nie znajduje się w Biblii opis tak pretensjonalnego i pokazowego zachowania, jak kiedy Absalom jedzie ulicami Jerozolimy rydwanem zaprzężonym w piękne konie, a przed nim biegnie pięćdziesięciu wynajętych w tym celu dobrze zbudowanych mężczyzn. Absalom wstawał skoro świt i szedł prosto pod bramę pałacową, gdzie rozmawiał z każdym, kto przychodził do króla z osobistą sprawą. Po wysłuchaniu relacji zawsze wzdychał, kręcił głową i stwierdzał: „Patrz, sprawa twoja jest jasna i słuszna, ale u króla nie znajdziesz nikogo, kto by cię wysłuchał”. Dla poddanych Dawida te słowa były szokiem – trudno im było uwierzyć, że ich król nie zrobi nic, aby im pomóc, stali więc jak zamurowani, zaś Absalom wznosił oczy do nieba i wołał: „O, któż mię ustanowi sędzią nad krajem? Przychodziliby do mnie wszyscy, którzy mają sprawy sporne i sądowe, a ja wydawałbym sprawiedliwe wyroki”.

    Izraelici byli poruszeni, widząc, że ich przystojny, współczujący książę jest gotowy stanąć po ich stronie w konfrontacji z własnym ojcem. Dlatego gdy tylko pojawił się na ulicach Jerozolimy, zaraz otaczał go tłum rozentuzjazmowanych ludzi, którzy walczyli ze sobą o szansę dotknięcia jego szaty lub ucałowania książęcej dłoni. Im bardziej uwielbiali Absaloma, tym mniej szanowali króla Dawida.

    „Tak Absalom zjednywał sobie serca ludu izraelskiego”.

    Absalom potrzebował trochę czasu, aby zbudować dla siebie poparcie w Izraelu, ale po czterech latach był już gotowy. Izraelici, całkowicie omamieni urokiem młodego księcia, nie mogli się już doczekać, kiedy ich ulubieniec zostanie królem. Co zaskakujące, przez cały ten czas, gdy Absalom knuł swój chytry plan, Dawid był zupełnie nieświadomy rozwoju sytuacji.

    Na miejsce zamachu stanu Absalom wybrał Hebron. Hebron był jego rodzinnym miastem i wcześniejszą stolicą Izraela. Był także świętym miejscem – znajdował się tam grób patriarchów, w którym pochowano Abrahama i Sarę, Izaaka i Rebekę oraz Jakuba i Leę. Gdy Absalom oświadczył ojcu, że zamierza wybrać się do Hebronu, aby złożyć ofiarę Bogu, tradycyjnie niczego niepodejrzewający Dawid dał mu swoje błogosławieństwo. Wcześniej Absalom wysłał gońców do każdego krańca królestwa, z jednym poleceniem: „Gdy tylko posłyszycie dźwięk trąby, wołajcie: «Absalom został królem w Hebronie»”.

    Potem, w eskorcie dwustu ludzi, Absalom wyruszył w podróż do Hebronu. Gdy dotarł na miejsce, złożył ofiarę, a następnie poczekał na przybycie swoich zwolenników. A rzeczywiście przybyło ich wielu – tak wielu, że gdy wieść o rebelii dotarła do pałacu królewskiego, Dawid wpadł w panikę i opuścił Jerozolimę, pozostawiając na miejscu tylko dziesięć nałożnic, aby „pilnowały pałacu”, jak to określił autor biblijny. Kapłan Sadok również zamierzał dołączyć do uciekającego orszaku królewskiego i zabrał nawet ze sobą Arkę Przymierza, lecz Dawid przekonał go, aby powrócił do Jerozolimy i odstawił Arkę do przybytku.

    Potem, boso i ze łzami w oczach – niby pokutnik – Dawid uciekł z Jerozolimy drogą wiodącą przez Górę Oliwną. Na szczycie góry natknął się na jednego ze swoich doradców, Chuszaja, który był gotowy udać się wraz z królem na wygnanie. Jednak Dawid zaczął już stopniowo odzyskiwać zdrowy rozsądek. Namówił Chuszaja, aby wrócił do Jerozolimy i rozmówił się z Sadokiem. Obaj powinni przekonać Absaloma, że chcą wiernie służyć nowemu królowi. Gdy zaskarbią sobie zaufanie Absaloma i pochlebstwami skłonią go do wyjawienia planów, będą przekazywać wszelkie informacje Dawidowi.

    Jak widać, Dawid dostrzegł wreszcie prawdę o Absalomie: przekonał się, że jego ukochany syn jest w istocie przebiegłym cwaniakiem. Aby ocalić królestwo oraz życie i bezpieczeństwo swoich poddanych, rodziny, przyjaciół i swoje własne, Dawid musiał znowu wejść w skórę przebiegłego lisa, jak za dawnych czasów, gdy ukrywał się przed królem Saulem, który czyhał na jego życie. Dla Dawida–króla było to duże wyzwanie, dla Dawida-ojca – wielka osobista tragedia.

    KRÓTKOTRWAŁA CHWAŁA

    Absalom przybył do Jerozolimy na czele triumfalnego pochodu, witany entuzjastycznymi okrzykami tłumów. Gdy pochód zbliżył się do pałacu, z tłumu wyłonił się Chuszaj, wołając: „Niech żyje król! Niech żyje król!”. Te słowa były jak miód dla duszy Absaloma, ale wyszły z ust jednego z najbliższych doradców Dawida, nic więc dziwnego, że wzbudziły podejrzenia księcia.

    „Dlaczego nie poszedłeś za swym przyjacielem?” – zapytał Absalom. Jednak Chuszaj nie na darmo tak wiele lat spędził w dyplomacji.

    „Nie – odpowiedział. – Kogo bowiem wybrał Pan i lud wraz z całym Izraelem, przy nim i ja jestem, przy nim pozostanę”. Pochlebstwa zawsze działały na Absaloma. Nie inaczej było i tym razem – książę zaprosił Chuszaja do wąskiego kręgu swoich przyjaciół i doradców.

    Absalom zasiadł na tronie, lecz nie za bardzo wiedział, co ma dalej robić. Na szczęście mógł skorzystać z porad głównego doradcy Dawida, Achitofela. Achitofel przekonał Absaloma, aby ten zaznaczył swoje prawo do tronu i wszelkiej innej własności Dawida, współżyjąc z dziesięcioma nałożnicami, które Dawid zostawił w pałacu. Na potrzeby orgii Achitofel rozkazał rozpiąć namiot na dachu pałacu i tam „Absalom wszedł do nałożnic swego ojca na oczach całego Izraela”.

    Ten bezwstydny akt miał potwierdzić władzę Absaloma i ukazać Izraelitom, że Dawid nie jest w stanie ochronić nawet własnych kobiet, a co dopiero całego narodu. To, że Absalom dopuścił się takiego czynu na oczach przechodniów, świadczy, że zatracił wszelkie poczucie przyzwoitości i odrzucił tradycyjne wartości, takie jak szacunek i powściągliwość. Jednak triumf Absaloma nie trwał długo. Dawid nie stracił zdolności przywódczych – w krótkim czasie zebrał armię i parę dni po przewrocie obie strony spotkały się w lesie Efraima. Niełatwo było walczyć w tej gęstwinie. W ciągu dnia zginęło dwadzieścia tysięcy wojowników, ale zwycięstwo należało do Dawida.

    SCHYL SIĘ!

    Gdy Absalom zrozumiał, że poniósł klęskę, wskoczył na muła i wjechał do lasu, aby zgubić pogoń. Gdy muł przebiegał pod nisko zwisającymi konarami wielkiego dębu, długie, bujne włosy Absaloma zaplątały się w gałęzie. Absalom zawisł na drzewie, a rozpędzony muł pobiegł dalej.

    Jeden z ludzi Dawida zobaczył, co się stało i zdał relację królewskiemu generałowi, Joabowi. Joab nigdy nie wybaczył Absalomowi spalonego pola jęczmienia, zaś po przewrocie stracił do niego resztki sympatii. Wziął do ręki trzy oszczepy i w towarzystwie dziesięciu giermków pojechał spiesznie do lasu. Znalazł tam Absaloma wiszącego w powietrzu, machającego rękami i nogami, rozpaczliwie próbującego uwolnić się z opresji.

    Joab zebrał konia i powoli zbliżył się do bezradnego Absaloma. Potem bez słowa przebił Absaloma włócznią na wylot, a po chwili utopił w jego sercu dwa pozostałe oszczepy. Giermkowie Joaba dokończyli dzieła, dobijając Absaloma, gdy ten wciąż jeszcze wisiał w powietrzu. W końcu słudzy Joaba ściągnęli zmasakrowane ciało Absaloma z drzewa, wrzucili je do głębokiego dołu i przywalili kamieniami. W ten sposób zakończył życie Absalom – piękny, uprzywilejowany książę, który nie docenił licznych łask, jakimi został obdarzony.

    Jeden z żołnierzy, Kuszyta, pochodzący z krainy na północy dzisiejszego Sudanu, zaniósł wieść o śmierci Absaloma Dawidowi. Żołnierz ten ostrzył sobie zęby na cenną nagrodę, która zgodnie z tradycją przysługiwała temu, kto przynosił dobre nowiny z pola bitwy. Jednak ku jego wielkiemu zaskoczeniu, Dawid nie okazał radości. Przeciwnie, wybuchnął płaczem i powtarzał bez końca: „Synu mój, Absalomie! Absalomie, synu mój, synu mój! Kto by dał, bym ja umarł zamiast ciebie? Absalomie, mój synu, mój synu!”.

    CZEGO MOŻE NAS NAUCZYĆ HISTORIA ABSALOMA?

    Pycha poprzedza upadek

    Gdy Absalom patrzył w lustro, widział w nim odbicie przystojnego mężczyzny. Gdy słuchał swojego głosu, słyszał charyzmatycznego mówcę, który potrafi oczarować cały naród izraelski. Gdyby chociaż połowę czasu, który przeznaczał na układanie włosów, poświęcił analizowaniu swoich myśli, czynów i motywów, jego historia na pewno zakończyłaby się pomyślnie. Jednak Absalom był oczarowany samym sobą – sądził, że jest pępkiem świata. A jeśli kiedykolwiek poczuł dotknięcie Bożej łaski, najwyraźniej kompletnie je zignorował.

    Bóg sprzeciwia się pysznym, pokornym zaś daje łaskę (Jk 4, 6).

    Piękno ciała jest tylko powierzchowne

    Starożytni Grecy przekazali nam opowieść o pięknym młodzieńcu o imieniu Narcyz, który zobaczył swoje odbicie w głębokim stawie, zakochał się w nim, zapragnął je objąć i przez to wpadł do wody i poszedł na dno jak kamień. Jak widać, nawet poganie wiedzieli już, jak bardzo zgubna jest ludzka próżność. Piękno fizyczne przemija z wiekiem. Diety, ćwiczenia, nawet operacje plastyczne nie zdołają przywrócić młodzieńczego czaru i wigoru. Natomiast piękna dusza jest wiecznie młoda i przyjemna Bogu. Niestety, do tego atrybutu Absalom nie przywiązywał najmniejszej wagi.

    Bo wszystko marność i pogoń za wiatrem (Koh 2, 7).

    Nic bardziej nie boli rodzica niż to, że jego dziecko zeszło na złą drogę

    Wielu rodziców wie, jak wielkim powodem do smutku jest krnąbrne, buntownicze dziecko, którego nie można utrzymać w ryzach. Jednak nawet jeśli dziecko wydaje się prawdziwym potworem, rodzice i tak wierzą, że pewnego dnia opamięta się i do nich powróci. Bóg tak samo myśli o nas – swoich dzieciach. Gdy królestwo Efraima, czyli dziesięć północnych pokoleń Izraela, odwróciło się od Boga i zaczęło oddawać część bożkom, Bóg zwierzył się prorokowi Jeremiaszowi: „nieustannie go wspominam” (Jr 31, 20).

    Przypowieść o synu marnotrawnym zawiera barwny opis radości ojca na widok swojego skruszonego syna, który wcześniej przysporzył mu wielu zmartwień. Poza tym św. Jan Ewangelista napisał o Jezusie, czyli Słowie: „Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1, 11). Jeśli taka sytuacja ma miejsce w Twojej rodzinie, módl się o cierpliwość dla siebie, a o mądrość dla swojego dziecka, aby ostatecznie przyjęło łaskę Boga, wróciło do domu i zaczęło od nowa.

    Strzeż, synu, nakazów ojca, nie gardź nauką matki, w sercu je wyryj na zawsze (Prz 6, 20–21).

    Cierpliwość Boga wobec zatwardziałych grzeszników ma swoje granice

    Opowieść o Absalomie można odczytywać jako alegorię, w której Dawid występuje jako Bóg, zaś Absalom jako zatwardziały grzesznik. Bóg kocha grzesznika i czeka cierpliwie na dzień, kiedy ten się opamięta, poczuje szczery żal za grzechy i poprosi o przebaczenie. Jednak niektórzy grzesznicy, zaślepieni pychą, nie widzą potrzeby nawrócenia. Im dłużej trwają w swojej próżności, tym ich serca stają się twardsze i mniej podatne na łaskę Bożą. A może to mieć niezbyt przyjemne konsekwencje dla ich przyszłego życia – przede wszystkim życia wiecznego.

    On sam poznaje każdy czyn człowieka. Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć. Jak wielkie miłosierdzie, tak wielka i Jego surowość (Syr 15, 19–20; 16, 12).

    Doceniajmy otrzymane łaski

    Smutna historia Absaloma to historia młodego człowieka obdarzonego bogactwem, dobrą pozycją, atrakcyjnym wyglądem i charyzmą, który roztrwonił te dary w pogoni za władzą, nawet kosztem życia własnego ojca. Zamiast pokory i wdzięczności za otrzymane od Boga łaski Absalom był pełen hybris – czyli, jak powiadali starożytni Grecy, pychy tak wielkiej, że była obrazą dla niebios.

    Jednakże prawdziwą tragedią w całej historii był fakt, że Absalom nie zdobył się na to, aby przeprosić ojca za ból i cierpienie, którego stał się przyczyną. Dawid, który z własnego doświadczenia znał ogromne znaczenie pokuty za ciężkie grzechy (wystarczy przypomnieć katastrofalną w skutkach historię z Batszebą i Uriaszem), był gotowy przebaczyć synowi. Bóg również by mu przebaczył.

    Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste i odnów w mojej piersi ducha niezwyciężonego! Przywróć mi radość z Twojego zbawienia (Ps 51, 12. 14).

    Szukajcie Pana, wszyscy pokorni ziemi, którzy pełnicie Jego nakazy; szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory (So 2, 3)

    Tekst pochodzi z książki: “Biblijne czarne charaktery”, Copyright © by Wydawnictwo Esprit

    mp/wydawnictwo Esprit/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przeszkody w modlitwie. Jak je pokonać?

    Przeszkody w modlitwie. Jak je pokonać?

    fot. via Pixabay

    ***

    Modlitwa jest walką. Dzięki sile słowa Bożego musimy przezwyciężyć ociężałość, lenistwo, przygnębienie, rutynę. Musimy stawić czoło wrażeniu, że modląc się, tracimy czas. Musimy przezwyciężyć pokusę, że Bóg nas nie słyszy.

    Wiemy, że w modlitwie najważniejsza jest wytrwałość, do której zdobycia potrzeba czasu. Na drodze modlitwy pozostajemy zawsze uczniami, ponieważ nie wiemy jak się modlić; dlatego bez przerwy zaczynamy od nowa, oczywiście z pomocą Ducha Świętego. To On jest prawdziwym mistrzem modlitwy, dlatego dobrze jest Go zawsze zaprosić na początku modlitwy.

    Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, [wie], że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą. Wiemy też, że {Bóg} z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamysłu (Rz 8,26–28).

    Święty Paweł regularnie nakłaniał pierwszych chrześcijan do trwania na modlitwie, do nieustannego spotkania z Bogiem. Krótko mówiąc, do tego, żeby modlili się w rytm oddechu, żeby całe ich życie stało się modlitwą.

    Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego, Jezusa Chrystusa (Ef 5,20).

    (…) wśród wszelkiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie najusilniej i proście za wszystkich świętych (…) (Ef 6,18).

    Nie chodzi tu oczywiście o trwanie przez cały dzień w skupieniu modlitewnym, ale o chęć bezustannego modlenia się, o życie pragnieniem modlitwy, które każdą chwilę przemienia w spotkanie z Bogiem. Święty Augustyn mawiał: „Samo twoje pragnienie już jest modlitwą”. Co oznacza dla chrześcijanina nieustanna modlitwa? Czyż nie jest nią głębokie pragnienie naśladowania Jezusa, chęć powierzenia Ojcu naszego życia i spełniania Jego woli?

    Jedyną rzeczą, która może nam pomóc w trwaniu na modlitwie

    Oto dziesięć kolejnych przeszkód, które napotkasz na krętych ścieżkach modlitwy. Jeśli chcesz wytrwać, często będziesz musiał stawiać im czoło. Nie trać ufności, to nie tylko twoje doświadczenie.

    1. Nie mogę się modlić

    Zawsze możesz się modlić, nawet jeśli nie potrafisz przez cały czas skupić wewnętrznej uwagi. Modlitwa, podobnie jak miłość, jest wyborem, decyzją, aktem woli. Bądź przed Bogiem tak długo, jak to sobie zaplanowałeś. Jeśli akceptujesz w sobie chęć modlitwy, to znaczy, że już się modlisz. Wydaje ci się, że mówisz w próżnię. Co możesz wiedzieć na ten temat? Bóg bardzo pragnie, żebyś do Niego mówił, lecz jeszcze bardziej chce, żebyś Go słuchał. Słowo Boże jest przy tobie, byś je rozważał i żebyś się nim karmił.

    Nie szukaj w modlitwie odczuwalnego zadowolenia; jesteś tu dla Boga, dlatego że Bóg jest Bogiem. Modlitwa nie służy niczemu innemu poza spotkaniem się z Bogiem w pełnej miłości relacji. Nie spodziewaj się, że otrzymasz coś nadzwyczajnego lub że doznasz jakiegokolwiek wrażenia; Bóg tu jest i to wystarczy. Chrystus zmartwychwstał i daje ci swojego Ducha po to, żeby twoja modlitwa podobała się Ojcu. Ty masz się modlić w oczekiwaniu na przyjście Pana, trwać wiernie na posterunku swego odosobnienia. W modlitwie liczy się najbardziej stałość pragnienia, zbieżność naszej woli z tym, czego Bóg od nas chce.

    Na moich czatach stać będę, udam się na miejsce czuwania, śledząc pilnie, by poznać, co On powie o mnie, jaką odpowiedź da na moją skargę (Ha 2,1).

    2. Tu jest za głośno

    Czasami skarżymy się, mówiąc: „modliłbym się dużo lepiej, gdybym miał więcej spokoju, mógł się zaszyć w jakimś cichym miejscu, być daleko stąd”. Módl się tam, gdzie jesteś, tym, czym żyjesz. Dobrze byłoby oczywiście stworzyć jak najbardziej sprzyjające skupieniu warunki, lecz dla ciebie najlepszą modlitwą jest ta, którą akurat dzisiaj możesz podjąć. Kiedy się modlisz, Bóg daje ci modlitwę, której potrzebujesz. To kwestia wiary i zaufania.

    Możesz sobie stwarzać idealne dla modlitwy warunki, a i tak zawsze znajdą się jakieś przeszkody, choćby zmęczenie, rozproszenia, lenistwo, brak wiary. Nawet jeśli uciekniesz na najbardziej odległe pustkowie, szybko spostrzeżesz, że największą przeszkodą w modlitwie jesteś ty sam. Możesz wszystko porzucić, ale nie porzucisz siebie samego i swoich myśli. Ważne jest, żeby modlić się dalej, wpatrywać się w Jezusa dużo intensywniej niż w siebie samego i rozmawiać z Nim jak z przyjacielem. Modlitwa jest zjednoczeniem się z Bogiem zarówno w hałasie, jak i w ciszy. A ta cisza jest o wiele bardziej wewnętrzna niż zewnętrzna; jest przylgnięciem do tajemnicy Boga, tak samo w wagonach metra jak w celach klasztornych.

    , jest żar pokornej i ufnej miłości, pokładającej całą nadzieję w Bogu. Jeśli naprawdę Go kochamy, będziemy się modlić. Jeśli Bóg jest częścią naszego życia, to z pomocą silnej wiary, gwałtownej nadziei i żarliwej miłości stoczymy o modlitwę prawdziwą walkę. Sama modlitwa bowiem jest walką, która toczy się przez cały czas. Dzięki sile słowa Bożego, które podtrzymuje naszą modlitwę, musimy przezwyciężyć ociężałość, lenistwo, przygnębienie, rutynę. Musimy stawić czoło temu niejasnemu wrażeniu, że modląc się, tracimy czas, że nie wiemy, co powiedzieć ani co zrobić, kiedy rozproszenia depczą nam po piętach. Musimy przezwyciężyć tę pokusę, która nam mówi, że w czasie modlitwy nic się nie dzieje, że Bóg nas nie słyszy, że nas nie wysłuchuje.

    3. Nie lubię się modlić

    Nie masz ochoty się modlić, modlitwa cię wręcz odpycha. Rozczarowany, masz po dziurki w nosie tego, że poza oschłością, a nawet smutkiem, nie doświadczasz niczego więcej. To znak, że czas na prawdziwą modlitwę. Na tę, której nie umiesz, która cię nuży, której nie pamiętasz. Nie wydaje ci się wcale, że się modlisz, modląc się w ten sposób, a jednak modlisz się prawdziwie.

    Oto moja rada: możesz poprosić o pomoc Maryję. Niczego nie rozumiejąc, doświadczając zwykłej rzeczywistości Nazaretu i rozważając w swoim sercu słowa Świętych Ksiąg, Maryja przeżyła niezwykłą przygodę wiary. Uwierzyła, pozostawiając za sobą wszelkie smaki i odczucia, aż po krzyż. Napełniona Duchem Świętym Elżbieta miała rację, mówiąc:„Błogosławiona [jest], która uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane jej od Pana” (Łk 1,45).

    Podejmowane w czasie modlitwy akty wiary, nadziei i miłości mają szczególny smak, trudno wykrywalny dla zmysłów. Sprawiają, że twoje obcowanie z Tym, którego szukasz, za każdym razem staje się coraz bardziej intymne. Jest coś niezwykłego w szukaniu Boga, w trwaniu na modlitwie, w pielęgnowaniu relacji z Bogiem. Ten Bóg daje się rozpoznać w twarzy Chrystusa. Czytając Ewangelie, skup się na Jezusie. Wsłuchuj się w Jego słowo, by móc z Nim rozmawiać. Nawet jeżeli to słowo brzmi obco i nie masz ochoty się modlić, staraj się, żeby twoje ciało świadczyło o twej woli trwania na modlitwie. Bóg da ci kiedyś rozsmakować się w swej miłości.

    W ten sposób trwaj, jak długo będzie to konieczne. Po nocy zawsze nadchodzi dzień.

    4. Nic nie odczuwam

    Odczucia rodzą się z poznania zmysłowego, a modlitwa jest przebywaniem w obecności niedającego się poznać zmysłami Boga, dlatego jest rzeczą zupełnie normalną, że czasami nic nie odczuwasz. Ten właśnie fakt poeta i mistyk, św. Jan od Krzyża, nazywa „ciemną nocą”; nocą, która pobudza naszą wiarę do wiary w to, czego nie widać; nocą, przez którą nasz rozum nie może w pełni pojąć tajemnicy Boga; nocą sprawiającą, że Bóg znajduje się poza tym, co jesteśmy w stanie o Nim powiedzieć i zrozumieć. Ten Bóg, którego „nikt nigdy nie widział” (J 1,18), ale którego Jezus przyszedł nam objawić jako Ojca, jest „Bogiem ukrytym” (Iz 45,15).

    Nie martw się, wszyscy wielcy święci znali doświadczenie oschłości na modlitwie. Święta Teresa z Lisieux mówi o ciemnym tunelu czy też o gęstej mgle, które nie pozwalały jej się cieszyć wiarą. Jest to często tylko faza przejściowa. Zawsze po nocy nastaje dzień, po zimie wiosna, po smutku radość, po mroku światłość, po śmierci zmartwychwstanie. Wiedz, że Pan Bóg jest przy tobie w czasie posuchy tak samo jak w czasie urodzajnego deszczu.

    Jeśli wytrwasz w tym stanie rzeczy, Pan Bóg wynagrodzi ci to w inny sposób. Zamieni twoje pragnienie w dar, uczyni cię wolnym i pozwoli ci się stać tym, kim naprawdę jesteś. Odkryjesz, że Jego nieobecność jest bardziej doskonałą formą obecności. Staniesz się bliższy Jego tajemnicy. Twoja wiara będzie głębsza, a twoja miłość bardziej intensywna. Odzyskasz czas, który wydawał ci się stracony, dlatego że kochający w tobie Duch sprawi, że staniesz się bardziej skuteczny. Oto cuda, jakich dokona w tobie Pan Bóg, jeśli wytrwasz w modlitwie. Może ci w tym pomóc powtarzanie imienia Jezus, rozważanie psalmów, przyjmowanie sakramentów, odmawianie różańca, oczekiwanie w ciszy, słuchanie rad wielkich mistrzów modlitwy.

    Nieraz, kiedy mój umysł pogrążony jest w tak wielkiej oschłości, że niemożliwością staje się dla mnie wydobycie z niego choćby jednej myśli jednoczącej mnie z Bogiem, odmawiam bardzo powoli Ojcze nasz, a potem Pozdrowienie anielskie; wówczas te modlitwy porywają mnie i karmią mą duszę o wiele lepiej, niż gdybym odmówiła je setki razy, ale z pośpiechem!…1.

    5. Nic się nie dzieje

    Co się dzieje, kiedy wystawiasz swoje ciało na słońce? Ogrzewa się jego promieniami. Podobnie jest z modlitwą; wystawiasz się na Boga po to, by dać się kochać i spalać od wewnątrz. W czasie modlitwy zawsze coś się dzieje, ale by dostrzec cuda, jakich Pan dokonał, potrzeba oczu wiary. Bez wiary i miłości modlitwa może ci się wydać ucieczką od świata, stratą czasu, pustką. A jednak błogosławiona jest strata czasu otwierająca codzienność na bezinteresowność, przerwa, która umożliwia ponowne rzucenie się w wir akcji.

    Nie ma pustki w tym, co należy do Boga. Twój brak odczuć nie oznacza braku Bożego działania. Modlitwa jest zawsze skuteczna, nawet jeśli pozornie niczego nie wnosi. Jest chwilą czuwania przerywającą działanie. Modlitwa jest absolutnie bezinteresowna, nie da się jej przeliczyć, ponieważ modlisz się dlatego, że kochasz. Przypomnij sobie dobroć, której doświadczyłeś od Boga, a przekonasz się, że nie zniknął On tak zupełnie z twojego życia.

    Może się oczywiście zdarzyć, że w czasie modlitwy indywidualnej lub wspólnotowej w twoim sercu, jak w sercach uczniów z Emaus, zapłonie ogień miłości, że wypełni cię radość i pokój, że w szczególnym świetle dane ci będzie ujrzeć nieskończone miłosierdzie Boże, że ze łzami w oczach będziesz słuchać słowa Bożego i wewnętrznie doświadczysz Bożego przebaczenia… W ramach zachęty Pan Bóg wprowadza adeptów modlitwy w taki stan. Może on jednak ulec całkowitej zmianie.

    Bóg ufa ci na tyle, żeby cię zabrać na pustynię Krzyża. Brak odczuwania Bożej obecności nie oznacza, że to, co przeżywasz, jest czymś nieprawdziwym. Wiara mówi ci, że Bóg jest obecny w głębi twojej duszy. Czy wierzysz w to, nawet jeśli nie odczuwasz Jego obecności? O wartości twojej modlitwy stanowią wiara i miłość, z jaką się modlisz. Kiedy się modlisz, nie koncentruj się więc na sobie i swoich odczuciach, ale skup się na Bogu i na Jego miłości do ciebie.

    6. Nudzę się

    Co mnie nudzi? Gotowe formułki, których powtarzanie studzi zapał. Świadomość tego, że tkwię w próżni, w oczekiwaniu na Boga, który nie przybywa, któremu nie mam nic do powiedzenia. A przecież nie chodzi tu o to, co robię, ale o Tego, którego mam słuchać i kochać. Poza tym Pismo Święte daje mi słowo Boże, którym mogę się modlić, kiedy moje słowa wydają mi się zbyt płytkie. Zanim zaczniemy mówić do Boga, dobrze jest wsłuchać się w Jego słowa.

    Czy nie powinieneś zgodzić się na nudę przed Bogiem? Modlitwa polega czasem także na nudzeniu się przed Bogiem, z miłości. W ten sposób, niczego się nie spodziewając, całą nadzieję pokładasz w łasce Bożej. Czy nie jesteś biedakiem, który nie potrafi się modlić? Modląc się, doświadczasz swojej bezsilności, ponieważ wszystko, czym żyjesz, należy do Boga, nawet twoje znudzenie. Modlitwa staje się zatem długim aktem adoracji i uwielbienia Boga ze względu na to, kim On jest.

    Twoje odczucie znudzenia na modlitwie może także wynikać ze zwykłego zmęczenia, z tego, że wybrałeś niewłaściwy moment, że masz zbyt napięty harmonogram lub stresującą pracę, że nosisz w sobie negatywny obraz Boga lub masz w stosunku do modlitwy zbyt konsumpcyjne nastawienie. Bóg nigdy nie będzie taki, jakie są twoje wyobrażenia o Nim. A modlitwa jest darem Ducha, który pozostaje nieuchwytny.

    Kiedy w czasie modlitwy doświadczamy prawdziwego znużenia, najprościej powtarzać jedno słowo, takie jak „Jezus”, lub całe zdanie: „Kocham Cię, Panie, i wiem, że Ty też mnie kochasz”. Można też, za przykładem św. Teresy, przykutej do łóżka klasztornej infirmerii w Lisieux, po prostu nic nie mówić: „Nic Mu nie mówię, kocham Go”. Znudzenie może być okazją do nauki wsłuchiwania się w ciszę Boga.

    Nie łam sobie głowy wymyślaniem tego, co należałoby Bogu powiedzieć, mów to, co ci przychodzi do głowy. Już samo zwykłe mamrotanie zachwyca serce Ojca. Modlitwa odziera cię z ciebie samego, sprawia, że przestajesz się na sobie koncentrować. Przed Bogiem masz być nagi, jak niemowlę w kołysce, jak Chrystus na krzyżu. Zgadzasz się na bycie bezbronnym, nieskutecznym, niezauważonym. I mimo wszystko nie przestajesz tracić dla Niego czasu, adorować Go i uwielbiać. Wkraczasz w ten sposób w przestrzeń Jego pragnienia i pozwalasz, żeby wola Boga zamieszkała w tobie, pomimo znużenia, jakie odczuwasz w Jego obecności. Jednoczysz się z tymi wszystkimi, którzy się nudzą, i wstawiasz się za nimi w swej nieporadnej modlitwie.

    7. Zbyt często się rozpraszam

    Rozproszenia w czasie modlitwy są czymś normalnym, to znak, że żyjemy i że nasza wyobraźnia pracuje. W przeciwieństwie do decyzji o modlitwie, rozproszenia często nie są wyrazem naszej woli. Przylatują i odlatują jak muchy, które nie pozwalają nam się skupić tak, jakbyśmy tego chcieli. Niektóre biorą się z zewnątrz, np. hałas uliczny; inne z samego człowieka, np. obrazy rodzące się w wyobraźni, wspomnienia wywoływane przez pamięć, odczuwane w ciele bolączki. Chęć pozbycia się ich wywołuje dodatkowe zamieszanie, lepiej modlić się razem z nimi. Jeśli są takie rozproszenia, które nachodzą cię uporczywie, na przykład myśl o tym, że nie możesz zapomnieć o jakimś spotkaniu, że musisz kupić chleb, skończyć pracę, zadzwonić do znajomego, zapisz je na kartce będącej w zasięgu ręki i módl się dalej. Zastąpią je oczywiście jakieś inne myśli, ale nie będą tak natarczywe.

    Rozproszenia są okazją do modlitwy. Sam najlepiej będziesz umiał zamienić je w prośbę, modlitwę wstawienniczą, dziękczynną lub przebłagalną. To tryskające z naszej świadomości życie. „Dziękuję Ci, Panie, za samochód, który muszę naprawić. Bądź błogosławiony w dzieciach, które dają mi powód do zmartwień. Pomóż mi, Panie, zaakceptować tego kolegę. Przepraszam Cię za pragnienie zemsty, które nasila się we mnie na myśl o sąsiedzie. Dziękuję, że przypomniałeś mi o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Powierzam Ci taką to a taką osobę etc.”.

    Wszystko może być okazją do zwrócenia się ku Bogu, który zna słabości naszej natury: „Panie, naucz mnie modlić się. Pomóż mi Boże. Duchu Święty, Ty sam módl się we mnie”. Pan Bóg woli, żeby nasza modlitwa była pełna roztargnienia, niż żeby z powodu trudności ze skupieniem się, nie było jej wcale. Ofiaruj Bogu siebie takim, jaki jesteś. On nie wzgardzi twoją dziecięcą modlitwą. Tylko miłość liczy się w naszym trwaniu na modlitwie, niezależnie od tego, czy towarzyszą jej rozproszenia, czy nie.

    Może pewnego dnia tak cię porwie obecność Ojca, Jezusa lub Ducha, że o niczym innym nie będziesz mógł myśleć, pozostaną jedynie wewnętrzne porywy serca, proste spojrzenia, miłosna uwaga. Przekonasz się wtedy, że modlitwa może być prawdziwą rozkoszą.

    8. Jestem człowiekiem czynu

    Wszystkie wymówki usprawiedliwiające brak modlitwy są dobre. Na przykład ta: „Pomaganie innym jest lepsze niż tracenie czasu na modlitwę”; „Moja praca jest modlitwą, to wystarczy”; „Mam naturę działacza, nie kontemplatyka”. Miłość bliźniego oraz ofiarowanie Bogu swojej pracy nie powinny oddalać cię od bezinteresownej modlitwy osobistej, wręcz przeciwnie, powinny cię do niej prowadzić, jak do źródła, które ożywia twoje działanie i które pozwala ci przeżyć cały dzień w zjednoczeniu z Bogiem. Jeśli modlisz się regularnie, twoja praca przyniesie jeszcze większe owoce, a twoje działanie nie stanie się krzątaniną. Święty Benedykt dążył do celu, kierując się tylko jedną zasadą: Ora et labora („Módl się i pracuj”).

    Czas, który przeznaczasz na modlitwę, będzie jeszcze bardziej płodny, jeśli przez resztę dnia będziesz trwał w postawie modlitewnej, czyli w postawie otwartości na człowieka i Boga. Działanie i kontemplacja są w tobie jak dwie siostry.

    Dzięki modlitwie i adoracji, które codziennie podejmujesz, masz większą szansę pracować z Bogiem i kochać ludzi dla nich samych. W tym właśnie tkwił sekret oddziaływania Matki Teresy i jej zgromadzenia:

    Każdego wieczoru, kiedy wracamy po pracy, gromadzimy się w kaplicy na godzinę adoracji. W łagodnym zmierzchu znajdujemy pokój w obecności Chrystusa. Ta godzina bliskości z Jezusem ma zasadnicze znaczenie. Widziałam wielką zmianę, jaka dokonała się w naszym Zgromadzeniu, od kiedy wprowadziłyśmy praktykę codziennej adoracji. Dzięki temu nasza miłość do Jezusa stała się czymś bardziej codziennym, nasza miłość do siebie nawzajem – bardziej serdeczna, a nasza miłość do ubogiego bardziej współczująca2.

    Święty Ignacy Loyola mówił, że w każdej rzeczy trzeba znajdować Boga. Bóg chce, żebyśmy wybierali pełnię życia w Chrystusie. Wybrać życie, to znaczy modlić się razem z Synem, ofiarowywać Mu siebie, zwłaszcza w Eucharystii, i kiedy tylko to jest możliwe adorować Go w Najświętszym Sakramencie. Oznacza to także włączenie się w życie Ducha, który, w sercu świata, jest pochłonięty dziełem stwarzania.

    9. Zniechęcam się

    Modlitwa, podobnie jak miłość, przechodzi próbę czasu. Zniechęcenie jest jej najgorszym wrogiem. Zaakceptuj to, że modlitwa nie przebiega tak, jakbyś tego chciał. Czas Boga nie jest naszym czasem. Jego drogi nie są naszymi drogami. Kiedy, w czasie modlitwy, trwasz z Nim w komunii, Bóg sprawia, że pozostając w tym, czym jest twoje dzisiaj, stajesz się częścią Jego pragnienia. Nie opuszczaj tego miłosnego spotkania, jakim jest modlitwa, jeśli chcesz poznać, co jest dla ciebie dobre, i jeśli chcesz pamiętać o Panu.

    Jedna chwila wystarczy, by zwrócić swe serce ku Bogu i rozwiać zwątpienie. Nie ma na to specjalnej metody. Nie uczynisz postępu w modlitwie dzięki odpowiedniej technice, ale dzięki aktom wiary, nadziei i miłości. Twoje trwanie przed Nim ma być bezinteresowne nie tylko po to, żebyś został wysłuchany, ale żeby Bóg mógł w tobie zaistnieć. Jesteś grzesznikiem, On jest zbawicielem. Modlisz się, On modli się w Tobie. Wyznaczasz sobie cele, On je w tobie realizuje. W ten sposób macki zniechęcenia nie będą się długo ku tobie wyciągać.

    Tak wielu odkryć można dokonać, trzymając się ścieżek modlitwy. Temu, kto każdego dnia, rezygnując z pozostałych zajęć, przeznacza pół godziny jedynie dla Boga, nigdy nie zabraknie nowych lądów. Owoce modlitwy są widoczne. Nie dostrzegasz ich? Pokój wewnętrzny, zaufanie, siła ducha, nadzieja, opanowanie, radość życia, gotowość służenia innym, intuicyjne przeczucie rozpoczynającego się właśnie życia wiecznego. Naprzód! Odwagi. Jesteś człowiekiem, który się staje, tak jak modlitwa.

    Ten, kto biegnie ku Tobie staje się większy i silniejszy niż jest w rzeczywistości, ponieważ ciągle rośnie dzięki wzrastającym łaskom […]; lecz ponieważ to, czego szuka, nie zawiera w sobie żadnych ograniczeń, kres tego, co znajduje, staje się dla podejmującego wspinaczkę punktem wyjścia do odkrycia o wiele większych dóbr. W ten sposób wspinający się nie przestaje nigdy podążać od rozpoczęcia do rozpoczęcia, poprzez początki, które nie mają końca3.

    10. Bóg jest zbyt odległy

    Bóg jest zawsze tutaj, blisko ciebie, w tobie, w tej chwili, w tym, co jest teraźniejszością Ducha. Przyjmij tę obecność z ufnością i ofiaruj się Bogu. Twoja modlitwa należy do Niego. Jest darem, który Mu zwracasz dzień po dniu. On pragnie jedynie wierności w modlitwie.„Sprawiedliwy przeżyje ze względu na swoją wierność” (Ha 2,4). Wymaga ona stoczenia prawdziwej walki, którą można wygrać, czerpiąc siły z wierności Boga. On się nigdy nie spóźnia ze spełnianiem obietnic, nawet jeśli nam się tak wydaje. Dzięki wytrwałości otrzymasz wszystko. Jeśli Bóg wydaje ci się zbyt odległy, możesz bez przeszkód codziennie kierować do Niego tę prośbę: „Boże, jeśli istniejesz, ukaż mi Siebie”.

    Właściwie o wytrwałości w modlitwie i przezwyciężeniu wszelkich przeszkód znajdujących się na drodze do niej nie decyduje rozwiązanie takich kwestii jak: dlaczego, w jaki sposób, gdzie, kiedy i jak długo się modlić. Nie, podstawowym problemem jest obraz Boga, jaki w sobie nosisz. To on będzie cię motywował do tego, żeby wytrwać.

    Możesz mówić, że nie możesz się modlić, że zbyt rzadko masz ciszę i spokój, że nie lubisz się modlić, że nic nie czujesz, że nic się nie dzieje, że to cię nuży, że wokół zbyt dużo rozproszeń, że jesteś zajęty, że to cię zniechęca. Podstawowe pytanie brzmi jednak: „Kim Bóg jest dla mnie?”. Twoja wierność w modlitwie będzie na nie najlepszą odpowiedzią. Jeśli Bóg jest dla ciebie najważniejszy, modlitwa też będzie czymś ważnym. Powiedz mi, w jakiego Boga wierzysz, a ja ci powiem, jak się modlisz.

    Ćwiczenie praktyczne

    Określam w kalendarzu czas, który spędzę na modlitwie w miejscu, które mi najbardziej odpowiada. Czas, który zostaje niezagospodarowany, wykorzystuję na kilkuminutowe skupienie w domu, biurze, szkole, kościele… Trwam w obecności Boga wraz z Jezusem i Duchem Świętym, który modli się we mnie. Wykorzystuję ten czas na opowiedzenie Bogu o moich planach, o tym, co mnie gnębi. Proszę Go, aby błogosławił zarówno ludziom, którzy są mi bliscy, jak i tym, z którymi trudniej mi się żyje. Zawierzam się Bogu i z zaangażowaniem trwam na modlitwie. Odpowiadam Mu w wierze, rozważając Jego słowo. Proszę, żeby objawił mi się jako współczujący Ojciec i żeby pozwolił mi się włączyć w odwieczny dialog miłości, prowadzony z Synem i z Duchem. Odsłaniam się przed Nim, żeby mógł we mnie zobaczyć obraz swego Syna Jezusa, przychodzącego w czasie, by poprzez swoją mękę i zmartwychwstanie otworzyć mi drzwi życia wiecznego.

    MODLITWA

    Pozwól, o Boże, Panie czasu, by w naszej wierze wybrzmiała nadzieja uwalniająca serce od niepokoju, i miłość oczyszczająca duszę z rozproszeń.
    Jesteś bliżej, niż to, co nas od Ciebie oddala, Ojcze, ukryty w szczelinach naszej miłości, tak bardzo obecny we wszystkim, co ludzkie, pomóż nam wytrwać w modlitwie.
    Niech nasze drzwi otworzą się na Twoją ciszę, Miłości o tysiącu twarzy niech nasze uszy usłyszą Twoje kroki w hałasie wypowiadanych słów.
    Po co wykrzykiwać Twoje imię na zewnątrz, skoro tryska ze środka jak źródło, Boże ukryty, choć widzialny w twarzy Chrystusa, Towarzyszu próby i każdego cierpienia, przemawiający do nas nieustannie wbrew milczeniu, które płynie z krzyża naszych piątków.

    tekst pochodzi z książki „Czas na modlitwę”, wydawnictwo „W drodze” 2010/Fronda.pl.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Plan godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu.

    Dwie podstawowe zasady

    05-15 min: Adoracja
    © Mari Tere | Shutterstock

    ***

    Poniżej przedstawiamy sprawdzony pomysł na godzinną adorację przed Najświętszym Sakramentem. Minuta po minucie.

    Do godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu wystarczy tabernakulum z wieczną lampką, Pismo Święte, ewentualnie także Katechizm Kościoła Katolickiego.

    Zachowaj dwie podstawowe zasady.

    Po pierwsze: nie bądź gadatliwy. Nie odklepuj modlitw i nie skupiaj się na tym, co jest przyczyną codziennych zmartwień. Bądź spokojny zewnętrznie i wewnętrznie.

    po drugie: bądź uważny. Adoracja to nie godzina czytań – fragmenty Pisma Świętego mają być jedynie wprowadzeniem do modlitwy. Poniższe wskazówki mogą okazać się pomocne w przypadku dekoncentracji uwagi, jednak można je dowolnie dostosowywać do własnych potrzeb.

    00-05 min: Rozpoczęcie

    Pierwsze 5 minut: Poproś o wsparcie Ducha Świętego, a następnie odmów akty wiary, nadziei i miłości. Powiedz Bogu, jak bardzo pragniesz w Niego uwierzyć, jak bardzo pragniesz Mu zaufać i jak bardzo pragniesz Go pokochać. Poproś, aby przymnożył ci wiary, nadziei i miłości. Dobra rada: modlitwy do Ducha Świętego oraz akty wiary, nadziei i miłości znajdziesz w modlitewniku lub w sieci.

    05-15 min: Adoracja

    Kolejne 10 minut: Adoruj Boga, który trzyma w swoim ręku wszechświat niczym nasionko. Bóg jest wszechmocny, dobry, piękniejszy niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić i bardziej realny, aniżeli wszystkie przedmioty wokół nas. Wyobraź sobie, że obok ciebie siedzi Chrystus Pan. Powiedz Mu: „Boże mój, uwielbiam Ciebie za Twoją wspaniałość z głębi mojej uniżoności. Ty jesteś wielki, a ja taki mały” lub odmawiaj „Chwała Ojcu i Synowi…” Powtarzaj te słowa tak długo, jak to będzie konieczne. Dobra rada: Odczytaj „Te Deum”. Fragmenty Pisma Świętego przydatne podczas adoracji: Wj 33, 18-23; Pnp 2, 8-17; Mt 2, 1-11; J 1, 1-18; Kol 1, 15-20; Flp 2, 6-11. Bądź skoncentrowany. Siedź, stój lub klęcz z szacunkiem. Dobra rada: Jeśli morzy cię sen, wstań!

    15-25 min: Akt skruchy

    Kolejne 10 minut: Zadośćuczynienie. Zbawia nie Twoja miłość do Boga, lecz Jego do ciebie. Zrób rachunek sumienia. Módl się o zadośćuczynienie za grzechy świata. Módl się: „O mój Jezu, przepraszam Cię. Wybacz mi” (wyobraź sobie Jezusa na krzyżu; ucałuj każdą Jego ranę). Dobra rada: Fragmenty Pisma Świętego stosowne do wyrażenia skruchy wobec Pana Boga: 1 Kor 13, 4-7; Kol 3, 5-10; 1 Tm 1, 12-17; Jk 3, 2-12; 1 J 1, 5-2:6; Psalmy pokutne: 6, 32, 38, 51, 102, 130, 142.

    25-40 min: Medytacja

    Kolejne 15 minut: Kontempluj działanie Boga. Możesz w myślach odprawić drogę krzyżową lub odmówić różaniec. Lub też: Medytacja za pomocą Pisma Świętego. Przeczytaj krótki fragment z Ewangelii. Wyobraź sobie przeczytaną scenę. Jak zareagował wówczas Chrystus? Pomyśl o trzech sytuacjach z własnego życia, do których można by odnieść dany fragment. Medytuj na temat każdego wersu. Medytacja za pomocą nauki Kościoła. Przeczytaj krótki fragment z Pisma Świętego lub Katechizmu, który odnosi się do nauczania Kościoła. Pomyśl, jaki był Boży zamysł i zastanów się, w jaki sposób odnosi się do ciebie (to może wyglądać np. tak: niedziela – zmartwychwstanie; poniedziałek – wcielenie; wtorek – miłosierdzie, pokuta; środa – Duch Święty; czwartek – Eucharystia; piątek – Męka Pańska; sobota – Maryja). Medytacja związana z życiem. Pogłębiając rachunek sumienia, przyjrzyj się własnemu życiu. W jaki rodzaj pychy popadasz najczęściej? Czy jest to egoizm (cenisz wyłącznie siebie samego), próżność (najbardziej cenisz zdanie innych), czy zmysłowość (cenisz głównie własną wygodę)? Módl się o przeciwieństwa tych grzechów: miłosierdzie (służbę przede wszystkim innym), wierność (dbaj najbardziej o zdanie Chrystusa), dyscyplinę (akceptacja własnych krzyży).

    40-50 min: Dziękczynienie

    Kolejne 10 minut: Wyraź wdzięczność za wszystkie dary otrzymane od Boga. On nie tylko cię stworzył, ale w każdej chwili podtrzymuje twoje istnienie z miłości. Dziękuj Mu za dosłownie wszystko. Nazwij konkretne dary Boże: jedzenie, schronienie, ubranie, zdrowie, rodzina, przyjaciele, nauczyciele, współpracownicy, dom. Przede wszystkim jednak podziękuj za dary duchowe – za wiarę, nadzieję, miłość, ten czas modlitwy, za religię katolicką i za uczniów, którzy dotarli do Ciebie. Dziękuj Bogu za wysłuchanie Twoich modlitw. Dziękuj Mu za otrzymane krzyże. Dziękuj Mu za to, że cię stworzył i zależy Mu na tobie tak bardzo, że oddał za ciebie życie. Dobra rada: fragmenty Pisma Świętego stosowne do dziękczynienia Pan Bogu: Rdz 1; Rdz 8, 15-22; Hi 1, 13-22; Dn 3, 46-; Mt 6, 25-34; Łk 17, 11-19; Ps: 8, 65, 66, 100, 111.

    50-55 min: Prośby

    Kolejne 5 minut: Poproś Pana Boga o to, czego potrzebujesz ty sam i inni. On jest królem wszechświata i jest wszechmocny, nawet jeśli nie jest to oczywiste. Módl się: za Kościół, w intencjach Ojca Świętego, za cierpiących, kapłanów i biskupów, osoby konsekrowane, o powołania, za ojczyznę i swoją rodzinę oraz o to, czego najbardziej potrzebujesz w życiu duchowym. Módl się o pokój i ochronę rodziny. Módl się za tych, którzy prosili cię o modlitwę.

    55-60 min: Zakończenie

    Ostatnie 5 minut: Postanów sobie, że – prowadzony światłem Ducha Świętego – podejmiesz realistyczne i wymierne działania. Nazwij je. Poproś o wstawiennictwo Matkę Bożą. Możesz w tym celu odmówić modlitwę maryjną (np. Pod Twoją Obronę).

    wybrane z tekstu:Tom Hoopes/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wieczorny rachunek sumienia metodą św. Ignacego. 15 minut, które naprawdę odmienia

    RACHUNEK SUMIENIA
    fot. goffkein.pro | Shutterstock

    *****

    Można być albo nie być fanem duchowości ignacjańskiej. Trudno jednak odmówić jej realizmu, skupienia na konkrecie i dobrze rozumianej skuteczności. Nic dziwnego, skoro stoi za nią charakter i doświadczenie byłego żołnierza.

    Święty Bask z Loyoli

    Miał zatargi z Inkwizycją, studiował na Sorbonie, a wraz z poznanymi tam kolegami dał początek Towarzystwu Jezusowemu, czyli jezuitom. Porzuciwszy pierwotny pomysł na krótką, ale efektowną działalność zakonu (udać się w pięciu do Ziemi Świętej i dać zabić za głoszenie Ewangelii), dotarł do Rzymu. Tam, za namową papieża, przyjął święcenia kapłańskie.

    Odtąd poświęcił się kierowaniu rosnącym w liczbę i siłę Towarzystwem, którego konstytucje zatwierdzono w 1540 roku. W tym samym czasie Ignacy, na podstawie notatek czynionych w czasach epizodu pustelniczego i późniejszych doświadczeń, spisał swoje słynne „Ćwiczenia Duchowe”.

    Umarł nieopatrzony na czas sakramentami (przynajmniej świadomie), bo współbracia nie posłuchali go, gdy im zakomunikował, że będzie umierał. Ale to – jak widać – nie przeszkodziło w kanonizacji Baska.

    Rachunek sumienia metodą św. Ignacego

    Ignacjański rachunek sumienia proponowany jest już na samym początku „Ćwiczeń Duchowych”, znanych też pod popularną nazwą „rekolekcji ignacjańskich”. Ćwiczenia to intensywny, usystematyzowany kurs modlitwy medytacyjnej i kontemplacyjnej. Uczą też trudnej, ale przydatnej w podejmowaniu właściwych życiowych decyzji (i ich realizacji) sztuki rozeznawania.

    Rachunek sumienia, który proponuje św. Ignacy jest – obok medytacji – jego metodą, jedną z dwóch codziennych praktyk pozwalających zachować i rozwijać owoce ćwiczeń w codzienności. Spokojnie jednak (i z bardzo dobrymi efektami) może go stosować również ten, kto nigdy na rekolekcjach ignacjańskich nie był i nie będzie.

    Ignacjański rachunek sumienia

    1. PODZIĘKUJ BOGU ZA OTRZYMANE DOBRODZIEJSTWA.

    Tak jest! Zaczynamy od wdzięczności. Przebiegamy myślą dzień i dziękujemy Bogu za każde otrzymane i doświadczone dobro. A więc: za dobro, które przyniosły wydarzenia dnia; za dobro doznane od ludzi; za to, które można wytłumaczyć jedynie szczególną (choć często dyskretną) bezpośrednią interwencją Pana Boga. Ale i za to, które dostrzegamy w sobie samych.

    Ważne, żeby to były rzeczy maksymalnie konkretne (słowa, czyny, myśli, natchnienia, ale też nastroje, dary, rzeczy, rozmowy i tym podobne). W ten sposób pielęgnujemy radość, zdrową dumę i wdzięczność, które uwrażliwiają serce. I czynią umysł zdolnym do właściwej oceny siebie, innych i zdarzeń.

    2. PROŚ O ŁASKĘ POZNANIA GRZECHÓW I PORZUCENIA ICH.

    To nie jest rozliczenie w dziale księgowości, ale rozmowa z Bogiem. Chcemy poznać grzech i podjąć z nim walkę. Potrzebujemy więc pomocy Ducha Świętego, który jako jedyny potrafi jednocześnie pokazań nam zło, w które się wikłamy i dać nadzieję oraz siłę do zmiany (a nie „zgnoić” nas świadomością ciężaru naszych win).

    Proś Go o pomoc, o światło, o odwagę, o wewnętrzną szczerość. Proś, by On ci otworzył umysł i serce. Tak, jak sam własnymi siłami nigdy nie byłbyś w stanie tego zrobić. Choćby dlatego, że twoja psychika dla twojego dobra chce cię chronić za pomocą opanowanych do perfekcji mechanizmów obronnych.

    3. ŻĄDAJ OD DUSZY ZDANIA SPRAWY Z MYŚLI, MOWY I UCZYNKÓW.

    Dopiero teraz bierzemy się za „rachowanie” grzechów. Znów przebiegamy dzień myślą – może nie dosłownie „godzina po godzinie”, jak radzi Ignacy – ale etapami. Od czynności do czynności. Np. od pierwszego budzika do wyjścia z domu, od wyjścia z domu do dotarcia na uczelnię czy do pracy i tak dalej, aż po moment, w którym aktualnie jesteśmy.

    Przyglądamy się najpierw myślom, potem słowom, aż wreszcie uczynkom. Zwracamy uwagę na motywacje, które nami kierowały; emocje, które nam towarzyszyły i skutki, jakie osiągnęliśmy (bo może być tak, że pomogłem staruszce wysiąść z autobusu tylko po to, by wzbudzić podziw u pięknej dziewczyny na przystanku, albo powiedziałem Iksińskiemu kilka gorzkich słów, ale dlatego, że naprawdę się o niego martwię). Wbrew chęci „odwalenia” tego punktu jak najszybciej, warto zmusić się tutaj do dużej uważności i precyzji w nazywaniu rzeczy po imieniu.

    4. PROŚ BOGA O PRZEBACZENIE WIN.

    Bo to nadal przede wszystkim rozmowa z Nim. Nie wypełniasz skomplikowanej tabelki w Excelu, ale rozmawiasz z kochającym Ojcem (który cię stworzył) i Synem (który cię odkupił) w Duchu (który cię prowadzi).

    Zwróć się wprost do Boga z prośbą o przebaczenie konkretnych grzechów. Najprostszymi i najszczerszymi słowami, na jakie cię w tej chwili stać.

    5. POSTANÓW POPRAWĘ Z POMOCĄ JEGO ŁASKI.

    Nie, że „od jutra będę lepszym człowiekiem”, ale konkretnie. Najlepiej w jednej (i wcale niekoniecznie „najgrubszej”) sprawie. Postanów sobie jedną rzecz na jutro albo na kilka dni. Tak, żeby była a) na pewno wykonalna, b) możliwa do uczciwego „rozliczenia” przy jutrzejszym rachunku sumienia. Cel i sposób. I pilnuj tego jutro. Tego szczególnie.

    Na koniec możesz odmówić Ojcze naszZdrowaś, Maryjo i Chwała Ojcu…

    15 minut i ani chwili dłużej!

    Całość ma trwać kwadrans. Ani minuty mniej, ani minuty więcej. Chęć skrócenia lub przedłużenia (choćby o minutę) Ignacy każe traktować jako pokusę, której należy się bezwzględnie przeciwstawić. Korzystanie z minutnika dozwolone.

    Ale uwaga! Nie musisz koniecznie przejść wszystkich punktów. Jeśli zdarzy się, że zatrzymasz się przy dziękowaniu i ono ci „porwie serce”. To zostań w nim, nie martwiąc się, że masz jeszcze kolejne punkty do zrobienia. Pilnuj natomiast kwadransa. „Milsze posłuszeństwo, niźli nabożeństwo”. To jest wojsko! Duchowe, ale wojsko.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mniszka Maria Teresa:

    „Kiedy się modlę, zanoszę przed ołtarz cały świat”

    UKRAINE
    fot. Paweł Waligóra | Aid to the Church in Need

    ***

    Zakony klauzurowe postrzegane są jako przestarzałe. Na takie stwierdzenie siostra Maria Teresa, mniszka benedyktyńska, odpowiada: „Jestem obecna w świecie, bo świat noszę w sobie, a kiedy idę się modlić, zanoszę go przed ołtarz”.

    Siostra Maria Teresa jest mniszką klauzurową w Opactwie Santa Grata w Bergamo (Włochy). Na łamach dziennika „Eco di Bergamo” z 17 grudnia 2021 r. z prostotą poruszyła tematy interesujące z pewnością zarówno tych bardziej, jak i mniej wierzących.

    Istnieje wiele uprzedzeń dotyczących wyboru życia za klauzurą. Jednym z nich jest motywacja do podjęcia takiej decyzji. Niektórzy twierdzą, że wynika ona z pragnienia ucieczki przed światem, aby uniknąć trudów i zmartwień zwykłego życia, dziś coraz trudniejszego i skomplikowanego.

    Do klasztoru idzie się po to, by sprostać wymaganiom życia

    Istnieje ryzyko, że ktoś będzie szukał [w klasztorze] schronienia przed światem pełnym zła i okrucieństwa – przyznaje bardzo spokojnie Maria Teresa. – Jednak kto wstępuje [do zakonu] z taką motywacją, nie wytrzyma tu dłużej niż cztery miesiące. Życie klauzurowe jest powołaniem, podobnie jak powołaniem jest życie w małżeństwie czy w pojedynkę. Do zakonu idziesz dlatego, że czujesz pragnienie oddania życia Bogu i innym, choć rzeczywiście w sposób nieco dziwny, nietypowy […]. Do klasztoru idzie się po to, by sprostać wymaganiom stawianym przez życie.„Eco di Bergamo”

    Życie mniszki klauzurowej

    Dzięki siostrze Marii Teresie możemy lepiej poznać to doświadczenie. Punktem wyjścia niech będą słowa umieszczone na stronie internetowej benedyktynek, które opisują życie zakonne jako: „Życie surowe, jednak nagrodą za tę rygorystyczną dyscyplinę jest wewnętrzny pokój”.

    Taka definicja niemal natychmiast kieruje nasze myśli w stronę egzystencji „o chlebie i wodzie”, „w chłodzie i niewygodzie”, która zakłada rezygnację niemal ze wszystkiego.

    Nic podobnego – wyjaśnia siostra zakonna. – Prowadzimy normalne życie, niczego nam nie brakuje. W porównaniu ze światem zewnętrznym inne są jednak nasze priorytety. Prowadzimy życie surowe, tzn. skoncentrowane na jego istocie (…) To sposób życia, który uwalnia z wielu ograniczeń.„Eco di Bergamo”

    Zwykły dzień siostry Marii Teresy

    Tej istoty życia nie powinniśmy utożsamiać z bezczynnością, ponieważ, jak wynika z wywiadu,

    w klasztorze życie też biegnie szybko, inne są jednak priorytety.„Eco di Bergamo”

    Weźmy chociażby samą siostrę Marię Teresę, która pełni wiele różnych funkcji. Jest pielęgniarką dla pozostałych 17 współsióstr, z którymi dzieli życie klauzurowe, co sprawia, że dość często opuszcza klasztorne mury. Jest również archiwistką kustoszką starych klasztornych dokumentów, przewodniczką dla osób zwiedzających kościół czy opiekunką domu gościnnego, do którego trafiają osoby pragnące choć przez kilka dni doświadczyć tego innego stylu życia.

    Trudności życia klauzurowego

    Czy to znaczy, że wszystko zawsze idzie gładko, jest oczywiste i nie pojawiają się żadne napięcia?

    Życie zakonne ma swoje trudności, tak jak i każdy inny styl życia. Mogą pojawić się problemy w relacjach pomiędzy siostrami, ponieważ żadna z nas nie ma aureoli ani skrzydeł. Pojawia się też ryzyko monotonii. Czasem ktoś mnie pyta, czy nie nudzi mi się życie, które każdego dnia wygląda tak samo. Odpowiadam wówczas, że to taka sama rutyna, jak każda inna. Jednak tak naprawdę życie w zakonie jest przebogate.„Eco di Bergamo”

    Módl się, czytaj i pracuj

    Maria Teresa i inne siostry benedyktynki żyją według reguły św. Benedykta, powszechnie znanej jako „Ora et labora”, która w rzeczywistości brzmi jednak: „Ora, lege et labora” (módl się, czytaj i pracuj). To właśnie założyciel ich zakonu wprowadził metodę lectio divina, czyli pracę nad tekstami świętymi, która ma na celu znalezienie odpowiedzi na proste, ale zasadnicze pytanie: co nam mówi dany fragment Biblii?

    Tak więc prace manualne i obowiązki domowe przeplatają się z chwilami modlitwy. Zgodnie ze wskazówkami psalmisty: „Siedem razy na dzień Cię wysławiam” pierwsza modlitwa rozbrzmiewa o 5.30, a ostatnia, siódma, o 21.00.

    Wprowadzać w życie Słowo Boże

    Studiowanie Słowa Bożego, które odbywa się zgodnie z zaleceniem „lege”, ma wymiar teologiczny, jednak nie w znaczeniu czysto akademickim. Jest raczej:

    okazją do tego, by poznać i pogłębić Słowo Boże, aby następnie wprowadzić je w życie.„Eco di Bergamo”

    Medytacja zbliża cię do Boga

    Do tych zaś, którzy dzisiaj wyruszają na poszukiwanie miejsc odosobnienia, co stało się nawet pewną modą, by spędzić tam czas, poszcząc i medytując, siostra Maria Teresa zwraca się z tą refleksją:

    (…) myśmy to wymyślili już dwa tysiące lat temu! Jeśli spojrzysz na to, co robił Jezus, zobaczysz, że w jego życiu nie brakowało postu i milczenia. To jakieś gorączkowe poszukiwanie tego, co już przecież znajduje się w Ewangelii. Wystarczy ją otworzyć i czytać. Choć nurtuje nas wiele pytań, wszystkie odpowiedzi są właśnie tutaj zapisane. Jednak uwaga, istnieje fundamentalna różnica pomiędzy medytacją praktykowaną na przykład w ramach jogi, a naszą. Joga jest czymś całkowicie wewnętrznym i indywidualnym, jest zanurzeniem się w sobie samym. Medytacja, która przybliża cię do Boga, jest czymś zupełnie innym. Jest wymianą.„Eco di Bergamo”

    Troszczyć się o życie w wymiarze wertykalnym

    Niestety w świecie, w którym obowiązuje bezwzględny imperatyw „mors tua, vita mea” („Śmierć twoja, życie moje”), w świecie, który nieustannie pędzi do przodu, medytacjanie jest czymś powszednim.

    Powinniśmy tymczasem, bez względu na to, czy jesteśmy wierzący czy niewierzący, nauczyć się troski o życie nie tylko w wymiarze horyzontalnym, ale także wertykalnym. Zatroszczyć się o to, co tyczy się naszej duszy. To prawda, jest nas niewielu. Z drugiej jednak strony Jezus zaczynał z dwunastoma przyjaciółmi i to takimi niekoniecznie godnymi zaufania. Jeden z nich sprzedał Go temu, kto zaproponował najlepszą cenę, drugi trzykrotnie się Go zaparł, pozostali uciekli w najbardziej dramatycznym momencie. To nie jest tak, że wybrał nie wiadomo kogo.„Eco di Bergamo”

    „W ciszy zobaczysz, że Bóg do Ciebie mówi”

    Cisza jest tym, co pomaga nam odkryć Boga.

    Gdy jesteśmy sami, cisza potrafi być ogłuszająca, ponieważ wydobywa wszystko to, czego nie chcemy słyszeć, to, czego się obawiamy, podczas gdy hałas sprawia, że pozostaje to ukryte gdzieś w nas. W ciszy zobaczysz, że Bóg do Ciebie mówi (…). Dla nas, mniszek, cisza jest najwyższą formą komunikacji, chwilą, w której nie mówisz nic, by powiedzieć wszystko. Jak głosi przysłowie, usiądź i otul się ciszą, a Bóg będzie mówił.„Eco di Bergamo”

    Czym zajmuje się mniszka klauzurowa?

    Siostry klauzurowe postrzegane są jako anachroniczne i nie na czasie ze swoim dobrowolnym wykluczeniem ze świata, w którym wszystko pozornie wydaje się zdominowane przez relacje „społecznościowe”.  Co odpowiada na to siostra Maria Teresa?

    Jestem w czasie. Klauzura jest środkiem do celu, nie celem samym w sobie. Jest środkiem, który pozwala mi całkowicie poświęcić się modlitwie za innych. Gdybym żyła poza czasem, nie byłoby mnie tu, w klasztorze. Jednak Bóg mnie o to poprosił. Jestem obecna w świecie, bo świat noszę w sobie, a kiedy idę się modlić, zanoszę go przed ołtarz.„Eco di Bergamo”

    Silvia Lucchetti/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krzyż Przebaczenia.

    Chrystus wyciąga z niego rękę

    do skruszonego grzesznika

    KORDOBA, KRZYŻ PRZEBACZENIA
    fot. Renata Sedmakova | Shutterstock

    ***

    Kiedy spowiednik chciał odprawić z kwitkiem zatwardziałego grzesznika, usłyszał: „To Ja przelałem krew za tę osobę, nie ty”. Poznaj piękną historię Krzyża Przebaczenia z Kordoby.

    Wklasztorze Santa Ana i San Jose w Kordobie (południowa Hiszpania) znajduje się niezwykły krzyż, nazywany Krzyżem Przebaczenia. Wiszący na nim Zbawiciel prawą rękę odrywa od belki, by wyciągnąć ją w kierunku modlącego się u stóp krucyfiksu człowieka. Jaka historia się za tym kryje?

    KORDOBA, KRZYŻ PRZEBACZENIA

    Historia Krzyża Przebaczenia

    Pewnego dnia do kościoła przyszedł mężczyzna, by się wyspowiadać. Kapłan stanął z nim pod krucyfiksem. Ten człowiek wielokrotnie wracał z tymi samymi grzechami. A trzeba dodać, że dopuszczał się poważnych przestępstw. Ksiądz był więc dla niego bardzo surowy.

    Po jakimś czasie ta sama osoba przyszła ponownie do świątyni. Po wyznaniu grzechów duchowny powiedział: „To już ostatni raz, kiedy mu wybaczyłem”.

    Mijały kolejne miesiące, a ów mężczyzna nie wracał do spowiedzi. W końcu jednak przyszedł i ponownie klęknął u stóp krzyża z prośbą o przebaczenie przewinień. Ksiądz z powagą odrzekł: „Nie baw się z Bogiem, proszę. Nie mogę pozwolić, byś nadal grzeszył”.

    Jakież było jego zdziwienie, gdy usłyszał skrzypienie krzyża. Jezus oderwał prawą rękę od belki i wyciągnął ją w kierunku skruszonego grzesznika. Kapłan zaś usłyszał słowa: „To Ja przelałem krew za tę osobę, nie ty”. Od tego czasu prawa ręka Zbawiciela pozostaje w takiej pozycji.

    Krzyż: pochylenie się Boga nad człowiekiem

    Ta historia jasno pokazuje, że Chrystus zaprasza każdego człowieka, by przyszedł do Niego z prośbą o przebaczenie. By zanurzył się w Jego niezgłębionym miłosierdziu, jakie ofiaruje grzesznikom.

    Krzyż jest symbolem miłości Boga, który zbawia i umacnia nas w trudach codzienności. Św. Jan Paweł II w encyklice Dives in misericordia pisał:

    Krzyż stanowi najgłębsze pochylenie się Boga nad człowiekiem, nad tym, co człowiek – zwłaszcza w chwilach trudnych i bolesnych – nazywa swoim losem. (…) Ukrzyżowany Chrystus jest Słowem, które nie przemija, jest tym, który stoi i kołacze do drzwi serca każdego człowieka, nie naruszając jego wolności, ale starając się z tej ludzkiej wolności wyzwolić miłość (DM 8).

    Jeśli zaś chodzi o spowiedź, kilkakrotnie w przemówieniach papież Franciszek podkreślał, że nie jest ona sądem, wypominaniem win czy załatwieniem jakiejś formalności. Jest spotkaniem z Bogiem, z którego On się niezmiernie cieszy. „Bóg nie męczy się przebaczaniem, to my męczymy się proszeniem o nie” – mówił Ojciec Święty w rozmowie z Andreą Torniellim, watykanistą, pisarzem i dziennikarzem. Podczas jednej z katechez zwrócił również uwagę, że Boże przebaczenie budzi w każdym człowieku nadzieję.

    Niech zatem Krzyż Przebaczenia z klasztoru w hiszpańskiej Kordobie będzie przypomnieniem, że jednym z najpiękniejszych oblicz Boga jest Jego miłość miłosierna.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl

    źródła: zchrystusem.pl; diariosanjuan19.com; dziennikpolski24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krzyż jest miłością

    Krzyż jest miłością

     

    Krzyż jest przede wszystkim historią miłości. Prawosławni mówią o niej manikos eros, czyli szalona. Krzyż uczy, że miłość to pasja śmiertelnie niebezpieczna.

    Tematem tegorocznego cyklu na Wielki Post jest przesłanie płynące z krzyża Chrystusa. Nawet do najświętszych znaków można się przyzwyczaić. Mogą tak bardzo spowszednieć, że przestają cokolwiek znaczyć. Wielki Post to najlepszy czas, by odkurzyć krzyż, by się w niego wpatrywać, wsłuchiwać, modlić się przed nim.

    Zapraszamy Czytelników do szukania odpowiedzi na pytanie: Co właściwie mówi nam Ukrzyżowany, jaką prawdę o Bogu i o człowieku przynosi? Jest krzyż Chrystusa i jest krzyż człowieka. Wiodącym tematem dzisiejszego odcinka jest miłość. Pytamy w pierwszej części o to, co mówi nam krzyż o miłości. Druga część to rozmowa z aktorką Teresą Lipowską o konkretnym krzyżu, obecnym w życiu małżeńskim.

    Krzyż jest miłością

    Krzyż jest miłością
    Krzyż jako drzewo życia. Mozaika z bazyliki św. Klemensa w Rzymie/ fot. Wikipedia/Jastrow

    ***

    Krzyż na drogę – Wielki Post z Gościem. Krzyż jest przede wszystkim historią miłości. Prawosławni mówią o niej manikos eros, czyli szalona. Krzyż uczy, że miłość to pasja śmiertelnie niebezpieczna.

    Można umrzeć z braku miłości lub z powodu miłości. Obie sytuacje można odnieść do Jezusa. Umarł na krzyżu jako ktoś odrzucony, niekochany, a zarazem umarł jako ten, kto kocha do końca, bez granic.
    Krzyż jest największą w historii lekcją miłości. Mówi o miłości samego Boga, ale także o każdej ludzkiej miłości. By kochać po ludzku, potrzebujemy nie tylko słów, ale i ciała. Wie o tym Bóg. Dlatego wcielił się i swoim ukrzyżowanym ludzkim ciałem objawił miłość. Na krzyżu Wcielenie osiąga swój ostateczny cel.

    Bez miłości jest niczym
    Pewien ksiądz skarżył się: „Moi chrześcijanie uważają Boga za Boga odległego, któremu trzeba się podporządkować na tyle, na ile to możliwe, nie z miłości do Niego, ale ze strachu przed piekłem. Bóg nie jest Ojcem… Nie, Bóg jest tym, kto ustanowił dziesięć negatywnych przykazań: »nie zrobisz tego«. Wniosek: »Bóg jest kimś, kto przeszkadza być szczęśliwym«”. Smutne to, ale takie wyobrażenia pokutują w samym Kościele. By przekonać się, jak daleko stąd do prawdy, trzeba pójść pod krzyż. Patrząc na Ukrzyżowanego, poznajemy, kim naprawdę jest Bóg. W każdym razie idziemy we właściwą stronę. Św. Jan napisał krótko: „Bóg jest miłością”. Krzyż wypełnia to najważniejsze słowo treścią.

    Spróbujmy odczytać Pawłowy hymn o miłości (1 Kor 13,1–13), spoglądając na krzyż Jezusa. Miłość tłumaczy krzyż i odwrotnie, krzyż ukazuje, czym jest miłość. „Gdybym ciało wystawił na spalenie, a miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał”. Cierpienie nie uszlachetnia! To miłość uszlachetnia cierpienie. „Miłość jest cierpliwa, łaskawa, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą… wszystko znosi… wszystko przetrzyma”. Każde słowo tego hymnu współbrzmi z tajemnicą krzyża.

    Bóg wyznaje na krzyżu swoją miłość. Wyznaje ją nie słowem, lecz umęczonym ciałem; nie ustną deklaracją, lecz krwią płynącą z ran. „Gdyby nie miłość, byłbym niczym” – mówi bez słów konający Pan. Nic nie zrozumiemy z tajemnicy krzyża, jeśli nie widzimy w nim miłości. Nic. „Miłość nigdy nie ustaje”. Brzmi tutaj nadzieja, że miłość jest silniejsza niż śmierć. Miłość na śmierć i życie nie może przegrać. Jeśli jest gotowa przetrwać wszystko, nie można jej zabić. Musi być ciąg dalszy, musi być zmartwychwstanie.

    Eros i agape
    Najciekawszym wątkiem pierwszej encykliki papieża Benedykta XVI jest pokazanie łączności między dwoma rodzajami ludzkiej miłości: eros i agape. Eros to miłość namiętna, gorąca, cielesna, pożądliwa, ta, która dąży do zjednoczenia z kochaną osobą. Agape to miłość ofiarna, które daje siebie kochanej osobie, niczego nie żądając w zamian. Papież podkreśla jedność obu tych pozornie sprzecznych odmian miłości. Eros potrzebuje agape i odwrotnie. Pragnienie „posiadania” bliskiej osoby, cała energia miłości erotycznej, dążącej do zjednoczenia, musi być dopełniona przez agape. Eros musi rosnąć w stronę bezinteresownego daru, gotowości do ofiary, inaczej stanie się egoizmem, czyli zaprzeczeniem miłości. Jednocześnie miłość nie może być tylko czystą agape, jest w niej zawsze jakiś element erosa, czyli czegoś szalonego, jakiś rodzaj namiętności, pasji, silnego pragnienia zjednoczenia z ukochanym czy ukochaną. Zdrowie ludzkiej miłości jest w połączeniu obu tych wymiarów.

    Co to wszystko ma wspólnego z miłością Boga i z krzyżem Chrystusa? Okazuje się, że sporo. Benedykt XVI podkreśla, że obie odmiany miłości mają swoje źródło w Bogu. Bóg kocha człowieka namiętnie, do szaleństwa pragnie z nim bliskości, a zarazem jest gotów dać siebie, nie żądając nic w zamian, jest gotów przebaczyć niewierność. „Bóg miłuje, i ta Jego miłość może być bez wątpienia określona jako eros, która jednak jest jednocześnie agape” – pisze Papież. W jednym ze swoich listów na Wielki Post powraca do tej myśli w kontekście krzyża. „W krzyżu objawiła się Boża miłość (eros) do nas. Eros jest bowiem – jak mówi Pseudo-Dionizy – tą siłą, »która nie pozwala kochającemu, by pozostał sam w sobie, lecz nakłania go do zjednoczenia z osobą kochaną«. Czyż istnieje bardziej »szalony Eros« od tego, który sprawił, że Syn Boży zjednoczył się z nami tak dalece, że wziął na siebie następstwa naszych zbrodni i za nie cierpiał?”.

    Jezus powiedział: „Gdy zostanę wywyższony nad ziemię, przyciągnę wszystkich do siebie” (J 12,32). Miłość jest dawaniem, ale też pragnieniem zjednoczenia. Można powiedzieć, że na krzyżu objawiła się miłość Boga, w której bezinteresowny dar z siebie łączy się z gorącym pragnieniem wzajemności. Ukrzyżowany pociąga nas ku sobie. Woła z drzewa konania: „Pragnę”. Nie chodzi bynajmniej tylko o łyk wody. To wołanie sięga wnętrza Boga. On pragnie nas, mnie i ciebie. Odtrącony, nie przestaje czekać przed drzwiami. Woła o miłość. „Pragnę”.

    Jaka jest ta miłość?
    „Bóg jest miłością”. Oznacza to, że miłość nie jest jedną z wielu cech Boga, nie jest nawet cechą najważniejszą, miłość jest samą Jego istotą. Jaka jest ta miłość? Jest niesłychanie pokorna, bo miłość nie potrafi patrzeć z góry. Jezus umywający uczniom nogi – wstrząsający gest, który zapowiadał krzyż. Bóg na kolanach przed człowiekiem jak ostatni sługa. „Krzyż jako waga, jako dźwignia. Zejście – warunek wznoszenia się. Niebo schodzące na ziemię podnosi ziemię ku niebu” (Simone Weil). Pytał dramatycznie Hans Urs von Balthasar, rozważając Drogę Krzyżową: „Czy Bóg jest raczej na samym spodzie, czy na samej górze?”. Miłość objawiona na krzyżu oznacza ubóstwo. Kiedy kogoś kocham, mówię: „Jesteś dla mnie wszystkim, całe moje szczęście, mój skarb to ty”. Na krzyżu Chrystus nie ma już nic. Oddał wszystko Ojcu, oddał wszystko nam. Miłość oznacza też zgodę na zależność. Nie można wyobrazić sobie, że ktoś kogoś kocha, ale jednocześnie chce zachować prawo do niezależnych decyzji. Miłość jest związaniem na zawsze, bez względu na wszystko. Miłość jest najdoskonalszym aktem wolności. Jezus przybity do krzyża jest „przybity” do ludzkiego losu, „przybity” do człowieka z jego wielkością i jego nędzą, czyli grzechem, samotnością, niewiarą, śmiercią. Miłość wierna nigdy nie mówi: „dość, tego już nie wytrzymam”. Pamiętam refren piosenki, którą usłyszałem jako nastolatek podczas młodzieżowej Drogi Krzyżowej: „Zachwyć mnie sobą, krwią broczący Boże!”. Jak można zachwycać się czymś, co jest przerażające? Genialnie wyjaśnia to kard. Ratzinger: „Ten, który jest samym pięknem, pozwolił, by Go bito w twarz, aby Go opluwano, aby go ukoronowano cierniami… Ale właśnie w tym zniekształconym obliczu jaśnieje prawdziwe, ostateczne piękno: piękno miłości, która jest miłością »aż do końca« i w ten sposób okazuje się silniejsza niż kłamstwo i przemoc”. Tylko ten, kto da się zranić pięknem tej ukrzyżowanej miłości, odkrywa jej prawdę.

    Czy moja miłość też musi być ukrzyżowana?
    Krzyż odsłania nie tylko głębię Bożej miłości. On jest też lekcją ważną dla każdej ludzkiej miłości. Jeśli kochasz naprawdę, wchodzisz na ryzykowną ścieżkę. Każda ludzka miłość kryje w sobie krzyż, czyli jakąś bolesną niespodziankę. Kto kocha, przekonuje się, prędzej czy później, że jest inaczej, niż miało być. Rozczarowanie jest nieodzownym etapem rozwoju miłości. To moment opadnięcia złudzeń, to błogosławiona chwila prawdy o sobie i o tych, których kochamy. To bywa bolesne, trudne, ponad siły. Dla wielu to koniec miłości, a tymczasem to jej największa szansa. Miłość zaczyna się, kiedy przestajemy kochać swój własny obraz ukochanego/ukochanej, a zaczynamy kochać go/ją takim/taką, jaki jest. Dotyczy to zarówno człowieka, jak i Boga. W każdej miłości jakoś próbowana jest wierność i gotowość do przebaczenia. Próba jest momentem, który może wydobyć na światło dzienne prawdę miłości – jej piękno, siłę lub jej kruche fundamenty. Lansuje się dziś obraz miłości niedojrzałej, opartej tylko na uczuciach albo erotycznym zauroczeniu. To, co nazywa się miłością, bywa egoizmem, szukaniem tylko siebie. Chrześcijanie nie są cierpiętnikami, są realistami. Owszem, szukają szczęścia w miłości, ale dzięki Ewangelii wiedzą, że szczęście leży głębiej, a miłość rośnie, oczyszcza się, doskonali bardziej w chwilach trudnych niż w momentach uczuciowego lub zmysłowego upojenia. Czy miłość musi koniecznie być ukrzyżowana? Potrzebne jest pytanie pomocnicze: czy jest ktoś, za kogo jesteś gotów umrzeć? Czy nie o to właśnie pyta nas Ukrzyżowany? „Boże drogi, jakie to wszystko byłoby proste, cholernie proste. Jakże bylibyśmy szczęśliwi, wyciszeni, skupieni na tym, co pewne i nieważne (…) Gdybyśmy tylko nie kochali. Na (nie)szczęście miłość jest naszą przypadłością nieuleczalną. (…) Boże, wykończy nas ta miłość, wykończy. Ukrzyżuje” (J. Szymik).

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________

    Serce nie ma zmarszczek

    Serce nie ma zmarszczek
    fot. Paweł Radzikowski/Gość Niedzielny

    ***

    Krzyż na drogę – Wielki Post z Gościem. O bezbolesnym ścieraniu rogów, wadzeniu się z Bogiem i miłości, która wymaga i nie ustaje, z Teresą Lipowską rozmawia Agata Puścikowska.

    Teresa Lipowska (ur. 1937) – aktorka, zagrała ponad 70 ról filmowych. Obecnie występuje w serialu „M jak miłość”. Żona zmarłego w 2006 r. aktora Tomasza Zaliwskiego

    Agata Puścikowska: Przed tą rozmową przeczytałam kilka wywiadów z Panią. I miałam wilgotne oczy.
    Teresa Lipowska: – Ale ja miałam szczęśliwe życie, po co łzy?

    Piękna miłość, która się nie zdarza…
    – A jednak się zdarzyła. Nadal trwa, bo nadal kocham mojego męża. Gdy się pobieraliśmy, byłam zakochana, wiedziałam, że to porządny człowiek, czułam się przy nim bezpiecznie. Tomek, gdy potrzebowałam, bardzo mi pomógł. Po wielkim zawodzie miłosnym, z taktem i szacunkiem zaopiekował się mną. Jak mówił, zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia. Ale prawdziwa miłość wzrastała wraz z nami: dojrzewała, zmieniała się z biegiem lat. Kochałam Tomka coraz bardziej i bardziej. Po każdej premierze dostawałam od niego kwiaty z bilecikami. Jeden z ostatnich liścików brzmiał: „Starość nigdy nie chroni przed miłością, ale miłość często chroni przed starością. Dlatego serce nie ma zmarszczek”. Gdy mąż, po ciężkiej i długiej chorobie, umierał, klęczałam przed łóżkiem i błagałam Boga, właśnie z przeogromnej miłości: „Zabierz go, niech już tak nie cierpi”… Pożegnałam Tomka, powiedziałam mu raz jeszcze, że go kocham. Był nieprzytomny, ale wierzę, że mnie słyszał i rozumiał. Nadal z nim rozmawiam, tak jak rozmawiałam całe życie.

    Przez 44 lata małżeństwa nie było między Państwem zgrzytów?
    – Oczywiście, że były. Szczególnie na początku, gdy się docieraliśmy. Mąż miał mocny charakter i ja miałam mocny. Byliśmy przeciwieństwami: ja – żywiołowa, lubiłam się bawić, tańczyć, uwielbiałam być wśród ludzi; on – samotnik, najchętniej odpoczywał na łonie natury, nie znosił przyjęć, na które przecież byliśmy często zapraszani.

    I nie był zazdrosny o piękną, energiczną, zapewne adorowaną żonę?
    – Był o mnie zazdrosny. I ja bywałam zazdrosna o niego. To normalne, gdy się ludzie kochają. A ja rzeczywiście, na zdjęciach czy przyjęciach, najczęściej bez niego, miewałam tzw. okazje. Ale na szczęście, gdy ktoś zbyt zaczynał mi się podobać, zbyt dobrze tańczył, był zbyt szarmancki, zapalało mi się światełko: przecież wrócę potem do Tomka, spojrzę mu w błękitne oczy, i co? Nie mogłabym na siebie spojrzeć. Nie mogłabym go tak zranić.

    Jest Pani osobą wierzącą, mąż nie był…
    – Tak. Mój mąż – jak twierdził – był niewierzący. Był komunistą, ideologiem, wierzył święcie w ideę, że każdy powinien mieć po równo, że wszystkim powinno być dobrze. Był wierny swoim zasadom do końca, nawet wtedy, gdy większość wcześniej zdeklarowanych „partyjnych” przechodziła na drugą stronę. Nigdy nie był chorągiewką. Ale za to na jego pogrzebie byli wszyscy: z prawej, lewej strony, wierzący i niewierzący. I wszyscy mówili, że bardziej prawego i uczciwego człowieka nie spotkali. Wspominali, ilu ludziom pomógł, że nigdy nie wziął nic dla siebie.

    Na tle światopoglądowym nie kłócili się Państwo?
    – Czasem się spieraliśmy na tematy polityczne. Ale mnie polityka mało obchodziła. Poza tym różniliśmy się zewnętrznie: ja chodziłam do kościoła, on nie. Ja byłam otwarta na ludzi, on mniej, itd. Wewnątrz byliśmy właściwie tacy sami: staraliśmy się być dobrymi ludźmi, staraliśmy się pomagać innym, a przede wszystkim – wierzyliśmy w miłość.

    Ta wiara zaprowadziła Państwa przed ołtarz. Mimo że mąż – niewierzący…
    – Zależało mi na sakramencie, nie wyobrażałam sobie, że może być inaczej. Mój mąż chciał wziąć ślub cywilny, bo nie potrafił udawać, łamać swoich zasad. Przypadkiem (właściwie nie ma przypadków, wszystko, co nas spotyka, dzieje się po coś) trafiłam do nieznanego wtedy jeszcze ks. Jana. Powiedziałam mu o swoim problemie. Zaproponował, żebym przyprowadziła Tomka do niego, na rozmowę. Z oporami, ale poszedł. Siedziałam w drugim pomieszczeniu i trochę się bałam tej ich męskiej rozmowy. Gdy spotkaliśmy się już we troje, ksiądz zapytał: „No to kiedy ten wasz ślub?”. Byłam i zaskoczona, i szczęśliwa.

    To był ks. Jan Twardowski. Co powiedział mężowi?
    – Zadał mu proste pytanie: czy wierzy w miłość. Tomek odpowiedział, że oczywiście wierzy. I ks. Jan odpowiedział mu, że Bóg jest miłością… Ks. Jan udzielił nam potem ślubu. Z mojej strony był to sakrament, ze strony męża – przyrzeczenie małżeńskie. Nie udawał, ale uszanował mnie, moją wiarę. Potem, w ciągu prawie pół wieku małżeństwa, Tomek nigdy nie utrudniał mi praktyk religijnych, a nawet – ponieważ był tradycjonalistą – chodził ze mną do kościoła np. święcić jajka na Wielkanoc.

    A gdy urodził się Państwu syn? Czasem dochodzi wtedy do niesnasek…
    – Urodzenie syna to była przede wszystkim nieopisana radość. Ale na początku mąż nie bardzo wyobrażał sobie, że on – ideowiec, komunista, może wychowywać dziecko na praktykującego katolika. Ja postawiłam sprawę jasno: będę dziecko chrzcić, a potem wychowywać w wierze. Argumentowałam, że w przyszłości syn sam wybierze. Ale przynajmniej będzie miał z czego wybrać. Gdyby nie otrzymał religijnego wychowania, jego prawo wyboru byłoby ograniczone. I mąż się z tym zgodził. Syn został ochrzczony. Do dziś jest głęboko wierzącym katolikiem, oboje z żoną należą do dominikańskiego duszpasterstwa, adoptowali dwoje wspaniałych dzieci. Są moją dumą.

    A tak po ludzku, czy „babsku”: nie miała Pani ochoty męża „niedowiarka” troszkę „nawrócić”?
    – No właśnie nie. Może dlatego, że widziałam, jak dobrym był człowiekiem. Przecież dróg do Boga jest wiele i wcale nie trzeba „modlić się przed figurą”, żeby być świętym człowiekiem. Jestem pewna, że teraz, gdy mąż już jest po tamtej stronie, odbiera nagrodę za dobre życie… Poza tym mąż widział, że i ja, i syn praktykowaliśmy. Myślę, że przykładem więcej się zdziała niż moralizowaniem i zmuszaniem. Nie jestem i nie byłam „nawiedzona”, żeby na siłę uszczęśliwiać, wbrew woli zainteresowanego.

    Miałyśmy mówić o krzyżu i miłości, a tu wychodzi nam laurka: idealna żona, idealny mąż, miłość, ciepełko…
    – Ale ja już mówiłam, że idealni nie byliśmy! Kochaliśmy się, to prawda. Ale nie polegało to na 44 latach patrzenia sobie w oczy. Były i kryzysy – na przykład w pewnym momencie mąż za bardzo sięgał do kieliszka. A ja miałam różki, byłam twarda, zasadnicza. W ciągu lat małżeństwa te różki się na szczęście ścierały.

    Boli ścieranie różków?
    – Pewnie zależy, kto ściera i czym. Mnie nie bolało. W każdym razie nie tak, żebym musiała kiedykolwiek pomyśleć o rozstaniu, rozwodzie, czy żebym żałowała swojej decyzji. Kochaliśmy się coraz bardziej, pomagaliśmy wzrastać naszej miłości. A konsekwencją miłości były kompromisy, z miłości były wzajemny szacunek i stawianie sobie wymagań. Kilka spraw trzeba było postawić na ostrzu noża. Musiałam wytyczyć granice, właśnie dlatego, że go kochałam. Miłość wymagająca, mądra – to podstawa udanego związku.

    W takim razie, czym jest dla Pani krzyż?
    – Posłużę się słowami mojego ukochanego ks. Jana, którego mądrość też w jakiś sposób kształtowała nasze życie. Do tej pory codziennie czytam jego myśli, staram się nimi kierować. Ks. Twardowski napisał kiedyś, że każdy ma jakiś krzyż, ma jakąś sprawę niewygodną, ciężką, niechcianą, która jednak jest nam dana przez Boga. Powinniśmy się z nią pogodzić, choć to trudne. I musimy ją nieść.

    Jaki trud Pani niesie?
    – Ja chyba nie dostałam zbyt ciężkiego krzyża… Dzięki Bogu. A może nie odczuwam tak ciężaru, bo każda trudna sytuacja wyzwala we mnie wolę walki, pokłady optymizmu, że kiedyś będzie lepiej. Nie jestem typem męczennicy, która gdy coś się złego dzieje, usiądzie i płacze. Ja nawet jak się modlę, to nie jęczę, tylko proszę o siłę. Albo wręcz się z Bogiem kłócę, wadzę. I pytam Go, dlaczego to Haiti? Dlaczego powodzie? Dlaczego dzieci rodzą się chore? Ja tego nie rozumiem, więc Mu mówię: „No i gdzie Ty jesteś Miłością”?! A tak obiektywnie – to i ja doświadczyłam wielu dramatycznych zdarzeń. Być może ktoś by to nazwał krzyżem, wielkim cierpieniem, być może ktoś by się załamał… Matka, do której byłam najbardziej przywiązana, umarła dosłownie z dnia na dzień. Potem moja ukochana siostra, lekarz onkolog, która leczyła tysiące ludzi, umarła właściwie na moich rękach. Ojciec cierpiał wiele lat na raka. Przez dziesięć lat małżeństwa nie mogliśmy z mężem mieć dziecka – to też bolało. I proszę sobie wyobrazić, że gdy pogodziliśmy się z tym, zaczęłam odwiedzać domy dziecka, bo zdecydowaliśmy się na adopcję, okazało się że jestem w ciąży… Gdyby mąż wpadł w alkoholizm, nie wiem, czy potrafiłabym dotrzymać przysięgi małżeńskiej. Na szczęście, nie dane było mi tego doświadczyć. Gdy urodził się nasz syn, mąż przysiągł, że syn nie zobaczy go pijanego. I słowa dotrzymał.

    I znów happy end…
    – Takie jest życie: jest cierpienie, jest i radość. Jednego dnia są łzy, drugiego śmiech. Nawet gdy coś się dzieje nie po naszej myśli, to wierzę, że albo się to przekuje na lepsze, albo trzeba to przeżyć. Bo z jakiegoś powodu jest potrzebne. Ks. Jan kiedyś napisał słowa, z którymi całkowicie się zgadzam: „Pytałem Wniebowziętą, jak do nieba trafić, co prowadzi by nie dojść do nikąd. Odpowiedziała: tysiące krzyżyków”…

    _______________________________________________________________________

    Hymn o krzyżu

    Hymn o krzyżu

    Jeden z najpiękniejszych hymnów o krzyżu. Pochodzi z liturgii godzin, czyli brewiarza.

    Ilustracja: Hyacinthe Riguad “Ofiara Chrystusa”

    Witaj, krzyżu zwycięski,
    Zbroczony krwią Chrystusa
    Ceno naszej wieczności
    Zdobytej Jego męką!

    Drzewo twarde i szorstkie,
    Na tobie wisiał Jezus,
    Aby z Ojcem pojednać
    Swych braci marnotrawnych.

    Drzewo mocno wrośnięte
    W niewdzięczną glebę świata,
    Zapuść swoje korzenie
    W głębiny ludzkiej duszy.

    Światłem jesteś nadziei
    Na mrocznej drodze życia,
    Siłą w nocy cierpienia
    I portem dla zbłąkanych.

    Bogu w Trójcy jednemu
    Niech zawsze będzie chwała;
    Cała ziemia niech sławi
    Najświętszy znak zbawienia.
    Amen.

    ______________________________________________________________________

    Spojrzenie w niebo

    Hyacinthe Rigaud, „Ofiara Chrystusa”.
    Hyacinthe Rigaud, „Ofiara Chrystusa”.
    Olej na płótnie, 1695, Muzeum Rigaud, Perpignan


    *****

    Matkę Bożą i inne bliskie Chrystusowi osoby stojące pod krzyżem dostrzeżemy dopiero wtedy, gdy dokładniej przyjrzymy się obrazowi. Wydaje się, jakby znajdowały się bardzo daleko. Daleko są też mury Jerozolimy. Cała uwaga widza musi bowiem skupić się na twarzy Zbawiciela. On właśnie w tym momencie rozmawia ze swym Ojcem. Domyślamy się tego, widząc skierowane w niebo spojrzenie Jezusa.

    Cała scena, z wyjątkiem ciała Chrystusa, pogrążona jest w ciemności. Artysta namalował bowiem chwilę bezpośrednio poprzedzającą śmierć Zbawiciela, tak jak czytamy o niej w Ewangelii według św. Łukasza: „Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha” (Łk 23,45-46).

    W historii malarstwa jest mnóstwo obrazów przedstawiających Ukrzyżowanego, malowanych na zamówienie. Dzieło Hyacinthe’a Rigauda do nich nie należy. Francuski artysta namalował je bowiem nie na sprzedaż, lecz dla swojej matki. W jego twórczości poza „Ofiarą Chrystusa” nie ma zresztą obrazów religijnych. Rigaud zasłynął jako niezrównany portrecista i zamawiano u niego niemal wyłącznie portrety.

    W zbiorach muzeum w Perpignan znajduje się jednak jeszcze jedno, niemal identyczne dzieło Rigauda, namalowane 30 lat później. Matka artysty w swym testamencie zapisała bowiem obraz klasztorowi augustianów w Perpignan. Mieszkający w tym samym mieście dominikanie, gdy zobaczyli płótno, tak się nim zachwycili, że poprosili artystę o namalowanie takiego samego, specjalnie dla nich.


    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ukrzyżowany za nas

    Ukrzyżowany za nas

     

    “Dla mnie Bóg umarł, teraz chodzi już tylko o mnie i o moje sprawy” – mówi człowiek, grzesząc. Odpowiedź Boga: “Dokładnie tak, umarłem dla ciebie, mnie też chodzi tylko o ciebie i twoje sprawy”.

    W centrum wiary chrześcijańskiej znajduje się krzyż Jezusa. W naszym wielkopostnym cyklu staramy się przybliżać do tajemnicy Drzewa, na którym zawisło Zbawienie świata. Szukamy odpowiedzi na pytanie: co właściwie mówi nam Ukrzyżowany, jaką prawdę o Bogu i o człowieku przynosi?

    Pytaliśmy już o to, czy Jezus musiał umrzeć na krzyżu, odkrywaliśmy krzyż jako najważniejszą lekcję miłości. W dzisiejszej katechezie pytamy o to, w jakim sensie krzyż jest ofiarą i dlaczego śmierć Jezusa przyniosła wszystkim zbawienie?

    *****

    Ukrzyżowany za nas

    Francisco Ribalta, „Chrystus obejmujący św. Bernarda”
    Francisco Ribalta, „Chrystus obejmujący św. Bernarda”
    Olej na płótnie, ok. 1626, Muzeum Prado, Madryt ARCH. GN

    ***

    Krzyż na drogę – Wielki Post z Gościem. “Dla mnie Bóg umarł, teraz chodzi już tylko o mnie i o moje sprawy” – mówi człowiek, grzesząc. Odpowiedź Boga: “Dokładnie tak, umarłem dla ciebie, mnie też chodzi tylko o ciebie i twoje sprawy”.

    Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się od zrozumienia tajemnicy krzyża – pisał sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki. On sam całe swoje życie przybliżał się do tej tajemnicy. To była długa droga wewnętrznego dojrzewania, godzenia się z własnym krzyżem, umierania dla siebie. Poznajemy krzyż Jezusa właśnie tak – mocując się ze swoim. Poznanie Boga ma zawsze głęboki związek z naszym życiem, ze stanem naszego serca. Blachnicki po wojennych przejściach, tuż przed święceniami, notował: „Widzę, że misterium krzyża to jest przepaść, ogrom – coś, co można zgłębiać całe życie; coś, co zwycięża świat i rozwiązuje wszystkie jego problemy” (1949). Tuż przed śmiercią, osamotniony, schorowany, nierozumiany, na przymusowej niegościnnej emigracji, pisał: „Przeżywam wielkie przemiany w moim wnętrzu – szczególnie przez zbliżanie się do tajemnicy krzyża! (…) W dwóch momentach wyraża się wtedy działanie łaski. Kiedy, wśród płaczu i krzyku bólu, swój stan określam słowami: piekło, piekło na ziemi – równocześnie wyznaję: nie będę bluźnił Bogu, Chrystusowi, Maryi… będę milczał. Drugi moment – to ostateczne wypowiedzenie: Amen. Wierzę w Miłość kryjącą się za tym. Oddaję to w tajemnicy krzyża…” (1985).

    Kto potrzebuje usprawiedliwienia?
    Nie bluźnić, gdy wszystko idzie inaczej, niż chcemy, ale powiedzieć „Amen” z nadzieją, że Bóg jest większy, czyli przyjąć swój krzyż i ofiarować go Bogu wraz z krzyżem Chrystusa. Oto istota postawy ofiarnej, której uczy krzyż. Taka była droga ks. Blachnickiego i wielu innych świętych.
    Z krzyżem Chrystusa wiąże się nierozdzielnie temat ofiary. Słowo „ofiara” jakby dziś zblakło, nie tylko w mowie potocznej, ale także w kościelnej. Warto przywrócić mu znaczenie w myśleniu i w działaniu. Trzeba je jednak rozumieć właściwie. Ofiara jest darem, jej sensem jest miłość. Ojciec dał, czyli ofiarował nam Syna. Syn ofiarował siebie nam i Ojcu. Bóg nie szuka bólu, szuka miłości, a ta jest niemożliwa bez postawy ofiarnej, czyli rezygnacji ze swego.

    „Przez krzyż i mękę swoją odkupił świat” – powtarzamy na Drodze Krzyżowej. „Ukrzyżowany również za nas” – mówimy w credo. Osłuchały się nam pobożne zwroty: „Jezus złożył siebie w ofierze za nasze grzechy”, „poświęcił się dla nas”. Co to znaczy? Najistotniejsze są tutaj owe „dla nas” i „za nas”, które trzeba usłyszeć także jako „dla mnie” i „za mnie”. Jezus umarł za mnie. Ta prawda napotyka opór współczesnej mentalności. Z kilku powodów. Najważniejsze to utrata poczucia grzechu i przekonanie o samowystarczalności. Wydaje się nam, że sami potrafimy się zbawić, że nie potrzebujemy żadnego wybawcy. Myśl, że ktoś musi mi pomóc, że ktoś poświęca się dla mnie, wydaje się uwłaczać ludzkiej godności, ambicji i wolności. Żyjemy w czasach samorealizacji. Jesteśmy zdolni do ofiar, ale dla osiągnięcia własnego sukcesu. Także w religijności akcent przesuwa się w stronę samozbawienia, skoncentrowania na swoich przeżyciach czy praktykach, które mają zapewnić duchowy komfort. Nie czujemy potrzeby usprawiedliwienia, bo nie mamy sobie nic lub, w najlepszym razie, zbyt wiele do zarzucenia. Mamy za to sporo do zarzucenia Bogu, zwłaszcza w chwilach trudnych. Takie tony dominują dziś w masowej kulturze. Pod krzyżem Jezusa w gruncie rzeczy rozbrzmiewały podobne głosy.

    Bóg dał się osądzić
    „Być bogiem, która zna dobro i zło” – ta odwieczna pokusa daje znać o sobie w każdym naszym grzechu, we wszystkich próbach życia opartego tylko na sobie samym. Wydaje się nam, że dobro to prawo decydowania o sobie i innych według własnego pomysłu. Adam i Ewa, pierwsi buntownicy przeciwko Bożej miłości, są naszymi reprezentantami. W każdym z nas mieszkają Adam i Ewa. Wciąż chcemy stawiać siebie w miejsce Boga, wciąż chcemy Go osądzać. Biblia wskazuje, że istnieje jakaś tajemnicza, złowieszcza ludzka solidarność w czynieniu zła, której konsekwencją jest solidarność w śmierci.

    Dobra Nowina jest taka, że Bóg nie zostawił człowieka samemu sobie. Szukał go, przez proroków, wzywał, napominał, aby wprowadzić go na nowo na ścieżkę życia. Wreszcie sam wszedł w ludzką historię jako człowiek. Poddał się osądowi człowieka, by w ten sposób pokazać mu, jak bardzo się myli. Oddał życie za prawdę, która przynosi nam wyzwolenie.

    Jezus zapoczątkowuje nową solidarność. Bierze na siebie wszystkie skutki ludzkiego błądzenia, po to, by je pokonać. Św. Paweł: „Jak przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich ludzi wyrok potępiający, tak czyn sprawiedliwy Jednego sprowadza na wszystkich ludzi usprawiedliwienie dające życie. Albowiem jak przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wszyscy stali się grzesznikami, tak przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi” (Rz 5,18–19). Paweł posuwa się nawet do stwierdzenia: „Bóg dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w nim sprawiedliwością Bożą” (2 Kor 5,21). Jak to rozumieć? Ojciec zechciał, aby Jego Syn zjednoczył się z ludźmi grzesznikami, aby doświadczył na sobie skutków grzechu.

    Uczynił to po to, aby nas „wykupić” z panowania grzechu i śmierci oraz wprowadzić do życia w bliskości z Bogiem, w czystości serca. Starożytni pisarze kościelni pisali o „przedziwnej zamianie” miejsc między Chrystusem a nami. Św. Ireneusz z Lyonu: „Ze względu na swą nieskończoną miłość Bóg stał się tym, czym my jesteśmy, aby uczynić nas w pełni tym, czym On jest”. Jezus jest nowym Adamem, który odwrócił historię zbawienia. Adam zapoczątkował łańcuch nieprawości, Jezus zainicjował reakcję łańcuchową w przeciwną stronę, w kierunku powrotu ludzkości do Ojca.

    Można powiedzieć, że na krzyżu dokonał się sąd nad Adamem, którego wynik brzmi: uniewinnienie. Pobożna tradycja mówi, że krzyż Chrystus stoi nad grobem Adama. Na prawosławnych ikonach krzyż wbity jest w tzw. pępek świata. Pod nim znajduje się czarna otchłań, w której widnieje czaszka Adama. W tę otchłań spływa krew Jezusa. Ta krew obmywa z grzechu wszystkich buntowników: każdego Adama, każdą Ewę. Jeden z polskich teologów pisał kiedyś, że istotę grzechu można wyrazić słowami: „Dla mnie Bóg umarł; teraz chodzi tylko o mnie samego i o moją sprawę”. Słowa te nie muszą być wypowiedziane, ale takie jest sedno postawy człowieka. Tajemnica polega na tym, że te same słowa można włożyć w usta Boga: „Umarłem dla ciebie; teraz naprawdę chodzi tylko o ciebie i o twoją sprawę. Umarłem dla ciebie i właśnie dlatego jestem dla ciebie bardziej niż kiedykolwiek przedtem”. Takie jest uniwersalne przesłanie krzyża.

    Puste ręce
    „Wykonało się!” – zawołał Jezus z krzyża. W Pasji Bacha po tych słowach Jezusa rozbrzmiewa przepiękna modlitwa: „Mój drogi Zbawicielu! Pozwól, że spytam Cię teraz, kiedy już zostałeś przybity do krzyża i sam powiedziałeś: Wykonało się. Czy jestem uwolniony od śmierci? Czy przez Twoją mękę i śmieć uzyskałem królestwo niebieskie? Czy zbawienie świata jest tutaj? Nie możesz z bólu nic powiedzieć, ale skłaniasz głowę. I mówisz milcząco: tak. Daj mi, coś wysłużył. Niczego więcej nie pragnę”. Śmierć Chrystusa jest miejscem, w którym rozbłysła nadzieja na pojednanie wszystkich ludzi z Bogiem, ale ta największa łaska, jak każda łaska, domaga się przyjęcia. Dobra nie można narzucić siłą. Ukrzyżowany czeka na wolną decyzję człowieka, na wiarę i nawrócenie. Jeśli krzyż jest belką rzuconą nam na ratunek, to aby się uratować, trzeba się jej chwycić. Przykład dwóch łotrów wiszących obok Jezusa pokazuje, że możliwe są różne postawy. Pierwszy uznał swój grzech i wezwał: „Panie, ratuj!”. Drugi próbował do końca żyć po swojemu. Pierwszy umarł z modlitwą na ustach, drugi z przekleństwem.

    Kiedy lecę na dno, nigdy nie jestem sam. Razem ze mną jest Ukrzyżowany. Mogę uratować siebie w Nim. Chwila, która sądząc po ludzku jest przeklęta, może okazać się błogosławiona. Kiedy widzę, że sam nie dam rady, kiedy rozumiem, że nie mam nic, kiedy z mojej pychy, z moich ambicji zostaje tylko proch, jestem najbliżej ukrzyżowanego Zbawiciela. Przed Nim można stać tylko z pustymi rękami i wyciągać je w Jego stronę. Pod krzyżem widzę: kłamstwo grzechu, wielkość własnej winy, niepojętą siłę miłości Boga. Pod krzyżem uczę się mówić „tak”. Godzę się, by Bóg mną rozporządzał, by mnie poprowadził moją krzyżową drogą do wielkanocnego poranka. W czasie każdej Mszy św. uobecnia się ofiara Jezusa na krzyżu. Jednocząc się w komunii z ukrzyżowanym i zmartwychwstałym Panem, uczę się składać dziękczynienie. Nabieram sił, by ofiarować swoje życie jako dar: dla innych, dla Boga. „Kto nauczy się „składać dziękczynienie” na wzór ukrzyżowanego Chrystusa, może stać się męczennikiem, ale nigdy nie będzie prześladowcą” (Jan Paweł II).

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    _______________________________________________________________________

    Modlitwa św. Ignacego z Loyoli

    El Greco „Chrystus na krzyżu adorowany przez donatorów”
    El Greco „Chrystus na krzyżu adorowany przez donatorów”

    ***

    Krzyż na drogę – Wielki Post z Gościem. Na dzisiejszym obrazku znajdziemy modlitwę, w której nie ma wprawdzie wprost mowy o krzyżu, ale oddaje ona istotę naśladowania Jezusa Ukrzyżowanego. Sens tej modlitwy ofiarowania można zrozumieć, patrząc na krzyż.

    Zabierz, Panie, i przyjmij
    całą wolność moją,
    pamięć moją i rozum,
    i wolę moją całą,
    cokolwiek mam i posiadam.

    Ty mi to wszystko dałeś
    – Tobie to, Panie, oddaję.
    Twoje jest wszystko.

    Rozporządzaj tym w pełni
    wedle swojej woli.

    Daj mi jedynie miłość Twoją i łaskę,
    albowiem to mi wystarcza.
    Amen.

    _____________________________________________________________________________

    Krzyż w sercu

    Dominikos Theotokopulos, zwany El Greco, „Chrystus na krzyżu adorowany przez donatorów”.
    Dominikos Theotokopulos, zwany El Greco, „Chrystus na krzyżu adorowany przez donatorów”.
    Olej na płótnie, ok. 1580, Luwr, Paryż

    ***

    Dominikos Theotokopulos, zwany El Greco, „Chrystus na krzyżu adorowany przez donatorów”, olej na płótnie, ok. 1580, Luwr, Paryż

    Ten krucyfiks nie stoi na Golgocie. W tle próżno by szukać murów Jerozolimy, a pod krzyżem Chrystusa nie znajdziemy ani Matki Bożej, ani św. Jana. Burzowe chmury nie są częścią pejzażu, lecz należą do krajobrazu naszego serca.

    Obraz powstał na zamówienie mężczyzn, których widzimy z obu stron krzyża. Ksiądz składa ręce w modlitwie, świecki wymownym gestem kładzie rękę na sercu. Dzieło pokazuje ich pobożność i ma służyć jej kultywowaniu. 500 lat temu patrzyli na ten obraz tylko ich bliscy. To przypadek, że teraz w paryskim Luwrze mogą go oglądać miliony zwiedzających.

    Nie wiemy, kim są przedstawieni na obrazie fundatorzy dzieła. Pojawiały się różne hipotezy, ale żadna nie została udowodniona. Zapewne są to ludzie związani z nieistniejącym już zgromadzeniem hieronimitek w Toledo, być może jego dobroczyńcy, bo tam przez pewien czas obraz się znajdował. Najbardziej prawdopodobne, że są to bracia Diego i Antonio Covarrubias, sławni obywatele Toledo, miasta, z którym związał się El Greco.

    Namalowany z lewej Diego, starszy z braci, był arcybiskupem Santo Domingo, a także biskupem Ciudad Rodrigo i Segovii oraz jednym z najwybitniejszych ówczesnych hiszpańskich prawników. W chwili powstawania obrazu prawdopodobnie już nie żył (zmarł w 1577 r.). Antonio, profesor prawa na uniwersytecie w Salamance, bliski przyjaciel malarza, byłby w takim razie fundatorem dzieła.

    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sakrament ratunkowy

    Witraż w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Brzezinach Śląskich.
    Witraż w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Brzezinach Śląskich.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    *****

    Spowiedź jest łaską, której ogromu nie pojmujemy. Czasami jednak przeczuwamy – zarówno penitenci, jak i spowiednicy.

    Był ciepły majowy wieczór 2017 roku. Zadźwięczał telefon ks. Łukasza Zygmunta, kapelana Państwowej Straży Pożarnej w Kielcach (obecnie także rzecznika prasowego diecezji kieleckiej). Dzwonił strażak, prosząc o natychmiastowe przybycie na miejsce wypadku.

    – Poszkodowana matka z dzieckiem. Potrzebne księdza wsparcie – usłyszał.

    Kiedy kapłan przybył na wskazane miejsce, zorientował się, że zdarzyła się tragedia. Ciało potrąconego czteroletniego dziecka leżało już za parawanem, nad nim płakała babcia. Strażacy wyjaśnili, że matka chłopca w ciężkim stanie została zabrana przez zespół ratunkowy.

    – Pojechałem do szpitala, żeby udzielić jej sakramentów. Przed salą intensywnej terapii zobaczyłem płaczącego męża potrąconej kobiety. Po spełnieniu posługi wróciłem na miejsce zdarzenia, ale nie dawała mi spokoju myśl, że ojciec zabitego dziecka pozostał w tej tragedii sam. Poczułem, że powinienem pojechać do jego domu – opowiada.

    Przybył tam już po zmroku. W domu światło było zgaszone. Mężczyzna siedział w pokoiku swojego syna i patrzył w jeden punkt.

    – Przedstawiłem się. Poznał mnie. Usiadłem, a on zaczął opowiadać o dziecku, o żonie. Mówił, że syn był wspaniały, grzeczny, że w nim pokładał swoje nadzieje. Czułem, jak wielki ból przeszywa jego duszę. Po chwili powiedział: „Proszę o modlitwę, bo ja nie umiem się teraz modlić”. Zacząłem się modlić Koronką do Bożego Miłosierdzia, potem Różańcem. W pewnym momencie ten człowiek poprosił mnie o spowiedź. Zaczął wyznawać swoje grzechy z całego życia. Płakał. Kiedy wyciągnąłem ręce nad jego głową, wypowiadając słowa rozgrzeszenia, miałem wrażenie, jakby ogarnęło go Boże światło – wspomina duchowny. Wciąż porusza go to, co nastąpiło w tym momencie. Mężczyzna wyprostował się. „Proszę księdza, ja mam dla kogo żyć. Moja żona walczy o życie, muszę zorganizować pogrzeb syna” – powiedział. Zaczął zapalać światło w całym domu.

    – Poczułem wtedy, jak sprawdzają się słowa, które wypowiedział Chrystus do apostołów po swoim zmartwychwstaniu: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone…”. Autentycznie czułem obecność Jezusa Chrystusa, który w tym cierpieniu przyszedł przez sakrament pokuty i pojednania do serca tego człowieka. Z ciemności zrodziło się światło, z niepokoju zrodził się wielki pokój, a z bólu nadzieja. Uświadomiłem sobie, że Pan Jezus, kiedy odpuszcza nam grzechy, przychodzi ze swoim pokojem – zamyśla się kapłan.

    Pokój Chrystusowy pozostał w sercu tego mężczyzny także w kolejnych dniach. Ksiądz na jego prośbę towarzyszył mu przy pożegnaniu z synem przed pogrzebem. – Widziałem, że cały czas mimo bólu, jaki przeżywał, Jezus Chrystus przytula go do swojego serca – wspomina. Zapewnia, że to było dla niego ważne doświadczenie: widzieć, jak realnie spowiedź daje pokój, którego świat dać nie może.

    – Jako kapelan straży pożarnej jestem obecny razem z psychologiem przy wielu różnych tragediach. Najczęściej on wysyła mnie jako pierwszego, żebym wyczuł sytuację, żebym ocenił, czy on jest potrzebny, czy też trzeba raczej modlitwy i Bożego ratunku. Bo są sytuacje, których człowiek nijak nie może wytłumaczyć ludzkim językiem, ale może pomóc błogosławieństwem czy sakramentalnym rozgrzeszeniem – zaznacza.

    Chciałam apostazji

    Spowiedź nie jest zabiegiem kosmetycznym. Chodzi w niej nade wszystko o odnowienie relacji z Bogiem.

    „Kiedy idę do spowiedzi, to po to, aby doznać uzdrowienia, uleczyć swoją duszę. Aby wyjść z większym zdrowiem duchowym. Aby przejść od nędzy do miłosierdzia. A centrum spowiedzi nie są grzechy, które wypowiadamy, ale Boża miłość, którą otrzymujemy i której zawsze potrzebujemy. W centrum spowiedzi jest Jezus, który czeka na nas, słucha nas i nam przebacza” – przypomina papież Franciszek. I dodaje: „Pamiętajmy o tym: w sercu Boga jesteśmy wcześniej niż nasze błędy”.

    Tej uprzedzającej miłości Boga doświadczyła niedawno Katarzyna z Rybnika. Przez 18 lat była w ruchu Hare Kriszna. Z początku bardzo się angażowała, ale jej zapał stopniowo gasł, tłumiony przez życiowe trudności. W końcu przestała wierzyć w boga Krisznę, ale też w ogóle w Boga. Mimo to narastał w niej gniew na Boga, w którego, jak deklarowała, nie wierzyła.

    – Kiedy w drodze do pracy przechodziłam koło bazyliki, strasznie wyzywałam na Jezusa, obwiniałam Go o wszystko, co wydarzyło się w moim życiu. I robiłam to najgorszymi epitetami, jakie znałam. Ponieważ wciąż byłam formalnie katoliczką, na początku minionego roku postanowiłam dokonać apostazji. Myślałam: nie wierzę w Boga, nie chcę mieć nic wspólnego z żadną religią, więc po co ta fikcja – opowiada.

    Już chciała sfinalizować formalności, ale przyszło jej do głowy, żeby najpierw zrobić kurs prawa jazdy. Jej instruktorem został Piotr, jak się później okazało – członek ewangelizacyjnej Wspólnoty Jezusa Miłosiernego. Nie rozmawiali o Bogu, nic nie wiedzieli o sobie.

    W nocy z 23 na 24 kwietnia minionego roku stało się coś dziwnego. – Przyśnił mi się Pan Jezus jako światło. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że to jest On. To światło jakby weszło we mnie i usłyszałam wewnątrz siebie: „Głoś moje miłosierdzie”. I koniec. To wszystko. Ale kiedy się obudziłam, moja rzeczywistość całkowicie się zmieniła. Zrodził się we mnie ogromny głód poznania Jezusa. To było dla mnie wielkie zaskoczenie. Kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje. Przecież przestałam wierzyć w Boga… – uśmiecha się.

    Z determinacją zaczęła szukać informacji o Jezusie w internecie, pytała znajomych, ale nie otrzymała satysfakcjonujących odpowiedzi. Aż nadszedł dzień, gdy miała ostatnią jazdę w ramach kursu.

    – Nagle to się we mnie skumulowało i mówię do Piotra: „Ty, ja się chyba nawróciłam”. Myślałam, że weźmie mnie za wariatkę, a on spojrzał na mnie i powiedział: „Tak? Kontynuuj”. Ja do niego: „A ty jesteś w ogóle wierzący?”. On potwierdził, więc zaczęłam opowiadać. Kiedy skończyłam, Piotr powiedział mi, że ten sen miałam w nocy przed świętem Miłosierdzia Bożego. „To nie jest przypadek” – stwierdził i zaprosił mnie na następny dzień na spotkanie Wspólnoty Jezusa Miłosiernego – wspomina Kasia.

    Piotr przed spotkaniem podarował jej Nowy Testament. „To jest najlepsza książka o Panu Jezusie” – powiedział.

    Na spotkaniu usiadła z tyłu kościoła. – Kiedy zaczęło się uwielbienie, ryczałam jak bóbr. Potężnie doświadczałam w tym uwielbieniu obecności Boga. Czułam, jakby robił operację na moim sercu. W nocy zaczęłam czytać Pismo Święte. Gdy doszłam do opisu tonącego Piotra i przeczytałam pytanie Jezusa: „Dlaczego zwątpiłeś?”, to było jakby do mnie. Potem każde spotkanie było dla mnie takie „łzawe” i głęboko mnie przemieniało. Ale już po pierwszym zaczęłam chodzić do kościoła. Razem z tym pojawiła się we mnie ogromna potrzeba spowiedzi, oczyszczenia, i pragnienie przyjmowania Komunii. Tylko że nie wiedziałam, jak do tego podejść. Gorąco modliłam się o możliwość wyspowiadania się, ale nie znałam żadnego księdza i to mnie blokowało. Jedynym „ludzkim”, znanym mi, był ksiądz Adrian, opiekun wspólnoty, ale nie miałam odwagi, żeby go poprosić. A potrzeba narastała. Aż któregoś dnia po spotkaniu ksiądz Adrian podchodzi i mówi: „Widzę, że regularnie przychodzisz. Jak tam u ciebie z sakramentami?”. Odpowiedziałam, taka dumna: „Chrzest, Komunia i bierzmowanie są” – bo nawet nie wiedziałam, że spowiedź to też sakrament. A on: „A u spowiedzi kiedy byłaś?”. Ja na to: „Eeee… 30 lat temu?”. Ksiądz upewnił się, czy rzeczywiście chcę się wyspowiadać i mówi: „To co, umawiamy się na poniedziałek?” – wspomina.

    To się dopełniło

    Katarzyna próbowała się przygotować. – Jak zobaczyłam w internecie te różne klucze do rachunku sumienia, to się zdziwiłam. O wielu rzeczach nawet nie wiedziałam, że to są grzechy. W końcu przygotowałam się po swojemu na podstawie Dekalogu i z ogromnym stresem poszłam. To był dla mnie akt dużej odwagi. Ksiądz czekał na mnie przed kościołem. Powiedziałam, że nie wiem, jak to się robi, nie pamiętałam żadnych formułek. On uspokoił mnie, powiedział, żebym się nie martwiła. Usiedliśmy w salce przy stoliku i już to mnie zdziwiło, że tak normalnie, a nie „w szafie”. I zaczęłam. To był odlot, że spowiadam się przed księdzem. Była to dla mnie pierwsza w życiu głęboka spowiedź, a przy tym także symboliczne pogodzenie się z Kościołem. Odczułam po niej ogromną radość i wielką ulgę; jakbym stała się o 20 kilo lżejsza. Miałam wrażenie, że Bóg mnie przytulił. Że stanęłam przed miłosiernym Bogiem, który już mi wcześniej wybaczył, ale teraz się to dopełniło. Czułam, że zostałam oczyszczona i spłynął na mnie ogromny pokój. Poczułam też wielkie zaufanie. Z niecierpliwością czekałam, żeby przyjąć Jezusa Eucharystycznego. Na drugi dzień, podczas Mszy wspólnotowej, poszłam pierwszy raz od 30 lat do Komunii. Dla mnie było to ogromne przeżycie i od tej pory zawsze, gdy przyjmuję Komunię, bardzo mnie to wzrusza. Mam poczucie, że ta spowiedź zamknęła pewien etap mojego życia. Poczułam, że jestem znów częścią Kościoła, z którego kiedyś odeszłam.

    Przebaczono mi

    Krytycy sakramentu pokuty uważają, że spowiedź jest utwierdzaniem człowieka w poczuciu bezgrzeszności. Nic podobnego. Spowiedź przynosi świadomość przebaczenia, a to zasadnicza różnica. W człowieku, który doświadcza Bożego przebaczenia, budzi się wdzięczność, a nie zarozumiałość. „Ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje” – mówi Jezus (Łk 7,47b). Tym samym ten, komu wiele wybaczono, wiele miłuje. To miłość pełna pokoju.

    – Ludzie dziś często udają się do różnych specjalistów. Owszem, to jest ważne, istotne. Bóg działa przez lekarzy. Niech jednak pamiętają o zwróceniu się do Tego, który potrafi leczyć rany duszy i wnosić pokój w nasze życie przez sakrament pokuty i pojednania – przekonuje ks. Łukasz Zygmunt.

    Spowiedź jest zdarzeniem przełomowym w życiu wielu chrześcijan. Przełom ten nie wynika z geniuszu spowiednika, lecz z miłosierdzia Bożego, które wylewa się na skruszonego grzesznika. Po naszej stronie jest decyzja syna marnotrawnego: „Wstanę i pójdę do mojego Ojca”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SIEDEM GRZECHÓW GŁÓWNYCH

    Pycha – matka grzechów

    Dama przegląda się w lustrze, a tam zamiast jej odbicia ukazuje się demon. Tak Bosch ukazał  w sposób symboliczny grzech pychy.
(Hieronymus Bosch „Siedem grzechów głównych”, olej na blacie stołu, ok. 1480, Muzeum Prado, Madryt.)
    Wikipedia/Gość Niedzielny

    *******

    Dama przegląda się w lustrze, a tam zamiast jej odbicia ukazuje się demon. Tak Bosch ukazał w sposób symboliczny grzech pychy. (Hieronymus Bosch „Siedem grzechów głównych”, olej na blacie stołu, ok. 1480, Muzeum Prado, Madryt.)

    Pycha zawsze prowadzi do porażki, nawet jeśli pysznemu zdaje się, że właśnie wygrywa.

    Pycha i z nieba spycha – głosi polskie porzekadło. Mądrze. Bo pośród zastępów osób aspirujących do niebieskich glorii znalazło się wielu grzeszników, niekiedy i takich, którzy swoje ludzkie słabości wyeksponowali celowo, by uniknąć famy świętości. Nie ma wśród nich jednak nikogo, kto uporczywie trwałby w pysze. Bo pyszny nigdy nie prosi o miłosierdzie. Nie potrzebuje go, wszak wszystko wie najlepiej, również na temat tego, czego mu potrzeba, by do nieba trafić.

    Człowiek jak Bóg

    Rajską harmonię opisaną w Księdze Rodzaju przerwał syk węża: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?”. Ewa, naiwnie wchodząc w ten dialog (jakże naiwni jesteśmy za każdym razem, kiedy to robimy!), zdecydowała się wytłumaczyć, że nie tak sprawę postawił Stwórca. (Aczkolwiek i w jej wypowiedzi pojawiła się nieścisłość. O dotykaniu drzewa, które rosło pośrodku ogrodu, nie było przecież wcześniej mowy.) Usłyszała na to: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło”.

    Tak jak Bóg. Będziecie jako bogowie. Od początku istnienia ludzkości ten dramat się powtarzał miliardy razy. Zawsze wtedy, gdy człowiek musiał sobie wytłumaczyć, że Pan Bóg właściwie nie zakazał czegoś, na co akurat człowiekowi przyszła ogromna ochota, a jeśli zakazał, to zrobił to… bezpodstawnie. I choć na zakończenie popularnego filmu „Adwokat diabła” grający diabła Al Pacino cedzi cynicznym głosem: Vanity is my favourite sin (Próżność jest moim ulubionym grzechem), w rzeczywistości chodzi o pychę. O tak, ona jest z pewnością jego ukochaną bronią i najskuteczniejszą. Nie ma nic prostszego niż wmówić człowiekowi, że może być jak Bóg. I nic bardziej destrukcyjnego.

    Krzyk zadośćuczynienia

    Mędrzec Kohelet, komentując postawę głupiego i mądrego, stwierdził, że mądry jest ten, kto ma w swojej głowie oczy. Głupiec chodzi w ciemności (por. Koh 2,14). Słowa te skomentował święty Grzegorz z Nyssy: „Ktokolwiek ma oczy w głowie – przez głowę rozumiem początek i zasadę wszystkiego – ten wpatruje się w Najwyższe Dobro, to znaczy w Chrystusa”. Wielkopostna droga do wolności, choć każdego z nas prowadzić może odmiennymi meandrami, zasadę ma jedną: trzeba się na niej wpatrywać w Najwyższe Dobro. To znaczy w Chrystusa. Tysiące lat po spektakularnym upadku ludzi, którzy mieli być „jak bogowie”, z Golgoty padną słowa ukrzyżowanego Syna Bożego: „Czemuś mnie opuścił?”. To pytanie Chrystusa, cytat z psalmu, przez następne wieki stanowić będzie źródło wielu dociekań, a nawet nieporozumień. W większości jednak komentarzy dominował jeden głos: Jezus z wysokości krzyża, wypełniając w całości wolę Ojca, „ogołocił samego siebie”. Jeden z mistyków nadreńskich Henryk Suzo napisze: „Ach, cóż by to była za rozkosz, we wszystkich cierpieniach, w każdym opuszczeniu, we wszystkich okolicznościach umieć się całkowicie zdać na Boga, tak jak to czynił nasz umiłowany Pan. On zdawał się na Niego z taką pełnią, jakiej nigdy nie osiągnęło stworzenie. Wołał »Boże mój, Boże mój, dlaczegoś mnie opuścił?« (Mt 27,46). Zdał się na Boga do końca, dopóki się wszystko nie wypełniło”. Wiele wieków później Fulton Sheen powie o tym krzyku Jezusa, że było to zadośćuczynienie za grzech pychy. Koło historii w ten sposób się zamknęło. Aby jednak zrozumieć istotę tego, co się wydarzyło, i dlaczego z perspektywy człowieka było tak ważne, należy zapamiętać dwa słowa – „pusty” i „pełny”.

    Uwielbiać siebie mimo wszystko

    „Pełny siebie” – w języku angielskim full of himself –może w rzeczywistości oznaczać kogoś, kogo po polsku nazwiemy próżnym. I to się świetnie wpisuje w kontekst pierwszego z grzechów głównych, pychy, czyli – jak powie święty Grzegorz – „królowej i matki wszystkich wad”. „Czy ty mnie naprawdę uwielbiasz?” – zapytał Próżny Małego Księcia, który odwiedził jego planetę. „Co to znaczy uwielbiać?” – odpowiedział pytaniem Mały Książę. Próżny wyjaśnił, że uwielbiać oznacza uznać za najpiękniejszego i najmądrzejszego na całej planecie. „Ależ poza tobą nikogo na planecie nie ma!” – wykrzyknął Mały Książę. „Zrób mi tę przyjemność: uwielbiaj mnie mimo wszystko” – odpowiedział Próżny. Pozostawiając z uśmiechem na boku francuską opowiastkę, od „próżnego” powróćmy do „pełnego siebie”. Potoczny angielski, ale i niektóre biblijne wersety nazywają nim bowiem człowieka pysznego. I jest to bardzo dobre określenie, choć jeszcze Ewagriusz z Pontu próżność i pychę w katalogu „demonów” rozdzielał. Człowiek „pełny siebie” nigdy nie znajdzie w sobie miejsca dla Boga (o innych ludziach nie wspominając). Święta siostra Faustyna napisała: „Pycha duszę utrzymuje w ciemności. Ona nie wie i nie chce dokładnie wniknąć w głąb swej nędzy, maskuje się i unika wszystkiego, co by ją uleczyć miało” (Dzienniczek, nr 113). Czy XXI wiek nie jest przypadkiem wiekiem ludzi „pełnych siebie”?

    Matka grzechów

    Kościół naucza: „Przeciw miłości Bożej można grzeszyć w różny sposób. Obojętność zaniedbuje lub odrzuca miłość Bożą; nie uznaje jej inicjatywy i neguje jej moc. Niewdzięczność pomija lub odrzuca uznanie miłości Bożej, jak również odwzajemnienie się miłością na miłość. Oziębłość jest zwlekaniem lub niedbałością w odwzajemnieniu się za miłość Bożą; może zakładać odmowę poddania się poruszeniu miłości. Znużenie lub lenistwo duchowe posuwa się do odrzucenia radości pochodzącej od Boga i do odrazy wobec dobra Bożego. Nienawiść do Boga rodzi się z pychy. Sprzeciwia się ona miłości Boga, zaprzecza Jego dobroci i usiłuje Mu złorzeczyć jako Temu, który potępia grzech i wymierza kary” (KKK 2094). To znamienne, że pycha najpierw określona jest przez swoją relację z innym grzechem – nienawiścią do Boga. Jest jej matką. Dopiero potem następuje wyszczególnienie podstawowych funkcji pychy, która – jak zapisano w Katechizmie – sprzeciwia się miłości Boga, zaprzecza Jego dobroci, złorzeczy Jego sprawiedliwości. „Będziecie jako bogowie” wraca z niesłabnącym impetem, przełożone z diabelskiego syku na język ludzi: Bóg mnie nie kocha, Bóg nie jest dobry, Bóg nie ma prawa potępiać grzechu, Bóg nie może karać. Bardzo istotne w tej sekwencji jest to, że właśnie Bóg jest pierwszym adresatem manifestu pyszałka. Inni ludzie zazwyczaj pojawiają się na drugim planie, aczkolwiek pycha jednego człowieka zawsze ma konsekwencje w relacji z innymi. „Zazdrość często pochodzi z pychy” – uczy Katechizm (KKK 2540).

    Pismo Święte zawiera częste odniesienia do pychy, nazywając ją kłamstwem i iluzją. Pyszny nie może liczyć na pomoc Bożą, przeciwnie – czytamy wielokrotnie, że Bóg pysznym się sprzeciwia albo pysznych upokarza. „W pysze swojej powiada występny: »Nie pomści; nie ma Boga«: oto jest całe jego myślenie. (…) Myśli on sobie: »Ja się nie zachwieję; nie zaznam niedoli w najdalsze pokolenia«. (…) Mówi w swym sercu: »Bóg nie pamięta, odwraca swe oblicze, nigdy nie zobaczy«” (Ps 10). Bóg nie zobaczy. Bóg nie pamięta. Ja się nie zachwieję – brzmią jak codzienny pacierz pysznego. Bo przecież, choć powszechnie zrozumiała i znana, pycha ma wiele twarzy. Cechą charakterystyczną każdej z nich jest odebranie Bogu należnego Mu miejsca. To dlatego „matka grzechów” jest jej najwłaściwszym imieniem.

    Konsumować siebie

    „Hardemu się zda, że nikt mu nie rówien” – zapisał Mikołaj Rej. Pycha to rzeczywiście bezkrytyczne mniemanie o sobie, wynoszenie się ponad innych – definiują teologowie. Jest to żądza wywyższania samego siebie, podkreślania swojej wyższości za wszelką cenę. Wiążą się z nią wygórowane ambicje, zarozumiałość, pożądanie honorów, namiętne szukanie uznania i poklasku, stawianie na pierwszym miejscu własnego „ja”. Z jej definicją jest jednak w języku polskim pewien problem, bo „pyszne” bywają ciastka, a „pycha!” krzyczymy zazwyczaj, klepiąc się po pełnych brzuchach. Owszem, jedną z podstawowych cech pychy w naszej codzienności jest to, że trudno jest nam ją w sobie zlokalizować, zdiagnozować, nazwać. W problemach psychologicznych zatracamy jej prawdziwy wymiar, balansując pomiędzy kompleksami i brakiem samoakceptacji oraz neurotycznym perfekcjonizmem. A przecież to skojarzenie z obżarstwem i pełnym brzuchem jest znamienne. Obżarciuch to ten, kto będzie konsumował na okrągło, nie dla przetrwania, lecz dla przyjemności podniebienia. Nawet jeśli żołądek będzie w stanie opłakanym. Pyszny to ten, kto nigdy nie ma mało siebie, wciąż przenosi nad wszystko inne, zwłaszcza Boga, swoje ego, i nigdy nie będzie mu go mało. Pyszny człowiek żywi się sobą. Bez względu na to, czy główną składową tego pokarmu jest wygórowane mniemanie o sobie, czy raczej kompleks siebie i własnej historii życiowej. Egocentryzm to drugie imię królowej w gronie siedmiu grzechów głównych. Przy tej okazji przypomina się anegdota o żabie, która widząc na pastwisku osła i będąc pod ogromnym wrażeniem jego jakże imponującej postury, zapragnęła stać się jak on. Nadymała się ze trzy razy, za każdym razem pytając siedzące obok żabięta, czy wygląda już tak wspaniale jak osioł. Odpowiedź za każdym razem była negatywna. Żaba pękła przy kolejnej próbie nadęcia się i powiększenia swoich gabarytów, a nauka płynąca z jej głupoty jest taka: jeśli spotykasz na tej ziemi takich, którzy ci imponują, uważaj. Bo nawet jeśli zdają się szczęśliwsi, lepiej ubrani, więcej zarabiający i doskonale ustawieni życiowo, wciąż są tylko ludźmi. Nie potępiaj Boga za swoją życiową historię, mrucząc pod nosem: „Gdybym urodził się dwadzieścia lat później, wszystko byłoby inne”; „Gdybym spotkała innego mężczyznę, z pewnością moje życie potoczyłoby się inaczej”; „Gdyby moi rodzice poświęcali mi więcej uwagi, miałbym więcej poczucia własnej wartości”; „Gdyby mój proboszcz nie nakrzyczał na mnie przed Pierwszą Komunią, wciąż chodziłbym do kościoła”. Oczywiście czasy, w których przyszedłeś na świat, negatywne doświadczenia z dzieciństwa, porażki uczuciowe, relacje z duchownymi – to wszystko miało wpływ na twój rozwój. Ale jeśli w to wszystko nie wpuścisz Boga, zatrzymany na sobie wciąż będziesz konsumował siebie, podsycany mirażami wyobrażeń o innych.•

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pycha

    Pycha

    *******

    Modlitwa o pokorę

    Panie, uwolnij mnie od pychy,
    która jest źródłem wszystkich grzechów.
    Daj mi łaskę rozpoznania chorych ambicji,
    które każą mi gonić za fałszywą wielkością
    albo wpychają w kompleksy.
    Jezu umęczony na krzyżu,
    posłuszny we wszystkim Ojcu,
    proszę o pokorne serce na wzór Twojego Serca,
    proszę o pokorne oczy, które widzą siebie i innych w prawdzie.

    „Panie, moje serce się nie pyszni i oczy moje nie są wyniosłe. Nie gonię za tym, co wielkie, albo co przerasta moje siły. Przeciwnie: wprowadziłem ład i spokój do mojej duszy. Jak niemowlę u swej matki, jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza. Izraelu, złóż w Panu nadzieję odtąd i aż na wieki!” (Ps 131)

    *******

    Pycha nasza powszednia

    Pycha nasza powszednia
    fot. East News/Mondadori/Gość NIedzielny

    Pycha namawia człowieka do chorobliwego kreowania swojego wizerunku.

    Św. Grzegorz Wielki nazwał ją „królową i matką wszystkich wad”. Pycha w jakiejś formie dopada nas wszystkich, bez wyjątku. „Będziesz jak Bóg” – to najstarsza z pokus. Dziś nadal ma się bardzo dobrze.

    Pierwsze miejsca, najwyższe stołki, wynoszenie się nad innych – to jej specjalność. Nawet wśród siedmiu grzechów głównych zajęła pierwsze miejsce. Według zgodnej opinii wielu chrześcijańskich pisarzy, ascetów, teologów moralistów, pycha w pełni na nie zasługuje. Oczywiście wszystkie ludzkie wady są ze sobą powiązane, jedna bardzo często staje się przyczyną innych. A jednak pycha słusznie uważana jest za korzeń wszelkich ludzkich przywar. Św. Augustyn pisał, że „jest ona tęsknotą za perwersyjnym wyniesieniem”. W każdym z nas mieszka tęsknota za wielkością, znaczeniem, potrzeba bycia kimś. To są, podkreślmy, dobre pragnienia. Ale pycha atakuje dokładnie w tym punkcie. Oszukuje człowieka fałszywą wizją wielkości, obiecuje złote góry, które okazują się zamkami na piasku. Pycha rozdyma ludzkie ego jak wielki balon, który unosi się szybko w górę, ale prędzej czy później pęknie z hukiem.

    Oblicza ludzkiej pychy
    Nie ma człowieka całkowicie wolnego od pychy. Niełatwo ją zdemaskować, ponieważ ma wiele różnych form. Jest jak grypa, która wytwarza ciągle nowe mutacje, dostosowując się do życiowych okoliczności. Jeśli odniosłeś sukces, wmawia ci, że jesteś mistrzem świata; jeśli przegrałeś, wpycha w kompleksy, frustrację, pretensje do Boga, do innych. Pycha każe nam nieustannie porównywać się z innymi. Zmusza do tego, by koncentrować się na tym, czego nam brakuje, zamiast cieszyć się i doceniać to, co mamy.
    O. Józef Augustyn wymienia cztery podstawowe rodzaje pychy. Pierwsza to dążenie do kariery za wszelką cenę. Czyli po trupach do celu, nieustanna rywalizacja, ciągły wyścig. Byle tylko zdobyć podziw i uznanie. Klasycznym przykładem mógłby być tytułowy bohater filmu „Wodzirej”.

    Nieco inna wersja: wywyższanie się nad innych w każdej sytuacji. Łączy się to z pewną dozą mściwości, która wyraża się złośliwością, docinkami, ironią, a czasem wręcz upokarzaniem innych. Kolejną mutacją pychy jest perfekcjonizm. W tym przypadku nie chodzi o zewnętrzny sukces czy podziw innych, ale raczej o udowodnienie sobie samemu, że jestem dobry, że to, co robię, jest bez zarzutu, że realizuję konsekwentnie swój plan. Perfekcjonista będzie w nieskończoność szlifował, poprawiał, zdmuchiwał pyłki z dzieła i nigdy nie będzie zadowolony. Pycha może objawiać się wreszcie jako mania wielkości. To ucieczka w marzenia, w wyniosłe przekonanie o sobie, że „ja i tak jestem wielki”. To właściwie rodzaj narcyzmu. Ten rodzaj pychy jest bardzo podatny na kompleksy. Poczucie niższości bywa ukrytą formą pychy.

    Pychę przedstawiano dawniej symbolicznie jako postać wpatrującą się z upodobaniem w lustro. Dziś tym „lustrem” pychy stały się ekrany komputerów i telewizorów. Media elektroniczne są wymarzonym instrumentem, na którym pycha wygrywa swoje melodie. Jaka to melodia? Próżność, przemożne pragnienie zaistnienia choć przez chwilę, obsesja dbałości o wizerunek, niekończący się talk-show gadających głów, które przekrzykują się nawzajem: ja, ja, ja. Nawet grzech można sprzedać telewizji jako powód do chluby, opakowany w hasło „nie jestem hipokrytą”.

    Wieża Babel, czyli po co nam Bóg
    Ukryte ostrze pychy jest wymierzone przeciwko Bogu. To najgroźniejszy aspekt tego grzechu. Katechizm Kościoła Katolickiego przestrzega, że pycha może rodzić nienawiść do Boga (2094). Biblijnym symbolem pychy wymierzonej przeciwko Stwórcy jest wieża Babel. Ludzie zapragnęli sięgnąć nieba (i słusznie), ale sami, bez Boga (na tym polegał ich błąd). Biblijny opis nie mówi wprost o złych zamiarach tych ludzi. Oni po prostu chcieli się zjednoczyć, aby stworzyć wspólne dzieło. Ale Stwórca został przez nich zignorowany, nie prosili Go o błogosławieństwo, wierzyli już tylko w potęgę własnego rozumu i umiejętności. Pycha wyraża się w pragnieniu całkowitej niezależności, samodzielności, samowystarczalności, wolności od Boga i Jego praw. To próba budowania raju na ziemi o własnych siłach, wbrew Stwórcy. To echo szatańskiej pokusy: „Będziecie jak Bóg”.

    Pokusa porządkowania świata bez liczenia się z Bogiem pojawia się stale w historii. Także dzisiejsza zachodnia cywilizacja przypomina budowanie wieży Babel. Bóg został zdetronizowany. Jego miejsce zajęły demokracja, nauka, ekonomia, rozrywka… To są oczywiście ważne wartości, ale pycha zasłania nimi Boga. Sobór Watykański II mówił o „słusznej autonomii rzeczy ziemskich”, ale tłumaczył też, że „jeżeli słowom »autonomia rzeczy doczesnych« nadaje się takie znaczenie, że rzeczy stworzone nie zależą od Boga, a człowiek może ich używać bez odnoszenia ich do Boga, to każdy uznający Boga wyczuwa, jak fałszywymi są tego rodzaju zapatrywania. Stworzenie bowiem bez Stworzyciela zanika” (KDK 36). Sedno sprawy jest w tym, że człowiek nie godzi się na status stworzenia, odrzuca prymat Boga, sama idea posłuszeństwa napawa go obrzydzeniem. Wyraża się to w konkretnych postawach. Na przykład w pragnieniu kontroli nad ludzkim życiem, zwłaszcza jego początkiem i końcem. Bywa, że w tej samej klinice w jednym skrzydle dokonuje się aborcji, a w drugim zapłodnienia in vitro. Eutanazja, klonowanie, eksperymentowanie na ludzkich zarodkach – te zjawiska biorą się z pychy. W świecie, w którym człowiek czuje się absolutnym panem wszechrzeczy, jakakolwiek próba postawienia granic technologii zostaje zakrzyczana jako zamach na wolność i naukę. Ludzie zawsze grzeszyli, ale dziś nie chcą w ogóle słyszeć o grzechu. Pycha fałszuje rzeczywistość, stroi zło w piórka obrony słusznych ludzkich praw, a w gruncie rzeczy broni egoizmu.

    Pycha mieszka też w Kościele
    Tak, pycha nie omija również Kościoła, atakuje ludzi religijnych. Już apostołowie pokłócili się o to, który z nich jest największy. Historia chrześcijaństwa dostarcza wielu przykładów pychy. Ileż to razy stawiano znak równości między autorytetem władzy kościelnej i władzy Boga? Ile razy pojawiała się pokusa umacniania wiary z pomocą ziemskiej władzy? „Walkę o to, żeby królestwo Jezusa nie było utożsamiane z żadną formacją polityczną, trzeba toczyć przez wszystkie stulecia” – podkreśla Benedykt XVI. Umywanie nóg przez Jezusa pozostaje często tylko pobożnym symbolem, zamiast być zobowiązującym wzorem wszelkiej kościelnej aktywności.

    To pycha była źródłem podziałów Kościoła. „Doniesiono mi bowiem o was, (…), że zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z was mówi: »Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa«. Czyż Chrystus jest podzielony?” – pisał z bólem św. Paweł. Te słowa w historii chrześcijaństwa, niestety, nabierały raz po raz bolesnej aktualności. Pycha ludzi pobożnych przybiera na ogół postać faryzeizmu. W czym się on wyraża? W poczuciu wyższości czy „lepszości”, przekonaniu o monopolu na prawdę, w mocniejszej wierze w pobożne praktyki niż w Boga, w zanikaniu pojęcia łaski, w agresji wobec ludzi żyjących z daleka od Boga, uwikłanych w grzechy czy nałogi. Kiedy pycha wymyka się spod kontroli, najwspanialsze dzieła w Kościele kończą się klęską. Przykładów na to jest bez liku.

    Pokora człowieka, pokora Boga
    Lekarstwo jest jedno: pokora. Pycha maluje karykaturalny obraz pokory. Nie, nie trzeba bynajmniej naśladować bohatera legendy o św. Aleksym, leżącego pod schodami i polewanego pomyjami. Pokora to widzenie siebie w prawdzie. Łączy się ona ze zdrowym poczuciem własnej wartości, płynącym z przeświadczenia, że życie jest cudownym darem Boga. Lekiem na pychę nie jest tzw. garbata pokora, która każe stać pod ścianą i powtarzać, że „jestem do niczego”. U korzeni pokory jest zgoda na zależność od Boga, wdzięczność, odkrycie, że wolość jest cudownym darem Boga.

    Pokory można uczyć się od samego Boga. Jego wielkość nie upokarza nas w żaden sposób, właśnie dlatego że łączy się z pokorą. Kto popatrzy z wiarą na betlejemską grotę, na Jezusa umywającego nogi, na Jego konanie na krzyżu, ten ma szansę to odkryć. Nasza pokora polega na uznaniu, że jesteśmy w ręku Stwórcy. Pokora Boga wynika z tego, że jest miłością. A miłość nie potrafi patrzeć z góry.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    (korzystałem z książek o. J. Augustyna „Adamie, gdzie jesteś?” i J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj”)


    *******

    Pycha to jego specjalność

    Pycha to jego specjalność
    fot. zasoby internetu/Gość Niedzielny

    *******

    Dama przegląda się w lustrze. Zajęta podziwianiem swego odbicia nie dostrzega, że zwierciadło jest podtrzymywane przez demona. To symbol grzechu pychy. Żeby nie było co do tego wątpliwości artysta napisał na dole obrazu słowo „superbia”, oznaczające po łacinie pychę. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grzechów głównych”, namalowanej ok. 1480 roku na… blacie stołu, przechowywanej w madryckim Muzeum Prado.

    Wielki Post – pycha. Pan skierował do mnie te słowa: Synu człowieczy, podnieś lament nad królem Tyru i powiedz mu: Tak mówi Pan Bóg: Byłeś odbiciem doskonałości, pełen mądrości i niezrównanie piękny.

    Mieszkałeś w Edenie, ogrodzie Bożym; okrywały cię wszelkiego rodzaju szlachetne kamienie (…) a ze złota wykonano okrętki i oprawy na tobie, przygotowane w dniu twego stworzenia. Jako wielkiego cheruba opiekunem ustanowiłem cię na świętej górze Bożej, chadzałeś pośród błyszczących kamieni. Byłeś doskonały w postępowaniu swoim od dni twego stworzenia, aż znalazła się w tobie nieprawość.

    Pod wpływem rozkwitu twego handlu wnętrze twoje napełniło się uciskiem i zgrzeszyłeś, wobec czego zrzuciłem cię z góry Bożej i jako cherub opiekun zniknąłeś spośród błyszczących kamieni. Serce twoje stało się wyniosłe z powodu twej piękności, zanikła twoja przezorność z powodu twego blasku. Rzuciłem cię na ziemię, wydałem cię królom na widowisko.(…) Sprawiłem, że ogień wyszedł z twego wnętrza, aby cię pochłonąć, i obróciłem cię w popiół na ziemi na oczach tych wszystkich, którzy na ciebie patrzyli. Wszystkie spośród narodów, które cię znały, zdumiały się nad tobą. Stałeś się dla nich postrachem. Przestałeś istnieć na zawsze”. (Ez 28,11-19)

    To cytat, który od lat robi na mnie największe wrażenie. To biblijny opis upadku szatana. W historii upadku króla Tyru Ojcowie Kościoła widzieli opis grzechu króla demonów. To on był „wielkim cherubem”, on przechadzał się po Edenie. Był odbiciem doskonałości. Czym zawinił? Uwielbił piękno w sobie. Zachwycił się swą samowystarczalnością. Zaślepiła go pycha. Serce jego stało się wyniosłe z powodu… piękności. Często w czasie spotkań wspólnoty czytaliśmy biblijne słowa o wycięciu rosłego cedru.

    Został zrównany z ziemią, choć przecież czerpał wodę z rajskich źródeł, karmił się Słowem Boga, odbijał chwałę Najwyższego, a w jego gałęziach ptaki powietrzne (Biblia tak nazywa aniołów) budowały swe gniazda! Był tak doskonały, że „zazdrościły mu nawet inne drzewa Edenu” (czy można znaleźć lepszą metaforę?). Został strącony „ponieważ tak wysoko wyrósł, a wierzchołek swój podniósł aż do chmur i serce jego wbiło się w pychę z powodu własnej wielkości” (Ez 31,10).

    Bardzo podobna historia…

    Na ilustracji: Dama przegląda się w lustrze. Zajęta podziwianiem swego odbicia nie dostrzega, że zwierciadło jest podtrzymywane przez demona. To symbol grzechu pychy. Żeby nie było co do tego wątpliwości artysta napisał na dole obrazu słowo „superbia”, oznaczające po łacinie pychę.

     Marcin Jakimowicz/ Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy

    Leki na grzechy

     

    Częścią cyklu „Zmartwienia Pana Boga” są obrazki z propozycjami modlitw, które nawiązują do grzechów głównych.

    Nie potrafimy sami wydźwignąć się ze zła, potrzebujemy Bożej łaski. Modlitwa jest jednym z najlepszych sposobów walki ze złem…

    Proponujemy, by stały się one zachętą do pracy nad sobą, przypomnieniem, że trwa Wielki Post – czas pokuty, nawrócenia, duchowej odnowy. Do niniejszego „Gościa” dołączony jest obrazek z modlitwą o pokorę, która jest przeciwieństwem pychy.

    Ilustrację stanowi obraz flamandzkiego malarza z Brukseli Colijna de Cotera (1446–1538) „Chrystus Boleściwy” ok. 1500 (olej na desce).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chciwość

    Chciwość

    Modlitwa o wolność od chciwości

    Panie, Ty powiedziałeś: „Nie martwcie się o życie – o to, co będziecie jeść; ani o ciało – o to, w co będziecie się ubierać” (Łk 12,22) A ja mam tyle zmartwień na głowie i rachunków do zapłacenia.

    Proszę: „nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty nie stał się niewiernym, nie rzekł: »A któż jest Pan?« lub z biedy nie począł kraść i imię mego Boga znieważać”. (Prz 30,8-9)

    Jezu, sprzedany za trzydzieści srebrników, strzeż mnie od chciwość i niszczącej żądzy posiadania. Pomóż uwierzyć, że „więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu”. (Dz 20,35) Daj mi serce wrażliwe na biedę i hojne w dzieleniu się.

    ********

    Strzeżcie się chciwości!

    Strzeżcie się chciwości!
    fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny

    ***

    Chciwy chce mieć zawsze więcej, bez oglądania się na innych, a nawet ich kosztem. Nigdy nie mówi: „dosyć, wystarczy”. Im więcej ma, tym więcej chce. W panteonie współczesnych bóstw pieniądz zajmuje czołową pozycję.

    Ktoś powiedział, że „ludzie powinni kochać ludzi i używać rzeczy, a dziś kochają rzeczy, a używają ludzi”. Gorzkie zdanie. Ale coś takiego rzeczywiście dzieje się w naszym świecie. Reklamy kreują wciąż nowe „potrzeby”. Wołają: „Kupuj, kupuj, kupuj! Musisz to mieć. Oto kolejna nowość niezbędna do życia”. Produkt w reklamie otrzymuje wręcz cechy osobowe, staje się pożądanym przyjacielem, który przemieni nasze życie na lepsze. Zagrożenie chciwością rośnie na ogół wraz z przyrostem bogactwa. Ojciec Stanisław Jarosz tłumaczy: „Jeśli mam 4 złote, to bez problemu podzielę się z biedakiem połową majątku, gdybym miał 4 miliony, to już nie zrobiłbym tego tak chętnie, choć i to, i to połowa”. Co nie oznacza, że chciwość omija biednych ani że każdy zamożny człowiek jest z zasady chciwcem.

    Modlitwa przed banknotem
    Pieniądze czy majątek są same w sobie moralnie obojętne. Ani Biblia, ani nauczanie Kościoła nigdy nie potępiały dóbr materialnych jako takich. Zło nie tkwi w materii, zło lub dobro wybiera wolny człowiek. Ocenie moralnej podlega jednak sposób zarabiania i wydawania pieniędzy. Grzechem nie jest posiadanie, zarabianie czy pomnażanie majątku. Katolicka nauka społeczna mówi o prawie człowieka do prywatnej własności. Pieniądz jest czymś niezbędnym do życia, jest miernikiem i symbolem ludzkiej pracy, powinien służyć człowiekowi, ale nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że siedzi w nim także niszcząca siła. „Modlitwa przed banknotem pieniężnym” ks. Michela Quoista trafnie opisuje to zjawisko. „Panie, spójrz na ten banknot – ja się go boję. Ty znasz jego tajemnice, znasz jego dzieje (…). Jest poplamiony krwią, rozczarowaniem, ośmieszoną godnością. Jest bogaty w cały zawarty w nim ciężar pracy ludzkiej, ten ciężar jest jego wartością. Ciężki jest, Panie. Pociąga mnie, a jednocześnie budzi we mnie lęk” („Modlitwa i czyn”).

    Lista „chciwych” grzechów
    Słowo Boże wielokrotnie ostrzega przed żądzą posiadania. Dobra materialne łatwo przesłaniają horyzont ludzkich dążeń i celów, zasłaniają skutecznie drugiego człowieka i Boga. Chciwość uderza w innych na wiele sposobów. Nieuczciwość w handlu, fałszowanie wagi, wymuszanie okupu, wykorzystywanie biednych, odmawianie zapłaty za pracę, łapówkarstwo. To tylko niektóre z przewinień godzących w miłość bliźniego, wymienione już w Starym Testamencie, czyli znane co najmniej od 2000 lat, a (niestety) wciąż aktualne. Katechizm do biblijnej listy grzechów wypływających z chciwości dopisuje te bardziej współczesne: spekulację, korupcję, przywłaszczanie i korzystanie w celach prywatnych z własności przedsiębiorstwa, źle wykonane prace, przestępstwa podatkowe, fałszowanie czeków i rachunków (KKK 2409).

    Biblia zwraca uwagę na to, że pieniądz bardzo łatwo staje się bożkiem. Biblijne przestrogi przed bogactwem dotyczą tego właśnie niebezpieczeństwa. Ewangelia stawia sprawę bardzo jednoznacznie: „Nikt nie może dwom panom służyć… Nie możecie służyć Bogu i mamonie” (Mt 6,24). Bogactwo zagłusza słowo Boże (Mt 13,22), bogaty łatwo zapomina o Bogu – Dawcy wszelkich dóbr. Jezus przestrzega: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia” (Łk 12,15); „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” (Mt 19,24). Bogacz z przypowieści, który buduje większe spichrze, aby czuć się bezpiecznym i sytym, usłyszy mocne słowa: „Głupcze!”. Nie jest to potępienie zapobiegliwości, ale przestroga przed zamknięciem się w złotej klatce, „wysuszeniem duszy” (Syr 14,9), przed sercem nieczułym na ludzką biedę. Bogacz, bohater innej przypowieści, zasłużył na karę nie dlatego, że był bogaty, ale dlatego, że nie zauważał ubogiego Łazarza, który konał z głodu u bram jego pałacu (Łk 16,19–31).

    Chciwość rozgrzeszona
    Czy chciwość w naszych czasach nabrała jakichś szczególnych cech? Były dyrektor jednego z centrum kart kredytowych zauważył, że ludzie obecnie nie cenią pieniędzy bardziej niż dawniej, ale wszystko inne cenią mniej. Tam, gdzie postępuje inflacja wartości wyższych, nieprzeliczalnych na pieniądze, liczą się już tylko pieniądze. Pieniądze dają złudne poczucie znaczenia i pełnej kontroli nad życiem. Chciwość jest napędzana przez konsumpcyjny klimat tęsknoty za dobrobytem, podsycany nieustannie przez reklamy. Spece od marketingu potrafią sprzedać wszystko, znają dokładnie nasze słabe punkty, kuszą perfekcyjnie. Kupowanie przestało być obowiązkiem, stało się dla wielu formą relaksu, przyjemności, dla niektórych nawet formą uzależnienia. Próba zamknięcia dużych sklepów w niedzielę wywołuje głośne protesty. Handel należał zawsze do sfery profanum, dziś nabiera cech sakralnych. Parę dni temu w śląskim supermarkecie zawarto pierwszy ślub. Supermarkety stają się świątyniami superkonsumentów. Amerykański ekonomista Robert Frank przeprowadził badania, które wykazały, że głód bogactwa wiąże się ściśle z porównywaniem się z innymi. Ankietowanym dano wybór: mogą zarabiać 100 tys. dolarów rocznie, podczas gdy inni najwyżej 90 tys. albo mogą dostać 110 tys., ale dochód pozostałych wynosi 200 tys. Większość wybrała pierwszą możliwość.

    Chciwość bywa dziś łatwo rozgrzeszana. Uważa się ją za motor napędowy wolnego rynku, postępów ludzkości, rozwoju cywilizacji. Ekonomiści winą za dzisiejszy kryzys światowej gospodarki obarczają między innymi nadmierną ilość kredytów udzielonych przez banki, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Oznacza to, że ludzie chcieli żyć ponad stan, a banki zbyt chciwie liczyły na zyski z procentów. Jednocześnie ekonomiści (nie wiem, czy ci sami, czy inni) przekonują, że lekarstwem na kryzys jest wzrost konsumpcji, czyli im więcej będziemy kupowali i konsumowali, tym lepiej dla gospodarki.
    Chciwość jest więc zarówno powodem kryzysu, jak i lekarstwem na jego uzdrowienie. Przyznam, że czegoś tu nie rozumiem?

    Nauczanie społeczne Kościoła głosi, że stosunki społeczne nie mogą być określane jedynie przez czynniki ekonomiczne. „Teoria, która czyni z zysku wyłączną normę i ostateczny cel działalności gospodarczej, jest moralnie nie do przyjęcia. Nieuporządkowana żądza pieniędzy pociąga za sobą zgubne skutki” (KKK 2424). W człowieku odzywa się raz po raz także głód duchowy. Ale i do tego głodu nieraz przyczepia się chciwość. Przenosimy konsumpcyjne nawyki na sprawy duchowe. Chcemy od razu „odlecieć”, od razu pojąć, zrozumieć, doświadczyć. Jedni kolekcjonują rzeczy, inni chcieliby kolekcjonować duchowe przeżycia. To, co głębokie, duchowe, wieczne, dojrzewa powoli, wymaga cierpliwości i wierności.

    Błogosławieni ubodzy
    Kiedy bogaty młodzieniec wypytywał Jezusa o receptę na sensowne życie, usłyszał w końcu: „Jednego ci jeszcze brakuje: sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź ze Mną” (Łk 18,22). Jest w tej radzie ukryty paradoks. Brakuje ci tego, co masz. Inaczej mówiąc, to, co posiadasz, staje się twoim więzieniem, blokuje twój rozwój, okazuje się twoją stratą. „Gdy to usłyszał, mocno się zasmucił, gdyż był bardzo bogaty” – zapisuje Ewangelista. Bogactwo, które nie służy innym, prowadzi człowieka do samotnego i smutnego egoizmu. „Błogosławieni ubodzy”. Pierwsze z Jezusowych błogosławieństw nawiązuje do starotestamentalnej tradycji „ubogich Jahwe”, czyli ludzi szczególnie bliskich Bogu. To ci, których serca są proste i pokorne, którzy są świadomi swego wewnętrznego ubóstwa, którzy potrafią się dzielić. Św. Teresa z Lisieux mówiła, że chce po prostu stać przed Bogiem z pustymi rękoma i wyciągać je ku Niemu. Benedykt XVI zauważa, że te słowa opisują ducha ubogich Boga. „Przychodzą z pustymi rękami. Nie z rękami, które, gdy pochwycą, mocno trzymają, lecz z rękami, które się otwierają i obdarowują, i w ten sposób gotowe są na przyjmowanie darów Bożej dobroci” („Jezus z Nazaretu”). Bieda materialna nie gwarantuje automatycznie serca wolnego od chciwości.

    Dlatego ubóstwo pochwalane w Ewangelii jest przede wszystkim postawą duchową – wolnością od żądzy posiadania. Co nie może być pretekstem do obłudnego gadania w stylu „mam dużo, ale wewnętrznie jestem ubogi”. Ewangeliczne ubóstwo wyraża się w konkretnych postawach, przekonaniach i czynach, takich jak prostota życia, wrażliwość na biedę, umiejętność dzielenia się, odpowiedzialność za bliźniego, umiejętność rezygnowania. Ćwiczeniem w tych postawach może być post. Św. Paweł pisze: „Jezus Chrystus, będąc bogaty, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić” (2 Kor 8,9). Bóg jest nieskończenie bogaty. W miłość. A w miłość wpisana jest zgoda na ubóstwo, czyli na życie w zależności, życie dzięki innym i dla innych. Jezus ubogi stoi po stronie wszystkich ubogich świata. W nich czeka na mnie, aby mnie swoim ubóstwem ubogacić. •

    Nauczanie społeczne Kościoła głosi, że stosunki społeczne nie mogą być określane jedynie przez czynniki ekonomiczne. „Teoria, która czyni z zysku wyłączną normę i ostateczny cel działalności gospodarczej, jest moralnie nie do przyjęcia. Nieuporządkowana żądza pieniędzy pociąga za sobą zgubne skutki” (KKK 2424). W człowieku odzywa się raz po raz także głód duchowy. Ale i do tego głodu nieraz przyczepia się chciwość. Przenosimy konsumpcyjne nawyki na sprawy duchowe. Chcemy od razu „odlecieć”, od razu pojąć, zrozumieć, doświadczyć. Jedni kolekcjonują rzeczy, inni chcieliby kolekcjonować duchowe przeżycia. To, co głębokie, duchowe, wieczne, dojrzewa powoli, wymaga cierpliwości i wierności.

    Błogosławieni ubodzy
    Kiedy bogaty młodzieniec wypytywał Jezusa o receptę na sensowne życie, usłyszał w końcu: „Jednego ci jeszcze brakuje: sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź ze Mną” (Łk 18,22). Jest w tej radzie ukryty paradoks. Brakuje ci tego, co masz. Inaczej mówiąc, to, co posiadasz, staje się twoim więzieniem, blokuje twój rozwój, okazuje się twoją stratą. „Gdy to usłyszał, mocno się zasmucił, gdyż był bardzo bogaty” – zapisuje Ewangelista. Bogactwo, które nie służy innym, prowadzi człowieka do samotnego i smutnego egoizmu. „Błogosławieni ubodzy”. Pierwsze z Jezusowych błogosławieństw nawiązuje do starotestamentalnej tradycji „ubogich Jahwe”, czyli ludzi szczególnie bliskich Bogu. To ci, których serca są proste i pokorne, którzy są świadomi swego wewnętrznego ubóstwa, którzy potrafią się dzielić. Św. Teresa z Lisieux mówiła, że chce po prostu stać przed Bogiem z pustymi rękoma i wyciągać je ku Niemu. Benedykt XVI zauważa, że te słowa opisują ducha ubogich Boga. „Przychodzą z pustymi rękami. Nie z rękami, które, gdy pochwycą, mocno trzymają, lecz z rękami, które się otwierają i obdarowują, i w ten sposób gotowe są na przyjmowanie darów Bożej dobroci” („Jezus z Nazaretu”). Bieda materialna nie gwarantuje automatycznie serca wolnego od chciwości.

    Dlatego ubóstwo pochwalane w Ewangelii jest przede wszystkim postawą duchową – wolnością od żądzy posiadania. Co nie może być pretekstem do obłudnego gadania w stylu „mam dużo, ale wewnętrznie jestem ubogi”. Ewangeliczne ubóstwo wyraża się w konkretnych postawach, przekonaniach i czynach, takich jak prostota życia, wrażliwość na biedę, umiejętność dzielenia się, odpowiedzialność za bliźniego, umiejętność rezygnowania. Ćwiczeniem w tych postawach może być post. Św. Paweł pisze: „Jezus Chrystus, będąc bogaty, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić” (2 Kor 8,9). Bóg jest nieskończenie bogaty. W miłość. A w miłość wpisana jest zgoda na ubóstwo, czyli na życie w zależności, życie dzięki innym i dla innych. Jezus ubogi stoi po stronie wszystkich ubogich świata. W nich czeka na mnie, aby mnie swoim ubóstwem ubogacić.



    ks. Tomasz Jaklewicz korzystałem z książki J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj”

    *******

    Chciwość rodzi śmierć

    Chciwość rodzi śmierć

     

    „Pewien człowiek, imieniem Ananiasz, z żoną swoją Safirą, sprzedał posiadłość i za wiedzą żony odłożył sobie część zapłaty, a pewną część przyniósł i złożył u stóp apostołów.

    Ananiaszu – powiedział Piotr – dlaczego szatan zawładnął twym sercem, że skłamałeś Duchowi Świętemu i odłożyłeś sobie część zapłaty za ziemię? (…) Nie ludziom skłamałeś, lecz Bogu. Słysząc te słowa, Ananiasz padł martwy. A wszystkich, którzy tego słuchali, ogarnął wielki strach. (…) Około trzech godzin później weszła także jego żona, nie wiedząc, co się stało. Powiedz mi – zapytał ją Piotr – czy za tyle sprzedaliście ziemię? Tak, za tyle – odpowiedziała. A Piotr do niej: Dlaczego umówiliście się, aby wystawiać na próbę Ducha Pańskiego? Oto stoją w progu ci, którzy pochowali twego męża. Wyniosą też ciebie. A ona upadła natychmiast u jego stóp i skonała”.
    Dz 5,1–7

    Dlaczego małżonków spotkał tak straszny los? Nie chodziło przecież o pieniądze. Bóg przyjąłby nawet najmniejsze grosiki. Chodziło o podszyte chciwością kłamstwo: „Oddaję Ci wszystko”, o chęć zawłaszczenia dla siebie części zysku.

    Inna historia: „Pewien człowiek, imieniem Szymon, który dawniej zajmował się czarną magią, wprawiał w zdumienie lud Samarii i twierdził, że jest kimś niezwykłym. […] Apostołowie wkładali na ludzi ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego. Kiedy Szymon ujrzał, że apostołowie przez nakładanie rąk udzielali Ducha Świętego, przyniósł im pieniądze. Dajcie i mnie tę władzę – powiedział – aby każdy, na kogo nałożę ręce, otrzymał Ducha Świętego. Niech pieniądze twoje przepadną razem z tobą – odpowiedział mu Piotr – gdyż sądziłeś, że dar Boży można nabyć za pieniądze. Nie masz żadnego udziału w tym dziele, bo serce twoje nie jest prawe wobec Boga”.
    Dz 8,9. 17–21

    Maga zgubiła niepohamowaną chęć władzy. Dajcie ją i mnie – prosił apostołów, przynosząc sakiewkę z pieniędzmi. Boleśnie przekonał się o tym, że Boga nie można przekupić. Jego łaska jest całkowicie za darmo.

    Ilustracja: Sędzia w czerwonej szacie zasiada na ławie. Za chwilę podejmie decyzję w jakiejś ważnej sprawie. Ma stosować się do prawa, którego otwarta księga leży przed nim. On jednak pochyla się w stronę człowieka trzymającego w ręce sakiewkę z pieniędzmi. Za chwilę sędzia przyjmie łapówkę. Na dole obrazu artysta napisał słowo „avaritia”, oznaczające po łacinie chciwość. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grzechów głównych”, namalowanej ok. 1480 roku na blacie stołu, przechowywanej w madryckim Muzeum Prado.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy

    Leki na grzechy

     

    Częścią cyklu „Zmartwienia Pana Boga” są obrazki z propozycjami modlitw, które nawiązują do grzechów głównych.

    Przy układaniu tej modlitwy miałem problem. Bo jaka właściwie cnota jest przeciwieństwem chciwości? Hojność, wrażliwość na biedę, umiejętność dzielenia się, prostota życia, wewnętrzna wolność od przywiązania do rzeczy. Wszystko po trochu.

    Proponuję więc modlitwę o wolność od chciwości. Maryja oddała Bogu swój największy skarb – swojego Syna. Ilustrację stanowi fragment obrazu weneckiego malarza Giovanniego Belliniego „Martwy Chrystus podtrzymywany przez Maryję i św. Jana”

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nieczystość

    Nieczystość

    Modlitwa o czystość

    Panie, dziękuję Ci za moje ciało, którym mogę wyrażać miłość. Dziękuję za każdy dobry dotyk, czułość i cielesną bliskość, którą otrzymuję i mogę dawać bliskim. Proszę o czystość, która jest przyjaciółką miłości.

    Pomóż zachować wolność od presji erotyzmu, który niszczy i zniewala. Zachowaj we mnie wstyd, który ochroni moją godność. Jezu, z ciałem ubiczowanym, wystawionym na poniżenie, który wziąłeś na siebie całą nieczystość świata, strzeż mnie, bym nie upokarzał swojego ciała ani innych.

    Pomóż, by to, co duchowe, kierowało tym, co cielesne. Boże wcielony, chcę chwalić Ciebie w moim ciele, teraz i po zmartwychwstaniu.

    *******


    Nieczystość rodzi się w sercu

    Nieczystość rodzi się w sercu
    fot. Stockxpert/Gość Niedzielny

    *******


    Ludzie zawsze upadali w tej dziedzinie, ale dziś rozwiązłość próbuje uznać się za normę, a wstydliwość wyśmiać.
    Nieczystość nie jest docenieniem ciała, ale jego poniżeniem. Chrześcijaństwo nie odrzuca ciała, przywraca mu właściwe miejsce.

    Zarzuca się nieraz Kościołowi, że patrzy podejrzliwie na ludzką cielesność i seksualność. To prawda, że w historii chrześcijanie, a zwłaszcza duchowni, lekceważyli ciało, obawiali się go lub nawet upatrywali w nim źródła wszelkiego zła. Jednak, wbrew stereotypom, nauczanie Kościoła widzi ludzką cielesność niezwykle pozytywnie, przede wszystkim dlatego, że traktuje ciało jako ważną „część” samego człowieczeństwa. Wierzymy, że człowiek pochodzi od Stwórcy.

    Płciowość jest pomysłem Bożym. W biblijnym opisie stworzenia jak refren powtarzają się słowa: „Widział Bóg, że były dobre”. Zanim zacznie się mówić o niebezpieczeństwach związanych z ludzką cielesnością, trzeba bardzo mocno podkreślić, że seksualność jest czymś ważnym, cennym, pięknym i pozytywnym. To dzięki seksualnemu zbliżeniu naszych rodziców jesteśmy na tej ziemi. Nie ma w tej sferze niczego takiego, co należałoby z góry potępić.

    Święty Cyryl Jerozolimski pisał w IV wieku: „Kto wierzy, że ciało nie ma nic wspólnego z Bogiem i że dusza mieszka w jakimś obcym sobie naczyniu, ten chętnie się posłuży ciałem do nieczystości”. Zło – jak zawsze – przejawia się w skrajnych podejściach: w nadmiarze lub niedomiarze. Zwolennicy całkowitej swobody seksualnej czynią z ludzkiej cielesności przestrzeń wolną od moralnych ocen. Taki wyzwolony erotyzm niszczy najpiękniejszą zdolność ludzi – zdolność do miłości – i jest formą pogardy dla ciała. Druga skrajność, będąca często reakcją na przeerotyzowanie naszej kultury, to upatrywanie w seksualności sfery zakazanej, niebezpiecznej, o której nie należy mówić, sfery z natury skażonej grzechem. Takie podejście nie ma nic wspólnego z nauczaniem Kościoła, zwłaszcza z teologią ciała, którą głosił Jan Paweł II. Niestety, to, co Kościół ma do powiedzenia w tej dziedzinie, bywa sprowadzone do samego „nie wolno” i przez to ośmieszone. Trzeba uderzyć się w piersi, część winy ponosi za to sam Kościół.

    Nieczystość nie mieszka w ciele
    Nieczystość nie jest grzechem ciała, ale grzechem przeciwko ciału, swojemu i innych. Problemy z cielesnością pochodzą nie tyle z ciała jako takiego, ale są wynikiem choroby ludzkiej duszy. „Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym” (Mk 7,14). Jezus rozumie tutaj nieczystość bardzo szeroko, wręcz jako synonim wszelkiego moralnego brudu. Istotne jest postawienie akcentu: konkretne grzechy, także te popełniane w dziedzinie ludzkiej seksualności, powstają w wyniku niedomagania ludzkiego serca. Aby pokonać grzech, trzeba tam szukać przemiany i uzdrowienia.

    Słuchając niektórych sformułowań św. Pawła, możemy mieć co do tego wątpliwości. Apostoł Narodów pisze o napięciu między duchem a ciałem, przeciwstawia ludzi żyjących „według ducha” tym, którzy żyją „według ciała”. Trzeba pamiętać, że termin „ciało” w Pawłowej teologii jest wieloznaczny (w grece to dwa słowa: sarks lub soma, różniące się nieco znaczeniami). „Ciało” oznacza u Pawła nie tyle ludzką cielesność (mięśnie, kości, nerwy itd.) co całego człowieka, który podlega egoistycznym pożądaniom, namiętnościom. „Ciało” to człowiek rozpatrywany w swojej ziemskiej, kruchej kondycji, poddany mocy grzechu i śmierci.

    Jeździec bez głowy
    Seksualność jest darem, który wymaga od człowieka odpowiedzialności. To potężna siła, która z natury ma służyć miłości i życiu. Może jednak także niszczyć i powodować cierpienie. Człowiek ma, niestety, talent do marnotrawienia Bożych darów. Ludzką seksualnością nie kierują tylko instynkty, hormony, impulsy nerwowe czy emocje, ale przede wszystkim rozum i wolność. Tym różnimy się od zwierząt. Człowiek nie jest istotą jednowymiarową, ma co najmniej trzy warstwy: duchową, psychiczną i cielesną. Te sfery próbują nieraz nami zawładnąć i pokierować, niejako autonomicznie. Dojrzałość polega na zintegrowaniu tych wszystkich sfer, czyli poddaniu instynktów i emocji kierownictwu czynników wyższych, czyli rozumnych i duchowych. To, co cielesne, powinno być poddane temu, co duchowe. Dariusz Karłowicz posłużył się metaforą: „Człowiek jest naraz i jeźdźcem, i koniem. Jechać ma tam, gdzie chce jeździec, a nie tam, gdzie chce koń, co oczywiście wcale nie znaczy, że konia należy zabić! Wręcz przeciwnie, trzeba go pielęgnować”. Wynoszenie cielesności ponad rozum i duszę poniża człowieka, a ostatecznie go niszczy.

    Nieczystość na wiele sposobów
    Zachodnia cywilizacja uczyniła z seksu jedną z naczelnych wartości ludzkiego życia. Mówi się, że dzięki rewolucji seksualnej, zapoczątkowanej w 1968 roku, cielesność została wyzwolona. Ludzki eros przestał być skrępowany jakimikolwiek normami społecznymi, religijnymi, moralnymi. Naczelną wartością stało się prawo do erotycznej przyjemności, nazywanej „szczęściem” lub „miłością”. Jakie są owoce tak ustawionych życiowych priorytetów? Widać je gołym okiem w przestrzeni społecznej: dramatyczny wzrost liczby rozwodów, wzrost liczby dzieci, które wychowywane są przez samotnych rodziców, zalegalizowanie aborcji, co doprowadziło do śmierci milionów niechcianych ludzi, epidemia AIDS. Środki antykoncepcyjne i cała antykoncepcyjna mentalność, która za nimi stoi, prowadzą do demograficznego samobójstwa społeczeństw dobrobytu. Osoby o skłonnościach homoseksualnych wymuszają na państwach zmianę definicji małżeństwa. Pornografia stała się potężną gałęzią przemysłu rozrywkowego, przyczyniając się do nowego zjawiska – uzależnienia od erotyzmu lub autoerotyzmu (w USA dotyczy to około 5 proc. populacji). To, co miało prowadzić do wyzwolenia, przyniosło nowe zniewolenia. Czy ludzie są dziś bardziej szczęśliwi? Czy młodym ludziom, bombardowanym od dziecka przez erotyczne treści, którym wmawia się, że seks jest najprostszą receptą na szczęście, łatwiej jest dojrzewać do roli męża, żony, ojca czy matki? Czy rozkład rodziny może kogokolwiek cieszyć i być dowodem postępu?

    Jednym ze skutków współczesnych obyczajowych przemian jest zerwanie z seksualności jej naturalnej ochrony – wstydu. Dokonuje się to najczęściej pod hasłem walki z hipokryzją religii i tradycyjnej moralności. Chodzi o to, żeby grzeszyć bez wyrzutów sumienia. Ogromną rolę odegrały i nadal odgrywają tutaj media, których spora część wręcz promuje demoralizację, bo seks dobrze się sprzedaje. Internet, znakomite narzędzie edukacji i ludzkiej komunikacji, jest zalewany pornografią i portalami, które pełnią rolę elektronicznych alfonsów. W ogólnodostępnej przestrzeni medialnej granica tolerowanej dawki erotyki stale przesuwa się w stronę porno. W filmach i serialach pokazywanych w porach dużej oglądalności nie ma wprawdzie ostrych scen, ale normą jest to, że każda randka kończy się pójściem do łóżka. Także w tradycyjnych rodzinach rośnie przyzwolenie na życie na próbę, zanika obyczajowość, jeszcze do niedawna chroniąca młodzież przed burzą hormonów, nad którą ciężko zapanować bez wsparcia ludzi dojrzalszych. Seks jest traktowany jako wydarzenie błahe, bez konsekwencji, bez odpowiedzialności, często oddzielony od miłości. Z czegoś niezwykłego, tajemniczego „przekształca się w zwykłą gimnastykę” (Mario Vargas Llosa). Gdy banalizuje i degraduje się płciowość, poniża się człowieka jako takiego. Książka „Cząstki elementarne” Michela Houellebecqa pokazuje, czym kończy się rewolucja seksualna. To świat ludzi samotnych, wypalonych wewnętrznie, całkowicie niezdolnych do miłości, do budowania jakichkolwiek ludzkich związków. To świat przerażająco zimny, choć seksu w nim dużo.

    Idź i nie grzesz więcej
    Grzechów przeciwko czystości jest wiele. Nie trzeba ich wszystkich wymieniać. Przy ich ocenie moralnej, jak przy każdym innym grzechu, trzeba uwzględniać okoliczności, które mogą zmniejszać lub zwiększać winę w konkretnej sytuacji. Szóste przykazanie Dekalogu jest jednym z dziesięciu przykazań. Nie ma powodów, by uważać je za najważniejsze. O. Józef Augustyn podkreśla, że należy oddramatyzować problem autoerotyki. Masturbacja jest grzechem i nie należy tej sprawy lekceważyć, ale – jak czytamy w katechizmie – „w celu sformułowania wyważonej oceny odpowiedzialności moralnej konkretnych osób i ukierunkowania działań duszpasterskich należy wziąć pod uwagę niedojrzałość uczuciową, nabyte nawyki, stany lękowe lub inne czynniki psychiczne czy społeczne, które mogą zmniejszyć, a nawet zredukować do minimum winę moralną” (KKK 2352).

    Lekarstwem na nieczystość jest… czystość. Skromność, wstydliwość, wstrzemięźliwość – te postawy wymagają dziś odwagi przeciwstawienia się panującym trendom, ale może właśnie dlatego stają się czymś pociągającym. Czystość jest dla ludzi z charakterem. „Panowanie nad sobą jest zadaniem długotrwałym. Nigdy nie należy uważać, że zdobyło się je raz na zawsze. Zakłada ono wysiłek podejmowany we wszystkich okresach życia. Wymagany wysiłek powinien być bardziej intensywny w pewnych okresach – gdy kształtuje się osobowość, w dzieciństwie i w młodości” (KKK 2342). „W dziedzinie czystości znane są prawa wzrostu, który dokonuje się etapami naznaczonymi niedoskonałością i dość często grzechem” (KKK 2343). Zranienia w sferze seksualnej bolą nieraz długie lata. Nie ma jednak takich sytuacji, w których Bóg byłby bezradny wobec grzechu. Jego miłosierdzie oczyszcza, leczy, podnosi z upadku. On zawsze patrzy na nas tak, jak Jezus patrzył na cudzołożną kobietę: „Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz więcej!” (J 8, 11).

    ks. Tomasz Jaklewicz – korzystałem z książek J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj” i o. J. Augustyna „Adamie, gdzie jesteś?”

    *******

    W paszczy lwa

    W paszczy lwa

     

    Pan Jezus mówiąc o nieczystości, jest niezwykle radykalny: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa”. Mt 5,27–29

    Słyszałem, jak pewien sędziwy dominikanin przekonywał grupę młodzieży: Chrześcijanin może pozostać czysty nawet w samym środku sex shopu. – Jak to? W samej jaskini lwa? – dziwili się młodzi. – Tak – wyjaśniał kaznodzieja. Wyciągnął Biblię i przeczytał: „Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym”.
    Mk 7,20–22

    Najbardziej poruszającą biblijną opowieścią związaną z nieczystością jest dramatyczna historia grzechu króla Dawida. „Pewnego wieczora Dawid, podniósłszy się z posłania i chodząc po tarasie swego królewskiego pałacu, zobaczył z tarasu kąpiącą się kobietę. Kobieta była bardzo piękna. Dawid zasięgnął wiadomości o tej kobiecie. Powiedziano mu: To jest Batszeba, córka Eliama, żona Uriasza Chetyty. Wysłał więc Dawid posłańców, by ją sprowadzili. A gdy przyszła do niego, spał z nią. A ona oczyściła się od swej nieczystości i wróciła do domu. Kobieta ta poczęła, posłała więc, by dać znać Dawidowi: Jestem brzemienna. Wtedy Dawid wyprawił posłańca do Joaba: Przyślij do mnie Uriasza Chetytę. (…) Następnego ranka napisał Dawid list do Joaba i posłał go za pośrednictwem Uriasza. W liście napisał: Postawcie Uriasza tam, gdzie walka będzie najbardziej zażarta, potem odstąpicie go, aby został ugodzony i zginął. Joab obejrzawszy miasto, postawił Uriasza w miejscu, o którym wiedział, że walczyli tam najsilniejsi wojownicy (…) zginął też Uriasz Chetyta.
    2 Sm 11,1–17

    Ilustracja przedstawia:
    Dwie pary kochanków w czerwonym namiocie to aluzja do domu schadzek. Między tymi kochankami nie ma miłości. Artysta informuje nas o tym, pokazując obok dwóch błaznów symbolizujących pustą rozrywkę. Rzucone na ziemię instrumenty muzyczne oznaczają poniżenie ludzkiego ciała. Na dole obrazu artysta napisał słowo „luxuria”, oznaczające po łacinie lubieżność. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grzechów głównych”, namalowanej ok. 1480 roku na blacie stołu, przechowywanej w madryckim Muzeum Prado.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy :.
    Żadnej cnoty nie da się samemu wypracować, ale trzeba prosić o Bożą pomoc.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zazdrość

    Zazdrość

    Modlitwa o życzliwość

    Panie, naucz mnie cenić to, kim jestem i dziękować za to co mam. Daj mi zrozumieć, że ludzie są różni i tak jest dobrze. Bo gdyby “każdy miał to samo, nikt nikomu nie byłby potrzebny”. (ks. J. Twardowski)

    Jezu, wydany na śmierć przez zawiść, uwolnij moje oczy od morderczej zazdrości, która prowadzi do podziałów, kłótni i nienawiści.

    Pomóż mi dobrze myśleć i mówić o innych, wychwalać Boga za to, co w nich dobre, mądre czy piękne. Strzeż mnie od słów, które porównują lub poniżają.

    Niech powodzenie bliźniego nie napełnia mnie nigdy smutkiem. Proszę o życzliwość i wielkoduszność. Naucz mnie “cieszyć się z cieszącym, płakać z płaczącymi” (Rz 12,15)

    *******

    Kto zazdrosnym okiem patrzy…

    Kto zazdrosnym okiem patrzy…
    fot. Stockxert, fotomontaz/Gość Niedzielny

    ********

    Szewc kanonikowi zazdrości, że prałatem został, a proboszcz pani aptekarzowej, że miała lekki poród. Zazdrość uchodzi za cechę narodową Polaków. Kiedy wymyka się spod kontroli, prowadzi do nienawiści.

    Sukces bliźniego napawa głębokim smutkiem, a klęska wywołuje radość. To klasyczne symptomy zazdrości. „Zły jest, kto zazdrosnym okiem patrzy, odwraca oblicze i z góry spogląda na innych” (Syr 14,8) – poucza biblijny mędrzec. Słownikowa definicja mówi, że zazdrość to „uczucie przykrości, żalu i niechęci do kogoś na widok jego powodzenia, szczęścia z powodu stanu jego posiadania”. Zawiść to bardzo silna odmiana zazdrości, to pożądanie czegoś, czego nie posiadamy, wręcz pragnienie odebrania komuś jakiegoś dobra. Szczególną wersją zazdrości jest niepokój co do wierności osoby kochanej. Rozpowszechnione jest przekonanie, że odrobina zazdrości towarzyszy każdej miłości. Czy na pewno tak jest?

    Nie każda zazdrość jest grzechem
    Dwóch studentów przygotowuje się do egzaminu. Jeden ostro zakuwa całymi dniami, drugi imprezuje, nie przejmując się specjalnie nauką. Na egzaminie okazuje się, że pierwszy zdał ledwo na tróję, a obibok dostał piątkę. Może miał szczęście, może był zdolniejszy, wszystko jedno. Solidnego studenta ta sytuacja może nieźle zdenerwować. To, że pojawi się zazdrość, czy nawet zawiść, jest pewne. Ale, uwaga, to jeszcze nie będzie grzech.

    Zazdrość pojawia się najpierw jako uczucie, czyli coś spontanicznego, poza naszą kontrolą. To najczęściej nieuświadomiona obrona poczucia własnej wartości. Nikt nie lubi czuć się kimś niższym. Uczucia same w sobie nie są moralnie ani dobre, ani złe. Mogą jednak prowadzić do dobra lub zła. Prymitywne uczucie zazdrości pojawia się w wielu sytuacjach. Od nas zależy jednak to, co z nim zrobimy. Jeśli pozwolimy sobie na to, by zazdrość względem kogoś zapuściła w nas korzenie, wtedy staje się ona grzechem lub wadą, czyli utrwaloną skłonnością do zła. „Zazdrość jest grzechem śmiertelnym, gdy życzy bliźniemu poważnego zła” – wyjaśnia katechizm (KKK 2539).

    Z zazdrości rodzą się pewne postawy lub konkretne grzechy: nienawiść, pogarda, obmowa, oszczerstwo, plotki, złośliwości, intrygi, kłótnie, niezgoda itd. Doświadczeni kierownicy duchowi podkreślają, że kiedy pojawia się uczucie zazdrości, nie powinno się udawać, że jej nie ma, lekceważyć lub zamiatać pod dywan. Stłumiona zazdrość, przypudrowana nieszczerym uśmiechem czy wymuszoną grzecznością, wybuchnie prędzej czy później jakąś formą agresji lub autoagresji. Aby temu zapobiec, trzeba przyznać się do zazdrości przed samym sobą, nazwać rzecz po imieniu. Człowiek potrafi bowiem zapanować tylko nad tym, co potrafi rozpoznać i nazwać.

    Nie ma miłości bez zazdrości?
    Zazdrość łączy się w pewien sposób z miłością. Miłość pragnie wyłączności. Dotyczy to zwłaszcza relacji małżeńskiej. Więź łącząca męża i żonę jest czymś zarezerwowanym tylko dla tej relacji. Tej wyłączności strzeże wzajemne zaufanie, wiara w dane sobie słowo „jestem twoją żoną, twoim mężem na zawsze”. Tam, gdzie słabnie zaufanie, pojawia się podejrzliwość, rośnie zazdrość. Św. Paweł, pisząc, że „miłość nie zazdrości”, o tym właśnie mówi. Oczywiście to jest ideał, ku któremu każda ludzka miłość powinna dojrzewać. Zazdrość rodzi się z egoizmu, nie z miłości. Zazdrość przykleja się łatwo do miłości, deformuje ją i zniekształca. Patrzy na ukochaną osobę jak na własność, do której ma wyłączne prawo. Tymczasem miłość jest zawsze spotkaniem dwóch wolności. Zazdrosny łatwo o tym zapomina i nie potrafi być wdzięczny.

    Jeśli miłość jest jakoś przemieszana z zazdrością, to dzieje się tak dlatego, że ludzka miłość ma zawsze domieszkę egoizmu. Pragnienie własnego szczęścia jest wymieszane z pragnieniem szczęścia kochanej osoby. Zazdrość o miłość rodziców powstaje często w rodzeństwie. Dziecko domaga się dla siebie całej rodzicielskiej miłości, nie akceptuje dzielenia jej z innymi. Ten prymitywny mechanizm działa dokładnie tak samo w życiu dorosłych. Domagamy się niesłusznie „całości” osoby kochanej. Rozwój miłości polega na tym, by tę spontaniczną zazdrość mieć pod kontrolą, by oczyszczać miłość z egoistycznych zapędów, uczyć się zaufania i wielkoduszności, poznawać siebie i tych, których kochamy, rozmawiać szczerze o trudnościach, a kiedy trzeba – przebaczać.

    W Starym Testamencie pojawia się wprawdzie określenie, które brzmi zaskakująco. „Ja jestem Bogiem zazdrosnym” (Wj 20,5) – mówi o sobie Bóg. Jak to rozumieć? Bóg nie jest zazdrosny nigdy o żadną ludzką miłość, o żadne dobro. I tak to On wszystko dał człowiekowi. „Zazdrość” Boga dotyczy tylko jednego, a mianowicie sytuacji, w której człowiek zwraca się w stronę „innych bogów”. W takich momentach Biblia mówi również o gniewie Boga. Te wyrażenia podkreślają jedno, że miłość Boga jest niesamowicie zaangażowana, że bywa też miłością zranioną. Bóg dał nam wszystko, chce naszego szczęścia, nie może znieść tylko tego, kiedy człowiek robi sobie z byle czego bożka. Takie bałwochwalstwo obraża samego Boga, a człowieka poniża i prowadzi do zguby. „Zazdrość” Boga jest Jego wołaniem o nasze nawrócenie.

    Do czego prowadzi zazdrość?
    Z zazdrością bardzo silnie sprzęgnięte są pycha i chciwość. Te wady napędzają się nawzajem. Zazdrość lub zawiść rodzą się w sytuacji zagrożenia naszego poczucia wartości. „Wrogiem” okazuje się ten, z kim się porównujemy (najczęściej odruchowo) i to porównanie wypada na naszą niekorzyść. Wielką popularnością cieszą się dziś wszelkiego rodzaju konkursy, zawody, rankingi. Modne jest ciągłe porównywanie słupków popularności, poparcia, urody, zamożności, seksapilu itd. Nieustająca rywalizacja jest elementem składowym codzienności. Wyścigowe podejście do życia widać nieraz nawet w stylu jazdy samochodem. „Wyścig szczurów” – powiadają niektórzy. Nie przepadam za tym określeniem, ponieważ wyczuwam w nim nutkę pogardy, a może nawet zazdrości mówiącego, że on do tego wyścigu się nie załapał.

    Zazdrość bywa na ogół dobrze zamaskowana. Ukrywa się pod pozorem domagania się sprawiedliwości, obrony demokracji, równości („jestem przecież tak dobry jak ty”) lub moralności. Włoski reżyser Vittorio de Sica zauważył, że „oburzenie moralne składa się z 2 procent troski o moralność, 48 procent oburzenia i 50 procent zazdrości”. Zazdrość nie dostrzega, że większość tzw. ludzi sukcesu zawdzięcza go nie tylko swoim talentom czy szczęściu, ale przede wszystkim swojej ciężkiej pracy. Jakże często na widok kogoś, kto odniósł sukces, reagujemy „moralizatorską” oceną: „ktoś mu pewnie pomógł”, „to wszystko złodzieje”, „no ale skromnością to on nie grzeszy”. Mechanizm pogardy uruchamia się bardzo szybko u ludzi, którzy czują się zagrożeni porównaniem na swoją niekorzyść. „Najgorsi są ci działacze trzeźwościowi, sami piją najwięcej, ja w swoim życiu tyle nie wypiłem co oni” – wyznał pewien pan, kończąc swój miniwykład o konieczności wypicia kieliszka koniaku dla zdrowia.

    Polska specjalność?
    W literaturze spotkać można opinie, że zazdrość jest cechą narodową Polaków. Przysłowiowe stało się już określenie Wańkowicza, że „szewc kanonikowi zazdrości, że prałatem został”, czy podobne Boya, że „proboszcz pani aptekarzowej, że miała lekki poród”. „Twierdzę, że zasadniczym stosunkiem Polaka do Polaka jest wzajemna pogarda, jeśli nie naturalna, to sztuczna, a to jest jeszcze gorzej” – pisał Stanisław Ignacy Witkiewicz. „W Polsce jeśli pierwszy drugiego chwali, to najczęściej po to, żeby się trzeci wściekł” (Maryla Wolska). „Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł” – zauważał gorzko Norwid. W tych głosach jest coś z prawdy, aktualnej także dziś.

    W publicznej przestrzeni sporo jest pogardy dla innych. Ile słów, które ściągają innych za wszelką cenę w dół. Ile podejrzeń rzucanych tak łatwo na ludzi, którym się powiodło. Ile podejrzliwości, wiary w spiskowe teorie. W naszych codziennych rozmowach też nie brakuje plotek, pomówień, łatwych ocen czy tzw. bezinteresownej zawiści. Niemcy mają takie określenie Schadenfreude, czyli radość z cudzej szkody. Czy nie dopada nas nieraz ten rodzaj zawistnej radości? To są pytania do przemyślenia w wielkopostnym rachunku sumienia.

    Polubić ludzi
    Czy serce da się wyleczyć z zazdrości czy zawiści? Zazdrość ma tendencje do przybierania formy stałej wady, a nawet obsesji. Dlatego warto zazdrość wyrywać z serca na bieżąco, bo zawsze będziemy w sytuacji podatnej na jej rozwój. Obok nas będą zawsze lepsi, szczęśliwsi, bogatsi czy piękniejsi. To może wywoływać męczącą myśl: „Nie jest w porządku, że tego nie posiadam”. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że równość jest mitem głoszonym przez populistycznych polityków, którzy w gruncie rzeczy podsycają poziom zazdrości w społeczeństwie.

    Owszem, wszyscy ludzie mają jednakową ludzką godność, powinni być równi wobec prawa, ale zarazem różnią się między sobą na tysiące sposobów. Uroda, inteligencja, zdolności, zdrowie i inne dary nie są podzielone równo. Z tą „niesprawiedliwością” trzeba się pogodzić. Ks. Jan Twardowski w swoim stylu trafia w sedno. „Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka/ gdyby wszyscy byli silni jak konie/ gdyby wszyscy byli jednakowo bezbronni w miłości/ gdyby każdy miał to samo/ nikt nikomu nie byłby potrzebny/ Dziękuję Ci że sprawiedliwość Twoja jest nierównością/ to co mam i to czego nie mam/ nawet to czego nie mam komu dać/ zawsze jest komuś potrzebne…” („Sprawiedliwość”).

    Przeciwieństwem zazdrości jest życzliwość. Jak się jej uczyć? Najprościej: polubić bardziej i siebie, i ludzi. Dostrzegać innych i siebie jako Boże dzieła, jedyne i niepowtarzalne. Nie muszę być pierwszy w wyścigu, ba, nawet nie muszę w nim startować. Przecież jestem i tak wyjątkowy.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    (korzystałem z książek J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj” i Andrzeja Zwolińskiego „Zazdrość”)

    *******

    Starsi bracia knują spisek

    Starsi bracia knują spisek

     

    Gdy w Biblii szukałem historii związanych z grzechem zazdrości, zauważyłem, że często dotyczą one braci. Przypadek?

    Kain był pierworodny. A mimo to „Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę; na Kaina zaś i na jego ofiarę nie chciał patrzeć. Smuciło to Kaina bardzo i chodził z ponurą twarzą. Pan zapytał Kaina: »Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie«”. Skończyło się dramatem: „Rzekł Kain do Abla, brata swego: »Chodźmy na pole«. A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go”.
    Rdz 4,1–8

    Historia innego starszego brata – Ezawa. „Stał się zręcznym myśliwym, żyjącym w polu. Jakub zaś był człowiekiem spokojnym, mieszkającym w namiocie. Izaak miłował Ezawa, bo ten przyrządzał mu ulubione potrawy z upolowanej zwierzyny” (Rdz 25,27–34). To zdanie wiele nam mówi… Jak musiał czuć się ukryty w namiocie Jakub? Jego serce zżerała zazdrość. Postanowił podstępem wykupić pierworództwo. Trzecia historia: Józef sprzedany przez braci. „Izrael miłował Józefa najbardziej ze wszystkich synów, gdyż urodził mu się on w podeszłych jego latach. Sprawił mu też długą szatę z rękawami. Bracia Józefa widząc, że ojciec kocha go bardziej niż wszystkich, tak go znienawidzili, że nie mogli zdobyć się na to, aby przyjaźnie z nim porozmawiać. (…) Gdy Józef przybył do swych braci, oni zdarli z niego jego odzienie i pochwyciwszy go, wrzucili do studni”.
    Rdz 37,1–36

    „Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze daj mi część majątku…”. Znamy dalszy ciąg. Opowieść kończy pełen zazdrości krzyk: „Tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi”.
    Łk 15,29

    Na ilustracji:
    Ilustrując zazdrość (invidia), artysta posłużył się starym flamandzkim przysłowiem: „Dwa psy przy jednej kości nie dojdą do zgody”. Namalowane psy nie interesują się kośćmi leżącymi na ziemi, bo atrakcyjniejsza wydaje im się ta, której nie mają, trzymana przez mężczyznę stojącego nad nimi. Pełne zawiści spojrzenia zamożnych mężczyzn namalowanych z lewej (w czerwonej szacie) i z prawej (w białej szacie) strony, przenoszą obserwację artysty w świat ludzi. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grze-chów głównych”, namalowanej ok. 1480 roku.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy

    Leki na grzechy

    *******

    Częścią cyklu „Zmartwienia Pana Boga” są obrazki z propozycjami modlitw, które nawiązują do grzechów głównych. Tym razem jest to modlitwa o życzliwość.

    Ilustrację stanowi reprodukcja obrazu El Greco „Chrystus niosący krzyż” (olej na płótnie, 1600–1605). Słynny malarz miał wiele zamówień na namalowanie takiego obrazu.

    Do dziś zachowało się aż osiem wersji tego dzieła. Kontemplacja tak właśnie namalowanej twarzy Jezusa dawała ludziom pociechę i nadzieję.

    Oczy Zbawiciela pełne są łez, ale Jego wpatrzona w niebo twarz wyraża spokój, a nawet radość. Wie bowiem, że Jego cierpienie zbawi ludzkość.

    ________________________________________________________________________

    Łakomstwo

    Łakomstwo

    Modlitwa o umiarkowanie

    Panie, dziwny jest ten świat.

    Tak wielu ludzi umiera z braku chleba, wody lub podstawowych leków.

    Inni cierpią na choroby nadmiaru: przejadanie się, pijaństwo, nikotynizm, uzależnienie od narkotyków.
    Proszę o ratunek dla jednych i drugich.

    Jezu, wołający z krzyża „Pragnę!”, pomóż mi panować nad zachciankami i zachować umiar w korzystaniu z dóbr.

    Potrząśnij mną, gdy pogoń za przyjemnością odbiera mi rozum. „Kiedy jestem głodny, daj mi kogoś, kto potrzebuje pożywienia; Kiedy chce mi się pić, kogoś kto potrzebuje wody,

    Kiedy myślę tylko o sobie, skieruj moje myśli ku innemu człowiekowi” (bł. Matka Teresa)

    *******

    Wielkie żarcie

    Wielkie żarcie

     

    Chrześcijaństwo nie jest religią wrogą życiu i przyjemnościom. Wzywa do umiaru. Po to, aby człowiek był zdolny rozwinąć w sobie potrzeby wyższe, by nie zagłuszył głodu Boga, by nie utracił wolności z powodu apetytu.

    Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. I coś w tym jest. Choć na zdrowy rozum apetyt powinien zmniejszać się w miarę jedzenia. Biologiczne potrzeby organizmu domagają się zaspokojenia, to oczywiste. Ale im większy komfort życia, tym bardziej rośnie apetyt na luksus, zbytek. Coraz bardziej zaczyna liczyć się smak, gatunek i cena tego, co jemy czy pijemy. Konsumowanie staje się stylem życia bogatych społeczeństw, a nawet zasadniczym życiowym dążeniem. Na marginesie naturalnych potrzeb organizmu rozwijają się sztucznie wytworzone głody, które często prowadzą do uzależnień. „Wielkie żarcie” – to tytuł włosko-francuskiego filmu z roku 1973. Jego bohaterowie, czterej zamożni mężczyźni, spotykają się na uczcie w podmiejskiej willi. Impreza przeradza się w orgię zakończoną samobójstwem z przejedzenia. Film jest symbolicznym, bardzo dosadnym obrazem dekadencji społeczeństwa epoki konsumpcji. Podczas gdy na Zachodzie ludzie walczą z nadwagą, na całym świecie prawie miliard ludzi walczy o to, by przeżyć. Co 5 sekund z głodu umiera człowiek. Według danych FAO (Organizacja do spraw Wyżywienia i Rolnictwa), liczba głodujących na świecie wzrosła w 2008 r. o 40 mln, osiągając 963 mln osób. Dziwny jest ten świat.

    Nie bądź nienasycony
    „Jedz, co leży przed tobą, jak człowiek, nie bądź żarłoczny, abyś nie wzbudził odrazy. Przez dobre wychowanie pierwszy zaprzestań jedzenia, nie bądź nienasycony, byś kogo nie zraził. Jeśli zajmiesz miejsce między wieloma, nie wyciągaj ręki jako pierwszy spomiędzy nich. Jakże mało wystarcza człowiekowi dobrze wychowanemu, na łóżku swym nie będzie ciężko oddychał. Zdrowy jest sen człowieka, gdy ma umiarkowanie syty żołądek, wstaje on wcześnie, jest panem samego siebie. Udręka bezsenności, bóle żołądka i kolki w brzuchu – u łakomego człowieka” (Syr 31,16–20). Ten tekst biblijnego mędrca zawsze zadziwiał mnie swoją konkretnością i dosadnością. Opanowanie przy stole to nie tylko kwestia etyki, ale i dobrego wychowania oraz dobrego zdrowia. Kluczem jest stwierdzenie: „być panem samego siebie”, czyli zachować rozsądek zgodnie z zasadą: „nie żyje się, aby jeść, lecz jada się, aby żyć”.

    Jak sama nazwa wskazuje, istotą grzechu nieumiarkowania jest brak umiaru. Żaden grzech, także i ten, nie jest chorobą ciała, ale schorzeniem ludzkiego ducha, słabością woli, nieumiejętnością powiedzenia „dość”. Klasycznym przejawem nieumiarkowania jest jedzenie za dużo, czyli obżarstwo. Wokół nas presja na konsumpcję jest bardzo silna. Marketingowe pułapki oferujące „jedzenie dla jedzenia” zastawione są już na najmłodszych. Za symbol tego typu produktów mogą uchodzić chipsy. Ktokolwiek był na szkolnej wycieczce, wie, że tuż po ruszeniu autobusu dzieci otwierają swoje plecaczki wypełnione asortymentem przeróżnych smakołyków: chrupkami, popcornem, paluszkami, żelkami, kolorowymi słodkimi napojami, których sam widok przyprawia o mdłości.

    Na plus wypada zaliczyć to, że dzieci zwykle chętnie częstują swoją panią lub swojego księdza. Ale na przykre efekty takiego dożywiania nie trzeba długo czekać. Język angielski wprowadził określenie „junk food”, czyli dosłownie „jedzenie śmieciowe”. Chodzi o tanią i łatwą w produkcji żywność, pełną tzw. pustych kalorii, a pozbawioną prawie całkowicie wartości odżywczych. Większość tzw. fast foodów serwuje tego typu żywność, kusząc taniością lub dodatkowymi bonusami. Innym rodzajem presji na wzrost konsumpcji jest ogromna ilość programów czy publikacji poświęconych gotowaniu. Oczywiście nie ma nic zdrożnego w przygotowaniu czy zjedzeniu smacznej potrawy, ale każda przesada jest niebezpieczna. Nadmierne dogadzanie podniebieniu może prowadzić do jakiejś formy egoistycznej koncentracji na potrzebach, było nie było, drugorzędnych. Żołądek musi znać swoje miejsce w szeregu, czyli w hierarchii ludzkich potrzeb.

    Kuchenna duchowość
    Grzech braku umiaru może przybierać jeszcze inne, zaskakujące oblicze. W mediach i w reklamie wszechobecna jest walka z otyłością. Cudowne diety, środki chemiczne hamujące apetyt, urządzenia do ćwiczeń, masaży czy tzw. zdrowa żywność – to wszystko może prowadzić człowieka w stronę przesadnej troski o figurę czy zdrowie. Na przestrzeni ostatnich lat wzrosła ilość przypadków anoreksji i bulimii, prowadzących nieraz do śmierci. Wpatrzone w lustro i wagę dziewczęta lub kobiety cierpią często na obsesję na punkcie swojego wyglądu. Anoreksja to patologiczne odchudzanie się, z użyciem środków przeczyszczających i wymiotnych. Bulimia to okresowe przejadanie się, przeplatane okresami głodówki. Psychologowie zwracają uwagę, że w sytuacjach stresu czy depresji wielu ludzi sięga w sposób niekontrolowany do lodówki. Nie chodzi o to, aby oskarżać o grzech wszystkich ludzi doświadczających tego typu sytuacji. Chodzi o zobaczenie pewnych obyczajowych, groźnych trendów, które pchają ludzi w coraz to nowe rodzaje duchowych czy psychicznych zniewoleń związanych z konsumpcją.

    Lekarz medycyny Steven Bratman napisał książkę poświęconą nowej chorobie, którą nazwał ortoreksją. To rodzaj manii prześladowczej związanej z odżywianiem, z przesadną troską o jego czystość i jakość. Wiąże się to często z medycyną alternatywną i rozmaitymi dietami. Nie ma nic złego np. w wegetarianizmie, ale jeśli zaczyna temu towarzyszyć swoista „kuchenna duchowość”, jakaś parareligijna troska o gastronomiczną ortodoksję, wtedy można mówić o nieumiarkowaniu. Bartman pisze żartobliwie, że „życie jest za krótkie, żeby wypełnić je tylko troską o to, jak żyć dłużej”. Wydaje się, że obsesja na punkcie żywienia przybierała w ostatnich latach na sile. Być może wizja pogłębiającego się globalnego kryzysu doprowadzi do zatrzymania tej fali.

    Chemiczna ekstaza
    Do grzechów nieumiarkowania można zaliczyć także wszelkie formy uzależnień od substancji chemicznych, takich jak nikotyna, alkohol, narkotyki, a nawet leki. Dlaczego człowiek sięga po te środki? Czego szuka? U korzeni problemów uzależnień zawsze pojawiają się niezaspokojone głody duchowe: samotność, nieradzenie sobie z życiem, brak poczucia sensu czy własnej wartości, brak Boga. To szukanie zapomnienia, rodzaj ucieczki od życia, chwilowego znieczulenia bólu duchowego lub psychicznego, chemiczna ekstaza, namiastka nieba. Najszybciej do uzależnienia prowadzą narkotyki. „Używanie narkotyków wyrządza bardzo poważne szkody zdrowiu i życiu ludzkiemu. Jest ciężkim wykroczeniem, chyba że wynika ze wskazań ściśle lekarskich. Nielegalna produkcja i przemyt narkotyków są działaniami gorszącymi; stanowią one bezpośredni współudział w działaniach głęboko sprzecznych z prawem moralnym, ponieważ skłaniają do nich” (KKK, 2291). Posiadanie narkotyków i handel nimi są na ogół zakazane przez prawo, ale w Polsce kwitnie ostatnio handel tzw. dopalaczami, czyli substancjami chemicznymi o działaniu podobnym do narkotyków. Kupuje je głównie młodzież, traktując jako dodatek do dobrej zabawy. To, co legalne, niekoniecznie jest moralne. Korzystanie i handlowanie dopalaczami trzeba traktować w kategorii grzechu.

    W przypadku alkoholu ocena moralna wymaga pewnych rozróżnień. Trzeźwość nie wyklucza umiarkowanego korzystania z napojów alkoholowych. Jednak każde nadużycie alkoholu jest grzechem. Człowiek nie jest zwolniony od odpowiedzialności za grzechy popełnione pod wpływem alkoholu.
    Katechizm zwraca uwagę, że prowadzenie pojazdów w stanie nietrzeźwym jest poważną winą. Dla kogoś, kto już popadł w chorobliwe uzależnienie od alkoholu, jedynym ratunkiem jest całkowita abstynencja, leczenie odwykowe i wsparcie najbliższych. Zwykle alkoholikowi najtrudniej pokonać próg przyznania się do swojego problemu, uznania, że alkohol jest od niego silniejszy. Z pomocą moralistom przychodzą w tych kwestiach lekarze czy psycholodzy. Pozytywnym zjawiskiem ostatnich lat jest moda na niepalenie. Palaczom coraz trudniej jest znaleźć miejsce do zaspokojenia swojego nikotynowego głodu. Od strony moralnej każdy papieros jest zabijaniem siebie, a często i innych. Nie każdy papieros jest grzechem ciężkim, ale każdy jest czymś moralnie nagannym.

    Od umiaru po ucztę bez końca
    Chrześcijaństwo nie jest religią wrogą życiu i przyjemnościom. Jeśli wzywa do umiaru, to po to, aby człowiek był zdolny rozwinąć w sobie potrzeby wyższe, by nie zagłuszył głodu Boga. Oczywiście w historii pojawiały się pewne skrajne tendencje ascetyczne. Tym niemniej nie powinniśmy zbyt łatwo skreślać z naszego słownika pojęcia ascezy. To słowo oznacza dosłownie ćwiczenie się w czymś. To forma ograniczenia tego, co dozwolone. To uczenie się kontrolowania swoich apetytów, ćwiczenie w umiejętności mówienia „nie”, nauka samoograniczenia się, szkoła wolności. Asceza kształtuje charakter, wzmacnia moralny kręgosłup, przygotowuje na chwilę duchowej walki. Tylko ten, kto umie panować nad swoim głodem, zatroszczy się o głodnych obok siebie.

    Klasycznym elementem ascezy chrześcijańskiej był od zawsze post. Dziś nawet Kościół, ulegając konsumpcyjnej presji, złagodził postne przepisy. Post pozostał tylko dwa dni w roku: w Środę Popielcową i w Wielki Piątek. Piątkowe powstrzymanie się od mięsa jest symboliczną namiastką postu. A jednak warto powrócić do postu. W ten sposób ludzkie ciało zostaje włączone w modlitwę. Bezmyślne opychanie się czymkolwiek może być oznaką duchowej pustki. Post może pomóc człowiekowi dokopać się do tego najgłębszego, najbardziej podstawowego ludzkiego głodu – głodu Boga, Jego miłości. To jest ten dopalacz, którego tak naprawdę potrzebujemy.

    Nie jest przypadkiem, że Eucharystia jest ucztą. Znak pokarmu i napoju wskazuje na duchowy pokarm, którym są Ciało i Krew Chrystusa, przemieniające obecność zmartwychwstałego Pana. W Biblii uczta jest symbolem wiecznego szczęścia, ostatecznego zaspokojenia wszelkich ludzkich głodów, wiecznego spotkania. „Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win” (Iz 25,6). Zbawienie nie oznacza wyzwolenia z ciała. Mamy nadzieję na zbawienie duszy i ciała. Wszystko, co dobre, smaczne, przyjemne, zmysłowe zostanie ocalone, uwolnione od zła, przetworzone przez Bożą miłość. Ta miłość nie zna umiaru. I tak jest dobrze.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    (korzystałem z książek J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj” i Andrzeja Zwolińskiego „Nieumiarkowanie”)

    *******

    Choroba z przejedzenia

    Choroba z przejedzenia

     

    Biblijne księgi mądrościowe nie stronią od konkretnych rad, także dotyczących opanowania przy stole.

    Mędrzec Syrach przestrzega: „Nie wszystko służy wszystkim i nie każdy we wszystkim ma upodobanie. Na żadnej uczcie nie bądź nienasycony i nie rzucaj się na potrawy! Z przejedzenia powstaje choroba, a nieumiarkowanie powoduje rozstrój żołądka. Z przejedzenia wielu umarło, ale umiarkowany przedłuży swe życie”.
    Syr 37,28–31

    W wielu opisach biblijnych mowa jest także o niebezpieczeństwie związanym z upiciem się. Człowiek pijany pada ofiarą swoich żądz lub wrogów. Pijaństwo wystawia człowieka na pośmiewisko. „Zadowolenie serca i radość duszy daje wino pite w swoim czasie i z umiarkowaniem. Udręczeniem dla duszy jest zaś wino pite w nadmiernej ilości, wśród podniecenia i zwady. Pijaństwo powiększa szał głupiego na jego zgubę, osłabia siły i sprowadza rany”.
    Syr 31, 28–30

    „Nie patrz na wino, jak się czerwieni, jak pięknie błyszczy w kielichu, jak łatwo płynie przez gardło: bo w końcu kąsa jak żmija, swój jad niby wąż wypuszcza; twoje oczy dostrzegą rzeczy dziwne, a serce twe brednie wypowie”.
    Prz 23, 30–31

    Ofiarą nieumiarkowania w piciu wina padł nawet sam sprawiedliwy Noe. „Noe był rolnikiem i on to pierwszy zasadził winnicę. Gdy potem napił się wina, odurzył się nim i leżał nagi w swym namiocie. Cham, ojciec Kanaana, ujrzawszy nagość swego ojca, powiedział o tym dwu swym braciom, którzy byli poza namiotem. Wtedy Sem i Jafet wzięli płaszcz i trzymając go na ramionach weszli tyłem do namiotu i przykryli nagość swego ojca”.
    Rdz 9, 20–23

    Ilustracja: Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu (gula) symbolizuje groteskowa uczta. Siedzący przy stole mężczyzna oddaje się obżarstwu, a stojący z prawej strony – pijaństwu. Kobieta wnosi do pokoju kolejne potrawy. Nikt nie zajmuje się dzieckiem, które próbuje zwrócić na siebie uwagę dorosłych. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grzechów głównych”, namalowanej ok. 1480 roku na blacie stołu, przechowywanej w madryckim muzeum Prado. (źródło: zasoby internetu).


    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy

    Leki na grzechy

    Częścią cyklu „Zmartwienia Pana Boga” są obrazki z propozycjami modlitw, które nawiązują do grzechów głównych. Lekiem na grzech jest łaska, o którą trzeba prosić Boga.

    Nieumiarkowanie jest zawsze jakąś formą przesadnej koncentracji na sobie.

    Modlitwa poszerza serce, otwiera na Boga i na innych ludzi.

    Budzi głód duszy.


    Ilustrację stanowi reprodukcja obrazu Lucasa Cranacha starszego „Głowa Chrystusa w cierniowej koronie”, olej na desce, ok. 1510.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Gniew

    Gniew

    *******

    Modlitwa o pokój serca

    Panie, daj mi pokój serca.
    Oddal ode mnie gniew, nienawiść, pragnienie zemsty.

    Modlę się za tych, którzy mnie zranili słowem, czynem, obojętnością, niezrozumieniem. Proszę też za tymi, którym ja zadałem ból.

    Pomóż mi wejść jak najszybciej na drogę pojednania bez dramatyzowania sytuacji i formułowania oskarżeń. Daj mi siłę, bym umiał przebaczać. Jezu, który powiedziałeś „błogosławieni cisi”, uciszaj moje wewnętrzne burze i pomóż mi lepiej rozumieć siebie.

    Powiedziałeś „błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”, uczyń ze mnie człowieka wnoszącego pokój, a nie zamęt.

    Niech „nad moim gniewem nie zachodzi słońce” nie chcę „dawać miejsca diabłu” (Ef 4, 26)

    *******

    Zły doradca

    Zły doradca
    fot. Stock.Xpert

    *******

    Jezus wyganiając kupców ze świątyni, uniósł się świętym gniewem. Ale nam częściej przytrafia się gniew, zrodzony z egoizmu i mściwości. Taki gniew odbiera rozum, prowadzi do agresji. To zły doradca.

    Gniew pojawia się w nas najpierw jako uczucie. To emocjonalna reakcja na zło, krzywdę, niepowodzenie, utratę jakiegoś dobra lub na niesprawiedliwość, która dotyka nas czy innych. Skala tych negatywnych emocji jest duża: od lekkiej irytacji, wzburzenia, aż po złość, wściekłość, szewską pasję czy furię. Gniew może nas opanować, a potem stopniowo wzbierać, aż wreszcie wybuchnąć jakąś formą agresji. Uczucie gniewu nie jest jeszcze grzechem, ale jest sygnałem nadchodzącego duchowego zagrożenia.

    Kiedy gniew staje się grzechem
    Grzech zaczyna się wtedy, gdy uczucie złości prowadzi nas do konkretnych czynów, do agresji przeciw komuś, czasem przeciw sobie samemu, a bywa, że i przeciwko Bogu. Przejawów agresywnych zachowań jest wiele. Można powiedzieć, że gniew posługuje się różnorodną amunicją. Czasem to atak słowny, innym razem fizyczna napaść, bójka, zranienie czy nawet zabójstwo. Człowiek opanowany przez gniew usiłuje sam wymierzyć drugiemu sprawiedliwość i zatraca w tym miarę. Gniew jest podszyty pragnieniem odwetu, może prowadzić do nienawiści. Gniew rodzi gniew, zło prowadzi do kolejnego zła, zemsta do zemsty. Gniew robi z igły widły, napędza spiralę mściwości. Mały kamyczek może spowodować lawinę przemocy trudną do zatrzymania.

    Gniew odbiera człowiekowi rozum. Dlatego przestaje on kontrolować siebie, nie widzi obiektywnie danej sytuacji, dorabia teorię do swoich agresywnych zachowań. W stanie gniewliwego wzburzenia ludzie wypowiadają wiele słów, których potem bardzo żałują. Nie lekceważmy siły rażenia werbalnych ataków. Słowa potrafią zranić bardziej niż kopniak. Zdania wypowiedziane w gniewie rozwaliły w proch niejeden ludzki związek. W gniewie ludzie, którzy dobrze się znają, dobierają precyzyjnie słowa, które mają ranić. A ponieważ znają słabe, wrażliwe miejsca bliźniego, dlatego trafiają właśnie w te punkty, precyzyjnie jak nowoczesne pociski. Zagniewani rodzice mówią do dzieci słowa, które zostają im potem na długo w sercu, może nawet na całe życie.

    Kierunki rażenia gniewu bywają różne. Gniew na szefa, któremu nie jestem w stanie wykrzyczeć swojej krzywdy, bywa przenoszony na innych, zwykle na słabszych, Bogu ducha winnych. Dostaje się na ogół najbliższym: żonie, mężowi, dzieciom. Nieraz agresja kierowana jest również na siebie samego. Czasem przeciwko Bogu, którego obwiniamy o nieszczęście. Brak panowania nad gniewem utrwala postawę gniewliwości, czyli pewnej stałej skłonności do nerwowych reakcji, nieraz z byle powodu. Oczywiście pewną rolę odgrywa tu temperament, ale gniew jest zagrożeniem dla każdego człowieka, bez wyjątku.

    Agresja nasza codzienna
    Agresywnych postaw nie brakuje. „Żyjemy w epoce okazywania gniewu, irytacji, złości, wściekłości, chuligaństwa, wandalizmu i terroryzmu, które są na porządku dziennym. (…) Objawem gniewnej złości są przekleństwa, które przyczyniają się do oszpecania mowy” – twierdzi Joanna Petry Mroczkowska. Trudno się nie zgodzić z tą diagnozą. Ktokolwiek sięgał do komentarzy, które wypisują internauci pod artykułami na stronach internetowych, wie, że poziom nienawiści przekracza tam kilkakrotnie średnie stężenie złości. To zjawisko powinni przebadać psychiatrzy. Czy to internetowa anonimowość sprawia, że z ludzi wychodzi jakaś diaboliczna wręcz chęć poniżania innych?

    Mamy dziś modę na tzw. asertywność, polegającą również na nieskrępowanym wyrażaniu własnych emocji, także tych negatywnych. Spory wpływ na poziom agresywnych zachowań w życiu codziennym mają media elektroniczne. Przemoc dobrze się sprzedaje, podnosi oglądalność. Narasta jakaś fascynacja zabijaniem, które w wielu filmach nie jest napiętnowane jako zło, ale nabiera cech swoistej poetyki. Okrucieństwo ukazywane jest wręcz jako coś pociągającego. Sceny przemocy obecne są w dużych dawkach w filmach rysunkowych dla dzieci. Obliczono, że amerykańskie dzieci przed osiągnięciem wieku szkolnego oglądają na ekranach 8 tys. morderstw. Nie chcę demonizować tych spraw, ale trudno nie dostrzegać związków między wszechobecną przemocą w mediach a narastaniem agresywnych zachowań w społeczeństwie. W wielkich miastach: na ulicach, dworcach, przystankach czuje się jakiś rodzaj nerwowości, gonitwy czy ciągłej gotowości do walki o swoje.

    Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój
    Jak pokonać gniew? Kiedy już nas dopadnie, nie wolno udawać, że go nie ma. Wypieranie z siebie gniewu uderzy w nas samych ze zdwojoną siłą, także w formie chorób somatycznych (wrzody żołądka, nadciśnienie itd.). Chodzi o to, aby poznać siebie i swoje reakcje. W gniewie nie powinno się podejmować żadnych decyzji, działań czy dyskusji. Warto poczekać, aż opadnie poziom emocji. Dobrze jest wypowiedzieć swój gniew na przykład w formie wygadania się przed kimś bliskim. To pomaga w zobiektywizowaniu sytuacji. Warto zastanowić się, jaki jest mój problem, co powoduje mój gniew. Jeśli znam odpowiedź na to pytanie, to kolejnym krokiem będzie nie tyle walka z gniewem, ile raczej zmierzenie się z tym problemem albo trzeźwe uznanie, że są rzeczy, których zmienić nie mogę.
    Nasz gniew wolno, a może nawet trzeba wypowiedzieć przed samym Bogiem.

    Czytając Psalmy, zauważamy w nich całą gamę ludzkich emocji. W tej modlitwie czuć pulsowanie ludzkiego życia. Są tu radość, podziw czy wdzięczność, ale także skarga, narzekanie, gniew czy wręcz nienawiść. „Nienawidzę ich pełnią nienawiści; stali się moimi wrogami” (Ps 139,22). Chrześcijańskie uszy z trudem słuchają takiej modlitwy. A jednak kryje się tu życiowa mądrość. Gniew musi znaleźć swoje ujście. Jeśli zamieniam go w modlitwę, jeśli swoje negatywne emocje nazywam szczerze wobec Boga, to prawdopodobnie owocem takiej modlitwy będzie większy pokój serca. Psalmista szczerze wypowiada to, co go boli, opisuje krzywdę i niesprawiedliwość. Ale potem zawsze oddaje tę sprawiedliwość w ręce Boga, nie chce sam jej wymierzać. Zacytowany Psalm 139 kończy się słowami: „Zbadaj mnie, Boże, i poznaj me serce; doświadcz i poznaj moje troski, i zobacz, czy jestem na drodze nieprawej, a skieruj mnie na drogę odwieczną!” (139, 23–24).

    „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój” (Mt 5,9). To niełatwa droga, bo wszyscy mamy swoje wrażliwe miejsca, jesteśmy podatni na zranienie. Dlatego podejmujemy wyścig niewidzialnych zbrojeń, budujemy nasze obronne linie na wypadek ataku. „Przemoc jest odpowiedzią naszego zranionego serca na niezrozumienie, na odrzucenie, na brak miłości. Kiedy jesteśmy niekochani, odrzuceni, rana się otwiera i boli, wtedy uruchamiamy nasz system obronny” (Jean Vanier). Po każdym akcie przemocy, po każdej eksplozji gniewu, Bóg wzywa do przebaczenia i pojednania.

    W Kazaniu na Górze Jezus wskazuje, że grzech zabójstwa zaczyna się od gniewu na bliźniego: „Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj!; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie.

    A kto by mu rzekł: »Bezbożniku«, podlega karze piekła ognistego” (Mt 5, 21–22). „Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi!” (Mt 5,38–39). Aby być silniejszym od swego gniewu, aby zapanować nad żądzą odwetu, trzeba być nieprawdopodobnie silnym człowiekiem. Ewangelia nie głosi pochwały słabości, ale wskazuje, że zło można pokonać tylko siłą dobra.

    Czym jest święty gniew?
    Po tym wszystkim, co powiedzieliśmy, wydaje się, że święty gniew to jakaś kompletna sprzeczność. A jednak jeśli uważnie patrzymy na Jezusa na kartach Ewangelii, to zauważymy, że nie był on stoikiem, który nie poddaje się żadnym wzruszeniom. Nieraz w Jezusie budził się gniew. Groził surowo demonom, używał ostrych słów w polemice z faryzeuszami, gwałtownie wyrzucił kupców ze świątyni. Ten gniew jednak niczego nie niszczy, ale rodzi dobre owoce. Jego ostrze nie jest wymierzone przeciwko człowiekowi, ale przeciwko złu. Mocne słowa i gesty Chrystusa zmuszają ludzi do myślenia, demaskują fałsz, wzywają do nawrócenia.

    Gniew Jezusa jest znakiem gniewu Bożego. W Starym Testamencie wielokrotnie jest mowa o tym, że Bóg się gniewa. „Oto imię Pana przychodzi z daleka, gniew Jego rozgorzał, przygniatający Jego ciężar; Jego wargi pełne są wzburzenia, Jego język jak pożerający ogień” (Iz 30,27). Jak rozumieć te i podobne słowa? Trzeba go rozumieć jako aspekt Bożej miłości. Święty Bóg Izraela nie może spokojnie patrzeć na grzech, który pojawia się w Jego umiłowanym narodzie. Bóg nie jest biernym widzem ludzkiego losu.

    Kiedy grzeszymy, kiedy oddajemy cześć fałszywym bogom, Bóg reaguje „gniewem”, tak jak ojciec czy matka, którzy nie patrzą ze spokojem na to, jak ich dzieci brną w jakieś zło. Gniew Boga oznacza prawdę o tym, że nasz grzech dotyka Go, że pociąga za sobą określone gorzkie konsekwencje, nazywane w Biblii karą. Już w Starym Testamencie mowa jest jednak i o tym, że grzech Jahwe „trwa tylko przez chwilę, a Jego łaskawość – przez całe życie” (Ps 30,6). „Nie chcę, aby wybuchnął płomień mego gniewu i Efraima już więcej nie zniszczę, albowiem Bogiem jestem, nie człowiekiem” (Oz 11,9). Jezus w sposób definitywny ocalił nas od „gniewu Boga”, na krzyżu ukazał zwycięstwo Bożego miłosierdzia.

    Czy święty gniew może dotyczyć i nas? Owszem. Na widok jakiegoś zła, zgorszenia czy ludzkiej krzywdy może, a nawet powinien obudzić się w nas „święty gniew”. Jest wiele takich sytuacji, w których chrześcijanin powinien powiedzieć złu stanowcze „nie”. A jednak powinniśmy pamiętać, że nawet kiedy ogarnia nas słuszne oburzenie, pozostajemy zawsze słabymi ludźmi. Nasze reakcje są zawsze uwikłane w kruchość moralną i duchową, jesteśmy podatni na grzech. Nasz egoizm czy pycha mogą niepostrzeżenie opanować najbardziej święte oburzenie.

    Słuszny gniew może nas pobudzać do mądrego działania w obronie krzywdzonych ludzi czy zagrożonych wartości, ale nie daje nam nigdy prawa do potępiania, pochopnego sądzenia czy ferowania wyroków. Święty gniew nie daje nam prawa do świętej wojny. Jezus, choć nieraz unosił się gniewem, głosił miłosierdzie, przebaczenie, wzywał do miłości nieprzyjaciół. Na krzyżu przyjął na siebie cały gniew świata. „W sobie zadawszy śmierć wrogości”, przyniósł nam pokój z Bogiem, z bliźnimi i z sobą samym.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    (korzystałem z książek J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj” i ks. A. Zwolińskiego „Gniew” oraz tekstów o. J. Augustyna)

    *******


    Nie ciskaj gromów!

    Nie ciskaj gromów!

     

    O dramatycznych konsekwencjach gniewu czytamy już na pierwszych kartach Ewangelii. Doprowadza on do potwornej rzezi niewinnych dzieci: „Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew.

    Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców”.
    Mt 2,16

    To samo uczucie nie było obce jednak nawet samym apostołom. „Gdy dopełnił się czas Jego wzięcia z tego świata, Jezus postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, że-by ogień spadł z nieba i zniszczył ich?”.
    Łk 9,53–55

    Szczyt bezczelności. Stać tuż przy Bogu i powiedzieć: „Jeśli chcesz, powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich”. „Nie chcieli Cię przyjąć, zrównajmy ich z ziemią. Mamy taką moc!”. Biblia mówi wyraźnie: „Jezus odwróciwszy się, zabronił im”. Rozmawiając z uczniami, musiał się do nich odwrócić, bo wyrzucając z siebie słowa pełne agresji, nie patrzyli Bogu w twarz. Byli odwróceni plecami, zaślepieni gniewem. Zagubiony Piotr widząc zdradę w Ogrodzie Oliwnym, reaguje bardzo impulsywnie: „Uderzył sługę najwyższego kapłana i odciął mu prawe ucho. Lecz Jezus odpowiedział: Przestańcie, dosyć! I dotknąwszy ucha, uzdrowił go”.
    Łk 22,50–51

    „Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce! – przypomina Efezjanom św. Paweł (Ef 4,26). – Niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważenie – wraz z wszelką złością”. A św. Jakub podsumowuje: „Każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia, nie-skory do gniewu. Gniew bowiem męża nie wykonuje sprawiedliwości Bożej”.
    Jk 1,20

    Na rycinie:
    Karczemna awantura, wręcz bójka, to oczywiście symbol gniewu (ira). Jakaś kobieta bezskutecznie próbuje powstrzymać jednego z walczących mężczyzn. W jednej ręce trzyma on dzban, zapewne wypełniony trunkiem. To znak, że wrogość między spierającymi się mężczyznami jest częściowo wynikiem zamroczenia umysłu alkoholem. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grzechów głównych”, na-malowanej ok. 1480 roku na blacie stołu, przechowywanej w madryckim Muzeum Prado. (zasoby internetu)

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy

    Leki na grzechy

    *******

    Kolejny obrazek z propozycją modlitwy. Tym razem jest to prośba o pokój serca.

    Kiedy dopadnie nas gniew, może warto sięgnąć po tę modlitwę albo dla uspokojenia wystarczy samo spojrzenie na ilustrację.

    To fragment obrazu Annibale Carracciego „Chrystus w cierniowej koronie, podtrzymywany przez anioły” (olej na płótnie, 1585– 1587).

    Kiedy dopadnie nas ból, cierpienie, kiedy spotka nas niesprawiedliwość i my możemy liczyć na podtrzymanie przez anioła.

    Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    Stygmatyczka, mistyczka i przyszła święta!

    Kim była siostra Wanda Boniszewska?

    Siostra zakonna ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, w którym przeżyła siedemdziesiąt sześć lat. Obdarzona specjalną łaską uczestniczenia w męce Chrystusa, otrzymała od Boga specjalną misję modlitwy za kapłanów i osoby zakonne, także z własnego zgromadzenia, oraz wynagradzania za ich grzechy. Przez całe swoje życie pragnęła pozostać nieznaną i ukrytą dla świata.

    Siostra Wanda Boniszewska (1907-2003)
    Siostra Wanda Boniszewska1907-2003/Archiwum Zgromadzenia

    ***

    O swoich doświadczeniach duchowych rozmawiała tylko ze spowiednikami i przełożonymi. Rosnące zainteresowanie jej osobą oraz rodzący się kult przyczyniły się do rozpoczęcia w roku 2020 w archidiecezji warszawskiej jej procesu beatyfikacyjnego. Dziś mija 20 lat od jej śmierci. Kim była Siostra Wanda Boniszewska? Przeczytaj premierowy fragment z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa” ks. Jerzego Jastrzębskiego.

    Nierozumiana

    Przez wiele lat spotykała się z Jezusem, który powiedział do niej, że poddając próbie jej miłość, oczekuje gotowości pójścia wszędzie, także w ten nieposkromiony żywioł: „Żądam jeszcze ogniowej próby. Wandziu, nie trwóż się, Ja przy tobie jestem […] czynię to z miłości, dusze kapłanów wyrwiesz, ufaj, módl się i cierp”. Kiedy miłość sprawdza się w ogniu, on w człowieku wypala bardzo dużo, więcej, niż się spodziewamy. Siostra Wanda Boniszewska była właśnie takim wysłańcem Boga pełnym ognia Jego miłości i dlatego jedynie przez nielicznych była postrzegana jako wysłannik Boga, a przez większość – jako szalona, dziwaczka… błazen? „No, Boniszewska, wy święta, cudowna kuglarko” – siostra Wanda zanotowała takie słowa, usłyszane podczas jednego z przesłuchań w sowieckim łagrze. Także na początku swojego życia zakonnego tak skarżyła się Jezusowi, błagając Go, aby wybrał kogoś innego do tej niezwykłej misji: „Jezu, oddaj komu innemu, bo ja mam wiele wad, jestem uparta, niewykształcona, chorowita, moje dobre chęci poczytane są za nic, mam opinię najgorszą w Zgromadzeniu, nazywają siostry mnie dziwadełkiem, kruczkowatą, a nawet histeryczką”.

    Mikropromyk nadziei

    Życie siostry Wandy było burzliwe, bo i ogień jest burzliwym żywiołem. Jak ogień oczyszcza złoto z wszelkich niedoskonałości, tak ogień Bożej miłości oczyszczał siostrę Wandę z wszelkich grzechów i słabości po to, aby przez nią Bóg mógł oczyszczać wszystkie osoby duchowne i konsekrowane. Dlatego siostra Wanda stała się mikropłomykiem Najukochańszego, o czym sam powiedział do niej: „Będziesz iskrą dla kapłanów i nigdy nie zgaśniesz”. Choć misja siostry Wandy była nadzwyczajna, zakonnica nigdy nie szukała sławy; wręcz przeciwnie: błagała Boga, aby ukrył ją przed światem. Rozumiała bowiem, że Bóg lubi działać w pokornej ciszy, a szatan w pysze pełnej rozgłosu. W ten sposób chciała również uniknąć natarczywej ludzkiej ciekawości i to jej się udało, gdyż wiele sióstr z jej zgromadzenia dopiero po śmierci dowiedziało się, kim Wanda naprawdę była. Zatem jej modlitwa została wysłuchana nawet za cenę większych upokorzeń: Oddaję Ci się najzupełniej, czyń, co chcesz, tylko chcę cierpieć i kochać Ciebie dla większej chwały, Jezu ukrzyżowany, ukrzyżuj mnie za grzechy innych, przebij moje serce strzałą miłości i bólu za obojętnych, tylko ukryj przed światem […] ukrzyżuj mnie za grzechy innych.

    Kryjówka siostry Wandy okazała się najlepszą w całym wszechświecie, gdyż było nią Serce Boga.

    Stygmatyczka

    Cierpienie było chlebem powszednim Wandy, jej pokarmem. W ten oto sposób Wanda wcielała w życie słowa Chrystusa „Szczęśliwi, którzy są głodni i spragnieni sprawiedliwości, ponieważ oni będą nasyceni” (Mt 5, 6). Naśladując Jezusa, rozważała Jego słowa i mogła zawołać jak On: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4, 34). Idąc drogą pomiędzy udręką a nasyceniem, ścieżką cierpienia ofiarowanego za oziębłych kapłanów i osoby konsekrowane, realizowała zlecone jej przez Boga dzieło. Znakiem jej coraz większej bliskości z Najukochańszym były stygmaty – już nie tylko odczuwalne, ale widzialne. Choć nieustannie toczyła walkę ze swoimi słabościami i grzechami, ostatecznie zawsze godziła się na wszelkie bolesne, a zarazem nasycające „niespodzianki”, które otrzymywała od Jezusa. Przyjmując cierpienie, odrzucała łatwe życie i wszelkie przejawy konsumpcjonizmu, a wybierała drogę sprawiedliwości, która zawsze przywraca właściwy porządek pomiędzy Bogiem a ludźmi. To właśnie chroniło ją przed zamykaniem się w sobie i egoizmem, a otwierało na działanie Boga i pomoc bliźnim. Taka jej postawa przypomina nam, że największym skarbem człowieka jest Bóg, dla którego warto zgodzić się na wszystko, nawet na cierpienie, gdyż jak nie ma miłości bez cierpienia, tak nie ma nasycenia Bogiem bez rezygnacji z tego, co się Jemu nie podoba.

    Będąc wierną swym zakonnym ślubom, wypełniała swe zobowiązania wynikające ze sprawiedliwości, a jednocześnie Bóg obdarzał ją swą sprawiedliwością – łaską będącą nagrodą za jej wierność – czego szczególnym przejawem były stygmaty. W tej misji zaczęły się pojawiać nowe niebezpieczne przeszkody, czyli dręczenia diabelskie, które przezwyciężała dzięki wizjom już nie tylko Maryi, ale i innych świętych oraz zmarłych sióstr zakonnych i innych osób. Czytając jej dziennik duszy, nie możemy wyjść z podziwu, jak Bóg walczy o duszę każdego człowieka, a zwłaszcza osób powołanych.

    ks. Jerzy Jastrzębski/Tygodnik Niedziela

    (fragment pochodzi z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa” ks. Jerzego Jastrzębskiego, wydanej nakładem wydawnictwa Esprit)

    _____________________________________________________________________

    Wybrana przez Boga

    Ponad 20 lat swojego życia s. Wanda Boniszewska spędziła w Częstochowie. Teraz, kiedy trwa jej proces beatyfikacyjny, docieramy do ludzi, którzy ją znali.

    Siostra Wanda Boniszewska (z lewej, 1907 – 2003) z s. Rozalią w Częstochowie, 1967 r.
    Archiwum Zgromadzenia Sióstr od Aniołów
    Siostra Wanda Boniszewska (z lewej, 1907 – 2003) z s. Rozalią w Częstochowie, 1967 r.

    ***

    Często nazywała siebie konwalią leśną i obiecywała, że większe możliwości pomagania ludziom i wypraszania łask będzie miała z nieba, stamtąd zrzucając niejako płatki konwalii. Dziś ta obietnica spełnia się, ponieważ 9 listopada w archidiecezji warszawskiej rozpoczął się proces beatyfikacyjny s. Wandy Boniszewskiej (1907 – 2003) ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, mistyczki i stygmatyczki, która cierpiała za innych i ratowała dusze kapłanów. Postulatorem procesu beatyfikacyjnego został ks. Michał Siennicki SAC. Zmarła w opinii świętości, a jej życie nie było pozbawione trudu i prób. Dziś niezmiennie uczy nas, że nawet w trudnych warunkach trzeba pamiętać o Bogu i Jego miłości oraz nie przestawać mówić o Nim słowami i postawą życia.

    Ślady w Częstochowie

    Siostra Wanda wraz z s. Rozalią przyjechała do Częstochowy 14 grudnia 1966 r. i była tu do 1988 r. Większość lat były razem. Wówczas domy zakonne znajdowały się przy ul. Jasnogórskiej, ul. Księżycowej i III alei Najświętszej Maryi Panny. Siostra Rozalia była jak anioł dla s. Wandy, opiekowała się nią, była świadkiem wielu ekstaz, prała rzeczy, przewijała rany itp., a także towarzyszyła jej duchowo. Była dyskretna, nawet gdy w późniejszym wieku traciła pamięć, nigdy nie opowiadała o s. Wandzie.

    W listopadzie 1980 r., gdy wysiadała z autobusu w Częstochowie, została potrącona przez przyczepę i złamała szyjkę kości biodrowej. Następstwem tego zdarzenia były siedmiogodzinna operacja w maju następnego roku i długie leżenie z nogą na wyciągu.

    Mówią współsiostry

    W czasie pobytu s. Wandy Boniszewskiej w Częstochowie s. Cecylia Dudzik była we wspólnocie Sióstr od Aniołów w Sosnowcu. Wspomina, że spotykała s. Wandę sporadycznie, np. gdy przyjeżdżała na spotkania katechetyczne. – Zawsze była miła, otwarta, zainteresowana tym, co dzieje się w zgromadzeniu, jak siostry się czują. Mniej mówiła o sobie, a bardziej interesowała się wspólnotą, katechezą, bo sama była katechetką – powiedziała Niedzieli s. Cecylia. Podkreśliła również jej zatroskanie o zgromadzenie, o Kościół i o parafię (Siostry od Aniołów mieszkały m.in. na terenie parafii św. Jadwigi Królowej w Częstochowie). Opowiadała, że pierwszy raz spotkała s. Wandę, gdy była w szkole średniej, podczas rekolekcji w Częstochowie. Tam siostry przygotowały obiad dla dziewcząt. Z tego okresu zapamiętała uśmiechnięte twarze sióstr. Już jako siostra od Aniołów przyjechała do Częstochowy podczas drugiej pielgrzymki św. Jana Pawła II do ojczyzny. Wówczas współsiostry udostępniły swój pokój, a same całą noc nie położyły się, tylko siedziały na krzesłach, ponieważ uznały to za ofiarę na rzecz pielgrzymki papieża i sióstr. Podkreśliła, że dom sióstr był otwarty na gości, również świeckich.

    Siostra Halina Skubisz spotkała s. Wandę w Częstochowie i Chylicach. O tych spotkaniach powiedziała krótko: – To, co zostało mi w pamięci, to ogromny pokój.

    W pamięci kapłana

    Opatrzność Boża sprawiła, że ks. prał. Jan Batorski (w latach 1982-89 wikariusz parafii św. Stanisława Kostki w Częstochowie, obecnie proboszcz parafii Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Myszkowie), był spowiednikiem s. Boniszewskiej. – Byłem w pokoju s. Wandy w Konstancinie przed jej śmiercią. Wówczas zobaczyłem twarz anioła. Uznaję to za łaskę. Potem modliłem się nad jej grobem w Konstancinie – powiedział ks. Batorski. Siostrę od Aniołów zapamiętał jako skromną i rozmodloną, która nie żaliła się, a przecież trudnych doświadczeń w jej życiu nie brakowało. – Wszystko przeżywała w zjednoczeniu z Bogiem – podkreślił ks. Jan i dodał: – Cieszę się, że już jest służebnicą Bożą, a kiedy Kościół oficjalnie uzna jej świętość, będę miał szczególną pośredniczkę w niebie i będę mógł prosić o łaski u Boga przez jej wstawiennictwo.

    Beata Pieczykura/Tygodnik Niedziela

    _________________________________________________________

    Siostra od Aniołów

    1 listopada obchodzimy uroczystość Wszystkich Świętych. Do tego grona może dołączyć stygmatyczka i mistyczka, s. Wanda Boniszewska. Jej proces beatyfikacyjny rozpocznie się w archidiecezji warszawskiej w tym miesiącu.

    archiwum Zgromadzenia Sióstr od Aniołów

    ***

    O Wandzie Boniszewskiej wielu usłyszało z telewizyjnego spektaklu Stygmatyczka przygotowanego pięć lat po śmierci siostry. Mówił o wycinku życia, ale ważnym dla biografii: gdy przebywała w sowieckich więzieniach. Dobrze oddano istotę jej misji i powołania, postać mogła zafascynować ludzi. Nic dziwnego, że do Zgromadzenia Sióstr od Aniołów zaczęły napływać prośby o modlitwę za wstawiennictwem s. Wandy. I podziękowania za wysłuchanie próśb.

    Dla postulatora procesu beatyfikacyjnego siostry ks. Michała Siennickiego SAC to, dlaczego proces rusza właśnie teraz – Trybunał beatyfikacyjny ma się zebrać po raz pierwszy 9 listopada – jest zagadką. – Nie mógł długo wystartować – przyznaje. – Może s. Wanda potrzebowała swojego czasu? Teraz jest dobry czas, by zacząć proces.

    Miejsce na krzyżu

    Pochodząca z okolic Nowogródka Wanda Boniszewska do bezhabitowego Zgromadzenia Sióstr od Aniołów w Wilnie zgłosiła się w 1923 r., w wieku 16 lat. Niedawno założone zgromadzenie miało pomagać kapłanom w pracy duszpasterskiej. Nie została przyjęta, bo była zbyt młoda – polecono jej najpierw ukończyć szkołę.

    Przyjęta do zakonu zimą 1926 r. wkrótce rozpoczęła nowicjat. Otrzymała imię zakonne: Maria Wacława, śluby wieczyste złożyła latem 1933 r. Do 1950 r. mieszkała we wspólnocie w Pryciunach k. Wilna, pracując m.in. jako katechetka, prowadząc Krucjatę eucharystyczną i wykonując obowiązki przełożonej domu. Jak inne Siostry od Aniołów, żyła w ukryciu – ubierała się po świecku, bez zewnętrznych oznak życia konsekrowanego.

    Do zakonu wstępowała bogata także w doświadczenia mistyczne. Oczami duszy widywała Pana Jezusa podczas Mszy św. Mówił do niej, zapowiadał trudną drogę ofiary: – Twoje życie będzie na krzyżu. Czuwaj, byś z niego nie schodziła, bo nieprzyjaciel zastawia wojsko – usłyszała, będąc jeszcze w domu rodzinnym.

    Coraz jaśniej

    W zakonie przeżycia mistyczne s. Wandy nasiliły się. Jezus ukazywał coraz jaśniej, czego od niej oczekuje. – Oddaj się całkowicie Mnie. Mam zamiar uczynić z ciebie ofiarę – słyszała.

    – Chcę, abyś była ukrzyżowana za tych, którzy nie chcą znać krzyża, a szczególnie chcę ukrzyżować ciebie dla tych, którym łask nie skąpię – dowiedziała się w dniu obłóczyn. Słuchała z pokorą i z obawami.

    Spowiednicy zalecili jej spisywać słowa Jezusa, aby można było potem odczytać duchowe dzieje mistyczki. Spowiednikom notatki uświadomiły wagę posłannictwa siostry.

    Tym bardziej, że z czasem jej udział w cierpieniach Jezusa był większy. Najpierw zaczęła odczuwać ból w miejscach ran Zbawiciela, co występowało czasem w trakcie Mszy św. czy odprawiania Drogi Krzyżowej. Towarzyszących siostrze zjawisk, których nie można racjonalnie wytłumaczyć, było coraz więcej.

    W miejscach ran

    Główną misję s. Wandy Boniszewskiej miały stanowić modlitwa i cierpienie w intencji kapłanów. – Dziecko moje, ja konam i konać będę, aż kapłan wróci z drogi błądzącej. Staniesz się narzędziem Bożym dla korzyści innych – powiedział do niej Chrystus. Do ciężkiej walki o zagrożone dusze kapłanów, zakonników i zakonnic wybrał niepozorną, chorowitą siostrę ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów.

    Regularne cierpienia s. Boniszewskiej za kapłanów i zakony, połączone z pojawianiem się na jej ciele stygmatów, zaczęły się w 1935 r. W miejscach ran Chrystusa miała otwarte rany. Z ciała płynął krwawy pot, a z oczu krwawe łzy. Miała sińce i ślady biczowania, a z boków sączyła się krew.

    Oczami duszy widywała Pana Jezusa podczas Mszy św. Mówił do niej, zapowiadał trudną drogę ofiary: – Twoje życie będzie na krzyżu – usłyszała, będąc jeszcze w domu rodzinnym.

    Jak wspominały Siostry od Aniołów, s. Wanda przez całe życie, modląc się za księży uwikłanych w rozmaite grzechy i problemy, wielu pomogła wyzwolić się z alkoholizmu, uratowała przed odejściem ze stanu kapłańskiego. Miała też zapobiec samobójstwu kapłana z Syberii. Spowiednicy s. Wandy zetknęli się w konfesjonale z duchownymi, którym s. Wanda wyjednała nawrócenie.

    W tajemnicy

    Widząc, jak stygmatyczce zależy na dyskrecji, także s. Rozalia, opiekunka s. Wandy, trzymała te wydarzenia w tajemnicy. S. Wanda – bojąc się popadnięcia w pychę – zabiegała o to, by o jej doświadczeniach mistycznych, stygmatach będących udziałem w ofierze za kapłanów i zakony, nie wiedział nikt poza spowiednikiem i przełożonymi.

    Gdy w kwietniu 1950 r. została aresztowana przez komunistów pod sfingowanym zarzutem, mogła obawiać się najgorszego. Skazana wyrokiem sowieckiego sądu, została wywieziona do obozu w Wierchnie Uralsku na Syberii.

    Okres więzienia Wandy, jej „czyściec”, jest znany ze szczegółami dzięki dzienniczkowi, który – po uwolnieniu – spisała na polecenie spowiednika. Mówi o wielkim cierpieniu stygmatyczki i działaniu Bożym przez nią.

    „W więzieniu na wspólnej i dużej sali chorych starałam się nieść pomoc więcej cierpiącym. I swoje porcje mleka i masła, białego chleba oddawałam innym cierpiącym. Odmawiałam Różaniec wspólnie, co było ostro zabronione. Nasze różańce robione z chleba zabierano i niszczono” – pisała w dzienniczku.

    Koniec „czyśćca”

    „Czyściec” skończył się w październiku 1956 r.: s. Wanda po dniu podróży dojechała z grupą zwolnionych Polaków do Białej Podlaskiej. „Przyjęto nas bardzo miło. Łaźnia, kolacja, lekarz i czyste łóżko” – wspominała.

    O nowym okresie życia mistyczki wiadomo niewiele. Przyjechała do Warszawy, a stamtąd do Domu Generalnego Zgromadzenia Sióstr od Aniołów w Konstancinie. Spędziła go kolejno w Chylicach, Białymstoku, gdzie pełniła też funkcję przełożonej, domu w Lutkówce pod Warszawą, wreszcie w Częstochowie, gdzie pracowała u Braci Dolorystów, pełniła funkcję przełożonej domu sióstr.

    W 1988 r., ze względu na zły stan zdrowia, umieszczono ją na stałe w Domu w Konstancinie, gdzie w marcu 2003 r. zmarła, w opinii świętości. Miała 96 lat, 76 lat spędziła w zakonie.

    Przez całe życie

    Cierpienie towarzyszyło s. Wandzie przez większość życia. Z więzienia wyniosła zrujnowane zdrowie. W latach 60. XX wieku musiała poddać się operacji guza na mózgu. W latach 80. XX wieku po potrąceniu przez samochód doznała złamania uda.

    Dwie kolejne operacje nie przyniosły spodziewanego rezultatu i s. Wanda już do końca życia nie mogła normalnie chodzić. Potem pojawiła się jeszcze miażdżyca. Jej życie było naznaczone wielkim cierpieniem, a jednak nie skarżyła się na swój los.

    Leczenie komplikował fakt, że organizm s. Wandy przez długie okresy nie przyjmował pokarmów ani lekarstw. Jak wspominały współsiostry, najeść mogła się jedynie w większe święta kościelne.

    Te okoliczności oraz powtarzające się – choć rzadziej niż kiedyś – przeżycia mistyczne (ekstazy, wizje, stygmaty), głęboko skrywane, powodowały, że s. Wanda nie mogła uczestniczyć w pełni w życiu swej wspólnoty zakonnej. W 1974 r. stygmaty rąk i nóg zanikły, pozostały rany na piersi i głowie.

    Świadkowie świętości

    Postulator procesu beatyfikacyjnego – ks. Michał Siennicki SAC – z s. Wandą zetknął się bliżej, gdy – po powrocie z misji na Barbadosie – został kapelanem sióstr w Konstancinie. W związku z zapowiedzią wszczęcia procesu, potrzebowały postulatora. Nie musiały szukać: ks. Siennicki, po doktoracie z prawa kanonicznego, ukończył studium dla postulatorów.

    Pracy będzie sporo, bo świadków jej życia i świętości jest bardzo wielu. Trzeba ich przesłuchać. Z częścią już się kontaktował, część zgłosiła się po publikacji edyktu kard. Kazimierza Nycza na początku października.

    – Postać jest wciąż tajemnicza. Wynika to także z tego, że siostry z jej zakonu prowadzą życie ukryte, a s. Wanda wiodła je szczególnie ukryte – mówi ks. Siennicki. – O przeżyciach mistycznych i stygmatach wiele osób nie wiedziało. Dopiero teraz wychodzą niektóre szczegóły.

    Zgłaszają się osoby, które s. Boniszewską spotkały, rozmawiały, które korespondowały z nią. – To są niespodzianki, może być ich sporo – mówi ks. Siennicki. Uzupełnią je świadectwa osób pamiętających siostrę przed 50-60 laty, które zostawiły pisemne świadectwa.

    Szczególne dary

    Przesłanek do wszczęcia procesu beatyfikacyjnego jest co najmniej kilka. Są nimi szczególne dary, które zostały ujawnione po jej śmierci, dar stygmatów i mistycyzmu, dar modlitwy wstawienniczej oraz ofiarowania modlitw i cierpień szczególnie za kapłanów, ale nie tylko – także za inne osoby. Wyniesienie Wandy Boniszewskiej na ołtarze ma ukazać ją jako wzór chrześcijańskiego powołania, wzoru osoby, która przez swoje życie podążała do świętości heroicznej.

    – Głównym zadaniem procesu beatyfikacyjnego jest ukazanie prawdy, i taka jest moja rola – mówi ks. Siennicki. – Nie byłbym jednak postulatorem, gdybym nie był przekonany o świętości s. Wandy.

    Jeszcze za życia uratowała wielu kapłanów: od porzucenia sutanny, uwikłania w nałogi, a nawet samobójstwa – bo i to się zdarzało. „Dziękuję, że mój syn nie porzucił kapłaństwa” – napisała w liście jedna z matek, która prosiła s. Wandę, by pomogła jej synowi wytrwać w powołaniu.

    Pokazać prawdę

    Ks. Siennicki będzie jeszcze miał okazje poznać kandydatkę na ołtarze. Z tego, co już o niej wie, wyłania się osoba zwyczajna, zanurzona w zwykłe, proste codzienne sprawy. Ale przy tym osoba, która przeżyła tragedię II wojny światowej, osobiście nią dotknięta, wpleciona w tragiczną historię Polski czasów wojny i powojnia.

    – Przeżywała w sposób normalny sprawy i wydarzenia niezwykłe. Doświadczenia, przeżycia, rozmowy z Jezusem zapisywała językiem prostym, zrozumiałym dla każdego – mówi ks. Siennicki. – Całe swoje cierpienie ofiarowała za innych.

    Z s. Boniszewskiej emanuje świętość. Wstawiała się, pomagała, była obecna. – Głównym zadaniem procesu beatyfikacyjnego jest ukazanie prawdy, i taka jest moja rola – mówi ks. Siennicki. – Nie byłbym jednak postulatorem, gdybym nie był przekonany o świętości s. Wandy.

    Wojciech Dudkiewicz/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________________________________-

    S. Wanda Boniszewska: stygmatyczka wybrana, by cierpieć za innych

    WANDA BONISZEWSKA
    Domena publiczna

    ***

    Także i w więzieniu doznawała ekstaz. Funkcjonariusze sowieccy wyjątkowo dotkliwie znęcali się nad nią: kopali, bili głową o ścianę. Zdarzył się jednak cud nawrócenia jednego z oprawców. Mężczyzna przyszedł do siostry Wandy, padł na kolana i błagał o przebaczenie.

    Siostra Wanda Boniszewska naznaczona została stygmatami, otrzymała także dar objawień Jezusa. Już podczas Pierwszej Komunii Świętej zobaczyła Zbawiciela w otoczeniu białego orszaku. Usłyszała wtedy ciche wołanie w duszy, by ofiarować się Jemu i bliźnim.

    Niezwykła więź z Jezusem

    Urodziła się 20 maja 1907 roku w folwarku Nowa Kamionka koło Nowogródka. W kościele św. Michała Archanioła w Nowogródku przyjęła chrzest święty. Gdy była jeszcze dzieckiem i pozostawała sama w domu, przychodziła do niej mała dziewczynka i mówiła: „Wiesz Wandziu, ja jestem aniołkiem i stale czuwam nad Tobą, to mój obowiązek”.

    W 1921 roku udzielono jej sakramentu bierzmowania. Trzy lata później zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr od Aniołów w Wilnie. Wówczas odmówiono jej przyjęcia, gdyż była za młoda. W 1925 roku przyjęto ją na próbę i skierowano do nowicjatu w Kalwarii Wileńskiej.

    Kilka lat później, w dniu 2 sierpnia 1933 roku złożyła przed ks. Stanisławem Miłkowskim śluby wieczyste. Łączyła ją ogromna więź z Jezusem, który mówił do niej: „Chcę, byś została ukrzyżowana za tych, którzy nie chcą znać krzyża”. Wahała się, czy przyjąć misję i czy jest jej godna.

    Stygmaty i cierpienie za innych

    Dar stygmatów wewnętrznych otrzymała w 1927 roku, a od 1933 roku doświadczała również stygmatów zewnętrznych. Towarzyszyły jej szczególnie od czwartku wieczorem do niedzieli rano. Ukrywała je, nie chciała rozgłosu.

    W 1936 roku usłyszała od Jezusa następujące słowa: „Najwięcej cierpię od dusz niezdecydowanych i łatwo wchodzących na błędne drogi (…) Widzisz moje konanie, to grzechy całego świata”.

    Często była niezrozumiana przez siostry. Została nawet na pewien czas przeniesiona do przytułku dla nieuleczalnie chorych w Wilnie. Spodziewano się, że opiekę nad nią przejmie jej siostra Urszula, która była wówczas kierownikiem ośrodka. Za namową spowiednika ks. Czesława Barwickiego zaczęła spisywać dziennik. Trudno było zdobyć się jej na ten krok, ale zaufała Bogu, prosząc, by jej zapiski służyły Jego chwale.

    Popadała w ekstazy, które trudno było racjonalnie wytłumaczyć. Po nich z trudem powracała do normalnego stanu.

    Więzienie za wierność wierze

    W dniu 12 kwietnia 1950 roku wydano dla niej nakaz aresztowania. Zarzucano jej m.in. szerzenie praktyk religijnych, przepowiadanie losów narodów, szarlataństwo, kontakty z duszami zmarłych. Także i w więzieniu doznawała ekstaz. Nieraz jak umierającą wynoszono ją do łazienki. Otrzymywała wówczas krew na wzmocnienie organizmu.

    W więzieniu funkcjonariusze sowieccy wyjątkowo dotkliwie znęcali się nad nią: kopali, bili głową o ścianę. Po pewnym czasie zdarzył się jednak cud nawrócenia jednego z oprawców. Mężczyzna przyszedł do siostry Wandy, padł na kolana i błagał o przebaczenie. Sumienie nie dawało mu spokoju.

    Na ciele siostry Boniszewskiej widoczne były ślady biczowania, krwawy pot, z oczu zaś płynęły krwawe łzy. Towarzyszył jej rozpierający ból głowy, guzy oraz rany na ramionach.

    Przejmowała choroby innych ludzi. Gdy jej ojcu dokuczały czyraki na głowie i szyi, nie mógł z bólu pracować, ona przejmowała je na siebie. Zapadła także na guza mózgu, wyjątkowo złośliwego oponiaka. Uległa również wypadkowi doznając złamania szyjki biodrowej. Świadkowie tych zdarzeń domyślali się, że to cierpienie siostra Wanda przeżywa za kogoś. Ona sama nigdy się do tego nie przyznawała i nie uskarżała.

    Zemsta Szatana za ratowanie dusz kapłanów

    Doznawała okrutnych udręk szatańskich. Diabeł ukazywał się jej pod różnymi postaciami: aniołów, świętych, próbował odwieść ją od spowiedzi. Zły duch ciągnął ją za włosy, bił, dusił, kopał, mówiąc: „księdzu nie wolno wszystkiego mówić”, „obłudnicą jesteś”, „cierpieć nie trzeba”, „jeśli nie wrócisz z tej drogi, na wieki zginiesz”.

    Była to jego zemsta za ratowanie dusz. Jezus zapowiedział jej to cierpienie: „Będziesz całe życie za nic mianą, niezrozumiałą, będą cię usuwać, będziesz napastowaną przez szatanów i złych ludzi, ogarną cię ciemności wewnętrzne”.

    Zbawiciel pragnął zadośćuczynienia za kapłanów, powołanych do szczególnej służby, a niejednokrotnie dającym zgorszenie innym.

    Pragnienie Jezusa w Eucharystii

    Wyjątkowe miejsce w życiu siostry Wandy zajmowała Eucharystia. Czuła nieustanne pragnienie przyjmowania Jezusa w Komunii Świętej. Pisała: „Czuję głód Ciebie, napój proszę Krwią Przenajświętszą”.

    Raz nawet ujrzała Dzieciątko Jezus w tabernakulum, które zapraszało ją do siebie.

    Maryja powierniczką siostry Wandy

    Siostra Wanda wielokrotnie doznawała objawień Matki Bożej. „W chwilach (…) ciemności w duszy albo trwogi Matka Boża była (…) moją radością, świecą, Gwiazdą, Pośredniczką, Adwokatem”, „Matka Boża mocno bolała nad obojętnością, słabą wiarą i brakiem miłości”.

    Umiała czytać w sercach ludzkich. Miała także wiedzę o tym, co działo się w innym miejscu, nawet bardzo odległym.

    „Konwalia leśna”

    Nazywała siebie „konwalią leśną”. Powtarzała, że z nieba będzie miała większe możliwości, by pomagać ludziom i wypraszać im potrzebne łaski, zrzucając płatki konwalii.

    Zmarła 2 marca 2003 roku. Grób z doczesnymi szczątkami znajduje się w Skolimowie (dzielnica w Konstancinie-Jeziornej) koło Warszawy. Jej życie przypomina o zaufaniu Bogu bez reszty, odpowiedzialności za drugiego człowieka, zwłaszcza kapłanów, którzy potrzebują modlitwy wiernych.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl – korzystałam z: Ks. Jan Pryszmont, „Ukryta stygmatyczka. Siostra Wanda Boniszewska” (1907-2003), Szczecinek 2003.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak wyglądała Męka Jezusa Chrystusa? Stygmaty i wizje s. Wandy Boniszewskiej

    Jak wyglądała Męka Jezusa Chrystusa?

    Stygmaty i wizje s. Wandy Boniszewskiej

    Życie s.Wandy Boniszewskiej było prawdziwą Golgotą – została fałszywie oskarżona i niesłusznie skazana na więzienie na Syberii, przeszła próbę wielogodzinnych przesłuchań przez Sowietów, borykała się z głębokim niezrozumieniem ze strony swoich współsióstr oraz otrzymała krwawiące stygmaty i łaskę uczestniczenia w Męce Chrystusa. Jak zakonnica znosiła cierpienia? Co objawił jej Jezusa? Przeczytaj fragment z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa”.

    Cierpienie za grzechy świata i kapłanów

    Droga życia siostry Wandy to nieustanne przeplatanie się mistycznych dotyków Boga ze zwyczajnym życiem. Na zewnątrz stygmatyczka nie wyróżniała się niczym szczególnym, mówiła spokojnym i przyciszonym głosem, była łagodna i lubiana przez dzieci, które ciągle nie mogły się nadziwić, dlaczego nosi ubrania z bardzo długimi rękawami. Nie wiedziały, że rok po ślubach wieczystych pojawiły się widzialne stygmaty. Zanim jednak to się stało, Wanda znów musiała się zmagać z nawrotami różnych chorób i trudnościami w komunikacji z siostrami:

    Martwię się całością Zgromadzenia, że duch ogólny wkrada się świecki – pisała Wanda. – Siostry pomocnice od sióstr chórowych tworzą pewne partie i zapatrują się po ludzku. Nazywają mnie darmozjadem, to słusznie, ale mnie to bardzo martwi. Jezu, daj, bym mogła zadośćuczynić całemu Zgromadzeniu, daj, niech cierpię i wynagradzam za wszystko, co tylko Tobie nie podoba się w naszym Zgromadzeniu, które Serce Twoje ukochało i dlatego chce powoli doświadczać. Za niegrzeczną odpowiedź jednej siostry względem Przełożonej chcę dziś cierpieć i te bóle, co Ty, Jezu, cierpiałeś na krzyżu, tylko w ukryciu przed światem tj. przed Zgromadzeniem. Dzięki Ci, Boże, że wysłuchujesz moje prośby, więcej mnie upokarzaj. Dziś na rozmyślaniu dał mi Jezus łaskę prawdziwego szczerego żalu za grzechy „letnich” kapłanów i naszego Zgromadzenia, i za własne grzechy. Nie mogę już spokojnie rozmyślać nad Ukrzyżowanym, jak nie wżywając się w Jego Boskie Rany. Ach, jak dobrze jest z Tobą współcierpieć, tylko nie stale, bo gorączka mnie strawi z Twojej miłości względem mej duszy grzesznej. Jezu, przebacz mi moje grzechy, obiecuję poprawę.

    Jak widać, cierpiała ogromnie, szczególnie kiedy wskutek osłabienia musiała leżeć w łóżku i dlatego nie mogła przystąpić do Komunii Świętej ani na Boże Narodzenie 1933 roku, ani kilka miesięcy później na Wielkanoc. Paradoksalnie jednak w tej udręce z powodu braku Jezusa Eucharystycznego czuła z Nim ogromną bliskość. Już nie buntowała się tak mocno jak poprzednio, lecz starała się w tej sytuacji dostrzec palec Boży. Wiedziała, że jeśli Jezus na to pozwala, to z pewnością jest w tym jakiś ukryty sens, którego jeszcze nie potrafiła pojąć. W tej udręce łaknienia i pragnienia Eucharystii starała się nasycać rozpamiętywaniem słów Jezusa i wsłuchiwać się w Jego głos rozbrzmiewający w jej duszy.

    Zjednoczenie w Męce Jezusa

    Jezus stopniowo wprowadzał Wandę w życie duchowe. Świadectwem tego był między innymi fakt, że Chrystusowe rany najpierw odnawiały się w nocy z każdego pierwszego czwartku na piątek, a potem już coraz częściej – z wyjątkiem okresu wielkanocnego i Bożego Narodzenia:

    Przed Wielkim Postem byłam uprzedzoną przez Anioła Stróża, że przyjdą cierpienia, ale trzeba ofiarowywać za kapłanów i zakony. Ja wymawiałam się, że nie zniosę i nie wytrwam, ale wówczas przychodził Najukochańszy Jezus, przytulał mnie do swego Boskiego Serca i tu już tonęłam w Nim w zapomnieniu o bólach. Nazywał mnie „pieszczotką”. Och! To były prawdziwe pieszczoty, choć trwały bardzo krótko, może godzinę jedną lub dwie, ale zdawało się krótko. Miałam trudności już w odbywaniu rozmyślań z podręcznika, bo gdy tylko zacznę i stawię się w obecności Bożej, to już i znowu podobne pieszczoty albo wyraźne słowa, które wymawiał sam Jezus do mnie. Do pracy byłam zupełnie niezdolną, bo ból mocno dokuczał…

    W związku z powolnym ujawnieniem się stygmatów sytuacja będzie coraz bardziej skomplikowana i nieprzewidywalna, tym bardziej że w Wielkim Poście 1935 roku ślady męki Chrystusa na ciele Wandy dostrzegła jej opiekunka – siostra Rozalia Rodziewicz. Była godzina druga w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek, kiedy zakonnica zobaczyła, że Wanda jest nieprzytomna; ten stan trwał jeszcze około dwóch godzin. Siostra Rozalia widziała wtedy silnie krwawiące rany i choć kilkakrotnie przykładała opatrunki, momentalnie przesiąkały one krwią. Ponieważ ten stan powtórzył się blisko miesiąc później, siostry postanowiły przygotować Wandzie ubranie na wypadek śmierci.

    Każde stygmaty są tajemnicą. W przypadku siostry Wandy charakterystyczne było to tak jak już wspomnieliśmy, że krwawienia przybierały na sile w pierwsze czwartki miesiąca, w Wielkim Poście oraz w tak zwane suche dni – środę, piątek i sobotę – praktykowane w Kościele katolickim na początku każdej pory roku. Czyż to nie zadziwiające, że nawet stygmaty „wpisały się” w prawo Kościoła katolickiego?

    W tym czasie również siostra Wanda odkrywała, jak wielki ból sprawiają Jezusowi kapłani żyjący w grzechu i w takim stanie sprawujący Mszę Świętą. Na ten temat mówił między innymi prorok Izajasz, który napominał sługi Pańskie, że choć składają ofiary i zanoszą modlitwy, to jednak ich ręce ociekają krwią (por. Iz 1, 10–20). W podobnym duchu pisała

    siostra Wanda: Raz na modlitwie czułam, że Jezusowi chodzi specjalnie o duszę nieskalanych kapłanów. Wywnioskowałam to stąd, że najmniejsze zło, jakie ma miejsce w duszy świeckiej, nie może być w duszy kapłana. Chce zmyć własną krwią. I tak, jeżeli tylko kapłan zgrzeszył przeciw przykazaniom lub stanowi kapłańskiemu, to Jezus w czasie Mszy św. jest w krwawych liturgicznych szatach (pisząc to, ogarnia mnie trwoga, aby głupstwa nie napisać – Jezu, później).

    Walki duchowe o zagubione dusze

    Siostra Wanda do końca musiała walczyć na swoim „duchowym Westerplatte”, przełamywać

    swój opór, a więc rodzaj lenistwa. Stopniowo dojrzewała w niej zgoda na cierpienie. Opowiadała o tym tak zwyczajnie, a przecież w jej duszy działy się rzeczy nieziemskie:

    W mojej chorobie jest zmiana, bo z wyjątkiem dni Wielkanocy, Bożego Narodzenia i innych uroczystości Kościoła świętego życie nie jest normalne. Co każdy czwartek w nocy na piątek przechodzę całą Drogę Krzyżową od Getsemani do Golgoty. Wylew krwi wielki, ból przeogromny, prawie zupełnie pozbawiona chodzenia. Jestem głęboko przekonany, że Jezus udzielał jej tak wielkich łask, bo widział, jaką duchową walkę toczy, i to wtajemniczenie było potwierdzeniem owej bliskości z Jezusem.

    Zatem siostra Wanda, przyjmując to trudne posłannictwo, uczy nas, że małymi krokami możemy przełamywać siebie, aby podejmując tę duchową pracę, do której zaprasza nas Jezus, obronić swoje „duchowe Westerplatte” i odnieść ostateczne zwycięstwo.

    Fragment pochodzi z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa” ks.Jerzego Jastrzębskiego , wydanej nakładem Wydawnictwa Esprit

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wanda Boniszewska – stygmatyczka, która uratowała wielu kapłanów

    fot. Paul Hanna / Reuters / Forum

    *****

    Przesłania dla Polski, Kościoła i świata jakie Chrystus przekazał Słudze Bożej Wandzie Boniszewskiej, stają się dziś coraz bardziej aktualne. Ta niezwykła mistyczka oraz stygmatyczka, której całe życie naznaczone było krzyżem, swoje cierpienia ofiarowywała głównie za kapłanów i osoby konsekrowane. O kapłanie w swoim „Dzienniku duszy” napisała „Potęgą zdumiewa, słabością przeraża”.

    Wanda Boniszewska urodziła się w roku 1907 w Nowogródku niedaleko Grodna. Była czwartym z jedenaściorga dzieci Heleny i Franciszka, ziemian, którzy prowadzili majątek Nowa Komionka. Wandę od lat dziecięcych cechowała wielka pobożność i szczególna cześć do Najświętszego Sakramentu. W wieku 21 lat złożyła pierwsze śluby zakonne w bezhabitowym Zgromadzeniu Sióstr od Aniołów, które w roku 1889 roku założył w Wilnie ks. Wincenty Kluczyński. Charyzmatem sióstr była pomoc duszpasterska księżom. Przeważnie prowadziły one katechezy w szkołach. Wanda wybrała ten zakon, gdyż czuła szczególną wieź z Aniołami, którzy jak mówiła, zawsze ją strzegli. Co ciekawe została ochrzczona w kościele pw. Św. Michała Archanioła w Nowogródku. 

    Już w bardzo młodym wieku zaczęły się jej mistyczne spotkania z Chrystusem. W „Dzienniku duszy”, który nakazał prowadzić jej ksiądz spowiednik Czesław Barwicki, zapisała iż Jezus prosił ją żeby swoje cierpienia ofiarowała za grzechy kapłanów i osób konsekrowanych. „Chcę, byś została ukrzyżowana za tych, którzy nie chcą znać krzyża”  miała usłyszeć od Chrystusa. Zgodziła się przyjąć ten ciężki krzyż.

    W roku 1933 pojawiły się na jej dłoniach, nogach i czole zewnętrzne stygmaty męki Pańskiej. W roku 1956 zmieniły się one w stygmaty wewnętrzne (na ciele nie widać było ran, ale odczuwała ból gwoździ wbitych w ręce i nogi oraz korony cierniowej na czole).

    W 1936 roku usłyszała od Jezusa następujące słowa „Najwięcej cierpię od dusz niezdecydowanych i łatwo wchodzących na błędne drogi (…) Widzisz moje konanie, to grzechy całego świata”.

    Spotkania siostry Wandy z Jezusem były podobne do tych, które przeżywała w tym samym czasie i miejscu (Wilno) dwa lata starsza od Wandy, siostra Faustyna Kowalska, obecnie święta Kościoła. Jezus przekazał św. Faustynie orędzie Bożego Miłosierdzia, natomiast Słudze Bożej Wandzie Boniszewskiej przesłanie dotyczące potrzeby wynagrodzenia za grzechy duchownych i modlitwy za kapłanów. Innymi ważnymi przesłaniami jakie Chrystus kierował do Sługi Bożej siostry Wandy Boniszewskiej są – ogromny szacunek do Eucharystii i kapłaństwa.

    W roku 1950 w domu zakonnym Sióstr od Aniołów, położonym niedaleko Wilna, Sowieci aresztowali księdza, jezuitę ojca Ząbka, który się tam ukrywał. Za ukrywanie kapłana, „szerzenie zabobonu” – którym dla komunistów była chrześcijańska wiara,  i wrogi stosunek do ustroju sowieckiego, aresztowano też kilka sióstr m.in. Wandę Boniszewską. Skazano ją na 10 lat łagrów na syberyjskim Uralu. Okrutnie ją tam przesłuchiwano. Była bita i kopana po całym ciele, jej głową uderzano o ściany, wrzucano ją do zimnego, wilgotnego karceru. Siostra Wanda od dziecka była słabego zdrowia, a po takich katuszach, jej zdrowie było w fatalnym stanie. Dlatego wiele czasu przebywała w więziennych szpitalach.

    Sowieci nie zdołali jednak wybić wiary z duszy siostry Wandy. Modliła się bardzo wiele, również za swoich prześladowców. Od czwartkowego wieczoru do niedzieli rano przeżywała z Chrystusem Pasję. Otwierały się jej rany stygmatów i płynęła z nich krew. Mimo surowych zakazów i kar zachęcała do modlitwy współwięźniarki. Robiła różańce z chleba, które często jej konfiskowano, niezwłocznie więc wykonywała kolejne. Swoje niewielkie racje chleba czy mleka, dzieliła pomiędzy inne, chore kobiety.

    Co niezwykłe pod wpływem świadectwa jej niezłomnej wiary, kilku oprawców z NKWD nawróciło się. Dlatego w celu prowadzenia krwawych przesłuchań kierowano do niej najbardziej zaangażowanych ideologicznie funkcjonariuszy. Jednak i oni się nawracali. Jeden z nich przyszedł do celi siostry Wandy, upadł przed nią na kolana i prosił ją o wybaczenie. Za to wyrzucono go z partii i NKWD.  Na fali odwilży po śmierci Stalina, w roku 1956, sowiecki sąd uznał, że siostrę Wandę Boniszewską skazano bezprawnie i kazał ją wypuścić z więzienia na Uralu.

    Siostra Wanda Boniszewska przez całe życie, prosiła Jezusa, by mogła przejmować męki związane z chorobami innych osób. Chrystus wysłuchiwał próśb, udzielając jej łaski znoszenia tych cierpień. Gdy ojcu Wandy Boniszewskiej dokuczały czyraki na głowie i szyi, tak, że nie mógł z bólu pracować, córka Wanda przejęła je na siebie. Raz niespodziewanie zapadła na guza mózgu, wyjątkowo złośliwego oponiaka, który po pewnym czasie „wyparował”.  Uległa również wypadkowi doznając złamania szyjki biodrowej. Świadkowie tych zdarzeń twierdzili, że te cierpienie siostra Wanda przeżywała za kogoś. Ona sama nigdy się do tego nie przyznawała i nie uskarżała. Do ostatnich dni żyła życiem ukrytym. O jej stygmatach i niezwykłych charyzmatach wiedziały tylko osoby z jej najbliższego otoczenia.

    Swoje cierpienia ofiarowywała głównie za kapłanów, którzy zeszli na złą drogę. Zbawiciel prosił ją o zadośćuczynienia za kapłanów, powołanych do szczególnej służby, a niejednokrotnie dającym zgorszenie innym. Istniej udokumentowany przypadek, kiedy siostra Wanda przyjęła na siebie cierpienie kapłana, który będąc wywieziony na Sybir, był kuszony przez diabła, żeby się powiesić. Świadkiem tego zdarzenia był spowiednik siostry Wandy ksiądz Czesław Barwicki. „Podczas modlitwy za tego księdza, siostra Wanda zaczęła się dusić. Pojawiły się odciski sznura na jej szyi. Zacząłem nad nią odmawiać egzorcyzmy. Siostra Wanda zaczęła normalnie oddychać” – pisał w swoich wspomnieniach ks. Barwicki.  Inny kapłan ks. Jan Pryszmont, autor książki biograficznej o Wandzie Boniszewskiej, powiedział o tym przypadku: – To wyraźny przykład walki szatana o duszę kapłana, za którego modliła się siostra. Ten kapłan został ocalony – mówi ks. Pryszmont, którego katechetką podczas nauki szkolnej w Wilnie była właśnie siostra Wanda Boniszewska.  

    Siostra Wanda Boniszewska żywiła szczególną cześć dla Matki Bożej „W chwilach (…) ciemności w duszy albo trwogi Matka Boża była (…) moją radością, świecą, Gwiazdą, Pośredniczką, Adwokatem …Matka Boża mocno bolała nad obojętnością, słabą wiarą i brakiem miłości”. – pisze w swoim Dzienniku Duszy Sługa Boża Wanda Boniszewska. Matka Boża najwyraźniej jej błogosławiła. Dość powiedzieć, że dokładnie w dzień święta Niepokalanego Serca Maryi siostra Wanda został uwolniona z sowieckiego więzienia. 

    W roku 1956 siostra Wanda, jako repatriantka, przyjechała do Polski. Najpierw zamieszkała w domu zakonnym w Chylicach. Później posługiwała m.in. w ośrodkach zakonnych w Białymstoku i Częstochowie. Zmarła w roku 2003 w domu zakonnym Zgromadzenia Sióstr od Aniołów w Konstancinie Jeziornie. Została pochowana na cmentarzu w Skolimowie. Jej proces beatyfikacyjny ruszył w roku 2020.

    Spowiednicy siostry Wandy Boniszewskiej oraz jej zakonne współsiostry, złożyły świadectwo o niezwykłych charyzmatach, którymi Bóg siostrę Wandę obdarzył. Podobnie jak św. ociec Pio, umiała czytać w ludzkich sercach. Miała także prorocze wizje, z których wiele do tej pory, sprawdziło się. Kilka dni wcześniej przed aresztowaniem przez Sowietów, mówiła siostrom, ze szczegółami, że do tego dojdzie i jak to się stanie. Było dokładnie tak, jak powiedziała. Bardzo tajemniczym objawieniem, którego doznała, była wizja III wojny światowej. Wyznała, że jeżeli narody się nie nawrócą, dojdzie do niej. Według tego przesłania wojna miała by mieć swój główny teatr na „dalekim Wschodzie”, gdzieś w rejonie Chin.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ta ofiara wyrwała z sideł demona wielu kapłanów! Jaką misję Pan Jezus powierzył Wandzie Boniszewskiej?

    (fot. Pixabay)

    *****

    Wanda Boniszewska, polska zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów i stygmatyczka, obdarzona została specjalną łaską uczestniczenia w Męce Chrystusa.  Widzisz Moje konanie, to grzechy całego świata, a ty tylko czujesz malutką cząsteczkę: biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic […] – mówił Jezus do mistyczki. Ona całe swe cierpienie ofiarowała za kapłanów i osoby konsekrowane, wiedziała bowiem, że szczególnie osoby duchowne w najbliższych latach będą poddawane ciężkiej próbie. Przeczytaj fragment z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa” ks. Jerzego Jastrzębskiego.

    Ach, Boże, piekło jest

    Przez wiele lat w sercu siostry Wandy dojrzewała świadomość jej szczególnej misji w Kościele,

    jaką była modlitwa i pokuta w intencji oziębłych kapłanów i osób konsekrowanych. Z czasem jej duchowej opiece powierzani byli kapłani, którzy przeżywali nadzwyczaj ciężkie pokusy, łącznie z myślami samobójczymi. W tej walce na śmierć i życie nasza stygmatyczka mogła się niejednokrotnie przekonać, że bez względu na siłę szatańskich ataków Bóg zawsze znajdzie sposób na ocalenie człowieka przed wiecznym potępieniem.

    Wspaniałym tego przykładem jest opowieść o kapłanie, którego sekundy dzieliły od samobójstwa, lecz wytrwałe orędownictwo siostry Wandy ocaliło tego biednego wybrańca Boga. Nasza mistyczka, modląc się w intencji tego kapłana, otrzymała wsparcie wspólnoty sióstr z Pryciun i prawdopodobnie ojca Antoniego Ząbka SI, który wszedłszy wtedy razem z siostrami do pokoju Wandy, zauważył jakąś wielką duchową walkę z kimś, kto – jak się wydawało – chciał udusić stygmatyczkę. Kiedy kapłan przywołał łacińską formułę egzorcyzmu, dziwne zachowania Wandy zaczęły się wyciszać, nadal jednak rzucała się kompulsywnie, jakby chciała coś z siebie zerwać. W końcu zsunięto z niej kołdrę i okazało się, że siostra była oplątana pięciometrowym lnianym sznurem. Chciała go rozluźnić, gdyż zaciskał się na jej szyi. Wszyscy byli zaskoczeni, gdyż nigdy wcześniej w domu sióstr nie widziano takiego sznura i ten rodzaj powrozu nie był w ogóle znany w tej okolicy.

    Zdjęto go z Wandy i schowano w, zdawało się, bezpiecznym i zamkniętym miejscu, jednak po pewnym czasie powróz zniknął – nie wiadomo, co się z nim stało. Wiadomo natomiast, że o tym wydarzeniu nasza mistyczka zachowała następujące wspomnienie: Jezus na krzyżu. Mało mam ufności. Iść nie mogę, ostry ból w prawej nodze, w głowie utkwiło trzynaście kolców. Rzucają się na mnie, zabierają krzyż. Jeden kapłan myśli o samobójstwie. O Jezu, proszę o światło, o przebaczenie i siłę nad złymi duchami. Łączę się z jego duszą i upominam. Zaklinam go na Boga Żywego, aby się opamiętał. Nic nie pomaga, więcej chce się zastanawiać. Większa siła mocy złych ujada się na niego. Pokazuję mu krzyż, dowodzę, że istnieje piekło, pokazuję mu Niepokalaną, Anioła Stróża. Chwilami myślał zawrócić z drogi, ale całe piekło już uwzięło się na mnie. Widzę całe fale pieniącego się morza. Nawały rzucają się na niego i na mnie, ale uczyniony krzyż z wyrazami Exorcizo te immunde spirytus – odrzucają nas, jeszcze nie zatracając. Anioł Stróż naszego księdza czyni znak Przenajświętszej Trójcy nad kapłanem X. Rzucał się z czwartego piętra, aby się zabić. Wyjrzał przez okno, a tam rozbawione dzieci jedno na drugie krzyczy: „grzech śmiertelny, do piekła pójdziesz”. Ach, Boże, piekło jest!

    Misja ratowania dusz kapłanów

    Wytrwała walka siostry Wandy o duszę tego kapłana przyniosła oczekiwany skutek. Cena za to zwycięstwo była bardzo duża, ale nasza mistyczka była gotowa ponieść wszelkie koszty, aby uratować choćby jednego kapłana – rozumiała bowiem, że tego pragnie od niej Jezus. Rozumiała, że taka droga podążania za Jezusem nasyci jej duszę, bo przybliża ją do Najukochańszego. Tym samym, choć raz po raz doświadczała ogromnej nawałnicy cierpień, to jednocześnie czuła, że idzie właściwą drogą – że jest w sercu swojej misji otrzymanej od Boga. Łaska Chrystusowego błogosławieństwa dla głodnych i spragnionych sprawiedliwości uszczęśliwiała ją i ocalała chwiejnych kapłanów oraz osoby konsekrowane:

    Zrozumiałam – zanotowała – że byłam doświadczaną. Zrozumiałam, że dusze kapłanów w liczbie przeszło pięćdziesięciu wyrwałam z rąk szatańskich i teraz niebo się cieszy, a piekło się wścieka na mnie i teraz grożą mi uduszeniem. Chwilę jeszcze pokłóciłam się z szatanem, a później zlękłam się ogromnej ilości, która opuściła dusze kapłanów i rzuciła się na mnie. O Boże, Ty tylko widziałeś, jak ciężko było. Czułam zupełnie świadomie, jak mnie duszono wprost za gardło, oddychać nie mogłam, ale w duszy rozumiałam, że to też z woli Bożej. W miarę upływu czasu tajemnicze ekstazy nasilały się, a w 1943 roku pojawiały się każdego dnia. Były to już nie tylko krwawienia, ale towarzyszące im odrętwienie ciała, przyśpieszony puls, nieco podwyższona temperatura i kompulsywne drgawki. Widoczna była także rana na prawym boku, krwawe pręgi na dwóch rękach, trzynaście niewielkich ran na głowie.

    Cała jestem Twoja Jezu!

    Pomimo upływu czasu siostra Wanda nie ustawała w gorliwej modlitwie i pokucie za kapłanów i osoby konsekrowane i konsekwentnie realizowała swą misję. Być może patrząc z bliska na życie i posługę kapłanów i osób zakonnych, widziała ich oziębłość i chwiejność, które tak bardzo bolą Jezusa. Jednocześnie sama starała się zachować czujność, dlatego zanotowała:

    O Jezu mój Najukochańszy – wiem i żywo przeżywam Twoją Mękę w czasie Twojej modlitwy w Ogrójcu: trwoga, smutek, cały przerażający widok dusz kapłańskich i zakonnych, mojego Zgromadzenia, a chyba równa się z całą ludzką złością i obojętnością – ludzi żyjących w obojętnościach, w letniej wierze, a najbardziej cierpi nad Kapłanami, nad duszami wybranymi do wyjątkowych współczucia razem z Nim i ze swoją Przeczystą Matką. Dalej już napisać – czy przelać nie umiem – Jezu, Ty wiesz najlepiej, jaką jestem ja, Twoja Konwalia. Najukochańszy, błagam Cię, naucz mnie modlić się za nich wszystkich, żeby Ci było chociaż trochę lżej… mieszkać z nami w Tabernakulach na całej ziemi i w duszach przez Ciebie wybranych. Jeszcze błagam Ciebie, nie zostawiaj mnie samej, bo trudno mi często poznawać działania chytrego ducha, który czyha na porwania mojej duszy.

    Jej modlitwa i ofiara wynagradzająca okazała się bardzo skuteczna, a bezsilność diabła tylko wzmagała jego agresję – okazało się bowiem, że słabość i chorowitość Wandy dały jej niewiarygodną siłę do wygrania mistycznej bitwy pomiędzy dobrem a złem, o czym wymownie świadczą te słowa: „Zgodziłam się na wszystko. Noc z soboty na niedzielę przebyłam niby w piekle. Dusze kapłanów widziałam w strasznej walce z grzechami, swoimi namiętnościami i z chwilowymi poddaniami się pod władzę szatanów. Stanęłam do walki między niebem a piekłem”. Diabeł na różne sposoby próbował ją przechytrzyć i dlatego ukazywał się jej w rozmaitych postaciach: przypominał Jezusa, przystojnego mężczyznę, psa, lamę czy też pięknych aniołów. Siostra Wanda jednak dzielnie odpierała wszystkie te ataki, powtarzając sobie, że cała należy do Jezusa i że mimo podszeptów złego ducha nie zrezygnuje z posłuszeństwa przełożonym, korzystania ze spowiedzi i Komunii Świętej. Nie dała się także przerazić ani ogromem własnych grzechów, ani nawałnicą dręczących myśli, ani rzucaniem się na nią zastępów piekielnych, ani dręczeniom w postaci silnych ucisków, uderzania łokciami w bolące boki i nabrzmiałe wrzody czy kopania. Choć miała trudności z oddychaniem z powodu ucisku w klatce piersiowej i była bita po głowie, a nawet obrzucana smrodliwą śliną po twarzy, zwłaszcza w oczy, nie poddała się. Czuła, że w tej walce nie jest sama, że Bóg wspomaga ją, posyłając z odsieczą z nieba Maryję, Michała Archanioła i innych aniołów i świętych.

    PCh24.pl(fragment pochodzi z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa” ks. Jerzego Jastrzębskiego, wydanej nakładem wydawnictwa Esprit)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Uklęknęła pod krzyżem i zakochała się w Jezusie. Żydówka, która została benedyktynką

    – Pan Jezus mnie oczarował. Znalazłam w Nim wszystko – mówiła s. Paula Janina Maria Malczewska.

     

    – Pan Jezus mnie oczarował. Znalazłam w Nim wszystko – mówiła s. Paula Janina Maria Malczewska.
    MARCIN JAKIMOWICZ

    „Żydówka!” – krzyczeli i obrzucili przerażoną dziewczynkę śniegiem. Pomyślała: „Jeśli uklęknę pod krzyżem, zostawią mnie w spokoju”. – I wtedy coś się stało – opowiadała mi po latach jako benedyktynka. – Zakochałam się – dodała. To jedno z najbardziej niezwykłych nawróceń, o jakich słyszałem.

    Odwiedziłem ją 15 lat temu w klasztorze na Górze Oliwnej. Na stole wylądowały słodkie winogrona i pyszny sok. Pastelowy głos Pauli Janiny Marii Malczewskiej tonął w potoku słów muezina z pobliskiego minaretu. Benedyktynka z ulgą odetchnęła, gdy umilkł megafon.

    Oto jej opowieść…

    Cudem uciekłam

    „Urodziłam się jako Rachela w wiosce Troszyn nieopodal Ostrołęki 15 października 1929 roku w rodzinie żydowskiej. Mój tatuś, Simche, był bardzo dobrym i uczciwym kupcem. Gdy miałam trzy latka, umarła moja mama, a tata ponownie się ożenił. Nowa mamusia była dla mnie tak dobra, że nigdy nie nazwałam jej macochą. W 1939 roku urodził się mój braciszek Icchak. W 1941 roku zginął tatuś. Ja trafiłam do łomżyńskiego getta, ale cudem dwukrotnie udało mi się uciec. Za pierwszym razem pomogli mi Polacy. Pięć osób przebiegło przez bramę, mnie – szóstą – złapali gestapowcy. Miałam trzynaście lat. Kazali mi odwrócić się do ściany. Byłam pewna, że mnie rozstrzelają, ale zabrali mnie na gestapo. Tego dnia złapali w Łomży kilku innych Żydów, m.in. doktora uciekającego do żony, która była Polką. Spędziłam na gestapo całą noc. Słyszałam krzyki, płacz dzieci, odgłosy bicia. Nad ranem kazali mi wyjść. Znów byłam przekonana, że prowadzą nas na rozstrzelanie, ale trafiłam z powrotem do getta. Trzynaście lat to już nie dziecko… Miałam swój rozum. Gdy Niemcy mnie bili, pytając, dokąd uciekałam, kłamałam: »Jestem sierotą. Babcia kazała mi biec, gdzie oczy poniosą«. Za nic nie chciałam zdradzić kryjówki mojej rodziny, bo wiedziałam, że zniszczą nasz dom. W nocy 1 listopada 1942 roku, gdy getto było likwidowane, udało nam się schronić w kryjówce. Słyszeliśmy płacz dzieci, przerażające krzyki. Aż dwie noce leżeliśmy w tej kryjówce jak zabici. W końcu jeden z Polaków powiedział: »Możecie już wyjść«. Uciekłyśmy do lasu.

    O Jezu!

    Niemcy zorganizowali łapankę, ale ponieważ sami nigdy nie wchodzili do lasu, wysłali tam Polaków. Jeśli Polacy byli dobrzy, to nas »nie zauważali«. Za złapanie Żyda dostawali 3 kilogramy cukru. To był prawdziwy rarytas, majątek! Ci, którzy przeczesywali mój las, byli dobrzy. »Nie zauważyli« mnie pod krzaczkiem.

    Wyszłam z lasu, ale mojej mamusi i braciszka już nie było. Pewnie biedna pomyślała: »Złapali moją Rachelę, nie mam po co się ukrywać«. Nie wiem, co się z nimi stało. Czy zginęli przeze mnie? To mój ogromny krzyż.

    W południe 6 stycznia 1943 roku szłam z koleżanką przez wieś. Byłam w spodniach, a wówczas dziewczynki nie chodziły jeszcze w spodniach, miałam warkocze. »Żydówki!« – zaczęli krzyczeć za nami chłopcy. Rzucali w nas zmarzniętym śniegiem. Byłyśmy przerażone. Tą drogą często przejeżdżali Niemcy. Na rozstaju stał duży krzyż. W mojej głowie zrodził się szalony pomysł: »Jeśli uklęknę pod krzyżem, to oni pomyślą, że jestem Polką, i zostawią mnie w spokoju«. Po raz pierwszy w życiu krzyknęłam: »O Jezu!«. Chłopcy zrozumieli, że pomylili się, i odeszli. Ukrywałam się przez długi czas w kopcu po ziemniakach.

    Tam pod krzyżem coś się stało. Wołałam: »Panie, Boże moich ojców, Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba, ja nie chcę Cię zdradzić, ale powiedz mi, kim jest ten Jezus? Ten ukrzyżowany człowiek, prześladowany, cierpiący«. Czułam, że jest mi bardzo bliski, nieustannie o Nim myślałam. Zakochałam się w Nim. Czym jest ta miłość? A był pan kiedyś zakochany? Tak? To to samo.

    Albo zakon, albo śmierć

    Modliłam się: »Jezu, jeśli mnie chcesz, pójdę do klasztoru«. Zawarłam z Nim umowę: wyjdę i przestanę się ukrywać, ale On zadba o moje bezpieczeństwo. Zdobyłam się na szaleństwo. Wyszłam z kryjówki. Właściwie nie chciałam zostać chrześcijanką. Chrześcijan poznałam z najgorszej strony…

    Pan Jezus mnie oczarował. Znalazłam w Nim wszystko. Już wówczas powiedziałam: »Stanę się ofiarą dla Izraela«. Wiedziałam jedno: albo klasztor, albo śmierć. Ale śmierć nie przychodziła. A pragnienie klasztoru było tak silne, że wybrałam się pieszo w drogę do Łomży, 72 kilometry. Siostry nie bardzo wiedziały, co ze mną zrobić. Wcale nie przyjęły mnie z otwartymi ramionami. Jedna z nich była antysemitką i nie wyobrażała sobie życia z Żydówką. Na szczęście ich kierownik duchowy powiedział, że mają mnie przyjąć na rok. Co ciekawe, tak się z tą siostrą zżyłyśmy, że gdy przyjechała moja rodzina, by mnie odebrać z klasztoru, jako pierwsza powiedziała, że mnie nie odda. (śmiech). Bo moja rodzina nie pogodziła się z moją decyzją.

    Szarpanina

    Po wojnie w Wielki Wtorek 1945 roku przyjęłam chrzest (wybrałam imiona Maria Janina), w Wielką Środę wyspowiadałam się, a w Wielki Czwartek przystąpiłam do Komunii. Chrzest z obawy przez narodowcami odbył się przy zamkniętych drzwiach. Takie czasy. W październiku wstąpiłam do opactwa pw. Przenajświętszej Trójcy w Łomży. Przyjęłam imię Paula.

    Ciocia, wujek wciąż mnie szukali. W 1947 roku znaleźli mnie i chcieli wyciągnąć z klasztoru. Pisali nawet do biskupa. Oszukiwali mnie, że mój tata żyje… Oni biedni nie rozumieli, czym jest powołanie, i myśleli, że zostałam za klauzurą w dowód wdzięczności”.

    Zrozumieć kontekst

    Podobny los spotkał dominikankę s. Rozarianę – córkę rabbiego Michała Marguliesa. Najbliżsi nie pogodzili się z jej wyborem do końca, a matka, która znalazła córkę u dominikanek, wołała: „Byłaś ozdobą domu, moim szczęściem, a jesteś teraz z dala ode mnie!”. Trzykrotnie mdlała na furcie.

    Trzeba zrozumieć kontekst. Pokolenie Żydów, któremu cudem udało się uciec z pożogi Holokaustu, zapamiętało pruską dewizę wypisaną na sprzączkach pasów hitlerowców: „Gott mit uns”. Z tym kojarzyli chrześcijaństwo. Doświadczyłem tego przed rokiem w Tykocinie, gdy na brukowanych uliczkach spotkałem wycieczkę z Izraela. Spoglądali na mnie z nieufnością. Dopiero po chwili zorientowałem się, że na koszulce noszę napis po hebrajsku „Jeshua”. Jak różnie reagowaliśmy na Imię ponad wszelkie imię! Oni przyjechali tu, by opłakiwać tych, którzy przed Holokaustem stanowili niemal połowę mieszkańców miasta. Rozstrzelano ich w lesie w Łopuchowie w sierpniu 1941 roku.

    A mała Rachela dorastała niedaleko Jedwabnego (tu zginęła część jej rodziny) czy Szczuczyna, który pamięta krwawy pogrom urządzony Żydom przez chłopów podburzonych przez działaczy Stronnictwa Narodowego. Co ciekawe, sama benedyktynka nigdy nie karmiła się opowieściami o polskim antysemityzmie i nie pozwalała sobie na rozdrapywanie ran. „Kochać jest trudniej, niż nienawidzić” – ucinała temat.

    Morze łez

    Profesję złożyła 8 września 1949 roku. Za klauzurą zadeklarowała: „Chcę być ofiarą za naród Izraela”. Jak biblijna Estera, jak karmelitanka Edyta Stein. Stała w wyłomie muru, w miejscu proroczego objawienia Boga.

    W 1976 roku przeniosła się z Łomży do klasztoru na jerozolimskiej Górze Oliwnej. To była trudna podróż. Z Kurpi do Ziemi Świętej ruszyła przez Rzym i Stany Zjednoczone. Spotkała członków rodziny. Wylali morze łez. „Napisałam do jerozolimskiej przełożonej, że nie znam za bardzo francuskiego, ale przecież jak się w klasztorze milczy, to chyba jest lepiej” – śmiała się. „Siostry przyjęły mnie z radością”.

    „Radość” jest słowem kluczem. Dewiza siostry Pauli? „Módl się i się uśmiechaj”. – Do końca życia pamiętała o imieninach każdej z nas, nawet tych, których już nie znała – opowiadały siostry. – Pisała nam: „Do zobaczenia w niebie”. Aż do samego końca opiekowała się gośćmi. Współczująca dla wszystkich, serdeczna i otwarta na każdego. Szyła siostrom buty, była mistrzynią nowicjatu. – W Łomży czułam się bardziej Polką, tu Żydówką – opowiadała mi w Jerozolimie. – Najpierw chciałam nawrócić całego Izraela, a teraz modlę się razem z Izraelem. Taka zmiana.

    Gdy dopytywałem o wspomnianą dewizę życiową, powiedziała: – Chcę być Jego uśmiechem. I dodała: – Wie pan, dziś, po 50 latach spędzonych w klasztorze, wiem jedno: nie umiem się modlić. Bogu zależy na tym, bym była szczera. To dla Niego najważniejsze. Modliłam się na przykład wtedy, gdy cierpiałam. Ooo tak, wówczas nie miałam już siły udawać, a moje wołanie było szczere. Wiem, że jedyny sposób na modlitwę to… modlitwa.

    Nic dziwnego, że siostry widziały ją często (nawet bardzo schorowaną) na nocnych adoracjach.

    Jestem po to, by uwielbiać

    Nikt, widząc jej promienną twarz, nie domyśliłby się, jak porażającą tajemnicę skrywa ta mniszka. Nie dawała tego po sobie poznać. Błysk w oczach, uśmiech, gościnność i usługiwanie tym, którzy pukali do drzwiczek z niebieskim napisem „Benedictines”. Katolikom, muzułmanom i żydom. – Moje krzyże? Zerwanie z rodziną, myśl, że być może byłam przyczyną śmierci mamusi i braciszka, zerwanie z ojczyzną, z klasztorem w Łomży. Bardzo to trudne. Ale zaczytywałam się w Małej Teresce i już na początku powiedziałam: „Panie Boże, niech będzie najciężej, ale krótko!”. Żyję jednak do dziś. Nieraz już mówiłam Panu Jezusowi, że mnie oszukał. (śmiech)

    Doczekała się. Zmarła 12 sty-cz­nia 2019 r. w wieku 89 lat.

    – Ludzie mówią, że nie ma Boga, a On jest! Jesteśmy cali objęci Jego opieką i miłością – opowiadała. – Palec Boży jest wszędzie. I w radościach, i w cierpieniach. W każdej chwili naszego życia. On pisze prosto po krzywych liniach – jestem tego dowodem. Czytamy o proroku Danielu: „Miał on w górnym pokoju okna skierowane ku Jerozolimie. Trzy razy dziennie padał na kolana, modląc się i uwielbiając Boga”. Ja czuję się takim Danielem w habicie. Jestem po to, by uwielbiać.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Żyd, który napisał o Jezusie?

    Książka „Nazarejczyk” Eugenia Zollego, naczelnego rabina Rzymu, której włoskie wydanie ujrzało światło dzienne w 1938 r., na polskim rynku wydawniczym jest już kilka lat. Dalej jednak jest to publikacja niezbyt znana.

     

    Adobe Stock

    ***

    Kim jest autor tej niezwykłej publikacji? Eugenio Zolli (dawniej Izrael Zoller, ur. w 1881 r. w Brodach nieopodal Lwowa) to wybitny żydowski profesor i egzegeta, znawca Biblii. Studiował nie tylko biblistykę w szkole rabinackiej, ale również filozofię i psychologię we Lwowie, Wiedniu i Florencji. Był naczelnym rabinem Triestu, a potem Rzymu. Wykładał literaturę hebrajską w Padwie. W końcu nawrócił się na chrześcijaństwo.

    Eugenio Zolli to człowiek jedyny w swoim rodzaju. Wspólnie z Piusem XII ratował społeczność żydowską przed Holocaustem – źródła przypisują papieżowi uratowanie ok. 850 tys. Żydów.

    Zolli, jeszcze jako rabin, udowadniał, że Jezus Chrystus jest oczekiwanym przez synów Abrahama i zapowiadanym w Biblii hebrajskiej Mesjaszem. Szczegółowo dokumentuje to przekonanie właśnie w „Nazarejczyku”. Książka ta w Polsce jest praktycznie nieznana. A warto do niej zajrzeć, by zapoznać się z argumentacją człowieka, który po zbadaniu źródłowych tekstów dochodzi do bezdyskusyjnego wniosku, że to właśnie w osobie Jezusa z Nazaretu wypełniają się starotestamentowe proroctwa Izraela.

    Książka „Nazarejczyk” ma 344 strony i składa się z 17 rozdziałów opatrzonych wstępem i bibliografią. Z pewnością nie należy do lektur łatwych. Niemniej jednak warto po nią sięgnąć, ponieważ czytelnik będzie miał niepowtarzalną okazję poznania bogactwa przesłania biblijnego, wręcz zanurzenia się w nim. Autor tej pozycji w niezwykle mozolny, szczegółowy, a zarazem merytoryczny sposób odkrywa bowiem przed czytającym świat Pisma Świętego – zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu. Jednoznacznie wskazuje na osobę Syna Bożego jako oczekiwanego Mesjasza. Wydaje się, że na szczególną uwagę zasługuje rozdział 11 – „Pascha w literaturze staro- i nowotestamentowej”.

    Warto też zwrócić uwagę na tłumacza. Jest nim ks. prof. Artur Jerzy Katolo, m.in. znawca języka włoskiego, profesor Pontificia Facoltà Teologica dell’Italia Meridionale – ISSR i ITCS w Rende (prov. Cosenza) oraz kierownik katedry filozofii i teologii moralnej.

    „Nazarejczyk” został wydany dzięki współpracy Fundacji Instytut Globalizacji z włoskim wydawnictwem Edizioni San Paolo.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykłe ocalenie Białegostoku od zagłady. Bóg za sprawą ks. Michała Sopoćki okazał Miłosierdzie

    (zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay.com)

    ***

    Mieszkańcy Białegostoku biorą udział w uroczystościach dziękczynnych za ocalenie swojego miasta przed zagładą, która w marcu 1989 roku zawisła nad nim, wskutek wykolejenia się cystern z trującym chlorem. Białostoczanie wierzą, że od straszliwej śmierci w  toksycznej chmurze chloru, tysiące z nich zostało wybawionych przez Boga, dzięki wstawiennictwu ks. Michała Sopoćki. Ten niestrudzony orędownik Bożego Miłosierdzia mieszkał w Białymstoku, zaledwie kilkaset metrów od miejsca katastrofy.

    Cały dramat rozegrał się niespełna dwie godziny po północy 9 marca 1989 r. Pociąg towarowy relacji ZSRR – NRD ruszył właśnie ze stacji Białystok Fabryczny. W skład tego pociągu wchodziło m.in. 12 cystern z ciekłym chlorem o stężeniu 99,9 procent. Następną stacją miał być Białystok Centralny. Pociąg jednak nie dotarł do niej, gdyż wskutek pęknięcia szyny toru kolejowego cztery cysterny (każdą wypełniało 43 do 52 ton ciekłego chloru) wykoleiły się i stoczyły z nasypu.

    – To był straszny widok. Tory porozrywane, wózki spod cystern wywrócone do góry kołami, połamane podkłady, cysterny wryte w ziemię. Nie wiem dlaczego się nie rozszczelniły ? – wspominał Jan Malec, fotoreporter który był na miejscu katastrofy.

    Nad śpiącym miastem zawisło przerażające widmo zagłady. Według analiz biegłych, gdyby choćby jedna z wykolejonych cystern uległa rozszczelnieniu, morderczy obłok chloru zakryłby pas o szerokości 3-4 km i 50 km długości. Przy wietrze, który wiał tej nocy w kierunku miasta, zginęłoby prawdopodobnie 80 proc. mieszkańców Białegostoku.

    Dokładnie o 15.00., w godzinę Miłosierdzia Bożego, strażacy postawili na tory pierwszą z wykolejonych cystern, ostatnią – niemal dobę po wypadku. Chlor nie wydostał się z przewróconych cystern.

    Białostoczanie wierzą, że ten cud dokonał się dzięki wstawiennictwu ks. Sopoćki. W miejscu katastrofy postawili granitowy krzyż z tablicą, na której jest wyryte dziękczynienie Bogu za ocalenie i ks. Michałowi Sopoćko za jego skuteczne wstawiennictwo. Co ciekawe, ks. Sopoćko przez ostatnie lata życia mieszkał u sióstr zakonnych, zaledwie kilkaset metrów od miejsca katastrofy. A w miejscu gdzie ona się wydarzyła lubił siadać i modlić się na Różańcu.     

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Oficjał sądu biskupiego: żyjąc po rozwodzie w nowym związku popełnia się cudzołóstwo i nie można przystąpić do Komunii św.

    Osoby po rozwodzie żyjące w nowym związku, żyją w sytuacji publicznego i trwałego cudzołóstwa, czyli grzechu ciężkiego. Oznacza to, że dopóki trwają w grzechu nie mogą przystąpić do Komunii św. – powiedział PAP kanonista ks. prof. Jan Krajczyński, oficjał sądu biskupiego w Płocku.

    rodjulian / fotolia.com

    ***

    Radio Watykańskie podało, że biskup diecezji pilzneńskiej w Czechach Tomáš Holub zapowiedział, że osoby rozwiedzione, które “żyją w nowym związku po rozeznaniu będą mogły dostąpić +trwałego aktu miłosierdzia+, co umożliwi im ponowne przystępowanie do sakramentów+”.

    W rozmowie z PAP oficjał sądu biskupiego w Płocku kanonista ks. prof. Jan Krajczyński z UKSW podkreśla, że “w prawie kanonicznym nie ma wyrażenia +trwały akt miłosierdzia+, nie zna go również teologia”. Zaznaczył, że osoba, która chce przyjąć Chrystusa w sakramentalnej Komunii świętej “powinna być wolna od grzechu ciężkiego”.

    Podkreśla, że “zawarcie nowego związku (po rozwodzie – PAP) powiększa jeszcze bardziej ciężar rozbicia małżeństwa; stawia bowiem małżonka, który żyje w takim nowym związku, w sytuacji publicznego i trwałego cudzołóstwa. Tym samym, mamy w tym przypadku niejako podwójne źródło stanu grzechu ciężkiego” – wyjaśnił oficjał sądu biskupiego. Dodał, że “narodziny potomstwa w takim związku nie pomniejszają ciężaru grzechu stron”.

    Zaznaczył, że osoby takie “mogą otrzymać absolucję grzechów, tylko w jednym przypadku – jeśli żałują, że podeptały prawo Boże dotyczące małżeństwa i zobowiązują się żyć w całkowitej wstrzemięźliwości, tj. nie korzystać z praw, jakie przysługują wyłącznie małżonkom”.

    PAP: Radio Watykańskie podało, że biskup diecezji pilzneńskiej w Czechach Tomáš Holub zapowiedział, że osoby rozwiedzione, które “żyją w nowym związku po rozeznaniu będą mogły dostąpić +trwałego aktu miłosierdzia+, co umożliwi im ponowne przystępowanie do sakramentów+”. Czym jest “trwały akt miłosierdzia” i kto może z niego skorzystać?

    Ks. Jan Krajczyński prof. UKSW: W prawie kanonicznym nie ma wyrażenia +trwały akt miłosierdzia+, nie zna go również teologia. Papież Franciszek w adhortacji apostolskiej Amoris laetitia też nie mówi o żadnym trwałym akcie miłosierdzia. Owszem – co jest jak najbardziej słuszne i pożądane w perspektywie zbawienia – traktuje on o trwałym towarzyszeniu duszpasterskim tym, którzy zawarli małżeństwo. Niewątpliwie dotyczy to również tych osób, których małżeństwo z jakichś powodów się rozpadło. Ci ludzie, jako że znajdują się w trudnej sytuacji, tym bardziej mają prawo do duchowego wsparcia i wszelkiej możliwej pomocy. Jeśli jednak chodzi o “trwały akt miłosierdzia”, może go udzielić jedynie Pan Bóg.

    PAP: Czy osoby rozwiedzione, które żyją w nowym związku – żyją w grzechu ciężkim, czy raczej jest to tylko nieuporządkowanie wewnętrzne? Co w przypadku, jeśli w drugim związku są już małe dzieci? Pojawia się zarzut, że skoro kapłana można przenieść do stanu świeckiego i może on wychowywać swoje dziecko, to takie samo prawo należy się osobom świeckim.

    Ks. J. K.: Jakkolwiek sam rozwód cywilny ma charakter niemoralny i jest grzechem ciężkim, ponieważ przez rozwód rozwiązuje się to, co Bóg złączył, nie można wszystkich rozwodów oceniać tak samo w kategoriach moralnych. Jeśli bowiem rozwód cywilny pozostaje jedynym możliwym sposobem zabezpieczenia pewnych słusznych praw, np. opieki nad dziećmi lub obrony majątku, może być tolerowany i nie stanowi przewinienia moralnego.

    Zawarcie nowego związku powiększa jeszcze bardziej ciężar rozbicia; stawia bowiem małżonka, który żyje w takim nowym związku, w sytuacji publicznego i trwałego cudzołóstwa. Tym samym, mamy w tym przypadku niejako podwójne źródło stanu grzechu ciężkiego; pierwszym jest rozbicie małżeństwa, drugim usiłowanie zawarcia nowego związku i trwanie w publicznym grzechu przeciwko czystości. Ta ostatnia okoliczność, tj. publiczne cudzołóstwo i zgorszenie, zachodzi nawet wtedy, gdy osoby związane tym cywilnym węzłem żyją w tzw. białym małżeństwie, tj. nie obcują ze sobą fizycznie.

    Narodziny potomstwa w takim związku nie pomniejszają ciężaru grzechu stron. Oczywiście takie dzieci nie mogą być w żaden sposób piętnowane za winę rodziców.

    Jeśli chodzi o księży przenoszonych do stanu świeckiego, należy pamiętać, że uchyla się w tym przypadku prawo ludzkie o celibacie duchownych. W przypadku małżeństwa zaś mamy do czynienia z zobowiązaniem wynikającym z prawa Bożego, od którego żadna władza, nawet najwyższa, nie może dyspensować.

    Prawo o bezżenności duchownych, znane w Kościele łacińskim, nie obowiązuje księży z katolickich Kościołów wschodnich. Normy prawa dotyczące zachowania celibatu pochodzą od człowieka, te, które odnoszą się do trwałości małżeństwa, od samego Boga.

    PAP: Czy osoby porzucone żyjące w nowy związku mogą korzystać z sakramentu pokuty i eucharystii? Jeśli tak, to pod jakimi warunkami? Jak to precyzuje prawo kanoniczne i nauka o sakramentach?

    Ks. J. K.: Osoby porzucone dopóki żyją w samotności jak najbardziej mogą korzystać z sakramentów Kościoła, o ile posiadają stosowną dyspozycję. Jeśli osoby te wstąpiły w nowy związek, znajdują się w sytuacji, która obiektywnie wykracza przeciw prawu Bożemu, i nie mogą przystępować do Komunii świętej tak długo, jak długo trwa ta sytuacja. Z tego też powodu nie mogą one pełnić pewnych funkcji kościelnych, np. katechizować, sprawować posługi lektora czy nadzwyczajnego szafarza Eucharystii.

    Oczywiście osoby te mogą korzystać z sakramentu pokuty, np. w celu umocnienia się na duchu i rozwiązania jakiejś kwestii moralnej; nie otrzymają jednak w takim przypadku stosownego rozgrzeszenia.

    Wspomniane osoby mogą dostąpić pojednania z Bogiem i Kościołem, tj. otrzymać absolucję grzechów, tylko w jednym przypadku. Jest to możliwe, jeśli żałują, że podeptały prawo Boże dotyczące małżeństwa i zobowiązują się żyć w całkowitej wstrzemięźliwości, tj. nie korzystać z praw, jakie przysługują wyłącznie małżonkom. Może to mieć miejsce np. wtedy, gdy osoby te z powodu okoliczności życia zostały niejako przymuszone do związania się węzłem cywilnym. Dotyczy to choćby sytuacji, kiedy wstąpiły w taki związek z powodu zapewnienia koniecznej opieki potomstwu pochodzącemu z małżeństwa.

    PAP: Wiele osób powołuje się na dokumenty papieskie jak na prawo np. adhortację apostolską Amoris laetitia. Jaki zatem charakter mają encykliki, adhortacje, dekret? Czy są one tylko pewną wskazówką, zachętą, czy prawem?

    Ks. J.K.: Adhortacja to nic innego jak zachęta lub upomnienie o charakterze duszpasterskim, w którym papież przedkłada grupie lub wszystkim wiernym pogłębione stanowisko dotyczące jakiejś aktualnej kwestii z zakresu życia Kościoła.

    W encyklice, która jest listem ogólnym adresowanym do biskupów, wiernych i ludzi dobrej woli, biskup rzymski wyjaśnia naukę chrześcijańską, poucza, przedkłada rady, przestrzega przed niebezpiecznymi opiniami i potępia błędy. Oba te typy aktów papieskich, niebędących ustawami, pozwalają wiernym lepiej zrozumieć określone normy prawa kanonicznego. Jeśli postanowienia instrukcji nie dadzą się pogodzić z przepisami ustaw, są pozbawione wszelkiej mocy.

    Dekrety, jeśli mają charakter ogólny, tj. dotyczą całego Kościoła, są ustawami powszechnymi i obowiązują wszystkich wiernych, chyba że ustawodawca w poszczególnym przypadku postanowił co innego.

    PAP: Na czym polega rozeznanie w kwestii wspomnianych wyżej par, biorąc pod uwagę, że zasadniczo duchowni w Kościele nie podejmują rozeznawania duchowego? Czy subiektywna decyzja spowiednika wystarczy? Historia Kościoła pokazuje, że nie tylko biskupi, ale także byli papieże, którzy głosili herezję?

    Ks. J.K.: Rozeznawanie sytuacji osób rozwiedzionych, które żyją w nowym związku, oznacza wnikliwe poznanie ich sytuacji prawnej i duchowej, ukierunkowane na udzielenie im pomocy adekwatnej do wyników tego rozpoznania. W pewnych przypadkach – jak zauważa papież Franciszek – mogłaby to być również pomoc sakramentów, w innych może to być zachęcenie tych osób do wszczęcia procesu o stwierdzenie nieważności małżeństwa, w jeszcze innych efektem tego badania może być wskazanie wiernym sposobów lepszego życia, okupienia grzechów uczynkami sprawiedliwymi, pomnażania dzieł miłości, która zakrywa wiele grzechów itp.

    Wspomnianego rozeznania nie można sprowadzić do zwykłej autorefleksji tych osób, czy też pozostawienia penitentom decyzji, co do kształtu i zakresu ich udziału w życiu sakramentalnym Kościoła. Równolegle z rozeznawaniem duszpasterza winno też iść rozeznanie osobiste wiernego znajdującego się w sytuacji nieprawidłowej. Tylko taki bowiem trud gruntownego badania własnego sumienia może doprowadzić taką osobę do nawrócenia i podjęcia działań, które papież określa jako rozwój pośród ograniczeń i jakiś sposób uczestniczenia w życiu wspólnoty.

    W całym tym wspólnym wysiłku duszpasterza i wiernego, który znalazł się w sytuacji nieregularnej, jakkolwiek ma dominować logika współczucia i unikania prześladowania lub osądów zbyt surowych czy niecierpliwych, nie można nie brać pod uwagę wymagań Ewangelii. Oznacza to, duszpasterz dokonujący rozeznania ma czynić to na wzór Chrystusa, który spoglądał na ludzi z miłością i zarazem troszczyć się, aby rozwiedzeni żyjący w nowych związkach i osoby trzecie nigdy nie pomyśleli, że w Kościele usiłuje się minimalizować wymagania Ewangelii, popiera podwójną moralność czy uchyla się zasadę nierozerwalności małżeństwa.

    PAP: Kiedy słowa biskupa i papieża mają moc bezwzględnie zobowiązującą?

    Ks. J.K.: Zadaniem papieża i biskupów jest czuwanie, by lud Boży trwał w prawdzie. Przedmiotem ich szczególnej odpowiedzialności są kwestie z zakresu wiary i obyczajów. Jeśli w tych sprawach papież lub kolegium biskupów, tj. wszyscy biskupi na czele z papieżem, przedstawiają jakąś prawdę w sposób definitywny, uroczysty i wyraźnie zaznaczając, że chodzi o naukę nieomylną, wierni powinni przyjąć taką definicję dogmatyczną jako objawioną przez Boga.

    Jeśli wymienione osoby przedstawiają jakąś prawdę z zakresu wiary i obyczajów w sposób ostateczny, takiej nauce należy okazać religijne posłuszeństwo rozumu i woli.

    Jeśli chodzi o biskupów, którzy nauczają pojedynczo lub też zebrani razem, np. na synodzie partykularnym lub w ramach konferencji biskupów, nie posiadają nieomylności w nauczaniu. Należy jednak zastrzec, że wspomniani biskupi są w odniesieniu do wiernych powierzonych ich trosce nauczycielami i mistrzami wiary a tym samym wierni obowiązani są okazać ich autentycznemu przepowiadaniu religijne posłuszeństwo.

    PAP: Czy pragnienie eucharystii u osób żyjących związkach po rozwodzie wystarczy, aby udzielać im komunii?

    Ks. J. K.: Nie, żadną miarą! Samo pragnienie przystąpienia do Komunii św. nie wystarczy do jej udzielenia w żadnym przypadku; dotyczy to tak dorosłych jak dzieci. Osoba, która chce przyjąć Chrystusa Pana w Komunii świętej, sakramentalnej lub duchowej, powinna posiadać odpowiednią dyspozycję. Inaczej, powinna być wolna od grzechu ciężkiego. (PAP)

    Magdalena Gronek/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Między małżonkami a Bogiem

    By zrozumieć istotę sądu kościelnego, który orzeka nieważność małżeństwa, trzeba najpierw uświadomić sobie, że jeśli małżeństwo zaistniało, to znaczy dokonał się sakrament małżeństwa, to nikt z ludzi ani żadna instytucja kościelna, ani nawet papież nie ma takiej władzy, ani takiej możliwości, aby małżeństwo ważnie zawarte unieważnić, czyli jak niektórzy potocznie mówią – dać rozwód kościelny. Sakrament małżeństwa bowiem to związek, zjednoczenie dwojga osób z Bogiem. Dlatego to, co dokonało się między małżonkami a Bogiem nie może być przerwane i w żadnym wypadku nie jest przerwane, nawet jeśli małżonkowie nie są już razem, czy też żyją już w ponownym związku małżeńskim.

    Sakrament małżeństwa symbolizując związek Chrystusa z Kościołem odznacza się jednością i nierozerwalnością. Sakrament łączy jednego mężczyznę z jedną kobietą na całe życie. Związek sakramentalny kończy się tylko ze śmiercią jednego ze współmałżonków.

    Za Katechizmem Kościoła Katolickiego (1638, 1639, 1640) można zacytować: „Z ważnego małżeństwa powstaje między małżonkami węzeł z natury swej wieczysty i wyłączny. Zgoda, przez którą małżonkowie oddają się sobie i przyjmują wzajemnie, zostaje przypieczętowana przez samego Boga. Z ich przymierza powstaje z woli Bożej instytucja trwała także wobec społeczeństwa. Przymierze małżonków zostaje włączone w przymierze Boga z ludźmi. Prawdziwa miłość małżeńska włącza się w miłość Bożą. Węzeł małżeński został więc ustanowiony przez samego Boga, tak, że zawarte i dopełnione małżeństwo osób ochrzczonych nie może być nigdy rozwiązane. Węzeł wynikający z wolnego, ludzkiego aktu małżonków i z dopełnienia małżeństwa jest odtąd rzeczywistością nieodwołalną i daje początek przymierzu zagwarantowanemu wiernością Boga”.

    Dla ważnej przyczyny

    Jeśli natomiast sakrament nie zaistniał, nie dokonał się, choć odbył się uroczysty ślub i było huczne wesele, to tylko w takim wypadku (dla ważnej przyczyny) można ubiegać się o orzeczenie nieważności małżeństwa, tzn. o stwierdzenie, że między małżonkami nigdy nie zaistniał sakrament małżeństwa. A kiedy nie dokonał się sakrament, choć odbył się ślub – wtedy zabrakło jednego z warunków zaistnienia sakramentu małżeństwa. Jakie to warunki? Na pierwszym miejscu trzeba wymienić wolną wolę. Być wolnym to znaczy nie być poddanym przymusowi i nie mieć przeszkody ze strony prawa naturalnego i kościelnego. Jeśli byłby jakikolwiek przymus lub bojaźń, małżeństwo było by nieważne. Pierwszy rodzaj przymusu to kiedy ktoś dla racji majątkowych, rodzinnych bądź innych chce konkretnego małżeństwa i w tym celu wywiera presję na młodych. Drugi polega na szantażu ze strony jednego z narzeczonych lub osoby trzeciej. Trzeci rodzaj – kiedy młodzi przed ślubem spodziewają się potomstwa lub mają już potomstwo i to jest dla nich jedyny powód do zawarcia małżeństwa, czy też zawierają małżeństwo pod wpływem presji opinii innych.

    Orzeczenie sądu

    Następnie trzeba powiedzieć o braku wystarczającego używania rozumu. Małżeństwo było by nieważne gdyby któraś z osób miała poważny brak rozeznania oceniającego istotne prawa i obowiązki małżeńskie, gdyby któraś z osób nie uświadamiała sobie dostatecznie celu małżeństwa i nie byłaby zdolna do jego realizacji. Trzeba też powiedzieć o podstępie, dzięki któremu któraś ze stron chciała by uzyskać zgodę małżeńską. Chodzi o to, czy któraś ze stron nie ukrywa czegoś, co mogłoby w przyszłości zakłócić wspólnotę życia małżeńskiego. I wreszcie jeżeli narzeczeni chcieliby zawrzeć sakramentalny związek małżeński wyłącznie w innych celach niż te, które są podyktowane zamysłem Bożym lub wykluczają jakiś istotny element małżeństwa, względnie jakiś istotny jego przymiot (jedność, nierozerwalność, prokreacja) – zawierają małżeństwo nieważnie. Jeśli zatem w momencie zawierania sakramentu małżeństwa brakło wyżej wymienionych warunków (czy choćby jednego z nich), jeśli małżonkowie z różnych powodów nie trwają już w naturalnym małżeństwie, czy też najczęściej są już w ponownych związkach i chcą uregulować sobie stan prawny, to wtedy mogą ubiegać się w sądzie kościelnym o wydanie orzeczenia o nieważności małżeństwa (czyli, że nigdy nie byli sakramentalnym małżeństwem). Sąd kościelny po gruntownym zbadaniu sprawy wydaje odpowiednie orzeczenie.

    Nie ma rozwodów

    W Kościele katolickim nie ma rozwodów, jest tylko możliwość stwierdzenia istniejącej od początku nieważności związku, który zewnętrznie uchodził za małżeństwo, a w rzeczywistości na utajoną przeszkodę nigdy wewnętrznie nie doszedł do skutku. Można także z ważnych powodów (pijaństwo, zdrady) przeprowadzić separację małżonków, która jednak nie rozrywa węzła małżeńskiego.

    Papież Paweł VI przemawiając 9 lutego 1976 r. do prałatów, audytorów, adwokatów i innych pracowników Trybunału Roty Rzymskiej odrzucił szeroko rozpowszechniony pogląd, jakoby po wygaśnięciu pierwotnych porywów pożądliwości związek małżeński przestawał istnieć, ponieważ został zawarty dobrowolnie i z miłości. Umowa małżeńska – stwierdził Papież – tworzy pewien stan życia, w którym odtąd małżonkowie nie mają już władzy, jest ona wyższa niż przypływ i odpływ ludzkich uczuć, nawet bardzo szlachetnych, które jednak ze swej istoty podlegają nastrojom i osłabieniu, a nawet mogą zupełnie zanikać. Tak bowiem rzeczywistość prawna, jaką jest powstałe z wzajemnej zgody małżeństwo, istnieje niezależnie od miłości i trwa nadal choćby uczucie miłości między małżonkami całkowicie wygasło.

    * * *

    Małżeństwo

    oczu dwie pary
    by widzieć za siebie

    cztery ręce
    razem mogą chwycić
    każdą świata stronę

    dwa serca
    bieguny jednego magnesu

    cztery nogi
    we wszystkim oparcie

    parasol ojcostwa
    dywan macierzyństwa
    cud jednego ciała

    Krzysztof Seweryn Wroński/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE 2023

    W DNIACH OD 16 – 19 MARCA:

    “ZNAK JONASZA”.

    REKOLEKCJONISTA:

    KS. MICHAŁ SENNICKI SAC

    Ksiądz Michał Siennicki: Pan Bóg bardzo uważnie słucha naszych próśb. Czasami nas wyprzedza
    Ksiądz Michał jest doktorem Prawa Kanonicznego. Tytuł naukowy otrzymał na Papieskim Uniwersytecie Świętego Krzyża w Rzymie. Był kapelanem Rejsu Niepodległości. Pracował na misjach Barbadosie. Obecnie jest prefektem studiów w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie. Również jest postulatorem procesu beatyfikacyjnego sługi Bożej siostry Wandy Boniszewskiej, która była zupełnie “ukryta przed światem”. Dzięki swojej badawczej pracy doprowadził do zakończenia diecezjalnego procesu beatyfikacyjnego sługi Bożego ks. Stanisława Szulmińskiego, pallotyna, który zginął w obozie pracy w Uchcie w 1941 roku oddając swoje życie w intencji pojednania wspólnot prawosławnych z Kościołem Katolickim.

    ___________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 Hyndland St. Glasgow, G11 5P

    ****

    16 MARCA – CZWARTEK III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 20. 00 – MSZA ŚW. – I NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________________________________________________

    17 MARCA PIĄTEK III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA (W TRZECI PIĄTEK KAŻDEGO MIESIĄCA). BARDZO DZIĘKUJĘ ZA ZROZUMIENIE TYM, KTÓRZY PRZYCHODZĄ KAŻDEGO MIESIĄCA, ABY OPRÓCZ KONTRYBUCJI, KTÓRĄ WPŁACAMY NA KONTO PARAFII ŚW. PIOTRA, RÓWNIEŻ I W TEN SPOSÓB PODZIĘKOWAĆ, ŻE MAMY MOŻLIWOŚĆ W TYM PIĘKNYM KOŚCIELE UCZESTNICZYĆ W LITURGII W NASZYM OJCZYSTYM JĘZYKU.

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    GODZ. 18.30 – DROGA KRZYŻOWA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. – II NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________________________________________________

    18 MARCA – SOBOTA III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 17.00 – SPOTKANIE REKOLEKCYJNE

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. – III NAUKA REKOLEKCYJNA

    ________________________________________________________________________________________

    19 MARCA – IV NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 13.30 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. – IV NAUKA REKOLEKCYJNA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Sławomir Oder:

    Głośniejszego głosu w sprawach potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilii niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było

    Bp Oder: Głośniejszego głosu w sprawach potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilii niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było
    Bp Sławomir Oder/ fot.Tomasz Gołąb/ Gość Niedzielny

    ***

    Bliskość, serdeczność, ciepło, bezpośrednia relacja, to jest to, co możemy dostrzec w posłudze Jana Pawła II. I tak wyobrażam sobie moją posługę biskupią – mówi w rozmowie z KAI nowy biskup gliwicki Stanisław Oder. Święcenia biskupie oraz ingres bp. Sławomira Odera do katedry w Gliwicach odbędą się w najbliższą sobotę 11 marca.

    Ks. Oder był postulatorem procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Jana Pawła II. Proszony o komentarz do nagłaśnianych obecnie zarzutów, że Jan Paweł II był zbyt pobłażliwy wobec przestępstw pedofilskich w Kościele, odpowiada: „Jeżeli w uczciwy sposób spojrzymy na jego wypowiedzi i działania, to głośniejszego głosu w sprawach potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilii niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było. (…) A dokonywane dziś usiłowanie podważenia autorytetu Jana Pawła II wpisuje się w kontekst odwiecznej walki pomiędzy dobrem a złem”.

    A oto pełen tekst wywiadu:

    Marcin Przeciszewski: Księże Biskupie, bycie biskupem w dzisiejszych czasach kryzysu autorytetów, a szczególnie podważania autorytetu Kościoła, jest coraz trudniejsze. Decyzja o przyjęciu nominacji nie należała chyba do łatwych?

    Bp Sławomir Oder: Myśląc o nominacji biskupiej pozostajemy często na poziomie myślenia w kategoriach tego świata. Biskupstwo przez wieki utożsamiane było z drogą do sukcesu i traktowane jest jako wielki awans. Dziś to dość radykalnie się zmieniło. Jeśli byśmy pominęli element duchowy, czyli Boży wymiar posługi biskupiej, to moglibyśmy uważać, że ktoś, kto decyduje się w tych czasach zostać biskupem, jest po prostu szaleńcem.

    Tymczasem – moim zdaniem – nie można w ten sposób do tego podchodzić. Posługa kapłańska czy biskupia jest to rzeczywistość przede wszystkim Boża, do której zostajemy wezwani. Jeśli spojrzymy na to z perspektywy wiary, jest to kwestia zawierzenia Chrystusowi. To nie ja szukałem tego, co mnie spotkało, ale w ten sposób spotykam się z wolą Bożą. Decyzja czy przyjmuję wybór na biskupa czy go nie przyjmuję jest w rzeczywistości odpowiedzią na pytanie: czy ufam Bogu, czy Mu nie ufam? Czy wierzę, że On jest Panem mojego życia, czy chcę być kimś, kto buduje swoje życie według własnego uznania?

    Jestem przekonany, że to, co się wydarzyło dotąd w moim życiu, jest dowodem prowadzenia mnie przez Boga ścieżkami, których sam bym nie wybrał. Jednak od kiedy powiedziałem Mu: „oto jestem Panie”, odtąd czekała mnie wspaniała przygoda. A towarzyszyła temu radość odkrywania czegoś, co zawsze wiązało się z doświadczeniem Jego bliskości.

    A na to, co się teraz dzieje w moim życiu, na tę nominację nie mogę patrzeć inaczej jak przez pryzmat dialogu, do którego Chrystus zaprosił mnie już przed laty. Najpierw powołał mnie by zostać chrześcijaninem, potem by zostać kapłanem, a teraz, żeby zostać biskupem. W momencie przyjmowania tej decyzji w moim sercu nie było strachu. Kiedy człowiek pozostaje w relacji z Bogiem, nie odczuwa strachu lecz Bożą bojaźń. A jest to zupełnie co innego. Jest to rzeczywistość, która otwiera nas na łaskę i pozwala zrozumieć, że to nie my Go wybraliśmy, ale to On nas powołał i nam zaufał. A powierzając nam jakieś zadanie czy rolę, powtarza swą obietnicę daną apostołom, że nigdy nie pozostawi nas samych.

    Jak Ksiądz postrzega priorytety swej posługi jako biskupa, jaki model jej sprawowania zamierza przyjąć?

    W swoim życiu spotkałem wielu świątobliwych kapłanów, a także wielu wspaniałych biskupów, którzy mogą być teraz dla mnie punktami odniesienia. Przez wiele lat miałem szczęście pracować w Rzymie, gdzie zawsze takim punktem odniesienia jest osoba Ojca Świętego. A pracowałem tam za trzech papieży, za Jana Pawła II, w czasie całego pontyfikatu Benedykta XVI i także przez osiem lat rządów Franciszka. Wszystko, co stanowiło indywidualny rys każdego z tych ludzi, dobrze wpisuje się w tradycję i w ciągłość Kościoła.

    Obowiązkiem biskupa jest prowadzenie ludu Bożego drogami Ewangelii. Sposób sprawowania tej misji zależy od osobistego doświadczenia, a także od konkretnej osobowości. Dla mnie w posłudze biskupa najważniejsza jest wierność Ewangelii. Ale jednocześnie świadomość, że Ewangelia ma kształtować rzeczywistość i relacje z drugim człowiekiem. Sposób przeżywania tych relacji jest ważny: bliskość, słuchanie, szacunek dla drugiego oraz podejmowanie dialogu. Nie chcę być biskupem – dyktatorem, narzucającym swą wolę. Istotne jest dostrzeżenie drugiego człowieka, jego odczuć, predyspozycji, zdolności, oczekiwań i potrzeb, choć z drugiej strony biskup jest też gwarantem wiary i dyscypliny. Tego uczyłem się patrząc na Jana Pawła II. Przecież zarówno jego pontyfikat jak i późniejsza moja praca przy jego procesie beatyfikacyjnym, stały się ogromną częścią mojej własnej historii i mojego doświadczenia Kościoła.

    Jako postulator procesu beatyfikacyjnego a później kanonizacyjnego Jana Pawła II Ksiądz głęboko się z nim związał. Czy będzie on teraz wzorem biskupiego posługiwania? Jakie najistotniejsze elementy z tej spuścizny chciałby Ksiądz Biskup kontynuować?

    Jan Paweł II jest dla mnie szczególnym punktem odniesienia, modelem kapłana i biskupa. Dlatego okres prowadzenia procesu beatyfikacyjnego był dla mnie czasem własnych rekolekcji kapłańskich. Karol Wojtyła swe kapłaństwo przeżywał w sposób wyjątkowy. I to niezależnie od tego czy był kapłanem pracującym u św. Floriana w Krakowie czy na zwykłej parafii w Niegowici, czy później jako arcybiskup krakowski, jako profesor i wreszcie papież. On zawsze pozostał w pierwszym rzędzie kapłanem, niezależnie gdzie był i jakie miejsce zajmował.

    Inaczej nie może być w posłudze biskupa – bycie kapłanem jest jej istotą. Jeśli biskup nie przeżywa tego w głębokiej relacji z Chrystusem, to trudno, aby był prawdziwie biskupem. Trudno, aby był rzeczywistym ojcem dla kapłanów, przewodnikiem wiary dla wiernych, by był tym, który ma umacniać jedność Kościoła.

    Jan Paweł II bycie papieżem bardzo świadomie i głęboko wiązał z posługą biskupa Rzymu. Odwiedzał więc poszczególne parafie Wiecznego Miasta, spotykał ludzi, rozmawiał z kapłanami, był blisko. Krótko mówiąc, był pasterzem przesiąkniętym zapachem swoich owiec. Nie był zamknięty w złotej klatce pałacu papieskiego, ale każdą niedzielę, o ile nie przebywał poza miastem, spędzał pośród parafian w Rzymie. O tej bliskości pasterza do ludzi dzisiaj bardzo często mówi papież Franciszek. Bliskość, serdeczność, ciepło, bezpośrednia relacja, to jest to wszystko, co możemy dostrzec w posłudze Jana Pawła II. I tak chciałbym sobie wyobrazić moją posługę biskupią.

    Doświadczenie wiary Kościoła jest rzeczywistością żywą. Znamy rozwój dogmatów i ewolucję nauczania. Ale tym co pozostanie absolutnym novum zainaugurowanym przez Jana Pawła II, jest właśnie ten styl bliskości. „Człowiek jest drogą Kościoła” – mówił w swej pierwszej encyklice „Redemptor hominis”. Było to podjęcie nauki Soboru Watykańskiego II. Wskazanie na Chrystusa było dlań zarazem postawieniem na człowieka. Oczywiście człowieka w odniesieniu do Chrystusa, takiego jakim człowiek jest w zamyśle Bożym.

    Troska o człowieka jest tym, co jest bardzo cenne w Kościele, bo przecież Kościół, to jest wspólnota ludzi zbawianych przez Chrystusa. Nie jest to jedynie instytucja, jest to rodzina. Rzeczywistość złożona z tych, za których Chrystus oddał życie. Różne tematy będą pojawiać się na drodze Kościoła, ale zawsze na tej drodze punktem odniesienia będzie konkretny człowiek. Człowiek taki, jakim jest w zamyśle twórczym i zbawczym Boga.

    Coraz częściej wysuwany jest zarzut, że cień na świętości Jana Pawła II kładzie jego zbyt pobłażliwy stosunek do kwestii wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w Kościele. A jaki jest osobisty pogląd Księdza, jako znawcy życia, nauczania i działalności Jana Pawła II na to, w jaki sposób podchodził on do kwestii związanych z pedofilią w Kościele? Czy wysuwane obecnie zarzuty są uprawnione z jakiegokolwiek punktu widzenia?

    Jeśli chodzi o osobę Jana Pawła II mamy do czynienia z wielką transparencją. Jeżeli w uczciwy sposób spojrzymy na jego wypowiedzi i działania, to głośniejszego głosu w sprawach potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilii niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było. A głos ten pojawił się już w 1993 r. w przemówieniu do biskupów amerykańskich. A powiedział on wówczas, że dla tego typu przestępców, którzy krzywdzą najsłabszych, nie ma miejsca w Kościele. Nikt poza Janem Pawłem II w ówczesnym świecie tego tak ostro nie mówił. Sprawy te zostały również rzetelnie przebadane w watykańskich archiwach podczas jego procesu beatyfikacyjnego. Oskarżanie go o sprzyjanie czy „zamiatanie pod dywan” przestępstw na tle wykorzystywania seksualnego małoletnich jest zupełnym absurdem, a przede wszystkim przeczy faktom.

    Nikt przed Janem Pawłem II nie wyniósł nauki o godności człowieka do takiego poziomu. Nie tolerował on sytuacji, z którymi wiązałoby się krzywdzenie dzieci.

    Jaki jest więc powód obecnej fali krytyki Jana Pawła II na tym tle? W jaki sposób to Ksiądz tłumaczy?

    Od samego początku pontyfikat Jana Pawła II był istotną przeszkodą na drodze realizacji różnych programów zła. Usiłowanie podważenia autorytetu Jana Pawła II wpisuje się w kontekst odwiecznej walki pomiędzy dobrem a złem. Jestem przekonany, że diabeł istnieje i posługuje się ludźmi, często nieświadomymi, po to, żeby zasiewać niepokój i wątpliwości. A to co się dziś dzieje z Janem Pawłem II jest kolejnym tego przykładem. Jest on przecież potężnym orędownikiem dla ludzi przed Bogiem. Czy można się dziwić, że szatan denerwuje się, mając takiego przeciwnika?

    Jest jeszcze jeden istotny powód działań mających na celu zburzenie autorytetu św. Jana Pawła II. Moim zdaniem, w tej chwili jest to uderzenie w podstawy tego, co jest punktem odniesienia dla naszej tożsamości oraz naszej kultury narodowej. Polska – przy wszystkich trudnościach jakie przeżywa tu Kościół – stanowi swego rodzaju ewenement w Europie. Obowiązują tu pewne wartości, o których mówi się wyraźnie i które pozostają wartościami. A jeśli uderzy się w autorytet Jana Pawła II, to można będzie także zniszczyć to wszystko, co stanowi „humus” dla naszej kulturowej, polskiej i chrześcijańskiej zarazem tożsamości. A wtedy w oczach młodych ludzi stanie się ona czymś, na co nie warto zwracać uwagi. Jest to więc „walka o rząd dusz” i próba zawładnięcia nimi. Próba zawładnięcia i zapanowania przede wszystkim nad świadomością młodego pokolenia.

    Ksiądz jest postulatorem procesu rodziców Karola Wojtyły. Czy nadal będzie sprawować tę funkcję?

    Myślę, że będzie to możliwe, przynajmniej na etapie diecezjalnym. Do niedawna nie było sprzeczności pomiędzy urzędem biskupim a pracą postulatora. Obowiązujące obecnie normy zmieniły tę sytuację. Zobaczymy na ile będzie możliwe dalsze zaangażowanie w ten proces w związku z nowymi ustaleniami prawnymi i ze względu na ogrom obowiązków, jakie teraz będę mieć. W każdym razie proces rodziców papieża będzie kontynuowany.

    Dużą część życia Ksiądz spędził poza Polską. Jak nasz Kościół jest postrzegany z perspektywy Rzymu i Kościoła powszechnego?

    Poza Polską spędziłem 36 lat. We Włoszech doświadczyłem Kościoła bardzo bliskiego ludziom. Podoba mi się styl prowadzenia parafii. Przeciętna włoska parafia zazwyczaj jest otwarta od rana do wieczora i każdy, młody czy stary może tam przyjść o dowolnej porze i znaleźć swoje miejsce. Pomodlić się, napić się czegoś, zaangażować w przygotowanie paczki Caritas, w prowadzenie centrum dla młodych czy w opiekę nad osobami starszymi. Parafie są tam silnie obecne w życiu miejscowych społeczności, a Kościół jest otwarty na obecność ludzi. Wspólnoty parafialne są miejscem gdzie kwitnie wolontariat. Ludzie czują się w parafii nie gośćmi lecz domownikami. Tymi, którzy uczestniczą w tworzeniu kościelnej wspólnoty jako żywej, otwartej, dynamicznej i oddziaływującej na zewnątrz.

    Istotną rolę odgrywają oratoria dla młodzieży przy parafiach. Kiedy byłem rektorem jednego z rzymskich kościołów, prowadziłem oratorium, do którego przychodziła przeszło setka miejscowej młodzieży i dzieci. Przychodzili, zajmowali się różnymi sprawami, spędzali tam wolny czas, uczestniczyli w zajęciach sportowych czy w kółkach zainteresowań. Krótko mówiąc młodzież przeżywała tam radość bycia ludźmi i chrześcijanami. Dzięki temu młodzi Włosi angażują się przy kościele i utożsamiają się z nim.

    W historii prawie każdego Włocha jest obecny jakiś „Don” czyli ksiądz. Był on kiedyś jego spowiednikiem czy grał z nim w piłkę, podał mu rękę kiedy był w trudnościach… I nawet jeśli ten człowiek odszedł od Kościoła, to zawsze ten Don stanowi dla niego jakiś punkt odniesienia, który wciąż wzbudza sympatię i świadomość przynależności do tej rzeczywistości, która z całą pewnością odegrała ważną rolę w jego życiu.

    A z jakich innych doświadczeń Kościoła we Włoszech, warto jest czerpać?

    Jako człowiek szczególnie zainteresowany tymi sprawami – zacznę od różnicy jaka rzuca się w oczy w prowadzonych obecnie procesach beatyfikacyjnych. O ile u nas kandydatami na ołtarze są ludzie sprzed kilkudziesięciu lat, z okresu wojny czy komunizmu, to we Włoszech są to coraz częściej postacie z najnowszych lat. Spójrzmy na Carlosa Acutisa, młodego apostoła internetu zmarłego w 2006 r. czy na trwający proces Chiary Corbelli Petrillo, młodej matki zmarłej w 2011 r. gdyż nie chciała dokonać aborcji, gdyż jej życie było zagrożone na skutek wykrytego nowotworu. Są to osoby, które żyły z nami i które mamy wciąż przez oczami. Jest to znak wielkiej żywotności Kościoła we Włoszech. Kościoła, który wciąż rodzi świętych. Wyzwala powołania do świętości w tej konkretnej rzeczywistości, w której żyjemy.

    Doświadczenie polskie wydaje się być nieco odmienne. Prowadzimy procesy beatyfikacyjne osób z okresu sięgającego korzeniami II wojny światowej, bądź z czasów komunizmu. Jest to ważne i stanowi niejako wypełnienie obowiązku sprawiedliwości dziejowej. Sądzę, że powinniśmy jednak uświadomić sobie bardziej, że Kościół jest wspólnotą ludzi powołanych do świętości – tu i teraz. Świętość jest przecież potwierdzeniem żywotności, witalności i aktualności przesłania Kościoła. Warto, aby znalazło to większy wyraz w procesach beatyfikacyjnych.

    Są pewne symptomy, że tak się dzieje i w Polsce. Przykładem jest choćby proces Helenki Kmieć, uczestniczki misyjnego wolontariatu salwatorianów lub Jacka Krawczyka, studenta KUL To są właśnie te znaki żywotności Kościoła, których dziś bardzo potrzebujemy. Kościół jest rzeczywistością, która nie tylko kształtowała naszą przeszłość, ale i naszą teraźniejszość oraz przyszłość. Jest propozycją, która istotna była nie tylko tysiąc czy pięćset lat temu, ale dziś i jutro. Ewangelia także dzisiaj nadaje smaku ludzkiemu życiu, jest powodem radości, rozpala entuzjazm i czyni zdolnymi do odważnych wyborów.

    A co Księdza Biskupa niepokoi, jeśli chodzi o polski katolicyzm?

    Niepokoją mnie dostrzegalne przejawy postawy klerykalizmu, który wciąż u nas jest obecny. Nie jest złe, gdy kapłan patrzy na swoje owieczki jako ojciec i otacza je taką właśnie troską. Ale czasami warto podchodzić do świeckich nie tylko po ojcowsku, ale bardziej po bratersku i otworzyć się na słuchanie tych osób. Świeccy stanowią ogromny potencjał Kościoła, ale należy ten potencjał odkryć, formować i zachęcić wiernych do większej odpowiedzialności za całą wspólnotę Kościoła i do większego zaangażowania. Przecież świeccy mają bogate doświadczenia i mogą bardzo wiele wnieść, także do pracy ewangelizacyjnej.

    Niepokoi mnie też skłonność nas polskich katolików do akcyjności, do pewnych zrywów, zamiast twórczej, codziennej pracy. Moim zdaniem idee pracy organicznej, które powstały w czasie pozytywizmu są bardzo aktualne. Jest to podstawowa drogą, którą powinniśmy kroczyć jako ludzie i jako chrześcijanie. A tę zwyczajność realizuje się poprzez bliskość. Jako biskup idę na Śląsk, a tam są tacy właśnie ludzie. Ślązacy znają wartość pracy i uświęcają się, pracując i modląc się. Jest mi to bardzo bliskie i sądzę, że dobrze będę się tam czuł.

    Co Ksiądz sądzi o trwającym procesie synodalnym? Niektórzy postrzegają go jako dużą szansę, a niektórzy jako zagrożenie. Co na to Ksiądz Biskup? Jak ten proces u siebie w diecezji będzie dalej Ksiądz Biskup prowadzić?

    Obecny synod nt. synodalności jest ogromną szansą dla Kościoła. A papież Franciszek, który go zainicjował, dobrze tłumaczy ideę synodalności. Wbrew wysuwanym niekiedy obawom, nie chodzi mu o konkluzje o charakterze doktrynalnym, ale chodzi mu o wrzucenie kamyka do nieco zatęchłego stawu. Chodzi o to by wrzucić do kościelnej wspólnoty trochę świeżego ewangelicznego zaczynu. Może to niepokoić, bo trzeba będzie przemyśleć pewne rzeczy w Kościele. Kiedyś wydawały się one oczywiste, ale dziś trzeba szukać nowych form i nowych sposobów dotarcia do świata. Warto zrobić pewien skok jakościowy, przede wszystkim jeśli chodzi o budowanie relacji.

    Potrzeba soborowego spojrzenia na Kościół jako lud Boży i wspólnotę, która składa się z kapłanów, zakonników i ludzi świeckich. Pamiętajmy, że wszyscy jesteśmy członkami Kościoła. A rzeczywistość synodalna jest obudzeniem wrażliwości na tych innych, którzy też mają swój charyzmat, swoje powołanie. A wszyscy jesteśmy przez Chrystusa zaproszeni by budować naszą świętość.

    Dlatego proces synodalny ma przede wszystkim nas rozbudzić, obudzić entuzjazm przynależności do Kościoła, zachęcić by wzajemnie się słuchać i aby mieć świadomość, że rzeczywistość Kościoła budujemy wszyscy razem. Myślę o tym, co działo się w Krakowie podczas zainicjowanego przez Karola Wojtyłę synodu diecezjalnego, powstające niemal w każdej parafii grupy synodalne, radość odczytywania Soboru, pragnienie życia na co dzień Ewangelią. Był to niezwykły czas wzrastania w świadomości Kościoła jako wspólnoty, okres budowania rzeczywistości, która niewątpliwie przyczyniła się do nadania biegowi historii kierunku, który pozwolił na późniejsze zmiany społeczne i na umocnienie wiary. Dzisiaj synod zainicjowany przez papieża Franciszka może przynieść wiele dobrych owoców.

    A czy nie obawia się Ksiądz Biskup, że synod może przynieść zmianę doktryny Kościoła bądź jego nauczania w zakresie moralności?

    Nie obawiam się, że synod może przynieść zmiany doktryny czy moralności. Oczywiste jest, że prawdy Ewangelii nie ustala się poprzez głosowanie. Synod nie jest parlamentem, tylko jest odczytywaniem woli Boga, którą nam dał w Objawieniu i w autentycznej interpretacji Magisterium. Papież Franciszek mówi to bardzo jasno. Tłumaczy, że nie jest to synod, który na nowo ma zdefiniować Ewangelię, ale że chodzi w nim o przeżywanie odnawiającej mocy Ewangelii. A jeśli świadomie będziemy przeżywać naszą przynależność do Kościoła, to będziemy realizowali prawdziwie to czym jest, czyli, w zjednoczeniu z Chrystusem, wspólnotą powołaną by być światłością świata, przemieniającym zaczynem. Odbywa się to poprzez nasze zaangażowanie w misję. Winniśmy pociągać innych naszym świadectwem spotkania z Chrystusem żywym, radością bycia chrześcijaninem i prawdą jaka emanuje z naszego życia.

    Proszę coś powiedzieć o sobie, gdyż nie od razu Ksiądz zdecydował się na kapłaństwo. W jaki sposób, w jakich okolicznościach Pan Bóg Księdza powoływał? Już na początku rozmowy powiedział Ksiądz, że miał zawsze poczucie, że jest prowadzony przez Boga. Jak to było?

    Życiu każdego z nas towarzyszy nieustanne pytanie, jaki krok zrobić dalej. Bóg rzadko mówi do nas tak bezpośrednio jak do Maryi podczas zwiastowania. Ale mówi poprzez okoliczności, poprzez ludzi, których spotykamy. Bardzo ważnym momentem dla mnie jako młodego człowieka był wybór Jana Pawła II na papieża. Wtedy przeżywaliśmy tak wielki entuzjazm w rzeczywistości PRL, która była szara i pozbawiona nadziei. Wybór Jana Pawła II był otwarciem zupełnie nowych perspektyw. Zastanawiałem się już wcześniej czy nie pójść do seminarium duchownego, a ten ogólny entuzjazm spowodował, że to wezwanie odczułem z wielką mocą. Ale równocześnie zadałem sobie pytanie czy przypadkiem mój wybór nie był jakimś odbiciem tego entuzjazmu. Moja odpowiedź na głos Pana, nie powinna dokonać się na fali powszechnej euforii, ale powinna być czymś znacznie głębszym. Miała być odpowiedzią wiążącą na całe życie i kształtującą moją przyszłość. Miała być głosem miłości a nie zakochania i zauroczenia. Zdecydowałem więc, że nie wstąpię od razu, ale poczekam i zweryfikuję prawdziwość tego co przeżywałem. Aby zweryfikować powołanie, postanowiłem więc najpierw pójść na normalne, świeckie studia. Były to studia z zakresu handlu zagranicznego na wydziale ekonomiki transportu Uniwersytetu Gdańskiego.

    Stan wojenny w 1981 r. zastał mnie poza granicami Polski. Przebywałem w Algierii, gdzie mój ojciec był inżynierem, a ja przyjechałem, aby tam spędzić święta Bożego Narodzenia. Nie mogąc wrócić do Polski, miałem okazję przeżyć sześć miesięcy refleksji, a właściwie głębokich rekolekcji w ziemi, która była naznaczona obecnością świętego Augustyna. Jeździliśmy do kościoła w Annabie, dawnej Hipponie. Wtedy bardzo mocno Bóg do mnie przemawiał, w scenerii gór Atlasu i afrykańskiej pustyni. I kiedy ten okres pobytu w Afryce się skończył, wiedziałem, że moją drogą jest seminarium. Po dwóch latach pobytu w seminarium w Pelplinie w 1985 r. skierowano mnie na studia do Rzymu, co było dla mnie wielkim zaskoczeniem.

    Po święceniach kapłańskich i ukończeniu studiów specjalistycznych poproszono mnie o pozostanie i dalszą pracę w Rzymie. Dzięki temu mogłem doświadczyć Kościoła powszechnego, ale przez pryzmat Kościoła lokalnego, którym był Kościół rzymski. Pracowałem w strukturach diecezji rzymskiej. Początkowo byłem wicedyrektorem biura prawnego Wikariatu a po kilku latach przeszedłem do służby w Trybunale Apelacyjnym. Przeszedłem tam drogę od kanclerza trybunału, przez pracę obrońcy węzła małżeńskiego i sędziego do prezesa trybunału. Funkcję tę powierzył mi papież Jan Paweł II a po nim potwierdzili Benedykt XVI i Franciszek. Ten ostatni mianował mnie wikariuszem sądowym diecezji rzymskiej i prezesem Trybunału Zwyczajnego. Od samego początku mojej posługi w strukturach kurialnych pracowałem duszpastersko, jako rektor rzymskiego kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i św. Józefa Benedykta Labre, co wiązało się także z obowiązkami kapelana wspólnoty sióstr zakonnych mieszkających przy kościele. Po śmierci Jana Pawła II otrzymałem mandat postulatora w jego procesie kanonizacyjnym. Już wcześniej prowadziłem proces rzymski ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego, który został ogłoszony błogosławionym przez Jana Pawła II w roku 1999, podczas wizyty papieskiej w Toruniu.

    Jakie są inne zainteresowania Księdza, pasje czy hobby?

    Moją pasją była zawsze natura, przyroda. Bardzo lubię pracę w ogrodzie. Zanim jeszcze wstąpiłem do seminarium, interesowało mnie pszczelarstwo. Miałem nadzieję, że po powrocie do Polski będę mógł do tego wrócić. Ale się nie udało.

    Radością jest dla mnie możliwość wzięcia do ręki, w wolnym czasie, dobrej książki. Pracując w kurii i duszpastersko tych wolnych chwil było niewiele. W pewnym momencie pojawiła się także równoległa praca w charakterze postulatora. Czasu dla siebie wiec nigdy nie miałem, myślałem, ze teraz się to uspokoi, ale nagle spadła na mnie nominacja biskupia. Będzie pewnie jeszcze gorzej. No cóż, księdzem jest się dla innych. Można powiedzieć, że w takich warunkach im gorzej tym lepiej.

    Kai/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kalendarium najważniejszych działań Jana Pawła II w zwalczaniu pedofilii wśród duchownych

    W związku z toczącą się dyskusją nt. postępowania Jana Pawła II wobec przestępstw związanych z wykorzystywaniem seksualnym małoletnich przez niektórych duchownych, przypominamy – tym razem w syntetycznej formie kalendarium – najważniejsze jego działania w tej sferze. Dowodzą one, że był on pierwszym z historii zwierzchnikiem Kościoła katolickiego, który podjął systematyczną walkę z tym przestępczym zjawiskiem w skali globalnej. Także pierwszym, który mówił publicznie o cierpieniu ofiar i ich rodzin.

    fot.  Zdzisław Sowiński/Tygodnik Niedziela

    ***

    1964 – 1978: Karol Wojtyła pełni urząd metropolity krakowskiego. W tym czasie spotyka się z przestępstwami wykorzystania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych. Nie wiemy jaka jest skala tego problemu w Kościele w Polsce w tym czasie. Dotąd odkryte (w sensie źródłowym) zostały 4 takie przypadki na terenie archidiecezji krakowskiej z tego okresu. Są to księża: Kazimierz Lenart, Józef Loranc, Eugeniusz Surgent i Bolesław Saduś. Wiemy, że podczas całego okresu rządów abp. Wojtyły w archidiecezji krakowskiej posługiwało w sumie ok. 1500 księży.

    Analiza danych zgromadzonych w krakowskim oddziale IPN przez Tomasza Krzyżaka i Piotra Litkę wykazała, że abp Wojtyła zachował się prawidłowo – czyli zgodnie z ówczesnymi nakazami prawa kanonicznego – w przypadku 2 księży: Józefa Loranca i Eugeniusza Surgenta, czyli ukarał ich, a jednego suspendował. Po wygaśnięciu kar przywrócił ich do pracy, ale z ograniczeniem posługi wśród dzieci i młodzieży. Surgenta ostatecznie wyrzucił ze swojej diecezji. Dwa pozostałe przypadki wymagają dalszych badań źródłowych, gdyż poddane zostały dotąd wyłącznie jednostronnej analizie przez Marcina Gutowskiego i Ekke Overbeeka.

    Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej w opublikowanym 10 marca br. komunikacie informuje o kwerendzie ad casum przeprowadzonej wobec akt personalnych kapłanów, których nazwiska pojawiają się w kontekście przypadków przestępstw seksualnych popełnianych w przeszłości we wspólnocie Archidiecezji Krakowskiej. Komunikat stwierdza, że „nie natrafiono na żaden dokument mogący poświadczyć prawdziwość ciężkich zarzutów stawianych obecnie niektórym hierarchom Kościoła w Krakowie”.

    1978 – 1985: Pierwszy okres pontyfikatu Jana Pawła II. Nie ma informacji jakoby docierały wówczas do Rzymu sygnały o większej skali przestępstw seksualnych księży wobec małoletnich.

    Marzec 1985: Jan Paweł II dostaje raport przygotowany przez Thomasa Doyle’a, prawnika z nuncjatury w Waszyngtonie informujący o dużej skali przestępstw seksualnych księży wobec nieletnich w amerykańskiej Luizjanie. Dokument jest sygnowany przez nuncjusza Pio Laghiego. Zapowiadano w nim również katastrofalne następstwa jakie może przynieść dla Kościoła bagatelizowanie tego problemu.

    Dokument ten jest prawdopodobnie pierwszą informacją – jaka dotarła do Jana Pawła II – na temat dużej skali zjawiska pedofilii wśród księży w jednej z amerykańskich diecezji.

    1992: Jan Paweł II ogłasza nowy Katechizm Kościoła Katolickiego, przygotowany przez międzynarodową komisję pod kierunkiem kard. Josepha Ratzingera. Tematu wykorzystania małoletnich dotyczą cztery jego punkty: 2285, 2353, 2356 i 2389. Molestowanie seksualne małoletnich jest określone jednoznacznie jako „zgorszenie i deprawacja”. W art. 2285 czytamy, że „Zgorszenie nabiera szczególnego ciężaru ze względu na autorytet tych, którzy je powodują, lub słabość tych, którzy go doznają. Nasz Pan wypowiedział takie przekleństwo: Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych… temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza (Mt 18, 6). Zgorszenie jest szczególnie ciężkie, gdy szerzą je ci, którzy, z natury bądź z racji pełnionych funkcji, obowiązani są uczyć i wychowywać innych. Takie zgorszenie Jezus zarzuca uczonym w Piśmie i faryzeuszom, porównując ich do wilków przebranych za owce.”

    Z kolei w artykule 2389 Katechizm przyznaje, że „nadużycia seksualne popełniane przez dorosłych na dzieciach lub młodzieży powierzonych ich opiece” są grzechem, będącym „jednocześnie gorszącym zamachem na integralność fizyczną i moralną młodych, którzy będą nosić jego piętno przez całe życie, oraz pogwałceniem odpowiedzialności wychowawczej”. Świadczy to o tym, że przy redakcji katechizmu uwzględniono najnowsze wyniki badań psychologicznych, mówiące o trwałej szkodliwości dla ofiar skutków tych przestępstw. Wcześniej nauka nie znała tak poważnej szkodliwości faktów seksualnego molestowania dla młodocianych ofiar.

    1993: Jan Paweł II dowiaduje się od biskupów USA przybyłych do Rzymu z wizytą „Ad limina apostolorum”, o narastającej fali przestępstw seksualnego wykorzystywania małoletnich przez duchownych w wielu diecezjach w Stanach Zjednoczonych. Niektórzy z biskupów proszą Jana Pawła II o pomoc. Papież skierowuje do nich list. Zarysowuje powagę sytuacji podkreślając „jak bardzo te grzechy duchownych wstrząsnęły wrażliwością moralną wielu i stały się okazją do grzechu dla innych”. Przypomina w tym kontekście słowa Chrystusa, że „dla tego, który sieje zgorszenie, lepiej byłoby mieć wielki kamień młyński zawieszony na szyi i utonąć w głębinach morza”. Nie zapomina o osobach skrzywdzonych, mówiąc, że zostali oni „głęboko zranieni przez te występki”. Ich sprawców nie tylko wzywa do skruchy i nawrócenia, ale zwraca uwagę biskupów na potrzebę wymierzania im kanonicznych kar, które „pomagają zachować wyraźne rozróżnienie między dobrem a złem”, jak również „tworzą właściwą świadomość wagi popełnionego zła”, a także „wyrażają społeczną dezaprobatę wobec zła”. Jan Paweł II wskazuje ponadto na odpowiedzialność biskupów nie tylko za sprawców i ich niewinne ofiary, ale także za społeczeństwo zgorszone skandalem wywołanym przez niektórych duchownych.

    1994: Jan Paweł II ogłasza indult dla Kościoła w USA, polegający na wprowadzeniu większej ochrony dzieci i młodzieży poprzez uzgodnienie przepisów kościelnych z amerykańskim prawem karnym. W praktyce oznaczało to podniesienie wieku ochrony małoletnich z szesnastu do osiemnastu lat oraz wydłużenie okresu przedawnienia przestępstw seksualnych przeciwko małoletnim do dziesięciu lat, liczonych od ukończenia przez osobę pokrzywdzoną osiemnastego roku życia. Chodziło także o to, „by biskupi zgodnie z prawem kanonicznym przeprowadzali procesy karne i stosowali przewidziane przez prawo kary aż do wydalenia ze stanu duchownego włącznie”.

    1996: Od końca lat osiemdziesiątych równie niepokojące sygnały napływają do Jana Pawła II z Irlandii. W odpowiedzi na to w 1996 r. Jan Paweł II wydaje podobny indult dla Kościoła w Irlandii. Indult papieski podnosił wiek ochrony osób małoletnich z 16 do 18 lat i wydłużał okres przedawnienia przestępstw wykorzystania seksualnego do 10 lat od ukończenia 18. roku życia przez osobę skrzywdzoną.

    1999: W przemówieniu do biskupów irlandzkich przybyłych z wizytą „ad limina Apostolorum”, Jan Paweł II nawiązuje do „strasznego zgorszenia, jakie dali niektórzy kapłani”. Wyraża solidarność z ofiarami tych przestępstw i ich rodzinami. „Jestem blisko was w bólu i modlitwie, powierzając Bogu wszelkiej pociechy tych, którzy padli ofiarą wykorzystywania seksualnego ze strony duchownych lub zakonników. Powinniśmy się również modlić, aby ci, którzy dopuścili się tego zła, uznali złą naturę swoich czynów i poprosili o przebaczenie” – mówił papież.

    Kwiecień 2001: Jan Paweł II, widząc nieskuteczność działań biskupów na szczeblu lokalnym, uznaje wykorzystywanie małoletnich przez niektórych duchownych za problem globalny, dotyczący całego Kościoła i wymagający rozwiązań na szczeblu Stolicy Apostolskiej. 30 kwietnia 2001 roku wydaje list apostolski (motu proprio) „Sacramentorum sanctitatis tutela” (Ochrona świętości sakramentów). W ślad za tym idą normy Kongregacji Nauki Wiary „De gravioribus delictis” (O najcięższych przestępstwach), ogłoszone przez Kongregację Nauki Wiary 18 maja tego samego roku, a podpisane przez kard. Josepha Ratzingera. Normy te, krzywdę wyrządzoną dzieciom w sferze seksualnej uznają za jedno z najcięższych przestępstw jakie może być popełnione w Kościele, stawiając je w jednym szeregu z profanacją Eucharystii, czy wykorzystaniem do gorszących celów sakramentu pokuty przez spowiedników.

    Od tej pory Księża, którzy dopuścili się seksualnego molestowania małoletnich podlegają osądowi już nie tylko biskupa diecezjalnego (czy wyższego przełożonego zakonnego w przypadku osób konsekrowanych), ale także Kongregacji Nauki Wiary, do której należy zgłaszać wszystkie takie przypadki, a dalsze postępowania procesowe pozostają pod jej kontrolą.

    Wprowadzone przez Jana Pawła II normy stanowiły, że po otrzymaniu informacji, przynajmniej prawdopodobnej, o popełnieniu przestępstwa, biskup powinien przeprowadzić badanie wstępne i powiadomić o tym Kongregację Nauki Wiary, która wskaże mu dalszy sposób postępowania. Mają być jej również przekazane wszystkie akta sprawy prowadzonej w sądzie biskupim po jej zamknięciu. Tak jak wcześniej w USA i Irlandii, tak od 2001 r. w całym Kościele normy podnosiły do osiemnastego roku życia wiek ofiary jako małoletniej, a także wydłużały termin przedawnienia do dziesięciu lat, poczynając od ukończenia osiemnastego roku życia przez ofiarę.

    Sierpień 2001: Dziennik „The Boston Globe” rozpoczyna publikację serii artykułów na temat pedofilii w archidiecezji bostońskiej. Pismo ujawniło, że zamieszanych w nią było 70 bostońskich księży, a ofiar było ponad tysiąc.

    Kwiecień 2002: Jan Paweł II wzywa do Watykanu kardynałów i prezydium episkopatu USA na spotkanie z szefami dykasterii Kurii Rzymskiej. Przemawiając do nich mówi: „Odczułem wielki ból, gdy dowiedziałem się, że księża i osoby zakonne, których powołaniem jest pomagać ludziom w prowadzeniu świętego życia przed obliczem Boga, sami stali się powodem cierpień i zgorszenia młodzieży. Wielkie zło wyrządzone przez niektórych księży i zakonników sprawiło, że ludzie patrzą teraz na Kościół z nieufnością i wielu z nich oburza postawa, którą wobec tej sprawy przyjęli – jak się wydaje – zwierzchnicy wspólnot kościelnych.

    Nadużycia, będące przyczyną obecnego kryzysu, są pod każdym względem złem i słusznie są uznawane przez społeczeństwo za zbrodnię; jest to również straszny grzech w oczach Boga” – zdecydowanie stwierdził papież. Ofiary nadużyć oraz ich rodziny zapewnił o „swojej głębokiej solidarności i trosce”. Stanowczo stwierdził dalej, że „ludzie muszą wiedzieć, że w stanie kapłańskim i życiu zakonnym nie ma miejsca dla tych, którzy krzywdziliby młodych”.

    Grudzień 2002; Jan Paweł II zatwierdza wypracowane przez episkopat USA normy dotyczące szczegółów postępowania w wykrytych przypadkach wykorzystania seksualnego przez księży. Normy te obowiązują odtąd we wszystkich diecezjach w Stanach Zjednoczonych. Znalazły się tam m.in. obowiązek powołania w każdej diecezji koordynatora ds. opieki duszpasterskiej nad osobami, które twierdzą, że były wykorzystywane.

    Normy stanowiły też, że „po otrzymaniu informacji o zarzutach wobec księdza lub diakona przeprowadzone zostanie wstępne dochodzenie”, a gdy „zostaną zgromadzone wystarczające dowody, poinformowana zostanie o tym Kongregacja Nauki Wiary”. Z kolei miejscowy biskup „zwolni oskarżonego z posługi lub też z urzędu kościelnego czy też sprawowanej funkcji, wprowadzi zakaz mieszkania w danym miejscu i publicznego udziału w sprawowaniu Eucharystii, aż do czasu ogłoszenia wyniku procesu”. A jeśli potwierdzi się choćby „pojedynczy akt seksualnego wykorzystania przez księdza lub diakona”, osoba ta „zostanie na stałe zwolniona z posługi kościelnej, nie wyłączając wykluczenia ze stanu duchownego”. Jeśli natomiast „kara wykluczenia ze stanu duchownego nie zostanie zastosowana, na przykład z powodu podeszłego wieku lub choroby, sprawca czynu powinien żyć w modlitwie i pokucie oraz nie będzie mógł odprawiać publicznie Mszy świętej i udzielać sakramentów. Otrzyma polecenie, by nie nosić stroju duchownego i nie przedstawiać się jako kapłan”. Diecezje USA zostały zobowiązane ponadto do stosowania się „do wszystkich przepisów prawa cywilnego w sprawie informowania władz państwowych o zarzutach” i pełnej współpracy z nimi.

    Grudzień 2004: Wznowienie, wcześniej zawieszonego, watykańskiego postępowania w sprawie Maciela Degollado, założyciela Legionistów Chrystusa. Niebawem do Meksyku i USA zostaje wysłany promotor sprawiedliwości Kongregacji Nauki Wiary ks. Charles Scicluna, aby na miejscu przebadał sprawę tego słynnego drapieżcy seksualnego i pedofila.

    Tygodnik Niedziela/KAI/Warszawa

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zlinczowani kardynałowie.

    Pokazali, jak krzywdy cierpliwie znosić i urazy wszelkie darować

    Kard. George Pell został niesprawiedliwie skazany za rzekomą pedofilię. Uniewinnił go Sąd Najwyższy Australii.
    Kard. George Pell został niesprawiedliwie skazany za rzekomą pedofilię. Uniewinnił go Sąd Najwyższy Australii.
    fot. Fabio Frustaci/EPA/PAP

    ***

    Jeden niewinnie skazany na 13 miesięcy więzienia, drugi ocalały z piekła Dachau. Ich porażające wspomnienia są ogromną lekcją pokory i podpowiedzią, jak w ciemnej dolinie „krzywdy cierpliwie znosić i urazy wszelkie darować”.

    To był pokaz siły. „Ta sprawa nigdy nie powinna była pojawić się w sądzie. Dochodzenie, które doprowadziło do postawienia kard. George’owi Pellowi bezpodstawnych zarzutów, było plugawą, przypominającą trolling akcją, brudną, jarmarczną opowieścią, pokazówką w stylu stalinowskim” – bez owijania w bawełnę pisał George Weigel. Sędziwy, schorowany australijski hierarcha znalazł się na 13 miesięcy w więzieniu za czyny, których nie popełnił.

    29 czerwca 2017 r. został oskarżony o wielokrotne molestowanie seksualne. Zaprzeczył wszystkim zarzutom. 11 grudnia 2018 r. został przez sąd w Melbourne uznany winnym przestępstw seksualnych wobec małoletnich i skazany na 6 lat pozbawienia wolności. Trafił do więzienia o zaostrzonym rygorze.

    W celi prowadził duchowy dziennik, który, jak pisze Weigel, „nigdy nie powinien był powstać, a fakt, że jednak został napisany, jest dowodem na to, jak wielka jest Boża łaska, która pośród nikczemności, zła i niesprawiedliwości potrafi wzbudzić w człowieku wnikliwość obserwacji, wspaniałomyślność i dobroć”.

    „Sytuacji nie ułatwiało to, że nie wiadomo, kto oskarżył kard. Pella, bo osobę tę kryło prawo. Trudno odpowiedzieć na zarzuty, które padły w procesie, który… nie był jawny” – opowiadał o. Damian Mosakowski, paulin pracujący „w krainie kangurów”. „Lewica triumfowała i zacierała ręce. Dla mnie najważniejsze jest to, z jaką klasą zachowywał się ten oskarżony człowiek. Po procesie z szacunkiem ukłonił się sędziom. Poddał się wymiarowi sprawiedliwości, spokojnie wysłuchał wyroku. Dla wielu katolików w Australii był męczennikiem. Siedział zamknięty w więzieniu, a przecież nawet sędzia bał się o życie tego starszego człowieka. Sam nazywał więzienie… rekolekcjami. Jaką klasę pokazał w tym wszystkim! Żył w duchu przebaczenia, w stylu dzieci Boga, wierności Ewangelii! Czy nie to jest najważniejsze?”

    Plan dnia

    Osadzony w Komańczy prymas Wyszyński przetrwał czas internowania dzięki samodyscyplinie. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie rozkład dnia, który skrupulatnie zaplanował: „5.00 Wstanie; 5.30 Prima i modlitwy poranne; 5.45 Rozmyślanie (zazwyczaj podawałem sam punkty, na tle Roku Liturgicznego); 6.15 Angelus Domini. Przygotowanie do Mszy św.; 6.30 Pierwsza Msza św.; 7.15 Druga Msza św.. Dziękczynienie; 8.15 Śniadanie” i tak dalej. Kardynał Pell przetrwał dzięki podobnej intuicji: to samodyscyplina, czyli zaplanowany program dnia, poświęcanie określonej liczby godzin na sen, wstawanie zawsze o tej samej porze oraz ćwiczenia fizyczne (w młodości startował w zawodach wioślarskich, grał w piłkę nożną i futbol australijski) sprawiły, że przetrwał okres zamknięcia i medialnego ataku. „Ta rutyna pomogła mi w więzieniu” – mówił.

    „Spora część omówienia wyroku była kompletnie surrealistyczna, niczym u Kafki: wyliczywszy liczne powody przeczące prawdopodobieństwu mojej rzekomej napaści na chłopców, sędzia zaczął snuć domysły na temat mej motywacji!” – pisał pierwszego dnia osadzenia. „Słychać było okrzyki pełne cierpienia i powtarzające się przekleństwa. Kilka padło pod moim adresem. Wykończony, zasnąłem twardym snem i spałem aż do chwili, gdy obudził mnie strażnik. Zacząłem odmawiać Różaniec, usiłując zasnąć na powrót, ale tylko drzemałem. Ulgę – pod każdym względem – przynosi myśl, że dzień się już skończył. Odebrano mi zegarek. Dziwnie jest zgadywać, która godzina, na podstawie światła dochodzącego przez matowe szyby okien”.

    Sił dodawała mu zaczerpnięta z Reguły św. Benedykta dewiza: „Biegnij, póki widzisz światło życia, żeby ciemność śmierci cię nie ogarnęła”.

    7 kwietnia 2020 r. siedmioosobowy skład Sądu Najwyższego jednomyślnie uchylił skazujący wyrok i uniewinnił kard. Pella od zarzutów. Hierarcha zmarł trzy miesiące temu, a w jego pogrzebie uczestniczył papież Franciszek. „404 dni w więzieniu o zaostrzonym rygorze było doświadczeniem wielkich cierpień, znoszonych z ufnością w osąd Boga, i przykładem tego, jak przyjąć kary, także niesprawiedliwe, z godnością i wewnętrznym spokojem” – powiedział wówczas kard. Giovanni Battista Re.

    Żywy stąd nie wyjdzie nikt

    14 kwietnia 1945 r. Himmler wydał rozkaz: „Żaden więzień nie może dostać się żywy w ręce nieprzyjaciela”. „Mieliśmy wyjść przez komin. Widzieliśmy w tym piekle i ludzi, i bestie” – opowiadali więźniowie Dachau. Gdyby Amerykanie nie zaufali przeczuciu i spóźnili się o kilka godzin… nie zastaliby nikogo żywego. Długo nie mogli zapomnieć tego, co zobaczyli: 7,5 tysiąca ciał ułożonych w stosy, czekających na spalenie, i ludzi – szkielety błagające o kromkę chleba.

    – Dwie kompanie czekały w Monachium, by nas zniszczyć. Miałby oblać obóz łatwopalną cieczą i puścić nas z dymem. Ale Pan Bóg nas wyciągnął. W ostatniej chwili – opowiadał mi Marian Żelazek, werbista, kandydat do Pokojowej Nagrody Nobla. – Bo w tym piekle był z nami Pan Bóg.

    Ojciec Adam Kozłowiecki (do jezuitów wstąpił na dekadę przed wybuchem II wojny) 10 listopada 1939 r. został aresztowany przez gestapo. W czerwcu 1940 r. trafił do Auschwitz („Pozostało w nas niezatarte wspomnienie złowieszczego zgrzytu kół na bocznicy wiodącej do obozu. W końcu wśród krzyków i bicia wypędzają nas z wagonów i ustawiają na placu”). W grudniu przewieziono go do Dachau. Otrzymał numer 22187.

    ADVERTISEMENT

    Założony już 22 marca 1933 r. z rozkazu Himmlera obóz nie bez podstaw nazywany był „piekłem”. Za drutami kolczastymi hitlerowcy zgromadzili ponad 2700 duchownych różnych wyznań. Największą grupę stanowili Polacy. Z 1777 osób przeżyła jedynie połowa…

    „Wstajemy o godz. 5.30 i zaraz wypędzają nas po kotły z kawą. Do kuchni mamy jakieś 500 metrów, a kotły są bardzo ciężkie i co kilka kroków trzeba odpoczywać, i zmieniać rękę. Po przyniesieniu kotłów trzeba zaraz wyczyścić buty, posłać łóżko i o godz. 6.15 być już na dworze” – wspominał o. Adam.

    Ludzie padali jak muchy

    Obozowy „gabinet lekarski” stał się miejscem barbarzyńskich pseudomedycznych eksperymentów. Heinrich Schuetz, bezwzględny lekarz, który piął się po szczeblach kariery dzięki przynależności do Waffen SS, był szaleńcem: zarażał więźniów malarią, sprawdzał, jak ich wychudzone do granic możliwości organizmy reagują na mróz, testował ich wytrzymałość w komorach ciśnieniowych, a gdy konali z pragnienia… poił ich morską wodą. Testował jak na królikach doświadczalnych na czterdziestu kapłanach znad Wisły. Wstrzykiwał im pobraną od chorych więźniów ropę, by sztucznie zarazić ich ropowicą. W baraku panował smród nie do wytrzymania, a więźniowie o pożółkłej skórze padali jak muchy…

    „Rano do godziny dziesiątej i po południu do godziny czwartej nie rozmawiam dlatego, że się modlę” – pisał o. Adam. „Modlę się za swych towarzyszy, oby Bóg łaską swoją pociągnął ich do siebie, by dokonał tego, czego ja dokonać nie umiem”.

    Gdy po wstawiennictwie Stolicy Apostolskiej kapłani otrzymali na chwilę możliwość uczestniczenia w Eucharystii, jezuita notował: „Dziś po raz pierwszy w dziejach obozu w Dachau złożono Bogu najświętszą i najmilszą Mu Ofiarę. W tym miejscu nasiąkniętym krwią pomordowanych! W tym przybytku bluźnierstwa, przekleństwa i nienawiści! Trudno mi zapanować nad sobą; z największym wysiłkiem tłumię cisnące się do oczu łzy; czuję, że dzieje się rzecz wielka, której »oni« nie pojmują! Cud Wszechmogącego, triumf potęgi Bożej nad księciem ciemności i jego sługami (…). Wielu w kaplicy płacze”. Adam Kozłowiecki doczekał wyzwolenia obozu. Jako kardynał zmarł w Lusace 28 września 2007 roku. Dożył 96 lat, z czego ponad 60 spędził, pracując na misjach w Rodezji Północnej. Okrzyknięto go „apostołem Afryki”.

    „Dobrze się trzymasz! Jak to możliwe, ojcze, że masz w sobie tak wiele energii, mimo że jesteś ode mnie o 10 lat starszy? Przeżyłeś obóz w Dachau i wiele lat na misjach w afrykańskim buszu, a wciąż jesteś młody i radosny jak dziecko” – zapytał go Jan Paweł II. „To właśnie w Dachau zdobyłem hart ducha, który pozwolił mi przetrwać trudy afrykańskiego buszu i być szczęśliwym jak dziecko” – odpowiedział jezuita. „To nie dobre uczynki są w życiu chrześcijanina najważniejsze, lecz wdzięczność Bogu. Wielbienie Go za wszystko. Dziękowanie Mu za wszystko, radowanie się każdym dniem, który otrzymaliśmy w prezencie, nawet jeśli słońce chwilowo nie świeci”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny/Zlinczowani

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Słowa Jezusa powiedziane z Krzyża – żaden katolik ich nie zignoruje!

    (SKCH)

    *******

    W ciągu 33 lat spędzonych na ziemi Jezus Chrystus wypowiedział wiele słów. W Ewangeliach spisano tylko część z nich – te, które są nam najbardziej potrzebne do zbawienia.

    Spośród nich szczególne znaczenie miało siedem ostatnich, które padły przed śmiercią na Krzyżu. Nie są to w zasadzie słowa, a frazy, zdania. Najważniejsze pouczenia, które Zbawiciel chciał nam przekazać, zanim dokonało się dzieło Odkupienia!

    Książeczka VII ostatnich słów Jezusa autorstwa Pawła Kota przypomina tradycyjne nabożeństwo rozważania ostatnich słów Chrystusa, sięgające XII wieku...

    Z tej bardzo ważnej i nietuzinkowej publikacji dowiemy się, jaka była historia nabożeństwa siedmiu ostatnich słów Jezusa i dlaczego tak ważne jest rozważanie Męki Pańskiej. A co najważniejsze, sami będziemy mogli zagłębić się w tajemnicę Odkupienia!

    Na rozważanie każdego z ostatnich słów Jezusa składają się:

    • cytaty z Pisma Świętego wskazujące na moment Męki Pańskiej, w którym padła dana fraza;
    • duchowe refleksje i przemyślenia nad opisaną sceną biblijną;
    • przykłady z żywotów świętych, którzy regularnie praktykowali rozważanie Męki Pana Jezusa;
    • pytania do osobistych rozważań, pozwalające sięgnąć do głębi swojego życia duchowego.

    To wspaniała pozycja, zwłaszcza na czas Wielkiego Postu! Dzięki niej możesz głębiej przygotować się na misterium Triduum Paschalnego i Wielkanocy, a przy tym poznać bardzo piękne, choć niestety nieco już zapomniane, katolickie nabożeństwo.

    Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej Męki większą zasługę ma, aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie Moich bolesnych Ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a Mnie sprawia wielką radość – powiedział Pan Jezus w wizji św. Siostry Faustyny.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    John Martin, Licencja: 0/Wilkimedia/Opoka.pl

    ***

    Skąd wzięło się piekło?

    ks. Mieczysław Piotrowski

    “Bóg pragnie by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tym 2, 4). “Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia” (2 P 3, 9). Teksty te wyraźnie mówią, że Bóg kocha i pragnie zbawić wszystkich ludzi. Każdy człowiek otrzymuje szansę zbawienia. Nie ma więc ludzi przeznaczonych na potępienie. Nie można jednak zapominać, że oprócz Bożej woli zbawienia wszystkich ludzi istnieje wolna ludzka wola, która może nie przyjąć, może odrzucić zbawczą miłość Boga.

    Sam Pan Jezus wielokrotnie mówił, że odrzucenia Boga przez człowieka prowadzi do wiecznego potępienia, a więc bezbożnicy będą definitywnie wyłączeni z życia wiecznego i odzieleni od Chrystusa: “Idźcie precz ode Mnie, przeklęci w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom” (Mt 25, 41). Wszyscy nieposłuszni woli Bożej usłyszą: “Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości” (Mt 7, 23). “Kto wierzy w Syna ma życie wieczne, kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz grozi mu gniew Boży” (J 3, 36). Odrzucenie tych wszystkich, którzy nie przyjęli zaproszenia na ucztę, jest absolutne: “Żaden z owych ludzi, którzy byli zaproszeni, nie skosztuje mojej uczty” (Łk 14, 24).

    Wyjaśnienie przez Chrystusa przypowieści o sieci nie jest metaforą: “Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” (Mt 13, 40-50). Również w listach św. Pawła znajdujemy teksty mówiące o absolutnym wyłączenia bezbożników z królestwa Bożego: “Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwieźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6, 9-10; por. Ga 5, 19; Ef 5, 5). W cytowanych tekstach formuły potępienia mają charakter absolutny: “nikt z tych ludzi nie skosztuje mojej uczty”; “nie zobaczy życia”; “nie posiądzie królestwa”. Z językowego punktu widzenia, najmocniejsze teksty mówiące o wieczności kar piekielnych znajdują się w Apokalipsie (14, 11 i 20, 10). Aby wyrazić nieograniczony czas trwania zostały tutaj użyte formuły “na wieki” i “na wieki wieków”. Nie może być żadnych wątpliwości, że formuły te wyrażają prawdziwą i nigdy nie kończącą się wieczność. Nikt nie może więc mieć żadnych wątpliwości, że teksty Pisma św. jednoznacznie wskazują na wieczne potępienie i wykluczają jakąkolwiek myśl o apokastazie, czyli twierdzenie, że wyłączenie bezbożników będzie tylko czasowe a ich kara się kiedyś zakończy, ponieważ się nawrócą.Grzech przeciwko Duchowi Świętemu

         O wieczności piekła dowiadujemy się również przy okazji nauczania Jezusa na temat grzechu przeciw Duchowi Świętemu. Pan Jezus mówi, że “każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciw Duchowi Świętemu nie będzie odpuszczone… ani w tym wieku, ani w przyszłym” (Mt 12, 31n). Jan Paweł II w encyklice “Dominum et Vivificantem” n. 46 wyjaśnia, że grzech przeciwko Duchowi Świętemu polega na “odmowie przyjęcia tego zbawienia, jakie Bóg ofiaruje człowiekowi przez Ducha Świętego”. Jest to postawa całkowitego zamknięcia się człowieka na miłość Boga, postawa człowieka “który broni rzekomego prawa do trwania w złu, we wszystkich innych grzechach i który w ten sposób odrzuca odkupienie”. Jest to więc grzech nieodpuszczalny z samej swojej natury, ponieważ jest owocem radykalnego odrzucenia szansy zbawienia. 

    Nie jest to jednorazowy grzeszny czyn, ale postawa absolutnego egoizmu czyli całkowitego zamknięcia się wolności człowieka na miłość Chrystusa. Taka postawa kształtuje się w człowieku w ciągu całego ziemskiego życia. Każdy w pełni świadomy i dobrowolny wybór zła przyczynia się do strasznych zniszczeń w człowieku. Wyrażają się one w pogłębieniu niewrażliwosci na miłość Boga i w postępującej niezdolności do miłości bliźniego. Jeżeli przez całe ziemskie życie człowiek będzie żył tak jakby Boga nie było, i radykalnie odrzucał możliwość nawrócenia się nazywając zło dobrem, a dobro złem, to wtedy realnie istniejąca siła zła, każdego grzechu, do tego stopnia może zniszczyć jego osobę, że stanie się niezdolnym do miłości, stuprocentowym egoistą, a więc takim, który kocha siebie miłością posuniętą aż do nienawiści Boga.

         Co się stanie z takim człowiekiem w najważniejszym momencie jego życia, czyli w momencie śmierci? Wiemy o tym, że w momencie śmierci będzie sąd. Pan Jezus wyjaśnia na czym ten sąd będzie polegał: “A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy zbliża się do światła…” (J 3, 19-21). W momencie śmierci każdy człowiek stanie przed Chrystusem jako jedyną rzeczywistością. Nie będzie się mógł wycofać, nie będzie mógł Go ominąć, będzie musiał podjąć decyzję przyjęcia lub odrzucenia daru Jego miłości. Ci wszyscy ludzie, którzy w czasie ziemskiego życia bardziej umiłowali zło aniżeli dobro i stali się absolutnymi egoistami, w momencie śmierci znienawidzą i odrzucą miłość jaką są kochani przez Boga. Jeżeli natomiast w człowieku będzie chociażby minimalna zdolność przyjęcia daru miłości Bożej, taki człowiek będzie zbawiony, ale po okresie dojrzewania do miłości w czyśćcu (por. 1 Kor 3, 11-15). Tak – powiedziane Chrystusowi – staje się niebem, natomiast odrzucenie Chrystusa staje się piekłem.

    Chrystus objawia nam, że to sam człowiek skazuje siebie na potępienie, że w momencie sądu każdy otrzyma to, co będzie pragnął, a człowiek będzie pragnął zgodnie z tym, kim się stał w ciągu ziemskiego życia. Dlatego Jezus ostrzega nas: “Nie dążcie do śmierci przez swe błędne życie, nie gotujcie sobie zguby własnymi rękami” (Mdr 1,12). Ciekawa jest odpowiedź Matki Bożej na pytanie postawione jej w czasie objawień w Medjugorje: jak to jest możliwe, że kochający i miłosierny Bóg skazuje ludzi na wieczne potępienie? Niepokalana odpowiedziała, że ludzie, którzy idą na wieczne potępienie, sami wybierają trwanie w piekle, ponieważ oni ogromnie nienawidzą Boga i nie chcą być zbawieni. Obwiniają i nienawidzą Boga za wszystko. W ten sposób stają się częścią piekła. Tak więc w momencie śmierci człowiek będzie wybierał, ale będzie wybierał zgodnie ze swoimi pragnieniami, które są uzależnione od tego kim się stał w ciągu ziemskiego życia. Człowiek całkowicie zniewolony przez zło będzie pragnął tylko zła, a dobro będzie nienawidził. Człowiek, będący w grzechu przeciw Duchowi Świętemu, w swoim samouwielbieniu z całą pewnością znienawidzi i odrzuci miłość Chrystusa. Wiemy z naszego doświadczenia, że często zło wydaje się być bardziej atrakcyjne i pociągające aniżeli dobro. Wynika to z faktu naszej grzeszności i niedojrzałości do miłości. Dla narkomana czy pijaka trzeźwość nie jest pociągająca. Natomiast uzależniony od pornografii i seksu erotoman, wezwanie do samokontroli i czystości będzie traktował jako ograniczenie swojej wolności.

    Zło ma to do siebie, że zniewala i uzależnia emanując śmiercionośną słodycz, która niszczy to, co jest w człowieku najcenniejsze – zdolność do miłości, pogłębia egoizm, czyli zakochanie się w sobie samym jak gdyby się było dobrem ostatecznym. Takie uzurpowanie sobie boskości stwarza w człowieku postawę grzechu przeciw Duchowi Świętemu czyli rzeczywistość piekła. Taki absolutny egoista, niejako z konieczności wynikającej z prawdy kim on jest, w momencie śmierci z nienawiścią odrzuci dar Bożej Miłości. Jest to sytuacja wiecznego potępienia. Jezus Chrystus mówi jasno i jednoznacznie o realnej możliwości wiecznego potępienia nie po to aby nas straszyć, ale żeby uświadomić nam całą prawdę o ostatecznych konsekwencjach grzechów. Dlatego, jako prawdziwy Bóg stał się prawdziwym człowiekiem, aby wyprowadzić nas z piekła grzechu i śmierci i dać nam pełnię życia. Przechodzenie człowieka ze śmierci do życia nie dokonuje się w sposób magiczny, ale tylko za jego zgodą wyrażoną w pełni w dobrowolnie podjętym trudzie życia według przykazań i wymagań Ewangelii. Tylko Chrystus może uwolnić mnie od rzeczywistości piekła grzechu, ale muszę się zgodzić na to, aby w duchu wiary podporządkowywać egoistyczne korzyści mojego “ja” wymaganiom objawionej Prawdy. Im bardziej będę opierał się na sobie i żył według zasad egoizmu, tym bardziej będę staczał się i pogrążał w rzeczywistości piekła.

    Trzeba pamiętać, że potępienia wiecznego nie można rozumieć jako jakiejś sankcji zewnętrznej wymierzanej ludziom przez Boga. Największą karą za każdy grzech są same konsekwencje grzechu, które są znakiem i początkiem doświadczenia piekła już tutaj na ziemi. W czasie ziemskiego życia doświadczamy tragicznych skutków grzechów, które są przedsmakiem rzeczywistości piekła. Są nimi: “nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne” (Ga 5, 19-21). Popełniając grzech, człowiek odrzuca życie i miłość, a wybiera śmierć i samozniszczenie. Staje się w ten sposób niewolnikiem grzechu. Jest to absurdalna postawa prowadząca do takiego zniewolenia przez egoizm, do takiej koncentracji na sobie, że w ostateczności człowiek będzie działał przeciwko sobie samemu i będzie również innych pragnął w tę niewolę wciągnąć. Widać to szczególnie dzisiaj w Polsce, kiedy wielu ludzi będących u władzy, nienawidząc Chrystusa i chrześcijański system wartości, z niezwykłą gorliwością przez demoralizację i niszczenie autorytetu Kościoła ateizuje naród polski, a szczególnie najmłodsze pokolenie.

    Zniewoleni przez zło ludzie pragną zła i robią wszystko, aby również inni znaleźli się w niewoli różnych nałogów, zakłamania i nienawiści. Usunięcie Boga z życia ludzkiego zawsze rodzi poczucie bezsensu, a także szczególny rodzaj zatwardziałości w zakłamaniu polegający na tym, że zło uważa się za dobro. Postawa zatwardziałości w zakłamaniu i życia takiego jakby Boga nie było, jest szczególnym rodzajem doświadczenia obecności piekła już w czasie ziemskiego życia. Trzeba pamiętać, że większość środków masowego przekazu w Polsce, proponując styl życia bez Chrystusa i zasad moralnych, zachęca ludzi do pójścia drogą prowadzącą do zguby wiecznej. Powinniśmy zawsze pamiętać, że miłość Boża całkowicie respektuje wolność swojego stworzenia także wtedy, kiedy decyduje się ono na definitywne odrzucenie Boga. Tak więc piekło nie jest nieprzewidzianą czy niesprawiedliwą karą. Człowiek sam, wybierając grzech na swoją odpowiedzialność, idzie drogą prowadzącą do piekła. Istnieje piekło, ponieważ istnieje grzech. Piekło jest niczym innym jak grzechem chcianym jako cel, przyjętym jako ostateczne spełnienie, rozciągającym się w nieskończoność. Prawda o piekle nadaje naszemu ziemskiemu życiu niepowtarzalność i dramatyczną wyjątkowość. Przypomina nam, że jeżeli grzech, który jest największym nieszczęściem dla człowieka, bagatelizuje się i traktuje jako dobro, to wtedy wprowadza nas w rzeczywistość piekła. 

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr – Miłujcie się! 5-8/1996/Fronda.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________


    Abp Fulton Sheen:

    Trwa apostazja serc! Nasz świat jest jak syn marnotrawny

    Arcybiskup Fulton Sheen, jako baczny obserwator rzeczywistości, zwrócił uwagę, że sednem wszystkich kryzysów, targających dzisiejszy świat – jest fakt, że ludzie odrzucili naukę Krzyża. W swojej książce „Krzyż i Kryzys” zawarł proroczą wizję upadku naszej cywilizacji – która niczym syn marnotrawny, porzuci całkowicie dobra Ojca i rzuci się w ramiona otchłani piekieł.  Istnieje jednak droga powrotu. Co jako społeczeństwo musimy zrobić, by na nią wejść?

    „Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko…” Oto słowa z Ewangelii, które są świadectwem, że apostazja serca postępuje stopniowo. Człowiek jeszcze nie traci kontroli nad sobą, gdy wprawdzie folguje przyjemnościom, ale nie jest opętany przez wady i grzechy.

    „Zabranie wszystkiego” zajęło młodzieńcowi kilka dni. Kiedy już wszystko zgromadził, wyruszył do obcego kraju. A naprawdę obcy jest jedynie ten kraj, w którym nie ma Boga. Dysponując bogactwem i ciesząc się dreszczem emocji wywołanym wyswobodzeniem się spod ojcowskiej władzy, młody człowiek początkowo ma wrażenie, że drzwi do wszystkich przyjemności świata stoją przed nim otworem.

    Są to jednak chwilowe rozkosze – przemijające szaleństwa z delirycznego snu marnotrawnego syna. Grzech i związane z nim przyjemności wystarczały tylko do tego, by go kusić, rozpalać wewnętrznie i psuć przez całe życie, ale nigdy do tego, by choćby na jeden dzień dać poczucie zadowolenia. Potrzeba kolejnych doznań nie znikała. Apetyt rósł w miarę jedzenia, ale satysfakcja z kolejnych przyjemności za każdym razem malała. Był jak człowiek, którego apetyt rośnie nieustannie, ale dostępne mu zapasy pożywienia nieustannie się kurczą. Grzech był obietnicą rozkoszy, a przyniósł tylko to, co rzeczywiście miał do zaoferowania: swoją odrażającą obecność.

    SYN MARNOTRAWNY TO ZACHODNIA CYWLIZACJA

    Moralne zastosowanie tej przypowieści jest oczywiste i wynika z samej jej treści. Możliwe jest jednak również poczynienie pewnych odniesień historycznych, w których zostają ukazane duchowe doświadczenia współczesnego świata. Można mianowicie przyjąć, że młodszym synem z przypowieści jest zachodnia cywilizacja. W XVI wieku udała się ona do duchowego ojca chrześcijaństwa, namiestnika Chrystusa, i poprosiła o swój udział w majątku, czyli o drogocenny kapitał mądrości i tradycji zebrany przez piętnaście wieków ciężkich doświadczeń, prześladowań i modlitw. Przez piętnaście stuleci ojciec duchowy przechowywał wspaniały kapitał pozostawiony przez Chrystusa, wzbogacony nauką apostołów, tradycją ojców Kościoła i syntezą scholastyków. Utrzymanie tego dziedzictwa nie zawsze było łatwe. Czasami trzeba było za nie zapłacić krwią, a nawet życiem. Chodziło, rzecz jasna, nie o majątek w złocie i srebrze, lecz o nieskończenie cenniejszy kapitał prawd Bożych, mówiących o natchnionym charakterze Pisma Świętego, o konieczności sakramentalnej komunii z Chrystusem, o potrzebie nieomylnego autorytetu, o boskiej naturze Chrystusa, o obecności Boga oraz o konieczności istnienia religii.

    Cywilizacja zachodnia, podobnie jak młodszy syn, cieszyła się darem wolności, który jest nierozerwalnie związany z człowieczeństwem. Mogła więc opuścić ojczysty dom i tak też zrobiła. Wziąwszy pod pachę dziedzictwo ważnych prawd religijnych, udała się do obcego kraju, gdzie nie musiała słuchać żadnych nakazów i poleceń duchowego ojca, a jedynie własnych kaprysów i zachcianek. W pierwszych chwilach nieskrępowanej swobody mówiono wyłącznie o niezależności. Dzieci cywilizacji zachodniej, które zerwały ze swoim duchowym ojcem, szczyciły się tym, że odrzuciły „łańcuchy Rzymu” i „niewolę dogmatów”. Zachłysnąwszy się poczuciem fałszywej wolności, cywilizacja zachodnia zaczęła wydawać pozostawiony jej w udziale duchowy spadek. W wielkim skrócie można powiedzieć, że historia ostatnich czterech stuleci jest historią trwonienia majątku czy też ojcowizny, którą Chrystus powierzył swojemu Kościołowi. Majątek ten nie stopniał w jednej chwili ani w jednym miejscu, ani też nie został przepuszczony z jedną grupą znajomych. Otrzymany w spadku kapitał szczuplał stulecie po stuleciu. Patrząc z perspektywy czasu, możemy dokładnie określić, kiedy zostały wydane poszczególne jego części. W XVI wieku zachodnia cywilizacja roztrwoniła wiarę w nieodzowność władzy.

    W XVII wieku roztrwoniła wiarę w Pismo Święte jako objawione słowo Boga. W XVIII wieku roztrwoniła wiarę w bóstwo Chrystusa, w konieczność łaski oraz w całą nadprzyrodzoną strukturę. W XIX wieku roztrwoniła wiarę w istnienie Boga jako Pana, Władcy i Ostatecznego Sędziego żywych i umarłych. W naszych czasach wydała ostatnie pieniądze – roztrwoniła wiarę w konieczność istnienia religii i powinność wobec Boga. Naprawdę roztrwoniła swój majątek, żyjąc rozrzutnie.

    Świadectwem duchowego upadku cywilizacji zachodniej są dwa bardzo ważne zjawiska: masowe odejście od Chrystusa i masowe odejście od Boga.

    PCh24.pl

    Fragment pochodzi z książki „Krzyż i Kryzys” abpa Fultona Sheena, Wydawnictwo Esprit

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Między trzema morzami

    Wojciech Roszkowski 
Orzeł, lew i krzyż. Historia i kultura krajów Trójmorza 
tom I, Wydawnictwo Biały Kruk, Kraków 2022.
    Wojciech Roszkowski Orzeł, lew i krzyż. Historia i kultura krajów Trójmorza tom I, Wydawnictwo Biały Kruk, Kraków 2022.

    ***

    Nie było dotąd w Polsce publikacji, która całościowo ukazywałaby dzieje i dorobek kulturalny krajów Trójmorza. Brak ten wypełnia wydana właśnie praca prof. Wojciecha Roszkowskiego pt. „Orzeł, lew i krzyż. Historia i kultura krajów Trójmorza”.

    Neredzīgais Indriķis, Mikalojus Čiurlionis czy Jože Plečnik. Zapewne te nazwiska niewiele mówią większości Polaków, a są to jedni z najwybitniejszych przedstawicieli kultury takich krajów Trójmorza, jak Łotwa, Litwa i Słowenia. Przytaczam te postacie, aby pokazać, że książka prof. Roszkowskiego sięga obszarów, które z polskiej perspektywy można nazwać białym plamami. Kultura jest jednym z elementów tej pracy, jednak przede wszystkim mamy do czynienia z historią państw i narodów, od ich powstania do początków XX wieku w pierwszym tomie, który jest już dostępny, aż do współczesności w drugim tomie, który autor przygotowuje.

    Co łączy, co dzieli

    Do niedawna obszar ten nazywany był Międzymorzem, gdyż obejmował ziemie Europy od Bałtyku na północy do Adriatyku na południu, dziś jednak częściej jest określany jako Trójmorze, sięga bowiem do Morza Czarnego. Współcześnie obejmuje dwanaście państw, w których żyje blisko 200 milionów osób. Są to: Litwa, Łotwa, Estonia, Polska, Czechy, Słowacja, Austria, Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria. Łączy je przede wszystkim położenie: gdy popatrzymy na mapę, obejmują one obszar określany jako Europa Środkowo-Wschodnia.

    O naturalnej bliskości tych krajów świadczy fakt, że właśnie te dwanaście państw stworzyło w 2015 r. inicjatywę gospodarczo-polityczną zwaną Trójmorzem. Znamienne, że wszystkie wspomniane kraje należą do Unii Europejskiej, uznały jednak, że korzystna jest dla nich bliższa współpraca. Chęć uczestnictwa w tej inicjatywie zadeklarowały w 2021 r. także Mołdawia i Ukraina.

    Wspólnotę Trójmorza wyznacza przede wszystkim położenie i w dużym stopniu wspólna historia, a dziś zbieżne interesy ekonomiczne. Okazuje się, że te elementy są wystarczające, aby w sposób naturalny państwa położone między trzema morzami podejmowały różne formy bliższej współpracy. Szeroka panorama narodów i państw, którą z typową dla swojej twórczości erudycją ukazuje prof. Roszkowski, wskazuje także poważne różnice między nimi. Na przykład odmienności etniczne manifestują się w językach. Polacy, Czesi i Słowacy posługują się językami należącymi do grupy Słowian zachodnich, a Słoweńcy, Chorwaci i Bułgarzy – Słowian południowych. Rumuni mówią językiem romańskim, Litwini i Łotysze językami bałtyckimi, a Estończycy i Węgrzy odmianami języków ugrofińskich.

    Istnieją też różne tradycje religijne, choć w ramach chrześcijaństwa. Na przykład do tradycji katolickiej należą Polska, Słowacja, Słowenia i Chorwacja, do prawosławnej Bułgaria, a do protestanckiej Estonia i Łotwa.

    Między Niemcami, Rosją i Turcją

    Ponieważ książka ma układ chronologiczny, możemy równolegle śledzić dzieje wszystkich państw, co pozwala nam zrozumieć wspólnotę losów, sympatie, ale też antypatie między nimi.

    Wspólnotę dziejów wyznacza przede wszystkim położenie między Niemcami a Rosją, które od średniowiecza do czasów współczesnych dążyły do podporządkowania krajów Trójmorza i przez długie okresy im się to udawało, np. przez cały XIX wiek. W pewnym sensie można powiedzieć, że dzieje narodów tej części Europy to historia walki z Niemcami i Rosją, imperialnymi potęgami, które chciały te narody wchłonąć. Trzeba też uwzględnić trzecie zagrożenie, jakim była od XIV do początków XX wieku ekspansja turecka. Imperium Otomańskie objęło swoim zasięgiem Europę południowo-wschodnią, odciskając swe piętno na podbitych państwach, m.in. Bułgarii, Serbii czy Mołdawii.

    Nim jednak państwa Trójmorza zostały podbite przez sąsiadów, do XVI wieku intensywnie się rozwijały. Pod koniec pierwszego tysiąclecia zaczęły się przekształcać ze społeczności plemiennych we wspólnotę narodową zorganizowaną w państwo. Duże znaczenie w tym procesie miało przyjęcie chrześcijaństwa. Poważne zagrożenie istniało jedynie ze strony Niemiec, gdyż imperialna Rosja jeszcze wówczas nie istniała, a Tatarzy i Turcy rozpoczęli swoją ekspansję kilka wieków później. Okoliczności te doprowadziły do powstania na tym obszarze silnych państw, jak Królestwo Polskie czy Królestwo Węgier, które rozwojem ekonomicznym i kulturalnym oraz potencjałem wojskowym dorównywały krajom Europy Zachodniej.

    Gdy mówimy o położeniu, nie chodzi o warunki geograficzne. Trójmorze tworzy bowiem zarówno Nizina Środkowoeuropejska, jak i Karpaty czy wybrzeża Morza Czarnego i Adriatyku. Profesor Roszkowski zauważa, że właśnie położenie sprawiło, iż kraje te nie uczestniczyły w ekspansji zamorskiej i nie posiadały kolonii, ponieważ były oddalone od oceanów. Brak dostępu do bogactw Nowego Świata był jednym z czynników powodujących, że państwa te od XVII wieku zaczęły słabnąć. Natomiast kraje Zachodu dzięki ekspansji kolonialnej i niewolniczej pracy na terenach zależnych znacznie się bogaciły, następowała w nich kumulacja kapitału.

    Wolność i imperializm

    Nie można opisać Trójmorza bez Polski, która jest jego centralnym elementem. Centralnym nie tylko ze względu na położenie, lecz także idee, jakie z niej wychodziły i oddziaływały na Europę Środkowo-Wschodnią. Autor „Orła, lwa i krzyża” zwraca uwagę na wkład Polski o wymiarze cywilizacyjnym. W pierwszym rzędzie chodzi o wolność, a dokładnie o prawo narodów do życia w pokoju na swojej ziemi. Polska była w tej sprawie w sporze z Krzyżakami, a miał go rozstrzygnąć sobór w Konstancji (1414–1418). Nasze racje przedstawił wówczas rektor Akademii Krakowskiej Paweł Włodkowic. Dowodził m.in., że poganie mają państwa z mocy prawa naturalnego, które nie zaprzecza prawu Bożemu, dlatego nikt, nawet papież czy cesarz, nie ma moralnego prawa, aby unieważnić to przyrodzone prawo pogan, jeśli chcą oni żyć w pokoju. Wskazał przy tym, że Krzyżacy, napadając na pogan, gwałcą prawo naturalne. Tezy te wzbudziły burzliwą dyskusję, ale ostatecznie polska argumentacja zwyciężyła.

    Kwestia rozstrzygnięta w Konstancji jest konsekwencją zasadniczego sporu, jaki toczył się między Niemcami i Polską. Otóż Niemcy uważali, że zjednoczenie Europy powinno dokonać się poprzez stworzenie struktury imperialnej pod przywództwem jednego kraju, w domyśle oczywiście Niemiec. Sobór w Konstancji pokazał jednak, że Polska ma radykalnie inną koncepcję. Bazowała ona na prawie narodów do samostanowienia, czyli na wolności. Praktycznym jej wyrazem było pokojowe zjednoczenie Polski z Litwą.

    Umiłowanie Polski do wolności miało swój konkretny wyraz także w konfederacji warszawskiej z 1573 r., która była uchwałą Sejmu zapewniającą wolność religijną szlachcie. Zarówno prawo narodów do samostanowienia, jak i tolerancja religijna były wielkim wkładem Polski w budowanie europejskiej cywilizacji. Można by tu wymienić jeszcze zjawisko wyjątkowe, jakim była szlachecka demokracja, i choć przerodziła się w anarchię, jednak w pierwszej fazie był to wyjątkowy jak na owe czasy ustrój, dający prawo części społeczeństwa do decydowania o losie państwa.

    Poeta, kompozytor, architekt

    Na koniec krótkie wyjaśnienie, kim byli wymienieni na początku twórcy. Neredzīgais Indriķis to pseudonim pierwszego ludowego poety łotewskiego. Żył na przełomie XVIII i XIX wieku, był nazywany „łotewskim Homerem”, tworzył pieśni i wiersze.

    Mikalojus Čiurlionis to genialny kompozytor litewski przełomu XIX i XX wieku. Choć żył tylko 36 lat, pozostawił po sobie 250 kompozycji. Po uzyskaniu wolności w 1918 r. Litwini uznali go za swojego najwybitniejszego artystę. Natomiast Jože Plečnik to jeden z najwybitniejszych architektów Europy. Urodził się w Lublanie w Słowenii, tworzył w XX wieku. Zaprojektowane przez niego budynki znajdują się nie tylko w Słowenii, ale także w Wiedniu i Pradze.

    To tylko trzech przedstawicieli kultury z krajów Trójmorza, podanych tu jako przykład. Znacznie więcej i szerzej opisanych postaci znaleźć można w książce prof. Roszkowskiego. Czekamy na jej drugi tom, który z pewnością pozwoli m.in. zrozumieć obecną sytuację państw położonych między trzema morzami.

    Bogumił Łoziński/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 3 MARCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.30 – NABOŻEŃSTWO DROGI KRZYŻOWEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA.

    W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?

    Pierwsze piątki miesiąca nie są obce wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i Komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

    Małgorzata Maria Alacoque

    Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Wielka obietnica

    Pan Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.

    Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.

    Przede wszystkim Komunia

    Pan Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty.

    ze strony: stacja 7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pierwsze piątki miesiąca. Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Już przystępując do Pierwszej Komunii Świętej dzieci zobowiązują się do uczestnictwa w 9. Pierwszych Piątkach miesiąca. Praktykę, stosowaną już od 1673 roku, gdy Świętej Małgorzacie Marii Alacoque objawił się Pan Jezus, Kościół propaguje w celu pogłębienia życia religijnego wszystkich wiernych. Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Serce niegdyś rozumiano jako wolę. A zatem Wolna Wola naszego Umiłowanego Nauczyciela poddała się zupełnie Woli Ojca. Przykład Chrystusa jest wzorem postępowania dla wszystkich chrześcijan. Nasze cierpienia winniśmy składać na Niepokalane Ręce Matki Zbawiciela. Prosić Matkę naszego Pana, aby te serca, przepełnione współczuciem wobec Mąk Jej Syna Jezusa zaniosła przed Tron Przenajświętszej Trójcy.

    Aby okazanej ludziom Bożej Miłości zadośćuczynić za grzechy ,,gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw” (Chrystus do Świętej Małgorzaty) należy w tym dniu:

    1. Być w stanie łaski uświęcającej albo wyspowiadać się (w intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, aby połączyć praktykę pierwszego piątku i pierwszej soboty miesiąca).

    2. Wysłuchać w piątek Mszy Świętej celebrowanej w intencji wynagradzającej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    3. Przyjąć Komunię Świętą.

    4. Odmówić Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    5. W miarę możliwości odprawić godzinną adorację Najświętszego Sakramentu.

    Wszystkim czczącym Najświętsze Serce Pana Jezusa i rozpowszechniającym Jego kult, Król Nieba i Ziemi przez Świętą Małgorzatę Marię Pan Jezus składa 12 obietnic:

    1. Dam im łaski, potrzebne w ich stanie.

    2. Ustalę pokój w ich rodzinach.

    3. Będę ich pocieszał w utrapieniach.

    4. Będę ich pewną ucieczką w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci.

    5. Będę im błogosławił w ich przedsięwzięciach.

    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło i ocean miłosierdzia.

    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.

    8. Dusze gorliwe prędko dojdą do doskonałości.

    9. Będę błogosławił domom, w których wizerunek Serca mojego będzie czczony.

    10. Osoby, które będą to nabożeństwo rozszerzały, będą miały imię swoje wypisane w Sercu moim.

    11. Dam kapłanom dar wzruszania serc nawet najzatwardzialszych.

    12. W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia.

    NP/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 4 MARCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    KATECHEZA DLA RODZICÓW I DZIECI

    GODZ. 18.00

    MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z II NIEDZIELI WIELKIEGO POSTU

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięć pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opowieść o Najpiękniejszej

    Bogato ilustrowana książka Grzegorza Górnego i Janusza Rosikonia

    „Maryja. Biografia”

    Procesja maryjna w Tortosie w Hiszpanii.
    Procesja maryjna w Tortosie w Hiszpanii.
    fot. Janusz Rosikoń

    ***

    Napisali o Tej, o której „słów brak jest aniołom”. Dzięki temu możemy przyjrzeć się temu, jak od kuchni wyglądało życie Królowej Aniołów.

    Wakatyście – przepięknym hymnie Wschodu wychwalającym cnoty Maryi – Gabriel, oczarowany Jej pięknem, wykrzykuje: „Witaj, Matko Baranka i Pasterza. Witaj, bo dźwigasz Tego, co wszystkie dźwiga rzeczy. Witaj, Gwiazdo Słońce nam ukazująca. Witaj, Moście wiodący z ziemi ku niebiosom”. Gdy w czasie „pierestrojki” rosyjska telewizja po raz pierwszy emitowała nabożeństwo ze śpiewem akatystu, wielu wzruszonych ludzi stało na baczność… przed telewizorami. Bo akatyst to hymn śpiewany na stojąco (słowo akathistos znaczy „nie siadając”). W hymnie usłyszymy o tym, że Maryja jest „Cudem, o którym słów brak jest aniołom”, „Wysokością pojęciom ludzkim niedostępną” i „Głębiną nawet anielskim okiem niezbadaną”.

    I choć słowa są rzeczywiście bezradne wobec najpiękniejszej z córek Izraela, dziennikarz Grzegorz Górny i fotograf Janusz Rosikoń z właściwą sobie pasją ruszyli śladami Miriam z rodu Dawida. Owocem ich pracy jest bogato ilustrowana książka – „Maryja. Biografia”.

    Ona

    „Jest najbardziej popularną i rozpoznawalną kobietą w dziejach świata. Żadna inna przedstawicielka płci pięknej w historii ludzkości nie doczekała się tak wielu hołdów, wyrazów czci, oznak wdzięczności” – piszą autorzy. „Tylu rzeźb, obrazów, pieśni i utworów literackich. Jej twarz zobaczyć można wszędzie. Za każdym razem wygląda inaczej – w ­Guadalupe, Częstochowie, Montserrat, Fatimie czy La Salette – tak jakby wizerunki przedstawiały różne kobiety. A jednak wystarczy rzut oka, by nie mieć wątpliwości, że to właśnie Ona. Jest w niej coś, czego nie ma w żadnej innej osobie na świecie. Miriam z Nazaretu. Mater Dei. Our Lady. Maryja. Choć tak znana, jest jednak mało znana. Na podstawie świadectw z epoki wiemy o Niej bardzo niewiele. Większość Jej życia tonie w mroku tajemnicy. Pojawia się w kilku epizodach spisanych przez ewangelistów. Najwięcej miejsca poświęcają Jej św. Mateusz i św. Łukasz, opisując okoliczności narodzenia Jezusa i Jego dzieciństwa”.

    Biblia rozpoczyna się i kończy z Maryją: w Księdze Rodzaju czytamy o „matce wszystkich żyjących”, a w Apokalipsie o Niewieście, która pokonuje Smoka.

    Biografia Maryi jest książką niezwykle potrzebną nad Wisłą, gdzie wciąż na nabożeństwa majowe czy październikowy Różaniec przychodzą tłumy. Czy można kogoś kochać, nie znając jego życia? Warto wyjść poza, skądinąd piękny, polski kontekst „łąk umajonych i cienistych gaików” czy literackiego wołania do Tej, „co Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie”. W swych naukowych podróżach (po Izraelu, Egipcie i znanych, obleganych przez tłumy sanktuariach) autorzy spojrzeli na Matkę Mesjasza jak na wierną prawu Żydówkę, córkę ludu, który wypełnia skrupulatnie 613 przykazań Prawa.

    W pieczołowicie przygotowanej książce przeczytamy między innymi o tym, czy trzyletnia Miriam zamieszkała w jerozolimskiej świątyni, czy słysząc beczenie zarzynanych baranków w Mieście Pokoju proroczo przeczuwała, że narodzi Tego, o którym Jan Chrzciciel zawoła: „To jest Baranek, który gładzi grzech świata!”.

    „A skąd wiadomo, co robiła, skoro Biblia milczy na ten temat? Przecież Jej imię pojawia się w Nowym Testamencie jedynie 19 razy” – powiedzą sceptycy. Wiele opisanych w książce historii poznajemy dzięki apokryfom, m.in. „Protoewangelii Jakuba”, „Księdze Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela” czy „Ewangelii Narodzenia Maryi”. Pisma powstałe „na marginesie” Ewangelii pełne są koloryzacji i przejaskrawień i nie weszły do oficjalnego kanonu ksiąg uznanych przez Kościół.

    Zamknięta izdebka

    Jak wiele zależało od decyzji tej nastolatki z Nazaretu! Jej pełen entuzjazmu okrzyk: „Niech tak będzie!” był najważniejszą strategiczną decyzją w dziejach ludzkości, dzieląc jej historię na dwie ery: przed narodzeniem Tego, o którym wspomniał archanioł, i po nim. Ile miała lat? Być może jedynie dwanaście, bo już dziewczęta w tym wieku osiągały „zdatność do małżeństwa”. W Nazarecie stanął przed nią budzący grozę wysłannik, którego imię brzmi „Bóg jest mocą” i który w angelologii hebrajskiej jest aniołem wykonującym Boże wyroki. Powiedział nastolatce: „Będziesz dziewicą, która pocznie Dziecko”. Tak brzmi to zdanie w dosłownym tłumaczeniu. Dzięki odpowiedzi Miriam z Nazaretu (dziś miasto w Dolnej Galilei okrzyknięto „arabską stolicą Izraela”) w poświęconej Jej bazylice przeczytamy dewizę: Verbum caro hic factum est – tu Słowo stało się Ciałem.

    „W tamtym czasie Galileą rządził drugi syn zmarłego niedawno króla – Herod Antypas (to on po wielu latach rozkaże stracić Jana Chrzciciela oraz będzie obecny przy skazaniu na śmierć Jezusa)” – pisze Grzegorz Górny. „W porównaniu ze swym bratem Archelaosem jawił się on jako władca zrównoważony i unikający przelewu krwi. Życie pod jego rządami wydawało się więc bezpieczniejsze niż w Judei. O Nazarecie brak jakiejkolwiek wzmianki zarówno w Starym Testamencie, jak i w ówczesnych pismach rabinów. Nic w tym dziwnego, skoro miejscowość założona została dopiero w I wieku przed Chrystusem w ramach akcji osadniczej prowadzonej w Galilei przez panującą w Jerozolimie dynastię Hasmoneuszy. W czasach Jezusa mogła ona liczyć około 500 mieszkańców. Przeważnie byli oni ubogimi chłopami, albo zajmującymi się uprawą własnego spłachetka pola, albo najmującymi się do pracy u wielkich posiadaczy ziemskich. Przez kapłanów i uczonych w Piśmie traktowani byli z poczuciem wyższości nie tylko jako ludzie biedni, lecz także posądzani o nieznajomość Tory oraz zaniedbywanie rytualnych przepisów czystości. Święty Jan zanotował kąśliwą uwagę przyszłego apostoła Natanaela, który na wiadomość o tym, skąd pochodzi Jezus, zapytał retorycznie: »Czy może być co dobrego z Nazaretu?«”.

    Krok po kroku

    W książce przeczytamy o tym, jak mógł wyglądać dom Maryi i Józefa. Na wewnętrznej prawej framudze wisiała mezuza zawierająca cytaty z Pisma, a ponieważ gospodarz pracował jako cieśla, była ona prawdopodobnie drewniana. Znajdziemy opowieść o tym, że na czas odmawiania modlitw Józef (a po nim od trzynastego roku życia sam Jezus) przewiązywali na ramieniu i na czole filakterie wykonane z kawałka skóry koszernego zwierzęcia. Dom w Nazarecie wedle tradycji starochrześcijańskiej składał się z dwóch części: wykutej w skale pieczary (po łacinie spelunca) i dobudowanego do niej kamiennego budynku z płaskim dachem-tarasem (po łacinie: domus). Tego rodzaju obiekty mieszkalne, będące zarazem warsztatami, kuchniami i sypialniami, były typowym elementem tamtejszego krajobrazu. W ich wnętrzach stały zazwyczaj krosna do tkania i żarna do mielenia mąki. Na dachach spano w upalne noce, zaś w dzień suszono owoce, a czasami spożywano posiłki. Znajdziemy również ciekawostki na temat tego, co o Marjam (to arabskie brzmienie Jej imienia) mówi Koran i dlaczego uznaje Ją za jedną z czterech najbardziej szanowanych kobiet islamu, nazywając Ją al-Azra, czyli Dziewicą.

    Autorzy bogato czerpią z duchowego doświadczenia opartego na słowie racjonalnego chrześcijańskiego Zachodu i zafascynowanego obrazem i światłem Kościoła wschodniego. „Teologiczna i duchowa zawartość książki powoduje, że można uznać ją za »katechizm maryjny«, w dodatku napisany przy zachowaniu wszelkich wymogów rzetelnego dziennikarstwa śledczego. Z pewnością dostarczy czytelnikowi zarówno wiedzy, jak i pocieszenia” – zachwala dogmatyk ks. Robert Skrzypczak, a biblista Jose Ángel Domínguez, autor „Wrót Biblii”, dopowiada: „Dzięki połączeniu wyników badań historycznych, archeologicznych oraz pochodzących z innych dyscyplin naukowych czytelnicy uzyskają głębsze zrozumienie życia jednej z najważniejszych postaci w historii ludzkości”.•

    Marcin Jakimowicz/Opowieść o Najpiękniejszej/Gość Niedzielny nr.12

    ______________________________________________________________________________________________________________

    _______________________________________________________________________________________________

    W PONIEDZIAŁKI OD GODZ. 18.00 – 20.00 – PORADNICTWO RODZINNE

    adres: 4 Park Grove Terrace, G3 7SD

    POMOC DLA BEZDOMNYCH

    KAŻDEJ NOCY – na Argyle Street pod mostem blisko Stacji Centralnej

    KAŻDEGO DNIA – adres:  20 Crimea Street, G2 8PW (do godziny 20.00)

    W CZWARTKI – adres: Cadogan Street (do godziny 20.00)

    WE WTORKI i W CZWARTKI – adres; George Square (do godziny 19.00)

    WSPÓLNOTA SZYMONA – adres: 389 Argyle Street, G2 8LR (naprzeciwko hotelu Aleksandra)

    KLUB THE WAYSIDE – adres: 32 Midland Street, G1 4PR 9 (do godziny 19.00)

    THE MARIE TRUST – adres: 29 Albion Street, G1 1LH, tel. 0141 286 0065 (każdego dnia do godziny 17.00)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WE WTORKI W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego 2022 roku w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również te spotkania są zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    godz. 18.30 – KATECHEZA

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________

    _________________________________________________________

    Informacja o warsztatach na temat EGO

    Mamy ego, ale nim nie jesteśmy. Mamy umysł, ale nim nie jesteśmy. Podobnie też nie jesteśmy naszymi emocjami czy uczuciami. Możemy się nauczyć je rozpoznawać i wychowywać. 

    W czasie tego weekendu nauczymy się rozpoznawać główne programy emocjonalne, jakimi próbuje nas kontrolować nasze ego: wstyd, poczucie winy, apatia, żal, lęk, pragnienia/pożądania, gniew i duma. 

    Nauczymy się także zastępować automatyczny program świadomym wyborem. 

    Zapraszamy na super intensywny weekend, poprowadzony przez Katarzynę Gołębieską, coach i trener TZA-ART (treningu zastępowania agresji), oraz ks. dr. Jarosława Szymczak, współtwórcy Programów na Miłość i Życie, wieloletni wykładowca UKSW i uznany międzynarodowy autorytet w dziedzinie troski o relacje małżeńskie i rodzinne. 

    Czas i miejsce: 25-26 marca 2023, Perth/Zapisy: Magda Dubanowska +44 7821 826556

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – luty 2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 Hyndland St. Glasgow, G11 5PS

    ____________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    I NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU 26 LUTY

    GODZ. 13.30 – GORZKIE ŻALE/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE 2023

    W DNIACH OD 16 – 19 MARCA:

    “WIARA RODZI SIĘ ZE SŁUCHANIA”.

    REKOLEKCJONISTĄ BĘDZIE PALLOTYN

    KS. MICHAŁ SENNICKI SAC

    Ksiądz Michał Siennicki: Pan Bóg bardzo uważnie słucha naszych próśb. Czasami nas wyprzedza
    Ksiądz Michał jest doktorem Prawa Kanonicznego. Tytuł naukowy otrzymał na Papieskim Uniwersytecie Świętego Krzyża w Rzymie. Był kapelanem Rejsu Niepodległości. Pracował na misjach Barbadosie. Obecnie jest prefektem studiów w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie. Również jest postulatorem procesu beatyfikacyjnego sługi Bożej siostry Wandy Boniszewskiej, która była zupełnie “ukryta przed światem”. Dzięki swojej badawczej pracy doprowadził do zakończenia diecezjalnego procesu beatyfikacyjnego sługi Bożego ks. Stanisława Szulmińskiego, pallotyna, który zginął w obozie pracy w Uchcie w 1941 roku oddając swoje życie w intencji pojednania wspólnot prawosławnych z Kościołem Katolickim.

    ___________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 Hyndland St. Glasgow, G11 5P

    ****

    16 MARCA – CZWARTEK III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 20. 00 – MSZA ŚW. – I NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________________________________________________

    17 MARCA PIĄTEK III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    GODZ. 18.30 – DROGA KRZYŻOWA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. – II NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________________________________________________

    18 MARCA – SOBOTA III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 17.00 – SPOTKANIE REKOLEKCYJNE

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. – III NAUKA REKOLEKCYJNA

    ________________________________________________________________________________________

    19 MARCA – IV NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 13.30 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. – IV NAUKA REKOLEKCYJNA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 3 MARCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.30 – NABOŻEŃSTWO DROGI KRZYŻOWEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA.

    W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?

    Pierwsze piątki miesiąca nie są obce wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i Komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

    Małgorzata Maria Alacoque

    Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Wielka obietnica

    Pan Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.

    Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.

    Przede wszystkim Komunia

    Pan Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty.

    ze strony: stacja 7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 4 MARCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    KATECHEZA DLA RODZICÓW I DZIECI

    GODZ. 18.00

    MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z II NIEDZIELI WIELKIEGO POSTU

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięć pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    ______________________________________________________

    28 LUTEGO – 7 MARCA – 14 MARCA

    NIE BĘDZIE KATECHEZY DLA DOROSŁYCH

    W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    ______________________________________________________________________________________

    NAJBLIŻSZE SPOTKANIE – 21 MARCA – WTOREK IV TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego 2022 roku w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również te spotkania są zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    godz. 18.30 – KATECHEZA

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    __________________________________________________________________________________________________________

    22 MARCA – ŚRODA POPIELCOWA

    POCZĄTEK WIELKIEGO POSTU

    jest czasem szczególnym – czasem naszego nawrócenia

    000_9379QL.jpg
    Guglielmo Mangiapane / Pool / AFP / Vatican

    ***

    Środa Popielcowa rozpoczyna okres czterdziestodniowego przygotowania do najważniejszych uroczystości – Świąt Paschy, w którym dokonało się DZIEŁO ZBAWIENIA. Okres Wielkiego Postu trwa do początku liturgii Mszy Wieczerzy Pańskiej sprawowanej w Wielki Czwartek.

    W ŚRODĘ POPIELCOWĄ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – MSZA ŚW. O GODZ. 20.00

    W CZASIE LITURGII BĘDZIE OBRZĘD POSYPANIA GŁÓW POPIOŁEM, KTÓRY JEST ZNAKIEM NASZEJ GOTOWOŚCI DO POKUTY.

    Środa Popielcowa i Wielki Piątek – to są dwa dni w roku, w którym katolicy podejmują post ścisły.

    ________________________________________________________________

    Proch z nadzieją

    Proch z nadzieją
    fot. ks. Rafał Starkowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Zwyczaj posypywania głów popiołem w pierwszym dniu Wielkiego Postu ma już prawie tysiąc lat. I wciąż jest czytelny.

    W słowniku synonimów „posypać sobie głowę popiołem” znaczy: przeprosić, uderzyć się w piersi, ugiąć przed kimś karku, ugiąć przed kimś głowy, uznać swoją winę, ukorzyć się, pójść do Canossy, pokajać się, upokorzyć się, skruszyć się… Popiół od wieków symbolizuje uniżenie i żal z powodu własnych błędów. Stosowano go w różnych kulturach dla wyrażenia skruchy i chęci przeproszenia albo też jako znak żałoby po śmierci kogoś bliskiego. Posypanie popiołem wyrażało także rozpacz z powodu przegranej wojny bądź skutków kataklizmu. Użycie tej symboliki w chrześcijaństwie oznacza przyznanie: Jestem słaby i sam nie jestem w stanie sobie poradzić. Uznaję swoją kruchość i niezdolność do osiągnięcia czegokolwiek bez Twojej łaski.

    Na długo zanim popiół stał się elementem liturgii, stanowił znak pokuty, pokornego przyjęcia porażki. W Biblii symbol ten występuje już w Księdze Hioba. „Kajam się w prochu i w popiele” – mówi Hiob, świadom swojej małości wobec Boga. „Córo mojego narodu, przywdziej wór pokutny i kajaj się w popiele!” – wzywa Jeremiasz, a Daniel wyznaje: „Zwróciłem więc twarz do Pana Boga, oddając się modlitwie i błaganiu w postach, pokucie i popiele”. W Księdze Judyty czytamy z kolei, że Izraelici, przeżywając ciężki lęk, „upadli na twarz przed świątynią, posypali głowy swoje popiołem i odziani w wory wyciągali ręce przed Panem”. A Juda Machabeusz i jego ludzie w rozterce „pościli, włożyli na siebie wory, głowy posypali popiołem i porozdzierali swoje szaty”. Wreszcie sam Jezus, wypowiadając „biada” nad Korozain i Betsaidą, stwierdza, że gdyby w Tyrze i Sydonie działy się podobne cuda, miasta te „już dawno w worze i w popiele by się nawróciły”.

    Znak popiołu

    Już w starożytności, gdy wyznawca Chrystusa popełnił szczególnie ciężki grzech, otrzymywał szansę pojednania z Kościołem po odbyciu surowej pokuty. Jej wyznaczeniu towarzyszył ceremoniał, który pomagał pokutnikom uświadomić sobie ciężar ich winy, a zarazem zrozumieć, jak wielką łaskę otrzymują, mogąc odpokutować swój grzech.

    Najstarsze świadectwo posłużenia się popiołem w liturgii rozpoczynającej okres pokuty pojawiło się w IX wieku w tekście benedyktyńskiego mnicha Reginone z opactwa w Prüm. Dwieście lat później na synodzie w Benewencie papież Urban II wprowadził w Kościele zwyczaj posypywania głów. Ustalono też, że popiół używany do obrzędu ma pochodzić z palm, które rok wcześniej zostały poświęcone w Niedzielę Palmową.

    „Na początku Wielkiego Postu wszyscy pokutnicy, którzy podjęli lub podejmą publiczną pokutę, stawią się u wejścia do kościoła przed biskupem miasta, ubrani w wory i bez obuwia, upadłszy twarzą do ziemi, uznając się winnymi swojego stanu; mają tam być dziekani, czyli archiprezbiterzy parafii, wraz ze świadkami, czyli prezbiterami pokutników, którzy mają starannie oceniać ich zachowanie” – zapisano w Pontyfikale Rzymskim, księdze liturgicznej z XII wieku. Następnie biskup nakładał pokuty odpowiednie do rodzaju popełnionej winy, po czym wprowadzał pokutników do kościoła i wraz z innymi duchownymi padał na twarz, modląc się o uwolnienie dla nich. „Wtedy, powstawszy do przepisanej modlitwy, nakłada na nich rękę, kropi wodą święconą, nakłada najpierw popiół, a potem włosiennicę na ich głowy, a wśród lamentów i wzdychania wymierza im karę na wzór Adama, który został wygnany z raju, tak i oni za swoje grzechy zostaną wygnani z kościoła” – czytamy.

    Biskup „nakłada najpierw popiół”… Dziś w liturgii nie stosuje się worów pokutnych i nie chodzi się boso, ale wciąż używa się popiołu.

    Proch to nie zgliszcza

    – Nasze zwyczaje pokutne są powiązane z tymi, które istniały w judaizmie. Posypywanie się popiołem oznaczało tam w ogóle pokutę. Było formą rezygnacji z ozdabiania swojego ciała dla okazania, że się pości. Tak zachowały się Judyta i królowa Estera. Obie posypały się popiołem na znak pokuty – zauważa ks. dr hab. Dominik Ostrowski. Wskazuje, że w liturgii mówi się jednak o prochu (łac. pulvis), podkreślając, że jest różnica między popiołem a prochem. – Popiół ma w moim odczuciu bardziej negatywne znaczenie niż proch. Popiół (łac. ­cinis) to są zgliszcza, to, co zostaje po spaleniu. Kiedy spalimy coś na popiół, nic już z tego nie można zrobić; to kompletna destrukcja, materiał jałowy. Myśl ta ma odbicie w pewnym ograniczeniu dotyczącym obrzędów pogrzebowych z kremacją. Jeśli powodem kremacji jest niewiara w zmartwychwstanie, a przez spopielenie własnego ciała chce się zamanifestować tę niewiarę i beznadzieję, negując teologię chrześcijańską, wtedy prawo kościelne odmawia katolickiego pogrzebu – zaznacza liturgista, przypominając, że jeśli za kremacją nie stoją sprzeczne z teologią poglądy, jest ona dopuszczalna (choć wcale nie zalecana). Zwraca uwagę, że Bóg w Księdze Rodzaju mówi do człowieka: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. – Prochem, nie popiołem. Proch nie jest materią całkowicie zniszczoną. Dlatego, choć w liturgii używamy popiołu, za tym znakiem stoi proch. Popiół nie może być budulcem, natomiast z prochu, przy użyciu odpowiedniego spoiwa, można coś odbudować. Wyraża to alternatywny werset przy posypywaniu popiołem: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Oznacza to: Owszem, jesteś prochem i nawet się w proch obrócisz, ale Bóg może cię z tego prochu podźwignąć – podkreśla ks. Dominik Ostrowski.

    Dla nowego życia

    Chrześcijańska nadzieja udziału w zmartwychwstaniu Chrystusa przebija w treści modlitwy błogosławieństwa popiołu, która bez istotnych zmian była używana w liturgii Kościoła przez tysiąc lat, a i do tej pory się z niej korzysta. Składa się z czterech części. Pierwsza podkreśla majestat Boga i Jego łaskę, która przynosi zdrowie ciała i ducha: „Wszechmogący wieczny Boże, zmiłuj się nad pokutującymi, okaż łaskę błagającym i racz posłać świętego anioła swego, aby pobłogosławił i uświęcił te popioły, niech staną się zbawiennym lekarstwem dla wszystkich pokornie wzywających Twojego świętego imienia, którzy oskarżają siebie świadomi swoich przewinień i opłakują przed Twoją Boską łaskawością swoje złe czyny, a także pokornie i z całych sił proszą najczystszy Twój majestat, i daj, przez wzywanie najświętszego imienia Twego, aby każdy, kto będzie nimi posypany dla odkupienia swoich grzechów, dostąpił zdrowia ciała i ochrony duszy”.

    Druga część nawiązuje do słów: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Jej odpowiednik w odnowionej liturgii brzmi: „Boże, Ty nie chcesz śmierci grzeszników, lecz ich nawrócenia, wysłuchaj łaskawie nasze prośby i racz w swojej dobroci pobłogosławić ten popiół, którym zamierzamy posypać nasze głowy; spraw, abyśmy uznając, że jesteśmy prochem i w proch się obrócimy, przez gorliwe pełnienie czterdziestodniowej pokuty otrzymali odpuszczenie grzechów i nowe życie na podobieństwo Twojego zmartwychwstałego Syna”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Każdy z nas potrzebuje powracania na drogę nawrócenia, która prowadzi przez

    POST, MODLITWĘ I JAŁMUŻNĘ.

    Nawrócenie jest łaską. Rozpoczyna się od uznania swoich grzechów, które są ogromną niewdzięcznością wobec miłującego Boga od którego wszystko pochodzi. Moje usiłowanie dopasowywania Bożych darów do moich egoistycznych wyobrażeń rodzi niezmiennie dramaty i tragedie. Tak się dzieje od upadku pierwszych rodziców, bo nie potrafili przyjąć ani daru ani Dawcy. Dali się zwieść, bo zawierzyli nie Bogu, który nas stworzył z miłości i do miłości, ale temu, który jest ojcem kłamstwa.

    Post

    Post nie jest dietą. Dieta skupia nas na ciele, a post na duchu. Post jest ćwiczeniem się w wolności, przez podejmowanie wysiłku woli. Post, czyli powstrzymywanie się od jedzenia w ogóle, albo od jedzenia konkretnych potraw, przez ściśle określony czas, powinien prowadzić człowieka do jeszcze większego opanowania swoich pragnień. Motywem jest większa dyspozycyjność w szukaniu i realizowaniu woli Bożej. Droga ucznia Chrystusa, to droga współpracy z Bożą łaską. Ta z kolei, wymaga od nas zaangażowania, wysiłku woli i wewnętrznej wolności. Taką wewnętrzną wolność opisał św. Ignacy z Loyoli z 23 punkcie swoich Ćwiczeń Duchowych:

    Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją. Inne zaś rzeczy na obliczu ziemi są stworzone dla człowieka i aby mu pomagały do osiągnięcia celu, dla którego jest on stworzony.
    Z tego wynika, że człowiek ma korzystać z nich w całej tej mierze, w jakiej mu one pomagają do jego celu, a znów w całej tej mierze winien się od nich uwalniać, w jakiej mu są przeszkodą do tegoż celu.
    I dlatego trzeba nam stać się ludźmi obojętnymi [nie robiącymi różnicy] w stosunku do wszystkich rzeczy stworzonych, w tym wszystkim, co podlega wolności naszej wolnej woli, a nie jest jej zakazane [lub nakazane], tak byśmy z naszej strony nie pragnęli więcej zdrowia niż choroby, bogactwa [więcej] niż ubóstwa, zaszczytów [więcej] niż wzgardy, życia długiego [więcej] niż krótkiego, i podobnie we wszystkich innych rzeczach. [Natomiast] trzeba pragnąć i wybierać jedynie to, co nam więcej pomaga do celu, dla którego jesteśmy stworzeni».

    W Środę Popielcową – zgodnie z kanonami 1251-1252 Kodeksu Prawa Kanonicznego – obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post ścisły (trzy posiłki w ciągu dnia, w tym tylko jeden – do syta). Prawem o wstrzemięźliwości są związani wszyscy powyżej 14. roku życia, a prawem o poście – osoby pełnoletnie do rozpoczęcia 60. roku życia. Prawo kanoniczne nie nakłada na wiernych natomiast obowiązku uczestniczenia w tym dniu w Eucharystii (chociaż jest to powszechną praktyką, z której nie powinno się rezygnować bez ważnej przyczyny)

    Modlitwa

    Nie chodzi o to, aby modlić się więcej, ale aby modlić się „głębiej”. Nie chodzi o to, żeby mnożyć modlitwy, ale żeby wreszcie modlitwa prowadziła rzeczywiście do najważniejszego, czyli do spotkania z Bogiem. Modlitwa niestety traktowana jest często jako magiczne zaklęcie… Im więcej – tym lepiej. Bliskie osoby często rozumieją się bez słów. Również modlitwa, im głębsza, tym prostsza. Im prostsza, tym częściej pozbawiona słów. Nawrócenie dokonuje się dzięki trwaniu w obecności Ojca, dzięki zapatrzeniu się w Jego oblicze, dzięki zasłuchaniu się w słowa, które wypowiada w milczeniu. Modlitwa staje się narzędziem nawrócenia, kiedy staje się rzeczywiście spotkaniem.

    Jałmużna

    Jałmużna jest pomocą w nawróceniu. Wyzwala nas z egoizmu, bo przesuwa nasze spojrzenie z nas samych na drugiego człowieka. Jałmużna, czyli dar serca, z tego co dla nas wartościowe, cenne dla innych. Im bardziej odczuwamy, że przywłaszczamy coś dla siebie, tym bardziej powinniśmy się tym z kimś podzielić z drugim. Jałmużną mogą być nie tylko pieniądze, choć to one często nas powolutku zniewalają i to bez względu na to ile posiadamy. Jałmużną może być czas, albo uwaga, która poświęcamy innym, zwłaszcza jeśli dotychczas czas i uwagę poświęcaliśmy tylko sobie. Jałmużna nie z tego co nam zbywa, ale z tego co ma dla nas największą wartość, do czego jesteśmy przywiązani pozwala nam wyzwolić się z egoizmu.

    Uczynki miłosierdzia względem duszy:

    1. Grzeszących upominać.
    2. Nieumiejętnych pouczać. 
    3. Wątpiącym dobrze radzić. 
    4. Strapionych pocieszać. 
    5. Krzywdy cierpliwie znosić. 
    6. Urazy chętnie darować. 
    7. Modlić się za żywych i umarłych. 

    Uczynki miłosierdzia względem ciała:

    1. Głodnych nakarmić.
    2. Spragnionych napoić. 
    3. Nagich przyodziać. 
    4. Podróżnych w dom przyjąć. 
    5. Więźniów pocieszać. 
    6. Chorych nawiedzać. 
    7. Umarłych pogrzebać.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    92. ROCZNICA OBJAWIENIA SIĘ PANA JEZUSA MIŁOSIERNEGO ŚW. FAUSTYNIE KOWALSKIEJ. DZIŚ TEN WIZERUNEK ZNANY JUŻ JEST NA CAŁYM ŚWIECIE Z PODPISEM: JEZU, UFAM TOBIE!

    To wydarzenie miało miejsce w celi płockiego klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy Starym Rynku w niedzielę w dniu 22 lutego 1931 roku

    Wieczorem, kiedy byłam w celi – zapisała w swym „Dzienniczku” św. Siostra Faustyna – ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie” (Dz. 47)

    ***

    Pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego został namalowany w Wilnie w 1934 roku pod okiem samej Siostry Faustyny w pracowni Eugeniusza Kazimirowskiego, a wystawiony do publicznej czci po raz pierwszy w Ostrej Bramie w 1935 roku.

    Od tego czasu powstało wiele obrazów. Najbardziej znany jest łaskami słynący obraz Jezusa Miłosiernego pędzla Adolfa Hyły z kaplicy klasztornej Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia – Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Obraz ten powstał pod okiem krakowskiego kierownika duchowego Apostołki Bożego Miłosierdzia – o. Józefa Andrasza SJ, który poświęcił go w święto Miłosierdzia 16 kwietnia 1944 roku. Właśnie na tym wizerunku spełniły się słowa Pana Jezusa wypowiedziane do Siostry Faustyny przy pierwszym objawieniu: Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Przed tym obrazem modlą się nie tylko pielgrzymi z całego świata, którzy fizycznie przybywają do tego świętego miejsca, ale także internauci korzystając z transmisji on-line oraz gigapikselowej prezentacji na stronie: www.faustyna.pl .

    fot. Janusz Rosikon/Rosikon Press

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wola Pana Jezusa, którą przekazał s. Faustynie wypełniła się, gdy powstał słynny obraz Jezusa Miłosiernego z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”, a Papież Polak wprowadził nowe święto kościelne – Niedzielę Miłosierdzia Bożego.

    „W myślach przemierzam ten świetlisty szlak, na którym św. Faustyna Kowalska przygotowywała się do przyjęcia orędzia o miłosierdziu – szlak od Łodzi i Warszawy, poprzez Płock, Wilno po Kraków” – te słowa wypowiedział papież Jan Paweł II, który 30 kwietnia 2000 roku w Rzymie wyniósł na ołtarze siostrę Faustynę.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ufam Tobie, Jezu

    Ufam Tobie, Jezu
    ISTOCKPHOTO; MONTAŻ STUDIO GN

    ***

    „Jezu, ufam Tobie”. Te trzy słowa są kluczem do Bożego miłosierdzia. „Łaski z Mojego miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest – ufność” – mówi Jezus św. Faustynie. Ale pierwsza jest ufność Boga względem mnie. Ufność rodzi ufność.

    Siostra Faustyna notuje w „Dzienniczku”: „W pewnej chwili zapytał mnie spowiednik [bł. ks. Michał Sopoćko – przyp. T.J.], jaki ma być umieszczony ten napis, ponieważ to wszystko nie mieści się na tym obrazie. Odpowiedziałam, że się pomodlę i odpowiem na przyszły tydzień. Kiedy odeszłam od konfesjonału – i przechodząc koło Najświętszego Sakramentu – otrzymałam wewnętrzne zrozumienie, jaki ma być ten napis. Jezus mi przypomniał, jako mi mówił pierwszy raz, to jest, że te trzy słowa muszą być uwidocznione. Słowa te są takie: Jezu, ufam Tobie”. Sam Jezus niejako podpowiedział, na czym Mu najbardziej zależy. Na ufności! To słowo powraca w „Dzienniczku” jak refren. Dlaczego? Na pewno nie chodzi o mechaniczne powtarzanie słów: „Jezu, ufam Tobie” czy traktowanie ich jak magicznej formuły. Bogu nie zależy na słowach, lecz na sercu każdego z nas.

    Kwestia zaufania jest aktualna zwłaszcza w czasach, gdy tak wiele nieufności w nas i wokół nas… Na przykład gdy słyszę o nowych przepisach o ochronie danych osobowych, to myślę, że świat zwariował. Elektroniczne sieci, kamery, komórki, GPS-y, Facebook itd. sprawiają, że jesteśmy widoczni wszędzie i zawsze dla tych, którzy chcą nas znaleźć. Żeby ukryć ten fakt, wprowadzamy jakieś biurokratyczne procedury, dzięki którym dostajemy złudzenie ochrony naszej prywatności. To jakiś absurd. Obawiam się, że ta rzekoma ochrona danych osobowych będzie powodowała raczej narastanie wzajemnej nieufności między ludźmi, niż kogokolwiek przed czymkolwiek chroniła. W kulturze, która promuje narcyzów skoncentrowanych na swojej osobie, swoich prawach, obojętnych na dobro wspólne, będziemy dla siebie jeszcze bardziej anonimowi, nieufni i podejrzliwi.

    Co to ma wspólnego ze słowami: „Jezu, ufam Tobie”? Sądzę, że sporo. Jezus, jako Bóg i jako człowiek, zaprasza nas do postawy zaufania. Mówi nam: „Człowieku, zaufaj człowiekowi, sobie i innym” oraz: „Człowieku, zaufaj Bogu”. Gdzie jest ufność, tam powstają więzi międzyludzkie i te duchowe – z Bogiem. Tam jesteśmy bliżej nieba. Gdzie potęguje się nieufność, tam otwiera się droga do piekła.

    Między karykaturą a oryginałem

    Obraz Chrystusa jest nam potrzebny bardziej niż dawniej, bo jesteśmy coraz bardziej wzrokowcami. Kultura medialna jest dziś raczej kulturą obrazu niż słowa. Na ekranach naszych komputerów wciąż klikamy w ikonki. No właśnie, ikonki. Bądźmy więc wdzięczni, że Jezus daje nam obraz, ikonę. Trzeba ją tylko „rozklikać”, uruchomić. Nacisnąć „enter” – wchodzę. Tym „enterem” jest właśnie ufność.

    Słowa: „Jezu, ufam Tobie” są integralną częścią obrazu Jezusa Miłosiernego. Warto zwracać uwagę na to, gdy kupujemy reprodukcje łagiewnickiego lub wileńskiego wizerunku. Tych słów na obrazie Jezusa Miłosiernego nie może zabraknąć. Pan Jezus powiedział św. Faustynie: „Podaję ludziom naczynie, z którym mają przychodzić po łaski do źródła miłosierdzia. Tym naczyniem jest ten obraz z podpisem: Jezu, ufam Tobie”. I obiecał: „Przez obraz ten udzielać będę wiele łask dla dusz, a przeto niech ma przystęp wszelka dusza do niego”. Święty Paweł pisze: „On [Chrystus] jest obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1,15).

    Może wydawać się to dziwne, że Pan każe wykonać zakonnicy swój „portret” i zapewnia, że ten właśnie obraz będzie „naczyniem” na łaski. A może powodem tej wyjątkowej prośby jest fakt, że tak wiele fałszywych obrazów Boga stworzyliśmy sobie i wciąż stwarzamy? I nie chodzi w tej chwili o wizerunki w kościołach, ale o coś ważniejszego – o obraz Boga, który nosimy w sobie, w duszy. Jakże często jest on bardzo daleki od tego, który zostawił nam Chrystus w Ewangelii. Ta wewnętrzna „ikona” Boga bywa zniekształcona tak dalece, że zamiast zachęcać do ufności, bliskości czy modlitwy, może często odpychać od Boga, napawać lękiem, zniechęcać.

    W 2015 r. w kinach wyświetlano film pt. „Zupełnie Nowy Testament”. Bohaterem był Bóg, a dokładniej Jego karykatura. Bóg był ukazany jako zrzędny pijaczyna mieszkający w Brukseli, który siedzi w pidżamie i kapciach, pije wódkę, tyranizuje swoją rodzinę, całymi dniami przesiaduje przed „boskim” komputerem, zajmując się zatruwaniem ludziom życia przez przeróżne złośliwości. Film reklamowano jako „diabelsko śmieszną komedię”. Zaiste, było w tym coś diabolicznego. A gdzie szatan, tam i głęboki smutek maskowany rechotem. Przypominam ten film, bo jest to dobry przykład na to, jak bardzo zniekształcony obraz Boga może powstać w głowach i sercach współczesnych. Jeśli ktoś wyobraża sobie Boga jako patologicznego, zazdrosnego złośliwca, który utrudnia wszystkim życie swoimi przestarzałymi zasadami, to ostatnią rzeczą, jaką można zrobić, jest Mu zaufać. Robota diabła polega dokładnie na tym – na serwowaniu nam karykatury, zamiast autentycznego obrazu Boga, i osłabianiu zaufania do Niego.

    Tak było już w raju pod drzewem poznania dobra i zła. Nie ufajcie Bogu – wmawiał ludziom wąż starodawny. – On wam zabrania tylu rzeczy, bądźcie odważni, bądźcie sobą, wybierzcie wolność, czyli siebie. Ta diabelska propaganda w ciągle nowych wcieleniach mąci nam w głowach i sercach. Nie bez sukcesów, niestety. Dlatego tak aktualne są słowa: „Jezu, ufam Tobie”. To odpowiedź na tę odwieczną pokusę.

    Kto więcej zaufa, więcej otrzyma

    W takim kontekście doceńmy dar, jakim jest wizerunek Jezusa Miłosiernego. Chrystus w ten sposób przychodzi nam z pomocą. Jego istotą jest połączenie prawdy o ukrzyżowaniu („spojrzenie Jezusa powinno być jak z krzyża”) i zmartwychwstaniu. Jezus usilnie prosił s. Faustynę: „Niech ten obraz będzie wystawiony na widok publiczny, niech ludzie modlą się przed nim, niech pomaga im odnowić obraz Boga Miłosiernego w sobie. Niech poczują siłę Mojego kochającego spojrzenia, niech wejdą w promieniowanie Mojego miłosierdzia. Niech spływa na nich Moje błogosławieństwo i przebaczenie”.

    Jezus jest niewyczerpanym źródłem łask. Daje nam wszystko, co potrzebne do świętości. Ale warunek korzystania z tych łask jest jeden: zaufanie. „Łaski z Mojego miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest – ufność. Im dusza więcej zaufa, tym więcej otrzyma. Wielką Mi są pociechą dusze o bezgranicznej ufności, bo w takie dusze przelewam wszystkie skarby swych łask. Cieszę się, że żądają wiele, bo Moim pragnieniem jest dawać wiele, i to bardzo wiele. Smucę się natomiast, jeżeli dusze żądają mało, zacieśniają swe serca”.

    Kiedy idziemy do źródła, możemy oczekiwać obfitości wody, ale jeśli nie zabierzemy ze sobą naczynia do czerpania, ta droga może okazać się daremna. Ksiądz Krzysztof Grzywocz podczas rekolekcji o ufności opowiadał m.in. historię pewnego człowieka, który modlił się przed wizerunkiem Jezusa w Łagiewnikach. Ów mężczyzna, patrząc na napis „Jezu, ufam Tobie”, ku własnemu zaskoczeniu wypowiedział nagle słowa: „Jezu, ja nie ufam Tobie”. Coś w nim pękło. Rozpłakał się, wzruszył. Odkrył, jak głęboko nie ufał ani sobie, ani innym, ani Bogu. I właśnie wtedy, gdy szczerze przed Jezusem przyznał się do swojej nieufności, miał wrażenie, że wreszcie modli się autentycznie. „Jaka ufność musiała go ogarnąć, aby takie słowa powiedzieć” – komentował ks. Grzywocz.

    Słyszałem kiedyś świadectwo dziewczyny, która opowiadała o początku swojej świadomej wiary. W jej parafii odbywało się przygotowanie do bierzmowania, nie zaliczyła obowiązkowych spotkań. Ostatnią szansą była oaza. Postanowiła „zapisać się na niby” do grupy oazowej, żeby załapać się na bierzmowanie. Animatorka na spotkaniu grupy postawiła pytanie: „Kim jest dla ciebie Jezus?”. Padały piękne odpowiedzi: jest Światłem, Dobrym Pasterzem, Drogą, Prawdą i Życiem, itd. Układała w głowie jakąś pobożną formułkę. Kiedy przyszła jej kolej, powiedziała głośno: „Jezus jest dla mnie nikim”. To był początek jej drogi wiary. Poczuła się przyjęta przez Jezusa ze swoją niewiarą, udawaniem. Tak się zaczęło w jej życiu coś pięknego.

    Przed Bogiem nie musimy niczego udawać, recytować pięknych zdań bez pokrycia. Przed Nim jesteśmy zawsze nadzy i nie musimy się tego wstydzić. Nie trzeba przykrywać swojej nędzy maską, grać pobożniejszych, niż jesteśmy. Możemy stanąć z naszym grzechem, brudem, zwątpieniem, nieczystością… Zapłakać jak Piotr. Poddać się. Bezbronnie. Ręce do góry. Panie, Ty wiesz, Ty wszystko wiesz.

    Ufność, czyli skok

    Jezu, ufam Tobie! Co znaczą te słowa? Jak je rozumieć?

    Jezu… Zauważmy, że zwracamy się tu do Pana po imieniu, bezpośrednio i osobiście. Nawet nie „Panie Jezu”, ale po prostu „Jezu”. „Nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12).

    Ufam… Zaufanie pojawia się między osobami, które się znają, są sobie bliskie. Jeśli ufam Jezusowi, to znaczy, że znam Go na tyle, że mogę Mu ufać. Dzieci z natury ufają swoim rodzicom. Im bardziej jednak stajemy się dorośli, tym trudniej nam ufać. Tylko miłość burzy mur nieufności, podejrzliwości, dystansu. Ufam temu, o którym wiem, że mnie kocha i mi ufa. Ufność rodzi ufność. Aby zaufać, konieczna jest pokora, uznanie tego, że nie jestem samowystarczalny. Potrzebuję pomocy, potrzebuję kogoś, potrzebuję ciebie.

    Ufam… „Zaufał Panu, niech go Pan wyzwoli” (Ps 22). Tak wołano do Jezusa pod krzyżem. Zaufanie Jezusa do Ojca oznaczało wytrwałość w obliczu cierpienia i triumfu zła. Ufność nie traci nadziei w obliczu próby. Nie oczekuje natychmiastowej nagrody. Nie muszę wszystkiego rozumieć. Bóg wie lepiej. Ufność jest wciąż poddawana próbie. Wymaga nowych aktów woli, ponawiania zaufania. Każda pokonana próba wzmacnia ufność.

    Tobie… Jakbyśmy byli z Jezusem „na Ty”. Brzmi tu jakaś zażyłość. Święty Tomasz, gdy dotknął Zmartwychwstałego, wyznał: „Pan mój i Bóg mój”. Pan mu powiedział: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. To błogosławieństwo dla ufających, czyli wierzących pośrodku ciemności. Ufność jest skokiem. Jak w tym starym przykładzie o dziecku, które miało wyskoczyć przez okno z płonącego domu, ale w kłębach dymu nie widziało ojca. – „Skacz” – woła tata. „Ale tato, ja ciebie nie widzę”. „Skacz, jestem, złapię cię, nie bój się”. To jest właśnie zaufanie. Nie teoria, ale decyzja, powierzenie się. Skok… w mocne ramiona Zbawcy, Ratownika.

    „Powiedz zbolałej ludzkości, niech się przytuli do miłosiernego serca mojego, a ja ich napełnię pokojem. Powiedz, córko moja, że jestem miłością i miłosierdziem samym. Kiedy dusza zbliża się do mnie z ufnością, napełniam ją takim ogromem łaski, że sama w sobie tej łaski pomieścić nie może, ale promieniuje na inne dusze”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 23 LUTY – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA DLA HARCEREK I HARCERZY

    DZIŚ WSPOMINAMY PATRONA HARCERSTWA POLSKIEGO

    Przez całe życie, także w kapłaństwie, był wierny ideałom harcerstwa. Niósł pomoc innym do końca. Zmarł na tyfus w obozie koncentracyjnym Dachau.

    Bł. Stefan Wincenty Frelichowski, prezbiter
i męczennik
    bł. Stefan Wincenty Frelichowski, prezbiter i męczennik

    ***

    Błogosławiony Stefan Wincenty Frelichowski już w latach szkolnych związał się z harcerstwem. Działał w 24. Pomorskiej Drużynie Harcerskiej im. Zawiszy Czarnego, do której wstąpił w marcu 1927 r. Jako uczeń męskiego Gimnazjum Humanistycznego w Chełmży należał też do Sodalicji Mariańskiej i w 1930 r. został jej prezesem. Kiedy zdecydował się wstąpić na drogę kapłaństwa, tak to uzasadnił: „Wiem, że to najlepsza droga. Ufam, że Jezus mi dopomoże, bo dla Niego ta ofiara. Wiem, że niegodny jej jestem, ale chcę być kapłanem wedle Serca Bożego. Tylko takim. Innym nie”. Jeszcze jako diakon został kapelanem i sekretarzem bp. Stanisława Okoniewskiego. Święcenia kapłańskie otrzymał 14 marca 1937 r. Pracował jako wikariusz w parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Toruniu. Angażował się szczególnie w pracę z dziećmi, prowadził apostolstwo chorych, pełnił również funkcję kapelana Chorągwi Pomorskiej ZHP i redaktora Wiadomości Kościelnych.

    Został aresztowany przez Niemców w Toruniu 17 października 1939 r. i osadzony najpierw w Forcie VII, a potem w kolejnych niemieckich obozach koncentracyjnych: Stutthof, Grenzdorf, Sachsenhausen i Dachau. Organizował wspólne modlitwy, wspierał najbardziej umęczonych i załamanych współwięźniów. „Żyjąc Bogiem, od pierwszych lat kapłaństwa szedł z bogactwem swojego kapłańskiego charyzmatu wszędzie tam, gdzie trzeba było nieść łaskę zbawienia” – powiedział w homilii Jan Paweł II podczas Mszy św. beatyfikacyjnej ks. Frelichowskiego 7 czerwca 1999 r. w Toruniu.

    W Dachau ks. Frelichowski opiekował się chorymi na tyfus, przekradał się do ich baraków, by nieść im pomoc i umacniać Eucharystią. Udało mu się pozyskać do tej posługi 32 polskich księży, którzy zgłosili się, by na tych blokach pielęgnować zakażonych.

    Ksiądz Frelichowski do końca pozostał wierny Chrystusowi. W swoich pamiętnikach zanotował: „O śmierci, dobry jest sąd twój. Patrząc na śmierć, nie tylko spostrzegamy to, co przeminie; to, do czego ona ma prawo, ale i to, do czego prawa nie ma, i to pielęgnujmy w życiu i o to się starajmy. Nie przeminie życie Boże, jakie w nas jest, a my w nim. Życie, to jest piękne i dusza w łasce jest piękniejsza od pierwszej piękności świata. I ta piękność duszy pozostanie zawsze”.

    22 lutego 2003 r. bł. Stefan Wincenty został ogłoszony patronem harcerstwa polskiego.

    Bł. Stefan Wincenty Frelichowski, prezbiter i męczennik
    ur. 22 stycznia 1913 r. w Chełmży
    zm. 23 lutego 1945 r. w Dachau

    ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 24 LUTY – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.30 – DROGA KRZYŻOWA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ____________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 25 LUTY – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW./ KATECHEZA DLA DZIECI I RODZICÓW

    GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚWIĘTA Z I NIEDZIELI POSTU

    INTENCJA MSZY ŚW. – ZA WSPÓLNOTĘ ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    PO MSZY ŚWIĘTEJ BĘDĄ PODANE INTENCJE RÓŻAŃCOWE NA MIESIĄC MARZEC. ___________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Orędzie papieża Franciszka na Wielki Post 2023

    Jego słuchajcie
    Przemienienie Pańskie na Górze Tabor/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***
    Jak do nas przemawia?

    Przede wszystkim w Słowie Bożym, które Kościół ofiarowuje nam w liturgii: nie pozwólmy, by padło ono w pustkę. Jeśli nie zawsze możemy uczestniczyć we Mszy Świętej, czytajmy czytania biblijne dzień po dniu, także z pomocą internetu. Oprócz Pisma Świętego, Pan przemawia do nas w braciach i siostrach, zwłaszcza w obliczach i historiach tych, którzy potrzebują pomocy.

    Drodzy bracia i siostry!

    Ewangelie Mateusza, Marka i Łukasza zgodnie opisują wydarzenie przemienienia Jezusa. Widzimy w nim odpowiedź Pana na niezrozumienie, jakie okazali mu jego uczniowie. Nieco wcześniej bowiem doszło do poważnej kontrowersji między Nauczycielem a Szymonem Piotrem, który po wyznaniu wiary w Jezusa jako Chrystusa, Syna Bożego, odrzucił Jego zapowiedź męki i krzyża. Jezus stanowczo go upomniał: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki!” (Mt 16, 23). A „po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno” (Mt 17, 1).

    Ewangelia o Przemienieniu Pańskim jest głoszona co roku w drugą niedzielę Wielkiego Postu. Rzeczywiście w tym okresie liturgicznym Pan bierze nas ze sobą i prowadzi na miejsce odosobnione. Nawet jeśli nasze normalne obowiązki wymagają od nas pozostania w naszych zwykłych miejscach, przeżywając powszedniość często powtarzaną, a niekiedy nudną, to w okresie Wielkiego Postu jesteśmy zaproszeni do „wejścia na wysoką górę” razem z Jezusem, aby przeżyć wraz ze świętym ludem Bożym szczególne doświadczenie ascezy.

    Asceza wielkopostna to usiłowanie, zawsze ożywiane łaską, do przezwyciężenia naszego braku wiary i oporów, żeby pójść za Jezusem drogą krzyżową. Tego właśnie, czego potrzebowali Piotr i inni uczniowie. Aby pogłębić naszą znajomość Nauczyciela, by w pełni zrozumieć i przyjąć tajemnicę boskiego zbawienia, realizowanego w całkowitym darze z siebie z miłości, musimy dać się Jemu prowadzić na miejsca odosobnione i w górę, odrywając się od przeciętności i próżności. Trzeba wyruszyć w drogę, drogę wiodącą pod górę, wymagającą wysiłku, ofiarności i koncentracji, jak wyprawa w góry. Te wymagania są ważne także dla procesu synodalnego, w realizację którego zaangażowaliśmy się jako Kościół. Warto, abyśmy podjęli refleksję nad tym powiązaniem, jakie istnieje między ascezą wielkopostną a doświadczeniem synodalnym.

    Na „rekolekcje” na górze Tabor Jezus zabiera ze sobą trzech uczniów, wybranych by byli świadkami wyjątkowego wydarzenia. Chce, aby to doświadczenie łaski nie było indywidualne, lecz wspólne, jak zresztą całe nasze życie wiary. Za Jezusem idzie się razem. I razem, jako Kościół pielgrzymujący w czasie przeżywamy rok liturgiczny, a w nim Wielki Post, idąc z tymi, których Pan postawił obok nas jako współtowarzyszy podróży. Podobnie jak w przypadku wejścia Jezusa i uczniów na górę Tabor, możemy powiedzieć, że nasza wielkopostna droga jest „synodalna”, ponieważ odbywamy ją razem na tej samej drodze będąc uczniami jedynego Nauczyciela. Wiemy bowiem, że On sam jest Drogą, a zatem – zarówno w drodze liturgicznej jak i synodalnej – Kościół nie czyni nic innego, jak tylko coraz głębiej i pełniej wchodzi w tajemnicę Chrystusa Zbawiciela.

    I dochodzimy do punktu kulminacyjnego. Ewangelia opowiada, że Jezus „przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło” (Mt 17, 2). Tu jest „szczyt”, cel podróży. Po wejściu, przebywając z Jezusem na wysokiej górze trzem uczniom zostaje dana łaska ujrzenia Go w Jego chwale, jaśniejącego nadprzyrodzonym światłem, które nie pochodziło z zewnątrz, ale promieniowało z Niego samego. Boskie piękno tej wizji było nieporównywalnie większe niż jakikolwiek trud, jaki uczniowie mogliby podjąć, wchodząc na Tabor. Podobnie jak w każdej trudnej górskiej wyprawie: w miarę wchodzenia trzeba skoncentrować spojrzenie na ścieżce, ale panorama, która otwiera się na końcu, zaskakuje i odpłaca swoim cudem. Także proces synodalny często wydaje się żmudny i chwilami możemy się zniechęcić. Ale to, co czeka nas na końcu, to niewątpliwie coś wspaniałego i zaskakującego, co pomoże nam lepiej zrozumieć wolę Boga i naszą misję w służbie Jego królestwa.

    Doświadczenie uczniów na górze Tabor zostaje dodatkowo ubogacone, gdy obok przemienionego Jezusa pojawiają się Mojżesz i Eliasz, uosabiając odpowiednio Prawo i Proroków (por. Mt 17, 3). Nowość Chrystusa jest wypełnieniem Starego Przymierza i obietnic: jest nierozerwalnie związana z dziejami relacji Boga ze swoim ludem i odsłania jej głęboki sens. Podobnie proces synodalny jest zakorzeniony w tradycji Kościoła, a jednocześnie otwarty na nowość. Tradycja jest źródłem inspiracji do poszukiwania nowych dróg, unikania przeciwstawnych pokus stagnacji i improwizowanego eksperymentowania.

    Zarówno ascetyczna droga wielkopostna, jak i ta synodalna, mają za cel przemianę, tak osobistą, jak i eklezjalną. Przemianę, która w obu przypadkach znajduje swój wzór w przemienieniu Jezusa i dokonuje się dzięki łasce Jego paschalnego misterium. Aby takie przemienienie mogło się w nas w tym roku dokonać, chciałbym zaproponować dwie „ścieżki”, którymi można pójść, by wejść razem z Jezusem i razem z Nim osiągnąć cel.

    Pierwsza odnosi się do nakazu, jaki Bóg Ojciec kieruje do uczniów na górze Taborze, gdy ci kontemplują przemienionego Jezusa. Głos z obłoku mówi: „Jego słuchajcie” (Mt 17, 5). Pierwsza wskazówka jest więc bardzo wyraźna: słuchać Jezusa. Wielki Post jest czasem łaski na ile słuchamy Tego, który do nas mówi. A jak do nas przemawia? Przede wszystkim w Słowie Bożym, które Kościół ofiarowuje nam w liturgii: nie pozwólmy, by padło ono w pustkę. Jeśli nie zawsze możemy uczestniczyć we Mszy Świętej, czytajmy czytania biblijne dzień po dniu, także z  pomocą internetu. Oprócz Pisma Świętego, Pan przemawia do nas w braciach i siostrach, zwłaszcza w obliczach i historiach tych, którzy potrzebują pomocy. Ale chciałbym też dodać inny aspekt, bardzo ważny w procesie synodalnym: słuchanie Chrystusa dokonuje się także przez słuchanie naszych braci i sióstr w Kościele, przez to wzajemne słuchanie, które w niektórych fazach jest głównym celem, ale które zawsze pozostaje niezbędne w metodzie i stylu Kościoła synodalnego.

    Słysząc głos Ojca, „uczniowie, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: «Wstańcie, nie lękajcie się!» Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa” (Mt 17, 6-8). Oto drugie wskazanie na ten Wielki Post: nie chronić się w religijności składającej się z nadzwyczajnych wydarzeń, z sugestywnych doświadczeń, w obawie przed stawieniem czoła rzeczywistości z jej codziennymi zmaganiami, jej trudnościami i sprzecznościami. Światło, które Jezus ukazuje uczniom, jest przedsmakiem chwały paschalnej i ku niej trzeba zmierzać, idąc za „Nim samym”. Wielki Post jest ukierunkowany na Paschę: „rekolekcje” nie są celem samym w sobie, ale przygotowują nas do przeżywania męki i krzyża z wiarą, nadzieją i miłością, aby dotrzeć do zmartwychwstania. Także proces synodalny nie powinien nas łudzić, że dotarliśmy do celu, gdy Bóg daje nam łaskę niektórych mocnych doświadczeń komunii. Także i tam Pan powtarza nam: „Wstańcie i nie lękajcie się”. Zejdźmy na równinę i niech łaska, której doświadczyliśmy, podtrzymuje nas w byciu budowniczymi synodalności w zwyczajnym życiu naszych wspólnot.

    Drodzy bracia i siostry, niech Duch Święty ożywia nas w tym Wielkim Poście w naszym wchodzeniu na górę z Jezusem, by doświadczyć Jego Boskiego blasku i w ten sposób, umocnieni w wierze, abyśmy mogli podążać drogą razem z nim, który jest chwałą swego ludu i światłem pogan.

    Rzym, u św. Jana na Lateranie, 25 stycznia 2023 r., w święto Nawrócenia św. Pawła Apostoła.

    FRANCISZEK

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Gądecki zachęca, aby w Wielkim Poście również praktykować „post oczu”

    „Według badań, przeciętny użytkownik smartfona zagląda do niego 85 razy dziennie. Odtrutką na to zjawisko może się okazać „post oczu”, czyli ograniczenie kontaktu z mediami elektronicznymi”– mówił podczas Eucharystii sprawowanej w poznańskiej Katedrze w Środę Popielcową przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki.

    W homilii przewodniczący KEP zwrócił uwagę na rozpoczynającą się dzisiaj wielkopostną drogę, w czasie której „ludzie ochrzczeni, trwając na modlitwie i w czynnej miłości, przechodzą drogę swego duchowego oczyszczenia przez jałmużnę, modlitwę i post”.

    W homilii przewodniczący KEP zwrócił uwagę na rozpoczynającą się dzisiaj wielkopostną drogę, w czasie której „ludzie ochrzczeni, trwając na modlitwie i w czynnej miłości, przechodzą drogę swego duchowego oczyszczenia przez jałmużnę, modlitwę i post”.

    Abp Gądecki zaznaczył, że starotestamentalny post wyrażał skruchę i nawrócenie, w sposób widzialny. „W tych czasach praktyce postu często towarzyszyły inne zewnętrzne formy umartwienia: płacz, nakładanie worka na ciało, posypywanie głowy popiołem, padanie na twarz” – zauważył metropolita poznański.

    Przewodniczący KEP, przypominając praktyki wielkopostne, podkreślił, że jałmużna pozwala uwolnić się od przywiązania do dóbr ziemskich.

    „Jej praktykowanie uwalnia nas od chciwości i pomaga odkryć, że drugi człowiek jest naszym bratem, zaś my nie jesteśmy autonomicznymi właścicielami, lecz tylko zarządcami dóbr otrzymanych od Stwórcy. Winniśmy więc posługiwać nimi dla dobra bliźnich” – stwierdził abp Gądecki.

    Mówiąc o modlitwie, przekonywał, że „prawdziwa modlitwa jest siłą napędową świata, bo otwiera nas na Boga”.

    Przewodniczący KEP wskazał na pożytki płynące z praktykowania chrześcijańskiego postu.

    Zauważył, że post „pomaga nam unikać grzechu i tego wszystkiego, co do niego prowadzi”.

    „Odmawianie sobie pokarmu materialnego służy celem zaspokojenia o wiele większego głodu, jakiego człowiek doświadcza w swoim życiu, a mianowicie głodu i pragnienia Boga” – mówił metropolita poznański.

    Abp Gądecki zaznaczył, że kiedy pościmy, łatwiej jest nam pokonać pokusy i walczyć z nałogami.

    „Poszczenie zaprawia także do przeżycia braków w dziedzinie moralnej, zarówno własnych, gdyż pomaga w pokucie, jak i bliźnich, bo zwiększa zdolność do wybaczania, wspiera trwałość związków, wyzwala większą otwartość na drugiego człowieka. Przywraca harmonię z otoczeniem” – stwierdził metropolita poznański.

    Przewodniczący KEP podkreślił, że post powinien wiązać się ze wstrzemięźliwością od wszelkiego zła tak w myślach, słowach, jak i w czynach.

    Post, a więc wstrzemięźliwość od pokarmów, winien łączyć się także z „postem oczu”.

    „Jemy nie tylko ustami, dziś miliardy ludzi zajadają się wzrokiem. Według badań, przeciętny użytkownik smartfona zagląda do niego 85 razy dziennie. Odtrutką na to zjawisko może się okazać „post oczu”, czyli ograniczenie kontaktu z mediami elektronicznymi” – przekonywał abp Gądecki.

    Zauważył, że post miły Bogu zawsze owocuje dobrymi uczynkami, zgodnie ze starą chrześcijańską zasadą „moim postem ma się nakarmić głodny”.

    Metropolita poznański wskazał na różnicę między religijnym postem a różnego rodzaju postami podyktowanymi zdrowiem czy urodą.

    „Dziś w miejsce religijnego postu pojawiła się moda na różnego rodzaju oczyszczające głodówki, w imię urody, zdrowia, które współczesna medycyna pochwala, o ile – rzecz jasna – stosuje się je w sposób rozumny” – stwierdził przewodniczący KEP.

    Podkreślił, że „wszystkie te „świeckie” posty skoncentrowane są na ciele człowieka, jego wyglądzie i zdrowiu, co ma swoją wartość. Niemniej jednak największą wartość postu odkrywamy dopiero wtedy, gdy dostrzeżemy jego zbawienny wpływ na życie duchowe człowieka”.

    „Niech więc Wielki Post posłuży każdej osobie, rodzinie i chrześcijańskiej wspólnocie do pogłębienia tego, co karmi duszę, otwierając ją na miłość Boga i bliźniego” – powiedział abp Gądecki.

    Metropolita poznański zainaugurował też tegoroczne pielgrzymowanie po kościołach stacyjnych Poznania.

    Abp Gądecki rzuca wielkopostne wyzwanie i zachęca do praktykowania „postu oczu”

    Abp Stanisław Gądecki (episkopat.pl)/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cena miłości

    O biblijnej perspektywie przeżywania Wielkiego Postu i odkrywaniu miłości Boga do człowieka w tajemnicy paschalnej z s. dr hab. Judytą Pudełko PDDM rozmawia Monika M. Zając

    Siostra dr hab. Judyta Pudełko

    Monika M. Zając: Rozpoczął się Wielki Post. Czy przeżywanie tego świętego czasu w zgromadzeniu ma jakąś szczególną specyfikę?

    S. dr hab. Judyta Pudełko: Nasze przeżywanie Wielkiego Postu jest zupełnie normalne, związane z katolickim rozumieniem tego okresu. Przygotowujemy się do przeżywania najważniejszego wydarzenia w rzeczywistości naszej wiary, tj. misterium paschalnego. W Środę Popielcową słyszymy Ewangelię o trzech postawach, które powinny wyznaczać naszą wielkopostną drogę: modlitwa, post, jałmużna. Z ich perspektywy podejmujemy decyzje, intencje modlitewne czy wyrzeczenia, patrząc na bardzo konkretną sytuację, w jakiej znajdujemy się jako wspólnota, Kościół i świat.

    Jakie porady na ten szczególny czas odnajdziemy w Biblii?

    Jezus mówi nam, jaka jest rzeczywistość postu chrześcijanina. Będą pościć, gdy będzie im zabrany Pan Młody [Mt 9, 14-15]. Post chrześcijanina to nie jest asceza dla samej ascezy czy własnego udoskonalenia, ale jest bardzo ściśle połączona z osobą Chrystusa, naszego Pana i Mistrza, Oblubieńca Kościoła. Kiedy zanurzamy się w tajemnicę Jego cierpienia i krzyża, to również my jako część Jego Ciała, jako Jego Kościół, łączymy się z tym wszystkim, co towarzyszyło Mu podczas męki. Staramy się też szczególnie dostrzegać cierpiącego Chrystusa w drugim człowieku. Ale nie możemy też zapominać o niesamowicie pozytywnym wydźwięku tajemnicy paschalnej, że ona przynosi nam prawdę o odkupieniu. Człowiek powraca do Boga, dlatego że Bóg wyszedł najpełniej do człowieka w Chrystusie, że zapłacił najwyższą cenę oddając swojego Syna, wydając Go w ręce grzesznych ludzi.

    Grzech doprowadził do śmierci Syna Bożego, ale to On odniósł ostateczne zwycięstwo…

    Z tej wielkiej tragedii, jaką było zabicie Syna Bożego Bóg, wyprowadził największe dobro. Chrystus zmartwychwstał i obdarzył nas swoim niekończącym się życiem. To jest najważniejszy element tajemnicy paschalnej. I to jest powód również szczególnej radości i wdzięczności każdego chrześcijanina, aby odkrywać to każdego roku na nowo. Moja najgłębsza tożsamość, jaką jest bycie chrześcijaninem, wynika z tej prawdy, że Chrystus umarł i zmartwychwstał. Daje mi to zupełnie nowe spojrzenie na wszystko, co się dzieje w moim życiu i w świecie, który jest odkupiony przez Boga.

    Radość paschalna potwierdza się także w doświadczeniu naszego osobistego nawrócenia.

    Nawrócenie ma nas doprowadzić do tej świadomości, że wszystko czyni dla nas Bóg. Czasami za dużą wagę przykładamy do tego, że to my coś robimy dla Boga, że my się dla Niego umartwiamy, wyrzekamy wielu rzeczy. A te nasze wyrzeczenia czy umartwienia mogą nas jedynie otworzyć na przyjęcie daru Boga, bo to On czyni wszystko dla nas. My mamy się nawracać i wierzyć w Ewangelię. To było ośrodkiem orędzia Jezusa Chrystusa, który zaczął nauczać w Galilei, wzywając do nawrócenia i wiary w Ewangelię. Uwierz w to, że Bóg przychodzi cię zbawić, za darmo. Bóg nam daje wszystko. A naszym zadaniem w tym życiu jest to przyjąć.

    Jak zatem mądrze wyznaczać sobie wielkopostne postanowienia i cele? Bo można zbanalizować pewne praktyki, np. skupiając się na wyrzeczeniu słodyczy, zapominając przy tym o odnawianiu więzi z Chrystusem i przybliżaniu się do Niego…

    Liturgia I Niedzieli Wielkiego Postu zawsze wyprowadza nas na pustynię i pokazuje nam kuszenie Chrystusa. To nie były rzeczy złe, ale przeszkody, które demon próbował postawić na drodze Jego mesjańskiego posłannictwa. Kościół po to daje nam tę Ewangelię, abyśmy zadali sobie pytanie, co mi przeszkadza w relacji z Chrystusem, w byciu chrześcijaninem. Każdy musi sobie sam odpowiedzieć, jakie ma idole, bożki, to wszystko, co mi przysłania Boga i właściwą hierarchię wartości. Ten przysłowiowy cukierek jest pewnym symbolem wszystkiego, co się kojarzy z konsumpcją, z krążeniem wokół siebie, swoich potrzeb, z zaabsorbowaniem światem materialnym czy wirtualnym – to wszystko może nas tak wypełniać, że nie widzimy poza tym ani Boga, ani drugiego człowieka. Dlatego asceza powinna doprowadzić nas do wewnętrznej wolności, aby przyjąć dar nowego życia od zmartwychwstałego Chrystusa.

    Bywa tak, że okres 40-dniowego Wielkiego Postu dla niektórych staje się tylko okresem Wielkiego Tygodnia. W Niedzielę Palmową przypominają sobie, że trzeba pójść do spowiedzi, a może jeszcze wziąć udział w ostatniej Drodze Krzyżowej czy „Gorzkich żalach”. Jak dobrze zaplanować ten czas, aby nie stracić kolejnej szansy nawrócenia i odnowy życia, którą daje nam Kościół?

    Ważne jest uczestnictwo w rekolekcjach wielkopostnych, czy to parafialnych, czy prowadzonych w centrach duchowości. Możemy też skorzystać z konferencji, które odnajdziemy w Internecie. Następnie lektura Słowa Bożego, które prowadzi nas w tym czasie. Zwłaszcza Liturgia Słowa na każdą Niedzielę Wielkiego Postu, która w harmonijny sposób kieruje nas ku misterium paschalnego przeżywanego w Wielkim Tygodniu. Do 5. Niedzieli Słowo skoncentrowane jest wokół nawrócenia człowieka i Miłosierdzia Boga. Później przyglądamy się już Chrystusowi cierpiącemu.

    A jak dobrze przeżywać nabożeństwa pasyjne, aby nie stały się tyko tkliwą praktyką, swoistym wielkopostnym folklorem?

    Mają one nie tylko pobudzać nasze uczucia wobec ogromu cierpień Jezusa, ale przede wszystkim pokazać ogrom miłości Boga wobec nas, że odkupiła nas Jego miłość. Cierpienie było konkretną ceną, którą Bóg zapłacił w związku z grzechem człowieka. I temu mamy się przyglądać, widzieć, jak bardzo jesteśmy kochani przez Boga i jak bardzo On na nas czeka. Jest w stanie zapłacić każdą cenę za mnie.

    Siostra dr hab. Judyta Pudełko. Zgromadzenie Uczennic Boskiego Mistrza (PDDM), doktor teologii biblijnej, doktor hab. w dziedzinie nauk teologicznych, wykładowca Akademii Katolickiej w Warszawie.

      Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sakrament ratunkowy

    Witraż w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Brzezinach Śląskich.
    Witraż w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Brzezinach Śląskich.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    *****

    Spowiedź jest łaską, której ogromu nie pojmujemy. Czasami jednak przeczuwamy – zarówno penitenci, jak i spowiednicy.

    Był ciepły majowy wieczór 2017 roku. Zadźwięczał telefon ks. Łukasza Zygmunta, kapelana Państwowej Straży Pożarnej w Kielcach (obecnie także rzecznika prasowego diecezji kieleckiej). Dzwonił strażak, prosząc o natychmiastowe przybycie na miejsce wypadku.

    – Poszkodowana matka z dzieckiem. Potrzebne księdza wsparcie – usłyszał.

    Kiedy kapłan przybył na wskazane miejsce, zorientował się, że zdarzyła się tragedia. Ciało potrąconego czteroletniego dziecka leżało już za parawanem, nad nim płakała babcia. Strażacy wyjaśnili, że matka chłopca w ciężkim stanie została zabrana przez zespół ratunkowy.

    – Pojechałem do szpitala, żeby udzielić jej sakramentów. Przed salą intensywnej terapii zobaczyłem płaczącego męża potrąconej kobiety. Po spełnieniu posługi wróciłem na miejsce zdarzenia, ale nie dawała mi spokoju myśl, że ojciec zabitego dziecka pozostał w tej tragedii sam. Poczułem, że powinienem pojechać do jego domu – opowiada.

    Przybył tam już po zmroku. W domu światło było zgaszone. Mężczyzna siedział w pokoiku swojego syna i patrzył w jeden punkt.

    – Przedstawiłem się. Poznał mnie. Usiadłem, a on zaczął opowiadać o dziecku, o żonie. Mówił, że syn był wspaniały, grzeczny, że w nim pokładał swoje nadzieje. Czułem, jak wielki ból przeszywa jego duszę. Po chwili powiedział: „Proszę o modlitwę, bo ja nie umiem się teraz modlić”. Zacząłem się modlić Koronką do Bożego Miłosierdzia, potem Różańcem. W pewnym momencie ten człowiek poprosił mnie o spowiedź. Zaczął wyznawać swoje grzechy z całego życia. Płakał. Kiedy wyciągnąłem ręce nad jego głową, wypowiadając słowa rozgrzeszenia, miałem wrażenie, jakby ogarnęło go Boże światło – wspomina duchowny. Wciąż porusza go to, co nastąpiło w tym momencie. Mężczyzna wyprostował się. „Proszę księdza, ja mam dla kogo żyć. Moja żona walczy o życie, muszę zorganizować pogrzeb syna” – powiedział. Zaczął zapalać światło w całym domu.

    – Poczułem wtedy, jak sprawdzają się słowa, które wypowiedział Chrystus do apostołów po swoim zmartwychwstaniu: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone…”. Autentycznie czułem obecność Jezusa Chrystusa, który w tym cierpieniu przyszedł przez sakrament pokuty i pojednania do serca tego człowieka. Z ciemności zrodziło się światło, z niepokoju zrodził się wielki pokój, a z bólu nadzieja. Uświadomiłem sobie, że Pan Jezus, kiedy odpuszcza nam grzechy, przychodzi ze swoim pokojem – zamyśla się kapłan.

    Pokój Chrystusowy pozostał w sercu tego mężczyzny także w kolejnych dniach. Ksiądz na jego prośbę towarzyszył mu przy pożegnaniu z synem przed pogrzebem. – Widziałem, że cały czas mimo bólu, jaki przeżywał, Jezus Chrystus przytula go do swojego serca – wspomina. Zapewnia, że to było dla niego ważne doświadczenie: widzieć, jak realnie spowiedź daje pokój, którego świat dać nie może.

    – Jako kapelan straży pożarnej jestem obecny razem z psychologiem przy wielu różnych tragediach. Najczęściej on wysyła mnie jako pierwszego, żebym wyczuł sytuację, żebym ocenił, czy on jest potrzebny, czy też trzeba raczej modlitwy i Bożego ratunku. Bo są sytuacje, których człowiek nijak nie może wytłumaczyć ludzkim językiem, ale może pomóc błogosławieństwem czy sakramentalnym rozgrzeszeniem – zaznacza.

    Chciałam apostazji

    Spowiedź nie jest zabiegiem kosmetycznym. Chodzi w niej nade wszystko o odnowienie relacji z Bogiem.

    „Kiedy idę do spowiedzi, to po to, aby doznać uzdrowienia, uleczyć swoją duszę. Aby wyjść z większym zdrowiem duchowym. Aby przejść od nędzy do miłosierdzia. A centrum spowiedzi nie są grzechy, które wypowiadamy, ale Boża miłość, którą otrzymujemy i której zawsze potrzebujemy. W centrum spowiedzi jest Jezus, który czeka na nas, słucha nas i nam przebacza” – przypomina papież Franciszek. I dodaje: „Pamiętajmy o tym: w sercu Boga jesteśmy wcześniej niż nasze błędy”.

    Tej uprzedzającej miłości Boga doświadczyła niedawno Katarzyna z Rybnika. Przez 18 lat była w ruchu Hare Kriszna. Z początku bardzo się angażowała, ale jej zapał stopniowo gasł, tłumiony przez życiowe trudności. W końcu przestała wierzyć w boga Krisznę, ale też w ogóle w Boga. Mimo to narastał w niej gniew na Boga, w którego, jak deklarowała, nie wierzyła.

    – Kiedy w drodze do pracy przechodziłam koło bazyliki, strasznie wyzywałam na Jezusa, obwiniałam Go o wszystko, co wydarzyło się w moim życiu. I robiłam to najgorszymi epitetami, jakie znałam. Ponieważ wciąż byłam formalnie katoliczką, na początku minionego roku postanowiłam dokonać apostazji. Myślałam: nie wierzę w Boga, nie chcę mieć nic wspólnego z żadną religią, więc po co ta fikcja – opowiada.

    Już chciała sfinalizować formalności, ale przyszło jej do głowy, żeby najpierw zrobić kurs prawa jazdy. Jej instruktorem został Piotr, jak się później okazało – członek ewangelizacyjnej Wspólnoty Jezusa Miłosiernego. Nie rozmawiali o Bogu, nic nie wiedzieli o sobie.

    W nocy z 23 na 24 kwietnia minionego roku stało się coś dziwnego. – Przyśnił mi się Pan Jezus jako światło. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że to jest On. To światło jakby weszło we mnie i usłyszałam wewnątrz siebie: „Głoś moje miłosierdzie”. I koniec. To wszystko. Ale kiedy się obudziłam, moja rzeczywistość całkowicie się zmieniła. Zrodził się we mnie ogromny głód poznania Jezusa. To było dla mnie wielkie zaskoczenie. Kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje. Przecież przestałam wierzyć w Boga… – uśmiecha się.

    Z determinacją zaczęła szukać informacji o Jezusie w internecie, pytała znajomych, ale nie otrzymała satysfakcjonujących odpowiedzi. Aż nadszedł dzień, gdy miała ostatnią jazdę w ramach kursu.

    – Nagle to się we mnie skumulowało i mówię do Piotra: „Ty, ja się chyba nawróciłam”. Myślałam, że weźmie mnie za wariatkę, a on spojrzał na mnie i powiedział: „Tak? Kontynuuj”. Ja do niego: „A ty jesteś w ogóle wierzący?”. On potwierdził, więc zaczęłam opowiadać. Kiedy skończyłam, Piotr powiedział mi, że ten sen miałam w nocy przed świętem Miłosierdzia Bożego. „To nie jest przypadek” – stwierdził i zaprosił mnie na następny dzień na spotkanie Wspólnoty Jezusa Miłosiernego – wspomina Kasia.

    Piotr przed spotkaniem podarował jej Nowy Testament. „To jest najlepsza książka o Panu Jezusie” – powiedział.

    Na spotkaniu usiadła z tyłu kościoła. – Kiedy zaczęło się uwielbienie, ryczałam jak bóbr. Potężnie doświadczałam w tym uwielbieniu obecności Boga. Czułam, jakby robił operację na moim sercu. W nocy zaczęłam czytać Pismo Święte. Gdy doszłam do opisu tonącego Piotra i przeczytałam pytanie Jezusa: „Dlaczego zwątpiłeś?”, to było jakby do mnie. Potem każde spotkanie było dla mnie takie „łzawe” i głęboko mnie przemieniało. Ale już po pierwszym zaczęłam chodzić do kościoła. Razem z tym pojawiła się we mnie ogromna potrzeba spowiedzi, oczyszczenia, i pragnienie przyjmowania Komunii. Tylko że nie wiedziałam, jak do tego podejść. Gorąco modliłam się o możliwość wyspowiadania się, ale nie znałam żadnego księdza i to mnie blokowało. Jedynym „ludzkim”, znanym mi, był ksiądz Adrian, opiekun wspólnoty, ale nie miałam odwagi, żeby go poprosić. A potrzeba narastała. Aż któregoś dnia po spotkaniu ksiądz Adrian podchodzi i mówi: „Widzę, że regularnie przychodzisz. Jak tam u ciebie z sakramentami?”. Odpowiedziałam, taka dumna: „Chrzest, Komunia i bierzmowanie są” – bo nawet nie wiedziałam, że spowiedź to też sakrament. A on: „A u spowiedzi kiedy byłaś?”. Ja na to: „Eeee… 30 lat temu?”. Ksiądz upewnił się, czy rzeczywiście chcę się wyspowiadać i mówi: „To co, umawiamy się na poniedziałek?” – wspomina.

    To się dopełniło

    Katarzyna próbowała się przygotować. – Jak zobaczyłam w internecie te różne klucze do rachunku sumienia, to się zdziwiłam. O wielu rzeczach nawet nie wiedziałam, że to są grzechy. W końcu przygotowałam się po swojemu na podstawie Dekalogu i z ogromnym stresem poszłam. To był dla mnie akt dużej odwagi. Ksiądz czekał na mnie przed kościołem. Powiedziałam, że nie wiem, jak to się robi, nie pamiętałam żadnych formułek. On uspokoił mnie, powiedział, żebym się nie martwiła. Usiedliśmy w salce przy stoliku i już to mnie zdziwiło, że tak normalnie, a nie „w szafie”. I zaczęłam. To był odlot, że spowiadam się przed księdzem. Była to dla mnie pierwsza w życiu głęboka spowiedź, a przy tym także symboliczne pogodzenie się z Kościołem. Odczułam po niej ogromną radość i wielką ulgę; jakbym stała się o 20 kilo lżejsza. Miałam wrażenie, że Bóg mnie przytulił. Że stanęłam przed miłosiernym Bogiem, który już mi wcześniej wybaczył, ale teraz się to dopełniło. Czułam, że zostałam oczyszczona i spłynął na mnie ogromny pokój. Poczułam też wielkie zaufanie. Z niecierpliwością czekałam, żeby przyjąć Jezusa Eucharystycznego. Na drugi dzień, podczas Mszy wspólnotowej, poszłam pierwszy raz od 30 lat do Komunii. Dla mnie było to ogromne przeżycie i od tej pory zawsze, gdy przyjmuję Komunię, bardzo mnie to wzrusza. Mam poczucie, że ta spowiedź zamknęła pewien etap mojego życia. Poczułam, że jestem znów częścią Kościoła, z którego kiedyś odeszłam.

    Przebaczono mi

    Krytycy sakramentu pokuty uważają, że spowiedź jest utwierdzaniem człowieka w poczuciu bezgrzeszności. Nic podobnego. Spowiedź przynosi świadomość przebaczenia, a to zasadnicza różnica. W człowieku, który doświadcza Bożego przebaczenia, budzi się wdzięczność, a nie zarozumiałość. „Ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje” – mówi Jezus (Łk 7,47b). Tym samym ten, komu wiele wybaczono, wiele miłuje. To miłość pełna pokoju.

    – Ludzie dziś często udają się do różnych specjalistów. Owszem, to jest ważne, istotne. Bóg działa przez lekarzy. Niech jednak pamiętają o zwróceniu się do Tego, który potrafi leczyć rany duszy i wnosić pokój w nasze życie przez sakrament pokuty i pojednania – przekonuje ks. Łukasz Zygmunt.

    Spowiedź jest zdarzeniem przełomowym w życiu wielu chrześcijan. Przełom ten nie wynika z geniuszu spowiednika, lecz z miłosierdzia Bożego, które wylewa się na skruszonego grzesznika. Po naszej stronie jest decyzja syna marnotrawnego: „Wstanę i pójdę do mojego Ojca”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chciwość

    Chciwość

    Modlitwa o wolność od chciwości

    Panie, Ty powiedziałeś: „Nie martwcie się o życie – o to, co będziecie jeść; ani o ciało – o to, w co będziecie się ubierać” (Łk 12,22) A ja mam tyle zmartwień na głowie i rachunków do zapłacenia.

    Proszę: „nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty nie stał się niewiernym, nie rzekł: »A któż jest Pan?« lub z biedy nie począł kraść i imię mego Boga znieważać”. (Prz 30,8-9)

    Jezu, sprzedany za trzydzieści srebrników, strzeż mnie od chciwość i niszczącej żądzy posiadania. Pomóż uwierzyć, że „więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu”. (Dz 20,35) Daj mi serce wrażliwe na biedę i hojne w dzieleniu się.


    Strzeżcie się chciwości! :. autor: ks. Tomasz Jaklewicz
    Chciwy chce mieć zawsze więcej, bez oglądania się na innych, a nawet ich kosztem. Nigdy nie mówi: „dosyć, wystarczy”. Im więcej ma, tym więcej chce. W panteonie współczesnych bóstw pieniądz zajmuje czołową pozycję.


    Chciwość rodzi śmierć :. autor: Marcin Jakimowicz
    Pewien człowiek, imieniem Ananiasz, z żoną swoją Safirą, sprzedał posiadłość i za wiedzą żony odłożył sobie część zapłaty, a pewną część przyniósł i złożył u stóp apostołów.


    Leki na grzechy :.
    Częścią cyklu „Zmartwienia Pana Boga” są obrazki z propozycjami modlitw, które nawiązują do grzechów głównych. Przy układaniu tej modlitwy miałem problem. Bo jaka właściwie cnota jest przeciwieństwem chciwości?

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wyzwolenie i uzdrowienie przez post.

    W jaki sposób post zbliża nas do Jezusa?

    Wyzwolenie i uzdrowienie przez post. W jaki sposób post zbliża nas do Jezusa?  - zdjęcie
    fot. pixabay.com

    ***

    SKACZESZ DO WODY ?

    Przekonajmy się na początku, czy jesteś zupełnie normalny. Wyobraź sobie, że pewnego grudniowego dnia idziesz wzdłuż rzeki. Jest siarczysty mróz. Nagle słyszysz krzyk tonącego dziecka. Ma ono 2 lub 3 latka. Jeśli to właśnie ty nie wskoczysz do wody, aby przyjść mu z pomocą, dziecko zginie. Co robisz? Czy skaczesz, chociaż wiesz, że woda jest lodowata? Tak ?

    Oczywiście, że skaczesz, bo chcesz uratować mu życie. Nie możesz pozwolić, by dziecko zginęło, skoro możesz je uratować. Przecież tak  łatwo jest wskoczyć do wody!

    Tak samo jest z postem. Pozwala on ci uratować wiele istnień ludzkich, nie dopuścić do śmierci wielu młodych ludzi i dzieci, do rozpadu wielu rodzin. Niestety, od prawie pół wieku na Zachodzie zapomnieliśmy o poście i dlatego śmierć zaczęła dokonywać niesłychanego wprost niesłychanego wprost spustoszenia. Czy zauważyliście zależność między zaniechaniem postu a nasileniem się napaści złego ducha? Szatan mógł łatwiej dostać się nawet do Kościoła, ponieważ jego drzwi nie były zamknięte. Matka Boża w Medjugoriu kieruje do nas pełne strapienia wołanie: „Zapomnieliście  o poście!”. Na Zachodzie został on porzucony, trzeba więc do niego powrócić. Jest to bardzo ważne. Matka Boża w Medjugoriu daje 5 podstawowych wskazań, które musimy wprowadzać w życie, jeśli chcemy być święci to znaczy mieć w sobie pełnię miłości a także zwyciężyć szatana. Są one podstawowe w naszej drodze do Boga. Drugie wskazanie jest właśnie tym, którego ludzie nie chcą stosować. W każdym zakątku świata mogę spotkać ludzi gorliwych, wprowadzających w życie słowa Matki Bożej z Medjugoria. Stwierdzam, że stosują się oni do  4 pozostałych wskazań: Msza św, czytanie Pisma św., spowiedź św., różaniec. Gdy jednak mówię do nich o poście, zwieszają głowę i nic nie odpowiadają , ponieważ go zaniechali. Nie zrozumieliśmy czym jest post!. W  Medjugoriu Matka Boża mówi o nim w bardzo piękny sposób. Odsłania piękno i sens postu jako potężnego narzędzia w naszych rękach, narzędzia mocy Bożej, działającej poprzez nas dokonującej niezwykłych rzeczy, których tak bardzo potrzebujemy.

    DWA DNI W TYGODNIU

    MATKA BOŻA prosi, byśmy pościli o chlebie i wodzie dwa dni w tygodniu – w środy i w piątki. Dlaczego właśnie w te 2 dni? Sama Matka Boża wraz ze św. Józefem, Jezusem i wszystkimi pobożnymi Żydami tamtych czasów – pościła 2 dni w tygodniu. W bardzo dawnym dokumencie Kościoła, Didache, pochodzącym z ok. 90 roku n.e., w którym pierwsi uczniowie mówią o życiu chrześcijan pierwszego wieku, czytamy: „Nie zachowujcie postu w tym samym czasie, co obłudnicy. Oni bowiem poszczą w poniedziałek i czwartek, wy natomiast pośćcie w środę i piątek”. To niezwykłe, że Matka Boża chce przywrócić tę tradycję pierwotnego Kościoła wg której sama żyła. Post wpisany jest w religię żydowską, w religię chrześcijańską, jak też i w inne religie. Stosuje go nawet medycyna i niektóre terapie. Każdy lekarz wie, że post jest dobry dla zdrowia.

    Matka Boża nie tłumaczy w swych orędziach, dlaczego mamy pościć właśnie w te dni. Miałam jednak okazję odkryć to dzięki członkom grupy modlitewnej, założonej przez Maryję w Medjugoriu. Przez całe lata nauczała ona tych młodych ludzi za pośrednictwem widzących. To piękne, że wszystko co czyni Maryja , ma tylko jeden cel: wskazywać na Jezusa. Przychodzi dla Jezusa, przychodzi po to, byśmy Go kochali, byśmy zbliżyli się do Jego Serca.

    W JAKI SPOSÓB POST ZBLIŻA NAS DO JEZUSA

    Maryja prosiła, by każdy czwartek był upamiętnieniem daru Eucharystii i kapłaństwa. Pamiątkę tę  mamy przeżywać z wielką miłością. Z radością, wiarą i dziękczynieniem mamy przypominać sobie, że Jezus dał nam swoje Ciało i Krew jako pokarm i napój.  Maryja jest tak bardzo rozmiłowana w Eucharystii, w Chlebie Życia, że daje nam całą środę na to, byśmy przygotowali się do przeżywania tej pamiątki. Maryja pragnie już od środy uwalniać nas od rozproszeń, od innych pokarmów, od zakupów, od przygotowywania posiłków i wszystkich trosk związanych z jedzeniem, abyśmy mogli rozsmakować się w chlebie, w tym pokarmie, który stanie się Ciałem samego Jezusa. Wybrał On bowiem właśnie chleb, by przemienić go w swoje Ciało. W środę nie powinniśmy myśleć o tym, co będziemy jeść następnego dnia. Mamy pościć z radością serca i rozsmakowywać się w chlebie. Mamy przygotowywać  się tak jak naród wybrany podczas swej wędrówki przez pustynię. Bóg zesłał im mannę, chleb z nieba. Lud, który miał prze niej przygotowywał. W taki sam sposób Maryja przygotowuje nas dzisiaj. W czwartek obchodzimy uroczystą pamiątkę ustanowienia Eucharystii, Chleba Życia. Ale Maryja nie chce, byśmy od razu w piątek zajadali się homarami po amerykańsku  czy innymi smakowitymi potrawami . Pragnie, byśmy w piątek nadal czuli smak chleba, aby jak najdłużej przeżywać tę tajemnicę . Podobnie jest z żydowskim szabatem. Dal Żydów jest to najważniejsze święto. Gdy nastaje wieczór i zachodzi słońce , gdy zbliża się koniec szabatu, Żydzi wciąż śpiewają Psalmy i hymny tak, jakby chcieli przedłużyć szabat. Nie chcą go utracić. Szabat jest jak narzeczona. Tak samo piątkowy post pozwala nam jak  najdłużej zachować smak chleba, który przypomina nam  Chleb Życia. Często wyobrażam sobie Matkę Bożą, która pozostała na ziemi wśród Apostołów po Wniebowstąpieniu Jezusa. Czy, gdy wchodziła do kuchni, mogła patrzeć na chleb tak samo, jak przed Ostatnią Wieczerzą? Gdy spoglądała na chleb, na pewno coś drżało w Jej matczynym Sercu: „Mój Syn przychodzi pod postacią chleba, to właśnie chleb stał się moim Synem”. – myślała z pewnością.  Można się domyślać, że nie patrzyła na chleb tak samo, jak na marchew czy ziemniaki. Patrząc na ziarna zboża, z których powstaje chleb, mamy przed oczami  całe dzieje Chrystusa, dzieje Odkupiciela. Gdy Jezus mówi w Ewangelii o ziarnie, widzimy siewcę  i ziarno, które musi obumrzeć. Dopiero gdy obumrze, przyniesie owoc obfity, wyda plon – 30-krotny, 60-krotny, 100-krotny. To całe dzieje śmierci i zmartwychwstania Chrystusa i owoców Odkupienia. Aby ziarno stało się chlebem, trzeba je zmiażdżyć, by zrobić niego mąkę i dopiero z mąki upiec chleb. Tak samo został zmiażdżony Jezus: całe Jego ciało, dusza i serce, cała Jego osoba. Ziarno pszeniczne mówi o historii miłości Jezusa do nas. Jezus pozwolił się zmiażdżyć, abyśmy mogli  Nim się karmić i być przebóstwieni przez ten pokarm. Mówiąc o Chlebie Życia, Jezus powiedział: „kto spożywa ten chleb, ma życie wieczne” Jaki to chleb? „Ten, który daje wam Syn Człowieczy, nie ten, który jedli wasi ojcowie i pomarli”  /J 6,49-51/

    Dlatego w środy i piątki powinniśmy żyć miłością do chleba i historią naszego Odkupienia. Matka Boża chce nas w tym zanurzyć nie tylko duchowo, lecz także w wymiarze materialnym. Maryja jest niewiastą żydowską, bardzo konkretną. Zaleca nam post o chlebie, aby zmusić nas niejako  do  przebywania z Jezusem. Skupia naszą uwagę na miłości i obecności Jezusa i pozwala, byśmy wraz z Nią wielbili GO za to, że w swej pokorze stał się chlebem. Oto prawdziwy sens postu. W samym Medjugoriu Matka Boża dała nam kilka przykładów dla zilustrowania orędzia, które do nas kieruje i ukazania dobrodziejstw, jakie przynosi post o chlebie i wodzie. Tradycja żydowska, a także tradycja chrześcijańska, która jest jej przedłużeniem, uczy nas, że post ma wielką moc przeciwko szatanowi. Sprawa ta jest bardzo ważna, bo dzisiaj  szczególnie zmagamy się z siłami zła. Matka Boża wielokrotnie powtarza w Medjugoriu, że dziś szatan jest tak silny, jak nigdy dotąd. Trudno ogarnąć spustoszenia, jakich dokonuje w rodzinach, w młodych i dzieciach. Niestety dzisiaj na Zachodzie panuje kultura śmierci. Wielu pielgrzymów przyjeżdża do Medjugoria w stanie załamania, ponieważ ich dzieci biorą narkotyki, uprawiają nierząd czy zdążają drogą prowadzącą do śmierci. Podczas spotkań za mną ich rodzice proszą, by widzący pomodlili się o uwolnienie ich dzieci od narkotyków, czy nierządu. Zapewniwszy ich o modlitwie , pytam: „czy pościliście w intencji waszego dziecka?”. W odpowiedzi słyszę: „Bardzo się modlimy, odprawiamy nowenny do Najświętszej Krwi Chrystusa, odmawiamy różaniec”! „Ale nie odpowiadacie na moje pytanie. Czy również pościcie?”. „Ale, siostro, modlimy się!”. Przypominam wówczas o tym, że Maryja mówi o wojnach, które toczą się w rodzinach, w sercach ich dzieci. Może to właśnie taka wojna niszczy teraz życie ich dziecka. „Drogie dzieci – mówi Maryja – postem i modlitwą można powstrzymać wojny.”. Matka Boża nie mówi najpierw o wojnach między narodami, ale o wojnach w łonie rodzin. Mówi, że wojna zaczyna się w naszym sercu. Jeśli nienawidzę mego brata, jeśli zamknęłam drzwi przed jakimś człowiekiem i źle go osądziłam, jeśli go potępiłam, jeśli czuję do niego zazdrość, jeśli go obmawiam, jeśli w moim sercu pozostaje gorycz, wtedy toczy się w nim wojna, która tylko wydostaje się na zewnątrz. To przede wszystkim taką wojnę matka Boża chce usunąć z naszego serca. Jedynym sposobem jest post i modlitwa. Jeśli znajdziecie jakiś inny sposób, to jest to sposób podejrzany.

    Trzeba z niego zrezygnować. Jezus mówi podobnie. Pewnego dnia Apostołowie powrócili zasmuceni, bo tym razem  nie mogli pokonać zła, a przecież mieli w sobie moc Chrystusa. Czynili  cuda, uzdrawiali, uwalniali od złych duchów. Tego dnia się nie udało. Jezus wytłumaczył im, dlaczego tak się stało: „Ten rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem”. ?Mt 17,21/

    Nie zapominajmy o tych dwóch sposobach. Post to coś więcej, niż skok do lodowatej wody, by uratować jedno tonące dziecko. Gdy pościmy o chlebie i wodzie, nie grozi nam zapalenie płuc. Możemy za to uratować życie wielu ludziom nie zapadając na żadną chorobę. Post przywraca zdrowie. Z wielu badań wynika, że na Zachodzie je się o 1/3 za dużo w stosunku to tego, co jest niezbędne dla organizmu. Wiele chorób, a nawet przedwczesnych zgonów, spowodowanych jest nadmiarem pokarmu. Tak więc post zrobi nam dobrze.

    Rodzice, którzy błagacie o uzdrowienie waszego dziecka, dzieci, które błagacie o pojednanie waszych rodziców, wiedzcie, że macie tę moc. Nie módlcie się bez postu i nie pośćcie bez modlitwy. Wszyscy święci pościli.

    W pierwszych tygodniach objawień ludzie z wioski i okolic z wielką uwagą wsłuchiwali się w każde słowo matki Bożej. Mniej więcej dwa miesiące później po rozpoczęciu objawienia Maryja powiedziała: „Szatan ma wobec tej parafii niszczycielski plan. Drogie dzieci, proszę wszystkich parafian, by przez 3 dni pościli o chlebie i wodzie i odmawiali różaniec, aby odnieść zwycięstwo nad szatanem”. Wszyscy jak jeden mąż zrobili to o co prosiła Matka Boża. Przez 3 dni pościli i modlili się jednym sercem, by Maryja mogła zmiażdżyć głowę węża. Czwartego dnia Matka Boża powiedziała: „Drogie dzieci, dziękuję wam za modlitwy i post. Upadł szatański plan, odnieśliśmy zwycięstwo”. Nie powiedziała: „Odniosłam zwycięstwo”, ale: „Odnieśliśmy zwycięstwo”. Potrzebowała wieśniaków z parafii w Medjugoriu, aby zwyciężyć szatana. Jest to bardzo ważne, bo gdyby w tamtych dniach szatanowi udało się przeprowadzić swój plan, nie byłoby Medjugoria, nie byłoby tej całej rzeki błogosławieństwa, która rozlewa się po naszej ziemi od ponad 27 lat. Gdyby nie było Medjugoria, ileż ludzkich istnień nie zostałoby ocalonych, ileż rodzin nie zjednoczyłoby się na nowo, iluż młodych ludzi nie uniknęłoby samobójstwa!.Spójrzmy na dobro, jakie Medjugoriu przyniosło nam samym a wszystko dlatego, że kiedyś 500 parafian z tej wioski poświęciło 3 dni na to, by zwyciężyć szatana. Bóg mógł ofiarować światu Medjugoriu i miliony pielgrzymów mogą tam przybywać, by nabierać sił. Oto jaką moc ma ten, kto odpowiada „tak” na prośbę o post i modlitwę. W 1992 r. Matka Boża powiedziała do Iranki: „Drogie dzieci, proszę was, byście zwyciężali szatana”. Ależ kim ja jestem, bym mogła odnieść zwycięstwo nad szatanem? Czy Matka Boża prosi właśnie mnie, bym go zwyciężyła? Tak. Jestem dzieckiem Bożym i Maryja potrzebuje mnie, potrzebuje każdego z nas bez wyjątku. Mówi: „Kochane dzieci pragnę, abyście zrozumieli, że Bóg wybrał każdego z was, by go użyć w wielkim planie zbawienia ludzkości. Wy nie możecie pojąć, jak wielka jest wasza rola w planie zbawienia”. W tym samym orędziu skierowanym do Iranki Maryja wskazuje na broń, którą możemy zwyciężyć szatana: „Bronią, którą możecie zwyciężyć szatana, jest post i modlitwa. Módlcie się o pokój. Szatan chce zniszczyć tę odrobinę pokoju, którą macie”. W kwietniu 1992 r., gdy bomby zaczęły spadać na całą Bośnię-hercegowinę, a więc także wokół Medjugoria , patrzyliśmy na zniszczenie i śmierć. Pierwsze orędzie po tych bombardowaniach brzmiało: „Drogie dzieci….Tylko modlitwą i postem można wstrzymać wojnę…..Szatan chce w tych dniach zamętu sprowadzić na złą drogę jak najwięcej dusz. Dlatego wzywam was, abyście zdecydowali się na Boga a On was obroni i wskaże co powinniście czynić i jaką drogą iść”.

    Maryja mówiła to także przed wojną. Teraz musiała to powtórzyć.

    CIAŁO

    Dlaczego post tak bardzo osłabia szatana? Można powiedzieć, że wtedy, gdy ofiarujemy Bogu coś, co jest związane z naszym ciałem, oddajemy się MU naprawdę. Łatwo jest dać pieniądze, oddać swój czas, powiedzieć dobre słowo czy zaangażować się w jakąś służbę. Post dotyka nie tylko naszego ciała, lecz także czegoś witalnego. Musimy jeść, aby żyć. Post dotyka więc głębokiego zakorzenionych w nas przyzwyczajeń. Mówi o tym O.Slavko: „Post objawia nasze uzależnienia”. Gdy pościmy o chlebie i wodzie, widzimy, jak zaczynają migać w nas jakby małe światełka: kawa, papieros, wino, czekolada… Ale matka Boża nie przychodzi, by wytykać nam nasze przywiązania. Przychodzi po to, byśmy byli wolni, wyzwoleni. Uświadamiamy sobie, do jakiego stopnia jesteśmy przywiązani do naszych drobnych zwyczajów, do naszych planów. Gdy zaczynałam poć o chlebie i wodzie, od razu odkryłam radość, jaką daje wolność. Mogłam jeść, mogłam nie jeść. Było to dla mnie to samo. Pewna Angielka założyła zgromadzenie zakonne na prośbę Matki Bożej. Któregoś dnia spytałam ją, czy Maryja prosi jej wspólnotę o post. „Tak – odpowiedziała. Maryja prosi byśmy pościli codziennie”. „Codziennie? – spytałam. Ale to niemożliwe!”. „Ależ tak, pościmy codziennie – od drugiej do szóstej po południu”.

    Na to wybuchnęłam śmiechem, ale ona dodała: „My Anglicy, między 4 a 5 zawsze pijemy herbatę i jemy podwieczorek. Jeśli zabierze się Anglikowi herbatę, przestaje on być prawdziwym Anglikiem”. Każdy naród ma inny rodzaj przyzwyczajeń. Apostołowie często nie mieli czasu na jedzenie, ale to im nie przeszkadzało. Nie miało znaczenia, czy zjedli coś, czy te nie, bo ich najważniejszą troską było dzieło Boże. Gdy ofiarujemy coś, co związane jest z naszym ciałem to znak, że naprawdę oddajemy się Bogu. Post w pewien sposób stwarza przestrzeń w naszej duszy, sercu i ciele. Gdy nie jesteśmy zajęci jedzeniem, pojawia się owa przestrzeń dal Boga. Bóg zajmuje ją, przyjdzie do nas tak, jak nigdy przedtem. Jest to w naszym życiu niejako nowe terytorium przeznaczone wyłącznie dla Niego. Dlatego ci, którzy poszczą, mają szczególną wrażliwość i wyczucie duchowe. Otrzymują o wiele więcej natchnień niż ci, którzy nie poszczą.

    Pewna matka rodziny mieszkającej w Meksyku zaczęła pościć, ale potem przerwała post na rok. Po upływie roku na nowo go podjęła. Opowiadała mi, że w czasie gdy przestała pościć, w pewien sposób straciła natchnienie potrzebne do tego, by rozmawiać z dziećmi, mówić im o życiu, wprowadzać je w rzeczywistość. Ale, gdy tylko na nowo podjęła post powróciły dobre natchnienia. Słowa przychodziły spontanicznie. Czuła, że działa przez nią Duch Sw., i że  dziecko słucha jej całym sercem. To piękny przykład, mówiący o tej nowej przestrzeni, którą Duch Sw. Stwarza w nas przez post. To tak, jakby było w nas dodatkowe mieszkanie dla Trójcy Swiętej, które pozwalamy Jej zająć. Post jest przygotowaniem na spełnienie się dzieł Bożych i na wypełnienie się Jego woli wobec nas samych i wobec świata. Miałam wielką łaskę spotkania z pewnym świętym kapłanem, franciszkaninem, mieszkającym w pobliżu Medjugoria w Sirokim Briegu. Tysiące osób przybyło na jego pogrzeb. Miał on nie tylko dar uzdrawiania, lecz także potrafił czytać w duszach. Uzdrowił bardzo wiele dzieci. Mieszkańcy całej Bośni-Hercegowiny, a także Chorwacji, przyjeżdżali tam, by otrzymać jego błogosławieństwo. Natychmiast orientował się na czym polega czyjś problem. Gdy ktoś przychodził do niego z jakąś sprawą, on błogosławił go, to było wszystko. Uprawiał surową ascezę. Spał na ziemi i bardzo wiele pościł. Ta pełna miłości asceza pozwalała mu bardzo wiele wyjednać u pana. Stał się więc niezwykle popularny pomimo swego nieco gburowatego sposobu bycia.

    PRZYGOTOWANIE WIELKICH DZIEŁ BOŻYCH

    Jedna z moich znajomych Chorwatek z Medjugoria. Ivica, opowiadała mi historię, którą sama słyszała od swojej babci. Znała ona pewnego mnicha, do którego kiedyś przemówił Pan Bóg. Spytał go: „Zdenko, czy zgodzisz się pościć o chlebie i wodzie przez 7 lat?”. Mnich odp. Panu „tak”, co w rzeczywistości niewiele zmieniło jego obyczaje, bo bardzo często jego jedynym pożywieniem był chleb i woda. Pościł więc przez 7 lat. W ostatnim dniu siódmego roku Pan przemówił do niego jeszcze raz: „Zdenko czy zgodzisz się dodać do twojego postu jeszcze jeden rok”? Mnich i tym razem odp. „tak”. A w  ostatnim dniu ósmego roku – 24.06 1981 – w Medjugoriu po raz pierwszy objawiła się Matka Boża. Nie ma tu nic do dodania. Któż wie, jak w ukryciu przygotowywane są wielkie dzieła Boże? Tego dowiemy się w niebie.

    A oto inne zdarzenie związane ze wspomnianym franciszkaninem. Przyprowadzono do niego kobietę, którą codziennie przyłapywano na pijaństwie. W żaden sposób nie można było oderwać jej od alkoholu. Ojciec Zdenko powiedział do niej: „Nie będziesz już więcej piła. Obiecujesz?”. Kobieta obiecała a Ojciec pobłogosławił ją w imię Ojca i Syna i Ducha Swiętego . Nie piła przez następne 2 dni. Trzeciego dnia było bardzo ciepło i pokusa stawała się coraz silniejsza. Kobieta nalała  więc wina do dużego kubka i podniosła go do ust. W chwili, gdy jej wargi dotknęły brzegu kubka, zobaczyła nad kubkiem palec i usłyszała Gos O. Zdenko: „Mówiłem ci, żebyś  już więcej nie piła”. W szoku upuściła kubek na podłogę. Odtąd już na całe życie została uzdrowiona z alkoholizmu. Mnich ten po prostu modlił się i pościł. Ilu ludziom uratował życie?. Jest to tylko jedna z wielu anegdot. My także, tak samo jak on, możemy uczynić wiele dobra poprzez post i modlitwę. 25.07.1991 r. nasza matka prosiła: „W tym czasie pokój jest szczególnie zagrożony i Ja żądam od was, abyście odnowili post i modlitwę w waszych rodzinach. Drogie dzieci, pragnę żebyście zrozumieli powagę sytuacji i to, że wiele z tego, co się stanie zależy od waszej modlitwy”.

    POST JAKO OCHRONA

    Post ma jeszcze inny wymiar. Jest nim ochrona człowieka. Którzy rodzice i dziadkowie nie chcieliby, żeby ich dzieci i wnuki były chronione? Dzisiaj ubezpieczamy się na życie, na wypadek choroby czy powodzi. Ale ubezpieczenie na życie nigdy nikogo nie uchroniło od śmierci. Ubezpieczenie od wypadku działa tylko wtedy, gdy wypadek już nastąpił. W dodatku często okazuje się, że nie dopilnowaliśmy jakiegoś drobnego szczegółu a więc i tak nie wypłacają nam odszkodowania. Natomiast ubezpieczenie, jakim jest post , jest jak środek zapobiegawczy, chroni nas przed mogącym nadejść nieszczęściem. „Wiecie, drogie dzieci, że z waszą pomocą mogę uczynić wszystko i zmusić szatana, by nie kusił do zła i by oddalił się od tego miejsca. Szatan czyha, drogie dzieci, na każdego człowieka. Szczególnie pragnie w każdą codzienną sprawę wnieść niepokój u każdego z was”

    Przyznaję, że zdarza mi się wpadać w gniew, słysząc ludzi, którzy mówią: „Nie można wszędzie dopatrywać się szatana. W dodatku jego istnienie nie jest rzeczą pewną. Matka Boża  przypomniała w Medjugoriu, że szatan istnieje. Teologia Maryi na temat szatana zawarta jest w 4 zdaniach: Szatan istnieje. Dzisiaj jest tak silny jak nigdy przedtem. Działa nieustannie. Jego celem jest nasze zniszczenie: „Pragnie zniszczyć nie tylko ludzkie życie, ale i przyrodę i planetę, na której żyjecie”. Maryja mówi także: „Poprzez modlitwę możecie go całkowicie rozbroić a sobie zapewnić szczęście”.

    Jeśli mam 10 dzieci i wiem, że  na zewnątrz grasuje zbrodniarz, który chce mordować i gwałcić, czy nie ostrzegę moich dzieci? Czy powiem im: „Możecie spokojnie iść na spacer do lasu”? Byłabym  wtedy współmorderczynią moich dzieci! Nie mamy dziś prawa ukrywać przed dziećmi, że istnieje walka duchowa, że działa nie tylko dobry Bóg, ale że jest także wróg i piekło. Jezus umarł na krzyżu nie na żarty. Umarł by uwolnić nas od zła i piekła. Również nie na żarty od tylu lat posyła do nas swoją Matkę w Medjugoriu, aby uprzedzić nas, że czas się nawrócić, bo istnieje zło, bo mamy wroga, bo istnieje przeciwnik, który „krąży jak lew ryczący”. Nie na darmo Maryja mówi do nas: „Szatan teraz jak nigdy dotąd, chce pokazać światu swe haniebne oblicze i oszukać jak najwięcej ludzi na drodze śmierci i grzechu”. Maryja przestrzega nas nie bez powodu. Dziś we Francji liczba samobójstw jest większa niż kiedykolwiek. W wyniku samobójstw śmierć ponosi więcej ludzi, niż w wyniku wojen, raka czy wypadków drogowych. Poprzez post i modlitwę możemy zostać ochronienie. „Módlcie się tyle, ile to możliwe i pośćcie – mówi Maryja. Trwajcie w modlitwie i ofierze a Ja was ochronię i wysłucham waszych modlitw”. Matka Boża widzi, że potrzebujemy Jej ochrony. Mówi: „To są szczególne czasy i dlatego jestem z wami , aby was kochać i chronić. „Wiecie, że z waszą pomocą mogę uczynić wszystko”.

    Czy modląc się do Najświętszej Maryi Panny myślimy o tym, że może Ona wszystkiego dokonać? Często zachowujemy się tak, jakby Bóg nie był wszechmogący, jakby nie był w stanie nam pomóc. Spróbujcie wyobrazić sobie, co znaczą słowa Maryi: „Z waszą pomocą mogę uczynić wszystko”.

    OCZYSZCZENIE ZE ZŁA

    W Medjugoriu Maryja zachęca nas do „Oddania Bogu całego zła, które się w nas nagromadziło, aby mógł nas oczyścić ze wszystkich grzechów popełnionych w przeszłości. Tylko w ten sposób, drogie dzieci, będziecie mogły rozpoznać całe zło, które jest w was, i oddać je Panu, aby całkowicie oczyścił wasze serca. Dlatego módlcie się nieustannie i przygotowujcie wasze serca przez ofiarę i post”.

    Od czasu, gdy osiągnęliśmy wiek, w którym byliśmy zdolni do popełniania grzechów, popełniliśmy ich wiele i gromadziliśmy je w sobie. Nawet po wyznaniu grzechów nosimy w sobie ich skutki. Maryja zaś mówi nam, że przez swą modlitwę pomoże nam uwolnić się od skutków grzechów, które popełniliśmy w przeszłości.

    Musimy oddać Bogu przeszłe zło. Prosi nas Ona, byśmy przygotowali nasze serca. Przygotowujemy serca przez post, by Maryja mogła uzdrowić nas z tego, co pozostawiły w nas przeszłe grzechy. Taka jest prawdziwa Mama. Gdy dziecko przewróci się  i zrobi sobie krzywdę, mama będzie je leczyć, by jego upadek nie miał żadnych złych zastępstw. Z grzechów obmywa nas tylko Krew Chrystusa. Mama zaś naprawia szkody. Przez post zapraszamy Maryję, by to czyniła. Dokona się to szybciej.

    PODPOWIEDZI SZATANA

    Wszystko to przyprawia Złego o wściekłość. Nasz post go przepędził. Jest w nas nowa przestrzeń dla Boga. Bóg wyzwala nas z przeszłego zła. Matka Boa uzdrawia nas i przywraca nam piękno. Wróg pała nienawiścią.

    W 1983 r. Maryja Panna skierowała ostrzeżenie do grupy modlitewnej w Medjugoriu: „Bądźcie roztropni. Szatan kusi wszystkich, którzy postanowili poświęcić się Bogu. Będzie im sugerował, że za dużo się modlą, za dużo poszczą, że powinni być jak inni młodzi ludzie, którzy poszukują przyjemności. Niech go nie słuchają i nie będą mu posłuszni Gdy będą utwierdzeni w wierze, szatan już nie będzie mógł ich zwodzić”.

    W tej dziedzinie nie może zabraknąć nam rozsądku. Najświętsza Maryja Panna zarzuca nam często jego brak. Co będzie robił szatan, gdy tylko zdecydujemy się na post? Będzie podpowiadał: „Pościć dwa dni w tygodniu? To za dużo! Będziesz się wyróżniać spośród innych! Widzisz przecież, że w tych dniach masz smutną minę. Zobacz, jaki jesteś chudy i blady! Nawet jeśli jest środa, możesz przecież zjeść befsztyk, to ci dobrze zrobi. Bóg nigdy nie chciał, żebyś był słaby, a post cię osłabi. Rób tak jak inni. Nikt nie wygłupia się tak, jak ty! Korzystaj z życia i jedz, co chcesz! Korzystaj”.!

    Czy Jezus powiedział kiedykolwiek w Ewangelii: „Róbcie tak, jak wszyscy”? Nie, życie chrześcijańskie nie polega na tym, by postępować jak inni, ale – jak Jezus. Mamy być uczniami, którzy wszędzie podążają za panem i działają tak, jak ON. Gdy przychodzi pokusa” „Rób tak, jak wszyscy” możemy być pewni od kogo to pochodzi Jest dobry sposób oddania się w ręce szatana: robić to, co wszyscy. Gdy szatan nas kusi, nie starajmy się mu odpowiadać, nie róbmy tego głupstwa! Jeśli mówi do nas: „Powinieneś coś zjeść! Widzisz, jaki jesteś bledziutki! Przecież  wszyscy jedzą!” nie trzeba odpowiadać: „Ale ja mam ochotę pościć, idź precz, jesteś wstrętny!”. Nigdy tak nie róbcie. Z szatanem nigdy  nie można wchodzić w dialog. Jeśli szatan nas niepokoi, powinniśmy zwrócić się do Boga: „Panie, niepokoi mnie diabeł. Zrób coś!” Szatan jest sprytniejszy od nas Jeśli wciągnie nas w dialog, wpadniemy w pułapkę. Tak wpadła w pułapkę Ewa. Gdyby zamiast wchodzić w dialog z szatanem powiedziała do Boga: „Panie, przyszedł do mnie wąż i to co mówi, jest przeciwieństwem tego, co powiedziałeś Ty. Co mam robić?” wówczas nie zjadłaby jabłka.

    Kiedy nasz post będzie przynosił owoce? Jeżeli będziemy pościli sercem Często w środę i w piątek rano mamy pokusę niezadowolenia, zaczynamy utyskiwać. Gdy jednak wchodzimy w ducha postu z ową miłością Chleba Życia, z miłością do Jezusa, który jest najważniejszy, wtedy pościmy sercem, bo kochamy Jezusa.

    W 1984 r. matka Boża powiedziała: „Drogie dzieci!. Dziś was wzywam, byście zaczęli pościć z serca. Są ludzie, którzy poszczą, ponieważ wszyscy poszczą. Zaistniał obyczaj z którym nikt nie ma odwagi zerwać. Parafię proszę, by pościła z wdzięcznością za to, że Bóg pozwolił Mi pozostać tak długo w niej. Drogie dzieci, pośćcie i módlcie się z serca!”.

    Niech post będzie podziękowaniem za obecność Maryi, za Eucharystię.

    WYPEŁNIANIE SIĘ PLANÓW BOŻYCH

    Wszyscy pragniemy w pełni żyć powołaniem, jakie Bóg złożył w naszych sercach, gdy nas stwarzał. Chcielibyśmy, by wszystko się wykonało w dniu naszej śmierci. Chcielibyśmy usłyszeć, jak Pan mówi: „Cieszę się, bo pozwoliłeś mi wypełnić w tobie to wszystko, co dla ciebie zaplanowałem”. W 1985 r. Matka Boża powiedziała: „Szczególnie zachowajcie post. Gdyż poprzez post najwięcej osiągniecie i sprawicie Mi radość, bowiem wówczas spełni się cały plan, który Bóg postanowił zrealizować tu w Medjugoriu”.

    Gdy mówi Ona o planie w Medjugoriu, chodzi także  o plan dla każdego z nas. Poszcząc pozwalamy Bogu w pełni zrealizować Jego plan wobec nas, wobec naszej rodziny, wspólnoty. Pozwalamy Mu do końca wypełnić wszystkie Jego zamiary. Stwarzając nas, Bóg złożył w nas nadzieję. Kiedy się modlimy mamy nadzieję, że Bóg odpowie na naszą modlitwę. Podobnie Bóg. Patrząc  na nas, Am nadzieję, że pozwalamy rozrastać się wszystkim małym nasionkom, które złożył w naszym sercu i że zanim umrzemy, staniemy się podobni  do kwiatu otwartego na Jego łaskę, żyjąc w pełni owym „potencjałem” świętości, który w nas złożył. Post pozwala nam w pełni urzeczywistnić ów plan. Słuchajcie uważnie, to się wam spodoba. Czy pragniecie, by Bóg wysłuchał wszystkich waszych modlitw? Oto orędzie, które rozszerzy wasze horyzonty: „Modlitwa jest jedyną drogą, która prowadzi do pokoju. Jeśli modlicie się i prosicie, otrzymacie wszystko, o co będziecie prosić”.

    CZYŚCIEC

    Ci, którzy odeszli przed nami i teraz są w czyśćcu, bardzo cierpią. Jednym ze środków mogących przyczynić się do wyzwolenia dusz czyśćcowych jest post, który za nie ofiarujemy. Matka Boża w Medjugoriu mówi, że osoby te czekają na nasze modlitwy i ofiary. Post ma tu wielką moc. Przynieść kwiaty na grób kochanej osoby, postawić na komodzie jej zdjęcie, myśleć o dobru, które nam wyświadczyła, to bardzo miłe zwyczaje. Jednak w niczym jej  to nie pomaga. Jeśli chcemy przyspieszyć koniec jej straszliwych cierpień czyśćcowych  musimy pościć w jej intencji. Będzie to czyn bezinteresownej i doskonałej miłości, który uwolni ją od cierpień. Jeszcze raz nasza matka przychodzi nam z pomocą, dając nam po temu niezawodne środki. Oczywiście mówi nam o Mszy św. jako o najbardziej niezawodnym i najpiękniejszym sposobie pomocy duszom czyśćcowym, ale przypomina także o poście.

    UZDROWIENIA

    Matka Boża mówi również o uzdrowieniu. Wielu pielgrzymów prosi Maryję za pośrednictwem widzących, by wstawiała się za chorych. Bardzo leży Jej to na sercu. W czasie prawie każdego objawienia na górze Ivan mówi, że Gospa w szczególny sposób modliła się za chorych i za tych, których nosimy  w sercach. Jest Ona bardzo blisko wszystkich, którzy cierpią fizycznie, psychicznie i duchowo. Na początku objawień widzący zapytali Ją o kilkoro chorych. Tak odpowiedziała: „Miejcie silną wiarę, módlcie się i pośćcie a wyzdrowieją”.

    25.07.1982 r. dodała: „W intencji uzdrowienia chorych bardzo ważne jest odmawiać następ. Modlitwy : „Wierzę w Boga” siedem „Ojcze nasz”. „Zdrowaś Maryjo” i „Chwała” oraz pościć o chlebie i wodzie . dobrze jest nałożyć ręce na chorych i modlić się. Dobrze jest namaścić chorych poświęconym olejem”. Gdy w naszej rodzinie ktoś choruje, jesteśmy przede wszystkim zatroskani o leczenie. Uganiamy się za najlepszymi lekarzami, za najskuteczniejszymi lekarstwami, wyjeżdżamy do Ameryki na konsultacje z największymi specjalistami. Jesteśmy gotowi zrobić dosłownie wszystko, wydać majątek, dla ratowania życia chorego, np. : dziecka.

    Ale wszystko to jest o wiele prostsze. Nieraz wystarczy modlić się i pościć. W wielu przypadkach modlitwa i post mogą wyjednać cudowne uzdrowienie chorego. Sakrament chorych proponowany przez Kościół katolicki, przynosi wielu chorym uzdrowienie. Nawet jeśli nie jest to uzdrowienie fizyczne, to chory otrzymuje pokój serca. Nie czekajmy aż chory będzie bliski śmierci, by wezwać księdza z olejami świętymi. Często chory tak bardzo boi się księdza, że jego widok może przyspieszyć śmierć. Boimy się  sakramentu „ostatniego namaszczenia”, ale przecież namaszczenie to nie musi być ostatnie. Może być pierwsze. Gdy ktoś zachoruje, trzeba od razu wezwać księdza i zacząć pościć za chorego. Kiedyś przyszła do mnie pewna pani chora na raka. Mówiła: „Mój problem polega na tym, że w mojej rodzinie nie ma ani jednego wierzącego . Nikt nie będzie za nie się modlił ani pościł”. Odpowiedziałam jej, że wobec tego my będziemy to robić zamiast rodziny. Odwiedzajcie chorych, których rodziny się nie modlą, mówcie im o Bogu, zwiastujcie Dobrą Nowinę, powiedzcie im, że będziecie modlić się za nich i pościć. Wyjednacie u Pana wiele uzdrowień. Gdy widzący pytają  Matkę Bożą, czy uzdrowi jakiegoś chorego, Ona bardzo często odpowiada: „Ja nie mogę uzdrowić. Uzdrawia sam Bóg. Ale dzieci, módlcie się a Ja będę modlić się z wami. Wierzcie wytrwale, pośćcie i czyńcie pokutę. Bóg wszystkim przychodzi z pomocą. Ja nie jestem Bogiem. Potrzebuję waszych ofiar i waszych modlitw”.

    A DZIECI?

    Często wyjaśniam dzieciom, czym jest ofiara. Proszę, by zamknęły oczy zastanowiły się, co mogą ofiarować. Mówię, że wieczorem Matka Boża przyjdzie po ich ofiarę, bo codziennie obchodzi ona cały dom i zbiera wszystkie ofiary do swego wielkiego kosza. Wtedy dzieci mocno zamykają oczy, modlą się w skupieniu, a potem mówią jaką ofiarę znalazły. Dzieci są niezwykle wspaniałomyślne, łatwo przyjmują taką propozycję. Nie chodzi o to by zmuszać dzieci do postu o chlebie i wodzie dwa dni w tygodniu, ale gdy zobaczą, jak rodzice poszczą, spytają: „A ja tato? Ja też chcę coś ofiarować!” I wyrzekną się cukierka czy loda, nie zjedzą ulubionego deseru, zrezygnują z oglądania telewizji.

    Trzeba jednak uważać na dzieci, czasem są one aż nazbyt bystre. Mój 6-letni siostrzeniec Franciszek Józef zorientował się w sytuacji i pewnego wieczoru po modlitwie przed posiłkiem powiedział d ojca: „tato, ja też dzisiaj poszczę”. Ojciec odpowiedział : „Postem będzie dla ciebie to, że zjesz danie, którego nie lubisz”. W przypadku dzieci ważne jest dozowanie. Są one bardzo wielkoduszne, Zamiast 10 brzydkich słów powiedzą tylko jedno, dobrze rozumieją, kiedy trzeba zrobić jakiś wyjątek.

    ZAWIESZENIE PRAW NATURY

    Matka Boża powiedziała: „Postem i modlitwami można powstrzymać wojny, można zawiesić prawa naturalne”. Zbyt mało uwagi przywiązujemy do tego orędzia. Post i modlitwa może zawiesić prawa naturalne! Znaczy to, że nieszczęścia, które mogą się wydarzyć /lawiny, trzęsienia ziemi/ mogą nie nadejść, jeśli ktoś w wiosce pości. Podam przykład pewnej osoby, która kiedyś opowiadała mi o swoim życiu. Było ono wyjątkowo grzeszne. Pracowała w szpitalu jako pielęgniarka. Był tam pewien lekarz, który bardzo się za nią modlił i pościł /dowiedziała się o tym później/ Usiłowała popełnić samobójstwo a ponieważ była pielęgniarką, wiedziała jaką dawkę leków zażyć, żeby się otruć. Połknęła leki, ale nazajutrz rano obudziła się rześka i zdrowa, nie odczuwając żadnych negatywnych objawów. Po dawce, którą zażyła było to zupełnie nienormalne. Był to dla niej szok. Przez cały dzień mówiła sama do siebie: „ktoś nie chce, żebym umarła. Czy to Bóg?”. Szok ten sprawił, że kilka tygodni później otworzyła się na Boga. Gdy powróciła do wiary, lekarz, który od dawna modlił się za nią i pościł, powiedział jej o tym a ona od razu wszystko zrozumiała. Post tego lekarza zawiesił prawa naturalne, przeszkodził, by środki chemiczne wywołały efekt w jej organizmie. Jest to jeden z wielu przykładów. We wszystkich szkołach są gaśnice na wypadek pożaru. We wszystkich domach jest aspiryna na wypadek bólu głowy. To właśnie post jest taką gaśnicą, taką aspiryną, przeciwdziałającą złu, które rozprzestrzenia się w nas, w naszych rodzinach, w społeczeństwie, w Kościele.

    UZDRAWIACZE

    Mówiłam już, że przez post możemy wyjednać o wiele więcej uzdrowień, niż nam się zdaje i że zamiast biegać od lekarza do lekarza lepiej jest modlić się i pościć. Ale uwaga! Wielu ludzi chodzi dzisiaj do uzdrawiaczy. Trzeba wiedzieć, że owi uzdrawiacze pewnego pięknego dnia otrzymali swój ar, ale nie wiadomo dokładnie skąd ten dar pochodzi. We Wspólnocie Błogosławieństw  często świadczymy „Usługi dla poszkodowanych”, tzn. pomagamy ludziom leczonym przez uzdrawiaczy. Jeśli ktoś pójdzie do uzdrawiacza z bólem lewego kolana, być może kolano przestanie go boleć. Nie wie on jednak, że choroba jedynie zmieniła miejsce. Zaatakuje inny organ i stanie się jeszcze dokuczliwsza. Człowiek taki powtórnie odwiedzi uzdrawiacza, a ten będzie na nowo odprawiał swoje czary i być może po raz drugi usunie ból. Potem ból pojawi się gzie indziej po raz trzeci i będzie jeszcze większy. A pewnego dnia człowiek ten obudzi się z lękiem nie do opanowania, będzie ogarnięty chęcią śmierci samobójstwa. Dlaczego znajdujemy ciało młodego  człowieka wiszące na sznurze, koro wcześniej nic nie wskazywało na to, że chce on popełnić ten czyn? W wielu wypadkach okazuje się, że w przeszłości matka chodziła z nim do uzdrawiacza . Uzdrawiacze wypowiadają nieco dziwne słowa /czasem wymieszane z modlitwami chrześcijan. Używają tajnych formuł, w których niby przypadkiem wymieniają imię zdrajcy – Judasza. Robią masaże itd. Ale swój dar otrzymują często od innej osoby, która z kolei otrzymała go jeszcze od kogo innego. A u początku tego łańcucha jest czarownik, który otrzymał ten dar od szatana, ponieważ szatan może „uzdrawiać”. Jezus mi nam w Ewangelii, że w czasach ostatecznych fałszywi prorocy będą czynić znaki i wspaniałe cuda, aby – jeśli to możliwe – pozyskać sobie wybranych Bożych. Jest to prawda. A ponieważ szatan nie robi prezentów, więc przemieszcza jedynie chorobę, czyniąc ją jeszcze cięższą. Dlatego ci, którzy chodzą do uzdrawiaczy , wciąż zapadają na zdrowiu a ich choroba przechodzi z ciała do serca a z serca do duszy. Wszystko zaczyna się od zwykłej choroby fizycznej a kończy się pokusami samobójstwa, głęboką depresją, straszliwą nienawiścią…

    Fronda/ S.Emmanuel

    ______________________________________________________

    Te wypowiedzi przeszły bez echa

    – amerykańskiego prezydenta i premier Włoch

    o wielkości św. Jana Pawła II

    Te wypowiedzi przeszły bez echa – amerykański prezydent i premier Włoch o wielkości św. Jana Pawła II
    Jan Paweł II z Joe i Jill Biden Fot. via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    To nie były jedynie grzecznościowe, dyplomatyczne ukłony w stronę Polski. „Zdałem sobie sprawę, jaką siłę ma Polska”, „gigant wiary” – tak o św. Janie Pawle II podczas swojego niedawnego pobytu w Polsce mówili prezydent USA Joe Biden i premier Włoch Giorgia Meloni. Słowa światowych przywódców to znak, że papież z Polski jest postrzegany nie tylko jako wielki lider duchowy, ale też postać będąca drogowskazem dla katolików na całym świecie.

    Słowa Joe Bidena o św. Janie Pawle II wypowiedziane podczas spotkania z prezydentem Andrzejem Dudą mógł usłyszeć cały świat. Choć z oczywistych względów czołówki mediów zdominowały słowa obu przywódców o wsparciu dla Ukrainy, relacjach w ramach NATO i polsko-amerykańskim sojuszu, to należy również zwrócić uwagę na słowa przywódcy USA dotyczące papieża z Polski.

    Joe Biden przywołał swoje spotkanie ze Janem Pawłem II, do którego doszło w papieskiej bibliotece, gdy obecny prezydent USA był jeszcze młodym senatorem. Polityk wspominał, że wówczas napisał sprawozdanie, że Polska będzie wolna w ciągu roku. Następnie zadzwonił do niego papież z pytaniem o spotkanie, na co senator Biden – choć praktykujący katolik – żartował ze swych mniej konserwatywnych poglądów niż Ojciec Święty. 

    „Spotkałem się z nim, zakończyliśmy rozmowę, a rozmawialiśmy cały czas o Polsce, w ogóle nie wspomniał o katolicyzmie. Więc idziemy przez bibliotekę papieską, (…) zapytał mnie, czy chciałbym wspólne zdjęcie, ja mówię: oczywiście, jeśli Wasza Świątobliwość pozwoli, bardzo chętnie. Więc idziemy od biurka na drugi koniec sali, on podszedł, kładąc mi rękę na ramieniu i powiedział: senatorze, proszę pamiętać, że rozmawiałem z panem jako dumny Polak, nie jako papież, tylko jako Polak. I wtedy zdałem sobie sprawę, jaką siłę ma Polska” – relacjonował w miniony wtorek Joe Biden w trakcie rozmów w Pałacu Prezydenckim.

    Wiemy, że św. Jan Paweł II spotkał się z Joe Bidenem 12 kwietnia 1980 roku. Kilka dni później senator Biden w rozmowie z katolickim magazynem „The Dialog” z jego rodzinnego stanu Delaware, opisywał nadzwyczaj długą audiencję z papieżem jako okazję do rozmowy na temat skutków odejścia od polityki „odprężenia” Zachodu z ZSRR. 

    Biden powiedział wówczas, że zasięgnął rady papieża, jako przywódcy kościelnego i światowego, w sprawie Czechosłowacji i szerzej – jaki kurs powinny obrać Stany Zjednoczone w stosunkach z krajami Wschodu. Według relacji przyszłego prezydenta USA, papież wyraził zaniepokojenie rozwojem komunizmu na półkuli zachodniej, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej. „Świat musi uznać wielką dysproporcję między bardzo bogatymi i bardzo biednymi oraz iluzję komunizmu, że jest w stanie zapewnić jakąś równość” – takie słowa papieża przywoływał Joe Biden. 

    Ponadto – z relacji wówczas 37-letniego amerykańskiego senatora – wyczytujemy podziw dla postaci św. Jana Pawła II. Biden nazwał papieża-Polaka jednym z imponujących światowych przywódców, jakich kiedykolwiek spotkał, zwrócił też uwagę na osobisty magnetyzm, ciepło i poczucie humoru Ojca Świętego. Jak wspominał, papież argumentował, iż naród amerykański ma szczególne brzemię i nigdy nie zapomina o trudnej sytuacji jego rodzinnej Polski i Europy Wschodniej. Jako swoistą klamrę tamtych słów można odczytać dzisiejsze słowa Joe Bidena, prezydenta USA: „Stany Zjednoczone potrzebują Polski i NATO tak samo, jak NATO potrzebuje Stanów Zjednoczonych”. 

    O dziedzictwie św. Jana Pawła II wspomniała również premier Włoch Giorgia Meloni, która odwiedziła Polskę 19 lutego, w przeddzień przyjazdu Joe Bidena. Mówiąc o wielowymiarowych wątkach łączących Polskę i Włochy, szefowa rządu w Rzymie przywołała postać św. Jana Pawła II. „Historycznego giganta, giganta wiary” – podkreślała Meloni, przypominając, że dzień zaprzysiężenia jej rządu – 22 października – jest również liturgicznym wspomnieniem papieża Wojtyły. 

    Ojciec Święty był jedną z kilku postaci Kościoła – obok papieża Franciszka, św. Benedykta z Nursji i Służebnicy Bożej Chiary Corbelli Petrillo – wymienionych przez Giorgię Meloni w jej exposé, wygłoszonym we włoskim parlamencie pod koniec października ubiegłego roku. Św. Jan Paweł II to dla Giorgii Meloni „papież, mąż stanu, święty, którego miała zaszczyt poznać osobiście”. Puentując swoje exposé, podkreśliła, że papież z Polski był dla niej nauczycielem wolności.

    „Wolność, mawiał [św. Jan Paweł II], nie polega na robieniu tego, co lubimy, ale na posiadaniu prawa do robienia tego, co należy. Zawsze byłam wolnym człowiekiem, dlatego zamierzam robić to, co do mnie należy” – w ten sposób Giorgia Meloni zakończyła swoje exposé.

    Podane przykłady Giorgii Meloni i Joe Bidena, a więc polityków, których ideologicznie dzieli wiele, łączy przywiązanie do postaci św. Jana Pawła II. Dla wielu polityków na świecie, tych z lewa i z prawa, pozostaje on ważnym punktem odniesienia pomagającym działać i podejmować decyzje, o czym przekonujemy się szczególnie w czasach wielowymiarowego kryzysu. 

    Family News Service

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Na spotkanie z Jezusem,

    czyli „Stygmatyk z Manoppello”

    22 września 1968 roku w San Giovanni Rotondo, prawie dwadzieścia godzin przed swoją śmiercią, ojciec Pio odprawia ostatnią Mszę… Podczas celebracji nagle traci równowagę i osuwa się. Rejestrują to kamery.

    Fragment okładki
    Wydawnictwo AA/fragment okładki

    ***

    Tego samego dnia, o tej samej porze ojciec Domenico z Cese, posługujący w Manoppello, 200 km od San Giovanni Rotondo, wchodzi do kościoła i widzi, że w ławce na tzw. chórze za ołtarzem modli się… ojciec Pio. Omdlenie kapucyna było tym momentem, kiedy ojciec Pio poprzez dar bilokacji przeniósł się do Manoppello, by móc spojrzeć w Oblicze Chrystusa. Przed Chustą z Manoppello ojciec Pio wypowiada tajemnicze słowa…

    Tydzień później, podczas pogrzebu ojca Pio, kamery filmują ojca Domenico idącego w kondukcie żałobnym za trumną ojca Pio. Jednak dokładnie w tym czasie ojciec Domenico spowiada w konfesjonale w Manoppello; fakt, że nie opuścił w tym czasie klasztoru, potwierdził ówczesny rektor, zeznając w procesie beatyfikacyjnym ojca Domenico z Cese, który został otwarty osiem lat temu.

    Okazuje się, że obydwaj kapucyni – ojciec Pio i ojciec Domenico – spotykali się dzięki darowi bilokacji, i to nie jeden raz…

    Kim jest ojciec Domenico i jaki ma związek ze Świętym Obliczem, całunem przechowywanym w Manoppello opowiada książka autorstwa Aleksandry Zapotoczny „Stygmatyk z Manoppello” – Wydawnictwo AA, dobra lektura na Wielki Post.

    Ocalony

    Ojciec Domenico to kapucyn żyjący w Abruzji. Jako dziecko Emidio Petracca w cudowny sposób przeżył trzęsienie ziemi, które nawiedziło cały region w dalekim 1915 roku. Z gruzów odkopuje go nieznany mężczyzna, którego spotka po 52 latach. Jego twarz rozpozna w Świętym Obliczu, które jest przechowywane obecnie w Manoppello…

    Mistyk

    Życie kapłana było pełne niewytłumaczalnych sytuacji… Ojciec Domenico zazna objawienia: z krzyża, który nosił przy różańcu zauważy kapiące krople krwi. Krótko potem otrzyma stygmaty… Kapłan był obdarzony darem rozmnazania pokarmów, czytania w duszach, darem przepowiedni, bilokacji. Podczas całego życia towarzyszyły mu anioły, ale także nawiedzał go szatan. Podobnie jak ks. Dolindo Ruotolo także i ojca Domenico rekomendował wiernym ojciec Pio. Ojciec Domenico spotykał się z nim za pomocą bilokacji…

    Ułamek sekundy po Zmartwychwstaniu

    Całun przechowywany obecnie w Manoppello to chusta z przeźroczystego bisioru, na której widnieje oblicze Chrystusa – chociaż badania nie wykazały na niej żadnego pigmentu, żadnej farby. To właśnie ojciec Domenico jako pierwszy zorientował się, że twarz przedstawia Jezusa Zmartwychwstałego, a chusta ta, była obecna w grobie wraz z innymi płótnami m.in. całunem zwanym przez cały świat Całunem Turyńskim. Ojciec Domenico jest nazwany promotorem Świętego Oblicza, bo pragnął, aby cały świat poznał tę relikwie, płótno, na którym w niewytłumaczalny sposób Jezus zostawił swoje odbicie…

    ……

    „Stygmatyk z Manoppello” to pierwsza biografia ojca Domenico opublikowana w języku polskim. Zawiera fakty biograficzne, świadectwa o świętości kapucyna i liczne fotografie.

    …….

    Aleksandra Zapotoczny/Tygodnik Niedziela

    Aleksandra Zapotoczny – urodzona w Wadowicach, mieszka w Rzymie. Dziennikarka akredytowana w Biurze Prasowym Stolicy Apostolskiej. Autorka książek o świętych i relikwiach.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bliźniacza dusza Ojca Pio. Matka Speranza

    Po spotkaniu z nią nawracali się nawet najbardziej zatwardziali ateiści.

    ***

    Dzięki darowi bilokacji wielokrotnie mogła odwiedzać św. Ojca Pio, choć dzieliły ich spore odległości. Wiele osób zwraca uwagę na podobieństwa między nią a zakonnikiem z Pietrelciny; zaczęto ją nawet nazywać bliźniaczą duszą św. Ojca Pio.

    Błogosławiona Matka Speranza, była mistyczką i stygmatyczką, założycielką Zgromadzenia Służebnic Miłości Miłosiernej oraz Zgromadzenia Synów Miłości Miłosiernej. Nadal jednak pozostaje postacią mało znaną w Polsce i nie zmienia tego nawet fakt, że wiele wątków jej biografii związanych jest ze św. Janem Pawłem II oraz orędziem miłosierdzia Bożego św. Siostry Faustyny. To dzięki Matce Speranzie przyśpieszono rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny Kowalskiej, a swoim cierpieniem miała przyczynić się do ocalenia Jana Pawła II od pocisków wystrzelonych przez Alego Agcę. Nie bez powodu pierwszym miejscem, które odwiedził papież po rekonwalescencji, było sanktuarium w Collevalenzie, gdzie mieszkała mistyczka.

    Te i wiele innych wątków porusza w pasjonującej biografii bł. Matki Speranzy hiszpański pisarz José María Zavala. Książka jest pierwszym pełnym życiorysem stygmatyczki, który trafił do rąk polskich czytelników.

    Światowy rozgłos autor zdobył fenomenalną publikacją o św. Ojcu Pio. Teraz prezentuje sylwetkę swojej rodaczki, która całe życie poświęciła głoszeniu orędzia Miłosierdzia Bożego. Zavala pełnymi garściami czerpał ze świadectw zebranych w czasie procesu beatyfikacyjnego, które uzupełnił wywiadami z osobami żyjącymi u boku Matki Speranzy. Dzięki temu wiernie oddał charakter mistyczki i ukazał nieznane szerzej fakty z jej życia, również cuda, które jej towarzyszyły. Te ostatnie sprawiły, że dla wielu Matka Speranza była niczym anioł w habicie.

     Ireneusz Korpyś/ Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najpierw seanse spirytystyczne, a potem 50 razy zdrowaś Maryjo? Bartolo Longo nie od zawsze był święty!

    Dobrze znany scenariusz: pobożny syn wyjeżdża na studia, wpada w złe towarzystwo, oddala się od Boga i popełnia błędy. Najczęściej jednak nie osiągają one takich rozmiarów jak w przypadku Bartolo Longo, który przez lata żył jako satanistyczny kapłan.

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo
    bł. Bartolo Longo
     Archiwum Sanktuarium w Pompejach
    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    Skrajne decyzje

    Jak wielu świętych, Bartolo wychował się w gorliwej, katolickiej rodzinie. Pobożni rodzice z południowych Włoch, dr Bartolomeo Longo i Antonina Luparelli, codziennie odmawiali Różaniec. W 1851 r. mając zaledwie 10 lat, chłopiec stracił ojca. Był to przełomowy moment w życiu młodego Włocha. Od tego tragicznego wydarzenia Bartolo coraz bardziej oddalał się od wiary katolickiej. Rozpoczynając studia prawnicze na uniwersytecie w Neapolu, pod wpływem m.in. profesorów dołączył do antyklerykalnego ruchu.

    Bartolo zaczął poszukiwać odpowiedzi na egzystencjalne pytania u wróżbitów. Brał udział w seansach spirytystycznych i orgiach. Publicznie wyśmiewał chrześcijaństwo i robił wszystko, co w jego mocy, by obalać katolickie wpływy w społeczeństwie i kulturze. Wkrótce pragnienie dotknięcia tego, co nadprzyrodzone, doprowadziło go do uprawiania satanizmu. Po okresie intensywnych nauk i rygorystycznych postów został wyświęcony na satanistycznego kapłana, po czym oddał swoją duszę demonowi.

    Załamanie psychiczne i przełom

    Im więcej Bartolo eksperymentował z siłami złego, tym bardziej pogrążał się w depresji i demonicznej obsesji. Radość całkowicie go opuściła. Zamiast niej były paranoje, nienawiść do ludzi i poddenerwowanie. Mężczyznę nękały diaboliczne wizje i koszmary. Ostatecznie przeżył załamanie psychiczne.

    Jego rodzina nie przestawała się za niego modlić. Za namową bliskich opętanego, katolicki profesor Vincenzo Pepe zgodził się porozmawiać z Bartolo. Zapytał go: „Czy chcesz umrzeć w zakładzie dla obłąkanych i być na zawsze potępionym?”. Profesor w końcu przekonał mężczyznę do wizyty u dominikanina o. Alberto Radenta, który po tygodniach długich rozmów, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa w 1865 r., umożliwił byłemu sataniście powrót do Kościoła i udzielił mu rozgrzeszenia.

    Wyrzuty sumienia

    W ramach pokuty przez dwa lata Bartolo pomagał w szpitalu dla nieuleczalnie chorych. Gorliwie się modlił. Został dominikaninem trzeciego stopnia. Pomimo odwrócenia się od grzechu i łaski spowiedzi świętej Bartolo jednak nie mógł sobie wybaczyć. Pewnego dnia, gdy załatwiał w Pompejach sprawy hrabiny Marianny de Fusco, wspomniał swoją grzeszną przeszłość. Później napisał: „Pewnego dnia na polach wokół Pompei przypomniałem sobie mój dawny stan jako kapłana szatana… Pomyślałem, że być może tak jak kapłaństwo Chrystusa jest na wieczność, tak też kapłaństwo szatana jest na wieczność. Tak więc, pomimo mojej pokuty, pomyślałem: nadal jestem poświęcony szatanowi (…). Poczułem głębokie poczucie rozpaczy i prawie popełniłem samobójstwo. Wtedy usłyszałam w uszach echo głosu brata Alberta powtarzającego słowa Najświętszej Maryi Panny: »Ten, kto propaguje mój Różaniec, będzie zbawiony!«. Padając na kolana, zawołałem: »Osiągnę zbawienie, ponieważ nie opuszczę tej ziemi bez rozpowszechnienia Twojego Różańca!«”.

    I tak też uczynił. Przy finansowym wsparciu hrabiny zbudował znaną na całym świecie bazylikę Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Założył szkoły i domy dziecka. Wspierał więźniów i ich potomstwo. Pisał książki o różańcu, nowenny i podręczniki do modlitwy. Zaprzyjaźnił się nawet z papieżem Leonem XIII, wielkim czcicielem Matki Bożej. Przez 50 lat wiernie propagował Różaniec, w tym Nowennę Pompejańską.

    Wkład na wieki

    Jan Paweł II beatyfikował Bartolo Longo w 1980 r., nazywając go „człowiekiem Maryi”. To właśnie w pismach bł. Bartolo polski papież znalazł inspirację do stworzenia Tajemnic Światła Różańca Świętego. Kiedy Jan Paweł II w swojej encyklice „Różaniec Najświętszej Maryi Panny” z 2002 r. przedstawił nowe tajemnice, nie zawahał się okazać podziwu temu świętemu człowiekowi, którego nawrócenie, a także późniejsze działania pokazały, że bez względu na to, jak bardzo oddalimy się od Boga, zawsze jest nadzieja na powrót do Naszego Stwórcy i szansa na nowe, święte życie.

    Anna Casanova/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ___________________________________________________________________________________________________________

    Podczas każdej Mszy świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje. Jak je składać?

    EUCHARYSTIA
    Shutterstock

    ***

    Jest podczas Mszy świętej kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.

    Na początku każdej niemal Mszy świętej słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy św. w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza św. jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy św. wysłuchana?

    Co to znaczy „zamówić” Mszę świętą?

    Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?

    Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.

    My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.

    Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.

    Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego

    W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.

    Proste „zamówienie” Mszy św. (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.

    A co z „prywatnymi” intencjami?

    Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy św.? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza św. to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.

    I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę mszę, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy św., w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.

    To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w Mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.

    Czas i miejsce na nasze osobiste prośby

    Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we mszy świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.

    Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy św. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.

    Specjalne momenty

    Jest podczas Mszy św. kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.

    Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.

    W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.

    Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”

    Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!

    Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post eucharystyczny jest obowiązkowy.

    Czy zbyt łatwo o nim nie zapominamy?

    PRZYGOTOWANIE DARÓW
    Shutterstock

    ***

    Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?

    Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w Mszy świętej.

    Obudzić pragnienie serca

    Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:

    W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.

    Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.

    Niezwykły pokarm

    Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.

    Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.

    Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?

    Komunia dla wytrwałych

    Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.

    Stąd Msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.

    Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.

    Post eucharystyczny dzisiaj

    Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.

    Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią Mszę św. tego samego dnia, ale nie przed pierwszą Mszą św.

    Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas Mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia Mszy św., ale właśnie do przyjęcia Komunii św.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opuściłem niedzielną Mszę św. Czy muszę od razu iść do spowiedzi?

    Czy każda wieczorna Msza św. sobotnia „zalicza” się za Mszę św. niedzielną?

    W każdą niedzielę na Mszy świętej słyszymy, że „z całym Kościołem uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia”. W statystycznej polskiej parafii to w 40 procentach prawda. Ponad połowa osób deklarujących się jako uczniowie Chrystusa regularnie unika spotkań ze swoim Mistrzem.

    W chrześcijaństwie nie chodzi w pierwszym rzędzie o spełnianie norm moralnych. Bycie chrześcijaninem polega przede wszystkim na życiu życiem danym nam przez Chrystusa. To życie jest darem Boga i do Niego należy „dystrybucja” tego daru oraz ustalanie zasad, na jakich się ona odbywa.

    Zasady te Zbawiciel wyłożył swoim uczniom, a oni byli uprzejmi przekazać je następnym pokoleniom i nic nowego się tu nie wymyśli. Są to sakramenty, a zwłaszcza ten, który nazywamy Najświętszym Sakramentem, czyli Eucharystia.

    Pomysł dyspensowania się od cotygodniowego powracania do źródła życia jest chybiony i śmiertelnie niebezpieczny. Jasne, że Pana Boga sakramenty nie „ograniczają” i ma możliwość zbawić także tego, kto nigdy do nich nie przystępował, ani o nich nie słyszał. Ale dobrowolna rezygnacja i lekceważenie tak pewnego i darmo ofiarowanego środka do zbawienia zakrawa nie tylko na głupotę i pychę, ale i na grubą niewdzięczność.

    Msza św. dla nie-chętnych

    Niedzielna Eucharystia nie jest więc dla chrześcijan aktywnością fakultatywną. Obowiązek uczestnictwa we Mszy św. w dni świąteczne nie jest ludzkim wymysłem. Kościół wyprowadza go nie tylko z trzeciego punktu Dekalogu, w którym mowa o święceniu dnia świętego, ale także ze słów samego Jezusa: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie (J 6,53).

    Rezygnując z niedzielnej Eucharystii nie tylko poważnie łamię jedno z trzech pierwszych przykazań Bożych i pierwsze spośród kościelnych, ale na własne życzenie dokonuję duchowego samobójstwa. Dobrowolnie zrywam swoją więź z Chrystusem i odcinam się od źródła życia.

    Aby do niego wrócić i móc w pełni uczestniczyć w Eucharystii przyjmując Komunię św., potrzebuję najpierw naprawić tę więź w sakramencie pokuty i pojednania.

    A jeśli nie mogę być na Mszy św.?

    Nad argumentami z serii „nie chce mi się” i „nudzi mi się” nie ma się co rozczulać. Jeśli chodzi o „nie czuję, żeby to mi coś dawało”, to Pan Jezus nie mówi: będziesz albo nie będziesz czuł, ale: będziesz albo nie będziesz miał życia.

    Zdarzają się jednak sytuacje, w których uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej jest niemożliwe czy bardzo utrudnione. Jest ich wiele i nie sposób je wszystkie tutaj omówić. Inna jest sytuacja obłożnie chorego, inna opiekujących się nim, inna kogoś, komu dotrzeć do kościoła jest trudno czy niewygodnie, inna również, gdy jest to fizycznie niemożliwe.

    Jeśli rzeczywiście nie mogę, bo nie mam jak, to moja nieobecność – choć pozostaje z uszczerbkiem dla życia duchowego – grzechem nie jest. Grzechem nie może być coś, na co nie mam wpływu, bo grzech polega na przeciwnej Bogu decyzji.

    W tych wszystkich sytuacjach warto jednak starać się jak najuczciwiej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście i naprawdę w żaden sposób nie mogę dotrzeć na Mszę św., czy też w którymś momencie rezygnuję z poniesienia związanego z tym trudu (dystansu, niedogodności, organizacji czasu) bo stwierdzam, że „nie warto”. Może trzeba zapytać samego siebie: Czego nie jest warte życie, które daje mi Jezus.

    Msza św. w sobotę wieczorem

    Kościół wychodzi naprzeciw potrzebom swoich dzieci, którym uczestnictwo w mszy w dzień świąteczny sprawia jakikolwiek kłopot. Robi to na tyle, na ile może, bo sakramenty nie stanowią jego własności, a jedynie powierzony mu przez Chrystusa depozyt.

    Kodeks prawa kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików również w kwestiach związanych z korzystaniem z sakramentów, stwierdza: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK kan. 1248 §1).

    Zatem jeśli wiem, że nie dam rady dotrzeć do kościoła w niedzielę, mogę spokojnie zrobić to w sobotę wieczorem. Z powyższego zapisu wynika też, że nie musi to być Msza św. sprawowana z formularza niedzielnego, czyli z hymnem „Chwała na wysokości”, dwoma czytaniami przed Ewangelią i wyznaniem wiary. Nawet jeśli będzie to zwykła „sobotnia” Msza św. lub na przykład Msza św. „ślubna” (ale sprawowana wieczorem!), uczestnicząc w niej, spełniam ów życiodajny – w gruncie rzeczy naprawdę niezbyt forsowny – obowiązek.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego święci nie nudzili się na Mszy św?

    Pięć powodów

    O, nierozumni, co czynicie? Dlaczego nie śpieszycie do kościołów?

    Msza św. – to „korona modlitwy”.

    Święci o Mszy świętej

    Nudzicie się czasami na Mszy świętej? Nie martwcie się, nie osądzam was. Kiedy po jakimś czasie zaczęłam ponownie chodzić na Mszę św., strasznie się nudziłam. Ale eucharystyczna obecność Jezusa pociągała mnie coraz mocniej i po jakimś czasie szczerze pokochałam Mszę świętą. Zdałam sobie sprawę, że to moja najważniejsza modlitwa w ciągu dnia.

    Jak to określił kiedyś bł. Jakub Alberione, Msza św. to „korona modlitwy” i żadne działanie, które podejmujemy, aby zbliżyć się do Boga, nie da się porównać z uczestnictwem w niej.

    Być może i wy potrzebujecie wzmocnić swoją motywację do uczestnictwa w Eucharystii? Z pomocą przychodzą nam święci, którzy raczej się w kościele nie nudzili. Oto pięć wskazówek od nich:

    WIEDZIELI, ŻE W MSZY ŚW. UCZESTNICZĄ WRAZ Z ANIOŁAMI

    Nie istnieje msza z niską frekwencją. Kiedy będziecie uczestniczyli w Eucharystii z zaledwie kilkoma innymi wiernymi, pamiętajcie, że są pośród was aniołowie!

    Św. Grzegorz Wielki mówił, że „niebiosa się otwierają i rzesze aniołów zstępują, by wziąć udział w Świętej Ofierze”, a św. Augustyn dodał, że „anioły otaczają sprawującego ofiarę Mszy świętej kapłana i służą mu”.

    TWIERDZILI, ŻE EUCHARYSTIA TO ISTOTA ICH ŻYCIA

    Uczestnicząc w najbliższej mszy świętej, poproście Boga, by pokazał wam, jak bardzo wasza dusza pragnie łask Eucharystii. Tego samego pragnienia doświadczali święci.

    „Łatwiej byłoby światu przetrwać bez słońca, aniżeli bez Mszy świętej” – pisał św. Pio z Pietrelciny. Matka Teresa z kolei mówiła, że Eucharystia to pokarm duchowy, który podtrzymuje ją w codziennym utrudzeniu. „Bez tego nie wytrwałabym ani jednego dnia, ani jednej godziny” – wyznała święta.

    CHCIELI ODDAWAĆ CZEŚĆ BOGU

    Skoro kochacie Boga i odwzajemniacie Jego miłość do was, uczestnictwo we mszy świętej jest najwyższym z możliwych wyrazów tej miłości.

    „Jedna Msza święta więcej oddaje czci Panu Bogu, aniżeli wszystkie uczynki pokutne świętych, wysiłki apostołów, cierpienia męczenników, a nawet płomienna miłość Matki Najświętszej” – twierdził św. Alfons Liguori. Św. Jan Vianney mówił z kolei, że „wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza św. jest dziełem Bożym”.

    W MSZY ŚW. ODNAJDYWALI RADOŚĆ

    Bóg jest jedynym źródłem prawdziwego szczęścia. Wiedząc to, święci uczestniczyli w Eucharystii, aby odnaleźć prawdziwą radość.

    „Trzydzieści pięć lat temu do wiary przywiodła mnie radość z narodzin mojego dziecka. Ta radość odnawia się nieustannie, kiedy codziennie przyjmuję Ciało Pana naszego w czasie Eucharystii” – wyznała Dorothy Day.

    MIELI ŚWIADOMOŚĆ PONADCZASOWOŚCI MSZY ŚWIĘTEJ

    Msza jest uobecnieniem misterium paschalnego Jezusa Chrystusa. Oznacza to, że nie tyle wspominamy w jej trakcie Jego śmierć i zmartwychwstanie, lecz że ponownie przeżywamy je, sami wkraczamy w ten ponadczasowy moment.

    Bł. Jakub Alberione mówił, że „Jezus jest Barankiem, którego zabito, lecz który żyje na wieki, w każdym momencie odnawiając swoją mękę w nieustannym sprawowaniu mszy świętych na całym świecie”. Wiedział też o tym św. Jan Paweł II, który przypominał, że „msza święta uobecnia ofiarę krzyża”.

    Mogłabym znaleźć jeszcze wiele powodów, dla których warto uczestniczyć we Mszy świętej, moglibyśmy rozważać myśli kolejnych świętych. Chciałabym jednak zakończyć, przywołując ostatni cytat „motywacyjny” – słowa św. Leonarda z Porto Maurizio (który, jak sądzę, wypowiedział je ze złośliwym uśmiechem na twarzy): „O, nierozumni, co czynicie? Dlaczego nie śpieszycie do kościołów, aby wysłuchać tyle Mszy świętych, ile tylko się da?”.

    S. Theresa Aletheia Noble/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ PRZYJMUJEMY Z NALEŻNYM USZANOWANIEM DO UST

    ALBO NA RĘKĘ – WTEDY CIAŁO PAŃSKIE SPOŻYWAMY W OBECNOŚCI KAŁANA.

    PRZYJMUJĄC KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – NA SŁOWA KAPŁANA: CIAŁO CHRYSTUSA – ODPOWIADAMY: AMEN.

    *************************************************************************************************

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “TEN, KTO MNIE SPOŻYWA, BĘDZIE ŻYŁ PRZEZE MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA NA MIESIĄC LUTY 2023

    Intencja papieska:

    (w poszerzonej wersji)

    *Módlmy się, aby wspólnoty parafialne uczestnicząc w Ofierze Mszy św., w której dokonuje się dzieło zbawienia przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, stawały się coraz bardziej wspólnotami wiary i otwartości, szczególnie wobec najbardziej potrzebujących. W drugiej Modlitwie Eucharystycznej o Tajemnicy pojednania Kościół, Matka nasza, wyznaje, że “wszyscy oddaliliśmy się od Ciebie, ale Ty sam, Boże, nasz Ojcze, stałeś się bliski dla każdego człowieka. Przez ofiarę Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, wydanego za nas na śmierć, doprowadzasz nas do Twojej miłości, abyśmy także my dawali siebie braciom”.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

      ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Boża Matko, która dałaś nam cudowne miejsce w Lourdes, prosimy Cię, abyśmy byli wrażliwi na ludzkie cierpienie i mieli serce dobrego Samarytanina, który nie tylko zaopiekował się poranionym, ale i gospodarza gospody zachęcił: “Miej o nim staranie” (Łk 10, 35). W loretańskiej litanii wołamy do Ciebie: Uzdrowienie chorych, bo Ty, Boleściwa Matko, najlepiej wiesz co to jest cierpienie i czym jest ból nie tylko ciała, ale i ducha. Uproś siłę i odwagę dźwigającym swoją niemoc, aby wpatrując się w Ukrzyżowanego Twojego Syna zobaczyli, że wybawienie przyszło i wciąż przychodzi przez krzyż.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    _____________________________________________________________________________

    Tajemnice Różańcowe wraz intencjami zostały wysłane na maila w niedzielę 29 stycznia z adresu: e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś nie otrzymał, bardzo proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres: rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    Na stronie Żywego Różańca: zr.kosciol.org – znajdują się intencje, Tajemnice Różańcowe, Patroni Róż oraz ogłoszenia.

    ____________________________________________________________________________

    JAK CO ROKU, WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA W OKRESIE ADWENTOWYM, ORGANIZUJE DATKI NA RZECZ POTRZEBUJĄCYM. W TYM ROKU NASZĄ SKŁADKĘ PRZEZNACZYLIŚMY NA POMÓC SIOSTROM KLAWERIANKOM.

    BARDZO SERDECZNE DZIĘKUJĘ NASZYM STAROPOLSKIM: “BÓG ZAPŁAĆ” ZA WASZE ZROZUMIENIE I WSPANIAŁĄ CHOJNOŚĆ. SUMA 3000 FUNTÓW ZOSTAŁA JUŻ PRZEKAZANA NA POTRZEBY MISJI, KTÓRE PROWADZĄ SIOSTRY BŁOGOSŁAWIONEJ MARII TERESY LEDÓCHOWSKIEJ.

    ***

    W Afryce żniwo jest dojrzałe, serca pragną Boga, pragną wiary. Każdy uczynek miłosierdzia, także ten, który zaspakaja potrzeby materialne, np. głód, służy ratowaniu dusz.

    bł. Maria Teresa Ledóchowska

    ___________________________________________________________________________________________

    Odpusty dla odmawiających różaniec

    „Wiedz, że jakiekolwiek są już liczne odpusty udzielone Mojemu Różańcowi, Ja ubogacę go jeszcze więcej na każdą pięćdziesiątkę „Zdrowaś Maryja” dla tych, którzy będą go odmawiali bez grzechu śmiertelnego i pobożnie na kolanach. Każdemu zaś, kto wytrwa w odmawianiu go rozmyślając jego piętnaście tajemnic, uproszę jako nagrodę za tak dobrą przysługę, aby w końcu życia zostały mu całkowicie odpuszczone winy i kara za wszystkie jego grzechy… Niech ci się to nie wydaje niemożliwe, ponieważ łatwo Mi jest to uczynić, gdyż jestem Matką Króla Niebios, tego, który nazywa Mnie Pełną łaski; jeżeli więc jestem nią wypełniona, to mogę ją rozdzielać i udzielę jej obficie Moim drogim synom”. (MB do bł. Alana de Rupe)

    Czym jest odpust?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych.
    (…). Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” (KKK 1471).

    „Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (KKK 1473).

    a) Odpust zupełny – uwalnia od wszystkich kar doczesnych, należnych za grzechy odpuszczone co do winy w sakramencie pokuty.
    b) Odpust cząstkowy – darowanie części kary doczesnej.
    „Przez odpusty wierni mogą otrzymać dla siebie, a także dla dusz w czyśćcu, darowanie kar doczesnych, będących skutkiem grzechów” (KKK 1498).

    Kiedy uzyskujemy odpust różańcowy?

    Odpust zupełny możemy uzyskać wówczas, gdy modlitwę różańcową odmawiamy:

    • w kościele,
    • w miejscu publicznych modlitw,
    • w rodzinnym gronie,
    • w zakonnej wspólnocie,
    • w pobożnym stowarzyszeniu.

    Gdy modlitwie różańcowej towarzyszą inne okoliczności, Kościół wtedy mówi o udzieleniu odpustu cząstkowego.

    Warunki, które należy wypełnić dla uzyskania odpustu zupełnego:

    1. Odmówić w całości przynajmniej jedną z czterech części różańca (pięć tajemnic określonej części).

    2. Medytacji nad tajemnicami różańcowymi musi towarzyszyć modlitwa ustna.

    3. Podczas publicznego odmawiania różańca muszą być – w sposób dla danego miejsca właściwy – zapowiadane poszczególne tajemnice. W przypadku gdy modlitwę różańcową odmawiamy sami, wystarcza, że recytujemy modlitwy i że towarzyszy temu rozważanie stosownych tajemnic. Ważne jest, byśmy nie przerywali modlitwy, nim ją skończymy*

    Pozostałe warunki dla uzyskania każdego odpustu zupełnego:
    • Być w stanie łaski uświęcającej; a jeśli trzeba, przystąpić do sakramentu pokuty.
    • Przyjąć Komunię świętą.
    • Wykluczyć wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, tzn. tolerowanie u siebie złych przyzwyczajeń lub dobrowolne trwanie w jakimś nałogu.
    • Wykonać z pobożnością dzieło obdarzone odpustem.
    • Odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo).

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, a cząstkowy – kilka razy dziennie. Należy wzbudzić intencję uzyskania odpustu. Odpusty możemy uzyskać dla siebie lub za zmarłych. Nie można ich przekazać żyjącym.

    za: http://parafia.prabuty.pl/


    *„Dla uzyskania odpustów za odmawianie Różańca świętego, kiedyś należało odmawiać przynajmniej jedną trzecią część w całości, bez przerywania. Tylko członkowie wpisani do bractwa mieli przywilej i to jedynie przy odmawianiu obowiązującego w ciągu tygodnia różańca, że mogli oddzielać jeden dziesiątek od drugiego, bez względu na czas między jednym dziesiątkiem a drugim. Jednak św. Pius X zezwolił na to wszystkim wiernym. Dzisiaj więc wszyscy mogą zyskiwać odpusty różańcowe, odmawiając nawet każdy dziesiątek oddzielnie... Dlatego nikt nie może twierdzić, że brak mu czasu na częste, a nawet codzienne odmówienie chociażby jednej cząstki Różańca”. (o. Ludwik Fanfani OP) – za: https://rozaniec.maryjni.pl/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ja trzymam różaniec – Maryja mnie

    … zwrócenie się ku Matce Bożej, aby od Niej czerpać wzór i duchowe siły.

    … zastanówmy się nad sensem i znaczeniem Różańca.

    fot. Karol Porwich/TYgodnik Niedziela

    *****

    Pamiętasz swój pierwszy różaniec? Pewnie z utęsknieniem czekałeś na moment, gdy w czasie przygotowań do I Komunii św. otrzymasz go z książeczką i medalikiem. Być może twój dziecięcy wzrok nie potrafił jeszcze wtedy wznieść się ponad ziemskie piękno koralików i schludnego futerału. I może nawet do dziś po prostu „nie czujesz” Różańca. Nie martw się. Św. Tereskę nużył i nie od razu umiała odkryć jego piękno. Bo z Różańcem jest jak z drzewem. Nie zachwycasz się samym pniem. Mimo że jest najważniejszy, to sam w sobie jest nudny. W podziw wprawia nas dopiero widok owoców. Różaniec również zachwyci cię dopiero wtedy, gdy po czasie zobaczysz jego owoce.

    Precz z nudą!

    Czy powtarzanie tych samych formułek na okrągło, przez pół godziny, nie jest bezsensownym i nudnym klepaniem? Bezsensowne to nie jest na pewno. A nudę da się pokonać. Po pierwsze – warto się wyleczyć z tego specyficznego rodzaju „stresu”, w jaki sami siebie wpędzamy: „muszę kontrolować uciekające myśli”, „muszę się skupić tylko na wypowiadanych słowach”. Stop! A kto tak każe? Gdzie znalazłeś nakaz bezwzględnego koncentrowania całej uwagi wyłącznie na kolejnych słowach „zdrowaśki”? Nie wymagaj od siebie myślenia o każdym słowie wypowiadanych formuł. One mają ci pomóc wejść w prawdziwą modlitwę. Modlitwę sercem. Regularnie wypowiadane słowa mają je „ukołysać”, by zaczęło medytować! Tak! Bo Różaniec to modlitwa medytacyjna! Tutaj chodzi o rozważanie konkretnych tajemnic, jakby przy „melodii” powtarzanych słów. Mam się skupiać na kolejnych tajemnicach, a nie na kolejnych „paciorkach”. Sens i piękno Różańca nie polega na panicznym skupianiu uwagi na nim samym, ale na „dostrojeniu serca”. Dzięki niemu dusza staje się otwarta na rozważanie prawd z życia Jezusa i Maryi, a po czasie zaczyna z nich czerpać mądrość do własnego życia.

    Co to znaczy „rozważać”?

    Modlitwa „Zdrowaś Maryjo” jest jak sama Matka Boża: pokorna, a niesłychanie potężna. Ma niezwykłą właściwość: potrafi koić duszę, wyciszać serce i skupiać uwagę na rozważanych tajemnicach. Żeby głęboko je rozważać, warto sobie pomóc gotowymi tekstami. Czyta się je przed każdą „dziesiątką”. Gdzie je znaleźć? Najlepsza jest Biblia. Znajdziesz w Ewangelii fragmenty pasujące do każdej tajemnicy. Piękniejszych rozważań nie ma. Poza tym połączenie owej „modlitwy otwartego serca” ze Słowem Bożym jest dla duszy jak skondensowana dawka najbardziej wartościowego pokarmu. Rozważania są też w modlitewnikach albo po prostu w necie i często opierają się nie tylko na Biblii, ale także na tekstach świętych autorów. Po przeczytaniu rozważania zaczynasz daną dziesiątkę. Na ustach masz „Zdrowaś Maryjo”, a w sercu przedłuża się spotkanie z Jezusem, tyle że już bez kartki. Rozważanie ma dać ci impuls. Resztę zrobi twoje serce, kołysane rytmem powtarzanych słów.

    Nie dobranocka, lecz kołysanka

    Różaniec możesz mówić lub śpiewać. Samemu albo wspólnie. Głośno albo szeptem. Tradycyjnie bądź „z dopowiedzeniami”. Niezależnie od formy – na pewno podziała na osoby, które omadlasz, i na ciebie, który się modlisz. Zawsze, gdy trzymasz różaniec w ręku, wiedz, że ciebie za rękę trzyma Maryja. A tam, gdzie jest Ona, zawsze wylewa się łaska. I zawsze zstępuje Duch Święty, który jest Dawcą pokoju i mądrości. Nie bój się, gdy w czasie modlitwy nagle się „rozproszysz” i przed oczami staną ci aktualne problemy czy bliskie osoby. O to właśnie chodzi! Różaniec tak działa. Maryja celowo wydobywa z serca na wierzch to, co je obciąża. I zaczyna to sortować. Porządkuje myśli. Pomaga rozeznać sytuację i podjąć decyzję. Wielu ludzi zaraz po zakończeniu Różańca doświadcza „dziwnego” spokoju. Inni wstając od modlitwy, nagle wiedzą, co mają robić, mimo że nawet nie prosili o jasność w danej sprawie. Gdy więc spostrzeżesz, że na modlitwie atakują cię jakieś myśli o sprawach i ludziach – od razu zanurzaj je w tej modlitwie! Oddawaj Matce Bożej! Uczyń z rozproszeń intencję modlitewną. I pozwól, by ta modlitwa dalej kołysała twoją duszę. To jest właśnie medytacja. Pokój wlewa się do serca. Wnętrze się kołysze, ale ty wcale nie usypiasz.

    I promise!

    Nie sposób wymienić wszystkich obietnic, jakie do Różańca przywiązuje Maryja. W objawieniach wskazuje na niego jako skuteczne narzędzie nawrócenia człowieka i jego bliskich. Odmawianie Różańca ma moc wyproszenia i zachowania pokoju w świecie. Na różańcu można wymodlić cuda, uzdrowienie, a nawet zatrzymanie wojen. Historia już nieraz potwierdziła nadzwyczajne ingerencje Boga w sprawy omadlane Różańcem. Warto wspomnieć choćby o Hiroszimie, wojnie na Bałkanach czy niedawnym odbiciu kolumbijskiej senatorki Ingrid Betancourt przez wojsko, które do akcji przygotowywało się przez Różaniec! Święci nazywali go „biczem na szatana”, a sam Chrystus powiedział św. Gertrudzie, że „Zdrowaś Maryjo” to „moneta, za którą nabywa się niebo”. Różaniec to taka niebiańska kroplówka, dzięki której za każdą „zdrowaśką” do twojego duchowego organizmu sączy się kolejna kropla mądrości i pokoju. Ten, kto odmawia Różaniec, zmusza diabła do kapitulacji, a siebie i świat na nowo chowa pod płaszcz Maryi.

    Módlmy się za wszystkie kobiety, aby Niepokalana była zawsze wzorem do naśladowania w ich życiu i uczyła wiernie trwać przy Chrystusie

    ks. Tomasz Podlewski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mimo gorliwej modlitwy o uzdrowienie ktoś nie doznaje tej łaski… co z tym zrobić?

    Po co się modlić o czyjeś uzdrowienie? Czy Bóg uzależnia życie i zdrowie danej osoby od ilości modlitw w jej intencji.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    *****

    Przy różnych okazjach składania sobie życzeń zazwyczaj słyszymy: „Na pierwszym miejscu życzę ci zdrowia, bo ono jest najważniejsze, zwłaszcza w dzisiejszych czasach”. Pewien mój znajomy miał zwyczaj odpowiadać, że od zdrowia ważniejsze jest szczęście, bo na Titanicu zdrowie mieli na ogół dobre, za to szczęścia im zabrakło. A tak poważnie mówiąc, wydaje się, że zdrowie urasta dzisiaj do rangi wartości absolutnej. Świadczą o tym nie tylko rosnąca w siłę moda na zdrowy tryb życia (to akurat dobrze), ale także zatrważająca ilość odżywek, suplementów diety, leków i wyrobów medycznych bez recepty, cudownych wyciągów z egzotycznych roślin i zwierząt oraz leków, które działają trzy razy mocniej niż te poprzednie. Ludzie poszukują życia bez bólu, ograniczeń, bez starzenia się, bez niepełnosprawności. Niewierzącym pozostaje do dyspozycji wybór mnóstwa cudownych preparatów, wierzący włączają w to jeszcze modlitwę. I nie jest to wcale ironia, ale próba pokazania, że zdrowie jest bardzo ważną wartością dla zarówno wierzących, jak i niewierzących.

    Tym, co zachęca chrześcijan do modlitwy o uzdrowienie, jest przede wszystkim fakt, że Pan Jezus w czasie pobytu na ziemi uzdrowił wielką liczbę ludzi, także tych, wobec których nawet dzisiejsza medycyna pozostawałaby bezradna. Dlaczego to robił? Oczywiście, można by odpowiedzieć bardzo prosto: bo kochał ludzi. I byłoby w tym wiele prawdy. Pozostaje jednak pewna wątpliwość: skoro Pan Jezus kocha wszystkich, to dlaczego uzdrowił tylko niektórych? Otóż uzdrowienia dokonywane przez Chrystusa miały bardzo konkretny cel. Kiedy uczniowie uwięzionego Jana Chrzciciela przyszli do Jezusa z pytaniem: „Czy ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”, Mistrz w odpowiedzi powołał się na znaki, których dokonywał: „Niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi” (por. Mt 11). Uzdrowienia miały bowiem być zapowiedzią nadejścia ery mesjańskiej, którą przepowiadali prorocy. Jezus połączył więc w nich miłość do ludzi z objawieniem siebie jako Bożego Pomazańca.

    Uzdrowienia mocą Bożą nie skończyły się wraz z wniebowstąpieniem Jezusa. Jeszcze przed zmartwychwstaniem Chrystus nakazał Apostołom: „Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy!” (Mt 10, 8). Historia Kościoła dawniej i dziś pełna jest świadectw o dokonanych uzdrowieniach. Sam, posługując w różnych wspólnotach, słyszałem świadectwa ludzi, którzy byli przekonani, że swoje uzdrowienie zawdzięczają modlitwie własnej oraz swoich współbraci w wierze. Niektórych uzdrowień medycyna nie była w stanie wyjaśnić. Wierzę w ich prawdziwość! Czym jest jednak uzdrowienie w swojej istocie? Jest obdarowaniem człowieka pełnią sił na jakiś czas. Każdy uzdrowiony człowiek po jakimś czasie (nieraz mierzonym w dziesięcioleciach) podupadnie na zdrowiu, zachoruje i umrze. To tak, jak ze wskrzeszeniem Łazarza: piękny znak przyjaźni Jezusa, przyczynek do wiary dla wielu Żydów, zapowiedź zmartwychwstania. Ale wskrzeszony Łazarz kiedyś się zestarzał i umarł; tak jak każdy z nas oczekuje w grobie dnia zmartwychwstania umarłych i Sądu Ostatecznego. Nie chcę w ten sposób umniejszać wartości uzdrowienia, bo ono zawsze przynosi konkretne dobro, ale chcę powiedzieć, że zdrowie nie jest wartością absolutną. Jest taki fragment Ewangelii, w którym Pan Jezus bezkompromisowo zestawia wartość fizycznego zdrowia oraz wartość zbawienia i życia wiecznego: „Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie” (Mk 9, 43-48). Dla uczniów Chrystusa bardzo ważne było to, by mieli dobrze poukładaną hierarchię wartości: zdrowie jest ważne, ale najważniejsze jest zbawienie. Jeśli tak mamy to ułożone, nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy się modlili o uzdrowienie z naszych chorób. Lecz jak to robić?

    Tu prześcigamy się w wynajdywaniu sposobów. Czasem ulegamy wrażeniu, że jedne formy modlitwy o uzdrowienie są bardziej skuteczne od innych. Pamiętam taką rozmowę z moją parafianką w jednej ze wspólnot, gdzie posługiwałem. Przyszła do mnie przed poranną Mszą św. i zapytała, czy w naszej parafii odprawiane są Msze św. o uzdrowienie. Odpowiedziałem, że tak, i że najbliższa taka Msza zacznie się za 5 minut. Była pozytywnie zaskoczona. Po Mszy św. przyszła do mnie jednak z pretensjami. Według niej, wcale nie była to Msza o uzdrowienie. Kilkanaście uczestniczących osób, żadnych specjalnych modlitw, nawet krótka homilia zupełnie nie o uzdrowieniu. I jak to tak? Próbowałem jej wtedy wytłumaczyć, że Pan Jezus także w czasie tej Mszy św. mógł dokonywać cudu uzdrowienia, jeśli znalazł potrzebną do tego wiarę. Nie była do końca przekonana. Czy więc Msze św. o uzdrowienie, w czasie których odmawiane są specjalne modlitwy, padają słowa rozeznania, osoby posługują modlitwą wstawienniczą, są pozbawione sensu? Otóż nie! Co jest potrzebne do uzdrowienia? Wiara! Jeśli modlitwy, pieśni uwielbienia, słowa poznania, wstawiennictwo współbraci pobudzają moją wiarę w możliwość uzdrowienia, to z pewnością mają swoją wartość. Bylebym tylko pamiętał, że uzdrawia Jezus, a nie forma, długość czy konkretny sposób modlitwy. To nie znaczy, że w modlitwie o uzdrowienie nie mogę być „namolny”. Pamiętacie przypowieść o wdowie i sędzim, który nie chciał jej wziąć w obronę (Łk 18, 1-8)? To właśnie upór i częstotliwość próśb spowodowały, że w końcu zdecydował się jej pomóc. Jezus uczy nas tutaj, że wytrwałość i determinacja w modlitwie mogą zmieniać Boże wyroki!

    Jednakże bywa i tak, że mimo gorliwej modlitwy o uzdrowienie ktoś nie doznaje tej łaski. Pozostaje sam na sam ze swoim cierpieniem. Często wtedy obraża się na Jezusa, choć On nigdy nie obiecywał swoim uczniom wolności od cierpienia. Może wtedy albo stać się osobą zgorzkniałą, żyjącą w poczuciu porażki, albo zrobić ze swoim cierpieniem to, co uczynił z nim Jezus: przemienić je w narzędzie współzbawiania świata. Znakomicie to rozumiał św. Paweł, który napisał: „Teraz raduję się, cierpiąc za was, i w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1, 24). Cierpienie nigdy nie stanie się dobrem. Możemy jednak, idąc za wzorem Jezusa, z czegoś, co dobrem nie jest, uczynić narzędzie zbawienia. Wymaga to jednak wielkiej dojrzałości w wierze.

    ks. Andrzej Cieślik/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W TYM ROKU – 10 LUTEGO – WSPOMINAMY 83 ROCZNICĘ PIERWSZEJ WYWÓZKI NASZYCH RODAKÓW NA SYBERIĘ

    „Ludzie marli jak muchy”.

    Nikt nie policzy ilu Polaków leży na cmentarzach Sybiru

    (zdjęcie ilustracyjne. fot. AB/PCh24/pl)

    ***

    W 83. rocznicę pierwszej sowieckiej deportacji Polaków na Wschód – z Grażyną Jedlińską o niedoli wywózki i katorgi na Syberii rozmawia Adam Białous. 

    Skąd Pani pochodzi i kiedy się pani urodziła?

    Urodziłam się 16 lipca roku 1926 w gajówce Bagryny na Polesiu. Mój ojciec miał nazwisko Dauksza. W roku 1920, jako legionista, walczył z Sowietami. Później, do czasu wojny, był gajowym. Moja mama miała na imię Maria. Gdy rozpoczęła się wojna ojca zmobilizowano. Pracował na lotnisku wojskowym w Żabczycach. Tam zgromadzono samoloty Łoś, które ocalały po niemieckich bombardowaniach. Ojciec zginął 21 września 1939 roku. Zabili go białoruscy komuniści, miejscowe bojówki. Wywlekli ojca do lasu – w miejsce zwane Biały Jaz i tam zastrzelili.

    Pogrzebaliśmy ojca nocą na cmentarzu we wsi Rutka, bo nas z domu rodzinnego Sowieci wyrzucili i byliśmy u mojej babci w Rutce. Moja starsza siostra, tej nocy kiedy ojca zabili, miała sen. On jej się przyśnił i mówił „Ruscy bandyci mnie zastrzelili. Strzelili w płuca i w oko. Kiedy zawiadomieni przez miejscowych Polaków o śmierci ojca pojechaliśmy furą wysłaną sianem po jego umęczone ciało, dokładnie takie właśnie miał rany…

    Po moim ojcu został nam kuferek. On go dostał jak był w Legionach. Ten kuferek jest obecnie prezentowany na wystawie w Muzeum Sybiru w Białymstoku. Ja przekazałam go do tego muzeum, żeby ludzie pamiętali o moim ojcu i tych ciężkich czasach – oby nie wróciły.

    fot. AB/PCh24.pl

    ***

    Czy po wkroczeniu Sowietów 17 września 1939 oprócz Pani ojca zamordowano jeszcze innych Polaków?

    Wówczas w tym miejscu – Biały Jaz zastrzelono też kilku miejscowych Polaków m.in. z rodziny ziemiańskiej Skirmontów. Zabili Aleksandra, Bolesława i Helenę Skirmontów. Oni mieli majątek i dwór w Korzeniewie. Komuniści przyszli po nich do dworu. Wyprowadzili ich na rozstrzelanie. Wykopali dół. Żadne nie zgodziło się żeby zawiązać im oczy. Aleksander odwrócił się do nich twarzą i powiedział – strzelajcie. Jak to było, to ja wiem od siostry, która już nie żyje. Wiem też od niej, że jeden z tych katów, którzy strzelali do Skirmontów popełnił samobójstwo, sumienie go strasznie gryzło. To był miejscowy Białorusin – komunista.

    W jakich okolicznościach wywieziono was na Sybir?

    Mama wiedziała, że Sowieci będą chcieli nas wywieźć na Sybir. Dlatego ukrywaliśmy się jak tylko było można. Miałam troje rodzeństwa. Starszą siostrę i dwóch braci, ja byłam najmłodsza. Wydali nas białoruscy komuniści. Wywieźli nas z Rutki 10 lutego 1940 roku. Ja miałam wtedy 13 lat. Przyszli po nas o 4 rano. Całe szczęście, że trafił nam się ludzki NKWD-zista. Pozwolił się spokojnie spakować, dzięki czemu mama mogło sporo rzeczy zabrać ze sobą, co nas później uratowało.

    Zebrali nas, wszystkie rodziny do wywózki,  koło szkoły. Potem ruszyliśmy. Jechały 45 fury ludzi i dobytku. Padał śnieg. Mróz był siarczysty. Tak dojechaliśmy do Pińska na dworzec. Był tylko ludzki jęk i płacz. Wpakowali nas do bydlęcych wagonów. Wieźli i wieźli, bez końca. Nikt się do snu nie przebierał, było za zimno. W tych samych ubraniach przez miesiąc. Niby paliło się w jakiejś kozie, ale to wszystko ciepło uchodziło przez szpary w deskach wagonu. Za ubikacją robiła dziura wyrąbana w podłodze. Jechaliśmy w takich nieludzkich warunkach dwa miesiące. Potem jeszcze 700 kilometrów sańmi. Dużo ludzi, w tym dzieci i starcy poumierali po drodze. Zawieźli nas w miejsce, od którego północny biegun był oddalony zaledwie o 300 kilometrów. Tam w najciemniejszą noc można było czytać gazetę. Żyli w tym łagrze zesłańcy wojskowi. Mieszkaliśmy w drewnianym baraku, którego pokrycie dachu stanowił mech.

    Jakie były warunki żywieniowe ?

    Do czasu wybuchu wojny niemiecko – sowieckiej warunki życia były nienajgorsze. Chleba raczej starczało wszystkim. Ten kto pracował, dostawał kilogram cukru na miesiąc, dzieci po pół kilograma. Kiedy rozpoczęła się wyżej wspomniana wojna, stało się gorzej. Dostawaliśmy tylko po 80 deko suchego chleba dziennie. To była cała zapłata za naszą katorżniczą pracę. Był głód. Łatwiej było się wyżywić latem, bo można było grzybów nazbierać, czy najeść się tataraku. A tam lasy ogromne, bez końca. Jak raz nasza znajoma zapuściła się w tym lesie, to 16 dni błądziła, zanim ją znaleźli. Jadała co było w lesie i tak przeżyła. Dobrze, że nie trafiła na niedźwiedzia, albo wilka, bo to one by ją zjadły. My jak jechaliśmy siano kosić, to zawsze mieliśmy przygotowane kosy w razie ataku niedźwiedzia. Ja też w lesie zbłądziłam. Byłam m.in. gońcem z listami chodziłam i raz zabłądziłam jak wracałam. Modliłam się i po 6 kilometrach marszu znalazłam dobrą drogę. Dobrze, że przed zachodem słońca. 

    Czy katorżnicza praca zagrażała życiu?

    Nieludzka praca zimą była w lesie. Trzeba było ścinać drzewa i po kawałku wozić je nad rzekę. Dopiero wiosną, zwalano te kłody do rzeki i tak je transportowano. Praca była niebezpieczna. Ja pamiętam jedną Polkę o nazwisku Pietrucha, którą padające drzewo przygniotło na śmierć. Ale ofiar tej katorżniczej pracy było o wiele więcej. Opieka zdrowotna była taka, że najbliższy szpital znajdował się 100 kilometrów od naszego łagru. Poważnie ranni umierali więc przeważnie w drodze do szpitala.

    Czy wielu Polaków zmarło w miejscu katorgi?

    Ludzie chorowali na potęgę. Ja sama cudem wyszłam z duru brzusznego, który mnie mordował 21 dni. Wielu tam Polaków zmarło. Pamiętam jak do mojej mamy przychodzili rodacy i prosili ją o podarowanie jakiejś sukienki, żeby córkę czy żonę mieli w czym pochować. Mama dawała chętnie, mówiąc przy tym „jest przykazanie – umarłych pochować”. Mama miała te sukienki, bo wzięła je ze sobą, żebyśmy miały w czym do Polski wrócić. Ludzie umierali jak muchy. Moja koleżanka, wracała do Polski sama, bo na Sybirze zmarła cała jej rodzina. U rodziny Michałków zmarły rodzicom 2 dzieci. Dziewczynka miała 14 lat a jej braciszek 9. Dziewczynka kiedy umierała prosiła rodziców – „Pochowajcie nas razem ze Zdzisiem. Żebyśmy nie leżeli sami”. Taka była jej ostatnia prośba, żeby mogła spocząć w grobie razem z bratem. Ich mama dostała z tego wszystkiego pomieszania zmysłów. Tam gdzie żyliśmy założyliśmy cmentarz, ileż tam Polaków leży, dziś chyba nikt tego nie policzy.

    Jak wyglądała wasza droga powrotu do Polski?

    Pewna odwilż była, kiedy umówili się, chodzi mi o ten układ Sikorski – Majski, że będą robić w ZSRR armię polską generała Andersa. Ale nikt z naszych właściwie o tym nie wiedział, Ruscy nam nie powiedzieli. Dopiero kiedy armię Kościuszki robili, to już wtedy nam powiedzieli. Wtedy mój brat do tej armii wstąpił, dzięki temu nas, jego rodzinę, przewieźli z Syberii na Ukrainę. To było w roku 1943. Byliśmy wolni, ale głodni, dlatego trzeba było iść do pracy do kołchozu im. Woroszyłowa, założonego na ziemiach byłego, ogromnego majątku ziemskiego.

    Właściwie to pracowaliśmy tam w oddziale tego kołchozu, który nazywał się Grybionka. Chleba zawsze było w ZSRR mało. Moja mama marzyła tam, żeby chleba do syta się najeść. Dzięki Bogu doczekała się tego, kiedy wróciliśmy do Polski. 2 lipca 1946 roku, czyli po 8 latach na wywózce, wróciliśmy do Rutki na Polesiu, skąd nas wywieźli. Niestety te tereny zostały po stronie ZSRR. Mieszkaliśmy u wujka. Ciężko tam nam było się pomieścić. Więc jeszcze w roku 1946 wyjechaliśmy do Pińska. Ja tam zatrudniłam się w zakładach mięsnych, bo byłam już dorosła. Tam poznałam chłopaka, który wkrótce został moim mężem. Później wyjechaliśmy z mężem do Białegostoku, gdzie też pracowaliśmy w zakładach mięsnych. I tak dzieci porosły, życie zleciało. Mąż zmarł już kilka ładnych lat temu. Moje rodzeństwo już nie żyje, ja mam 96 lat i jestem ostatnia.

    Dziękuję za rozmowę

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 LUTEGO 2023

    Tomasz A. Żak: Przegrywanie i wygrywanie

    (Lukasz Dejnarowicz / Forum)

    ***

    I znów obchodzimy okrągłą rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego. Już dziesięć lat temu w mediach publicznych okolicznościowe obchody promowano pod hasłem „Styczeń wolności”. Dzisiaj, tej medialnej „wolności” jest jeszcze więcej.  Ech, te rocznice! W tym roku możemy na przykład jeszcze świętować 80-tą rocznicę Konferencji w Teheranie, za rok niewątpliwie nie zapomnimy o 80-tej rocznicy Powstania Warszawskiego, a za dwa lata będzie okazja na uczczenie „osiemdziesiątki” Konferencji Jałtańskiej. Czemu, w jednym szeregu stawiam tragiczne zrywy narodowe wraz „kamieniami milowymi” zdrady Polski przez aliantów? Ponieważ, jak w tym gorzkim powiedzeniu, Polak znów jest głupi, pomimo szkód jakie wciąż ponosi jego wolność.

    Nie zamierzam tutaj wchodzić w trwający od pokoleń lechicki dyskurs: „Bić się czy nie bić”. Zdecydowanie bardziej chciałbym móc porozmawiać o tym, co robić po kolejnej przegranej mojej Ojczyzny. Zupełnie nie przekonują mnie tramtadrackie popisy propagandzistów, którzy dla sobie wiadomych politycznych celów wmawiają Polakom, jak to „pięknie jest z honorem lec”, bo przegrywając odnosimy „moralne zwycięstwo”. Takie właśnie narracje, niestety, są używane w ramach kampanii przywołujących rok 1863. Dopiero co Prezydent Andrzej Duda, zdecydowanie w duchu „internacjonalizmu”, mówił o tym przegranym powstaniu, jako o walce „za wolność naszą i waszą”, ale przede wszystkim wyraził przekonanie, że powstanie to „na zawsze pozostanie świadectwem nieujarzmionej siły wolności”. Dekadę wcześniej epatowano nas takim oto cytatem: „całe powstanie, łącznie z jego klęską, było szczeblem, być może tym najtrudniejszym, po którym naród polski wspinał się ku lepszej przyszłości”. Trzeba być kompletnym ignorantem, aby coś takiego „kupić”, ale – jak wiemy – proces ogłupiania społeczeństwa trwa od dawna, a więc nadawcy pewnie myślą, że można nam już ten kit sprzedać. Jak rozumiem, ta strategia dezinformacyjna podobne konkluzje skonstruuje dla hekatomby Powstania Warszawskiego albo i dla „Rzezi Wołyńskiej”…

    Tak dwa wieki temu, jak i dzisiaj, o losach narodów i państw ostatecznie nie decydują konfrontujący się ze sobą i nawzajem się zabijający żołnierze, ale konferujący przy zielonych stolikach macherzy od polityki. Można to porównać do losu indywidualnego Kowalskiego, który dał się namówić na wzięcie kredytu: podpisałeś i będziesz płacił. Ale jest i tak, że za Kowalskiego podpisuje kto inny (jak np. w Jałcie). Bywa też, że podpisuje ktoś kogo Kowalski wyznaczył swym pełnomocnikiem (np. w ramach mandatu wyborczego), ale Kowalski nie ma świadomości, co w jego imieniu ten „wybraniec” kontraktuje (np. w Lizbonie, albo w Nowym Jorku). Zdziwienie, oburzenie pojawia się później; najczęściej wtedy jak zaczynają przychodzić faktury do zapłaty. Te faktury proszę traktować metaforycznie, choć w realu wzrost kosztów i obciążeń podatkowo-składkowych w ramach „Polskiego Ładu” doprowadził już do likwidacji ponad 200 tys. polskich firm. Jeden z takich „zlikwidowanych” przedsiębiorców (zatrudniał 4 osoby) powiedział mi, że wolałby, jak jego dziadek, strzelać do Niemców na wojnie, bo tam jednak była szansa, aby przeżyć.

    Charte des droits fondamentaux ou la mort

    Wróćmy jednak do metafory, bo to, co materialne można stracić, można też odzyskać, a pokazuje nam to dowodnie polska historia. Gorzej, dużo gorzej jest z utratą narodowej tożsamości, z przekonstruowaniem moralnego dekalogu, a tutaj właśnie faktury wystawiane przez naszych „zachodnich partnerów” mnożą się i są coraz bardziej wygórowane. Progowym dla nas w tej kwestii było podpisanie w roku 2007 Traktatu Lizbońskiego, dokładnie 13 grudnia (ech, te daty!), w efekcie  czego zaimportowaliśmy do Polski całą paletę kolorowych zagrożeń, które dotąd mogliśmy oglądać bezpiecznie, bo z daleka, np. podczas podróży do Niemiec, Anglii czy przede wszystkim USA. Dziesięć lat później, europoseł Mirosław Piotrowski, tak podsumował ten „import”: „Traktat lizboński wszedł w życie wbrew woli obywateli, niejako tylnymi drzwiami. Dowodzą tego wypowiedzi czołowych europejskich polityków (…) Wprowadzono dokument ograniczający suwerenność krajów i wbrew ich woli, a niekiedy pod przymusem”.

    Kluczowe dyrektywy traktatu zawiera towarzysząca mu Karta Praw Podstawowych. Nazwa tego dokumentu jest zgrabną marketingową fasadą (prawie jak Deklaracja praw człowieka i obywatela z czasów rewolucji we Francji), którą można zmieniać, a przede wszystkim interpretować wedle życzenia tych, którzy sami siebie uczynili „strażnikami” owych „praw”. A wśród tych „praw” odnajdziemy np. ładnie się prezentujące w zapisie „poszanowanie życia prywatnego i rodzinnego”. Brzmi dobrze, ale autorom zdecydowanie nie chodzi o polskie rozumienie rodziny czy prywatności jako takiej. Im chodzi o osoby i środowiska LGBTIQ (czytaj: pederaści, lesbijki i inni odmieńcy seksualni); im chodzi o pełną i legalną aborcję wspieraną przez państwo; im chodzi o SRHR (czytaj: tzw. sprawiedliwość reprodukcyjna, czyli np. prawo do nie posiadania dzieci). Wszystko to nie tylko ma być dostępne, ale również promowane poprzez edukację. Jest w tym jeszcze jedna „sugestia”: należy „się przyjrzeć” (czytaj: monitorować i eliminować) „grupom antygenderowym i sprzeciwiającym się prawu do aborcji”. Za nieprzestrzeganie Karty są kary. Na przykład można „zamrażać” przysługujące państwom środki finansowe. Chyba Państwu to coś mówi, prawda?

    Sustainable Development Goals and all clear

    Naszej metafory nie jest w stanie zatrzymać nawet ocean. Oto jesienią roku 2015, w siedzibie głównej ONZ w Nowym Jorku odbył się tzw. „szczyt”. Na tym szczycie przyjęto ważny dokument zobowiązujący państwa członkowskie do określonych działań formalnych i organizacyjnych, skądinąd rozłożonych na 15 lat, z oczywistą w takich sytuacjach opcją korekt i dodawania potrzebnych „po drodze” treści. Cele Zrównoważonego Rozwoju (SDG) – tak zwie się to zadanie prawne i jak najbardziej kulturowe, obliguje również Polskę. W duchu globalizmu dokument ten zdefiniował sekretarz generalny ONZ, António Manuel de Oliveira Guterres: „Mamy przed sobą śmiałą agendę rozwoju. Teraz musimy pracować nad tym, żeby stała się ona rzeczywistością w życiu każdego człowieka na świecie.”

    Promowany przez ONZ dokument pełen jest nowomowy jak z komunistycznych czasów, w stylu: „skupimy się na dobrobycie ludzi”, „zmienimy świat na lepsze”. Nie zapomniano przy tym o współczesnych trendach typu – „przeciwdziałanie zmianom klimatycznym”. Agenda rozpisana na 17 celów definiuje 5 najważniejszych obszarów działania: „ludzie, nasza planeta, dobrobyt, pokój na świecie i partnerstwo”. Przypominam – to nowomowa, a więc wypowiadane czy zapisane słowa nie oznaczają tego, jak my je rozumiemy, ale to, jaka jest intencja „inżynierów dusz”. Na przykład, kiedy w szczegółowych zapisach czytamy o „ochronie życia ludzkiego na wczesnym etapie rozwoju oraz ochronie konstytucyjnych praw rodziców”, to musimy wiedzieć, że autorom tych słów chodzi o tzw. prawa reprodukcyjne i seksualne, które w praktyce mają ograniczać konstytucyjne gwarancje ochrony życia ludzkiego oraz prawa rodziców do wychowywania dzieci.

    Wszystko to jest od kilku lat dokładnie weryfikowane (w Polsce zajmuje się tym Główny Urząd Statystyczny) i oceniane według ustalonych dla projektu SDG „wskaźników”. Pierwszy raport realizacji celów zrównoważonego rozwoju w naszym państwie został przyjęty przez Radę Ministrów już w 2018 roku. Raporty są przekazywane do „centrali”. Rosnąca wobec Polski presja na promowanie antykoncepcji, seksualizacji dzieci poprzez edukację oraz zapewnienia niepełnoletnim możliwości aborcji bez wiedzy i zgody rodziców, wskazuje jednoznacznie na wciąż negatywną ocenę naszego „postępu” w zakresie SDG. Rządzący muszą przyspieszyć, to jasne!

    Будем жить, увидим

    Proszę nie być zdziwionym, że odwołując się do nietrafionych inwestycji („nietrafione” to taki eufemizm) w polskiej polityce, nic nie piszę o zaangażowaniu naszego państwa w wojnę na Ukrainie. To po prostu jest zbyt oczywiste, a wnioski nasuwają się same. Jest jednak istotna różnica – o ile te wymienione powyżej zobowiązujące „kontrakty” wymyślane były w zagranicznych ośrodkach decyzyjnych i gdzieś tam podpisywane, o tyle w tej „ukrainnej” sprawie decyzje formalne zapadają w Warszawie i są tutaj sygnowane, tak przez władzę wykonawczą jak i ustawodawczą.

    Kiedy traciliśmy nasze państwo z końcem XVIII wieku, odbywało się to na raty, konkretnie trzy – pierwsza w roku 1792, druga w 1793, a ostatnia w 1795. „Kredyt” zaciągnięty wcześniej przez rządzących u naszych sąsiadów spłaciliśmy wielopokoleniową utratą niepodległości, a „odsetki” były bardzo krwawe. Został nam jednak kraj rodzinny i rodowe srebra, czyli tożsamość. Inwestycje w sojusze, dokonane przez rządzących Polską międzywojenną, doprowadziły do drugiej utraty polskiego państwa, tej z 1939 roku, która nie tylko bardzo zubożyła nasze narodowe atuty, ale również wysoko podbiła koszty odsetek. Po roku 1945, w niesuwerennym komunistycznym państwie, wciąż jednak wiedzieliśmy kim jesteśmy. I choć polskość w dużej mierze musiała się ukrywać w kościelnej kruchcie, to ten depozyt dziadów uchowaliśmy aż do tzw. transformacji i… do kolejnych pomysłów inwestycyjnych realizowanych już przez nasze i już przecież demokratycznie wybrane władze… Proszę wybaczyć, ale nie chcę w tym tekście opisywać dalej tego, co Aleksander Bocheński w 1947 r. w swojej książce nazwał „dziejami głupoty w Polsce”. Pamflety i sarkazm mają krótki żywot, po którym pozostaje kac i zgryzoty. Jak mawiała moja babcia: Pożyjemy, zobaczymy.

    Wróćmy, drogi Czytelniku, do innej okrągłej rocznicy sygnującej się 80-tką. Dokładnie tyle lat temu urodziła się Wanda Rutkiewicz. Poznałem ją w Tatrach, czyli tam gdzie „wolności ołtarze”. W górach, które będą stały jak stały, choć my się „miniemy”. Dobrze jest związać się liną z kimś komu ufamy. Dobrze jest iść w górę, zawsze w górę, bez względu na to, jakie przeszkody staną nam na drodze. Z góry widać całą Polskę i do Pana Boga stąd bliżej. Potem trzeba tylko zejść w doliny i zrobić dobrą robotę. To jest mój pomysł na każdą, nie tylko jubileuszową kampanię.

    Tomasz A. Żak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 11 LUTY – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    UROCZYSTOŚĆ MATKI BOŻEJ Z LOURDES

    SZCZEGÓLNY DZIEŃ PAMIĘCI O CHORYCH I CIERPIĄCYCH

    Our Lady of Lourdes
    Pascal Deloche | GoDong/Aleteia.pl

    ***

    Litania do Matki Bożej z Lourdes

    Kyrie eleison. Chryste eleison. Kyrie eleison.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata Boże,
    Duchu Święty Boże,
    Święta Trójco jedyny Boże,

    Najświętsza Panno w Lourdes objawiona, módl się za nami.
    Najświętsza Panno pokutę zalecająca,
    Najświętsza Panno, uzdrawiające źródło wskazująca,
    Najświętsza Panno potwierdzająca Swe Niepokalane Poczęcie,
    Niepokalana Córo Boga Ojca,
    Niepokalana Matko Syna Bożego,
    Niepokalana Oblubienico Ducha Świętego,
    Niepokalana Świątynio Trójcy Przenajświętszej,
    Niepokalane odzwierciedlenie Mądrości Bożej,
    Niepokalana Jutrzenko sprawiedliwości,
    Niepokalana Arko Przymierza,
    Niepokalana Dziewico krusząca głowę węża piekielnego,
    Niepokalana Królowo nieba i ziemi,
    Niepokalana skarbnico łask Boskich,
    Niepokalana drogo do Jezusa wiodąca,
    Niepokalana Dziewico wolna od grzechu pierworodnego,
    Niepokalana bramo niebios,
    Niepokalana Gwiazdo morza,
    Niepokalana Matko Kościoła świętego,
    Niepokalane źródło wszelkich doskonałości,
    Niepokalana przyczyno naszej radości,
    Niepokalany wzorze wiary,
    Niepokalane źródło Bożej miłości,
    Niepokalany znaku naszego zbawienia,
    Niepokalane światło Aniołów,
    Niepokalana nauczycielko Apostołów,
    Niepokalana chwało Proroków,
    Niepokalana potęgo Męczenników,
    Niepokalana opiekunko Wyznawców,
    Niepokalany wzorze dziewiczej czystości,
    Niepokalana radości ufających Tobie,
    Niepokalana obrono grzeszników,
    Niepokalana pogromicielko wszelkiego zła,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    O Maryjo bez grzechu poczęta
    Módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.

    Módlmy się:
    Matko Najświętsza słynąca w Lourdes wielkimi łaskami, przez dobroć,
    jakiej dajesz tyle dowodów w tym wybranym miejscu, błagamy Cię pokornie, uproś nam wszystkie cnoty, aby nas uświęciły oraz wyjednaj nam zupełne zdrowie duszy i ciała i dopomóż, abyśmy go użyli na chwałę Boga, dla dobra bliźnich i zbawienia duszy.
    Amen.

    _________________________________________________

    11 lutego br. po raz kolejny Kościół obchodzi Światowy Dzień Chorego. Ustanowił go Jan Paweł II dnia 13 maja 1992 r. Wyznaczył wówczas jego datę na 11 lutego – wspomnienie Matki Bożej z Lourdes. Pierwszy taki dzień obchodzono właśnie w tym francuskim sanktuarium maryjnym. Podobnie będzie i w tym roku.

    Na każdy Dzień Chorego Ojciec Święty kieruje orędzie, apelując o podjęcie współpracy pomiędzy narodami biednymi i bogatymi, mającej na celu ochronę zdrowia i życia ludzkiego.
    W Dniu Chorego w wielu kościołach organizowane będą uroczyste liturgie, połączone z udzieleniem sakramentu chorych, który dzisiaj coraz częściej jest zapomniany i niedoceniony. Można zapytać: dlaczego? Być może dlatego, że w pewnym momencie zło zastosowało dla deprecjacji tego sakramentu świetną taktykę. Oto kiedyś zaopatrzono go w nazwę „ostatnie namaszczenie”. W tej sytuacji wzywano kapłana z namaszczeniem chorych w ostatnim momencie życia, kiedy człowiek umierał. To wielki błąd. Wypada przypomnieć, że sakramentem konających jest tak zwany Wiatyk, czyli Komunia święta.

    To ona jest sakramentem umierających, a nie namaszczenie chorych. Komunia św., zjednoczenie z Chrystusem tu na ziemi, daje gwarancję przekroczenia progu wieczności i wejścia w szczęście wieczne. Dlatego Wiatyku można udzielić człowiekowi nawet wtedy, gdy przyjął on już dwa razy Komunię św. w tym dniu. Uległ na przykład wypadkowi i w momencie śmierci można mu po raz trzeci udzielić Komunii św.

    Sakrament namaszczenia chorych jest czymś innym. Jest to znak sakramentalny zostawiony przez Chrystusa jako narzędzie uświęcenia naszego cierpienia. Przez ten sakrament Chrystus chce nam pokazać, że cierpienie nie musi człowieka niszczyć, może go doskonalić. W ten sposób Chrystus nadał ludzkiemu cierpieniu sens. Oto człowiek cierpiąc, może ubogacać siebie i innych. Św. Marek wspomina, że uczniowie Chrystusa namaszczali chorych i uzdrawiali. Św. Jakub mówi o tradycji pierwszych pokoleń chrześcijan: „Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone” (Jk 5, 14-15). Jakie są skutki tego sakramentu? Pierwszym, i to często, choć nie zawsze, widocznym efektem sakramentu namaszczenia, jest poprawa zdrowia chorego. Drugim skutkiem, tym razem w dziedzinie ducha, jest oczyszczenie z grzechów. Gdyby człowiek popełnił grzechy ciężkie, a nie mógł się spowiadać, czyli nie mógł skorzystać z sakramentu pokuty, to wtedy ten sakrament gładzi grzechy. Może więc być udzielony zarówno człowiekowi w stanie łaski uświęcającej, jak i grzesznikowi w stanie grzechu ciężkiego.

    Trzecim i chyba najważniejszym celem tego sakramentu jest pomoc potrzebna do wykorzystania czasu cierpienia i zachowania godnej postawy. Cierpienie bowiem jest wielką próbą. W chrześcijańskiej religii cierpienie jest przede wszystkim próbą wiary w prawdę, że Bóg jest Miłością. Właśnie w tym momencie potrzebna jest łaska odkrycia sensu cierpienia.


    Sakrament namaszczenia chorych pozwala człowiekowi wykorzystać cierpienie dla udoskonalenia własnego i dla zbawienia świata. Przez ten sakrament cierpienie, które jest ciężkim doświadczeniem, nie utrudnia, lecz pomaga w dostępie do Eucharystii.
    Nasuwa się logiczny postulat: ilekroć wybieramy się do szpitala, powinniśmy przyjąć namaszczenie chorych. Pobyt w szpitalu łączy się zazwyczaj z cierpieniem. Trzeba więc szukać pomocy Bożej w zrozumieniu i odpowiednim przeżyciu jego tajemnicy. Ludzie w podeszłym wieku, którzy czują się słabo, mogą przystępować do tego sakramentu namaszcenia chorych nawet raz w roku.


    11 lutego jest dla niejednego z nas szansą odkrycia całego bogactwa faktu, iż Chrystus w trosce o nasze zdrowie fizyczne, psychiczne i duchowe zostawił nam specjalny sakrament namaszczenia. Warto tego dnia w sposób szczególny dziękować Chrystusowi za tę Jego pełną miłości pamięć o wszystkich chorych. A jeśli nas samych dotyka – niezależnie od wieku – jakieś cierpienie, poprośmy o udzielenie tego sakramentu. Jest to głębokie religijne przeżycie, które umacnia człowieka, dodaje sił i umożliwia zachowanie chrześcijańskiej postawy w godzinach cierpienia.

    ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela

    ________________________________

    Boża Matko, która dałaś nam cudowne miejsce w Lourdes, prosimy Cię, abyśmy byli wrażliwi na ludzkie cierpienie i mieli serce dobrego Samarytanina, który nie tylko zaopiekował się poranionym, ale i gospodarza gospody zachęcił: “Miej o nim staranie” (Łk 10, 35). W loretańskiej litanii wołamy do Ciebie: Uzdrowienie chorych, bo Ty, Boleściwa Matko, najlepiej wiesz co to jest cierpienie i czym jest ból nie tylko ciała, ale i ducha. Uproś siłę i odwagę dźwigającym swoją niemoc, aby wpatrując się w Ukrzyżowanego Twojego Syna zobaczyli, że wybawienie przyszło i wciąż przychodzi przez krzyż.

    _________________________________

    Dzień Matki Bożej z Lourdes. “Na świecie istnieje miłość silniejsza od śmierci, od naszych grzechów i słabości” 

    Dziś dzień Matki Bożej z Lourdes. "Na świecie istnieje miłość silniejsza od śmierci, od naszych grzechów i słabości"
    Lourdes, grota/ fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Ustanowiony przez św. Jana Pawła II Światowy Dzień Chorego, który przypada 11 lutego, we wspomnienie objawienia Matki Bożej w Lourdes, obchodzony jest w tym roku pod hasłem “Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”.

    Światowy Dzień Chorego został ustanowiony przez papieża dla całego Kościoła powszechnego 13 maja 1992 r. w liście do ówczesnego przewodniczącego Papieskiej Rady Duszpasterstwa Pracowników Służby Zdrowia kard. Fiorenzo Angeliniego. Ojciec Święty wyraził pragnienie, aby jeden dzień w roku był poświęcony “modlitwie, refleksji i dostrzeżeniu miejsca tych, którzy cierpią na duszy i na ciele”.

    Wyznaczył na ten dzień datę 11 lutego – wspomnienie Matki Bożej z Lourdes. W 1858 roku, w cztery lata po ogłoszeniu przez Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, Matka Boża ukazała się ubogiej pasterce, św. Bernadecie Soubirous, w Grocie Massabielskiej w Lourdes. Podczas osiemnastu objawień, w okresie od 11 lutego do 16 lipca.

    “Maryja rozpoczęła spotkanie z Bernadetą od znaku Krzyża, który w pewnym sensie jest syntezą naszej wiary” – zwrócił uwagę papież Benedykt XVI, 14 września 2008 – w czasie swojej pielgrzymki do Francji z okazji 150 rocznicy objawień w Lourdes.

    “Maryja mówi nam przez to, “że na świecie istnieje miłość silniejsza od śmierci, od naszych grzechów i słabości.(…) Zachęca wszystkich ludzi dobrej woli, wszystkich, którzy cierpią na duchu i na ciele, by podnosili oczy na Jezusowy Krzyż i w nim odnajdywali źródło życia, źródło zbawienia” – tłumaczył papież.

    W czasie objawienia 24 lutego 1858 Maryja dała Bernadecie nakaz: “Proście Boga o nawrócenie grzeszników”. Potem zapytała ją, czy “byłoby jej trudno uklęknąć i pocałować ziemię w akcie pokuty za grzeszników”. Tym samym Matka Boża zwróciła uwagę, że człowiek jest odpowiedzialny za zbawienie innych.

    W Lourdes Maryja nie nakazała Bernadecie przychodzić do groty, lecz zapytała ją, “czy byłaby tak dobra, by to uczynić”. Nie żądała także odmawiania różańca, ale sama dyskretnie, modląc się, zachęcała swym przykładem.

    “Biała Pani” wskazała także dziewczynce miejsce, z którego wytrysnęło źródło. Wkrótce mieszkanka Lourdes umoczyła sparaliżowaną rękę w wodzie wypływającej ze źródła i została uleczona. Pierwszy cud zapoczątkował szereg innych.

    18 stycznia 1862 roku komisja biskupa z Targes po wielu badaniach ogłosiła dekret, że “można dać wiarę” zjawiskom, jakie się przydarzyły w Lourdes. W roku 1864 ks. proboszcz Peyramale przystąpił do budowy świątyni. W roku 1875 poświęcił ją uroczyście abp Paryża Guibert. W uroczystości tej wzięło udział: 35 arcybiskupów i biskupów, 3 tys. kapłanów i 100 tys. wiernych. W roku 1891 papież Leon XII ustanowił święto Objawienia się Matki Bożej w Lourdes, które św. Pius X w 1907 r. rozciągnął na cały Kościół. Lourdes jest obecnie słynnym miejscem pielgrzymkowym, do którego przybywają tysiące ludzi, by czcić Matkę Bożą jako Uzdrowienie Chorych.

    “Sanktuarium w Lourdes ma być przede wszystkim miejscem spotkania z Bogiem na modlitwie, a także miejscem służby braciom, w szczególności przez przyjmowanie chorych, ubogich i wszystkich cierpiących. W tym miejscu Maryja przychodzi do nas jak Matka, zawsze gotowa pomagać swym dzieciom. Przez blask Jej oblicza przebija Boże miłosierdzie” – powiedział papież Benedykt XVI 14 września 2008 r.

    Od blisko 150 lat Lourdes gości każdego roku ponad 6 mln pielgrzymów i zwiedzających. Pandemia koronawirusa zatrzymała ruch pielgrzymkowy. 17 marca 2020 roku po raz pierwszy od początku objawień sanktuarium zostało zamknięte i wprowadzono modlitwę za pośrednictwem Internetu.

    Sanktuarium poinformowało w komunikacie, że w tym roku, w piątek, grota w Lourdes zostanie udostępniona pielgrzymom. Będą mogli wejść do bazyliki Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, dotknąć Skały Massabielle i zbliżyć się do cudownego źródła – poinformowało sanktuarium w komunikacie.

    Hasłem papieskiego orędzia na 30. Światowy Dzień Chorego są słowa “Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”.

    Franciszek zwraca uwagę, że “chory jest zawsze ważniejszy od choroby” i “trzeba wsłuchać się w głos pacjenta, jego lęki i obawy”. “Nawet wtedy, gdy nie można wyleczyć, zawsze można otoczyć opieką, zawsze można pocieszyć, zawsze można sprawić, by pacjent poczuł bliskość, która świadczy o zainteresowaniu osobą bardziej niż jej chorobą” – wskazał papież.

    Zaznaczył, że “w czasie, kiedy panuje kultura odrzucania, a życie nie zawsze jest uznawane za godne przyjęcia i przeżywania” katolickie instytucje opieki zdrowotnej nazwał “domami miłosierdzia”, które “mogą być przykładem ochrony i troski o każde istnienie, nawet najbardziej kruche, od jego początku aż po naturalny kres”.

    Papież podkreślił, że “bliskość wobec chorych i ich duszpasterstwo nie jest zadaniem tylko niektórych duszpasterzy specjalnie przygotowanych”. “Odwiedzanie chorych jest zaproszeniem skierowanym przez Chrystusa do wszystkich Jego uczniów” – napisał w orędziu Franciszek.

    Głównym uroczystościom 11 lutego w stołecznym sanktuarium Matki Bożej z Lourdes o godz. 11.00 będzie przewodniczył bp Jacek Grzybowski. W trakcie liturgii będzie udzielany sakrament namaszczenia chorych, który wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest sakramentem udzielanym osobom umierającym.

    Kodeks Prawa Kanonicznego wskazuje, że sakrament namaszczenia chorych można przyjmować kilka razy w ciągu życia. Dotyczy to osób, które “po wyzdrowieniu znowu ciężko zachorują lub jeśli w czasie trwania tej samej choroby niebezpieczeństwo stanie się poważniejsze” – czytamy w dokumencie. Mogą go również przyjąć osoby w sędziwym wieku.

    Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________

    ŚW. JAN PAWEŁ II – DWUKROTNY PIELGRZYM DO LOURDES

    Św. Jan Paweł II jako pierwszy papież w historii odwiedził Lourdes i to dwukrotnie. Pierwszy raz w 1983 r., a drugi w 2004 r. i była to jego ostatnia podróż zagraniczna. Żadnemu z jego poprzedników to się nie udało. Za każdym razem pragnął, by jego pielgrzymka wyglądała tak jak pielgrzymka każdego spośród sześciu milionów chorych i cierpiących, przybywających do tego sanktuarium. A we wspomnienie Matki Bożej z Lourdes, obchodzone co roku 11 lutego, ustanowił światowy dzień modlitw w intencji ludzi chorych.

    Historia Lourdes, małej mieściny, leżącej we Francji  u podnóża Pirenejów , która w połowie XIX wieku liczyła zaledwie cztery i pół tysiąca mieszkańców jest zadziwiająca. Nie dochodziła tu nawet kolej. Kobiety i dzieci w większości zajmowały się wypasaniem owiec i krów, a mężczyźni pracą w pobliskim kamieniołomie. Dziś Lourdes to prawie dwudziestotysięczne miasteczko, corocznie odwiedzane przez blisko sześć milionów osób. Pielgrzymi przychodzą do groty, aby napić się wody ze źródła, które wytrysnęło podczas dziewiątego objawienia Bernadetcie Soubirous.  

    Od czasu objawień Matki Bożej, czyli od 1858 r. do Biura Lourdes ds. Obserwacji Medycznej zgłoszono ponad  siedem tysięcy cudów, z których oficjalnie uznanych zostało siedemdziesiąt. 

    Pierwszy z cudów miał miejsce podczas siedemnastego objawienia i dotyczył bohaterki tych wydarzeń – samej Bernadety Soubirus. Nazwano go „cudem świecy”. Wszyscy zebrani widzieli jak dziewczynka modliła się w ekstazie, a palce jej prawej ręki wyciągniętej w kierunku Niepokalanej zanurzone były w płomieniu świecy i to aż przez szesnaście minut, bo tyle trwało objawienie.  Zdarzenie obserwował miejscowy lekarz, doktor Pierre Dozous, który zbadał dłoń Bernadety i nie znalazł tam jakichkolwiek znaku poparzenia. 

    Wiele czasu upłynęło zanim Kościół oficjalnie uznał objawienia w Lourdes. Bernadeta Soubirous musiała znieść wiele cierpień, szykan i prześladowań z tego powodu. Wstąpiła do zakonu Sióstr Miłosierdzia w Nevers i tam zmarła w wieku 35 lat. Jej ciało nie uległo rozkładowi i zachowało się do dzisiaj. Można je oglądać w szklanej trumnie w kaplicy klasztoru w Nevers. 

    Urodziła się w rodzinie biednego młynarza. Nie była zbyt rozgarnięta, za to niezwykle chorowita. Astma odbierała jej siły. Nie umiała czytać ani pisać i posługiwała się dialektem. Nie znała prawd wiary i miała poważne problemy w opanowaniu katechizmu, ale odznaczała się żarliwą wiarą. 

    11 lutego 1858 roku, jak co dzień razem z siostrą i koleżanką, zbierała chrust na opał. Gdy została sama, nieopodal groty Massabielle, czyli „starej skały” – usłyszała jakby podmuch wiatru i zobaczyła wielką światłość, z której wyłoniła się piękna kobieca postać z różańcem w ręku. Gdy towarzyszki Bernadetki zobaczyły ją klęczącą z wzniesionymi oczami ku niebu, śmiały się z niej i drwiły. Początkowo Bernadeta nie chciała im nic powiedzieć, ale w końcu uległa natarczywym pytaniom. Prosząc do dochowanie tajemnicy, opowiedziała o „Pięknej Pani”. Już o powrocie do domu dziewczynki wszystko zdradziły, a Bernadetka musiała odbyć rozmowę z matką, która ją ostro zrugała i zabroniła chodzenia do groty. Widząc jednak jej wielką rozpacz zmieniła zdanie po kilku dniach. Już trzy dni później –  14 lutego Bernadeta i jej dwie towarzyszki najpierw poszły do kościoła po wodę święconą, a potem w miejsce pierwszego objawienia.  Gdy odmawiały różaniec Matka Boża znowu się ukazała. Wtedy Bernadetka zaczęła ją kropić wodą święconą i mówić:  „Jeśli przychodzisz od Boga, zbliż się; jeśli od szatana, idź precz!”. Piękna Pani z uśmiechem na ustach zbliżyła się aż do brzegu wylotu groty i bezgłośnie odmawiała różaniec.
    18 lutego Bernadetka wyposażona w papier i atrament poprosiła zjawę o napisanie Jej życzeń na kartce, którą ze sobą przyniosły. Usłyszała: „Pisanie tego, co ci chcę powiedzieć, jest niepotrzebne”. Matka Boża poprosiła, żeby dziewczynka przychodziła w to miejsce przez kolejnych piętnaście dni. 

    21 lutego, w niedzielę przy grocie razem z Bernadetką stało już kilka tysięcy ludzi. Wtedy Matka Boża prosiła, żeby Bernadetka modliła się za grzeszników. 

    25 lutego zgromadzeni zobaczyli, jak Bernadetta klęka i całuje ziemię. Na kolanach ruszyła w stronę rzeki, po czym zawróciła do groty. Schyliła się i wydrążyła dołek w suchej ziemi. Po chwili nabrała wody i podniosła do ust. W tym dniu Maryja powtórzyła: „Pokuty! Pokuty! Pokuty!”. Poleciła Bernadecie zjeść roślinę, która tam rosła, iść do źródła, napić się i obmyć się w nim. 

    Tak opisywała to spotkanie Bernadetka: 
    „Nie widząc źródła skierowałam się ku rzece. Pani jednak powiedziała mi, że to nie tam, i dała mi znak palcem, abym podeszła pod skałę. Zrobiłam tak. Znalazłam tam zaledwie odrobinę wody, jakby błoto, i z ledwością mogłam jej nabrać. Zaczęłam drążyć ziemię. Po chwili mogłam nabrać wody, ale trzy razy ją wyrzuciłam. Dopiero za czwartym razem mogłam się napić, tak bardzo woda była brudna”.  

    Źródełko, które wówczas wybiło, nigdy nie wyschło i wciąż jest narzędziem licznych uzdrowień.

    Spotkań z Maryją w ciągu paru miesięcy było osiemnaście. Ostatnie miało miejsce 16 lipca 1858 r. W przeciwieństwie do późniejszych objawień w Fatimie Matka Boża nie wyznaczała daty i godziny spotkania. Bernadeta pchana jakąś wewnętrzną siłą szła, by porozmawiać z Piękną Panią, która wzywała ludzi do modlitwy na różańcu i do pokuty. 

    Podczas trzynastego objawienia powiedziała: „Powiedz księżom, by wzniesiono tu kaplicę”. Bernadeta prośbę tę przekazała miejscowemu proboszczowi. Ten znalazł się w trudnej sytuacji, ponieważ władze kościelne nie życzyły sobie dalszego nagłaśniania tych wydarzeń i zabroniły procesji do groty. Proboszcz polecił Bernadetcie, by przy kolejnym widzeniu zapytała,  jak „zjawa”  ma na imię. Posłuszna Bernadeta zadała to  pytanie, ale nie uzyskała żadnej odpowiedzi. Zniecierpliwiony ksiądz oznajmił wszystkim, że kaplica zostanie zbudowana,  o ile postać wypowie swoje imię. 

    Kolejne dni nie przyniosły żadnych nowych wiadomości. Ci co nie wierzyli w prawdziwość objawień triumfowali. Ale Bernadetka dalej przychodziła pod grotę i w czasie szesnastego objawienia Matka Boża powiedziała jej: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. Nie mogła widzieć ta mała analfabetka, że papież zaledwie cztery lata wcześniej ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi. To był dla proboszcza konkretny dowód na prawdziwość tych objawień. Matka Boża w Lourdes potwierdziła nauczanie Kościoła katolickiego.

    Matka Boża pragnęła, żeby na to miejsce przybywały pielgrzymki. Już sześć lat później, w roku 1864 przy poświęceniu figury zebrało się sześćdziesiąt tysięcy wiernych. Od roku 1872  się co rok odbywają narodowe pielgrzymki.  Pierwsza pielgrzymka Polaków przybyła tam już w roku 1867.  

    W czasie pielgrzymki do Lourdes w roku 1983 polski papież powiedział: 
    „Wydaje mi się, że w Lourdes jest obecna szczególna łaska. Posłanie jej proste i jasne, ale podstawowe. Zostało przekazane w sposób szczególnie silny, czysty i przejrzysty przez kilkunastoletnią dziewczynkę o duszy jasnej i odważnej.  Znaki są proste: wiatr, który przywodzi na myśl Ducha Świętego w dniu Zesłania, woda oczyszczająca i dająca życie, światło, znak krzyża, modlitwa różańcowa. Od początku chrześcijanie wezwani są, by przybywali tu tłumnie, całym Kościołem”.

    Jan Paweł II był pierwszym papieżem, który odwiedził Lourdes. Nawet Jan XXIII, który wyraził takie życzenie, nie zdołał zrealizować tej pielgrzymki. 

    Na drodze papieża Wojtyły do Lourdes również stawały różne przeszkody. Zamach 13 maja 1981 r., który uniemożliwił jego obecność na odbywającym się w tymże roku Międzynarodowym Kongresie Eucharystycznym. 

    Dwa dni przed jego przybyciem do Lourdes – 12 sierpnia 1983 r., miał miejsce akt wandalizmu przy pierwszej stacji Drogi Krzyżowej eksplodowała bomba. Wbrew wszelkim przeszkodom  papież wołał w Lourdes: 
    „Niech nasze modlitwy się złączą, aby ofiarować razem z Maryją gorące błaganie za cały świat. Za wszystkich cierpiących głód, okropności wojny, za wszystkich prześladowanych, za chorych i opuszczonych. W sposób szczególny módlmy się za tych, którzy są prześladowani za wiarę. To Chrystus w nich cierpi”.

    Ojciec św. podobnie jak miliony pielgrzymów – zapalił świecę i napił się wody ze źródła. Powiedział wówczas do chorych: 
     „Chciałbym Was wszystkich objąć, jednego po drugim, w sposób serdeczny moimi ramionami i zapewnić Was, jak bardzo Wam jestem bliski i solidarny z Wami. Czynię to w sposób duchowy, powierzając Was macierzyńskiej miłości Matki Pana i prosząc Ją, by wybłagała Wam Błogosławieństwo i pocieszenie Jej Syna Jezusa”.

    13 maja 1992 r., na pamiątkę pierwszego objawienia w Lourdes, 11 lutego – Jan Paweł II ustanowił – Światowy Dzień Chorego. Była to 75 rocznica objawień w Lourdes i jednocześnie 11 rocznica zamachu na Placu św. Piotra. Ojciec Święty, ustanawiając Światowy Dzień Chorego, chciał zwrócić uwagę na sens cierpienia, który w kategoriach ludzkich nie jest możliwy do zrozumienia i człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak wobec majestatu choroby z pokorą zwrócić się do lekarza dusz i ciał, jakim jest Jezus Chrystus. 

    Jan Paweł II kochał chorych i niepełnosprawnych i poświęcał im dużo swojej uwagi. Sam zyskał przydomek „papieża cierpienia”. Cudem przeżył zamach na Placu św. Piotra 13 maja 1981 r. i związane z nim liczne zabiegi i operacje, aż wreszcie przyszła ciężka, nieuleczalna choroba z bolesnymi zabiegami medycznymi.  

    Gdy w 2004 r. przybył po raz drugi do sanktuarium w Lourdes sam był schorowany i cierpiący. Składała się na nią modlitwa różańcowa, procesja z pochodniami i medytacja. Swe pierwsze kroki skierował do Groty Objawień. Długo klęczał, a jego twarz przenikała modlitewna zaduma połączona z wyraźnym śladem cierpienia. Na jego twarzy pojawiły się łzy. Do zebranych chorych powiedział: „Jestem jednym z was. Wasze modlitwy czynię swoimi”

    Druga wizyta w Lourdes w 2004 roku była jego ostatnią podróżą zagraniczną. Na twarzy Ojca św. pojawiły się łzy. Mówił tam o cierpieniu, którego sam doświadczał, a które kryje w sobie wielką tajemnicę. Jan Paweł II wypowiedział wtedy, w przejmujący sposób, znamienne słowa: „Klękając tutaj, przy grocie Massabielskiej, ze wzruszeniem odczuwam, że dotarłem do kresu mej pielgrzymki”

    Lidia Lasota/kalendarz rolników.pl/04.02.2021

    __________________________________________________________________

    Uzdrowienie chorych

    Matka Boża z Lourdes

    Był 11 lutego 1858 r. gdy 14-letnia Bernadetta zobaczyła w grocie nieopodal Lourdes Białą Panią. Podczas osiemnastu objawień Maryja wzywała do modlitwy i pokuty oraz prosiła o wybudowanie kościoła w miejscu objawień.

    O Lourdes – miasteczku leżącym u stóp Pirenejów – zrobiło się głośno dzięki Matce Bożej. Maryja ukazała się tam w 1858 r. Bernardzie Marii Soubirous, zwanej przez bliskich Bernadetą. Rodzina dziewczyny była bardzo biedna. Sześć osób (rodzice i czworo dzieci) mieszkało w dawnej celi więziennej. Ojciec nie pracował. Zdarzało się, że młodszy brat Bernadety – Jean-Marie z głodu zjadał wosk z kościelnych świec.

    Śliczna dziewczyna w białej sukni

    11 lutego Bernadeta z siostrą i koleżanką poszła zbierać gałęzie na opał. Przy grocie Massabielskiej zobaczyła unoszącą się nad krzakiem śliczną dziewczynę w białej sukni, która w prawej dłoni trzymała różaniec. Bernadeta, naśladując ją, uczyniła znak krzyża i zaczęła odmawiać różaniec. Biała Pani włączała się w modlitwę tylko na „Chwała Ojcu…”, kończące każdą dziesiątkę. Potem – znikła.

    Już wieczorem niemal całe miasteczko wiedziało o dziwnym zjawisku. Matka, nie wierząc Bernadecie, orzekła, że pewnie był to diabeł. „Diabeł nie odmawia różańca” – odpowiedziała rezolutnie dziewczyna. Na kolejnych spotkaniach z Białą Panią towarzyszyły Bernadecie setki, a potem tysiące mieszkańców Lourdes. Podpowiadali jej, o co ma pytać „zjawę”. Bernadeta nawiązała z nią dialog.

    „Jestem Niepokalanym Poczęciem”

    18 lutego Biała Pani wypowiedziała znamienne słowa: „Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, ale w przyszłym„. Trzy dni później wezwała: „Módlcie się za grzeszników”, a po kolejnych trzech dniach: „Pokutujcie! Pokutujcie! Pokutujcie!”. Prosiła też, by księża wybudowali przy grocie kaplicę, i aby przychodzono tam w procesji. Miejscowy proboszcz domagał się jednak cudu, chciał też poznać imię Białej Pani. Odpowiedź padła 25 marca: „Jestem Niepokalanym Poczęciem”.

    Cudowne źródło

    Biała Pani wskazała Bernadecie miejsce, z którego wytrysnęło źródło. Wkrótce wydarzył się pierwszy cud: mieszkanka Lourdes umoczyła sparaliżowaną rękę w wodzie wypływającej ze źródła i została uleczona.

    Osiemnaście spotkań Bernadety z Białą Panią zakończyło się 16 lipca. Już dwanaście dni później miejscowy biskup powołał komisję, która miała zbadać sprawę rzekomych objawień Matki Bożej. 18 stycznia 1862 r. w imieniu Kościoła orzekł o ich autentyczności.

    Zakończona misja

    Trzy lata później Bernadeta rozpoczęła nowicjat u sióstr posługujących chorym (Soeurs de la Charité et de l’Instruction Chrétienne de Nevers). W 1866 r. na zawsze opuściła Lourdes – przeniosła się do domu zgromadzenia w Nevers. – Moja misja w Lourdes jest skończona – oświadczyła. Rok później złożyła śluby zakonne. Została pomocnicą pielęgniarki w klasztornej infirmerii.

    Z pokorą znosiła upokorzenia ze strony innych sióstr, którym nie mieściło się w głowie, że Matka Boża mogła ukazać się prostej dziewczynie. Zdrowie Bernadety stale się pogarszało. Ostatnie pół roku spędziła w łóżku, które nazywała „białą kaplicą”. Umarła 16 kwietnia 1879 r. Miała zaledwie 35 lat.

    Po beatyfikacji w 1925 r., jej nienaruszone ciało umieszczono w relikwiarzu, w kaplicy klasztoru Saint-Gildard w Nevers, a osiem lat później została kanonizowana.

    70 cudów

    Od pierwszego uzdrowienia, 1 marca 1858 r., chorzy napływają do Lourdes, spodziewając się uzdrowienia ciała lub szukając sił do znoszenia cierpienia. Kościół katolicki uznał oficjalnie 70 cudów i ok. 7 tys. uzdrowień, których nie da się wyjaśnić naukowo. Siedem pierwszych cudów odegrało rolę w uznaniu objawień za prawdziwe.

    Od 1905 r. w sanktuarium działa biuro lekarskie, przyjmujące zgłoszenia przypadków uzdrowień i przeprowadzające wstępną konsultację wśród lekarzy obecnych w Lourdes. Jeśli wynik wstępnego dochodzenia jest pozytywny, sprawa jest przekazywana komitetowi medycznemu, który istnieje od 1947 r. Po przeprowadzeniu własnego dochodzenia wydaje on orzeczenie, że dany przypadek jest (lub nie jest) niewytłumaczalny według aktualnego stanu wiedzy medycznej.

    Lourdes – miejsce pielgrzymek

    Związek chorych z pirenejskim sanktuarium spowodował, że gdy w 1992 r. Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Chorego, na jego datę wybrał dzień pierwszego objawienia Matki Bożej w Lourdes. Tam też, w 1993, 2004 i 2008 r. odbyły się centralne obchody tego Dnia.

    Do Lourdes przybywają nie tylko chorzy. Od 1873 r. odbywa się francuska pielgrzymka narodowa organizowana z inicjatywy ojców asumpcjonistów. W pierwszej pielgrzymce wzięły udział 492 osoby. Dziś pątników jest 6-8 tys.

    Od ponad 60 lat do Lourdes przybywa też międzynarodowa pielgrzymka wojskowa. W pierwszej, w 1958 r., uczestniczyli wyłącznie żołnierze francuscy i niemieccy. W następnych latach do udziału w pielgrzymce zapraszani byli żołnierze z innych krajów europejskich oraz Ameryki Północnej i Australii. Polska była w 1991 r. pierwszym krajem z byłego bloku komunistycznego, którego żołnierze uczestniczyli w pielgrzymce.

    Pokutujcie!

    Na 52 hektarach w sanktuarium znajdują się 22 miejsca kultu. Do najczęściej odwiedzanych należą: grota, górujące nad nią bazylika Niepokalanego Poczęcia i bazylika Różańcowa, oraz podziemna bazylika św. Piusa X. Tę ostatnią poświęcił w 1958 r. legat papieski kard. Angelo Giuseppe Roncalli, który kilka miesięcy później został papieżem. Wymagane przez liturgię trzy okrążenia świątyni wykonał w odkrytym samochodzie. Gdy dziennikarze poprosili go o kilka słów do Francuzów, bez wahania powtórzył słowa Matki Bożej: „Pokutujcie! Pokutujcie! Pokutujcie!”.

    Pielgrzymom przybywającym do Lourdes na stałe posługuje 30 kapelanów, pochodzących z różnych diecezji i zgromadzeń zakonnych, a także siostry z pięciu zgromadzeń. Wspomaga im 300 stałych i 100 sezonowych pracowników świeckich i ok. 7 tys. wolontariuszy. 

    Paweł Bieliński/KAI, zś/Stacja7

    _____________________________________________________

    BERNADETTE-SOUBIROUS-LOURDES-FR503675A.jpg
    Fred de Noyelle / Godong/Aleteia.pl

    ***

    „Głupia prostaczka”, której objawiła się Maryja. Poruszająca historia Bernadety Soubirous

    Bernadeta wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania z dziękczynieniem cierpienia i upokorzeń.

    Od pierwszego objawienia w Lourdes w lutym 1858 roku ludzie traktowali małą wizjonerkę jak dzikie zwierzątko. Zresztą, po pewnym czasie Bernadeta sama czuła się zaszczuta. Ciągle ktoś chciał z nią rozmawiać, dyskutować albo przynajmniej na nią popatrzeć.

    Bernadeta Soubirous schowała się w… klasztorze

    Nie chciała sobą przesłaniać treści samych objawień – była świadoma, że teraz przyszedł czas działania Maryi. Rozwiązanie wkrótce przyszło samo: niewiele po ostatniej wizji zachorowała na zapalenie płuc. Leczyła się w szpitaliku Sióstr Miłosierdzia z Nevers i musiało to być dobre doświadczenie, bo postanowiła wstąpić do tego zgromadzenia i tak uciec przed ciekawskimi.

    Nie miała wykształcenia i była prosta w obejściu, więc nadawała się tylko do tzw. drugiego chóru, czyli sióstr pracujących fizycznie. Jednak równocześnie była chora na astmę i ogólnie słabego zdrowia, co wykluczało ciężkie prace. Przyjęto ją dzięki protekcji biskupa miejsca. Próg klasztoru przekroczyła 7 lipca 1866 roku wraz z dwiema innymi aspirantkami, mając 22 lata.

    Na drugi dzień przełożone zebrały całą wspólnotę (trzysta sióstr) w głównej sali i Bernadeta po raz pierwszy i ostatni opowiedziała im historię objawień. Od tego momentu miała być jedną z sióstr, a do tematu wizji nie wolno było wracać. Przynajmniej w gronie sióstr, bo do furty wciąż pukali dziennikarze (ci byli odsyłani) i osoby duchowne, w tym historycy, którzy „przesłuchiwali” s. Marię Bernardę. Cierpliwie odpowiadała na wciąż te same pytania i opowiadała wciąż i wciąż swoją historię.

    Dlaczego Maryja nie objawiła się komuś wykształconemu?

    Jednocześnie była w formacji. Jej bezpośrednią przełożoną była siostra ze szlacheckiej rodziny. Nie potrafiła zrozumieć, czemu Maryja objawiła się właśnie takiej „głupiej prostaczce”, a nie komuś z wysokiego rodu lub przynajmniej dobrze wykształconemu. Prawie do końca życia odrzucała prawdziwość tych wizji, a samą wizjonerkę uważała za małą spryciarkę, która chciała zwrócić na siebie uwagę i coś zyskać na twierdzeniu, że widziała Matkę Boga.

    Dlatego wyłapywała jej najmniejsze potknięcia, nie dawała zwolnień od obowiązków i do granic nerwicy natręctw pilnowała, czy Bernadeta wypełnia regułę. Wizjonerka przyjmowała to w pokorze, nawet fakt, że wciąż odkładano jej śluby wieczyste. Złożyła je prawie cudem – ponieważ przy kolejnym ataku choroby obawiano się, że umrze, dano jej zezwolenie na nie. Bernadeta tym razem jeszcze nie zmarła, ale śluby były już ważne.

    Praca św. Bernadety w szpitalu

    Wcześniej jednak było kilkanaście lat pracy w szpitalu, najpierw jako pomoc pielęgniarki, a potem jako siostra odpowiedzialna za szpital. Sama schorowana – do astmy wkrótce dołączył nowotwór kolana i gruźlica – doskonale rozumiała słabość innych. Chorzy byli zachwyceni jej delikatnością i wyczuciem. Miała w sobie wiele naturalnej radości i przyjazny sposób bycia. Siostry do niej lgnęły, szczególnie aspirantki i postulantki.

    Uważała się za ograniczoną i mało zdolną intelektualnie. Nie szukała wielkości. Świadczy o tym choćby następująca historia: ktoś przyniósł do klasztoru w Nevers informację, że w Lourdes można kupić zdjęcia Bernadety. Opłata za ich nabycie była śmiesznie mała. Wizjonerka skwitowała to słowami: „Widocznie tyle jestem warta”.

    Modlitwa – najważniejsze zadanie Bernadety

    Jednocześnie wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania w pokoju i z dziękczynieniem cierpienia fizycznego i upokorzeń.

    Jednym z ostatnich była chwila przydzielania nowym profeskom wieczystym ich miejsca w zgromadzeniu. Była wtedy wśród nich i s. Soubirous, jednak przełożone jakby o niej zapomniały. Dopiero biskup zwrócił uwagę, że jej nie dano żadnego miejsca. Zapytał więc, co umie. Odparła, że nic, tylko się modlić. Więc ordynariusz wyznaczył jej jako zadanie w zakonie modlitwę.

    Zmarła 16 kwietnia 1879 roku w wieku zaledwie 33 lat. Został po niej malutki notatnik duchowy, a w nim piękny duchowy „testament” – spisany niewiele przed śmiercią hymn dziękczynienia. Za wszystko.

    Elżbieta Wiater/Aleteia.pl

    Testament Bernadety Soubirous

    Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie… dziękuje Ci, Jezu.

    Za dni, w który przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu… dziękuje Ci, Matko.

    Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę, dziękuję Ci.

    Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała…

    Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczuwałam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę, nazwał mnie „siostro Mario Bernardo” … dziękuję Ci, Jezu. Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą…

    Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję…, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię i za chleb upokorzenia… dziękuję.

    Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: „Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą”.

    Dziękuję, za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko… tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: „To ta ma być Bernadeta, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę?”.

    Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące…, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle… dziękuję Ci, mój Boże.

    I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakowało… dziękuję Ci, Jezu.

    _______________________________________________________________________________________

    Najświętszej Maryi Panny z Lourdes

    LOURDES
    Andreas Franz Borchert CC/Aleteia.pl

    ***

    Historia objawień

    Lourdes – miasteczku leżącym u stóp Pirenejów – zrobiło się głośno dzięki Matce Bożej. Maryja ukazała się tam w 1858 r. Bernardzie Marii Soubirous, zwanej przez bliskich Bernadetą. Rodzina dziewczyny była bardzo biedna. Sześć osób (rodzice i czworo dzieci) mieszkało w dawnej celi więziennej. Ojciec nie pracował. Zdarzało się, że młodszy brat Bernadety – Jean-Marie z głodu zjadał wosk z kościelnych świec.

    Bernadeta była ładną dziewczyną, jednak po przebytej chorobie nie rosła. Miała tylko 140 cm wzrostu. Chorowała na astmę. Nie umiała czytać ani pisać, mówiła tylko miejscowym dialektem. Nauka sprawiała jej trudność. W wieku 14 lat chodziła do szkoły razem z siedmiolatkami, aby lepiej poznać katechizm. Inaczej nie zostałaby dopuszczona do I Komunii świętej.

    11 lutego Bernadeta z siostrą i koleżanką poszła zbierać gałęzie na opał. Przy grocie Massabielskiej zobaczyła unoszącą się nad krzakiem śliczną dziewczynę w białej sukni, która w prawej dłoni trzymała różaniec. Bernadeta, naśladując ją, uczyniła znak krzyża i zaczęła odmawiać różaniec. Biała Pani włączała się w modlitwę tylko na „Chwała Ojcu”…, kończące każdą dziesiątkę. Potem – znikła.

    Już wieczorem niemal całe miasteczko wiedziało o dziwnym zjawisku. Matka, nie wierząc Bernadecie, orzekła, że pewnie był to diabeł. – Diabeł nie odmawia różańca – odpowiedziała rezolutnie dziewczyna. Na kolejnych spotkaniach z Białą Panią towarzyszyły Bernadecie setki, a potem tysiące mieszkańców Lourdes. Podpowiadali jej, o co ma pytać „zjawę”. Bernadeta nawiązała z nią dialog.

    18 lutego Biała Pani wypowiedziała znamienne słowa: „Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, ale w przyszłym”. Trzy dni później wezwała: „Módlcie się za grzeszników”, a po kolejnych trzech dniach: „Pokutujcie! Pokutujcie! Pokutujcie!”. Prosiła też, by księża wybudowali przy grocie kaplicę, i aby przychodzono tam w procesji. Miejscowy proboszcz domagał się jednak cudu, chciał też poznać imię Białej Pani. Odpowiedź padła 25 marca: „Jestem Niepokalanym Poczęciem”.

    Biała Pani wskazała Bernadecie miejsce, z którego wytrysnęło źródło. Wkrótce wydarzył się pierwszy cud: mieszkanka Lourdes umoczyła sparaliżowaną rękę w wodzie wypływającej ze źródła i została uleczona.

    18 spotkań Bernadety z Białą Panią zakończyło się 16 lipca. Już 12 dni później miejscowy biskup powołał komisję, która miała zbadać sprawę rzekomych objawień Matki Bożej. 18 stycznia 1862 r. w imieniu Kościoła orzekł o ich autentyczności.

    Trzy lata później Bernadeta rozpoczęła nowicjat u sióstr posługujących chorym (Soeurs de la Charité et de l’Instruction Chrétienne de Nevers). W 1866 r. na zawsze opuściła Lourdes – przeniosła się do domu zgromadzenia w Nevers. – Moja misja w Lourdes jest skończona – oświadczyła. Rok później złożyła śluby zakonne. Została pomocnicą pielęgniarki w klasztornej infirmerii.

    Z pokorą znosiła upokorzenia ze strony innych sióstr, którym nie mieściło się w głowie, że Matka Boża mogła ukazać się prostej dziewczynie. Zdrowie Bernadety stale się pogarszało. Ostatnie pół roku spędziła w łóżku, które nazywała „białą kaplicą”. Umarła 16 kwietnia 1879 r. Miała zaledwie 35 lat.

    Po beatyfikacji w 1925 r., jej nienaruszone ciało umieszczono w relikwiarzu, w kaplicy klasztoru Saint-Gildard w Nevers, a osiem lat później została kanonizowana.

    69 cudów

    Od pierwszego uzdrowienia, czyli od 1 marca 1858 r. chorzy napływają do Lourdes, spodziewając się uzdrowienia ciała lub szukając sił do znoszenia cierpienia. Kościół katolicki uznał oficjalnie 69 cudów spośród prawie 7 tys. uzdrowień, nie dających się wyjaśnić naukowo. Siedem pierwszych cudów przyczyniło się do uznania objawień za prawdziwe.

    Od 1905 r. działa w sanktuarium biuro, przyjmujące zgłoszenia przypadków uzdrowień i przeprowadzające wstępną konsultację wśród lekarzy obecnych w Lourdes. Jeśli wynik wstępnego dochodzenia jest pozytywny, sprawę przekazuje się Międzynarodowemu Komitetowi Medycznemu, który istnieje od 1947 r. Po przeprowadzeniu dochodzenia wydaje on orzeczenie, że dany przypadek jest (lub nie jest) niewytłumaczalny według aktualnego stanu wiedzy medycznej.

    W 2006 r. Komitet zaproponował nowe zasady orzekania w tych sprawach. Obok kryteriów naukowych, w ocenie uzdrowień, jakie się tam dokonują, brana jest teraz pod uwagę również wiara osoby uzdrowionej i świadectwo jej życia chrześcijańskiego. Badanie każdego uzdrowienia obejmuje trzy etapy, w wyniku których orzeka się kolejno o uzdrowieniu „niespodziewanym”, „potwierdzonym” i „o charakterze wyjątkowym”.

    Pierwszy etap badania przypadku uzdrowienia przez Komitet obejmuje odtworzenie historii choroby, określenie osobowości pacjenta, ocenę, czy dane uzdrowienie przekracza zwyczajowe przewidywania medycyny, i ustalenie okoliczności uzdrowienia. Niektóre sprawy są wówczas odrzucone, a inne są kwalifikowane jako „uzdrowienia niespodziewane”. W tym drugim przypadku biskup diecezji, na której terenie mieszka osoba uzdrowiona, zostaje poinformowany, że taki fakt miał miejsce i że prowadzone są w tej sprawie badania. W 2005 r. 40 osób odpowiadało w Lourdes kryterium „uzdrowienia niespodziewanego”.

    Drugi etap, dotyczący już wyłącznie „uzdrowień niespodziewanych”, polega na studiach porównawczych całej dokumentacji medycznej sprzed uzdrowienia i po nim, aby – przy udziale większej liczby ekspertów – potwierdzić „niecodzienny charakter” uzdrowienia. W 2005 r. zanotowano pięć przypadków tego typu. Chodzi o osoby cierpiące wcześniej na powypadkowe zwyrodnienie rdzenia, ciężki przypadek choroby Crohna (zapalenie jelita cienkiego), poważne stwardnienie rozsiane, zanik mięśni i raka nerki.

    Ostatni, trzeci etap, to uznanie „wyjątkowego charakteru uzdrowienia w obecnym stanie wiedzy naukowej”. Zebrana dokumentacja jest wówczas przekazywana przez biskupa Tarbes-Lourdes ordynariuszowi diecezji osoby uzdrowionej. Obecnie rozpatrywany jest tylko jeden taki przypadek. Chodzi o Francuzkę, która „nie życzy sobie reklamy i pragnie zachować anonimowość”. U kobiety tej stwierdzono złośliwego chłoniaka opłucnej, a także ostrą białaczkę rdzenia kręgowego, połączoną z zaatakowaniem mózgu i nerwu ocznego. Choroby leczono za pomocą chemioterapii, ale bez zadowalającego wyniku. Uzdrowienie nastąpiło bez powikłań ani nawrotów 15 lat temu i zbiegło się z aktami pobożności chorej do Matki Bożej z Lourdes – stwierdza orzeczenie Międzynarodowego Komitetu Lekarskiego.

    Zmiany obowiązujących dotąd zasad były konieczne, gdyż, przy obecnym rozwoju medycyny, trudno rozpatrywać przypadki według kryteriów przyjętych w sanktuarium w XIX wieku. Wątpliwości budziło zwłaszcza pojęcie choroby nieuleczalnej oraz wymaganie, aby osoba, która doznała cudownego uzdrowienia, nie była wcześniej leczona. – Każdy z chorych, którzy przyjeżdżają dziś do Lourdes wcześniej przeszedł chemioterapię. Trudno więc określić co jest zasługą medycyny, a co dziełem nadzwyczajnej interwencji Bożej – wyjaśnia współprzewodniczący Komitetu prof. François-Bernard Michel, francuski pneumoalergolog należący do Narodowej Akademii Medycyny.

    Obok pojęcia cudu, które nie uległo zmianie, zostało wprowadzone „pojęcie «wiarygodnego świadectwa» osób, których wyleczenie jest związane z Lourdes. Badanie w sprawie uzdrowienia będzie dotyczyć odtąd nie tylko choroby, ale także osoby uzdrowionej i jej świadectwa wiary chrześcijańskiej” – tłumaczy bp Perrier.

    Profesor Michel podkreśla, że nie chodzi tu o „cuda z przeceny”, nie ma bowiem mowy o obniżeniu wymogów naukowych w badaniu przypadków uzdrowienia. Brana natomiast będzie pod uwagę zarówno ścisłość naukowa, jak też „wiara i przekonania osoby, która doświadczyła gwałtownej zmiany swego stanu zdrowia”.

    Międzynarodowy Komitet Medyczny w Lourdes zamierza też zajmować się przypadkami uleczenia z chorób psychicznych i umysłowych. Wiele osób chorych na depresję czy przeżywających osobiste problemy, po pielgrzymce do tamtejszego sanktuarium odzyskuje ochotę do życia, widzi na nowo jego sens – twierdzi prof. Michel.

    Nie tylko chorzy

    Związek chorych z pirenejskim sanktuarium spowodował, że gdy w 1992 r. Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Chorego, na jego datę wybrał dzień pierwszego objawienia Matki Bożej w Lourdes. Tam też, w 1993 i 2004 r. odbyły się centralne obchody tego Dnia.

    Sam papież miał odwiedzić sanktuarium w 1981 r., jednak przeszkodził mu w tym zamach na placu św. Piotra. Później Jan Paweł II przyjechał do Lourdes dwukrotnie – w 1983 i 2004 r. Gdy był tam po raz ostatni, kilka miesięcy przed śmiercią, siedząc na wózku inwalidzkim jako „chory pośród chorych”, drżącym głosem wypowiedział przejmujące słowa: „Ze wzruszeniem odczuwam, że dotarłem do kresu mej pielgrzymki”. Zapalił świecę i napił się wody ze źródła w grocie Massabielskiej – tak jak czynią to wszyscy pielgrzymi.

    Do Lourdes przybywają jednak nie tylko chorzy. Od 1873 r. odbywa się francuska pielgrzymka narodowa organizowana z inicjatywy ojców asumpcjonistów. W pierwszej pielgrzymce wzięły udział 492 osoby. Dziś pątników jest 6-8 tys.

    Od niemal pół wieku do Lourdes przybywa też międzynarodowa pielgrzymka wojskowa. W pierwszej, w 1958 r., uczestniczyli wyłącznie żołnierze francuscy i niemieccy. W następnych latach do udziału w pielgrzymce zapraszani byli żołnierze z innych krajów europejskich oraz Ameryki Północnej i Australii. Polska, w 1991 r., była pierwszym krajem z byłego bloku komunistycznego, którego żołnierze uczestniczyli w pielgrzymce.

    Sanktuarium w Lourdes jest też miejscem narodzin ogólnoświatowego ruchu osób niepełnosprawnych „Wiara i Światło”, założonego przez Jeana Vaniera wraz z Marie-Helene Mathieu. Powstał on podczas pierwszej międzynarodowej pielgrzymki osób niepełnosprawnych umysłowo, ich rodzin i przyjaciół do sanktuarium Matki Bożej w Lourdes na Wielkanoc 1971 roku.

    „Droga jubileuszowa”

    Ordynariusz Tarbes-Lourdes podkreśla, że obchody tegorocznego Roku Jubileuszowego zostały organizowane w perspektywie nowej ewangelizacji. „Sanktuaria i pielgrzymki zajmują obecnie ważne miejsce w życiu religijnym, szczególnie osób bardzo oddalonych od codziennych praktyk religijnych. Sanktuaria są miejscem cichej ewangelizacji” – zauważa bp Jacques Perrier. Na temat atrakcyjności sanktuariów dyskutowali uczestnicy Kongresu Maryjnego i Mariologicznego, jaki odbył się w Lourdes w dniach 4-8 września 2008 r. pod hasłem „Objawienia Matki Bożej: między historią, wiarą i teologią”.

    Bogaty kalendarz Roku Jubileuszowego obejmował też m.in. sympozjum nt. aktualności orędzia z Lourdes dziś i w przyszłości, Festiwal Muzyki Sakralnej i jubileuszową 50. Międzynarodową Pielgrzymkę Wojskową. Przez cały rok są tam również przyjmowane pielgrzymki narodowe, m.in. francuska, portugalska, tamilska, cygańska i pielgrzymka anglofonów.

    Chorzy przybywający do Lourdes mogą przejść „drogę jubileuszową”. Rozpoczyna się ona przy chrzcielnicy w kościele parafialnym, gdzie została ochrzczona Bernadeta Soubirous, aby uświadomić sobie, że przede wszystkim była ona chrześcijanką, a nie wizjonerką. Następnymi etapami drogi są: ubogie domostwo rodziny Soubirous, co pomoże w zrozumieniu Bożych wyborów, oraz grota Massabielska, gdzie można przypomnieć sobie treść objawień lourdzkich, wzywających do pokuty za grzeszników i potwierdzających niepokalane poczęcie Maryi. „Droga jubileuszowa kończy się w kaplicy hospicjum, gdzie Bernadeta przyjęła I Komunię św., co oznacza, że cały szlak prowadzi od chrztu do Eucharystii” – wyjaśnia bp Perrier.

    Z okazji jubileuszu br. Jean-Paul Lécot skomponował mszę. Natomiast o. Ivan Rupnik wykonał mozaiki na fasadzie bazyliki Matki Bożej Różańcowej, przedstawiające tajemnice światła.

    Pielgrzymom przybywającym do Lourdes na stałe posługuje 30 kapelanów, pochodzących z różnych diecezji i zgromadzeń zakonnych, a także siostry z pięciu zgromadzeń i jednego stowarzyszenia świeckich. Wspomaga ich niemal 300 stałych i ponad 100 sezonowych pracowników świeckich oraz ok. 7 tys. wolontariuszy. Roczny budżet sanktuarium wynosi 18 mln euro (ok. 90 mln zł), z których 90 proc. pochodzi z ofiar pielgrzymów, darowizn i spadków.

    Lourdes należy na najliczniej odwiedzanych sanktuariów maryjnych w Europie. Corocznie przybywa tam 6 mln osób z całego świata (w okresie od marca do października). W obecnym Roku Jubileuszowym spodziewanych jest ponad 8 mln pielgrzymów.

    Na 52 hektarach w sanktuarium znajdują się 22 miejsca kultu. Do najczęściej odwiedzanych należą: grota, górujące nad nią bazylika Niepokalanego Poczęcia i bazylika Różańcowa, oraz podziemna bazylika św. Piusa X. Tę ostatnią poświęcił w 1958 r. legat papieski kard. Angelo Giuseppe Roncalli, który kilka miesięcy później został papieżem. Wymagane przez liturgię trzy okrążenia świątyni wykonał w odkrytym samochodzie. Gdy dziennikarze poprosili go o kilka słów do Francuzów, bez wahania powtórzył słowa Matki Bożej: „Pokutujcie! Pokutujcie! Pokutujcie!”.

    KAI/Aleteia.pl

    _________________________________________________________________________

    Rzeźbiarz Matki Bożej

    Dla wielu naszych rodaków przybywających do Lourdes miłym zaskoczeniem jest wiadomość, że cudowna figura Matki Bożej w Grocie Massabielskiej, przed którą już od 140 lat modlą się miliony pielgrzymów, jest dziełem polskiego artysty. Pisał już na ten temat w obszernym artykule Bolesław Żynda w “Przewodniku Katolickim” z 9 lutego 1958 roku. Józef Hugo Fabisch pochodził z polskiej i chrześcijańskiej rodziny. Od rodziców otrzymał w spadku to, co najważniejsze – głęboką wiarę oraz szlachetne i wrażliwe na piękno i dobro serce słowiańskie. Jego matka, Franciszka Agata z domu Salon, urodziła się już we Francji (14 marca 1782 roku), w Eguilles (ujście Rodanu), natomiast ojciec, Karol Fabiś, przyszedł na świat 4 listopada 1759 roku w Andrychowie koło Wadowic. Jak wielu mieszkańców tej miejscowości, z zawodu był tkaczem. Po przybyciu do Francji kontynuuje swój zawód, prowadząc zakład tkacki w Aix-en-Provence. W tym mieście, 19 marca 1812 roku, urodził się im syn Józef.
    Nazwisko Fabiś z różnych względów, między innymi ze względu na trudność poprawnego wymawiania przez Francuzów, było przekształcane na Fabish i Fabisch… Sam artysta, jak wynika z dokumentów i listów, podpisywał się Fabisch.

    Czas wzrastania i poszukiwań

    Jak każdy dobry ojciec, Karol Fabiś pragnął wyuczyć syna zawodu, który sam wykonywał i przekazać mu to, co miał najlepszego – dorobek swego życia, warsztat tkacki.
    Jednak, widząc wielkie zdolności artystyczne syna, uszanował jego zamiłowanie i posłał go do miejscowej Szkoły Sztuk Pięknych. Po jej ukończeniu Fabisch podejmuje pracę, najpierw na miejscu, w Aix-en-Provence, a później jako profesor rysunków w liceum i Szkole Sztuk Pięknych w Saint-Etienne.
    Przełomowym momentem w jego życiu była podróż do Włoch, zwłaszcza do Rzymu i Florencji, podczas której odkrył swoje powołanie rzeźbiarza.
    W 1843 roku wystawia swoją pierwszą pracę “Magnificat”, która obecnie znajduje się w kościele Demi-Lune pod Lyonem. Wkrótce potem (1845) dostaje nominację na profesora rzeźby w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Lyonie.
    Jego bardzo liczne dzieła, wystawiane i nagradzane między innymi w Lyonie i Paryżu, można znaleźć przede wszystkim w kościołach Francji i poza jej granicami. W samym Lyonie mamy całą kolekcję jego rzeźb. Figury Fabischa, przedstawiające zwłaszcza Matkę Bożą, znajdujemy na przykład w takich kościołach Lyonu, jak św. Wincentego, św. Franciszka Salezego, św. Nizier, w kościele Szpitala Miejskiego, w kościele św. Polikarpa. Jego dziełem są figura Serca Jezusa Matki Bożej i główny ołtarz, a w katedrze: dwa ołtarze z płaskorzeźbami.
    W 1850 roku wygrywa konkurs wśród 32 artystów na figurę Matki Bożej, która umieszczona na wieży bazyliki Fourviére do dzisiaj góruje i czuwa nad Lyonem. To dzieło przynosi jemu największą sławę, tak za swój charakter monumentalny, jak i za zmysł religijny, z którego czerpał natchnienie.

    Nawet nagana jest pochwałą

    Jego dzieła są oceniane przez krytyków za godne mistrzów starożytnych, średniowiecznych i renesansu. W 1860 roku zostaje wybrany członkiem Akademii Nauk, Literatury i Sztuki w Lyonie. Ojciec Święty Leon XIII za całokształt twórczości religijnej ustanawia go Kawalerem Orderu Grzegorza Wielkiego.
    Jedyna nagana, jaka go spotkała, była związana z wykonaniem Muz na zamówienie rządu francuskiego. Przesiąknięty duchem laickim i wrogo nastawiony do Kościoła minister sztuk pięknych, oglądając gotowe rzeźby, z oburzeniem powiedział: “Nawet jego Muzy są klerykalne”. To powiedzenie zachwyciło ks. Peyramale, proboszcza Lourdes: “Muzy klerykalne! To najwznioślejszy sposób oceny i najpiękniejsza pochwała artysty”. Dlatego już 19 sierpnia 1863 r. pisze do swego biskupa Laurence w Tarbess: “Ta figura będzie arcydziełem z punktu widzenia sztuki i jednocześnie będzie przedstawiała Niepokalaną Dziewicę tak, jak Bernadetta Ją widziała”.
    Nie bez znaczenia przy wyborze Fabischa był też fakt, że to on właśnie wykonał piękną figurę Matki Bożej z La Salette i przy tej okazji rozmawiał z dziećmi, którym się Maryja ukazała. Posiadał więc ważne doświadczenie, jak to dzieło wykonać.
    Biskup Laurence z wielkim zadowoleniem przyjął wiadomość, że Józef Fabisch został wskazany przez fundatorki, panie Lacour, na wykonawcę figury Matki Bożej w Lourdes i kandydaturę tę bardzo chętnie zatwierdził.
    17 września 1863 roku przyjechał do Lourdes Józef Fabisch, aby samemu zobaczyć to cudowne miejsce i osobiście od Bernadetty dowiedzieć się, jak wyglądała Najświętsza Dziewica, której figurę miał wykonać. Bernadetta bardzo dokładnie przedstawiła, jak Maryja była ubrana, a nasz genialny artysta w sposób idealny na zawsze to utrwalił w białym, najczystszym kararyjskim marmurze.

    Spełnia wszelkie kryteria oceny

    Natychmiast po poświęceniu figury Matki Bożej w Grocie Massabielskiej, ksiądz kan. M. Fourcade, sekretarz generalny biskupstwa w Tarbes pisze: “Figura jest wspaniała. Przedstawia wiernie w najdrobniejszych szczegółach moment, w którym Najświętsza Maryja Panna wypowiada słowa: “Jestem Niepokalane Poczęcie””.
    Nieco później Norbert Caste-ret, specjalista w tej dziedzinie, okiem znawcy oceni samo artystyczne wykonanie rzeźby: “Suknia, umarszczona wokół szyi i przepasana w talii, jest arcydziełem delikatności, a biały welon, zarzucony na głowę i obejmujący niemal całą postać, jest tak lekki, że zdaje się najsłabszy wietrzyk będzie nim powiewał”.
    Podobna była też opinia ks. Blanca, według którego Józef Fabisch w tym wypadku przeszedł samego siebie, wykonując, jak to tylko jest możliwie wiernie i jednocześnie zgodnie z regułami sztuki, najsłynniejszą figurę Maryi, jako Niepokalanego Poczęcia, zwanej powszechnie Matką Bożą z Lourdes.
    Dla nas i dla milionów pielgrzymów, którzy już od 140 lat przed figurą Najświętszej Dziewicy nieustannie się modlą i zawsze zostają wysłuchani, ta figura to przede wszystkim święta ikona w rzeźbie, widoczny i prawdziwy znak obecności Tej, która jako Matka Chrystusa i nasza Matka gromadzi nas przy sobie.

    ks. Jan Robakowski/Przewodnik Katolicki

    _________________________________________________________________________

    Zapomniany twórca figury Matki Bożej z Lourdes

    Figura Matki Bożej z Lourdes

    Próżno szukać o nim informacji w polskich encyklopediach i słownikach. Zwraca na niego uwagę dopiero napisany w języku polskim przez Agatę i Zbigniewa Judyckich, a przetłumaczony na język francuski przez Ryszarda Zienkiewicza słownik biograficzny zatytułowany Polacy we Francji. W notatce na 62 stronie (bez wizerunku postaci) zaznaczono, iż Fabisch Józef Hugo, rzeźbiarz (19 marca 1812, Aix-en-Provence – 7 września, Lyon) (…) wyrzeźbił sławną statuę Matki Bożej do groty w Lourdes.
    Kim był?
    Niemiecki Allgemeines Lexicon der Bildenden Künstler von der Antike bis zur Gegenwart Begründet von Ulrich Thieme und Felix Becker podaje, że Józef Hugo Fabisch, który urodził się w Aix-en-Provence, tam ukończył Akademię Sztuk Pięknych jako uczeń Simona Saint-Jeana. Później był nauczycielem w Akademii Sztuk Pięknych w Lyonie. Z licznych jego prac leksykon wymienia m.in.: marmurowy posąg Joanny d’Arc jako dziecka (1845), grupę w marmurze Jezus u Marii i Marty (1850) do kościoła Hotel-Dieu w Lyonie, ogromny posąg Najświętszej Maryi Panny w wieży kaplicy Fourviére w Lyonie, przeznaczony do kaplicy w Neuilly posąg Marii Magdaleny, wystawiony w Salonie w Paryżu w 1853 r., a w roku następnym w Salonie w Lyonie i potem jeszcze w Paryżu (1855), medaliony w brązie Ludwika XIII, Henryka IV, Ludwika XIV, Anny Austriaczki, kamienne figury przedstawiające Sprawiedliwość i Prawdę oraz Herkulesa na fasadę ratusza w Lyonie, marmurową grupę Assunta do kościoła św. Franciszka w Lyonie, a w muzeum w Havre figurę Rebeka, wystawianą w paryskim Salonie w 1861 r.
    W 1864 r. została ukończona statua Najświętszej Maryi Panny, umieszczona w grocie w Lourdes (pierwotnie ustawiona w krypcie bazyliki). W następnym roku w krypcie bazyliki w Lourdes stanęła grupa kamienna, przedstawiająca św. Dominika, otrzymującego wieniec z róż.
    Józef Hugo Fabisz (obok wersji niemieckiej: „Fabisch” istnieje też wersja francuska – „Fabiche”) jest także autorem rozprawy De la Dignité de l’art. (O godności sztuki), przechowywanej w Akademii w Lyonie.
    Brakuje informacji o jego rodzinie: – tej, z której pochodził, i którą założył. Data jego urodzin (1812 r.) jest ważna w naszych dziejach, a i miejsce urodzin – Aix-en-Provence (Francja) zdaje się wskazywać, że ojciec był prawdopodobnie polskim żołnierzem napoleońskim i emigrantem.
    W dorobku artystycznym Józefa Fabisza zwraca uwagę koncentracja na tematach religijnych i portretach, co pośrednio świadczy o tym, co go najbardziej interesowało, ale i kim byli zamawiający u niego prace. Nie bez znaczenia jest wybór trudnego materiału, jakim jest marmur. Z kolei o wartości estetycznej jego dorobku świadczą odznaczenia: złoty medal za Rebekę i Order Grzegorza Wielkiego.
    Statuę Matki Bożej do bazyliki w Lourdes wykonał z marmuru kararyjskiego, chociaż w 1813 r. istniały już trzy dokumenty potwierdzające eksploatację miejscowych złóż piaskowca, marmuru, łupku i wapienia.
    Na podkreślenie zasługuje również wielka aktywność artystyczna Józefa Fabisza. Niemiecki leksykon wymienia najważniejsze jego rzeźby, a zatem były także inne, o mniejszym znaczeniu. Pamiętając o jego oddaniu się pracy dydaktycznej, należy dostrzec w tym dowód nie tylko pracowitości, ale i umiłowania zawodu.
    Józef Fabisz w pełni zasługuje na przypomnienie w ponad 100 lat po śmierci i w związku z 140. rocznicą istnienia figury Matki Bożej w Lourdes. Ten obowiązek spoczywa przede wszystkim na nas, rodakach, szczególnie na emigracji, zwłaszcza w Lyonie, gdzie są dokumenty jego działalności i ślady pobytu, i gdzie prawdopodobnie żyją także jego potomkowie. Tymczasem przynajmniej w przewodnikach po Lourdes należałoby zamieszczać wzmiankę o Józefie Fabiszu jako twórcy statuy, by w ten sposób ocalić go od zapomnienia.

    Barbara Kubicka-Czekaj/Tygodnik Niedziela

    _________________________________________________________________

    Figura Maryi w grocie Massabielle – polski akcent

    sanktuarium w Lourdes

    Grota Massabielle, fot. Brunner Emmanuel, Manu25, wikimedia

    ***

    Niedawno w słynnym sanktuarium Maryjnym w Lourdes, u stóp Pirenejów, z okazji Światowego Dnia Chorego zgromadziły się rzesze pielgrzymów. Każdego roku to miejsce nawiedzają miliony ludzi, a wśród nich wielu pielgrzymów z Polski. Przybysze kierują swoje kroki również do groty Massabielle, w której Bernadecie Soubirous osiemnaście razy objawiała się Maryja w 1858 r. Być może jednak wielu pątnikom znad Wisły nie do końca znany jest fakt, że figura Maryi znajdująca się w grocie jest dziełem Józefa Hugona Fabisia – urodzonego we Francji potomka polskiego imigranta.

    Józef Hugo Fabiś (fr. Joseph-Hugues Fabisch lub Fabiche) nie jest postacią dobrze znaną w Polsce. Jego nazwiska raczej nie znajdziemy w wielu encyklopediach. Niemniej zapisał się trwale w dzieje sanktuarium w Lourdes. W związku z tym warto przytoczyć najważniejsze fakty dotyczące jego pochodzenia, życia oraz pracy nad słynną dziś na całym świecie figurą Maryi. Jedną z przyczyn wyboru właśnie jego jako autora rzeźby było dość nietypowe zdarzenie.

    Joseph-Hugues Fabisch,

    wikimedia fr (domena publiczna)

    ***

    Z ziemi polskiej do Francji

    Ojciec Józefa Hugona – Karol Fabiś – urodził się w Andrychowie koło Wadowic 4 listopada 1759 r. Matka artysty – Franciszka Agata z domu Salon – przyszła na świat już we Francji; miało to miejsce 14 marca 1782 r. w Eguilles (ujście Rodanu). Karol Fabiś był tkaczem i w tym zawodzie działał również po przybyciu nad Sekwanę. 19 marca 1812 r., w Aix-en-Provence, gdzie mieścił się zakład tkacki Karola i Franciszki Agaty, urodził się właśnie Józef Hugon, któremu rodzice od dzieciństwa wpajali wrażliwość na piękno i dobro oraz wiarę katolicką i polskie tradycje. To wszystko miało później istotny wpływ na jego twórczość artystyczną. Józef tworzył jako Fabisch (lub Fabiche), gdyż Francuzi mieli problem z poprawną wymową polskiego nazwiska.

    Nie tkacz, lecz artysta

    Karol Fabiś jak wielu ojców miał wielkie marzenie, żeby syn zastąpił go kiedyś w wykonywanym zawodzie. Jak to się jednak często zdarza wśród dzieci i młodych ludzi, Józef Hugon miał inne zainteresowania niż rodzice, które zostały ostatecznie przez nich zaakceptowane. Po ukończeniu Szkoły Sztuk Pięknych młody artysta znalazł pracę w rodzinnej miejscowości, którą jednak opuścił obejmując stanowisko profesora w Saint-Etienne.

    Wśród jego zamiłowań artystycznych na pierwsze miejsce wysunęła się w końcu rzeźba. Na taki kierunek rozwoju zainteresowań duży wpływ miała podróż Józefa do Włoch, gdzie zafascynował się dziełami dłuta wybitnych artystów renesansu.

    Pierwszym dziełem Fabischa był „Magnificat”, które możemy podziwiać współcześnie w kościele Demi-Lune pod Lyonem. Generalnie rzecz ujmując liczne prace potomka polskiego imigranta były nagradzane i wystawiane w głównych ośrodkach Francji, jak Paryż czy Lyon. To właśnie w tym drugim mieście, gdzie od 1845 r. pracował, znajdziemy bodaj najwięcej dzieł Józefa Hugona, rozsianych po różnych kościołach. Chyba najsławniejszym z nich jest figura Matki Bożej z wieży bazyliki Fourviére. Ta monumentalna rzeźba została wybrana spośród prac 32 artystów, zgłoszonych do konkursu.

    Maryja z bazyliki Fourvière – rzeźba autorstwa Fabischa, fot. wikimedia fr (domena publiczna)

    ***

    Nagana, będąca… pochwałą, u początków figury z Massabielle

    Fabisch spotykał się z powszechnym uznaniem (papież Leon XIII ustanowił go nawet Kawalerem Orderu Grzegorza Wielkiego), choć w 1860 r. musiał się zmierzyć z naganą i to nie byle kogo, bo samego francuskiego ministra sztuk pięknych. Fabisch wykonał na zamówienie rządu kilka rzeźb przedstawiających muzy, jednak gdy ujrzał je wspomniany minister, zdeklarowany antyklerykał, miał podobno powiedzieć:

    Nawet jego muzy są klerykalne!

    Co dla jednego było naganą, dla kogoś innego stało się inspiracją. Ówczesny proboszcz parafii w Lourdes, ks. Peyramale, zachwycił się tą naganą i uznał ją za najwyższą pochwałę:

    Muzy klerykalne! To najwznioślejszy sposób oceny i najpiękniejsza pochwała artysty.

    W sierpniu 1863 r. proboszcz Lourdes napisał do miejscowego biskupa wskazując osobę Fabischa, który zdawał się być idealnym kandydatem do wykonania figury Maryi. Miał też niebagatelne doświadczenie w rzeźbieniu podobizn Maryi, gdyż była ona jego ulubionym motywem w pracy artystycznej. Stworzył już w tej materii kilka arcydzieł jak wspomniana Maryja z Lyonu oraz rzeźba Matki Boskiej wykonana dla innego sanktuarium francuskiego – w La Salette.

    Wykonać niewykonalne

    Prócz ks. Peyramale również fundatorki figury, panie Lacour, opowiedziały się za kandydaturą Fabischa, którą biskup Laurence zatwierdził z radością. Józef Hugo Fabisch przybył do Lourdes i m.in. na podstawie rozmów z Bernadetą zebrał potrzebne informacje do stworzenia dzieła, które zdawało się niewykonalne: jak z pomocą ludzkich narzędzi wyrzeźbić podobiznę Maryi, z całym jej ponadnaturalnym pięknem. Artysta na potrzeby swojego dzieła wykorzystał najczystszy kararyjski marmur.

    Bernadeta Soubirous w grocie Massabielle

    (zdjęcie z 1863)

    wikimedia (domena publiczna)

    ***

    I stało się – Józef Fabisch wykonał jedno ze swoich najwspanialszych dzieł, które znalazło uznanie wśród przedstawicieli Kościoła i znawców sztuki. Można powiedzieć, że powstała rzeźba paradoksalna, gdyż w możliwie najdoskonalszy sposób mistrz połączył w niej elementy i prawidła artystycznego fachu z czymś pozaziemskich i absolutnie niezwykłym.

    Odwiedzając grotę Massabielle warto chociaż przez chwilę pomyśleć o polskim artyście, który wpisując się w Maryjny nurt narodu polskiego stworzył to cudne dzieło dla największego francuskiego sanktuarium. Warto też westchnąć w jego intencji do Tej, której tak wspaniałą podobiznę stworzył.

    W Lourdes znajduje się dom Polskiej Misji Katolickiej, gdzie można się zatrzymać i wybrać do pobliskiego sanktuarium.

    Artur Hanulainformacje z Przewodnika katolickiego i Tygodnika Niedziela

    __________________________________________________________________________

    Lourdes, Polacy i Żydzi. Zaskakujące wątki

    Lourdes, Polacy i Żydzi. Zaskakujące wątki
    Sanktuarium w Lourdes/fot. Roman Koszowski/ Gość Niedzielny

    ***

    O niespodziewanych związkach słynnego miejsca objawień z Żydami, a także z Polską, mówi ks. dr Seweryn Wąsik SJ.

    Jarosław Dudała: Podobno figura Matki Bożej w grocie w Lourdes wyszła spod dłuta Polaka?
    O. Seweryn Wąsik SJ:
     Można tak powiedzieć. Historia była taka: żołnierz napoleoński pochodzący z Andrychowa na Podbeskidziu, tkacz pochodzenia żydowskiego po klęsce cesarza osiedla się we Francji. Czy jego rodzina przeszła na katolicyzm – nie wiadomo. Jego syn kształci się w Lyonie. Kończy Akademię Sztuk Pięknych. Zostaje jej profesorem. Jest rzeźbiarzem. Nazywa się Józef Hugo Fabisch (Fabiś).
    Proboszcz parafii w Lourdes, ks. Dominique Peyramale prosi go o przygotowanie statui Matki Bożej według wizji Bernadety Soubirous. Ustalają, że figura Matki Bożej będzie miała 1,88 m wysokości, że będzie wykonana z marmuru karraryjskiego. Bernadeta odrzuca kolejne wersje rzeźby. W końcu akceptuje jedną z nich. Córka prof. Fabischa zapamięta, że wrażenie, jakie zrobiła Bernadeta na jej tacie było takie, że on od tej pory codziennie odmawiał różaniec. Lourdes, Grota Massabielska (miejsce objawień).

    Zrobiła wrażenie na profesorze artystycznej uczelni?!
    Uderzające? Jeszcze bardziej uderzające, jest to, że Bóg przeprowadza swoje sprawy przez serca bardzo proste, a nie przez salony intelektualistów. Bóg nie wybiera dziewczynki z wyższych sfer Paryża, ale wybiera nastolatkę z marginesu. Z rodziny, która nie cieszyła się nawet najmniejszym szacunkiem. Dziś byłaby nazywana patologiczną.

    Dlaczego?
    Ojciec był utracjuszem, bezrobotnym. Chwytał się najniższych dorywczych, upokarzających prac. Rodzina Soubirous miała w Lourdes opinię ostatnich nędzarzy. Dlatego z początku do słowa Bernadety nikt nie będzie przywiązywać wagi.
    Tak też będzie to postrzegać sama Bernadeta. Będzie porównywać siebie do miotły: “Co robi się z miotłą, gdy skończy się sprzątać? Gdzie się ją stawia? Stawia się ją w kącie. Ja jestem potrzebna Świętej Dziewicy jak miotła. Gdy jej już nie potrzebują, stawia się ją za drzwiami. Tam jestem i pozostanę.”

    Dziś takie słowa są trudne do przełknięcia.
    Dla mnie św. Bernadeta jest odtrutką na współczesną kulturę selfie: gdy inni marzą o sławie, ona woli pozostać niezauważona, na marginesie. Chce pozostać w cieniu. Mówi: “To, co mnie dotyczy, już mnie nie dotyczy”. I tłumaczy: “Muszę odtąd należeć całkowicie do Boga, nigdy do siebie.” W duchowości ignacjańskiej nazywamy to ukierunkowaniem na Boga. Tymczasem teraz żyjemy w kulturze ukierunkowanej na samego siebie, na odnoszenie sukcesów, lajki i liczniki łapek w górę…

    …na samorealizację.
    Dokładnie! Bernadeta jest odtrutką na koncentrację na sobie. “Jeśli Święta Dziewica wybrała mnie, to dlatego, że byłam najbardziej niewykształcona. Gdyby znalazła gorszą ode mnie, to wybrałaby ją” – mówi. Pamiętajmy, że mówimy o 14-letniej analfabetce, która miała objawienia, których tak naprawdę do końca nie rozumie. Jest dzieckiem, przez które Pan Bóg chce przeprowadzić swoje sprawy.

    To tak, jak św. Tereska z Lisieux. Ona mówiła o sobie: “małe nic”.
    “Jestem nikim w Lourdes” – to są słowa Bernadety. Ona tak siebie nazywała, ale nie chodziło bynajmniej o to, żeby siebie poniżać. To nie było ani poczucie winy, ani niskie poczucie własnej wartości. Absolutnie! To była dziewczynka o nieprawdopodobnej wytrwałości wobec przeciwności. Spokojnie znosiła też spotkania z dziesiątkami tysięcy pielgrzymów, którzy w swojej dewocji chcieli ściągnąć każdą nitkę z jej ubrania.
    “Jestem zobowiązana wam powiedzieć o Niepokalanym Poczęciu, a nie zmusić was do uwierzenia” – mówiła. Tak przeżywała swoją misję: ma tylko opowiedzieć o doświadczeniu, które miała w grocie, a nie przekonywać nikogo.

    Bo niby jak dziecko z głębokiej prowincji miałoby przekonać paryskie elity…
    Salony intelektualno-polityczne Francji robiły wszystko, żeby jak najmniej ludzi jeździło do Lourdes. Nie prowadziła tam żadna linia kolejowa. Władze nie chciały jej budować, żeby ograniczyć dostęp pielgrzymów. Ale były minister transportu w rządzie Napoleona III –żydowskiego pochodzenia –  kupił złoża skalne w okolicach Lourdes. W efekcie już rok po objawieniach została zbudowana linia kolejowa, z której mogli korzystać pielgrzymi.

    Z Matką Bożą nikt nie wygra.
    Francuski salon polityczno-intelektualny był masońsko-antyklerykalny. Ale część tych ludzi po wizycie w Lourdes i spotkaniu z Bernadetą i tak uklękło przed figurą Matki Bożej w Grocie Massabielskiej. To udokumentowane. Wniosek jest taki, że także dla dzisiejszych elit i salonów jest nadzieja i światełko bijące z Lourdes.

    Co warto przeczytać o Lourdes i św. Bernadecie?
    Zachęcałbym do przeczytania “Pieśni o Bernadecie” – bestsellera, który miał już kilkanaście polskich wydań. To książka z 1941 r.
    Jej autorem był Franz Werfel. To był znany pisarz, urodzony w Pradze Żyd niemieckojęzyczny, przyjaciel Franza Kafki. Uciekając w czasie II wojny światowej do USA, przez przypadek trafił do Lourdes. Utknął tam, nie mając już możliwości przeprawienia się przez Pireneje. To, co tam przeżył, sprawiło, że uznał, iż swoje ocalenie zawdzięcza tajemnicy Pani z Lourdes oraz pirenejskim góralom – środowisku Lourdes. Obiecał, że jeśli przetrwa niemiecki horror zgotowany Żydom, spłaci dług, pisząc powieść o Bernadecie. Udało mu się uciec i napisać książkę (700 stron!), która zrobiła taką furorę, że Hollywood (Twentieth Century Fox) natychmiast wykupiło prawa do jej ekranizacji. I już w 1943 r., gdy Europie trwała wojna, w Hollywood powstał jeden z najpiękniejszych filmów o św. Bernadecie.
    Szefowie wytwórni obawiali się jednak krytyki. Spodziewali się, że niewierzący odrzucą film jako naiwną opowieść o dziewczynce, która miała halucynacje. Obawiali się też reakcji katolików, ponieważ odtwórczyni roli Najświętszej Panienki nie była osobą o wyszukanej moralności. Postanowili więc opatrzyć film mottem, mówiącym, że “tym, którzy wierzą w Boga nie są potrzebne żadne wytłumaczenia. A dla tych którzy w Boga nie wierzą, żaden wytłumaczenie nie jest możliwe”.
    Werfel zmarł cztery lata po napisaniu książki, w Beverly Hills.

    Jest też wydana po polsku książka Vittoria Messoriego.
    On z kolei poszedł drogą dziennikarza śledczego i napisał książkę: “Tajemnica Lourdes. Czy Bernadeta nas oszukała?”. Marketingowo dobrze uchwycony temat: czy prosta, uczciwa, pokorna góralka, nie mówiąca nawet po francusku, ale w dialekcie pirenejskim, nas oszukała? To oczywiście prowokacja. Ale książka jest bardzo dobra, analityczna. Dodajmy, że Kościół katolicki dość szybko uznał objawienia św. Bernadety za autentyczne. A w tym roku obchodzimy 90 rocznicę jej kanonizacji.

    Gość Niedzielny

    ks. dr Seweryn Wąsik SJ, dyrektor Domu Rekolekcyjnego św. Józefa w Czechowicach Dziedzicach, rekolekcjonista, kierownik duchowy, teolog duchowości ignacjańskiej, dziennikarz watykański (L’Osservatore Romano, Radio Watykańskie), pedagog. Od lat daje kursy Ćwiczeń duchowych według św. Ignacego Loyoli i kard. Carla Marii Martiniego. Autor serii formacyjnych audiobooków “Elementarz ignacjańskich” i słuchowiska radiowego “Ulmowie z Markowej”.

    __________________________________________________________________________


    Objawienia w Lourdes - gigantyczny dar Pana Boga dla ludzkości - zdjęcie
    fot. © Manuel González Olaecheay Franco via Wikipedia, CC BY-SA 3.0

    ***

    Objawienia w Lourdes – gigantyczny dar Pana Boga dla ludzkości

         Objawienia Matki Bożej w Lourdes w 1858 r. są niezwykle ważnym wydarzeniem historycznym i równocześnie wielkim Bożym darem dla Kościoła oraz całej ludzkości.

         W tym sanktuarium Jezus Chrystus za pośrednictwem swojej Matki, Maryi, nieustannie przemienia serca milionów pielgrzymów przybywających tam każdego roku, uzdrawiając ich dusze i ciała. To właśnie w takich miej scach j ak Lourdes w sposób namacalny odkrywa się prawdę słów Chrystusa: że to, co decyduje o historii ludzkości i wiecznym szczęściu każdego człowieka, jest zakryte przed “mądrymi i roztropnymi” – czyli takimi, którzy nie kierują się logiką wiary, natomiast “zostaje objawione prostaczkom” – czyli ludziom, dla których wiara w Jezusa Chrystusa staje się najcenniejszym skarbem. Kochający Bóg nieustannie do nas apeluje: “Jeżeli nie uwierzycie, nie zrozumiecie” (por. Iz 7, 9). To znaczy: jeżeli nie uwierzycie w istnienie tajemnicy Boga, który stał się prawdziwym człowiekiem w łonie Maryi Dziewicy, zamykacie sobie możliwość poznania prawdy i drogę życia wiecznego.

    Historia objawień

         Święta Bernadetta Soubirous przychodzi na świat 7 stycznia 1844 r. w pobożnej i biednej rodzinie młynarza Franciszka i Ludwiki Soubirous. W 1854 r. z powodu finansowego kryzysu rodzina musi opuścić młyn w Boly i przeprowadzić się do małego, nędznego mieszkania w Lourdes. Ich sytuacja materialna pogarsza się wtedy jeszcze bardziej. Ojciec i matka pracują jako najemni robotnicy. Bernadetta zastępuje ich w domu i opiekuje się młodszym rodzeństwem – siostrą Antosią oraz braćmi Janem-Marią i Justynem. Z tego powodu nie chodzi do szkoły i nie przygotowuje się do Pierwszej Komunii św.

         W 1855 r. epidemia cholery dociera do Lourdes. Umiera wielu ludzi. Zaraża się również jedenastoletnia Bernadetta. Choroba zrujnowała jej delikatny organizm – dziewczynka nabawiła się astmy, a później gruźlicy kości nóg, co stało się przyczyną jej śmierci w trzydziestym czwartym roku życia. Na początku września 1857 r. rodzice wysyłają Bernadettę do rodziny Avarantów w pobliskiej wiosce Bertres, aby pomagała tam w pasieniu owiec.

         Wkrótce podejmuj decyzję o jej powrocie do Lourdes. Bernadetta wraca 21 stycznia 1858 r. i rozpoczyna przygotowanie do Pierwszej Komunii św. oraz naukę w szkole podstawowej, którą prowadziły siostry z Nevers. W krótkim czasie Bernadetta nauczyła się płynnie pisać i czytać. Kiedy wracała ze szkoły, pomagała matce w pracach domowych i opiekowała się młodszym rodzeństwem. Bernadetta wychowywała się w atmosferze prostej i szczerej pobożności swoich rodziców, którzy codziennie modlili się razem z dziećmi. Przejęła od nich skarb żywej wiary i dziecięcego zaufania Bogu.

    Przełomowy dzień

         11 lutego 1858 r. Bernadetta razem z siostrą Antonią i sąsiadką Joanną wybrały się nad rzekę Gave, aby nazbierać suchych gałęzi do palenia w piecu. Kiedy podeszły do groty, nad którą wznosiła się skała, nazywana Massabielle, musiały przeprawić się przez przepływający tam strumień lodowatej wody. Po ściągnięciu butów Bernadetta zdejmowała pończochy, gdy nagle usłyszała dziwny szum wiatru. “Spojrzałam w stronę groty – pisała potem – i zobaczyłam, że z jej wnętrza wypłynął złocisty obłok, a tuż za nim wyszła tak niezwykle piękna Pani, jakiej nigdy w życiu nie widziałam. Miała białą szatę, welon także biały, błękitny pasek i żółte róże na stopach. Od razu popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się i pokazała mi, bym podeszła do Niej, jak gdyby była moją matką. Cały mój strach zniknął, ale wydawało mi się, że straciłam świadomość tego, gdzie jestem. Przecierałam oczy, zamykałam je, otwierałam, lecz Pani wciąż stała na tym samym miejscu, dalej uśmiechając się do mnie – aż zrozumiałam, że to wszystko nie jest złudzeniem. Nie myśląc o tym, co robię, wzięłam w ręce swój różaniec i uklękłam. Pani skinęła głową na znak aprobaty i sama także wzięła do rąk różaniec, który miała przewieszony przez prawe ramię. Kiedy chciałam zacząć odmawiać różaniec i próbowałam podnieść dłoń do czoła, rękę miałam jakby sparaliżowaną – i dopiero kiedy Pani się przeżegnała, ja mogłam zrobić to samo. Jednak modliłam się sama, a Pani tylko przesuwała paciorki różańca w palcach, nie mówiąc nic. Dopiero na końcu każdej dziesiątki różańca odmawiała ze mną Chwała Ojcu… Kiedy skończyłam, dała mi znak, abym się do niej zbliżyła, ale się nie ośmieliłam. Wtedy nagle znikła”.

         Kiedy dziewczynki zobaczyły klęczącą Bernadettę, zaczęły się z niej wyśmiewać, mówiąc, że jest głupią dewotką. Jednak po chwili zrozumiały, że coś musiało się stać, i dlatego uporczywie dopytywały się swej koleżanki, co to było. Początkowo Bernadetta nic im nie chciała powiedzieć, ale w końcu uległa; opowiedziała swym towarzyszkom o ukazaniu się tajemniczej Pani, prosząc je o zachowanie całkowitej tajemnicy. Jednak po powrocie do domu dziewczynki szybko wszystko wypaplały, a Bernadetta musiała w szczegółach opowiedzieć matce o swym tajemniczym widzeniu. Matka skrzyczała ją za to, twierdząc, że są to tylko przywidzenia, i zakazała jej chodzenia do groty.

    “Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie”…

         Spotkanie z tajemniczą piękną Panią, która wyglądała na młodą dziewczynę w wieku szesnastu lub siedemnastu lat, było dla Bernadetty tak wielkim przeżyciem, że od tamtej pory odczuwała wewnętrzne przynaglenie, aby jak najszybciej iść do groty na kolejne widzenie. Matka jednak kategorycznie zabraniała jej tego. Dopiero w niedzielę 14 lutego po Mszy św. uległa usilnym prośbom córki i wyraziła zgodę. Bernadetta razem z dwiema koleżankami natychmiast wyruszyły do groty Messabielle. Były uzbrojone w różańce oraz w butelkę ze święconą wodą. Chciały tajemniczą postać pokropić wodą święconą i w ten sposób sprawdzić, czy nie jest to przypadkiem jakaś pułapka złego ducha. Po drodze przyłączyły się do nich jeszcze inne dziewczynki. Bernadetta doszła pierwsza do groty i od razu uklękła do modlitwy różańcowej. “Zaledwie skończyłam pierwszy dziesiątek – pisze – ujrzałam tę samą Panią. Natychmiast zaczęłam kropić ją wodą święconą, mówiąc, aby została, jeśli przychodzi od Boga, a jeśli nie – aby odeszła. Równocześnie przyspieszyłam kropienie wodą. Pani uśmiechnęła się do mnie i pochyliła głowę. Im więcej kropiłam, tym bardziej uśmiechała się i potakiwała głową. (…) Kiedy skończyłam różaniec, postać znikła”. Trzeba podkreślić fakt, że tylko sama Bernadetta widziała objawiającą się Postać. W czasie widzenia była w ekstazie, cała pochłonięta tym, co widzi, jakby oderwana od rzeczywistości, ze wzrokiem utkwionym w jeden punkt.

         Po powrocie do domu Bernadetta usłyszała od matki, że już nigdy nie będzie jej wolno pójść do groty Massabielle. Wpływowa i bogata mieszkanka Lourdes, pani Peyret, trawiona wielką ciekawością, wymogła jednak na matce Bernadetty, aby ta zgodziła się na pójście swej córki na miejsce objawień. 18 lutego, w piątek, po porannej Mszy św. Bernadetta razem z paniami Peyret i Millet wyruszyły do Massabielle. Piękna Pani ponownie objawiła się i prosiła widzącą: “Czy będziesz uprzejma przychodzić tu przez piętnaście dni?”. Dziewczynka odpowiedziała, że z radością spełni Jej prośbę – i wtedy usłyszała: “Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, lecz w innym”.

         W czasie czwartego i piątego objawienia (19 i 20 lutego) Bernadetcie towarzyszyła dosyć duża gromadka ludzi. 20 lutego Maryja nauczyła ją modlitwy, którą Bernadetta odmawiała codziennie przez całe życie, ale jej tekstu nikomu nie przekazała. Podczas szóstego objawienia (21 lutego) Matka Boża prosiła o modlitwę za grzeszników. Wtedy też niewierzący lekarz, dr Dozous, chciał “zdemaskować oszustwo” – i dlatego postanowił zbadać dziewczynkę podczas ekstazy. Został głęboko poruszony jej zachowaniem i doświadczył obecności wielkiej tajemnicy. Od tego momentu rozpoczął się proces jego nawracania się. W swoim oświadczeniu dr Dozous stwierdził, że podczas ekstazy twarz Bernadetty stawała się nieziemsko piękna. Oznaczało to, że dziewczynka nawiązywała z kimś autentyczny kontakt. Podczas swych widzeń miała regularny puls, swobodny oddech i absolutnie nic nie wskazywało na jej nerwowe podniecenie.

    Wezwanie do pokuty i nawrócenia

         Ponieważ coraz więcej ludzi zaczęło przybywać na miejsce objawień, władze bardzo się zaniepokoiły i próbowały przez zastraszanie i przesłuchania zabronić Bernadetcie przychodzenia do groty. Podczas siódmego objawienia (23 lutego) Maryja przekazała dziewczynce “trzy tajemnice” – dotyczące wyłącznie jej osoby – których Bernadetta nigdy nikomu nie wyjawiła. Matka Boża prosiła ją też o przekazanie księdzu proboszczowi prośby, aby wybudował kaplicę w miejscu objawień. Ksiądz Peyramale nie wierzył jednak w prawdziwość objawień i dlatego poprosił o czytelny znak – aby Bernadetta zapytała piękną Panią, jakie ma imię, gdyż on, jak powiedział, nie ma zwyczaju wierzyć tajemniczym nieznajomym. A jeśli zjawa nie powie, kim jest, to będzie wg niego oznaczało, że jest oszustką albo że Bernadetta ma halucynacje.

         Podczas ósmego objawienia Matka Boża przekazała orędzie wzywające do pokuty i nawrócenia oraz do modlitwy o nawrócenie grzeszników. Mówiła: “Pokutujcie i módlcie się do Boga o nawrócenie grzeszników”. Następnego dnia (25 lutego) Maryja wskazała Bernadetcie miejsce na ziemi w grocie i kazała jej “napić się z tego zdroju, a potem się w nim obmyć”. A ponieważ nie było tam żadnego źródła, zaskoczona dziewczynka zaczęła rozgrzebywac ziemię i po chwili zauważyła wypływającą wodę. Nabrała więc dłońmi mulistej cieczy, napiła się jej, a następnie obmyła nią twarz, przez co pobrudziła ją sobie całą błotem. Wkrótce z tego miejsca zaczął płynąć wartki strumień krystalicznej wody. Wiadomość o źródle, które wytrysnęło w grocie, szybko rozeszła się po okolicy. Woda z tego źródła stała się znakiem uzdrawiającej łaski Bożej. Świadczą o tym tysiące uzdrowień niewytłumaczalnych z naukowego punktu widzenia.

    Pierwsze cudowne uzdrowienia

         Następnego dnia Maryja nie objawiła się Bernadetcie, za to przy grocie wydarzył się pierwszy cud. Kamieniarz Luis Bouriette od dwudziestu lat nie widział na prawe oko, które zostało mu wybite podczas wypadku przy pracy. Żarliwie modlił się przed grotą Massabielle i kilkakrotnie przemył oczy wodą ze źródła. Wtedy stał się cud: jego prawe oko zostało na nowo stworzone, a Luis odzyskał zdolność widzenia.

         Drugie cudowne uzdrowienie nastąpiło 1 marca. Katarzyna Latapie po ciężkim wypadku i skomplikowanym złamaniu nie mogła otworzyć dłoni. Po modlitwie i zanurzeniu dłoni w źródle jej ręka powróciła do stanu przed wypadkiem.

         Woda ze źródła w grocie Massabielle stała się znakiem Bożego działania. W pobliżu pobudowano specjalne baseny, w których każdego roku, po modlitwie, zanurza się setki tysięcy chorych. Następują tam wtedy cudowne uzdrowienia fizyczne i duchowe. Badania wykazały, że jest to normalna woda, że nie ma ona żadnych właściwości antyseptycznych czy antybakteryjnych. Nie stwierdzono jednak żadnego przypadku zakażenia czy zachorowania przez kąpiel albo picie zanieczyszczonej wody z tych basenów, w których wcześniej zanurzono tysiące ludzi cierpiących na różne choroby. Jest to dla nauki wielka lekcja pokory wobec Bożej strategii działania, które wymyka się wszelkim laboratoryjnym badaniom i analizom. Nie jest to jakaś woda “magiczna”, ale zanurzenie się w niej, napicie się jej czy obmycie się nią ma być znakiem nawrócenia, zerwania z grzechem, całkowitego zawierzenia Bogu i pojednania się z Nim oraz gotowości pełnienia Jego woli. Wtedy woda z Lourdes staje się znakiem, poprzez który Bóg dokonuje uzdrowień fizycznych i duchowych.

         Podczas objawień 27 lutego przed grotą zgromadziło się około 1000 ludzi. Z każdym dniem było ich coraz więcej. 3 marca zebrało się około 4000 osób, a 4 marca było ich już blisko 8000. Wśród nich znajdowali się dziennikarze lokalnych czasopism, w których niezadługo ukazały się artykuły pełne kpin i ironii. Teksty te stały się głównym źródłem informacji dla dzienników z Paryża i innych wielkich miast francuskich. Tylko artykuły Romana Capdevielle’a, znakomitego redaktora Memoriał des Pyrenees, przedstawiały w sposób bezstronny, wyważony oraz obiektywny fakty z groty Massabielle.

         Tego samego dnia, po skończonym objawieniu przy grocie, Bernadetta wracała do domu. Przy drodze spotkała niewidomą dziewczynę, Eugenię Troy, dotkniętą nowotworem rakowatym oczu, którą serdecznie uściskała i ucałowała, a następnie poprosiła ją, aby obmyła się wodą ze źródła z groty Massabielle. Kiedy Eugenia to uczyniła, została natychmiast uzdrowiona. Wieść o tym cudzie rozeszła się naokoło lotem błyskawicy.

    “Jestem Niepokalanym Poczęciem”

         W święto Zwiastowania, 25 marca, w nocy Bernadetta czuje nagle silne wewnętrzne przynaglenie, dlatego już o godzinie 5 rano udaje się do groty, razem ze swoimi rodzicami. Było jeszcze ciemno i panowała głęboka cisza, ale w miejscu objawień zgromadziła się już duża grupa ludzi, a wśród nich komisarz Jacomet. W czasie modlitwy różańcowej Bernadetcie objawia się piękna Pani. Podczas wcześniejszych objawień dziewczynka wielokrotnie pytała Ją o imię, ale w odpowiedzi otrzymywała tylko uśmiech. Tym razem ponownie zapytała zjawę, kim jest, i wtedy otrzymała długo oczekiwaną odpowiedź: “Jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadetta była zaskoczona tą odpowiedzią, gdyż nie wiedziała, co znaczy to dziwne imię “Niepokalanie Poczęta”, tym bardziej że nigdy o nim nie słyszała. Nie zdążyła się już jednak o nic więcej zapytać, ponieważ śliczna Pani zniknęła.

         Bernadetta szybko pobiegła do proboszcza Peyramale’a, aby przekazać mu to dziwne imię. Aby go nie zapomnieć, w drodze ciągle powtarzała: “Niepokalanie Poczęta”. Bernadetta nie wiedziała, że 8 grudnia 1854 r. w Bazylice Watykańskiej został uroczyście ogłoszony przez papieża Piusa IX dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryii Panny. Kiedy proboszcz usłyszał z ust Bernadetty imię “Niepokalanie Poczęta”, z wrażenia aż zaniemówił. Zrozumiał bowiem, że Maryja użyła teologicznie doskonałej formuły, która potwierdzała dogmat ogłoszony cztery lata wcześniej. Maryja jest Niepokalanie Poczętą, ponieważ od momentu swego poczęcia została zachowana od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, po to by mogła wypełnić misję Matki Zbawiciela. Dopiero wtedy proboszcz zrozumiał, że ma do czynienia z rzeczywistymi objawieniami Matki Bożej, a ta czternastoletnia dziewczynka, w swojej prostocie i niewiedzy, stała się przekazicielką orędzia Niepokalanej Pani dla całego świata. Widzenie 25 marca było przełomowe dla Bernadetty, gdyż dopiero wtedy dziewczynka zrozumiała, że ta piękna Pani, która się jej objawia, to Matka Boża, a nie jakaś dusza czyśćcowa czy też halucynacja, jak to niektórzy próbowali jej sugerować.

    Dwa ostatnie objawienia

         7 kwietnia miało miejsce siedemnaste objawienie. Podczas ekstazy Bernadetta nieświadomie przesunęła swą prawą dłoń nad palący się płomień świecy, którą trzymała w lewej ręce. Przez blisko kwadrans płomień przenikał jej przez palce, a mimo to dziewczynka nic nie czuła; na jej dłoni nie pozostał najmniejszy znak oparzenia. Obserwował to wszystko wspomniany wyżej dr Dozous, który po skończonej ekstazie Bernadetty przeprowadził na niej eksperyment: wziął drugą zapaloną świecę i dotknął nią ręki dziewczynki, która natychmiast krzyknęła z bólu i z oburzeniem powiedziała: “Pan mnie parzy!”. Dla dra Dozousa stało się wówczas oczywiste, że ma do czynienia z faktem nadprzyrodzonym, co definitywnie przekonało go o prawdziwości objawień.

         A przy grocie dokonywały się kolejne cudowne uzdrowienia – choćby takie jak to z 2 maja, kiedy to zrozpaczona matka przez 15 minut zanurzała w cudownym źródle swojego umierającego 18-miesięcznego synka. Już następnego dnia dziecko wróciło do pełni zdrowia.

         Nadzwyczajne uzdrowienia zaczęły przyciągać na miejsce objawień tysiące ludzi. Władze chciały jednak za wszelką cenę zatrzymać narastającą falę pielgrzymek i dlatego zamknęły dostęp do groty. Decyzją mera miasta stała się ona nielegalnym miejscem kultu religijnego. Nie poparł jednakże tego zarządzenia biskup i ludzie nadal tłumnie przybywali do Massabielle. Ponadto pielgrzymi zaczęli pisać petycje do ministra do spraw wyznań o odwołanie zarządzenia prefekta. Prócz tego mimo ponawianych gróźb ze strony władz ludzie kilkakrotnie zburzyli ogrodzenie broniące dostępu do groty. Wiele osób zostało z tego powodu osądzonych i skazanych lub ukaranych mandatami. Bernadetta w ogóle nie angażuje się w narastający konflikt pomiędzy ludźmi i władzą.

         Postawa władz radykalnie się zmieniła dopiero w końcu września 1858 r. Wówczas to cesarz Napoleon III, po cudownym uzdrowieniu swojego syna, nakazał otworzenie pielgrzymom dostępu do groty. Jego dziecko wyzdrowiało po napiciu się wody z cudownego źródła i spożyciu ziół pochodzących z Massabielle.

         Tymczasem z powodu pogarszającego się stanu zdrowia Bernadetta zostaje wysłana 8 maja na dwutygodniowe leczenie do pobliskiego sanatorium w Cauterets. Z wielkim utęsknieniem czekała i przygotowywała się na przyjęcie Pierwszej Komunii Świętej w dniu 12 czerwca 1858 r. Od tamtej chwili przyjmowanie Jezusa w Komunii św. stało się dla niej najważniejszym wydarzeniem i największym źródłem duchowej mocy. 16 lipca 1858 r., w święto Matki Boskiej z góry Karmel, po przyjęciu Komunii św. Bernadetta czuje wewnętrzne przynaglenie, aby udać się do groty na spotkanie z Niepokalaną Dziewicą. Dotarła tam tuż przed zachodem słońca. Podczas modlitwy różańcowej Matka Boża objawiła się jej po raz ostatni. Bernadetta mówiła, że Maryja wtedy milczała i że była piękniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

         Warto w tym miejscu odnotować znamienny fakt, że w czasie objawień, od 11 lutego do 16 lipca 1858 r., nie odnotowano w rejonie Lourdes żadnych przestępstw i nikt nie został w tym okresie skazany na karę więzienia.

    Epilog

         Objawienia Matki Bożej w Lourdes potwierdziły, że nauczanie Kościoła jest prawdą pochodzącą od Boga. 28 lipca 1858 r. ordynariusz Tarbes, bp Laurence, powołał komisję kanoniczną do zbadania prawdziwości objawień. Wielokrotnie przesłuchiwała ona Bemadettę i innych świadków, a także szczegółowo badała wszystkie przypadki cudownych uzdrowień. Po przyjęciu wyników prac komisji, 18 stycznia 1862 r., biskup Laurence wydał dekret uznający nadprzyrodzony charakter objawień w Lourdes. Czytamy w nim: “Uważamy za pewne, że Maryja Niepokalana, Matka Boża, rzeczywiście ukazała się Bernadecie Soubirous 11 lutego 1858 r. i w dniach następnych osiemnaście razy w Grocie Massabielskiej, na peryferiach Lourdes, i że wszystkie te objawienia były prawdziwe. Wierni zatem mogą w nie wierzyć”.

         W roku 1866 Bernadetta wstąpiła do zakonu sióstr miłosierdzia w Nevers i pozostała tam aż do swojej śmierci 16 kwietnia 1879 r. Lourdes tymczasem stało się jednym z największych sanktuariów w świecie. Obecnie każdego roku przybywa tam około 5 milionów pielgrzymów, aby prosić Maryję o uzdrowienie duszy i ciała. Sługa Boży Jan Paweł II dwukrotnie pielgrzymował do tego sanktuarium. Jego druga wizyta w Lourdes była zarazem jego ostatnią podróżą zagraniczną. Papież wypowiedział wtedy znamienne słowa: “Oto dotarłem do kresu mojej pielgrzymki”…



    ks. Andrzej Trojanowski TChr/Miesięcznik Miłujcie się!

    ______________________________________________________________________________________

    „Jam jest Niepokalane Poczęcie”

    Przesłanie z Lourdes zapowiedzią zwycięstwa Maryi

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Nie można myśleć o Niepokalanej Dziewicy, nie pamiętając jednocześnie o wężu, którego głowę zmiażdżyła Ona stopą w sposób triumfujący i ostateczny. Antychrześcijański duch rewolucyjny jest samym duchem szatana i niemożliwą byłoby rzeczą, aby osoba wierząca nie uznała udziału jaki ma szatan w pojawieniu się i szerzeniu destrukcyjnych błędów, począwszy od katastrofy religijnej wieku XVI (pseudo-reformacja) aż do katastrofy politycznej wieku XVIII (Rewolucja Francuska) i tego wszystkiego co nastąpiło później.

    11 lutego przypada rocznica pierwszego objawienia Matki Bożej w Lourdes. Fakt ten, w ogólnym zarysie, znany jest niemal każdemu. W 1854 r. wielki papież bł. Pius IX bullą Ineffabilis ogłosił Niepokalane Poczęcie Matki Bożej dogmatem wiary katolickiej. W 1858 r. między 11 lutego a 16 lipca Matka Boska ukazała się w Lourdes osiemnaście razy prostej dziewczynie z ludu Bernadetcie Soubirous, określając siebie mianem Niepokalanego Poczęcia. Od tej chwili miały miejsce rozliczne cuda. A cudowność Lourdes zaczęła jaśnieć niezwykłym światłem w oczach całego świata aż do dzisiejszych czasów. Cud potwierdzający dogmat, oto w skrócie związek pomiędzy wydarzeniami z 1854 i 1858 r.

    XIX wiek: problemy takie same jak dziś 

    Tymczasem mniej znany jest związek tych dwóch faktów z problemami połowy wieku XIX, tak odmiennymi od dzisiejszych, ale jednocześnie wykazującymi tak wiele podobieństw. Ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu przez papieża bł. Piusa IX wywołało w całym cywilizowanym świecie głęboki wydźwięk. U większości wiernych, ogłoszenie dogmatu wzbudziło ogromny entuzjazm. Widok Namiestnika Jezusa Chrystusa wywyższonego w majestacie swojej władzy, by ogłosić dogmat w pełni wieku XIX, był niczym oglądanie wyniosłego wyzwania rzuconego triumfującemu sceptycyzmowi, który już wówczas zżerał od środka cywilizację zachodnią.

    Liberalizm: plaga XIX wieku

    W dodatku dogmat ten był dogmatem maryjnym. Jako, że liberalizm, inna plaga XIX wieku, zmierza z samej swojej natury do wielowyznaniowości, czyli afirmacji tego wszystkiego co różne religie mają wspólnego (co w ostateczności ogranicza się do nieokreślonego deizmu), i do niedoceniania, jeśli nie do formalnego odrzucenia tego wszystkiego co je dzieli. W ten sposób proklamacja nowego dogmatu maryjnego – dokładnie tak jak stało się to w niektórych środowiskach z ogłoszeniem dogmatu o Wniebowzięciu (rok 1950) – przedstawiała się ukrytym albo zdeklarowanym wielowyznaniowcom z 1854 jako poważna i nieoczekiwana bariera w realizacji ich zamierzeń.

    Dogmat o Niepokalanym Poczęciu dogłębnie uderzył w egalitarną mentalność

    Jednak do tego wszystkiego nowy dogmat, sam w sobie uderzał dogłębnie w mentalność egalitarną, która począwszy od 1789 r. (Rewolucji Francuskiej), despotycznie panowała na Zachodzie. Widok stworzenia wywyższonego w taki sposób ponad wszystkie inne, na mocy specjalnego przywileju, udzielonego w pierwszych chwilach Jej istnienia, jest czymś co nie mogło i nie może przestać boleć spadkobierców rewolucji, która proklamowała absolutną równość między ludźmi jako podstawę wszelkiego porządku, wszelkiej sprawiedliwości i wszelkiego dobra. Niekatolików, a także katolików mniej lub bardziej skażonych duchem 1789 r., bolało zaakceptowanie faktu, że Bóg powołał, a następnie tak niezwykle wyróżnił wśród stworzenia, tylko jeden byt – Maryję, podkreślając w ten szczególny sposób jego wyższość. I wreszcie sama natura przywileju jest czymś nieznośnym dla liberałów. Jeżeli ktoś dopuści istnienie grzechu pierworodnego z całym szeregiem ułomności duszy i nędzy ciała, które on przyniósł, musi zaakceptować, że człowiek potrzebuje autorytetu, któremu powinien być podporządkowany.

    Niepokalana Dziewica zmiażdżyła głowę węża 

    Nie można myśleć o Niepokalanej Dziewicy, nie pamiętając jednocześnie o wężu, którego głowę zmiażdżyła Ona stopą w sposób triumfujący i ostateczny. Antychrześcijański duch rewolucyjny jest samym duchem szatana i niemożliwą byłoby rzeczą, aby osoba wierząca nie uznała udziału jaki ma szatan w pojawieniu się i szerzeniu destrukcyjnych błędów, począwszy od katastrofy religijnej wieku XVI (pseudo-reformacja) aż do katastrofy politycznej wieku XVIII (Rewolucja Francuska) i tego wszystkiego co nastąpiło później. Jednocześnie oglądanie tak potwierdzonego triumfu swojej największej i niezmiennie nieugiętej nieprzyjaciółki było dla władcy ciemności najgorszym z upokorzeń. Stąd ten koncert głosów ludzkich i szatańskich ryków rozlegający się na całym świecie, podobny do ogromnej i gwałtownej burzy. Widok nieustraszonej i majestatycznej postaci Chrystusowego Namiestnika, pozbawionej wszystkich ziemskich środków i opartej jedynie na pomocy z Nieba, stającego wobec tej nawałnicy namiętności, groźnej nienawiści i wściekłej rozpaczy, był dla prawdziwych katolików źródłem takiej radości, jaką zapewne odczuwali apostołowie na widok postaci Zbawiciela, unoszącej się nad Jeziorem Genezaret, władczo rozkazującej wiatrowi i wodzie: „Venti et mare oboediunt ei”) (Wichry i jeziora są Mu posłuszne”) (Mt 8,27).

    Początek upadku antychrześcijańskiej utopii

    Tak jak w obliczu hord Hunów wszyscy dowódcy i namiestnicy Cesarstwa Rzymskiego pozwolili się pokonać lub musieli ratować się ucieczką, tak również w obliczu anty-chrześcijańskiej rewolucji, wielu z tych, którzy w doczesnym społeczeństwie mieli bronić Kościoła i cywilizacji chrześcijańskiej znajdowało się w stanie godnej pożałowania klęski. W tej sytuacji, ze szlachetnym wyczuciem powagi chwili, bł. Pius IX, jak św. Leon Wielki, był jedynym, który stawił opór przeciwnikowi i narzucił mu odwrót. Odwrót? Stwierdzenie wydaje się nazbyt śmiałe. Tymczasem nic bardziej prawdziwego. Począwszy od 1854 r. antychrześcijańska rewolucja zaczęła ponosić wielkie klęski. Oczywiście, zarówno pozornie jak i w rzeczywistości nadal poszerzała ona swoje panowanie nad światem. Egalitaryzm, zmysłowość, sceptycyzm odnosiły zwycięstwa coraz bardziej radykalne i o coraz większym zasięgu. Ale oto pojawiło się „coś” nowego. I to „coś”, będąc czymś skromnym, przygaszonym i niepozornym, ze swojej strony rosło niepowstrzymanie, by wreszcie zadać ostateczny cios rewolucji.

    Kościół stoi w centrum historii 

    Aby dobrze zrozumieć ten fundamentalny punkt należy uzmysłowić sobie rolę Kościoła w historii i kult Matki Bożej w Kościele. Kościół jest, w planach Boga, centrum historii. Jest on Mistyczną Oblubienicą Chrystusa, którą kocha On miłością jedyną i doskonałą i której zechciał podporządkować wszystkie stworzenia. Rzeczą oczywistą jest, że Oblubieniec nigdy nie opuszcza Oblubienicy i że dba on w najwyższym stopniu o Jej chwałę. Tak więc dopóki wierni dotrzymują wierności Naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi, Kościół nie ma się czego obawiać. Nawet największe prześladowania przyczynią się do jego chwały. A zaszczyty i największe nawet powodzenie nie osłabią w wiernych poczucia obowiązku i miłości do Krzyża. To w sferze duchowej. Z drugiej strony, w sferze doczesnej, jeśli ludzie otworzyliby swoje dusze na wpływ Kościoła, zostanie im udostępniona droga do wszelkich powodzeń, pomyślności i wielkości. I odwrotnie, jeśli go porzucą, znajdą się na ścieżce katastrof i plag duchowych. Dla ludu, który raz znalazł się w kręgu Kościoła, istnieje jeden tylko normalny porządek rzeczy, którym jest cywilizacja chrześcijańska. A cywilizacja ta, przewyższająca wszystkie inne, bierze swój żywotny początek z Religii Katolickiej.

    Warunki rozkwitu Kościoła

    Jeśli chodzi o Kościół, istnieją dla niego trzy istotne warunki rozkwitu. Przede wszystkim szczególna cześć dla Najświętszego Sakramentu. Chrystus Pan obecny w Przenajświętszym Sakramencie jest słońcem Kościoła. Od niego pochodzą wszelkie dane nam łaski. Lecz łaski te muszą przejść przez Maryję. Bowiem Ona jest powszechną Pośredniczką, przez Którą idziemy do Jezusa, i przez Którą Jezus przychodzi do nas. Intensywny, światły i synowski kult maryjny jest przeto drugim warunkiem dla rozkwitu cnoty. Gdy Chrystus Pan, jest obecny w Przenajświętszym Sakramencie, lecz nie przemawia do nas, Jego głos usłyszeć możemy poprzez Ojca Świętego. Stąd posłuszeństwo względem następcy św. Piotra jest właściwym i logicznym owocem czci oddawanej Świętej Eucharystii i Matce Najświętszej. Gdy zatem spełnione są te trzy warunki, Kościół triumfuje. A gdy, przeciwnie, są przez ludzi zaniedbywane lub odrzucane, to prędzej czy później cywilizacja chrześcijańska podupada.

    Lourdes, głośne potwierdzenie dogmatu

    Lecz, aby obdarzyć większą chwałą swoją Matkę, Chrystus Pan uczynił jeszcze więcej. W Lourdes, jako głośne potwierdzenie dogmatu, uczynił to czego nigdy wcześniej nie widziano: ustanowił na świecie stale powtarzający się cud. Do tamtej pory cuda zdarzały się w Kościele sporadycznie. Lecz potwierdzone naukowo uzdrowienia w Lourdes (pochodzenia jak najbardziej nadprzyrodzonego) mają miejsce od 1858 roku i są niczym nieprzerwany strumień dobra w obliczu demoralizacji naszych czasów.

    Nieomylność papieża

    Z tego żarzącego się paleniska wiary, wznieconego ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, powstało ogromne pragnienie. Najlepsze, najbardziej uczone i uprawnione elementy Kościoła pragnęły proklamacji dogmatu o nieomylności papieża. Bardziej niż ktokolwiek pragnął tego wielki bł. Pius IX. I dzięki ogłoszeniu tego dogmatu światu dany został rodzaj czci jaką otaczany jest Papież, co stanowiło nową klęskę dla bezbożności.

    Święta Eucharystia 

    Wreszcie nastąpił pontyfikat Świętego Piusa X, a wraz z nim zachęcanie wiernych do częstej, a nawet codziennej komunii, a także do komunii dzieci. Era wielkich eucharystycznych triumfów zaczęła błyszczeć jasnym płomieniem dla całego Kościoła. Przy tym wszystkim, jansenistyczna atmosfera została usunięta ze środowisk katolickich. Rozwijającym się ruchom modernistycznym, a później neomodernistycznym nie udało się unicestwić wielkich zwycięstw, które Kościół odnosił w walce ze swoimi wewnętrznymi wrogami.

    Wielki triumf i rozgoryczenie 

    Lecz można by zapytać co z tego wynikło dla walki Kościoła z jego wrogami zewnętrznymi? Czyż nie można powiedzieć, że wróg jest silniejszy niż kiedykolwiek, że zbliżamy się do tej epoki, wyśnionej przed wiekami przez oświeceniowych filozofów, brutalnego i całkowitego naukowego naturalizmu, zdominowanego przez materialistyczną technikę; powszechną republikę egalitarną, z której wymiecione zostaną wszelkie pozostałości nadprzyrodzonej religii? Czyż nie mamy przed oczami komunizmu, nie widzimy niebezpiecznego błądzenia samego społeczeństwa zachodniego, pozornie antykomunistycznego, lecz w rzeczywistości również zmierzającego do zrealizowania tego „ideału”?

    Cały świat jęczy w ciemnościach i w bólu 

    Tak. Bliskość tego niebezpieczeństwa jest nawet większa niż się powszechnie sądzi. Lecz nikt nie zważa na fakt o pierwszorzędnym znaczeniu. A w miarę jak dokonuje się przemiana świata zmierzająca do realizacji tego zgubnego zamiaru, opanowuje go głęboki niepokój. Jest to niepokój często nieuświadomiony, który jawi się jako coś nieokreślonego i wypełnionego pustką nawet kiedy jest świadomy. Jednak jego istnienia nikt nie odważy się zakwestionować. Można by powiedzieć, że cała ludzkość doznaje gwałtu, że przemocą dopasowuje się ją do wzoru sprzecznego z jej naturą i że wszystkie jej zdrowe tkanki kurczą się i stawiają opór. Lecz w końcu, odkąd zaczął się w wieku XV upadek cywilizacji chrześcijańskiej, cały świat jęczy w ciemnościach i bólu, dokładnie jak ten syn marnotrawny, gdy doszedł do granic poniżenia i nędzy z dala od domu ojca. W tej samej chwili, gdy niegodziwość zdaje się triumfować, jest w tym pozornym zwycięstwie coś z frustracji. Doświadczenie uczy nas, że to z takiego niezadowolenia rodzą się wielkie niespodzianki historii. W miarę jak tkanki kurczą się coraz bardziej, zwiększa się niepokój. Któż powiedziałby, że wspaniałe niespodzianki mogą brać początek właśnie stąd? Na krańcach grzechu i bólu znajduje się dla grzesznika bardzo często godzina Bożego Miłosierdzia… Otóż ten zdrowy i obiecujący niepokój jest owocem odrodzenia tkanki katolickiej wraz z wielkimi wydarzeniami, które wyżej wymieniłem. Tego odrodzenia, które odbiło się pozytywnie na tym, co jeszcze zachowało resztki życia i świętości we wszystkich sferach kultury tego świata.

    Wielki moment w dziejach 

    Był przeto wielki moment w życiu syna marnotrawnego, ten w którym jego duch pogrążony w ciemności grzechu dostąpił nowego światła, a jego wola nabrała nowych sił. Dotknięty łaską, znalazł się, bardziej świadomy niż kiedykolwiek, na rozdrożu: albo żałować i wrócić, albo trwać w błędzie i przyjąć jego konsekwencje aż do najbardziej tragicznego końca. Dobro jakie zasiało w nim prawe wychowanie, jak gdyby odradzało się cudownie w tej opatrznościowej chwili. Jednocześnie, z drugiej strony, tyrania złych przyzwyczajeń utwierdzała się w nim być może mocniej niż kiedykolwiek. Stoczyła się w nim wewnętrzna walka. I wybrał dobro. Resztę opowieści znamy z Ewangelii. Czy nie zbliżamy się przypadkiem do tej chwili? Czy wszystkie łaski nagromadzone dla grzesznej ludzkości poprzez ten rozwój głębokiej czci oddawanej Świętej Eucharystii, Matce Bożej i wierności papieżowi nie przyniosą wielkiego nawrócenia, właśnie w tragicznej sytuacji apokaliptycznego kryzysu, który zdaje się być nieunikniony?

    Nauka Lourdes

    Przyszłość zna jedynie Bóg. My, ludzie możemy jedynie domyślać się jej wedle reguł prawdopodobieństwa. Żyjemy w straszliwych czasach kar. Lecz czasy te mogą jednocześnie być zadziwiającymi czasami miłosierdzia. Jednak pod warunkiem, że zwrócimy oczy ku Maryi, Gwieździe Morza, która prowadzi nas poprzez burze. W ciągu stu lat, kierując się współczuciem dla grzesznej ludzkości, Matka Boska uczyniła dla nas najwspanialsze cuda. Czy to współczucie zgasło? Czy akty miłosierdzia Najlepszej z matek mogą mieć swój kres? Któż śmiałby tak uważać? Gdyby ktoś miał wątpliwości, Lourdes posłużyć tu może jako lekcja zaufania. Matka Boża na pewno przyjdzie nam z pomocą.

    Lourdes i Fatima

    Na pewno przyjdzie z pomocą. Jest to wyrażenie częściowo prawdziwe, a częściowo fałszywe. Gdyż w rzeczywistości Ona już zaczęła nam pomagać. Zdefiniowanie dogmatów o Niepokalanym Poczęciu i papieskiej nieomylności, odnowienie pobożności związanej z Eucharystią, ma swoje następstwa w epokowych wydarzeniach maryjnych za pontyfikatów, które nastąpiły po św. Piusie X. Matka Boża ukazała się w Fatimie za pontyfikatu Benedykta XV. Dokładnie w dniu, w którym Pius XII został wyświęcony na biskupa, 13 maja 1917 r. miało miejsce pierwsze objawienie. Za Piusa XI, orędzie fatimskie powoli i pewnie rozprzestrzeniało się po całym świecie. Przy tej samej okazji 75. rocznica objawień w Lourdes była świętowana z niepospolitą radością przez papieża, który oddelegował ówczesnego kardynała Pacellego, aby go reprezentował w czasie tych uroczystości. Pontyfikat Piusa XII został unieśmiertelniony przez ogłoszenie dogmatu o Wniebowzięciu i Ukoronowaniu Matki Bożej jako Królowej Świata. W czasie jego pontyfikatu, kardynał Masella ukoronował w imieniu papieża wizerunek Maryi Panny w Fatimie. Są to jedne z licznych świateł, które stanowią świetlistą linię, łączącą grotę Massabielle i Cova da Iria.

    Królestwo Niepokalanego Serca Maryi

    Matka Boża w tych objawieniach doskonale nakreśliła alternatywę: albo się nawrócimy, albo nadejdzie straszliwa kara. Lecz w końcu Królowanie Niepokalanego Serca zapanuje na świecie. Innymi słowy, tak czy inaczej, przy większych lub mniejszych cierpieniach ludzi, Serce Maryi zatriumfuje. Oznacza to, że zgodnie z orędziem fatimskim, dni panowania bezbożności są policzone. Ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu oznacza początek ciągu wydarzeń, które doprowadzą do Królestwa Maryi.

    Plinio Correa de Oliveira – Catolicismo (nr 86, luty 1958)
    Oprac. Sławomir Olejniczak

    Artykuł pochodzi z pisma „Przymierze z Maryją” styczeń-luty 2004/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 LUTEGO 2023

    „Cierpienie jest tajemnicą Bożej pedagogiki”

    Ks. Marciniec: w procesie wychowania czasami są potrzebne gorzkie lekarstwa

    GS/PCh24.pl

    ***

    – Jeśli wmówimy sobie, że zdrowie i dobre samopoczucie są najważniejsze, to wtedy, kiedy się one skończą, nic nie będzie mieć sensu. Człowiek może żyć nieustannie w leku, bo boi się umierania – nie tylko tego ostatecznego, ale i egzystencjalnego: szef jest męczący i to mnie zabija, żona ma wady i to też mnie zabija, dzieci nie są takie zdolne, jak bym chciał, i tak powoli umieram. Człowiek żyje w lęku, w pewnej niewoli – mówi w rozmowie z tygodnikiem „Niedziela” ks. Jacek Marciniec, duszpasterz osób chorych i niepełnosprawnych.

    Kapłan przywołuje fragment Listu do Hebrajczyków, w którym czytamy, że Jezus przyszedł uwolnić wszystkich tych, którzy przez całe życie wskutek bojaźni śmierci byli podlegli niewoli. – To znaczy, że chce on nas wyzwolić z takiego patrzenia, że umieramy i nic dobrego nas już nie spotka, a naszą perspektywą jest wyłącznie cierpienie – podkreśla.

    Duchowny przypomina, że cierpienie jest nieodłącznym elementem życia i stanowi część naszego człowieczeństwa. – Ono jest wpisane w naszą egzystencję, ale nie chodzi o to, żebyśmy byli takimi przemądrzałymi rozmówcami Hioba, którzy chcą być nauczycielami sztuki cierpienia. Chodzi raczej o to, żeby spojrzeć na problem cierpienia z innej perspektywy, pamiętając, że jest to wielka tajemnica i trzeba zamilknąć z wielkim szacunkiem przed człowiekiem cierpiącym – zaznacza.

    – Cierpienie bywa próbą. (…) Cierpienie jest tajemnicą Bożej pedagogiki, ale to nie jest tak, że Pan Bóg daje cierpienie w sposób zimny, wyrachowany – to nie leży w Jego naturze. Przede wszystkim Bóg jest kochającym Ojcem. W procesie wychowania czasami są potrzebne gorzkie lekarstwa, ale mają one służyć naszemu rozwojowi, a ostatecznie naszemu zbawieniu. Nie można tego odseparować, odizolować i powiedzieć: a teraz dam ci cierpienie, zobaczymy, ile wytrzymasz. To byłoby nie tylko nie Boże, ale i nieludzkie. Bóg dopuszcza czasami pewne sytuacje, które są egzystencjalnie trudne, żeby wyprowadzić z tego nasze ostateczne szczęście – zbawienie – podsumowuje ks. Jacek Marciniec.

    PCh24.pl/źródło: tygodnik „Niedziela”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM MODLIMY SIĘ PRZEZ WSTAWIENNICTWO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ ROZWAŻAJĄC SIEDEM MIECZY, KTÓRE PRZEBIŁY JEJ SERCE A KTÓRE ZAPOWIEDZIAŁ BYŁ STARZEC SYMEON W CZASIE OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ.

    fragment figury Matki Bożej Bolesnej

    ***


    MODLITWA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

              
    Matko Bolesna stojąca pod krzyżem, naucz nas trwać mężnie przy cierpiących i współcierpieć z nimi, jak Ty na Kalwarii. Matko Ukrzyżowanego i Matko wszystkich ludzi, oddawaj Ojcu Niebieskiemu ludzkie cierpienia, tak jak ofiarowałaś Mękę Twego Syna i swój ból matczyny. Ucz swoje dzieci przyjmować z gotowością każdą wolę Bożą, w cierpieniu zachować ufność, znosić je mężnie w zjednoczeniu z Chrystusem i ofiarowywać je z miłością dla zbawienia świata. Matko Bolesna, pomóż nam i wszystkim ludziom udręczonym, odkrywać w cierpieniu głęboki sens. Uproś, aby cierpienia chrześcijan stały się wynagrodzeniem Bogu za grzechy świata
    i przyczyniły się do jego zbawienia. Amen.

    KORONKA (RÓŻANIEC) DO SIEDMIU BOLEŚCI MATKI BOSKIEJ  

       
    Koronka (Różaniec) do Siedmiu Boleści Matki Bożej składa się z siedmiu tajemnic, w których rozważamy najboleśniejsze momenty z życia Matki Bożej. Rozważając te tajemnice w szczególny sposób czcimy Matkę Bożą Bolesną i upraszamy dla siebie i bliźnich potrzebne łaski w tym życiu, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci.            

    W Imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.


    Modlitwa wstępna
    :

    Mój Boże, ofiarowuję Ci ten różaniec na cześć siedmiu boleści Maryi, na Twoją większą chwałę, moje nawrócenie i nawrócenie wszystkich ludzi na wiarę w Twego umiłowanego Syna, Jezusa Chrystusa- nasze zbawienie i naszą jedyną drogę do Ciebie, w jedności z Duchem Świętym, na wieki wieków. Amen!
    Ku Tobie Święta Matko wznosimy serca swoje, aby współczuć w Boleściach Twoich.

    BOLEŚĆ I – Proroctwo Symeona

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść, która przeszyła Serce Twoje, gdyś słyszała prorocze słowa starca Symeona o Męce Jezusa, Syna Twojego, racz nam wyjednać łaskę uświęcenia naszego życia i cierpliwego znoszenia cierpień i przeciwności.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ II – Ucieczka do Egiptu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść Twoją, której doznałaś uciekając z Synem Twoim przed Herodem do Egiptu, uproś nam łaskę wiernego poddania się Woli Bożej we wszystkim co nas spotyka.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ III – Szukanie Jezusa

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś szukając zgubionego Jezusa, uproś nam łaskę, abyśmy nigdy Go nie utracili. Tym, którzy zgubili Jezusa, na grzesznych drogach swojego życia dopomóż Go odnaleźć w Sakramentach Świętych.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ IV – Spotkanie z Synem na drodze Krzyżowej

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś spotkawszy Jezusa na drodze Krzyżowej, gdy na Swoich Ramionach dźwigał grzechy moje i całej ludzkości, uproś nam łaskę, abyśmy już nigdy nie obarczali Jezusa najmniejszymi grzechami. Prosimy Cie o łaskę miłości do Krzyża oraz cierpliwości i wytrwałości w niesieniu codziennych krzyży całego naszego życia dla ratowania dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ V – Śmierć Pana Jezusa na Krzyżu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś u stóp Krzyża patrząc na Mękę i śmierć Twojego Syna, uproś nam łaskę szczerego żalu i pokuty oraz nawrócenie zatwardziałych grzeszników, szczególnie konających i Łaskę Miłosierdzia Bożego dla świata całego.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ VI – Maryja trzyma martwe Ciało Syna

    Matko Najboleśniejsza! Przez łzy, którymi obmywałaś Rany Jezusa złożonego w Twoich Ramionach oraz przez Twoje Matczyne i Krwawe łzy, które wylewasz nad całą grzeszną ludzkością stojącą w obliczu zagłady, prosimy Cię, ratuj dusze idące na potępienie, ratuj dusze w czyśćcu cierpiące, ratuj zagrożoną młodzież i nasze rodziny. Dla pocieszenia Twojego Zbolałego Serca i otarcia Twoich Łez ofiarujemy Ci Maryjo nasze serca, cierpienia, ofiary, łzy i modlitwy i całe nasze życie w ofierze miłości dla ratowania zagubionych dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ VII – Złożenie Jezusa W Grobie

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść rozstania z Jezusem złożonym w grobie, uproś nam łaskę, aby umarły w nas wszystkie złe skłonności i przywiązania do grzechu. Abyśmy żyli w świętości i miłości dla Chwały Bożej i ratowania dusz, przez Chrystusa i z Chrystusem, a po śmierci osiągnęli życie wieczne.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    Modlitwa na zakończenie: 

    O Święta Matko, którą Wszechmogący Bóg wybrał na Matkę Odkupiciela świata i upodobnił w cierpieniach do Swego Syna Ukrzyżowanego, niech boleść Twoja pobudzi nas do miłości Jezusa i Ciebie. O Królowo Męczenników, udziel nam podobnej cierpliwości i męstwa w znoszeniu cierpień z jakimi Ty stałaś pod krzyżem, Syna Twego. Amen.

    Na uczczenie łez, które Najświętsza Maryja Panna przy tych tajemnicach wylała oraz na uproszenie łaski odpustu przypisanego do tej modlitwy odmówmy 3 razy: Zdrowaś Maryjo…
    Wieczny odpoczynek racz zmarłym dać Panie…

    LITANIA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ


    Kyrie eleison! Chryste eleison! Kyrie eleison!
    Chryste, usłysz nas! Chryste, wysłuchaj nas!
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże zmiłuj się nad nami

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Boża Rodzicielko
    Święta Panno nad pannami
    Matko męki krzyżowe Twego Syna cierpiąca
    Matko Bolesna
    Matko płacząca
    Matko żałosna
    Matko opuszczona
    Matko stroskana
    Matko mieczem przeszyta
    Matko w smutku pogrążona
    Matko trwogą przerażona
    Matko sercem do krzyża przybita
    Matko najsmutniejsza
    Krynico łez obfitych
    Opoko stałości
    Nadziejo opuszczonych
    Tarczo uciśnionych
    Wspomożenie wiernych
    Lekarko chorych
    Umocnienie słabych
    Ucieczko umierających
    Korono Męczenników
    Światło Wyznawców
    Perło panieńska
    Radości Świętych Pańskich

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Boże, Ty sprawiłeś, że obok Twojego Syna, wywyższonego na krzyżu, stała współcierpiąca Matka, daj, aby Twój Kościół uczestniczył razem z Maryją w męce Chrystusa i zasłużył na udział w Jego zmartwychwstaniu. Który z Tobą żyje i króluje, w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ___________________________________________________

    BOŻA MATKA BOLEŚCIWA

    Pannę Maryję nazywamy Najświętszą Panną. Nazwa ta odnosi się raczej do Jej obecnego stanu w niebie, bo gdy wyobrażamy Ją sobie żyjącą na ziemi, to najlepiej odpowiada Jej nazwa Matki Boskiej Bolesnej. To zupełnie zrozumiałe: cierpienie Chrystusa musiało odbić się na Maryi, przecież Ona była Mu najbliższą. Jeśli wichura złamie drzewo, to zniszczyć potrafi i kwiaty. Jeśli cierpiał Chrystus, to cierpiała i Maryja.

    Zwykle mówi się o siedmiu boleściach Najświętszej Panny, o jakich?

    1. Pierwsza boleść spotkała Ją jeszcze przed narodzeniem Pana Jezusa, kiedy musiała wyjść za mąż za Józefa i porzucić świątynię, przy której postanowiła spędzić całe życie na służbie Bożej. Dużo bólu kosztowała Ją ta decyzja, ale wykonała ją zgodnie z wolą Bożą.

    2. Druga boleść była dotkliwsza. Św. Józef z początku nie wiedział, że Bóg w cudowny sposób chce zesłać Swojego Syna na świat. Był zaskoczony niewytłumaczonym macierzyństwem Najświętszej Panny i postanowił z Nią zerwać. Możemy sobie wyobrazić, jak ten moralny cios dotknął Maryję!

    3. Niedługo potem nawiedza Ją nowy ból, oto szuka schronienia w świętą noc i nie znajduje go, idzie więc do zimnej groty pasterskiej, by tam wydać na świat Zbawiciela!…

    4. Czterdziestego dnia po Narodzeniu Chrystusa idzie do świątyni, by Go ofiarować Bogu, a tam stary Symeon przepowiada, że smutna przyszłość Ją czeka, miecz boleści przeszyje Jej duszę (Łk 2,35). Jaki smutek owładnął duszą Maryi po słowach Symeona! Bolesną jest rana fizyczna, ale stokroć bardziej boli rana zadana duszy. Słowa Symeona zraniły do głębi duszę Maryi i ciążyły nad Nią te koszmarne chmury smutku. Są słowa, które całe życie pamiętamy. Człowiek nie może zapomnieć ostatnich słów kochanych osób. Pamiętamy przestrogi konającego ojca, matki. Słowa Symeona tak głęboko utkwiły w sercu Maryi, że nie dawały Jej spokoju. Karmiąc małego Jezusa pamiętała, że chowa Go na mękę, na śmierć, że duszę Jej przeszyje miecz boleści.

    Wyobrażam sobie dom Nazaretański, pełen smutnego wyczekiwania śmierci Chrystusowej. Krajało się z bólu serce Maryi, kiedy słuchała w świątyni słów Izajasza proroka o mękach Zbawiciela, że będzie „mężem boleści”, „ubity”, „jako trędowaty” „uniżony”, „wzgardzony”, że przebiją Jego ręce i nogi… Wiadomości te musiały bardzo zasmucać serce Najświętszej Panny.

    5. Matka Boska przeżyła wiele utrapień, niedostatku i boleści w czasie ucieczki do Egiptu.

    6. Niedługo potem musiała się rozstać na pewien czas z 12-letnim Jezusem i z niepokojem szukać Go; było to jakby przygotowanie do rozstania się z Jezusem, skazanym na śmierć. Maryja chcąc zbliżyć się do nas, musiała przeżyć największe cierpienie: rozstać się ze Swym Synem.

    7. Był to największy ból, jakiego doznała Maryja. Pewnego dnia usłyszała smutną nowinę, że Judasz wydał Chrystusa, że żołdactwo z rozkazu przełożonych świątyni uwięziło Go, że Piotr się Go wyparł. Słyszała złowrogie okrzyki rozjuszonego tłumu — ukrzyżuj Go!… widziała Swego najukochańszego Syna biczowanego, w cierniowej koronie. Teraz rozumiemy dlaczego Kościół katolicki nazywa Najświętszą Pannę „Matką Bolesną”, „Królową Męczenników”, bo męką i cierpieniem duchowym przeżyła wszystkie boleści, jakie mogą spotkać człowieka. Chrystusa skazali na śmierć. Włożono Mu ciężki krzyż na ramiona. Pochód ruszył, słychać urągania, szyderstwa, potwarze. Chrystus ledwie idzie pod ciężarem krzyża.

    Na rogu jednej ulicy zachodzi wzruszająca scena, którą by się przejęli na pewno wrogowie Chrystusa, gdyby ich nie zaślepiała nienawiść. Tłum rozstąpił się, a przed skrwawionym Chrystusem stanęła Marja! Napróżno Ją wstrzymywali krewni, znajomi – koniecznie chciała widzieć Swego ukochanego Syna. Było to smutne spotkanie! „Im większa, miłość, tym głębszy ból” – mówi św. Augustyn.

    Im większa miłość! Czy może istnieć miłość macierzyńska, która by dorównała miłości Maryi? Kto znał tak dobrze Chrystusa, jak Ona? Dobrze wiedziała, kim jest Chrystus: że jest Synem Bożym bez grzechu, pełen doskonałości, mądrości, dobroci, miłości. A teraz na śmierć Go prowadzą!

    Nastąpiło ukrzyżowanie, śmierć i pogrzeb. Najświętsza Panna przez cierpienia musiała Sobie wysłużyć zasługi wobec Boga… dusza Jej, lgnąc do strasznego drzewa krzyża, godziła się z wolą Bożą. Co wycierpiała Maryja pod krzyżem, tego język ludzki nie jest w stanie wyrazić. Co przeżywała, kiedy Syn Jej konał, kiedy Go zdjęto z krzyża i umieszczono na Jej łonie! Św. Hieronim mówi, że tyle dostała ran, ile miał Chrystus na Swym ciele. Ból ten można opisać tylko słowami Pisma Świętego: „Wielkie jest jako morze skruszenie Twoje” (Lm 2, 13). Kiedyś śpiewałaś Magnificat – a teraz smucisz się i bolejesz? Smutną jesteś, bo  na wskroś przeszyta jest Twoja dusza. Słusznie możesz powiedzieć o Sobie słowami Noemi: „Nie nazywajcie Mię Noemi (to jest piękna), ale Mię zwijcie Mara (to jest gorzka), bo Mię gorzkością wielką napełnił Wszechmogący” (Rt 1,20). „Wy wszyscy, którzy idziecie przez drogę obaczcie i przypatrzcie się, jeśli jest boleść, jako boleść Moja?” (Lm 1 12).

    bp dr Tihamer Toth, Wierzę w Jezusa Chrystusa, Kraków 1934, s. 275-278

    ____________________________________________________________________________________________________________

    W cieniu proroctwa Symeona

    Matka Boska Bolesna. Obraz w klasztorze franciszkanów w Stambule.
    Matka Boska Bolesna. Obraz w klasztorze franciszkanów w Stambule/ fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    *******

    „A Twoją duszę przeszyje miecz boleści, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2,35). Słowa Symeona wypełniły się pod krzyżem, gdzie stała Maryja, uczestnicząc w męce swojego Syna. Czy jednak cierpienie nie było obecne w innych momentach Jej życia?

    Cierpienie jest tajemnicą, dlatego trudno o nim mówić. Trudno też o nim pisać. I nie sposób je tłumaczyć. Cierpienie się przeżywa, przyjmuje i ofiarowuje. Wszystko to w zmaganiu z sobą samym, w obliczu Bogu, będąc wsłuchanym w bicie Jego serca. Być może dlatego Ewangelie, mówiąc o cierpieniu Maryi, przedstawiają je w bardzo specyficzny sposób. Dyskretny i symboliczny. Wspominają o nim bezpośrednio jedynie w trzech miejscach – podczas ofiarowania, poszukiwań dwunastoletniego Jezusa w świątyni i na Golgocie. Uważna lektura Ewangelii wskazuje jednak na to, że Maryja, biorąc aktywny udział w misji swego Syna, przeżywa trudności na każdym etapie swego życia. Męka Jezusa zapowiadana jest już w scenach tzw. Ewangelii dzieciństwa Jezusa. Warto czytać je z tej perspektywy, by zobaczyć, że Maryja stale uczestniczy w losie swego Syna.

    Miecz boleści

    Zacznijmy od sceny ofiarowania. W jerozolimskiej świątyni wypowiedziane zostaje proroctwo, które obejmie całe życie Maryi, aż do śmierci Syna na krzyżu. „Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2,35). Nie przez przypadek słowa te padają tuż po radosnym hymnie uwielbienia, w którym Symeon wysławia Boga i zapowiada przyszłą misję Jezusa. Zbawiciel, którego sędziwy starzec ujrzał na własne oczy, będzie światłem narodów i chwałą Izraela, a jednocześnie znakiem sprzeciwu i kamieniem obrazy.

    Słowa wypowiedziane przez Symeona nie pozostawiają cienia wątpliwości – wielu sprzeciwi się radykalnej nowości Ewangelii przyniesionej przez Jezusa i pójdzie za własnymi wizjami wiary i pobożności. I właśnie tutaj, według narracji Łukasza, możemy szukać źródła bólu Maryi – sprzeciw wobec Syna będzie powodował rozdarcie w Jej wnętrzu. Zanim zobaczy włócznię, która przebije i otworzy Jego serce na krzyżu, będzie razem z Nim przeżywała każdy atak na Jego osobę, współodczuwała to wszystko, co wiąże się z odrzuceniem Jego nauki. Prawdopodobnie już od momentu zwiastowania Maryja żyła w przekonaniu, że Jej los jest nierozerwalnie spleciony z losem Jezusa. Proroctwo Symeona tylko to potwierdziło.

    Warto zwrócić uwagę na obraz miecza, który dla wielu komentatorów stanowi tajemnicę. Jest bowiem z jednej strony dobrze znanym narzędziem walki, z drugiej natomiast przywołuje na myśl wiele tych miejsc Starego Testamentu, w których jest mowa o gniewie i karze Boga. Dlaczego pojawia się w proroctwie Symeona?

    Prorok nawiązuje do niego jako do symbolu wszelkich prześladowań. Mówi o każdym rodzaju bólu, który będzie przeżywać Matka Boga. Zwłaszcza o tym, który związany jest z niewiarą ludzi w boskie posłannictwo Jej Syna, wrogością wobec Tego, którego oczekiwali od wieków, a którego odrzucili. Trudno więc proroctwo o mieczu boleści czytać jedynie w kontekście krzyża. Zwłaszcza że ewangelista Łukasz nie wspomniał o obecności Maryi pod krzyżem. Być może chciał w ten sposób zwrócić uwagę na to, że cień wspomnianego miecza kładzie się na całym Jej życiu, nie wyłączając tego, co stało się po wniebowstąpieniu. Jej los był związany z losem Syna, a następnie z pozostawioną przez Niego wspólnotą – Kościołem.

    Cień Egiptu

    Gdy Mędrcy ze Wschodu oddalili się, „oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem” (Mt 2,13a). Słowa zanotowane przez ewangelistę Mateusza wprowadzają w dramat sytuacji, którą przeżywała Święta Rodzina. Powód jest jasny, a cel ucieczki ściśle określony. Anioł mówi, że „Herod będzie szukał Dziecięcia, aby je zgładzić” (Mt 2,13b), a Józef, głowa Świętej Rodziny, pragnie ocalić Jezusa przed władcą, który oszalał z nienawiści. Wzmianka o planach zagłady Jezusa jest pierwszą realizacją proroctwa Symeona.

    Komentatorzy zaznaczają, że te słowa są aluzją do męki i śmierci Chrystusa. Intencje arcykapłanów i starszych określone są przez ewangelistę w taki sam sposób – domagają się oni zagłady Jezusa (por. Mt 27,20). Nie przez przypadek u progu życia Jezusa i u jego kresu władcy tego świata ukazani są w tym samym świetle.

    Ucieczka do Egiptu to nie tylko ucieczka przed zagrożeniem. To opowieść o odrzuceniu Jezusa, który w tajemniczy sposób streszcza w sobie historię całego Izraela. W ten sposób przedstawia tę scenę ewangelista Mateusz, który, opisując powrót z Egiptu, przywołuje słowa proroka Ozeasza: „Miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem, i syna swego wezwałem z Egiptu” (Oz 11,1). Jezus, podobnie jak Izrael, wychodzi z Egiptu. Przejdzie także przez wody Jordanu, przyjmując chrzest od Jana, przeżyje wędrówkę przez pustynię, gdy będzie kuszony. Tutaj ujawniają się przenikliwość i głębia ewangelisty Mateusza. Budując narrację, ukazuje on Jezusa jako tego, który „przeżywa” historię swojego narodu, pełną bólu i niewierności. Utożsamia się z nią, biorąc ją na swoje barki. Z jedną jednak różnicą. Izrael jest przybranym, kolektywnie rozumianym synem Boga, który wielokrotnie okazywał niewierność. Jezus natomiast jest Synem jedynym, który okazał wierność. Jego oddanie sprawie Boga ujawni się także w kolejnej scenie z Ewangelii dzieciństwa.

    Poszukiwanie zagubionego Syna

    „Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go” (Łk 2,41-45).

    Pobyt Maryi, Józefa i Jezusa w Jerozolimie wiązał się ze zwyczajem, zgodnie z którym Żydzi po przekroczeniu dwunastego roku życia udawali się do Jerozolimy na trzy najważniejsze święta. Problem pojawia się w drodze powrotnej, gdy okazuje się, że Jezusa nie ma wśród wracających. Scena ta jest bardzo symboliczna. Ewangelista zaznacza, że Maryja z „bólem serca” poszukiwała zaginionego Syna, a gdy Go odnalazła siedzącego wśród nauczycieli, zapytała: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie” (Łk 2,48).

    Odpowiedź Jezusa jest niezwykle głęboka. „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mojego Ojca?” (Łk 2,49). Wskazanie na „powinność” nie jest przypadkowe. Będzie wracało jak refren w zapowiedziach dotyczących męki, śmierci i zmartwychwstania. Dwunastoletni Jezus, słuchający i zadający pytania nauczycielom, wydaje się wskazywać na swoją mękę.

    Inną więzią łączącą scenę w świątyni z wydarzeniami paschalnymi, jest wskazówka dotycząca czasu. Maryja i Józef poszukiwali Jezusa przez „trzy dni”. To aluzja do trzykrotnej zapowiedzi Jezusa, że „będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie” (Mt 16,21). Wszystkie te chwile, w których uczestniczyła Maryja, były przygotowaniem na moment, w którym cierpiący Syn powierzył Jej nową, duchową misję.

    Na szczycie Golgoty

    „A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: »Niewiasto, oto syn Twój«. Następnie rzekł do ucznia: »Oto Matka twoja«” (J 19,25-27). Słowa Jezusa wypowiedziane z krzyża mają niezwykły charakter. Nie tylko dlatego, że ich interpretacja wskazuje na troskę Zbawiciela o swoją Matkę. Maryja znajduje się w niezwykle trudnej sytuacji, traci jedynego Syna i nie może liczyć na opiekę męża. Ważniejsze w tej scenie jest jednak to, że w godzinie największej ciemności Jezus ustanawia nowe, duchowe więzi, a wskazując na nową rolę Matki i ucznia, nie wymienia ich imion. Przypadek? Raczej świadome wskazanie na to, że od tej chwili obie postacie zapowiadają nową rzeczywistość. Maryja staje się Matką rodzącego się Kościoła, a Jan jest jego reprezentantem.

    W tej perspektywie przeszyte serce Maryi nabiera nowego wymiaru. Jej duchowa boleść wpisuje się nie tylko w losy Jezusa, ale także w dzieje Jego Kościoła. Jej charakter zwięźle ujął Benedykt XVI w homilii wygłoszonej w Lourdes w 2008 roku: „U stóp Krzyża wypełnia się proroctwo Symeona – Jej matczyne serce zostaje przeniknięte cierpieniem zadanym Niewinnemu, zrodzonemu z Jej ciała. Jak Jezus zapłakał (por. J 11,35), tak również Maryja z pewnością płakała nad umęczonym ciałem swojego dziecka. Delikatność Maryi nie pozwala jednak poznać głębi Jej bólu. Można by powiedzieć, że – podobnie jak w przypadku Jej Syna – także Ją cierpienie doprowadziło do doskonałości (por. Hbr 2,10) i uczyniło zdolną do przyjęcia nowej misji duchowej, jaką powierzył Jej Syn (por. J 19,30) – miała stać się Matką Chrystusa w Jego członkach”.

    ks. Rafał Bogacki/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    GODZ. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA (W TRZECI PIĄTEK KAŻDEGO MIESIĄCA). BARDZO DZIĘKUJĘ ZA ZROZUMIENIE TYM, KTÓRZY PRZYCHODZĄ KAŻDEGO MIESIĄCA, ABY OPRÓCZ KONTRYBUCJI, KTÓRĄ WPŁACAMY NA KONTO PARAFII ŚW. PIOTRA, RÓWNIEŻ I W TEN SPOSÓB PODZIĘKOWAĆ, ŻE MAMY MOŻLIWOŚĆ KORZYSTANIA Z KOŚCIOŁA, KTÓRY JEST NIEDALEKO OD SPALONEGO ŚW. SZYMONA, A Z KTÓRYM TRZY POKOLENIA POLAKÓW OD CZASÓW II WOJNY ŚWIATOWEJ BYŁO BARDZO ZWIĄZANYCH. TUBYLCY PO PROSTU NAZYWALI GO “POLSKIM KOŚCIOŁEM”.

    ____________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 2 LUTY 

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    UROCZYSTOŚĆ OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ


    „Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu” (Łk 2,22).

    Dzisiejsze święto Ofiarowania Pana Jezusa w świątyni, zwane w Polsce świętem Matki Bożej Gromnicznej, jest pierwszym w roku liturgicznym świętem maryjnym. Kalendarz liturgiczny roku kościelnego celebruje bowiem cztery uroczystości Matki Bożej: Niepokalane Poczęcie (8 grudnia), Boże Macierzyństwo (1 stycznia), Zwiastowanie Pańskie (25 marca) i Wniebowzięcie (15 sierpnia). Celebruje nadto trzy święta maryjne: jako pierwsze właśnie Ofiarowanie Pańskie (2 lutego), Nawiedzenie św. Elżbiety (31 maja) i Narodzenie Najświętszej Maryi Panny (8 września). W końcu w całym Kościele obchodzi się osiem wspomnień maryjnych: Najświętszej Maryi Panny z Lourdes (11 lutego); Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel (16 lipca); rocznicę poświęcenia rzymskiej bazyliki Najświętszej Maryi Panny (5 sierpnia); Najświętszej Maryi Panny Królowej (22 sierpnia); Najświętszej Maryi Panny Bolesnej (15 września); Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października); Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny (21 listopada); Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny (sobota po uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa). Wiele Kościołów lokalnych oddaje nadto cześć Matce Bożej w tytułach wpisanych w ich tożsamość chrześcijańsko-narodową, jak chociażby my Polacy świętujemy uroczystość Matki Bożej Królowej Polski (3 maja), czy Najświętszej Maryi Panny Jasnogórskiej (26 sierpnia), czy święto Matki Kościoła (poniedziałek po Zesłaniu Ducha Świętego; wspomnienie to celebrują też Włosi, Hiszpanie, Francuzi, Portugalczycy, wiele krajów Ameryki Łacińskiej, ale nie kraje o tradycji protestanckiej, jak Niemcy czy Holandia).

    Dzisiejsze święto określane jest po grecku jako „Hypapante” (Spotkanie – w nawiązaniu do spotkania Świętej Rodziny z Symeonem i Anną). Bł. papież Paweł VI, który przeprowadził posoborową reformę kalendarza liturgicznego, określił dzisiejsze święto „połączonym wspomnieniem Syna i Matki”. „Celebruje ono bowiem – wyjaśniał Paweł VI, nawiązując do słów Symeona (Łk 2,29-35) – tajemnicę zbawienia dokonanego przez Chrystusa, z którym Najświętsza Dziewica najściślej się zespoliła jako Matka cierpiącego Sługi Jahwe, jako wykonawczyni zadania powierzonego dawnemu Izraelowi i jako wzór nowego ludu Bożego, który wśród wiary i nadziei ustawicznie jest doświadczany cierpieniami i prześladowaniami” (Marialis cultus, nr 7).

    W Polsce, nazywając dzisiejszy dzień świętem Matki Bożej Gromnicznej, widzimy w Maryi Tę, która sprowadziła na ziemię Chrystusa – Światłość świata, i która nas tym Światłem broni i osłania od wszelkiego zła, rozjaśniając drogi naszego życia. W przeszłości częściej niż dzisiaj brano do ręki gromnice, zwłaszcza w niebezpieczeństwach wielkich klęsk i grożącej śmierci, a także wówczas, gdy wiejskim, łatwopalnym domom groziły burze z piorunami. To od nich – gromów miały bronić poświęcone w święto Ofiarowania Pańskiego świece, zwane właśnie gromnicami. Gromnice do dziś zapala się i podaje się do ręki konającym, aby Maryja wprowadziła ich do wiekuistej światłości, chroniąc od napaści szatana i okazując im Jezusa, „jedyne Światło, które nie zna zmierzchu” (Obrzędy pogrzebu, nr 64).

    Z dzisiejszym świętem kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd i nazajutrz rozbieramy w kościołach szopki bożonarodzeniowe; kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia, zamyka się cykl ukazywania w liturgii Chrystusa jako Dziecko.

    Od 1997 r. w dzisiejsze święto Ofiarowania Pańskiego obchodzimy też Światowy Dzień Życia Konsekrowanego, ustanowiony przez św. Jana Pawła II. Wszak osoby obdarzone powołaniem do takiego stylu życia winny ofiarować Bogu całe swoje jestestwo, podobnie jak uczyniła to Maryja, która była pierwszą i najdoskonalszą uczennicą Chrystusa – prima et perfectissima Christi discipula (Marialis cultus, nr 35)co więcej, była niejako „pierwszą konsekrowaną” (Redemptionis donum (nr 17). Jako osoby konsekrowane jesteśmy więc wezwani, aby uobecniać Jej misję w Kościele i w świecie, przyjmując Ją jako pierwowzór naszej konsekracji w naśladowaniu Chrystusa i przedstawiając Ją Ludowi Bożemu przede wszystkim poprzez naśladowanie Jej cnót i odtwarzanie Jej postaw, aż do stania się znakiem Jej ustawicznej obecności wszędzie gdziekolwiek się znajdujemy.

    o. Szczepan T. Praśkiewicz OCD/karmel.pl

    ___________________________________________________________________________

    Przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie

    Prezentacja Jezusa /Wikipedia

    ***

    Starotestamentowe prawodawstwo zawiera polecenie, do którego posłusznie zastosowali się Maryja i Józef: „Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu”. W każdym pokoleniu Izraelitów żywa była pamięć o ocaleniu pierworodnych podczas wyjścia z Egiptu. Świadomość, że pierworodni chłopcy są absolutną własnością Boga, sprawiała, iż 40 dni po narodzinach byli Mu ofiarowywani w specjalnym obrzędzie. Jeżeli przyszli na świat w Jerozolimie czy jej sąsiedztwie, ten obrzęd odbywał się na terenie świątyni jako miejscu szczególnej obecności Boga. „Wykupienie” pierworodnego łączyło się z „oczyszczeniem” matki. Benedykt XVI napisał: „Maryja nie potrzebuje oczyszczenia po urodzeniu Jezusa: narodzenie to przynosi oczyszczenie świata. Jest jednak posłuszna Prawu i właśnie w ten sposób służy spełnieniu się obietnic” (Jezus z Nazaretu).

    Ofiarowanie Jezusa, jako wypełnienie Prawa, pełniej odsłania, kim jest Niemowlę urodzone w Betlejem. Malachiasz, jeden z ostatnich proroków biblijnego Izraela, zapowiadał przybycie długo wyczekiwanego Pana do świątyni, do którego ona należy. Jego przyjście stanie się czasem definitywnego wyboru, który ukaże sens wybrania Izraela i zapoczątkuje całkowicie nowy etap historii zbawienia, gdyż „przetopi, oczyści i przecedzi synów Lewiego”, czyli starotestamentowych kapłanów i kapłaństwo. Ofiarowanie Jezusa w świątyni zapowiada położenie kresu ofiarom składanym ze zwierząt i pokarmowym oraz zastąpienie ich jedyną ofiarą Baranka, który gładzi grzechy świata.

    Połączenia początku i kresu życia Jezusa Chrystusa dokonał autor Listu do Hebrajczyków – pisma, które dobitnie podkreśla związek Starego i Nowego Testamentu. Ofiarowanie w świątyni jest jednym z tych wydarzeń, przez które Jezus całkowicie i pod każdym względem upodobnił się do braci, czyli synów Izraela. Ale nie jest tylko jednym z nich, bo Jego człowieczeństwo łączy się z Bóstwem, wskutek czego odwieczny zwyczaj nabywa nowej treści. Jezus, upodabniając się do braci, „stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem dla przebłagania za grzechy ludu”. Ofiarowanie Pańskie zapowiada więc tajemnicę Krzyża.

    Na terenie świątyni jerozolimskiej powtórzyła się sytuacja z Betlejem: w ludzie Bożego wybrania nie zabrakło tych, którzy cierpliwie czekali na wypełnienie obietnic Bożych. Nagrodą za ich cierpliwą wytrwałość był dar właściwego rozpoznania Pana i oddania Mu chwały. Starzec Symeon, określany jako sprawiedliwy, pobożny i wyczekujący pociechy Izraela, wieńczy nadzieję wszystkich sprawiedliwych Starego Testamentu. Owocem jego wiary i mądrości stały się słowa skierowane do Maryi, zapowiadające przyjęcie, ale i sprzeciw wobec Boga, który przyszedł do swojej własności: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”. Sprzeciw wobec Jezusa boleśnie rani Jego Matkę. W geście Maryi trzymającej na rękach nowonarodzonego Syna nietrudno rozpoznać podobieństwo do Piety – Matki, na której kolanach spoczywa Jego martwe ciało.

    ks. prof. Waldemar Chrostowski/Niedziela Ogólnopolska

    ___________________________________________________________

    Tajemnica ofiarowania Pana Jezusa

    Ks. Jan Glapiak: Tajemnica ofiarowania Pana Jezusa - zdjęcie

    Ofiarowanie Jezusa w świątyni objawia najważniejszą prawdę o Jego relacji z Bogiem – to relacja zależności, w której dokonuje się także nasze zbawienie.

    Maryja i Józef przynieśli Jezusa do świątyni jerozolimskiej, aby Go przedstawić Panu, jak jest napisane w Prawie Pańskim (por. Łk 2, 22-23). Poddanie Jezusa temu obrzędowi ukazuje posłuszeństwo Prawu i przynależność Jezusa do stworzenia: oto Słowo Odwieczne Ojca przyszło rzeczywiście na ten świat; Syn Boży prawdziwie stał się człowiekiem. Jest to również przyjęcie tej prawdy, że człowiek wraz z całym stworzeniem pochodzi od Boga i ma do Niego wrócić.

    Całkowita zależność od Boga

    Jezus nie zostaje przyniesiony do domu Bożego, aby zostać wykupionym, jak nakazywały przepisy Prawa Mojżeszowego, ale zostaje przedstawiony Panu, czyli poświęcony Mu na służbę. Jezus jako Syn Boży pochodzi od Boga oraz całkowicie do Niego należy. Także nasze zbawienie dokonuje się w całkowitej zależności od Boga i w pełnym oddaniu Mu naszego życia. Ofiarowanie siebie Bogu prowadzi do zmiany jakościowej naszego życia. W Bogu ma źródło nasza godność, a zarazem moc do wypełniania życia dobrem.

    Dziękujmy więc Panu Bogu za dar życia i za czas, który jest nam dany, by czynić dobro. Dziękujmy za zdrowie i wrodzone umiejętności, za wykształcenie i pracę, za rodzinę i przyjaciół, bo to wszystko otrzymaliśmy od Niego. Dziękujmy Bogu, naszemu Stwórcy, przez Jezusa Chrystusa, naszego jedynego Pośrednika, w Duchu Świętym, który nas uświęca. Wdzięczność to cecha ludzi szlachetnych. Nasza wdzięczność wobec Boga to uznanie Jego wielkości i dobroci względem stworzeń. To także wyraz naszej wiary w Tego, który zawsze pragnie naszego dobra. Dlatego mówimy: „Ojcze nasz, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi” i z największą ufnością oddajemy Mu całe nasze życie, aby to, co dobre, w nas pomnożył, a zachował od tego, co złe, by nasze życie było prawdziwie na Jego chwałę i stanowiło dobry przykład dla innych. Często oddawajmy się Bogu za pośrednictwem Maryi, wypowiadając słowa: „Matko Boża, Niepokalana Maryjo! Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace, radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam. (…) Spraw więc, Wspomożycielko wiernych, aby cała moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna były rzeczywistym królestwem Twego Syna i Twoim”.

    Maryja wzorem zawierzenia

    Z ufnością zwracajmy się do Boga przez Maryję, która jest dla nas wzorem całkowitego oddania się Bogu. Ona ciągle realizuje swoje słowa: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1, 38). Podczas ofiarowania Pana Jezusa w świątyni Maryja słyszy słowa wypowiedziane przez starca Symeona: „A Twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2, 35). Oznacza to, że w Jej życiu, oprócz tajemnic radosnych, będą także tajemnice bolesne. Ona będzie współcierpieć ze swoim Synem, kiedy nadejdzie Jego godzina. Będzie na drodze krzyżowej Jezusa i pod Jego krzyżem.

    W naszym życiu też są tajemnice bolesne. Jest wśród nas wiele osób cierpiących nie tylko ze względu na wiek. Jedni cierpią fizycznie, inni duchowo. Często od bólu fizycznego gorszy jest ból psychiczny, powodowany opuszczeniem, osamotnieniem, niezrozumieniem, krzywdą, czasami wyrządzoną przez najbliższych. A skoro tak jest, to zastanówmy się, czy Panu Bogu nie chodzi o to, abyśmy razem z naszą modlitwą ofiarowali Mu także nasze cierpienie? Bł. Jan Paweł II uczył nas tego – najpierw słowem, a potem przyjmowanym przez siebie cierpieniem – jak czerpać siły z Eucharystii poprzez łączenie swojej codziennej ofiary z Ofiarą Chrystusa dla dobra Kościoła i całej ludzkości. Albowiem nasz ból nie jest bezużyteczny, gdy jest złączony z cierpieniem Chrystusa. Wówczas jest on jak kropla wody, która – dodana do wina podczas Mszy świętej wraz z nim – przemienia się w Najdroższą Krew Chrystusa, wylaną dla zbawienia świata.

    Trwanie na modlitwie

    Przykładem życia całkowicie oddanego Bogu może być dla nas starzec Symeon. „Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczął na nim” (Łk 2, 25). Otrzymał on łaskę spotkania z Dzieciątkiem Jezus. Natomiast prorokini Anna „nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą” (Łk 2, 37). Pójdźmy w ich ślady. Wielu już tak uczyniło, chociażby uczestnicząc w Jerychach Różańcowych, które polegają na trwaniu przez siedem dni na modlitwie różańcowej przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Jak prawdziwie spełniają się wówczas słowa bł. Jana Pawła II, że modlitwa różańcowa jest kontemplowaniem oblicza Chrystusa w szkole Maryi!

    ks. Jan Glapiak/Fronda.pl

    _____________________________________________________________________

    Gromniczna Matka Jezusowego Światła

    Zaniesienie małego Jezusa do świątyni w Jerozolimie, „aby Go ofiarować Panu”, przez Maryję i Józefa, o którym pisze ewangelista Łukasz (por. Łk 2, 22-40), nazywano najpierw Świętem Spotkania, potem świętem Oczyszczenia Maryi, a dziś jest to święto Ofiarowania Pańskiego

    Piotr Stachiewicz, „Matka Boża Gromniczna”
    Piotr Stachiewicz, „Matka Boża Gromniczna”

    ***

    W Polsce święto Ofiarowania Pańskiego ma charakter zdecydowanie maryjny i zwykle zwane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Tak jak Maryja wniosła Jezusa – Światło do świątyni jerozolimskiej, tak też przynosi dziś Jezusa – Światło wszystkim wierzącym. Symbolem tego Światła świata są poświęcane w kościołach gromnice.

    Jerozolimska tradycja

    W 1884 r. odnaleziony został rękopis ze szczegółowym zapisem pielgrzymki do Ziemi Świętej, którą prawdopodobnie od Wielkanocy 381 do Wielkanocy 384 r. odbyła hiszpańska pątniczka Egeria. Dzięki temu dokumentowi wiemy, że już pod koniec IV wieku w Palestynie obchodzono święto Czterdziestnicy, czyli Objawienia się oczekiwanego Mesjasza wybranej Reszcie Izraela, którą uosabiali starzec Symeon oraz prorokini Anna. Wówczas nazywano to wydarzenie Świętem Spotkania. 14 lutego – 40 dni po świętowaniu Bożego Narodzenia (w Palestynie Boże Narodzenie najpierw obchodzono 6 stycznia) wierni gromadzili się, aby upamiętnić dzień przyniesienia Jezusa do świątyni w Jerozolimie oraz dzień rytualnego oczyszczenia Maryi. Egeria była tak zachwycona procesją do Bazyliki Zmartwychwstania w Jerozolimie, że zanotowała w swoim dzienniku: „Wszystko odbywa się jak zwykle z największą radością, jak na Wielkanoc”. Szybko uroczystość ta na Wschodzie zyskała nazwę „Święto Spotkania”, ponieważ lud oczekiwał objawienia się obiecanego Mesjasza właśnie w świątyni jerozolimskiej.

    Dopiero w II wieku Święto Spotkania trafiło do kalendarza liturgicznego Kościoła w Rzymie. Wyznaczono jego celebrację na dzień 2 lutego, ponieważ 40 dni liczono od Bożego Narodzenia, które w Rzymie świętowano 25 grudnia. Z czasem akcenty przeżywania tego święta zostały przesunięte tak, że zyskało ono nową nazwę – „Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny”. Pod tą nazwą funkcjonowało aż do reformy kalendarza liturgicznego, po Soborze Watykańskim II. Świętu przywrócono wówczas pierwotny charakter, nazywając je „Świętem Przedstawienia Pana”, co w Polsce zostało przetłumaczone, chyba niezbyt szczęśliwie, jako „Święto Ofiarowania Pańskiego” – lepsza byłaby nazwa: „Przedstawienia Pana”.

    Gromniczna

    2 lutego obchodzimy Święto Ofiarowania Pańskiego, Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny, Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa nie jest najważniejsza, natomiast doniosła jest wielowiekowa tradycja, która łączy to święto z gromnicą, a więc świecą, którą w tym dniu pobłogosławi się w kościele na pamiątkę słów sędziwego Symeona, który dziękował Bogu, że już może odejść, bo jego oczy ujrzały zbawienie, „światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (por. Łk 2, 32). Maryja, jak każda izraelska kobieta, chciała się poddać oczyszczeniu po narodzinach Dziecka. Nie musiała tego robić, bo poczęła i porodziła dziewiczo, ale uczyniła to w wielkiej pokorze Służebnicy Pańskiej. Maryja z Józefem pragnęli jak najdokładniej wypełnić przepis Prawa. Dzień ten był równocześnie świętym dniem dla dwojga sędziwych sprawiedliwych Izraela, Symeona i Anny, którzy długo wyczekiwali Zbawiciela, trwając przy świątyni i błagając Boga, by ich oczy mogły ujrzeć Jego Syna. Czekali długo, więc gdy Maryja i Józef przynieśli Dzieciątko do świątyni, Symeon wyśpiewał pieśń uwielbienia Boga oraz otwarcia sobie bram nieba: „Teraz, o Władco, pozwalasz odejść słudze Twemu w pokoju” (Łk 2, 29).

    Jezusowe światło

    Poświęcona świeca, gromnica, jest symbolem Pana Jezusa, Światłości ze Światłości, ale jest też znakiem orędownictwa Jego Matki. Obraz Piotra Stachiewicza ukazuje Maryję z zapaloną gromnicą, na którym – jako Opiekunka ludzkich siedzib – odpędza wygłodniałe wilki. Podobną scenę utrwalił na rysunku Wojciech Grabowski. Dawniej, kiedy wilki rzeczywiście zagrażały ludziom w czasie długich i srogich zim, ci polecali się z ufnością Matce Boga, paląc gromnice jako znak Jej wstawiennictwa i opieki. Zapalano gromnice także w czasie nawałnic i burz, kiedy pioruny (piorun to inaczej grom, stąd „gromnica”) uderzały w drzewa, a nieraz i w zabudowania. Pożar domu oznaczał zazwyczaj utratę całego dobytku, dlatego ludzie gorąco prosili Matkę Bożą, by ich ratowała od piorunów i nawałnic.

    Tradycje związane z tym świętem drogie mi są od dzieciństwa. Dymem płomienia gromnicy znaczyliśmy krzyżyk na tragarzu sufitu izby oraz nad drzwiami i oknami. Obchodziliśmy zabudowania gospodarcze oraz okadzali dłonie do ciężkiej pracy w polu i w lesie. Ten zwyczaj nadal pielęgnuje się w domu mojej siostry w Słopnicach Królewskich. Gromnice zapala się przy konających, by mieli przed oczyma światłość wiekuistą i wzywali Maryję, Patronkę dobrej śmierci.

    Maryjo, chroń polski dom przed wilkami

    Co do wilków, te z lasu nie zagrażają nam już tak jak dawniej. Dziś jesteśmy narażeni raczej na spotkanie z innymi „wilkami”: to pokusy, grzechy, zmuszanie do życia, jakby Boga nie było. Duchowe drapieżniki, wilki z europejskich salonów oraz karczm zdrady narodowej, porywają niewinne dusze małych dzieci i młodzieży przez zło, które się zewsząd sączy w ludzkie umysły i zabija w duszach miłość Boga. Nigdy chyba jeszcze ludzie tak się nie chlubili popełnianym złem, jak czynią to teraz.

    Ufam, że nie dojdzie do oskarżenia Kazimiery Iłłakowiczówny o polski nacjonalizm i faszyzm, bo w wierszu „Matka Boska Gromniczna” napisała:„(…)

    „Faryzejskie oczy
    zdradliwie błyszczą nocą
    Mówiła im po imieniu
    – odpędzała gromnicą.

    Najedli się tego ognia,
    nasycili – na wieczność!
    Boją się go do dzisiaj
    i ratują ucieczką.

    Matko Boska Gromniczna
    – nad przeręblą stojąca
    Każ bać się tego ognia
    Tym, którzy mają wilcze serca”.
    (Luty 1980 r.)

    Niech wolno mi będzie zakończyć osobistą modlitwą z tomiku „W ramionach Matki”:

    „Zapal mnie ogniem Twego Syna
    niech osłonięty od wichur
    płaszczem Twego Serca
    płonę czystym ogniem
    i wypalę się do końca”.

    o. dr Jan Pach OSPPE, mariolog/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ MODLITW ZA OSOBY KONSEKROWANE

    Zgodnie z decyzją ojca świętego Jana Pawła II od roku 1997 w święto Ofiarowania Pańskiego Kościół szczególnie zwraca uwagę na osoby konsekrowane, które dziś ponawiają swoje oddanie na zawsze i całkowicie Panu Bogu, aby mógł w nich działać tak jak chce i bez żadnych zastrzeżeń. Pięknie wyraził istotę takiego oddania właśnie św. Jan Paweł II: „Człowiek nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego”.

    Osoby konsekrowane są żywym znakiem, że choć jesteśmy zanurzeni w doczesności, to celem naszego życia jest Królestwo Niebieskie. Życie konsekrowane jest drogą specjalnego naśladowania Jezusa Chrystusa i temu służą trzy rady ewangeliczne, które ślubują osoby konsekrowane: czystość, ubóstwo i posłuszeństwo.

    • czystość jest wyrazem prawdziwej miłości,
    • ubóstwo jest znakiem wolności od różnego rodzaju form zniewolenia,
    • posłuszeństwo zaś oznacza dyspozycyjność dla miłości. (wzięte z wypowiedzi bp Jacka Kicińskiego, klaretyna, przewodniczącego Komisji KEP ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego).

    ___________________________________________________

    Życie konsekrowane przez profesję rad ewangelicznych jest trwałą formą życia, w której wierni pod działaniem Ducha Świętego naśladując dokładniej Chrystusa, oddają się całkowicie umiłowanemu nade wszystko Bogu, ażeby – poświęceni z nowego i szczególnego tytułu dla chwały Boga, budowania Kościoła i zbawienia świata – osiągnąć doskonałą miłość w służbie Królestwa Bożego i stawszy się w Kościele wyraźnym znakiem, zapowiadać niebieską chwałę.

    Kodeks Prawa Kanonicznego, Kan. 573 – § 1

    WORLD DAY OF CONSECRATED LIFE

    Chrystus wzywa was, a świat na was czeka! Pamiętajcie, że królestwo Boże potrzebuje waszej hojności i pełnego poświęcenia. Nie zachowujcie się jak bogaty młody człowiek, który na zaproszenie Chrystusa nie był w stanie się zdecydować i zachował swój majątek. Zachowujcie się jak rybacy, którzy wezwanie przez Jezusa natychmiast porzucili wszystko i stali się rybakami ludzi.

    Musicie przywitać Maryję w swoim młodym życiu, jak apostoł Jan, który zabrał ją do swego domu. Pozwólcie jej stać się waszą Matką. Otwórzcie przed nią wasze serca i sumienia. Niech ona zawsze pomoże wam znajdować Chrystusa, aby „iść za Nim” na wszystkich ścieżkach życia.

    św. Jan Paweł II – 2 lutego 1989 r.

    ___________________________________________________________

    Ich modlitwa podtrzymuje świat

    polskie mniszki z zakonów klauzurowych

    (zdjęcie archiwalne GNIEZNO 19.11.2014 KLASZTOR KARMELITANEK BOSYCH KARMEL ŚWIĘTEJ RODZINY JEZUSA MARYI I JÓZEFA W GNIEZNIE / Fot. Henryk Przondziono / Gość Niedzielny / Forum)

    ***

    Siostry zakonów kontemplacyjnych, zwanych także klauzurowymi, stanowią niewielki odsetek wszystkich sióstr zakonnych. W Polsce jest ok. 1220 mniszek, na ogólną liczbę 16 tys. sióstr zakonnych, czyli stanowią zaledwie 8 procent. Jednak ta forma życia konsekrowanego ma swoje szczególne miejsce w Kościele i wciąż nie brakuje kobiet, które pragną służyć Bogu i ludziom w klasztorze zamkniętym, „za kratami”. Papież Jan Paweł II przypominał: „Kościół i świat otrzymują niemało światła i mocy od Pana dzięki ich ukrytemu i modlitewnemu życiu”. 2 lutego Kościół obchodzi Dzień Życia Konsekrowanego.

    Zakonami klauzurowymi nazywa się te zakony, w których obowiązuje zakaz wychodzenia na zewnątrz, tj. poza teren klasztoru. Sama nazwa – klauzura wywodzi się z łaciny, gdzie „claudere” oznacza zamykać, ogradzać.

    Pierwszym żeńskim klasztorem założonym na ziemiach polskich był klasztor benedyktynek. Ufundował go w XI w. Bolesław Chrobry dla swojej córki. Do najstarszych zakonów kontemplacyjnych działających w Polsce należą poza tym klaryski, karmelitanki, wizytki i benedyktynki-sakramentki. Ale w ostatnich latach pojawiły się w Polsce nowe wspólnoty monastyczne: betlejemitki (1998 r.), wspólnoty jerozolimskie (2006 r.) i anuncjatki (2009 r.). Ogółem w naszym kraju jest blisko 20 zakonów kontemplacyjnych – 13 zrzesza Konferencja Wyższych Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych, 6 jest poza tą strukturą.

    Ile jest mniszek w Polsce?

    Mimo ogólnego spadku powołań, co roku do zakonów kontemplacyjnych zgłaszają się nowe kobiety, pragnące wieść życie modlitwy i kontemplacji w ciszy klasztornych murów. W ubiegłym roku do furt tych klasztorów zapukało 26 osób, czyli o 7 więcej niż roku 2021. W 2022 r. formację w nowicjacie odbywały 32 kobiety, pięć lat wcześniej (2018 r.) było ich o 3 więcej. Liczba nowicjuszek w ostatnich latach utrzymuje się więc na dość stałym poziomie, choć porównując z pierwszymi latami XXI wieku spadła o przeszło połowę: w latach 2000-2007 formację w nowicjacie przeżywało przeciętnie od 60 do 80 kobiet (rekordowo 81 – w 2001 i 2003 roku). Według statystyk Konferencji, z ogólnej liczby 1165 mniszek w klasztorach (wraz z nowicjuszkami i postulantkami) większość złożyła już śluby wieczyste – 1062 siostry.

    Dane powyższe dotyczą zakonów zrzeszonych w Konferencji Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych. W Polsce jest jeszcze 6 domów zakonnych nieuwzględnionych w statystyce (poza KPŻKK), w których żyje ok. 50 mniszek. Można więc powiedzieć, że ogółem we wszystkich klasztorach żyje obecnie ok. 1220 mniszek.

    Najliczniejszy jest zakon karmelitanek bosych – jest ich 427. Na drugim miejscu plasują się klaryski, łącznie z klaryskami od wieczystej adoracji jest ich 245. Sióstr bernardynek jest 142.

    Najwięcej klasztorów na naszych ziemiach mają karmelitanki – 28. Trzy gałęzie klarysek (klaryski kapucynki, klaryski i klaryski od wieczystej adoracji) – 21, benedyktynki wraz z benedyktynkami sakramentkami mają 13 domów, a bernardynki 9.

    Panny mądre

    Socjolodzy religii zwracają uwagę, że często surowy klasztorny reżim przyciąga kobiety wykształcone, intelektualistki, które osiągnąwszy sukcesy w pracy zawodowej, a czasem także pozycję materialną, nagle poczuły duchową pustkę i potrzebę poświęcenia życia głębszym wartościom. Panuje nawet opinia, że za kratami klasztorów kontemplacyjnych żyją kobiety mądre, piękne i wykształcone. I nie jest to „ucieczka ze świata”, lecz raczej świadectwo, że istnieją wartości, którym warto poświęcić życie; dla wielu ludzi poza klasztorem – dowód na istnienie Boga. Ojciec Święty Jan Paweł II w liście apostolskim do osób konsekrowanych z okazji Roku Maryjnego w 1988 napisał: „Świat potrzebuje Waszego «ukrycia z Chrystusem w Bogu», nawet jeżeli nieraz krytykuje formy klasztornej klauzury”.

    Jak żyją mniszki?

    Siostry żyją za klauzurą, w miejscu, do którego nie mają wstępu osoby z zewnątrz. Same też nie opuszczają klasztoru, chyba że w wyjątkowych wypadkach, jak konieczność leczenia czy pogrzeb w rodzinie.

    Mieszkają w małych wspólnotach, aby życie zakonne było bardziej rodzinne, dlatego w Polsce żyją w blisko 90 klasztorach. Reformatorka zakonu karmelitańskiego św. Teresa z Avila chciała, aby wspólnoty liczyły tylko 13 osób; obecnie, zgodnie z konstytucjami, każdy dom karmelitański może mieć maksymalnie 21 mniszek. Zakonnice starają się, by siostry były też w różnym wieku, co daje namiastkę wielopokoleniowej rodziny. Klasztory najczęściej położone są w pięknych przyrodniczo miejscach, a wiele z nich stanowi zabytki wysokiej klasy.

    Czym się zajmują?

    Większość czasu mniszki poświęcają modlitwie, adoracji i kontemplacji. Kilka razy dziennie zgodnie z zakonną regułą odmawiają modlitwy brewiarzowe. W wielu zakonach starają się zachować bezwzględną ciszę, unikając rozmów. Ale nie wyłączają się ze świata, śledzą wiadomości głównie w telewizji, dbając by intencje modlitewne obejmowały współczesne cierpienia świata. Na stronie internetowej zakonów kontemplacyjnych zawsze znajduje się „skrzynka intencji”, gdzie drogą mailową można przekazać konkretną prośbę o modlitwę. Wiele osób kieruje prośby listownie, ale niektórzy szukają kontaktu bezpośredniego, w klasztornej rozmównicy, gdzie można przez kratę porozmawiać z mniszką. Wierni cenią sobie wstawiennictwo mniszek, znają skuteczność ich modlitw, a dla zakonnic to jeszcze jeden powód do dziękczynienia Panu i do radości, bo mniszki, z którymi możemy porozmawiać przez kratę, robią wrażenie szczęśliwych.

    Św. Benedykt z Nursji, żyjący w VI w., zwracał uwagę w regule zakonnej, że praca fizyczna sprzyja moralnej dyscyplinie, bezczynność́ natomiast to wróg duszy. Dlatego ilości czasu przeznaczonego na modlitwę powinien odpowiadać czas przeznaczony na pracę. Klasztory często mają własne ogrody, sady, a nawet całe gospodarstwa zaspokajające potrzeby mniszek. Ale zakonnice zajmują się też pracą, która przynosi dochód: wypiekają opłatki, haftują ręcznie i maszynowo szaty liturgiczne czy sztandary, np. dla szkół, malują obrazy, piszą książki, tłumaczą. Praca zarobkowa sióstr jest jednak często niewystarczająca, zwłaszcza że stare, zabytkowe klasztory wymagają remontów. Z pomocą mniszkom przychodzą wtedy diecezje.

    „Niech się więc umocnią wszystkie dusze konsekrowane do życia kontemplacyjnego, ponieważ Kościół i świat, który Kościół winien ewangelizować, otrzymują niemało światła i mocy od Pana dzięki ich ukrytemu i modlitewnemu życiu” – podkreślił św. Jan Paweł II w liście apostolskim „Litterae Encyclicae” adresowanym do wszystkich osób konsekrowanych z okazji Roku Maryjnego (1988 r.).

    ***

    Konferencja Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych (KPŻKK) powstała w 1956 r. z inicjatywy prymasa Wyszyńskiego. Miała skonsolidować zakony klauzurowe w obliczu prześladowań ówczesnych władz. Zrzesza 83 przełożone klasztorów kontemplacyjnych, należących do 13 rodzin zakonnych. Są to: benedyktynki, benedyktynki sakramentki, bernardynki, dominikanki, kamedułki, karmelitanki, klaryski kapucynki, klaryski, klaryski od wieczystej adoracji, norbertanki, redemptorystki, wizytki, anuncjatki. Od roku 2021 jej przewodniczącą jest matka Teresa Wrona, karmelitanka bosa z Częstochowy, a jej zastępczynią matka Elżbieta Sander, klaryska z Krakowa.

    Dzień Życia Konsekrowanego, obchodzony 2 lutego w święto Ofiarowania Pańskiego, został ustanowiony przez papieża Jana Pawła II w 1997 r. Ofiary zbierane na tacę w tym dniu są przeznaczone na wsparcie zakonów klauzurowych.

    KAI/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________________

    W Polsce obecnie jest ponad 31,1 tys. osób konsekrowanych. Obok zakonnych wspólnot męskich (59) i żeńskich (105) – w tym gronie są także dziewice konsekrowane i wdowy poświęcone Bogu, jak również pustelnicy, członkowie wspólnot i instytutów kościelnych.

    MATKA RÓŻA CZACKA
    błogosławiona Matka Róża Czacka/z archiwum Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża

    Chciała służyć nie tylko „niewidomym na ciele”, ale także „niewidomym na duszy”

    ___________________________________________________________________________

    PO MSZY ŚWIĘTEJ

    ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    *****

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Psychiatrzy i psycholodzy w szoku! Te modlitwy uzdrawiają z depresji
    fot. via Pixabay.com

    ***

    Psychiatrzy i psycholodzy w szoku!

    Te modlitwy uzdrawiają z depresji

    “Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.” (Mt 11, 28-30). Złap się tej obietnicy, którą Chrystus złożył każdemu z nas. Oddaj swoje cierpienie Jezusowi.

    Modlitwa dla cierpiących na depresję

    Dobry Boże Ty znasz ciemności, które mnie otaczają. Wydaje mi się, że jakby otoczyła mnie chmura, tak że tracę całą moją perspektywę. I na dodatek mam wrażenie, że ona nigdy się nie podniesie. Wiem, że wcześniej udało mi się z tego wyjść, ale kiedy te uczucia znów przychodzą wszystko znowu się zaciemnia.

    Pomóż mi ufać Tobie w tym trudnym czasie. Wiem, że po deszczu znów przychodzi słońce, i że ponad chmurami słońce zawsze świeci.

    Proszę Cię jednak, umocnij to przekonanie w moim sercu, tak aby Twoja nadzieja mnie prowadziła.

    Wierzę, że Ty możesz mnie uzdrowić i całkowicie powierzam się Tobie. Udziel mi łask, których potrzebuję, aby wytrwać przy Tobie, aż Twoja uzdrawiająca miłość, która wiem, że nieustannie działa we mnie, w końcu przeniknie mnie i przyniesie ulgę, której potrzebuję. Amen.

    Modlitwa w chorobie psychicznej (za wstawiennictwem św. Judy Tadeusza)

    Pełen współczucia święty Judo Tadeuszu, który mocą Bożą przywróciłeś tak wielu ludziom zdrowie i jasność umysłu, wejrzyj na mnie (lub wymień imię osoby chorej psychicznie, za którą się modlisz) w moim cierpieniu.

    Ufny w Twoje potężne wstawiennictwo, błagam Cię, byś prosił Jezusa, miłosiernego Uzdrowiciela chorych, o uzdrowienie mnie (lub wymień imię chorej osoby).

    Spraw, bym (lub wymień imię chorej osoby) podźwignięty Jego miłością, otrzymał wielką łaskę zdrowia psychicznego. Amen.

    Modlitwa o uzdrowienie wewnętrzne

    Panie Jezu, Ty przyszedłeś po to, aby uzdrowić serca zranione i udręczone, proszę Cię, abyś uzdrowił urazy powodujące niepokoje w moim sercu. Proszę Cię w szczególny sposób, abyś uzdrowił tych, którzy są przyczyną grzechu. Proszę Cię, abyś wszedł w moje życie i uzdrowił mnie od urazów psychicznych, które mnie dotknęły w dzieciństwie i od tych ran, które mi zadano w ciągu całego życia.

    Panie Jezu, Ty znasz moje trudne sprawy, składam je wszystkie w Twoim Sercu Dobrego Pasterza. Proszę Cię, odwołując się do Twej wielkiej rany, otwartej w Twoim Sercu, abyś uleczył małe rany mojego serca.Ulecz rany moich wspomnień, aby nic z tego, co mi się przydarzyło, nie przysparzało mi cierpienia, zmartwień, niepokoju. Ulecz, Panie, wszystkie te urazy, które w moim życiu stały się przyczyną grzechu.

    Pragnę przebaczyć wszystkim osobom, które mi wyrządziły krzywdę. Wejrzyj na te urazy wewnętrzne, które mnie czynią niezdolnym do przebaczenia.Ty, który przyszedłeś uleczyć serca strapione, ulecz moje serce.

    Ulecz, Panie Jezu, moje wewnętrzne urazy, które są przyczyną chorób fizycznych. Oddaję Ci moje serce. Zechciej je przyjąć, Panie, i oczyścić. Napełnij mnie uczuciami Twego Boskiego Serca. Pomóż mi być pokornym i cichym.

    Ulecz mnie, Panie, z bólu, który mnie przytłacza z powodu śmierci drogich mi osób. Spraw, bym mógł odzyskać pokój i radość dzięki wierze, że Ty jesteś Zmartwychwstaniem i Życiem. Uczyń mnie prawdziwym świadkiem Twego Zmartwychwstania,Twego zwycięstwa nad grzechem i śmiercią, Twojej obecności jako Żyjącego wśród nas. Amen.

    Fronda.pl/przk/dowiary.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU W INTENCJI POKOJU, KTÓRY TYLKO CHRYSTUS PAN DAĆ MOŻE – “POKÓJ MÓJ DAJĘ WAM”…

    Modlitwa św. Jana Pawła II o pokój

    Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.

    Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości. Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne. Amen.

    Święta Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami,

    Święty Benedykcie, módl się za nami,

    Święci Cyrylu i Metody, módlcie się za nami,

    Święta Brygido, módl się za nami,

    Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami,

    Święta Katarzyno ze Sieny, módl się za nami.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Polonia potrzebuje kapłanów

    Naszą największą troską jest ta o kapłanów i siostry zakonne do posługi poza granicami kraju – powiedział bp Piotr Turzyński, Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej. W piątek 10 lutego w Sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie odbyło się spotkanie członków i konsultorów Zespołu działającego przy Delegacie ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej.

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Jak podkreślił bp Piotr Turzyński, spotkanie było okazją m.in. do podsumowania aktywności, jakie podejmowano w minionym roku.

    – Zdaliśmy relacje z działalności prowadzonej w ostatnim czasie. Opowiedziałem, o problemach, które poznałem w trakcie moich spotkań i podróży, ale i o radościach, o pracy księży i sióstr zakonnych. Podobnie księża rektorzy z Anglii, Niemiec czy Francji relacjonowali, czym żyje Polonia – mówił bp Turzyński.

    Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej powiedział także o najważniejszym z problemów, z jakim zmaga się obecnie zagraniczne duszpasterstwo. – Zasadniczą i największą naszą troską jest ta o kapłanów do posługi za granicą. Chcielibyśmy, żeby Polonia była traktowana jak integralna część Kościoła w Polsce. Potrzeba troski o to, żeby również tam byli kapłani i siostry zakonne, którzy będą pomagać Polakom zachować wiarę i być przy Panu Bogu – powiedział bp Turzyński.

    Przewodniczący zespołu podkreślił także ogromną wartość wspólnych, regularnych spotkań, które pozwalają lepiej poznać potrzeby i problemy Polonii. – Widzimy, że zmniejszyła się liczna Polaków poza granicami kraju, ale duszpasterstwo jest bardzo różnorodne i myślę, że te pięknie żyjące parafie polonijne mogą być inspiracją dla duszpasterstwa w Polsce – dodał Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej.

    Biskup Piotr Turzyński podkreślił również, że wśród inicjatyw planowanych na ten rok, na szczególną uwagę zasługują dwa wydarzenia: wyjazd polsko-polonijnych delegacji na Światowy Dzień Młodzieży w Lizbonie oraz organizowany we wrześniu Światowy Kongres Rodzin Polonijnych w Gdańsku.

    BP KEP/Warszawa (KAI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Znamy datę beatyfikacji rodziny Ulmów!

    Beatyfikacja Sług Bożych Józefa i Wikorii Ulmów i ich siedmiorga dzieci odbędzie się 10 września 2023 r. w Markowej – poinformowała archidiecezja przemyska. Rodzina Ulmów została zamordowana podczas wojny przez Niemców za ukrywanie Żydów.

    Rodzina Ulmów
    Rodzina Ulmów/Muzeum Polaków Ratujących Żydów

    ***

    Podczas uroczystości beatyfikacyjnej przedstawicielem Ojca Świętego będzie kard. Marcello Semeraro, prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych.

    Józef i Wiktoria Ulmowie podczas II wojny światowej w swoim domu w Markowej na Podkarpaciu ukrywali dwie rodziny Żydów. Hitlerowcy dowiedzieli się o tym w wyniku donosu i 24 marca 1944 r. zamordowali przechowywanych Żydów oraz Ulmów wraz z szóstką małych dzieci. Wiktoria była wtedy w 9. miesiącu ciąży.

    W 1995 r. Wiktoria i Józef Ulmowie zostali uhonorowani pośmiertnie tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

    17 grudnia ub. roku papież Franciszek zatwierdził dekret o męczeństwie Rodziny Ulmów.

    Beatyfikowane zostanie małżeństwo Józef i Wiktoria Ulmowie oraz ich siedmioro dzieci: Stanisława, Barbara, Władysław, Franciszek, Antoni, Maria oraz dziecko nienarodzone, które miało przyjść na świat wiosną 1944 roku.

    W chwili niemieckiej zbrodni Wiktoria Ulma była w dziewiątym miesiącu ciąży. Historyk, wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej dr Mateusz Szpytma, którego babcia była siostrą Wiktorii, przypomniał we wpisie na Facebooku, że poród rozpoczął się podczas zbrodni lub po wrzuceniu ciała kobiety do dołu. „Uznano, że chrzest nastąpił, ale nie z wody lecz z krwi” – zaznacza dr Mateusz Szpytma.

    Postulator w procesie beatyfikacyjnym ks. dr Witold Burda zwraca uwagę, że w teologii od dawna istnieje przekonanie, że w przypadku osób będących na przykład na drodze przygotowania do chrztu, pragnących go przyjąć, ale ponoszących śmierć za wiarę w Chrystusa, uznaje się, że owoce tego męczeństwa przynoszą takie same owoce jak przyjęcie sakramentu chrztu, jak przyjęcie łaski wiary.

    Ks. Burda przypomina też o konstytucji duszpasterskiej Soboru Watykańskiego II „Gaudium et spes”, gdzie stwierdzono, iż człowiek jest jedynym stworzeniem, którego Bóg chciał dla Niego samego. „Można spotkać też to piękne określenie, że człowiek jest koroną stworzenia, jakie wyszło z rąk Pana Boga. I to obejmuje wszystkie etapy ludzkiego życia – i ten prenatalny, i ten postnatalny” – zauważa ks. Burda.

    W 2016 roku w Markowej otwarto Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej im. Rodziny Ulmów. W uroczystości wziął udział prezydent Andrzej Duda, przedstawiciele Konferencji Episkopatu Polski z przewodniczącym abp. Stanisławem Gądeckim. Wydarzenie odbiło się szerokim echem w mediach polskich i zagranicznych.

    Od 24 marca 2018 roku – w rocznicę bestialskiej śmierci Ulmów ­– obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką.

    Tygodnik Niedziela/BP KEP/KAI/przemyska.pl
    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – styczeń 2023

    NIEDZIELA 29 STYCZNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚWIĘTEJ WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA SERDECZNIE ZAPRASZA DO SALI PARAFIALNEJ PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA WSZYSTKICH, KTÓRZY PRAGNĄ SPOTKAĆ SIĘ, ABY PRZY ŚPIEWIE KOLĘD PRZEŁAMAĆ SIĘ OPŁATKIEM I ZŁOŻYĆ SOBIE NAWZAJEM ŻYCZENIA NOWOROCZNE.


    31 STYCZNIA WTOREK

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego 2022 roku w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również te spotkania są zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    godz. 18.30 – KATECHEZA

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ___________________________________________________________________________

    PO MSZY ŚWIĘTEJ

    ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    zdjęcie witrażaze strony: Przymierze z Maryją

    ***

    W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?

    Pierwsze piątki miesiąca nie są obce wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i Komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

    Małgorzata Maria Alacoque

    Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Wielka obietnica

    Pan Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.

    Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.

    Przede wszystkim Komunia

    Pan Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty.

    ze strony: stacja 7.pl


    *****

    Matka Boża Fatimska
    Matka Boża Fatimska

    *****

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięć pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    *****

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 5 LUTY – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ___

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Podczas każdej Mszy świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje. Jak je składać?

    EUCHARYSTIA
    Shutterstock

    ***

    Jest podczas Mszy świętej kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.

    Na początku każdej niemal Mszy świętej słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy św. w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza św. jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy św. wysłuchana?

    Co to znaczy „zamówić” Mszę świętą?

    Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?

    Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.

    My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.

    Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.

    Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego

    W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.

    Proste „zamówienie” Mszy św. (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.

    A co z „prywatnymi” intencjami?

    Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy św.? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza św. to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.

    I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę mszę, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy św., w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.

    To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w Mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.

    Czas i miejsce na nasze osobiste prośby

    Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we mszy świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.

    Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy św. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.

    Specjalne momenty

    Jest podczas Mszy św. kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.

    Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.

    W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.

    Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”

    Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!

    Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post eucharystyczny jest obowiązkowy.

    Czy zbyt łatwo o nim nie zapominamy?

    PRZYGOTOWANIE DARÓW
    Shutterstock

    ***

    Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?

    Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w Mszy świętej.

    Obudzić pragnienie serca

    Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:

    W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.

    Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.

    Niezwykły pokarm

    Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.

    Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.

    Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?

    Komunia dla wytrwałych

    Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.

    Stąd Msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.

    Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.

    Post eucharystyczny dzisiaj

    Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.

    Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią Mszę św. tego samego dnia, ale nie przed pierwszą Mszą św.

    Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas Mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia Mszy św., ale właśnie do przyjęcia Komunii św.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opuściłem niedzielną Mszę św. Czy muszę od razu iść do spowiedzi?

    Czy każda wieczorna Msza św. sobotnia „zalicza” się za Mszę św. niedzielną?

    W każdą niedzielę na Mszy świętej słyszymy, że „z całym Kościołem uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia”. W statystycznej polskiej parafii to w 40 procentach prawda. Ponad połowa osób deklarujących się jako uczniowie Chrystusa regularnie unika spotkań ze swoim Mistrzem.

    W chrześcijaństwie nie chodzi w pierwszym rzędzie o spełnianie norm moralnych. Bycie chrześcijaninem polega przede wszystkim na życiu życiem danym nam przez Chrystusa. To życie jest darem Boga i do Niego należy „dystrybucja” tego daru oraz ustalanie zasad, na jakich się ona odbywa.

    Zasady te Zbawiciel wyłożył swoim uczniom, a oni byli uprzejmi przekazać je następnym pokoleniom i nic nowego się tu nie wymyśli. Są to sakramenty, a zwłaszcza ten, który nazywamy Najświętszym Sakramentem, czyli Eucharystia.

    Pomysł dyspensowania się od cotygodniowego powracania do źródła życia jest chybiony i śmiertelnie niebezpieczny. Jasne, że Pana Boga sakramenty nie „ograniczają” i ma możliwość zbawić także tego, kto nigdy do nich nie przystępował, ani o nich nie słyszał. Ale dobrowolna rezygnacja i lekceważenie tak pewnego i darmo ofiarowanego środka do zbawienia zakrawa nie tylko na głupotę i pychę, ale i na grubą niewdzięczność.

    Msza św. dla nie-chętnych

    Niedzielna Eucharystia nie jest więc dla chrześcijan aktywnością fakultatywną. Obowiązek uczestnictwa we Mszy św. w dni świąteczne nie jest ludzkim wymysłem. Kościół wyprowadza go nie tylko z trzeciego punktu Dekalogu, w którym mowa o święceniu dnia świętego, ale także ze słów samego Jezusa: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie (J 6,53).

    Rezygnując z niedzielnej Eucharystii nie tylko poważnie łamię jedno z trzech pierwszych przykazań Bożych i pierwsze spośród kościelnych, ale na własne życzenie dokonuję duchowego samobójstwa. Dobrowolnie zrywam swoją więź z Chrystusem i odcinam się od źródła życia.

    Aby do niego wrócić i móc w pełni uczestniczyć w Eucharystii przyjmując Komunię św., potrzebuję najpierw naprawić tę więź w sakramencie pokuty i pojednania.

    A jeśli nie mogę być na Mszy św.?

    Nad argumentami z serii „nie chce mi się” i „nudzi mi się” nie ma się co rozczulać. Jeśli chodzi o „nie czuję, żeby to mi coś dawało”, to Pan Jezus nie mówi: będziesz albo nie będziesz czuł, ale: będziesz albo nie będziesz miał życia.

    Zdarzają się jednak sytuacje, w których uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej jest niemożliwe czy bardzo utrudnione. Jest ich wiele i nie sposób je wszystkie tutaj omówić. Inna jest sytuacja obłożnie chorego, inna opiekujących się nim, inna kogoś, komu dotrzeć do kościoła jest trudno czy niewygodnie, inna również, gdy jest to fizycznie niemożliwe.

    Jeśli rzeczywiście nie mogę, bo nie mam jak, to moja nieobecność – choć pozostaje z uszczerbkiem dla życia duchowego – grzechem nie jest. Grzechem nie może być coś, na co nie mam wpływu, bo grzech polega na przeciwnej Bogu decyzji.

    W tych wszystkich sytuacjach warto jednak starać się jak najuczciwiej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście i naprawdę w żaden sposób nie mogę dotrzeć na Mszę św., czy też w którymś momencie rezygnuję z poniesienia związanego z tym trudu (dystansu, niedogodności, organizacji czasu) bo stwierdzam, że „nie warto”. Może trzeba zapytać samego siebie: Czego nie jest warte życie, które daje mi Jezus.

    Msza św. w sobotę wieczorem

    Kościół wychodzi naprzeciw potrzebom swoich dzieci, którym uczestnictwo w mszy w dzień świąteczny sprawia jakikolwiek kłopot. Robi to na tyle, na ile może, bo sakramenty nie stanowią jego własności, a jedynie powierzony mu przez Chrystusa depozyt.

    Kodeks prawa kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików również w kwestiach związanych z korzystaniem z sakramentów, stwierdza: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK kan. 1248 §1).

    Zatem jeśli wiem, że nie dam rady dotrzeć do kościoła w niedzielę, mogę spokojnie zrobić to w sobotę wieczorem. Z powyższego zapisu wynika też, że nie musi to być Msza św. sprawowana z formularza niedzielnego, czyli z hymnem „Chwała na wysokości”, dwoma czytaniami przed Ewangelią i wyznaniem wiary. Nawet jeśli będzie to zwykła „sobotnia” Msza św. lub na przykład Msza św. „ślubna” (ale sprawowana wieczorem!), uczestnicząc w niej, spełniam ów życiodajny – w gruncie rzeczy naprawdę niezbyt forsowny – obowiązek.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego święci nie nudzili się na Mszy św?

    Pięć powodów

    O, nierozumni, co czynicie? Dlaczego nie śpieszycie do kościołów?

    Msza św. – to „korona modlitwy”.

    Święci o Mszy świętej

    Nudzicie się czasami na Mszy świętej? Nie martwcie się, nie osądzam was. Kiedy po jakimś czasie zaczęłam ponownie chodzić na Mszę św., strasznie się nudziłam. Ale eucharystyczna obecność Jezusa pociągała mnie coraz mocniej i po jakimś czasie szczerze pokochałam Mszę świętą. Zdałam sobie sprawę, że to moja najważniejsza modlitwa w ciągu dnia.

    Jak to określił kiedyś bł. Jakub Alberione, Msza św. to „korona modlitwy” i żadne działanie, które podejmujemy, aby zbliżyć się do Boga, nie da się porównać z uczestnictwem w niej.

    Być może i wy potrzebujecie wzmocnić swoją motywację do uczestnictwa w Eucharystii? Z pomocą przychodzą nam święci, którzy raczej się w kościele nie nudzili. Oto pięć wskazówek od nich:

    WIEDZIELI, ŻE W MSZY ŚW. UCZESTNICZĄ WRAZ Z ANIOŁAMI

    Nie istnieje msza z niską frekwencją. Kiedy będziecie uczestniczyli w Eucharystii z zaledwie kilkoma innymi wiernymi, pamiętajcie, że są pośród was aniołowie!

    Św. Grzegorz Wielki mówił, że „niebiosa się otwierają i rzesze aniołów zstępują, by wziąć udział w Świętej Ofierze”, a św. Augustyn dodał, że „anioły otaczają sprawującego ofiarę Mszy świętej kapłana i służą mu”.

    TWIERDZILI, ŻE EUCHARYSTIA TO ISTOTA ICH ŻYCIA

    Uczestnicząc w najbliższej mszy świętej, poproście Boga, by pokazał wam, jak bardzo wasza dusza pragnie łask Eucharystii. Tego samego pragnienia doświadczali święci.

    „Łatwiej byłoby światu przetrwać bez słońca, aniżeli bez Mszy świętej” – pisał św. Pio z Pietrelciny. Matka Teresa z kolei mówiła, że Eucharystia to pokarm duchowy, który podtrzymuje ją w codziennym utrudzeniu. „Bez tego nie wytrwałabym ani jednego dnia, ani jednej godziny” – wyznała święta.

    CHCIELI ODDAWAĆ CZEŚĆ BOGU

    Skoro kochacie Boga i odwzajemniacie Jego miłość do was, uczestnictwo we mszy świętej jest najwyższym z możliwych wyrazów tej miłości.

    „Jedna Msza święta więcej oddaje czci Panu Bogu, aniżeli wszystkie uczynki pokutne świętych, wysiłki apostołów, cierpienia męczenników, a nawet płomienna miłość Matki Najświętszej” – twierdził św. Alfons Liguori. Św. Jan Vianney mówił z kolei, że „wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza św. jest dziełem Bożym”.

    W MSZY ŚW. ODNAJDYWALI RADOŚĆ

    Bóg jest jedynym źródłem prawdziwego szczęścia. Wiedząc to, święci uczestniczyli w Eucharystii, aby odnaleźć prawdziwą radość.

    „Trzydzieści pięć lat temu do wiary przywiodła mnie radość z narodzin mojego dziecka. Ta radość odnawia się nieustannie, kiedy codziennie przyjmuję Ciało Pana naszego w czasie Eucharystii” – wyznała Dorothy Day.

    MIELI ŚWIADOMOŚĆ PONADCZASOWOŚCI MSZY ŚWIĘTEJ

    Msza jest uobecnieniem misterium paschalnego Jezusa Chrystusa. Oznacza to, że nie tyle wspominamy w jej trakcie Jego śmierć i zmartwychwstanie, lecz że ponownie przeżywamy je, sami wkraczamy w ten ponadczasowy moment.

    Bł. Jakub Alberione mówił, że „Jezus jest Barankiem, którego zabito, lecz który żyje na wieki, w każdym momencie odnawiając swoją mękę w nieustannym sprawowaniu mszy świętych na całym świecie”. Wiedział też o tym św. Jan Paweł II, który przypominał, że „msza święta uobecnia ofiarę krzyża”.

    Mogłabym znaleźć jeszcze wiele powodów, dla których warto uczestniczyć we Mszy świętej, moglibyśmy rozważać myśli kolejnych świętych. Chciałabym jednak zakończyć, przywołując ostatni cytat „motywacyjny” – słowa św. Leonarda z Porto Maurizio (który, jak sądzę, wypowiedział je ze złośliwym uśmiechem na twarzy): „O, nierozumni, co czynicie? Dlaczego nie śpieszycie do kościołów, aby wysłuchać tyle Mszy świętych, ile tylko się da?”.

    S. Theresa Aletheia Noble/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ PRZYJMUJEMY Z NALEŻNYM USZANOWANIEM DO UST

    ALBO NA RĘKĘ – WTEDY CIAŁO PAŃSKIE SPOŻYWAMY W OBECNOŚCI KAŁANA.

    PRZYJMUJĄC KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – NA SŁOWA KAPŁANA: CIAŁO CHRYSTUSA – ODPOWIADAMY: AMEN.

    *************************************************************************************************

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “TEN, KTO MNIE SPOŻYWA, BĘDZIE ŻYŁ PRZEZE MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przez 13 lat żyła samą Eucharystią

    Nie jest to odosobniony przypadek w historii Kościoła. Święta Aniela z Foligno żyłą samą Eucharystią przez dwanaście lat; św. Katarzyna Sieneńska przez osiem, a Teresa Neumann przez trzydzieści sześć. W przypadku Aleksandriny całkowity brak przyjmowania pokarmów i płynów, któremu towarzyszył brak oddawania moczu, trwał trzynaście lat i siedem miesięcy.

    Było to przyczyną nieustannego cierpienia. Silnie odczuwała głód i pragnienie, ale gdy tylko wypijała choć kilka kropel wody – wymiotowała. Jednak nawet będąc w takim stanie, miała siłę modlić się, śpiewać i rozmawiać z odwiedzającymi, nawet przez wiele godzin. Zdarzały się krwotoki, pocenie i wymioty, mimo to jej organizm nie doznał na skutek tej sytuacji żadnego uszczerbku. Całkowity post rozpoczął się w Wielki Piątek 27 marca 1942 roku, po tym jak mistyczka po raz ostatni przeżyła mękę w sposób widoczny. Od tego dnia nie była w stanie już nic przełknąć. Dokonywała wielu prob, lecz za każdym razem natychmiast wszystko wymiotowała, czemu towarzyszyły wielkie boleści.

    Mogła jednak zawsze żywić się Eucharystią i czyniła to z wielką radością. Jezus powiedział jej poźniej, 7 grudnia 1946 roku: „Nie będziesz się już nigdy więcej odżywiać tu na ziemi. Twoim pokarmem będzie moje Ciało; twoją krwią – moja Boska Krew. Wielki jest cud twojego życia”. Zawsze była przy niej obecna Matka Boża. 25 września 1938 roku Pan powiedział jej: „Pędzisz swoje życie zawsze w moich rękach oraz w rękach twojej Matki. Zawsze towarzyszyliśmy ci na trudnych i okrutnych ścieżkach, które pokonywałaś. Nigdy nie upadłaś, gdyż my cię podtrzymywaliśmy”.

    Piątek – dzień męki

    Aleksandrina w dalszym ciągu w każdy piątek, a czasem również w inne dni, przeżywała mękę Pańską, choć bez zewnętrznych oznak. Przeżywała ją jednak w całości. Wyznała kiedyś ks. Umbertowi, że nieustannie czuje ból korony cierniowej. Wydawało jej się, jakby była na krzyżu: bez światła, bez życia, z przeogromnym bólem. Było to tak, jakby Jezus cierpiał w niej poszczególne etapy męki. Czuła otwarte rany oraz ranę w sercu, która wciąż się odnawiała, jakby przebijana coraz to nowym uderzeniem włóczni.

    Obecni niczego jednak nie zauważali. Kiedy ktoś na nią patrzył, widział tylko uśmiech na jej twarzy. Czas mijał szybko pośród zadziwienia rodziny tą egzystencją bez przyjmowania jakichkolwiek pokarmów. Wieść o tym fakcie prędko się rozeszła. Chora pragnęła, aby nikt o niczym nie wiedział i aby nikt o niej nie myślał, tymczasem każdego dnia musiała przyjmować odwiedzających, których liczba systematycznie rosła. Przychodzili ją odwiedzać lekarze, księża oraz ciekawscy. Zaczęły też krążyć podejrzenia i plotki: fakt ten wydawał się niemożliwy, musiała więc w tym być jakaś sztuczka. 27 lipca 1942 roku Aleksandrina pozwoliła sobie na skargę: „Ludzie czynią moje życie na ziemi smutnym i trudnym do zniesienia”. Jednak to jej przyjaciele jako pierwsi nie mogli wytrzymać sytuacji i zażądali wyjaśnień od osób kompetentnych: lekarzy i władz kościelnych.

    (…)

    Brak naukowego wyjaśnienia

    Aleksandrina została podana szeregowi wielu badań. Ostatecznie dr Araujo całkowicie się przekonał i żegnając się z siostrami, powiedział: „W październiku przyjadę was odwiedzić w Balasar, nie jako lekarz, lecz jako przyjaciel, który was poważa”. Dotrzymał słowa. Sporządził szczegółową relację końcową, w której czytamy, że dr Araujo z Krolewskiej Akademii Medycznej w Madrycie, specjalista chorób nerwowych i reumatycznych, poczuł się w obowiązku napisać artykuł naukowy zatytułowany „Znaczący przypadek inedii i anurii”.

    Potwierdził przede wszystkim, że Aleksandrina była całkowicie zdrowa psychicznie; w dalszej części przedstawił wyniki swoich kontroli. Rownież dr Azevedo i dr Lima, którzy obserwowali chorą przez tych czterdzieści dni, napisali drobiazgowe sprawozdanie.

    Artykuł zawiera fragmenty pochodzące z książki o. Gabriele Amorth „Ukryta w uśmiechu”, wyd. Esprit. “Ukryta w uśmiechu. Bł. Aleksandrina Maria da Costa”

    Opisali w nim skrupulatną kontrolę, podczas której chora zachowała całkowity post i wykazała się kompletną anurią, utrzymując przy tym zwykłą wagę oraz normalną temperaturę i ciśnienie; wyniki badań krwi były w normie; badana zachowała także pełnię władz umysłowych. Końcowy wniosek był następujący: „Nauka nie potrafi znaleźć naturalnych przyczyn tego, co wynikło z badań”. Proba ta była bardzo ciężka. Wyobraźmy sobie, ile razy Aleksandrinie podstawiano pod nos aromatyczne smakołyki.

    Zwróćmy uwagę, że mistyczka nigdy nie przyzwyczaiła się do tego postu, lecz zawsze, aż do śmierci doznawała głodu i pragnienia. Wypiłaby ocean wody! Myślała w takich chwilach: „Jak bardzo muszą cierpieć potępieni w piekle!”, gdyż wydawało jej się, jakby i ona cierpiała piekielne męczarnie. Często łączyła swoje cierpienia z głodem i pragnieniem, jakie Jezus żywił względem dusz. W tym właśnie celu Jezus wymagał od niej tej proby: dla zbawienia dusz. Chciał, aby Aleksandrina była widzialnym, nadzwyczajnym znakiem tego gorącego pragnienia Chrystusa, wyrażonego wprost w Piśmie Świętym: „[Bog] pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni” (1 Tm 2, 4).

    Na zakończenie możemy stwierdzić, że Aleksandrina skutecznie pokonała sceptycyzm lekarzy. Było to wycierpiane zwycięstwo, pełne upokorzeń, jednak ostatecznie prawda jej życia, podtrzymywanego wyłącznie Eucharystią, została w pełni udowodniona. Wracając do domu, Aleksandrina nie wiedziała, że czeka ją kolejna bitwa, dużo cięższa. Nie zda wała sobie sprawy z tego, że istnieje sceptycyzm dużo trudniejszy do pokonania od wątpliwości lekarzy: nieufność ze strony przedstawicieli Kościoła.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Plan godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu.

    Dwie podstawowe zasady

    05-15 min: Adoracja
    © Mari Tere | Shutterstock

    ***

    Poniżej przedstawiamy sprawdzony pomysł na godzinną adorację przed Najświętszym Sakramentem. Minuta po minucie.

    Do godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu wystarczy tabernakulum z wieczną lampką, Pismo Święte, ewentualnie także Katechizm Kościoła Katolickiego.

    Zachowaj dwie podstawowe zasady.

    Po pierwsze: nie bądź gadatliwy. Nie odklepuj modlitw i nie skupiaj się na tym, co jest przyczyną codziennych zmartwień. Bądź spokojny zewnętrznie i wewnętrznie.

    po drugie: bądź uważny. Adoracja to nie godzina czytań – fragmenty Pisma Świętego mają być jedynie wprowadzeniem do modlitwy. Poniższe wskazówki mogą okazać się pomocne w przypadku dekoncentracji uwagi, jednak można je dowolnie dostosowywać do własnych potrzeb.

    00-05 min: Rozpoczęcie

    Pierwsze 5 minut: Poproś o wsparcie Ducha Świętego, a następnie odmów akty wiary, nadziei i miłości. Powiedz Bogu, jak bardzo pragniesz w Niego uwierzyć, jak bardzo pragniesz Mu zaufać i jak bardzo pragniesz Go pokochać. Poproś, aby przymnożył ci wiary, nadziei i miłości. Dobra rada: modlitwy do Ducha Świętego oraz akty wiary, nadziei i miłości znajdziesz w modlitewniku lub w sieci.

    05-15 min: Adoracja

    Kolejne 10 minut: Adoruj Boga, który trzyma w swoim ręku wszechświat niczym nasionko. Bóg jest wszechmocny, dobry, piękniejszy niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić i bardziej realny, aniżeli wszystkie przedmioty wokół nas. Wyobraź sobie, że obok ciebie siedzi Chrystus Pan. Powiedz Mu: „Boże mój, uwielbiam Ciebie za Twoją wspaniałość z głębi mojej uniżoności. Ty jesteś wielki, a ja taki mały” lub odmawiaj „Chwała Ojcu i Synowi…” Powtarzaj te słowa tak długo, jak to będzie konieczne. Dobra rada: Odczytaj „Te Deum”. Fragmenty Pisma Świętego przydatne podczas adoracji: Wj 33, 18-23; Pnp 2, 8-17; Mt 2, 1-11; J 1, 1-18; Kol 1, 15-20; Flp 2, 6-11. Bądź skoncentrowany. Siedź, stój lub klęcz z szacunkiem. Dobra rada: Jeśli morzy cię sen, wstań!

    15-25 min: Akt skruchy

    Kolejne 10 minut: Zadośćuczynienie. Zbawia nie Twoja miłość do Boga, lecz Jego do ciebie. Zrób rachunek sumienia. Módl się o zadośćuczynienie za grzechy świata. Módl się: „O mój Jezu, przepraszam Cię. Wybacz mi” (wyobraź sobie Jezusa na krzyżu; ucałuj każdą Jego ranę). Dobra rada: Fragmenty Pisma Świętego stosowne do wyrażenia skruchy wobec Pana Boga: 1 Kor 13, 4-7; Kol 3, 5-10; 1 Tm 1, 12-17; Jk 3, 2-12; 1 J 1, 5-2:6; Psalmy pokutne: 6, 32, 38, 51, 102, 130, 142.

    25-40 min: Medytacja

    Kolejne 15 minut: Kontempluj działanie Boga. Możesz w myślach odprawić drogę krzyżową lub odmówić różaniec. Lub też: Medytacja za pomocą Pisma Świętego. Przeczytaj krótki fragment z Ewangelii. Wyobraź sobie przeczytaną scenę. Jak zareagował wówczas Chrystus? Pomyśl o trzech sytuacjach z własnego życia, do których można by odnieść dany fragment. Medytuj na temat każdego wersu. Medytacja za pomocą nauki Kościoła. Przeczytaj krótki fragment z Pisma Świętego lub Katechizmu, który odnosi się do nauczania Kościoła. Pomyśl, jaki był Boży zamysł i zastanów się, w jaki sposób odnosi się do ciebie (to może wyglądać np. tak: niedziela – zmartwychwstanie; poniedziałek – wcielenie; wtorek – miłosierdzie, pokuta; środa – Duch Święty; czwartek – Eucharystia; piątek – Męka Pańska; sobota – Maryja). Medytacja związana z życiem. Pogłębiając rachunek sumienia, przyjrzyj się własnemu życiu. W jaki rodzaj pychy popadasz najczęściej? Czy jest to egoizm (cenisz wyłącznie siebie samego), próżność (najbardziej cenisz zdanie innych), czy zmysłowość (cenisz głównie własną wygodę)? Módl się o przeciwieństwa tych grzechów: miłosierdzie (służbę przede wszystkim innym), wierność (dbaj najbardziej o zdanie Chrystusa), dyscyplinę (akceptacja własnych krzyży).

    40-50 min: Dziękczynienie

    Kolejne 10 minut: Wyraź wdzięczność za wszystkie dary otrzymane od Boga. On nie tylko cię stworzył, ale w każdej chwili podtrzymuje twoje istnienie z miłości. Dziękuj Mu za dosłownie wszystko. Nazwij konkretne dary Boże: jedzenie, schronienie, ubranie, zdrowie, rodzina, przyjaciele, nauczyciele, współpracownicy, dom. Przede wszystkim jednak podziękuj za dary duchowe – za wiarę, nadzieję, miłość, ten czas modlitwy, za religię katolicką i za uczniów, którzy dotarli do Ciebie. Dziękuj Bogu za wysłuchanie Twoich modlitw. Dziękuj Mu za otrzymane krzyże. Dziękuj Mu za to, że cię stworzył i zależy Mu na tobie tak bardzo, że oddał za ciebie życie. Dobra rada: fragmenty Pisma Świętego stosowne do dziękczynienia Pan Bogu: Rdz 1; Rdz 8, 15-22; Hi 1, 13-22; Dn 3, 46-; Mt 6, 25-34; Łk 17, 11-19; Ps: 8, 65, 66, 100, 111.

    50-55 min: Prośby

    Kolejne 5 minut: Poproś Pana Boga o to, czego potrzebujesz ty sam i inni. On jest królem wszechświata i jest wszechmocny, nawet jeśli nie jest to oczywiste. Módl się: za Kościół, w intencjach Ojca Świętego, za cierpiących, kapłanów i biskupów, osoby konsekrowane, o powołania, za ojczyznę i swoją rodzinę oraz o to, czego najbardziej potrzebujesz w życiu duchowym. Módl się o pokój i ochronę rodziny. Módl się za tych, którzy prosili cię o modlitwę.

    55-60 min: Zakończenie

    Ostatnie 5 minut: Postanów sobie, że – prowadzony światłem Ducha Świętego – podejmiesz realistyczne i wymierne działania. Nazwij je. Poproś o wstawiennictwo Matkę Bożą. Możesz w tym celu odmówić modlitwę maryjną (np. Pod Twoją Obronę).

    wybrane z tekstu:Tom Hoopes/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W PIERWSZĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚW. JEST NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    Matka Boża objawiając się we Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się po całym świecie, choć nie można nie zauważyć jak niewidzialna moc piekieł robi wszystko, aby zniweczyć to na nabożeństwo.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus ukazując się siostrze Łucji powiedział na czym polega praktykowanie tego nabożeństwa i dlaczego pięć sobót: “Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM MODLIMY SIĘ PRZEZ WSTAWIENNICTWO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ ROZWAŻAJĄC SIEDEM MIECZY, KTÓRE PRZEBIŁY JEJ SERCE A KTÓRE ZAPOWIEDZIAŁ BYŁ STARZEC SYMEON W CZASIE OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU W INTENCJI POKOJU, KTÓRY TYLKO CHRYSTUS PAN DAĆ MOŻE – “POKÓJ MÓJ DAJĘ WAM”…

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W OSTATNIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA MSZA ŚWIĘTA ODPRAWIANA JEST W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    PO MSZY ŚWIĘTEJ PANI MONIKA DOBROWOLSKA, GŁÓWNA ZELATORKA ŻYWEGO RÓŻAŃCA, PRZEDSTAWIA INTENCJE NA KOLEJNY MIESIĄC DZIELĄC SIĘ REFLEKSJĄ JAKA W TYCH INTENCJACH JEST ZAWARTA I PODAJE BIEŻĄCE INFORMACJE ZWIĄZANE Z RÓŻAŃCEM. SPOTKANIE KOŃCZYMY MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 14807.jpg
    fot. notoryczna / sxc.hu

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 STYCZNIA 2023

    Bydgoszcz: modlitwa tysięcy mężczyzn ze wspólnoty Wojownicy Maryi

    fot. You Tube / Wojownicy Maryi

    *****

    Bazylika świętego Wincentego a Paulo w Bydgoszczy była miejscem spotkania formacyjnego Wojowników Maryi z Polski, a także Europy. Kilka tysięcy mężczyzn dotarło do świątyni ze Starego Rynku, idąc i modląc się z różańcami w dłoniach.

    Podobne spotkania są organizowane kilka razy w roku. – Dzisiaj możemy powiedzieć, że Bydgoszcz jest dla nas stałym domem, do którego chętnie powracamy. Miejscem, w którym chcemy się formować – powiedział Łukasz Manikowski. Przedstawiciel wspólnoty w grodzie nad Brdą dodał, że celem jest umacnianie się w wierze. – Chodzi przede wszystkim o duchowy wzrost. Również o walkę, ale nie na miecze, a z różańcem. Modlimy się za rodziny, kapłanów, trwając na adoracji – dodał Manikowski.

    Jak przyznał w rozmowie lider Wojowników Maryi – ks. Dominik Chmielewski SDB, Bydgoszcz zawsze była i jest bliska jego sercu. – Jestem bydgoszczaninem i zawsze towarzyszyło mi pragnienie, by właśnie to miasto było maryjne. By było miejscem, w którym mężczyźni dojrzewać będą do bycia odpowiedzialnymi za swoje małżeństwa, rodziny, miejsca, gdzie żyją – powiedział. Salezjanin wyraził wdzięczność biskupowi Krzysztofowi Włodarczykowi za otwartość serca i życzliwe przyjmowanie Wojowników Maryi. – Tysiące mężczyzn przyjeżdżają, by modlić się za rodziny, małżeństwa, władze miasta. To jest coś niezwykłego i budującego – dodał.

    Był Różaniec, konferencja, Koronka do Bożego Miłosierdzia, ale i Najświętsza Ofiara. – Tym razem chcemy w sposób szczególny rozbudzić świadomość życia, które w każdej chwili może się skończyć. Nasze dni błyskawicznie mijają, stąd w każdej chwili powinniśmy być gotowi, by stanąć przed Bogiem i zdać Jemu relację – powiedział ks. Dominik Chmielewski SDB. Według niego na tym polega odpowiedzialność mężczyzny. – Jesteśmy zobligowani do tego, by brać odpowiedzialność za każdą decyzję, wybór, jakiego dokonujemy. I nie jest to straszenie, ale motywowanie do najpiękniejszych wyborów, wartościowego i świadomego życia – powiedział ks. Chmielewski SDB.

    W bazylice modlili się mieszkańcy z Polski, jak i ci mieszkający w Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Szwecji. Francji, Austrii i Niemiec. – Im bliżej jesteśmy Boga, tym mocniej uderza w nas zło. Różaniec motywuje do tego, by wciąż od siebie wymagać, pracować nad sobą poprzez formację – podsumował Ryszard Sudół, wicelider Wojowników Maryi grupy Warszawa-Siekierki.

    Kolejne ogólnopolskie spotkanie formacyjne Wojowników Maryi odbędzie się w lutym w Płocku.

    źródła: KAI, Twitter, PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Święty patron rodzinnej modlitwy”

    Poznaj Patricka Peytona

    Wiele osób mówiło o nim, że nie spotkało takiego mężczyzny, który kochałby jakąś kobietę tak jak ks. Peyton Matkę Bożą. Czcigodny Sługa Boży Patrick Peyton doskonale rozumiał, że Maryja zna Pana Jezusa najlepiej i kocha Go najmocniej ze wszystkich na świecie. Wiedział też, że najkrótsza droga do Niego prowadzi przez Matkę Bożą. Historia ks. Peytona jest dobrze znana wielu ludziom.

     „Wszystko dla Niej. Historia kapłana, który rozkochał świat w różańcu”

     

    ks. Patrick Peyton
    opublikowane dzięki uprzejmości Holy Cross Family Ministries
    ks. Patrick Peyton

    Ukazuje ona niemalże cudowny sposób, w jaki ten skromny, młody ksiądz inspirował miliony podczas ogromnych zgromadzeń modlitewnych, a także poprzez radio, telewizję i filmy w Hollywood. Znamy szereg opowieści o łaskach otrzymanych za jego wstawiennictwem, bo już teraz Amerykanie modlą się, by został on kanonizowany i ogłoszony „Świętym patronem rodzinnej modlitwy”.

    Przeczytaj fragment jego autobiografii pt. „Wszystko dla Niej”.

    Powołany do służby

    Gdy byłem nastolatkiem, służba do mszy była najwyższym możliwym wyróżnieniem i nadal pamiętam, jak odebrało mi mowę, gdy jeden z moich kolegów, John Barrett, napomknął mi pewnego dnia, że może to dla mnie zorganizować. Szybko przestało mi wystarczać służenie tylko do jednej mszy w niedzielę. Chodziłem na poranną mszę, potem zostawałem w kościele, żeby się pomodlić, albo ociągałem się, idąc za innymi w drodze do domu i czasem wracałem służyć jeszcze do drugiej i ostatniej mszy. W naszej społeczności panowały surowe, niepisane zasady, wśród których wysoką pozycję zajmował pogląd, że nie powinno się robić czegoś, co odstaje od normy. Wiedziałem, że ludzie śmieją się ze mnie za moimi plecami (a czasem nawet w mojej obecności) i stroją sobie żarty z mojej przesadnej pobożności. Ale nie umiałem się powstrzymać. Nie tylko byłem oczarowany służbą do mszy, ale zaczęła we mnie kiełkować potajemna ambicja zostania księdzem. Prędko zawładnęła ona moimi myślami. Brałem coraz mniej czynny udział w rozmowach i zabawach z innymi. Cieszyłem się, gdy wysyłano mnie do pilnowania krów, bo to oznaczało, że miałem trzymać je na wypasie w jednej części pola, bo na drugiej były posadzone ziemniaki, owies i zboże uprawiane na siano. Mogłem wtedy oddawać się mojemu marzeniu bez obaw, że ktoś mi przeszkodzi, i rozmyślałem o Bogu i Jego Najświętszej Matce, o pięknie nieba, a także modliłem się o realizację mojej wielkiej ambicji. Moje marzenie miało się wkrótce spełnić.

    „Rodzina, która modli się razem, trzyma się razem!”

    Jeśli w naszym domu była jakaś niezmienna zasada, to ta, że każdy z nas musiał uczestniczyć w modlitwie różańcowej, której przewodniczył mój ojciec. Nieważne, jak ciężki i długi dzień mieliśmy za sobą – czy kopaliśmy ziemniaki, cięliśmy torf, czy naprawialiśmy drogę. Bywało, że ktoś z nas zasypiał na klęczkach, ale zawsze budziliśmy go – z dobrocią, ale i stanowczością – by wrócił do modlitwy. Cała nasza rodzina chwaliła wtedy Boga, prosiła Go poprzez Jego Matkę o prowadzenie do przeznaczenia, które nam wyznaczył. Ta wieczorna scena stanowi moje najwcześniejsze i najtrwalsze wspomnienie. To z niego czerpię wzór i cel swojego życia.

    Wiele lat później ta scena wróciła do mnie ze zdwojoną siłą. Dokładnie pamiętam dzień, w którym ta luźna myśl przerodziła się w konkretny pomysł. Było to w ostatnią niedzielę stycznia 1942 roku, w dniu, który spędzaliśmy w seminarium na comiesięcznych rekolekcjach. Był ranek, a ja siedziałem sam w pokoju. Nagle zdałem sobie sprawę, że tutaj, w tym domu, mamy dziesięciu księży i sześćdziesięciu młodych mężczyzn, którzy w ciągu kilku następnych lat zostaną wyświęceni, i jeśli wszyscy razem będziemy się dość żarliwie modlić, możemy doprowadzić do zakończenia tej wojny. „Tylko jak powinniśmy się modlić i o co?” – pytałem samego siebie. Potrzebne było nie tylko zakończenie walk, ale atmosfera prawdziwego pokoju, pokoju serca, pokoju w domu, pokoju w rodzinie. Tak, powiedziałem sobie, oto klucz: rodzinna modlitwa, a w szczególności ta, która od stuleci konsekwentnie sprowadzała Boże łaski, która ocaliła chrześcijaństwo pod Lepanto, do której ustawicznie zachęcali, którą odmawiali i promowali święci i papieże. Różaniec. Moje myśli podążyły za tym pomysłem. Postanowiłem zwerbować do wielkiej Krucjaty Różańcowej nie tylko siedemdziesięciu mężczyzn, z którymi mieszkałem, ale miliony innych, podobnych do żołnierzy i marynarzy spod Lepanto – i nie tylko ich, ale też ich matki, ojców, braci i siostry; każdą rodzinę w Stanach Zjednoczonych, każdą rodzinę na świecie – by poświęciły zaledwie dziesięć minut dziennie na odmówienie tej samej modlitwy.

    Podjąłem decyzję, że poświęcę całe moje życie i wszystkie siły na promowanie rodzinnej modlitwy, zwłaszcza w formie różańca odmawianego każdego dnia lub wieczora przez rodzinę zgromadzoną razem we własnym domu. Nie miałem pojęcia, jak to zrobię. Byłem jeszcze studentem z historią choroby, która uniemożliwiała mi nawet wykonywanie codziennej pracy, bez środków, bez majętnych przyjaciół, bez wielkiego doświadczenia w kraju, w którym zamierzałem pracować – w kraju uchodzącym za materialistyczny, w kraju skomplikowanym, gdzie każde działanie wymagało specjalistycznego podejścia. Wiedziałem, że zostanę wyśmiany jako wizjoner lub głupiec. Ale nie obchodziło mnie to. Nie mogłem się powstrzymać. Właśnie to zamierzałem zrobić i wiedziałem, że mi się uda, ponieważ Matka Boża się o to zatroszczy. Nie moja reputacja była tu stawką, lecz Jej.

    Krucjata różańcowa oplata ziemię

    Moje kazania zawsze były identyczne co do meritum. Opowiadałem tę samą historię co ludziom podczas poprzednich rekolekcji, tę samą, co pasażerom statku, który wiózł mnie do Irlandii, tę samą, którą opowiadam wielkim tłumom na zgromadzeniach, które stały się nieodłączną cechą późniejszych krucjat. To moje osobiste świadectwo, moje orędzie o wielkich rzeczach, które mnie – Jej niegodnemu słudze – uczyniła Maryja. Są to te same sprawy, które próbuję opisać w niniejszej książce: piękny, uduchowiony dom i rodzina, w której się wychowałem, rodzinna miłość zrodzona i wzmacniana poprzez wspólną modlitwę do tego stopnia, że moja matka i siostra były gotowe ofiarować swoje życie, bym ja mógł przeżyć i wykonać wyznaczone mi zadanie głoszenia na cały świat chwały Bożej i prawdy o czułej miłości Jego Matki, jaką darzy wszystkich braci Chrystusa, czyli swoje dzieci.

    Nieraz pełni dobrych intencji przyjaciele zalecali mi, bym dopracował swoją toporną mowę. Sugerowali pełne wdzięku zdania i głębokie idee. Ale kiedy staję przed publicznością, zawsze wychodzi tak samo. Przed każdym wystąpieniem przeraża mnie myśl o nadchodzącym trudzie i z wdzięcznością przyjmuję oferowaną pomoc. Jednak kiedy staję na scenie lub na ambonie i razem ze swoimi słuchaczami wspólnie odmawiam Zdrowaś Maryjo z prośbą o Jej prowadzenie, zdaję sobie sprawę, że jestem jak ci dwaj mężczyźni pukający do drzwi, by poprosić o pisemne zobowiązanie. Nie jestem tam dla własnej korzyści, lecz wyłącznie dla Niej. Moje zadanie nie polega na tym, by robić na tych ludziach wrażenie elokwencją, lecz by opowiedzieć im o moim doświadczeniu i sprawić, by zrozumieli, jakie wspaniałe rzeczy zrobiła dla mnie Maryja. I choć zawsze mówię to samo, w pewnym sensie za każdym razem jest to dla mnie coś nowego. To jak pobożnie odmawiane Zdrowaś Maryjo – zawsze to samo pozdrowienie, jednak bezustannie odnawiane mocą ducha, z którą się je odmawia. Publiczność zawsze jest taka sama, bez względu na to, czy liczy tuzin, czy milion osób. Za każdym razem, gdy zwracam się do ludzi, jest tak, jakbym robił to pierwszy raz, i przechodzę przez takie samo cierpienie, jakie opisywał św. Paweł, mówiąc o stawianiu czoła zadaniom ponad siły, tak iż wątpił, czy uda mu się ujść cało z życiem, i w głębi duszy czuł na sobie wyrok śmierci, jak pisał do Koryntian. Tak samo jak on pamiętam jednak, że to wszystko jest konieczne, by przypominać nam, byśmy nie pokładali ufności w sobie samych, lecz w Bogu, który przywraca życie umarłym. W ten sposób znajduję siłę, by wejść na scenę lub stanąć przy ambonie i wygłosić świadectwo Bożej mocy. Mocy tego Boga, który poprzez swoją Najświętszą Matkę przywrócił mi siły, gdy po ludzku nie było już dla mnie nadziei, i który wysłał mnie na drogę głoszenia świadectwa Jego miłosierdzia i czułej miłości, jaką Jego Matka obdarza nas wszystkich.

    Gdy prowadzone w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie Krucjaty różańcowe się rozpędzały, zacząłem planować przeprowadzenie ich w innych krajach. Chciałem, aby różaniec oplótł całą ziemię. Nastał moment, że bezustannie podróżowałem – nie tylko z kraju do kraju, lecz z kontynentu na kontynent, pokonując trasę, która z pozoru nie miała żadnej logiki i spójności, ale która stopniowo utkała wokół Ziemi różańcowy wzór i niosła kolejnym milionom ludzi przesłanie o rodzinnej modlitwie […]. Często powtarzałem wiernym „Kiedy wyjeżdżałem do Ameryki, zabrałem ze sobą jeden bezcenny skarb: rodzinny różaniec, który jest najtrwalszą tradycją Irlandii. Ale dopiero, gdy ruszyłem w świat i zobaczyłem miejsca, w których ta tradycja jest nieobecna lub bardzo słaba, zdałem sobie sprawę z jej nieoszacowanej wartości. Przyjechałem tu tylko po to, by wam o tym powiedzieć. Proszę, byście wytrwali w tej tradycji i przekazali ją swoim dzieciom: dla własnego dobra, dla ich dobra i dla dobra przykładu, który my, Irlandczycy, niesiemy światu swoim oddaniem Matce Bożej”.

    *fragment pochodzi z przedmowy książki „Wszystko dla Niej. Historia kapłana, który rozkochał świat w różańcu”.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpusty dla odmawiających różaniec

    „Wiedz, że jakiekolwiek są już liczne odpusty udzielone Mojemu Różańcowi, Ja ubogacę go jeszcze więcej na każdą pięćdziesiątkę „Zdrowaś Maryja” dla tych, którzy będą go odmawiali bez grzechu śmiertelnego i pobożnie na kolanach. Każdemu zaś, kto wytrwa w odmawianiu go rozmyślając jego piętnaście tajemnic, uproszę jako nagrodę za tak dobrą przysługę, aby w końcu życia zostały mu całkowicie odpuszczone winy i kara za wszystkie jego grzechy… Niech ci się to nie wydaje niemożliwe, ponieważ łatwo Mi jest to uczynić, gdyż jestem Matką Króla Niebios, tego, który nazywa Mnie Pełną łaski; jeżeli więc jestem nią wypełniona, to mogę ją rozdzielać i udzielę jej obficie Moim drogim synom”. (MB do bł. Alana de Rupe)

    Czym jest odpust?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych.
    (…). Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” (KKK 1471).

    „Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (KKK 1473).

    a) Odpust zupełny – uwalnia od wszystkich kar doczesnych, należnych za grzechy odpuszczone co do winy w sakramencie pokuty.
    b) Odpust cząstkowy – darowanie części kary doczesnej.
    „Przez odpusty wierni mogą otrzymać dla siebie, a także dla dusz w czyśćcu, darowanie kar doczesnych, będących skutkiem grzechów” (KKK 1498).

    Kiedy uzyskujemy odpust różańcowy?

    Odpust zupełny możemy uzyskać wówczas, gdy modlitwę różańcową odmawiamy:

    • w kościele,
    • w miejscu publicznych modlitw,
    • w rodzinnym gronie,
    • w zakonnej wspólnocie,
    • w pobożnym stowarzyszeniu.

    Gdy modlitwie różańcowej towarzyszą inne okoliczności, Kościół wtedy mówi o udzieleniu odpustu cząstkowego.

    Warunki, które należy wypełnić dla uzyskania odpustu zupełnego:

    1. Odmówić w całości przynajmniej jedną z czterech części różańca (pięć tajemnic określonej części).

    2. Medytacji nad tajemnicami różańcowymi musi towarzyszyć modlitwa ustna.

    3. Podczas publicznego odmawiania różańca muszą być – w sposób dla danego miejsca właściwy – zapowiadane poszczególne tajemnice. W przypadku gdy modlitwę różańcową odmawiamy sami, wystarcza, że recytujemy modlitwy i że towarzyszy temu rozważanie stosownych tajemnic. Ważne jest, byśmy nie przerywali modlitwy, nim ją skończymy*

    Pozostałe warunki dla uzyskania każdego odpustu zupełnego:
    • Być w stanie łaski uświęcającej; a jeśli trzeba, przystąpić do sakramentu pokuty.
    • Przyjąć Komunię świętą.
    • Wykluczyć wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, tzn. tolerowanie u siebie złych przyzwyczajeń lub dobrowolne trwanie w jakimś nałogu.
    • Wykonać z pobożnością dzieło obdarzone odpustem.
    • Odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo).

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, a cząstkowy – kilka razy dziennie. Należy wzbudzić intencję uzyskania odpustu. Odpusty możemy uzyskać dla siebie lub za zmarłych. Nie można ich przekazać żyjącym.

    za: http://parafia.prabuty.pl/


    *„Dla uzyskania odpustów za odmawianie Różańca świętego, kiedyś należało odmawiać przynajmniej jedną trzecią część w całości, bez przerywania. Tylko członkowie wpisani do bractwa mieli przywilej i to jedynie przy odmawianiu obowiązującego w ciągu tygodnia różańca, że mogli oddzielać jeden dziesiątek od drugiego, bez względu na czas między jednym dziesiątkiem a drugim. Jednak św. Pius X zezwolił na to wszystkim wiernym. Dzisiaj więc wszyscy mogą zyskiwać odpusty różańcowe, odmawiając nawet każdy dziesiątek oddzielnie... Dlatego nikt nie może twierdzić, że brak mu czasu na częste, a nawet codzienne odmówienie chociażby jednej cząstki Różańca”. (o. Ludwik Fanfani OP) – za: https://rozaniec.maryjni.pl/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej opublikowało testament duchowy zmarłego papieża Benedykta XVI:

    Mój testament duchowy

    Gdy o tak późnej godzinie mojego życia spoglądam wstecz na dekady, przez które wędrowałem, widzę przede wszystkim, jak wiele mam powodów do wdzięczności. Dziękuję nade wszystko samemu Bogu, dawcy wszystkich dobrych darów, który obdarzył mnie życiem i przeprowadził przez różnorodne zamęty; który zawsze mnie podnosił, gdy zaczynałem się osuwać, który zawsze na nowo dawał mi światło swojego oblicza. Z perspektywy czasu widzę i rozumiem, że nawet ciemne i uciążliwe fragmenty tej drogi służyły mojemu zbawieniu i że właśnie w nich prowadził mnie dobrze.

    Dziękuję moim rodzicom, którzy dali mi życie w trudnych czasach i za cenę wielkich wyrzeczeń swoją miłością przygotowali mi wspaniałe gniazdo, które do dziś jaśnieje przez wszystkie moje dni jako jasne światło. Przenikliwa wiara mojego ojca nauczyła nas dzieci wierzyć i stała mocno jako przewodnik pośród wszystkich moich osiągnięć naukowych. Serdeczna pobożność i wielka życzliwość mojej matki pozostają dziedzictwem, za które nie mogę jej wystarczająco podziękować. Moja siostra służyła mi bezinteresownie i pełna życzliwej troski przez dziesiątki lat. Mój brat zawsze torował mi drogę jasnością swoich sądów, mocną stanowczością i pogodą ducha. Bez tego jego stałego poprzedzania mnie i towarzyszenia, nie byłbym w stanie znaleźć właściwej drogi.

    Z głębi serca dziękuję Bogu za wielu przyjaciół, mężczyzn i kobiet, których zawsze stawiał u mojego boku; za współpracowników na wszystkich etapach mojej drogi; za nauczycieli i uczniów, których mi dał. Z wdzięcznością powierzam ich wszystkie jego dobroci. I chciałbym podziękować Panu za mój piękny dom u bawarskiego podnóża Alp, w którym mogłem raz po raz oglądać blask samego Stwórcy. Dziękuję mieszkańcom mojej ojczyzny, że pozwolili mi wielokrotnie doświadczać piękna wiary. Modlę się, aby nasz kraj pozostał krajem wiary i proszę was, drodzy rodacy, abyście nie dali się odwieść od waszej wiary. Wreszcie dziękuję Bogu za całe piękno, którego mogłem doświadczyć na różnych etapach mojej drogi, ale szczególnie w Rzymie i we Włoszech, które stały się moim drugim domem.

    Wszystkich, których w jakiś sposób skrzywdziłem, proszę o wybaczenie z całego serca.

    To, co powiedziałem wcześniej o moich rodakach, mówię teraz do wszystkich, którym została powierzona moja posługa w Kościele: Trwajcie mocno w wierze! Nie dajcie się zmylić! Często wydaje się, że nauka – z jednej strony nauki przyrodnicze, z drugiej badania historyczne (zwłaszcza egzegeza Pisma Świętego) – ma do zaoferowania niepodważalne spostrzeżenia, które są sprzeczne z wiarą katolicką. Byłem z daleka świadkiem zmian w naukach przyrodniczych i widziałem, jak rozpływały się pozorne pewniki sprzeczne z wiarą, okazywały się nie nauką, lecz interpretacjami filozoficznymi tylko pozornie należącymi do nauki – tak jak wiara, oczywiście w dialogu z naukami przyrodniczymi, uczyła się lepiej rozumieć granice zakresu swoich twierdzeń, a tym samym swoją rzeczywistą naturę. Od sześćdziesięciu lat towarzyszę drodze teologii, zwłaszcza biblistyki, i widziałem, jak wraz ze zmieniającymi się pokoleniami upadają pozornie niewzruszone tezy, które okazywały się jedynie hipotezami: pokolenie liberałów (Harnack, Jülicher itd.), pokolenie egzystencjalistów (Bultmann itd.), pokolenie marksistów. Widziałem i widzę, jak z plątaniny hipotez wyłonił się i na nowo wyłania racjonalność wiary. Jezus Chrystus jest naprawdę Drogą, Prawdą i Życiem – a Kościół, przy wszystkich swoich niedoskonałościach, jest naprawdę Jego Ciałem.

    Na koniec pokornie proszę: módlcie się za mnie, aby Pan przyjął mnie do wiecznych mieszkań, mimo wszystkich moich grzechów i braków. Wszystkim powierzonym mi osobom, dzień po dniu płynie moja serdeczna modlitwa.

    Benedictus PP XVI

    ***

    Po Mszy św. pogrzebowej trumna z ciałem Benedykta XVI została złożona do grobu w Grotach Watykańskich. Jest to ten sam grób, w którym w latach 1963-2000 spoczywał św. Jan XXIII, a w latach 2005-2011 – św. Jan Paweł II.

    fot. Włodzimierz Rędzioch/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________
    Różne drogi prowadzą do Boga. Co przyciąga konwertytów do Kościoła?

    fot. caharris/Pixabay

    ***

    Co sprawia, że innowiercy albo bezwyznaniowcy, jak się określają, wstępują do Kościoła katolickiego? Na to fundamentalne pytanie można znaleźć wiele różnych odpowiedzi, jednak jest coś, co je łączy: konwertyci odnajdują w Kościele prawdę, piękno i dobro, niezależnie od czynów tych, którzy swoim postępowaniem podważają autorytet Chrystusowej Owczarni. Jednak również katolicy zmieniają wyznanie…

    Dwa lata temu biskup Gavin Ashenden, były anglikański kapelan Jej Królewskiej Mości Królowej Elżbiety II w wywiadzie udzielonym „National Catholic Register” rok po swoim nawróceniu na katolicyzm wskazywał, że odnalazł spokój, odczuł ulgę i towarzyszy mu nieustająca radość. Wyjaśnił, iż dotychczas musiał stale mierzyć się ze zmianą, a także ciągle oceniać poprzez pryzmat kwestii, czy coś podoba się „świeckim konsumentom anglikanizmu”.

    Tymczasem w Kościele katolickim istnieje „cudowna ciągłość” w odniesieniu do zakonów i sakramentów, „w przeciwieństwie do protestanckiej niespójności i wynikającego z niej zamieszania”.

    Hierarcha wskazał ponadto, że jest wielu anglikanów, którzy wiedzą, iż dni ich wyznania są policzone, ale obawiają się je porzucić. – Zaczynają podzielać perspektywę, która stała się jasna dla mnie około 20 lat temu: że anglikanizm był 400-letnim ekumenicznym eksperymentem, który ostatecznie nie powiódł się – stwierdził były duchowny protestancki, który 22 grudnia 2019 roku został przyjęty do Kościoła Katolickiego. Od tego czasu pomógł nawrócić się kilkudziesięciu innym osobom.

    Tym, co motywowało je do konwersji było „rosnące poczucie, że prześladowania, jakich Kościół doświadcza w naszym pokoleniu w różnych częściach świata, tragicznie staje się coraz bardziej powszechne i dosięgnie znacznej części Kościoła na Zachodzie”.

    Ashenden dwa lata temu wskazywał, że chociaż katolicyzm jest dziś równie słaby, co wspólnota anglikańska i równocześnie ulegają one sekularyzacji oraz doświadczają skutków szybkich przemian kulturowych, to jedynie Kościół ma środki, by z tym kryzysem sobie poradzić.

    Duchowny przestrzegł, by nie podążać drogą sekularyzmu, nie osłabiać nadprzyrodzonego wymiaru Kościoła, bo gdy „słabnie życie duchowe, modlitwa, zanika wymiar charyzmatyczny i prorocki”, to braki usiłuje się rekompensować działalnością społeczno-polityczną. Tymczasem powinno powrócić się do stricte religijnej posługi, uczyć ludzi modlitwy i pomagać im w budowaniu żywej relacji ze Stwórcą. – W człowieku nadal istnieje silne egzystencjalne pragnienie Boga – podkreślił.

    Ashenden przyznał, że bardzo zależy mu na rozwoju autentycznego życia monastycznego i w tym upatruje odrodzenia nadprzyrodzonego wymiaru Kościoła. Zachęca innych, by „nie dali się złapać w pułapkę zwodniczo błędnych obrazów katolicyzmu, a zamiast tego czytali świadectwa tak wielu, dla których powrót do domu, do Matki Kościoła, był chwilą niezapomnianego odmłodzenia i zrozumienia autentycznego chrześcijaństwa”.

    Były biskup anglikański został mianowany kapelanem królowej Elżbiety II w 2008 roku. Pełnił tę funkcję przez 9 lat. Zrezygnował po tym, jak w katedrze Szkockiego Kościoła Episkopalnego w Glasgow odczytano fragment Koranu zaprzeczający boskości Jezusa Chrystusa.

    Sefardyjski Żyd Gad Elmaleh

    Nie tak dawno temu, bo w listopadzie 2022 r. światowe media donosiły o nowym filmie popularnego francuskiego komika Gada Elmaleha, który opowiada o jego konwersji na katolicyzm. Nawrócenie showmana, aktora, reżysera, wywodzącego się z marokańskiej wspólnoty Żydów sefardyjskich, zelektryzowało opinię publiczną.

    Jewish Telegraph Agency 8 listopada podkreśliła, że „sukces Gada Elmaleha był powodem do dumy i pociechy dla francuskich Żydów, żyjących w obliczu widma antysemityzmu”. Dodano, że aktor „jednak powiedział podczas wywiadu telewizyjnego promującego jego nowy autobiograficzny film Reste un peu, że przechodzi na katolicyzm”.

    Elmaleh był „jednym z najbardziej znanych Żydów we francuskim przemyśle rozrywkowym w ciągu ostatnich dwóch dekad”. Syn marokańskich imigrantów słynął nie tylko „z niezwykle udanych skeczy, w których często odwoływał się do żydowskiej tożsamości” i został nominowany do Cezara, ale także z tego, że niegdyś był związany z Charlotte Casiraghi, córką księżnej Karoliny z Monako, z którą ma syna Rafaela.

    Według „El Mondo”, komik po chrzcie zamierza przyjąć imię Jean-Marie, na cześć Matki Chrystusa. To Ona miała przyciągnąć go do Kościoła, gdy miał około sześciu, może siedmiu lat. W wywiadzie udzielonym czołowej francuskiej gazecie „Le Figaro” mówił, że „Maryja Dziewica jest jego najpiękniejszą miłością”.

    Berberyjski Żyd z entuzjazmem opowiadał o swoim pierwszym spotkaniu z Matką Chrystusa. – Odkryłem Najświętszą Maryję Pannę przez przypadek, jako dziecko, w Notre Dame de Lourdes w Casablance. Idąc wbrew wskazówkom rodziców, bo ich wiara zabrania [wejścia do kościoła chrześcijańskiego], pchnąłem drzwi świątyni i stanąłem twarzą w twarz z gigantyczną figurą Najświętszej Maryi Panny, która patrzyła mi prosto w oczy. To nie była wizja, tylko zwykły posąg, ale przeraziłem się. Zalewając się łzami ze wzruszenia, ukryłam się w obawie przed złapaniem przez rodzinę, w obawie przed przekleństwami i przesądami. Pozostało to moją tajemnicą przez całe dzieciństwo. Od tego czasu, otrzymawszy cudowny medalik Maryi  jestem przekonany, że od dawna jestem pod opieką Dziewicy  noszę go jako przestrogę.

    Elmaleh został kilka lat temu zaproszony do koprodukcji musicalu Bernadette de Lourdes. Postać świętej Bernadetty Soubirous, której Matka Boża ukazała się w 1858 roku, zrobiła na nim ogromne wrażenie. Komentował wówczas: – Jestem tylko komikiem i nawet jeśli jestem wyznania mojżeszowego, staram się zrozumieć wszystkie wierzenia. Wzruszyła mnie historia Bernadetty. Przemówiła do mnie. To nie jest tylko bajka, to współczesne świadectwo o danym Słowie, wierze, prawdzie, które nikogo nie może pozostawić obojętnym, bez względu na wyznanie (…). Odkryłem ludzi, rodziny, które każdego roku poświęcają swój czas i serce chorym. Widziałem, jak pokolenie mojego syna wyciąga rękę do wrażliwych ludzi. Młodzież otwarta na świat, w miejscu pełnym osób w potrzebie. Chcę to podkreślić. W świecie, w którym jesteśmy wycofani, w którym sieci społecznościowe zabierają nam całe dnie, ci młodzi ludzie zaangażowani w kontakt z innymi dają świadectwo uniwersalnych wartości. To wszystko ogromnie mnie dotyka i porusza – zaznaczył.

    Żydowskiego komika „zainspirowały” do konwersji także pisma Jeana-Marie Lustigera (1926 – 2007), kardynała i byłego arcybiskupa Paryża, który z judaizmu przeszedł na katolicyzm. Był Żydem aszkenazyjskim. Jego rodzina wyemigrowała z Polski do Francji. Nawrócił się w wieku 14 lat. Wzbudzał jednak kontrowersje, a na jego pogrzebie odmówiono kadisz, żydowską modlitwę za pogrążonych w żałobie.

    Inną ważną postacią, o której wspomina, jest kardynał Robert Sarah, były prefekt Kongregacji Kultu Bożego. Oboje spotkali się w sanktuarium Paray-le-Monial, w opactwie Sénanque, gdzie Elmaleh od czasu do czasu odbywa rekolekcje.

    Elmaleh już jako nastolatek przeprowadził się z rodziną z Maroka do Kanady, a potem do USA, by wreszcie trafić do Francji. Studiował teologię. Komik dziwi się, że we Francji „zdecydowana większość katolików nie żyje otwarcie swoją wiarą”.

    Chociaż Dziewica Maryja „wzięła go pod swoje skrzydła” i towarzyszyła mu cały czas, Elmaleh bynajmniej nie wiódł moralnego życia. – Zwracałem się do Niej stopniowo i zacząłem prosić Ją o pomoc, zwłaszcza przed występami – przyznał. Komik w 2007 roku został wybrany przez widzów kanału telewizyjnego TF1 „najzabawniejszym człowiekiem roku”.

    O swojej drodze prowadzącej do nawrócenia opowiedział w filmie, który został przyjęty przez jednych z entuzjazmem, przez innych z dezaprobatą. W produkcji wystąpili rodzice, którzy nie mogli pogodzić się ze zmianą religii syna, chociaż postanowili go „mimo wszystko wspierać” – jak tłumaczył komik w talk show Quelle Epoque stacji France 2.

    Niektórzy fani, w tym Żydzi, gratulowali mu odważnej i duchowej podróży, podczas gdy inni go krytykowali. Jeszcze inni są sceptyczni i zastanawiają się, czy to aby nie jest jakiś chwyt marketingowy czy kolejny żart komika.

    Jeden z dominikańskich recenzentów produkcji wskazał, że to „chyba jedyny współczesny film, jaki widział, w którym katolicy i sposób, w jaki się modlą, nie są przedstawiani jako śmieszni czy odrażający. To miła zmiana”.

    Erik Ross dodał, że reakcja mamy komika, która powiedziała mu: „Skoro zmieniasz Boga, zmień także rodziców” (na co Elmaleh odparł, że wcale nie zmienia Boga Mojżesza i Abrahama, a jedynie głębiej go poznaje w Kościele katolickim), dotyka sedna tego, czego doświadcza wielu Żydów, którzy przyjmują chrześcijaństwo: – Zwykle nie postrzegają swojej religijnej ewolucji jako „zmiany Boga”. Myślą, że odnoszą się do tego samego Boga w nowy sposób. I żałują, że ich rodziny tego nie rozumieją.

    Jeszcze w 2014 roku Gad Elmaleh rozśmieszał publiczność w swoim show, z humorem i sympatią „kpiąc” z religii. Śmiejąc się z protestantów mówił, że „bardzo ich szanuje, bo to katolicy, którzy postawili na swoim”. O ateistach wspominał, że jest nimi „zafascynowany”, ponieważ „żeby codziennie w nic nie wierzyć, trzeba mieć wiarę”.

    Ojciec dwóch chłopców: Noego i Rafaela – każdy z innego związku (pierwszy z aktorką Anne Brochet) – nie założył szczęśliwej rodziny. Przekonuje jednak, że jego najnowszy film jest kroniką duchowej podróży jako nawróconego Żyda, przygotowującego się do chrztu chrześcijańskiego. Reste un peu, którego premiera miała miejsce 16 listopada 2022 r. we Francji, ma – zgodnie z zamiarem autora – zachęcić widzów do refleksji nad „fundamentalnymi kwestiami wiary, korzeni i dialogu międzyreligijnego”.  

    Utalentowany artysta, który kiedyś opuścił Maroko w poszukiwaniu sławy i fortuny – w międzyczasie stając się częścią rodziny królewskiej Monako dzięki wspomnianemu związkowi z Charlotte, córką księżnej Karoliny – obstaje przy tym, że to Dziewica Maryja „jest powodem, dla którego kocha katolicyzm”. To jest „teraz jego najpiękniejsza miłość”, prawdziwa „gwiazda filmowa”. I wciąż apeluje, aby katolicy z większą odwagą głosili Dobrą Nowinę. By przestali być „tacy dyskretni” i „nie cenzurowali swojej wiary”. W filmie mocno wybrzmiewa werset z Ewangelii: „I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy” (Mt 19, 29). Elmaleh mówi: – Bardzo mi się podoba to zdanie! To jest mądrość. Nadzieja życia wiecznego jest tym, co go ciągnie do katolicyzmu.

    Cameron Bertuzzi

    W tym samym miesiącu również dużym echem odbiła się decyzja popularnego protestanckiego prezentera YouTube, Camerona Bertuzziego, który ogłosił 17 listopada, że przechodzi na katolicyzm.

    Youtuber bierze udział w programie amerykańskiego episkopatu RCIA, który ma mu pomóc w przygotowaniu się do konwersji. Ostatecznie ma być przyjęty do Kościoła katolickiego w Wielkanoc 2023 r.

    Tym, co go przekonało, były argumenty przemawiające za papiestwem. Dociekał swojej wiary na gruncie intelektualnym. Tłumaczył, że miał otwarty umysł i ostatecznie powiedział sobie, że „pójdzie za dowodami, dokądkolwiek go doprowadzą, nawet jeśli ten wniosek będzie niewygodny dla niego i dla jego rodziny”.

    Protestanccy przyjaciele mieli być „bardzo pewni”, że ostatecznie badanie tej kwestii potwierdzi jego dotychczasową wiarę. Tymczasem autor stwierdził, że „odkrył, iż dowody zdecydowanie sugerują, że papiestwo jest prawdziwe”. W rozmowie z Mattem Fradd, popularnym katolickim gospodarzem kanału YouTube „Pints with Aquinas”, opowiadał o swoim nawróceniu.

    Bertuzzi wcześniej gościł na swoim kanale zarówno katolików, jak i niekatolików. Popularnego w kraju biskupa Roberta Barrona z diecezji Winona-Rochester pytał w filmie opublikowanym 25 września 2020 roku, dlaczego powinien zostać katolikiem. Dociekał tego także w rozmowach z katolickimi apologetami: Trentem Hornem i Jimmy Akinem z apostolatu Catholic Answers; z teologiem i profesorem Scottem Hahn; z księdzem Vincentem Lampertem, egzorcystą archidiecezji Indianapolis i innymi.

    Justin Kalan 6 grudnia 2022 r. z entuzjazmem komentował, że apolegetyka nie umarła. – Nawrócenie Bertuzziego jest nie tylko okazją do radości, ale także okazją do refleksji nad nieco kontrowersyjnym tematem: rolą apologetyki w ewangelizacji” – wskazywał, dodając, że niektórzy w kręgach katolickich i w ogóle chrześcijańskich „są pesymistami co do roli apologetyki i argumentują, że ma ona niewielką lub żadną rolę w procesie ewangelizacji.

    Autor zaznaczył, że tym, co przede wszystkim przyciąga innych do katolicyzmu, jest osobisty przykład życia, a nie argumenty i dywagacje intelektualne. „Ściśle mówiąc” – pisze Kalan na stronie wordonfire.org – „twierdzenie, że jedna osoba nawraca drugą, jest fałszywe. Przeciwnie, każde nawrócenie jest zasadniczo dziełem Ducha Świętego. Ale chociaż wszyscy możemy się zgodzić, że argumenty i dowody same w sobie nie poruszają serc i umysłów naszych bliźnich w kierunku konwersji, nie oznacza to, że nie odgrywają one żadnej roli, a nawet nie odgrywają większej roli w nawróceniu niektórych ludzi. Nawrócenie Camerona Bertuzziego dobrze to ilustruje”.

    Bertuzzi, który prowadzi kanał „Capturing christianity”, ma na celu „pokazanie intelektualnej strony wiary chrześcijańskiej”. Zgodnie z mottem C.S. Lewisa, pragnie obronić „zwykłe chrześcijaństwo”, czyli najważniejsze i fundamentalne elementy wiary chrześcijańskiej: istnienia Boga, boskości Pana Jezusa, historyczności Jego Zmartwychwstania itp.

    Na jego kanale gościli także ateiści. Debatował m.in. z takimi apologetami ateizmu, jak Alex O’Connor czy Stephen Woodford.

    Bertuzzi był ewangelikiem zanim nawrócił się na katolicyzm. Kwestionował m.in. realną obecność Pana Jezusa w Eucharystii, nie wierzył w istnienie piekła. Debaty i rozmowy z przedstawicielami różnych wyznań, niewierzącymi i przyjaciółmi miały mu pomóc w procesie rozeznania i uświadomienia sobie, że tak naprawdę to papiestwo jest głównym tematem jego dociekań.

    Nawrócenie popularnego youtubera miało być „niezwykłe, ponieważ było tak publiczne” i dokonywało się w trakcie prowadzonych przez niego rozmów. Obrazuje ono sposób myślenia, wyzwań i doświadczeń Bertuzziego w całym procesie konwersji. Młody człowiek poszukiwał prawdy i odnalazł ją w katolicyzmie, skupiając się na jednej z najbardziej charakterystycznych cech Kościoła: roli papiestwa.

    Ponoć miał go przekonać biblijny argument o proroctwie Eliakima o przekazaniu kluczy domu Dawidowego, które łączy z obietnicą przekazania kluczy przez Pana Jezusa świętemu Piotrowi. Bertuzzi te i inne dowody „za” i „przeciw” katolickiej doktrynie papiestwa osadził w analizie bayesowskiej (metoda wnioskowania statystycznego). Z podstawionych dowodów i analizy prawdopodobieństwa wyszło mu, że nauka o papiestwie jest prawdziwa i zdecydował się wstąpić do Kościoła.

    Był jeszcze jeden element, który go niejako przywiódł do prawdziwej wiatry: jako fotografa pociągało go piękno liturgii, architektury i innych aspektów Kościoła katolickiego. Urzekła go grekokatolicka liturgia. Spodobało mu się pięknie wydawane czasopismo „Word on Fire” poświęcone ewangelizacji i kulturze w USA. To było coś, co przyciągało go do wiary wraz z jej prawdą.

    Nawrócenie Bertuzziego niekiedy porównuje się do konwersji Johna Henry Newmana, protestanckiego duchownego, który został świętym katolickim, a który miał fides i wykorzystał ratio, aby dotrzeć do Kościoła katolickiego, w którym są sakramenty i sukcesja apostolska.

    Około 30 procent ludzi w ciągu całego swojego życia zmienia wiarę

    „The Oxford Handbook of Religious Conversion” wskazuje, że około 30 proc. osób w ciągu całego swojego życia zmienia religię i dotyczy to konwertytów nie tylko na katolicyzm, ale także z katolicyzmu na protestanckie wyznania, islam itp. Co jednak charakterystyczne, badanie Pew Research Center z 2009 r. sugeruje, że ludzie, którzy zmieniają przynależność religijną, znacznie rzadziej podają argumenty intelektualne, które ich przekonały do zmiany. Jednak to „działa” w przypadku nielicznej grupy osób. Sceptyków mają pociągać pozytywne skojarzenia z wyznawcami danej religii, potrzeba doświadczeń duchowych. „Pcha” ich „pociąg emocjonalny”.

    Niewątpliwie kwestia nawrócenia religijnego od dawna odgrywała ważną rolę w przemianach ludzi, społeczeństw i kultur na całym świecie. Jednak w ostatnich dziesięcioleciach wzrosło zainteresowanie konwersją religijną, ze względu na kontrowersje dotyczące zmieniającej się etyki i wynikające z tego konsekwencje społeczne, kulturowe oraz polityczne.

    Pew Research Center w badaniu z 2009 r. „Faith in Flux”, podawało, że Amerykanie – w porównaniu z innymi nacjami – częściej zmieniają swoją wiarę. Uczyniła tak około połowa dorosłych przynajmniej raz w życiu. Większość ma porzucać wiarę z dzieciństwa jeszcze przed ukończeniem 24. roku życia. Niektórzy porzucają swoje wyznanie więcej niż raz. Z roku na rok rośnie liczba osób, które nie czują się zrzeszone z żadną religią.

    Dwie trzecie byłych katolików i połowa byłych protestantów twierdzi, że pozostawili za sobą wiarę z dzieciństwa, ponieważ przestali wierzyć w jej nauki, a około czterech na dziesięciu twierdzi, że nie przynależą do żadnej wspólnoty, ponieważ nie wierzą w Boga lub nauki większości religii. Wiele osób, które tłumaczy, że zrobiło to częściowo dlatego, iż uważają ludzi religijnych za hipokrytów lub osądzających, zanadto skupiających się na zasadach lub dlatego, że przywódcy religijni są zbyt skupieni na władzy i pieniądzach. Znacznie mniej osób twierdzi, iż przestało wierzyć, ponieważ współczesna nauka dowodzi, że religia to tylko przesąd.

    Katolicyzm poniósł największą stratę w procesie opisywanych przemian. Jednak mniej niż trzech na dziesięciu byłych członków Kościoła twierdzi, że skandal związany z wykorzystywaniem seksualnym przez duchownych miał wpływ na ich decyzję o opuszczeniu katolicyzmu.

    Wielu protestantów zmienia dotychczasową denominację po części dlatego, że przenieśli się do nowej społeczności lub poślubili kogoś innego wyznania. Więcej niż jeden na czterech dorosłych Amerykanów (28 proc.) traci wiarę z dzieciństwa m.in. z powodu słabych praktyk religijnych i ta fundamentalna zmiana dokonuje się zwykle przed 24. rokiem życia. Konwersja zwykle następuje przed ukończeniem 36. roku życia i niewiele osób zgłasza zmianę wyznania po ukończeniu 50. roku życia.

    Na przykład najczęstszym powodem opuszczenia katolicyzmu przez byłych wiernych, którzy przeszli na protestantyzm, jest niezaspokojenie ich potrzeb duchowych (71 proc.).

    W Kościele konwertyci szukają prawdy i głębokiej duchowości. Nawet niezrzeszeni sugerują, że religia jest dla nich ważna i nie wykluczają, że pewnego dnia zwiążą się z jakimś wyznaniem.

    Jak ewangelizować?

    O tym, co robić i jak ewangelizować debatują biskupi na całym świecie. W 2016 roku, gdy głośno zrobiło się w związku z nadużyciami seksualnymi duchownych w Kościele amerykańskim, hierarchowie w Baltimore zastanawiali się, jak ewangelizować osoby niezwiązane z żadną duchową wspólnotą.

    Biskup Robert Barron, szef Komisji Ewangelizacji i Katechezy USCCB sugerował, że postępuje proces „masowego wyniszczenia narodu, zwłaszcza młodych” i wezwał innych biskupów, „aby przyjrzeli się temu, kim są niezrzeszeni, dlaczego odchodzą i jak ich odzyskać”.

    Hierarcha przywołał statystyki, z których wynikało, że na każdą osobę przystępującą dzisiaj do Kościoła przypada 6,45 odchodzących. Prawie ośmiu na dziesięciu opuszcza Kościół w wieku 23 lat, a mediana wieku, w którym można dokonać apostazji, wynosi zaledwie 13 lat.

    Dokąd idą? Około jednej czwartej staje się ewangelikami, a kolejne 25 procent przyłącza się do innej religii lub wyznania chrześcijańskiego, połowa to po prostu ateiści, agnostycy lub bez żadnej przynależności religijnej.

    Hierarcha zauważył, że większość ma raczej ambiwalentny, a nie wrogi stosunek do religii. Duchowny wysnuł wnioski, że młodzi odchodzą, ponieważ uważają, że religia kłóci się z nauką. Podał przykład kanadyjskiego psychologa, Jordana Petersona, który poprzez dyskusje na temat „Biblii” poniekąd ewangelizuje młodych. Jednak samo wspomnienie profesora psychologii zirytowało innych duchownych. Bp Barron zaznaczył, że „przyjrzał się temu zjawisku” i stwierdził, że „być może nie doceniamy tego, do czego zdolni są nasi młodzi ludzie. Może możemy również zająć się tymi problemami na wysokim poziomie” – sugerował.

    Biskup Christopher Coyne, chociaż zgodził się z oceną, że głównym powodem opuszczania Kościoła przez młodych ludzi jest brak wiary, to jednak zakwestionował hipotezę jakoby istniały wyraźne intelektualne powody, dla których nastolatkowie w wieku zaledwie 13 lat opuszczają Kościół.

    Hierarcha apelował, by brać pod uwagę tendencje, które pokazują, że milenialsi nie dołączają do parafii ani klubów towarzyskich w niemal takim samym tempie, jak kiedyś poprzednie pokolenia, a zatem może być trudniej do nich dotrzeć w ramach tradycyjnych granic życia parafialnego.

    Duchowny ostrzegł przed przywiązywaniem zbyt dużej wagi do ewangelizacji młodych, ponieważ oprócz młodych ludzi, którzy są zaangażowani w intelektualne debaty na temat religii na forach internetowych na temat ateizmu lub dyskusji Jordana Petersona na temat „Biblii”, jest wielu innych milenialsów bez wyższego wykształcenia, którzy nie biorą udziału w żadnej z tych aktywności.

    Podał przykład stanu Vermont, gdzie istnieje jeden z najwyższych wskaźników absolwentów szkół średnich, którzy jednak nie decydują się pójść na studia, lecz szukają pracy w małych firmach, wojsku lub innych zawodach.

    Co więc działa na rzecz ewangelizacji w jego diecezji? W przekonaniu hierarchy, najważniejszy jest przykład wiary dany dzieciom przez rodziców. Uważa, że ogromną rolę odgrywają inni dorośli, którzy poprzez stowarzyszenia świeckie nawiązują kontakty z dorosłymi niezwiązanymi z żadną wiarą. Świeccy katolicy w Burlington zaczęli tworzyć stowarzyszenia biznesowe i medyczne podobne do gildii sprzed wieków i w trakcie tego procesu byli w stanie budować przyjacielskie relacje, wspierać się nawzajem.

    – To Duch Święty, to niesamowite. Część ewangelizacji jest naprawdę podejmowana przez świeckich mężczyzn i świeckie kobiety, którzy rozumieją, że ewangelizacja jest relacyjna – sugerował. – Spotykają się, modlą, wspierają się nawzajem, a także rozmawiają o zmaganiach katolików w zawodzie lekarza lub katolików w środowisku biznesowym – dodał. Na przykład miejscowy medyk założył grupę katolickiego stowarzyszenia lekarskiego. Na spotkanie do jego domu przybyło około 40 osób zainteresowanych nawiązaniem i pogłębieniem relacji – zaznaczył Coyne.

    Biskup Barron chwalił ewangelizację za pośrednictwem mediów społecznościowych np. poprzez Word on Fire Ministries, FOCUS, St. Paul Street Evangelization. Docenił to, co robią Scott Hahn i Peter Kreefta. Dodał, że poza argumentami intelektualnymi jest „droga piękna” i „droga sprawiedliwości”.

    Pan Bóg trafia do ludzi w różny sposób

    Kwestia nawrócenia nie jest sprawą oczywistą, socjologiczną, kulturową, ale kwestią łaski. Pan Bóg trafia do ludzi w różny sposób. O wielu nawróceniach nie mamy pojęcia, ponieważ dokonują się głęboko w duszy człowieka i nie każdy chce o tym opowiadać. Marcus Freeman, nowy główny trener futbolistów The Fighting Irish na prestiżowym katolickim Uniwersytecie Notre Dame chciał utrzymać w tajemnicy, że się nawrócił i we wrześniu 2022 r. został przyjęty do Kościoła katolickiego, w którym od zawsze jest jego żona i sześcioro ich ochrzczonych dzieci. O konwersji zaczęły donosić media po tym, jak w biuletynie parafii pod wezwaniem św. Piusa X w Granger (Indiana) opublikowano ogłoszenie witające Freemana w Kościele.

    Inni, na przykład hollywoodzki aktor Shia LaBeouf, znany z ról w takich filmach jak „Transformers” i „Furia”, chętnie dzielili się opowieściami o tym, co doprowadziło go do konwersji. LeBeouf pozostawał pod ogromnym wrażeniem osobowości świętego Ojca Pio. Aktor odtwarzał na ekranie postać słynnego franciszkańskiego stygmatyka z Pietrelciny, który w sposób szczególny dbał o dusze zmarłych w czyśćcu. Zakonnik wszystkie cierpienia i udręki przyjmował i składał w ofierze Bogu za grzeszników i dusze cierpiące w czyśćcu. Rola Ojca Pio na ekranie doprowadziła aktora do nowo odkrytej miłości do wiary katolickiej. Zapoznał się m.in. z dziełami św. Augustyna. Zachwycił się pięknem i głębią tradycyjnej liturgii. Chętnie odmawia Różaniec. Wreszcie znalazł ulgę i spokój.

    Co ciekawe, studenci i studentki konwertyci na katolicyzm uniwersytetu Harvarda, można by powiedzieć siedliska bezbożników, mimo intelektualnego zaangażowania cenili sobie wpływ adoracji Najświętszego Sakramentu czy pozornie przypadkowe spotkania z księdzem na ulicy. To były impulsy, które doprowadziły ich do głębszych pytań o prawdę i wiarę. Niektórych skłoniło to do powrotu do wiary wyniesionej z domu rodzinnego,

    Ksiądz Donald Calloway, również konwertyta, wspominał niedawno, że kiedyś był ateistą, straszliwie zepsutym człowiekiem, rozrabiaką uzależnionym od narkotyków, który porzucił szkołę średnią. Syn wojskowego po przeniesieniu do Japonii szybko nawiązał kontakt z miejscową mafią zwaną yakuza. – Byłem małym kaukaskim chłopcem, który z plecakiem pełnych narkotyków i pieniędzy biegał do różnych kasyn na wyspie Honsiu, głównej wyspie Japonii – wspominał w filmie opowiadającym o jego nawróceniu.

    W pewnym momencie chłopak był poszukiwany przez rząd japoński i rząd Stanów Zjednoczonych, w tym przez amerykańskich wojskowych. W końcu zakuto go w kajdany i umieszczono w ośrodku odwykowym, ale zaraz po zwolnieniu nastąpił u niego nawrót choroby. Jak wspomina, „stale był na haju”, ale zdarzało mu się od czasu do czasu zastanawiać nad sensem życia, tyle że nie w kontekście religijnym.

    Pewnej nocy, jako prawie 21-letni mężczyzna, będąc w rodzinnym domu, bez rozpraszającej muzyki, odgłosów imprezy, szybko popadł w pesymizm, a potem dopadł go atak paniki i chciał popełnić samobójstwo. Chcąc wyrwać się z tego stanu naprędce złapał przypadkową książkę z półki rodziców. Opowiadała ona o objawieniach maryjnych.

    Przyznał, że matka była gorliwą katoliczką, ale on nie miał pojęcia, kim jest Najświętsza Maryja Panna. Zaczął czytać „o pięknej kobiecie imieniem Maria, która była matką Jezusa, i że była tak piękna, że doprowadzała małe dzieci do płaczu i upadania na kolana z powodu jej kobiecości i urody. To mnie fascynowało” – przyznał. – Myślę, że Bóg użył piękna Maryi Dziewicy, aby mnie zdobyć i była to genialna metoda, ponieważ zadziałała. Przeczytałem całą książkę w jedną noc i to zapoczątkowało moje radykalne zakochanie się w Jezusie Chrystusie – komentował.

    Następnego ranka ledwo był w stanie opowiedzieć mamie o swoim doświadczeniu. Ta w pośpiechu zaczęła szukać księdza. Zadzwoniła do kilku, prosząc, by jak najszybciej spotkali się z jej synem. Duchowni albo jeszcze spali, albo nie byli gotowi na poranne wyjście.

    Nawrócony komentował, że „księża nie pojmowali powagi sytuacji – konieczności spotkania o 6:30 rano, bez wcześniejszego uprzedzenia”. – W ich mniemaniu, co mogło być tak ważne, że nie mogło poczekać kilku godzin? – pytał retorycznie.

    W końcu olśniło go i zapytał mamę, czy czasami przed ich oknem nie znajduje się to miejsce, gdzie ludzie chodzą się modlić. – Rozumiejąc, o czym mówię, spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała: „Tak, Donnie. Biegnij!”.

    Niedługo potem udało mu się spotkać z księdzem, który zaprosił go, aby przyszedł i zobaczył, jak odprawia Mszę. Po Mszy ksiądz dał mu obraz przedstawiający Pana Jezusa. Potem wydarzenia już się same potoczyły…

    Wnuk Johna Wayne’a, hollywoodzkiej legendy, symbolu męskości i amerykańskich wartości, ks. Matthew Muñoz także wspominał i wyrażał dumę z nawrócenia dziadka, zaznaczając, że jego babcia, Josephine Wayne Saenz miała wspaniały wpływ na życie Wayne’a i „wprowadziła go w świat katolicki”.

    Dziadkowie Muñoza pobrali się w 1933 roku i mieli czworo dzieci, z których najmłodsza córka – Melinda – jest jego matką. Para rozwiodła się w 1945 roku. Josephine wyszła ponownie za mąż dopiero po śmierci Johna Wayne’a. Nigdy nie przestała modlić się o nawrócenie męża i ta modlitwa została wysłuchana w 1978 roku.

    Dlaczego tak wielu anglikanów zwraca się w kierunku Rzymu?

    Anglikańscy duchowni zastanawiają się, co jest takiego w Kościele, że tylu anglikanów – w porównaniu z mniejszą ilością luteran, metodystów i prezbiterian – zwraca się w kierunku Rzymu?

    Sugeruje się, że wyraźna zmiana w zakresie konwersji zaczyna się od Johna Henry’ego Newmana, od czasu jego przemiany w 1845 r. Od tego momentu nastąpił stały i nieproporcjonalny napływ anglikanów do Kościoła katolickiego, a w ostatnich latach proces ten nawet miał przyspieszyć. Dlaczego?

    Bo w Kościele katolickim anglikanie odnajdują prawdę i niezmienność zasad, niezależnie od tego, czy się one komuś podobają, czy nie. Nauki te są ugruntowane w samym objawieniu Jezusa Chrystusa i są przekazywane przez Pismo Święte oraz Tradycję apostolską, a w wierności Jezusowi Chrystusowi są podtrzymywane przez Magisterium Kościoła. Tu są sakramenty święte, a wśród nich Eucharystia, w której Jezus jest prawdziwie i substancjalnie obecny; małżeństwo, które jest związkiem jednego mężczyzny i jednej kobiety, święcenia kapłańskie, które mogą być udzielane jedynie mężczyznom. To tu mówi się o czynach wewnętrznie złych, a zatem zawsze złych, jak: eutanazja, aborcja, bluźnierstwa, sodomia itp. To są czyny, które nigdy nie mogą być aprobowane przez wierzących w Trójcę świętą, Dziewictwo Maryi, Jej Wniebowzięcie i Niepokalane Poczęcie. To w Kościele katolickim, gdzie jesteśmy pouczani i zachęcani do budowy osobistej relacji z Bogiem, możemy doświadczyć wolności, którą może dać tylko prawda.

    Jak naucza Katechizm Kościoła katolickiego: „Wolność jest zakorzenioną w rozumie i woli możliwością działania lub niedziałania, czynienia tego lub czegoś innego, a więc podejmowania przez siebie dobrowolnych działań. Dzięki wolnej woli każdy decyduje o sobie. Wolność jest w człowieku siłą wzrastania i dojrzewania w prawdzie i dobru; osiąga ona swoją doskonałość, gdy jest ukierunkowana na Boga, który jest naszym szczęściem” (1731).

    Niezależnie od tego, w jaki sposób Pan Bóg próbuje się „dobijać” do serc swoich dzieci – a przecież zależy Mu na zbawieniu wszystkich ludzi – jedno jest pewne: zarówno ci, którzy są już w Kościele, można rzec, są nominalnymi katolikami, jak i ci którzy dopiero do niego wstąpili, muszą stale pracować nad formowaniem swojego sumienia. Po to, by w gąszczu pułapek czyhających na każdego z nas nie zagubić się i by nie być antyświadectwem wiary. Przed nami długa droga do… życia wiecznego i wiemy, że nie będzie ona łatwa, lecz „jarzmo Jego jest słodkie”, a „brzemię lekkie”.

    Agnieszka Stelmach/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ja ateista, on papież – włoski matematyk o dialogu z Benedyktem XVI

    EPA/L’OSSERVATORE ROMANO/Misyjne drogi.pl

    ***

    Włoski matematyk prof. Piergiorgio Odifreddi poznał papieża Ratzingera, a potem często go odwiedzał po jego rezygnacji. Z nim też opublikował dwie książki o wierze i nauce i z dwóch przeciwstawnych pozycji zrodził się dialog na temat religii i kultury „Był to człowiek niezwykle kochany, był bardzo delikatny, łagodny, spokojny, z wyrafinowanym poczuciem ironii” – mówi Odifreddi w wywiadzie opublikowanym na portalu Vatican News.

    Zarówno wierzący, jak i niewierzący potrzebują siebie nawzajem: „agnostyk nie może zadowolić się tym, że nie wie, czy Bóg istnieje, czy nie, ale musi szukać i odczuwać wielkie dziedzictwo wiary; katolik nie może zadowolić się tym, że ma wiarę, ale musi szukać Boga jeszcze bardziej i w dialogu z innymi uczyć się Boga na nowo w głębszy sposób”. Słowa Benedykta XVI wypowiedziane do dziennikarzy 26 września 2009 r. podczas lotu do Czech wyraźnie świadczą o wartości, jaką papież senior zawsze przykładał do dialogu ze światem niewierzących.

    To właśnie z tej inspiracji zrodziła się w 2011 roku inicjatywa „Dziedzińca Pogan”, aby sprzyjać spotkaniom i dialogowi między wierzącymi i niewierzącymi oraz nawiązywaniu osobistych relacji z intelektualistami spoza chrześcijaństwa i świata religijnego. Wśród nich jest matematyk Piergiorgio Odifreddi, były profesor logiki na Uniwersytecie w Turynie i eseista, który wydał z Benedyktem XVI dwie książki: „Drogi papieżu teologu, drogi matematyku ateisto. Dialog między wiarą a rozumem” (2013) oraz „Na drodze w poszukiwaniu Prawdy. Listy i rozmowy z Benedyktem XVI” w 2022 r.

    Vatican News: Panie Profesorze, jak doszło do Pana przyjaźni z Benedyktem XVI?

    Prof. Piergiorgio Odifreddi: Powstała ona nieco przypadkowo. Jak powszechnie wiadomo, jestem osobą niewierzącą i jakieś piętnaście lat temu, w 2007 roku, napisałem książkę o chrześcijaństwie, być może przeciwko chrześcijaństwu, która nosiła tytuł „Dlaczego nie możemy być chrześcijanami”. Ta książka wywołała trochę skandalu, ponieważ jej ton nie był całkiem odpowiedni dla dialogu. Wydawnictwo Mondadori chciało to w pewnym sensie nadrobić i zaproponowało mi dialog z osobą wierzącą, aby mówić o tych sprawach, ale w sposób mniej „przyszpilający”, jak powie mi później kardynał Gianfranco Ravasi. W rzeczywistości, po zajęciu takiego stanowiska, trudno było rozmawiać z wierzącymi i dlatego napisałem fikcyjny dialog, komentując „Wprowadzenie w chrześcijaństwo” Ratzingera, bardzo ciekawą książkę, która zrobiła na mnie duże wrażenie. Napisałem tę książkę z pewną literacką przekorą. Komentowałem książkę tak, jakby to był dialog, a on mówił przez swój tekst – co Ratzinger zawsze robił, czyli mówił zarówno przez swoje pisma, jak i przez rozmowę. Był rok 2011, kiedy ukazała się ta książka, zatytułowana „Drogi papieżu piszę do ciebie”.

    W 2013 roku, po jego rezygnacji, spotkałem w kurii biskupa, który był przyjacielem księdza Georga Gänsweina i zapytałem go, czy moglibyśmy doręczyć książkę papieżowi, który teraz być może miał więcej wolnego czasu. Nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobie wysłania jej do niego, ponieważ panujący papież ma więcej do roboty niż słuchanie komentarzy ateisty. Rzeczywiście otrzymał ją, przeczytał i odpowiedział długim, kilkunastostronicowym listem. Wówczas zapytałem, czy możliwe byłoby opublikowanie listu jako dodatku do nowego wydania książki i powiedziano mi, że książka faktycznie musi być podpisana dwiema rękami, dwoma nazwiskami. To była nasza pierwsza książka, w 2013 roku.

    W tym momencie dość naturalna była prośba o przyniesienie mu książki i możliwość jednorazowego pójścia na rozmowę, ale myślałem, że to będzie ostatni raz. W rzeczywistości wtedy istniała już miedzy nami „iskra”, powiedzmy, poza polemiką na temat religii czy dyskusją na tematy teoretyczne, być może również dlatego, że nasze środowiska były w pewnym sensie podobne: obaj byliśmy profesorami uniwersyteckimi, obaj byliśmy seminarzystami. To on napisał do mnie pierwszy list po tym spotkaniu, dając mi kilka wskazówek na temat Pseudo-Dionizego, o którym rozmawialiśmy. W tym momencie zaczęła się korespondencja i przed pandemią Covida odwiedzałem go praktycznie co roku. Potem było już trudno.

    Vatican News: Jak wyglądała konfrontacja ateisty z papieżem?

    – To było bardzo ciekawe. Przede wszystkim konfrontacja była bardzo łatwa. Wielokrotnie już mówiono, że niezależnie od tego, co można by sądzić o jego stanowisku teologicznym, filozoficznym, a nawet politycznym i religijnym, był człowiekiem niezwykle kochanym, był bardzo delikatny, życzliwy, spokojny, z wyrafinowanym poczuciem ironii. Rozmowa z taką osobą była zatem bardzo przyjemna. Oczywiście był wielkim miłośnikiem książek. Miałem kiedyś okazję zobaczyć jego bibliotekę, która była nieskończona, którą miał w klasztorze Mater Ecclesiae.

    W rozmowach często polecał mi do przeczytania książki, nie tylko o tematyce religijnej. Na początku wymiana dotyczyła głównie tematów religijnych – to było oczywiste – ale później rozmawialiśmy np. o egiptologii. To on polecił mi, paradoksalnie, książkę Iana Assmana, egiptologa, który dowodził, że przemoc jest nieodłącznym elementem monoteizmu. Sama idea powiedzenia „mam tylko jednego Boga” kazała myśleć, że „wasi” bogowie są źli, „fałszywi i kłamcy”, jak mawiano, i że dlatego niesie to ze sobą przemoc. To osobliwe, że papież zaleca lekturę takiej książki temu, kto już w pewnym sensie tak myśli. Oznacza to, że miał szerokie spektrum lektur. Oczywiście nie zgadzał się z tą tezą, ale dzięki temu dyskurs był ciekawy. Czyli wtedy, gdy ktoś się nie zgadza, ale mimo to zabiera głos, dyskutuje i stara się wnieść własne pomysły, własne opinie.

    Vatican News: Jakie przesłanie płynie z waszej korespondencji i intelektualnej przyjaźni o dialogu między światem wierzących i światem niewierzących?

    – Chodzi właśnie o to: że można to zrobić, mimo że stoi się na zupełnie przeciwstawnych pozycjach. Trudno sobie wyobrazić dwa stanowiska bardziej od siebie odległe niż papież, który jest nie tylko wierzącym, ale głową Kościoła liczącego miliard i setki milionów wiernych, a po drugiej stronie ateista. Dwa zupełnie przeciwne stanowiska, które jednak nie przeszkadzają najpierw w konfrontacji na temat treści własnych poglądów, a więc w naszym przypadku na temat religii i ateizmu, a potem nie przeszkadzają w osobistym dogadaniu się. Nie mówię, że to jest nauka, nie mogę się do niego porównywać, był papieżem i teologiem, ale można się dogadać, nawet jeśli nie myśli się w ten sam sposób, zamiast prowadzić wojny czy policzkować się nawzajem.

    Vatican News: Papież Benedykt w swoich przemówieniach często poruszał się pomiędzy wiarą a nauką. Był w jednym z nich bardzo ciekawy fragment, w którym rozwodził się nad matematyką jako wynalazkiem człowieka, ale odpowiadającym stworzeniu…

    – Przemawiając do młodych ludzi wytoczył ten argument, że istnieje jakaś z góry ustalona harmonia w sposób Leibnizowski między obiektywnymi rzeczami natury a rzeczami subiektywnymi, takimi jak kultura i matematyka, a więc z myślą, że jeśli istnieje ta z góry ustalona harmonia, to jest ktoś, kto ją stworzył i jest to Bóg. Wtedy, chyba w 2007 lub 2008 roku, a więc na długo przed rozpoczęciem naszej wymiany zdań, próbowałem zaprosić go na festiwal matematyczny, który przez trzy lata organizowaliśmy w audytorium w Rzymie. To był trochę szalony pomysł, zaprosić papieża na festiwal matematyki, ale nie był nie na miejscu właśnie z tego powodu. Oczywiście nie wyobrażałem sobie, że przyjdzie na debatę publiczną, to nie była jego rola, ale może na audiencję, ponieważ było z nami kilku noblistów, ale nie było to możliwe. Zapytałem księdza Federico Lombardiego, który oprócz tego, że był rzecznikiem zarówno Ratzingera, jak i Bergoglio, jest również absolwentem matematyki. Mało tego, ma dyplom z matematyki w Turynie z logiki matematycznej z tego samego uniwersytetu, który ja skończyłem, mniej więcej w tych samych latach, i wtedy spróbowaliśmy.

    Kiedy napisałem „Drogi papieżu piszę do Ciebie”, poświęciłem rozdział właśnie temu tematowi, czyli temu, jak matematyka może być uznana za naukę najbliższą religii – nie tylko przez Ratzingera. Robiąc skok o tysiąclecia i cywilizację – Pitagoras myślał podobnie. Mistyków matematyków było wielu. Nawet z punktu widzenia wierzących czytałem kiedyś w „Avvenire”, że 15% matematyków jest wierzących, ale tylko 4% biologów. Sugeruje to, że matematyka może być bardziej otwartymi drzwiami do religii lub pewnego typu myślenia niż inne nauki. Ratzinger zawsze był na to bardzo wrażliwy. Rzeczywiście, przyniosłem mu kilka moich książek o matematyce. Rozmawialiśmy o św. Augustynie, który w „Państwie Bożym” używa wielu metafor matematycznych. Dużo z nim rozmawiałem o Gödlu, największym logiku XX wieku, który zaprezentował matematyczną interpretację ontologicznego dowodu św. Anzelma na istnienie Boga. Wracaliśmy do tego kilka razy. W rzeczywistości powiedział mi żartobliwie: „Zostaniesz wielkim teologiem!”. Więc część naszej relacji była oparta właśnie na teologii i matematyce.

    e-Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nawrócony główny rabin Rzymu:

    Jezus to Mesjasz!!!

    Nawrócony główny rabin Rzymu: Jezus to Mesjasz!!!
    fot. Entheta via: Wikipedia CC 3.0/Głos Gminy Żydowskiej : organ Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie 10-11/1938

    ***

    Konwersja na katolicyzm rabina Izraela Zollera, do dziś jest zadrą w oku wielu Żydów, którzy nigdy nie zaakceptowali postępowania neofity z Rzymu, zarzucając mu oportunizm, wynikający z braku porozumienia z lokalną gminą. Poszukiwania byłego rabina Triestu i Rzymu były znacznie głębsze, niż powierzchowne tłumaczenia urażonych ortodoksów.

    Żyd z Polski

    Eugenio Zolli, dawniej Izrael Zoller, urodził się w polskich Brodach, niedaleko Lwowa, pod zaborem austriackim. Był najmłodszym synem z pięciorga rodzeństwa, matka wywodziła się z znanej rodziny rabinackiej i bardzo pragnęła, aby przynajmniej jedno z jej dzieci kontynuowało tradycje ojców.

    Był wszechstronnie wykształconym, wybitnym biblistą. Studiował biblistykę w szkole rabinackiej, a także filozofię i psychologię na uniwersytetach we Lwowie, Wiedniu i we Florencji. Był rabinem Triestu, wykładał literaturę hebrajską w Padwie, a następnie został naczelnym rabinem Rzymu. Dlatego jego nawrócenie wywołało prawdziwy szok wśród społeczności żydowskiej na całym świecie.

    „Papież Pius XII – papież Hitlera był bardzo dumny, ze chrztu rabina Rzymu” – szydzi rabin Tovia Singer, porównując go do króla Manassesa, który oddawał się kultowi Baala, zarzucając mu oportunizm i niewierność Prawu. Szczerze powiedziawszy tego typu ignorancja historyczna jest po prostu żenująca.

    Poszukiwania Zolli’ego były dużo bardziej skomplikowane, niż chciałby to widzieć rabin Singer. Już jako nastolatek Izrael zadawał trudne pytania: „Co robił Bóg, zanim stworzył świat? Dlaczego go uczynił?”. Ale naprawdę nurtował go krucyfiks, który widział u swojego przyjaciela Stanisława. Kim jest ten człowiek? Czy był zły? Dlaczego tak bronił prawdy, kosztem swojego życia?

    Ogromne wrażenie zrobiło na nim nowotestamentowe Kazanie na Górze. Postulaty, aby kochać swoich wrogów, przebaczać i błogosławić im, były czymś rewolucyjnym dla niego i pozostawiły w jego sercu trwały znak. Nowy Testament zaczął mu się wydawać logiczną kontynuacją Starego. Coraz wyraźniej zauważał, jak proroctwa Starego Testamentu realizują się na kartach Świętej Ewangelii.

    Doświadczenie wiary

    Zolli na własnej skórze doświadczył, gdy w czasie II wojny światowej, katoliccy duchowni, narażając własne życie ratowali Żydów. Według oficjalnych danych społeczności żydowskich, bezpośrednie interwencje Papieża Piusa XII, sprzeciwiające się rasowej polityce III Rzeszy, uratowały co najmniej 850 tys. Żydów. Papież rozluźnił regułę w klasztorach klauzurowych, aby tam ukrywać prześladowanych. Siostry zakonne same spały w piwnicach, odstępując swoje łóżka i cele potrzebującym.

    W 1943 r. gmina żydowska znalazła się w podbramkowej sytuacji. Dowódca SS półkownik Kapler zażądał od rabinów50 kgzłota w zamian za odstąpienie od deportacji mężczyzn. Przed upływem ultimatum społeczność zebrała tylko35 kg. Rabin Zoller w akcie desperacji zwrócił się do samego papieża. Jednak już wcześniej katolickie wspólnoty zebrały na ten cel brakujące15 kg. Hitlerowcy nie dotrzymali słowa i aresztowali następnej nocy 2 tys. mężczyzn.

    Zolli widział jak chrześcijanie, przepełnieni Duchem Jezusa Chrystusa, wypełniają Kazanie na Górze, jak oddają swoje życie za braci. Żydów ukrywały zwykłe katolickie rodziny, chroniły ich mury Watykanu, czy prywatnej papieskiej rezydencji w Pastel Gandolfo. Rabin był więc wdzięczny chrześcijanom za okazaną pomoc, osobiście wyraził podziękowania papieżowi.

    Pinchas Lapide były konsul Izraela we Włoszech powiedział po wyzwoleniu Rzymu, że „Kościół katolicki ocalił więcej żydowskich istnień podczas II wojny światowej, niż inne kościoły, instytucje religijne i organizacje powołane do tego celu, razem wzięte”.

    Zbytnia miłość rabina do Kościoła Katolickiego, nie przysparzała mu zwolenników w gminie, którzy coraz głośniej domagali się ustąpienia Zollera z funkcji wielkiego rabina Rzymu. To miało się wkrótce zmienić.

    Powołanie Izraela

    Podczas święta Wielkiego Przebaczenia w 1944 r. Izrael Zoller doświadcza mistycznej wizji Chrystusa Pana w synagodze, który mówi do niego: „Jesteś tu po raz ostatni. Odtąd pójdziesz za mną”. Po powrocie do domu jego żona Emma mówi, że widziała, gdy stał przed arką i torą, jakby Jezus Chrystus, odziany w biel położył dłoń na jego głowie i pobłogosławił mu”. Oboje wezmą chrzest w lutym 1945 r. , a ich córka, której ukazał się Chrystus we śnie, niespełna rok później.

    Zolli przeżywa najgłębsze doświadczenie swojego życia. Otrzymuje światło, znajduje odpowiedź, której szukał przez całe swoje życie. Czy ten człowiek, niesłusznie zabity na drzewie Krzyża, jest zapowiadanym przez proroka Izajasza cierpiącym Sługą, oczekiwanym Mesjaszem?

    Tak! Już w wydanej w 1938 r. książce „Nazarejczyk”, opisuje Chrystusa jako Mówcę, tego, który jest poświęcony, poucza i wyjaśnia, a potem cierpi i zmartwychwstaje. Zdał sobie sprawę, że Chrystus to Mesjasz, Mesjasz to Bóg, Chrystus to Bóg i w nim zrealizowało się proroctwo z 53 rozdziału Izajasza:

    „Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli?

    na kimże się ramię Pańskie objawiło?

    On wyrósł przed nami jak młode drzewo

    i jakby korzeń z wyschniętej ziemi.

    Nie miał On wdzięku ani też blasku,

    aby na Niego popatrzeć,

    ani wyglądu, by się nam podobał.

    Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi,

    Mąż boleści, oswojony z cierpieniem,

    jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa,

    wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.

    Lecz On się obarczył naszym cierpieniem,

    On dźwigał nasze boleści,

    a myśmy Go za skazańca uznali,

    chłostanego przez Boga i zdeptanego.

    Lecz On był przebity za nasze grzechy,

    zdruzgotany za nasze winy.

    Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas,

    a w Jego ranach jest nasze zdrowie.

    Wszyscyśmy pobłądzili jak owce,

    każdy z nas się obrócił ku własnej drodze,

    a Pan zwalił na Niego

    winy nas wszystkich.

    Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić,

    nawet nie otworzył ust swoich.

    Jak baranek na rzeź prowadzony,

    jak owca niema wobec strzygących ją,

    tak On nie otworzył ust swoich.

    Po udręce i sądzie został usunięty;

    a kto się przejmuje Jego losem?

    Tak! Zgładzono Go z krainy żyjących;

    za grzechy mego ludu został zbity na śmierć.

    Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi,

    i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem,

    chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy

    i w Jego ustach kłamstwo nie postało.

    Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem.

    Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy,

    ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży,

    a wola Pańska spełni się przez Niego.

    Po udrękach swej duszy,

    ujrzy światło i nim się nasyci.

    Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu,

    ich nieprawości On sam dźwigać będzie.

    Dlatego w nagrodę przydzielę Mu tłumy,

    i posiądzie możnych jako zdobycz,

    za to, że Siebie na śmierć ofiarował

    i policzony został pomiędzy przestępców.

    A On poniósł grzechy wielu,

    i oręduje za przestępcami. (Iz 53)

    Zolli staje się prześladowany przez własną społeczność. Włoscy Żydzi oskarżają go o kolaborację z faszystami, zdradę tradycji, wreszcie skazują go na ostracyzm. Na chrzcie przyjmuje imię Eugenio, z wielkiego szacunku dla papieża. Czuje, że nawrócenie uzdrowiło jego wszystkie rany. Pracuje w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie.

    Pan jest z nim do samego końca. Choruje ciężko na zapalenie płuc. „Umrę w pierwszy piątek o 15-tej” – prorokuje, chcąc zjednoczyć się w ten sposób ze swoim Zbawcą. Pan wysłuchuje jego prośby. Umiera w stanie łaski uświęcającej osiem dni później, w piątek 2 marca 1956 o godzinie trzeciej po południu…

    Tomasz Teluk/Fronda

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W uścisku Miłości. Niezwykła historia żydowskiej mistyczki, która rozpoznała Mesjasza i ofiarowała życie za nawrócenie swego narodu

    W uścisku Miłości. Niezwykła historia żydowskiej mistyczki, która rozpoznała Mesjasza i ofiarowała życie za nawrócenie swego narodu
    fot. screenshot YouTube (Siostry Kanoniczki Ducha Świętego)

    ***

    Nazajutrz po Dniu judaizmu w Kościele katolickim wspominamy absolutnie nieprzeciętną postać na kartach dziejów tegoż Kościoła. 18 stycznia 1919 roku, w wieku niespełna 20 lat przyjęła chrzest. 18 stycznia 1986 roku, w kolejną rocznicę swych narodzin do życia we wspólnocie Mistycznego Ciała Chrystusa odeszła do Pana, by zagubić się ze szczęścia w Jego „uścisku Miłości”. Oto niezwykła historia Służebnicy Bożej, Siostry Emanueli Kalb, córki narodu żydowskiego, nazywanej naszą, polską Edytą Stein.

    Św. Faustyna Kowalska opisuje w swym duchowym „Dzienniczku” pewne zdarzenie, jakie miało miejsce w pierwszych dniach lutego 1937 roku. Dzień dzisiejszy jest dla mnie tak wyjątkowy, pomimo że doznałam tyle cierpień, ale dusza moja opływa w radość wielką. W sąsiedniej separatce leżała ciężko chora Żydówka; przed trzema dniami byłam ją odwiedzić, odczułam w duszy ból, że już niedługo umrze i łaska chrztu świętego nie obmyje jej duszy. Pomówiłam z siostrą pielęgnującą, że jak będzie się zbliżać ostatnia chwila, żeby jej udzielić chrztu świętego, ale była ta trudność, że zawsze Żydzi byli przy niej. Jednak uczułam w duszy natchnienie, aby się pomodlić przed tym obrazem, który mi Jezus kazał wymalować; mam broszurkę, a na okładce jest odbitka z tego obrazu Miłosierdzia Bożego. I rzekłam do Pana: Jezu, sam mi powiedziałeś, że udzielać będziesz wiele łask przez obraz ten, więc proszę Cię o łaskę chrztu świętego dla tej Żydówki; mniejsza o to, kto ją ochrzci, byle została ochrzczona. Po tych słowach dziwnie zostałam uspokojona i mam zupełną pewność, że pomimo trudności woda chrztu świętego spłynie na jej duszę. I w nocy, kiedy była bardzo słaba, trzy razy do niej wstawałam, aby czuwać na stosowny moment, w którym by jej tej łaski udzielić. Rano czuła się jakby lepiej, po południu zaczęła się zbliżać ostatnia chwila; siostra pielęgnująca mówi, że trudno będzie jej udzielić tej łaski, ponieważ są przy niej. I nadszedł moment, że chora zaczęła tracić przytomność, a więc zaczęli biegać jedni po lekarza, inni znowuż gdzie indziej, aby chorą ratować, i tak [się stało], że pozostała sama chora, i siostra pielęgnująca udzieliła jej chrztu świętego. I nim się wszyscy zbiegli, to jej dusza była piękna, ozdobiona łaską Bożą i zaraz nastąpiło konanie; krótko trwało konanie, zupełnie jakby zasnęła. Nagle ujrzałam jej duszę wstępującą do nieba w cudnej piękności. O, jak piękna jest dusza w łasce poświęcającej; radość zapanowała w mojej duszy, że przed obrazem tym otrzymałam tak wielką łaskę dla tej duszy – czytamy w zapiskach polskiej apostołki Bożego Miłosierdzia.

    W przeciwieństwie do Żydówki, o której wspomina św. Faustyna, Chaje Kalb – jak zwała się przed wstąpieniem do zakonu Kanoniczek Ducha Świętego siostra Emanuela – nim znalazła się na łożu śmierci, miała za sobą już kilkadziesiąt lat życia w niezwykłej bliskości i zjednoczeniu miłości z Chrystusem, którego w swej młodości rozpoznała jako Tego, na Którego czekał jej izraelski naród.

     Chaje Kalb urodziła się w Jarosławiu 26 sierpnia 1899 roku w rodzinie żydowskiej, jako pierworodna z sześciorga dzieci Schie (Osiasa) Kalb i Jutte Friedwald. Cała codzienność w domu Kalbów bardzo mocno zakorzeniona była w tradycji judaistycznej. Rodzice dbali, by mała Chaje wraz z pozostałym rodzeństwem, poznawała historię i religię swego narodu.

    Helena, jak się do niej zwracają domownicy, zdobywa w Rzeszowie podstawowe wykształcenie. Tymczasem ojciec opuszcza rodzinny dom i w poszukiwaniu pracy (jak wielu wówczas) wyjeżdża do Ameryki. Chaje już nigdy więcej go nie zobaczy. Gdy dziewczyna ma 16 lat, umiera jej matka, zarażona tyfusem przez osoby, którymi się opiekowała. W wieku 19 lat bardzo poważnie zachoruje również sama Chaje. Krzyż zaznacza więc swą obecność niezwykle mocno i już na dobre staje na drodze jej życia. Ale na tym krzyżu i wraz z tym krzyżem przychodzi do niej sam Mesjasz, Ten przez nią Oczekiwany, Ten Upragniony.

    Przebywając przez pół roku na leczeniu w szpitalu, młoda Żydówka zetknęła się z pełniącymi tam swą pielęgniarską posługę siostrami zakonnymi. Doświadczając nieustannie ich dobroci, obserwuje bezinteresowność i ofiarność z jaką potrafią troszczyć się o powierzonych swej opiece pacjentów. To właśnie one przekazują jej Dobrą Nowinę o Chrystusie, świadectwem nie tylko słowa, lecz przede wszystkim ofiarnego życia. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż Chaje dostrzega, że ta pełna miłości bliźniego postawa zakonnic, jest bardzo mocno zakorzeniona i posiada swe źródło w ich życiu modlitwą, w ich głębokiej, żywej relacji z Bogiem.

    Bardzo znamienne, że w doświadczeniu łaski nawrócenia innej Żydówki, starszej od Chaje Kalb o 8 lat – Edyty Stein, znanej w zakonie karmelitanek bosych jako św. Teresa Benedykta od Krzyża, niezwykle istotne znaczenie odegrało pewne wydarzenie sprzed 1918 roku, które opisała ona następująco: Gdyśmy tam pozostawały [w katedrze] w nabożnym milczeniu, weszła jakaś kobieta obarczona koszykiem i uklękła w jednej z ławek na krótką modlitwę. Było to dla mnie coś zupełnie nowego. Do synagogi i zborów protestanckich, do których chodziłam, szło się tylko na nabożeństwo. Tu ktoś oderwał się od wiru zajęć, aby wstąpić do pustego kościoła, jakby na jakąś poufną rozmowę. Nigdy tego nie zapomnę“.

     Po wyjściu ze szpitala i powrocie do zdrowia Chaje Kalb, pomimo przeszkód czynionych jej ze strony rodziny, decyduje się przyjąć 18 stycznia 1919 roku Sakrament Chrztu Świętego w katedrze w Przemyślu, otrzymując wybrane przez siebie imiona Maria Magdalena. Poznałam prawdę i poszłam za nią. (…) Dusza moja otwierała się ku Bogu, jak kwiat ku słońcu. Gdy wspominam, o Jezu, te chwile pierwszej mojej gorliwości, ogarnia mnie wzruszenie i wdzięczność głęboka. Jak wówczas kochałam Ciebie! Jak nic trudnym, nic przykrym nie było dla mnie, by Ci miłość moją okazywać” – napisze potem w swoim „Dzienniku”.

    Młoda kobieta była cała otwarta na działanie łaski Bożej i to właśnie dlatego nowa wiara nie napotykała oporów w tym sercu, tak spragnionym żywego Boga. Chaje Kalb po prostu rozpoznała czas swego nawiedzenia, rozpoznała przechodzącego obok Chrystusa, Który Jest Drogą, Prawdą i Życiem. „Poznałam prawdę i poszłam za nią” – wyzna z ujmującą prostotą. 

    Jakże pięknym i znamiennym świadectwem podobieństwa przebiegu tego wspaniałego procesu otwarcia się na prawdę, jest doświadczenie Edyty Stein, która opisuje je w następującej relacji: Sięgnęłam do biblioteki po jakąś książkę, na chybił trafił. Wyciągnęłam pokaźny tom. Nosił tytuł:’ Życie św. Teresy od Jezusa’ napisane przez nią samą. Zaczęłam czytać. Lektura urzekła mnie. Czytałam jednym tchem, aż do końca. Gdy ją zamknęłam, powiedziałam sobie: to jest prawda!“.

    Niespełna 3 lata po przemyskim chrzcie Chaje Kalb, za naszą zachodnią granicą, w Bergzabern, 1 stycznia 1922 roku w Mistyczne Ciało Chrystusa, jakim jest wspólnota Kościoła, zostaje wszczepiona również inna córka narodu niegdyś wybranego przez Boga, 30-letnia wówczas doktor filozofii Edyta Stein. W 1933 roku wstąpi ona do kolońskiego Karmelu. Również i na tej drodze, oddania się Bogu na wyłączność wyprzedzi ją Żydówka z Jarosławia.

    Lektura „Wyznań” św. Augustyna wywiera na Kalb ogromne wrażenie i sprawia, że pragnie ona jeszcze ściślej i głębiej zjednoczyć się ze swym Boskim Oblubieńcem. Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem. (…) W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie. Zawołałaś, krzyknęłaś, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. (…) Przeszyłeś moje serce, jak strzałą, Twoją nadziemską miłością – pisał w swym dziele święty Biskup z Hippony. Jakże przejmująco podobnie wybrzmi wyznanie Kalb: Boże mój, tyle czasu traciłam szukając Ciebie tam, gdzie Ciebie nie było! Lecz od tej chwili, o Boże, dla Ciebie tylko chcę żyć! Ty jesteś Wszystkim!.

    Pewnego wiosennego dnia ma miejsce niezwykłe wydarzenie w życiu 28-letniej kobiety, która będąc w stanie narzeczeństwa zmierza drogą ku małżeństwu. Idąc ulicą Szpitalną w pobliżu rynku w Krakowie Magdalena, niczym przed wiekami Szaweł zmierzający do Damaszku doznaje olśniewającego spotkania z Bożą łaską, które na zawsze zmieni dalsze jej życie. Oto, jak późniejsza siostra Emanuela relacjonowała później tamte niezwykłe chwile: Nagle – jasność niezmierna, zaciemniająca zupełnie słońce południowe, jasność wewnątrz i zewnątrz i jeden przepotężny głos, nabrzmiały radością Nieba: „Do klasztoru!”. Staję w miejscu, rozglądam się. Wszak zdaje mi się, że dom ten, koło którego stoję, wygląda na klasztor. Podchodzę do bramy, dzwonię, proszę o przyjęcie i – zostaję. Poprosiłam tylko, abym mogła napisać jeden list. Piszę: „Zapomnij o mnie, nie zastaniesz mnie już wśród świata. Do wyższych rzeczy jestem stworzona”

    Kobieta wstępuje do Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego de Saxia w Krakowie. W sierpniu 1928 roku rozpoczyna nowicjat, otrzymując habit zakonny i przyjmując imię Emanuela. 29 października 1933 roku składa śluby wieczyste. Bóg jest teraz dla niej Wszystkim. Jedno z Jezusem. Żyję tym cała, objęta, wchłonięta cała, nic już moje nie jest. Myśli moje, uczucia, życie, to tylko Jezus. Stale we mnie, stale ze mną…(…) Jezus jest wychowawcą najlepszym i najdoskonalszym. Gdyby dusze umiały Go słuchać, doprowadziłby je do zupełnego z Sobą podobieństwa. (…) Nic innego już nie wiem, tylko że Bóg jest Miłość, że porwała i pochłonęła mnie całkowicie ta Miłość. (…) Boże mój, szukać Ciebie dla Ciebie samego, to największe szczęście. Szukając Ciebie i tylko Ciebie – znajdę wszystko: moją miłość, moje życie, moje szczęście”.

     Dzięki zdobytym wcześniej kwalifikacjom s. Emanuela Kalb podejmuje pracę nauczycielki i wychowawczyni w różnych placówkach zgromadzenia. Powierzano jej również funkcje mistrzyni nowicjatu, przełożonej wspólnot, sekretarki generalnej, wikarii domu. Na drodze życia wewnętrznego, poza św. Augustynem, jej przewodnikami są wielcy mistycy karmelitańscy: św. Teresa z Avila, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Lisieux, bł. Elżbieta od Trójcy Świętej. Ale Najwyższy, Boski Przewodnik, Ten Który jako Jedyny Jest Drogą, i Prawdą, i Życiem pragnie osobiście prowadzić swą odnalezioną, umiłowaną córkę po duchowych ścieżkach ku zjednoczeniu z Nim.

    Siostra Emanuela doświadcza niezwykłej bliskości Boga, zostaje też obdarowana wieloma łaskami mistycznymi. Cóż mogę powiedzieć o tym blasku, którego dozwalasz mi niekiedy zakosztować. Wszak to tajemnica, którą można przeżywać, ale oddać w słowach niepodobna. (…) Ujrzałam jakąś Istotę, której określić nie mogę. Niby jakieś światło, jakieś Piękno, coś tak rozkosznego, tak niewypowiedzianego! To była MIŁOŚĆ – ISTOTA. To był jednak Jezus, choć poznałam tylko Istotę Miłości – wyzna Służebnica Boża. Patrz, miłuję cię nie jakąś ogólną, bezosobową miłością. Miłuję cię tkliwą, czułą miłością – powie jej Chrystus. Jak Bóg nas miłuje… to nie do przeżycia – zachwyca się żydowska zakonnica.

    Odkupiciel towarzyszy jej wiernie, również ze swym najcenniejszym skarbem duchowym, jakim jest dar uczestnictwa w Jego krzyżu. Kalb zostaje dotknięta utratą słuchu i przez niemal 40 lat, aż do końca swej ziemskiej pielgrzymki, żyje w głuchocie. Musi zrezygnować z pracy w szkole. Przyjmuje to bardzo pokornie i z ufnością. Znosić krzyż kalectwa i inne fizyczne dolegliwości, bez mówienia o nich. W cichości łączyć się z Ofiarą Zbawiciela” – zanotuje siostra Emanuela.

    Zewnętrzne uciszenie sprzyja też pogłębieniu niezwykłej, żywej relacji z Oblubieńcem. Boga znaleźć można tylko w milczeniu, w uciszeniu myśli i w uciszeniu woli, wolnej od nieumartwionych pragnień, które wnoszą niepokój, hałas i podniecenie. (…) Bez milczenia nie ma mowy o zjednoczeniu z Bogiem”. Tym bardziej, że przecież „nikt nie został święty bez wielkich cierpień. A cóż to wszystko znaczy wobec wieczności. Jedna kropla wobec oceanu(…) Trzeba się stać Jezusem Ukrzyżowanym, Ojciec Niebieski uzna nas tylko wtedy za swoje dzieci, gdy ujrzy, gdy rozpozna w nas Jezusa Ukrzyżowanego, Swego Syna. (…) Jezu… przede wszystkim daj mi ukochać Krzyż. Bo złudzeniem jest kochać Ciebie bez Twojego Krzyża. (…) Większą łaską jest cierpieć z Jezusem w milczeniu zupełnym, niż otrzymywać najwznioślejsze dary mistyczne – czytamy w zapiskach kanoniczki Ducha Świętego.

    Jeśli Mnie miłujesz, pomóż Mi zbawiać dusze– prosi ją Zbawiciel i dodaje: Potrzeba Mi dusz, które by wynagradzały wszystkie zniewagi, potrzeba Mi dusz, które by uwierzyły w Moją Miłość. Siostra Emanuela Kalb doskonale rozumie swoje posłannictwo. Powołanie do Zakonu nie jest tylko dla własnego uświęcenia, lecz by wynagradzać Bogu za grzechy świata i ratować dusze od zguby wiecznej – zapisze. Przyjmuje Boże zaproszenie do współpracy z Nim na drzewie Krzyża, w dziele rodzenia dusz dla wieczności.

    W swym „Dzienniku” opisze następujące zdarzenie. Odprawiając raz Drogę Krzyżową, ujrzałam nagle Pana Jezusa. W jednej ręce trzymał życie pełne pociech i szacunku ludzkiego, czci, jaką z sobą niesie gorliwość w służbie Bożej, oraz wszelkie błogosławieństwa jakich można doznać w życiu zakonnym. W drugiej ręce trzymał bezmiar męki, cierpień, bólów wszelkich, całe morze goryczy. Pan rzekł do mnie: „Wybieraj!”. Ty sam, Jezu, wybieraj dla mnie – odpowie zakonnica i doda:. Daj, co chcesz, wszystko mi będzie jednakowo miłe z Twojej Ręki. Tylko łaski Twojej nie odmawiaj’. „Otóż przeznaczyłem ci całe to morze goryczy i cierpień, ale nie bój się, prędzej Wszechmocy by Mi zabrakło, niż biednej duszy pomocy Mojej. (…) Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja” – usłyszy siostra Emanuela od Jezusa.

    Zasadniczą prawdą jest świadomość – wyzna Kalb – że prowadzi nas Miłość. Ona nad nami czuwa i żywi względem nas nieskończenie łaskawe zamiary. Musimy się im poddać z uległością i całkowitą ufnością.

    Cały swój ciężki krzyż, wszystkie cierpienia zarówno duchowe, jak i fizyczne, Siostra Emanuela ofiaruje Bogu w intencji swego, żydowskiego narodu, „by poznał Światło Prawdy, którą Jest Chrystus”. Czyni to już od 1935 roku.

    I znów, kilka lat później, w sierpniu 1942 roku, w odległym zakątku Europy, inna żydowska chrześcijanka – karmelitanka Edyta Stein, wybierając się w drogę do Domu Ojca, wiodącą przez męczeńską śmierć z rąk niemieckich oprawców, biorąc za rękę swą rodzoną siostrę, powie do niej: „Chodź, idziemy za nasz naród”.

    Bóg przyjmuje również ofiarę Siostry Emanueli Kalb. Wiele razy okazywał mi Pan Przenajświętszą Krew Swoją płynącą daremnie dla tak wielkiej liczby dusz. Z dziwną boleścią duszy zbierałam tę Krew Przenajdroższą. Wreszcie pewnego ranka stanął przede mną Pan Jezus. W ręku trzymał Przenajświętsze Serce Swoje, a poprzez palce spływała z tego Najświętszego Serca Przenajświętsza Krew obficie. Pan rzekł do mnie: Patrz – oto ostatni krzyk miłości. Oddaję ci Moją Krew. Wylewaj Ją nieustannie na twój naród, na Mój naród, szafuj hojnie, nie żałujofiaruj ją nieustannie Ojcu Mojemu za nawrócenie Izraela. Czynię cię szafarką Mojej Krwi. Nie zabraknie ci teraz cierpień. Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja”.

    W innym miejscu Chrystus mówi do żydowskiej zakonnicy. „Twoją misją jest: wielką wiarą i gorejącą miłością wynagrodzić Mi za naród twój, który wzgardził Mną, nie chcąc uznać we Mnie swego Mesjasza”. Siostra Emanuela zapisuje w swym „Dzienniku” specjalną modlitwę zatytułowaną koronką za nawrócenie Izraela, z natchnienia Bożego do codziennego odmawiania, składającą się z powtarzanego na małych paciorkach wezwania: Przepuść, Panie, przepuść ludowi Twojemu.

    Siostra Emanuela Kalb, niczym żertwa ofiarna na ołtarzu, cała poświęca się i wyniszcza w tej upragnionej intencji: Jezu, ponad wszystkie rozkosze, jakich mogłabym zażywać, wybieram: być całopalną ofiarą w złączeniu z Tobą. Przeżyłam – nie zmysłami lecz umysłem – złączenie z Ukrzyżowanym. Rodzić dusze w cierpieniu! Na ziemi zresztą  nie pragnę innej miłości. On jest ‘Oblubieńcem Krwi’. Dusze poślubione miłości Boga – Chrystus ich Oblubieńcem. Łączą się z Nim, rodzą dusze do wieczności. Jeżeli celu tego nie osiągną przez ścisłe zjednoczenie z Bogiem, są bezpłodne; ich życie mija się z celem. Dawanie życia połączone jest z cierpieniem(…) Cierpienie wtedy ma wielką wartość, gdy ofiarowane jest tylko Panu Jezusowi, w złączeniu z Jego Męką, jako zupełnie czysty dar (…) Bez wielkiej ofiarności, bez wielkiego cierpienia nie ma wielkiej miłości. (…) Wycierpiałam wszystko, zdaje mi się, co człowiek może na ziemi wycierpieć.  Niech będzie za to Bóg uwielbiony! (…) Tak, warto cierpieć, warto ofiarować życie dla sprawy większej niż życie samo, zasługującej przeto, by wszystkie siły dla niej wyczerpać. 

    Jeszcze przed wstąpieniem do zakonu, lecz już po dostąpieniu łaski sakramentu Chrztu Świętego Kalb intensywnie wspierała swego brata i siostrę w ich drodze ku katolicyzmowi. W czasie II wojny światowej Służebnica Boża przygotowała też do chrztu 11 Żydów, którzy o to poprosili. Zdecydowanej większości z nich udało się przeżyć niemiecką okupację.

    Czy zgodzisz się przyjąć pokusy niewiary, aby inni uwierzyli?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Tak, Jezu, aby inni uwierzyli, aby Ciebie na wieki kochali, chcę wycierpieć te okrutne pokusy niewiary, które są mi już znane. Lecz Ty znasz moją słabość, wspieraj mnie, bym sama nigdy nie zwątpiła – odpowiada żydowska zakonnica.

    Pod koniec życia siostra Emanuela złożyła się Panu w ofierze, również w innej swej wielkiej intencji, za kapłanów, by wynagradzać za ich niewierności oraz wypraszać łaskę świętości dla nich. Zachęcał ją do tego Sam Odkupiciel. Oto jak relacjonuje to mistyczka: Naraz Pan Jezus stanął przed oczyma mej duszy. Patrzę, z oczu płyną Mu łzy. Jezu! – wołam w męce ducha. – „To kapłani zdradzają swoje kapłaństwo. To krwawe łzy Moje z Ogrójca. Za wybranie, za miłość – odrzucenie, niewiara. Pomóżcie, bo zginą! Nie przestałem ich miłować. Ratujcie ich, ofiarujcie za nich całe Moje życie, całą Moją mękę! Jestem stale we wszystkich Mszach Świętych jako Żertwa przed Ojcem. Bierzcie z tych skarbów! Łączcie się ze Mną! Ofiarujcie się, wynagradzajcie za zniewagi, módlcie się za kapłanów! (…) Chcę, byś Mi pomogła dźwigać cierpienia, bo bardzo cierpię za grzechy. Dziecko Moje, tobie powierzyłem ciężar grzechów niewiernych kapłanów. Módl się i cierp wraz ze Mną. Nie lękaj się. Nic ponad siły. Niech cię wspiera myśl, że cierpisz razem ze Mną. Jedno tylko zachowaj sumiennie: „Milczeć i cierpieć!Panie mój – odpowie siostra. Emanuela – jeżeli trzymasz mnie przy Sobie, zupełnie w Sobie, to przecież będę mogła u Ciebie wszystko uprosić, zwłaszcza, gdy proszę Cię tak stale, tak usilnie za kapłanów, którzy od Ciebie odeszli, by wrócili, przeprosili Ciebie.

    Chce Pan, by dusze wierne zechciały przez żarliwą modlitwę i wynagrodzenie błagać o nawrócenie kapłanów – zapisze Służebnica Boża, by w innym miejscu dodać: Wszystko jest owocem modlitwy.

    Siostra Emanuela Kalb zawsze z otwartym sercem przyjmowała każde zaproszenie Swego Oblubieńca  do podjęcia wysiłku współpracy z Nim w dziele rodzenia dusz dla Królestwa Bożego, poprzez modlitwę, ofiarę, wynagradzanie, niesienie im duchowej pomocy. Czy chcesz przyjąć na siebie pokusy dusz słabych, które by w nich uległy, gdyby nie twoja pomoc?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Jezu, chcę wszystko wycierpieć, byleś Ty był kochany – odpowiada natychmiast zakonnica.

    Uczułam, że jestem bardzo głodna. Nic nie znaczyło, że normalnie przyjmowałam posiłek w refektarzu. Głód był tak dotkliwy, że formalnie skręcał mi wnętrzności. Ach kraść, kraść w szkole, w kancelarii, gdziekolwiek i kupić coś do jedzenia, zakupić chleba, bułek, całą piekarnię wykupić, byle ten głód nasycić! Parę tygodni męczył mnie ten głód nieopisany, wraz z ciężką pokusą kradzieży. Pewnego dnia ujrzałam w duchu jakiegoś młodego człowieka, porządnie ubranego, lecz bardzo mizernie wyglądającego. – „Widzisz tego człowieka? Oto bezrobotny, którego zatrzymałaś nad brzegiem występku”. Wnet popadłam znowu w ciężkie pokusy przeciw powołaniu zakonnemu. Dręczyły mnie z taką siłą, że już powiedziałam spowiednikowi, że opuszczę zakon. Dręczyły mnie z taką siłą (…) i nie ustawały. Przetrwałam w tym utrapieniu mniej więcej trzy tygodnie. Naraz ujrzałam jakąś pracownię krawiecką. Dziewczęta pracowały przy stołach, a wśród nich młoda i bardzo miła zakonnica. – „Widzisz tę siostrę? Gdyby nie twoje cierpienia, opuściłaby swój zakon i zgubiłaby się w świecie”. Ach siostro, wyrzekłam mimo woli, gdybyś wiedziała, ile za ciebie cierpiałam! – relacjonuje mistyczka.

    Służebnica Boża Emanuela odznaczała się wielkim umiłowaniem Eucharystii. Jak Bóg cię ukochał, niech ci powie Eucharystia – pisała. Boże mój, cóż znaczą wszystkie najwznioślejsze łaski modlitwy, najwspanialsze zachwyty, wobec jednej Komunii Eucharystycznej! Tu jest takie zjednoczenie, takie wchłonięcie naszej istoty przez Boga, że stajemy się Nim, jedno, nierozdzielne. (…) Zrozumiałam, że nasze małe wysiłki, gdy podczas Mszy św. kładziemy je na ołtarzu, gdzie Chrystus, Ofiara jest obecny, nabierają nieskończonej wartości’. “Czy nie wiesz – pouczał ją Pan – że ofiarując Mi Syna Mego, Jego życie, Jego Mękę i śmierć, ofiarujesz Mi więcej, niż którykolwiek z największych świętych Starego Testamentu mógł Mi ofiarować? Gdy ofiarujesz Mi tę Przenajświętszą Ofiarę, nie mogę wówczas powiedzieć: „Zostaw Mnie w spokoju” (Wj 32,10). Kto w imię Jego prosi, nigdy nie prosi nadaremno – czytamy w zapiskach siostry kanoniczki Ducha Świętego.

    Od 1957 roku aż do końca swych ziemskich dni Siostra Emanuela przebywała w krakowskim klasztorze, włączając się, na ile mogła, w życie i pracę wspólnoty. W Zgromadzeniu Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego przeżyła 59 lat.

    Zmarła w opinii świętości 18 stycznia 1986 roku w Krakowie, w 67-rocznicę przyjęcia sakramentu Chrztu i włączenia we wspólnotę Kościoła.

    W latach 2001-2003 przeprowadzono jej proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym. Dnia 13 maja 2005 roku w Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych rozpoczął się etap rzymski procesu. 14 grudnia 2015 roku Franciszek zezwolił na ogłoszenie dekretu o heroiczności jej życia i cnót. Odtąd przysługuje jej w Kościele tytuł Czcigodnej Służebnicy Bożej.

    Ty musisz zostać świętą! – powiedział jej kiedyś Pan i dodał: Chcę przypomnieć światu, że Kościół jest powszechny”. Całe życie Służebnicy Bożej, Siostry Emanueli Kalb, tej wciąż tak mało jeszcze znanej, wspaniałej córki Kościoła, a zarazem niezwykłej córki narodu żydowskiego, dla którego tak bardzo pragnęła, „by poznał on Światło Prawdy, którą jest Chrystus”, jest dla nas wszystkich wielkim wyzwaniem, ale zarazem i zaproszeniem, aby odświeżyć w sobie ducha wdzięczności za darmo nam daną łaskę wiary oraz Sakrament Chrztu Świętego, wszczepiający nas w Mistyczne Ciało Chrystusa, a także, by odkurzyć nieco już zapomniany, w jego nieocenzurowanej wersji, Akt Poświęcenia Rodzaju Ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusowemu (encyklika Annum Sacrum napisana w roku narodzin Chaje Kalb – 1899), autorstwa wielkiego papieża Leona XIII, i modlić się do Pana za wstawiennictwem Sł. B. Emanueli Kalb i św. Teresy Benedykty od Krzyża: “Wejrzyj okiem miłosierdzia swego na synów tego narodu, który niegdyś był narodem szczególnie umiłowanym. Niechaj spłynie i na nich, jako zdrój odkupienia i życia, ta Krew, której oni niegdyś wzywali na siebie. Zachowaj Kościół swój, o Panie; użycz mu bezpiecznej wolności. Użycz wszystkim narodom spokoju i ładu. Spraw aby ze wszystkiej ziemi od końca do końca jeden brzmiał głos: Chwała bądź Bożemu Sercu, przez które stało się nam zbawienie. Jemu cześć i chwała na wieki. Amen”.

     ***

    Czy wiesz, co cię czeka?”. Ujrzałam nagle jakąś dziwną jasność, jakieś piękno niewypowiedziane, jakąś rozkosz niepojętą, ale to było jakoby tło. Wśród tej niepojętej szczęśliwości był Bóg. I On objął, ogarnął duszę w niewypowiedzianym uścisku Miłości. To trwanie w uścisku Miłości Boga jest właściwą istotą Nieba. Tu język ludzki nic nie wypowie. Tylko słowa świętego Pawła Apostoła można zastosować: Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują…”. (Sł. B. Emanuela Kalb “Dziennik“)

    Siostro Emanuelo, módl się za nami i za swoim narodem!

    Fronda.pl

    ren/„Poznałam Prawdę i poszłam za Nią” Kraków 2008, ks. J. Machniak „Służebnica Boża Emanuela Kalb” Kraków 2012, o.M. Zawada OCD „Antologia mistyki polskiej tom 2” Kraków 2008.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Jacek Stefański: Tragiczny paradoks gorliwości Żydów
    fot. Dennis Jarvis, lic. CC BY-SA 2.0 via Flickr, zdj. edyt.

    ***

    Ks. Jacek Stefański:

    Tragiczny paradoks gorliwości Żydów

    „Dostrzegamy tragiczny paradoks w tym, że gorliwa wierność Bogu prowadzi Izraelitów do odrzucenia tego samego Boga, gdy przychodzi On do nich jako Mesjasz. Bo przecież Pan Jezus jest ostateczną odpowiedzią na pragnienie Bożego miłosierdzia, które Bóg zaszczepił w sercu każdego człowieka, a zwłaszcza w sercu synów Narodu Wybranego. Oni wyrażają pragnienie Bożego miłosierdzia w psalmach dawidowych po dzień dzisiejszy. Ubolewamy więc nad tym, że nasza ewentualna próba ewangelizacji wyznawców judaizmu byłaby odbierana przez nich jako zagrożenie lub atak” – mówił 17 stycznia 2010 roku ks. Jacek Stefański, wygłaszając w kaliskiej katedrze homilię z okazji Dnia Judaizmu.

    W swojej homilii duchowny wyszedł od perykopy opowiadającej o trędowatym, który prosił Chrystusa o uzdrowienie. Chrystus okazał mu miłosierdzie i uzdrowił go. Chciał jednak, aby po uzdrowieniu Izraelita ten zgodnie z Prawem Mojżeszowym udał się do Jerozolimy.

    – „Chrystus wiedział, że dla Izraelity, aby przyjąć Jezusa jako Mesjasza było ważne, aby dostrzec ciągłość między Starym Przymierzem a Nowym Przymierzem uwidaczniającym się w osobie Pana Jezusa. Właściwie do dzisiejszego dnia możemy zauważyć, że jedna z najważniejszych cech, którą Bóg obdarował naród żydowski od samego początku jest wierność i lojalność wobec swojej starotestamentalnej tożsamości” – mówił kaznodzieja.

    Wskazał, że w całej swojej historii, nawet w czasie prześladowań, Żydzi nie próbowali upodobnić się do społeczeństw, w których żyli. Nie ukrywali swojej tożsamości i religijności. Ta lojalność charakteryzuje Żydów do dzisiaj. Stała się ona jednak, podkreślił duchowny, tragedią. Przez tę tożsamość Żydzi odrzucili Chrystusa uznając, że stawiając się ponad Prawem Mojżeszowym chce On ją zniszczyć.

    – „Z tego powodu my dostrzegamy tragiczny paradoks w tym, że gorliwa wierność Bogu prowadzi Izraelitów do odrzucenia tego samego Boga, gdy przychodzi On do nich jako Mesjasz. Bo przecież Pan Jezus jest ostateczną odpowiedzią na pragnienie Bożego miłosierdzia, które Bóg zaszczepił w sercu każdego człowieka, a zwłaszcza w sercu synów Narodu Wybranego. Oni wyrażają pragnienie Bożego miłosierdzia w psalmach dawidowych po dzień dzisiejszy. Ubolewamy więc nad tym, że nasza ewentualna próba ewangelizacji wyznawców judaizmu byłaby odbierana przez nich jako zagrożenie lub atak” – mówił ks. Stefański.

    – „A nam wcale nie o to chodzi. Bardzo byśmy chcieli, aby nasi starsi bracia w wierze odkryli Pana Jezusa w Starym Testamencie i uznali Go za Mesjasza. Przeżywamy to wszystko dokładnie tak, jak Pan Jezus to przeżywał: Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani! Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście” (Mt 23,37)” – dodawał.

    Kaznodzieja przywołał przykład naczelnego rabina Rzymu Israela Zolliego. Jego nawrócenie na chrześcijaństwo wymagało ogromnej walki duchowej. W 1944 roku jednak przyjął chrzest. Na chrzcie przyjął imię Eugenio, chcąc w ten sposób wyrazić wdzięczność św. Piusowi XII – Eugenio Pacelliemu, za wszystko, co w czasie II wojny światowej zrobił dla Żydów. Zolli sam przeżył wojnę właśnie dzięki działaniom papieża.

    – „Israel Eugenio Zolli, człowiek urodzony w Polsce, były ortodoksyjny rabin, naoczny świadek tamtych czasów jest głosem skierowanym dzisiaj do tych wszystkich, którzy usiłują albo przemilczeć te fakty, albo je zniekształcić. Naoczny świadek zagłady hitlerowskiej, urodzony w Polsce, były ortodoksyjny rabin, uniwersytecki profesor – zafascynował się Panem Jezusem, odkrył w Nim Mesjasza, odkrył Boże miłosierdzie właśnie w Kościele katolickim. Kościół stał się dla niego miłosierną matką poprzez tysiące kapłanów, sióstr zakonnych i świeckich, którzy robili wszystko – nawet oddawali życie – aby ratować swoich starszych braci w wierze” – mówił w 2010 roku ks. Jacek Stefański.

    Fronda/kak/rzymski-katolik.blogspot.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zmarła s. André Randon – najstarsza osoba świata

    Siostra Andre, czyli Lucile Randon, najstarsza osoba na świecie
    fot.Daniel Cole/AP Photo/East News

    ***

    W nocy z poniedziałku na wtorek (16/17) w domu dla osób starszych pod wezwaniem św. Katarzyny Labouré w Tulonie na południu Francji zmarła w wieku 118 lat szarytka. Siostra André Randon była najstarszą żyjącą osobą na świecie.

    Przyszła szarytka urodziła się 11 lutego 1904 r. w rodzinie hugenotów jako Lucile Randon. Jej dziadek pełnił funkcję pastora. W wieku 12 lat Lucile rozpoczęła pracę jako opiekunka dzieci, później była nauczycielką domową. Wśród jej pracodawców była m.in. znana rodzina producentów samochodów Peugeot.

    Mając 19 lat przeszła na katolicyzm, a w wieku 40 lat wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo (szarytek) w Paryżu. Przyjęła wówczas męskie imię André (Andrzej; forma żeńska brzmiałaby „Andrée”). Chciała w ten sposób udobruchać swego brata o tym imieniu, któremu nie podobało się jej powołanie zakonne. “To było jej pragnienie, aby dołączyć do ukochanego brata. Dla niej to uwolnienie” – powiedział David Tavella, odpowiedzialny za komunikację w Sainte-Catherine-Laboure, domu opieki dla niesamodzielnych osób starszych, w którym mieszkała siostra André. Siostra Andre w ostatnich latach życia była niewidoma i posługiwała się wózkiem inwalidzkim.

    Zakonnica przez 28 lat pracowała w szpitalu w Vichy, opiekując się osobami starszymi i sierotami, po czym sama wycofała się do domu opieki w Les Marches w Sabaudii. Stamtąd w 2009 r., w wieku 105 lat, przeniosła się do Tulonu na południu Francji.

    25 kwietnia ub.r., po śmierci Japonki Tanaki Kane, s. André stała się najstarszą żyjącą osobą na świecie.

    Tytuł najstarszej żyjącej osoby na świecie obecnie należy do Hiszpanki Mari Branyas Morera, urodzonej 4 marca 1907 r. Najstarszą osobą w historii o potwierdzonej metryce pozostaje zaś Francuzka Jeanne Calment, która zmarła 4 sierpnia 1997 r., przeżywszy 122 lata i 164 dni.

    Siostra André jako szarytka 28 lat pracowała w szpitalu w Vichy, a także w departamencie Drôme w południowo-wschodniej Francji. Opiekowała się sierotami i osobami starszymi. Na emeryturze przez 30 lat mieszkała w domu starców w Sabaudii, a po 105. urodzinach przeniesiono ją do podobnego ośrodka szarytek w Tulonie.

    – Ludzie mówią, że praca zabija. Mnie praca utrzymywała przy życiu. Pracowałam do wieku 108 lat – powiedziała s. André, która rzeczywiście opiekowała się nieraz osobami młodszymi od siebie.

    – Ludzie powinni sobie nawzajem pomagać i kochać się, zamiast nienawidzić. Gdyby tak było, byłoby znacznie lepiej – powiedziała siostra André w dzień swoich 118. urodzin. Za jej życia na Stolicy Apostolskiej było 10 papieży. Długowieczna była także jej siostra bliźniaczka, która zmarła w 2018 r.

    Warto dodać, że najstarszą Polką, która zmarła w sierpniu minionego roku, była Tekla Juniewicz z Gliwic (miała 116 lat i 70 dni). Pani Tekla była wychowanką szarytek, a więc tego samego zakonu, do którego należała s. André.

    Katolicka Agencja Informacyjna/Gość Niedzielny 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Spowiedź to droga nawrócenia. Krótka historia sakramentu pokuty i pojednania
    fot. Hernán Piñera via Flickr, CC BY-SA 2.0

    *****

    Spowiedź to droga nawrócenia.

    Krótka historia sakramentu pokuty i pojednania

    Ukrzyżowany i zmartwychwstały Jezus przekazał Kościołowi misję udzielania ludziom łaski przebaczenia. W ciągu dziejów zmieniały się formy sakramentu pokuty i pojednania.

    Historia każdego sakramentu zaczyna się od Jezusa Chrystusa. Nie inaczej jest w przypadku sakramentu pokuty i pojednania. Jezus nie tylko wzywał do nawrócenia, ale – co widać doskonale w scenie z paralitykiem – sam udzielał ludziom odpuszczenia grzechów. Czynił to na mocy swojej Bożej władzy (jako Syn Boży), ale zarazem czynił to jako człowiek (co tak bulwersowało faryzeuszy).

    Już w tej historii można dopatrzeć się zapowiedzi przekazania Boskiej władzy przebaczenia wspólnocie Kościoła. Otwarcie mówi o tym Jezus dopiero po śmierci i zmartwychwstaniu. Sakrament spowiedzi jest bowiem owocem Paschy. To przez krzyż i zmartwychwstanie dokonało się pojednanie ludzi z Bogiem. Owoce tego Jezusowego dzieła pojednania mają być przekazywane ludziom poprzez Kościół. „Wieczorem owego pierwszego dnia… przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł (do apostołów): »Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane«” (J 20,19.22-23).

    Pan Jezus nie określił precyzyjnie, jak ma wyglądać sprawowanie sakramentu pokuty. Dał Kościołowi Ducha Świętego, który jest gwarancją Bożej obecności, a apostołom udzielił władzy „odpuszczania” i „zatrzymywania”. Historia sakramentu pokuty pokazuje, jak ta niezmienna władza była konkretnie sprawowana w zmieniających się warunkach historycznych. Ów skarb, jakim jest moc jednania ludzi z Bogiem, jest przechowywany w glinianym naczyniu Kościoła. Moc idzie od Boga, ale przez posługę kapłanów, którzy sami jako grzesznicy miłosierdzia potrzebują. 

    Jednorazowa i publiczna pokuta 

    Już w Listach i Dziejach Apostolskich pojawia się problem grzechu występującego po chrzcie świętym. Budziło to zgorszenie i pewne zażenowanie młodej wspólnoty. W początkach Kościoła to chrzest był traktowany jako sakrament pojednania z Bogiem. Przyjmowali go dorośli, którzy wyznawali wiarę i nawracali się. Zanurzając się w wodzie chrztu, „topili” starego, grzesznego człowieka i zaczynali nowe życie. Panowało mocne przekonanie, że życie po chrzcie może i powinno być życiem wolnym od grzechu. Doświadczenie pokazało, że było to zbyt optymistyczne. Dzieło „Pasterz” Hermasa (ok. 150 po Chr.) jest najstarszym świadectwem mówiącym o odpuszczeniu grzechów po chrzcie. Przez kilka wieków dominowało w Kościele przekonanie, że po chrzcie pokuta jest możliwa tylko raz. Przyjmowano, że jest jakby drugim chrztem. Przy czym chodziło o ciężkie grzechy, za jakie uważano cudzołóstwo, morderstwo i apostazję.

    Problem pokuty nasilił się w związku z prześladowaniami chrześcijan przez Rzym. Nie wszyscy jednak byli gotowi na męczeństwo, niektórzy wypierali się Chrystusa (tzw. lapsi – upadli). Potem, gdy ustały prześladowania, chcieli wrócić do Kościoła, ale rygoryści odmawiali im tego prawa. W Kościele zwyciężyło jednak przekonanie, że nie należy im odmawiać Bożego miłosierdzia. Grzesznik musiał wyrazić przed wspólnotą swój żal i postanowienie poprawy. Następnie odbywał publiczną pokutę, którą nakładał na niego biskup (tzw. pokuta kanoniczna). Dopiero po okresie ekspiacji biskup udzielał przebaczenia, nakładając ręce i wypowiadając słowa rozgrzeszenia. Do VI wieku pokuta miała charakter jednorazowy i publiczny. 

    Wynalazek mnichów

    Spowiedź indywidualną zawdzięczamy mnichom pochodzącym z Irlandii i Wielkiej Brytanii. Tak zwani mnisi iroszkoccy stali się wielkimi ewangelizatorami północnej i zachodniej Europy w VI i VII wieku. Oni rozpowszechnili w całym Kościele spowiedź uszną przed kapłanem i praktykę osobistej pokuty. Od VI wieku spowiadano się już częściej niż raz. Zwykle wtedy, gdy ktoś popełnił grzech ciężki. Nadal jednak było tak, że najpierw trzeba było odpokutować grzech, a potem u tego samego kapłana, który nałożył pokutę, prosić o rozgrzeszenie. Mnisi tworzyli tzw. księgi penitencjarne, zawierające katalogi wszelkich możliwych grzechów oraz odpowiadających im pokut zwanych taryfowymi. Określano precyzyjnie formę i czas pokutowania. Ciekawostka: duchowni mieli znacznie surowsze pokuty niż świeccy.

    Księgi z taryfowymi pokutami okazały się jednak ślepym zaułkiem. Pojawiały się wynaturzenia, bogaci zaczynali zastępować pokutne czyny określoną sumą pieniędzy. Około X wieku ustaliła się reguła, że penitent zaraz po wyznaniu grzechów uzyskuje rozgrzeszenie, a pokutę odprawia po spowiedzi. Porzucono księgi pokutne. Pokuta po spowiedzi stawała się coraz bardziej symboliczna. Na Soborze Laterańskim IV (1215 r.) zadecydowano, że wszyscy wierni mają obowiązek osobiście przynajmniej raz w roku wiernie wyznać wszystkie swoje grzechy kapłanowi. Później, już na Soborze Trydenckim (1545–1563), doprecyzowano, że obowiązek ten dotyczy jedynie grzechów ciężkich. Oczywiście chodzi o grzechy, których człowiek po dokładnym zbadaniu siebie jest świadomy. W roku 1304 papież Benedykt XI usankcjonował tzw. spowiedź generalną. Chodzi o spowiedź z całości życia, albo jakiegoś jego etapu, w której wyznajemy grzechy już wcześniej wyznane i odpuszczone. Spowiedź generalna jest nadal praktykowana i bywa pożyteczna w pewnych przełomowych życiowych momentach (np. przed ślubem czy święceniami).

    Średniowieczny Kościół rozwinął teologię sakramentu pokuty. Spierano się o rozłożenie akcentów. Święty Tomasz z Akwinu, jak zwykle, szukał mądrej równowagi. Akcentował, że na skuteczność sakramentu składają się zarówno elementy subiektywne, czyli akty samego penitenta: żal połączony z postanowieniem poprawy, wyznanie grzechów i zadośćuczynienie, jak i element obiektywny, którym jest sakramentalne rozgrzeszenie. W porównaniu z pierwszymi wiekami Kościoła najważniejsza zmiana polegała na odejściu od przesadnego akcentowania uczynków pokutnych, jakby „wypracowywania” przebaczenia. Pozostałością po starożytnej surowej praktyce pokutnej pozostała teologia odpustów.

    Negowanie i obrona spowiedzi 

    Marcin Luter, twórca reformacji, sam do końca życia spowiadał się. Ale w swoich pismach raz uznaje spowiedź za sakrament, raz ją odrzuca. Nie podobało mu się kościelne przykazanie nakazujące przynajmniej raz w roku spowiadać się. Tak mocno akcentował konieczność zaufania Bożemu miłosierdziu, że negował znaczenie samej absolucji i ludzkich wysiłków pokutnych. Jak w wielu innych sprawach, tak i w tej wylał dziecko z kąpielą. Kościoły wyrosłe z reformacji ostatecznie odrzuciły spowiedź.
 Wspomniany już Sobór Trydencki w odpowiedzi na reformację uporządkował nauczanie o spowiedzi. Potwierdził nauczanie św. Tomasza z Akwinu. Akcentował, że spowiedź jest sakramentem powtarzalnym, że rozgrzeszenia może udzielać tylko kapłan. Potwierdził znane już wcześniej rozróżnienie na żal doskonały (z miłości) i niedoskonały (z lęku). Do otrzymania rozgrzeszenia wystarczy żal niedoskonały. To nauczanie pozostaje nadal aktualne.

    Na Soborze Watykańskim II zwrócono uwagę na wspólnotowy wymiar sakramentu pokuty. Podkreślono, że spowiedź to nie tylko pojednanie z Bogiem, ale także z Kościołem. Utrzymano jednak jako podstawową formę sakramentu indywidualną spowiedź. Drugą formą jest pojednanie większej liczby penitentów wraz z indywidualną spowiedzią. Trzecia forma, czyli tzw. absolucja generalna, jest możliwa tylko w sytuacjach nadzwyczajnych. Jan Paweł II w adhortacji „Reconciliatio et paenitentia” (1984 r.) zwrócił uwagę, że spowiedź nie jest tylko rodzajem procedury sądowej przed trybunałem miłosierdzia, ale ma również charakter „leczniczy”. „Pragnę leczyć, a nie oskarżać”, mówi św. Augustyn. „To dzięki lekarstwu spowiedzi doświadczenie grzechu nie przeradza się w rozpacz” – komentuje papież. „Każdy konfesjonał to uprzywilejowane i błogosławione miejsce, w którym (…) rodzi się nowy, nieskażony i pojednany człowiek – pojednany świat!”.

    Spowiedź w wielu krajach przeżywa kryzys. Konfesjonały służą tam za schowki na szczotki i szmaty. Księża przestali spowiadać, więc ludzie przestali chodzić do spowiedzi. Zachodnia cywilizacja głównie przy pomocy armii psychologów i medialnych inżynierów społecznych dokonuje zastępczego świeckiego „rozgrzeszenia”. Wmówiono społeczeństwom i niestety także wierzącym, że są bez winy. Mówimy już tylko o słabości, o rozpadzie małżeństwa, wypaleniu, niedostosowaniu czy traumie z dzieciństwa.

    Tam, gdzie nie ma przyznania się do winy, nie ma też nawrócenia i spowiedzi. Wtedy zło staje się nieuleczalne.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Liturgia.wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O tych grzechach Jezus powiedział, że nie będą odpuszczone
    fot. pixabay.com

    ***

    O tych grzechach Pan Jezus powiedział, że nie będą odpuszczone

    „Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone. Jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciwko Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym” (Mt 12, 31n.). Zapowiedź Chrystusa jest bardzo stanowcza i groźna. Na czym polega zatem grzech przeciwko Duchowi Świętemu?

    Katechizm Kościoła Katolickiego św. Jana Pawła II wyjaśnia, że choć miłosierdzie Boże jest nieskończone, to ten, „kto świadomie odrzuca przyjęcie ze skruchą miłosierdzia Bożego, odrzuca przebaczenie swoich grzechów i zbawienie darowane przez Ducha Świętego”. Katechizm konkluduje, że „taka zatwardziałość może prowadzić do ostatecznego braku pokuty i do wiecznej zguby”. Współczesny Katechizm uważa zatem, że istotą grzechu przeciwko Duchowi Świętemu, przed którym szczególnie ostrzegał Pan Jezus, jest odrzucenie Bożego miłosierdzia. Św. Robert kard. Bellarmin, doktor Kościoła, tak pisał o ewentualnym przebaczeniu tego grzechu: „To przebaczenie jest bardzo rzadkim i trudnym, bo trudno i rzadko się zdarza, iżby ci, którzy wpadają w te grzechy, przyszli do prawdziwej pokuty”.

    Katechizm św. Piusa X uwzględniał hierarchię pośród grzechów ciężkich. Na samym dole tej piramidy jest siedem grzechów głównych (pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo). Poważniejsze są grzechy wołające o pomstę do nieba (rozmyślne zabójstwo, grzech sodomski, uciemiężanie ubogich oraz wdów i sierot, zabieranie lub zatrzymywanie umówionej zapłaty sługom i robotnikom). Z kolei do najcięższych grzechów należą te skierowane przeciw Duchowi Świętemu:

    1. O łasce Bożej rozpaczać – popełnia się ów grzech wtedy, gdy człowiek świadomie popada w rozpacz, mówiąc sobie, że nie ma już dla niego ratunku, że Bóg nie może kochać tak wielkiego grzesznika, jak ten człowiek. Jest to wątpienie w Boże miłosierdzie, które uwarunkowane jest pokutą.

    2. Przeciwko miłosierdziu Bożemu zuchwale grzeszyć – to dość częsta postawa, szczególnie wśród ludzi w młodym wieku, przejawiająca się poprzez mówienie sobie: „Po co teraz będę się spowiadał? Poczekam, aż będę stary – wówczas będzie czas na pokutę, a teraz się wyszaleję”. Kościół przestrzega, że nie znamy dnia ani godziny, kiedy może nas spotkać śmierć, a po niej sąd.

    3. Uznanej prawdzie chrześcijańskiej się sprzeciwiać – to w sposób stały i świadomy mówienie „nie” oficjalnej nauce Kościoła. Może mieć charakter wybiórczy, np. „Wierzę w to, co mówi się w kościele. Ale za nic nie uwierzę, że mieszkanie ze sobą przed ślubem jest grzechem! Bóg nie jest taki, by się o to obrażał”.

    4. Bliźniemu łaski Bożej zazdrościć – już sama zazdrość jest grzechem, a zazdrość o Boże błogosławieństwo jest grzechem szczególnym. Za każdą łaskę Bożą człowiek winien jest dziękczynienie, nawet jeśli czasowo Bóg wystawia nas na próbę, a naszym znajomym udziela rozlicznych łask.

    5. Na zbawienne napomnienia zatwardziałe mieć serce – grzech ten polega na stałym sprzeciwianiu się pobożnym natchnieniom lub upomnieniom zatroskanych osób (rodziców, przyjaciół, księży) o nasze trwanie w grzechu.

    6. Rozmyślnie trwać w „niepokucieˮ – może się przejawiać poprzez świadomość tego, że jest się w stanie grzechu śmiertelnego, że w najbliższym czasie trzeba będzie się wyspowiadać, a pomimo to grzeszy się nadal, nie widząc różnicy między jednym a wieloma popełnionymi grzechami.

    Kajetan Rajski, “Droga”/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Spowiedź to nie psychoterapia!


    Ks. prof. Paweł Bortkiewicz odpowiada Biedroniowi!

    (fot. AdobeStock Oprac. GS/pch24.pl)

    *****

    – Ci, którzy ubolewają nad tą rzekomą „przemocą psychiczną”, jaka dokonuje się ich zdaniem podczas spowiedzi, wpisują się dokładnie w paradygmat opisany przez Onufrego Zagłobę, który mówił, że „diabeł ubrał się w ornat i ogonem na Mszę dzwoni” – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr.

    Czy pamięta Ksiądz profesor swoją pierwszą spowiedź przed pierwszą Komunią Świętą?

    Minęło wiele lat, ale pamiętam jakby to było wczoraj. Było to dla mnie wielkie przeżycie, jak zresztą cały okres przygotowania do pierwszej spowiedzi i pierwszej Komunii Świętej. Katecheta, który razem z proboszczem przygotowywali nas do pierwszej spowiedzi, na każdym kroku podkreślali, że nie mówimy naszych grzechów kapłanowi, tylko wyznajemy je przed Panem Bogiem. Kapłan jest tylko pośrednikiem, który w Bożym imieniu udziela lub nie udziela nam rozgrzeszenia. To Pana Boga prosimy by: „był miłościw mnie grzesznemu, całym sercem skruszonemu”. Boga, nie spowiednika!

    Przez wiele lat, jako uczeń szkoły podstawowej i średniej, spowiadałem się u mojego księdza proboszcza, wspaniałego, nieżyjącego już prałata Dominika Kostiala. Miał on swój konfesjonał ulokowany w sąsiedztwie bocznego ołtarza Serca Jezusowego. Zawsze przed lub po spowiedzi zatrzymywałem się przy tym ołtarzu i odmawiałem litanię do Serca Jezusowego.

    Pozwolę sobie przywołać również trochę żartobliwą sytuację: do spowiedzi u ks. Kostiala były liczne kolejki. Zdarzało się, że stawałem na ich końcu. Robiłem to w taki sposób, żeby ksiądz prałat mnie dostrzegł. Gdy tak się stało to kiwał ręką i zapraszał mnie z końca kolejki do spowiedzi. Być może nie zawsze służyło to wzrostowi duchowemu osób czekających w kolejce, ale ja cieszyłem się, że jestem w ten sposób uprzywilejowany.

    Na marginesie dodam, że całe pokolenie moich kolegów, którzy razem ze mną wstąpili do seminarium i zostali kapłanami podkreśla, że po ludzku patrząc, to właśnie ks. Kostialowi zawdzięczamy nasze powołanie. On był dla nas przykładem kapłana naśladującego ze wszystkich sił, całym sercem i duszą Chrystusa – Najwyższego i Wiecznego Kapłana.

    Ja z kolei pamiętam, że przed pierwszą spowiedzią mój proboszcz ks. Sławomir Orłowski mówił do mnie i moich rówieśników, że spowiedź to nie są żarty; że rachunek sumienia, to nie szukanie na siłę grzechów i obwinianie się na siłę. Spowiedź ma być szczera, czyli przypomnijmy sobie, co złego zrobiliśmy, komu sprawiliśmy przykrość, czy pamiętaliśmy o modlitwie etc. Bądźmy szczerzy, bo przed Bogiem i tak niczego nie ukryjemy. 25 lat później dowiaduję się, że spowiedź to „forma przemocy psychicznej”…

    Ci, którzy ubolewają nad tą rzekomą „przemocą psychiczną”, wpisują się dokładnie w paradygmat opisany przez Onufrego Zagłobę, który mówił, że „diabeł ubrał się w ornat i ogonem na Mszę dzwoni”.

    To są po prostu niedorzeczności wygłaszane przez ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z Kościołem, z wiarą katolicką, z praktyką sakramentów etc. Jeżeli nawet wspominają, że doświadczyli poprzez spowiedź jakiejś traumy w dzieciństwie, to naprawdę ciężko mi w to uwierzyć, że akurat teraz – w czasie, kiedy wszystkie rewolucyjne armaty są wymierzone w Kościół, sakramenty i katolików – przypomnieli sobie o tym.

    Niestety takie głosy, że spowiedź to „forma przemocy psychicznej”, przerażają… Przerażają swoją nonszalancją, swoją arogancją i czymś, co dla nas – katolików jest, najdelikatniej to ujmując, ocieraniem się o świętokradztwo i bluźnierstwo. Mamy bowiem do czynienia z myleniem pewnych porządków: porządku sakramentalnego z jakimś pseudo-psychoterapeutycznym działaniem.

    Sygnał do ataku na spowiedź dał europoseł Robert Biedroń. Co ten człowiek powiedział: „Czy opowiadasz obcej osobie, np. sprzedawczyni w sklepie, o tym, że masz fantazje seksualne na temat kolegi lub koleżanki, albo kierowcy autobusu? Nie! Więc dlaczego podczas spowiedzi opowiadasz o tym obcemu księdzu? Dlaczego ktoś Cię do tego zmusza? To absurd. Uważam, że spowiedź dzieci powinna być zakazana”. Jak to jest, że Biedroń w pierwszej kolejności wymienia „fantazje seksualne”, jako główny argument, że spowiedź u dzieci powinna być zakazana?

    Z panem Biedroniem różni mnie kilka spraw. Po drugie: on jest homoseksualistą, a ja jestem mężczyzną. Po pierwsze zaś: ja jestem kapłanem, a pan Biedroń nie. To oznacza, że ja wysłuchałem tysięcy spowiedzi, a on nie.

    Nigdy nie spotkałem się z mówieniem o jakichś fantazjach seksualnych. Zdarzało się w przypadkach ocierających się o sferę opętania, że mówiono o tym, iż pojawiają się w czasie świętych wydarzeń, liturgii, modlitwy jakieś skojarzenia seksualne. To był jednak wyjątek. Takie wyznania grzechów były bardzo bolesne również dla mnie i na tym zakończę.

    Nigdy jednak nie spotkałem się z tym, żeby ktoś z jakąś lubością mówił mi podczas spowiedzi o jakichś fantazjach seksualnych, jak sugeruje pan Biedroń. Ludzie spowiadają się na ogół z tego, co jest sferą codzienności. Nie wiem jak wygląda ta codzienność w przypadku pana Biedronia, ale w przypadku zwykłych katolików ta sfera dotyczy sfery kontaktów z najbliższymi, sfery rozmów, gestów, czynów; sfery codziennej miłości etc. Jeszcze bardziej wypowiadane są grzechy w odniesieniu do Pana Boga, bo tym właśnie jest grzech – zerwaniem relacji człowiek – Stwórca. Padając na kolana przed Bogiem podczas spowiedzi – PRZED BOGIEM A NIE KAPŁANEM – SPOWIEDNIKIEM – wyznajemy nasze grzechy, nasze zaniedbania określające naruszenie wierności, która ma być i jest odpowiedzią na Bożą Miłość. Tej wierności, która powinna być wyrażana w codziennej modlitwie, w regularnym życiu sakramentalnym etc. To są grzechy zwykłych katolików w Polsce, którzy przystępują do spowiedzi.

    Podejrzewam, że Biedroń czytając te słowa z miejsca oskarży Księdza profesora o złamanie tajemnicy spowiedzi…

    Nie mówię o grzechach konkretnych osób, tylko o zjawisku grzechu. Nie wymieniłem ani nie zasugerowałem żadnej osoby.

    Tajemnica spowiedzi dotyczy odniesienia konkretnego grzechu do konkretnej osoby. Chodzi na przykład o sytuację, w której opisywałbym grzech, który może być znany w konkretnym środowisku, przypisany do konkretnej osoby. Natomiast ogólne wymienianie grzechów, tak jak to uczyniłem, nie ma nic wspólnego z naruszeniem tajemnicy spowiedzi.

    A co, jeśli lewica wykorzysta politycznie i ideologicznie słowa Księdza profesora? Na przykład: Polacy spowiadają się, że nie chodzą do kościoła, więc Kościół jest im niepotrzebny!

    To, że ludzie wyznają przy spowiedzi grzechy kradzieży, grzechy związane z czynieniem antykoncepcji, grzechy opuszczania Mszy Świętej, gniew, lenistwo, pychę etc. jest, że tak powiem, czymś normalnym i powszechnie znanym. To nie jest żadne stygmatyzowanie społeczeństwa i trzeba bardzo dużo złej woli, żeby tak twierdzić. O tym samym mówią socjologowie, którzy badają pewne zjawiska społeczne. Różnica jest taka, że obserwacje socjologów wynikają z pewnych danych ankietowych, a obserwacje duszpasterzy wynikają z bezpośredniego doświadczenia i mają ten dodatkowy walor, że są poczynione nie w sposób czysto statystyczny, tylko w sposób głęboko egzystencjalny i jednocześnie, co trzeba bardzo mocno podkreślić, w przeciwieństwie do opisu czysto statystycznego spowiedź jest po to czyniona, żeby wyznając grzechy odkryć w sobie dobro! Istotą każdej spowiedzi jest to, że Pan Bóg niezależnie od warstwy zła, jaką wyznajemy, która niejednokrotnie sprawia, że sami przestajemy w siebie wierzyć, przestajemy sobie ufać, mówi do nas „Ja tobie ufam. Ja cię nie potępiam. Ja wciąż w ciebie wierzę. Idź i nie grzesz więcej”. Tego nie zapewni żaden psychoterapeuta. Tego nie zapewni żadna psychologia. Tego nie zapewni samo zewidencjonowanie swoich grzechów. Tu potrzebny jest kontakt egzystencjalny, w którym kapłan jest pośrednikiem w relacji grzesznika z Bogiem. To jest doświadczenie absolutnie unikalne i absolutnie wyzwalające człowieka i przemieniające jego życie.

    Lewica przedstawia spowiedź jako „przesłuchanie przy konfesjonale”. A co z rachunkiem sumienia? Co z żalem za grzechy i mocnym postanowieniem poprawy? Co w końcu z zadośćuczynieniem? To już nie jest ważne?

    To wynika z ułomności umysłowej, która nie pozwala dostrzec całej rzeczywistości. Jest to również konsekwencja porzuconej czy lekceważonej wiary. Może jest to jakaś amnezja, która wyparła to, co kiedyś ci ludzie poznali i czego się dowiedzieli. Może jest to kwestia złej woli, żeby wydobyć całość rzeczywistości sakramentu spowiedzi?

    Spowiedź to cały proces, a nie tylko wygłoszenie kilku formułek przy konfesjonale. Spowiedź to kilka elementów, które są zapożyczane w sposób często bardzo ułomny przez różne współczesne terapie psychologiczne. Chociażby rachunek sumienia. Przecież on niejednokrotnie pod innymi nazwami funkcjonuje w różnych terapiach. Jedni nazywają to spojrzeniem w siebie. Inni byciem szczerym. Zresztą to bycie szczerym często kończy się tym, że trzeba wyznać całe swoje życie drugiemu, obcemu człowiekowi, albo grupie terapeutycznej. Bardzo często wezwanie „bądź szczery” jest w tym wypadku ponaglaniem do wyznania wszystkich błędów, win i wypaczeń przed publicznością. Na to prawie nikt nie zwraca uwagi. Dla mnie osobiście jest to rzecz bardzo niepokojąca i bardzo trudna do zaakceptowania – takie publiczne wyznawanie własnych ułomności, popełnionego zła etc., a potem dyskusja z innymi na ten temat, którzy albo nam przytakują i mówią, że nas rozumieją, albo nas atakują, bo oni zrobiliby to inaczej, lepiej, mądrzej etc.

    Wróćmy jednak do kwestii spowiedzi. Rachunek sumienia to nie tylko oskarżanie się o zło. Rachunek sumienia to bilans dokonanego przez nas dobra i zła. Nie zapominajmy, że dostrzegając w sobie zło możemy również dostrzec dobro, to co udało nam się osiągnąć w kategoriach sprawności moralnej.

    Mamy żal za grzechy, a więc głębokie odniesienie się do tajemnicy Męki Chrystusa, do Jego dzieła zbawczego. Dzięki temu możemy uświadomić sobie, że to zło moralne, które każdy z nas, w jakiś sposób doświadcza nie jest wyłącznie kwestią naszej świadomości. To jest kwestia obiektywna! To jest kwestia tak dalece obiektywna, że Bóg oddał za nią swoje życie, żeby nas z tej złej rzeczywistości wyzwolić.

    Mamy mocne postanowienie poprawy, a więc projekt reformy życia, projekt naprawczy naszego życia. To jest projekt, który w różnych instytucjach i w różnych grupach, ale także i w życiu osobistym jest elementem niezbywalnym.

    Mamy w końcu zadośćuczynienie, czyli próbę restytucji popełnionego zła i aktywizacji dobra.

    To jest cały zespół elementów, które mają przeogromne znaczenie i ogromny walor w rozwoju życia duchowego i osobowego. Jeżeli ktoś tego nie dostrzega to po prostu traci tę wielką szansę, jaką daje mu życie sakramentalne.

    Kiedy zaczęto domagać się, żeby ksiądz spowiednik był również, a może przede wszystkim psychologiem?

    Jest to kwestia kilkudziesięciu ostatnich lat. Taki stan rzeczy wiąże się przede wszystkim z poczuciem tego, że z jednej strony poczucia i świadomości zła nie da się wyeliminować, bo ono zawsze w nas było, jest i będzie. Natomiast jeżeli udało się wyeliminować w jakimś stopniu doświadczenie sakralności, to w tym momencie rolę kapłana przejmuje psychoterapeuta, a kapłan, który chce się odnaleźć w tym świecie często niestety stara się bardziej być psychoterapeutą niż kapłanem.

    Raz jeszcze chciałbym zwrócić uwagę: zło, o którym tutaj mówimy, nie jest tylko kwestią świadomości, to jest kwestia obiektywna i ta kwestia obiektywna mogła zostać zgładzona tylko przez czyn zbawczy Chrystusa i może być odkupiona wyłącznie przez Chrystusa. Dlatego też żadna psychoterapia nie jest w stanie zastąpić sakramentu pokuty i pojednania.

    Z całym szacunkiem dla pracy i posługi psychoterapeutów – rola kapłana jest rolą absolutnie wyjątkową i nieporównywalną nawet z najlepszymi psychoterapeutami. Może powiem tak bardzo obrazoburczo, ale nawet bardzo słaby duchowo czy intelektualnie kapłan odgrywa o wiele bardziej znaczącą rolę, ponieważ on jest narzędziem w rękach Boga, który jest w stanie uwolnić człowieka od zła. To nie ksiądz uwalnia! To Pan Bóg uwalnia człowieka od zła!

    Jak zdaniem Księdza profesora Robert Biedroń zareagowałby na słowa: „moje dzieci, moja sprawa, to ja będę decydował jak je wychowuje”, albo „chcesz rozdziału państwa od Kościoła, więc dlaczego chcesz decydować o tym, co Kościołowi wolno, a co nie i w to, w jakiej wierze chce wychować moje dzieci”?

    Te słowa zaadresowałbym nie tylko do pana Biedronia, ale do bardzo wielu ludzi znanych i nieznanych, takich, którzy często zabierają głos na różnych forach społecznościowych krzycząc z jednej strony o rozdziale państwa i Kościoła, a z drugiej ewidentnie naruszając granicę. Wchodzą oni na teren Kościoła i próbują ustalać zasady życia kościelnego i duchowego. To jest ewidentne przekroczenie kompetencji i ogromna niekonsekwencja.

    Skoro mówimy o rozdziale państwa i Kościoła, to niech ci, którzy są poza Kościołem projektują swoje życie w ramach społeczności bezwyznaniowej, jeśli tego potrzebują. Niech jednak szanują prawa ludzi wierzących, na przykład wierzących rodziców, by ci kierowali się swoją wiarą i swoimi zasadami moralnymi w wychowaniu dzieci.

    Czy nie jest tak, że skoro wrogowie spowiedzi nie spowiadają się, to zgodnie z lewicowym podejściem do życia należy wymusić na wszystkich, żeby też tego nie robili wprowadzając zamordyzm prawny?

    Nie można tego wykluczyć. Być może ci ludzie właśnie tak uważają. Jestem jednak przekonany, że pod wpływem takich głosów niewielu katolików zrezygnuje ze spowiedzi. Ponadto prosiłbym czytelników PCh24.pl o modlitwę za wrogów spowiedzi i wrogów Kościoła, żeby się nawrócili, żeby wrócili do Kościoła, żeby uwierzyli w Chrystusa Zmartwychwstałego, żeby odkryli piękno i moc, które Chrystus w Kościele udziela każdemu człowiekowi, który zechce do Niego rzeczywiście przyjść.

    Spowiedź „NIE”, bo człowiek przed 18. rokiem życia jest do niej niedojrzały psychicznie. Ci sami ludzie ubolewają, że w Polsce nie ma seksedukatorów uczących dzieci o LGBT, o zmianie płci, o gender, o aborcji etc. Tutaj nie trzeba mieć 18 lat?

    To jest absurd i to bardzo złowrogi. Oskarża się tutaj Kościół, a konkretnie sakrament spowiedzi o jakiś przymus, o przemoc psychiczną, o grzebanie komuś w głowie i wyciąganie straszliwych spraw życia seksualnego, co jest kompletną niedorzecznością, co po prostu nie ma miejsca. Naprawdę żaden spowiednik nie dokonuje jakiejś wiwisekcji człowieka – ani dziecka, ani dorosłego. Nie pyta go: „Co robiłeś 30 stycznia o godzinie 16.00, o kim wtedy myślałeś, na kogo patrzyłeś? Na pewno nie kłamiesz? Ale na pewno?!”.

    Jak zaś wygląda scenariusz zajęć, które są proponowane przez twórców tzw. standardów edukacji seksualnej tak mocno promowane przez lewicę? Przypomnę w największym skrócie: na każdym etapie rozwoju dziecka zalecają one na przykład: dokonywanie masturbacji, zapoznawanie się z antykoncepcją, naukę o aborcji jako podstawowym prawie reprodukcyjnym człowieka, propagowanie polimorficznych związków obejmujących różne konfiguracje etc.

    I ci właśnie ludzie, którzy tworzą w swoich umysłach jakieś wyimaginowane sytuacje perwersyjne, nieistniejące w konfesjonale są zupełnie ślepi, głusi, bezwonni na takie działania jak nauka masturbacji dzieci przedszkolnych, które są programowane przez nich samych.

    W czasie tzw. pandemii koronawirusa obserwowaliśmy atak lewicy na Mszę Świętą i sakrament Eucharystii. Ich zdaniem wirus był „niezwykle pobożny”, atakował przede wszystkim w kościołach, a zwłaszcza podczas przyjmowania Komunii Świętej. Od wielu tygodni pojawiają się w lewicowej prasie artykuły o humanistycznym ślubie, humanistycznym chrzcie, humanistycznym pogrzebie etc. Teraz mamy atak na spowiedź… Przypadek?

    Nie ma przypadków. Sakramenty Kościoła katolickiego bez wątpienia są czymś nie do przyjęcia dla tzw. liberalnej lewicy. Podstawowa prawa jest taka: sakrament jest działaniem Pana Boga! To nie jest happening, to nie jest przedstawienie, to nie jest rytuał, to nie jest wydarzenie społeczno-twórcze czy zawiązywanie jakiejś wspólnoty za pomocą metod psychologicznych i artefaktów. To są działania, które są działaniami zbawczymi Boga, w których Bóg po prostu osobiście interweniuje swoją mocą, miłością i łaską.

    Rozumiem, że lewica może mieć poważne trudności z przyjęciem tej prawdy o sakramentach, ale dla nas – ludzi wierzących – ta prawda powinna być ze wszech miar oczywista i dlatego nie powinniśmy w żaden sposób godzić się na jakąś humanizację tego, co jest Boskie, bo najlepszej humanizacji dokonuje sam Pan Bóg wchodząc w ludzkie życie, stając się dla nas człowiekiem, stając się dla nas Chlebem Eucharystycznym, stając się znakiem sakramentalnym czy to podczas chrztu, czy to podczas bierzmowania czy to podczas pokuty.

    To jest najlepsza, najbardziej znacząca humanizacja naszego życia i „lepszej”, proszę nam wielce szanowna lewico, nie projektować.

    Bóg zapłać za rozmowę.

    Tomasz D. Kolanek/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Uczucia w życiu duchowym. Pomagają? Przeszkadzają?

    Uczucia w życiu duchowym. Pomagają? Przeszkadzają?
    ks. prof. Stanisław Zarzycki SAC/archiwum autora

    ***

    Czy kierowanie się emocjami w życiu duchowym to egzaltacja? Odpowiada ks. prof. Stanisław Zarzycki SAC, teolog duchowości.

    Jarosław Dudała: Czy Ks. Profesor obawia się uczuć w życiu duchowym?

    Ks. prof. Stanisław Zarzycki SAC:  Ja się nie obawiam, ponieważ wiele się na ten temat dowiedziałem dzięki różnym mistrzom. Ale wiem, że człowiek może się obawiać uczuć w życiu duchowym w tym sensie, że nasze życie jest czasem mniej, czasem bardziej uporządkowane.

    Co to znaczy: nieuporządkowane?

    To znaczy: poddane namiętnościom, takim jak: nienawiść, gniew, pycha, żądza, pożądliwość Jeśli któraś z nich zdominuje postawę człowieka, to wtedy rozum traci swoją siłę przekonania i człowiek postępuje – niestety – niedobrze.

    Nie chce chyba Ks. Profesor powiedzieć, że dając człowiekowi uczucia, Pan Bóg zastawił na niego pułapkę?

    Nie! Pan Bóg dał nam uczucia jako jeden ze składników naszego ludzkiego uposażenia. Do nich należy na pierwszym miejscu rozum, który nam daje zdolność poznania prawdy na płaszczyźnie naturalnej i otwarcia się na prawdy wiary na płaszczyźnie nadprzyrodzonej, metafizycznej. Kolejny element tego uposażenia to wola – ta piękna instancja, która pozwala nam wybierać dobro czy zło, pozwala decydować. Niektórzy mówią, że wola jest w nas władzą królewską…

    A do czego w życiu duchowym potrzebne są nam uczucia?

    Mogą spełniać wiele funkcji – pod warunkiem, że nie traktujemy ich w sposób wyemancypowany, ale jako harmonijnie współdziałające z rozumem i wolą.

    Jakie to funkcje?

    Według św. Franciszka Salezego, uczucia – a zwłaszcza miłość, która jest uczuciem par excellence, chociaż jest nie tylko uczuciem, bo jest też aktem woli – budzi w człowieku ducha, otwiera go na Pana Boga, sprawia, że on pragnie Boga. Wielkie pragnienia, które przeżywali święci, były wyrazem także ich bogatego życia uczuciowego. Zakładają one zarazem jakieś doświadczenie Boga i są wyrazem dążenia do zjednoczenia z Nim.

    Po drugie, uczucia podnoszą ducha, dają człowiekowi siłę żywotną, witalną. Rozszerzają jego serce rozumiane w sensie biblijnym, jako duchowe wnętrze człowieka.  Gdy mamy wielkie pragnienia duchowe, otwieramy się na łaskę Bożą i wchodzimy w relację z Bogiem, także na płaszczyźnie duchowo-uczuciowej.

    Ale najważniejszą rolę uczuć widziałbym w tym, że  nadają życiu duchowemu dynamikę. Spośród nich zwłaszcza miłość jest motorem życia duchowego. Jeśli ktoś kieruje się miłością i przeżywa ją w taki sposób, że chce odpowiedzieć na miłość Bożą, że poszukuje żywej relacji z Bogiem, to wtedy – jak mówi Franciszek Salezy –  miłość staje się życiem jego duszy. Wtedy jego duchowość nie jest martwa czy poddana stagnacji albo formalizmowi.

    Z drugiej strony, rozum podpowiada np. uczestnikom modlitw we wspólnotach charyzmatycznych, że Bóg jest godzien wielkiej czci; ich wola decyduje, że chcą tę cześć Bogu oddać, a ich emocje reagują na to żywo. Mimo to, od innych wierzących słyszą, że są “nawiedzeni”. Albo jeśli ktoś znajduje Boga w pełnej emocji sztuce, to słyszy, że to tylko bezwartościowa egzaltacja.

    Rzeczywiście padają takie oskarżenia. One mogą być uzasadnione, ale nie muszą. Nieraz padają one ze strony tych, którzy kierują się duchowością intelektualną czy duchowością obowiązku. Nie rozumieją oni takich postaw, może nie mają wrażliwości uczuciowej i dlatego lekceważą trochę ten wymiar afektywny (emocjonalny) życia duchowego.

    Z drugiej strony, bywa i tak, że rzeczywiście niektóre osoby wpadają w egzaltację, a potem ich postawa nie osiąga takiej spójności, która pozwala na łączenie modlitwy z życiem i wypełnianiem swoich obowiązków. Podlegają oni wahaniom afektywnym, zbytniemu falowaniu – wtedy taki zarzut byłby słuszny.

    Jeśli nawet ktoś kieruje się duchowością obowiązku to słyszał pewnie o Norwidzie, który pisał, że “piękno na to jest, aby zachwycało – do pracy”. A jeśli nie, to słyszał przynajmniej, że należy “służyć Bogu z weselem” i że “radosnego dawcę miłuje Bóg”. Podkreślam słowa dotyczące emocji, żeby pokazać, że nawet pracy czy wypełnianiu obowiązków nie chodzi tylko o samą wolę i sam rozum.

    Tak! Piękno, które nas pociąga, jest ważne w naszym życiu – także w życiu duchowym.

    Piękno było za mało doceniane w duchowości zachodniej. O wiele mniej niż na chrześcijańskim Wschodzie. Tam ikona (używana w modlitwie) pełniła rolę elementu piękna pociągającego duchowo. U nas było tego mniej. Może dlatego jesteśmy na to piękno za mało wrażliwi?

    Myślę jednak, że jeśli ktoś czyni postępy w życiu duchowym, to odkrywa piękno duchowe. Staje się coraz bardziej wrażliwy. Bo wrażliwość można w sobie kształtować. Jest takie przekonanie, że wrażliwość to cecha wrodzona – jedni ją mają, inni nie. Amadeo Cencini, włoski autor łączący pięknie teologię z psychologią, mówi, że wrażliwość to dyspozycja do przyjęcia wartości  i że człowiek w każdym wieku może swoją wrażliwość udoskonalić.

    Spytam więc raz jeszcze: do czego są potrzebne uczucia w życiu duchowym? Jak to wygląda na różnych jego etapach?

    One się przydają na każdym etapie.

    Na każdym? Nie tylko na początku?

    To temat na długi wykład. Odnosząc się do tego, co mówi św. Franciszek Salezy, mogę powiedzieć, że na każdym etapie one są ważne, ale rzeczywiście najszerzej opisuje on etap początkowy, na którym powinno dokonać się oczyszczenie i podstawowe uporządkowanie uczuć negatywnych, namiętności.

    Najwięcej mówi o tym w kontekście modlitwy. Mówi o medytacji jako pierwszym czy drugim etapie modlitwy wewnętrznej. Inspiruje się tu mocno nauką św. Teresy z Avila. Mówi, że poprzez rozważania wydarzeń z życia Jezusa czy prawd z Pisma Świętego należy się tak usposobić i pozwolić, żeby Duch Święty wzbudził w nas pozytywne uczucia: miłość do Boga i bliźniego, skruchę, żal za grzechy, nadzieję, pragnienie czynienia miłosierdzia itd. Św. Franciszek Salezy mówi, że nie należy się spieszyć z medytacją myślną. Uważa, że nie jest rzeczą konieczną, żeby przemedytować jakąś prawdę, rzecz od początku do końca, ale – jeśli pojawiają się w nas uczucia duchowe – lepiej zatrzymać się. Radzi tak: „jeśli twój umysł znajduje upodobanie, światło, owoc w tym, co rozważasz, postępuj jak pszczoły, które nie opuszczają kwiatu, aż zbiorą miód”. To wyraźne nawiązanie do metody św. Ignacego Loyoli, ale akcent położony na uczuciowość jest jeszcze silniejszy. Chodzi o to, żeby ta uczuciowość się w nas rozbudziła. Wtedy duchowa dynamika dążenia do Boga staje się  silniejsza. Z tymi uczuciami trzeba łączyć postanowienia. Wtedy wola wkracza do medytacji i sankcjonuje pewne uczucia – te pozytywne, duchowe rodzące się na podłożu wiary i miłości do Boga. Mówi: “tak!” Popiera je. Wzmacnia tę postawę. A przez to odcina się od przywiązań, uczuć negatywnych, namiętności. W ten sposób dokonuje się w nas przezwyciężenie “starego człowieka”, o którym pisze św. Paweł.

    Ta metoda jest stale aktualna. To duchowość dla wszystkich.

    ***

    ks. prof. Stanisław Zarzycki SAC, dr hab. teologii, emerytowany wykładowca KUL; autor kilku książek, m. in. “Rozwój życia duchowego i afektywność. Studium na podstawie pism  św. Franciszka Salezego”  (Wydawnictwo KUL, Lublin 2008) i wielu artykułów (w tym kilku o duchowości tegoż świętego), przez kilkanaście lat redaktor zeszytu piątego Roczników Teologicznych KUL, poświęconego teologii duchowości.

    Gość Niedzielny 24/01/2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA NA MIESIĄC STYCZEŃ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby wychowawcy byli wiarygodnymi świadkami, ucząc braterstwa, a nie rywalizacji, i pomagając w szczególności najbardziej bezbronnym młodym ludziom. 

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

      ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * W Nowym Roku Pańskim już dziękuję Ci, Panie Jezu Chryste, za wszystko co Twoja dobroć zechce postawić na mojej drodze. Zdając sobie sprawę z mojej małoduszności proszę tylko o łaskę odwagi, abym nie bał się przyjmować Twoich darów, które przecież zawsze są pełne miłosierdzia – choć po ludzku wydają się tak często trudne do przyjęcia.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    _____________________________________________________________________________

    Tajemnice Różańcowe wraz intencjami zostały wysłane na maila w sobotę 31 grudnia z adresu: e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś nie otrzymał, bardzo proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres: rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    Na stronie Żywego Różańca: zr.kosciol.org – znajdują się intencje, Tajemnice Różańcowe, Patroni Róż oraz ogłoszenia.

    ____________________________________________________________________________

    JAK CO ROKU, WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA W OKRESIE ADWENTOWYM, ORGANIZUJE DATKI NA RZECZ POTRZEBUJĄCYM. W TYM ROKU PRAGNIEMY POMÓC SIOSTROM KLAWERIANKOM.

    BARDZO SERDECZNE DZIĘKUJĘ NASZYM STAROPOLSKIM: “BÓG ZAPŁAĆ” ZA WASZE ZROZUMIENIE I WSPANIAŁĄ CHOJNOŚĆ. SUMA 3000 FUNTÓW ZOSTAŁA JUŻ PRZEKAZANA SIOSTROM KLAWERIANKOM.

    ***

    W Afryce żniwo jest dojrzałe, serca pragną Boga, pragną wiary. Każdy uczynek miłosierdzia, także ten, który zaspakaja potrzeby materialne, np. głód, służy ratowaniu dusz.

    bł. Maria Teresa Ledóchowska

    ___________________________________________________________________________________________

    22 stycznia w Kościele katolickim

    Niedziela Słowa Bożego

    Zgodnie z motu proprio papieża Franciszka „Aperuit illis” w Kościele katolickim w III niedzielę okresu zwykłego obchodzony jest Niedziela Słowa Bożego. W tym roku przypada ona 22 stycznia. Jej celem jest pogłębianie świadomości znaczenia Pisma Świętego w życiu wierzących oraz w liturgii.

    W nocie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zaznaczono, że “poprzez teksty biblijne odczytywane podczas liturgii, sam Bóg mówi do swojego ludu i sam Chrystus głosi swoją Ewangelię”.

    ______________________________________________________________________

    Biblista ks. prof. Bardski:

    Biblia nie jest jakąś magiczną księgą, ale świadectwem Bożej miłości

    Biblia nie jest jakąś magiczną księgą, ale świadectwem Bożej miłości na przestrzeni dziejów; Znajomość Pisma Świętego pozwala lepiej poznać Chrystusa – powiedział PAP biblista ks. prof. Krzysztof Bardski z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

    Karol Porwich/Niedziela

    ***

    W Kościele katolickim jest dziś obchodzona Niedziela Słowa Bożego. Została ona ustanowiona motu proprio papieża Franciszka “Aperuit illis” i wyznaczona na III niedzielę okresu zwykłego. Ideą tego dnia jest pogłębianie świadomości znaczenia Pisma Świętego w życiu wierzących oraz w liturgii, która włącza w żywy i stały dialog z Bogiem.

    “Papież Franciszek w +Misericordia et misera+ powiedział, że jego +gorącym pragnieniem jest, aby Słowo Boże było coraz bardziej czczone, znane i upowszechniane, aby przez nie można było lepiej zrozumieć tajemnicę miłości, która wypływa z tego źródła miłosierdzia+” – powiedział PAP ks. prof. Krzysztof Bardski.

    “Poprzez teksty biblijne odczytywane podczas liturgii, to sam Bóg mówi do swojego ludu i sam Chrystus głosi swoją Ewangelię” – czytamy w nocie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    Biblista zastrzegł, że “poza znaczeniem doktrynalnym, jako źródła (wraz z tradycją) prawd wiary, Biblia w wymiarze indywidualnym pozwala głębiej poznać Chrystusa”. “Sobór Watykański II i Katechizm Kościoła Katolickiego wskazuje, że przez częste czytanie Pisma Świętego człowiek +nabywa najwyższą wartość poznania Chrystusa+” – wskazał biblista.

    Zaznaczył, że “chrześcijaństwo nie jest religią księgi, ale żywego Słowa, jakim jest Jezus Chrystus”. “Cały Pierwszy (Stary) Testament prowadzi ku Jezusowi a Nowy Testament świadczy o Nim. Biblia nie jest jakąś magiczną księgą, która spadła z nieba, ale świadectwem Bożej miłości na przestrzeni dziejów, której szczytem, doskonałym wypełnieniem jest Jezus” – wyjaśnił biblista.

    Powiedział, że powstawanie Biblii było procesem obejmującym ponad tysiąc lat. “Od przekazów ustnych, sięgających drugiego tysiąclecia przed Chrystusem, aż po ostatnie pisma Nowego Testamentu, powstałe pod koniec pierwszego wieku po Chrystusie. Początkowo księgi Pierwszego (Starego) Testamentu stanowiły odrębne zwoje a każdy miał swoją historię” – powiedział ks. prof. Bardski.

    “Biblię hebrajską, czyli Pierwszy (Stary) Testament, chrześcijanie uznają za Słowo Boże podobnie jak Żydzi” – zaznaczył.

    “Świadectwa historyczne pochodzące z II w. po Chr. wskazują na to, że we wspólnotach chrześcijańskich w różnych regionach cesarstwa rzymskiego te same pisma uważano za natchnione, to znaczy odczytywano je na zgromadzeniach liturgicznych jako Słowo Boże oraz cytowano jako Słowo Boże. Problem stanowią jedynie tzw. księgi deuterokanoniczne, czyli te, które znalazły się w greckiej wersji Pierwszego (Starego) Testamentu, którą posługiwali się pierwsi chrześcijanie, ale nie było ich w Biblii Hebrajskiej. Są one uznawane za natchnione przez Katolików i Prawosławnych, nieuznawane zaś przez wiele Kościołów nurtu protestanckiego.

    Pytany, które księgi mamy wspólne z judaizmem, ks. prof. Bardski powiedział, że “cała Biblia Hebrajska, a więc Tora, Prorocy i Pisma, wchodzie w skład Pierwszego (Starego) Testamentu”.

    Wyjaśnił, że apokryfy są to “pisma powstałe w II w. po Chrystusie i później, nawiązujące tematyką do wydarzeń i postaci biblijnych”. “Literatura apokryficzna obejmuje teksty, które mogą zawierać jakieś dalekie odniesienia do historii, w przeważającej większości jednak są to budujące opowiadania, rozwijające w sposób cudowny i fantazyjny niektóre wątki biblijne” – powiedział ks. prof. Bardski.

    Na pytanie, po które z apokryfów warto sięgnąć, przyznał, że “lektura apokryfów jest trudna i wymaga gruntownej wiedzy biblijnej, teologicznej oraz znajomości kontekstu historycznego i mentalności właściwej ludziom żyjącym w okresie późnej starożytności”. “Chodzi o to, aby mieć odpowiedni dystans i krytycyzm w odniesieniu do zawartych w nich treści” – zastrzegł.

    Powiedział, że “w języku polskim mamy w opracowaniu ks. prof. Marka Starowieyskiego całość apokryfów Nowego Testamentu”. “W ramach tego dzieła przetłumaczyłem apokryficzne dzieje św. Pawła, które na przykład opisują jego śmierć męczeńską, o której nie wspomina Biblia” – wskazał. (PAP)

    Magdalena Gronek/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 sposoby na codzienne czytanie Pisma Świętego

    4 sposoby na codzienne czytanie Pisma Świętego
    fot. Józef Wolny/ GOŚĆ NIEDZIELNY

    ****

    Pismo Święte można czytać na wiele sposobów.

    Czytania z dnia? Lectio continua? A może lectio divina? Sposobów jest kilka, każdy ma inne zalety. Najważniejsza jednak nie jest metoda, a systematyczność. Bo Słowo Boże jest pokarmem dla duszy. Poznaj 4 propozycje na czytanie Pisma Świętego.

    1.Ewangelia (lub czytania) z dnia. Największą zaletą tej metody jest bycie na bieżąco z tym, czym w liturgii żyje Kościół. Każdego dnia sięgamy do Ewangelii lub całego zestawu czytań, które są czytane tego dnia podczas Mszy Świętej. Ten sposób praktykowany przed Eucharystią pozwala nam lepiej skoncentrować się na Liturgii Słowa, jest dobrym pomysłem na przygotowanie do uczestnictwa we Mszy Świętej. Pomocnymi narzędziami są tutaj aplikacje czy drukowane książeczki z Ewangelią na każdy dzień roku liturgicznego, w których często tekst czytania jest opatrzony wprowadzeniem czy komentarzem.

    2.  Lectio continua. To metoda ciągłego czytania Pisma Świętego – od początku do końca. Ilu z nas przeczytało w życiu Biblie chociaż raz w całości? Lectio continua to właśnie sposób na przeczytanie całości. Każdego dnia po fragmencie. Nie wymaga dodatkowych narzędzi, ani wielkiej ilości czasu. Każdego dnia czytamy jeden fragment: np. rozdział lub akapit. Rozpoczynając od Księgi Rodzaju, nie pomijając żadnego fragmentu. Ta metoda z pewnością pomoże nam uporządkować w głowie historie biblijne, ale też wzbudzi ciekawość i może zmotywować do dalszych poszukiwań biblijnych.

    3. Lectio Divina, czyli pobożne czytanie. To metoda wymagająca więcej czasu, ale też pozwalająca wejść głębiej w rozważanie Słowa Bożego. Nie ma w niej pośpiechu, istotne jest zasmakowanie Słowa. Wybierając fragment Pisma Świętego spotkanie ze Słowem dzielimy na cztery etapy: czytanie, medytację, modlitwę i kontemplację. W pierwszym etapie wybieramy mały fragment Pisma i czytamy. Warto w tym czasie podkreślić słowa i fragmenty, które szczególnie nas poruszają. W etapie drugim wracamy do czytania i szczególnie koncentrujemy się na tych fragmentach, które dotknęły naszego serca. Zatrzymujemy się na nich dłużej, staramy się przetrawić, tak, aby zostało w nas na dłużej. Trzeci etap to modlitwa przemedytowanymi fragmentami. To pierwszy etap, w którym to my mówimy do Boga. Ostatnia część lectio divina – kontemplacja – to już czysty dar, który możemy od Boga otrzymać lub też nie. Doświadczenie głębokiej bliskości Boga. 

    4. Filakterie. To czytanie i zapisywanie tych fragmentów, które w czasie lektury poruszyły nas najbardziej. Z taka karteczką, na której zapisaliśmy Słowo Boże nie rozstajemy się przez jakiś czas, w wolnych chwilach wracamy do tego Słowa, pozwalamy mu być obecnym w naszej codzienności. Staramy się nim modlić.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 22 STYCZNIA

    UROCZYSTOŚĆ ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO

    ZAŁOŻYCIELA STOWARZYSZENIA APOSTOLSTWA KATOLICKIEGO KSIĘŻY PALLOTYNÓW

    VINCENT-PALLOTT
    Public Domain

    ***

    Zakon Jezuitów otrzymał od swojego Założyciela motto:

    DLA WIĘKSZEJ CHWAŁY BOGAAD MAIOREM DEI GLORIAM

    Założyciel Księży Pallotynów swoim duchowym synom przekazał 4 zawołania:

    DLA NIESKOŃCZONEJ CHWAŁY BOGA – AD INFINITAM DEI GLORIAM

    DLA ZBAWIENIA DUSZ – AD SALVANDAS ANIMAS

    DLA ZNISZCZENIA GRZECHU – AD DESTRUENDUM PECATUM

    PAX CHRISTI – POKÓJ CHRYSTUSOWY

    ________________________________________________________________

    „O Boże, jakże ograniczone są nasze siły!
    Pocieszmy się jednak, że najdobrotliwszy Bóg znajduje upodobanie już w samych naszych pragnieniach,
    a więc przez nie już składamy Mu hołd uwielbienia!
    A zatem wszędzie tam, dokąd nie dociera skuteczność naszych uczynków, przeniknąć zdołamy,
    rozwijając na skrzydłach pragnień lot pokory i ufności”

    „Przypominaj sobie często, że jeśliby inni mieli do dyspozycji twoje środki i możliwości czynienia dobra, byliby wielkimi świętymi.”

                                                             św. Vincenty Pallotti

    ________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 13 STYCZNIA

    PIERWSZY DZIEŃ NOWENNY PRZED UROCZYSTOŚCIĄ

    ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO

    Jan Ekiert (1907-1993), Wincenty Pallotti (1963) © SAC

    ***

    W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

    P. Módlmy się. Wszechmogący Boże, oświeć światłem wiary i rozpal żarem miłości nasze serca, abyśmy jako wspólnota zgromadzona wokół św. Wincentego Pallottiego, mogli godnie uczcić Twój majestat i przyczynić się do budowania Królestwa Bożego i zjednoczenia wszystkich ludzi wokół Twojego Syna, a naszego Pana Jezusa Chrystusa. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków.

    W. Amen.


    ROZWAŻANIA NA POSZCZEGÓLNE DNI NOWENNY:

    Wprowadzenie

    Dzień I   Bóg jest Miłością Nieskończoną i Miłosierdziem

    Dzień II Stworzenie człowieka

    Dzień III   Powołanie do świętości

    Dzień IV Apostoł Ojca Przedwiecznego

    Dzień V Naśladowanie Chrystusa

    Dzień VI   Maryja, Królowa Apostołów

    Dzień VII   Misja Ewangelizacyjna

    Dzień VIII  Jedność chrześcijan

    Dzień IX   Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego

    Zakończenie


    WPROWADZENIE:

    Nowenna jest modlitwą o charakterze błagalnym, odmawianą zwyczajowo przed każdą większą uroczystością lub wspomnieniem świętego, do którego ma się szczególne nabożeństwo. Odmawia się ją indywidualnie lub wspólnie przez dziewięć kolejnych dni dla uproszenia szczególnej łaski przez wstawiennictwo osoby, którą w nowennie przyzywamy.

    Proście, a otrzymacie, kołaczcie, a otworzą wam, szukajcie, a znajdziecie – powiedział Pan Jezus do swoich uczniów.

    Nowenna jest nie tylko przygotowaniem do obchodu jakiegoś ważnego wydarzenia, ale jest także dobrą okazją do zintensyfikowania swoich próśb, dlatego też modlitwa odmawiana przez kolejnych dziewięć dni ma niezwykłą skuteczność. Warto przy okazji odprawiania nowenny podjąć jakieś dodatkowe drobne wyrzeczenia, umartwienia, dobre uczynki, przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania, uczestniczyć w Eucharystii i przyjąć Komunię Świętą.

    Nowenna przez wstawiennictwo św. Wincentego Pallottiego odprawiana jest przed jego liturgicznym wspomnieniem (w dniach od 13 do 21 stycznia), ma szczególną wymowę.

    13 stycznia 1850 roku, w ostatnim dniu Oktawy Epifanii, ks. Wincenty Pallotti posługiwał w konfesjonale. W czasie jednej ze spowiedzi zauważa, że jego penitent jest zziębnięty i nie ma na sobie wierzchniego okrycia. Zdejmuje wtedy swój płaszcz i oddaje go człowiekowi w potrzebie, co staje się z kolei przyczyną jego własnego przeziębienia. Przez kolejnych 9 dni choroba rozwija się i przeradza w zapalenie opłucnej. Wincenty Pallotti odchodzi do Pana w dniu 22 stycznia. Nowenna ta jest zatem niejako „czuwaniem przy łóżku konającego ks. Wincentego”.

    Przez tych dziewięć kolejnych dni rozważać będziemy dziewięć „kroków św. Wincentego”, czyli tych wszystkich spraw, którymi on żył. Wspólnie z nim będziemy kontemplowali Nieskończoną Miłość i Miłosierdzie Boga, stworzenie człowieka, nasze powołanie do świętości, posłannictwo Jezusa Chrystusa jako Apostoła Ojca Przedwiecznego i nasze naśladowanie Chrystusa, szczególną obecność NMP Królowej Apostołów, misję ewangelizacyjną Kościoła, budowanie jedności chrześcijan oraz Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego – dzieło, któremu poświęcił swoje życie.

    Niech zatem ta modlitwa i te rozważania będą dla nieskończonej chwały Boga i przyczynią się ku naszemu uświęceniu, zbawieniu dusz naszych i naszych bliźnich oraz zniszczeniu grzechu.

    _________________________________________

    DZIEŃ I (piątek 13 stycznia)

    Bóg jest Miłością Nieskończoną i Miłosierdziem

    Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga, (…) bo Bóg jest miłością. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że to On sam nas pierwszy umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy. Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować (…). Bóg jest miłością, kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim.

    I List św. Jana Apostoła (4,7-16)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Bóg w Istocie swej to Miłość odwieczna, nieskończona i miłosierna bez granic; ja zaś, choć nieskończenie niegodny, aby w sercu mym rozlana była miłość Boża, to jednak ufam mocno, że Bóg, który jest Miłością w swej Istocie, przepaja mnie miłosiernie odwieczną swą i nieskończoną miłością, i ufam, że niweczy we mnie przez to całą mą świecką i przyziemną miłość oraz wszelkie jej następstwa i wszelkie myśli, słowa i uczynki, jakie spełniałem wbrew miłości Boga i bliźniego. I żywię nadto nadzieję, że niweczy mnie przez to na duszy, jak w ciele i w czynach tak dalece, że jestem jakby mnie nigdy nie było i jakbym nigdy nie miał być na świecie i że we mnie i we wszystkim był i jest zawsze Bóg – Miłość z Istoty swej odwieczna, niezmierna, nieskończona, niepojęta i bezgranicznie miłosierna – sam Bóg, wszystkie Boskie Osoby, wszystkie nieskończone przymioty.

    Wybór Pism, t. III, s. 249-250

    ____________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, nasz Ojcze, Ty jako jedyne źródło miłości pierwszy nas umiłowałeś, abyśmy napełnieni bogactwem Twojej łaski, mogli żyć jedynie dla Twej miłości. Ty w ciągu wieków zapewniałeś nas o Twojej dobroci względem nas, a w tych ostatecznych czasach zesłałeś nam Twojego Umiłowanego Syna, a naszego Pana Jezusa Chrystusa, który jest pełnym objawieniem Twojej miłości i wierności. On to, umiłowawszy nas do końca, wydał samego siebie na okup za nasze grzechy, a umierając na drzewie krzyża, przywrócił nam życie wieczne. Dziękując Tobie za tak wielkie dary i wierząc, że jako nasz Najlepszy Ojciec pragniesz jedynie naszego szczęścia, ośmielamy się Ciebie prosić (o oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ II (sobota 14 stycznia)

    Stworzenie człowieka

    Bóg rzekł: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!”. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił (…). A Bóg widział, że wszystko, co uczynił było bardzo dobre.

    Księga Rodzaju (1, 26-31)

    mal. Bruno Zwiener

    ***

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Człowiek jest, jak nas o tym poucza święta wiara, stworzony na obraz i podobieństwo Boga, Bóg zaś ze samej swej istoty jest miłością. A zatem człowiek na mocy samego aktu stwórczego jest żywym obrazem miłości Bożej. Bóg zaś, który ze samej swej istoty jest miłością, w swojej zewnętrznej działalności zawsze się skłania do działania na korzyść człowieka i to tak bardzo, że Syna swego Jednorodzonego zesłał, aby Ten swoją śmiercią krzyżową odkupił rodzaj ludzki. Jak Chrystus „stał się dla nas posłuszny aż do śmierci i to śmierci krzyżowej”, tak też i człowiek winien, w miarę swoich możliwości, naśladować Boga, okazując przy pomocy swoich uczynków czynną miłość bliźniemu, którym jest każdy człowiek zdolny do poznania Boga, niezależnie od warstwy społecznej, strefy geograficznej, narodowości itd. Dlatego też człowiek, mając na uwadze samą istotę aktu stwórczego, nie może się uchylać od przykazania miłości. Przyjąwszy zaś, że przykazanie miłości bliźniego, nakazujące nam kochać bliźniego jak siebie samego, jest naszym obowiązkiem, każdy już łatwo może sobie uświadomić, że nikt nie kocha siebie samego, jeśli całym sercem, całą duszą i wszystkimi siłami nie stara się w sposób skuteczny o własne zbawienie wieczne; i to, że nikt nie kocha bliźniego swego jak siebie samego, jeżeli nie stara się o wieczne zbawienie bliźniego tak, jak o swoje.

    Wybór Pism, t. I, s. 59-60

    _________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Ojcze święty, Ty jeden jesteś Bogiem żywym i prawdziwym, Ty jesteś przedwieczny i trwasz na wieki. Tylko Ty, Boże, jesteś dobry i jako jedyne źródło życia powołałeś wszystko do istnienia, aby napełnić swoje stworzenia dobrami i wiele z nich uszczęśliwić jasnością Twojej chwały. Wysławiamy Cię, Ojcze święty, bo jesteś wielki i wszystkie stworzenia głoszą Twoją mądrość i miłość. Ty stworzyłeś człowieka na swoje podobieństwo i powierzyłeś mu cały świat, aby służąc Tobie samemu jako Stwórcy, rządził wszelkim stworzeniem. Dlatego też ośmielamy się wzywać Twego Świętego Imienia i z ufnością, że zostaniemy wysłuchani, ośmielamy Cię prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ III (niedziela 15 stycznia)

    Powołanie do świętości

    Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie objawiło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.

    I Listu św. Jana Apostoła (3, 2-3)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Pomiędzy innymi łaskami, o które zwracam się z prośbą do mojego Ojca Niebieskiego, mojego nade wszystko najukochańszego oblubieńca Jezusa i mojej nade wszystko najukochańszej Matki Marii, aniołów i świętych, i błagam wszystkie inne stworzenia o wyjednanie tego za mnie, proszę, by Pan prowadził mnie drogą, że tak powiem, nieskończenie świętą, bezpieczną, doskonałą i ukrytą przed oczyma ludzi; proszę o dar świętej wytrwałości w dobrym i nieustające pomnażanie żarliwości w świętej służbie Bożej, a to ku nieskończonej chwale i czci Boga, oraz korzyści wszystkich dusz. Świętość jest konieczna. Ufam wielce dobroci Boga, że dla zasług świętych, aniołów, Marii i Jezusa wpoi ufność otrzymania tej łaski, która uświęca i sprawia, iż dla samej chwały Boga dokonujemy największych rzeczy i że zaszczepi we mnie najwyższe stopnie świętości i doskonałości.

    Postanowienia i dążenia, 116, 211 i 81

    ______________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, źródło życia i świętości, tylko Ty jesteś święty i godzien wszelkiej chwały. Ty z miłości stworzyłeś człowieka i powołujesz go do świętości, aby mógł we wspólnocie z Tobą przebywać w Twojej chwale i radować się Twoją obecnością. Dlatego słusznie Cię sławi wszelkie stworzenie, bo przez Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, staliśmy się Twoimi przybranymi dziećmi, a mocą Twojego Świętego Ducha ożywiasz nas i uświęcasz. Przez zasługi i wstawiennictwo wszystkich Świętych, wdzięczni za Twoje wielkie miłosierdzie względem nas, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ IV (poniedziałek 16 stycznia)

    Apostoł Ojca Przedwiecznego

    Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: „Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swojego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie chwałą, którą miałem u Ciebie wpierw, zanim świat powstał”.

    Ewangelii według św. Jana (17, 1-5)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Przykazanie zaś miłości, które wszystkim nakazuje wielbić i ponad wszystko kochać Boga, a bliźniego swego miłować jak siebie samego, zobowiązuje nas również do starania się wszelkimi możliwymi sposobami o wieczne zbawienie tak swoje, jak i bliźniego. Staje się to jeszcze bardziej oczywiste, gdy przypomnimy sobie to, co mówi Duch Święty: „Każdemu z osobna dał Bóg rozkazanie o bliźnim jego”. Każdemu więc Bóg przykazał się troszczyć o wieczne zbawienie bliźniego. A ponieważ w wypełnianiu tego przykazania winniśmy naśladować Jezusa Chrystusa, który jest Apostołem Ojca Przedwiecznego, przeto życie Jezusa Chrystusa, będące Jego apostolstwem, ma być dla każdego wzorem apostolstwa. A że wszyscy są wezwani i, co więcej, zobowiązani do naśladowania Jezusa Chrystusa, przeto wszyscy powołani są do apostolstwa stosownie do swojego stanu i zawodu. Ale ponieważ nie wszyscy przestrzegają przykazania miłości Boga i bliźniego tak doskonale, jak to przykazał Jezus Chrystus, mówiąc: „Bądźcie doskonałymi, jak Ojciec wasz Niebieski jest doskonałym”, stąd też nie wszyscy zasługują na miano „apostoła”. Jednak miłość Pana naszego Jezusa Chrystusa pobudza każdego człowieka do czynów apostolskich, aby każdy mógł zasłużyć na miano „apostoła” i zdobyć zasługę oraz cieszyć się chwałą, dzięki wstawiennictwu Królowej Apostołów, Najświętszej Maryi.

    Wybór Pism, t. I, s. 39

    ___________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Panie, nasz Boże, Ty objawiłeś nam Umiłowanego Syna Twojego Jezusa Chrystusa jako Apostoła posłanego przez Ciebie dla dokonania dzieła naszego zbawienia. On to za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem, narodził się z Maryi Dziewicy i był do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu. Ubogim głosił dobrą nowinę o zbawieniu, jeńcom wyzwolenie, a smutnym radość. Aby wypełnić Twoje postanowienie, wydał się na śmierć krzyżową, a zmartwychwstając, zwyciężył śmierć i odnowił życie, abyśmy żyli już nie dla siebie, ale jedynie ku Twojej chwale. Wdzięczni za tak wspaniały dar Twojej miłości, z dziecięcą ufnością ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ V (wtorek 17 stycznia)

    Naśladowanie Chrystusa

    Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swoje życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swojej duszy szkodę poniesie? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania”.

    Ewangelia według św. Mateusza (16, 24-27)

    Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    „Przeznaczył nas, abyśmy się stali na podobieństwo Syna Jego, żeby On był pierworodnym między wieloma braćmi” (por. Rz 8, 29). Święty Paweł Apostoł przestrzega nas, że Bóg chce, abyśmy dla osiągnięcia naszego jedynego, uszczęśliwiającego celu stali się podobni do Jego Jednorodzonego Syna, który dla nas stał się człowiekiem i który jest naszym pierworodnym Bratem. Naśladowanie zatem Pana naszego Jezusa Chrystusa jest tak niezbędne, jak niezbędne jest samo nasze zbawienie. Stąd też podstawową Regułą naszego najmniejszego Stowarzyszenia ma być życie Pana naszego Jezusa Chrystusa, po to, by naśladować Go w pokorze i z ufnością możliwie jak najdoskonalej we wszystkich Jego poczynaniach w życiu ukrytym i w publicznej posłudze ewangelicznej. Z tego powodu powinniśmy podejmować zawsze, najdoskonalej jak potrafimy, wysiłki zmierzające do tego, by nasze życie stawało się stale coraz bardziej podobne do życia pierworodnego naszego Brata Jezusa Chrystusa.

    Wybór Pism, t. II, s. 314

    _________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Ojcze święty, wielbimy Ciebie, przez umiłowanego Syna Twojego Jezusa Chrystusa, za wspaniały plan Twojej miłości względem nas. On jest Słowem Twoim, przez które wszystko stworzyłeś. Jego nam zesłałeś jako Zbawiciela i Odkupiciela, który stał się człowiekiem za sprawą Ducha Świętego i narodził się z Dziewicy. On, spełniając Twoją wolę, nabył dla Ciebie lud święty, gdy wyciągnął swoje ręce na krzyżu, aby śmierć pokonać i objawić moc Zmartwychwstania. On swoim życiem wezwał nas do naśladowania, abyśmy upodobniwszy się do Niego, mogli osiągnąć życie wieczne w Twoim Królestwie. Za te znaki Twojej dobroci wychwalamy Cię i z ufnością Ciebie prosimy (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VI (środa 18 stycznia)

    Maryja, Królowa Apostołów

    Wtedy wrócili do Jerozolimy. Przybywszy tam, weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, i Jakub, i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, brat Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego. Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też jakby języki z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym.

    Dzieje Apostolskie (1, 12-14; 2, 1-4)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Postanawiam przedstawiać sobie (często to w sobie odnawiać), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku, gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego; i jak Apostołowie pozostawali tam z Najświętszą Maryją, tak będę sobie też wyobrażał, iż jestem tam z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem, którzy – uważam to za pewne – jako moi najosobliwsi Obrońcy sprawią, że spłynie na mnie i na innych obfitość Ducha Świętego. A jak pragnę, aby ta obfitość Pańskiego Ducha pomnażała się we mnie i we wszystkich stworzeniach, w każdym, tak ze wszystkimi stworzeniami zostawać pragnę zawsze w tymże Wieczerniku. Tak też częściej wedle możności przedstawiać sobie będę, że kiedy ja i inne stworzenia trwamy w Wieczerniku, zstępuje na nas obfitość i pełnia Ducha Świętego. Pragnę z niej odnosić owoce tak obfite, jakie odnosiliby z niej wszyscy Święci, Apostołowie i Maryja.

    Wybór Pism, t. III, s. 46-47

    __________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty w cudowny sposób wybrałeś Maryję na Matkę Twojego Jednorodzonego Syna, Jezusa Chrystusa. Ona, przyjmując niepokalanym sercem Twoje Słowo, poczęła Je w dziewiczym łonie i otaczała macierzyńską troską początek Kościoła, rodząc jego Założyciela. Przyjmując pod krzyżem testament Bożej miłości, wzięła za swoje dzieci wszystkich ludzi, którzy przez śmierć Chrystusa narodzili się do życia wiecznego. Gdy Apostołowie oczekiwali obiecanego Ducha Świętego, łączyła swe błagania z prośbami uczniów Chrystusa i stała się wzorem modlącego się Kościoła. Wyniesiona do niebieskiej chwały otacza macierzyńską miłością Kościół pielgrzymujący i wspiera go w dążeniach do wiecznej ojczyzny, aż nadejdzie pełen blasku dzień Pański. Wysławiając tak wielkie dzieła Twojej miłości oraz pokładając ufność we wstawiennictwo i zasługi naszej Matki i Królowej, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VII (czwartek 19 stycznia)

    Misja ewangelizacyjna

    Jedenastu zaś uczniów udało się do Galilei, na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: „Dana Mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.

    Ewangelia według św. Mateusza (28, 16-20)

    São Vicente Pallotti

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Pobożne nasze Zjednoczenie, a jeszcze bardziej Stowarzyszenie Księży, stanowiące część wewnętrzną i dynamizującą tegoż Zjednoczenia, oddaje się od samego początku swego istnienia krzewieniu Królestwa Pana naszego Jezusa Chrystusa; poruszone zaś do żywego tkliwą miłością wyrażoną przez samego Odkupiciela w słowach: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, aby wysiał robotników na żniwo swoje” (Mt 9, 37-38), czuło się zawsze jak najbardziej zaangażowane do współdziałania, za pośrednictwem niezawodnego środka zalecanego przez Chrystusa w postaci modlitwy, w pozyskiwaniu ewangelicznych pracowników.

    Wybór Pism,t. II, s. 187

    __________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, nasz Ojcze, Ty chcesz, aby wszystkie ludy i narody Ciebie poznały i jedynie Ciebie wielbiły jako swojego Pana i Stwórcę. Ty posłałeś na świat swojego Umiłowanego Syna Jezusa Chrystusa, aby wszystkim ludziom przyniósł zbawienie. Przez Niego posyłasz nieustannie głosicieli Dobrej Nowiny, aby Twoje Imię było wysławiane po całej ziemi. Ty powołałeś Kościół, aby był dla narodów sakramentem zbawienia i aby z wszystkich narodów wzrastał jeden lud święty. Wysławiamy Ciebie Boże, za wielkie dzieła Twojej Miłości i z pokorą ośmielamy Cię prosić (o…  oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VIII (piątek 20 stycznia)

    Jedność chrześcijan

    Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. Bojaźń ogarniała wszystkich, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów. Ci wszyscy, którzy uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdawali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, spożywali posiłek w radości i prostocie serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś pomnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia.

    Dzieje Apostolskie (2, 42-47)

    św. Vincenty Pallotti namalowany przez Oskara Kokoschka 







    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Jezus Chrystus zapowiedział czas, kiedy cały świat zjednoczy się jako jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem. Nasza modlitwa o nadejście Królestwa podoba się Panu. Nasze dobre czyny, żarliwe modlitwy sprawiedliwych i wstawiennictwo Błogosławionej Dziewicy Maryi sprawią, że dzień ten nadejdzie. Mamy nadzieję, że przez naszą żarliwą modlitwę Bóg pozwoli, by już wkrótce nadszedł ten dzień, kiedy ujrzymy świat jako jedną Owczarnię pod jednym Pasterzem.

    Modlitewnik SAK, s. 70-71

    ________________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący, wieczny Boże, nieustannie Ciebie wychwalamy i Tobie za wszystko składamy dzięki, przez naszego Pana Jezusa Chrystusa. Przez Niego bowiem doprowadziłeś nas do poznania Twojej prawdy, abyśmy złączeni węzłem jednej wiary i chrztu świętego, stali się członkami Jego Ciała. Przez Niego udzieliłeś wszystkim narodom Twojego Ducha Świętego, który działając przez rozmaite dary, jest Sprawcą jedności. Duch Święty zamieszkuje w Twoich przybranych dzieciach, napełnia cały Kościół i nim kieruje. Wierzymy, że przez nasze pokorne modlitwy przybliża się dzień, kiedy wszystkie ludy i narody zgromadzą się jako jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem oraz ufamy, że wysłuchasz nasze prośby (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ IX (sobota 21 stycznia)

    Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego

    Jezus tak modlił się za swoich uczniów: „Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś pochodzi od Ciebie. Słowo bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś. Ja za nich proszę. Ojcze święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My, wszyscy oni stanowili jedno. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem, i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich.

    Ewangelia według św. Jana (17, 7-9a, 11b. 25-26)

    MATKA BOŻEJ MIŁOŚCIobraz Dcassarottiego na relikwiarzu św. WINCENTEGO PALLOTTIEGO

    ***

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Celem Stowarzyszenia jest większa chwała Boża, uświęcenie i zbawienie wieczne duszy własnej i dusz naszych bliźnich przez życie czynne i bogomyślne i przez uczynki miłosierdzia co do ciała i duszy. Chodzi też o to, by wiodąc życie w pokorze i w prawdziwej zawisłości, jednoczyć świętym węzłem współzawodniczącej miłości i gorliwości duchowieństwo świeckie i zakonne w pełnieniu dzieł świętego posługiwania, aby w ten sposób skuteczniej zapewnić zbawienie dusz, a także, by wszystkich wiernych bez różnicy płci wszelkiego stanu, godności, stanowiska, tak pojedynczo, jak zbiorowo, zapraszać do tego, by każdy, wypełniając rzetelnie przykazanie miłości Boga i bliźniego, przyczyniał się wedle swej możliwości do wspierania dzieł podejmowanych ku większej chwale Bożej i dla zbawienia dusz, bądź przez bezinteresowne prace osobiste, bądź przez składanie jałmużny czy ofiar wszelkiego rodzaju, bądź przynajmniej poprzez modlitwy. Dlatego to nasze Stowarzyszenie stara się samo o przyłączanie wszystkich wiernych bez różnicy płci oraz deleguje innych, aby się o to starali. Ci zaś przyłączeni do naszego Stowarzyszenia stanowią Pobożne Zjednoczenie, zwane też Apostolstwem Katolickim.

    Wybór Pism, t. II, s. 314-315

    _____________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący i miłosierny Boże, Jedyne Źródło jedności i pokoju, Ty wszystkich ludzi, stworzonych dla chwały Twojego Imienia i odkupionych przez Krzyż Twojego Syna, zbierasz mocą Twojego Ducha w jedną rodzinę ludzką. Ty zgromadziłeś wszystkie narody i ludy ziemi w jedności Kościoła i dajesz wszystkim ludziom błogosławioną nadzieję swojego Królestwa. Ojcze święty, uwielbiamy Cię za to, że zechciałeś posłużyć się świętym Wincentym Pallottim dla budowania jedności w świecie i szerzenia Dobrej Nowiny. Pobudzeni przeto tak wspaniałym przykładem apostolskiej gorliwości, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________

    Z Dekretu Apostolskiego przyznającego

    ks. Wincentemu Pallottiemu cześć należną świętym

    Kanonizacja Pallottiego

    Wincenty Pallotti urodził się w Rzymie, dnia 21 miesiąca kwietnia, roku 1795, następnego dnia został ochrzczony w Bazylice Św. Wawrzyńca in Damasco. Od rodziców, którzy byli bardzo religijni, zaczerpnął wspaniałe wzory wszystkich cnót, tak że będąc trzyletnim dzieckiem zwykł już prosić Świętą Rodzicielkę Boga, aby uczyniła go świętym. Mając lat dziesięć, uprosił, aby mu po raz pierwszy pozwolono przystąpić do Komunii świętej; od tego dnia codziennie brał udział w Uczcie Eucharystycznej. Za poradą swojej pobożnej matki, ponieważ nie odznaczał się zdolnościami umysłowymi, odprawił modlitewną nowennę do Ducha Świętego i dzięki otrzymanej łasce stał się zdolnym do nauki, tak że łatwo już mógł przerobić wymagane dyscypliny, zdobyć doktoraty z filozofii i teologii i spełniać akademicki urząd na Uniwersytecie Sapienza, wyjaśniając alumnom teologiczne zagadnienia. Ten poważny urząd spełniał przez dziesięć lat z najwyższym podziwem i pożytkiem uczniów.

    Postępując w latach, stwierdził w sposób pewny, że jest wzywany do kapłaństwa. Wahając się czy wstąpić do jakiegoś zakonu, czy też w szeregi duchowieństwa świeckiego, wybrał wreszcie to ostatnie i włożył szatę kościelną. A ponieważ w tym czasie niesprawiedliwe prawo państwowe zabraniało przyjmować młodzieńców do świętych Seminariów, Wincenty pozostał w domu, gdzie celem należytego przygotowania się do kapłaństwa nieustannie oddawał się tak dziełom pobożności, jak i nauce. Nie zaniedbał umartwiania ciała, sypiał na ziemi, pościł czy też spożywał gorsze potrawy. Tego rodzaju umartwienia, dla odpokutowania za swoje grzechy i za grzechy innych ludzi, powiększał z każdym dniem, aż do końca swojego życia.

    Święcenia kapłańskie otrzymał w dniu 16 maja 1818 roku; zapalony gorliwością duszpasterską stał się apostołem miasta Rzymu, pamiętając w swoim życiu na słowa Pawła Apostoła: „Miłość Chrystusa przynagla nas“ (2 Kor 5,14). Aby religijnie ukształtować przede wszystkim młodzieńców, otworzył w Rzymie elementarne szkoły, w których rzemieślnicza młodzież zbierała się w godzinach wieczornych i zapoznawała się z chrześcijańską nauką oraz uczyła się czytać i pisać. Podjął się w świętym Seminarium Rzymskim obowiązków ojca duchownego oraz obowiązków spowiednika alumnów w Kolegiach: Rozkrzewiania Wiary, Szkockim, Greckim, Angielskim i Irlandzkim – aby w ten sposób służyć jak najlepiej tym, którzy zostali powołani do kapłaństwa. […]

    Mając na uwadze słowa Apostoła: „Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, jakże może miłować Boga, którego nie widzi?“ (1 J 4,20) – wspomaganie biednych uważał za wielką radość; często, aby ich wesprzeć, oddawał im swoje łóżko czy pozbywał się swojego płaszcza. Miłość jego do chorych przejawiała się wspaniale wtenczas zwłaszcza, gdy w roku 1837 grasowała w Rzymie epidemia cholery. Nie szczędził wtedy swoich sił, aby w miarę swoich możliwości zaopatrzyć chorych Sakramentami świętymi i przynieść im pociechę, nie dbając przy tym o swoje zdrowie i życie.

    […] gorąco pragnął, aby wszyscy ludzie, stworzeni na obraz Boży, oddawali Bogu należną cześć, chciał również u wszystkich katolików na ziemi ożywić i umocnić prawdziwą i czynną wiarę; zaś tych, którzy tkwili jeszcze w próżnym pogaństwie, pociągnąć do chrześcijańskich obrzędów. Aby ten swój zamiar zrealizować, założył w roku 1835 Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego*, którego celem jest […] – „wzrost, obrona i rozszerzanie miłości i katolickiej wiary, pod specjalną opieką Niepokalanej Matki Bożej, Królowej Apostołów, w całkowitej zależności od Papieża“. Zjednoczenie to obejmuje trzy klasy członków: wpierw kapłanów i braci; następnie siostry, do których należy opieka nad dziełami miłosierdzia; i wreszcie ludzi świeckich obojga płcizakonników z różnych zakonów, którzy specjalnymi prawami albo przynajmniej modlitwą przyczyniają się do realizacji celów tego Zjednoczenia.

    […] Troską swoją ogarniał [Pallotti] również chrześcijan, którzy byli odłączeni od Stolicy Apostolskiej, aby i oni jak najprędzej wrócili do jednej Owczarni Chrystusowej; postarał się, iżby przez osiem dni po Objawieniu Pana naszego Jezusa Chrystusa zanoszono specjalne modlitwy i w sposób uroczysty sprawowano liturgię katolików wschodnich oraz wygłaszano kazania w różnych językach. Uroczystości te, jako że w nich brali udział ludzie z różnych narodów, ojcowie kardynałowie, biskupi, zakonnicy z różnych zakonów, alumni seminariów i kolegiów rzymskich, w przedziwny sposób ukazywały jedność i powszechność Rzymskiego Kościoła.

    […] gdy swoje życie poświęcał, aby przyczynić się do uśmierzenia istniejących rozruchów, aby Kościół mógł się cieszyć pełną i nienaruszoną wolnością, aby jego Papież mógł się uratować i czuć się bezpiecznym – wtenczas to dnia 13 stycznia 1850 roku niespodziewanie zachorował, wyglądało jednak, że w stanie jego zdrowia nastąpiła pewna poprawa. Z łoża jednak, ku zdziwieniu wszystkich, już nie chciał powstać. Życzył nawet, aby go pokrzepiono Wiatykiem i namaszczono olejami świętymi; podnosząc na duchu swoich synów, zmarł w dniu, który przepowiedział, to jest 22 tegoż miesiąca i roku.

    Jan XXIII

    Rzym, 20 stycznia 1963 rok

    _______________________________________________________________________________________________________

    św. Wincenty Pallotti: kapłan otwarty na miłość

    Homilia św. Jana Pawła II wygłoszona 22 czerwca 1986 roku w kościele Świętego Zbawiciela na Fali w Rzymie ku czci Św. Wincentego Pallottiego

    „Będę głosił imię Twoje swym braciom” Ps. 21,23.

    1) Te słowa 21 psalmu mówił Jezus na krzyżu, a jako pośrednik między człowiekiem a Bogiem mówi je dalej i w tej eucharystycznej celebrze; głosi Boga w dalszym ciągu, pełniąc swe zadanie ostatecznego objawiciela Ojca „pośród zebrania” – to znaczy w Kościele, którego jest Głową; w dalszym ciągu wielbi On Boga i wzywa wszystkie ludy odkupione Jego własną Krwią, by Bogu oddawały chwałę oraz przez wewnętrzną odmianę wracały do Niego.

    Podobne wezwanie i podobne słowa odbijają się – czujemy to dziś – niby echo i w tej świątyni, jakby szły do nas od wielkiego naśladowcy Jezusa Chrystusa – świętego Wincentego Pallottiego, który w ciągu całego swojego życia był niestrudzonym zwiastunem ewan­gelicznego orędzia zbawienia.

    Drodzy Bracia i Siostry w Chrystusie!

    Wobec wszystkich obecnych tu członków pallotyńskiej Rodziny i wobec zbożnych wielbicieli świętego Wincentego Pallottiego pragnę wyrazić prawdziwą radość, że jestem tu z Wami i że Ofiarę Mszy św. sprawuję na tym ołtarzu, który strzeże przecennych relikwii Waszego świętego Założyciela.

    Przyszedłem odwiedzić to miejsce i tę Wspólnotę, ponieważ moje osobiste dzieje były przeplatane licznymi i ważnymi spotkaniami z duchowymi synami świętego Wincentego Pallottiego. Wadowice – moje rodzinne miasto – są kolebką polskich Pallotynów; moje z nimi kontakty były częste w okresie mej młodości, a szczególnie w czasie mego posługiwania kapłańskiego i biskupiego. Ponadto z tym miejscem i z tą Wspólnotą łączy mnie jeszcze szczególniejszy motyw. Nie bez wzruszenia i wdzięczności pamiętam teraz ów daleki dzień roku 1946, kiedy to jako młody kapłan, przybywszy do Rzymu dla doskonalenia mych studiów na papieskich uczelniach, zostałem przyjęty przez tę Wspólnotę. Jakkolwiek mój pobyt nie trwał tu zbyt długo, okazał się jednak wystarczający, by nie zapomnieć już o owym klimacie braterskiej pogody, jakim tu mogłem oddychać.

    Ale dzisiejsza moja wizyta ma jeszcze głębsze uzasadnienie, znajduje się w mym wielkim podziwie dla Osoby i Dzieła Waszego Założyciela, w podziwie, który potęgował się w częstych kontaktach ze sławnym Waszym współbratem, którego wspominam nie bez tęsknego żalu: z ojcem Wilhelmem Móhlerem, długoletnim przełożonym generalnym Waszego Stowarzyszenia, a także członkiem Papieskiej Rady dla Świeckich. W czasie Soboru Watykańskiego II pracowaliśmy razem nad tekstem Dekretu o apostolstwie świeckich, Apostolicam actuositatem, który zawiera uroczyste potwierdzenie trwałej wartości idei „Apostolstwa Katolickiego”, założonego i proklamowanego już w wieku ubiegłym przez Wincentego Pallottiego.

    Dlatego wizyta moja ma być aktem wdzięczności dla Waszego Założyciela, owego świętego Kapłana rzymskiego, którego niezapomniany mój poprzednik Jan XXIII nazwał „mężem mądrym o wybitnej świętości, który w swoim czasie… przyniósł zaszczyt włączeniu i przynależności do kleru pierwszej diecezji katolicyzmu,… niezmordowany apostoł, kierownik sumień, budziciel świętego entuzjazmu, wspaniały w różnych swych poczynaniach” (Discorsi, Messaggi, Colloąui, V, 1962-1963, s. 86 i 90).

    2) Oddając mu hołd chciałbym też wraz z Wami, Drodzy Bracia i Siostry, zastanowić się nieco nad początkami i nad twórczą siłą Jego charyzmatu.

    Wincenty Pallotti pragnął żyć w nieprzerwanym i w stale coraz to bardziej pogłębianym zjednoczeniu z Chrystusem tak dalece, że chciał być w Niego całkowicie przemieniony. Miał zwyczaj powtarzać tę oto modlitwę, która pozwala nam dostrzec wielkość jego chrześcijańskiego i kapłańskiego serca: „Niech będzie zniweczone życie moje, a życie Jezusa Chrystusa niech będzie moim życiem” (Vincenzo Pallotti, Opere Complete, X, 158 nn; passim). W podtrzymywanym przez długie lata kontakcie z Panem przez nieustanną modlitwę, przez wsłuchiwanie się i zatapianie w słowo Boże, w budującym sprawowaniu Eucharystii i sakramentu pojednania, przyswoił sobie usposobienie Chrystusa, pragnącego wszak zbawienia wszystkich ludzi i doprowadzenia ich do Ojca. W kapłańskim sercu Wincentego Pallottiego znajdowało oddźwięk tętniące Serce Jezusa, Dobrego Pasterza, wychodzącego na poszukiwanie zagubionej owieczki.

    Zagłębiając się w rozważanie przykazania miłości Boga i bliźniego Wincenty Pallotti pojął, jak niemożliwe jest kochać Boga bez miłowania bliźniego i jak niemożliwe jest kochać naprawdę bliźniego bez zaangażowania się w wieczne jego zbawienie. Otwierając się na miłość Bożą, wlaną weń przez Ducha Świętego, przynaglany miłością Chrystusa, pracował bez wytchnienia dla wiecznego zbawienia ludzi. A zatem Apostolat Katolicki zrodził się ze zbawczej miłości Chrystusa. Wincenty Pallotti pracował niestrudzenie nad odwagą wiary i nad rozpaleniem miłości wśród wszystkich katolików, by stali się apostołami Chrystusa, gorliwymi świadkami wiary i prawdziwego oddania się braciom, szczególnie ubogim i potrzebującym pomocy. Przeżywając na nowo posłanie Księgi Izajasza (Iz 58, 7-8 10-11), jakiego słuchaliśmy w pierwszym czytaniu, a jakie odnosi się do prawdziwego kultu należnego Bogu, mnożył inicjatywy zmierzające do pobudzania chrześcijan, aby w osamotnionym i słabym bracie dostrzegali cierpiące oblicze Chrystusa. Jednocześnie był przekonany, że za podstawę oddawania się braciom należy uznać miłość Boga, która jest ponad wszystkie charyzmaty. W tym sensie mógł powtarzać za św. Pawłem: „I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wydał na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał” (1 Kor 13,3); są to moce wyrażenia z „Hymnu Miłości”, jakie liturgia słowa dała nam do rozważenia.

    3) Wincenty Pallotti był głęboko przekonany, że autentyczne apostolstwo Kościoła bez działania Ducha Świętego jest niemożliwe. Widział to jasno w Jezusie Chrystusie, który swe apostolstwo – dzieło zbawienia – wykonał pod działaniem Ducha Świętego (Łk 4,18 nn); widział to w Najśw. Maryi, która otwarta na Ducha Świętego i na Niego zdana stała się nie tylko Matką Apostoła Ojca, ale i Matką uczniów Chrystusa; widział to i we wspólnocie wieczernikowej – wspólnocie, która posłuszna wyrażonemu na ostatku pragnieniu Jezusa, trwała na modlitwie w oczekiwaniu na Ducha.

    Wiecie dobrze, jak ważny dla Pallottiego był sens i wartość Wieczernika. Zanim został kapłanem, powziął już postanowienie trwania na zawsze w Wieczerniku z Maryją i wszystkimi stworzeniami, aby otrzymać obfitość darów Ducha Świętego (Vincenzo Pallotti, Opera Completa, X, 86 n.). A kiedy, niewolny od niepewności, nieporozumień i doświadczeń, kładł podwaliny pod swe Dzieło, to właśnie w wieczernikowej wspólnocie przepojonej Duchem Świętym odkrywał prawdziwą naturę i ideał własnej fundacji. Oto fragment z jego Testamentu: „Kiedy skończyłem pisanie Reguł Pobożnego Domu Miłosierdzia, to wtenczas podczas czytania w Życiorysie Najśw. Dziewicy o tym, jak Apostołowie po Zesłaniu Ducha Świętego udali się w różne strony świata, by tam głosić Ewangelię świętą, Pan nasz Jezus Chrystus ukształtował w moim umyśle prawdziwe pojęcie natury i zadań Pobożnego Zjednoczenia, dostosowane do ogólnego celu, jakim jest powiększanie, obrona i rozszerzanie pobożności oraz katolickiej wiary” (Vincenzo Pallotti, Opera Completa, III, 27).

    Święty Wasz Założyciel dał w sobie przykład człowieka, który się otwiera na Ducha, przyjmuje Go ochoczo i pozwala kierować się tym Duchem, który jest duszą Kościoła, a zatem źródłem życia i dynamizmu wszelkiego apostolstwa; czuł w sobie żarliwe pragnienie zbawiania dusz, a zastanawiając się często nad miejscem w Ewangelii dotyczącym „rozesłania Apostołów” – któregośmy słuchali – chciał odpowiedzieć na naglące wezwanie Jezusa: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Łk 10,2). Wincenty Pallotti modlił się wiele i wiele działał; a czynił to w tym celu, aby Bóg w Kościele wzbudził liczne i święte powołanie, i by wielu młodych entuzjastycznie i wielkodusznie podjęło apel Jezusa, by iść i głosić światu: „Bliskie jest… Królestwo Boże!” (Łk 10,9).

    Chciałbym się jeszcze zatrzymać na innym, wiele mówiącym aspekcie życia i apostolskiej działalności świętego Wincentego Pallottiego. Chodzi o jego synowską, czułą i żarliwą cześć do Najśw. Maryi Panny. Ten wielki czciciel Maryi pragnął miłować Ją – gdyby to było możliwe – nieskończenie (Vincenzo Pallotti, Opere Complete, X, 538 n.), nadawać Jej najpiękniejsze tytuły (tamże, 156 n.), kochać Ją miłością Ojca, Syna i Ducha Świętego (tamże, 677). Chciał, by jego własna fundacja była niby akt hołdu wobec Najśw. Dziewicy, obranej – z tytułem Królowej Apostołów – na niebieską Patronkę Dzieła. Postąpił tak w tym celu, aby Ona uzyskiwała od Boga wszelkie dary niezbędne do tego, by Apostolat Katolicki istniał i był płodny w Kościele oraz by rozszerzył się szybko na całym świecie; w szczególności zaś, by „wszyscy ludzie, tak świeccy, jak i duchowieństwo świeckie oraz zakonnicy, z każdego stanu, zawodu i stanowiska, mieli w Najśw. Maryi, po Jezusie Chrystusie, najdoskonalszy wzór katolickiej gorliwości i doskonałej miłości. Maryja bowiem, aczkolwiek nie obdarzona kapłańską godnością, tak dalece się poświęciła dziełom dla większej chwały Boga i zbawienia dusz, że swymi zasługami przewyższyła Apostołów, stąd też Kościół słusznie Ją pozdrawia jako Królowę Apostołów; zasłużyła Ona w pełni na ten tytuł, gdyż o wiele bardziej niż Apostołowie pracowała około rozkrzewiania świętej wiary” (Vincenzo Pallotti, Opere Comple-te, I, 6 n.).

    A zatem podążając wiernie i wielkodusznie za przykładem Waszego świętego Założyciela kochajcie Maryję, uwielbiajcie Maryję, wzywajcie Maryję, naśladujcie Maryję!

    5) Spotkanie dzisiejsze nie może się ograniczyć do zwykłego wspomnienia rzeczy minionych, ale ma nas pobudzić do refleksji także nad tym, co jest obecnie, jak i do spoglądania w przyszłość. Niech Chrystusowa miłość przynagla nas do niestrudzonego działania, aby Kościół był rzeczywiście światłością świata i solą ziemi lub też, jak poucza Sobór Watykański II, „powszechnym sakramentem zbawienia” (Lumen gentium, 48).

    Chociaż idea, według której wszyscy ochrzczeni mają prawo i obowiązek być apostołami – prawo i obowiązek oparte na własnym „być chrześcijaninem” (Apostolicam actuositatem, 3) – i chociaż idea Apostolstwa Katolickiego nie budzi już niepokojów czy sporów, jak to miało miejsce w wieku ubiegłym, niemniej jego pełnienie co do skuteczności nie jest jeszcze w Kościele tym apostolstwem, jakiego można by się słusznie spodziewać, zwłaszcza po pouczeniach Soboru Watykańskiego II.

    Dlatego dziś chciałbym powiedzieć Wam po raz wtóry to, co powiedziałem do Członków Waszej Kapituły Generalnej: „Bardzo mi jest miłe to Wasze zobowiązanie, jakie zamierzacie wziąć na siebie, by zawsze z coraz to większą wielkodusznością odpowiadać na potrzeby Kościoła w duchu Waszego Założyciela…, by tchnąć nowe życie w tę formę apostolstwa, która zrzesza wiernych w dziele ewangelizacji i uświęcania, do jakiego cały Kościół został wezwany, zarówno w swej Głowie, jak i członkach, by rozwijać to w świecie dzisiejszym i przyszłym” (Discorso al Capitolo Generale dei Pallottini, 17 listopada 1983, n. 3; Insegnamenti, VI (2, s. 1113).

    Utwierdzajcie się dalej w tym zobowiązaniu, aby to, co w duchu proroczym zapowiedział Wincenty Pallotti i co autorytatywnie potwierdził Sobór Watykański II stało się szczęsną rzeczywistością, i by wszyscy chrześcijanie byli autentycznie apostołami Chrystusa w Kościele i świecie! Amen.

    __________________________________________________________________________________________________________________________

    TESTAMENT DUCHOWY ZAŁOŻYCIELA

    W chwili mej śmierci do moich Najukochańszych Braci Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, aby się starali je rozwijać, wkładając w to całe serce, umysł, duszę i wszystkie siły.

    1. Pan nasz Jezus Chrystus kierując się swoim nieskończonym miłosierdziem, przez wzgląd na zasługi i orędownictwo swojej Najświętszej Matki Niepokalanej Maryi, Aniołów i Świętych, nie biorąc pod uwagę mojej niegodności, jaką zmierzyć można tylko w świetle Jego nieskończonej doskonałości, raczył sprawić, że od samego początku mogłem należeć do Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, założonego w Rzymie za pozwoleniem wyższej władzy kościelnej i oddanego pod szczególną opiekę Najświętszej Maryi, Królowej Apostołów, celem powiększania, obrony i szerzenia pobożności oraz katolickiej wiary.

    Kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym
    kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym/fot. Włodzimierz Rędzioch

    ____________________________________________________________________________

    Mistyk i apostoł

    …. Wielu założycieli zakonnych, zwłaszcza w XIX wieku, czerpało pełnymi garściami ze szkoły ignacjańskiej, której twórcą był św. Ignacego Loyola (1491-1556) – założyciel zakonu Jezuitów. Wśród nich był również św. Wincenty Pallotti. W biografii poświęconej Pallottiemu pióra włoskiego benedyktyna (zresztą biskupa) Luigi Vaccari – brata jednego z pierwszych towarzyszy Wincentego Pallottiego, Franciszka Vaccari, czytamy, iż „Pallotti przygotowując Reguły dla swojego Stowarzyszenia Księży i Braci, inspirował się Konstytucjami Towarzystwa Jezusowego napisanymi przez św. Ignacego z Loyoli”. Więcej, pierwsze nasze Konstytucje, które zostały zatwierdzone w 1904 roku, były w dużej części dziełem jezuity ojca Nixa. Niestety, nie wyczuł on do końca charyzmatu pallotyńskiego. Dopiero w latach odnowy posoborowej, po tzw. „Kapitule Nadzwyczajnej” z 1968/69 roku, pallotyni powrócili do charyzmatu założycielskiego w jego oryginalnej formie.

    Co zaś do ignacjańskich śladów w duchowości pallotyńskiej, należy zwrócić uwagę na następujące elementy. Św. Ignacy założył zakon jezuitów dla obrony i szerzenia wiary oraz dla większej chwały Bożej i pożytku dusz. Podobną misję wyznaczył sobie Pallotti. Założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego dla ożywiania wiary i rozpalania miłości; dla nieskończonej chwały Bożej oraz dla zniszczenia grzechu i dla zbawienia dusz.

    W historii duchowości szczególne znaczenie mają 30-dniowe rekolekcje pod nazwą Ćwiczenia duchowne, których św. Ignacy jest autorem. On sam przeżył je i opisał podczas swojego pobytu w Manresa. Ćwiczenia te stały się pierwowzorem dla chrześcijańskich rekolekcji. Ignacy przypomina w nich, że człowiek musi dokonać pewnego wysiłku, aby współpracować z Bogiem. Stąd nazwa własna „ćwiczenia”. Trzy wieki później, podobne – choć nieco krótsze, bo 10-dniowe ćwiczenia – zaproponował św. Wincenty Pallotti, zwłaszcza dla wzrostu żarliwości i gorliwości ewangelicznej wśród duchowieństwa. Jako metodę, według której owe ćwiczenia powinny być prowadzone, Wincenty zasugerował metodę św. Ignacego z Loyoli. Pallotti znał dobrze tę metodę, i to z podwójnego tytułu: ponieważ sam praktykował ćwiczenia ignacjańskie, i sam je prowadził. W pallotyńskich archiwach nie brakuje dokumentów, które to potwierdzają. Na przykład „Regulamin do przestrzegania przez kierownika duchowego podczas ćwiczeń duchowych według św. Ignacego z Loyoli, przygotowywane z polecenia ojca Claudio Acquaviva, przełożonego generalnego Towarzystwa Jezusowego”. Regulamin ów, w dziesięciu punktach, jest przepisany własną rękę Pallottiego (por. OOCC XI, s.826-829).

    Ks. Wincentemu bardzo odpowiadała dynamika ćwiczeń ignacjańskich. „Ćwiczenia duchowe proponowane przez św. Ignacego Loyolę – pisał, są środkiem dobrze znanym i bardzo odpowiednim, ponieważ zdolnym przemienić człowieka i odziać go w człowieka nowego, to znaczy naszego Pana Jezusa Chrystusa. Dlatego nikt nie będzie nigdy z nich zwolniony, nawet ten, którego cnoty, godność, ranga i kwalifikacje byłyby bardzo uznane” (por. OOCC II, s. 282). Więcej, Pallotti zaleca w napisanej przez siebie Regule, aby każdy nowicjat rozpoczynał się czterema tygodniami Ćwiczeń ignacjańskich (por. OOCC II, s.282); seminarzyści i inni członkowie Zgromadzenia mają je odprawiać co roku podczas dziesięciu dni (por. OOCC II, s. 183-187); misjonarze mają je odprawić w formie 30-dniowej przed wyjazdem na misje (por. OOCC II, s.253); nawet wybory przełożonego generalnego winny być poprzedzone 10-dniowymi ćwiczeniami duchowymi (por. OOCC III, s.17).

    O św. Wincenty Pallottim mówiono, że był „apostołem i mistykiem”. Powstały nawet o nim biografie pod tym właśnie tytułem w językach niemieckim, angielskim, francuskim i polskim. Jezuici mówią natomiast o św. Ignacym z Loyola, że był „mistykiem i apostołem”. W rzeczy samej, Ignacy i Wincenty – to mistycy, którzy budzili, niepokoili, prowokowali, poruszali…

    Każdy z nas ma tendencję do „duchowej hibernacji” i życia na powierzchni. Człowiek lubi się urządzić i okrzepnąć, boć to przecież wygodne i spokój dające zajęcie. Ignacy i Wincenty uważali natomiast, że w życiu trzeba ciągle praktykować, ćwiczyć, próbować, podejmować wyzwania… Dlatego obaj nazywali siebie „pielgrzymami”, ludźmi w drodze. Uważali, że człowiek wierzący winien ciągle być w szkole. Ma prawo do eksperymentowania i do błędów. Nie jest przecież mistrzem, tylko uczniem, nowicjuszem. Nie musi mieć samych szóstek. Nie staje się bowiem doskonałym od razu.

    I ostatnia lekcja wypływająca prosto ze skarbca Ignacego i Wincentego: trzeba zawsze robić to, co po ludzku możliwe! A więc wlać ewangeliczną wodę do stągwi, odwalić kamień od grobu Łazarza, przynieść pięć chlebów i dwie ryby. Resztę zrobi Bóg. „Taką będzie pierwsza reguła tych, którzy działają – pisał Ignacy. Ufaj Bogu tak, jak gdyby powodzenie spraw zależało we wszystkim od ciebie a w niczym od Boga. Jednocześnie, włóż w sprawę cały twój wysiłek, tak, jakby Bóg miał zrobić wszystko sam, a ty nic”. Wincenty Pallotti zaś pisał: „Bóg może uczynić o wiele więcej niż to, o co Go prosimy lub co możemy sobie wyobrazić. Chce jednak, abyśmy my czynili wszystko to, co na tym świecie jest w naszej mocy”.

    I jeszcze jedno. Warto przypomnieć, iż zakon jezuitów odegrał w Polsce szczególną rolę. Wydał między innymi takie postaci, jak: św. Stanisław Kostka, św. Andrzej Bobola, św. Melchior Grodziecki czy bł. Jan Beyzym – apostoł trędowatych na Madagaskarze. Poza tym, jezuita Jakub Wujek jest tłumaczem pierwszej drukowanej Biblii w Polsce; Piotr Skarga był wybitnym kaznodziejom; Maciej Sarbiewski, to poeta zwany polskim Horacym; Franciszek Bohomolec jest ojcem komedii polskiej; Adam Naruszewicz był nie tylko biskupem, ale też historykiem i poetą; a Grzegorz Piramowicz sekretarzem Komisji Edukacji Narodowej.

    ks. Stanisława Stawicki SAC/ Re/cogito

    _____________________________________________________________________________________

    Nasze stałe zamieszkanie –

    Wieczernik i Nazaret

    Kiedy z polityki lub innej dziedziny życia społecznego odchodzi jakiś lider, często namaszcza swojego następcę. Pan Jezus odchodząc do Ojca, nie pozostawia nam w spadku kogoś lub coś, ale Ducha (Świętego) czyli relacje. Ojciec kocha Syna. Rozpoznaje się we wszystkim, co Syn powiedział lub uczynił w Jego imię. Syn kocha Ojca. Nigdy nie przestał karmić się Jego obecnością i wypełniać Jego woli. Duch Święty to właśnie owa relacja między Ojcem i Synem. To On jest nam dany, abyśmy kontynuowali przygodę wiary.

    Podobnie jest z N.M.P. Królową Apostołów, którą św. Wincenty Pallotti zostawił nam w spadku jako patronkę i wzór apostolskiego zaangażowania, a którą świętujemy każdego roku w wigilię przed Zesłaniem Ducha Świętego, czyli dziś. Otóż, Pallotti zachęca nas bardziej do więzi z Maryją, niż do jej kultu. Fundamentem jego maryjności była bowiem relacja z Maryją. Różaniec, nabożeństwa majowe czy napisana przez niego tzw. „Trylogia Maryjna”, pojawiały się jako sposób i język do podtrzymywania tej relacji. Nic więc dziwnego, że scena z Wieczernika stanie się dla Pallottiego modelem i przestrzenią realizacji powołania apostolskiego.

    Całą duchowość dotyczącą Królowej Apostołów, św. Wincenty wyraził w obrazie namalowanym z jego inspiracji w 1848 roku przez włoskiego malarza Serafino Cesaretti. Artysta zamówienie przyjął, lecz poprosił niemieckiego kolegę po fachu, Fryderyka Overbeka (1789-1869) działającego w tym czasie w Rzymie, o wykonanie szkicu. Overbek uczynił o co go poproszono, wykonując szkic w formacie mniej więcej kartki A4. Tak więc malując obraz o bardzo dużych rozmiarach (158/256), Cesaretti wzorował się zarówno na szkicu Overbeka jak i na wskazaniach Pallottiego, któremu zależało, by w Wieczerniku, obok Maryi i Apostołów, znalazły się również kobiety, o których mowa w Dziejach Apostolskich. Według zamysłu św. Wincentego, symbolizują one powołanie ludzi świeckich do apostolstwa.

    Przez około 30 lat obraz ten znajdował się w głównym ołtarzu kościoła SS. Salvatore in Onda. Jednak po dokonaniu renowacji kościoła i wybudowaniu baldachimu nad ołtarzem (około 1876 roku) obraz stał się mało widoczny. Dlatego przeniesiono go w inne miejsce Domu Generalnego, a w 1935 roku trafił ostatecznie do nowo wybudowanego w Rzymie kościoła p.w. Królowej Apostołów przy Via Ferrari, w dzielnicy Prati. Tam też pozostał po dzień dzisiejszy.

    I jeszcze jedno. Ikony „Wieczernika”, tak dla niego ważnej, Pallotti nigdy nie rozdzielał od ikony „Świętej Rodziny z Nazaretu”. Chciał nawet, aby Dom z Nazaretu służył jako „nić przewodnia” dla wszystkich wspólnot Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Jednocześnie odsyłał swoich uczniów do permanentnego przebywania w „Wieczerniku Jerozolimskim”, tam gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego. Dla uchwycenia pełnej dynamiki charyzmatu pallotyńskiego, nie mamy więc prawa oddzielać tych dwóch ikon: Wieczernika i Nazaretu.

    Myśl tę wyraził bardzo ciekawie w 1996 roku ówczesny generał pallotynów, ks. Séamus Freeman: „Czasem myślimy o Nazarecie i o Wieczerniku jako o doświadczeniach odrębnych – pisze Freeman. – Są tacy, którzy przyznają wyłączny priorytet jednemu lub drugiemu. Inni myślą, że jedno następuje naturalnie po zaistnieniu drugiego. Nie tak jednak było w życiu Wincentego Pallottiego. On chciał być obecnym nieustannie w tych dwóch miejscach jednocześnie, wskazując w ten sposób zasadniczą współzależność między obydwoma doświadczeniami. Jako Pallotyni potrzebujemy tych dwu miejsc jednocześnie i nierozerwalnie”.

    Trzeba nam zatem zapytać, skąd to naleganie Pallottiego, by uczynić jednocześnie z Nazaretu i Wieczernika nasze stałe zamieszkanie? Wynika ono z faktu, iż Pallotti pragnął, aby założone przez niego wspólnoty stawały się „laboratoriami apostołów”, w których przenikają się wzajemnie: milczenie i skrzyżowanie dróg, życie ukryte i życie publiczne, interioryzacja i uzewnętrznienie, modlitwa i działanie, formacja ciągła i apostolstwo. Zależało mu bowiem na tym, aby apostoł tak doświadczył spotkania z Bogiem, by obok jego świadectwa nie dało się przejść obojętnie.

     ks. Stanisław Stawicki SAC/Re/cogito 

    ________________________________________________________________________________

    Św. Wincenty Pallotti – spowiednik papieży

    „Obowiązek ten jest dla mnie zaszczytnym upokorzeniem. Bo nigdy nie poczułem się godnym takiego zadania. Przedziwne są drogi Boże, któż je zdoła pojąć” – mówił o. Mariusz Paczóski, franciszkanin, o swojej posłudze spowiednika papieża Benedykta XVI. Przypomnę, że spowiednik Papieża Emeryta zmarł 20 czerwca 2012 roku w Rzymie.

    Czy podobnie myślał Wincenty Pallotti jako spowiednik papieży? Prawdopodobnie tak! Ten prosty rzymski ksiądz diecezjalny nie zakładał przecież w dniu swoich święceń kapłańskich, że swoją posługą w konfesjonale obejmie także namiestnika Chrystusa, i to niejednego, a warto sobie uświadomić, że posługa ta nie była wtedy żadną synekurą. W tamtych burzliwych czasach było to zadanie niezmiernie złożone, ponieważ papież był nie tylko namiestnikiem Chrystusa, ale również głową Państwa Kościelnego. Pallotti, jako spowiednik, znajdował się więc w bardzo delikatnej sytuacji.

    Zacznijmy od papieża Grzegorza XVI. Przyczynił się on nie tylko do ogromnej ekspansji misyjnej Kościoła katolickiego, potępiając niewolnictwo jako niegodne chrześcijan, ale również potępił ideę wolności sumienia i rozdział Kościoła od państwa.Niektórzy historycy Risorgimento uważają go za najbardziej reakcyjnego papieża XIX w.Jego konserwatyzm był tak duży, że nie zgodził się nawet na budowę kolei żelaznej w Państwie Kościelnym. Miał nawet powiedzieć, korzystając z francuskiej gry słów, że jest to „droga do piekła”: chemin de fer, chemin d’enfer („droga żelazna, drogą do piekła”). Gdy sobie uświadomimy ponadto, że w tych konserwatywnych posunięciach, papież kameduła, wspomagany był przez swego sekretarza stanu, kardynała Alojzego Lambruschini, którego spowiednikiem był również Pallotti – sprawa wydaje się nader skomplikowana.

    Jedno jest pewne, mówiąc po ludzku, relacje Pallottiego z papieżem Grzegorzem XVI okazały się bardzo owocne dla tego pierwszego. Papież Capellari błogosławił bowiem, i to zamaszyście, Zjednoczeniu Apostolstwa Katolickiego (1835), wprowadzeniu w Rzymie uroczystych obchodów Oktawy Epifanii (1836), otwarciu na Via Giulia pierwszego Kolegium Misji Zagranicznych (1837), czy też Domu Miłosierdzia (Pia Casa – 1838), który stanie się kolebką Sióstr Apostolstwa Katolickiego. Można i trzeba powiedzieć, że lata pontyfikatu Grzegorza XVI stanowią najpłodniejszy okres działalności apostolskiej Wincentego Pallottiego.

    Po śmierci papieża kameduły (1 czerwca 1846 roku), wiele osób oczekiwało, że nowy papież będzie bardziej liberalny i bardziej reformatorski. Takim właśnie wydawał się Giovanni Mastai Ferretti – Pius IX, którego pierwsze gesty potwierdzały reputację „liberała”. Chodzi zwłaszcza o nominację na Sekretarza Stanu kardynała Gizzi, bardzo znanego i lubianego przez Rzymian; o dekret amnestii z 17 lipca 1846 roku; czy też o przychylność wobec niektórych księży otwartych na nowoczesne idee, jak Mgr Corboli Bussi i ojciec Joachim Ventura. Jednakże, po kilku miesiącach ogromnej popularności, mit „papieża liberała” rozpłynie się wobec oczywistości faktów. Od początku roku 1848, niemal wszyscy ci, którzy witali Piusa IX jako tryumfatora włoskiej jedności, przyłączyli się do tych, którzy czekali na godzinę rewolucji. Wybuchła ona 15 listopada 1848 roku, zapoczątkowana przez zabójstwo szefa rządu Państwa Kościelnego, hrabiego Pellegrino Rossi. W Rzymie są to dni rozruchów i zamętu. Kościoły i klasztory stają się teatrem straszliwych scen. Sam papież z pomocą ambasadorów Francji i Bawarii ucieka i chroni się w Gaeta, na terytorium neapolitańskim. Po tej ucieczce, księża, zakonnicy i zakonnice, którzy pozostali w Rzymie żyją w ciągłym zagrożeniu. Niektórzy muszą się ukrywać, gdyż są poszukiwani. Wśród nich Don Vincenzo Pallotti. Rewolucjoniści oskarżali go o wpływ na zmianę stanowiska papieża.

    Prawdą jest, że Wincenty Pallotti nigdy nie czuł najmniejszej sympatii do zasad liberalnych i że sposób, w jaki rozwijały się wypadki po wyborze Piusa IX, mógł tylko umocnić jego przekonania. Ale będąc bardzo bliski Grzegorzowi XVI, pozostał on tak samo bliski Piusowi IX. Dlatego też, podczas gdy jedni zaliczali go do gregoriani, inni patrzyli na niego jak na ulubieńca Piusa IX. Prawdę mówiąc Don Vincenzo był równocześnie jednym i drugim, ponieważ rozłamy i podziały w Kościele uważał za zarazę. Pojednawczy charakter i brak stronniczości predysponowały go bardziej do budowania mostów niż murów.

    Okres, w jakim stosunki między Pallottim i Mastai Ferretti stają się najbardziej intensywne, to lata 1846-1848. Dokładnie, od daty 16 czerwca 1846 roku, kiedy to kardynał Mastai zostaje wybrany papieżem, do 6 kwietnia 1848 roku, dnia, w którym Pallotti udał się do niego na Kwirynał po raz ostatni. Francuzki biograf ks. Pawła de Geslin, jednego z pierwszych towarzyszy Pallottiego, twierdzi, iż „Don Vincenzo odwiedzał co tydzień Ojca Świętego w towarzystwie księdza Paolo”, czyli Pawła de Geslin. Było rzeczywiście stosowne w tamtym czasie, by być w towarzystwie kogoś, gdy odwiedzało się papieża. De Geslin, który towarzyszył Pallotiemu, czekał zawsze w przedpokoju do chwili aż ten drugi powróci (Por. Bruno Bayer, Paul de Geslin, compagnon de saint Vincent Pallotti, Edition du Dialogue, Paris 1972, s. 118). Potwierdza to Antonmaria Bonetti, który w biografii o Piusie IX tak zaznacza: „Spowiedników Piusa IX w czasie jego pontyfikatu było prawdopodobnie czterech. Pierwszym był ksiądz Pallotti, drugim kanonik Graziosi, trzecim kardynał Patrizi, jego wikariusz, i czwartym Mons. Marinelli, jego zakrystian” (Por. Antonmaria Bonetti, Pio IX ad Imola e Roma. Memorie inedite di Francesco Minocheri di lui famigliare segreto, Napoli 1892, s. 47). Rzeczywiście, w pierwszych latach pontyfikatu Piusa IX, wizyty Pallottiego u papieża są bardzo częste. Nie tylko pełni on rolę jego spowiednika, ale papież Mastai okazuje mu, podobnie jak całemu Dziełu Apostolstwa Katolickiego, dużo życzliwości. Między innymi, 19 listopada 1847 roku, zatwierdza na wieczność darowiznę kościoła i klasztoru SS. Salvatore in Onda na rzecz Zgromadzenia księży i braci Apostolstwa Katolickiego; dwa razy (13 stycznia 1847 i 12 stycznia 1848 roku) uczestniczy osobiście w Oktawie Epifanii organizowanej przez Pallottiego i obchodzonej co roku w Sant’Andrea della Valle; nadaje członkom Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego przywilej udziału w dobrach duchowych wszystkich zakonów, zgromadzeń i pobożnych związków istniejących w Kościele; zezwala i popiera projekt pierwszych „pallotynów” zbudowania w Londynie katolickiej świątyni pod wezwaniem świętego Piotra; pozwala w końcu, aby Don Vincenzo używał dla swej Fundacji nazwy „Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego”.

    Pallotti nie był dłużny papieżowi Mastai. Nigdy go nie opuścił, choć nie zawsze podzielał przyjęte przez niego stanowisko. Oto trzy małe, lecz wymowne przykłady…

    U samego początku pontyfikatu Piusa IX, Don Vincenzo poleca wydrukować pewien tekst, który adresuje do swych współbraci w kapłaństwie, nadając mu tytuł: „List grzesznika, który gorąco pragnie swego nawrócenia korzystając z okazji wyboru na Stolicę Piotrową Piusa IX, i który prosząc o łaskę prawdziwego i stałego nawrócenia, przywołuje doń wszystkich swych współbraci grzeszników, takich jak on sam” (OCL V, 320-322). Zaznaczmy, że ów list, bez daty i nazwiska, został podpisany przez „bardzo niegodnego brata rzymianina”. Dopiero zeznania w procesie informacyjnym złożone 20 lipca 1869 roku przez ks. Feliksa Randaniniego, poświadczyły, że autorem tego listu był Pallotti. Tekst ten dobitnie świadczy o pojednawczym charakterze ks. Wincentego, sygnalizując jednocześnie, w sposób inteligentny i pełen szacunku, bolesne podziały wśród duchowieństwa rzymskiego. Faktycznie, francuski historyk tamtej epoki, Roger Aubert, zapisuje, że „jeszcze nie minęło sześć tygodni od nastania nowego papieża, a już niektórzy kapelani sióstr zakonnych nakłaniali swe podopieczne do modlitwy, by Bóg odwrócił od Kościoła zło, które mogłoby nań spaść pod rządami liberalnego papieża” (Por. Roger Aubert, Le pontificat de Pie IX, s.17). Otóż Pallotti, postrzegany przez swych współbraci księży jako gregoriano, stara się pozyskać stronników poprzedniego systemu, licznych w Kurii i wśród duchowieństwa Państwa Watykańskiego, aby otworzyli się na „nowość”, stając się współpracownikami papieża Mastai.

    Drugi przykład dotyczy postawy Pallottiego po ucieczce Piusa IX do Gaety. Don Vincenzo nie podważa jego decyzji. Zaprasza lud rzymski, biskupów, księży, zakonników i zakonnice, by modlili się, ufali Bogu i pozostali wierni Kościołowi i papieżowi. W tym celu układa i każe kilkakrotnie wydrukować „Modlitwy do odmawiania, najlepiej przed Najświętszym Sakramentem, na czas nieszczęść i klęsk” (Por. Vincenzo Pallotti, Le preghiere, a cura di Ansgario Faller, Città del Vaticano 1982, s. 270-271). Trzecia inicjatywa podjęta przez Wincentego Pallottiego świadczy nie tylko o jego solidarności z Piusem IX zbiegłym do Gaety, ale również o jego zaangażowaniu i twórczej wierności w tym czasie rozruchów i bolesnej próby. Poleca wydrukować w dzienniku rzymskim Il Costituzionale, najbardziej znaczące urywki listu świętego Bernarda z Clairvaux, skierowanego do Rzymian, a pisanego wtedy, gdy ci ostatni, podburzeni przez Arnaldo da Brescia, zbuntowali się przeciwko papieżowi Eugeniuszowi III, zmuszając go do ucieczki do Francji (Por. Luigi Huetter, Il Pallotti, Pio IX e i Gesuiti, „Fides”, n°11, novembre 1948, s. 297). Wszystkie te inicjatywy pokazują jak gorliwie, twórczo i spójnie Don Vincenzo angażował się podczas rzymskich tempus tribulationum. Cytowany powyżej Luigi Huetter, określa postawę Wincentego Pallottiego w scenariuszu politycznym lat 1848/49 jako „wzorową, odważną i godną podziwu” (Por. Luigi Huetter, Il clero romano nel’48, „Capitolium”, fascicolo aprile-settembre, Roma 1948, s. 45-54; „Il clero romano nel’49”, Capitolium, fascicolo settembre-ottobre, Roma 1949, s. 379-390). Jedno jest pewne, Pallotti nie dał się sparaliżować wydarzeniom. Wiedział, że przeszkody zewnętrzne – tak chętnie i z taką determinacją przez nas diagnozowane i analizowane – wcześniej czy później, łatwiej czy trudniej, są pokonywane lub same ustępują. Najbardziej niebezpieczną dla ewangelizacji jest utrata gorliwości. Jest to przeszkoda największa, ponieważ pochodzi z wewnątrz Kościoła. Poza tym brak gorliwości sam nie ustępuje. Łatwo go też usprawiedliwić i zakamuflować przy pomocy równie uczonych, co atrakcyjnych argumentów. Oto dlaczego Don Vincenzo, zamiast „diagnozować i analizować”, stara się przede wszystkim ożywiać gorliwość kleru rzymskiego, zachęcając do działania spójnego, przejrzystego i jednoznacznego.

    W taki właśnie sposób postępował Wincenty Pallotti w stosunku do swoich dwóch penitentów papieży: Grzegorza XVI i Piusa IX. Miał tę samą twarz tak dla pierwszego jak i dla drugiego. A nie tracąc „soli w sobie” (Mk 9, 50), zachowywał pokój ze wszystkimi.

    ks. Stanisław Stawicki SAC/Re/cogito

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 – 25 STYCZNIA

    Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan

    Pod hasłem “Czyńcie dobro; szukajcie sprawiedliwości” (por. Iz 1,17) od 18 do 25 stycznia przeżywamy kolejny Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Zgodnie z tradycją, wierni różnych wyznań spotkają się na ekumenicznych nabożeństwach, aby wspólnie modlić się o jedność Chrystusowej owczarni.

    “Pan Jezus podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: «Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wy­konania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie tą chwałą, którą miałem u Ciebie pierwej, zanim świat powstał.
    Objawiłem imię Twoje ludziom, których Mi dałeś ze świata. Twoimi byli i Ty Mi ich dałeś, a oni zachowali słowo Twoje. Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś, po­chodzi od Ciebie. Słowa bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyję­li i prawdziwie poznali, że od Ciebie wysze­dłem, oraz uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi. Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest moje, i w nich zostałem otoczony chwa­łą. Już nie jestem na świecie, ale oni są jeszcze na świecie, a Ja idę do Ciebie. Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrze­głem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo. Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jesz­cze na świecie, aby moją radość mieli w so­bie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jaki Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświę­ceni w prawdzie.
    Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stano­wili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi da­łeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiło­wał tak, jak Mnie umiłowałeś. Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata. Ojcze sprawiedli­wy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę ob­jawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowa­łeś, w nich była i Ja w nich”. 
    (J 17,1-26)

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    – Mam nadzieję, że tegoroczny Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan przysłuży się ich zbliżeniu – uważa ks. Sławomir Pawłowski SAC, sekretarz Rady KEP ds. Ekumenizmu. – Kościół Katolicki ma świadomość, że ekumenizm jest ważny, ponieważ podział między chrześcijanami utrudnia głoszenie Ewangelii i jest zgorszeniem dla świata – dodał pallotyn.

    Ks. Pawłowski wskazał też na wyzwania dialogu ekumenicznego, które zaobserwować można głównie w obszarze edukacji. – Chodzi o to, aby katolicy, którzy stanowią większość chrześcijan w Polsce, lepiej znali swoich braci i siostry z innych wyznań: ich historię, ich teologię i duchowość. Temu oczywiście może służyć prywatna lektura, ale jeszcze lepiej spotkanie – modlitewne i nie tylko – powiedział ks. Pawłowski.

    _____________________________________________________________________________

    Jak doszło do pierwszego nieszczęsnego podziału Kościoła na Wschodni i Zachodni?

    Zaczęło się po prostu od dwóch słów w wyznaniu wiary. Na początku IX wieku frankońscy mnisi, którzy mieszkali na Górze Oliwnej śpiewając tzw. Credo dodawali owe dwa “nieszczesne słowa”: Filio-que. Podsłuchał to pewien grecki mnich z klasztoru św. Saby. No i się zaczęło. Uniesiony gorliwością zaczął podburzać lokalną ludność przeciwko mnichom z Góry Oliwnej twierdząc, że to jawna herezja. W ten sposób doszła ta wieść do papieża Leona III i również Karola Wielkiego. I tak jak w domino – wystarczy pchnąć pierwszy kawałek zabawki i reszta leci już sama. Albo jak mała kula śniegowa – gdy tylko zacznie się turlać w dół – potem wiadomo co się dzieje. I tak się rozpoczęła pierwsza wielka schizma wschodnia (1054 rok) i trwa po dziś dzień.

    Wyznanie wiary Kościoła Katolickiego brzmi dokładnie tak:         

    WIERZĘ W DUCHA ŚWIĘTEGO, PANA I OŻYWICIELA, KTÓRY OD OJCA I SYNA POCHODZI, KTÓRY Z OJCEM I Z SYNEM WSPÓLNIE ODBIERA UWIELBIENIE I CHWAŁĘ; KTÓRY MÓWIŁ PRZEZ PROROKÓW…

    A Prawosławni przyczepili się do zdania Pana Jezusa: “Ja będę prosił Ojca a innego Pocieszyciela da wam”… – twierdząc – skoro musi prosić Ojca – to znaczy, że sam nie może dać i wyznają: “Duch Święty od Ojca pochodzi”.

    I tak ludzki umysł, wypełniony pychą, ma tę skłonność dywagować, kombinować o niedoszacowaniu roli Syna albo Ojca w łonie w Trójcy Przenajświętszej, która jest przede wszystkim tajemnicą naszej wiary, którą mam przyjąć całkowicie i bez mojego wymądrzania się.  

    ks. Marian

    ___________________________________________________________________________

    W tygodniu modlitw o jedność chrześcijan dobrze jest modlić się Modlitwą z Wielkiego Piątku. Jest to jedyny dzień, w którym Kościół nie sprawuje Eucharystii. Ołtarz jest zupełnie obnażony: bez krzyża, świeczników i obrusów. Liturgia Męki Pańskiej sprawowana jest wokoło godz. 15.00

    Po odczytaniu Męki Pańskiej kapłan rozpoczyna Modlitwę Powszechną:

    1. ZA KOŚCIÓŁ ŚWIĘTY
    Módlmy się, najmilsi, za święty Kościół Boży, niech nasz Bóg i Pan obdarzy go pokojem i jednością i strzeże go na całej ziemi, a nam pozwoli wieść życie ciche i spokojne na chwałę Boga, Ojca Wszechmogącego.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, Ty w Chrystusie objawiłeś swoją chwałę wszystkim narodom, + strzeż dzieła Twego miłosierdzia, * aby Twój Kościół, rozszerzony na cały świat, trwał z niewzruszoną wiarą w wyznawaniu Twojego imienia. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    2. ZA PAPIEŻA
    Módlmy się, za naszego papieża Franciszka, niech nasz Bóg i Pan, który go wybrał do wykonywania władzy biskupiej, zachowa go w zdrowiu i bezpieczeństwie dla swojego Kościoła świętego, aby rządził świętym ludem Bożym.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, Twoja mądrość wszystkim kieruje, + wejrzyj łaskawie na nasze prośby i w swojej dobroci racz zachować wybranego dla nas papieża, * aby lud chrześcijański, który od Ciebie otrzymuje przewodników, pod zwierzchnictwem najwyższego pasterza wzrastał w zasługach swej wiary. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    3. ZA WSZYSTKIE STANY KOŚCIOŁA
    Módlmy się, za naszych biskupów: Williama Nolana i Stanisława Gądeckiego, za wszystkich biskupów, kapłanów, diakonów, za wszystkich, którzy służą Kościołowi i za cały lud wierny.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, Twój Duch uświęca całą społeczność Kościoła i nią rządzi, + wysłuchaj nasze pokorne prośby za wszystkie stany Kościoła, * aby dzięki Twojej łasce wszyscy wiernie Tobie służyli. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    4. ZA KATECHUMENÓW
    Módlmy się, za katechumenów, niech nasz Bóg i Pan otworzy wnętrza ich serc i bramy swojego miłosierdzia, aby dotrzymawszy w kąpieli odrodzenia odpuszczenie wszystkich grzechów, złączyli się z nami w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, Ty nieustannie ubogacasz swój Kościół nowym potomstwem; + pomnóż wiarę i zrozumienie u katechumenów, * aby odrodzeni w wodzie chrztu świętego, zostali zaliczeni do grona Twoich przybranych dzieci. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    5. O JEDNOŚĆ CHRZEŚCIJAN
    Módlmy się, za wszystkich braci wierzących w Chrystusa: niech nasz Bóg i Pan sprawi, aby dążyli do prawdy, niech ich zgromadzi i zachowa w swoim jednym Kościele.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże Ty gromadzisz rozproszonych, a zgromadzonych zachowujesz w jedności, + wejrzyj łaskawie na wyznawców Twojego Syna, * i spraw, niech wszyscy, których uświęcił jeden chrzest, złączą się w prawdziwej wierze i bratniej miłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    6. ZA ŻYDÓW
    Módlmy się, za Żydów, do których przodków Pan Bóg przemawiał, aby pomógł im wzrastać w miłości ku Niemu i w wierności Jego przymierzu.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący wieczny Boże, Ty dałeś swoje obietnice Abrahamowi i jego potomkom; + wysłuchaj łaskawie prośby swojego Kościoła,* aby lud, który niegdyś był narodem wybranym, mógł osiągnąć pełnię odkupienia. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    7. ZA NIEWIERZĄCYCH W CHRYSTUSA
    Módlmy się, za tych, którzy nie wierzą w Chrystusa, aby i oni napełnieni światłem Ducha Świętego, mogli wkroczyć na drogę zbawienia.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, spraw, aby niewierzący w Chrystusa, postępując zgodnie z sumieniem znaleźli prawdę; + i abyśmy przez wzrost we wzajemnej miłości oraz w pełniejszy udział w tajemnicy Twego życia, * stali się w świecie doskonalszymi świadkami Twojej miłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    8. ZA NIEWIERZĄCYCH W BOGA
    Módlmy się, za wszystkich, którzy nie uznają Boga, aby w szczerości serca postępowali za tym, co słuszne, i tak mogli odnaleźć samego Boga.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, Ty stworzyłeś wszystkich ludzi, aby zawsze Ciebie szukali, a znajdując Cię, doznali pokoju; + spraw łaskawie, aby wszyscy mimo przeszkód i niebezpieczeństw, dostrzegali znaki Twojej dobroci oraz świadectwo dobrych czynów tych ludzi, którzy w Ciebie wierzą * i z radością wyznali wiarę w Ciebie, jedynego prawdziwego Boga i Ojca wszystkich ludzi. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    9. ZA RZĄDZĄCYCH PAŃSTWAMI
    Módlmy się, za wszystkich rządzących państwami: niech nasz Bóg i Pan kieruje ich umysłami i sercami według swojej woli, abyśmy wszyscy żyli w prawdziwej wolności i pokoju.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, w Twoim ręku są ludzkie serca i od Ciebie pochodzą prawa wszystkich ludów; + wejrzyj łaskawie na tych, którzy nami rządzą, + aby na całym świecie panował trwały pokój i pomyślność narodów, a religia cieszyła się wolnością. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    10. ZA STRAPIONYCH I CIERPIĄCYCH
    Módlmy się, najmilsi, do Boga Ojca Wszechmogącego, aby oczyścił świat z wszelkich błędów, odwrócił od nas choroby, głód oddalił, otworzył więzienia, rozerwał kajdany, raczył dać bezpieczeństwo i szczęśliwy powrót podróżującym, zdrowie chorym, a umierających obdarzył zbawieniem.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Uroczystość Objawienia Pańskiego – jedno z najstarszych świąt chrześcijańskich

    Uroczystość Objawienia Pańskiego - jedno z najstarszych świąt chrześcijańskich
    Podróż Magów, James Tissot.WIKIPEDIA

    ***

    6 STYCZNIA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 19.00

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    PRZED MSZĄ ŚW. GODZINNA ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    ***

    Tajemnica Objawienia Pańskiego.

    Benedykt XVI odczytuje trzy symbole: klucze do odnalezienia Boskiego światła

    Benedykt XVI o Tajemnicy Objawienia Pańskiego
    ALBERTO PIZZOLI / AFP

    ***

    Dla Benedykta XVI jest to uroczystość, w której możemy sobie uświadomić, że nasze życie nie przebiega tylko na poziomej osi łączącej punkt A (narodziny) z punktem B (śmierć), ale ma również kierunek pionowy – prowadzi nas w górę, do nieba i nowej, tajemniczej rzeczywistości poza czasem ziemskim.

    Magowie (Trzej Królowie), Gwiazda, szlak do betlejemskiego żłóbka wiodący pośród głębokiej nocy, złoto, mirra i kadzidło – uroczystość Objawienia Pańskiego niesie ze sobą, podobnie jak noc wigilijna, zestaw znaków oddziałujących na nasze uczucia, budujących specyficzny, świąteczny klimat.

    Benedykt XVI zachęcał, abyśmy nie zatrzymywali się na samych nastrojach i uczuciach, ale spojrzeli głębiej i przekonali się, jak wielka i wspaniała tajemnica kryje się za objawieniem się Boga w ludzkiej postaci.

    Benedykt XVI: Boże Narodzenie i Epifania

    „Należy uwolnić ten okres bożonarodzeniowy od zbyt moralistycznej i sentymentalnej otoczki. Obchody Bożego Narodzenia to nie tylko ukazywanie przykładów do naśladowania, takich jak pokora i ubóstwo Pana, Jego dobroć i miłość do ludzi; stanowią one raczej zachętę do tego, byśmy pozwolili Temu, który przyjął nasze ciało, by całkowicie nas przemienił” – powiedział Benedykt XVI podczas katechezy na audiencji generalnej 5 stycznia 2011 r., w wigilię uroczystości Objawienia Pańskiego.

    Niezbadane wyroki bożej Opatrzności sprawiły, że tego samego dnia, 11 lat później, na placu św. Piotra świat łączył się, uczestnicząc w ostatniej drodze emerytowanego papieża. Jest w tym wydarzeniu ładunek symboliki: teolog, którego przez całe życie fascynowało zgłębianie śladów objawienia Bożego, zakończył ziemskie życie w okresie bożonarodzeniowym, pomiędzy dwoma uroczystościami pokazującymi wcielenie Boskiego Słowa i jego objawienie się człowiekowi: Narodzeniem Pańskim i Epifanią (Objawieniem Pańskim).

    Objawienie Pańskie: to nie są rocznice

    Papież Benedykt XVI nieustannie zachęcał, aby schodzić do głębi wydarzeń i symboli, zwłaszcza tych, które odnajdujemy w liturgii i życiu sakramentalnym Kościoła, ale również na kartach Ewangelii. Uwrażliwiał – jak w katechezie wygłoszonej tuż przed Bożym Narodzeniem 21 grudnia 2011 r. – że w liturgii wydarzenia z Betlejem przekraczają granice przestrzeni i czasu, stając się aktualne, a ich efekt trwa pomimo upływu czasu w naszym ludzkim rozumieniu.

    Narodzenie i Objawienie Pańskie nie są, pomimo tego, że miały miejsce w konkretnym czasie ziemskich dziejów, jedynie świętowaniem rocznicy doniosłych wydarzeń historycznych. Bóg objawia się tu i teraz, choć niekoniecznie w taki sposób, jakiego oczekiwalibyśmy poprzez potoczne rozumienie pojęcia „objawienie”, czyli tajemnicze i wieloznaczne wizje, często o wydźwięku pełnym lęku i obaw co do przyszłości.

    Do Objawienia Bożego możemy dotrzeć w sposób bardzo prosty, w najbliższym kościele, gdzie sprawowana jest liturgia 25 grudnia i 6 stycznia, w której wydarzenia z niepozornej groty w Betlejem otwierają dla nas perspektywę wieczności.

    Objawienie Boże dzieje się w każdej chwili życia

    Analizując ewangeliczną symbolikę Bożego Narodzenia i Objawienia Pańskiego w dodatkowej, trzeciej części słynnej trylogii Jezus z Nazaretu, poświęconej dzieciństwu Chrystusa, Benedykt XVI podkreślał, że Pismo Święte celowo podaje kontekst geograficzny i historyczny tych dwóch wydarzeń. Wskazuje, że zarówno Narodzenie, jak i Epifania, miały miejsce na konkretnym obszarze: w Judei, prowincji ówczesnego Cesarstwa Rzymskiego i pod miasteczkiem Betlejem, w czasach, gdy cesarzem był August, a królem prowincji żydowskiej Herod.

    Znajdujemy tu echa refleksji teologicznej Josepha Ratzingera dotyczącej wieczności (eschatologii), w której zauważał, że czas boski i ludzki, wieczność i doczesność, mimo że odmienne od siebie, nieustannie się ze sobą przecinają i łączą, podobnie jak w Chrystusie natura ludzka i cielesna złączyła się z naturą boską i duchową.

    Epifania to uroczystość, w której znów możemy sobie uświadomić, że całe nasze życie nie przebiega tylko na poziomej osi łączącej punkt A (narodziny) z punktem B (śmierć), ale ma również kierunek pionowy – prowadzi nas w górę, do nieba i nowej, tajemniczej rzeczywistości poza czasem ziemskim.

    Na ten aspekt uwrażliwia nas również prefacja mszalna używana w liturgicznym okresie Bożego Narodzenia, trwającym do Chrztu Pańskiego, która woła: „poznając Boga w widzialnej postaci, zostaliśmy przezeń porwani do umiłowania rzeczy niewidzialnych”. Papież Benedykt XVI uczył nas, że Objawienie Boże wciąż trwa i dzieje się w każdej chwili naszego życia.

    Symbole „święta Trzech Króli”

    Dzieciństwie papież sporo uwagi poświęcał trzem symbolom-kluczom towarzyszącym Objawieniu Pańskiemu. Pierwszych z nich są postacie Magów, znanych w wielu tradycjach jako Trzej Królowie lub Mędrcy przybyli ze Wschodu, aby oddać chwałę Dzieciątku narodzonemu w Betlejem.

    Benedykt XVI zaznacza, że grecki termin magoi, którym posłużył się ewangelista Mateusz, miał w starożytności bogatą gamę znaczeń i był różnorako nacechowany. Z jednej strony pozytywnie – oznaczał mędrców i astrologów, a więc ludzi obdarzonych darem mądrości i wiedzy ścisłej, rozumiejących mechanizmy przyrody i kosmosu. Ale także ów grecki termin bywał rozumiany pejoratywnie, odnosząc się do zwodzicieli i oszustów.

    Benedykt przyznaje, że ta dwuznaczność jest użyta w Ewangelii celowo, wskazuje bowiem, że sama religijność może mieć charakter wieloznaczny – być drogą autentycznego poznania prawdy (także na drodze nauki), które będzie prowadzić zawsze do objawiającego się ludziom Chrystusa, ale również mieć charakter fałszywy i zwodniczy, poszukujący nie Syna Bożego, ale celów niszczycielskich, za którym kryją się złe intencje, przeciwstawne Bogu i zbawieniu.

    Papież przywołał również inne interpretacje, które wskazywały, iż celowo magów jest trzech, co może symbolizować trzy okresy w życiu ludzkim: młodość, dojrzałość i starość – każdy z nich na swój wyjątkowy sposób zbliża nas do Boga i doświadczenia Jego epifanii.

    Dary złożone Jezusowi

    Kard. Ratzinger podkreślał również inne greckie słowo, którym Ewangelia opisywała hołd Magów wobec Dzieciątka – proskynesis, co w tradycji wschodniej oznacza głęboką adorację i pokorę, dosłownie może być tłumaczone jako „padnięcie na twarz”.

    Wraz z tym głębokim gestem Mędrcy ofiarowują małemu Jezusowi dary, które w konkretnej sytuacji Świętej Rodziny wydawać się mogą nieprzydatne i niepraktyczne. Są one jednak zapowiedzią przyszłych wydarzeń z historii zbawienia i trzech wymiarów misji Chrystusa: królewskiej, która objawiła się już w betlejemskim żłóbku (złoto), synostwa Bożego, które objawi się w czasie chrztu w Jordanie (kadzidło) oraz męki na krzyżu (mirra).

    Gwiazda Betlejemska

    W końcu – Gwiazda, która wskazywała Magom drogę do groty w Betlejem. Benedykt XVI przywołał w jej wyjaśnieniu sprzeczne, wydawałoby się, opinie. Wskazał, że wschodni ojcowie Kościoła, np. święci Jan Chryzostom i Ignacy Antiocheński, tłumaczyli, że Gwiazda Betlejemska nie była klasycznym, astronomicznym ciałem niebieskim, ale objawieniem cudownej Bożej mocy i wewnętrznego światła, które przyprowadziło Mędrców do maleńkiego Chrystusa.

    Papież proponował jednak, aby, biorąc pod uwagę rozwój nauk przyrodniczych, nie odrzucać teorii astronomicznej, powołując się na odkrycia Jana Keplera i innych astronomów mówiące, że w roku 6 lub 7 naszej ery nastąpiła koniunkcja Jowisza, Saturna i Marsa oraz pojawiła się supernowa – niezwykle jasno święcąca gwiazda.

    Benedykt XVI był zdania, że Gwiazda pokazuje ludziom wszystkich epok, że przyroda, świat stworzony i kosmos są uniwersalnym „językiem”, który może poruszyć ludzką świadomość do poszukiwania tej jednej i niezastąpionej gwiazdy, jaką jest Jezus Chrystus.

    Żywa teologia Benedykta XVI

    Refleksja teologiczna Josepha Ratzingera – Benedykta XVI, pełna erudycji i spojrzenia interdyscyplinarnego, ucząca samodzielności myślenia, ale również otwarcia na niezgłębione tajemnice Boże, może być znakomitym wprowadzeniem do świętowania Objawienia Pańskiego i Bożego Narodzenia.

    W tym świętowaniu ostatecznie chodzi bowiem o odnalezienie Boskiego światła w codziennym życiu i otaczającej nas rzeczywistości, w których Chrystus chce pokazać nam pełne miłości i pokoju oblicze, które przemieni nas i cały świat stworzony.

    Łukasz Kobeszko /Aleteia.pl

    Bibliografia: Benedykt XVI, „Jezus z Nazaretu, Dzieciństwo”. Znak, Kraków 2012

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Uroczystość Objawienia Pańskiego

    Prawdziwe przyjście Syna Bożego do naszego życia

    Uroczystość Objawienia Pańskiego, zwana potocznie świętem Trzech Króli, jest trzecią po Uroczystości Zmartwychwstania i Bożego Narodzenia uroczystością w Kościele świętym. Jej status wynika z samej natury i celu Objawienia. Chrystus bowiem nie dokonał działa zbawienia poza nami. To nie jest tak, że przez swoją śmierć Syn Boży uwolnił nas od grzechów, otworzył nam drogę do nieba i wszyscy ludzie automatycznie w tym zbawieniu mają udział. Zbawienie polega bowiem na udziale w życiu Bożym. Zatem, by mieć udział w zbawieniu należy przyjąć objawiającego się Chrystusa, przyjąć wiarę, poznać Boga, a poznawszy, pokochać Go. Przez Objawienie Tajemnica Boga, wewnętrzne życie Trójcy Świętej staje się nam dostępne.

    Przyjmując wiarę nie tylko poznajemy treść prawd wiary, ale mamy rzeczywisty udział w poznaniu Boga. Przez miłość nadprzyrodzoną mamy natomiast udział w wewnętrznym życiu Boga. Dlatego, w Ewangelii według św. Jana Chrystus mówi: „A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa” (J 17, 3). W taki sposób potencjalnymi adresatami Objawienia są wszyscy ludzie, gdyż wszyscy są przeznaczeni do życia wiecznego. Niestety współcześnie coraz częściej mniema się, że nie każdy człowiek z konieczności musi poznać Chrystusa aby być zbawionym. I dlatego tak istotne jest przypominanie nam o doniosłości i tajemnicy tej uroczystości.

    Obecnie przeżywając tę uroczystość skupiamy się przede wszystkim na ewangelicznej scenie pokłonu trzech mędrców ze Wschodu. Tradycyjnie jednak uroczystość ta akcentowała trzy różne wydarzenia, którymi oprócz pokłonu królów były jeszcze: Chrzest Pański oraz cud dokonany podczas wesela w Kanie Galilejskiej. Wszystkie te trzy wydarzenia odkrywają nam pewne tajemnice związane z tą uroczystością.

    Pokłon mędrców (Pismo nie podaje nam ich liczby. Tradycja wiążąc ową scenę z darami złożonymi Zbawicielowi, zapowiedzianymi przez proroka Izajasza, mówi nam dopiero o tym, że było ich trzech) jest opowieścią o tym, że adresatami Objawienia są poganie, czyli ci, którzy nigdy jeszcze nie usłyszeli o Zbawicielu. Co ciekawe sama opowieść informuje nas, że królowie przybyli pokłonić się nowonarodzonemu Królowi wiedzeni gwiazdą. Tradycja widziała w tym przedziwnym wydarzeniu odblask katolickiej nauki o objawieniu przez stworzenie. Bóg w pełni objawił się w Chrystusie. To objawienie było pełne nie tylko ze względu na to, że we wcieleniu objawiła się pełnia tajemnicy Boga, ale też dlatego, gdyż to objawienie nie jest czymś od Boga oderwanym. Syn jest Słowem Ojca, jest obecnością Boga pośród ludzi. W jakiś sposób jednak Bóg objawia się również przez stworzenie. Księga Mądrości oraz List św. Pawła do Rzymian mówią nam, że z samego piękna i porządku stworzonego świata każdy człowiek może poznać istnienie Boga, co również potwierdza nam uroczyście Sobór Watykański I, ogłaszając jako dogmat prawdę, że światłem naturalnego rozumu możemy poznać istnienie Boga. O tym objawieniu odczytywanym z księgi przyrody mówią nam już ojcowie Kościoła. Święty Justyn na przykład jasno twierdził, że po całym świecie rozsiane są ziarna Prawdy. Jednakże zaznaczyć należy, że przez stworzenie możemy poznać jedynie istnienie Boga, natomiast nie poznajemy Jego wewnętrznej Tajemnicy – nie poznajemy kim On naprawdę jest. Owa prawda o Jego istnieniu nie ma również mocy zbawczej, gdyż nie daje nam przystępu do Jego życia. W naturze bowiem nie odnajdujemy samego Boga, a jedynie Jego odblask. Nie jest prawdą, że całe stworzenie jest  święte, to znaczy, że we wszystkim jest obecny Bóg. Owszem, Bóg jest wszechobecny, ale świat stworzony nie jest sakramentem dającym nam udział w Jego miłości. Zatem stworzenie mówi nam o Jego istnieniu podobnie jak blask księżyca mówi nam o istnieniu źródła tego blasku, którym jest słońce.

    Podobną zależność widzimy w opowieści o mędrcach ze Wschodu. Idą oni wiedzeni gwiazdą. Gwiazda nie jest jednak Bogiem i Zbawicielem, nie daje również przystępu do Zbawiciela, ale wiedzie nas ku spotkaniu z Nim. Filozofia, zachwyt nad światem stworzonym, życie zgodne z naturą czy nawet z prawem naturalnym nie jednoczy nas z Bogiem i nie daje zbawienia, ale przysposabia ludzki umysł i wolę na przyjęcie Prawdy objawionej w Chrystusie, a właściwie na przyjęcie samego Chrystusa. Zatem każdy człowiek winien szukać Boga. Świat jest znakiem wskazującym na Stwórcę. Błędem jest jednak mniemanie, że jeśli ktoś żyje zgodnie z naturą, to jest blisko Boga. Jest wtedy blisko bożego stworzenia. Życie zgodne z naturą prowadzi zatem do rozwoju naturalnej religijności, jednakże ta religijność domaga się wypełnienia prawdziwym życiem Bożym, a to się dokonuje tylko w Kościele. Błędem jest również mniemanie, że plemiona pierwotne poprzez swoją bliskość naturze mogą nas nauczyć czegoś o Bogu. Światło odbite przez powierzchnię księżyca nigdy nie będzie mogło powiedzieć więcej o naturze słońca niż samo słońce.

    Drugie wydarzenie wspominane w tej uroczystości to Chrzest Chrystusa w Jordanie. Tutaj adresatami Objawienia są Żydzi wyczekujący na Mesjasza. W Jordanie Chrystus objawia się wobec Narodu Wybranego. Chrystus jest przecież spełnieniem proroctw Starego Prawa. Błędne jest zatem mniemanie jakoby judaizm miał być alternatywną drogą do zbawienia. Błędem jest twierdzenie, że Żydom nie powinniśmy głosić Chrystusa, lecz winniśmy dbać jedynie o pielęgnowanie przez nich samych religii swoich przodków. Judaizm przecież to nie jest samo Prawo mojżeszowe, ale jest to jeszcze (lub raczej winno być) składanie ofiar oraz wyczekiwanie na przyjście Mesjasza. Bez oczekiwania Mesjasza Judaizm staje się pozbawiony celu, a przecież Mesjasza innego już nie będzie. Zatem spełnieniem Starego Testamentu jest tylko Chrystus. Ofiary również w judaizmie nie były celem samym w sobie. Były one zaledwie cieniem i zapowiedzią jedynej doskonałej Ofiary Chrystusa. Podobnie rzecz ma się z Prawem. Owszem, treść przymierza zawartego między Izraelem a Bogiem na Synaju mówi, że każdy, kto będzie zachowywał Prawo dostąpi zbawienia. Problem jest tylko w tym, że bez udziału w życiu Bożym, bez przyjęcia Chrystusa nikt nie jest w stanie wypełnić nakazów Prawa, a kto by przekroczył chociażby tylko jeden nakaz Prawa, jak wskazuje na to św. Paweł w Liście do Rzymian, ten łamie całe Prawo. Natomiast uświęcenie, wszczepienie w Chrystusa, które daje nam przystęp do życia Bożego sprawia, że człowiek staje się w Nim zdolny do wypełnienia przykazań Bożych. Zatem drugą grupą, dla której przyjęcie Objawienia jest konieczne są Żydzi.

    Trzecie wydarzenie Uroczystości Objawienia Pańskiego to cud w Kanie Galilejskiej. Ten cud jest objawieniem mesjańskiej godności Chrystusa wobec swoich uczniów. Można więc powiedzieć, że Objawienie skierowane jest również do tych, którzy już są uczniami Chrystusa. I to może budzić nasze zastanowienie. Przecież uczniowie to chrześcijanie, czyli ci, którzy już uwierzyli i zostali włączeni w Jego Mistyczne Ciało (Kościół). Jednakże w tym wydarzeniu wyraża się prawda, że nie wystarczy formalnie być uczniem, formalnie należeć do Kościoła. Chrześcijaństwo nie jest martwą skorupą i powłoką zbudowaną z obrzędów i reguł. Chrześcijaństwo to nowy sposób życia. Dlatego do zbawienia nie jest wystarczająca formalna przynależność do Kościoła. Należy jeszcze w życiu spełniać polecenie wyrażone przez Maryję: „zróbcie wszystko co powie wam mój Syn”. Natomiast sam cud również mówi nam coś o dynamice życia chrześcijańskiego. Życie chrześcijańskie i przyjęcie Objawienia nie jest tylko czymś zewnętrznym, ale jest czymś przemieniającym. Kiedy żyjemy życiem Kościoła, to nasze życie, czyli to, co naturalne (woda), przemienia się i uczestniczy w życiu nadprzyrodzonym, w życiu samego Boga i w Jego miłości (wino).

    Zatem Objawienie to prawdziwe przyjście Syna Bożego do naszego życia. Prawdziwa obecność. Prawdziwe spotkanie i odkrycie Tajemnicy Boga, oraz włączenie nas w tę Tajemnice. I do tego pięknego, innego i prawdziwego życia powołani są wszyscy. Stwierdzić, że ktoś nie musi poznać Chrystusa, to stwierdzić, że istnieje jeszcze jakaś inna droga zbawienia, albo że istnieje inne zbawienie niż życie w jedynym i prawdziwym Bogu. Ale przecież nie ma innego zbawienia niż to, które zostało nam dane w Chrystusie. Więc życie zgodne z naturą lub też religia mojżeszowa nie są substytutami tego zbawienia lub alternatywnymi drogami do niego. One są zaledwie zapowiedzią i przygotowaniem pełni Objawienia w Chrystusie. Zatem zaniechać głoszenia Chrystusa wobec kogoś może oznaczać tylko dwie rzeczy: że albo nie rozumiemy czym jest zbawienie, albo nie kochamy każdego człowieka i nie chcemy obdarzyć go blaskiem chwały, która nam w Chrystusie została ukazana. I w jednym i w drugim przypadku jest to fatalny błąd i znamię wskazujące, że być może jeszcze sami tak naprawdę prawdziwego Objawienia nie przyjęliśmy.

    o. Jan Strumiłowski/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kreda i kadzidło:

    Zwyczaje związane ze świętem Trzech Króli kryją duchową głębię

    Dziś Święto Trzech Króli zdaje się jednym z mniej docenianych spośród nakazanych katolickich uroczystości. Tymczasem obchodzenie Epifanii zakorzeniło się jako zwyczaj już wśród pierwszych chrześcijan – a związane z nim tradycje kryją głębię teologicznych znaczeń. W uroczystość Narodzenia Pańskiego warto poświęcić im trochę uwagi i z głębszą świadomością uczcić Boga objawiającego się człowiekowi.

    Nazwa

    Pojęcie Epifanii zaczerpnięto z języka greckiego, w którym oznacza ono tyle, co „ukazanie się”. W swojej istocie sednem tej uroczystości jest uwielbienie Boga za to, że dał się poznać człowiekowi, szczególnie przez zesłanie na świat Swojego Syna. Choć współcześnie w Polsce święto to znamy pod nazwą „Trzech Króli”, to pierwotnie pokłon mędrców ze wschodu nowonarodzonemu Mesjaszowi był tylko jednym spośród trzech wydarzeń, wspominanych przez Kościół 6 stycznia.

    Dla tego jednego z najstarszych obchodów Kościoła centralne były również Chrzest Pana Jezusa w Jordanie oraz uroczystość w Kanie Galilejskiej. Co mają one wspólnego z Kacprem, Melchiorem i Baltazarem, którzy przybyli do Betlejem za przewodem gwiazdy, by oddać hołd Zbawicielowi?

    Wszystkie te zdarzenia w szczególny sposób wskazywały na Chrystusa, jako na wyczekiwanego Mesjasza, którego przyjście zapowiedzieli prorocy. Pokłon trzech magów rozumie się przy tym tradycyjnie, jako symbol zwycięstwa Chrystusa nad pogańskimi wierzeniami. Przyniesione przez nich podarunki – złoto, kadzidło i mirra – miały oddać cześć Chrystusowi jako Królowi, Bogu i Człowiekowi. W Kanie Galilejskiej za prośbą Matki Bożej Chrystus dokonał pierwszego cudu na oczach zebranego grona apostołów, po którym, jak poucza Ewangelia, dwunastu „uwierzyło w Niego”. W Jordanie z kolei na Jezusa, jako obiecanego światu Zbawiciela, wskazał Jan Chrzciciel.

    Kreda – wyznanie wiary

    Co może niektórych zaskoczy, według licznych interpretacji, pisane przez chrześcijan na drzwiach „CMB” w tę uroczystość odnosi się ani nie do imion trzech króli, ani nie jest błogosławieństwem domu… Stanowi po prostu formę wyznania wiary poprzez utworzenie akronimu od pierwszych trzech liter łacińskich nazw tych wydarzeń.

    Skoro jednak już do kredy dotarliśmy, to warto zaznaczyć, że zwyczaj pieczętowania drzwi symbolem wiary w Boga stanowi nawiązanie nie tylko do wydarzeń związanych z Objawieniem się Boga w Jego Jednorodzonym Synu. Jak czytamy w Księdze Wyjścia podobnie Izraelici zdobili odrzwia krwią zabitego w noc Paschy baranka, aby zesłany jako jedna z plag na Egipcjan „anioł śmierci” ominął bezpiecznie ich domostwa. W końcu prawdziwym „Barankiem” ofiarowanym dla naszego zbawienia jest Chrystus, a wiara w niego daje nam wybawienie…

    W tradycji głęboko zapisał się również pogląd interpretujący oznaczanie drzwi jako prośbę o błogosławieństwo domostwa – w takim wypadku sporządzony kredą skrót należałoby odczytywać jako Christus Mansionem Benedicat.

    Ludowa pobożność skojarzyła jednak skrótowiec z imionami Trzech Króli, którzy ostatecznie stali się czołowymi bohaterami obchodów Uroczystości Narodzenia Pańskiego. Takie rozumienie inskrypcji, w dodatku spolonizowanej do postaci KMB, spotka się najczęściej.

    Dlaczego właściwie to monarchowie ze wschodu stali się zdecydowanie dominującymi w święto Epifanii bohaterami? Może to mieć związek z ustanowieniem osobnych wspomnień dwóch Chrztu Pańskiego i Cudu w Kanie Galilejskiej. Wciąż jednak oba te cudowne wydarzenia wielokrotnie wspominane są podczas świątecznej liturgii.

    Kadzidło – obecność Boga

    Tradycyjnym i wartym kultywowania zwyczajem jest okadzanie wszystkich pomieszczeń w domu – tradycja ta został częściowo zarzucona – tym bardziej więc warto zadbać by piękna woń kadzidła w Uroczystość Narodzenia Pańskiego rozeszła się po naszych mieszkaniach. Symbolizuje ona Bożą obecność, a także ochronę przed duchowymi zagrożeniami – tak potrzebną w dzisiejszych, bezbożnych czasach.

    Dawniej świętowanie Uroczystości Objawienia Pańskiego wiązało się także ze śpiewami chodzących od domu do domu kolędników. W kościołach święcono złoto – tradycyjnym wypiekiem towarzyszącym wiernym w ten dzień było… ciasto migdałowe. Te liczne tradycje zostały dziś zapomniane, zastępują je jednak nowe. Np. Od kilku po ulicach polskich miast maszerują orszaki trzech króli, których uczestnicy składają swoje wyznanie wiary. 

    Choć część tradycji zdaje się, że zginęła bezpowrotnie, to nie przecież przywiązanie do zwyczajów pozostaje najważniejsze. Wszystkie ono pomagają nam jedynie oddać hołd Bogu za to, że dał się poznać każdemu z nas. To właśnie zachowane tej świadomości – o przepięknej treści Święta Trzech Króli zdecyduje o tym, czy będziemy z niego odnosili duchowy pożytek.  

    Filip Adamus/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W kościele św. Piotra o godz. 19:15 – KONCERT KOLĘD

    DO WSPÓLNEGO ŚPIEWANIA ZAPRASZAJĄ:

    Cantabo Tibi, Agnieszka Hertmanowska, Marcin Głodzinski oraz przyjaciele.

    wstęp wolny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 STYCZNIA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ.18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z UROCZYSTOŚCI CHRZTU PAŃSKIEGO

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    *****

    Matka Boża Fatimska
    Matka Boża Fatimska

    *****

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięć pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    *****

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 STYCZNIA – NIEDZIELA CHRZTU PAŃSKIEGO (w liturgii kończy się okres Bożego Narodzenia)

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚW. – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    fot. cathopic/Misyjne drogi.pl

    ***

    Kościół katolicki obchodzi dziś w liturgii święto Chrztu Pańskiego. Kończy ono okres Bożego Narodzenia, choć w polskiej tradycji jeszcze do 2 lutego śpiewa się kolędy i nie rozbiera się szopki.

    Święto Chrztu Pańskiego obchodzone jest w pierwszą niedzielę przypadającą po uroczystości Objawienia Pańskiego.

    Najstarszej tradycji tego święta należy szukać w liturgii Kościoła wschodniego, ponieważ pomimo wyraźnego udokumentowania w Ewangeliach chrzest Jezusa nie posiadał w liturgii rzymskiej oddzielnego święta. Dekretem Świętej Kongregacji Obrzędów z 23 marca 1955 r. ustanowiono na dzień 13 stycznia, w miejsce dawnej oktawy Epifanii, wspomnienie chrztu Jezusa Chrystusa. Posoborowa reforma kalendarza liturgicznego w 1969 r. określiła ten dzień jako święto Chrztu Pańskiego. Pominięto wyrażenie “wspomnienie” i przesunięto jego termin na niedzielę przypadająca po 6 stycznia.

    Teksty modlitw związane ze świętem Chrztu Pańskiego odzwierciedlają bardzo dokładnie i szczegółowo przekazy Ewangelii. Podkreślają przy tym związek tego święta z uroczystością Objawienia Pańskiego.

    Chrystus już jako dorosły, 30-letni mężczyzna, przychodzi nad brzeg Jordanu, by z rąk Jana Chrzciciela, swojego poprzednika, przyjąć chrzest. Chociaż sam nie miał grzechu, nie odsunął się od grzesznych ludzi: wraz z nimi wstąpił w wody Jordanu, by dostąpić oczyszczenia. W ten sposób uświęcił wodę. Najszczegółowiej to wydarzenie zrelacjonował św. Mateusz, choć opis chrztu Jezusa zostawili wszyscy trzej synoptycy.

    W dniu chrztu Jezus został przedstawiony przez swojego Ojca jako Syn posłany dla dokonania dzieła zbawienia. Misję Chrystusa potwierdza swym świadectwem Bóg Ojciec. Zamknięte przez grzech Adama niebiosa otwierają się, na Jezusa zstępuje Duch Święty. Z nieba daje się słyszeć jednoznaczny głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________________

    Jak rozumieć Chrzest Pański?

    Celebrujemy święto Chrztu Pańskiego, przypominające nam o chrzcie przyjętym przez Chrystusa z rąk Jana Chrzciciela. Opis tego wydarzenia pozostawiło nam trzech Ewangelistów; wiemy także, że jest to wydarzenie rozpoczynające publiczną misje Zbawiciela, objawiając zarazem Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Jak powinniśmy rozumieć to wydarzenie?

    Na początek kilka uwag historycznych. Źródeł tej celebracji szukać należy w tradycjach wschodu, weszła ona do kalendarza rzymskiego późno, bo w roku 1955. Jak pamiętamy, chrześcijaństwo narodziło się w świecie grecko-rzymskim, naturalnie więc na przestrzeni wieków wewnątrz Kościoła istniała wymiana między „łacinnikami” a chrześcijanami języka greckiego; wiemy zresztą, że początkowo językiem liturgii była właśnie greka, istniał okres, w którym łacina i greka używane były równolegle. Zresztą, aż do roku 1969 w liturgii papieskiej posługę pełniło także dwóch duchownych rytu bizantyjskiego, lekcja i Ewangelia proklamowane były także i w języku greckim, a pewien powrót do tej starej tradycji nastąpił za czasów pontyfikatu Jana Pawła II. To jednak zupełnie inny temat…

    Wiemy, że niedziela – jako dzień Zmartwychwstania Pańskiego – była dla chrześcijan od samego początku dniem świętym. Celebracja odkupieńczej śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa stanowiła historycznie pierwszy szczyt roku liturgicznego, Wielkanoc – jak wskazuje Martyrologium Rzymskie – była festum festorum oraz solemnitas solemnitatum. Drugi „szczyt” celebracji wiązał się ze świętowaniem Narodzin Pańskich. Kolejnym starożytnym zwyczajem było obchodzenie dni poświęconych Matce Bożej; dalej jeszcze: apostołom oraz męczennikom, jako tym, którzy poprzez świadectwo krwi w sposób szczególny złączyli się z Chrystusem i orędują za nami w niebie. Wiemy także, że życie religijne i kościelne pierwszych chrześcijan było bardzo… lokalne. Naturalnie więc pojawiła się konieczność określania porządku świąt i wspomnień celebrowanych przez dany Kościół lokalny, w danej prowincji i krainie. Dysponujemy w tym zakresie ciekawymi pomnikami przeszłości, warto tu wymienić dla przykładu zachowany po dziś dzień kalendarz świętego Wilibrorda (ok. 658 – 739), apostoła Fryzów. Rozszerzanie się chrześcijaństwa wymagało także organizacji życia kościelnego wśród ludów przyjmujących Ewangelię, a więc także i określenia pewnego porządku świątecznych celebracji liturgicznych i wspomnień, później zaś zadbania o spójność i pewną uniwersalność reguł rządzących czasem świętym.

    Dlaczego więc Kościół zwraca dziś naszą uwagę na Chrzest Pański? Wydarzenie to posiada szczególny charakter: od niego rozpoczyna się publiczna działalność Chrystusa, stanowi objawienie tajemnicy Trójcy Świętej, a zarazem symboliczny koniec „starotestamentalnego” etapu historii Zbawienia.

    Jan Chrzciciel to ostatnia wielka postać rzeczywistości Starego Testamentu, ostatni wysłannik Boga: jego zadanie polega na zapowiadaniu nadchodzącego już Mesjasza, przygotowaniu Żydów do tego, by w Niego uwierzyli. Świadectwo Ewangelii jest bardzo wymowne: tak, jak u proroka Izajasza, Jan jest „posłańcem”, który przygotowuje drogę, „wołającym na pustyni”, udzielającym chrztu z wody, zapowiadając inny, większy i ważniejszy chrzest. Jan Chrzciciel jest pewny swego zadania, jak i tego, Kogo poprzedza: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym” (Mk 1, 7-8). Chrystus jest źródłem życia i zbawienia, Bogiem-człowiekiem dającym nam wodę żywą, źródłem życia naszej duszy i przyczyną naszej nadziei; Jan przedstawia się jako niegodnego sługę, niewolnika.

    Mesjasza poprzedzał jednak wielki prorok na wzór Eliasza: prowadzący surowe, ascetyczne życie, żyjący w samotności, ubóstwie, pogardzie wobec ducha tego świata, płonąc gorliwą miłością Boga. Korneliusza a Lapide tłumaczy nam dokładnie, na czym polegało „pierwszeństwo” Jana: „1. W swych narodzinach, jako że narodził się sześć miesięcy przed Chrystusem. 2) W Chrzcie, bowiem chrzcił zanim chrzcił Chrystus, a nawet ochrzcił Chrystusa. 3) W nauczaniu, pokutą którą przygotowywał drogę Chrystusowi. 4) Wskazując Jezusa jako Mesjasza i Baranka Bożego, który zgładzi grzechy świata. 5) Znosząc śmierć męczeńską zanim doświadczył jej Chrystus. 6) Wstępując na łono ojców w otchłani i zwiastując im Chrystusa, który wkrótce nadejdzie i przyniesie im wolność”.

    Natrafiamy tu na interesujący szczegół: zgodnie z żydowskim prawem, mężczyzna mógł stawać przed ludem i nauczać dopiero wtedy, gdy osiągnął 30. rok życia, wiek ten uznawano za osiągnięcie dojrzałości. Chrystus spełnił ten zapis – Zbawiciel wypełnia zapowiedzi proroków i prawo. Dalej: Jan przygotował się do wypełnienia swego zadania przebywając na pustyni, po przyjęciu chrztu z wody Chrystus także udał się na pustynię. Natrafiamy tu na ważną dla nas wskazówkę: modlitwa, samotność, przebywanie na „pustyni”, duchowe przygotowanie, odcięcie się od „świata” stanowi ważny element życia wewnętrznego. Święty Augustyn stwierdził wręcz, że nie będzie dobrym kapłanem ten, kto nie był wpierw dobrym mnichem – kto nie przygotował się poprzez modlitwę, post, samotność, odejście od sposobu myślenia tego świata.

    Zatrzymajmy się na chwilę przy kwestii samego chrztu. Jan udzielał chrztu z wody, ludzie chrzest ten przyjmujący „wyznawali swoje grzechy”. Był to „chrzest” szczególny, przypominający o rytualnych obmyciach tamtych czasów; znak odejścia od zła, pokuty, zwrócenia się ku Bogu, wewnętrznej odnowy. Jan był świadom, że sam potrzebuje chrztu („To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?”), Chrystus jednak rozwiązuje ten dylemat: „Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe” (Mt3, 15).

    Św. Łukasz przedstawia nam także takie oto świadectwo Jana Chrzciciela o Mesjaszu: „Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym”. Przypomina nam ono o proroctwie Symeona: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą” (Łk 2, 34). Chrystus jest sędzią, o sądzie mówi nam m.in. przypowieść o chwaście, który nie zostanie wyrwany, aby wraz z nim nie wyrwana została pszenica. „Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli” (Mt 13, 24), swoim sługom mówi ów człowiek: „zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza” (Mt 13, 30).

    msf/PCh24pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pięć skutków Chrztu Świętego
    fot. via Pixabay.com

    *****

    Pięć skutków Chrztu Świętego

    Katechizm Kościoła Katolickiego, zgodnie z duchem posoborowej teologii, wskazuje na 5 zasadniczych skutków sakramentu chrztu., dzięki którym staje się on wydarzeniem misteryjnym, wprowadzającym człowieka w chrześcijańską nowość życia.

    Są nimi: uwolnienie od grzechu pierworodnego, synostwo Boże, wszczepienie w Jezusa Chrystusa, wszczepienie w Kościół święty oraz udział w posłannictwie Chrystusa i Kościoła (KKK 1213). 

    Uwolnienie od grzechu pierworodnego 

    Św. Jan Chrzciciel, udzielając chrztu pokuty przez obmycie w wodach Jordanu, zapowiada chrzest w Duchu i ogniu (Mt 3,11). Duch jest obiecanym darem mesjańskim, zaś ogień wskazuje na sąd, który aktualizuje się z chwilą przyjścia Mesjasza (J 3,18-21). Z tego względu w nauce św. Pawła, obmycie z pierworodnej winy ma wydźwięk pozytywny. Jest nie tyle wspomnieniem grzechu Adama, co przede wszystkim wskazaniem na nową jakość ludzkiej egzystencji. Apostoł pisze bowiem o „obmyciu odradzającym i odnawiającym w Duchu Świętym” (Tt 3, 5). Duch Święty w sakramencie chrztu przywraca pierwotną niewinność, integruje wewnętrzne rozdarcie człowieka i stwarza nowy ład, czyniąc chrześcijanina swoją świątynią (l Kor 3,16-17; 6,19). Jest to istotnie nowe narodzenie (J 3,5-7), w wyniku którego powstaje nowe życie i nowe stworzenie (2 Kor 5,17). Na skutek buntu pierwszych ludzi została poważnie zakłócona harmonia człowieka z Bogiem, ze sobą i całym Bożym stworzeniem (Rdz 1,26). Dzięki łasce chrztu ta przepaść została pokonana. Natomiast utracone przez grzech pierworodny „obraz i podobieństwo Boże” na nowo stały się udziałem ochrzczonego poprzez Chrystusa, który jest „obrazem Boga niewidzialnego, pierworodnym wszelkiego stworzenia…” (Kol 1,15). 

    Św. Paweł istotę tej prawdy oddaje posługując się analogią do śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Zanurzenie w wody chrztu reprezentuje Jego śmierć i pogrzebanie, zaś wyjście z wody symbolizuje Jego zmartwychwstanie i zjednoczenie z Nim (Rz 6,3-4; Kol 2,12). Podobnie liturgia Wigilii Paschalnej, przywołując wydarzenia zbawcze, w cudownym przejściu Izraelitów przez Morze Czerwone widzi analogię do chrztu. Jest to przejście z niewoli grzechu do wolności dzieci Bożych mających obietnicę uczestnictwa w Królestwie Bożym. 

    Nieodłącznym zatem warunkiem nowego życia w Chrystusie jest śmierć grzechowi, czyli nawrócenie. Związek chrztu i nawrócenia wyraźnie pojawia się już w popaschalnej katechezie Apostołów. Na pytanie tłumów, poruszonych zesłaniem Ducha Świętego, co mają czynić, św. Piotr odpowiada: „Nawróćcie się […] i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego” (Dz 2,38). 

    W chrześcijańskiej ascezie nawrócenie nadal pozostaje warunkiem chrztu, ale jest zarazem jego koniecznym następstwem i poniekąd dopełnieniem. W przypadku chrztu dziecka jego nawrócenie zastępuje wiara Kościoła i zobowiązanie rodziców naturalnych oraz chrzestnych do wychowania nowo ochrzczonego we wierze. Z chwilą dojścia do używania rozumu, ochrzczony ma obowiązek dokonać świadomego wyboru Chrystusa i pójścia za Nim (naśladowanie Chrystusa).

    Chrzest zatem jako nowe życie implikuje w sposób konieczny życie duchowe, przez które należy rozumieć życie w Chrystusie, życie wg Ducha Świętego (VC 93). 

    Synostwo Boże

    Następstwem „odradzającego obmycia w Duchu Świętym” jest przywrócenie człowiekowi synostwa Bożego i uczestnictwo w życiu Osób Trójcy Przenajświętszej (KKK 1265). Uczy o tym Sobór Watykański II, stwierdzając, że ochrzczeni „[…] w chrzcie wiary stali się prawdziwie synami Bożymi […] a przez to rzeczywiście świętymi. Toteż powinni oni zachować w życiu i w pełni urzeczywistniać świętość, którą otrzymali z daru Bożego” (LG 40). 

    Przywrócenie człowiekowi godności dziecka Bożego, utraconej przez grzech pierworodny, i uświęcenie go, wyraża sam obrzęd nałożenia białej szaty podczas sprawowania sakramentu chrztu. Symbolizuje ona stan świętości, niewinności i łaski. 

    Wskutek chrztu w człowieku zamieszkuje Trójjedyny Bóg (J 14,23). W posoborowej teologii to samoudzielanie się Trójosobowego Boga człowiekowi rozumiane jest jako istota łaski uświęcającej (K. Rahner, Podstawowy wykład wiary, Wwa 1987, 102-106). Bóg jako Miłość (1 J 4, 8), czyniąc na nowo człowieka podobnym sobie, pragnie mu się udzielać. Chce, aby odrodzony przez chrzest człowiek uczestniczył w szczęściu Boskich Osób, dlatego uzdalnia go do uświęcająco-zbawczego dialogu ze Sobą i wyposaża w niezbędne do tego usprawnienia, jakimi są: cnoty teologalne wiary, nadziei i miłości, a ponadto dary Ducha Świętego, jako najbardziej proporcjonalne środki do zjednoczenia z Bogiem, a zarazem „dynamizmy przeobrażające”. To nadprzyrodzone wyposażenie, udzielanie w chwili chrztu, tradycyjnie nazywa się organizmem duchowym (KKK 1266). 

    Dzięki temu nadprzyrodzonemu wyposażeniu chrześcijanin otrzymuje zadatek życia wiecznego i obietnicę udziału w Królestwie Bożym na prawach dziedzica (Rz 8,17; Ga 3,29; 4,7). Zatem już w chwili chrztu człowiek zostaje wezwany i uzdolniony do świętości. Mając to na uwadze Sobór Watykański II przypomniał niezmienną naukę Kościoła świętego o powszechnym powołaniu wszystkich ochrzczonych do świętości (LG 39). 

    W ten sposób we chrzcie dokonuje się zapoczątkowanie życia duchowego, którego celem jest osiągnięcie pełni zjednoczenia dziecka Bożego z Ojcem w majestacie Boskich Osób, a więc świętość i doskonałość na miarę Boga Ojca i ze względu na Niego (Mt 5,48). 

    Wszczepienie w Chrystusa

    W ekonomii zbawczej jedyną drogą do Ojca jest Słowo Wcielone – Jezus Chrystus. To w Jego imię udzielany jest chrzest Jako Bóg-Człowiek „zburzył on rozdzielający nas mur” (Ef 2,14). Przez Niego Bóg pojednał nas z Sobą (2 Kor 5,18). On jest „obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1,15), a zatem jedynym i najdoskonalszym wzorem aktualizacji w sobie przywróconego nam „obrazu i podobieństwa”. Istotnym zatem aspektem chrztu jest idea naszego wszczepienia w Chrystusa i wypływającej z tego powinności życia na Jego podobieństwo (chrystoformizacja). Prawdę tę na różne sposoby rozwija św. Paweł, pisząc m.in. że przez chrzest człowiek jest ukształtowany na Jego podobieństwo (Rz 8,29), przyobleka się w Niego (Ga 3,27) i dzięki temu jako „usynowiony w Synu” wraz z Nim będzie miał udział w życiu wiecznym (1 Kor 4,8; Ef 2,6). Wszyscy ochrzczeni podlegają temu uchrystusowieniu, aż osiągną pełnię doskonałości (Ef 1,10; 4,13). Szczytem tego procesu jest integracja z Chrystusem, o której św. Paweł zaświadcza w słowach: „Teraz zaś już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20).

    To całkowite i bezwarunkowe oddanie się Chrystusowi stanowi podstawową konsekrację, na bazie której możliwa jest każda inna konsekracja osób w Kościele świętym. Dla podkreślenia doniosłości chrztu jako podstawowej konsekracji, w okresie posoborowym wiele rodzin zakonnych odeszło od starodawnego zwyczaju zmiany imienia z chwilą przyjęcia do nowicjatu, natomiast zachowuje imię chrzcielne. 

    Chrzest wszczepia nas w Chrystusa i daje udział w Jego życiu, kształtuje wedle Niego i nadaje nam Jego rysy (SC 6). To ukształtowanie na wzór Chrystusa dokonuje się mocą Ducha Świętego, którego On posłał, aby dopełnił w sercach wierzących dzieła odkupienia i uświęcenia. Niekiedy mówi się, że Chrystus jest życiem duszy (bł. C. Marmion). Jest nim właśnie przez Ducha Świętego, który stale z Chrystusa bierze i nam daje (J 16, 8-15). Jak uczy Jan Paweł II, „pod wpływem Ducha Świętego dojrzewa i umacnia się ów człowiek wewnętrzny, czyli «duchowy». […] Dzięki łasce uczynkowej, która jest darem Ducha Świętego, człowiek wchodzi w «nowość życia», zostaje wprowadzony w Boży i nadprzyrodzony jego wymiar” (DeV 58). 

    Konsekwencją chrzcielnego wszczepienia w Chrystusa jest zatem życie chrześcijańskie na Jego wzór. Wymownym tego symbolem w obrzędzie chrztu jest zapalona świeca – znak Zmartwychwstałego Pana, światłości świata. 

    Wszczepienie w Kościół święty

    Wszczepienie w Chrystusa przez chrzest jest równoznaczne z wszczepieniem w Jego Mistyczne Ciało Kościół święty. Podkreśla to św. Paweł pisząc: „Wszyscy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało” (1 Kor 12,13). 

    Pogłębienie tej prawdy znajdujemy w nauczaniu Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Stając się członkiem Kościoła, ochrzczony «nie należy już do samego siebie» (1 Kor 6,19), ale do Tego, który za nas umarł i zmartwychwstał. Od tej chwili jest powołany, by poddał się innym i służył im we wspólnocie Kościoła, by był «posłuszny i uległy» (Hbr 13,17) przełożonym w Kościele, by ich uznawał z szacunkiem i miłością. Z chrztu wynikają odpowiedzialność i obowiązki. Ochrzczony posiada równocześnie prawa w Kościele; ma prawo do przyjmowania sakramentów, do karmienia się słowem Bożym i korzystania z innych pomocy duchowych Kościoła” (KKK 1269). 

    Między chrztem a misterium Kościoła zachodzi istotny związek przyczynowo-skutkowy, rodzaj sprzężenia zwrotnego. Z woli Chrystusa chrzest udzielany jest w Kościele i przez Kościół. Z drugiej strony właśnie przez chrzest Kościół jako społeczność ochrzczonych wyznawców Chrystusa buduje się i rozwija. 

    Sakrament chrztu wciela w żywy organizm Kościoła, który jako widzialna struktura składa się z trzech stanów życia: duchowieństwa, osób konsekrowanych i laikatu. Podstawą zrodzenia się powołania do każdego z tych stanów jest chrzest w Kościele świętym. Otrzymany na chrzecie „charakter sakramentalny” (osobowość sakramentalna) nie tylko wiernych uzdalnia czy wręcz konsekruje do sprawowania kultu chrześcijańskiego, ale także zobowiązuje do budowania Mistycznego Ciała Chrystusa przez świadectwo życia naznaczonego miłością (KKK 1273). 

    Udział w posłannictwie Chrystusa i Kościoła

    Ta konfiguracja do Chrystusa przez chrzest oznacza uczestnictwo w godności Syna Bożego, a tym samym udział w Jego potrójnym posłannictwie: kapłańskim, prorockim i królewskim (LG 9-15).

    Katechizm Kościoła Katolickiego kładzie akcent na uczestnictwo ochrzczonych w kapłańskiej godności i misji Chrystusa. Są oni bowiem „wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem Bogu na własność przeznaczonym”, aby ogłaszać „dzieła potęgi Tego, który ich wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła” (1 P 2,9; KKK 1268). Chrzest zatem jest podstawą kapłaństwa powszechnego wiernych, od którego kapłaństwo urzędowe różni się „istotą a nie stopniem tylko, są sobie jednak wzajemnie przyporządkowane, jedno i drugie bowiem we właściwy sobie sposób uczestniczy w jednym kapłaństwie Chrystusowym” (LG 10). Według nauki Soboru Watykańskiego II, wypełniają je współdziałając w ofiarowaniu Eucharystii. „Pełnią też to kapłaństwo przez przyjmowanie sakramentów, modlitwę i dziękczynienie, świadectwo życia świątobliwego, zaparcie się siebie i czynną miłość” (LG 10). 

    Ochrzczeni mają także udział w proroczej funkcji Chrystusa, która zobowiązuje ich do tego, aby szerzyli o Nim świadectwo przede wszystkim przez życie wiary i miłości, a także „składanie Bogu ofiary chwały”. Szczególnym przejawem funkcji profetycznej ochrzczonych jest wielkoduszne przyjmowanie rozmaitych charyzmatów, a także posługiwanie nimi dla chwały Bożej i dobra Kościoła świętego” (LG 12). 

    Szczególną formą realizacji prorockiego posłannictwa Chrystusa i Kościoła, do którego zobowiązuje chrzest, jest ewangelizacja i kształtowana odpowiednio do tego misyjna duchowość. Wierność misyjnemu nakazowi, jaki dał Chrystus Kościołowi (Mt 28,19-20), sprawia, że chrzest, jako fundament życia duchowego, jest zarówno darem, jak i zadaniem. „Nie ma zatem żadnego członka, który by nie uczestniczył w posłannictwie całego Ciała, lecz każdy ma nosić w sercu swoim Jezusa jako świętość, a duchem proroctwa dawać świadectwo o Jezusie” (PO 2). 

    Przez chrzest. człowiek dostępuje także udziału w królewskiej godności Chrystusa (LG 26). Ochrzczeni, zwłaszcza świeccy, wynikające z tej godności posłannictwo aktualizują przede wszystkim pielęgnując stan „królewskiej wolności”, co wyraża się w samozaparciu i odrzucaniu każdego przejawu grzechu w życiu osobistym i społecznym, a także przez pokorną i cierpliwą służbę bliźnim, przez którą możliwe staje się uporządkowanie skażonego grzechem świata. „W powszechnym zaś wypełnianiu tego zadania świeckim przypada szczególnie wybitne miejsce” (LG 36). 

    Nikt z tych, którzy przez chrzest zostali wszczepieni w Chrystusa i Kościół nie może wymówić się od pełnienia posłannictwa kapłańskiego, prorockiego i królewskiego, które stanowią zasadniczy wymiar duchowości chrztu. 

    Duchowość chrzcielna 

    Duchowość chrześcijańska z samej swej istoty jest duchowością chrzcielną. Świadomość chrztu winna zatem kształtować postawy chrześcijanina względem Boga, bliźniego, samego siebie i całego Bożego stworzenia. W nich ma wyrażać się ta „nowość życia”, kształtowana w Kościele świętym na wzór Chrystusa pod tchnieniem Ducha Świętego. 

    Ponieważ chrzest na ogół przyjmowany jest w nieświadomości niemowlęctwa, dlatego domaga się ciągłego uświadamiania i pogłębiania. Uprzywilejowaną do tego okazją jest celebracja Wigilii Paschalnej, podczas której dokonuje się odnowienia przymierza chrztu. Każde niedzielne pokropienie wodą święconą na rozpoczęcie Mszy św. także przypomina pamiątkę chrztu. Tę samą treść wyraża każdorazowe pobożne przeżegnanie się wodą święconą, zwłaszcza podczas wchodzenia do świątyni. 

    O dowartościowaniu roli chrztu w chrześcijańskiej duchowości świadczy m.in. pełne godności obchodzenie dorocznych imienin (bardziej niż urodzin), powiązane z przeżyciem Eucharystii i – jeśli trzeba – przystąpieniem do spowiedzi. Z tym wiąże się konieczność poznania daty i miejsca swojego chrztu. 

    Przechowywane wśród domowych pamiątek: świeca chrzcielna, biała szata czy inne przedmioty mają dla ochrzczonego nie tylko wielką wartość emocjonalną, ale także przypominają o godności dziecięctwa Bożego, otrzymanego na chrzcie, a zarazem o odpowiedzialności wobec Boga i Kościoła za łaskę chrztu. 

    Jak wielką rolę w duchowości chrześcijańskiej odgrywa chrzest, świadczy postawa Jana Pawła II, który podczas I pielgrzymki do Ojczyzny nawiedzając rodzinny kościół w Wadowicach (7 VI 1979), zatrzymał się przy chrzcielnicy na modlitwę, a potem powiedział: „Kiedy patrzę wstecz, widzę, jak droga mojego życia poprzez środowisko tutejsze, poprzez parafię, poprzez moją rodzinę, prowadzi mnie do jednego miejsca, do chrzcielnicy w wadowickim kościele parafialnym. Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do Łaski Bożego synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła w dniu 20 VI 1920 roku”. 

    ks. Marek Chmielewski/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Po co chrzcić dzieci. Ks. Edward Staniek o sakramencie chrztu
    fot. via Pixabay.com

    *****

    Po co chrzcić dzieci.

    Ks. Edward Staniek o sakramencie chrztu

    Czy należy udzielać chrztu dziecku, czy człowiekowi dorosłemu? W Kościele od początku udzielano chrztu dzieciom, zwłaszcza wtedy, kiedy w ich oczy zaglądała śmierć. W starożytności jednak zdecydowaną przewagę miał chrzest ludzi dorosłych. Jak więc? I czym tak właściwie jest sakrament chrztu?

    1. Sakramentalna obecność Chrystusa

    W refleksji i dyskusji nad sakramentami należy nieustannie mieć na uwadze trzy tajemnice: Boga, Chrystusa i Kościoła. Wszystkie religie świata uznają istnienie Boga i liczą się z Jego prawem. Chrześcijanie wierzą nadto we wcielenie Syna Bożego, czyli w Jezusa Chrystusa prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka. Katolicy i prawosławni wierzą w założony przez Niego, trwający nieprzerwanie od zesłania Ducha Świętego Jego Kościół.

    Chrystus został na ziemi w założonym przez siebie Kościele. Taka była Jego decyzja. Ktokolwiek chce się z Nim spotkać, znajdzie Go w Kościele. Zasadniczo tę obecność Jezusa sprowadzić można do trzech form. Jest obecny w spotkaniu świętych ludzi. Gdzie dwóch albo trzech jest zgromadzonych w imię Moje, tam Ja jestem. Druga forma obecności to teksty natchnione. Jezusa można spotkać w Piśmie Świętym czytanym w duchu wiary. Trzecia forma Jego obecności to sakramenty.

    Sakramenty są ustanowionymi przez samego Chrystusa widzialnymi znakami Jego obecności i działania na ziemi. Licząc się z naszymi możliwościami odbioru Chrystus postanowił posłużyć się znakami podpadającymi pod zmysły, po to, by dać nam pewność, że przeżywamy spotkanie z Nim. Są to znaki niezawodnie skuteczne, o ile spełnimy postawione przez Boga warunki. To jest mniej więcej tak, jakby Chrystus zostawił w Kościele olbrzymie źródło energii i kilka urządzeń służących do jej przetwarzania np. na światło, ciepło lub moc zdolną poruszać maszyny. To ta energia jest ukryta w konsekrowanym Chlebie i Winie. To jest Eucharystia. Natomiast jej wykorzystanie jest możliwe przez pozostałe sakramenty święte. I trzeba wyraźnie podkreślić, że jest to decyzja Chrystusa, a nie Kościoła. Kościół tylko obsługuje to wielkie urządzenie i tylko on ma monopol na sakramenty. Tak postanowił Chrystus. Ktokolwiek chce spotkać się z Chrystusem obecnym w sakramentach, może spotkać Go wyłącznie w Kościele. Stąd twierdzenie — Chrystus “tak”, a Kościół “nie” — jest nieporozumieniem, to jest wyznanie całkowitej nieznajomości zarówno Chrystusa, jak i Kościoła.

    Sakramenty są organicznie związane z Eucharystią. Chrzest daje prawo podejścia do Komunii Świętej. Jeżeli ktoś straci to prawo, może je odzyskać przez sakrament pokuty. Każdego, kto karmi się Komunią Świętą, czeka trudne świadectwo na ulicy, w domu, w zakładzie pracy. Ten kontakt ze światem wymaga dodatkowego wyposażenia w odwagę i mądrość, czego udziela sakrament bierzmowania. Człowiek chory, chcąc mieć pełny udział w Eucharystii, nie tylko przez jej przyjmowanie, ale i składanie z Chrystusem siebie w ofierze, ma do dyspozycji sakrament chorych. Małżonkowie, jeśli chcą w duchu Ewangelii rozwijać swoją miłość, podchodzą do Eucharystii związani sakramentem małżeństwa. Kapłan, jak już wiemy, jest sługą ołtarza odpowiedzialnym za to, by to wielkie urządzenie Bożej energii na ziemi ustawicznie mogło działać.

    O tych sakramentach, o umiejętności korzystania z nich, i o bogactwie, jakie jest w nich ukryte, pragnę mówić w najbliższych miesiącach. Serdecznie zapraszam do udziału w tych katechezach wszystkich, których interesuje piękno i bogactwo Kościoła Chrystusowego i naszej wiary. Rozważania te potrzebne są nie tylko do odkrycia swojej godności, ale również do twórczych rozmów i do odpierania zarzutów, jakie nam stawia świat.

    2. Znak ustanowiony przez Boga

    W Starym Testamencie jest szereg wydarzeń, zanotowanych przez autorów natchnionych, które zapowiadały ustanowienie sakramentu chrztu świętego i pomagają nam odkryć jego bogactwo.

    Takim obrazem jest potop. Najczęściej dostrzegamy w nim karę, ale to nie tylko kara. Woda została wykorzystana przez Boga do zmycia grzesznej ziemi, aby w odnowionym i oczyszczonym świecie sprawiedliwi mogli rozpocząć nowe życie.

    Drugim wymownym obrazem jest przejście Izraelitów przez Morze Czerwone. Kiedy potomkowie Abrahama, uciekając z niewoli egipskiej, przechodzą przez wodę, zyskują wolność. Otwiera się przed nimi droga do Ziemi Obiecanej. Przez wodę zyskują wolność.

    Na pustyni Mojżesz dwukrotnie przez wodę ratuje naród od śmierci. Raz wyprowadza wodę ze skały, drugi raz gorzką wodę uzdatnia do picia.

    W refleksji nad tajemnicą chrztu świętego pragnę zatrzymać się nad wydarzeniem zapisanym w Drugiej Księdze Królewskiej. Jest tam stosunkowo dokładna relacja z życia proroka Elizeusza, największego cudotwórcy przed przyjściem Chrystusa na ziemię. Otóż Syryjczycy napadli na Izrael i zagarnęli niewolników. Wśród nich na dwór dowódcy wojsk syryjskich dostała się młoda izraelska dziewczyna. Odkrywa ona, że jej pan, Naaman, jest trędowaty. Choroba ta uchodziła wówczas za nieuleczalną i tylko interwencja Boga mogła położyć jej kres. Radzi ona, by pan pojechał do proroka, który jest w Izraelu, a ten go uleczy. Król syryjski wysyła więc Naamana do króla izraelskiego z poleceniem, by ten go uleczył. Król przeczytał list, rozdarł szaty i pyta, czy to nie prowokacja i szukanie zaczepki do wojny. Wówczas prorok Elizeusz prosi króla, by wysłał Naamana do niego, dla przekonania się, że jest prorok w Izraelu. Naaman przyjechał ze wspaniałym orszakiem i stanął przed domem Elizeusza. A ten nie wychodząc do niego, przez sługę polecił mu: Idź i obmyj się siedem razy w Jordanie. Otoczony dworem Naaman, czuje się upokorzony. Prorok nie wyszedł, nie oglądnął, nie dotknął jego ran. Co to za lekarz? Czy wody Jordanu są rzeczywiście takie cudowne? Czyż wody rzek syryjskich nie są lepsze? Cóż to za leczenie przez siedmiokrotne zanurzenie w wodzie? Nie podchodzi do polecenia proroka z punktu widzenia wiary, lecz rozważa je na płaszczyźnie mędrkowania, zamkniętej w ciasnych granicach ludzkiej logiki. Rozgniewany chce wrócić do swojego kraju. Na szczęście jego słudzy są mądrzejsi i przekonują go, że gdyby prorok kazał mu uczynić coś bardzo trudnego, to by to zrobił, dlaczego więc nie uczyni tak prostej rzeczy. Naaman był mądrym dowódcą i umiał słuchać mądrych podwładnych. Zanurzył się siedmiokrotnie w Jordanie i wyszedł z niego bez trądu. Wrócił do proroka, chciał mu płacić. Przywiózł bogate dary, dziesięć talentów srebra i sześć tysięcy syklów złota. Elizeusz powiada: nic nie przyjmę, bo to jest dzieło Boga, a nie moje. W takim razie Naaman prosi: daj mi kilka worków ziemi, chcę bowiem wrócić do swojego kraju i zbudować ołtarz, aby składać ofiarę tylko temu Bogu, który ma moc uzdrowić z trądu.

    Obserwował to uczeń proroka, Gechazi, i żal mu było, że taki majątek przemknął mu koło nosa. Postanowił chociaż jego część zatrzymać dla siebie. Dopędził Naamana i powołując się kłamliwie na proroka, wyżebrał u uzdrowionego dwa talenty srebra i dwa ubrania. Kiedy stanął przed Elizeuszem, dowiedział się, że skoro wziął srebro i ubrania Naamana, to weźmie również jego trąd. Gechazi zostaje trędowaty. Taka jest relacja autora natchnionego.

    To wydarzenie, do którego odwołuje się Chrystus w Ewangelii, zawiera bogatą treść. Dowiadujemy się z niego, że sakrament chrztu, który tu jest zapowiedziany w formie figury, jest ustanowionym przez Boga znakiem. W Jordanie nie było cudownej wody, to była zwykła woda. Nie wystarczy się wykąpać pięć, sześć razy, trzeba to uczynić tyle razy, ile polecił Bóg — siedem. Nie każdy, który się wykąpie w Jordanie, będzie czysty. Ten znak jest wyraźnie przeznaczony dla tego jednego trędowatego, dla Naamana. To Bóg zapewnił, że jeśli ten dokładnie zrealizuje polecenie, On sam będzie obecny w tym obrzędzie, dotknie go i oczyści. Wielka prawda — Bóg leczy, posługując się takim prostym znakiem.

    Znak jest bardzo czytelny. Trąd był traktowany jako brud, należało się z niego oczyścić. Uważano, że trąd ciała jest znakiem grzesznej duszy, która wyrzuca na zewnątrz to, co ją gnębi.

    Dziś odkrywamy coraz pełniej psychofizyczną jedność człowieka i możemy jeszcze lepiej rozumieć sakramentalne znaki. To, co jest na zewnątrz, w naszej postawie, działaniu, objawia to, co jest w środku, w nas. Słuchałem relacji psychologa. Wspominał on, że w swojej praktyce spotkał sparaliżowanego do połowy ginekologa, który ciągle strzepywał ręce. Długie analizy wykazały, że było to pragnienie strząśnięcia z rąk krwi. Już niewiele i niewyraźnie mówił, ale na zewnątrz wyrażał to, co było w głębi jego serca. Oby ten człowiek odkrył, że jest ustanowiony sakrament, w którym może swoje skrwawione ręce oczyścić.

    Takich elementów, które ujawniają na zewnątrz to, co jest w środku, możemy obserwować dużo. Rozmawiałem z człowiekiem, który ciągle klął. Pytam: czy pan nie próbował opanować języka? “Próbowałem, powiada — ale to się nie da. To nie wystarczy nie mówić, to jest we mnie. To jest tak jak z wrzodem, który dojrzewa i musi pęknąć”. Mówię mu: trzeba by ten wrzód uleczyć. “Ma ksiądz rację, tylko wtedy trzeba by było uleczyć całe moje życie”. Klątwa to zewnętrzny znak jego duchowej choroby. Z obfitości serca mówią usta.

    Celowo zrelacjonowałem całość opisu Księgi Królewskiej, przytaczając dramat sługi proroka z powodu zabranych pieniędzy. To również ma charakter typiczny. Otóż łaska sakramentu jest zawsze darem Boga. Sługa, który uczestniczy w przekazywaniu tego daru, nie może z tego powodu brać pieniędzy. <204>le się stało, że w naszej praktyce połączono pieniądze z udzielaniem sakramentów. Jest rzeczą jasną, że kapłan powinien mieć na chleb, ale nie powinno się łączyć pieniędzy z szafowaniem sakramentami. Utrzymanie kapłana winno być na nowo przedyskutowane i ustawione tak, by przekazane mu pieniądze nie przysłaniały wielkości łaski zawartej w sakramentach.

    Kończąc to pierwsze rozważanie dotyczące chrztu w oparciu o opis starotestamentalny stawiam pytanie: W jakiej mierze rozumiemy, że w znakach sakramentalnych jest obecny Bóg? W jakiej mierze jesteśmy podobni do Naamana przed oczyszczeniem w Jordanie, a w jakiej po oczyszczeniu? Czy wiemy, że tym znakiem posługuje się Bóg? Za chwilę będziemy świadkami sakramentalnego spotkania z Bogiem w Eucharystii. Czy odejdziemy od ołtarza szczęśliwi jak Naaman?

    3. Obrzędy chrztu świętego

    Jest kilka różnych form udzielania chrztu świętego. Już na przełomie I i II wieku autor nieznanego nam dokumentu pochodzącego z Syrii pisze w ten sposób: “Chrzcijcie w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego w wodzie bieżącej, jeśli nie masz wody bieżącej, chrzcij w stojącej. Jeśli nie możesz znaleźć zimnej, to w ciepłej, gdybyś zaś nie miał ani jednej, ani drugiej, wylej trzykrotnie wodę na głowę w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Podstawową formą chrztu jest zanurzenie. Słowo greckie “chrzest”, przełożone na język polski, znaczy “zanurzyć”. Szukano wody bieżącej, tzn. żywej, która płynie ze źródła. Symbolika źródła i wody bieżącej była czytelna. Chodziło o stały dostęp do wody, której nigdy nie braknie. Chrzest był ważny, jeśli woda była stojąca, w jakimś zbiorniku, jeśli takiej wody nie można było znaleźć, wystarczyło polać głowę proszącego o sakrament, wymawiając słowa: ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Ta prosta instrukcja podana w Nauce Dwunastu Apostołów była doskonalona i rozbudowywana od IV wieku, kiedy to rzesze ludzi przychodziły do Kościoła, kiedy powstawały wspaniałe bazyliki, a obok nich budowano tak zwane baptysteria.

    Chrzest powinien być udzielany u wejścia do świątyni, bo przez chrzest wchodzimy do Kościoła. W starożytności budowano specjalne baptysteria, niektóre z nich zachowały się do naszych czasów. Między innymi odkryto fundamenty baptysterium w Mediolanie, w którym św. Ambroży, biskup tego miasta, w 387 roku ochrzcił św. Augustyna oraz jego syna. Ponieważ ten sam św. Ambroży zostawił nam w dwóch dziełach dokładne wyjaśnienie obrzędu chrztu, mając odkopane fundamenty baptysterium, możemy dokładnie odtworzyć cały obrzęd.

    Baptysterium w Mediolanie miało średnicę ośmiu metrów. To była dość duża budowla. Wokół były krużganki, w środku basen z wodą. Woda sięgała 80 cm. Na jednym brzegu stał biskup, do drugiego podchodził ten, który miał być ochrzczony. Zrzucał z siebie szaty. Był to znak symboliczny, zrzucenia z siebie dawnego życia. Wchodził do wody i dochodził na środek basenu, gdzie czekali na niego dwaj diakoni lub prezbiterzy, a jeśli chrzczona była kobieta, czekały dwie diakonisy. Kiedy kandydat do chrztu znalazł się między nimi, oni na swoich rękach, kładąc go na plecy trzykrotnie zanurzali w wodzie, a biskup wypowiadał słowa: Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Obrzęd miał miejsce z reguły w Wielką Sobotę.

    Po tym trzykrotnym zanurzeniu nakładano na ochrzczonego białą szatę i w niej podchodził do biskupa, który z dłoni wylewał mu na głowę konsekrowaną oliwę, udzielając sakramentu bierzmowania. Po czym przechodził do świątyni, do ołtarza, gdzie po raz pierwszy mógł uczestniczyć we Mszy świętej. Na całej Mszy świętej mógł być obecny wyłącznie człowiek ochrzczony.

    Przy tej rekonstrukcji obrzędu chrztu warto zaznaczyć, iż wszystkie jego istotne elementy są zachowane w Kościele do dnia dzisiejszego. Najważniejszym jest samo zanurzenie. Są w nim zawarte trzy prawdy. Pierwsza to oczyszczenie. Człowiek w chrzcie zostaje oczyszczony. Kąpiel ciała symbolizuje oczyszczenie duszy.

    Druga prawda. Trzykrotne zanurzenie w wodzie przypominało trzy dni pobytu ciała Chrystusa w grobie. Chrzest to udział w tajemnicy śmierci i zmartwychwstania. W chrzcie człowiek powstaje do nowego życia. Podchodzi do Eucharystii, aby mieć udział w tym jedynym pokarmie, który gwarantuje zmartwychwstanie ciała. W przeżywaniu tajemnicy duchowego zmartwychwstania pomagał fakt, że chrztu udzielano w Wielką Sobotę, w liturgicznym wspomnieniu śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

    Trzecia prawda zawarta w słowach: Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, czyli zanurzam ciebie w Bogu. Odtąd całe twoje życie jest zanurzone w Bogu. Oto trzy wymiary tajemnicy sakramentalnego znaku.

    Obok wejścia do świątyni mamy kropielnicę. Wchodząc mamy ręką dotknąć święconej wody i zrobić znak krzyża świętego: W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego przypominając sobie, że jesteśmy ochrzczeni i dlatego możemy podejść do ołtarza, by wziąć udział w świętej Ofierze.

    4. Wyrzeczenie się świata

    W chrzcie Bóg uświęca człowieka. Nie każdy jednak, kto wejdzie do wody i nad którym zostaną wypowiedziane sakramentalne słowa, faktycznie zostanie przez Boga uświęcony. Aby to mogło nastąpić, człowiek musi chcieć zostać uświęcony. Dlatego Bóg oczekuje od niego doniosłej decyzji, dokonania wyboru między perspektywami realizacji życia na ziemi.

    Jedna to perspektywa życia doczesnego, ograniczonego barierą śmierci. Dla wielu śmierć jest rozwiązaniem wszystkich, nawet najtrudniejszych problemów. Ma to miejsce wówczas, gdy jest traktowana jako definitywny koniec ludzkiej egzystencji. Kto tak pojmuje życie, szuka szczęścia doczesnego i godzi się na logikę tego świata. Chce jak najlepiej się tu urządzić i wygrać doczesność. Taka jest jedna perspektywa życia.

    Druga perspektywa uwzględnia możliwość nieśmiertelnego życia. Śmierć nie jest kresem. Istnieje szansa wejścia w świat wieczności, świat wiecznego szczęścia. W tej perspektywie obowiązuje logika wiary. Kto chce podejść do chrztu, musi zobaczyć te dwie różne perspektywy realizacji ludzkiego życia i dokonać wyboru. Ten wybór jest zasadniczy. Świadomie i dobrowolnie decyduję się na to, że moje życie traktuję jako drogę do życia wiecznego. Wybieram perspektywę nieśmiertelności. Wtedy trzeba zgodzić się na to, że nic, co jest ziemskie, nie może być ostatecznym celem mojego życia, jest tylko etapem, jest dobrem, po które, o ile mi nie przeszkadza w zdobywaniu nieśmiertelności, mogę sięgnąć, ale nie jest ono celem mojego życia. To spojrzenie na doczesność jako na drogę, jako na środek, który pomaga w osiągnięciu wyższego celu, nie jest równoznaczne z odrzuceniem doczesności, z negatywnym spojrzeniem na to, co ziemskie. Przeciwnie, dopiero wtedy człowiek zaczyna rozumieć Pana Boga, który po stworzeniu wspaniałego świata powiedział, że “to wszystko jest bardzo dobre”. Ale ta ziemska droga jest tak bogata i pełna uroku, że kusi, by zatrzymać się na niej samej. Doczesne dobra wołają: zostań, nie martw się, nie wysilaj się, zatrzymaj się tylko przy nas. Ten, kto podchodzi do chrztu, musi powiedzieć: nigdy tego nie zrobię. Nigdy nie zdecyduję się na myślenie o moim życiu wyłącznie w kategoriach doczesnych. Zawsze chcę pamiętać o tym, że każdy dzień zbliża mnie do innego, nowego życia.

    Kościół, chcąc ułatwić podjęcie tej decyzji, stawia kandydatowi do chrztu trzy pytania.

    Czy wyrzekasz się grzechu, aby żyć w wolności dzieci Bożych? Grzech jest nieporządkiem, grzech to bałagan. Każdy bałagan ogranicza naszą wolność. Wystarczy popatrzeć do szafy: jeśli w niej nie jest poukładane, to chcąc coś znaleźć, tracimy czas i denerwujemy się. Jeśli w niej wszystko jest na swoim miejscu, jesteśmy panami sytuacji, jesteśmy wolni. Jeśli bałagan jest w mieszkaniu, człowiek w nim ginie. Jeśli w mieszkaniu jest porządek, człowiek jest jego panem. Pierwsze pytanie postawione kandydatowi do chrztu dotyczy jego decyzji życia w świecie Bożego porządku. Świat jest rządzony prawami ustanowionymi przez Stwórcę, ochrzczony godzi się na szanowanie tych praw, wiedząc, że ile razy popełni grzech, traci wolność. Chce żyć w świecie ładu i porządku po to, aby był człowiekiem wolnym, chce żyć według logiki Bożego prawa, aby nie stracić wolności.

    Czy wyrzekasz się wszystkiego, co prowadzi do zła, aby cię grzech nie opanował? Chodzi tu o decyzję zachowania higieny ducha, chodzi o to, by człowiek przestrzegał zasad, o których mówi Chrystus. Jeśli cię ręka gorszy, odetnij ją, jeśli oko, wyłup je, jeśli noga, odetnij ją. Chodzi o wielkie wartości, o coś, co może być tak samo cenne jak oko, ręka i noga i co może zagrażać duchowi w naszej wędrówce do świata wielkich wartości. Kiedy ręka zatrzymała się na jakiejś wartości doczesnej i nie chce jej puścić, ochrzczony musi się zdecydować na to, że ją odetnie, aby zachować wolność. To trudna i bolesna decyzja. Tę właśnie decyzję podejmuje człowiek podchodzący do wody chrzcielnej. Jeśli jakakolwiek wartość doczesna zagrozi perspektywie mojego dojścia do domu Ojca Niebieskiego, wtedy z niej rezygnuję, chociażby to miało tak boleć, jak odcięcie własnej ręki.

    Czy wyrzekasz się szatana, który jest głównym sprawcą grzechu? Kandydat do chrztu musi realnie potraktować księcia tego świata. Chodzi tu o potężną siłę zła, z którą trzeba przez całe życie walczyć. Rodzimy się w świecie doczesności i mamy przed sobą perspektywę śmierci. Książę tego świata, który stracił szczęście wieczne, z zazdrości chce nas wszystkimi dostępnymi mirażami zatrzymać w doczesności, abyśmy nigdy nie uczestniczyli w szczęściu, które on bezpowrotnie utracił.

    Wchodząc do wody chrzcielnej wiem, że rozpocznę drogę, która jest nie tylko wspaniała, piękna i kusząca różnymi przemijającymi dobrami, abym się przy nich zatrzymał, ale również wiem, że będę musiał walczyć z rozbójnikiem, który na niej czeka, chcąc mi przeszkodzić w dotarciu do domu Ojca Niebieskiego. Przed chrztem mam podjąć decyzję, że nie chcę mieć żadnych układów z księciem tego świata. Tylko ten, kto podjął taką decyzję i zdecydował się na wejście w świat wiary, wchodząc do wody i przyjmując chrzest W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego może być uświęcony przez Boga. Jeśli tej decyzji nie ma, to może być zanurzony w wodzie i słyszeć wypowiedziane słowa, a świętości nie otrzyma. Tak jest, gdy mamy do czynienia z chrztem człowieka dorosłego. Tak jest również, gdy rodzice przynoszą dziecko, bo w trosce o jego szczęście chcą ustawić je od razu na drodze życia wiecznego. Oni też biorą odpowiedzialność za wychowanie dziecka do wartości chrześcijańskich.

    Jeśli człowiek świadomie i dobrowolnie podejdzie do chrzcielnicy, to perspektywa jego chrześcijańskiego życia otwiera się jako droga piękna i wspaniała. Jeśli natomiast ta decyzja jest niedowartościowana i chodzi tylko o ceremonie, a decyzja jest nie podjęta, to wchodzimy w pozorne chrześcijaństwo, które nie daje uświęcenia ani żadnej mocy wewnętrznej, nie zmienia człowieka, a rodzi szereg nieporozumień. Wyrzeczenie się świata to jest punkt wyjścia, sam fundament chrześcijańskiego życia. Ta jedna decyzja — wiem, jaką perspektywę życia wybieram i z jakiej rezygnuję — kształtuje wszystkie dni życia, każdą godzinę, każdą sekundę, wymaga wierności. Zdecydowałem, powiedziałem przed Bogiem, mam być słowny. Obok nas żyją ludzie, którzy nigdy tego wyboru nie dokonali. Wybrali doczesność, niech wygrają doczesność, to ich sprawa. My wybieramy doczesność tylko jako drogę do wyższych wartości. Toteż umiemy się nią cieszyć i posługiwać tak, by pomagała nam w realizacji głównego celu naszego życia. Tak stawia sprawę Bóg. Tak ustawione jest wejście w świat wiary, chodzi o realizm i odpowiedzialność za decyzję.

    5. Wyznanie wiary

    Ostatnio zwróciłem uwagę na wagę decyzji, jaką musi podjąć człowiek podchodzący do sakramentu chrztu. Wyjaśniłem pierwszą część dotyczącą wyrzeczenia się świata. Ale samo wyrzeczenie nie jest twórcze. Człowiek nie potrafi się wyrzec tego, co posiada, jeśli nie zobaczy wyższej wartości. Tak jest i w tej decyzji. Trzeba znaleźć drogocenną perłę, aby dla niej móc sprzedać wszystko, co człowiek posiada. Jeśli ktoś perły nie znalazł, to nie może sprzedawać tego, co ma w ręku. Ten, kto podchodzi do chrztu świętego, już znalazł drogocenną perłę i dlatego jest gotów oddać doczesność, by posiąść nieśmiertelność. Od samego początku chrześcijanin, który podchodził do chrztu po wyrzeczeniu się świata, publicznie wyznawał swoją wiarę. Na kilka dni przed swoim chrztem otrzymywał tekst wyznania wiary, ten, którym posługujemy się w każdą niedzielę, uczył się tego tekstu na pamięć, przychodził do świątyni, stawał przed wiernymi i osobiście składał wyznanie wiary (dlatego jest ono sformułowane w liczbie pojedynczej “Wierzę w jednego Boga”). To było wielkie przeżycie, kandydat do chrztu wybierał świat, który jest światem Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego. Św. Augustyn wspomina o takim wyznaniu wiary jednego z najsłynniejszych profesorów retoryki starożytnego Rzymu Mariusza Wiktoryna, który w latach pięćdziesiątych IV wieku po długich latach poszukiwań odkrył chrześcijaństwo i który, mimo że Rzymianie otaczali go wielkim szacunkiem jako piewcę bóstw pogańskich, publicznie wyznał swoją wiarę, zdumiewając swych dotychczasowych wielbicieli przejściem na chrześcijaństwo.

    Kościół chcąc pomóc w sformułowaniu tej decyzji, stawia przed chrztem świętym trzy pytania: “Czy wierzysz w Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi?”, kandydat do chrztu odpowiada “wierzę”. “Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jedynego, Pana naszego, narodzonego z Maryi Dziewicy, umęczonego i pogrzebanego, który powstał z martwych i zasiada po prawicy Ojca?” — “wierzę”. “Czy wierzysz w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, odpuszczenie grzechów, zmartwychwstanie ciała i życie wieczne?” — “wierzę”.

    W tym publicznym wyznaniu wiary nie chodzi jednak ani o deklarację słowną, ani o czysto intelektualne uznanie, że jest Bóg Ojciec, Syn i Duch Święty.

    Podobno amerykańscy uczeni odkryli galaktykę, która jest sześćset milionów razy większa aniżeli nasza. Nie ma żadnych podstaw, aby im nie wierzyć, ale w tym momencie, kiedy wierzę w istnienie takiej galaktyki, w moim życiu nic się nie zmienia, jakie ono było, takie jest. To jest prawda, ja im wierzę, sam nie będę przeprowadzał badań, ale ta prawda nie ma żadnego związku z moim życiem, ona nie rzutuje na mój dzień dzisiejszy, na moją postawę. Nie o taki akt wiary chodzi w chrzcielnym wyznaniu. Tu chodzi o osobiste spotkanie z Bogiem Ojcem, Synem i Duchem Świętym, chodzi o przymierze. Człowiek wyciąga rękę do Boga Ojca jak syn, jak córka i chce, by Ojciec tę rękę przyjął i uścisnął. Chodzi o wejście w środowisko Boże, o nawiązanie bezpośredniego kontaktu z Bogiem Ojcem, Synem i Duchem Świętym. To jest oświadczenie człowieka: ja chcę należeć do Waszej Bożej rodziny, chcę dzielić Wasze życie. Po wyznaniu czekam na odpowiedź Boga. Jest ona zawarta w sakramentalnym znaku: Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Ojciec wyciąga do mnie jak do dziecka rękę, Syn przyjmuje za brata, a Duch wypełnia moje serce Bożą miłością. Przymierze jest zawarte. Jestem w nowym świecie.

    Wierzę na podstawie mądrej refleksji nad całym otaczającym światem, który każdym szczegółem mówi, że Bóg jest. Wierzę na podstawie mądrej refleksji nad tajemnicą objawienia przekazaną w Piśmie Świętym i tradycji. Wierzę w oparciu o świadectwo wielu bohaterów, którzy na przestrzeni dwudziestu wieków wybrali ewangeliczne życie. Po takiej decyzji człowiek nie może się dziwić, że obok niego pozostają ludzie należący do tego świata i żyjący tylko doczesnością. Jeśli oni takiej decyzji nie podjęli, to niech się cieszą tym, co zamyka się w doczesności. Chrześcijanin ma przed sobą nieśmiertelność i dlatego wykorzystuje doczesność już z perspektywą tej nieśmiertelności, inaczej korzysta ze wszystkich darów, jakie są w zasięgu jego ręki.

    Takie są konsekwencje chrzcielnej decyzji wyrzeczenia się świata, nabrania dystansu wobec doczesności i wejścia w świat wiary, w świat samego Boga. Tych, którzy żyją tylko doczesnością, mamy kochać nawet wtedy, kiedy oni nas nienawidzą, a mogą nas nienawidzieć, ponieważ nie potrafią nas wykorzystać do swoich czysto doczesnych celów. Tak było w życiu Chrystusa, i tak jest w życiu każdego Jego ucznia. My jednak jak Bóg, nasz Ojciec, kochamy każdego, nawet tych, którzy nas nienawidzą. Taka jest konsekwencja przejścia przez chrzcielną wodę i zawarcia wiecznego przymierza z Bogiem.

    Zastanówmy się, jak często sprawdzamy, czy nasze codzienne życie jest konsekwencją tego wyboru, jakiego dokonaliśmy na chrzcie świętym, czy żyjemy doczesnością, czy też żyjemy w przyjaźni z Bogiem Ojcem, Synem i Duchem Świętym, wiedząc, że już dziś żyjemy w wieczności.

    6. Godność dziecka Bożego

    Jakie są skutki Bożego działania w sakramencie chrztu? Przede wszystkim serce człowieka zostaje oczyszczone z wszelkiego grzechu. Nie ma takich grzechów na ziemi, których by woda chrzcielna nie obmyła. Może ktoś popełnić grzechy na miarę Stalina, Hitlera czy im podobnych, gdyby jednak nawrócił się i poprosił o chrzest, to z wszystkich swoich zbrodni, z wszystkich złych czynów zostaje oczyszczony. Wiemy, że nie dokonuje się to mechanicznie, jest bowiem potrzebne nawrócenie człowieka, które obejmuje akt żalu i postanowienia poprawy, co wyraża się w wyrzeczeniu grzechu i okazji do niego. Ten skutek chrztu jest bardzo istotny, dlatego że człowiek staje się, mówiąc naszym językiem, sterylnie czysty. Wszystko, cokolwiek zgromadził w sercu, a co nie było cenne, zostaje usunięte, zostaje oczyszczone. Gdyby taki człowiek umarł bezpośrednio po chrzcie, ma prawo wejścia do nieba.

    Samo oczyszczenie to nie tylko przygotowanie do tego, by Bóg mógł wypełnić człowieka nowym życiem. W chrzcie następuje jakościowa przemiana. Św. Paweł chcąc wytłumaczyć tę tajemnicę, która dokonuje się w ta- jemnicy chrztu, posługuje się porównaniem, nawiązując do aktu adopcji. Sierota bez jakichkolwiek odniesień do matki i ojca, bez jakichkolwiek odniesień do rodzeństwa, zostaje adoptowana i wprowadzona do domu. Kiedy się w nim znajdzie, dom otwiera przed nią perspektywę miłości, której dotychczas nie miała, miłości do ojca, do matki, do rodzeństwa. Ta miłość wnosi w życie sieroty jakościową zmianę. Już nie jest sierotą, ma ojca, matkę i rodzeństwo. Jest kochana i może kochać. Jest członkiem rodziny.

    W chrzcie świętym Bóg wyznając nam swoją miłość, adoptuje nas. Jesteśmy Jego umiłowanym dzieckiem. Mocno akcentuję ten skutek chrztu świętego — jestem kochany przez samego Boga. Mogę kochać Boga i całą Jego rodzinę. Dla tego, kto odkryje i przeżyje tę prawdę, programem życia staje się Ojcze nasz, a więc troska o chwałę własnego Ojca, własnego domu, troska o rozszerzanie Jego królestwa, o współpracę z Nim. Święć się Imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja. A równocześnie ten nowy układ daje mu gwarancję, że od Ojca otrzyma codzienny chleb, że od Ojca otrzyma przebaczenie grzechów, że od Ojca otrzyma pomoc w unikaniu zła, a gdyby znalazł się w rękach zła, On go wybawi. To jest ewangeliczny program życia.

    Życie ochrzczonego, jako dziecka Boga, zyskuje nowy, wieczny wymiar. Jego dobre czyny przynoszą chwałę Ojcu i całej Bożej rodzinie, a złe czyny są kompromitacją nie tylko ochrzczonego, ale Boga i Jego rodziny.

    Przypominam, że aby być chrześcijaninem, nie wystarczy wierzyć w Boga Ojca, nie wystarczy wierzyć w Bóstwo i Człowieczeństwo Jezusa Chrystusa i nie wystarczy wierzyć w istnienie Ducha Świętego. To jest tylko przygotowanie. Każdy katechumen w to wierzy. Chrześcijanin to człowiek, który uwierzył, że jest dzieckiem Boga, odkrył swoją nową godność, spojrzał na siebie w świetle prawdy, którą Bóg objawia w chwili chrztu świętego. Jeśli ktoś uświadomi sobie, że jest dzieckiem kochanym przez Boga, znikają wszystkie kompleksy. Nie można mieć kompleksów, jeśli się jest dzieckiem Boga. Życie zamienia się w wielkie dziękczynienie za doczesność, bo gdybym nie istniał, to nie mógłbym być adoptowanym dzieckiem Boga.

    Wraz ze świadomością godności dziecka Bożego po- jawia się potężna moc, która pozwala przeciwstawić się grzechowi, i to nie na zasadzie walki. Chodzi o to, że nikt z mądrych ludzi nie wprowadzi bydła do pięknego pałacu i nie zamieni salonu w stajnię. Jeśli zajmuję szałas, to stosunkowo łatwo wprowadzę doń owce czy bydło i zamieszkam z nimi. Ale jeśli jest to pałac, w którym spotykam się z Bogiem, to już nie potrafię tego zrobić. W człowieku ochrzczonym jest tak duże wyczucie piękna i dobra Bożego świata, że nie sięgnie po wartości, które by go pomniejszyły.

    Człowiek, który przeżywa świadomie swoją godność dziecka Bożego, potrafi podjąć każde powołanie, nawet najtrudniejsze. Kochające dziecko nie powie Ojcu “nie”, zawsze wykona Jego wolę. Tak jest z wiernością małżeńską, kapłańską, zakonną, tak jest z wykonywaniem nawet bardzo trudnych zawodów czy z podjęciem zadań — opieki nad chorymi rodzicami czy kalekim rodzeństwem.

    Jeszcze raz pragnę zaakcentować to, co w refleksji nad chrztem świętym jest najistotniejsze. My najczęściej podchodzimy do chrztu jako do obrzędu, który posiada swoje konsekwencje prawne. Chrześcijanin to człowiek, który wierzy, że Bóg jest jego Ojcem, że Chrystus jest jego Bratem i że Duch Święty jest duchowym tlenem, bez którego nie potrafi żyć. Bóg mnie kocha. W tych trzech słowach jest zawarte odkrycie wielkiej godności własnej. Jeśli Bóg mnie kocha, to muszę stanowić wartość cenniejszą niż cały materialny wszechświat, bo z materialnym światem Bóg nie może nawiązać kontaktu na płaszczyźnie miłości. Świat nie odpowie miłością, bo do tego jest potrzebna wolność, do tego jest potrzebne serce. Bóg mnie kocha, ja mogę na Jego miłość odpowiedzieć. Oto tajemnica chrztu świętego. Po to przyniesiono nas kiedyś do chrzcielnicy i za to powinniśmy dziękować Bogu.

    7. Wymowne znaki

    W refleksji nad tajemnicą chrztu świętego zwróciłem ostatnio uwagę na odkrycie wielkiej godności, jaką człowiek otrzymuje w tym sakramencie. Wprowadza on jakościową zmianę. Czyni nas dziećmi Boga wszechmogącego. Chcąc pomóc możliwie w pełni odkryć bogactwo skutków chrztu świętego, Kościół w liturgii tego sakramentu stosuje trzy znaki, przy pomocy których chce dotrzeć do naszej świadomości z bogactwem łaski otrzymanej na chrzcie świętym. Powtarzam, że to są znaki, do których nie ma dołączonych dodatkowych łask. Jeśli więc ktoś zostanie ochrzczony w domu w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i tych trzech znaków już nie otrzyma, chrzest jego jest ważny i równie owocny, jak wówczas kiedy jest ochrzczony w kościele z całą liturgiczną oprawą sakramentu chrztu. O jakie znaki chodzi? Bezpośrednio po chrzcie kapłan namaszcza czoło ochrzczonego krzyżmem, czyli konsekrowaną oliwą. Dla nas gest ten jest mało czytelny, natomiast jest jasny dla ludzi mieszkających w basenie Morza Śródziemnego i dla ludzi Wschodu. Dla nich oliwa jest znakiem dobrobytu, bogactwa, obfitości. Tym znakiem posługuje się Bóg. W Starym Testamencie namaszczano króla, arcykapłana oraz te przedmioty, które Bóg przejmuje na własność. Przez namaszczenie Bóg mówi: ten człowiek, ta rzecz, jest moją własnością. Namaszczenie to pewna forma opieczętowania. Pieczęć jest znakiem przymierza, jakie Bóg zawiera z człowiekiem. Ten znak krzyża świętego, uczyniony nowo ochrzczonemu na czole, ma mu przypominać, iż w jego duszy zostaje wyciśnięte znamię, którego już nie potrafi nigdy usunąć. To znamię dla zbawionych będzie powodem do chluby, dla potępionych będzie źródłem dodatkowych cierpień i wstydu. Zło, które odniosło zwycięstwo i potrafiło uwięzić dziecko samego Boga, traktuje takiego więźnia jako szczególnie cenny łup.

    Drugim znakiem jest biała szata. Już w starożytności ochrzczeni byli ubierani w białe szaty na znak radości i jako symbol czystości. Jeśli dziś udzielamy chrztu ludziom dorosłym, to oni również chcą przez cały tydzień przeżywać to swoje nawrócenie w sposób uroczysty, zachowując odświętny strój. Kilkakrotnie spotkałem kobiety, które przez cały tydzień po swoim chrzcie chodziły do Komunii św. w jasnych kostiumach. W starożytności ten strój obowiązywał przez siedem dni i dlatego pierwszy tydzień po Wielkanocy został nazwany Białym Tygodniem.

    Biała szata to symbol szaty godowej, o której Chrystus mówi w przypowieści o zaproszonych na ucztę, ganiąc człowieka, który znalazł się bez tej szaty przy stole. Dziś są kłopoty z wkomponowaniem tego uroczystego stroju w nasze życie. W pewnej mierze udało się to w odniesieniu do kobiet. Dziewczynki do pierwszej Komunii podchodzą w białych sukienkach. Kto wie, czy zamiast tej maleńkiej białej szaty, którą się podaje dziecku, nie byłoby lepiej przy chrzcie świętym podać już materiał na sukienkę do pierwszej Komunii świętej. Wówczas ten znak byłby znacznie wymowniejszy. Ponieważ dość często dar ten przygotowują rodzice chrzestni, jego przeznaczenie na ubranie czy sukienkę do pierwszej Komunii świętej byłoby bardzo wymowne. Zawierając sakramentalne małżeństwo kobiety podchodzą do ołtarza również w białej sukni, taka jest tradycja.

    Trudniej o znalezienie eleganckiego stroju dla ochrzczonego mężczyzny, stroju, który miałby przypominać, że jego właściciel należy do Boga.

    Trzeci znak, którym posługuje się Kościół, to zapalona świeca. Jest to symbol wiary. W Wigilię Paschalną wnosimy do świątyni płonącą świecę, tak zwany paschał, przypominającą nam Chrystusa. To ona właśnie stoi w kościołach parafialnych przy chrzcielnicy i jej płomień jest przekazany ochrzczonemu lub rodzicom jako symbol wiary. Symbolika świecy ma dwa wymiary. Sama świeca jest znakiem doczesnego życia, a jej płomień znakiem wiary — świeca jest ograniczona, ona się topi, jest przeznaczona na spalenie. Płomień jest światłem, które karmi się woskiem. Świeca stopniowo zamienia się w płomień. Z tym, że jak świeca nie może siebie zapalić, tak nikt z nas nie potrafi sam siebie zapalić. Wiarę otrzymujemy, znakiem tego jest zapalona świeca. Dramat rozpoczyna się wówczas, gdy świeca naszego życia gaśnie, a nie jest przetapiana przez wiarę. Niebo nie jest miejscem przechowywania świec, lecz jest nagrodą za to, że całe życie do końca zostało przepalone, zamienione w światło dla Boga i bliźnich.

    Z chrzcielną świecą ludzie powinni wędrować przez całe życie. Znam takich, którzy na swojej świecy chrzcielnej wypisali datę chrztu, dołożyli potem datę pierwszej Komunii świętej, datę swojego ślubu, i to są daty etapów ich drogi życia. Z tą świecą podchodzimy do święceń kapłańskich, z tą świecą chcemy również umierać, dowodząc, że zachowaliśmy wiarę otrzymaną na chrzcie świętym. Kilka razy w roku Kościół zachęca do publicznego wyznania wiary ze świecą w ręku. Przychodzimy wówczas do świątyni wyznać, że moja wiara płonie, że nie zgasła.

    Przed dwudziestu pięciu laty wyjeżdżała z Polski na zawsze młoda kobieta, wtedy nie można było tego czynić oficjalnie. Pakując swoją małą torbę włożyła do niej świecę chrzcielną. Matka jej mówi: “po co ty to bierzesz, ta świeca cię zdradzi”. Córka popatrzyła na nią, mówiąc: “Ona mnie przeprowadzi. Ja muszę ze światłem jechać nie tylko przez granicę, ale i urządzić sobie tam życie w świetle wiary”. I rzeczywiście, świeca ją przeprowadziła. Nikt jej nie kontrolował. Stosunkowo łatwo znalazła środowisko, w którym potrafiła zbudować dla siebie dom. To jest wyznanie wiary.

    Na zakończenie pragnę postawić pytanie dotyczące trzeciego znaku. Wszyscy zostaliśmy oświeceni, upływają lata, długość naszej świecy się skraca, jak świecimy dla Boga i dla ludzi? Czy nasza wiara jest światłem dostrzegalnym w domu, w gronie najbliższych i przez tych, których spotykamy na co dzień? Jak troszczymy się o światło wiary otrzymane na chrzcie świętym?

    8. Wspólnotowy wymiar chrztu

    Tydzień temu w oparciu o symbolikę namaszczenia, białej szaty i świecy, znaków które ubogacają liturgię chrzcielną, ukazałem bogactwo skutków chrztu świętego z punktu widzenia indywidualnego. Dziś pragnę zwrócić uwagę na społeczny aspekt chrztu. Przez chrzest święty stajemy się członkami Kościoła, wchodzimy w wielką wspólnotę aniołów i ludzi świętych. Chciałbym przypomnieć, że nie ochrzczeni nie należą do Kościoła. Ponieważ poza Kościołem nie ma zbawienia, więc każdy musi przejść przez bramę chrztu świętego. Wrócę do tego tematu, kiedy omówię trzy rodzaje chrztu: chrzest z wody, chrzest krwi i chrzest pragnienia. To stwierdzenie jest aktualne również w formie pozytywnej. Każdy ważnie ochrzczony należy do Kościoła Chrystusowego. Chrzest jest ważny nie tylko w Kościele katolickim, jest takim również w Kościołach wschodnich i w wielu Kościołach reformowanych, protestanckich. Przez chrzest ważnie udzielony ochrzczeni należą do Kościoła Chrystusowego, co więcej, tej przynależności już nie można utracić. To jest tak jak z przynależnością do rodziny. Każdy przychodzi na świat w ściśle określonej rodzinie, może się tej rodziny wyrzec, ale nigdy nie przestanie być synem tej matki, synem tego ojca. Tak jest i z Kościołem. Można się Kościoła wyrzec, ale Kościół zostaje zawsze matką ochrzczonego. I ta przynależność ma wymiar wieczny.

    Znakiem włączenia człowieka do wspólnoty Kościoła świętego jest nadanie mu w czasie chrztu imienia. Mówiąc naszym językiem zyskujemy wówczas osobowość prawną. Z tym, kto ma imię, można wejść w osobowy kontakt. Jest to ważne zarówno w odniesieniu do Boga, jak i w odniesieniu do współbraci w Kościele.

    Można by było wygłosić cały cykl kazań na temat imienia. Bóg sam nadaje imię Adamowi. Bóg sam wielokrotnie zapowiada, jakie imię otrzyma ten, który się urodzi. Imię dla Boga jest znakiem osobowego odniesienia do człowieka. Bezimiennie trudno wchodzić w osobowy kontakt. Chciałbym tu podkreślić, że zostaliśmy ochrzczeni “w Imię Ojca, w Imię Syna i w Imię Ducha Świętego”, to znaczy w momencie chrztu Bóg objawił nam swoje Imię. Z punktu widzenia religijnego jest to wydarzenie bardzo ważne. Bóg mówi do nas zawsze po imieniu. Przełomowym momentem na drodze mistycznego zjednoczenia z Bogiem jest usłyszenie z ust samego Boga własnego imienia. Dla wszystkich mistyków jest to początek nowej, tysiące razy głębszej, relacji do Boga. Bóg zarówno na sądzie, jak i w wieczności będzie się do nas zwracał po imieniu.

    Imię pozwala nam również nawiązać kontakt z braćmi, przez nie należymy do wspólnoty. Przez chrzest jesteśmy włączeni do Kościoła, który możemy dostrzec oczami wiary. Królestwo Chrystusa to Królestwo, które obejmuje niebo, czyściec i miliony ludzi wierzących na ziemi. Chodzi o wielkie obcowanie świętych, o spotkanie Bożych przyjaciół. Odkrycie tego wymiaru stanowi ważny moment w życiu człowieka wierzącego, ponieważ zostaje on wyzwolony z samotności, wie, że blisko ma wspaniałych przyjaciół.

    Przez chrzest zostajemy włączeni w Kościół funkcjonujący na ziemi. Zostajemy ochrzczeni w kościele parafialnym. Chrzcielnica jest tylko w kościele parafialnym, dlatego że podstawową komórką Kościoła na ziemi jest parafia. Gdy człowiek zostaje ochrzczony na terenie danej parafii, staje się jej członkiem. Ta parafia jest jego kościołem rodzinnym.

    Po chrzcie człowiek zostaje wpisany w księgę metrykalną. Kościół od wielu wieków prowadzi takie księgi. W tym wyprzedził wszystkie inne instytucje państwowe. Jest to duży wkład Kościoła w rozwój kultury. Dziś księgi metrykalne stanowią ważne źródło historyczne. Księga metrykalna jest tylko tam, gdzie jest chrzcielnica. Dlatego z praktycznego punktu widzenia nie powinno się chrzcić dziecka poza kościołem parafialnym. Ciocia nie może decydować o tym, że nie lubi kościoła parafialnego i dlatego ochrzcimy dziecko w innym, rektoralnym lub zakonnym kościele. Takie ustawienie jest błędne. Po kilkudziesięciu latach dziecko będzie szukało swojej metryki i nie będzie wiedziało, gdzie ona jest, bo gdzie indziej będzie mieszkać, a gdzie indziej zostało ochrzczone. Jeśli zostanie ochrzczone w kościele parafialnym, to znalezienie metryki jest stosunkowo łatwe. To jest pewien kościelny ład. Dlaczego następne pokolenia mają się na nas denerwować?

    Po wpisaniu w księgę metrykalną człowiek staje się członkiem rodzinnej parafii i zyskuje wszystkie prawa, a równocześnie podejmuje obowiązki, jakie są określone w Kodeksie Prawa Kanonicznego. W całym świecie Kościół ma jedno Prawo Kanoniczne. My na kazaniach o tym Prawie nie mówimy, wy czasami głową o to Prawo boleśnie uderzacie, gdy załatwiacie sprawy w kancelarii parafialnej. Trzeba jednak wiedzieć, że jest jeden Kodeks Prawny obowiązujący w całym Kościele Katolickim, z małymi uzupełnieniami lokalnymi. Ten jeden Kodeks obowiązuje każdego ochrzczonego, czyli członka Kościoła.

    Co z przynależności do parafii zyskujemy dziś? Po pierwsze zapewnienie o stałej modlitwie. Proboszcz parafii ma obowiązek w każdą niedzielę ofiarować Mszę świętą za wszystkich swoich parafian. Dlatego, czy wy o tym wiecie, czy nie, w każdą niedzielę, w każde święto nakazane, ksiądz proboszcz modli się, składa ofiarę i prosi dla was o błogosławieństwo. Czy ktoś jest w Pekinie, Argentynie, czy Australii, modlitwa proboszcza dociera do niego. To jest ważny moment. Parafia modli się za wszystkich swoich członków i wszyscy mają udział w tej modlitwie.

    Po drugie. Mamy zapewnioną opiekę duchową, a więc ochrzczony zawsze może wezwać kapłana do posługi wobec chorych, może poprosić o rozgrzeszenie i Komunię świętą, ma do tego prawo.

    Po trzecie. Mamy prawo do wsparcia materialnego, kiedy nasza sytuacja jest krytyczna. Każda parafia prowadzi akcję charytatywną i zajmuje się opuszczonymi. Mamy prawo do pomocy i z tego prawa trzeba korzystać.

    Jakie są obowiązki wynikające z przynależności do Kościoła? Jednym jest obowiązek troski o parafialną świątynię, o jej piękno, o budowę, rozbudowę i remont. Świątynia to nasz wspólny dom. Drugim obowiązkiem jest odpowiedzialność za utrzymanie kapłana. Trzecim, odpowiedzialność za współbraci, za organizowanie i niesienie im pomocy. Czwartym jest obowiązek godnego reprezentowania parafialnej wspólnoty.

    Zdarza się, że korzystamy z pomocy innych kościołów. Jesteśmy zebrani w krakowskim kościele, który należy do parafii św. Anny. Takich świętych obiektów należących do tej parafii jest pięć i wszystkie są związane z parafią. Korzystamy z innych ośrodków ponieważ parafie są za duże. Niemniej związek z rodzinną parafią, z tą chrzcielnicą, przy której zostaliśmy ochrzczeni, powinien pozostać na całe życie. Kiedyś podeszła do mnie kobieta, która przyjechała do parafii po pięciu latach. Przyniosła ofiarę na odnowienie chrzcielnicy. “Tu zostałam ochrzczona, a teraz mieszkam już za granicą, ale tu jest mój rodzinny kościół”. Piękne wyznanie wiary i znak tej troski, by kościół rodzinny dalej rozwijał się, żył i wielbił Boga.

    Podziękujmy dziś za przynależność do wielkiej wspólnoty zbawionych. Podziękujmy za chrzest, za naszą rodzinną parafię, za tych, którzy nas chrzcili. Pamiętajmy, że gdziekolwiek na świecie podejdziemy do ołtarza, na którym jest sprawowana Eucharystia, tam jest nasz dom.

    9. Obowiązki chrzestnych

    Chrzest włącza nas we wspólnotę Kościoła. Chodzi równocześnie o wspólnotę świętych oraz o wspólnotę Kościoła widzialnego na ziemi. Świadkiem włączenia we wspólnotę Kościoła widzialnego jest kapłan, który udziela chrztu i wpisuje w księgę metrykalną, oraz tak zwani rodzice chrzestni. Oni są obecni przy chrzcie po to, aby w razie potrzeby, w późniejszych latach zaświadczyć, iż dany człowiek został ochrzczony, i aby w imieniu wspólnoty ludzi wierzących wziąć odpowiedzialność za przyszłe losy tego dziecka. Chodzi o odpowiedzialność za wiarę, którą otrzymuje ochrzczony, i odpowiedzialność za jego losy doczesne. W tej sytuacji rodzice chrzestni winni być wierzący, praktykujący i mieć poczucie odpowiedzialności za przyjęte na siebie obowiązki. Winni żyć w zgodzie z prawem Bożym i z prawem Kościoła. Dlatego nie należy prosić do posługi przy tym sakramencie takich, którzy są w konflikcie z przykazaniami. Nie zawsze wśród bliskich są ludzie, którzy mogą podjąć odpowiedzialność za religijne wychowanie dziecka, wówczas należy szukać ludzi prawych wsród dalszych znajomych, a niekiedy nawet wprost porozmawiać z kapłanem, kto w parafii mógłby być ojcem lub matką chrzestną. Bywa, że rodzice chrzestni powinni podjąć całą odpowiedzialność za losy dziecka tu na ziemi. Podaję konkretny wypadek. Matka pięciorga dzieci umiera na raka, półtora roku później ojciec ginie w wypadku samochodowym. Zostają małe dzieci. Każde jest ochrzczone. W sumie mają dziesięciu rodziców chrzestnych. Gdyby oni się spotkali i zorganizowali dla dzieci dom, rzecz z pewnością by się udała. Jedna dziesiąta wkładu to stosunkowo niedużo. Perspektywa wychowania tych dzieci i stworzenia im domu, przy współpracy rodziców chrzestnych była realna. Tymczasem z tych dziesięciu matka chrzestna jednego dziecka podjęła obowiązek czuwania nad tą gromadką, a wszyscy inni umyli od tego ręce. Pytam, dlaczego zgodzili się na chrzestnych, skoro nie chcieli podjąć obowiązków. To się rzadko zdarza w tym wymiarze, ale może zaistnieć.

    Chrzestni powinni w czasie Mszy świętej chrzcielnej przystąpić do Komunii świętej. Jest to bowiem dowód ich pełnego uczestniczenia w życiu Kościoła. Niestety dziś przy płytkim rozumieniu chrześcijaństwa najczęściej motywem doboru rodziców chrzestnych są pieniądze. Chodzi bowiem o drogie prezenty. Warto pamiętać, iż prezenty przy wszystkich uroczystościach religijnych są bardzo niebezpieczne. Po pierwsze dlatego, że przysłaniają samo spotkanie z Bogiem. Trwają dyskusje na temat otrzymanych prezentów z okazji pierwszej Komunii świętej, chrztu, a nawet z okazji bierzmowania, a nie ma dyskusji na temat wielkiego daru, jaki w sakramencie podaje Bóg. Przynoszący prezenty stają się ważniejsi aniżeli Bóg, który udziela łaski.

    Drugie niebezpieczeństwo drogich prezentów polega na tym, że dzielą ludzi. Osobiście znam wiele sytuacji, w których poróżnienie między ludźmi nastąpiło na skutek tego, że matka chrzestna przyniosła wielki dar, a ojciec chrzestny mały. Czy chrzest to okazja do dzielenia ludzi? Ktoś może dużo mieć, lecz winien się liczyć z tym, by dając jakikolwiek prezent nie wyrządzić krzywdy dziecku, a równocześnie tym, którzy prezent chcą przekazać, a nie stać ich na to. W prezentach chrzestnych chodzi głównie o jakiś dar religijny, który byłby pamiątką spotkania człowieka z Bogiem, jakkolwiek mogą również być dary o charakterze doczesnym, takie które przydadzą się dziecku.

    Najważniejsze jednak, by rodzice chrzestni ofiarowali dziecku swoją przyjaźń, swoje serce i gotowość pomocy w jego życiu, bez względu na to, w jakiej znajdzie się sytuacji. Czasami trzeba pomóc w szkole lub w załatwieniu pracy, czasami trzeba pomóc w studiach. Należy pomóc rodzicom dziecka, kiedy ono jest chore. To jest odpowiedzialność za szczęście tego dziecka. Dziecko powinno liczyć na rodziców chrzestnych, to znaczy mieć do nich zaufanie i cenić ich autorytet.

    Przyjęcie chrzcielne winno mieć charakter religijny. Stół jest potrzebny jako miejsce objawiania radości, przy stole powinniśmy się spotkać z sobą i ciągle trzeba pamiętać, by przy tym stole nie obrazić Boga. W polskich układach szczególnie chodzi o to, by nie było zgorszenia przez pijaństwo. Dotyczy to wszystkich innych religijnych spotkań przy stole, a więc z okazji Pierwszej Komunii świętej, bierzmowania, ślubu kościelnego czy nawet prymicji.

    Kończąc tę krótką refleksję chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że rodzice chrzestni nie są koniecznie potrzebni do tego, by chrzest był ważny. Są sytuacje, kiedy nie może być żadnego świadka. Na przykład pielęgniarka odbiera dziecko, które jest bardzo słabe, i pyta się matki czy może ochrzcić dziecko. Jeśli matka powie, że tak, może je ochrzcić bez rodziców chrzestnych i chrzest będzie ważny. Dziecko zostanie włączone do Kościoła i wypełnione łaską uświęcającą.

    Podziękujmy dziś za rodziców chrzestnych, którzy uczestniczyli w akcie naszego ubogacenia wtedy, kiedy zostaliśmy wypełnieni łaską uświęcającą i włączeni do Kościoła. Podziękujmy za nich, jeśli nam pomagali w życiu, i pomódlmy się za nich, jeśli o nas zapomnieli. Jeśli natomiast ktoś z nas jest ojcem lub matką chrzestną, to trzeba dziś postawić pytanie, czy ten obowiązek jest przez nas spełniony dobrze. Jeśli nie musimy pomagać materialnie, to zastanówmy się, czy nasza pomoc duchowa, dobra rada, braterskie upomnienie i modlitwa towarzyszy dziecku, a winna towarzyszyć do końca naszego życia.

    10. Aktualne pytania

    Dziś chciałbym odpowiedzieć na kilka pytań, które łączą się z udzielaniem chrztu świętego. Pierwsze z nich: kto może ochrzcić człowieka? Może to uczynić każdy, kto tylko chce to uczynić zgodnie z wymaganiami Kościoła. Każdy może być szafarzem chrztu świętego. Chrzest nie jest zarezerwowany dla kapłanów. Wiemy, że przez chrzest człowiek otrzymuje łaskę uświęcającą, stąd też prawo do udzielania chrztu posiada każdy człowiek dobrej woli. Może udzielić ważnie chrztu świętego ten, kto nie posiada łaski uświęcającej i sam żyje w grzechu. Jest tak dlatego, że łaska łączy się ściśle z samym sakramentalnym znakiem, a nie zależy od świętości szafarza, czyli tego, kto udziela chrztu. Człowiek udzielający chrztu, nawet gdyby był w grzechu ciężkim, nie popełnia grzechu, chodzi tu bowiem o wieczne dobro tego, kto ma być ochrzczony.

    Chrztu można udzielić, kiedy dostęp do kapłana jest trudny. Tak było przez wiele lat na terenie Związku Radzieckiego, gdzie chrztu udzielali ludzie świeccy. Może to mieć miejsce na polskiej ziemi, kiedy ktoś umierający prosi o chrzest, a kapłan nie może przybyć, czy też wówczas, gdy rodzi się słabe dziecko i grozi mu śmierć. Wówczas chrztu może udzielić matka dziecka, ojciec albo osoba, która towarzyszy matce przy porodzie. Jeśli takie dziecko wraca do pełni sił, można przynieść je do kościoła celem uzupełnienia obrzędu. Jeśli kapłan ma stuprocentową pewność, że osoba udzielająca chrztu uczyniła to w sposób właściwy, modli się przy tym dziecku i przeprowadza je przez wszystkie obrzędy towarzyszące, nie udzielając mu już chrztu, dlatego że tego sakramentu nie można udzielić dwukrotnie. Jeśli kapłan ma wątpliwości, czy osoba udzielająca chrztu zrobiła to poprawnie, może ponowić obrzęd warunkowo.

    Następne pytanie, dziś coraz częściej stawiane: Czy należy udzielać chrztu dziecku, czy człowiekowi dorosłemu? W Kościele od początku udzielano chrztu dzieciom, zwłaszcza wtedy, kiedy w ich oczy zaglądała śmierć. W starożytności jednak zdecydowaną przewagę miał chrzest ludzi dorosłych. Wielu chrześcijan nawet odkładało chrzest na ostatnie dni swojego życia. Warto dodać, że dorosły człowiek nie musi przed chrztem się spowiadać, gdyż spowiedź jako sakrament jest przeznaczona dla tych, którzy już są ochrzczeni. Najczęściej jednak, chcąc ukoronować swoje nawrócenie, które łączy się ze zmianą życia i wejściem w świat wiary, proszą o dłuższą rozmowę, w czasie której podsumowywują z punktu widzenia dobra i zła dotychczasowe życie. Takiej rozmowy oczekują, nie jest to jednak spowiedź i gdyby tej rozmowy nie było, ich chrzest jest ważny. W starożytności dość często odkładano chrzest, bo sakrament pokuty, o którym tu będziemy mówili, był połączony z bardzo surową dyscypliną pokutną. Za pewne grzechy, które człowiek wyznał, zwłaszcza grzechy publiczne, musiał pokutować dziesięć, piętnaście lat, a niekiedy do końca życia. Nie chcąc więc ryzykować, wielu odkładało chrzest aż do ostatnich dni. Miało to miejsce nawet w rodzinach bardzo pobożnych. Ponieważ jednak nagła śmierć uniemożliwiała przyjęcie chrztu, Kościół — widząc olbrzymie ryzyko utraty zbawienia — wezwał rodziców do odpowiedzialności za zbawienie dziecka i — jeśli to tylko możliwe — do chrzczenia go stosunkowo szybko po narodzeniu.

    Czy dziś w Kościele polskim jest oficjalnie prowadzony obrzęd chrztu dorosłych? W Krakowie, w kościele św. Marka, jest prowadzony katechumenat dla ludzi dorosłych, którzy nie są ochrzczeni. W tym kościele można zobaczyć, jak wygląda obrzęd chrztu dorosłych w liturgii Wigilii Paschalnej. Ci, którzy nie mogą uczestniczyć w tym zbiorowym przygotowaniu, mogą być przygotowani przy swojej parafii.

    Po Soborze Watykańskim II postawa Kościoła wobec chrztu dziecka uległa pewnej zmianie, nie z tej racji, aby Kościół nie chciał, aby dziecko było ochrzczone, ale z tej racji, że mamy obecnie w Kościele dużą liczbę ludzi, którzy nie praktykują. Zrezygnowali z przystępowania do Komunii świętej, a chcą, aby ich dziecko było ochrzczone. Tam zaś, gdzie nie ma widoków na religijne wychowanie dziecka, Kościół odmawia chrztu dzieciom. Wyjątek stanowi choroba. Dziecko ochrzczone pozostaje w rękach rodziców, jeśli więc oni sami nie cenią wartości religijnych, trudno, aby pielęgnowali je w sercu dziecka. Proszę się nie dziwić, bo obecnie możecie się spotkać z sytuacją, w której kapłan powie, nie udzielimy chrztu dziecku, lecz zostawimy to albo do Pierwszej Komunii Świętej (może sami rodzice powoli do religijnych wartości dorosną), albo do pełnej dojrzałości dziecka. Takich sytuacji w Polsce jest coraz więcej. Mówimy, że Polska jest katolicka, ale niski poziom życia religijnego w rodzinach świadczy o tym, że trzeba do tego określenia podejść bardzo ostrożnie.

    Kończąc zwracam uwagę jeszcze na jedno aktualne zjawisko. Młodzi ludzie mają pretensje, że rodzice za nich zadecydowali, że ich “rzucili” w świat wiary, w który oni w ogóle nie chcieli wchodzić. Według nich rodzice nie mają prawa podejmować takich decyzji. Trzeba postawić sprawę jasno. Chodzi o pytanie, czy młody człowiek może mieć pretensje o to, że ma zdrowe oczy. Wiara to są nowe oczy, to wejście w świat wiecznych wartości. Czy można mieć pretensje o to, że ktoś wyprowadził mnie z ciemności i wprowadził w świat światła? Ktokolwiek rozumie, czym jest chrzest, może być tylko i wyłącznie wdzięczny temu, kto wprowadził go w światło wiary. Zarzut świadczy o kompletnym niezrozumieniu tego, czym jest chrzest. Podejmując rozmowy z ludźmi na te tematy, trzeba pytać, czym według danego człowieka jest chrzest, co on daje? Małe dziecko liczące sześć lat przychodzi do ojca i mówi: tato, kiedy ty mnie wreszcie ochrzcisz, bo ja bez chrztu nie mam nawet prawa wejść do kościoła. Wytłumaczyli mu to rówieśnicy na podwórku przed blokiem. To jest świadomość wartości. A jeśli ktoś ma pretensje, że nie pozwolono mu zostać w świecie ciemności i wprowadzono go w świat jasności, to trudno z takim człowiekiem dyskutować.

    Podziękujmy dziś Bogu za tych, którzy zatroszczyli się o nasz chrzest i wprowadzili nas w świat wiary.

    11. Rodzaje chrztu

    Dziś kończymy naszą refleksję nad tajemnicą sakramentu chrztu. Przede wszystkim pragnę zwrócić uwagę na różnicę, jaka istnieje między chrztem, którego udzielał Jan, i chrztem, którego udzielali i udzielają do dziś uczniowie Jezusa Chrystusa.

    Do Jana przychodzili wierzący Żydzi i słuchając jego kazań, odkrywali, jak wielkim błędem w ich życiu były grzechy. Przyznawali się przed nim do tych grzechów, wyznawali je, co było połączone z aktem żalu. Jan zanurzał ich w wodach Jordanu i tak oczyszczonych odsyłał do domu. Święty Łukasz Ewangelista wyraźnie zaznacza, że Jan udzielał chrztu “na odpuszczenie grzechów”.

    Chcąc odkryć zasadniczą różnicę, jaka istniała między chrztem Jana a chrztem Jezusa Chrystusa, trzeba sobie uświadomić, że chrzest Jana nie był w stanie udzielić człowiekowi Ducha Świętego. Posłużę się porównaniem. Nasze serce podobne jest do naczynia, do którego zbieramy różne wartości, czasami zamiast wartości zbieramy śmieci, których się później wstydzimy. Chcemy je z serca wysypać. To jest wyznanie grzechów. Następnie trzeba to serce wymyć. To jest gest zanurzania w wodzie. Serce jest wprawdzie czyste, ale serce jest puste. Ponieważ św. Jan nie mógł udzielić Ducha Świętego, ludzie na podstawie żalu otrzymywali odpuszczenie grzechów przez nich popełnionych. Chrzest Jana nie mógł zgładzić grzechu dziedzicznego, grzechu pierworodnego. Z wody Jordanu wychodzili ludzie czyści, ale ich serce było puste.

    I oto przychodzi do Jana Chrystus. Nie miał On nic w swoim sercu, czego musiałby się wstydzić. Nie złożył więc wyznania grzechów, ponieważ ich nigdy nie popełnił. Podszedł do Jana, prosząc, by zanurzył Go w tej wodzie. Jan się broni: To Tyś powinien mnie ochrzcić, a nie ja Ciebie. Jezus poleca: zanurz, bo to jest wielka lekcja, której chcemy udzielić, Ja, Ojciec i Duch Święty, całej ludzkości. Chcemy pokazać, na czym polega tajemnica sakramentu chrztu. Zanurz. Jan spełnia to polecenie. Chrystus wychodzi na brzeg i w tym momencie następuje publiczne wypełnienie Chrystusa Duchem Świętym. Duch Święty zstępuje na Chrystusa. Od tego momentu Chrystus będzie rozlewał tego Ducha Świętego już w sposób widzialny, czy w formie cudów, a więc działania Bożego, czy na zasadzie pouczenia, czyli głoszenia nauki Bożej. Oto zasadnicza różnica między chrztem Jana, a sakramentem chrztu, który na brzegu Jordanu został objawiony. Kto przyjmuje sakrament chrztu, jego serce zostaje wymyte z grzechów i wypełnione Bogiem. To jest największe wydarzenie. Naczynie już nie jest puste, jest nie tylko czyste, ale jest pełne Boga.

    Wykorzystując to porównanie, pragnę uświadomić również drugą rzecz. Mianowicie, my najczęściej oceniamy ludzi na podstawie wartości samego naczynia. Jeżeli mam drogocenną wazę chińską, pięknie ozdobioną, to choćby ona była pusta, to w naszych oczach przedstawia wartość tysiące razy większą, aniżeli kubek zrobiony z gliny. Tak szacujemy ludzi.

    Co się dokonuje na chrzcie świętym? Na chrzcie naczynie serca zostaje wypełnione wartością, która miliardy razy przewyższa wartość samego serca. Dlatego Kościół z polecenia Boga udziela chrztu dzieciom, ludziom upośledzonym i kalekim. Są to naczynia z punktu widzenia tego świata mało wartościowe, czasami nawet stawiamy pytanie, jaki jest sens podtrzymywania życia w takim naczyniu. Otóż chciałbym wyraźnie podkreślić, że po chrzcie świętym te “marne” naczynia ze względu na zawartość przedstawiają miliardy razy większą wartość, aniżeli najpiękniejszy wazon chiński, jaki jest na ziemi. Niebo to jest miejsce, gdzie się gromadzą serca pełne Ducha Świętego, pełne Boga. Czyli wejście do nieba nie zależy od wartości samego naczynia, tylko od tego, czy ono jest pełne Boga czy nie. To jest wielki gest miłosierdzia Bożego. W oparciu o to porównanie możemy zrozumieć, dlaczego Kościół tak bardzo zabiega, by sakrament chrztu świętego mógł być udzielony możliwie przez każdego, kto chce tym sakramentem szafować. Nie jest to, jak wspomniałem, sakrament zarezerwowany dla kapłana, lecz każdy człowiek dobrej woli, nawet niewierzący, może udzielić chrztu, dlatego że chodzi o Boże bogactwo przelane w serce człowieka. To nas wzywa do wielkiej ostrożności w ocenie człowieka. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni. To jest to myślenie Boga, które jest zupełnie inne, aniżeli nasze. Człowiek wierzący, jeśli potrafi dostrzec bogactwo Ducha Świętego ukryte w naczyniu serca, czasem bardzo skromnym, nawet uszkodzonym, z wielkim szacunkiem pochyli się nad każdym człowiekiem. Tu niejednokrotnie rozmijają się drogi nasze i drogi Boże. To jest niezwykle istotny element, na który szczególnie zwracam uwagę, ponieważ wzywa on nas do wielkiego dziękczynienia Bogu za to, że nasze serca stały się mieszkaniem Boga, bo inaczej nie byłoby nas przy tym ołtarzu. To chrzest dał nam prawo gromadzić się blisko źródła, w którym bije miłość Boga.

    Jeśli tak jest, jeśli tylko serce wypełnione Bogiem może dostąpić zbawienia, czyli znaleźć się w niebie, to powstaje pytanie, czy ludzie, którzy nie zostali ochrzczeni, nie dostaną się do nieba. Kościół od samego początku uczy, że istnieją trzy rodzaje chrztu: chrzest z wody i Ducha Świętego, czyli sakrament, o którym mówimy. Drugi to chrzest z krwi i Ducha Świętego. Tam, gdzie mamy do czynienia z męczeństwem za wiarę, człowiek nie musi być zanurzony w wodzie, a zostaje wypełniony Duchem Świętym. Sama bowiem wiara w tej sytuacji wystarczy, aby serce zostało oczyszczone i wypełnione Duchem Świętym. Stąd też męczeńska śmierć to chrzest krwi. W niebie jest wielu ludzi, zwłaszcza z terenów misyjnych czy z pierwszych wieków chrześcijaństwa, którzy dostąpili zbawienia i są kanonizowani, czyli uznani za świętych, a nie zostali ochrzczeni w wodzie, tylko we własnej krwi.

    Wreszcie istnieje chrzest pragnienia. Każdy, kto autentycznie pragnie zjednoczyć się z Bogiem, choć może o chrzcie nic nie wiedzieć i o Kościele nic nie słyszeć, to jeśli jego serce jest wypełnione pragnieniem i tęsknotą nawiązania kontaktu z Bogiem, Duch Święty wypełnia je sobą. Wielu ludzi, przez wszystkie wieki, dostaje się do nieba na podstawie tego chrztu pragnienia. To są ludzie, którzy duchowo należą do Kościoła. Będziemy bardzo zdziwieni, gdy w Królestwie Bożym zobaczymy miliony ludzi. Św. Augustyn powiedział słynne zdanie: “Kościół ma wielu ludzi, którzy nie należą do Boga, i Bóg ma wielu ludzi, którzy nie należą do Kościoła”. W tym zdaniu jest właśnie wyrażona prawda o przynależności do Kościoła na podstawie chrztu pragnienia.

    Kończymy refleksję nad tajemnicą chrztu. Za tydzień przejdziemy do sakramentu bierzmowania. Chciałbym wezwać do wielkiego dziękczynienia Bogu za to, że nasze serce, wcale nie najpiękniejsze, nie genialne, lecz zwyczajne nasze serce, które oprócz Boga my sami najlepiej znamy, zechciał On wypełnić sobą i uczynić swoją świątynią. Od tego chrztu przedstawiamy wartość miliardy razy większą — nie tylko dla Boga, ale dla wszystkich, którzy myślą po Bożemu — aniżeli genialni ludzie, których serce nie zostało zamienione na Bożą świątynię.

    ks. Edward Staniek, ,,Uwierzyć w Kościół”

    mp/mateusz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwo-zbrodnia w Wielkiej Brytanii: kolejna osoba ukarana za modlitwę pod „kliniką” aborcyjną

    fot. Pixabay

    ***

    Po brutalnym zatrzymaniu brytyjskiej kobiety za cichą modlitwę pod placówką zbrodniczego przemysłu aborcyjnego przyszedł czas na kolejnego obywatela. Tym razem służby ukarały ojca chłopca zamordowanego przed laty w jednej z tzw. „klinik” za pojawienie się pod jej murami i modlitwę o zbawienie dziecka.

    Weteran wojenny Adam Smith-Connor przed dwiema dekadami popełnił życiowy błąd – uczestniczył w dzieciobójstwie własnego syna w jednej z brytyjskich placówek aborcyjnych. Jak wspomina, sam sfinansował wtedy morderczą procedurę – której teraz głęboko żałuje. Konsekwencje tej decyzji wciąż prześladują go po latach od tragicznego wydarzenia – przyznaje Brytyjczyk.

    Jak wyjaśnia, własne doświadczenie nauczyło go, jak krzywdząca jest aborcja, wbrew propagandzie lewicowych środowisk i przemysłu aborcyjnego. Szczególnie rani ona kobiety i niszczy rodziny, podkreśla Smith-Connor.

    Pogrążony w żalu z powodu śmierci własnego syna i swojego udziału w niej, mężczyzna postanowił udać się pod oddział aborcyjny prowadzony przez tzw. British Pregnancy Advisory Service w Bournemouth. Tam stanął plecami do morderczej placówki i rozpoczął milczącą modlitwę za duszę zmarłego chłopca, a także innych zamordowanych nienarodzonych, ich rodziny oraz personel morderczego centrum.

    Modlitwę mężczyzny przerwał funkcjonariusz policji, który zbliżywszy się spytał o cel jego obecności nieopodal aborcyjnej placówki. Adam Smith-Connor zgodnie z prawdą wyjaśnił, że modli się o duszę zmarłego dziecka. Odpowiedź ta stała się powodem jego prawnych problemów.

    W odpowiedzi funkcjonariusz wyraził współczucie z powodu straty mężczyzny… jednocześnie jednak poinformował go, że podejrzewa go o przekroczenie przepisów „bezpieczeństwa wewnętrznego”. Po rozpoczęciu czynności obywatel został ukarany mandatem. Prawnicy z organizacji Alliance Defending Freedom starają się jednak o uchylenie nałożonej kary.

    Wprowadzone przez władze Bournemouth, Christchurch i Poole przepisy, zabraniające modlitwy przed dzieciobójczymi placówkami, mają rzekomo przeciwdziałać „antyspołecznym” postawom. Będą obowiązywały przez najbliższe 3 lata.

    źródło: catholicnewsagency.com/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 1 STYCZNIA 2023 – NOWY ROK

    UROCZYSTOŚĆ

    ŚWIĘTEJ BOŻEJ RODZICIELKI MARYI

    Święto dwóch tajemnic

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00

    ***

    OUR LADY;ICON
    Public Domain

    ***

    Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego…

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.

    Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.

    Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.

    zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.

    Obrzezanie Pańskie

    Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.

    „Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.

    Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.

    Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.

    Święto dwóch tajemnic

    Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ***

    Za odmówienie hymnu “O Stworzycielu Duchu przyjdź” w Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego św. Jan Paweł II całował ziemię?

    Złe duchy nie mogły tego znieść!!!

    Ksiądz Marian Rajchel, egzorcysta z diecezji przemyskiej, opowiadał, że podczas jednego z egzorcyzmów demon wrzasnął: Ten Wasz PAPIEŻ!!! On tym pocałunkiem więcej nam szkody czyni niż WY WASZYMI egzorcyzmami! Jeden taki pocałunek gorszy niż 1500 egzorcyzmów. Dla nas to był tylko piękny gest – mówił ks. Marian. – Nie… to była miłość do tej ziemi i zły duch to dobrze odczytał.

    Chodziło o pocałunek, który Jan Paweł II składał na ziemi za każdym razem, gdy przybywał do jakiegoś kraju. Tego pocałunku nauczył się od św. Jana Marii Vianneya, proboszcza z Ars, który czynił to samo, przekraczając granicę parafii, do której został posłany. Innym razem, jak mówił egzorcysta, Zły nie wytrzymał: Najgorszy był dzień jego urodzenia… powtórnego, dla nieba. Na jego wezwanie ja pierzchnąć muszę.

    Francesca z Umbrii

    Bywało i tak, że Jan Paweł II sam sprawował egzorcyzmy. Jedna z takich sytuacji wydarzyła się w Watykanie w pierwszych latach pontyfikatu. Biskup Ottorino Pietro Alberti ze Spoleto wziął pod ramię kobietę i wspólnie z jej proboszczem, księdzem Baldino, wprowadził ją do pokoju. Francesca, 22-letnia mieszkanka Umbrii, stawiała opór. To był wyjątkowo trudny przypadek. Ani Alberti, ani nikt inny w jego diecezji nie mógł sobie dać z tym rady. Już kiedyś w Spoleto miała miejsce podobna sytuacja. W 1951 roku miejscowy egzorcysta, ksiądz Corrado Balducci, nie potrafił wypędzić złego ducha z pewnej starszej kobiety. Zawiózł ją do ówczesnego papieża Piusa XII, który uwolnił nieszczęśliwą. Czy papież z Polski pomoże Francesce?

    Jan Paweł II wszedł do pokoju. Kobieta natychmiast rzuciła się na ziemię i zaczęła wrzeszczeć. Tarzała się po podłodze i krzyczała, krzyczała tak głośno, że słychać to było w pobliskich pomieszczeniach. Papież otworzył rytuał egzorcyzmów i zaczął się modlić. Minuta, dwie, trzy. Wrzask nie ustawał. Francesca przewracała się z boku na bok, kręciła się, wydawało się, że za chwilę oczy wyskoczą jej z orbit.

    – Jutro odprawię za ciebie Mszę – powiedział Jan Paweł II. Kobieta znieruchomiała. Usiadła na podłodze i spojrzała na Ojca Świętego. Miała zupełnie inny wzrok niż przed chwilą. Jej oczy patrzyły rozumnie, była w nich jakaś pogoda i spokój. Wstała.

    – Co się stało? – zapytała.

    – Francesca, wróciłaś, odzyskaliśmy cię! – proboszcz Baldino był zachwycony. – Modlitwy Ojca Świętego uwolniły cię od demona. Jan Paweł II przyglądał się jej uważnie. – Pierwszy raz widzę coś podobnego, to prawdziwa scena biblijna – powiedział. Uścisnął Francescę, pobłogosławił ją i wyszedł.

    Zły duch to nie symbol

    Jezus wielokrotnie uwalniał ludzi od złych duchów. Miał nad nimi władzę, którą one rozpoznawały i poddawały się jej. Tak było w tamtych, odległych czasach. Ale teraz, w XXI wieku? Nawet wśród ludzi Kościoła nierzadki był pogląd, że ewangeliczne opisy egzorcyzmów to pełne wschodniej przesady symboliczne opowieści. Niechętnie tłumaczono zło działaniem niewidzialnych mocy. Przyjaciel Jana Pawła II, francuski pisarz André Frossard, podjął nawet polemikę z tymi poglądami, publikując książkę „36 dowodów na istnienie diabła”.

    Papież nie potrzebował tych dowodów. Wystarczyło zobaczyć Auschwitz, posłuchać opowieści więźniów obozów koncentracyjnych, pomyśleć o Katyniu. Diabolos, ten który przeciwstawia sobie ludzi, rozbija jedność, posługuje się kłamstwem, wprowadza zamęt w ludzkie dusze – tego dnia był tak blisko niego. Ale uciekł. Wystarczyło jedno zdanie: Jutro odprawię za ciebie Mszę.

    Paweł Zuchniewicz

    (artykuł ukazał się w numerze 20 (kwiecień 2014) Miesięcznika Egzorcysta)

    Demon w Watykanie. Egzorcyzmy Karola Wojtyły
    fot. screenshot – YouTube (Krzysztof Tomczak)

    ***

    Demon w Watykanie. Egzorcyzmy Karola Wojtyły

    Św. Jan Paweł II nieraz stawał twarzą w twarz z demonem, zdarzało mu się też poddawać egzorcyzmom przybyłych do Watykanu wiernych. Za czasów swojego pontyfikatu wspierał egzorcystów, których posługa była wcześniej postrzegana jako relikt średniowiecza i z tej racji często lekceważona. Fabio Msrchese Ragona, włoski dziennikarz w swojej najnowszej książce „Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu do Medjugorje” odna-lazł jedną z najbliższych Karolowi Wojtyle osób, aby przekonać się, w co warto wierzyć, a co lepiej włożyć między bajki. Przeczytaj fragment książki.

    Na przestrzeni lat opowiadano o odprawianych przez polskiego papieża rytuałach najróżniejsze historie. Oficjalnie możemy przeczytać przynajmniej o trzech odprawionych przez ojca świętego egzorcyzmach, jeden odbył się w 1982, drugi w 1984, a trzeci w 2000 roku. Nie można jednak wykluczyć, że takich epizodów, skrzętnie ukrywanych przed oczami świata, było więcej.

    24 maja 1987 roku, przemawiając do wiernych w sanktuarium św. Michała Archanioła w Monte Sant’Angelo nieopodal Foggii, Jan Paweł II powiedział: „Ta walka z demonem, tak często kojarzona z postacią archanioła Michała, nadal jest aktualna, ponieważ demon wciąż żyje i działa na tym świecie. W istocie zło, które w nim jest, panujący w społeczeństwie nieład, niekonsekwencja człowieka i wewnętrzny rozłam, którego tenże człowiek staje się ofiarą, są nie tylko efektem grzechu pierworodnego, lecz także skutkiem nieustających i ukrytych poczynań szatana, owego zagrażającego naszej moralnej równowadze burzyciela, którego św. Paweł nie waha się nazywać «bogiem tego świata»”.

    Świadectwo

    Spotykam się w Rzymie z człowiekiem, który przez dwadzieścia siedem lat żył u boku Jana Pawła II, podążając za nim jak cień i robiąc miliony fotografii. To Arturo Mari, oficjalny fotograf papieża – urodzony w 1940 roku, dystyngowany, zawsze elegancki w swoich ciemnych garniturach. Mówi z charakterystycznym dla regionu Lacjum akcentem. – Miewałem lepsze dni – wyjaśnia z porozumiewawczym śmiechem, zanim rozmowa schodzi na temat egzorcyzmów. – Opowiem jedynie to, co widziałem na własne oczy, pomijając rzeczy, które znam z opowieści – dodaje, a ja mogę tylko zaakceptować tę jakże uprzejmą i szczerą propozycję. Zaczynamy od „najnowszego” egzorcyzmu. Karol Wojtyła odprawił go przed dwudziestu laty, we wrześniu 2000 roku, na dziewczynie o imieniu Sabrina. Arturo, który był świadkiem tej sceny, poprawia krawat, robi głęboki wdech i sięga pamięcią do tamtych szczególnych chwil. Kiedy audiencja generalna na placu św. Piotra dobiegła końca, ks. Stanisław (Dziwisz, będący wówczas osobistym sekretarzem Jana Pawła ii) podszedł do papieża, aby uprzedzić go, że jedna z obecnych tam młodych kobiet najprawdopodobniej jest opętana. Ojciec święty pobłogosławił wiernych z papamobile, po czym skierował się ku sektorowi, w którym przebywała dziewczyna, i polecił kierowcy się zatrzymać. Było to przy Bramie Dzwonów, w dość ustronnym miejscu. Dziewczyna była drobna, mogła ważyć trzydzieści pięć–czterdzieści kilogramów.

    Obok stało czterech papieskich tragarzy, a także dwóch watykańskich żandarmów. Wszyscy byli słusznej postury, można by rzec: prawdziwe osiłki! A jednak nie potrafili zapanować nad dziewczyną. Ojciec święty wysiadł z jeepa, przeżegnał się i zaczął się niespiesznie posuwać w stronę opętanej, odmawiając półgłosem łacińskie modlitwy. Im był bliżej, tym gwałtowniej dziewczyna złorzeczyła. Ciskała przekleństwa gardłowym głosem, który brzmiał jak głos mężczyzny. Wołała: „kuternoga!”, „przeklęty!”, „idź sobie!”, „dziad!”. Papież nie przestawał się modlić, a ona miotała się, tocząc z ust żółtą pianę. Nagle rozległ się krzyk demona: „Wiesz, że nie dam ci rady!”. Trwało to cztery, może pięć minut, które jednak wydawały się wiecznością. W dziewczynę jakby wstąpiły niespożyte siły. Szarpała się i wyrywała żandarmom. Gdy Jan Paweł II dokończył modlitwę i podszedł jeszcze bliżej, diabeł ponownie się rozjuszył: „Nie dotykaj mnie! Odejdź, przeklęty!”. Wtedy papież musnął czoło dziewczyny i udzieli jej błogosławieństwa. Powietrze rozdarł przerażający krzyk. Opętana osunęła się na ziemię i przez chwilę wyglądała, biedaczka, jak nieżywa. Potem z rozpromienioną twarzą wyciągnęła ręce, a ojciec święty uścisnął je i ją pogładził. Gdy doszła już do siebie, poszliśmy dalej.

    Królestwo zła istnieje

    W marcu 1981 roku, odprawiając w Bazylice św. Piotra przedświąteczną mszę dla studentów, Karol Wojtyła przypominał młodzieży: Chrystus potwierdza istnienie złego ducha i jego królestwa, w którym panują ściśle określone zasady. Zasady te wymagają nadzwyczaj logicznych działań, ponieważ to właśnie dzięki logice „królestwo zła” nie tylko istnieje, lecz także rozwija się w ludziach, ku którym się kieruje. Szatan nie może działać wbrew własnym zasadom, zły duch nie może przepędzić złego ducha. Tak mówi Chrystus. I pozostawiając wysnucie ostatecznych wniosków słuchaczom, dodaje: „A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże” ( Łk 11, 20).

    Arturo Mari nadal pamięta te słowa. I determinację, z jaką polski papież od pierwszych chwil po wyborze na biskupa Rzymu toczył boje z demonem. Papieski fotograf przypomina sobie również inny niewielki, ale jakże znaczący epizod z pierwszych lat pontyfikatu Jana Pawła II: otóż pewnego dnia, gdy Wojtyła odprawiał w Pałacu Apostolskim nabożeństwo różańcowe, demon zaznaczył swoją obecność.

    Zgromadziliśmy się w Auli Błogosławieństw. To było w czasie, gdy ojciec święty nie miał jeszcze nadmiaru obowiązków i w każdą sobotę wieczorem odmawiał różaniec z wiernymi, którzy przybywali do Pałacu Apostolskiego na modlitwę. Kiedy robiłem zdjęcia, wydarzyło się coś, co z miejsca przykuło moją uwagę. Zauważyłem dziewczynę, stała przy barierkach, które oddzielały wiernych od papieża. W pewnym momencie, gdy wszyscy recytowali różaniec, uklękła na posadzce i zaczęła powtarzać dziwnym głosem: „Zabierz mnie stąd, zabierz mnie stąd”. Papież modlił się żarliwie, młoda kobieta prawdopodobnie umknęła jego uwadze. Kiedy ponownie odwróciłem się w jej stronę, pełzła w kierunku wyjścia. Po chwili już jej nie było. Ten jakże osobliwy, jedyny w swoim rodzaju epizod wywarł na Arturze tak wielkie wrażenie, że chociaż minęło już niemal czterdzieści lat, fotograf nadal go pamięta. W jego wspomnieniach żyje również przemowa, którą Jan Paweł II wygłosił bez przygotowania we wrześniu 1988 roku, zwracając się po wspólnym obiedzie do osiemnastu biskupów oraz grupki salezjanów, którzy przyjęli go w stolicy Piemontu. „Turyn – powiedział wówczas Wojtyła – był dla mnie zagadką. Dzieje zbawienia uczą nas jednak, że tam, gdzie są święci, pojawia się również ktoś inny. Ktoś, kto przedstawia się cudzymi imionami, zamiast podać własne. Nazywa się go księciem tego świata, demonem. Któraż partia, któraż ideologia nie chciałaby być księciem tego świata?”. Te ostre jak nóż słowa wywarły na zgromadzonych wielkie wrażenie, a zarazem dowiodły, że ochrona wiernych przed niecnymi poczynaniami diabła bezustannie zaprzątała myśli Wojtyły.

    Fronda.pl

    Fragment pochodzi z książki „Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu po Medjugorje”, Wydawnictwo Esprit.

    Fabio Msrchese Ragona/„Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu do Medjugorje”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty Michale Archaniele broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha   bądź nam obroną. Niech mu rozkaże Bóg, pokornie prosimy, a Ty, Książę wojska niebieskiego, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz krążą po świecie, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

    Za pontyfikatu papieża Leona XIII (1878-1903) masoneria nasiliła swoją działalność i mocno przystąpiła do ataku na Kościół katolicki. Dlatego Leon XIII wydał encyklikę Humanum genus, 20 kwietnia 1884 r., w której ukazał główne założenia masonerii, jej strukturę, metody działania, zagrożenia, jakie stwarza, i sposoby jej przeciwdziałania.

    Dwa lata później Papież Leon XIII napisał specjalną modlitwę (inwokację) do św. Michała Archanioła pod wpływem przerażającego widzenia demonów, które gromadziły się nad Wiecznym Miastem, aby je osaczyć. Nie znamy jednak dokładnie szczegółów tego widzenia. Jest pewne, że Papież napisał tę modlitwę, i 29 lipca 1886 r., polecił Sekretarzowi Kongregacji Obrzędów rozesłać ją do wszystkich Ordynariuszy świata, aby kapłani odmawiali ją wraz z wiernymi, klęcząc, po każdej tzw. Mszy św. cichej, tzn. nie śpiewanej. Inwokację do św. Michała Archanioła poprzedzały modlitwy do Matki Bożej (por. Decreta Liturgica, 1886, f. 44A, Archiwum Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, Ex Archiwum Kongregacji Obrzędów).

    Giuseppe Ferrari, we włoskim miesięczniku Madre di Dio [Matka Boża] (n. 2, luty, 1984, s. 4), w artykule pt. La visione diabolica di Leone XIII (Widzenie diabelskie Leona XIII), przytacza fragment artykułu o. Domenico Pechenino, zamieszczonego w czasopiśmie o niewątpliwej powadze Ephemerides Liturgicae (rok 1955, ss. 58-59), w którym wspomina o widzeniu, jakie miał Leon XIII. Pisze tam:  Nie pamiętam dokładnie roku… Pewnego rana wielki papież Leon XIII odprawił swoją Mszę św. i uczestniczył w drugiej, w ramach dziękczynienia, jak to miał zwyczaj czynić. W pewnej chwili zobaczono, że energicznie podniósł on głowę, potem utkwił mocno wzrok w czymś nad głową celebransa. Patrzył nieruchomo, bez poruszania powiekami, ale z uczuciem strachu i zdziwienia, zmieniając kolor i rysy twarzy. Coś niezwykłego, wielkiego, działo się w nim… Wreszcie, jakby wracając do siebie, czyniąc lekki, ale energiczny ruch ręką, wstał. Udał się do swojej Biblioteki Prywatnej. Jego najbliżsi współpracownicy udali się za nim z pośpiechem i niepokojem. Zapytali go delikatnie: „Czy Ojciec Święty nie czuje się dobrze? Czy potrzebuje czegoś?” Odpowiedział: „Nic, nic”, i zamknął się w pokoju. Po upływie pół godziny kazał wezwać Sekretarza Kongregacji Obrzędów, wręczył mu kartkę papieru, i polecił mu wydrukować napisany na niej tekst i rozesłać go do wszystkich Ordynariuszy świata. Co ta kartka zawierała? – Modlitwę, którą odmawiamy po Mszy św. wspólnie z wiernymi, z prośbą do Maryi i żarliwym wezwaniem do „Księcia wojsk niebieskich”, prosząc Boga, aby „strącił szatana do piekła”(Co więcej, zarządził, aby odmawiano tę modlitwę klęcząc).

                O widzeniu papieża Leona XIII i jego modlitwie wspomniał też kard. Nasalli Rocca w swoim Liście Pasterskim na Wielki Post (Bologna 1946). Kardynał pisał: Leon XIII osobiście napisał tę modlitwę… Słowa: „które krążą po świecie” (złe duchy), mają wyjaśnienie historyczne, które wiele razy powtarzał mi sekretarz osobisty Papieża ks. prałat Rinaldo Angeli. Leon XIII miał naprawdę widzenie złych duchów, które gromadziły się nad Wiecznym Miastem (Rzymem); z tego jego doświadczenia pochodzi modlitwa, którą chciał, aby była odmawiana w całym Kościele. Tę modlitwę sam Papież odmawiał głosem drżącym i mocnym: słyszałem go wiele razy w bazylice watykańskiej. Nie tylko tę modlitwę napisał: ale napisał także, własnoręcznie, specjalny egzorcyzm.

    Sobór Watykański II, dokonując reformy liturgicznej, zniósł modlitwy wprowadzone przez papieża Leona XIII, odmawiane bezpośrednio po Mszy św. cichej.  

    Od kilkunastu lat, za zgodą władz kościelnych, modlitwa do św. Michała jest odmawiana po Mszy św. w Zgromadzeniu św. Michała Archanioła i w parafiach przez niego prowadzonych.

      Szatan nadal podstępnie działa we współczesnym świecie. W Polsce ciągle, niestety – pisze ks. prof. Czesław Bartnik – nasilają się ataki na prawowierny Kościół, na etykę ewangeliczną i ogólnoludzką… Niewątpliwie w ogóle „diabeł wstępuje w serca wielu” (por. J 13, 27; Nasz Dziennik, 15-17 kwietnia 2006, s. 15). Ks. arcybiskup Angelo Comastri, autor tekstu Drogi Krzyżowej w 2006 r., której przewodniczył Benedykt XVI w Koloseum, napisał: Zagubiliśmy sens grzechu. Dziś przez oszukańczą propagandę szerzy się głupia apologia zła, absurdalny kult szatana, szalone pragnienie łamania zasad, kłamliwa i pusta wolność, która wynosi kaprys, wadę i egoizm, ukazując je jako zdobycze cywilizacji (stacja III). Wydaje się, że mamy do czynienia… z diaboliczną pychą, która zamierza zmieść rodzinę (stacja VII).

    Odmawiajmy codziennie modlitwę do św. Michała Archanioła w intencji Ojca Świętego i Kościoła Świętego, w intencji rodzin, dzieci i młodzieży,

    Do walki ze złem, pod sztandarem św. Michała Archanioła, zachęcał gorąco błogosławiony ks. Bronisław Markiewicz pisząc: Stójmy przy św. Michale, dzierżącym zwycięską ręką chorągiew Krzyża Chrystusowego, i pamiętajmy, że pod tą chorągwią, idąc naprzód i walcząc, pokonamy szczęśliwie wszystkie zasadzki i napaści złego ducha… (por. Powściągliwość i Praca, wrzesień 1902).

                                                                                            ks. Edward Data CSMA

    Modlitwy papieża Leona XIII do odmawiania na klęcząco we wszystkich Kościołach na świecie po Mszy św. cichej:

    Kapłan wraz z wiernymi odmawia Trzy Zdrowaś Mario, a następnie:

    Witaj, Królowo, Matko miłosierdzia, życie słodyczy i nadziejo nasza, witaj! Do Ciebie wołamy, wygnańcy synowie Ewy. Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole. Przeto, Orędowniczko nasza, Twoje miłosierne oczy na nas zwróć. A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego po tym wygnaniu nam okaż. O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo.

    K. Módl się za nami, święta Boża Rodzicielko.

    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Pana Chrystusowych.

    Módlmy się:

    Boże, Ucieczko nasza i Mocy, wejrzyj łaskawie na lud do Ciebie wołający, i za wstawiennictwem chwalebnej i Niepokalanej Panny, Bogarodzicy Maryi, z błogosławionym Józefem, Jej Oblubieńcem, i błogosławionymi Apostołami Piotrem i Pawłem i wszystkimi Świętymi: racz miłościwie i łaskawie wysłuchać modlitw, które zanosimy do Ciebie o nawrócenie grzeszników, o wolność i o podwyższenie Świętej Matki, Kościoła. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Czasopismo Któż jak Bóg

       __________________________________________________________________________________       

    LITANIA DO ŚWIĘTEGO MICHAŁA ARCHANIOŁA

    Kyrie eleison, Chryste eleison, Kyrie eleison.
    Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże – zmiłuj się nad nami!
    Synu odkupicielu świata, Boże,
    Duchu Święty, Boże, .
    Święta Trójco, Jedyny Boże,
    Święta Maryjo, Królowo Aniołów – módl się za nami!
    Święty Michale Archaniele,
    Święty Michale Książę przesławny,
    Święty Michale dzielny w walce,
    Święty Michale pogromco szatana,
    Święty Michale postrachu złych duchów,
    Święty Michale wodzu wojska niebieskiego,
    Święty Michale zwiastunie Bożej chwały,
    Święty Michale radości Aniołów,
    Święty Michale zaszczycie nieba,
    Święty Michale przedstawiający Najwyższemu prośby nasze,
    Święty Michale obrońco dusz sprawiedliwych,
    Święty Michale posłanniku Boga,
    Święty Michale przewodniku nasz w modlitwie,
    Święty Michale nasza tarczo w pokusach,
    Święty Michale warownio ludu Bożego,
    Święty Michale stróżu i patronie Kościoła,
    Święty Michale dobroczyńco sławiących Cię narodów,
    Święty Michale chorąży zbawienia,
    Święty Michale aniele pokoju,
    Święty Michale prowadzący dusze do wiecznej światłości,
    Święty Michale zwierzchniku w niebie,
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
    przepuść nam, Panie!
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
    wysłuchaj nas, Panie!
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
    zmiłuj się nad nami!

    P. Módl się za nami, święty Michale Archaniele,
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się. Wszechmogący wieczny Boże, który św. Michała Archanioła ustanowiłeś obrońcą Kościoła i zwierzchnikiem raju, udziel za jego wstawiennictwem Kościołowi pomyślności i pokoju, a nam łaski w tym życiu i chwały w wieczności. Przez Chrystusa Pana na­szego. Amen.


    AKT POŚWIĘCENIA SIĘ MICHAŁOWI ARCHANIOŁOWI

    O wielki Książę niebieski, najwierniejszy stróżu Kościoła, święty Michale Archaniele, oto ja, chociaż bardzo niegodny Twego oblicza, jednak ufając Twojej dobroci, powodowany potężnym wpływem Twoich modlitw i licznymi Twymi dobrodziejstwami, staję przed Tobą w towarzystwie mego anioła stróża i w obecności wszystkich aniołów niebieskich, których biorę za świadków mego nabożeństwa ku Tobie. Ciebie dziś obieram za swego szczególnego obrońcę i orędownika. Postanawiam sobie mocno czcić Cię zawsze. Bądź przy mnie przez całe życie moje, abym nigdy nie obraził Pana Boga myślą, słowem lub uczynkiem. Broń mnie przeciw wszystkim pokusom szatańskim, głównie atakującym wiarę i czystość, a w godzinę śmierci uproś pokój mej duszy i zaprowadź mnie do ojczyzny wiecznej. Amen

    MODLITWY DO ŚW. MICHAŁA ARCHANIOŁA W RÓŻNYCH INTENCJACH 

    O PORANKU
    Święty Michale Archaniele, który w brzasku swego istnienia wybrałeś Boga i całkowicie oddałeś się spełnianiu Jego świętej woli. Wstaw się za mną do Stwórcy, abym dzisiaj za Twoim przykładem, na początku nowego dnia, otwierając się na działanie Ducha Świętego, w każdej chwili dawał się Bogu, wypełniając z miłością Jego świętą wolę. Niech razem z Tobą wołam bez ustanku: Któż jak Bóg! Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    O POKORĘ
    Święty Michale Archaniele, pogromco szatana, ducha pychy, pomóż mi zwalczyć mój egoizm, który nie chce poddać się Bogu i Jego świętej woli. Wstawiaj się za mną do Pana, abym zachwycony Bogiem wołał do Niego w każdej chwili mego życia: Któż jak Bóg! Amen.

    W WALCE ZE ZŁYMI DUCHAMI
    Święty Michale Archaniele, który podjąłeś walkę ze smokiem, ze złym duchem, i zwyciężyłeś! Prosimy Cię, abyś zawsze wstawiał się do Boga za każdym człowiekiem atakowanym przez złego ducha. Naucz nas, święty Michale Archaniele, zwyciężać orężem wiary i miłości. Strzeż naszych dusz i pomóż nam pokonywać wszelkie ataki szatana – naszego odwiecznego wroga. Pomagaj nam zjednoczyć się z Bogiem, który jest naszą mocą. Amen. W imię Boga w Trójcy Jedynego, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, uciekajcie złe duchy z tego miejsca, nie patrzcie, nie słuchajcie, nie niszczcie i nie wprowadzajcie zamieszania do naszej pracy i naszych planów, które poddajemy zbawczemu projektowi Boga. Nasz Bóg jest waszym Panem i rozkazuje wam: oddalcie się i nie wracajcie więcej tutaj. Amen. Boże, Najwyższy nasz Panie, Twoją Boską mocą uczyń nas niewidzialnymi dla naszych wrogów! Święty Michale Archaniele, który wraz z aniołami zwyciężyłeś szatana w niebie, dopomóż nam zwyciężyć go na ziemi.

    O OBRONĘ KOŚCIOŁA
    Patronie Kościoła powszechnego i szczególny opiekunie Stolicy Apostolskiej, święty Michale Archaniele, błagam Cię z żywą wiarą i ufnością w Twe orędownictwo, racz bronić i strzec świętej Oblubienicy Chrystusa. Okaż się wielkim stróżem Kościoła w tych czasach, kiedy jest on atakowany przez nieprzyjaciół. Otocz przemożną opieką osobę Namiestnika Chrystusowego; w sercach wiernych chrześcijan wzbudź cześć dla zastępcy Jezusa Chrystusa na ziemi. Niech będą posłuszni Jego głosowi i darzą miłością Ojca wszystkich dzieci Bożych. Książę Kościoła i odwieczny stróżu ludu Bożego, racz powiększyć liczbę wiernych, powołać na usługi gorliwych apostołów i wielkodusznych obrońców sprawy Bożej. Nie pozwól, aby triumfowała nieprawość. Broń Stolicy Piotrowej, śpiesz jej z pomocą w każdej potrzebie, zwiąż jak najsilniej serca wszystkich wiernych z ośrodkiem jedności katolickiego świata. Amen.

    O DOBRĄ ŚMIERĆ
    Święty Michale Archaniele, chwało Kościoła pielgrzymującego, któremu Bóg zlecił przyjmowanie dusz po śmierci, oddaję się Twojej przemożnej opiece. Broń mojej duszy przed złym duchem i wszelkimi jego pokusami. Przyjmij mnie w godzinę śmierci do wiekuistej chwały, abym wraz z Tobą wychwalał Boga na wieki. Amen.

    __________________________________________________________________________________

    Papież Leon XIII

    W OBLICZY HISTORII

    w stulecie śmierci

    Kiedy Leon XIII obejmował władzę w Kościele po Piusie IX, w roku 1878, papiestwo i Kościół były zewsząd atakowane w niezwykły sposób. Kiedy Rzym został ogarnięty grupami piemontystów, niejeden przewidywał, że Pius IX będzie ostatnim Papieżem! Kiedy w r. 1881 przenoszono jego szczątki, motłoch, pod wpływem sekt przeciwnych religii, rzucał kamieniami w kondukt żałobny wyjąc:
    „Do Tybru – padlinę!”
    Papież Pius IX wiele się spodziewał po swoim następcy, nawet jeśli by pozostał jak i on za murami Watykanu. Mówił:
    „Wszystko zmieniło się wokół mnie, mój system i moja polityka miały swój czas, lecz jestem zbyt stary, aby zmienić kierunek. To będzie zadanie mojego następcy.”
    Zasiadając na tronie św. Piotra, w wieku 68 lat, Joachim Pecci nie chciał Kościoła oblężonego, wciąż w defensywie. Od początku swego pontyfikatu zadeklarował, że jedynie chrześcijaństwo jest zdolne zniszczyć do korzeni choroby współczesnego społeczeństwa. Trzeba więc było pilnie odbudować chrześcijańskie obyczaje. Czyż się nie znajdzie w klasycznej doktrynie Kościoła odpowiedzi na potrzeby współczesnych? Dla promowania chrześcijaństwa odnowionego i przystosowanego do epoki Leon XIII dysponował programem, jaki miał czas dopracować, gdy był jeszcze biskupem Peruzy w latach 184678.
    Bóg ofiarował mu pontyfikat wyjątkowo długi, 25-letni, aby skonkretyzował plan rechrystianizacji społeczeństwa we wszystkich dziedzinach: społecznej, intelektualnej i duchowej.

    PAPIEŻ – DYPLOMATA. CEL: ODBUDOWAĆ MIĘDZYNARODOWY WIZERUNEK PAPIESTWA

    Na Joachima Pecci, urodzonego w 1810 r., wywarł wielki wpływ sposób, w jaki jego ojciec administrował radą miasta w Carpineto. Książę Ludwik Pecci posiadł bowiem sztukę godzenia sprzecznych interesów, rozsądzania konfliktów i kojenia serc.
    W wieku 33 lat jego syn będzie miał okazję po raz pierwszy wykazać się sztuką dyplomacji, kiedy zostanie wysłany jako nuncjusz do Belgii, po przyjęciu sakry biskupiej. W latach 1843-1846 udało mu się, z pomocą biskupów, zapobiec zajęciu szkół katolickich przez państwo. Potem został zausznikiem króla Leopolda I znawcy europejskiej sceny politycznej. Po rozmowach z biskupem na tematy delikatne król wzniósł kiedyś okrzyk:
    „Zaprawdę, Ekscelencjo, jesteście równie dobrym politykiem, co wyśmienitym prałatem”.
    Jako papież, Leon XIII stwierdził z goryczą, iż większość państw w Europie i w Ameryce przyjęło politykę antykatolicką. Idee wolności, rozszerzone przez rewolucję francuską usunęły Kościół niemal ze wszystkich sfer. Nie słuchano go już! Czy chodziło zatem o zahamowanie parowca dziejów?
    Głęboka mądrość papieża, jego giętkość w negocjacjach, pozwoliła mu najpierw ujrzeć schyłek twardego kanclerza niemieckiego Bismarcka. Powoli udało mu się zniwelować wszystkie prawa Kulturkampfu, który prześladował katolików.
    Dzięki dyplomatycznej zwinności Namiestnika Chrystusa w Szwajcarii, Belgii, Portugalii, w Hiszpanii i w krajach Ameryki Łacińskiej katolicy mogli przeciwstawić się atakom swych przeciwników i odnieść sukcesy. Udało mu się ustanowić stosunki dyplomatyczne z prawosławną Rosją i z krajami protestanckimi, takimi jak Anglia, Stany Zjednoczone czy Norwegia.
    Jego przeciwnik Bismarck znalazł jedynie w nim sędziego, który rozstrzygnął konflikt pomiędzy Niemcami i Hiszpanią kłócącymi się o Wyspy Karolińskie na Oceanie Spokojnym! Uśmierzył nawet spory o granice pomiędzy Peru i Ekwadorem (1893), Haiti i Dominikaną (1895), Chile i Argentyną (1903) i inne.
    Jednak walki najbardziej niewdzięczne musiał toczyć we Francji i we Włoszech. W sprawie aneksji stanów papieskich nie było możliwe żadne zbliżenie pomiędzy nim a antyklerykalnym rządem włoskim. Podczas gdy niektórzy doradzali mu wygnanie – on, jak jego poprzednik – poszedł za radą św. Jana Bosko:
    „Niechaj wartownik stoi na swym posterunku, strzegąc Skały Boga!”
    W stosunkach z Francją, zwaną niegdyś najstarszą córą Kościoła, wzięło górę niezrozumienie. Pomimo zajadłych ataków świeckiej Republiki na nauczanie i katolickie fundacje, Leon XIII radził mądrze Francuzom, przeżywającym nostalgię za monarchią, by przyłączyli się do Republiki. Nie posłuchali go i konflikt jedynie się zaostrzył. Później zdano sobie sprawę z mądrości jego punktu widzenia, gdyż we Francji, jak gdzie indziej, ideałem stało się ustanowienie uczciwych relacji pomiędzy dwoma potęgami: władzą Boga i władzą cezara.
    Mądra dyplomacja papieża przyniosła owoce: w 1903 roku, w wieku 93 lat, Leon XIII mógł ujrzeć wokół swego tronu przedstawicieli wszystkich państw. Przybyli oddać królewski hołd człowiekowi pokój czyniącemu, „latarni ludzkości”, świętującej 25 lat pontyfikatu.

    PAPIEŻ – SPOŁECZNIK. CEL: POGODZIĆ KOŚCIÓŁ ZE ŚWIATEM PRACY

    To naturalne, że Leon XIII stał się „papieżem robotników”. W jego rodzinnym mieście rozpoznawano pałac Pecci’ch po tłumie ubogich, którzy przybywali tam, aby otrzymać pomoc. To w ten sposób biskup Peruzy, podczas głodu w 1854 roku, zmobilizował swą kuzynkę, aby ofiarowała ze swych dóbr posiłek głodnym.
    Od połowy stulecia był uważny na wszystkie ruchy społeczne, które rodziły się pośród oświeconych katolików, tu i tam, w świecie. Szukały one rozwiązania dla robotników, którzy byli w sytuacji nie do zniesienia. Ruchy te były ożywiane przez pionierów takich jak biskup Kettler w Niemczech, Manning we Francji.
    Od 1884 roku wraz ze spotkaniami Unii Fryburskiej zrodziło się autentyczne Międzynarodowe Chrześcijaństwo. Lecz pomiędzy tymi przebłyskami było zbyt wiele różnic dotyczących porządku społecznego.
    Leon XIII odczuwał, że był to moment zaproponowania wszystkim jednej, bezdyskusyjnej doktryny społecznej. Był rok 1891 powstała encyklika Rerum Novarum. Najpierw ujawnił w niej liberalizm ekonomiczny, który po zlikwidowaniu starych korporacji pozostawiał robotnika na pastwę wszechmocnego szefa i obecnych wszędzie świętych praw rynku.
    Ileż warte jest lekarstwo na to w postaci socjalkomunizmu? To system niesprawiedliwy, który gwałci prawo do własności, aby ustanowić równość… w ogołoceniu. To system brutalny, który wychwala nienawiść i niezgodę pomiędzy klasami społecznymi. To system niebezpieczny, gdyż ślepo zawierza opatrzności Państwa, które twierdzi, iż zastąpi opatrzność rodziny i Boga.
    Jako prawdziwe lekarstwo na społeczną konfrontację we wszystkich krajach Leon XIII proponuje chrześcijańskie braterstwo i solidarność klas. Zrodzone z naturalnych różnic, niezbędne do życia społecznego, klasy społeczne powinny się harmonijnie uzupełniać i żyć w równowadze. „Nie ma kapitału bez pracy ani pracy bez kapitału”. Praca jest szlachetna i domaga się słusznej zapłaty. Państwo zaś powinno wspierać najsłabszych przez adekwatne prawodawstwo.
    W sposób śmiały, jak na tę epokę, papież oświadcza w końcu, iż robotnicy mają prawo tworzyć związki dla obrony swych prawnych interesów. Przybyła jakby z opóźnieniem w tym stuleciu encyklika miała jednak niemały oddźwięk we wszystkich środowiskach. Została nazwana wielką kartą odbudowy ekonomicznej i społecznej współczesnego świata. Bez tej doktryny sprawiedliwości i mądrości, rozpacz robotników byłaby całkowita, a komunizm mógłby na ruinach wojny z lat 1914-1918 wytoczyć swą ostatnią walkę!

    PAPIEŻ – INTELEKTUALISTA. CEL: OTWORZYĆ KOŚCIÓŁ DLA WSPÓŁCZESNYCH BADAŃ NAUKOWYCH

    W epoce, w której duch racjonalistyczny zaczynał wszędzie królować, było sprawą życiową, by klucze św. Piotra posiadał w swych dłoniach intelektualista, który mógłby wyposażyć katolików w narzędzia poszukiwań, cenne dla przyszłości. Od początku swego pontyfikatu, głosząc powrót do św. Tomasza, Leon XIII ofiarował solidne podstawy doktrynalne myśli katolickiej, co pozwoliło odnowić nauczanie w seminariach. Tomizm proponował system kompletny, rozwiązujący ogół problemów. Z nim dysponowało się pierwszą systematyzacją teologii. Ogół doktryny chrześcijańskiej jest zorganizowany naukowo i obiektywnie zbudowany. Dla św. Tomasza ten sam Bóg oświetla ducha i daje wiarę, człowiek więc bez wahania może posługiwać się swoim rozumem, aby wniknąć w inteligencję Boskiej myśli.
    Aby odpowiedzieć na życzenie papieża powstał w 1879 roku, na Uniwersytecie w Louvain (Belgia), Wyższy Instytut Filozofii, który od razu odniósł sukces dzięki przyszłemu kardynałowi Mercier. We Francji prace neotomisty J. Maritaina wywarły wpływ na całe pokolenie katolickich pisarzy, takich jak Claudel, Bernanos czy Papini.
    Powstają w licznych miastach rozmaitych krajów (Paryż, Chicago, Waszyngton, Santiago, Lima i inne) uniwersytety katolickie, które odegrają wielką rolę w zrównoważeniu odniesień pomiędzy nauką i wiarą.
    Historia chrześcijańska interesuje w sposób szczególny naszego papieża. Trzeba było móc odpowiedzieć tym, którzy czerpali z historii jedynie elementy ukazujące, że chrześcijaństwo było utkane wyłącznie z mrocznych głupstw.
    Dla Leona XIII: „najlepszym sposobem na odpieranie oszczerstw i kłamstw wymyślanych przeciw Kościołowi jest udawanie się do źródeł”. Proponuje zasadę: „Niechaj historia nie ośmiela się mówić nic fałszywego ani taić niczego prawdziwego!” Według niego, należy przestać taić mroczne punkty z historii Kościoła, gdyż „nie ma się on czego obawiać w obliczu prawdy”.
    Zaledwie w rok po swoim wstąpieniu na tron św. Piotra ma odwagę otworzyć dla badaczy archiwa watykańskie, zamknięte od XVI w. Dom wydawniczy Leonine otwiera swe podwoje, aby umożliwić konsultacje dzieł Biblioteki Watykańskiej i publikuje swe katalogi. Rzym wzbogaca się o szkołę paleografii i dyplomacji. Ta nowa polityka stanie się natchnieniem dla publikacji „Historii papieży” w 1886 r., której dokonał L. von Pastor.
    Ojcowie Bollandyści biorą sobie do serca zastosowanie metody krytyki historycznej dla oczyszczenia historii świętych. Nie sposób wystarczająco podkreślić wagi tej odnowy studiów nad historią katolicyzmu.
    Ponieważ racjonalni historycy interesowali się coraz bardziej Biblią, Leon XIII doszedł do wniosku, że jedynie wysiłek naukowy, na poziomie tego, jaki podejmowali przeciwnicy, umożliwi stawienie im czoła. W encyklice Providentissimus Deus (1893) nakłania katolików do udzielenia im odpowiedzi.
    Zachęca do egzegezy Pisma Świętego, byle tylko unikało się dwóch niebezpieczeństw: zuchwałości i nadmiernego konserwatyzmu. Na czele nowego ruchu stanął dominikanin ojciec Lagrange, który w Jerozolimie rozpoczął w 1890 r. dzieło, które później zostanie nazwane Szkołą Biblijną. To w ten sposób rozpoczęto odnowę biblijną, która miała się stać jednym z głównych wydarzeń nowoczesnego katolicyzmu.

    PAPIEŻ – CZUJNY PASTERZ. CEL: ZACHOWAĆ, ODNOWIĆ I ROZSZERZYĆ CHRZEŚCIJAŃSTWO

    Znamy Leona XIII jako papieża-społecznika czy też papieża-polityka, tymczasem był on też człowiekiem Bożym, o głębokiej wierze i wielkiej pobożności. Zrodziły się one bardzo wcześnie, kiedy mały Joachim wraz ze swą matką udawał się do kaplicy Zwiastowania, aby się pogrążyć w modlitwie.
    To w tej kaplicy, zbudowanej przez jego rodzinę, jako dorastający chłopiec wyrył na kamieniu słowa ku czci Świętej Dziewicy:
    „Ciebie, o Maryjo, kochałem jak matkę już jako małe dziecko. Ufam, że umrę otoczony miłością tej czułej matki, po gorliwej pracy dla ożywienia miłości i nieustannego jej pomnażania.”
    W dziesięciu encyklikach poświęconych Matce Bożej nie zaniedbał żywej zachęty do modlitwy różańcowej. Jeśli on właśnie poświęcił miesiąc październik Maryi, to uczynił tak dlatego, że według niego ocalenie Kościoła Świętego zależało do naszej Niebieskiej Matki.
    Jak ośmiu papieży, którzy go poprzedzali, począwszy od Klemensa XII w 1738 roku, tak samo i Leon XIII odczuł obowiązek ujawnienia potajemnego przeciwnika, który starał się na tysiąc sposobów zniszczyć Kościół. W r. 1884, poświęcił całkowicie masonerii bo o niej tu mowa encyklikę Humanum Genus:
    „To czego chcą, to łagodnie zjednać dla swej sprawy osoby posługujące dla spraw świętych, a potem po wpojeniu w nie nowych idei, uczynić z nich buntowników przeciw legalnej władzy”.
    Kilka miesięcy później, podczas wizji po Mszy św., Leon XIII usłyszał wyraźnie, iż szatan uzyskał od Boga czas dla doświadczania Kościoła. Zwierzył się swemu sekretarzowi, Rinaldo Angeli, że widział mnóstwo demonów rzucających się na wieczne miasto, aby je osaczyć.
    Papież, pod wpływem tej wizji, od razu zredagował przeciw szatanowi modlitwę do św. Michała Archanioła, którą odmawiali kapłani na całym świecie po każdej Mszy św., na kolanach. Czy trzeba było ją usunąć po zakończeniu ostatniego Soboru, korzystając ze zmian wprowadzanych do liturgii?…
    Tymczasem 24 maja 1987 r. w sanktuarium św. Michała na Górze Gargan papież Jan Paweł II podkreślił, iż demon bardziej niż kiedykolwiek dotąd działa w obecnym świecie:
    „Ta walka przeciwko złemu duchowi, która znamionuje św. Michała Archanioła, toczy się także dzisiaj, ponieważ zły duch wciąż żyje i działa w świecie. Rzeczywiście zło, które w nim jest widoczne, nieład, który spotyka się w społeczeństwie, niespójność człowieka, wewnętrzne pęknięcie, którego jest ofiarą, są nie tylko następstwami grzechu pierworodnego, ale także skutkiem niegodziwego i mrocznego działania szatana.”
    Aby przetrwać jako chrześcijanin w społeczności zmaterializowanej, oddanej kultowi pieniądza Leon XIII zaproponował czerpanie natchnienia z ubóstwa ewangelicznego św. Franciszka.
    Bł. Fryderyk Ozanam, francuski katolicki działacz świecki, profesor Sorbony, napisał:
    „Kierując zachęty do III Zakonu Franciszkańskiego Leon XIII uspokajał urazy klas ubogich i jednał je z bogatymi, nauczał o tym, by nie zazdrościć i umacniał rozluźnione więzi chrześcijańskiej społeczności.”
    Leon XIII był powszechnym pasterzem. Po pierwsze dlatego, iż zachęcił 60 tysięcy misjonarzy do zaniesienia przesłania Ewangelii do najbardziej oddalonych krańców ziemi. Po drugie dlatego, że stał się pierwszym papieżem „ekumenicznym” czasów nowożytnych. W rzeczywistości jedność Kościoła była jego stałą troską. Jego marzeniem było przyprowadzenie do owczarni Kościołów oderwanych w wyniku schizmy. W swoim liście Ad Anglos wychwalał godne podziwu przejawy chrześcijaństwa angielskiego. Miał nadzieję na zbliżenie z Anglikami, odgrywając rolę mediatora wobec Irlandczyków kuszonych do podjęcia narodowościowego buntu.
    Potem zwrócił się z uroczystym apelem do chrześcijan oddzielonych na Wschodzie, w encyklice Praeclara. Leon XIII zaproponował całkiem nowe podejście. Według niego uznanie odmienności obrzędów i tradycyjnej autonomii duchownych mogło przygotować drogę do zbliżenia. Zasadą staje się więc, by już nie wymagać przyjęcia łaciny, lecz by uznać narodowe obrządki i prawomocność prawosławnych patriarchów. Ta nowa postawa Rzymu pozwoliła na powrót do owczarni Kościoła Armeńskiego, z patriarchą na czele, Kościoła unickiego Ukrainy i Białorusi, Kościoła nestoriańsko-chaldejskiego, a w końcu egipskich koptów, po odrodzeniu patriarchatu w Aleksandrii.
    Tę nowoczesną ludzkość, w jakiej chrześcijanie będą mogli odtąd lepiej się zintegrować, Leon XIII, w 1899 r. u progu XX wieku, poświęcił uroczyście Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
    W r. 1903 – w godzinie śmierci papieża – widać już odmłodzenie, jakie przyniósł on Kościołowi powszechnemu! Zdołał z niezwykłą siłą przywrócić osaczonemu Watykanowi miejsce pośrodku ludzi – zwłaszcza poprzez pielgrzymki, celebracje, jubileusze, które przyprowadzały do Rzymu niezliczone tłumy. Był ojcem wszystkich, których wyzyskiwano: robotników, rolników, czarnych niewolników, do których wyzwolenia zdążał.
    Jego geniusz polegał na tym, iż bez naruszania dziedzictwa dogmatycznego głęboko zmodyfikował odniesienia pomiędzy Kościołem a światem współczesnym. Dzięki niemu człowiek współczesny mógł zachować pełnię swych wierzeń i niezbywalną wolność. We wszystkich wielkich dziedzinach życia udzielił wskazówek, które po 100 latach zachowują nadal całą swą aktualność. Podziwiajmy pracę Ducha Świętego, który wzbudza zawsze papieży wyjątkowych, gdy Kościół tego potrzebuje.

    JeanMarc Derzelle
    Artykuł pochodzi ze Stella Maris, nr 398, str. 2830. Przekład z franc.: Ewa Bromboszcz

    Modlitwy PAPIEŻA Leona XIII

    Akt poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa

    O Jezu najsłodszy, Odkupicielu rodzaju ludzkiego, wejrzyj na nas, korzących się przed obliczem Twoim. Twoją jesteśmy własnością i do Ciebie należeć chcemy.
    Oto dzisiaj każdy z nas oddaje się dobrowolnie Najświętszemu Sercu Twojemu, aby jeszcze ściślej zjednoczyć się z Tobą. Wielu nie zna Ciebie wcale, wielu odwróciło się od Ciebie wzgardziwszy przykazaniami Twymi. Zmiłuj się nad jednymi i drugimi, o Jezu najłaskawszy, i pociągnij wszystkich do świętego Serca swego. Królem bądź nam, o Panie, nie tylko wiernym, którzy nigdy nie odstąpili od Ciebie, ale i synom marnotrawnym, którzy Cię opuścili. Spraw, aby do domu rodzicielskiego wrócili co prędzej i nie zginęli z nędzy i głodu.
    Króluj tym, których albo błędne mniemania uwiodły, albo niezgoda oddziela; przywiedź ich do przystani prawdy i jedności wiary, aby rychło nastała jedna owczarnia i jeden pasterz. Użycz Kościołowi Twemu bezpiecznej wolności. Udziel wszystkim narodom spokoju i ładu. Spraw, aby ze wszystkiej ziemi, od końca do końca, jeden brzmiał głos:
    Chwała bądź Bożemu Sercu, przez które stało się nam zbawienie. Jemu cześć i chwała na wieki.
    Amen.

    Modlitwa-EGZORCYZM do św. Michała Archanioła

    Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha, bądź naszą obroną.
    Niech go Bóg pogromić raczy, pokornie o to prosimy.
    A Ty, wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

    AKT POŚWIĘCENIA SIĘ NAJŚWIĘTSZEJ RODZINIE

    Jezu, Zbawicielu nasz Najdroższy, przyszedłeś na świat, aby go oświetlić Swoją nauką i własnym przykładem. Większość swego życia ziemskiego spędziłeś w ubogim Domku Nazaretańskim, w pokornym poddaniu się Maryi i Józefowi, a przez to uświęciłeś tę Rodzinę, która miała być wzorem dla wszystkich chrześcijańskich rodzin.
    Przyjmij łaskawie naszą rodzinę, która się Tobie dzisiaj oddaje i poświęca. Broń, strzeż i utwierdzaj nas w Twej świętej bojaźni, pokoju, zgodzie i miłości chrześcijańskiej, abyśmy stali się podobni do Boskiego Wzoru Twojej Świętej Rodziny i w ten sposób wszyscy razem, bez wyjątku, osiągnęli wieczne szczęście.
    Maryjo, Najmilsza Matko Jezusa i nasza Matko, przez Twoje pełne miłości wstawiennictwo uczyń to nasze poświęcenie się miłym Jezusowi i wyjednaj nam Jego łaski i błogosławieństwo.
    Święty Józefie, Najtroskliwszy Opiekunie Jezusa i Maryi, wspieraj nas Swoją modlitwą we wszystkich naszych duchowych i doczesnych potrzebach, abyśmy mogli wraz z Maryją i Tobą chwalić Jezusa, naszego Boskiego Zbawiciela przez całą wieczność.
    Amen.

    Modlitwa do św. Józefa

    Do Ciebie, święty Józefie, uciekamy się w naszej niedoli.
    Wezwawszy pomocy Twej Najświętszej Oblubienicy z ufnością również błagamy o Twoją opiekę. Przez miłość, która Cię łączyła z Niepokalaną Dziewicą Bogarodzicą i przez ojcowską Twą troskliwość, którą otaczałeś Dziecię Jezus, pokornie błagamy:
    Wejrzyj łaskawie na dziedzictwo, które Jezus Chrystus nabył Krwią swoją i swoim potężnym wstawiennictwem dopomóż nam w naszych potrzebach.
    Opatrznościowy Stróżu Bożej Rodziny, czuwaj nad wybranym potomstwem Jezusa Chrystusa. Oddal od nas, ukochany Ojcze, wszelką zarazę błędów i zepsucia.
    Potężny nasz Wybawco, przybądź nam łaskawie z niebiańską pomocą w tej walce z mocami ciemności. A jak niegdyś uratowałeś Dziecię Jezus z niebezpieczeństwa, które groziło Jego życiu, tak teraz broń świętego Kościoła Bożego od wrogich zasadzek i od wszelkich przeciwności.
    Otaczaj każdego z nas nieustanną opieką, abyśmy za Twoim przykładem i Twoją pomocą wsparci mogli żyć świątobliwie, umrzeć pobożnie i osiągnąć wieczną szczęśliwość w niebie.
    Amen.

    FRAGMENT ENCYKLIKI „Humanus Genus”

    Sekta masońska powstała wbrew prawu ludzkiemu i Bożemu, jest zgubna nie tylko dla chrześcijaństwa, ale i dla państwa świeckiego i dlatego pod najcięższymi karami, jakie Kościół zwykł wymierzać przeciwko winowajcom, zakazała wstępować do tego towarzystwa.
    Oburzeni tym spiskowcy, sądząc, że czy to wyszydzając, czy spotwarzając Stolicę Apostolską, zdołają uniknąć skutków tych wyroków albo je osłabią, zaczęli Papieży, którzy przeciwko nim wystąpili, oskarżać, że albo niesprawiedliwie wyrokowali, albo że w wyrokach swych za daleko się posunęli. (…)
    Dlatego skoro tylko objęliśmy rządy Kościoła, czuliśmy i widzieliśmy zaraz, iż temu tak wielkiemu złu przeciwstawieniem naszej powagi wedle możności opór stawać należy. Jako też nie raz już, korzystając z nadarzającej się sposobności, przedstawialiśmy niektóre ważniejsze zasadnicze prawdy, na których podkopanie przeważnie zdawała się wpływać przewrotna nauka masońska.
    I tak np. w encyklice arcanum staraliśmy się wziąć w obronę i rozwinąć prawdziwe i rzetelne pojęcie rodziny, która źródło i pochodzenie swe z małżeństwa wywodzi; następnie w encyklice diuturnum określiliśmy, według zasad mądrości chrześcijańskiej, formę władzy politycznej, jako w dziwnej zgodzie będącą z samą istotą rzeczy, i z dobrem narodów i książąt. Obecnie zaś, za przykładem Poprzedników Naszych postanowiliśmy wprost na cel wziąć samo towarzystwo masońskie, całą jego naukę, jego zamiary, jego sposób myślenia i działania, aby lepiej naświetlić zgubny wpływ jego, a tym samym zapobiec szerzeniu się tej zabójczej zarazy. (…)
    Główną zasadą naturalistów, jak już sama ich nazwa wskazuje, jest ta, że natura ludzka i rozum ludzki we wszystkich sprawach mają być naszym wodzem i nauczycielem. Postawiwszy taką zasadę, albo się mniej troszczą o obowiązki względem Boga, albo też pojęcie o tych obowiązkach spaczają przewrotnymi i błędnymi zdaniami. Zaprzeczają bowiem, iżby jakakolwiek tradycja boskiego była początku, nie przyjmują w religii żadnego dogmatu, żadnej prawdy, której by rozum ludzki pojąć nie zdołał, nie przyjmują żadnego nauczyciela, któremu obowiązani byliby wierzyć dla samej powagi jego urzędu.
    Ponieważ zaś szczególnym i jemu jednie właściwym zadaniem Kościoła Katolickiego jest naukę od Boga sobie powierzoną, jako też powagę nauczycielstwa wraz z innymi środkami do zbawienia pomocnymi w całej pełni posiadać i nietykalnie przechowywać: dla tego przeciw niemu zwraca się najsilniej nienawiść i zapalczywość nieprzyjaciół.
    Przypatrzmy się teraz, do czego zmierza sekta masońska w sprawach religijnych, mianowicie, gdzie ma wolność po temu, a przekonamy się, że dąży do tego, aby zapatrywania naturalistów we wszystkim w czyn zamienić. Od dawna i uporczywie pracuje ona nad tym, aby urząd nauczycielski i powaga Kościoła żadnego w państwie nie miały znaczenia. Dlatego też głoszą całemu światu tę zasadę i walczą w jej obronie: że Kościół od państwa zupełnie odłączyć należy. W ten sposób chcieli by najzbawienniejszy wpływ Kościoła na prawodawstwo i administrację państw zupełnie usunąć; w następstwie zaś bezpośrednim wszystkie stosunki państwowe bez względu na prawa i zasady Kościoła urządzać. I nie dość im na tym, żeby nie uwzględniano Kościoła, tego najlepszego przewodnika; oni jeszcze nieprzyjaźnie godzić nań, i obrażać go muszą.
    I w rzeczy samej pozwalają sobie dziś z katedr, w pismach i żywym słowem bezkarnie uderzać na same fundamenty Kościoła: nie przepuszczają dziś żadnym prawom Kościoła, nie szanują urzędów jego, które ma od Boga samego. Swobodę działania jego jak najbardziej ograniczono, i to za pomocą ustaw, które wprawdzie na pozór nie zdają się wywierać gwałtu, w rzeczy samej jednakże wolność Kościoła krępują. (…)
    Tak się dzieje, że nieustannie patrzeć musimy na to, jak ludziom podsuwane bywają liczne podniety żądz i namiętności; jak szerzą się czasopisma i rozprawy, pozbawione wszelkiego wstydu i umiarkowania; jak na scenach przedstawiane bywają widowiska swawolne; jak tematy dzieł sztuki bezwstydnie dobierane według prawideł tak zwanego weryzmu; jak subtelnie wymyślane są różne wyrafinowane sposoby życia miękkiego i zniewieściałego; jak wreszcie wynajdywane wszelkiego rodzaju ponęty, aby z ich pomocą uśpiona dzielność i cnota nie stawiała oporu. Zbrodniczy to zaiste sposób działania, atoli niezaprzeczenie konsekwentny u tych, którzy odrzucają nadzieję niebieskiej nagrody, a wszelką szczęśliwość ludzką na rzeczach znikomych opierają i niejako w ziemi topią. Cośmy powyżej powiedzieli, to potwierdza rzecz trudniejsza do wypowiedzenia niż do uwierzenia. Ponieważ bowiem ludziom chytrym i przebiegłym najpowolniej służą istoty, których duch znikczemniały i zwątlony jest panowaniem namiętności, przeto znaleźli się pomiędzy wolnomularzami tacy, co twierdzili: że rozmyślnie i systematycznie dążyć należy do tego, aby motłoch przesycić dogadzaniem wszelkim jego żądzom, gdyż wtedy bez oporu żadnego do wszystkiego da się użyć.
    Co się tyczy domowego pożycia, to cała nauka naturalistów w tym mniej więcej się zamyka: że małżeństwo nie jest niczym więcej jak zwyczajnym kontraktem; że słusznie rozerwać je można, skoro kontrahentom tak się spodoba; że władzy świeckiej służy prawo wyrokowania w sprawach małżeńskich; że w wychowaniu dzieci nie ma im się wpajać żadnej pozytywnej religii; i każdemu, gdy dorośnie, ma być pozostawiony wybór religii, jaka mu się będzie podobała. Zupełnie to samo wyznają masoni, a nie tylko wyznają, ale od dawna też starają się w życie wprowadzić i w stały zwyczaj zamienić. W wielu państwach, i to nawet katolickich, istnieją ustawy, wedle których te tylko małżeństwa uważane być mają za ważne, które cywilnie zostały zawarte; w innych krajach dozwolone są rozwody; w innych starają się jak najszybciej to samo przeprowadzić. Tak więc do tego wszystko dąży, aby zmienić istotę małżeństwa, tj. zamienić je w związki niestałe i przemijające, które jedynie namiętność kojarzy, i namiętność też znów zrywa.
    Sekta wolnomularzy dąży również z największym wysiłkiem do tego, aby zagarnąć pod swą władzę wychowanie młodzieży, w tym przekonaniu, że miękki i giętki wiek łatwo wedle woli swojej ukształtować i nagiąć zdołają, w którą stronę zechcą, i że w ten sposób najprędzej wychowają państwu takich obywateli, jakich sobie życzą. Dlatego też nie dopuszczają sług Kościoła ani do nauczania, ani do nadzoru kształcącej się młodzieży; a w wielu miejscach dopięli już tego, że wychowanie młodzieży znajduje się wyłącznie w ręku świeckich ludzi, i że przy nauce obyczajów starannie pomija się wzmiankę o największych i najświętszych obowiązkach, które człowieka z Bogiem łączą.
    20 kwietnia 1884

    Vox Domini KATOLICKIE WYDAWNICTWO EWANGELIZACYJNE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    To jedna z najlepszych duchowych książek ubiegłego roku. Dlaczego się o niej nie dyskutuje?

    To jedna z najlepszych duchowych książek ubiegłego roku. Dlaczego się o niej nie dyskutuje?
    o. Dysmas de Lassus, przeor Wielkiej Kartuzji/Twitter

    ***

    O “Zagrożeniach i wypaczeniach życia zakonnego” pióra przeora Wielkiej Kartuzji o. Dysmasa de Lassusa mówi ks. prof. Andrzej Muszala.

    • Posłuszeństwo zakonne to nie rezygnacja z myślenia i odpowiedzialności za własne czyny. Ślepe posłuszeństwo to nie dojrzałość, a infantylizm.
    • Wola Boża i wola przełożonego to nie to samo.
    • Pokora jest podstawą życia zakonnego. Ale jeśli jest fałszywie pojęta, może prowadzić nawet do samobójstwa.
    • Kościół w Polsce jeszcze się nie uwolnił od jansenizmu, czyli myślenia typu: “musisz zasłużyć na niebo, musisz wycierpieć się, musisz przejść jak najwięcej upokorzeń, musisz doznawać bólu: duchowego, fizycznego. Wtedy Pan Bóg jest zadowolony”.

    Jarosław Dudała: Zakony to piękna tradycja Kościoła. Nieraz jednak ich życie jest niezrozumiane, a jego wartość – kwestionowana.

    Ks. prof. Andrzej Muszala: Zakony są integralną i niezwykle cenną cząstką Kościoła. Powstały w starożytności jako wyraz pragnienia wielu chrześcijan radykalnego oddania się na służbę Ewangelii. Zakonnicy i zakonnice, mnisi i mniszki to ludzie z krwi i kości, którzy żyją heroiczną miłością do Boga i ludzi według ślubów posłuszeństwa, ubóstwa i czystości. Stanowią sól ziemi, zaś ich wspólnoty są oazami modlitwy oraz miejscami, w których ludzie mogą wykuwać piękne człowieczeństwo nie tylko w naturalnym, ale też nadprzyrodzonym wymiarze. „Ile samotność i cisza pustelni niesie miłośnikom swoim pożytku i boskiej radości, wiedzą tylko ci, którzy tego doświadczyli. Tu bowiem ludzie dzielni mogą powracać do siebie, o ile tylko zechcą, i mieszkać ze samym sobą, stale pielęgnować zalążki cnót i żywić się szczęśliwie owocami raju” – pisze św. Bruno, założyciel kartuzów.

    Autor książki, o której rozmawiamy, także jest kartuzem.
    Dysmas de Lassus jest przeorem Wielkiej Kartuzji, a tym samym przełożonym generalnym kartuzów – zakonu, który istnieje już prawie tysiąc lat i jest najsurowszym w Kościele katolickim. Równocześnie jest zakonem o olbrzymim bogactwie życia duchowego i kontemplacyjnego. O. de Lassus jest także konsultantem watykańskiej Kongregacji ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego. Przez wiele lat osoby konsekrowane zwierzały mu się z różnych kwestii, także trudnych sytuacji, jakich doświadczyły w swoich wspólnotach zakonnych. I tak powstała książka „Zagrożenia i wypaczenia życia zakonnego”, która stała się bazą dla refleksji nad właściwym funkcjonowaniem zakonów we Francji, jak i w innych krajach. To lektura dla wszystkich zakonników i zakonnic – przełożonych, jak i podopiecznych.

    ADVERTISEMENT

    Pisząc o zagrożeniach i wypaczeniach życia zakonnego, de Lassus podkreśla, że błędem jest utożsamienie woli przełożonego z wolą Boga. Bo to nie jest to samo.
    To dotyczy zwłaszcza tych wspólnot zakonnych, w których obserwowany jest przerost autorytetu przełożonego. Może się zdarzyć, że nawet nieświadomie wytwarza on wokół siebie swoisty „kult jednostki”. Wiąże ze sobą niektórych ludzi, otacza się swoistą “gwardią przyboczną” – to trzy, cztery osoby, które mu schlebiają, wyszukują winowajców we wspólnocie, ujawniają sekrety, są jego „uszami i oczami” i czerpią z tego korzyści jak np. „życie w bliskości przełożonego, korzystanie z jego zaufania, ewentualnie posiadanie jakiejś odrobiny władzy” (s. 69). To niebezpieczne. Przełożeni rzeczywiście sprawują władzę, lecz jest ona służbą. Jak pisze autor, nie jest to władza „nad kimś”, ale „dla kogoś”. „Bóg cię ustanowił sługą twoich synów. Nie każ im zatem czynić tego, co się tobie podoba, ale to, co jest dla nich dobre. Twoim obowiązkiem jest oddawać się ich potrzebom, a nie naginać ich do twojej woli, gdyż zostali ci oni powierzeni nie po to, abyś stanął ponad nimi, ale abyś im służył” – czytamy (s. 105).

    Co to praktycznie znaczy?
    Przede wszystkim słuchanie podopiecznych, bycie do ich dyspozycji. Przełożony winien traktować ich z miłością i szacunkiem, z łagodnością i pokorą, jest bowiem jednym z nich. Owocem sprawowania władzy jako służby jest osobisty rozwój członków danej wspólnoty. Przy nim stają się oni szczęśliwi – pisze o. de Lassus.
    Przychodzi mi na myśl stwierdzenie z wywiadu, jaki przeprowadzono z dawnym arcybiskupem Paryża Michelem Aupetitem, który zapytany przy obejmowaniu urzędu, jaki jest główny cel jego posługi, odpowiedział: „chciałbym, żeby moi księża byli szczęśliwi”.

    Ciekawe, czy podwładni przeora Wielkiej Kartuzji też są szczęśliwi.
    W ubiegłym roku miałem okazję spędzić kilka dni w Wielkiej Kartuzji i dość długo rozmawiać z o. de Lassusem. Miałem wrażenie, że spotkałem się z człowiekiem niezwykle pokornym, wsłuchującym się w moje pytania, rozumiejącym mnie, jakbyśmy się znali od dawna – a przecież widziałem go po raz pierwszy w życiu.
    Mogłem też stwierdzić, że żyjący tam kartuzi są bardzo radośni. Był między nami zrozumiały dystans – oni są pustelnikami i nie chciałem zaburzać rytmu ich życia – ale kiedy któryś z nich mnie spotkał, to zawsze albo się uśmiechnął, albo z daleka pomachał ręką. Widać było, że są na swoim miejscu.

    Władza zakonna ze swej istoty wymaga posłuszeństwa. O. de Lassus podkreśla jednak, że nie można na tej podstawie żądać czegoś sprzecznego z regułą czy konstytucjami zakonnymi, a tym bardziej czegoś sprzecznego z prawem Bożym, np. kłamstwa. Co więcej, posłuszeństwo dotyczy tego, co podwładny ma zrobić, a nie tego, co ma myśleć.
    Istnieje niebezpieczeństwo nadużycia ślubu posłuszeństwa, który składają zakonnicy i zakonnice. Chrystus był posłuszny Ojcu, nie wyrugowało to jednak w Nim niezależnego myślenia. Zapraszał ludzi, oni zaś szli za Nim. Przekroczenie granicy następuje wtedy, gdy w imię posłuszeństwa ingeruje się w sposób myślenia zakonnika: „masz myśleć tak, jak przełożony”. Efektem tego jest wymuszona służalczość, to znaczy: „odkładam na bok mój rozum, przełożony wszystko wie, ja ślepo wykonuję jego polecenia, nie zastanawiając się nawet, czy nie wykraczają poza normy Prawa Bożego”. De Lassus pisze, że w niektórych przypadkach obowiązkiem zakonnika jest sprzeciw, np. gdyby przełożony namawiał go do ukrycia jakiejś defraudacji finansowej. Wówczas nie może zrezygnować z własnego osądu i wykonać nieetycznego polecenia, lecz ma powiedzieć: „nie, tego zrobić nie mogę”. Może przeżywać z tego powodu wewnętrzny dylemat, gdyż z jednej strony będzie chciał postępować uczciwie, z drugiej zaś – może się bać narazić się swojemu przełożonemu.

    Bo też może to mieć dla niego poważne skutki…
    A jednak nie można ulec lękowi. Nie można popaść w służalczość, czyli podporządkowanie swojego myślenia wbrew sumieniu i Prawu Bożemu. Posłuszeństwo nie może być rezygnacją z odpowiedzialności za własne czyny.

    Z drugiej strony istnieje pokusa, żeby umywać ręce, zasłaniając się wolą przełożonego.
    Widzę to zwłaszcza w żeńskich zgromadzeniach zakonnych. Często siostry uważają, że to, co powie przełożona, jest święte. Owszem, przełożona może mieć rację, ale pozostawianie jej całkowitej decyzyjności eliminuje aktywne myślenie zakonnic. Ich osobowość ulega skarłowaceniu. W efekcie pytają przełożoną o wszystko: czy mają założyć czarny sweter czy niebieski… To infantylizacja.
    O. Wojciech Giertych OP, teolog papieski, pisze w książce “Wiara i uczucia”, że człowiek staje się dojrzałym, kiedy wykonuje świadome i wolne akty ludzkie, tzn. używając własnego rozumu i woli. Jeżeli zakonnicy czy zakonnice nie aktywują tych dwóch władz duchowych, znaczy to, że rezygnują z własnej dojrzałości. Jest w tym coś chorego.

    Niezwykle ważną rzeczą w życiu duchowym jest pokora. Ale jeśli jest fałszywie pojęta, może prowadzić do strasznych skutków. Jeśli ktoś w zakonie ciągle słyszy, że jest niczym, to jest to prawda, ale tylko w takim kontekście: “jesteś synem/córką Boga, a więc synem/córką królewską, masz swoją wielką godność”. Tymczasem jeśli słyszy się tylko: “jesteś niczym”, to może to prowadzać nawet do samobójstwa – pisze de Lassus.
    To tragiczna prawda. Zdarzają się przypadki samobójstw wśród zakonników, a także księży. Właśnie z powodu zgnębienia ich. Dotyczy to zresztą nie tylko zakonów, lecz także wspólnot, których liderzy wmawiają swym członkom, że są nikim, „śmieciem”, jednym wielkim grzechem. Bywa, że ludzie porywają się na swoje życie – nawet ojcowie rodziny. To straszne. Znam przypadki osób, które tak były formowane (a raczej zdeformowane) i doszły na skraj rozpaczy. Niektóre sobie z tym nie poradziły…


    Czym jest pokora? To życie w prawdzie. Stwierdzenie „jestem niczym, jestem samym grzechem”, to tylko niewielka cząstka prawdy o człowieku. Owszem, jesteśmy grzesznikami, lecz jesteśmy przede wszystkim dziećmi Boga, stworzeni na Jego obraz. Jesteśmy ludem świętym, przeznaczonym do zjednoczenia z Chrystusem. Każda owca jest w oczach Bożych bezcenna. Dobry Pasterz jest gotów pozostawić dziewięćdziesiąt dziewięć, by szukać tej jednej. Oto pełna prawda o człowieku. Mamy wówczas świadomość, że wszystko otrzymaliśmy od Boga za darmo i jedyną właściwą postawą jest wdzięczność oraz życie miłością. Wtedy zakonnik jest szczęśliwy.

    O. de Lassus pisze, że pomijanie zalet zakonników czy zakonnic powoduje, że przestają oni myśleć, że są godni bycia kochanym przez Boga. Nie widzą w Nim już Ojca. To ma katastrofalne skutki i dla psychiki, i dla duszy.
    W jego książce pada nawet mocne określenie: “psychologiczne morderstwo” (s. 47). Jeżeli zakonnik jest publicznie upokarzany – przed wspólnotą, przed świeckimi – to bynajmniej nie ćwiczy go to w pokorze, lecz zazwyczaj przynosi odwrotny skutek. Bo jaka jest w tym miłość bliźniego? Moim zdaniem, nie ma żadnej.
    Fałszywie pojęta pokora może prowadzić do wytworzenia fatalnego osądu o sobie. Czasem brakuje zwykłej ludzkiej życzliwości. Przełożony musi być człowiekiem pełnym empatii, wrażliwości i miłości wobec swoich braci/sióstr.
    I druga rzecz – brak ludzkiej i duchowej formacji, zwłaszcza wśród sióstr. W zakonach męskich większość członków odbywa studia teologiczne. Tymczasem zakonnice nieraz nie znają swojej godności. Zbyt rzadko słyszą, że są umiłowanymi córkami Boga, oblubienicami Chrystusa. Że mają swoją wielką wartość i obdarzone są talentami. Dlatego powinno się im zapewnić formację w postaci dobrej teologii duchowości, wykładów z etyki, patrystyki, dogmatyki, a nawet literatury. Powinno się rozwijać ich myślenie: “kim naprawdę jestem?” Przełożona winna zatroszczyć się o to, aby siostry miały na to czas. I dobrą bibliotekę w domu. Tymczasem jeśli siostra jest ciągłe zamknięta w jednej aktywności, np. w kuchni, zakrystii czy pralni i nie daj Boże słyszy jeszcze upokarzające słowa, to zamyka się w sobie, gnuśnieje i kurczy duchowo. I co ma zrobić w wieku 40-50 lat? Akceptuje ten stan i wegetuje tak do śmierci. Albo opuszcza zakon, lecz wówczas zostaje bez środków do życia, bez perspektyw. Doświadcza życiowej porażki w straszliwej samotności.

    Bywa i tak, że osoba, która ma fatalne samopoczucie, słyszy, że to… świetnie! Bo to znaczy, że umiera dla siebie i to jest właśnie to, o co chodzi. Tymczasem ona jest na granicy ludzkiej wytrzymałości.
    Polski Kościół jeszcze nie uwolnił się od jansenizmu. Czyli myślenia typu: “musisz zasłużyć na niebo, musisz wycierpieć się, musisz przejść jak najwięcej upokorzeń, musisz doznawać bólu: duchowego, fizycznego. Wtedy Pan Bóg jest zadowolony. Tak odpokutujesz swoją grzeszność i może zostaniesz wpuszczony do Królestwa Niebieskiego. Masz małą szansę, ale możesz na to jakoś liczyć”. Czyli: ciągle trzeba zasługiwać i odprawiać nabożeństwa wynagradzające. Może intencje takiego myślenia są dobre, ale to nie jest logika ewangeliczna. Logiką ewangeliczną jest miłość, dar z siebie.
    Antidotum na takie postawy jest przesłanie św. Teresy z Lisieux. Siostry z jej klasztoru też żyły w duchu jansenistycznym, Teresa zaś nie poszła tą drogą. Mówiła: „Nie! Bóg nie jest taki. Bóg jest prosty! Jest Ojcem! Do nieba idziemy za darmo. Wiem, że On i tak mi da szczęście wieczne, dlatego z wdzięczności chcę przeżyć moje życie jako dar z siebie dla Niego i dla innych”. To jest zupełnie inne myślenie. Życie chrześcijańskie – także życie zakonne – jest pieśnią wdzięczności za nieskończoną miłość Boga do nas. To radość, szczęście i jeden wielki akt miłości.

    Jest jeszcze jedno słowo kluczowe w formacji duchowej: “ogołocenie”. Ono się pojawia w Piśmie Świętym i u wielkich mistyków, ale – jak podkreśla o. de Lassus – to, co wolno robić Bogu, tego nie wolno robić człowiekowi z jego własnej inicjatywy. Bo jeśli człowiek sam siebie ogałaca, zanim wypełni go Bóg – czyli, jak mówi de Lassus, czyni własną metodę z tego, co jest Bożą łaską– to prowadzi to do choroby duchowej, która nazywa się acedią. Inaczej mówiąc, tylko Bóg może ewentualnie poprowadzić człowieka do postawy ogołocenia, ale dając mu siebie wcześniej w takim stopniu, że to ogołocenie – choć trudne – nie będzie już dla człowieka doświadczeniem niszczącym.
    Chrystus sam siebie ogołocił, “uniżył samego siebie i stał się podobnym do ludzi”. Ale uczynił to dobrowolnie z miłości do ludzi. Nie można nikogo ogałacać na siłę. Ogołocenie jest co najwyżej środkiem, podczas gdy nieraz robi się z niego cel: “musisz się ogołocić, musisz stać się nikim”. Wówczas rzeczywiście można wpaść w depresję lub acedię. Acedia, niestety, została usunięta z katalogu wad głównych. W starożytności uważano ją za ósmy grzech główny, który jakby zamykał klamrą całą listę. Ową listę rozpoczynała pycha, kończyła zaś – acedia, czyli brak motywacji do jakiegokolwiek wysiłku. Swoiste wypalenie. Stan, kiedy człowiekowi się już niczego nie chce. Stan wegetacji. To bardzo niebezpieczne. Grzech może pobudzić do decyzji powstania, acedia zabija ową decyzję w zarodku.
    Widzę czasem acedię także wśród księży: “nic nie zmieniać, dobrze jest, jak jest, w parafii jakoś się kręci, katecheza idzie do przodu, choć uczniów na niej coraz mniej “. Nawet Mszę święta można odprawiać rutynowo. Wśród zakonników może być podobnie: “zaakceptowałem ten stan, jakoś żyję, mam swój ciepły kąt, zostawcie mnie w spokoju”. Często acedia jest wynikiem takiego wymuszonego ogałacania, że w końcu nie zostaje już nic z pierwotnej gorliwości.

    Nie ma też ludzkiego rozwoju: intelektualnego czy emocjonalnego.
    To kolejna ważna kwestia. Wiemy, że łaska buduje na naturze. Jeżeli uczucia są tłumione czy wręcz piętnowane, to jest to niewłaściwie. Oczywiście istnieje i druga skrajność: tak zwana nieuporządkowana uczuciowość, kiedy emocje biorą górę nad rozumem. Nad tym też trzeba pracować, aby nadać uczuciom pewne ramy. Ale nie można ich tłamsić ani wypierać.
    Tak samo jeśli chodzi o rozwój intelektualny – formacja powinna trwać do końca życia.
    Człowiek powinien rozwijać swoje zainteresowania, pasje i talenty. Wspólnota zakonna ma go w tym wspierać i pomagać mu. Ktoś dochodzi się do pięknego człowieczeństwa i głębokiej mądrości w wieku 70 lat czy więcej. I przeciwnie – jeśli w wieku 30-40 lat ktoś popadł w acedię, to duchowo staje się martwy, choć na zewnątrz jego ciało przejawia oznaki życia.

    Istnieje też pokusa bezrefleksyjnego, automatycznego odtwarzania historycznych wzorów świętości. Oczywiście, mamy wspaniałe postacie wielkich świętych z minionych wieków: zakonników, kapłanów czy świeckich, ale ich kopiowanie prowadzi czasem do śmieszności, a bywa, że do tragedii.
    Kościół jest organizmem żywym, cały czas się rozwija. Podobnie jak i świat. W każdej epoce zmienia się mentalność ludzi. Dlatego przykładanie wzorców np. XVI-wiecznej Hiszpanii do dzisiejszego stylu życia nie jest ani możliwe, ani sensowne. Nie chodzi o to, żeby naśladować świętych w ich życiu, zewnętrznych praktykach, czy ubiorach, ale jedynie w ich wielkiej miłości do Boga. Także teologia się rozwija. W ostatnich stu latach wniosła bardzo wiele cennych refleksji, między innymi pozytywne spojrzenie na człowieka, co jest owocem rozwoju myśli personalistycznej.
    No bo czym jest prawdziwe życie duchowe? To nie praktyki, które stosowali święci (biczowania, zimno, spanie na gołej ziemi czy na kamieniach). To nie duchowa kulturystyka. Życie duchowe to wprowadzanie w ruch cnót boskich: wiary, nadziei i miłości. One zaś w każdej epoce wyrażają się w inny sposób. Np. to, co pisze św. Jan Klimak w “Drabinie raju”, jest oparte na tradycji synajskiej z VII wieku, która zupełnie nie przystaje do mentalności współczesnego Europejczyka. Przełożeni wychowani w poprzedniej epoce muszą zrozumieć, że ludzie młodzi mają zupełnie inne myślenie o świecie i o sobie, mają poczucie własnej wartości i nie zrezygnują z indywidualnego myślenia. Jeżeli nie odnajdą się we wspólnocie zakonnej, odejdą.

    To wymaga od przełożonych, żeby akceptowali ryzyko związane z takimi poszukiwaniami.
    Zakonnicy powinni mieć możliwości przejawiania własnej inicjatywy. Nieraz mają bardzo dobre intuicje i mogą pociągać do Boga wielu ludzi, lecz nie mogą tego czynić, bo albo przełożeni im na to nie pozwalają, albo przenoszą z jednego klasztoru do drugiego. Uważają, że wszelkie nowości są atakiem na ducha reguły.

    Jako człowiek świecki muszę powiedzieć, że ta książka była dla mnie interesująca, ponieważ wiele problemów, o których pisze o. de Lassus nie dotyczy tylko zakonów, ale wszelkich wspólnot i instytucji kościelnych: urzędów, organizacji charytatywnych, wspólnot świeckich, ale także rodzin, bo przecież rodzina też jest małym domowym Kościołem.
    Zgadzam się. Można by rozszerzyć myśl de Lassusa z zakonów na funkcjonowanie chrześcijan w różnych wspólnotach, na funkcjonowanie Kościoła w ogóle.
    Widzę pewne niebezpieczeństwo w naszym lokalnym Kościele. Polega ono na tym, że tłumaczymy inercję przywiązaniem do tradycji: “mamy prawdę, niczego nie zmieniajmy, bo może się to źle skończyć “. Brakuje odważnej refleksji na miarę ks. Franciszka Blachnickiego. Dlatego duchowo obumieramy, nie rozwijamy się. To może doprowadzić do tego, że w końcu nasze kościoły będą puste.

    ks. Andrzej Muszala – teolog, bioetyk, zastępca dyrektora Międzywydziałowego Instytutu Bioetyki Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Autor książek z bioetyki oraz duchowości chrześcijańskiej.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa św. Jana Pawła II o pokój

    Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.

    Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości. Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne. Amen.

    Święta Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami,

    Święty Benedykcie, módl się za nami,

    Święci Cyrylu i Metody, módlcie się za nami,

    Święta Brygido, módl się za nami,

    Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami,

    Święta Katarzyno ze Sieny, módl się za nami.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 17 LUTY – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA (W TRZECI PIĄTEK KAŻDEGO MIESIĄCA). BARDZO DZIĘKUJĘ ZA ZROZUMIENIE TYM, KTÓRZY PRZYCHODZĄ KAŻDEGO MIESIĄCA, ABY OPRÓCZ KONTRYBUCJI, KTÓRĄ WPŁACAMY NA KONTO PARAFII ŚW. PIOTRA, RÓWNIEŻ I W TEN SPOSÓB PODZIĘKOWAĆ, ŻE MAMY MOŻLIWOŚĆ KORZYSTANIA Z KOŚCIOŁA, KTÓRY JEST NIEDALEKO OD SPALONEGO ŚW. SZYMONA, A Z KTÓRYM TRZY POKOLENIA POLAKÓW OD CZASÓW II WOJNY ŚWIATOWEJ BYŁO BARDZO ZWIĄZANYCH. TUBYLCY PO PROSTU NAZYWALI GO “POLSKIM KOŚCIOŁEM”.

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is image.png

    ______________________________________________________________________________________________________________