Author: ks. Marian Łękawa SAC

  • ogłoszenia – październik 2025

    ***

    Wszystkich Świętych coraz bliżej.

    Co należy, a czego nie trzeba robić w ten dzień

    Wszystkich Świętych coraz bliżej. Co należy, a czego nie trzeba robić w ten dzień?
    fot. depositphotos.com

    ***

    Uroczystość Wszystkich Świętych, która jak co roku wypada 1 listopada, zbliża się wielkimi krokami. Poniżej znajdziecie uporządkowane najważniejsze informacje, które wyjaśniają, co każdy wierny powinien, a czego nie musi robić w ten dzień.

    Chociaż uroczystość Wszystkich Świętych kojarzy nam się z nostalgią i być może smutkiem z powodu utraty bliskich, jest to jedno z najpiękniejszych i najbardziej radosnych świąt w roku liturgicznym. To dzień, w którym Kościół dziękuje Bogu za ludzi, którzy są w niebie i to właśnie o nich powinniśmy myśleć w tym czasie.

    Ponadto uroczystość Wszystkich Świętych przypomina nam o naszym powołaniu do świętości, która nie jest przywilejem nielicznych, lecz zaproszeniem, które Bóg kieruje do wszystkich.

    1 listopada często pojawia się wiele wątpliwości, co należy zrobić, a czego nie. Poniżej wyjaśniamy najważniejsze kwestie.

    Co wierni powinni zrobić w uroczystość Wszystkich Świętych

    Uczestnictwo we Mszy świętej

    Uroczystość Wszystkich Świętych jest świętem nakazanym, dlatego każdy katolik ma obowiązek uczestnictwa w Eucharystii. Zaniechanie uczestnictwa bez ważnej przyczyny (np. choroba, opieka nad dzieckiem, brak możliwości dotarcia) jest uznawane za grzech ciężki.

    Zachowanie świątecznego charakteru dnia

    To dzień radości i wdzięczności – nie smutku. Wierni są zachęcani, by unikać niekoniecznych prac, zakupów czy zajęć, które mogłyby odciągać od modlitwy i refleksji.

    Modlitwa za zmarłych i odwiedzenie cmentarza

    Choć 1 listopada nie ma obowiązku odwiedzenia cmentarza, jest to piękny i głęboko zakorzeniony w polskiej tradycji gest. Modlitwa przy grobach bliskich jest znakiem pamięci o nich.

    Od 1 do 8 listopada można także uzyskać odpust zupełny za zmarłych. “Odpust zyskuje ten, kto nawiedzi cmentarz oraz wypełni zwykłe warunki, tj. przystąpi do Komunii św. w dniu nawiedzenia cmentarza i odmówi na cmentarzu Ojcze nasz i Wierzę w Boga oraz jakąkolwiek modlitwę w intencjach wyznaczonych na dany dzień przez Ojca Świętego” – czytamy na stronie poznańskiej parafii pw. Zwiastowania Pańskiego.

    Czego nie trzeba robić w uroczystość Wszystkich Świętych

    Nie ma obowiązku odwiedzenia cmentarza 1 listopada

    W uroczystość Wszystkich Świętych nie musimy odwiedzać grobów bliskich. Wiele osób wybiera inny dzień np. 2 listopada (Dzień Zaduszny), aby uniknąć tłoku i chaosu. Najważniejsza jest jednak modlitwa za zmarłych.

    Nie należy przeżywać dnia w nastroju żałoby

    Choć odwiedzamy groby, uroczystość Wszystkich Świętych nie jest dniem smutku, ale wdzięczności i radości. Nie należy mylić Uroczystości Wszystkich Świętych z Dniem Zadusznym. 1 listopada to dzień radości i wdzięczności za zbawionych, natomiast 2 listopada – Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (Dzień Zaduszny).

    źródło: Deon.pl / tk

    ***

    Jak uzyskać odpust za zmarłych?

    ***

    W związku z okresem modlitw za zmarłych można uzyskać odpusty dla nich

    Należy nawiedzić pobożnie cmentarz w dniach 1-8 listopada i modlić się za dusze zmarłych, przy zachowaniu stałych warunków odpustu:

    • stanu łaski uświęcającej,
    • przyjętej w danym dniu Komunii św.,
    • wolności od przywiązania do grzechu (nawet lekkiego)
    • modlitwy w intencjach Ojca Świętego (np. “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Mario”)

    W samym dniu 2 listopada – przy zachowaniu tych samych warunków – również można uzyskać odpust za zmarłych związany z nawiedzeniem kościoła lub publicznej kaplicy i odmówieniem w nich modlitwy “Ojcze nasz” i “Wierzę w Boga”.

    Listopadowe prezenty

    Nie wiem czy lubisz rozdawać prezenty bliskim, a może także nieznajomym? Jeśli tak, to czytaj dalej, a dowiesz się jak można rozdawać prezenty, nie płacąc za nie ani złotówki. Cóż to za podarki, o których chcę Ci dziś powiedzieć? Oficjalnie nazywamy je w Kościele odpustami.

    Dla niektórych brzmi to zapewnie dziwnie, dla innych być może lekko trąci ciemnymi wiekami, gdzie takowymi dobrami handlowano za pieniądze. Zostawiając na boku owe negatywne skojarzenia, zatrzymajmy się dziś nad duchowymi prezentami i tym, jak możemy uczestniczyć w ich rozdawaniu.

    Listopadowe prezenty

    Aby jednak bardziej zrozumieć o co chodzi, musimy się nieco zastanowić nad tym, jak „działa” grzech w życiu człowieka. A ma on dwa skutki: grzech śmiertelny powoduje karę wiecznego odłączenia od Boga i powoduje też głęboki nieporządek w życiu. Mówiąc obrazowo, zostawia w duszy rany. Takie same rany pozostawiają grzechy, które nie powodują odłączenia od Boga, a które zwyczajowo nazywamy lekkimi.

    Bóg w swoim miłosierdziu dał nam sakrament spowiedzi, który gładzi karę odłączenia od Boga jaki powoduje grzech śmiertelny. Spowiedź jednak automatycznie nie leczy wszystkich ran grzechowych. Pozostaje przed nami zadanie oczyszczania się z nich. Pozostając w terminologii choroby – potrzebna jest duchowa rekonwalescencja (a ta bywa bolesna i wymaga ofiar), która przywróci harmonię w duszy.

    Jak pomóc duszy wyjść z czyśćca?

    Owa rekonwalescencja może mieć miejsce już na ziemi, a dla odchodzących z tego świata w przyjaźni z Bogiem – lecz nie do końca wyleczonych z duchowych ran – trwa ona nadal w rzeczywistości, którą nazywamy czyśćcem. To stan, w którym człowiek jest zbawiony, ale jeszcze nie przeżywa radości życia na wieki z Bogiem, z powodu „niezaleczonych” powikłań po grzechu w duszy.

    Czy możemy jakoś pomóc osobom, które w takim stanie przebywają? Oczywiście, że tak! A to dlatego, że jako ochrzczeni jesteśmy wszyscy „zespołem naczyń połączonych” i dzięki temu, że łączy nas Jezus, możemy przekazywać sobie nawzajem duchowe dobra.

    Listopadowe prezenty

    Teraz możemy przejść do tego, jak rozdawać owe prezenty. Klucz do nich jest w ręku Kościoła pod przewodnictwem papieża, który jako następca św. Piotra ma tę samą władzę od Jezusa „związywania i rozwiązywania”. Stąd to Kościół określa warunki w jaki sposób owe duchowe dobra są przydzielane. I dziś powiem jedynie o tych szczególnych, listopadowych, które są przeznaczone dla zmarłych (odpust w różnych okolicznościach można uzyskać też dla siebie samego, ale dziś nie będziemy zajmowali się tym tematem).

    Warunki wspólne tym odpustom, o których za chwile napiszę, są następujące:

    • przystąpienie do spowiedzi sakramentalnej w bliskiej łączności z tym listopadowym czasem, oczywiście nie ma potrzeby przystępowania do spowiedzi za każdym razem kiedy chcemy uzyskać odpust, jedna celebracja tego sakramentu obejmuje wiele takich okazji do zyskania odpustu
    • przyjęcie Komunii Świętej
    • modlitwa „w intencjach” Ojca Świętego

    Małe dopowiedzenie co do Komunii Świętej i modlitwy „w intencjach” Ojca Świętego. W przypadku listopadowych odpustów związane jest to z jednym odpustem za jedną duszę, czyli jeśli chcemy obdarowywać jedną duszę każdego dnia, codziennie trzeba przyjąć Komunię Świętą i pomodlić się w intencjach Ojca Świętego. Nie modlimy się tu za papieża, a raczej za sprawy, które on wyznacza na dany czas Kościołowi do modlitwy.

    Jakkolwiek można tu użyć różnych modlitw, wystarczy odmówić Ojcze Nasz i Zdrowaś Maryjo.

    Teraz kilka słów o okolicznościach w jakich po wypełnieniu powyższych warunków można uzyskać odpust zupełny za dusze czyśćcowe. A możliwości są dwie.

    Pierwsza okazja do uzyskania odpustu zupełnego zaczyna się już w Dzień Wszystkich Świętych od południa, aż do końca Dnia Zadusznego. Związana jest z nawiedzeniem kościoła lub publicznej kaplicy i odmówieniu tam “Ojcze Nasz” oraz „Wierzę w Boga”.

    Druga okazja trwa od 3 do 8 listopada i związana jest z nawiedzeniem cmentarza i z modlitwą za zmarłych tamże (dowolnej).

    Nasza pomoc w zależności od naszego usposobienia może sprawić, że dla duszy konkretnej osoby od razu zakończy się czyściec, albo pomoże jej aby do stanu całkowitej wolności od ran po grzechu przybliżyć. Od czego to zależy? Od tego czy podejmując te czynności będziemy mieli w sercu pragnienie oderwania się od jakiegokolwiek grzechu w naszym życiu. Nie chodzi tu tyle o jakieś uczuciowe podejście, a o pragnienie woli, które wyraziłbym w takim mniej więcej postawieniu sprawy „wiem, że jestem grzesznikiem, ale chcę podążać ku Bogu – być świętym i nie chcę dokonywać nawet maleńkiego zła”.

    Zachęcam Cię więc po sięgnięcie po te duchowe prezenty, które Jezus daje nam przez Kościół. Tak najdoskonalej okażesz miłość swoim bliskim, którzy już odeszli z tego świata. Kochajmy więc naszych bliźnich, znanych i nieznanych, niecieszących się jeszcze radością nieba, którzy czekają na naszą pomoc.


    o. Bartłomiej Parys, SVD Stacja7.pl

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    30.X – 31.X

    Jedenasta Godzina Męki Pańskiej

    O północy z czwartku na piątek 30/31 października w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w jedenastej godzinie rozważania Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.

    ***

    Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:

    – o wypełnienie się Woli Bożej w naszym Narodzie

    – o przemianę polskich serc

    – za dusze czyśćcowe

    – o zaprzestanie aborcji

    – o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl

    ***

    Uwaga!

    Międzynarodowe Stowarzyszenie Egzorcystów ostrzega przed Halloween

    (oświadczenie)

    (fot. Pixabay)

    ***

    Każdego roku grupy czarownictwa i satanizmu rozpoczynają 22 września bluźnierczy „post”. Trwa 40 dni i polega na różnych haniebnych rytuałach i działaniach. Jego cel jest jasny: przygotować się do Halloween, pisze Międzynarodowe Stowarzyszenie Egzorcystów.

    Stowarzyszenie zostało założone w latach 90. przez oficjalnego egzorcystę Watykanu, nieżyjącego już ks. Gabriele Amortha.

    Apel ws. Halloween ogłosił na stronie Stowarzyszenia jego wiceprzewodniczący, ks. Francesco Bamonte.

    Zwrócił uwagę na pogańskie i demoniczne korzenie Hallowen, na znaczenie tego wydarzenia dla współczesnych satanistów – oraz na jego fatalną edukacyjną rolę. Hallowen zamiast przyzwyczajać dzieci do dobra, piękna i świętości – przyzwyczaja do zła, brzydoty i bluźnierstw.

    Dlatego katolicy nie tylko nie mogą czegoś takiego świętować – w ogóle nie chcą tego robić.

    PONIŻEJ PREZENTUJEMY CAŁE OŚWIADCZENIE MIĘDZYNARODOWEGO STOWARZYSZENIA EGZORCYSTÓW WS. HALLOWEEN

    Czy wiedzieliście, że od 22 września każdego roku grupy i ruchy czarownictwa Wicca oraz satanizmu rozpoczynają bluźnierczy „wielki post”, który trwa czterdzieści dni? Ten „post” charakteryzuje się haniebnymi rytuałami i działaniami, które kulminują w nocy z 31 października na 1 listopada. Oni nazywają ją nocą Halloween, natomiast dla katolików na całym świecie jest to piękna, pełna światła noc święta Wszystkich Świętych.

    W przeciwieństwie do święta Wszystkich Świętych, Halloween propaguje to, co mroczne: morderczą przemoc, szydzenie ze śmierci albo też jej szaleńcze gloryfikowanie, makabrę, horror, okultyzm, czary, demony. Postacie halloweenowe, za które przebierają się dzieci i dorośli, to potwory, wampiry, duchy, szkielety, wilkołaki, zombie, czarownice, diabły.

    Atrakcyjność tych kostiumów i tematów jest wyraźnym znakiem poważnego wewnętrznego niepokoju panującego w dzisiejszym społeczeństwie. Halloween wychwala brzydotę i to, co odrażające i mroczne. Zaszczepia w umysłach najmłodszych ohydę. Naraża ich na koszmary i nocne lęki.

    To gromadne, konsumpcyjne, a jednocześnie irracjonalne święto. Z jednej strony wskazuje na głębokie przemiany kulturowe spowodowane sekularyzacją, którą cechuje odrodzenie mentalności magicznej. Swoje apogeum ma to w odrodzeniu neopogaństwa. Z drugiej strony Halloween to także machina komercyjna: to ona napędza i narzuca to święto w różnych kontekstach geograficznych i kulturowych, w tym w Afryce, bez żadnego poszanowania dla lokalnych tradycji i wrażliwości religijnej.

    Od kilku lat we Włoszech i w innych krajach, kręgi okultystyczne i satanistyczne, ukrywające się pod szyldem stowarzyszeń kulturalnych, organizują z tej okazji już w tygodniach poprzedzających 31 października spektakle, które są częścią precyzyjnej i przemyślanej strategii. Organizuje się nawet szkoły magii i czarów o charakterze zabawowym, pozornie niewinnym… to oszustwo wobec rodzin i pułapka dla dzieci i młodzieży.

    Przypomnijmy, że Halloween, uważane przez wiele rodzin za okazję do zabawy i rozrywki dla dzieci, jest świętem związanym z okultyzmem, magią, czarami i demonicznością. Swoje korzenie ma w pogańskim święcie – Samhain, pochodzącym od Celtów, ludu żyjącego w starożytności na wielu obszarach kontynentu europejskiego, od Wysp Brytyjskich po północne Włochy.

    Dlatego Halloween wcale nie jest świętem świeckim ani nieszkodliwą, globalną zabawą. W rzeczywistości mamy do czynienia z prawdziwym odtworzeniem i ożywieniem pogańskiego święta religijnego, podczas którego wykonywano rytuały magiczne z ofiarami ze zwierząt, a czasem nawet z ludzi.

    Nowoczesne czarownictwo naszych czasów, zorganizowane w ruch pod nazwą Wicca, podczas swoich najważniejszych świąt w roku, podobnie jak Celtowie, obchodzi właśnie święto Samhain. Według kalendarza Wicca, ta uroczystość rozpoczyna nowy rok czarownictwa –w noc z 31 października na 1 listopada.
    Również dla wyznawców szatana, satanistów, najważniejsze święto ich plugawych ceremoniałów – początek roku satanistycznego – przypada w tę samą noc.

    Fakt, że to święto, które w ostatnich pięćdziesięciu latach coraz bardziej gloryfikowało śmierć, przemoc, horror i demoniczność, a także przyjmowało okultystyczne przedstawienia czarów i satanizmu, trafia nawet do programów szkolnych, jest dowodem na niezwykłą powagę sytuacji. Świętowanie Halloween w społeczeństwie z niebezpieczną lekkomyślnością, zamiast promować wartości takie jak niestosowanie przemocy, pokój, piękno i harmonia, jest oznaką poważnego zaćmienia sumień.

    Kto świętuje Halloween, nawet jeśli nie zamierza przyłączać się do czarownictwa ani czcić diabła, w praktyce wchodzi w komunę z tą mroczną rzeczywistością.

    Popychanie przez Halloween nowych pokoleń ku brzydocie i ciemności oznacza wskazywanie im drogi przeciwnej do tego, co dobre i prawdziwe, a więc przeciwnej do Boga, który jest źródłem prawdy, dobra i piękna.

    Sataniści są bardzo zadowolenie z tego, że chrześcijanie obchodzą Halloween, ponieważ są przekonani, że ci, którzy je świętują, w sposób pośredni czczą diabła i tym samym otwierają się na jego szkodliwy wpływ. Założyciel Kościoła Szatana w Stanach Zjednoczonych, Anton LaVey, z zadowoleniem stwierdził: „Cieszę się, że chrześcijańscy rodzice pozwalają swoim dzieciom czcić diabła przynajmniej jedną noc w roku. Witamy w Halloween!”.

    Ta złowroga atmosfera, ten mroczny nimb otaczający Halloween sprawia, że okres przygotowawczy do tego święta staje się szczególnym momentem kontaktu dzieci i młodzieży z sektami i grupami okultystycznymi. Niektóre strony internetowe dla dzieci, opisujące postacie i scenariusze pełne grozy, zawierają nawet linki prowadzące bezpośrednio do witryn satanistycznych i stron poświęconych czarnej magii.

    Wobec tego niepodważalnie ponurego obrazu, jak można jeszcze twierdzić, że Halloween jest świętem niewinnym i nieszkodliwym? Pod pozorem zabawy i rozrywki wprowadza ono i przyzwyczaja dzieci oraz młodzież do „ciemności” zarówno fizycznej, jak i moralnej, czyniąc „kulturę śmierci” czymś zwyczajnym. Skutkiem tego zjawiska jest gaszenie nadziei w nowych pokoleniach oraz gloryfikacja rozpaczy i przemocy.

    Jak temu przeciwdziałać i przekształcić to smutne i bolesne zjawisko? Przede wszystkim nie można pominąć fundamentalnego kroku: należy wspierać nową ewangelizację. Fenomen Halloween urósł w momencie, gdy chrześcijaństwo zaczęło tracić wpływ na społeczeństwo.

    Nowa ewangelizacja będzie tym skuteczniejsza i tym lepiej uwolni serca od brzydoty i ciemności, które wyłaniają się z Halloween, jak również z innych negatywnych zjawisk współczesnego społeczeństwa, im bardziej serca biskupów i księży, osób konsekrowanych, rodziców i wychowawców oraz wszystkich chrześcijan i chrześcijanek będą kochać Jezusa i Najświętszą Maryję Pannę, Jego i naszą Matkę, przekazując nowym pokoleniom fascynację światem Bożym, w którym kontempluje się cudowną piękność, do której jesteśmy powołani i w której nasze życie realizuje się w pełni. Nadprzyrodzony świat Boży jest bowiem nośnikiem prawdy i dobra, które Bóg – nieskończenie prawdziwy, nieskończenie dobry i nieskończenie piękny – pragnie otworzyć przed swoim stworzeniem.

    Dzieci, nastolatki i młodzi ludzie potrzebują piękna, a nie brzydoty; potrzebują dobra, a nie zła; potrzebują prawdy, a nie kłamstwa; potrzebują tego, co dobre, a nie tego, co złe. Nadprzyrodzone piękno, które jaśnieje w Chrystusie, w Najświętszej Maryi Pannie, w Aniołach i Świętych, pomaga im odróżniać to, co prawdziwe, od fałszu, a to, co dobre, od złego.

    Pociesza i napełnia serce radością fakt, że w wieczór i noc z 31 października na 1 listopada, jako alternatywę dla Halloween, coraz więcej księży organizuje różne inicjatywy: procesje świętych, przedstawienia życia świętych w salach parafialnych, godziny adoracji Najświętszego Sakramentu jako wynagrodzenia Bogu oraz inne aktywności, które mają uświadomić znaczenie święta Wszystkich Świętych. Tak jak światło jest piękną alternatywą dla ciemności, tak te inicjatywy przywracają młodemu pokoleniu wspaniałe oblicza świętych zamiast odrażających masek Halloween.

    Wśród tych inicjatyw warto wymienić organizowaną od kilku lat w różnych diecezjach „Noc Świętych”. Godne pochwały są także czuwania modlitewne z adoracją Najświętszego Sakramentu. W zeszłym roku w całych Włoszech różne grupy młodzieży na przemian spędzały całą noc na adoracji przed Najświętszym Sakramentem. Adoracja zakończyła się rankiem losowaniem świętych – patronów na cały rok. Każdy zobowiązywał się, że przeczyta życiorys „swojego” świętego i będzie prosić go o wstawiennictwo u Boga.

    Inne chwalebne inicjatywy ze strony księży to pomaganie dzieciom i dorosłym w rozróżnieniu, co jest nieszkodliwe, a co nie, również poprzez opowiadanie o naszych Świętych i o komunii, która łączy nas z nimi i z naszymi zmarłymi bliskimi.

    Jest piękna historia o inicjatywie, którą zorganizowała pewna mama. Zebrała grupę 6–7 dzieci, w tym swojego 9-letniego syna, wysyłając je wieczorem 31 października, ubrane normalnie, do domów i sklepów, aby rozdawały obrazki świętych. W domach i sklepach dzieci były przyjmowanie z oczekiwaniem na to, że wypowiedzą formułę: „cukierek albo psikus”. Ludzie byli gotowi wręczyć słodycze. Ku ich wielkiemu zdziwieniu, dzieci wręczały jedynie obrazki świętego, nie mówiąc nic więcej. Wszyscy je przyjmowali, niektórzy z radością. Potem i tak dostawali od nich słodycze. Historia ta została opowiedziana przez seminarzystę, który był właśnie tym 9-letnim chłopcem wysłanym przez mamę razem z innymi dziećmi do sklepów i domów 31 października. Seminarzysta kończy swoją relację słowami: „Miło wspominam ten wieczór w towarzystwie przyjaciół i koszyka pełnego obrazków. Myśląc o tym teraz, gdy jestem starszy, zdaję sobie sprawę, że Hallowen przykrywa inne rzeczy, sprawia, że zapomina się o prawdziwym święcie – święcie Wszystkich Świętych.

    W tym roku Międzynarodowe Stowarzyszenie Egzorcystów zrealizowało ważną inicjatywę w postaci filmu wideo, który do tej pory został opublikowany w językach włoskim, angielskim, hiszpańskim, portugalskim, niemieckim i koreańskim. Film trwa cztery i pół minuty i przedstawia skuteczny, przemyślany dekalog, który obnaża okultystyczną rzeczywistość kryjącą się za tym masowym zjawiskiem. Film jest narzędziem edukacyjnym i duszpasterskim, które nasze Stowarzyszenie udostępnia za pośrednictwem własnej strony internetowej. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „Associazione Internazionale Esorcisti Halloween”, a znajdziecie ten film, który można pobrać i udostępniać.

    Mam nadzieję, że to, co zostało wyżej napisane, jest pomocne w lepszym poznaniu korzeni zjawiska Halloween, wraz z całym jego negatywnym sensem; a także że jest pomocne w lepszym zrozumieniu, jak ważne dla katolików jest świętowanie Wszystkich Świętych. Święci byli świadkami Boga, światła i radości życia. Przez swoje wstawiennictwo mogą wyprosić dla nas wiele łask. Pamiętamy zarówno o świętych, jak i o wspominaniu naszych bliskich zmarłych, którzy czekają na nasze modlitwy i z którymi pewnego dnia mamy nadzieję zjednoczyć się na wieczność.

    źródło: https://www.aieinternational.it

    Pach/PCh24.pl

    ***

    Za maską niewinnej zabawy. Dlaczego katolik powinien uważać na Halloween

    Za maską niewinnej zabawy. Dlaczego katolik powinien uważać na Halloween

    Halloween nie jest dramatem samym w sobie. Dramat zaczyna się wtedy, gdy przestajemy odróżniać zabawę od rzeczywistości duchowej.

    fot. depositphotos.com

    ***

    Ulice rozświetlone pomarańczowymi lampionami, dzieci w kostiumach duchów i czarownic, a w sklepach półki pełne sztucznych pajęczyn i plastikowych czaszek. Dla wielu to po prostu zabawa, którą “przyniósł Zachód”. Ale dla katolika Halloween nie jest neutralne. To nie tylko estetyka mroku i śmierci, to także sposób myślenia o świecie duchowym, który stoi w sprzeczności z wiarą chrześcijańską.

    Współczesne Halloween to zjawisko, które w krótkim czasie przeniknęło do polskiej kultury, szczególnie wśród młodzieży. Kolorowe dekoracje, dynie, kostiumy duchów i demonów, a także wszechobecna atmosfera “oswajania śmierci” czynią z niego atrakcyjną formę rozrywki. W przeciwieństwie do uroczystości Wszystkich Świętych, której ton jest poważny, skupiony na refleksji i modlitwie, Halloween wydaje się świętem radości, żartu i dystansu wobec przemijania. Jednak ta powierzchowna lekkość skrywa głębszy problem kulturowy i duchowy. Z perspektywy chrześcijańskiej, to, co ma być “zabawą z duchami”, staje się symbolicznym odwróceniem sensu święta, które następuje dzień później – uroczystości Wszystkich Świętych, będącej afirmacją życia, świętości i nadziei.

    Od pogańskiego rytuału do popkultury

    Korzenie Halloween sięgają celtyckiego święta Samhain, obchodzonego na przełomie października i listopada. Był to czas, w którym według dawnych wierzeń granica między światem żywych i umarłych stawała się szczególnie cienka. Celtowie składali ofiary, by przebłagać duchy i zapewnić sobie pomyślność w nadchodzącym roku. Zwyczaj przebierania się miał wymiar apotropeiczny – maski i kostiumy miały odstraszać złe moce. W tym sensie Samhain był nie tylko świętem agrarnym, lecz także rytuałem kontaktu z rzeczywistością nadprzyrodzoną, w której dominował lęk i magia.

    Kiedy chrześcijaństwo dotarło na Wyspy Brytyjskie, Kościół włączył ten czas w swój kalendarz liturgiczny, ustanawiając 1 listopada uroczystość Wszystkich Świętych, a 2 listopada – Dzień Zaduszny. Zabieg ten miał na celu przemianę kultu duchów w kult świętych oraz skierowanie ludzkiej refleksji ku Bogu, a nie ku nieokreślonym siłom natury. Z biegiem stuleci pierwotne znaczenie uległo zatarciu, a współczesne Halloween, szczególnie w kulturze amerykańskiej, przyjęło formę świeckiego, komercyjnego karnawału.

    Halloween staje się więc przejawem banalizacji zła, czyli procesu, w którym motywy mroczne i destrukcyjne przestają budzić lęk czy sprzeciw, a zaczynają być częścią powszechnej zabawy. Jak zauważa wielu duchownych i teologów, taki proces może mieć realne konsekwencje duchowe: zacieranie wrażliwości sumienia, relatywizację dobra i zła oraz odwracanie uwagi od istoty życia duchowego. W efekcie człowiek stopniowo przestaje traktować poważnie to, co duchowe, a śmierć i zło stają się “estetyką” pozbawioną znaczenia moralnego.

    Nie wszystko, co zabawne, jest niewinne

    Egzorcyści i duszpasterze od lat zwracają uwagę, że Halloween nie jest jedynie kwestią kulturową, lecz dotyka sfery duchowej człowieka. Jeśli więc kultura promuje święto, które w swej istocie celebruje grozę, śmierć i kontakt z duchami, nie można pozostać wobec tego obojętnym. Halloween, poprzez swoją symbolikę, odwraca uwagę od prawdziwego sensu chrześcijańskiego przeżywania śmierci – modlitwy za zmarłych i nadziei na zmartwychwstanie.

    Kultura śmierci i duchowa obojętność

    Halloween można również interpretować jako wyraz szerszego procesu kulturowego, który papież Jan Paweł II określał mianem “cywilizacji śmierci”. W tej perspektywie zjawisko to nie jest odosobnione, lecz stanowi element tendencji do odrzucania transcendencji i skupienia na emocjonalnym, zmysłowym doświadczeniu.

    Śmierć, zamiast prowadzić do refleksji nad sensem życia, staje się widowiskiem. Dzieci uczą się, że zło jest zabawne, a diabeł – postać z kreskówki. To nie jest tylko kwestia estetyki; to zmiana wrażliwości duchowej całych pokoleń. W świecie, który coraz częściej odrzuca wiarę, duchowość zostaje zastąpiona przez rytuały pozbawione treści. Śmiech z piekła i demonów nie jest już postrzegany jako niebezpieczny, lecz jako “nowoczesny dystans”.

    Pozytywna alternatywa: Holy Wins

    Nie oznacza to jednak, że chrześcijańska odpowiedź na Halloween musi polegać wyłącznie na krytyce. W wielu krajach, także w Polsce, coraz popularniejsze stają się inicjatywy Holy Wins (“Święty zwycięża”), które stanowią pozytywną alternatywę. Zamiast demonów i duchów pojawiają się postacie świętych i aniołów, a dzieci uczą się, że prawdziwa radość nie płynie z flirtu z mrokiem, lecz z odkrycia piękna dobra.

    W ten sposób Kościół nie tylko reaguje na zjawisko kulturowe, ale pokazuje, że duchowość może być atrakcyjna, jeśli towarzyszy jej głęboki sens. Holy Wins to nie tylko zabawa, ale katecheza w działaniu – afirmacja życia, światła i świętości w świecie, który zbyt często fascynuje się ciemnością.

    Oswajanie śmierci czy utrata transcendencji?

    Halloween odsłania coś więcej niż tylko problem pojedynczego święta. Ukazuje, jak współczesny człowiek próbuje poradzić sobie z lękiem przed śmiercią w świecie, który odrzuca Boga. W kulturze, która nie wierzy już w życie wieczne, śmierć można jedynie wyśmiać – przebrać, zamienić w karykaturę, uczynić niegroźną. Ale w ten sposób człowiek nie przezwycięża lęku, tylko go ukrywa.

    Chrześcijaństwo proponuje coś odwrotnego: nie wyśmiewać śmierci, ale nadać jej sens przez wiarę w zmartwychwstanie. Dlatego dla katolika Halloween nie jest tylko kwestią gustu, lecz pytaniem o kierunek duchowy: czy próbujemy oswoić śmierć przez ironię, czy przez nadzieję?

    Świadomość zamiast potępienia

    Trudno dziś całkowicie uciec od komercyjnego charakteru tego święta. Szkoły, media i centra handlowe promują Halloween jako element globalnej popkultury. Tym bardziej potrzebna jest edukacja duchowa i kulturowa, która uczy rozróżniania. Celem nie jest potępienie, lecz świadomość.

    Chrześcijaństwo nie zakazuje śmiechu, ale przypomina, że istnieją sfery, których nie należy banalizować. Zło nie przestaje być złem tylko dlatego, że ubierze się je w kostium żartu. Halloween staje się więc swoistym sprawdzianem duchowej dojrzałości współczesnego człowieka: czy potrafimy odróżnić symbolikę życia od estetyki śmierci, światło od ciemności, sacrum od profanum?

    Maski, które ukrywają sens

    Halloween jest lustrem naszych czasów – epoki, która odrzuca transcendencję, a jednocześnie tęskni za kontaktem z tajemnicą. To, jak na nie odpowiemy, mówi więcej o nas samych niż o samym święcie. Katolik nie musi reagować z potępieniem, ale nie może też milczeć. Bo za maskami duchów i dyni kryje się pytanie o duchowość współczesnego człowieka: czy szukamy światła, czy tylko zabawy w ciemności.

    ***

    Symbolika światła zamiast figury śmierci. Bale Wszystkich Świętych to alternatywa dla Halloween

    Symbolika światła zamiast figury śmierci. Bale Wszystkich Świętych to alternatywa dla Halloween
    Bal wszystkich świętych to alternatywa dla Halloween (fot. https://depositphotos.com/pl)

    ***

    Początkowo niezbyt znany Bal Wszystkich Świętych jest dziś bardzo znaną zabawą i alternatywą dla Halloween. Za postacie świętych, aniołów czy postaci biblijnych przebierają się dzieci i dorośli. W Polsce coraz popularniejsze stają się również Bale Wszystkich Świętych dla singli. Zabawy organizowane są w kościołach, szkołach, przedszkolach i innych lokalach wieczorem 31 października, a więc w tym samym czasie, kiedy organizowane jest Halloween. Chrześcijańskie bale jednak nie promują symboliki śmierci i okultyzmu, ale nadzieję i radość z tego, że każdy może być świętym, a także to, że wybranie Boga daje życie doczesne i wieczne.

    Symbolika światła zamiast figury śmierci 

    Bal Wszystkich Świętych to przebierana, radosna zabawa, w której nie zobaczymy zakrwawionych farbą twarzy, potworów, czarownic czy żywych trupów, ale postaci, które są dobre, spokojne i radosne. Na Balach Wszystkich Świętych zdecydowanie panuje symbolika światła, ciepła, radości.

    Takie spotkania mają również na celu podtrzymywanie chrześcijańskiej tożsamości.

    Cała sprawa polega na przebraniu się za świętych i po prostu… dobrej zabawie. Wydarzenia organizowane są w szkołach, parafiach, domach kultury czy innych miejscach. Bale są organizowane również we wspólnotach kościelnych.

    Uczestnicy – mali czy trochę starsi przebierają się świętych, postacie biblijne. Często pojawiają się aniołowie. Można spotkać św. Józefa, św. Piotra, który nosi ze sobą symboliczny klucz, mędrców ze wschodu, Maryję czy pastuszków z Betlejem. Największym wyzwaniem, o którym dotąd dowiedziała się redakcja Deonu, było przebranie się za Ducha Świętego.

    „Każdy może być świętym”

    Podczas takich zabaw, które organizowane są w szkołach, na parafiach czy domach kultury, są oczywiście tańce, konkursy tematyczne, smaczne słodkości, pokaz strojów uczestników i wybór najbardziej nietypowego świętego i inne zabawy integracyjne. Na koniec robione są pamiątkowe zdjęcia. Najczęściej zabawy odbywają się w godzinach wieczornych. Na szkolnych zabawach i tych przy parafiach przychodzą również rodzice dzieci przebrani za świętych. Zabawie towarzyszy powiedzenie, że „każdy może być świętym”.

    W duszpasterstwach akademickich organizowane są Bale Wszystkich Świętych dla studentów, a już dla zupełnie dorosłych zabawy organizowane są przez prywatne osoby, często związane ze środowiskiem kościelnym.

    Informacje o organizowanych zabawach można znaleźć w swoich parafiach, domach kultury, szkołach i w Internecie.

    „Holy Wins”

    I tak Ruch światło życie diecezji gdańskiej w minionych latach organizował Bal Wszystkich Świętych zwany też „Holy Wins”. Nazwa jest grą słów, która ma kontrastować Halloween. Bal chrześcijański był zaproszeniem dla dzieci, młodzieży i ich rodzin. Bal „Holy Wins” „ma na celu promowanie wartości chrześcijańskich i pokazywanie, że świętość jest radosnym dążeniem do Boga”. 

    Dominika Miros/Deon.pl

    ***

    Cyber-okultyzm. Egzorcyści ostrzegają przed nowym zagrożeniem duchowym

    (PCh24.pl)

    ***

    Okultyzm coraz szerzej wchodzi w świat cyfrowy. Dzisiejsi ezoteryczni magowie to programiści tworzący skrypty i kody. Choć te formy magii, zakazanej przez Boga w pierwszym przykazaniu, są nowe, to cele pozostają te same – wpływać na rzeczywistość i przejąć od Stwórcy władzę nad stworzeniem.

    Widząc nowe duchowe zagrożenie kilkuset egzorcystów z całego świata, którzy wzięli udział w XV Światowym Kongresie Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów we Włoszech, w wydanym po jego zakończeniu komunikacie, ostrzegają przed „zagrożeniami okultyzmu, spirytyzmu, New Age, parapsychologii oraz powiązaniem neo-okultyzmu z rozwojem sztucznej inteligencji i tworzeniem dzięki niej form praktyk magicznych”.

    Czy to ostrzeżenie ma odniesienie w rzeczywistości internetu? Jak najbardziej. „To już  jest pewne: cyber-okultyzm to nie science fiction, to rzeczywistość, która dzieje się na naszych oczach… Magia i technologia – dwa światy, które wydają się przeciwstawne. Jedno jest starożytne, tajemnicze i intuicyjne. Drugie – nowoczesne, logiczne i oparte na algorytmach. A jednak w XXI wieku te dwa nurty zaczynają się spajać w nową formę ezoteryki. Cyber-okultyzm to fascynująca ewolucja ezoteryki”– czytamy na jednym z portali, który propaguje ezoterykę.

    Współczesna ezoteryka coraz częściej splata się z cybernetyką, tworząc niepokojące zjawisko zwane cyber-okultyzmem. Używane są tu jeszcze inne nazwy jasno wskazujące na łączenie ezoteryki z AI w świecie cyfrowym –  „technomagia, mistycyzm algorytmiczny, cyfrowa alchemia”. „Technomagowie twierdzą, że programowanie to nowoczesna sztuka hermetyczna, a kodowanie to współczesne rytuały” – napisano na jednym z portali okultystycznych.

    W epoce internetu coraz więcej osób poszukuje duchowych doświadczeń online. Tym bardziej, iż wielu odchodzi z Kościoła, wielu zaprzestało praktykowania wiary i korzystania z sakramentów. Człowiek, jako istota mająca potrzeby duchowe, jeżeli nie zaspokaja ich u czystego źródła chrześcijańskiej wiary, staje się łatwym celem różnego rodzaju syndykatów zła – szerzących okultyzm, spirytualizm czy ezoterykę. Coraz częściej egzorcyści informują o uzależnieniach demonicznych a nawet przypadkach opętań, które zaczęły się od korzystania z tych praktyk magicznych, serwowanych za pośrednictwem internetu.

    Dziś najwięcej „dusz” można złowić siecią internetową, bo z niej korzysta większość z nas. Dobrze, że wie o tym coraz więcej katolików, którzy tworzą w celu dobrych połowów m.in. portale, podkasty, webinary, promujące wartości ewangeliczne. Jednak na tym internetowym, globalnym łowisku są też typy spod ciemnej gwiazdy, które doskonale wiedzą co robią. „Czy magia i technologia mogą współistnieć, a może nawet wzajemnie się wzmacniać? W końcu, jeśli myśli mają moc sprawczą, a internet łączy miliardy umysłów w jedną sieć – czy nie stworzyliśmy właśnie nowego wymiaru duchowego” – pisze jeden z guru półświatka ezoterycznego.

    Już od dłuższego czasu istnieją cyfrowe ciemne świątynie, rytuały w rzeczywistości wirtualnej i AI odgrywające rolę współczesnych wyroczni. Narzędzia takie jak tarot AI, astrologia algorytmiczna czy cyfrowe sigile są coraz bardziej popularne i wciągają jak bagno. Instruktorzy wróżenia tarotem na portalach społecznościowych mają filmy, które posiadają po kilkaset tysięcy, a nawet pół miliona stałych obserwatorów.  

    Cyber okultyzm i zaprzęganie sztucznej inteligencji do praktyk magicznych jest na usługach antyludzkiego, można śmiało go nawet nazwać – satanistycznego, trans humanizmu, który bardzo trafnie opisał ks. kardynał Gerhard Müller. „W trans humanizmie człowiek musi ostatecznie ustąpić gdyż został uznany za przestarzały etap poprzedzający nadchodzący cyberświat, w którym przywództwo przejęły by hybrydy biotechnologiczne. Wtedy naturalna ludzka inteligencja będzie mogła, jak pisał C.S Lewis „tarzać się przed sztuczną inteligencją jak pies swojego pana” – ostrzega kardynał Müller.  

    Najbardziej narażonymi na szkodliwe działanie praktyk okultystycznych są dzieci i młodzież. Nieświadome zagrożenia wysyłają SMS-y z klątwami na swoich kolegów czy koleżanki. W internecie praktykują wróżby czy wywoływanie duchów. Grają w gry komputerowe, przesiąknięte okultyzmem i ezoteryką, które są pierwszym etapem wprowadzenia do ciemnego demonicznego świata. Trzeba więc ogromnej czujności ze strony rodziców, by chronić dzieci przed tymi praktykami, które swe źródło mają w okultyzmie i są mocnym sprzeniewierzeniem się temu, co niesie ze sobą chrzest.

    Nie powinniśmy jednak ulegać rozpaczy czy lękom, bo jak napisał św. Paweł „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości oraz trzeźwego myślenia”. Włoski egzorcysta ks. R. Salvucci w swojej książce pt. Jasne słowa na temat ciemnej rzeczywistości, wskazuje na bardzo istotną zależność: Im bliżej jesteśmy Boga i więcej modlitwy kierujemy do Niego w intencji naszych małżonków, dzieci, naszych rodzin i innych osób tym bardziej skuteczną roztaczamy nad nimi „duchową żelazną tarczę”, przez którą pociski wroga nie dadzą rady przebić się.  Tak bardzo ważne jest więc, by zadbać o częstą spowiedź, udział w Eucharystii, modlitwę indywidualną, szczególnie Różaniec i rozważanie Słowa Bożego, które jest jak pisze św. Paweł „żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz”! Będąc bowiem w stanie łaski uświęcającej, jesteśmy chronieni my i nasze rodziny mocą samego Chrystusa.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Czy Bóg jest delikatny? „Jego cierpliwość coraz bardziej nas zadziwia”

    – Łagodność jest mocą Boga – powtarza za św. Janem od Krzyża o. Jakub Przybylski OCD.

    o. Jakub Przybylski jest karmelitą bosym, absolwentem Międzynarodowego Kolegium Świętego Jana od Krzyża w Rzymie. Magister postulatu karmelitów bosych w Lublinie.

    WWW.KARMEL.PL

    ***


    Jarosław Dudała: Czy Bóg jest delikatny?

    O. Jakub Przybylski OCD: 
    Jan od Krzyża napisał, że Bóg jest bytem najdelikatniejszym. Wiele osób potwierdza to doświadczenie, choć równie wiele je podważa. To temat, który wymaga głębszego spojrzenia, aby nie ograniczyć Go do wąskich kategorii czy subiektywnych doświadczeń.

    Na pewno Pan Bóg nie jest pluszowym misiem.

    Nie, nie jest. I na pewno nie ma w Nim agresji ani przemocy. Jezus mówi o sobie, że jest łagodny i pokorny sercem. Chce nam przekazać, że spotkanie z Nim to spotkanie z Bogiem, który kocha nas łagodnie, nie naciskając, nie krzywdząc i nie stosując wobec nas przemocy.

    Pan Jezus łagodnie obszedł się po zmartwychwstaniu ze św. Piotrem – nie wyrzucał mu zaparcia się. Ale wcześniej powiedział mu ostro: „Zejdź mi z oczu, szatanie”.

    Możemy podać więcej podobnych przykładów, m.in. faryzeuszów nazwał plemieniem żmijowym i grobami pobielanymi. Wydaje się więc, że jest tu jakaś sprzeczność: jak delikatny Pan może być jednocześnie tak szorstki? Myślę jednak, że nie ma tu sprzeczności. Kluczem do zrozumienia tego paradoksu jest dla mnie przypowieść o krzewie winnym. Ojciec przycina krzew, zadając mu ból, aby oczyścić go i wzmocnić. Ręka Boga jest łagodna, jednak kondycja dzikich pędów i suchych gałązek sprawia, że roślina skłonna jest przypisać ogrodnikowi agresję i premedytację. Podobnie rzecz ma się ze zmarzniętą dłonią umieszczoną pod strumieniem ciepłej wody. Ból odczuwany niczym wbijanie w skórę szpilek ma przyczyny w kondycji przemrożonego ciała, a nie we właściwościach wody. Ona pozostaje czysta, łagodna i ciepła.

    Łatwiej to przyjąć, gdy chodzi o ludzi winnych wielkiego zła. Ale co z tymi, którzy są jak Hiob? On upierał się, że nie zasłużył sobie na nieszczęścia, które go spotkały, i Bóg przyznał mu rację.

    A czy Jezus zasłużył sobie na to, co go spotkało? Pytania o sens cierpienia i „skąd zło?” stawiane są od zarania dziejów. Ludzka wolność, prawa natury, status przemijania – to tylko namiastki odpowiedzi, które jednak nie zaspokajają naszego pragnienia poznania odpowiedzi. Ostatecznie stoimy przed tajemnicą, której nie potrafimy wyjaśnić i nie musimy jej zdefiniować. W śmierci jednego człowieka jest tyle samo śmierci, co w śmierci milionów ludzi; cierpienie jednego jest cierpieniem wszystkich, bo stanowimy jeden żyjący organizm – Ciało Chrystusa. Gdyby wszyscy ludzie byli bardziej współczujący wobec cierpienia innych, widząc ową tajemniczą jedność, jaka jest między nami, wojny by ustały. Skoro jednak istnieją konflikty w ludzkich sercach, będą istnieć i te międzynarodowe, a niewinni będą płacić cenę jedności rodzaju ludzkiego.

    Historia Hioba ma zaskakujący finał – on przyznaje, że nie rozumie, dlaczego go to wszystko spotkało, ale reaguje przylgnięciem do Boga.

    Jasno z tego widać, że Pan przekracza nasze możliwości poznawcze. Nie ci jednoczą się z Nim najściślej, którzy wiele potrafią o Nim powiedzieć i zrozumieć, ale ci, którzy Mu ufają. Hiob zaufał Bogu, choć nie pojmował Jego działania. Według Jana od Krzyża taka reakcja jest charakterystyczna dla umysłu delikatnego, który nie chce wszystkiego dookreślić – zamknąć Boga, życia i siebie w kategoriach oraz pojęciach, aby w ten sposób posiąść nad nimi kontrolę. Bo gdy coś rozumiemy, mamy poczucie władzy nad przedmiotem naszego poznania. Umysł Hioba jest delikatny, bardziej przestrzenny. Patrząc na doświadczenia życia, pojmuje je jako tajemnicę, której nie potrafi zgłębić i nie chce zawęzić do swojej interpretacji.

    Pycha powoduje w nas rodzaj naprężenia, które sprawia, że stajemy się bardziej wrażliwi na ból. Gdybyśmy się duchowowo luzowali, czyli spokornieli, to nie odczuwalibyśmy tak bardzo bólu, nawet w konfrontacji ze złem.

    I w konfrontacji ze złem, i w konfrontacji z dobrem… Grzech jest przemocą. Budzi w nas napięcie. Pycha jest podstawowym przejawem grzechu. Jak pisała Teresa od Jezusa, pycha jest życiem w kłamstwie – okłamujemy samych siebie, nie uznając prawdy o naszej kondycji, a jest to kondycja prochu, który jednak został ożywiony miłością Stwórcy, jest przez Niego kochany i obdarowany. Jednak bez Boga pozostajemy niczym. Nieuznawanie tej prawdy sprawia, iż lodowaciejemy tak bardzo, że ciepła woda Bożej miłości wywołuje w nas ból.

    Czyli Pan Bóg nie zachowuje się wobec nas jak kat, a raczej jak pedagog, który nie karze nas w geście odwetu, ale karci, żebyśmy nie stali się potworami dla innych i dla siebie?

    Jan od Krzyża mówi, że Bóg prowadzi nas stopniowo, łagodnie i współmiernie, czyli dostosowuje się do ludzkiej kondycji. Centralną cechą Bożej pedagogii jest łagodność. „Bóg wszystkim zarządza z łagodnością” – czytamy w Księdze Mądrości. On „nie postępuje z nami według naszych grzechów ani według win naszych nam nie odpłaca” (Ps 103). Więcej nawet – wbrew protestom Jonasza Bóg okazuje miłosierdzie mieszkańcom Niniwy, którzy grzeszyli wiele lat, a pokutowali jedynie trzy dni. To samo mówi przypowieść o dłużnikach: ten, który był winien dziesięć tysięcy talentów, nie prosił nawet o odpuszczenie długu, a jedynie o odroczenie spłaty. Pan tymczasem darował mu całą należność. Tak samo było z łotrem na krzyżu. Wystarczyło jedno jego słowo wypowiedziane z pokorą i ufnością, by usłyszał: „dziś będziesz ze mną w raju”.

    Nie, Bóg nie postępuje z nami według naszych grzechów. Nie ma w nim mentalności świata, według której za winę trzeba ponieść sprawiedliwą – według ludzkiej miary – karę.

    My raczej oburzamy się: „Boże, Ty widzisz i nie grzmisz…”.

    Bóg nie grzmi, choć nawet człowiek sprawiedliwy – jak mówi Pismo – upada siedem razy w ciągu jednego dnia. Jego cierpliwość coraz bardziej nas zadziwia, zachwyca i… zaczyna wywoływać w nas ból skruchy. Teresa od Jezusa pisała w „Księdze życia”: „Najdelikatniejszego i najsroższego zarazem użyłeś sposobu na ukaranie mnie (…). Za grzechy moje karałeś mnie swymi niewypowiedzianymi pociechami”. To kolejny przykład skandalicznego dla nas działania Pana: On za grzech karze… pociechą! Daje jeszcze większą miłość, bo wie, że potrzebujemy jej, aby powstać, aby nie zwątpić, aby nie skoncentrować się na grzechu, na upadku, na ciemności swojej czy innych ludzi. To właśnie jest tak zachwycające w Bogu: On nie stosuje tresury, używa bicza, żeby przemocą przyciągać swoje dzieci ku sobie, ale – jak mówi Pismo – pociąga nas więzami miłości. Jest to miłość, która współczuje i zawsze znajduje motyw do obrony swego dziecka. On na krzyżu nie usprawiedliwił zła, bo nie można go usprawiedliwić. Jednak znalazł motyw, by okazać człowiekowi miłosierdzie. Była nim ludzka ślepota: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią”. Mógł zesłać gromy i zniszczyć wszystko, co wokół Niego było nieczyste, a jednak wybrał pokorę i łagodność jako narzędzia swej walki. Przecież On, będąc Lwem Judy, jest również łagodnym Barankiem i łączy w sobie pozorne przeciwieństwa: moc i delikatność. Jak wyjaśnia Jan od Krzyża, to właśnie łagodność jest mocą Boga.

    Gość Niedzielny

    ***

    Po co Bogu cierpienie

    Odwieczne pytanie o sens bólu i utrapienia odwiecznie pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi. W Chrystusie jest jednak coś więcej niż teoretyczna odpowiedź.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W atmosferze nadchodzących Świąt Paschalnych odżywają pytania o to, co Kościół nazywa tajemnicami naszego zbawienia. Jak pojąć choćby tę niesłychaną rzecz, że dla naszego odkupienia polała się krew Syna Bożego? Czemu nie wystarczyły zwykłe ludzkie błagalne modlitwy? I dlaczego, skoro Jezus Chrystus poniósł śmierć na krzyżu, w dalszym ciągu umieramy?

    – Czemu aż śmierć? Trudno na głębokie odpowiadać krótko. Ale zaryzykuję. Bo świat jest taki. W warunkach tego świata miłość Boża naraża się na najwyższe zranienie – mówi ks. prof. Jacek Kempa, dziekan Wydziału Teologicznego UŚ.

    – Święty Paweł mówi, że skoro Chrystus „umarł za wszystkich, to wszyscy pomarli” (2 Kor 5,14). To, że Jezus umarł za nas, nie oznacza, że my, chrześcijanie, mielibyśmy być wyłączeni spośród tych, którzy umierają. Jezus nie uwalnia nas od umierania, ale sam to umieranie uprzedza, uświęca i przeprowadza do zmartwychwstania – zauważa. Wskazuje, że trzeba brać pod uwagę całe wydarzenie paschalne – czyli śmierć i zmartwychwstanie Pana Jezusa. Gdy pytamy o zbawienie i rolę w nim cierpienia, to nie wolno pozostać przy samym momencie męki i śmierci Pana Jezusa. Dopiero wtedy widzimy pełnię Bożego zwycięstwa nad śmiercią i grzechem, i rodzi się w nas nadzieja, że możemy mieć w tym zwycięstwie udział. – Owszem, wyobrażano sobie, że Boże odkupienie przyniesie nam uwolnienie od wszelkich skutków grzechu i fizycznego zła obecnego w świecie. Ale wiemy, że tak nie jest. Nawet namnożyło się w dziejach mnóstwo strasznych rzeczy. A jednak jest to świat odkupiony. Triumfy zła, które obserwujemy także dzisiaj, są skazane na klęskę. Zło nie ma już perspektywy ostatecznej. Dzieło odkupienia przynosi nam obietnicę decydującego wyzwolenia od zła na końcu czasów – podkreśla dogmatyk.

    Po co czyny

    Wśród wierzących pojawia się czasem pytanie, na czym polega spłacenie naszego grzesznego długu, skoro i tak, gdy staniemy przed Bogiem, będziemy sądzeni.

    – Gdyby przyjąć, że to, co jako ludzie odkupieni robimy tu dobrego czy złego, nie ma już wpływu na nasze losy wieczne, to moglibyśmy wylądować albo w nauce o apokatastazie, czyli o zbawieniu wszystkich, albo w nauce o predestynacji. A zatem: albo Bóg zbawia wszystkich, albo tych, których odwiecznie postanowił zbawić, natomiast o resztę się nie troszczy.

    Tymczasem nauka katolicka stara się wpisać w prawdę o zbawczej Bożej miłości naukę o tym, że jesteśmy odpowiedzialni za nasze zbawienie. A to wiąże się z perspektywą sądu – wyjaśnia ks. Jacek Kempa. Zwraca uwagę na znaczenie naszej wolności przed Bogiem. – Nasze czyny są ważne, jednak aby miały one charakter zbawczy, to my sami musimy pozostawać w więzi z Bogiem. Stan ten nazywamy łaską uświęcającą. Mamy więc coś bardzo ważnego do zrobienia dla naszego zbawienia, ale nigdy bez Boga. Stąd bierze się katolicka nauka o potrzebie życia w łasce uświęcającej; to tylko inny wyraz wiary, że życie w przyjaźni z Bogiem jest fundamentem naszego chrześcijańskiego istnienia. Łaska uświęcająca dysponuje nas do zbawienia i to w niej pełnione czyny są „zasługujące na zbawienie” – zauważa.

    Cierpienie zastępcze?

    Rozpowszechniony jest w świecie katolickim pogląd, że Bóg oczekuje naszego cierpienia jako dopełniającego „braki męki Chrystusa”, np. przyjęcie cierpienia „w zamian” za kogoś.

    – Zawsze trzeba pamiętać, że zbawczą wartość ma miłość, a nie samo cierpienie. To reguła podstawowa. Cierpienie jest stanem, w którym może wyrażać się miłość, ale może się w nim wyrażać także wiele innych rzeczy, nawet nienawiść, która jest destrukcyjna. Możemy z miłością znosić trudy, które nas spotykają, więc także trud choroby. Można go duchowo ofiarować w jakiejś intencji. Wiara mówi nam, że wtedy rzeczywiście włączamy się w zbawczą tajemnicę męki i zmartwychwstania Jezusa – stwierdza kapłan. Przestrzega przed popadaniem w stan niewłaściwy, w którym chodzi o cierpienie, a nie o miłość. Zaznacza, że branie na siebie jakichś cierpień, a nawet zadawanie ich sobie w przekonaniu, że cierpienia te coś sprawią zastępczo za innych, to wypaczenie naszej wiary.

    – Bóg nie chce cierpienia dla niego samego. Nie powołał nas do cierpienia. Natomiast cierpienie przyjęte może być sposobem okazania miłości. Są różne poziomy tego zjawiska. Takim cierpieniem może być dobrowolna decyzja, gdy np. w imię miłości zamilknę i zniosę niewłaściwe opinie o sobie dla słusznej obrony drugiego. Inny rodzaj to cierpienie nieuniknione, np. w postaci choroby. Wówczas pojawia się pytanie, co mogę z nim zrobić. Otóż mogę je przetworzyć siłą miłości w dobro, które służy innym. Podstawowym sposobem takiej transformacji jest duchowe ofiarowanie własnych cierpień w modlitwie. Mogę dołączyć do niej staranie o to, by nie narzekać i dzięki temu nie obciążać psychicznie najbliższego środowiska – zaznacza duchowny.

    Jak w takim razie rozumieć zdarzenia z życia niektórych świątobliwych osób, które – wydawać by się mogło – podjęły „cierpienie zastępcze”? Na przykład w historii życia kandydatki na ołtarze, s. Dulcissimy, jest zdarzenie, podczas którego ta zakonnica, sama już mocno schorowana, ofiarowała swój słaby wzrok za chłopca, który przestał widzieć. Niebawem chłopiec odzyskał wzrok, a ona całkiem go straciła. Z tej i podobnych historii niektórzy wysnuwają wniosek, że Bogu jest do czegoś potrzebne nasze cierpienie. To zaś rodzi obawę przed ufnym powierzeniem się Bogu, „bo On zaraz to wykorzysta i zrobi ze mnie miazgę”. A przecież nie takiego Boga widzimy w Ewangelii.

    – Nie znam dokładnych badań motywów siostry. Istotne jest to, że ta zakonnica była już chora i chyba wiedziała, że jej stan zmierza m.in. do utraty wzroku. Sytuację można zatem rozumieć następująco: cierpię z powodu choroby i wiem, że prawdopodobnie stracę wzrok, ofiaruję więc te swoje cierpienia w intencji przywrócenia twojego wzroku. Jestem przekonany, że taka postawa jest głęboko chrześcijańska, bo motywowana miłością. Natomiast postawa typu: jestem zdrowy, ale chcę zachorować po to, żeby ktoś inny zdrowie odzyskał, byłaby więcej niż wątpliwa – zaznacza dogmatyk.

    Za daleko

    Faktem jest, że historia pobożności zna wiele różnych odniesień do cierpienia, aż po apoteozę cierpienia jako takiego. Skrajny motyw zadawania sobie cierpienia w imię uznania go za wartość pojawia się nawet w życiorysach świętych. To już niewłaściwa postawa. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że blisko łączy się z ascezą, czyli umartwieniami podejmowanymi dla powściągnięcia popędów ciała, zapanowania „ducha nad ciałem”.

    – W ascezie zawsze pojawia się moment cierpienia – np. wyrzeczenia – podejmowanego dla doskonalenia duchowego i moralnego. Trzeba jednak pamiętać o granicy, jaką stanowi zupełnie fałszywe podejrzenie, że ciało wraz ze sferą psychiczną stanowi źródło zła we mnie. To stara herezja manichejska. Podejmowane umartwienia nie mogą rozbudzać takiego myślenia. Podobnie nie mogę ulegać myśli, że przez zadawanie sobie cierpienia mogę coś ofiarować Bogu. Jaki nieuporządkowany obraz Boga kryje się za tym! Jak łatwo byłoby tu przekroczyć próg autodestrukcji! Bóg nie oczekuje ode mnie cierpienia, ale miłości. A jednym z elementów tej miłości jest szacunek do siebie samego, do własnego ciała. Jeśli więc podejmujemy umartwienia i towarzyszy im cierpienie, to powinniśmy umieć wskazać, jakiemu dobru duchowemu czy moralnemu one służą. Na przykład zwalczanie nałogów wiąże się z bólem, ale przecież na celu ma dobro – wskazuje kapłan.

    Cierpimy inaczej

    Jezus wzywa każdego do wzięcia swojego krzyża i pójścia za Nim. Czy to oznacza, że w istocie wzywa do wzięcia miłości?

    – Sformułowałbym to tak: mogę dzięki Jezusowi uczynić z moim cierpieniem coś sensownego, czyli starać się kochać w tym cierpieniu, przeżywać swój krzyż w łączności z Jezusem, budować także więzi z innymi – proponuje ksiądz profesor.

    Teologia mówi, że wszystko, co Jezus na siebie przyjął – to odkupił. A przyjął też cierpienie. Znaczyłoby to, że nawet cierpienie zostało jakoś odkupione i z Chrystusem cierpimy inaczej.

    – Od czasu przyjścia Jezusa na świat nasza egzystencja została przeniknięta zbawiającą mocą Boga. Patrząc w świetle wiary: wszystko staje się inne, a w tej perspektywie zmienia się również nasze cierpienie. Zatem fundamentem dla tej nowiny jest fakt, że Syn Boży przeszedł solidarnie z nami drogę cierpienia aż po śmierć. Ale jest tu jeszcze więcej niż tylko pociecha. Ponieważ w ten sposób nieuniknione cierpienie zostaje przeniknięte obecnością Boga, staje się jakby ołtarzem, na którym razem z Jezusem ofiarujemy siebie Bogu, niesieni Jego miłością – podsumowuje ks. Jacek Kempa.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    W nocy z soboty na niedzielę 25/26 października będzie zmiana czasu z letniego na zimowy (z godz. 03.00 na godz. 02.00).

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Rodzinny dom Karola Wojtyły w Wadowicach z widokiem na słoneczny zegar na ścianie parafialnego kościoła, kościoła mojego chrztu świętego, jak sam wspominał: “Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do łaski Bożego synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła w dniu 20 czerwca 1920 roku. Chrzcielnicę tę już raz uroczyście ucałowałem w roku tysiąclecia chrztu Polski jako ówczesny arcybiskup krakowski. Potem uczyniłem to po raz drugi (…), na 50. rocznicę mojego chrztu, jako kardynał, a dzisiaj po raz trzeci ucałowałem tę chrzcielnicę, przybywając z Rzymu jako następca św. Piotra” (Wadowice, 7 czerwca 1979). “To tu, w Wadowicach, wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i studia się zaczęły, i teatr się zaczął, i kapłaństwo się zaczęło(Wadowice, 16 czerwca 1999).

    ***

    22 PAŹDZIERNIKA 2025

    Kościół katolicki 22 października wspomina w liturgii św. Jana Pawła II. Papież Benedykt XVI podczas procesu beatyfikacyjnego zapowiedział, że nowy błogosławiony będzie odbierał kult publiczny 22 października, czyli we wspomnienie rozpoczęcia jego pontyfikatu w 1978 roku.

    „Nie lękajcie się!”

    tymi słowami św. Jan Paweł II rozpoczął swój pontyfikat 22 października 1978 roku! 

    fot. Unknown author/ commons.wikimedia.org

    ***

    To był początek pontyfikatu, który zmienił historię. 22 października 1978 roku Jan Paweł II wypowiedział słowa, które wciąż brzmią w sercach wiernych. Posłuchaj tej wyjątkowej homilii sprzed 47 lat!

    „Nie lękajcie się!”, „Otwórzcie drzwi Chrystusowi!” to kulminacyjny punkt homilii, którą Jan Paweł II wygłosił podczas inauguracji swojego pontyfikatu, 22 października 1978 roku. Jej treść jest w istocie o wiele szersza, przenosi nas wprost do Cezarei Filipowej i pozwala na nowo usłyszeć wyznanie wiary Piotra: „Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”. Korzystając z dźwiękowych archiwów Watykanu, Vatican News opublikował integralną wersję homilii z tłumaczeniem na język polski, wraz z pozdrowieniami do różnych narodów, w tym do Polaków.

    Rozpoczynając swój pontyfikat, Jan Paweł II sięgnął do samej genezy misji Piotra i jego następców, do wyznania wiary rybaka z Galilei i objawienia, które otrzymał od Ojca. Trzeba, aby dzisiaj w tym właśnie miejscu zostały wypowiedziane i wysłuchane te same słowa: ‘Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego’ – mówił.

    Wy wszyscy, którzy posiadacie nieocenione szczęście wiary, wy wszyscy, którzy jeszcze szukacie Boga, a także wy, których dręczy zwątpienie, zechciejcie przyjąć raz jeszcze – dzisiaj, w tym świętym miejscu – słowa wypowiedziane przez Szymona Piotra. W tych słowach jest wiara Kościoła – mówił dalej Jan Paweł II.

    „Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka”

    Jan Paweł II mówił też o misji Piotra, która doprowadziła go aż do Rzymu, gdzie przelał krew za Jezusa. Papież przytoczył starożytną tradycję o spotkaniu Piotra z Jezusem na Via Appia, kiedy to padły słynne słowa Quo vadis. Papież Polak zaznaczył, że tradycja ta znalazła wspaniały wyraz literacki w powieści Henryka Sienkiewicza.

    Przyznając, że na Stolicę Piotrową wstępuje Papież, który nie jest rzymianinem, Jan Paweł II podkreślił, „że jest synem narodu, którego historia od zarania dziejów i którego tysiącletnia tradycja naznaczone są żywą, mocną, nigdy nie przerwaną, przeżytą i głęboką więzią ze Stolicą Piotrową. Narodu, który tej Stolicy pozostał zawsze wierny. O, niezbadane są wyroki boskiej Opatrzności!”

    Dopiero w końcowej części inauguracyjnej homilii Jan Paweł II zwrócił się z apelem o otwarcie się na Chrystusa i Jego władzę. Nie bójcie się, otwórzcie, więcej, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie! Dzisiaj często człowiek nie wie, co kryje się w jego wnętrzu, w głębokości jego duszy i serca. Tak często niepewny sensu życia na tej ziemi i ogarnięty zwątpieniem, które zamienia się w rozpacz. Pozwólcie więc, proszę was, błagam was z pokorą i zaufaniem! Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka! On jeden ma słowa życia, tak, życia wiecznego – powiedział.

    Na zakończenie homilii Papież pozdrowił w kilku językach wiernych uczestniczących w tej uroczystej liturgii, zaczynając od Polaków. Trzeba zaznaczyć, że w archiwalnym nagraniu inauguracyjnej homilii Jana Pawła II słowa wypowiedziane w języku rosyjskim zostały niemal w całości skasowane. Słychać jedynie pierwsze zdanie i ostatnie słowa.

    Wybór najważniejszych nagrań z pontyfikatu św. Jana Pawła II można znaleźć na osobnej playliście w YouTube Vatican News – Polski oraz w formie odrębnego podcastu w Spotify. Dostępny jest też zbiór 129 katechez Jana Pawła II o teologii ciała

    Krzysztof Bronk, Vatican News PL, pa/Stacja7

    ***

    Niedziela 19 października

    99. Światowy Dzień Misyjny

    Samplefot. Kelsey Knight / Unsplash

    ***

    19 października, pod hasłem „Misjonarze nadziei”, obchodzimy 99. Światowy Dzień Misyjny, zwany także Niedzielą Misyjną. Jest to święto patronalne Papieskich Dzieł Misyjnych, które otwiera Tydzień Misyjny.

    W parafiach w tym czasie podejmowane są inicjatywy modlitewne i formacyjne, organizowane są zbiórki na fundusz solidarności, dzięki którym w najbiedniejszych zakątkach świata powstają m.in. szkoły, kaplice, szpitale, studnie.

    Niedziela Misyjna to coś więcej niż wznoszenie budynków – to przede wszystkim tworzenie przestrzeni spotkania z Chrystusem. Światowy Dzień Misyjny przypomina, że Kościół z natury jest misyjny, a solidarność i modlitwa potrafią łączyć katolików na całym świecie w jednym wspólnym celu – niesieniu Chrystusowej miłości tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna.

    Orędzie papieskie

    Tegoroczne papieskie orędzie, zatytułowane „Misjonarze nadziei pośród narodów”, przypomina, że każdy uczeń Chrystusa jest posłany, by nieść nadzieję. W obliczu wojen, kryzysów i lęków papież wzywa, abyśmy nie zamykali się w sobie, ale odważnie wychodzili ku innym.

    missio.org.pl, BP KEP

    ***

    Główne obchody 41. rocznicy śmierci ks. Jerzego Popiełuszki

    Sample

    fot. Wikipedia

    ***

    Jeśli chcemy być prawdziwymi czcicielami bł. ks. Jerzego, stanie się to poprzez umiłowanie prawdy i służbę prawdzie. Prawda jest nieśmiertelna – powiedział abp Adrian Galbas SAC. Metropolita warszawski wygłosił homilię podczas dzisiejszej Mszy św. sprawowanej w parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu w 41. rocznicę męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki.

    W swojej homilii abp Adrian Galbas przypomniał, że bł. ks. Jerzy Popiełuszko pozostaje jednym z najpiękniejszych świadków prawdy i wolności, a jego męczeństwo jest dziś wezwaniem do życia w prawdzie w każdej sferze życia osobistego i społecznego.

    Metropolita warszawski wspominał swoje młodzieńcze spotkania z nauczaniem kapelana „Solidarności”. – Jako nastolatek słuchałem jego prostych, a jednocześnie jednoznacznych kazań. W Bytomiu, tuż przed jego śmiercią, pamiętam tłum ludzi i transparent: „Chcemy prawdy”. Przybywali na spotkanie z prorokiem – mówił.

    Arcybiskup podkreślił, że dla niego ks. Jerzy był przede wszystkim męczennikiem za prawdę, a jego życie pokazuje, że „prawda jest nieśmiertelna”. Nawiązując do słów Arystotelesa, przypomniał, że prawda oznacza zgodność słowa z rzeczywistością, ale także prawość postępowania – wierność temu, co się głosi.

    Kaznodzieja przywołał też nauczanie papieża Benedykta XVI, że „prawda zawsze prowadzi nas do odkrycia dobra”, oraz fragmenty Katechizmu Kościoła Katolickiego o wykroczeniach przeciwko prawdzie – kłamstwie, obmowie, oszczerstwie i pochlebstwie. Zwrócił uwagę, że szczególnie dziś, w świecie hejtu i mediów społecznościowych, łatwo jest ranić słowem i niszczyć dobre imię drugiego człowieka.

    Abp Galbas zauważył, że Kościół powinien pozostać miejscem wolnym od fałszu i dwulicowości, „w którym panuje prymat prawdy”. Nawiązał też do świadectwa męczenników, którzy oddali życie za prawdę – od św. Ignacego Antiocheńskiego i św. Polikarpa po bł. ks. Jerzego Popiełuszkę.

    – Życie w prawdzie jest najtrudniejszym, ale i najpiękniejszym obowiązkiem człowieka. Tylko człowiek żyjący w prawdzie jest naprawdę wolny. Zwyciężać zło dobrem to znaczy zwyciężać kłamstwo prawdą – przypomniał słowa bł. ks. Jerzego.

    Metropolita zaznaczył, że gdyby kapelan „Solidarności” „kochał bardziej pochlebstwa niż prawdę, żyłby do dziś – byłby może przyzwoity, ale nie byłby święty”. To właśnie jego niezłomność wobec kłamstwa uczyniła go świadkiem wiary i wolności.

    Abp Galbas odniósł się także do znaczenia prawdy w życiu publicznym. Przypomniał, że dla systemu komunistycznego prawda była zagrożeniem, a dziś w demokracji grozi jej rozmycie sensu słów i subiektywizm. – Bez prawdy człowiek traci orientację, a demokracja zamienia się w totalitaryzm – przestrzegł.

    Kaznodzieja zakończył homilię wezwaniem do osobistej odpowiedzialności za prawdę i naśladowania ks. Popiełuszki. – Jeśli chcemy być prawdziwymi czcicielami bł. ks. Jerzego, stanie się to poprzez umiłowanie prawdy i służbę prawdzie. Prawda jest nieśmiertelna – podsumował.

    Obchodom 41. rocznicy męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki towarzyszy hasło “Prawda jest nieśmiertelna”, odnoszące się do słów wypowiadanych przez kapłana podczas Mszy za Ojczyznę, którym przewodniczył w czasie stanu wojennego.

    Zwieńczeniem niedzielnych uroczystości będzie młodzieżowe czuwanie modlitewne, które odbędzie się o godz. 20:00

    e-Kai

    ***

    Homilia abp. Adriana Galbasa SAC w 41. rocznicę męczeńskiej śmierci błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki

    fot. ARCHWWA.PL

    ***

    Prawda nas wyzwoli

    Siostry i Bracia,

    bardzo się cieszę, że możemy dzisiaj modlić się razem w tym świętym miejscu, czcząc wspaniałego kapłana, który pochodził z  naszej warszawskiej archidiecezji, a który jest chlubą całego Kościoła, wielkiego męczennika, bł. ks. Jerzego Popiełuszkę.

    Jako nastolatek słuchałem jego prostych, a jednocześnie jednoznacznie brzmiących kazań. Czytaliśmy je w szkole na ulotkach wydrukowanych na powielaczu, wymienialiśmy się nimi, kolportowaliśmy je. Na krótko przed swoją męczeńską śmiercią ks. Jerzy był w moim rodzinnym mieście, w Bytomiu, uczestniczył w Tygodniu Kultury Chrześcijańskiej. Pamiętam ten tłum, pamiętam tę wspólnotę i pamiętam transparent: ”Chcemy prawdy”. Ludzie oszukiwani przez władzę, karmieni krętactwami, aresztowani za powiedzenie prawdy, przychodzili na spotkanie z ks. Jerzym jak na spotkanie z prorokiem.

    Dla mnie jest on przede wszystkim męczennikiem za prawdę. Powiedzmy o niej więc dziś kilka słów, tym bardziej, że takie jest też hasło tegorocznych obchodów: prawda jest nieśmiertelna.

    Klasyczne rozumienie prawdy mówi o tym, że  jest to zgodność słowa z rzeczywistością. Jak mówił już Arystoteles  „powiedzieć, że jest to, co jest, i że nie ma tego, czego nie ma – to prawda”.

    Prawda to także  prawość postępowania. To cnota, która polega na tym, by okazywać się jednoznacznym w swoich czynach, wystrzegając się dwulicowości, udawania i obłudy.

    „Prawda, mówił papież Benedykt XVI, znaczy coś więcej niż wiedza; ona zawsze prowadzi nas do odkrycia dobra”.

    Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina kilka wykroczeń przeciwko prawdzie.

    Pierwszym z nich jest oczywiście samo kłamstwo, które polega na „mówieniu nieprawdy z intencją oszukania”  (por. KKK 2482). Jest ono najbardziej bezpośrednim wykroczeniem przeciw prawdzie. Kłamać oznacza mówić lub działać przeciw prawdzie, by wprowadzić innych w błąd (por. KKK 2483).

    Innym poważnym wykroczeniem przeciwko prawdzie jest fałszywe świadectwo i krzywoprzysięstwo, czyli wypowiedź sprzeczna z prawdą, wyrażona publicznie. To jest dzisiaj szczególnie niebezpieczne w świecie hejtu. Każdy internetowy hejt jest wypowiedzią publiczną. On przyczynia się do swoistego skazania osoby niewinnej. Katechizm przypomina, że: poszanowanie dobrego imienia osób zabrania jakiegokolwiek niesprawiedliwego czynu lub słowa, które mogłyby wyrządzić im krzywdę (por. KKK 2487). Pamiętajmy, że pospiesznie i pochopnie wypowiadane sądy, albo milczenie wobec niesprawiedliwego sądu, którego jesteśmy świadkami jest poważnym wykroczeniem przeciwko prawdzie i miłości bliźniego.

    Innym takim wykroczeniem, niestety bardzo popularnym, jest obmowa, czyli ujawnianie wad i błędów drugiego człowieka osobom, które o tym nie wiedzą, czyli – mówiąc najprościej – jest to mówienie źle o drugim za jego plecami. „Z przodu całuje, z tyłu nóż pokazuje”, mówi polskie przysłowie. Jeszcze gorsze jest oszczerstwo, czyli wypowiedzi sprzeczne z prawdą i  wypowiadane publicznie, które szkodzą dobremu imieniu innych i dają okazję do fałszywych sądów na czyjś temat. Nie wolno nam tego robić. Zawsze mamy obowiązek pozytywnie interpretować myśli, słowa i czyny bliźniego.

    Jak mówił św. Ignacy Loyola: „Każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli on rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł się ocalić”.

    Zarówno obmowa, jak i oszczerstwo, niszczą dobre imię i cześć bliźniego i są poważnym wykroczeniem przeciwko prawdzie, sprawiedliwości i miłości.

    Wykroczeniem przeciwko prawdzie jest także, co może być pewnym zaskoczeniem, prawienie komuś fałszywych komplementów, pochlebstw, czy prezentowanie wobec innych postaw służalczych. Katechizm takie postawy wręcz potępia, gdyż one „zachęcają i utwierdzają drugiego człowieka w złośliwych czynach i w przewrotności jego postępowania” (KKK, 2480). Pochlebstwo, mówi Katechizm, „stanowi poważne przewinienie, jeżeli przyczynia się do powstania wad lub grzechów ciężkich. Pragnienie wyświadczenia przysługi lub przyjaźń nie usprawiedliwiają dwuznaczności języka” (KKK 2480).

    Na to muszą uważać wszyscy przełożeni, a im ktoś zajmuje wyższe stanowisko, tym musi uważać bardziej.

    Wykroczeniem przeciwko prawdzie jest wreszcie brak dyskrecji wobec prywatnego życia innych. To dotyczy także braku dyskrecji wobec osób publicznych. Media nie mogą ingerować w prywatne życie osób zaangażowanych w działalność polityczną, artystyczną, czy inną, jeśli to narażałoby intymność tych osób i ich wolność.

    Pamiętajmy, o czym także wyraźnie mówi Katechizm, że „każde wykroczenie przeciw sprawiedliwości i prawdzie nakłada obowiązek naprawienia krzywd, nawet jeśli jego sprawca otrzymał przebaczenie. Jeśli jest rzeczą niemożliwą naprawienie szkody publicznie, należy to zrobić w sposób ukryty; jeśli ten, kto doznał krzywdy, nie może zostać wynagrodzony bezpośrednio, powinien otrzymać zadośćuczynienie moralne w imię miłości. Obowiązek naprawienia krzywd dotyczy również przewinień popełnionych wobec dobrego imienia drugiego człowieka. Naprawienie krzywd – moralne, a niekiedy materialne – powinno być ocenione na miarę wyrządzonej szkody. Jest ono obowiązkiem sumienia” (KKK 2487).

    Obyśmy mieli upodobanie do życia w prawdzie, czyli w prostocie życia na wzór Pana, trwając w Jego prawdzie. Zawsze pamiętajmy o słowach św. Jana, że „jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą” (1 J 1, 6).

    Kościół musi być szczególnym miejscem, w którym panuje prymat prawdy, musi być wolny od pragnienia brudnych zysków czy próżnej chwały. Tylu męczenników właśnie za prawdę oddało swoje życie. „Męczeństwo – powie Katechizm – jest najwyższym świadectwem złożonym prawdzie wiary; oznacza ono świadectwo aż do śmierci (KKK, 24873). „Pozwólcie mi stać się pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga”, mówił jeden z nich, św. Ignacy Antiocheński. „Nie chcę rozkoszy tego świata i królestwa doczesnego, to także jego słowa,  wolę umrzeć, by połączyć się z Chrystusem, niż królować aż po krańce ziemi. Tego szukam, który za nas umarł. Tego pragnę, który dla nas zmartwychwstał. Bliskie jest moje narodzenie”.

    A św. Polikarp modlił się pokornie: „Błogosławię Cię, że uznałeś mnie godnym tego dnia i tej godziny, gdy zaliczony do Twoich męczenników, otrzymuję udział w kielichu Twego Chrystusa. Ty jesteś Bogiem prawdziwym i nie znającym kłamstwa. Dlatego wielbię Cię za wszystko, błogosławię Tobie i wysławiam Cię…”.

    To dotyczy także naszego wielkiego Patrona. „Życie w prawdzie jest najtrudniejszym, ale i najpiękniejszym obowiązkiem człowieka”, mówił. A na innym miejscu: ”Prawda jest fundamentem wolności. Tylko człowiek żyjący w prawdzie jest naprawdę wolny”. I w końcu: „Zwyciężać zło dobrem to znaczy zwyciężać kłamstwo prawdą”. Takich zdań wypowiedział nieskończenie wiele.

    Gdyby ks. Jerzy nie ukochał tak bardzo prawdy, gdyby był łasy na komplementy, pochwały, frazesy, nagrody, prezenty, awanse, na możliwość zrobienia kościelnej kariery, gdyby zgadzał się na posiadanie kolekcji masek, kolekcji twarzy i kolekcji poglądów, którymi by obdarzał rozmówców w zależności od ich potrzeb, żyłby do dzisiaj. Nikt by mu nie dokuczał, nikt by go nie prześladował, nikomu by nie wadził. Nikt by go nie zabił. Byłby może nawet i przyzwoity, ale nie byłby święty.

    On jednak jest tym, o którym mówi usłyszane przed chwilą Słowo Boże. Wolał stanąć przed komunistycznymi namiestnikami, być wydawany sądom i wytrwać do końca (por. Mt 10, 17-23). Niczym św. Paweł przecierpiał chłosty i więzienia, utrapienia, uciski i przeciwności, pohańbienie i zniesławienie, kłamstwa oszustów i co tylko jeszcze, lecz we wszystkim okazał się sługą Boga przez miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą” (por. 2 Kor 6,4-10). Dziś jest zwycięzcą, jego dusza jest  w ręku Boga i nie dosięga go już męka. Jego nadzieja pełna jest nieśmiertelności (por. Mdr 3, 1-4).

    Bracia i Siostry,

    patrząc, podziwiając i czcząc bł. księdza Jerzego, chciałbym powiedzieć jeszcze kilka słów na temat znaczenia prawdy w demokracji.

    Jak wiemy i jak – w większości – pamiętamy, dla systemu komunistycznego prawda była wielkim zagrożeniem. Kłamstwo i manipulacja stanowiły fundament tego systemu. Wszystko musiało przejść przez cenzurę. Jedynym dopuszczalnym skojarzeniem ze słowem „prawda” była wówczas nazwa pewnej moskiewskiej gazety. Gdyby nie tzw. „drugi obieg”, wszyscy otrzymywaliby jedynie informacje zmanipulowane i zindoktrynowane.

    W demokracji ma być inaczej. Słowa nabierają tu wielkiego znaczenia. Ważne dla niej jest nie tylko przywiązanie do wolności słowa, ale i do wierności słowom i ich znaczeniom. Demokracja bowiem opiera się na wspólnym języku, na wspólnocie języka i rozumienia, na wspólnym porządku znaczeń, ponieważ w demokracji słowo zastępuje siłę, na co wskazuje choćby znaczenie słowa „parlament”. Ta wspólnota języka i wartości sprawia, że ludzie żyją we wspólnym świecie, nie zaś każdy w swoim własnym, niczym pogrążeni we śnie lunatycy.

    W momencie, gdy sens słów zostaje zakłócony, demokracja się rozpada. Zwracali na to uwagę już Arystoteles i Tukidydes. Ten drugi precyzyjnie opisywał pomieszanie terminów i odwracanie znaczenia słów, co było jego zdaniem przejawem wojny ideologicznej, prowadzącej do wojny cywilnej. Tukidydes, opisując rewolucję na wyspie Korfu, zauważa zepsucie języka, do jakie­go tam doszło: „Wtedy również – pisze – zmieniano dowolnie znaczenie wielu wyrazów. Nie­rozumna zuchwałość uznana została za pełną poświęcenia dla przyjaciół odwagę, przezorna wstrzemięźliwość za szukające pięknego pozoru tchórzostwo, umiar za ukrytą bojaźliwość, a kto z zasady radził się rozumu, uchodził za człowieka wygod­nego i leniwego; bezmyślną zuchwałość uważano za cechę prawdziwego mężczy­zny, a jeżeli ktoś się nad czymś spokojnie zastanawiał, sądzono, że szuka dogodnego pretekstu, aby się wycofać”.

    Plutarch zaś o psuciu mowy pisze tak: „Ateńczycy pięknie i zręcznie pod miłymi i łagodnymi słowami kryją niemiłe sprawy, nazywając nierządnice towarzyszkami, podatki zobowiązaniem, załogi wojskowe w miastach strażą, więzienie izbą”.

    Wszyscy mamy też w pamięci słowa polskiego poety, Juliana Tuwima, z poematu „Kwiaty polskie”, odnoszące się do przeinaczania sensu takich pojęć, jak prawo czy sprawiedliwość.

    Podczas pielgrzymki do Ojczyzny w 1991 roku św. Jan Paweł II mówił w Olsztynie: „Nie mów fałszywego świadectwa». Tym przykazaniem Bóg Przymierza szczególnie daje poznać, że człowiek jest stworzony na Jego obraz i podobieństwo. Dlatego całe ludzkie postępowanie poddane jest wymogom prawdy. Prawda jest dobrem, a kłamstwo, fałsz, zakłamanie jest złem (…). Przypatrzmy się znaczeniu prawdy w naszym życiu publicznym. W odnowionej Polsce nie ma już urzędu cenzury, różne stanowiska i poglądy mogą być przedstawiane publicznie. Została przywrócona – jakby powiedział Cyprian Norwid – «wolność mowy». Wolność publicznego wyrażania swoich poglądów jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa”.

    Niestety, przyglądając się poziomowi naszej debaty publicznej w roku 2025, trzeba przyznać rację Norwidowi, który mówił, że wolność mowy jest mylona z wolnością mówienia. Debata publiczna w Polsce jest dziś wolna w tym sensie, że  każdy korzysta z wolności mówienia i mówi, co mu ślina na język przyniesie, często bez szacunku dla słuchającego, nie poczuwając się przy tym do żadnej odpowiedzialności za wypowiedziane słowa.

    Jest to jeszcze bardziej przykre, niebezpieczne i nieakceptowalne, gdy używa się przy tym argumentów lub przedmiotów religijnych za pomocą których próbuje się uzasadnić swoje karkołomne i niechrześcijańskie tezy.

    Podstawowym przykazaniem chrześcijańskim jest miłość nieprzyjaciół (por. Łk 6,27-29). Ono jest rewolucyjną nowością. Nikt przed Chrystusem nie powiedział czegoś tak niesłychanego i nie wezwał do działań tak szlachetnych. Chrześcijaństwo nie potrzebuje nawet wezwań do tolerancji, gdyż ma poprzeczkę postawioną znacznie wyżej, właśnie na poziom przykazania miłości nieprzyjaciół.

    Żaden prawdziwy chrześcijanin nie może więc wzywać do ksenofobii, niszczenia ludzi, nienawiści, do pogardy, czy nawet do prostego braku szacunku wobec drugiego; wobec człowieka z innej partii, z innej ziemi, czy z innej kultury. Tym bardziej nie może swoich tez uzasadniać argumentami z wiary. Byłby wtedy bluźniercą.

    „Wolność publicznego wyrażenia swoich poglądów – to raz jeszcze św. Jan Paweł II – jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa. Niewiele daje wolność mówienia, jeśli słowo wypowiadane nie jest wolne. Jeśli jest spętane egocentryzmem, kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych, dla tych na przykład, którzy różnią się narodowością, religią albo poglądami. Niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swoje – może właśnie błędne – stanowisko. Słowa mogą czasem wyrażać prawdę w sposób dla niej samej poniżający. Może się zdarzyć, że człowiek mówi jakąś prawdę po to, żeby uzasadnić swoje kłamstwo. Wielki zamęt wprowadza człowiek w nasz ludzki świat, jeśli prawdę próbuje oddać na służbę kłamstwa”. Święte i wciąż aktualne słowa.

    Siostry i Bracia,

    dziś trudno nam obronić prawdę także dlatego, że żyjemy w świecie tzw. prawdy subiektywnej, która nie polega już na trafnym odzwierciedleniu rzeczywistości, nie jest faktem, lecz jedynie interpretacją. Według niej wszystko zależy już nie od tego, co się zdarzyło, ale od tego jak ja patrzę na to co się zdarzyło, jak to interpretuję i jak to odczuwam. Już Friedrich Nietzsche mówił, że: „nie istnieją fakty, istnieją tylko interpretacje”. W takim porządku nie ma już prawdy w ogóle, jest tylko „moja prawda”. Ja mam swoją, ty masz swoją, on też ma swoją. Te swoje prawdy są równoważne, są też płynne i zmienne. W świecie płynnej prawdy trudno prowadzić debaty, czy badania naukowe. Trudniej także być uczciwym. Wymaga to od nas tym większej uczciwości i prawości sumienia.

    Siostry i Bracia,

    bez prawdy człowiek traci orientację w świecie, a jego życie pozbawione jest sensu. Bez prawdy rozpada się także życie społeczne, a demokracja prędzej czy później zamienia się w totalitaryzm.

    Troszczmy się więc, a proszę o to tu i teraz, w tym miejscu i w tę rocznicę, troszczmy się o to, by nasz rozum nie ulegał naciskowi interesów i nie poddawał się wymogom doraźnej użyteczności.

    Podtrzymujmy w swoim życiu i w życiu społecznym wrażliwość na prawdę. Także na tę Wielką Prawdę, którą  jest Chrystus. Tylko prawda uczyni nas ludźmi wolnymi (por. J 8,32).

    Jeśli chcemy być prawdziwymi czcicielami bł. ks. Jerzego, to stanie się to właśnie poprzez umiłowanie prawdy i służbę prawdzie. Prawda jest nieśmiertelna.

    Amen.

    ***

    Leon XIV o nowych świętych: Nie bohaterowie idei, lecz autentyczni mężczyźni i kobiety

    “Bóg czyni nas sprawiedliwymi, jak świadczą o tym nowi święci dzisiejszego dnia” – tak o siedmiorgu nowych świętych mówił papież Leon XIV w homilii podczas Mszy św. kanonizacyjnej na Placu św. Piotra w Watykanie.

    fot. VATICAN MEDIA

    ***

    Kim są nowi święci?

    W gronie nowych świętych znaleźli są: Ignacy Maloyan, ormiański arcybiskup i męczennik z czasów ludobójstwa Ormian (1869-1915); Piotr To Rot, świecki katecheta z Papui-Nowej Gwinei, który oddał życie za obronę małżeństwa chrześcijańskiego (1912-1945); Maria Troncatti, salezjanka i misjonarka wśród Indian Shuar w Ekwadorze (1883-1969); Wincencja Maria Poloni, założycielka Instytutu Sióstr Miłosierdzia z Werony (1802-1855); Carmen Elena Rendiles Martínez, założycielka Zgromadzenia Służebnic Jezusa z Caracas (1903-1977); Bartłomiej (Bartolo) Longo, świecki apostoł Różańca i założyciel sanktuarium w Pompejach (1841-1926); oraz Józef Grzegorz Hernández Cisneros, lekarz i naukowiec z Wenezueli, zwany „lekarzem Boga” (1864-1919).

    Papież: Autentyczna modlitwa żyje wiarą

    W swej homilii Leon XIV skomentował pytanie z odczytanej przed chwilą Ewangelii: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8). Zaznaczył, że najcenniejsza w oczach Pana jest wiara, „czyli więź miłości między Bogiem a człowiekiem”. Przewyższa ona wielkie dobra materialne i kulturowe, naukowe i artystyczne „nie dlatego, że są one godne pogardy, lecz dlatego, że bez wiary tracą sens”.

    Relacja z Bogiem ma największe znaczenie, ponieważ On stworzył wszystko z niczego na początku czasów i ocala od nicości wszystko, co przemija w czasie. Ziemia bez wiary byłaby zamieszkana przez dzieci żyjące bez Ojca, czyli przez stworzenia pozbawione zbawienia – stwierdził papież.

    Zauważył, że gdyby wiara zanikła w świecie, „w naszych sercach nie byłoby już nadziei; wolność wszystkich zostałaby pokonana przez śmierć; nasze pragnienie życia pogrążyłoby się w nicości”. Bez wiary w Boga bowiem „nie możemy mieć nadziei na zbawienie”, które jest „darem życia wiecznego, który otrzymujemy od Ojca, poprzez Syna, mocą Ducha Świętego”.

    Leon XIV zwrócił uwagę, że Chrystus mówi swoim uczniom, że „zawsze powinni się modlić i nie ustawać”. Tak jak nie ustajemy w oddychaniu, tak też nie ustawajmy w modlitwie! Podobnie jak oddech podtrzymuje życie ciała, tak też modlitwa podtrzymuje życie duszy: wiara wyraża się bowiem w modlitwie, a autentyczna modlitwa żyje wiarą – wyjaśnił papież.

    Dwie pokusy, które wystawiają naszą wiarę na próbę

    Jednak „naszą wiarę wystawiają na próbę dwie pokusy: pierwsza czerpie swą siłę ze zgorszenia złem, skłaniając do myślenia, jakoby Bóg nie wysłuchiwał płaczu uciśnionych i nie litował się nad cierpieniem niewinnych”. Druga „polega na żądaniu, aby Bóg postępował tak, jak my tego chcemy: modlitwa ustępuje wtedy miejsca rozkazowi skierowanemu do Boga, by nauczyć Go, w jaki sposób powinien być sprawiedliwy i skuteczny”. Jezus uwalnia nas od obu pokus, gdy modli się słowami: „Ojcze, niech się stanie Twoja wola”, które my powtarzamy w modlitwie „Ojcze nasz”.

    Ojciec Święty podkreślił, że „Bóg wymierza sprawiedliwość wszystkim, oddając za wszystkich swoje życie”.

    Bóg jest tam, gdzie cierpi niewinny. Krzyż Chrystusa objawia sprawiedliwość Boga. A sprawiedliwość Boga to przebaczenie: On widzi zło i je odkupuje, biorąc je na siebie. Kiedy jesteśmy ukrzyżowani cierpieniem i przemocą, nienawiścią i wojną, Chrystus już tam jest, na krzyżu za nas i wraz z nami. Nie ma płaczu, którego Bóg by nie pocieszył; nie ma łzy, która byłaby daleka od Jego serca. Pan nas wysłuchuje, bierze nas w ramiona takimi, jakimi jesteśmy, aby przemienić nas na swoje podobieństwo. Kto natomiast odrzuca miłosierdzie Boże, pozostaje niezdolny do miłosierdzia wobec bliźniego. Kto nie przyjmuje pokoju jako daru, nie będzie umiał obdarzać pokojem – przekonywał papież.

    Leon XIV o nowych świętych: Nie bohaterowie idei lecz autentyczni mężczyźni i kobiety

    Powtórzył, że Bóg „czyni nas sprawiedliwymi, jak świadczą o tym nowi święci dzisiejszego dnia: nie bohaterowie czy orędownicy jakiejś idei, lecz autentyczni mężczyźni i kobiety”.

    Ci wierni przyjaciele Chrystusa są męczennikami ze względu na swoją wiarę, jak biskup Ignazio Choukrallah Maloyan i katechista Pietro To Rot; są ewangelizatorami i misjonarzami, jak siostra Maria Troncatti; są charyzmatycznymi założycielkami, jak siostra Vincenza Maria Poloni i siostra Carmen Rendiles Martinez; ze swoimi sercami żarliwymi pobożnością są dobroczyńcami ludzkości, jak Bartolo Longo i José Gregorio Hernández Cisneros. Niech ich wstawiennictwo wspiera nas w próbach, a ich przykład niech będzie dla nas inspiracją we wspólnym powołaniu do świętości – powiedział Leon XIV.

    KAI/Stacja7

    ***
    Papież Leon XIV: z całego serca zachęcam was do odmawiania różańca

    Samplefot. Alessandra Tarantino/Associated Press/East News

    ***

    Nowi święci są dla nas jasnymi znakami nadziei, ponieważ ofiarowali swoje życie z miłości do Chrystusa i braci – powiedział Papież spotykając się z pielgrzymami, którzy przybyli do Rzymu na wczorajszą kanonizację. Wspominając o św. Bartłomieju, „z całego serca” zachęcił do odmawiania różańca. „Kontemplując tajemnice Chrystusa oczami Maryi, dzień po dniu przyswajamy Ewangelię i uczymy się ją praktykować” – powiedział Ojciec Święty.

    20 października 2025/ Krzysztof Bronk | Watykan Ⓒ Ⓟ

    ***

    Nawrócony kapłan satanistycznej sekty, który stworzył Nowennę Pompejańską. Kościół ma nowego świętego

    (fot.Chrissjb15 (talk) (Uploads), CC0, via Wikimedia Commons)

    ***

    W niedzielę 19 października Ojciec święty kanonizował grupę kolejnych świętych. Wśród nich znalazł się Bartolo Longo. To postać, która ukazuje, że nawet najbardziej spektakularne i niespodziewane nawrócenia pozostają możliwe.

    Wśród nowych świętych są dwaj męczennicy: Ignacy Maloyan, ormiański arcybiskup i męczennik z czasów ludobójstwa Ormian (1869-1915) oraz Piotr To Rot, świecki katecheta z Papui-Nowej Gwinei, który oddał życie za obronę małżeństwa chrześcijańskiego (1912-1945), a ponadto: Maria Troncatti, salezjanka i misjonarka wśród Indian Shuar w Ekwadorze (1883-1969); oraz Wincencja Maria Poloni, założycielka Instytutu Sióstr Miłosierdzia z Werony (1802-1855); Carmen Elena Rendiles Martínez, założycielka Zgromadzenia Służebnic Jezusa z Caracas (1903-1977); Bartłomiej Longo, świecki apostoł Różańca i założyciel sanktuarium w Pompejach (1841-1926); oraz Józef Grzegorz Hernández Cisneros, lekarz i naukowiec z Wenezueli, zwany „lekarzem Boga” (1864-1919). O ich kanonizacji zdecydował jeszcze papież Franciszek, uznając cuda przypisywane ich wstawiennictwu, natomiast jej datę wyznaczył już Leon XIV.

    Na początku Mszy św. odśpiewano hymn do Ducha Świętego „Veni, creator Spiritus”. Prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych kard. Marcello Semeraro, w towarzystwie postulatorów procesów kanonizacyjnych siedmiorga błogosławionych, skierował do papieża prośbę o ich kanonizację, po czym przedstawił ich krótkie życiorysy. Po litanii do Wszystkich Świętych Leon XIV wypowiedział po łacinie formułę kanonizacji: „Ad honorem Sanctæ et Individuæ Trinitatis, ad exaltationem fidei catholicæ et vitæ christianæ incrementum, auctoritate Domini nostri Iesu Christi, beatorum Apostolorum Petri et Pauli ac Nostra, matura deliberatione præhabita et divina ope sæpius implorata, ac de plurimorum Fratrum Nostrorum consilio, Beatos martyres Ignatium Maloyan et Petrum To Rot, necnon Beatos Vincentiam Mariam Poloni, Mariam a Monte Carmelo Rendiles Martínez, Mariam Troncatti, Iosephum Gregorium Hernández Cisneros, et Bartholomæum Longo Sanctos esse decernimus et definimus ac Sanctorum Catalogo adscribimus, statuentes eos in universa Ecclesia inter Sanctos pia devotione recoli debere. In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti”. Zabrzmiało radosne „Alleluja”, w którego trakcie ustawiono naczynia z kadzidłem i położono wiązanki kwiatów przed relikwiami nowych świętych umieszczonymi przy ołtarzu. Kard. Semeraro podziękował papieżowi za dokonanie kanonizacji.

    Papieska homilia była komentarzem do pytania z odczytanej przed chwilą Ewangelii: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8). Ojciec Święty zaznaczył, że najcenniejsza w oczach Pana jest wiara, „czyli więź miłości między Bogiem a człowiekiem”. Przewyższa ona wielkie dobra materialne i kulturowe, naukowe i artystyczne „nie dlatego, że są one godne pogardy, lecz dlatego, że bez wiary tracą sens”. – Relacja z Bogiem ma największe znaczenie, ponieważ On stworzył wszystko z niczego na początku czasów i ocala od nicości wszystko, co przemija w czasie. Ziemia bez wiary byłaby zamieszkana przez dzieci żyjące bez Ojca, czyli przez stworzenia pozbawione zbawienia – stwierdził papież.

    Zauważył, że gdyby wiara zanikła w świecie, „w naszych sercach nie byłoby już nadziei; wolność wszystkich zostałaby pokonana przez śmierć; nasze pragnienie życia pogrążyłoby się w nicości”. Bez wiary w Boga bowiem „nie możemy mieć nadziei na zbawienie”, które jest „darem życia wiecznego, który otrzymujemy od Ojca, poprzez Syna, mocą Ducha Świętego”.

    Szczególną uwagę wśród nowych błogosławionych zwraca Bartolo Longo. Mężczyzna ten był bowiem kapłanem satanistycznej sekty, nim nawrócił się po żarliwej modlitwie bliskich o jego konwersję. To on jest autorem słynnej Nowenny Pompejańskiej.

     KAI/PCh24.pl

    ***

    Kanonizacja Bartola Longo.

    Przyjął imię Brat Różaniec i został autorem najsłynniejszej nowenny świata

    Pompeje. Kościół Matki Bożej Różańcowej.

    WIKIPEDIA

    ***

    Ten, który na słowo „Maryja” reagował alergicznie, przylgnął do Różańca. „Kto go szerzy, ten jest ocalony!” –  to zawołanie po latach obiegło świat. Właśnie zostaje ogłoszony świętym.

    Zaledwie przed tygodniem rozmawiałem z księdzem, który towarzyszył odchodzącemu w hospicjum sataniście. Gdy zaproponował mu przyjęcie sakramentu, chory z ochotą się zgodził, co więcej – wyraził też chęć odmówienia po raz pierwszy (i jak się okazało, ostatni) w życiu Koronki do Bożego Miłosierdzia. Odszedł pojednany. Nie mogłem, słuchając tej poruszającej historii, nie myśleć o pewnym zbuntowanym Włochu, który właśnie zostaje ogłoszony świętym.

    Nieprawdopodobną drogę przeszedł ten antyklerykał: od praktyk spirytystycznych i przyjęcia „święceń jako kapłan szatana” do umiłowania Różańca. Prawnik żyjący w latach 1841–1926, który słynął z butnych wypowiedzi wrogich Kościołowi, a przez pewien czas związany był z satanistami, jako dominikański tercjarz przyjął imię Brat Różaniec i został autorem najsłynniejszej nowenny świata.

    Na śmierć i życie

    Bartolo Longo urodził się 10 lutego 1841 roku w Latiano, na obcasie włoskiego buta. Podjął studia prawnicze w Lecce. To wówczas przeżył potężny kryzys wiary i zaczął występować przeciw Kościołowi. Wszedł do środowiska nieukrywającego masońskich poglądów, uważającego katolicyzm za zbiór wstecznych antynaukowych przesądów. Był to czas gwałtownego rozwoju ezoteryzmu, szukania prawdy poza objawieniem głoszonym przez Kościół. Pochłonęła go magia, wpadł w okultyzm po uszy. Nie tylko uczestniczył w seansach spirytystycznych, ale został nawet, jak sam pisał, „kapłanem szatana”. Powierzył mu swą duszę, co potwierdzał parodiowaniem sakramentów.

    Na szczęście zbuntowany młodzieniec spotkał na swej drodze ludzi wiary, a zwłaszcza prof. Vincenza Pepe, rodaka z Apulii. Godzinami rozmawiali, poruszając tematy na śmierć i życie, a Bartolo odkrywał krok po kroku piękno chrześcijaństwa. Na nawrócenie zbuntowanego antyklerykała ogromny wpływ mieli bracia dominikanie (a zwłaszcza o. Alberto Radente), a porwany ich erudycją i wszechstronnym wykształceniem Bartolo znajdował odpowiedzi na pytania, z którymi przychodził. Nie tylko został dominikańskim tercjarzem, ale przyjął imię Rosario, czyli… Różaniec. Bartolo Longo – były mason i satanista właśnie zostaje ogłoszony świętym.

    Kanonizacja Bartola Longo. Przyjął imię Brat Różaniec i został autorem najsłynniejszej nowenny świata

    Bartolo Longo – były mason i satanista właśnie zostaje ogłoszony świętym.

    WIKIPEDIA

    ***

    On wziął mnie za rękę

    Choć w 1864 roku otrzymał doktorat z prawa, ku zdumieniu znajomych znających jego „warczące” adresowane pod adresem Kościoła wypowiedzi, porzucił zawód adwokata i oddał się działalności ewangelizacyjnej. „Opatrzność wzięła mnie za rękę, tak jak ktoś, kto prowadzi niewidomych i dzieci” – wyjaśniał. „Boga pragnę kochać bardziej niż jakiekolwiek stworzenia. Wolę miłość Boga od miłości wszystkich kobiet i stworzeń. Pragnę przebywać we własnym pokoju jak w celi, sam na sam z Bogiem, tak aby poznawać Jego wolę” – deklarował gorliwie.

    Ten, który na słowo „Maryja” reagował alergicznie, przylgnął do Różańca. „Kto go szerzy, ten jest ocalony!” – to jego zawołanie po latach obiegło świat.

    To jest moc!

    Został administratorem majątków księżnej Marianny de Fusco, która wspierała hojnie jego charytatywną działalność. Wędrował po wsiach, ucząc katechizmu i z pasją opowiadając o ogromnej mocy Różańca. „W piękny sposób przedstawia on teologiczną głębię myśli maryjnej, jest ona powielana w całej dialektyce prawdy i dedukcji. Teologia maryjna i różaniec są niczym dwa poematy połączone w jedną całość, dwa hymny zlewające się w jeden hymn, dwie okazałe świątynie, dwie katedry myśli i pobożności, które stają się jednością” – nauczał.

    Gdy siostra Maria Concetta de Litala podarowała mu zniszczony obraz Matki Bożej Różańcowej, dokonał jego renowacji i umieścił w niewielkim kościółku w Pompei. Ani on, ani proboszcz parafii, który wydał na to zgodę, nie spodziewali się, że do płótna będą przybywały tysiące pielgrzymów, a obraz niebawem stanie się łaskami słynącym. „Najświętsza Panna sama dodała temu obliczu nieziemskiej słodyczy i niebiańskiego uroku. Z oblicza Maryi promienieje nowe piękno, wspaniałość i budząca zaufanie łagodność” – pisał Bartolo.

    Zachęcony przez biskupa Noli Giuseppa Formisaniego rozpoczął zbiórkę funduszy na wybudowanie kościoła pw. Matki Bożej Różańcowej. Prace ruszyły w 1876 roku i dzięki ogromnej hojności Włochów trwały zaledwie 11 lat. W roku konsekracji Leon XIII ofiarował wizerunkowi papieską koronę, którą zdobiło ponad 700 drogich kamieni. W 1894 roku Longo podarował kościół samemu papieżowi, który mianował się jego proboszczem (od tej pory jest nim każdy kolejny następca Piotra). Przy kościele wyrosły dzieła miłosierdzia: domy wychowawcze dla dzieci więźniów i sierot, szkoły, warsztaty pracy. 4 maja 1901 roku Leon XIII podniósł kościół do godności bazyliki papieskiej, a dziś ta okazała świątynia przyciąga tłumy pielgrzymów z całego świata. Longo stał się gorliwym propagatorem Nowenny Pompejańskiej. Stworzył ją w 1879 roku i zreformował po pięciu latach.

    To oszust!

    Gdy dawni znajomi antyklerykałowie oskarżyli Bartola o defraudację środków, pokornie zrzekł się praw do świątyni i innych inicjatyw i jako 84-latek wrócił do rodzinnego Latiano. Z okazji 50-lecia dzieł w Pompejach powrócił do sanktuarium i oczyszczony z zarzutów pozostał tam przez ostatnie miesiące życia. Zmarł w opinii świętości, a na jego pogrzeb 7 października 1926 roku przyszły nieprzebrane tłumy. Jego szczątki spoczęły w ukochanych Pompejach.

    Historia dominikańskiego tercjarza jest potwierdzeniem jednoznacznych słów Apokalipsy: „Obyś był zimny albo gorący”. Letniość jest obrzydliwością (to dlatego katecheci rozbijają się dziś o mur obojętności i dyskretnego ziewania, a młode pokolenie, jak wynikało z badań OBOP-u, stwierdziło, że Bóg ich nie interesuje). Bartolo w swym duchowym życiu poruszał się po skrajnościach. Od satanizmu do maryjności. 

    22 kwietnia 1975 r. urzędnicy i konsultorzy Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych oświadczyli, że żył cnotami chrześcijańskimi w stopniu heroicznym. Cudem wymaganym do beatyfikacji było uzdrowienie 4 kwietnia 1943 r. Carmeli Camera z Baronissi, matki cierpiącej na zespół zapalenia jelit, ciężką i przewlekłą anemię oraz kamienie żółciowe.

    Beatyfikował go 45 lat temu papież Jan Paweł II, a ogromna popularność, jaką cieszy się na całym świecie Nowenna Pompejańska, skłoniła przed rokiem arcybiskupa Pompejów Tommasa Caputa i przewodniczącego regionalnej Konferencji Episkopatu Kampanii Antoniego Di Donnę do wysłania do Watykanu prośby o kanonizację.

    Dobra nowenna

    Siedzę u warszawskich franciszkanów, nagrywając świadectwo uzdrowienia za wstawiennictwem Pierra Giorgia Frassatiego (opowieść ks. Juana przeczytacie w kolejnym numerze). Amerykanin, używając słowa „nowenna”, nie zdaje sobie sprawy, że brzmi to jak „nowina”. Jak bardzo pasuje to do Nowenny Pompejańskiej, która nie jest odkurzaniem zamierzchłej przeszłości, ale modlitwą „tu i teraz”, realizacją słów Jezusa: „Proście, a otrzymacie, szukajcie, a znajdziecie”!

    Piękne jest to, że w tej trwającej 54 dni modlitwie do połowy czasu zanosimy prośby, ale później zaczynamy dziękować w ciemno, często nie widząc owoców. To ogromna lekcja zaufania, która sprawia, że ta forma nie zamienia się w katolicką książkę skarg i zażaleń, ale staje się realizacją słów, które usłyszałem od założyciela ruchu Mężczyzn św. Józefa Donalda Turbitta: „Chrześcijanin coś ma, zanim jeszcze to ma”. Nowenna jest wypełnieniem wezwania: „Nieustannie się módlcie” i realizacją słów katechizmu, który podpowiada że „życie modlitwy polega na stałym trwaniu w obecności Boga”.

    Jeśli miałbym znaleźć biblijny opis praktykowania „nowenn”, wskazałbym na potężne Jerycho. Bóg zlecił Jozuemu przygotowanie dłuższej akcji, a wojownicy musieli być zdumieni, słysząc, że mają zdobyć miasto… uwielbieniem. Pompejanka to znakomite narzędzie podarowane nam przez Kościół, a najpiękniejszą cechą tej modlitwy jest wierność. Przypomnienie, że życie duchowe jest długim dystansem, a nie efektownym sprintem.

    „Nigdy nie oceniaj człowieka na podstawie jego historii, ale powołania, do którego Bóg go wezwał” – przypomina Leif Hetland od lat ewangelizujący w Pakistanie, który wielokrotnie przekonywał się, że Bóg wybiera osoby, które on sam spisałby na duszpasterskie straty. Czyż to nie opowieść o Bartolo, którym w pewnym momencie pobożne włoskie nonny mogły straszyć swoich wnuków? 

    Kanonizacja Bartola Longo. Przyjął imię Brat Różaniec i został autorem najsłynniejszej nowenny świata

    Pompejanka jest najbardziej popularną nowenną świata.

    WIKIPEDIA

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg wie lepiej

    W tajemnicach radosnych Matka Boża uczy zaufania.

    Poszukiwanie Jezusa to proces, w którym jak Maryja przeżywam rozterki, ale jak Ona też doświadczam ulgi, gdy Go znajduję.

    Poszukiwanie Jezusa to proces, w którym jak Maryja przeżywam rozterki, ale jak Ona też doświadczam ulgi, gdy Go znajduję.


    GODONG /ALAMY STOCK PHOTO/BEW
     

    ***

    To było kilkanaście lat temu. Pewnego dnia Kamila dowiedziała się od lekarza, że dziecko, którego z mężem oczekiwali, ma poważną wadę rozwojową. Wskazanie: „terminacja ciąży”. Co robić? Dziewczyna była w rozsypce, a otoczenie nie pomagało. „No jasne, że aborcja, przecież prawo ci pozwala!” – mówili ludzie.

    Któregoś wieczoru zapłakana dziewczyna natknęła się na sąsiadkę, Teresę. Wylała przed nią swój ból. W odpowiedzi Teresa powiedziała łagodnie: „Wiesz co? Oddaj to dziecko Matce Bożej”.

    Rano Kamila przybiegła do sąsiadki mocno poruszona. „Pani Tereso, ja tak zrobiłam, jak pani powiedziała, i w nocy przyśniło mi się, że podeszła do mnie Maryja i położyła mi rękę na brzuchu. Wtedy się obudziłam i patrzę, a tu mam ślad ręki! Niech pani patrzy!” – i odsłoniła brzuch.

    „Rzeczywiście, widać było wyraźny odcisk dłoni. Zaczerwienienie w miejscach palców już znikało, ale jeszcze było widoczne” – opowiadała potem Teresa.

    Zdarzenie to tak poruszyło Kamilę, że nie zdecydowała się na aborcję. Przeciwnie – postanowiła zrobić wszystko, żeby dziecko się urodziło. Poszła do szpitala na podtrzymanie, jednak… maleństwo zmarło przed urodzeniem.

    Ktoś zapyta: a gdzie tu cud? No jak to: przecież Kamila wróciła do domu jako matka! Nie musiała niczego wypierać, nadała dziecku imię, przeżyła żałobę. A potem urodziła kolejne dzieci – zdrowe i dorodne.

    Nie musi być po naszemu. Nasz scenariusz jest zawsze słabszy niż Boży i gdy pojawia się ten drugi, trzeba zrezygnować z naszego. To wymaga zaufania, że Bóg wie lepiej.

    Zaufanie

    Ludzie dziś nie lubią zaskoczeń, a niespodzianki traktują z podejrzliwością. Bo wszystko musi być zaplanowane. Szczególnie dzieci.

    Tajemnica zwiastowania nasuwa jednak myśl, że sam Jezus był… dzieckiem nieplanowanym. Matka Boża, mimo zaślubin z Józefem, prawdopodobnie miała inne plany. Zdaje się o tym świadczyć Jej pełne zdziwienia pytanie: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”. Mogło chodzić – jak chce tradycja – o wcześniej powzięte przez Nią postanowienie trwania w dziewictwie.

    Tak czy owak Maryja nie spodziewała się tego, co Ją spotka. Opanował Ją lęk, była zmieszana, stąd uspokajające słowa archanioła: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga”.

    Łaska nie oznacza przymusu – Bóg chce wolnego wyboru człowieka. I Maryja wybiera Boże plany w miejsce swoich: będzie Matką. Słowa: „Oto Ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” przesądziły o losach ludzkości i brzmią przez wszystkie wieki. Ta żydowska dziewczyna musiała wiedzieć, że godząc się na jedyne w historii dziewicze macierzyństwo, naraża się na oskarżenie o cudzołóstwo, a tym samym na bardzo poważne kłopoty, w pierwszym rzędzie ze strony Józefa. Co mu powie? Że Duch Święty? No proszę was… Ale skoro to plan Boży, to Bóg się zatroszczy i usunie nawet najbardziej „nieusuwalne” przeszkody.

    I tak się właśnie dzieje. Zanim się jednak stanie, Maryja po prostu ufa i czeka. Gdy ściana jest już blisko, nagle otwiera się w niej furtka – anioł wyjaśnia Józefowi to, czego nie mogła mu wytłumaczyć małżonka.

    To pierwsza lekcja w szkole Maryi: Jeśli mówisz Bogu „tak”, stawiaj kolejne kroki wiary, nie przyglądając się przeszkodom. One cię nie zatrzymają, bo ani ktokolwiek z ludzi, ani sam diabeł nie są w stanie zniweczyć planu Boga względem ciebie. Możesz to zrobić tylko ty sam, nikt więcej. Ty jeden możesz wyrządzić sobie krzywdę, gdy stracisz zaufanie i z lęku albo złości, albo zwabiony fałszywym blaskiem doczesnej korzyści dokonasz duchowej „aborcji”, zabijając poczętą w sobie łaskę. Pamiętaj: zły duch i świat nie mają mocy zepchnięcia cię z drogi Bożej – oni mogą tylko działać na twoją wyobraźnię, próbując cię przestraszyć i skłonić do tego, żebyś sam zszedł z drogi szczęścia. Twoim zadaniem jest robić swoje, spokojnie czekać i nie majstrować przy Bożym scenariuszu. Bóg wie, co robi, i w swoim czasie dokona w twoim życiu cudów – tym większych, im większe zaufanie.

    Służba

    Tajemnica nawiedzenia świętej Elżbiety. Maryja idzie usłużyć krewnej Elżbiecie, a największym beneficjentem tego spotkania będzie Ona sama. Zawsze tak jest, gdy człowiek podejmuje akt bezinteresownej miłości. Szczera reakcja pomocy wobec ludzkiej potrzeby zawsze jest zgodna z wolą Boga. Więcej nawet: święty Paweł powie, że jesteśmy „stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2,10).

    Pełnienie dobrych czynów to owoc żywej wiary. „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana” – słyszy Maryja w Ain Karim (Łk 1,45). Jej wielkość nie wynika z tego, że widziała anioła, że słyszała jego słowa, nie z tego nawet, że była wolna od grzechu – ale z tego, że uwierzyła. Druga Ewa zaufała tam, gdzie pierwsza Ewa okazała nieufność.

    Dlaczego wiara przejawiająca się w zaufaniu jest taka ważna? Bo zaufanie to jedyne, co człowiek może Bogu dać od siebie. Wszystko otrzymujemy od Boga, wszystko jest Jego darem – a tylko zaufanie jest aktem własnej woli, którym możemy na ten dar odpowiedzieć.

    Maryja w domu Zachariasza i Elżbiety, porwana mistyczną radością, wychwala Boga hymnem Magnificat, „bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej”. To dlatego błogosławić Ją będą „odtąd wszystkie pokolenia”. Uniżenie przejawia się w służbie tam, gdzie jest potrzeba, a nie tam, gdzie można zabłysnąć. To pokora w praktyce. Ona otwiera człowieka na Boga. Pycha – zamyka. Bóg „rozprasza pyszniących się zamysłami serc swoich” i „wywyższa pokornych”.

    Czego Maryja uczy nas w tej tajemnicy? Tego, że Bogu podoba się pokorna służba. Akt prawdziwej miłości bliźniego zawsze wiąże się z poświęceniem na jego rzecz czegoś swojego – czasu, środków, wysiłku. Ale to nie strata. Kto kocha, ten niczego nie traci, bo tylko to jest święte, co poświęcone.

     Jeśli mówisz Bogu „tak”, stawiaj kolejne kroki wiary, nie przyglądając się przeszkodom. One cię nie zatrzymają, bo ani ktokolwiek z ludzi, ani sam diabeł nie są w stanie zniweczyć planu Boga względem ciebie.

    Jeśli mówisz Bogu „tak”, stawiaj kolejne kroki wiary, nie przyglądając się przeszkodom. One cię nie zatrzymają, bo ani ktokolwiek z ludzi, ani sam diabeł nie są w stanie zniweczyć planu Boga względem ciebie.

    ILUSTRACJE OREFICE RAFFAELE

    ***

    Radość

    Tajemnica narodzenia Jezusa w Betlejem. Dziś powiedzielibyśmy, że warunki, w jakich przyszedł na świat Zbawiciel, były nie do przyjęcia. Fakt, nie były komfortowe, ale przecież wystarczające. Nic nie wskazuje na to, żeby Maryja i Józef narzekali. Wiedzieli, że Bóg się nimi opiekuje, doświadczyli już Jego interwencji.

    „Wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie” – powie Jezus 30 lat później (Mt 6,8). On też zapyta swoich uczniów, gdy wrócą z wyprawy misyjnej: „Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?”. Odpowiedzą: „Niczego” (Mt 22,35).

    Zawsze tak jest, gdy Bóg się człowiekiem opiekuje. W grocie narodzenia było to, co konieczne, a ponadto radość przewyższająca wszystko, co może zaoferować ten świat. W noc narodzenia Bożego nad ubogą stajenką otworzył się kawałek nieba. Daremnie było szukać czegoś podobnego w pałacach Rzymu czy w rezydencjach Heroda. Tam był tylko luksus – tu było nieopisane szczęście.

    „Mając żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni” – zaleca św. Paweł (1 Tm 6,8). Zadowolenie to w gruncie rzeczy decyzja człowieka, zależna dużo bardziej od świadomości bycia kochanym przez Boga niż od zewnętrznych okoliczności.

    Nauka z tajemnicy narodzenia Pańskiego płynie taka, że nie standard przynosi człowiekowi spełnienie, ale radość; nie komfort, ale szczęście; nie zabezpieczenia socjalne, ale pokój płynący ze świadomości przebywania w ręku Boga.

    Ofiara

    Tajemnica ofiarowania Jezusa w świątyni. Wśród wyznawców Chrystusa pokutuje przesąd, że kiedy człowiek ofiaruje siebie Bogu, wtedy Bóg zrobi mu z życia pełen cierpienia i bólu koszmar. A przecież nie tego uczy tajemnica ofiarowania. Decyzja powierzenia siebie Bogu nie oznacza, że dopiero wtedy Bóg może z nami zrobić, co chce, gdy Mu siebie oddamy. Zawsze może, bo jesteśmy własnością Boga z samego faktu, że On nas stworzył. Możliwość dokonania aktu ofiarowania Bogu siebie i tych, których kochamy, jest wyjątkowym przywilejem. To komunikat: wierzę, Boże, że jesteś dobry, i dlatego nie tylko przyjmuję do wiadomości, że jesteś moim Panem, ale i chcę tego. Chcę być Twoją własnością.

    Takie ofiarowanie to po prostu akt zaufania – a Bóg tych, którzy Mu ufają, nigdy nie zawodzi. To źródło łask, a nie jezioro udręki.

    Ewangeliczny opis ofiarowania Jezusa to pasmo błogosławieństw. Owszem, Maryja słyszy z ust Symeona proroctwo: „A Twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2,35), ale nie jest to przecież zapowiedź życia pełnego smutku, umęczenia i boleści. Przeciwnie – życie Maryi, mimo przeszkód, to pasmo znaków Bożej chwały i dowodów Bożego prowadzenia. W ciągu dziesiątek lat ziemskiego życia Matki Jezusa miecz przeszyje Jej serce jeden raz i pozostanie tam przez kilkadziesiąt godzin. A i wtedy nie opuści Maryi pewność, że jest bezustannie w ręku Boga.

    „Przestań się lękać tego, co będziesz cierpiał” – wzywa Syn Człowieczy w wizji św. Jana (Ap 2,10). To nauka z tej tajemnicy: nie bój się ofiarować siebie Bogu – przy Nim będziesz szczęśliwy i nawet cierpienie posłuży do twojego wzrostu.

    Poszukiwanie

    Tajemnica znalezienia Jezusa w świątyni. Bywa tak, że szukamy Go „z bólem serca” – jak Maryja i Józef. Nie znaczy to jednak, że Jezus się nam zgubił, tylko że my nie umiemy Go znaleźć. Czasem znika nam z oczu, bo poszukiwanie Go bywa nam potrzebne. „Ból serca” uświadamia nam, jak bardzo jest dla nas ważny. Potrzebujemy powrócić do świątyni i zrozumieć, że i my, jako rodzeństwo Jezusa, też mamy być w tym, co należy do Ojca.

    „A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu” – powie ewangelista Łukasz (2,51). Chowała w pamięci, rozważała je, a choć nie do końca wiedziała, co oznaczają, to ufała, że Bóg tworzy z tego sobie znany wzór.

    Co nam to mówi? To, że nie muszę wiedzieć, co Bóg ze mną robi i dokąd mnie prowadzi. Wystarczy, że robię to, co rozpoznaję jako Jego wolę. Poszukiwanie Jezusa to proces, w którym jak Maryja przeżywam rozterki, ale jak Ona też doświadczam ulgi, gdy Go znajduję. Ten proces to wzrastanie w wierze.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg wie, co ma robić

    W tajemnicach światła Matka Boża uczy wypełniania woli Syna.

    Rycina z Biblii wydanej w 1909 r.FOTOREPRODUKCJA HENRYK PRZONDZIONO/GOŚĆ

    ***

    Ojciec Julian Różycki, dominikanin, wspominał szczególną łaskę, otrzymaną podczas październikowego nabożeństwa różańcowego. To było wiele lat temu, gdy chodził do szóstej klasy podstawówki. „Mimo wykopek ziemniaków i wielkiej pracy jesiennej przed zimą z radością biegłem na wieczorny Różaniec w kościele” – opowiadał w świadectwie opublikowanym na stronie wiara.pl.


    Tego wieczoru klęczał z innymi ministrantami po lewej stronie ołtarza, przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem. O Jezusie mówiła mu mama, a na religii nauczono go, że w konsekrowanej Hostii jest obecny Chrystus, ale to była wiedza teoretyczna, prawda nauczona i zapamiętana. Wtedy zdarzyło się coś niezwykłego. „Nagle jakby z Hostii wyszły promienie światła i przeniknęła mnie Żywa Obecność i to tak mocno, że nie śmiałem nawet oczu podnieść na Hostię. Cały byłem przeniknięty tą Obecnością, a zarazem miłością przedziwną Pana, Brata i Przyjaciela. To, co usiłowała mi bezskutecznie przekazać moja mamusia, ukazała mi Matka Różańca świętego. Od tamtego czasu Hostia jest dla mnie zawsze Żywą Obecnością” – zaświadczył zakonnik. Zastrzegł, że nie oznacza to, iż zawsze ma takie odczucie Eucharystii. „Tamten moment był tylko raz i teraz też muszę ciągle ponawiać w sobie wysiłek wiary w Ukrytą Obecność, ale tamta łaska niewątpliwie tę wiarę umacnia, a każdorazowe odmawianie Różańca przed Tabernakulum jest odnawianiem żywej więzi z Bogiem Ukrytym” – podkreślił. Różaniec pozostał w jego życiu. „A potem Pani Różańca uśmiechnęła się i zaprosiła do Różańcowego Zakonu” – zaświadczył.


    Pokorny gest


    Maryja, towarzysząc modlącym się w tajemnicach różańcowych światła, prowadzi do doświadczenia wiary, po którym nic nie jest już takie samo. To nie żaden fajerwerk, chwilowa egzaltacja czy uczuciowy wzlot. To spotkanie żywego Boga, daleko bardziej przekonujące niż wszelkie empiryczne dowody i coś dużo głębszego i trwalszego niż wiedza teoretyczna. Ludzie w różny sposób spotykają Chrystusa, ale zawsze jest to przełom: wiara z poziomu umysłu dociera do serca i staje się wiarą osobistą. Człowiek doznający tej łaski przestaje się zastanawiać, czy Bóg istnieje, bo to staje się dla niego oczywiste. Nie zadaje już sobie pytania, czy wierzy w Boga, ale czy wierzy Bogu. Tak zaczyna się droga zaufania w Boże prowadzenie.


    W tajemnicy chrztu Jezusa w Jordanie widzimy Zbawiciela, który rozpoczyna działalność publiczną od pokornego gestu przyjęcia chrztu. To niezrozumiałe nawet dla Jana Chrzciciela, ma przecież przed sobą człowieka bezgrzesznego. „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?” – wzbrania się (Mt 3,14). Jezus nie tłumaczy, mówi tylko, że „tak godzi się wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”.


    Matka Boża przez rozważanie tej tajemnicy uczy nas pokory przed Bogiem i gotowości pójścia za Jego wolą, nawet gdy droga nie jest jeszcze do końca jasna. Nie musimy wszystkiego wiedzieć i rozumieć już teraz i już tu. Gdy jednak w zaufaniu wypełniamy to, co odczytujemy jako zgodne z wolą Bożą, na nas także zstępuje Duch Święty i rozlega się nad nami zapewnienie Boga o miłości do nas – Jego dzieci. Wtedy jesteśmy gotowi do głoszenia Ewangelii.


    Mów o problemie


    Jezus nie stroni od udziału w zwykłych ludzkich sprawach. Jego obecność na weselu w Kanie Galilejskiej jest tego przykładem. Maryja Mu towarzyszy. To za Jej namową Syn dokonuje pierwszego cudu, choć wydaje się, że tego nie planował.


    Różańcowa tajemnica cudu w Kanie Galilejskiej jest ważną wskazówką: warto Jezusa prosić, i to nie tylko w sprawach najważniejszych. Brak wina jest drugorzędną sprawą. Byłby, owszem, wizerunkową katastrofą i ciężkim wstydem – ale końcem świata by nie był. A jednak Maryja interweniuje, bo stoi wobec ludzkiego problemu. Nie wie, jak Syn mu zaradzi, ale – choć do tej pory nie uczynił żadnego nadzwyczajnego znaku – wie, że może to zrobić. I ma przekonanie, że to zrobi. Pomimo, wydawałoby się, oschłej odpowiedzi Jezusa: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto?”, wie, że Syn Jej nie odmówi. Znaczące, że Matka przedstawia Jezusowi tylko sytuację: „Nie mają już wina”. Nie mówi Synowi, co ma zrobić. Mówi to natomiast sługom: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.


    To jest nauka płynąca z tej tajemnicy: naśladując Maryję, mów Jezusowi o problemie, a nie jak ma go rozwiązać. A kiedy już przedstawisz problem, naśladując sługi, rób wszystko, cokolwiek ci Jezus powie. Każe nalać mnóstwo wody do kamiennych stągwi? To dużo roboty i po twojemu raczej bez sensu, ale zapamiętaj to słowo: „wszystko”. Zrób wszystko, co mówi, a nie wybieraj sobie z woli Bożej tego, co ogarniasz swoim umysłem, bo nie ogarniesz wszystkiego. Nawet małej części nie ogarniesz, bo nie jesteś w stanie przeniknąć Bożego planu. Cud dzieje się tam, gdzie człowiek jest bezradny i nie ma pojęcia, co zrobić, ale ufa. Bóg, w odpowiedzi na zaufanie, zawsze daje hojnie i ponad oczekiwania – jak w Kanie: dobre wino w ilości, którą można by było obdzielić parę wesel. Tak to jest z wolą Bożą: za zasłoną tajemnicy Bożego planu tkwi radość i obfitość dla tych, którzy Jezusowi zaufają. Najlepiej wie o tym Jego Matka.


    Najpierw nowe myślenie


    „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” – wołał Jezus, rozpoczynając publiczną działalność.


    Różańcowa tajemnica głoszenia Ewangelii o nawróceniu i królestwie Bożym przypomina, że wiarę w Dobrą Nowinę poprzedza zmiana myślenia. To właśnie oznacza nawrócenie – w greckim oryginale metanoia. Od tego się zaczyna. Nie przyjmie Ewangelii ten, kto zachowuje stare myślenie, skupione na sobie, skoncentrowane na zdobywaniu dóbr i na ich zabezpieczaniu. Dopóki człowiek ma upodobanie w tym, co go niszczy, jak pijak w alkoholu, nie zdoła się od tego uwolnić. Może się tego na krótki czas wyrzec, aby sobie i innym coś udowodnić, ale wkrótce do tego wróci z jeszcze większą łapczywością – bo jego myślenie się nie zmieniło i w istocie wciąż to kocha. Nie chce ponosić kosztów uzależnienia, ale chce zachować płynącą z niego „przyjemność”.


    Prawdziwe nawrócenie to nowe myślenie. Ono sprawia, że zmieniają się priorytety. To, co dotąd budziło niechęć, a nawet odrazę, teraz zaczyna pociągać i przynosi szczęście. Z kolei rzeczy dotąd ważne stają się nic niewartymi śmieciami. To było doświadczenie św. Pawła. „To wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim” – zapewnia apostoł.


    W tej tajemnicy Maryja wskazuje drogę zmiany myślenia w pierwszym rzędzie o Bogu. Kto porzuca obraz Boga jako surowego sędziego na rzecz wizerunku troskliwego Ojca, którego wolą jest nasze zbawienie, ten zaczyna się nawracać. I dopiero człowiek świadom, że jest kochany przez Boga, sam może skutecznie głosić Ewangelię – bo tylko nawrócony może być jej świadkiem.


    Nie bój się przyszłości


    Jak sobie poradzę w chwili granicznej, gdy mrok ogarnie wszystko to, co do tej pory było punktem odniesienia?


    Takie pytanie towarzyszy chyba każdemu, kto realnie myśli o swoim życiu – taki człowiek wie, że kryzysy są nieuniknione. Tajemnica przemienienia Jezusa na górze Tabor przynosi na to odpowiedź: Bóg tych, którzy w Nim pokładają nadzieję, przygotowuje na chwilę próby. Są chwile „panowania ciemności”, których bez wsparcia Bożego żaden człowiek by nie przetrwał. Widok Jezusa w chwale Bożej przewyższał wszystko, co Piotr, Jakub i Jan do tej pory widzieli. Uzdrowienia, wskrzeszenia, chodzenie po wodzie, uciszenie burzy – to wszystko ustępowało wobec tej nadprzyrodzonej wizji, w której ujrzeli majestat Syna Bożego.


    Musiała w ich sercach pozostać ta chwila, gdy wkrótce przyszło im patrzeć na Jezusa tego samego, a tak strasznie odmienionego. Jak inaczej mogli zachować nadzieję, widząc krwawą miazgę na krzyżu? Wiara wbrew faktom? To nie na ludzkie siły. Piotr i Jakub, mimo wzmocnienia na Taborze, zawiedli, ale ich wiara, choć mocno nadwyrężona, nie ustała. Jan wytrwał do końca pod krzyżem. Bez doświadczenia chwały Syna Bożego pewnie wszyscy popadliby w rozpacz. Natomiast dzięki Bożemu wsparciu poznali swoją słabość i niewystarczalność, a przetrwawszy kryzys wzbogacili się w cnotę bezcenną – pokorę.


    Maryja w tajemnicy przemienienia Jezusa na górze Tabor uczy zaufania, że na nadchodzące wyzwania Bóg nas przygotuje, kiedy trzeba i jak trzeba. Pokazuje, że On nie jest zimnym egzaminatorem, ale stawiając nas przed trudnym zadaniem, sam podsuwa sposób poradzenia sobie z nim. Po prostu nas kocha.


    Cud uobecnienia


    Eucharystię wymyślił dla nas Bóg. Nikt inny nie wpadłby na coś podobnego. Człowiek potrafi jedynie upamiętniać ważne wydarzenia, utrwalać wiedzę o nich na papierze lub w kamieniu, ale ożywić tego, co było, nie umie. Eucharystia natomiast uobecnia najważniejsze we wszechświecie dzieło, dokonane przez Jezusa Chrystusa – ofiarę, którą poniósł na Golgocie. Uobecnia – a nie tylko przypomina. Dzięki cudowi przemiany chleba w Ciało Pana, a wina w Jego Krew, w niepojęty dla nas sposób ta ofiara wciąż trwa. Będąc na Mszy św., nie wspominamy tego, co Jezus dla nas zrobił, ale w tym uczestniczymy. Spożywając Postaci Eucharystyczne, jednoczymy się z realnym, prawdziwym Jezusem, który chce być z nami tak blisko, że aż w nas. Nie ma niczego na świecie, co dałoby się z tym porównać.


    Maryja, która wydała na świat Syna Bożego, towarzyszyła Mu w latach pobytu na ziemi, a pod krzyżem trzymała Jego martwe ciało, najlepiej wie, jak wielkim darem jest Sakrament Ołtarza. W tajemnicy ustanowienia Eucharystii uczy nas korzystania z tej niewyobrażalnej łaski, zachęca do sięgania po nią, gdy tylko jest to możliwe. Matka Boża wie, że robiąc to, będziemy mieli życie w sobie – zadatek życia wiecznego.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg wie, co ma robić
    ILUSTRACJE OREFICE RAFFAELE/ ARCHIWUM SANKTUARIUM W POMPEJACH

    ***

    Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg jest zawsze dobry

    W tajemnicach bolesnych Matka Boża uczy zaufania Bożemu planowi – to zawsze najlepsza decyzja.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Kate Frantz, Amerykanka, nawróciła się w roku 2016. Odtąd wciąż modli się na różańcu. „Tamtego dnia, zanim przystąpiłam do modlitwy, czułam w sercu jakby ogień, natchnienie, pulsowanie… Trudno to opisać słowami. Może najbliższe było to ekscytacji, jaką odczuwa dziecko przed Bożym Narodzeniem, albo gdy mój mąż wraca z sześciomiesięcznej misji” – zaświadczyła na stronie swojego wydawnictwa Thy Olive Tree.

    Był piątek, więc wzięła różaniec i zaczęła odmawiać tajemnice bolesne. „Zaczęłam od pierwszej tajemnicy, męki Jezusa w Ogrójcu. Zwykle, kiedy to robiłam, miałam trudności z koncentracją. Zaczynałam myśleć o męce Jezusa, a potem nagle moje myśli krążyły wokół pracy lub tego, co zjem na kolację. Ale ten dzień był inny” – wspomina. Jej myśli i cała uwaga były skupione tylko na Jezusie w ogrodzie Getsemani. „To było niepodobne do czegokolwiek, czego w życiu doświadczyłam. Moje serce jakby pulsowało w rytm przesuwanych paciorków. W mojej głowie pojawił się obraz Jezusa. Wpatrywał się prosto we mnie. Było w Nim światło” – wyznała.

    Gdy zagłębiła się w kolejne tajemnice, wciąż widziała ten obraz. „Cały czas nad nim medytowałam. Następnego dnia myślałam tylko o tym. Wyjęłam Biblię i zaczęłam czytać fragmenty o męce Jezusa. Wtedy zrozumiałam, że On zapewnia mnie, iż bez względu na to, przez co przechodzę, bez względu na lęki i obawy, jest ze mną. Jezus dobrze znał cierpienie i nie składał mi pustych obietnic, mówiąc, że wszystko będzie w porządku – On sam tego doświadczył” – zapisała Kate. I dodała: „Chciałabym powiedzieć, że tak jest za każdym razem, gdy modlę się na różańcu, ale tak nie jest. Wtedy do głosu dochodzi wiara – świadomość, że to wszystko jest bardzo realne, nawet jeśli tego nie odczuwamy. To jedno z najpiękniejszych pocieszeń, jakie otrzymałam od Pana, i często o tym rozmyślam”.

    Pożytek i radość

    Niektórzy ludzie boją się zagłębiać w tajemnice bolesne Różańca, bo mają obawę, że przez to sami pogrążą się w boleści, a w każdym razie doświadczą smutku, wynikającego z rozpamiętywania cierpienia. Ale rozważanie cierpienia Jezusa nie jest wzmacniaczem naszego cierpienia – jest sposobem na nie. To trochę jak z prawem Archimedesa: na ile zanurzysz się w męce Chrystusa, o tyle sam jesteś lżejszy. Tu, jak nigdzie indziej, działa paradoks jarzma i brzemienia, które Jezus czyni słodkim i lekkim, kiedy się do Niego przychodzi. W lutym 1935 roku św. Faustyna usłyszała zapewnienie Jezusa: „Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej męki większą zasługę ma aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie Moich bolesnych ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a Mnie sprawia wielką radość”.

    Nikt głębiej nie rozważał męki Chrystusa niż Jego Matka. To Ona towarzyszyła Synowi w Jego drodze aż na Golgotę i pozostała pod krzyżem aż do końca. Dziś Maryja modli się też z nami, gdy rozważamy tajemnice bolesne.

    Heroizm modlitwy

    Jeszcze nie nadeszli oprawcy, nikt Jezusa jeszcze nie dotknął, a już nastało „panowanie ciemności” – diabeł otrzymał dostęp do Jedynego Sprawiedliwego. Zajadłość Złego przyniosła Jezusowi duchową mękę, jakiej nikt inny z ludzi nie doświadczył ani nie zdołałby przetrwać. Ewangelista Łukasz zapisał: „Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił” (22,44). To czysty heroizm tak się modlić, gdy wzburzona przez Nieprzyjaciela wyobraźnia szaleje, nie dając chwili wytchnienia i odcinając, wydawałoby się, wszelką możliwość zwrócenia myśli w inną stronę. Człowiek w chwili ciemności ma skłonność dyskutować z oskarżycielem i walczyć z falami rozpaczy. Ale to daremne – trzeba wołać do Boga. Mimo wszystko, pod prąd pokusie zwątpienia i poczuciu „małej wieczności” tego stanu.

    Jezus pokonał tę pokusę, przeciwstawiając jej wierną modlitwę do Ojca, zanoszoną wbrew wszelkim przeszkodom i przeciwnościom. Ciemności duszy to cierpienie nieraz większe niż ciężki ból fizyczny, ale też zanoszona w takim stanie modlitwa do Boga jest wyjątkowo płodna. To czas oczyszczenia, po którym następuje obfitsze owocowanie.

    Nauka, jaka płynie z tej tajemnicy w Różańcowej Szkole Maryi, to wezwanie do wytrwania w modlitwie. Trwoga i smutek, i pokusa beznadziei, jakie przeżywasz, to nie są symptomy odrzucenia – to szczególna okazja do upodobnienia się do Jezusa, który też to przeżywał, tylko ciężej. Ten kryzys okaże się błogosławiony, gdy, jak Jezus, przyjdziesz z nim do Ojca. Jemu możesz powiedzieć wszystko, także: „oddal ten kielich”. Możesz przed Nim jęczeć, wykrzyczeć Mu swoje niezrozumienie, a nawet pretensje – On zrozumie. I obsypie łaskami.

    On usprawiedliwia

    Najwięcej ran, jakie otrzymał Pan Jezus, zadano Mu podczas biczowania. Ślady na Całunie Turyńskim wskazują, że Zbawiciel otrzymał 120 smagnięć, a każde z nich powodowało kilka ran zadanych metalowymi zakończeniami. W sumie ponad 600. Wydaje się, że przy słupie biczowania nad Chrystusem znęcali się jacyś potworni psychopaci. Zachodzi jednak obawa, że to… my. We wszystkim, co się wtedy z Jezusem działo, w mistycznym sensie uczestniczyła cała ludzkość, zarówno ci żyjący wcześniej i ludzie Jemu współcześni, jak i ci, którzy zjawili się na świecie po Nim, a także ci, którzy dopiero się zjawią. My też tam byliśmy, a wszystkie nasze złe lub dobre wybory były dla Niego bólem lub wytchnieniem. To nie metafora – my też, grzesząc, mamy udział w biczowaniu Jezusa. Nikt nie jest bez winy, bo jak powie apostoł, „wszyscy zgrzeszyli”. Tu nie chodzi o wpędzanie w poczucie winy, ale o pokorę, która wynika z prawdy o sobie. A prawdą jest, że grzeszymy i potrzebujemy Bożego przebaczenia. „Nie jestem lepszy” – to bolesna świadomość, ale ona chroni przed jeszcze gorszym grzechem faryzeizmu.

    Konfesjonały stają się tym „mniej modne”, im wyższe ludzie mają o sobie mniemanie. Bo żądło śmierci tkwi nie w samej grzeszności, ale w jej nieuznawaniu i w wynikającym z tego celebrowaniu swojej fałszywej doskonałości. Nie bądź pewny swojej dobroci, nie zagłuszaj sumienia wyliczaniem swoich zasług i usprawiedliwianiem swoich upadków. Jezus chce cię usprawiedliwić, ale to dokonuje się przez uznanie swojej grzeszności, skruchę i wyznanie grzechów.

    Taka nauka płynie z postawy Maryi – wzoru pokory.

    Takie królowanie

    „Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida” – usłyszała Maryja w czasie zwiastowania. Okazało się, że wielkość wcielonego Syna Bożego, Jego tron i atrybuty władzy daleko odbiegają od ludzkich wyobrażeń. Cierniowa korona na skroniach Jezusa była dla Niego źródłem bólu, a dla oprawców narzędziem wyszydzenia Go. A jednak dziś każdy świadomy chrześcijanin rozumie, że nie ma zaszczytniejszych symboli panowania nad te, którymi „przyozdobiono” Chrystusa w dniu Jego męki. Królować znaczy służyć – i nie ma w tym królowaniu żadnej dominacji, wynoszenia się ani dawania do zrozumienia, kto tu rządzi, ani też nieuczciwego dorabiania się kosztem podwładnych. Służba to troska o potrzeby innych, a Jezus, znosząc ból cierniowego wieńca, zatroszczył się o naszą największą potrzebę – o zbawienie. Taką władzę winien sprawować każdy z nas, bo każdy jakąś władzę ma: polityczną, zawodową, administracyjną, rodzicielską, duchowną, duchową lub jeszcze jakąś inną.

    Maryja, wskazując na Jezusa ukoronowanego cierniem, przypomina, że Jezus królujący nie ma nic wspólnego z zadzieraniem nosa i rozpychaniem się na stołkach. Naśladowanie Go to służba – szczera troska o dobro innych.

    Najlepsza opcja

    Jezus poniósł krzyż na Golgotę, doświadczając niewyobrażalnych cierpień. Słysząc Jego wezwanie do wzięcia swojego krzyża i pójścia za Nim, doświadczamy być może obawy, że to oferta przyjęcia podobnej męki. Klucz tkwi w słowach: „niech weźmie krzyż swój”. Swój – nie Jezusowy. Nasz jest akurat dla nas i dla nikogo innego. I ten mamy wziąć. Słowa: „niech weźmie” wskazują na osobistą decyzję poniesienia tego ciężaru, który po prostu nieść powinienem, bo wynika z moich obowiązków, zobowiązań, uczciwości i wierności temu, co rozpoznaję jako wolę Bożą. To wcale nie oznacza, że temu, kto swojego krzyża nie bierze, będzie łatwiej. O tym, jaka to „łatwizna”, przekonują się ci, co uciekają od swoich obowiązków, którzy łamią swoje słowo, uciekają od powinności, żyją nieuczciwie, a motywowani chciwością – kłamią i oszukują.

    „Nikt z was niech nie cierpi jako zabójca albo złodziej, albo złoczyńca, albo jako niepowołany nadzorca obcych dóbr!” – wzywa św. Piotr (1 P 4,15). Bo życie z nieczystym sumieniem to nie jest żaden komfort. Ci, którzy nie podejmują własnego krzyża, cierpią naprawdę ciężko, żyjąc w niezadowoleniu i niepokoju, które towarzyszą nieuczciwości.

    Maryjna nauka z tej tajemnicy płynie taka, że wzięcie własnego krzyża i pójście za Jezusem to najlepsza życiowa opcja. Cierpienie tam też jest, ale ono jest słodkie i twórcze. I prowadzi do wiecznego szczęścia.

    Do ostatka

    Ostatnie słowa Jezusa brzmiały: „Wykonało się”. Ten, który w Ogrójcu prosił, aby Go ominął ten kielich, na krzyżu wypił go do końca, do ostatniej kropli. Przyjął każde cierpienie, jakie Ojciec na Niego dopuścił, wiedząc, że każda wola Boża jest dobra, nawet tak po ludzku niezrozumiała jak męka i śmierć na krzyżu. Dzięki temu dług człowieka został spłacony, a brama nieba otwarta. To wtedy z boku Jezusa wypłynęły krew i woda jako znak niewyczerpanego Bożego miłosierdzia. To źródło wciąż bije i każdy, kto chce, może z niego zaczerpnąć.

    Matka Boża pod krzyżem z woli Jezusa stała się także naszą Matką. To oznacza, że zawsze się nami opiekuje i nigdy nie przestaje nas kochać. Ona też w tajemnicy śmierci Pana Jezusa na krzyżu uczy wytrwałości i zaufania Bożym planom. One są perfekcyjne, choć droga ich realizacji nieraz prowadzi przez ciemną dolinę. Zawsze jednak na końcu jest niegasnące światło.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg chce naszego zbawienia

    W tajemnicach chwalebnych Matka Boża wskazuje na niebo. To jest nasz cel – każdy inny jest chybiony.

    Maryja jako królowa wciąż służy nam z nieba, troszcząc się o to, żebyśmy także tam się znaleźli.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Okrągła rocznica bombardowania Hiroszimy i Nagasaki stała się okazją do przypomnienia zdarzeń, noszących znamiona ingerencji nadprzyrodzonej. Należy do nich historia jezuitów z Hiroszimy, którzy w niewytłumaczalny sposób ocaleli z nuklearnej zagłady. To znaczy – niewytłumaczalny po ludzku. Osoby wierzące wskazują na jeden trop: Różaniec.

    Był 6 sierpnia 1945 roku. O godzinie 8.16 nad miastem eksplodowała bomba Little Boy o sile 16 kiloton. Dom misji jezuickiej znajdował się 1300 metrów od epicentrum wybuchu. Wszystkie domy wokół przestały istnieć. Każdy, kto znajdował się w takiej odległości, zginął od razu lub zmarł wkrótce wskutek choroby popromiennej – z wyjątkiem czterech zakonników: Francuza Hugona Lassalle’a, Niemców Huberta Schiffera i Wilhelma Kleinsorge’a oraz Polaka Huberta Cieślika. Jezuici w chwili eksplozji przebywali w domu parafialnym przy kościele Matki Bożej Wniebowziętej. O. Hubert Cieślik zapisał w swoim dzienniku: „Świat za oknem rozbłysnął niesamowitym światłem. Pomyślałem, że bomba uderzyła niedaleko, może nawet na terenie kościoła. Położyłem się na podłodze, w przejściu między dwoma pomieszczeniami. Po jakimś czasie wszystko ucichło, nie dało się usłyszeć żadnego dźwięku. Podniosłem nieco głowę i rozejrzałem dookoła. Ku mojemu zaskoczeniu, panowała ciemność. Na tyle na ile byłem w stanie sięgnąć wzrokiem, w każdym kierunku widziałem tylko morze ruin i zniszczenia. Przetrwały tylko resztki odartych z kształtu betonowych budowli i dom księży, z którego właśnie wyszedłem. A to był drewniany budynek”.

    Okazało się, że wszyscy czterej jezuici doznali tylko obrażeń od potłuczonego szkła, a budynek, w którym się znajdowali, stracił jedynie dach. Najdziwniejsze było to, że żaden z zakonników nie miał powikłań zdrowotnych wskutek promieniowania. W ciągu 30 lat byli badani około 200 razy przez wielu lekarzy i nigdy nie znaleziono w ich ciałach nawet śladu promieniowania. Ostatni z nich, o. Hugo Lassalle, żył do roku 1990 i zmarł w wieku 92 lat.

    Ojciec Hubert Schiffer, pytany o tajemnicę ich ocalenia, powiedział w jednym z wywiadów: „Nasza jezuicka grupa była szczególnie oddana przesłaniu fatimskiemu”. To samo mówili pozostali. „Żyliśmy, modliliśmy się na różańcu i odprawialiśmy pokutę, do której wzywała Maryja w Fatimie w tym właśnie domu, który ocalał” – powtarzali wielokrotnie. O. Schiffer stwierdził też, że bomba atomowa nie okazała się więc najpotężniejszą bronią na ziemi ani żadną z tych, które ludzie jeszcze wymyślą, „nigdy nie będzie w stanie odjąć prymatu mocy modlitwy i zjednoczenia ludzkiego stworzenia z Bogiem”.

    Dyskretna potęga

    Ocalenie zakonników z Hiroszimy nie oznaczało, że byli lepsi od tych, którzy zginęli – ich historia była znakiem, że to Stworzyciel ma prawdziwą władzę nad stworzeniem, zarówno na ludzką duszą, jak i ciałem człowieka. Wszystkie cuda, jakich doświadczają ludzie na ziemi, są jedynie słabym odblaskiem tego, co zdarzyło się w Jerozolimie na trzeci dzień po śmierci Zbawiciela. Zmartwychwstanie Jezusa jest największym cudem wszechświata. A jednak, rzecz dla ludzi dziwna, nie dokonało się to w blasku dnia, na oczach tłumu. „Jaka szkoda” – nasuwa się myśl. „Przecież to przekreśliłoby wszelkie wątpliwości, zamknęłoby usta niedowiarkom, zmusiłoby wrogów do skruchy albo do ucieczki. I byłby triumf godny tego słowa”.

    Owszem, tak byłoby po ludzku – ale nie po Bożemu. Bóg, który w swojej ludzkiej naturze przyszedł na świat dyskretnie i niepozornie, pozostał konsekwentny i nawet zmartwychwstał bez żadnej ostentacji. Widocznie tak jest lepiej. Bóg zna ludzką naturę i wie, jak przewrotnie ludzie mogą interpretować to, co oczywiste, i zaprzeczać nawet temu, co niezaprzeczalne. „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą” – mówi Abraham w Jezusowej przypowieści. Sprawdziło się to po wskrzeszeniu Łazarza, gdy żydowska elita, zamiast uwierzyć, postanowiła zabić wskrzeszającego i wskrzeszonego.

    Maryja w tajemnicy zmartwychwstania Jezusa uczy nas wiary, jakiej oczekuje Zbawiciel. Takiej, jaką sama miała. Każde wydarzenie, zrozumiałe i niezrozumiałe, było dla Niej podstawą do zaufania Bogu. Bo głęboka wiara zawsze ma związek z zaufaniem, z krokiem w ciemno. Taka wiara nie bierze się z doświadczenia, to z niej bierze się doświadczenie. I tak się dzieje: ci, którzy zaufali Chrystusowi, otrzymują upewnienie mocniejsze od tego, które daje zobaczenie i dotknięcie – ono obejmuje całe ich życie, w którym Zmartwychwstały jest źródłem niezrównanego pokoju i radości.

    Daleko, a blisko

    Byłoby dla nas czymś ekscytującym wiedzieć, że Jezus jest obecny wśród nas, podobnie jak był za dni swojego pobytu na ziemi. Ale, jak powiedział uczniom Zbawiciel: „Pożyteczne jest dla was Moje odejście”. Jezus, wstępując do nieba, zlecił uczniom misję niesienia Dobrej Nowiny, po czym zapewnił: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Odchodzi, a jednak zostaje na zawsze. Jak to możliwe?

    Uczniowie wtedy jeszcze tego nie rozumieli, ale my dziś to wiemy, bo wciąż tego doświadczamy: od tamtej pory Jezus jest obecny w sakramentach, w swoim słowie i we wspólnocie wiary. Gdy przyjmujemy Go w Chlebie Eucharystycznym, jest tak blisko, że aż w nas. Odtąd możemy się z Nim spotkać zawsze i w każdym miejscu. Nawet gdy próbujemy zasnąć, zamiast liczyć owce, możemy porozmawiać z Pasterzem. A to wszystko mało wobec tego, co czeka na nas tam, gdzie wstąpił Chrystus.

    Maryja przez tajemnicę wniebowstąpienia Jezusa wskazuje nam Kościół jako miejsce szczególnej obecności Jej Syna także w doczesności. Nie ma lepszego domu nad ten, w którym mieszka Chrystus. A On chce mieszkać z nami.

    Niezrównane wyposażenie

    To ludzka rzecz się bać. Ważne, żeby mimo lęku realizować wolę Jezusa – jak apostołowie w Wieczerniku. W dniu Pięćdziesiątnicy byli tam wszyscy i wraz z Maryją modlili się. Nagle zerwał się jakby gwałtowny wiatr, a nad każdym z obecnych spoczął jeden język ognia. „I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić” – czytamy w Dziejach Apostolskich. I nagle, choć na zewnątrz nic się nie zmieniło, wszystko się zmieniło wewnątrz – zalęknieni dotąd ludzie wyszli śmiało na zewnątrz i zaczęli głosić Ewangelię. Strach ustąpił przed doświadczeniem Bożej potęgi. Uczniowie Jezusa, którzy do niedawna nie odnajdywali w sobie dość sił i odwagi, żeby otworzyć drzwi, teraz przemawiali do tłumów, i to tak, że każdy ich rozumiał. To robi Duch Święty. Uczniowie poszli w świat bez laski, bez torby i bez pieniędzy, ale wyposażeni w Ducha Świętego – a to dużo więcej niż najlepszy ludzki ekwipunek.

    Maryja w tajemnicy zesłania Ducha Świętego uczy: nie licz na własne siły, módl się i czekaj na pomoc z wysoka. On, Paraklet, napełni cię mocą – wtedy staniesz się Jego świadkiem.

    Niebo dotykalne

    „Powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła, i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” – tymi słowami 1 listopada 1950 r. Pius XII ogłosił dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny.

    Matka Boża w różańcowej tajemnicy wniebowzięcia pokazuje, że niebo jest rzeczywistością dla człowieka całkowicie realną i w jakiś sposób nawet dotykalną, bo zbawienia dostąpiło także Jej materialne ciało. Przez tę tajemnicę zwraca nam uwagę, jak święte są nasze ciała, skoro stanowią mieszkanie Ducha Świętego. Wprawdzie, w odróżnieniu od Jej ciała, nasze ulegną rozpadowi, ale w niebie je odzyskamy – odnowione i uwielbione. W czasach kultu wygody, który nie znosi cielesnych niedomagań, coraz częściej oferując cierpiącym eutanazję, Matka Boża przypomina, że to Bóg stworzył ludzkie ciało i tylko On wie, kiedy człowiek dojrzał do wieczności. Przyśpieszanie tego procesu „na własnych warunkach” jest w istocie działaniem na warunkach Nieprzyjaciela. To Bóg jest Panem człowieka – duszy i ciała.

    Korona pokory

    Prawdziwa wielkość i chwała płyną z życia w pokorze, posłuszeństwie i zaufaniu Bogu. Tego uczy różańcowa tajemnica ukoronowania Maryi w niebie. Matka Boża otrzymuje koronę, o którą nigdy nie zabiegała. Otacza Ją chwała, jakiej na ziemi nigdy nie zaznała, ani jakiej nie poszukiwała, a jednak w Magnificat o niej prorokowała: „Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia”. Dlaczego? Bo Bóg „wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej”. Takie są niebiańskie kryteria królowania: uniżenie, pokora. Świadomość własnej kondycji i zależności od Boga. To nie jest optyka odwrócona: to ziemska optyka stoi na głowie. „To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych” – powie Jezus o faryzejskiej „świętości”.

    Maryja w proroczym uniesieniu śpiewa o Bogu, który „strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych”. Gdzie dostrzegła to wywyższenie, skoro wtedy właśnie światem rządziło Imperium Rzymskie, a na tronie Judei zasiadał Herod, człowiek w najwyższym stopniu pyszny i zazdrosny o władzę? Cóż, dostrzega to chyba każdy, kto przyjmuje działanie Boga w swoim życiu, kto z Nim utrzymuje więź i z miłością wypełnia Jego wolę. Wtedy właśnie, gdy pozwalam Mu wejść do swojego serca, dostrzegam tę potężną różnicę między kimś, kto pyszni się swoimi zasobami i wpływem na ludzi, a „ubogim Pana”, który swoje skarby – czyny miłości – gromadzi w niebie.

    Każdy ziemski tron się rozpadnie, a tron niebiański trwa na wieki. Każdy mieszkaniec nieba otrzyma koronę, ale nie ma tam rywalizacji władców – tam jest rywalizacja służby. Maryja koronę otrzymała jako pierwsza z ludzi, bo jest pierwsza w miłości. Jako królowa wciąż służy nam z nieba, troszcząc się nade wszystko o to, żebyśmy także się tam znaleźli.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust.

    O czym trzeba koniecznie pamiętać?

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust. O czym trzeba koniecznie pamiętać?
    fot. Therese Westby / Unsplash

    ***

    Uzyskanie odpustu – zarówno zupełnego, jak i cząstkowego – dzięki różańcowi wcale nie jest trudne. Jak to zrobić? I czy odpust za różaniec można uzyskać tylko w październiku? 

    Odmawianie różańca to jedna z czynności wiary, które są dla nas pomocą w życiu nie tylko dlatego, że modlitwa zbliża nas do Boga, ale także dlatego, że są z nimi związane odpusty, czyli uwolnienie nas od skutków naszych grzechów, które psują nam życie, niszczą relacje, kradną radość i nie pozwalają się pozbierać.

    Za odmawianie modlitwy różańcowej w dokumencie Penitencjarii Apostolskiej z 29 czerwca 1969 roku przewidziane jest kilka możliwości uzyskania odpustu. 

    Odpust zupełny – za publiczne odmówienie różańca

    Za odmówienie różańca w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu (wystarczy odmówić tylko jedną część różańca) zyskujemy odpust zupełny; natomiast za odmówienie poza tymi miejscami lub wspólnotami – odpust cząstkowy – podaje wykaz Penitencjarii. Co więcej, gdy nie odmawiamy całej części różańca, już za samo pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen zyskujemy odpust cząstkowy, podobnie jak za odmówienie wyznania wiary. 

    By uzyskać odpust zupełny, muszą być dodatkowo spełnione zwykłe warunki: bycie w stanie łaski uświęcającej i przyjęcie komunii św., brak przywiązania do grzechu i modlitwa w intencjach, w których modli się papież.

    Czy odpust za odmówienie różańca można zyskać tylko w październiku? 

    Odpust zupełny za odmówienie różańca można uzyskać w dowolnym momencie roku. W październiku jest to jednak łatwiejsze ze względu na nabożeństwa różańcowe, odprawiane w każdej parafii – łatwiej wtedy o okazję do publicznego odmówienia różańca i uzyskania odpustu zupełnego. 

    Czym jest odpust w Kościele katolickim?

    To łaska, którą można ofiarować za zmarłą osobę albo “zużyć” dla siebie. Jest związana z faktem, że wszystkie popełnione przez nas grzechy i zaniedbania mają swoje konsekwencje. Wina zostaje nam w stu procentach wybaczona, gdy dostajemy rozgrzeszenie w spowiedzi, jednak skutki naszych grzechów mogą nas nękać jeszcze za życia i ciągnąć się za nami po śmierci, a wtedy zamiast prosto do nieba idziemy do czyśćca, by odpokutować za zło, które się przez nas wydarzyło.

    źródło: DEON / mł

    ***

    czwartek 16 października

    Dziś 47. rocznica wyboru Kardynała Karola Wojtyły na papieża

    Samplefot. Pixabay

    ***

    Dziś mija 47. rocznica wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża. Ówczesny metropolita krakowski został wybrany w poniedziałek 16 października 1978 r. w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego „Księdze czynności biskupich”, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

    Publikujemy garść faktów, wspomnień, opinii i ciekawostek dotyczących pamiętnego konklawe.

    Bardzo znamiennie, z perspektywy przyszłych wydarzeń, brzmią słowa jakie kard. Wojtyła wypowiedział 11 października 1978 w bazylice Mariackiej, podczas Mszy św. intencji zmarłego papieża, Jana Pawła I: „Mężowie stanu, głowy państw mówią o tym, że zapoczątkował nowy styl pasterzowania na Stolicy Apostolskiej. Styl pełen ogromnej prostoty, pełen ogromnej skromności, pełen olbrzymiego poszanowania dla człowieka”.

    15 sierpnia 1963 r. podczas uroczystości koronacji przez prymasa Wyszyńskiego figury Matki Bożej Ludźmierskiej miał miejsce znamienny – z perspektywy późniejszych wydarzeń – epizod. Kardynał Wojtyła uchwycił berło, jakie podczas procesji w pewnym momencie wypadło z ręki Madonny. „Karolu, Maryja dzieli się z Tobą władzą” – powiedział do bp. Wojtyły stojący obok jego kolega, ks. Franciszek Macharski.

    Niektórzy bliscy znajomi kard. Wojtyły uważają, że jego niezwykłe zachowanie w dniach poprzedzających konklawe (w tym szczególne skupienie i małomówność) mogło wskazywać, że przeczuwał on to, co się ostatecznie wydarzyło. Kiedy rankiem 29 września 1978 r. metropolita krakowski dowiedział się o niespodziewanej śmierci Jana Pawła I, głęboko wstrząśnięty powiedział: “Niezbadane są wyroki Boże, chylimy przed nimi głowę”.

    Ostatnią noc przed wyjazdem na pogrzeb Jana Pawła I i konklawe, przyszły papież spędził w domu gościnnym sióstr urszulanek na warszawskim Powiślu. W tym samym domu od lat mieszkał wybitny historyk filozofii Stefan Swieżawski, od lat przyjaciel Karola Wojtyły. „Był bardzo milczący. Pożegnaliśmy się właściwie bez słowa. Widziałem, że nie chce nic mówić. A on już wiedział…”

    Przed konklawe, które wybrało go na papieża kard. Wojtyła mieszkał w Papieskim Kolegium Polskim przy Piazza Remuria. Wczesnym rankiem, 14 października 1978 r. w kaplicy Kolegium odprawił Mszę św. Po południu odjechał na konklawe samochodem prowadzonym przez brata Mariana Markiewicza ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego. Wysłużone już wówczas auto kupił po latach amerykański aktor Jon Voight, odtwórca roli papieża w amerykańskim filmie „Jan Paweł II” (USA, 2005).

    Bezpośrednim poprzednikiem Jana Pawła II na Stolicy Piotrowej był kard. Albino Luciani, który przybrał imię Jana Pawła I. Zmarł na atak serca 28 września 1978 r. po 33 dniach pontyfikatu. Wedle niepotwierdzonych doniesień, papież zmarł we śnie trzymając w dłoni słynne dzieło Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”.

    Kard. Wojtyła niemal „na styk” zdążył na konklawe, które wybrało go na papieża. 14 października metropolita krakowski wybrał po południu do rzymskiej kliniki Gemelli, by odwiedzić chorego przyjaciela, biskupa Deskura. Do Kaplicy Sykstyńskiej wszedł ostatni a trzeba wiedzieć, że po zamknięciu wrót Kaplicy do środka nie wpuszcza się nikogo, nawet kardynałów….

    Kard. Karol Wojtyła został wybrany na papieża w poniedziałek, 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

    Podczas konklawe, prymas Polski kard. Stefan Wyszyński szepnął kardynałowi Wojtyle: “Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać…”.

    Znamienne reminiscencje z konklawe zamieścił papież w swoim testamencie: „Kiedy w dniu 16. października 1978 konklawe kardynałów wybrało Jana Pawła II, Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński powiedział do mnie: ‘zadaniem nowego papieża będzie wprowadzić Kościół w Trzecie Tysiąclecie’. Nie wiem, czy przytaczam to zdanie dosłownie, ale taki z pewnością był sens tego, co wówczas usłyszałem. Wypowiedział je zaś Człowiek, który przeszedł do historii jako Prymas Tysiąclecia. Wielki Prymas. Byłem świadkiem Jego posłannictwa, Jego heroicznego zawierzenia. Jego zmagań i Jego zwycięstwa. ‘Zwycięstwo, kiedy przyjdzie, będzie to zwycięstwo przez Maryję’” – zwykł był powtarzać Prymas Tysiąclecia słowa swego Poprzednika kard. Augusta Hlonda.

    Kolegium Kardynalskie, które dokonało wyboru liczyło 111 purpuratów. Spośród kardynałów elektorów tylko 18 było młodszych od kard. Wojtyły. Został on najmłodszym z papieży, jakich wybrano od półtora wieku. Zgodnie z kościelną normą określoną przez papieża Pawła VI, w konklawe nie brali udziału kardynałowie powyżej 80. roku życia.

    Jan Paweł II był pierwszym od 455 lat papieżem nie-Włochem (od czasu pontyfikatu Hadriana VI, który był Holendrem i pełnił najwyższy urząd w Kościele w latach 1522-23), najprawdopodobniej pierwszym w dziejach papieżem-Słowianinem i pierwszym w historii Kościoła papieżem, który przybranym imieniem powołuje się aż na trzech swoich bezpośrednich poprzedników (Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I).

    Pełne, oficjalne i uroczyste określenie urzędu, na jaki wybrano kard. Wojtyłę brzmi: “Jego Świątobliwość Ojciec Święty Jan Paweł II, Biskup Rzymski, Namiestnik Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Następca Księcia Apostołów, Najwyższy Kapłan Kościoła Katolickiego, Patriarcha Zachodu, Prymas Italii, Arcybiskup i Metropolita Rzymskiej Prowincji Kościelnej, Suwerenny Władca Państwa Watykańskiego, przedtem Arcybiskup i Metropolita Krakowski Karol Kardynał Wojtyła”.

    Obrady są absolutnie tajne, zaś kardynałów obowiązuje tajemnica, niemniej wedle miarodajnych opinii metropolita krakowski został wybrany w ósmym głosowaniu, przytłaczającą większością 99 głosów (spośród 111 wszystkich uczestników konklawe).

    Chociaż kardynał Wojtyła zyskiwał od czasu udziału w obradach coraz większe uznanie wśród hierarchów z całego świata, to nie był wymieniany przez media w gronie papabili a więc purpuratów, których wybór na papieża jest wielce prawdopodobny. Wynik konklawe był absolutną światową sensacją.

    Postać papieża z Polski stała się przez szereg dni po konklawe kluczowym temat światowych mediów, które nie kryły zafascynowania jego osobą. Zwracano uwagę na jego horyzonty intelektualne, wszechstronność zainteresowań, bogactwo doświadczeń duszpasterskich; podkreślano, że zna biegle sześć języków, lubi spływy kajakowe, uprawia narciarstwo a do tego jest poetą…

    Gdy uczestnicy konklawe zostali zapoznani z wynikami rozstrzygającego głosowania, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Villot, zadał metropolicie Krakowa przewidziane rytuałem pytanie: “Czy przyjmujesz dokonany przed chwilą kanonicznie wybór twojej osoby na Najwyższego Kapłana?” Wyraźnie wzruszony kard. Wojtyła odpowiedział: „W duchu posłuszeństwa wobec Chrystusa, mojego Odkupiciela i Pana, w duchu zawierzenia wobec jego Matki – przyjmuję”.

    Zgodnie ze zwyczajem, tuż po wyborze nowy papież przyjmuje od kardynałów elektorów ślubowanie posłuszeństwa. Jak poinformowali świadkowie tego wydarzenia, Jan Paweł II dokonał w tej ceremonii znamiennej modyfikacji, którą biorąc pod uwagę styl całego pontyfikatu, można określić jako wręcz symboliczną: w przeciwieństwie do poprzedników odebrał ten hołd w pozycji stojącej a nie siedząc na tronie.

    Jednym z hierarchów, który podczas przerw w kolejnych sesjach konklawe, optował na rzecz wyboru metropolity krakowskiego był ówczesny arcybiskup Wiednia i przyjaciel metropolity krakowskiego, kard. Franz König. Wielce znamienną rozmowę odbył on z kard. Wyszyńskim, któremu zasugerował, że Polska ma odpowiedniego kandydata. “Co? Miałbym opuścić Warszawę i pozostać w Rzymie? To byłby triumf komunistów!” – odparł na to Prymas. Kard. König doprecyzował więc, kogo miał na myśli…

    Niezwykłą adnotację zawiera księga metrykalna parafii Karola Wojtyły w Wadowicach. Nazajutrz po konklawe z 16 października 1978, pod kolejnymi adnotacjami – o chrzcie, bierzmowaniu, święceniach, sakrze biskupiej, kreowaniu kardynałem – ksiądz proboszcz Edward Zacher, w obecności dziennikarzy z całego świata, wypisał wiecznym piórem: “Die 16 X 1978, in Summum Pontificem electus, et imposuit sibi nomen: Joannes Paulus PP”…

    Postać nowego papieża wzbudzała medialną gorączkę na całym świecie, zaś osoby, które znały kard. Wojtyłę udzielały nieskończonej liczby wywiadów. Tuż po konklawe ciekawą charakterystykę metropolity krakowskiego przedstawił włoskiemu radiu sekretarz Episkopatu Polski bp Bronisław Dąbrowski: “Żyje bardzo ubogo. Gdybyście widzieli, jak mieszka w Krakowie, gdzie jest wielki pałac, a on zajmuje mały pokoiczek, nic więcej… To człowiek pracy. Śpi mało, pracuje wiele (…) Mogę powiedzieć, że jest ludzki, że to człowiek święty, bardzo dobry, otwarty dla wszystkich”.

    Wśród wielu zadziwiających faktów dotyczących Karola Wojtyły, jakie u kresu pontyfikatu zebrał szwajcarski dziennik „Tribune de Geneve” podano i ten, że metropolita krakowski przybył na konklawe mając ze sobą wyjątkowo skromne kieszonkowe, stanowiące odpowiednik 125 franków szwajcarskich.

    Dla bloku państw komunistycznych, na czele z ZSRR wybór polskiego kardynała na papieża był potężnym ciosem. Ciężki szok przeżywało kierownictwo PZPR, które tuż po wyborze zwołało specjalną naradę. Jej klimat opisywał jeden z jej funkcjonariuszy: “Konsternacja widoczna. Olszewski wylewa na jasne spodnie filiżankę czarnej kawy. Westchnienia. Ciężkie. Czyrek ładuje się z tezą (…) – ‘ostatecznie lepszy Wojtyła jako Papież tam, niż jako Prymas tu’. Teza jest chwytliwa. Trafia do przekonania. Ulga”.

    Oficjalna reakcja władz na wybór kard. Wojtyły na Papieża była utrzymana w tonie radości i satysfakcji. Niekiedy starania aby robić “dobrą minę do złej gry” przynosiły efekt humorystyczny. W telegramie wystosowanym przez władze PRL nazajutrz po zakończeniu konklawe napisano m.in.: “Na tronie papieskim po raz pierwszy w dziejach jest syn polskiego narodu, budującego w jedności i współdziałaniu wszystkich obywateli wielkość i pomyślność swej socjalistycznej ojczyzny…”

    Wybór hierarchy “zza żelaznej kurtyny” wywołał radość i wzbudził wiele nadziei. Vaclav Havel, wówczas słynny dysydent i dramaturg (później prezydent Czechosłowacji a następnie Republiki Czeskiej) siedział z przyjaciółmi w swoim górskim domku. “Kiedy usłyszeliśmy tę wiadomość, zaczęliśmy wiwatować i krzyczeć z radości do późnego wieczora. Instynktownie czuliśmy, że jest to olbrzymie wsparcie dla wszystkich ludzi kochających wolność a żyjących w świecie komunistycznym”.

    Wielki pisarz rosyjski, wygnany z ojczyzny przez władze radzieckie, autor słynnego „Archipelagu Gułag”, Aleksander Sołżenicyn, tak skomentował decyzję konklawe z 16 października 1978 r.: „Wybór papieża Wojtyły to jedyna dobra rzecz, jaka wydarzyła się ludzkości dwudziestego wieku”.

    Wietnamski arcybiskup van Thuan czwarty rok siedział w odosobnieniu skazany przez komunistyczne władze swojego kraju (w areszcie domowym i więzieniach spędził w sumie lat 13). Kilka lat wcześniej widział się kard. Wojtyłą w Rzymie. Ktoś potajemnie przekazał mu wieść o wyniku konklawe. “Bardzo się ucieszyłem, ponieważ w moim przekonaniu była to wielka łaska dla Kościoła”.

    Pontyfikat Jana Pawła II od pierwszych dni pełen był zachowań, słów i gestów, które odmieniły oblicze papiestwa w oczach świata, przybliżając je do zwykłych ludzi. Już pierwszego dnia po wyborze Ojciec Święty zdecydował się na rzecz nie do pomyślenia przez poprzedników: opuścił mury Watykanu by udać się do szpitala Gemelli w odwiedziny do chorego przyjaciela, kard. Andrzeja Deskura.

    Brytyjski „The Times” nazajutrz po konklawe z 16 października: „Wybór kardynała Wojtyły na papieża jest wydarzeniem o niezwykłym znaczeniu. Kardynałowie wyprawili Kościół w podróż, której koniec nie jest znany (…) Być może postąpili najmądrzej, jednak zaryzykowali wyzwolenie takich sił ludzkich, politycznych i religijnych, który nie będą w stanie kontrolować”.

    Wybór papieża z Polski był niezwykłym wydarzeniem w dziejach świata, ale, jak się okazało, zapowiedzianym w poetyckim proroctwie innego Polaka. Juliusz Słowacki napisał w 1848 r.: „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza/W ogromny dzwon,/Dla słowiańskiego oto papieża/Otworzył tron, (…)// Twarz jego słowem rozpromieniona,/Lampa dla sług,/Za nim rosnące pójdą plemiona/W światło, gdzie Bóg./Na jego pacierz i rozkazanie/Nie tylko lud -/Jeśli rozkaże, to słońce stanie,/Bo moc – to cud!

    Proroctwo Juliusza Słowackiego o słowiańskim papieżu odczytano na Placu św. Piotra podczas koncertu jaki zorganizowano dokładnie w 20. rocznicę wyboru kard. Wojtyły. Wielotysięczny tłum pielgrzymów i turystów gorącym aplauzem przyjął słowa polskiego wieszcza odczytane po włosku przez jednego z aktorów. Kilka chwil później niemal dokładnie co do minuty w 20 lat po swoim wyborze, w oknie Pałacu Apostolskiego pojawił się Jan Paweł II. Pozdrowił krótko przybyłych, podziękował im za pamięć o rocznicy i pobłogosławił ich.

    Według tak zwanego Proroctwa świętego Malachiasza przydomek papieża Wojtyły brzmi „De labore Solis” – Z trudu słońca. Tego rodzaju alegorycznymi czy poetyckimi określeniami w proroctwie tym określano kolejnych papieży. Tekst proroctwa św. Malachiasza (prymasa Irlandii) powstał w XII wieku.

    Kiedy drugiego (i ostatniego) dnia konklawe dyskusje wśród kardynałów coraz wyraźniej wskazywały na możliwość wyboru metropolity krakowskiego, dawny rzymski znajomy ks. Wojtyły a wówczas już kardynał, o. Maksymilian de Fuerstenberg, pochylił się nad nim cytując słowa z Ewangelii św. Jana: „Dominus adest et vocat te” (Pan jest i woła cię).

    Uczestnik konklawe, hiszpański kardynał Enrique y Tarancon, powiedział po wyborze kard. Wojtyły: „Nie szukaliśmy kandydata konserwatywnego ani postępowego, tylko ‘pewnego’ jeśli chodzi o kontynuowanie linii Soboru Watykańskiego II. Kryteria oceny nie miały charakteru ideologicznego. Poza tym Wojtyła był typem biskupa-duszpasterza, co miało zasadnicze znaczenie”.

    Powracając po latach do czasów swojego wyboru na papieża, Jan Paweł II oceniał, że w ten sposób konklawe „jak gdyby zażądało świadectwa Kościoła, z którego ten kardynał przychodził – jakby go zażądało dla dobra Kościoła powszechnego. (…) Wybór Polaka nie mógł nie oznaczać jakiegoś przełomu. Świadczył o tym, że konklawe, idąc za wskazaniami Soboru, starało się odczytywać ‘znaki czasu’ i w ich świetle kształtować swoje decyzje”.

    W homilii podczas Mszy z okazji 25. rocznicy pontyfikatu, 16 października 2003 r. Papież wyznał, że w momencie wyboru silne odczuł w swym sercu pytanie, jakie skierował Jezus do Piotra: „Miłujesz Mnie, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?”(J 21, 15-16); i dodał: „Każdego dnia odbywa się w mym sercu ten dialog, a w duchu wpatruję się w to łaskawe spojrzenie zmartwychwstałego Chrystusa, które ośmiela, aby jak Piotr ze świadomości swej ludzkiej ułomności ze spokojem odpowiadał: ‘Panie, Ty wiesz… Ty wiesz, że Cię kocham, a potem podejmować zadania, jakie On sam przed nami stawia”.

    Wybitny polski pisarz Andrzej Kijowski, który znał ks. Wojtyłę jeszcze z czasów jego pracy w kościele św. Floriana, tu po wyborze polskiego kardynała na papieża opublikował w miesięczniku “Więź” ciekawą “przepowiednię”: “Nie będzie cudzoziemcem ani w Rzymie, ani w świecie, ponieważ ma ten rodzaj inteligencji, która każdemu, kto się z nim zetknie, uświadamia jego inteligencję własną. Ma dar otwierania serc na tajemnie Boga i tajemnice człowieka. (…) uniwersalna mądrość tego papieża, jego talent identyfikacji z innymi, jego wewnętrzna wielość i jego wielkość rzucą blask na całą nadchodzącą epokę w historii Kościoła”.

    Tomasz Królak/Kai

    ***

    Jak prymas Stefan Wyszyński papieża wybierał

    14 października 1978 r. do Kaplicy Sykstyńskiej wchodzi 111 kardynałów z 49 krajów. Nikt z nich nie przeczuwa, że za 2 dni zmienią bieg historii

    Bachledówka k. Zakopanego, lipiec 1973 r

    Bachledówka k. Zakopanego, lipiec 1973 r

     fot. Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego

    ***

    Śmierć Jana Pawła I, po zaledwie 33-dniowym pontyfikacie, jest ogromnym szokiem także dla kardynałów. Zastanawiają się, co przez to doświadczenie chciał im powiedzieć Duch Święty. Nie mają czasu na dogłębne analizy, bo termin nowego, drugiego już konklawe w 1978 r. zbliża się wielkimi krokami.

    Do Kolegium Kardynalskiego dociera informacja o manifeście wybitnych ojców soborowych, którzy domagają się charyzmatycznego pasterza. Kardynałowie mają świadomość, że nowy papież powinien być człowiekiem o silnej, wyrazistej osobowości, który byłby zdolny zahamować kryzys w Kościele. Kryzys, który – jak zauważył założyciel Wspólnoty św. Idziego prof. Andrea Riccardi – wynika nie z zewnętrznych sił bądź czynników, jak w czasach rewolucji francuskiej czy polityki państw ateistycznych, ale pochodzi z wnętrza Kościoła.

    Nie do końca spełniają te wymagania i oczekiwania dwaj główni faworyci mediów, jak również większości elektorów: arcybiskup Genui kard. Giuseppe Siri, który z trudem przyjmuje zmiany posoborowe inicjowane przez Pawła VI, oraz arcybiskup Florencji kard. Giovanni Benelli, zdolny zachować ciągłość linii tego papieża.

    Wojtyła powodem konfliktu z Sowietami?

    Niektórzy z wpływowych kardynałów niewłoskich stawiają na kandydatów spoza Włoch. Arcybiskup Sao Paolo kard. Paulo Evaristo Arns oświadcza wprost, że najlepszym pretendentem byłby kard. Karol Wojtyła. O metropolicie krakowskim dużo się mówi przed konklawe w kręgach Kurii Rzymskiej. Cieszy się on tam opinią wspaniałego człowieka, zdolnego pasterza, ale nikt poważnie nie bierze pod uwagę jego kandydatury. Dlaczego? Bo – jak wspomina w niedawnym wywiadzie dla PAP znakomity watykanista Luigi Accattoli – ich zdaniem, „wybór papieża z kraju komunistycznego byłby wielkim zagrożeniem, gdyż mógłby doprowadzić do konfliktu z sowieckim systemem”.

    Daleki od takiego myślenia jest arcybiskup Wiednia kard. Franz König, który jeszcze przed konklawe daje niedwuznacznie do zrozumienia, że sytuacja w Kościele dojrzała do tego, by papieżem mógł zostać nie-Włoch. Kardynał dobrze się orientuje w realiach socjalistycznych, bo jako pierwszy purpurat z Zachodu w charakterze nieformalnego przedstawiciela papieża odwiedza kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Zna abp. Wojtyłę z jego wizyt w Wiedniu i ze swoich rewizyt w Krakowie. Ceni jego intelekt, walory moralne i talenty duszpasterskie. W rozmowach z członkami Kolegium Kardynalskiego sonduje możliwość wyboru nie-Włocha i w tym kontekście wymienia nazwisko Wojtyły, lobbując, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, za jego kandydaturą.

    Dlaczego Prymas odmówił

    Kardynał König rozmawia także na ten temat z kard. Wyszyńskim. Wedle znanej anegdoty, słowa arcybiskupa Wiednia o godnym następcy św. Piotra z Polski Prymas odnosi do siebie, choć jedzie na konklawe z absolutnym przekonaniem, że papieżem powinien zostać Włoch. Znane są jego wypowiedzi sprzed konklawe na ten temat, zapisuje także to przekonanie w „Pro memoria”.

    Kiedy dwaj główni faworyci włoscy blokują się nawzajem, bo żaden z nich nie może uzyskać wymaganej większości głosów, w przerwie między głosowaniami zgłasza się do Prymasa grupa elektorów z pytaniem, czy przyjąłby wybór. Kardynał Wyszyński zdecydowanie odmawia i po raz kolejny wyraża przekonanie, że papieżem powinien zostać Italczyk. Tłumaczy się ponadto zaawansowanym wiekiem, brakiem wszechstronnego przygotowania oraz koniecznością obrony Kościoła na Wschodzie, co określa jako swoje życiowe zadanie. „Do mnie należy nawet paść na granicy polsko-sowieckiej, gdyby Bóg tego ode mnie zażądał” – czytamy w „Pro memoria”. Mówi jednak kardynałom: „Gdyby wybór padł na kard. Wojtyłę, uważam, że miałby obowiązek wybór przyjąć, gdyż jego zadania w Polsce są inne”. Kiedy Prymas się orientuje, że szanse metropolity krakowskiego rosną, staje się gorącym rzecznikiem jego kandydatury.

    To Jej dzieło!

    Drugiego dnia konklawe, wobec niemożności uzyskania przewagi jednego z włoskich kandydatów, kard. König podczas posiłków wymienia nazwisko kard. Wojtyły, czym daje do zrozumienia, że będzie na niego głosował.

    Nazajutrz, 16 października, po obiedzie, jak wynika z lakonicznych zapisków Prymasa, przejmuje on inicjatywę. Staje się, używając języka piłkarskiego, głównym rozgrywającym. W „Pro memoria” zapisuje: „Po obiedzie długa moja rozmowa z kard. Królem, a później z kard. Königiem. Nic więcej! Później z kardynałami niemieckimi. Nic więcej!”. Co to oznacza – wiadomo. Wymienieni należą do grona wpływowych purpuratów, których kard. Wojtyła ma po swojej stronie. Można się domyślić, że dyskutują o tym, jak zmobilizować do postawienia na metropolitę krakowskiego elektorów niezdecydowanych. Czas poobiedniego wypoczynku jest dla nich bardzo pracowity. „Czuło się ożywienie na korytarzach” – notuje kard. Wyszyński.

    „Grupa Prymasa” okazuje się skuteczna, bo ósme głosowanie jest formalnością. Kardynał Wyszyński przesuwa się do metropolity krakowskiego, który siedzi za nim w drugim rzędzie, i prosi go o przyjęcie wyboru. „Gdyby Księdza Kardynała wybrano, proszę pomyśleć, czy nie przyjąć imienia Jana Pawła II. Dla włoskiej opinii publicznej byłoby to obrócenie na dobro tego kapitału duchowego, który zebrał Jan Paweł I” – czytamy w „Pro memoria”.

    Podczas homagium obaj płaczą. Prymas wspomina po powrocie do Polski w jednym z kazań: „(…) usta nasze niemal jednocześnie otworzyły się imieniem Matki Bożej Jasnogórskiej: to Jej dzieło! Wierzyliśmy w to mocno i wierzymy nadal”.

    Później Prymas wypowie prorocze słowa, które Papież zapisze w swoim testamencie, a po latach powtórzy w Gorzowie Wielkopolskim: „Masz teraz wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie”.

    Opatrznościowy udział

    Choć Prymas i Papież są przekonani, że wynik konklawe to „sprawa” Madonny Jasnogórskiej, to jednak Jan Paweł II docenia rolę czynnika ludzkiego. Świadczy o tym jego niepublikowany dotąd odręczny list do kard. Wyszyńskiego z 3 listopada 1978 r., w którym dziękuje Księdzu Prymasowi za „tak opatrznościowy udział w ostatnim konklawe”. Czytamy w nim m.in.: „Nie muszę już więcej pisać, Wasza Eminencja sam wie, o co chodzi, o czym myślę. To są drogi Boże, które tym bardziej nam się uświadamiają, im bardziej objawia się ich zobowiązujące znaczenie. Ksiądz Prymas wie, że miał bezpośredni udział w objawieniu się tego właśnie zobowiązującego znaczenia na tle całego przebiegu konklawe, a w szczególności w dniu 16 października, w uroczystość św. Jadwigi”. Prymas i Papież rozumieli się „w pół słowa”. Ale i my po przeczytaniu tego fragmentu nie mamy wątpliwości, że Jan Paweł II dziękuje kard. Wyszyńskiemu za to, że w sposób zasadniczy przyczynił się do jego wyboru na papieża.

    Po konklawe Prymas „na gorąco” wyraża przypuszczenie, że wybór papieża z Polski może „przyhamować akcję ateistyczną, płynącą z ZSRR, gdy Moskwa zorientuje się, że w centralnej Europie wyrosła niespodziewanie nowa siła”. I dodaje za starcem Symeonem: „Teraz puszczasz w pokoju swego sługę, Panie, ponieważ moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, które przygotowałeś przed obliczem wszystkich narodów” (por. Łk 2, 29-31).

    Zanim to się stanie, Prymas przeżyje chwile wielkiej chwały, kiedy podczas homagium 22 października 1978 r. Papież w bezprecedensowym geście podniesie go z klęczek i ucałuje jego ręce, i kilka miesięcy później, kiedy w czerwcu 1979 r. będzie gospodarzem pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny.

     Grzegorz Polak/Tygodnik Niedziela

    ***

    Pontyfikat Jana Pawła II

    w dokumentach KGB.

    Papież widziany z Kijowa.

    Dokumenty wytworzone przez ukraińskie KGB pokazują, jak wybór Jana Pawła II zmienił układ sił na świecie i dał nadzieję milionom chrześcijan żyjących w krajach komunistycznych.

    „Biorąc pod uwagę to,  że wybór Wojtyły na papieża może doprowadzić do znacznej aktywizacji katolików na Ukrainie, organy KGB USRS opracowują metody aktywnego przeciwdziałania wywrotowym dążeniom Watykanu” – czytamy w raporcie gen. Witalija Fiedorczuka, przewodniczącego KGB Ukraińskiej SRS, noszącego datę 1 listopada 1978 r.
    AP PHOTO/ EAST NEWS

    ***

    W książce pt. „Żarliwy antykomunista. Pontyfikat Jana Pawła II w dokumentach KGB Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (1979–1991)” prezentuję wyniki kwerendy przeprowadzonej w Kijowie pod koniec stycznia i na początku lutego 2020 roku. Trzydzieści jeden dokumentów pochodzi z Wydzielonego Państwowego Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Dziewięć z nich wytworzył Zarząd I KGB Ukraińskiej SRS, a więc wywiad. Znajdują się one w Wydzielonym Archiwum Państwowym Służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy. Jest ono niedostępne dla zewnętrznych badaczy, a dokument otrzymałem dzięki uprzejmości kierownictwa tej instytucji.

    Pierwszy z tych dokumentów powstał w listopadzie 1979 roku i opisuje reakcję KGB na wybór Jana Pawła II. Ostatnie pochodzą z sierpnia 1991 roku, kiedy Związek Sowiecki się walił, a Ukraina zmierzała w stronę niepodległości. Kwerenda miała być kontynuowana, ale kilka dni po moim wyjeździe z Kijowa zaczęła się pandemia, a później Rosja napadła na Ukrainę. Nieprędko więc nadarzy się okazja do kolejnych badań.

    Sowieckie reakcje

    Dokumenty te pozwalają zrozumieć znaczenie tematyki ukraińskiej dla pontyfikatu Jana Pawła II oraz rolę, jaką papież odegrał dla wolności religijnej w Związku Sowieckim, a zwłaszcza dla legalizacji Kościoła greckokatolickiego. Interesujące są zawarte w nich oceny stosunku nowego papieża do komunizmu oraz przestrogi dla władz przed konsekwencjami, jakie ten pontyfikat może mieć dla ideowej spoistości Związku Sowieckiego. Wyłania się z nich także szeroka panorama życia religijnego na Ukrainie w ostatniej dekadzie trwania sowieckiego imperium, ze szczególnym uwzględnieniem miejsca, jakie w tym kraju zajmował Kościół katolicki. Wyjątkowe znaczenie w tej kolekcji mają dwa dokumenty: telegram szyfrowy szefa KGB Ukrainy gen. Witalija Fiedorczuka do przewodniczącego KGB Jurija Andropowa oraz telegram szyfrowy gen. Nikołaja Czerpaka ze Lwowa do gen. Fiedorczuka. Powstały one bezpośrednio po zamachu na życie Jana Pawła II w maju 1981 r. i w tym kontekście powinny być analizowane. 

    Andrzej Grajewski
Żarliwy antykomunista. Pontyfikat Jana Pawła II 
w dokumentach KGB Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (1979–1991)
Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego, 
ss. 310.
Książkę można kupić m.in. 
na stronie www.mieroszewski.pl.

    Andrzej Grajewski Żarliwy antykomunista. Pontyfikat Jana Pawła II w dokumentach KGB Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (1979–1991) Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego,

    ***

    Wśród dokumentów przeważają materiały analityczno-informacyjne, przygotowywane przez kierownictwo KGB Ukrainy dla KC Komunistycznej Partii Ukrainy, ale są tam również dokumenty operacyjne, m.in. plany przedsięwzięć organizacyjnych oraz agenturalnych, prowadzonych na kierunku walki z przeciwnikiem ideologicznym przez Zarząd Kontrwywiadu w Kijowie oraz jego odpowiedniki terenowe we Lwowie i Chmielnickim. Dotyczą nie tylko katolików. Pontyfikat Jana Pawła II wywołał ferment ideowy w całym społeczeństwie i ożywił wiele wspólnot wyznaniowych, zwłaszcza tzw. wolnych Kościołów ewangelikalnych, które w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku coraz śmielej zaczęły szukać możliwości funkcjonowania poza granicami stworzonymi przez sowieckie prawo wyznaniowe.

    Wróg nr 1

    Warto zwrócić uwagę na specyficzny, nadzwyczaj zideologizowany język tych dokumentów. Funkcjonariusze KGB nie tylko opisują konkretne wydarzenia, ale zawsze ideologicznie je oceniają. Widać to zwłaszcza w opisach działającego w podziemiu Kościoła greckokatolickiego. Dla kolejnych pokoleń czekistów był on symbolem ukraińskiego nacjonalizmu, wrogiem numer jeden i główną przeszkodą w realizacji planu sowietyzacji Ukrainy. Warto dodać, że represje wobec grekokatolików zamieszkujących Rzeczpospolitą Obojga Narodów zaczęły się zaraz po jej upadku. W lutym 1839 r. na synodzie w Połocku zlikwidowano unicką diecezję litewską i białoruską, a w 1875 r. diecezję chełmską. Grekokatolicy przetrwali jedynie na terenie Galicji Wschodniej, znajdującej się pod rządami Habsburgów. Umocnili swe pozycje w okresie międzywojennym, ale po wojnie Stalin zdecydował o zniszczeniu tego Kościoła rękami rosyjskiego prawosławia. W marcu 1946 r. NKWD zorganizowała tzw. sobór we Lwowie. Kościół greckokatolicki w Galicji Wschodniej został na nim zlikwidowany, a wierni i duchowieństwo przymusowo wcieleni do Patriarchatu Moskiewskiego. Ci, którzy nie chcieli się temu podporządkować, za wierność papieżowi płacili latami spędzonymi w łagrach, więzieniach, a często i życiem. Te historyczne wątki i oceny często powracają w publikowanych przeze mnie dokumentach KGB, zwłaszcza w charakterystykach poszczególnych duchownych i hierarchów greckokatolickich oraz w ocenach ukraińskich organizacji emigracyjnych. W raportach i analizach KGB z końca lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych XX w. powtarzane są te same negatywne, antyukraińskie klisze, które znajdujemy w dokumentach NKWD z okresu 1939–1945. Wskazuje to na szczególne miejsce w „resortowej pamięci” problematyki religijnej, zwłaszcza Kościoła greckokatolickiego. To wyjaśnia alergiczną wręcz reakcję kierownictwa KGB Ukraińskiej SRS na wybór Jana Pawła II, okazującego od pierwszych chwil swego pontyfikatu tak wiele sympatii grekokatolikom. Odnotowano, że wkrótce po inauguracji papież przyjął na audiencji duchowego lidera grekokatolików, kard. Josyfa Slipyja. Możliwość legalizacji Kościoła greckokatolickiego postrzegano w szerszej perspektywie. Jak oceniono w jednym z dokumentów, „dzisiaj unici domagają się własnego Kościoła, jutro będą chcieli mieć własne państwo”. Dlatego w tak alarmującym tonie sformułowane są depesze z Kijowa, wysyłane do Moskwy w okolicach 13 maja 1981 r.

    Zresztą we współczesnej rosyjskiej propagandzie antyukraińskie obsesje odgrywają tę samą rolę jak w czasach carskich czy sowieckich. Nadal każdy przejaw ukraińskiego patriotyzmu, czy akcentowania duchowej przynależności do narodu ukraińskiego, w Rosji ocenia się jako przejaw nacjonalizmu czy wręcz faszyzmu.

    Historyczny zwrot

    Aby zrozumieć znaczenie zwrotu, jakiego dokonał Jan Paweł II w kwestii podejścia do swobód wyznaniowych w Związku Sowieckim, a zwłaszcza jego zaangażowanie na rzecz grekokatolików, należy przypomnieć zachowanie poprzednich papieży. Jan XXIII ograniczył się do interwencji w 1963 r. na rzecz uwięzionego kard. Slipyja, ale zrobił to pod naciskiem greckokatolickich hierarchów, protestujących, że na Sobór Watykański II zaproszono delegację Patriarchatu Moskiewskiego, podczas gdy wierni Stolicy Apostolskiej ukraińscy hierarchowie nadal gnili w łagrach i więzieniach. Paweł VI unikał publicznego upominania się o swobody wyznaniowe w Związku Sowieckim. Nie podnosił także kwestii likwidacji Kościoła greckokatolickiego. Inaczej postąpił Jan Paweł II. Od początku wpisał obronę praw ludzi wierzących na Ukrainie w szerszy plan duszpasterski, którego celem było powiększenie obszaru swobód religijnych, a zarazem budowanie mostów do wschodniego chrześcijaństwa. Dzięki papieskiemu wsparciu grekokatolicy w podziemiu przetrwali kolejną falę represji w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nowe możliwości otwarły się przed nimi dopiero wtedy, kiedy w 1986 r. zostały podjęte głębokie reformy społeczne i polityczne, zainicjowane przez nowego sekretarza generalnego KC KPZS Michaiła Gorbaczowa.

    Wiele dokumentów z tego zbioru dotyczy okresu przygotowań do obchodów Millennium Chrztu Rusi Kijowskiej, które od dawna przykuwały uwagę Jana Pawła II. Inicjatorem obchodów był kard. Slipyj. W liście przekazanym papieżowi w listopadzie 1978 roku postulował wykorzystanie owego millennium w 1988 roku do upomnienia się o losy Kościoła skazanego przez Stalina na zagładę. To zainspirowało Jana Pawła II do podjęcia wielkiego wysiłku organizacyjnego oraz dyplomatycznego, aby wykorzystać uroczystości milenijne do nowego religijnego otwarcia na Wschodzie. Z publikowanych w tym zbiorze dokumentów jasno wynika, że przygotowanie do obchodów Millennium Chrztu Rusi Kijowskiej stało się ważnym obszarem aktywności Jana Pawła II wobec Związku Sowieckiego i szerzej – w relacjach ze wschodnim chrześcijaństwem. Być może papieska inicjatywa była jednym z ważniejszych czynników skłaniających sowieckie państwo oraz Patriarchat Moskiewski do zorganizowania obchodów, co miało później tak wielkie konsekwencje dla życia religijnego w Związku Sowieckim. Skutkowało bowiem zmianą prawa wyznaniowego, od 1918 roku jednego z fundamentów sowieckiego państwa.

    Te dokumenty są ważnym przyczynkiem do oceny historycznej roli pontyfikatu Jana Pawła II, który, wykorzystując sprzyjającą koniunkturę geopolityczną, wygrał wojnę, jaką wszystkim religiom wydał bolszewicki ateizm, próbując w imię socjalnej i politycznej utopii pozbawić ludzi prawa do wiary w Boga. Podkreślają wagę kwestii greckokatolickiej w wielkim ewangelizacyjnym planie papieża, który i dzisiaj nie stracił na aktualności.

    Moja praca ma jednak charakter wybiórczy i wymaga kontynuacji. Dlatego apeluję o stworzenie programu badawczego, który pozwoliłby w skali całej Europy Środkowej i Europy Wschodniej zebrać dokumenty i osadzić pontyfikat Jana Pawła II w jego historycznych realiach – wielkiego katalizatora ludzkich marzeń o wolności – i pokazać, jak to marzenie zmieniło bieg historii. •

    Andrzej Grajewski/Gość Niedzielny

    ***

    Życie pod nadzorem

    Przez prawie 45 lat funkcjonariusze SB gromadzili informacje o aktywności Wojtyły, jego znajomych, trybie życia i planach.

    Karta ewidencji operacyjnej biskupa Karola Wojtyły prowadzona przez Wydział IV KW MO w Krakowie.
    Awers pierwszej z kart dotyczących ks. Karola Wojtyły z kartoteki ewidencji operacyjnej księży. Kraków, 14 października 1963 r.Archiwum IPN Kraków

    ***

    W niedatowanym dokumencie, prawdopodobnie z 1946 r., w którym funkcjonariusze UB w Krakowie ujęli kilkadziesiąt osób, o których zbierali informacje, znalazł się także „Wojtyła Karol (…), z zawodu kleryk, słuchacz Teologii w Krakowie”. Jest to pierwsza znana wzmianka o Wojtyle w dokumentach komunistycznej bezpieki. Zapewne miała ona związek z tym, że przyszły papież był w tym czasie wiceprezesem akademickiej Bratniej Pomocy, która organizowała spacyfikowane przez Urząd Bezpieczeństwa obchody 3 Maja w 1946 r. w Krakowie.
    Przez kolejnych kilka lat bezpieka nie prowadziła jednak wobec niego aktywnych działań. Tym bardziej że w latach 1946–1948 ks. Wojtyła studiował w Rzymie. Gdy wrócił, trafił początkowo do małej parafii w Niegowici. Już wtedy bezpieka sporządziła notatkę o „ks. Wojdule z Niegowici”, który prowadził zebranie zarządu Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej. Do Krakowa duchowny powrócił w 1949 r. Został wtedy wikarym w parafii św. Floriana. Zainteresowano się nim, gdyż prowadził Kółko Ministrantów – pracując z młodzieżą, miał na nią wpływ, a z punktu widzenia komunistów odciągał ją tym samym od materializmu. Na przełomie lat 40. i 50. jego nazwisko pojawiało się w kilku sprawach prowadzonych przez bezpiekę przeciw krakowskiemu Kościołowi, ale także Teatrowi Rapsodycznemu i Mieczysławowi Kotlarczykowi. Jego aktywność duszpasterska była dostrzegana nie tylko przez wiernych, ale także przez bezpiekę.
    Systematyczną inwigilację młodego księdza Wojtyły – „prowadzącego działalność na odcinku akademickim” – Urząd Bezpieczeństwa rozpoczął w 1955 r. Założono wtedy przeciwko niemu sprawę operacyjną o kryptonimie „Pedagog”. Charyzmatyczny duchowny, który skupiał wokół siebie coraz większe grupy osób, dla bezpieki był zagrożeniem. Jego aktywność osłabiała starania reżimu zmierzające do laicyzacji społeczeństwa.

    Bezpieka wobec metropolity krakowskiego

    Bezpieka zintensyfikowała działania w 1958 r., po uzyskaniu przez Wojtyłę nominacji biskupiej. Interesowano się zwłaszcza jego wpływem na krakowskich studentów i intelektualistów, ale także robotników – zwłaszcza w Nowej Hucie, nad którą jako biskup pomocniczy objął szczególną pieczę.
    W 1960 r. Służba Bezpieczeństwa rozpoczęła sprawę „Grupa F”, w ramach której inwigilowano bp. Wojtyłę i skupione wokół niego środowisko, między innymi Janinę i Jerzego Janików oraz Jerzego Ciesielskiego. Trzy lata później, w związku z nowymi procedurami obowiązującymi w Departamencie IV MSW (czyli antywyznaniowym pionie Służby Bezpieczeństwa), sufraganowi krakowskiemu założono Teczkę Ewidencji Operacyjnej na Biskupa, w ramach której poddano go indywidualnej inwigilacji. Pion IV rozpracowywał sufragana, a później metropolitę krakowskiego do 1978 r., a później zadania te przejął przede wszystkim Departament I – czyli wywiad PRL.
    Od 1946 r. bezpieka z różnym natężeniem, a po uzyskaniu przez inwigilowanego sakry biskupiej w 1958 r. z większą systematycznością gromadziła informacje o życiu księdza, a później kardynała Wojtyły. Funkcjonariuszy interesowało właściwie wszystko, co dotyczyło duchownego. Zbierali dane o jego cechach charakteru, nawykach życiowych, zainteresowaniach, osobach, z którymi się kontaktował, o tym, kogo lubił, a kogo nie darzył sympatią. Bezpiekę interesowały plany i zamierzenia biskupa Wojtyły, jego reakcje na bieżącą sytuację w PRL i poszczególne decyzje partii czy administracji komunistycznej.

    Siedem worków akt

    Bezpieka wykorzystywała wobec Wojtyły wszelkie dostępne środki działania. W jego otoczeniu działało kilkudziesięciu tajnych współpracowników – duchownych i świeckich. Byli wśród nich pracownicy kurii, kapłani z diecezji krakowskiej i osoby świeckie. Setki agentów wymieniały Wojtyłę w swych donosach choćby zdawkowo. Krakowski biskup pomocniczy, a potem metropolita wymieniany był także w setkach spraw prowadzonych przez SB przeciw innym duchownym i świeckim, a także wobec kurii czy poszczególnych parafii.
    Funkcjonariusze starali się podsłuchiwać jego rozmowy telefoniczne, montowali podsłuchy w pomieszczeniach, obserwowali go podczas uroczystości – pisali raporty o jego aktywności i fotografowali ją, nagrywali kazania i wystąpienia.
    Posługując się zgromadzoną wiedzą i bliskimi Wojtyle osobami, które zostały zwerbowane do współpracy, funkcjonariusze próbowali wpływać na jego decyzje. To się im jednak nie udawało. Metropolita krakowski miał świadomość prowadzonych wobec niego działań, dlatego by uniknąć podsłuchu, wiele istotnych rozmów prowadził poza budynkami, podczas spacerów. Nie był też podatny na wpływy – nawet bliskich mu osób. Zasięgał ich opinii, słuchał, ale decyzje podejmował sam.
    Usiłowano go także konfliktować z ludźmi, którym ufał i na których mógł polegać, a także skłócać go z kard. Stefanem Wyszyńskim. Próbowano go także kompromitować wśród duchownych i wiernych, choćby jako współautora głośnego listu biskupów polskich do niemieckich poprzedzającego obchody Milenium Chrztu Polski, który stał się pretekstem do wielkiej antykościelnej kampanii. Te działania w języku SB nazywano dezintegracją.
    Niejawne działania operacyjne komuniści wzmacniali naciskiem administracyjnym, skoordynowane akcje SB, Urzędu ds. Wyznań czy np. Wojewódzkiej Rady Narodowej miały paraliżować te inicjatywy Wojtyły, które bezpieka uznawała za szczególnie niebezpieczne dla systemu. Z wielu takich sytuacji krakowski ordynariusz wychodził zwycięsko, unikając ustawiania go w pozycji, w której chciała go widzieć komunistyczna władza.
    Bezpieka zgromadziła olbrzymi materiał o wszystkich niemal aspektach życia przyszłego papieża. Po konklawe z października 1978 r. cały ten zbiór materiałów funkcjonariusze Departamentu IV przewieźli z Krakowa do Warszawy. Wywieziono wtedy 16 pakietów, upchanych w 6 lub 7 wielkich pocztowych workach. Mimo że po wyborze kard. Wojtyły na Tron Piotrowy główne operacje przejął wywiad SB, Departament IV, a także jego odpowiedniki w terenie nadal zbierały informacje o Janie Pawle II – szczególnie intensywnie w czasie papieskich pielgrzymek do ojczyzny.

    dr hab. Filip Musiał, dyrektor Oddziału IPN w Krakowie

    ***

    Październik w rytmie dziesiątek różańca

    fot. Freepik

    ***

    Kiedy jesień przynosi pierwsze chłody i zapach mokrych liści, każdy z nas szuka małych rytuałów, które wypełnią coraz dłuższe wieczory i mgliste poranki. W Kościele takim rytuałem października jest różaniec.

    Dlaczego akurat październik?

    7 października przypada wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. To ono sprawiło, że z czasem cały październik stał się miesiącem poświęconym tej modlitwie. Papieże zachęcali, by właśnie jesienią częściej sięgać po różaniec. Dlaczego? Może dlatego, że jesień sprzyja refleksji – dni robią się krótsze, a w długie wieczory łatwiej znaleźć chwilę spokoju. Różaniec od wieków był modlitwą „na trudne czasy”, a tych przecież nigdy nie brakuje. To modlitwa, którą łatwo wpisać w codzienność – nie trzeba od razu całych godzin. Czasem wystarczy jedna dziesiątka, by dzień nabrał innego rytmu.

    Odmawiajcie codziennie różaniec…

    Można zapytać: spośród tylu modlitw – dlaczego właśnie ta? Odpowiedź jest banalnie prosta: bo działa.

    Gdy w 1917 roku Maryja ukazała się trojgu dzieciom w Fatimie, powiedziała wyraźnie: Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny. Przy kolejnych spotkaniach fatimskich znów prosiła: Chcę, żebyście codziennie odmawiali różaniec – wskazując, że to warunek potrzebnych łask. Podobne przesłanie usłyszały dwie polskie dziewczynki podczas objawień w Gietrzwałdzie w 1877 roku: Maryja odpowiedziała im: Życzę sobie, abyście codziennie odmawiały różaniec.

    To nie przypadek. Różaniec jest prosty, dostępny zawsze i dla każdego. Nie wymaga specjalnych przygotowań ani warunków. Możesz odmawiać go w autobusie, w kolejce do lekarza albo na spacerze. Możesz wybrać jedną tajemnicę i pomyśleć o kimś, komu akurat potrzebne jest wsparcie. I tyle. W świecie, w którym wszystko musi być szybkie i efektowne, różaniec przypomina, że czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze.

    Metoda małych kroków

    Największym błędem jest zaczynać od zbyt dużych oczekiwań. Nikt Ci nie każe od razu odmawiać całego różańca codziennie. Jedna dziesiątka to świetny początek – krótka chwila, która może wejść w nawyk.

    A skoro już o nawykach mowa – tu z pomocą przychodzi nasz Nawykownik Różańcowy. To coś w rodzaju duchowego planera, który nie tylko pomaga nam przejść przez kolejne październikowe dni, ale też podsuwa intencje na każdy dzień miesiąca: za chorych, za rodziny, o pokój na świecie czy za prześladowanych chrześcijan. Dzięki temu codzienny różaniec przestaje być tylko osobistą praktyką, a staje się modlitwą splecioną z realnymi sprawami świata. Możesz wpisać własną intencję, zaznaczyć dzień, w którym się udało – i zobaczyć, jak z czasem tworzy się mała mapa Twojej duchowej drogi.

    Z kolei Do Syna Swego nas prowadź. Modlitewnik Różańcowy to świetny towarzysz, gdy chcesz się bardziej skupić. W modlitewniku znajdziesz krótkie rozważania i wskazówki, które pomagają zatrzymać się na chwilę przy każdej tajemnicy. Dzięki nim różaniec nie jest tylko powtarzaniem znanych słów, ale nabiera sensu i prowadzi przez konkretne obrazy. Każda dziesiątka staje się wtedy małą pauzą w codzienności – chwilą skupienia, która zostawia ślad na resztę dnia.

    Październik z różańcem w dłoni

    Może warto w tym roku spojrzeć na październik trochę inaczej? Nie jak na miesiąc dodatkowych nabożeństw, ale jak na okazję, by wprowadzić do dnia prosty rytuał spokoju? Może to być poranna dziesiątka różańca w drodze do pracy albo wieczorna chwila ciszy zamiast scrollowania telefonu. Nie trzeba wiele – wystarczy zacząć.

    Każdy miesiąc ma swój rytm. Październik może być tylko kolejną kartką w kalendarzu, albo stać się zaproszeniem, by złapać oddech i odnaleźć ciszę w różańcu. A Ty – jak chcesz go przeżyć?

    Stacja7

    ***

    wtorek 7 października

    Dzień Matki Bożej Różańcowej

    Odpusty dla Odmawiających Różaniec

    ***

    Dziś można uzyskać odpust zupełny

    Warunki do uzyskania odpustu zupełnego:

    1. Stan łaski uświęcającej: Być w stanie, w którym nie ma na sumieniu grzechów ciężkich.
    2. Wyzbycie się przywiązania do grzechu: Oznacza to całkowite i świadome odrzucenie nawet grzechów lekkich, do których jest się przywiązanym.
    3. Spowiedź sakramentalna: Można przystąpić do spowiedzi kilka dni przed lub po wypełnieniu pozostałych warunków. Po jednej spowiedzi można uzyskać wiele odpustów.
    4. Komunia Eucharystyczna: W danym dniu, kiedy chcemy uzyskać odpust, należy przyjąć Komunię Świętą.
    5. Modlitwa w intencjach Ojca Świętego: Jest to zazwyczaj odmówienie modlitwy “Ojcze nasz” oraz “Wierzę w Boga”, a także dowolnej modlitwy w intencjach, które są bliskie Papieżowi. 

    Dzieło odpustowe w Dzień Matki Bożej Różańcowej:

    • Pobyt w kościele, kaplicy, w gronie rodzinnym, wspólnocie zakonnej lub stowarzyszeniu, a następnie odmówienie Modlitwy Różańcowej

    ***

    CZYM JEST ODPUST?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. (…). Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” (KKK 1471).

    „Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (KKK 1473).

    a) Odpust zupełny – uwalnia od wszystkich kar doczesnych, należnych za grzechy odpuszczone co do winy w sakramencie pokuty.

    b) Odpust cząstkowy – darowanie części kary doczesnej. „Przez odpusty wierni mogą otrzymać dla siebie, a także dla dusz w czyśćcu, darowanie kar doczesnych, będących skutkiem grzechów” (KKK 1498).

    KIEDY UZYSKUJEMY ODPUST RÓŻAŃCOWY?

    Odpust zupełny możemy uzyskać wówczas, gdy modlitwę różańcową odmawiamy:

    • w kościele,
    • w miejscu publicznych modlitw,
    • w rodzinnym gronie,
    • w zakonnej wspólnocie,
    • w pobożnym stowarzyszeniu.

    Gdy modlitwie różańcowej towarzyszą inne okoliczności, Kościół wtedy mówi o udzieleniu odpustu cząstkowego.

    WARUNKI, KTÓRE NALEŻY WYPEŁNIĆ DLA UZYSKANIA ODPUSTU ZUPEŁNEGO:

    1. Odmówić w całości przynajmniej jedną z czterech części różańca (pięć tajemnic określonej części).
    2. Medytacji nad tajemnicami różańcowymi musi towarzyszyć modlitwa ustna.
    3. Podczas publicznego odmawiania różańca muszą być – w sposób dla danego miejsca właściwy – zapowiadane poszczególne tajemnice. W przypadku gdy modlitwę różańcową odmawiamy sami, wystarcza, że recytujemy modlitwy i że towarzyszy temu rozważanie stosownych tajemnic. Ważne jest, byśmy nie przerywali modlitwy, nim ją skończymy.

    POZOSTAŁE WARUNKI DLA UZYSKANIA KAŻDEGO ODPUSTU ZUPEŁNEGO:

    • Być w stanie łaski uświęcającej; a jeśli trzeba, przystąpić do sakramentu pokuty.
    • Przyjąć Komunię świętą.
    • Wykluczyć wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, tzn. tolerowanie u siebie złych przyzwyczajeń lub dobrowolne trwanie w jakimś nałogu.
    • Wykonać z pobożnością dzieło obdarzone odpustem.
    • Odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo).

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, a cząstkowy – kilka razy dziennie. Należy wzbudzić intencję uzyskania odpustu. Odpusty możemy uzyskać dla siebie lub za zmarłych. Nie można ich przekazać żyjącym.

    INNE MOŻLIWOŚCI UZYSKANIA ODPUSTU :

    1. Adoracja Najświętszego Sakramentu przez pół godziny.
    2. Lektura Pisma Świętego przez pół godziny.
    3. Odprawienie Drogi krzyżowej przed stacjami prawnie erygowanymi.
    4. Odmówienie jednej części różańca w kościele, w kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu.
    5. Na terenie Polski za odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego w kościele, w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem (nie musi być wystawiony). Chorzy za odmówienie Koronki z ufnością i pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym.
    6. Publiczne odmówienie O Stworzycielu Duchu, przyjdź w Nowy Rok i w Zesłanie Ducha Świętego.
    7. Uroczyste odmówienie Przed tak wielkim Sakramentem w Wielki Czwartek i w Boże Ciało.
    8. Odmówienie po Komunii w każdy piątek Wielkiego Postu oraz w Wielki Piątek przed wizerunkiem Chrystusa Ukrzyżowanego: Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu.
    9. Uczestniczenie w Gorzkich żalach raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu (tylko na terenie Polski).
    10. Udział w publicznej adoracji i ucałowanie krzyża podczas liturgii w Wielki Piątek.
    11. Odnowienie przyrzeczeń chrztu świętego w czasie liturgii Wigilii Paschalnej w Wielką Sobotę lub w rocznicę swego chrztu.
    12. Publiczne odmówienie O Jezu najsłodszy w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego.
    13. Nawiedzenie kościoła parafialnego w święto tytułu oraz 2 VIII (święto Porcjunkuli) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    14. Nawiedzenie cmentarza w dniach od 1 do 8 XI i modlitwa za zmarłych; odpust można ofiarować tylko za dusze w czyśćcu cierpiące.
    15. Nawiedzenie kościoła, kaplicy w Dniu Zadusznym (2 XI) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga; odpust można ofiarować tylko za dusze w czyśćcu cierpiące.
    16. Publiczne odmówienie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusa w uroczystość Chrystusa Króla.
    17. Publiczne odmówienie Ciebie, Boga, wysławiamy w ostatnim dniu roku.
    18. Wysłuchanie kilku kazań w czasie misji i udział w ich uroczystym zakończeniu.
    19. Udział w ćwiczeniach duchownych przez trzy pełne dni.
    20. Udział w świętej czynności (Mszy świętej lub nabożeństwie), której przewodniczy wizytator (np. biskup) z okazji wizytacji pasterskiej.
    21. Nawiedzenie kościoła, kaplicy zakonnej w uroczystość świętego założyciela i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    22. Nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu konsekracji i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    23. Nawiedzenie kościoła (jednorazowe), w którym odbywa się synod diecezjalny i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    24. Udział w nabożeństwie eucharystycznym na zakończenie Kongresu eucharystycznego.
    25. Przyjęcie choćby przez radio lub telewizję błogosławieństwa papieskiego Urbi et Orbi.
    26. Przyjęcie po raz pierwszy Komunii świętej lub uczestniczenie w tej uroczystości.
    27. Kapłan za odprawienie Mszy świętej prymicyjnej i wierni za pobożne w niej uczestnictwo.
    28. Odnowienie przez kapłana w 25-lecie, 50-lecie, 60-lecie święceń postanowienia wiernego wypełniania obowiązków swego powołania. Wierni – za uczestnictwo we Mszy świętej jubileuszowej, połączonej z pewną ceremonią.
    29. W godzinę śmierci, gdy nie ma kapłana, a konający jest odpowiednio dysponowany, o ile miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw, i posłuży się krzyżem. Może uzyskać ten odpust, choćby w tym dniu zyskał inny odpust zupełny.
    3o. Pobożne posłużenie się poświęconym przez papieża lub biskupa przedmiotem religijnym (krzyżyk, różaniec, szkaplerz, medalik) w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła i odmówienie wyznania wiary.
    31. Nawiedzenie jednej z czterech patriarchalnych bazylik rzymskich i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga:
    a) w święto tytułu,
    b) w jakiekolwiek święto nakazane,
    c) raz w roku w dowolnym dniu.
    32. Nawiedzenie bazylik mniejszych w całym świecie:
    a) w uroczystość św. Piotra i Pawła,
    b) w święto tytułu,
    c) w święto Porcjunkuli (2 VIII),
    d) w wybrany dzień w roku,
    oraz odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    33. Nawiedzenie kościoła stacyjnego w Rzymie w określonych dniach roku zaznaczonych w Mszale Rzymskim i uczestniczenie w świętych czynnościach (Mszy świętej lub nabożeństwie).

    NIEKTÓRE ODPUSTY CZĄSTKOWE:

    1. Pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
    2. Uważne i pobożne wysłuchanie kazania.
    3. Podejmowanie w duchu pokuty aktów postu i dobrowolnego powstrzymania się od rzeczy godziwych i miłych.
    4. Za modlitwy: Wierzę w Boga, Psalmy 129 i 50, Anioł Pański, Magnificat, Pod Twoją obronę, Wieczny odpoczynek, Witaj, Królowo itp.
    5. Poświęcanie siebie, swego czasu, swoich dóbr doczesnych bliźnim znajdującym się w potrzebie.
    6. Za wykonywanie swoich obowiązków i znoszenie przeciwności życiowych ze skierowaniem swojej myśli z pokorną ufnością do Boga i dołączając, choćby tylko wewnętrznie, pobożne wezwanie.

    Pełny wykaz odpustów cząstkowych można znaleźć w książeczce s. Elii Maciejewskiej FSK, Sakrament pokuty. Rachunek sumienia dla osób dorosłych. Odpusty, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2003.

    ***

    Przypadające dziś, 7 października, wspomnienie Matki Boskiej Różańcowej to dzień szczególny w powszechnym i polskim kalendarzu maryjnym.

    Episkopat News

    ***

    Modlitwa różańcowa jak żadna inna obejmując cały świat katolicki wskazuje, że Maryja to Mater omnium, udzielająca się wszystkim we wszystkich potrzebach jako Pośredniczka prowadząca do Chrystusa. Różaniec stał się modlitwą powszechną, najdobitniejszym wyrazem czci i kultu maryjnego.

    Istotna jest także łącząca się integralnie z tytułem Matki Bożej Różańcowej rola Maryi jako Matki Bożej Zwycięskiej, której kult zainaugurowała bitwa pod Lepanto w 1571 r. Jako patronka wojsk katolickich w decydujących starciach – Biała Góra, Nordlingen, Częstochowa, Chocim, Beresteczko, Wiedeń – zapisała się w historii Europy i Polski. Zwycięstwo pod Wiedniem Innocenty XI uczcił ustanawiając święto Imienia Maryi.

    Różaniec – symbol i mistyka róży

    Słowo różaniec (łac. rosarium) wywodzi się z litanijnego wezwania „Rosa mystica” (Róża duchowa). Porównanie to łączy się z symboliką róży i krzewu różanego, i posiada głębokie implikacje w mistyce chrześcijańskiej. Modlitwa różańcowa jest wyrazem misteryjnego nurtu duchowości średniowiecza, której szczególnym znamieniem był rosnący i różnicujący się kult maryjny.

    Wszystkie znaczenia róży wynikają z jej funkcji sakralnej. Podstawę sakralności róży stanowią jej przyrodzone właściwości – kształt, barwa i zapach, które dopiero w strukturze symbolu ewokują jej prawdziwe znaczenie. Powodują one, że róża jest przede wszystkim kwiatem mistycznym. Najbardziej znanym wyobrażeniem ze sfery mistyki róży jest różaniec. Różaniec to rosarium, czyli ogród lub wieniec różany, miejsce mistycznej łączności z Bogiem i kontemplacji niebiańskiego bytu.

    Modlitwa różańcowa jako akt kultowy zawiera dwa aspekty: jest techniką modlitewną przez powtarzanie i rytmikę wezwań oraz jest formą kontemplacji wydarzeń świętej historii. Wspólnie prowadzą one do możliwie doskonałego uczestniczenia w Bożych tajemnicach i realizacji celu eschatologicznego. Dlatego też różaniec, jako swoisty „środek” modlitewny posiada charakter uniwersalny i stosowany jest także w buddyzmie, hinduizmie i islamie.

    Pierwociny różańca stanowiły „sznury modlitewne”, na których z czasem zawiązywano węzełki, a potem nizano paciorki, aby ułatwić liczenie modlitw. Różaniec muzułmański wylicza 99 imion Allacha, a setny, niewidzialny paciorek otwiera powrót do niego. Różaniec hinduski jest przypisany Brahmie i Sarasvati, symbolizuje wszystkie światy i etapy objawienia. Triparasundari – róża kosmiczna, wyraża skończoną doskonałość, jednię i niczym nie skażone spełnienie.

    Różaniec chrześcijański odnosi się do Najświętszej Dziewicy, która przedstawiana jest często w wieńcu z róż i w ogrodzie różanym. Jest to hortus conclusus (ogród zamknięty), co wskazuje na bezczasowe trwanie i żywot, a róże to niebiańskie cnoty Dziewicy. Ona sama jest bowiem Różą Mistyczną, symbolem wiecznej doskonałości.

    Początki i rozwój

    Geneza chrześcijańskiej modlitwy różańcowej nie została do tej pory jednoznacznie ustalona. Ogólnie przyjętej tradycji nie potwierdzają bowiem źródła w kilku istotnych sprawach. Miarodajne będzie zatem stwierdzenie, że różaniec stanowi wynik wielowiekowej ewolucji różnych form modlitewnych.

    Chrześcijaństwo znało sznury modlitewne już we wczesnym średniowieczu. Służyły one do odmawiania modlitwy Pańskiej i nosiły nazwę signula de Pater Noster. Prawdopodobnie ok. połowy XII w. z takim praróżańcem powiązano maryjną modlitwę Ave Maria, co było oznaką rosnącego znaczenia Matki Bożej w Kościele. Pierwszego usystematyzowanego połączenia obu modlitw: 5 Pater Noster i 50 Ave Maria dokonał prawdopodobnie kartuz Henryk Eghen. Dalsze, pewne już wiadomości pochodzą z pierwszej połowy XV w. Uformowana modlitwa różańcowa powstała w środowisku kartuzów – Dominik z Prus i Adolf z Essen z klasztoru w Trewirze połączyli 50 Ave Maria z pięćdziesięcioma rozmyślaniami. Była to „reforma trewirska”, co świadczy o istnieniu wcześniejszych form różańca. System trewirski posiadał kilka wariantów, odmawiano np. 63 Ave Maria, które odpowiadały symbolicznej liczbie 63 lat życia Matki Bożej i łączono je z rozmyślaniami o tajemnicach maryjnych.

    Następne źródła pochodzą z kręgu dominikańskiego. Alanus de Rupe (Alain de la Roche) napisał ok. 1470 r. dzieło „De utillitate Psalteri Mariae”, pierwszą książkę poświęconą różańcowi (pierwszą polską książkę o tematyce różańcowej pt. „Różanego wianka Panny Mariey wyłożenie nabożne” napisał ks. Benedykt Herbest w 1568 r.). Na wzór zawartych w „Psałterzu“ 150 psalmów, de Rupe ustalił sposób odmawiania 150 Ave Maria połączone z rozważaniami tajemnic i przedzielił je 15 modlitwami Pater Noster. Powiązał także ideę różańcową z symboliką wianka różanego. W 1475 r. przeor klasztoru dominikanów w Kolonii, Jakub Sprenger, założył pierwsze bractwo różańcowe, obdarzone kilka lat później przywilejami i odpustami papieskimi. System jaki wprowadzili de Rupe i Sprenger nosił miano „reformy kolońskiej”. Ostatnia zmiana nastąpiła w 1483 r. Liczbę tajemnic różańca zredukowano do 15 i wprowadzono ich podział na radosne, bolesne i chwalebne. W tej postaci różaniec trwał do 2002 r., kiedy to Jan Paweł II 16 października powiększył go o Tajemnice Światła.

    Główny nurt tradycji różańcowej wywodzi się jednak od św. Dominika. Według tej tradycji, święty przebywający w 1212 r. w klasztorze Prouille na wyspie Albi, doznał we śnie objawienia. Ukazała mu się Matka Boska, podarowała różaniec, wyjaśniła jak należy się na nim modlić i zachęciła do jego rozpowszechniania. Według przekazów dominikańskich, głównie Alanusa de Rupe, św. Dominik ewangelizując i głosząc kazania odmawiał różaniec łącząc modlitwę z wyjaśnianiem tajemnic wiary. Modlitwa różańcowa miała się przyczynić do zaniku herezji albigensów, których nawracał św. Dominik. Świętemu nie obca była mistyka rosarium – określał on różaniec jako „koronę z róż Najświętszej Maryi Panny”.

    Przekaz pozostawiony przez Alanusa de Rupe jest kontrowersyjny, nie znajduje bowiem potwierdzenia w innych źródłach. Żadne dokumenty nie świadczą również o istnieniu bractw różańcowych współczesnych św. Dominikowi. A właśnie one są najlepszym świadectwem potwierdzającym istnienie rozbudowanej formy różańca.

    Modlitwa różańcowa ogarnęła szybko świat chrześcijański i było to w głównej mierze zasługą bractw różańcowych. Pod koniec XVI w. nie było prawie miasta w Europie bez tej konfraterni. Erygowano w kościołach kaplice różańcowe lub ołtarze brackie, które otrzymywały liczne odpusty. Przyczyniły się one niemało do popularności różańca. Modlitwa różańcowa choć nie weszła do kultu liturgicznego osiągnęła rangę modlitwy powszechnej, praktykowanej przez wszystkie stany. Byłą dostępna dla ludzi nie umiejących czytać (stanowiło to w znacznym stopniu o jej powszechności) i zwano ją dlatego „brewiarzem dla ludu”.

    Prawdziwy rozkwit przeżyło nabożeństwo różańcowe w dobie kontrreformacji. Łącząc praktykę modlitwy z kontemplacją prawd wiary, różaniec, ta „skrócona Ewangelia” znakomicie realizował zalecenia Soboru Trydenckiego, był niezastąpiony w dziele poszerzania i popularyzacji wiary katolickiej. Rozwój ten wiązał się z działalnością dominikanów. W XVII w. byli oni jednym z najpotężniejszych zakonów. W samej Rzeczpospolitej posiadali wówczas 182 klasztory. „Nie było prawie parafii, gdzieby bractwo różańcowe nie istniało” – pisał historyk obyczajów Łukasz Gołębiowski. Należeli do nich dosłownie wszyscy – od króla do chłopa. Szlachcic (katolik) obok szabli miał zawieszony u pasa różaniec. Religijna gorliwość potrydencka powodowała, że do bractw różańcowych zapisywano nawet zmarłych.

    Ikonografia

    Kult Matki Boskiej Różańcowej znalazł wyraz w ikonografii maryjnej. Wyobraźnia artystyczna w oparciu o treści ideowe różańca nie stworzyła jednak nowego typu przedstawienia. Zaadoptowano istniejące już wzory ikonograficzne wyposażając je w atrybuty kultu różańcowego.

    Pierwszą grupę przedstawień tworzą wizerunki maryjne nawiązujące do schematu Niewiasty Apokaliptycznej, opartego na wizji św. Jana. Początkowo, postać Niewiasty Apokaliptycznej uważano za personifikację Kościoła, później związano ją z osobą Matki Bożej. Typ Niewiasty Apokaliptycznej dał początek wizerunkom Immaculaty (Niepokalanie Poczętej), Assunty (Wniebowziętej) i Incoronaty (Królowej Nieba). Matka Boska przedstawiana jest w nich w całej postaci z symbolami apokaliptycznymi: słońcem, księżycem i gwiazdami. Immaculata jako Matka Boska Różańcowa malowana była z wieńcem różanym lub z różańcem w dłoniach. Występuje też w koronie jako Królowa Różańca. Wersja różańcowa Assunty i Incoronaty przedstawia Matkę Bożą na tle krzewu różanego lub otoczoną wieńcem z róż. Kwiaty białe symbolizują tajemnice radosne, czerwone – bolesne, złote – chwalebne.

    Druga grupa przedstawień różańcowych ukazuje scenę przekazywania różańca przez Matkę Bożą św. Dominikowi lub innym świętym dominikańskim. Jest Ona przedstawiana razem z Dzieciątkiem, w postaci stojącej lub wychylającą się z obłoków.

    Jeszcze inna grupa obrazów oparta jest na typie Maryi Orędowniczki wiernych. Malowano Ją w całej postaci jako adorowaną przez wiernych wszystkich stanów i rozdającą im sznury różańca. Matka Boska występuje tu jako Mater Omnium – Matka i Opiekunka wszystkich ludzi. Na takich wizerunkach idea różańcowa obejmuje często także Kościół cierpiący, ukazując dusze czyśćcowe, które za wstawiennictwem Matki Bożej aniołowie wprowadzają do nieba. Na obrazach takich występują często święci dominikańscy jak Dominik, Katarzyna ze Sieny, Tomasz z Akwinu, Jacek Odrowąż orędujących za duszami czyśćcowymi. I wreszcie ostatnim typem wizerunków Matki Boskiej Różańcowej, który zdobył największą popularność, to przedstawienia wzorowane na obrazie Matki Boskiej Śnieżnej (Salus Populi Romani) w Rzymie. W Polsce znajdowały się w prawie każdym kościele dominikańskim.

    Święto Matki Boskiej Różańcowej

    Powstanie święta łączy się z wydarzeniem militarnym, które miało wpływ na losy Europy. Ekspansja turecka na Morzu Śródziemnym została zatrzymana pod Lepanto. W dniu 7 października 1571 r. połączone floty Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego pod wodzą Juana d`Austria pokonały flotę turecką. W tym samym dniu ulicami Rzymu kroczyła pod przewodem Piusa V procesja odmawiając różaniec. Na czele procesji niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej zwany Salus Populi Romani z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie. Do zwycięstwa pod Lepanto przyczyniła się nagła zmiana wiatru uznana za cudowną interwencję Matki Bożej na skutek odmawiania różańca. Od tej pory obraz Matki Boskiej Śnieżnej złączył się na stałe z nabożeństwem różańcowym i otrzymał nazwę Matki Boskiej Zwycięskiej. Pius V ustanowił święto Matki Boskiej Zwycięskiej, które rok później (1572) Grzegorz XIII zmienił na święto Matki Boskiej Różańcowej. Klemens XI rozszerzył je na cały Kościół w 1716 r., a Leon XIII w 1888 r. ustalił liturgię święta i przeznaczył październik na odprawianie nabożeństwa różańcowego.

    Idea odwoływania się do wstawiennictwa Matki Bożej w potrzebach militarny przez modlitwę różańcową praktykowana była także w Rzeczpospolitej. Olbrzymia procesja różańcowa z biskupem Marcinem Szyszkowskim przeszła ulicami Krakowa 3 października 1621 r. w intencji wojsk polskich pod Chocimiem. I tu niesiono kopię obrazu Matki Boskiej Śnieżnej przywiezioną do Krakowa z Rzymu w 1600 r. Na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami pod Chocimiem odbywała się odtąd w Krakowie co roku procesja różańcowa. Grzegorz XV (1621-1623) polecił aby Kościół w Rzeczpospolitej obchodziły rocznicę Chocimia uroczystym nabożeństwem ze śpiewem Te Deum.

    Chrystocentryzm różańca

    Różaniec jest najintensywniejszą formą pobożności maryjnej, a także najbardziej uniwersalnym sposobem modlitwy w katolicyzmie. W istocie jest on jednak modlitwą chrystocentryczną. Maryja powinna być czczona jako Pośredniczka, która włącza wiernych w misterium życia Chrystusa. Poznawanie tajemnic Jego zbawczego dzieła ukazuje niebiański i historyczny zarazem wymiar tych wydarzeń oraz akcentuje ich realność i zakorzenienie w świecie wyrażając istotne elementy dziejów zbawienia. W ten sposób różaniec przeciwstawia się redukcji świętej historii do zespołu jedynie ponadczasowych idei. Różaniec wpisuje misterium Chrystusa w tok Jego ziemskiego życia i życia Maryi, czyniąc je przez to bliskim i zrozumiałym.

     Andrzej Datko/Kai/Tygodnik Niedziela

    ***

    Chwalebną nieśmiertelność zyskacie!

    Bitwa pod Lepanto  – obraz z epoki. Autor nieznany.
    Bitwa pod Lepanto – obraz z epoki. Autor nieznany.
    WIKIPEDIA
     

    ***

    Największa w dziejach bitwa morska rozegrała się 454 lat temu. Dawno – ale jej konsekwencje trwają do dzisiaj.

    Świat nie widział dotąd tak wielu okrętów. Na przedzie armady Ligi Świętej płynęło sześć potężnych i powolnych galeasów. To były istne „pancerniki” (60–80 m długości, 10–16 m szerokości i do 1000 ton wyporności) z wysokimi burtami, a na każdym z nich stało po 60 dział. Za nimi płynęły trzy eskadry galer, miarowo bijąc wiosłami powierzchnię morza. Jeszcze dalej widać było transportowce pełne żołnierzy.

    Wczesnym rankiem 7 października 1571 r. chrześcijańska flota znalazła się u wejścia do zatoki Patras. Nagle powietrze rozdarł huk wystrzału z admiralskiego okrętu „Real di Spagna”. To umówiony sygnał: „Wróg blisko”. Okazało się, że w głębi zatoki stoi olbrzymia flota turecka. Dowódcy eskadr i kapitanowie zebrali się na „Realu” na naradę. Dowodzący armadą Don Juan de Austria wręczył kapitanom plan bitwy z zaznaczonym miejscem ich okrętów w szyku. Ten „spóźniony rycerz krzyżowy” (tak o nim mówiono) był nieślubnym synem cesarza Karola V. Otrzymał dowództwo ze względu na wybitny talent dowódczy.

    Niektórzy doradzali wycofanie się. „Panowie, czas narad się skończył, nadszedł czas bitwy” – uciął dyskusję admirał.

    Pochód półksiężyca

    Istotnie, czas nadszedł. Pochód islamu można było powstrzymać jedynie otwartą konfrontacją.

    Od czasu, gdy Turcy zdobyli Konstantynopol, sułtani uznali się za spadkobierców cesarzy rzymskich i bizantyńskich. Zaczęli sobie rościć pretensje do ziem niegdyś należących do starożytnego imperium. Dziesiątki tysięcy świetnie wyekwipowanych żołnierzy maszerowało pod sztandarem Proroka, zajmując kolejne ziemie chrześcijan. Imperium osmańskie liczyło już prawie 6 mln km kw. i było najludniejszym państwem w tym rejonie świata. Flota wojenna sułtana zaczynała dominować w basenie Morza Śródziemnego. Turcy uderzyli na Bałkany, dotarli na Węgry, w opałach znalazł się Wiedeń. Padła wyspa Rodos, w ogniu stanął należący do Wenecji Cypr. Jasne było, że w końcu kolej przyjdzie na stolicę chrześcijaństwa – Rzym.

    Niełatwo było w podzielonej Europie zmontować koalicję zdolną stawić czoła zagrożeniu. Dokonał tego Pius V, papież pełen żarliwej wiary, a przy tym człowiek prosty i miłosierny. Porywał wiernych stylem życia, gdy chodził boso i z odkrytą głową w procesjach błagalnych o zatrzymanie ekspansji półksiężyca. Dzięki jego wysiłkom powstała Liga Święta – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii.

    Flota katolicka wyszła w morze w połowie września z portu w Mesynie. Wspierały ją modlitwy i post milionów wiernych z całej Europy. Członkowie załóg wyspowiadali się, a na prośbę papieża każdego dnia odmawiali Różaniec. Robili to tym chętniej, że było wśród nich wielu ochotników, którzy zaciągnęli się ze szczerym pragnieniem obrony chrześcijaństwa.

    Do ataku

    Gdy wrogie floty spotkały się w zatoce Patras niedaleko miasta Lepanto, każda ze stron była zaskoczona rozmiarami armady przeciwnika. Ale Don Juan postanowił atakować. Jego rozkaz dla załóg brzmiał: „Przybyliście tu walczyć za Święty Krzyż, zwyciężyć albo zginąć! Czy macie jednak zwyciężyć, czy zginąć, czyńcie dziś swą powinność, a chwalebną nieśmiertelność sobie zyskacie!”.

    Na okrętach odmówiono modlitwę, a kapelani udzielili załogom rozgrzeszenia.

    Turcy dostrzegli flotę przeciwnika o godzinie 7.40. Gdy kapudan (odpowiednik admirała) Muezzinzade Ali Pasza, stojący na flagowym okręcie „Sułtan”, zdał sobie sprawę z sytuacji, przeraził się. Nie spodziewał się, że chrześcijanie odważą się ich zaatakować. Flota Ligi okazała się znacznie silniejsza niż sądził. Miał przed sobą ponad 200 okrętów plus jednostki pomocnicze, a na nich 30 tys. żołnierzy i 50 tys. marynarzy i wioślarzy. On dysponował nieco większą siłą, ale nie taką, która dawałaby gwarancję zwycięstwa. Trzeba było coś postanowić. Kapudan dał rozkaz do ataku.

    Kiedy Turcy zbliżyli się do płynących przodem galeasów, kolosy rozbłysły ogniem potężnej artylerii. Kule zaczęły demolować osmańskie jednostki. Znajdujące się w pobliżu okręty próbowały oddalić się od galeasów, co spowodowało zderzenia z sąsiednimi galerami.

    Po ominięciu z dużymi stratami galeasów Turcy stanęli naprzeciw linii chrześcijan. Wzdłuż frontu Ligi Świętej rozbrzmiał okrzyk „Jezus! Maryja!” – i główne siły obu stron zwarły się ze sobą, zamieniając wody zatoki w krwawy kocioł.

    Determinacja walczących była nadzwyczajna, toteż i rozlew krwi był makabryczny. Na wiele mil dokoła słychać było huk wystrzałów, krzyki mordujących się ludzi, trzask łamanych kadłubów i wioseł. Razem ze snującym się nad zatoką dymem płonących jednostek stworzyło to upiorny spektakl o skali, jakiej świat dotąd nie oglądał.

    Krytycznym momentem było starcie okrętów admiralskich obu stron. Na „Sułtanie”, pod sztandarem kapudana, stało 300 janczarów z rusznicami i 100 łuczników. Don Juan miał na „Realu” 400 żołnierzy regimentu sardyńskiego, uzbrojonych w arkebuzy. Ich ogień okazał się druzgocący dla Turków, mimo to jednak „Sułtan” dziobowym taranem sięgnął kadłuba chrześcijańskiej galery. „Real” wytrzymał uderzenie, a jego załoga zaatakowała pokład „Sułtana”. Kapudan Muezzinzade padł trafiony pociskiem z rusznicy, a galernik z „Reala” odciął mu głowę.

    Turcy z innych okrętów patrzeli ze zgrozą, jak z masztu „Sułtana” spada wielka chorągiew ich dowódcy. Wiedzieli, że to koniec.

    Walka jeszcze trwała, ale były to już zmagania agonalne. Rozproszone jednostki Turków były niszczone jedna po drugiej.

    Rekordy strat

    Po pięciu godzinach walki było po wszystkim. Rozwiewający się dym odsłonił rozmiar katastrofy, jakiej uległa flota muzułmanów. Z ich 229 galer poszło na dno lub spłonęło 80, a 117 wpadło w ręce chrześcijan. Z 60 galeotów (lekkich okrętów żaglowo-wiosłowych) zniszczonych zostało 27, a 13 zdobyli zwycięzcy.

    Straty w ludziach były szokujące. Po stronie tureckiej zginęło prawdopodobnie około 20 tysięcy żołnierzy i marynarzy (niektóre źródła podają liczbę dwukrotnie większą). Do tej liczby trzeba doliczyć kilkanaście tysięcy poległych galerników chrześcijańskich, przykutych do wioseł tureckich jednostek. Przeżyło ponad 10 tysięcy wioślarzy. Tym klęska Turków przyniosła wolność.

    Zginęli prawie wszyscy wyżsi dowódcy tureccy. W ręce chrześcijan wpadły 274 działa okrętowe i ogromna ilość kosztowności.

    Dokładnie policzono straty zwycięzców. Poległo 7656 żołnierzy i marynarzy, a 7784 odniosło rany. Porównywalne były straty wśród wioślarzy na okrętach Ligi. Na dno poszło 15 chrześcijańskich galer. Poległo też kilku znacznych oficerów.

    Wśród rannych był najsławniejszy uczestnik bitwy, 24-letni hiszpański szlachcic ­Miguel ­Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Służył na galerze „Marquesa”. Tego dnia leżał pod pokładem z wysoką gorączką, gdy jednak usłyszał wrzawę bitewną, wybiegł na zewnątrz i wziął udział w walce. Dostał trzy kule – w pierś i w lewą rękę. Krwawiąc, walczył do końca. Ramię pozostało bezwładne, on jednak był dumny ze swojego kalectwa. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – mówił. Bitwę nazwał „najszczytniejszą potrzebą, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”.

    Bitwa pod Lepanto zatrzymała ekspansję turecką. Wprawdzie imperium osmańskie pozostało jeszcze przez ponad sto lat potęgą, ale jego potencjał nie był już tak przytłaczający jak wcześniej.

    Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa Pius V ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na święto Matki Bożej Różańcowej.

    Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja Różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Różaniec na szaniec

    Dlaczego nawała turecka niespodziewanie załamała się pod Lepanto? Dlaczego Maryja objawiła się w malutkiej wiosce, która nosi imię córki Mahometa? Dlaczego Armia Czerwona wycofała się z Austrii? Jakie tajemnice kryją tajemnice różańcowe?

    Różaniec na szaniec

    Bitwa pod Lepanto

     Paolo Veronese(PD)

    ***

    Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, „otrzymają wszystko, o co poproszą”, usłyszał od samej Maryi błogosławiony Alanus de la Roche. Historia zna wiele przypadków, które pokazują, że tłum rozmodlonych ludzi był w stanie zatrzymać wielkie historyczne kataklizmy.

    Bitwa ze wspomaganiem
    „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się sułtan Selim II. Nie wyglądało to na puste przechwałki. Sto lat wcześniej tureckie imperium zdobyło Konstantynopol, stolicę wschodniego chrześcijaństwa. Teraz żarłocznie pochłaniało kolejne połacie Europy. Sztandar proroka łopotał już na Bałkanach, na Węgrzech, zagroził Wiedniowi. Padła wyspa Rodos, padł Cypr. Po Adriatyku uganiała się flota turecka, atakując weneckie placówki. W Europie Zachodniej nie rozumiano powagi sytuacji. Francja wręcz namawiała Turków do akcji zaczepnych przeciw swoim rywalom. Jedynie papież Pius V próbował zorganizować jakąś koalicję. Wreszcie udało się stworzyć Świętą Ligę – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii. Tylko tyle. Ale Pius V liczył na „tajną broń” – Różaniec. „Brat chodak” – tak o nim mówiono – nie pasował do swoich poprzedników, papieży renesansu. Żył surowo, po wyborze nie zdjął nawet swojego dominikańskiego habitu. Choć nie zaniedbywał żadnych niezbędnych działań, modlitwę uważał za środek najskuteczniejszy.

    Gdy u brzegów Sycylii zaczęła gromadzić się chrześcijańska flota, Pius V zorganizował „drugi front”. Na jego prośbę w całej Europie miliony ludzi pościły i odmawiały Różaniec w intencji zwycięstwa. Papież spędzał długie godziny na modlitwie w swojej kaplicy. Każdego dnia ulicami Rzymu ciągnęły procesje bractwa różańcowego z obrazem Matki Bożej Śnieżnej. Również załogi okrętów, na prośbę Piusa, codziennie odmawiały Różaniec. Rankiem 7 października 1571 roku flota chrześcijan starła się z turecką armadą w Zatoce Korynckiej, w pobliżu miasta Lepanto.

    Zanim słońce zaszło, z dumnej floty „pana całej ziemi” zostały tylko drzazgi pływające w czerwonej od krwi wodzie. Trzydzieści tysięcy Turków poległo lub zostało rannych, trzy tysiące dostało się do niewoli. Piętnaście tysięcy chrześcijańskich wioślarzy-niewolników odzyskało wolność. Chrześcijan poległo 8 tysięcy, a 21 tysięcy odniosło rany. Wśród tych ostatnich był pewien młody Hiszpan. Nazywał się Miguel de Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Do końca życia chwalił się udziałem w bitwie pod Lepanto, „najszczytniejszej potrzebie, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”. Bezwładną rękę traktował jak zaszczytną pamiątkę. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – napisał.

    Gdy posłaniec z wieścią o zwycięstwie dotarł do Rzymu, papież, dzięki widzeniu, które miał w dniu bitwy, wiedział o wszystkim. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na obchodzone do dziś w całym Kościele święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.

    Austriacy na kolanach
    Historycy mają twardy orzech do zgryzienia, zastanawiając się nad powojennymi losami Austrii, która, podobnie jak Niemcy, podzielona została na strefy okupacyjne, przy czym Związkowi Radzieckiemu przypadła najbogatsza część kraju – Dolna Austria – opowiada Mirosław Laszczak w „Historii różańca” – „Wyzwoliciele” spod znaku czerwonej gwiazdy za nic nie chcieli opuścić zajętych przez siebie terenów. I wtedy – po raz kolejny – okazało się, że pomoc płynąca z Różańca ma nie tylko duchowy charakter.

    Austria była dla Stalina łakomym kąskiem: zdobył przyczółek, z którego mógł kontrolować sytuację w Czechach, Niemczech i na Węgrzech. Wiedeń podzielony był jak Berlin. Austria miała podzielić los Niemiec. Sowieci wywozili urządzenia przemysłowe i niszczyli gospodarkę znakomicie rozwiniętego kraju. Nikogo nie dziwiło, że wojska radzieckie nie chciały opuścić kraju nad Dunajem.

    I wtedy, w obliczu zagrożenia komunizmem, skromny austriacki franciszkanin, ojciec Petrus Pavlicek, poprosił o codzienny Różaniec w intencji odzyskania niepodległości. Wezwał naród do Pokutnej Krucjaty Różańcowej. Jego wezwanie nagłośniły władze kościelne. Mnich miał niesamowitą charyzmę: jeździł po całym kraju, namawiając ludzi do modlitwy i nawrócenia. Żar, z jakim przemawiał, sprawiał, że ludzie chętnie wstępowali w szeregi krucjaty. – Wierzono, że skoro kilka wieków wcześniej, walczący pod sztandarem Maryi, król Jan III Sobieski wspomagany modlitwami bractw różańcowych ochronił Wiedeń, i tym razem ocalenie przyjdzie za sprawą gorliwie odmawianego Różańca – pisze Mirosław Laszczak. – Aż siedemset tysięcy Austriaków prze-suwało w palcach paciorki, przed obrazami Ma-tki Boskiej Różańcowej odbywały się błagalne modlitwy i nabożeństwa. Na klęczkach proszono o wyjście Armii Radzieckiej z Austrii.

    Modlitwa różańcowa ogarnęła cały kraj. W 1950 r. ponad 35 tysięcy Austriaków przeszło przez Wiedeń w ogromnej Maryjnej Procesji Światła. Co ciekawe, na czele procesji szli politycy: kanclerz Leopold Figl i Julius Raab, liderzy Austriackiej Partii Ludowej. Cztery lata później w podobnej procesji przez wiedeńskie ulice szło już 60 tys. Austriaków. Sprawa negocjacji ze Stalinem wydawała się beznadziejna. Rząd Austrii spotykał się z ministrem spraw zagranicznych Wiaczesławem Mołotowem ponad 300 razy. Bez skutku. Gdy wiosną 1955 r. po raz kolejny Raab i Figl jechali do Moskwy, wezwali członków krucjaty do gorącej modlitwy. I wówczas, gdy delegacja rządu toczyła żmudne negocjacje z Mołotowem, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. 13 kwietnia – w dzień fatimski – Sowieci niespodziewanie zgodzili się opuścić Austrię. Zadowolili się odszkodowaniem finansowym. Austrię ogarnął szał radości. 15 maja 1955 roku stojący na balkonie wiedeńskiego Belwederu minister Leopold Figl zawołał: „Dziękując Bogu Wszechmogącemu, podpisujemy umowę i z radością wołamy: Austria jest wolna!”.

    Fatima, córka Mahometa
    Rosja kipi, przygotowując leninowską rewolucję 1917 roku. Niebawem krew poleje się strumieniami. Wokół wybuchają bomby I wojny światowej. Na krańcu Europy w zapomnianej przez wszystkich wiosce troje małych pastuszków otrzymuje przesłanie mające przesądzić o losach świata. Łucja ma dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a najmłodsza Hiacynta siedem. Objawienie w Fatimie ma kluczowe znaczenie w historii Różańca. To tu Maryja wielokrotnie wzywała do odmawiania tej modlitwy, z tą zapomnianą przez ludzi wioską wiązała wielkie obietnice.

    Znany publicysta katolicki Vittorio Messori w samej nazwie wioski doszukuje się niezwykłego symbolu: „Dlaczego Matka Boża z tylu miejsc, w których mogła się ukazać, wybrała właśnie zagubioną pośród gór wioskę, która nazywa się tak samo jak umiłowana córka Mahometa? Fatima w świecie muzułmańskim, a przede wszystkim szyickim, spełnia rolę maryjną.

    Jest związana między innymi z apokaliptycznymi wydarzeniami końca świata – tak jak Maryja – i pełni rolę związaną z miłosierdziem, zwłaszcza dla szyitów. O ile mi wiadomo, a sprawdziłem to dość dobrze, w całej Europie Zachodniej istnieje tylko jedno miejsce o nazwie Fatima i – nawiasem mówiąc – jest to zagubiona między górami wioska, której nikt jeszcze niedawno nie znał, nawet w Portugalii. Dlaczego Matka Boża miałaby się ukazać właśnie tam? Czy to był przypadek? W tych sprawach nic nie jest przypadkowe”.

    Autor książki „Przekroczyć próg nadziei” przypomina, że sam zamach na Papieża nieprzypadkowo miał miejsce 13 maja, dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Maryi. Plac Świętego Piotra rozdarły strzały. Wszechmoc Boża znów objawiła się w słabości. Bezradny, zakrwawiony Jan Paweł II na oczach całego świata ukazał kwintesencję chrześcijaństwa: z serca przebaczył zamachowcowi. Ludzie na całym świecie dotknęli tajemnicy Boga.

    Rok później Jan Paweł II przez czterdzieści minut modlił się w Fatimie, dziękując Maryi za ocalenie życia i powrót do zdrowia. Co chciała nam powiedzieć Maryja, wzywając do modlitwy różańcowej w wiosce mającej imię córki Mahometa?

    Sprawdzona broń
    Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo – napisali marynarze.

    Zanim Jan III Sobieski zatrzymał inwazję turecką pod Wiedniem, ponad wiek wcześniej podobnego czynu dokonał papież św. Pius V. Jego bronią był Różaniec.

    W 1570 roku muzułmańskie wojska Turcji zajęły Nikozję, stolicę Cypru, a po długim oblężeniu zdobyły Famagustę, gdzie dokonały straszliwej rzezi chrześcijan. W obronie zaatakowanego Cypru stanął papież Pius V, który stworzył związek katolickich państw, zwany Świętą Ligą. Wystawiona przez nią flota wypłynęła naprzeciw przeważającym liczebnie statkom nieprzyjaciela.

    Obie armady spotkały się 7 września 1571 roku, kilkadziesiąt kilometrów od portu Lepanto. Papież modlił się na różańcu, prosząc Matkę Bożą o pomoc dla chrześcijańskiej armii. Nagle usłyszał szum wiatru i łoskot żagli. Dzięki widzeniu znalazł się na miejscu bitwy. Zobaczył ogromne floty gotowe do starcia. Nad nimi stała Maryja, która okryła płaszczem wojska chrześcijańskie. Dzięki temu wiatr zmienił kierunek, co zablokowało manewr flocie tureckiej, a sprzyjało chrześcijańskiej.

    Bitwa pod Lepanto należała do najkrwawszych bitew morskich w dziejach. Po czterech godzinach walki Święte Przymierze zdołało zatopić 60 galer wroga, zdobyć połowę okrętów tureckich, uwolnić 12 tys. chrześcijańskich galerników. Morska potęga Turcji została rozbita. Pius V ustanowił dzień 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, „aby – jak pisał – nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesionego w walce przeciw nieprzyjaciołom wiary katolickiej”.

    Jego następca Grzegorz XIII zmienił nazwę święta na Matki Bożej Różańcowej. Wiara w zwycięstwo Maryi i przekonanie o sile Różańca nie były tylko pobożnymi życzeniami papieży. Uczestnicy bitwy morskiej, weneccy marynarze, ufundowali w swoim mieście kaplicę, na której wyryto napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”. Dziś, jak zauważył papież Benedykt XVI, „łódeczka myśli wielu chrześcijan jest nierzadko huśtana przez fale, miotana z jednej skrajności w drugą”. Walka trwa. Potrzeba sprawdzonej broni. Różaniec jest bardzo na czasie.

    Marcin Jakimowicz, Franciszek Kucharczak,wiara.pl

    autor tekstu “Sprawdzona broń” – ks. Piotr Studnicki

    ***

    Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy. To Różańcowa Pani dała zwycięstwo

    (Oprac. PCh24.pl)

    ***

    Mało kto wie, że celebrowane dziś wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej, kiedy zostało ogłoszone, nosiło nazwę – Matki Bożej Zwycięskiej.  Nazwa ta bezpośrednio odnosiła się do wspaniałego zwycięstwa wojsk chrześcijańskich z muzułmańską flotą turecką pod Lepanto w roku 1571. W późniejszych dziejach świata, wszystkie batalie wojenne i walki toczone z mocami zła pod niebieską flagą Maryi zawsze kończyły się zwycięstwem.

    Pierwsza cudowna wiktoria różańcowa

    Największym, a jednocześnie pierwszym historycznie udokumentowanym cudem różańcowym było zwycięstwo floty chrześcijańskiej w bitwie pod Lepanto. Wydarzenie to zadecydowało o przyszłości Europy, gdyż muzułmanie chcieli zająć ją całą, a chrześcijan siłą „przerobić” na mahometan. Była to druga połowa wieku XVI, na stolicy piotrowej zasiadał papież Pius V. Pisano o nim, że był on „jednym z niewielu chrześcijan traktujących dosłownie słowa i czyny Chrystusa, nie uznającym wyjątków i ograniczeń”. Do tego, jako dominikanin, duchowy syn św. Dominika Guzmana – pierwszego propagatora modlitwy różańcowej, czcił Maryję i codziennie stosował Jej straszną broń na Złego, czyli właśnie Różaniec.   

    To Pius V włączył dwuczęściowe Zdrowaś Maryjo do zreformowanego brewiarza, przez co nadał Pozdrowieniu Anielskiemu ostateczną postać, zatwierdzoną przez liturgię Kościoła. To właśnie ten papież napisał „Różaniec jest najpobożniejszym sposobem modlitwy do Boga, sposobem łatwym do stosowania przez wszystkich, którzy trwają w wysławianiu Najświętszej Dziewicy”. Dlatego też gorąco propagował odmawianie Różańca, szczególnie w obliczu grożącemu Europie – muzułmańskiemu potopowi. Wieść o tym dotarła do sułtana Selima II, który szykował się właśnie do krwawego podboju świata chrześcijańskiego i napełniła go lękiem. Sułtańscy kronikarze odnotowali fakt, że Selim II, spoglądając na Adriatyk, wyszeptał „Bardziej niż wszystkich galeonów chrześcijańskich obawiam się modlitwy Piusa V”.

    Wkrótce okazało się, że miał się czego obawiać. Sułtańska flota została pod Lepanto całkowicie rozgromiona. W tym samym czasie Pius V, w swojej kaplicy, trwał na modlitwie różańcowej. Między kolejnymi częściami dodawał „Daj zwycięstwo. Nie dla naszej chwały, ale dla Twojej, Pani i Matko. Pod płaszcz Twego miłosierdzia uciekamy się. Uznaj nas za swe dzieci, weź pod swoją opiekę”.  Zwycięstwo pod Lepanto było ogromne. Zatopiono pięćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników.

    Pius V, świadomy komu zawdzięcza cudowne ocalenie Europy, ogłosił całemu katolickiemu światu, iż dzień 7 października już na zawsze jest świętem Najświętszej Panny Dziewicy. Pierwotnie święto to nazwane zostało – Matki Bożej Zwycięskiej. Dopiero później zmieniono tę nazwę na wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. W encyklice Pius V napisał: „Pragniemy szczególnie, aby nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesione w walce przeciw Turkom, nieprzyjaciołom wiary katolickiej”. Natomiast Wenecjanie tę samą prawdę wypisali na ścianie zbudowanej w swym mieście kaplicy dziękczynnej „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”.

    Kolejne zwycięstwa Maryi Różańca Świętego

    W późniejszych dziejach świata, wszystkie batalie wojenne, społeczne i osobiste walki toczone z mocami zła pod niebieską flagą Maryi zawsze, wcześniej czy później, kończyły się zwycięstwem. Maryja zwyciężała jako patronka wojsk katolickich w decydujących starciach z innowiercami lub wojującymi ateistami – m.in. Biała Góra, Nordlingen, Częstochowa, Chocim, Beresteczko, Wiedeń, Bitwa Warszawska, Bitwa Niemeńska, jako patronka Solidarności, wyjście z Austrii Armii Czerwonej – Maryja zawsze zwyciężała.

    Co ciekawe w historii Polski wiele zwycięskich bitew z muzułmanami i innowiercami nasze wojska stoczyły w miesiącu maryjnym – październiku. Dla przykładu były to bitwy z Krzyżakami pod Koronowem (1410), z Rosjanami (1581) pod Mohylewem czy z Kozakami pod Białą Cerkwią (1651). Natomiast wiktoria w bitwie z Turkami i Tatarami pod Podhajcami miała miejsce 6 października 1667 roku, w wigilię święta Matki Bożej Różańcowej. Choć przeciwnik liczył 30 tysięcy a wojska polskie tylko 18 tysięcy.  Husaria rozgromiła wówczas siły tatarsko tureckie w perzynę. Dowodził hetman polny koronny Jan Sobieski. To była „rozgrzewka” przed Wiedniem.   

    Matka wciąga nas na Różańcu do nieba

    Matka Boża prawdę o mocy modlitwy różańcowej przekazała nam osobiście podczas objawień w Lourdes (1858) czy w Gietrzwałdzie (1877). Maryja wskazała tam na różaniec jako narzędzie Bożego Miłosierdzia. W 1917 roku do trojga dzieci z Fatimy powiedziała: „Odmawiajcie codziennie różaniec”, a z Jej prawego ramienia zwisał sznur perłowych paciorków zakończony krzyżem. Podczas szóstego, ostatniego objawienia w Fatimie, Maryja  ujawniła swe imię jako – Matka Boża Różańcowa. Powiedziała przez to, że różaniec jest ogromnie ważną modlitwą.

    Obecnie do Polaków Maryja kieruje specjalne orędzie różańcowe. Pokazuje nam, jak miłe są Jej nasze różańce płynące do nieba każdego październikowego dnia. Przyjrzyjmy się  czasowi, w którym miał miejsce cud Eucharystyczny w Sokółce. Stał się on w różańcowym październiku. Dlatego też cudownie przemieniona Cząstka Ciała Pańskiego w kościele św. Antoniego jest wystawiona do adoracji nie gdzie indziej, ale w pięknie odnowionej kaplicy Matki Bożej Różańcowej.

    A jak głęboka jest wymowa ostatniego różańca prowadzonego przez ks. Jerzego Popiełuszkę. Było to parę godzin przed jego uprowadzeniem i męczeństwem. W kościele św. Braci Polskich Męczenników w Bydgoszczy, 19 października 1984 roku, ksiądz Jerzy mówił:

    „Nas, których dręczą rany i bóle fizyczne, wspieraj, Maryjo. Nas, których tak często spotyka niepokój, rozterka i załamanie, podtrzymuj na duchu, Maryjo. Nam, którzy jesteśmy upokorzeni, pozbawieni nieraz praw i godności ludzkiej, użycz męstwa i wytrwałości. Nam, którzy dokładamy wszelkich starań, aby odnowić oblicze tej ziemi, w duchu Ewangelii, okaż swą matczyną opiekę, Maryjo. Nam, którzy w trudzie i znoju walczymy o Prawdę, Sprawiedliwość, Miłość, Pokój i Wolność w Ojczyźnie naszej, podaj pomocną dłoń”. Zwycięstwo zawsze przychodzi przez Krzyż i Maryję.    

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Jak różaniec zmieniał losy świata?

    14 najważniejszych wydarzeń

    moomin201 | Shutterstock

    ***

    W aktach Stolicy Apostolskiej z lat 1212–1716 opisano około 40 wielkich zwycięstw różańcowych. Jak poprzez różaniec zmieniano losy świata?

    1 ZWYCIĘSTWO ŚW. DOMINIKA NAD HEREZJĄ ALBIGENSÓW (XIII WIEK)

    Wwarunkach rozprzestrzeniającej się herezji albigensów, św. Dominik podjął modlitwę różańcową/ Dzięki różańcowi obroniono wiarę katolicką.

    Bitwa pod Lepanto (1571). Autor nieznany
    Bitwa pod Lepanto (1571). Autor nieznany

    2 BITWA POD LEPANTO (1571)

    W całej Europie papież Pius V wezwał do modlitwy różańcowej – zwycięstwo znacznie mniejszej floty Świętej Ligi. 

    3 ZWYCIĘSTWO POD CHOCIMIEM (1621)

    Niewielka armia katolików (35 000) stanęła naprzeciw ogromnej, 400-tysięcznej armii tatarsko-tureckiej. W kraju trwała intensywna modlitwa różańcowa: procesje, czuwania, noszono obraz Matki Bożej Różańcowej. 

    4 ZWYCIĘSTWO POD LWOWEM (OK. 1675–1676)

    Jan III Sobieski przerwał uroczystości koronacyjne i jeszcze jako książę, z zaledwie 6 000 żołnierzy wyruszył na odsiecz przeciwko armii turecko-tatarskiej liczącej 300 000. Ludzie biorą różaniec w ręce, organizują procesje. 

    „Jan III Sobieski wysyła wiadomość o zwycięstwie papieżowi Innocentemu XI” – Jan Matejko
    „Jan III Sobieski wysyła wiadomość o zwycięstwie papieżowi Innocentemu XI” – Jan Matejko

    5 BITWA POD WIEDNIEM (1683)

    Jan III Sobieski zawierzył Maryi Odsiecz Wiedeńską modląc się na Jasnej Górze. Gdy Polacy walczyli pod Wiedniem, w Krakowie wyruszyła procesja od Wawelu do kościoła mariackiego. Ze śpiewem różańca niesiono Najświętszy Sakrament i cudowny obraz Matki Bożej Różańcowej.

    6 BITWA POD WENECJĄ (1716)

    Armia turecko-tatarska liczyła 200 000 ludzi, natomiast chrześcijan było zaledwie 64 000. Zwycięstwo osiągnięto dzięki gorliwej modlitwie różańcowej, mimo przewagi wroga. To ostateczna klęska armii islamskiej próbującej zdobyć Europę. Maryja jako pośredniczka zwycięstwa pozwalała przez różaniec mniejszej sile pokonać liczebnie potężniejszego przeciwnika.

    7 OBJAWIENIA W GIETRZWAŁDZIE (1877)

    Pod zaborami, w czasach zakazów modlitwy po polsku, Maryja objawia się dwóm dziewczynkom i wzywa do gorliwej modlitwy różańcowej. Efektem była odnowa duchowa narodu: zanik pijaństwa, pragnienie życia w czystości, wzrost powołań kapłańskich.

    Daniel O'Connell
    Daniel O’Connell

    8 OBRONA WOLNOŚCI IRLANDZKICH KATOLIKÓW PRZEZ DANIELA O’CONNELLA (XIX WIEK)

    W Irlandii adwokat Daniel O’Connell w kącie parlamentu odmawiał różaniec o wolność dla 7 milionów irlandzkich katolików. W czasie jego modlitwy posłowie zaczęli się kłócić. Dzięki wytrwałej modlitwie różańcowej O’Connell osiągnął swój cel – 7 milionów katolików otrzymało wolność.

    9 PORTUGALIA OCALONA PODCZAS II WOJNY ŚWIATOWEJ DZIĘKI RÓŻAŃCOWI

    W Portugalii odpowiedziano na wołanie Matki Bożej z Fatimy i oddano kraj Niepokalanemu Sercu Maryi. Portugalia nie doznała zniszczeń w czasie II wojny światowej. 

    10 AUSTRIA – POWSTRZYMANIE KOMUNIZMU DZIĘKI MODLITWIE RÓŻAŃCOWEJ (1955)

    Po II wojnie światowej Austria była podzielona na strefy okupacyjne, m.in. część z Wiedniem była pod wpływem ZSRR. Ludzie wzywani byli do modlitwy różańcowej. Kiedy około 10% narodu gorliwie modliło się różańcem, sowieci niespodziewanie opuścili kraj 15 sierpnia 1955 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. 

    11 BRAZYLIA – OBRONA KRAJU PRZED KOMUNIZMEM DZIĘKI RÓŻAŃCOWI (LATA 60.–70.)

    W 1954 r., gdy usiłowano w Brazylii wprowadzić komunizm, około 600 000 ludzi wyszło na ulice z różańcami w ręku. Potężna modlitwa różańcowa sprawiła, że kraj został obroniony przed komunizmem i pozostał katolicki. Czerwona Rewolucja została udaremniona na dwa dni przed planowanym przez komunistów przejęciem władzy.

    12 FILIPINY – POKOJOWA REWOLUCJA DZIĘKI RÓŻAŃCOWI (1986)

    W 1986 roku, 2 miliony ludzi wyszło z różańcami w ręku przeciwko czołgom. Strzały nie padły, a przewrót doprowadził do ustąpienia dyktatora. 

    13 WĘGRY – ZWYCIĘSTWO POLITYCZNE DZIĘKI MODLITWIE RÓŻAŃCOWEJ (1956–2006)

    Na prośbę prymasa Węgier w 2006 roku rozpoczęto modlitwę różańcowa, która trwała 4 lata. Dzięki temu katolicy wygrali wybory, wprowadzono w konstytucji obronę życia oraz odniesienia do świętych patronów. 

    Dorota Niedźwiecka/Aleteia.pl

    ***

    Różaniec w intencji pokoju przez cały październik.

    Ze szczególnym apelem modlitwy w intencji pokoju, papież Leon XIV zwrócił się podczas środowej audiencji do wiernych na placu św. Piotra.

    FOT. VATICAN MEDIA/CANVA PRO

    ***

    Na zakończenie środowej audiencji ogólnej Ojciec Święty przypomniał, że październik jest zwłaszcza poświęcony modlitwie różańcowej. Dlatego zachęcam wszystkich, aby każdego dnia nadchodzącego miesiąca odmawiali Różaniec w intencji pokoju, osobiście, w rodzinie, we wspólnocie – powiedział papież.

    Zapowiedział, że w październiku codziennie o 19.00 w bazylice watykańskiej będzie odmawiany różaniec. Dodał również, że 11 października na Placu św. Piotra odbędzie się szczególne czuwanie modlitewne w 63. rocznicę inauguracji Soboru Watykańskiego II.

    ***

    Ludzkość błaga o pokój – mówi Leon XIV.

    W różańcowym miesiącu błagajmy Boga o pokój razem z Królową Pokoju.

    Ta, która usłyszała w Nazarecie od Archanioła: Shalom, została Królową Pokoju. W Fatimie, na Bałkanach czy w Rwandzie interweniowała, wołając o pokój, ale okazało się, że nie tylko Polacy mądrzy są po szkodzie.

    Wzgórze Podbrdo. „Mir”, czyli…„pokój”, to słowo, które najczęściej usłyszymy w Medjugorju.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    O wezwaniu Fatimy pisałem wielokrotnie, ale dopiero dziś zwróciłem uwagę na pewien „detal”. Było wokół tyle miejsc, ale Maryja objawiła się akurat w miejscu, które nosi nazwę Cova da Iria, czyli Dolina Pokoju. I to kilka dni po tym, jak papież Benedykt XV w liście do sekretarza stanu kard. Pietra Gasparriego wyraził pragnienie, by do Litanii Loretańskiej na stałe została dodana inwokacja: Regina pacis, ora pro nobis (Królowo pokoju, módl się za nami).

    Budziły się demony

    Nieustannie wracam do książek poświęconych wojnie na Bałkanach, by zrozumieć pęknięcia, wielowarstwowość i genezę krwawego konfliktu, który przez lata rozgrywał się nad Drawą, Sawą i Neretwą. Gdy 28 czerwca 1989 roku, w 600. rocznicę bitwy na Kosowym Polu, Slobodan Milošević wygłosił przemówienie, wielu obywateli Jugosławii, zwłaszcza Albańczyków i Chorwatów, uznało to za złowieszczy rodzaj „straszaka”. „Dzisiaj, sześć wieków później, znowu jesteśmy w bitwach i przed bitwami. One nie są zbrojne, chociaż i takie nie są jeszcze wykluczone” – wołał.

    To było jak zapalenie zapałki na stacji benzynowej. Od lat relacje między Serbami, Chorwatami i Bośniakami były napięte do granic możliwości, a w krwiobiegu medialnym do głosu dochodziły szeptane dotąd słowa: „ustasze”, „czetnicy”, „Jasenovac”. Budziły się uśpione demony, którym reżim Tity zamknął na kilkadziesiąt lat pyski. A jeszcze niedawno media sprzedawały obraz yugo-sielanki, a „kolo” wspólnie tańczyli mieszkańcy kraju od Macedonii po słoweńskie Alpy. Świat jeździł nad Jadransko more, witany radosnym: Dobrodošli!

    25 czerwca 1991 roku Słowenia ogłosiła deklarację niepodległości od Jugosławii, co oznaczało faktyczną secesję z federacji. Tego samego dnia niepodległość ogłosiła Chorwacja. Belgrad uznał obie deklaracje za nielegalne i brutalnie zainterweniował. Rozpoczęło się piekło.

    Daruj nam mir

    I gdzie był Bóg? – powraca jak bumerang stawiane w takich sytuacjach pytanie. No, gdzie?

    Dziesięć lat wcześniej (25 czerwca 1981 r.) w nikomu nieznanym skalistym Medjugorju kilkorgu dzieciom objawiła się Gospa (po chorwacku Pani), która przedstawiła się jako Kraljica Mira (Królowa Pokoju). Mówiła, że pokój jest zagrożony, i wzywała do gorącej modlitwy (wiążące będzie dla mnie zdanie Watykanu, ale ostateczna ocena objawień kończących się zdaniem: „Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie” będzie możliwa dopiero, gdy ustaną). Po dekadzie świat osłupiał, czytając o Bośni, Srebrenicy, oblężeniu Sarajewa i tysiącach gwałtów. Do Medjugorja przylgnęło powtarzane odtąd przez miliony pielgrzymów zawołanie: Mir, mir, mir! Jeśli autorzy biblijni powtarzają dwukrotnie jakieś słowo („Amen, amen” czy „Zaprawdę, zaprawdę”), robią to po to, by nadać mu jeszcze większy ciężar gatunkowy. Jak zatem uznać potrójne wołanie: „Pokój, pokój, pokój!”, które słyszeli wizjonerzy? Mieszkańcy hercegowińskiej wioski, nucący kanon: Daruj nam mir, wiedzą doskonale, o czym śpiewają.

    Wszystko płonęło

    Gdy w 1982 roku rwandyjskie nastolatki z Kibeho powtarzały przesłanie Maryi: „Przyszłam przygotować drogę mojemu Synowi, ale wy tego nie chcecie zrozumieć. Czas, który wam pozostał, jest już krótki”, ludzie kwitowali to wzruszeniem ramion. „Wszystko płonęło. Widziałam głębokie ciemne doły, głowy rozrąbane na pół” – opowiadała Alphonsine, jedna z widzących. Po 12 latach, wieczorem 6 kwietnia 1994 r., „nieznani sprawcy” zestrzelili samolot prezydenta Rwandy Juvénala Habyarimany. Wtedy Hutu sięgnęli po maczety. „Kraj tysiąca wzgórz” spłynął krwią. Ludzie przypomnieli sobie profetyczne obrazy sprzed lat.

    Bóg interweniuje zawczasu, wysyłając posłańca z przesłaniem pokoju. Czasem Matkę Jezusa, a czasem… papieża z Wadowic. W mediach pojawiły się zarzuty, że Jan Paweł II pozostał bierny wobec ludobójstwa, jakie dotknęło Rwandę. Naprawdę? Dziś można napisać wszystko. Jedynie w latach 1994–1995 do tragedii, jaka wstrząsnęła tym afrykańskim krajem, odniósł się w 40 różnych tekstach! Według Human Right Watch był pierwszą głową państwa, która publicznie nazwała ten konflikt ludobójstwem: „Przez pierwsze tygodnie zabójstw międzynarodowi przywódcy odmawiali mówienia o ludobójstwie, widocznie obawiając się prawnych i moralnych zobowiązań, które wyniknęłyby z uznania zbrodni. 27 kwietnia 1994 roku, potępiając przemoc, papież użył tego słowa: »Zapraszam was, pełen przygnębienia, do pełnej cierpienia i gorliwej modlitwy za Rwandę. Tragedia tego narodu wydaje się nie mieć końca: okrucieństwa, zemsty, zabójstwa, przelana krew niewinnych, wszędzie zgroza i śmierć. Zapraszam tych, którzy są odpowiedzialni, do wspaniałomyślnego i skutecznego działania, żeby zatrzymać to ludobójstwo. Czas się pojednać!«”. Gdy pod koniec roku magazyn „Time” przyznał mu tytuł Człowieka Roku, wymienił również jego gorące apele o pokój w Bośni czy Rwandzie.

    Prorok pokoju

    Papież odwiedził ten kraj cztery lata przed rzezią. 5 września 1990 roku w Burundi – państwie również nękanym sporem między Hutu i Tutsi – zwracając się do elit, wołał: „Wasze obowiązki chrześcijańskie ściśle włączyliście w obraz przemian, jakich dokonuje naród Burundi, aby skonsolidować własną jedność. I mówiliście o konieczności przeprowadzenia rachunku sumienia. To prawda, że te problemy stanęły przed wami jako skutek przeszłości pełnej konfliktów i cierpień. Wy ich nie unikacie. Wydaje mi się, że one stawiają przed wami dwa podstawowe wyzwania. Z jednej strony elity narodu powinny jako pierwsze w zdecydowany sposób wejść na ścieżkę przebaczenia i pojednania. Pamiętacie, co Jezus odpowiedział Piotrowi, gdy ten pytał Go, ile razy trzeba przebaczać: »Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy« – innymi słowy, bez żadnych ograniczeń. Nie chodzi o to, by usuwać wszystkie wspomnienia, ale by móc budować jedność, pozwolić zwyciężyć braterskiej miłości nad dawnymi elementami niezgody i rywalizacji. Drugie wyzwanie dla chrześcijan to zachowywanie należytego szacunku dla godności każdej istoty ludzkiej. Prawnicy, którzy są pośród was, dobrze wiedzą, że dla państwa prawa jest to podstawowa zasada, od której nie można odejść. Nie chodzi o to, by w sztuczny sposób negować odmienność członków populacji, by negować różnice pomiędzy grupami i jednostkami, pomiędzy talentami i kompetencjami; należy raczej dążyć do prawdy jeszcze bardziej fundamentalnej: każda istota ludzka została stworzona przez Boga, który, wierny swej miłości, oddał swego Syna na zbawienie wielu”.

    Rasizm to ślepa uliczka

    W Rwandzie papież Polak przypomniał: „Błogosławieństwa to drogi, które prowadzą do szczęścia. Jest wśród nich jedna, na którą chciałbym zwrócić uwagę, ponieważ wydaje mi się, że mieszkańcy Rwandy potrzebują dziś ją usłyszeć. Oto ona: »Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój«. Jezus chce powiedzieć w ten sposób, że jedna z dróg do szczęścia to praca na rzecz zjednoczenia ludzi i budowania pokoju pomiędzy nimi. Zadaliście pytanie: »Ojcze Święty, czy wiesz, że rasizm i regionalizm srożą się w Rwandzie, a nawet wewnątrz Kościoła? Jakie zadanie wyznaczysz swojemu Kościołowi, żeby się nawrócił i potępił niesprawiedliwości?«. By odpowiedzieć na to pytanie, należy oprzeć się na podstawowych elementach naszej wiary – wszystkie istoty ludzkie to dzieci Ojca, stworzone na Jego podobieństwo. Ojcostwo Boga ma charakter uniwersalny, więc i braterstwo pomiędzy ludźmi jest tak samo uniwersalne. Noszenie w sobie odczuć rasistowskich jest niezgodne z przesłaniem Chrystusa, ponieważ bliźni, którego Jezus nakazuje nam kochać, to nie tylko człowiek z mojej grupy społecznej, z mojego regionu czy z mojego kraju: bliźni to każdy człowiek, którego spotykam na mojej drodze. Wraz z moimi braćmi biskupami Rwandy mówię wam: »Żyjcie w miłości, szanujcie się wzajemnie, niech nikt nie pogardza swoim bratem, uważając się za lepszego bądź ważniejszego – wprost przeciwnie, akceptujmy się nawzajem, dziękując Panu, który stworzył nas różnymi«”.

    „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”. Październik to dobry czas, by trzymając w dłoni różaniec, gorąco o niego wołać. „Ludzkość błaga o pokój!” – podkreślił niedawno Leon XIV, dodając: „Nie ma konfliktów »dalekich«, gdy w grę wchodzi godność ludzka. Żadne zbrojne zwycięstwo nie zrekompensuje bólu matek, przerażenia dzieci i skradzionej przyszłości”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Ojciec św. Leon XIV: nabożeństwo do Maryi ma szczególne miejsce w moim sercu

    Samplefot. Vatican Media

    ***

    W poniedziałkowe popołudnie Papież odwiedził rzymski dom pielgrzyma Domus Australia, prowadzony przez ojców marystów i służący głównie anglojęzycznym pielgrzymom. Przewodniczył tam pierwszym nieszporom ze wspomnienia NMP Różańcowej, a wcześniej poświęcił obraz Matki Bożej z Pompejów, podarowany zakonnikom przez bł. Bartola Longo. W homilii podczas nabożeństwa, mówił o Maryi, jako wzorze nadziei i zachęcał do jej naśladowania.

    REKLAMA

    „To nabożeństwo do naszej Błogosławionej Matki zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, dlatego tym bardziej cieszę się, że mogę dzielić ten moment z australijską wspólnotą, obecną na uroczystym poświęceniu odnowionego wizerunku Matki Bożej z Pompejów” – podkreślił Ojciec Święty, zwracając się do ojców marystów i wszystkich osób związanych z Domus Australia. Ten dom pielgrzyma, znajdujący się w centrum Rzymu, skrywa wyjątkową pamiątkę: wizerunek Matki Bożej Pompejańskiej, podarowany przez popularyzatora nabożeństwa do Maryi czczonej w tym wezwaniu – błogosławionego, a wkrótce świętego Bartola Longa. Obraz, będący kopią tego, który znajduje się w pompejańskim sanktuarium, został odrestaurowany na kilka dni przed tegorocznym konklawe.

    Maryja – uosobienie cnoty nadziei

    Papież podkreślił, że Maryja jest wyjątkowym wzorem dla wierzących, przeżywających obecny Rok Jubileuszowy. „Z Bożej Opatrzności spotykamy się w tym Roku Jubileuszowym, który koncentruje się na cnocie teologalnej Nadziei – mówił – Maryja w szczególny sposób uosabiała tę cnotę poprzez swoje zaufanie, że Bóg wypełni swoje obietnice. Ta nadzieja dawała Jej siłę i odwagę, by z ochotą poświęcić swoje życie dla Ewangelii i całkowicie powierzyć się woli Bożej”.

    Leon XIV przypomniał przy tym refleksję, mówiącą o tym, że „Wcielenie dokonało się najpierw w sercu Maryi, zanim dokonało się w Jej łonie — co podkreśla Jej codzienną wierność Bogu”.

    „Bóg nigdy się nie spóźnia”

    Papież podkreślił, że zaufanie Bogu na wzór Maryi wymaga zawierzenia, pomimo nieznajomości czasu i miejsca Bożego działania. „Bóg nigdy się nie spóźnia — to my musimy nauczyć się ufać, nawet jeśli wymaga to cierpliwości i wytrwałości.
    Czas Boga jest zawsze doskonały” – zapewnił Papież, odwołując się do biblijnych przykładów.

    Nawiązując do słów św. Augustyna, który mówił, że Pan Bóg nie może zbawić człowieka bez niego samego, Ojciec Święty przypomniał, że chrześcijanin wezwany jest do współpracy z Bogiem, poprzez życie w Jego łasce. „Nawet jeśli nie wiemy, co przyniesie przyszłość, na wzór Maryi, możemy zawsze z ufnością i wdzięcznością przyjmować Jego dzieło zbawienia” – mówił.

    Czciciel Matki Bożej z Pompejów wkrótce będzie świętym

    Bł. Bartolo Longo, popularyzator nabożeństwa do Matki Bożej z Pompejów i nowenny pompejańskiej zostanie kanonizowany przez Papieża Leona XIV wraz z sześciorgiem innych błogosławionych w niedzielę 19 października. Liturgia rozpocznie się na Placu św. Piotra o godz. 10.30.

    07/10/2025/Dorota Abdelmoula-Viet,Vatican News/Kai

    ***

    Uciekajmy się do Matki.

    Nie wypuszczajmy różańca z ręki

    (pixabay.com)

    ***

    Dzieci wiedzą, że najskuteczniej jest prosić mamę o upragnioną rzecz razem i w odpowiednim czasie. Tą sprawdzoną strategią kierują się też organizatorzy dużych inicjatyw modlitewnych, które w maryjnym październiku gromadzą rzesze wiernych na modlitwie różańcowej i to nie tylko w kościołach.

    Różaniec na granicach

    Jedna z największych, różańcowych inicjatyw modlitewnych ostatnich lat wyszła z Polski. Otóż w roku 2017 dwaj twórcy filmów katolickich – Maciej Bodasiński i Krzysztof Dokowicz we współpracy z Konferencją Episkopatu Polski, w liturgiczne święto Matki Bożej Różańcowej, 7 października 2017 roku, zorganizowali akcję modlitewną „Różaniec do granic”. To był prawdziwy szturm modlitewny. Na miejsca zebrań wiernych, którzy zdecydowali się fizycznie włączyć do akcji, wyznaczono 320 kościołów położonych blisko wszystkich granic Polski. Każda z 320 grup po wstępnej modlitwie w świątyni, wyruszyła na obszar przygraniczny, by tam na modlitwie różańcowej „przeprosić i wynagrodzić za wszelkie bluźnierstwa, zniewagi popełnione w naszym kraju przeciw Niepokalanemu  Sercu Maryi”. Proszono również Boga, za pośrednictwem najskuteczniejszej orędowniczki Maryi, o „pokój, ratunek dla Polski i świata”.  

    Zorganizowana przez Polaków akcja modlitewna zainspirowała katolików z różnych krajów świata. Postanowili oni przeprowadzać podobne inicjatywy na granicach swoich państw. Najszybciej zareagowali Włosi, którzy już w październiku 2017 roku modlili się na Różańcu zaledwie tydzień po Polakach. Później za Różaniec chwycili katolicy z Anglii, Irlandii, USA, Australii. Co ciekawe, wszędzie inicjatywa ta rodziła się oddolnie, w grupach wiernych świeckich.

    Najmocniej zaszczepiła się w Belgii. Po raz pierwszy „Różaniec na granicach” odmawiano tam w  październiku 2017. Od tamtego roku ta inicjatywa różańcowa jest organizowana każdego roku. Tegoroczne modlitwa różańcowa pod hasłem „Do Jezusa przez Maryję, w intencji Belgii i całego świata” będzie miała miejsce na granicach tego kraju 4 października. Z roku na rok belgijski „Różaniec na granicach” zyskuje coraz większe poparcie. Świeccy organizatorzy dbają o to, by z modlitwą docierać także do środowisk „peryferyjnych”: szpitali, więzień i domów spokojnej starości. Wierni będą modlili się także w kościołach, w których, z powodu braku kapłanów, nie są sprawowane Msze św. W tych świątyniach główną intencją będzie oczywiście wzbudzenie wśród Belgów nowych powołań kapłańskich. 

    Nie wypuszczaj różańca z ręki

    Na progu, można powiedzieć, miesiąca maryjnego, dokładnie 27 września inicjatywę modlitewną u Matki Bożej Częstochowskiej przeprowadzili polscy mężczyźni. Spotkali się tam tłumnie na Męskim Oblężeniu Jasnej Góry. Podczas tego spotkania, używając języka naszych przodków, „pobożnych mężów” modlono się na różańcu, adorowano Chrystusa, uważnie wsłuchiwano się w treści pouczających wykładów – ogólnie mówiąc formowano się do męskiej rozprawy ze złem. „W czasach, gdy większość (8 na 10) samobójstw w Polsce popełniają mężczyźni, a ponad połowa mężczyzn poniżej 24 roku życia odczuwa silne poczucie samotności – potrzeba nowego podejścia do męskiej formacji duchowej i emocjonalnej staje się pilniejsza niż kiedykolwiek” – czytamy w informacjach organizatorów Męskiego Oblężenia Jasnej Góry.

    Również ojciec święty Leon XIV podczas ostatniej audiencji generalnej ogłosił własną październikową inicjatywę różańcową. „Zachęcam wszystkich, aby każdego dnia nadchodzącego miesiąca odmawiali Różaniec w intencji pokoju, osobiście, w rodzinie, we wspólnocie. Ponadto zapraszam wszystkich, którzy pełnią posługę w Watykanie, aby codziennie o godzinie 19.00 uczestniczyli w tej modlitwie w Bazylice św. Piotra” – zaapelował papież.

    Na koniec tego felietonu pozwolę sobie zwrócić uwagę drogiego czytelnika na zastanawiający fakt, iż święto Najświętszej Maryi Panny Różańcowej ustanowiono na pamiątkę wspaniałej wiktorii chrześcijańskiego oręża w bitwie z muzułmanami pod Lepanto, nie mając wówczas zupełnie pojęcia, że 454 lata później, również w październiku, świat stanie przed jeszcze większym kataklizmem, który zapoczątkowała tzw. „rewolucja październikowa”. Na komunistyczną zarazę najlepszym, kontrrewolucyjnym orężem okazał się być wówczas Różaniec, o domawianie którego Maryja prosiła we wszystkich swoich objawieniach (m.in. Gietrzwałd, Fatima). I teraz kiedy odrastają głowy neokomunistycznej hydry, nie wypuszczajmy z rąk Różańca, a szczególnie w maryjnym październiku.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Różaniec – historia i teologia

    Samplefot. James Coleman/Unsplash

    ***

    Październik jest miesiącem modlitwy różańcowej. Tradycja tej modlitwy sięga średniowiecza. Różaniec łączy w sobie prostotę i głębię, duchowość chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu. Papież Leon XIII mówił, że jest on „streszczeniem całej Ewangelii”.

    Modlitwa różańcowa, jaką znamy dziś, kształtowała się przez wiele wieków. Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu” czy „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.

    Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria (Zdrowaś Maryjo) ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety. Epidemie „czarnej śmierci”, dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za „nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej”. Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi. W Europie rozpowszechnił ją św. Dominik, założyciel Zakonu Kaznodziejskiego.

    Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.

    Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy. Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go „otrzymać” od samej Matki Bożej podczas objawienia.

    Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemierzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.

    Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej. Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście „Rosarium Virginis Mariae” (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.

    Zarys teologii różańca

    Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób. Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo „Jezus”, imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.

    Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby „oddychamy uczuciami Chrystusa” (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba „przegadać” wiele godzin! Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.

    Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje „List o Różańcu” (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń. Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie „ubóstwiają” same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.

    Różaniec łączy prostotę i głębię. „Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu” (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.

    Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały. Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.

    Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).

    o.Marcin Lisak OP – Kai.pl

    ***

    Aby Boża Matka była coraz bardziej znana, miłowana,uwielbiana i słuchana!

    ***

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    św. Josemaría Escrivá de Balaguer

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    Intencje Żywego Różańca

    na miesiąc październik 2025

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby wyznawcy różnych tradycji religijnych współpracowali ze sobą w obronie budowania pokoju, sprawiedliwości i braterstwa.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej) w Glasgow:

    1) Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.

    2) Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego  

    3) Ojciec św. Leon XIV, zdając sobie sprawę jak w niebezpiecznym znajdujemy się czasie, zwraca się ze szczególnym apelem, abyśmy w tych październikowych dniach żarliwie modlili się na różańcu o pokój, którego świat dać nie może – tylko i jedynie  Chrystus Pan. Królowo Różańca świętego – módl się za nami!


    Dodatkowe intencje

    dla Róż: św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:

    4) Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    dla Róży: bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:

    5) Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten  radosny i ten związany z trudem, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

    ***

    Od 1 października 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 30 września 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się również w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.

    Modlitwa różańcowa jest bronią najpotężniejszą – co potwierdzają święci, mistycy i wydarzenia na przestrzeni dziejów świata i w ludzkich sercach Tym, którzy tego nie potrafią zauważyć a jedynie tylko kpiąco z pogardą wyśmiewać – można zapytać – co pomoże walczącemu nawet najpotężniejsza broń, którą ma do dyspozycji, jeżeli nie potrafi się nią posługiwać?

    ***

    Żywy Różaniec to największy ruch modlitewny w Polsce i na świecie

    Różaniec jest moją codzienną modlitwą. To była nasza codzienna modlitwa wieczorna. W domu rodzinnym wspólnie klękaliśmy do modlitwy różańcowej – o roli Żywego Różańca, dziedzictwie bł. Pauliny Jaricot oraz osobistym doświadczeniu wyniesionym z domu rodzinnego opowiedział w rozmowie z Polskifr.fr ks. Jacek Gancarek, krajowy moderator Stowarzyszenia Żywego Różańca.

    Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej

    ***

    W kontekście rozpoczynającego się października szczególnie poświęconego Różańcowi, ks. Gancarek przypomniał, że “modlitwa różańcowa od wieków stanowi serce duchowości katolickiej. Jest nie tylko osobistym aktem pobożności, ale i wspólnotową siłą Kościoła”. Dodał, że dla człowieka wierzącego Różaniec jest „szkołą kontemplacji i przede wszystkim spotkania z Bogiem przez Serce Maryi”.

    Dziedzictwo bł. Pauliny Jaricot

    Wspólnota Żywego Różańca, obecna dziś właściwie w każdej polskiej parafii, sięga korzeniami XIX wieku. Założycielką tego dzieła była Francuzka bł. Paulina Jaricot, która w 1822 r. powołała Dzieło Rozkrzewiania Wiary, a cztery lata później – Dzieło Żywego Różańca, jako duchowe zaplecze dla tego pierwszego. „Żywy Różaniec powstały dzięki bł. Paulinie Jaricot jest jednym z największych i najdynamiczniej rozwijających się ruchów modlitewnych w Kościele. W Polsce jest to największy ruch modlitewny. To wspólnota, która czyni Różaniec modlitwą wszystkich, jak pragnęła założycielka” – podkreślił krajowy moderator.

    Maryja – Matka Różańca i Orędowniczka pokoju

    Duchowy kierunek obrany przez bł. Paulinę Jaricot potwierdzają też objawienia maryjne w Fatimie, Lourdes, La Salette, Gietrzwałdzie czy Medziugorie, które są jednoznacznym wezwaniem do modlitwy różańcowej. Maryja prosi w nich o codzienne odmawianie Różańca, będącego drogą do nawrócenia, pokoju i zakończenia wojen.

    Papieże o Różańcu

    Ks. Jacek Gancarek zaznaczył, że papieże ostatnich dziesięcioleci nieustannie podkreślają wartość modlitwy różańcowej. Św. Jan Paweł II nazywał Różaniec modlitwą chrystologiczną, Benedykt XVI – kontemplacją Oblicza Chrystusa z Maryją, a Franciszek przypominał, że to modlitwa przemieniająca codzienność, podtrzymująca Kościół w jego wędrówce. Leon XIV zapowiedział, że 11 października br. z Placu św. Piotra popłynie modlitwa różańcowa o dar pokoju na świecie.

    Różaniec jako żywa wspólnota Kościoła

    Dla ks. Gancarka Różaniec to nie tylko modlitwa indywidualna, ale wspólnota duchowa, która łączy wiernych w wielu intencjach. „Wielokrotnie w swoich wypowiedziach akcentuję, że Różaniec nie jest tylko modlitwą prywatną, ale żywą wspólnotą serc, która codziennie łączy się w intencji Kościoła i świata. Do tych wszystkich intencji, które podaje papież, możemy dołączyć również swoje modlitwy. Różaniec jest dla mnie modlitwą serca, ale też modlitwą ewangelizacyjną, która ożywia wiarę i daje moc w codziennych trudnościach”.

    Różaniec dziś – modlitwa, która niesie Kościół

    W czasach niepewności i napięć, modlitwa różańcowa jawi się jako niezastąpione źródło nadziei, pokoju i duchowej siły. „Wiemy doskonale, że dla człowieka wierzącego Różaniec jest drogą do głębszego zjednoczenia z Chrystusem. Jest źródłem pokoju i siły w codziennych trudnościach. Różaniec jest modlitwą wstawienniczą za świat, za Kościół i wypraszającą wiele łask w tych intencjach, które polecamy przez modlitwę różańcową. Różaniec jest również szkołą cierpliwości, wytrwałości i ufności” – wskazał rozmówca Polskifr.fr. Zadanie moderatora krajowego to prowadzić Żywy Różaniec jako wspólnotę modlitwy, która niesie Kościół” – dodał.

    Osobiste świadectwo i zaangażowanie w dzieło

    Dla ks. Gancarka modlitwa różańcowa nie jest jedynie obowiązkiem wynikającym z funkcji moderatora. To jego codzienność, wyniesiona jeszcze z domu rodzinnego. „Nigdy nie uczyłem się modlitwy różańcowej, bo u mnie w rodzinie i babcia, i tato, i mama, i rodzeństwo – cała rodzina, myśmy odmawiali codziennie Różaniec – opowiedział. – Dla mnie Różaniec jest narzędziem budowania jedności w rodzinie, w Kościele. Jest też narzędziem misyjności Kościoła”.

    W swoim duszpasterstwie ks. Gancarek nie tylko głosi wartość Różańca, ale aktywnie buduje wokół niego wspólnotę: organizuje ogólnopolskie pielgrzymki Żywego Różańca na Jasną Górę i do innych miejsc, prowadzi krajowe kongresy różańcowe, rekolekcje oraz apele jasnogórskie. Dba także o formację moderatorów diecezjalnych i parafialnych – w ramach regularnych spotkań Konferencji Moderatorów oraz Ogólnopolskiego Forum dla zelatorów diecezjalnych. Szczególną troską otacza również zaangażowanie Żywego Różańca w Papieskie Dzieła Misyjne.

    To właśnie osobiste zaangażowanie i świadectwo sprawiają, że posługa ks. Gancarka przynosi realne owoce. Jak sam mówi: „Wielokrotnie mogę zaświadczyć, że kiedy się modlę, Matka Boża bardzo często wspomaga mnie i widać owocność tej modlitwy”.

    Polskifr.fr/Tygodnik Niedziela

    ***

    Twój łańcuch bezpieczeństwa

    Dwadzieścia tajemnic, kluczowych wydarzeń z życia Chrystusa i Jego Matki, o których napisano wiele. Często całkowicie nie na temat. Mężczyzna, banita, chce się dowiedzieć, co konkretnie daje mu modlitwa różańcem i dlaczego jest dla niego bronią – mówią mu: „Musisz, bo tak wypada”. Nie potrafimy tym orężem władać, ponieważ w świecie natychmiastowych i krótkotrwałych korzyści stał się najnudniejszą z możliwych formą modlitwy. Na nasze życzenie.

    fot.  Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Nuda na własny koszt

    „Klepanie Różańca jest dla babci”. W Polsce to „klepanie” bardzo wiele niszczy w nas, młodych, którzy próbujemy zrozumieć i pytać, a dostajemy pusty czasownik. To działanie Złego Ducha, który z pewnej, pomocnej w modlitwie formy, próbuje ulepić swoje oblicze. Oblicze nudy i bezcelowości. Myślisz, że dlaczego Różaniec jest tak nielubiany? Bóg jest dynamiczny. Modlitwa jest żywa – jest rozmową, jest „tu i teraz”. Forma Różańca pozwala być non stop w kontakcie z Rozmówcą. Trwać. Modlitwa to ponadto pewne zmaganie, to znaczy walka. Wspiera nas ona w bitwie ze Złym i jego wspólnikami.

    Różaniec staje się tym nudniejszy, im rzadziej się go odmawia, czyli im rzadziej rozmawia się z Dowódcą, z Bogiem. Jeśli nie konsultujesz strategii i nie konfrontujesz swoich planów z Jego planami – umiejętność strzelania na nic się zda. „Jedno tylko «Zdrowaś Maryjo» dobrze powiedziane wstrząsa całym piekłem” – pisał św. Jan Maria Vianney.

    Draka z Panem Bogiem

    Z Dowódcą można się kłócić. Konrad Kruczkowski, autor bloga roku 2013, pisze o tym tak: „Tę męską rozmowę rozpocząłem pretensją «Do reszty Ci odwaliło? Chcesz się znów licytować? No to śmiało». Tyle że kiedy ta modlitwa się kończy, nie ma już we mnie buntu, ale jest zaufanie i świadomość, że On wie lepiej”.

    Wiedział o tym św. Jan Paweł II: „Różaniec to modlitwa przedziwna w swej prostocie i głębi zarazem”.

    Nie bój się pokłócić z Bogiem. Powiedzieć Mu o swoich zranieniach. Poprosić, aby nauczył cię władać orężem Różańca i mądrze korzystać z jego potęgi. Bóg jest tak dobry, że będzie o ciebie walczył do końca, choćby miał cię wciągnąć po piachu do Nieba. Będzie wyciągał do ciebie dłoń, którą możesz złapać, nawet resztkami sił.

    Na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej w Watykanie widnieje potężne, naścienne malowidło. Obrazuje Sąd Ostateczny. Zawiera pewien element, który pokazuje to, o czym przed chwilą przeczytałeś. Duch Boży dźwiga z otchłani człowieka uczepionego na różańcu. Równie dobrze możesz to być ty, twój wróg, mogę to też być ja.

    Łańcuch bezpieczeństwa

    Gdy wisisz na stromej skale szczytów górskich, mając w sercu pragnienie ich zdobycia, liczą się trzy rzeczy: wytrwałość, precyzja i zaufanie – Trenerowi i sobie, swojemu sercu.

    Pierwszą można wyćwiczyć, zamieniając „klepanie” na przepinanie kolejnej klamry podczas wspinaczki. Precyzję dostarcza rozum, który otrzymaliśmy od Boga. To wystarczy, by podążać za jego „złotą nicią”, a ona w końcu doprowadzi nas do Źródła. Zaufanie zaś rodzi się w ciszy. W modlitwie. W długich, często ostrych rozmowach. Rozmowach nad przepaścią. „Nie wolno się zatrzymywać na żadnej tajemnicy. Trzeba iść dalej. Bo pełnia życia jest u szczytów” (kard. Stefan Wyszyński).

    Możesz też „klepać” bez celu.

    Jesteś wolny.

     Krzysztof Sebastian Kołacz/Tygodnik Niedziela

    ***

    Różaniec – chrześcijańska odpowiedź na zmęczenie świata

    Wśród wielu bolączek współczesnego człowieka jest zmęczenie, przepracowanie, zestresowanie. Człowiek poszukuje ciszy, sensu życia. Jest szeroka oferta dająca człowiekowi to czego szuka. Niektóre z nich tylko pozornie niosą pomoc, a mogą przy okazji siać duże spustoszenie w duszy człowieka. W tym całym poszukiwaniu człowieka dziś niestety przodują kursy mindfulness, aplikacje do medytacji, weekendowe wyjazdy z jogą. Bierze się to, co popularne, a pomija się fakt, że chrześcijaństwo od wieków ma swoją medytację, która nie tylko uspokaja, ale przemienia życie.

    Adobe Stock

    ***

    Przykre jest to, że wielu katolików nie jest świadoma tego, jak ta modlitwa potrafi działać piękne rzeczy w życiu człowieka. Tymczasem zamiast używać go w praktyce, chowa się go w szufladzie, pomija, lekceważy – tym narzędziem do modlitwy jest różaniec, który nie jest starą dewocją do odklepania, ale żywą modlitwą, w której bije serce Ewangelii.

    Różaniec ma swoją historię. Już średniowieczni mnisi byli jej prekursorami. Charakteryzowało się to tym, że przez długie godziny śpiewali – 150 utworów muzycznych, były to najczęściej Psalmy. Jednak wymagało to znajomości łaciny. Zakonnicy nie mieli z tym problemu. Ale gdy chciano włączyć w modlitwę osoby nieumiejące czytać ani nieznające łaciny, zaczęto zastępować Psalmy modlitwą “Zdrowaś Maryjo”. Z czasem modlitwę tę uporządkował św. Dominik, któremu modlitwę różańcową miała przekazać sama Maryja. Z czasem stała się ona rytmem życia, który towarzyszył wiernym w codzienności – w pracy na roli, w podróży, w chorobie. Od wieków ludzie biorą różaniec w ręce z powodu pragnienia modlitwy. Wielkość tej modlitwy potwierdza sama Maryja, która np. w Gietrzwałdzie, Lourdes, czy Fatimie i innych miejscach, prosiła, aby modlić się różańcem.

    Kto nie poznał tajemnicy różańca i nie docenił jej wielkości, najczęściej powie, że czymś nudnym jest powtarzanie w kółko tego samego”. Ale gdy popatrzymy na organizm człowieka, oddech ma swoją powtarzalność, serce również bije w tym samym rytmie.Jest to potrzebne i konieczne. Gdy małżonkowie mówią: “kocham cię” – nie jest nudne, bo wyraża coś więcej niż tylko słowa i za każdym razem jest prawdziwe i potrzebne. Jedzenie także jest czynnością, która jest powtarzalna, a jakże jest potrzebna i konieczna do życia.

    Tymczasem w poszukiwaniu spokoju i sensu życia konieczny i potrzebny jest rytm modlitwy różańcowej. Każda dziesiątka różańca to kadr z Ewangelii. Tajemnica po tajemnicy, dziesiątka po dziesiątce przechodzimy przez życie Jezusa i Maryi:od Nazaret przez Betlejem, Egipt, Kanę Galilejską, Górę Tabor, Golgotę, pusty grób. W ten sposób różaniec to nie monotonne klepanie, ale okazja, aby nasze serce stało się projektorem tworzącym film, które napełnia Bożym obrazem nasze myśli. Rozważając wydarzenia z życia Jezusa i Maryi, kontemplując wydarzenia zbawcze można poczuć się, jakby to była nasza historia.

    Modlitwa różańcowa ma przewagę nad np. medytacjami wschodu. One uczą wyciszać myśli, uspokajać oddech, ale różaniec idzie krok dalej. Bo nie jest to samo w sobie puste poszukiwanie ciszy, ale spotkanie. Różaniec to modlitwa, która prowadzi do relacji z Bogiem. W tej modlitwie nie zostajesz sam ze sobą i swoimi myślami. Przewodniczką po tej drodze jest Maryja, która krok po kroku prowadzi do Jezusa. To także modlitwa, która jest niczym balsam, gdy przychodzi kryzys, choroba, śmierć w rodzinie, czy kogoś bliskiego, problemy w rodzinie. Różaniec to nie tylko technika relaksu, ale narzędzie do nabrania sił i przetrwania trudnych chwil. To modlitwa dla każdego. Przez wieki sięgali do niej papieże, święci, władcy i przywódcy. Niósł siłę tym, którzy się źle mieli i tym, którzy byli na szczycie. Odmawiają ją wielcy tego świata, a także osoby starsze, schorowane, robotnicy czy dzieci. Kto przeżywa wiarę świadomie wie, że jest to źródło pokoju i odwagi.

    Z własnego doświadczenia wiem, że jest to modlitwa, która łączy. Można go odmawiać indywidualnie, ale także we wspólnocie. W ciszy albo na głos. Klęczac w ławce czy jadąc samochodem lub autobusem. Siedząc w kolejce do lekarza czy spacerując po parku. Teraz, gdy mamy miesiąc październik możemy poprzez tę modlitwę tworzyć wielką różańcową rodzinę, bo przecież na całym świecie odbywają się nabożeństwa różańcowe zarówno w wielkich miejskich parafiach, jak i tych niewielkich wiejskich. Kościół nie tylko w październiku, ale przez cały rok trwa w tej nieustannej modlitwie.

    Różaniec to nie amulet ani gadżet, ale najprostsze narzędzie, jakie człowiek może mieć w ręku. Prowadzi on do Boga i pomaga wejść na wyżyny duchowych doświadczeń. To modlitwa. dla każdego, kto chce mieć serce bijące w rytmie Ewangelii i o wiele skuteczniejszy w walce ze stresem, kryzysem, czy poszukiwaniu ciszy, spokoju i sensu życia.

    ks. Łukasz/Tygodnik Niedziela

    ***

    Co jest w modlitwie różańcowej takiego, że Maryja tak usilnie ją ludziom zaleca?

    SHUTTERSTOCK 

    ***

    Gdy odmawiamy Różaniec, Maryja razem z nami przesuwa paciorki i wraz z nami oddaje chwałę Trójcy Świętej.

    „Przez Różaniec lud chrześcijański niejako wstępuje do szkoły Maryi” – pisał Jan Paweł II w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae. Ta „Pani” nauczy najlepiej.

    Był rok 1997. Ksiądz Eugeniusz Hanas, filipin, głosił rekolekcje w Gdyni. W jego pamięci szczególnie mocno zapisał się jeden dzień. Duchowny wyszedł wcześnie rano, żeby odwiedzić z sakramentami chorych parafian i zdążyć na wygłoszenie kazania o 11.00. W charakterze przewodnika towarzyszył mu pan z Bractwa św. Franciszka. „Ksiądz niesie Pana Jezusa, więc nie będziemy rozmawiać. Pomodlę się na różańcu za tych, do których idziemy” – powiedział mężczyzna. – Niosąc Pana Jezusa, podążałem za nim i również modliłem się w intencji chorych. Dość sprawnie nam to szło – wspomina duchowny.

    Wreszcie do odwiedzenia pozostała już tylko jedna chora, ale przewodnik jakoś nie umiał trafić pod właściwy adres. Stojąca na parterze dziewczyna nie znała podanego nazwiska. „Nikogo takiego tu nie ma, ale chorą znajdzie ksiądz piętro wyżej, tylko że tam na drzwiach jest inne nazwisko” – odpowiedziała. Poszli tam. Faktycznie inne nazwisko. – Mimo to dzwonimy. Po chwili otwiera starszy mężczyzna. Na mój widok zaczyna krzyczeć: „Nie, nie, nie wpuszczę! Usiłuje zatrzasnąć drzwi, ale mój towarzysz błyskawicznie wkłada nogę między futrynę a drzwi. Mężczyźni mocują się przez chwilę, ja usiłuję się w to włączyć i wtedy z mieszkania wychodzi kobieta i mówi: „Wpuść, mężu, tego księdza” – opowiada kapłan.

    Dostali się do środka. Okazało się, że pomylili klatki schodowe – ale ta pomyłka była precyzyjnie zaplanowana przez Kogoś innego. „Czekam na księdza, bo jestem umierająca” – wyznała kobieta. Wskazując na męża, powiedziała: „To stary komunista”. I opowiedziała swoją historię. Jej mąż przed ślubem obiecywał, że nie będzie jej przeszkadzał w praktykach religijnych. Po dwóch tygodniach jednak zakazał żonie udziału w Mszy Świętej. Tłumaczył, że przez nią nie dostanie awansu. Próbując uniemożliwić jej wyjście do kościoła na niedzielną liturgię, posuwał się nawet do rękoczynów. „To było nie do zniesienia. Wymyśliłam więc inny sposób. W każdą sobotę brałam siatki na zakupy, żeby mąż niczego się nie domyślił, i szłam na Mszę Świętą: najpierw na jedną za siebie, potem na drugą – za niego” – tłumaczyła. Podobnie było w pierwsze piątki miesiąca. W każdą pierwszą sobotę miesiąca prosiła Matkę Bożą: „Spraw, żebym nie umarła bez Ciebie”.

    Gdy zachorowała, mąż nie pozwolił jej pójść do szpitala, bo tam przyszedłby ksiądz, a ona ma umrzeć bez Boga. „Nie umrę bez Niego, bo modlę się na różańcu i Matka Boża mi Go przyprowadzi” – odpowiedziała. Wtedy mąż złapał jej różaniec i rozdarł go na kawałki. Odtąd modliła się na palcach. „I widzi ksiądz, nie umrę bez Pana Jezusa! Maryja mi Go przyprowadziła” – powiedziała uszczęśliwiona.

    – Wyspowiadała się, przyjęła sakrament namaszczenia chorych, ja zdążyłem do kościoła – wspomina filipin. Kiedy po kazaniu wszedł do zakrystii, czekał tam na niego… mąż tamtej kobiety. Padł na kolana „Żona przed chwilą umarła. Niech mnie ksiądz wyspowiada, ja już wszystko rozumiem” – zawołał.

    Modlitwa z Nią

    Nie sposób zliczyć świadectw łask Bożych, otrzymanych w kontekście odmawiania Różańca. „W życiu ludzkim nie ma takiego problemu, którego nie dałoby się rozwiązać za pomocą modlitwy różańcowej” – stwierdziła siostra Łucja z Fatimy.

    Co jest w tej modlitwie takiego, że Maryja tak usilnie ją ludziom zaleca? Robi to niemal w każdym z uznanych przez Kościół objawień. Często sama ukazuje się z różańcem w dłoni, a Jej orędzie, zawsze skoncentrowane na Bogu, jest wołaniem o nawrócenie i odnowienie wiary.

    Powszechnie uważa się, że Różaniec jest modlitwą do Maryi. Bardziej precyzyjne byłoby jednak stwierdzenie, że jest to modlitwa z Maryją. Naocznie przekonała się o tym 14-letnia Bernadeta Soubirous. 11 lutego 1858 roku zobaczyła „piękną Panią”, która stanęła obok niej. Gdy dziewczynka zaczęła odmawiać Różaniec, Pani przesuwała w palcach paciorki różańca jednocześnie z nią. Uśmiechała się przy tym, ale podczas słów „Zdrowaś, Maryjo” i „Ojcze nasz” milczała. Wypowiadała natomiast wraz z Bernadetą „Chwała Ojcu”, pochylając się przy tym z najgłębszym szacunkiem.

    To logiczne – „Ojcze nasz” jest modlitwą ludzi grzesznych, zanurzonych w doczesności. Maryja nie potrzebuje „chleba powszedniego”, a jako mieszkanka nieba nie prosi o Boże przebaczenie ani też o nieuleganie pokusom. Byłoby również niezrozumiałe, gdyby pozdrawiała sama siebie słowami „Zdrowaś, Maryjo”. Pierwsze objawienie Maryi w Lourdes zawiera zatem istotne komunikaty: gdy odmawiamy Różaniec, Maryja staje obok nas, razem z nami przesuwa paciorki i wraz z nami oddaje chwałę Trójcy Świętej, powtarzając z nami te same słowa: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”.

    Czy żarliwa modlitwa, w której uczestniczy sama Maryja i razem z modlącym się zwraca się do Boga, mogłaby zostać bez odpowiedzi? Odpowiedź na to pytanie znajdujemy w liście apostolskim św. Jana Pawła II: „Różaniec towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczenia. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy”. Ojciec Święty zachęca, aby w dziesiątki Różańca „wprowadzić wszystkie sprawy, które składają się na życie człowieka, rodziny, narodu, Kościoła, ludzkości. Sprawy osobiste, sprawy naszych bliźnich, zwłaszcza tych, którzy nam są najbliżsi, tych, o których najbardziej się troszczymy. W ten sposób ta prosta modlitwa różańcowa pulsuje niejako życiem ludzkim”.

    Pokój i rodzina

    Znaczące, że Maryja w objawieniach często łączy modlitwę różańcową z uproszeniem pokoju. „Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny!” – prosiła w Fatimie. 13 października 1917 roku dzieci usłyszały: „Jestem Matką Boską Różańcową. Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać Różaniec. Wojna się skończy i żołnierze powrócą wkrótce do domu”.

    „Krucjatom różańcowym” przypisuje się oddalenie niebezpieczeństw grożących całym państwom, jak w 1920 roku w Polsce, gdy bolszewicy zostali odparci pod Warszawą, jak w 1955 roku, gdy Sowieci opuścili Austrię, czy jak w 1986 roku na Filipinach, gdzie „rewolucja różańcowa” w pokojowy sposób obaliła dyktaturę Ferdinanda Marcosa.

    Na pilną potrzebę wołania do Boga o pokój zwrócił uwagę św. Jan Paweł II w Liście Apostolskim Rosarium Virginis Mariae. „Różaniec nieraz wskazywali moi Poprzednicy i ja sam jako modlitwę o pokój” – przypomniał, zauważając, że podczas odmawiania Różańca „nie można nie czuć się wyraźnie zobowiązanym do służby sprawie pokoju”.

    Święty papież już wówczas, w 2002 roku, dostrzegał niepokojące symptomy, skłaniające do uznania, „że nadzieję na mniej mroczną przyszłość może w nas wzbudzić jedynie interwencja z Wysoka, zdolna pokierować sercami tych wszystkich, którzy żyją w sytuacjach konfliktowych, i tych, którzy trzymają w swych rękach losy narodów”.

    Ojciec Święty nazwał Różaniec modlitwą pokoju „z racji samego faktu, że polega na kontemplowaniu Chrystusa, który jest Księciem Pokoju i »naszym pokojem« (Ef 2,14)”. Tym samym Różaniec „czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie”.

    W tym samym liście Jan Paweł II podkreślił znaczenie modlitwy różańcowej dla zachowania jedności w rodzinach. „Jako modlitwa o pokój, różaniec był też zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę” – zauważył, apelując o powrót „do modlitwy w rodzinie i do modlitwy za rodziny, wykorzystując nadal tę formę modlitwy”.

    Papież wezwał duszpasterzy rodzin, żeby z przekonaniem zachęcali do odmawiania Różańca. „Rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczona pozostaje” – zaznaczył, przypominając, że modlitwa różańcowa szczególnie sprzyja gromadzeniu się rodziny.

    W Różańcowej Szkole Maryi

    Czytelnikom „Gościa” proponujemy cztery lekcje w Różańcowej Szkole Maryi. W październikowych numerach tygodnika znajdą się materiały, z których dowiecie się, czego można nauczyć się od Maryi, rozważając tajemnice radosne, światła, bolesne i chwalebne.

    Nie wolno jednak ograniczać się do poznawania teorii na temat Różańca – modlitwę różańcową trzeba praktykować. Intencje podpowiada św. Jan Paweł II, który w liście Rosarium Virginis Mariae napisał: „Pewne okoliczności historyczne sprawiają, że przypomnienie o modlitwie różańcowej nabiera szczególnej aktualności. Pierwszą z nich jest pilna potrzeba wołania do Boga o dar pokoju. Różaniec nieraz wskazywali moi Poprzednicy i ja sam jako modlitwę o pokój”. Nieco dalej dodał: „Równie pilna potrzeba wysiłków i modlitwy wyłania się w innym punkcie krytycznym naszych czasów, jakim jest rodzina, coraz bardziej zagrożona na płaszczyźnie ideologicznej i praktycznej siłami godzącymi w jej jedność, które budzą obawy o jej przyszłość”.

    A zatem przez cały październik, przesuwając paciorki różańca i rozważając różańcowe tajemnice, błagajmy Boga o pokój we wszystkich ogarniętych wojną i konfliktami miejscach na świecie oraz w intencji rodzin – może swojej, a może jakiejś bliskiej, zaprzyjaźnionej, albo takiej, która właśnie przeżywa trudności.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Jasna Góra: odpust ku czci Matki Bożej Różańcowej

    O tym, że różaniec jest szczególnym znakiem wiary, nadziei i ratunkiem dla świata. A Maryja jest Tą, Która nieustannie o niego prosi przypomniał o. Arnold Chrapkowski. Generał Zakonu Paulinów przewodniczył Sumie odpustowej ku czci Matki Bożej Różańcowej. Uroczystość zwieńczyła czterodniowe rekolekcje Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej. Na Jasną Górę przybyło ponad 3 tys. wiernych.

    – Jesteśmy dzisiaj u Maryi ze szczególnym znakiem wiary, z różańcem w rękach i wołamy: Panie dodaj nam wiary, byśmy nigdy różańca nie wypuścili z rąk, byśmy pozostali do końca wierni modlitwie różańcowej – podkreślał o. Arnold Chrapkowski. Generał Zakonu Paulinów zauważył, że ta modlitwa uczy nas wiary, ponieważ w jej centrum stoi Chrystus, a także wytrwałej i ofiarnej służby. Zwracał uwagę, że gdyby nie wiara, ludzie nie byliby w stanie przetrwać wielu trudnych sytuacji. Gdyby nie ona nie byłoby wolności w naszej Ojczyźnie, gdyby nie wiara, nie byłoby małżeństw i rodzin, a także powołań kapłańskich i zakonnych, bez wiary nie ma miłości.

    Kaznodzieja zwrócił uwagę, że gdy odmawiamy różaniec, Maryja uczy nas odkrywać i rozumieć Boże tajemnice. Uczy wiary, która jest szczególną odpowiedzią człowieka na słowo Boże. – Modląc się na różańcu, stajemy się naśladowcami Maryi. Ona umacnia naszą wiarę i przybliża do Boga. W różańcu Maryja jest z jednej strony orędowniczką, z drugiej Tą, Która jako jedna z nas doszła do pełnego zjednoczenia z Bogiem i jest gwarancją Jego obietnic oraz źródłem naszej nadziei – podkreślał o. Chrapkowski. Generał Zakonu Paulinów zauważył, że modlitwa różańcowa jest także szczególną służbą: cichą i pokorną. Służbą, którą może pełnić każdy i w każdej chwili. Zaznaczył, że „różaniec jest kołem ratunkowym danym przez Opatrzność Bożą człowiekowi stojącemu często nad przepaścią”.

    Kaznodzieja przypomniał, że wezwanie Maryi wypowiedziane w Fatimie „Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny” jest stale aktualne. Jak wyjaśniał przez wieki do tego zachęca Kościół i jego pasterze, ale na to wołanie powinien odpowiedzieć każdy z nas. – Na to wołanie trzeba odpowiedzieć naszą gorliwą modlitwą. Potrzebuje jej nasza Ojczyzna, rodziny, dzieci nienarodzone, których życie tak często jest zagrożone i cały współczesny świat – mówił. Zachęcał, abyśmy z tego powołania do modlitwy różańcowej nie rezygnowali, ponieważ powołał nas do niej Bóg.

    – Nie ja jeden, nie jedna, ale jesteśmy jedną, wielką wspólnotą złączoną modlitwą i miłością do Maryi. Nie możemy zrażać się trudnościami, ale trzeba trwać w jedności wiary, modlitwy i apostołować poprzez różaniec. Mamy zostać wierni do końca otrzymanej wierze, powołaniu i głosić prawdę nie zważając na względy ludzkie – zwracał się do członków Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej o. Arnold Chrpkowski.

    Na początku Eucharystii słowa powitania skierował o. Marian Waligóra. Opiekun Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej zwrócił uwagę, że święto Matki Bożej Różańcowej to wyjątkowy dzień uwielbienia Maryi i dziękczynienia za Jej wsparcie w codzienności. Przypomniał, że św. Jan Paweł II mówił o różańcu, że jest jego umiłowaną, ulubioną modlitwą. Także bł. kard. Stefan Wyszyński, patron Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej wielokrotnie zachęcał, abyśmy pod płaszczem zwycięskiej Pani Jasnogórskiej trwali z różańcem w ręku. Paulin zauważył, że teraz nieustannie do niej zaprasza Ojciec Święty Leon XIV, aby była ona „codziennością” w parafiach i naszych domach.

    Uczestnicy odpustu Matki Bożej Różańcowej podkreślali, że to dla nich ważne święto i przybywają na Jasną Górę, by tu nabrać sił na lepsze życie. – To jest dla każdego z nas bardzo ważne, że jesteśmy tutaj u najważniejszej z Kobiet, Królowej Świata i Matki Nadziei a dziś w Jej święto pragniemy „ogarnąć jasnogórskie mury” naszą modlitwą – mówiła Bożena Borecka z Radomia. Adiutorka zauważyła, że jasnogórskie rekolekcje dają jej siłę i poczucie wspólnoty różańcowej. Dodała, że modlitwa jest dla niej pomocą i siłą w codzienności, a patrząc z troską na to co dzieje się w Polsce i na świecie, szczególnie prosi o pokój i bezpieczną przyszłość.

    Beata z powiatu ciechanowskiego na rekolekcje i odpust Matki Bożej Różańcowej przyjechała pierwszy raz. Podkreślała, że pomoc Maryi dostrzega w codziennym życiu. Zawdzięcza Królowej Polski uzdrowienie córki z choroby nowotworowej i pomyślnie przebytą swoją operację. Przyjechała z nią Wanda, która także opowiedziała o kilku „interwencjach Matki Bożej”. Kobieta zwróciła uwagę, że kiedyś nie mogła samodzielnie podnieść się z łóżka, a dziś porusza się o własnych siłach. Natomiast jej mąż chorował na zatorowość płucną, której towarzyszyły zakrzepy i także w jego sytuacji modlitwa i zawierzenie okazały się najskuteczniejszą „bronią”.

    Stanisława z okolic Poznania opowiadała, że modlitwy różańcowej nauczyła ją mama, a teraz ona codziennie odmawia ją ze swoja córką. Maria, która jest nauczycielem akademickim zauważyła, że dzisiejszy świat jeszcze bardziej potrzebuje wiernych modlących się na różańcu. – Rada na to, co dzieje się jest jedna. Trzeba przyjść we właściwe miejsce i wszystko zawierzyć Maryi – przekonywała. Z kolei dla Ewy i Małgorzaty z Płońska Maryja jest „Królową Rodzin” i „Matką Bożą Miłosierną”. – Nie można kochać Jezusa, jeśli nie kocha się Jego Matki – zapewniały kobiety.

    Suma odpustowa zwieńczyła czterodniowe rekolekcje Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej. W tym roku były one zachętą do szczególnej troski o życie od poczęcia do naturalnej śmierci. To pragnienie wyrażało się nie tylko w modlitwie różańcowej, ale także w odbywających się spotkaniach. Hasłem rekolekcji było wezwanie: „Maryjo, Matko nadziei, módl się za nami”. Prowadził je o. Łukasz Kręgiel, przeor klasztoru i proboszcz paulińskiej parafii w Toruniu.

    Jasnogórska Rodzina Różańcowa wyrosła z wielowiekowej tradycji. Apostolstwo modlitwy różańcowej bierze swój początek od Bractwa Różańcowego z 1610 r. Apostolstwem wspólnoty jest szerzenie misji Jasnej Góry w Polsce i na świecie poprzez modlitwę różańcową. Wśród stałych intencji podejmowanych przez członków jest modlitwa za papieża, biskupów i kapłanów, o wierność Bogu, błogosławieństwo dla Ojczyzny i o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

    Modlitwa różańcowa „wpisana jest” w Jasną Górę. Jest ona odprawiana codziennie o 16.15 w Kaplicy Cudownego Obrazu. W październiku różaniec połączony jest z nabożeństwem do Najświętszego Serca Pana Jezusa odprawiany jest o godz. 18.00 w Kaplicy Matki Bożej.

     BP @JasnaGóraNews | Częstochowa

    ***

    Uroczystości i święta

    w Roku Liturgicznym 2025

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wśród licznych świąt kościelnych są święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są od uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.

    Święta nakazane w 2025 roku:

    1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2025 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak Kościół bardzo zachęca do udziału w liturgii również w te dni.

    2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    5 marca (środa) – Środa Popielcowa

    17-19 kwietnia – Wielki Czwartek, Wielki Piątek, Wielka Sobota – Triduum Paschalne (Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy świętej)

    21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski

    9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 30 listopada.

     ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00

    ***

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani

    ***

    W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli

    Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00

    ***

    W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej

    ***

    W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.

    ***

    W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.

    ***

    W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00

    Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.

    W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30


    Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.

    ***

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00

    Po Mszy św. jest Godzina Święta

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    Naczynia połączone

    Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.

    Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?

    „Najświętsze  Serce Jezusa”,  obraz nieznanego  artysty z XIX wieku.
    ISTOCKPHOTO

    ***

    Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.

    Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.

    Jak ciąża

    Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.

    Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?

    – Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.

    Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.

    Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.

    Chodzi o cel

    Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.

    Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.

    – W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.

    Wynagrodzenie

    Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.

    – Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.

    Czwartki

    Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny


    W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.

    ***

    W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.

    Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?

    Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

    fot.  Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.

    Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.

    W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.

    Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.

    Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.

    Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.

    Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.

    To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.

    Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela

    ***

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.

    Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.

    Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.

    ***

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ***

    “Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ***

    Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?

    Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii świętej.

    Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).

    Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).

    Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).

    Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.

    – Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.

    Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.

    W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.

    Wielkie zmiany

    Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.

    W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.

    Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.

    Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.

    A co jeśli…

    Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?

    – Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.

    Co po Komunii?

    Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Przyjmujesz Komunię św. na rękę?

    Grozi ci utrata wiary. To fakt, nie opinia

    (fot. Pixabay)

    ***

    Tradycyjna duchowość, wyrażająca się poprzez staranne formy liturgiczne czy przyjmowanie Komunii Świętej do ust, sprzyja większej wierze w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Tak wynika z badania przeprowadzonego na Uniwersytecie Williama Patersona w USA.

    Autorzy badania przeprowadzili ankiety wśród 860 katolików ze Stanów Zjednoczonych. Spośród respondentów jedynie 31 proc. zadeklarowało wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Jedna czwarta przyznała, że Komunia Święta ma dla nich znaczenie „symboliczne”. Reszta uczestników ankiety nie miała w tej kwestii sprecyzowanego zdania.

    Najbardziej uderzający wniosek dotyczył korelacji pomiędzy sposobem przyjmowania Komunii Świętej oraz formą ekspresji liturgicznej, a wiarą w realną obecność. Wiarę w naczelną katolicką prawdę deklarowało 55–60 procent. przyjmujących Komunię do ust. W grupie przyjmujących „na rękę”, wynik ten wynosił tylko 31 proc.

    Podobna korealacja zachodziła w przypadku innych czynności liturgicznych, np. wykorzystania na Mszy dzwonków. Wyższe wskaźniki wiary w Chrystusa Eucharystycznego odnotowano także wśród katolików, którzy mieli kontakt z klasycznym rytem rzymskim Mszy świętej.

    W ocenie autorki badania, dr Natalie A. Lindemann, powrót do tradycyjnych form eucharystycznych, takich jak przyklękanie, czy przyjmowanie Komunii na klęcząco i do ust ma potencjał wzmocnić w katolikach wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie.

    PCh24.pl/źródło: vaticannews.com

    ***

    Każdy, kto sobie tego życzy, może przyjąć Komunię św. podczas Eucharystii?

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    W 1986 r. Krajowa Konferencja Biskupów Katolickich opracowała wytyczne dotyczące otrzymywania Komunii św., które zostały wydrukowane na tylnej okładce wielu mszalików.

    Nieprawda. W 1986 r. Krajowa Konferencja Biskupów Katolickich opracowała wytyczne dotyczące otrzymywania Komunii św., które zostały wydrukowane na tylnej okładce wielu mszalików: „Katolicy w pełni uczestniczą w Eucharystii, kiedy otrzymują Komunię św., wypełniając nakaz Chrystusa o spożywaniu Jego Ciała i piciu Jego Krwi. Osoba przystępująca do Komunii św. nie może być w stanie grzechu ciężkiego, musi powstrzymać się od jedzenia na godzinę przed przystąpieniem do Komunii i dążyć do życia w miłości i zgodzie z bliźnimi. Osoby pozostające w stanie grzechu ciężkiego muszą najpierw pojednać się z Bogiem i z Kościołem w sakramencie pokuty. Częste przystępowanie do sakramentu pokuty jest zalecane dla wszystkich wiernych”.

    52 najczęstsze pomyłki związane z rozumieniem wiary katolickiej wyjaśnia Karl Keating w książce “W co wierzą katolicy”.

    ***

    Szczególnie należy podkreślić dwie kwestie. Po pierwsze: trzeba być w stanie łaski uświęcającej, żeby otrzymać Komunię św. Jeśli nie jesteście [a przyjmujecie Komunię św.], to popełniacie świętokradztwo, równoznaczne z bezczeszczeniem świętości. Świętokradztwo jest grzechem (1 Kor 11,27). Niegodne przyjęcie Komunii św. nie tylko nie daje wam żadnych łask, ale powoduje jeszcze większe szkody duchowe niż te, które zostały spowodowane przez grzech ciężki; w takiej sytuacji lepiej cicho siedzieć w ławce. Co to jest grzech ciężki? Jest on tym samym, co poważny grzech lub grzech śmiertelny. Możemy nazwać grzech ciężki śmiertelnym, ponieważ stanowi śmiertelną ranę dla duszy, poprzez pozbawienie łaski uświęcającej. Osoba dopuszczająca się grzechu śmiertelnego jedzostaje „zdyskwalifikowana dla Nieba” [dopóki nie odbędzie ważnej spowiedzi i pokuty – przyp. tłum.]. Grzechy śmiertelne oznaczają wszystkie poważne wykroczenia związane z siedmioma grzechami głównymi (pycha, chciwość, zazdrość, nieczystość, gniew, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, lenistwo). Najbardziej „popularne” grzechy naszych czasów, które dyskwalifikują nas, jeśli chodzi o przyjmowanie Komunii św., to: aborcja, antykoncepcja, cudzołóstwo i rozpusta. Grzechem śmiertelnym nazywamy każdy z grzechów, który spełnia następujące trzy warunki: 1. Jest poważnym wykroczeniem [dotyczy rzeczy ważnej – przyp. tłum.]; 2. Jest popełniany przy pełnej zgodzie woli (dobrowolnie); 3. Był czas na przemyślenie powagi danego czynu – może to być nawet kilka sekund – i świadomość zła, które się czyni. Jeśli któryś z tych czynników nie zaistniał, mamy do czynienia z grzechem lekkim lub dany czyn nie jest kwalifikowany jako grzech. Zauważmy, że biskupi podkreślają konieczność częstej spowiedzi.

    Wszyscy ostatnio zasiadający na stolicy św. Piotra papieże [książka została opublikowana za pontyfikatu św. Jana Pawła II – przyp. tłum.] przystępowali co tydzień do spowiedzi. Można śmiało powiedzieć, że żyli lepiej niż większość z nas, która uważa, że nie potrzebuje spowiedzi częściej niż jest do tego przyzwyczajona. Spowiadanie się raz w roku – czy nawet rzadziej – wydaje się odpowiednie jedynie dla osób, które są praktycznie niezdolne do grzechu. No cóż, istnieją osoby, które zdają się być przekonane, że „zostały niepokalanie poczęte” (!), a więc nie grzeszą – takie mniemanie to wielki błąd! Albo są to osoby tak obojętne na wszystko i pozbawione energii życiowej, że nie są w stanie robić zupełnie nic, w tym także grzeszyć.

    Jeśli papieże rozumieli potrzebę spowiadania się co tydzień, to może reszta z nas powinna spowiadać się co miesiąc, jak zalecają to kierownicy duchowi. Ci, którzy nie byli u spowiedzi dłużej niż od roku, powinni poważnie się zastanowić, czy mogą przystąpić do Komunii św. Nie powinniśmy przyjmować Komunii tylko dlatego, że wydaje się, że wszyscy inni do niej przystępują. Komunia św. nie jest „wydarzeniem towarzyskim”, tylko bardzo intymnym spotkaniem z Bogiem. Jeśli przez dłuższy czas nie byliśmy u spowiedzi, powinniśmy się zastanowić, czy nasza wrażliwość na grzech nie została przytępiona. Jeśli nie czujemy się grzesznikami, to prawdopodobnie dlatego, że nasze sumienie zostało zaciemnione grzechami. Innymi słowy: im mniej grzeszni się czujemy, tym bardziej potrzebujemy spowiedzi. To tyle dla katolików. Oto wytyczne od biskupów dla chrześcijan innych wyznań, którzy pragną uczestniczyć w katolickiej Mszy św.: „Witamy na naszym nabożeństwie tych chrześcijan, którzy nie są w pełni z nami zjednoczeni. Konsekwencją smutnego podziału chrześcijaństwa jest to, że nie możemy zaprosić was do przyjmowania Komunii św. Katolicy wierzą, że Eucharystia jest działaniem uczestniczącej w celebracji wspólnoty, a to oznacza jedność wiary, życia i kultu. Przyjmowanie Komunii św. przez chrześcijan, którzy nie są jeszcze z nami zjednoczeni, nie może zatem mieć miejsca – o to, żeby chrześcijanie innych obrządków mogli się stać częścią naszego Kościoła, musimy się modlić”. Zauważmy, co napisali biskupi katoliccy: „nie możemy poszerzyć zaproszenia do przyjmowania Komunii św. na chrześcijan innych wyznań”. Jednak istnieją okoliczności, w których chrześcijanin wyznania niekatolickiego może otrzymać Komunię św. z rąk katolickiego kapłana. Przepisy z tym związane możemy odnaleźć w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 844, par. 3): „Szafarze katoliccy godziwie udzielają sakramentów pokuty, Eucharystii i namaszczenia chorych członkom Kościołów wschodnich nie mających pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, gdy sami o nie proszą i są odpowiednio przygotowani. Odnosi się to także do członków innych Kościołów, które według oceny Stolicy Apostolskiej, gdy idzie o sakramenty, są w takiej samej sytuacji, jak i wspomniane Kościoły wschodnie”.

    „Kościoły wschodnie” to nic innego jak Kościoły prawosławne, w których są kapłani (niższych i wyższych stopni), jak również zachowane zostało wszystkich siedem sakramentów. Te Kościoły oderwały się od Kościoła katolickiego w 1054 r. podczas Wielkiej Schizmy Wschodniej. Ich doktryny są podobne do naszych. W każdym razie prawosławni mogą uczestniczyć w katolickiej Mszy św. i otrzymać Komunię św., jeśli o to poproszą. No dobrze, ale co w takim razie z członkami innych Kościołów? Czy mogą oni uczestniczyć w Mszy św. pod takimi samymi warunkami jak prawosławni? Niektórzy członkowie tych wspólnot mają tendencję do myślenia, że katolicy robią jakieś wyjątki odnośnie do udziału we Mszy św. i dystrybucji sakramentów; prawdopodobnie pojawią się w tym momencie u wielu osób myśli o wykluczeniu wiernych wszystkich wyznań protestanckich. Rzeczywiście, protestanci nie mogą otrzymać Komunii św. podczas katolickiej Mszy św. Inna sprawa, czy się tego w ogóle domagają.

    Postscriptum: katoliccy biskupi zapraszają także osoby niechrześcijańskiego wyznania do udziału w Mszy św. z zaznaczeniem, że nie mogą one otrzymać Komunii św., ale są zaproszone do zjednoczenia się z nami na modlitwie.

    fragment z książki: „W co wierzą katolicy”, Karl Keating wydawnictwo Biały Kruk,.

    ***

    „Powrót do domu Ojca” – cud łaski ukryty za kratką konfesjonału

    ***

    W zadumie nad tajemnicą „ażurowego ucha Boga”, czyli poetyckiej nazwy konfesjonału, uczyńmy wstępem „ubraną w stare szaty” myśl autorki: „Cóż jest piękniejszego w świecie nad żywot człowieka grzesznego, który dzięki łasce z Nieba pojmie niecność swych postępków? A gdy pozna ich dogłębność, zechce klęknąć”. Doprawdy trzeba nie znać ludzkiego serca, tak nieraz mocno zranionego, by nie widzieć w dokonującej się w grzeszniku przemianie naocznego cudu. Jeśli ktoś powie, że nic wielkiego się nie stało, to znaczy, że nic nie rozumie.

    A wiedzą o tym ci „męczennicy” konfesjonału, którym dane było słyszeć litanię skarg siedzących „za kratkami” więźniów grzechu, skłonnych oddalić prawdziwe nawrócenie w nieznaną nikomu przyszłość, jakby nagła śmierć nie była realnym zagrożeniem. Głos nierzadko utyskujący na niezgodę absolucji, jakby mogła przynieść ulgę w nieładzie codzienności. Krzyk wręcz na warunki drugiej strony pomawianej o uparte trwanie na pozycji zakładnika Bożej sprawiedliwości. Dla tych spowiedników cudem jest głos upokorzony, chwilami nieufny, ale na kolanach, w prawdzie, dogłębnie zrozumiały tylko dla Chrystusa, wołający krótko: „przebacz mi”. Tylko w takiej przestrzeni ludzkiego jestestwa może odbić się blask Bożego miłosierdzia.

    Ale nim to się stanie, trzeba niekiedy przejść przez biblijny chlew „marnotrawnego syna”, usłyszeć wyrzuty jego starszego brata, a na ostatek przyzwolić na darmowe przebaczenie zdradzonego ojca. Trzeba dać odpowiedź w sobie na zewnętrzną skargę: „Przyjąłeś go tak, jakby nic się nie stało” (por. Łk 15, 29-30), mierząc się nieustannie z pokusą chęci odkupienia siebie własną mocą. Ileż czasu musi nieraz upłynąć, by tkwiący w tym dramacie zrozumiał, iż nie da się przywrócić roztrwonionego dziedzictwa, cofnąć straconego czasu. Wtedy to bowiem na horyzoncie dostrzec będzie można trzeciego z synów miłosiernego ojca. Jest nim ten, który wyruszył na poszukiwanie młodszego brata, czego nie uczynił starszy. I Bóg jest tym, który to czyni. Bo Bóg w osobie Syna Człowieczego bardzo dobrze wie, co się dzieje w grzeszącym człowieku.

    Bóg jest więc poszukującym zaginionej owieczki „Dobrym Pasterzem” i Bóg jest, używając metaforyki św. Ireneusza, „synem marnotrawnym”, nie z powodu własnego grzechu, ale dla naszego zbawienia. On to bowiem, rzec można, poszedł do tego chlewu, a ująwszy za rękę głodującego brata, powiedział: „Biorę na siebie konsekwencje twoich czynów, wchodzę na twoje miejsce, ty wracaj do domu”. W logikę sprawiedliwości Jezus wpisuje logikę miłosierdzia. Przyjmuje na siebie śmierć – brak życia, by „marnotrawny syn” mógł z odwagą opowiedzieć o swoim chlewie, przyznać się do niego. Powrót do domu Ojca dokonuje dzięki Chrystusowi, tylko On mógł to uczynić.

    Gdy zatem grzesznik postanawia się nawrócić, to w gruncie rzeczy postanawia w nim to Boży Syn. Zaświadczą o tym najżarliwiej ci szafarze sakramentu pokuty, którzy w proszącym głosie: „odpuść mi” zobaczą, jak dopełnia się historia zbawienia. Jeśli ktoś powie, że nic wielkiego się nie stało, to znaczy, że nic nie rozumie.

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    Tekst jest autorską recepcją treści zawartych w książce pt. „Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu”.

    ***

    Przemysław Babiarz: Nic tak nie przywraca człowieka do rzeczywistości jak sakrament pokuty i pojednania

    O właściwej życiowej hierarchii, wierze w Boga, która jest najważniejsza w życiu, i pokorze, która pomaga to dostrzec, mówi Przemysław Babiarz.

    Zawsze najbliżej do drugiego człowieka jest przez Pana Boga.

    fot. Anita Walczewska /East News

    ***

    Irena Pręcikowska-Chełminiak:

    Jesteś człowiekiem głębokiej wiary w świecie, który zmierza, wydaje się, w przeciwnym kierunku. Internet wciąga bardziej niż prawdziwe życie, ludzie szukają wirtualnych relacji. Jak w takich warunkach człowiek wiary może odnaleźć i czynić dobro?

    Przemysław Babiarz: 

    Aby czynić dobro, trzeba sobie zdawać sprawę z tego, co jest źródłem dobra – i czym ono jest naprawdę. Wszystkie pojęcia ogólne, które serwuje nam popkultura, zawierają pewien pozór dobra. Za dobro bierzemy uczestnictwo w akcjach dobroczynnych, dawanie pieniędzy lub klikanie „łapki w górę”, by kogoś pocieszyć. To ma nas terapeutyzować z naszego poczucia winy. Ale to jest fałszywe podejście, bo zupełnie odcięte od źródła dobra, którym jest Pan Bóg. Jak powiedział Jezus w Ewangelii św. Marka: „Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg”. Bo to Bóg jest osobowym dobrem. Jeśli będziemy robili cokolwiek, co jest sprzeczne z Jego wolą, nie będziemy zachowywać Jego przykazań, to na pewno nie będziemy czynić dobra. Istnieje współczesne zjawisko, które nazywa się dobroludzizm. Polega ono na tym, że wiele osób przez świat wirtualny wytwarza modę na bycie człowiekiem dobrym, czyli uczestniczącym w akcjach dobroczynnych. Wychodzą oni z założenia, że jeśli dotujemy kopanie studni w Afryce, pomagamy jakimś odległym od nas ludziom, to jesteśmy dobrzy.

    Ale jeśli ktoś przeznacza środki na pomoc dzieciom lub budowę studni w Afryce, to przecież rzeczywiście czyni dobro. Nie możemy temu zaprzeczyć.

    Oczywiście. Pójdźmy jednak krok dalej. Rozważmy sytuację, kiedy podejmujemy duchową adopcję dziecka w Afryce, wysyłamy relatywnie niedużą sumę pieniędzy, która wystarcza na utrzymanie i edukację tego dziecka. Ale oprócz tego my to dziecko adoptujemy duchowo, otaczamy je modlitwą, uzyskujemy z nim jakiś rodzaj duchowej bliskości w Panu Bogu. To jest właściwy trójkąt osobowy: ja, drugi człowiek, Pan Bóg. Zawsze najbliżej jest do drugiego człowieka przez Pana Boga. To jest zresztą ten trójkąt, który pięknie wyraża się w sakramencie małżeństwa.

    Uważasz, że czynienie dobra nie wystarczy, trzeba to jeszcze otoczyć modlitwą i zawierzyć Bogu?

    Pamiętam rozmowę z synem jednego z moich przyjaciół, który powiedział, że nie trzeba określać własnego wyznania. Wystarczy być dobrym. To jest pułapka humanizmu, który jako prąd umysłowy i kulturalny stawia człowieka w centrum, czyli w miejscu, które powinien zajmować Bóg. To jest wielkie niebezpieczeństwo dla współczesnego człowieka, który zaczyna siebie postrzegać jako prawodawcę, stawia się w roli Boga i chce decydować o życiu i śmierci. Ktoś taki może wymyślić nieetyczną procedurę medyczną, która pozwoli mu decydować o długości życia ludzi, gdy stwierdzi, że ono jest już nie dość komfortowe, wiąże się z cierpieniem i trzeba je skrócić. Może decydować o tym, kto przyjdzie na świat, a kto zostanie unicestwiony w łonie matki. O tym wszystkim będzie rozstrzygał człowiek – w myśl idei, że to człowiek jest na pierwszym miejscu. Tymczasem wiemy od św. Augustyna, że jeżeli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu. A ja sobie do tego na własny użytek dodaję, że jeśli w życiu wierzącego Bóg nie jest na pierwszym miejscu, to On staje się intruzem, bo zaczyna przeszkadzać człowiekowi w samounicestwieniu. Tymczasem żyjemy w określonej przestrzeni, utrzymujemy relacje z konkretnymi ludźmi i ponosimy odpowiedzialność za nich, za rodzinę, przyjaciół, współpracowników. Nie możemy się sami rozgrzeszyć z niespełniania tych powinności.

    To trudna droga. Jak przekonać ludzi do podjęcia wysiłku, by zmieniali na lepsze własne otoczenie?

    Konieczne jest odłączenie się od rzeczywistości wirtualnej, która daje łatwe i szybkie kompensacje i doznania. My dlatego tyle scrollujemy w internecie, że mamy go pod ręką. Zawsze mnie ostrzegano, i w domu, i w szkole, że to, co łatwe, bywa przeważnie mało wartościowe. To, co rzadkie i trudne, jest cenniejsze. Zatopienie się w internecie kompensuje trudy zmierzenia się z rzeczywistością samego siebie i z rzeczywistością całego świata. Drogę zmiany można rozpocząć w bardzo prosty sposób: zrobić rachunek sumienia i pójść do spowiedzi. Nic tak nie przywraca człowieka do rzeczywistości jak sakrament pokuty i pojednania. Człowiek współczesny, nawet wierzący, oczekuje od Boga tylko zaspokajania jego potrzeb, a zapomniał o okazywaniu Bogu czci. Oczywiście jest On naszym Ojcem, ale jako Istota doskonała jest kimś nieporównywalnie od nas wyższym. Kiedy przyglądam się życiorysom świętych, mistyków, zawsze napotykam głęboką cześć dla Boga i ogromne poczucie własnej ułomności. Dostrzegam to i w „Dzienniczku” siostry Faustyny, i w przemyśleniach ojca Pio, i w zapiskach pochodzącego z mojej diecezji bł. ks. Jana Wojciecha Balickiego, którego pamięta moja mama. Dewizą jego życia były słowa: „Dobrze, Panie, żeś mnie upokorzył, dobrze…”. Jaki człowiek dzisiaj jest w stanie napisać takie zdanie? Czy to masochizm? Nie. To przywraca poczucie rzeczywistości, pomaga być człowiekiem prawdziwym, a nie człowiekiem pozorów.

    A w jaki sposób – Twoim zdaniem – nie zagubić się w codzienności?

    Należy wprowadzić porządek. Otóż zawsze w centrum powinien być Pan Bóg. To On musi być najważniejszy. Przypomina mi się historia pewnej rodziny. W czasie okupacji Niemcy pacyfikowali wieś. Kazali wszystkim mieszkańcom w ciągu dziesięciu minut zabrać rzeczy i wyjść na zewnątrz. Ta rodzina wbiegła do swojego domu i matka nakazała dzieciom i mężowi, aby uklękli i odmówili litanię. W tym czasie Niemcy zabrali pozostałych mieszkańców wsi i odjechali, a o nich zapomnieli. Rozsądek wskazywałby, aby pakować rzeczy. Oni wybrali modlitwę i zostali ocaleni. Na drugim miejscu są najbliżsi. Nie możemy ze względu na nasze różne aktywności zaniedbywać rodziny, żony i dzieci. Ich dobro jest dobrem większym. Dobrze jest, kiedy ludzie, którzy chcą dokonywać wielkich dzieł na niwie społecznej, pozostają samotni, nierozproszeni. Przykładem jest kapłaństwo realizowane w celibacie. Ale pamiętajmy, że wszyscy wierni stają się rodziną kapłana. Kolejny krąg to przyjaciele, którym nie powinniśmy szczędzić uwagi. I tak dalej. Ustalamy kolejne ważne powinności i z tej perspektywy oceniamy, gdzie i w jakim zakresie możemy się zaangażować. Tylko taka budowla będzie stabilna. Jak najmniej abstraktów, jak najwięcej konkretów. Lepiej konkretnemu człowiekowi poświęcić minutę na rozmowę czy pomóc mu w jakiś sposób niż zasilać wielkie organizacje. W mojej opinii konkretne działania są najistotniejsze, z nich zostaniemy rozliczeni, zgodnie ze słowami z Ewangelii Mateusza: „Bo byłem głodny, a daliście mi jeść; byłem spragniony, a daliście mi pić”. Oczywiście nie zmierzam do tego, żeby zniechęcić do działania np. w ramach Caritasu. Ja również wspieram różne akcje, choć nie jestem ich inicjatorem. Jestem człowiekiem, który troszczy się o rodzinę, a także wykonuję swoją pracę jak najlepiej. Do tego czuję się powołany w pierwszej kolejności.

    Każdy człowiek jest do czegoś stworzony. Choć czasami ludzie latami poszukują własnej drogi i nie mogą jej znaleźć. Jak Ty odnalazłeś swoje powołanie i realizujesz je?

    Dziecko nie ma trudności z wyborem. Mówi się, że ono dokładnie wie, czego chce. Jako dziecko występowałem z mikrofonem, za który służyła mi drewniana kula do ucierania ciasta lub inna zabawka. Oglądając telewizję, starałem się naśladować występujące postaci. A potem to porzuciłem i miałem trudności z wyborem drogi. Ale moim zadaniem było jednak występowanie. Odbieram to jako łaskę, że wykonuję zawód pokrewny zawodowi wyuczonemu, czyli aktorstwu. Zawód komentatora sportowego czy prowadzącego wiąże się z występowaniem. Staram się jak najlepiej przygotowywać i wykonywać moją pracę, a jednocześnie nie odgradzać się od ludzi murem z napisem VIP, nie uciekać przed nimi. Takie etykietki z punktu widzenia wiary są kompletnie nieistotne. Mój zawód jest zawodem wielkiej pokusy i walka z nią jest niezwykle istotna. Jest to bardzo niebezpieczne zajęcie z punktu widzenia wzrostu ego. Świat mówi: skoro jesteś artystą, panem z telewizji, wolno ci wszystko. Wielu artystów nie potrafi sprzeciwić się takiemu światu, boi się tego. Chcą oni pozostać na czele stawki i są nawet przekonani, że muszą ten świat wyprzedzić.

    Jak się zmobilizować do czynienia dobra, zamiast scrollować w internecie?

    Jeżeli scrollujemy, a czujemy wewnętrzne ciśnienie emocji, zamknięcia albo braku komfortu psychicznego, to zacznijmy od posprzątania swojego otoczenia. Odnosi się to zarówno do wyrzucenia śmieci, odkurzania i zmywania podłogi, umycia naczyń czy zrobienia prania, jak i do porządku duchowego, czyli posprzątania swojej duszy. Doszedłem kiedyś do prostego wniosku, że jeżeli nie jestem w stanie się zmienić, to muszę modlić się o to do Boga, prosić Go o łaskę dokonania zmiany. Jeśli włączymy Pana Boga w nasze starania, to On nami pokieruje. Takie doświadczenie miałem w czasie pobytu w szpitalu. Bóg obdaruje nas łaską, jeśli pozwolimy Mu działać.

    Dlaczego jesteśmy powołani do angażowania się?

    Pan Jezus rozsyłał apostołów, by byli pracownikami winnicy Pańskiej. To zachęcanie do aktywności. Ważne jest, aby pamiętać, że to także modlitwa. Bez wsparcia modlitwą każde nasze działanie zakończy się fiaskiem. Było takie powiedzenie ludowe: „Bez Boga ani do proga”. Ono jest zawsze aktualne.

    Przemysław Babiarz dziennikarz, komentator sportowy, aktor, teatrolog. Od lat związany z TVP i TVP Sport. Był ambasadorem ŚDM zorganizowanych w Krakowie w 2016 roku. Pochodzi z Przemyśla.

    Gość Niedzielny

    ***

    Błogosławiony Bartolo Longo dołączy do grona świętych Kościoła. To on ułożył modlitwę znaną jako nowenna pompejańska, praktykowana codziennie przez miliony wiernych na całym świecie.

    Ojciec święty Leon XIV ogłosi go świętym

    Bł. Bartolo Longo zostanie kanonizowany podczas uroczystości, która rozpocznie się 19 października o godz. 10.30 na Placu św. Piotra, której przewodniczyć będzie papież Leon XIV.

    ***

    Apostoł Różańca, katolicki wychowawca młodzieży, uznany błogosławionym przez Jana Pawła II dominikański tercjarz Bartolo Longo zostanie kanonizowany 19 października przez Papieża Leona XIV. Wraz z nim świętymi zostanie uznanych sześcioro innych błogosławionych.

    Bartolo Longo

    bł. Bartolo Longo

    ***

    Siedmioro kanonizowanych

    Bł. Bartolo Longo zostanie kanonizowany podczas uroczystości, która rozpocznie się 19 października o godz. 10.30 na Placu św. Piotra. Przewodniczyć jej będzie Papież Leon XIV. Wraz z włoskim błogosławionym kanonizowani zostaną także: Ignazio Choukrallah Maloyan – ormiańskokatolicki biskup, Peter To Rot – katechista z Nowej Gwinei, Vincenza Maria Poloni – włoska zakonnica, Maria del Monte Carmelo Rendiles Martínez – zakonnica z Wenezueli, Maria Troncatti – włoska zakonnica, José Gregorio Hernández Cisneros – wenezuelski lekarz, tercjarz franciszkański.

    Nawrócony satanista

    Bartolo Longo, urodzony w 1841 roku i pochodzący z włoskiej Apulii, to apostoł różańca i wizerunku Matki Bożej Różańcowej, który nazywał narzędziem do realizacji jednego z największych zamierzeń Bożego Miłosierdzia. Zanim sam nawrócił się na chrześcijaństwo, Longo praktykował satanizm, jednak pod wpływem przyjaciela porzucił zgubną drogę. Szczególnie ukochał nabożeństwo różańcowe i przy wsparciu wiernych wybudował w Pompejach kościół pod Jej wezwaniem. Przy świątyni stworzył domy wychowawcze dla dzieci więźniów i sierot, szkoły.

    Beatyfikowany przez Jana Pawła II

    Dziś zbudowany przez niego kościół znajduje się pod zarządem papieża. Jan Paweł II w 1980 roku beatyfikował Bartola Longo, a na początku 2025 roku papież Franciszek zatwierdził cud za wstawiennictwem błogosławionego. To otworzyło drogę do jego kanonizacji.

    Vatican MediaTygodnik Niedziela

    ***

    Autor Nowenny Pompejańskiej zostanie kanonizowany

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Ojciec Święty zatwierdził dekrety Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, dotyczące pięciorga Sług Bożych, m.in. Polki, Kunegundy Siwiec. Zaaprobował też kanonizację dwóch świeckich błogosławionych – m.in. czciciela Matki Bożej Pompejańskiej bł. Bartolo Longo – i zadecydował o zwołaniu konsystorza, związanego z uroczystościami kanonizacyjnymi.

    Dekrety dotyczące nowych świętych i błogosławionych Ojciec Święty podpisał wczoraj w Klinice Gemelli, gdzie przyjął Sekretarza Stanu kard. Pietro Parolina oraz Substytuta abp Edgara Peña Parrę. Przyszli kanonizowani to postaci, otaczane wielką czcią w swoich ojczyznach: bł Bartolo Longo, twórca Nowenny Pompejańskiej, niezwykle popularnej także w Polsce oraz bł. Giuseppe Gregorio Hernández Cisneros, Wenezuelczyk, tercjarz franciszkański, zwany „lekarzem ubogich”.

    Brat Różaniec – nawrócony satanista

    Najbardziej znanym z grona przyszłych świętych i błogosławionych jest bł. Bartolo Longo, czciciel Matki Bożej z Pompejów i autor Nowenny Pompejańskiej, którą modlą się wierni na całym świecie. Był świeckim prawnikiem, żyjącym w latach 1841-1926. W młodości słynął z wypowiedzi wrogich Kościołowi, a przez pewien czas związany był z satanistami, doświadczył jednak głębokiego nawrócenia i powrócił do wiary chrześcijańskiej. Jako dominikański tercjarz przyjął imię Brat Różaniec, ze względu na swoje głębokie nabożeństwo do Matki Bożej.

    W 1875 roku Bartolo Longo przywiózł do Pompejów obraz Matki Bożej, a w 1876 roku rozpoczął budowę sanktuarium, które miało stać się światowym centrum kultu maryjnego. Świątynia została poświęcona Matce Bożej Różańcowej 7 maja 1891 roku. Papież Leon XIII jemu i jego małżonce powierzył administrowanie świątyni, a on sam poświęcił resztę życia promowaniu nabożeństwa różańcowego. Zmarł w opinii świętości. W 1980 r. beatyfikował go papież Jan Paweł II. Ogromna popularność nabożeństwa Nowenny Pompejańskiej skłoniła w 2024 r. arcybiskupa-prałata Pompejów Tommasa Caputa oraz przewodniczącego regionalnej Konferencji Episkopatu Kampanii Antoniego Di Donnę, by poprosić Ojca Świętego to, aby bł. Bartolo Longo został kanonizowany.

    Święty w lekarskim kitlu

    José Gregorio Hernández Cisneros żył w Wenezueli w latach 1864 – 1919. Marzył o kapłaństwie i medycynie, jednak z uwagi na problemy zdrowotne nie mógł wstąpić do seminarium. Po ukończeniu studiów medycznych zaczął pracować w zawodzie, poświęcając się ludziom ubogim, których nie stać było ani na opiekę medyczną, ani na zakup leków.

    Znany z tego, że za własne pieniądze wykupował recepty swoich pacjentów i nie pobierał opłat za leczenie, szybko zyskał przydomek „lekarza ubogich”. Zmarł wskutek obrażeń, jakich doznał, gdy – wychodząc z apteki, gdzie zaopatrywał swoich pacjentów – został potrącony przez samochód. Został ogłoszony błogosławionym w 2021 r., a jego doczesne szczątki znajdują w kościele Matki Bożej z Candelarii w Caracas.

    Polka wśród przyszłych błogosławionych

    Papież Franciszek zatwierdził również dekrety, dotyczące:

    – ofiary życia Sługi Bożego ks. Emila Józefa Kapauna, kapelana wojskowego, urodzonego 20 kwietnia 1916 r. w Pilsen w amerykańskim Stanie Kansas i zmarłego w północnokoreańskim obozie jenieckim w Pyokton 23 maja 1951 r.;

    – ofiary życia Sługi Bożego Salva D’Acquisty, świeckiego, ur. 15 października 1920 r. w Neapolu i zm. 23 września 1943 w Palidoro;

    – heroiczności cnót Sługi Bożego Michała Maura Montanera, hiszpańskiego kapłana i ewangelizatora robotników, ur. 6 września 1843 r. w Palma de Mallorca i zmarłego tamże 19 września 1915 r.;

    – heroiczności cnót Sługi Bożego Didaco Bessiego, założyciela zgromadzenia Sióstr Dominikanek Matki Bożej Różańcowej, ur. 5 lutego 1856 we włoskim Iolo i zmarłego tamże 25 maja 1919 r.;

    – heroiczności cnót Sługi Bożej Kunegundy Siwiec, świeckiej Polki, urodzonej w Stryszawie 28 maja 1876 r. i zmarłej tamże 27 czerwca 1955 r.

    vaticannews.va/Tygodnik Niedziela

    ***

    Świadectwo byłego masona: Nawróciłem się w Lourdes

    Masonerię, jak każdą tajną organizację, otacza aureola misterium. Wokół niej krąży wiele legend i trudno zdobyć wiarygodne informacje na jej temat. Dlatego cenny jest każdy głos, który pochodzi z tego zamkniętego dla niewtajemniczonych świata. Takim głosem jest książka-świadectwo francuskiego lekarza Maurice’a Cailleta – kiedyś agnostyka, przez 15 lat masona, przez 2 lata stojącego na czele jednej z masońskich lóż – który w czasie pobytu w Lourdes w 1984 r. nawrócił się na katolicyzm i wystąpił z masonerii („mason w śnie”). Poprosiłem go o rozmowę na temat jego doświadczeń w Wielkim Wschodzie Francji.

    Niedziela Ogólnopolska 15/2009

     Z dr. Maurice’em Cailletem rozmawia Włodzimierz Rędzioch

    Maurice Caillet

    Maurice Caillet

    ***

    Włodzimierz Rędzioch: – Jak to się stało, że w wieku 36 lat postanowił Pan wstąpić do masonerii?

    Dr Maurice Caillet: – W 1968 r. pracowałem jako ginekolog. Byłem wtedy racjonalistą, materialistą i ateistą. W owym czasie starałem się o rozwód i czułem się osamotniony. W maju mój przyjaciel zaproponował mi wstąpienie do nowej „rodziny duchowej” – masonerii, z jej pociągającymi ideałami Wolności, Równości, Braterstwa, Tolerancji i Solidarności. Byłem oczarowany, tym bardziej że przyjął mnie bardzo serdecznie sam Wielki Mistrz Wielkiego Wschodu Francji – może dlatego, że byłem już wówczas znany jako lekarz stosujący sztuczne zapłodnienie i sterylizację oraz jako zwolennik liberalizacji aborcji. W ten sposób stałem się masonem. Byłem nim przez 15 lat, z czego 2 lata jako przełożony loży. Wiele szczegółów dotyczących mojej działalności w masonerii umieściłem na mojej stronie internetowej: www.cailletm.com.

    – Czym są rytuały inicjacji masońskiej?

    – Rytuały inicjacji masońskiej zbliżone są do obrzędów inicjacji wyznawców animizmu. Mają symbolizować przejście ze świata rzeczy świeckich do świata sacrum. Profan, tzn. kandydat na wolnomularza, poddawany jest czterem próbom symbolizującym ziemię, wodę, powietrze i ogień. Musi złożyć także przysięgę, iż będzie dotrzymywał tajemnicy masońskiej – zabrania ona wyjawiania nazwisk „braci” masonów oraz działalności loży, nawet współmałżonkowi.

    – Wolnomularze starają się prezentować masonerię jako filozofię humanistyczną, której celem jest poszukiwanie prawdy. Jak jednak można poszukiwać prawdy, gdy głosi się jednocześnie skrajny relatywizm, a więc i prawda staje się czymś bardzo względnym?

    – Wolnomularstwo wychwala humanizm, ale chodzi o humanizm bez Boga, który dowartościowuje i gloryfikuje człowieka – Boga określa się niekiedy jedynie jako Wielkiego Architekta Wszechświata. Wolnomularstwo poświęca się poszukiwaniu prawdy, a raczej częściowych prawd, gdyż dla masona nie jest możliwe odkrycie żadnej prawdy. Masoneria odrzuca także jakiekolwiek dogmaty, czyniąc w ten sposób z relatywizmu rodzaj dogmatu. Oznacza to także odrzucenie objawienia judeochrześcijańskiego.

    – Czy to właśnie odrzucenie objawienia judeochrześcijańskiego powoduje, że masoneria, szczególnie francuska, jest tak bardzo antykatolicka?

    – W Kościele francuskim istnieje silna tradycja gallikańska (gallikanizm – zainicjowany w średniowieczu ruch polityczno-religijny dążący do uniezależnienia Kościoła francuskiego od władzy papieskiej i ograniczenia uprawnień papieskich – przyp. W.R.), która istniała jeszcze przed powstaniem masonerii. Wielu biskupów, książąt i królów odrzucało opiekę Magisterium. Gdy w 1738 r. Klemens XII potępił przynależność do wolnomularstwa, we Francji ta ekskomunika nie została oficjalnie podana do wiadomości ani przez państwo, ani przez Episkopat. W czasie rewolucji francuskiej w 1789 r. duchowieństwo i arystokracja stały się kozłem ofiarnym władz rewolucyjnych – większość księży zostało zamordowanych lub skazanych na wygnanie. Po okresie względnego spokoju, w latach 1895-1905, Kościół francuski znowu był prześladowany przez rządy masońskie, aż do definitywnego rozdziału Kościoła od państwa, co nastąpiło w 1905 r. Z kolei rząd Vichy (kolaborujący z nazistowskimi Niemcami rząd Philippe’a Pétaina z siedzibą w mieście Vichy – przyp. W. R.), począwszy od 1940 r., prześladował masonów, którzy byli oddawani w ręce policji, więzieni i często wywożeni do Niemiec. Wzajemna niechęć pozostaje wciąż żywa, tym bardziej że w 1983 r. kard. Joseph Ratzinger uznał, iż dla katolika przynależność do wolnomularstwa jest grzechem ciężkim, który nie pozwala na przyjmowanie Komunii św. (chodzi o dokument „Declaratio de associationibus massonicis”, wydany w 1983 r. przez Kongregację Nauki Wiary, której prefektem był kard. Joseph Ratzinger – przyp. W. R.).

    – Masoni składają przysięgę, która zobowiązuje ich do wzajemnej pomocy. Jakie praktyczne konsekwencje ma ta przysięga?

    – Konsekwencje są różnorodne. Z punktu widzenia politycznego i społecznego wprowadza to pewien zamęt, który nie służy zdrowej demokracji. „Bracia” masoni przynależą zarówno do partii prawicowych, jak i lewicowych, lecz gdy chodzi o pewne kwestie społeczne – działają razem w tajemnicy, aby wprowadzać ustawy dotyczące np. antykoncepcji, aborcji, rozwodów, „małżeństw” osób tej samej płci, adopcji dzieci przez homoseksualistów, eutanazji czy manipulacji ludzkimi embrionami.
    Z punktu widzenia gospodarczego niektóre prace zarezerwowane są w pierwszym rzędzie dla ludzi należących do masonerii, a to dzięki kontaktom w loży, a szczególnie w bractwach (les Fraternelles), które skupiają masonów określonej gałęzi działalności, np. Bractwo Budownictwa i Robót Publicznych.
    Gdy chodzi o wymiar sprawiedliwości, spotykamy się z różnymi formami faworyzowania, jeżeli osoba osądzana należy do masonerii.
    Masoni odgrywają dużą rolę w świecie kultury, szczególnie w mediach i w szkolnictwie. Dzięki ich działalności społeczeństwo systematycznie akceptuje ideały masońskie, takie jak źle pojmowana idea wolności, której celem miałoby być obalenie „tabu” tradycyjnej moralności.

    – Z tego wynika, że wielki wpływ masonerii na życie polityczne, gospodarcze i kulturalne nie jest mitem, lecz rzeczywistością…

    – We Francji wpływ masonerii nie jest już co prawda tak duży jak w XIX i na początku XX wieku, ale pozostaje ciągle rzeczywistością.

    – Ostatnio wyjawił Pan, że w socjalistycznym rządzie Mitterranda było dwunastu masonów, a w obecnym rządzie Sarkozy’ego jest ich dwóch. Natomiast w swej książce jako przykład wpływu masonerii na politykę francuską podaje Pan sprawę wprowadzenia aborcji w 1974 r. Czy mógłby Pan podać jakieś szczegóły tej sprawy?

    – Osobiście brałem udział w walce o wprowadzenie prawa zezwalającego na aborcję. W 1974 r. masoneria, przez organizację Planning Familial (Planowanie Rodzinne), wywierała presję na opinię publiczną, zawyżając dane dotyczące nielegalnych aborcji: 300 tys. w roku, podczas gdy poważne badania demograficzne podawały o wiele mniejszą liczbę – ok. 50 tys. Nowy prezydent Republiki – Valéry Giscard d’Estaing, który umieścił w swym programie wyborczym legalizację aborcji, zatrudnił jako swego osobistego doradcę Jeana-Pierre’a Prouteau – wielkiego mistrza Wielkiego Wschodu Francji. Natomiast doradcą Simone Veil, ówczesnej minister zdrowia, był dr Pierre Simon – wielki mistrz Wielkiej Loży Francji i założyciel Planning Familial. W Zgromadzeniu Narodowym (Assemblée Nationale – parlament francuski) bez problemów przegłosowano projekt, bo masoni z lewicy i z prawicy głosowali jak jeden mąż!

    – Czy miał Pan kontakty z masonami poza Francją i czy wie Pan, jakie są wpływy masonerii w innych państwach?

    – Nie miałem kontaktów z masonami poza Francją. Poza tym wyszedłem z masonerii w 1987 r. i od tej pory śledzę wydarzenia jedynie z mediów. Dlatego np. nie mogę potwierdzić tego, co piszą media na temat rozkwitu masonerii po upadku muru berlińskiego w państwach dawnego bloku sowieckiego, gdzie wolnomularstwo było prześladowane przez komunizm – inny „humanizm”, bez Boga.

    – Jak to się stało, że nawrócił się Pan na chrześcijaństwo?

    – W 1984 r. zawiozłem ciężko chorą żonę do Lourdes w nadziei, że wyzdrowieje. Podczas gdy moja małżonka była w basenie sanktuarium, ja poszedłem do krypty. Tam po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem we Mszy św. Ewangelia tego dnia mówiła: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone”, a były to słowa znane mi z rytuału masońskiego na stopień Wielkiego Ucznia. Zobaczyłem też po raz pierwszy w konsekrowanej Hostii Światło, którego na próżno szukałem w 18 masońskich inicjacjach. Wstrząśnięty, usłyszałem wewnętrzny głos, który wzywał mnie do złożenia ofiary. Dlatego po Mszy św. poszedłem za księdzem do zakrystii i poprosiłem o chrzest, aby ofiarować całe moje jestestwo Bogu.

    – Co oznacza dla Pana „być katolikiem”?

    REKLAMA

    – Dla mnie być katolikiem znaczy wierzyć w Jezusa Chrystusa – prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka, zmarłego za moje grzechy i zmartwychwstałego, akceptować naukę wszystkich soborów, czcić Boga w Eucharystii, czcić Matkę Bożą i przyjmować naukę Papieża (triduum candorum custodia – trzy prawdy strzegące jasności). W końcu oznacza to praktykowanie – w miarę moich możliwości – cnót teologalnych (wiary, nadziei i miłości) oraz cnót kardynalnych (męstwa, sprawiedliwości, roztropności i umiarkowania). Dzięki temu, że jestem katolikiem, mogę być także członkiem Związku Pisarzy Katolickich, co stanowi dla mnie wielką radość.

    – Na zakończenie chciałbym Pana zapytać, czy porzucenie masonerii przysporzyło Panu problemów?

    – Porzuceniu masonerii towarzyszył konflikt zawodowy z moim dyrektorem – masonem z tej samej loży. Gdy chciałem uregulować nasz konflikt przed państwowym wymiarem sprawiedliwości, a nie przed instancjami masońskimi, otrzymałem poważne pogróżki (grożono mi śmiercią). Chrystus jest jednak zwycięzcą i w końcu wygrałem proces przeciwko temu człowiekowi.

    ***

    Wielka zmiana religijna w Wielkiej Brytanii. Pierwszy raz od Henryka VIII

    Shutterstock

    ***

    W Wielkiej Brytanii dokonuje się przemiana, która może mieć znaczenie historyczne i duchowe: katolicy są coraz bliżej, by stać się największą wspólnotą chrześcijańską na Wyspach, wyprzedzając liczebnie anglikanów. Jeśli prognozy się sprawdzą, byłby to pierwszy taki moment od czasów króla Henryka VIII w XVI wieku.

    Katolicy coraz liczniejsi – dane i porównania

    Zbadań think tanku Theos wynika, że w Londynie katolicy stanowią dziś 35% chrześcijan, a anglikanie 33%. To drobna różnica, ale wyraźny znak trendu, który może wkrótce objąć całą Wielką Brytanię.

    Również w praktykach religijnych katolicy wykazują większą żywotność. Tylko 11% katolików deklaruje, że nigdy się nie modli, podczas gdy wśród anglikanów ten odsetek sięga 36%. Podobnie w przypadku uczestnictwa w nabożeństwach – 15% katolików nigdy nie chodzi do kościoła, wobec aż 45% anglikanów.

    Jeszcze wyraźniej widać zmiany w Irlandii Północnej. Spis ludności z 2021 roku przyniósł historyczny przełom: katolicy 45,7%, a protestanci 43,4%.

    Również wśród młodzieży katolicyzm okazuje się atrakcyjniejszy – liczba młodych katolików jest ponad dwukrotnie wyższa niż liczba młodych anglikanów.

    Dlaczego katolicyzm rośnie?

    Źródeł tego zjawiska jest kilka.

    • Migracja: do Wielkiej Brytanii przybywa wielu katolików z Polski, Litwy, Ukrainy, a także z Afryki i Ameryki Łacińskiej.
    • Życie parafialne: katolickie wspólnoty zachowują dynamikę, a młodzi częściej odnajdują w nich przestrzeń dla swojej wiary.
    • Kryzys anglikanów: Kościół Anglii zmaga się z postępującą sekularyzacją, niejasnością doktrynalną i masowymi odejściami wiernych.

    Znaki czasu i konsekwencje

    Możliwe, że wkrótce dojdzie do epokowej zmiany – katolicyzm po raz pierwszy od wieków stanie się największym wyznaniem chrześcijańskim w Wielkiej Brytanii. To wydarzenie wpisuje się jedna w szerszy proces: w całej Europie spada liczba chrześcijan, rośnie za to liczba osób niewierzących oraz muzułmanów.

    Jeśli pominąć statystyczną rywalizację katolików i anglikanów trudno szukać pozytywów obecnej sytuacji. Społeczna rola Kościoła Anglii dramatycznie maleje – aż 73% Brytyjczyków przyznaje, że nie odgrywa on żadnej roli w ich codziennym życiu. Można dodać, że zapewne w życiu w większości z tych respondentów żadnej roli nie odgrywanie nie tylko Kościół Anglii, ale w ogóle chrześcijaństwo.

    Co oznacza ta zmiana?

    Choć przewidywane przetasowania mają wymiar statystyczny, ich znaczenie jest głębsze. Oznaczają odchodzenie od tradycyjnych schematów religijnych, które przez stulecia kształtowały kulturę brytyjską. Jednocześnie pokazują, że katolicyzm – mimo ogólnego kryzysu wiary w Europie – jest bardziej żywotny, ponieważ będąc religią powszechną wędruje razem ze swoimi wiernymi. Jak wiemy Wielka Brytania jest dziś krajem-celem dla wielu migrantów.

    Być może jest to jeden ze „znaków czasu”: przypomnienie, że Kościół, choć często w mniejszości, zachowuje zdolność do przetrwania a nawet odnawiania się i niesienia nadziei w sercu społeczeństw.

    Tomasz Rowiński /Aleteia.pl

    ***

    Anglikański biskup wybiera katolicyzm. Różaniec i cuda eucharystyczne miały kluczowe znaczenie

    BISKUP GAVIN ASHENDEN
    Katolicka Agencja Informacyjna 

    ***

    „Zrozumiałem, że tylko Kościół katolicki, wraz ze swym magisterium, posiada kościelną integralność, teologiczną dojrzałość i duchową moc, by bronić wiary, odnowić społeczeństwo i zbawić dusze w pełni wiary”

    Konwersja anglikańskiego biskupa

    W najbliższą niedzielę, 22 grudnia były kapelan królowej Elżbiety zostanie przyjęty do Kościoła rzymskokatolickiego. Anglikański biskup Gavin Ashenden zrezygnował z tej funkcji przed dwoma laty, po tym jak stanowczo sprzeciwił się korzystaniu z Koranu podczas liturgii w episkopalnej katedrze w Glasgow.

    Na jedną z lektur wybrano wówczas koraniczny fragment, w którym wspomina się co prawda o Maryi, ale zarazem w sposób jednoznaczny neguje się bóstwo Jezusa.

    Jak podaje tygodnik „The Catholic Herald”, anglikański duchowny zostanie przyjęty do wspólnoty Kościoła katolickiego w katedrze w Shrewsbury przez miejscowego biskupa Marka Daviesa, który osobiście towarzyszył mu w konwersji. Bp Davies podkreśla znaczenie świadectwa, które dał bp Ashenden w brytyjskim życiu publicznym. „Modlę się, aby to świadectwo trwało nadal i stało się zachętą dla wielu” – dodał ordynariusz Shrewsbury.

    Powody odejścia od anglikanizmu

    Mówiąc o swej duchowej drodze, bp Ashenden przyznaje, że decydujące znaczenie w jego nawróceniu odegrał różaniec, a także refleksja nad cudami eucharystycznymi, które nigdy nie miały miejsca we wspólnocie anglikańskiej. W końcu, dzięki świadectwu św. Jana Henryka Newmana, zdał sobie sprawę ze znaczenia magisterium Kościoła.

    „Zrozumiałem, że tylko Kościół katolicki, wraz ze swym magisterium, posiada kościelną integralność, teologiczną dojrzałość i duchową moc, by bronić wiary, odnowić społeczeństwo i zbawić dusze w pełni wiary” – dodał anglikański duchowny.

    Wyraził przy tym ubolewanie z powodu przemian w jego rodzimym Kościele anglikańskim, który jak stwierdził, skapitulował wobec zsekularyzowanego świata.

    ks. Krzysztof Bronk/vaticannews.va/Aleteia.pl

    ***

    Anglikański biskup, który przeszedł na katolicyzm: „Czuję, że dotarłem do domu”

    Richard Pain
    źródło: cbcew.org.uk

    ***

    Richard Pain to anglikański biskup, który przeszedł do Kościoła katolickiego. Opowiada o powodach swojej decyzji.

    Anglikański biskup Richard Pain to 11. hierarchia Kościoła Anglii, który przeszedł do Kościoła katolickiego. „Czuję, że dotarłem do domu” – tak powiedział w wywiadzie dla National Catholic Register.

    Pain urodził się w Londynie w 1956 r. Został wyświęcony w katedrze Newport w 1986 r. Przez wiele lat zajmował się formacją duchowieństwa. W 2013 r. został wybrany biskupem diecezji Monmouth. Ma żonę oraz dwóch synów. W 2019 r. przeszedł na biskupią emeryturę. 2 lipca został przyjęty do Kościoła katolickiego i dołączył do ordynariatu personalnego Matki Bożej z Walsingham, który skupia tych anglikanów, którzy przeszli do Kościoła katolickiego. Wierni trwają tam w jedności z Rzymem, zachowując jednocześnie swoje tradycje liturgiczne i duchowe.

    Od anglikanizmu do katolicyzmu

    Biskup Pain w 2019 r. z powodów zdrowotnych złożył urząd biskupa. Rekonwalescencja trwała kilka lat. Jak sam mówi: „czas przerwy w służbie dał mi możliwość ponownego zastanowienia się nad moją duchową podróżą”. 

    Richard Pain należał do tzw. High Church, odłamu anglikanizmu, któremu najbliżej do katolicyzmu. To dlatego, jak mówi, pociągał go Kościół katolicki. W czasie emerytury miał czas, by spokojnie podjąć decyzję. „Nie potrzebowałem wielkiego skoku wiary, aby zostać katolikiem […] . Z jednej strony jestem zaskoczony, jak łatwo jest podjąć decyzję i szczerze czuję, że wróciłem do domu” – stwierdza w rozmowie z National Catholic Register.

    Na pytanie, czy zostanie wyświęcony na księdza w Kościele katolickim, były biskup anglikański odpowiedział z prostotą: „jeśli mogę zostać wikariuszem i okazać się użytecznym, to zobaczmy, czy taka jest wola Boża”.

    Kościół katolicki odpowiedzią na kryzys anglikanizmu?

    W rozmowie z National Catholic Register Richard Pain zauważa, że Kościół katolicki przechodzi przez takie same zmagania i dyskusje, jak anglikanie. Dotyczą one przecież świata, w którym działa Kościół. Mówi, że „Kościół anglikański, pełniąc swoją rolę kościoła ustanowionego, był szczególnie świadomy zmian w nastawieniu do religii i moralności i próbował się do nich odnieść i zaproponować drogę naprzód, która pozostaje zgodna z Biblią i duchem tradycji Kościoła.” Mówi, że katolicyzm dysponuje natomiast charyzmatem papieża, niezbędnym dla stabilności i jedności. Dostrzega także to, że choć Kościół katolicki może się zmieniać bez podziałów, istnieje niebezpieczeństwo ucieczki od dialogu i okopania się na własnych pozycjach. 

    Na pytanie, czy za jego przykładem pójdą inni hierarchowie stwierdził: „Nie mogę mówić za innych w tak osobistej sprawie. Prognoza sugeruje raczej strużkę niż ulewę”. 

    Richard Pain podkreślił także, że wybór Kościoła jest jego osobistym krokiem, przemodlonym i przemyślanym. Uważa, że „przejście do Rzymu [jedności z papieżem – przyp. tłum] nie jest panaceum dla rozczarowanych anglikanizmem”. Stwierdził, że wybór wyznania nie jest szukaniem Kościoła, który pasuje do światopoglądu, ale jest „oddaniem się życiu Kościoła i uznanie jego autorytetu oraz wiara w jego integralność jako posiadacza prawdy”.

    źródło: ncregister.com/Aleteia.pl

    ***

    Modlitwa św. Jana Pawła II

    o pokój

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.

    Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości. Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne. Amen.

    Święta Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami,

    Święty Benedykcie, módl się za nami,

    Święci Cyrylu i Metody, módlcie się za nami,

    Święta Brygido, módl się za nami,

    Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami,

    Święta Katarzyno ze Sieny, módl się za nami.

    ***

    Suplicacje czyli błaganie

    (od łacińskiego słowa suplicatio)

    Jest to pieśń błagalna, śpiewana przede wszystkim w okresie wielkich zagrożeń, klęsk i nieszczęść:

    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny
    Zmiłuj się nad nami…


    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!


    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!

    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!


    Jezu, przepuść! Jezu, wysłuchaj! O Jezu, zmiłuj się nad nami!
    Matko, uproś! Matko, ubłagaj! O Matko, przyczyń się za nami!
    Wszyscy Święci i Święte Boże, módlcie się za nami!

    ***

    Ewangelia – DNA Polski?

    W sile wiary można dostrzec szczególną misję katolicyzmu polskiego wobec świata. Misja ta niejako wpisana jest w dzieje Polski od chrztu Mieszka I i trwa nadal.

    Na zdjęciu góra krzyży w Świętej Wodzie nieopodal Białegostoku

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Nie sposób zrozumieć dziejów Polski bez chrztu Mieszka I. Bez Ewangelii i bez obecności Kościoła nie byłoby ani naszej historii, ani naszego kraju.

    To puenta debaty o roli polskiego katolicyzmu w Europie i na świecie, która odbyła się w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Gościem specjalnym konferencji, zorganizowanej z okazji 20. rocznicy śmierci św. Jana Pawła II oraz 1000-lecia królestwa polskiego, był kard. Robert Sarah, były prefekt Kongregacji (Dykasterii) ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Spotkanie wskazało na nierozerwalny związek chrześcijaństwa z Polską, misyjną rolę katolicyzmu polskiego w Europie oraz dziedzictwo bł. Stefana kard. Wyszyńskiego i św. Jana Pawła II jako inspiracji współczesnych wyzwań Kościoła i chrześcijaństwa.

    Wyzwania współczesności

    Na jeden z kluczowych i bardzo aktualnych tekstów pontyfikatu św. Jana Pawła II – encyklikę Evangelium vitae – wskazał kard. Sarah. Parlamenty uzurpują sobie dziś prawo do decydowania o życiu i śmierci, obrona życia bywa wyśmiewana, a nawet traktowana jak przestępstwo. Wołanie o szacunek dla każdego człowieka brzmi dziś szczególnie mocno i odsłania słabość współczesnych demokracji, które coraz częściej przybierają rysy totalitarne. W tym kontekście Jan Paweł II mówił o „spisku przeciw życiu”, gdyż człowiek – decydując o tym, co dobre i złe – sam siebie czyni „bogiem”. Dochodzi do redefinicji małżeństwa i rodziny oraz wypaczenia rodzicielstwa. Zło bywa nazywane dobrem, a dobro spychane na margines. Rzeczywiście – stwierdził ks. prof. Robert Skrzypczak – w centrum naszej cywilizacji znajduje się dziś błędnie rozumiana koncepcja wolności jako prawa do wszystkiego, bez względu na prawdę i dobro wspólne. Zaś jednym z powodów odchodzenia od Kościoła i porzucania chrześcijaństwa jest przekonanie, że religia ogranicza wolność i psuje radość życia. Tymczasem jest odwrotnie. Bo to Kościół pozostaje ostatnim bastionem ludzkiej wolności. Jeszcze do niedawna stawał on w obronie duchowej wolności człowieka i jego świętości, dziś musi dodatkowo bronić samej istoty człowieczeństwa. Techniczna mentalność bowiem niszczy dawne tradycje, podważa fundamenty moralne i nie odwołuje się do wartości ostatecznych.

    Wolność w prawdzie

    Współczesna epoka cechuje się kryzysem prawdy: rzeczywistość bywa traktowana jako kwestia percepcji, a nie obiektywny fakt. Prowadzi to do „agonii moralności”. Tymczasem prawda nie ogranicza wolności, lecz pozwala korzystać z niej w sposób odpowiedzialny. Dla ks. Karola Wojtyły, św. Jana Pawła II, prawda była kluczem do wolności i fundamentem godności osoby. Aby człowiek mógł być naprawdę wolny, musi mieć dostęp do prawdy. Tej objawionej w Chrystusie. Bo choć dyktatury formalnie upadły, to w duszy człowieka i w życiu społecznym walka o wolność człowieka trwa nadal. W tym kontekście ks. Robert Skrzypczak wskazuje na słowa św. Jana Pawła II wypowiedziane w 1991 roku w Krakowie, krótko po obaleniu komunizmu, o tym, że „wolność jest trudna” i że „trzeba się jej uczyć, aby nie stała się naszą niewolą i przyczyną zniewolenia innych”.

    To właśnie Kościół jest przestrzenią, w której człowiek broni się przed samym sobą – przed pokusą złego użycia wolności. Człowiek jest prawdziwie wolny, gdy odpowiedzialnie przyjmuje prawdę i czyni ze swojego życia odpowiedź na jej wymagania. To dlatego papież z Polski często wracał do słów Ewangelii św. Jana: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”.

    Polska – laboratorium wiary?

    Obok kryzysu moralności, do którego prowadzi życie bez prawdy, pojawia się dziś kryzys wiary. Chrześcijaństwo – zauważa kard. Sarah – przestało być postrzegane jako siła zdolna kształtować kulturę i sumienia, a w wielu środowiskach zanikło już poczucie transcendencji i sensu istnienia. A przecież w niedalekiej przeszłości giganci wiary, Prymas Tysiąclecia bł. Stefan Wyszyński i św. Jan Paweł II, podjęli wysiłek odnowienia chrześcijańskiej tożsamości Polaków. Ich celem było wzmocnienie człowieka od wewnątrz – przez powrót do źródeł, głębsze przeżywanie chrztu i ukazanie perspektywy wieczności. Kard. Wyszyński wiedział, że siła duchowa narodu wypływa z tożsamości zakorzenionej w chrzcie. Taki cel miała Wielka Nowenna przygotowująca do Tysiąclecia Chrztu Polski w 1966 roku: duchowe odnowienie Polski. Ksiądz prymas mówił, że „istotą chrześcijaństwa jest nosić w sobie Boga. Gdziekolwiek wchodzi chrześcijanin, nie wchodzi sam –  niesie w sobie Boga”. Zaś Jan Paweł II – najpierw z polskiej, a następnie rzymskiej perspektywy – przypominał, że chrześcijaństwo zawsze było otwarte na pytania i niepokoje świata. Odpowiadał na nie, zakorzeniony w polskiej historii i cierpieniu, ale przede wszystkim w osobistej relacji z Chrystusem. Dlatego – podkreśl kard. Sarah – dziedzictwo papieża z Polski nie jest jedynie zapisem historycznym. To wciąż żywe wyzwanie i zadanie: bronić życia, przypominać o prawdzie, wychowywać do wolności zakorzenionej w Bogu.

    Czy Polska ma do odegrania szczególną rolę wobec narastającej obojętności religijnej i odrzucania chrześcijańskich fundamentów Europy? U progu pontyfikatu św. Jan Paweł II zastanawiał się, dlaczego w 1978 roku papieżem został syn polskiej ziemi. Sądził, że być może dlatego, iż Polska stała się ziemią szczególnego świadectwa i odpowiedzialności wobec Europy. „Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – klucz do zrozumienia człowieka” – mówił papież. To przesłanie znajduje potwierdzenie nie tylko w jego nauczaniu, ale i w świadectwie męczenników XX wieku, np. bł. ks. Jerzego Popiełuszki, także tych niewyniesionych na ołtarze. Ich wierność Ewangelii – podkreśla kard. Sarah – przyczyniła się do wyzwolenia Polski spod jarzma komunizmu. W ich determinacji, sile wiary, oddaniu życia za Chrystusa można dostrzec szczególną misję katolicyzmu polskiego wobec świata i współczesnych ideologii. Misja ta – zdaniem prof. Andrzeja Nowaka – niejako wpisana jest w dzieje Polski od samego początku, od chrztu Mieszka I, od chrztu Polski, i trwa nadal.

    Ewangelia życia

    Można też do niej zaliczyć teologię ciała św. Jana Pawła II. „Wybierajcie życie” – to przesłanie papieża, które pozostaje nie tylko wskazaniem duchowym, ale także programem cywilizacyjnym dla współczesności. Poszukująca swej tożsamości Europa bardzo go potrzebuje. Bo fundamentem chrześcijańskiego spojrzenia na świat jest Ewangelia życia z jej jednoznacznym przekazem: „Nie zabijaj”. Już tylko Kościół przypomina, że życie ludzkie jest święte i nienaruszalne – od poczęcia aż po naturalną śmierć. Współczesny świat – zauważa kard. Sarah – lansuje ideologię gender, stwarzając możliwość zmiany płci. Ale praktyki te prowadzą do zagubienia i zamętu, szczególnie wśród młodych. A przecież człowiek – mężczyzna i kobieta – powołany jest do miłości i daru z siebie w małżeństwie otwartym na życie. Seksualność, przeżywana w wymiarze jednoczącym i prokreacyjnym, buduje więź i daje życie. Czy nauczanie św. Jana Pawła może umocnić antropologię chrześcijańską, która nadal stanowi fundament cywilizacji Zachodu? Ciało i seksualność nie są eksperymentalnym tworem, lecz darem, który należy przyjąć w odpowiedzialności i zgodzie z prawem naturalnym. Formacja duchowa i moralna są kluczem do prawdziwej wolności. Kwestionowanie wewnętrznego życia człowieka w Bogu, ograniczanie roli i nauczania religii czy wyciszanie głosu Kościoła tego nie zmienią. Wprawdzie budowanie na prawdzie kosztuje, ale tylko ono prowadzi do pełni ludzkiego życia, w wolności i z Bogiem. Tyle że – jak alarmuje kard. Sarah – niepokojące jest to, iż w imię źle pojętej tolerancji część katolików wspiera postulaty sprzeczne z nauczaniem Kościoła – aborcję, związki jednopłciowe czy surogację. Pojęcia te bywają używane instrumentalnie, by usprawiedliwiać to, co w świetle Ewangelii i prawa naturalnego jest nie do przyjęcia.

    Co dalej?

    Czas pokaże, jaką drogą pójdzie Polska i jaki kształt przybierze polski katolicyzm. Jak dotąd ani przemoc, ani narzucane siłą ideologie czy siejące spustoszenie dyktatury nie zniszczyły wiary i chrześcijaństwa, ale znacząco ją osłabiły. Niezmiennie potrzebujemy świadków Chrystusa; ich odwagi i poświęcenia; życia w autentycznej wolności i prawdzie, stawania po stronie życia i ciągłego nawracania się.

    Konferencja o roli polskiego katolicyzmu została zorganizowana przez prowincję warszawską Zakonu Rycerskiego Bożego Grobu w Jerozolimie. Była próbą spojrzenia na tysiącletnią historię Polski w świetle wiary – nie jako dodatku do dziejów, lecz jako ich źródła i rdzenia. Nie sposób zrozumieć dziejów Polski bez chrztu Mieszka I. Polska w swoim dziejowym biegu nosi w sobie kod genetyczny, którym jest Ewangelia. Bez niej, bez obecności Kościoła nie byłoby ani naszej historii, ani samej Polski.

    ks. Rafał Skitek/Gość Niedzielny

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    9.X – 10.X

    Ósma Godzina Męki Pańskiej

    O północy z czwartku na piątek 9/10 października w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w ósmej godzinie rozważania Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.

    ***

    Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:

    – o wypełnienie się Woli Bożej w naszym Narodzie

    – o przemianę polskich serc

    – za dusze czyśćcowe

    – o zaprzestanie aborcji

    – o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl

    ***

    Mija 352 lat od objawień dotyczących Serca Jezusowego

    Mija 352 lat od pierwszego objawienia (27 grudnia 1673 roku), jakie otrzymała św. Małgorzata Maria Alacoque w swoim klasztorze we francuskim miasteczku Paray-le-Monial. Jezus przekazał jej tajemnice swojego Serca i z tych wydarzeń rozpoczął się rozprzestrzeniony dziś w całym świecie kult. Z okazji wspomnianego jubileuszu nuncjusz apostolski we Francji, abp Celestino Migliore, odprawił specjalną Mszę św. dziękczynną.

    Adobe Stock

    ***

    W homilii hierarcha wskazał na paralelność sytuacji na świecie w czasach św. Małgorzaty Marii Alacoque i dzisiaj, która wskazuje na ciągłą aktualność odnoszenia się do Serca Bożego.

    „W XVII w. istniała wielka potrzeba humanizacji życia prywatnego, rodzinnego, społecznego oraz politycznego ludzkości. I to właśnie w tym kontekście ma miejsce objawienie otrzymane przez Małgorzatę Marię. Atmosfera, w której żyjemy, po raz kolejny oznacza epokę o wielkiej potrzebie humanizacji – podkreślił abp Migliore. – Dziś świat zmaga się ze skutkami pandemii, z niepewnością i strachem o teraźniejszość oraz przyszłość. Nastąpiło też odrodzenie przemocy na wszystkich poziomach. Dochodzi do barbarzyńskiej wojny w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie, do dekonstrukcji życia rodzinnego, społecznego czy politycznego. Do tego pojawia się obojętność wobec przegranych, pokonanych, zapomnianych. Wszystko to składa się na obraz ludzkiej nędzy, w której żyjemy. «Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni jesteście, a Ja was pokrzepię» – mówi nam Jezus“.

    ***

    Początki kultu Serca Jezusowego widoczne są już w wiekach średnich, kiedy to niezależnie, w różnych miejscach, pojawia się nabożeństwo do Serca Jezusowego. Od XVII wieku kult Najświętszego Serca rozszerza się na cały Kościół. Przyczyniło się do tego szczególnie dwoje ludzi: św. Małgorzata Maria Alacoque oraz jej spowiednik, św. Jan Eudes. On właśnie jako pierwszy, za pozwoleniem biskupa Rennes, wprowadził w 1670 r. święto Serca Pana Jezusa, które było obchodzone odtąd we wszystkich domach założonego przez niego Zgromadzenia Jezusa i Maryi (eudystów). W dwa lata później otrzymał pozwolenie na odprawienie Mszy św. o Sercu Pana Jezusa. Nabożeństwo zaś do Serca Jezusa łączył ściśle z nabożeństwem do Serca Maryi.

    Główna jednak zasługa w rozpowszechnieniu kultu Najświętszego Serca przypadła św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690) z klasztoru wizytek w Paray-le-Monial. Pan Jezus wielokrotnie objawiał świętej swoje Serce, a czcicielom Serca obiecywał liczne łaski. We wspomnienie św. Jana Ewangelisty, 27 grudnia 1673 r., siostra Małgorzata Maria, dzięki mistycznej łasce, została obdarzona poznaniem tajemnic Najświętszego Serca Pana Jezusa. Serce Zbawiciela dało jej odczuć, że jest tak często przez ludzi zapominane, a mimo to wciąż ogarnia hojną miłością każdego człowieka. Pan Jezus prosił wizytkę o praktykowanie zadośćuczynienia za niewdzięczność tak wielu ludzi wobec bezgranicznej miłości Boga, objawionej w dramacie Golgoty. Potem następowały kolejne objawienia, podczas których Pan Jezus udzielał jej wskazań o tym, jak szerzyć kult Jego Najświętszego Serca.

    Kolejne objawienia miały miejsce w 1674 r., podczas których Pan Jezus wyraził żądanie pierwszopiątkowej Komunii świętej przyjmowanej w duchu wynagrodzenia. W piątek 10 czerwca 1675 r., po oktawie Bożego Ciała, miało miejsce ostatnie objawienie Jezusowego Serca św. Małgorzacie Marii. Jezus powiedział do niej: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję”.

    Do Stolicy Apostolskiej napływały potem liczne prośby o zatwierdzenie kultu i święta Serca Pana Jezusa, Rzym jednak długo się wahał. Po dokładnych badaniach Stolica Apostolska uznała wiarygodność objawień św. Małgorzaty Marii i zezwoliła na obchodzenie tego święta. Pierwszy zatwierdził je papież Klemens XIII w 1765 r. Na dzień uroczystości wyznaczono – zgodnie z żądaniem, które Jezus przedstawił św. Małgorzacie Marii – piątek po oktawie Bożego Ciała. Pius IX w. r. 1856 rozszerzył to święto na cały Kościół. On również 31 grudnia 1899 r. oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki. Papież Pius XI encykliką “Miserentissimus Redemptor” dodał do święta oktawę. Ogłosił także formularz mszalny i oficjum święta. Pius XII zaś opublikował w 1956 r. specjalną encyklikę „Haurietis aquas”, poświęconą czci Jezusowego Serca.

    Wśród najpopularniejszych form kultu Serca Jezusa, oprócz samej uroczystości, jest odprawiane przez cały czerwiec nabożeństwo do Serca Jezusa, Litania do Serca Jezusowego, a także akt zawierzenia Sercu Jezusa. Również liczne zakony i bractwa poświęcone są Sercu Jezusa. Najbardziej znane zgromadzenia to: sercanie, sercanki, Bracia Serca Jezusowego, siostry Sacré Coeur oraz urszulanki Serca Jezusa Konającego. Wśród bractw najliczniejsze jest Bractwo Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa, powstałe dzięki inicjatywie zgromadzenia sióstr wizytek, do którego należała św. Małgorzata Maria Alacoque.

    ***

    Św. Małgorzata Maria Alacoque urodziła się 22 lipca 1647 r. w Lauthecourt we Francji. W wieku 24 lat wstąpiła do klasztoru wizytek w Paray-le-Monial. Już w początkowym okresie swego życia zakonnego doświadczała osobistych spotkań z Jezusem Chrystusem, który przekazał jej zadanie niesienia ludziom posłannictwa o Jego Najświętszym Sercu – kochającym ludzi i spragnionym ich miłości. W związku z otrzymanym orędziem i poleceniem, aby ustanowiono święto czczące Jego Najświętsze Serce oraz przystępowano do pierwszopiątkowej Komunii św. wynagradzającej, doznała wielu przykrości i sprzeciwów. W pewnych okresach pełniła w klasztorze funkcje asystentki przełożonej zgromadzenia oraz mistrzyni nowicjuszek. Zmarła w klasztorze 17 października 1690 r. w wieku 43 lat. Kiedy wieść o tym rozniosła się po okolicy, wierni przybyli licznie do kościoła, aby pożegnać osobę cieszącą się już za życia opinią świętości. Została ogłoszona błogosławioną przez papieża Piusa IX 18 września 1864 r., a świętą 13 maja 1920 r. przez papieża Benedykta XV. W liturgii Kościoła katolickiego wspomnienie św. Małgorzaty Marii Alacoque obchodzi się 14 października. W ikonografii przedstawiana jest w czarnym habicie wizytek, w rękach trzyma przebite serce.

    Vatican News/KAI

    ***

    Skarby Serca Jezusowego objawione światu: nowenna do św. Małgorzaty-Marii Alacoque

    Nowenna rozpoczyna się od dnia 5 października.

    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    fot.  Agata Kowalska/Tygodnik Niedziela

    ***

    DZIEŃ PIERWSZY (5 października)

    Pan Jezus żąda nabożeństwa do Swego Najświętszego Serca i pragnie, aby dusze Mu się poświęcały.

    Rozważanie

    Pomóż w rozwoju naszego portalu

     Wspieram

    Piszą w żywocie Św. Małgorzaty Marii, że gdy pewnego razu zajęta była czytaniem, ukazał się jej Pan Jezus i odkrywając przed nią Swe Boskie Serce wyrzekł do niej: „Pozwolę ci czytać w księdze żywota, w której zawarta jest umiejętność miłości”. Starajmy się w ciągu tej Nowenny wraz z naszą Świętą zatopić wzrok w tej Boskiej Księdze i wyczytać w niej słowa zbawienia. Serce Najświętsze wzywa nas do tego.

    W każdy pierwszy piątek miesiąca widziała Św. Małgorzata Maria Najświętsze Serce Pana Jezusa podobne do słońca jaśniejącego nieporównanym blaskiem. Jego gorejące promienie padając wprost na jej serce rozpalały je ogniem tak wielkim, że znieść tego żaru nie mogła. Wtenczas to Boski Mistrz odkrywał jej Tajemnice Serca Swego. Mówił do niej, że Jego Boskie Serce przepełnione jest pragnieniem pozyskania dla Siebie miłości ludzi. To pragnienie skłoniło Go do objawienia światu nabożeństwa do tegoż Najświętszego Serca, „ażeby w tych ostatnich czasach okazać ten najwyższy wysiłek Swej Miłości“ i tym sposobem pozyskać nieczułe serca ludzkie. Chce im otworzyć wszystkie Skarby Miłości, Miłosierdzia, Łaski, uświęcenia i zbawienia zawarte w Boskim Sercu, aby wszyscy, którzy zechcą Mu oddać cześć i miłość, na jaką zdobyć się mogą, byli przeobficie ubogaceni tymi Boskimi Skarbami, gdyż Najświętsze Serce jest ich niewyczerpanym i zawsze bijącym źródłem.

    Z pomiędzy szczególnych praktyk, mających na celu uczczenie Boskiego Serca na pierwszym miejscu postawić należy poświęcenie się Jemu. Na życzenie Boskiego Mistrza sama Św. Małgorzata Maria poświęciła się zupełnie Najświętszemu Sercu i akt ten własnoręcznie spisany wraz z wizerunkiem tego Bożego Serca umieściła na swoim sercu.

    Wkrótce potem spowiednik Świętej, Bł. Klaudiusz de la Colombiere również poświęcił się Sercu Najświętszemu. Odtąd Św. Małgorzata Maria nie przestawała zachęcać i nawoływać wszystkich do spełnienia tego życzenia Boskiego Zbawcy, obiecując w Jego Imieniu najobfitsze Łaski i Błogosławieństwa duszom, które zupełnie poświęcą się Najświętszemu Sercu. W tym celu pod natchnieniem Pana Jezusa spisała akt poświęcenia się.

    Zastanowiwszy się bliżej nad tym żądaniem zobaczymy, że nie jest to nic innego jak tylko świadome i uroczyste ponowienie obietnic na Chrzcie Świętym uczynionych. Przez akt poświęcenia wyrzekamy się „wszystkiego, co Sercu Jezusa nie podobać się może“, czyli szatana, pychy i spraw jego — a uznajemy Chrystusa za naszego Pana, Władcę i Króla, przyjmując nadto dobrowolny obowiązek, aby „czcić, miłować i wielbić” Boskie Serce Jego. Jeżeli znaleźli się tacy, którzy dla osiągnięcia doczesnych korzyści dusze swoje zapisali szatanowi, to dlaczegóż nie mielibyśmy dusz i serc naszych poświęcić i zapisać Boskiemu Sercu, skoro wiemy, że Ono pragnie dla nas tylko szczęścia i zbawienia?

    O Jezu Najdroższy, tak niewiele żądasz, a tak hojnym się okazujesz! Oto serca nasze gotowe oddać się Tobie i poświęcić z najgłębszą czcią, pokorą i miłością. Z Świętą Powiernicą Twoją, Małgorzatą Marią, każdy z nas ochotnie zawoła, że całym jego szczęściem i chwałą będzie żyć i umierać jako twój wierny sługa! „O jak bylibyśmy szczęśliwi, gdybyśmy mogli pocieszyć Serce Twoje i życie oddać dla rozszerzenia Jego Chwały!” (Słowa Św. Małgorzaty Marii).

    DZIEŃ DRUGI (6 października)

    Pan Jezus domaga się, aby rodziny poświęcały się Jego Sercu.

    Rozważanie

    W żywocie Św. Małgorzaty Marii napotykamy na miły obrazek, pełen prostoty i wdzięku. Rzecz dzieje się w klasztorze Nawiedzenia w Paray-le-Monial dnia 20 lipca 1685 r. O północy zrywa się ze snu gromadka nowicjuszek i śpieszy do nowicjatu. Cicho a zręcznie ustawiają ołtarzyk, zdobią go światłem, zielenią i kwieciem, a w pośrodku umieszczają z triumfem skromny, atramentem na papierze skreślony obrazek Najświętszego Serca Pana Jezusowego. W ten sposób młode i gorliwe te duszyczki pragną w dniu imienin sprawić przyjemność świątobliwej swej Mistrzyni, Małgorzacie Marii. Rano wchodząc do nowicjatu nasza Święta promienieje radością na widok tej czci po raz pierwszy oddanej Bożemu Sercu. Pada na kolana i poświęca Najświętszemu Sercu siebie wraz z całą gromadką nowicjuszek. Tak odbyła się pierwsza intronizacja Bożego Serca.

    Pan Jezus pragnie, aby nie tylko każda dusza z osobna poświęciła się Jego Boskiemu Sercu, lecz również i wszystkie ludzkie społeczności, a przede wszystkim rodziny chrześcijańskie. Chce być życiem nie tylko poszczególnych dusz, ale też rodzin naszych; pragnie, by rodzina wspólnie ogłosiła Go swym Królem i Panem. Chce, by Jego obraz umieszczono na miejscu widocznym, jako znak oddania się Mu i poświęcenia całej rodziny. O tym życzeniu Boskiego Zbawcy świadczy Św. Małgorzata Maria, głosząc wspaniałe Jego obietnice dla tych, którzy tę cześć Boskiemu Sercu oddadzą. We wszelkie błogosławieństwa obfitować będzie dom Jemu poświęcony. Pan Jezus zobowiązał się dać członkom tych rodzin wszelką pomoc potrzebną w ich stanie, pokój i zgodę wzajemną, ulgę w pracy, błogosławieństwo we wszystkich przedsięwzięciach i pociechę w niedoli.

    Widzimy jak cudownie ziszczają się te obietnice w ostatnich czasach, gdy dzięki żarliwemu apostolstwu Ojca Mateo intronizacja Serca Jezusowego w rodzinach rozszerzyła się po całym świecie. Wśród rodzin poświęconych Boskiemu Sercu, intronizacja działa nieraz nawrócenia prawdziwie zdumiewające, zakwitają w nich cudne kwiaty świętości, widzieć można dzieci zachowujące swą niewinność pośród zepsutego świata, ludzi dojrzałych przepojonych duchem Chrystusowym, niezachwianych o w wierze i miłości ku Bogu, mężnych w doświadczeniach, miłosiernych dla bliźnich, stanowiących chlubę Kościoła Świętego.

    DZIEŃ TRZECI (7 października)

    Serce Pana Jezusa pragnie królować wśród społeczeństw i narodów.

    Rozważanie

    Boskie Serce Pana Jezusa żąda, aby poświęcały Mu się poszczególne dusze i całe rodziny, lecz na tym nie dosyć. Oto co mówi Św. Małgorzata Maria: „Serce Pana Jezusa ma jeszcze większe zamiary, które mogą być dokonane tylko przez Jego Wszechmoc”. I zapewnia, że jeśli uwierzymy, ujrzymy Potęgę Jego Serca i wspaniałej Jego Miłości”.

    Chrystus Pan jest Królem Wszechświata. Przyjdzie dzień, w którym ziemia ujrzy Go „przychodzącego w Chwale z Mocą wielką i Majestatem” (Mat. XXIV, 30), a na biodrach i szacie Jego jaśnieć będzie napis: „Król królów i Pan panujących” (Ks. Ap. XIX, 16). Podczas Bolesnej Swej Męki „uniżył się, stawszy się posłusznym aż do śmierci”, lecz dlatego „Bóg wywyższył Go i dał Mu Imię, Które jest nad wszelkie imię“ (Filip. II, 8, 9). Serce Pana Jezusa jest Królem narodów i społeczeństw i to przede wszystkim chciał podkreślić Ojciec Święty Pius XI, ustanawiając święto Chrystusa Króla.

    Zobaczmy, że już od Św. Małgorzaty Marii zażądał Pan Jezus uznania Swego Panowania nad narodami. W objawieniu ujrzała Święta, że Ojciec Niebieski pragnąc wynagrodzić gorzkości i udręczenia, jakie Najświętsze Serce Jego Boskiego Syna odczuło w domach książąt tej ziemi pośród poniżeń i zniewag męki, chce ustanowić Jego Panowanie na dworach królewskich. Małgorzata Maria otrzymuje zlecenie, aby królowi Francji, Ludwikowi XIV, przedłożyć życzenia Najświętszego Serca, a mianowicie, aby on sam wraz z całym dworem poświęcił się Boskiemu Sercu, aby wzniósł przybytek, w którym by Obraz tego Najświętszego Serca odbierał hołdy publiczne oraz umieścił ten Święty Wizerunek na swych sztandarach i orężach, co im zapewni zwycięstwo nad wszystkimi wrogami, a zwłaszcza nad nieprzyjaciółmi Kościoła Świętego. — Temu wezwaniu Boskiego Serca, zwróconemu w osobie króla do całego narodu, Francja niestety nie odpowiedziała. I wkrótce runęły na nią wszystkie nieszczęścia. Wielka rewolucja francuska pozostanie na zawsze groźną przestrogą dla narodów, które lekceważyć będą Głos Boży. Po dwustu latach dopiero naród francuski przypomniał sobie żądanie Najświętszego Serca i wzniósł na wzgórzu Montmartre w Paryżu świątynię ku Jego czci w duchu pokuty i przebłagania.

    Módlmy się gorąco, aby narody chrześcijańskie, do których ponownie zwraca się dzisiaj Pan Jezus z żądaniem, aby poświęciły się Jego Boskiemu Sercu, nie zaniedbały tego wezwania, lecz oddały Mu cześć publicznie, a przez to zasłużyły na szczególną Opiekę i Łaskę Najświętszego Serca. Wówczas dopiero, gdy wszystkie ludy uznają nad sobą panowanie Najwyższego Króla serc wszystkich, spodziewać się będzie można trwałego i prawdziwego pokoju na ziemi. Błagajmy Serce Najświętsze przez pośrednictwo Świętej Apostołki Jego, Małgorzaty Marii, o przyśpieszenie chwili Jego Triumfu, w której spełnią się te wyrzeczone do Świętej słowa: „Będę panował, pomimo wszystkich wysiłków nieprzyjaciół Moich”.

    DZIEŃ CZWARTY (8 października)

    Najświętsze Serce Pana Jezusa domaga się wynagrodzenia.

    Rozważanie

    W swej encyklice „Miserentissimus Redemiptor” Papież Pius XI słuszną robi uwagę, że samo poświęcenie się Sercu Pana Jezusowemu nie wystarczy, albowiem równie ważnym obowiązkiem naszym względem Boskiego Zbawcy jest wynagrodzenie. Jeżeli go zaniedbamy i przyjdziemy poświęcić się Najświętszemu Sercu z dusza zbrukaną grzechem, nie oczyszczoną przez skruchę i pokutę, nie możemy się spodziewać, aby poświęcenie nasze zostało przyjęte i przyniosło zbawienne owoce.

    Królewskie Serce Zbawiciela przed Swoją Męką i odejściem z tego świata zostawiło nam cudowny dar miłości Swojej,

    Eucharystię Świętą… „Umiłowawszy swoich, którzy byli na świecie, do końca ich umiłował11 (Jan XIII, 1)… W Najświętszym Sakramencie pozostał z nami Pan Jezus aż do skończenia świata. A co w zamian otrzymał od ludzi? Słuchajmy co mówi do Św. Małgorzaty Marii: „Oto Serce, które tak bardzo ludzi umiłowało, że dla okazania im Swej Miłości niczego nie szczędziło, aż do zupełnego strawienia się i wyniszczenia; a za całe wynagrodzenie odbiera od nich po największej części tylko niewdzięczność, nieuszanowanie, świętokradztwa, oziębłość i pogardę w Sakramencie Miłości”. I Najsłodszy Zbawiciel dodaje ze zwykłą Sobie Dobrocią: „Wszystko cokolwiek uczyniłem dla ludzi, wydawałoby mi się niczym, gdyby oni wzajemnością mi się odpłacali”.

    Czy i dzisiaj Pan Jezus nie miałby powodu powtórzyć skarg Swoich? Jakże często widzieć można Chrześcijan-Katolików, zachowujących się w kościele bez żadnego uszanowania; czy możemy policzyć jak wiele świętokradztw dokonuje się w katolickich kościołach? Chrystus milczy… i znosi wszystko, ale Serce Jego boleśnie jest zranione… Każda dusza szlachetna, zdolna odczuwać cudze cierpienia, zrozumie skargę Jezusowego Serca… Czego żąda Zbawiciel jako wynagrodzenia? Mówi o tym Ojciec Święty Pius XI we wspomnianej Encyklice i wzywa wszystkich wiernych do oddania Boskiemu Sercu hołdu wynagrodzenia i zadośćuczynienia przede wszystkim w dniu uroczystości tego Najświętszego Serca przez publiczny i uroczysty akt oraz przez Komunię Świętą wynagradzającą. Podobne wynagrodzenie składała Najświętszemu Sercu na Jego życzenie Św. Małgorzata Maria w każdy pierwszy piątek miesiąca, a za jej przykładem wszyscy wierni czciciele Jego.

    Pamiętajmy więc przy Komunii I-piątkowej na jaką intencję Ją przyjmujemy. Ofiarować ją mamy Boskiemu Sercu Zbawiciela na wynagrodzenie za zniewagi, jakie w Najświętszym Sakramencie odbiera od ludzi złych i obojętnych. Przepraszajmy, wynagradzajmy przede wszystkim za własne nasze winy, za swoją oziębłość i brak miłości. Pobudzajmy się do gorącego umiłowania Boskiego Serca, dla którego mamy tak niezmierne długi wdzięczności. Przepraszajmy i wynagradzajmy za naszych bliskich, za wszystkich grzeszników i z Świętą pocieszycielką Serca Jezusowego, Małgorzatą Marią, wzywajmy płomieniejących Serafinów, aby ogniem Swojej Miłości wynagradzali Boskiemu Sercu oziębłość naszą i wszystkich stworzeń.

    DZIEŃ PIĄTY (9 października)

    Pan Jezus zaleca nabożeństwo Godziny Świętej.

    Rozważanie

    Jeżeli Pan Jezus wszystkich bez wyjątku wzywa do oddawania czci Boskiemu Sercu przez poświęcenie się i wynagrodzenie, to od dusz szczególnie Mu bliskich i drogich żąda czegoś więcej. Czytamy w Ewangelii, że gdy zbliżyła się godzina Męki i Chrystus Pan szedł modlić się do Ojca w ogrodzie oliwnym, wziął ze sobą nie wszystkich Apostołów, lecz tylko trzech wybranych, najbliższych Jego Sercu. Podobne zadanie jak wybrani uczniowie spełniać miała z Woli Boskiego Mistrza Św. Małgorzata Maria.

    Pewnego dnia zjawił się przed nią Boski Zbawiciel w uwielbionej swej ludzkiej postaci. Z Pięciu Świętych Ran rozchodziły się lśniące promienie, w piersiach płonął ogień jaśniejszy od słońca. Odkrył jej niezgłębione cuda swej przeczystej Miłości dla ludzi, uskarżając się na ich niewdzięczność i zalecił, aby przyjmowała Komunię Świętą w każdy pierwszy piątek miesiąca. Zapowiedział przy tym Małgorzacie Marii, że każdej nocy z czwartku na piątek da jej udział w śmiertelnym smutku, któremu dobrowolnie poddał się w Ogrodzie Oliwnym. „Aby Mi towarzyszyć w tej pokornej modlitwie, którą zanosiłem do Mojego Ojca pośród tych wszystkich udręczeń, będziesz wstawać między jedenastą a dwunastą w nocy i leżąc krzyżem twarzą ku ziemi, będziesz w czasie tej godziny łagodziła Gniew Boży, prosząc o Miłosierdzie dla grzeszników oraz będziesz w pewnej mierze osładzała Mi Boleść zadaną przez opuszczenie od Apostołów…” — „Tam więcej cierpiałem niż w ciągu całej Męki…”

    Wezwanie Boskiego Serca usłyszały dusze wierne i miłujące i za przykładem Św. Małgorzaty Marii poczęły w nocy z czwartku na piątek lub też we czwartek z wieczora odbywać tzw. Godzinę Świętą, aby w miarę możności pocieszać Najświętsze Jezusowe Serce udręczone boleścią i smutkiem na widok grzechów ludzkich.

    Mówią obojętni: Pan Jezus już nie cierpi; jest szczęśliwy w Niebie. Na co zda się Go pocieszać? Na to odpowiada Ojciec Święty Pius XI: „Dajcie mi kogoś kto miłuje, a on zrozumie co chcę powiedzieć”. Wszak Pan Jezus w Ogrójcu cierpiał nie tylko za grzechy już spełnione, ale i za te, które w przyszłości miały się dokonać. Jeżeli więc obecne nasze przewinienia raniły wówczas Jego Serce, nie można wątpić, że wynagrodzenie i akty miłości teraz Mu ofiarowane, przytomne Jego Boskiej Wszechwiedzy, przyniosły Mu pociechę w chwili bolesnego konania.

    Prośmy więc Pana Jezusa, aby wybrał Sobie liczne dusze, które by umiały z Nim współczuć i pocieszać Jego Serce. A jeżeli w nas chudzi się pragnienie, aby się znaleźć w ich liczbie, złóżmy Mu ochotnie tę daninę czci i współczującej miłości, której tak spragnione jest Jego Serce Najświętsze. Z Św. Małgorzatą Marią dla osłodzenia Mu tych Cierpień ucałujmy Jego Święte Stopy i ofiarujmy Mu serca nasze jako miejsce spoczynku i ukojenia.

    DZIEŃ SZÓSTY (10 października)

    Serce Pana Jezusa pragnie, aby pamiętano o Jego Obecności w Najświętszym Sakramencie.

    Rozważanie

    Święta Małgorzata Maria od najmłodszych lat miała niezwykły pociąg do przebywania u Stóp Najświętszego Sakramentu; niewidzialna siła pociągała ją jak najbliżej do Tabernakulum, w którym mieszkał Umiłowany jej serca. Jako zakonnica wszystkie wolne chwile spędzała przed Najświętszym Sakramentem i sama mówiła, że byłaby tam chętnie trwała dnie i noce nie jedząc i nie pijąc, z gorącym pragnieniem, by płonąć jak lampa gorejąca w Obecności Jego i oddawać Mu miłość za Miłość. Kiedy nasza Święta pracowała z innymi siostrami, o ile mogła, starała się być jak najbliżej Najświętszego Sakramentu i często w tym celu usuwała się na małe podwórko, przyległe do kościoła. Na tym miejscu pewnego dnia otrzymała niezwykłą Łaskę. Gdy na klęczkach w głębokim skupieniu wykonywała swą pracę, ujrzała przed sobą Najświętsze Serce Pana Jezusa jaśniejsze od słońca, pełne płomieni czystej Miłości w otoczeniu Aniołów, których Niebiański śpiew zachwycił Małgorzatę Marię. Nie śmiała swego głosu połączyć z ich Chórem, pomimo, że zachęcali ją do tego; Aniołowie jednak oświadczyli, że przyjmują ją — do Swego grona i czynią z nią następującą umowę: Oni zastępować ją będą przed Najświętszym Sakramentem, gdy będzie zmuszona stamtąd się oddalić, a w zamian za to staną się uczestnikami jej miłości i cierpień. Słowa tej umowy ujrzała Święta zapisane złotymi głoskami w Najświętszym Sercu. Odtąd jeszcze większą miłość odczuwała przed Najświętszym Sakramentem, a odchodząc, nie zapominała wzywać Niebieskie Duchy, aby za nią czciły i kochały Boskie Serce Pana Jezusa. Brzmiały jej w uszach słowa słyszane dnia jednego z ust Boskiego Zbawcy: „Gorąco pragnę, aby ludzie czcili Mnie w Najświętszym Sakramencie, a nie znajduję prawie nikogo, kto by usiłował zaspokoić to trawiące Mnie pragnienie i odpłacał Mi się miłością”.

    Ta wzruszająca skarga Boskiego Serca zapewne skłoniła w 200 lat później grono świątobliwych dusz do założenia stowarzyszenia Straży Honorowej Najświętszego Serca, którego członkowie kolejno przez dzień w ciągu obranej przez siebie godziny w duchu stawiają się u Stóp Tabernakulum, aby ukrytemu w nim Zbawcy oddawać hołd czci, miłości i wynagrodzenia, a tak pocieszać Boskie Serce Jego. Odkąd Straż Honorowa rozszerzyła się po całej kuli ziemskiej, można powiedzieć, że nie ma chwili we dnie, ani w nocy, w której by Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie nie odbierał tego hołdu. Tym sposobem tworzy się jakby dalszy ciąg owego związku Św. Małgorzaty Marii z serafinami, do którego przypuszczone zostały teraz całe szeregi dusz miłujących. Szczęśliwe dusze, które przyjęły na siebie ten obowiązek i wiernie się z niego wywiązują! Do nich odnosi się ta pocieszająca obietnica Pana Jezusa: „Przyrzekam, że Serce moje tym obficiej rozlewać będzie Miłość Swoją i Łaski na te serca, które większą mi cześć oddając, więcej się przyczyniają do rozszerzania Chwały Mojej”.

    DZIEŃ SIÓDMY (11 października)

    Boskie Serce Pana Jezusa szuka dusz ofiarnych.

    Rozważanie

    Najświętsze Serce Pana Jezusa od chwili, gdy bić poczęło w Łonie Niepokalanej Dziewicy aż do skonania na Krzyżu było ciągłą Ofiarą. Boski Zbawca przychodząc na świat ujrzał przed Sobą czekającą Go wielką Ofiarę, która miała być ceną naszego zbawienia. I Serce Jego od pierwszej chwili objęło wszystko, na wszystko się zgodziło, nie tylko z rezygnacją, ale z Miłością i poświęceniem bez granic. „Ecce venio… — Oto idę, o Boże, abym czynił Wolę Twoją” (Ps. 40/39/, 8-9).

    Ofiara Chrystusowa była całkowita i zupełna, tak że umierając mógł wyrzec „Consummatum est! — Wykonało się!” (Jan XIX, 30). Wiemy jednak, że w Swoim Kościele Chrystus żyje dalej i w sposób mistyczny ponawia Tajemnice Swego Życia doczesnego; Przede wszystkim spełnia nadal Posłannictwo Zbawiciela i Pośrednika między Bogiem a ludźmi. Jako Najwyższy Kapłan złożył z Siebie na drzewie Krzyża Ofiarę przebłagania i zadośćuczynienia za grzechy ludzkie, a Ofiarę tę ponawia co dzień na Ołtarzu. Jednakowoż we Mszy Świętej ofiaruje się nie tylko Sam Chrystus, lecz w łączności z Nim ofiarowani są i wszyscy wierni na Chwałę Trójcy Przenajświętszej. „Są oni, jeśli się tak można wyrazić, krwawą żertwą ofiarną tej Świętej Ofiary, gdyż Pan Jezus już nie cierpi i teraz muszą z kolei mistyczne członki Chrystusa ofiarować swe cierpienia Panu Bogu w zjednoczeniu z Męką Chrystusową” (Mszał Rzymski O. Lefebvre).

    Wszyscy wierni są zatem do pewnego stopnia ofiarami. Jednakże Pan Bóg wybiera Sobie dusze wspaniałomyślne i raczy je wzywać w sposób szczególny do współudziału w dziele zbawienia świata. Taką właśnie duszą ofiarną była Św. Małgorzata Maria. Była jeszcze nowicjuszką, gdy Pan Jezus dał jej pewnego razu słyszeć te słowa: „Szukam dla Mego Serca ofiary, która by chciała stać się poświęconą hostią ku spełnieniu zamiarów moich”.

    Święta nie przypuszczając, że Pan Jezus ją ma na myśli, poczęła wymieniać zakonnice, które wydawały się jej najgodniejsze Bożego wybrania. Ale Zbawiciel odpowiedział: „Nie kogo innego, lecz ciebie wybrałem”. Małgorzata Maria nie była z liczby tych, co targują się z Panem Bogiem i ociągają w spełnieniu Jego Woli. Choć serce jej i ciało zadrżały w pierwszej chwili w przeczuciu czekających ją cierpień, nie zawahała się, lecz uzyskawszy pozwolenie Przełożonych oddała się sercem ochotnym na całkowitą ofiarę Sercu Pana Jezusowemu.

    Posłannictwo swe ofiary spełniała Święta wiernie do końca życia. Z początku cierpienia zewnętrzne i wewnętrzne, których jej Pan Bóg nie szczędził, dotkliwie ją raniły i zasmucały, lecz z czasem poznała słodycz w krzyżu zawartą i serce jej radować się poczęło każdym nowym cierpieniem, zwłaszcza gdy ono było ukryte przed wzrokiem ludzkim. W końcu krzyż stał się tak dalece jej umiłowanym towarzyszem, że żyć bez niego nie mogła, i z chwilą gdy cierpienia jej ustały, oświadczyła, że musi już umrzeć, bo nie ma nic do cierpienia.

    I dzisiaj Pan Jezus szuka dusz ofiarnych. Pamiętajmy jednak, że On Sam wybiera je Sobie i daje to niekiedy odczuć duszy wybranej przez szczególne natchnienie, które winno być zatwierdzone przez kierownika duchownego.

    Szczęśliwe dusze, które usłyszą Głos Boży i za wzorem Św. Małgorzaty Marii odpowiedzą nań z gotowością! Zabłysną one kiedyś w niebie jako drogocenne klejnoty w koronie Boskiego Serca.

    DZIEŃ ÓSMY (12 października)

    Najświętsze Serce Pana Jezusa naszym zbawieniem.

    Rozważanie

    Pan Jezus wzywając dusze do oddawania czci Jego Boskiemu Sercu poczynił Św. Małgorzacie Marii wspaniałe obietnice dla tych, którzy spełnią to Jego życzenie. Największą i najważniejszą z nich jest obietnica zbawienia.

    Mamy wprawdzie wszyscy nadzieję, że zbawienia dostąpimy dla Zasług Męki i Śmierci Chrystusowej, jednakowoż wiemy, że groźni wrogowie czyhają, aby nam wydrzeć skarb Łaski uświęcającej i wtrącić w przepaść zatracenia. Wszystko zależy od naszej wolnej woli, a ta wola tak słaba, tak chwiejna i skłonna do złego! Jedna chwila przyzwolenia na pokusę, a już niebo dla nas stracone, jeżeli przez skruchę i Spowiedź nie pojednamy się z Panem Bogiem. Gdyby nas śmierć w tym stanie zaskoczyła, co by się z nami stało? Strach o tym pomyśleć. Czy znajdziemy sposobność wyspowiadania się? Czy zdołamy przynajmniej wzbudzić żal doskonały? Nie wiemy. Słusznie więc Apostoł napomina: „Z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie wasze sprawujcie” (Flp II, 12).

    Kto się głębiej zastanowi nad niebezpieczeństwami zagrażającymi naszej wieczności, ten dopiero oceni niezrównaną słodycz Obietnicy Najświętszego Serca, którą nam głosi Św. Małgorzata Maria.

    „Wszystkim, którzy oddadzą się i poświęcą, aby Boskie Serce czcić i miłować, Pan Jezus przyobiecuje zbawienie i nigdy nie dozwoli im zginąć… Będę im bezpieczną ucieczką w życiu, a osobliwie w godzinę śmierci… Grzesznicy znajdą w Mym Sercu Źródło i niezgłębione morze Miłosierdzia ”…

    Dla dopełnienia tych cudownych przyrzeczeń daje wreszcie Pan Jezus za pośrednictwem naszej Świętej Swoją „wielką Obietnicę”.

    „W nadmiarze Miłosierdzia Mego Serca, przyobiecuję, że wszystkim, którzy przez dziewięć pierwszych piątków z rzędu przyjmą Komunię Świętą, Moja Wszechmocna Miłość udzieli Łaski ostatecznej pokuty, iż nie umrą niepojednani ze Mną ani bez Sakramentów Świętych”.

    „Jeżeli dziwimy się temu, mówi Ks. Hamon, jeżeli tak wspaniała i Boska nadzieja z trudnością przenika do naszej zdumiałej duszy zawsze skłonnej do niedowierzania, odczytajmy powoli te pocieszające słowa. Pan Bóg tak postanowił. Nie idzie tu ani o nabyte zasługi, ani o wymierzenie sprawiedliwej nagrody, lecz o Nieskończone Miłosierdzie, które spływa na świat i zalać go pragnie wezbraną falą miłości. Zbawiciel nas uprzedza, że to nie jest zwyczajny skutek tego Nieskończonego Miłosierdzia, ale jego nadmiar; jedno z tych Boskich pociągnięć, które zachwyca ludzi i Aniołów. Przypomina nadto Zbawiciel, że na usługę tego nadmiaru Miłosierdzia oddała się Miłość Wszechmocna, Miłość Stwórcy, Odkupiciela, miłość zawarta w Eucharystii… Nadmiar Miłosierdzia, Miłość Wszechmocna, taka wspaniałość mowy, taki przepych wyrażeń nie może zawierać obietnicy zwyczajnej. W zetknięciu z Bożymi myślami mądrością jest też podnieść myśli nasze. Jedna nadzieja więcej rozjaśnia i raduje nasze życie na ziemi, dzięki Miłosierdziu Pańskiemu, które „na wieki wyśpiewywać będziemy” (Ps. 89/88/, 2).

    DZIEŃ DZIEWIĄTY (13 października)

    Najświętsze Serce Pana Jezusa naszym uświęceniem.

    Rozważanie

    Świętość — to ideał pociągający dusze szlachetne, które w świetle wiary pojęły prawdziwe piękno i wartość życia. Jedne usiłują dojść do niego na zwyczajnej drodze, inne dla osiągnięcia wymarzonego celu rzucają świat i przywdziewają habit zakonny. Ale czy wszystkie te dusze spragnione świętości dochodzą do celu swych pragnień? Niestety, przyznać musimy z ojcem Mateo, że ma Pan Jezus wiele dusz pobożnych, dobrych, obowiązkowych, lecz ofiarnych, bohaterskich, świętych, znajduje mało. Niewiele osób, nawet z tych, co poświęciły się Bogu, dochodzi do świętości. Dlaczego tak jest? Świętość nie jest rzeczą łatwą. Pragniemy pozbyć się wad i przywar swoich, a na to miejsce nabyć cnoty, które do świętości prowadzą, ale nie mamy nieraz odwagi zdobyć się na taką miarę pokory i wyrzeczenia się siebie, jakiej wymaga uświęcenie nasze.

    Św. Małgorzata-Maria przychodzi z pomocą naszym dobrym chęciom i pragnieniom i wskazuje wszystkim duszom dobrej woli prosty a skuteczny środek uświęcenia. Jest nim nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zapewnia Święta, że ci, którzy oddadzą się i ofiarują Boskiemu Sercu z zapałem, doznają na sobie wielkiej przemiany wewnętrznej… „Dusze oziębłe staną się gorliwymi, a gorliwe w krótkim czasie dojdą do najwyższej doskonałości”. I następnie dodaje: „Nie wiem, czy jest w życiu duchownym jakie nabożeństwo odpowiedniejsze do doprowadzenia duszy w krótkim czasie do najwyższej świątobliwości i dla nasycenia jej tą prawdziwą słodyczą, jaka się znajduje w Służbie Bożej.“ A na innym miejscu: „Duszom oddanym czci Boskiego Serca obiecuje Pan Jezus, że sam będzie miał staranie o ich uświęcenie i uczyni je wielkimi przed Ojcem niebieskim, w miarę jak starać się będą rozszerzyć panowanie Jego we wszystkich sercach”.

    Były za czasów Św. Małgorzaty Marii w jej klasztorze niektóre zakonnice, bynajmniej nie odznaczające się doskonałością, na co sam Boski Zbawca uskarżał się przed Świętą. Małgorzata Maria usilnie błagała, aby przywrócił Zakonowi Nawiedzenia ducha cichości i pokory, którego weń tchnął jego Założyciel, Św. Franciszek Salezy, i klęcząc przed Najświętszym Sakramentem tak długo nalegała, aż za przyczyną Matki Najświętszej odniosła skutek próśb swoich. Szatan pełen złości w tejże chwili wzniecił tak straszliwy huragan, że omal cały kościół się nie zawalił. Rama zasłony na kracie zakonnego chóru złamała się z trzaskiem, tak że Siostra, która wraz z Świętą klęczała na adoracji, przerażona chciała uciekać. Małgorzata Maria zatrzymała ją mówiąc: „Wszystko skończone, już nic więcej nie zrobi“. Pan Jezus ukazał Świętej, że nabożeństwo do Najświętszego Serca stanie się środkiem, który przywróci zakonowi pierwotną doskonałość. Istotnie, pod wpływem nabożeństwa do Najświętszego Serca, zaszczepionego w zgromadzeniu przez Św. Małgorzatę Marię kosztem wielu cierpień i ofiar, dała się uczuć w siostrach zakonnych ogromna zmiana. Duch pokory i miłości wzajemnej przeniknął wszystkie serca i ożywił je nową gorliwością w służbie Bożej. Były to pierwsze triumfy Boskiego Serca.

    Jednakże to nabożeństwo nie jest wyłącznym przywilejem zakonu Nawiedzenia. Te same skutki uświęcenia sprawia Boskie Serce w każdej duszy, zakonnej czy świeckiej, która gorliwie poświęci się czci Jego. Spieszmy więc „czerpać z radością ze Źródeł Zbawicielowych“ (Ks. Iz. XII, 3). Ukryjmy się w Ranie Najświętszego Serca za przykładem Św. Małgorzaty Marii, a przede wszystkim gorącą miłością odpłacajmy Zbawicielowi Jego Miłość dla nas, bo pamiętajmy, że istota nabożeństwa do Jezusowego Serca to miłość, która „jest wypełnieniem Zakonu” (Rz. XIII, 10) i jedyną prawdziwą świętością.

    Modlitwa na każdy dzień nowenny

    O Najmiłosierniejszy Jezu, Którego Serce pała niewypowiedzianą Miłością ku ludziom, prosimy Cię przez przyczynę wiernej służebnicy Twojej, Św. Małgorzaty Marii, abyś raczył serca nasze zapalić Świętym Ogniem Miłości Twojej i użyczył nam Łask, które przez tę Nowennę wyjednać od Ciebie pragniemy. Wysłuchaj próśb naszych, o Najsłodszy Jezu, nie odwracaj od nas Miłosierdzia Twego, ulituj się nad nami. Ufamy, że nie odmówisz niczego umiłowanej Uczennicy Najświętszego Twego Serca.

    O Święta Małgorzato Mario, któraś zasłużyła oglądać już tu na ziemi Skarby Miłości i Łaski zawarte w Najświętszym Sercu Zbawiciela, i przez swą żarliwą miłość stałaś się powiernicą i pocieszycielką Jego, prosimy Cię gorąco, wstaw się za nami. Wyjednaj nam pomnożenie wiary i miłości oraz spełnienie wszystkich próśb naszych, które za Twym pośrednictwem z ufnością zanosimy do Boskiego Serca.

    Gdy Cię wzywamy w potrzebach naszych, — Św. Małgorzato Mario, módl się za nami.

    Gdy życie nasze ustaje wśród ucisków, —

    Gdy zwątpienie nas ogarnia, —

    Kiedy Wiara nasza słabnie, —

    Gdy niebezpieczeństwa zewsząd nas otaczają, —

    Gdy nie wiemy, w którą zwrócić się stronę, —

    Gdy boleść serce nam napełnia, —

    Gdy łzy nam płyną z oczu, —

    Gdy Cię prosimy o ratunek, —

    Gdy błagamy o wytrwanie, —

    Gdy żebrzemy Miłosierdzia, —

    Gdy prosimy o Królestwo Boże, —

    Gdy wzdychamy za dniem zmiłowania, —

    Gdy błagamy o nawrócenie błądzących, —

    Kiedy z ufnością zwracamy się do Ciebie, —

    Módlmy się. Nie odrzucaj próśb naszych, Święta Małgorzato Mario, żarliwa Apostołko Serca Jezusowego, któraś była Jego radością i Chwałą. Chociaż niegodni jesteśmy wysłuchania, Tobie Pan nie odmówi, gdy Go prosić będziesz za nami. Wejrzyj na boleści i smutki nasze, spojrzyj na udręczenia Kościoła Świętego, uproś nawrócenie grzesznym, pociechę smutnym, radość uciśnionym. Niech za Twoją przyczyną rychło nadejdzie dzień przez Ciebie zapowiedziany, w którym Boskie Serce Jezusa zakróluje na świecie całym pomimo wysiłków swych nieprzyjaciół. Niech poświęcą Mu się wszystkie dusze, rodziny i narody, aby pokój Chrystusowy zamieszkał na ziemi i ze wszystkich krańców świata wznosił się ku Niebu hymn Chwały i wdzięczności dla Najsłodszego Serca Zbawcy naszego Jezusa Chrystusa, Który z Ojcem i Duchem Świętym żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami.

    ***

    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    ŚWIĘTA MAŁGORZATA MARIA ALACOQUE – OBLUBIENICA SERCA JEZUSOWEGO

    WIOSNA ŻYCIA
    Był rok 1647. 22 lipca zamek Lauthecourt zabrzmiał radością. Dziedzicowi Klaudiuszowi Alacoque, notariuszowi z Verovres i jego małżonce urodziła się druga córeczka – piąte dziecko. Ochrzczono ją po 3 dniach, nadając imię Małgorzaty. Kiedy miała 4 lata chrzestna matka zabrała ją na zamek Corcheval, odległy o milę od rodzinnego domu. Zdarzało się tam, że dziewczynkę znajdowano w kaplicy albo w kościele, zatopioną w modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Klęczała bez ruchu, bo jej powiedziano, że w tabernakulum przebywa nieustannie i prawdziwie Boski Zbawca. W zabawie była jednak Małgorzata tak żywa, że nieraz ganiono ją za zachowanie. Wystarczało jednak powiedzieć: „Nie powinnaś tak robić, bo tym brzydzi się nasz kochany Bóg”, by ją powstrzymać. Małe serduszko pałało dziwną odrazą do grzechu. „O moja jedyna Miłości – pisała o swoim dzieciństwie Małgorzata – już od najwcześniejszych lat pragnąłeś być władcą serca mego”. Nieustannie czuła też natchnienie do powtarzania: „Mój Boże, poświęcam ci moją czystość, ślubuję Ci wieczyste dziewictwo”. Wierność wewnętrznym natchnieniom stała się dla niej krynicą niewyczerpanych zdrojów błogosławieństwa Bożego.
    Po wczesnej śmierci ojca na matkę spadła troska o siedmioro dzieci. Małgorzata znalazła się u SS. Urbanistynek w Charolles. Siostry zauważyły niepospolitość pensjonarki i zaledwie Małgorzata ukończyła 9 lat, dopuściły ją do Komunii św. „Pierwsza Komunia św. – pisała później Małgorzata – rozlała tyle goryczy na zabawy i przyjemności mojego wieku, że chociaż do nich lgnęłam, stawały się dla mnie przykre i wprost nieznośne. Ile razy zabrałam się z koleżankami do zabawy, tyle razy miałam wrażenie, że jakaś tajemnicza moc gwałtem mnie od nich odrywa, że jakiś wewnętrzny głos, który mię rwał do samotności, tak długo mi nie dawał spokoju, aż mu uległam, by klęcząc lub pochylona ku ziemi, zatopić się w modlitwie, aż mnie w tym stanie znajdowano, co znowu stale było dla mnie niemałą przykrością…” Bolesna choroba, która nawiedziła Małgorzatę po dwuletnim pobycie u Sióstr, zmusiła ją do powrotu do domu: choć patrzyła na nie z podziwem, postanawiając naśladować ich życie, to nie tutaj chciał ją mieć Boski Mistrz.
    Przez 4 lata lekarze leczyli ją bezskutecznie. Zrozpaczona matka zwróciła się więc do Maryi tymi słowy: „Święta Matko Boża, jeśli dziecko moje powróci do zdrowia, poświęcę je całkowicie Twej służbie”. Po żarliwej modlitwie zranionego serca matki, Małgorzata odzyskała zdrowie. Tak stanęła u bram życia, w okresie, w którym pęd ku swobodzie wiedzie w ułudne krainy przyjemności. Szesnastoletnia panienka, otoczona dostatkami, obdarzona zaletami umysłu i ciała, pełnymi haustami poczęła pić z upajającego kielicha dozwolonych przyjemności. Owładnęła nią zalotność i pragnienie podobania się. Nie przekroczyła granicy chrześcijańskiej moralności, a jednak to, że za wiele troszczyła się o wygląd i raz w karnawale poszła z przyjaciółką w przebraniu na bal, przez całe życie opłakiwała, jako swoje największe przewinienia. Jezus postanowił ją wyrwać ze świata i jego przyjemności. Jako Jego towarzyszka – nim się stała tłumaczem Jego wzgardzonej przez ludzi miłości – miała wstąpić na kalwaryjską ścieżkę i zranić cierpieniem stopy.

    CZAS WALKI
    Matka Małgorzaty powierzyła prowadzenie domu krewniaczkom. Skończyły się kłopoty finansowe, ale i swoboda matki i dzieci. W domu rządziła tyrania. Małgorzata pożyczała czasem u sąsiadek suknię, by móc udać się do kościoła. Jedyną pociechę znajdowała u stóp tabernakulum. Wkrótce zakazano jej bez zezwolenia opuszczać dom, a jeśli jedna krewna pozwoliła jej na odwiedzenie kościoła, wtedy druga ją zatrzymywała. Wobec tak bolesnej odmowy Małgorzata zalewała się łzami. Wyrzucano jej więc niesprawiedliwie, że to nie kościół ją tak gorąco pociąga, ale pewnie tajemna schadzka z mężczyzną, a wstyd, iż słowa danego nie dotrzyma, gorzkie łzy wyciska jej z oczu. Kryła się więc w ogrodzie, skąd swobodnie spoglądała na kościół: „Tam On dla mnie przebywa i z miłości ku mnie”, powtarzała zalewając się łzami. Całe dni spędzała w tej kryjówce, nie jedząc i nie pijąc, chyba że wieśniacy przynieśli jej mleka lub owoców. Pod wieczór wracała do zamku drżąc ze strachu, jak po ciężkiej zbrodni. Spadały na nią nagany, że nie pracuje i nie troszczy się o rodzeństwo.
    Jednej nocy objawił się jej Chrystus jako ‘Ecce homo’, mówiąc, że dopuszcza te cierpienia, aby ją do siebie bardziej upodobnić. Objawienia powtarzały się. Widywała Zbawiciela ociekającego krwią lub obarczonego krzyżem. Widzenia te umacniały ją do tego stopnia, że czasami było jej nawet przykro, że grożąca ręka wstrzymała się przed spełnieniem pogróżek. W osobach, które niesprawiedliwie ją traktowały, zaczęła widzieć najlepsze przyjaciółki. Chwaliła je i szanowała. „Ale – pisze o sobie – nie ja spełniałam to wszystko, lecz Mistrz mój Boski, który mnie do tego skłaniał, i który nie pozwolił, aby skarga wypełzła na moje wargi, albo by jakieś drgnienie niechęci przemknęło się po moim obliczu, albo bym szukała współczucia i pociechy. On to nakazał mi mówić, że one słusznie ze mną postępują, podczas gdy ja przez moje grzechy na więcej jeszcze zasłużyłam przykrości”.
    W tych czasach prób, cierpień i walki powtarzała nieustannie: „Panie, gdybyś Ty tego wszystkiego nie dopuszczał, to by się ono dziać nie mogło; dziękuję Ci, że to na mnie zsyłasz, bo w ten sposób upodobniam się do Ciebie”.
    Przez szereg lat wyłącznym przewodnikiem na drodze modlitwy i rozmyślania był dla niej Jezus. „Od tego czasu, kiedy poczęłam samą siebie poznawać – opowiada później – stał się On wyłącznym panem mej woli, tak iż musiałam Mu we wszystkim ulegać, nie mogąc nawet stawić Mu oporu. On sam ganił mnie łagodnie, ale stanowczo z powodu błędów, choćby one były i najdrobniejsze. Od tego czasu taki wstręt powzięłam do grzechu, iż po najmniejszym wykroczeniu poszukiwałam samotności, by się móc głośno wypłakać”. „Uczułam w sobie silny pociąg do rozmyślania, i niemało cierpiałam z tego powodu, iż nie mogłam się dowiedzieć, jak to się przy tym zachować, nie miałam bowiem nikogo, kto by mnie w tym względzie pouczył; nie wiedziałam także, na czym ono właściwie polega, ale już sama nazwa: ‘modlitwa myślna’ miała w sobie dla mnie coś pociągającego”.
    Małgorzata prosiła Boskiego Mistrza, by On sam raczył nauczyć ją rozmyślania. Jezus polecił jej rzucić się na ziemię i błagać Go o przebaczenie za wszystko, czym Go obraziła, a potem całe rozmyślanie Jemu ofiarować. I wtedy to w najwyraźniejszych konturach zjawiał się przed jej duchem Zbawiciel w tej tajemnicy, w jakiej Go sobie właśnie przedstawiała; zdawało się jej, jak gdyby wszystkie władze jej duszy zagubiły się w Bogu, tak że żadne roztargnienie nie mąciło jej wewnętrznej ciszy, a serce jej ogarniał żar pożądania Komunii św. i cierpienia.
    Kiedy bracia zaczęli zarządzać rodzinnymi dobrami, powrócił do domu dobrobyt. Jednak walka o powołanie zakonne stała się ostrzejsza. Wśród zwalczających ją stanęła ukochana matka, gdy o Małgorzatę – pochodzącą z dobrej rodziny, posiadającą miły charakter i piękną – zaczęli się ubiegać młodzieńcy. Czy jednak nie złożyła ślubu czystości? Czy nie czuła nieustannego pociągu do życia w murach klasztornych? Czy ma wzgardzić łaską powołania? Krewni naciskali: musi wyjść za mąż, zamiast zdeptać własne szczęście. „Drogie dziecię… – mówiła matka – wybierz sobie pobożnego męża i pozwól mi u ciebie mojego życia dokonać; tak mi osłodzisz te ciężkie lata goryczy, które w tym domu przeżyć musiałam”. Nękała ją myśl: jeśli wstąpisz do klasztoru, matka umrze ze smutku, a ma prawo do opieki, odpowiesz wtedy przed Bogiem za surowość i oziębłość wobec matki. Równocześnie w sercu rosła skłonność do życia zakonnego, by zostać oblubienicą Tego, który ją przed wszystkimi ukochał.
    Małgorzata – niemalże pokonana – stwierdziła wreszcie, że ślub czystości, złożony Bogu w wieku 4 lat, nie mógł być przeszkodą w zawarciu małżeństwa. Zaczęła się też bać, że stan zakonny domaga się świętości, jakiej nigdy nie osiągnie. Życie w zakonie stałoby się więc powodem potępienia. Zaczęła się stroić, by znaleźć męża. Szukała przyjemności… ale nie mogła ich znaleźć. Niewidzialne strzały Bożej miłości boleśnie raniły jej serce. Jakaś siła zmuszała ją do szukania samotności, a tam czekał na nią Jezus zazdrosny o jej miłość. Upadłszy na twarz, błagała o przebaczenie… A potem znowu pozwoliła się unieść prądowi otoczenia i znowu stawiła Bogu opór.
    Pewnego wieczora, kiedy Małgorzata wkładała na siebie świetne stroje, stanął przed nią Zbawiciel zelżony, okrwawiony, ubiczowany. Odezwał się: „Spojrzyj, czego twa próżność na mnie dokonała. Trwonisz czas drogocenny, z którego w godzinę śmierci złożyć będziesz musiała rachunek. Więc nie będziesz mi wierną? Prześladujesz mnie za to, że ci tyle dałem jawnych dowodów mojej ku tobie miłości, że cię do siebie chciałem upodobnić?”
    Raniące wyrzuty wywarły na nią wpływ głęboki. W żalu postanowiła pokutować, by upodobnić się do Boskiego Męczennika. Opasała się powrozem poskręcanym w węzły tak, że ledwie mogła oddychać i z trudem jadła. Tak długo na sobie go nosiła, aż wpił się głęboko w jej ciało i z wielką boleścią można go było usunąć. W nocy kładła się na łoże wysłane sękami, zrywała się, by się dręczyć biczowaniem. Upokorzenia ze strony krewnych, nie wystarczały, by zaspokoić pragnienie cierpienia.
    Walczyła tak prawie 5 lat. Tęsknota za życiem zakonnym rosła nieustannie, choć nieustannie trwał też opór rodziny. Kiedy budziło się w niej pragnienie rozrywki, przed oczyma duszy wyłaniał się krwią zbroczony Chrystus i szeptał: „Ty szukasz przyjemności? A jam jej nigdy nie zaznał. Wszystko przecierpiałem, byle twe serce pozyskać, a ty mi go teraz nie chcesz powierzyć (…) Wybrałem cię na mą oblubienicę i przyrzekliśmy sobie wierność wzajemną wtedy, kiedy to ślub dziewictwa dla mnie w ofierze złożyłaś; jam cię nim natchnął, zanim jeszcze świat nawet najdrobniejszej cząsteczki w tobie nie posiadł, bo chciałem twe serce uczynić wolnym od więzów doczesnych. I aby Cię dla mnie dziewiczą zachować, uwolniłem Twą wolę od zła wszelkiego i oddałem cię w opiekę mej świętej Matki, aby cię według moich zamiarów kształciła”.
    I tak, mając 22 lata, przybierając imię Maria, Małgorzata przystąpiła do bierzmowania. Umocniona tym sakramentem rozpoczęła ostateczną walkę o swe powołanie. Matka wznowiła wyrzuty, a duch ciemności szeptał: „Ty chcesz zostać zakonnicą? Ośmieszysz się tylko, bo przecież w zakonie stanowczo nie wytrwasz. Jakiż to wstyd spadnie na ciebie, kiedy będziesz musiała habit zakonny odłożyć i na świat znowu powrócić. Gdzież się wtedy ukryjesz?”. Małgorzata nie była już daleka od decyzji o zamążpójściu. Jednak Jezus po raz ostatni sprzeciwił się temu. Kiedy pewnego dnia przyjęła Komunię św., zjawił się przed nią jako najpiękniejszy, najbogatszy, najpotężniejszy i najbardziej porywający. Czynił jej wyrzuty, że ośmieliła się zapragnąć innego. „Jeśli wyrządzisz mi tę obelgę – zagroził – wtedy opuszczę cię na zawsze; ale jeśli dotrzymasz mi słowa, trwać będę przy tobie i zapewnię ci triumf nad twymi wszystkimi wrogami. Można ci wybaczyć, bo dotąd mnie jeszcze nie poznałaś, pójdź za mną, a ja ci się objawię”. Małgorzata postanowiła raczej umrzeć niż zawrzeć małżeństwo.

    NARESZCIE WOLNA!
    Kiedy rodzina pogodziła się z decyzją Małgorzaty, postanowiono, że musi wstąpić do Urszulanek. Jej zaś wydawało się, że jakiś głos wewnętrzny nieustannie jej szepce: „Nie tutaj pragnę cię posiadać, ale wśród córek Maryi”. Bliskiej realizacji planów przeszkodziła choroba matki. „Widzisz, jak twa nieobecność na matkę zgubnie oddziałuje – wyrzucano jej – jeszcze się staniesz przyczyną jej śmierci”. Nawet kapłani temu przyświadczali. Małgorzata zdwajała pokuty, wołając: „O mój ukochany Zbawco, jakżebym gorąco pragnęła, żebyś mnie gorzkich swych cierpień uczynił wspólniczką”. „Dokonam tego – brzmiała odpowiedź – jeśli ty się nie sprzeciwisz, i jeśli ze swej strony uczynisz wszystko, co w twej będzie mocy”. Małgorzata surowo umartwiała się, biczując się aż do krwi. Niepewna, czy podoba się Boskiemu Mistrzowi, błagała: „Panie, ześlij mi kogoś, kto by mną pokierował, kogo bym we wszystkim słuchać musiała”. „Czyż ja ci nie wystarczam?” – brzmiało pytanie Chrystusa. „Czyż dziecię, które jest tak ukochane jak ty, może źle postępować pod kierunkiem ojca, który jest wszechmocny?”
    Wreszcie w roku 1670, kiedy papież Klemens X, ogłosił Rok Jubileuszowy, przyszedł Małgorzacie z pomocą kapłan głoszący rekolekcje. W spowiedzi otwarła przed nim serce. Jasne było, że Bóg powołał ją do zakonnego życia. Polecił więc jej bratu, by zamiast piętrzyć przed nią trudności, dopomógł jej wreszcie w spełnieniu zamiaru.
    Wśród klasztorów, które jej wyliczono, wybrała Paray jako najbardziej odległy od domu. Spodziewała się, że tam najmniej dozna roztargnień ze strony rodziny. Wiosną r. 1671 wybrała się z bratem Chryzostomem prosić o przyjęcie u Sióstr Nawiedzenia. Kiedy wkroczyła do rozmównicy, usłyszała głos: „Pragnę byś tutaj została”. Mając 24 lata pożegnała się więc z bliskimi i przyjaciółmi z radością podobną do niewolnicy, dla której godzina wyzwolenia nareszcie wybiła. U wrót klasztoru stanęła w sobotę 25 maja i tak stała się nowicjuszką zakonu Nawiedzenia. Na żądanie św. Franciszka Salezego, zakon ten posiadał w godle Serce Boże przebite, otoczone cierniową koroną i uwieńczone krzyżem. Małgorzata Maria o tym nie wiedziała! Wiedział jednak Ten, który ją wybrał i pokierował jej wyborem. On przygotowywał ją na posłańca Swego Serca.

    ŻYCIE OFIARY
    Nowicjat był dla niej okresem szczęścia. Ponosiła ofiary, buntowała się miłość własna, ale czymże to było w porównaniu z tym, czego już w swoim życiu doznała w domu? Odczuwała radość, wiedząc, że wypełniła wolę Bożą.
    Kiedy szukała rady, jak rozmyślać, mistrzyni powiedziała jej: „Uklęknij przed Najświętszym Sakramentem i stań się jakby płótnem rozpiętym przed malarzem”. Małgorzata nie ośmieliła się pytać, co to oznaczało. Za to usłyszała wyraźnie słowa: „Pójdź tylko, a ja cię pouczę”. Boski Mistrz objawił życzenie, by dusza jej stała się płótnem, na którym On wymaluje główne rysy swego życia. Rozniecił w jej sercu taki żar miłości i pragnienie cierpienia, iż jedynym dążeniem jej było cierpieć z miłości ku Niemu.
    25 sierpnia r. 1671 odbyły się obłóczyny. „Był to dzień moich zaręczyn – pisała – który nową władzę nade mną oddał memu Oblubieńcowi, a mnie nałożył zobowiązanie, bym Go wyłącznie i jeszcze goręcej umiłowała. On natomiast, jako Oblubieniec najczulszy, złożył mi to przyrzeczenie, że mi z początku da zakosztować wszelkiej słodyczy, jaka się w miłości ukrywa”.
    Małgorzata wskutek wewnętrznego szczęścia wpadała w zachwyt i nie zdawała sobie sprawy z tego, co czyniła. Martwiło ją, że coś może zdradzić stan jej duszy. Przełożone, widząc w jej nieprzepartej skłonności do modlitwy przeszkodę w spełnianiu reguł, obawiały się, że może ją to sprowadzić na manowce. „Siostro – powiedziano jej – duch naszego zakonu nie znosi wszystkiego, co wygląda na niezwykłe w modlitwie i ćwiczeniach pokutnych; dlatego o ile się nie odmienisz, nie możesz być dopuszczoną do ślubów.” W czasie przeznaczonym na modlitwę zlecano jej więc zamiatanie korytarzy. Kiedy prosiła o odprawienie opuszczonej modlitwy, odmawiano. A jednak – mimo rozpraszających czynności – żyła w Bożej obecności. Daleka od unikania cierpienia, prosiła mistrzynię o umartwienia. Najczęściej otrzymywała upokarzającą odmowę albo polecenie wykonania czegoś, do czego czuła wstręt. Mówiła: „Panie, musisz mi teraz dopomóc, bo czyż nie Ty dałeś mi takie zlecenia?” „Uznaj tylko – odpowiadał życzliwie Jezus – że beze mnie niczego nie zdołasz, a ja cię nie opuszczę, jeśli tylko swą niemoc i słabość o moją oprzesz potęgę”.
    Przełożone nabrały jednak przekonania, że Małgorzata nie nadaje się do zachowania prostej i wspólnej reguły św. Franciszka Salezego i nadal nie chciały jej dopuścić do ślubów. Małgorzata nigdy nie przebyła cięższej próby. Skarżyła się, ale tylko Temu, który całą winę ponosił za to, On zaś dodał jej odwagi: „Powiedz przełożonej, że nie potrzebuje się obawiać i że na moją odpowiedzialność może cię do ślubów przypuścić.” Ciężar spadł z serca Małgorzaty, ale przełożona poleciła jej wybłagać znak u Zbawiciela na potwierdzenie, że będzie potrafiła zachować reguły. Jezus rzekł: „Przyrzekam ci, że cię uczynię bardziej pożyteczną dla zakonu, aniżeli tego przełożona się domyśla, ale w taki sposób, który jest na razie mnie tylko jednemu wiadomy. Od tej chwili łask moich udzielać ci będę w zespole z duchem twej reguły, ze względu na twą słabość i ze względu na żądanie twoich przełożonych. Nie ufaj zatem w przyszłości niczemu, co by cię miało od zachowania reguły odwodzić, ponieważ chcę, abyś ją ponad wszystko stawiała. Wolę przełożonej winnaś przedkładać nad swoją własną wolę i na jej rozkaz wszystkiego poniechać, czego spełnienie ja bym ci polecił. Oddaj się całkowicie jej kierownictwu. A ja już troszczyć się będę, by plany moje zostały spełnione, choćbym miał wszelkie przeszkody zamienić na środki do celu. Ale sercem twym muszę ja sam swobodnie rozporządzać; ono do mnie należy, nie powierzaj go nikomu.”
    Nadszedł poranek 6 listopada r. 1672. Małgorzata Maria złożyła uroczyste śluby. Po Komunii św. Jezus powiedział: „Spojrzyj tu na ranę mojego boku. Tu musisz na zawsze zamieszkać, jeśli chcesz szatę niewinności, którą cię dziś odziałem, zachować i życie Boga-Człowieka prowadzić.”
    Słodycz zalała jej serce, ale kiedy ujrzała Boskiego Oblubieńca skrwawionego i okrytego ranami, jakby na Golgocie, zaczęła się skarżyć: „Ach, nie jestem podobna do Ciebie”. „Pozwól mi uczynić wszystko w swoim czasie – odpowiedział Jezus. – Powierz się tylko mojej miłości i memu upodobaniu, nic na tym nie stracisz. Ja cię nie opuszczę.” I obdarzył ją łaską swej niewidzialnej obecności tak, jak tego nie doświadczyła jeszcze w swoim życiu. „Widziałam Go – pisała później – czułam Go przy sobie, słyszałam głos Jego, a to wszystko wyraźniej, aniżeli przy pomocy zmysłów, bo wszelkie roztargnienie było wykluczone, moja uwaga nie mogła się od Niego oderwać. Obecność mojego Boskiego Mistrza doprowadziła mnie do najgłębszego zrozumienia mojej nicości, i tego zrozumienia odtąd nigdy nie straciłam. W poczuciu głębokiej czci byłabym najchętniej trwała nieustannie na kolanach u Jego stóp. I o ile moja praca i ma słabość na to pozwalały, przybierałam owo położenie. Mimo mojej skłonnej do pychy natury, pragnęłam gorąco być zapomnianą i wzgardzoną i radość mą znajdowałam w upokorzeniu oraz w przeciwnościach. Boski mój Nauczyciel powiedział, że to musi się stać moim najmilszym pokarmem i jeśliby mi ludzie tej strawy dostarczyć nie chcieli, On sam miał jej braki uzupełnić, lecz w sposób daleko bardziej dający się odczuć”.
    Przełożoną klasztoru w Paray została matka Franciszka de Saumaise: zakonnica troskliwa o zachowanie reguły i przeciwniczka nowości. Mimo wszystko od pierwszych dni nie przestała podziwiać Małgorzaty Marii. Jednak jako przezorna i roztropna przełożona, umiała w ciągu 6 lat sprawowania urzędu – czyli w czasie najważniejszych zdarzeń w życiu Małgorzaty – ukryć cześć i podziw dla Świętej. Nakazała jej jednak spisać wszystkie łaski i dary otrzymane od Zbawiciela. A po złożeniu urzędu włączyła się w szerzenie kultu Serca Jezusowego.

    ŚLADAMI JEZUSA
    Pewnego dnia Boski Mistrz przyszedł trzymając w jednej ręce obraz życia zakonnego, spędzonego w szczęściu, w drugiej – rozdartego katuszami duszy i udręką ciała. Małgorzata musiała wybierać: „Wybieraj teraz, które życie pragniesz prowadzić? W jednym i drugim z równą łaską towarzyszyć ci będę”. Małgorzata przypadła do stóp Jezusa: „Panie, Ty mi wystarczysz, ja tylko Ciebie pragnę, Ty dla mnie wybieraj”. Odkupiciel nalegał. „Panie – powiedziała – w takim razie daj mi to, co będzie na większą Twą chwałę. Nie zważaj na moje skłonności, na moje zachcianki; postąp ze mną według Twojego upodobania, niczego innego nie pragnę”. „Patrz! – rzekł Jezus – oto dla ciebie wybieram – wskazał jej życie pełne cierpień – czynię to dlatego, aby się spełniły na tobie moje zamiary, jak również, by cię bardziej upodobnić do Siebie”. Małgorzata Maria, przejęta drżeniem, ucałowała rękę, która ofiarowywała jej życie hańby i cierpienia.
    Pewnego ranka, wyszła do ogrodu. Nieraz słyszała tu głos Boskiego Mistrza. Zażądał od niej odnowienia ofiary. Potem pokazał jej krzyż. Jak daleko Małgorzata mogła sięgnąć wzrokiem, zdobiły go kwiaty. „Patrz, oto ołtarz – rzekł do niej Zbawiciel – na którym czyste me oblubienice muszą dokonać ofiary. Kwiaty te zwiędną, ale ciernie, które pod nimi się kryją, trwać będą i tak boleśnie wbiją się w ciebie, że całej potęgi mojej miłości potrzeba ci będzie, byś na tym krzyżu mogła wytrzymać.” Później ujrzała po Komunii św. Zbawiciela z cierniową koroną w rękach. Koroną tą uwieńczył jej skronie: „Przyjmij moja córko, tę koronę, jako zapowiedź innych cierpień, które cię wkrótce do mnie upodobnią”. Od tego czasu płonęła w jej sercu potrójna żądza: cierpieć, przyjmować Komunię św. i umrzeć – trzy przejawy jednego pragnienia: z Oblubieńcem serca na wieki się połączyć. Gdzie się zatrzymała, dokąd zwróciła kroki, wszędzie znajdowała Chrystusa z krzyżem.
    W tym czasie podjęła pracę przy chorych. Szatan z zazdrości o jej miłość do Zbawiciela wytrącał jej nieustannie z rąk to, co niosła. Było to przyczyną wielu upokorzeń ze strony innych. Potem odzywał się: „Głupia, nigdy niczego dobrego nie zrobisz”.
    Pewnego dnia chciała wyciągnąć ze studni wiaderko wody, ale uchwyt koła nieszczęśliwie wymknął się jej i tak silnie uderzył w twarz, że runęła na ziemię. Przednie zęby zostały wybite, a dziąsła poszarpane. Spowodowane przez to boleści i nieustanny ból głowy, sprowadziły na nią niejedną bezsenną noc. Zatopiona w rozmyślaniu o cierpieniach Zbawiciela w ogrodzie oliwnym, uczuła w sercu pragnienie uczestniczenia w mękach Boskiego Oblubieńca. Jezus odezwał się: „Przeszedłem tam większe wewnętrzne cierpienia, niż w całej mej pozostałej męce, ponieważ uczułem się opuszczonym i obciążonym brzemieniem grzechów świata całego. Te cierpienia i ta trwoga konania dręczą każdego grzesznika, kiedy dochodzi do poznania Bożej świętości. Wstyd na niego spływający zda się go prawie druzgotać. Teraz właśnie gniew mój gotowy, by w kilku grzeszników ugodzić. Ale za nich ty musisz odczuć, co w ogrodzie getsemańskim przecierpiałem.”
    W dzień Zmartwychwstania Pańskiego nie mogła z innymi siostrami odprawić rozmyślania. To pozbawiło ją humoru, ale natychmiast usłyszała głos Boskiego Mistrza: „Modlitwa ofiary i poddania się jest mi przyjemniejszą, niż wszelka inna modlitwa”.

    POWIERNICA SERCA JEZUSOWEGO
    W ostatnich dniach października, r. 1673, kiedy Małgorzata po raz pierwszy po złożeniu ślubów zaczęła właśnie ćwiczenia duchowne, Zbawiciel pokazał jej miłością rozpromienione Serce, krwią zlane od ran i uderzeń: „Oto rany, które mi zadaje mój naród wybrany; inni ranią me ciało, ci przeszywają me Serce”. Małgorzata błagała o przebaczenie dla tych, którzy zawinili, ale cierpienie jej trwało bez przerwy. Komunia św. stała się dla niej męczarnią, bo w spojrzeniu umiłowanego Mistrza wciąż odczytywała ból.
    Całując w duchu krwawiące rany Boskiego Nauczyciela usłyszała ciche słowa: „Dziecię moje, czy chcesz mi oddać twe serce, aby na nim mogła odpocząć wzgardzona ma miłość?” „Panie – odpowiedziała – Ty wiesz, że całkowicie do Ciebie należę; postąp ze mną tak, jak Tobie się tylko podoba”. „Czy wiesz, dlaczego ci tyle łask użyczam? Twoje serce musi się stać ołtarzem, na którym by nieustannie gorzał ogień miłości; nic zmazanego znaleźć się tam nie może. Ciebie wybrałem, by Ojcu memu wiekuistemu, złożyć ofiarę miłości i pojednania”.
    Małgorzata Maria prosiła więc przełożoną, by wolno jej było podwoić pokuty. Stanowczo jej odmówiono. Zawstydzona wróciła do Boskiego Mistrza, On zaś wskazał na własne jej błędy i niedoskonałości, wyrzucał, że niedawno, wyraziła o sobie z próżności jakąś pochwałę: „Z czego ty się możesz szczycić prochu i popiele? Czyż ty jesteś z siebie czymś innym, jak prochem i nicością? Patrz, jakie łaski zlewam na ciebie, a czym ty sama z siebie jesteś?” I ukazał jej oczom obraz, na którego widok krzyknęła: „O Boże usuń ten obraz lub każ mi umrzeć! Niepodobna mi bowiem patrzeć na ten mój stan i żyć jeszcze!”
    27 grudnia r. 1673, w uroczystość św. Jana Ewangelisty, zbliżyła się Małgorzata z siostrami do Stołu Pańskiego, i w tym momencie uczuła, że tak jak św. Lutgarda, powinna wargi swoje przycisnąć do Najświętszej Rany Jezusowego boku. Pełnymi haustami poczęła pić z tego źródła szczęścia. Usłyszała słowa: „Czy widzisz teraz, że nie ma żadnej obawy u źródła potęgi i że w tej rozkoszy o wszystkim się zapomina?” W dniu tym miała więcej wolnego czasu, więc powróciła przed tabernakulum, by przy piersi Boskiego Mistrza wypocząć, jak Jan, umiłowany uczeń.
    Wtedy po raz pierwszy, otwarło się przed nią Boskie Serce, a z tajemnic, które dotychczas były przed nią zakryte, opadła zasłona. Małgorzata Maria upadła na kolana w zachwycie na widok tych cudów dobroci, a Jezus przemówił:
    „Moje Boskie Serce przepełnione jest miłością ku ludziom, a zwłaszcza ku tobie, dlatego też biją z niego płomienie, by się przez ciebie ludziom objawić, i w skarby, na które ty patrzysz, ich zaopatrzyć, w skarby, na które składają się łaski konieczne do tego, by ludzi wybawić z przepaści zatracenia. Ciebie niegodną i nieuczoną wybrałem do wypełnienia moich zamiarów, aby jasną było rzeczą, że wszystko jest wyłącznie moim dziełem. Dlatego daj mi serce twoje!”
    I wziął Jezus serce Małgorzaty i oddał je jej rozpłomienione miłością ze słowami:
    „Patrz ukochana, oto zadatek mojej miłości! Żar, który zapaliłem w twym sercu, nigdy nie zgaśnie i tylko pewną ulgę znajdziesz krwi swej upuszczeniem, chociaż i ten środek raczej upokorzenie, niż ulgę w cierpieniu przynosić ci będzie. Ale powinnaś o to prosić, by w ten sposób krew swoją dla mnie przelewać i byś się mogła przekonać, że to wszystko nie jest jakimś urojeniem, ale oznaką, iż pierwsza z łask, które przeznaczyłem dla ciebie, udzielona ci będzie. Ranę serca twego zasklepiłem, ale ból jego zatrzymasz; dlatego od tej chwili już nie, jak dotychczas, niewolnicą Serca mego, ale ‘uczennicą Serca Jezusa’, nazywać się będziesz”.
    Płomień, który rozgorzał w jej piersi, sprawiał gwałtowny ból. Widziała Najświętsze Serce Jezusa na płomiennym tronie, wysyłające, niby słońce, promienie na wszystkie strony, a zarazem przejrzyste, jakby z kryształu. Widać było ranę zadaną włócznią, a całe Serce otaczała cierniowa korona. Na szczycie wznosił się krzyż. Te oznaki cierpienia Chrystusa pokazywały, że Jego miłość ku ludzkości stała się źródłem wszelkiego cierpienia i pogardy, którą od pierwszej chwili Wcielenia na siebie przyjął i w Najświętszym Sercu odczuwał, jak i ona jedynie tłumaczy cierpliwe znoszenie zniewag, na które wystawił się w Najświętszym Sakramencie Ołtarza.
    „Następnie dał mi poznać – pisze Małgorzata Maria – jak pragnienie wzajemnej miłości skłoniło Go do objawienia ludziom swego Serca, wraz ze wszystkimi skarbami miłości, miłosierdzia, łaski i świętości, które w sobie zawiera, tak że każdy, ktokolwiek tylko zechce, pełną dłonią może z niego czerpać. Nadto złożył mi zapewnienie, że osobliwą to będzie dla Niego radością, jeżeli temu Sercu cześć składać będą i że wizerunek Jego wszędzie wystawiony być musi, by nieczułe serca ludzkie poruszyć do głębi. Tym, którzy temu Sercu cześć oddają, pozwoli obficie uczestniczyć w największych łaskach a na dom, gdzie obraz tego Serca szczególną czcią otaczany będzie, przebogate spłyną błogosławieństwa, to nabożeństwo jest bowiem jedną z ostatnich prób Jego miłości, by ludzi do siebie pociągnąć”.
    „Patrz, moja córko – powiedział – do jakiego to zadania ciebie wybrałem! Dlatego ci tyle łask wyświadczałem już od najwcześniejszego dzieciństwa. Twoim mistrzem i przewodnikiem sam być chciałem, by cię na moje łaski przygotować; ale za największe dobrodziejstwo to uważaj, żem ci objawił i podarował me Serce”.
    Co roku w uroczystość św. Jana powtarzało się to objawienie. Wskazując na swoje Serce, Jezus powtarzał: „Pragnę cześć w Najświętszym Sakramencie odbierać, a nie ma nikogo, kto by mnie przez miłość wzajemną choć nieco chciał orzeźwić”.
    Małgorzata chętniej wyznałaby grzechy przed siostrami, niż tajemnice, powierzone jej przez Boskiego Mistrza i Oblubieńca. A jednak musiała to czynić i ze względu na wolę Jezusa, i z posłuszeństwa regule. Przełożona – słuchając jej wyznań – z przekonania lub może dla jej zbadania – żartowała z opowiadań o zjawieniu się Zbawcy i jej bólu. Małgorzata, niezdolna do wytrzymania trawiącego ją nieustannie żaru Bożej miłości, zachorowała. Z dnia na dzień coraz bardziej opadała z sił. Dopiero gdy na jej prośbę – przy sprzeciwie lekarzy – upuszczono jej krwi, odzyskała siły, zgodnie z zapowiedzią Jezusa. Powtarzało się to wiele razy. Począwszy od 27 grudnia r. 1673, dolegliwości odnawiały się w każdy pierwszy piątek miesiąca. Zjawiało się jej przed oczyma Boskie Serce Jezusa do błyszczącego słońca podobne i zsyłało płonące promienie w jej duszę. Siostry, które nie znały powodu jej cierpień, naśmiewały się z tej regularnie powracającej słabości.
    8 lutego 1674 r. Małgorzata klęczała, zatopiona w modlitwie przed tabernakulum. Zjawił się przed nią Zbawiciel. Z pięciu ran rozchodziły się lśniące promienie, a pierś świeciła jasnym żarem. W głębi piersi wskazał jej Boski Mistrz na Serce, jako na ognisko owego płomienia i znowu jej opowiadał o miłości ku ludziom i jak oni tylko niewdzięcznością płacą, co mu większą sprawia udrękę, niż wszystkie cierpienia, które w czasie męki wycierpiał: „Gdyby mi okazywali miłość wzajemną, wtedy bym za nic poczytał to wszystko, com dla nich uczynił, ale oni pozostają zimni i bez żadnego odczucia. Wynagradzaj więc przynajmniej Ty, ile zdołasz to, czego im nie dostaje.” „Jakżeż mogę tego dokonać, mój Panie? Jestem tak słaba i tak niegodna”. „Patrz, oto teraz potrafisz” – odpowiedział jej Zbawca. W tej chwili płomień, który wytrysnął z Bożego Serca, przeniknął jej serce tak, że myślała, iż skona, i tylko prosiła: „Oszczędź mnie, o Panie, śmiertelnym jestem człowiekiem!” „Ja będę twą mocą, nie trwóż się, ale spełnij to, co ci polecę. Najpierw musisz tak często, jak tylko ci posłuszeństwo zezwoli, przyjmować mnie w Komunii św., choćby kosztem upokorzenia i hańby. W każdy pierwszy piątek miesiąca przystępuj do Stołu Pańskiego. Następnie w każdym tygodniu w nocy z czwartku na piątek pozwolę ci uczestniczyć w mej trwodze konania, jaką na górze oliwnej przeszedłem, tak, że nie wiedząc nawet w jaki sposób, doznawać będziesz trwóg konania. Dlatego powinnaś w nocy od 11-12 godziny łączyć się z moją modlitwą w ogrojcu i leżąc twarzą zwrócona ku ziemi, błagać o miłosierdzie dla grzeszników i pocieszać mnie w opuszczeniu przez śpiących uczniów.”
    Przełożona, nazwawszy wszystko wymysłem próżności i urojeniem, zakazała jej wykonania czegokolwiek z Bożych poleceń. Małgorzata osłabiona postami znowu zaczęła chorować tak, że przełożona sądziła, że bliska jest jej śmierć. Czy to wszystko było tylko złudną grą gorączką rozpalonej wyobraźni, czy też dowodem Bożej łaski? Przełożona nie ośmieliła się rozstrzygać. „Siostro – powiedziała – proś Pana Boga o twe wyzdrowienie, abyś wspólnie z innymi siostrami mogła wypełniać święte reguły zakonne. Jeśli rzeczywiście nagle zdrowie odzyskasz, to ci pozwolę na Komunię w pierwszy piątek miesiąca, oraz na wstawanie w noc czwartkową”.
    Małgorzata Maria prosiła o wyzdrowienie z nadzieją, że nie zostanie wysłuchana, bo kochała cierpienia i upokorzenia. A jednak postawiony warunek został wypełniony. Mimo to przełożona ociągała się z zezwoleniem Małgorzacie na to, o co prosił Jezus, zaś kapłani, do których zwróciła się o radę wydali jednogłośny wyrok: „Przesada, urojenie, marzycielstwo. Nie zważać na rzekome objawienia, skrócić modlitwy”. Tak osądzona Małgorzata stwierdziła, że pewnie kroczy błędnymi ścieżkami. Czasem skarżyła się na niedolę Jezusowi i prosiła, by już raz walce tej koniec położył. Usłyszała: „Przyślę ci sługę mojego, przedstaw mu wszystkie tajniki twego serca, a on cię na prawej drodze umocni”.

    UPEWNIENIE W DRODZE
    Pod koniec roku 1674 o. Klaudiusz de la Colombiere został rektorem Jezuitów w Paray. Fakt ten wywołał powszechne zdziwienie, nie dlatego, że kapłan był młody, bo – jako doświadczony w życiu duchowym – cieszył się powagą, szacunkiem i zaufaniem. Żałowano jedynie, że znalazł się nagle w miejscu tak nieznanym i ciasnym. Takie jednak były drogi Bożej Opatrzności…
    Kiedy po raz pierwszy odwiedził siostry, Małgorzata Maria usłyszała głos wewnętrzny: „Ten to jest, którego ci posyłam”. Był on nadzwyczajnym spowiednikiem sióstr i w czasie wielkiego postu w r. 1675 po raz pierwszy rozmawiał z Małgorzatą w konfesjonale. O. de la Colombiere zatrzymał ją dłużej i mówił tak, jakby wiedział o tym, co działo się w jej sercu. Małgorzata Maria całkowicie zamilczała o nadzwyczajnych łaskach. Usiłowała szybko odejść, by nie zmuszać sióstr do czekania. Ojciec, po nauce do sióstr, zapytał przełożoną: „Kim jest młoda siostra, która tam siedziała?”. Wskazał na pewne miejsce. Przełożona wymieniła Małgorzatę Marię, na co kapłan odrzekł: „Wielce to łaskami obdarzona dusza”. Przełożona postanowiła więc powierzyć kierownictwo Małgorzaty Marii o. de la Colombiere i odesłała ją do niego. On zaś zapewnił, że powinna słuchać głosu, który do niej przemawiał, i całkowicie się Bogu powierzyć. Gdy się skarżyła, że Boski Zbawca nieustannie przy niej przebywa i uniemożliwia jej ustną modlitwę, odpowiedział roztropnie: „Nie powinnaś się przymuszać, odmawiaj tylko godzinki i różaniec, o ile potrafisz”. Z prawdziwą ulgą opuściła Małgorzata Maria o. de la Colombiere i tak często, jak tylko mogła, śpieszyła do niego po radę.
    Rozeszła się wieść, że o. de la Colombiere stał się przewodnikiem duchownym Małgorzaty Marii. On, pytany o „marzycielkę”, wyrażał się o niej z głęboką czcią. Zaczęto więc mówić, iż dał się zwieść i oszukać, bo uważa za prawdziwe to, co starsi kapłani nazwali obłudą i szaleństwem. Poważanie wobec niego zaczęło się zmniejszać, a ponieważ ojciec de la Colombiere szacunku świata nie szukał, dlatego nie zmienił sądu o swej penitentce.

    WIELKIE OBJAWIENIE SERCA JEZUSOWEGO

    Jezus nie zaprzestawał przygotowywać wiernej uczennicy do głównego objawienia swojej wzgardzonej miłości. Z początkiem lata r. 1675 siostry zebrały się przy pracy na wewnętrznym dziedzińcu klasztornym. Małgorzata Maria uczuła wewnętrzny pociąg, by usiąść pod murem kaplicy, w której przechowywano Najświętszy Sakrament. Siostry wołały, żartowały tak długo, aż wreszcie powstała. Jednak natchnienie, by wróciła pod mur kaplicy, stało się tak silne, że poprosiła o radę przełożoną. „Idź i tam sobie usiądź” – brzmiała odpowiedź. Mimo głośnych śmiechów sióstr wróciła na dawne miejsce i klęcząc spełniała pracę, ale z tak wielkim skupieniem, jak gdyby się znajdowała w jakiejś ustronnej samotni. Nagle zjawiło się przed nią Serce Zbawiciela, jaśniejące jak słońce, płomieniami uwieńczone. Chór Serafinów zstąpił z obłoków i śpiewał: „Z miłości tryska radość i zasług zdrój płynie. Szczęśliwy, kto Serce Pana pokochał jedynie”. Duchy niebieskie wezwały Małgorzatę, by śpiewała razem z nimi, ale się nie ośmieliła. Następnie wysłańcy nieba oświadczyli, że przybyli razem z nią złożyć u stóp Serca Jezusa hołd, uwielbienie i miłość i że zastępować będą jej miejsce, ilekroć nie będzie mogła trwać przed Najświętszym Sakramentem, by w ten sposób za ich pośrednictwem mogła przebywać nieustannie u stóp Jezusa. Objawienie to wyryło w pamięci Małgorzaty niezatarte wspomnienia.
    Jeszcze głębszy wpływ już na cały świat katolicki, miało wywrzeć objawienie, którym Małgorzata zaszczycona została 19 czerwca tego samego roku 1675, w oktawie Bożego Ciała. Wybrana uczennica Pańska, klęcząc przed tabernakulum, odbierała objawy miłości Boskiego Oblubieńca. Pod wpływem tych łask zbudziło się w jej sercu gwałtowne pragnienie, by złożyć Zbawicielowi dowody wzajemnej miłości. Wtedy Chrystus tak przemówił: „Niczym innym nie potrafisz lepiej okazać mi swojej miłości, jak spełniając to, czego już tyle razy od ciebie żądałem”. Przy tych słowach Zbawiciel odsłonił Serce i tak dalej mówił: „Patrz! Oto Serce, które tak bardzo ludzi ukochało, i które niczego nie szczędziło, by się za nich poświęcić i wyczerpać się w objawach miłości; a jako nagrodę odbieram od największej części ludzi tylko oziębłość, brak czci, pogardę i świętokradztwa w tym Sakramencie miłości. Ale co mi największy ból sprawia to to, że serca szczególniej mi poświęcone, w ten sposób ze mną postępują. Dlatego żądam od ciebie, by pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała, szczególną był uroczystością ku czci Serca mego, by w tym dniu zbliżano się do Stołu Pańskiego, by mi cześć składano, celem wynagrodzenia tych wszystkich zniewag, które Serce me spotykają, gdy na ołtarzach przebywam. A ja ci powiadam, że Serce moje w obfitej mierze da odczuć wpływ swej miłości tym, którzy je czcią otoczą i którzy o to starać się będą, by i inni cześć mu oddawali.” „Ależ Panie – ośmieliła się Małgorzata przemówić – do kogóż Ty się zwracasz? Do nędznego stworzenia, do biednej grzesznicy, której niegodność musi stanąć w poprzek drogi spełnieniu się Twego życzenia! Znasz przecież tyle szlachetnych dusz, którym możesz owo zlecenie powierzyć” „Czyż nie wiesz, że używam słabych, by mocnych zawstydzić? – odpowiedział Boski Nauczyciel. – Że wszechmoc moja objawia się w małych i ubogich duchem, aby sobie samym niczego przypisywać nie mogli?” „To wskaż mi przynajmniej środek do spełnienia tego, co mi rozkazujesz – odrzekła odważnie Małgorzata Maria. A Chrystus odpowiedział: – Zwróć się do mego sługi, o. Klaudiusza de la Colombičre z Towarzystwa, które Imię moje nosi i poleć mu w moim imieniu, by wszystko uczynił, co tylko leży w jego mocy, by memu Boskiemu Sercu żądane wynagrodzenie zapewnić. Liczne trudności, na które napotka, nie powinny go odstraszać, ale o tym niech pamięta, że ten, co sobie nie ufa, lecz całą swą ufność we mnie pokłada, wszystkiego dokonać potrafi”.
    O. Klaudiusz de la Colombičre dowiedział się od Małgorzaty, jakie zadanie zostało jemu wyraźnie zlecone. Znając ją nie żywił w sercu żadnej wątpliwości co do objawienia, którym była zaszczycona i z pokorą przyjął to słodkie brzemię. 21 czerwca, w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała poświęcił się całkowicie i niepodzielnie Boskiemu Sercu Jezusa, gotów dla czci i chwały tegoż Serca żyć, pracować i życie poświęcić. Zachęcał penitentki w Paray, by w pierwszy piątek każdego miesiąca przystępowały do Stołu Pańskiego celem wynagrodzenia Zbawicielowi za obojętność i zniewagi, jakie, przebywając na ołtarzach, miał wycierpieć. Zwycięstwo wydawało się bliskie. Tymczasem Jezus przygotował Małgorzacie nową ofiarę. O. de la Colombičre nie tylko nie pozostał w Paray, ale nawet musiał opuścić Francję. On przywrócił pokój i pogodę jej sercu wtedy, kiedy ona sama i wszyscy inni byli przekonani, że zły duch wiedzie ją na manowce. Małgorzata Maria odczuła więc głęboko ten cios, choć go przewidziała. Aż do końca swego krótkiego życia pozostał wierny misji szerzenia kultu Najświętszego Serca Jezusa, według wskazówek udzielonych św. Małgorzacie Marii w objawieniach Zbawcy.
    Po wyjeździe o. de la Colombičre uczennica Najświętszego Serca Jezusa prowadziła dalej życie, które przyjęła z rąk Boskiego Oblubieńca: życie cierpienia i miłości. W listopadzie 1677 r., Boski Mistrz odezwał się: „Pragnę ci oddać me Serce, ale najpierw musisz złożyć całopalną ofiarę, by razem ze mną odczuć karzącą prawicę mojego Ojca, ponieważ w swym sprawiedliwym gniewie grozi, że pewien klasztor surowo ukarze.” Czy ta groźba odnosiła się do klasztoru Nawiedzenia w Paray? Małgorzata Maria zamilczała odpowiedź na to pytanie nawet przed przełożoną. Jednak w otoczeniu Małgorzaty oprócz gorliwych zakonnic znajdowały się i oziębłe, które niezupełnie żyły według ducha reguł i objawiały niechęć wobec uczennicy Zbawiciela. Jezus odsłonił przed nią cierpienia, jakie miały ją spotkać. Widok ten przejął ją drżeniem, więc stwierdziła, że bez pozwolenia przełożonej do niczego nie może się zobowiązywać. Nie poprosiła jednak o pozwolenie z obawy, że przełożona może się na wszystko zgodzić. Nie zaznała spokoju. Przełożona widząc jej udrękę, zapytała ją o przyczynę łez i przerażenia. Usłyszawszy odpowiedź, natychmiast udzieliła Małgorzacie pozwolenia, przed którym właśnie taki lęk ją ogarniał. Małgorzata ociągała się z ostateczną decyzją. Miała przed oczyma anioła sprawiedliwości z biczem, którym ją miał ukarać z chwilą, kiedy się na ofiarę zdecyduje. Wśród wahań i lęku uklękła w wigilię uroczystości Ofiarowania Najświętszej Marii Panny wraz z innymi siostrami przed Najświętszym Sakramentem. Usłyszała głos Boży: „Trudno ci będzie stawić opór pragnieniu mojej sprawiedliwości; ale upokorzenia, które było złączone z twoją ofiarą, doznasz teraz w podwójnej mierze. Pragnąłem tylko ukrytej ofiary, nie chciałaś. Teraz wbrew twym ludzkim rachubom złożyć ją musisz publicznie i wśród nadzwyczaj upokarzających okoliczności, które cię przez całe życie będą poniżać, tak w oczach własnych, jak i wobec innych. Teraz poznasz, co to znaczy, sprzeciwiać się Bogu”.
    Kiedy dokonała wynagrodzenia i w uroczystość Ofiarowania Najświętszej Marii Panny zbliżyła się do Stołu Pańskiego, Jezus ukoił jej udręczone serce, mówiąc: „Rana się zamknęła; sprawiedliwości mojej stało się zadość. Ofiarę twą zespoliłem z moją ofiarą. Nie szukaj nadal w swym cierpieniu niczego innego, jak tylko mego upodobania. Cierp i pracuj w cichości na chwałę Bożą i ku rozszerzeniu królestwa mojego Serca wśród ludzi, bo do tego właśnie dzieła cię wybrałem”.
    W roku 1678 miejsce Matki de Saumaise zajęła Rozalia Greyffié z klasztoru Annecy, kobieta szczególnej cnoty i pokory. Małgorzata od pierwszego dnia powierzyła się jej całkowicie, zgodnie z regułą posłuszeństwa i zaleceniem Jezusa. Nowa przełożona nie mogła sobie wyrobić o Świętej jasnego zdania na podstawie tego co mówiono o niej w Paray. Nie zwracała więc uwagi na nadzwyczajne doznania Małgorzaty, nie powierzała jej żadnego urzędu i korzystała z każdej sposobności, by ją upokarzać. Spostrzegła, że to było Małgorzacie najmilsze. By nie zaszkodzić jej zdrowiu, nie pozwoliła jej na godzinę rozmyślania, które odprawiała w noc czwartkową, leżąc na ziemi z rozciągniętymi ramionami. Nieco później, nie znając powodów, które skłaniały Małgorzatę Marię do tej modlitwy w czasie nocnego spoczynku klasztoru, zakazała jej zupełnie tego rozmyślania. Małgorzata posłusznie poddała się zarządzeniu, ale przekazała przełożonej, że Jezus nie jest zadowolony i że da jej to odczuć. Kiedy 14 grudnia r. 1678, jedna z najlepszych sióstr po krótkiej chorobie skonała na rękach matki Greyffié, uznała ona wreszcie w tej stracie karę Bożą i pozwoliła bezzwłocznie siostrze Alacoque na jej rozmyślanie.
    Podczas rekolekcji Małgorzata doznawała w takim stopniu objawów miłości ze strony Oblubieńca, że była zmuszona wołać: „Dosyć, Panie, dosyć!”. Ale Jezus odpowiedział: „Jedz i pij z stołu moich radości; potrzebujesz siły i orzeźwienia, by naprzód odważnie kroczyć. Długa i ciężka droga ściele się przed tobą i od czasu do czasu będziesz musiała odetchnąć i wypocząć w moim Sercu, które dla Ciebie zawsze bezpiecznym będzie schronieniem. Jeśli dam ci poznać, że sprawiedliwość moja gniewa się z powodu grzeszników, wtedy zbliżaj się do św. Stołu i módl się do mnie serdecznie i gorąco. A nie opieraj mi się, ponieważ musisz mi służyć jako narzędzie, by pozyskać ludzkie serca dla mojej miłości.” „Ależ nie pojmuję, o Boże, w jaki sposób stać się to może”. „Przez moją wszechmoc, która wszystko z nicości wywiodła. Pomnij, że do mnie należysz, i że tobie nic nie pozostaje; natomiast rozporządzać możesz sercem moim; skarby w nim zawarte możesz podług upodobania swojego rozdzielać, komukolwiek tylko zechcesz. A w podarkach nie bądź skąpa, bo skarby te nieskończone. Jeszcze wielkim i ciężkim krzyżem obarczę twe ramiona, ale niczego się nie obawiaj, jestem dość potężny, by stać się twoją podporą. Szatan pragnie twą cnotę na próbę wystawić, ale pozwolę mu dręczyć cię tylko tymi samymi pokusami, z którymi przyszedł do mnie na pustynię. Połóż tylko ufność swą we mnie, a ja będę twą ochroną”.
    W Wielki Piątek 1687 r., dnia 28 marca dusza Małgorzaty tak pragnęła Eucharystycznego Chleba, że zaczęła mówić do swego Oblubieńca: „Miły Jezu, chcę strawić się w pragnieniu Ciebie, a nie mogąc Cię dzisiaj posiadać, nie przestanę Cię łaknąć”. Jezus przyszedł ją pocieszyć: „Twoje pragnienie tak przeniknęło moje Serce, że gdybym nie ustanowił tego Sakramentu miłości, uczyniłbym to teraz, by stać się twoim pokarmem. Znajduję tyle przyjemności w tym, gdy mnie ktoś z taką żarliwością pragnie, że ile razy jakie serce to pragnienie wyrazi, tyle razy spoglądam na nie z miłością, by je do siebie przygarnąć”. Przeniknęło mnie to tak wielkim żarem, iż dusza moja czuła się na wskroś uniesiona i nie mogła wyrazić swych uczuć inaczej, jak tylko przez te słowa: O miłości, o nadmiarze miłości Boga względem tak nędznego stworzenia!

    MISTRZYNI NOWICJUSZEK
    Przyszedł jednak – wśród cierpień i upokorzeń, których Małgorzacie nigdy nie brakowało – czas, w którym Jezus postanowił dać jej sposobność rozszerzenia pragnień Jego Serca na inne dusze. I tak z końcem 1684 r. zachorowała mistrzyni nowicjatu. Bez zastanowienia przeznaczono na ten urząd Małgorzatę. Pokorna zakonnica była doskonałą mistrzynią. I nie mogło być inaczej, skoro za podstawę oddziaływania na dusze przyjęła zasadę, by udzielać tylko to, co sama otrzyma od Serca Jezusowego. Przez cały czas, gdy była mistrzynią, Mistrzem nowicjatu w klasztorze w Paray było Najświętsze Serce Jezusa.
    Dobrze zrozumiała swoje zadanie i czuła, że Jezus pragnie, by i w innych wszczepiała poznanie i cześć Jego Serca. Wesołym, ujmującym wyglądem i dzięki łagodnemu i przyjaznemu usposobieniu pozyskała natychmiast zaufanie nowicjuszek. „Zachowujcie – mawiała – z wielką wiernością wszystkie reguły nawet i najmniejsze, przez to pozyskacie sobie Serce Ojca, który tak czule was kocha. Jak długo Mu wierne będziecie, nie potrzebujecie się obawiać niczego. Nie popełniajcie nigdy z rozmysłem jakiegokolwiek uchybienia. Pamiętajcie, że jesteście oblubienicami ukrzyżowanego Boga i że dlatego całkowicie do Niego musicie należeć, jeśli zechce w was królestwo Boże utrwalić. A królestwo Jego jest królestwem pokoju w cierpieniach”.

    DALSZE PRÓBY I PIERWSZE ZWYCIĘSTWA
    W r. 1685 w uroczystość jej imienin, w piątek, nowicjuszki chciały ofiarować mistrzyni kilka wianuszków kwiatów. Ona zaś poprosiła, by złożyły je Boskiemu Sercu Jezusa w ofierze. Spełniając życzenie ukochanej mistrzyni, zbudowały więc maleńki ołtarzyk, umieściły na nim wycięte z papieru, uwieńczone płomieniami serce i ozdobiły ołtarz kwiatami. Następnie wśród objawów żywej radości poprowadziły mistrzynię do tego skromnego ołtarza. Ona uniesiona wewnętrzną radością rzuciła się na kolana przed tym symbolem miłości Jezusa Chrystusa i w świętym zachwycie głośno poświęciła się Sercu Boskiemu. To samo uczyniła gromadka nowicjuszek.
    Nieopisaną była radość mistrzyni, kiedy zauważyła, że ogień miłości Boskiego Serca Jezusa poczyna żarzyć się w niewinnych sercach młodych nowicjuszek. Ale to jej nie wystarczało. By jak najwięcej dusz pozyskać dla umiłowanego Zbawcy zaprosiła kilka starszych sióstr. Zaproszone nie zjawiły się, z wyjątkiem trzech, które przyszły z grzeczności. Niektóre szydziły i stanowczo wystąpiły przeciw „duchowi świętych reguł nie odpowiadającym nowościom”.
    Boski Oblubieniec przepowiedział jej, że sprawa ta napotka na wielkie przeszkody, ale że mimo wszystko nabożeństwo do Boskiego Jego Serca rozszerzy się po całym chrześcijańskim świecie i że zakwitnie w zakonie Nawiedzenia. Dlatego pełna otuchy mówiła do młodych nowicjuszek: „Dobrze, one nie chcą przyjść, ale Serce Jezusa i tak je do siebie pociągnie. Jezus pragnie wszystkiego z miłości, a niczego nie chce z musu. Trzeba ten czas przeczekać, który On naznaczył, a czas stosowny nadejdzie.” Już po roku wypełniła się przepowiednia Małgorzaty. Na razie publicznie napomniano Małgorzatę i zakazano objawiać nabożeństwo w klasztorze, chyba że w ukryciu, w nowicjacie. Za karę nie wolno jej było częściej niż innym siostrom przystępować do Stołu Pańskiego. Jezus pocieszał ją:
    „Bądź spokojna, moja córko; ja będę panował mimo mych nieprzyjaciół, i mimo wszystkich, którzy mi się sprzeciwiają”. Pełna ufności spoglądała wtedy Małgorzata na tabernakulum i wzdychała: „Kiedyż, ukochany Zbawicielu, wybije ta szczęśliwa godzina? Tymczasem powierzam Tobie Twą własną sprawę. Będę cierpieć i milczeć”.
    W kilka zaledwie tygodni po tych zdarzeniach, jedna z nowicjuszek poważnie się rozchorowała. Mało już było nadziei utrzymania jej przy życiu. Kiedy Małgorzata gorąco błagała o jej wyzdrowienie, Jezus dał jej poznać, że zdrowie chorej się nie polepszy, dopóki jej przełożona nie pozwoli na Komunię św. w pierwszy piątek miesiąca. Małgorzata zapisała usłyszane słowa: „Powiedz swojej przełożonej, że wielką wyrządziła mi przykrość przez to, że dla przypodobania się stworzeniom nie zawahała się mnie obrazić, zabraniając ci Komunii św., której przyjmowanie nakazałem ci w tym celu, aby przez zasługi Serca mojego Ojcu niebieskiemu składać zadośćuczynienie za wszystkie wykroczenia przeciwne miłości. Ciebie sobie wybrałem, byś mi składała ofiarę błagalną, więc skoro ona przeszkadza postąpić ci według mej woli, zabiorę jako ofiarę, tę cierpiącą siostrę”. Przełożona natychmiast pozwoliła jej na Komunię św. i niebezpieczeństwo minęło. Duch ciemności poruszał wszystkie sprężyny, by ją usunąć z urzędu mistrzyni. Ale Boski Zbawiciel sam jej przyrzekł, że jej nowicjuszki staną się kamieniem węgielnym świątyni poświęconej czci Jego Serca. Kiedy kadencja Małgorzaty Marii jako mistrzyni nowicjatu dobiegła końca, kilka sióstr, które miały wyjść z nowicjatu w tym czasie, co ich ukochana mistrzyni, postanowiło zabrać mały obrazek Najświętszego Serca. W oddalonym miejscu, gdzie rzadko zachodzono, znalazły niewielką niszę i tam umieściły ów obrazek. Urządziły tam małe oratorium, które wychodziło na schody prowadzące do wieży nowicjatu. Pierwsze czcicielki Serca Jezusowego uczyniły z tego małe sanktuarium, upiększając je według możliwości.
    Nowy duch ożywił zgromadzenie od czasu, gdy zaczęto czcić w nim Serce Jezusa. Ks. Languet opisuje wspaniałą przemianę klasztoru w Paray pod wpływem nabożeństwa do Najświętszego Serca: „W ten sposób nabożeństwo do Serca Pana naszego dokonało w tym zgromadzeniu cudownej zmiany, którą siostra Małgorzata osiągnęła przez swoje łzy i cierpienia. Jej cierpliwość i pokora przezwyciężyły wszystko, a Syn Boży przemienił serca, które zaczęły czcić Jego Najświętsze Serce. Rozlał w nich umiłowanie doskonałości zakonnej i gorliwość w nabywaniu jej. Ale w miarę jak siostrom otwierały się oczy na świętość swych obowiązków, otwierały je równocześnie na zasługi tej, która sprowadziła na nie tyle błogosławieństw Bożych. Sprzeciwy i wzgardy, których dotychczas doznawała, zmieniły się w uwielbienie. Nie nazywano jej inaczej, jak tylko świętą i słuchano jej słów jak wyroczni”.
    Na cały dom spływało błogosławieństwo tego nabożeństwa. Siostry złożyły dary, prosząc przełożoną o zamówienie obrazu Serca Jezusowego. Uznała ona jednak za lepsze poczekać, aż będzie mogła zbudować kaplicę. Dla apostołki Najświętszego Serca nadszedł więc dzień szczęścia. Kaplica ku czci Serca Jezusa, zaprojektowana 21 czerwca 1686 r., została ukończona w końcu 1688 r. Uroczyste poświęcenie wyznaczono na dzień 7 września 1688 r. Całe miasto pragnęło wziąć udział w uroczystości. Rozpoczęły się modlitwy i ceremonie. Małgorzata Maria była w stanie ekstazy, przebywała raczej w niebie niż na ziemi.

    DROGA KU NIEBU
    Złożywszy urząd mistrzyni nowicjatu, siostra Małgorzata Maria wróciła na stanowisko pomocnicy w infirmerii. Tam znowu miała dosyć okazji do praktykowania wyrzeczenia i pokory. Cieszyła się jednak widząc, że kaplicę Serca Jezusowego nawiedzały wszystkie siostry i że stała się ona celem pielgrzymek zgromadzenia, zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, kiedy siostry udawały się tam w procesji, śpiewając litanię do Najświętszego Serca i odmawiając modlitwy przebłagalne oraz akt poświęcenia.
    W roku 1690 imię s. Małgorzaty Marii miało się znaleźć na karteczkach sióstr dokonujących wyboru nowej przełożonej. Przerażona Małgorzata błagała Jezusa o odjęcie tego krzyża. Uzyskała zgodę. Nowa przełożona pragnęła jej jednak jako asystentki. Małgorzata prosiła o zwolnienie i z tego, lecz to nie podobało się Jezusowi i zganił ją z tego powodu. Tak więc pozostała asystentką, a zarazem zaufaną przyjaciółką tak przełożonej jak i wszystkich sióstr, które spieszyły do niej po radę. Rozmawiała z nimi o Bogu tak porywająco, że nawet najmniej gorliwe zmuszone były do miłowania Go.
    Kiedy Małgorzata poprosiła nową przełożoną, by mogła noc z czwartku na piątek spędzać na modlitwie, ta odmówiła ze względu na jej słabość i niedomagania. Zakazała jej też wszelkich ćwiczeń pokutnych. Małgorzata stwierdziła: „Nie pożyję ja już długo, brak mi bowiem cierpień. Matka nasza zanadto troszczy się o mnie”. Do innej siostry powiedziała: „Na pewno umrę w tym roku, bo nie doznaję już żadnego cierpienia, a życie moje przeszkadza zebraniu owoców, które pewna książka o czci Najświętszego Serca Jezusa przynieść może”.
    Istotnie po książce o. de la Colombičre, wydanej już po jego śmierci, teraz jezuita, o. Croiset, pisał dziełko o nabożeństwie do Serca Jezusa. Wydał je w rok po śmierci Małgorzaty. Nie chciała dożyć pojawienia się tej książki, by nie wychodzić ze swego ukrycia, choć z drugiej strony gorąca miłość Serca Jezusa budziła w niej pragnienie, aby dzieło to było jak najszybciej poznane i rozszerzane.
    Rosło w niej przekonanie, że dzień jej odejścia jest bliski. Dlatego poprosiła w dniu urodzin, 22 lipca 1690 r. o pozwolenie na 40-dniowe rekolekcje, by przygotować się na spotkanie z Boskim Oblubieńcem. Wśród cierpień rozpoczęła je w październiku. 8-go października pozostała już w łóżku. Lekarz, który odwiedził chorą, oświadczył, że słabość jest tylko nieznaczna. Jednak Małgorzata nadal twierdziła, że na tę chorobę życie zakończy. „Czy wiesz – rzekła do niej pielęgniarka – że lekarz orzekł właśnie coś zupełnie przeciwnego?” W kilka dni potem zapragnęła przyjąć Wiatyk. „Siostro, przecież to jest rzeczą niedozwoloną – odpowiedziano jej – nie jesteś w niebezpieczeństwie”. „Proszę mi jednak podać Komunię św., jeszcze jestem na czczo”. Przeczuwała, że na ziemi czyni to po raz ostatni. Prośbę jej spełniono. Mimo gwałtownych cierpień, lekarz nie obawiał się niczego: siostra Małgorzata zawsze była cierpiąca, wychudła i blada.
    Niespodziewanie odwaga jej została wystawioną na ciężką próbę. Myśl o nieskończonej sprawiedliwości Bożej przejmowała ją obawą i drżeniem. Obejmując kurczowo krzyż, przyciskała go do piersi, wzdychając: „Miłosierdzia Boże mój, miłosierdzia…” Wkrótce jednak rozjaśniły się jej oczy i oblał ją rumieniec radości: „Miłosierdziu Twemu, o Panie, pragnę śpiewać wieczystą pieśń. Cóż jest na niebiosach i czego pożądam na ziemi prócz Ciebie!”
    Teraz nawet lekarz zauważył, że Małgorzata popadła w osłabienie. „Dzięki Bogu – wyszeptała – że się już zabezpieczyłam, przypuszczałam, że mnie nie uznają za zbyt chorą. Dzięki Bożej dobroci przyjęłam w ostatniej Komunii św. Zbawcę mojego jako Wiatyk… O, goreję, goreję wewnętrznie. Ach, żeby to pochodziło z miłości ku Bogu. Alem nigdy nie kochała doskonale Boga mojego. Siostry proście Go za mnie o przebaczenie i kochajcie Go z całego serca waszego, aby Mu wynagrodzić za wszystkie przeze mnie zmarnowane chwile. Kochać Boga, o cóż to za szczęście! O miłujcie Go, miłujcie!”
    Był dzień 17 października r. 1690. Małgorzata Maria błagała siostry, by zechciały odmówić litanię do Boskiego Serca Jezusa i do Matki Bożej, aby wyjednać ich pomoc na ostatnią godzinę. Kiedy kapłan udzielił jej sakramentu namaszczenia, wtedy otworzyła jeszcze raz wargi i wezwanie: ‘Jezus’ było ostatnim jej słowem.
    Siostra Małgorzata Maria Alacoque przeżyła 43 lata. 19 lat spędziła w klasztorze Sióstr Nawiedzenia (Wizytek). Siostry gorzko płakały po stracie takiego wzoru życia. Widziały jednak, jak lekką i słodką jest śmierć dla tych, którzy żarliwie czcili Najświętsze Serce Jezusa.
    Zaledwie wiadomość o śmierci wyszła poza kraty klauzury, już zaczęto w mieście opowiadać: „Umarła święta”! Na drugi dzień, gdy otwarto kościół, ludzie przybyli tłumnie. Pogrzeb odbył się wieczorem 18 października.

    ŚWIĘTA
    Grób s. Małgorzaty Marii zaczął Bóg uświetniać nieustannie wielkimi cudami. Największym cudem, jaki zdziałała prawica Boża przez tę słabą i światu nieznaną dziewicę, było rozszerzenie nabożeństwa do Boskiego Serca Jezusa, z którego spłynęły i spływają bogate strumienie łask na Kościół Boży i wiernych. Tak spełniła Małgorzata Maria powierzone jej przez Boskiego Mistrza zadanie.
    22 września 1827 r. kardynałowie, którym zlecono zbadanie jej dzieł, oznajmili papieżowi Leonowi XII, że pisma te nie przedstawiają przeszkody do prowadzenia procesu beatyfikacyjnego. Z dokładnie zbadanych pism wyjęto dwanaście obietnic dla czczących Boskie Serce Jezusa, które we wszystkich językach świata rozbrzmiały donośnie, a 18 września 1864 r. Pius IX ogłosił Małgorzatę Marię błogosławioną.
    W kilka miesięcy później w Paray-le-Monial obchodzono uroczystości ku jej czci. Święte szczątki złożono w złocistym relikwiarzu. Wkrótce potem podniesiono w całym Kościele święto Najświętszego Serca Jezusa do godności uroczystości. Od tego czasu rozlewa się to nabożeństwo po świecie, niosąc zdroje niezliczonych łask i cudów. Tam, gdzie dociera nauka Kościoła, tam zjawia się i wizerunek Boskiego Serca, które darzy wszystkich czcicieli przedziwnymi łaskami.
    W 2 lata po uroczystej beatyfikacji, pod wpływem napływających nieustannie próśb i błagań, rozpoczęto proces kanonizacyjny. Uroczystość tę zachowało Serce Jezusa na czas, gdy świat rozdarty ranami wojny potrzebował balsamu na swe cierpienia. Gdy burza wojenna przycichła, z woli Ojca św. odbyło się w Rzymie 13 maja 1920 roku, uroczyste zaliczenie błogosławionej Małgorzaty w poczet Świętych.

    w: „Vox Domini” nr 5/97, str. 2-9. Oprac. red. na podstawie:

    1. Ks. W. van Nieuwenhoff Żywot św. Małgorzaty Marii Alacoque. Tłum.: Ks. E. Kosibowicz wyd. II. Kraków, 1930.

    2. Święta Małgorzata Maria, Wydawnictwo Sióstr Loretanek Warszawa 1976

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – październik 2025

    ***

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI



    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne

    fot. Depositphotos/Deon.pl

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    31 października

    Święty Alfons Rodriguez, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Anioł z Acri, prezbiter
      •  Święty Wolfgang, biskup
    Święty Alfons Rodriguez
    Alfons urodził się w rodzinie kupca w Segowii (Hiszpania) 25 lipca 1533 r. Kiedy miał 10 lat, do pierwszej spowiedzi i Komunii świętej przygotował go bł. Piotr Faber, jeden z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli. W wieku 14 lat został przyjęty do kolegium jezuitów w Alcali. Po roku musiał je jednak opuścić, ponieważ zmarł jego ojciec i trzeba było zająć się administracją przedsiębiorstwa tekstylnego, które prowadził. W 1560 r. Alfons ożenił się z Marią Suarez. Po 7 latach szczęśliwego życia jego żona zmarła (1567). Zmarło także ich dwoje dzieci. Rozgorzało w nim pielęgnowane od młodości pragnienie kapłaństwa. Postanowił je wreszcie wypełnić. Sprzedał przedsiębiorstwo i rozpoczął studia na uniwersytecie w Walencji. Okazało się jednak, że po tylu latach przerwy w nauce miał zbyt wiele zaległości. Miał już bowiem 39 lat. Musiał zrezygnować ze studiów.
    Alfons jednak nie poddał się. Wstąpił do jezuitów w charakterze brata zakonnego (1571). Nowicjat odbył na Majorce, w Palmas, i tam pozostał przez kolejnych 36 lat. Pełnił funkcję furtiana. Skazany na dobrowolne “więzienie” przy furcie, starał się wykorzystać cenny czas na modlitwę. Zasłynął duchem kontemplacji tak dalece, że miewał nawet zachwyty i ekstazy. Nie wypuszczał z rąk różańca. Z modlitwą łączył ducha pokuty. Przez całe lata walczył nieustannie z dręczącymi go pokusami. Zwalczał je postami, czuwaniami, biczowaniem ciała. W poczuciu posłuszeństwa spełniał najsumienniej wszystkie rozkazy i polecenia.
    Wyróżniał się wielką cierpliwością. Do furty przychodzili różni ludzie: potrzebujący i wagabundy. Alfons umiał zawsze zdobyć się na życzliwe i uprzejme słowo. Kolegium jezuitów było duże, więc też i liczba interesantów znaczna. Klerycy, przebywający tu na studiach, budowali się anielską dobrocią furtiana. Wśród nich był także św. Piotr Klawer, późniejszy apostoł Murzynów amerykańskich, który z bratem Alfonsem zawarł serdeczną przyjaźń.
    Bóg obdarzał Alfonsa niezwykłymi łaskami, m.in. darem proroctwa i czynienia cudów, objawieniami i widzeniami. W ostatnim czasie swego życia Alfons doświadczył chorób i utrapienia duszy; trzy dni przed śmiercią wszystkie dolegliwości ustały w zachwyceniu, jakiego doznał.
    Zmarł w nocy z 30 na 31 października 1617 r. ze słowami: “Mój Jezusie” na ustach. W pogrzebie skromnego brata zakonnego wziął udział wicekról, biskup i duchowieństwo, zakonnicy i tłumy ludu. Największe poruszenie wywołał szereg idących na eksponowanym miejscu w procesji osób, które Alfons uzdrowił swoją modlitwą. Został beatyfikowany w roku 1825 przez Leona XII; kanonizował go – razem ze św. Janem Berchmansem – papież Leon XIII (1888).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    30 października

    Błogosławiony Dominik Collins,
    zakonnik i męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Benwenuta Bojani
    Błogosławiony Dominik Collins
    Dominik urodził się w dobrze sytuowanej, katolickiej rodzinie w Youghal w hrabstwie Cork (w Irlandii) około 1566 r. W tym czasie królową Anglii i Irlandii była Elżbieta I, a anglikanizm ustanowiony został jako oficjalna religia. Gdy Dominik miał jedenaście lat, na krótko zetknął się z jezuitami, którzy w jego mieście założyli kolegium, ale zostało ono zamknięte po dwóch latach, gdy miasto zniszczyły wojska angielskie tłumiące bunt mieszkańców przeciwko narzuconej religii.
    Dwudziestoletni Dominik udał się do Francji, gdzie zaciągnął się do wojska księcia Mercoeur, walczącego przeciwko hugenotom w Bretanii. Przez ponad dziewięć lat służył w Lidze Katolickiej, a że był sumienny w wypełnianiu swoich obowiązków, systematycznie awansował, aż do stopnia wojskowego gubernatora regionu.
    Pod koniec lat dziewięćdziesiątych szesnastego stulecia trafił nad Zatokę Biskajską w Hiszpanii, gdzie po przyznaniu mu emerytury król Filip II umieścił go w garnizonie w La Coruña. Jednak kariera wojskowa przestała interesować Dominika, który więcej czasu poświęcał teraz na życie duchowe. Podczas Wielkiego Postu w 1598 r. jako spowiednik żołnierzy trafił do jego oddziału kolega Irlandczyk – jezuita Thomas White, któremu Dominik zwierzył się z pragnienia życia religijnego. Wiedział już, że jego powołaniem jest bycie bratem zakonnym u jezuitów. Wyznał więc Thomasowi, że przez dziesięć miesięcy doświadczał niepokoju, który ustąpił dopiero, gdy zetknął się z nim – gorliwym kapłanem.
    Został przyjęty do nowicjatu w Santiago de Compostela, po półrocznej próbie w kolegium jezuitów. Wykazał się wtedy wielkim poświęceniem. Nie uciekł, jak wielu innych, przed zarazą, która dotknęła kolegium, ale został, by opiekować się chorymi, pocieszać ich w ostatnich godzinach życia. W ten sposób przekonał nieufnych wobec siebie przełożonych i zdołał ukończyć nowicjat. Raport na jego temat wysłany do Rzymu brzmiał: “Człowiek to rozsądny, o wielkiej sile fizycznej, dojrzały, roztropny i towarzyski, choć skłonny do zapalczywości i uparty”.
    W 1601 r. król Hiszpanii Filip III podjął decyzję o wysłaniu wojsk na pomoc rebelii, która rozpoczęła się w Irlandii. Wraz z wojskiem wyruszył w rodzinne okolice Dominik. Zdziesiątkowane przez sztorm oddziały dotarły do Castleheaven 1 grudnia 1601 r. Rozpoczęły się, zakończone klęską, walki. 17 czerwca 1602 r. zakutych w kajdany jezuitów uwięziono i poprowadzono na przesłuchanie. Obiecano im wielkie nagrody za wyrzeczenie się wiary katolickiej, a gdy nie chcieli tego zrobić, zostali poddani bestialskim torturom. Mimo prób perswazji ze strony części rodziny, by udawał konwersję w celu uratowania życia, Dominik pozostał niezłomny.
    Dowodzący wojskiem angielskim Georges Carew chciał zmusić go do wyrzeczenia się wiary katolickiej i złamać jego wierność wobec Ojca Świętego. Gdy w ciągu ponad 4 miesięcy uwięzienia nie udało mu się osiągnąć tego celu, Dominik został przewieziony do Youghal na egzekucję. Na miejscu kaźni zawołał: “Bądź pozdrowiony, Krzyżu Święty, którego tak bardzo pragnąłem!” Powiedział także do zgromadzonych mieszkańców, że przybył do Irlandii, by bronić rzymskiego Kościoła katolickiego, jedynego miejsca, w którym Bóg obdarza zbawieniem. Był przy tym bardzo pogodny. Angielski oficer powiedział: “On tak traktuje śmierć, jak ja ucztę”. Collins usłyszał go i odpowiedział: “W tej sprawie będę gotów umrzeć nie raz, ale tysiące razy”.
    Po tak odważnym i pełnym wiary świadectwie kaci nie chcieli dokonać egzekucji. Przymuszono do jej wykonania pewnego rybaka, który prosił skazańca o przebaczenie. Dominik udzielił mu go z uśmiechem. Na koniec zawołał: “Panie, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Oddał życie za wiarę 31 października 1602 r. Obecnie, w miejscu egzekucji, znajduje się tablica pamiątkowa. Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w 1992 roku, razem z szesnastoma innymi męczennikami irlandzkimi.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    29 października

    Błogosławiony Michał Rua, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Felicjan, męczennik
    Błogosławiony Michał Rua
    Michał urodził się w Turynie 9 czerwca 1837 roku. Jego ojciec, Jan Chrzciciel Rua, był kierownikiem jednego z wydziałów fabryki broni. Z pierwszego małżeństwa doczekał się 5 synów, z drugiego – trzech kolejnych i jednej córki. Michał był wśród nich najmłodszy. Gdy się urodził, czworo z jego rodzeństwa już nie żyło. Kiedy Michał miał 8 lat, zmarł jego ojciec. Wtedy dwaj synowie z pierwszego małżeństwa opuścili macochę, będąc już ludźmi pełnoletnimi. Pozostała więc ona z trzema synami: Janem, Alojzym i Michałem. Pani Rua nadal mieszkała w fabryce, gdzie wkrótce pracę rozpoczął Jan. Alojzy i Michał uczęszczali natomiast do szkoły elementarnej, którą przy fabryce prowadził kapelan robotników.
    W pobliżu fabryki na Valdocco św. Jan Bosko rozpoczął właśnie swoje dzieło pod nazwą Oratorium. Michał chętnie do niego uczęszczał wraz ze swoim bratem, Alojzym. Do pierwszej Komunii świętej Michał został dopuszczony w roku 1846. W roku 1848 zapisał się do szkoły, prowadzonej przez Braci Szkół Chrześcijańskich. Co niedzielę uczęszczał natomiast do Oratorium św. Jana Bosko, w którym po Mszy świętej chłopcy mieli zapewnioną godziwą rozrywkę. Św. Jan Bosko kierował także do chłopców kazanie i osobną katechezę. Bacznym okiem śledził swoich podopiecznych, gdyż najlepszych z nich zamierzał doprowadzić do kapłaństwa, by w przyszłości mogli dalej prowadzić jego dzieło.
    Pewnego dnia zaproponował także Michałowi naukę łaciny i dalsze studia. Matka zamierzała wysłać Michała do pracy w fabryce broni. Chłopak poprosił matkę, by zezwoliła mu na dalszą edukację. Wkrótce Michał zamieszkał przy Oratorium (1853). Pełnił rolę asystenta św. Jana Bosko, kiedy chłopcy zbierali się w niedziele i w święta. W roku 1854 Rua na ręce św. Jana Bosko złożył śluby zakonne i objął jako kleryk samodzielne prowadzenie Oratorium na drugim krańcu Turynu. W roku 1858 przeniosła się na stałe do Oratorium także pani Rua, by pomagać św. Janowi Bosko w gotowaniu, praniu i pracach w ogródku warzywnym. Przez 18 lat była dobrym aniołem dla kilkudziesięciu sierot internatu, żywiąc ich i odziewając.
    W tym samym czasie Michał Rua uczęszczał codziennie do seminarium diecezjalnego w Turynie na wykłady filozofii (1854-1856) oraz teologii (1856-1860). W roku 1860 otrzymał święcenia kapłańskie. Był to pierwszy kapłan, wychowanek św. Jana Bosko. Cały czas wolny od studiów bł. Michał Rua spędzał w Oratorium z uczącą się młodzieżą. Do najpiękniejszych chwili życia Michała należała niewątpliwie pielgrzymka do Rzymu wraz ze św. Janem Bosko w roku 1858. Założyciel salezjanów rozpoczął wtedy zabiegi o zatwierdzenie reguły nowego zgromadzenia.
    Zaraz po święceniach kapłańskich św. Jan Bosko uczynił księdza Rua kierownikiem naukowym wszystkich szkół salezjańskich. Około 300 uczniów uczęszczało wtedy do gimnazjum, drugie tyle chodziło do szkół zawodowych i wieczorowych, wreszcie ponad 1000 osób w niedziele i w święta – do trzech oratoriów: św. Franciszka, św. Alojzego i do nowo otwartego oratorium Anioła Stróża. Zadaniem księdza Rua było czuwanie nad programami nauki, nad nauką młodzieży, kontakt z nauczycielami i wychowawcami, dostarczanie dla oratoriów odpowiednich gier i staranie się o kapłanów dla posługi duchowej.
    W roku 1862 miasto Mirabello w Piemoncie ofiarowało św. Janowi posesję i przyrzekło dopomóc w budowie internatu i szkoły gimnazjalnej. Na przełożonego nowej placówki Jan Bosko wybrał księdza Rua. Kiedy po 5 latach ks. Michał opuszczał Mirabello, szkoła bardzo dobrze funkcjonowała. W roku 1865 św. Jan Bosko mianował księdza Rua dyrektorem administracyjnym całej rodziny salezjańskiej. Powstawały nowe domy. Nad wszystkimi miał opiekę ks. Rua.
    Kiedy miał 30 lat, bardzo poważnie zachorował, lekarze byli bezradni. Wtedy św. Jan Bosko powiedział do swojego wychowanka: “Nie chcę, żebyś umarł. Musisz mi jeszcze pomóc w tylu sprawach”. Ks. Michał wyzdrowiał i podjął dalej na długie lata pracę u boku Założyciela.
    Współpracował ze św. Janem Bosko w założeniu żeńskiej rodziny zakonnej Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, powołanych do życia w roku 1872. Pomagał w zorganizowaniu pierwszej wyprawy misyjnej do Ameryki Południowej (1875), w dziele Pomocników Salezjańskich (1876), w założeniu czasopisma dla wszystkich dzieł salezjańskich (1877) – był więc “prawą ręką” św. Jana Bosko.
    Od roku 1884 św. Jan Bosko był tak wyczerpany pracą, że nie mógł prowadzić tak wielu instytucji. Dlatego, za zezwoleniem papieża Leona XIII, wyznaczył swoim wikariuszem generalnym i zastępcą księdza Rua. To na jego rękach św. Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 roku. Niecałe dwa tygodnie później, 11 lutego, ks. Rua otrzymał dekret Stolicy Apostolskiej, która wyznaczyła go na przełożonego generalnego zgromadzenia salezjańskiego. Kierował nim przez 22 lata, aż do śmierci w dniu 10 kwietnia 1910 roku. W momencie śmierci św. Jana Bosko ks. Rua objął opiekę nad 64 placówkami i ok. 700 współbraćmi. Swoim następcom zostawił natomiast 341 domów w 30 krajach i ok. 4000 członków.
    Michał Rua był cały oddany Panu Bogu. Za swoją naczelną i jedyną misję uznał pracę dla chwały Bożej, zwłaszcza poprzez służbę wobec ubogiej i opuszczonej młodzieży. Wedle relacji świadków jego życia miał dar czytania w sercach i w sumieniach, przepowiadał przyszłość, przywrócił zdrowie kilkunastu chorym i kalekom. Wymagał od innych, ale ogromnie troszczył się także o potrzeby swoich współbraci. Rady, jakie pozostawił przełożonym domów, są bezcenne dla wszystkich przełożonych, tak wiele w nich serca, doświadczenia i mądrości.
    Michał Rua przyjmował pierwszych Polaków do zgromadzenia. Otworzył także pierwsze domy w Polsce (Miejsce Piastowe w roku 1892 i Oświęcim w roku 1898). Sam też dwa razy odwiedził naszą Ojczyznę: w roku 1901 i 1904. Jest patronem Suwałk i Szczecina.
    Do chwały ołtarzy wyniósł go papież Paweł VI w dniu 29 października 1972 roku. Dzień śmierci bł. Michała przypada pod koniec Wielkiego Postu lub w tygodniu wielkanocnym, dlatego na dzień liturgicznego wspomnienia obrano właśnie datę beatyfikacji.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    28 października

    Święci Apostołowie Szymon i Juda Tadeusz

    Święty Szymon Apostoł
    Ewangelie wymieniają św. Szymona w ścisłym gronie uczniów Pana Jezusa. Jest on chyba najmniej znanym spośród nich. Ewangelie wspominają o nim tylko trzy razy. Mateusz i Marek dają mu przydomek Kananejczyk (Mt 10, 4; Mk 3, 18). Dlatego niektórzy Ojcowie Kościoła przypuszczali, że pochodził on z Kany Galilejskiej i był panem młodym, na którego weselu Chrystus Pan uczynił pierwszy cud. Współczesna egzegeza dopatruje się jednak w słowie Kananejczyk raczej znaczenia “gorliwy”, gdyż tak je również można tłumaczyć. Łukasz wprost daje Szymonowi przydomek Zelotes, czyli gorliwy (Łk 6, 15). Specjalne podkreślenie w gronie Apostołów, że Szymon był gorliwy, może oznaczać, że faktycznie wyróżniał się wśród nich prawością i surowością w zachowywaniu prawa mojżeszowego i zwyczajów narodu.
    Szymon Kananejczyk jest we wszystkich czterech katalogach Apostołów wymieniany zawsze obok św. Jakuba i św. Judy Tadeusza, “braci” (stryjecznych albo ciotecznych) Chrystusa, czyli Jego kuzynów (Mt 10, 4; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). Czy był nim także i Szymon? Według Ewangelii św. Mateusza wydaje się to być pewnym (Mt 13, 55). Także i w tradycji chrześcijańskiej mamy nikłe wiadomości o Szymonie. Miał być bratem Apostołów: Jakuba Młodszego i Judy Tadeusza. Będąc krewnym Pana Jezusa, miał według innych zasiąść na stolicy jerozolimskiej po Jakubie Starszym i Jakubie Młodszym jako trzeci biskup i tam ponieść śmierć za cesarza Trajana, kiedy miał już ponad sto lat.
    Są jednak pisarze, którzy twierdzą, że Szymon Apostoł nie był krewnym Jezusa i jest osobą zupełnie inną od Szymona, biskupa Jerozolimy, który poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Trajana. Powołują się oni na to, że tradycja łączy go ze św. Judą Tadeuszem tylko dlatego, jakoby miał z nim głosić Ewangelię nad Morzem Czerwonym i w Babilonii, a nawet w Egipcie – i poza Palestyną razem z nim miał ponieść śmierć. Według tej tradycji obchodzi się ich święto tego samego dnia. Również ikonografia chrześcijańska dość często przedstawia razem obu Apostołów.
    O przecięciu Szymona piłą na pół, jak głosi legenda (a nawet – piłą drewnianą), dowiadujemy się z jego średniowiecznych żywotów. Ciało św. Szymona, według świadectwa mnicha Epifaniusza (w. IX), miało znajdować się w Nicopolis (północna Bułgaria), w kościele wystawionym ku czci Apostoła. W kaplicy świętych Szymona i Judy w bazylice św. Piotra, która obecnie jest także kaplicą Najświętszego Sakramentu, mają znajdować się relikwie obu Apostołów. Część relikwii ma posiadać również katedra w Tuluzie. Św. Szymon jest patronem diecezji siedleckiej oraz farbiarzy, garncarzy, grabarzy i spawaczy.
    W ikonografii św. Szymon w sztuce wschodniej przedstawiany jest z krótkimi włosami lub łysy, w sztuce zachodniej ma dłuższe włosy i kędzierzawą brodę. Jego atrybutami są: księga, kotwica, palma i piła (drewniana), którą miał być rozcięty, topór, włócznia.Święty Juda Tadeusz, Apostoł
    O życiu św. Judy nie wiemy prawie nic. Miał przydomek Tadeusz, czyli “Odważny” (Mt 10, 3; Mk 3, 18). Nie wiemy, dlaczego Ewangeliści tak go nazywają. Był bratem św. Jakuba Młodszego, Apostoła (Mt 13, 55), dlatego bywa nazywany również Judą Jakubowym (Łk 6, 16; Dz 1, 13). Nie wiemy, dlaczego Orygenes, a za nim inni pisarze kościelni nazywają Judę Tadeusza także przydomkiem Lebbeusz. Mogłoby to mieć jakiś związek z sercem (hebrajski wyraz leb znaczy tyle, co serce) albo wywodzić się od pewnego wzgórza w Galilei, które miało nazwę Lebba. Był jednym z krewnych Jezusa. Prawdopodobnie jego matką była Maria Kleofasowa, o której wspominają Ewangelie.
    Imię Judy umieszczone na dalszym miejscu w katalogu Apostołów sugeruje jego późniejsze wejście do grona uczniów. To on przy Ostatniej Wieczerzy zapytał Jezusa: “Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Zasadne jest zatem przypuszczenie, że św. Juda, przystępując do grona Apostołów, kierował się na początku perspektywą zrobienia przy Chrystusie kariery.
    Juda jest autorem jednego z listów Nowego Testamentu. Sam w nim nazywa siebie bratem Jakuba (Jud 1). Z listu wynika, że prawdopodobnie był człowiekiem wykształconym. List ten napisał przed rokiem 67, gdyż zapożycza od niego pewne fragmenty i słowa nawet św. Piotr. Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii; niektóre z wędrówek misyjnych odbył razem ze św. Szymonem. Część tradycji podaje, że razem ponieśli śmierć męczeńską. Inne mówią, że Szymon został zabity w Jerozolimie, a Juda Tadeusz prawdopodobnie w Libanie lub w Persji.
    Hegezyp, który żył w wieku II, pisał, że Juda był żonaty, kiedy wstąpił do grona Apostołów. Dlatego podejrzliwy na punkcie władzy cesarz Domicjan kazał wezwać do Rzymu wnuków św. Judy w obawie, aby oni – jako “krewni” Jezusa – nie chcieli kiedyś sięgnąć także po jego cesarską władzę. Kiedy jednak ujrzał ich i przekonał się, że są to ludzie prości, odesłał ich do domu.
    Kult św. Judy Tadeusza jest szczególnie żywy od XVIII w. w Austrii i w Polsce. Bardzo popularne jest w tych krajach nabożeństwo do św. Judy jako patrona od spraw beznadziejnych. Z tego powodu w wielu kościołach odbywają się specjalne nabożeństwa ku jego czci, połączone z odczytaniem próśb i podziękowań. Czczone są także jego obrazy. Jest patronem diecezji siedleckiej i Magdeburga. Jest także patronem szpitali i personelu medycznego.
    W ikonografii św. Juda Tadeusz przedstawiany jest w długiej, czerwonej szacie lub w brązowo-czamym płaszczu. Trzyma mandylion z wizerunkiem Jezusa – według podania jako krewny Jezusa miał być do Niego bardzo podobny. Jego atrybutami są: barka rybacka, kamienie, krzyż, księga, laska, maczuga, miecz, pałki, którymi został zabity, topór.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    27 października

    Święty Frumencjusz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Sabina, Wincenty i Chrestyna
    Święty Frumencjusz
    Frumencjusz doznaje czci we wszystkich obrządkach. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał go kardynał Baroniusz (+ 1607). Żywot Frumencjusza przekazał potomnym Rufin. Według jego relacji pewien filozof z Tyru w towarzystwie dwóch swoich uczniów – Frumencjusza i Edezjusza – udawał się do Indii. Jednak burza zagnała jego okręt do granic Etiopii. Tam zostali pochwyceni i wzięci do niewoli. Odesłano ich na dwór króla do Axum. Byli bowiem bardzo pięknymi i obiecującymi młodzieńcami. Na dworze królewskim doszli do najwyższych godności. Frumencjusz miał zostać sekretarzem królewskim. Po śmierci króla w tym samym charakterze zatrzymała go na swoim dworze królowa. Niedługo potem obaj młodzieńcy poprzez kupców chrześcijańskich zapoznali się z Kościołem katolickim. Odtąd stali się najżarliwszymi propagatorami wiary w Chrystusa.
    Za pozwoleniem syna królowej, który objął z kolei tron, Edezjusz wrócił do Tyru, a Frumencjusz udał się do Egiptu, do Aleksandrii, gdzie z rąk św. Atanazego ok. roku 340 przyjął sakrę biskupią. W taki to sposób został nie tylko ojcem chrześcijaństwa w Etiopii, ale także hierarchii kościelnej, którą tam założył. Było to za czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego i jego syna Konstancjusza. Król Ezan nie tylko dał Frumencjuszowi pełną swobodę w tej pięknej akcji, ale nawet sam z jego rąk wraz z bratem przyjął chrzest.
    Ponieważ patriarcha Aleksandrii, św. Atanazy, udzielił sakry biskupiej Frumencjuszowi, dlatego przez 1500 lat Kościół w Etiopii był uzależniony od patriarchów Aleksandrii. Oni mianowali biskupów tegoż kraju. Dopiero w roku 1959 prawosławny Kościół w Etiopii uzyskał status autokefalicznego (niezależnego), z własnym patriarchą. Niestety, w V wieku patriarchowie aleksandryjscy przeszli na monofizytyzm. Wprowadzili więc monofizytyzm jako obowiązujący w Etiopii. Monofizytów egipskich i etiopskich zwykło się nazywać koptami. Na Soborze Florenckim (1431-1445) Abisynia przystąpiła wprawdzie do unii z Kościołem katolickim, ale tylko na krótko. W roku 1555 dzięki wspaniałej akcji jezuitów Etiopia była bliska pełnego i trwałego zjednoczenia z Rzymem. O. Perez pozyskał dla wiary króla-cesarza Zara Dagaba, a potem również jego syna i następcę na tronie, Seltana Sagada. W roku 1626 król ogłosił nawet katolicyzm jako religię państwową. Wywołało to jednak tak gwałtowną reakcję ze strony prawosławnych, monofizyckich koptów, że cesarz cofnął dekret. Rozpoczęło się długoletnie, krwawe prześladowanie, trwające ponad 150 lat (1633-1797), które zniszczyło tak piękne owoce.
    Od roku 1839 misjonarze katoliccy mogli powrócić na te tereny. W roku 1847 Stolica Apostolska erygowała w Etiopiii dwa wikariaty apostolskie w obrządku etiopskim: jeden zarządzany przez lazarystów, drugi przez kapucynów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    26 października

    Błogosławiona Celina Borzęcka, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Lucjan i Marcjan
      •  Błogosławiony Bonawentura z Potenzy, prezbiter
      •  Święty Fulcjusz z Pawii, biskup
      •  Święty Dymitr z Salonik, męczennik
    Błogosławiona Celina Borzęcka
    Celina Rozalia Leonarda urodziła się 29 października 1833 r. w zamożnej rodzinie ziemiańskiej Chludzińskich, na kresach dawnej Rzeczypospolitej w Antowilu, blisko Orszy – teraz to Białoruś. Rodzice zadbali o to, by otrzymała staranne wykształcenie i wychowanie. Już jako młoda dziewczyna zapragnęła wstąpić do klasztoru wizytek w Wilnie, ale posłuszna woli rodziców i radzie spowiednika w 1853 r. wyszła za mąż za Józefa Borzęckiego, właściciela majątku Obrembszczyzna koło Grodna. Było to szczęśliwe małżeństwo, a Celina była dobrą żoną i matką. Urodziła czworo dzieci, z których dwoje – Marynia i Kazimierz – zmarło jako niemowlęta. Celina zajmowała się pracą charytatywną wśród ludności wiejskiej, a w 1863 r. wspierała powstańców, za co znalazła się wraz z kilkutygodniową Jadwigą w rosyjskim więzieniu w Grodnie.
    W 1869 r. Józef Borzęcki uległ atakowi paraliżu i stracił władzę w nogach. Celina wraz z córkami Celiną i Jadwigą wyjechała z nim na leczenie do Wiednia, które jednak nie przyniosło spodziewanych rezultatów. Przez pięć lat starannie pielęgnowała męża. Na kilka tygodni przed śmiercią Borzęcki podyktował starszej córce Celinie testament, w którym zaświadczył o miłości, bohaterstwie, odwadze i roztropności swej żony.
    Po jego śmierci, w 1875 r. Celina Borzęcka wyjechała z córkami do Rzymu. Tam znowu zapragnęła życia zakonnego. Poznała generała zmartwychwstańców, ks. Piotra Semenenkę, który stał się jej spowiednikiem i przewodnikiem duchowym. Pod jego wpływem postanowiła wraz z córką Jadwigą (obecnie Służebnicą Bożą) założyć żeńską gałąź zgromadzenia, do którego należał. Po pokonaniu wielu przeciwności i upokorzeń zmartwychwstanki zostały zatwierdzone jako zgromadzenie kontemplacyjno-czynne, którego zadaniem było nauczanie i chrześcijańskie wychowanie dziewcząt. 6 stycznia 1891 r. Celina i Jadwiga złożyły śluby wieczyste. Dzień ten jest uważany za początek Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa w Kościele.
    Mimo rozlicznych zakonnych obowiązków, Celina była przy starszej córce (również Celinie), gdy rodziły się jej dzieci. Starała się też być dobrą babcią dla swoich pięciorga wnucząt. Założone przez nią nowe zgromadzenie rozwijało się dynamicznie. Jesienią 1891 r. Celina otworzyła w Kętach, mieście św. Jana Kantego, pierwszy dom na ziemiach polskich. W skromnej starej chacie początkowo została założona szkoła dla dziewcząt i nowicjat. Było trudno, bo siostrom i ich wychowankom doskwierała bieda, ale już po czterech latach stanął tam klasztor. Matka Celina sama zaprojektowała kaplicę, w której ołtarzu znalazła się Matka Boża Ostrobramska, a w witrażach można zobaczyć patronów Polski, Litwy i Rusi. Budynek klasztoru otacza piękny park, w którym do dziś rosną drzewa zasadzone jeszcze przez założycielkę. Dowodem jej zaradności i wyczucia smaku są zachowane niepowtarzalne szaty liturgiczne: alby, uszyte z jej koronkowej sukni ślubnej i dawnego stroju balowego. W Kętach zmartwychwstanki wybudowały szkołę i ochronkę dla dzieci. Stąd wyruszyły do kolejnych placówek – w Częstochowie i Warszawie. W 1896 r. rozpoczęły też pracę apostolską w Bułgarii, a w 1900 r. – w Stanach Zjednoczonych.
    W 1906 r. Celina przeżyła cios – nieoczekiwanie zmarła jej córka Jadwiga, współzałożycielka zgromadzenia i najbliższa współpracownica, która miała poprowadzić dalej rozpoczęte dzieło. Mimo podeszłego wieku Matka Celina pełniła nadal obowiązki przełożonej generalnej. Zmarła w Krakowie 26 października 1913 r., pochowana została obok swej córki w Kętach. W 1937 r. doczesne szczątki Celiny i Jadwigi zostały przeniesione do krypty pod kaplicą klasztoru w Kętach, a w 2001 r. – do sarkofagu w kościele św. Małgorzaty i Katarzyny w Kętach.
    Za życia matki Celiny powstało 18 domów, w których pracowało 214 sióstr zmartwychwstanek, i 16 związanych z ich duchowością zgromadzeń świeckich apostołek zmartwychwstania. W roku jej beatyfikacji w 54 domach w Polsce, Anglii, Argentynie, Australii, Kanadzie, Tanzanii, Stanach Zjednoczonych, we Włoszech i na Białorusi pracowało 512 sióstr oraz 322 apostołki. Siostry wykonują wiele posług, m.in. pracują jako nauczycielki, wychowawczynie, katechetki, zakrystianki, organistki, animatorki oazowe i pielęgniarki.Proces beatyfikacyjny Matki Celiny rozpoczęto z inicjatywy papieża Piusa XII w Rzymie w 1944 r. Dekret o heroiczności cnót podpisał św. Jan Paweł II w 1982 r. W 2002 r. w Krakowie przeprowadzono proces dotyczący domniemanego uzdrowienia po ciężkim wypadku Andrzeja Mecherzyńskiego-Wiktora, prawnuka Matki Celiny w piątym pokoleniu. 16 grudnia 2006 r. Benedykt XVI podpisał dekret zatwierdzający uzdrowienie dokonane za jej przyczyną. 27 października 2007 r. w rzymskiej bazylice św. Jana na Lateranie matka Celina Borzęcka została ogłoszona błogosławioną.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    25 października

    Święci męczennicy Chryzant i Daria

    Zobacz także:
      •  Święty Bernard Calvo, biskup
    Święci Chryzant i Daria
    W oparciu o inskrypcje w Passio można przyjąć, że Chryzant przybył do Rzymu na studia. Nawróciwszy się, przywiódł do Chrystusa westalkę Darię oraz innych mieszkańców. Podczas prześladowania za czasów cesarza Numeriana zostali oni pochwyceni i skazani na śmierć. Wyrok wykonano w sposób okrutny – wrzucono ich do dołu powstałego po nieużywanym akwedukcie przy via Salaria i tam żywcem zasypano ziemią oraz kamieniami. Śmierć ponieśli w 283 lub 284 r. Ci egipscy męczennicy są patronami sędziów.
    Według innych podań Chryzant, który był synem senatora, przypadkowo przeczytał Ewangelię i zapragnął zostać chrześcijaninem. Kiedy ojciec dowiedział się, że syn przyjął chrzest, chciał go siłą odwieść od wiary. Najpierw więził go i głodził, a następnie sprowadził do niego prostytutki. Kiedy nic nie osiągnął i syn dalej uparcie trwał w wierze, postanowił zmusić go do małżeństwa z westalką Darią. Efekt był taki, że Chryzant nawrócił Darię. Żeby uspokoić ojca, pobrali się, ale trwali w dziewiczym małżeństwie.
    Opis męczeństwa jest podobny jak wyżej, z jednym uzupełnieniem, że chrześcijanie zostali zasypani żywcem, kiedy zebrali się, by sprawować Eucharystię.
    W ikonografii przedstawia się św. Chryzanta jako rzymskiego młodzieńca z palmą w dłoni. Czasami jako rycerza Chrystusa w wianku na głowie. Jego atrybutami są: chorągiew, kamienie, korona, tarcza.
    Św. Daria ukazywana jest w sztuce religijnej jako matrona rzymska z palmą w jednej, a z księgą w drugiej ręce. Jej atrybutami są: kamienie, korona, lew.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 października

    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Maria Claret, biskup
      •  Błogosławiony Kontard Ferrini
      •  Błogosławiona Józefina Leroux, dziewica i męczennica
      •  Święty Alojzy Guanella, prezbiter
    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki
    Jan Wojciech Balicki urodził się 25 stycznia 1869 r. w Staromieściu pod Rzeszowem. Pochodził z biednej, bardzo religijnej rodziny dróżnika kolejowego. Był synem grekokatolika Nicetasa Balickiego i jego rzymskokatolickiej żony Katarzyny. Zgodnie z wolą ojca został ochrzczony w Kościele grekokatolickim; także ówczesne prawo kościelne nakazywało wychowywanie chłopców w obrządku ojca. Ponieważ o tym przepisie dowiedział się dopiero w czasie studiów teologicznych, zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o zgodę na święcenia w obrządku łacińskim. Po ukończeniu seminarium duchownego w Przemyślu, w 1892 r. został wyświęcony na kapłana. Został skierowany do pracy w parafiach jako wikary. Szybko dał się poznać jako świetny kaznodzieja i cierpliwy spowiednik.
    Wkrótce potem podjął studia teologiczne w Rzymie, zakończone doktoratem. Po powrocie do kraju pracował w przemyskim seminarium, gdzie wykładał teologię dogmatyczną. Jego posługa profesorska była owiana duchem głębokiej wiary i umiłowaniem prawdy. W modlitwie najczęściej szukał mądrości Ducha Świętego. W latach 1928-1934 piastował urząd rektora.
    Po przejściu na emeryturę wiele czasu poświęcał na posługę spowiedzi. Jeszcze jako młody ksiądz założył dom opieki dla prostytutek – z tego powodu wielokrotnie rzucano na niego oszczerstwa. Po wkroczeniu do Przemyśla Sowietów w czasie II wojny światowej dom ten został zlikwidowany. Jan Balicki zmarł w Przemyślu w opinii świętości 15 marca 1948 r.
    Po siedmiu latach, 31 października 1955 r. – zgodnie z powszechnym życzeniem – ciało ks. Jana przeniesiono do osobnego grobowca. W 1959 r. przemyskie seminarium duchowne poprosiło biskupa Franciszka Bardę o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. W 1963 r. wszystkie akta przesłano do Rzymu, gdzie po zbadaniu zeznań świadków i analizie pism ks. Jana ogłoszono dekret o heroiczności jego cnót (grudzień 1994 r.). Osobę ks. Balickiego dawał za wzór kapłanom kardynał Karol Wojtyła, który w 1975 roku pisał o nim: “W czasach, gdy Kościół poszukuje nowych wzorów duchowości dla kapłana diecezjalnego, w sytuacji, gdy wśród samych kapłanów zdarzają się kontestacje, niewierności oraz tendencje, by poszukiwać rzeczy materialnych bardziej niż duchowych, sługa Boży może być przedstawiony jako model życia kapłańskiego. W osobie ks. Balickiego kapłani mogą znaleźć wzór, w jaki sposób połączyć działalność duszpasterską z codzienną kontemplacją tajemnicy Boga”.
    Już jako papież dokonał beatyfikacji ks. Balickiego w sierpniu 2002 roku podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach. Powiedział m.in.:
    Służbą miłosierdziu było życie błogosławionego Jana Balickiego. Jako kapłan miał zawsze otwarte serce dla wszystkich potrzebujących. Jego posługa miłosierdzia przejawiała się w niesieniu pomocy chorym i ubogim, ale szczególnie mocno wyraziła się przez posługę w konfesjonale. Zawsze z cierpliwością i pokorą starał się zbliżyć grzesznego człowieka do tronu Bożej łaski.
    Wspominając o tym, zwracam się do kapłanów i seminarzystów: proszę was, bracia, nie zapominajcie, że na was, szafarzach Bożego miłosierdzia, spoczywa wielka odpowiedzialność, ale też pamiętajcie, że sam Chrystus umacnia was obietnicą, którą przekazał przez św. Faustynę: “Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim” (Dzienniczek, 1521).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 października

    Święty Józef Bilczewski, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Kapistran, prezbiter
      •  Święty Seweryn Boecjusz
    Na zakończenie XI Zwyczajnego Zgromadzenia Biskupów, obradującego w Watykanie z woli św. Jana Pawła II w dniach 2-23 października 2005 r., kończąc Rok Eucharystii, papież Benedykt XVI dokonał pierwszej kanonizacji w czasie swego pontyfikatu. W poczet świętych zaliczonych zostało pięciu błogosławionych, w tym dwóch Polaków: abp Józef Bilczewski, ordynariusz lwowski, i ks. Zygmunt Gorazdowski, założyciel józefitek. Oprócz nich świętymi ogłoszeni zostali: chilijski jezuita ksiądz Albert Hurtado, żyjący w I poł. XX w., oraz dwóch Włochów: żyjący w XVIII w. kapucyn, brat Feliks z Nikozji, i ksiądz Kajetan Catanoso, zmarły w roku 1963.

    Święty Józef Bilczewski
    Józef Bilczewski urodził się 26 kwietnia 1860 r. w Wilamowicach koło Kęt. Po ukończeniu szkoły podstawowej w Wilamowicach, a potem w Kętach, uczęszczał do gimnazjum w Wadowicach, gdzie zdał maturę w czerwcu 1880 r., i wstąpił do seminarium duchownego w Krakowie. 6 lipca 1884 r. przyjął tu święcenia kapłańskie. W latach 1886-1888 odbył studia teologiczne w Wiedniu (gdzie uzyskał doktorat z teologii), w Rzymie i Paryżu. Po powrocie do kraju był wikariuszem w Kętach i w Krakowie. W 1890 r. uzyskał habilitację na Uniwersytecie Jagiellońskim. W rok później został profesorem teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, na którym przez pewien okres pełnił funkcję dziekana wydziału teologicznego i rektora. Jako profesor uniwersytetu był bardzo ceniony przez studentów, cieszył się szacunkiem i przyjaźnią innych pracowników naukowych. Opublikował wiele artykułów z dziedziny teologii i archeologii chrześcijańskiej, a także na temat Eucharystii.
    17 grudnia 1900 r. Leon XIII mianował 40-letniego ks. prał. Józefa Bilczewskiego arcybiskupem lwowskim obrządku łacińskiego. Konsekracja biskupia odbyła się 20 stycznia 1901 r. w katedrze we Lwowie. Nowy biskup wyróżniał się ogromną dobrocią serca, wyrozumiałością, pokorą, pobożnością, pracowitością i gorliwością duszpasterską, które płynęły z wielkiej miłości do Boga i bliźniego. Był mężem modlitwy, która inspirowała wszelką jego działalność. Fundował kościoły i kaplice, szkoły i ochronki, krzewił oświatę. Wspierał duchowo i materialnie wszystkie ważniejsze dzieła powstające w archidiecezji lwowskiej. Uważał, że jego obowiązkiem jest bronienie i ratowanie obrządku łacińskiego, za który odpowiadał przed Bogiem i Kościołem, własnym sumieniem i narodem. Życie abp. Józefa Bilczewskiego, wypełnione modlitwą, pracą i dziełami miłosierdzia, sprawiło, że cieszył się wielkim szacunkiem ludzi wszystkich wyznań, obrządków i narodowości.
    W duchu nauczania Piusa X zbliżał wiernych do Eucharystii, częstej Komunii św., pobożnego uczestniczenia w Mszy św. W czasach I wojny światowej rozwijał kult Najświętszego Serca Pana Jezusa, ukazując ludziom nieskończoną miłość Boga, zdolną do przebaczenia i darowania wszystkich grzechów. Czcią i miłością najlepszego syna otaczał Matkę Najświętszą, nazywając Ją swą «Matuchną». Pragnął, by taką samą pobożnością darzyli Ją wierni archidiecezji, naśladując Jej cnoty, szczególnie całkowite zaufanie Bogu.
    Umarł z przepracowania 20 marca 1923 r. Jego zabalsamowane serce umieszczono w kaplicy bł. Jakuba w bazylice katedralnej we Lwowie, a ciało zostało złożone w grobie na cmentarzu janowskim, gdzie grzebano ubogich, dla których był zawsze ojcem i opiekunem.
    Staraniem archidiecezji lwowskiej przeprowadzono proces beatyfikacyjny Józefa Bilczewskiego, którego pierwsza faza została zakończona 18 grudnia 1997 r. ogłoszeniem przez św. Jana Pawła II dekretu o heroiczności jego cnót. W czerwcu 2001 r. za cudowny został uznany przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych fakt nagłego, trwałego i niewytłumaczalnego co do sposobu uzdrowienia dziewięcioletniego chłopca Marcina Gawlika z bardzo ciężkich poparzeń, dokonanego przez Boga za wstawiennictwem Józefa Bilczewskiego – co otworzyło drogę do beatyfikacji arcybiskupa lwowskiego. Dokonał jej św. Jan Paweł II 26 czerwca 2001 r. we Lwowie podczas swej podróży apostolskiej na Ukrainę. W 2005 r. świętym ogłosił go papież Benedykt XVI.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    22 października

    Święty Jan Paweł II, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Donat, biskup
      •  Błogosławiony Tymoteusz Giaccardo, prezbiter
      •  Święta Salome, uczennica Pańska
    Karol Wojtyła z matką
    Karol Józef Wojtyła urodził się 18 maja 1920 r. w Wadowicach, niewielkim miasteczku nieopodal Krakowa, jako drugi syn Emilii i Karola Wojtyłów. Został ochrzczony w kościele parafialnym 20 czerwca 1920 r. przez ks. Franciszka Żaka, kapelana wojskowego. Rodzice nadali imię Karolowi na cześć ostatniego cesarza Austrii, Karola Habsburga.
    Rodzina Wojtyłów żyła skromnie. Jedynym źródłem utrzymania była pensja ojca – wojskowego urzędnika w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w stopniu porucznika. Edmund, brat Karola, studiował medycynę w Krakowie i został lekarzem. Wojtyłowie mieli jeszcze jedno dziecko – Olgę, która zmarła zaraz po urodzeniu.
    W dzieciństwie Karola nazywano najczęściej zdrobnieniem imienia – Lolek. Uważano go za chłopca utalentowanego i wysportowanego.
    13 kwietnia 1929 r. zmarła matka Karola, a trzy lata później, w 1932 r., w wieku 26 lat, zmarł na szkarlatynę brat Edmund. Chorobą zaraził się od swojej pacjentki w szpitalu w Bielsku.
    Od września 1930 r. Karol rozpoczął naukę w ośmioletnim Państwowym Gimnazjum Męskim im. Marcina Jadowity w Wadowicach. Nie miał żadnych problemów z nauką; już w tym wieku, według jego katechetów, wyróżniała go także ogromna wiara. 14 maja 1938 r. Karol zakończył naukę w gimnazjum, otrzymując świadectwo maturalne z oceną celującą, następnie wybrał studia polonistyczne na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zamieszkał z ojcem w Krakowie.Karol Wojtyła po maturze
    W lutym 1940 r. poznał osobę ważną dla swego rozwoju duchownego. Był to Jan Tyranowski, który prowadził dla młodzieży męskiej koło wiedzy religijnej. Uczestniczący w nim Wojtyła poznał wówczas i po raz pierwszy czytał pisma św. Jana od Krzyża.
    18 lutego 1941 r. po długiej chorobie zmarł ojciec Karola. Było to poważnym ciosem dla młodego chłopaka, który w 21. roku życia pozostał zupełnie bez rodziny. Po śmierci ojca Karol Wojtyła pozostał bez środków do życia. W normalnych czasach mógłby liczyć na studenckie stypendium, ale w czasie wojny uczelnie nie działały. Karol wykorzystał ten czas na intensywne samokształcenie. Środowisko akademickie utrzymywało więzi i działało w podziemiu.
    W 1942 i 1943 r. jako reprezentant krakowskiej społeczności akademickiej udawał się do Częstochowy, by odnowić śluby jasnogórskie (tradycja akademickich pielgrzymek majowych zapoczątkowana w 1936 r. trwa do dziś).
    Za jedną z najważniejszych dla siebie inicjatyw okresu okupacji Karol uważał pracę aktorską w konspiracyjnym Teatrze Rapsodycznym, pod kierownictwem Mieczysława Kotlarczyka (teatr działał pod auspicjami podziemnej organizacji narodowo-katolickiej Unia). W tym czasie powstało wiele utworów poetyckich Wojtyły, publikowanych później pod pseudonimem Andrzej Jawień (inne pseudonimy literackie to AJ, Piotr Jasień, a od 1961 r. – Stanisław Andrzej Gruda). Twórczość literacką kontynuował także w latach późniejszych.
    Karol podjął pracę jako pracownik fizyczny w zakładach chemicznych Solvay, początkowo w kamieniołomie w Zakrzówku, a potem w oczyszczalni sody w Borku Fałęckim (obecnie na terenie Krakowa). Współpracownicy wspominali później, że każdą przerwę w pracy spędzał zatopiony w lekturze. W drodze do pracy wstępował do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, obok cmentarza, na którym w 1938 r. pochowano przyszłą świętą – s. Faustynę Kowalską.
    W 1942 r. wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie, nie przerywając pracy w Solvayu. W tym samym czasie rozpoczął w konspiracji studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. 29 lutego 1944 roku potrąciła go niemiecka ciężarówka wojskowa i dwa tygodnie musiał spędzić w szpitalu. Zapytany po latach, czy łączy w jakiś sposób ten wypadek z zamachem na swoje życie w 1981 roku, przyznał: “Tak, w obu przypadkach czuwała nade mną Opatrzność”.
    Kiedy w Warszawie wybuchło Powstanie, w Krakowie hitlerowski terror nasilił się (w tzw. “czarną niedzielę” 6 sierpnia 1944 r. Niemcy aresztowali ponad 7 000 mężczyzn). Wówczas kardynał Sapieha, chcąc ratować przyszłych kapłanów, zdecydował, że alumni mają zamieszkać w pałacu arcybiskupim. Tam Karol pozostał do końca wojny, do czasu odbudowania krakowskiego seminarium na Podwalu.
    Ksiądz Karol Wojtyła
    13 października 1946 r. alumn Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie Karol Wojtyła został subdiakonem, a tydzień później diakonem. Już 1 listopada 1946 r. kard. Adam Stefan Sapieha wyświęcił Karola na księdza. 2 listopada jako neoprezbiter Karol Wojtyła odprawił Mszę św. prymicyjną w krypcie św. Leonarda w katedrze na Wawelu.
    15 listopada 1946 r. wraz z klerykiem Stanisławem Starowiejskim poprzez Paryż wyjechał do Rzymu, aby kontynuować studia na Papieskim Międzynarodowym Athenaeum Angelicum (obecnie Papieski Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu). Podczas studiów zamieszkiwał w Kolegium Belgijskim, gdzie poznał wielu duchownych z krajów frankofońskich oraz z USA. W 1948 r. ukończył studia z dyplomem summa cum laude.
    W lipcu 1948 r. na okres 7 miesięcy ks. Karol został skierowany do pracy w parafii Niegowić, gdzie spełniał zadania wikarego i katechety. W marcu 1949 r. został przeniesiony do parafii św. Floriana w Krakowie. Tam założył chór gregoriański, z którym wkrótce przygotował i odśpiewał mszę De Angelis (“O Aniołach”). Swoich chórzystów zaraził pasją i miłością do gór – razem przewędrowali Gorce, Bieszczady i Beskid. Organizowali także spływy kajakowe na Mazurach. W Krakowie otrzymał też w końcu (1948) tytuł doktora teologii (którego nie dostał w Rzymie z powodu braku funduszy na wydanie drukiem rozprawy doktorskiej). Uzyskawszy po śmierci kard. Sapiehy urlop na pracę naukową, w latach 1951-1953 rozpoczął pisanie pracy habilitacyjnej, która, chociaż przyjęta w 1953 roku przez Radę krakowskiego Wydziału Teologicznego, została odrzucona przez Ministerstwo Oświaty i tytułu docenta Karol Wojtyła nie uzyskał (aż do roku 1957). W roku 1956 objął za to katedrę etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
    Biskup Karol Wojtyła
    W 1958 r. Karol Wojtyła został mianowany biskupem pomocniczym Krakowa i biskupem tytularnym Umbrii. Przyjął wówczas, zgodnie z obyczajem, jako hasło przewodnie swej posługi słowa Totus tuus (łac. “Cały Twój”); kierował je do Matki Chrystusa. Konsekracji biskupiej ks. Karola Wojtyły dokonał 28 września 1958 r. w katedrze na Wawelu metropolita krakowski i lwowski, arcybiskup Eugeniusz Baziak. Współkonsekratorami byli biskup Franciszek Jop i biskup Bolesław Kominek. W tym okresie powstały najgłośniejsze prace biskupa Wojtyły, które przyniosły mu sławę wśród teologów: “Miłość i odpowiedzialność” (1960) oraz “Osoba i czyn” (1969). W 1962 r. został krajowym duszpasterzem środowisk twórczych i inteligencji. Na okres biskupstwa Karola przypadły także obrady Soboru Watykańskiego II, w których aktywnie uczestniczył.
    30 grudnia 1963 r. Karol Wojtyła został mianowany arcybiskupem metropolitą krakowskim. Podczas konsystorza 26 czerwca 1967 r. został nominowany kardynałem. 29 czerwca 1967 r. otrzymał w kaplicy Sykstyńskiej od papieża Pawła VI czerwony biret, a jego kościołem tytularnym stał się kościół św. Cezarego Męczennika na Palatynie.
    Jako pasterz diecezji starał się ogarniać swą posługą wszystkich potrzebujących. Wizytował parafie, odwiedzał klasztory. W 1965 r. otworzył proces beatyfikacyjny siostry Faustyny Kowalskiej. Utrzymywał dobry i ścisły kontakt z inteligencją krakowską, zwłaszcza ze środowiskiem naukowym i artystycznym. Zyskał dojrzałość jako myśliciel, sięgając nie tylko do rozległej tradycji filozoficznej, lecz także do Biblii i do mistyki (zawsze był mu bliski święty Jan od Krzyża) i budując harmonijnie koncepcję z pogranicza filozofii oraz teologii: człowieka jako integralnej osoby. Stał się znanym poza Polską autorytetem. Był obok Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego najważniejszą postacią Episkopatu Polski. Z Prymasem Tysiąclecia ściśle współpracował, okazując szacunek dla jego doświadczenia i mądrości. W nielicznych wolnych chwilach nadal z chęcią jeździł na Podhale i w Tatry, chodził po górach, uprawiał narciarstwo.
    Święty Jan Paweł II zaraz po wyborze na papieża
    W nocy z 28 na 29 września 1978 roku po zaledwie 33 dniach pontyfikatu zmarł papież Jan Paweł I. 14 października rozpoczęło się więc drugie już w tym roku konklawe – zebranie kardynałów, mające wyłonić nowego papieża. 16 października 1978 roku około godziny 17.15 w siódmym głosowaniu metropolita krakowski, kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem. Przyjął imię Jan Paweł II. O godz. 18.45 kard. Pericle Felici ogłosił wybór nowego papieża – HABEMUS PAPAM!Jan Paweł II udzielił pierwszego błogosławieństwa “Urbi et Orbi” – “Miastu i Światu”. 22 października na Placu Świętego Piotra odbyła się uroczysta inauguracja pontyfikatu, a następnego dnia pierwsza audiencja dla 4000 Polaków zgromadzonych w auli Pawła VI. Msza św. inaugurująca pontyfikat była transmitowana przez radio i telewizję na wszystkie kontynenty. Dla Polaków, w kraju rządzonym przez komunistów, była to pierwsza transmisja Mszy św. od czasów przedwojennych. 12 listopada Jan Paweł II uroczyście objął katedrę Rzymu – Bazylikę św. Jana na Lateranie, stając się w ten sposób Biskupem Rzymu.Jan Paweł II był pierwszym papieżem z Polski, jak również pierwszym po 455 latach biskupem Rzymu, nie będącym Włochem. Wybór na głowę Kościoła osoby z kraju socjalistycznego wpłynął znacząco na wydarzenia w Europie Wschodniej i w Azji w latach 80-tych i 90-tych XX w.
    Pontyfikat Jana Pawła II trwał ponad 26 lat i był drugim co do długości w dziejach Kościoła. Najdłużej – 32 lata – sprawował swój urząd Pius IX (nie licząc pontyfikatu Piotra – pierwszego następcy Jezusa).
    Podczas wszystkich pielgrzymek Jan Paweł II przebył ponad 1,6 miliona kilometrów, co odpowiada 40-krotnemu okrążeniu Ziemi wokół równika i czterokrotnej odległości między Ziemią a Księżycem. Jan Paweł II odbył 102 pielgrzymki zagraniczne, podczas których odwiedził 135 krajów, oraz 142 podróże na terenie Włoch, podczas których wygłosił 898 przemówień. Z 334 istniejących rzymskich parafii odwiedził 301. Jego celem było dotarcie do wszystkich parafii, zabrakło niewiele.
    Święty Jan Paweł II, papież-apostoł
    Jan Paweł II mianował 232 kardynałów (w tym 9 Polaków), ogłosił 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków) i 478 świętych. Napisał 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji oraz 43 listy apostolskie. Powyższe dane statystyczne nie oddają jednak nawet skrawka ogromnego dziedzictwa nauczania i pontyfikatu pierwszego w dziejach Kościoła Papieża-Polaka.
    Wprawdzie już począwszy od Jana XXIII papiestwo zaczęło rezygnować z niektórych elementów ceremoniału, jednakże dopiero Jan Paweł II zniwelował większość barier, przyjmując postawę papieża bliskiego wszystkim ludziom, papieża-apostoła. Chętnie spotykał się z młodymi ludźmi i poświęcał im dużo uwagi. Na spotkanie w Rzymie w roku 1985, który ONZ ogłosiła Międzynarodowym Rokiem Młodzieży, napisał list apostolski na temat roli młodości jako okresu szczególnego kształtowania drogi życia, a 20 grudnia zapoczątkował tradycję Światowych Dni Młodzieży. Odtąd co roku przygotowywał orędzie skierowane do młodych, które stawało się tematem międzynarodowego spotkania, organizowanego w różnych miejscach świata (np. w 1991 r. w Częstochowie, a w 2016 r. – w Krakowie).
    Chociaż kardynał Wojtyła rozpoczynając posługę Piotrową był – jak na papieża – bardzo młody (miał 58 lat), cieszył się dobrym zdrowiem i był wysportowany, to niemal cały jego pontyfikat naznaczony był cierpieniem. Choroby Jana Pawła II zaczęły się od pamiętnego zamachu na życie papieża. 13 maja 1981, podczas audiencji generalnej na Placu św. Piotra w Rzymie o godzinie 17.19 papież został postrzelony przez tureckiego zamachowca Mehmeta Ali Agcę w brzuch oraz rękę. Ocalenie, jak sam wielokrotnie podkreślał, zawdzięczał Matce Bożej Fatimskiej, której rocznicę objawień tego dnia obchodzono. Powiedział później: “Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę”. Cały świat zamarł w oczekiwaniu na wynik sześciogodzinnej operacji w Poliklinice Gemelli. Papież spędził wtedy na rehabilitacji w szpitalu 22 dni.
    Niestety, do pełnego zdrowia nie powrócił nigdy. Następstwa postrzału spowodowały liczne komplikacje zdrowotne, konieczność kolejnych operacji, pobyty w szpitalu. Zaraz po zamachu w przekazie nadanym przez Radio Watykańskie papież powiedział: “Modlę się za brata, który zadał mi cios, i szczerze mu przebaczam”. Później odwiedził zamachowca w więzieniu.
    Papież nigdy nie ukrywał swojego stanu zdrowia. Cierpiał na oczach tłumów, którym w ten sposób dawał niezwykłą katechezę. Wielokrotnie też podkreślał wartość choroby i zwracał się do ludzi chorych i starszych o modlitewne wspieranie jego pontyfikatu.
    W pierwszą rocznicę zamachu na Placu świętego Piotra, 13 maja 1982 r., papież udał się z dziękczynną pielgrzymką do Fatimy. Tam, podczas nabożeństwa, niezrównoważony mężczyzna Juan Fernández y Krohn lekko ugodził papieża nożem. Ochrona szybko obezwładniła napastnika, a papież dokończył nabożeństwo pomimo krwawienia. Na szczęście ten drugi zamach nie miał poważnych następstw.
    Święty Jan Paweł II w ostatnim okresie swego życia
    Jan Paweł II od początku lat 90. cierpiał na postępującą chorobę Parkinsona. Mimo licznych spekulacji i sugestii ustąpienia z funkcji, które nasilały się w mediach zwłaszcza podczas kolejnych pobytów papieża w szpitalu, pełnił ją aż do śmierci. Nagłe pogorszenie stanu zdrowia papieża rozpoczęło się 1 lutego 2005 r. Przez ostatnie dwa miesiące życia Jan Paweł II wiele dni spędził w szpitalu i nie pojawiał się publicznie. Przeszedł grypę i zabieg tracheotomii, wykonany z powodu niewydolności oddechowej. W czwartek, 31 marca, wystąpiły u Ojca Świętego silne dreszcze ze wzrostem temperatury ciała do 39,6 st. C. Był to początek wstrząsu septycznego połączonego z zapaścią sercowo-naczyniową.
    Kiedy medycyna nie mogła już pomóc, uszanowano wolę papieża, który chciał pozostać w domu. Podczas Mszy św. sprawowanej przy jego łożu, którą Jan Paweł II koncelebrował z przymkniętymi oczyma, kardynał Marian Jaworski udzielił mu sakramentu namaszczenia. 2 kwietnia 2005 r. o godz. 7.30 papież zaczął tracić przytomność. W tym czasie w pokoju umierającego czuwali najbliżsi, a przed oknami, na Placu św. Piotra modlił się wielotysięczny tłum. Relacje na cały świat nadawały wszystkie media. Wieczorem, przy łóżku chorego odprawiono Mszę św. wigilii Święta Miłosierdzia Bożego. Ok. godz. 19.00 Jan Paweł II wszedł w stan śpiączki. Monitor wykazał postępujący zanik funkcji życiowych. O godz. 21.37 osobisty papieski lekarz Renato Buzzonetti stwierdził śmierć Jana Pawła II. Jan Paweł II odszedł do domu Ojca po zakończeniu Apelu Jasnogórskiego, w pierwszą sobotę miesiąca i wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, które sam ustanowił.Trumna z ciałem św. Jana Pawła II
    Pogrzeb Jana Pawła II odbył się w piątek, 8 kwietnia 2005 r. Uczestniczyło w nim na placu św. Piotra i w całym Rzymie ok. 300 tys. wiernych oraz 200 prezydentów i premierów, a także przedstawiciele wszystkich wyznań świata, w tym duchowni islamscy i żydowscy. Po zakończeniu nabożeństwa żałobnego, w asyście tylko duchownych z najbliższego otoczenia, papież został pochowany w podziemiach bazyliki św. Piotra, w krypcie bł. Jana XXIII, beatyfikowanego w 2000 r.13 maja 2005 r. papież Benedykt XVI zezwolił na natychmiastowe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, udzielając dyspensy od konieczności zachowania pięcioletniego okresu od śmierci kandydata, jaki jest wymagany przez prawo kanoniczne. Formalny proces rozpoczął się 28 czerwca 2005 r., kiedy zaprzysiężeni zostali członkowie trybunału beatyfikacyjnego. Postulatorem został ksiądz Sławomir Oder. 23 marca 2007 r. trybunał diecezjalny badający tajemnicę uzdrowienia jednej z francuskich zakonnic – Marie Simon-Pierre – za wstawiennictwem papieża Polaka potwierdził fakt zaistnienia cudu. Po niespodziewanym uzdrowieniu, o które na modlitwie prosiły za wstawiennictwem zmarłego papieża członkinie jej zgromadzenia, s. Marie powróciła do pracy w szpitalu dziecięcym. Przy okazji podania tej wiadomości ks. Oder poinformował, że istnieje kilkaset świadectw dotyczących innych uzdrowień za wstawiennictwem Jana Pawła II.
    2 kwietnia 2007 r. miało miejsce oficjalne zamknięcie diecezjalnej fazy procesu beatyfikacyjnego w Bazylice św. Jana na Lateranie w obecności wikariusza generalnego Rzymu, kardynała Camillo Ruiniego.
    16 listopada 2009 r. w watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych odbyło się posiedzenie komisji kardynałów w sprawie beatyfikacji Jana Pawła II. Obrady komisji zakończyło głosowanie, w którym podjęto decyzję o skierowaniu do Benedykta XVI prośby o wyniesienie polskiego papieża na ołtarze.
    19 grudnia 2009 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o uznaniu heroiczności cnót Jana Pawła II, który zamknął zasadniczą część jego procesu beatyfikacyjnego. Jednocześnie rozpoczęło się dochodzenie dotyczące cudu uzdrowienia przypisywanego wstawiennictwu polskiego papieża.
    12 stycznia 2011 r. komisja Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych zaaprobowała cud za wstawiennictwem Jana Pawła II polegający na uzdrowieniu francuskiej zakonnicy. Zgodnie z konstytucją apostolską Jana Pawła II Divinus perfectionis Magister z 1983 r. ustalającą nowe zasady postępowania kanonizacyjnego, orzeczenie Kongregacji zostało przedstawione papieżowi, który jako jedyny ma prawo decydować o kościelnym kulcie publicznym Sług Bożych.Święty Jan Paweł II
    14 stycznia 2011 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o cudzie i wyznaczył na dzień 1 maja 2011 r. beatyfikację papieża Jana Pawła II. Dokonał jej osobiście podczas uroczystej Mszy Świętej na placu św. Piotra w Rzymie, którą koncelebrowało kilka tysięcy kardynałów, arcybiskupów i biskupów z całego świata. Liczba wiernych uczestniczących w nabożeństwie jest szacowana na 1,5 mln osób, w tym trzysta tysięcy Polaków. Warto wspomnieć, że Benedykt XVI uczynił wyjątek, osobiście przewodnicząc beatyfikacji swojego Poprzednika – jako zwyczajną praktykę Benedykt XVI przyjął, że beatyfikacjom przewodniczy jego delegat, a on sam dokonuje jedynie kanonizacji.
    Na datę liturgicznego wspomnienia bł. Jana Pawła II wybrano dzień 22 października, przypadający w rocznicę uroczystej inauguracji pontyfikatu papieża-Polaka.Papież Franciszek dokonał kanonizacji papieża-Polaka w niedzielę Bożego Miłosierdzia, 27 kwietnia 2014 r., w Rzymie. Do chwały świętych Jan Paweł II został wyniesiony razem z jednym ze swoich poprzedników, Janem XXIII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    21 października

    Błogosławiony Jakub Strzemię, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Urszula, dziewica i męczennica
    Błogosławiony Jakub Strzemię
    Jakub Strepa herbu Strzemię urodził się w 1340 r. Pochodził z diecezji krakowskiej, ale rodzina jego osiedliła się we Włodzimierzu na Rusi. O jego rodzinie i młodości brak informacji; niektórzy hagiografowie uważają, że kształcił się w Rzymie, chociaż brak na to dowodów. Pewne jest tylko to, że wstąpił do zakonu franciszkanów i że był członkiem Stowarzyszenia Braci Pielgrzymujących dla Chrystusa we Lwowie. Stolica Apostolska wyposażyła tę instytucję misyjną, utworzoną w zakonie dominikanów i franciszkanów dla działań na Rusi i Mołdawii, w rozległe przywileje duszpasterskie.
    W latach 1385-1388 Jakub był gwardianem franciszkańskiego klasztoru Świętego Krzyża we Lwowie. Z ówczesnych akt wynika, że był nie tylko gorliwym przełożonym konwentu, ale troszczył się także o dobro Kościoła na Rusi. Pośredniczył w sporze, jaki zaistniał pomiędzy arcybiskupem Halicza, Bernardem, a magistratem miasta Lwowa. Doszło do tego, że zapalczywy hierarcha zamierzał obłożyć miasto karami kościelnymi i w ten sposób pozbawić go normalnej opieki duchowej. Jakub spór załagodził. Niemniej energicznie stawał w obronie zakonów żebrzących (głównie dominikanów i franciszkanów) przeciwko niektórym duchownym, którzy zakazywali na swoich obszarach kaznodziejom głosić Słowo Boże i sprawować posługę duchową, chociaż ci mieli na to zezwolenie Stolicy Apostolskiej. Dowodem wielkiego zaufania, jakim Jakub cieszył się w Rzymie, było mianowanie go inkwizytorem na całą Ruś.
    27 czerwca 1391 r. papież Bonifacy IX mianował Jakuba drugim (po Bernardzie) arcybiskupem Halicza. Sakrę biskupią Jakub przyjął w Tarnowie w 1392 r. Znał już wtedy bardzo dobrze swoją metropolię, którą jako misjonarz wiele razy przemierzył pieszo. Ponieważ była to metropolia nowa, powstała w roku 1367, nie było w niej jeszcze ani katedry, ani kapituły. Kościołów i kapłanów było bardzo mało; nawet granice diecezji nie były dokładnie ustalone. We wsiach mieszkała głównie ludność prawosławna (ruska). Nowemu arcybiskupowi przyszło organizować metropolię właściwie od podstaw.
    Za punkt wyjścia pracy obrał sobie wizytację swojej rozległej diecezji. Zamieszkał w drewnianym domku przy klasztorze lwowskim. Stamtąd udawał się do miast i osiedli. Wszędzie, gdzie byli panowie polscy, zachęcał ich do fundowania nowych kościołów, które czynił ośrodkami parafialnymi. Popierał gorliwie zakony franciszkanów i dominikanów w ich pracy misyjnej. Bardzo szybko zaczęła topnieć liczba prawosławnych, a powiększała się liczba katolików. Nie mając jeszcze kapituły, arcybiskup Jakub sam rządził diecezją ze swoim oficjałem i notariuszem, który prowadził jego kancelarię. W trudniejszych i ważniejszych sprawach radził się proboszczów i przełożonych klasztorów. W ostatnich latach swoich rządów dobrał sobie do pomocy biskupa Zbigniewa z Łapanowa jako swojego sufragana.
    W 1406 r. zorganizował we Lwowie pierwszy synod prowincjonalny dla rozstrzygnięcia pewnych spornych spraw. Tak bardzo zasłużył się dla katolickiej Rusi, że nazwano go “ojcem i stróżem ojczyzny, senatorem mądrym”. Jadwiga i Władysław Jagiełło darzyli go szczególnym zaufaniem. Jakub darzył ich wzajemną czcią i miłością. Należał do zaufanych doradców Jagiełły. Wielką miłością darzyli go też wierni. Na wiadomość, że zamierza przenieść stolicę metropolii do Lwowa, mieszkańcy miasta bardzo ofiarnie i szczodrze zabrali się do budowy katedry. Jej poświęcenia Jakub dokonał w 1404 r.
    Zmarł we Lwowie 20 października 1409 r. Zgodnie z testamentem został pochowany w chórze franciszkańskiego kościoła we Lwowie. Przez całe życie był tak ubogi, że w testamencie poza szatami liturgicznymi nie miał dosłownie nic do rozdania. Zostawił po sobie ponad 20 dokumentów. Mówią o nim także źródła postronne. W swej pobożności miał szczególną cześć dla Najświętszego Sakramentu. Zarządził, aby wieczna lampka paliła się przed tabernakulum, co nie było jeszcze wówczas w Kościele stałym zwyczajem. Dominikańskiemu kościołowi Bożego Ciała we Lwowie nadał odpusty, aby zachęcić lud do licznego udziału w adoracji i wystawieniu w monstrancji, jakie wtedy zaczęło wchodzić w zwyczaj.
    Zaraz po śmierci zaczęto oddawać mu cześć. Kronikarz napisał o nim taką pochwałę: “Był to mąż wielkiej cnoty, sławny pobożnością, i życia prostego, mogący być wzorem i przykładem dla innych”. W latach późniejszych jednak cześć jego zupełnie zanikła – tak dalece, że nie wiedziano nawet, gdzie znajduje się jego grób. Znaleziono go dopiero przypadkowo 29 listopada 1619 r. Pod wpływem wciąż rosnącego nabożeństwa i wielu łask, jakie działy się za jego przyczyną, w roku 1777 rozpoczęto kanoniczny proces. 11 września 1790 r. papież Pius VI zatwierdził jego kult i pozwolił obchodzić jego święto. Na prośbę metropolity papież św. Pius X ogłosił bł. Jakuba wraz z Matką Bożą Królową Polski współpatronem archidiecezji lwowskiej. Został on też obrany patronem polskiej prowincji franciszkańskiej. Relikwie bł. Jakuba, spoczywające w kaplicy Chrystusa Ukrzyżowanego w katedrze lwowskiej, po ostatniej wojnie przeniesiono do katedry tarnowskiej, a w 1966 r. przewieziono do Lubaczowa. 5 grudnia 2009 r., po blisko 65 latach, relikwie patrona archidiecezji lwowskiej, bł. Jakuba Strzemię, powróciły do katedry rzymskokatolickiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie. Uroczystościom przeniesienia i wprowadzenia relikwii do katedry przewodniczył metropolita lwowski, abp Mieczysław Mokrzycki.
    W ikonografii bł. Jakub przedstawiany jest w stroju biskupa. Jego atrybut to pieczęć herbowa z wizerunkiem Matki Bożej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 października

    Święty Kasper del Bufalo, prezbiter

    Święty Kasper del Bufalo
    Kasper urodził się 6 stycznia 1786 r. w Rzymie, ochrzczony został dzień później w rzymskim kościele San Martino ai Monti. 6 sierpnia 1787 r. przyjął w domu bierzmowanie z powodu groźby śmierci. W 1788 r. został uzdrowiony z choroby oczu za wstawiennictwem św. Franciszka Ksawerego.
    Ojciec Kaspra, Antoni, był kucharzem, matka – Anuncjata z domu Quartieroni – zajmowała się synem, bo był on chorowitym chłopcem. Od najmłodszych lat często przebywał w kościele, a zapał, z jakim poznawał prawdy wiary sprawił, że zyskał przydomek “małego apostoła Rzymu”. Chciał być misjonarzem. Gdy miał dziewiętnaście lat, został przełożonym nowej szkoły katechetycznej przy Santa Maria del Pianto. Często przemawiał w kościołach i na placach Rzymu, mówił jasnym i prostym językiem. Zajmował się też ewangelizacją prostych, biednych ludzi z wiosek. Ze szczególną miłością zajmował się obłożnie chorymi w hospicjach i szpitalach. W latach 1797-1808 studiował w Collegium Romanum w Rzymie od pierwszego kursu łaciny aż do ukończenia teologii.
    Dnia 31 lipca 1808 r. otrzymał święcenia kapłańskie w kościele Misjonarzy św. Wincentego a Paulo w Montecitorio i został mianowany kanonikiem przy bazylice San Marco. Zajmował się wiernymi w ubogich dzielnicach miasta. Gdy Napoleon zajął Rzym i deportował papieża, a od kapłanów zażądał złożenia przysięgi na wierność sobie, Kasper, kierując się wiernością Ojcu Świętemu, 13 czerwca 1810 r. odmówił złożenia przysięgi. Został za to zesłany do Piacenzy, a później do Bolonii. 13 września 1812 r. został uwięziony w San Giovanni in Monte, w Bolonii, za powtórne odmówienie złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi. 12 stycznia 1813 r. przewieziono go do więzienia w Imoli. Gdy 16 maja 1813 r. po raz trzeci odmówił złożenia przysięgi, został przewieziony do fortecy w Lugo, a 10 grudnia skazano go na wyjazd na Korsykę.
    W lutym 1814 r., po czterech latach wygnania i niewoli, Kasper wrócił do Rzymu. Liczył na to, że teraz za przykładem św. Franciszka Ksawerego, którego chciał naśladować, zostanie misjonarzem. Jednak wówczas powierzono mu, wraz z grupą księży i za zgodą papieża, głoszenie nauk rekolekcyjnych i misji ludowych na terenie Włoch. Chciał wstąpić do jezuitów, ale jego spowiednik i przewodnik duchowy poradził mu, by założył własny zakon. Ponieważ chciał przybliżyć wiernym tajemnicę Krwi Chrystusa, założył, wraz z trzema towarzyszami, Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Miało to miejsce w opactwie w San Felice w Giano, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 15 sierpnia 1815 r. Bardzo szybko papież Pius VII zaakceptował nazwę i to on ofiarował pierwszą siedzibę.
    W styczniu 1821 r. Kasper wstawił się u papieża w sprawie ocalenia miasta Sonnino, które miało być ukarane z powodu istniejącego tam rozboju. Dlatego Pius VII powierzył mu uzdrowienie moralne całej prowincji dotkniętej bandyckimi napadami. W czasie swojej posługi Kasper mocno naraził się karbonariuszom, których zwalczał. Oskarżano go nawet przed papieżem. Reakcję papieża Leona XII, który w rezultacie pomówień wycofał udzielone pełnomocnictwa i gotów był rozwiązać założoną przez Kaspra kongregację, zniósł z pokorą i w rezultacie niebawem mógł znowu podjąć przerwaną działalność. 15 sierpnia 1825 r. papież zorientował się, że oskarżenia skierowane przeciwko Kasprowi były fałszywe. W lutym następnego roku chciał go nominować na biskupa, internuncjusza w Brazylii, ale Kasper odmówił przyjęcia tej godności. Pozostał w Rzymie i pracował w Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, a w październiku 1826 r. wrócił do pracy w swoim zgromadzeniu. W 1834 r. pomógł św. Marii de Mattias założyć Zgromadzenie Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.
    W dwa lata później był już tak wyczerpany, że musiał zmniejszyć swoją aktywność. Jednak gdy w grudniu 1837 r. dowiedział się, że w Rzymie wybuchła epidemia cholery, pośpieszył do miasta, by nieść posługę kapłańską wśród umierających na ulicach. Wygłaszał dla nich ostatnie nauki rekolekcyjne. Gdy sam zachorował, 27 grudnia 1837 r. w Albano otrzymał sakrament namaszczenia chorych, a dzień później zmarł. Pochowano go w kościele San Paolo w Albano. Beatyfikował go w bazylice św. Piotra w Rzymie papież Pius X dnia 18 grudnia 1904 r., a kanonizował w pięćdziesiąt lat później papież Pius XII.Święty Kasper uznawany jest za jednego z patronów osób cierpiących na choroby nowotworowe.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 października

    Święty Jan Kanty, prezbiter

    Święty Jan Kanty
    Jan urodził się 24 czerwca 1390 r. w Kętach (ok. 30 km od Oświęcimia). Do naszych czasów przetrwało ok. 60 dokumentów z jego autografem, stąd wiemy, że podpisywał się najczęściej po łacinie jako Jan z Kęt (Johannes de Kanti, Johannes de Kanty, Johannes Kanti i Joannes Canthy). Po ukończeniu szkoły w Kętach, która musiała stać na wysokim poziomie, zapisał się w 1413 r. na Uniwersytet Jagielloński (miał wówczas już 23 lata). Studia przebiegały pomyślnie, o czym świadczą daty osiąganych stopni naukowych. Najpierw studiował nauki wyzwolone na wydziale artium, gdzie głównym wykładanym przedmiotem była filozofia Arystotelesa. Tu uzyskał w 1415 roku stopień bakałarza, a trzy lata później w styczniu 1418 roku został magistrem filozofii. Objął wówczas funkcję wykładowcy. Stanowisko to było wówczas bezpłatne. Dlatego na swoje utrzymanie Jan zarabiał prywatnymi lekcjami i pomocą duszpasterską jako kapłan (nie znamy dokładnej daty ani miejsca święceń kapłańskich, ale musiało to być między 1418 a 1421 rokiem).
    W 1421 r. na prośbę bożogrobców z Miechowa Akademia Krakowska wysłała Jana Kantego w charakterze kierownika do tamtejszej szkoły klasztornej. Spędził tam osiem lat (1421-1429). Zadaniem szkoły było przede wszystkim kształcenie kleryków zakonnych. Wolny czas Jan spędzał na przepisywaniu rękopisów, które były mu potrzebne do wykładów. Wśród zachowanych kopii są pisma Ojców Kościoła, św. Augustyna, św. Tomasza, a także Arystotelesa. W Miechowie Jan Kanty pełnił równocześnie obowiązki kaznodziei przy kościele klasztornym. Musiał również interesować się w pewnej mierze muzyką, gdyż odnaleziono drobne fragmenty zapisów pieśni dwugłosowych, skreślonych jego ręką.
    W roku 1429 zwolniło się miejsce w jednym z kolegiów Akademii Krakowskiej. Przyjaciele natychmiast zawiadomili o tym Jana i sprowadzili go do Krakowa. Kolegium dawało pewną stabilizację – zapewniało bowiem utrzymanie i mieszkanie. Profesorowie w kolegiach mieszkali razem i wiedli życie na wzór zakonny. W początkach Uniwersytetu tych kolegiów było niewiele i były bardzo małe. Dlatego niełatwo było w nich o miejsce.
    Gdy tylko Jan wrócił do Krakowa, objął wykłady na wydziale filozoficznym. Równocześnie jednak zaczął studiować teologię (miał wówczas już ok. 40 lat). Jednocześnie jako profesor wykładał traktaty, które przypadły mu – ówczesnym zwyczajem – przez losowanie. Z nielicznych zapisków wiemy, że komentował logikę, potem fizykę i ekonomię Arystotelesa. Na tym wydziale piastował także urząd dziekański w półroczach zimowych: 1432/1433, 1437/1438 oraz w półroczu letnim 1438. Od roku 1434 sprawował także urząd rektora Kolegium Większego.
    W roku 1439 zdobył tytuł bakałarza z teologii. Pod kierunkiem swojego mistrza studiował Pismo święte, potem cztery księgi Piotra Lombarda, wreszcie teologię ścisłą. Co pewien czas trzeba było zdawać egzaminy, brać udział w dysputach, mówić kazania i prowadzić ćwiczenia. Ponieważ Jan był równocześnie profesorem filozofii, dziekanem i rektorem Kolegium Większego, nie dziw, że jego studia teologiczne wydłużyły się aż do 13 lat. Dopiero w roku 1443 uzyskał tytuł magistra teologii, który był wówczas jednoznaczny z doktoratem.
    W roku 1439 został kanonikiem i kantorem kapituły św. Floriana w Krakowie oraz proboszczem w Olkuszu. Nie był jednak w stanie pogodzić obowiązków duszpasterskich i uniwersyteckich. Po kilku miesiącach zrzekł się probostwa w Olkuszu. Hagiografowie zgodnie podkreślają, że beż żalu zrezygnował ze sporych dochodów. Fakt, że został wybrany na kantora, świadczy, że musiał znać się na muzyce. Urząd ten nakładał bowiem obowiązek opieki nad muzyką i śpiewem liturgicznym.
    Po uzyskaniu stopnia magistra (mistrza) teologii w roku 1443 Jan Kanty poświęcił się do końca życia wykładom z tej dziedziny. Pośród tych rozlicznych zajęć Jan znajdował jeszcze czas na przepisywanie manuskryptów. Jego rękopisy liczą łącznie ponad 18 000 stron. Biblioteka Jagiellońska przechowuje je w 15 grubych tomach. Część z nich znajduje się w Bibliotece Watykańskiej. Własnoręcznie przepisał 26 kodeksów. Zapewne sprzedawał je nie tyle na swoje utrzymanie, gdyż miał je wystarczające, ile raczej na dzieła miłosierdzia i na pielgrzymki. Jest rzeczą pewną, że w roku 1450 udał się do Rzymu, aby uczestniczyć w roku świętym i uzyskać odpust jubileuszowy. Prawdopodobnie do Rzymu pielgrzymował więcej razy, aby w ten sposób okazać swoje przywiązanie do Kościoła i uzyskać odpusty. Dyskusyjna jest natomiast pielgrzymka do Ziemi Świętej, o której piszą niektórzy biografowie. Niewykluczone, że Jan Kanty pielgrzymował nie do grobu świętego, ale do jego kopii w miechowskim kościele bożogrobców.
    Był człowiekiem żywej wiary i głębokiej pobożności. Słynął z wielkiego miłosierdzia. Nie mogąc zaradzić nędzy, wyzbył się nawet własnego odzienia i obuwia. Wielokrotne dzielił się posiłkiem z biednymi. Legenda mówi, że zdarzało się, iż wiktuały dane potrzebującemu bliźniemu w cudowny sposób odnawiały się na talerzu Jana. Będąc rektorem Akademii, zapoczątkował tradycję odkładania ze stołu profesorów części pożywienia codziennie dla jednego biednego. Dbał także o ubogich studentów, których wspomagał z własnych, skromnych zasobów. Przez całe życie nie zaniechał działalności duszpasterskiej. Wiemy, że krzewił kult eucharystyczny i zachęcał do częstego przyjmowania Komunii świętej, a wiele czasu poświęcał pracy w konfesjonale.
    Pomimo bardzo pracowitego i pokutnego życia, jakie Jan prowadził, dożył 83 lat. Zmarł w Krakowie 24 grudnia 1473 r. Istniało tak powszechne przekonanie o jego świętości, że od razu pochowano go w kościele św. Anny pod amboną. W 1621 r. synod biskupów w Piotrkowie wniósł prośbę do Stolicy Apostolskiej o rozpoczęcie procesu kanonicznego. Prace przygotowawcze rozpoczęto w roku 1628. W roku 1625 napisano życiorys Jana. Dla kanonizacji przygotowano jeszcze jeden żywot, według schematu przysłanego kwestionariusza. Beatyfikacja nastąpiła 27 września 1680 r. Dokonał jej papież bł. Innocenty XI. Kanonizacji – łącznie ze św. Józefem Kalasantym – dokonał Klemens XIII 16 lipca 1767 r.
    Kult św. Jana Kantego jest do dnia dzisiejszego żywy. Jest on bowiem czczony przede wszystkim jako patron uczącej się i studiującej młodzieży. Poświęcił jej przecież prawie całe swoje życie, aż 55 lat profesury. Jest także patronem Polski, archidiecezji krakowskiej i Krakowa; profesorów, szkół katolickich i “Caritasu”.
    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest w todze profesorskiej. Często w ręku ma krzyż. Bywa ukazywany w otoczeniu studentów lub ubogich. Jego atrybutami są: scalony dzbanek, obuwie, które daje ubogiemu, pieniądze wręczane zbójcom, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 października

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan de Brebeuf, Izaak Jogues, prezbiterzy, oraz Towarzysze
      •  Święty Paweł od Krzyża, prezbiter
      •  Święty Piotr z Alkantary, prezbiter
    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 r. na Podlasiu we wsi Okopy, w parafii Suchowola, z rodziców Władysława i Marianny z domu Gniedziejko. W dwa dni po urodzeniu, 16 września, został ochrzczony w parafialnym kościele pod wezwaniem świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli i otrzymał imię swojego stryja, Alfonsa (zmienił je na Jerzy Aleksander dopiero w okresie nauki w seminarium, w 1971 r.). W tym samym kościele 17 czerwca 1956 r. przyjął bierzmowanie z rąk biskupa Władysława Suszyńskiego. Wybrał sobie wówczas imię patrona archidiecezji wileńskiej – Kazimierza.
    W latach 1954-1965 Alek Popiełuszko uczęszczał do Szkoły Podstawowej oraz Liceum Ogólnokształcącego w Suchowoli. W kościele parafialnym, odległym od domu o kilka kilometrów, od 11. roku życia był ministrantem i służył do Mszy św. codziennie przed lekcjami w szkole. Uzyskawszy świadectwo maturalne, zgłosił się 24 czerwca 1965 r. do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie, gdzie przez siedem lat przygotowywał się intelektualnie i duchowo do przyjęcia święceń kapłańskich. Podczas tych studiów musiał odbyć dwuletnią służbę wojskową w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach. Z tego okresu znany jest fakt mężnej postawy alumna Popiełuszki, który nie pozwolił odebrać sobie medalika i różańca, za co był szykanowany przez tamtejsze władze wojskowe. Celem tych szykan i obostrzeń w służbie było zniechęcanie żołnierzy-kleryków do kontynuowania drogi powołania kapłańskiego.
    Po powrocie do seminarium musiał poddać się operacji tarczycy, leczył się też z powodu choroby serca. W pewnym momencie był w tak ciężkim stanie, że koledzy kursowi całą noc modlili się w jego intencji (18 kwietnia 1970 r.). Przeżycia w wojsku, choroba i pobyt w szpitalu bardzo zbliżyły go do kolegów oraz w szczególny sposób uwrażliwiły na potrzeby, cierpienia i krzywdy bliźnich. Stał się opiekuńczy i zatroskany, zwłaszcza o chorych.
    W dniu 12 grudnia 1971 r. otrzymał święcenia subdiakonatu, a 12 marca 1972 r. – diakonatu. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego dnia 28 maja 1972 r. w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Jako neoprezbiter został skierowany do pracy duszpasterskiej i katechetycznej najpierw w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach koło Warszawy, gdzie pracował trzy lata (1972-1975), a następnie do parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie-Aninie. Po kolejnych trzech latach, 20 maja 1978 r., został przeniesiony na wikariat do parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie na Żoliborzu, skąd 25 maja 1979 r. władza archidiecezjalna skierowała go do pracy duszpasterskiej przy kościele akademickim św. Anny w Warszawie. Prowadził tam konwersatoria dla studentów medycyny, organizował rekolekcje i obozy o charakterze rekolekcyjnym oraz kierował duszpasterstwem pielęgniarek w kaplicy Res Sacra Miser. Był członkiem Krajowej Konsulty Duszpasterstwa Służby Zdrowia, a na terenie archidiecezji warszawskiej – diecezjalnym duszpasterzem środowisk medycznych. Dnia 6 października 1981 r. podjął się także opieki duszpasterskiej nad chorymi w Domu Zasłużonego Pracownika Służby Zdrowia w Warszawie przy ul. Elekcyjnej 37, urządzając tam własnym sumptem kaplicę i stając się na mocy nominacji kurialnej kapelanem.
    Ostatnim miejscem zamieszkania i pracy ks. Jerzego Popiełuszki od 20 maja 1980 r. była parafia św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu, gdzie jako rezydent pomagał w pracy parafialnej i zajmował się duszpasterstwem specjalistycznym. Między innymi kierował zebraniami formacyjnymi grupy studentów Akademii Medycznej, był duszpasterzem średniego personelu medycznego (pielęgniarek) oraz co miesiąc urządzał dla lekarzy spotkania modlitewne.
    Na podkreślenie zasługuje udział ks. Jerzego Popiełuszki w przygotowaniu dwóch wizyt papieskich w Ojczyźnie (w 1979 i 1983 r.). W obydwu przypadkach, wbrew sprzeciwom władz komunistycznych i Służby Bezpieczeństwa, był faktycznym przewodniczącym Sekcji Sanitarnej Komitetu Przyjęcia Jana Pawła II w Warszawie i ze swoją kilkusetosobową grupą medyczną roztaczał z ramienia Kościoła opiekę zdrowotną nad uczestnikami pielgrzymek.
    Oddzielną kartę życia ks. Jerzego, która doprowadziła go do palmy męczeństwa, było jego bezkompromisowe zaangażowanie się w duszpasterstwo świata pracy, zarówno w okresie tworzenia się “Solidarności”, jak i później, gdy trwał stan wojenny w Polsce oraz po jego zniesieniu. Pomimo szykan ze strony czynników państwowych i esbeckich oraz pomówień i oszczerstw w środkach masowego przekazu, był rzecznikiem i obrońcą godności człowieka, praw ludzkich do wolności, sprawiedliwości, miłości i prawdy, a także heroldem Pawłowego i papieskiego nauczania, że zło należy zwyciężać dobrem. Prawdy te głosił wraz ze swym proboszczem – ks. prałatem Teofilem Boguckim – przede wszystkim podczas nabożeństw za Ojczyznę, urządzanych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu od czasu ogłoszenia stanu wojennego we wszystkie ostatnie niedziele miesiąca. Pierwsza taka Msza św. została odprawiona 28 lutego 1982 r.
    Serdeczne więzy ks. Popiełuszki ze światem pracy, zwłaszcza z pracownikami Huty Warszawa, zadzierzgnięte zostały w sposób niemal przypadkowy, ale opatrznościowy i nieodwracalny. Gdy w sierpniu 1980 r. doszło do strajku w Hucie Warszawa, pięciu przedstawicieli tej Huty przybyło do rezydencji arcybiskupów warszawskich, prosząc kardynała Stefana Wyszyńskiego, ażeby przyjechał do nich lub wyznaczył im jakiegoś kapłana do odprawienia Mszy świętej. Twierdzili, że prawie wszyscy strajkujący wewnątrz Huty są katolikami i pragną uczestniczyć w niedzielnej liturgii mszalnej, ale ze względu na sytuację – nie mogą opuścić miejsca pracy. Była to pierwsza niedziela, około godziny ósmej, kiedy strajkowały już Gdańsk, Szczecin i śląskie kopalnie. Prymas Polski, nie mogąc ze względu na inne zaplanowane zajęcia osobiście odprawić tej Mszy świętej, zlecił swojemu kapelanowi – ks. prałatowi Bronisławowi Piaseckiemu: “Poszukaj księdza”. Ks. kapelan udał się niezwłocznie na pobliski Żoliborz, do kościoła św. Stanisława Kostki, i propozycję pójścia do Huty przedstawił pierwszemu napotkanemu kapłanowi – ks. Jerzemu Popiełuszce. Ks. Jerzy chętnie przyjął propozycję i, po porozumieniu się z proboszczem, wyruszył do Huty. Był to początek kolejnej formy jego duszpasterstwa – duszpasterstwa, które zakończyło się jego męczeńską śmiercią.
    Kiedy w 1981 roku strajkowały uczelnie wyższe, ks. Jerzy Popiełuszko roztoczył opiekę duszpasterską nad studentami warszawskiej Akademii Medycznej i jednocześnie nad słuchaczami Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej, gdzie protest miał dramatyczny przebieg. Kiedy 2 grudnia 1981 r. władze dokonały pacyfikacji WOSP w Warszawie przy użyciu helikopterów i sprzętu bojowego (co stanowiło swoiste preludium do wprowadzenia za kilka dni stanu wojennego), ksiądz Jerzy był w gmachu uczelni.
    Władze komunistyczne nasiliły szykanowanie kapłana. Był wielokrotnie przesłuchiwany w prokuraturze, zatrzymywany i aresztowany. Przedstawiono mu nawet akt oskarżenia, w którym zarzucano mu, że działał na szkodę interesów PRL, ponieważ nadużywając funkcji kapłana czynił z kościołów miejsce propagandy antypaństwowej (sąd umorzył postępowanie w sierpniu 1984 r.). Prasa reżimowa nasiliła ataki drukując liczne oszczercze artykuły, mające skompromitować kapelana Solidarności (opisywano rzekome nadużycia finansowe i skandale obyczajowe).
    Ksiądz Jerzy nie zaprzestał swojej działalności. Oprócz Mszy św. za Ojczyznę, zainicjował w 1982 r. pielgrzymkę robotników Huty Warszawa na Jasna Górę, która przerodziła się wkrótce w Ogólnopolską Pielgrzymkę Ludzi Pracy. W końcu władze zdecydowały się na ostrzejsze działania. 13 października 1984 r. milicja usiłowała doprowadzić do wypadku drogowego, w którym ks. Jerzy miał zginąć; akcja ta nie powiodła się. Kolejną próbę podjęto kilka dni później.

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Kiedy późnym wieczorem dnia 19 października 1984 r. ks. Jerzy wracał samochodem z posługi duszpasterskiej w Bydgoszczy, został zatrzymany przez trzech funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Wydział do walki z Kościołem) i uprowadzony. Stało się to na szosie w Górsku niedaleko Torunia. Niemal cudem ocalał kierowca – pan Waldemar Chrostowski, jedyny świadek bandyckiego porwania, który, chociaż skuty kajdankami, wyskoczył z pędzącego samochodu i niezwłocznie powiadomił władze kościelne i społeczeństwo o dokonanym przez przedstawicieli władz komunistycznych bezprawiu. Nastało wtedy dziesięć dni modlitewnego oczekiwania na powrót kapłana w wielu świątyniach kraju, zwłaszcza w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Niestety, w dniu 30 października 1984 r. ze sztucznego zbiornika wodnego przy tamie na Wiśle koło Włocławka milicja wyłowiła ciało ks. Jerzego Popiełuszki. Sekcja zmasakrowanego ciała została przeprowadzona w Białymstoku, ale pogrzeb, zgodnie z wolą katolickiego społeczeństwa, odbył się w Warszawie 3 listopada 1984 r. Ks. Jerzy Popiełuszko został pochowany w grobie przy kościele św. Stanisława Kostki. Obrzędom pogrzebowym przewodniczył i okolicznościowe kazanie wygłosił kardynał Józef Glemp, Prymas Polski. W pogrzebie uczestniczyło wielu biskupów, kilkuset kapłanów oraz prawie milion wiernych, w tym setki pocztów sztandarowych spod znaku “Solidarności” z całego kraju.
    Przekonanie duchowieństwa i wiernych o męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki za wiarę spowodowało, że kardynał Józef Glemp, arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski oraz Prymas Polski, wystarał się o potrzebne zezwolenie Stolicy Apostolskiej i powołał archidiecezjalny trybunał, który zajął się procesem beatyfikacyjnym ks. Jerzego. Proces ten na szczeblu diecezjalnym trwał od 8 lutego 1997 r. do 8 lutego 2001 r. Następnie akta procesu zostały przewiezione do Stolicy Apostolskiej i poddane dalszym badaniom w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 6 czerwca 2010 r. w Warszawie odbyła się beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki. Jego liturgiczne wspomnienie wyznaczono na 19 października – w dniu jego narodzin dla nieba.

    opracowano na podstawie tekstu ks. Grzegorza Kalwarczyka

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 października

    Święty Łukasz, Ewangelista

    Święty Łukasz
    Euzebiusz z Cezarei i Tertulian piszą, że rodzinnym miastem św. Łukasza była Antiochia Syryjska. W tym cała tradycja jest zgodna. Był poganinem, a nie Żydem. Zdaje się to potwierdzać pośrednio św. Paweł Apostoł, kiedy w Liście do Kolosan wymienia najpierw swoich przyjaciół i pomocników z narodu żydowskiego, a potem z pogaństwa. Łukasza umieszcza w grupie drugiej (Kol 4, 10-14). Naukę Chrystusa Łukasz przyjął przed przystąpieniem do św. Pawła. Nie należał do 72 uczniów Pana Jezusa, jak o tym pisze św. Epifaniusz, ani też nie należy go utożsamiać z uczniem, który z Jezusem zetknął się w dzień Jego zmartwychwstania w drodze do Emaus, jak to twierdzą św. Grzegorz Wielki i Teofilakt.
    Z zawodu Łukasz był lekarzem, jak o tym pisze wprost św. Paweł Apostoł (Kol 4, 14). Należał do ludzi wykształconych i doskonale obeznanych z ówczesną literaturą. Świadczy o tym jego piękny język grecki, kronikarska dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. Jego znajomość judaizmu jest powierzchowna, a łacińskie imię wskazuje na jego pochodzenie. Około 40 r. po narodzeniu Chrystusa i ok. 7 lat po Jego śmierci zapewne w samej Antiochii stał się wyznawcą Chrystusa.
    Około 50 r. po raz pierwszy spotyka na swojej drodze św. Pawła, przyłącza się do niego jako uczeń, towarzysz podróży i lekarz. Nie wiemy, dlaczego dopiero w Troadzie św. Paweł zabrał go ze sobą w długą podróż apostolską (Dz 16, 10-17). W Filippach św. Paweł go zostawia, znowu nie wiemy z jakiej przyczyny. Dopiero w trakcie trzeciej podróży, która rozpoczęła się w 58 r., Łukasz przyłącza się ponownie do Apostoła, aby go już więcej nie opuścić. Towarzyszy mu do Jerozolimy, potem zaś do Rzymu. Swą wierność Łukasz posunął tak dalece, że jako jedyny pozostał przy św. Pawle w więzieniu w Rzymie (2 Tm 4, 11). W czasie aresztowania i dwóch lat więzienia św. Pawła w Cezarei Palestyńskiej Łukasz miał dosyć czasu, aby zapytać naocznych świadków o szczegóły, które przekazał w swojej Ewangelii.
    Nie wiemy, co działo się z Łukaszem po męczeńskiej śmierci św. Pawła (+ 67). Ojcowie Kościoła i liczne legendy wymieniają wiele różnych miejsc (Achaję, Galię, Macedonię itp.), w których miał nauczać. Wydaje się to mało wiarygodne. Bardziej prawdopodobna wydaje się wzmianka, w której autor pewnego prologu do Ewangelii (pochodzącego z II w.) twierdzi stanowczo, że Łukasz zmarł w Beocji przeżywszy 84 lata. Tak dawna wzmianka, sięgająca czasów niemal apostolskich, zasługuje na wiarę. Autor nie wspomina jednak o śmierci męczeńskiej, pisze tylko, że Łukasz zmarł “pełen Ducha Świętego”. Dlatego późniejsze świadectwa o jego męczeńskiej śmierci są raczej legendą.

    Święty Łukasz
    Łukasz zostawił po sobie dwie bezcenne pamiątki, które zaskarbiły mu wdzięczność całego chrześcijaństwa. Są nimi Ewangelia i Dzieje Apostolskie. Chociaż sam prawdopodobnie nie znał Jezusa, to jednak badał świadków i od nich jako z pierwszego źródła czerpał wszystkie wiadomości. Formę i układ swej Ewangelii upodobnił do tekstu poprzedników, czyli do Mateusza i Marka. Ubogacił ją jednak w wiele cennych szczegółów, które tamci pominęli w swoich relacjach. Jako jedyny przekazał scenę zwiastowania i narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni – jest więc autorem tzw. Ewangelii Dzieciństwa Jezusa. Zawdzięczamy mu niejeden szczegół z życia Matki Bożej. On także przekazał pierwsze wystąpienie Jezusa w Nazarecie i próbę zamachu na Jego życie, wskrzeszenie młodzieńca z Nain, opowiadanie o jawnogrzesznicy w domu Szymona faryzeusza, o posługiwaniu pobożnych niewiast, zapisał okrzyk niewiasty: “Błogosławione łono, które Cię nosiło”, gniew Apostołów na miasto w Samarii, rozesłanie 72 uczniów oraz przypowieści: o miłosiernym Samarytaninie, o nieurodzajnym drzewie, o zaproszonych na gody weselne, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym, o przewrotnym włodarzu, o bogaczu i Łazarzu. Przekazał nam scenę uzdrowienia dziesięciu trędowatych i nawrócenie Zacheusza.
    Bardzo cennym dokumentem są także Dzieje Apostolskie. Jest to bowiem jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po wniebowstąpieniu Jezusa. Ponieważ w wielu wypadkach Łukasz sam był uczestnikiem opisywanych wydarzeń, związanych z podróżami apostolskimi św. Pawła, dlatego przekazał ich przebieg z niezwykłą sumiennością.
    Dante określił Łukasza “historykiem łagodności Chrystusowej”. Nie wiemy, gdzie znajduje się grób św. Łukasza. Przyznają się do posiadania jego relikwii Efez, Beocja, Wenecja i Padwa. Przez długie wieki pokazywano i czczono relikwie św. Łukasza w Konstantynopolu. Tam miały być przeniesione za cesarza Justyniana (ok. 527). Potem relikwie przewieziono do Wenecji, a stąd w czasie najazdu Węgrów miały być umieszczone dla bezpieczeństwa w Padwie (899). Do dnia dzisiejszego pokazują je tam w kaplicy bazyliki św. Justyny.
    Św. Łukasz jest patronem Hiszpanii i miasta Achai; introligatorów, lekarzy, malarzy i rzeźbiarzy, notariuszy, rzeźników, złotników. Według legendy malował portrety Jezusa, apostołów, a zwłaszcza Maryi, Matki Bożej. Jeden z nich, jak opisuje Teodor Lektor z VI wieku, cesarzowa Eudoksja, żona Teodozego II Wielkiego, zabrała z Jerozolimy i przesłała św. Pulcherii, siostrze cesarza. Według innej opowieści kopią jednego z obrazów św. Łukasza jest ikona jasnogórska.
    W ikonografii św. Łukasz prezentowany jest jako młodzieniec o ciemnych, krótkich, kędzierzawych włosach, w tunice. Sztuka zachodnia ukazuje go z tonsurą lub łysiną, czasami bez zarostu. Bywa przedstawiany, gdy maluje obraz. Jego atrybutami są: księga, paleta malarska, przyrządy medyczne, skalpel, wizerunek lub figura Matki Bożej, wół, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 października

    Święty Ignacy Antiocheński, biskup i męczennik

    Święty Ignacy Antiocheński
    Legenda głosi, że Ignacy był tym szczęśliwym dzieckiem, które kiedyś Chrystus postawił przed uczniami swoimi i rzekł: “Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży, jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18, 1-5).
    Nie wiemy nic o latach dziecięcych i młodzieńczych Ignacego. Spotykamy go dopiero jako trzeciego z kolei biskupa Antiochii (po św. Piotrze Apostole i św. Ewodiuszu). W czasie prześladowania za cesarza Trajana Ignacy został uwięziony i skazany na śmierć. Wysłano go pod eskortą żołnierzy do Rzymu, aby tam rzucić na pożarcie dzikim zwierzętom w czasie organizowanych właśnie igrzysk.
    W czasie tej podróży Ignacy zatrzymał się w Smyrnie, gdzie czekał na okręt. Korzystając z chwilowej przerwy, napisał 4 listy do gmin chrześcijańskich: w Efezie, Magnezji, w Trallach i w Rzymie. Wyszedł mu naprzeciw św. Polikarp z liczną delegacją, by uczcić w ten sposób bohatera. Polikarp dostarczył Ignacemu materiału do pisania i zobowiązał się odesłać jego listy do adresatów. Ignacy ukazał w tych listach Chrystusa jako prawdziwego Boga i człowieka, łączącego w sobie naturę Boską i ludzką; określił Kościół jako katolicki na oznaczenie całego ludu Bożego złączonego z Chrystusem w jeden organizm. Hierarchię Kościoła stanowią biskupi, prezbiterzy i diakoni. Biskupi reprezentują autorytet Boga Ojca, prezbiterzy stanowią grono apostolskie, a diakoni pełnią zadanie Chrystusa sługi. Według św. Ignacego, ten, kto ma wiarę, nadzieję i miłość, jest zjednoczony z Chrystusem Panem. Wiele szacunku okazał też biskup Antiochii Kościołowi, który jest w stolicy cesarstwa rzymskiego.
    W swoich listach Ignacy wyraził żarliwość wiary oraz głęboki pokój serca wobec czekającego go męczeństwa. Listy te są ważnym dokumentem wiary pierwotnego Kościoła. W Godzinie Czytań we wspomnienie św. Ignacego czytamy jego znamienne słowa napisane do Rzymian, których prosił, aby nie starali się o uwolnienie go od męczeńskiej śmierci, której bardzo pragnął: “Pozwólcie mi się stać pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga. Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. Proście za mną Chrystusa, abym za sprawą owych zwierząt stał się żertwą ofiarną dla Boga”.
    W Troadzie Ignacy musiał ponownie przesiąść się na inny okręt. Skorzystał z okazji, by napisać listy do Filadelfii, Smyrny i do św. Polikarpa. Z Troady dotarł do Neapolu, miasta w Macedonii (dzisiaj nosi ono nazwę Cavalla), a następnie musiał podążać pieszo pod eskortą do Filippi, Salonik i Dyrrachium. Tam dopiero wszyscy wsiedli na statek i dopłynęli do portu włoskiego, Brindisi. Stąd znowu pieszo szli drogą lądową aż do Rzymu. Dla osiemdziesięcioletniego starca cała ta podróż była prawdziwą katorgą.
    Św. Ignacy, “Teoforos” (tzn. “niosący Boga”) – jak przedstawia się w pismach – zginął śmiercią męczeńską na arenie w Rzymie, prawdopodobnie w Koloseum. Dzieje jego bohaterskiej śmierci opisali między innymi: św. Ireneusz, Orygenes, Euzebiusz z Cezarei, św. Polikarp, św. Jan Chryzostom i św. Hieronim. Przyjmuje się, że jego śmierć miała miejsce ok. roku 107. Chrześcijanie zebrali ze czcią pozostałe na arenie kości Męczennika, a potem przewieźli je do Antiochii. Wiemy o tym z mowy św. Jana Chryzostoma, poświęconej Ignacemu. Cesarz Teodozjusz II (+ 450) nakazał umieścić relikwie św. Ignacego w świątyni Fortuny, zamienionej na chrześcijańską. Trzecie przeniesienie relikwii odbyło się w roku 540, kiedy Chozroes, król perski, najechał na Palestynę i Syrię. Wreszcie relikwie powróciły do Rzymu, kiedy w VII w. Saraceni zajęli Syrię. Imię św. Ignacego wymieniane jest w Kanonie Rzymskim.
    W ikonografii św. Ignacy ukazywany jest w szatach biskupich rytu wschodniego lub jako młody biskup z raną na piersi. Jego atrybutami są lew u stóp, symbol IHS na piersi Świętego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelni

    ***

    16 października

    Święta Jadwiga Śląska

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard Majella, zakonnik
      •  Święty Gaweł (Gall), opat
    Święta Jadwiga Śląska
    Jadwiga urodziła się między 1174 a 1180 rokiem na zamku nad jeziorem Amer w Bawarii jako córka hrabiego Bertolda VI i Agnieszki Wettyńskiej, hrabiów Andechs, którzy tytułowali się również książętami Meranu (w północnej Dalmacji) i margrabiami Istrii. Miała czterech braci i trzy siostry. Jedną wydano za Filipa, króla Francji, drugą za Andrzeja, króla Węgier (była matką św. Elżbiety), trzecia wstąpiła do klasztoru. Jadwiga otrzymała staranne wychowanie najpierw na rodzinnym zamku, potem zaś w klasztorze benedyktynek w Kitzingen nad Menem (diecezja Würzburg), znanym wówczas ośrodku kulturalnym. Do programu ówczesnych szkół klasztornych należała nauka łaciny, Pisma Świętego, dzieł Ojców Kościoła i żywotów świętych, a także haftu i malowania, muzyki i pielęgnowania chorych.
    W roku 1190 Jadwiga została wysłana do Wrocławia na dwór księcia Bolesława Wysokiego, gdyż została upatrzona na żonę dla jego syna, Henryka. Miała wtedy prawdopodobnie zaledwie 12 lat. Data ślubu nie jest bliżej znana. Możliwym do przyjęcia jest czas pomiędzy rokiem 1186 a 1190. Jako miejsce ślubu przyjmuje się zamek Andechs, chociaż nie jest też wykluczone, że było to we Wrocławiu lub Legnicy. Henryk Brodaty 8 listopada 1202 r. został panem całego księstwa. Rychło też udało mu się do dzielnicy śląskiej dołączyć dzielnicę senioratu, czyli krakowską, a także znaczną część Wielkopolski. Dlatego figuruje on w spisie władców Polski.
    Henryk i Jadwiga stanowili wzorowe małżeństwo. Mieli siedmioro dzieci: Bolesława (ur. ok. 1194), Konrada (1195), Henryka (1197), Agnieszkę (ok. 1196), Gertrudę (ok. 1200), Zofię (przed 1208) i najmłodsze, nieznane z imienia dziecko, ochrzczone w okresie Bożego Narodzenia na zamku w Głogowie w 1208 roku, które prawdopodobnie wkrótce zmarło (według niektórych źródeł był to syn Władysław). Krótko żyło kilkoro dzieci Jadwigi: Bolesław zmarł pomiędzy 1206 a 1208 r., zaś Konrad w 1213 roku. Podobnie dwie córki: Agnieszka i Zofia zostały pochowane przed 1214 rokiem. Tak więc w okres pełnej dojrzałości weszli tylko Henryk i Gertruda.
    Ostatnich 28 lat pożycia małżeńskiego małżonkowie przeżyli wstrzemięźliwie, związani ślubem czystości zawartym uroczyście w 1209 roku przed biskupem wrocławskim Wawrzyńcem. Jadwiga miała w chwili składania tego ślubu około 33 lat, a Henryk Brodaty ok. 43 (na pamiątkę tego wydarzenia Henryk zaczął nosić tonsurę mniszą i zapuścił brodę, której nie zgolił aż do śmierci).
    Na dworze wrocławskim powszechne były zwyczaje i język polski. Jadwiga umiała się do nich dostosować, nauczyła się języka i posługiwała się nim. Jej dwór słynął z karności i dobrych obyczajów, gdyż księżna dbała o dobór osób. Macierzyńską troską otaczała służbę dworu. Wyposażyła wiele kościołów w szaty liturgiczne haftowane ręką jej i jej dwórek. Do dworu księżnej należała również niewielka grupa mężczyzn duchownych i świeckich. Księżna bardzo troszczyła się o to, aby urzędnicy w jej dobrach nie uciskali poddanych kmieci. Obniżyła im czynsze, przewodniczyła sądom, darowała grzywny karne, a w razie klęsk nakazywała mimo protestów zarządców rozdawać ziarno, mięso, sól itp. Zorganizowała także szpitalik dworski, gdzie codziennie znajdowało utrzymanie 13 chorych i kalek (liczba ta miała symbolizować Pana Jezusa w otoczeniu 12 Apostołów). W czasie objazdów księstwa osobiście odwiedzała chorych i wspierała hojnie ubogich.
    Jadwiga popierała także szkołę katedralną we Wrocławiu i wspierała ubogich zdolnych chłopców, którzy chcieli się uczyć. Starała się także łagodzić dolę więźniów, posyłając im żywność, świece i odzież. Bywało, że zamieniała karę śmierci czy długiego więzienia na prace przy budowie kościołów lub klasztorów. Jej mąż chętnie na to przystawał. Była jednak tak delikatna wobec Henryka, że zawsze to jemu zostawiała ostateczną decyzję. Dlatego to jego podpis figuruje przy licznych dekretach fundacji.

    Święta Jadwiga Śląska
    W swoim życiu Jadwiga dość mocno doświadczyła tajemnicy Krzyża. Przeżyła śmierć męża i prawie wszystkich dzieci. Jej ukochany syn, Henryk Pobożny, zginął jako wódz wojska chrześcijańskiego w walce z Tatarami pod Legnicą w 1241 r. Narzeczony jej córki Gertrudy, Otto von Wittelsbach, stał się mordercą króla niemieckiego Filipa, w następstwie czego zamek rodzinny Andechs zrównano z ziemią, a Ottona utopiono w Dunaju. Po tych strasznych wydarzeniach Gertruda nie chciała wychodzić za mąż za kogo innego. Po osiągnięciu odpowiedniego wieku wstąpiła w 1212 roku do klasztoru trzebnickiego, ufundowanego dziesięć lat wcześniej przez jej rodziców.
    Siostra Jadwigi, również Gertruda, królowa węgierska, została skrytobójczo zamordowana; druga siostra, królowa francuska, Agnieszka, ściągnęła na rodzinę hańbę małżeństwem, którego nie uznał papież (ponieważ poprzedni związek Filipa II Augusta nie został unieważniony), była zatem matką nieślubnych dzieci. Mąż Jadwigi, książę Henryk, w 1229 r. dostał się do niewoli Konrada Mazowieckiego; Jadwiga pieszo i boso poszła z Wrocławia do Czerska i rzuciła się do nóg Konradowi – dopiero wówczas wyżebrała uwolnienie męża, pod warunkiem jednak, że ten zrezygnuje z pretensji do Krakowa. W końcu jeszcze spadł na Henryka grom klątwy za przywłaszczenie sobie dóbr kościelnych i książę umarł obłożony klątwą. Jadwiga jednak bez szemrania znosiła te wszystkie dopusty Boże.
    Po śmierci męża, Henryka (19 marca 1238 r.), Jadwiga zdała rządy żonie Henryka Pobożnego, Annie, i zamknęła się w klasztorze sióstr cysterek w Trzebnicy, który sama wcześniej ufundowała. Kiedy dowiedziała się o niezwykle surowym życiu swojej siostrzenicy, św. Elżbiety z Turyngii (+ 1231), postanowiła ją naśladować. Do cierpień osobistych zaczęła dodawać pokuty, posty, biczowania, włosiennicę i czuwania nocne. Przez 40 lat życia spożywała pokarm tylko dwa razy dziennie, bez mięsa i nabiału. W 1238 r. na ręce swojej córki Gertrudy, ksieni w Trzebnicy, złożyła śluby zakonne i stała się jej posłuszna. Zasłynęła z pobożności i czynów miłosierdzia.
    Wyczerpana surowym życiem mniszki, zmarła 14 października 1243 r., mając ponad 60 lat. Zaraz po jej śmierci do jej grobu w Trzebnicy zaczęły napływać liczne pielgrzymki: ze Śląska, Wielkopolski, Łużyc i Miśni. Gertruda z całą gorliwością popierała kult swojej matki. Ostatni etap procesu kanonicznego św. Stanisława biskupa dostarczył cysterkom w Trzebnicy zachęty do starania się o wyniesienie także na ołtarze Jadwigi. Zaczęto spisywać łaski, a grób otoczono wielką troską. Już w 1251 r. zaczęto obchodzić w klasztorze co roku pamiątkę śmierci Jadwigi. Kiedy w roku 1260 odwiedził Trzebnicę legat papieski Anzelm, siostry wniosły prośbę o kanonizację. Tę inicjatywę poparł polski Episkopat i Piastowicze. Z polecenia papieża w latach 1262-1264 przeprowadzono badania kanoniczne w Trzebnicy i we Wrocławiu. Ich akta przesłano do Rzymu. O kanonizację Jadwigi zabiegał także papież Urban IV, który jako legat papieski w latach 1248-1249 aż trzy razy odwiedził Wrocław i znał dobrze Jadwigę. Jednak jego śmierć przeszkodziła kanonizacji. Dokonał jej dopiero jego następca, Klemens IV, w kościele dominikanów w Viterbo 26 marca 1267 r. Na prośbę Jana III Sobieskiego papież bł. Innocenty XI rozciągnął kult św. Jadwigi na cały Kościół (1680).
    Ku czci św. Jadwigi powstała na Śląsku (w 1848 r. we Wrocławiu) rodzina zakonna – siostry jadwiżanki. Św. Jadwiga Śląska czczona jest jako patronka Polski, Śląska, archidiecezji wrocławskiej i diecezji w Görlitz; miast: Andechs, Berlina, Krakowa, Trzebnicy i Wrocławia; Europy; uchodźców oraz pojednania i pokoju.
    W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest jako młoda mężatka w długiej sukni lub w książęcym płaszczu z diademem na głowie, czasami w habicie cysterskim. Jej atrybutami są: but w ręce, krzyż, księga, figurka Matki Bożej, makieta kościoła w dłoniach, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 października

    Błogosławiony Józef Jankowski SAC
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Józef Jankowski
    Józef urodził się 17 listopada 1910 r. w pomorskiej wsi Czyczkowy koło Brus. Był drugim synem z ośmiorga dzieci rolników Roberta i Michaliny. Już jako dziecko lubił się modlić, jego wiara szybko się pogłębiała. Odznaczał się też wrażliwością na potrzeby innych ludzi. Bardzo wcześnie rozpoznał w sobie powołanie kapłańskie.
    W latach 1924-1925 rozpoczął naukę w założonym zaledwie trzy lata wcześniej gimnazjum pallotyńskim w Sucharach koło Bydgoszczy. Później kontynuował ją w założonym w 1909 r. pallotyńskim “Collegium Marianum” w Wadowicach, na Kopcu. Działał w kółku misyjnym i gimnazjalnej orkiestrze, a w lecie wakacje spędzał w domu, gdzie chętnie wracał, by pomagać rodzicom w pracach polowych.
    W 1929 r. rozpoczął nowicjat w Ołtarzewie u pallotynów. Aby ukończyć gimnazjum, wrócił do Wadowic i tam w 1931 r. złożył pierwszą profesję. Następnie w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie ukończył studia filozoficzno-teologiczne. W 1934 r. otrzymał tonsurę i święcenia niższe z rąk ks. kard. Augusta Hlonda, ówczesnego Prymasa Polski. Rok później został subdiakonem i diakonem. Na kapłana wyświęcił go w Sucharach biskup gnieźnieński Antoni Laubitza w dniu 2 sierpnia 1936 r.
    W swojej pracy ks. Józef zawsze kierował się postanowieniem: “Chcę dążyć do wielkiej świętości i kochać Boga nade wszystko, ale równocześnie chcę być zapomnianym”. Dlatego powierzone funkcje pełnił ofiarnie, zapominając o sobie. Był prefektem szkół w Ołtarzewie i okolicy oraz opiekunem Krucjaty Eucharystycznej i postulantów.
    Na jego życie wewnętrzne głęboki wpływ wywarła lektura Dziejów duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Z dużą gorliwością zachęcał dzieci i młodzież do wchodzenia na drogę dziecięctwa duchowego, proponowanego przez Teresę. Stał się też cenionym spowiednikiem. Pamiętając o swojej licznej i niezamożnej rodzinie, starał się być dla niej przewodnikiem duchowym.
    Od 1939 r., po wybuchu II wojny światowej, był sekretarzem Komitetu Pomocy Dzieciom – organizacji, która była bardzo potrzebna, bo ojcowie rodzin byli często na froncie. Pracował także jako duszpasterz żołnierzy i ludności cywilnej. Podczas kampanii wrześniowej, walki w ramach tzw. bitwy nad Bzurą toczyły się w okolicach Ołtarzewa. Ks. Józef poszedł spowiadać rannych, a umierających przygotować na śmierć.
    Gdy rozpoczęła się okupacja niemiecka, klerycy zostali ewakuowani na wschód. Józef pozostał z kilkoma braćmi w Ołtarzewie, pomagając okolicznej ludności i ukrywającym się żołnierzom kampanii wrześniowej. Został ekonomem domu seminaryjnego, w którym przebywało wtedy około stu osób. Gdy na jakiś czas Niemcy zamienili ten dom w szpital wojenny, Józef odpowiadał za jego zaopatrzenie.
    Z chęcią podejmował się coraz to większej ilości obowiązków, bo jak napisał, “nie godność, nie władza daje szczęście, ale zbliżenie się do Boga – miłość”.
    W 1941 r. został mistrzem nowicjatu. Zanotował wtedy: “Za najszczęśliwsze uważam w swym życiu chwile, które przepędziłem na serdecznej modlitwie, w bezpośrednim obcowaniu z Bogiem”.Błogosławiony Józef Jankowski
    16 maja 1941 r. został aresztowany przez gestapo, przewieziony na warszawski Pawiak, a po dwóch tygodniach okrutnych tortur zabrany, tym samym transportem co o. Maksymilian Kolbe, do obozu zagłady w Oświęcimiu. Dostał numer 16895. Przez pięć miesięcy pracował ponad siły o głodzie i w ciągłych upokorzeniach.
    Naoczni świadkowie zapamiętali, z jaką godnością i spokojem znosił prześladowania, poniżenia i udręki, zadawane mu z nienawiści do wiary i kapłaństwa. Do końca był wierny zapisanym kiedyś przez siebie słowom: “Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”.
    Nawet oprawcy dziwili się jego pokornej postawie. Aby go złamać, 16 października 1941 r. oddano go w ręce “krwiożercy” – kryminalisty Heinricha Krotta, słynącego ze swego okrucieństwa kapo podobozu Babice. Był to ten sam sadysta, który nękał o. Maksymiliana. To on poddał Józefa tak okrutnym torturom, że tego samego dnia umęczony pallotyn odszedł do Pana. Jego ciało spalono w obozowym krematorium. Miał zaledwie 31 lat, z czego 5 lat przeżył w kapłaństwie.
    Kierując się przykładem św. Wincentego Pallottiego, przez całe życie ks. Józef konsekwentnie dążył do świętości i stawiał sobie najwyższe wymagania. Swoją miłość do Boga potwierdził niezłomną postawą i ofiarą z własnego życia. Był przykładem – w słowie i czynie – szczególnej miłości do Jezusa Eucharystycznego i szczerego zawierzenia Matce Bożej, Królowej Apostołów.W 1999 r. został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w grupie 108 polskich męczenników II wojny światowej. Papież powiedział wtedy:
    W akcie beatyfikacji niejako odżywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!
    Raduj się, Polsko, z nowych błogosławionych […] Spodobało się Bogu wykazać przemożne bogactwo Jego łaski na przykładzie dobroci twoich synów i córek w Chrystusie Jezusie. Oto bogactwo Jego łaski, oto fundament naszej niewzruszonej ufności w zbawczą obecność Boga na drogach człowieka w trzecim tysiącleciu! Jemu niech będzie chwała na wieki wieków.

    Za zgodą Stolicy Apostolskiej bł. Józef Jankowski został ogłoszony patronem miasta i gminy Brusy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    15 października

    Święta Teresa od Jezusa,
    dziewica i doktor Kościoła

    Święta Teresa od Jezusa
    Teresa de Cepeda y Ahumada urodziła się 28 marca 1515 r. w Hiszpanii. Pochodziła ze szlacheckiej i zamożnej rodziny zamieszkałej w Avila. Miała dwie siostry i dziewięciu braci. Czytanie żywotów świętych tak rozbudziło jej wyobraźnię, że postanowiła uciec do Afryki, aby tam z rąk Maurów ponieść śmierć męczeńską. Miała wtedy zaledwie 7 lat. Zdołała namówić do tej wyprawy także młodszego od siebie brata, Rodriga. Na szczęście wuj odkrył ich plany i w porę zawrócił oboje do domu. Kiedy przygoda się nie powiodła, Teresa obrała sobie na pustelnię kącik w ogrodzie, by naśladować dawnych pokutników i pustelników. Mając 12 lat przeżyła śmierć matki. Pisała o tym w swej biografii: “Gdy mi umarła matka… rozumiejąc wielkość straty, udałam się w swoim utrapieniu przed obraz Matki Bożej i rzewnie płacząc, błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.
    Jako panienka, Teresa została oddana do internatu augustianek w Avila (1530). Jednak ciężka choroba zmusiła ją do powrotu do domu. Kiedy poczuła się lepiej, w 20. roku życia wstąpiła do klasztoru karmelitanek w tym samym mieście. Ku swojemu niezadowoleniu zastała tam wielkie rozluźnienie. Siostry prowadziły życie na wzór wielkich pań. Przyjmowały liczne wizyty, a ich rozmowy były dalekie od ducha Ewangelii. Już wtedy powstała w Teresie myśl o reformie. Złożyła śluby zakonne w roku 1537, ale nawrót poważnej choroby zmusił ją do chwilowego opuszczenia klasztoru. Powróciła po roku. Wkrótce niemoc dosięgła ją po raz trzeci, tak że Teresa była już bliska śmierci. Jak wyznaje w swoich pismach, została wtedy cudownie uzdrowiona. Pisze, że zawdzięcza to św. Józefowi. Odtąd będzie wyróżniać się nabożeństwem do tego właśnie świętego. Choroba pogłębiła w Teresie życie wewnętrzne. Poznała znikomość świata i nauczyła się rozumieć cierpienia innych. Podczas długich godzin samotności i cierpienia zaczęło się jej życie mistyczne i zjednoczenie z Bogiem. Utalentowana i wrażliwa, odkryła, że modlitwa jest tajemniczą bramą, przez którą wchodzi się do “twierdzy wewnętrznej”. Mistyczka i wizjonerka, a jednocześnie osoba o umysłowości wielce rzeczowej i praktycznej.
    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Uznała, że dotychczasowe ponad 20 lat spędzone w Karmelu nie było życiem w pełni zakonnym. Zrozumiała także, że wolą Bożą jest nie tylko jej własne uświęcenie, ale także uświęcenie jej współsióstr; że klasztor powinien być miejscem modlitwy i pokuty, a nie azylem dla wygodnych pań. W owym czasie Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych. Miała szczęście do wyjątkowych kierowników duchowych: św. Franciszka Borgiasza (1557) i św. Piotra z Alkantary (1560-1562), który właśnie dokonywał reformy w zakonie franciszkańskim.
    Teresa zabrała się najpierw do reformy domu karmelitanek w Avila. Kiedy jednak zobaczyła, że to jest niemożliwe, za radą prowincjała karmelitów i swojego spowiednika postanowiła założyć nowy dom, gdzie można by było przywrócić pierwotną obserwancję zakonną. Na wiadomość o tym zawrzało w jej klasztorze. Wymuszono na prowincjale, by odwołał zezwolenie. Teresę przeniesiono karnie do Toledo. Reformatorka nie zamierzała jednak ustąpić. Dzięki pomocy św. Piotra z Alkantary otrzymała od papieża Piusa IV breve, zezwalające na założenie domu pierwotnej obserwy. W roku 1562 zakupiła skromną posiadłość w Avila, dokąd przeniosła się z czterema ochotniczkami. W roku 1567 odwiedził Avila przełożony generalny karmelitów, Jan Chrzciciel de Rossi. Ze wzruszeniem wysłuchał wyznań Teresy i dał jej ustne zatwierdzenie oraz zachętę, by zabrała się także do reformy zakonu męskiego. Ponieważ przybywało coraz więcej kandydatek, Teresa założyła nowy klasztor w Medina del Campo (1567).
    Tam spotkała neoprezbitera-karmelitę, 25-letniego o. Jana od św. Macieja (to przyszły św. Jan od Krzyża, reformator męskiej gałęzi Karmelu). On również bolał nad upadkiem obserwancji w swoim zakonie. Postanowili pomagać sobie w przeprowadzeniu reformy. Bóg błogosławił reformie, gdyż mimo bardzo surowej reguły zgłaszało się coraz więcej kandydatek. W roku 1568 powstały klasztory karmelitanek reformowanych w Malagon i w Valladolid, w roku 1569 w Toledo i w Pastrans, w roku 1570 w Salamance, a w roku 1571 w Alba de Tormes. Z polecenia wizytatora apostolskiego Teresa została mianowana przełożoną sióstr karmelitanek w Avila, w klasztorze, w którym odbyła nowicjat i złożyła śluby. Zakonnic było tam ok. 130. Przyjęły ją niechętnie i z lękiem. Swoją dobrocią i delikatnością Teresa doprowadziła jednak do tego, że i ten klasztor przyjął reformę. Pomógł jej w tym św. Jan od Krzyża, który został mianowany spowiednikiem w tym klasztorze.
    Święta Teresa od Jezusa
    Nie wszystkie klasztory chciały przyjąć reformę. Siostry zmobilizowały do “obrony” wiele wpływowych osób. Doszło do tego, że Teresie zakazano tworzenia nowych klasztorów (1575). Nałożono na nią nawet “areszt domowy” i zakaz opuszczania klasztoru w Avila. Nasłano na nią inkwizycję, która przebadała pilnie jej pisma, czy nie ma tam jakiejś herezji. Nie znaleziono wprawdzie niczego podejrzanego, ale utrzymano zakaz opuszczania klasztoru. W tym samym czasie prześladowanie i niezrozumienie dotknęło również św. Jana od Krzyża, którego więziono i torturowano.
    Klasztor w Avila otrzymał polecenie wybrania nowej ksieni. Kiedy siostry stawiły opór, 50 z nich zostało obłożonych klątwą kościelną. Teresa jednak nie załamała się. Nieustannie pisała listy do władz duchownych i świeckich wszystkich instancji, przekonując, prostując oskarżenia i błagając. Dzieło reformy zostało ostatecznie uratowane. Dzięki możnym obrońcom zdołano przekonać króla i jego radę. Król wezwał nuncjusza papieskiego i polecił mu, aby anulował wszystkie drastyczne zarządzenia wydane względem reformatorów (1579). Teresa i Jan od Krzyża odzyskali wolność. Mogli bez żadnych obaw powadzić dalej wielkie dzieło. Karmelici i karmelitanki zreformowani otrzymali osobnego przełożonego prowincji. Liczba wszystkich, osobiście założonych przez Teresę domów, doszła do 15. Św. Jan od Krzyża zreformował 22 klasztory męskie. Grzegorz XIII w roku 1580 zatwierdził nowe prowincje: karmelitów i karmelitanek bosych.
    Pan Bóg doświadczył Teresę wieloma innymi cierpieniami. Trapiły ją nieustannie dolegliwości ciała, jak choroby, osłabienie i gorączka. Równie ciężkie były cierpienia duchowe, jak oschłości, skrupuły, osamotnienie. Wszystko to znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej.
    Zmarła 4 października 1582 r. w wieku 67 lat w klasztorze karmelitańskim w Alba de Tormes koło Salamanki. Tam, w kościele Zwiastowania NMP, znajduje się jej grób. Została beatyfikowana w roku 1614 przez Pawła V, a kanonizował ją w roku 1622 Grzegorz XV.Św. Teresa Wielka zapisała wspaniałą kartę nie tylko jako reformatorka Karmelu, ale też jako autorka wielu dzieł. Kiedy 27 września 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła, nadał jej tytuł “doktora mistycznego”. Zasłużyła sobie na ten tytuł w całej pełni. Zostawiła bowiem dzieła, które można nazwać w dziedzinie mistyki klasycznymi. W odróżnieniu od pism św. Jana od Krzyża, jej styl jest prosty i przystępny. Jej dzieła doczekały się przekładów na niemal wszystkie języki świata. Do najważniejszych jej dzieł należą: Życie (1565), Sprawozdania duchowe (1560-1581), Droga doskonałości (1565-1568), Twierdza wewnętrzna (1577), Podniety miłości Bożej (1571-1575), Wołania duszy do Boga (1569), Księga fundacji (1573-1582) i inne pomniejsze. Św. Teresa Wielka zostawiła po sobie także poezje i listy. Tych ostatnich było wiele. Do naszych czasów zachowało się 440 jej listów.
    Św. Teresa z Avila jest patronką Hiszpanii, miast Avila i Alba de Tormes; karmelitów bosych, karmelitów trzewiczkowych, chorych – zwłaszcza uskarżających się na bóle głowy i serce, dusz w czyśćcu cierpiących.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest w habicie karmelitanki. Jej atrybutami są: anioł przeszywający jej serce strzałą miłości, gołąb, krzyż, pióro i księga, napis: Misericordias Domini in aeternum cantabo, strzała.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    14 października

    Święta Małgorzata Maria Alacoque, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Kalikst I, papież i męczennik
      •  Błogosławiony Radzim Gaudenty, biskup
      •  Święty Jan Ogilvie, prezbiter i męczennik
    Święta Małgorzata Maria Alacoque
    Małgorzata urodziła się 22 lipca 1647 r. w Burgundii (Francja). Kiedy Małgorzata miała zaledwie 4 lata, złożyła ślub dozgonnej czystości. Jej ojciec był notariuszem i sędzią. Zmarł, gdy Małgorzata miała 8 lat. Oddano ją wtedy do kolegium klarysek w Charolles. Ciężka choroba zmusiła ją jednak do powrotu do domu. Oddana z kolei na wychowanie do apodyktycznego wuja i gderliwych ciotek, wiele od nich wycierpiała. Choroba trwała cztery długie lata. Dziecko dojrzało w niej duchowo. Nie pociągał jej świat, czuła za to wielki głód Boga. Pragnęła też gorąco poświęcić się służbie Bożej. Musiała jednak pomagać w domu swoich opiekunów. Marzenie jej spełniło się dopiero kiedy miała 24 lata. Wstąpiła wtedy do Sióstr Nawiedzenia (wizytek) w Paray-le-Monial. Zakon ten założyli św. Franciszek Salezy (+ 1622) i św. Joanna Chantal (+ 1641), a przez 40 lat kierownictwo duchowe nad nim miał św. Wincenty a Paulo (+ 1660). Małgorzata otrzymała habit zakonny 25 sierpnia 1671 r. Musiała wyróżniać się wśród sióstr, skoro dwa razy piastowała urząd asystentki przełożonej, a w latach 1685-1687 była mistrzynią nowicjuszek.
    Małgorzata była mistyczką – od 21 grudnia 1674 r. przez ponad półtora roku Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał jej swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości. Chrystus żądał od Małgorzaty, by często przystępowała do Komunii świętej, jak tylko pozwoli jej na to posłuszeństwo, a przede wszystkim tego, by przyjmowała Go w Komunii świętej w pierwsze piątki miesiąca. Polecał także, aby w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek uczestniczyła w Jego śmiertelnym konaniu w Ogrójcu między godziną 23 a 24: “Upadniesz na twarz i spędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.
    W związku z otrzymanym orędziem i poleceniem, aby ustanowiono święto czczące Jego Najświętsze Serce oraz przystępowano przez 9 miesięcy do pierwszopiątkowej Komunii św. wynagradzającej, Małgorzata doznała wielu przykrości i sprzeciwów. Nawet jej przełożona nie wierzyła w prawdziwość objawień. Dopiero w 1683 r., gdy wybrano nową przełożoną, Małgorzata mogła rozpocząć rozpowszechnianie Bożego przesłania. Od 1686 r. obchodziła święto Najświętszego Serca Jezusa i rozszerzyła je na inne klasztory sióstr wizytek. Z jej inicjatywy wybudowano w Paray-le-Monial kaplicę poświęconą Sercu Jezusa.
    Małgorzata zmarła 17 października 1690 r. po 43 latach życia, w tym 18 latach profesji. Beatyfikował ją Pius IX (1864), kanonizował Benedykt XV (1920). Wraz ze św. Janem Eudesem jest nazywana “świętą od Serca Jezusowego”. Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa został uznany oficjalnie w 1765 r. przez Klemensa XIII.
    W ikonografii św. Małgorzata Maria przedstawiana jest w czarnym habicie wizytek, w rękach trzyma przebite serce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 października

    Błogosławiony Honorat Koźmiński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Teofil z Antiochii, biskup
    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Wacław Koźmiński urodził się 16 października 1829 r. w Białej Podlaskiej, w rodzinie inteligenckiej, jako drugi syn Stefana i Aleksandry z Kahlów. Miał także dwie młodsze siostry. Był bardzo zdolny, po ukończeniu gimnazjum w Płocku studiował na wydziale budownictwa warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Będąc w gimnazjum zaniechał praktyk religijnych, a w czasie studiów zupełnie stracił wiarę.
    23 kwietnia 1846 r. został aresztowany przez policję carską pod zarzutem udziału w spisku i osadzony w X pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Wówczas ciężko zachorował; powracając do zdrowia, przemyślał dokładnie swoje życie i nawrócił się. Uwolniony z więzienia po blisko roku, podjął dalsze studia, a jednocześnie prowadził bardzo surowy tryb życia.
    Po ukończeniu studiów, 8 grudnia 1848 r. wstąpił do klasztoru kapucynów. Już 21 grudnia przyjął habit zakonny i otrzymał imię Honorat. Pierwszą profesję złożył dokładnie rok później. Chociaż pragnął być bratem zakonnym, przełożeni polecili mu, aby przygotowywał się do kapłaństwa. Po ukończeniu studiów teologicznych przyjął święcenia kapłańskie 27 listopada 1852 r. Wkrótce został mianowany profesorem retoryki oraz sekretarzem prowincjała, lektorem teologii i spowiednikiem nawracających się. Zasłynął w Warszawie jako znakomity rekolekcjonista i misjonarz ludowy. Pracując w III Zakonie św. Franciszka, gorliwie działał w kościołach Warszawy. Swoją głęboką religijnością i troską o człowieka zjednywał wielu ludzi dla Chrystusa.
    W 1861 roku, po kasacie zakonów przez władze carskie, o. Honorat został przewieziony do Zakroczymia pod Warszawą. Pomimo trudnych warunków tworzył tam dalej grupy tercjarek. Około 1889 r. zwrócił się do Stolicy Świętej o zatwierdzenie zgromadzeń bezhabitowych. W tym samym roku uzyskał aprobatę. Dzięki temu powstało 26 stowarzyszeń tercjarskich, z których na przestrzeni lat uformowały się liczne zgromadzenia zakonne. Ojciec Honorat stał się odnowicielem życia zakonnego i twórcą jego nowej formy zbliżonej do dzisiejszych instytutów świeckich. Poprzez swoje duchowe córki i synów starał się docierać do wszystkich środowisk i odrodzić w społeczeństwie ducha gorliwości pierwszych chrześcijan. Kierował tymi wspólnotami przez konfesjonał i korespondencję, ponieważ rząd carski nie pozwoliłby na formowanie się nowych zakonów, zaś w roku 1864 skasował zakon kapucynów, pozostawiając tylko klasztor w Zakroczymiu. Do dziś istnieją trzy zgromadzenia honorackie habitowe: felicjanki – powołane we współpracy z bł. Marią Angelą Zofią Truszkowską, serafitki i kapucynki oraz czternaście bezhabitowych, utajonych przed carskim zaborcą.
    Zgromadzenia o. Honorata podejmowały prace charytatywne i apostolskie, m.in. wśród młodzieży szkolnej i rzemieślniczej, w fabrykach, wśród ludu wiejskiego, w przytułkach dla ludzi starych i upośledzonych. Powstały w 1893 r. na terenie Królestwa ruch mariawitów zaszkodził opinii o. Honorata. Gdy w 1908 r. biskupi zreorganizowali jego zgromadzenia, a ich postanowienie zatwierdził Watykan, zalecając o. Honoratowi powstrzymanie się od dalszego kierowania nimi, przyjął to z pokorą i posłuszeństwem.

    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Ostatecznie osiadł w Nowym Mieście nad Pilicą. W 1895 r. został komisarzem generalnym polskiej prowincji kapucynów i przyczynił się do znacznego rozwoju zakonu. Jednocześnie prowadził intensywną pracę pisarską, zabierał głos w aktualnych sprawach, zajmował się zagadnieniami społecznymi. Był człowiekiem wielkiej gorliwości, jeśli chodzi o zbawienie dusz. Wiele godzin spędzał w konfesjonale. Praktykował surowe umartwienia, sporo czasu spędzał na modlitwie.
    Pozbawiony słuchu i cierpiący fizycznie, resztę lat spędził na modlitwie i kontemplacji. Wyczerpany pracą apostolską, zmarł w opinii świętości 16 grudnia 1916 r. 16 października 1988 r., w 10. rocznicę swego pontyfikatu, beatyfikował go św. Jan Paweł II. Bł. Honorat jest głównym patronem diecezji łowickiej.
    W ikonografii bł. Honorat przedstawiany jest w habicie kapucynów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 października

    Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa, dziewica

    Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa

    Aleksandra urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze koło Bragi, w Portugalii. W wieku 7 lat została wysłana przez rodziców na naukę do szkoły powszechnej w Póvoa de Varzim. Dziewczynka zamieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. W 1911 r. przyjęła I Komunię świętą, a potem wróciła do domu rodzinnego.
    W Wielką Sobotę 1918 r. została napadnięta przez mężczyznę, który chciał ją zgwałcić. Uciekając przed nim, wyskoczyła przez okno i spadła z wysokości ok. 4 metrów. Z powodu tego upadku została całkowicie sparaliżowana. Od kwietnia 1925 r. nie była w stanie zupełnie podnieść się z łóżka; spędziła w nim kolejnych 30 lat.
    W pierwszych latach choroby Aleksandra błagała Boga – przez wstawiennictwo Maryi – o łaskę uzdrowienia. Obiecywała Mu, że gdy wyzdrowieje, poświęci się bez reszty pracy misyjnej. Jednak gdy przez trzy lata paraliż nie ustępował, zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem – i przyjęła je całym sercem. Jak sama powiedziała, “Matka Najświętsza wyjednała jej jeszcze większą łaskę: najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej, a w końcu pragnienie cierpienia”.
    Przeżywanie cierpienia otworzyło Aleksandrę na doświadczenia mistyczne. Doznawała głębokiego zjednoczenia z Chrystusem Eucharystycznym. Powtarzała nieraz: “Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mojego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie”. Między 3 października 1938 roku a 24 marca 1942 roku, co piątek (a więc w sumie 182 razy), pomimo paraliżu i w niewytłumaczalny dla nikogo sposób, wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny rozważała stacje Drogi Krzyżowej. 3 kwietnia 1939 r. stan jej zdrowia pogorszył się, przyjęła więc sakrament namaszczenia chorych. Zaczęła cierpieć jeszcze bardziej, tym razem także duchowo.
    W 1936 r. Pan Jezus za pośrednictwem Aleksandry polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. Kierownik duchowy Aleksandry, o. Pinho, trzykrotnie przekazywał to życzenie papieżom. Wreszcie po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu wysłanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w watykańskiej bazylice św. Piotra.
    W dniach 13 i 28 czerwca 1939 r. Pan Jezus w widzeniu zapowiedział Aleksandrze wybuch II wojny światowej jako kary za ciężkie grzechy. Aleksandra ofiarowała Mu swoje życie, by powstrzymać rozlew krwi.
    Od 27 marca 1942 r. Jezus obdarzył Aleksandrę jeszcze jedną łaską mistyczną: od tej pory nie przyjmowała już żadnego pokarmu, żyła jedynie Eucharystią. Za radą kolejnego kierownika duchowego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby móc ofiarować swoje cierpienie dla zbawienia młodzieży. Wiele osób przybywało do niej po rady i z prośbą o modlitwę. W tym czasie ks. Pasquale zaczął gromadzić świadectwa o życiu, cierpieniach i łaskach otrzymanych przez modlitwę Aleksandry – zebrał ok. pięciu tysięcy stron.
    7 stycznia 1955 r. Jezus objawił Aleksandrze, że w tym roku zakończy ona swoje ziemskie życie; 6 maja potwierdziła to także Matka Boża. W dniu 12 października Aleksandra przyjęła sakrament namaszczenia chorych, a następnego dnia, 13 października 1955 r. – w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie – odeszła do Pana.
    Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 25 kwietnia 2004 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    12 października

    Błogosławiony Jan Beyzym, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Serafin z Montegranaro, zakonnik
      •  Święty Edwin, król
    Błogosławiony Jan Beyzym
    Jan Beyzym urodził się 15 maja 1850 roku w Beyzymach na Wołyniu, w rodzinie szlacheckiej. Po ukończeniu gimnazjum w Kijowie w 1872 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (jezuitów). 26 lipca 1881 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie. Przez wiele lat był wychowawcą i opiekunem młodzieży w kolegiach Towarzystwa Jezusowego w Tarnopolu i Chyrowie.
    W wieku 48 lat podjął decyzję o wyjeździe na misje. Prośba, którą 23 października 1897 roku skierował do generała zakonu jezuitów, o. Ludwika Martina, świadczy o tym, że była ona głęboko przemyślana:
    Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy.
    Generał wyraził zgodę. Początkowo o. Beyzym miał jechać do Indii, ale nie znał języka angielskiego. Udał się więc na Madagaskar, gdzie językiem urzędowym był francuski, którego Beyzym uczył się już w Chyrowie. Tam oddał wszystkie swoje siły, zdolności i serce opuszczonym, chorym, głodnym, wyrzuconym poza nawias społeczeństwa; szczególnie dużo uczynił dla trędowatych. Zamieszkał wśród nich na stałe, by opiekować się nimi dniem i nocą. Stworzył pionierskie dzieło, które uczyniło go prekursorem współczesnej opieki nad trędowatymi. Z ofiar zebranych głównie wśród rodaków w kraju (w Galicji) i na emigracji wybudował w 1911 r. w Maranie szpital dla 150 chorych, by zapewnić im leczenie i przywracać nadzieję. W głównym ołtarzu szpitalnej kaplicy znajduje się sprowadzona przez o. Beyzyma kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Do dzisiaj chorzy Malgasze otaczają Maryję z Jasnej Góry wielką czcią. Szpital bowiem istnieje do dziś.Wyczerpany pracą ponad siły, o. Beyzym zmarł 2 października 1912 roku, otoczony nimbem bohaterstwa i świętości. Śmierć nie pozwoliła mu zrealizować innego cichego pragnienia – wyjazdu na Sachalin do pracy misyjnej wśród katorżników.Proces beatyfikacyjny o. Jana Beyzyma SJ – “posługacza trędowatych” – rozpoczął się w 1984 roku. Dekret Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych dotyczący heroiczności życia i cnót o. Beyzyma został odczytany w obecności św. Jana Pawła II w Watykanie 21 grudnia 1992 roku. W marcu 2002 r. kard. Macharski zamknął dochodzenie kanoniczne w sprawie cudownego uzdrowienia młodego mężczyzny za wstawiennictwem Jana Beyzyma. Jego beatyfikacji dokonał podczas swej ostatniej pielgrzymki do Polski św. Jan Paweł II. Na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 r. mówił on m.in.:Św. Jan Paweł II podczas beatyfikacji Jana Beyzyma SJ, Kraków-Błonia, 18 sierpnia 2002 r.
    Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło błogosławionego Jana Beyzyma – jezuitę, wielkiego misjonarza – na daleki Madagaskar, gdzie z miłości do Chrystusa poświęcił swoje życie trędowatym. Służył dniem i nocą tym, którzy byli niejako wyrzuceni poza nawias życia społecznego. Przez swoje czyny miłosierdzia wobec ludzi opuszczonych i wzgardzonych dawał niezwykłe świadectwo Ewangelii. Najwcześniej odczytał je Kraków, a potem cały kraj i emigracja. Zbierano fundusze na budowę na Madagaskarze szpitala pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, który istnieje do dziś. Jednym z promotorów tej pomocy był św. Brat Albert.
    Dobroczynna działalność błogosławionego Jana Beyzyma była wpisana w jego podstawową misję: niesienie Ewangelii tym, którzy jej nie znają. Oto największy dar: dar miłosierdzia – prowadzić ludzi do Chrystusa, pozwolić im poznać i zakosztować Jego miłości. Proszę was zatem, módlcie się, aby w Kościele w Polsce rodziły się coraz liczniejsze powołania misyjne. W duchu miłosierdzia nieustannie wspierajcie misjonarzy pomocą i modlitwą.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    11 października

    Święty Jan XXIII, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksander Sauli, biskup
      •  Święty Bruno I Wielki z Kolonii, biskup
    Błogosławiony Jan XXIII
    Urodził się we Włoszech 25 listopada 1881 r. jako Angelo Giuseppe Roncalli, w biednej rodzinie chłopskiej. Jego matka była osobą bardzo religijną. Urodziła 11 dzieci, z których Angelo przyszedł na świat jako czwarty. Charakteryzowała go niezwykła dobroć, ciepło i pogoda ducha.
    Mając 12 lat wstąpił do niższego seminarium duchownego w Bergamo, które było wówczas jednym z najbardziej prestiżowych miejsc kształcenia przyszłych księży. Tam też został przyjęty do III Zakonu św. Franciszka (1 marca 1896 r.). Po otrzymaniu stypendium za wyniki w nauce, rozpoczął naukę w Papieskim Seminarium Rzymskim. W 1902 roku przerwał naukę na rok, żeby odbyć służbę wojskową. Po jej zakończeniu obronił doktorat z teologii i przyjął święcenia kapłańskie. Rok po podjęciu nauki w seminarium zaczął spisywać swoje notatki duchowe i kontynuował tę pracę aż do późnej starości. Jego zapiski wydane zostały pod tytułem “Dziennik duszy”. W 1903 roku napisał w nim między innymi: “Bóg pragnie, abyśmy podążali wzorem świętych poprzez czerpanie z życiodajnej esencji ich cnót, a następnie przerabianie jej na swój własny sposób, adaptowanie do naszych indywidualnych możliwości i okoliczności życia. Gdyby św. Alojzy był taki, jak ja, stałby się świętym w zupełnie inny sposób”.
    Jako młodemu księdzu powierzono mu funkcję sekretarza biskupa Bergamo, Giacomo Radiniego Tedeschi. W tym czasie wykładał też w seminarium, redagował biuletyn “Życie diecezjalne”, współpracował również z innym lokalnym pismem katolickim, a także był duszpasterzem Akcji Katolickiej. Inspirowała go zwłaszcza postawa świętych: Karola Boromeusza, Franciszka Salezego i Grzegorza Barbarigo.
    W 1925 mianowany został oficjałem w Bułgarii i arcybiskupem Areopolis. Jako swoje hasło biskupie Angelo Roncalli wybrał Obedientia et Pax (Posłuszeństwo i pokój). W późniejszych latach pełnił funkcję kolejno: apostolskiego delegata w Bułgarii, w Turcji i Grecji oraz nuncjusza apostolskiego w Paryżu. Tę ostatnią funkcję sprawował już w czasie trwania II wojny światowej.
    W 1953 roku Angelo Roncalli został mianowany kardynałem i patriarchą Wenecji. Prezydent Francji, Vincent Auriol, powołał się na stary przywilej francuskich królów i sam włożył czerwony kapelusz na głowę kardynała Roncalli w czasie ceremonii w Pałacu Elizejskim. Z tego okresu przyszły papież zapamiętał pewne humorystyczne zdarzenie, kiedy to na jednym z oficjalnych przyjęć, na jakie został zaproszony, pojawiła się kobieta w sukni z zadziwiająco dużym dekoltem. Zwróciło to uwagę nie tyle na samą kobietę, co na kardynała – goście przyglądali się jego reakcji na odsłonięte kobiece wdzięki. Po przyjęciu kardynał podszedł do kobiety, wręczył jej czerwone jabłko i zapytał: “Pamięta Pani, co uświadomiła sobie Ewa, kiedy zjadła jabłko?”.
    Błogosławiony Jan XXIII
    W 1958 roku, po śmierci Piusa XII, podczas trzydniowego konklawe, kard. Roncalli został wybrany papieżem. Jego pierwszą reakcją był strach i zmieszanie wyrażone w słowach: tremens factus sum ego timero (drżę i lękam się). Ufny w wybór biskupów i Bożą Opatrzność, Angelo Roncalli przyjął wybór konklawe, a wraz z nim imię Jana XXIII. Przez zebranych na konklawe biskupów był traktowany jako “papież przejściowy”. Ich faworytem był arcybiskup Mediolanu Montini, ale ten nie był w tamtym czasie jeszcze kardynałem. Godność tę otrzymał później z rąk samego Jana XXIII, a jeszcze później został jego następcą jako Paweł VI.
    Jan XXIII jako papież podbił serca wiernych. Zawsze otwarty na kontakty z prasą, patrzył odważnie w obiektyw aparatu. Był pierwszym papieżem od 1870 r., który odbył oficjalne spotkanie poza Watykanem. Spotkał się wówczas z więźniami, którzy sami do niego przyjść nie mogli. Słynął także ze zdystansowanego podejścia do ceremoniału papieskiego. Starał się go przestrzegać, ale z przymrużeniem oka. Anegdotyczna opowieść dotycząca dnia koronacji Jana XXIII na papieża mówi, że kiedy podszedł do niego po błogosławieństwo włoski ordynariusz polowy, zobaczył, jak papież przyjmuje postawę zasadniczą i usłyszał: “Panie generale, melduje się sierżant Roncalli”. Przez ludzi zapamiętany został jako papież, który palił fajkę i zawsze się uśmiechał, a przede wszystkim jako papież, który zwołał Sobór Watykański II i na zawsze zmienił historię Kościoła.
    Sobór Watykański II zwołano, ku zdziwieniu wielu, na mniej niż 90 lat po kontrowersyjnym Soborze Watykańskim I. Ponadto, pomimo zapewnień sekretarzy, że na przygotowania potrzeba dziesiątek lat – Jan XXIII przewidział tylko kilkanaście miesięcy pomiędzy zwołaniem a rozpoczęciem soboru 11 października 1962 r.
    Błogosławiony Jan XXIII
    Jan XXIII ogłosił osiem encyklik, z których najważniejsze to “Mater et Magistra” oraz “Pacem in terris”. Ta druga adresowana była do “wszystkich ludzi dobrej woli”, nawoływała do pokoju między narodami całego świata. Papież ustanowił komisję ds. rewizji prawa kanonicznego, której ostatecznym celem było opracowanie nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (opublikowanego w 1983 r.). Wiele ojcowskiej troski wykazał o “Kościół milczenia”, prześladowany na różne sposoby w krajach rządzonych przez komunistów, m.in. w Polsce.
    3 czerwca 1963 roku, o godzinie 19:49 (dzień po Zesłaniu Ducha Świętego), w wyniku krwotoku związanego z wcześniej zdiagnozowanym rakiem żołądka, Jan XXIII zmarł. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Nie mam innej woli, jak tylko wolę Boga. Ut unum sint!” (Aby byli jedno!). W swoim testamencie, nawiązując do duchowości franciszkańskiej, z jaką związał się we wczesnych latach młodości, pisał: “Pozory dostatku często zasłaniały ukryte ciernie dotkliwego ubóstwa i uniemożliwiały mi dawanie zawsze z taką hojnością, jakiej bym pragnął. Dziękuję Bogu za tę łaskę ubóstwa, które ślubowałem w młodości, ubóstwa ducha, jako kapłan Serca Bożego, i ubóstwa rzeczywistego, co mi dopomogło, by nigdy o nic nie prosić, ani o stanowiska, ani o pieniądze, ani o względy, nigdy, ani dla siebie, ani dla mojej rodziny, czy przyjaciół”.
    Św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w 2000 roku, razem z papieżem Piusem IX. W liturgii wspominany jest 11 października – w rocznicę dnia, w którym nastąpiło uroczyste otwarcie Soboru Watykańskiego II.
    Jan XXIII został kanonizowany przez papieża Franciszka – wraz z Janem Pawłem II – na placu św. Piotra w Rzymie w niedzielę Miłosierdzia Bożego, 27 kwietnia 2014 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    10 października

    Błogosławiona
    Maria Angela Truszkowska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Daniel i Towarzysze
      •  Święty Jan z Bridlington, prezbiter
      •  Święty Tomasz z Villanova, biskup
      •  Święty Paulin z Yorku, biskup
    Błogosławiona Maria Angela Truszkowska
    Zofia Kamila urodziła się 16 maja 1825 r. w Kaliszu jako dziecko wielodzietnej, głęboko wierzącej rodziny szlacheckiej. Jej ojciec był prawnikiem. Od najmłodszych lat wyczulona była na działanie łaski Bożej i wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka. Pragnęła życia zakonnego i usilnie pracowała nad sobą. Po latach edukacji w Warszawie i Szwajcarii wróciła do domu i pielęgnowała chorego ojca, a w miarę możliwości niosła pomoc ubogim.
    W 1854 r. wstąpiła w szeregi Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo i należała do członkiń najgorliwiej odwiedzających chorych i opiekujących się ubogimi. Umiała zachęcić do działalności charytatywnej wiele młodych kobiet. Z jej inicjatywy powstał w Warszawie mały przytułek dla biednych dzieci i opuszczonych samotnych staruszek. 27 maja 1855 r. razem ze swoją krewną wstąpiła do świeckiego III zakonu św. Franciszka. Jej powołanie związane było z postacią bł. ojca Honorata Koźmińskiego, wielkiego apostoła zgromadzeń bezhabitowych. 21 listopada 1855 r. obie siostry Truszkowskie poświęciły się Najświętszej Maryi Pannie, obiecując rozwijać dzieło rozpoczęte z woli Boga. Datę tę przyjmuje się jako początek nowego Zgromadzenia. Siostry wraz ze swymi podopiecznymi często modliły się w kościele ojców kapucynów przed ołtarzem św. Feliksa z Cantalice, dlatego też nazwano je “felicjankami”.
    10 kwietnia 1857 r. siostry przyjęły habit zakonny, a ich wspólnotą kierował dalej o. Honorat Koźmiński. Pod koniec 1859 r. matka Angela stanęła oficjalnie na czele nowego zgromadzenia. W latach 1858-1864 siostry felicjanki założyły 27 ochronek wiejskich i rozwinęły wielostronną działalność charytatywną w Warszawie. W październiku 1860 r. matka Angela wraz z jedenastoma towarzyszkami odłączyła się od sióstr czynnych, tworząc grupę kontemplacyjną opartą na drugiej regule św. Franciszka – siostry kapucynki. Po wybuchu powstania styczniowego na mocy ukazu carskiego felicjanki czynne zostały rozwiązane. Podczas obrad kapituły zgromadzenia, 25 sierpnia 1868 r., matka Angela została jednogłośnie wybrana po raz trzeci przełożoną generalną. 21 listopada tegoż roku złożyła śluby wieczyste. Rok później, ze względu na postępującą chorobę nowotworową oraz prawie całkowitą utratę słuchu, zrzekła się urzędu. Odtąd przez 30 lat służyła swemu Zgromadzeniu cichą pracą, modlitwą, ofiarą, dobrym przykładem i radą.
    Wzór doskonałego posłuszeństwa wobec woli Bożej Maria Angela widziała w Maryi. Uczyła się od Niej pokory, zawierzenia i męstwa w cierpieniu. Wierzyła, że tylko przez Maryję można osiągnąć doskonałe zjednoczenie z Bogiem. Dlatego wszystkie swoje siostry oddała Niepokalanemu Sercu Maryi. Żywiła wielki kult Eucharystii, wielbiła Chrystusa ukrytego w tabernakulum. Usilnie zabiegała o uzyskanie dla swojego zgromadzenia przywileju nieustannej adoracji, aby ożywiać i umacniać w siostrach miłość do Eucharystii.
    Na kilka miesięcy przed śmiercią przeżyła wielką radość, przyjmując z rąk kardynała Jana Puzyny dekret papieża Leona XIII zatwierdzający zgromadzenie. Zmarła wyniszczona chorobą nowotworową i cierpieniami, które znosiła w pokorze, 10 października 1899 r. w Krakowie. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji matki Marii Angeli Truszkowskiej 18 kwietnia 1993 r. podczas uroczystej Mszy św. na placu św. Piotra w Rzymie. Mówił wtedy, że jej życie “znaczone było miłością. Była to troska o wszystkich głodnych chleba, serca i domu oraz prawdy ewangelicznej”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 października

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Dionizy, biskup, i Towarzysze
      •  Święty Jan Leonardi, prezbiter
      •  Święty Ludwik Bertrand, prezbiter
      •  Święci Cyryl Bertram i Towarzysze, męczennicy
      •  Abraham, patriarcha
    Błogosławiony Wincenty Kadłubek
    Wincenty urodził się w Karwowie pod Opatowem pomiędzy 1155 a 1160 r. W sprawie jego pochodzenia historycy nie są zgodni. Jedni uważają, że pochodził z rodu Porajów herbu Róża (Różyców). Inni natomiast podają, że z tego rodu pochodziła matka Wincentego, a ojcu przypisują imię Bogusław. W jeszcze innych źródłach pojawia się informacja, że Wincenty należał do rodu Lisów, a jego ojcem był możny palatyn Stefan, brat wojewody krakowskiego Mikołaja (Mikory). Nazwisko Kadłubek pojawia się po raz pierwszy dopiero w dokumentach z XV w. Przypuszcza się jednak, że pochodzi z rękopisów dawniejszych.
    Pierwsze nauki Wincenty pobierał w pobliskiej Stopnicy, potem udał się do Krakowa, gdzie uczęszczał do szkoły katedralnej, w której wykładał biskup Mateusz Cholewa. Cieszył się przyjaźnią księcia Kazimierza Sprawiedliwego, który być może wspomógł go materialnie i umożliwił studia za granicą. Nie wiemy, na którym uniwersytecie Wincenty wówczas studiował. Nie było jednak jeszcze wtedy wielu uniwersytetów. Przypuszcza się, że miejscem jego nauki były Paryż albo Bolonia – albo obie te uczelnie. Wincenty należał więc do elity uczonych w Polsce.
    Po raz pierwszy Wincenty nazwany jest mistrzem (magistrem) w dyplomie Kazimierza Sprawiedliwego z 12 kwietnia 1189 r. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Do kraju powrócił Mistrz Wincenty między 1183 a 1189 r., gdyż w 1189 r. był na pewno na dworze książęcym Kazimierza Sprawiedliwego, zapewne w charakterze notariusza, a potem kanclerza jego dworu. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Mógł więc być także kapelanem książęcym. W tym czasie zaczął zapewne pisać swoją Kronikę polską (Chronica Polonorum) – największe dzieło swego życia i literatury tamtych czasów. Wracając z zagranicy prawdopodobnie przywiózł ze sobą relikwie św. Floriana męczennika. Mógłby na to wskazywać fakt szczególnego nabożeństwa Wincentego do św. Floriana, który dotąd był w Polsce zupełnie nieznany.
    Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty sandomierskiej (1194). Korzystając z wolnego czasu kontynuował pisanie Kroniki (1194-1207). W 1207 r. umarł biskup krakowski, Pełka. Na jego następcę został wybrany Wincenty. Papież Innocenty III bullą z 18 marca 1208 r. wybór ten zatwierdził. Konsekracji dokonał arcybiskup gnieźnieński, Kietlicz. Wincenty jako biskup podpisywał się “niegodny sługa Kościoła”. Świadczy to, jak pojmował zadanie swojego urzędu. Należał do najżarliwszych zwolenników reform, jakie wówczas w Polsce przeprowadził abp Henryk Kietlicz (wprowadzenie celibatu, uniezależnienie Kościoła od władzy świeckiej). Dla poparcia reform, inspirowanych przez Stolicę Apostolską, Wincenty brał udział w synodach, zwołanych specjalnie w tym celu w Borzykowie (1210), w Matyczowie (1212), w Wolborzu (1214), w których uczestniczyli również książęta – Leszek Biały, Konrad Mazowiecki, Henryk Brodaty i Władysław Odonicz. Reformy te przeprowadzano również na zjazdach w Gnieźnie (1213) i w Sieradzu (1213). Kiedy na Kraków najechał Mieszek Raciborski, przeciwnik reform, Wincenty – z powodu swojej postawy – musiał czasowo opuścić miasto (1210). W 1212 r. na zjeździe w Mąkowie omawiano sprawę Prus i nawrócenia Prusaków. Tego roku Wincenty wziął udział w konsekracji biskupa poznańskiego w Mstowie.
    Wincenty jako biskup krakowski wspierał szczególnie zakony bożogrobowców (nadał dziesięciny ze wsi Świniarowo Kanonikom Bożego Grobu w Miechowie) i cystersów (klasztorowi w Sulejowie darował dwie wsie, opactwu w Pokrzywnicy darował wieś, a opactwu w Jędrzejowie nadał przywilej pobierania dziesięcin z trzech wsi). Wśród jego osiągnięć warto wymienić zreformowanie kapituł prowincjalnych, zlikwidowanie kolegiaty w Kijach (1213), oddanie kościoła oraz wsi Podłęże zreformowanej kolegiacie w Kielcach (1214), konsekrację bazyliki w Krakowie pod wezwaniem św. Floriana (1216) i wreszcie osobisty udział w uroczystej koronacji Kolomana Węgierskiego na króla Rusi Halickiej oraz w Soborze Laterańskim IV (1215), który miał charakter wybitnie reformistyczny. O soborze Wincenty zawiadomił swoje duchowieństwo i wiernych na synodzie w Sieradzu, gdzie przygotowano propozycje na sobór (1213). Na tym właśnie soborze wprowadzono obowiązek spowiedzi i Komunii wielkanocnej, obostrzono przepisy odnośnie małżeństwa, by nie dopuścić do konkubinatów, obostrzono przepisy dotyczące karności kościelnej, zwłaszcza celibatu duchownych, i ogłoszono nową krucjatę na rok 1217.
    Po powrocie do kraju Wincenty energicznie wprowadził w swojej diecezji uchwalone na soborze ustawy. Niewykluczone, że z polecenia księcia Leszka Białego pośredniczył także w wysłaniu na dwór węgierski księżniczki bł. Salomei. Wincenty ma także zasługę w podniesieniu poziomu szkoły katedralnej, którą kiedyś sam prowadził. Szerzył kult św. Floriana i św. Stanisława, biskupa. Cześć do Najświętszego Sakramentu miał podkreślić przez wprowadzenie tzw. wiecznej lampki przed tabernakulum.Błogosławiony Wincenty Kadłubek
    Po dziesięciu latach pasterzowania diecezji krakowskiej, za pozwoleniem papieża Honoriusza III, w 1218 r. Wincenty zrzekł się urzędu. Czuł, że spełnił zadanie swojego życia i postanowił wstąpić do klasztoru. Wybrał sobie opactwo cystersów w Jędrzejowie, przy kościele, który sam konsekrował. Zgodnie z zasadą ascetyczną “Bogu wszystko – sobie nic” pozostawił swój majątek rodowy, bogactwo i splendor urzędu biskupiego, sławę, jaką cieszył się na dworze księcia krakowskiego i – jak podaje tradycja – boso i pieszo jako pokutnik udał się do klasztoru. Przyjął go opat Teodoryk (1206-1247), trzeci z kolei przełożony klasztoru. Opat z zakonnikami wyszli mu na spotkanie; miejscowi do dziś pokazują usypany na tym miejscu Kopiec Spotkania. Ówczesnym zwyczajem biskup rzucił się przed opatem i całym konwentem na twarz i prosił o przyjęcie. Wincenty przeżył tam ostatnich 5 lat swego życia. Mimo że liczył wtedy ok. 70 lat, jako zwyczajny mnich spełniał wszystkie obowiązki surowej reguły: wstawał o północy na dwugodzinne pacierze, uczestniczył siedem razy każdego dnia we wspólnych modlitwach, zachowywał posty. Zasadą cysterskich pokutników było skąpe pożywienie, zgrzebny strój i krótki sen.
    W wolnych chwilach kończył pisać Kronikę polską. Jako biskup krakowski napisał trzy pierwsze księgi. Teraz zamierzał dzieło dokończyć. Niestety napisał tylko część czwartą – śmierć zabrała go zbyt rychło i przerwała Kronikę w najciekawszym miejscu, kiedy zaczął pisać dzieje, których sam był świadkiem. Kronikę swoją zdołał doprowadzić zaledwie do roku 1202, to jest do końca księgi czwartej. Wincenty Kadłubek jest pierwszym historykiem polskim. Jego historia ma formę dialogu. Jest pisana pięknym językiem łacińskim. Zasługą Wincentego jest to, że zebrał w niej wszystkie podania i mity o początkach Polski. Dużo jest w niej poetyckiej fantazji, ale są także ważne ziarna tradycji.
    Wincenty zmarł w Jędrzejowie 8 marca 1223 r. i został pochowany w prezbiterium klasztornego kościoła, co może świadczyć o tym, że zmarł w opinii świętości. Publiczny kult biskupa-mnicha nie rozwinął się od razu. Klasztory cysterskie były wtedy szczelnie zamknięte, nawet ich wspaniałe świątynie służyły jedynie celom klasztornym. Nawiedzali grób Wincentego Konrad Mazowiecki, król Kazimierz Wielki, król Kazimierz Jagiellończyk wraz ze swoją matką królową Zofią i Jan Długosz, który w swoich Dziejach wydał mu najpiękniejsze świadectwo. Z lat 1583-1640 Szymon Starowolski na podstawie ksiąg klasztornych przytacza ponad 150 wypadków cudownych, przypisywanych Wincentemu. Wśród nich są nawet wskrzeszenia umarłych.
    26 kwietnia 1633 r. dokonano otwarcia grobu Wincentego. Ciało znaleziono prawie nienaruszone, co przyczyniło się do rozbudzenia jego czci. 19 sierpnia tegoż roku ciało umieszczono w mauzoleum, specjalnie dla tego celu zbudowanym. Odtąd kult Wincentego stał się bardzo żywy. Zaczęli napływać pielgrzymi, za zgodą biskupa krakowskiego odprawiano przed ołtarzem wzniesionym Msze wotywne ku czci Kadłubka, przed mauzoleum palono świece. W 1683 r. papież bł. Innocenty XI uznał ołtarz Wincentego za uprzywilejowany, tzn. obdarzony przywilejem odpustu. 13 listopada 1634 r. synod krajowy pod przewodnictwem prymasa Jana Wężyka wniósł do Stolicy Apostolskiej urzędową prośbę o kanonizację Wincentego Kadłubka (oraz Stanisława Kostki, Kingi, Władysława z Gielniowa, Jozafata Kuncewicza i Jana Kantego). W roku 1764 Kongregacja Obrzędów zatwierdziła kult, a papież Klemens XIII podpisał odpowiednią bullę, co równało się formalnej beatyfikacji. Wincenty jest patronem archidiecezji warmińskiej oraz diecezji kieleckiej i sandomierskiej.
    W ikonografii bł. Wincenty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są pastorał oraz infuła u stóp.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    8 października

    Święta Pelagia, męczennica

    Święta Pelagia
    Pelagia, znana również jako Małgorzata, pochodziła z Antiochii. Żyła w V w. Wedle przekazów była kobietą lekkich obyczajów, obdarzoną nieprzeciętną urodą. Pochodziła z bogatej pogańskiej rodziny.
    Biskup Antiochii zaprosił pewnego razu do siebie ośmiu biskupów, wśród nich m.in. Nonnusa z Heliopolis, znanego ze swej pobożności i ascezy. Gdy wszyscy zgromadzili się przed kościołem, a Nonnus przemawiał do nich, nieopodal przejeżdżała Pelagia. Jej kosztowny strój zwracał uwagę. Nonnus dostrzegł to i gorzko zapłakał, wskazując, że jego słuchacze nie dbają o swoje dusze w takim stopniu, w jakim owa kobieta dbała o własną urodę. Gdy Nonnus wrócił do swej celi, podjął modlitwę o nawrócenie spotkanej kobiety.
    Otrzymał wówczas widzenie: ujrzał czarną gołębicę, która – zanurzona przez Nonnusa w wodzie święconej – stała się czysta i biała. Biskup odczytał to jako znak zapowiadający nawrócenie Pelagii. Kiedy kolejnym razem nauczał o Sądzie Ostatecznym, do świątyni weszła Pelagia. Usłyszane słowa wywarły na niej wielkie wrażenie. Z płaczem rzuciła się do nóg biskupa. Nonnus ochrzcił ją. Pelagia postanowiła oddać swój majątek biskupowi, by ten mógł go rozdzielić między potrzebujących.
    Nowo nawrócona kobieta podjęła pokutę. Wkrótce potem udała się do Jerozolimy. Tam, ukrywając się pod przybranym męskim imieniem, podjęła surowe wysiłki ascetyczne. Zamieszkała w jednej z pustelni na Górze Oliwnej, gdzie około 457 roku odeszła do Pana.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    7 października

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Zobacz także:
      •  Święta Justyna z Padwy, dziewica i męczennica
    Matka Boża Różańcowa Tarnopolska

    Dzisiejsze wspomnienie zostało ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi, odniesionego pod Lepanto (nad Zatoką Koryncką) 7 października 1571 r. Sułtan turecki Selim II pragnął podbić całą Europę i zaprowadzić w niej wiarę muzułmańską. Ówczesny papież – św. Pius V, dominikanin, gorący czciciel Matki Bożej – usłyszawszy o zbliżającej się wojnie, ze łzami w oczach zaczął zanosić żarliwe modlitwy do Maryi, powierzając Jej swą troskę podczas odmawiania różańca. Nagle doznał wizji: zdawało mu się, że znalazł się na miejscu bitwy pod Lepanto. Zobaczył ogromne floty, przygotowujące się do starcia. Nad nimi ujrzał Maryję, która patrzyła na niego spokojnym wzrokiem. Nieoczekiwana zmiana wiatru uniemożliwiła manewry muzułmanom, a sprzyjała flocie chrześcijańskiej. Udało się powstrzymać inwazję Turków na Europę.

    Matka Boża Różańcowa z kościoła mniszek dominikańskich w Radoniach pod Warszawą

    Zwycięstwo było ogromne. Po zaledwie czterech godzinach walki zatopiono sześćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników; śmierć poniosło 27 tys. Turków, kolejne 5 tys. dostało się do niewoli. Pius V, świadom, komu zawdzięcza cudowne ocalenie Europy, uczynił dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej i zezwolił na jego obchodzenie w tych kościołach, w których istniały Bractwa Różańcowe. Klemens XI, w podzięce za kolejne zwycięstwo nad Turkami odniesione pod Belgradem w 1716 r., rozszerzył to święto na cały Kościół. W roku 1883 Leon XIII wprowadził do Litanii Loretańskiej wezwanie “Królowo Różańca świętego – módl się za nami”, a w dwa lata później zalecił, by w kościołach odmawiano różaniec przez cały październik.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 października

    Święty Brunon Kartuz, opat

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub (Dydak) Alojzy de San Vitores, prezbiter i męczennik
      •  Święta Maria Franciszka od Pięciu Ran Pana Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiony Innocenty z Berzo, prezbiter
    Święty Brunon
    Brunon urodził się w Kolonii około 1030 r. Pochodził ze znakomitej rodziny. Po ukończeniu szkół na miejscu udał się do Reims, gdzie była głośna szkoła katedralna. Następnie udał się do Tours, gdzie za nauczyciela miał słynnego wówczas Berengariusza. W roku 1048 powrócił do Kolonii, gdzie został kanonikiem przy kościele św. Kuniberta. Ok. roku 1055 przyjął święcenia kapłańskie. W rok potem powołał go do siebie biskup Reims, Manasses I, by prowadził mu szkołę katedralną. Pozostał tu 20 lat (1056-1075). Z jego szkoły wyszło wielu wybitnych mężów owych czasów. W roku 1075 arcybiskup Reims mianował Brunona swoim kanclerzem. Kiedy Brunon wystąpił przeciw niemu z powodu symonii, stracił urząd, majątek i musiał opuścić miasto. Wrócił do Reims w 1080 r., gdzie zaproponowano mu biskupstwo; nie przyjął jednak tej godności.
    Wkrótce z dwoma towarzyszami opuścił Reims i udał się do opactwa cystersów w Seche-Fontaine, by poddać się kierownictwu św. Roberta. Po pewnym jednak czasie opuścił wspomniany klasztor i w towarzystwie 8 uczniów udał się do Grenoble. Tam św. Hugo przyjął swojego mistrza z wielką radością i jako biskup oddał mu w posiadanie odległą od Grenoble o 24 kilometry pustelnię, zwaną Kartuzją. Tutaj w roku 1084 Bruno urządził sobie mieszkanie. Zbudowano również skromny kościółek. Konsekracji kościółka i poświęcenia klasztoru oraz uroczystego wprowadzenia do niego zakonników dokonał św. Hugo. Klasztor niebawem tak się rozrósł, że otrzymał nazwę “Wielkiej Kartuzji” (La Grande Chartreuse). Osada ta stała się kolebką nowego zakonu – kartuzów.
    W 1090 r. Bruno został wezwany do Rzymu przez swojego dawnego ucznia – papieża bł. Urbana II – na doradcę. Bruno zabrał ze sobą kilku towarzyszy i z nimi zamieszkał przy kościele św. Cyriaka. W tym czasie na Rzym najechał antypapież i bł. Urban wraz z Brunonem musieli chronić się ucieczką pod opiekę króla Normanów, Rogera. Daremnie Bruno błagał papieża, by mu pozwolił wrócić do Francji. Papież zgodził się jedynie, by mnich założył nową kartuzję w Kalabrii. Król Roger chętnie ofiarował mu ustronne miejsce, zwane La Torre. Tu z pomocą arcybiskupa Reggio Calabria wystawiono nową kartuzję w roku 1092, która istnieje do dziś. W pobliskim San Stefano in Bosco Bruno stworzył jej filię. Tam zmarł 6 października 1101 r.
    Jego śmiertelne szczątki pochowano w kościele opactwa. W roku 1513 znaleziono je jeszcze nienaruszone. Obecnie kości Brunona znajdują się w trumience wraz z relikwiami jego następcy. Jego kanonizacja nie odbyła się nigdy uroczyście. Na oddawanie św. Brunonowi kultu pozwolił Leon X w roku 1514. Grzegorz XV rozszerzył jego kult w 1623 r. na cały Kościół. Św. Brunon jest patronem kartuzów.
    W ikonografii św. Brunon przedstawiany jest w białym habicie kartuzów. Jego atrybutami są: gałązka oliwna, globus, krzyż, mitra i pastorał u stóp, palec przy ustach, czaszka.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Pierwszy kartuz

    Święty Brunon – założyciel zakonu kartuzów, jednego z najsurowszych zakonów istniejących do dziś w Kościele, wybrał charyzmat milczenia, samotności i ciszy.

     pl.wikipedia.org

    ***

    O zakonie kartuzów usłyszeliśmy zapewne dzięki filmowi Wielka cisza. Kim był jego założyciel? Brunon urodził się w Kolonii i pochodził ze znamienitej rodziny. Uczył się m.in. w szkole katedralnej w Reims, a także w Tours. Około 1055 r. przyjął święcenia kapłańskie. Rok później biskup Reims – Manasses I powołał Brunona, aby prowadził tam szkołę katedralną. Trwało to ok. 20 lat (1056-75). Wychował wielu wybitnych mężów owych czasów. W 1080 r. zaproponowano mu biskupstwo, nie przyjął jednak tej godności. Udał się do opactwa cystersów w Seche-Fontaine, by poddać się kierownictwu św. Roberta. Po pewnym czasie opuścił klasztor i w towarzystwie ośmiu uczniów udał się do Grenoble. Tam św. Hugo przyjął swojego mistrza z wielką radością i jako biskup oddał mu w posiadanie pustelnię, zwaną Kartuzją. Tutaj w 1084 r. Brunon urządził klasztor, zbudowany też został skromny kościółek. Klasztor niebawem tak się rozrósł, że otrzymał nazwę „Wielkiej Kartuzji” (La Grande Chartreuse). W 1090 r. Brunon został wezwany do Rzymu przez swojego dawnego ucznia – papieża bł. Urbana II na doradcę. Zabrał ze sobą kilku towarzyszy i zamieszkał z nimi przy kościele św. Cyriaka. Wkrótce, w 1092 r., w Kalabrii założył nową kartuzję, a w pobliskim San Stefano in Bosco Bruno stworzył jej filię. Tam zmarł. Kartuzję w Serra San Bruno odwiedził w 1984 r. św. Jan Paweł II. Uczynił to również Benedykt XVI 9 października 2011 r. W słowie do kartuzów podkreślił wówczas znaczenie charyzmatu milczenia we współczesnym świecie. Charyzmat kartuzji – powiedział – sprawia, że „człowiek wycofując się ze świata, poniekąd «eksponuje się» na rzeczywistość w swej nagości, eksponuje się na tę pozorną pustkę, aby doświadczyć Pełni, obecności Boga, Rzeczywistości najbardziej realnej, jaka istnieje, i która wykracza poza wymiar zmysłowy”.

    Warto dodać, że na terenie archidiecezji częstochowskiej, w Gidlach, znajduje się kościół pokartuski Najświętszej Maryi Panny Bolesnej, gdzie w 1839 r. zmarł ostatni gidelski kartuz.

    ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

    ***

    5 października

    Święta Faustyna Kowalska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Rajmund z Kapui, prezbiter
      •  Błogosławiony Albert Marvelli
      •  Błogosławiony Franciszek Ksawery Seelos, prezbiter
      •  Błogosławiony Bartolo Longo
    Święta Faustyna Kowalska
    Helena Kowalska urodziła się 25 sierpnia 1905 r. w rolniczej rodzinie z Głogowca k/Łodzi jako trzecie z dziesięciorga dzieci. Dwa dni później została ochrzczona w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Kazimierza w Świnicach Warckich (diecezja włocławska). Nadano jej wówczas imię Helena. Kiedy miała siedem lat, po raz pierwszy usłyszała w duszy głos wzywający do doskonalszego życia. W 1914 r. przyjęła I Komunię świętą, a dopiero trzy lata później rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Mimo dobrych wyników uczyła się tylko trzy lata, potem musiała zrezygnować, aby pomagać matce w domu.
    W szesnastym roku życia opuściła dom rodzinny, by na służbie u zamożnych rodzin w Aleksandrowie, Łodzi i Ostrówku zarobić na własne utrzymanie i pomóc rodzicom. Przez cały czas bardzo pragnęła życia zakonnego, ale rodzicom powiedziała o swoich zamiarach dopiero w 1922 r. Ojciec jednak nie wyraził zgody, motywując odmowę brakiem pieniędzy na wyprawę wymaganą w klasztorach.
    W lipcu 1924 r., kiedy Helena z koleżankami uczestniczyła w zabawie w parku koło łódzkiej katedry, Pan Jezus przemówił do niej i polecił niezwłocznie pojechać do Warszawy i wstąpić do klasztoru. Helena postanowiła nie wracać do domu i postawić rodziców przed faktem dokonanym. O tym planie powiedziała tylko siostrze, z którą była, i pierwszym pociągiem przyjechała do Warszawy. Tu następnego dnia zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. Musiała jednak jeszcze rok przepracować w Warszawie, aby odłożyć pieniądze na skromną wyprawę. 1 sierpnia 1925 r. została przyjęta do Zgromadzenia. Postulat odbywała w Warszawie, a nowicjat w Krakowie, gdzie w czasie obłóczyn zakonnych razem z habitem otrzymała imię Maria Faustyna. Od marca 1926 r. Bóg doświadczał siostrę Faustynę ogromnymi trudnościami wewnętrznymi; wiele przecierpiała aż do końca nowicjatu. W Wielki Piątek 1927 r. zbolałą duszę nowicjuszki ogarnął żar Bożej Miłości. Zapomniała o własnych cierpieniach, poznając, jak bardzo cierpiał dla niej Jezus. 30 kwietnia 1928 r. złożyła pierwsze śluby zakonne, następnie z pokorą i radością pracowała w różnych domach zakonnych, m.in. w Krakowie, Płocku i Wilnie, pełniąc rozmaite obowiązki. Zawsze pozostawała w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Jej bogate życie wewnętrzne wspierane było poprzez wizje i objawienia.Święta Faustyna Kowalska
    W zakonie przeżyła 13 lat. 22 lutego 1931 r. po raz pierwszy ujrzała Pana Jezusa Miłosiernego. Otrzymała wtedy polecenie namalowania takiego obrazu, jak ukazana jej postać Zbawiciela, oraz publicznego wystawienia go w kościele. Mimo znacznego pogorszenia stanu zdrowia pozwolono jej na złożenie profesji wieczystej 30 kwietnia 1933 r. Później została skierowana do domu zakonnego w Wilnie. Na początku 1934 roku zwróciła się z prośbą do artysty-malarza Eugeniusza Kazimirowskiego o wykonanie według jej wskazówek obrazu Miłosierdzia Bożego. Gdy w czerwcu ujrzała ukończony obraz, płakała, że Chrystus nie jest tak piękny, jak Go widziała.
    Dzięki usilnym staraniom ks. Michała Sopoćko, kierownika duchowego siostry Faustyny, obraz został wystawiony po raz pierwszy w czasie triduum poprzedzającego uroczystość zakończenia Jubileuszu Odkupienia świata w dniach 26-28 kwietnia 1935 r. Został umieszczony wysoko w oknie Ostrej Bramy i widać go było z daleka. Uroczystość ta zbiegła się z pierwszą niedzielą po Wielkanocy, tzw. niedzielą przewodnią, która – jak twierdziła siostra Faustyna – miała być przeżywana na polecenie Chrystusa jako święto Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Michał Sopoćko wygłosił wówczas kazanie o Bożym Miłosierdziu.
    W 1936 r. stan zdrowia siostry Faustyny pogorszył się znacznie, stwierdzono u niej zaawansowaną gruźlicę. Od marca tego roku do grudnia 1937 r. przebywała na leczeniu w szpitalu na krakowskim Prądniku Białym. Wiele modliła się w tym czasie, odwiedzała chorych, a umierających otaczała szczególną modlitewną pomocą. Po powrocie ze szpitala pełniła przez pewien czas obowiązki furtianki. Starała się bardzo, by żaden ubogi nie odszedł bez najmniejszego choćby wsparcia od furty klasztornej. Wywierała bardzo pozytywny wpływ na wychowanki Zgromadzenia, dając im przykład pobożności i gorliwości, a zarazem wielkiej miłości.
    Chrystus uczynił siostrę Faustynę odpowiedzialną za szerzenie kultu Jego Miłosierdzia. Polecił pisanie Dzienniczka poświęconego tej sprawie, odmawianie nowenny, koronki i innych modlitw do Bożego Miłosierdzia. Codziennie o godzinie 15:00 Faustyna czciła Jego konanie na krzyżu. Przepowiedziała także, że szerzona przez nią forma kultu Miłosierdzia Bożego będzie zabroniona przez władze kościelne. Dzięki s. Faustynie odnowiony i pogłębiony został kult Miłosierdzia Bożego. To od niej pochodzi pięć form jego czci: obraz Jezusa Miłosiernego (“Jezu, ufam Tobie”), koronka do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia (godzina 15, w której Jezus umarł na krzyżu), litania oraz święto Miłosierdzia Bożego w II Niedzielę Wielkanocną.
    W kwietniu 1938 r. nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia siostry Faustyny. Ksiądz Michał Sopoćko udzielił jej w szpitalu sakramentu chorych, widział ją tam w ekstazie. Po długich cierpieniach, które znosiła bardzo cierpliwie, zmarła w wieku 33 lat – 5 października 1938 r. Jej ciało pochowano na cmentarzu zakonnym w Krakowie-Łagiewnikach. W 1966 r. w trakcie trwania procesu informacyjnego w sprawie beatyfikacji siostry Faustyny, przeniesiono jej doczesne szczątki do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
    S. Faustyna została beatyfikowana 18 kwietnia 1993 r., a ogłoszona świętą 30 kwietnia 2000 r. Uroczystość kanonizacji przypadła w II Niedzielę Wielkanocną, którą św. Jan Paweł II ustanowił wtedy świętem Miłosierdzia Bożego. Relikwie św. siostry Faustyny znajdują się w Krakowie-Łagiewnikach, gdzie mieści się sanktuarium Miłosierdzia Bożego odwiedzane przez setki tysięcy wiernych z kraju i z całego świata. Dwukrotnie nawiedził je również św. Jan Paweł II, po raz pierwszy w 1997 r., a po raz drugi – 17 sierpnia 2002 r., aby dokonać uroczystej konsekracji nowo wybudowanej świątyni w Krakowie-Łagiewnikach i zawierzyć cały świat Bożemu Miłosierdziu.
    W ikonografii św. Faustyna przedstawiana jest w czarnym habicie, w stroju swego zgromadzenia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    4 października

    Święty Franciszek z Asyżu

    Święty Franciszek z Asyżu

    Św. Franciszek – Jan Bernardone – przyszedł na świat w 1182 r. w Asyżu w środkowych Włoszech. Urodził się w bogatej rodzinie kupieckiej. Jego rodzice pragnęli, by osiągnął on stan szlachecki, nie przeszkadzali mu więc w marzeniach o ostrogach rycerskich. Nie szczędzili pieniędzy na wystawne i kosztowne uczty, organizowane przez niego dla towarzyszy i rówieśników. Jako młody człowiek Franciszek odznaczał się wrażliwością, lubił poezję, muzykę. Ubierał się dość ekstrawagancko. Został okrzyknięty królem młodzieży asyskiej. W 1202 r. wziął udział w wojnie między Asyżem a Perugią. Przygoda ta zakończyła się dla niego niepowodzeniem i niewolą. Podczas rocznego pobytu w więzieniu Franciszek osłabł i popadł w długą chorobę.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W roku 1205 uzyskał ostrogi rycerskie (został pasowany na rycerza) i udał się na wojnę, prowadzoną między Fryderykiem II a papieżem. W tym czasie Bóg wyraźniej zaczął działać w życiu Franciszka. W Spoletto miał sen, w którym usłyszał wezwanie Boga. Powrócił do Asyżu. Postanowił zamienić swoje bogate ubranie z żebrakiem i sam zaczął prosić przechodzących o jałmużnę. To doświadczenie nie pozwoliło mu już dłużej trwać w zgiełku miasta. Oddał się modlitwie i pokucie. Kolejne doświadczenia utwierdziły go w tym, że wybrał dobrą drogę. Pewnego dnia w kościele św. Damiana usłyszał głos: “Franciszku, napraw mój Kościół”. Wezwanie zrozumiał dosłownie, więc zabrał się do odbudowy zrujnowanej świątyni. Aby uzyskać potrzebne fundusze, wyniósł z domu kawał sukna. Ojciec zareagował na to wydziedziczeniem syna. Pragnąc nadać temu charakter urzędowy, dokonał tego wobec biskupa. Na placu publicznym, pośród zgromadzonego tłumu przechodniów i gapiów, rozegrała się dramatyczna scena między ojcem a synem. Po decyzji ojca o wydziedziczeniu Franciszek zdjął z siebie ubranie, które kiedyś od niego dostał, i nagi złożył mu je u stóp, mówiąc: “Kiedy wyrzekł się mnie ziemski ojciec, mam prawo Ciebie, Boże, odtąd wyłącznie nazywać Ojcem”. Po tym wydarzeniu Franciszek zajął się odnową zniszczonych wiekiem kościołów. Zapragnął żyć według Ewangelii i głosić nawrócenie i pokutę. Z czasem jego dotychczasowi towarzysze zabaw poszli za nim.24 lutego 1208 r. podczas czytania Ewangelii o rozesłaniu uczniów, uderzyły go słowa: “Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 10). Odnalazł swoją drogę życia. Zrozumiał, że chodziło o budowę trudniejszą – odnowę Kościoła targanego wewnętrznymi niepokojami i herezjami. Nie chcąc zostać uznanym za twórcę kolejnej grupy heretyków, Franciszek spisał swoje propozycje życia ubogiego według rad Ewangelii i w 1209 r. wraz ze swymi braćmi udał się do Rzymu. Papież Innocenty III zatwierdził jego regułę. Odtąd Franciszek i jego bracia nazywani byli braćmi mniejszymi. Wrócili do Asyżu i osiedli przy kościele Matki Bożej Anielskiej, który stał się kolebką Zakonu. Franciszkowy ideał życia przyjmowały również kobiety. Już dwa lata później, dzięki św. Klarze, która była wierną towarzyszką duchową św. Franciszka, powstał Zakon Ubogich Pań – klaryski.

    Święty Franciszek z Asyżu

    Franciszek wędrował od miasta do miasta i głosił pokutę. Wielu ludzi pragnęło naśladować jego sposób życia. Dali oni początek wielkiej rzeszy braci i sióstr Franciszkańskiego Zakonu Świeckich (tercjarstwu), utworzonemu w 1211 r. W tym też roku Franciszek wybrał się do Syrii, ale tam nie dotarł i wrócił do Włoch. W 1217 r. zamierzał udać się do Francji, lecz został zmuszony do pozostania we Włoszech. Uczestniczył w Soborze Laterańskim IV. Z myślą o ewangelizacji pogan wybrał się na Wschód. W 1219 r. wraz z krzyżowcami dotarł do Egiptu i tam spotkał się z sułtanem Melek-el-Kamelem, wobec którego świadczył o Chrystusie. Sułtan zezwolił mu bezpiecznie opuścić obóz muzułmański i dał mu pozwolenie na odwiedzenie miejsc uświęconych życiem Chrystusa w Palestynie, która była wtedy pod panowaniem muzułmańskich Arabów.

    Święty Franciszek z Asyżu
    W 1220 r. Franciszek wrócił do Italii. Na Boże Narodzenie 1223 r., podczas jednej ze swoich misyjnych wędrówek, w Greccio zainscenizował religijny mimodram. W żłobie, przy którym stał wół i osioł, położył małe dziecko na sianie, po czym odczytał fragment Ewangelii o narodzeniu Pana Jezusa i wygłosił homilię. Inscenizacją owego “żywego obrazu” dał początek “żłóbkom”, “jasełkom”, teatrowi nowożytnemu w Europie. 14 września 1224 r. w Alvernii, podczas czterdziestodniowego postu przed uroczystością św. Michała Archanioła, Chrystus objawił się Franciszkowi i obdarzył go łaską stygmatów – śladów Męki Pańskiej. W ten sposób Franciszek, na dwa lata przed swą śmiercią, został pierwszym w historii Kościoła stygmatykiem.Franciszek aprobował świat i stworzenie, obdarzony był niewiarygodnym osobistym wdziękiem. Dzięki niemu świat ujrzał ludzi z kart Ewangelii: prostych, odważnych i pogodnych. Wywarł olbrzymi wpływ na życie duchowe i artystyczne średniowiecza. Trudy apostolstwa, surowa pokuta, długie noce czuwania na modlitwie wyczerpały siły Franciszka. Zachorował na oczy, próby leczenia nie przynosiły skutku. Zmarł 3 października 1226 r. o zachodzie słońca w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu. Kiedy umierał, prosił, by bracia zwlekli z niego odzienie i położyli go na ziemi. Rozkrzyżował przebite stygmatami ręce. Odszedł z psalmem 141 na ustach, wcześniej wysłuchawszy Męki Pańskiej według św. Jana. W chwili śmierci miał 45 lat. W dwa lata później uroczyście kanonizował go Grzegorz IX.Najpopularniejszym tekstem św. Franciszka jest Pieśń słoneczna. Pozostawił po sobie pisma: Napomnienia, listy, teksty poetyckie i modlitewne. Św. Franciszek jest patronem wielu zakonów, m. in.: albertynów, franciszkanów, kapucynów, franciszkanów konwentualnych, bernardynek, kapucynek, klarysek, koletanek; tercjarzy; Włoch, Asyżu, Bazylei; Akcji Katolickiej; aktorów, ekologów, niewidomych, pokoju, robotników, tapicerów, ubogich, więźniów.
    W ikonografii św. Franciszek ukazywany jest w habicie franciszkańskim, czasami ze stygmatami. Bywa przedstawiany w otoczeniu ptaków. Jego atrybutami są: baranek, krucyfiks, księga, ryba w ręku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 października

    Błogosławiony
    Kolumban Józef Marmion, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Franciszek Borgiasz, prezbiter
      •  Święty Chrodegang z Metzu, biskup
    Błogosławiony Kolumban Józef Marmion
    Ojciec Kolumban Marmion był jednym z największych XX-wiecznych nauczycieli życia duchowego. Jego słowa i nauki były drukowane w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy w wielu językach. Sięgali do nich papieże: św. Pius X (1903-1914), Benedykt XV (1914-1922) i Pius XII (1939-1958). Kolumban w swych tekstach odznaczał się wiernością nauce katolickiej, wyrazistością stylu i bogactwem myśli, dlatego zaliczany jest do ojców duchowych chrześcijańskiej Europy.
    Przyszedł na świat 1 kwietnia 1858 roku w Dublinie, w Irlandii. Dzień narodzin (prima aprilis) objawiał się w jego charakterze – zawsze był jowialny i pełen radości. Sam często o tym mówił: “Urodziłem się pod znakiem prawdziwych wygłupów”.
    Był siódmym z dziewięciorga dzieci w ubogiej rodzinie szlacheckiej. Jego matka była z pochodzenia Francuzką. Wcześniej śmierć zabrała jej dwóch synów, dlatego razem z mężem błagali św. Józefa, by zesłał im kolejnego chłopca. Gdy przyszedł na świat – z wdzięczności poświęcili go Bogu i dali mu imię Józef. Chłopiec w 1868 roku rozpoczął naukę w szkole prowadzonej przez augustianów, a od 1869 roku kontynuował ją w gimnazjum jezuickim. Jego ulubionym zajęciem w tym czasie było łowienie ryb w morzu.
    Od najmłodszych lat otaczał szczególnym kultem Matkę Bożą. W 1874 roku wstąpił do seminarium diecezjalnego w Dublinie. Tam budował swoją duchowość wokół tajemnicy męki Pańskiej. Prawdopodobnie wtedy nabrał zwyczaju codziennego rozważania stacji Drogi Krzyżowej. Pozostał temu zwyczajowi wierny do końca swoich dni. Pragnąc opanować wrodzoną nadmierną wesołość, upodobał sobie ćwiczenia w milczeniu. W seminarium został wyróżniony przez Boga szczególną łaską – przeżył prawdziwe objawienie. Miał potem wrażenie, że “rzucono światło na nieskończoność Boga”. Trwało to tylko chwilę, ale towarzyszyło mu przez całe późniejsze życie.
    Nie mogąc studiować na terenie Wielkiej Brytanii, gdyż katolikom zabraniano zdobywania wyższego wykształcenia (Irlandia wywalczyła niepodległość w lipcu 1921 roku), Józef kontynuował naukę w kolegium Kongregacji Rozkrzewiania Wiary w Rzymie – ukończył ją z najlepszą oceną i złotym medalem. Tam też w dniu 16 czerwca 1881 roku przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku powrócił do Irlandii i został wikariuszem w Dundrum. Po drodze do domu wstąpił do klasztoru benedyktynów w Maredsous. To, co tam przeżył, zaważyło na jego przyszłości. Całkowite oderwanie od świata, piękna liturgia, nieustanne modlitwy i całkowite posłuszeństwo Bogu i przełożonym – wywarły na nim tak wielkie wrażenie, że obiecał opatowi, że jak tylko będzie to możliwe, powróci i przywdzieje habit benedyktyński. Nie było to jednak takie proste.
    Został mianowany wykładowcą filozofii, greki i francuskiego w swoim dawnym seminarium (1882-1886). Równocześnie pełnił obowiązki kapelana w klasztorze redemptorystek i w więzieniu kobiecym. Dopiero w listopadzie 1886 roku za zgodą biskupa wstąpił do benedyktyńskiego nowicjatu w pobliskim opactwie Maredsous. 10 lutego 1888 roku złożył śluby czasowe i przyjął zakonne imię Kolumban, na cześć wielkiego irlandzkiego Świętego. Pierwsze miesiące nie były łatwe. Mistrz nowicjatu był człowiekiem nader surowym i niełatwo było Kolumbanowi dostosować się do wszystkich wymagań. Po trzech latach złożył jednak śluby wieczyste.
    Posłuszeństwo i pokora pomogły mu pokonać trudności surowego życia we wspólnocie i odnaleźć pokój wewnętrzny. Był pomocnikiem magistra nowicjatu, uczył chłopców w szkole klasztornej, głosił Ewangelię w pobliskich parafiach. Zaczęło się niepozornie. Ojciec Kolumban słabo sobie radził z francuskim, ale miejscowy proboszcz nie miał wyboru, a potrzebował kaznodziei. Po zakończeniu rekolekcji przyszedł do klasztoru i powiedział opatowi: “Jeszcze nigdy nie miałem w mojej parafii takiego kaznodziei; nikt dotąd tak bardzo nie poruszył słuchaczy!” Tak zaczęła się misja Kolumbana jako kaznodziei i przewodnika duchowego. Wielu ludzi, zarówno świeckich, jak i duchownych, zaczęło szukać u niego pokrzepienia i rady.
    13 kwietnia 1899 roku Kolumban z niewielką grupą mnichów udał się do Lowanium, aby założyć tam klasztor Mont César. Wkrótce został mianowany jego przeorem. Wykładał teologię dogmatyczną na miejscowym uniwersytecie, był spowiednikiem karmelitanek bosych, prefektem i kierownikiem duchowym kleryków. Dał się poznać jak wybitny kaznodzieja w Belgii, Francji i na Wyspach Brytyjskich. W dniu 28 września 1909 roku został wybrany na opata w Maredsous, we wspólnocie, która liczyła ponad 100 mnichów, prowadziła wydawnictwo, gimnazjum klasyczne, szkołę rzemiosł artystycznych oraz duże gospodarstwo rolne.
    Kolumban troszczył się o rozbudowę opactwa i o porządne wykształcenia zakonników. Otoczył opieką mnichów anglikańskich, którzy wyrazili pragnienie przejścia na katolicyzm. Jego troska o dobro i bezpieczeństwo podopiecznych przejawiła się przede wszystkim w trudnych latach I wojny światowej. Z narażeniem życia przeprowadził młodych mnichów z okupowanej przez Niemców Belgii (opactwo nie mogło zapewnić utrzymania wszystkim mnichom) do Irlandii, gdzie w Edermine znalazł dla nich schronienie.
    Z tym okresem wiąże się zabawna historia. Gdy Kolumban chciał przedostać się przez granicę do Anglii, nie posiadając paszportu, został złapany. Próbował się jakoś wytłumaczyć, ale wszelkie argumenty nie przynosiły oczekiwanego skutku, więc w końcu powiedział: “Jestem Irlandczykiem, a Irlandczycy nie potrzebują paszportów – chyba że udają się do piekła, a ja nie zamierzam”. Dzięki temu przekroczył granicę.
    Jednak tragiczna w swych skutkach I wojna światowa spowodowała napięcia także we wspólnotach klasztornych w Belgii, Niemczech i Jerozolimie, ponieważ miejscowe władze sprzeciwiały się obecności na własnym terytorium przedstawicieli wrogich państw. Wobec silnych nastrojów antyniemieckich po wojnie Kolumban odłączył opactwo Maredsous od kongregacji w Beuron. Zorganizował belgijską kongregację Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny i napisał dla niej konstytucje.
    Jego konferencje, rekolekcje i odczyty zostały opublikowane w trylogii Chrystus życiem duszy (1917), Chrystus w swoich tajemnicach (1919) oraz Chrystus jako wzór dla mnicha (1922). Zawarł tam wykład swych poglądów w zakresie teologii i ascezy. Pisał: “Jezus Chrystus jest najwyższym celem wszelkiej świętości, Boskim wzorem, danym przez Boga samego, aby naśladowali go Jego wybrani. Chrześcijańska świętość polega na pełnym i szczerym przyjęciu Chrystusa przez wiarę i na udoskonaleniu tej wiary przez nadzieję i miłość”. Był jednym z największych autorytetów teologicznych i duchowych ówczesnej Europy. Swoją duchowość zbudował wokół osoby Jezusa Chrystusa, zwracając szczególną uwagę na posłuszeństwo i modlitwę. Wzorem dla niego był św. Paweł Apostoł. Troszczył się o to, by zakonnicy posiedli rzetelną wiedzę teologiczną i zakorzeniali swe życie wewnętrzne w nieustannej modlitwie. Popularność swych dzieł tłumaczył prosto: “Przyczyną takiego sukcesu jest to, że w owych pracach nie ma praktycznie niczego, co pochodziłoby ode mnie”.
    Kolumban odszedł po nagrodę nieba w dniu 30 stycznia 1923 roku. W 1954 roku rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny, zakończony w czerwcu 1999 roku zatwierdzeniem dekretu o heroiczności jego cnót. 3 września 2000 roku Kolumban Marmion został włączony do grona błogosławionych przez św. Jana Pawła II.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 października

    Świętych Aniołów Stróżów

    Anioł Stróż
    Aniele Boży, Stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój.
    Rano, w wieczór, w dzień i w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy.
    Strzeż duszy i ciała mego
    I doprowadź mnie do żywota wiecznego.

    Amen.
    Anioł Stróż
    Chociaż może ta modlitwa kojarzy się z dzieciństwem i dziećmi, przekonanie o istnieniu i obecności Aniołów, w tym również Aniołów Stróżów, jest jednym z ważnych elementów naszej wiary. Aniołowie są duchami stworzonymi przez Boga dla Jego chwały i pomocy ludziom. Ci, którym Bóg zleca opiekę nad ludźmi, są nazywani Aniołami Stróżami. Opieka ta trwa przez całe nasze ziemskie życie. Każdy z nas ma swojego, “osobnego” Anioła Stróża.
    Pismo Święte nie pozostawia wątpliwości co do istnienia aniołów, posłańców Bożych, którzy uczestniczą w dziejach zbawienia człowieka. Te czysto duchowe istoty pośredniczą między Bogiem a ludźmi. Nauka o nich jest oparta przede wszystkim na dwóch fragmentach Biblii. W psalmie 91 czytamy:Niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień.Natomiast św. Mateusz przekazuje nam w swojej Ewangelii m.in. takie słowa Jezusa:Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.Nie są to bynajmniej jedyne teksty Pisma świętego wskazujące na to, że Bóg posługuje się aniołami dla dobra rodzaju ludzkiego lub poszczególnych ludzi. Wystarczy przypomnieć o opiece anioła nad Hagar i jej synem, Izmaelem (Rdz 16, 7-12); anioł powstrzymuje Abrahama, by nie dokonywał zabójstwa swego pierworodnego syna, Izaaka (Rdz 22, 11), anioł ratuje Lota i jego rodzinę (Rdz 19), anioł ratuje trzech młodzieńców od śmierci w piecu ognistym (Dn 3, 49-50) i Daniela w lwiej jamie (Dn 6-22), żywi proroka Eliasza i ratuje go od śmierci głodowej (1 Krl 19, 5-8), wyprowadza Apostołów z więzienia (Dz 5, 19-20) i ratuje św. Piotra z rąk Heroda (Dz 12, 7-23)
    Anioł Stróż
    Aniołowie byli obecni w nauczaniu Kościoła już od pierwszych wieków, w dziełach wybitnych myślicieli chrześcijańskich. W pismach ojców Kościoła naukę o Aniołach Stróżach spotykamy już w pierwotnych dokumentach chrześcijaństwa. Św. Cyprian (+ 258) nazywa aniołów naszymi przyjaciółmi. Św. Bazyli (+ 379) widzi w nich naszych pedagogów. Św. Ambroży (+ 397) uważa ich za naszych pomocników. Św. Hieronim (+ ok. 420) twierdzi: “Tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie Anioła Stróża”. Św. Bazyli idzie dalej, gdy pisze: “Niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. Podobnie pisze św. Augustyn (+ 430): “Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.
    Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególnym nabożeństwem do Aniołów Stróżów, należałoby wymienić: św. Cecylię (+ w. III), św. Franciszkę Rzymiankę (+ 1440) i bł. Dalmacjusza, dominikanina z Gerony (+ 1341), którzy mieli szczęście często przestawać ze swoim Aniołem Stróżem, jak głoszą ich żywoty; św. Stanisława Kostkę, naszego rodaka, patrona Polski, który z rąk anioła miał otrzymać cudownie Komunię świętą, gdy był w drodze do Dyllingen; św. Franciszka Salezego, który miał zwyczaj pozdrawiać Anioła Stróża w każdej miejscowości, do której przybywał; oraz św. Jana Bosko, którego Anioł Stróż kilka razy uratował od niechybnej śmierci w czasie czynionych na niego zamachów, kiedy posyłał mu tajemniczego psa ku obronie.
    Anioł Stróż
    Aniołom oddawano cześć już w liturgii starochrześcijańskiej. Wprawdzie pierwotne chrześcijaństwo walczące z wszelkimi przejawami pogaństwa nie rozwinęło kultu aniołów, podobnie jak powstrzymywało się od publicznego kultu Matki Bożej i świętych, jednak pierwsze wzmianki o kulcie aniołów spotykamy już u św. Justyna (+ ok. 165) w jego pierwszej Apologii. Od IV w. wyróżnia się kult św. Michała Archanioła. Aniołowie są wymieniani często w różnych liturgiach jako oddający chwałę Panu Bogu. W ikonografii spotykamy aniołów już w katakumbach (w. III).
    Osobne święto pojawiło się dopiero w XV w. na Półwyspie Iberyjskim, zwłaszcza na terenie Hiszpanii oraz we Francji. W roku 1608 Paweł V pozwolił obchodzić to święto w pierwszy dzień zwykły po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego dla całego Kościoła wprowadził je Klemens X w roku 1670. Żywą wiarą w Aniołów Stróżów wyróżniał się m.in. bł. Jan XXIII, który jeszcze jako nuncjusz apostolski przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego Anioła Stróża o pomyślny przebieg rozmowy i jej dobre owoce.Niech dzisiejsze wspomnienie uświadomi nam, że Aniołowie Stróżowie realnie istnieją, opiekują się nami, chroniąc przed złem i prowadząc ku dobru, a wiara w nich nie jest zarezerwowana tylko dla dzieci. Nie zapominajmy o częstej modlitwie do naszych duchowych opiekunów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 października

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Remigiusz, biskup
      •  Święty Roman Hymnograf, diakon

    Sample
    fot. Wikipedia
    ***

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, zwana także Małą Tereską (dla odróżnienia od św. Teresy z Avila, zwanej Wielką) albo Teresą z Lisieux, urodziła się w Alencon (Normandia) w nocy z 2 na 3 stycznia 1873 r. jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zofii. Kiedy miała 4 lata, umarła jej matka. Wychowaniem dziewcząt zajął się ojciec. Teresa po śmierci matki obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. W tym samym roku (1877) ojciec przeniósł się z pięcioma swoimi córkami do Lisieux. W latach 1881-1886 Teresa przebywała u sióstr benedyktynek w Lisieux, które w swoim opactwie miały także szkołę z internatem dla dziewcząt.
    25 marca 1883 r. dziesięcioletnia Teresa zapadła na ciężką chorobę, która trwała do 13 maja. Jak sama wyznała, uzdrowiła ją cudownie Matka Boża. W roku 1884 Teresa przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przy każdej Komunii świętej powtarzała z radością: “Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. W tym samym roku otrzymała sakrament bierzmowania.
    Przez ponad rok dręczyły ją poważne skrupuły. Jak sama wyznała, uleczenie z tej duchowej choroby zawdzięczała swoim trzem siostrom i bratu, którzy zmarli w latach niemowlęcych. W pamiętniku zapisała, że w czasie pasterki w noc Bożego Narodzenia przeżyła “całkowite nawrócenie”. Postanowiła zupełnie zapomnieć o sobie, a oddać się Jezusowi i sprawie zbawienia dusz. Zaczęła odczuwać gorycz i wstręt do przyjemności i ponęt ziemskich. Ogarnęła ją tęsknota za modlitwą, rozmową z Bogiem. Odtąd zaczęła się jej wielka droga ku świętości. Miała wtedy zaledwie 13 lat.
    Rok później skazano na śmierć głośnego bandytę, który był postrachem całej okolicy, Pranziniego. Teresa dowiedziała się z gazet, że zbrodniarz ani myśli pojednać się z Panem Bogiem. Postanowiła zdobyć jego duszę dla Jezusa. Zaczęła się serdecznie modlić o jego nawrócenie. Ofiarowała też w jego intencji specjalne pokuty i umartwienia. Wołała: “Jestem pewna, Boże, że przebaczysz temu biednemu człowiekowi (…). Oto mój pierwszy grzesznik. Dla mojej pociechy spraw, aby okazał jakiś znak skruchy”. Nadszedł czas egzekucji, lecz bandyta nawet wtedy odrzucił kapłana. A jednak ku zdziwieniu wszystkich, kiedy miał podstawić głowę pod gilotynę, nagle zwrócił się do kapłana, poprosił o krzyż i zaczął go całować. Na wiadomość o tym Teresa zawołała szczęśliwa: “To mój pierwszy syn!”Święta Teresa z Lisieux
    Kiedy Teresa miała 15 lat, zapukała do bramy Karmelu, prosząc o przyjęcie. Przełożona jednak, widząc wątłą i bardzo młodą panienkę, nie przyjęła Teresy, obawiając się, że nie przetrzyma ona tak trudnych i surowych warunków życia. Teresa jednak nie dała za wygraną; udała się z prośbą o pomoc do miejscowego biskupa. Ten jednak zasłonił się prawem kościelnym, które nie zezwala w tak młodym wieku wstępować do zakonu. W tej sytuacji dziewczyna nakłoniła ojca, by pojechał z nią do Rzymu. Leon XIII obchodził właśnie złoty jubileusz swojego kapłaństwa (1887). Teresa upadła przed nim na kolana i zawołała: “Ojcze święty, pozwól, abym dla uczczenia Twego jubileuszu mogła wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia”. Papież nie chciał jednak uczynić wyjątku. Teresa chciała się wytłumaczyć, ale gwardia papieska usunęła ją siłą, by także inni mogli – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – ucałować nogi papieża.
    Marzenie Teresy spełniło się dopiero po roku. Została przyjęta najpierw w charakterze postulantki, potem nowicjuszki. Zaraz przy wejściu do klasztoru uczyniła postanowienie: “Chcę być świętą”. W styczniu 1889 r. odbyły się jej obłóczyny i otrzymała imię: Teresa od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej drugim postanowieniem było: “Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów”. W roku 1890 złożyła uroczystą profesję. W dwa lata potem po raz ostatni odwiedził siostrę Teresę ojciec. Cierpiał już wtedy na zaburzenia umysłowe, ale rozpoznał córkę i powiedział do niej na pożegnanie: “W niebie”. Przełożona poznała się na niezwykłych cnotach młodej siostry, skoro zaledwie w trzy lata po złożeniu ślubów wyznaczyła ją na mistrzynię nowicjuszek. Obowiązek ten Teresa spełniała do śmierci, to jest przez cztery lata.
    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia
    opisała w księdze Dzieje duszy.

    Zanim zapadła na śmiertelną chorobę, Teresa była wyjątkowo surowo traktowana przez przełożoną, która uważała, że dziewczyna lekkomyślnie i niepoważnie zgłosiła się do Karmelu. Jej stały uśmiech brała za lekkie traktowanie swojej profesji. Także zakonnica, którą się s. Teresa opiekowała z racji jej wieku i kalectwa, nie umiała zdobyć się na słowo podzięki, ale często ją rugała i mnożyła swoje wymagania. Teresa cieszyła się z tych krzyży, bo widziała w nich piękny prezent, jaki może złożyć Bogu.
    Na rok przed śmiercią zaczęły pojawiać się u Teresy pierwsze objawy daleko już posuniętej gruźlicy: wysoka gorączka, osłabienie, zanik apetytu, a nawet krwotoki. Pierwszy krwotok zaalarmował klasztor w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Mimo to siostra Teresa spełniała nadal wszystkie zlecone jej obowiązki: mistrzyni, zakrystianki i opiekunki jednej ze starszych sióstr. Zima w roku 1896/1897 była wyjątkowo surowa, klasztor zaś był nie ogrzewany. Teresa przeżywała prawdziwe tortury. Nękał ją uciążliwy kaszel i duszność. Przełożona zlekceważyła jej stan. Nie oddano jej do infirmerii ani nie wezwano lekarza. Uczyniono to dopiero wtedy, kiedy stan był już beznadziejny. Jeszcze wówczas zastosowano wobec chorej drakońskie środki, takie jak stawianie baniek. Z poranionymi plecami i piersiami musiała iść do normalnych zajęć i pokut zakonnych, nawet do prania. Do infirmerii posłano ją dopiero w lipcu roku 1897, gdzie po kilkunastu tygodniach niezwykłych mąk 30 września 1897 roku zmarła, zapowiedziawszy: “Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”.
     
    Pius XI beatyfikował ją w 1923 r., a już w dwa lata później – kanonizował. W 1927 r. ogłosił ją, obok św. Franciszka Ksawerego, główną patronką misji katolickich. W roku 1890 bowiem – a więc jeszcze za życia Teresy – klasztor w Sajgonie zamierzał otworzyć w Hanoi drugi klasztor karmelitanek na ziemiach wietnamskich. W tej sprawie zwrócono się do klasztoru macierzystego w Lisieux o pomoc. Siostry zamierzały wysłać pomoc także w personelu. Wśród pierwszych ochotniczek była także siostra Teresa od Dzieciątka Jezus. Ustalenia trwały jednak zbyt długo; Teresa zachorowała i zmarła.
    W roku 1944 Pius XII ustanowił św. Teresę drugą, obok św. Joanny d’Arc, patronką Francji. W 1997 r., w 100. rocznicę śmierci św. Teresy, papież św. Jan Paweł II ogłosił ją doktorem Kościoła – razem z Teresą z Avili i Katarzyną ze Sieny. Św. Teresa z Lisieux jest patronką zakonów: karmelitanek, teresek, terezjanek; archidiecezji łódzkiej.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest na podstawie autentycznych fotografii. Jej atrybutami są: Dziecię Jezus, księga, pęk róż, pióro pisarskie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • ogłoszenia – wrzesień 2025

    ***

    wtorek 30 wrześniafot. Freepik

    ***

    Październik w rytmie dziesiątek różańca

    Kiedy jesień przynosi pierwsze chłody i zapach mokrych liści, każdy z nas szuka małych rytuałów, które wypełnią coraz dłuższe wieczory i mgliste poranki. W Kościele takim rytuałem października jest różaniec.

    Dlaczego akurat październik?

    7 października przypada wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. To ono sprawiło, że z czasem cały październik stał się miesiącem poświęconym tej modlitwie. Papieże zachęcali, by właśnie jesienią częściej sięgać po różaniec. Dlaczego? Może dlatego, że jesień sprzyja refleksji – dni robią się krótsze, a w długie wieczory łatwiej znaleźć chwilę spokoju. Różaniec od wieków był modlitwą „na trudne czasy”, a tych przecież nigdy nie brakuje. To modlitwa, którą łatwo wpisać w codzienność – nie trzeba od razu całych godzin. Czasem wystarczy jedna dziesiątka, by dzień nabrał innego rytmu.

    Odmawiajcie codziennie różaniec…

    Można zapytać: spośród tylu modlitw – dlaczego właśnie ta? Odpowiedź jest banalnie prosta: bo działa.

    Gdy w 1917 roku Maryja ukazała się trojgu dzieciom w Fatimie, powiedziała wyraźnie: Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny. Przy kolejnych spotkaniach fatimskich znów prosiła: Chcę, żebyście codziennie odmawiali różaniec – wskazując, że to warunek potrzebnych łask. Podobne przesłanie usłyszały dwie polskie dziewczynki podczas objawień w Gietrzwałdzie w 1877 roku: Maryja odpowiedziała im: Życzę sobie, abyście codziennie odmawiały różaniec.

    To nie przypadek. Różaniec jest prosty, dostępny zawsze i dla każdego. Nie wymaga specjalnych przygotowań ani warunków. Możesz odmawiać go w autobusie, w kolejce do lekarza albo na spacerze. Możesz wybrać jedną tajemnicę i pomyśleć o kimś, komu akurat potrzebne jest wsparcie. I tyle. W świecie, w którym wszystko musi być szybkie i efektowne, różaniec przypomina, że czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze.

    Metoda małych kroków

    Największym błędem jest zaczynać od zbyt dużych oczekiwań. Nikt Ci nie każe od razu odmawiać całego różańca codziennie. Jedna dziesiątka to świetny początek – krótka chwila, która może wejść w nawyk.

    A skoro już o nawykach mowa – tu z pomocą przychodzi nasz Nawykownik Różańcowy. To coś w rodzaju duchowego planera, który nie tylko pomaga nam przejść przez kolejne październikowe dni, ale też podsuwa intencje na każdy dzień miesiąca: za chorych, za rodziny, o pokój na świecie czy za prześladowanych chrześcijan. Dzięki temu codzienny różaniec przestaje być tylko osobistą praktyką, a staje się modlitwą splecioną z realnymi sprawami świata. Możesz wpisać własną intencję, zaznaczyć dzień, w którym się udało – i zobaczyć, jak z czasem tworzy się mała mapa Twojej duchowej drogi.

    Z kolei Do Syna Swego nas prowadź. Modlitewnik Różańcowy to świetny towarzysz, gdy chcesz się bardziej skupić. W modlitewniku znajdziesz krótkie rozważania i wskazówki, które pomagają zatrzymać się na chwilę przy każdej tajemnicy. Dzięki nim różaniec nie jest tylko powtarzaniem znanych słów, ale nabiera sensu i prowadzi przez konkretne obrazy. Każda dziesiątka staje się wtedy małą pauzą w codzienności – chwilą skupienia, która zostawia ślad na resztę dnia.

    Październik z różańcem w dłoni

    Może warto w tym roku spojrzeć na październik trochę inaczej? Nie jak na miesiąc dodatkowych nabożeństw, ale jak na okazję, by wprowadzić do dnia prosty rytuał spokoju? Może to być poranna dziesiątka różańca w drodze do pracy albo wieczorna chwila ciszy zamiast scrollowania telefonu. Nie trzeba wiele – wystarczy zacząć.

    Każdy miesiąc ma swój rytm. Październik może być tylko kolejną kartką w kalendarzu, albo stać się zaproszeniem, by złapać oddech i odnaleźć ciszę w różańcu. A Ty – jak chcesz go przeżyć?

    ud/Stacja7

    ***

    Objawienia Fatimskie były prawdziwe! Sprawdź, o co prosiła Matka Boża

    Samplefot. © Mazur / catholicchurch.org.uk

    ***

    Fatima, niewielka osada położona pośród gór, drugie dziesięciolecie XX w. Tego dnia nic nie wskazywało na to, że wydarzy coś, co zmieni bieg historii, co stanie się żywą przepowiednią przyszłych wydarzeń…

    Trwa I wojna światowa. Na świecie zaczyna już brakować nadziei na pokój. W Portugalii wszechobecny, antykościelny reżim wykańcza chrześcijańskich duchownych, a w Rosji coraz wyraźniej widać widmo rewolucji. Papież Benedykt XV, widząc napiętą sytuację polityczną, rozpoczyna odmawianie nowenny o pokój. Modlitwa trwa od 5 maja 1917 aż do 13 maja. Wtedy wydarza się coś, czego nikt się nie spodziewał…

    Dzieci odmawiają pobożnie różaniec, gdy nagle zrywa się wiatr, a świat zatrzymuje. Oczom dzieci ukazuje się młodzieniec, który niczym nie przypomina portugalskiego pasterza. Kiedy wypowiada pierwsze słowa, dla nikogo nie jest już zaskoczeniem, że to przybysz z wyjątkowej krainy.

    Powiedział “Jestem Aniołem Pokoju” i wtedy dla dzieci stało się jasne, że mają do czynienia z boskim przedstawicielem… Anioł Pokoju nie bez powodu pojawił się na wzgórzu Loca do Cabeco. Przyszedł, by przygotować dzieci na coś, co już za moment miało się wydarzyć. To było ich pierwsze i nie ostatnie spotkanie – proces przygotowania na Jej przyjście zajął nieco ponad rok…

    ŁUCJA, FRANCISZEK I HIACYNTA

    ***

    A ja też pójdę do nieba? 

    13 maja 1917 r. trójka dzieci: Hiacynta, Łucja i Franciszek, zobaczyli kogoś, kogo nigdy wcześniej nie widzieli.

    Ich oczom ukazała się postać, która nie przypominała jednak Anioła Pokoju, to był ktoś inny – ten ktoś okazał się Matką Bożą, która zstąpiła na Ziemię, by zwiastować pokój!

    Ich oczom ukazała się postać, która nie przypominała Anioła Pokoju, to był ktoś inny – ten ktoś okazał się Matką Bożą, która zstąpiła na Ziemię, by zwiastować pokój! 

    Podczas pierwszego objawienia Łucja zapytała Jasnej Pani: “Skąd Pani jest?”, na to Maryja odpowiedziała “Jestem z nieba”. Wtedy Łucja pytała dalej: A ja też pójdę do nieba? Maryja odpowiedziała: “Tak”. Łucja drążyła dalej, “A Hiacynta?”. Matka Boża odparła: “Także”. Łucja kontynuowała: “A Franciszek?”. Maryja rzekła: “Również, ale musi jeszcze odmówić wiele różańców”.

    Podczas drugiego, czerwcowego objawienia Jasna Pani zapowiedziała, że w niebie już wkrótce znajdą się Hiacynta z Franciszkiem, a Łucja ma stać się świadkiem, przekazać ludziom orędzie Maryi, które poprowadzi ich do Niepokalanego Serca Maryi. Tak też się stało…

    Tylko Łucja mogła rozmawiać z Maryją, Hiacynta słyszała i widziała, a Franciszek tylko widział, lecz nie słyszał. Dziewczynki przekazywały mu każde słowo Jasnej Pani. Podczas widzeń Maryja przekazała Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi trzy tajemnice, które Łucja przez następne lata przekazywała światu. Jasna Pani ukazywała się dzieciom sześciokrotnie, a widzenia zakończyły się 13 października 1917 r. I wtedy…

    I wtedy zdarzył się cud! 

    Wiele osób myślało, że dzieciom się przywidziało, nikt nie wierzył, że to może dziać się naprawdę. Maryja wiedziała, że dzieci spotykają się z niezrozumieniem, że ludzie nie wierzą w to, czego doświadczają. Nawet rodzice Łucji nie byli gotowi na to, by uwierzyć swojej najmłodszej córce. Właśnie dlatego Maryja podczas lipcowego objawienia, zapowiedziała dzieciom: “Uczynię cud tak wielki, aby wszyscy uwierzyli, że objawienia te są prawdziwe”.

    13 października, kiedy wiadomo było, że dzieci spodziewają się wizyty Maryi, w Cova da Iria w Fatimie, zebrał się tłum liczący prawdopodobnie ok. 40 tys. zebranych, by obserwować cud, który zapowiedziała Matka Boża. Wtedy przyszła Jasna Pani, która poprosiła dzieci, by w miejscu objawień postawiono kaplicę na jej cześć. Przedstawiła się jako “Matka Boża Różańcowa”. Zapowiedziała zakończenie wojny i zapewniła, że żołnierze, ojcowie, mężowie już wkrótce powrócą do domów.

    Cud słońca

    Łucja podczas każdego objawienia prosiła Maryję o uzdrowienia i nawrócenia. Maryja tym razem odpowiedziała: “Jednych uzdrowię, innych nie. Trzeba, aby się poprawili i prosili o przebaczenie swoich grzechów. Niech nie obrażają więcej Boga naszego Pana, który już i tak jest bardzo obrażany”

    Po tych słowach na niebie zaczęło się dziać coś, czego nikt nigdy wcześniej nie widział. Łucja krzyknęła “Spójrzcie na słońce!”. 

    Nagle niebo znacznie się ściemniło, zaczął padać intensywny deszcz, który w mgnieniu oka zmoczył wszystkich zabranych. Następnie ukazało się słońce, które zaczęło mienić się na wszystkie kolory i wirować po niebie. Słońce oderwało się od ziemi, jakby zaraz miało w nią uderzyć. Światło było tak intensywne, że już po chwili przemoczone nakrycia zebranych, stały się zupełnie suche. Tłum padł na kolana, a wielu rozpoczęło życiową spowiedź, obawiając się końca świata. Inni płakali, modlili się i błagali o odpuszczenie grzechów. 

    TŁUM OBSERWUJĄCY CUD SŁOŃCA

    ***

    Piekło istnieje naprawdę

    Podczas objawień Maryja przekazała dzieciom trzy tajemnice, które przez następne lata były wyjawiane przez Łucję.

    Pierwsza z nich jest dziś wciąż aktualna. Maryja wzywała do nawrócenia grzeszników i była szczególnie zatroskana o sytuację na świecie, o brak pobożności. Jasna Pani przyszła, by ostrzec świat przed skutkami grzechu, przed karą, którą przygotował Bóg. Tego dnia w wizji zabrała dzieci do piekła, by pokazać im ogrom cierpienia, który czeka na wszystkie dusze, które nie podporządkują się Bożym nakazom. Hiacynta, Łucja i Franciszek ujrzeli morze ognia, w którym widzieli demony i dusze, które tak naprawdę były rozżarzonymi węglami w piekielnej przestrzeni. Dzieci słyszały dobiegający stamtąd rozpaczliwy krzyk i płacz.

    Były przerażone. Z pewnościę nie był to widok dla małych urwisów, mających niespełna po 10 lat. Dlaczego więc Matka Boża pokazała dzieciom piekło? Pragnęła przestrzec je przed tym, co czeka wszystkich grzeszników. Zrobiła to, aby uratować ludzi, którzy nie chcą się nawrócić i obrażają Boga.

    Jak ocalić tych wszystkich grzeszników? Maryja tłumaczyła pastuszkom, że pokazała im piekło, żeby ratować dusze grzeszników. Wyjaśnia, że “Jezus chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca, a jeśli to się zrobi, to wielu przed piekłem zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie”.

    Po latach Łucja tak skomentowała wizję piekła: “Piekło, piekło… Jak mi żal tych dusz, które idą do piekła, i tych ludzi, którzy tam żywcem płoną, jak drzewo w ogniu…”

    Czy jest jeszcze nadzieja dla tego świata? 

    Maryja przekazała dzieciom takżę inną tajemnicę. Podkreśliła w niej jak ważne jest zabieganie o pokój we współczesnym świecie. W drugiej tajemnicy Maryja kontynuuje swoją misję ratowania grzeszników. Zwraca się do dzieci ze szczególną prośbą o modlitwę w intencji Rosji. Podkreśla, że tylko przez Jej Niepokalane Serce jest jeszcze szansa na pokój na świecie. Jedynym ratunkiem dla wszystkich grzeszników jest zadośćuczynienie za grzechy i nawrócenie. 

    Maryja zapowiedziała także, że jeśli ludzie się nie opamiętają, jeśli nie zaczną wierzyć, na świat przyjdzie głód i kolejna wojna, jeszcze gorsza niż ta, która obecnie trwała. Zapowiedziała także prześladowania chrześcijan i Ojca Świętego.

    Gdzie jest ratunek?

    Matka Boża widzi jednak nadzieję i mówi, że dla ratowania grzeszników przed piekłem należy wprowadzić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, a także ustanowić w Kościele nabożeństwo pięciu kolejnych Pierwszych Sobót Miesiąca, wraz z Komunią św. wynagradzającą – to jedyny ratunek, by ocalić świat! 

    “Jeśli te życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatryumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie” – powiedziała Maryja.

    Prorocza wizja trzeciej tajemnicy

    Maryja przekazała dzieciom trzecią, ostatnią tajemnicę. Była ona strzeżona przez wiele lat, przedstawił ją dopiero w 2000 roku Jan Paweł II. Ta tajemnica stała się najbardziej przejmująca dla Łucji, Hiacynty i Franciszka. Dziś wiemy, że ma ona charakter proroczej wizji, która wypełniła się kilkadziesiąt lat później…

    W wizji trzeciej tajemnicy dzieci ujrzały Anioła trzymającego w lewej dłoni ognisty miecz, który wyrzucał języki ognia. Języki zdawało się, że podpalą świat, jednak od podpalenia chronił blask Jasnej Pani.

    Anioł po chwili pokazał prawą ręką na ziemię i powiedział: “Pokuta, Pokuta, Pokuta!”. Wtedy ich oczom ukazało się światło, a po chwili ujrzały biskupa w bieli – dzieci miały poczucie, że jest to Ojciec Święty. BIała postać przechodziła przez zrujnowane miasto, modląc się za dusze zmarłych, których ciała napotykał na drodze.

    Kiedy dotarł na szczyt góry, na której znajdował się krzyż, został postrzelony kilka razy pociskami z broni palnej. Po nim ginęli także biskupi, księża i zakonnicy oraz wielu świeckich. Jak relacjonowała s. Łucja, “pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręce konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga”.

    Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę

    Kiedy Jan Paweł II bliżej zainteresował się orędziem fatimskim, dostrzeżono w nim spełnione proroctwo. Wiele osób wizję postrzelonego biskupa w bieli utożsamia z nieudanym zamachem na Jana Pawła II na Placu Świętego Piotra w 1981 r. Zamach ten nastąpił co do minuty o tej samej porze, co pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17.19.

    Jan Paweł II wierzył, że swoje ocalenie zawdzięcza woli Boskiej: “Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę” – powiedział i podkreślił: “Za przyczyną Matki Bożej życie zostało mi na nowo darowane”.

    Modląc się do niej, papież wyznał: „Byłaś mi Matką zawsze, a w sposób szczególny 13 maja 1981 r., kiedy czułem przy sobie Twoją opiekuńczą obecność… We wszystkim, co się wydarzyło, zobaczyłem – i stale będę to powtarzał – szczególną matczyną opiekę Maryi”.

    Kulę, która go trafiła, Papież przekazał do Fatimy. Została ona umieszczona w koronie Matki Bożej Fatimskiej. 

    Rok po zamachu Papież Jan Paweł II przypomniał w Fatimie o orędziu Maryi, które przekazała pastuszkom. “W świetle miłości Matki rozumiemy całe przesłanie Pani Fatimskiej. Największą przeszkodą w drodze człowieka do Boga jest grzech, trwanie w grzechu, a w końcu wyparcie się Boga, świadome wyrzucenie Boga ze świata ludzkiej myśli, oderwanie od Niego całej ziemskiej aktywności człowieka, odrzucenie Boga przez człowieka” – powiedział.

    Stacja 7.pl

    ***

    poniedziałek 29 września

    Święto Archaniołów:

    Michała, Gabriela i Rafała

    Sample

    fot. Joan Sutter / Cathopic / Kai

    ***

    Kim są najbardziej znani archaniołowie?

    29 września w Kościele katolickim przypada święto trzech archaniołów – Michała, Gabriela i Rafała. Ich imiona pojawiają się na kartach Biblii. Niebiańscy wysłannicy towarzyszą ludziom w konkretnych wydarzeniach, a każdy z nich ma szczególną misję i zadanie do wykonania. Każdy z nich objawił się w konkretnym czasie. Św. Michał ukazywał się aż cztery razy, doprowadzając do ustanowienia swojej własnej bazyliki w podziemnej grocie na Górze Gargano we Włoszech.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Aniołowie są istotami duchowymi, nadrzędnymi wobec ludzi. Posiadają rozum oraz wolę. Św. Grzegorz Wielki tłumaczył, że słowo anioł nie oznacza natury, ale zadanie. „Duchy, które zapowiadają wydarzenia najbardziej doniosłe nazywają się archaniołami. Niektórzy z nich mają imiona własne, wskazujące na określone ich zadania czy posługę” – wyjaśniał papież i doktor Kościoła. Aniołowie i archaniołowie pośredniczą między Bogiem i ludźmi, a ich interwencje świadczą o tym, że są zawsze gotowi, aby nam pomóc. 29 września, w rocznicę konsekracji starożytnej bazyliki św. Michała w Rzymie Kościół katolicki wspomina trzech archaniołów, którym Bóg wyznaczył szczególne misje w historii zbawienia. Przypominamy kilka ciekawych informacji na ich temat.

    Objawienia i interwencje Archanioła Michała

    Pierwszym znanym z imienia archaniołem jest św. Michał.. Jego imię pochodzi od hebrajskiego Mika’el (hebr. מיכאל) i oznacza dosłownie „któż jak Bóg”. Ukazywał się prorokowi Danielowi, pojawił się też w wielkich wizjach apokaliptycznych św. Jana. Zajmuje on pierwsze miejsce wśród archaniołów, a kiedy szatan zbuntował się przeciwko Bogu, to właśnie archanioł Michał wystąpił przeciwko niemu jako pierwszy wypowiadając słowa: „Któż jak Bóg”.

    Archanioł Michał kilkakrotnie objawiał się na ziemi. Góra Gargano w południowych Włoszech była miejscem jego 4 objawień. Do pierwszego z nich doszło w V wieku. Wtedy archanioł Michał objawił się biskupowi – św. Wawrzyńcowi. Przemówił do niego następującymi słowami: „Ja jestem Michał Archanioł, stojący przed obliczem Boga. Grota jest mnie poświęcona; ja sam jestem jej strażnikiem. Tam, gdzie się otwiera skała, będą przebaczone grzechy ludzkie. Modlitwy, które będziecie tu zanosić do Boga, zostaną wysłuchane. Idź w góry i poświęć tę grotę dla kultu chrześcijańskiego”. Duchowny zorganizował 8 maja 493 roku procesję liturgiczną na górę Gargano. Obecni tam mieszkańcy usłyszeli przepiękne głosy aniołów, które dobiegały z groty. Powiadomił o tym fakcie papieża Gelazego I, który uznał objawienie za prawdziwe. Drugi raz archanioł Michał objawił się w 493 roku. Biskup wraz z wiernymi udali się na miejsce poświęcenia groty. Wewnątrz zobaczyli kamienny ołtarz z krzyżem, a obok w skale, odbita została stopa – znak obecności archanioła Michała. Do kolejnych objawień doszło podczas epidemii dżumy, w 1656 roku. Biskup Alfonso Puccinelli modlił się w grocie za wstawiennictwem św. Michała i prosił o wsparcie. Archanioł poprosił go, aby ten poświęcił kamyki znajdujące się grocie. Każdy chory, który ich dotknął został uzdrowiony.

    Na pamiątkę tego wydarzenia w Gargano co roku odbywają się uroczyste procesje przyciągające rzesze wiernych.

    Święty Michał wielokrotnie objawiał się także w Polsce. W XIII wieku ukazał się księciu krakowskiemu Leszkowi Czarnemu i obiecał zwycięstwo nad Jaćwingami. O interwencji archanioła pisze też Jan Długosz. Pomocy św.. Michała wzywał także pod Kircholmem Karol Chodkiewicz. Prosił o pomoc w obliczu nacierających na ojczyznę wojsk szwedzkich. Archanioł Michał jest patronem Kościoła świętego, wielu państw i miast, złotników, radiologów, policjantów oraz żołnierzy.

    Misja i objawienie archanioła Gabriela

    W języku hebrajskim imię archanioła Gabriela – Geber’el (hebr. גַּבְרִיאֵל) składa się z dwóch wyrazów: „geber”, co oznacza „silny” oraz „el” – „Pan Bóg”. Znaczenie jego imienia to „wojownik Boży”, „moc Boża”. To archanioł Gabriel przybył do Maryi z dobrą nowiną i zwiastował Jej narodzenie Jezusa. Powiadomił też o tym fakcie św.. Józefa. Udał się również do Zachariasza z informacją, że mężczyzna zostanie ojcem Jana Chrzciciela. Gabriel jest jednym z trzech aniołów pojawiających się w Starym Testamencie. Kościół katolicki uznaje archanioła Gabriela za patrona radia, telewizji, telefonu, ale również dyplomatów, filatelistów, posłańców, doręczycieli, urzędników pocztowych.

    Rafał – archanioł w ludzkiej postaci

    Imię archanioła Rafała pochodzi z hebrajskiego – Rapha’el (hebr. ‏רפאל‎) znaczy „Bóg uzdrawia”, „Bóg uleczył”. Wspomina o nim tylko jedna księga w Piśmie Świętym – Księga Tobiasza, napisana na przełomie IV/III wieku przed Chrystusem. Rafał przedstawia się Tobiaszowi jako jeden z siedmiu aniołów posłanych przez Boga, aby wskazać mu drogę. W drodze, archanioł, okazał się nie tylko towarzyszem, ale także przyjacielem, mentorem, przewodnikiem oraz wsparciem w pokonywaniu trudności. To właśnie on pouczył Tobiasza, jak ma postępować i radzić sobie z niebezpieczeństwami. Archanioł Rafał czczony jest nie tylko w tradycji chrześcijańskiej, ale również w judaizmie. Jest patronem podróżnych, młodych ludzi, dzieci, pielgrzymów, aptekarzy oraz skutecznym orędownikiem w modlitwach o uzdrowienie.

    Family News Service/Tygodnik Niedziela

    ***

    John Henry Newman. Aniołowie i siły natury

    (oprac. PCh24.pl)

    Jako swych posłów używasz wichry, jako sługi – ogień i płomienie (Ps 104, 4)

    ***

    Omawiając dzisiejsze święto warto skierować nasze myśli ku błogosławionym sługom Bożym, którzy nigdy nie zaznali grzechu; którzy są wśród nas, choć niewidzialni, zawsze radośnie służąc Bogu zarówno na ziemi, jak i w niebie; którzy dzięki łaskawej woli swojego Stwórcy służą odkupionym w Chrystusie, dziedzicom zbawienia.

    Grzech naszej epoki

    Były takie momenty w dziejach świata, gdy niektórzy ludzie przywiązywali zbyt dużą wagę do aniołów i oddawali im nadmierną cześć, do tego stopnia, że zapominali o najwyższym kulcie należnym Wszechmogącemu Bogu. Jest to grzech mrocznej epoki. Ale grzechem epoki zwanej oświeconej, a tak zwane są również nasze czasy, jest coś zupełnie przeciwnego: lekceważenie aniołów lub całkowite ich ignorowanie; przypisywanie wszystkiego, co widzimy wokół siebie nie ich działaniu, ale pewnym domniemanym prawom natury. To, jak twierdzę, jest naszym grzechem, proporcjonalnym do stopnia, w jakim jesteśmy wtajemniczeni w nauczanie tego świata; i to jest niebezpieczeństwo wielu (tak zwanych) poszukiwań naukowych, obecnie modnych i gorliwie polecanych uwadze znacznej części społeczności, dotychczas im obcej — chemii, geologii i tym podobnych. To niebezpieczeństwo polegające na tym, że polegamy na rzeczach widzialnych, zapominając o rzeczach niewidzialnych i naszej niewiedzy na ich temat.

    Spróbuję wyjaśnić dokładniej, co mam na myśli. Pismo Święte, zacytowane na początku, informuje nas, że Wszechmogący Bóg tworzy swoje anioły jako duchy lub wiatry, a swoje sługi jako płomienie ognia. Zastanówmy się, co to oznacza.

    Jakże wiele pięknych i cudownych obiektów otacza nas ze wszystkich stron! A jak mało o nich wiemy! W niektórych dopatrujemy się oznak inteligencji i potrafimy wyobrazić sobie, czym one są. Na przykład, wciąż niewiele wiemy o zwierzętach, ale zauważamy, że mają zmysły – rozumiemy, że ich, uchwytna dla nas, fizyczna postać, stanowi jedynie zewnętrzny znak czegoś, czego nie dostrzegamy. W przypadku ludzi jest to jeszcze bardziej przejrzyste: patrzymy, jak się poruszają, mówią i działają, i wiemy, że wszystko, co widzimy, dzieje się w wyniku ich woli, ponieważ mają w sobie ducha, choć  nie możemy go bezpośrednio obserwować.

    Ale dlaczego rzeki płyną? Dlaczego pada deszcz? Dlaczego słońce nas ogrzewa? A wiatr, dlaczego wieje? Tutaj zawodzi nasz naturalny rozum; wiemy, że to duch w człowieku i zwierzęciu sprawia, że człowiek i zwierzę się poruszają, ale rozum nie mówi nam o żadnym duchu mieszkającym w tym, co powszechnie nazywamy światem naturalnym. Duchu, który sprawia, że spełnia on swoje codzienne obowiązki. Oczywiście to wola Boga podtrzymuje wszystko; tak samo wola Boga umożliwia nam poruszanie się, ale to nie przeszkadza, a w pewnym sensie można powiedzieć, że poruszamy się sami. Ale dlaczego poruszają się wiatr i woda, ziemia i ogień?

    To Bóg powiedział nam, do czego potrzebuje aniołów

    Tutaj wkracza Pismo Święte i wydaje się nam mówić, że cała ta cudowna harmonia jest dziełem aniołów. Zjawiska, które przypisujemy przypadkowi – jak pogoda lub naturze – jak pory roku, to obowiązki wypełniane wobec Boga. Sprawia On, że Jego aniołowie są wiatrami, a Jego słudzy – płomieniem ognia.

    I tak na przykład, to przecież anioł nadał wodzie w ewangelicznej Sadzawce Owczej zwanej Betesda właściwości lecznicze. Nie ma powodu, abyśmy wątpili, że inne źródła lecznicze w tym oraz innych krajach nie posiadają takich właściwości dzięki podobnej, niewidzialnej służbie. A pożary na górze Synaj? Grzmoty i błyskawice były dziełem aniołów, a w Apokalipsie czytamy o aniołach powstrzymujących cztery wiatry! Przypisuje się im również dzieła zemsty – ognista lawa wulkanów, która (jak się wydaje) była przyczyną zniszczenia Sodomy i Gomory, została wywołana przez dwóch aniołów, którzy uratowali Lota. Wojska Sennacheryba zostały zniszczone przez anioła, prawdopodobnie za pomocą duszącego wiatru. Zaraza w Izraelu, gdy Dawid przeprowadzał spis ludności, była dziełem anioła. Trzęsienie ziemi w dniu Zmartwychwstania było dziełem anioła. W Apokalipsie ziemia jest na różne sposoby doświadczana karami przez aniołów zemsty.

    A zatem, wedle przekazu Pisma Świętego dowiadujemy się, że bieg natury – tak cudowny, tak piękny i jednocześnie budzący taki respekt – jest wynikiem działania tych właśnie niewidzialnych istot. Natura nie jest nieożywiona; jej codzienna praca jest inteligentna; jej dzieła wynikają z obowiązków. W związku z tym Psalmista mówi: Niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego obwieszcza nieboskłon (Ps 19,2) oraz Na wieki, o Panie, trwa Twoje słowo, niewzruszone jak niebiosa. Wierność Twoja z pokolenia na pokolenie; umocniłeś ziemię i trwa. Trwa ona do dziś według Twoich wyroków, bo wszystkie rzeczy Tobie służą (Ps 119, 89 – 91).

    Natura powiewem anielskiej szaty

    Nie twierdzę, że Pismo Święte wyjaśnia nam, czym jest materia. Potwierdzam jednak, że tak jak nasze dusze poruszają nasze ciała – niezależnie od tego, czym one są – tak istnieją Duchowe Istoty Rozumne, wprawiające w ruch te cudowne i rozległe części świata przyrody, które wydają się być nieożywione. I tak jak gesty, mowa i wyraziste miny przyjaciół wokół nas umożliwiają nam kontakt z nimi, tak w ruchach wszechświata, w przemianie dnia i nocy, lata i zimy, wiatru i burzy, wypełniających Jego słowo, przypomina nam się o błogosławionych i posłusznych aniołach.

    Tak więc, w dniu dzisiejszym, podczas święta, śpiewajmy hymn o trzech młodzieńcach, których Nabuchodonozor wrzucił do ognistego pieca. Wynika zeń, że aniołom nakazano zmianę natury płomienia i uczynienie go nieszkodliwym dla młodzieńców; ci zaś wezwali wszystkie stworzenia Boże, a zwłaszcza aniołów, aby wielbili Boga. Chociaż od tamtego czasu minęło wiele setek lat, a świat teraz na próżno sądzi, że wie więcej niż wtedy oraz że znalazł prawdziwe przyczyny niemal wszystkich rzeczy widzialnych, nadal możemy wołać z wdzięcznością i prostotą serca: Błogosławcie Pana, wszystkie dzieła Pańskie, chwalcie i wywyższajcie Go na wieki! Błogosławcie Pana, aniołowie Pańscy, błogosławcie Pana, niebiosa! Błogosławcie Pana, wody nad niebiosami, błogosławcie Pana, wszystkie moce Pańskie! Błogosławcie Pana, słońce i księżycu, błogosławcie Pana, gwiazdy nieba! Błogosławcie Pana, wszelki deszczu i rosie, błogosławcie Pana, wszystkie wiatry (Dn 3,57 – 61).

    Ilekroć zatem wyglądamy poza własne granie, przypomina nam się o tych najłaskawszych i najświętszych Istotach, sługach Najświętszego, którzy raczą służyć dziedzicom zbawienia. Każdy powiew powietrza, każdy promień światła i ciepła, każdy piękny widok jest jakby powiewem szat tych, których twarze widzą Boga w Niebie. I pytam teraz każdego z was, czy odnoszenie ruchów świata przyrody do aniołów nie jest równie filozoficzne i pełne intelektualnej przyjemności, jak próba wyjaśnienia wszystkiego za pomocą teorii naukowych? Teorie te, z pewnością użyteczne do określonych celów, mogą (przy podporządkowaniu się tej wyższej perspektywie) znaleźć również zastosowanie religijne.

    Pycha człowieka współczesnego

    I tak dochodzę do kolejnego zastosowania rozważanej doktryny. Podnosi ona nas na duchu i daje do myślenia, ale jest również pożyteczna jako doktryna pokory, co już wykazałem. Oto człowiek próżny bowiem chciałby być mądry – bada więc z ciekawością dzieła natury w taki sposób, jakby były one martwe i pozbawione sensu. Jakby tylko on sam posiadał inteligencję, a owe dzieła były tylko bezwartościową, nieożywioną materią, choć może nawet początkowo niezwykle pomysłowo skonstruowaną. Potem, człowiek ów, śledząc porządek rzeczy, poszukując w nim przyczyn, nadając nazwy napotkanym cudom, dochodzi do wniosku, że rozumie to, czemu nadał nazwę. W końcu zaś tworzy teorię, przedstawia ją na piśmie i nazywa siebie uczonym. Wszystkie te teorie naukowe, jak powiadam, są przydatne, ponieważ klasyfikują i pomagają nam przypomnieć sobie dzieła i ścieżki Boga oraz Jego aniołów. Ponadto są one niezwykle przydatne, umożliwiając nam zastosowanie Jego opatrzności i nakazów Jego woli dla dobra człowieka. W ten sposób możemy cieszyć się Bożymi darami. Dziękujmy Mu za wiedzę, która nam to umożliwia, i czcijmy tych, którzy są Jego narzędziami w przekazywaniu jej.

    Bywa jednak, iż ktoś zaczyna wyobrażać sobie, że ponieważ wie coś o wspaniałym porządku tego świata, to wie również, jak naprawdę przebiegają wszystkie sprawy. Traktuje cuda natury niczym zwykłe procesy mechaniczne, które same z siebie trwają; które są uruchamiane i działają same przez siebie tak jak dzieła ludzkiego umysłu (na przykład zegar). Można takiego człowieka nazwać lekceważącym w swoim postępowaniu wobec natury, gdy sądzi, że ona (jeśli mogę tak powiedzieć) go nie słyszy. Że ona nie widzi, jak on się wobec niej zachowuje. Taki człowiek uważa, że porządek natury, który częściowo udało mu się dostrzec, zastąpi Boga, stwórcę natury. Uważa, iż wszystkie rzeczy trwają i działają nie dzięki Bożej woli i mocy oraz działaniu tysięcy i dziesiątek tysięcy Jego niewidzialnych sług, ale dzięki ustalonych prawom, samoczynnym i samopodtrzymującym się. Jakimż biednym, słabym robakiem i nędznym grzesznikiem staje się taki człowiek!

    Obawiam się jednak, że taka jest obecnie sytuacja wielu ludzi, którzy głośno mówią i wydają się sobie oraz innym wyroczniami nauki, gdyż – w sferze faktów – rzeczywiście wiedzą znacznie więcej o działaniu natury niż ktokolwiek z nas.

    Gdyby uczony spotkał anioła

    A jak to wygląda w rzeczywistości? Załóżmy, że badacz, którego opisałem, badając kwiat, zioło, kamyk lub promień światła, które traktuje jako coś tak podrzędnego w skali istnienia, nagle odkrył, iż znajduje się w obecności jakiejś potężnej istoty. Istoty ukrytej za badanymi przezeń, widzialnymi rzeczami. Istoty, która choć ukrywa swoją mądrą rękę, nadaje tym rzeczom piękno, wdzięk i doskonałość, czyniąc je narzędziem Boga do konkretnego celu.

    Jakie wówczas byłyby myśli takiego uczonego człowieka? Czyż nie jest tak, że gdy przypadkowo okazujemy niegrzeczność wobec bliźniego, nadepniemy na rąbek jego szaty lub przypadkowo go popchniemy, jesteśmy zawstydzeni nie tyle tym, że go skrzywdziliśmy, ile obawą, że okazaliśmy mu brak szacunku?

    Dawid obserwował straszliwą zarazę przez trzy dni, bez wątpienia nie z ciekawością, ale z nieopisaną grozą i wyrzutami sumienia. Ale kiedy w końcu podniósł oczy, ujrzał Anioła Pańskiego [który spowodował zarazę] stojącego między ziemią a niebem, z mieczem wyciągniętym w ręku, wyciągniętym nad Jerozolimą. Wtedy Dawid i starsi, odziani w wory, upadli na twarze (1 Krn 21, 16). Zwróćmy uwagę – oto tajemnicza plaga stała się jeszcze bardziej przerażająca, gdy poznano jej przyczynę!

    Ale to, co jest prawdą w odniesieniu do tego, co w działaniu natury straszne, stanowi również prawdę wobec tego, co przyjemne i atrakcyjne. Kiedy więc spacerujemy na świeżym powietrzu i medytujemy o zmierzchu, jakże wiele zaskakujących i przytłaczających wrażeń dostarczają nam wszystkie zioła i kwiaty! Nawet gdybyśmy wiedzieli o nich tyle, co najmądrzejsi z ludzi, to jednak wokół nas są tacy – choć niewidzialni – dla których największa ludzka wiedza jest po prostu zupełną ignorancją. A kiedy rozmawiamy na tematy związane z naturą w sposób naukowy, powtarzając nazwy roślin i gleb oraz opisując ich właściwości, powinniśmy robić to z szacunkiem, jakbyśmy rozmawiali wielkich sługach Boga. Nawet z pewnego rodzaju nieśmiałością, którą zawsze odczuwamy, gdy przemawiamy przed uczonymi i mądrymi przedstawicielami naszego śmiertelnego gatunku, jako biedni nowicjusze w dziedzinie wiedzy intelektualnej czy uczynków moralnych.

    To nie fantazja, to fakt religijny

    Oczywiście mogę sobie wyobrazić osoby mówiące, iż wszystko to jest fantazją. Ale jeśli tak się komuś wydaje, to tylko dlatego, że wciąż nie przywykliśmy do myślenia w ten sposób. A przecież Pismo Święte nie mówi nam o aniołach przez przypadek, ale w celach zupełnie praktycznych. A nie potrafię wyobrazić sobie bardziej praktycznego zastosowania naszej wiedzy niż połączenie widoku tego świata z myślą o przyszłym życiu. Nie wyobrażam sobie bardziej praktycznego zastosowania wiedzy niż to, gdyż przecież ogromną pociechę stanowi świadomość, że gdziekolwiek się udamy, otaczają nas istoty, które służą wszystkim nam, wszystkim dziedzicom zbawienia.

    Nawet jeśli ich nie widzimy.

    Owszem, doktryna o aniołach była kiedyś – jako się rzekło – przyjmowana nawet zbyt chętnie. A jeśli ktoś chciałby przypominać, że to niebezpieczne, niech przypomni sobie wielką zasadę naszego Kościoła, wedle której „nadużycie nie znosi właściwego użycia”. I niech wyjaśni, jeśli potrafi, dlaczego święty Paweł „zaklina” Tymoteusza wobec Boga i Chrystusa Jezusa i wybranych aniołów (1 Tm 5, 21)? Dlaczego w Liturgii nasz Kościół uczy nas, abyśmy łączyli nasze uwielbienie z uwielbieniem „aniołów i archaniołów” a pierwsi chrześcijanie wyrażali nawet nadzieję, że aniołowie uczestniczą w nabożeństwach Kościoła i wraz z nim wielbią Boga?

    Odpowiedzi na te pytania mają bezpośredni wpływ na naszą wiarę w Boga i Jego Syna, ponieważ im szerzej możemy patrzeć w kierunku przyszłego świata, tym lepiej. Kiedy patrzymy na Wszechmogącego Boga otoczonego przez Jego świętych aniołów, tysiące duchów służących Mu i dziesiątki tysięcy stojących przed Nim, idea Jego potężnego majestatu jawi się nam w sposób jeszcze bardziej imponujący i poruszający. Zaczynamy dostrzegać, jak mali jesteśmy, jak bardzo jesteśmy nieznaczący i bezwartościowi, a jak wielki i budzący strach jest On. Nawet najniższy z Jego aniołów jest nieskończenie ponad nami w naszym obecnym stanie! Jakże więc wielki musi być Pan aniołów! Nawet serafini wielbiąc go zakrywają twarze przed Jego chwałą, a zatem jak bardzo powinni się wstydzić grzesznicy stając przed Nim!

    Jedną z motywacji dla naszych prób wypełnienia woli Bożej jest myśl, że jeśli osiągniemy Niebo, staniemy się towarzyszami błogosławionych aniołów. Cóż bowiem innego wiemy o dworach niebieskich, jeśli nie to, że są one zamieszkane właśnie przez nich? Dlatego też są oni nam objawieni, abyśmy mieli na czym oprzeć nasze myśli gdy patrzymy w Niebo. Niebo jest pałacem Wszechmogącego Boga i z pewnością musimy myśleć przede wszystkim o Nim, o Jego Synu, naszym Zbawicielu, który umarł za nas i który objawia się w Ewangeliach. To jest konkret, na którym możemy się oprzeć marząc o Niebie. I z tego samego powodu są nam objawieni aniołowie – aby Niebo było w naszej wyobraźni miejscem jak najmniej nieznanym.

    Myślmy więc o aniołach Bożych i starajmy się myśleć o nich z szacunkiem. Ale uważajmy, aby kontemplacja ich nie stała się dla nas sensem, sentymentalizmem i rodzajem wysublimowania wyobraźni. Ziemski świat ma być bowiem dla nas światem praktyki i pracy – Bóg objawia nam przebłyski Trzeciego Nieba dla naszej pociechy, ale myślenie o nim musi służyć głównemu celowi naszego obecnego istnienia. Jeśli nie będziemy każdego dnia uświęcać się, aby w przyszłości cieszyć się pełnią znajomości Nieba, wszelkie dzisiejsze rozważania staną się jedynie pułapką naszego wroga. Codzienne praktyki religijne, posłuszeństwo Bogu w naszym powołaniu i w zwykłych sprawach, starania o naśladowanie naszego Zbawiciela Chrystusa w słowach i czynach, nieustanna modlitwa do Niego i poleganie na Nim – to są główne przygotowania do przyjęcia Jego objawień i czerpania z nich korzyści.

    John Henry Newman, 29 września 1831/tłumaczenie PCh24.pl

    ***

    Sześć faktów o Archaniołach

    Michał, Gabriel i Rafael to jedyni Archaniołowie wymienieni z imienia w katalogu świętych. Kościół wspomina ich 29 września.

    Pierwotnie jednak data ta upamiętniała w Kościele wyświęcenie bazyliki rzymskiej w 530 r. i wspominała tylko świętego Michała. W przeszłości był nawet okres, w którym dzień ten stanowił dla katolików święto obowiązkowe!

    Dlaczego Kościół wyznaczył dzień liturgiczny, by upamiętnić Archaniołów? Kim byli? Czy nadal istnieją? Jaki wpływ mają na nasze życie?

    Oto sześć najważniejszych faktów dotyczących Archaniołów:

    1. Kim jest „Archanioł”?

    Słowo „Archanioł” (grec. archangelos) oznacza „wysokiego rangą anioła” – tak samo jak „arcybiskup” oznacza wysokiego rangą biskupa.

    Warto pamiętać, że tylko święty Michał jest wspominany w Piśmie Świętym jako Archanioł: „Gdy zaś archanioł Michał tocząc rozprawę z diabłem spierał się o ciało Mojżesza, nie odważył się rzucić wyroku bluźnierczego, ale powiedział: Pan niech cię skarci! (Jud 1, 9). Niestety nie posiadamy więcej informacji na temat tego sporu. Co ciekawe święty Michał nie odważa się samodzielnie wydać wyroku przeciw szatanowi, oddaje tę powinność Panu Bogu. Są to jedyne słowa jakie wypowiada on w Piśmie Świętym: Pan niech cię skarci!

    Powszechne czci się jednak także świętych Gabriela i Rafaela również jako Archaniołów.

    Tradycyjnie aniołowie podzieleni są na „dziewięć chórów”. Hierarchia ta opiera się na dziewięciu nazwach szeregów aniołów, które można odnaleźć w Piśmie Świętym.

    Święty Grzegorz Wielki wymienił te „chóry” w swojej homilii: „Powiedzieliśmy, iż jest dziewięć chórów anielskich, a mianowicie wiemy z Pisma Świętego, iż są aniołowie, archaniołowie, moce, potęgi, księstwa, panowania, trony, cherubini i serafini” (Grzegorz Wielki, Homilie na Ewangelie, Warszawa 1970: 2, 34, 7).

    Chociaż święty Michał posiada władzę nad innymi aniołami sam podlega Panu Jezusowi, który zajmuje od niego o wiele wyższą pozycję. Św. Michał archanioł nie jest równy Jezusowi – Synowi Bożemu, którego wszyscy aniołowie powinni czcić (por. Hbr 1, 5-9).

    2. Dlaczego nazywa się ich świętymi skoro są aniołami, a nie ludźmi?

    Z greckiego hágios oznacza „święty”. Słowo to nie odnosi się jednak wyłącznie do „świętego człowieka”, ale może określać świętych, którzy nie są ludźmi. Ponieważ święci Michał, Gabriel i Rafael opowiedzieli się po stronie Pana Boga a nie diabła, są świętymi aniołami, czyli nadprzyrodzonymi świętymi, uświęconymi przez religię, otaczanymi czcią i kultem.

    Wszyscy aniołowie, którzy stoją u boku Boga są świętymi, ale te trzy imiona są nam znane i dlatego wyodrębniane w liturgii.

    3. Jakie zadanie powierzono Archaniołom?

    Bardzo różne. Najniższe szeregi aniołów to te, które są nam najbardziej znane, ponieważ to one komunikują się z nami lub z nami współdziałają. Uważa się, że Michał jest tym aniołem, który dostarczył Boże inspiracje św. Janowi w Księdze Objawienia. Święty Michał Archanioł znany jest również z roli jaką odegrał w wypędzeniu zbuntowanego anioła Lucyfera z Nieba. Ponadto uznaje się go za obrońcę Kościoła, chroniącego przed złem.

    W Apokalipsie św. Jana to Archanioł Michał wespół ze swoimi aniołami ma stanąć do walki z szatanem: „I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie,  ale nie przemógł, i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło.  I został strącony wielki Smok, Wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan (..)” (Ap 12, 7-9).

    Święty Gabriel został po raz pierwszy wymieniony w Księdze Daniela, kiedy to pomaga Danielowi w jego misji na ziemi. Później anioł Gabriel ukazuje się Zachariaszowi i Najświętszej Dziewicy Maryi, przekazując największe i najwspanialsze przesłanie wszechczasów dotyczące wcielenia Syna Bożego i obcowania z człowiekiem.

    W Księdze Tobiasza wspomina się z kolei o aniele Rafaelu, który to miał uzdrowić Tobiasza i uwolnić Sarę od demonów. Rafael dokonał obu tych czynów, prowadząc i pouczając Tobiasza w trakcie ich wspólnej drogi.

    4. Czy Archaniołowie posiadają skrzydła, ciała i miecze?

    Nie wiadomo. W przeciwieństwie do nas, aniołowie są czystymi duchami i nie posiadają niczego materialnego. Czasami wyglądają jak człowiek, ale to tylko ich pozorne oblicze, które mogą przybrać.

    Amerykański katolik, pisarz, publicysta i wykładowca uniwersytecki dr Peter Kreeft doskonale wyjaśnia to w swojej książce „Anioły i Demony”: „Z powodu nieposiadania ciał, aniołowie nie zajmują przestrzeni tak jak my i poruszają się po naszym świecie bez zajmowania przestrzeni. Najlepszą analogią  obrazującą to jak poruszają się anioły są elektrony i skoki cząsteczek. Anioły poruszają się błyskawicznie z jednego miejsca do drugiego, nie przechodząc przez żadną przestrzeń ani czas pomiędzy nimi”.

    Z drugiej strony, nawet jeśli nie posiadają ciał materialnych, anioły mogą oddziaływać na świat materialny i wpływać na niego. Są to czyste duchy (jak Bóg) i mają taką inteligencję i moc umysłową, że mogą poruszać rzeczami materialnymi lub przyjmować postać ciała ludzkiego. Jak dokładnie to wszystko się dzieje pozostaje jednak  tajemnicą. Święty Tomasz z Akwinu zagłębia się w tej tematyce w „Sumie teologicznej”.

    Warto pamiętać, że skrzydła i miecze to nic innego jak artystyczne przedstawienie ról i działań aniołów w naszym świecie, jako posłańców i opiekunów. 

    5. Czy Archaniołowie mogą obronić nas przed złem?

    Ba! Jeżeli święty Michał wraz z Gospodarzem Niebieskim mogą wypędzić Szatana i jego sługi z Nieba, to aniołowe są z pewnością są w stanie walczyć z demonami dręczącymi świat, a także ochronić nas przed ich wpływem. Jedną z najwspanialszych modlitw do św. Michała jest modlitwa, która przez wiele lat była regularnie wypowiadana na zakończenie Mszy Świętej:

    „Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen”.

    6. Czy Archaniołowie istnieją we współczesnym świecie?

    Tak. I na szczęście aniołowie nie polegają na naszej wierze w ich istnienie. Bóg stworzył ich nieśmiertelne duchy na początku czasu i nie przestaną istnieć przez całą wieczność.

    Niekoniecznie musimy ich widzieć, słyszeć, czy odczuwać ich obecność, ale są prawdziwe tak jak ekran, który Drogi Czytelniku masz właśnie przed sobą. Czasami dają nam do zrozumienia, że są blisko. Jednak przez większość czasu są bardzo zajęte chroniąc nas, bez naszej świadomości, przed zagrażającymi nam krzywdami. Warto przez chwilę zastanowić się, co by się działo, gdyby ich tutaj nie było!

    Dzieci rozumieją, że aniołowie istnieją i ufają całkowicie, że są obecni i modlą się do nich bez wahania. Być może potrzebujemy jakiejś prostoty serca przypominającej dziecko, aby odnowić naszą wiarę w te istoty niebieskie: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 3).

    malk/PCh24pl

    ***

    Wspólna modlitwa do Bożego Miłosierdzia

    Po raz pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego został wystawiony 90 lat temu w Ostrej Bramie

    This image has an empty alt attribute; its file name is Fot.6-JUT_Ostra-Brama.jpg

    Pierwsza wersja czczonego na całym świecie obrazu Jezusa Miłosiernego, który namalował Eugeniusz Kazimirowski według wskazówek św. Faustyny, została wystawiona publicznie w Ostrej Bramie 25 kwietnia 1935 roku.

    W niedzielę 28 września o godz. 15:00 na ulicach miast i wsi w Polsce i na wielu miejscach całego świata będziemy modlić się Koronką do Bożego Miłosierdzia.

    Od kilku lat w rocznicę beatyfikacji bł. księdza Michała Sopoćki, spowiednika św. Faustyny, wierni modlą się w publicznej przestrzeni Koronką do Bożego Miłosierdzia, aby prosić o przemianę swoich rodzin, społeczności i świata.

    Modlitwa potrwa 15 minut – dla świata to zaledwie kwadrans, ale dla Pana Boga to jest potężne wołanie grzeszników szukających miłosierdzia i wsparcia.

    Papież Leon XIV podczas środowej audiencji 24 września powiedział, że to właśnie w Polsce objawiło się Boże Miłosierdzie: “W waszej Ojczyźnie objawiło się Boże Miłosierdzie. Niech ono nieustannie ożywia waszą wiarę, nadzieję i miłość, płynące ze spotkania z Panem w Misterium Paschalnym, zwłaszcza w sakramentach świętych. Z serca Wam błogosławię“.

    Intencje Koronki:

    Intencje tegorocznej Koronki na ulicach miast są następująco:

    1. Aby w Panu Bogu pokładać nadzieję stawiając Go na pierwszym miejscu w życiu rodzinnym, społecznym i politycznym.
    2. Za Kościół Boży, aby wiernie konsekwentnie bronił depozytu wiary i moralności.
    3. Za Papieża Leona XIV, kardynałów, biskupów i księży, aby byli kapłanami według Serca Jezusowego.
    4. Za Prezydenta RP Karola Nawrockiego i wszystkich rządzących, aby sprawowanie władzy traktowali jako służbę na rzecz wspólnego dobra nas wszystkich.
    5. O poszanowanie ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnego przejścia w życie wieczne..
    6. O pokój na całym świecie, zwłaszcza w miejscach wojen i niepokoju, a szczególnie za Haiti ogarnięte zamętem i bezprawiem.
    7. Za wszelkich więźniów, a zwłaszcza tych, którzy trwają daleko od Boga, nie widzą sensu nawrócenia, którym brakuje nadziei w Boże Miłosierdzie.
    8. Za prześladowanych chrześcijanin, aby wytrwali w wierze.
    9. Za żołnierzy, aby wiernie służyli Ojczyźnie, stojąc na straży pokoju i bezpieczeństwa
    10. Za nasze kraje, miasta, nasze rodziny i nas samych.

    ***

    FOT. CANVA PRO

    ***

    To wydarzenie obejmuje coraz więcej lokalizacji. Tomasz Talaga, współorganizator akcji, w rozmowie z Radiem Watykańskim – Vatican News poinformował, że obecnie zgłoszonych jest około 300 miejsc i w ostatnich dniach wciąż zgłaszają się kolejne miejscowości. Organizatorzy spodziewają się, że w modlitwie weźmie udział blisko pół tysiąca grup.

    Koronka do Bożego Miłosierdzia

    Koronka do Miłosierdzia Bożego została podyktowana przez Pana Jezusa s. Faustynie w Wilnie 14 września 1935 roku jako modlitwa na przebłaganie i uproszenie Bożego zmiłowania. Objawiając się św. Faustynie Pan Jezus obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci.

    Ci którzy się modlą tą koronką ofiarują Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a jednocząc się z ofiarą Pana Jezusa, odwołują się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.

    W tej modlitwie proszą również o „miłosierdzie dla nas i całego świata” i tym samym spełniają uczynek miłosierdzia. Dodając do tego podstawę ufności i wypełniając warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), wierni mogą oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic, które dotyczą szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko te osoby, które modlą się koronkę do Bożego Miłosierdzia, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    ***

    Włączmy się do tej bardzo ważnej modlitwy, bo to przecież są słowa samego Pana Jezusa, aby wspólnie wołać o Boże miłosierdzie dla naszych rodzin i dla świata całego.

    ***

    Kościół przypomina o wrześniowych Suchych Dniach.

    Prastara praktyka wciąż żywa

    (PCh24.pl)

    ***

    Wierni przywiązani do tradycyjnej liturgii rozpoczynają dziś Suche Dni. Są to trzy dni modlitwy i wstrzemięźliwości obchodzone na początku każdej pory roku. Dawniej to właśnie w soboty Suchych Dni udzielano Święceń Kapłańskich.

    Suche Dni to trzy dni (środa, piątek i sobota), które Kościół przeznacza w sposób szczególny na modlitwę i praktyki pokutne na początku każdej pory roku. Dziękujemy w nich za dotychczasową pomyślność i prosimy o Boże błogosławieństwo w nadchodzącym kwartale.

    Zgodnie z tradycyjną dyscypliną, w Suche Dni należy zachować post zarówno ilościowy (maksymalnie trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta) jak i jakościowy (abstynencja od pokarmów mięsnych) oraz poświęcić więcej czasu na modlitwę. Zasady z 1962 roku zezwalają jednak na jeden posiłek mięsny w środę i sobotę Suchych Dni.

    Jakkolwiek obowiązek postu ścisłego i abstynencji został zniesiony w 1966 r., wierni są nadal zachęcani do zachowania tej pięknej praktyki. Niestety reforma liturgiczna z 1969 r. pozostawiła decyzję o obchodzeniu Suchych Dni konferencjom episkopatu poszczególnych krajów, z których niewiele zachowało ten zwyczaj.

    Post i modlitwa mają nam pomóc uśmierzać nasze pożądliwości i zwracać się ku Bogu. Sama Ewangelia zawiera zachętę do takich praktyk. Apostołowie zapytali bowiem Jezusa czemu nie mogli wyrzucić konkretnego rodzaju złego ducha. Chrystus im wtedy odpowiedział: „Ten rodzaj żadnym sposobem wyjść nie może, jak tylko przez modlitwę i post” (Mk 9,28, Ewangelia na Środę Suchych Dni Wrześniowych).

    Choć nie ma pewności, kiedy dokładnie zaczęto obchodzić Suche Dni, wiadomo, że mają one prastary rodowód. W Rzymie zachowywano je już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, a święty papież Leon Wielki (V w.) głosił w swoich kazaniach, że były one ustanowione jeszcze przez samych Apostołów. Liber Pontificalis natomiast przypisuje zapoczątkowanie Suchych Dni papieżowi św. Kalikstowi (218-225). Najprawdopodobniej jednak zostały one ustanowione przez papieża Syrycjusza (384-399).

    Suche Dni były chrześcijańską odpowiedzią na pogańskie celebracje obchodzone w tym czasie w Rzymie. Poganie bowiem trzy razy do roku świętowali dni modlitwy i ofiar zanoszonych do bożków, dziękując za właśnie zakończoną porę roku i prosząc o pomyślność w nadchodzącej. Pierwsze takie uroczystości miały miejsce przed przesileniem zimowym, kiedy Rzymianie prosili o pomyślny zasiew. W pozostałych celebracjach – czerwcowych i wrześniowych – błagali swoich bożków o błogosławieństwo dla zbiorów – odpowiednio: zbóż i wina.

    Gdy chrześcijaństwo stało się oficjalną religią Imperium Rzymskiego, Kościół wziął to, co było dobre w pogańskim pierwowzorze Suchych Dni – modlitwę i umartwienie – i uświęcił je kierując je ku prawdziwemu Bogu. Potem dodano również czwarte Suche Dni – wielkopostne – aby w ten sposób rozpoczynać już każdą porę roku i aby nawiązać do czterech okresów pokutnych wspomnianych w Księdze Zachariasza (Zach 8,19). W podobnym czasie ustalono, aby były to trzy dni pokuty: środa, piątek i sobota, w które historycznie poza niedzielą najwcześniej sprawowano Ofiarę Mszy św. Celebracja Suchych Dni kończyła się nocnym czuwaniem z soboty na niedzielę i Mszą św. o świcie.  

    Z czasów papieża Gelazjusza I pochodzi zwyczaj udzielania święceń kapłańskich – nie tylko stopnia Prezbiteratu, ale i wszystkich poprzedzających – w sobotę Suchych Dni. Tradycyjnie było siedem stopni święceń, stąd też siedem czytań mszalnych w ten dzień. Już Dzieje Apostolskie nakazują, aby święcenia było poprzedzone postem i modlitwą (Dz 13,3), zatem nie tylko sami kandydaci, ale i cały Kościół ofiarował modlitwę i post Suchych Dni w intencji nowych kapłanów.

    Według mszału z 1962 r., Suche Dni są obchodzone w trzecim tygodniu Adwentu, w pierwszym tygodniu Wielkiego Postu, w oktawie Zesłania Ducha św. oraz w trzecim tygodniu września.

    PCh24.pl

    ***

    129 lat temu zmarła polska mistyczka, którą papież stawiał za wzór

    129 lat temu zmarła polska mistyczka, którą papież stawiał za wzór

    Ikona Sł. B. Wandy Malczewskiej (fot. Screenshot YouTube – Archidiecezja Łódzka)

    ***

    Dokładnie 129 lat temu we wsi Parzno w województwie łódzkim, 25 września 1896, przeszła do wieczności jedna z najsłynniejszych polskich świeckich mistyczek Wanda Malczewska. Jan Paweł II stawiał Malczewską jako wzór świeckiego apostoła.

    Urodzonej w Radomiu w 1822 roku Wandzie Malczewskiej Chrystus wielokrotnie w sposób mistyczny udzielał mistycznych wizji i pouczeń.

    W roku 1872, w setną rocznicę I rozbioru Polski, 50-letnia wówczas Malczewska usłyszała od Matki Bożej również słowa dotyczące utraty przez nasz kraj niepodległości.

    „Tak, Polska kiedyś wyróżniała się nabożeństwem do Mnie – toteż serdecznie ją kocham. Pod Moją opieką wzrastała, nieprzyjaciół nawet silniejszych, zwyciężała. Jej oręż pod Moim berłem, gdy szła do boju, wsławił się wobec całego chrześcijaństwa.

    Dostaliście się do niewoli wskutek niezgody wewnętrznej i sprzedajności wielu waszych rodaków. Rozebrali was na kawałki, ale Pan Bóg na Moją prośbę tego rozbioru nie zatwierdził. Zbliża się czas, gdy Sprawiedliwość Boska upokorzy chciwość waszych zaborców, tępicieli wiary katolickiej i nabożeństwa do Serca Mojego Syna. Oni upadną, a Polska, na Moją prośbę, będzie wskrzeszona. Ale niech strzeże wiary i nie dopuszcza niedowiarstwa, zdrady, niezgody, lenistwa, bo te wady mogą ją na powrót zgubić i to na zawsze. Pragnę widzieć Polskę szczęśliwą, ale niech Polacy do tego rękę przykładają… Modlę się za Polskę, za jej nabożeństwo do Mnie.

    Ojczyzna Twoja i Kościół w Twojej Ojczyźnie przez krwawą pracę i jedność bratnią dojdą do upragnionej wolności. Niech tylko naród tej wolności nie obróci w swawolę, bo jeśli pozbędzie się wiary, straci przywróconą Ojczyznę” – miała powiedzieć mistyczce Matka Boża.

    Fronda.pl/ren/Wanda Malczewska. Wizje, przepowiednie, upomnienia”; oprac. ks. A. Majewski, Wrocław 2003

    ***

    Różaniec w intencji pokoju przez cały październik. Papież wzywa do modlitwy

    Ze szczególnym apelem modlitwy w intencji pokoju, papież Leon XIV zwrócił się podczas środowej audiencji do wiernych na placu św. Piotra.

    FOT. VATICAN MEDIA/CANVA PRO

    ***

    Na zakończenie środowej audiencji ogólnej Ojciec Święty przypomniał, że październik jest zwłaszcza poświęcony modlitwie różańcowej. Dlatego zachęcam wszystkich, aby każdego dnia nadchodzącego miesiąca odmawiali Różaniec w intencji pokoju, osobiście, w rodzinie, we wspólnocie – powiedział papież.

    Zapowiedział, że w październiku codziennie o 19.00 w bazylice watykańskiej będzie odmawiany różaniec. Dodał również, że 11 października na Placu św. Piotra odbędzie się szczególne czuwanie modlitewne w 63. rocznicę inauguracji Soboru Watykańskiego II.

    ***

    Ludzkość błaga o pokój – mówi Leon XIV.

    W październiku będziemy błagać Boga o pokój razem z Królową Pokoju.

    Ta, która usłyszała w Nazarecie od Archanioła: Shalom, została Królową Pokoju. W Fatimie, na Bałkanach czy w Rwandzie interweniowała, wołając o pokój, ale okazało się, że nie tylko Polacy mądrzy są po szkodzie.

    Wzgórze Podbrdo. „Mir”, czyli…„pokój”, to słowo, które najczęściej usłyszymy w Medjugorju.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    O wezwaniu Fatimy pisałem wielokrotnie, ale dopiero dziś zwróciłem uwagę na pewien „detal”. Było wokół tyle miejsc, ale Maryja objawiła się akurat w miejscu, które nosi nazwę Cova da Iria, czyli Dolina Pokoju. I to kilka dni po tym, jak papież Benedykt XV w liście do sekretarza stanu kard. Pietra Gasparriego wyraził pragnienie, by do Litanii Loretańskiej na stałe została dodana inwokacja: Regina pacis, ora pro nobis (Królowo pokoju, módl się za nami).

    Budziły się demony

    Nieustannie wracam do książek poświęconych wojnie na Bałkanach, by zrozumieć pęknięcia, wielowarstwowość i genezę krwawego konfliktu, który przez lata rozgrywał się nad Drawą, Sawą i Neretwą. Gdy 28 czerwca 1989 roku, w 600. rocznicę bitwy na Kosowym Polu, Slobodan Milošević wygłosił przemówienie, wielu obywateli Jugosławii, zwłaszcza Albańczyków i Chorwatów, uznało to za złowieszczy rodzaj „straszaka”. „Dzisiaj, sześć wieków później, znowu jesteśmy w bitwach i przed bitwami. One nie są zbrojne, chociaż i takie nie są jeszcze wykluczone” – wołał.

    To było jak zapalenie zapałki na stacji benzynowej. Od lat relacje między Serbami, Chorwatami i Bośniakami były napięte do granic możliwości, a w krwiobiegu medialnym do głosu dochodziły szeptane dotąd słowa: „ustasze”, „czetnicy”, „Jasenovac”. Budziły się uśpione demony, którym reżim Tity zamknął na kilkadziesiąt lat pyski. A jeszcze niedawno media sprzedawały obraz yugo-sielanki, a „kolo” wspólnie tańczyli mieszkańcy kraju od Macedonii po słoweńskie Alpy. Świat jeździł nad Jadransko more, witany radosnym: Dobrodošli!

    25 czerwca 1991 roku Słowenia ogłosiła deklarację niepodległości od Jugosławii, co oznaczało faktyczną secesję z federacji. Tego samego dnia niepodległość ogłosiła Chorwacja. Belgrad uznał obie deklaracje za nielegalne i brutalnie zainterweniował. Rozpoczęło się piekło.

    Daruj nam mir

    I gdzie był Bóg? – powraca jak bumerang stawiane w takich sytuacjach pytanie. No, gdzie?

    Dziesięć lat wcześniej (25 czerwca 1981 r.) w nikomu nieznanym skalistym Medjugorju kilkorgu dzieciom objawiła się Gospa (po chorwacku Pani), która przedstawiła się jako Kraljica Mira (Królowa Pokoju). Mówiła, że pokój jest zagrożony, i wzywała do gorącej modlitwy (wiążące będzie dla mnie zdanie Watykanu, ale ostateczna ocena objawień kończących się zdaniem: „Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie” będzie możliwa dopiero, gdy ustaną). Po dekadzie świat osłupiał, czytając o Bośni, Srebrenicy, oblężeniu Sarajewa i tysiącach gwałtów. Do Medjugorja przylgnęło powtarzane odtąd przez miliony pielgrzymów zawołanie: Mir, mir, mir! Jeśli autorzy biblijni powtarzają dwukrotnie jakieś słowo („Amen, amen” czy „Zaprawdę, zaprawdę”), robią to po to, by nadać mu jeszcze większy ciężar gatunkowy. Jak zatem uznać potrójne wołanie: „Pokój, pokój, pokój!”, które słyszeli wizjonerzy? Mieszkańcy hercegowińskiej wioski, nucący kanon: Daruj nam mir, wiedzą doskonale, o czym śpiewają.

    Wszystko płonęło

    Gdy w 1982 roku rwandyjskie nastolatki z Kibeho powtarzały przesłanie Maryi: „Przyszłam przygotować drogę mojemu Synowi, ale wy tego nie chcecie zrozumieć. Czas, który wam pozostał, jest już krótki”, ludzie kwitowali to wzruszeniem ramion. „Wszystko płonęło. Widziałam głębokie ciemne doły, głowy rozrąbane na pół” – opowiadała Alphonsine, jedna z widzących. Po 12 latach, wieczorem 6 kwietnia 1994 r., „nieznani sprawcy” zestrzelili samolot prezydenta Rwandy Juvénala Habyarimany. Wtedy Hutu sięgnęli po maczety. „Kraj tysiąca wzgórz” spłynął krwią. Ludzie przypomnieli sobie profetyczne obrazy sprzed lat.

    Bóg interweniuje zawczasu, wysyłając posłańca z przesłaniem pokoju. Czasem Matkę Jezusa, a czasem… papieża z Wadowic. W mediach pojawiły się zarzuty, że Jan Paweł II pozostał bierny wobec ludobójstwa, jakie dotknęło Rwandę. Naprawdę? Dziś można napisać wszystko. Jedynie w latach 1994–1995 do tragedii, jaka wstrząsnęła tym afrykańskim krajem, odniósł się w 40 różnych tekstach! Według Human Right Watch był pierwszą głową państwa, która publicznie nazwała ten konflikt ludobójstwem: „Przez pierwsze tygodnie zabójstw międzynarodowi przywódcy odmawiali mówienia o ludobójstwie, widocznie obawiając się prawnych i moralnych zobowiązań, które wyniknęłyby z uznania zbrodni. 27 kwietnia 1994 roku, potępiając przemoc, papież użył tego słowa: »Zapraszam was, pełen przygnębienia, do pełnej cierpienia i gorliwej modlitwy za Rwandę. Tragedia tego narodu wydaje się nie mieć końca: okrucieństwa, zemsty, zabójstwa, przelana krew niewinnych, wszędzie zgroza i śmierć. Zapraszam tych, którzy są odpowiedzialni, do wspaniałomyślnego i skutecznego działania, żeby zatrzymać to ludobójstwo. Czas się pojednać!«”. Gdy pod koniec roku magazyn „Time” przyznał mu tytuł Człowieka Roku, wymienił również jego gorące apele o pokój w Bośni czy Rwandzie.

    Prorok pokoju

    Papież odwiedził ten kraj cztery lata przed rzezią. 5 września 1990 roku w Burundi – państwie również nękanym sporem między Hutu i Tutsi – zwracając się do elit, wołał: „Wasze obowiązki chrześcijańskie ściśle włączyliście w obraz przemian, jakich dokonuje naród Burundi, aby skonsolidować własną jedność. I mówiliście o konieczności przeprowadzenia rachunku sumienia. To prawda, że te problemy stanęły przed wami jako skutek przeszłości pełnej konfliktów i cierpień. Wy ich nie unikacie. Wydaje mi się, że one stawiają przed wami dwa podstawowe wyzwania. Z jednej strony elity narodu powinny jako pierwsze w zdecydowany sposób wejść na ścieżkę przebaczenia i pojednania. Pamiętacie, co Jezus odpowiedział Piotrowi, gdy ten pytał Go, ile razy trzeba przebaczać: »Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy« – innymi słowy, bez żadnych ograniczeń. Nie chodzi o to, by usuwać wszystkie wspomnienia, ale by móc budować jedność, pozwolić zwyciężyć braterskiej miłości nad dawnymi elementami niezgody i rywalizacji. Drugie wyzwanie dla chrześcijan to zachowywanie należytego szacunku dla godności każdej istoty ludzkiej. Prawnicy, którzy są pośród was, dobrze wiedzą, że dla państwa prawa jest to podstawowa zasada, od której nie można odejść. Nie chodzi o to, by w sztuczny sposób negować odmienność członków populacji, by negować różnice pomiędzy grupami i jednostkami, pomiędzy talentami i kompetencjami; należy raczej dążyć do prawdy jeszcze bardziej fundamentalnej: każda istota ludzka została stworzona przez Boga, który, wierny swej miłości, oddał swego Syna na zbawienie wielu”.

    Rasizm to ślepa uliczka

    W Rwandzie papież Polak przypomniał: „Błogosławieństwa to drogi, które prowadzą do szczęścia. Jest wśród nich jedna, na którą chciałbym zwrócić uwagę, ponieważ wydaje mi się, że mieszkańcy Rwandy potrzebują dziś ją usłyszeć. Oto ona: »Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój«. Jezus chce powiedzieć w ten sposób, że jedna z dróg do szczęścia to praca na rzecz zjednoczenia ludzi i budowania pokoju pomiędzy nimi. Zadaliście pytanie: »Ojcze Święty, czy wiesz, że rasizm i regionalizm srożą się w Rwandzie, a nawet wewnątrz Kościoła? Jakie zadanie wyznaczysz swojemu Kościołowi, żeby się nawrócił i potępił niesprawiedliwości?«. By odpowiedzieć na to pytanie, należy oprzeć się na podstawowych elementach naszej wiary – wszystkie istoty ludzkie to dzieci Ojca, stworzone na Jego podobieństwo. Ojcostwo Boga ma charakter uniwersalny, więc i braterstwo pomiędzy ludźmi jest tak samo uniwersalne. Noszenie w sobie odczuć rasistowskich jest niezgodne z przesłaniem Chrystusa, ponieważ bliźni, którego Jezus nakazuje nam kochać, to nie tylko człowiek z mojej grupy społecznej, z mojego regionu czy z mojego kraju: bliźni to każdy człowiek, którego spotykam na mojej drodze. Wraz z moimi braćmi biskupami Rwandy mówię wam: »Żyjcie w miłości, szanujcie się wzajemnie, niech nikt nie pogardza swoim bratem, uważając się za lepszego bądź ważniejszego – wprost przeciwnie, akceptujmy się nawzajem, dziękując Panu, który stworzył nas różnymi«”.

    „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”. Październik to dobry czas, by trzymając w dłoni różaniec, gorąco o niego wołać. „Ludzkość błaga o pokój!” – podkreślił niedawno Leon XIV, dodając: „Nie ma konfliktów »dalekich«, gdy w grę wchodzi godność ludzka. Żadne zbrojne zwycięstwo nie zrekompensuje bólu matek, przerażenia dzieci i skradzionej przyszłości”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Uciekajmy się do Matki. Nie wypuszczajmy różańca z ręki

    (pixabay.com)

    ***

    Dzieci wiedzą, że najskuteczniej jest prosić mamę o upragnioną rzecz razem i w odpowiednim czasie. Tą sprawdzoną strategią kierują się też organizatorzy dużych inicjatyw modlitewnych, które w maryjnym październiku gromadzą rzesze wiernych na modlitwie różańcowej i to nie tylko w kościołach.

    Różaniec na granicach

    Jedna z największych, różańcowych inicjatyw modlitewnych ostatnich lat wyszła z Polski. Otóż w roku 2017 dwaj twórcy filmów katolickich – Maciej Bodasiński i Krzysztof Dokowicz we współpracy z Konferencją Episkopatu Polski, w liturgiczne święto Matki Bożej Różańcowej, 7 października 2017 roku, zorganizowali akcję modlitewną „Różaniec do granic”. To był prawdziwy szturm modlitewny. Na miejsca zebrań wiernych, którzy zdecydowali się fizycznie włączyć do akcji, wyznaczono 320 kościołów położonych blisko wszystkich granic Polski. Każda z 320 grup po wstępnej modlitwie w świątyni, wyruszyła na obszar przygraniczny, by tam na modlitwie różańcowej „przeprosić i wynagrodzić za wszelkie bluźnierstwa, zniewagi popełnione w naszym kraju przeciw Niepokalanemu  Sercu Maryi”. Proszono również Boga, za pośrednictwem najskuteczniejszej orędowniczki Maryi, o „pokój, ratunek dla Polski i świata”.  

    Zorganizowana przez Polaków akcja modlitewna zainspirowała katolików z różnych krajów świata. Postanowili oni przeprowadzać podobne inicjatywy na granicach swoich państw. Najszybciej zareagowali Włosi, którzy już w październiku 2017 roku modlili się na Różańcu zaledwie tydzień po Polakach. Później za Różaniec chwycili katolicy z Anglii, Irlandii, USA, Australii. Co ciekawe, wszędzie inicjatywa ta rodziła się oddolnie, w grupach wiernych świeckich.

    Najmocniej zaszczepiła się w Belgii. Po raz pierwszy „Różaniec na granicach” odmawiano tam w  październiku 2017. Od tamtego roku ta inicjatywa różańcowa jest organizowana każdego roku. Tegoroczne modlitwa różańcowa pod hasłem „Do Jezusa przez Maryję, w intencji Belgii i całego świata” będzie miała miejsce na granicach tego kraju 4 października. Z roku na rok belgijski „Różaniec na granicach” zyskuje coraz większe poparcie. Świeccy organizatorzy dbają o to, by z modlitwą docierać także do środowisk „peryferyjnych”: szpitali, więzień i domów spokojnej starości. Wierni będą modlili się także w kościołach, w których, z powodu braku kapłanów, nie są sprawowane Msze św. W tych świątyniach główną intencją będzie oczywiście wzbudzenie wśród Belgów nowych powołań kapłańskich. 

    Nie wypuszczaj różańca z ręki

    Na progu, można powiedzieć, miesiąca maryjnego, dokładnie 27 września inicjatywę modlitewną u Matki Bożej Częstochowskiej przeprowadzili polscy mężczyźni. Spotkali się tam tłumnie na Męskim Oblężeniu Jasnej Góry. Podczas tego spotkania, używając języka naszych przodków, „pobożnych mężów” modlono się na różańcu, adorowano Chrystusa, uważnie wsłuchiwano się w treści pouczających wykładów – ogólnie mówiąc formowano się do męskiej rozprawy ze złem. „W czasach, gdy większość (8 na 10) samobójstw w Polsce popełniają mężczyźni, a ponad połowa mężczyzn poniżej 24 roku życia odczuwa silne poczucie samotności – potrzeba nowego podejścia do męskiej formacji duchowej i emocjonalnej staje się pilniejsza niż kiedykolwiek” – czytamy w informacjach organizatorów Męskiego Oblężenia Jasnej Góry.

    Również ojciec święty Leon XIV podczas ostatniej audiencji generalnej ogłosił własną październikową inicjatywę różańcową. „Zachęcam wszystkich, aby każdego dnia nadchodzącego miesiąca odmawiali Różaniec w intencji pokoju, osobiście, w rodzinie, we wspólnocie. Ponadto zapraszam wszystkich, którzy pełnią posługę w Watykanie, aby codziennie o godzinie 19.00 uczestniczyli w tej modlitwie w Bazylice św. Piotra” – zaapelował papież.

    Na koniec tego felietonu pozwolę sobie zwrócić uwagę drogiego czytelnika na zastanawiający fakt, iż święto Najświętszej Maryi Panny Różańcowej ustanowiono na pamiątkę wspaniałej wiktorii chrześcijańskiego oręża w bitwie z muzułmanami pod Lepanto, nie mając wówczas zupełnie pojęcia, że 454 lata później, również w październiku, świat stanie przed jeszcze większym kataklizmem, który zapoczątkowała tzw. „rewolucja październikowa”. Na komunistyczną zarazę najlepszym, kontrrewolucyjnym orężem okazał się być wówczas Różaniec, o domawianie którego Maryja prosiła we wszystkich swoich objawieniach (m.in. Gietrzwałd, Fatima). I teraz kiedy odrastają głowy neokomunistycznej hydry, nie wypuszczajmy z rąk Różańca, a szczególnie w maryjnym październiku.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Modlitwa św. Jana Pawła II

    o pokój

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.

    Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości. Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne. Amen.

    Święta Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami,

    Święty Benedykcie, módl się za nami,

    Święci Cyrylu i Metody, módlcie się za nami,

    Święta Brygido, módl się za nami,

    Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami,

    Święta Katarzyno ze Sieny, módl się za nami.

    ***

    Suplicacje czyli błaganie

    (od łacińskiego słowa suplicatio)

    Jest to pieśń błagalna, śpiewana przede wszystkim w okresie wielkich zagrożeń, klęsk i nieszczęść:

    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny
    Zmiłuj się nad nami…


    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!


    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!

    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!


    Jezu, przepuść! Jezu, wysłuchaj! O Jezu, zmiłuj się nad nami!
    Matko, uproś! Matko, ubłagaj! O Matko, przyczyń się za nami!
    Wszyscy Święci i Święte Boże, módlcie się za nami!

    ***

    Ewangelia – DNA Polski?

    W sile wiary można dostrzec szczególną misję katolicyzmu polskiego wobec świata. Misja ta niejako wpisana jest w dzieje Polski od chrztu Mieszka I i trwa nadal.

    Na zdjęciu góra krzyży w Świętej Wodzie nieopodal Białegostoku fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Nie sposób zrozumieć dziejów Polski bez chrztu Mieszka I. Bez Ewangelii i bez obecności Kościoła nie byłoby ani naszej historii, ani naszego kraju.

    To puenta debaty o roli polskiego katolicyzmu w Europie i na świecie, która odbyła się w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Gościem specjalnym konferencji, zorganizowanej z okazji 20. rocznicy śmierci św. Jana Pawła II oraz 1000-lecia królestwa polskiego, był kard. Robert Sarah, były prefekt Kongregacji (Dykasterii) ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Spotkanie wskazało na nierozerwalny związek chrześcijaństwa z Polską, misyjną rolę katolicyzmu polskiego w Europie oraz dziedzictwo bł. Stefana kard. Wyszyńskiego i św. Jana Pawła II jako inspiracji współczesnych wyzwań Kościoła i chrześcijaństwa.

    Wyzwania współczesności

    Na jeden z kluczowych i bardzo aktualnych tekstów pontyfikatu św. Jana Pawła II – encyklikę Evangelium vitae – wskazał kard. Sarah. Parlamenty uzurpują sobie dziś prawo do decydowania o życiu i śmierci, obrona życia bywa wyśmiewana, a nawet traktowana jak przestępstwo. Wołanie o szacunek dla każdego człowieka brzmi dziś szczególnie mocno i odsłania słabość współczesnych demokracji, które coraz częściej przybierają rysy totalitarne. W tym kontekście Jan Paweł II mówił o „spisku przeciw życiu”, gdyż człowiek – decydując o tym, co dobre i złe – sam siebie czyni „bogiem”. Dochodzi do redefinicji małżeństwa i rodziny oraz wypaczenia rodzicielstwa. Zło bywa nazywane dobrem, a dobro spychane na margines. Rzeczywiście – stwierdził ks. prof. Robert Skrzypczak – w centrum naszej cywilizacji znajduje się dziś błędnie rozumiana koncepcja wolności jako prawa do wszystkiego, bez względu na prawdę i dobro wspólne. Zaś jednym z powodów odchodzenia od Kościoła i porzucania chrześcijaństwa jest przekonanie, że religia ogranicza wolność i psuje radość życia. Tymczasem jest odwrotnie. Bo to Kościół pozostaje ostatnim bastionem ludzkiej wolności. Jeszcze do niedawna stawał on w obronie duchowej wolności człowieka i jego świętości, dziś musi dodatkowo bronić samej istoty człowieczeństwa. Techniczna mentalność bowiem niszczy dawne tradycje, podważa fundamenty moralne i nie odwołuje się do wartości ostatecznych.

    Wolność w prawdzie

    Współczesna epoka cechuje się kryzysem prawdy: rzeczywistość bywa traktowana jako kwestia percepcji, a nie obiektywny fakt. Prowadzi to do „agonii moralności”. Tymczasem prawda nie ogranicza wolności, lecz pozwala korzystać z niej w sposób odpowiedzialny. Dla ks. Karola Wojtyły, św. Jana Pawła II, prawda była kluczem do wolności i fundamentem godności osoby. Aby człowiek mógł być naprawdę wolny, musi mieć dostęp do prawdy. Tej objawionej w Chrystusie. Bo choć dyktatury formalnie upadły, to w duszy człowieka i w życiu społecznym walka o wolność człowieka trwa nadal. W tym kontekście ks. Robert Skrzypczak wskazuje na słowa św. Jana Pawła II wypowiedziane w 1991 roku w Krakowie, krótko po obaleniu komunizmu, o tym, że „wolność jest trudna” i że „trzeba się jej uczyć, aby nie stała się naszą niewolą i przyczyną zniewolenia innych”.

    To właśnie Kościół jest przestrzenią, w której człowiek broni się przed samym sobą – przed pokusą złego użycia wolności. Człowiek jest prawdziwie wolny, gdy odpowiedzialnie przyjmuje prawdę i czyni ze swojego życia odpowiedź na jej wymagania. To dlatego papież z Polski często wracał do słów Ewangelii św. Jana: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”.

    Polska – laboratorium wiary?

    Obok kryzysu moralności, do którego prowadzi życie bez prawdy, pojawia się dziś kryzys wiary. Chrześcijaństwo – zauważa kard. Sarah – przestało być postrzegane jako siła zdolna kształtować kulturę i sumienia, a w wielu środowiskach zanikło już poczucie transcendencji i sensu istnienia. A przecież w niedalekiej przeszłości giganci wiary, Prymas Tysiąclecia bł. Stefan Wyszyński i św. Jan Paweł II, podjęli wysiłek odnowienia chrześcijańskiej tożsamości Polaków. Ich celem było wzmocnienie człowieka od wewnątrz – przez powrót do źródeł, głębsze przeżywanie chrztu i ukazanie perspektywy wieczności. Kard. Wyszyński wiedział, że siła duchowa narodu wypływa z tożsamości zakorzenionej w chrzcie. Taki cel miała Wielka Nowenna przygotowująca do Tysiąclecia Chrztu Polski w 1966 roku: duchowe odnowienie Polski. Ksiądz prymas mówił, że „istotą chrześcijaństwa jest nosić w sobie Boga. Gdziekolwiek wchodzi chrześcijanin, nie wchodzi sam –  niesie w sobie Boga”. Zaś Jan Paweł II – najpierw z polskiej, a następnie rzymskiej perspektywy – przypominał, że chrześcijaństwo zawsze było otwarte na pytania i niepokoje świata. Odpowiadał na nie, zakorzeniony w polskiej historii i cierpieniu, ale przede wszystkim w osobistej relacji z Chrystusem. Dlatego – podkreśl kard. Sarah – dziedzictwo papieża z Polski nie jest jedynie zapisem historycznym. To wciąż żywe wyzwanie i zadanie: bronić życia, przypominać o prawdzie, wychowywać do wolności zakorzenionej w Bogu.

    Czy Polska ma do odegrania szczególną rolę wobec narastającej obojętności religijnej i odrzucania chrześcijańskich fundamentów Europy? U progu pontyfikatu św. Jan Paweł II zastanawiał się, dlaczego w 1978 roku papieżem został syn polskiej ziemi. Sądził, że być może dlatego, iż Polska stała się ziemią szczególnego świadectwa i odpowiedzialności wobec Europy. „Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – klucz do zrozumienia człowieka” – mówił papież. To przesłanie znajduje potwierdzenie nie tylko w jego nauczaniu, ale i w świadectwie męczenników XX wieku, np. bł. ks. Jerzego Popiełuszki, także tych niewyniesionych na ołtarze. Ich wierność Ewangelii – podkreśla kard. Sarah – przyczyniła się do wyzwolenia Polski spod jarzma komunizmu. W ich determinacji, sile wiary, oddaniu życia za Chrystusa można dostrzec szczególną misję katolicyzmu polskiego wobec świata i współczesnych ideologii. Misja ta – zdaniem prof. Andrzeja Nowaka – niejako wpisana jest w dzieje Polski od samego początku, od chrztu Mieszka I, od chrztu Polski, i trwa nadal.

    Ewangelia życia

    Można też do niej zaliczyć teologię ciała św. Jana Pawła II. „Wybierajcie życie” – to przesłanie papieża, które pozostaje nie tylko wskazaniem duchowym, ale także programem cywilizacyjnym dla współczesności. Poszukująca swej tożsamości Europa bardzo go potrzebuje. Bo fundamentem chrześcijańskiego spojrzenia na świat jest Ewangelia życia z jej jednoznacznym przekazem: „Nie zabijaj”. Już tylko Kościół przypomina, że życie ludzkie jest święte i nienaruszalne – od poczęcia aż po naturalną śmierć. Współczesny świat – zauważa kard. Sarah – lansuje ideologię gender, stwarzając możliwość zmiany płci. Ale praktyki te prowadzą do zagubienia i zamętu, szczególnie wśród młodych. A przecież człowiek – mężczyzna i kobieta – powołany jest do miłości i daru z siebie w małżeństwie otwartym na życie. Seksualność, przeżywana w wymiarze jednoczącym i prokreacyjnym, buduje więź i daje życie. Czy nauczanie św. Jana Pawła może umocnić antropologię chrześcijańską, która nadal stanowi fundament cywilizacji Zachodu? Ciało i seksualność nie są eksperymentalnym tworem, lecz darem, który należy przyjąć w odpowiedzialności i zgodzie z prawem naturalnym. Formacja duchowa i moralna są kluczem do prawdziwej wolności. Kwestionowanie wewnętrznego życia człowieka w Bogu, ograniczanie roli i nauczania religii czy wyciszanie głosu Kościoła tego nie zmienią. Wprawdzie budowanie na prawdzie kosztuje, ale tylko ono prowadzi do pełni ludzkiego życia, w wolności i z Bogiem. Tyle że – jak alarmuje kard. Sarah – niepokojące jest to, iż w imię źle pojętej tolerancji część katolików wspiera postulaty sprzeczne z nauczaniem Kościoła – aborcję, związki jednopłciowe czy surogację. Pojęcia te bywają używane instrumentalnie, by usprawiedliwiać to, co w świetle Ewangelii i prawa naturalnego jest nie do przyjęcia.

    Co dalej?

    Czas pokaże, jaką drogą pójdzie Polska i jaki kształt przybierze polski katolicyzm. Jak dotąd ani przemoc, ani narzucane siłą ideologie czy siejące spustoszenie dyktatury nie zniszczyły wiary i chrześcijaństwa, ale znacząco ją osłabiły. Niezmiennie potrzebujemy świadków Chrystusa; ich odwagi i poświęcenia; życia w autentycznej wolności i prawdzie, stawania po stronie życia i ciągłego nawracania się.

    Konferencja o roli polskiego katolicyzmu została zorganizowana przez prowincję warszawską Zakonu Rycerskiego Bożego Grobu w Jerozolimie. Była próbą spojrzenia na tysiącletnią historię Polski w świetle wiary – nie jako dodatku do dziejów, lecz jako ich źródła i rdzenia. Nie sposób zrozumieć dziejów Polski bez chrztu Mieszka I. Polska w swoim dziejowym biegu nosi w sobie kod genetyczny, którym jest Ewangelia. Bez niej, bez obecności Kościoła nie byłoby ani naszej historii, ani samej Polski.

    ks. Rafał Skitek/Gość Niedzielny

    ***

    Jakby piekło się wściekło

    Udręki, jakie ludzie zgotowali sobie w XX wieku, miały w sobie coś mistycznego. Bez uwzględnienia kryteriów duchowych nie da się tego zrozumieć.

    Sowieccy żołnierze w 1925 r. wynoszą wyposażenie Monasteru Simonowskiego w Moskwie – prawosławnego klasztoru założonego w XIV wieku.
    SMOLBATTLE.RU

    ***


    Mroźną nocą z 24 na 25 stycznia 1938 roku nad pogrążoną we śnie Europą zaczęło jarzyć się czerwone światło. Płonąca na północnym niebie kurtyna oświetliła wsie i miasta, nadając wszystkiemu krwawą barwę.

    Nazajutrz obserwatoria astronomiczne w różnych częściach świata informowały, że nocne światło było wynikiem powstania wyjątkowo silnej zorzy polarnej. Łucja, jedyna żyjąca wizjonerka z Fatimy, wiedziała, co to znaczy: nadchodziła kolejna wojna, jeszcze straszniejsza od poprzedniej.

    Nieznane światło

    Przenieśmy się wstecz o 21 lat. Był 13 lipca 1917 roku. Od trzech lat trwała wielka wojna, angażująca niemal cały świat w mordercze zmagania monstrualnych armii. 2 tysiące kilometrów na południowy zachód od koszmarnej linii okopów frontu zachodniego, w której ludzie urządzili sobie ziemskie piekło, troje dzieci zobaczyło piekło nadprzyrodzone. Matka Boża pokazała pastuszkom z Fatimy wizję potwornej rzeczywistości, „jakby morze ognia”, w którym wieczną karę ponoszą ci, którzy konsekwentnie i do końca odrzucali Boże miłosierdzie.

    Wizja w najwyższym stopniu przeraziła dzieci, ale jednocześnie wzbudziła w nich determinację, żeby bez ustanku wypraszać dla grzeszników miłosierdzie Boże i pokutować za nich. O to też prosiła Niepokalana. Wezwała do poświęcenia Rosji Jej Niepokalanemu Sercu i do Komunii św. wynagradzającej w pierwsze soboty miesiąca.

    „Wojna zmierza ku końcowi. Lecz jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, wybuchnie druga, jeszcze gorsza, w czasie panowania Piusa XI” – ostrzegła. Padły też zagadkowe słowa: „Gdy zobaczycie noc rozświetloną nieznanym światłem, wiedzcie, że jest to wielki znak, który da wam Bóg, iż nadchodzi kara dla świata za jego zbrodnie w postaci wojny, głodu i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego”.

    Wizja piekła i przytoczone słowa Maryi wchodzą w skład pierwszej i drugiej części tzw. tajemnicy fatimskiej, której dzieci miały na razie nie wyjawiać. W 1941 roku, za zgodą Matki Bożej i na polecenie biskupa Leirii, spisała je Łucja. Niebawem też zostały ujawnione. Trzecia tajemnica została spisana w 1944 roku i upubliczniona dopiero w roku 2000.

    To zapowiada wiele krwi

    Tajemnicze światło pojawiło się jeszcze raz, tuż przed wybuchem II wojny światowej, po drugiej w nocy 22 sierpnia 1939 roku. Zjawisko obserwował główny sprawca nadchodzącej wielkiej rzezi, Adolf Hitler, spędzający czas w swojej alpejskiej rezydencji Berghof. Źle sypiał, więc zwykle kładł się dopiero nad ranem. Okoliczności tamtej sierpniowej nocy opisał w swoich wspomnieniach współpracownik Führera Albert Speer, architekt, a później minister zbrojeń Rzeszy. „Staliśmy z Hitlerem na tarasie Berghofu i podziwialiśmy rzadkie zjawisko. Wyjątkowo jaskrawa zorza polarna przez całą godzinę zalewała czerwonym światłem położony po przeciwnej stronie legendarny Untersberg, podczas gdy niebo grało wszystkimi kolorami tęczy. Ostatni akt »Zmierzchu bogów« nie mógłby się rozgrywać w efektowniejszej scenerii. Nasze twarze i ręce były nienaturalnie zabarwione na czerwono. Widowisko to wywołało nastrój dziwnej zadumy” – wspominał Speer. Wtem Hitler, zwracając się do jednego ze swych adiutantów, powiedział: „To zapowiada wiele krwi. Tym razem nie obejdzie się bez użycia siły”.

    Następnego dnia nazistowska gazeta „Volkischer Beobachter” donosiła: „We wtorek rano (22.8), począwszy od godz. 2.45, w obserwatorium astronomicznym Sonnenberg obserwowano na północno-zachodniej i północnej części nieba bardzo silną zorzę polarną”.

    Marksistowskie żądło

    Dziesięć dni później niemieckie dywizje runęły na Polskę. 17 września z drugiej strony wkroczyła Armia Czerwona. Zaczęła się wojna, która już wkrótce rzeczywiście okazała się jeszcze gorsza od poprzedniej. O ile w pierwszej wojnie ginęli głównie żołnierze, o tyle tym razem mordowano także cywilów – metodycznie i na skalę przemysłową. Udręczone narody doświadczyły bestialstw, które, wydawałoby się, nie są już możliwe w „nowoczesnym społeczeństwie”. A jednak XX wiek, który zaczął się w okresie zwanym piękną epoką, okazał się czasem ludobójstwa o niewyobrażalnych rozmiarach.

    Gdy po sześciu latach ustały walki, okazało się, że wojna pochłonęła życie ponad 55 milionów ludzi, z czego większość stanowili bezbronni mieszkańcy miast i wsi.

    Koniec wojny nie oznaczał jednak końca czasu wielkiego ucisku. To także zapowiedziała Maryja w Fatimie: „Jeżeli ludzie me życzenia spełnią, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeżeli nie, Rosja rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie bardzo cierpieć, wiele narodów zostanie zniszczonych”.

    Słowa te wybrzmiały w chwili, gdy Rosja zaczynała pogrążać się w ogniu rewolucji bolszewickiej. Błędną nauką okazał się komunizm, który po I wojnie sterroryzował całą Rosję, a po II wojnie zawładnął państwami ościennymi, sięgając swoimi wpływami w różne części świata. Wspólną cechą wszystkich reżimów komunistycznych, które jak zaraza opanowały wiele państw, była nienawiść do religii.

    Wydawany w Związku Sowieckim dziennik „Bezbożnik przy pracy” z 1929 r.; Robotnicy wyrzucają „Spasa”, czyli Zbawiciela, i rozbijają cerkiewny dzwon.

    Wydawany w Związku Sowieckim dziennik „Bezbożnik przy pracy” z 1929 r.; Robotnicy wyrzucają „Spasa”, czyli Zbawiciela, i rozbijają cerkiewny dzwon.

    SMOLBATTLE.RU


    ***

    „Nienawidzę wszystkich bogów, ponieważ istnienie jakiegokolwiek boga jest tym, co ogranicza człowieka i jego ludzką zdolność myślenia, ludzką zdolność działania i tak naprawdę jest czymś, co nas pęta i czyni z nas niewolników” – pisał Marks. Komuniści, w myśl tezy niemieckiego filozofa o religii jako „opium ludu”, bezwzględnie niszczyli wszelkie przejawy religijności. W chwili wybuchu rewolucji październikowej w 1917 roku rosyjska Cerkiew liczyła ponad 110 milionów wiernych. Duchownych prawosławnych było 65 tys., a mnichów i mniszek 90 tys. Po ziemi rosyjskiej rozsianych było 48 tysięcy cerkwi parafialnych. Cała ta potęga została w dwie dekady niemal całkowicie unicestwiona. U progu II wojny światowej duchownych było już tylko 5665. Obiektów sakralnych ocalało jedynie tysiąc. Kto zachował wiarę, ten skrzętnie ją ukrywał, żeby nie stracić życia.

    Symbole rewolucji – sierp i młot, czerwona gwiazda – oraz zdjęcia bolszewickich przywódców, w tym Lenina – w świątyni, w miejscu usuniętych wizerunków Jezusa i świętych.

    Symbole rewolucji – sierp i młot, czerwona gwiazda – oraz zdjęcia bolszewickich przywódców, w tym Lenina – w świątyni, w miejscu usuniętych wizerunków Jezusa i świętych.

    SMOLBATTLE.RU

    ***

    Jako że natura nie znosi próżni, komunizm zaczął sakralizować własne bożki, którymi stali się przywódcy czerwonych państw. Ich kult, tyleż karykaturalny, co przerażający, był przeciwieństwem kultu prawdziwego Boga. Terror, zastraszenie połączone z przymusowym uwielbieniem – wszystko to na niespotykaną skalę zaczęło się w Związku Sowieckim, a później rozlało się na Chiny i inne kraje. Przymusowej ateizacji doświadczyły też państwa „demokracji ludowej”, które, jak Polska, po wojnie znalazły się w strefie sowieckiej. Polacy, dzięki wyjątkowo silnemu katolicyzmowi, nie pozwolili komunistom podporządkować sobie Kościoła, ale sąsiednie państwa nie miały już takiego szczęścia. W Czechosłowacji biskupi zostali internowani, zakony rozwiązane, Kościół stracił wszystkie szkoły, zakazano działalności wszystkim organizacjom kościelnym, zamknięto większość pism katolickich. Duchowni zostali poddani ścisłej kontroli, z cenzurą kazań i wydawaniem zgody na odprawianie nabożeństw. Księża szli do więzień na przykład za duszpasterstwo, na które nie mieli zgody.

    Coraz silniejsze zaciskanie pętli przepisów miało docelowo całkowicie zdusić chrześcijaństwo, co w pewnej mierze przyniosło skutek w postaci wyjałowienia duchowego w społeczeństwach niektórych państw.

    Czy to nawrócenie?

    „Na koniec zatriumfuje moje Niepokalane Serce. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, a dla świata nastanie okres pokoju” – mówiła Maryja w Fatimie.

    Znaczące, że Jan Paweł II padł pod kulami zamachowca w rocznicę pierwszego objawienia fatimskiego – 13 maja 1981 roku. Rok później był już w Fatimie, żeby podziękować Maryi za cudowne ocalenie. 25 marca 1984 roku, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego, poświęcił Rosję i całą ludzkość Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Wkrótce zaczął się rozpadać Związek Radziecki. Polska, jako pierwszy z krajów rządzonych przez komunistów, w 1989 roku odzyskała niepodległość. Po niej jarzmo niewoli zaczęły zrzucać kolejne kraje. W każdym z nich natychmiast też przywracano wolność religijną.

    W uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, 8 grudnia 1990 roku, przywódcy istniejących jeszcze republik sowieckich podpisali „układ białowieski” o likwidacji Związku Radzieckiego. Wszystko te wydarzenia przebiegały nieomal bez rozlewu krwi, choć jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się to niemożliwe.

    Czy Rosja to dziś kraj nawrócony? Choć wolność religii została tam przywrócona, w świetle agresji na Ukrainę i powszechnego przyzwolenia na to rosyjskiego społeczeństwa można mieć wątpliwości. Znów, jak za cara, religia staje się tam narzędziem władzy. Nawrócenie jednak nigdy nie jest procesem zakończonym ani – dopóki toczy się życie – nieodwracalnym. Widać to także w państwach cywilizacji zachodniej, które dziś, jak się zdaje, raczej wywracają się niż nawracają. Trudno się temu jednak dziwić – podobno ludzki egoizm umiera trzy godziny po śmierci właściciela.

    Jedno pozostaje faktem: taka systemowa nienawiść wobec religii i zajadłość w walce z nią, jaką przyniósł komunizm, już się nie powtórzyła. Choć Rosja wciąż sieje niepokoje i wzmaga zamęt, to Związek Radziecki – „mistyczne ciało szatana” (określenie sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego) – utracił już swoją moc „rozszerzania błędów” natury duchowej. A te są najgorsze, bo zabijają nie tylko ciało.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    piątek 19 września

    Matka Boża Płacząca

    Jest rok 1846. Francja przechodzi poważny kryzys, epokę fermentu i zmian społecznych. Kraj przeżywa najpierw rewolucję, czasy napoleońskie, wreszcie lata nędzy. Rodzi się moda na racjonalizm i krytykę Kościoła. W wielu miejscach z wolna zanika wiara.

    Matka Boża z La Salette

    ***

    Nawet najzdrowsze zdawałoby się środowiska – wsie – tracą swą tożsamość i wyrzekają się swoich tradycji. W Corps ludzie żyją tak, jakby Boga nie było. Tam właśnie mieszkała Melania Calvat (lub Mathieu). W 1846 r. miała czternaście lat. Tam żył też jedenastoletni Maksymin Giraud. Choć oboje mieszkali w tej samej parafii, La Salette, pierwszy raz spotkali się dopiero na dwa dni przed objawieniem się Matki Najświętszej. Nic dziwnego, byli tak różni, że nawet gdyby się gdzieś zobaczyli, nie zauważyliby swojej obecności.

    OBJAWIENIE SIĘ PŁACZĄCEJ PANI

    Była sobota, gdy o brzasku wyruszyli razem w góry. Melania nie była z tego zadowolona. Jej towarzysz gadał bez przerwy, bez ładu i składu, ona zaś pragnęła ciszy. Ta zapanowała dopiero w południe, kiedy dzwony bijące na Anioł Pański oznajmiły dzieciom, iż nadszedł czas posiłku. Możemy zaryzykować twierdzenie, że w tym momencie zakradła się do nich nadprzyrodzoność. Oto, zjadłszy chleb i ser, dzieci poczuły dziwne znużenie, położyły się na trawie i zasnęły. Kiedy po niemal dwóch godzinach Melania zbudziła się, przerażona zaczęła >z Maksyminem szukać stada. Wkrótce zobaczyli, że zwierzęta znajdują się nieco dalej i spokojnie się pasą. Melania wróciła do wąwozu, by zabrać stamtąd torby i resztę jedzenia. Nagle stanęła jak rażona piorunem. Zdołała tylko zawołać Maksymina i po chwili oboje przypatrywali się niezwykłemu zjawisku.

    Niedaleko, w suchym korycie rzeki, jaśniała świetlista kula. Jej blask stawał się coraz wspanialszy, aż w pewnym momencie kula otworzyła się jak olbrzymia muszla i dzieci ujrzały w niej jakąś kobiecą postać, która siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach i płakała. Gdy się podniosła, skrzyżowała dłonie na piersiach. Była niezwykle piękna. Na głowie miała czepek, a na nim świetlistą koronę. Z białej sukni wytryskały promienie światła, na szyi wisiał łańcuszek ze złotym krucyfiksem – na jednym jego ramieniu wisiał młotek, na drugim obcęgi. Całą postać otaczała aureola.

    Płacząca Pani zaczęła mówić: „Chodźcie do mnie, moje dzieci. Nie bójcie się. Przyszłam, żeby powiedzieć wam o sprawach najwyższej wagi”. Melania i Maksymin wspominają: „Jak tylko powiedziała nam, abyśmy się zbliżyli, natychmiast zeszliśmy, przeszliśmy przez strumyk (…). Prawie się dotykaliśmy, byliśmy bardzo blisko (…)”. I Najświętsza Maryja Panna zaczęła mówić o swej miłości, o ludzkich grzechach, gniewie Boga, o karze czekającej grzeszników. „Jeżeli lud mój mnie nie posłucha, będę musiała puścić ramię mego Syna. Jest ono tak ciężkie, tak mnie przygniata, że nie jestem w stanie dalej go powstrzymywać. Od jak dawna już cierpię za was!”. Maryja mówiła po francusku, ale szybko ujrzała zmieszanie Melanii, która niewiele rozumiała, znała bowiem tylko miejscową gwarę. Uśmiechnęła się lekko: „O, widzę, że nie rozumiecie francuskiego, moje dzieci”. Odtąd posługiwała się już lokalną mową.

    Mówiła: „Jeżeli mój Syn ma was nie odrzucić, muszę Go o to nieustannie błagać. Wy jednak nie zwracacie na to najmniejszej uwagi. Bez względu na to, jak wiele będziecie się modlić w przyszłości, bez względu na to, jak dobrze będziecie postępować, nigdy nie będziecie w stanie odwdzięczyć mi się za to, co dla was wycierpiałam”. Oto wytyczne dla naszej maryjności. Nigdy dość modlitwy, nigdy dość wynagrodzenia, ofiary i miłości. Nigdy najmniejszej nawet myśli o swoich zasługach, dobru czy świętości. Bowiem przenigdy nie będziemy w stanie odwdzięczyć się Maryi za Jej miłość i cierpienie.

    TEMAT PODJĘTY PRZEZ MATKĘ BOŻĄ

    „Jeżeli żniwa będą nieudane, będzie to wasza własna wina. Ostrzegałam was w ubiegłym roku przez kartofle. Nie zwróciliście na to żadnej uwagi. Wręcz przeciwnie, kiedy zobaczyliście, że kartofle zgniły, przeklinaliście imieniem mego Syna. Będą one dalej gniły i do Bożego Narodzenia nie będzie już ani jednego”. To ciekawa uwaga, której nie wolno nam przeoczyć i to z dwóch powodów.

    Zwróćmy najpierw uwagę na temat podjęty przez Matkę Bożą. Rozmawia Ona nie o życiu duchowym, nie o cnotach i łaskach, nie o niebie i życiu wiecznym, ale o… ziemniakach! Tymczasem nas nie powinno to dziwić. Przecież Maryja sama żyła w ubóstwie i bywało, że cierpiała niedostatek; Ona dobrze rozumie, że głód i cierpienie wcale nie muszą zbliżać nas do Boga. Bywa, że przed Nim zamykają. Co więcej, czy wolno nam dokonywać ostrego podziału na to, co naturalne i nadprzyrodzone, na doczesność i wieczność, na to, co „godne Boga” i co „niegodne”?

    fot. Monika Książek/Tygodnik Niedziela

    ***

    Matka Najświętsza wypowiedziała słowa wielkiej obietnicy: „Jeżeli ludzie się nawrócą, to skały zmienią się w sterty zboża i okaże się, że kartofle same się zasadziły”. Ale nawrócenie oznacza nie tylko zmianę życia; to także oddanie się modlitwie. Maryja bowiem po chwili milczenia zapytała: „Czy dobrze odmawiacie modlitwy, moje dzieci?”. Odpowiedź wizjonerów była przecząca – żadne z nich nie uczęszczało na lekcje katechizmu, ich domy były obojętne religijnie. „Ach, moje dzieci – powiedziała Matka Boża – to bardzo ważne. Odmawiajcie je wieczorem i rano. Kiedy nie macie wiele czasu, odmawiajcie przynajmniej jedno Ojcze nasz i jedno Zdrowaś Maryjo. A kiedy możecie, odmawiajcie więcej”.

    UKRYTA WSZECHOBECNOŚĆ MARYI

    Maryja zapytała: „Moje dzieci, czy widzieliście kiedyś zepsute zboże?”, na co Maksymin odpowiedział: „Nie, nigdy”. Wówczas usłyszał: „Ależ, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć…”. I Matka Najświętsza opowiedziała szczegółowo o pewnym zdarzeniu, w którym uczestniczył tylko chłopiec i jego ojciec. Nie było przy tym nikogo innego! Skąd Maryja wiedziała to wszystko? – pytał siebie zdumiony Maksymin. Tak, Matka Najświętsza tam była, jest bowiem wszechobecna, pozostaje zawsze blisko każdego ze swych dzieci. Objawienie w La Salette dobiega końca. Matka Boża z powagą patrzy na dzieci i poleca im: „Moje dzieci, ogłoście to całemu memu ludowi”. Powoli odwraca się i zaczyna odpływać w głąb wąwozu.

    Zatrzymuje się, by nie odwracając się, powtórzyć: „Ogłoście to całemu memu ludowi”. Spogląda w kierunku nieba, a wtedy na Jej twarzy pojawia się radość. Już nie płacze. Patrzy z troską na świat, a potem ku Rzymowi. Otaczające Ją światło zaczyna być coraz bardziej oślepiające, a Jej postać powoli rozpływa się w powietrzu. Dzieci długo wpatrywały się w tę niewidzialną bramę do nieba, za którą zniknęła Maryja. W końcu otrząsnęły się i, już mocno spóźnione, pognały stado w dół zbocza.

    fot. Monika Książek/Tygodnik Niedziela

    ***

    DOWÓD PRAWDZIWOŚCI OBJAWIEŃ – NAWRÓCENIA

    W tym miejscu zaczyna się druga część objawień w La Salette. Tym razem niewidzialnych. Wydaje się, że właśnie to, co zaczęło się dziać po 19 września 1846 r., zadecydowało o uznaniu objawień w La Salette za prawdziwe. I nie chodzi tu wcale o cuda. Owszem, były one liczne, i to już w pierwszych dniach po objawieniach. Z miejsca, gdzie siedziała Matka Najświętsza, wytrysnęło źródło, a jego woda zaczęła uzdrawiać. Przykłady można by mnożyć. Nie one jednak stanowią o fenomenie La Salette. Objawienie Płaczącej Pani pociągnęło za sobą lawinowe nawrócenia. Były one widoczne już nazajutrz, w niedzielę, kiedy po raz pierwszy od lat świątynia parafialna nie była pusta. Ludzie wzięli sobie do serca napomnienia Matki Bożej i sprawili, że nie spełniły się zapowiedzi Maryi.

    Wincenty Łaszewski “Świat Maryjnych objawień”
    /ks. Eugeniusz Burzyk
    /Tygodnik Niedziela

    ***

    Mama płacze w La Salette. Objawienie, które nie jest „modne” i mamy z nim kłopot

    LA SALETTE

    Figura płaczącej Maryi w La Salette/ fot. A Bugała

    ***

    To, co powiedziała Maryja w La Salette było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Czy przypominasz sobie dzień, w którym zobaczyłeś łzy na policzkach swojej mamy? Chwilę, w której po raz pierwszy w życiu twoja mama siedziała bezradna na krześle, fotelu, czy podłodze i zasłaniając dłońmi twarz próbowała ukryć się przed całym światem? Łzy ziemskiej mamy mogą wywołać szok, a co dopiero łzy Mamy Jezusa…

    Łzy matki wprawiają nas w zakłopotanie. Nie wiemy, jak się zachować, gdy widzimy ją płaczącą. Mama jest tą, która zna odpowiedź na wszystkie pytania. Zna rozwiązania spraw najtrudniejszych, potrafi pomóc w tych sytuacjach, w których nikt inny nie wie, co robić.

    Zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie to ona jest pierwszą i ostatnią instancją, u której szukamy ratunku. Nasza mama czarodziejka. To dlatego dziecko nie wie, co robić, gdy widzi mamę zalaną łzami. Czy tak było 19 września 1846 r. w La Salette?

    Maleńkie La Salette leży wysoko we francuskich Alpach. Najpierw trzeba dojechać do Corps, niewielkiej miejscowości o ciasnych uliczkach i przytulonych do siebie zabudowaniach. A potem wyjechać poza nią i wąską drogą wspinać się coraz wyżej.

    Droga wije się wśród drzew, potem zbocze jest już nagie i odsłania coraz piękniejsze widoki. Ślady rdzy na asfalcie przypominają, że zimą nie da się tu jeździć bez łańcuchów. W niektórych miejscach chmury otaczają krawędzie szczytów, raz po raz przepuszczając promienie słońca.

    Zieleń i błękit mieszają się ze sobą we wszystkich odcieniach i nagle, zza zakrętu i wysokiej skały, wyłania się krzyż na wieży sanktuarium wybudowanego w miejscu objawień Matki Jezusa. Objawień, z którymi wciąż mamy sporo kłopotu. Dlaczego?

    Zawsze z miłości. Przychodzi, bo widzi, że zeszliśmy z trasy, a zejście z trasy nie tylko oddala cel – często prowadzi do przepaści. Orędzia i przesłania, które zostawia Maryja w miejscach, które wybiera na spotkania, zawsze pokazują kondycję człowieka i świata. I nawołują do nawrócenia.

    Każde ze spotkań z Maryją – od Lourdes, przez Fatimę, Gietrzwałd, Akitę i inne – było prośbą Matki do dzieci, aby zmieniły swoje życie. Aby zrezygnowały z tego, co im szkodzi, prowadzi do zguby i by podjęły trud naprawy, wróciły do modlitwy i uznania w Bogu Boga.

    Objawienia są niczym innym, jak odwiedzinami Mamy, która tęskni za swoimi dziećmi. Kocha je, a one nie chcą z nią kontaktu. Gorzej – często obmawiają ją, wyśmiewają, drwią z jej Syna. Żyją tak, jakby ona nic dla nich nie znaczyła.

    Mimo to przychodzi, bo wie, że dziecko, zanim znajdzie właściwą drogę, błądzi, schodzi na manowce, gubi cel. I mimo pogardy dla rodziców zawsze potrzebuje pomocy.

    19 września 1846 r. dwoje dzieci: 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud zobaczyli kulę jasnego światła na zboczu. Podeszli bliżej i wtedy okazało się, że kula tylko otacza Piękną Panią siedzącą w środku.

    Kobieta, ubrana w strój miejscowych, siedziała, jakby zrezygnowana, skulona w sobie. Miała łokcie oparte na kolanach i dłońmi zasłaniała twarz. Płakała. Co robić, gdy obca, piękna kobieta siedzi na kamieniu w świetlistej kuli i płacze?

    Gdy odsunęła ręce od twarzy dzieci zobaczyły, że na piersiach, zamiast korali, które zakładają kobiety z wioski, miała krzyż z Jezusem Chrystusem i z zawieszonymi na nim narzędziami męki: młotkiem i obcęgami. Gdy wstała, zaprosiła dzieci, by podeszły bliżej.

    To, co powiedziała później i co dziś nazywamy treścią objawienia z La Salette, było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które często mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Mówiła o cierpieniu podejmowanym za dzieci, o trudzie. Mówiła o realiach prostego ludu z okolicznych wiosek, który nawet gdy psują się ziemniaki, przeklina za to Jezusa.

    „Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna – mówiła. – Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie zdołam go dłużej podtrzymać. Od jak dawna już cierpię za was. Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona ustawicznie Go o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie.

    Choćbyście nie wiem jak się modlili i nie wiem, co czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni tak ciężkim ramię mego Syna.

    Woźnice przeklinając wymawiają imię mego Syna. Te dwie rzeczy tak bardzo obciążają ramię mojego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to zeszłego roku na ziemniakach, ale nic sobie z tego nie robicie. Przeciwnie, znajdując zepsute ziemniaki, przeklinacie, wymawiając wśród przekleństw imię mojego Syna. Będą się one psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.

    Przypomniała też podstawowe zasady bycia chrześcijaninem – konieczność modlitwy, uczestniczenia we mszy świętej, przestrzegania postów. Minimum, które jest konieczne, abyśmy nie żyli jak zwierzęta.

    „Ach, moje dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem – mówiła. – Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej Ojcze Nasz i Zdrowaś, Maryjo, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej. Na mszę świętą chodzi zaledwie kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato, a w zimie, gdy nie wiedzą, czym się zająć, idą na mszę świętą jedynie po to, by drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu chodzą do rzeźni jak psy”.

    „Jeżeli Maryja płacze, to znaczy, że ma do tego powody!”, „Matka płacze, gdy dzieciom zagraża zło, duchowe czy fizyczne. Łzy Maryi są zawsze uczestnictwem w płaczu Chrystusa nad Jerozolimą” – mówił św. Jan Paweł II.

    Mimo to mamy kłopot z orędziem, które Matka Jezusa wygłosiła Melanii i Maksyminowi. Jego treść nie przebiła się do powszechnej świadomości, nie rozpowszechniła tak jak tajemnice z Fatimy czy obietnice z Lourdes. Czy potrafimy zacytować słowa żalącej się Matki w La Salette?

    Maryja, zalana łzami, z narzędziami męki Syna nie stała się modna. W La Salette nie sprzedaje się kubków z Jej twarzą, ręczników i wachlarzy. Nie ma kiczowatych figurek i straganów z chińskimi dewocjonaliami. Czy tylko dlatego, że do sanktuarium prowadzi trudna droga?

    A może gdy widzimy Maryję zalaną łzami dociera do nas smutna prawda, że jednak nie żyjemy tak, jak nas wychowywała? I wolimy nie konfrontować tego odkrycia z jej szczerym wyznaniem?

    Gdybyśmy wpadli do naszej ziemskiej mamy w odwiedziny, a w pokoju zamiast nakrytego stołu i pachnącej na nim drożdżówki zobaczylibyśmy siedzącą mamę, z twarzą zalaną łzami i zakrytą rękami, a potem usłyszelibyśmy jej gorzką skargę, wyrzut, że nie żyjemy zgodnie z Dekalogiem, to może też wolelibyśmy o tym spotkaniu szybko zapomnieć?

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    18.IX – 19.IX

    Piąta Godzina Męki Pańskiej

    O północy z czwartku na piątek 18/19 września w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.

    ***

    Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:

    – o wypełnienie się Woli Bożej w naszym Narodzie

    – o przemianę polskich serc

    – za dusze czyśćcowe

    – o zaprzestanie aborcji

    – o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl

    ***

    Ojciec św. Leon XIV:

    Bóg nie pozwoli, by zabrakło serc i rąk niosących pomoc i pocieszenie

    Samplefot. FILIPPO MONTEFORTE/AFP/East News

    ***

    „Jesteśmy pewni, że pośród tak wielkiej przemocy Bóg nie pozwoli, aby zabrakło serc i rąk niosących pomoc i pocieszenie, ludzi wprowadzających pokój zdolnych podnosić na duchu tych, którzy są pogrążeni w bólu i smutku” – powiedział Ojciec Święty podczas czuwania modlitewnego Jubileuszu Pocieszenia. Na tę uroczystość szczególnie zaproszono osoby, które przeżywają czas bólu i cierpienia z powodu chorób, żałoby, przemocy i doznanego wykorzystywania.

    ***

    Homilia papieża Leona XIV

    na czuwaniu modlitewnym

    podczas Jubileuszu Pocieszenia

    15 września 2025

    „Pocieszcie, pocieszcie mój lud” (Iz 40,1). Taka jest zachęta proroka Izajasza, która dociera dziś w sposób wymagający także do nas: wzywa nas do dzielenia się Bożym pocieszeniem z wieloma braćmi i siostrami, którzy przeżywają sytuacje słabości, smutku i cierpienia. Dla tych, którzy płaczą, którzy są pogrążeni w rozpaczy, w chorobie i żałobie, jasno i mocno rozbrzmiewa prorocze obwieszczenie woli Pana, aby położyć kres cierpieniu i przemienić je w radość. W tym sensie pragnę ponownie podziękować dwóm osobom, które złożyły swoje świadectwo. Cały ból można przemienić dzięki łasce Jezusa Chrystusa. Dziękuję! To współczujące Słowo, które stało się ciałem w Chrystusie, jest owym miłosiernym Samarytaninem, o którym mówiła nam Ewangelia: to On opatruje nasze rany, to On troszczy się o nas. W chwili mroku, nawet wbrew wszelkim oczywistościom, Bóg nie pozostawia nas samych; wręcz przeciwnie – właśnie w takich sytuacjach jesteśmy bardziej niż kiedykolwiek wezwani do pokładania nadziei w bliskości Jego jako Zbawiciela, który nas nigdy nie opuszcza.

    Szukamy kogoś, kto by nas pocieszył, i często go nie znajdujemy. Czasami staje się dla nas wręcz nie do zniesienia głos tych, którzy szczerze pragną uczestniczyć w naszym bólu. To prawda. Są sytuacje, w których słowa nie pomagają, a stają się wręcz zbędne. W takich chwilach pozostają być może jedynie łzy płaczu, o ile się jeszcze nie wyczerpały. Papież Franciszek przypominał o łzach Marii Magdaleny, zagubionej i samotnej, przy pustym grobie Jezusa. „Po prostu płacze. Widzicie, niekiedy w naszym życiu okularami pozwalającymi zobaczyć Jezusa są łzy. Jest taki moment w naszym życiu, kiedy tylko łzy przygotowują nas do zobaczenia Jezusa. I jakie jest przesłanie tej kobiety? «Widziałam Pana»”[1].

    Drogie siostry i drodzy bracia, łzy są językiem, który wyraża głębokie uczucia zranionego serca. Łzy są niemym krzykiem o współczucie i pocieszenie. Ale przede wszystkim są wyzwoleniem i oczyszczeniem oczu, uczuć, myśli. Nie należy wstydzić się płaczu; jest to sposób wyrażania naszego smutku i pragnienia nowego świata; jest on językiem, który mówi o naszym słabej i poddanej próbie ludzkiej naturze, która jest jednak powołana do radości.

    Tam, gdzie jest cierpienie, nieuchronnie pojawia się pytanie: dlaczego tyle zła? Skąd się bierze? Dlaczego spotkało właśnie mnie? W swoich Wyznaniach św. Augustyn pisze: „Gdzie więc jest zło? Skąd i w jaki sposób do tego świata się wkradło? Jaki jest jego korzeń? Co jest jego nasieniem? […] Skąd więc to zło pochodzi? Bo przecież Bóg stworzył wszystkie rzeczy, a będąc dobrym, stworzył je jako dobre (…) Takie to gorączkowe snułem w biednym sercu medytacje … (…) Mocno jednak była w serce wszczepiona wiara – otrzymana w Kościele katolickim – w Chrystusa, Syna Twego, a naszego Pana i Zbawcę. W wielu sprawach poglądy moje były jeszcze nie ukształtowane i odbiegały od właściwej nauki, ale umysł mój nie chciał od niej odejść” (VII, 5; tłum. Z. Kubiak, Kraków 2007, s. 182-183).

    Przejście od pytań do wiary jest tym, czego uczy nas Pismo Święte. Istnieją bowiem pytania, które sprawiają, że zamykamy się w sobie i dzielą nas wewnętrznie, a także oddzielają od rzeczywistości. Istnieją myśli, z których nic nie może się zrodzić. Jeśli izolują nas i pogrążają w rozpaczy, poniżają również nasz intelekt. Lepiej aby – jak w Psalmach – pytanie było protestem, lamentem, wołaniem o tę sprawiedliwość i ten pokój, które obiecał nam Bóg. Wtedy wznosimy most ku niebu, nawet jeśli wydaje się to nieme. W Kościele szukamy otwartego nieba, którym jest Jezus, most Boga ku nam. Istnieje pocieszenie, które dociera do nas wtedy, gdy „mocna i trwała” pozostaje ta wiara, która wydaje nam się „nieukształtowana i chwiejna” jak łódź na wzburzonym morzu.

    Tam, gdzie jest zło, tam musimy szukać pocieszenia i ukojenia, które je przezwyciężają i nie dają mu wytchnienia. W Kościele oznacza to: nigdy samotnie. Oparcie głowy na ramieniu, które cię pociesza, płacze z tobą i daje ci siłę jest lekarstwem, którego nikt nie może się pozbawić, ponieważ jest znakiem miłości. Tam, gdzie ból jest głęboki, jeszcze silniejsza musi być nadzieja, która rodzi się z komunii. A ta nadzieja nie zawodzi.

    Wysłuchane przez nas świadectwa przekazują tę pewność: że cierpienie nie musi rodzić przemocy; że przemoc nie jest ostatnim słowem, ponieważ zostaje zwyciężona przez miłość, która potrafi przebaczać. Jakiego większego wyzwolenia możemy oczekiwać, jeśli nie tego, które pochodzi z przebaczenia, zdolnego dzięki łasce otworzyć serce, mimo że doznało ono wszelkiego rodzaju brutalności? Doznanej przemocy nie można przekreślić, ale przebaczenie udzielone tym, którzy ją spowodowali, jest zapowiedzią Królestwa Boga na ziemi, jest owocem Jego działania, które kładzie kres złu i zaprowadza sprawiedliwość. Odkupienie jest miłosierdziem i może uczynić naszą przyszłość lepszą, w czasie gdy wciąż oczekujemy na powrót Pana. Tylko On otrze wszelką łzę i otworzy księgę dziejów, pozwalając nam odczytać te karty, których dziś nie potrafimy usprawiedliwić ani zrozumieć (por. Ap 5).

    Również wam, bracia i siostry, którzy doświadczyliście niesprawiedliwości i przemocy wykorzystania, Maryja powtarza dzisiaj: „Jestem twoją Matką”. A Pan Bóg w głębi serca mówi wam: „Ty jesteś moim synem, ty jesteś moją córką”. Nikt nie może odebrać tego osobistego daru ofiarowanego każdemu. A Kościół, którego niektórzy członkowie niestety was zranili, dziś klęka razem z wami przed Matką. Obyśmy wszyscy uczyli się od Niej strzec najmniejszych i najsłabszych z czułością! Obyśmy uczyli się wsłuchiwać w wasze rany i iść razem. Obyśmy mogli otrzymać od Matki Bożej Bolesnej siłę, aby uznać, że życie nie jest określone tylko przez zło, którego doświadczyliśmy, ale przez miłość Boga, który nigdy nas nie opuszcza i prowadzi cały Kościół.

    Słowa św. Pawła sugerują nam ponadto, że kiedy otrzymujemy pocieszenie od Boga, stajemy się zdolni do pocieszania innych: „Ten, który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakimkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga” (2 Kor 1, 4) – pisze Apostoł. Sekrety naszego serca nie są ukryte przed Bogiem: nie powinniśmy przeszkadzać Mu w pocieszaniu nas, łudząc się, że możemy polegać wyłącznie na własnych siłach.

    Siostry i bracia, na zakończenie tego czuwania zostanie wam ofiarowany mały dar: Agnus Dei. Jest to znak, który będziemy mogli zabrać do naszych domów, aby pamiętać, że misterium Jezusa, Jego śmierci i zmartwychwstania jest zwycięstwem dobra nad złem. On jest Barankiem, który daje Ducha Świętego Pocieszyciela, który nas nigdy nie opuszcza, pociesza nas w potrzebach i umacnia nas swoją łaską (por. Dz 15, 31).

    Ci, których kochamy, a którzy zostali nam wyrwani przez siostrę śmierć, nie są utraceni ani nie znikają w nicości. Ich życie należy do Pana, który jako Dobry Pasterz obejmuje ich i trzyma blisko siebie, a pewnego dnia nam ich zwróci, abyśmy mogli cieszyć się wieczną i wspólną radością.

    Najmilsi, tak jak istnieje cierpienie osobiste, tak również w naszych czasach istnieje cierpienie zbiorowe całych narodów, które przytłoczone ciężarem przemocy, głodu i wojny błagają o pokój. Jest to potężny krzyk, który zobowiązuje nas do modlitwy i działania, aby ustała wszelka przemoc, a cierpiący mogli odzyskać pogodę ducha; zobowiązuje on przede wszystkim Boga, którego serce drży ze współczucia, aby przyszedł do swego Królestwa. Prawdziwą pociechą, którą musimy być w stanie przekazać, jest ukazanie, że pokój jest możliwy, i że kiełkuje w każdym z nas, jeśli go nie przytłumimy. Niech przywódcy narodów wsłuchają się w szczególny sposób w krzyk wielu niewinnych dzieci, aby zapewnić im przyszłość, która będzie ich chronić i pocieszać.

    Jesteśmy pewni, że pośród tak wielkiej przemocy Bóg nie pozwoli, aby zabrakło serc i rąk niosących pomoc i pocieszenie, ludzi wprowadzających pokój zdolnych podnosić na duchu tych, którzy są pogrążeni w bólu i smutku. A razem, jak nauczył nas Jezus, będziemy wołać jeszcze prawdziwiej: „Przyjdź Królestwo Twoje!”.

    papież Leon XIV

    Vaicannews/kai.pl

    [1] FRANCISZEK, Msze św. w Domu św. Marty, przemówienia i homilie papieskie. Łzy są łaską (2 kwietnia 2013); w: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, n. 6 (353)/2013, s. 6.

    ***

    Papież Leon XIV chętnie spotyka się ze swoimi zakonnymi braćmi i zamierza zamieszkać w Pałacu Apostolskim z małą wspólnotą augustianów.VATICAN MEDIA/ZUMA PRESS/FORUM 

    ***

    „Nigdy nie przestanę być augustianinem”. Leon XIV kieruje wzrok katolików na wartość życia zakonnego

    Jezus do Faustyny: „Na to powołałem klasztory, aby przez nie uświęcać świat; z nich ma wybuchać silny płomień miłości i ofiary”. Czy wybuchnie z nową siłą?

    Leon XIV, krótko po objęciu urzędu papieskiego, podczas obiadu z członkami swojego zakonu, powiedział: „Będę musiał zrezygnować z wielu rzeczy; moje życie się zmieniło, ale nigdy nie przestanę być augustianinem”. Deklaracja ta być może oznacza coś więcej niż duchową jedność ze wspólnotą, z której papież się wywodzi. Niedawno włoska gazeta „La Repubblica” poinformowała, że nowy papież zamierza zamieszkać w Pałacu Apostolskim z małą wspólnotą augustianów.

    Azyl dla ducha

    Obecny Ojciec Święty nie jest pierwszym zakonnikiem na tronie Piotrowym, zachowującym żywą więź ze swoim zakonem. Pierwszym mnichem, który został papieżem, był św. Grzegorz Wielki (zm. 604). Ten bogaty rzymski patrycjusz i prefekt Rzymu wycofał się z życia publicznego i w swoim domu rodzinnym urządził klasztor benedyktynów, do których sam wstąpił. Znalazł we wspólnocie zakonnej spełnienie, ale papież Pelagiusz wysłał go jako legata do Konstantynopola. Funkcja ta w cesarskim mieście gwarantowała wysłannikowi biskupa Rzymu wszystko to, czego nie chciał – bogactwo, zaszczyty, zgiełk. Znalazł jednak sposób. Zgodził się przyjąć misję pod warunkiem, że wyjedzie z grupą współbraci i razem z nimi będzie – w miarę możliwości – prowadził życie mnicha, „zakotwiczony w bezpiecznym porcie modlitwy, zamiast dryfować ogłuszony zgiełkiem tego świata”.

    Tak się stało. Choć jego rezydencją był oszałamiający przepychem pałac, wydzielił w nim przestrzeń dla siebie i pozostałych mnichów. Pełniąc swoje obowiązki, przyjmował gości w kapiących złotem salach, w bogatych ogrodach i na rozległych tarasach, a potem wracał do swojej celi, w której były tylko krzesło, stolik i materac wypchany słomą. W tej przestrzeni starał się zachować część swojego życia zakonnego. Modlił się ze wspólnotą, medytował w samotności i znajdował czas na czytanie świętych ksiąg. Tym sposobem dotrwał do końca swojej misji, nie przywiązując się do blichtru, w którym łatwo było o osłabienie relacji z Bogiem.

    Gdy wrócił do Rzymu, nie dane mu było długo żyć w klasztorze, bo po śmierci Pelagiusza w 590 r. wybrano go przez aklamację na kolejnego papieża. Żyjąc na tak wysokim świeczniku, zachował dystans do zaszczytów. Był świadom, jak łatwo „zakosztowanie chwały zmienia się w wyniosłość”. Do zachowania pokory z pewnością przyczyniły się jego zakonne doświadczenia. Jako papież pozostał wierny modlitwie i bezustannemu przebywaniu w obecności Bożej.

    Piorunochron

    Po Grzegorzu Wielkim na stolicy Piotrowej zasiadło jeszcze 43 zakonników, spośród 267 wszystkich papieży – w tym Franciszek i obecny Ojciec Święty. Wielu z nich zachowało sentyment do swoich zakonów, choć żaden nie łączył życia zakonnego z posługą papieską. Pomysł Leona XIV kieruje wzrok katolików na wartość życia zakonnego i przypomina, że wspólnoty ludzi, którzy oddali życie Bogu, są potrzebne także tym, którzy realizują swoje powołanie na innych drogach. Wymownie wyraził to kard. Karol Wojtyła, jeszcze jako arcybiskup krakowski. „Krakowianie, czy wiecie, dzięki komu wasze miasto stoi bezpieczne i nienaruszone przez tyle stuleci? To kameduli są waszym piorunochronem” – powiedział przyszły papież o mnichach – pustelnikach, żyjących w klasztorze na podkrakowskiej Srebrnej Górze. Pokolenia tych białych zakonników, prowadząc surowy tryb życia wśród modlitw, postów i wyrzeczeń, czuwają przed Bogiem, upraszając łaski światu – choć świat nie ma pojęcia, ile im zawdzięcza.

    – Życie zakonne w jakiejś mierze jest lekarstwem na choroby cywilizacyjne, które są chorobami ducha, psychiki, osobowości. Ono ma pokazywać, że można żyć inaczej – mówi s. Agnieszka Grzybek OCD, karmelitanka bosa z Gdyni-Orłowa. Zastrzegając, że ludzi w klasztorach też dosięgają skutki grzechu pierworodnego, zauważa, że ich życie wspólne jest próbą szukania form komunikacji, które pozwalają odkryć w drugim człowieku osobę stworzoną przez Boga. Zaznacza, że życie wspólnotowe odziera ze złudzeń o własnej doskonałości, ale też pomaga w codziennym wybieraniu Pana Boga. – Ale myślę, że najważniejszym zadaniem życia zakonnego jest wskazywanie na absolutny prymat Pana Boga w świecie. Zakony powstały po to, by pokazać, że początek przyszłego życia jest już tutaj, na ziemi. Chcemy już tu rozpocząć życie tylko i wyłącznie dla Pana Boga – deklaruje siostra.

    W podobnym duchu wypowiada się urszulanka s. Aleksandra Stachnik OSU. – Źródłem, sensem i celem naszego życia wspólnotowego jest Jezus. Jeśli Go nie ma, to nie można mówić o wspólnocie zakonnej. A jak Go jest mało, to wszyscy dookoła czują, że coś jest nie tak. Jezus jest smakiem tej wspólnoty – podkreśla. Zaznacza, że wspólnota, która Jezusa naprawdę ma i stawia Go tam, gdzie trzeba, „nie mówiąc – mówi o Nim”. – I wtedy to smakuje tym, którzy w niej żyją, i tym, którzy są dookoła – zauważa. Jej smakuje. – Jestem w przepięknej wspólnocie, która mnie tego uczy. Szósty rok służę naszym starszym, chorym siostrom i widzę, że jak Jezus jest, to żyjąc najpiękniej w całej kruchości, jesteśmy w stanie naprawdę mówić o Nim. Zdarza mi się to widzieć na własne oczy – w moich siostrach. I to jest wygrane życie – zapewnia. – No i wspólnota jest bardzo dobrym środowiskiem, żeby się nauczyć naprawdę kochać – zaznacza.

    Bóg nie jest samotny

    Karmelita bosy o. Mariusz Wójtowicz OCD jest mile zaskoczony zamiarem papieża. Uważa, że dla wielu konsekrowanych jest to bardzo motywujące. – Papież, pochodząc z rodziny zakonnej i budując wokół siebie przestrzeń klasztorną, przywraca nam nadzieję, że to powołanie jest istotne dla Kościoła. To pokazuje, jak zakonny rytm życia pomaga w podejmowaniu poważnych decyzji, dotyczących całego świata. Myślę, że to też podkreśla siłę wspólnoty, wspólnej modlitwy, pracy, posiłku, odpoczynku – zauważa.

    Franciszkanin o. Idzi Soroburski OFM wskazuje, że mimo różnic charyzmatów cechą wspólną dla większości rodzin zakonnych jest wspólnota. – Ten sposób realizowania wskazań Ewangelii podkreślał św. Franciszek z Asyżu. W swoim Testamencie napisał, że to „Pan dał mu braci”. Wspólnota braci jest więc darem. Taki dar staje się również wyzwaniem – podkreśla zakonnik. Zwraca uwagę, że wspólnota uczy przekraczać własne ograniczenia duchowe i ludzkie, ale też pozwala skuteczniej głosić Ewangelię. Dla współczesnego świata staje się znakiem, który pozwala przezwyciężyć szerzącą się i bardzo niszczącą ludzkość samotność. – Ona może dotknąć każdego, nawet papieża. Dlatego trwanie na modlitwie i w życiu we wspólnocie swoich braci może dać mu pewność, że nie jest sam, nie idzie sam. Życie i posługa stają się wtedy autentycznym świadectwem życia Bogiem i z Bogiem – mówi. I podsumowuje: – Bóg nie potrafi być samotny. I nie chce, by ktokolwiek z nas taki był. Warto podjąć takie wyzwanie.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    o. Piotr Rostworowski: Trzeba żyć wiarą a nie uczuciem!

    O. Piotr Rostworowski: Trzeba żyć wiarą a nie uczuciem!

    fot. Screenshot – YouTube (Opactwo Benedyktynów w Tyńcu)

    ***

    Nasze życie duchowe znajduje się na poziomie wiary, a nie na poziomie uczucia.

    Pragnienie samotności i pragnienie kontaktu z Bogiem w modlitwie wcale nie znaczy, że potrafimy się modlić. Modlitwa jest wielkim misterium, chociaż jest ludzką czynnością. Bo modlitwa wychodzi poza granice tego widzialnego świata i nawiązuje kontakt z Niewidzialnym i Niepojętym. Bóg nas uczynił swoimi synami przez łaskę i chce z tymi synami pozostawać w żywym kontakcie, pragnie z nimi rozmawiać.

    W każdym miejscu gdzie stoisz, Bóg jest obecny. W każdym miejscu i w każdej sytuacji. Musisz Go dosięgnąć przez wiarę, możesz mówić do Niego, a On usłyszy. W każdej sytuacji masz możność współżycia z Nim. To nie znaczy, że zawsze masz możność odczucia Jego obecności i odczucia Jego działania. To, co w modlitwie jest nadprzyrodzone, nie zawodzi nigdy, ale jej akompaniament przyrodzony może zawieść. Jeśli powiesz: „Boże mój, zmiłuj się nade mną”, to nie ma żadnej wątpliwości, że się modliłeś i Bóg usłyszał Twą modlitwę, ale twoje uczucia mogły nie towarzyszyć twoim słowom, i nie zasygnalizowały nawet Twojej modlitwy, i pozostały jakby martwe czy uśpione. W takiej sytuacji Ty masz wrażenie, że się wcale nie modliłeś i że twoja modlitwa „nie dociera” do Boga, że ginie, jak ginie głos na pustkowiu, który nie znajduje żadnego ucha. Jest to uczucie przykre, które wielu zniechęciło do modlitwy.

    Tłumaczy się, że „modlitwa nic mi nie daje”, „Bóg mnie nie słucha”. Moje wołanie rozbija się o sklepienie niebios i rozbite spada na ziemię w okruchach. Jest to jednak iluzja, ale iluzja niebezpieczna, bo potwierdzona przez doświadczenie bardzo bolesne i zniechęcające. A jednak Bóg twą modlitwę przyjmuje. Cieszy się nią i na nią oczekuje. Taka jest rzeczywistość potwierdzona przez objawienie. I żadne wrażenia nie zdołają obalić prawdy obietnicy Chrystusa: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą (Mt 7,7n). Trzeba po prostu oprzeć się na wierze samej, a nie na uczuciu i postępować dalej konsekwentnie według woli Bożej, którą znamy.

    Jest trudno modlić się tak zupełnie na sucho, bez żadnej zachęty ze strony uczucia. Impet woli kończy się szybko, jakby w lotnych piaskach, ustajemy i nie wiemy, co mówić dalej. Mamy dość i nic nas już nie zachęca… Ale trzeba wtedy wbrew wszystkiemu do duszy swojej przemówić: „Czego Ty chcesz?” Wiara ci mówi: nie zniechęcaj się, proś, szukaj, kołacz. Ty to właśnie robisz. Wiara zapewnia ci wysłuchanie. A więc wiesz, że Bóg wysłuchuje; wysłucha Twoje modlitwy, jeżeli w nich okażesz się wytrwały. A więc wiesz dobrze, co masz zrobić; masz wytrwać i dziękować Bogu za wysłuchanie… „Ale ja nie czuję, bym był wysłuchany”. A któż ci powiedział, że to odczujesz? Chrystus obiecał, że będziesz wysłuchany, masz więc spokojnie w to wierzyć i jeśli wytrwale prosiłeś, masz być przekonany, że Twoja modlitwa dotarła do Niego i została wysłuchana. A więc za to wysłuchanie masz Bogu dziękować.

    Trzeba żyć wiarą a nie uczuciem. Nasze życie duchowe znajduje się na poziomie wiary, a nie na poziomie uczucia.

    Bóg się nie zmienia. Jak Cię umiłował od początku, tak i teraz Cię miłuje miłością niezawodną, bo jednym z głównych atrybutów Bożych, na który Pismo Święte stawia akcent, jest Jego wierność niezawodna. Potrzebna Ci jest więc przede wszystkim wiara prosta, mocna i konsekwentna. Ona Ci pozwoli dać sobie radę. Uwierzyłeś w miłość, uwierzyłeś w wierność niezawodną, uwierzyłeś, że modlitwa ma zapewnione wysłuchanie, jeśli spełnia elementarne warunki. A więc módl się i ufaj, i nie żądaj od modlitwy tej słodyczy, która nie jest koniecznie związana z obiecanym jej wysłuchaniem.

    Uparta oschłość na modlitwie może jednak nie być bez znaczenia. Może Pan chce nam coś przez to powiedzieć. Może w naszym życiu modlitwy jest coś nie tak…

    Otóż wydaje mi się, że zszedłeś na drogę nadmiernego intelektualizmu. Rozważasz Pismo Święte nie tak jak chrześcijanin, który się modli, ale jak komentator, który rozgryza tekst tak, aby go mógł całkowicie wytłumaczyć. Jest to solidne studium, które daje nawet zadowolenie, ale nie rodzi modlitwy. Modlitwa z takiej medytacji nie popłynie. Kto szuka modlitwy, nie chce całego tekstu sobie przyswoić, ale chce się nim tylko posłużyć, aby się skontaktować z życiodajnym Misterium, które przewyższa nasze zrozumienie. Dusza nie chce niczego posiadać, nie chce objąć niczego, nie szuka pełnego zrozumienia. Chce tylko dotknąć Misterium, dotknąć Ducha Świętego i zagubić się w Jego nieskończoności żywej i niepojętej. Tekst Pisma Świętego jest tym miejscem spotkania, miejscem tego dotknięcia, które przestaje budzić modlitwę skoro dusza chce przywłaszczać sobie te myśli, formułować je i analizować zamiast zagubić się w nieskończoności Misterium, które porywa człowieka i przemienia go. Jak rybka w oceanie może cieszyć się całym jego bezmiarem, jeżeli nie pragnie go połknąć, a tylko w nim się zanurzyć i zatracić.

    Kto chce posiąść, nigdy nie może się zatracić, a więc nie może cieszyć się nieskończonością, w czym jest istota modlitwy. Modlitwa łączy się z absolutnym ubóstwem. Nie należy wybierać tekstów do komentowania, ale czytając z głęboką czcią dla Misterium i w pragnieniu Ducha Bożego, pozwolić tym tekstom dotykać naszej duszy.

    fragment książki „Wiara, nadzieja i miłość”

    Piotr Rostworowski OSB / EC – benedyktyn, pierwszy polski przeor odnowionego w 1939 roku klasztoru w Tyńcu. Więzień za czasów PRL-u. Kameduła – przeor eremów w Polsce, Włoszech i Kolumbii. W ostatnim okresie życia rekluz oddany całkowitej samotności przed Bogiem. Zmarł w 1999 roku i został pochowany w eremie kamedulskim we Frascati koło Rzymu. “Był zawsze bliski mojemu sercu” – napisał po Jego śmierci Ojciec Święty Jan Paweł II. Autor licznych publikacji z dziedziny duchowości i życia wewnętrznego.

    tyniec.com.pl

    ***

    środa 17 września

    Morderstwa, wywózki i grabieże. Tak Sowieci ogołocili polskie pałace i dwory z dzieł sztuki

    (Oprac. PCh24.pl)

    Po 17 września 1939 roku bolszewicka dzicz zalała wschodnie ziemie Rzeczypospolitej. Nie dość, że Sowieci mordowali polskich patriotów i wywozili ich z całymi rodzinami na Sybir, to jeszcze barbarzyńsko niszczyli lub kradli całe kolekcje dzieł sztuki gromadzone przez wiele pokoleń w pałacach, dworach i kościołach.

    Cios w plecy Rzeczypospolitej

    Pierwsza okupacja sowiecka (wrzesień 1939 – czerwiec 1941) była wynikiem tajnego układu Ribbentrop-Mołotow, zawartego 23 VIII 1939 roku, oraz późniejszych roboczych uzgodnień między okupantami – ZSRR i III Rzeszą Niemiecką. Po agresji Armii Czerwonej 17 września 1939 na Polskę, Sowieci zajęli jej wschodnie tereny. Do ZSSR włączono 40 procent powierzchni przedwojennej Polski zamieszkanej przez 12,5 mln osób. Okupant niemiecki i radziecki umową o „granicy i przyjaźni”, zawartą 28 września, rozdarli Rzeczpospolitą między sobie, granicą poprowadzoną wzdłuż rzek Pisy, Narwi, Bugu i Sanu.

    Czerwony terror

    Kiedy Bolszewicy zajęli ziemie grodzieńską i białostocką postanowili przyłączyć je do ZSRR tworząc tu Republikę Zachodniej Białorusi. W Białymstoku powołano władze tej republiki, którą stanowiło Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Białorusi. Rozpoczęły się krwawe rządy bolszewików.

    – We wrześniu 1939 roku byłem małym chłopcem, ale wszystko pamiętam. Do Białegostoku weszli Sowieci. Wojsko sowieckie prezentowało się bardzo nędznie. Obszarpani, prawie na bosaka, karabiny na sznurkach. Byli bardzo okrutni, dzicy. Bili kogo popadło, nastąpiły aresztowania patriotów i rozstrzeliwania. Z dworca fabrycznego wywozili masy ludzi na Sybir – mówi, sędziwy dziś, Józef Minkiewicz, mieszkaniec Białegostoku. Według niektórych danych z terenu byłego województwa białostockiego tylko podczas pierwszej deportacji wywieziono ponad 13 tysięcy osób. Podczas wszystkich – około 40 tysięcy Polaków. Natomiast z całych Kresów wywieziono około miliona osób.

    Sowieckie rządy w Białymstoku

    Zaraz po zajęciu miasta, zburzono barokowy Ratusz, gdyż komunistyczne władze uważały go za symbol „pańskiej Polski”. W tym miejscu przyszłej stolicy sowieckiej Republiki Zachodniej Białorusi, zaplanowano zbudowanie Obwodowego Muzeum Sztuk Pięknych, w którym prezentowane miały być skradzione w pałacach, kościołach i dworach dzieła sztuki. W połowie 1940 roku sprowadzono je ( około 2 tysięcy dzieł sztuki) do Białegostoku z Grodna, gdzie Sowieci zgromadzili wszystkie zrabowane na terenie dawnych województw grodzieńskiego i białostockiego m.in. obrazy i rzeźby. Dzieła sztuki zmagazynowano w Bibliotece Publicznej w Białymstoku, gdzie czekały na powstanie Muzeum Sztuk Pięknych. 

    Muzeum to jednak nie powstało, gdyż w czerwcu 1941 roku Niemcy zaatakowały ZSRR. Rosjanie uciekali tak szybko, że nie zdążyli zabrać ze sobą wszystkich „zdobycznych”, jak nazywali oni skradzione dobra, dzieł sztuki. Choć część z nich wywieźli do Moskwy i Petersburga. Podczas okupacji niemieckiej Polacy zaangażowani w działalność konspiracyjną, w tym nauczyciele tajnego nauczania, z narażeniem życia, ocalili, do tej pory nieznaną, liczbę zrabowanych dzieł sztuki. Ukryte w różnych miejscach miasta, między innymi w zakamarkach i skrytkach kościoła farnego, przetrwały wojnę. Po wojnie, kiedy w Białymstoku zainstalowała się władza komunistyczna, skradzione przez Sowietów przedmioty trafiły pod opiekę Ministerstwa Kultury i Sztuki. W roku 1946, kiedy Stalin rozważał przyłączenie Białegostoku do ZSRR, ministerstwo zdecydowało się ewakuować dzieła sztuki w głąb Polski m.in. do Krakowa. Zostały one tam zdeponowane na Wawelu.

    Niezwykła wystawa obrazów odnalezionych po 80 latach

    Zespół białostockich historyków dwa lata prowadził badania nad dziejami 30 obrazów zrabowanych z dworów i pałaców dawnego województwa grodzieńskiego i białostockiego. Dwadzieścia trzy z tych dzieł jest od 5 września prezentowanych w Muzeum Podlaskim w Białymstoku na specjalnej wystawie pt. „Milczące obrazy”.

    – Prześledziliśmy całą drogę, całą politykę rabunkową sowieckich władz okupacyjnych, która polegała na tym, że z majątków zagrabionych właścicielom, rabowano dzieła sztuki – bardzo różne, bo nie tylko obrazy, ale też cenny księgozbiór, rzemiosło artystyczne, meble. Wszystko to najpierw wywożono do muzeum w Grodnie – mówi dr Krystyna Stawecka, zastępca dyrektora Muzeum Podlaskiego w Białymstoku. 

    15 eksponowanych w stolicy województwa podlaskiego obrazów znajdowało się do tej pory w Muzeum na Wawelu, po jednym w Muzeum Etnograficznym w Krakowie, Muzeum Narodowym w Warszawie oraz w Muzeum Literatury imienia Adama Mickiewicza w Warszawie. Pięć obrazów pochodzi natomiast z kolekcji prywatnych. Według opisów obrazów, dokonanych w roku 1946, zostały one zrabowane z dworów i pałaców rodów takich jak m.in. Potoccy, Starzeńscy, Kossakowscy, Glinkowie, Platerowie czy Ejnerowiczowie. Wszystkie te obrazy posiadają sygnaturę Muzeum Sztuk Pięknych, które Sowieci zamierzali utworzyć w Białymstoku. 

    Na ekspozycji, prezentowanej do końca roku, oglądać można przepiękny obraz „Jan Chrzciciel” Carla Dolciniego (XVII w.) zrabowany przez bolszewików z pałacu hrabiowskiej rodziny Kossakowskich w Brzostowicy Wielkiej na Grodzieńszczyźnie. Bolszewicy skradli też z tego pałacu bardzo cenny XVIII wieczny obraz „Anioł ze sceny zwiastowania”, na razie nie rozpoznanego twórcy. To dzieło sztuki malarskiej można również podziwiać na białostockiej wystawie. Inne prezentowane obrazy to „Pieta ze św. Janem Ewangelistą”- autor nieznany. Obraz ten niewątpliwie wyszedł spod mistrzowskiej dłoni, powstał w pierwszej ćwierć XVII wieku. Najstarszy z obrazów datowany jest na wiek XVI. Najmłodsze są z pierwszej połowy wieku XX.

    „Wystawa opowiada o dziełach wywiezionych z Białegostoku. To historia mówiąca o rabunkowej polityce okupantów radzieckich, motywowanej chęcią zniszczenia polskości, pamięci o trwaniu narodu i jego dziedzictwie kulturowym. Dzieła sztuki, archiwalia, księgozbiory, rzemiosło artystyczne, konfiskowane, rozkradane, wyrwane ze swego naturalnego otoczenia, rozproszone, pozbawione kontekstu miejsca, stać się miały narzędziami w kreowaniu nowej sowieckiej rzeczywistości. Obiekty zabytkowe miały służyć zobrazowaniu nieodwracalnych zmian społecznych i stać się symbolem zwycięstwa proletariatu” – z opisu białostockiej wystawy, poznajemy smutną prawdę historyczną o sowieckim barbarzyństwie.

    Sowieckie barbarzyństwo

    17 września 1939 r. wschodnie tereny II Rzeczypospolitej – województwa lwowskie, wileńskie, nowogrodzkie, poleskie, wołyńskie, stanisławowskie, tarnopolskie i białostockie – zostały zaatakowane i zagarnięte przez ZSRS. W sowieckich rękach znalazły się miasta od wieków związane z kulturą i tradycją polską m.in. Grodno, Lwów, Łuck, Nowogródek, Stanisławów, Wilno, Grodno i Białystok.

    Po 17 września na Kresach rabowano zarówno prywatne domy i dwory, jak i kościoły, budynki użyteczności publicznej i muzea. Rabunku dokonywali pojedynczy sowieccy żołnierze, a również stworzone do tego celu specjalne tzw. trofiejne bataliony, masowo grabiące dzieła sztuki i wywożące je do ZSRS.

    Według licznych relacji świadków sowieccy żołnierze często dokonywali bezmyślnych zniszczeń: tłukli porcelanę, meble, boazerie, klepki podłogowe, palili cenne starodruki w ogniskach.

    Do dziś część zrabowanych w latach II wojny dzieł sztuki z polskich zbiorów znajduje się w muzeach w Petersburgu oraz w Muzeum Sztuk Pięknych im. Puszkina w Moskwie. Kilka lat temu Rosjanie nieopatrznie zamieścili na stronie internetowej tej placówki zdjęcia obrazów z magazynów. Okazało się, że jest tam co najmniej kilkanaście obrazów skradzionych w Polsce. Od roku 2000 strona polska złożyła drogą dyplomatyczną 20 wniosków restytucyjnych obejmujących kilkanaście tysięcy pojedynczych dzieł sztuki. Wnioski zostały przekazane w trzech partiach – w 2004, 2012 i 2014 r. Rząd Federacji Rosyjskiej do tej pory ich nie rozpatrzył. Dziś wiadomo już, że Sowieci skradli Polsce podczas wojny co najmniej 35 tysięcy dzieł sztuki.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    poniedziałek 15 września

    Wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej

    Ból Najświętszej Maryi Panny Kościół nazywa współcierpieniem. W Ewangeliach nie ma żadnej wzmianki o Jej użalaniu się nad swoim losem. Matka Boga i Matka każdego z nas własnego cierpienia nie ma. Jeśli stoi pod krzyżem, to skamieniała wobec paschy Baranka, który dał życie dla naszego zbawienia. Jeśli objawia się, płacząc i wzywając do nawrócenia, to Jej łzy i zatroskanie są z naszego grzechu. Ból wyrasta z Jej macierzyństwa, a jego miarą jest matczyna miłość. Dziękujemy Bogu dzisiaj za ten niezwykły dar i wielbimy Go otoczeni Jej modlitwą i orędownictwem.

    ***

    Matka Boża Bolesna – bliska Bogu, bliska człowiekowi

    Matka Boża Bolesna

    Wikimedia Commons | domena publiczna

    ***

    Maryja pomimo tego, że nie przelała tak, jak Chrystus swojej krwi w sposób fizyczny, często nazywana jest w tradycji mianem Matki Bolesnej (łac. Mater Dolorosa) i Królowej Męczenników (Regina Martyrum). Ewangelie w subtelny, ale jednocześnie w wyraźny sposób pokazują, że ciche, pokorne i wydawałoby się nienarzucające się życie Matki Bożej było przepełnione współodczuwaniem z jej Synem

    Dzień 15 września, obchodzony w kalendarzu liturgicznym jako wspomnienie NMP Bolesnej, w liturgii przedsoborowej funkcjonujący pod nazwą Siedmiu Boleści NMP, pozostaje nieco w cieniu dwóch innych, znaczących świąt obchodzonych w zbliżonym czasie – Narodzenia NMP (8 września) oraz Podwyższenia Krzyża Świętego (14 września). Dodatkowo, w  2024 roku 15 września przypada w niedzielę, w związku z tym łatwo jest to wspomnienie przeoczyć. Tymczasem niesie ono ze sobą istotną teologię, która może pomóc nam lepiej zrozumieć unikalne posłannictwo Matki Bożej w dziele zbawienia.

    Figura Matki Bożej przebitej siedmioma mieczami boleści w kościele św. Krzyża w Salamance
    Figura Matki Bożej przebitej siedmioma mieczami boleści w kościele św. Krzyża w Salamance

    ***

    Współczucie i gościnność

    Wspomnienie Matki Bożej Bolesnej weszło do tradycji katolickiej w XVII w. i stało się popularne dzięki zakonowi Sług Najświętszej Maryi Panny (Ordo Servorum Mariae), nazywanych popularnie Serwitami, założonym przez św. Filipa Benicjusza w XIII w. na terenie Włoch. Szczególnym rysem pobożności tego zgromadzenia było poświęcenie się Matce Bożej Bolesnej poprzez przyjęcie dwóch kojarzących się z Maryją zasad życia – współczucia z cierpiącymi i gościnności, obejmującej pomoc pielgrzymom i ubogim. Szczególny wzrost duchowy Serwitów miał miejsce w średniowieczu, gdy zakon szybko rozprzestrzenił się na znaczną część Europy i świata, w tym dotarł do Polski. 

    Od epoki oświecenia zgromadzenie zaczęło jednak podupadać w związku z niechętną postawą niektórych władców świeckich na Starym Kontynencie, skutkującą zamykaniem lub kasatą domów klasztornych. Można wręcz powiedzieć, że pomimo częściowego odrodzenia od połowy XIX w. zakon ten już nie powrócił w pełni do swojej dawnej potęgi. Docenieniem duchowości serwickiej było jednak wprowadzenie przez papieża Piusa VII w 1814 r. święta poświęconego Matce Bożej Bolesnej dla Kościoła powszechnego. Dzień jego obchodu liturgicznego ustalono na 15 września, aby dobitnie pokazać wiernym związek pomiędzy cierpieniami Matki a Bożej a Męką Chrystusa ukoronowaną krwawą ofiarą na krzyżu, wspominaną przez święto Podwyższenia Krzyża Świętego dzień wcześniej. 

    Siedem Boleści NMP

    Sformułowanie „siedem boleści” przeszło w języku polskim do języka potocznego i nabrało zdecydowanie ironicznego charakteru. Warto jednak uświadomić sobie, że charakter ten nie ma związku z dawną, tradycyjną nazwą wspomnienia NMP Bolesnej. Skąd jednak wzięło się rozróżnienie siedmiu cierpień Matki Bożej? Wiemy o nich z Ewangelii oraz Tradycji. Są to następujące wydarzenia:

    • proroctwo Symeona, które Maryja usłyszała podczas ofiarowania Pana Jezusa w świątyni: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34)
    • ucieczka Świętej Rodziny do Egiptu, o której wspomina Ewangelia św. Mateusza: „(…) oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić». On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda” (Mt 2, 13-15).
    • ból i lęk z powodu zaginięcia 12-letniego Chrystusa w Jerozolimie, który odnalazł się po trzech dniach w Świątyni Jerozolimskiej. Św. Łukasz przytacza przy tej okazji słowa Maryi: „(…) «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie»” (Łk 2, 48). 
    • spotkanie Matki Bożej i Chrystusa podczas niesienia krzyża na Golgotę. Nie jest ono co prawda utrwalone w Ewangelii, ale od czasów wczesnochrześcijańskich istniało przekonanie, że do tego, być może kilkusekundowego i milczącego spotkania doszło jeszcze przed ukrzyżowaniem. Znajduje to odzwierciedlenie w IV stacji nabożeństwa Drogi Krzyżowej, poświęconej temu wydarzeniu.
    • ukrzyżowanie, śmierć Chrystusa i złożenie Jego Przenajświętszego Ciała do grobu – Ewangelie pokazują, że te trzy ostanie wydarzenia kończące Mękę Pańską odbyły się w obecności Maryi. Szczególnie znaczenie ma w tym wymiarze Janowy fragment o kobietach stojących pod krzyżem – Matce Bożej, jej siostrze Marii Kleofasowej oraz Marii Magdalenie (J 19, 25-27).

    Wszystkie powyższe wydarzenia wskazują nie tylko na ból i cierpienia wewnętrzne Maryi połączone z cierpieniami i doskonałą ofiarą krzyżową Jej Syna, ale tez na fakt, że musiała ona mierzyć się z różnymi po ludzku trudnymi i niekiedy niezrozumiałymi sytuacjami od samego początku. Miała więc w sobie uświęconą łaską Bożą umiejętność współodczuwania i współcierpienia, doskonale połączoną ze zbawczym działaniem Chrystusa. 

    W sztuce chrześcijańskiej Matka Boża Bolesna przedstawiana jest często jako przenikana siedmioma mieczami lub ostrzami w okolicy serca. Każde z tych ostrzy symbolizuje jedno z wymienionych wyżej cierpień, które dotykały Maryję w czasie jej ziemskiego życia. 

    Łukasz Kobeszko/Aleteia.pl

    ***

    Czego uczy nas Matka Boża Bolesna?

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Każde słowo, które próbuje opisać stan ducha Maryi stojącej pod Krzyżem Syna, to co przeżywała wcześniej, w czasie Drogi Krzyżowej, w momencie pojmania Chrystusa, jest bezradne. I może dlatego opis ewangeliczny dotyczący Matki jest tak skromny. Wiemy jedno. Maryja była pod Krzyżem, była w bliskości Syna i z Jej ust nie padło żadne słowo skargi – podkreślił ks. prof. Paweł Bortkiewicz, gość specjalny programu fatimskiego na kanale PCh24 TV. Czego nas uczy Matka Bolesna?

    – Maryja trwała w zawierzeniu, w głębokim zjednoczeniu z Męką Syna. Zresztą Ona jest Nieustanną Obecnością. Znamy jej dialog ze zwiastowania, znamy jej postawę z Kany Galilejskiej. Mimo wszystko jest to kobieta małomówna. To jest Matka, która jest obecna w najważniejszych momentach życia Syna – mówił.

    Jak wskazał, postawa Matki Bolesnej, jest wielką lekcją obecności. – To jest też wielka lekcja zawierzenia. Bezwzględnego, radykalnego zawierzenia, którego nie sposób wyrazić słowami, które dotyka nas swoją mocą. To zawierzenie niejako pokonuje tę śmierć – dodał.

    Ks. prof. Bortkiewicz zaznaczył, że w tych dniach trzeba przywoływać te wielkie wskazania Maryi – obecność i wiara. – A skoro wiara tak heroiczna, to i równie heroiczna miłość. Miłość, która wyraża się w akcie przyjęcia Jana pod Krzyżem, a wraz z Janem – nas wszystkich, jako swoje dzieci. Maryja – tak po ludzku – tracąc swojego Syna na Krzyżu, przyjmuje nas wszystkich, Do tego potrzeba ogromnego serca. Maryja to pokazuje. I ta postawa Matki jest dla nas inspiracją. I każdy we własnym sumieniu winien podjąć refleksję nad tą postawą Maryi – dodał.

    PCh24.pl

    ***

    Siedem Boleści Maryi. Trudno znaleźć inne nabożeństwo, za odprawianie którego obiecano tak wiele łask

    Siedem Boleści Maryi. Trudno znaleźć inne nabożeństwo, za odprawianie którego obiecano tak wiele łask

    fot. Vincent Desjardins / Wikimedia Commons / / CC BY 2

    ***

    15 września Kościół katolicki obchodzi wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej, dzień po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego. To wyjątkowa okazja, by rozważać Siedem Boleści Maryi – od proroctwa Symeona, przez ucieczkę do Egiptu, utratę Jezusa, aż po Jego śmierć i złożenie do grobu. Wierni, którzy oddadzą się temu nabożeństwu, mogą otrzymać liczne łaski: pociechę w cierpieniach, pokój w rodzinie, duchową ochronę i nagrodę w niebie. Nabożeństwo do Matki Boskiej Bolesnej pomaga pogłębić więź z Maryją i Jezusem oraz odnaleźć siłę i nadzieję w codziennym życiu.

    • 15 września Kościół katolicki obchodzi wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej, dzień po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego.
    • Siedem Boleści Maryi to biblijne wydarzenia, w których Jej serce szczególnie cierpiało – od proroctwa Symeona, przez ucieczkę do Egiptu i utratę Jezusa, aż po Jego śmierć i złożenie do grobu.
    • Jezus i Maryja obiecali szczególne łaski tym, którzy rozważają Siedem Boleści – m.in. dar skruchy, pociechę w cierpieniach, opiekę w godzinie śmierci, pokój rodzinom oraz ochronę przed złem.
    • Nabożeństwo do Matki Boskiej Bolesnej jest zaproszeniem do pogłębienia więzi z Maryją i Jej Synem; umacnia nadzieję na zbawienie oraz staje się źródłem siły i pociechy w codziennym życiu.

    Kościół katolicki 15 września obchodzi wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej. Niezwykle wymowne jest to, że wspomnienie to wypada dzień po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego, zupełnie jakby Kościół – tuż po okresie wakacji i odpoczynku – chciał przypomnieć wiernym o męce Jezusa i odkupieniu, a więc o tym, co jest najważniejsze dla naszej wiary. Wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej to wyjątkowa okazja, by – wspólnie z Maryją – przeżyć nie tylko mękę Jej Syna, ale również wszystkie te momenty z Jej życia, w których Jej matczyne Serce cierpiało szczególnie, tym bardziej że – jak pisał święty Alfons Liguori – “Jezus docenia duszę, która rozmyśla nad Siedmioma Boleściami Matki Bożej” i składa za to cztery konkretne obietnice.

    Siedem Boleści Matki Bożej

    Siedem Boleści Matki Bożej jest związanych z konkretnymi wydarzeniami z życia Maryi, które możemy znaleźć w Piśmie Świętym. Oto one.

    1. Proroctwo Symeona
      Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: «Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu» (Łk 2, 34-35)
    2. Ucieczka do Egiptu
      Gdy oni odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić». On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: Z Egiptu wezwałem Syna mego.
      Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał [oprawców] do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza:
      Krzyk usłyszano w Rama,
      płacz i jęk wielki.
      Rachel opłakuje swe dzieci
      i nie chce utulić się w żalu,
      bo ich już nie ma.
      A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie, i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia» (Mat 2,13-21)
    3. Zagubienie dwunastoletniego Jezusa w świątyni
      Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie». Lecz On im odpowiedział: «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?» Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. (Łk 2,41-50)
    4. Spotkanie z Jezusem niosącym krzyż
      A On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota (J 19,17)
    5. Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa
      Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa. Wypisał też Piłat tytuł winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane: «Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski». Ten napis czytało wielu Żydów, ponieważ miejsce, gdzie ukrzyżowano Jezusa, było blisko miasta. A było napisane w języku hebrajskim, łacińskim i greckim. Arcykapłani żydowscy mówili do Piłata: «Nie pisz: Król Żydowski, ale że On powiedział: Jestem Królem Żydowskim». Odparł Piłat: «Com napisał, napisałem».
      Żołnierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty i podzielili na cztery części, dla każdego żołnierza po części; wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: «Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć». Tak miały się wypełnić słowa Pisma: Podzielili między siebie szaty, a los rzucili o moją suknię7. To właśnie uczynili żołnierze.
      A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.
      Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: «Pragnę». Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: «Wykonało się!». I skłoniwszy głowę oddał ducha. (J 19,18-30)
    6. Zdjęcie Jezusa z krzyża
      Przybył również i Nikodem, ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa w nocy1 i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. 40 Zabrali więc ciało Jezusa i obwiązali je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania. (J 19,39-40)
    7. Złożenie Jezusa do grobu
      A na miejscu, gdzie Go ukrzyżowano, był ogród, w ogrodzie zaś nowy grób, w którym jeszcze nie złożono nikogo. Tam to więc, ze względu na żydowski dzień Przygotowania, złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu. (J 19,41-42)

    Obietnice złożone błogosławionej Weronice Binasco

    Święty Alfons Liguori w dziele “Chwała Maryi” przywołał słowa Jezusa, które zostały objawione błogosławionej Weronice Binasco. Urodziła się ona w r. 1445 w bardzo ubogiej rodzinie wieśniaczej. Gdy w r. 1466 chciała wstąpić do augustianek w Mediolanie, zmuszono ją, by nauczyła się czytać i pisać. W czasie tej nie najłatwiejszej dla niej pracy przeżyła wizję Najświętszej Marii Panny i odtąd już ciągle otrzymywała różne łaski mistyczne oraz polecenia do rozmaitych dostojników kościelnych. Chrystus miał jej powiedzieć, że współczucie okazywane Jego Matce jest Mu szczególnie drogie, bardziej nawet, niż współczucie okazywane Jemu.

    “Córko moja, łzy wylane z powodu Mojej Męki są Mi drogie; jednak jeszcze cenniejsze są dla Mnie te, które płyną z miłości do Mojej Matki Maryi i współczucia dla bólu, jaki Ona przeżywała podczas Mojej śmierci” – miał powiedzieć Jezus błogosławionej Weronice Binasco.

    Cztery obietnice Jezusa dla tych, którzy oddadzą się nabożeństwu Siedmiu Boleści Matki Bożej:

    1. “Ci, którzy przed śmiercią będą wzywać Boską Matkę przez Jej boleści, otrzymają łaskę prawdziwej skruchy za wszystkie swoje grzechy”.
    2. “Będę ich strzegł w cierpieniach, a szczególnie w godzinie śmierci”.
    3. “Utrwalę w ich sercach pamięć o Mojej męce, a za to otrzymają nagrodę w niebie”.
    4. “Oddam takie pobożne dusze w ręce Maryi, aby mogła nimi rozporządzać według swej woli i wypraszać im wszystkie potrzebne łaski”.

    Nie są to jednak jedyne obietnice związane z nabożeństwem Siedmiu Boleści Matki Bożej. Kolejne obietnice miała przekazać świętej Brygidzie Szwedzkiej sama Maryja. Matka Boża miała ją poprosić, by rozważaniu każdego z Jej cierpień towarzyszyło jedno “Zdrowaś Maryjo”.

    Siedem obietnic Matki Bożej dla tych, którzy codziennie rozważają Jej Siedem Boleści:

    1. “Obdarzę pokojem ich rodziny”.
    2. “Otrzymają światło w poznawaniu Bożych tajemnic”.
    3. “Pocieszę ich w cierpieniach i będę towarzyszyć im w codziennej pracy”.
    4. “Udzielę im wszystkiego, o co będą prosić, jeśli tylko nie sprzeciwia się to czci należnej Mojemu Boskiemu Synowi ani uświęceniu ich dusz”.
    5. “Będę ich bronić w duchowych zmaganiach z nieprzyjacielem piekielnym i chronić w każdej chwili ich życia”.
    6. “Widocznie wspomogę ich w chwili śmierci – ujrzą oblicze swojej Matki”.
    7. “Otrzymałam od Mojego Boskiego Syna szczególną łaskę: ci, którzy będą szerzyć nabożeństwo do Moich łez i boleści, zostaną zabrani prosto z tego życia do wiecznej szczęśliwości, gdyż wszystkie ich grzechy zostaną im odpuszczone, a Mój Syn stanie się ich wieczną pociechą i radością”.

    Wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej jest więc nie tylko okazją do modlitwy i zadumy, ale także zaproszeniem do realnego pogłębienia więzi z Maryją i Jej Synem. Rozważanie Siedmiu Boleści Maryi naprawdę może umocnić nadzieję na zbawienie, a obietnice Jezusa i Jego Matki – stać się źródłem pociechy i siły w codziennym życiu.

    ChurchPOP / DEON.pl / red

    ***

    Bolesna Matka Najświętsza i Koronka do Jej Siedmiu Boleści

    Bliska jest nam Maryja Niepokalana, kochamy Ją jako Królową, jakże zachwycająca jest w dniu swego Wniebowzięcia. Ale najbardziej bliska, najbardziej człowiecza jest Maryja Bolesna. Dlaczego właśnie Ona?

    Matka Boża Bolesna

    Matka Boża Bolesna

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Chyba dlatego, że żadna matka na ziemi nie przeżyła tyle i nie przecierpiała tyle, co Matka Zbawiciela. Jakże bolesnym echem odbiły się w Jej sercu prorocze słowa Symeona, wypowiedziane w świątyni jerozolimskiej w dniu ofiarowania Pana Jezusa: „A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (por. Łk 2,35). Stąd jakże bardzo Maryja – jako Matka Boża Bolesna rozumie każdego człowieka, każdego cierpiącego, wszystkich, którzy jesteśmy Jej dziećmi.

    Kult Matki Bożej Bolesnej kształtował się powoli. Od poł. XVII wieku okresem oddawania czci Współodkupicielce – Matce Bożej Bolesnej stał się wrzesień. Z upływem lat wspomnienie boleści Najświętszej Maryi Panny zaczęło zbliżać się do dnia wyznaczonego jako następny po uroczystości Podwyższenia Krzyża Świętego (najpierw jego obchód wyznaczono na trzecią niedzielę września). Od 1735 r., tj. 8 lat po wprowadzeniu przez papieża Benedykta XIII święta Matki Bożej Bolesnej w całym Kościele, czczono – zwłaszcza w Hiszpanii – boleści Najświętszej Maryi Panny 17 września. Następnie, za sprawą papieża Piusa VII, w 1814 r. ustalona została w całym Kościele data czci na 18 września. Jednak na początku XX wieku (1908 r.) dzięki inicjatywie papieża Piusa X ostateczny wyznacznik tego święta został ustalony na dzień 15 września. Ojciec Święty Paweł VI, reformując w 1969 r. kalendarz rzymski, ustanowił na ten właśnie dzień wspomnienie obowiązujące. Nowy formularz mszalny z 1970 r. mówi o współcierpieniu Matki Bożej z Chrystusem, która pod krzyżem stała się Matką Kościoła.

    >W celu podkreślenia cierpień duchowych i fizycznych Świętej Bożej Rodzicielki, mających ścisły związek z misją zbawczą Boga-Człowieka, przywołuje się na pamięć tajemnice bolesnych dla Najświętszej Maryi Panny zdarzeń z życia Pana Jezusa, ukazanych na kartach Ewangelii. Miejsce Bogarodzicy w Bożym planie zbawczym, Jej rolę w historii zbawienia na kanwie współcierpień z Synem Bożym można prześledzić, kontemplując Jej siedem boleści. Trzy bolesne dla Maryi zdarzenia dotyczą dzieciństwa Jezusa. Stanowią je: proroctwo Symeona (por. Łk 2,34-35), ucieczka do Egiptu (por. Mt 2,13-15) oraz poszukiwanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni jerozolimskiej (por. Łk 2,43-51). Cztery kolejne, związane z Męką Pańską, to: spotkanie na Drodze Krzyżowej (por. Łk 23,26-32; J 19,16-17), Ukrzyżowanie (por. J 19,25-27), zdjęcie z krzyża (por. Łk 23,50-52; J 19,38), złożenie do grobu (por. Łk 23,53-56; J 19,39-42).

    Wśród wielu modlitw do Matki Bożej Bolesnej zalecanych przez Kościół Święty i odmawianych w wielu sanktuariach jest Koronka ku czci Jej Siedmiu Boleści. Na Koronce tej rozważa się ziemskie życie i cierpienia Matki Najświętszej:


    1. Boleść – Proroctwo Symeona,
    2. Boleść – Ucieczka do Egiptu,
    3. Boleść – Zgubienie Pana Jezusa,
    4. Boleść – Spotkanie na Drodze Krzyżowej,
    5. Boleść – Trwanie pod krzyżem,
    6. Boleść – Piastowanie po zdjęciu z krzyża Ciała Pana Jezusa,
    7. Boleść – Złożenie do grobu.

    O tej modlitwie mówiła w Kibeho w Rwandzie Matka Boża, przedstawiając się widzącym Ją dzieciom jako Matka Słowa. (Wypada wspomnieć, iż w latach 1981-83 w Kibeho miały miejsce objawienia Matki Bożej, zatwierdzone przez Kościół). W uznaniu objawień z Kibeho za autentyczne dużą rolę odegrał fakt, że Matka Boża, płacząc, zapowiedziała widzącym, że w Rwandzie będą się działy przerażające rzeczy. Dziewczęta widziały rzeki pełne krwi, mordujących się wzajemnie ludzi, porozrzucane, zmasakrowane ciała i wiele innych wstrząsających obrazów.

    Odpowiadały one dokładnie temu, co zdarzyło się w tym kraju w 1994 r. podczas niebywałej zbrodni międzyplemiennej, która pochłonęła ponad milion ofiar, a niezliczone rzesze ludzi okaleczyła fizycznie i psychicznie.

    W czasie objawień Maryja mówiła tam m.in.: „Gdy objawiam się komuś i rozmawiam z nim, zwracam się do całego świata (…). Możesz rozpowszechnić to nabożeństwo po całym świecie, nawet nie ruszając się z tego miejsca. Łaska jest wszechmogąca…”.

    Maryja wielokrotnie powtarzała: „Obudźcie się. Wstańcie. Obmyjcie się i rozejrzyjcie uważnie. Musicie oddać się modlitwie. Musicie rozwinąć w sobie cnoty miłości, oddania i pokory. (…) Okażcie skruchę, żałujcie, żałujcie! Nawróćcie się, kiedy jeszcze jest czas”.


    W czasie swych objawień w Kibeho Matka Najświętsza szczególnie poleciła rozważać Mękę Pańską, odmawiać Różaniec oraz Koronkę do Siedmiu Boleści Matki Bożej. Rozpoczyna się wrzesień, miesiąc, w którym Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę Bolesną. Sięgnijmy w tym czasie w swojej pobożności maryjnej także po tę ostatnią formę modlitwy, świadomi, że rozważając te tajemnice, w szczególny sposób czcimy Matkę Bożą Bolesną i upraszamy dla siebie i bliźnich potrzebne łaski w tym życiu, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci.

     ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela

    ***

    Niedziela 14 września

    Uroczystość Podwyższenia Świętego Krzyża

    Samplefot. Paweł Żulewski

    ***

    14 września Kościół obchodzi Święto Podwyższenia Krzyża. Wiąże się ono z odnalezieniem drzewa krzyża, na którym umarł Jezus Chrystus, a także wyraża głęboki sens krzyża w życiu chrześcijanina. Istotą święta jest ukazanie tajemnicy Krzyża jako ceny zbawienia człowieka.

    Początki święta związane są z odnalezieniem przez św. Helenę relikwii krzyża na początku IV wieku i poświęceniem w Jerozolimie bazyliki ku jego czci w 335 r. Na pamiątkę, tego wydarzenia, ostatecznie 14 września, w Kościele obchodzi się uroczystość Podwyższenia Krzyża świętego.

    Znak krzyża był obecny w chrześcijaństwie od śmierci Jezusa. W początkach Kościoła nieraz przyjmował formę kotwicy albo trójzębu. Jako przedmiot kultu upowszechnił się i nabrał znaczenia po roku 313. W tym bowiem roku, według przekazu, cesarz Konstantyn Wielki, przed bitwą z uzurpatorem Maksencjuszem, zobaczył na tle słońca znak krzyża i słowa „w tym znaku zwyciężysz”. Poza tym tenże cesarz zniósł karę śmierci przez ukrzyżowanie.

    Do VI w. na krzyżu nie umieszczano postaci Chrystusa. Także później nie ukazywano Jezusa umęczonego lecz chwalebnego: jako Króla z diademem zamiast cierniowej korony na głowie, albo jako Arcykapłana, albo jako Dobrego Pasterza. Od wieku XII pojawia się motyw cierpienia. Od tego czasu aż do dziś w Kościele łacińskim zwykle używany jest krzyż gotycki, pasyjny, który wskazuje na mękę i śmierć Chrystusa jako cenę zbawienia. W tradycji prawosławnej do dziś używany jest krzyż chwalebny.

    Od czasów Konstantyna, kiedy to chrześcijanie uzyskali wolność wyznawania swojej wiary, krzyż stał się znakiem rozpoznawczym chrześcijan. Od tego czasu jest bardzo często używany w liturgii i uświęca całe życie chrześcijańskie: zaczyna i kończy modlitwę, dzień i każdą ważniejszą czynność, uświęca przestrzeń i jest używany przy wszelkich błogosławieństwach.

    Ojcowie Kościoła podkreślali, że krzyż jest symbolem, w którym streszczają się najistotniejsze prawdy wiary chrześcijańskiej. Św. Jan Damasceński pisze: „Krzyż Pana naszego Jezusa Chrystusa, a nie cokolwiek innego, zwyciężył śmierć, zgładził grzech praojca, pokonał piekło, darował nam zmartwychwstanie, udzielił siły do wzniesienia się ponad doczesność i ponad samą śmierć, zgotował powrót do dawnej szczęśliwości, otworzył bramy raju, umieścił naturę naszą po prawicy Boga, uczynił nas Jego dziećmi i dziedzicami”.

    Znak krzyża rozpoczyna i kończy modlitwę chrześcijanina. W liturgii jest gestem błogosławieństwa. Krzyż zawieszany na szyi, w mieszkaniu, w pracy, stawiany na szczytach świątyń przypomina wierzącym o ich powołaniu. Jego znaczenie staje się szkołą życia dla chrześcijan widzących w nim ostateczne zwycięstwo dobra nad złem.

    e-Kai

    ***

    Na drzewie zwyciężył czy na drzewie został pokonany? Czyli o wężu w Biblii i Krzyżu Świętym

    Wąż pojawia się w Biblii kilkakrotnie. Po raz pierwszy, w Księdze Rodzaju, szatan pod taką właśnie postacią nakłonił Adama i Ewę do grzechu pychy. Następnie w Księdze Liczb węże były jednocześnie karą za nieufność Bogu i lekarstwem wybawiającym od śmierci. Wreszcie wydarzenia te łączą się ponownie w scenie ukrzyżowania Chrystusa, kiedy pokonuje On „węża”, czyli szatana, jednocześnie dając wzór pokory i zaufania Ojcu.

    Pierwszy wąż pojawił się już na samym początku Biblii, czyli w Księdze Rodzaju. To właśnie tam szatan przyjął postać węża by skłonić pierwszych rodziców do nieposłuszeństwa Bogu. Przez niego Adam i Ewa przekroczyli Boży nakaz i tym samym sprowadzili grzech na świat.

    Wąż (…) rzekł do niewiasty: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Niewiasta odpowiedziała wężowi: „Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli”. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3,1-5).

    Wąż kusił Ewę nie tylko samym owocem, lecz grzechem pychy. Chciał bowiem, by pierwsi rodzice uznali się za równych samemu Bogu. To znajdujące się w środku ogrodu drzewo było drzewem poznania dobra i zła. I chociaż w posiadaniu wiedzy nie ma nic złego (wprost przeciwnie, zdobywanie wiedzy jest rzeczą chwalebną!), to w przypadku pierwszych rodziców to pragnienie miało miejsce w sposób nieumiarkowany, czyli ponad odpowiednią miarę. Chcąc posiadać wiedzę, pragnęli w rzeczywistości posiadać doskonałość równą samemu Bogu.

    Pierwszy człowiek zgrzeszył głównie przez pożądanie Bożego podobieństwa w zakresie „poznania dobra i zła” za namową węża, to znaczy, że swoją własną naturalną mocą chciał decydować, co jest dobre, a co złe – pisze św. Tomasz z Akwinu (ST II-II q. 163 a. 2 c.) W drugiej kolejności zgrzeszył przez pożądanie Bożego podobieństwa w zakresie własnej mocy działania, to znaczy, że swoją własną naturalną mocą chciał działać w taki sposób, aby osiągnąć szczęście – dodaje Akwinata.

    Skutkiem grzechu pierwszych rodziców była śmierć i wygnanie z raju. Co zaś tyczy się węża, to za karę od tamtego momentu miał już czołgać się na brzuchu, a w przyszłości miała pojawić się niewiasta, która zmiażdży mu głowę.

    Surowość kary wymierzonej za ten pierwszy grzech odpowiada wielkości samego grzechu – nie ze względu na jego rodzaj, lecz ze względu na to, że był pierwszym grzechem: ponieważ zniszczył on niewinność naszego pierwotnego stanu i, pozbawiając go niewinności, sprowadził nieład na całą naturę ludzką – wyjaśnia Doktor Anielski (ibid., a. 3 ad. 2).

    Węże pojawiają się ponownie w Księdze Liczb – tym razem już nie jako powód grzechu, lecz jako kara za grzech i lekarstwo z niego wybawiające. Izraelici po długiej drodze przez pustynię zaczęli tracić cierpliwość i szemrać przeciw Bogu i Mojżeszowi. Karą za ten grzech była właśnie plaga jadowitych węży. Zesłał więc Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła (Lb 21,6). Lekarstwem chroniącym od śmierci również stał się wąż – tym razem miedziany, uczyniony przez Mojżesza na polecenie Boga.

    Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: „Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu”. Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogoś wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu (Lb 21,8-9).

    Izraelici poprzez swoje szemranie pokazali brak zaufania wobec Stwórcy; co więcej, oskarżali Tego, których ich wybawił, o ukryty podstęp zaprowadzenia ich na śmierć. Bóg na lekarstwo od grzechu wybrał właśnie miedzianego węża, ponieważ spojrzenie na ten posąg było aktem ufności Bogu; Izraelici patrzyli na węża, bo Bóg im tak polecił, a z zaufania Bożej obietnicy przychodziło wybawienie od śmierci. Figura sporządzona przez Mojżesza nie była zatem przedmiotem kultu bałwochwalczego, ale wyrazem zaufania Bogu.

    W Nowym Testamencie symbolika węża nabiera zupełnie innego znaczenia, ponieważ dwa wspomniane wydarzenia łączą się w scenie śmierci Jezusa na krzyżu. Sam Zbawiciel podkreślił bowiem, że wywyższenie węża było zapowiedzią Jego własnego ukrzyżowania:

    Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,14-16).

    Śmierć Jezusa na krzyżu była odwróceniem złej doli ludzkości po grzechu pierworodnym. Zbawiciel bowiem swoją śmiercią otworzył im bramy raju – które to podwoje były zamknięte od chwili grzechu pierwszych rodziców. I jak mówi św. Tomasz, konieczny był wykup zniewolonej ludzkości z niewoli grzechu.

    Skoro więc diabeł zwyciężył człowieka, skłaniając go do grzechu, człowiek stał się poddany jego niewoli. (…) Męka Chrystusa była wystarczającym i nadobfitym zadośćuczynieniem za grzech i dług rodzaju ludzkiego; była ceną, za którą zostaliśmy uwolnieni (ST III q. 48 a. 4 c.)

    W czasie swojej Męki Zbawiciel pokazał cnoty przeciwne grzechom pychy i nieufności, które popełnili odpowiednio: pierwsi rodzice w raju i Izraelici na pustyni. Śmierć Chrystusa była bowiem najgłębszym wyrazem jego posłuszeństwa. Pozwolił się przybić do krzyża, ośmieszyć; pozwolił nawet by Jego Bóstwo było w pewien sposób „ukryte” – bo przecież trudno było uwierzyć, że ten konający człowiek był Bogiem. Chrystus „odwrócił” również grzech pierwszych rodziców, ponieważ gdy Adam i Ewa chcieli być równymi Bogu, to On – Bóg, druga Osoba Trójcy – stał się równy ludziom, a następnie cierpiał i umarł jak człowiek.

    Zbawiciel dał również przykład zaufania Bogu, którego tak bardzo brakowało Izraelitom na pustyni. Podczas modlitwy w Ogrojcu Chrystus prosił Ojca by – jeśli to możliwe – odsunął od Niego to cierpienie, które miało nadejść. W swojej Boskiej naturze wiedział, jak bardzo miał cierpieć, a w ludzkiej – zwyczajnie się tego bał. Zaufał jednak Ojcu i pokornie przyjął to okrutne cierpienie, które czekało Go już kilkanaście godzin później.

    Wybór drzewa jako narzędzia męki Zbawiciela wydaje się celowo dokonanym przez Boga, a przypomina o tym jedna z prefacji mszalnych w słowach: Tyś postanowił dokonać zbawienia rodzaju ludzkiego na drzewie krzyża, aby skąd śmierć wzięła początek, stamtąd i życie zmartwychwstało, i aby ten, który na drzewie zwyciężył, na drzewie również został pokonany (Prefacja o Męce Pańskiej). Widać bowiem, że scena z ogrodu Eden i scena ukrzyżowania Chrystusa mają wspólne cechy. W raju to właśnie drzewo, z którego Ewa zerwała jabłko, stało się narzędziem pozornego triumfu szatana (symbolizowanego przez węża) i śmierci. Nie jest to więc przypadkowe, że właśnie na drzewie krzyża Zbawiciel odniósł zwycięstwo nad „wężem” i śmiercią. Znany łaciński hymn Vexilla Regis, czyli Króla wznoszą się znamiona, podkreśla, że to właśnie na krzyżu Chrystus ukazał swoje królowanie, mówiąc, że „Bóg królował z drzewa”.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    Nauka krzyża

    Kiedy z ust Pana Jezusa padają słowa o Jego „wywyższeniu”, wszystko się zgadza z naszymi wyobrażeniami.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Ciągle robimy rankingi, tworzymy klasyfikacje, urządzamy konkurencje, aby ktoś znalazł się na podium. Zwycięzca zostaje „wywyższony” przez uznanie, poklask i sławę, innym razem natomiast otrzymuje władzę, pieniądze czy prawo do bycia autorytetem. Dobrze, że prawdziwe osiągnięcia są nagradzane.

    Kiepsko, gdy hołdujemy oszczercom, naciągaczom czy fałszerzom. Ale sprawa wywyższenia Mistrza z Nazaretu wygląda inaczej, gdyż doskonale wiemy, że chodzi tutaj o krzyż. Z naturalnego punktu widzenia jest on absurdem, hańbą, porażką, totalnym zaprzeczeniem jakiegokolwiek zwycięstwa. Na czym zatem polega wspomniana konieczność wywyższenia, o której mówi Zbawiciel? Pan Jezus niewątpliwie umarł za głoszoną przez siebie prawdę. Ale przecież podobnym męczennikiem był chociażby Sokrates. Zginął on, bo nie chciał zrezygnować ze swoich poglądów i sposobu życia, choć łatwo mógł uniknąć śmierci. O wyjątkowości krzyża Pana Jezusa świadczy to, że był Synem Bożym.

    Objawił ostateczną prawdę o człowieku i Prawdę o swym Ojcu. Śmierć Jezusa miała wymiar odkupieńczy i zbawczy. Przebaczając oprawcom, wypełnił głoszone przez siebie przykazanie miłości nieprzyjaciół. Ale uczynił jeszcze coś. Pokazał, co to znaczy kochać. Miłość to nie tylko uczucie, nasz dobrostan czy samospełnienie. Miłość Jezusowa zakłada umiejętność cierpienia dla sprawy, dla dobra, dla prawdy, dla osoby, której się to obiecało, wreszcie dla samego Boga, gdy inne motywacje okazują się niewystarczające.

    Jan Paweł II napisał: „(…) cierpienie jest w świecie po to, ażeby wyzwalało miłość, ażeby rodziło uczynki miłości bliźniego, ażeby całą ludzką cywilizację przetwarzało w «cywilizację miłości»” (Salvifici doloris, n. 30). „Cierpienie ludzkie osiągnęło swój zenit w męce Chrystusa. Równocześnie (…) zostało związane z miłością, która tworzy dobro, wyprowadzając je również ze zła. (…) Krzyż Chrystusa stał się źródłem, z którego biją strumienie wody żywej” (tamże, n. 18). Okazuje się, że coś, czego tak bardzo się boimy, może stać się „miejscem” przemiany w nas i w świecie. Chrystus nie wytłumaczył cierpienia, ale je przyjął i włączył w historię miłości, i to tak wielkiej, że wielu jej nie pojęło.

    Dlatego krzyż jest znakiem miłości, zwycięstwa i symbolem chrześcijan.

    Na polskiej ziemi papież powiedział: „Starajcie się na co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa. Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych, szpitali. Niech on tam pozostanie!” (Zakopane, 1997 r.). Intronizujmy dziś w sobie krzyż Jezusowy jako drogę do pełni życia i codziennej „rezurekcji” oraz zwycięskiego zmartwychwstania w wieczności. Jerzy Liebert napisał w Jeźdźcu: „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”. Wybierać miłość umiejącą cierpieć – oto „nauka krzyża”.

    ks. Dariusz Kowalczyk/Tygodnik Niedziela

    ***

    sobota 13 września

    90-ta rocznica objawienia Koronki do Bożego Miłosierdzia

    W piątek 13 września 1935 r. Pan Jezus podyktował św. Faustynie tekst Koronki do Bożego Miłosierdzia. Dziś jest to jedna z najpopularniejszych modlitw. – Przez odmawianie tej koronki podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą, jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą – powiedział Pan Jezus.

    ***

    fot. Katarzyna Matejek/Gość Niedzielny

    ***

    Pochodzenie i obietnice

    Tę modlitwę podyktował Pan Jezus siostrze Faustynie w Wilnie w piątek 13 września 1935 roku. W następnych objawieniach ukazał jej wartość i skuteczność oraz przekazał obietnice do niej przywiązane.

    W tej modlitwie ofiarujemy Bogu Ojcu “Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa, łączymy się z Jego ofiarą złożoną na Krzyżu dla zbawienia świata. Ofiarując Bogu Ojcu Jego “najmilszego Syna”, odwołujemy się do najsilniejszego argumentu, by być wysłuchanym. Prosimy o “miłosierdzie dla nas i całego świata”. Słowo “nas” oznacza odmawiającego koronkę i tych, za których pragnie lub jest zobowiązany się modlić. Natomiast “cały świat” – to wszyscy ludzie żyjący na ziemi i dusze w czyśćcu cierpiące. Modląc się słowami tej koronki, spełniamy akt miłości bliźniego, który – obok ufności – jest nieodzownym warunkiem otrzymania łask.

    Przez odmawianie tej koronki – obiecał Pan Jezus – podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą (1541) i dodał: jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą. (1731)

    Szczegółowe obietnice dotyczą godziny śmierci: łaski szczęśliwej i spokojnej śmierci. Mogą je uprosić tylko ci, którzy sami z ufnością i wytrwale odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    Kapłani – powiedział Jezus – będą (ją) podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko odmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. (687) Chociaż raz, ale w postawie zgodnej z treścią modlitwy, a przede wszystkim z wiarą, ufnością i w pokorze oraz ze szczerym i głębokim żalem za grzechy.

    W “Dzienniczku”

    Pod datą 13 września 1935 roku, Święta siostra Faustyna zapisała w swoim Dzienniczku taką oto wizję odnośnie tej koronki:

    Wieczorem, kiedy byłam w swojej celi, ujrzałam anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Był w szacie jasnej, z promiennym obliczem, obłok pod jego stopami, z obłoku wychodziły pioruny i błyskawice do rąk jego, a z ręki jego wychodziły i dopiero dotykały ziemi. Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię, […] zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę. Jednak niczym prośba moja była wobec gniewu Bożego. W tej chwili ujrzałam Trójcę Przenajświętszą. Wielkość majestatu Jej przeniknęła mnie do głębi i nie śmiałam powtórzyć błagania mojego. W tej samej chwili uczułam w duszy swojej moc łaski Jezusa, która mieszka w duszy mojej; kiedy przyszła mi świadomość tej łaski, w tej samej chwili zostałam porwana przed stolicę Bożą. O, jak wielki jest Pan i Bóg nasz i niepojęta jest świętość Jego. Nie będę się kusić opisywać tej wielkości, bo niedługo ujrzymy Go wszyscy, jakim jest. Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi.

    Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła, i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas. Słowa te, którymi błagałam Boga, są następujące: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego; dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas.

    Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrznie: Ile razy wejdziesz do kaplicy, odmów zaraz tę modlitwę, której cię nauczyłem wczoraj. Kiedy odmówiłam tę modlitwę, usłyszałam w duszy te słowa:

    Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego, odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw odmówisz jedno “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Maryjo”, i “Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach “Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: “Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”; na paciorkach “Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: “Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem”. (474 – 476)

    Sposób odmawiania:

    (na zwykłym różańcu)

    Na początku:

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego . Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa. Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego; narodził się z Maryji Panny. Umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, Święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

    Na dużych paciorkach (1 raz):

    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa-Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.

    Na małych paciorkach (10 razy):

    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

    Na zakończenie (3 razy):

    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    Gość Niedzielny

    ***

    Koronka do Miłosierdzia Bożego – potężna modlitwa grzeszników

    90 lat temu, 13 i 14 września 1935 roku, Pan Jezus podczas objawienia przekazał siostrze Faustynie treść Koronki do Miłosierdzia Bożego. To najbardziej dziś znana na świecie modlitwa do Bożego Miłosierdzia, która – zgodnie z obietnicą Jezusa – wyjednuje wiele łask dla grzeszników. Do jej odmawiania zachęcał Jan Paweł II. Jej przesłanie wybrzmiało także podczas organizowanej na całym świecie Symfonii Miłosierdzia.

    ***

    Objawienie i bezsilność anioła kary

    Objawienie Koronki wydarzyło się w dniach 13 i 14 sierpnia, kiedy zakonnica otrzymała wizję anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Jak pisze w Dzienniczku (Dz. 474-475), widząc znak kary na grzeszną ludzkość wychodzący od anioła, natchniona zaczęła się modlić słowami koronki. „Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy” – pisze s. Faustyna.

    Treść Koronki

    Następnego dnia, 14 września, po wejściu rano do kaplicy siostra Faustyna usłyszała wewnętrznie słowa Jezusa: „Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu Mojego. Odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw, odmówisz jedno „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”, i „Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach „Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego; na paciorkach „Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.”

    Obietnice związane z odmawianiem Koronki

    Jak zapisała s. Faustyna w Dzienniczku, Pan Jezus obiecał wylać wiele łask osobom, które będą odmawiać Koronkę.

    „Zachęcaj dusze do odmawiania tej koronki. Przez nią podoba mi sie dać wszystko, o co mnie prosić będą zatwardziali grzesznicy” – czytamy w Dzienniczku. „Gdy ją odmawiać będą, napełnię dusze ich spokojem, a godzina ich śmierci będzie szczęśliwa. (…) Powiedz, że żadna dusza, która wzywała Miłosierdzia mojego, nie zawiodła się, ani nie doznała zawstydzenia. Mam szczególne upodobanie w duszy, która zaufała dobroci mojej. Napisz: gdy tę koronkę odmawiać będą przy konających, stanę pomiędzy Ojcem a duszą konającą nie jako sędzia sprawiedliwy, ale jako Zbawiciel Miłosierny” (Dz. 1541).

    Łaski w godzinie śmierci

    Jezus wskazał s. Faustynie na wielką moc odmawiania Koronki w godzinie śmierci. „Odmawiaj nieustannie tę koronkę, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby grzesznik był najzatwardzialszy, jeżeli tylko raz zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia mojego” (Dz. 687).

    Mówił też Jezus: „Każdą duszę, która odmawiać będzie tę koronkę, bronię w godzinie śmierci jako swej chwały. (…) Kiedy przy konającym inni odmawiają tę koronkę, uśmierza się gniew Boży, a miłosierdzie niezgłębione ogarnia duszę.” (Dz. 811)

    Modlitwa w godzinie Męki Jezusa

    Jezus polecił także siostrze Faustynie, by o godzinie 15.00 w szczególny sposób błagać Miłosierdzia Bożego, rozważając Mękę Chrystusa.

    „O trzeciej godzinie błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego” – mówił Jezus do siostry Faustyny, a słowa te zapisane zostały w jej „Dzienniczku” (Dz. 1320).

    O łaskach płynących z odmawiania Koronki oraz nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego głośno wołano na cały świat podczas wielkiego wydarzenia religijno-muzycznego Symfonia Miłosierdzia, które zostało zorganizowane jednocześnie w Krakowie, Rzymie i na wszystkich kontynentach 21 kwietnia bieżącego roku. Była to wigilia Święta Miłosierdzia Bożego, a koncert religijny z Krakowa – Łagiewnik transmitowano na cały świat za pośrednictwem łączy telewizyjnych.

    Jan Paweł II w Akcie zawierzenia

    Do słów z Koronki nawiązał także papież Jan Paweł II  podczas Aktu zawierzenia świata Miłosierdziu Bożemu, dokonanemu w sierpniu 2002 roku w Łagiewnikach. „Ojcze przedwieczny, dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna, miej miłosierdzie dla nas i całego świata!” – zakończył Akt zawierzenia Jan Paweł II.

    Vatican News/Tygodnik Niedziela

    ***

    Czemu modlimy się na paciorkach?

    Dlaczego powtarzamy wciąż to samo?

    Różaniec to koronka, a koronka to nie tylko Różaniec – ale gdy się jej dobrze używa, zawsze coś w człowieku zmienia.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W połowie września 1935 roku Jezus polecił św. Faustynie odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Powiedział: „Odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca”, a następnie wyjaśnił, jakie słowa należy wypowiadać „na paciorkach »Ojcze nasz«”, a jakie „na paciorkach »Zdrowaś, Maryjo«”.

    Różaniec jest bazą wielu koronek. Sam także jest koronką, bo termin ten oznacza formę modlitwy powtarzającej się określoną ilość razy. Koronką nazywa się także sznur ułożonych odpowiednio paciorków. Istnieją koronki o innym układzie i z inną liczbą paciorków niż w przypadku różańca, jednak najbardziej rozpowszechnioną dziś jest różaniec właśnie – a po nim, w tym samym układzie, Koronka do Miłosierdzia Bożego. Są koronki do Ducha Świętego, do Opatrzności Bożej, do Krwi Chrystusa, do Najświętszej Trójcy, do Maryi, do świętych i wiele innych. Autorami licznych z nich są święci Kościoła katolickiego.

    Koronka porządkuje, zwalnia modlącego się z konieczności liczenia powtarzających się modlitw. Po co jednak w ogóle je powtarzać? Dlaczego ma ich być tak wiele i o tej samej treści? Kto jest w stanie wytrwać w skupieniu na wypowiadanych tyle razy słowach?

    Zbawiciel też powtarzał

    Najbardziej popularnym wyjaśnieniem powtarzalności wezwań w koronkach jest ich charakter – są to bowiem modlitwy medytacyjne. Rozwinięty na Zachodzie Różaniec w pewien sposób odpowiada praktykowanej na chrześcijańskim Wschodzie „modlitwie Jezusowej”. Polega ona na wielokrotnym wzywaniu Jezusa słowami: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną”. Powtarzalność tej modlitwy znajduje wzór w samym Zbawicielu, który w Ogrójcu – jak zapisał ewangelista – „modlił się, powtarzając te same słowa” (Mk 14,39). Towarzyszy temu przekonanie, że gdy modlący zwraca się do Jezusa, Jezus modli się w nim – podobnie jak w Ogrójcu.

    Podobnie jest z koronkami – nie chodzi w nich o „klepanie” w kółko tych samych słów, ale, jak w przypadku Różańca, o pogrążenie się w rozważanych tajemnicach wiary. „Różaniec, właśnie dlatego, że odwołuje się od początku do doświadczenia Maryi, jest modlitwą wybitnie kontemplacyjną. Pozbawiona tego kontemplacyjnego wymiaru modlitwa różańcowa traci swoje znaczenie” – stwierdza Jan Paweł II w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae. Przywołuje słowa swojego poprzednika, Pawła VI, który w adhortacji Marialis cultus wskazał: „Jeśli brak kontemplacji, Różaniec upodobnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł, oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: »Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani«” (Mt 6,7).

    Jan Paweł II jest świadom powierzchownego postrzegania Różańca jako praktyki jałowej i nużącej. Zauważa jednak: „Do zupełnie innych wniosków na temat koronki można dojść, kiedy uzna się ją za wyraz nigdy nie znużonej miłości, która ciągle powraca do ukochanej osoby z gorącymi uczuciami, które, choć podobne w przejawach, są zawsze nowe ze względu na przenikającą je czułość”. W tym samym dokumencie papież analizuje symbolikę samego przedmiotu pomocnego do odliczania kolejnych modlitw, jakim jest koronka różańcowa. Zwraca uwagę, że świadomość tej symboliki może nadać nową treść kontemplacji. „W związku z tym trzeba najpierw zauważyć, że koronka zwraca się ku wizerunkowi Ukrzyżowanego, który otwiera i zamyka samą drogę modlitwy. Na Chrystusie skupia się życie i modlitwa wierzących. Wszystko od Niego wychodzi, wszystko ku Niemu zdąża, wszystko przez Niego, w Duchu Świętym, dochodzi do Ojca”. Jan Paweł II wskazuje, że „wyznaczając rytm posuwania się w modlitwie, koronka przypomina nie kończącą się nigdy drogę kontemplacji i doskonałości chrześcijańskiej”. Święty papież przywołał postać wielkiego propagatora Różańca, bł. Bartłomieja Longo, który w koronce widział „łańcuch” łączący nas z Bogiem. „Owszem, łańcuch, ale łańcuch »słodki«. Taką okazuje się zawsze relacja z Bogiem, który jest Ojcem. »Synowski« łańcuch, który pozwala nam jednoczyć się z Maryją, »służebnicą Pańską«, a w końcu i z samym Chrystusem, który, będąc Bogiem, stał się »sługą« dla naszej miłości” – podkreśla Ojciec Święty. Zauważa wreszcie, że koronka „przypomina więzi komunii i braterstwa, łączące nas wszystkich z Chrystusem”.

    Koronka i Różaniec

    Od czasu popularyzacji przesłania zleconego św. Faustynie słowo „koronka” najczęściej jest kojarzone z modlitwą do Miłosierdzia Bożego. Jednak Faustynie ta sama koronka, na której odmawiała modlitwy do Miłosierdzia Bożego, przede wszystkim służyła do odmawiania Różańca. Ta modlitwa towarzyszyła jej stale jako rzecz oczywista. Nie miała w związku z modlitwą różańcową żadnych objawień ani nie wspominała o dotyczących go spektakularnych wydarzeniach. Święta po prostu odmawiała Różaniec, sięgając po niego przy najróżniejszych okazjach. O niektórych z nich sama wzmiankuje. „W sobotę cząstkę różańca z rozkrzyżowanymi rękami” – zanotowała w rubryce „drobne umartwienia” po tym, gdy otrzymała takie pozwolenie.

    „W pewnej chwili, kiedy po południu przyszłam do ogrodu, powiedział mi Anioł Stróż: Módl się za konających. I zaraz zaczęłam różaniec za konających z ogrodniczkami” – zapisała w „Dzienniczku”. W innym miejscu zakonnica opisuje ataki szatana, który w nocy próbował jej dokuczyć. „Modliłam się cały ten czas na różańcu; nad ranem ustąpiły owe postacie i mogłam zasnąć” – zanotowała.

    Modlitwa różańcowa towarzyszyła Faustynie w najrozmaitszych sytuacjach. „Wieczorem, kiedy chodziłam po ogrodzie, odmawiając różaniec, kiedy przyszłam do cmentarza, uchyliłam drzwi i zaczęłam się modlić chwilę” – wspominała. Pod datą 24 września 1936 roku Faustyna zapisała: „Matka Przełożona poleciła, żebym odmówiła jedną tajemnicę różańca za wszystkie ćwiczenia i zaraz poszła się położyć”. Kilka dni później zanotowała: „Dziś w czasie różańca nagle ujrzałam puszkę z Najświętszym Sakramentem. Puszka ta była odkryta i dość dużo napełniona Hostiami. Z puszki wyszedł głos: Te hostie przyjęły dusze nawrócone modlitwą i cierpieniem twoim. Tu odczułam obecność Bożą na sposób dziecka, dziwnie się czułam dzieckiem”. Innym razem przyszedł do Faustyny Jezus, pocieszając ją w jej rozterce. „W piątek wieczorem, w czasie różańca, kiedy myślałam o jutrzejszej podróży i o ważności sprawy, którą miałam przedstawić ojcu Andraszowi, lęk mnie ogarnął, widząc jasno nędzę i nieudolność swoją, a wielkość dzieła Bożego. Zmiażdżona tym cierpieniem, zdawałam się na wolę Bożą. W tej chwili ujrzałam Jezusa przy moim klęczniku w szacie jasnej i powiedział mi te słowa: Czemu się lękasz pełnić wolę Moją? Czyż ci nie dopomogę, jako dotychczas? Powtarzaj każde żądanie Moje przed tymi, którzy Mnie na ziemi zastępują, a czyń tylko to, co ci każą. W tej chwili jakaś siła wstąpiła w duszę moją” – czytamy.

    To tyle w „Dzienniczku” na temat Różańca. W sumie niewiele, ale u Faustyny był on jak powietrze lub codzienny chleb: nie mówi się za wiele o tym, czym się stale żyje.

    Wydaje się, że niebo samo potwierdziło związek Faustyny z Różańcem. Święta zmarła w miesiącu różańcowym – 5 października, a jej pogrzeb odbył się dwa dni później – w dniu liturgicznego wspomnienia Najświętszej Maryi Panny Różańcowej.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    piątek 12 września

    Uroczystość Najświętszego Imienia Maryi, Bożej Matki

    Msza św. o godz.19.00 w sali parafialnej przy kościele św. Piotra.

    Godzinna Adoracja od godz. 18.00 z możliwością przystąpienia do sakramentu spowiedzi św.

    web3-1-oldesticonmary-Agiosoritissa-Icon

    Ta piękna ikona, napisana w siódmym wieku, jest jednym z najstarszych znanych przedstawień Matki Boskiej. To prawdziwy skarb – z tego czasu zachowały się jedynie nieliczne dzieła. (Aleteia.pl)

    ***

    Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.

    Zgodnie z wymogami Prawa mojżeszowego, w piętnaście dni po urodzeniu dziecięcia płci żeńskiej odbywał się obrzęd nadania mu imienia (Kpł 12, 5). Według podania Joachim i Anna wybrali dla swojej córki za wyraźnym wskazaniem Bożym imię Maryja. Jego brzmienie i znaczenie zmieniało się w różnych czasach. Po raz pierwszy spotykamy je w Księdze Wyjścia. Nosiła je siostra Mojżesza (Wj 6, 20; Lb 26, 59 itp.). W czasach Jezusa imię to było wśród niewiast bardzo popularne. Ewangelie i pisma apostolskie przytaczają oprócz Matki Chrystusa cztery Marie: Marię Kleofasową (Mt 27, 55-56; Mk 15, 40; J 19, 25), Marię Magdalenę (Łk 8, 2-3; 23, 49. 50), Marię, matkę św. Marka Ewangelisty (Dz 12, 12; 12, 25) i Marię, siostrę Łazarza (J 11, 1-2; Łk 10, 38). Imię to wymawiano różnie: Miriam, Mariam, Maria, Mariamme, Mariame itp. Imię to posiada również kilkadziesiąt znaczeń. Najczęściej wymienia się m.in. “Mój Pan jest wielki”, “Pani” i “Gwiazda morza”.

    Maryję nazywamy naszą Matką; jest Ona – zgodnie z wolą Chrystusa, wyrażoną na krzyżu – Matką całego Kościoła. Po Wniebowzięciu została ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Polacy czczą Ją także jako Królową Polski. Maryja jest naszą Wspomożycielką i Pośredniczką, jedyną ucieczką grzeszników. W historii Kościoła powstały setki różnorodnych tytułów (wymienianych np. w Litanii Loretańskiej czy starszej od niej, pięknej Litanii Dominikańskiej, a także w starożytnym hymnie greckim Akatyście). Za pomocą tych określeń wzywamy opieki i orędownictwa Matki Bożej.

    Najświętsza Maryja Panna Bardzo wielu świętych wyróżniało się szczególnym nabożeństwem do Imienia Maryi, wiele razy wypowiadając je z największą radością i słodyczą serca, np. Piotr Chryzolog (+ 450), św. Bernard (+ 1153), św. Antonin z Florencji (+ 1459), św. Hiacynta Marescotti (+ 1640), św. Franciszek z Pauli (+ 1507), św. Alfons Liguori (+ 1787).

    Dzisiejsze wspomnienie jest jednym z wielu obchodów maryjnych, które są paralelne do obchodów ku czci Chrystusa. Jak świętujemy narodzenie Chrystusa (25 grudnia) i Jego Najświętsze Imię (3 stycznia), podobnie obchodzimy wspomnienia tych samych tajemnic z życia Maryi (odpowiednio 8 i 12 września). Obchód ku czci Imienia Maryi powstał w początkach XVI w. w Cuenca w Hiszpanii i był celebrowany 15 września, w oktawę święta Narodzenia Maryi. Z czasem został rozszerzony na teren całej Hiszpanii. Po zwycięstwie króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Innocenty XI rozszerzył ten obchód na cały Kościół i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Późniejsze reformy kalendarza i przepisów liturgicznych przeniosły go na dzień 12 września, kiedy to Martyrologium Rzymskie wspomina wiktorię wiedeńską. Obchód ten dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2001 r. wprowadzono do Kalendarza Rzymskiego (ogólnego) w randze wspomnienia dowolnego.

    brewiarz.pl/Tygodnik Niedziela

    ***

    Najświętsze Imię Maryja

    Bazylika Santa Maria Maggiore – najważniejsza świątynia dedykowana Matce Bożej

    Bazylika Santa Maria Maggiore – najważniejsza świątynia dedykowana Matce Bożej/fot. ks. Zbigniew Chromy

    ***

    Wśród wielu uroczystości, świąt i wspomnień Najświętszej Maryi Panny, jakich wiele jest w ciągu roku liturgicznego, dowolne wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi jest nieco zapomniane, już przez sam fakt, że jest ono dowolne. Święto imienia Maryi zaczęto obchodzić w Hiszpanii, ale dopiero po zwycięstwie odniesionym przez Jana III Sobieskiego pod Wiedniem, 12 września 1683 r. papież bł. Innocenty XI, na wniosek polskiego króla rozciągnął jego obchód na cały Kościół katolicki. Zgodnie z tradycją i żydowskim zwyczajem Matka Boża cztery dni po swoim urodzeniu otrzymała imię Maryja. Ponieważ Jej urodziny obchodzimy 8 września, stąd 12 września przypada wspomnienie nadania Najświętszej Dziewicy imienia Miriam. To hebrajskie imię oznacza „być pięknym lub wspaniałym”, zaś w języku aramejskim, którym posługiwano się w Palestynie w czasach Jezusa i Maryi, imię to występuje w znaczeniu „Pani”. Gdy zsumujemy znaczenia tego imienia w języku hebrajskim i aramejskim, otrzymamy tytuł „Piękna Pani”. Zatem Maryja to „Piękna Pani”, i tak jest ona nazywana od najdawniejszych czasów. Potwierdziły to badania archeologiczne przeprowadzone w Grocie Nazaretańskiej pod kierownictwem o. Bellarmimo Bagattiego. Największą niespodzianką było wydobycie kamienia z napisem: EMAPIA. To skrót greckiego wyrażenia: „Chaire Maria” (Bądź pozdrowiona, Maryjo). To jedne z najstarszych dowodów czci oddawanej Maryi, Matce Bożej. Po przeprowadzeniu zaś wnikliwych badań archeolodzy doszli do wniosku, że znaleziska te są fragmentami najstarszej świątyni chrześcijańskiej w Nazarecie. Znaleziono tam również dwa inne napisy z końca I wieku. Drugi z nich zawiera dwa słowa: „Piękna Pani”. Kiedy czytamy relacje osób widzących Matkę Bożą, np. św. Katarzyny Labouré, św. Bernadety Soubirous czy Dzieci z Fatimy, wszystkie te osoby nazywają Maryję Piękną Panią. Przejdźmy teraz do samego wspomnienia Najświętszego Imienia Maryi. Wyżej powiedziano, że bł. Innocenty XI wspomnienie to rozciągnął na cały Kościół na wniosek naszego Króla Polski. W 1683 r. potężna turecka armia groziła całej Europie, w tym Stolicy Apostolskiej. Pewny siebie Sułtan Mehmed IV rozmyślał, jak to uczyni z Bazyliki św. Piotra stajnię dla swoich rumaków. Wydawało się, że nie ma już ratunku ani dla oblężonego Wiednia i całego chrześcijaństwa. W tym ciężkim położeniu bł. Innocenty XI wysłał posła do Jana III Sobieskiego z prośbą, aby pośpieszył na odsiecz, podobne poselstwo wysłał cesarz austriacki. Jednak Sejm, mając na uwadze pusty skarb i wyczerpany wojnami kraj, wahał się. Wtedy to spowiednik króla św. Stanisław Papczyński dzięki Maryi ostatecznie przekonał króla oraz sejm. Matka Boża ukazała się św. Stanisławowi i zapewniła o zwycięstwie. Kazała iść pod Wiedeń i walczyć. Założyciel Marianów wystąpił wobec króla, senatu, legata papieskiego i przemówił tymi słowami: „Zapewniam cię, królu, Imieniem Dziewicy Maryi, że zwyciężysz i okryjesz siebie, rycerstwo polskie i Ojczyznę nieśmiertelną chwałą”. Sobieski idąc na odsiecz Wiednia, zatrzymał się na Jasnej Górze. Wstępował też po drodze do innych sanktuariów maryjnych, aby błagać Maryję o pomoc. 12 września Sobieski przed bitwą uczestniczył w dwóch Mszach św., w tej drugiej służąc bł. Markowi d’Aviano jako ministrant. Przystąpił do Komunii św. i leżąc krzyżem, wraz z całym wojskiem ufnie polecał się Matce Najświętszej. Chcąc, aby wszystko działo się pod Jej znakiem, dał rycerstwu hasło: „W imię Panny Maryi – Panie Boże, dopomóż!”. Polska jazda z imieniem Maryi na ustach ruszyła do ataku, śpiewając „Bogurodzicę”. Armia turecka licząca ok. 200 tys. żołnierzy uciekała przed 23 tys. polskiej jazdy. Atak był tak piorunujący i widowiskowy, że wojska cesarza austriackiego opóźniły swoje uderzenie, żeby podziwiać szarżę naszej husarii. Tego dnia zginęło 25 tys. Turków, a Polaków tylko jeden tysiąc.

    Nasz władca, poruszony tym, co się stało, nie przypisał zwycięstwa sobie, ale Bogu i Jego Matce, wypowiadając słowa: „Przybyłem, zobaczyłem, a Bóg zwyciężył”. Wysłał też list do papieża z prośbą, aby ustanowił 12 września świętem Imienia Maryi. Miał to być znak wdzięczności i świadectwo dla wszystkich pokoleń, że mocą tego Imienia osiągnięto tak wielkie zwycięstwo. W jednym z objawień św. Małgorzaty Marii Alacoque, apostołce Kultu Najświętszego Serca Jezusowego, Chrystus zapowiedział możliwy podbój Europy przez muzułmanów jako karę za grzechy. Panowanie to miał trwać 500 lat. Po wielu miesiącach bolesnych aktów pokuty oraz żarliwych modlitw, wynagradzających Bogu za grzechy ludzi i błagań o uratowanie Europy, Zbawiciel powiedział św. Małgorzacie, że jej prośby zostały wysłuchane i dodał: „znalazł się król, który pokonawszy Turków, nie przypisze zwycięstwa sobie, ale Mnie i Mojej Matce”. W przyzywaniu Maryi jest ogromna siła, która wielokrotnie w dziejach naszego narodu okazała się niezwykle skuteczna. Módlmy się do Maryi, by i w naszym życiu miały miejsce wiedeńskie zwycięstwa, bo historia lubi się powtarzać. Ave Maria. Ora pro nobis. Amen.

     ks. Zbigniew Chromy/Tygodnik Niedziela

    ***

    Czy wiesz, który polski król ma własną salę w Muzeach Watykańskich?

    Domena Publiczna/Wikipedia

    ***

    Choć Sala Sobieskiego znajduje się na głównej trasie prowadzącej do Kaplicy Sykstyńskiej, często wybieramy „przyspieszone” przejście do fresków Michała Anioła. A szkoda.

    Muzea Watykańskie odwiedza się zazwyczaj ze względu na imponującą Kaplicę Sykstyńską. Ewentualnie ważne dla turystów są także freski Rafaela czy starożytne rzeźby. Jednak mało kto wie, że pomiędzy innymi zachwycającymi dziełami sztuki znajdziemy też obraz „Sobieski pod Wiedniem – 1683” autorstwa Jana Matejki. I to właśnie od niego wzięła się nazwa Sala Sobieskiego, której północną ścianę zajmuje płótno o wielkości ponad 40 metrów kwadratowych.

    Krótka powtórka z historii

    Obraz „Sobieski pod Wiedniem – 1683” jest upamiętnieniem wydarzeń z 12 września 1683 roku. Wtedy miała miejsce bitwa pod Wiedniem między armią Imperium Osmańskiego a polsko-niemiecko-austriackimi wojskami dowodzonymi przez Jana III Sobieskiego.

    Było to wydarzenie rozstrzygające dla chrześcijańskiej przyszłości Europy, udało się bowiem powstrzymać islamskie ataki z Turcji. Matejko ukazał na obrazie wyobrażenie sceny po Wiktorii Wiedeńskiej – kiedy król Polski postanowił wysłać papieżowi Innocentemu XI zdobytą „Świętą Chorągiew Proroka” oraz list królewski, rozpoczynający się słowami „Venimus, vidimus, Deus vicit” (Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył).

    Głównymi elementami, które widzimy na płótnie Matejki, są: moment przekazania listu przez króla Jana III Sobieskiego wysłannikowi ze Stolicy Apostolskiej, kanonikowi Denhoffowi; pochylona turecka chorągiew; zwycięska husaria polska; pokonana armia turecka oraz rozciągająca się na niebie tęcza. Jej końce sięgają Wiednia oraz namiotu wezyra, w jej centrum zaś znajduje się głowa Jana III Sobieskiego. Układ ten najprawdopodobniej wskazywać ma na potęgę Polski jako przedmurza chrześcijaństwa. Warto też pamiętać, że nie ma w tym obrazie niczego przypadkowego, zwłaszcza że nie jest on w pełni zgodny z rzeczywistymi wydarzeniami. Wspomnieć tu należy chociażby o błędnym przedstawieniu chorągwi, która u Matejki ma cechy renesansowe i niezgodna jest z opisem oryginału.

    W jakich okolicznościach powstał obraz?

    Jan Matejko był malarzem zaangażowanym społecznie, starał się poprzez swoją sztukę upamiętniać ważne dla Polski wydarzenia historyczne. Jego dzieła miały zatem charakter edukacyjny. „Sobieskiego pod Wiedniem” malował przez co najmniej rok, przygotowując się na 200. rocznicę pokonania armii islamskiej przez wojska chrześcijańskie. W tym czasie austriacka propaganda głosiła wyłącznie o własnych zasługach w związku ze zwycięstwem z roku 1683.

    Co postanowił artysta, polski patriota? Zbuntować się i uświadomić społeczeństwu prawdę. W Wiedniu wystawił więc publicznie swój imponujący obraz. I zrobił to bezpłatnie, wynajmując w tym celu salę za własne pieniądze (co było i zapewne wciąż jest ewenementem wśród artystów). Dzięki temu cały naród austriacki mógł sobie przypomnieć o nieocenionej pomocy Polski i zdolnościach przywódczych króla Jana III Sobieskiego.

    Dlaczego obraz znajduje się akurat w Watykanie?

    Bo tak zdecydował sam Matejko. Osobiście zawiózł „Sobieskiego” papieżowi Leonowi XIII jako „dar od narodu polskiego”. Dzieło miało stać się upamiętnieniem zwycięstwa Jana III Sobieskiego oraz symbolem siły Polski, która w 1883 roku wciąż jeszcze nie odzyskała niepodległości.

    Sala Sobieskiego w XVI wieku stanowiła część apartamentów papieża Piusa V, które w XIX wieku papież Pius IX przeobraził w Galerię świętych i błogosławionych – miejsce, gdzie wystawiano współczesne dzieła sztuki zamawiane specjalnie na ceremonię kanonizacji lub beatyfikacji. Obecnie, oprócz płótna polskiego artysty, można tu znaleźć obrazy Porziano Loveriniego, Francesco Grandiego, Francesco Podestiego oraz dzieło Cesare Fracassiniego pt. „Męczennicy z Gorkum”, które w 1572 roku odniosło wielki sukces w Rzymie.

    Choć Sala Sobieskiego znajduje się na głównej trasie prowadzącej do Kaplicy Sykstyńskiej, odwiedzający często ją omijają, wybierając „przyspieszone” przejście do fresków Michała Anioła. A szkoda. Bo naprawdę warto docenić fakt istnienia polskiej sztuki w Muzeach Watykańskich. Ostatecznie przecież Matejko stworzył swój obraz ku chwale naszego Narodu.

    Magda Jakubiak/Aleteia.pl

    ***

    Imieniny Maryi

    Specjalna modlitwa „o Jej miłosierne pośrednictwo”

    WSTAWIENNICTWO MARYI

    Fr Lawrence Lew OP/Flickr

    ***

    12 września obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi. W ten szczególny dzień zachęcamy do odmówienia tej pięknej modlitwy.

    „Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja” (Łk 1,26-27).

    Czy nadane nam przez rodziców imię posiada jakieś znaczenie? Czy potrafi ono określać nas przez całe życie? Dlaczego niektóre imiona kojarzą nam się źle, a inne dobrze? Czy istnieją imiona ponadczasowe? I dlaczego imię Matki Boga zostało wywyższone w sposób szczególny?

    Wpisując w wyszukiwarkę frazę: „znaczenie imion”, internet huczy. Czytam o wielkiej księdze imion, magii oraz zabobonnych skojarzeniach związanych ze swoim mieniem. Znajduję również słowa pani profesor Krystyny Leśniak-Moczuk, które są poparte badaniami i dzięki nim mogę odpowiedzieć na powyższe pytania, oczywiście w dużym skrócie.

    Imię ma znaczenie, jest ono wyrazem, który w ciągu życia słyszymy najczęściej w odniesieniu do siebie. Dlatego organizm przyzwyczaja się do jego brzmienia, drgania i dźwięku. Tym samym dziecko, które nie skończyło jeszcze 5 miesięcy, potrafi odróżnić swoje imię od innych usłyszanych wyrazów. A kiedy kończy 3 lata, zauważa znaczenie noszonego imienia.

    Nadane imię potrafi nas określać. Np. Radosław – oznacza kogoś radosnego. W starożytności imię oznaczało rolę, którą dana osoba musi spełnić, np. Bogusława to kobieta pobożna, sławiąca imię Boga.

    Niektóre imiona z czymś nam się kojarzą, np. “Monika, dziewczyna ratownika”. Jest to związane z kulturą, tradycją, przysłowiami, ale i również ich… długością. Imię Aleksander zazwyczaj kojarzone jest z sukcesem, pewnością siebie oraz inteligencją.

    Wyliczenia pokazały, że mniej więcej po trzech pokoleniach wracają stare imiona, które wcześniej uważane były za niemodne. Do imion uniwersalnych w Polsce zaliczane są takie jak: Anna, Wiktoria, Piotr, Adam, Jan, Małgorzata, Magdalena czy w końcu Maria. Ostatnie z wymienionych imion posiada wiele znaczeń i bez wątpienia pochodzi od imienia Matki Bożej.

    Etymologia imienia Maryja nie jest jednoznaczna. Św. Hieronim uważał, że imię to oznacza “Pani”. Natomiast wg św. Bonawentury imię to jest wieloznaczne, np. ,,morze” – od metafory mówiącej, że Maryja jest morzem łask Ducha Świętego, lub “gwiazda”, bo swoim życiem i przykładem, a także jaśniejącą czystością wskazuje ludziom odpowiednią drogę.

    Z kolei w Polsce najczęściej nazywana jest Królową, szczególnie przez pielgrzymów odwiedzających sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze. Jej imię zapisało się w historii narodu już dawno, np. kiedy Jan III Sobieski wygrał bitwę z Turkami pod Wiedniem w 1683 r.

    Ówczesny król był gorliwym czcicielem Maryi, to właśnie Jej imię umieścił na chorągwiach podczas odsieczy wiedeńskiej. W liście do papieża Innocentego XI napisał: “Przyszliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył”. Z wdzięczności za wygraną chrześcijaństwa nad islamem Innocenty XI ogłosił dla całego Kościoła święto Imienia Maryi – które obecnie obchodzimy 12 września.

    W litanii do Najświętszej Maryi Panny czytamy, że nazwana jest w różnoraki sposób: Boża Rodzicielka, Panna nad pannami, Matka Chrystusa, Matka łaski Bożej, Panna roztropna, Panna wierna, Pocieszycielka strapionych, Królowa męczenników i dziewic, Królowa rodzin i pokoju.

    Bez względu na to, jakiego tytułu użyjemy zwracając się do Niej o pomoc, Ona zawsze wstawi się za nami do swojego Syna, Jezusa. Liczne przykłady z życia świętych potwierdzają te słowa. Natomiast dziś, w ten szczególny dzień, zachęcam do odmówienia tej modlitwy:

    Spraw miłościwie, wszechmogący Boże, aby wierni słudzy Twoi, którzy pod zasłoną Imienia Najświętszej Maryi Panny cieszą się Jej opieką, za Jej miłosiernym pośrednictwem od wszelkiego złego uchowani zostali na ziemi i do wesela wiecznego doprowadzeni byli w niebie. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Monika Lender- Gołębiowska/Aleteia.pl

    ***

    poniedziałek 8 września

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny,

    Święto Matki Boskiej Siewnej

    Prawdziwa data i miejsce urodzenia Maryi nie są znane. Jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim. Jak podaje tradycja, choć od 20 lat byli małżeństwem, nie mieli potomstwa. Ślubowali Bogu, że jeżeli urodzi im się dziecko, poświęcą je na służbę Panu. Z wiarą i nadzieją co roku udawali się do Jerozolimy i tam prosili o potomka. Pewnego dnia Joachimowi ukazał się anioł i zapewnił, że jego prośba została wysłuchana. Oznajmił, że żona urodzi córkę, którą nazwie Maryją i która w łonie matki zostanie napełniona Duchem Świętym. Anioł objawił się także Annie, zwiastując, że córka będzie błogosławiona nad wszystkie niewiasty. Obojgu, oddzielnie, nakazał udać się do Złotej Bramy w Jerozolimie. Kiedy małżonkowie spotkali się przy bramie, nie mieli wątpliwości, że anioł mówił prawdę.

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła katolickiego, Maryja była Niepokalanie Poczęta, to znaczy bez obciążenia grzechem pierworodnym.

    „Będzie Ona błogosławiona między wszystkimi niewiastami.
    Będzie darem dla całej ludzkości, bowiem z Niej narodził się Zbawiciel”

    Prorok Micheasz, Stary Testament

    „Święto Narodzenia Matki Bożej. Kościół dziękuje Jej za to, że jest światłością Ludu Bożego.
    Jest to światłość, w której odbija się światło słowa przedwiecznego, światło Chrystusa.
    Ona najpełniej, najwierniej odbija to światło i przekazuje Ludowi Bożemu
    we wszystkich Kościołach na całej ziemi.”

    św. Jan Paweł II, 1993 r.

    ze strony parafii w Siemiechowie

    ***

    Urodziny Najpiękniejszej

    Ile lat kończy 8 września Maryja? Matka Boża nie ma z tym problemu. Spełniwszy wiernie swoje życie, uczestniczy w wiecznej młodości Boga.

    ***

    We wschodniej części starej Jerozolimy, obecnie zamieszkanej przez większość muzułmańską, znajdują się wykopaliska odnalezionej w minionym wieku Sadzawki Owczej (Betesda), przy której Jezus uzdrowił paralityka. Tuż obok wznosi się zbudowana przez krzyżowców romańska bazylika św. Anny. Dużo wcześniej jednak, bo już w V wieku, stał tu bizantyński kościół upamiętniający miejsce narodzin Najświętszej Maryi Panny. To tu bowiem, według starożytnej tradycji, był dom Joachima i Anny, rodziców Maryi, i tu urodziła się i wychowała matka Zbawiciela.

    Stąd do świątyni było bardzo blisko. Pasuje to do wczesnochrześcijańskiego przekazu, według którego Maryja urodziła się nieomal w cieniu murów Przybytku. Jest to jednak przekaz wyłącznie pozabiblijny. Pismo Święte nic nie wspomina o okolicznościach, czasie i miejscu urodzenia Matki Bożej. Nawet imiona Jej rodziców pojawiają się jedynie w literaturze apokryficznej.

    Znaczna rodzina?

    Wśród licznych apokryfów mówiących o pochodzeniu i pierwszych latach życia Maryi najstarsza jest tzw. Protoewangelia Jakuba. Powstała około roku 150 po Chrystusie. Według tego utworu Joachim i Anna byli ludźmi bardzo zamożnymi, jednak cierpieli z powodu braku potomstwa. Pewnego razu zasmucony Joachim odszedł na pustynię, aby pościć przez 40 dni i nocy. Powiedział wtedy do siebie: „Nie zstąpię z góry ani aby jeść, ani aby pić, póki nie spojrzy na mnie Pan, Bóg mój, i będzie mi modlitwa pokarmem i napojem” – czytamy w apokryfie.

    W tym samym czasie Anna, żona Joachima, opłakiwała swoją bezdzietność. Któregoś dnia zwróciła się do Boga: „Panie ojców moich, pobłogosław mi i wysłuchaj modlitwę moją tak, jak pobłogosławiłeś Sarę i dałeś jej syna – Izaaka”. Wtedy ujrzała anioła Pańskiego. „Anno, Anno. Wysłuchał Pan Bóg modlitwę twoją. Poczniesz i porodzisz, a potomstwo twoje będzie przepowiadane po całej ziemi” – powiedział niebieski posłaniec. Anna odpowiedziała obietnicą, że urodzone dziecko ofiaruje Bogu. „Na Boga żywego, czy zrodzę chłopca, czy dziewczynkę, zawiodę ją w darze Panu, Bogu mojemu, i [dziecko to] będzie Mu służyło po wszystkie dni swego żywota” – zapewniła.

    Opisana sytuacja przypomina historię innej niepłodnej kobiety, także Anny, która tysiąc lat wcześniej otrzymała obietnicę narodzenia syna. Tamta kobieta również przeznaczyła dziecko na służbę w świątyni. Chłopiec otrzymał imię Samuel i stał się potężnym prorokiem Izraela.

    Według Protoewangelii Jakuba Anna, żona Joachima, dowiedziawszy się, że urodziła dziewczynkę, powiedziała: „W tym dniu dusza moja została wywyższona”, a po upłynięciu dni rytualnej nieczystości „poczęła piersią karmić dziecko i nazwała je imieniem Maryja”.

    Gdy dziecko miało roczek, Joachim wydał wielką ucztę z udziałem kapłanów, arcykapłanów, uczonych w Piśmie i innych ważnych postaci, goście zaś błogosławili Maryję, mówiąc: „Bóg ojców naszych niech pobłogosławi to dziecię, niech da jej imię znakomite pośród wszystkich narodów na wieki”.

    Gdy Maryja skończyła trzy lata, Joachim i Anna postanowili spełnić zobowiązanie i zaprowadzić Maryję do świątyni. Miała tam wejść w orszaku dziewic idących z kagankami w rękach. „Niech kaganki będą zapalone, by nie zwróciła się wstecz i serce jej nie zostało uwięzione daleko od świątyni Pańskiej” – zalecił Joachim. Gdy malutka Maryja weszła do świątyni, przyjął ją arcykapłan, który wygłosił przy tym proroctwo: „Pan Bóg wywyższy twe imię pośród wszystkich narodów. Na tobie w dniach ostatecznych ukaże Pan zbawienie synom Izraela”. Dalej czytamy, że „Maryja przebywała w świątyni Pańskiej i żyła jak gołąbka, i otrzymywała pokarm z rąk anioła”. Miała tam przebywać do 12. roku życia.

    Popularny utwór

    Protoewangelia Jakuba jest chrześcijańskim midraszem, czyli opowieścią, której celem jest wyjaśnienie poszczególnych fragmentów biblijnych. W tradycji żydowskiej ta metoda była powszechnie stosowana jako sposób interpretowania i komentowania Pisma Świętego.

    Autor Protoewangelii Jakuba zna opisy narodzenia Jezusa według ewangelistów Mateusza i Łukasza, i uzupełnia je informacjami, o których pisma natchnione nie mówią, próbując zharmonizować je z tekstami Starego i Nowego Testamentu.

    Niektóre elementy apokryficznego opisu środowiska, w jakim urodziła się Maryja, były odpowiedzią na zarzuty stawiane chrześcijanom przez pogan. Ci, jak na przykład filozof Celsus z II wieku, twierdzili, że Jezus był zrodzonym z cudzołóstwa synem ubogiej prządki marnego pochodzenia. To wyjaśnia nacisk, z jakim autor apokryfu podkreśla majętność i koligacje rodziców Maryi. Z tego też powodu wiele w tekście nadzwyczajnych zdarzeń, proroczych zapowiedzi i podobieństw do dziejów Samuela, Abrahama, Tobiasza czy Judyty. Niektóre z tych wątków pojawiają się także w innych apokryfach.

    Niezależnie od pewnej baśniowości tych opisów Protoewangelia Jakuba zajmuje ważne miejsce w literaturze mariologicznej. Przede wszystkim jest to tekst bardzo wczesny, być może korzystający z tradycji ustnej, przekazywanej w środowisku chrześcijan tamtej epoki. Oznacza też, że na wiedzę o pochodzeniu Maryi panowało już wtedy duże zapotrzebowanie. Na tym utworze zresztą bazuje wiele kolejnych maryjnych tekstów – apokryfów, żywotów Maryi i dzieł pobożnościowych. Nic dziwnego, że apokryf ten przez wieki cieszył się wielkim powodzeniem.

    Siewna

    Stopniowo w Kościele pojawiły się liturgiczne obchody narodzin Maryi. Najwcześniejsze wzmianki o nich sięgają początku VI wieku. Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w całym Kościele wprowadził w roku 688 papież św. Sergiusz I.

    W Polsce święto Narodzenia NMP bywa także nazywane dniem Matki Bożej Siewnej. Nazwa pochodzi od zwyczaju, wedle którego dopiero po tym święcie rolnicy wychodzili na pola, żeby rozpocząć orkę i siew. Chcieli, żeby ziarno rzucone w ziemię pobłogosławiła Matka Boża. Święto Matki Bożej Siewnej bywało też tradycyjnym czasem urządzania dożynek. Czasem wdzięczności i radości, bo też urodziny Maryi to – jak każde urodziny – święto bardzo radosne. Wyraża to antyfona na wejście w Mszale rzymskim, która zawiera zdanie: „Z radością obchodzimy narodzenie Najświętszej Maryi Panny, z Niej wzeszło Słońce sprawiedliwości, Chrystus, który jest naszym Bogiem”.

    Narodzenie Maryi jest zapowiedzią nadejścia Zbawiciela. Matka Boża jest nazywana Gwiazdą Zaranną, bo Jej pojawienie się oznacza przyjście Słońca sprawiedliwości. „Wypadało, aby to promienne i zdumiewające przyjście Boga do ludzi poprzedzało jakieś wydarzenie, które by nas przygotowało na przyjęcie z radością wielkiego daru zbawienia. I takie jest znaczenie święta, które dzisiaj sprawujemy, gdyż narodzenie Matki Bożej jest wstępem do tej skarbnicy dóbr (…). Niechaj więc całe stworzenie wyśpiewuje z zadowolenia i na swój sposób przyczyni się do radości właściwej temu dniowi. Niechaj niebo i ziemia złączą się w tych obchodach i niechaj świętuje wszystko, co jest na świecie i ponad światem” – pisał w VII wieku św. Andrzej z Krety.

    Nasza nieznajomość w pełni wiarygodnych „danych biograficznych” Maryi nie stoi na przeszkodzie radosnemu świętowaniu, bo niewątpliwe pozostaje to, że Maryja się urodziła. A przyszedłszy na świat, wiernie spełniła wszystko, o co poprosił Ją Bóg. Dlatego, jak sama powiedziała w proroczym uniesieniu, błogosławią Ją wszystkie pokolenia.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Ewangelia na 8 września: Urodziny NMP

    Ewangelia ze Święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny wraz z komentarzem. “Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama”. Do tej genealogii dołączają liczne pokolenia tych, którzy przyjmują Bożą łaskę daną w Jezusie Chrystusie. Stają się oni również dziećmi Maryi, której urodziny dziś świętujemy.

    Mt 1,1-16.18-23

    Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama.
    Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida.
    Dawid był ojcem Salomona, a matką była dawna żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego.
    Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem.
    Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.
    Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów».
    A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel», to znaczy: «Bóg z nami».


    Komentarz

    Drzewo genealogiczne, od którego św. Mateusz rozpoczyna swoją Ewangelię, ukazuje Jezusa jako człowieka, który włącza się w ludzkie dzieje wraz z ich wzlotami i upadkami. Bóg jest wierny. Obietnica dana Abrahamowi, od którego rozpoczyna się genealogia, spełnia się w Jezusie: „On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1,21).

    W Mateuszowym rodowodzie Jezusa wspomina się również o czterech kobietach z dziejów Izraela. Nie ma wśród nich Sary, Rebeki, Lei czy Racheli, uznanych w tradycji Izraela za kobiety wyróżniające się znaczeniem, dokonaniami czy zasługami. Mateusz wylicza takie, które na ludzki rozum lepiej raczej pominąć milczeniem. Naruszają bowiem czystość drzewa genealogicznego. Uznawano je raczej za skazę na dziejach Izraela.
    Kolejną cechą wspólną czterech kobiet z rodowodu jest to, że nie były one Żydówkami. Te poganki pojawiają się w zwrotnych punktach dziejów Izraela. Rachab, będąca jawnogrzesznicą, otwiera wysłannikom Jozuego drogę do Jerycha. Rut dobrowolnie przyłącza się do Izraela i staje się matką rodu Dawida. Batszeba, żona Uriasza, zostaje matką Salomona. Z kolei Tamar podstępem wymusza od Judy prawo do potomstwa, królestwo zostanie związane z pokoleniem Judy, przez co może się spełnić błogosławieństwo Jakuba: „Nie zostanie odjęte berło od Judy, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów” (Rdz 49,10). Drzewo genealogiczne, które na pierwszy rzut oka jest drzewem Abrahama i Dawida, dzięki tym czterem kobietom staje się drzewem genealogicznym Kościoła, do którego należą Żydzi i poganie. Rodowód wskazuje tym samym na to, co ma nadejść: Kościół dla wszystkich narodów.

    Mateusz już na samym początku swej Ewangelii ukazuje myśl, do której będzie powracał: ostatni będą pierwszymi. U Boga ludzkie miary zostają odwrócone. Bóg wybrał to, co słabe w oczach ludzkich, lecz przez Boże wybranie staje się mocne i cenne. Grzeszne kobiety są włączone w drzewo łaski, która pochyla się nad grzesznikiem i która buduje na przebaczeniu, a nie na ludzkiej wielkości czy ludzkich dokonaniach.

    Cały opis genealogiczny zmierza jednak do piątej kobiety: do Maryi, a przez Nią do Jezusa. Gdy rodowód dochodzi do Niej, w opisie Mateusza następuje zmiana. Józef nie zrodził Jezusa, lecz był jedynie „mężem Maryi, z której narodził się Jezus, zwanym Chrystusem” (Mt 1, 16). Jezus – jako syn Józefa – należy do tej genealogii wyłącznie za sprawą przynależności prawnej, a nie z więzi biologicznej. Mamy tu do czynienia z nowym początkiem. Ten prawdziwy początek, od którego ostatecznie wszystko zależy, dokonuje się poprzez wiarę, dzięki „tak” wypowiedzianemu przez Maryję. Do Jej „tak” przyłącza się Józef, biorąc do swojego domu Maryję wraz z nienarodzonym Zbawicielem. Do tej genealogii dołączają liczne pokolenia tych, którzy przyjmują Bożą łaskę daną w Jezusie Chrystusie. Stają się oni również dziećmi Maryi, której urodziny dziś świętujemy.

    Opus Dei

    ***

    Narodzenie Maryi.

    Dlaczego 8 września?

    Narodzenie Maryi nie jest „zwykłą” rocznicą. Święto to nawiązuje do jerozolimskiego kościoła, w którym czczono tajemnicę Jej narodzin.

    Daty uroczystości i świąt kościelnych rzadko są przypadkowe. Zwykle mają swoją genezę, a niekiedy także głęboką logikę. Jedne odnotowują „rocznicę” wydarzeń zbawczych, inne zyskały określone miejsce w kalendarzu w wyniku rozumowania teologicznego czy symbolicznego.

    Do pierwszej grupy należy Wielkanoc. Choć nie wiemy dokładnie, w którym roku nastąpiła śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa (tradycyjnie wskazuje się rok 33, choć niektórzy badacze podają rok 30), to pewne jest, że stało się to podczas pierwszej wiosennej pełni księżyca. Właśnie ten moment został utrwalony w zasadzie obliczania daty Wielkanocy, określonej przez Sobór Nicejski. Dlatego Wielkanoc w naszym kalendarzu jest świętem ruchomym – ale zawsze ściśle powiązanym z pierwszą pełnią księżyca po równonocy wiosennej.

    Od daty Wielkanocy zależy wiele innych uroczystości roku liturgicznego: Środa Popielcowa otwierająca Wielki Post, a także Wniebowstąpienie, Zesłanie Ducha Świętego, uroczystość Trójcy Świętej czy Boże Ciało. Wszystkie one są umieszczone w kalendarzu w stałym związku z Paschą.

    Inaczej jest ze świętami „stałymi”. Boże Narodzenie obchodzimy zawsze 25 grudnia, a Zwiastowanie Pańskie – dziewięć miesięcy wcześniej, 25 marca. To właśnie data Zwiastowania zadecydowała o grudniowym święcie Narodzenia Pańskiego, a nie odwrotnie. W badaniach przeważa tzw. teoria kalkulacyjna: przyjmowano, że Jezus Chrystus począł się dokładnie w tym samym dniu, w którym później umarł na krzyżu – w zachodniej tradycji 25 marca. Zasada ta miała obowiązywać największe postaci ludzkości, których życie tworzyło pełny, symboliczny krąg. W ten sposób obliczono dziewięć miesięcy od poczęcia i otrzymano datę Bożego Narodzenia – 25 grudnia. Istnieje wprawdzie także hipoteza, że chrześcijaństwo wykorzystało w tym dniu święto Sol Invictus, ale pierwszeństwo ma logika „25 marca”.

    Wiele innych świąt ustalano stopniowo. Od pierwszych wieków 29 czerwca czczono w Rzymie apostołów Piotra i Pawła, a 24 czerwca – narodzenie Jana Chrzciciela. Z czasem do kalendarza weszły też daty innych apostołów i męczenników. W starożytności rozumiano je zazwyczaj jako dies natalis, czyli dzień narodzin dla nieba – rocznicę śmierci lub translacji relikwii.

    Narodzenie Maryi a zasada „dziewięciu miesięcy”

    Zasada „dziewięciu miesięcy” pojawia się także w odniesieniu do Maryi: 8 grudnia obchodzimy Jej Niepokalane Poczęcie, a dziewięć miesięcy później – 8 września – Jej narodziny. W rzeczywistości jednak najpierw świętowano Narodzenie Maryi (od pierwszego tysiąclecia przypadające 8 września), a dopiero wiele wieków później – w XV wieku – utrwalono w kalendarzu łacińskim uroczystość Niepokalanego Poczęcia, zachowując logikę naturalnego cyklu życia.

    Narodzenie Maryi należy do najstarszych świąt chrześcijańskich. Odnotowuje je już Sakramentarz gelazjański (kompilacja z VII wieku, zachowany w rękopisach od VIII wieku), który zawiera formularze na główne maryjne uroczystości: Oczyszczenie Maryi (2 lutego), Zwiastowanie (25 marca), Zaśnięcie/ Wniebowzięcie (15 sierpnia) oraz właśnie Narodzenie Maryi (8 września). W tym samym źródle znajdujemy też liczne święta obchodzone w tych samych dniach co dziś: Boże Narodzenie, Objawienie Pańskie, św. Jana Ewangelisty, Świętych Młodzianków, świętych apostołów czy narodzenie św. Jana Chrzciciela.

    Dlaczego 8 września? Jerozolima jako punkt odniesienia

    Tradycja daty 8 września wiąże się z Jerozolimą. Tego dnia obchodzono tam rocznicę dedykacji kościoła wzniesionego w pobliżu sadzawki Betesda, czczonego jako miejsce narodzin Maryi i domu Joachima i Anny. Świątynia nosiła wezwanie Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i szybko stała się celem pielgrzymek chrześcijan z całego Wschodu. Zwyczaj corocznego świętowania rocznicy jej konsekracji rozpowszechnił się w Kościołach wschodnich, a następnie – za pontyfikatu papieża Sergiusza I († 701) – w Rzymie i w całym Kościele zachodnim.

    Tak jak Boże Narodzenie ma swój geograficzny punkt odniesienia w Betlejem, tak Narodzenie Maryi związano z tym jerozolimskim miejscem. Stąd data 8 września nabrała znaczenia symbolicznego i została na trwałe wpisana do kalendarza liturgicznego. Nie jest ona „historyczną rocznicą” urodzin Maryi – których nigdy nie znano – lecz upamiętnieniem i celebracją miejsca, gdzie od IV wieku czczono tajemnicę Jej narodzin. W ten sposób Kościół podkreślił, że życie Maryi – od narodzin, poprzez zwiastowanie i macierzyństwo, aż po zaśnięcie – pozostaje nierozerwalnie związane z historią zbawienia i ze świętą geografią: Jerozolimą, Betlejem, Nazaretem.

    ks. Przemysław Śliwiński/Stacja7.pl

    ***

    Maryja przemówiła w Gietrzwałdzie

    W Lourdes Matka Boża objawiła się osiemnaście razy, w Fatimie – sześć. W Gietrzwałdzie w ciągu niespełna 3 miesięcy około 160 razy.

    Łaskami słynący obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie

    Łaskami słynący obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie

    ***

    W niewielkiej miejscowości Gietrzwałd, leżącej kilkanaście kilometrów na południowy zachód od Olsztyna, w czerwcu 1877 r. pojawiła się Piękna Pani, która wkrótce przedstawiła się jako Maryja Niepokalanie Poczęta.

    Taki był początek trwających do 16 września objawień – jedynych na terytorium Polski oficjalnie uznanych przez Kościół. W tym roku obchodzimy 148. rocznicę tamtych wydarzeń.

    Specyfika

    Objawienia w Lourdes (1858 r.), Gietrzwałdzie (1877 r.) i Fatimie (1917 r.) nazywane są czasami objawieniami różańcowymi i można się doszukać wielu podobieństw między nimi. Podczas wszystkich tych objawień Matka Boża ukazywała się dzieciom z ubogich, lecz pobożnych rodzin wiejskich. W Gietrzwałdzie były to 13-letnia Justyna Szafryńska oraz 12-letnia Barbara Samulowska. Wszędzie Maryja wskazywała wprost lub pośrednio na swoje Niepokalane Poczęcie: w Gietrzwałdzie Justynie przedstawiła się jako „Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta”, Barbarze – jako „Maryja Niepokalane Poczęcie”. Zawsze nawoływała do odmawiania Różańca i obiecywała udzielenie licznych łask przez tę modlitwę. Wszystkie objawienia zyskały dużą popularność już w okresie swojego trwania lub bezpośrednio po nim. Przy czym popularność Gietrzwałdu wśród Polaków w tym początkowym okresie być może nawet przewyższała popularność Lourdes wśród Francuzów czy Fatimy wśród Portugalczyków (co uległo zmianie, gdy Lourdes i Fatima zyskały międzynarodową popularność). W roku objawień (praktycznie przez 6 miesięcy) Gietrzwałd odwiedziło ok. pół miliona pątników, podczas gdy stałych mieszkańców było ok. 400.

    Istnieją jednak różnice między Lourdes i Fatimą a Gietrzwałdem. Pierwszą z nich – i bardzo zaskakującą – jest niezwykła intensywność warmińskich objawień. O ile w Lourdes Matka Boża objawiła się osiemnaście razy, a w Fatimie – sześć, to w Gietrzwałdzie w ciągu niespełna 3 miesięcy pojawiła się ok. 160 razy: do 24 lipca Maryja ukazywała się prawie codziennie, a od tego dnia do końca objawień nawet i trzy razy w ciągu dnia! Drugą różnicą jest intensywność nawoływań do odmawiania Różańca. W Fatimie, znanej z wagi, jaką Maryja przywiązywała do modlitwy różańcowej, wzywała głównie do błagań w intencji nawrócenia grzeszników. W Gietrzwałdzie Piękna Pani (bo tak nazywały Maryję widzące) wskazywała na Różaniec jako na środek na wszystkie kłopoty – w życiu zarówno osobistym, jak i społecznym.

    Panaceum

    Ważnym aspektem objawień w Gietrzwałdzie – o wyraźnym znaczeniu ponadczasowym – jest szczególny nacisk na potrzebę modlitwy różańcowej odmawianej w najróżniejszych sytuacjach kryzysowych. Jedne z pierwszych zanotowanych podczas warmińskich objawień słów Maryi brzmiały: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec”, słowa ostatnie zaś: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”. Między tymi dwoma wezwaniami znajdziemy różne zachęty do odmawiania Różańca (a dodajmy jeszcze, że wiele wizji nawiedzało Justynę i Barbarę podczas odprawianych w parafii nabożeństw różańcowych).

    Jak to bywa w czasie objawień maryjnych, w trakcie rozmów z Bogurodzicą widzący zadają pytania, na które Maryja odpowiada. Nie inaczej było w Gietrzwałdzie: za pośrednictwem Justyny i Barbary ludzie pytali, a Niepokalana odpowiadała. I na podstawie tych odpowiedzi rysuje się obraz wszechstronnej skuteczności modlitwy różańcowej: potrzebne jest uzdrowienie z choroby – należy odmawiać Różaniec; chcemy czyjegoś nawrócenia – Różaniec; pomyślne rozwiązanie problemów Kościoła – Różaniec… Podczas gietrzwałdzkich objawień Najświętsza Maryja Panna ukazuje nam więc modlitwę różańcową jako swoiste panaceum – lekarstwo na wszystkie prawie dolegliwości ducha i ciała, indywidualne i społeczne.

    Gietrzwałd i polityka

    Objawienia gietrzwałdzkie mają też znaczenie polityczne. W najśmielszych wizjach komentatorów objawienia w małej warmińskiej wsi mocno wpłynęły na losy ówczesnej Europy i świata, zapobiegając w drugiej połowie XIX wieku ni mniej, ni więcej, tylko światowej wojnie i opóźniając ten konflikt o prawie 40 lat (I wojna światowa trwała w latach 1914-18). W skromniejszym wymiarze wskazuje się na rolę Gietrzwałdu w procesie odzyskania niepodległości przez nasz kraj. Pamiętajmy, że w 1877 r. Polska pozostawała pod zaborami, a w zaborze pruskim, gdzie leżał Gietrzwałd (wówczas Dietrichswalde), szalał Kulturkampf, czyli wytężona akcja germanizacyjna, skierowana przeciwko polskości i katolicyzmowi. W zaborze rosyjskim natomiast był to wciąż okres brutalnych prześladowań po powstaniu styczniowym (1863 r.). Widoki na odzyskanie niepodległości były więc w tej sytuacji niewielkie. Tymczasem Święta Dziewica objawia się dwóm polskim dziewczynom i mówi do nich po polsku (dzisiaj ostrożnie mówi się o miejscowym dialekcie, tylko że ten dialekt jako przejaw polskości był tępiony przez Prusaków). Mówiąca po polsku (choć w dialekcie) i o Polsce Maryja przyciągała do Gietrzwałdu setki tysięcy głównie polskich pielgrzymów z wszystkich zaborów. W tym kontekście objawienia były jednym z impulsów wzmocnienia polskości, które zaowocowało odzyskaniem niepodległości w 1918 r. Wpływ objawień gietrzwałdzkich na losy Polski ma znaczenie przede wszystkim dla Polaków, lecz jego wydźwięk jest również uniwersalny – jako kolejny znak zbawczego zaangażowania Boga w losy ludzkości. Kardynał Karol Wojtyła w kazaniu z 11 września 1977 r., podczas obchodów 100. rocznicy objawień, zinterpretował je jako Boże potwierdzenie praw wszystkich narodów i regionów do podmiotowości oraz wolności, czyli m.in. własnego wyznania, kultury, języka i tradycji.

    Przesłanie

    Objawienia gietrzwałdzkie, nieco zapomniane przez Polaków, są przesłaniem nadziei, ponieważ wskazują na działanie Bożej Opatrzności w dziejach poszczególnych ludzi i całych narodów. Mieszczą się one w szeregu licznych świadectw, które wskazują, że człowiek nie jest bezbronną igraszką mrocznych i przytłaczających sił drzemiących w jego psychice czy też geopolitycznych planów mocarstw dążących do podporządkowania sobie narodów, lecz ma Obrońcę i Opiekuna, czyli jest dzieckiem Boga, który w dzisiejszej dobie historii chce działać szczególnie przez Niepokalane Serce Maryi. Jest to przesłanie podobne do tego, które znamy z Lourdes czy Fatimy oraz wielu innych miejsc objawień: ratunek jest w nawróceniu, na porzuceniu grzechów i zaufaniu Bogu, a środkiem do tego jest modlitwa, zwłaszcza różańcowa. W Gietrzwałdzie przesłanie to zostało skierowane do Polski i świata w naszym języku (przy wszystkich zastrzeżeniach, o których było wyżej), a przez to spotkały nas nie tylko zaszczyt, ale i szczególne zobowiązanie do pamiętania i realizowania wezwań Pięknej Pani z podolsztyńskiej miejscowości.

    Jarosław Mitek/Tygodnik Niedziela

    ***

    Justyna Szafrańska i Barbara Samulowska. To im w Gietrzwałdzie ukazała się Matka Boża

    Obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem w koronie

    Matka Boska Gietrzwałdzka, fot. Wikipedia

    ***

    Pierwsze było francuskie Lourdes, 20 lat później Matka Boska objawiła się w Gietrzwałdzie. To jedyne w Polsce objawienia maryjne zatwierdzone przez Kościół. Maryję widziały Justyna Szafrańska i Barbara Samulowska.

    Gietrzwałd, niewielka warmińska wieś, 27 czerwca 1877 roku. Justyna Szafrańska wraca z mamą z kościoła, z egzaminu przed I Komunią Świętą. Jej uwagę przykuwa przykościelny klon i rozchodzący się wokół blask. Matka się spieszy, niczego nie widzi i popędza dziewczynkę. Ale ta, jak to dziecko, jest ciekawa. Myśli, że to ogień: „Czekajcie no, matulu, aż zobaczę, co to takiego białego na drzewie” – mówi do mamy. Podchodzi bliżej i w koronie liści dostrzega przepiękną, ubraną w białą suknię „Jasną Panią” oraz małego aniołka w biało-złotych szatach. Tylko tyle i aż tyle.

    Justyna szarpnięta przez mamę za rękę, sprawia wrażenie przebudzonej z głębokiego snu. Musi się otrząsnąć. Jasność znika, ale trudno jej o niej zapomnieć. Później opowiada o wszystkim proboszczowi Augustynowi Weichslowi. Jest oczarowana, ale też zdezorientowana. Bo co to mogło być? Ale ksiądz przeczuwa, że do Gietrzwałdu przyszła Maryja. Radzi dziewczynce, aby jeszcze raz podeszła do klonu. Ma rację. Justyna ponownie widzi „Jasną Panią”. Za drugim razem aniołowie sadzają ją na tronie z Dzieciątkiem Jezus. Maluch trzyma w lewej rączce kulę ziemską.

    Gietrzwałdzki proboszcz Augustyn Weichsel, fot. Wikipedia

    „Dobrze ułożona i skromna dziewczyna”

    Justyna Szafryńska jest córką młynarza Wilhelma z Woryt i Anny Schlonga. Przychodzi na świat 31 marca 1864 roku. Gdy rozpoczynają się objawienia, ma 13 lat i blisko 3 miesiące.

    – Wzrostu na swój wiek ani małego, ani też wybujałego, postawy wątłej, pokornej, nieco chudawa, ruchy jej umiarkowane, skromne, ni prędkie, ni powolne, słowem jak mówią dobrze ułożona i skromna dziewczyna – czytamy o Justynie w broszurze „Najświętsza Panna w Gietrzwałdzie” wydanej w Poznaniu w 1877 roku. — Twarz jej blada, ni biała, ni opalona, dość regularna, pociągła, lecz nie odznaczająca się po prostu niczym, tak że ani dobrze spamiętać można. Obojętności tej nie zmieniają wcale jej oczy, są bowiem blado niebieskie, spokojne, wcale nie żywe, zawsze w siebie zwrócone, o świat zewnętrzny się nie troszczące. Wstydliwości wielkiej, chodzi między ludźmi, jakby ich nie widziała, gdy pomaga w pracy np. w nakrywaniu stołu, to wcale nie odrywa oczu od roboty swojej, choć izba pełna ciekawych. (…) Na uzupełnienie dodam, że suknia Szafryńskiej jest bardzo skromna, pół wełniana, pół bawełniana, brudnożółta, nieznaczna. Prócz sukni nie ma na widoku nic, jak ciemnoczerwoną wełnianą chusteczkę na głowie, podpiętą pod brodę, tak jak zwykle w miastach noszą dziewczęta stanu uboższego.

    Z tego opisu wynika, że Justyna Szafrańska jest przeciętną dziewczynką. Ma trudności w nauce, a nawet zdaje egzamin przed I Komunią Świętą z opóźnieniem. Nie zmienia to faktu, że jest pobożna i po prostu dobra. Dlatego to właśnie jej ukazuje się Maryja.

    „Obraz niczym nieskrępowanej swobody”

    Justyna ma koleżankę, Barbarę Samulowską. To przyjaciółki od serca, choć spokrewnione. Dlatego zdradza jej, co widziała. Razem idą pod klon i widzą Maryję.

    Barbara jest młodsza od Justyny, przychodzi na świat 21 stycznia 1865 roku w Worytach, jako córka Józefa i Karoliny Barczewskiej.

    – Jeżeli Justyna Szafryńska jest obrazem cichości i wielkiej nawet powolności, to przeciwnie mała Barbara biega ciągle jak kozaczek lub płocha sarenka – czytamy w książeczce „Najświętsza Panna w Gietrzwałdzie”. — Twarzyczkę ma bardzo nieregularną, nosek zadarty, usta szerokie, z których wychodzą ciągle dwa białe rzędy, niezupełnie drobnych ząbków. Oczy czarne i płoche, cera jeżeli nie spalona, to oliwkowa z natury, włosy ciemne. Barbara pewnie nie chodzi, tylko ciągle skacze, gdy ją chcesz zatrzymać, ledwie się obróci, ledwie posłucha, wyrwie się i ucieka dalej. Jest to obraz niczym nieskrępowanej swobody, obraz prostoty i natury jak przystało na małą wiejską dziewczynę z zakątku kraju, o którym dotąd nikt nie wiedział.

    „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”

    Najciekawsze jest to, że Maryja nie przemawia ani pierwszego dnia, ani następnego. Dopiero trzeciego dnia, gdy Barbara Samulowska odmawia pod klonem różaniec i widzi Matkę Bożą, na pytanie: „Kto ty jesteś?” uzyskuje odpowiedź: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”. Gdy Barbara pyta, czego chce, Maryja nakazuje codziennie odmawiać różaniec. Obiecuje, że jeśli ludzie będą się gorliwie modlić, to parafie pozbawione kapłanów odzyskają ich, a prześladowania Kościoła osłabną. Wszystko to mówi po polsku, w lokalnej gwarze. To ważne, bo w tym czasie na Warmii jest nakaz mówienia po niemiecku. Germanizacja daje się Polakom we znaki. „Gazeta Olsztyńska” pisze wówczas: „Jeśli Matka Boska przemówiła w języku polskim do dzieci, jeśli moce niebieskie nie gardzą tym językiem, jakże my, ludzki, szary proch możemy się wstydzić polskości”.

    Objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie na znaczku, fot. Poczta Polska

    160 objawień w Gietrzwałdzie

    Wieść o objawieniach roznosi się po terenach dawnej I Rzeczpospolitej lotem błyskawicy. Przez pobliską granicę przybywają pątnicy z zaboru rosyjskiego, a ci z zaboru pruskiego przyjeżdżają koleją. Wysiadają na oddalonej ok. 7 kilometrów stacji Biesal, po niemiecku Biessellen, i idą piechotą. Przybywają z książeczkami do nabożeństw i różańcami, modlą się i proszą dziewczynki, by zadawały Maryi pytania dotyczące najróżniejszych kwestii.

    W sumie Matka Boża w Gietrzwałdzie objawia się 160 razy. Poświęca źródełko znajdujące się na łące opodal kościoła, by chorzy mogli czerpać z niego wodę. Później w tym miejscu miejscowi stawiają kapliczkę, a w niej umieszczają figurę wykonaną według opisu Justyny i Barbary.

    Kościół katolicki uznaje objawienia w Gietrzwałdzie i zatwierdza ich kult po stu latach od tych wydarzeń — 11 września 1977 roku. Oficjalny dokument zatwierdzający objawienia podpisuje biskup warmiński Józef Drzazga. Tym samym jest to jedyne zatwierdzone miejsce objawień maryjnych na terytorium Polski i jedno z 12 tego typu miejsc na świecie.

    Ślub w Paryżu i misja w Gwatemali

    Życie Justyny i Barbary po objawieniach nie jest łatwe. Władze pruskie chcą je aresztować, więc dziewczynki znajdują schronienie u Sióstr Miłosierdzia w Lidzbarku Warmińskim. Robią to poniekąd na życzenie Matki Bożej, która chciała, by żyły w zakonie. Następnie razem z siostrami jadą do Chełmna. Kontynuują naukę w Domu Św. Józefa w Pelplinie. W kolejnych latach jadą do Paryża, do domu macierzystego zgromadzenia. Obie wstępują do zakonu. Ich drogi po kilku latach jednak się rozchodzą.

    Siostra Barbara Samulowska w Gwatemali pod koniec życia, fot. Wikipedia

    Justyna nie jest w stanie wytrwać w życiu zakonnym. W 1897 roku odchodzi z zakonu, a w 1899 roku w Paryżu wychodzi za mąż za Raymonda Etienne Bigota. Co dzieje się z nią później? Nie wiadomo. Nie znamy daty jej śmierci ani miejsca pochówku.

    Barbara natomiast czuje, że jej powołaniem jest praca misyjna. W 1895 roku wyjeżdża do Gwatemali, gdzie pełni wiele funkcji i pomaga potrzebującym na wszystkie możliwe sposoby. W 1917 roku zostaje siostrą przełożoną w tamtejszym szpitalu. Po 54 latach posługi misyjnej, 6 grudnia 1950 roku, umiera na skutek ciężkiej choroby. Jej życzliwość, troska, pokora i więź z Bogiem sprawiają, że umiera w opinii świętości. Po staraniach o proces beatyfikacyjny, przysługuje jej tytuł Sługi Bożego.

    – Było w niej coś takiego, że kolejki ustawiały się do niej po rady w trudnych sprawach życiowych, małżeńskich, zawodowych, a nawet związanych z funkcjonowaniu miasta po trzęsieniu ziemi. Ta kobieta miała w sobie „magnes”, który sprawiał, że ludzie garnęli się do niej, potrzebowali jej obecności i rady. Nie zawdzięczała tego spektakularnym darom, ale była to konsekwencja osobistej bliskiej więzi z Panem Bogiem. Ta więź zawsze sprawia, że człowiek jest atrakcyjny także dla innych, gdziekolwiek by nie pracował — wspomina Barbarę Samulowską ks. prof. Lucjan Świto, delegat biskupi trybunału diecezjalnego w procesie beatyfikacyjnym Barbary Samulowskiej. — Natomiast o swoich objawieniach siostra Samulowska nigdy nie opowiadała. Było wiadomo, że widziała Matkę Bożą, natomiast kiedy próbowano ją dopytać o szczegóły, jedynie się uśmiechała i nie odpowiadała. Z pewnością jednak była bardzo mocno związana z Matką Bożą, a same objawienia odegrały w jej życiu ważną rolę.

    ze strony: Kopernik na Warmii

    ***

    6 września – pierwsza sobota miesiąca

    W kościele św. Piotra od godz. 17.00 możliwość przystąpienia do sakramentu pokuty

    Msza święta niedzielna (wigilijna ) o godz. 18.00

    Po Mszy świętej nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, które jest modlitwą wynagradzającą za obelgi i bluźnierstwa wypowiadane przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    fot. Cathopic

    ***

    I. POCHODZENIE NABOŻEŃSTWA WYNAGRADZAJĄCEGO W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA

    Nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi powstało ze wskazań Matki Bożej z Fatimy. Dziesiątego grudnia 1925 r. Matka Najświętsza objawiając się s. Łucji – wizjonerce znanej z objawień fatimskich, skierowała do niej następujące słowa: „Posłuchaj moja córko – moje Serce otaczają ciernie, które niewdzięczni ludzie bezustannie mi wbijają przez bluźnierstwa i niewdzięczność. Przynajmniej ty spróbuj mnie pocieszyć i rozgłaszaj, że wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwszą sobotę miesiąca, wyspowiadają się, przyjmą Komunię Świętą, odmówią różaniec i przez piętnaście minut dotrzymają mi towarzystwa, medytując nad różańcowymi tajemnicami w celu ulżenia mi w bólu, obiecuję, że będę przy nich w godzinie śmierci ze wszystkimi łaskami niezbędnymi dla zbawienia ich dusz”.

    Ta nowa forma kultu Matki Bożej ma na celu wynagrodzenie Niepokalanemu Sercu Maryi za cierpienia zadane przez grzechy ludzkości. Pan Jezus, objawiając się s. Łucji 30 maja 1930 r., wskazał, że to nabożeństwo jest zadośćuczynieniem za pięć zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:

    • obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu Maryi,
    • obelgi przeciw dziewictwu Najświętszej Maryi Panny,
    • obelgi przeciw Jej Bożemu macierzyństwu,
    • obelgi, przez które publicznie usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec Niepokalanej Matki,
    • bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    Szyderstwa i obelgi skierowane przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi sprawiają największy ból Synowi Bożemu – Jezusowi Chrystusowi, gdyż jest to obrażanie Tej, którą On kocha najbardziej. Są także dowodem braku zrozumienia Jej wyjątkowej roli w zbawieniu ludzkości.

    Tym, co nas deprymuje w oczach Boga, są zniewagi przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi; domagają się ekspiacji i zadośćuczynienia ze strony ludzi. Ponieważ jednym aktem nie możemy dokonać należnego wynagrodzenia, Matka Boża prosi i wzywa, aby odprawiać nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca w intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi.

    II. ELEMENTY NABOŻEŃSTWA PIERWSZYCH SOBÓT

    By wynagrodzić Matce Bożej pięć zniewag zadawanych Jej Sercu, nabożeństwo zawiera w sobie pięć ćwiczeń duchowych do spełnienia w pierwszą sobotę miesiąca (wyjątkiem jest spowiedź święta, którą według słów Jezusa do Łucji możemy odbyć wcześniej, ważne jednak by była ona w intencji pierwszosobotniej tzn. wynagrodzenia Niepokalanemu Sercu Maryi i byśmy byli w stanie łaski uświęcającej.)

    Są to:

    • Spowiedź święta.
    • Przyjęcie komunii świętej.
    • Odmówienie jednej części różańca (pięć tajemnic).Każdą tajemnicę kończymy słowami: „O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia”.
    • Towarzyszenie Matce Bożej przez piętnastominutowe rozmyślanie o tajemnicach różańcowych (jednej lub wielu).
    • Wszystkie powyższe elementy nabożeństwa należy spełnić w intencji wynagrodzenia Niepokalanemu Sercu Maryi.

    III. DLACZEGO PIERWSZA SOBOTA DNIEM WYNAGRODZENIA NIEPOKALANEMU SERCU MARYI?

    W tradycji chrześcijańskiej sobota jest dniem poświęconym czci Maryi, gdyż to cotygodniowe wspomnienie w sposób szczególny przypomina o stałej, dynamicznej i matczynej obecności Najświętszej Dziewicy w życiu Kościoła. Pierwsza sobota miesiąca jest dniem szczególnie uprzywilejowanym, w którym możemy przeżywać duchowo pamiątkę postawy Maryi jako Matki i Uczennicy Pańskiej. Ona w Wielką Sobotę – pomiędzy dniem ukrzyżowania Jezusa a dniem Jego zmartwychwstania – sama jedna spośród wszystkich uczniów trwała mocno w wierze i nadziei, oczekując zmartwychwstania Pana. Wielka Sobota była dniem wiary Maryi. W każdą pierwszą sobotę okazujemy wdzięczność Matce Najświętszej za Jej łaskawość wobec grzeszników, a przez nabożeństwo pierwszych sobót pragniemy wyrównywać braki naszej wiary i wynagradzać zniewagi uczynione naszej Matce.

    Na nabożeństwo pięciu pierwszych sobót składa się: intensywna praca nad wykorzenieniem zła z serc ludzi; bronienie się przed pokusami, które mu grożą i troska o świętość życia. Ważnym elementem pierwszosobotniego nabożeństwa jest piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi. To rozważanie jest potrzebne, aby Słowo Boże i zbawcze tajemnice rzeźbiły wnętrze człowieka i nakłaniały go do lepszego życia na wzór Maryi. Tak przeżywana sobota powinna oddziaływać na cały tydzień i tygodnie, aby człowiek stawał się bardziej Boży. Bo właśnie temu służy praktyka pierwszych sobót miesiąca. Nie przez lenistwo duchowe i wystawianie się na zło, ale przez wzmożony wysiłek, aby wraz z Maryją budować „nowe pokolenie”, które Ona formuje i oddaje Bogu, dokonuje się triumf Niepokalanego Serca. Nabożeństwo pierwszych sobót ma być nie tylko środkiem wynagradzania Niepokalanemu Sercu Maryi, ale i skuteczną formą własnego uświęcenia.

    o.Melchior Wróbel OCD

    (tekst jest fragmentem artykułu pochodzącego z półrocznika „Głos Karmelu” nr 95)
    This image has an empty alt attribute; its file name is MBiLucja.jpg

    informacje na temat nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl

    ***

    5 września – pierwszy piątek miesiąca

    W sali parafialnej przy kościele św. Piotra

    Godzinna Adoracja od godz.18.00

    W tym czasie – możliwość przystąpienia do sakramentu pokuty

    Msza święta o godz. 19.00

    MARGARET MARY ALACOQUE

    fot.Zvonimir Atletic | Shutterstock

    ***

    Naczynia połączone

    Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty. Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Dziś pierwszy piątek. Podejmiesz wyzwanie?

    Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.

    Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.

    Jak ciąża

    Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.

    Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?

    – Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.

    Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.

    Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.

    Chodzi o cel

    Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.

    Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.

    – W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.

    Wynagrodzenie

    Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.

    – Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.

    Czwartki

    Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    4 września – pierwszy czwartek miesiąca jest szczególnym dniem modlitwy za kapłanów.

    W kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego Msza święta o godz. 19.00

    Następnie – Godzina Święta

    Eucharystia

    fot.vatican.va

    ***

    W pierwszy czwartek miesiąca Kościół zachęca swoich wiernych do modlitwy za kapłanów. Tak jak księża w codziennej Liturgii Godzin i w osobistej modlitwie polecają Miłosiernemu Bogu swoich parafian – potrzebne jest również modlitewne wsparcie ze strony wiernych, aby kapłani mocą Ducha Świętego mogli głosić Boże Słowo i godnie udzielać święte Sakramenty.

    Istnieje Dzieło Duchowej Adopcji Kapłana, które trwa już od 12 lat. Polega ona na duchowej adopcji poprzez codzienną modlitwę wybranego przez siebie kapłana – jeśli nie za tego, którego nazwisko sam podasz, to tego, którego można wybrać z listy oczekujących. Można podjąć się adopcji stałej lub terminowej – wybór należy do Ciebie. Ksiądz adoptowany na stałe otrzymuje Kartę Adopcyjną, na pamiątkę przyjęcia przez Ciebie zobowiązania. O adopcji kapłan może się dowiedzieć lub nie – tu także wybór należy do osoby adoptującej.

    Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów powstało po to, by zachęcać ludzi pragnących wspierać kapłanów w ich posłudze, przede wszystkim poprzez modlitwę, ofiarowanie cierpień duchowych lub fizycznych, czy udział we Mszy Świętej.

    Na stronie DDAK podane są szczegóły o tej inicjatywie.

    ***

    Dobry pasterz, pasterz według Bożego serca, jest największym skarbem, jaki dobry Bóg może dać parafii i jednym z najcenniejszych darów Bożego miłosierdzia .

    św. Jan Maria Vianney

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje Słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ***

    Szczęśliwa dziewiątka.

    Skąd wzięła się praktyka odprawiania nowenn?

    Nowenna nie polega na przekonywaniu Boga, żeby dał. Bóg daje, ale ma coś lepszego.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Wczesną wiosną 1936 roku św. Faustyna zanotowała w „Dzienniczku” takie słowa spowiednika: „Niech siostra odprawia nowennę po nowennie, a Bóg łask nie odmówi”. Święta przekonywała się wielokrotnie o prawdziwości tego zapewnienia. Owocem nowenn były konkretne łaski. Gdy na przykład o. Andrasz polecił jej odprawienie nowenny w intencji lepszego poznania woli Bożej w odniesieniu do zaistnienia nowego zgromadzenia, pod koniec tej modlitwy zakonnica otrzymała „wewnętrzne światła i zapewnienie, że zgromadzenie to będzie i jest miłe Bogu”. Towarzyszyło temu duchowe pocieszenie: „w duszę moją wstąpił zupełny spokój i siła z wysoka”.

    Święta wielokrotnie, za zgodą przełożonych, odprawiała nowenny w różnych intencjach. W sierpniu 1937 roku, gdy do uroczystości Niepokalanego Poczęcia NMP przygotowywało się całe zgromadzenie, odprawiając wspólną nowennę, Faustyna otrzymała dodatkowo zgodę na odmówienie na cześć Maryi tysiąc razy „Zdrowaś Maryjo” każdego dnia przez dziewięć dni.

    „Już trzeci raz odprawiam taką nowennę do Matki Bożej, to jest składającą się z jednego tysiąca »Zdrowasiek« dziennie, to jest dziewięć tysięcy pozdrowień składa się na całość tej nowenny” – wyjaśniła Faustyna. Dodała, że choć odprawiła taką nowennę już trzy razy w życiu, to nigdy nie przeszkodziło jej to w wykonywaniu obowiązków. „W dniach tych nie wymówiłam ani jednego słowa niekoniecznie potrzebnego, chociaż muszę przyznać, że ta sprawa wymaga dość dużo uwagi i wysiłku. Ale dla uczczenia Niepokalanej nic nie ma za wiele” – zaznaczyła. W dniu uroczystości Niepokalanego Poczęcia przed Komunią Świętą ujrzała „Matkę Najświętszą w niepojętej piękności”. Maryja powiedziała z uśmiechem: „Córko Moja, z polecenia Boga mam ci być w sposób wyłączny i szczególny Matką, ale pragnę, abyś i ty szczególnie była Mi dzieckiem”.

    Odmawianie nowenn zalecał Faustynie także sam Jezus, wzywając ją na przykład do odprawienia tego nabożeństwa w intencji ojczyzny. Szczególne znaczenie ma nowenna poprzedzająca Białą Niedzielę, czyli obecne święto Miłosierdzia Bożego. „W tej nowennie udzielę duszom wszelkich łask” – obiecał Zbawiciel, osobiście dyktując też treść każdego dnia nowenny.

    Czekanie na Ducha

    Praktyka odprawiania nowenn ma swoje źródło u samych początków Kościoła – w czasie modlitewnego oczekiwania, jaki upłynął między wniebowstąpieniem a zesłaniem Ducha Świętego. Z Dziejów Apostolskich dowiadujemy się, że kiedy Jezus wstąpił do nieba, uczniowie wrócili z Góry Oliwnej do Jerozolimy i „weszli do sali na górze”. Tradycja utożsamia tę salę z Wieczernikiem na wzgórzu Syjon. „Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego” – czytamy (1,14). Dziesiątego dnia po wniebowstąpieniu Jezusa na zebranych zstąpił Duch Święty. Modlitwa w Wieczerniku trwała zatem dziewięć dni.

    Słowo „nowenna” pochodzi właśnie od słowa „dziewięć” (łac. novem).

    Już w średniowieczu istniała praktyka Mszy nowennowych, odprawianych przez 9 dni w jakiejś ważnej intencji. W XVIII wieku były znane nowennowe Msze za zmarłych – sprawowano je przez 9 dni po pogrzebie.

    Dość szybko popularność wśród wiernych zdobyła też praktyka nowenn modlitewnych, która z czasem stała się rodzajem nabożeństwa trwającego 9 dni, miesięcy lub lat, odprawianego prywatnie lub publicznie ku czci Boga lub świętego. Może mieć charakter dziękczynny, błagalny lub wielbiący.

    Nowenny odprawiane publicznie poprzedzają przede wszystkim święta i uroczystości kościelne. Oficjalnie w Kościele odmawia się nowennę przed Bożym Narodzeniem (o takiej modlitwie wspomina już Synod Toledański w 694 roku) i nowennę przed Zesłaniem Ducha Świętego. Tę ostatnią usilnie zalecił w 1897 roku Leon XIII.

    „Postanawiamy więc i polecamy, by w całym katolickim świecie w tym roku, a także po wszystkie czasy, we wszystkich kościołach parafialnych oraz, jeśli ordynariusze miejscowi uznają to za stosowne, także w innych świątyniach i kaplicach, była odprawiana nowenna przed Zesłaniem Ducha Świętego” – pisał papież w encyklice Divinum illud munus, udzielając za odprawienie nowenny, pod zwykłymi warunkami, odpustu zupełnego.

    Do tradycji w wielu parafiach weszło także wspólne odmawianie nowenny przed Niedzielą Miłosierdzia Bożego.

    Nowenny poprzedzają także obchody świąt lokalnych, przeżywanych w parafiach, zgromadzeniach czy instytutach życia konsekrowanego. Chodzi w nich o duchowe przygotowanie do uroczystości, a także uproszenie szczególnej łaski u Boga, często za wstawiennictwem świętego.

    Nowenny do świętych najczęściej są odmawiane w związku z ich charyzmatami. Popularne są nowenny do św. Józefa, na przykład o pomoc w znalezieniu dobrego męża czy dobrej żony albo o rozwiązanie jakiejś trudnej sprawy. Często w sprawach „beznadziejnych” wzywani w nowennach są św. Rita lub św. Juda Tadeusz. W kwestiach odnalezienia rzeczy zagubionych często odprawiane są nowenny do św. Antoniego. Niemniej trzymanie się „specjalizacji” świętych nie jest wymagane. Każdy może sobie wybrać dowolnego świętego – na przykład swojego patrona – i przez 9 dni wytrwale zwracać się za jego wstawiennictwem w swojej sprawie. Wielu ludzi potwierdza, że taka modlitwa przyniosła ważne zmiany w ich życiu.

    Wielkie nowenny

    Specjalnym rodzajem tego rodzaju nabożeństw są nowenny ogłaszane z racji nadchodzących wydarzeń, szczególnie ważnych dla danej społeczności lub całego Kościoła. W Polsce wyjątkowa pod tym względem była Wielka Nowenna – dziewięcioletni program duszpasterski poprzedzający Milenium Chrztu Polski. Jej obchody zapoczątkował prymas Stefan Wyszyński, który przebywając na przymusowym odosobnieniu, postanowił uczynić z tej nowenny rodzaj rekolekcji narodowych. Miały one przygotować Polaków do jubileuszu tysiąclecia chrześcijaństwa w Polsce. Program Wielkiej Nowenny został rozpisany na 9 lat, a każdy rok koncentrował się na kwestiach wyznaczanych przez odpowiednie motto, na przykład: „Małżeństwo – sakrament wielki w Kościele”, „Młodzież wierna Chrystusowi” czy „Weź w opiekę Naród cały”. Treści nowenny uwrażliwiały społeczeństwo na potrzebę życia w trzeźwości, czystości, w wierności Bogu. Ostatni rok Wielkiej Nowenny był wielką modlitwą maryjną, która akcentowała rolę Maryi czczonej na Jasnej Górze jako źródła narodowego ocalenia. Nowennie towarzyszyła peregrynacja kopii wizerunku Matki Bożej z Jasnej Góry. W założeniu obraz miał odwiedzić wszystkie parafie w Polsce, jednak we wrześniu 1966 roku został „aresztowany” przez służby PRL. Nie zatrzymało to peregrynacji – odbywała się dalej, w symbolu pustych ram. Nie osłabiło to duchowego oddziaływania przedsięwzięcia, za to jeszcze wymowniej dało świadectwo systemowi komunistycznemu.

    Wielka Nowenna była przeżyciem jedynym w swoim rodzaju. Wpłynęło ono na całe ówczesne pokolenie, to zaś przyczyniło się do osłabienia prądów laicyzacyjnych, obecnych już w Europie Zachodniej i w państwach o podobnej sytuacji, w jakiej znajdowała się Polska.

    W tym roku Kościół w Polsce rozpoczął kolejną Wielką Nowennę – tym razem jej celem jest, jak napisał przewodniczący KEP abp Tadeusz Wojda, „odrodzenie duchowo-moralne i przygotowanie do Jubileuszu dwutysiąclecia Odkupienia”. Głównymi punktami tej nowenny będą coroczne uroczystości Triduum Paschalnego, Wniebowstąpienia Pańskiego, Zesłania Ducha Świętego i uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata. „Obchodząc co roku te najważniejsze momenty liturgiczne, będziemy w sposób szczególny dziękować i uwielbiać Boską Trójcę za dzieło Odkupienia, które ogarnia cały świat” – zapowiedział metropolita gdański.

    Co ważniejsze

    Liczne świadectwa osób wysłuchanych potwierdzają „skuteczność” nowenn. Nie samo wypełnienie próśb jednak jest w nowennie najistotniejsze, lecz fakt, że skłaniają one człowieka do wytrwałej modlitwy. Regularne zwracanie się ku Bogu jest wartością samą w sobie, dużo większą niż zaspokojenie doraźnych potrzeb – choć i tym sprawom Bóg chętnie zaradza. Ostatecznie okaże się, że w nowennie to nie człowiek nakłania Boga do udzielenia łask, ale On łowi człowieka, aby przyjął łaskę największą: Jego samego. Ta łaska gwarantuje szczęście: i teraz, i w wieczności.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    25.IX – 26.IX

    Szósta Godzina Męki Pańskiej

    O północy z czwartku na piątek 25/26 września w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.

    ***

    Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:

    – o wypełnienie się Woli Bożej w naszym Narodzie

    – o przemianę polskich serc

    – za dusze czyśćcowe

    – o zaprzestanie aborcji

    – o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    11.IX – 12.IX

    Czwarta Godzina Męki Pańskiej

    O północy z czwartku na piątek 11/12 września w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.

    szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl

    ***

    Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:

    – o wypełnienie się Woli Bożej w naszym Narodzie

    – o przemianę polskich serc

    – za dusze czyśćcowe

    – o zaprzestanie aborcji

    – o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    4.IX – 5.IX

    Trzecia Godzina Męki Pańskiej

    O północy z czwartku na piątek 4/5 września w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.

    ***

    O inicjatywie i jej autorach

    Inicjatywę 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę współtworzy grupa modlitewna osób pochodzących z różnych części Polski, żyjących duchowością pasyjną. Została zainicjowana w parafii Trójcy Przenajświętszej w Burzynie, gdzie w sierpniu 2022 r. po raz pierwszy zostało zorganizowane, znane w obecnej formie, rozważanie 24 Godzin Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny, choć samo nabożeństwo przy udziale tych samych osób było organizowane w tej parafii już wcześniej, a przez inne grupy i wspólnoty także w innych częściach Polski.

    Od tego czasu 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę odbyło się w wielu kościołach, kaplicach i sanktuariach maryjnych w Polsce, jak np. na Jasnej Górze, w Gietrzwałdzie, w Krakowie na Skałce, w Małym Płocku, w Rychwałdzie.

    Opiekunem grupy jest o. Josip Magdić ze zgromadzenia oo. Misjonarzy Montfortanów z Częstochowy, który udzielił swojego błogosławieństwa na to dzieło.

    Jego istotą jest modlitwa przebłagalno-ekspiacyjna za grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie oraz w intencji wypełnienia się w niej Woli Bożej. Polega na trwaniu przez 24 godziny przed wysta­wionym Najświętszym Sakramentem i rozważaniu, godzina po godzinie, Męki naszego Zbawiciela wg pism włoskiej mistyczki Luizy Piccarrety.

    Grupa tworząca dzieło 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę organizuje w wybranych parafiach takie nabożeństwa kilka w razy w roku, ale oprócz tego zachęca inne grupy, aby we własnym zakresie, ale w łączności, także podejmowały tę inicjatywę, tak aby cała Polska była objęta łaskami płynącymi z tych rozważań. I tak się dzieje. Na zaproszenie odpowiedziała już ponad setka parafii, nie tylko w Polsce. W niektórych Męka odbywa się już cyklicznie raz w miesiącu.

    Pomysłodawcami 24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę są zatem konkretni ludzie (jest nim sam Jezus tak naprawdę…), ale organizatorem może stać się każdy, a wręcz jest wskazane, aby lokalne wspólnoty parafian wraz ze swoimi kapłana­mi włączały się w to nabożeństwo w intencji Ojczyzny. Dla nich to powstała stro­na: www.vicona.pl/24, która może stać się pomocna przy organizacji w parafii „24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę”.

    W sierpniu 2025 r. zrodziła się nowa inicjatywa nieustannego (365 dni w roku) rozważania Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny i dusz czyśćcowych. Czyli już nie tylko punktowe wydarzenie w danym miejscu co jakiś czas ale dwadzieścia cztery godziny na dobę w domach wiernych. Ogólna zasada jest taka, aby raz tygodniu rozważyć jedną Godzinę Zegara Męki Pańskiej w zadeklarowanym przez siebie czasie. Osoby zgłaszające się będą podzielone na kilka grup modlitewnych. Każda z nich, aby objęła nieustanną modlitwą cały rok musi zawierać 504 osoby.


    Dlaczego modlimy się za Polskę?

    Żyjemy dziś w czasach największej apostazji, czyli odejścia od Boga. Sekularyzacja państw Zachodu jest faktem. Polska, choć uważana za ostoję katolicyzmu, też stopniowo ulega tej fali. Coraz więcej ludzi, także tych deklarujących się katolikami, żyje tak, jakby Pana Boga nie było i opowiada się za strukturami zła w swoich wyborach. Czas, w którym przyszło nam żyć, jest czasem bezkompromisowej walki duchowej. Ale co gorsza, nawet ludzie wierzący nie zawsze to widzą, trwając w stanie uśpienia i letargu. A przecież wiele proroctw mówi o szczególnej misji, jaką Polska ma odegrać wobec innych narodów. Jakże się to stanie, skoro widzimy, że sprawy w naszym kraju idą w tak złym kierunku?

    Jako główną intencję naszej modlitwy przyjęliśmy więc wynagrodzenie za wszystkie grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie oraz intencję o wypełnienie się w niej Woli Bożej. Modlimy się, prosząc o wstawiennictwo: Maryję Królową Polski, Świętego Michała Archanioła, Anioła Stróża Polski, patronów Polski, a zwłaszcza św. Andrzeja Boboli, polskich świętych i błogosławionych oraz dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków.

    Zbawiciel pragnie, aby na każdy skrawek polskiej ziemi, na każde miasto i na każdą wioskę spłynęła Jego drogocenna Krew, by je pobłogosławić i ochronić! Luiza Piccarreta tak o tym pisze w swoim dzienniku:

    Zadowolenie, jakie Błogosławiony Jezus odczuwa, gdy rozważamy te Godziny jest takie, że życzy On sobie, aby przynajmniej jeden egzemplarz tych medytacji znajdował się w każdym mieście i miejscowości dla praktykowania przez dusze, ponieważ gdy je czytamy, Jezus słyszy w tych zadośćuczynieniach odtwarzany Swój własny głos i Swoje modlitwy jakie wznosił do Ojca w czasie dwudziestu czterech godzin Swojej bolesnej Męki. I jeśli byłoby to praktykowane przez przynajmniej kilka dusz w każdym mieście lub miejscowości, to wydaje mi się że Jezus daje mi do zrozumienia, że Boża Sprawiedliwość zostałaby częściowo ułagodzona, a Jego uderzenia byłyby częściowo powstrzymane, i jak gdyby przygaszone, w tych smutnych czasach udręki i przelewu krwi.

    Zadośćuczynienie

    Wielu wierzących nie dostrzega, że każdy grzech popełniony indywidualnie ma swoje negatywne reperkusje nie tylko wobec jednostki ale i całego społeczeństwa czy narodu, i domaga się zadośćuczynienia.

    Dlatego podczas 24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę, nabożeństwa o charakterze ekspiacyjnym, wynagradzamy za wszystkie grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie (zarówno przez żyjących jak i zmarłych Polaków), zwłaszcza za grzechy: zbrodni wobec nienarodzonych dzieci, nieczystości, apostazji, nienawiści, podziałów, kłótni i nieprzebaczenia, pijaństwa, rozwodów, niegodnego przyjmowania Komunii Świętej, zdrady narodu. Wynagrodzenie to nie tylko łagodzi Bożą sprawiedliwość wobec żyjących, ale w przypadku zmarłych, uwalnia ich dusze z czyśćca, a te z kolei, z wdzięcznością orędują za swoimi dobroczyńcami.

    Dziś mało kto wzywa do pokuty i nawrócenia. Bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach Kościoła w Polsce była zorganizowana w 2016 r. Wielka Pokuta – największe w historii chrześcijaństwa nabożeństwo przebłagalno-ekspiacyjne, które zgromadziło pod wałami klasztoru jasnogórskiego ponad 140 tysięcy wiernych. Zebrali się, by prosić Boga o wybaczenie grzechów swoich oraz całego narodu. Wierzymy, że tamto wydarzenie nie było ostatnim, ale zapoczątkowało akty kolejnych wynagrodzeń. Modlimy się zatem w duchu i w łączności z Wielką Pokutą, aby kontynuować to wielkie dzieło ekspiacji. Podczas modlitwy o uwolnienie Polski spod mocy ciemności, która została wypowiedziana 15 października 2016 r., padły m.in. takie słowa: „Ojcze, Boże Wszechmogący, nadszedł już czas, aby raz na zawsze odwrócić się od grzechów naszych i naszych nieprawości, które ranią Twoje Ojcowskie Serce, od szatana, księcia tego świata, ojca kłamstwa i iluzji, a zwrócić się całym sercem do Ciebie. Pragniemy jak mieszkańcy Niniwy dzisiaj błagać Cię o przebaczenie naszych grzechów, win i nieprawości. Za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi!”. Niech Jego oczyszczający i uświęcający płomień zstąpi teraz na nas tu obecnych, na wszystkich Polaków mieszkających na tej ziemi i poza jej granicami”. Dlatego i my powtarzamy te słowa oraz inne fragmenty tej potężnej modlitwy, rozpalając wielki płomień, czego konkretnym wyrazem jest wieńczące nasze rozważania nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi.


    ​Aby Polska posłuszna była woli Bożej!

    Nasz Pan powiedział do św. Siostry Faustyny: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje. (Dz. 1732)

    ​Posłuszeństwo Woli Bożej jest więc kluczowe dla Polski, aby mogły się przez nią wypełnić plany Boże. Abyśmy jako naród wypełnili misję, jaką Bóg przeznaczył nam w planie zbawienia. Mimo, że wiele proroctw mówi o tym, że Polska ma do odegrania ważną rolę, to jednocześnie wiemy, że jest to warunkowe: „jeżeli posłuszna będzie woli Mojej”. Widzimy też, jak niebezpieczne ideologie pojawiające się w naszym kraju, zagrażają dziś naszej wierze, moralności i rodzinie oraz stanowionemu prawu. Młode pokolenie często nie chce mieć już nic wspólnego z Kościołem i dokonuje apostazji, a nawet ją promuje i zachwala. Zagrożona jest również jedność samego Kościoła. Dym szatana, o którym mówił papież Paweł VI, dostał się do jego wnętrza i postępuje coraz śmielej.

    W obliczu tych zagrożeń, podejmujemy walkę modlitewną o Polskę, by posłuszna była woli Bożej, i by przygotować duchowy fundament pod iskrę, która ma z niej wyjść.​

    Nieprzypadkowo temat posłuszeństwa Polski Woli Bożej wiążemy z rozważaniem dzieła napisanego przez włoską mistyczkę Luizę Piccarretę, małą córeczkę Woli Bożej, jak nazywał ją sam Jezus, ponieważ Wola Boża jest istotą całego orędzia, które otrzymała. Ale Wola Boża nie rozumiana jedynie jako jej „spełnianie”, ale „życie w Woli Bożej”, co jest pewną nowością, którą trzeba dobrze zrozumieć. Wola Boża staje się wręcz pożądanym Darem – a więc radością − który możemy posiąść, a nie trudnością i powinnością, którą trzeba wypełnić. Luiza usłyszała od Jezusa, że od niej rozpoczyna się nowe „pokolenie dzieci Woli Bożej”, łańcuch dusz powołanych do życia w Woli Bożej. Wola Boża będzie rozumiana i spełniana na zupełnie nowy sposób, właśnie jako życie w niej i nią jako swoją własną. Będzie to przywrócenie na ziemi pierwotnego porządku, jaki panował przed grzechem pierworodnym – „…bądź Wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi” – choć nie znaczy to, że grzech zostanie zupełnie wyeliminowany, bo to nastąpi dopiero w Królestwie Niebieskim.​


    Jeśli to prawda, że przyszłe pokolenia (a może już nasze?) otrzymają tę wielką łaskę, aby móc w pełni żyć w Woli Bożej, chcemy już dziś uczyć się tego, otwierając nasze serca na ten Dar – być tym zaczątkiem. I chcemy tego dla Polski. Chcemy modlić się o to, aby również Polska przyjęła ten Dar i żyła nim, stanowiąc prawo, które jest prawem Bożym, i aby przez to wypełniły się Boże zamiary względem niej. Jaka modlitwa mogłaby być do tego odpowiedniejsza, niż rozważanie Męki Pańskiej spisanej przez Małą Córeczkę Woli Bożej, która to modlitwa w całości opiera się na zespoleniu z Wolą Bożą, czy wręcz na „posługiwaniu się” nią?​

    Jezus mówił do Luizy: (…) większy lub mniejszy efekt tych GODZIN MĘKI wynika z większej lub mniejszej jedności, jaką ze Mną tworzą. Jeśli stworzenie rozważa je za pośrednictwem mojej Woli, to ukrywa się w mojej Woli, a kiedy działa moja Wola, mogę czynić wszelkie dobro, jakiego zapragnę, nawet za pomocą jednego tylko słowa. I będę to czynił za każdym razem, gdy będziecie je rozważać.

    ​Odmiennością tych Godzin, w stosunku do innych rozważań Męki Pańskiej, jest odtwarzanie w sobie wszystkich uczuć, myśli, pragnień i zadośćuczynień Jezusa, jakby to były nasze, a więc wejście w Jego Wolę, aby uczynić ją naszą wolą. Przekładając to na intencję za Polskę, którą sobie wyznaczyliśmy − bierzemy pragnienia Jezusa, a więc Jego Wolę względem naszej Ojczyzny i jednocząc się z nią, za jej pomocą, wyrażamy te same pragnienia i prośby do Ojca Niebieskiego, aby spełniło się to, czego On chce i czego my chcemy w Jego Woli. Mamy pewność, że taka intencja nie może być nigdy zła, ponieważ nie prosimy o to, co my uważamy za dobre dla nas, ale o to, czego chce Bóg dla naszej Ojczyzny. A On ma zawsze najdoskonalszy plan!

    Nieustanne Rozważanie Męki Pańskiej

    Kalendarz Męki

    Wybierz dzień i godzinę Rozważania

    szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl

    ***

    środowa audiencja – 2 września 2025

    Ojciec św.Leon XIV zachęcił Polaków do modlitwy i zaproponował szczególną intencję na miesiąc wrzesień

    FOT. VATICAN NEWS/YOUTUBE.COM (PRINT SCREEN)

    ***

    W szczególnych słowach do Polaków Leon XIV zwrócił się w trakcie dzisiejszego spotkania na placu św. Piotra.

    Do modlitwy w intencji dzieci i młodzieży powracających do szkół oraz tych, którzy troszczą się o ich wychowanie zachęcił papież Polaków podczas dzisiejszej audiencji ogólnej:

    Serdecznie pozdrawiam Polaków! Niech wrzesień będzie czasem modlitwy w intencji dzieci i młodzieży powracających do szkół oraz tych, którzy troszczą się o ich wychowanie i wykształcenie. Proście dla nich, przez wstawiennictwo błogosławionych, a wkrótce świętych, Piera Giorgia Frassatiego i Carla Acutisa, o dar głębokiej wiary na drodze wzrastania. Z serca wam błogosławię! – powiedział papież.

    Streszczenie papieskiej katechezy po polsku:

    W dzisiejszej katechezie zatrzymujemy się nad dwoma słowami Chrystusa na krzyżu: „pragnę” i „dokonało się”. „Pragnę” wyraża nie tylko potrzebę fizyczną, ale głębokie pragnienie miłości, relacji i komunii. Pokazuje, że prawdziwa miłość nie tylko daje, ale też umie prosić – dlatego Jezus z wysokości krzyża uniża się, prosząc o łyk wody. Z kolei „dokonało się” potwierdza, że ta uniżona miłość w pełni dokonała dzieła Odkupienia. Bóg zbawił nas nie przez swoje działanie, lecz pozwalając, by Jemu coś uczyniono. Podobnie i my – miarą człowieczeństwa nie jest samowystarczalność, ale umiejętność powiedzenia: „potrzebuję”. Postawa proszenia otwiera nas na komunię z Bogiem, prowadzi ku zbawieniu i pozwala doświadczać wolności oraz radości płynących z miłości darowanej i otrzymywanej.

    KAI, pa/Stacja7

    ***

    86 ROCZNICA II WOJNY ŚWIATOWEJ

    BENEDYKTYNKI SAKRAMENTKI, POWSTANIE WARSZAWSKIE

    Wikipedia | Domena publiczna

    ***

    1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz, czczony pod tym wezwaniem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. Dzisiejsze święto Matki Bożej, jako Królowej Pokoju, wiąże się z objawieniami fatimskimi. Bowiem już wtedy, w roku 1917, z wielką troską napominała ludzkość mówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”

    I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie hekatomba II wojny światowej.

    Niemcy bez wypowiedzenia wojny o świcie przekroczyły na całej długości granice naszego państwa. Osamotniona Polska mimo bohaterskiego oporu trwającego ponad pięć tygodni nie mogła skutecznie przeciwstawić się agresji Niemiec i sowieckiej inwazji przeprowadzonej 17 września.

    ***

    Najświętsza Maryja Panna Królowa Pokoju. Jej obraz znajduje się w klasztornym kościele w Stoczku Warmińskim.

    ***

    Zofia Kossak tu, na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała  “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:

    “Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — to wrzesień...

    Takie zatem, a nie inne  — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.

    …Wrzesień…

    Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili  dzieci,  żołnierze  bez  broni,  bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…

    Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…

    Tysiące  oszalałych   ludzi   wędruje  na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.

    (Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.

    Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla  płonęły czerwienią i  złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.

    Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie  wróci.  Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.

    Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...

    Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach  przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?

    Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…

    ***

    fot. Wikipedia

    ***

    Co święta siostra Faustyna mówiła o II wojnie światowej?

    Święta siostra Faustyna zmarła na rok przed wybuchem II wojny światowej. Jednak już za swojego życia mówiła o okrutnej wojnie i cierpieniu Polaków.

    Tym, którzy przeszli przez doświadczenie II wojny światowej, słowa zapisane w „Dzienniczku” św. Faustyny jawią się jako szczególna Ewangelia miłosierdzia Bożego napisana w perspektywie XX wieku – pisał Jan Paweł II.

    święta siostra Faustyna o II wojnie światowej. Takie słowa skierowała do błogosławionego księdza Michała Sopoćki

    W 1938 roku w szpitalu na krakowskim Prądniku, Faustyna kilku innym siostrom zakonnym, zapowiedziała wybuch II wojny światowej. Miała widzenia ogromnych zniszczeń, eksterminacji, prześladowań duchowieństwa.

    Swojemu spowiednikowi, księdzu Sopoćce mówiła, że „w Polsce przyjdą bardzo ciężkie chwile. Widziałam rodaków wywożonych na wschód i zachód”.

    Ważne słowa Pana Jezusa do Faustyny. Dotyczyły Polski

    W ostatnim roku życia usłyszała wewnętrznie słowa Jezusa: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” (Dz. 1732).

    Te słowa były na różne sposoby interpretowane. Jan Paweł II w swojej wypowiedzi z 17 sierpnia 2002 roku mówił, że ową iskrą jest orędzie Miłosierdzia Bożego przekazane przez św. Faustynę. W jego opinii „iskra” nie jest pojedynczą, konkretną osobą, ale jest zadaniem czcicieli Bożego Miłosierdzia z Polski i całego świata, która przygotuje przemianę, w imię Bożego miłosierdzia, Polski i całego świata.

    święty Jan Paweł II: Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia

    Posłannictwo Miłosierdzia Bożego miało swój czas, był to czas straszliwej II wojny światowej, straszliwej pod wielu względami, była to jakaś ostateczna eskalacja zła na naszym kontynencie. Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia, którego świadkiem, rzecznikiem stała się ta prosta córka polskiej ziemi – mówił Jan Paweł II w Płocku, 7 czerwca 1991 roku.

    święta siostra Faustyna o Ojczyźnie: „Rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę”

    Faustyna codziennie modliła się za Polskę i ofiarowywała za nią cierpienia. W swoim „Dzienniczku” zapisała: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów za ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu, Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna.” (Dz. 1038)

    W innym miejscu pisała: „Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie Boże na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.” (Dz 1188)

    faustyna.pl, wikipedia, Onet Religia/Stacja7

    ***

    Uroczystości i święta

    w Roku Liturgicznym 2025

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wśród licznych świąt kościelnych można wyróżnić święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są od uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.

    Święta nakazane w 2025 roku:

    1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    Pomóż w rozwoju naszego portalu

     Wspieram

    6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2025 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak Kościół bardzo zachęca do udziału w liturgii również w te dni.

    2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    5 marca (środa) – Środa Popielcowa

    17-19 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne (UWAGA: Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski

    9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 30 listopada.

     ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00

    ***

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani

    ***

    W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli

    Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00

    ***

    W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej

    ***

    W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.

    ***

    W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.

    ***

    W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00

    Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.

    W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30


    Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.

    ***


    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00

    Po Mszy św. jest Godzina Święta

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    Naczynia połączone

    Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.

    Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?

    „Najświętsze  Serce Jezusa”,  obraz nieznanego  artysty z XIX wieku.
    ISTOCKPHOTO

    ***

    Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.

    Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.

    Jak ciąża

    Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.

    Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?

    – Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.

    Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.

    Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.

    Chodzi o cel

    Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.

    Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.

    – W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.

    Wynagrodzenie

    Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.

    – Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.

    Czwartki

    Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny


    W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.

    ***

    W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.

    Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?

    Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

    fot.  Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.

    Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.

    W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.

    Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.

    Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.

    Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.

    Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.

    To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.

    Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela

    ***

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.

    Jeżeli jednak przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.

    Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.

    ***

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ***

    “Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ***

    Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?

    Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii świętej.

    Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).

    Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).

    Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).

    Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.

    – Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.

    Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.

    W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.

    Wielkie zmiany

    Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.

    W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.

    Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.

    Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.

    A co jeśli…

    Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?

    – Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.

    Co po Komunii?

    Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Przyjmujesz Komunię św. na rękę?

    Grozi ci utrata wiary. To fakt, nie opinia

    (fot. Pixabay)

    ***

    Tradycyjna duchowość, wyrażająca się poprzez staranne formy liturgiczne czy przyjmowanie Komunii Świętej do ust, sprzyja większej wierze w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Tak wynika z badania przeprowadzonego na Uniwersytecie Williama Patersona w USA.

    Autorzy badania przeprowadzili ankiety wśród 860 katolików ze Stanów Zjednoczonych. Spośród respondentów jedynie 31 proc. zadeklarowało wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Jedna czwarta przyznała, że Komunia Święta ma dla nich znaczenie „symboliczne”. Reszta uczestników ankiety nie miała w tej kwestii sprecyzowanego zdania.

    Najbardziej uderzający wniosek dotyczył korelacji pomiędzy sposobem przyjmowania Komunii Świętej oraz formą ekspresji liturgicznej, a wiarą w realną obecność. Wiarę w naczelną katolicką prawdę deklarowało 55–60 procent. przyjmujących Komunię do ust. W grupie przyjmujących „na rękę”, wynik ten wynosił tylko 31 proc.

    Podobna korealacja zachodziła w przypadku innych czynności liturgicznych, np. wykorzystania na Mszy dzwonków. Wyższe wskaźniki wiary w Chrystusa Eucharystycznego odnotowano także wśród katolików, którzy mieli kontakt z klasycznym rytem rzymskim Mszy świętej.

    W ocenie autorki badania, dr Natalie A. Lindemann, powrót do tradycyjnych form eucharystycznych, takich jak przyklękanie, czy przyjmowanie Komunii na klęcząco i do ust ma potencjał wzmocnić w katolikach wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie.

    PCh24.pl/źródło: vaticannews.com

    ***

    Ks. Rafał Hołubowicz:

    Komunia święta na klęcząco i do ust nadal pierwszą i podstawową formą

    (Pietro Antoni Novelli (1769) Public domain)

    Uroczystość Pierwszej Komunii Świętej – święto Jezusa Eucharystycznego, który za chwilę zagości po raz pierwszy w sercach Mu najbliższych – Dzieci, tych które zawsze szczególnie miłował i które nawet dorosłym stawiał za wzór; w sercach czystych po wczorajszej uroczystości Pierwszej Spowiedzi Świętej, równie ważnej, równie podniosłej i równie pięknej, jak ta dzisiejsza. Atmosfera jest naprawdę niecodzienna, przepełniona jakimś wyczekiwaniem, może pewnym niepokojem czy wszystko się uda, ale także wielką radością, która rysuje się zarówno na twarzach samych dzieci, jak również ich rodziców, którzy przez ostatnie miesiące także trudzili się nad jak najlepszym przygotowaniem swoich pociech do tego niezwykłego wydarzenia. Kościół pięknie przyozdobiony, mnóstwo białych kwiatów, dzieci w białych strojach liturgicznych, tłumy ludzi w świątyni i wokół niej. Wszystko świadczy o tym, że dzieje się coś niezwykłego, coś tajemniczego, coś mistycznego.

    Rozpoczyna się uroczysta Liturgia, dzieci biorą w niej czynny udział. Radość i napięcie ciągle rosną, aż w końcu nadchodzi ten wyczekiwany moment pierwszej Komunii Świętej. Na środku, przed ołtarzem przystrojony klęcznik; każde z dzieci podchodzi pojedynczo, klęka z pięknie złożonymi dłońmi, otwiera usta i po raz pierwszy przyjmuje na język, a w rzeczywistości do serca, prawdziwego Jezusa Chrystusa. Ciężko nawet opisać wielką radość i pokój, które promieniują z dziecięcych twarzy. Po dzieciach zaczyna się Komunia Święta pozostałych uczestników uroczystości. Kapłan jest sam, panuje ścisk i zamieszanie, bo kościół jest mały a przybyłych naprawdę dużo. I nagle….

    Zbliża się najpierw dwójka dzieci, które wyciągają rękę po Komunię Świętą, ale w obecnych okolicznościach, z pełną rozwagą duszpasterską, kapłan udziela im Komunii na język. Dziewczynki jedna, potem druga spokojnie ją przyjmują i się oddalają. Okazuje się jednak, że następna do Komunii przystępuje ich mama. Także wyciąga rękę, kapłan prosi ją jednak grzecznie o godne przyjęcie Jezusa do ust (co nawiasem mówiąc jest regułą w tej wspólnocie parafialnej). Kobieta jednak obrusza się i odchodzi, odmawiając przyjęcia Chrystusa Eucharystycznego. Jak widać nie On był tutaj najważniejszy.

    No a potem, jak nie trudno się domyśleć, zaczynają się problemy. Kilka dni po uroczystości bardzo nieprzyjemny telefon od tej pani, która oczywiście od pierwszych słów zwraca się do księdza per „pan” (zresztą w dniu Komunii Świętej do siostry zakonnej przygotowującej dzieci zwracała się per „pani”). Zarzuca mu zmuszanie dzieci do przyjęcia Komunii wbrew ich woli, czym rzekomo wywołał u nich poważną traumę (nie potwierdza tego ich zachowanie na przyjęciu komunijnym, w którym uczestniczyły). Czuje się obrażona zachowaniem kapłana, który odmówił jej przyjęcia Komunii tak jak tego żądała, choć w rzeczywistości to nie on jej odmówił, bo przecież chciał jej udzielić Komunii, ale ona po prostu odmówiła przyjęcia Pana Jezusa, mimo prośby kapłana. Domaga się oczywiście przeprosin twierdząc, że tacy księża odstręczają ludzi od kościoła. Znowu jednak zostaje skorygowana, gdyż akurat w tej parafii liczba uczestników liturgii ciągle rośnie do tego stopnia, że trzeba było wprowadzić kolejną Mszę, gdyż wierni już się po prostu nie mieścili. I jak można się domyślić nie chodzi tylko o staruszki, ale kościół pełen jest młodych rodzin, dzieci, młodzieży, i to z pewnością nie dlatego, że kapłan udziela Komunii św. na rękę i mówi jakieś miałkie kazania o wszystkim i o niczym. Jest wręcz odwrotnie.

    Jednak, wracając do rozmowy z oburzoną „katoliczką”, pani nie jest usatysfakcjonowana tym co słyszy; nie trafiają do niej także żadne merytoryczne argumenty dotyczące przepisów prawa kanonicznego. Rozzłoszczona rzuca słuchawką i straszy kapłana Kurią. I rzeczywiście na ciąg dalszy nie trzeba długo czekać. „Pobożna katoliczka” pisze e-maila do Kurii, rozsyłając go również na wszystkie możliwe adresy, które znalazła na stronie Archidiecezji. Nie omieszkała też poinformować o całym zajściu Rzecznika Praw Dziecka, gdyż kapłan, jak to sama określiła, „wpychał jej dziecku łapy do ust”. Potem telefon z Kurii, i przysłowiowe „udawadnianie, że nie jest się wielbłądem”. Niepotrzebne nerwy i stres, bo nigdy nie wiadomo jak skończy się ta sprawa, gdyż w dużej mierze zależy to od tego, na czyje biurko w Kurii trafi. 

    Przytoczona tutaj sytuacja, a podobnych w ostatnim czasie coraz więcej, skłoniła mnie do głębszej refleksji nad tym, czym jest Msza św., czym jest Eucharystia i dlaczego w dzisiejszych czasach, gdy tyle słyszymy o profanacjach Najświętszego Sakramentu, i to już nie tylko gdzieś za granicami, ale także w naszej Ojczyźnie, nikt tak naprawdę nie podejmie na nowo tematu sposobu udzielania Komunii św.

    Piszę o tym, ponieważ wiem, że podobne sytuacje coraz częściej spotykają kapłanów, którzy na poważnie biorą słowa samego Jezusa odnośnie tego, czym a raczej Kim jest Eucharystia i niejednokrotnie narażeni są na poważne nieprzyjemności ze strony swoich przełożonych, którzy dla tzw. „świętego spokoju” są w stanie poświęcić kapłana, byleby tylko sprawa nie trafiła do mediów. 

    Inna kwestia, że dzisiaj coraz powszechniejsze jest, tak naprawdę niczym nieuzasadnione, dążenie do powszechnego braterstwa za wszelką cenę, nawet za cenę indyferentyzmu religijnego i zrównania w ważności wszystkich wierzeń i religii. No i kto jest największą w tym przeszkodą? Oczywiście Zmartwychwstały Pan, gdyż od tego, byśmy wszyscy mogli stanąć przy jednym stole i sprawować „coś”, bo przecież nie Boską Liturgię, dzieli nas właśnie prawda o Zmartwychwstaniu Pana i o Jego realnej obecności w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, którą przecież nie wszyscy uznają. I znowu Jezus jest kością niezgody i przeszkodą w drodze do powszechnego braterstwa.

    Na kanwie tego wszystkiego chciałbym wykazać pełną prawdę tezy, jak widać nie dla wszystkich dzisiaj jasnej, że forma przyjmowania Komunii św. na rękę nie jest formą zwyczajową w przeciwieństwie do formy przyjęcia Jej do ust. A takie wrażenie odnosi się chociażby, kiedy czyta się dokument Konferencji Episkopatu Polski z 3 marca 2005 r., który zawiera następujące stwierdzenie: „Komunii świętej udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś prosi o Komunię na rękę przez gest wyciągniętych dłoni, należy mu w taki sposób jej udzielić”[1]. I tak od razu, na marginesie, należy zauważyć, że stwierdzenie, iż każdy może prosić o Komunię na rękę nie oznacza automatycznie, że kapłan zawsze ma obowiązek mu ją w tej formie udzielić. Jak zobaczymy w dalszej części, zgodnie z obowiązującym prawem kanonicznym, kapłan ma zawsze możliwość nie podania wiernemu Komunii na rękę.

    Inna ważna kwestia, która umyka wielu osobom, potocznie mówiącym o przyjmowaniu Komunii św. na rękę, jest taka, że określenie to jest błędne z samego swego założenia. Nikt nie przyjmuje Komunii św. na rękę. Ciało Pańskie nie przenika przecież przez skórę dłoni do krwiobiegu. Komunię św. można przyjąć tylko i jedynie do ust. Nawet jak ktoś prosi, by mu Ją położyć na dłoni, musi ją później i tak przyjąć na język. Nie ma innej możliwości. Niby oczywiste, a jednak …. I ostatnie ważne dopowiedzenie, które należy zrobić w tym momencie, choć równie oczywiste jak poprzednie, to fakt, że przepisy prawa partykularnego nigdy nie mogą stać w sprzeczności z normami prawa powszechnego.

    Od razu także chcę zaznaczyć, że niniejszy artykuł nie jest artykułem naukowym sensu stricto, dlatego też nie przytaczam w nim szczegółowych unormowań odnoszących się do tego zagadnienia na przestrzeni wieków. Pragnę tylko wykazać, że powszechnie przyjęta opinia, wykorzystywana przez wielu zwolenników Komunii na rękę, zwłaszcza gdy wchodzą w konkretnej sytuacji „w konflikt” z kapłanem, jest z zasady błędna, i powinni to uwzględnić także ci, którzy owego kapłana będą strofować, wykazując mu jego niewiedzę i zmuszać do przyjęcia postawy niezgodnej, przede wszystkim z jego kapłańskim sumieniem, ale także z normami Kościoła Powszechnego.

    Aby mówić o tak ważnej kwestii, nie sposób przynajmniej w dwóch zdaniach nie poruszyć tematu Najświętszej Eucharystii. Od wieków Kościół uznaje w Eucharystii najświętszy, najczcigodniejszy Sakrament, gdyż jest to sakrament realnej obecności wcielonego Boga, który tak umiłował człowieka, że zapragnął na zawsze z nim pozostać pod postacią tak niepozorną, tak kruchą, jak pszenny chleb. O przyjęciu tej prawdy świadczą niezliczone wypowiedzi Magisterium Kościoła od jego pierwszych wieków aż po czasy obecne.

    Przytoczę tu jedynie kilka wypowiedzi z ostatniego okresu, które zawierają wiarę wszystkich wieków. Ostatni Sobór ekumeniczny, w Konstytucji poświęconej Świętej Liturgii podkreślił: „Nasz Zbawiciel podczas Ostatniej Wieczerzy, tej nocy, kiedy został wydany, ustanowił eucharystyczną Ofiarę swojego Ciała i Krwi, aby w niej na całe wieki, aż do swego przyjścia, utrwalić ofiarę krzyża i tak powierzyć Kościołowi, umiłowanej Oblubienicy, pamiątkę swej męki i zmartwychwstania, sakrament miłosierdzia, znak jedności, więź miłości, ucztę paschalną, podczas której przyjmujemy Chrystusa, duszę napełniamy łaską i otrzymujemy zadatek przyszłej chwały”[2].

    Jest to wypowiedź głęboko osadzona w Piśmie św. i Tradycji, do której wstęp stanowi krótkie, aczkolwiek głębokie stwierdzenie zawarte już we wstępie tejże Konstytucji: „W liturgii, zwłaszcza w Boskiej Ofierze eucharystycznej, „dokonuje się dzieło naszego Odkupienia”; w najwyższym stopniu przyczynia się ona do tego, aby wierni swoim życiem wyrażali oraz ujawniali innym ludziom misterium Chrystusa i rzeczywistą naturę prawdziwego Kościoła”[3].

    W krok za wypowiedziami Soboru idzie Kodeks Prawa Kanonicznego (którego reformy dokonano po Soborze w zgodzie z jego Magisterium), który w kan. 897 stanowi: „Najbardziej czcigodnym sakramentem jest Najświętsza Eucharystia, w której sam Chrystus Pan jest obecny, ofiaruje się oraz jest przyjmowany i dzięki której Kościół ustawicznie żyje i wzrasta. Ofiara eucharystyczna, pamiątka śmierci i zmartwychwstania Pana, w której utrwala się na wieki Ofiara Krzyża, jest szczytem i źródłem całego kultu oraz życia chrześcijańskiego; wyraża ona i sprawia jedność Ludu Bożego, przez nią urzeczywistnia się budowanie Ciała Chrystusa. Pozostałe bowiem sakramenty i wszystkie kościelne dzieła apostolatu mają ścisły związek z Najświętszą Eucharystią i na nią są ukierunkowane”.

    Może warto od razu w tym miejscu zamieścić odwołanie do kolejnego kanonu, do którego nawiążę później, a który to kanon zawiera następujące stwierdzenie: „Wierni powinni z największą czcią odnosić się do Najświętszej Eucharystii, biorąc czynny udział w sprawowaniu najczcigodniejszej Ofiary, z największą pobożnością i często przyjmując ten Sakrament i adorując Go z najwyższym uwielbieniem, (…)”[4].

    Św. Jan Paweł II, w Encyklice w całości poświęconej Najświętszej Eucharystii, napisał: „Kościół żyje dzięki Eucharystii. Ta prawda wyraża nie tylko codzienne doświadczenie wiary, ale zawiera w sobie istotę tajemnicy Kościoła. Na różne sposoby Kościół doświadcza z radością, że nieustannie urzeczywistnia się obietnica: «A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Dzięki Najświętszej Eucharystii, w której następuje przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana, raduje się tą obecnością w sposób szczególny.

    Od dnia Zesłania Ducha Świętego, w którym Kościół, Lud Nowego Przymierza, rozpoczął swoje pielgrzymowanie ku ojczyźnie niebieskiej, Najświętszy Sakrament niejako wyznacza rytm jego dni, wypełniając je ufną nadzieją. Słusznie Sobór Watykański II określił, że Ofiara eucharystyczna jest «źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego». «W Najświętszej Eucharystii zawiera się bowiem całe dobro duchowe Kościoła, to znaczy sam Chrystus, nasza Pascha i Chleb żywy, który przez swoje ożywione przez Ducha Świętego i ożywiające Ciało daje życie ludziom». Dlatego też Kościół nieustannie zwraca swe spojrzenie ku swojemu Panu, obecnemu w Sakramencie Ołtarza, w którym objawia On w pełni ogrom swej miłości”[5].

    Obecność Pana pośród swojego Ludu jest fundamentalna i niepodważalna. Podobnie jak wiara tego Ludu w obecność Pana pod postaciami chleba i wina. To właśnie nie co innego, jak zanik tej wiary, papież Benedykt XVI wskazał jako pierwsze i podstawowe źródło obecnego kryzysu Kościoła. Papież napisał: „Nasze podejście do Eucharystii może jedynie budzić niepokój. Sobór Watykański II słusznie skupił się na przywróceniu tego sakramentu Obecności Ciała i Krwi Chrystusa, Obecności Jego Osoby, Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania do centrum życia chrześcijańskiego i samej egzystencji Kościoła.

    Częściowo się to naprawdę udało i powinniśmy być szczególnie za to Panu wdzięczni. A jednak dominuje dość odmienne nastawienie. To, co przeważa, to nie nowa rewerencja dla obecności śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, ale sposób postępowania z Nim, który niszczy wspaniałość Misterium. Spadające uczestnictwo w uroczystościach niedzielnej Eucharystii pokazuje, jak niewiele my, dzisiejsi chrześcijanie, wciąż wiemy o docenieniu wspaniałości daru, który polega na Jego rzeczywistej obecności. Eucharystia zostaje zdewaluowana do zwykłego ceremonialnego gestu, kiedy bierze się za oczywistość, że grzeczność wymaga, by ofiarować Go na rodzinnych uroczystościach czy przy okazjach takich jak śluby i pogrzeby wszystkim tym, którzy zostali zaproszeni z powodów rodzinnych. Sposób, w jaki ludzie często po prostu przyjmują Najświętszy Sakrament w komunii siłą rzeczy pokazuje, że wielu postrzega komunię jako gest czysto ceremonialny. Zatem, kiedy myśli się o tym, jakie działanie jest wymagane przede wszystkim, jest raczej oczywiste, że nie potrzeba nam drugiego Kościoła naszego własnego projektu. To, czego potrzeba przede wszystkim, to odnowa wiary w rzeczywistość Jezusa Chrystusa danego nam w Najświętszym Sakramencie”[6].

    W kontekście tych słów należy zadać sobie pytanie, czy postawa towarzysząca człowiekowi w momencie przyjmowania Komunii św. nie ma wpływu na jego wiarę w realną obecność Jezusa w tym sakramencie albo odwrotnie, czy postawa ta nie wyraża lepiej tej wiary?

    Oczywiście, że ma i oczywiście, że wyraża. Jest to kwestia o fundamentalnym znaczeniu. Dlatego nie można trwać w błędzie co do praktyki Kościoła dotyczącej formy przyjmowania Komunii św. na rękę. Oczywiście, musimy pamiętać, że w dziejach Kościoła różne były praktyki, jeśli chodzi o sposób przyjmowania Komunii św. W Kościele pierwszych wieków wierni przyjmowali Komunię św. na rękę i sami wkładali ją sobie do ust. Nic jednak nie wskazuje na to, aby praktyka taka została wprowadzona dla jakichś szczególnych motywów. Był to jedynie odwieczny obyczaj. Między innymi to właśnie w ten sposób Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy dał Swoje Ciało uczniom (z tym, że pamiętać należy, iż Apostołowie byli pierwszymi biskupami).

    Jednym z ciekawszych świadectw tego okresu jest Katecheza chrzcielna św. Cyryla Jerozolimskiego, który w IV w. pisze: „Podchodząc, nie wyciągaj płasko ręki i nie rozłączaj palców. Podstaw dłoń lewą lub prawą niby tron, gdyż masz przyjąć Króla. Do wklęsłej ręki przyjmij Ciało Chrystusa i powiedz: «Amen». Uświęć też ostrożnie oczy swoje przez zetknięcie ich ze świętym Ciałem, bacząc, byś zeń nic nie uronił. To bowiem, co by spadło na ziemię, byłoby stratą jakby części twych członków. Bo czyż nie niósłbyś złotych ziarenek z największą uwagą, by ci żadne nie zginęło i byś nie poniósł szkody? Tym bardziej zatem winieneś uważać, żebyś nawet okruszyny nie zgubił z tego, co jest o wiele droższe od złota i innych szlachetnych kamieni”[7].

    Warto zwrócić uwagę, że już nawet w tym momencie rozwoju teologiczno-liturgicznego podkreślano wielki szacunek do Najświętszego Sakramentu i do realnej obecności Jezusa w najmniejszej nawet cząstce (partykule) Komunii św. Dlatego też, w miarę rozwoju nauki o realnej obecności Jezusa w Eucharystii, bardzo szybko zaczęto odchodzić o tej praktyki, na rzecz przyjmowania Komunii św. w postawie klęczącej i do ust, jako postawie wyrażającej większy, niejako doskonalszy szacunek do Boskiej Eucharystii. Praktyka ta zaczęła się formować już na przełomie IV/V w. i tak głęboko zakorzeniła się w Kościele, jako wyraz prawdziwej i głębokiej pobożności, iż począwszy od IX wieku przyjmowanie Komunii św. na rękę zostało zarezerwowane jedynie dla osób duchownych.

    Z powodu niebezpieczeństwa profanacji ze strony żydów i heretyków synod w Kordobie z 839 r. odrzuca pretensje kassjanistów do przyjmowania Komunii św. na rękę. Réginon de Prüm w swoim dziele De Synodalibus causis, napisanym ok. 906 r., przypisuje synodowi w Rouen następujący kanon o obowiązkach kapłana: „Niech nie kładzie [Komunii] ani na rękę świeckiego, ani na rękę kobiety, ale tylko do ust, wypowiadając następujące słowa: Ciało i Krew Pańska niech przyczynią się do przebaczenia twoich grzechów i doprowadzą cię do życia wiecznego. Jeśli kto złamie to polecenie, niech będzie odłączony od ołtarza, gdyż gardzi Wszechmocnym i Jemu samemu czci nie okazuje”[8].

    Tekst ten stanowi dla nas ważne świadectwo kanoniczne w omawianej materii, gdyż groźba kary tego rodzaju zakłada, że praktyka przeciwna, tzn. Komunia do ust, była normą. Jest ona również przedstawiona jako jedyna dozwolona w Missa illyrica i w Liturgii bizantyńskiej. Dysponujemy wieloma świadectwami, które potwierdzają, że już pomiędzy IX a X wiekiem Komunia św. do ust stała się jedyną formą przyjmowania Najświętszego Sakramentu, ponieważ była doskonalsza i lepiej przystosowana do godności tak wielkiego Sakramentu. W tym samym czasie zaczęto zakazywać drugiego sposobu udzielania Komunii, bardziej prymitywnego i mniej doskonałego.

    Taki właśnie sposób przyjmowania Komunii św. (do ust), który staje się powszechny w całym Kościele, zarówno Wschodu jak i Zachodu, służy jasnemu wyrażeniu, w odniesieniu do Eucharystii, dwóch podstawowych prawd wiary: po pierwsze, realnej, substancjalnej i stałej obecności Chrystusa, prawdziwego Boga, w konsekrowanej Hostii i w każdej jej, nawet najmniejszej, partykule; a po drugie: istotnej różnicy między wiernym i kapłanem (między kapłaństwem powszechnym wszystkich ochrzczonych a kapłaństwem hierarchicznych osób wyświęconych), który, jak miał to kiedyś powiedzieć św.  Jan Paweł II, ma przywilej dotykania Świętych Postaci i rozdzielania ich ze swych rąk. Zresztą Papież Jan Paweł II napisze później w swoim Liście Apostolskim Dominicae Cenae, że ta istotna różnica jest ukazana w sposób wyrazisty przez obrzęd namaszczenia dłoni w łacińskich święceniach, jak gdyby te dłonie potrzebowały szczególnej łaski i siły Ducha Świętego. To nie znaczy, że te dłonie są bardziej godne, czy że sam kapłan jest kimś lepszym i doskonalszym niż przeciętny wierny, co właśnie jako zarzut wysuwają często przeciwnicy Komunii św. do ust czy w ogóle potrzeby kapłaństwa w Kościele, bo do tego to wszystko się ostatecznie kiedyś sprowadzi. Oznacza to jedynie, że ci konkretni mężczyźni, powołani przez Pana bez żadnej swojej zasługi, zostali przez specjalny sakrament święceń, konsekrowani do sprawowania świętych czynności i do dotykania oraz rozdzielania wiernym Ciała Pańskiego.

    Praktyka powrotu do przyjmowania Komunii św. na rękę i jej powolne rozprzestrzenianie się w Kościele katolickim związane jest z tym, iż reformatorzy protestanccy, którzy negowali obie, wspomniane wcześniej prawdy wiary (realną obecność i kapłaństwo), w reakcji na praktykę tak jasno ukazującą doktrynę katolicką, powracali do praktyki pierwotnej. Martin Bucer, zwolennik reformy anglikańskiej, mówi tak: „Nie ma wątpliwości, że praktyka polegająca na niepodawaniu tych sakramentów do ręki wiernym wynika z dwóch nadużyć: po pierwsze fałszywej czci, którą, jak uważają, oddają tym sakramentom i po drugie przewrotnej arogancji księży, którzy z powodu namaszczenia konsekrującego pretendują do posiadania większego stopnia świętości, niż Lud Chrystusowy.” (Jakbym słyszał współczesnych krytyków Komunii św. do ust). Dlatego też pierwsze prośby o zgodę na Komunię św. na rękę kierowane są do Stolicy Apostolskiej właśnie z krajów, gdzie większość stanowią protestanci.

    I tutaj dochodzimy do pierwszego, zasadniczego dowodu potwierdzającego tezę, iż w Kościele katolickim nadal jedyną formą zwyczajną przyjmowania Komunii św. jest przyjmowanie jej na klęcząco i do ust. Każdy Episkopat, który chce umożliwić wiernym przyjmowanie Komunii św. na rękę musi prosić o indult Stolicy Apostolskiej. Gdyby więc obie te formy były równoważne, konieczność proszenia o indult byłaby pozbawiona podstaw. Zresztą, sam papież, św. Paweł VI, który Instrukcją Memoriale Domini z 1969 r. otworzył tak naprawdę możliwość powszechniejszego stosowania Komunii św. na rękę, w tym samym dokumencie zaznacza, że forma do ust jest tradycyjną i bardziej odpowiednią: „Zwyczaj ten (przyjmowania Komunii do ust), obecny w Kościele powszechnym, uważany jest nie tylko za bardzo starożytny, ale także za wyrażający szacunek wobec Eucharystii. Praktyka ta nie powinna być zmieniana z powodu nielicznych praktyk przeciwnych w niektórych miejscach”[9].

    Z tego zapisu wynika wyraźnie, wbrew powszechnemu sądowi, że możliwość przyjmowania Komunii na rękę została wprowadzona indultem, jako wyjątek od normy a nie norma. Niestety, jak się okazało, ta norma została zmieniona w wielu miejscach, i to bez jakiejkolwiek realnej potrzeby; także w Polsce, gdzie nigdy nie było praktyki Komunii św. na rękę i właściwie nie było żadnej przesłanki, żeby to zmieniać, chyba że próba dostosowania się do modernistycznych prądów w Kościele. Więcej nawet, wszystkie wcześniejsze normy wydawane w tej materii przez Konferencję Episkopatu Polski, jednoznacznie i niezmiennie stwierdzały, że „Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Wierni przyjmują Komunię św. w postawie klęczącej. Mogą również stać, gdy przemawiają za tym szczególne okoliczności”[10]

    Przypomnijmy, że możliwość udzielania Komunii na rękę w Polsce wprowadził II Synod Plenarny z 1999 r., zatwierdzony przez Stolicę Apostolską w 2001 r.: „Synod Plenarny potwierdza i wyraża szacunek dla zwyczaju przyjmowania Komunii św. do ust w postawie zarówno klęczącej, jak i stojącej, nie wykluczając jednak innych form przyjmowania Komunii św., z zachowaniem najwyższej czci dla Eucharystii”[11]. Stanowisko to Konferencja Episkopatu potwierdziła na swoim posiedzeniu plenarnym w dniach 8-9 marca 2005 r. W rzeczywistości doprowadziło to do sytuacji, w której każdy wierny, tylko i wyłącznie ze względu na swoje upodobania, może żądać od kapłana przyjęcia Komunii św. w takiej czy innej formie. Nie do końca ta rzeczywistość współgra z zapisami oficjalnych dokumentów Kościoła.

    Co ciekawe, Instrukcja Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Redemptionis Sacramentum z 2004 r., o tym, co należy zachowywać, a czego unikać w związku z Najświętszą Eucharystią, wyraźnie podkreśla, powołując się na przytaczaną już encyklikę św. Jana Pawła II Ecclesia de Eucharistia, że „Tajemnica Eucharystii jest zbyt wielka, „ażeby ktoś mógł pozwolić sobie na traktowanie jej wedle własnej oceny, która nie szanowałaby jej świętego charakteru i jej wymiaru powszechnego”. Przeciwnie, kto tak postępuje, pobłażając swojemu sposobowi myślenia, szkodzi, chociażby był kapłanem, prawdziwej jedności obrządku rzymskiego, która winna być gorliwie zachowywana, oraz podejmuje czynności, które w żaden sposób nie odpowiadają na głód i pragnienie Boga żywego, jakich doświadczają ludzie naszych czasów; nie służy też autentycznemu zaangażowaniu duszpasterskiemu ani słusznej odnowie liturgicznej, lecz raczej pozbawia wiernych ich dziedzictwa i tradycji ojców. Samowolne bowiem działania nie wspierają prawdziwej odnowy, lecz szkodzą słusznemu prawu wiernych do czynności liturgicznej zgodnej z tą tradycją i dyscypliną, która jest wyrazem życia Kościoła. Wprowadzają wreszcie pewne deformacje i niezgodności do samej celebracji Eucharystii, która doskonale i ze swojej natury prowadzi do tego, aby objawiała się i w cudowny sposób realizowała wspólnota Boskiego życia i jedność ludu Bożego”[12]. Oczywiście słowa te skierowane są przede wszystkim do kapłanów, ale z pewnością ich przesłanie można także poszerzyć o cały Lud Boży w materii, o której mówimy. Ponadto, to kapłan, jako szafarz Najświętszej Eucharystii, dbać ma o to, aby zawsze i wszędzie przyjmowana była ona z największą czcią i szacunkiem, jak to zaznacza KPK w cytowanym wcześniej kanonie 898.

    W tym miejscu należy zwrócić uwagę na jeden bardzo ważny fakt. Instrukcja Redemptionis Sacramentum w numerze 92 mówi: „Chociaż każdy wierny zawsze ma prawo według swego uznania przyjąć Komunię świętą do ust, jeśli ktoś chce ją przyjąć na rękę, w regionach, gdzie Konferencja Biskupów, za zgodą Stolicy Apostolskiej, na to zezwala, należy mu podać konsekrowaną Hostię. Ze szczególną troską trzeba jednak czuwać, aby natychmiast na oczach szafarza ją spożył, aby nikt nie odszedł, niosąc w ręku postacie eucharystyczne. Jeśli mogłoby zachodzić niebezpieczeństwo profanacji, nie należy udzielać wiernym Komunii świętej na rękę”[13].

    To ostatnie zdanie jest bardzo istotne dla omawianej kwestii. Ostatecznie to zawsze kapłan dokonuje oceny sytuacji i zawsze może podjąć decyzję o nieudzieleniu komuś Komunii na rękę.

    W wielu komentarzach, które powstały do cytowanej tutaj Instrukcji pojawiały się dokładne specyfikacje co do sytuacji, w których rzeczywiście zachodzi niebezpieczeństwo profanacji. Wśród nich wymienia się, przede wszystkim: dużą liczbę wiernych na Mszy św., tłok i ścisk w kościele, co nie zawsze pozwala kapłanowi zaobserwować, co dzieje się z przyjęta Hostią; obawę przed tym, że partykuły, które zawsze mogą pozostać na dłoni przyjmującego, zostaną po prostu strącone na ziemię albo wytarte w ubranie; czy wprost obawę przed bezpośrednią profanacją Najświętszego Sakramentu.

    Ta ostatnia sytuacja wcale nie jest taka niemożliwa, jakby się mogło wydawać, w kontekście coraz większej liczby profanacji miejsc świętych i samego Najświętszego Sakramentu oraz rosnącej nienawiści do katolików, w szczególności do katolickich kapłanów. I chyba właśnie dlatego wielcy obrońcy świętości i szacunku do Eucharystii, jak chociażby papież Benedykt XVI czy żyjący kard. Robert Sarah, jak i wielu innych, z takim naciskiem postulują powrót do uświęconej wiekami tradycji przyjmowania Komunii św. na klęcząco i do ust.

    Sam papież Benedykt XVI co prawda nie wydał żadnej instrukcji w tej sprawie, jednak jego postawa mówi sama za siebie: sposób sprawowania Eucharystii i udzielanie Komunii św. tylko i wyłącznie do ust, nie pozostawiają żadnych wątpliwości. I nie miało tu absolutnie znaczenia z jakiego kraju, z jakiej kultury pochodzi osoba przystępująca do Komunii z rąk papieża, i jakie w jej kraju panują w tej materii zwyczaje. Każdy musiał uklęknąć i przyjąć Komunię św. do ust.

    Kard. Sarah, jeden z największych obrońców Komunii św. do ust, bardzo często wypowiada się w tej materii, podkreślają toczącą się dzisiaj wojnę, w której Szatan celem swojego ataku uczynił Ofiarę Mszy Świętej i rzeczywistą obecność Jezusa w konsekrowanej Hostii. Jako jedną z form uległości Złemu w tej materii podaje powszechne udzielanie Komunii św. na rękę, które pogłębia w wiernych osłabienie poczucia sacrum oraz wiary w realną obecność Jezusa w Eucharystii. Dlatego też mówi wyraźnie: „Komunia Święta do ust i na kolanach jest formą, która najlepiej wyraża naszą wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii”[14].

    Często też zwracał uwagę na to, co już zostało powiedziane nieco wcześniej, że mianowicie przyjmowanie Komunii na rękę prowadzi do rozpraszania bardzo dużej ilości fragmentów (partykuł) podkreślając, że uważanie na najdrobniejszy okruszek, troska przy oczyszczaniu świętych naczyń, nie dotykanie Hostii spoconymi rękami, w każdym przypadku staje się wyznawaniem wiary w rzeczywistą obecność Jezusa, nawet w najmniejszych częściach konsekrowanych postaci. Nie ma przecież znaczenia wielkość fragmentu Hostii, ponieważ to zawsze jest On – Jezus Chrystus!

    Wyrażam nadzieję, że te rozważania sprowokują do pogłębionej refleksji nad sposobem przyjmowania Komunii św. przez naszych wiernych, szczególnie w kontekście coraz częstszych profanacji. Z drugiej strony zastanowienie powinien budzić również fakt, że wszędzie tam, gdzie Kościół na nowo się odradza (jak np. we Francji) i gdzie wzrasta liczba powołań, następuje to właśnie w środowiskach żyjących Tradycją Kościoła, gdzie sprawowana jest Msza św. w rycie przedsoborowym, gdzie Komunia św. udzielana jest tylko w postawie klęczącej i do ust.

    Tymczasem w Kościele posoborowym profesor papieskiej uczelni – Andrea Grillo, potrafi skrytykować pobożność eucharystyczną błogosławionego (a za chwilę świętego) Carlo Acutisa, któremu zarzuca wiarę w „obsesyjną” i „starą” teologię, która główną wartość Eucharystii widzi w… realnej obecności pod jej postaciami Ciała i Krwi Pańskiej. Czy to wszystko naprawdę nie wskazuje kierunku, w którym powinniśmy zmierzać?

    ks. Rafał Hołubowicz/PCh24.pl

    [1] KEP, Wskazania po ogłoszeniu nowego wydania Ogólnego wprowadzenia do Mszału Rzymskiego, (03.03.2005 r.), nr. 40.

    [2] Sobór Watykański II, Sacrosanctum Concilium, nr. 47.

    [3] Tamże, nr 2.

    [4] KPK, kan. 898.

    [5] Św. Jan Paweł II, Ecclesia de Eucharistia, (17.04.2003 r.), nr. 1

    [6] Benedykt XVI, List o przyczynach kryzysu Kościoła, (11.04.2019 r.).

    [7] Św. Cyryl Jerozolimski, Katechezy przedchrzcielne i mistagogiczne, w: Biblioteka Ojców Kościoła 14, Kraków 2000, Katecheza V, nr. 21.

    [8] zob. Paul Fournier, L’oeuvre canonique de Réginon de Prüm, w: Mélanges de droit canonique, t. II, Aalen 1983, Scientia Verlag, nr. 333 n.

    [9] Św. Paweł VI, Memoriale Domini, nr. 3.

    [10] Konferencja Episkopatu Polski, Instrukcja w związku z wydaniem nowego mszału ołtarzowego, (11.03.1987 r.), nr 27.

    [11] II Polski Synod Plenarny (1991-1999), Poznań 2001, s. 206.

    [12] Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, Redemptionis sacramentum, nr. 11.

    [13] Tamże, nr. 92.

    [14] Kard. Robert Sarah, Le soir approche et déjà le jour baisse, (2019).

    ks. Rafał Hołubowicz, ur. 29.08.1978 r., kapłan Archidiecezji wrocławskiej, święcenia kapłańskie 24.05.2003 r., doktor prawa kanonicznego, wykładowca na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, Dyrektor UTW im. św. Jana Pawła II przy PWT we Wrocławiu, wieloletni pracownik Metropolitalnego Sądu Duchownego we Wrocławiu.

    ***

    Wieczna lampka.

    Co oznacza i dlaczego zawsze się pali.

    Wieczna lampka. Co oznacza i dlaczego zawsze się pali?

    fot. Depositphotos / Frank Vincentz / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0

    ***

    Wieczna lampka to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli obecnych w katolickich świątyniach. Jej ciepłe, nieustannie płonące światło wskazuje na rzeczywistość większą niż ona sama – tajemnicę realnej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Nie jest to jedynie element dekoracyjny czy tradycyjny zwyczaj, lecz znak głęboko zakorzeniony w historii i teologii Kościoła.

    Zwyczaj palenia wiecznej lampki w kościołach zaszczepił na ziemiach polskich bł. Wincenty Kadłubek. Pierwsza zapłonęła po jego powrocie z IV soboru laterańskiego przed tabernakulum na Wawelu. Czas propagowania tego zwyczaju w polskim i światowym Kościele nie jest przypadkowy. W XII wieku coraz częściej wprowadzano go i coraz wyraźniej podkreślano w kazaniach potrzebę większej czci Chrystusa eucharystycznego. Wynikało to z chęci przezwyciężenia pojawiających się we wcześniejszych wiekach błędów w rozumieniu Eucharystii.

    Cześć dla obecności Chrystusa

    Wiara w wyjątkowość Eucharystii ma w Kościele stały charakter. Do IX wieku nie znajdujemy jednak rozległych traktatów na temat realnej obecności Chrystusa w konsekrowanym chlebie i winie. Owszem, już ojcowie Kościoła nauczali, że spożywana podczas mszy krew jest tą samą, która spływała z ran Chrystusa, a ciało tym samym, które wisiało na krzyżu, ale chociaż prawda ta w ich oczach jawiła się jako oczywista, w IX wieku na skutek silnych przemian kulturowych, determinujących nową wrażliwość i nowy sposób postrzegania świata, zrywających ze starożytną myślą metafizyczną, pojawiły się błędy kwestionujące realną obecność Chrystusa w  Eucharystii lub tożsamość Chrystusa eucharystycznego i Chrystusa wcielonego. Jednym z większych herezjarchów w tej kwestii był niejaki Berengariusz z Tours. Głosił on, że Eucharystia nie jest prawdziwym Ciałem i Krwią Chrystusa, ale jedynie Jego symbolem. Tezy Berengariusza zostały oczywiście potępione, a on sam nakłoniony do wyznania wiary Kościoła. Dokładnie rzecz biorąc, sformułowano wyznanie z wprost wypowiedzianą prawdą o tym, że Eucharystia jest prawdziwym Ciałem Chrystusa, poczętym z Najświętszej Maryi Panny, a potem cierpiącym na krzyżu, zmartwychwstałym, w którym Pan Jezus zasiada po prawicy Ojca.

    Przypomnienie czcigodnej nauki o Eucharystii w opozycji do rodzących się herezji rodziło także potrzebę symbolicznego uzewnętrznienia tej prawdy w znakach towarzyszących kultowi w Kościele. W tym czasie zrodziły się więc nowe formy pobożności eucharystycznej jak adoracja, procesje itp. Również zwyczaj palenia lampki eucharystycznej jest wyrazem potrzeby oddania większej czci prawdziwie obecnemu Chrystusowi.

    Nakaz biblijny

    Zwyczaj palenia znicza przed tabernakulum nawiązuje w swojej teologicznej wymowie do starotestamentalnego nakazu z Księgi Wyjścia, wskazującego potrzebę nieustannego podtrzymywania ognia przed miejscem najświętszym przybytku. Zresztą nie jest to jedyny fragment mówiący o symbolicznym znaczeniu ognia i światła jako znaków towarzyszących obecności Boga. Ten naturalny symbol, w rożnych obrządkach religijnych wskazujący na obecność tego, co święte, szczególnie w starotestamentalnej tradycji nabiera wyjątkowego wyrazu. Bóg objawia się w ogniu, a jego atrybutem jest światłość.

    Jednoznaczne stwierdzenie i wyznawanie tożsamości Chrystusa historycznego i uwielbionego z Chrystusem eucharystycznym domagało się zatem podkreślenia tej szczególnej wyjątkowości i świętości Eucharystii. Co więcej, symbol nieustannie płonącego ognia w czasach średniowiecza był bardziej sugestywny niż dzisiaj. Zaznaczyć należy, że przepisy liturgiczne Kościoła już wcześniej nakazywały palenie świec podczas sprawowania kultu Bożego, czyli w trakcie odprawiania mszy świętej. Kiedy narodził się zwyczaj adoracji Najświętszego Sakramentu, wytworzyła się reguła nakazująca, by wystawionej w monstrancji Hostii towarzyszyło sześć zapalonych świec. Przed tabernakulum miała zaś nieustannie palić się lampa. Zwyczaje te są o tyle istotne, gdyż w średniowieczu podtrzymywanie ognia świecy było bardzo kosztowne. Świece, wytwarzane jedynie z wosku pszczelego, były towarem luksusowym, toteż zapalanie ich podczas liturgii rzeczywiście, również w sposób ekonomiczny i materialny, podkreślało uroczysty charakter wydarzenia, w którym uczestniczył Kościół. Tak samo kosztowna reguła palenia sześciu świec podczas adoracji uwydatniała wartość i godność Tego,

    który był adorowany w Hostii. Nieustanne podtrzymywanie ognia przed tabernakulum nawet w czasie, kiedy w kościele nikt nie przebywa, mogło w średniowieczu wydawać się wręcz rozrzutnością. Jednakże jeśli w konsekrowanej Hostii widziało się stale obecnego prawdziwego Chrystusa, dla takiego Pana nic nie mogło być zbyt cennym i wygórowanym darem.

    Co ciekawe, ten wzgląd ekonomiczny był zrozumiały dla chrześcijan jeszcze na początku XX wieku. W pierwszej połowie ubiegłego stulecia, już w świecie przecież nowoczesnym i zelektryfikowanym, Kościół w pierwszym odruchu zabraniał używania lamp elektrycznych – wydawały się one za mało dostojne i zbyt powszednie do wyrażania czci dla samego Boga…

    Zabezpieczenie przeciwko herezjom

    Warto zaznaczyć, że szczególny moment wzmożonej troski i potrzeby nieustannego świecenia znicza eucharystycznego przed tabernakulum zbiegł się z przykrym wydarzeniem reformacji. Ponieważ protestantyzm w różnoraki sposób kwestionował stałą obecność Chrystusa w konsekrowanej Hostii, Kościół swoją pieczę wyraził w formie prawnej i wprowadził obligatoryjny zwyczaj palenia wiecznej lampki.

    Jak widać, symbol i znak pojmowany dzisiaj jako drobny, w historii i tradycji Kościoła miał niebagatelne znaczenie, gdyż wiąże się, co podkreśla w swojej wymowie, z niezwykle ważną realną obecnością Chrystusa w Eucharystii, którą należy rozumieć w sposób jednoznaczny.

    Co konkretnie oznacza sformułowanie, że Eucharystia jest Ciałem Pańskim? Wskazuje ono, że Hostia, mówiąc niedelikatnie, nie jest fragmentem tkanki ciała Chrystusa. Ciało posiada w tym wyrażeniu znaczenie całościowe i egzystencjalne. Oznacza całą osobę Chrystusa, zatem w konsekrowanych postaciach Ciała i Krwi obecny jest cały Chrystus. Tę prawdę ma na myśli Kościół, mówiąc, że Najświętszy Sakrament jest dokładnie tym samym ciałem, które poczęło się z Ducha Świętego w łonie Najświętszej Maryi Panny, cierpiało na krzyżu i zmartwychwstało. Co więcej, orzekł on uroczyście, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest obecny rzeczywiście, prawdziwie i substancjalnie. Oznacza to obecność wraz z duszą i ciałem oraz bóstwem. Zatem konsekrowana Hostia to w istocie sam Chrystus.

    Tożsamość Chrystusa z Eucharystią

    W związku z powyższym Eucharystię należy utożsamiać z samym Panem Jezusem, który aktualnie siedzi po prawicy Ojca, jest z Niego zrodzony i Jemu współistotny, i przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Oznacza to nie tyle istnienie Chrystusa w konsekrowanej Hostii, ile jej bycie Chrystusem. Dobitnie stwierdził tak św. Tomasz z Akwinu w “Sumie teologii”. W artykule 3 zagadnienia 81 części III zadaje pytanie: “Czy Ciało Chrystusa, które On spożył i dał uczniom [podczas Ostatniej

    Wieczerzy], mogło doznawać cierpień?”. Odpowiada później, że w Wielki Czwartek w Wieczerniku Chrystus w swoim fizycznym ciele podlegał cierpieniom, gdyż nie było ono jeszcze zmartwychwstałe. Natomiast Eucharystia nie jest substytutem Jego obecności lub alternatywnym jej miejscem, ale dokładnie tym samym ciałem i tym samym Chrystusem! Zatem, jak twierdzi św. Tomasz, ciało eucharystyczne mogło cierpieć i rzeczywiście cierpiało, kiedy Chrystusowi były zadawane rany. Nie mogło doznać cierpienia w samej swej sakramentalnej postaci, tzn. nie dało się zadać cierpienia samej Hostii, ale zadanie cierpienia Chrystusowi w Jego fizycznej postaci skutkowało cierpieniem Chrystusa w Hostii, gdyż jest to ten sam Chrystus. Zatem obecność Chrystusa w Eucharystii polega na absolutnej i rzeczywistej tożsamości Jego ciała fizycznego z ciałem eucharystycznym.

    W następnym artykule św. Tomasz idzie jeszcze dalej i zadaje pytanie: “Czy Chrystus byłby umarł w Eucharystii, gdyby Ciało Jego było przechowywane w puszce lub konsekrowane przez jednego z apostołów podczas Jego śmierci na krzyżu?”. Odpowiada na nie również twierdząco: “W sakramencie byłby ten sam Chrystus, który był na krzyżu. Skoro umarł na krzyżu, to umarłby również w przechowywanym sakramencie […]. Wszystko, co dotyczy Chrystusa zasadniczo, możemy odnieść do Niego w Jego postaci właściwej, tak samo jak do Niego w sakramencie. Chodzi tu o takie momenty jak: życie i śmierć, ubolewanie, związek ciała z duszą itp.”.

    Oczywiście od czasu zmartwychwstania ciało Chrystusa nie podlega już cierpieniu. Tym samym jednak jest otoczone jeszcze większą czcią.

    Kult należny Bogu

    Kościół podczas soboru trydenckiego wyciągnął jednoznaczne wnioski: “Nie ma więc żadnej wątpliwości, że wszyscy wierzący w Chrystusa, zgodnie ze zwyczajem zawsze przyjmowanym w Kościele katolickim, winni oddawać Najświętszemu Sakramentowi kult uwielbienia należny prawdziwemu Bogu. Powinności adoracji nie umniejsza fakt, że Chrystus Pan ustanowił go w celu spożywania. Wierzymy bowiem, że jest w nim obecny ten sam Bóg, o którym przedwieczny Ojciec mówi, wprowadzając go na świat: «Niech oddają Mu pokłon wszyscy Aniołowie Boży», przed którym «upadli i pokłonili się Mędrcy», którego adorowali apostołowie w Galilei, wedle świadectwa Pisma” (Dekret o Najświętszym Sakramencie Eucharystii, rozdział 5a).

    Ze względu na tożsamość Eucharystii i żywego Chrystusa uwielbionego w niebie należy się jej dokładnie taki sam kult jak samemu Bogu i Chrystusowi. W tym miejscu trzeba dopowiedzieć, że Kościół zawsze otaczał czcią przedmioty związane z kultem, między innymi oddawał cześć ludziom świętym i ich relikwiom, a także świętym obrazom. Nie jest ona jednak taka sama, jak ta, którą darzy się Boga. Wszystko, co święte Jego świętością, otaczane jest właśnie czcią (łac. dulia), natomiast jedynie samemu Bogu wierni winni są uwielbienie i adorację (łac. latria). W powyższym fragmencie dekretu o czci Eucharystii stwierdza się właśnie, że Najświętszemu Sakramentowi powinno oddawać się kult (latria) uwielbienia należny samemu Bogu. Nie umniejsza tego fakt, że Eucharystia została nam podarowana jako pokarm. Niestety coraz częściej usprawiedliwieniem dla pomniejszenia czci lub zakwestionowania w ogóle kultu eucharystycznego staje się twierdzenie, że przecież Chrystus dając Eucharystię, nie powiedział “bierzcie i patrzcie”, ale “bierzcie i jedzcie”. Zatem Eucharystii winniśmy adorację: pokłon, jaki królowie oddali Dzieciątku, jaki aniołowie dają Przedwiecznemu, jakim uczniowie obdarzają wstępującego do nieba Pana. I rzeczywiście taki kult w Kościele trwa, a w niektórych miejscach nawet się umacnia. Adorujemy Najświętszy Sakrament. Robimy to, klęcząc, gdyż nasza zewnętrzna postawa nie jest bez znaczenia, o czym zresztą przypominał wspomniany sobór trydencki w jednej z anatem do przytaczanego dekretu: “Gdyby ktoś mówił, że w świętym sakramencie Eucharystii nie należy adorować Chrystusa, Jednorodzonego Syna Bożego, kultem uwielbienia, również zewnętrznym, i dlatego nie należy czcić go w szczególnych uroczystościach świątecznych, ani uroczyście obnosić w procesjach zgodnie z chwalebnym i powszechnym obrzędem i zwyczajem świętego Kościoła, ani publicznie wystawiać dla ludu, aby był adorowany, i że jego czciciele są bałwochwalcami – niech będzie wyklęty” (Kanony o Najświętszym Sakramencie Eucharystii, nr 6). W tę logikę wpisuje się właśnie zwyczaj nieustannego palenia znicza przed tabernakulum. Wieczna lampka nie podkreśla tajemnicy boskiego pokarmu, ale stałą Bożą obecność.

    Świętość Eucharystii

    Świętość Eucharystii jest zatem nieskończona, nieustająca i nieograniczona, gdyż odnosi się do świętości samego Chrystusa. Eucharystia nie jest jedynie substytutem czy symbolem obecności Boga, ale samym Bogiem. O tym właśnie ma przypominać wieczna lampka: nie wskazuje ona na inny symbol i znak, ale na rzeczywistość.

    W przeszłości ów znak był o wiele bardziej sugestywny niż obecnie, co, jak się wydaje, dowodzi umniejszeniu jego znaczenia we współczesnym świecie: cześć Chrystusa eucharystycznego zanika i się zmienia. Warto więc wracać do korzeni – zarówno w rozumieniu czcigodności Eucharystii, jak i pojmowaniu głębi oraz powagi świętych znaków Kościoła, wskazujących na świętą obecności Boga pośród nas – w tym przypadku wiecznej lampki.

    Ojciec Jan Strumiłowski – cysters, doktor habilitowany teologii dogmatycznej, wykładowca Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach. Zajmuje się teologią piękna, teologią trynitarną i chrystologią oraz związkiem teologii z współczesnymi trendami myślowymi, szczególnie postmodernizmem.

    Deon.pltekst pochodzi z najnowszego numeru “Głosu Ojca Pio”.

    ***

    fot. Wikipedia/Freepik

    ***

    Niezwykłe wizje mistyków. Co widzieli podczas Mszy świętej?

    Mistycy Kościoła otrzymali niezwykły dar widzenia Pana Jezusa podczas Mszy świętej już tu, na ziemi. Ich doświadczenia pomagają nam na nowo odkrywać siłę i tajemnicę sakramentu Eucharystii.

    Poznaj co widzieli w swoich wizjach mistycznych w czasie Mszy świętej znani mistycy Kościoła katolickiego – św. Ojciec Pio, św. s. Faustyna Kowalska oraz o. Joachim Badeni.

    CZYTAJ>>> Wizje mistyczne tych świętych zapoczątkowały kult Serca Pana Jezusa

    Święty ojciec Pio. „On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu”

    Fragment książki „Serce Ojca Pio”:

    Opowiedz mi, Ojcze, o cierpieniach, jakie przeżywasz w czasie Mszy świętej.
    Wszystko, co wycierpiał Jezus podczas swojej męki, ja także – choć w niewspółmiernie mniejszym stopniu – przeżywam, na ile jest to możliwe dla ludzkiej istoty. A to wszystko dzieje się nie dzięki moim zasługom, lecz jedynie dzięki Jego dobroci.

    Widziałem, że Ojciec drżał, wychodząc na stopnie ołtarza. Dlaczego? Czy z powodu tego, co miał Ojciec wycierpieć?
    Nie z powodu tego, co miałem wycierpieć, ale co miałem ofiarować.

    W jakich godzinach dnia Ojciec najwięcej cierpi?
    W czasie odprawiania Mszy świętej. Najboleśniejszy moment trwa od Konsekracji do Komunii.

    Dlaczego Ojciec płacze w czasie Ofertorium?
    Jest to moment, w którym dusza oddziela się od tego, co ziemskie.

    Czy w Boskiej ofierze Ojciec bierze na siebie nasze nieprawości?
    Nie można inaczej postąpić, ponieważ to należy do Boskiej ofiary.

    Co powinniśmy robić podczas Mszy świętej?
    Współodczuwać z Jezusem i braćmi oraz kochać.

    Jak powinniśmy uczestniczyć we Mszy świętej?
    Tak samo, jak Najświętsza Maryja oraz pobożne niewiasty i święty Jan uczestniczyli w ofierze eucharystycznej i ofierze krzyża.

    Co Jezus czyni podczas Komunii?
    On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu. Komunia polega na zjednoczeniu się z Panem, jak dwie świece, które się topią i nie można ich już odróżnić.

    Jakie dobrodziejstwa otrzymujemy podczas Komunii?
    Nie można ich wyliczyć. Zobaczycie je wszystkie w niebie!

    Czy we Mszy świętej Ojciec umiera?
    Mistycznie w Świętej Komunii.

    Czego oczekujesz od nas?
    Od moich dzieci pragnę tylko tego: Mszy świętej i Komunii każdego dnia.

    ***

    fot. Fair use/Wikipedia

    ***

    „Widział Pana Jezusa w Hostii. To było coś nieprawdopodobnego!”. Ojciec Pio i Eucharystia

    Ojciec Pio doskonale rozumiał istotę i wartość Eucharystii. “Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej” – mówił.

    Przez ponad 58 lat ojciec Pio codziennie uczestniczył w Eucharystii łącząc się duchowo z Chrystusem Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym. Eucharystia była dla niego – jak przypomniał Jan Paweł II podczas swego pobytu w San Giovanni Rotondo w dniu 23 maja 1987 roku – źródłem i szczytem, punktem oparcia oraz ośrodkiem całego życia i działania. Święty we Mszy św. widział całą Kalwarię, przeżywał ją jako wstrząsającą tajemnicę Męki Pańskiej.

    Ojciec Pio doskonale rozumiał znaczenie Mszy świętej, dlatego nazwał ją przerażającą tajemnicą. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet do trzech godzin! Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać Mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”.

    „Widziałem i przeżywałem – dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”

    Ojciec Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, 21 września 1962 roku. I wspomina, że to, co najbardziej wtedy przeżył, to moment konsekracji: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii – to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”.

    „Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę”

    Ojciec Pio bardzo pragnął Eucharystii. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.

    Ksiądz Nello Castello zanotował niezwykłe wyznanie Świętego: „W czasie Mszy przeżywam trzy godziny agonii na krzyżu”. Włoski mistyk rozpoczynając Eucharystię otrzymywał łaskę widzenia całej ziemi i nieba, a nie tylko przenikania sumień pojedynczych osób – co działo się przy kratkach konfesjonału. Gdy przystępował do ołtarza, jego każdy krok naznaczony był cierpieniem i wydawało się że wstępował na Kalwarię. Już w chwili wypowiadania „Spowiadam się”… skupiał na ołtarzu grzechy świata, brał na siebie przewinienia wszystkich. Jego twarz przyjmowała wyraz całkowitego wyniszczenia. – Wyrok na grzesznika spada na mnie – mówił.

    „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”

    Podczas Liturgii Słowa Święty często nie mógł powstrzymać łez. Nie tylko dlatego, że tak intensywnie przeżywał każde słowo, lecz również dlatego, że przepełniała go wdzięczność dla Boga, który zechciał przemówić do ludzi. Ofiarowanie było dla niego oczekiwaniem na przemienienie zwykłego chleba w „Chleb z nieba”To było oczekiwanie „na wschód Słońca”. Podczas konsekracji dokonywało się – jak mawiał Ojciec Pio – „nowe cudowne zniszczenie i stworzenie”. Zniszczenie i stworzenie, czyli tajemnica ofiary Ukrzyżowanego, który ponosi haniebną śmierć „zaliczonego do złoczyńców”, aby stać się Eucharystią dla milionów.

    Gdy Ojciec Pio wymawiał słowa konsekracji: „To jest Ciało moje…, To jest kielich Krwi mojej”, a słowa te wypowiadał bardzo wolno, sylabizował je, to rzeczywiście uczestniczył w tragedii Golgoty. Chrystus wyciskał na nim to, co sam przeżywał: miłość, cierpienie, śmierć… Jego Msza święta była całą Męką Zbawiciela, a uczestniczący w niej wierni stawali się częścią grupy osób modlących się na Kalwarii. Wreszcie nadchodził czas zjednoczenia. Komunia święta! Na ten moment Ojciec Pio bardzo czekał. Kiedyś powiedział: „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”.

    „Nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj”

    Uczestnicząc w Eucharystii warto mieć w pamięci słowa mistyka: „Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.

    KAI,opoka.org,adonai.pl,glosojcapio.pl,zś/Stacja7

    ***

    Ojciec Joachim Badeni. „Dane mi było czuć Ciało Pańskie”

    Byłem na wieczornym nabożeństwie u dominikanów. Ksiądz wyszedł z zakrystii, wszedł na stopnie ołtarza – dla mnie to były nowości, bo w życiu nie chodziłem na nabożeństwa, na msze niedzielne zawsze, ale na Różaniec, to tylko babcia chodziła. Ksiądz wystawił w monstrancji Hostię, okadził i zaczął mówić „Zdrowaśki” – ten fragment przedrzemałem, bo ciągle jeszcze byłem obojętny. Ksiądz skończył się modlić i znowu wszedł po stopniach ołtarza – zdjął monstrancję i pobłogosławił wiernych trzy razy. Patrzę na monstrancję, widzę białe kółko w środku. Nagle zobaczyłem: Ciało, Krew, Dusza, Bóstwo, Chrystus – jasne, okazałe, bez egzaltacji. Od razu do spowiedzi poszedłem. Dość długo trwało, zanim się wyspowiadałem. Mówię: „Ja nie tylko wierzę w to, ale ja to widzę”.

    Ta wizja pozostała we mnie później przez całą wojnę. Wszędzie, gdzie tylko był kapelan, kościół, biegłem do Komunii – miałem ogromny głód Eucharystii w sobie. Potem kiedy zostałem księdzem, bardzo wyraźnie czułem, co trzymam w ręce podczas konsekracji – tylko czasem były w tym przerwy. Ale prawie na co dzień dane mi było czuć Ciało Pańskie – miękkość Jego Ciała. Nie tylko raz od święta wielka wizja. Dzień w dzień, miesiąc po miesiącu, rok po roku. 

    To wszystko otrzymałem od Matki Boskiej. To Jej dar. Dzisiaj, z dalszej perspektywy, widzę to w taki sposób: najpierw wyciągnęła mnie z błota, posłała do kościoła – dotknęła, pokazała mi Ciało Syna, dała głód tego właśnie Pokarmu. Jej plan układał się dalej: niech będzie księdzem i jako ksiądz będzie widział, co trzyma w ręce. To bardzo kobiece działanie, działanie Matki. Na pierwszym miejscu jest Syn Jednorodzony, potem trzeba kogoś ratować – dlaczego właśnie mnie?… Nie wiem. Byłem bardzo pospolitym grzesznikiem, nawrócenie mnie nie było żadną sensacją, dlaczego tak się stało… to tajemnica Opatrzności.

    (fragment książki „Siła nadziei”)

    ***

    Św. siostra Faustyna Kowalska. „W jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą”

    Widziałam w czasie przed podniesieniem Pana Jezusa ukrzyżowanego, który odrywał prawą rękę od krzyża, i światło, które wychodziło z rany, dotykało ramienia jego; powtórzyło się to w trzech Mszach świętych. Zrozumiałam, że Bóg da mu moc do spełnienia dzieła tego, pomimo trudności i przeciwności. Dusza ta, miła Bogu, jest ukrzyżowana wielorakimi cierpieniami, ale nie dziwię się wcale temu, bo tak Bóg postępuje z tymi, których szczególnie miłuje.
    (Dz 1253)

    Byłyśmy na nabożeństwie popołudniowym. Była śpiewana litania do Najsłodszego Serca Jezusa. Pan Jezus był wystawiony w monstrancji, po chwili ujrzałam małego Pana Jezusa, który wyszedł z Hostii i Sam spoczął na rękach moich. Trwało to krótka chwilę; radość niezmierna zalewała duszę moją. Tak samo wyglądało Dziecię Jezus, jak w tej chwili, kiedy weszłyśmy do kapliczki z Matka Przełożoną, a dawniejszą Mistrzynią moją – Matka Józefą.
    (Dz 406)

    Na drugi dzień, w czasie Mszy świętej, przed podniesieniem, duch ten zaczął śpiewać te słowa: Święty, Święty, Święty. Głos jego jakoby głosów tysiące, niepodobna tego napisać. Wtem duch mój został zjednoczony z Bogiem, w jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą, a zarazem poznałam  nicość, jaką jestem sama z siebie. Poznałam, wyraźniej niżeli kiedy indziej, Trzy Boskie Osoby: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jednak istność ich jest jedna i równość, i majestat. Dusza moja obcuje z tymi Trzema, lecz słowami nie umiem tego wyrazić, ale dusza rozumie to dobrze. Ktokolwiek jest złączony z jedną z tych Trzech Osób, przez to samo jest złączony z całą Trójcą Świętą, ponieważ Ich jedność jest nierozdzielna. To widzenie, czyli poznanie, zalało duszę moją szczęściem niepojętym, dlatego że Bóg jest tak wielkim. Nie widziałam tu tego, com napisała, oczami, jako dawniej, ale czysto wewnętrznie, w sposób czysto duchowy i niezależny od zmysłów. Trwało to do końca Mszy świętej. Teraz zdarza mi się to często i nie tylko w kaplicy, ale i przy pracy, i w czasie, jak się najmniej tego spodziewam.
    (Dz 472)

    Stacja7.pl

    ***

    Dlaczego J.R.R. Tolkien codziennie uczestniczył we Mszy Świętej?

    Beatyfikacja Tolkiena

    Domenico Cippitelli / NurPhoto via AFP

    ***

    Autor „Władcy pierścieni”, katolik, chętnie przyjmował Komunię Świętą, która w trudnych chwilach umacniała jego wiarę.

    J.R.R. Tolkien przeżył jedne z najczarniejszych wydarzeń w historii ludzkości. Walczył w pierwszej wojnie światowej, doświadczył pandemii hiszpanki, przetrwał okres wielkiego kryzysu i był świadkiem okrucieństw drugiej wojny światowej.

    W tym wszystkim wyrobił sobie nawyk codziennego uczestniczenia w Mszy Świętej.

    Tolkien: Codzienna Msza Święta z synami

    Jego typowy dzień zaczynał się wcześnie, od wspólnej z synami (Michaelem i Christopherem) Mszy Świętej w kościele katolickim pw. św. Alojzego. Rozpoczynała się ona o o 7.30, a Tolkienowie jechali na rowerach. Potem wszyscy wracali do domu, aby zjeść śniadanie, które przygotowała im Edith, żona i matka.

    Kiedy syn Michael przeżywał osobiste trudności, Tolkien zachęcał go do zwrócenia się ku Mszy Świętej, podkreślając, jak bardzo umacniała ona jego wiarę w mrocznych czasach.

    Z ciemności mojego pełnego udręki życia ukazuję ci jedyną, największą rzecz wartą kochania na ziemi: Przenajświętszy Sakrament… Tam znajdziesz poryw serca, chwałę, honor, wierność i prawdziwą drogę wszystkich twoich miłości na ziemi.

    Tolkien: Msza Święta fundamentem wiary

    W osobnym liście do Michaela Tolkien raz jeszcze podkreślił, że codzienna Msza Święta jest fundamentem jego wiary.

    Jedynym lekarstwem na zachwianie się omdlałej wiary jest Komunia. Najświętszy Sakrament, choć zawsze sam w sobie doskonały, pełny i nienaruszalny, nie działa w każdym z nas całkowicie i raz na zawsze. Podobnie jak akt wiary, musi mieć miejsce ustawicznie i musi wzrastać przez ćwiczenie. Częstotliwość ma największe znaczenie. Siedem razy w tygodniu daje więcej siły niż siedem razy w odstępach czasu.

    Tolkien wobec zmian w liturgii po Soborze Watykańskim II

    Po Soborze Watykańskim II Tolkien z rezerwą odnosił się do reform liturgicznych. Jego wnuk Simon wspominał, że podczas mszy świętej w Bournemouth dziadek głośno odpowiadał po łacinie, choć cała reszta wiernych odpowiadała już po angielsku.

    „Mój dziadek wyraźnie się z tym nie zgadzał i odpowiadał bardzo głośno po łacinie, podczas gdy reszta wiernych odpowiadała po angielsku. Było to dla mnie dość krępujące, ale dziadek zdawał się tego nie zauważać. Po prostu musiał robić to, co uważał za słuszne” – opowiadał Simon Tolkien (The Mail on Sunday, 2003).

    Sam Tolkien wyraził swoje obawy wobec kierunku zmian w liście do syna Michaela z 25 sierpnia 1967 r.:

    „‘Protestanckie’ szukanie na nowo prostoty i bezpośredniości – choć oczywiście kryje w sobie pewne dobre, czy przynajmniej zrozumiałe motywy – jest błędne i daremne. ‘Pierwotne chrześcijaństwo’ mimo wszelkich badań pozostaje i pozostanie w dużej mierze nieznane; a sama ‘prymitywność’ nie jest żadną gwarancją wartości, lecz w dużej mierze odzwierciedleniem ignorancji. Poważne nadużycia były obecne w zachowaniach liturgicznych chrześcijan od samego początku, tak samo jak dziś. (…) Z pewnością jednak wyrządza się krzywdę, gdy ktoś popada w obsesję powrotu do ziarna czy choćby do pierwszej młodości Kościoła, gdy – jak sobie wyobraża – był on piękny i nieskażony złem. Innym motywem – dziś tak mocno pomieszanym z owym prymitywistycznym podejściem, nawet w umysłach niektórych reformatorów – jest aggiornamento, czyli ‘unowocześnienie’. Ono również niesie ze sobą poważne zagrożenia, jak jasno pokazuje cała historia. Z tym z kolei pomieszano jeszcze ‘ekumeniczność’.” (Letters of J.R.R. Tolkien, 1981, nr 306).

    Choć Tolkien wiernie pozostawał w Kościele, nie ukrywał swojego bólu związanego ze zmianami liturgii. Jego przywiązanie do łaciny i dawnej formy Mszy Świętej wynikało nie z sentymentu, ale z przekonania, że liturgia jest żywą częścią Tradycji, którą należy chronić i pielęgnować.

    Philip Kosloski – Bogna Białecka/Aleteia..pl

    ***

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    Intencje Żywego Różańca

    na miesiąc wrzesień 2025

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, abyśmy natchnieni przez świętego Franciszka, doświadczyli wzajemnej więzi ze wszystkimi stworzeniami, ukochanymi przez Pana Boga i godnymi szacunku.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    ***


    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    1) Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.

    2) Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego  

    3) W tym miesiącu tyle razy Kościół przypomina nam o Tobie Boża Matko, bo wspominamy Twoje urodziny i imieniny i boleść Twojego Niepokalanego Serca po siedmiokroć przebitego i pojawienie się Twoje w La Salette i w Gietrzwałdzie – dlatego prosimy Cię “bądź przy nas o Pani, wołamy ze łzami, wśród zwątpień i burz, gdy nad kim Ty czuwasz, nie zbłądzi już”.


    Dodatkowe intencje

    dla Róż: św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:

    4) Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    dla Róży: bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:

    5) Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten  radosny i ten związany z trudem, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

    ***

    Od 1 września 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 31 sierpnia 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.

    ***

    Błogosławiony Bartolo Longo dołączy do grona świętych Kościoła. To on ułożył modlitwę znaną jako nowenna pompejańska, praktykowana codziennie przez miliony wiernych na całym świecie.

    Ojciec święty Leon XIV ogłosi go świętym

    Bł. Bartolo Longo zostanie kanonizowany podczas uroczystości, która rozpocznie się 19 października o godz. 10.30 na Placu św. Piotra, której przewodniczyć będzie papież Leon XIV.

    ***

    Apostoł Różańca, katolicki wychowawca młodzieży, uznany błogosławionym przez Jana Pawła II dominikański tercjarz Bartolo Longo zostanie kanonizowany 19 października przez Papieża Leona XIV. Wraz z nim świętymi zostanie uznanych sześcioro innych błogosławionych.

    Bartolo Longo

    bł. Bartolo Longo

    ***

    Siedmioro kanonizowanych

    Bł. Bartolo Longo zostanie kanonizowany podczas uroczystości, która rozpocznie się 19 października o godz. 10.30 na Placu św. Piotra. Przewodniczyć jej będzie Papież Leon XIV. Wraz z włoskim błogosławionym kanonizowani zostaną także: Ignazio Choukrallah Maloyan – ormiańskokatolicki biskup, Peter To Rot – katechista z Nowej Gwinei, Vincenza Maria Poloni – włoska zakonnica, Maria del Monte Carmelo Rendiles Martínez – zakonnica z Wenezueli, Maria Troncatti – włoska zakonnica, José Gregorio Hernández Cisneros – wenezuelski lekarz, tercjarz franciszkański.

    Nawrócony satanista

    Bartolo Longo, urodzony w 1841 roku i pochodzący z włoskiej Apulii, to apostoł różańca i wizerunku Matki Bożej Różańcowej, który nazywał narzędziem do realizacji jednego z największych zamierzeń Bożego Miłosierdzia. Zanim sam nawrócił się na chrześcijaństwo, Longo praktykował satanizm, jednak pod wpływem przyjaciela porzucił zgubną drogę. Szczególnie ukochał nabożeństwo różańcowe i przy wsparciu wiernych wybudował w Pompejach kościół pod Jej wezwaniem. Przy świątyni stworzył domy wychowawcze dla dzieci więźniów i sierot, szkoły.

    Beatyfikowany przez Jana Pawła II

    Dziś zbudowany przez niego kościół znajduje się pod zarządem papieża. Jan Paweł II w 1980 roku beatyfikował Bartola Longo, a na początku 2025 roku papież Franciszek zatwierdził cud za wstawiennictwem błogosławionego. To otworzyło drogę do jego kanonizacji.

    Vatican MediaTygodnik Niedziela

    ***

    Autor Nowenny Pompejańskiej zostanie kanonizowany

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Ojciec Święty zatwierdził dekrety Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, dotyczące pięciorga Sług Bożych, m.in. Polki, Kunegundy Siwiec. Zaaprobował też kanonizację dwóch świeckich błogosławionych – m.in. czciciela Matki Bożej Pompejańskiej bł. Bartolo Longo – i zadecydował o zwołaniu konsystorza, związanego z uroczystościami kanonizacyjnymi.

    Dekrety dotyczące nowych świętych i błogosławionych Ojciec Święty podpisał wczoraj w Klinice Gemelli, gdzie przyjął Sekretarza Stanu kard. Pietro Parolina oraz Substytuta abp Edgara Peña Parrę. Przyszli kanonizowani to postaci, otaczane wielką czcią w swoich ojczyznach: bł Bartolo Longo, twórca Nowenny Pompejańskiej, niezwykle popularnej także w Polsce oraz bł. Giuseppe Gregorio Hernández Cisneros, Wenezuelczyk, tercjarz franciszkański, zwany „lekarzem ubogich”.

    Brat Różaniec – nawrócony satanista

    Najbardziej znanym z grona przyszłych świętych i błogosławionych jest bł. Bartolo Longo, czciciel Matki Bożej z Pompejów i autor Nowenny Pompejańskiej, którą modlą się wierni na całym świecie. Był świeckim prawnikiem, żyjącym w latach 1841-1926. W młodości słynął z wypowiedzi wrogich Kościołowi, a przez pewien czas związany był z satanistami, doświadczył jednak głębokiego nawrócenia i powrócił do wiary chrześcijańskiej. Jako dominikański tercjarz przyjął imię Brat Różaniec, ze względu na swoje głębokie nabożeństwo do Matki Bożej.

    W 1875 roku Bartolo Longo przywiózł do Pompejów obraz Matki Bożej, a w 1876 roku rozpoczął budowę sanktuarium, które miało stać się światowym centrum kultu maryjnego. Świątynia została poświęcona Matce Bożej Różańcowej 7 maja 1891 roku. Papież Leon XIII jemu i jego małżonce powierzył administrowanie świątyni, a on sam poświęcił resztę życia promowaniu nabożeństwa różańcowego. Zmarł w opinii świętości. W 1980 r. beatyfikował go papież Jan Paweł II. Ogromna popularność nabożeństwa Nowenny Pompejańskiej skłoniła w 2024 r. arcybiskupa-prałata Pompejów Tommasa Caputa oraz przewodniczącego regionalnej Konferencji Episkopatu Kampanii Antoniego Di Donnę, by poprosić Ojca Świętego to, aby bł. Bartolo Longo został kanonizowany.

    Święty w lekarskim kitlu

    José Gregorio Hernández Cisneros żył w Wenezueli w latach 1864 – 1919. Marzył o kapłaństwie i medycynie, jednak z uwagi na problemy zdrowotne nie mógł wstąpić do seminarium. Po ukończeniu studiów medycznych zaczął pracować w zawodzie, poświęcając się ludziom ubogim, których nie stać było ani na opiekę medyczną, ani na zakup leków.

    Znany z tego, że za własne pieniądze wykupował recepty swoich pacjentów i nie pobierał opłat za leczenie, szybko zyskał przydomek „lekarza ubogich”. Zmarł wskutek obrażeń, jakich doznał, gdy – wychodząc z apteki, gdzie zaopatrywał swoich pacjentów – został potrącony przez samochód. Został ogłoszony błogosławionym w 2021 r., a jego doczesne szczątki znajdują w kościele Matki Bożej z Candelarii w Caracas.

    Polka wśród przyszłych błogosławionych

    Papież Franciszek zatwierdził również dekrety, dotyczące:

    – ofiary życia Sługi Bożego ks. Emila Józefa Kapauna, kapelana wojskowego, urodzonego 20 kwietnia 1916 r. w Pilsen w amerykańskim Stanie Kansas i zmarłego w północnokoreańskim obozie jenieckim w Pyokton 23 maja 1951 r.;

    – ofiary życia Sługi Bożego Salva D’Acquisty, świeckiego, ur. 15 października 1920 r. w Neapolu i zm. 23 września 1943 w Palidoro;

    – heroiczności cnót Sługi Bożego Michała Maura Montanera, hiszpańskiego kapłana i ewangelizatora robotników, ur. 6 września 1843 r. w Palma de Mallorca i zmarłego tamże 19 września 1915 r.;

    – heroiczności cnót Sługi Bożego Didaco Bessiego, założyciela zgromadzenia Sióstr Dominikanek Matki Bożej Różańcowej, ur. 5 lutego 1856 we włoskim Iolo i zmarłego tamże 25 maja 1919 r.;

    – heroiczności cnót Sługi Bożej Kunegundy Siwiec, świeckiej Polki, urodzonej w Stryszawie 28 maja 1876 r. i zmarłej tamże 27 czerwca 1955 r.

    vaticannews.va/Tygodnik Niedziela

    ***

    Leon XII – papież, który bardzo zdecydowanie potępił masonerię i odnowił Rzym

    Papież Leon XII – Wikicommons I Charles Picqué, domaine public.

    ***

    Surowy, a zarazem pokorny. Ogłosił Jubileusz, przeprowadził reformy i wypowiedział bezwzględną walkę masonerii. Kim był Leon XII, papież, który zamieszkał w opuszczonym Watykanie i pragnął „resakralizacji” Wiecznego Miasta?

    Skromny arystokrata z Marche

    Annibale Sermattei della Genga urodził się 2 sierpnia 1760 r. w pobliżu Ankony, w rodzinie należącej do szlachty papieskiej. Był szóstym z dziesięciorga dzieci. W wieku 23 lat otrzymał święcenia kapłańskie i szybko został skierowany do Akademii Szlachetnych Duchownych, czyli uczelni przygotowującej przyszłych nuncjuszy. Słynął z elokwencji – w 1790 r. papież Pius VI powierzył mu wygłoszenie mowy żałobnej po cesarzu Józefie II.

    W kolejnych latach rozpoczął karierę dyplomatyczną jako nuncjusz apostolski w trudnym okresie wojen napoleońskich. W 1816 r. Pius VII mianował go kardynałem i powierzył mu m.in. funkcję wikariusza Rzymu. Mimo zdrowia nadszarpniętego chorobami i opinii człowieka bardzo surowego, w 1823 r. został wybrany papieżem i przyjął imię Leon XII.

    Ogłoszenie wielkiego jubileuszu, odprawić się mającego w stolicy chrześciańskiey Rzymie przez cały rok tysiączny ośmsetny dwudziesty piąty.

    ***

    Jubileusz i „resakralizacja” Rzymu

    Jego pontyfikat trwał zaledwie sześć lat (1823–1829), ale został naznaczony ważnymi wydarzeniami. Leon XII był jedynym papieżem XIX wieku, który mógł ogłosić Rok Jubileuszowy – w 1825 r. Jubileusz miał stać się czasem duchowej odnowy i „resakralizacji” Wiecznego Miasta po latach rewolucyjnych zamieszek i okupacji francuskiej.

    Na początku pontyfikatu papież porzucił pałac na Kwirynale, wybierając skromniejszy i zaniedbany wówczas Pałac Apostolski na Watykanie. Chciał w ten sposób podkreślić surowość i odciąć się od dworskiego przepychu.

    Reformy Kościoła i Państwa Papieskiego

    Leon XII znany był z gorliwości religijnej i dążenia do przywrócenia Kościołowi powagi. W 1827 r. wydał Kodeks reformistyczny, który porządkował prawo w Państwie Kościelnym. Przeprowadził też reformę sądownictwa, przywracając sądy biskupie w sprawach kościelnych i świeckich.

    Wspierał edukację: odnowił Uniwersytet Gregoriański prowadzony przez jezuitów, reaktywował drukarnię watykańską, powiększył zbiory Biblioteki Watykańskiej. Był też mecenasem archeologii – objął patronat nad wykopaliskami na Forum Romanum i Forum Trajana. Jednocześnie odbudował bazylikę św. Pawła za Murami, zniszczoną przez pożar w 1823 r.

    Działał charytatywnie budując szpitale i sierocińce, które osobiście odwiedzał bez zapowiedzi.

    Surowość wobec masonerii

    Jednym z najmocniejszych rysów jego pontyfikatu była zdecydowana walka z tajnymi stowarzyszeniami. W konstytucji apostolskiej Quo graviora (13 marca 1826 r.) Leon XII potępił masonerię i podobne ruchy. Pisał:

    „[Oni] wielokrotnie powtarzają, że Chrystus jest albo zgorszeniem, albo głupstwem; a nawet, nierzadko, że Boga wcale nie ma. Nauczają, że dusza człowieka ginie razem z ciałem. Kodeksy i statuty, którymi objaśniają swoje cele i nakazy, otwarcie głoszą wszystko to, co już wspomnieliśmy, a co zmierza do obalenia prawowitych władców i całkowitego zniszczenia Kościoła. I ustalono, i należy to uważać za pewne, że te sekty, choć z nazwy różne, połączone są między sobą bezbożnym węzłem plugawych celów.”
    (Quo graviora, 13 marca 1826 r.)

    W tym samym dokumencie podkreślał jeszcze mocniej:

    „Tajne związki tych wichrzycieli, całkowicie wrogich Bogu i książętom, oddane są całkowicie temu, by doprowadzić do upadku Kościoła, zniszczenia królestw i nieładu na całym świecie. Ich prawem jest kłamstwo, ich bogiem – diabeł, a ich kultem – występek.”
    (Quo graviora, 1826 r.)

    Słowa te jasno pokazują, że papież postrzegał masonerię nie tylko jako zagrożenie polityczne, ale przede wszystkim duchowe.

    Świadectwa współczesnych

    Ambasador Francji przy Stolicy Apostolskiej, pisarz François-René de Chateaubriand, tak go opisał:

    „Leon XII, książę wielkiej postury i zarazem spokojnego, smutnego wyrazu twarzy, odziany był w prostą białą sutannę. Nie znał przepychu, a przebywał w ubogim gabinecie, niemal bez mebli.”

    Ten obraz surowego, ale pokornego papieża koresponduje z jego decyzją, by być pochowanym w prostym grobie ziemnym przed ołtarzem św. Leona Wielkiego w bazylice św. Piotra.

    Aleteia.pl

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – wrzesień 2025

    ***

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons


    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne

    fot. Depositphotos/Deon.pl

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    30 września

    Święty Hieronim, prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz Oświeciciel, biskup
    Święty Hieronim
    Hieronim urodził się ok. 345 r. w Strydonie (prawdopodobnie na terenie dzisiejszej Chorwacji). Był synem zamożnych ludzi pochodzenia rzymskiego, katolików. Studiował w Rzymie pod kierunkiem mistrzów łaciny i retoryki, m.in. Donata. Tam – w wieku młodzieńczym, zgodnie z ówczesnym zwyczajem – przyjął chrzest między 358 a 364 r. z rąk papieża św. Liberiusza. Wówczas postanowił porzucić światowe życie i zająć się zagadnieniami religijnymi. Udał się następnie do Trewiru, ówczesnej stolicy cesarstwa, gdzie na życzenie rodziców miał rozpocząć karierę urzędniczą; prawdopodobnie jednak podjął tam studia teologiczne. Z Galii powrócił do Włoch. W tym czasie jego siostra wstąpiła do klasztoru. Także i sam Hieronim został w Akwilei mnichem i ok. 373 r. wyjechał na Wschód, by w Jerozolimie pracować naukowo i poddać się rygorystycznemu życiu. Poprzez Azję Mniejszą wyruszył do Ziemi Świętej, ale wyczerpany trudami podróży zatrzymał się w Antiochii. Znalazł się o krok od śmierci. Po wyzdrowieniu zaczął intensywną naukę greki i języka hebrajskiego, poświęcił się studiowaniu Pisma świętego na Pustyni Chalcydyckiej.
    Święty Hieronim
    W 377 r. w Antiochii Hieronim przyjął święcenia kapłańskie, zastrzegając jednak, że pragnie dalej wieść życie ascetyczne. Za cel swojego życia postawił pracę naukową. Na dłuższy czas (379-382) zatrzymał się w Konstantynopolu. Miasto urzekło go swoją historią, bogactwem zabytków, zasobnością w książki. Właśnie wtedy patriarchą Konstantynopola był św. Grzegorz z Nazjanzu. Hieronim słuchał pilnie jego kazań. W tym czasie przełożył na język łaciński niektóre homilie Orygenesa i Historię Euzebiusza z Cezarei Palestyńskiej.
    W 382 r. uczestniczył w synodzie rzymskim, gdzie na polecenie papieża Damazego zaczął pracować nad poprawianiem dawnego przekładu Nowego Testamentu i psalmów. W latach 382-384 był sekretarzem i doradcą papieża Damazego. Mieszkał na Awentynie, gdzie skupił wokół siebie elitę intelektualną i religijną Rzymu. Wśród jego uczniów znalazła się także św. Marcella (+ 410). Właśnie w jej pałacu zamieszkał. Na spotkania duchowe przybywała do niego również inna można pani Rzymu, św. Paula (+ 404), i jej córka, św. Eustochia (+ ok. 419). Po śmierci papieża (+ 384) Hieronim udał się do Egiptu; zwiedził Ziemię Świętą, Egipt, klasztory w Nitrii. Słuchał wykładów znakomitego znawcy pism Orygenesa, Dydyma Ślepca. Udał się następnie do Palestyny i w 386 r. zamieszkał w Betlejem. Tam pozostał już do śmierci.
    Organizował tam działalność charytatywną, prowadził wykłady, pod jego opieką powstały cztery klasztory. Odznaczał się encyklopedyczną wiedzą, umiłowaniem ascezy, pracowitością, gorącym przywiązaniem do Kościoła, czcią do Matki Bożej, a przede wszystkim umiłowaniem Pisma Świętego. Współcześni mu odnotowali jednak, że miał wybuchowy charakter.Święty Hieronim
    Pozostawił po sobie niebywale ogromną spuściznę literacką. W latach 389-395 przełożył na łacinę wiele ksiąg Septuaginty (greckiego przekładu Biblii). Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza “powszechnie przyjmowane”), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Hieronim napisał także komentarze do wielu ksiąg Pisma oraz przełożył liczne teksty Ojców Kościoła. Zwalczał współczesne mu herezje. Ostatnie lata spędził w grocie sąsiadującej z Grotą Narodzenia Pana Jezusa. Zmarł osamotniony 30 września 419 lub 420 r. Jego relikwie sprowadzono z czasem do Rzymu. Obecnie znajdują się w głównym ołtarzu bazyliki S. Maria Maggiore. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego, patronem eremitów, biblistów, egzegetów, księgarzy i studentów.
    Ikonografia ukazuje najczęściej św. Hieronima jako wielkiego pokutnika w długiej szacie albo obnażonego starca, w przepasce na biodrach, wycieńczonego postami. Czasami przedstawiany jest w kapeluszu kardynalskim, co jest aluzją do jego funkcji sekretarza papieskiego, lub w postawie siedzącej przy pulpicie. Atrybutami Świętego są: czaszka, gołębica, kamienie, klepsydra, księga, lew u stóp, oswojone lwiątko, model kościoła, pióro pisarskie, rylec do pisania i tabliczka, trąba powietrzna przypominająca Sąd Ostateczny, wielbłąd.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    29 września

    Święci Archaniołowie Michał, Rafał i Gabriel

    Zobacz także:
      •  Święty Szymon Ruiz de Rojas, prezbiter
      •  Błogosławiony Ludwik Monza, prezbiter
      •  Rachela, żona Jakuba
    Aniołowie są istotami ze swej natury różnymi od ludzi. Należą do stworzeń, są nam bliscy, dlatego Kościół obchodzi ich święto. Do ostatniej reformy kalendarza kościelnego (z 14 lutego 1969 r.) istniały trzy odrębne święta: św. Michała czczono 29 września, św. Gabriela – 24 marca, a św. Rafała – 24 października. Obecnie wszyscy trzej archaniołowie są czczeni wspólnie.Archanioł Michał depcze bestię
    W tradycji chrześcijańskiej Michał to pierwszy i najważniejszy spośród aniołów (Dn 10, 13; 12, 1; Ap 12, 7 nn), obdarzony przez Boga szczególnym zaufaniem.
    Hebrajskie imię Mika’el znaczy “Któż jak Bóg”. Według tradycji, kiedy Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu i do buntu namówił część aniołów, Archanioł Michał miał wystąpić i z okrzykiem “Któż jak Bóg” wypowiedzieć wojnę szatanom.
    W Piśmie świętym pięć razy jest mowa o Michale. W księdze Daniela jest nazwany “jednym z przedniejszych książąt nieba” (Dn 13, 21) oraz “obrońcą ludu izraelskiego” (Dn 12, 1). Św. Jan Apostoł określa go w Apokalipsie jako stojącego na czele duchów niebieskich, walczącego z szatanem (Ap 12, 7). Św. Juda Apostoł podaje, że jemu właśnie zostało zlecone, by strzegł ciała Mojżesza po jego śmierci (Jud 9). Św. Paweł Apostoł również o nim wspomina (1 Tes 4, 16). Jest uważany za anioła sprawiedliwości i sądu, łaski i zmiłowania. Jeszcze bardziej znaczenie św. Michała akcentują księgi apokryficzne: Księga Henocha, Apokalipsa Barucha czy Apokalipsa Mojżesza, w których Michał występuje jako najważniejsza osoba po Panu Bogu, jako wykonawca planów Bożych odnośnie ziemi, rodzaju ludzkiego i Izraela. Michał jest księciem aniołów, jest aniołem sądu i Bożych kar, ale też aniołem Bożego miłosierdzia. Pisarze wczesnochrześcijańscy przypisują mu wiele ze wspomnianych atrybutów; uważają go za anioła od szczególnie ważnych zleceń Bożych. Piszą o nim m.in. Tertulian, Orygenes, Hermas i Didymus. Jako praepositus paradisi ma ważyć dusze na Sądzie Ostatecznym. Jest czczony jako obrońca Ludu Bożego i dlatego Kościół, spadkobierca Izraela, czci go jako swego opiekuna. Papież Leon XIII ustanowił osobną modlitwę, którą kapłani odmawiali po Mszy świętej z ludem do św. Michała o opiekę nad Kościołem.
    Kult św. Michała Archanioła jest w chrześcijaństwie bardzo dawny i żywy. Sięga on wieku II. Symeon Metafrast pisze, że we Frygii, w Małej Azji, św. Michał miał się objawić w Cheretopa i na pamiątkę zostawić cudowne źródło, do którego śpieszyły liczne rzesze pielgrzymów. Podobne sanktuarium było w Chone, w osadzie odległej 4 km od Kolosów, które nosiło nazwę “Michelion”. W Konstantynopolu kult św. Michała był tak żywy, że posiadał on tam już w VI w. aż 10 poświęconych sobie kościołów, a w IX w. kościołów i klasztorów pod jego wezwaniem było tam już 15. Sozomenos i Nicefor wspominają, że nad Bosforem istniało sanktuarium św. Michała, założone przez cesarza Konstantyna (w. IV). W samym zaś Konstantynopolu w V w. istniał obraz św. Michała, czczony jako cudowny w jednym z klasztorów pod jego imieniem. Liczni pielgrzymi zabierali ze sobą cząstkę oliwy z lampy płonącej przed tym obrazem, gdyż według ich opinii miała ona własności lecznicze. W Etiopii każdy 12. dzień miesiąca był poświęcony św. Michałowi.
    W Polsce powstały dwa zgromadzenia zakonne pod wezwaniem św. Michała: męskie (michalitów) i żeńskie (michalitek), założone przez błogosławionego Bronisława Markiewicza (+ 1912, beatyfikowanego przez kard. Józefa Glempa w Warszawie w czerwcu 2005 r.).
    Św. Michał Archanioł jest patronem Cesarstwa Rzymskiego, Papui Nowei Gwinei, Anglii, Austrii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Węgier i Małopolski; diecezji łomżyńskiej; Amsterdamu, Łańcuta, Sanoka i Mszany Dolnej; ponadto także mierniczych, radiologów, rytowników, szermierzy, szlifierzy, złotników, żołnierzy. Przyzywany jest także jako opiekun dobrej śmierci.
    W ikonografii św. Michał Archanioł przedstawiany jest w tunice i paliuszu, w szacie władcy, jako wojownik w zbroi. Skrzydła św. Michała są najczęściej białe, niekiedy pawie. Włosy upięte opaską lub diademem. Jego atrybutami są: globus, krzyż, laska, lanca, miecz, oszczep, puklerz, szatan w postaci smoka u nóg lub skrępowany, tarcza z napisem: Quis ut Deus – “Któż jak Bóg”, waga.
    Archanioł Gabriel zwiastuje Maryi wolę Bożą
    Gabriel po raz pierwszy pojawia się pod tym imieniem w Księdze Daniela (Dn 8, 15-26; 9, 21-27). W pierwszym wypadku wyjaśnia Danielowi znaczenie tajemniczej wizji barana i kozła, ilustrującej podbój przez Grecję potężnych państw Medów i Persów; w drugim wypadku archanioł Gabriel wyjaśnia prorokowi Danielowi przepowiednię Jeremiasza o 70 tygodniach lat. Imię “Gabriel” znaczy tyle, co “mąż Boży” albo “wojownik Boży”. W tradycji chrześcijańskiej (Łk 1, 11-20. 26-31) przynosi Dobrą Nowinę. Ukazuje się Zachariaszowi zapowiadając mu narodziny syna Jana Chrzciciela. Zwiastuje także Maryi, że zostanie Matką Syna Bożego.
    Według niektórych pisarzy kościelnych Gabriel był aniołem stróżem Świętej Rodziny. Przychodził w snach do Józefa (Mt 1, 20-24; 2, 13; 2, 19-20). Miał być aniołem pocieszenia w Ogrójcu (Łk 22, 43) oraz zwiastunem przy zmartwychwstaniu Pana Jezusa (Mt 28, 5-6) i przy Jego wniebowstąpieniu (Dz 1, 10). Niemal wszystkie obrządki w Kościele uroczystość św. Gabriela mają w swojej liturgii tuż przed lub tuż po uroczystości Zwiastowania. Tak było również w liturgii rzymskiej do roku 1969; czczono go wówczas 24 marca, w przeddzień uroczystości Zwiastowania. Na Zachodzie osobne święto św. Gabriela przyjęło się dopiero w wieku X. Papież Benedykt XV w roku 1921 rozszerzył je z lokalnego na ogólnokościelne. Pius XII 1 kwietnia 1951 r. ogłosił św. Gabriela patronem telegrafu, telefonu, radia i telewizji. Św. Gabriel jest ponadto czczony jako patron dyplomatów, filatelistów, posłańców i pocztowców. W 1705 roku św. Ludwik Grignion de Montfort założył rodzinę zakonną pod nazwą Braci św. Gabriela. Zajmują się oni głównie opieką nad głuchymi i niewidomymi.
    W ikonografii św. Gabriel Archanioł występuje niekiedy jako młodzieniec, przeważnie uskrzydlony i z nimbem. Odziany w tunikę i paliusz, czasami nosi szaty liturgiczne. Na włosach ma przepaskę lub diadem. Jego skrzydła bywają z pawich piór. Szczególnie ulubioną sceną, w której jest przedstawiany w ciągu wieków, jest Zwiastowanie. Niekiedy przekazuje Maryi jako herold Boży zapieczętowany list lub zwój. Za atrybut służy mu berło, lilia, gałązka palmy lub oliwki.Archanioł Rafał prowadzi Tobiasza
    Rafał przedstawił się w Księdze Tobiasza, iż jest jednym z “siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański” (Tb 12, 15). Występuje w niej pod postacią ludzką, przybiera pospolite imię Azariasz i ofiarowuje młodemu Tobiaszowi wędrującemu z Niniwy do Rega w Medii swoje towarzystwo i opiekę. Ratuje go z wielu niebezpiecznych przygód, przepędza demona Asmodeusza, uzdrawia niewidomego ojca Tobiasza. Hebrajskie imię Rafael oznacza “Bóg uleczył”.
    Ponieważ zbyt pochopnie używano imion, które siedmiu archaniołom nadały apokryfy żydowskie, dlatego synody w Laodycei (361) i w Rzymie (492 i 745) zakazały ich nadawania. Pozwoliły natomiast nadawać imiona Michała, Gabriela i Rafała, gdyż o tych wyraźnie mamy wzmianki w Piśmie świętym. W VII w. istniał już w Wenecji kościół ku czci św. Rafała. W tym samym wieku miasto Kordoba w Hiszpanii ogłosiło go swoim patronem.
    Św. Rafał Archanioł ukazuje dobroć Opatrzności. Pobożność ludowa widzi w nim prawzór Anioła Stróża. Jest czczony jako patron aptekarzy, chorych, lekarzy, emigrantów, pielgrzymów, podróżujących, uciekinierów, wędrowców i żeglarzy.
    W ikonografii św. Rafał Archanioł przedstawiany jest jako młodzieniec bez zarostu w typowym stroju anioła – tunice i chlamidzie. Jego atrybutami są: krzyż, laska pielgrzyma, niekiedy ryba i naczynie. W ujęciu bizantyjskim ukazywany jest z berłem i globem.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    28 września

    Święty Wacław, męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni Ferdynand i Towarzysze, męczennicy
      •  Baruch, prorok
    W 845 roku 14 książąt czeskich przyjęło chrzest w Ratyzbonie. W tymże wieku książę Mojmir (+ 846) utworzył państwo wielkomorawskie. Jego następca, Rościsław, sprowadził na Morawy św. Cyryla i św. Metodego. Z ich pomocą zaprowadził chrześcijaństwo w obrządku słowiańsko-bizantyńskim. Z końcem wieku IX i na początku wieku X książę czeski Bożywoj podbił państwo wielkomorawskie i przyjął chrzest w obrządku słowiańskim. W wieku X obrządek ten został wyparty przez obrządek rzymski, łaciński. W roku 973 powstało biskupstwo w Pradze, zależne od metropolii w Moguncji. Drugim biskupem Pragi był św. Wojciech (+ 997). Jednak największym bohaterem katolickich Czech jest św. Wacław, król i męczennik. On też jest głównym patronem kraju i narodu.

    Święty Wacław

    Wacław był synem księcia Czech, Wratysława I, i Drahomiry lutyckiej. Pogaństwo miało w kraju jeszcze wielu przedstawicieli. Wśród nich złym duchem była Drahomira, która po śmierci męża objęła w Czechach rządy. Korzystając z małoletniości Wacława, urządziła napad na jego babkę, św. Ludmiłę, wdowę po Bożywoju, pierwszym chrześcijańskim władcy w Czechach. Ludmiłę napadnięto 15 września 921 roku na zamku w Tetin i uduszono. Drahomira zaczęła na nowo wprowadzać siłą pogaństwo i niszczyć Kościół. Doprowadziło to do wojny z Niemcami. Najpierw na Czechy wyruszył książę Bawarii, Arnulf (922), a potem sam cesarz, Henryk I (928) występując w obronie misjonarzy, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie śmierci.
    Na skutek tej interwencji Drahomira została zmuszona do tego, by ustąpić i oddać rządy swemu starszemu synowi, Wacławowi. Przyszedł on na świat ok. roku 907. Kiedy miał 7 lat, zwyczajem ówczesnym, któremu podlegał jeszcze nasz król, Bolesław Chrobry, odbyła się na zamku praskim uroczystość postrzyżyn. Kapłan przy tym obrzędzie odmawiał modlitwę: “Wszechmogący, wieczny Boże, spójrz łaskawie na Twego sługę, Wacława, którego zechciałeś powołać do łaski postrzyżyn. Udziel mu przebaczenia wszystkich grzechów i użycz mu darów niebieskich”.

    Święty Wacław

    Młody książę zabrał się natychmiast do zagojenia ran, zadanych Kościołowi. Trzeba było zająć się odbudową zniszczonych kościołów i uzupełnieniem szeregów duchowieństwa. Żywot Wacława głosi, że wyróżniał się on wielką pobożnością. Ikonografia przedstawia go czasem, jak nocą nawiedza kaplicę zamkową, gdyż pracowity dzień nie zostawiał mu wiele czasu na modlitwę. Miał osobiście uprawiać winną latorośl i pszenicę, by na ołtarz do katedry i swojej kaplicy zamkowej dostarczać koniecznego wina i chleba. Szczególną miłością darzył ubogich. Mówi się o nim, że podobnie jak św. Edward Wyznawca w Anglii, miał nawet na swoich ramionach nosić znalezionych chorych i zajmować się nimi. Państwo czeskie było wówczas podzielone na wiele mniejszych księstw. Nie były to więc łatwe rządy. Dochodziło nawet często do starć zbrojnych. Legenda głosi, że w czasie jednej z potyczek przy św. Wacławie miał zjawić się szereg aniołów, co tak przeraziło przeciwników, że wycofali się z walki. Ikonografia często przedstawia więc Wacława w otoczeniu aniołów.
    Od cesarza Henryka I Wacław otrzymał w darze relikwię św. Wita i św. Zygmunta. Ku czci św. Wita książę wystawił najpierw skromny kościół, który został z czasem rozbudowany do najokazalszej świątyni Czech. Do dziś jest ona klejnotem Pragi. Wacław wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do tego męczennika (+ ok. 305) jakby w przeczuciu, że i jemu przypadnie podobna śmierć.
    Tak się też stało. Jego młodszy brat, Bolesław, za namową niecnej matki, Drahomiry, zaprosił Wacława do udziału w konsekracji świątyni, jaką wystawił przy swoim zamku w Starym Bolesławcu ku czci świętych męczenników Kosmy i Damiana. Kiedy Wacław tam się udał, został zamordowany przez siepaczy, nasłanych przez Bolesława. Według podania, mord miał mieć miejsce w samym kościele. Działo się to 28 września ok. 929 roku. Ciało Wacława pochowano w kościele św. Wita, zamienionym potem na katedrę, kiedy w Pradze zostało założone biskupstwo (963).
    Święty książę został natychmiast uznany za męczennika, a niebawem został głównym patronem kraju. Zaczęły ukazywać się jego żywoty, a Widuking, mnich z Korbei, w roku 967 pisał o cudach, jakie działy się przy grobie Świętego. Najpiękniejszy plac w Pradze otrzymał jego imię. Znajduje się na nim okazały pomnik, przedstawiający św. Wacława w zbroi rycerza na koniu. Wystawiono go w roku 1908. Imię Świętego stało się w Czechach bardzo popularne. Trzech władców kraju po św. Wacławie nosiło to imię. Dwóch z nich było nawet królami Polski: Wacław II (1291-1300) i Wacław III (1305-1306).
    Ku czci św. Wacława wystawiono w Czechach ok. 180 kościołów oraz ok. 100 kaplic. Z jego podobizną bito monety czeskie. Kiedy Karol IV odbywał koronację (1347), swoją koronę przytknął do relikwii św. Wacława, które znajdują się w bogatym sarkofagu w kaplicy katedry św. Wita. Odtąd koronę królów czeskich, a również państwo czeskie zaczęto nazywać “koroną św. Wacława”.
    Papież Benedykt XIV zatwierdził kult św. Wacława w roku 1729 z okazji 800-lecia śmierci Świętego i rozszerzył jego cześć na cały Kościół. Córką Bolesława I Okrutnego, który dokonał zabójstwa na osobie św. Wacława, była Dobrawa, żona księcia Mieszka I, która przyczyniła się walnie do jego nawrócenia (966). Św. Wacław jest patronem Czech, Moraw, Pragi i katedry krakowskiej na Wawelu.
    W ikonografii atrybutami św. Wacława są: anioł podający włócznię, aniołowie niosący jego trumnę, korona, sztylet, którym go zabito, zbroja rycerska z białym orłem na tarczy lub proporcu.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    27 września

    Święty Wincenty a Paulo, prezbiter

    Święty Wincenty a Paulo
    Wincenty urodził się w Pouy (obecnie St-Vincent-de-Paul w południowo-zachodniej Francji) 24 kwietnia 1581 r. jako trzecie z sześciorga dzieci, w biednej, wiejskiej rodzinie. Jego dzieciństwo było pogodne, choć od najmłodszych lat musiał pomagać w ciężkiej pracy w gospodarstwie i wychowywaniu młodszego rodzeństwa. Rodzice marzyli o tym, by ich syn w przyszłości wyrwał się ku łatwiejszemu życiu. Czternastoletniego Wincentego wysłali więc do szkoły franciszkanów w Dax. Na opłacenie szkoły Wincenty zarabiał dawaniem korepetycji kolegom zamożnym, a mniej uzdolnionym lub leniwym. Po ukończeniu szkoły nie bez zachęty ze strony rodziny podjął studia teologiczne w Tuluzie. W wieku 19 lat został kapłanem; jednak kapłaństwo było dla niego jedynie szansą na zrobienie kariery. Chciał w ten sposób pomóc swojej rodzinie. Studia w Tuluzie Wincenty zwieńczył bakalaureatem w 1604 r. Później pogłębił swoje studia jeszcze na uniwersytecie w Rzymie i w Paryżu, zdobywając licencjat z prawa kanonicznego (1623).
    Kiedy udał się Morzem Śródziemnym z Marsylii do Narbonne, został wraz z całą załogą i pasażerami napadnięty przez tureckich piratów i przewieziony do Tunisu jako niewolnik. W ciągu dwóch lat niewoli miał kolejno czterech panów. Ostatnim z nich był renegat z Nicei Sabaudzkiej. Młody kapłan zdołał go jednak nawrócić. Obaj szczęśliwie uciekli do Europy. Właściciel Wincentego znalazł w Rzymie przytułek. Wincenty przez ten rok nawiedzał w Rzymie miejsca święte i dalej się kształcił. Papież Paweł V wysłał Wincentego do Francji w nieznanej bliżej misji na dwór Henryka IV. Pozyskał sobie zaufanie królowej, Katarzyny de Medicis, która obrała go sobie za kapelana, mianowała go swoim jałmużnikiem i powierzyła mu opiekę nad Szpitalem Miłosierdzia.
    Wincenty przeżył ogromny kryzys religijny. Był skoncentrowany wyłącznie na tym, co może osiągnąć jedynie własnymi siłami. Zmianę w jego sposobie myślenia przyniosły dopiero lata 1608-1620. Poznał wówczas w Paryżu wielu wyjątkowych ludzi, m.in. ks. Pierre’a de Berrulle’a, który zgromadził wokół siebie kapłanów, ukazując im wielkość i znaczenie posługi kapłańskiej. Wincenty niemało zawdzięczał też św. Franciszkowi Salezemu i św. Franciszce de Chantal. Przez pewien czas głosił Chrystusa galernikom (więźniom, którzy pracowali jako wioślarze). Zaczął dostrzegać ludzką nędzę – materialną i moralną.Święty Wincenty a Paulo
    Prawdopodobnie duże znaczenie w życiu Wincentego odegrało zdarzenie, jakie miało miejsce 25 stycznia 1617 r. w Folleville. Wincenty głosił wówczas rekolekcje. Wezwano go do chorego, cieszącego się opinią porządnego i szanowanego człowieka. Na łożu śmierci wyznał mu on, że jego życie całkowicie rozminęło się z prawdą, że ciągle udawał kogoś innego niż był w rzeczywistości. W liturgii tego dnia przypadała uroczystość Nawrócenia św. Pawła. Dla Wincentego był to wstrząs. Zrozumiał, że Bóg pozwala się dotknąć w ubogich, w nich potwierdza swoją obecność. Odtąd Wincenty zaczął gorliwie służyć ubogim i pokrzywdzonym. Złożył Bogu ślub poświęcenia się ubogim. Głosił im Chrystusa i prawdę odnalezioną w Ewangelii. Zgromadził wokół siebie kilku kapłanów, którzy w sposób bardzo prosty i dostępny głosili ubogim Słowo Boże. W ten sposób w 1625 r. powstało Zgromadzenie Księży Misjonarzy – lazarystów.
    Wincenty w sposób szczególny dbał o przygotowanie młodych mężczyzn do kapłaństwa. Organizował specjalne rekolekcje przed święceniami, powołał do życia seminaria duchowne. Wincenty założył również stowarzyszenie Pań Miłosierdzia, które w sposób systematyczny i instytucjonalny zajęły się biednymi, porzuconymi dziećmi, żebrakami, kalekami. Spotkanie ze św. Ludwiką zaowocowało powstaniem Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (1633 r.), zwanych szarytkami (od franc. charite – miłosierdzie). W okresie frondy (zamieszki polityczne w Paryżu w latach 1648-1653) Wincenty niósł pomoc rzeszom głodujących, dotkniętym nieszczęściami i zniszczeniami wojennymi. Przez wiele lat był członkiem Rady Królewskiej – tzw. Rady Sumienia, której podlegały wszystkie sprawy Kościoła. Zajmując tak wysokie stanowisko pozostał cichy i skromny.Święty Wincenty a Paulo
    Wincenty zmarł w 1660 r. w wieku 79 lat. Jego misjonarze pracowali wtedy już w większości krajów europejskich, dotarli też do krajów misyjnych w Afryce północnej. W 1651 r. przybyli również do Polski. W roku 1729 papież Benedykt XIII wyniósł Wincentego do chwały błogosławionych, a papież Klemens XII kanonizował go w roku 1737. W 1885 r. Leon XIII uznał go za patrona wszystkich dzieł miłosierdzia w Kościele. Jest także patronem zgromadzenia lazarystów (założonego przez Wincentego zgromadzenia księży misjonarzy), szarytek, kleru, organizacji charytatywnych, podrzutków, szpitali i więźniów.
    W ikonografii św. Wincenty a Paulo przedstawiany jest w długiej szacie zakonnej i szerokim płaszczu. Jego atrybutami są: anioł, dziecko w ramionach, dziecko u stóp, krucyfiks.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    26 września

    Najświętsza Maryja Panna Leśniańska

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Kosma i Damian
      •  Święci męczennicy Wawrzyniec Ruiz i Towarzysze
      •  Święty Elzear i błogosławiona Delfina, małżonkowie
      •  Święty Ketyl, prezbiter
      •  Święty Nil Młodszy, opat
      •  Błogosławiony Kaspar Stanggassinger, prezbiter
      •  Błogosławiony Aureliusz z Vinalesa, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Święta Teresa Couderc, zakonnica
      •  Błogosławiony Alojzy Tezza, prezbiter
    Bazylika w Leśnej na Podlasiu
    26 września 1683 r. dwaj chłopcy, pasący bydło, znaleźli na drzewie dzikiej gruszy jaśniejący obraz. Wizerunek, umieszczony w zbudowanym dlań kościele, zaczął gromadzić rzesze ludzi. W miejscu zaś, gdzie według tradycji ukazał się cudowny wizerunek, została później zbudowana kaplica. Komisja biskupia dwukrotnie: w 1684 i 1700 r. wydała dekret o niezwykłości łask. Doświadczyli ich już w czasie wyprawy pod Wiedniem Jan Michałowski i Grzegorz Kulczycki, wysłani przez króla Jana III Sobieskiego do księcia Lotaryngii. Musieli się oni w przebraniu przedzierać przez obóz turecki. Uratowali się, bo polecili się opiece Matce Bożej Leśniańskiej i kiedy wrócili szczęśliwie z wojny do kraju, złożyli Jej swoje wota oraz zabrane Turkom pałasze.
    Obraz Matki Bożej Leśniańskiej
    Parafię w Leśnej na Podlasiu erygowano w 1695 r. Na miejscu dawnego kościoła z XVIII w. stoi obecnie barokowy, murowany kościół pw. świętych Apostołów Piotra i Pawła i Narodzenia NMP. W ołtarzu głównym znajduje się wyryta na kamieniu płaskorzeźba Matki Bożej z Dzieciątkiem, pochodząca z XVII w. Przedstawia ona Matkę Bożę w półpostaci z Dzieciątkiem na prawym ręku, w lewej ręce trzymającą otwartą książkę, na której wspiera się skrzydłami gołębica. Pan Jezus natomiast w prawej rączce trzyma książkę, a lewą unosi do góry.
    Opiekę nad wizerunkiem i parafią powierzono zakonowi paulinów. W okresie zaborów klasztor zamknięto jednak za sprzyjanie powstaniu styczniowemu. Do budynków popaulińskich sprowadzono zaś mniszki prawosławne, a kościół przebudowano na cerkiew. Gorący kult Maryi Leśniańskiej trwał nieprzerwanie mimo ukrycia obrazu w obawie przed zabraniem około 1867 r. Obraz odnaleziono i w 1927 r. uroczyście wprowadzono do Leśnej. Wizerunek koronował kard. Stefan Wyszyński 18 sierpnia 1963 r. (w 280. rocznicę objawienia się) w obecności 12 biskupów i ok. 150 tys. pielgrzymów. W 1984 r. kościół leśniański podniesiono do godności bazyliki mniejszej. W głównych odpustach uczestniczą setki grup pątniczych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    25 września

    Błogosławiony Władysław z Gielniowa, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Kleofas, uczeń Pański
    Błogosławiony Władysław z Gielniowa
    Marcin Jan (takie imiona otrzymał na chrzcie) urodził się w Gielniowie koło Opoczna ok. 1440 r. Jego rodzice byli ubogimi mieszczanami. Po ukończeniu szkoły parafialnej udał się do Krakowa, gdzie kontynuował swoje studia, aż znalazł się na tamtejszym uniwersytecie w roku 1462. Pod tą datą figuruje w księdze rejestracyjnej Akademii Krakowskiej.
    W Krakowie zapoznał się z bernardynami, których zaledwie 9 lat wcześniej sprowadził tam św. Jan Kapistran (1453). Jak sam pisze w swoim wierszu autobiograficznym, 1 sierpnia 1462 r. Marcin wstąpił do bernardynów i przyjął imię zakonne Władysław. Tu również najprawdopodobniej odbył swoje studia zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie. Nie wiadomo, gdzie spędził pierwsze lata w kapłaństwie. Nie są nam także znane urzędy, jakie sprawował w owym czasie w zakonie. Wiadomo na pewno, że w latach 1486-1487 Władysław przebywał w Krakowie, gdzie m.in. pełnił obowiązki egzaminatora w sprawie cudów, jakie działy się za przyczyną św. Szymona z Lipnicy, zmarłego w Krakowie w roku 1482. Możemy przypuszczać, że po śmierci Szymona pełnił zajmowany wcześniej przez niego urząd kaznodziei.
    W latach 1487-1490 i 1496-1499 sprawował urząd wikariusza prowincji i prowincjała. Przez sześć lat czuwał nad 22 domami zakonu w Polsce: odbywając co roku kapituły prowincji, wizytując domy braci i sióstr, troszcząc się o domy formacyjne, uczestnicząc w kapitułach generalnych w Urbino w roku 1490 i w Mediolanie w roku 1498, przyjmując komisarzy generalnych zakonu. Za jego rządów polska prowincja bernardynów powiększyła się o placówki w Połocku i Skępem.
    Dla swojego zakonu Władysław zasłużył się najbardziej przez to, że stał się współautorem konstytucji, które – zatwierdzone przez kapitułę prowincji i kapitułę generalną w Urbino (1490) – stały się na pewien czas dla prowincji obowiązkowym kodeksem prawnym.
    Jego życie było przepełnione modlitwą i duchem pokuty. Miał szczególne nabożeństwo do Męki Pańskiej. Sypiał zaledwie kilka godzin na lichym sienniku, bez poduszki, przykryty jedynie własnym habitem. Swoje ciało trapił bezustannie postem i biczowaniem. Na modlitwę poświęcał wiele godzin. Miał dar łez i ekstaz. Chodził zawsze boso, nawet w najsurowsze zimy. Boso także (w trepkach) odbywał wizytacje swojej odległej prowincji i zagraniczne podróże. Wyróżniał się niezwykłą gorliwością o zbawienie dusz, nie oszczędzając się na ambonie i w konfesjonale.
    Pomimo wielkiej surowości dla siebie, był dla swoich podwładnych prawdziwym ojcem. Otaczał szczególną opieką zakonników starszych, spracowanych oraz chorych. W swoich konstytucjach wyznacza bardzo surowe kary wobec przełożonych, którzy zaniedbują opiekę nad chorymi braćmi. Silnie zabiegał, aby przełożeni pilnie zaopatrywali potrzeby swoich współbraci, tak dalece, by nie ważyli się kupować czy sprawiać sobie czegokolwiek, zanim nie zadbają o to, by w rzeczy potrzebne byli zaopatrzeni najpierw ich podopieczni. Nakazuje bardzo starannie wybierać kandydatów do zakonu. Mistrzów nowicjatu przestrzega przed zbytnią gorliwością w stosowaniu prób. Gdzie jednak widział nadużycia i świadome rozluźnienie reguły, był nieubłagany i stanowczy. Miał czułe serce dla uciśnionych i potrzebujących.
    Zapamiętano go jako płomiennego kaznodzieję. Był jednym z pierwszych duchownych, który wprowadził do Kościoła język polski poprzez kazania i poetyckie teksty. Tradycja przypisała mu autorstwo wielu pobożnych pieśni. Sam je układał i uczył wiernych śpiewać. Służyły one pogłębieniu życia duchowego, zapoznaniu się z prawdami wiary i moralności, ukochaniu tajemnic Bożych, zwłaszcza osoby Jezusa Chrystusa i Jego Matki. Nie tylko sam układał teksty, ale zachęcał do tego także swoich współbraci. Ponadto układał w języku polskim koronki, godzinki i inne nabożeństwa.
    Charakterystycznym rysem osobowości Władysława było także jego nabożeństwo do Imienia Jezusa oraz do Najświętszej Maryi Panny. Za przykładem św. Bernardyna, który nosił ze sobą stale tabliczkę, na której był złotymi głoskami wypisany monogram Imienia Jezus, także Władysław za osnowę swoich kazań brał Imię Jezus. Swój najpiękniejszy utwór, Żołtarz Jezusów, ułożył w taki sposób, że każda nowa strofa rozpoczyna się właśnie tym Imieniem.
    W 1504 r. został gwardianem przy kościele św. Anny w Warszawie. Tutaj umarł 4 maja 1505 r., w kilka tygodni po ekstazie, jaką przeżył podczas kazania w Wielki Piątek. Uniósł się wówczas na oczach tłumu wypełniającego świątynię w górę ponad ambonę i zaczął wołać: “Jezu, Jezu!”.
    Zaraz po śmierci oddawano Władysławowi cześć należną świętym. 13 kwietnia 1572 r. dokonano uroczystego przeniesienia jego relikwii. Miało to miejsce w obecności kardynała-legata papieskiego, Franciszka Commendone, i nuncjusza apostolskiego, arcybiskupa Wincentego Portico. W uroczystości wziął udział także król Zygmunt August ze swoją siostrą Anną Jagiellonką, senatorowie i posłowie, którzy zjechali się na sejm do Warszawy. W roku 1627 rozpoczęto proces informacyjny według nowych rozporządzeń, jakie wydał papież Urban VIII. Tenże papież podpisał akta tego procesu przesłane do Rzymu. W 1635 roku komisja pod przewodnictwem biskupa Adama Nowodworskiego otworzyła grób ponownie, szczątki śmiertelne zmarłego przełożono do cynowej urny i sporządzono protokół. Z powodu wojen proces wznowiono dopiero w 1724 r.
    Benedykt XIV wydał urzędowy akt beatyfikacji 11 lutego 1750 r. Właściwe uroczystości przygotowano jednak dopiero w roku 1753, łącząc je z 300. rocznicą przybycia bernardynów do Polski. W roku 1759 Klemens XIII ogłosił bł. Władysława patronem Królestwa Polskiego i Litwy. 19 grudnia 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił go głównym patronem Warszawy. Obecnie bł. Władysław jest patronem drugorzędnym, a główną Patronką Warszawy jest Najświętsza Maryja Panna Łaskawa z wizerunku znajdującego się w kościele jezuitów przy archikatedrze na Starym Mieście.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 września

    Błogosławiona Kolumba Gabriel, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard, biskup i męczennik
      •  Znalezienie ciała św. Klary
      •  Święta Tekla, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Herman Kaleka
      •  Błogosławiony Antoni Marcin Slomšek, biskup
      •  Święty Pacyfik z San Severino, prezbiter
      •  Święty Liberiusz, papież
    Błogosławiona Kolumba Gabriel
    Janina Matylda Gabriel przyszła na świat 3 maja 1858 r. w Stanisławowie. Rodzice wychowali ją w głębokiej wierze i rozbudzili w niej zainteresowanie malarstwem, muzyką i tańcem. Mając 11 lat rozpoczęła naukę w szkole sióstr benedyktynek klauzurowych we Lwowie i po kilku latach otrzymała dyplom nauczycielski, który uprawniał ją także do prowadzenia lekcji religii. W czasie lat nauki umocniło się jej powołanie zakonne.
    30 sierpnia 1874 r. wstąpiła do nowicjatu benedyktynek i otrzymała imię Kolumba. Wyróżniała się wśród sióstr gorącym umiłowaniem modlitwy, czystością serca i ogromną wrażliwością na potrzeby bliźnich. 6 sierpnia 1882 r. złożyła uroczystą profesję zakonną. Pomimo młodego wieku współsiostry darzyły ją wielkim zaufaniem ze względu na zrównoważenie, inteligencję, zdolności organizatorskie oraz głębokie zjednoczenie z Bogiem. Już w 1889 r. została wybrana przeoryszą klasztoru we Lwowie. W 1894 r. powierzono jej urząd mistrzyni nowicjatu, a w 1897 r. – ksieni. Wykazała wielką ofiarność i oddanie służąc zgromadzeniu. Troszczyła się także o ubogich, którzy przychodzili do klasztoru z prośbą o pomoc.
    Napotkawszy trudności nie do pokonania zarówno wewnątrz klasztoru, jak i na zewnątrz, za zgodą ordynariusza archidiecezji opuściła klasztor we Lwowie i ojczyznę. Przybyła do Rzymu. Przez jakiś czas przebywała w domu Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, przygarnięta przez jego założycielkę, błogosławioną Marię Franciszkę Siedliską. Dopiero 3 czerwca 1902 r. otrzymała pozwolenie Watykanu na wstąpienie do klasztoru benedyktynek w Subiaco pod Rzymem. Nie mogąc jednak odzyskać wewnętrznego spokoju i ze względów zdrowotnych, zmuszona była prosić Kongregację Rzymską o pozwolenie na pobyt poza klasztorem.
    Powróciła do Rzymu i za radą swego duchowego kierownika, bł. o. Jacka Marii Cormiera, dominikanina, zajęła się katechizacją dzieci i roztoczyła opiekę nad chorymi i ubogimi. Dzięki pomocy ojca Vincenzo Ceresiego z zakonu misjonarzy Najświętszego Serca otworzyła 25 kwietnia 1908 r. zakład zwany “domem rodzinnym” dla młodych robotnic, zapewniający im mieszkanie, utrzymanie i pobyt w środowisku, gdzie mogły rozwijać więzy solidarności i miłości.
    Dosyć szybko matka Kolumba zgromadziła wokół siebie grupę dziewcząt i aby nieść wraz z nimi w duchu miłości Chrystusa bezinteresowną pomoc opuszczonym, postanowiła założyć nowy instytut życia konsekrowanego. 8 maja 1908 r. zaczęło istnieć czynne zgromadzenie Sióstr Benedyktynek od Miłości. Prowadziło ono działalność charytatywną i wychowawczą w bardzo wielu miastach.
    Matka Kolumba zmarła w opinii świętości 24 września 1926 r. w Rzymie. 16 maja 1993 r. św. Jan Paweł II w czasie uroczystej Mszy św. beatyfikacyjnej odprawionej w Bazylice Watykańskiej wyniósł ją do chwały ołtarzy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 września

    Kościół katedralny w Bielsku-Białej

    Kościół katedralny w Bielsku-Białej
    Prawdopodobnie już w chwili lokacji Bielska pod koniec XIII w. istniał w nim drewniany kościółek, otoczony cmentarzem. Wzrost znaczenia miasta i jego rozbudowa skłoniła księcia Wacława I do budowy nowego, murowanego kościoła, wybudowanego w stylu gotyckim w latach 1443-1447. Jego patronem został św. Mikołaj, biskup, uważany w średniowieczu za opiekuna kupców. W 1447 r. kościół ten stał się kościołem parafialnym, a św. Mikołaj – patronem całego miasta. W 1559 r. w wyniku reformacji kościół bielski został zamieniony w zbór protestancki. W ręce katolików wrócił dopiero w 1630 r. W 1659 r. spłonął doszczętnie w wyniku pożaru. Został szybko odbudowany dzięki finansowej pomocy właścicieli Bielska. W 1682 r. powstańczy oddział węgierskiej armii obrabował miasto, nie oszczędzając również kościoła św. Mikołaja.
    Na początku XVIII w. ufundowano nowe, barokowe wyposażenie (m.in. ołtarz główny). W 1750 r., w wyniku uderzenia pioruna, wnętrze kościoła ponownie spaliło się. Wkrótce podjęto jego odbudowę i wyposażono w ołtarz główny i 6 bocznych w stylu barokowym. W 1783 r. zlikwidowano okalający kościół cmentarz. W 1792 r. do kościoła trafił łaskami słynący obraz – cudowna kopia wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej. W 1808 r. nastąpił kolejny pożar; kościół odbudowano i ufundowano tym razem barokowo-klasycystyczne wyposażenie. W 1836 r. mniejszy pożar dotknął jedynie dach i wieżę kościoła, oszczędzając jego wnętrze. Ostatni, również niegroźny pożar, miał miejsce w 1860 r.
    W 1893 r. kościół zelektryfikowano (jako pierwszy kościół w diecezji wrocławskiej). W latach 1908-1910, wskutek szybkiego rozwoju miasta i znacznego wzrostu liczby parafian, dokonano rozbudowy dotychczasowej świątyni. Dobudowano drugą część nawy, utrzymaną w stylu neoromańskim. Jej poświęcenia dokonał w 1911 kard. Jerzy Kopp.
    bp Roman Pindel, ordynariusz bielsko-żywiecki
    Po II wojnie światowej, w wyniku migracji ludności, parafia w Bielsku po raz pierwszy w swej historii stała się jednonarodowościowa; dotychczas, zwłaszcza od czasów reformacji, raczej zgodnie koegzystowali w niej Polacy i Niemcy. 25 marca 1992 r. św. Jan Paweł II na mocy bulli Totus Tuus Poloniae Populus powołał do istnienia diecezję bielsko-żywiecką. Tym samym, w 545. rocznicę konsekracji, podniósł kościół św. Mikołaja do rangi katedry, a do rangi konkatedry – kościół Narodzenia NMP w Żywcu. Obecnie ordynariuszem diecezji jest bp Roman Pindel. Pomaga mu biskup Piotr Greger oraz biskup senior Tadeusz Rakoczy.
    Diecezja bielsko-żywiecka zajmuje obszar ok. 3 tys. km kwadratowych, liczy ok. 770 tys. mieszkańców i jest podzielona na 22 dekanaty, obejmujące 210 parafii. Pracuje w niej ok. 550 kapłanów diecezjalnych i ok. 110 zakonnych. Patronami diecezji są św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Jan Kanty i św. Jan Sarkander.
    Najważniejszym wydarzeniem w historii tej diecezji była wizyta św. Jana Pawła II, który 22 maja 1995 r., w trakcie pielgrzymki do Czech, gdzie dzień wcześniej kanonizował św. Jana Sarkandra, odwiedził Bielsko-Białą, Żywiec i Skoczów. Mówił wtedy m.in.:
    Z waszym miastem związany byłem od wczesnego dzieciństwa, gdyż w Białej urodził się mój ojciec, tutaj i w okolicy mieszkali moi krewni, a w bielskim szpitalu pracował mój starszy brat – lekarz; tam też zmarł, służąc chorym. Potem doszły związki innego rodzaju, wynikające z mojej posługi biskupiej w Kościele krakowskim, który jeszcze do niedawna obejmował Białą, aż po rzekę Białkę.
    To, co uderza w Bielsku-Białej, to fakt spotkania i harmonijnego przenikania się tutaj dwóch tradycji kulturowych i kościelnych: to znaczy tradycji krakowskiej i śląskiej. Jest to wielkie bogactwo tego miasta i całego regionu. Ta wielość w jedności stanowi także wielkie bogactwo duchowe nowej diecezji bielsko-żywieckiej. Trzeba, ażebyście, drodzy bracia i siostry, umiejętnie z tych zasobów czerpali, a także ciągle je pomnażali. Niech ta wymiana darów duchowych przyczynia się do pogłębienia i rozwoju życia chrześcijańskiego wszystkich i każdego z osobna!
    Bielsko-Biała jest obecnie nie tylko miastem wojewódzkim, ale także stolicą diecezji, czyli Kościoła lokalnego. To jest nowa jakość w życiu tego miasta. Jest to także jakieś nowe zadanie. Stolica diecezji to nie tylko centrum administracyjne, lecz przede wszystkim centrum duchowego promieniowania na cały region. Życzę więc, aby Bielsko-Biała do tej ważnej roli coraz bardziej dorastała, ku pożytkowi wszystkich.

    2 lipca 1995 r. Ojciec Święty kanonizował także św. Melchiora Grodzieckiego, kapłana pochodzącego z Cieszyna – miasta leżącego na terenie nowo powstałej diecezji.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 września

    Święty Pio z Pietrelciny, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Linus, papież i męczennik
      •  Błogosławiona Emilia Tavernier Gamelin, zakonnica
    Święty ojciec Pio
    Francesco Forgione urodził się w Pietrelcinie (na południu Włoch) 25 maja 1887 r. Już w dzieciństwie szukał samotności i często oddawał się modlitwie i rozmyślaniu. Gdy miał 5 lat, objawił mu się po raz pierwszy Jezus. W wieku 16 lat Franciszek przyjął habit kapucyński i otrzymał zakonne imię Pio. Rok później złożył śluby zakonne i rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne. W 1910 r. przyjął święcenia kapłańskie. Już wtedy od dawna miał poważne problemy ze zdrowiem. Po kilku latach kapłaństwa został powołany do wojska. Ze służby został zwolniony ze względu na zły stan zdrowia. Pod koniec lipca 1916 r. przybył do San Giovanni Rotondo i tam przebywał aż do śmierci. Był kierownikiem duchowym młodych zakonników.Ojciec Pio przed wizerunkiem Ukrzyżowanego
    20 września 1918 r. podczas modlitwy przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego o. Pio otrzymał stygmaty. Na jego dłoniach, stopach i boku pojawiły się otwarte rany – znaki męki Jezusa. Wkrótce do San Giovanni Rotondo zaczęły przybywać rzesze pielgrzymów i dziennikarzy, którzy chcieli zobaczyć niezwykłego kapucyna. Stygmaty i mistyczne doświadczenia o. Pio były także przedmiotem wnikliwych badań ze strony Kościoła. W związku z nimi o. Pio na 2 lata otrzymał zakaz publicznego sprawowania Eucharystii i spowiadania wiernych. Sam zakonnik przyjął tę decyzję z wielkim spokojem. Po wydaniu opinii przez dr. Festa, który uznał, że stygmatyczne rany nie są wytłumaczalne z punktu widzenia nauki, o. Pio mógł ponownie publicznie sprawować sakramenty.
    Ojciec Pio ze stygmatami na dłoniach
    Ojciec Pio był mistykiem. Często surowo pokutował, bardzo dużo czasu poświęcał na modlitwę. Wielokrotnie przeżywał ekstazy, miał wizje Maryi, Jezusa i swojego Anioła Stróża. Bóg obdarzył go również darem bilokacji – znajdowania się jednocześnie w dwóch miejscach. Podczas pewnej bitwy w trakcie wojny, o. Pio, który cały czas przebywał w swoim klasztorze, ostrzegł jednego z dowódców na Sycylii, by usunął się z miejsca, w którym się znajdował. Dowódca postąpił zgodnie z tym ostrzeżeniem i w ten sposób uratował swoje życie – na miejsce, w którym się wcześniej znajdował, spadł granat.
    Ojciec Pio odprawiający Eucharystię
    Włoski zakonnik niezwykłą czcią darzył Eucharystię. Przez długie godziny przygotowywał się do niej, trwając na modlitwie, i długo dziękował Bogu po jej odprawieniu. Odprawiane przez o. Pio Msze święte trwały nieraz nawet dwie godziny. Ich uczestnicy opowiadali, że ojciec Pio w ich trakcie – zwłaszcza w momencie Przeistoczenia – w widoczny sposób bardzo cierpiał fizycznie. Kapucyn z Pietrelciny nie rozstawał się również z różańcem.
    Ojciec Pio niedługo przed śmiercią
    W 1922 r. powstała inicjatywa wybudowania szpitala w San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio gorąco ten pomysł poparł. Szpital szybko się rozrastał, a problemy finansowe przy jego budowie udawało się szczęśliwie rozwiązać. “Dom Ulgi w Cierpieniu” otwarto w maju 1956 r. Kroniki zaczęły się zapełniać kolejnymi świadectwami cudownego uzdrowienia dzięki wstawienniczej modlitwie o. Pio. Tymczasem zakonnika zaczęły powoli opuszczać siły, coraz częściej zapadał na zdrowiu. Zmarł w swoim klasztorze 23 września 1968 r. Na kilka dni przed jego śmiercią, po 50 latach, zagoiły się stygmaty.W 1983 r. rozpoczął się proces informacyjny, zakończony w 1990 r. stwierdzeniem przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych jego ważności. W 1997 r. ogłoszono dekret o heroiczności cnót o. Pio; rok później – dekret stwierdzający cud uzdrowienia za wstawiennictwem o. Pio. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji o. Pio w dniu 2 maja 1999 r., a kanonizował go 16 czerwca 2002 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 września

    Błogosławiony Józef Stanek,
    prezbiter i męczennik
    , pallotyn

    Błogosławiony Józef Stanek
    Józef Stanek urodził się w 1916 r. w Łapszach Niżnych w diecezji krakowskiej, na pograniczu polsko-słowackim. Był ósmym, najmłodszym dzieckiem Józefa i Agnieszki, którzy zajmowali się rolnictwem. W 1923 r. rodzinę nawiedziła tragedia. Epidemia tyfusu w ciągu dziewięciu miesięcy pochłonęła życie obojga rodziców i dwóch dziadków. Opiekę nad Józefem przejęło starsze rodzeństwo, w szczególności 34-letnia najstarsza siostra Stefania i brat Wendelin.
    W 1929 r. Józef po ukończeniu podstawowej edukacji został wysłany do Wadowic. Tam ukończył szkołę średnią prowadzoną przez Księży pallotynów. Nie było to łatwe, bo gdy przyjeżdżał do tej szkoły, nie znał dobrze języka polskiego – w domu rodzinnym mówiono bowiem spiską, góralską gwarą.
    Po maturze, w 1935 r., wstąpił do pallotynów w Sucharach nad Notecią k. Nakła. Tam odbył nowicjat. Pierwszą profesję złożył dwa lata później. Studia filozoficzno-teologiczne rozpoczął w seminarium pallotynów w Ołtarzewie koło Ożarowa. Gdy wybuchła II wojna światowa, klerycy z Ołtarzewa zostali ewakuowani przed najeżdżającymi Rzeczpospolitą wojskami niemieckimi – na wschód. Tam wpadli w ręce sowieckie.
    Józkowi udało się na szczęście uciec z naprędce zorganizowanego obozu przejściowego. Powrócił do rodzinnego Spiszu, w międzyczasie przyłączonego do współpracującego z Niemcami państwa słowackiego. Po krótkim pobycie w rodzinnych stronach wrócił do Ołtarzewa. Spotkał się tam z wieloma innymi seminarzystami, którzy po wojnie obronnej 1939 r. zdołali powrócić. Święcenia kapłańskie przyjął w 1941 r. w katedrze w Warszawie.
    Rozpoczął studia specjalistyczne na tajnych kompletach Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Złożył też, gdzieś w 1941 r., przysięgę Związku Walki Zbrojnej ZWZ, przemianowanej w 1942 r. na Armię Krajową, stając się jej członkiem i rozpoczynając działalność w podziemnej konspiracji. Jednocześnie posługiwał jako duszpasterz i kapelan Zakładu Sióstr Rodziny Maryi na Koszykach przy ul. Hożej w Warszawie. Tam też, 1 sierpnia 1944 r., zastał go wybuch Powstania Warszawskiego.
    Do drugiej połowy sierpnia ofiarnie spełniał posługę na Koszykach, pełniąc rolę kapelana, także w prowizorycznych szpitalach powstańczych. Wtedy to przełożeni skierowali go do pracy w Zgrupowaniu AK “Kryska”, walczącym w okolicy ul. Czerniakowskiej na Powiślu. Ksiądz Józef przybrał pseudonim “Rudy”. Rozpoczął szeroką i wszechstronną pracę duszpasterza i kapelana. Odprawiał Msze św. polowe i spowiadał. Często odwiedzał polowe szpitale, niosąc duchową pomoc i nadzieję walczącym i rannym. Nosił rannych, docierając do najbardziej wysuniętych pozycji powstańczych. Pomagał walczącym żołnierzom i ludności cywilnej odkopywać zasypanych.
    Wielu rannych uratował od niechybnej śmierci, zwłaszcza w ostatnich dniach Powstania na przyczółku czerniakowskim, jednym z regionów Warszawy znajdującym się jeszcze w ręku powstańców.
    Chociaż miał możliwość uratowania życia, przeprawiając się pontonem na drugi brzeg Wisły, nie skorzystał z niej. Oddał przeznaczone dla niego miejsce rannemu żołnierzowi. Chciał dzielić los żołnierzy i ludności cywilnej, która została na lewym, walczącym brzegu rzeki. Od 10 do 23 września trwały krwawe walki o przyczółek Czerniakowski. Teren opanowany przez powstańców nieustannie zmniejszał się. Wkrótce część żołnierzy ewakuowała się kanałami na Mokotów, inni dostali się na prawy brzeg Wisły.
    23 września 1944 r. Niemcy wysłali na tereny bronione przez “Kryskę” parlamentariuszy – przedstawicieli ludności cywilnej – z wezwaniem do poddania się i całkowitej kapitulacji. Powstańcy podjęli rozmowy. Działania zostały przerwane. Nastąpiła ewakuacja rannych i ludności cywilnej. W pertraktacjach wziął udział kapelan “Kryski” – Józef Stanek “Rudy”. Rozmowy nie dały jednak rezultatów. Powstańcy nie przyjęli niemieckich warunków. Józef Stanek został zatrzymany przez Niemców jako zakładnik.
    Ściągnął na siebie specjalną nienawiść Niemców między innymi za to, że polecił powstańcom, na własną odpowiedzialność, przed poddaniem niszczyć broń. Każdego bowiem schwytanego powstańca z bronią w ręku rozstrzeliwano. Ks. Józef nie chciał także, aby broń dostała się w ręce hitlerowców i służyła zabijaniu Polaków.
    Dla ks. Józefa Niemcy przygotowali specjalny rodzaj śmierci. Bity, popychany przez hitlerowskich siepaczy, został odprowadzony pod szubienicę – wystającą z muru żelazną belkę. Podchodził do niej spokojnie, z powagą i majestatem… W sąsiedztwie Niemcy pędzili – jak się okazało do niewoli, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady – opuszczającą płonącą Warszawę ludność cywilną i ukrywających się wśród niej żołnierzy AK. Chcieli im pokazać, jaki los spotyka “głównego bandytę Powstania”. Zarzucono mu pętlę na szyję (ponoć była to jego stuła). Ks. Stanek, w czarnej sutannie, choć bez oznak Armii Krajowej, wyprostował się i w ostatnich chwilach życia, spod szubienicy, błogosławił przechodzących żołnierzy i ludność cywilną, których wcześniej spowiadał i podnosił na duchu. Powieszono go na zapleczu magazynu przy ulicy Solec.
    W 1945 r. jego szczątki ekshumowano i złożono w zbiorowej mogile przy ul. Solec w Warszawie (ogółem, w dwóch mogiłach, pochowano 278 pomordowanych). Rok później przeniesiono je na Powązki. Szczątki, w sutannie, były dobrze zachowane – na szyi widać było odciśniętą pętlę. W kieszeni sutanny znajdował się kapłański brewiarz. W 1987 r. spoczęły one w kwaterze zgrupowania AK “Kryska” na tym cmentarzu. Przy skrzyżowaniu ulic Wilanowskiej i Solec w 1994 r. postawiono pomnik księdza oraz innych żołnierzy i powstańców walczących na tym terenie.
    Beatyfikacji ks. Józefa Stanka dokonał św. Jan Paweł II w grupie 108 polskich męczenników za wiarę w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie. W 2000 r. relikwie bł. ks. Józefa Stanka zostały przeniesione do dolnego kościoła Chrystusa Króla w parafii pw. św. Wincentego Pallottiego w Warszawie. Cztery lata później ks. Józefa ustanowiono patronem kaplicy w nowo otwartym Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    22 września

    Błogosławiona
    Bernardyna Maria Jabłońska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci Maurycy i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Emmeran, męczennik
      •  Święty Ignacy z Santhià, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan Maria od Krzyża Mendez, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławieni Tomasz Sitjar, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Błogosławieni Dionizy Pamplona, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Feliks IV, papież
    Błogosławiona Bernardyna Maria Jabłońska
    Maria Jabłońska urodziła się 5 sierpnia 1878 roku we wsi Pizuny koło Lubaczowa. Była jednym z czworga dzieci niezamożnych rolników Grzegorza i Marii. Do szkoły nie chodziła, pisać i czytać nauczył ją domowy nauczyciel. W wieku 18 lat po spotkaniu Brata Alberta Chmielowskiego wstąpiła do Albertynek. Została główną kucharką w Miejskim Domu Kalek. W jej zapiskach można przeczytać: “Dopełniajmy pracy Jezusa, Jego trudów, cierpień, miłości, cichości, łez, a szczególnie Jego miłosierdzia nad nędzami duszy i ciała bliźnich”.
    24-letnią siostrę Marię, która w zakonie przybrała imię Bernardyna, brat Albert mianował przełożoną generalną Albertynek. W testamencie napisała: “Czyńcie dobrze wszystkim” – jakby uzupełniając słowa Adama Chmielowskiego: “Trzeba być dobrym jak chleb”. Siłę siostra Bernardyna odnajdywała w Eucharystii. W dzień zajęta sprawami Zgromadzenia i ubogich, nie miała czasu na dłuższą modlitwę, więc wynagradzała Panu Bogu, trwając nocą godzinami przed Najświętszym Sakramentem. To umiłowanie Jezusa w Eucharystii przekazała swoim siostrom, zachęcając je do częstej adoracji. Zmarła 23 września 1940 roku.
    Beatyfikacji Bernardyny Jabłońskiej dokonał 6 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II podczas Mszy św. odprawianej pod Krokwią w Zakopanem. W homilii mówił on między innymi:Św. Jan Paweł II podczas Mszy św. beatyfikacyjnej, Zakopane, 6 czerwca 1997 r.
    Maria Bernardyna Jabłońska – duchowa córka św. brata Alberta Chmielowskiego, współpracownica i kontynuatorka jego dzieła miłosierdzia – żyjąc w ubóstwie dla Chrystusa poświęciła się służbie najuboższym. Kościół stawia nam dzisiaj za wzór tę świątobliwą zakonnicę, której dewizą życia były słowa: “dawać, wiecznie dawać”. Zapatrzona w Chrystusa, szła wiernie za Nim, naśladując Go w miłości. Chciała zadośćuczynić każdej prośbie ludzkiej, otrzeć każdą łzę, pocieszyć choćby słowem każdą cierpiącą duszę. Chciała być dobrą zawsze dla wszystkich, a najlepszą dla najbardziej pokrzywdzonych. “Ból bliźnich moich jest bólem moim” – mawiała. Wraz ze św. Bratem Albertem zakładała przytuliska dla chorych i tułaczy wojennych.
    Ta wielka heroiczna miłość dojrzewała na modlitwie, w ciszy pobliskiej pustelni na Kalatówkach, gdzie przez jakiś czas przebywała. W najtrudniejszych chwilach życia – zgodnie z zaleceniami jej duchowego opiekuna – polecała się Najświętszemu Sercu Jezusa. Jemu ofiarowała wszystko, co posiadała, a zwłaszcza cierpienia wewnętrzne i udręki fizyczne. Wszystko dla miłości Chrystusa! Jako przez wiele lat przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Posługujących Ubogim III Zakonu św. Franciszka – albertynek, nieustannie dawała swoim siostrom przykład tej miłości, która wypływa ze zjednoczenia ludzkiego serca z Najświętszym Sercem Zbawiciela. To Serce Jezusa było jej umocnieniem w heroicznej posłudze najbardziej potrzebującym.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 września

    Święty Mateusz, Apostoł i Ewangelista

    Zobacz także:
      •  Jonasz, prorok
    Święty Mateusz
    Ewangeliści Marek i Łukasz nazywają Mateusza najpierw “Lewi, syn Alfeusza” (Mk 2, 14; Łk 5, 27), dopiero później w innych miejscach wymieniane jest imię Mateusz. Prawdopodobnie Chrystus powołując Lewiego nadał mu imię Mateusz. Imię to nie należy do często spotykanych w Piśmie świętym. Pochodzi ono z hebrajskiego Mattaj lub Mattanja, co po polsku oznacza “dar Boga” (Teodor, Deusdedit, Bogdan).
    Mateusz był Galilejczykiem. Jego pracą było pobieranie ceł i podatków w Kafarnaum, jednym z większych handlowych miasteczek nad jeziorem Genezaret. Pobierał tam opłaty za przejazdy przez jezioro i przewóz towarów.Nawrócenie świętego Mateusza
    W Palestynie pogardzano celnikami właśnie z tego powodu, że ściągali opłaty na rzecz Rzymian. Ich pracę rozumiano jako wysługiwanie się okupantom. Celnicy słynęli również z żądzy zysku, nieuczciwie czerpali korzyści z zajmowanego stanowiska. Uważano ich za grzeszników i pogan. Przebywający wśród celników stawał się nieczysty i musiał poddawać się przepisowym obmyciom. Z tego środowiska wywodził się Mateusz. Wydaje się, że był nawet kierownikiem i naczelnikiem celników w Galilei.
    Chociaż celnicy tak często są w Ewangelii nazywani grzesznikami (Mt 9, 11; 11, 19; Mk 2, 15. 16; Łk 3, 12; 5, 29-30; 7, 34; 15, 12; 19, 2), to jednak Pan Jezus odnosił się do nich życzliwie: odwiedzał ich (Łk 19, 9-10; Mt 9, 10-11), nawet z nimi jadał (Łk 5, 29-33), jednego z nich uczynił bohaterem przypowieści (Łk 18, 9-14). Nie zachęcał jednak do łupienia innych. Jego delikatność i miłosierdzie raczej pobudzały celników do umiaru i nawrócenia (Łk 19, 8). Kiedy Żydzi postawili zarzut: “Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?” – Chrystus wypowiedział znamienne słowa: “Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają… Bo nie przyszedłem powoływać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Słowa te przekazał w swojej Ewangelii właśnie św. Mateusz (Mt 9, 12-13).
    O młodzieńczym życiu Mateusza nie wiemy nic. Spotykamy się z nim po raz pierwszy dopiero w Kafarnaum, kiedy Chrystus zastał go w komorze celnej i powołał na swojego Apostoła. To wezwanie odbyło się po cudownym uzdrowieniu paralityka, którego spuszczono przez otwór zrobiony w suficie mieszkania (Mt 9, 1-8). O tym cudzie musiał dowiedzieć się i Mateusz, gdyż natychmiast rozniosły go setki ust. Być może Mateusz słuchał wcześniej mów pokutnych Jana Chrzciciela. Na wezwanie Chrystusa zostawił wszystko i poszedł za Nim. Nawrócony, zaprosił do swego domu Jezusa, Jego uczniów i swoich przyjaciół: celników i współpracowników. W czasie uczty faryzeusze zarzucili Chrystusowi, że nie przestrzega Prawa. Ten jednak wstawił się za swoimi współbiesiadnikami. Odtąd Mateusz pozostał już w gronie Dwunastu Apostołów.
    O powołaniu Mateusza na Apostoła piszą w swoich Ewangeliach także św. Marek i św. Łukasz (Mk 2, 13-17; Łk 5, 27-32). Jest to jednak równocześnie pierwsza i ostatnia osobna wzmianka o nim w Piśmie świętym. Potem widzimy go jedynie w spisach ogólnych na liście Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). W katalogach Apostołów figuruje on na miejscu siódmym lub ósmym.
    Święty Mateusz
    Po Wniebowstąpieniu Chrystusa Mateusz przez jakiś czas pozostał w Palestynie. Apostołował wśród nawróconych z judaizmu. Dla nich też przeznaczył napisaną przez siebie księgę Ewangelii. Napisał ją między 50 a 60 rokiem, najprawdopodobniej ok. 55 r. Starał się w niej wykazać, że to właśnie Chrystus jest wyczekiwanym od dawna Mesjaszem, że na Nim potwierdziły się proroctwa i zapowiedzi Starego Testamentu. Najstarsza tradycja kościelna za autora pierwszej Ewangelii zawsze uważała Mateusza. Twierdzą tak m.in. Papiasz, biskup Hierapolis, Klemens Aleksandryjski, Orygenes i Ireneusz. Pierwotnie Ewangelia według św. Mateusza była napisana w języku hebrajskim lub aramejskim; nie wiadomo, kto i kiedy przetłumaczył ją na język grecki. Nie zachowały się żadne ślady oryginału, tylko grecki przekład. Tłumacze pozostawili część słownictwa aramejskiego, chcąc zachować tzw. ipsissima verba Iesu – najbardziej własne słowa Jezusa.
    Mateusz przekazał wiele szczegółów z życia i nauki Jezusa, których nie znajdziemy w innych Ewangeliach: np. rozbudowany tekst Kazania na Górze, przypowieść o kąkolu, o ukrytym skarbie, o drogocennej perle, o dziesięciu pannach. On jeden podał wydarzenie o pokłonie Magów i rzezi niewiniątek, o ucieczce do Egiptu, a także wizję sądu ostatecznego.
    Mateusz udał się później między pogan. Ojcowie Kościoła nie są zgodni dokąd. Wyliczają Etiopię, Pont, Persję, Syrię i Macedonię. Najbardziej prawdopodobna jest jednak Etiopia. Relikwie Mateusza miały być przewiezione ze Wschodu do Paestum (Pasidonii) w Italii. Jego ciało przewieziono do Italii w X w. Znajduje się ono obecnie w Salerno w dolnym kościele, wspaniale ozdobionym marmurami i mozaikami. Miejsce to nie stało się jednak powszechnie znanym sanktuarium. Mateusz uznawany jest za męczennika.
    Z apokryfów o Mateuszu dochowały się jedynie tzw. Ewangelia (inna, oczywiście) i Dzieje. Pierwszy utwór nieznanego autora pochodzi z VI w. i zdradza duże zapożyczenie w Protoewangelii Jakuba (aż 24 rozdziały są niemal identyczne). Pozostałe rozdziały tej Pseudo-ewangelii zawierają w sobie tak wiele cudowności i legend, że nie stanowią wiarygodnego źródła.
    W ikonografii św. Mateusz przedstawiany był w postaci młodzieńca, później – zwłaszcza w sztuce bizantyjskiej – jako siwowłosy, stary mężczyzna. W sztuce zachodniej od czasów średniowiecza dominuje obraz silnie zbudowanego, brodatego mężczyzny w średnim wieku. Ubrany bywa w tradycyjną długą, białą suknię apostolską i w tunikę. Bywa także ukazywany w postawie siedzącej, kiedy pisze – przy nim stoi anioł, przekazujący natchnienie. Jego atrybutami są: księga i pióro, miecz lub halabarda, postać uskrzydlonego młodzieńca, sakwa z pieniędzmi u stóp, torba podróżna.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    20 września

    Błogosławiona
    Maria Teresa od św. Józefa, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Andrzej Kim Tae-gŏn, prezbiter, Paweł Chŏng Ha-sang i Towarzysze
      •  Święty Józef Maria de Yermo y Parres, prezbiter
      •  Błogosławiony Franciszek Martín Fernández de Posadas, zakonnik
    Błogosławiona Maria Teresa od św. Józefa
    Anna Maria Tauscher van den Bosch urodziła się 19 czerwca 1855 r. w niemieckiej rodzinie protestanckiej w miejscowości Sądów, tuż przy obecnej granicy Polski z Niemcami. Za jej życia obszar ten należał geograficznie do Państwa Niemieckiego, a wioska nosiła nazwę Sandow. Jej ojciec, Herman, był tam pastorem protestanckim. Matka, Maria Paulina, także wyznania luterańskiego, żywiła jednak szczególne nabożeństwo do Matki Chrystusa, co spowodowało, że pierwsza córka została ochrzczona jako Anna Maria.
    W maju 1862 r. rodzina przeniosła się do Arnswalde. Dla siedmioletniej Anny Marii był to czas wielkiej zmiany: z cichej wiejskiej plebani, dom rodzinny przekształcił się w miejski ośrodek katechetyczno-charytatywny, w którym rodzice gromadzili dzieci na naukę religii i który nawiedzali liczni ubodzy, znajdując pociechę duchową i pomoc materialną.
    Kiedy w 1865 r. pastor Herman Tauscher otrzymał przeniesienie do Berlina, Anna Maria rozchorowała się i musiała przerwać naukę w szkole. Rodzice posłali ją wraz z siostrą Elizą na wieś do krewnych matki. Tam poczuła się lepiej, chodziła do szkoły i tam też poznała katolicyzm, który zaczął ją stopniowo urzekać. Gdy w 1872 r. ojciec zaproponował jej przyjęcie sakramentu konfirmacji (w katolicyzmie bierzmowania), oświadczyła mu, że bardziej niż z protestantyzmem utożsamia się z Kościołem katolickim.
    W 1874 r. zmarła matka Anny Marii. Dziewczyna, jako najstarsza córka, zaczęła prowadzić dom, wspomagając ojca i swe młodsze siostry. Opuściła ich dopiero pięć lat później, gdy owdowiały ojciec poślubił nową małżonkę i plebania zyskała nową “panią pastorową”. Anna Maria przeprowadziła się wówczas do Kolonii, gdzie została dyrektorką domu dla upośledzonych i chorych psychicznie. Tam, mimo sprzeciwu ojca, postanowiła przejść na katolicyzm. W wieku 33 lat przyjęła chrzest w kościele Świętych Apostołów w Kolonii. Uczyniła to pod wpływem lektury Księgi życia św. Teresy od Jezusa. W reformatorce Karmelu Anna Maria znalazła wzór życia, łączącego modlitewnego ducha Karmelu Terezjańskiego z działalnością apostolską. Przy pomocy kilku kobiet, które do niej dołączyły, zakładała ośrodki dla dzieci i ludzi starszych, którzy potrzebowali opieki.
    Po trzech latach postanowiła założyć zgromadzenie zakonne i przyjęła w nim imię Marii Teresy od św. Józefa. Od początku zajmowało się ono opieką nad biednymi, zwłaszcza dziećmi. Jego pierwszy dom w Berlinie nazywał się: “Dom dla nie mających domu”. Wspólnota przyjęła zaś nazwę zgromadzenia Sióstr Karmelitanek Boskiego Serca Jezusa. W okresie kulturkampfu państwo pruskie przeszkadzało w zakładaniu klasztorów i rozwijaniu życia zakonnego, matka Maria Teresa postanowiła więc przenieść macierzysty dom zgromadzenia do Rocca di Papa koło Rzymu. Nowicjat dla całego zgromadzenia powstał natomiast w Sittard w Holandii.
    W 1912 r. Maria Teresa wyjechała na kilka lat do Stanów Zjednoczonych na fundację nowego klasztoru za oceanem, co uczyniła za swego życia nie tylko w USA, ale i w Kanadzie. Gdy jednak wybuchła I wojna światowa, władze włoskie skonfiskowały macierzysty dom zgromadzenia w Rocca di Papa jako “własność niemiecką”. Wróciwszy do Europy w 1920 r., Maria Teresa skierowała się do Sittard, przekształcając dom nowicjatu w dom generalny. Tam zmarła 20 września 1938 r., mając 83 lata.
    Proces beatyfikacyjny m. Marii od św. Józefa rozpoczął się w Holandii w 15 lat po jej śmierci. Jej beatyfikacja nastąpiła 13 maja 2006 r.
    Siostry ze zgromadzenia założonego przez bł. Marię pracują dziś w 11 krajach Europy i obu Ameryk. W 57 klasztorach jest ich prawie pięćset. W swym życiu łączą ducha Karmelu z działalnością w przedszkolach, szkołach, ośrodkach dla młodzieży i osób starszych potrzebujących opieki.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    19 września

    Najświętsza Maryja Panna z La Salette

    Zobacz także:
      •  Święty January, biskup i męczennik
      •  Święty Franciszek Maria z Camporosso, zakonnik
      •  Święty Józef z Kupertynu, prezbiter
      •  Błogosławiony Gerhard Hirschfelder, prezbiter i męczennik
      •  Święta Emilia Maria Wilhelmina de Rodat, zakonnica
    Matka Boża z La Salette
    W sobotę, 19 września 1846 r., Matka Najświętsza ukazała się dwojgu dzieciom pochodzącym z Corps w Alpach francuskich: jedenastoletniemu Maksyminowi Giraud i prawie piętnastoletniej Melanii Calvat, którzy pilnowali swoich krów na hali należącej do La Salette, na górze Planeau, na wysokości 1800 metrów. W kotlinie strumyka spostrzegli nagle kulę ognia – “jakby tam spadło słońce”. W oślepiającej jasności rozpoznali siedzącą kobietę z łokciami opartymi na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach. Piękna Pani podniosła się i powiedziała do nich po francusku: “Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się, jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”.
    Zrobiła następne kilka kroków w ich kierunku. Nabrawszy pewności, Maksymin i Melania zbiegli ze zbocza na dół. Piękna Pani cały czas płakała. Była wysoka i cała ze światła, ubrana jak miejscowe kobiety: w długą suknię, w wielki fartuch wokół bioder, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach, w czepek wieśniaczki. Szeroki, płaski łańcuch biegł brzegiem jej chusty. Inny łańcuch podtrzymywał na Jej piersi wielki krucyfiks. Pod ramionami krzyża, po prawej ręce Chrystusa, znajdowały się obcęgi, po lewej – młotek. Z postaci Ukrzyżowanego wypływała cała światłość, z której jest utworzona zjawa, światłość, która tworzyła iskrzący się diadem na czole Pięknej Pani. Róże otaczały wieńcem Jej głowę, obrębiały Jej chustę i zdobiły obuwie.
    Oto, co Piękna Pani powiedziała do pasterzy, najpierw po francusku: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię z waszego powodu! Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiedzieć, jak się modlili i co robili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie – i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ciężkim ramię mojego Syna! Również woźnice przeklinają, mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. To są dwie rzeczy, które czynią tak bardzo ciężkim ramię mego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to w roku ubiegłym na ziemniakach. Wy jednak nic sobie z tego nie robiliście. Przeciwnie, kiedy znajdowaliście zgniłe ziemniaki, przeklinaliście mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. Będą się psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.
    Słowo pommes de terre wprawiło w zakłopotanie Melanię. W gwarze, której się używało w tamtej okolicy, na ziemniaki mówiło się las truffas. Pasterka zwróciła się więc do Maksymina, ale Piękna Pani ją uprzedziła: “Nie rozumiecie tego, moje dzieci? Zaraz powiem wam to inaczej”.
    Piękna Pani powtórzyła ostatnie zdanie i prowadziła dalszą rozmowę w narzeczu z Corps: “si la recolta se gasta… Si ava de bla… Jeżeli macie zboże, nie trzeba go siać. Wszystko, co posiejecie, zje robactwo, a to, co wzejdzie, rozsypie się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód. Zanim głód nadejdzie, dzieci w wieku poniżej siedmiu lat dostaną dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą pokutować z powodu głodu. Orzechy zrobaczywieją, a winogrona zgniją”.
    W tym miejscu Piękna Pani powierzyła tajemnicę Maksyminowi, później – Melanii. Następnie powiedziała do obojga dzieci: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. Czy dobrze się modlicie, moje dzieci?” – “Nie bardzo, proszę Pani!” – odpowiedzieli obydwoje. “Ach! Moje dzieci, trzeba się dobrze modlić wieczorem i rano. Jeżeli nie macie czasu, zmówcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś, a jeżeli będziecie mogły – módlcie się więcej. W lecie na Mszę świętą chodzi tylko kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato. W zimie, gdy nie wiedzą, co robić, idą na Mszę św. jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu jedzą mięso jak psy. Moje dzieci, czy nie widziałyście kiedyś zepsutego zboża?” – “Nie, proszę Pani” – odpowiedziały dzieci.
    Wówczas Piękna Pani zwróciła się do Maksymina: “Lecz ty, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć, w Coin, razem z twoim ojcem. Właściciel pola powiedział wówczas do twego ojca: «Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje». Poszliście razem. Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. Wracaliście później do domu. Kiedy byliście około godziny drogi od Crops, ojciec dał ci kawałek chleba, mówiąc: «Masz, dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy go kto będzie jadł w roku przyszłym, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło». – “O tak, proszę Pani! – odpowiedział Maksymin – teraz sobie to przypominam. Przed chwilą o tym nie pamiętałem”. I Piękna Pani dokończyła, nie w gwarze, ale po francusku: “A więc, moje dzieci, ogłoście całemu mojemu ludowi”.
    Później przesunęła się naprzód, przekroczyła strumyk i nie oglądając się, powtórzyła z naciskiem: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi”. Następnie wspięła się po krętym zboczu, które wznosi się w stronę Le Collet (mała przełęcz). Tam uniosła się do góry. Dzieci podbiegły do Niej. Ona spojrzała w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, “rozpłynęła się w świetle”. Potem zniknęła również światłość.Matka Boża z La Salette
    Dnia 19 września 1851 r., po przeprowadzeniu dokładnych i surowych badań zdarzenia, świadków, treści orędzia i oddźwięku na nie, Philibert de Bruillard, biskup Grenoble, zawyrokuje w swoim orzeczeniu doktrynalnym, że “zjawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom 19 września 1846 r. na jednej z gór w łańcuchu Alp, położonej w parafii La Salette, posiada wszelkie znamiona prawdy i wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu”.
    Dnia 1 maja 1852 r., w nowym orędziu, po zapowiedzeniu budowy sanktuarium na górze Zjawienia, biskup Grenoble dodał: “Jakkolwiek wielką rzeczą byłaby budowa sanktuarium, jest jeszcze coś ważniejszego: chodzi o sługi ołtarza, przeznaczonych do jego obsługi, do przyjmowania pobożnych pielgrzymów, do głoszenia im słowa Bożego, do sprawowania wśród nich posługi pojednania, do sprawowania dla nich czcigodnego sakramentu ołtarza i do wiernego rozdawania wszystkim tajemnic Bożych i duchowych skarbów Kościoła. Ci kapłani będą się nazywać Misjonarzami Matki Bożej z La Salette. Ich powołanie i istnienie będą – tak jak i Sanktuarium – wieczną pamiątkę miłościwego zjawienia się Maryi”.
    Pierwsi misjonarze wybrani zostali spośród kapłanów diecezjalnych przez biskupa Philiberta de Bruillard. Tej wspólnocie księży misjonarzy diecezjalnych biskup Grenoble nadał 5 marca 1852 roku tymczasowo projekt reguły, skopiowany z Konstytucji misjonarzy diecezjalnych z Lyonu, zwanych chartreux.
    Wśród kapłanów, którzy przejęli się duchem Zjawienia i oddali się na posługę pielgrzymów, od samego początku ujawniło się powołanie do życia zakonnego i jego potrzeba. Biskup J.M.A. Ginoulhiac zatwierdził w dniu 2 lutego 1852 roku regułę jako obowiązującą we wspólnocie misjonarzy diecezjalnych i nadał jej tytuł: Tymczasowe reguły Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette. W tym samym dniu pierwsi misjonarze złożyli zgodnie z nadaną im i promulgowaną przez biskupa regułą trzy śluby zakonne: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości na okres jednego roku. Ten dzień można uważać za dzień narodzenia Zgromadzenia Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette.
    Po Soborze Watykańskim II saletyni podjęli zadanie rewizji i odnowy Konstytucji i Norm Kapitulnych, w duchu soborowym i według zachęt i wskazówek papieskich dotyczących odnowy życia zakonnego w świecie współczesnym. Praca ta jest owocem modlitwy i rozmyślania, wierności i doświadczeń wspólnot i zakonników wszystkich prowincji. Reguła życia Misjonarzy Matki Bożej z La Salette została zatwierdzona przez Stolicę świętą dekretem z dnia 6 czerwca 1985 r. “Misjonarze Matki Bożej z La Salette, których dom generalny znajduje się w Rzymie, mają za cel, obrany w świetle Zjawienia Matki Bożej z La Salette, być oddanymi sługami Chrystusa i Kościoła, aby się dokonała tajemnica pojednania” (z dekretu zatwierdzającego regułę).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    18 września

    Święty Stanisław Kostka, zakonnik
    patron Polski

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Fidel Fuidio Rodriguez, zakonnik i męczennik
      •  Błogosławiony Józef Kut, prezbiter i męczennik
    Święty Stanisław Kostka
    Stanisław urodził się 28 grudnia 1550 r. w Rostkowie na Mazowszu (obecnie powiat przasnyski). Był synem Jana, kasztelana zakroczymskiego, i Małgorzaty z Kryskich (z Drobina). Krewni rodziny zajmowali eksponowane stanowiska w ówczesnej Polsce. Miał trzech braci: Pawła (+ 1607), Wojciecha (+ 1576) i Mikołaja, oraz dwie siostry, z których znamy imię tylko jednej, Anny. Historia nie przekazała nam bliższych szczegółów z lat dziecięcych Stanisława. Wiemy tylko z akt procesu beatyfikacyjnego, że był bardzo wrażliwy. Dlatego ojciec w czasie przyjęć, na których niekiedy musiał bywać także Stanisław, nakazywał gościom umiar w żartach, gdyż inaczej chłopiec może omdleć.
    Pierwsze nauki Stanisław pobierał w domu rodzinnym. W wieku 14 lat razem ze swoim bratem, Pawłem, został wysłany do szkół jezuickich w Wiedniu. Kostkowie przybyli do Wiednia w dzień po śmierci cesarza Ferdynanda, to znaczy 24 lipca 1564 r. Wiedeńska szkoła jezuitów cieszyła się wówczas zasłużoną sławą. Codziennie odprawiano Mszę świętą. Przynajmniej raz w miesiącu studenci przystępowali do sakramentu pokuty i do Komunii. Modlono się przed lekcjami i po nich. Na pierwszym roku wykładano gramatykę, na drugim “nauki wyzwolone”, na trzecim – retorykę.
    Początkowo Stanisławowi nauka nie szła zbyt dobrze. Nie otrzymał bowiem dostatecznego przygotowania w Rostkowie. Pod koniec trzeciego roku studiów należał już jednak do najlepszych uczniów. Władał płynnie językiem łacińskim i niemieckim, rozumiał również język grecki. Zachowały się zeszyty Stanisława z błędami poprawianymi ręką nauczyciela. Pozostały również notatki dotyczące problemów religijnych, jakie poruszano, aby chłopców przygotować także pod tym względem i umocnić ich w wierze katolickiej. Wolny czas Stanisław spędzał na lekturze i modlitwie. Ponieważ w ciągu dnia nie mógł poświęcić kontemplacji wiele czasu, oddawał się jej w nocy. Zadawał sobie także pokuty i biczował się. Taki tryb życia nie mógł się podobać kolegom, wychowawcy i bratu. Uważali to za rzecz niemoralną, a Stanisława za “dziwaka”. Usiłowali go przekonywać złośliwymi przycinkami “jezuity” i “mnicha”, a potem nawet biciem i znęcaniem skierować na drogę “normalnego” postępowania. Stanisław usiłował im dogodzić, dlatego nawet brał lekcje tańca. Nie potrafił się jednak w tym odnaleźć.
    W grudniu 1565 r. ciężko zachorował. Według własnej relacji, był pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Komunii świętej, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić kapłana katolickiego. Wówczas sama św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu Wiatyk. W tej samej chorobie zjawiła mu się Najświętsza Maryja Panna z Dzieciątkiem, które złożyła mu na ręce. Od Niej też doznał cudu uzdrowienia i usłyszał polecenie, aby wstąpił do Towarzystwa Jezusowego.

    Święty Stanisław Kostka otrzymuje Dzieciątko Jezus z rąk Maryi

    Jezuici jednak nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez zezwolenia rodziców, a na to Stanisław nie mógł liczyć. Zdobył się więc na heroiczny czyn: zorganizował ucieczkę, do której się starannie przygotował. Było to 10 sierpnia 1567 r. Legenda osnuła ucieczkę szeregiem niezwykłych wydarzeń. O jej prawdziwym przebiegu dowiadujemy się z listu samego Stanisława. Za poradą swojego spowiednika, o. Franciszka Antonio, który był wtajemniczony w jego plany, Stanisław udał się nie wprost do Rzymu, gdzie byłby łatwo pochwycony w drodze, ale do Augsburga, gdzie przebywał św. Piotr Kanizjusz, przełożony prowincji niemieckiej. Spowiednik Stanisława stwierdza, że w drodze otrzymał on również łaskę Komunii świętej z rąk anioła, kiedy wstąpił do protestanckiego kościoła w przekonaniu, że jest to kościół katolicki. W Augsburgu nie zastał Piotra Kanizjusza, dlatego podążył dalej do Dylingi. Trasa z Wiednia do Dylingi wynosi około 650 km. W Dylindze jezuici mieli swoje kolegium. Tam Stanisław został przyjęty na próbę.
    Wyznaczono mu zajęcia służby u konwiktorów: sprzątanie ich pokoi i pomaganie w kuchni. Stanisław boleśnie przecierpiał tę decyzję. Ufając jednak Bogu, starał się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Po powrocie do Dylingi św. Piotr Kanizjusz bał się przyjąć Stanisława do swojej prowincji w obawie przed gniewem rodziców i ich zemstą na jezuitach w Wiedniu. Mając jednak od miejscowych przełożonych bardzo dobre rekomendacje, skierował go wraz z dwoma młodymi zakonnikami do Rzymu z listem polecającym do generała. Droga była długa i uciążliwa. Stanisław z towarzyszami odbywał ją przeważnie pieszo. Dotarli tam 28 października 1567 r.

    Święty Stanisław Kostka otrzymuje Komunię św. z rąk anioła

    Stanisław został przyjęty do nowicjatu, który znajdował się przy kościele św. Andrzeja. Było z nim wtedy około 40 nowicjuszów, w tym czterech Polaków. Rozkład zajęć nowicjatu był prosty: modlitwy, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i kościelnego. Stanisław rozpoczął nowicjat pełen szczęścia, że nareszcie spełniły się jego marzenia. Ojciec jednak postanowił za wszelką cenę go stamtąd wydostać. Wykorzystał w tym celu wszystkie możliwości. Do Stanisława wysłał list, pełen wymówek i gróźb. Za poradą przełożonych Stanisław odpisał ojcu, że ten powinien raczej dziękować Bogu, że wybrał jego syna na swoją służbę. W lutym 1568 r. Stanisław przeniósł się z kolegium jezuitów, gdzie mieszkał przełożony generalny zakonu, do domu św. Andrzeja na Kwirynale, w którym pozostał do śmierci.
    Swoim wzorowym życiem, duchową dojrzałością i rozmodleniem budował całe otoczenie. W pierwszych miesiącach 1568 r. Stanisław złożył śluby zakonne. Miał wtedy zaledwie 18 lat. W prostocie serca w uroczystość św. Wawrzyńca (10 sierpnia) napisał list do Matki Bożej i schował go na swojej piersi. Przyjmując tego dnia Komunię świętą, prosił św. Wawrzyńca, aby uprosił mu u Boga łaskę śmierci w święto Wniebowzięcia. Prośba została wysłuchana. Wieczorem tego samego dnia poczuł się bardzo źle. 13 sierpnia gorączka nagle wzrosła. Przeniesiono go do infirmerii. 14 sierpnia męczyły Stanisława mdłości. Wystąpił zimny pot i dreszcze, z ust popłynęła krew. Była późna noc, kiedy zaopatrzono go na drogę do wieczności. Prosił, aby go położono na ziemi. Prośbę jego spełniono. Przepraszał wszystkich. Kiedy mu dano do ręki różaniec, ucałował go i wyszeptał: “To jest własność Najświętszej Matki”.
    Zapytany, czy nie ma jakiegoś niepokoju, odparł, że nie, bo ma ufność w miłosierdziu Bożym i zgadza się najzupełniej z wolą Bożą. Nagle w pewnej chwili, jak zeznał naoczny świadek, kiedy Stanisław modlił się, twarz jego zajaśniała tajemniczym blaskiem. Kiedy ktoś zbliżył się do niego, by zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, odparł, że widzi Matkę Bożą z orszakiem świętych dziewic, które po niego przychodzą. Po północy 15 sierpnia 1568 r. przeszedł do wieczności. Kiedy podano mu obrazek Matki Bożej, a on nie zareagował na to uśmiechem, przekonano się, że cieszy się już oglądaniem Najświętszej Maryi Panny w niebie.Jego kult zrodził się natychmiast i spontanicznie. Wieść o śmierci świętego Polaka rozeszła się szybko po Rzymie. Starsi ojcowie przychodzili do ciała i całowali je ze czcią. Wbrew zwyczajowi zakonu ustrojono je kwiatami. Z polecenia św. Franciszka Borgiasza, generała zakonu, ciało Stanisława złożono do drewnianej trumny, co również w owych czasach było wyjątkiem. Także na polecenie generała magister nowicjatu napisał o Stanisławie krótkie wspomnienie, które rozesłano po wszystkich domach Towarzystwa Jezusowego. Ojciec Warszewicki ułożył dłuższą biografię Stanisława. W dwa lata po śmierci współbracia udali się do przełożonego domu nowicjatu, aby pozwolił im zabrać ze sobą relikwię głowy Stanisława. Kiedy otwarto grób, znaleziono ciało nienaruszone.
    Proces kanoniczny trwał jednak długo. W latach 1602-1604 Klemens VII zezwolił na kult. 18 lutego 1605 r. Paweł V zezwolił na wniesienie obrazu Stanisława do kościoła św. Andrzeja w Rzymie oraz na zawieszenie przed nim lampy i wotów; w 1606 r. ten sam papież uroczyście zatwierdził tytuł błogosławionego. Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się najpierw w Rzymie w domu św. Andrzeja, a potem w Polsce. Był to pierwszy błogosławiony Towarzystwa Jezusowego. Klemens X zezwolił zakonowi jezuitów w roku 1670 na odprawianie Mszy świętej i brewiarza o Stanisławie w dniu 13 listopada. W roku 1674 tenże papież ogłosił bł. Stanisława jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litwy. Dekret kanonizacyjny wydał Klemens XI w 1714 r. Jednak z powodu śmierci papieża obrzędu uroczystej kanonizacji dokonał dopiero Benedykt XIV 31 grudnia 1726 r. Wraz z naszym Rodakiem chwały świętych dostąpił tego dnia również św. Alojzy Gonzaga (+ 1591). Jan XXIII uznał św. Stanisława szczególnym patronem młodzieży polskiej.
    Relikwie Świętego spoczywają w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Św. Stanisław Kostka jest patronem Polski (od 1671 r.) i Litwy, archidiecezji łódzkiej i warszawskiej oraz diecezji płockiej, a także Gniezna, Lublina, Lwowa, Poznania i Warszawy; oręduje także za studentami i nowicjuszami jezuickimi, a także za polską młodzieżą.Św. Stanisławowi Kostce przypisuje się zwycięstwo Polski odniesione nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W tym dniu o. Oborski, jezuita, widział św. Stanisława na obłokach, jak błagał Matkę Bożą o pomoc. Król Jan Kazimierz przypisywał orędownictwu Świętego zwycięstwo odniesione pod Beresteczkiem (1651).
    W ikonografii św. Stanisław Kostka przedstawiany jest w stroju jezuity. Jego atrybutami są: anioł podający mu Komunię, Dziecię Jezus na ręku, krucyfiks, laska pielgrzymia, lilia, Madonna, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 września

    Święta Hildegarda z Bingen,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Robert Bellarmin, biskup i doktor Kościoła
      •  Święty Zygmunt Szczęsny Feliński, biskup
      •  Święty Jan Macías, zakonnik
      •  Stygmaty św. Franciszka z Asyżu
      •  Święty Piotr z Arbués, męczennik
      •  Święty Marcin z Finojosa, biskup
      •  Święty Lambert z Liege, biskup i męczennik
      •  Błogosławiony Zygmunt Sajna, prezbiter i męczennik
    Święta Hildegarda z Bingen
    Hildegarda urodziła się 16 września 1098 w Rupertsbergu koło Bingen. Jej rodzicami byli Hildebert i Mechtylda von Bermersheim. Ponieważ była dziesiątym dzieckiem w szlacheckiej rodzinie, w wieku ośmiu lat, zgodnie z tradycją dziesięciny, została poświęcona Kościołowi. Zaopiekowała się nią przeorysza benedyktynek – Judyta. Przygotowując się do życia w zakonie, w Disibodenbergu, Hildegarda otrzymała klasyczne wykształcenie. Dzięki wrodzonym zdolnościom do nauki i umiejętności wykorzystywania zdobytej wiedzy zyskała uznanie. Gdy w 1136 r. Judyta umarła, Hildegarda zajęła jej miejsce.
    Jako przeorysza cieszyła się wielka estymą. Podjęła liczne dzieła dla swojego zakonu. By mniszki nie dzieliły murów z zakonnikami, spowodowała przeniesienie konwentu do ufundowanego przez jej rodzinę klasztoru we wsi Rupertsberg (1150). Po latach zbudowała dla nich jeszcze jeden klasztor w Eibingen (1165). Już będąc przeoryszą Hildegarda ujawniła, że od trzeciego roku życia miewała wizje, podczas których rozmawiała z Bogiem. Nie ujawniała tego przez skromność, a może z obawy przed inkwizycją. Dopiero gdy mając 42 lata osiągnęła najwyższe dostępne kobiecie stanowiska w Kościele i uzyskała wpływy w najważniejszych biskupstwach i na dworze papieskim, bez obaw przyznała się do swoich doświadczeń. W czasie jednej z wizji usłyszała głos nakazujący jej spisywać swoje wizje. W ten sposób zaczęło powstawać dzieło Sci vias – “Poznaj ścieżki Pana”.
    Wiadomość o tych wizjach roznosiła się coraz dalej, aż przez opata Disibodenbergu i arcybiskupa Moguncji Henryka dotarła do papieża Eugeniusza III, który wysłał do klasztoru specjalną komisję, mającą wyjaśnić autentyczność cudów. Wybrane fragmenty wizji zostały przeczytane na synodzie w Trewirze (1147-1148). Hildegarda uzyskała błogosławieństwo i pozwolenie na rozpowszechnienie swoich idei i nakaz spisywania dalszych objawień dzięki wstawiennictwu wpływowego teologa i założyciela zakonu cystersów, św. Bernarda z Clairvaux. Treść przeżyć mistycznych spisała w trzech księgach: Scito vias Domini (“Poznaj drogi Pana”), Liber vitae (“Księga zasług życia”) i Liber divinorum operum (“Księga dzieł Bożych”). Dzięki przychylności papieża mogła posunąć się do zawoalowanej krytyki rozwiązłości kleru i domagać się większego uznania dla roli kobiet. Właśnie w tym tonie jest jej sztuka moralna Ordo virtutum (“O sztuce cnoty”), do której sama skomponowała muzykę.
    Chociaż autentyczność jej objawień była przez niektórych kwestionowana (uważano, że były one wynikiem migren), to jednak szlacheckie pochodzenie i wysokie stanowisko w hierarchii kościelnej spowodowały, że listy i pisma Hildegardy znajdowały czytelników wśród władców kościelnych i świeckich. Dla wielu ludzi średniowiecza jej wypowiedzi były głosem, który pochodził od Boga.
    Dzięki solidnemu wykształceniu i bogatemu doświadczeniu oraz wybitnym zdolnościom oratorskim Hildegarda zjednała sobie w końcu przychylność oponentów. Jej rozważania z zakresu teologii, filozofii i historii naturalnej były przyjmowane z zainteresowaniem w kręgach kościelnych i świeckich, przynosząc jej powszechny szacunek i uznanie. Wśród wiernych jej osoba stała się obiektem kultu. Historie o jej nadprzyrodzonych zdolnościach przenikały poza klasztorne mury i krążyły po średniowiecznej Europie. U szczytu popularności Hildegarda została okrzyknięta “Sybillą znad Renu” i była czczona jako chrześcijańska wyrocznia o atrybutach proroka, do której udawali się po radę i pociechę biskupi, papieże i władcy. W 1152 r. została zaproszona na specjalne spotkanie z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą, którego wcześniej krytykowała.
    Ważne w jej piśmiennictwie były również dzieła o medycynie, historii naturalnej i lecznictwie. Hildegarda była uważną obserwatorką natury i ludzi. Kierując się grecką filozofią czterech żywiołów, badała wzajemne oddziaływania pomiędzy światem żywym i martwym oraz ich wpływ na stan organizmu i duszy człowieka. Swoje wnioski przedstawiła w nieco panteistycznym traktacie o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów, które, jak sądziła, uczestniczyły w nieustannym procesie wymiany wewnętrznych zasobów energii. Publikacje z zakresu medycyny ludowej przyniosly jej miano pierwszej niewiasty pośród lekarzy i przyrodników Niemiec.
    Ponadto w latach 1158-1170 głosiła kazania w środkowych i południowych Niemczech. Była zapraszana na wykłady i wizytacje w klasztorach. Ta światła kobieta uważała, że śpiew powinien być nieodłączną częścią liturgii, gdyż śpiew, tak jak modlitwa, przybliża człowiekowi zbawienie. Wierzyła, że twórcze natchnienie pochodzi wprost od Boga, a dzieło artysty jest w rzeczywistości boskim przekazem. Sama skomponowała moralitet i liczne religijne, choć nie liturgiczne pieśni. W odróżnieniu od typowych wówczas śpiewów chorałowych, jej melodie były znacznie bardziej emocjonalne. Pod koniec XX w. jej muzyka zyskała dużą popularność.
    Zmarła 17 września 1179 r. w klasztorze w Rupertsbergu i została pochowana w kościele parafialnym w Einbingen, którego obecnie jest patronką. Mimo iż rozpoczęty w 1227 roku proces kanonizacyjny został wstrzymany w niewyjaśnionych okolicznościach, Hildegarda z Bingen nad Renem została w XIV w. umieszczona w martyrologium jako święta. Do kalendarza liturgicznego obchód ku jej czci wpisano w 1971 roku. Jej biografia jest kompletna i dobrze udokumentowana, co jest rzadkie jak na tamte czasy. Zawdzięczamy to m.in. dwóm mnichom. Jeszcze za życia Hildegardy w latach 1174-1175 mnich Gottfried rozpoczął pracę nad systematyzacją jej dzieł, a w latach 1180-1190 mnich Theoderich ukończył jego prace.
    Papież Benedykt XVI potwierdził 10 maja 2012 r., że Hildegarda z Bingen, ze względu na swoje zasługi dla Kościoła i ogromny wkład w rozwój myśli katolickiej, może odbierać cześć jako święta w całym Kościele. 7 października 2012 r. papież ogłosił św. Hildegardę doktorem Kościoła powszechnego, wraz ze św. Janem z Avili.
    Hildegarda jest patronką esperanto, językoznawców i naukowców.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 września

    Błogosławieni Jan Chrzciciel
    i Hiacynt od Aniołów, męczennicy

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Korneliusz, papież, i Cyprian, biskup
      •  Święta Edyta, ksieni
      •  Święta Eufemia, męczennica
      •  Święty Doroteusz z Tebaidy
    Błogosławieni Jan Chrzciciel i Hiacynt od Aniołów
    Obydwaj wspominani dziś Błogosławieni urodzili się ok. 1660 r. w San Francisco Cajonos w regionie Sierra de Oaxaca w Meksyku. Byli indianami ze szczepu Zapoteków.
    Jan Chrzciciel już w wieku siedmiu lub ośmiu lat został akolitą i pomagał w zakrystii. Później pełnił funkcję sędziego, radcy i burmistrza. Ożenił się z Josefą de la Cruz i miał jedną córkę.
    Hiacynt od Aniołów wywodził się z rodziny wodzów szczepowych. Podobnie jak Jan Chrzciciel, od dzieciństwa służył pomocą braciom. Ożenił się z Petroną, mieli dwoje dzieci.
    Jako katechiści obydwaj wspomagali dominikańskich misjonarzy w pracy wśród ludności tubylczej, a także pełnili funkcję tzw. fiscales. Krajowy Synod Meksykański, zwołany w 1585 r., zdecydował bowiem, by w każdej miejscowości zostali wyznaczeni ludzie świeccy cieszący się zaufaniem, o nienagannej moralności, których zadaniem byłoby strzec czystości wiary i zgodności zwyczajów z etyką chrześcijańską, a także zwalczać magię i czary.
    Gdy 14 września 1700 r. mieszkańcy San Francisco Cajonos – którzy w większości byli chrześcijanami – zebrali się, aby uroczyście oddać cześć dawnym bożkom, Jan Chrzciciel i Hiacynt poinformowali o tym akcie bałwochwalstwa władze kościelne, po czym udali się na miejsce spotkania razem z zakonnikami i dowódcą miejscowego oddziału wojska. Tubylcy, którym zarekwirowano ofiary zebrane podczas zgromadzenia, zbuntowali się i zażądali wydania obu fiscales, aby się na nich zemścić. Jan Chrzciciel i Hiacynt od Aniołów, świadomi, że ich życiu zagraża wielkie niebezpieczeństwo, powierzyli się Bogu i Najświętszej Maryi Pannie, a także przyjęli sakrament pojednania i Eucharystię. Kiedy wpadli w ręce oprawców, byli bici i znieważani, a po wtrąceniu do więzienia, groźbami i obietnicami starano się nakłonić ich do wyrzeczenia się wiary chrześcijańskiej i powrotu do kultu przodków. 16 września 1700 r. zostali zaprowadzeni na górzyste tereny Santo Domingo Xagacía i tam wrzuceni do przepaści.
    Proces beatyfikacyjny odbył się w kurii arcybiskupiej w Antequerze w 1991 r.; Positio o ich męczeństwie przekazano Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w 1999 r. Zostali beatyfikowani przez św. Jana Pawła II dnia 1 sierpnia 2002 r. podczas jego wizyty w Meksyku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    15 września

    Najświętsza Maryja Panna Bolesna

    Zobacz także:
      •  Święta Katarzyna Genueńska
      •  Błogosławiony Antoni Maria Schwartz, prezbiter
      •  Błogosławiony Józef Puglisi, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Paweł Manna, prezbiter
    “Oto Ten przeznaczony jest na upadek… A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34a. 35).

    Maryja siedmiokrotnie przebita mieczem boleści
    Tymi słowami prorok Symeon, podczas ofiarowania Jezusa w świątyni, zapowiedział Maryi cierpienie. Maryja, jako najpokorniejsza i najwierniejsza Służebnica Pańska, miała szczególny udział w dziele zbawczym Chrystusa, wiodącym przez krzyż.Przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto wprowadzono najpierw w Niemczech w roku 1423 w diecezji kolońskiej i nazywano je “Współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich husyci”. Początkowo obchodzono je w piątek po trzeciej niedzieli wielkanocnej. W roku 1727 papież Benedykt XIII rozszerzył je na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową.
    Drugie święto ma nieco inny charakter. Czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników nie tyle w aspekcie chrystologicznym, co historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Święto to jako pierwsi zaczęli wprowadzać serwici. Od roku 1667 zaczęło się ono rozszerzać na niektóre diecezje. Pius VII w roku 1814 rozszerzył je na cały Kościół, a dzień święta wyznaczył na trzecią niedzielę września. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. W Polsce oba święta rychło się przyjęły. Już stary mszał krakowski z 1484 r. zawiera Mszę De tribulatione Beatae Virginis oraz drugą: De quinque doloribus B. M. Virginis. Również mszały wrocławski z 1512 roku i poznański z 1555 zawierają te Msze.
    Oba święta są paralelne do świąt Męki Pańskiej, są w pewnym stopniu ich odpowiednikiem. Pierwsze bowiem święto łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze święto, obchodzone przed Niedzielą Palmową.Od XIV w. często pojawiał się motyw siedmiu boleści Maryi. Są nimi:
    1. Proroctwo Symeona (Łk 2, 34-35)
    2. Ucieczka do Egiptu (Mt 2, 13-14)
    3. Zgubienie Jezusa (Łk 2, 43-45)
    4. Spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej (Ewangelie o nim nie wspominają)
    5. Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa (Mt 27, 32-50; Mk 15, 20b-37; Łk 23, 26-46; J 19, 17-30)
    6. Zdjęcie Jezusa z krzyża (Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)
    7. Złożenie Jezusa do grobu (Mt 27, 57-61; Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)

    Maryja Bolesna
    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela. Nie wiemy, czy dokładnie wiedziała, co czeka Jej Syna. Niektórzy pisarze kościelni uważają to za rzecz oczywistą. Ich zdaniem, skoro Maryja została obdarzona szczególniejszym światłem Ducha Świętego odnośnie do rozumienia ksiąg świętych, gdzie w wielu miejscach i nieraz bardzo szczegółowo jest zapowiedziana męka i śmierć Zbawiciela świata, to również wiedziała o przyszłych cierpieniach Syna. Inni pisarze, powołując się na miejsca, gdzie kilka razy jest podkreślone, że Maryja nie rozumiała wszystkiego, co się działo, są przekonani, że Maryja nie była wtajemniczona we wszystkie szczegóły życia i śmierci Jej Syna.
    Maryja nie była tylko biernym świadkiem cierpień Pana Jezusa, ale miała w nich najpełniejszy udział. Jest nie do pomyślenia nawet na płaszczyźnie samej natury, aby matka nie doznawała cierpień na widok umierającego syna. Maryja cierpiała jak nikt na ziemi z ludzi. Zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że Jej Syn jest Zbawicielem rodzaju ludzkiego.Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególniejszym nabożeństwem do Matki Bożej Bolesnej, należy wymienić siedmiu założycieli zakonu serwitów (w. XIII), św. Bernardyna ze Sieny (+ 1444), bł. Władysława z Gielniowa (+ 1505), św. Pawła od Krzyża, założyciela pasjonistów (+ 1775) i św. Gabriela Perdolente, który sobie obrał imię zakonne Gabriel od Boleści Maryi (+ 1860).
    Ikonografia chrześcijańska zwykła przedstawiać Matkę Bożą Bolesną w trojaki sposób: najdawniejsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa, nieco późniejsze (od XIV w.) w formie Piety, czyli jako rzeźbę lub obraz Maryi z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach. W tym czasie pojawiają się obrazy i figury Maryi z mieczem, który przebija jej pierś lub serce. Potem pojawia się więcej mieczy – do siedmiu włącznie. Znany jest także średniowieczny hymn Stabat Mater, opiewający boleści Maryi. Wątek współcierpienia Maryi w dziele odkupienia znajduje swoje odzwierciedlenie także w znanym polskim nabożeństwie wielkopostnym (Gorzkie Żale).Przez wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie były udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem, również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.

    nternetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    14 września

    Podwyższenie Krzyża Świętego

    Zobacz także:
      •  Święty Albert, biskup

    Aniołowie adorujący Krzyż
    Kiedy w roku 70 Jerozolima została zdobyta i zburzona przez Rzymian, rozpoczęły się wielkie prześladowania religii Chrystusa, trwające prawie 300 lat. Dopiero po ustaniu tych prześladowań matka cesarza rzymskiego Konstantyna, św. Helena, kazała szukać Krzyża, na którym umarł Pan Jezus.
    Po długich poszukiwaniach Krzyż odnaleziono. Co do daty tego wydarzenia historycy nie są zgodni; najczęściej podaje się rok 320, 326 lub 330, natomiast jako dzień wszystkie źródła podają 13 albo 14 września. W związku z tym wydarzeniem zbudowano w Jerozolimie na Golgocie dwie bazyliki: Męczenników (Martyrium) i Zmartwychwstania (Anastasis). Bazylika Męczenników nazywana była także Bazyliką Krzyża. 13 września 335 r. odbyło się uroczyste poświęcenie i przekazanie miejscowemu biskupowi obydwu bazylik. Na tę pamiątkę obchodzono co roku 13 września uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego. Później przeniesiono to święto na 14 września, ponieważ tego dnia wypada rocznica wystawienia relikwii Krzyża na widok publiczny, a więc pierwszej adoracji Krzyża, która miała miejsce następnego dnia po poświęceniu bazylik. Święto wprowadzono najpierw dla tych kościołów, które posiadały relikwie Krzyża, potem zaś dla całego Kościoła Powszechnego.
    Ważnym wkładem w historię dzisiejszego święta jest świadectwo mniszki Egerii, która w Itinerarium Egeriae relacjonuje obchody Podwyższenia Krzyża połączone ze świętem dedykacji, czyli poświęcenia kościoła Męczenników (Martyrium) na Golgocie: “Dniami Eucenii (dedykacji) zwą się te dni, w których święty kościół stojący na Golgocie, zwany Martyrium, poświęcony został Bogu. Także święty kościół znajdujący się w Anastasis, to jest w miejscu, gdzie Pan po męce zmartwychwstał, tego samego dnia został Bogu poświęcony. Rocznica poświęcenia tych świętych kościołów jest obchodzona z całą czcią, bo i Krzyż znaleziono tego samego dnia […]”Podwyższenie Krzyża
    W 614 r. na Ziemię Świętą napadli Persowie pod wodzą Chozroeza. Zburzyli wówczas wszystkie kościoły, także i kościół Bożego Grobu, a wiedząc, jak wielkiej czci doznaje Krzyż Pana Jezusa, zabrali go ze sobą. Cały świat modlił się o odzyskanie Krzyża Świętego. Po zwycięstwie, jakie cesarz Herakliusz odniósł nad Chozroezem, w traktacie pokojowym Persowie zostali zmuszeni do oddania świętej relikwii (628). Podanie głosi, że kiedy sam cesarz chciał na swoich ramionach zanieść Krzyż Chrystusa na Kalwarię, mógł to uczynić dopiero wówczas, kiedy zdjął swoje królewskie szaty. Jest to legenda, gdyż ze świadectwa św. Cyryla Jerozolimskiego (+ 387) wiemy, że już za jego czasów czcigodną relikwię podzielono na drobne części i rozesłano je niemal po wszystkich okolicznych kościołach.Kościół w Krzyżu Jezusa widział zawsze ołtarz, na którym Syn Boży dokonał zbawienia świata. Dlatego każda jego cząstka, tak obficie zroszona Jego Najświętszą Krwią, doznawała zawsze szczególnej czci. Nie chodzi w tym wypadku o autentyczność poszczególnych relikwii, ale o fakt, że przypominają one Krzyż Chrystusa i wielkie dzieło, jakie się na nim dokonało dla dobra rodzaju ludzkiego.
    O ukrzyżowaniu Pana Jezusa piszą wszyscy Ewangeliści. Co więcej, podają bardzo szczegółowe okoliczności tego wydarzenia. Według świadectwa Ewangelistów Pan Jezus został ukrzyżowany około godziny 12, a umarł o godzinie 15. Jego pogrzeb odbył się ok. godziny 17.
    Kara ukrzyżowania była u Żydów znana, chociaż w prawie mojżeszowym nie była przewidziana. Aleksander Janneusz (103-76 przed Chrystusem) użył jej dla ukarania zbuntowanych przeciwko niemu faryzeuszów. Taką karę stosowali powszechnie Fenicjanie, Kartagińczycy, Persowie i Rzymianie. Ci ostatni jednak nie stosowali jej wobec obywateli rzymskich. Była to bowiem kara uznawana za hańbiącą i bardzo okrutną. Skazańca odzierano z szat, rzucano go na ziemię, rozciągano mu ramiona i nogi, przybijając je do krzyża. Skazaniec konał z omdlenia i gorączki, dusił się. Na domiar złego wisielca nękało mnóstwo komarów, a bywało, że konającego rozrywały sępy. Krzyż miał zwykle kształt litery T (tau). Ponieważ śmierć na krzyżu miała wszystkie znamiona hańby, dlatego cesarz Konstantyn Wielki zniósł karę śmierci przez ukrzyżowanie (316).Relikwiarz Krzyża św. z Olkusza
    Największą część drzewa Krzyża świętego posiada obecnie kościół św. Guduli w Brukseli. Bazylika św. Piotra w Rzymie przechowuje część relikwii, którą cesarze bizantyjscy nosili na piersi w czasie największych uroczystości. W skarbcu katedry paryskiej jest cząstka Krzyża świętego, podarowana przez polską królową Annę Gonzagę, którą miała otrzymać od króla Jana Kazimierza. Największą część Krzyża świętego w Polsce posiadał kościół dominikanów w Lublinie (zostały one skradzione w roku 1991, chociaż nadal w kościele tym znajdują się dwa inne relikwiarze Krzyża świętego). Stosunkowo dużą część Krzyża świętego posiada kościół św. Krzyża na Łysej Górze pod Kielcami. Miał ją podarować benedyktynom św. Emeryk (+ 1031), syn św. Stefana, króla Węgier (+ 1038). Od tej relikwii i klasztoru pochodzi nazwa “Góry Świętokrzyskie”. Wreszcie dość znaczna relikwia Krzyża świętego znajduje się w bazylice Krzyża Świętego w Rzymie.
    Ku czci Krzyża Świętego wzniesiono mnóstwo kościołów. W samej Polsce jest ich ponad 100. Istnieje również kilka rodzin zakonnych – męskich i żeńskich – pod nazwą Świętego Krzyża. Wśród nich najliczniejsze to Zgromadzenie Św. Krzyża, założone w 1837 r., a zatwierdzone przez Rzym w 1855 r.
    Na czele czcicieli Krzyża stoi św. Paweł Apostoł. Szczególnym nabożeństwem do Krzyża wyróżniała się św. Helena, cesarzowa. Jednak na wielką skalę kult Krzyża zapoczątkowało średniowiecze, kiedy to bardzo żywo i powszechnie rozwinął się kult męki Pańskiej. Wśród świętych wyróżnili się tym nabożeństwem: św. Bernard z Clairvaux (+ 1153), św. Franciszek z Asyżu (+ 1226), św. Bonawentura (+ 1274), św. Filip Benicjusz (+ 1285), a w latach późniejszych bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505), św. Piotr z Alkantary (+ 1562), św. Jan od Krzyża (+ 1591) i św. Paweł od Krzyża (+ 1775). W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do swojej męki Jezus obdarzył wielu świętych darem stygmatów. Dzieje Kościoła znają aż 330 podobnych wypadków. Pierwszy stwierdzony historycznie fakt stygmatów spotykamy u św. Franciszka z Asyżu. W ostatnich czasach mówiło się głośno o stygmatykach: Teresie Neumann z Konnersreuth (+ 1962) i o św. o. Pio (+ 1969).Krzyż celtycki z Irlandii
    Od I w. spotykamy krzyże wypisywane, rysowane czy ryte graficznie – i to w najróżnorodniejszych formach i symbolice, której postacią naczelną jest zawsze Chrystus. Od IV w. spotykamy krzyże bez Ukrzyżowanego, ale za to bogato wykładane szlachetnymi kamieniami i złotem (crux gemmata). Ich forma jest także różna. Spotykamy między innymi krzyże Chrystusa, Piotra, Andrzeja, św. Pachomiusza, krzyż etiopski, ormiański, jerozolimski itp. We wczesnym średniowieczu zwykło się wyrabiać krzyże (pasje) z wizerunkiem Chrystusa, ale z koroną królewską (diademem) na głowie. Od wieku XII datują się krzyże współczesne, pełne wyrazu cierpienia i grozy. Najdawniejszy krzyż znaleziono w Herkulanum, w jednym z domów zasypanego przez wulkan (Wezuwiusz) w roku 63 i 79, którego to odkrycia dokonano w 1748 roku. Na jednej ze ścian domu znaleziono wyraźny odcisk dużego krzyża, który tam wisiał. Jest nawet otwór po gwoździu w ścianie, na którym ten krzyż był umieszczony.
    Krzyż Chrystusa czci się także czyniąc znak krzyża. Początkowo czyniono krzyż nad przedmiotami, kreśląc go dłonią. Miał on być wyznaniem wiary, chronić od nieszczęść, sprowadzać Boże błogosławieństwo. Zwyczaj ten sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Był on traktowany jako credo katolickie, streszczenie najważniejszych prawd wiary. Słowami podkreślano wiarę w Boga w Trójcy Świętej jedynego, a ruchem ręki podkreślano nasze zbawienie przez Chrystusową mękę i śmierć. O znaku krzyża świętego pisze już Tertulian (+ ok. 240). Św. Hieronim mówi o nim w liście do Eustochii. Pierwsi chrześcijanie tym znakiem posługiwali się bardzo często. Kościół zachował ten zwyczaj, kiedy w liturgii błogosławi swoich wiernych.Dzisiejsze święto przypomina nam wielkie znaczenie krzyża jako symbolu chrześcijaństwa i uświadamia, że nie możemy go traktować jedynie jako elementu dekoracji naszego mieszkania, miejsca pracy czy jednego z wielu elementów naszego codziennego stroju.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    13 września

    Święty Jan Chryzostom, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Franciszek Drzewiecki, prezbiter i męczennik
    Święty Jan Chryzostom

    Jan urodził się ok. 349 r. (jak uważają katolicy) lub ok. 347 r. (jak podają prawosławni) w Antiochii, ówczesnej metropolii prowincji syryjskiej, jednym z największych miast świata. Pochodził z możnej rodziny. Jego ojciec był oficerem cesarskim. Wcześnie osierocił syna. Wszechstronne wykształcenie zapewniła Janowi matka. U jej boku wiódł życie na pół mnisze. Rozczytywał się w klasykach i uczył się ich na pamięć. Lubił jednak także rozrywkę i nie gardził młodzieńczymi figlami.
    Chrzest przyjął dopiero, gdy miał 20 lat. To był punkt zwrotny w jego dotychczasowym życiu. Wstąpił do stanu duchownego. Jako lektor uczestniczył w służbie liturgicznej u boku biskupa Antiochii, Melecjusza. Jednak po śmierci matki (372) opuścił Antiochię i udał się na pustkowie, by tam prowadzić życie ascetyczne. W grocie spędził 4 lata. Zbyt surowe życie tak dalece nadwyrężyło mu zdrowie, że musiał pustynię opuścić. Powrócił więc do Antiochii, gdzie ponownie pełnił obowiązki lektora (378), a potem diakona (381). Święcenia kapłańskie przyjął w roku 385, gdy miał już ok. 36 lat.
    W roku 387 w Antiochii wybuchły rozruchy przeciwko cesarzowi, Teodozemu I Wielkiemu. Rozjuszony tłum zaczął rozbijać pomniki cesarza, co wywołało ze strony władz represje. Wtedy to Jan wygłosił słynne Mowy wielkopostne, w których zganił popędliwość ludu, a równocześnie wstawiał się za nim. Wpłynął także na biskupa Antiochii, Flawiana, by ten osobiście wstawił się za swoim ludem u cesarza. Cesarz ogłosił amnestię i zakazał swojemu namiestnikowi represji. To zjednało Janowi wielką wdzięczność ludu i przydomek Złotousty (Chryzostom). Na jego kazania przybywały tłumy.
    W roku 397 zmarł patriarcha Konstantynopola. Urząd ten cesarz ofiarował Janowi. Konsekrowany na biskupa przez patriarchę Aleksandrii, Jan z całym zapałem wziął się do pracy dla dobra swojej owczarni. Udało mu się najpierw pojednać ze Stolicą Apostolską biskupa Antiochii, Flawiana. W ten sposób zakończyła się przykra schizma z Rzymem. Na swoim dworze Jan zniósł wszelki przepych, jakim dotąd otaczali się jego poprzednicy. Zachęcał swoje duchowieństwo do podobnej reformy. Lud zjednał sobie wspaniałymi kazaniami, jakie regularnie głosił, i troską o potrzeby zwykłych ludzi. Piętnował nadużycia, nie szczędząc także dworu cesarskiego. Dla ubogich i bezdomnych wystawiał gospody i schroniska. Użyczył azylu nawet ministrowi cesarskiemu, kiedy ten popadł w niełaskę. Wysyłał misjonarzy na obszary objęte przez Arabów.
    Tradycja przypisuje św. Janowi Chryzostomowi autorstwo jednej z form celebracji Boskiej Liturgii, nazywanej jego imieniem, która do dziś jest praktykowana w obrządku bizantyjskim. Jest to tzw. zwyczajna (czyli odprawiana przez większą część roku) liturgia prawosławna i grekokatolicka.

    Święty Jan Chryzostom

    Z czasem pojawili się przeciwnicy radykalnego patriarchy. Duchowni mieli mu za złe, że zbyt wiele od nich wymagał; klasztory – że wprowadzał w nich pierwotną karność, a zwalczał rozluźnienie obyczajów. Ponadto Jan naraził się na gwałtowne ataki ze strony św. Epifaniusza tym, że dał u siebie schronienie zwalczanym zwolennikom nauki Orygenesa. Zarzucano mu, że okazuje jawnie sympatię dla Orygenesa. Najwięcej kłopotów wywołało jednak to, że Jan zaatakował w swoich kazaniach zbyt swobodne życie dworu cesarskiego, przede wszystkim cesarzowej Eudoksji. Z polecenia cesarzowej zwołano pod Chalcedonem synod, zwany później synodem “Pod Dębem” (nazwa wywodzi się od miejscowości Onercia – Dąb). Wrogowie Jana pod przewodnictwem patriarchy Aleksandrii, Teofila, posunęli się do tego, że usunęli Jana z urzędu patriarchy, a cesarzowa skazała go na banicję. Wywieziono go do Prenetos w Bitynii. Lud jednak tak gwałtownie wystąpił w obronie swego pasterza, że cesarzowa była zmuszona przywrócić biskupowi wolność.
    Spokój trwał jednak krótko. Cesarzowa kazała wystawić sobie pomnik przed samą katedrą Mądrości Bożej, gdzie urządzano krzykliwe festyny i zabawy, nie licujące ze świętym miejscem. Jan potępił to w kazaniu z całą stanowczością. W odwecie cesarzowa zwołała do Konstantynopola synod swoich zwolenników, który ponownie deponował Jana. Na mocy orzeczeń tegoż synodu, w roku 404, cesarzowa skazała Jana na wygnanie. Wśród szykan i niewygód prowadzono go do Cezarei Kapadockiej, stąd do Tauru, wreszcie do Pontu nad Morzem Czarnym. Zima była bardzo surowa, co wymagało od biskupa szczególnego hartu. On jednak nie załamał się. Pisał listy do papieża oraz do wpływowych i wiernych sobie osób. Papież pięknym listem pochwalił bohaterstwo Chryzostoma i wysłał legatów w jego obronie do Konstantynopola. Dwór cesarski jednak ich nie przyjął.

    Święty Jan Chryzostom

    Jan Złotousty zmarł w drodze, w mieście Comana, 14 września 407 r. Już w roku 428 Kościół w Konstantynopolu obchodził doroczną pamiątkę św. Jana Chryzostoma. W roku 438, na żądanie patriarchy stolicy cesarstwa – św. Proklusa, cesarz Teodozy II nakazał sprowadzić relikwie Chryzostoma. 27 stycznia 438 r. triumfalnie witał je Konstantynopol. Ciało złożono w kościele Dwunastu Apostołów. W roku 1489 sułtan turecki Bajazed II podarował te relikwie królowi francuskiemu Karolowi VIII. Od roku 1627 relikwie znajdują się w Rzymie, w bazylice św. Piotra, w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Ponadto relikwie św. Jana Chryzostoma znajdują się dzisiaj także na Górze Athos, w Brugii, Clairvaux, Dubrowniku, Kijowie, Maintz, Messynie, Moskwie, Paryżu i Wenecji.
    Jan pozostawił po sobie ogromną spuściznę literacką: kanon liturgii świętej (Boska Liturgia św. Jana Złotoustego), liczne pisma teologiczne (traktaty o naturze boskiej i ludzkiej Jezusa, o Eucharystii – jako identycznej ofierze z ofiarą na Krzyżu, o prymacie papieskim, O kapłaństwie, O wychowaniu syna oraz Przeciwko Żydom i poganom), kazania, które są w znacznej mierze komentarzem do Pisma świętego, mowy i szeroką korespondencję (w tym 17 listów do św. Olimpii, diakonisy). Jan Złotousty wyróżniał się przede wszystkim jako znakomity znawca pism św. Pawła Apostoła. Całość dzieł Chryzostoma obejmuje kilka opasłych tomów.
    Św. Jan Chryzostom należy do czterech wielkich doktorów Kościoła wschodniego (obok św. Bazylego, św. Grzegorza z Nazjanzu i św. Atanazego). Na Wschodzie cieszy się tak wielkim kultem, że jego imię wspomina się w roku liturgicznym kilka razy. Papież Pius V ogłosił go doktorem Kościoła (1568). Jest patronem kaznodziejów i studiujących teologię oraz orędownikiem w sytuacjach bez wyjścia.
    W ikonografii św. Jan Chryzostom przedstawiany jest jako patriarcha w stroju rytu ortodoksyjnego (z dużymi krzyżami), czasami jako biskup Kościoła katolickiego, zazwyczaj z krótką, niekiedy spiczastą bródką i łysiną czołową. Prawą rękę ma uniesioną w błogosławieństwie, w lewej trzyma Ewangelię. Niekiedy wyobrażany jest z krzyżem w dłoni. W ikonografii często spotykany jest na ikonach “Trzech Wielkich Hierarchów” razem ze św. Bazylim Wielkim i św. Grzegorzem Teologiem, spośród których wyróżnia się przede wszystkim najkrótszą brodą.
    W sztuce zachodniej jego atrybutami są: księga, osioł, pisarskie pióro.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Św. Jan Chryzostom (355-407)

    René Lejeune

    OJCOWIE KOŚCIOŁA: ŚWIĘTY JAN CHRYZOSTOM (355-407), CZYLI SZALEŃSTWO DLA CHRYSTUSA

    Epoka

    W roku 380, 28 lutego, ukazuje się w Rzymie dziwny edykt: cesarz Teodozjusz, ostatni z wielkich imperatorów rezydujących w stolicy imperium Cezarów, poleca:

    „Wszystkie nasze narody są zobowiązane do podporządkowania się wierze przekazanej Rzymianom przez apostoła Piotra, tej wierze, którą wyznaje papież Damazy i biskup Piotr z Aleksandrii, to znaczy do uznania Najświętszej Trójcy – Ojca, Syna i Ducha Świętego.”

    Tym zaś, którzy się nie poddadzą temu nakazowi, imperator grozi: „Bóg zemści się na nich i my także”.

    Taka jest wiara imperatora. Jedność jego ziem należących do wielu narodów nie jest zachowywana przez wspólny im kult pogański, w sercu którego znajdował się imperator Rzymu. Odtąd chrześcijaństwo ma zachować tę jedność. Symbioza między państwem i religią jest całkowita; wywołuje ona procesy korzystne i równocześnie poważne niedogodności.

    Korzyść. Ponieważ imperium jest u schyłku i rozpada się szybko, dlatego biskupi, pasterze całego ludu, będą mogli zastąpić swoim autorytetem upadający autorytet świecki potężnej rzymskiej machiny administracyjnej.

    Niedogodność. Rozdział władzy świeckiej od religijnej – dwa miecze – którego pragnął Chrystus, zostaje usunięty.

    Teodozjusz wstąpił na tron cesarski rok wcześniej. Będzie rządził przez 15 lat, zachowując na jakiś czas jedność imperium przez zatrzymanie w rzymskiej armii barbarzyńskich przywódców.

    Co do Kościoła, wchodził on w swój złoty okres. Prześladowania, powstrzymane przez Konstantyna w 314 roku, były już tylko odległym bolesnym wspomnieniem.

    Pochodzenie

    W tym przełomowym roku ogłoszenia wiary chrześcijańskiej religią państwową Jan Chryzostom miał 25 lat.

    Jego życie jest dobrze znane. Żadnego autora chrześcijańskiego nie uhonorowano tyloma biografiami, poczynając od życiorysu napisanego przez biskupa Palladiusza z Helenopolis, który ukazał się kilka lat po śmierci tego Ojca Kościoła. Pozostaje on najlepszym aż po ostatni, opublikowany w końcu okresu bizantyńskiego.

    Jan urodził się w Antiochii około 355 roku. Jego matka Antuza była niewiastą pobożną. Wywodziła się ze szlachty. Została wdową w wieku 20 lat, kiedy Jan był jeszcze zupełnie mały. To ona przekaże dziecku swoje odbicie.

    Gruntowne wykształcenie i droga do kapłaństwa

    Troszcząc się o właściwe wychowanie syna, Antuza powierzy go najwybitniejszym nauczycielom w Antiochii, na czele z Andragatiusem, który otwarł szkołę filozoficzną. Jan ociera się też o sofistę Libaniosa, przeciwko którego wielosłowiu zbuntuje się w wieku 18 lat. Młodzieniec ten bowiem ma inteligencję wyjątkową. Nie znosi sztucznej retoryki swego mistrza. Pragnie jasności zakorzenionej w prawdzie, podczas gdy poganin Libanios naucza swoich uczniów sztuki z pozoru poprawnego i logicznego rozumowania, ale jego celem jest wprowadzenie zamętu w umysły i wprowadzenie w błąd słuchaczy. Oto sofistyka.

    Jan delektuje się natomiast nauczaniem biskupa Antiochii, św. Melecjusza. Biskup zaś jest zauroczony błyskotliwą inteligencją młodego wyznawcy chrześcijaństwa, a jeszcze bardziej – szlachetnością jego charakteru. Wyposażony w prorocze spojrzenie, biskup Melecjusz przewiduje nadzwyczajną przyszłość Jana. Dopuszcza go w wieku 18 lat do przyjęcia sakramentu „kąpieli odrodzenia” – jak nazywano chrzest. Po nim przez 3 lata Jan posługuje biskupowi. Po tym okresie zostaje lektorem. Jego nauczycielem jest teolog Diodor z Tarsu.

    Jan jest młodym człowiekiem spragnionym absolutu. Poddaje się surowym umartwieniom. Pragnie się wycofać, aby prowadzić życie pustelnicze. Jego matka błaga go, aby nie uczynił jej wdową po raz drugi. Głuchy na matczyną prośbę wycofuje się w góry, bliskie Antiochii, gdzie przyłącza się do starca eremity. Pozostaje tam przez dwa lata, żyjąc bardzo skromnie i czuwając w bezsenne noce. Taki rytm życia osłabia jego układ trawienny, następuje blokada nerek. To zmusza go do powrotu do Antiochii, gdzie prowadzi życie nieco bardziej rozsądne w sferze fizycznej. Jednak te dwa lata samotności pozwoliły mu zgłębić Ewangelię i odkryć w całej pełni prawa Chrystusa.

    W roku 381 Jan przyjmuje święcenia diakonatu. W pięć lat później zostaje kapłanem. Ma 30 lat. Biskup Flawian, odkrywszy talenty oratorskie nowego kapłana powierza mu misję głoszenia Słowa Bożego we wszystkich kościołach Antiochii dla pobudzenia wiary wspólnoty chrześcijańskiej. Jana otacza szybko sława największego mówcy w Kościele. To właśnie oznacza przydomek „chryzostom”, czyli „złotousty”. Ten tytuł będzie się mu nadawać od VI wieku.

    Tak trwa szczęśliwy i błogosławiony okres jego życia. Będzie trwał dwanaście lat. Ta aktywność dla Chrystusa, wypełniająca całe jego życie, zostaje brutalnie przerwana w roku 397.

    Walczący biskup

    Nektariusz, patriarcha Bizancjum, umarł w roku 397. Sława zaś Jana przekroczyła już dawno granice Antiochii. Imperator, który pragnął nadać blask siedzibie Bizancjum, nazwanej teraz Konstantynopolem – na pamiątkę Konstantyna – postanawia, że nowym patriarchą będzie znany kapłan z Antiochii – Jan. Jednak Jan jest temu zdecydowanie przeciwny. Zna wielkość tego zadania. Miasto jest osłabione moralnie i wiara w nim obumiera. Imperator jednak nie daje za wygraną. Kiedy nie udaje mu się osiągnąć swojego celu przez perswazję, ucieka się do przebiegłości. Każe go po prostu porwać i doprowadzić przemocą do Konstantynopola. Jan dociera do miasta wycieńczony, po odbyciu drogi liczącej jakieś tysiąc kilometrów na koniu… Imperator nakazuje biskupowi Aleksandrii, Teofilowi, bezzwłoczne udanie się do Konstantynopola, aby udzielił sakry biskupiej Janowi z Antiochii. Teofil poddaje się rozkazowi cesarza, jednak to właśnie on będzie najbardziej zaciętym przeciwnikiem patriarchy Jana…

    Nowy przywódca Kościoła Konstantynopola staje przed gigantycznym zadaniem. Podejmuje je jednak z taką samą pasją, jaka charakteryzowała go w chwili buntu przeciwko nauczycielowi – sofiście. Najpierw wytyka nadużycia, a następnie – pragnie umocnić moralność. To nie będzie rzeczą łatwą. „Kościół stale się reformuje”. Tak, Kościół musi stale być reformowany, aby zasłużyć na swój przywilej bycia Oblubienicą Chrystusa. Dzisiaj, tak samo jak i za czasów Jana…

    Biskup zaczyna od samego siebie. Czyż nie powinien dać przykładu? Żadnego przywiązania do jedzenia, żadnych wystawnych posiłków. Wszelki przepych znika z biskupiego pałacu. Jego poprzednik podjął przygotowania pod budowę niezwykłej bazyliki. Kolumny z marmuru są już wyrzeźbione, jednak nowy biskup sprzedaje je i dzieli zyskane w ten sposób pieniądze pomiędzy ubogich. Zamiast bazyliki buduje liczne przytułki dla chorych, biednych i cudzoziemców. Będą nimi kierować dwaj kapłani znani z cnotliwego życia. Chorzy i ubodzy są szanowani jak królowie. Pomaga im grupa medyków, kucharzy i zakonników. Krótko: biskup wciela Ewangelię w życie. Przypominając sobie o wdowieństwie i trudnościach, jakie jego matka musiała pokonywać, patriarcha Jan organizuje posługę na rzecz wdów, posługę istniejącą zresztą od pierwszego pokolenia chrześcijan, w wierności nauczaniu Pana. Tą posługą kierują diakonisy, które poddaje rygorowi życia pełnego ofiar i wyrzeczeń. Tym, które są niezadowolone, Jan radzi wyjść za mąż.

    Drugim celem jest umocnienie duchowieństwa. To było bardzo potrzebne. Konkubinaty, alkoholizm, chciwość, przywiązanie do dobrego jedzenia, podporządkowanie bogaczom i kurtyzanom, grzech, czyni spustoszenie wśród bizantyjskiego kleru. Tak samo jest z zakonnikami. Wielu błąka się tu i tam, żyjąc z żebrania lub ze zdzierstwa. Jan gani takie postępowanie i zmusza ich do poddania się władzy kościelnej lub do odejścia.

    Lawina reform, choć ucieszyła wiernych chrześcijan, sprawiła, że podnieśli się przeciwko biskupowi wszyscy błądzący i libertyni Konstantynopola, na czele z syryjskim mnichem Izaakiem, znanym ze swoich wybryków.

    W kazaniach, pełnych realizmu i żaru, biskup chłoszcze też bogaczy i kurtyzany. Ukazuje zepsucie obyczajów z taką mocą i dokładnością, że wszyscy grzesznicy rozpoznają się w obrazie wymalowanym pędzlem słów biskupa-reformatora.

    A oto oddziały Gotów obległy Konstantynopol i dokonują aktów przemocy w okolicach miasta. Aby ocalić miasto od splądrowania, biskup daje barbarzyńcom skarby swoich kościołów. Narzekanie wzmaga się bez przerwy zarówno pośród możnych świeckich, jak i w łonie duchowieństwa oraz w środowisku cesarskim. Wystarczy już tylko odrobina, aby woda się przelała.

    Dwa incydenty rozpętają burzę przeciw niemu. Jeden jest związane z biskupami. Ponieważ wybiera ich kolegium kapłańskie, wielu nowych biskupów oskarża się o to, że zapłacili za swój wybór. Sytuacja związana z tymi podejrzeniami jest poważna w Azji Mniejszej. Jan decyduje się więc tam udać. Filary wiary, którym są biskupi, mogą być nieskazitelne, aby nie można ich było atakować. Jan nakazuje w Efezie wybrać diakona Izydora, człowieka godnego i doskonałego, dla zachowania czystości wiary. Nakazuje mu usunięcie ze stanowiska sześciu biskupów oskarżonych o nadużycia. Potem powraca do Konstantynopola, pozostawiając za sobą niechęć i wrogość, szczególnie pośród bogatych i potężnych. Zniszczenie siedliska żmij nigdy nie jest pozbawione niebezpieczeństwa.

    Potem jeszcze poważniejsza przeszkoda wznosi się na jego drodze. Orygenes, wielki głos z Aleksandrii, w którym Jan rozpoznaje brata trawionego jak on przez zafascynowanie Chrystusem, wyraził kilka poglądów zbyt śmiałych, które zresztą zostaną potępione przez Kościół. Orygenes stał się w ten sposób zwolennikiem zbawienia powszechnego, utrzymując, że wszystkie stworzenia rozumne, bez wyjątku, będą pewnego dnia uczestniczyć w szczęściu Boga. Biskup Jan jest proszony o potępienie Orygenesa. Odmawia. Nie chce potępiać. Co gorsza, przyjmuje w Konstantynopolu 70 mnichów egipskich oskarżonych o sprzyjanie Orygenesowi i jego poglądom. I tak Jan znajduje się w otwartym konflikcie z biskupem Aleksandrii, który go wyświęcił. Czara się przelewa. Zaczynają się knowania przeciwko niemu w celu o pozbawienia go urzędu. Cesarzowa Eudoksja jest także przeciwna Janowi, gdyż wychłostał on bez oszczędzania jej próżność i jest próżność zbytkowną.

    Odrzuciwszy potępienie Orygenesa odmawia równocześnie udania się przed nielegalny synod zwołany, aby go osądzić. Tak więc osądzają go zaocznie i pozbawiają urzędu. Cesarz dodaje do tej kary skazanie Jana na wygnanie. Wszystko to bez liczenia się z „głosem ludu”, który określa się przecież mianem „głosu Bożego”.

    Lud Konstantynopola odrzuca z obrzydzeniem ten pozór sądu. Domaga się stanowczo powrotu swego biskupa. Cesarz poddaje się! Jan powraca i wygrywa: utwierdza jeszcze bardziej moralność chrześcijańską, jej ścisłość i czystość. Przyjęty tryumfalnie przez ludność po powrocie z wygnania, wznawia swe płomienne, polemiczne mowy, sprzeciwiając się korupcji i przepychowi, smagając na przykład złotą statuę cesarzowej Eudoksji, którą dopiero co postawiono. Cesarzowa, małżonka cesarza Arkadiusza, która wstąpiła na tron Cesarstwa Wschodniego w roku 395, chciałaby śmierci tego niepokojącego ją biskupa. To kobieta ambitna i energiczna. Wpłynęła na swego męża – słabego i niezdecydowanego. Patriarcha mógł kontynuować tak długo swą duchową i moralną krucjatę tylko dlatego, że wpływowy doradca i sekretarz cesarza, Eutrop, chronił biskupa Jana. Niestety, intrygi Eudoksji osiągnęły w końcu skutek, doprowadzając do wypędzenia Eutropa w 399 roku. Wtedy cesarzowa wznawia ataki na patriarchę. To prawda, on nie pozostawiał ich bez odpowiedzi. I tak w święto św. Jana Chrzciciela porównał cesarzową do Herodiady mówiąc: „Na nowo Herodiada dusi się ze złości, na nowo ona tańczy, na nowo domaga się głowy Jana na misie.”

    To już zbyt wiele dla domu cesarskiego. Cesarz nakazuje biskupowi Janowi złożenie urzędu. Patriarcha odmawia. Zakazuje się mu więc wstępu do wszystkich kościołów patriarchatu. Kapłani pozostają jednak wierni swojemu biskupowi. Cesarz pod presją swej małżonki chce z nim skończyć.

    W czasie świąt paschalnych w 404 roku wojsko przemocą wkracza do kościołów, chcąc zatrzymać biskupa. Leje się krew.

    9 lipca 404 roku, po ostatnim nabożeństwie w katedrze Świętej Mądrości, biskup Jan udaje się po raz drugi na wygnanie. Idzie pod eskortą wojska. Kiedy opuszcza miasto, lud powstaje w jego obronie, pożary ogarniają miasto, bliscy i przyjaciele biskupa są tropieni i wtrącani do więzienia. Na tron patriarchy Konstantynopola wstępuje uzurpator. To gorzki owoc tajnego porozumienia władzy duchownej z władzą świecką.

    Walka i męczeństwo na wygnaniu

    Przywódca oddziału ma rozkaz zaprowadzić pozbawionej funkcji patriarchę do serca Anatolii, o dobry tysiąc kilometrów od Bizancjum. Jan zostaje zamknięty w twierdzy Arabissos. Tak niebezpieczny agitator, mówca, który zapalał tłumy wiernych, a drażnił satrapów i potężnych, został zmuszony do milczenia.

    Z wnętrza swego więzienia kontynuuje jednak nadal swą niezmordowaną prorocką walkę przy pomocy pióra. Zachęca do ewangelizowania pogan. Posyła misjonarzy do regionów, które aż do tej pory pozostały na marginesie głoszenia Dobrej Nowiny Jezusa Chrystusa. Wielu z jego misjonarzy poniesie tam śmierć męczeńską.

    Jan naraża się jeszcze bardziej pisząc do biskupów Zachodu, informując ich o niesprawiedliwości nie do przyjęcia, której jest ofiarą. Prosi ich o pomoc. Wygnany patriarcha myli się jednak co do ich odwagi i jasności widzenia. Nie znajdując żadnego oddźwięku pośród współbraci, zwraca się do wielkich patrycjuszowskich rodzin Rzymu, zwłaszcza do kobiet, których wspaniałomyślność jest mu znana. Błaga o obronę wiary i autorytetu Kościoła.

    Patriarcha ostro spogląda na władzę, a opierając się na Ewangelii i na słowach Apostoła Pawła, uznaje, że ma prawo do działania na mocy nakazu Boga. To on, prawny patriarcha może sprawować władzę biskupią, a nie uzurpator, który zajmuje jego siedzibę.

    Zemsta cesarzowej

    Tym razem cesarzowa Eudoksja dusi się naprawdę ze złości. Ponieważ nie udało się jej unieszkodliwić siewcy „nieładu”, pomimo że zamknęła go w głębi Anatolii, chce go umieścić na tyle daleko, aby nie mógł już jej szkodzić. Nakazuje deportować go w miejsce niedostępne, o jeszcze jeden tysiąc kilometrów na wschód. Na wiosnę 406 roku, po trzech latach spędzonych w twierdzy Arabisson, biskup zostaje wysłany pod eskortą do twierdzy Kukuzy, na granice Armenii. Nowa Herodiada dosięgła więc głowy swego Jana…

    Podróż pieszo przewidziano na wiele miesięcy. Eskorta ma nakaz nie oszczędzać pięćdziesięcioletniego mężczyzny, przeciwnie, należało go wystawić celowo na zmęczenie i nadludzki wysiłek. Nakaz jest przestrzegany ściśle; podróż jest straszna. 14 września 407 roku wygnaniec jest zupełnie wyczerpany. Eskorta właśnie dotarła przed małą kaplicę. Patriarcha błaga, żeby pozwolono na małą przerwę. Przywdziewa białą komżę i przyjmuję komunię. Potem żołnierze słyszą, jak mówi po cichu: „Niech Bóg będzie uwielbiony przez wszystko.” I biskup Jan, przyszły święty Jan Chryzostom, pada, oddając Panu swą duszę nieustraszonego wojownika ożywionego przez całe swe życie szaleństwem dla Chrystusa. Szaleństwem upartym, które nie godziło się na żaden kompromis w swoim ewangelicznym radykalizmie. Kiedy wieść o śmierci męczennika za wiarę dochodzi do Konstantynopola, sumienie odpowiedzialnych budzi się. Eudoksja umiera w tym samym roku. Zgubny wiatr jej intryg uspokaja się. Wkrótce tron w Konstantynopolu obejmie nowy cesarz. Teodozjusz II, syn i następca Arkadiusza, wstępuje na tron na kilka miesięcy po śmierci wygnanego patriarchy. To władca światły, który będzie panował w Bizancjum przez 42 lata. Powstanie uniwersytetu, skrócenie Kodeksu teodozjańskiego, zwołanie Soboru Efeskiego, zwycięstwo nad Persami – oto wydarzenia znaczące czas jego długiego panowania. Zaczyna się marzyć o rozkwicie religijnym, jaki Jan Chryzostom mógł dać temu panowaniu, gdyby dane mu było żyć jeszcze przez trzy lata na swej biskupiej stolicy…

    Pisma św. Jana Chryzostoma

    Po św. Janie pozostały jego pisma. Są znaczące zarówno co do objętości, jak i co do jakości. Żaden Ojciec Kościoła nie pozostawił po sobie tak wielkiego dzieła. Chryzostom to dla historii chrześcijaństwa Dante, Goethe albo Wiktor Hugo. Nadzwyczajna czystość stylu, szlachetność myśli – oto ich główne cechy. Wielki erudyta uważa, że „jego dzieło wyraża jego attycką duszę”. Św. Jan Chryzostom napisał wiele traktatów, liczne listy i ogromną ilość kazań. Jego pisma są cenne nie tylko jako znacząca część świata duchowego Ojców Kościoła, stanowią one również skarbnicę dla poznania życia społecznego, politycznego i kulturalnego Bizancjum i Antiochii. Są nawet źródłem archeologicznym nie do pogardzenia. Ogromna ilość manuskryptów, które zachowały się do naszych czasów, świadczy o wyjątkowej renomie tego wielkiego ducha.

    W swoich kazaniach Jan Chryzostom jest prawdziwym „lekarzem dusz”, wydającym trafne diagnozy i polecającym skuteczne środki zaradcze. On umiał, z wysokości ambony, przykuć uwagę i dotknąć serc. Homilie, odnoszą się do Starego Testamentu, a w szczególności do Księgi Rodzaju, Psalmów i proroka Izajasza. Porusza w nich wady i cnoty, dobry sposób modlenia się, nie tylko w kościele, ale i w rodzinie chrześcijańskiej, kapłaństwo, życie w dziewictwie itp.

    Jego komentarze do Ewangelii według św. Mateusza i św. Jana, w liczbie 178, stanowią najstarszy tekst z okresu patrystycznego. Homilie trwają od dziesięciu do piętnastu minut, gdyż tyle trwa – według niego –„uwaga użyteczna” słuchaczy. Wskazówki tej żaden mądry kaznodzieja nie powinien lekceważyć. Św. Jan Chryzostom pokazuje w sposób przekonywujący, że Stary i Nowy Testament noszą piętno tego samego Ducha Świętego. Jezus, to co najważniejsze, oświetla niezrównanym światłem Swojego Boskiego Słowa; wypełnia lukę i uzupełnia żydowskie Prawo. Tłumaczenie przypowieści z Ewangelii wywołuje wrażenie jeszcze dzisiaj.

    Homilie do Ewangelii według św. Jana odpowiadają na błędne argumenty arian; ci bowiem opierają swoją naukę głównie na czwartej Ewangelii. Opierają na niej błędną naukę o istotnej – według nich – różnicy między Ojcem i Synem. Te homilie Chryzostoma są też bardziej polemizujące. Rozwija w nich naukę o prawdziwej Kenozie, czyli uniżeniu się Syna Bożego.

    55 homilii wyjaśniających Dzieje Apostolskie to jedyny pełny komentarz przekazany przez pierwsze tysiąclecie. Homilie bazujące na listach św. Pawła liczą się na setki. Jak we wszystkich pismach św. Jana Chryzostoma, tak i te charakteryzuje krystaliczna jasność. Stanowią skarby mądrości, zaskakując przy tym pięknem formy oraz precyzją wyrażania myśli.

    W pismach św. Jana Chryzostoma uwidocznia się też pewna nowoczesność tonu i myśli, która czyni tego wielkiego pisarza wizjonerem, prorokiem przyszłych czasów. Aż do powrotu Chrystusa. To w ten sposób homilia 23, będąca komentarzem do Listu do Rzymian, stanowi trwały traktat o chrześcijańskiej myśli politycznej. Jan rozróżnia między autorytetem władzy, który jest pochodzenia boskiego i możliwym jej wypełnieniem, a [konkretną formą] władzy i jej wypełnieniem, będącym pochodzenia ludzkiego. Autorytet domaga się posłuszeństwa i podporządkowania bezwarunkowego, lecz nie każda forma sprawowania władzy.

    Kilka słów o panegirykach i jego traktatach. W pochwale św. Pawła, Jan wyraża swój podziw bezgraniczny i entuzjazm dla Apostoła Pawła. Pod jego piórem Paweł z Tarsu jest jak zmartwychwstały, staje się żywym wzorem doskonałości chrześcijańskiej. Inne panegiryki odnoszą się do wielkich postaci ze Starego Testamentu jak i do świętych biskupów i męczenników.

    Pośród traktatów żaden nie był tak często wydawany ponownie jak ten, który odnosi się do kapłaństwa. „U każdego, kto przeczytał tę książkę, serce rozpaliło się miłością do Boga” – pisze Izydor z Peluzjum, kilka lat po śmierci Chryzostoma. Traktat ten cechuje wzniosłość myśli, czystość wyrażenia, piękno stylu. Pozostaje „jednym z najcenniejszych skarbów literatury patrystycznej” (J. Quasten). Któż by uwierzył, że to arcydzieło zostało zredagowane w czasie, kiedy Jan był zaledwie diakonem. Miał wtedy 25 lat! Św. Hieronim czytał je w 392 roku. Każdy kandydat do kapłaństwa powinien się pochylić długo nad tym dziełem. Każdy kapłan powinien przeczytać wiele razy je w ciągu swego kapłańskiego życia…

    Konkluzja

    Ten Ojciec Kościoła jest wielkim świętym z powodu swego ewangelicznego życia, gorliwości w obronie czystości wiary, odwagi nie znającej kompromisów w obliczu władzy cesarskiej, w obliczu każdej władzy świeckiej. Jego nauczanie jest jasne, przyjemne w formie oraz pewne, przetrwało przez wieki i niezwykle się upowszechniło. Wielki biskup! Bardzo wielki pasterz owiec, powierzonych mu przez Pana. Głos potężny rozbrzmiewający przez wieki. Św. Jan Chryzostom pozostaje nauczycielem dla każdego chrześcijanina zatroskanego o postęp na drodze świętości.

    René Lejeune

    Przekład z franc. za zgodą Wydawnictwa du Parvis, Stella Maris nr 339, str. 6-9.

    ***


    12 września

    Najświętsze Imię Maryi

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Piekarska
      •  Najświętsza Maryja Panna Rzeszowska
      •  Święty Gwidon z Anderlecht
      •  Święty Piotr z Tarentaise, biskup
      •  Błogosławiona Maria od Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiona Maria Luiza Prosperi, zakonnica
    Najświętsza Maryja Panna

    Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.
    Zgodnie z wymogami Prawa mojżeszowego, w piętnaście dni po urodzeniu dziecięcia płci żeńskiej odbywał się obrzęd nadania mu imienia (Kpł 12, 5). Według podania Joachim i Anna wybrali dla swojej córki za wyraźnym wskazaniem Bożym imię Maryja. Jego brzmienie i znaczenie zmieniało się w różnych czasach. Po raz pierwszy spotykamy je w Księdze Wyjścia. Nosiła je siostra Mojżesza (Wj 6, 20; Lb 26, 59 itp.). W czasach Jezusa imię to było wśród niewiast bardzo popularne. Ewangelie i pisma apostolskie przytaczają oprócz Matki Chrystusa cztery Marie: Marię Kleofasową (Mt 27, 55-56; Mk 15, 40; J 19, 25), Marię Magdalenę (Łk 8, 2-3; 23, 49. 50), Marię, matkę św. Marka Ewangelisty (Dz 12, 12; 12, 25) i Marię, siostrę Łazarza (J 11, 1-2; Łk 10, 38). Imię to wymawiano różnie: Miriam, Mariam, Maria, Mariamme, Mariame itp. Imię to posiada również kilkadziesiąt znaczeń. Najczęściej wymienia się “Mój Pan jest wielki”.
    Maryję nazywamy naszą Matką; jest Ona – zgodnie z wolą Chrystusa, wyrażoną na krzyżu – Matką całego Kościoła. Po Wniebowzięciu została ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Polacy czczą Ją także jako Królową Polski. Maryja jest naszą Wspomożycielką i Pośredniczką, jedyną ucieczką grzeszników. W ciągu wieków historii Kościoła powstały setki różnorodnych tytułów (wymienianych np. w Litanii Loretańskiej czy starszej od niej, pięknej Litanii Dominikańskiej, a także w starożytnym hymnie greckim Akatyście). Za pomocą tych określeń wzywamy opieki i orędownictwa Matki Bożej.

    Najświętsza Maryja Panna

    Bardzo wielu świętych wyróżniało się szczególnym nabożeństwem do Imienia Maryi, wiele razy wypowiadając je z największą radością i słodyczą serca, np. Piotr Chryzolog (+ 450), św. Bernard (+ 1153), św. Antonin z Florencji (+ 1459), św. Hiacynta Marescotti (+ 1640), św. Franciszek z Pauli (+ 1507), św. Alfons Liguori (+ 1787).
    Dzisiejsze wspomnienie jest jednym z wielu obchodów maryjnych, które są paralelne do obchodów ku czci Chrystusa. Jak świętujemy narodzenie Chrystusa (25 grudnia) i Jego Najświętsze Imię (3 stycznia), podobnie obchodzimy wspomnienia tych samych tajemnic z życia Maryi (odpowiednio 8 i 12 września). Obchód ku czci Imienia Maryi powstał w początkach XVI w. w Cuenca w Hiszpanii i był celebrowany 15 września, w oktawę święta Narodzenia Maryi. Z czasem został rozszerzony na teren całej Hiszpanii. Po zwycięstwie króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Innocenty XI rozszerzył ten obchód na cały Kościół i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Późniejsze reformy kalendarza i przepisów liturgicznych przeniosły go na dzień 12 września, kiedy to Martyrologium Rzymskie wspomina wiktorię wiedeńską. Obchód ten dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2001 r. wprowadzono do Kalendarza Rzymskiego (ogólnego) w randze wspomnienia dowolnego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    11 września

    Błogosławiony Franciszek Jan Bonifacio,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Prot i Hiacynt
      •  Święty Jan Gabriel Perboyre, prezbiter i męczennik
    Błogosławiony Franciszek Jan Bonifacio
    Franciszek Jan urodził się 7 września 1912 r. w Piranie, mieście na adriatyckim półwyspie Istria, stanowiącym wówczas część cesarstwa austro-węgierskiego (dziś Słowenia). Uczył się w szkole podstawowej w rodzinnym mieście, będąc jednocześnie ministrantem w parafii św. Franciszka z Asyżu. Już w wieku 12 lat znalazł się w niższym seminarium w miejscowości Koper. W 1932 r. zakończył nauki na poziomie gimnazjalnym i licealnym i został przeniesiony do seminarium duchownego w Gorycji. Tam studiował filozofię i teologię. W 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie w Trieście.
    Jego pierwszą placówką duszpasterską było Cittanova na półwyspie Istria. Tam swoją posługę rozpoczął od stworzenia oddziału Akcji Katolickiej. W 1939 r. został mianowany proboszczem niewielkiej parafii Villa Gardossi. Również i tu odtworzył Akcję Katolicką. Założył chór. Nauczał religii w lokalnej szkole. Zorganizował niewielką bibliotekę. Prawie codziennie, mimo chronicznej astmy i nieustannie atakującego go kaszlu, odwiedzał swoich parafian, szczególnie starszych, chorych i z małymi dziećmi, podróżując na rowerze albo pieszo, opierając się na lasce, z nieodłącznie towarzyszącym mu psem.
    W czerwcu 1940 r. II wojna światowa dotarła do Istrii. Do 1943 r. nie wpływała jednak znacząco na życie mieszkańców. Gdy jednak 8 września 1943 r. nowy rząd Włoch ogłosił zawieszenie broni z nacierającymi od południa siłami alianckimi Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, sytuację starali się natychmiast wykorzystać komuniści, zarówno włoscy, jak i jugosłowiańscy. Zaczęli się organizować w Istrii, która stała się terenem starć między komunistami a faszystami. W połowie września do Istrii wkroczyli Niemcy, wspierający słabnące siły faszystowskie. W lasach nieopodal Villa Gardossi zaczęli pojawiać się partyzanci.
    Ks. Franciszek starał się dalej posługiwać swoim parafianom, choć sytuacja stawała się krytyczna. Z narażeniem życia próbował odzyskiwać ciała poległych partyzantów i chować je po chrześcijańsku. Zapobiegł podpaleniu przez Niemców domu, którego mieszkańców podejrzewano o przechowywanie partyzantów. Interweniował w dowództwie sił faszystowskich w miejscowości Buje protestując przeciw zamordowaniu miejscowego chłopa. Uratował przed rozstrzelaniem przez partyzantów innego parafianina, którego komuniści podejrzewali o donosicielstwo. Ukrywał też młodzież, która nie chciała być powołana do nowej faszystowskiej armii.
    W maju 1945 r. Niemcy poddali się. Włoskie wojska zostały wypędzone z Istrii przez zwycięskich komunistycznych partyzantów Józefa Broz Tito. Natychmiast rozpoczęły się prześladowania Kościoła. Organizowano “masówki”, na które zapędzano wieśniaków i indoktrynowano ich, oskarżając Kościół o “wstecznictwo”. Komunaziści zastąpili formalnie religijne święta świętami komunistycznymi. Zaczęto zapisywać wszystkich uczęszczających na Msze św. i nabożeństwa kościelne. Donosicielstwo stało się normą życia.
    Franciszek kontynuował swoje posłannictwo. Ostrzegano go, że wśród jego parafian niektórzy zaczęli służyć nowym panom. Radzono, by nikomu nie ufał. Nie zastosował się do tych rad, mimo że realnie oceniał coraz bardziej zaciskającą się pętlę komunistycznych rządów. Wkrótce znalazł się, z wieloma innymi księżmi, na “czarnej” liście komunistycznej. Propaganda zaczęła go oskarżać o “antykomunizm i działalność wywrotową”.
    W czerwcu 1946 r. komuniści pobili biskupa Antoniego Santin, ordynariusza Triestu i Koper, przełożonego Franciszka, gdy udawał się na bierzmowanie w Koprze. 1 września 1946 r. ks. Franciszek miał mówić w kazaniu: “Chrystus kocha grzeszników, jest dobrym pasterzem, który szuka zagubionych owiec. Pragnie ich nawrócenia. Kocha nawet zdrajcę i nazywa go przyjacielem. Kocha swoich katów: prosi swego Ojca w niebie o łaskę wybaczenia dla nich”.
    11 września 1946 r. Franciszek, wracając z posługi w jednej z miejscowości, gdzie słuchał spowiedzi, został porwany i wywieziony w nieznanym kierunku. Jego ciała nigdy nie znaleziono. Ostatni raz widziano go ok. godziny 16.00, gdy został zatrzymany przez kilku komunistycznych milicjantów. Prawdopodobnie został zakatowany na śmierć: istnieją niepotwierdzone relacje o tym, że Franciszek był bity, okradziony z odzienia, bity kamieniami po głowie i w końcu dwukrotnie zasztyletowany, po czym wrzucony do jednej z wielu okolicznych jam krasowych. Przypuszcza się, że na samej Istrii komuniści jugosłowiańscy, z pomocą rosyjskich doradców, zamordowali w masakrach od 4 do 20 tys. osób.
    Przez dziesięciolecia nad życiem i śmiercią ks. Franciszka panowała cisza. Dopiero ok. 1970 r. pojawiły się pierwsze relacje opisujące prawdopodobny przebieg ostatnich chwil jego życia. W 1998 r., w krypcie narodowego, włoskiego, sanktuarium Maryi Matki i Królowej, na wzgórzu Grisa niedaleko Triestu umieszczono cenotaf – symboliczny grób Franciszka. Został beatyfikowany 8 października 2008 r. w Trieście przez biskupa Eugeniusza Ravignani, ordynariusza Triestu, i reprezentującego papieża Benedykta XVI abp. Angelo Amato SDS.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    10 września

    Błogosławiony Franciszek Gárate, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święta Pulcheria, cesarzowa
      •  Błogosławiony Ogleriusz, opat
      •  Święty Mikołaj z Tolentino, prezbiter
    Błogosławiony Franciszek Gárate
    Franciszek Gárate urodził się 5 lutego 1857 r. w Azpeitia, na terenie, który kiedyś należał do rodziny Loyolów. W wieku 17 lat wstąpił do nowicjatu jezuitów, który na skutek wojny domowej znajdował się wtedy w Poyanne, we Francji. W roku 1876 złożył śluby zakonne jako brat-koadiutor. Przez dziewięć lat z największą troskliwością spełniał posługi infirmarza w kolegium La Guardia, w pobliżu granicy portugalskiej. Od roku 1887 był furtianem na uniwersytecie w Deusto-Bilbao. Budował tam wszystkich cierpliwością, łagodnością i pogodą. Wcześnie spostrzeżono, że jest wiernym naśladowcą św. Alfonsa Rodrigueza. Nazywano go Frater Urbanitas.
    Zmarł 9 września 1929 r. Beatyfikował go w roku 1985 św. Jan Paweł II.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 września

    Święty Piotr Klawer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr z Pébrac, prezbiter
      •  Błogosławiony Jakub Laval, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Eutymia Üffing, dziewica i zakonnica
      •  Błogosławiony Piotr Bonhomme, prezbiter
    Święty Piotr Klawer
    Piotr Klawer urodził się 25 czerwca 1580 r. w Verdú (Katalonia w Hiszpanii) w zamożnej rodzinie rolniczej. Wcześnie stracił matkę i starszego brata. W roku 1596 rozpoczął studia na uniwersytecie w Barcelonie, który prowadzili wówczas jezuici. Zawarł z nimi przyjaźń i wstąpił w ich szeregi. W latach 1602-1604 odbył nowicjat i złożył pierwsze śluby. Praktykę pedagogiczną jako kleryk odbył w roku szkolnym 1604/1605 w Geronie. W czasie studiów filozoficznych (1605-1608) w kolegium jezuickim w Palma na Majorce zetknął się z bratem zakonnym, św. Alfonsem Rodriguezem. Ten przepowiedział mu, że polem jego misyjnej pracy będzie troska o Murzynów w Ameryce Południowej.
    Studia teologiczne Piotr odbywał w Barcelonie (1608-1610). Właśnie w tym czasie jezuici otworzyli w Kolumbii misję. Piotrowi nakazano przerwać studia i wyjechać tam do pracy wśród niewolników murzyńskich, których wówczas masowo zwożono z Afryki w charakterze niewolników – jako darmowej, najtańszej siły roboczej. Przewożeni w najprymitywniejszych warunkach, często nieszczęśliwi, nie wytrzymywali długiej podróży. Bezceremonialnie wyrzucano ich wtedy na pożarcie rekinom, które gromadami towarzyszyły tragicznym konwojom. Epidemie niemniej licznie dziesiątkowały ofiary barbarzyństwa. Nie znano bowiem współczesnych środków sanitarnych, zresztą uważano je za rzecz zbędną. Sumienie uspokajano naiwnym twierdzeniem, że Murzyni nie są ludźmi i nie mają duszy.Święty Piotr Klawer chrzczący Murzynów
    Wstrząśnięty niedolą i krzywdą czarnych braci, Piotr Klawer oddał się posłudze wobec nich; stał się niewolnikiem niewolników. Swoim bezgranicznym poświęceniem chciał chociaż w małej części wynagrodzić im krzywdę. Na kartce formuły ślubów zakonnych Piotr dopisał znamienne słowa: Piotr Klawer, sługa Etiopczyków. Tak wówczas nazywano Murzynów.
    Święcenia kapłańskie Piotr otrzymał w 1616 r. w Kartagenie. Jako kapłan mógł służyć Murzynom wszechstronną pomocą duchową i materialną: starał się dla spragnionych o orzeźwiający napój, dla wygłodniałych o posiłek, dla nagich o jakiś ubiór, dla chorych o lekarstwa. Energicznie interweniował tak u osób prywatnych, jak i u władz, by ulżyć niedoli niewolników. Osobnym ślubem zobowiązał się im służyć. Jego bezgraniczne miłosierdzie otwierało mu ich serca. Miał pozyskać dla wiary i osobiście ochrzcić kilkadziesiąt tysięcy Murzynów.
    Siły do ponad czterdziestoletniej posługi Piotr Klawer znajdował w rozważaniu Męki Pańskiej, w codziennej Mszy świętej i w serdecznym nabożeństwie do Matki Bożej. Odszedł po nagrodę do nieba 8 września 1654 r. Choć proces beatyfikacyjny rozpoczęto na tyle wcześnie, że zeznania złożyli bezpośredni współpracownicy Piotra Klawera (w tym niewolnicy-tłumacze), jednak dopiero po 200 latach papież Pius IX w roku 1851 włączył go do grona błogosławionych. Powodem tego opóźnienia było zawieszenie procesu w okresie kasaty zakonu jezuitów. Papież Leon XIII zaliczył Piotra Klawera do grona świętych w roku 1888 (jednocześnie z jego mistrzem duchowym, br. Alfonsem Rodriguezem). Ten sam papież ogłosił św. Piotra Klawera patronem misji wśród Murzynów (1896).
    Dwa lata wcześniej (1894) Polka, bł. Maria Teresa Ledóchowska (+ 1922), założyła Stowarzyszenie św. Piotra Klawera dla Misji Afrykańskiej, które niebawem przeobraziło się w nową rodzinę zakonną, zatwierdzoną przez Stolicę Apostolską w roku 1910. Istnieją ponadto jeszcze dwa inne zgromadzenia zakonne, które obrały sobie św. Piotra Klawera za szczególnego patrona. Są to siostry św. Piotra Klawera w Kolumbii i w Italii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Błogosławiona Aniela Salawa, dziewica

    Błogosławiona Aniela Salawa
    Aniela Salawa urodziła się 9 września 1881 r. w wielodzietnej, ubogiej rodzinie chłopskiej w Sieprawiu pod Krakowem. Jej rodzice byli bardzo pobożni, a matka mimo wielu zajęć i obowiązków nie zaniedbywała wspólnej modlitwy rodzinnej, głośnego czytania książek i czasopism religijnych. Aniela odznaczała się niezwykłą urodą. Ukończyła jedynie dwie klasy szkoły elementarnej, ponieważ musiała pomagać matce przy gospodarstwie. Mimo wątłego zdrowia zawsze była bardzo chętna do pracy.
    Jako młoda dziewczyna, jesienią 1897 r. udała się do Krakowa, gdzie podjęła pracę jako służąca. W dwa lata później bardzo przeżyła śmierć swojej dwudziestopięcioletniej siostry. Uświadomiła sobie wówczas, jak bardzo kruche jest życie. Po głębokim namyśle zdecydowała się na złożenie ślubu dozgonnej czystości. W 1900 r. przystąpiła do Stowarzyszenia Sług Katolickich św. Zyty, którego zadaniem było niesienie pomocy służącym. Miała więc okazję, aby bardzo owocnie prowadzić apostolstwo w gronie koleżanek, dla których była przykładem chrześcijańskiego życia. Wywierała bardzo silny wpływ na otoczenie. Dzieliła się pożywieniem i pieniędzmi z biedniejszymi od siebie. Garnęły się do niej zwłaszcza najmłodsze służące, dla których była matką i przyjaciółką.
    W 1912 r. Aniela Salawa wstąpiła do III zakonu św. Franciszka i złożyła profesję. Zafascynowana duchowością Biedaczyny z Asyżu, okazywała niezwykłą wrażliwość na działanie Ducha Świętego. Modlitwa umacniała ją w cierpliwym dźwiganiu codziennego krzyża. Wszelkie urazy i poniżenia składała w ofierze Bogu za grzeszników. Umiała przebaczać i odpłacać dobrem za zło.
    W czasie I wojny światowej – mimo że bardzo pogorszył się jej stan zdrowia, nasiliły się dolegliwości płuc i żołądka – pomagała w krakowskich szpitalach, niosąc pomoc i wsparcie rannym żołnierzom. Opiekowała się także jeńcami wojennymi. W 1916 r. podupadła jednak na zdrowiu tak, że konieczna stała się hospitalizacja. Po wypisaniu ze szpitala nie mogła już podjąć pracy zarobkowej. Ostatnie pięć lat życia spędziła w nędzy, z pogodą ducha dźwigając krzyż choroby. Swoje cierpienia ufnie ofiarowała Chrystusowi jako wynagrodzenie za grzechy świata. W tym czasie wiele też modliła się, czytała, rozmyślała. Obdarzona została przeżyciami mistycznymi.
    Zmarła na gruźlicę 12 marca 1922 r. w krakowskim szpitalu św. Zyty. Umierała samotnie, opuszczona przez wszystkich, wśród straszliwych cierpień, ale w głębokim zjednoczeniu z Chrystusem jako tercjarka franciszkańska. Beatyfikowana została 13 sierpnia 1991 r. przez św. Jana Pawła II na krakowskim Rynku.
    W ikonografii bł. Anielę przedstawia się w pomieszczeniu kuchennym. Jej atrybutem jest także szczotka do zamiatania.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    8 września

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Serafina de Montefeltro
      •  Błogosławiony Alan de la Roche, prezbiter
      •  Błogosławiony Fryderyk Ozanam
      •  Święty Sergiusz I, papież
      •  Błogosławiony Wilhelm z Saint-Thierry, opat
      •  Błogosławiony Władysław Błądziński, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Adam Bargielski, prezbiter i męczennik
    Narodziny Maryi
    Pismo Święte nigdzie nie wspomina o narodzinach Maryi. Tradycja jednak przekazuje, że Jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim. Byli oni pobożnymi Żydami. Mimo sędziwego wieku nie mieli dziecka. W tamtych czasach uważane to było za karę za grzechy przodków. Dlatego Anna i Joachim gorliwie prosili Boga o dziecko. Bóg wysłuchał ich próśb i w nagrodę za pokładaną w Nim bezgraniczną ufność sprawił, że Anna urodziła córkę, Maryję.
    Nie znamy miejsca urodzenia Maryi ani też daty Jej przyjścia na ziemię. Według wszelkich dostępnych nam informacji, Maryja przyszła na świat pomiędzy 20. a 16. rokiem przed narodzeniem Pana Jezusa.
    Z pism apokryficznych mówiących o Maryi należałoby wymienić przede wszystkim: Protoewangelię Jakuba, Ewangelię Pseudo-Mateusza, Ewangelię Narodzenia Maryi, Ewangelię arabską o młodości Chrystusa, Historię Józefa Cieśli i Księgę o przejściu Maryi. Największy wpływ wywarła na tradycję Kościoła Protoewangelia Jakuba. Pochodzi ona bowiem z roku ok. 150, jest więc bardzo bliska Ewangelii według św. Jana. Stamtąd właśnie dowiadujemy się, że rodzicami Maryi byli św. Joachim i św. Anna, i że Maryja jako kilkuletnie dziecię została przez rodziców ofiarowana w świątyni, gdzie też zamieszkała. Śladem tego opisu jest obchodzone w Kościele w dniu 21 listopada wspomnienie Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.Pierwsze wzmianki o liturgicznym obchodzie narodzin Maryi pochodzą z VI w. Święto powstało prawdopodobnie w Syrii, gdy po Soborze Efeskim kult maryjny w Kościele przybrał zdecydowanie na sile. Wprowadzenie tego święta przypisuje się papieżowi św. Sergiuszowi I w 688 r. Na Wschodzie uroczystość ta musiała istnieć wcześniej, bo kazania-homilie wygłaszali o niej św. German (+ 732) i św. Jan Damasceński (+ 749). W Rzymie gromadzono się w dniu tego święta w kościele św. Adriana, który był przerobiony z dawnej sali senatu rzymskiego, po czym w uroczystej procesji udawali się wszyscy z zapalonymi świecami do bazyliki Matki Bożej Większej.
    Datę 8 września Kościół przyjął ze Wschodu – w tym dniu obchód ten znajdował się w sakramentarzach gelazjańskim i gregoriańskim. Święto rozszerzało się w Kościele dość wolno – wynikało to m.in. z tego, że wszelkie informacje o okolicznościach narodzenia Bożej Rodzicielki pochodziły z apokryfów.

    Narodziny Maryi
    W Polsce święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny ma także nazwę Matki Bożej Siewnej. Był bowiem dawny zwyczaj, że dopiero po tym święcie i uprzątnięciu pól zaczynano orkę i siew. Lud chciał najpierw, aby rzucone w ziemię ziarno pobłogosławiła Boża Rodzicielka. Do ziarna siewnego mieszano ziarno wyłuskane z kłosów, które były wraz z kwiatami i ziołami poświęcane w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, by uprosić sobie dobry urodzaj. Na Podhalu święto 8 września nazywano Zitosiewną, gdyż tam sieje się wtedy żyto. W święto Matki Bożej Siewnej urządzano także dożynki.
    We Włoszech i niektórych krajach łacińskich istnieje kult Maryi-Dziecięcia. We Włoszech istnieją nawet sanktuaria – a więc miejsca, gdzie są czczone jako cudowne figurki i obrazy Maryi-Niemowlęcia w kołysce. Do nich należą między innymi: Madonna Bambina w Forno Canavese, Madonna Bambina w katedrze mediolańskiej – najwspanialszej świątyni wzniesionej pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny; Madonna Bambina w kaplicy domu generalnego Sióstr Miłosierdzia. Matka Boża-Dzieciątko jest główną Patronką tego zgromadzenia. Czwarte sanktuarium Matki Bożej-Dzieciątka jest w Mercatello – znajduje się tam obraz namalowany przez św. Weronikę Giuliani (+ 1727).Dzisiejsze święto przypomina nam, że Maryja była zwykłym człowiekiem. Choć zachowana od zepsucia grzechu, przez całe życie posiadała wolną wolę, nie była do niczego zdeterminowana. Tak jak każdy z nas miała swoich rodziców, rosła, bawiła się, pomagała w prowadzeniu domu, miała swoich znajomych i krewnych. Dopiero Jej zaufanie, posłuszeństwo i pełna zawierzenia odpowiedź na Boży głos sprawiły, że “będą Ją chwalić wszystkie pokolenia”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Najświętsza Maryja Panna Gietrzwałdzka

    Maryja ukazuje się dzieciom w Gietrzwałdzie

    Gietrzwałd znajduje się między Olsztynem a Ostródą. Stał się sławny dzięki objawieniom Matki Bożej, które miały miejsce 19 lat po Lourdes i trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Wizjonerkami były trzynastoletnia wtedy Justyna Szafryńska i dwunastoletnia Barbara Samulowska. Matka Boża, która ukazała się im na klonie, przemówiła po polsku. Jej głównym przesłaniem było zachęcenie ludzi do gorliwego odmawiania różańca. Maryja podczas objawień przedstawiła się jako “Niepokalane Poczęcie” – powszechnie uznano to za potwierdzenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, ogłoszonego 8 grudnia 1854 roku przez Piusa IX.

    Wizerunek Maryi z Sanktuarium w Gietrzwałdzie

    10 września 1967 r. prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński dokonał koronacji obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. 2 czerwca 1970 r. papież Paweł VI nadał kościołowi w Gietrzwałdzie tytuł bazyliki mniejszej. We wrześniu 1977 roku biskup warmiński, na terenie którego diecezji znajduje się sanktuarium w Gietrzwałdzie, na mocy dekretu Prymasa Polski i za zgodą Stolicy Apostolskiej zatwierdził autentyczność objawień gietrzwałdzkich jako wiarygodnych, nie sprzeciwiających się wierze i moralności chrześcijańskiej. To jedyne jak dotąd objawienia Matki Bożej na terenie Polski, uznane oficjalnie przez Kościół za zgodne z nauką katolicką.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    7 września

    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Melchior Grodziecki, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Eugenia Picco, zakonnica
    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski
    Ignacy urodził się 20 lipca 1866 r. w Korzeniówce koło Drohiczyna na Podlasiu w patriotycznej i głęboko wierzącej rodzinie. Uczył się w gimnazjum klasycznym w Siedlcach. Dalsze kształcenie podjął w seminarium duchownym w Lublinie i w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie przyjął 5 lipca 1891 r. w katedrze lubelskiej.
    Po święceniach został wikariuszem parafii Nawrócenia św. Pawła w Lublinie. Jednocześnie w lubelskim seminarium duchownym od 1892 r. przez czternaście lat prowadził wykłady z Pisma Świętego, katechetyki, kaznodziejstwa, teologii moralnej i prawa kanonicznego. Pracował też w wikariacie katedralnym, a potem był rektorem kościoła św. Stanisława (w tym czasie pomagał prześladowanym unitom).
    Swojej działalności nie ograniczał do obowiązków duszpasterskich. Był wrażliwy na potrzeby innych i nie pozostawał obojętnym wobec biedy i upadku moralnego, z którymi zetknął się w czasie swojej pracy. Z myślą o bezdomnych i bezrobotnych już w 1893 r. stworzył Lubelski Dom Zarobkowy, w którym mogli oni pracować w wielu warsztatach, zarabiając na utrzymanie i mieszkanie. Zadbał również o kształcenie zacofanego społeczeństwa, inicjując szkołę rzemieślniczą. Trzy lata później dla moralnie upadłych kobiet założył Przytułek św. Antoniego. Zakładał też domy opieki dla starców i sierocińce.
    Z pomocą bogatych ziemian zainicjował też założenie w podlubelskich wsiach sieci szkół wiejskich; pomagały mu w tym także siostry zgromadzenia Służek Niepokalanej z Mariówki, za co Ignacego spotkały represje ze strony władz rosyjskich.
    Pisał, wydawał i rozpowszechniał modlitewniki oraz tanie broszurki religijno-patriotyczne. Wydawał: dziennik “Polak-Katolik”, tygodniki “Posiew” i “Anioł Stróż” (pisemko dla dzieci), miesięczniki “Dobra Służąca” i “Kółko Różańcowe”. Łączny ich nakład wyniósł ponad 8 milionów egzemplarzy. Po odzyskaniu niepodległości wznowił i redagował “Przegląd Katolicki”, zaś pod koniec życia zaczął wydawać “Głos Kapłański”. Zakładał też księgarnie.
    W 1908 r. przeniósł się z działalnością wydawniczą do Warszawy, aby ją rozwinąć na szerszą skalę. Mimo kłopotów z cenzurą, trudności finansowych i krytyki ze strony prasy liberalnej, trwał wiernie przy tej formie apostolstwa.
    W Warszawie prowadził także pracę duszpasterską. W 1913 r. został mianowany wikariuszem przy kościele św. Anny, a rok później rektorem dominikańskiego kościoła przy ul. Freta, którym opiekowało się duchowieństwo diecezjalne po usunięciu zakonników w ramach carskich represji. Sześć lat później został proboszczem parafii Matki Bożej Loretańskiej przy kościele św. Floriana na warszawskiej Pradze. Pelnił rownież funkcje dziekana praskiego i kanonika gremialnego kapituły warszawskiej.
    Kierując się chęcią zapewnienia ciągłości zapoczątkowanej przez siebie działalności wydawniczej, 31 lipca 1920 r. założył Zgromadzenie Sióstr Loretanek, które kontynuują dzieło ks. Kłopotowskiego, prowadząc drukarnię oraz wydawnictwo, w którym ukazuje się wiele pism i książek.
    Ks. Ignacy przyczynił się do powstania domów noclegowych, przytułków dla starców i kobiet oraz ochronek dla dzieci i młodzieży również w Warszawie. W 1928 r. założył Loretto k. Wyszkowa – ośrodek kolonijny dla biednych dzieci i dla staruszek. Dziś Loretto stało się sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej.
    Ks. Kłopotowski organizował dla najbiedniejszych bezpłatne kuchnie, kolonie, ochronki. Do dziś w budynku przy ul. Sierakowskiego 6 siostry loretanki prowadzą Dom Ojca Ignacego – świetlicę dla dzieci z najuboższych rodzin z terenu warszawskiej Pragi.
    Ludzie, którzy zetknęli się z nim, nazywali go “prawdziwym ojcem, opiekunem sierot”. Jako kapłan odznaczał się wielką gorliwością, umiłowaniem Boga i bliźniego, wiernością modlitwie, szczególną czcią Najświętszej Eucharystii i gorącym nabożeństwem do Matki Najświętszej.Grób bł. Ignacego Kłopotowskiego
    Ignacy Kłopotowski zmarł nagle 7 września 1931 r., w wigilię święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. W dniu śmierci ostatnią Mszę św. swego życia odprawił przy Jej ołtarzu w kościele św. Floriana.
    Początkowo został pochowany na Powązkach, ale zgodnie z jego wolą 26 września 1932 r. jego ciało złożono na cmentarzu w Loretto, a w 2000 r. prochy ks. Ignacego przeniesiono do kaplicy sanktuarium założonego przez niego zgromadzenia loretanek.
    Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w 1988 r. W grudniu 2004 r. w obecności papieża św. Jana Pawła II ogłoszono dekret o heroiczności cnót ks. Ignacego. 3 maja 2005 r. Stolica Apostolska orzekła, że złożone w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych udokumentowane świadectwo uzdrowienia ks. Antoniego Łatko z Szerokiej ma charakter cudu dokonanego za pośrednictwem ks. Kłopotowskiego. Beatyfikacja ks. Ignacego odbyła się 19 czerwca 2005 r. w Warszawie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 września

    Błogosławiony Michał Czartoryski,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Magnus z Füssen
    Błogosławiony Michał Czartoryski
    Jan Franciszek Czartoryski urodził się 19 lutego 1897 roku w Pełkiniach koło Jarosławia. Był szóstym z jedenaściorga dzieci Witolda i Jadwigi z domu Dzieduszyckiej. Atmosfera domu była przesiąknięta głęboką wiarą, zarówno matka, jak i ojciec należeli do Sodalicji Mariańskiej. W wieku trzech lat Jan przeszedł ciężką szkarlatynę, po której częściowo stracił słuch. Po otrzymaniu starannego wychowania w domu, uczył się w prywatnej szkole “Ognisko” prowadzonej przez ks. Jana Gralewskiego w Starej Wsi pod Warszawą. Po maturze zdanej w Krakowie rozpoczął studia techniczne we Lwowie i ukończył je jako inżynier architekt. W międzyczasie brał udział w obronie Lwowa w roku 1920 i otrzymał za męstwo okazane w na polu bitwy Krzyż Walecznych.
    Gdy w 1921 roku zaczęto we Lwowie organizować katolickie stowarzyszenie młodzieży “Odrodzenie”, Jan Czartoryski był jednym z jego założycieli. Od 1923 roku był współorganizatorem wakacyjnych kursów “Odrodzenia”. Od tego czasu był również regularnym uczestnikiem rekolekcji zamkniętych organizowanych przez związek. W 1924 roku odbył własne rekolekcje w klasztorze redemptorystów w Krakowie pod kierunkiem o. Bernarda Łubieńskiego.
    W 1926 roku, po długich wakacjach spędzonych w podróży po Francji i Belgii, Jan wstąpił do seminarium duchownego obrządku łacińskiego we Lwowie. Po krótkim pobycie w seminarium opuścił je, a w rok później, 18 września 1927 roku, przyjął w Krakowie w kaplicy św. Jacka habit dominikański i rozpoczął nowicjat. W zakonie otrzymał imię Michał. Po roku złożył śluby zakonne. Już w trzy lata później otrzymał święcenia kapłańskie. Po ukończeniu studiów teologicznych został wychowawcą najpierw braci nowicjuszy, a potem studentów. To trudne i odpowiedzialne zadanie wypełniło większość jego życia zakonnego. Oprócz tego przez jakiś czas był odpowiedzialny za budowę nowego klasztoru na warszawskim Służewie. Gromadził wokół siebie środowiska inteligencji, zajmował się III Zakonem św. Dominika, głosił rekolekcje. Wiosną 1944 r. został skierowany do klasztoru na Służewie w Warszawie.
    Wybuch Powstania Warszawskiego zaskoczył o. Michała na Powiślu. Ponieważ w wyniku walk została odcięta możliwość powrotu do klasztoru, zgłosił się do dowództwa walczącego na Powiślu III Zgrupowania AK “Konrad” i został kapelanem powstańców. Większość czasu spędzał w szpitalu zorganizowanym w piwnicach firmy “Alfa-Laval” u zbiegu ulic Tamka i Smulikowskiego, opiekując się rannymi, niosąc otuchę i posługę duszpasterską. W zorganizowanej przez siebie kaplicy odprawiał msze.
    W nocy z 5 na 6 września 1944 r. odziały III Zgrupowania AK “Konrad” wycofały się z Powiśla do Śródmieścia. W szpitalu pozostali ciężko ranni żołnierze, kilka osób z personelu medycznego, cywile i o. Michał. Po wkroczeniu oddziałów niemieckich cywile oraz sanitariuszki zostali wyprowadzeni z piwnic i mogli opuścić miasto. Ojciec Michał był gorąco zachęcany przez przyjaciół, aby zdjął habit i w cywilnym ubraniu wyszedł ze szpitala. Nie przyjął tych propozycji; jak przekazał jeden ze świadków, “łagodnie uśmiechnął się i powiedział, że szkaplerza nie zdejmie i rannych, którzy są zupełnie bezradni i unieruchomieni w łóżkach nie opuści”. Niemcy zatrzymali go w szpitalu. Około godziny 14 w szpitalnym pomieszczeniu został rozstrzelany wraz z ciężko rannymi powstańcami, z którymi pragnął pozostać. Ciała zabitych wywleczono na barykadę, oblano benzyną i podpalono. Ocalałe resztki pochowano tymczasowo na podwórzu pobliskiego domu. Kiedy w rok później przeprowadzono ekshumację szczątek w celu przeniesienia ich do wspólnego grobu powstańców na Woli, ciała o. Michała już nie rozpoznano.
    Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II 13 czerwca 1999 r. w Warszawie w gronie 108 męczenników II wojny światowej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    5 września

    Święta Matka Teresa z Kalkuty,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Wiktoryn, męczennik
    Święta Matka Teresa z Kalkuty
    Matka Teresa – właściwie Agnes Gonxha Bojaxhiu – urodziła się 26 sierpnia 1910 r. w Skopje (dzisiejsza Macedonia) w rodzinie albańskiej. Została ochrzczona następnego dnia i ten dzień obchodziła później jako swoje urodziny. Dzieciństwo upłynęło jej w harmonii, pośród małych, codziennych spraw, w atmosferze wsparcia ze strony rodziny. W 1919 r. jej ojciec, kupiec, wyjechał w interesach. Wrócił z podróży w bardzo ciężkim stanie zdrowia i mimo natychmiastowej pomocy zmarł. Odbiło się to istotnie na sytuacji materialnej rodziny. Matka pozostała bez środków do życia. Choć nie było im łatwo, przyjmowali w swoich murach ubogich i szukających pomocy. Regularnie na posiłki przychodziła do nich pewna starsza kobieta. Matka mówiła wtedy do dzieci: “Przyjmujcie ją serdecznie, z miłością. Nie bierzcie do ust nawet kęsa, jeśli wcześniej nie podzielicie się z innymi”. Ponadto matka odwiedzała raz w tygodniu staruszkę opuszczoną przez rodzinę, zanosiła jej jedzenie, sprzątała dom, prała, karmiła. Powtarzała dzieciom: “Gdy czynicie coś dobrego, róbcie to bez hałasu, jakbyście wrzucały kamyk do morza”.
    Mając 18 lat Agnes wstąpiła do Sióstr Misjonarek Naszej Pani z Loreto i wyjechała do Indii. Składając pierwsze śluby zakonne w 1931 r., przyjęła imię Maria Teresa od Dzieciątka Jezus. Sześć lat później złożyła śluby wieczyste. Przez dwadzieścia lat w kolegium sióstr w Entally, na wschód od Kalkuty, uczyła historii i geografii dziewczęta z dobrych rodzin. W 1946 r. zetknęła się z wielką biedą w Kalkucie i postanowiła założyć nowy instytut zakonny, który zająłby się opieką nad najuboższymi. W 1948 r., po 20 latach życia zakonnego, postanowiła opuścić mury klasztorne. Chciała pomagać biednym i umierającym w slumsach Kalkuty. Przez dwa lata oczekiwała na decyzję władz kościelnych, by móc założyć własne Zgromadzenie Misjonarek Miłości i zamienić habit na sari – tradycyjny strój hinduski. 7 października 1949 r. nowe zgromadzenie zostało zatwierdzone przez arcybiskupa Kalkuty Ferdinanda Periera na prawie diecezjalnym. Po odbyciu nowicjatu 12 sióstr złożyło pierwszą profesję zakonną 12 kwietnia 1953 r., a założycielka złożyła profesję wieczystą jako Misjonarka Miłości. 1 lutego 1965 r. zgromadzenie otrzymało zatwierdzenie przez Stolicę Apostolską. Stopniowo do sióstr dołączali spontanicznie lekarze, pielęgnarki i ludzie świeccy. Organizowano kolejne punkty pomocy, by uporać się z chorobami będącymi skutkiem niedożywienia i przeludnienia.
    W ciągu długiego życia Matka Teresa przemierzała niezmordowanie cały świat, zakładając placówki swej wspólnoty zakonnej i pomagając na różne sposoby najuboższym i najbardziej potrzebującym. W 1963 r. założyła męską wspólnotę czynną Braci Misjonarzy Miłości. W 1968 r. papież Paweł VI poprosił Matkę Teresę o przysłanie sióstr z jej zgromadzenia do Rzymu do opieki nad biedakami. W 1976 r. Matka Teresa utworzyła wspólnotę kontemplacyjną dla sióstr i braci.
    Otrzymała wiele nagród i odznaczeń międzynarodowych, m.in. Pokojową Nagrodę Nobla w 1979 r. Dzięki temu wiele krajów otworzyło drzwi dla sióstr. Papież Paweł VI nagrodził ją Nagrodą Pokoju papieża Jana XXIII “za pracę na rzecz ubogich, obraz chrześcijańskiej miłości i wysiłki na rzecz pokoju”. W 1976 r. otrzymała nagrodę Pacem in terris. Na wniosek włoskich dzieci została Kawalerem Orderu Uśmiechu (1996).
    Wielokrotnie gościła w Polsce, odkąd w 1983 r. Misjonarki Miłości podjęły służbę w naszym kraju. Podczas tych wizyt witana była przez hierarchów Kościoła i tłumy wiernych. Przyjmowała śluby swoich sióstr, odwiedzała prowadzone przez nie domy i otwierała nowe. Spotkać ją można było też wśród bezdomnych na Dworcu Wschodnim czy u więźniów na Służewcu w Warszawie. W 1993 r. przyjęła doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dyplom wręczył jej rektor Uniwersytetu; uroczystość odbyła się jednak nie w murach krakowskiej uczelni, ale w Warszawie, w pomieszczeniu, które na co dzień służy jako stołówka dla najuboższych.
    Obecnie w ponad 560 domach w 130 krajach pracuje prawie 5 tys. sióstr. Gałąź męska zgromadzenia liczy ok. 500 członków w 20 krajach. Strojem zakonnym sióstr jest białe sari z niebieskimi paskami na obrzeżach.Matka Teresa zmarła w opinii świętości w wieku 87 lat na zawał serca w domu macierzystym swego zgromadzenia w Kalkucie 5 września 1997 r. Jej pogrzeb w dniu 13 września 1997 r., decyzją władz Indii, miał oprawę należną osobom zajmującym najważniejsze stanowiska w państwie.
    Na prośbę wielu osób i organizacji św. Jan Paweł II już w lipcu 1999 r., a więc zaledwie w 2 lata po jej śmierci, wydał zgodę na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, chociaż przepisy kościelne wymagają minimum 5 lat od śmierci sługi Bożego na podjęcie takich działań. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończono już w 2001 r. Beatyfikacji Matki Teresy dokonał w ramach obchodów 25-lecia swojego pontyfikatu św. Jan Paweł II dnia 19 października 2003 r. Kanonizacja Matki Teresy odbyła się w ramach obchodów Nadzwyczajnego Jubileuszu Świętego Roku Miłosierdzia w Watykanie 4 września 2016 r., a dokonał jej papież Franciszek.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    4 września

    Bł. Maria Stella i Towarzyszki,
    męczennice z Nowogródka

    Zobacz także:
      •  Święta Rozalia, dziewica
      •  Najświętsza Maryja Panna, Matka Pocieszenia
      •  Błogosławieni męczennicy francuscy
      •  Święty Bonifacy I, papież
      •  Błogosławiona Katarzyna z Racconigi
      •  Błogosławiona Maria od św. Cecylii Rzymianki, zakonnica
      •  Mojżesz, prorok i prawodawca
      •  Kościół katedralny w Łomży
    Błogosławione męczennice z Nowogródka
    Po napadzie wojsk niemieckich na Polskę we wrześniu 1939 roku część przerażonej ludności polskiej mieszkającej dotąd w Nowogródku opuściła swe domostwa i udała się na Wileńszczyznę. Na miejscu pozostał jedynie proboszcz miejscowej fary. Musiał się podzielić swym dwupokojowym mieszkaniem z funkcjonariuszem NKWD. Właśnie przy farze nowogródzkiej przyszło pracować nazaretankom.
    Zgromadzenie zostało zaproszone do pracy na tej ziemi przez biskupa Zygmunta Łozińskiego w 1920 roku. Siostry zajęły się wychowaniem religijnym i edukacją dzieci i młodzieży. Najpierw założyły internat, następnie szkołę powszechną. Otwarte na potrzeby ludzi w czasie pokoju, tym bardziej gorliwie służyły innym podczas okupacji wojennej. Musiały jednak w czasie okupacji opuścić tak szkołę, jak i własny klasztor. Zmieniły habity na świecki strój i szukały jakiegoś zajęcia, aby zapewnić sobie skromne utrzymanie. Jedynie siostra Imelda nie zdjęła habitu. Siostry szukały odpowiedniego dachu nad głową u dobrych ludzi. Spotykały się razem tylko w kościele farnym na Mszy i różańcu. Rosjanie, którzy zetknęli się bliżej z siostrami, byli pod wrażeniem ich uczciwości i rzetelności w pracy. Nie mogli wyjść z podziwu dla polskiej ludności, która bardzo licznie gromadziła się w kościele.
    6 lipca 1941 roku w Nowogródku zmienili się okupanci. Okazało się szybko, że nowy okupant nie jest lepszy od poprzedniego. Niemcy starali się wykorzystywać antagonizmy między Białorusinami i Polakami, by skłócać ich na wszelki możliwy sposób. Obiecywali Białorusinom autonomię, a nawet niepodległość. Kiedy w 1943 r. sowieccy i polscy partyzanci zajęli miasteczko Iwieniec, Niemcy przystąpili do planowego mordowania Polaków.
    Co jakiś czas organizowali “pokazowe” rozstrzeliwanie Polaków, aby zastraszyć wszystkich stawiających jakikolwiek opór. Podobna akcja miała miejsce 18 lipca 1943 roku, kiedy to aresztowano 120 osób z zamiarem rozstrzelania. Wówczas to siostry nazaretanki wspólnie podjęły decyzję ofiarowania swego życia za uwięzionych członków rodzin. Wobec kapelana i rektora fary, ks. Aleksandra Zienkiewicza, tę decyzję w imieniu wszystkich wypowiedziała siostra Maria Stella, pełniąca wtedy obowiązki przełożonej. Uwięzieni zostali wywiezieni na roboty do Rzeszy, a kilku zwolniono. Wobec zagrożenia życia jedynego w okolicy kapłana siostry ponowiły gotowość ofiary: “Ksiądz kapelan jest bardziej potrzebny ludziom niż my, toteż modlimy się teraz o to, aby Bóg raczej nas zabrał niż Księdza, jeśli jest potrzebna dalsza ofiara”. Bóg tę ofiarę przyjął.
    31 lipca 1943 r. wieczorem siostry otrzymały wezwanie na komisariat. Po wieczornym nabożeństwie 11 sióstr stawiło się na wezwanie. Dwunasta siostra, Małgorzata Banaś (jej proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 2003 r.) nie wróciła jeszcze z pracy w szpitalu. Tego samego wieczoru Niemcy wywieźli siostry za miasto, szukając miejsca na egzekucję. Nie znaleźli odpowiedniego miejsca, więc wrócili na komisariat i zamknęli siostry w piwnicach.
    Następnego dnia, w niedzielę, 1 sierpnia 1943 roku, około godziny 5.00 rano, ponownie wywieźli siostry poza miasto. Tam w lesie dokonał się mord na niewinnych zakonnicach. Niemcy rozstrzelali 11 sióstr nazaretanek. Były to: s. Maria Stella od Najświętszego Sakramentu – Adela Mardosewicz, lat 55, pochodząca z okolic Pińska; s. Maria Imelda od Jezusa Hostii – Jadwiga Żak, lat 51, z Oświęcimia; s. Maria Rajmunda od Jezusa i Maryi – Anna Kukołowicz, lat 51, z Wileńszczyzny; s. Maria Daniela od Jezusa i Maryi Niepokalanej – Eleonora Jóźwik, lat 48, z Podlasia; s. Maria Kanuta od Pana Jezusa w Ogrójcu – Józefa Chrobot, lat 47, z ziemi wieluńskiej; s. Maria Sergia od Matki Bożej Bolesnej – Julia Rapiej, lat 43, z okolic Grodna; s. Maria Gwidona od Miłosierdzia Bożego – Helena Cierpka, lat 43, z woj. poznańskiego; s. Maria Felicyta – Paulina Borowik, lat 37, z Podlasia; s. Maria Heliodora – Leokadia Matuszewska, lat 37, z Pomorza; s. Maria Kanizja – Eugenia Mackiewicz, lat 39, z Suwałk; s. Maria Boromea – Weronika Narmontowicz, lat 27, z okolic Grodna.
    Jeden z morderców opowiadał później, że siostry przed straceniem uklękły, modliły się, żegnały się ze sobą. Matka przełożona każdą błogosławiła. Zarówno ks. Zienkiewicz, jak i pozostali uwięzieni ocaleli.
    Rok po męczeństwie sióstr ks. Zienkiewicz powrócił do Nowogródka. Dzięki jego zabiegom doczesne szczątki nazaretanek 19 marca 1945 r. ekshumowano i przeniesiono do wspólnej mogiły przy farze. Opiekowała się nią, aż do swej śmierci w 1966 roku, uratowana od rozstrzelania s. Małgorzata Banaś. Troszczyła się też o kościół farny. Relikwie nazaretanek znajdują się w sarkofagu w tym właśnie kościele.
    5 marca 2000 r. św. Jan Paweł II dokonał na placu św. Piotra pierwszej beatyfikacji Wielkiego Jubileuszu Roku 2000, wynosząc do chwały ołtarzy 44 męczenników, którzy oddali życie za wiarę w różnych krajach i epokach. Byli wśród nich: pierwsi męczennicy brazylijscy, kapłani Andrzej de Soveral i Ambroży Franciszek Ferro oraz 28 świeckich towarzyszy, zamordowanych w 1645 roku w czasie prześladowań Kościoła w Brazylii przez protestantów; tajlandzki kapłan Mikołaj Bunkerd Kitbamrung, który w 1944 roku zmarł w więzieniu, gdzie osadzono go pod fałszywym zarzutem szpiegostwa; dwaj młodzi katechiści świeccy: Filipińczyk Piotr Calungsod, zabity w 1672 roku podczas misji na Wyspach Mariańskich na Pacyfiku, i Wietnamczyk Andrzej z Phú Yen, który poniósł śmierć męczeńską w 1644 roku, oraz polskie nazaretanki: Maria Stella (Adela Mardosewicz) i 10 Towarzyszek.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 września

    Święty Grzegorz Wielki,
    papież i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Marinus, pustelnik
      •  Święta Feba z Kenchr, wdowa
      •  Błogosławiony Gerard z Jerozolimy, zakonnik
      •  Błogosławiony Brygida od Jezusa Morello, zakonnica
    Święty Grzegorz Wielki
    Grzegorz urodził się w 540 r. w Rzymie w rodzinie patrycjuszy. Jego rodzice, św. Gordian i św. Sylwia, doznają chwały ołtarzy. Na jego wychowanie miały dość duży wpływ również jego ciotki: św. Farsylia i św. Emiliana, które mieszkały w pałacu Gordiana. Swoją młodość Grzegorz spędził w domu rodzinnym na Clivus Scauri, położonym w pobliżu dawnego pałacu cesarza Septymiusza Sewera, Cyrku Wielkiego oraz istniejących już wówczas bazylik – świętych Jana i Pawła, św. Klemensa, Czterech Koronowanych i Lateranu.
    Piastował różne urzędy cywilne, aż doszedł do stanowiska prefekta (namiestnika) Rzymu, znajdującego się wtedy pod władzą cesarstwa wschodniego (od roku 552). Po czterech latach mądrych i szczęśliwych rządów (571-575) niespodziewanie opuścił tak eksponowane stanowisko i wstąpił do benedyktynów. Własny, rodzinny dom zamienił na klasztor dla dwunastu towarzyszy. Ten czyn zaskoczył wszystkich – pan Rzymu został ubogim mnichem. Dysponując ogromnym majątkiem, Grzegorz założył jeszcze 6 innych klasztorów w swoich dobrach na Sycylii. W cieniu słynnego później opactwa św. Andrzeja na wzgórzu Celio trwał na modlitwie i poście.
    W roku 577 papież Benedykt I mianował Grzegorza diakonem Kościoła rzymskiego, a w roku 579 papież Pelagiusz II uczynił go swoim apokryzariuszem, czyli przedstawicielem na dworze cesarza wschodniorzymskiego. Grzegorz udał się więc w stroju mnicha wraz z kilkoma towarzyszami do Konstantynopola. Spędził tam 7 lat (579-586). Wykazał się dużymi umiejętnościami dyplomatycznymi. Korzystając z okazji, nauczył się języka greckiego. Ceniąc wielką mądrość i roztropność Grzegorza, papież Pelagiusz II wezwał go z powrotem do Rzymu, by pomagał mu bezpośrednio w zarządzaniu Kościołem i służył radą. Miał jednocześnie pełnić obowiązki osobistego sekretarza papieża. Od roku 585 był także opatem klasztoru.

    Święty Grzegorz Wielki

    7 lutego 590 r. zmarł Pelagiusz II. Na jego miejsce lud, senat i kler rzymski jednogłośnie, przez aklamację, wybrali Grzegorza. Ten w swojej pokorze wymawiał się. Napisał nawet do cesarza i do swoich przyjaciół w Konstantynopolu, by nie zatwierdzano jego wyboru. Stało się jednak inaczej. 3 września 590 r. odbyła się jego konsekracja na biskupa. Przedtem przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku Rzym nawiedziła zaraza, jedna z najcięższych w historii tego miasta. Grzegorz zarządził procesję pokutną dla odwrócenia klęski. Wyznaczył 7 kościołów, w których miały gromadzić się poszczególne stany: kler – w bazylice świętych Kosmy i Damiana; mnisi – w bazylice świętych Gerwazego i Protazego; mniszki – w kościele świętych Piotra i Marcelina; chłopcy – w bazylice świętych Jana i Pawła; wdowy – w kościele św. Eufemii, a wszyscy inni – w kościele św. Stefana na Celio. Z tych kościołów wyruszyły procesje do bazyliki Matki Bożej Większej, gdzie papież-elekt wygłosił wielkie przemówienie o modlitwie i pokucie. Podczas procesji Grzegorz zobaczył nad mauzoleum Hadriana anioła chowającego wyciągnięty, skrwawiony miecz. Wizję tę zrozumiano jako koniec plagi. Utrwalono ją artystycznie. Do dnia dzisiejszego nad mauzoleum Hadriana, zwanym także Zamkiem Świętego Anioła, dominuje ogromny posąg anioła ze wzniesionym mieczem.
    Pontyfikat Grzegorza trwał 15 lat. Zaraz na początku swoich rządów Grzegorz nadał sobie pokorny tytuł, który równocześnie miał być programem jego pontyfikatu: servus servorum Dei – “sługa sług Bożych”. Do ówczesnych patriarchów Konstantynopola, Antiochii, Jerozolimy i Aleksandrii skierował wysłanników z zawiadomieniem o swoim wyborze w słowach pełnych pokory i przyjaźni, czym pozyskał sobie ich miłość. Codziennie głosił słowo Boże. Usunął z kurii papieskiej niegodnych urzędników. Podobnie uczynił z biskupami i proboszczami na parafiach. Zreformował służbę wobec ubogich. Wielką troską otoczył rzymskie kościoły i diecezje Włoch. Dla lepszej kontroli i orientacji wyznaczył wśród biskupów osobnego wizytatora. Był stanowczy wobec nadużyć. Poprzez przyjaźń z królową Longobardów, Teodolindą, pozyskał ją dla Kościoła.
    Kiedy Bizantyjczycy pokonali Wandalów i zajęli północną Afrykę, tamtejsi biskupi zaczęli dążyć do zupełnej autonomii od Rzymu, co mogło grozić schizmą. Papież energicznie temu zapobiegł. Wielką radość sprawiła mu wiadomość o nawróceniu w Hiszpanii ariańskich Wizygotów, dzięki gorliwości i taktowi św. Leandra (589), z którym św. Grzegorz był w wielkiej przyjaźni. Nawiązał także łączność dyplomatyczną z władcami Galii. Do Anglii wysłał benedyktyna św. Augustyna (późniejszego biskupa Canterbury) wraz z 40 towarzyszami. Ich misja powiodła się. W samą uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 597 r. król Kentu, Etelbert I, przyjął chrzest. Obecnie czczony jest jako święty.

    Święty Grzegorz Wielki - reformator śpiewu kościelnego

    Najgorzej układały się stosunki Rzymu z Konstantynopolem. Chociaż papież utrzymywał z cesarstwem jak najlepsze stosunki, patriarchowie uważali się za równorzędnych papieżom, a nawet za wyższych od nich właśnie dlatego, że byli biskupami w stolicy cesarzy. W tym właśnie czasie patriarcha Konstantynopola nadał sobie nawet tytuł patriarchy “ekumenicznego”, czyli powszechnego. Przeciwko temu Grzegorz zaprotestował i nigdy tego tytułu nie uznał, uważając, że należy się on wyłącznie biskupom rzymskim.
    Grzegorz rozwinął owocną działalność także na polu administracji kościelnej. Uzdrowił finanse papieskie, zagospodarował majątki, które służyły na utrzymanie dworu papieskiego. W równym stopniu zasłużył się na polu liturgii przez swoje reformy. Ujednolicił i upowszechnił obrządek rzymski. Dotąd bowiem każdy kraj, a nawet wiele diecezji miały swój własny ryt, co wprowadzało wiele zamieszania.
    Od pontyfikatu Grzegorza pochodzi zwyczaj odprawiania 30 Mszy św. za zmarłych – zwanych “gregoriańskimi”. Kiedy papież był jeszcze opatem benedyktynów w Rzymie, zmarł pewien mnich, przy którym znaleziono pieniądze. W owych czasach posiadanie własnych pieniędzy przez zakonnika było uważana za wielkie przestępstwo. Grzegorz, aby dać lekcję mnichom, nakazał pogrzebać ciało owego zakonnika poza klasztorem, w miejscu niepoświęconym. Pełen jednak troski o jego duszę nakazał odprawić 30 Mszy świętych dzień po dniu. Kiedy została odprawiona ostatnia Msza święta, ów zakonnik miał się pokazać opatowi i podziękować mu, oświadczając, że te Msze święte skróciły mu znacznie czas czyśćca. Odtąd panuje przekonanie, że po odprawieniu 30 Mszy świętych Pan Bóg w swoim miłosierdziu wybawia duszę, za którą są one ofiarowane, i wprowadza ją do nieba.
    Przy bardzo licznych i absorbujących zajęciach publicznych Grzegorz także bardzo wiele pisał. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Do najcenniejszych jego dzieł należą: Dialogi, Reguła pasterzowania, Sakramentarz, Homilie oraz Listy. Tych ostatnich zachowało się do naszych czasów aż 852. Jest to największy zbiór epistolarny starożytności chrześcijańskiej.
    Z imieniem św. Grzegorza Wielkiego kojarzy się także tradycyjny śpiew liturgiczny Kościoła łacińskiego – chorał gregoriański, który choć w pełni ukształtował się dopiero w VIII w., to jednak przypisywany jest temu Świętemu.

    Zurbaran: Święty Grzegorz Wielki

    Grzegorz zmarł 12 marca 604 r. Obchód ku jego czci przypada obecnie 3 września, w rocznicę konsekracji biskupiej. Jego ciało złożono obok św. Leona I Wielkiego, św. Gelazjusza i innych w pobliżu zakrystii bazyliki św. Piotra. Pół wieku później przeniesiono je do samej bazyliki wśród ogromnej radości ludu rzymskiego. Średniowiecze przyznało Grzegorzowi przydomek Wielki. Historia nazwała go “apostołem ludów barbarzyńskich”. Należy do czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Jest patronem m.in. uczniów, studentów, nauczycieli, chórów szkolnych, piosenkarzy i muzyków.
    W ikonografii św. Grzegorz Wielki przedstawiany jest jako mężczyzna w starszym wieku, w papieskim stroju liturgicznym, w tiarze, czasami podczas pisania dzieła. Nad księgą lub nad jego głową unosi się Duch Święty w postaci gołębicy, inspirując Świętego. Jego atrybutami są: anioł, trzy krwawiące hostie, krzyż pontyfikalny, model kościoła, otwarta księga, parasol – jako oznaka papiestwa, zwinięty zwój. Na Wschodzie św. Grzegorz Wielki czczony jest jako Grzegorz Dialogos.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Św. Grzegorz Wielki i chorał gregoriański. Co dla muzyki kościelnej zrobił ten papież reformator?

    (opr. PCh24.pl / GS)

    ***

    Chorał gregoriański swoją nazwę zawdzięcza papieżowi Grzegorzowi Wielkiemu, który go zebrał i skodyfikował. Ten rodzaj śpiewu jest jednak znacznie starszy, bowiem wywodzi się z Rzymu już z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Rozwijał się w Europie zachodniej i centralnej przez całe średniowiecze – a nawet i później – i aż do dziś jest pierwszorzędnym śpiewem Kościoła katolickiego.

    Już od pierwszych wieków chrześcijanie modlili się śpiewem psalmów. Ewangeliści Mateusz i Marek wspominają, że Chrystus wraz z Apostołami „odśpiewali hymn” zanim wyszli z Wieczernika na Górę Oliwną (Mt 26,30; Mk 14,26). Kiedy jeszcze w czasach apostolskich Rzym stał się centrum chrześcijaństwa, to tam również rozwijał się liturgiczny śpiew. Na przełomie VI i VII wielki papież Grzegorz Wielki (590-604) zebrał te śpiewy i ułożył w zorganizowany system. Tak historię śpiewu gregoriańskiego wyjaśnia papież Pius XII w wydanej w 1955 r. encyklice Musicae sacrae disciplina:

    Liczne świadectwa Ojców i Pisarzy Kościoła stwierdzają, że z nastaniem wolności i pokoju dla Kościoła [Edykt mediolański z 313 r. – red.], psalmy i pieśni liturgiczne były w codziennym niemal użyciu. Co więcej, tworzono nowe rodzaje świętych pieśni, które bardziej udoskonalały Szkoły śpiewacze, szczególnie w Rzymie. Poprzednik zaś Nasz, błogosławionej pamięci święty Grzegorz Wielki, jak to przekazała nam tradycja, wszystko to, co zostawiły w spuściźnie dawne pokolenia, troskliwie zebrał i mądrze uporządkował, chroniąc czystość i całość śpiewu kościelnego odpowiednimi prawami i regułami.

    Zbiór, w który św. Grzegorz Wielki zgromadził wszystkie znane dotąd śpiewy, nazwano Antyfonarzem. Choć oryginał tej księgi zaginął w X wieku, to przetrwały jego ręczne odpisy; najstarszy z nich pochodzi z klasztoru benedyktynów w St. Gallen w Szwajcarii. Reforma papieża Grzegorza miała jednak znacznie większe znaczenie; zjednoczyła bowiem Kościół – przynajmniej ten zachodni – pod względem liturgicznym. To właśnie dzięki temu papieżowi, a potem dzięki cesarzowi Karolowi Wielkiemu, większość Kościoła katolickiego sprawuje liturgię w ten sam rzymski sposób. Podobne było z muzyką kościelną, gdyż jest to zasługą właśnie św. Grzegorza, że śpiew gregoriański rozpowszechnił się na cały zachodni Kościół i tam się rozwijał.

    Tradycyjnie śpiew gregoriański był śpiewem jednogłosowym, wykonywanym a cappella, jednak w VIII lub IX zaczęto chorał gregoriański ozdabiać towarzyszeniem organów. Niektóre zakony pozostały przy tradycyjnej formie śpiewu bez instrumentów, a inne przyjęły praktykę śpiewania go z organami. Również od IX w. zaczęto dopisywać do chorału gregoriańskiego drugą, zwykle niższą, równoległą linię melodyczną, nazywaną organum.

    Chorał gregoriański początkowo przekazywany był wyłącznie ustnie, aż wreszcie w IX i X w. rozpoczęto jego spisywanie. Stało się to dzięki benedyktynowi Guidonowi z Arezzo, który opracował sposób zapisywania melodii za pomocą notacji liniowej. Najpierw była to jedna linia, a potem kilka, aż do czterech – i właśnie w taki sposób zapisuje się chorał gregoriański aż do dzisiaj. W późnym średniowieczu dołożono jeszcze jedną linię, otrzymując używaną również dziś w muzyce nowoczesnej – pięciolinię.

    To właśnie śpiew gregoriański pozostał jedynym dopuszczonym do liturgii przez stulecia. Dopiero pod koniec średniowiecza zaczęły pojawiać się pierwsze kompozycje polifoniczne, czyli na kilka głosów jednocześnie. Ojcowie Soboru Trydenckiego (1545-1563) zastanawiali się jednak czy takie utwory powinny być w ogóle dopuszczone do wykonywania podczas Mszy św. Przekonał ich najwybitniejszy z katolickich kompozytorów – Giovanni Pierluigi da Palestrina – swoimi modlitewnymi kompozycjami. Utwory Palestriny, choć wielogłosowe, to często bazowały na melodii zaczerpniętej właśnie z chorału gregoriańskiego.

    Rozwój muzyki polifonicznej i innych późniejszych form nie zmniejszył bynajmniej znaczenia śpiewu gregoriańskiego. Ten rozwijał się nadal, choć już w mniejszym stopniu; większość obchodów liturgicznych miała już bowiem opracowane śpiewy, a zatem potrzeba było stworzyć melodie tylko do nowo wprowadzanych świąt. Pomimo swojego bogatego dziedzictwa muzycznego Kościół zawsze utrzymywał chorał gregoriański na pierwszym miejscu. Tak pisał o nim w 1903 r. św. Pius X w motu prorpio Tra le sollecitudini:

    Kościół przechował go wiernie przez wieki całe w księgach swych liturgicznych, podaje go wiernym jako śpiew swój własny, przepisuje, by w niektórych częściach liturgii używano wyłącznie tylko jego i cieszy się, że wskutek najnowszych poszukiwań naukowych przywrócono mu dawną jego nieskazitelność i czystość.

    Warto podkreślić, że chorał gregoriański nigdy nie został „zniesiony” ani – przynajmniej oficjalnie – zdegradowany. Niestety dzisiaj rzadko już można go usłyszeć w kościołach – chyba że podczas Mszy św. sprawowanej w rycie tradycyjnym. Niesłusznie współczesne odejście od śpiewu gregoriańskiego tłumaczy się to potrzebą „rozumienia śpiewu przez uczestników liturgii”. Modlitewny śpiew łaciński potrafi bowiem znacznie bardziej przykuć uwagę uczestników liturgii i skierować ją ku Bogu niż współczesne śpiewy w językach narodowych. Co ciekawe, nawet dokumenty Soboru Watykańskiego II mówią wprost, że chorał gregoriański jest pierwszorzędnym (!) śpiewem Kościoła Rzymskiego.

    Śpiew gregoriański Kościół uznaje za własny śpiew liturgii rzymskiej. Dlatego w czynnościach liturgicznych powinien on zajmować pierwsze miejsce wśród innych równorzędnych rodzajów śpiewu – czytamy w Konstytucji o Liturgii Świętej z 1963 r.

    Mimo iż na pierwszy rzut oka chorał gregoriański może wydawać się mało wyszukanym, to jego budowa jest w rzeczywistości bardzo bogata. Ta jedna linia melodyczna zawiera niezwykle wysublimowany rytm, pełen melizmatów – coś, co bez wątpienia można nazwać sztuką wysoką. Jednak jego największą zaletą jest modlitewny charakter i adekwatne podłożenie melodii pod tekst, dające wrażenie niezwykłej płynności śpiewu. Korzyść ze słuchania śpiewu gregoriańskiego można odnieść nawet bez rozumienia jego słów; jeśli jednak posiada się przed oczami jego tłumaczenie, tym bardziej pomaga to w modlitwie.

    Chorał gregoriański przetrwał w oryginalnej formie w wielu zakonach, które modlą się nim na co dzień. Największymi strażnikami tego rodzaju śpiewu są benedyktyni. W klasztorach takich jak Solesmes czy Fontgombault śpiew gregoriański jest integralną (!) częścią codziennej Mszy św. Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać o pacierzach kapłańskich, czyli Brewiarzu, który duchowni odmawiają aż osiem razy dziennie; w niektórych klasztorach wszystkie te modlitwy śpiewa się na melodie chorałowe. Oczywiście w innych zakonach śpiew gregoriański też jest pielęgnowany; wydaje się jednak, że benedyktyni troszczą się o niego w sposób szczególny. I to właśnie z tego zakonu pochodził papież, który go zebrał i uporządkował, czyli św. Grzegorz Wielki.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    2 września

    Błogosławieni męczennicy Jan Franciszek Burté, Apolinary Morel, Seweryn Girault oraz Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święta Beatrycze z Silvy, dziewica
      •  Święty Wilhelm, biskup
      •  Błogosławiona Ingrida Szwedzka, zakonnica
    Ścięcie na gilotynie - powszechna metoda wykonywania wyroków śmierci w czasie rewolucji francuskiej

    Wielka Rewolucja Francuska (1789-1799) miała wśród swoich celów m.in. zniesienie katolicyzmu we Francji. Radykałowie przeforsowali uchwałę stanowiącą o tym, że wszystkie dobra kościelne mają przejść na własność skarbu państwa, a duchowni, jak wszyscy urzędnicy, będą otrzymywali pensję. Zaczęły się sypać jedne po drugich uchwały i dekrety wrogie Kościołowi. 13 lutego 1790 r. uchwalono kasatę większości zakonów, ocalały jedynie te oddane pracy charytatywnej lub oświatowej. Zabroniono składania ślubów zakonnych na terenie Francji.
    12 lipca 1790 r. uchwalono Konstytucję cywilną duchowieństwa, która redukowała liczbę diecezji i stolic biskupich według liczby i granic departamentów. Ograniczono władzę biskupów, zniesiono kapituły. Odtąd biskupów i proboszczów mieli wybierać sami parafianie i diecezjanie. Równocześnie wszyscy członkowie stanu duchownego otrzymali prawo opuszczenia go i przejścia do stanu świeckiego. Odtąd to państwo, a nie papież miało być zwierzchnikiem Kościoła we Francji, chociaż ustanowiona została funkcja pośrednika między państwem a papieżem. Duchowieństwo zobowiązano do składania przysięgi na wierność nowej konstytucji, która była wręcz wroga Kościołowi. Już kilka dni później jej treść potępił ostro papież Pius VI. Mimo tego protestu król Ludwik XVI 23 lipca wyraził aprobatę wobec przegłosowanego projektu ustawy, a 26 grudnia zgodził się formalnie również na dekret wprowadzający ustalenia konstytucji w praktyce.
    4 stycznia 1791 r. rozpoczęły się ceremonie składania przysięgi na konstytucję przez wszystkich księży. Jako pierwsi przysięgali deputowani duchowieństwa do Konstytuanty; z tego grona 80 biskupów odmówiło tego aktu. Konstytucja była przyjmowana z podobnymi oporami we wszystkich diecezjach: uroczyste przysięgi były zależnie od regionu przeprowadzane przez cały styczeń i luty, jednak zdecydowana większość biskupów i około połowa proboszczów nie zaakceptowała ustawy. Istniały nawet regiony, w których większość duchownych odmówiła złożenia przysięgi, jak Bretania, Alzacja i Prowansja. W ten sposób kler francuski podzielił się na księży konstytucyjnych i niekonstytucyjnych. Dylemat, przed którym stanęli księża, powiększało jeszcze nieprzejednanie papieża, który ponowił swój sprzeciw wobec ustawy w breve Quod aliquantum z 10 marca 1791 r. oraz Caritas z 13 kwietnia 1791 r. W dokumentach tych uznawał on postanowienia konstytucji cywilnej za świętokradztwo i herezję, a wszystkich duchownych wzywał do nieskładania przysięgi lub jej odwołania.
    Zaczęło się krwawe prześladowanie. Tych, którzy odmówili złożenia przysięgi, traktowano jako wrogów rewolucji, skazywano ich na banicję, więzienie, a często na śmierć. 21 września 1792 r. wprowadzono rozwody. Duchowieństwu zakazano nosić strój kościelny poza kościołem. Zniesiono bractwa i stowarzyszenia religijne. Wprowadzono śluby cywilne, zniesiono celibat, a dekretem z 7 listopada 1793 r. w miejsce chrześcijaństwa wprowadzono “religię rozumu i natury”. Zaczęto likwidować kościoły. Niedziele zastąpiono dekadami, a święta katolickie uroczystościami rewolucyjnymi.W okresie Rewolucji śmierć poniosło kilkanaście tysięcy katolików: duchownych, zakonników i świeckich. Największą grupę stanowią męczennicy z Paryża, gdzie między 2 a 6 września 1792 r. (w czasie tzw. masakr wrześniowych) zamordowano około 1400 osób, w tym ok. 300 duchownych i zakonników. Byli oni więzieni i zginęli w benedyktyńskim opactwie Saint-Germain-des-Pres, w seminarium św. Firmina, więzieniu La Force i kościele Saint Nicolas du Chardonnet. Ponad 100 osób, w większości prezbiterów, zginęło także w klasztorze karmelitów przy Rue de Vaugir.
    Wśród nich byli franciszkanie: Jan Franciszek Burté, Apolinary Morel i Seweryn Girault. Zostali oni beatyfikowani w dniu 17 października 1926 r. przez papieża Piusa XI w gronie 191 osób, których męczeństwo udało się udokumentować.
    Jan Franciszek Burté urodził się w 1740 r. Wstąpił do franciszkanów w Nancy w wieku 16 lat. Po przyjęciu święceń kapłańskich wykładał teologię młodszym braciom. Został gwardianem klasztoru w Paryżu. Tam został aresztowany i uwięziony w klasztorze karmelitów.

    Błogosławiony Apolinary Morel

    Apolinary Morel urodził się w 1739 r. w Szwajcarii. Wstąpił do kapucynów i zyskał z czasem sławę wspaniałego kaznodziei, spowiednika i wychowawcy kleryków. Aby mógł podjąć działalność misyjną na Wschodzie, wysłano go do Paryża na studia języków wschodnich. Tam zastała go rewolucja. Gdy odmówił wyrzeczenia się wiary, aresztowano go i zamknięto w klasztorze karmelitów.
    Seweryn Girault urodził się w 1728 r. w Rouen. W 1750 r. wstąpił do III Zakonu Franciszkańskiego. Cztery lata później przyjął święcenia kapłańskie. Kiedy wybuchła rewolucja, był spowiednikiem franciszkanek w Paryżu. Gdy zapytano go, czy chce pozostać w klasztorze i ryzykować życie, czy też woli uciec z klasztoru i rozpocząć życie świeckie, bez wahania wybrał pozostanie wiernym regule i siostrom, którym służył. Wkrótce aresztowano go. Jako pierwszy poniósł śmierć: kiedy odmawiał brewiarz, odcięto mu głowę.Trzech wyżej wspomnianych męczenników oraz 182 innych, włączając w to kilku biskupów oraz wielu kapłanów zakonnych i diecezjalnych, zostało zamęczonych w klasztorze karmelitów w Paryżu 2 września 1792 r. Więźniowie otrzymali tego dnia tajną wiadomość, że zbliża się dzień ich śmierci. Wszyscy zakonnicy i kapłani tam spędzeni odbyli spowiedź i cały czas poświęcili na modlitwę. O godzinie 16 wyprowadzono ich – niby na spacer – na podwórze więzienne. Tam czekał na nich tłum, który rzucił się na więźniów. Rozpoczęła się rzeź. Pozostałych wpędzono do kościoła, gdzie zaimprowizowano trybunał sądowy. Każdego pytano: “Obywatelu, czy złożyłeś przysięgę?” Gdy padała odpowiedź: “Nie!”, wyprowadzano ofiary przed kościół i tam je mordowano siekaniem szablami i strzałami.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Francuska Golgota męczenników czasu rewolucji

    (Egzekucja katolickiego księdza w Rennes, 1792 r. Repr. Mary Evans Picture Library/Forum)

    ***

    Ocenia się, że podczas rewolucji we Francji życie za wiarę oddało około trzech tysięcy katolickich kapłanów. Wśród nich zamordowani 2 września 1792 r. franciszkanin o. Jan Franciszek Burte, gwardian stołecznego klasztoru oraz jego zakonny współbrat, Seweryn Jerzy Girault, kapelan paryskich sióstr zakonnych. Rewolucja stawiała sobie za cel stworzenie „nowej Francji” i „nowego człowieka”. Każdego, kto nie mieścił się w „republikańskich wymiarach”, przykrawała do nich gilotyna.

    Antychrześcijańskie oblicze rewolucji francuskiej objawiło się na dwa sposoby: w aspekcie destruktywnym (czyli polityce wymierzonej w Kościół katolicki i duchowieństwo, a także niszczeniu symboli chrześcijaństwa w sferze publicznej, w tym kościołów) oraz w aspekcie twórczym, o wiele groźniejszym – jak zauważył Józef de Maistre – od tego pierwszego (czyli tym, co na gruzach chrześcijańskiej Francji rewolucjoniści chcieli zbudować). Oba aspekty łączyło przeświadczenie zaczer­pnięte z ateistycznego dziedzictwa Woltera, iż należy wymazać tę niegodziwość, czyli – wedle „patriarchy oświecenia” – chrześcijaństwo.

    Uczniowie de Sade’a

    Tak, obywatele, religia jest nie do pogodzenia z ustrojem wolności, czujecie to tak samo jak ja. Nigdy wolny człowiek nie pochyli głowy przed bogami chrześcijaństwa; nigdy jego dogmaty, rytuały, tajemnice, moralność nie będą mogły odpowiadać republikaninowi… Oddajcie nam pogańskich bogów! Chętnie będziemy czcić Jowisza, Herkulesa czy Pallas Atenę, ale nie chcemy więcej tego baśniowego stwórcy świata. (…) Nie chcemy więcej tego Boga nieogarnionego, który wszystko ponoć napełnia – takimi słowy zagrzewał rewolucjonistów do kontynuowania antychrześcijańskiej polityki we Francji markiz de Sade – znany zboczeniec seksualny, który zresztą z racji swego zboczenia został na prośbę własnej rodziny osadzony na jakiś czas w Bastylii. W tym kontekście jej zburzenie nabiera całkiem nowego znaczenia.

    Gdy de Sade wypowiadał te słowa, już od ponad pięciu lat trwała rewolucyjna polityka wymierzona we Francję jako „pierworodną córę Kościoła”. W pierwszej kolejności uderzono bowiem właśnie w Kościół. Już w roku 1789 skonfiskowano wszystkie należące doń majątki, które podobnie jak w szesnastowiecznej Anglii stały się początkiem fortun nowej, republikańskiej arystokracji. W lutym 1790 roku rewolucyjne Zgromadzenie Narodowe zadekretowało zniesienie wszystkich zakonów we Francji, a 15 sierpnia 1791 roku (nieprzypadkowo wybrano dzień wielkiego święta kościelnego) zakazano księżom noszenia sutann. We wrześniu 1793 roku – w apogeum szalejącego wówczas jakobińskiego terroru – uchwalono „prawo podejrzanych”, otwierające możliwość zgilotynowania osoby także za żywienie arystokratycznych sympatii; te ostatnie mogły oznaczać również uczestnictwo we Mszy Świętej odprawianej w prywatnych mieszkaniach przez tzw. niezaprzysiężonych księży, czyli tych, którzy nie złożyli przysięgi na wierność tzw. konstytucji cywilnej kleru.

    Ten akt prawny, uchwalony w lipcu 1790 roku, stanowił faktyczne wypowiedzenie wojny Kościołowi we Francji i Rzymowi. Anglikanin, Edmund Burke, komentujący na gorąco uchwalenie owej ustawy na kartach swoich Rozważań o rewolucji we Francji, pisał: Wydaje mi się, że ten nowy ustrój kościelny ma być tylko przejściową i przygotowawczą fazą prowadzącą do całkowitego wyrugowania wszystkich form religii chrześcijańskiej, gdy tylko umysły ludzi zostaną przygotowane do zadania jej ostatniego ciosu za sprawą urzeczywistnienia planu otoczenia jej kapłanów powszechną pogardą. Ludzie, którzy nie chcą wierzyć, że filozoficzni fanatycy kierujący tą akcją od dawna ją planowali, nie mają pojęcia o ich charakterach i poczynaniach.

    Ojciec europejskiego konserwatyzmu nie pomylił się w niczym. Konstytucja cywilna kleru była bowiem próbą ustanowienia we Francji schizmatyckiego wobec Rzymu Kościoła. Z katolickich duchownych czyniła funkcjonariuszy państwowych wybieranych (w tym biskupi) przez wszystkich obywateli danego departamentu (obszar diecezji przykrojono do granic administracyjnych) – również ateistów. 10 marca 1791 roku tę uzurpację rewolucyjnego państwa oficjalnie odrzucił i potępił papież Pius VI. Król Ludwik XVI, chociaż podpisał dokument, traktował go jak kroplę przelewającą kielich goryczy – o czym poinformował w liście pozostawionym na krótko przed nieudaną ucieczką z Paryża.

    Konstytucja cywilna kleru okazała się przełomowa również dlatego, że dostarczyła pretekstu dla rozpętania kolejnej spirali przemocy przeciw duchowieństwu, które nie przysięgając na nią dochowywało wierności widzialnej Głowie Kościoła. 27 maja 1792 roku zadekretowano więc deportację do kolonii wszystkich duchownych odmawiających zaprzysiężenia. Jednak już 18 marca 1793 roku Republika poszła dalej i uchwaliła dla odmawiających zaprzysiężenia karę śmierci. Taka sama kara spotkać miała również świeckich, którzy udzielali schronienia kapłanom niezaprzysiężonym lub uczestniczyli w nabożeństwach przez nich odprawianych bądź korzystali z udzielanych przez nich sakramentów. Jak mówił w roku 1793 „kat Lyonu”, jakobiński komisarz Chalier, księża są jedyną przyczyną nieszczęść we Francji. Rewolucja, która jest triumfem oświecenia, tylko z obrzydzeniem może spoglądać na zbyt długą agonię zgrai tych niegodziwców.

    Męczennicy czasów rewolucji

    Ocenia się, że podczas rewolucji we Francji życie za wiarę oddało około trzech tysięcy katolickich kapłanów. W roku 1793 w aktach orleańskiego Trybunału Rewolucyjnego, dotyczących osoby jednego z owych męczenników – ks. Juliena d’Herville, niezaprzysiężonego jezuity – zapisano między innymi, że znaleziono przy nim wszystkie środki dla uprawiania fanatyzmu i przesądu: szkaplerz z dwoma medalikami, małe okrągłe pudełko z zaczarowanym chlebem [chodzi o konsekrowane hostie – przyp. aut.], taśmę, na której był przyczepiony duży krzyż ze srebra, serce wykonane ze srebra oraz kryształowy relikwiarz.

    Danton namawiał swoich kolegów z rewolucyjnego Konwentu, by wszystkich „opornych księży” załadować na barki i wyrzucić na jakiejś plaży we Włoszech, ojczyźnie fanatyzmu. W końcu jednak wybrano mordercze tropiki Gujany Francuskiej, która stała się miejscem zesłania i męczeństwa niezaprzysiężonych. Przez ponad pół roku (od końca roku 1793) takiego losu oczekiwało na barkach zacumowanych u wejścia do portu w Bordeaux ponad ośmiuset księży. Stłoczeni w nieludzkich warunkach, pozbawieni żywności, lekarstw i elementarnych warunków ludzkiej egzystencji, czekali na wypłynięcie na ocean. W tych okolicznościach spośród 829 księży zmarło aż 547. Trwali jednak w owych ­katuszach do końca, wspólnie się modląc i nawzajem spowiadając.

    1 października 1995 roku papież Jan Paweł II beatyfikował sześćdziesięciu czterech z nich, bo jak sam podkreślił w homilii beatyfikacyjnej, na dnie udręki zachowali ducha przebaczenia. Jedność wiary i jedność ojczyzny uznali za sprawę ważniejszą niż wszystko inne.

    Martyrologium Kościoła francuskiego czasów rewolucji, sporządzane przez Jana Pawła II, bynajmniej się na tym nie kończy. W lutym 1984 roku beatyfikował on 99 męczenników z Angers – ofiary krwawej pacyfikacji Wandei przez władze Republiki. Do chwały ołtarzy wyniesiono wówczas jedenastu księży i trzy zakonnice. Papież z Polski kontynuował w tym względzie dzieło swoich poprzedników na Stolicy Piotrowej. W roku 1906 bowiem św. Pius X beatyfikował szesnaście karmelitanek z Compiegne straconych w apogeum dechrystianizacyjnych działań władz republikańskich (1793-1794). Wiezione na miejsce stracenia bydlęcymi wozami wszystkie śpiewały Miserere Salve Regina (Witaj Królowo Niebios). Ujrzawszy szafot, odśpiewały Veni Creator (Przybądź Duchu Święty) i na głos odnowiły swoje przyrzeczenia chrzcielne i śluby zakonne.

    Osobną grupę wśród męczenników czasów francuskiej rewolucji stanowią świeccy posyłani na szafot za miłosierdzie okazane duchownym (poprzez udzielenie im schronienia we własnym domu). Część z nich doczekała się oficjalnego uznania swej chwały męczeństwa przez Kościół (jak męczennicy z Angers), większość jednak to święci bezimienni.

    Niektórych jednak znamy, jak na przykład osiemdziesięcioletnią wdowę, Annę Leblanc i jej sześćdziesięcioletnią córkę, Anastazję, skazane na śmierć 1 lipca 1794 w Morlaix. Ich zbrodnią było przechowywanie w domu ściganego księdza, Augustina Clecha z diecezji Tregnier. Maria Gimet, robotnica z Bordeaux, natomiast, z pomocą Marii Bouquier (pracowała jako służąca) ukrywała w swoim mieszkaniu trzech księży: Jeana Molinier z diecezji Cahors, Louisa Soury z diecezji Limoges oraz Jeana Lafond de Villefumade z diecezji Perigueux. W uzasadnieniu wyroku śmierci dla owych kobiet czytamy, iż podzielały kontrrewolucyjne uczucia niezaprzysiężonych księży, (…) chlubiły się, że ich ukrywały oraz kilkakrotnie powtarzały, że lepiej być posłusznym prawu Bożemu niż prawu ludzkiemu. Nie znaleziono żadnych okoliczności łagodzących (na przykład w postaci plebejskiego pochodzenia oskarżonych).

    Zniszczyć papieski Rzym!

    Osobno omówić należy wrogie akty rewolucyjnego państwa (czy to Republiki, czy wywodzącego się z „ideałów roku 1789” Pierwszego Cesarstwa) wymierzone w Stolicę Apostolską i kolejnych papieży. Już w roku 1790 zaanektowano należący do papiestwa Awinion. Uchwalona w tym samym roku cywilna konstytucja kleru była niczym innym jak wypowiedzeniem wojny papieżowi. Od słów do czynów Republika przeszła w roku 1796, z chwilą błyskotliwej ofensywy generała Bonapartego w Italii. Dwa lata później, 1 lutego 1798 roku, wojska francuskie pod dowództwem generała Berthiera zajęły papieski Rzym. Wkrótce też „lud rzymski” (czytaj: co bardziej aktywni członkowie lóż wolnomularskich) „spontanicznie” (pod czujną obserwacją przybyłych zza Alp zaprzyjaźnionych wojsk) ogłosił powstanie Republiki Rzymskiej, znosząc w ten sposób istniejące od ponad tysiąca lat Państwo Kościelne. Aby dotkliwiej upokorzyć papieża, decyzję tę promulgowano 15 lutego 1798 roku, w rocznicę jego wyboru na Stolicę Piotrową.

    Ponad ­osiemdziesięcioletniego, schorowanego Piusa VI francuscy rewolucjoniści wygnali z Rzymu i umieścili w surowych warunkach twierdzy Palence, gdzie 29 sierpnia 1799 roku zakończył on życie ze słowami: In te Domine speravi, non confundar in aeternum (Tobie Boże zaufałem, nie zawstydzę się na wieki) na ustach. Wysłannik Republiki tak raportował to paryskiemu Dyrektoriatowi: Ja, niżej podpisany obywatel, stwierdzam zgon niejakiego Braschi Giovanni Angelo, który pełnił zawód papieża i nosił artystyczne imię Piusa VI. Na końcu zaś nazwał zmarłego papieża: Pius VI i ostatni.

    Podobne nadzieje wyrażał, jeszcze przed śmiercią Piusa VI, generał Napoleon Bonaparte – przyszły cesarz Francuzów. Pisał on do swojego brata, Józefa, pełniącego funkcję francuskiego wysłannika przy Państwie Kościelnym: Jeśli papież umrze, należy uczynić wszystko, by nie wybrano następnego i aby nastąpiła rewolucja [w Państwie Kościelnym]. Ale kolejnego Następcę św. Piotra wybrano podczas konklawe poza Rzymem (w Wenecji) i w dodatku przybrał on imię Piusa VII. To z nim Bonaparte jako Pierwszy Konsul zawarł w roku 1801 konkordat kładący kres najgorszej fali prześladowań Kościoła we Francji i umożliwiający odbudowę struktur kościelnych. Kreujący się na następcę Karola Wielkiego Korsykanin potrzebował papieża, by odbyć cesarską koronację w Paryżu. Ale cały czas traktował on biskupa Rzymu jako podwładnego sobie funkcjonariusza. Nie tolerował żadnego sprzeciwu i wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Gdy w roku 1809 Pius VII „ośmielił się” wyrazić swój sprzeciw wobec brutalnej inwazji Cesarstwa na katolicką Hiszpanię, został aresztowany i przewieziony do Francji, gdzie pozostał więźniem cesarza Francuzów aż do jego upadku w roku 1814.

    „Nowy człowiek” Rewolucji

    Rewolucja poczytywała sobie za cel stworzenie „nowej Francji” i „nowego człowieka” – każdego, kto nie mieścił się w „republikańskich wymiarach”, przykrawała do ich wielkości gilotyna. Choć nie tylko. Oto w roku 1793, podczas jednej z debat toczonych w Konwencie, poważnie roztrząsano projekt jednego z jakobińskich deputowanych zakładający zburzenie w imię republikańskiej równości wszystkich wież kościelnych we Francji. Do realizacji projektu nie doszło, co jednak nie zmienia faktu, że rewolucja francuska to kolejna odsłona radykalnego, antykatolickiego ikonoklazmu. Niszczono całe kościoły (w tym, wspaniałą bazylikę w Cluny) lub je poważnie uszkadzano (zwłaszcza tzw. portale królewskie, m.in. w paryskiej Notre Dame i w jej odpowiedniczce w Chartres). Z perełki gotyku, kaplicy Saint Chapelle w Paryżu (zbudowanej przez św. Ludwika IX w XIII wieku jako relikwiarz dla Korony Cierniowej) uczyniono magazyn na zboże. Katedrę w Chartres od zburzenia uchronił pewien obywatel, który wykupił ją od władz po cenie gruzu (dzisiaj katedra figuruje na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Komitet rewolucyjny w Bourges postanowił zburzyć dwa kościoły (w tym również wspaniałą tamtejszą katedrę), ponieważ w sytuacji, kiedy triumfuje filozofia, należy dołożyć wysiłku do zniszczenia wszystkich świątyń, które świadczą o głupocie naszych ojców i konserwują nadzieje winne przesądów i szarlatanerii.

    „Nowy człowiek” miał funkcjonować w nowym czasie („nowym” znaczy antychrześcijańskim). W takim właśnie kontekście należy rozpatrywać wprowadzenie przez francuskich rewolucjonistów w roku 1792 nowego, tzw. republikańskiego kalendarza. Początkiem nowej ery miała być data proklamowania republiki we Francji – 22 września 1792 roku. Zniesiono Dzień Święty (niedzielę) oraz wszystkie pozostałe święta chrześcijańskie. Zamiast siedmiodniowego tygodnia wprowadzono dziesięciodniowe dekady (chodziło o zamazanie odrębności niedzieli). Jak mówił jeden z projektodawców republikańskiego kalendarza, Fabre d’Eglantine: Długie przyzwyczajenie do gregoriańskiego kalendarza wypełniło pamięć ludu znaczną ilością wyobrażeń, które długi czas szanowano i które jeszcze dzisiaj są źródłem błędów religijnych. Konieczne jest więc zastąpienie tych wizji ignorancji rzeczywistością umysłu, zastąpienie godności kapłańskiej prawdą natury.

    „Nowego człowieka” w „republikańskiej cnocie” miała wychować nowa szkoła, wyjęta spod jakiegokolwiek wpływu Kościoła i oddana pod całkowitą dominację rewolucyjnego państwa. Republikański model edukacji miał być oparty wprost na zasadach antychrześcijańskich. Wspominany na początku teoretyk i praktyk rewolucji, markiz de Sade, zachęcał do tego słowami: Francuzi, zadajcie tylko pierwsze ciosy [religii katolickiej – przyp. aut.], reszty dopełni oświata publiczna.

    Co może oznaczać takie „republikańskie wychowanie”, któremu poddano całe jedno pokolenie Francuzów (w ciągu niemal trzydziestu lat, jakie minęły od roku 1789 do roku 1815), najlepiej dokumentują słowa św. Proboszcza z Ars, który porównał swoich parafian do istot różniących się od zwierząt jedynie chrztem. Pokolenie to, wyrosłe i ukształtowane przez rewolucję (której Pierwsze Cesarstwo było wszak wiernym kontynuatorem), ucieleśniało przerwanie ciągłości nie tylko z dawną Francją królów, ale przede wszystkim z Francją chrześcijańską – „pierworodną córą Kościoła”. Rewolucja nie jest bowiem najgorsza w tym, co niszczy, ale w tym, co tworzy.

    Aleksander Smolarski

    Artykuł ukazał się w 12. numerze dwumiesięcznika „Polonia Christiana”

    ***

    1 września

    Najświętsza Maryja Panna, Królowa Pokoju

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Bronisława, dziewica
      •  Święta Teresa Małgorzata Redi od Najświętszego Serca Jezusa, dziewica
      •  Święta Dulcelina
      •  Jozue, praojciec
      •  Gedeon, sędzia Izraela
      •  Rut

    W Stoczku Klasztornym (znanym też pod nazwą Stoczek Warmiński) w archidiecezji warmińskiej w 1640 r. zbudowano kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Obecnie znajduje się tu także dom zakonny marianów, założony w 1958 r. w starym klasztorze pobernardyńskim.
    W klasztorze tym przez rok (w latach 1952-1953) więziony był przez władze komunistyczne Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Stefan kard. Wyszyński. Tutaj właśnie przygotował akt zawierzenia całej Ojczyzny Matce Bożej. W jednym z pomieszczeń klasztoru znajduje się dziś izba pamięci, utrwalająca obecność ks. Prymasa w tym miejscu.
    W roku 1987 kościół w Stoczku decyzją papieża podniesiony został do rangi bazyliki mniejszej.

    Maryja - Królowa Pokoju

    W ołtarzu głównym kościoła znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Królowej Pokoju. Jest on kopią obrazu Salus Populi Romani z rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej. Został namalowany na płótnie przez nieznanego artystę. Oblicze Matki Bożej jest pełne godności i dobroci. Dzieciątko w swojej lewej ręce trzyma księgę, zaś prawą wznosi do błogosławieństwa. W tle obrazu widzimy chmury, z których u stóp Maryi wynurza się księżyc. Obraz najprawdopodobniej został przywieziony z Rzymu około 1640 roku. W 1670 r. przyozdobiono go dwiema koronami, a w 1687 r. udekorowano srebrną sukienką ze złotymi kwiatami. W 1700 roku dodano berło.
    Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski dnia 19 czerwca 1983 r. na wałach Jasnej Góry dokonał rekoronacji obrazu. W homilii Ojciec Święty powiedział o nim: “Tym aktem wyrażam dziękczynienie Matce Pokoju za trzysta z górą lat opieki nad Świętą Warmią, która na przestrzeni dziejów i zmiennych losów historii dochowała wierności Chrystusowi i Jego Kościołowi”. Wspomniał też o Stoczku jako miejscu uwięzienia ks. Kardynała Wyszyńskiego oraz o jego akcie oddania się Matce Bożej. Zakończył słowami: “Wszystkich Was zawierzam Matce Pokoju”.
    Koronacja ta otworzyła nowy etap w rozwoju kultu Królowej Pokoju. Wiele parafii archidiecezji warmińskiej przeżyło nawiedzenie kopii stoczkowskiego obrazu. Liczne kopie trafiły do kościołów w całej Polsce – i nie tylko. W ciągu pierwszych 20 lat po rekoronacji do różnych miejsc w kraju i poza jego granicami powędrowało około 80 kopii obrazu. Z roku na rok rośnie też liczba pielgrzymów nawiedzających klasztor w Stoczku.
    Wspomnienie Maryi jako Królowej Pokoju jest obchodzone liturgicznie co roku 1 września – w rocznicę wybuchu II wojny światowej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • ogłoszenia – sierpień 2025

    ***

    Niedziela – 31 sierpnia

    Kapłani pracujący w Polskiej Misji Katolickiej w Szkocji zapraszają na 85 doroczną pielgrzymkę do szkockiego sanktuarium w Carfin,aby wspólnie modlić do Miłosiernego Boga za naszą Ojczyznę przez wstawiennictwo Bożej Matki, która Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie.

    Z racji pielgrzymki nie będzie Mszy św. niedzielnej w kościele św. Piotra o godz. 14.00

    ***

    fot. Michał Jarka / Radio BOBOLA/Sancta Familia Media / Carfin Grotto

    ***

    Pielgrzymowanie Polaków do Carfin rozpoczęło się w czasie II wojny światowej. To tutaj przybywali, jeszcze w wojskowych mundurach razem ze swoim Biskupem polowym Józefem Gawliną i z polskimi kapłanami. I to pielgrzymowanie wciąż trwa. Na te pielgrzymki przybywał Ksiądz Kardynał Władysław Rubin, który w roku 1983 poświęcił polską kapliczkę zaprojektowaną i wykonaną przez artystę rzeźbiarza Tadeusza Zielińskiego, twórcę sławnej rzeźby Matki Bożej Kozielskiej. Również wiele razy przyjeżdżał na doroczną pielgrzymkę Ksiądz Arcybiskup Szczepan Wesoły. Obok kapliczki Szkoci umieścili pomnik św. Jana Pawła II, aby upamiętnić rok 1982, w którym nawiedził Szkocję nasz wielki Rodak.

    ***

    IMG_20190511_140037.jpg

    ***

    Across from the Glass Chapel is the Polish Shrine built in 1983. The shrine has an image of Our Lady of Częstochowa – The Black Madonna and a statue of Pope St John Paul II which was blessed by Archbishop Szczepan Wesoły in 2001.

    ***

    PROGRAM PIELGRZYMKI:

    GODZ. 14.00 – ROZPOCZĘCIE MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ PRZY POLSKIEJ KAPLICZCE

    PO PROCESJI – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM ZAKOŃCZONA KORONKĄ DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA O GODZ. 15.00

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 16.00 – UROCZYSTA MSZA ŚW. KONCELEBROWANA

    ***
    Tego dnia jest również możliwość pielgrzymować pieszo do Carfin

    Początek pielgrzymki: 

    niedziela 31 sierpnia 2024 godz. 8.00 – na parkingu Morrisons Cambuslang

    o godz. 8.15 pielgrzymka wyrusza z modlitwą na kładce dla pieszych nad rzeką Clyde

    Po drodze jest wspólny Różaniec

    Zakończenie pielgrzymki – w sanktuarium w Carfin Mszą św. o godz. 16.00

    ***

    Przejście całej trasy trwa około 7 godzin marszu razem z krótkimi postojami.

    Pielgrzymi szlak z Glasgow zaczyna się na pograniczu Glasgow i Cambuslang i biegnie zielonymi dróżkami, które w wielu miejscach są bardzo wąskimi ścieżkami w dolinie rzeki Clyde i South Calder Water.

    ***

    Dogodne miejsca gdzie można dołączyć po drodze:


    – stacja kolejowa NEWTON (Lanark) G72 7TD – około godz. 9.00 (z Newton  do Carfin  21 km)

    – okolice muzeum w BLANTYRE G72 9BY – około godz. 11.00 (z Blantyre  do Carfin 16 km)

    – przy parku rozrywki M&D’s  ML1 3RT – około godz.13.00 (z  M&D’s  do Carfin 10 km)

    ***

    Każdy kto zdecyduje się na pieszą pielgrzymkę idzie na własną odpowiedzialność.

    Osoby niepełnoletnie muszą być pod opieką osoby dorosłej.

    ***

    Transport publiczny :

    • autobusem ze stacji Buchanan o godz. 11.30 do Motherwell a następnie do Carfin (numery autobusów: X 11, 240, 255)
    • pociąg ze stacji Central Station w kierunku Edynburga zatrzymuje się w Carfin

    image.png

    ***

    Najlepsza modlitwa do anioła stróża

    +++

    W NASZYCH MODLITWACH PAMIĘTAJMY O KAPŁANACH, KTÓRZY DUSZPASTERZOWALI POPRZEDNIM POKOLENIOM POLAKÓW NA SZKOCKIEJ ZIEMI I PRZESZLI JUŻ PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:

    ***

    +KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
    +KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
    +KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
    +O. PIUS LEWANDOWSKI OFM (1907 – 1997) – KIRKCALDY, DUNDEE, ABERDEEN
    +KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
    +KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
    +KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth

    +++++++

    +++

    RÓWNIEŻ W NASZYCH MODLITWACH POLECAJMY BOŻEMU MIŁOSIERDZIU WSZYSTKICH RODAKÓW, KTÓRZY POZOSTAWILI NAM MOCNO WYDEPTANE ŚLADY PIELGRZYMKOWYCH DRÓŻEK.

    ***

    ***

    wtorek 26 sierpnia

    Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej

    Msza św. o godz. 19.00 w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego

    NMP Częstochowska

    ***

    Piękną poetycką modlitwą do Królowej Polskiej Korony jest wzruszający wiersz Jana Lechonia, powstały w 1942 roku w Nowym Jorku. Wiersz zatytułowany “Matka Boska Częstochowska” zawiera nawiązania do historii  obrazu i do miejsc szczególnego kultu maryjnego w Polsce:

    Matka Boska Częstochowska, ubrana perłami,
    Cała w złocie i brylantach, modli się za nami.
    Aniołowie podtrzymują Jej ciężką koronę
    I Jej szaty, co jak noc są gwiazdami znaczone.

    Ona klęczy i swe lice, gdzie są rany krwawe,
    Obracając, gdzie my wszyscy, patrzy na Warszawę.
    O Ty, której obraz widać w każdej polskiej chacie
    I w kościele, i w sklepiku, i w pysznej
    komnacie,

    W ręku tego, co umiera, nad kołyską dzieci,
    I przed którą dniem i nocą wciąż się światło świeci.
    Która perły masz od królów, złoto od rycerzy,
    W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy,

    Która widzisz z nas każdego cudnymi oczami,
    Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami!
    Daj żołnierzom, którzy idą, śpiewając w szeregu,
    Chłód i deszcze na pustyni, a ogień na śniegu.

    Niechaj będą niewidzialni płynący w przestworzu
    I do kraju niech dopłyną, którzy są na morzu.
    Każdy ranny niechaj znajdzie opatrunek czysty
    I od wszystkich zagubionych niechaj przyjdą listy.

    I weź wszystkich, którzy cierpiąc patrzą w Twoją stronę.
    Matko Boska Częstochowska, pod Twoją obronę.
    Niechaj druty się rozluźnią, niechaj mury pękną,
    Ponad Polską, błogosławiąc, podnieś rękę piękną

    I od Twego łez pełnego, Królowo, spojrzenia
    Niech ostatnia kaźń się wstrzyma, otworzą więzienia.
    Niech się znajdą ci, co z dala rozdzieleni giną,
    Matko Boska Częstochowska, za Twoją przyczyną.

    Nieraz potop nas zalewał, krew się rzeką lała,
    A wciąż klasztor w Częstochowie stoi jako skała.
    I Tyś była też mieczami pogańskimi ranną,
    A wciąż świecisz ponad nami, Przenajświętsza Pann
    o,

    I wstajemy wciąż z popiołów, z pożarów, co płoną,
    I Ty wszystkich nas powrócisz na Ojczyzny łono.
    Jeszcze zagra, zagra hejnał na Mariackiej wieży
    Będą słyszeć Lwów i Wilno krok naszych żołnierzy.

    Podniesiemy to, co legło w wojennej kurzawie,
    Zbudujemy Zamek większy, piękniejszy w Warszawie.
    I jak w złotych dniach dzieciństwa będziemy słuchali
    Tego dzwonka sygnaturki, co Cię wiecznie chwali.

    ***

    Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna.

    Był rok 1382 lub 1384. Książę Władysław Opolczyk podróżował do Opola, wioząc na załadowanym po brzegi wozie znaleziony na zamku księcia ruskiego Lwa Daniłowicza w Bełzie obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W pobliżu Częstochowy konie nagle zatrzymały się i nie chciały ruszyć z miejsca. A książę we śnie otrzymał polecenie, by przewożony obraz umieścić w pobliskim klasztorze. Od tej pory Jasna Góra staje się miejscem wyjątkowego kultu Matki Bożej, a Jej wizerunek, nazywany jasnogórskim, otaczany jest szczególną czcią przez wiele pokoleń Polaków. W roku 1931, na skutek starań generała paulinów Piotra Markiewicza, watykańska Kongregacja Obrzędów ustanowiła święto Matki Boskiej Częstochowskiej, które jest obchodzone 26 sierpnia.

    Nie ustalono, gdzie i kiedy powstał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, mimo że całe pokolenia badaczy trudzą się nad wyjaśnieniem tych kwestii. Według jednej z legend, obraz miał wykonać św. Łukasz Ewangelista na desce pochodzącej ze stołu stojącego w nazaretańskim domu Świętej Rodziny. Św. Helena przywiozła go z Jerozolimy do Konstantynopola i podarowała swemu synowi Konstantynowi Wielkiemu. Potem należał on do cesarza Karola Wielkiego, a wreszcie trafił do rąk księcia ruskiego Lwa Daniłowicza, który ukrył obraz w zamku w Bełzie, skąd zabrał go Władysław Opolczyka

    Obraz jasnogórski podobny jest do ikon, na których Matka Boska przedstawiana jest z Dzieciątkiem na lewym ramieniu jako Hodegetria, czyli Przewodniczka, Wskazująca Drogę. W ikonografii terminem tym określa się konkretny sposób przedstawiania Maryi z Dzieciątkiem, który obrazuje dogmat o wcieleniu Syna Bożego dla zbawienia człowieka (w odróżnieniu od ikon przedstawiających macierzyńskie uczucia Maryi wobec Syna, bardziej eksponujących człowieczeństwo Chrystusa, określanych mianem Eleusa, Galaktotrofusa lub Kykkotissa).

    Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest więc jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna. Ona nie skupia uwagi na sobie ani nie tuli zaborczo Dziecka, ale wskazuje na Syna jako na Emmanuela, przez którego człowiek wraca do Boga, dostępuje zbawienia. Maryja przyniosła światu Zbawcę, nie zatrzymuje Jezusa dla siebie, ale oddaje Go człowiekowi. Ułożenie prawej dłoni Madonny wyraża prawdę o tym, że jest Ona przewodniczką w wierze, że prowadzi do Syna. Na twarzy widoczny jest smutek, a jednocześnie jakaś łagodność i spokój, co podkreśla godność Boskiego macierzyństwa Maryi.

    Sposób przedstawienia Dzieciątka charakterystyczny dla tego typu ikon – z główką lekko uniesioną w stronę Matki, ale nie przytuloną do Niej, wzrokiem skierowanym na wprost, w lewej ręce trzymającego zwój lub księgę Ewangelii, a prawą uniesioną w geście błogosławieństwa – wyraża prawdę, że Chrystus, chociaż wcielony, a więc wyobrażalny, jest zarazem Bogiem. Jego Boski majestat symbolizuje gest błogosławieństwa i pełen godności wyraz twarzy, a także księga w lewej dłoni – symbol Słowa (Logosu), które stało się Ciałem, jak czytamy w Ewangelii wg św. Jana (zob. J1,1). Wyniosła postawa przypomina o wyjątkowej misji, jaką ma do spełnienia na ziemi Syn Boży – zbawienia świata. Sposób ukazywania postaci Madonny i Dzieciątka podkreśla prawdę, że macierzyństwo Maryi jest wyjątkowe, że jest Ona przede wszystkim Matką Boga.

    W 1430 roku na jasnogórski klasztor napadła banda zbójców. Zrabowali naczynia liturgiczne i klasztorne skarby. Wdarli się do kaplicy z Cudownym Obrazem, który po odarciu z kosztowności sprofanowali. Twarz Madonny została pocięta mieczem, a w końcu ikona rozbita. Obraz został poddany renowacji, jednak, aby zachować pamięć o tym smutnym wydarzeniu, pozostawiono blizny na twarzy Matki Bożej.
    Są obrazy o tematyce religijnej, które nawet podobają się oglądającym je, są uznawane za arcydzieła, dostrzega się w nich talent artysty, ale nie wpływają na ich wiarę czy pobożność. A są obrazy cudowne, słynące łaskami, których twórcom udało się uchwycić i wyrazić Tajemnice, które zbliżają do Boga, przemieniają serce człowieka. Takim obrazem jest wizerunek Czarnej Madonny z Jasnej Góry.

    (tekst ze strony parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy we Wrocławiu)

    ***

    Dziś podziękujmy Najświętszej Maryi Pannie Częstochowskiej za to, że ratuje naszą Ojczyznę od zła!

    Dziś podziękujmy Najświętszej Maryi Pannie Częstochowskiej za to, że ratuje naszą Ojczyznę od zła!

    fot. Aneta Lazurek via Wikipedia, CC BY-SA 3.0 pl

    ***

    Pierwszym i najdawniejszym dokumentem, informującym o cudownym obrazie, jest łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru: Translatio tabulae Beatae Mariae Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus(Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W rękopisie tym czytamy:

    Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Urzeczony cudownym obrazem książę ruski Lew, pozostający w służbie cesarza, uprosił Konstantyna o darowanie mu obrazu, który też przeniósł do swojego księstwa i kazał go bogato ozdobić. Obraz znowu zasłynął cudami. W czasie wojny prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego obraz ukryto w zamku bełskim. Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk zajął obraz. W czasie oblegania zamku przez Litwinów i Tatarów strzała wpadła do zamku i ugodziła w prawą stronę wizerunku. Wtedy nieprzyjaciół otoczyła mgła, która przeraziła wrogów. Książę wypadł na nich z wojskiem i ich rozgromił. Kiedy chciał wywieźć obraz do swojego księstwa, mimo dużej liczby koni obraz nie ruszał z miejsca. Wtedy książę uczynił ślub, że wystawi kościół i klasztor tam, gdzie umieści obraz. Wtedy konie lekko ruszyły i zawiozły obraz na Jasną Górę. Tam umieścił go w kaplicy kościoła, gdzie obraz ponownie zajaśniał cudami.

    Cytowany dokument pochodzi z I poł. XV w. Być może został przepisany z dokumentu wcześniejszego. Tradycja głosi, że obraz został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie. Wizerunek z Jerozolimy do Konstantynopola miał przewieźć cesarz Konstantyn. Służący w wojsku cesarskim książę ruski Lew zapragnął przenieść obraz na Ruś. Cesarz podarował mu wizerunek i od tego czasu obraz otaczany był na Rusi wielką czcią. Obraz rzeczywiście mógł dostać się na Ruś z Konstantynopola, gdyż w XI-XIV w. pomiędzy Cesarstwem Bizantyjskim a Rusią trwał żywy kontakt. Nie jest również wykluczone, że obraz został zraniony strzałą w czasie bitwy. W czasie walk prowadzonych przez Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego na Rusi obraz ukryto w zamku w Bełzie. W roku 1382 znalazł go tam książę Władysław Opolczyk. Doznając wielu łask przez wstawiennictwo Matki Bożej, książę zabrał obraz i przywiózł do Częstochowy.

    Pierwotny obraz jasnogórski mógł pochodzić z VII w. Byłby to więc jeden z najstarszych na świecie wizerunków Matki Bożej. Analiza obrazu wykazuje duże podobieństwo do obrazów, jakie mnisi bazyliańscy malowali na Krecie. W tym wypadku obraz mógłby pochodzić z X w. Stąd mógł znaleźć się w Konstantynopolu.

    Po II wojnie światowej znaleziono na Jasnej Górze inny dokument, pochodzący z 1474 r. Zawiera on szerszy opis dziejów cudownego obrazu, ale pełno w nim legend. Mamy jednak także dokument najwyższej wagi: dwa dzieła, które wyszły spod pióra Jana Długosza (1415-1480). Żył on w czasach, które blisko dotyczą cudownego obrazu – sam mógł więc być świadkiem niektórych wydarzeń. Długosz kilka razy pisze o cudownym obrazie częstochowskim.

    Książę Władysław Opolczyk sprowadził do Częstochowy z Węgier paulinów. Oddał im drewniany kościół parafialny w Starej Częstochowie. Długosz przekazał nam dokładnie akt zrzeczenia się tegoż kościoła przez ówczesnego proboszcza, Henryka Bielę, na ręce ojca Jerzego, przeora klasztoru paulinów w Budzie na Węgrzech. Długosz podaje, że akt przekazania odbył się dnia 23 czerwca 1382 r. 10 sierpnia tego roku książę Opolczyk specjalnym dokumentem przekazał uposażenie, jakie nadał klasztorowi w Starej Częstochowie.

    Darowizny te musiały być niewystarczające, skoro 24 lutego 1393 r. książę Opolczyk ponowił akt darowizn przez swoich pełnomocników. Byli nimi: krakowianin Spytko z Melsztyna i Jan Tarnowski z Sandomierza. Długosz wymienia szczegółowo, jakie to były darowizny i świadczenia. Dowiadujemy się także, jaki był wówczas stan klasztoru i kościoła.

    Bardzo szybko do obrazu zaczęli przybywać pierwsi pielgrzymi, którzy dzięki modlitwie do Maryi doznawali wielu łask. Z czasem zaczęli tu przynosić swoje wota. Przyciągnęły one złodziei. Na Wielkanoc 1430 r. dwaj panowie polscy i książę ruski dokonali napaści na Jasną Górę. Dla zatarcia śladów posłużyli się bandami husyckimi, grasującymi na Śląsku. W tym czasie klasztor słynął już z powodu cudownych łask otrzymywanych dzięki modlitwie do Maryi przedstawionej w wizerunku jasnogórskim. Napastnicy sądzili, że w klasztorze są zatem jakieś wielkie bogactwa i skarby, bo ściągały do niego rzesze pielgrzymów na święta maryjne. Kiedy okazało się, że wyposażenie klasztoru jest dość skromne – ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby. Odarli także cudowny obraz ze złota i klejnotów, którymi przyozdobili go pobożni pielgrzymi. Wreszcie przecięli twarz Maryi cięciem szabli.

    Na prośbę paulinów król Władysław Jagiełło pozwolił zabrać zniszczony i zbeszczeszczony przez rabusiów obraz do Krakowa i powierzył jego odnowienie – na własny koszt – nadwornym malarzom. Przypuszcza się, że pochodzili oni z Rusi i specjalizowali się w sztuce bizantyjskiej. Usiłowali oni naprawić obraz i przywrócić go do stanu pierwotnego. Kładli jednak farby nową techniką (tempera), czego stare malowidło nie przyjmowało. Nie znali bowiem dawnej techniki enkaustycznej, stosowanej w obrazach starochrześcijańskich i bizantyjskich, którą wykonano pierwotny wizerunek. W tej sytuacji albo zrobiono najpierw wierną kopię obrazu poprzedniego, albo powielono jedną z już istniejących kopii. Prace trwały długo, być może nawet dwa lata. To świadczy, z jak wielkim pietyzmem go malowano. Dla zaakcentowania wierności dla pierwowzoru artyści pozostawili nawet ślady ran, zadanych Matce Bożej na obrazie pierwotnym. Zachowali również te same deski, na których namalowano pierwowzór, chociaż kosztowało ich to wiele dodatkowego trudu.

    Zmieniono natomiast ozdoby szat. Lilie andegaweńskie na płaszczu Maryi nawiązują zbyt wyraźnie do herbu andegaweńskiego króla Węgier Ludwika. Prawdopodobnie dodano także do rąk Dzieciątka książkę. Do dziś pozostały na obrazie jedynie ślady napaści z 1430 r. – są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa, oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi (dwa widoczne wyraźniej, cztery pozostałe słabiej).

    [koniec_strony]

    Księgi klasztoru częstochowskiego potwierdzają niezwykłe fakty, związane z cudownym obrazem. Zapisywano je skrzętnie w osobnej księdze łask. Najstarszy zachowany opis cudownego uzdrowienia pochodzi z roku 1402. O sławie jasnogórskiego obrazu świadczy również to, że już w owych czasach sporządzano jego kopie. Już w roku 1390 miał ją Głogówek, w roku 1392 daleki Sokal, a w roku 1400 – jeszcze dalszy Lepogłów w Chorwacji.

    Na Jasnej Górze wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk (1448 i 1472), św. Kazimierz królewicz (1472), Zygmunt I Stary (1510 i 1514), Stefan Batory (1581), Zygmunt III Waza (1616, 1620, 1630), Władysław IV (1621, 1633, 1638, 1642, 1644, 1646), Jan Kazimierz (1649, 1656, 1658, 1661), Michał Korybut Wiśniowiecki (1669, 1670), Jan III Sobieski (1676, 1683), August II Sas (1704), August III Sas (1734).

    W roku 1655 miała miejsce słynna obrona Jasnej Góry. 9 listopada 1655 r. hrabia Wejhard podszedł pod Jasną Górę w 3 tys. żołnierzy i zażądał bezwzględnej kapitulacji. Przeor klasztoru, o. Augustyn Kordecki, odmówił. Zaczęło się więc oblężenie. 19 listopada przybył generał Burhardt Miller oraz pułkownik Wacław Sadowski. Oblężenie trwało do Bożego Narodzenia, a więc ponad miesiąc. O. Kordecki miał do dyspozycji 160 żołnierzy i 70 zakonników. Obroną klasztoru dowodzili Stefan Zamojski i Piotr Czarnecki. Miller do rozbicia klasztoru i kościoła oraz otaczających murów użył najcięższych dział. Wyrzucono 340 armatnich kul o masie sześciu, a nawet dwunastu kilogramów. Naród zerwał się do walki. To zmusiło Millera do opuszczenia Jasnej Góry nocą 27 grudnia. Usiłował on jeszcze powrócić i z nagła zaskoczyć 24 i 28 lutego, a potem 9 kwietnia 1656 r., ale również bezskutecznie

    Obecny obraz Matki Bożej, namalowany na drewnianej tablicy, zalicza się do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria,co oznacza “Tę, która prowadzi”. Sam obraz (o wymiarach 122,2 x 82,2 x 3,5 cm) jest ułożony na trzech deseczkach lipowych, sklejonych, na które została położona kredowa zaprawa grubości 2-3 mm. Samo malowidło położono temperą na płótnie. Przedstawia ono stojącą Najświętszą Maryję Pannę z Dzieciątkiem Jezus na lewym ręku. Matka Boża ma na sobie czerwoną suknię, a na nią narzucony niebieski płaszcz ozdobiony liliami andegaweńskimi. Prawa ręka Maryi spoczywa na piersi. Jezus jest przyodziany w sukienkę koloru karminowego, bogato złoconą ozdobami, z rękawami szczelnie zapiętymi u dłoni – podobnie jak u Maryi. W lewym ręku trzyma księgę, prawą natomiast unosi w geście błogosławieństwa, wskazując jednocześnie na Maryję. Całe pole nimbu Maryi i Jezusa jest wypełnione pozłotą. Tło obrazu jest zielone, co w symbolice obrazów bizantyjskich wyraża często pełnię łask Ducha Świętego. Dziecię Boże ma stopy bose, co wyróżnia się na tle bogactwa jego szaty. Płaszcz przykrywa także głowę Najświętszej Panny jakby naturalnym welonem. Nad czołem na płaszczu widać złotą gwiazdę. Obramowanie szaty Jezusa i płaszcza Maryi ma szeroką złotą oblamówkę. U płaszcza Maryi ma ona dodatkową ozdobę w postaci artystycznej koronki. Na to wszystko są nałożone na obie postacie artystyczne i zdobne w drogie kamienie szaty i korony.

    Obraz jasnogórski był kilka razy odnawiany. Po raz pierwszy – przypuszczalnie w roku 1682 z okazji przygotowań do 300-lecia sprowadzenia obrazu. Wtedy to nieznany malarz, podpisany J.K. pinxit indignus servus wymalował olejnymi farbami obraz, przedstawiający historię cudownego obrazu. Obraz ten umieścił na odwrocie cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Nie przeprowadził jednak konserwacji samego obrazu. Dokonał jej dopiero w 1705 r. na dwanaście lat przed koronacją brat zakonny, Makary Szybkowski. Z tej okazji również przemalował on olejnymi farbami płaszcz i suknię Maryi i Dzieciątka; do płaszcza Maryi wbił także 28 mosiężnych gwiazdek. Usunął je dopiero profesor Jan Rutkowski, kiedy w 1925-1926 roku dokonywał naukowego badania obrazu i jego gruntownej konserwacji. Usunął on przy tym także olejne farby, nałożone w latach późniejszych, oraz sadze z twarzy Matki Bożej i Pana Jezusa. Usunął też ślady gwoździ, które były przybite do deski celem umocnienia sukienek srebrno-złotych. Oczyszczono deski od robactwa i ubytków powstałych na skutek próchnienia. Oczyszczono także i zabezpieczono ramy obrazu. W latach 1948-1952 przeprowadzono jeszcze raz naukowe badania najnowocześniejszymi dostępnymi wówczas środkami: prześwietlenie rentgenowskie, badano obraz pod mikroskopem, wykorzystując kryteria mikropaleontologiczne i mineralogiczne, przeprowadzono także ocenę technologiczną i artystyczno-formalną. W latach II wojny światowej (1939-1945) obraz znajdował się w ukryciu. Dlatego wymagał kolejnej renowacji. Dzieła dokonał konserwator R. Kozłowski.

    Od bardzo dawna istnieje zwyczaj ozdabiania cudownych obrazów Maryi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego miała miejsce w 1717 r. Korony ofiarował sam król August II Mocny. Aktu koronacji dokonał brat prymasa, biskup Krzysztof Szembek, w dniu 8 września 1717 r. Obecni byli ponadto biskup wileński i inflancki. W uroczystej procesji przeniesiono obraz z kościoła do sali rycerskiej. Tam odczytano dekret papieski i przyniesiono korony. Następnie obraz przeniesiono uroczyście do kościoła wśród modlitw, śpiewów i salw armatnich. Tu nastąpił obrzęd nałożenia koron i Msza święta. Po obiedzie odprawiono Nieszpory i przeniesiono obraz z kościoła do kaplicy. Tam odśpiewano Litanię Loretańską i Te Deum. Z okazji koronacji nałożono na obraz Matki Bożej kosztowne szaty wykonane przez złotnika, brata Makarego Szybkowskiego. Sporządził on trzy suknie na różne uroczystości: granatową haftowaną diamentami, niebieską z rubinami i zieloną z perłami i różnymi drogimi kamieniami. Od 1817 r. zaczęto obchodzić uroczyście rocznicę koronacji. W 1909 r. w nocy z 22 na 23 października zakonnik i kapłan Macoch dokonał kradzieży koron z obrazu Matki Bożej, perłowej sukni i wielu kosztowności. Ze świętokradztwem połączył mord dokonany na wspólniku. Skazano go na dożywotnie więzienie. Papież św. Pius X ofiarował nowe korony. Rekoronacja odbyła się 22 maja 1910 r.

    00:36

    W 1957 r. na apel prymasa Stefana Wyszyńskiego i uchwałą Episkopatu Polskiego Polska rozpoczęła Wielką Nowennę, aby przygotować cały naród do obchodów tysiąclecia przyjęcia Chrztu przez Mieszka I (966-1966). Równocześnie zarządzono peregrynację kopii cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Peregrynacja rozpoczęła się dnia 26 sierpnia 1957 r. w archidiecezji warszawskiej. Dokładnie rok wcześniej, 26 sierpnia 1956 r., w 300 lat od ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych przed obrazem Matki Bożej Łaskawej we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku, Episkopat Polski pod nieobecność uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego w obecności około miliona wiernych odnowił uroczyście te ślubowania. 5 maja 1957 r. odnowienie tych ślubów odbyło się we wszystkich kościołach polskich. Śluby króla Jana Kazimierza były jego osobistym zobowiązaniem, śluby jasnogórskie zaś stały się zobowiązaniem całego narodu polskiego jako program chrześcijańskiego życia, wytyczony przez Wielką Nowennę przed Tysiącleciem Chrztu Polski.

    Najbardziej znana i uroczysta koronacja obrazu odbyła się w 1966 r. w ramach obchodu Tysiąclecia Chrztu Polski. Dokonał jej Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Kardynał Stefan Wyszyński, wielki czciciel Maryi Jasnogórskiej, oddany Jej z synowską ufnością; jest on założycielem Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej Matki Kościoła, działającego obecnie pod nazwą Instytutu Prymasowskiego Stefana kard. Wyszyńskiego.

    Cudowny obraz jest otaczany przez Polaków niezwykłą czcią. Wielokrotnie modlił się przed nim także kard. Karol Wojtyła, a potem – papież Jan Paweł II. Co roku, na uroczystości maryjne (szczególnie 15 i 26 sierpnia) do jasnogórskiego sanktuarium przybywają setki tysięcy ludzi, bardzo często idąc w pieszych pielgrzymkach przez wiele dni.

    Dzisiejsza uroczystość powstała z inicjatywy bł. Honorata Koźmińskiego, który po upadku powstania styczniowego starał się zjednoczyć naród wokół Królowej Polski – Maryi. Wraz z ówczesnym przeorem Jasnej Góry, o. Euzebiuszem Rejmanem, wyjednał on u św. Piusa X ustanowienie w 1904 r. święta Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XI rozciągnął w 1931 r. ten obchód na całą Polskę oraz zatwierdził nowy tekst Mszy świętej i brewiarza.

    brewiarz.pl

    ***

    26 sierpnia – uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Jak kształtował się kult Jasnogórskiej Pani i jakie ma znaczenie?

    Samplefot. Hubert Szczypek

    ***

    26 sierpnia Kościół w Polsce obchodzi uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Wizerunek Czarnej Madonny z Jasnej Góry od wieków związany jest z dziejami naszego narodu. Kult Jasnogórskiej Pani ma jednak znacznie szerszy zasięg – obejmuje wiele krajów Europy, a dzięki polskim emigrantom rozprzestrzenił się również w Ameryce. Co więcej, przekracza granice wyznaniowe: obecny jest także w prawosławiu, które obchodzi święto Ikony Częstochowskiej 19 marca.

    Geneza obrazu – tajemnica pochodzenia

    Według legendy opisanej w najstarszej historii wizerunku Translatio Tabulae Beatae Mariae Virginis, quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus, obraz Matki Bożej Częstochowskiej miał być namalowany przez św. Łukasza na blacie stołu Świętej Rodziny, wykonanym z drzewa cyprysowego. Ukazuje on Maryję jako hodegetrię – Matkę wskazującą drogę, trzymającą na ręku Dzieciątko zwrócone twarzą ku widzowi. W IV wieku św. Helena, matka cesarza Konstantyna Wielkiego, miała przywieźć ten obraz do Konstantynopola, skąd następnie trafił na Ruś, a stamtąd – do Polski.

    Zupełnie inną genezę wskazują badania prof. Wojciecha Kurpika z końca XX wieku. Według niego obraz powstał w XIII–XIV wieku na Bałkanach, pod wpływem szkoły malarskiej w Ochrydzie. W drugiej połowie XIV stulecia znalazł się na dworze Andegawenów w Budzie. Ponieważ uległ poważnym uszkodzeniom i rozpadł się na trzy części, poddano go tam konserwacji i przemalowano w stylu włoskim, prawdopodobnie przez jednego z artystów włoskich pracujących w otoczeniu królewskim.

    Elżbieta Łokietkówna, matka króla Węgier i Polski Ludwika Węgierskiego, przekazała obraz swojemu synowi. Z czasem trafił on na Ruś Czerwoną, do Bełza, gdzie otaczany był czcią prawosławnych. Stamtąd – podczas działań wojennych – zabrał go do Polski Władysław Opolczyk, namiestnik Ludwika Węgierskiego. Według Piotra Risiniusa (Historia pulchra, 1523), obraz przybył do Częstochowy 31 sierpnia 1384 roku i został powierzony paulinom, sprowadzonym z Węgier dwa lata wcześniej. Wkrótce zaczęli napływać liczni pielgrzymi – nie tylko z Polski, ale także, jak notował Jan Długosz, ze Śląska, Moraw, Węgier i Prus.

    Symboliczne rysy i zniszczenia

    Obecna postać obrazu pochodzi z lat 1431–1433, kiedy dokonano gruntownej restauracji. Była ona konieczna po dramatycznych wydarzeniach Wielkiej Nocy 1430 roku, kiedy banda rabusiów – Polaków, Czechów, Niemców i Rusinów – zaatakowała klasztor, licząc na ukryte skarby. Jan Długosz relacjonował: „Nie znalazłszy skarbów, wyciągnęli świętokradcze dłonie po sprzęty święte (…). Sam obraz naszej Pani odarli ze złota i klejnotów (…), a nie poprzestając na grabieży, przebili oblicze na wylot mieczem, a tablicę połamali”.

    Pełna konserwacja, sfinansowana przez króla Władysława Jagiełłę, odbyła się w Krakowie w latach 1431–1432. Odtwarzając zniszczony wizerunek, malarze wiernie zachowali ślady ran na twarzy Matki Bożej, nacinając je ostrym narzędziem i pokrywając cynobrem. Te rysy, symbolicznie wpisane w ikonę, pozostają jednym z najważniejszych jej elementów.

    Jasna Góra – bastion i duchowe schronienie

    Już w XV wieku Jasna Góra otrzymała przywileje odpustowe, co umocniło jej rangę jako głównego sanktuarium w Polsce. W epoce reformacji była miejscem licznych konwersji.

    Podczas „potopu” szwedzkiego klasztor bohatersko oparł się oblężeniu od 18 listopada do 26 grudnia 1655 roku. Dwunastotysięczne wojsko generała Burcharda Mullera nie zdołało pokonać zaledwie 160 żołnierzy, 20 szlachciców i 70 zakonników dowodzonych przez przeora Augustyna Kordeckiego. Zwycięstwo to odczytano jako znak opieki Maryi, a król Jan Kazimierz 1 kwietnia 1656 roku ogłosił Ją Królową Korony Polskiej.

    W kolejnych stuleciach Jasna Góra wielokrotnie stawała się miejscem obrony narodowej – m.in. przed wojskami saskimi i szwedzkimi w latach 1702–1705 czy podczas konfederacji barskiej w 1771 roku. Również wtedy sanktuarium traktowano jako Sanctissimum – duchową twierdzę narodu.

    Sanktuarium trzech zaborów

    Po rozbiorach Jasna Góra znalazła się pod panowaniem pruskim, a następnie rosyjskim. Mimo konfiskat i ograniczeń kult Jasnogórskiej Pani trwał, a miejsce to jednoczyło Polaków ze wszystkich trzech zaborów. Podczas jubileuszu 500-lecia klasztoru w 1882 roku zgromadziło się tam około 400 tysięcy wiernych.

    Emigranci i misjonarze rozszerzali kult także poza granicami kraju, budując kościoły pod jej wezwaniem w Europie Zachodniej i na innych kontynentach. W 1904 roku papież Pius X zatwierdził obchodzenie uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej w diecezji włocławskiej, co znacznie ożywiło ruch pielgrzymkowy – już w 1910 roku do Częstochowy przybyło 800 tysięcy pątników.

    XX wiek – od Hlonda do Wyszyńskiego

    W okresie międzywojennym szczególnym orędownikiem kultu był kard. August Hlond, prymas Polski. Dzięki jego staraniom Jasna Góra stała się centrum życia religijnego: odbywały się tu konferencje Episkopatu, ogólnopolskie pielgrzymki i synody. W 1931 roku papież Pius XI ustanowił 26 sierpnia dniem uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej.

    Podczas II wojny światowej Częstochowska Ikona była duchowym symbolem Polski Walczącej. Mimo okupacji wierni pielgrzymowali, choć w małych grupach, a młodzież akademicka ponawiała swe śluby.

    Po wojnie kult rozwijał się jeszcze mocniej. Prymas Stefan Wyszyński uczynił Jasną Górę centrum programu duszpasterskiego Wielkiej Nowenny, przygotowującej naród do Millennium Chrztu Polski. Jasnogórskie Śluby Narodu (1956) zgromadziły milion wiernych i stały się wydarzeniem historycznym.

    Od 1957 roku rozpoczęła się peregrynacja kopii ikony po całej Polsce. Choć komunistyczne władze próbowały ją powstrzymać, nawet aresztując obraz, w diecezjach wędrowały wówczas puste ramy – wymowny znak duchowej obecności Maryi.

    Jasna Góra – sanktuarium Europy

    Lata 70. i 80. XX wieku przyniosły dynamiczny rozwój ruchu pielgrzymkowego, zwłaszcza pieszych pielgrzymek z całej Polski. Rekordowe były Światowe Dni Młodzieży w 1991 roku, gdy przybyło tu niemal 2 miliony młodych, w tym 100 tysięcy z ZSRR.

    Jasną Górę odwiedzali kolejni papieże: Jan Paweł II – przy każdej pielgrzymce do ojczyzny, Benedykt XVI oraz Franciszek, który modlił się tu 28 lipca 2016 roku w ramach obchodów 1050-lecia Chrztu Polski.

    Współczesne oblicze pielgrzymowania i kultu

    Pielgrzymki tematyczne i nowe formy pątnictwa

    W ostatnich dekadach szczególnie rozwinęły się pielgrzymki środowiskowe i tematyczne. Do Częstochowy przybywają co roku m.in. studenci, harcerze, motocykliści, rolnicy, przedstawiciele świata pracy i mediów. Coraz większą popularność zdobywają także nietypowe formy pielgrzymowania – rowerowe, biegowe czy rolkowe – które wyróżniają Jasną Górę na tle innych sanktuariów europejskich.

    Sanktuarium w świecie mediów

    Ogromną rolę w szerzeniu kultu Matki Bożej Częstochowskiej odgrywają media elektroniczne. Codziennie transmitowane są msze święte i Apel Jasnogórski, które gromadzą przed ekranami i komputerami setki tysięcy wiernych nie tylko w Polsce, ale i wśród Polonii rozsianej po świecie. Kanały internetowe sanktuarium należą dziś do najaktywniejszych katolickich mediów w Polsce.

    Wymiar międzynarodowy

    Jasna Góra od lat zajmuje miejsce w gronie najważniejszych sanktuariów maryjnych świata, obok Lourdes, Fatimy czy Guadalupe. Jest celem pielgrzymek młodych ludzi z wielu krajów Europy, a także pielgrzymów z innych kontynentów, zwłaszcza tam, gdzie pracują polscy misjonarze. W 2017 roku klasztor wraz z obrazem został wpisany na listę Pomników Historii, a trwają starania o wpisanie Jasnej Góry na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

    Wyzwania duszpasterskie

    Coraz silniej uwidacznia się także rola Jasnej Góry w duszpasterstwie rodzin i młodzieży. Ważnym wydarzeniem jest coroczna Ogólnopolska Pielgrzymka Rodzin, gromadząca tysiące małżeństw i dzieci. Sanktuarium staje się również przestrzenią spotkań ekumenicznych, w których uczestniczą duchowni prawosławni i protestanccy, podkreślając uniwersalny charakter czci oddawanej Jasnogórskiej Ikonie.

    Statystyki pielgrzymowania – rok 2024

    Według sprawozdania Kustosza Jasnej Góry, w 2024 roku sanktuarium nawiedziło ponad 4 miliony pielgrzymów, o ponad 400 tysięcy więcej niż w roku poprzednim. W zorganizowanych pielgrzymkach (pieszych, rowerowych, biegowych, rolkowych i konnej) uczestniczyło 101 627 osób, w tym: 92 097 w 237 pielgrzymkach pieszych, 8 977 w 215 grupach rowerowych, 424 w 19 biegowych, 105 w dwóch rolkowych i 24 w jednej konnej. Największe grupy stanowili pątnicy z Tarnowa (ok. 7 tys.), Radomia (ponad 6,1 tys.), Krakowa (ok. 6 tys.) i Warszawy (ok. 4,1 tys.). Przewodnicy Jasnogórskiego Centrum Informacji oprowadzili 4 231 grup (88 268 osób) z 74 krajów, a transmisje nabożeństw i Apelu Jasnogórskiego zgromadziły ponad 28 milionów widzów online.

    Rok 2025 – do 15 sierpnia w zorganizowanych pielgrzymkach  pieszych

    Na uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny na Jasną Górę dotarły dziesiątki tysięcy pielgrzymów. Tylko 13 i 14 sierpnia przybyło tu ok. 35,5 tys. osób, a wraz z pątnikami sztafetowymi – jeszcze kilka tysięcy więcej.

    Tegoroczne pielgrzymowanie wyróżniał widoczny wzrost udziału młodzieży, młodych małżeństw i rodzin z dziećmi. Na trasach nie brakowało też wydarzeń symbolicznych – oświadczyn czy ślubów. Pątnicy musieli zmagać się z tropikalnym upałem, a mimo to kolejne grupy piesze, rowerowe i biegowe docierały na Jasną Górę przez cały sierpień.

    Przed uroczystością Wniebowzięcia w sierpniu przyszło łącznie 54,5 tys. pielgrzymów, w tym:

    • 52,5 tys. w 55 pielgrzymkach pieszych,
    • blisko 2 tys. w 35 pielgrzymkach rowerowych,
    • 63 osoby w 3 pielgrzymkach biegowych.

    Od początku sezonu pielgrzymkowego, czyli od maja do 14 sierpnia, na Jasną Górę dotarło w sumie 74,2 tys. osób. Najwięcej – 65,8 tys. – przyszło pieszo w 148 grupach. Na rowerach przyjechało 7,8 tys. osób w 174 pielgrzymkach, a biegiem – 452 osoby w 15 grupach. Do sanktuarium dotarła także pielgrzymka rolkowa z Wrocławia (60 osób) oraz konna (17 osób).

    Najliczniejsze były: 47. Radomska Pielgrzymka Piesza (7,2 tys. osób), 45. Krakowska (5,5 tys.) i 314. Warszawska (4,3 tys.). Najdłuższe dystanse pokonały grupy szczecińska i kaszubska – ponad 640 km w niespełna 20 dni – oraz pielgrzymi z Suwałk (560 km w 17 dni).

    Z samej Warszawy w 8 pielgrzymkach przyszło łącznie 10 tys. osób, m.in. w Warszawskiej Akademickiej Pielgrzymce Metropolitalnej (2,5 tys.), w „siedemnastce” akademickiej (1,3 tys.) czy w Pielgrzymce Żołnierzy (360 osób).

    Kolejna fala pątników spodziewana jest 26 sierpnia, w uroczystość Matki Bożej Jasnogórskiej.

    Kai26 sierpnia 2025 – Marcin Przeciszewski – Jasna Góra Ⓒ Ⓟ

    ***

    Ikona jasnogórska znów odwiedzi każdą parafię w Polsce.

    O trzeciej peregrynacji obrazu MB Częstochowskiej

    Na trasie nawiedzenia można zobaczyć, jak ożywionym rytmem bije Kościół właśnie w Polsce i jak żywy jest kult Matki Bożej.

    fot. Agnieszka Otłowska/Gość Niedzielny

    ***

    Zwykle jest tak, że pielgrzymujemy do łaskami słynących wizerunków Matki Bożej lub innych świętych. Czasami jednak wizerunki te pielgrzymują do nas.

    Kopia Cudownego Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej odwiedzi każdą parafię w Polsce. Tak samo jak wówczas, gdy po uwolnieniu prymasa Stefana Wyszyńskiego w 1957 roku cały kraj został objęty łaską wielkiej peregrynacji. I tak jak później, gdy po roku 1985 Obraz Nawiedzenia ponownie gościł w każdym zakątku kraju. Trzecia peregrynacja zostanie zainaugurowana 26 sierpnia na Jasnej Górze, a pierwszym gospodarzem, który ugości ikonę, będzie diecezja sosnowiecka.

    – Na szczycie jasnogórskim przyjmiemy obraz, aby go zaprowadzić do naszego diecezjalnego domu. A 30 sierpnia o godzinie 11 w katedrze sosnowieckiej odbędzie się uroczyste rozpoczęcie wędrowania Maryi po parafiach naszej diecezji – mówi biskup sosnowiecki Artur Ważny. – Maryja przychodzi również po to, aby jak w Kanie Galilejskiej zobaczyć nasze biedy, zobaczyć nasze braki i poprosić Jezusa o przemianę, o to, aby wiele spraw, które są trudne, stało się naszą siłą i naszym błogosławieństwem – podkreśla hierarcha, wskazując na „różne zranienia, różne problemy, cierpienia”, z którymi zmaga się diecezja sosnowiecka.

    Pamiętamy, że to w sosnowieckim Kościele lokalnym miały miejsce skandale z udziałem duchownych, które zszokowały całe społeczeństwo, głęboko zraniły wspólnotę wierzących i wielu ludzi zgorszyły. Stąd wybór tej właśnie diecezji jako pierwszej, która ugości Obraz Nawiedzenia, nie jest przypadkowy. Nie jest też przypadkiem, że zaraz po Sosnowcu obraz zostanie przewieziony do Dąbrowy Górniczej.

    „W tym czasie ikona jasnogórska nawiedzi m.in. te miejsca, w których wydarzyły się przykre i gorszące sytuacje” – czytamy w diecezjalnej instrukcji duszpasterskiej. Stąd pierwsza część peregrynacji zostanie poświęcona uzdrowieniu i odnowie. Pozostałe parafie diecezji sosnowieckiej będą przeżywać nawiedzenie według tradycyjnego schematu. Peregrynacja potrwa tam do 14 czerwca 2026 roku. Potem obraz przyjmą następne diecezje: rzeszowska, siedlecka, świdnicka, drohiczyńska i kolejne.

    Zdumiewające owoce

    Obraz Nawiedzenia to ten sam wizerunek, który odwiedzał polskie parafie w czasie obu poprzednich peregrynacji i był świadkiem niezliczonych uzdrowień duchowych i fizycznych.

    Wszystko zaczęło się w 1956 r., gdy prymas Stefan Wyszyński przebywał na internowaniu w Komańczy. Nie mógł wziąć udziału w Jasnogórskich Ślubach Narodu Polskiego, których tekst sam przygotował. Polecił biskupom wynieść cudowny obraz na wały 26 sierpnia 1956 r., w święto NMP Częstochowskiej. Gdy oczom wiernych ukazał się święty wizerunek, przeszło milionowy tłum zaczął krzyczeć: „Matko, zostań z nami!”. Powiadomiony o tym kardynał zdał sobie sprawę, że Polacy potrzebują zewnętrznego znaku bliskości Jasnogórskiej Pani. Cudowny obraz musiał oczywiście zostać na Jasnej Górze. Tak zrodziła się idea peregrynacji kopii jasnogórskiego wizerunku.

    Namalowania obrazu podjął się toruński artysta Leonard Torwirt. Na zlecenie episkopatu wykonał dwie wierne kopie. W maju 1957 r. uwolniony już prymas z kilkoma biskupami wyjechał do Watykanu, zabierając oba obrazy. 14 maja Pius XII pobłogosławił je. Jeden został w Watykanie, a drugi, po powrocie do kraju, ruszył w wielką pielgrzymkę po Polsce. 26 sierpnia 1957 r. na Jasnej Górze obraz przejęła delegacja archidiecezji warszawskiej, która przewiozła go do stolicy. Peregrynacja rozpoczęła się 29 sierpnia i natychmiast zaczęła przynosić obfite owoce. Ikonę wszędzie witały tłumy ludzi. Przed konfesjonałami ustawiały się wyjątkowo długie kolejki penitentów, ludzie masowo przystępowali do Komunii św., pary niesakramentalne zawierały śluby kościelne, jednały się zwaśnione rodziny, wielu złożyło deklaracje trzeźwościowe, a niektórzy rzucali przed obrazem książeczki partyjne. Na modlitwie przed Matką Bożą ujawniały się bądź utwierdzały powołania kapłańskie i zakonne.

    Z obrazem i bez

    Szybko zareagowały komunistyczne władze PRL, w różny sposób przeszkadzając w kontynuowaniu pielgrzymki – na przykład zatrzymując i rewidując pojazdy przewożące obraz, ustawiając na trasie blokady i objazdy, aż wreszcie, 2 września 1966 r., „aresztując” go na drodze do Katowic i odstawiając na Jasną Górę. – Znaczące, że ci, którzy Obraz Nawiedzenia zatrzymywali w różnych miejscach, traktowali go bardzo osobowo, pilnowali go jeszcze przez 6 lat, wystawiając straże w bramach jasnogórskich. Mieli poczucie, że to jest Ktoś ważny, kogo nie można puścić w Polskę – zauważa o. Mariusz Tabulski, rektor seminarium paulinów i przeor klasztoru na Skałce w Krakowie. Dodaje, że oni, mimo braku wiary, widzieli w „obrazie” zagrożenie.

    Na uwagę zasługuje fakt, że peregrynacja w znaku pustej ramy trwała nadal. Uczestniczyły w niej tłumy nie mniejsze niż poprzednio, a i owoce duchowe dorównywały tamtym.

    13 czerwca 1972 r. Obraz Nawiedzenia potajemnie, ale za cichą zgodą prymasa, wyniósł z Jasnej Góry ks. Józef Wójcik i zawiózł do Radomia, gdzie udało się przywrócić go na szlak peregrynacji. Ta trwała jeszcze 8 lat i zakończyła się w 1980 r. w diecezji częstochowskiej.

    Tylko w tej diecezji podczas nawiedzin kopii ikony Czarnej Madonny zarejestrowano 11 uzdrowień fizycznych. Na przykład po modlitwie przed obrazem u parafianki z Masłowic samoistnie znikła narośl, która miała być usunięta operacyjnie. W domu nowicjatu Sióstr Uczennic Boskiego Mistrza na Grabówce jedna z sióstr doznała łaski cudownego przywrócenia głosu. 78-letnia i już prawie umierająca wdowa z parafii Panki nagle odzyskała zdrowie i sprawność i żyła jeszcze 12 lat w dobrej kondycji.

    Nadzwyczajne zdarzenia, które spisano, były niewielką częścią łask otrzymanych przez uczestników nawiedzeń w parafiach wszystkich polskich diecezji.

    Omodlony wizerunek

    W 1985 r. zaczęła się druga peregrynacja kopii obrazu MB Częstochowskiej po Polsce. Trwała, z przerwami, 40 lat, a skończyła się na początku maja tego roku.

    – Można powiedzieć, że Matka Boża pielgrzymuje w tym obrazie już 70 lat. To Ona przychodzi, bo sam obraz jest tylko jakimś rodzajem uobecnienia osoby, z którą się spotykamy – podkreśla o. Mariusz Tabulski. Z peregrynacją wiążą się jego osobiste przeżycia. Pamięta do dziś modlitwę w 1987 r. przed obrazem Maryi w rodzinnym Białymstoku, gdy szukał swojego powołania. Drugie spotkanie z ikoną peregrynacyjną miało miejsce w krakowskim seminarium zakonnym, gdzie młody paulin przygotowywał się do kapłaństwa. – Mogłem tam modlić się przez 24 godziny. Odczułem wtedy, że ten obraz naprawdę wywołuje żywą relację z osobą Matki Bożej, bo jest przede wszystkim omodlony. Proszę sobie przeliczyć: 70 lat po 24 godziny w każdej parafii. To jest coś niezwykłego – to omodlenie i ta obecność – podkreśla zakonnik.

    Podczas drugiej peregrynacji o. Mariusz Tabulski towarzyszył obrazowi w kilku diecezjach. Zauważył wtedy, że pierwszym spotkaniom z księżmi i z biskupami towarzyszył lęk, iż nic szczególnego się nie wydarzy. – A potem wszystko jest tak piękne, że kapłani sami są szczęśliwi. Takiego poruszenia duszpasterskiego nie widziałem nigdy w życiu. Wielu ludzi, których spotkałem na przywitaniu Matki Bożej, wcześniej nie widziano w kościele. No i są konkretne owoce, które dotykają serc wszystkich – zaświadcza paulin. Jest przekonany, że podobnie będzie za tym trzecim nawiedzeniem, tym bardziej że, jak zauważa, są już nowi ludzie i nowe pokolenia.

    – Pamiętam takie świadectwo kard. Kazimierza Nycza w Płocku. Kiedy przekazywał obraz po nawiedzeniu archidiecezji warszawskiej, mówił: „Muszę się wyspowiadać przed wami z myśli, że czas nawiedzenia jest już za nami, że to było dobre w czasach kard. Wyszyńskiego. Ale jeżdżąc od parafii do parafii, zobaczyłem cuda i wśród księży, i wśród wiernych, i muszę przyznać, że to wciąż jest jeden z najskuteczniejszych środków ewangelizacji” – opowiada duchowny. Przywołuje również spotkanie z dyrektorem IPN-u w Katowicach, Andrzejem Sznajderem, który prowadził badania na temat wpływu peregrynacji w Polsce. – Powiedział wtedy, że Polska nie wyglądałaby tak dobrze i nie wyszłaby tak z komunizmu, gdyby nie nawiedzenie, które przyniosło lokalne poruszenie i budziło do odwagi – opowiada. – Te wszystkie ruchy, które potem wybrzmiały w Solidarności i w oporze wobec władz PRL, rodziły się właśnie w duchowych poruszeniach i w tych maleńkich manifestacjach w małych wioskach i miastach. Spotkanie z Matką i Królową przywracało ludziom ich godność i wielkość, przy Matce Bożej nabierali odwagi – zauważa paulin. – No i oczywiście z tego nawiedzenia potem rodziły się inne rodzaje peregrynacji – innych obrazów, figur czy nawet świętych patronów. Wszystko, aby budzić i umacniać wiarę – dodaje.

    Skąd pomysł

    Sama praktyka peregrynacji nie jest wynalazkiem polskim. We Francji znane były wędrówki świętych wizerunków, np. peregrynacja kopii figury Matki Bożej z Boulogne. Po kontynentach świata pielgrzymuje też kopia figury Matki Bożej Fatimskiej, jednak żadna tego rodzaju peregrynacja nie dorównuje skalą ani reakcją społeczną nawiedzeniu wszystkich polskich parafii i diecezji przez kopię cudownego obrazu jasnogórskiego. Inicjatywa prymasa Wyszyńskiego spopularyzowała tę formę pobożności w Polsce. Zaczęto praktykować m.in. „małe nawiedzenia”, czyli odwiedziny wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej od domu do domu w poszczególnych parafiach. Odbywają się także peregrynacje związane z określonym zawodem, ruchem lub środowiskiem. Na przykład w pierwszej części tego roku kopia obrazu Matki Bożej Łaskawej, Strażniczki Polski, odwiedzała parafie i instytucje wojskowe. Peregrynacja jest także ważnym elementem Ruchu Szensztackiego, w którym praktykuje się wędrówkę obrazu Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej od domu do domu, a jego wizyta staje się centrum modlitwy i skupienia dla rodzin.

    Szczególną formą peregrynacji jest pielgrzymka innej kopii ikony jasnogórskiej „Od Oceanu do Oceanu” – przez świat w obronie cywilizacji życia i miłości. Obraz podróżuje od 2012 r. Odwiedzając 32 kraje na pięciu kontynentach, przebył już ok. 220 tys. kilometrów.

    Po Polsce co jakiś czas pielgrzymują też relikwie popularnych u nas świętych i błogosławionych – na przykład św. Antoniego, św. Teresy od Dzieciątka Jezus czy bł. Piera Giorgia Frassatiego.

    Abyś krążyła…

    20 maja 1981 r. miało miejsce wydarzenie szczególne. Obraz Nawiedzenia przyniesiono do pokoju ciężko chorego prymasa Stefana Wyszyńskiego. Kardynał, któremu został jeszcze tydzień życia, wiedział, że to „wizyta pożegnalna”. Leżąc bez sił, zwrócił się do Maryi: „Tyle razy przybywałem do Ciebie, Matko, na szlak nawiedzenia. Dzisiaj Ty przychodzisz do mnie. Byłaś zawsze dla mnie największą łaską, światłem, nadzieją i programem mojego życia” – mówił z wysiłkiem. Zakończył słowami: „Niech ta wędrówka nadal nie ustaje, a gdy się skończy, niech zacznie się na nowo; abyś stale krążyła po Polsce, dana ku obronie naszego narodu”.

    W maju skończyła się druga peregrynacja. Właśnie rozpoczyna się kolejna. – Na trasie nawiedzenia można zobaczyć, jak ożywionym rytmem bije Kościół właśnie w Polsce i jak żywy jest kult Matki Bożej – zaznacza o. Mariusz Tabulski. I dodaje: – Dlatego prymasowi tak bardzo zależało, żeby nawiedzenie obrazu Królowej Polski trwało.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    piątek 22 sierpnia

    Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej

    Koronacja Matki Boskiej, El Greco, 1591, Muzeum Santa Cruz, Toledo, Hiszpania

    Charakterystyczna dla obrazów El Greca świetlistość opływa scenę koronacji Najświętszej Marii Panny. W dole zebrali się Apostołowie – wznoszą wzrok w górę, kontemplując niebiańską scenę: trzy osoby Świętej Trójcy koronują Matkę Bożą na Królową Niebios.

    ***

    Papież Pius XII encykliką “Ad Caeli Reginam” 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, ustanowił święto Królowej Maryi, które początkowo obchodzone było 31 maja a po reformie kalendarza liturgicznego w czasie Soboru Watykańskiego II przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia NMP.

    “Nakazujemy również, aby tegoż dnia ponawiano poświęcenie się rodzaju ludzkiego nieskalanemu Sercu Panny Maryi. W nim bowiem leży nadzieja nadejścia lepszego wieku, tryumfu wiary i chrześcijańskiego pokoju”.

    papież Pius XII

    ***

    “Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana, jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego oraz zwycięzcy grzechu i śmierci”.

    z Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II – Lumen gentium (KK59)

    ***

    ***

    Tego wieczoru bardzo serdecznie zapraszam do sali parafialnej przy kościele św. Piotra na godzinną adorację przed Najświętszym Sakramentem od godz. 18.00. W tym czasie jest również możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi św.

    po adoracji Msza święta

    i odnowienie Aktu oddania się Matce Bożej Królowej świata

    ***

    Akt osobistego oddania się Matce Bożej 

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!
    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace,
    Radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam.
    Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości.
    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi
    i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką.
    Chcę odtąd czynić wszystko z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie.
    Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam.
    Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna i zawsze zwyciężasz.
    Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna
    była rzeczywistym Królestwem Twego Syna i Twoim. Amen. 

    ***

    22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona, oddaliśmy siebie i całą naszą wspólnotą do dyspozycji Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za wiele błogosławieństw jakie dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.

    ***

    Papież Leon XIV prosi, aby dzień 22 sierpnia był dniem

    modlitwy i postu o pokój

    Vatican media

    ***

    W piątek, 22 sierpnia, będziemy obchodzić wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Królowej. Maryja jest Matką wierzących tutaj, na ziemi, i jest również nazywana jako Królowa Pokoju.

    Podczas gdy nasza ziemia nadal jest okaleczana przez wojny w Ziemi Świętej i w wielu innych regionach świata, zachęcam wszystkich wiernych, aby dzień 22 sierpnia przeżyli podejmując post i modlitwę, błagając Pana, aby obdarzył nas pokojem i sprawiedliwością oraz otarł łzy tych, którzy cierpią z powodu trwających konfliktów zbrojnych.

    Niech Maryja, Królowa Pokoju, wstawia się za nami, aby narody znalazły drogę do pokoju“.

    ***

    Podczas środowej audiencji papież Leon XIV zwrócił się z wyjątkowym wezwaniem do wiernych. Ojciec Święty ogłosił, że nadchodząca uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej, przypadająca 22 sierpnia, ma być przeżywana jako dzień postu i modlitwy w intencji pokoju oraz sprawiedliwości.

    Leon XIV przypomniał, że Maryja od wieków czczona jest jako Królowa Pokoju, a Jej wstawiennictwo ma szczególną moc w czasach, gdy świat doświadcza nieustannych niepokojów. Papież zaznaczył, że dzisiejsza rzeczywistość nie daje złudzeń — konflikty zbrojne wciąż zbierają tragiczne żniwo i dotykają miliony niewinnych ludzi.

    W swoim wystąpieniu Ojciec Święty nakreślił dramatyczny obraz współczesności, w której cierpienie stało się codziennością dla wielu narodów. 

    Gdy nasza ziemia jest nadal raniona przez wojny w Ziemi Świętej, w Ukrainie i w wielu innych regionach świata, zachęcam wszystkich wiernych, aby 22 sierpnia przeżyli jako dzień postu i modlitwy, błagając Boga o pokój i sprawiedliwość i o to, by osuszył łzy tych, którzy cierpią z powodu trwających konfliktów – powiedział papież.

    Leon XIV podkreślił, że modlitwa i post są najprostszymi, a zarazem najpotężniejszymi narzędziami, jakie posiadają wierzący.

    To nie są gesty bez znaczenia, ale konkretna broń duchowa, dzięki której można zmieniać świat – dodał, apelując o wspólnotowe działanie w duchu wiary i solidarności.


    Ojciec Święty poświęcił też osobne słowa Polakom, co wywołało wyjątkowe poruszenie wśród zgromadzonych wiernych. Zwrócił się zarówno do pielgrzymów obecnych w Rzymie, jak i do tych, którzy w tym czasie licznie zmierzają na Jasną Górę. Wskazał, że polska pobożność i przywiązanie do Matki Bożej od wieków są przykładem dla całego Kościoła.

    Serdecznie pozdrawiam Polaków (…). Proszę was, aby wśród waszych intencji znalazły się błagania o dar pokoju, dla całego świata — podkreślił papież.

    Leon XIV zwrócił uwagę, że modlitwa Narodu Polskiego ma szczególną siłę właśnie dzięki silnej więzi z Maryją, Królową Polski. Dodał, że to, co dziś najbardziej potrzebne, to wołanie o pokój “nieuzbrojony i rozbrajający” , czyli taki, który nie rodzi się z kolejnej eskalacji przemocy, lecz z przebaczenia i pojednania. Szczególnie wskazał na Bliski Wschód i Ukrainę regiony, gdzie wojna każdego dnia przynosi kolejne ofiary.

    Ojciec Święty podkreślił, że Polacy, jako Naród boleśnie doświadczony przez historię doskonale wiedzą, jak cennym darem jest pokój. Dlatego ich głos modlitwy ma dla niego wyjątkowe znaczenie.

    “Bez przebaczenia nie będzie nigdy pokoju”
    W katechezie Leon XIV nawiązał do gestu Jezusa z Ostatniej Wieczerzy, kiedy podał chleb temu, który miał Go zdradzić. Papież wskazał, że prawdziwe zrozumienie serca Chrystusa kryje się w miłości aż do końca, nawet wtedy, gdy spotykamy się z odrzuceniem i niewdzięcznością. 

    Bez przebaczenia nie będzie nigdy pokoju — zaznaczył mocno, dodając, że przebaczenie nie jest słabością, lecz drogą ku nadziei i wolności.

    na podstawie Vatican news

    ***

     Adobe Stock.pl -Tygodnik Niedziela

    ***

    Co służy pokojowi?

    Kto nie zdaje się na Bożą łaskę, ten zdaje się na łaskę losu.

    Leon XIV powiedział niedawno: „Świat już tego dłużej nie wytrzyma, jest za dużo wojen, trzeba się modlić o pokój”. To jedna z wielu wypowiedzi, w których papież wzywa do modlitwy w związku z trwającymi na świecie starciami zbrojnymi.

    – No i co z tego, musi tak gadać – wzruszy ramionami ten i ów. Towarzyszy temu poczucie, że to mowa-trawa, bo do zakończenia wojen potrzeba ludzi i sprzętu. A jaki wpływ na losy wojen może mieć czyjeś tkwienie na kolanach i dialog z kimś, kogo nie widać?

    Tak mogą mówić tylko ci, którzy nie mają doświadczenia modlitwy. Jak, człowieku, chcesz wiedzieć, czy modlitwa coś daje, jeśli się nie modlisz? Modlitwa w pierwszym rzędzie zmienia modlącego się, jego stosunek do Boga i ludzi, a tym samym wyostrza widzenie rzeczywistości. Modlący się zauważa na przykład, jak dalece prawdziwe jest spostrzeżenie św. Jakuba, który wskazuje prawdziwe źródło konfliktów. „Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych” – pisze apostoł.

    Nie jest tak? Wojny i kłótnie mają zawsze to samo źródło – żądzę. W zasadzie skłócenie w domu różni się od wojny między państwami tylko obszarem objętym działaniami, liczbą ludzi i rodzajem sprzętu, ale istota jest ta sama: chciwość rzeczy materialnych, znaczenia i dominacji, i niezdolność do ustąpienia. Wszyscy na tych wojnach tracą. „Prowadzicie walki i kłótnie, a nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie” – to znowu Jakub. I zaraz dodaje: „Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz”.

    No tak, bo jeśli czyjaś „modlitwa” to tylko jeden z rodzajów broni używanej dla osiągnięcia tego samego celu, co wojna, to dalej chodzi o chciwość. A Bóg na taki handel nie idzie, bo chce prawdziwego pokoju, a nie kolejnej „operacji specjalnej”.

    Dyplomacja jest przydatna, ale to szczera modlitwa dodaje pokojowi „soli” – utrwala go i sprawia, że on służy nie tylko doczesności, ale i wieczności.


    KRÓTKO:

    Produkcja ludzi

    Chiny, po latach zbrodniczej polityki jednego dziecka, próbują zaradzić zapaści demograficznej, zwracając się ku nowoczesnym technologiom. Już w przyszłym roku na tamtejszy rynek ma wejść maszyna w kształcie człowieka, posiadająca sztuczną macicę. Robot ma stwarzać warunki do rozwoju dziecka od poczęcia do porodu, utrzymując je w sztucznym płynie owodniowym i odżywiając je przez specjalne przewody. Przeprowadzono już pomyślnie testy na zwierzętach. Maszyna ma kosztować 100 tys. juanów, czyli około 14 tys. dolarów. Autorzy twierdzą, że robot może być szczególnie przydatny dla kobiet, które nie mogą albo nie chcą zajść w ciążę i jej donosić.

    Dlaczego władze nie myślą o konsekwencjach? Ano właśnie – w komunistycznych Chinach to już taka tradycja, że fatalne błędy naprawia się tam jeszcze gorszymi.

    Franciszek Kucharczak/ Gość Niedzielny


    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    18.08 – 24.08

    Pierwsza Godzina Męki Pańskiej

    O północy z czwartku na piątek 21/22 sierpnia w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    ***

    25.08 – 31.08

    Druga Godzina Męki Pańskiej

    O północy z czwartku na piątek 28/29 sierpnia w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.

    ***

    szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl

    ***

    W dzień Wniebowzięcia NMP 15 sierpnia w kaplicy na Jasnej Górze przed cudownym obrazem naszej Matki i Królowej organizatorzy dzieła Nieustannego Rozważania Męki Pańskiej złożyli Akt Zawierzenia.

    Może być zdjęciem przedstawiającym tekst

    Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:

    – o wypełnienie się Woli Bożej w naszym Narodzie

    – o przemianę polskich serc

    – za dusze czyśćcowe

    – o zaprzestanie aborcji

    – o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne

    ***

    O inicjatywie i jej autorach

    Inicjatywę 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę współtworzy grupa modlitewna osób pochodzących z różnych części Polski, żyjących duchowością pasyjną. Została zainicjowana w parafii Trójcy Przenajświętszej w Burzynie, gdzie w sierpniu 2022 r. po raz pierwszy zostało zorganizowane, znane w obecnej formie, rozważanie 24 Godzin Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny, choć samo nabożeństwo przy udziale tych samych osób było organizowane w tej parafii już wcześniej, a przez inne grupy i wspólnoty także w innych częściach Polski.

    Od tego czasu 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę odbyło się w wielu kościołach, kaplicach i sanktuariach maryjnych w Polsce, jak np. na Jasnej Górze, w Gietrzwałdzie, w Krakowie na Skałce, w Małym Płocku, w Rychwałdzie.

    Opiekunem grupy jest o. Josip Magdić ze zgromadzenia oo. Misjonarzy Montfortanów z Częstochowy, który udzielił swojego błogosławieństwa na to dzieło.

    Jego istotą jest modlitwa przebłagalno-ekspiacyjna za grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie oraz w intencji wypełnienia się w niej Woli Bożej. Polega na trwaniu przez 24 godziny przed wysta­wionym Najświętszym Sakramentem i rozważaniu, godzina po godzinie, Męki naszego Zbawiciela wg pism włoskiej mistyczki Luizy Piccarrety.

    Grupa tworząca dzieło 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę organizuje w wybranych parafiach takie nabożeństwa kilka w razy w roku, ale oprócz tego zachęca inne grupy, aby we własnym zakresie, ale w łączności, także podejmowały tę inicjatywę, tak aby cała Polska była objęta łaskami płynącymi z tych rozważań. I tak się dzieje. Na zaproszenie odpowiedziała już ponad setka parafii, nie tylko w Polsce. W niektórych Męka odbywa się już cyklicznie raz w miesiącu.

    Pomysłodawcami 24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę są zatem konkretni ludzie (jest nim sam Jezus tak naprawdę…), ale organizatorem może stać się każdy, a wręcz jest wskazane, aby lokalne wspólnoty parafian wraz ze swoimi kapłana­mi włączały się w to nabożeństwo w intencji Ojczyzny. Dla nich to powstała stro­na: www.vicona.pl/24, która może stać się pomocna przy organizacji w parafii „24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę”.

    W sierpniu 2025 r. zrodziła się nowa inicjatywa nieustannego (365 dni w roku) rozważania Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny i dusz czyśćcowych. Czyli już nie tylko punktowe wydarzenie w danym miejscu co jakiś czas ale dwadzieścia cztery godziny na dobę w domach wiernych. Ogólna zasada jest taka, aby raz tygodniu rozważyć jedną Godzinę Zegara Męki Pańskiej w zadeklarowanym przez siebie czasie. Osoby zgłaszające się będą podzielone na kilka grup modlitewnych. Każda z nich, aby objęła nieustanną modlitwą cały rok musi zawierać 504 osoby.


    Dlaczego modlimy się za Polskę?

    Żyjemy dziś w czasach największej apostazji, czyli odejścia od Boga. Sekularyzacja państw Zachodu jest faktem. Polska, choć uważana za ostoję katolicyzmu, też stopniowo ulega tej fali. Coraz więcej ludzi, także tych deklarujących się katolikami, żyje tak, jakby Pana Boga nie było i opowiada się za strukturami zła w swoich wyborach. Czas, w którym przyszło nam żyć, jest czasem bezkompromisowej walki duchowej. Ale co gorsza, nawet ludzie wierzący nie zawsze to widzą, trwając w stanie uśpienia i letargu. A przecież wiele proroctw mówi o szczególnej misji, jaką Polska ma odegrać wobec innych narodów. Jakże się to stanie, skoro widzimy, że sprawy w naszym kraju idą w tak złym kierunku?

    Jako główną intencję naszej modlitwy przyjęliśmy więc wynagrodzenie za wszystkie grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie oraz intencję o wypełnienie się w niej Woli Bożej. Modlimy się, prosząc o wstawiennictwo: Maryję Królową Polski, Świętego Michała Archanioła, Anioła Stróża Polski, patronów Polski, a zwłaszcza św. Andrzeja Boboli, polskich świętych i błogosławionych oraz dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków.

    Zbawiciel pragnie, aby na każdy skrawek polskiej ziemi, na każde miasto i na każdą wioskę spłynęła Jego drogocenna Krew, by je pobłogosławić i ochronić! Luiza Piccarreta tak o tym pisze w swoim dzienniku:

    Zadowolenie, jakie Błogosławiony Jezus odczuwa, gdy rozważamy te Godziny jest takie, że życzy On sobie, aby przynajmniej jeden egzemplarz tych medytacji znajdował się w każdym mieście i miejscowości dla praktykowania przez dusze, ponieważ gdy je czytamy, Jezus słyszy w tych zadośćuczynieniach odtwarzany Swój własny głos i Swoje modlitwy jakie wznosił do Ojca w czasie dwudziestu czterech godzin Swojej bolesnej Męki. I jeśli byłoby to praktykowane przez przynajmniej kilka dusz w każdym mieście lub miejscowości, to wydaje mi się że Jezus daje mi do zrozumienia, że Boża Sprawiedliwość zostałaby częściowo ułagodzona, a Jego uderzenia byłyby częściowo powstrzymane, i jak gdyby przygaszone, w tych smutnych czasach udręki i przelewu krwi.

    Zadośćuczynienie

    Wielu wierzących nie dostrzega, że każdy grzech popełniony indywidualnie ma swoje negatywne reperkusje nie tylko wobec jednostki ale i całego społeczeństwa czy narodu, i domaga się zadośćuczynienia.

    Dlatego podczas 24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę, nabożeństwa o charakterze ekspiacyjnym, wynagradzamy za wszystkie grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie (zarówno przez żyjących jak i zmarłych Polaków), zwłaszcza za grzechy: zbrodni wobec nienarodzonych dzieci, nieczystości, apostazji, nienawiści, podziałów, kłótni i nieprzebaczenia, pijaństwa, rozwodów, niegodnego przyjmowania Komunii Świętej, zdrady narodu. Wynagrodzenie to nie tylko łagodzi Bożą sprawiedliwość wobec żyjących, ale w przypadku zmarłych, uwalnia ich dusze z czyśćca, a te z kolei, z wdzięcznością orędują za swoimi dobroczyńcami.

    Dziś mało kto wzywa do pokuty i nawrócenia. Bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach Kościoła w Polsce była zorganizowana w 2016 r. Wielka Pokuta – największe w historii chrześcijaństwa nabożeństwo przebłagalno-ekspiacyjne, które zgromadziło pod wałami klasztoru jasnogórskiego ponad 140 tysięcy wiernych. Zebrali się, by prosić Boga o wybaczenie grzechów swoich oraz całego narodu. Wierzymy, że tamto wydarzenie nie było ostatnim, ale zapoczątkowało akty kolejnych wynagrodzeń. Modlimy się zatem w duchu i w łączności z Wielką Pokutą, aby kontynuować to wielkie dzieło ekspiacji. Podczas modlitwy o uwolnienie Polski spod mocy ciemności, która została wypowiedziana 15 października 2016 r., padły m.in. takie słowa: „Ojcze, Boże Wszechmogący, nadszedł już czas, aby raz na zawsze odwrócić się od grzechów naszych i naszych nieprawości, które ranią Twoje Ojcowskie Serce, od szatana, księcia tego świata, ojca kłamstwa i iluzji, a zwrócić się całym sercem do Ciebie. Pragniemy jak mieszkańcy Niniwy dzisiaj błagać Cię o przebaczenie naszych grzechów, win i nieprawości. Za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi!”. Niech Jego oczyszczający i uświęcający płomień zstąpi teraz na nas tu obecnych, na wszystkich Polaków mieszkających na tej ziemi i poza jej granicami”. Dlatego i my powtarzamy te słowa oraz inne fragmenty tej potężnej modlitwy, rozpalając wielki płomień, czego konkretnym wyrazem jest wieńczące nasze rozważania nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi.


    ​Aby Polska posłuszna była woli Bożej!

    Nasz Pan powiedział do św. Siostry Faustyny: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje. (Dz. 1732)

    ​Posłuszeństwo Woli Bożej jest więc kluczowe dla Polski, aby mogły się przez nią wypełnić plany Boże. Abyśmy jako naród wypełnili misję, jaką Bóg przeznaczył nam w planie zbawienia. Mimo, że wiele proroctw mówi o tym, że Polska ma do odegrania ważną rolę, to jednocześnie wiemy, że jest to warunkowe: „jeżeli posłuszna będzie woli Mojej”. Widzimy też, jak niebezpieczne ideologie pojawiające się w naszym kraju, zagrażają dziś naszej wierze, moralności i rodzinie oraz stanowionemu prawu. Młode pokolenie często nie chce mieć już nic wspólnego z Kościołem i dokonuje apostazji, a nawet ją promuje i zachwala. Zagrożona jest również jedność samego Kościoła. Dym szatana, o którym mówił papież Paweł VI, dostał się do jego wnętrza i postępuje coraz śmielej.

    W obliczu tych zagrożeń, podejmujemy walkę modlitewną o Polskę, by posłuszna była woli Bożej, i by przygotować duchowy fundament pod iskrę, która ma z niej wyjść.​

    Nieprzypadkowo temat posłuszeństwa Polski Woli Bożej wiążemy z rozważaniem dzieła napisanego przez włoską mistyczkę Luizę Piccarretę, małą córeczkę Woli Bożej, jak nazywał ją sam Jezus, ponieważ Wola Boża jest istotą całego orędzia, które otrzymała. Ale Wola Boża nie rozumiana jedynie jako jej „spełnianie”, ale „życie w Woli Bożej”, co jest pewną nowością, którą trzeba dobrze zrozumieć. Wola Boża staje się wręcz pożądanym Darem – a więc radością − który możemy posiąść, a nie trudnością i powinnością, którą trzeba wypełnić. Luiza usłyszała od Jezusa, że od niej rozpoczyna się nowe „pokolenie dzieci Woli Bożej”, łańcuch dusz powołanych do życia w Woli Bożej. Wola Boża będzie rozumiana i spełniana na zupełnie nowy sposób, właśnie jako życie w niej i nią jako swoją własną. Będzie to przywrócenie na ziemi pierwotnego porządku, jaki panował przed grzechem pierworodnym – „…bądź Wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi” – choć nie znaczy to, że grzech zostanie zupełnie wyeliminowany, bo to nastąpi dopiero w Królestwie Niebieskim.​


    Jeśli to prawda, że przyszłe pokolenia (a może już nasze?) otrzymają tę wielką łaskę, aby móc w pełni żyć w Woli Bożej, chcemy już dziś uczyć się tego, otwierając nasze serca na ten Dar – być tym zaczątkiem. I chcemy tego dla Polski. Chcemy modlić się o to, aby również Polska przyjęła ten Dar i żyła nim, stanowiąc prawo, które jest prawem Bożym, i aby przez to wypełniły się Boże zamiary względem niej. Jaka modlitwa mogłaby być do tego odpowiedniejsza, niż rozważanie Męki Pańskiej spisanej przez Małą Córeczkę Woli Bożej, która to modlitwa w całości opiera się na zespoleniu z Wolą Bożą, czy wręcz na „posługiwaniu się” nią?​

    Jezus mówił do Luizy: (…) większy lub mniejszy efekt tych GODZIN MĘKI wynika z większej lub mniejszej jedności, jaką ze Mną tworzą. Jeśli stworzenie rozważa je za pośrednictwem mojej Woli, to ukrywa się w mojej Woli, a kiedy działa moja Wola, mogę czynić wszelkie dobro, jakiego zapragnę, nawet za pomocą jednego tylko słowa. I będę to czynił za każdym razem, gdy będziecie je rozważać.

    ​Odmiennością tych Godzin, w stosunku do innych rozważań Męki Pańskiej, jest odtwarzanie w sobie wszystkich uczuć, myśli, pragnień i zadośćuczynień Jezusa, jakby to były nasze, a więc wejście w Jego Wolę, aby uczynić ją naszą wolą. Przekładając to na intencję za Polskę, którą sobie wyznaczyliśmy − bierzemy pragnienia Jezusa, a więc Jego Wolę względem naszej Ojczyzny i jednocząc się z nią, za jej pomocą, wyrażamy te same pragnienia i prośby do Ojca Niebieskiego, aby spełniło się to, czego On chce i czego my chcemy w Jego Woli. Mamy pewność, że taka intencja nie może być nigdy zła, ponieważ nie prosimy o to, co my uważamy za dobre dla nas, ale o to, czego chce Bóg dla naszej Ojczyzny. A On ma zawsze najdoskonalszy plan!

    Nieustanne Rozważanie Męki Pańskiej

    Kalendarz Męki

    Wybierz dzień i godzinę Rozważania

    szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl

    ***

    piątek 15 sierpnia

    Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    Sample

    Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny

    Rubens, 1626 | wikipedia

    ***

    Uroczysta Msza św.

    w kościele św. Piotra o godz. 20.00

    ***

    – Tego dnia mamy obowiązek uczestniczenia we Mszy św.

    Członkowie Żywego Różańca mogą uzyskać odpust zupełny 

    za siebie albo za dusze w czyśćcu cierpiące  pod zwykłymi warunkami:

    – być w stanie łaski uświęcającej; 

    (jeżeli tego warunku brak, należy przystąpić do spowiedzi św.)

    – nie mieć w sobie przywiązania do jakiegokolwiek grzechu; 

    – uczestniczyć w pełni we Mszy św.;

    – pomodlić się w intencjach, w których modli się Ojciec św.

    ***

    Z uroczystością Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny związany jest zwyczaj święcenia ziół. Dlatego w pobożności ludowej dzisiejsze święto nazywamy także świętem Matki Boskiej Zielnej lub Korzennej i w kościołach kapłani święcą zioła, kwiaty i snopy dożynkowe.

    Święcenie ziół przypomina, że człowiekowi potrzebna jest ozdrowieńcza moc natury. Człowiek powinien być doskonały, zbawiony i zdrowy, czego uosobieniem jest Maryja. Według starej tradycji, w bukiet do poświęcenia w tym dniu wiązano 7 lub 77 różnych ziół i zbóż, później także kwiatów. Siódemka już w Starym Testamencie jest symbolem doskonałości. Tych siedem ziół to rumianek, mięta, melisa, bazylia, rozmaryn, lubczyk i nasturcja.

    Dominikanin św. Albert Wielki z Kolonii ok. 1230 r. znał już około 200 ziół leczniczych. Św. Hildegarda z Bingen (1098-1179) znała wiele sposobów na „leczenie ciała i duszy” i np. przepisywała dziewannę jako środek „na słabe i smutne serce”. A wnuczka królowej Bony – Anna Wazówna była autorką pierwszego w Polsce zielnika. Z ziół sporządzała lekarstwa i leczyła nimi mieszkańców zamku oraz okoliczną ludność.

    Według ludowej tradycji, co zresztą potwierdza także nauka, w tym czasie zioła kwitną najpiękniej i mają najbardziej intensywny zapach i największą moc. Dlatego właśnie w tym czasie zbiera się zioła, które mają lecznicze działanie.

    ***

    „Błogosław Ojczyźnie naszej, by była Tobie zawsze wierna…”

    Castel Gandolfo, Włochy. Obraz Jana Rosena Bitwa Warszawska 1920 r. w kaplicy papieskiej
Matki Bożej Częstochowskiej

    Ksiądz Ignacy Skorupka w obronie Warszawy w 1920 r. Obraz namalowany na życzenie papieża Piusa XI w kaplicy w Castel Gandolfo przez Jana Henryka Rosena (fot. Grzegorz Gałązka)

    ***

    W dzisiejszą uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wspominamy 105. rocznicę Cudu nad Wisłą – „Bitwę Warszawską”, która ocaliła Europę przed bolszewickim najazdem.

    ***

    Cud nad Wisłą i modlitwa za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli – zapomniany epizod z 1920 r.

    Przed Bitwą Warszawską w lipcu i sierpniu 1920 r. w stolicy trwały żarliwe modlitwy za wstawiennictwem jezuickiego męczennika św. Andrzeja Boboli. Jego relikwie, specjalnie przywiezione z Krakowa, były wystawiane na ołtarze i noszone w procesjach, a polscy biskupi zwrócili się z prośbą do papieża o ogłoszenie Boboli patronem kraju. Po zwycięstwie dziękowano mu za orędownictwo. Jednak po II wojnie światowej ten epizod wojny polsko-bolszewickiej został niemal zapomniany. Przypominamy fragment książki Joanny i Włodzimierza Operaczów „Boży wojownik. Opowieść o św. Andrzeju Boboli”.

    Św. Andrzej Bobola

    św. Andrzej Bobola

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Bohater wschodniego frontu

    Po beatyfikacji Andrzeja Boboli [w 1853 r. – przyp. red.] jego kult powoli rósł w kraju, do czego przyczyniła się przepowiednia przekazana w 1819 r. dominikaninowi o. Marcinowi Godebskiemu, że Polska odzyska niepodległość, kiedy Bobola zostanie ogłoszony jej patronem. Nad popularyzacją postaci błogosławionego najbardziej pracowali jezuici, którzy głosili kazania na jego temat, publikowali artykuły i broszury i podejmowali wiele innych przedsięwzięć. Współbracia Boboli, którzy posługiwali po kryjomu wśród podlaskich unitów, brutalnie prześladowanych przez władze carskie, oddawali mu się w opiekę i ponoć na każdym kroku doznawali jego wsparcia. W czasie I wojny światowej był on dla polskich żołnierzy popularnym orędownikiem.

    Gdy w 1920 roku bolszewicy stanęli na przedmieściach stolicy, z polskiej strony nastąpiła bezprecedensowa mobilizacja – przede wszystkim militarna i organizacyjna, ale również duchowa. Jak ocenia historyk prof. Wiesław Jan Wysocki, Kościół katolicki w Polsce nigdy w swojej histori nie wykazał się takim zaangażowaniem w sprawy narodowe. […] W Warszawie organizowano liczne msze i modlitwy. […] W nabożeństwach, które odbywały się przy akompaniamencie dział grzmiących na przedmieściach miasta, wzięło udział około stu tysięcy osób. Proszono o orędownictwo Matkę Bożą oraz […] bł. Andrzeja Bobolę i bł. Władysława z Gielniowa. Ich relikwie były noszone w procesjach i wystawiane podczas nabożeństw (w przypadku świętego Andrzeja był to kawałek żebra pobrany z ciała w 1917 roku w Połocku i specjalnie przywieziony do Warszawy z kościoła świętej Barbary w Krakowie). W obliczu zagrożenia, które nadciągnęło ze Wschodu, zwłaszcza Andrzej, zadręczony przez prawosławnych Kozaków, wydawał się warszawianom szczególnie bliski. Kardynał Aleksander Kakowski tak mówił o nim w jednym z kazań:

    „Błogosławiony Bobola, którego relikwie spoczywają w tej chwili na tym ołtarzu, to wielki Patron Polski, który za te same hasła, za które Polska obecnie walczy, i z rąk tych samych wrogów, którzy jej istnieniu zagrażają, najokrutniejsze poniósł męczeństwo. Andrzej Bobola to w najściślejszym słowa znaczeniu bohater wschodniego frontu! I jak w Polsce jej zmartwychwstanie przepowiedział, tak dziś o jej ocalenie modlić się nie przestaje”.

    Prośba o patrona

    W lipcu 1920 roku polscy biskupi zwrócili się do papieża Benedykta XV z prośbą o kanonizację bł. Andrzeja Boboli i ogłoszenie go patronem Polski. Wyrazili wówczas ufność, że ten męczennik wojen na Wschodzie może uchronić ojczyznę od nieszczęścia, jakie stamtąd przyszło. Do prośby hierarchów dołączono list marszałka Józefa Piłsudskiego, który pisał:

    „Ojcze Święty! Od początku wojny światowej, która się zda obecnie dobiegać do końca, Bóg Wszechmogący widocznie błogosławił wysiłkom naszej bohaterskiej armii. Wbrew zamiarom naszych wrogów, Ojczyzna nasza zmartwychwstała, co według rachub ludzkich zdawało się prawie niemożliwym. Przypisujemy to dokonanie się aktu sprawiedliwości dziejowej możnemu wstawiennictwu naszych Świętych Patronów, a zwłaszcza Błogosławionemu Andrzejowi Boboli, w sposób szczególny czczonemu przez naród polski, który w nim położył swą ufność. Pragniemy mu okazać wdzięczność za Jego opiekę nad Polską i zapewnić ją sobie na przyszłość dla dalszego rozwoju naszego Państwa. Dlatego błagamy Cię, Ojcze Święty, by Wasza Świątobliwość raczył zaliczyć w poczet świętych Błogosławionego Andrzeja Bobolę. Ufamy, że jako Patron Kresów Wschodnich, na których poniósł śmierć męczeńską, wyprosi nam u Boga, że Polska w dalszym ciągu będzie przedmurzem chrześcijaństwa na rubieżach wschodnich”.

    Cud (św. Andrzeja) nad Wisłą

    Zarządzona przez kard. Kakowskiego nowenna o ubłaganie ratunku dla Polski zaczęła się 6 sierpnia, a zakończyła 14 sierpnia – w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Matki Bożej i dzień przed bitwą, która przeszła do historii jako cud na Wisłą. Zwycięstwo przypisywano przede wszystkim Matce Bożej, ale pamiętano również o św. Andrzeju. Jego współbrat o. Marcin Czermiński tak pisał dwa lata później o orędownictwie Boboli [w biografii „Andrzej Bobola: jego życie, męczeństwo i kult” – przyp. red.], zapewne dając wyraz czemuś więcej niż tylko własnemu przekonaniu:

    „W pięć dni po procesji, wyżej opisanej, lecz jeszcze w czasie odprawiania nowenny, wojska polskie odniosły pierwsze wielkie zwycięstwo nad znacznie przeważającymi armiami bolszewickimi. Nieprzyjaciel stracił w zabitych 50.000 żołnierzy i dwie trzecie wszystkich swoich armat, a do niewoli wzięto 107.000 z bolszewickiej armii. Wszyscy mówili, iż to cud. Cud nad Wisłą opisywały dzienniki zagraniczne. Błogosławiony Andrzej Bobola uprosił go u Pana Boga”. […]

    Przy obrazie Andrzeja Boboli w kościele Matki Bożej Łaskawej, który na czas odprawiania nowenny został przeniesiony z ołtarza bocznego do głównego, a później wrócił na swoje miejsce, umieszczono pamiątkową tabliczkę:

    „Obywatele Warszawy w ciężkich dniach sierpnia 1920 roku

    Gdy wróg stał u wrót stolicy

    Przed tym ołtarzem Błogosławionego Andrzeja Boboli

    Zanosili modły o zwycięstwo

    Które świat współczesny nazwał Cudem nad Wisłą”.

    Wróg przyjaźni polsko-radzieckiej

    Po przejęciu władzy w Polsce po drugiej wojnie światowej komuniści rozpoczęli walkę z Kościołem. […] Kult świętego Andrzeja Boboli oraz wszelkie wzmianki podlegały tym samym ograniczeniom co reszta działalności religijnej. Ale jego przypadek był „gorszy” i to z aż trzech powodów – Bobola został uznany za świętego kresowego, antybolszewickiego i związanego z unitami.

    Kiedy po 1945 r. wcielono wschodnią połowę II Rzeczpospolitej do ZSRR, komuniści wprowadzili embargo na wszelkie informacje o Kresach. Mówienie czy pisanie o Andrzeju Boboli wiązałoby się z przypominaniem o obecności Polski i Kościoła na Litwie i Pińszczyźnie, co było niedopuszczalne. Ponadto Andrzej Bobola nawracał prawosławnych na katolicyzm na obszarach, co do których moskiewska Cerkiew rościła sobie pretensje do religijnego zwierzchnictwa.

    W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wszelkie publikacje czy audycje obowiązywała zasada, że w historii Polski nie wydarzyło się coś takiego, jak wojna polsko-bolszewicka 1920 roku.

    W 1946 roku Józef Stalin nakazał likwidację Kościoła greckokatolickiego na terenie ZSRR. Formalnie odbyło się to poprzez wcielenie unitów do Kościoła prawosławnego, który był całkowicie podporządkowany władzom. W PRL istnienie grekokatolików również było dla rządzących sporym kłopotem. Cenzura dostała więc nakaz przemilczania tego tematu: „Należy eliminować wszelkie informacje o istnieniu – aktualnie w Polsce – obrządku grecko-katolickiego, jego podporządkowaniu ks. Wyszyńskiemu oraz jakiejkolwiek działalności unitów w naszym kraju” (Tomasz Strzyżewski, „Wielka księga cenzury PRL w dokumentach”, Warszawa 2015, s. 101.). Te wytyczne rykoszetem uderzyły również w kult świętego Andrzeja Boboli.

    Z tych powodów Bobola najprawdopodobniej trafił na cenzorską listę postaci, o których w ogóle nie można było mówić ani pisać – nawet w negatywnych kontekście. Nie można było nawet wydrukować obrazków z jego podobizną.

    Joanna Operacz, Włodzimierz Operacz, „Boży wojownik. Opowieść o św. Andrzeju Boboli”, Kraków 2022, Wydawnictwo Esprit.

    ***

    Zawierzajmy Panu Bogu naszą Ojczyznę

    Boże, Rządco i Panie narodów,

    z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, 
    a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, 
    błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, 
    chwałę przynosiła Imieniowi Twemu 
    a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

    Wszechmogący wieczny Boże, 
    spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom 
    i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, 
    byśmy jej i ludowi Twemu, 
    swoich pożytków zapomniawszy, 
    mogli służyć uczciwie.

    Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, 
    rządy kraju naszego sprawujące, 
    by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym 
    mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    (Modlitwa za Ojczyznę ks. Piotra Skargi)

    ***


    Cud nad Wisłą – historia nieopowiedziana

    Cud nad Wisłą – Bitwa Warszawska – Jerzy Kossak – ze zbiorów Muzeum Wojska Polskiego via Wikimedia Commons /Lemons 2019

    ***

    W 1920 roku zatrzymaliśmy czerwoną zarazę. Odpędziliśmy diabelską hordę precz od naszej stolicy i pognaliśmy ją na wschód, skąd przyszła. Był to wielki, jeżeli wręcz nie największy w dziejach triumf oręża polskiego. Powinniśmy być z niego nieskończenie dumni, pomimo, iż ostatecznie nie rozgromiliśmy bolszewickiej dziczy, a nawet nie wyparliśmy jej z terytorium dawnej Rzeczypospolitej, czego tragiczne skutki spadły na nas już po dwudziestu latach. A jednak bezsprzecznie powstrzymaliśmy jej marsz na zachód, ratując od niechybnej zguby nieświadomą zagrożenia Europę. Jak śpiewa psalmista: „Stało się to przez Pana i cudem jest w naszych oczach” (Ps 118, 23).

    Dlaczego wstydzimy się Cudu nad Wisłą? Bo że tego typu postawę przejawiają liczni Polacy, nie ulega wątpliwości. I to wcale nie ateiści (co wszak w pełni zrozumiałe i szkoda sobie tym głowę zawracać), ale również katolicy, którzy wiarę w Boga mniej lub bardziej otwarcie deklarują, mniej lub bardziej świadomie żyją Ewangelią na co dzień i cudów istnienie mniej lub bardziej uznają. Ale wystarczy, by ktoś choćby napomknął o nadprzyrodzonym aspekcie zwycięstwa nad bolszewikami w sierpniu 1920 roku, a natychmiast wywoła u licznej rzeszy Polaków pełen zażenowania uśmieszek, pogardliwe spojrzenie z góry lub sarkastyczną odpowiedź:

    – A gdzie tam cud! Jaki cud! Nie żaden cud, tylko geniusz wodza i waleczność żołnierza polskiego. Wygraliśmy, bo byliśmy lepsi i silniejsi.

    Czyżby? Złośliwiec mógłby zauważyć, że zaledwie dwadzieścia lat później ten sam żołnierz dostanie ciężkiego łupnia i nie obroni Ojczyzny, a polityczni wychowankowie tego samego wodza w obliczu nadchodzącej wojny zachowają się jak dzieci we mgle i zmarnują Polskę.

    Czy zaś byliśmy lepsi i silniejsi? Przede wszystkim, nie najrozsądniej jest post factum umniejszać siły i wartość bojową pokonanego wroga, bo się tym samym własne nad nim zwycięstwo umniejsza. Ale o to mniejsza.

    Ważniejszą bowiem kwestią jest, czy rzeczywiście czerwona horda prąca na Warszawę, Lwów i Poznań, oraz dalej: na Berlin, Paryż i Rzym, była od nas słabsza? Siła, której uległo światowe mocarstwo o niewyczerpanych zasobach ludzkich i materiałowych, jakim była Rosja? Nie wolno nie doceniać sił przez Rewolucję zrodzonych, jak to uczynili pod koniec XVIII stulecia europejscy monarchowie…

    Latem zaś 1920 roku tratowała polską ziemię rewolucyjna bestia, której starsza, francuska siostra nie była godna zawiązać sznurka u szubienicy. A naprzeciw tej siły Polonia dopiero co Restituta – kraj młodziutki, państwo ledwo sklejone z trzech całkiem odrębnych dzielnic, wojsko, co jeszcze wczoraj w szeregach obcych armii strzelało do siebie nawzajem (albo w szkolnej ławce siedziało), uzbrojone w mieszankę zaborczego dziedzictwa a dowodzone wedle trzech różnych tradycji…

    Niech ziści się cud Wisły – prosimy Cię, Panie

    Podobnych zastrzeżeń mógłby ktoś złośliwy namnożyć niekończącą się litanię. Ale dziś nie czas na złośliwości. Dzisiaj świętujemy oczywisty triumf. I dlatego dziś nazywamy rzeczy po imieniu.

    15 sierpnia 1920 roku na polskiej ziemi wydarzył się Cud!

    Utarło się sądzić, że Cud nad Wisłą wymyśliła endecja celem podważenia zasług marszałka Piłsudskiego. W istocie jednak sprawa nie do końca tak wygląda. Owszem, w nocy z 13 na 14 sierpnia, czyli w chwili największego zagrożenia stolicy, jak najbardziej endecki publicysta Stanisław Stroński opublikował na łamach dziennika „Rzeczpospolita” artykuł zatytułowany „O cud Wisły”, w którym – powołując się na analogiczną sytuację z początku września 1914 roku, kiedy to wojskom francusko-brytyjskim z wielkim trudem udało się na przedpolach Paryża zatrzymać niemiecki Blitzkrieg, co francuska opinia publiczna natychmiast okrzyknęła mianem „cudu nad Marną” – w życzeniowym, wręcz błagalnym tonie wołał o taki sam cud na polskiej ziemi.

    Bo – jak czytamy we wspomnianym artykule – „żeby Warszawa wpaść miała w ręce bolszewików, żeby Trocki miał wejść do miasta jak ongi Suworow i później Paskiewicz, żeby ten sam dziki, a dzisiaj jeszcze dzikszy, bo podniecony przez mściwych i krwiożerczych naganiaczy sołdat i mużyk pohulać miał w stolicy odrodzonej Polski, tej myśli wojsko nasze nie zniesie i każdy żołnierz sobie powie: po moim trupie! (…) I gdy w jutrzejszą niedzielę zbiorą się miliony ludności polskiej w kościołach i kościółkach naszych, ze wszystkich serc popłynie modlitwa: Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, Ojczyznę, Wolność, zachowaj nam Panie. Błogosławiony tą modlitwą ojców, matek, sióstr i małej dziatwy o ziszczenie się cudu Wisły, żołnierz polski pójdzie naprzód z tym przeświadczeniem, że oto przypadło mu w jednej z najcięższych chwil w naszych tysiącletnich dziejach być obrońcą Ojczyzny”.

    I tyle. Nic ponad to, co było widać naokoło: miliony Polaków na Mszach Świętych, w procesjach i czuwaniach; w kościołach, domach i na ulicach; na kolanach przed Najświętszym Sakramentem i wiejskimi kapliczkami błagały o cud, który ich samych i ich rodziny, domy ich i ziemię, i wszystko, co się Polską nazywa, ocali od nadchodzącej hordy Antychrysta.

    Nic ponad to, o co może – i powinien – prosić wierzący chrześcijanin.

    Tylko w sposób nadprzyrodzony da się to wyjaśnić

    Orzeczenie cudownego charakteru zwycięstwa na przedpolach Warszawy przyszło skądinąd. Wkrótce po zwycięstwie, podczas nabożeństwa dziękczynnego za oswobodzenie stolicy i kraju od najazdu bolszewickiego, z wysokości ambony warszawskiej bazyliki archikatedralnej pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela padły słowa wypowiedziane przez metropolitę lwowskiego obrządku ormiańskiego, arcybiskupa Józefa Teodorowicza:

    „Cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją Cudem nad Wisłą i jako cud przejdzie ona do historii. (…) Zwycięstwo pod Warszawą tylko w sposób nadprzyrodzony wyjaśnić i wytłumaczyć można.”

    Do kogo zaś należy wyrokowanie o nadprzyrodzonym charakterze zjawisk, jeśli nie do katolickiego hierarchy, na którym spoczywa sukcesja apostolska?

    A wszystkich zaniepokojonych o ziemską chwałę uczestników tamtych wydarzeń tenże sam hierarcha, i jednocześnie żarliwy polski patriota, który niejednokrotnie dał wyraz swej miłości do Ojczyzny, uspokaja zapewnieniem, że postrzeganie warszawskiej wiktorii w kategoriach cudu nikomu bynajmniej nie ujmuje niczego z należnej mu chwały, bohaterstwa czy dowódczych kompetencji.

    „Bóg czyniąc cuda, nie przytłacza i nie niszczy chlubnych wysiłków swojego stworzenia; owszem, tam, gdzie i największe ofiary przed przemagającą siłą ustąpić muszą, cudem je wspiera i cudami bohaterstwo wieńczy. Pycha to tylko bałwochwaląca siebie zdolna jest tak wysoko się wynieść, iż Bogu samemu urąga, dumnie w przechwałkach wołając: O cudach nam mówicie, cuda nam głosicie? Zali to nie ramię nasze ocaliło Warszawę? Zali to nie geniusz wodzów ją zbawił?”

    „Tylko tym, co się mienią bogami na ziemi, wydaje się Bóg i Jego moc, i Jego łaska jakąś konkurencją niepożądaną, która z zasług ich odziera. Nie za sługi Pańskie, ale za wcielone bóstwa uważają się ci, którzy w śmiesznej i zuchwałej nadętości tak mówią.”

    Skąd zaczerpnąć nowej ufności i zapału?

    „Niechaj wodze spierają się i swarzą” – kontynuuje mądry ormiański metropolita – „niech długo i uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł. Będziemy im wierzyli na słowo i słuszność im przyznamy. Ale cokolwiek wypowiedzą, nigdy nas o jednym nie przekonają: by plan, choćby najmędrszy, sam przez się dokonał zwycięstwa. Jeżeli w każdej bitwie, nawet najlepiej przygotowanej, przy doborze wodzów i żołnierza, przy planach genialnych, jeszcze zwycięstwo waha się niepewne, jeszcze zależne jest od gry przypadków, a raczej od woli Bożej, to cóż dopiero mówić tutaj?”

    15 sierpnia 1920 roku żołnierz polski – od dwóch miesięcy w nieustannym odwrocie; bity i spychany z kolejno zajmowanych pozycji, bez oporu oddający ważne punkty strategiczne (jak choćby twierdzę brzeską), porażony strachem przez wroga z głębi piekieł, jakiego nie widziano na tej ziemi od ponad dwustu lat, a który swym bestialstwem przewyższał tatarskie czambuły – ten żołnierz przez setki kilometrów cofający się coraz bardziej niezbornie, a wreszcie uciekający w popłochu – ten właśnie żołnierz pod Warszawą nagle a niespodziewanie odzyskał pełnię sprawności bojowej i niezłomnego ducha.

    Bo – wskazuje arcybiskup Teodorowicz – „żołnierz w rozsypce, który od tygodni całych miał tylko jedno na myśli – ucieczkę; żołnierz wyczerpany i na ciele, i na duchu, żołnierz zwątpiały, który wierzył święcie w przegraną, a zrozpaczył o zwycięstwie, taki żołnierz tylko od Ciebie, Panie, tylko od serca Twojego mógł zaczerpnąć nowej wiary, nowej ufności, nowego zapału.”

    Ale czy to aby nie retoryczna, kaznodziejska przesada?

    Skądże znowu! Przeczą temu fakty.

    Oto już 16 lipca szef sztabu 1 Dywizji Litewsko-Białoruskiej raportował szefowi sztabu 1 Armii, że polskie „oddziały cofają się w zupełnym nieładzie, małymi grupami. Stan moralny jest bardzo niski. Wojsko ucieka przy lada wystrzale, przy lada okrzyku: „kawaleria”. Drogi są zapełnione tysiącami łazików bez karabinów. Trzeba stanowczych rozkazów, stanowczej egzekutywy w sprawach maruderstwa. Jeżeli tego nie będzie, cały kraj, przez który armii naszej cofać się wypadnie, zostanie doszczętnie rozgrabiony, a imię Polski na zawsze skompromitowane. (…) Niestety, trzeba nazywać rzeczy po imieniu, że masa panicznie w największym nieładzie ucieka.”

    17 lipca generał Władysław Jędrzejewski meldował o „ogromnym przemęczeniu, upadku ducha i szerzeniu się grabieży. W tym samym meldunku donosił ponadto, iż oddziały uciekają nawet przed patrolami, pomimo najostrzejszych środków, a nawet rozstrzeliwań. (…) Oddziały nie są zdolne do stawienia jakiegokolwiek oporu.”

    Z kolei porucznik Wiktor Drymmer zapisał w pamiętniku: „Widziałem oficerów płaczących i rozpaczających głośno, wymyślających na wszystko i na wszystkich. (…) Jednego z oficerów musiałem mocno uderzyć, gdy siedział na kamieniu i rozpaczał, wykrzykując, że wszystko stracone.” W innych zaś oficerskich wspomnieniach przeczytać można, że „nie ma już armii polskiej, tej silnej i odpornej armii, która niedawno temu cały świat zadziwiała swym zwycięstwem.”

    Upadek morale był widoczny gołym okiem. Rząd nie krył najwyższych obaw. „Niebezpieczeństwo stanęło przed nami w całej swej grozie” – konstatował premier Wincenty Witos – „gdyśmy musieli patrzeć na coraz to nowe zastępy żołnierzy ubranych i uzbrojonych, ale przerażonych, nie mogących wymówić nawet jednego słowa, a widzących tylko w ucieczce ratunek. Zapytani, gdzie uciekają, nic nie odpowiedzieli, oglądając się tylko trwożnie za siebie.”

    Wojsko Polskie opanowała – jak rzecz zwięźle ujął Józef Mackiewicz – „gangrena demoralizacji i rozkładu”.

    I takie wojsko miało pokonać dziką hordę, która upojona dotychczasowymi sukcesami aż przytupywała z niecierpliwości na samą myśl o orgii gwałtu i łupiestwa, jaką wkrótce rozpęta w zdobytej Warszawie.

    – Jeszcze szesnaście wiorst i Europa! – zagrzewał swoich bojców dowódca Frontu Zachodniego Michaił Tuchaczewski – a tam nieprzebrane skarby Zachodu; tam dopiero będzie można realizować leninowską dyrektywę wyrażającą samo jądro komunizmu: grab nagrabliennoje!

    Do tego stopnia wróg był pewny zwycięstwa, że już 14 sierpnia – uprzedzając niezaistniałe jeszcze (i nie mające nigdy zaistnieć) fakty – oficjalnie całemu światu ogłosił zdobycie stolicy Rzeczypospolitej. Nie usprawiedliwiając bynajmniej oszczerczej sowieckiej praktyki kreowania faktów medialnych można jednak do pewnego stopnia tę pewność zrozumieć. 14 sierpnia 1920 roku bowiem sytuacja Polski była po prostu rozpaczliwa. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę znający wojnę od podszewki szef przebywającej w Polsce francuskiej misji wojskowej generał Maxime Weygand. „Wasze modlitwy mogą w tym dniu więcej pomóc niż cała nasza wiedza wojskowa” – oznajmił w rozmowie z kardynałem Achille Rattim, nuncjuszem apostolskim w Warszawie.

    „Istotnie modlitwy pomogły” – orzeka autorytatywnie arcybiskup Józef Teodorowicz. „Nie ujęły zasługi wodzom, ni chwały męstwu żołnierzy; nie ujęły też wartości ofiarom i wysiłkom całego społeczeństwa; ale to modły bitwę rozegrały, modły Cud nad Wisłą sprowadziły.”

    Gdy zmora dusiła nieprzeparta

    Na początku drugiej dekady sierpnia 1920 roku mogło się wydawać, że nie ma siły, która by przerażonego, osłabionego i zrozpaczonego, więc w ogólnym rozrachunku niezdatnego do boju, czyli, krótko mówiąc, przegranego żołnierza polskiego postawiła z powrotem na nogi, wlała weń ducha zwycięstwa, poderwała do kontrataku. Bo istotnie na ziemi takiej siły nie było. Duch zwątpienia ogarnął nawet dziarskiego zawsze Komendanta.

    Józef Piłsudski w stanie krańcowej apatii, złożywszy na ręce premiera rezygnację ze stanowiska naczelnika państwa i naczelnego wodza już 12 sierpnia, czyli w momencie nie całkiem jeszcze krytycznym, opuścił stolicę, by – jak twierdzą nieprzychylni mu – szukać pocieszenia w ramionach konkubiny, czy też, aby – jak utrzymują jego zwolennicy – rzucić na stos swój życia los, osobiście prowadząc słynne uderzenie znad Wieprza.

    Dziwne to zachowanie naczelnego wodza, skrajnie nieodpowiedzialne, wręcz szkodliwe, co zresztą on sam pośrednio przyzna w książce poświęconej wojnie polsko-bolszewickiej, pisząc, iż „przy braku mego autorytetu mogła się załamać obrona stolicy nawet wtedy, gdy przewagę nad wrogiem mieć możemy”. Mimo to zszedł z posterunku, co nie uszło uwagi otoczenia. „Wszyscy byli zdziwieni, a ja pierwszy, widząc, że wódz naczelny porzuca kierownictwo całości bitwy” – zapisał generał Weygand.

    Czymże innym takie postępowanie racjonalnie wytłumaczyć, jak nie skrajnym rozstrojem ducha, umysłu i woli – głęboką depresją, gdy (wedle słów samego Piłsudskiego) „jakaś zmora dusiła mnie swą nieprzepartą siłą ustawicznego ruchu, zbliżającego potworne łapy do śmiertelnego ucisku gardła?”

    Z drugiej strony jednak powyższe słowa człowieka, który nadprzyrodzonościami nigdy głowy sobie nie zawracał, tym dobitniej dowodzą powszechnego wówczas przekonania, że oto zmierza ku sercu Rzeczypospolitej niepokonana potęga samego mysterium iniquitatis – opisanej przez świętego Pawła w drugim liście do Tesaloniczan „tajemnicy bezbożności” (2 Tes 2, 7).

    „Cóż może uczynić człowiek przeciwko tak zuchwałej nienawiści?” – pyta w identycznym stanie ducha Théoden król Rohanu, gdy piekielne hordy przełamują ostatni szaniec i wydaje się, że już wszystko stracone…

    Przeciw pierwiastkom duchowym zła

    Nie bez racji lord Edgar Vincent wicehrabia D’Abernon dostrzegł w podwarszawskiej batalii osiemnastą przełomową bitwę w historii świata. Nie trzeba być Polakiem, nie trzeba być chrześcijaninem, wystarczy odrobina rozsądku i chwila zastanowienia, by dostrzec jej doniosłe znaczenie.

    Podobnie bowiem jak, gdyby Karol Młot poniósł pod Poitiers w roku 732 klęskę z rąk Arabów, to – w myśl trafnej uwagi osiemnastowiecznego angielskiego historyka Edwarda Gibbona – „być może do dzisiaj z katedr Oksfordu nauczano by obrzezany lud interpretowania według Koranu świętości i prawdy objawienia Mahometa”, tak gdyby polski żołnierz uległ bolszewickiemu agresorowi, z tych samych katedr już sto lat temu zagłodzony i okuty w kajdany lud Zachodu poznałby dogmaty marksizmu-leninizmu.

    Gdyby pękły polskie linie pod Radzyminem i Ossowem, wkrótce cała Europa pogrążyłaby się w mrocznej otchłani zła w jego najohydniejszej postaci, ponieważ – jak uczy papież Pius XI w encyklice „Divini Redemptoris” – „komunizm jest zły w samej swej istocie”. Jest on – zapewnia z kolei w encyklice „Quod apostolici muneris” papież Leon XIII – „śmiertelną zarazą przenikającą do najgłębszych komórek społeczeństwa i narażającą je na pewną zgubę”. Jeśliby zaraza ta „została przyjęta, stałaby się całkowitą ruiną wszystkich praw, instytucji i własności, a nawet samego społeczeństwa” – ostrzega papież Pius IX w encyklice „Qui pluribus”.

    Gdyby więc pękły polskie linie pod Radzyminem i Ossowem, Stary Kontynent stałby się piekłem na ziemi – od Atlantyku do Morza Śródziemnego, od Gibraltaru po Nordkapp rozciągałby się jeden wielki gułag. Albowiem – jak napisali 7 lipca 1920 roku polscy biskupi w dramatycznym liście do całego światowego episkopatu z apelem o pomoc i ratunek dla Polski ­– „bolszewizm prawdziwie jest żywym wcieleniem i ujawnieniem się na ziemi ducha Antychrysta”.

    15 sierpnia 1920 roku pod Warszawą, a może raczej nad Warszawą, starły się moce nieporównanie potężniejsze od wojsk Wschodu i Zachodu – kto tego nie bierze pod uwagę, ten nie jest w stanie pojąć istoty ani samego (chwilowego, niestety) zwycięstwa Polaków, ani też istoty komunizmu (ostatecznie, wskutek takiej właśnie sceptycznej mentalności, wciąż triumfującego).

    15 sierpnia 1920 roku nie toczyliśmy wszak „walki przeciw krwi i ciału” – by sięgnąć po jakże adekwatny ustęp listu świętego Pawła Apostoła do Efezjan – lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich” (Ef 6, 12).

    Za sprawą naszej Hetmanki i Królowej

    Na ziemi zaś – jako się już rzekło – nie było podówczas siły zdolnej polskiego żołnierza wyrwać z odmętów defetyzmu i rozpalić w nim na nowo utraconą waleczność.

    „Nie z nas to, o Panie, nagle wystrzelił promień nadziei” – wspomina arcybiskup Józef Teodorowicz. „Z nas było tylko przygnębienie, z nas mówiło zrozpaczenie, kiedyśmy dzikie hordy pod Warszawą ujrzeli. Z nas szły tylko cienie, które chmurą czarnej nocy przysłaniały oczy nasze. To ty pośród ciemności rozpaliłeś światło. Ty w zwątpieniu wskrzesiłeś nadzieję. Ty w omdlałej naszej duszy rozpaliłeś płomień życia, miłości i bohaterstwa. Bohaterstwo zatętniło w skroniach naszego polskiego żołnierza, a ono dziełem było rąk Twoich. Ty je spuściłeś z niebios na jego rozmodloną przed ołtarzami Twymi duszę.”

    Nie przypadkiem – bo nie ma przypadków, tylko znaki od Boga – losy wojny polsko-bolszewickiej odwróciły się tego dnia, w którym Kościół czci uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. „Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królową” – podkreśla arcybiskup Józef Teodorowicz.

    „Dzień 15 sierpnia” – mówi dalej lwowski metropolita – „obwołany w biuletynach całego świata jeszcze przed czasem jako dzień zajęcia Warszawy, obraca się dla dumnego wroga w klęskę, a dla nas w chwałę i zwycięstwo. Oto dzień, który Pan uczynił: radujmy się zeń i weselmy! (Ps 118, 24). To jest prawdziwy dzień Najświętszej Panny – dzień Jej zmiłowania i dzień Jej opieki – dzień cudu Jej nad Polską. Chce Ona w nim przed narodem całym zaświadczyć, że będzie tym Polsce, czym była w całej przeszłości: Panią jej i Obronicielką. Jak ongi nad murami Częstochowy, tak i dziś rozbłysnąć zapragnęła nad Warszawą, ażeby przez ten nowy cud wycisnąć w sercu nowej Polski miłość swoją.”

    15 sierpnia 1920 roku za sprawą Niewiasty, która miażdży głowę węża, pękła moc czartowska. Niektórzy nawet ujrzeli na niebie Jej postać. I co ciekawe, nie byli to zrozpaczeni polscy żołnierze, lecz uskrzydleni nieprzerwanym pasmem dotychczasowych zwycięstw czerwonoarmiści. Zachowały się relacje jeńców bolszewickich, którzy na widok Bogurodzicy rzucili broń i pierzchli z pola walki.

    – Was się nie boimy, ale z Nią walczyć nie będziemy! – deklarowali otwarcie.

    Struchlały żołnierz nagle w lwa się przemienił

    15 sierpnia 1920 roku duch przemiany dawał się wręcz wyczuć w powietrzu. Zauważyli to nawet twardzi żołnierze, nieskłonni ulegać nastrojom chwili.

    „Nadszedł moment, kiedy nie tylko poszczególne jednostki, lecz całe armie nagle straciły wiarę w możliwość zwycięstwa nad wrogiem. Mieliśmy wrażenie, że struna, którą naciągaliśmy za sobą od przejścia Bugu, nagle pękła” – tak zwerbalizował opinię dość powszechną w sztabie Armii Czerwonej komkor Witowt Putna, dowódca 27 Omskiej Dywizji Strzeleckiej imienia Włoskiego Proletariatu.

    „Naszym Polakom wyrosły skrzydła” – na bieżąco notował z kolei członek francuskiej misji wojskowej, major Charles de Gaulle. „Żołnierze, którzy zaledwie przed tygodniem byli fizycznie i psychicznie wyczerpani, gnają teraz naprzód, pokonując czterdzieści kilometrów dziennie. Tak, to jest Zwycięstwo! Całkowite, triumfalne zwycięstwo!”

    – Ale gdzie w tym cud ów mniemany? – zawoła jeszcze zażarty niedowiarek. Gdzie wojsko anielskie, gdzie desant z nieba, gdzie nadprzyrodzona Wunderwaffe? Jeśli już Boga do wojny mieszamy, to po prostu uznajmy, że jest On po stronie silniejszych batalionów.

    Nie, to bzdura. Nie powtarzajmy bezmyślnie bon motów starego zrzędy Woltera, który na dodatek nigdy w życiu prochu nie wąchał. Pan Bóg nie stosuje tanich rekwizytów rodem z Hollywood. „Nie miesza się On cudownie w zastępy walczących – tłumaczy wyczerpująco arcybiskup Józef Teodorowicz – nie zsyła aniołów swych z nieba, by hufce mdlejące zasilały; bierze jednak w swe ręce to, co się wymyka z wszelkich i najlepszych obliczeń rycerskich dowódców i czego nie dosięgnie ni zapał, ni bohaterstwo żołnierzy; bierze On w swe ręce to, co się wydaje czystym przypadkiem albo jakimś niedopatrzeniem czy niedoliczeniem, i wciąga to w swój rachunek, w swój plan, i albo daje przegraną, albo też darzy zwycięstwem.”

    Szalę zwycięstwa, owszem, przechylił kontratak znad Wieprza, jednakowoż – jak celnie zauważył Norman Davies – „kontratak znad Wieprza był wprawdzie najbardziej dramatycznym wydarzeniem bitwy warszawskiej, lecz jego sukces był uzależniony od powodzenia działań, które go poprzedzały. Gdyby przyczółek wiślany upadł (…), śmiały manewr Piłsudskiego byłby bez znaczenia.”

    Choćby ruszyła ofensywa nawet znad całego stada wieprzy, nic by nie zmieniła, gdyby przedmoście warszawskie nie utrzymało pozycji. Ale przedmoście warszawskie swe pozycje utrzymało, albowiem polski żołnierz, jeszcze wczoraj do ostatnich granic sterany odwrotem i podminowany rozpaczą, dziś precz odrzuciwszy strach i przemęczenie – o czym przypomina lwowski hierarcha – „w lwa się przemienił, gdyś ty, o Panie, tchnął weń mocą Twoją”.

    Znaki od Pana historii

    Ale to nie wszystko. Arcybiskup Teodorowicz dostrzega jeszcze jeden istotny aspekt nadprzyrodzonej pomocy. Pomyślmy tylko, ileż to razy w militarnych dziejach świata o zwycięstwie bądź klęsce decydował czynnik zupełnie nieprzewidziany: pomyślny zbieg okoliczności, łut szczęścia, ślepy traf. Chrześcijanin nie wierzy w ślepotę losu, bo wie, że w całym wszechświecie wszystko leży w mocy Boga w Trójcy Jedynego, Pana historii, który „wszystko urządził według miary i liczby, i wagi” (Mdr 11, 20). Każde szczęśliwe zrządzenie, które sceptyk nazwie uśmiechem losu, od Boga pochodzi.

    Sięgnijmy po trzy przykłady z lata 1920 roku. Oto już na początku sierpnia naczelny dowódca Armii Czerwonej, Siergiej Kamieniew w porozumieniu z komisarzem ludowym spraw wojskowych Lwem Trockim wydał dowódcy frontu południowo-zachodniego Aleksandrowi Jegorowowi rozkaz przekazania trzech armii tegoż frontu zbliżającego się właśnie do Lwowa pod komendę prącego na Warszawę Tuchaczewskiego. Tak poważnie wzmocniony (zwłaszcza siłami okrytej ponurą sławą Konarmii, czyli Pierwszej Armii Konnej Siemiona Budionnego) Front Zachodni bez trudu przełamałby polską obronę, jednak sprawujący funkcję komisarza politycznego frontu Józef Stalin, niechętny Trockiemu i zazdrosny o wojenną sławę Tuchaczewskiego sprytnie opóźnił wykonanie tego rozkazu, wskutek czego czerwona konnica rozpoczęła przegrupowanie dopiero 13 sierpnia, czyli za późno.

    Tego samego dnia 13 sierpnia zginął pod Dubienką major Wacław Drohojowski, przy którego zwłokach czerwonoarmiści znaleźli supertajną mapę z wyrysowanym planem działań polskich wojsk. Tuchaczewski jednak, zgodnie z sowiecką mentalnością, uznał dokument za mistyfikację, mającą wprowadzić go w błąd celem wymuszenia na nim niekorzystnych przegrupowań, i orzekłszy, że nie z nim takie tanie numery zignorował go.

    A 15 sierpnia, podczas zaciętych walk nad Wkrą, polski pułk ułanów pod dowództwem majora Zygmunta Podhorskiego, wykorzystując nagle wytworzoną lukę we froncie wpadł do Ciechanowa, by znaleźć w nim pozbawiony jakiejkolwiek osłony sztab jednej z armii sowieckich i jedną z dwóch bolszewickich radiostacji. Zdobycie jej umożliwiło przestrojenie warszawskiego nadajnika na częstotliwość wroga i rozpoczęcie skutecznego zagłuszania – czytanym bez przerwy tekstem Pisma Świętego – czerwonych nadajników z Mińska, gdzie stacjonowało dowództwo Armii Czerwonej, wskutek czego jej oddziały nie były w stanie odbierać rozkazów Tuchaczewskiego. Nawiasem mówiąc symbolika tego wydarzenia wręcz poraża – czym zagłuszyć jazgot piekielnych hord jak nie Słowem Bożym…

    Ale wracając do meritum, co zadziałało we wszystkich tych sytuacjach? Ślepy traf czy palec Boży? Lwowski arcybiskup widzi tę sprawę prosto: „Nas oświecałeś, o Panie, a wroga naszego zaślepiałeś; w nas wskrzeszałeś ufność i wiarę, a jemu zatwardnieć dałeś w wyniosłości i pysze; z nas dobywałeś płomień bohaterstwa i wysiłki najszczytniejsze, kiedy tymczasem u wroga pewność zwycięstwa wywoływała lekceważenie i nieopatrzność.”

    Krótko mówiąc, Ojciec Niebieski życzył sobie, aby zwycięstwo przypadło w udziale Polakom.

    Venimus, vidimus, Deus vicit

    Wygraliśmy tę bitwę i całą tę wojnę, ale nie sami – kiedyż wreszcie to do nas dotrze? I co zyskujemy na tak kurczowym trzymaniu się rzekomo „racjonalnych” wyjaśnień zwycięstwa? Jakie w tym dobro? Przecież odżegnywanie się od nadprzyrodzonej pomocy żadnej chwały człowiekowi nie przymnaża, lecz – wprost przeciwnie – stawia go w nader marnym świetle. Stanowi przejaw nie tylko bluźnierczej pychy, ale wręcz zwykłej małostkowości.

    Jakie to odległe od naszej narodowej tradycji, która kazała żołnierzom i wodzom dawnej Rzeczypospolitej przed każdą bitewną potrzebą wzywać niebieskich auxiliów, a za zwycięstwo nieodmiennie Opatrzności Bożej dziękować. Jakże daleko odeszliśmy od wzorca, który zostawił nam Jan III Sobieski. Wybitny strateg, bezsprzecznie przodujący w gronie naszych największych wodzów, na słane z Wiednia, skądinąd niezbyt Polsce przychylnego, błaganie o ratunek nie odpowiedział buńczucznie a głupio:

    – Jesteśmy potęgą, a wyście trupy. Dławcie się, bijcie się, nic mnie to nie obchodzi, o ile interesy Polski nie są zahaczone. A jeśli gdzie zahaczycie je, będę bił.

    Przeciwnie, dostrzegając w dalszej perspektywie zagrożenie dla Rzeczypospolitej – bo w końcu chodziło o jej odwiecznego wroga – zdecydował pobić go zawczasu i nie na swojej ziemi.

    A pogromiwszy nawałę porównywalną do bolszewickiej, wprost z pobojowiska napisał w liście do papieża: „Venimus, vidimus, Deus vicit – przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył.” Nie możemy się niestety pochwalić, że nasz król jako pierwszy w historii nowożytnej wykorzystał znany bon mot Juliusza Cezara (gdyż niespełna półtora wieku wcześniej uczynił to cesarz Karol V, kwitując zwycięstwo swej katolickiej armii nad heretykami z ligi szmalkaldzkiej pod Mühlbergiem słowami: Veni, vidi, Deus vicit), za to bezspornie chwalimy go za skromność, albowiem wypowiadając się z pierwszej osobie liczby mnogiej podzielił się chwałą zwycięzcy z całym swoim wojskiem.

    Skoro więc wywyższony poprzez koronację ponad ogół poddanych monarcha nie wahał się wyznać, że „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały”, to dlaczego nam, prostym członkom egalitarnego społeczeństwa tak trudno to przychodzi?

    „Czyż te słowa pokory i wiary umniejszyły w czymkolwiek lub obniżyły bohaterstwo króla i wodza?” – pyta arcybiskup Józef Teodorowicz. „Czy uszczknęły co z wawrzynów, jakie potomność i historia włożyły na skroń jego? Nic, zaiste; raczej mu ich przymnożyły: bo przepoiły jego bohaterstwo wdziękiem niezwykłym, że tak kornie o sobie trzymał, a nie nadymał się pysznie i nie wynosił. Rzuciły te słowa na czoło królewskie aureolę utkaną z promieni wiary, które Jana III pasują na chrześcijańskiego rycerza. Można więc śmiało powiedzieć, że te piękne i korne słowa wieńczą i zdobią jego skronie jeszcze wdzięczniej niż samo męstwo.”

    Deus vicit! – Bóg zwyciężył! – zawołamy tym wszystkim, którzy by ludzkiej mocy czy zręczności wyłącznie przypisywać chcieli zwycięstwo i wiązać je nie z nadziemską pomocą Bożą, ale tylko z wojennymi planami – powiada ormiański hierarcha ze Lwowa, by od razu wyjaśnić, że zgoła inny plan ocalenie nam przyniósł.”

    „Plan ten skreślony był ręką Bożą, a tworzył go i wykonywał Duch Pański. Czego nie zdołał ni zabezpieczyć, ni przewidzieć plan ludzki, to zabezpieczył i przewidział plan Boży. (…) Bóg to jeden do warunków, do potrzeb, do chwili, odnajdywał i wydobywał serca, poddawał im szczęśliwe natchnienia, uzbrajał męstwem bohaterskim i przez nie swoje przeprowadzał plany. To, co jest najsłabszą stroną w planie strategicznym człowieka, to właśnie stanie się najsilniejsze w planie nadprzyrodzonym, Bożym. Gdyby zabrakło w tym miejscu i w tej chwili tego konkretnego bohatera, przepadłoby wszystko. Tośmy stwierdzili pod Warszawą.”

    Narzędzia w ręku niewidzialnego Wodza

    O tym samym poucza nas Słowo Boże. Oto kiedy wędrującym ku ziemi obiecanej Izraelitom zastąpili drogę Amalekici pod Refidim, ci ruszyli na nich zbrojnie, a „Mojżesz, Aaron i Chur wyszli na szczyt góry. Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita. Gdy ręce Mojżesza zdrętwiały, wzięli kamień i położyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron zaś i Chur podparli jego ręce, jeden z tej, a drugi z tamtej strony. W ten sposób aż do zachodu słońca były ręce jego stale wzniesione wysoko. I tak zdołał Jozue pokonać Amalekitów i ich lud ostrzem miecza” (Wj 17, 10-13).

    Arcybiskup Józef Teodorowicz opatruje to biblijne zdarzenie wyśmienitym komentarzem. „Patrzcie, najmilsi” – wskazuje – „jak w tym wizerunku sprzęgają się i wzajemnie wspomagają: duch męstwa żołnierza i duch modlitwy. Bitwa ta rozgrywała się niezawodnie podług wszelkich praw znanej ówczesnej strategii. Losy przegranej czy zwycięstwa ważyć się zdawały tylko podług rachunku ludzkiego, to jest gorszych czy lepszych planów strategicznych, większej czy mniejszej liczby żołnierzy, większej czy mniejszej sprawności wodzów.”

    „I każdy historyk wojenny” – kontynuuje wybitny polski hierarcha – „mógł śmiało uczniom wykładać, gdzie i w której chwili, i dlaczego losy bitwy przechyliły się na tę czy na tamtą stronę. A jednak i plany wojenne, i męstwo żołnierza, i zdolności dowódców nie rozegrały tej walki. Wszystko to, co o bitwie stanowi, było narzędziem tylko w ręku niewidzialnego Wodza, który podług miary i wagi układa sam swój plan bitwy.”

    Ten sam schemat powtarza się w niezliczonych przykładach od samego zarania chrześcijańskiego świata.

    Oto na przykład kiedy niedługo po idach październikowych roku 1065 od założenia Miasta cesarz Konstantyn, stanąwszy pod murami Rzymu, ujrzał we śnie niebiański znak Boży z zapewnieniem, iż pod tym znakiem zwycięży, niezwłocznie kazał swym żołnierzom umieścić go na tarczach. I faktycznie zwyciężył liczniejszego przeciwnika – wedle obietnicy Boga, któremu, choć poganin, postanowił zawierzyć.

    Oto kiedy w roku Pańskim 1571 Turcy Osmańscy najechali Cypr, papież Pius V wysłał połączoną flotę z trudem zmontowanej koalicji Państwa Kościelnego, Hiszpanii, Wenecji, Genui, Sabaudii i Malty przeciwko najeźdźcom, a sam upadł na kolana, by z różańcem w dłoni błagać o niebiańskie wsparcie. I powstał z klęczek pewny zwycięstwa, zanim jeszcze powiadomili go o nim wysłańcy z pola bitwy.

    Oto gdy w listopadzie 1655 roku Szwedzi przybyli pod jasnogórski klasztor celem splądrowania sanktuarium, przeor Augustyn Kordecki, od dawna się tego spodziewający (czego dał wyraz jeszcze w sierpniu kupując kilkadziesiąt muszkietów i wzmacniając liczebnie siłę zbrojną twierdzy), objął osobiste dowództwo jego obrony, nie ustając jednocześnie, wraz z całą duchowną załogą, w modlitwie i innych liturgicznych poczynaniach na rzecz uproszenia zwycięstwa. I po czterdziestu dniach bezskutecznego oblężenia potężny Szwed uszedł jak niepyszny ukradkiem nocną porą.

    Bóg powiązał przyszłość z przeszłością

    Naszkicowana powyżej perspektywa każe świeżym okiem spojrzeć nie tylko na samą warszawską wiktorię, nie tylko na zwycięski finał wojny z bolszewikami w roku 1920, ale również na fenomen zmartwychwstania Polski po ponad stuletnim niebycie politycznym. Uważna analiza faktów wiedzie bowiem do konkluzji, że Pan Bóg po to przywrócił życie Niepodległej, aby uratowała ona świat przed czerwoną zarazą.

    „Pod Warszawą zrozumieliśmy” – podsumowuje arcybiskup Józef Teodorowicz – „że albo ogarnąć się damy hordom i nawale od Wschodu – a wtedy utracimy i byt nasz, i duszę naszą – lub też staniemy przeciw niej, ażeby wybawić siebie, a murem ochronnym stać się dla świata. Przez cud swój pod Warszawą Bóg powiązał przyszłość naszą z przeszłością. Powiązał i sprzągł myśl swoją względem nas z dnia wczorajszego z dniem dzisiejszym i jutrzejszym.”

    Rzeczpospolita powróciła na światową scenę, aby dalej pełnić misję zleconą przez Boga przodkom naszym, gdy za oczywisty natchnieniem Ducha Świętego przyjęli łaciński model cywilizacji. Taki już nasz los, czy raczej: takie nasze zadanie od Pana historii – być antemurale. Bronić cywilizacji Zachodu – nie tylko w nas samych, ale i w otaczającym nas świecie. Choćby nawet ów świat sobie tego nie życzył.

    Czyż bowiem świat starożytny życzył sobie zmian, jakie nieśli mu Apostołowie. Oni jednak nie pytali go o zdanie, lecz konsekwentnie głosili naukę Tego, który przyszedł na świat, po to „aby świat zbawić” (J 12, 47), i wkrótce: „Patrz – świat poszedł za Nim” (J 12, 19).

    Niedługo zaś potem ów świat stworzy najwspanialszą cywilizację w dziejach ludzkości. Albowiem – jak trafnie spostrzegł Plinio Corrêa de Oliveira – „gdy ludzie postanawiają współpracować z łaską Bożą, dokonują się cuda w historii: nawrócenie Imperium Rzymskiego, powstanie średniowiecza, rekonkwista Hiszpanii, wszystkie wydarzenia wynikające z wielkich zmartwychwstań duszy, do których są również zdolne narody. Te zmartwychwstania są niezwyciężone, ponieważ nic nie może pokonać cnotliwego narodu, który prawdziwie kocha Boga.”

    To nasza droga.

    Nie potrzeba nam cudów?

    Polonia Restituta niestety nie do końca poszła tą drogą. Nie rozdeptała czerwonej gadziny. Nie pognała bestii piekielnej do samego jej gniazda, by tam jej zadać cios śmiertelny. Nie wyzwoliła nawet z jej szponów całości ziem przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Wręcz przeciwnie, zatrzymawszy zwycięską ofensywę o włos od całkowitego triumfu nad bolszewicką hydrą, pospieszyła zawrzeć z nią niekorzystny dla siebie pokój, choć nie obeschły jeszcze łzy po żołnierzach, których ciała rąbali szablami czerwoni orkowie u bram Lwiego Grodu. Porzuciła swoich antysowieckich sojuszników: Ukraińców i Rosjan, Kozaków i Białorusinów. Nade wszystko zaś zdradziła półtora miliona własnych obywateli, wydając ich na pastwę czerwonego Lewiatana na nieludzkiej ziemi.

    A o Cudzie nad Wisłą szybko zapomniała. Szczególnie, kiedy sześć lat później władzę w niej przejęła bezbożna sitwa. Wprowadzono kult jednostki, w armii dokonano czystki. Miejsce bogobojnych generałów zajęli libertyni. Miejsce chrześcijańskich rycerzy – wierni pretorianie. Prawdziwi bohaterowie trafili za kraty.

    Na owoce jawnej niesprawiedliwości i uporczywego negowania prawdy nie trzeba było długo czekać. Pychą nadęci nawet nie zauważyli, jak bestia w swej jamie z ran się wylizała i cień jej ponownie zawisł nad wschodnią granicą. A na zachód patrząc, nie dostrzegli, że się tam jej młodsza siostra wylęgła, nie mniej krwiożercza, nie mniej agresywna. Odżegnując się od wiary w plany Opatrzności, wyrzekli się pomocy Bożej.

    Dlaczego we wrześniu 1939 roku nie było cudu nad Bzurą? Właśnie dlatego. Dlatego, że nikt wtedy żadnego cudu od Pana Boga nie potrzebował – taką ufność pokładaliśmy we własnych siłach i zapewnieniach sojuszników. Tak byliśmy „silni, zwarci, gotowi”; tak przekonani, że „nie oddamy ani guzika”, tak arogancko pewni, że Hitler ma czołgi i samoloty z tektury…

    Nie bez racji uczy biblijna Księga Przysłów, iż „przed porażką – wyniosłość; duch pyszny poprzedza upadek” (Prz 16, 18).

    Rzeczpospolita upadła głównie z rąk tej samej siły, którą w roku 1920 spektakularnie pokonawszy nad Wisłą i Niemnem, w roku 1921 literą traktatu ryskiego głupio zlekceważyła; przy stosunku potęg Zachodu w roku 1945 równie obojętnym jej sprawie jak ćwierć wieku wcześniej; przy równie jak dziś naiwnej wierze Polaków w szczytne intencje międzynarodowych instytucji.

    A wąż, od którego morderczych splotów i jadu trującego Rzeczpospolita chwalebnie Europę uratowała, by natychmiast haniebnie zaniedbać roztrzaskania, wzorem swojej Królowej, na miazgę jego plugawego łba – ten „wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan, zwodzący całą zamieszkałą ziemię” (Ap 12, 9); ten sam, co „był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył” (Rdz 3, 1) – najpierw się przyczaił, by wkrótce ponownie wypełznąć i z niepohamowaną zachłannością pożerać krainy, ludy, szczepy, języki i narody. Aby je piętnować znamieniem Bestii…

    I do dziś nieustannie wężowym zwyczajem zrzuca jedną skórę, by zaraz przybrać inną – to płonie czerwienią, to czernią mroczy; to kusi zielenią, to tęczą mami oczy…

    Czy zmarnowaliśmy Cud nad Wisłą? Bo, że go należycie nie wykorzystaliśmy, to więcej niż pewne.

    Jerzy Wolak/PCh24.pl

    ***

    Sample

    fot. patrizio righero / Cathopic

    ***

    Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

    jest jednym z dogmatów Kościoła Katolickiego od roku 1950 – ustanowił go papież Pius XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus (łac. Najszczodrobliwszy Bóg), w odpowiedzi m. in. na prośbę polskich biskupów.

    „Powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105).

    Na Wschodzie Wniebowzięcie nazywane jest do dzisiaj obchodzone jako święto «Zaśnięcia Matki Bożej».
    Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, obchodzona przez Kościół katolicki 15 sierpnia, sięga V wieku i jest rozpowszechniona w całym chrześcijaństwie. Jednocześnie należy zaznaczyć, że Nowy Testament nigdzie nie wspomina o ostatnich dniach życia, śmierci i o Wniebowzięciu Matki Bożej. Nie ma Jej grobu ani Jej relikwii. Ale od początku dziejów Kościoła istniała żywa wiara, że Maryja „wraz z ciałem i duszą” została wzięta do nieba.

    Uroczystość Matki Bożej Wniebowziętej ma swoje początki w Kościele wschodnim, który wprowadził ją w 431 roku. Kościół łaciński (rzymski) obchodzi Wniebowzięcie (Assumptio) Maryi od VII wieku. Pisma teologiczne potwierdzają, że liczni święci, m.in. Grzegorz z Tours, Albert Wielki, Tomasz z Akwinu i Bonawentura często rozważali wzięcie Maryi z duszą i ciałem do nieba.

    Czy dogmat o Wniebowzięciu oznacza, że Matka Boża nie umarła śmiercią fizyczną? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Nie wszyscy ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Maryi. Papież Pius XII ustanawiając dogmat nie wspomina o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego Wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz „zasypiając”. Stąd zresztą w różnych tradycjach i okresach różne nazwy tego wydarzenia, jak na przykład: Wzięcie Maryi do nieba, Przejście, Zaśnięcie czy Odpocznienie Maryi.

    Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele katolickim. Już w VI wieku cesarz Maurycy (582-602) polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie w dniu 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. Święto to musiało lokalnie istnieć już wcześniej, przynajmniej w V w. W Rzymie istnieje to święto z całą pewnością w wieku VII. Wiemy bowiem, że papież św. Sergiusz I (687-701) ustanawia na tę uroczystość procesję. Papież Leon IV (+ 855) dodał do tego święta wigilię i oktawę.

    Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W mszale na to święto, używanym wówczas w Galii, czytamy, że jest to „jedyna tajemnica, jaka się stała dla ludzi – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny”. W prefacji zaś znajdujemy słowa: „Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa”.

    Tradycja ikonograficzna przedstawia ciało Matki Bożej unoszone w promienistym świetle przez aniołów do nieba. W taki sposób Wniebowzięcie ukazuje większość dzieł sztuki.

    Do najpiękniejszych obrazów o tej tematyce zalicza się „Assunta” (Wniebowzięta) Tycjana w kościele Santa Maria Gloriosa (Matki Bożej Chwalebnej) w Wenecji. Ten wielki obraz w głównym ołtarzu, namalowany w latach 1516-18, należy do mistrzowskich dzieł wielkiego malarza, w późniejszym okresie również wziętego portrecisty papieskiego. Ukazuje on Maryję jako piękną, powabną kobietę – nawet zbyt piękną i zbyt zmysłową dla zamawiających go franciszkanów. Dopiero po długich targach i długotrwałym procesie przyzwyczajania się do obrazu, przywykli do ascetycznego życia zakonnicy weneccy zgodzili się przyjąć pracę i zapłacić za nią Tycjanowi.

    W Niemczech tematyka ta pojawia się przede wszystkim na barokowych freskach kościołów Bawarii. Często w sklepieniach można zobaczyć freski ukazujące Maryję, otoczoną aniołami i unoszącą się na obłoku. Hiszpański malarz okresu baroku, Bartolomé Esteban Murillo poświęcił temu tematowi w 1675 r. dzieło, którego oryginał znajduje się obecnie w petersburskim Ermitażu. „Wniebowzięcie Maryi” Petera Paula Rubensa z 1626 r. znajduje się w Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie.

    Zwyczaje ludowe

    W Polsce i wielu innych krajach europejskich dzień ten jest często nazywany także świętem Matki Bożej Zielnej lub Korzennej. W kościołach święci się wówczas zioła, kwiaty i snopy dożynkowe. W sanktuariach maryjnych gromadzą się wielkie rzesze pielgrzymów.

    Z Wniebowzięciem NMP łączą się liczne zwyczaje ludowe. Święci się w tym dniu zioła. Wierni przynoszą do kościołów artystycznie ułożone, barwne bukiety. Liczba ziół waha się w nich od siedmiu do 77; najczęściej są wśród nich dziurawiec, rumianek, przywrotnik, oset, kozłek lekarski (waleriana) i lawenda, ale zdarzają się też koper, mięta i szałwia. W środku, niczym berło, umieszczana jest często dziewanna.

    Podczas obrzędu poświęcenia śpiewane są pieśni, wychwalające Maryję jako „lilię dolin” i „kwiat pól”. Bukiety poświęconych roślin zanosi się do domów i zasusza. Mają one chronić przed chorobami i przynosić błogosławieństwo domostwu. Po poświęceniu ziół często rzuca się za siebie przez lewe ramię jabłka i gruszki, wyrażając w ten sposób nadzieję na dobre zbiory, zaczynające się właśnie wtedy; od niepamiętnych czasów również zbiorom owoców patronuje Matka Boża. 15 sierpnia jest dla rolników dniem szczególnym.

    Niemieckie przysłowie mówi, że „gdy w dzień Wniebowstąpienia świeci słońce, można spodziewać się obfitego owocobrania i słodkich winogron”, co miało oznaczać, że Maryja błogosławi niebo i ziemię, faunę i florę.

    Pielęgnowany jest też zwyczaj tzw. trzydziestki maryjnej, rozpoczynającej się 15 sierpnia. Od tego dnia przez 30 dni w kościołach, głównie z tytułami maryjnymi, wierni uczestniczą w nabożeństwach i procesjach ku czci Matki Bożej. W ciągu tych 30 dni przypadają także święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny – 8 września i Imienia Maryi – 12 września.

    Święcenie ziół ma podkreślać, że człowiekowi potrzebna jest ozdrowieńcza moc natury. Chrześcijaństwo ma tu bogatą tradycję, jeśli wspomnieć choćby bardzo dziś popularną św. Hildegardę z Bingen, żyjącą w latach 1098-1179 frankońską mniszkę, a także liczne klasztory, zajmujące się ziołolecznictwem.

    W Sienie, we włoskiej Toskanii, 15 sierpnia odbywa się święto zwane palio – wyścigi zaprzęgów konnych wokół głównego rynku. Organizuje się je na pamiątkę 1260 roku, gdy miasto, przeżywające wielkie nieszczęścia, oddało się w opiekę Najświętszej Maryi Pannie i zwyciężyło w walce o uniezależnienie się od Florencji. Zwycięzca palio otrzymuje szarfę z wymalowanym wizerunkiem Matki Bożej.

    W Polsce ta uroczystość maryjna wiązała się z zakończeniem zbioru plonów, toteż mówiono, że „na Wniebowzięcie zakończone żęcie”. Stało się więc zwyczajem święcenie plonów, przede wszystkim tego, co rosło na własnych polach i w przydomowych ogródkach. Owa „dożynkowa wiązanka” musiała zawierać pokruszone kłosy pszenicy, żyta, jęczmienia i owsa – tzw. próżankę. Obowiązkowe były też len i groch, bób i marchew z natką, gałązka z gruszką lub jabłko, makówka i orzechy. Ale razem z „wiązanką” święciło się także różne zioła lecznicze.

    Katolicka Agencja Informacyjna

    Hugo van der Goes/Wikipedia12

    ***

    Matka Boża Zielna.

    Jakie zioła powinny znaleźć się w świątecznym bukiecie?

    Samplefot. Piotr Tumidajski – e-kai

    ***

    Dlaczego święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny nazywane jest tradycyjnie – Matki Bożej Zielnej? Dlaczego w tym dniu przynosimy do kościoła bukiety z ziół? Co powinno się znaleźć w bukiecie?

    Matkę Najświętszą czcimy jako opiekunkę ludzi i ziemi, nic więc dziwnego, że nasi dziadowie obrali Maryję jako patronkę przełomowych momentów w cyklu wegetacyjnym roślin, które pozwalałyby na utrzymanie w zdrowiu i dobrobycie ich rodzin.

    Skąd określenie – Matka Boża „Zielna”?

    Stąd też 25 marca – w dzień zwiastowania Pańskiego – Maryja czczona była jako Matka Boska Roztworowa – wierzono, że tego dnia rozpoczynają swój rozwój wszystkie rośliny. Święto Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny – 2 lipca – stało się świętem Matki Bożej Jagodnej, gdyż od tego momentu można było zbierać jagody. 8 września – czyli święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny nazywane było dniem Matki Boskiej Siewnej, ponieważ to właśnie tego dnia Maryja miała przechadzać się po obsianych oziminą polach błogosławiąc je, dzięki czemu ziemia miała wydać wysokie plony.

    Świętem maryjnym związanym z uprawą ziemi, które do dzisiaj najmocniej i chyba najokazalej kultywowane jest nie tylko w Polsce, ale w całej Europie jest święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny, poświęcone tzw. Matce Bożej Zielnej. W ten dzień Maryja czczona jest jako patronka ziemi będącej w bujnym rozkwicie – kwiatów, ziół, owoców i warzyw.

    W Polsce Maryja w to sierpniowe święto nazywana jest Zielną, w Bawarii i Nadrenii – Kwietną, w Estonii – Żytnią, a w Czechach – Korzenną. Już same nazwy przywodzą na myśl niesłychany bukiet kolorów i zapachów, mocno działających na zmysły, stąd też w tym dniu święcimy wonne bukiety kwiatów i ziół.

    W tradycji Kościoła święto Wniebowzięcia było obchodzone już w V wieku jako Zaśnięcie Najświętszej Maryi Panny i jest najstarszym świętem maryjnym w historii Kościoła. W połowie VII stulecia święto to obchodzono również w Rzymie, a w VIII wieku zostało szerzej upowszechnione w całej Europie, choć dogmat o Wniebowzięciu NMP ogłoszony został dopiero w 1950 r. przez papieża Piusa XII.

    Historycy nie są do końca zgodni co do miejsca, w którym nastąpiło Wniebowzięcie opisywane na kartach Pisma Świętego. Jedni uważają, że było to w Efezie, inni że w Jerozolimie – tam też został zbudowany kościół upamiętniający Zaśnięcie NMP. Warto również wspomnieć, że oprócz wielu przedstawień sceny zaśnięcia w sztuce, właśnie to wydarzenie zainspirowało Wita Stwarza i uczynił je centralną scena ołtarza w Kościele Mariackim w Krakowie.

    Dlaczego przynosimy kwiaty i zioła do kościoła?

    A skąd wziął się właściwie zwyczaj czczenia Matki Bożej bukietami w święto Wniebowzięcia?

    Jak wierzymy, Matka Boża nie umarła, lecz zasnęła głębokim snem, a aniołowie zanieśli Jej duszę wraz z ciałem do nieba, gdzie jaśnieje jako Królowa zasiadając po prawicy Jezusa Chrystusa. Według jednej z zachowanych w przekazach ustnych opowieści, w dniu zaśnięcia zjechali się z różnych stron świata apostołowie, by u podnóża Góry Oliwnej pochować ciało Matki Bożej. Nie było jednak wśród nich spóźnialskiego Tomasza, którego ominęło już wcześniej pierwsze spotkanie z Jezusem Zmartwychwstałym w Wieczerniku. Gdy wreszcie przybył, poprosił o otwarcie grobu. Gdy wszedł do wewnątrz nie znalazł tam ciała Maryi. Na miejscu gdzie zostało złożone, leżały tylko wianki i pachnące lilie. Stąd zwyczaj święcenia w tym dniu pachnących kwiatów i ziół.

    Jakie zioła powinny się znaleźć w bukiecie?

    Współczesne wiązanki zwane w różnych regionach Polski: zielem, ograbką, lub rózgą, w porównaniu z bukietami, które do świątyń przynosili nasi dziadkowie nie są już tak okazałe. Dawniej obowiązkowymi elementami takich bukietów były: kłosy zbóż, len, makówki, macierzanka, mięta, nabite na patyk warzywa i owoce takie jak marchew, jabłka i ziemniaki, gałązki późnych wiśni i leszczyny z orzechami itp.

    Wierzono, że poświęcony bukiet nabiera niezwykłych właściwości leczniczych. Dlatego w drodze z kościoła zostawiano go na kilka dni w bruzdach między zagonami, by szkodniki nie zagrażały plonom kapusty i ziemniaków. Po kilku dniach bukiet zabierano do domu i przechowywano, podobnie jak palmę wielkanocną, wetknięty za któryś ze świętych obrazów. Zioła z bukietu stosowano do herbat, naparów, a nawet kąpieli. Okadzano nimi wnętrza domów i budynki gospodarskie – co miało chronić przed gruźlicą, zarazą i rzuceniem uroku.

    Wniebowzięcie i… dożynki

    Mawiano: „na Wniebowzięcie – ukończone żęcie”, dlatego w tym dniu organizowano czasem również parafialne dożynki. Częściej jednak rolnicy dawali sobie drugą szansę na świętowanie, wyznaczając święto dożynkowe w innym terminie. Święto Wniebowzięcia było okazją do tłumnego pielgrzymowania do sanktuariów maryjnych, szczególnie na Jasną Górę i do Kalwarii Zebrzydowskiej, w której w ten dzień do dziś odbywa się inscenizacja Zaśnięcia i Wniebowzięcia Maryi. W czasie procesji, która kończy uroczystości, posąg Matki Bożej niesiony jest na marach, a następnie podnosi się go i pokazuje wiernym.

    Nasze życie najczęściej nie jest już ściśle związane z uprawą roli, monitorowaniem plonów zboża i czuwaniem nad tym czy w zagrodzie zwierzęta dorodnie wyglądają. Świat się zmienił i nasze „plony” częściej można przeliczyć na ilości tabel, prezentacji i wydruków. Myślę jednak, że Maryja jako najlepsza nasza opiekunka i tych plonów dogląda swym matczynym, gospodarskim okiem. Nie zapomnijmy w święto Wniebowzięcia uczcić Maryi bukietem.

    Iwona Kołodziej/Wiara.pl/Stacja7.pl

    ***

    Apokaliptyczna Niewiasta jest znakiem zwycięskiej nadziei.

    Niepokalane Poczęcie NMP

    Peter Paul Rubens,1628–1629/Wikimedia

    ***

    Wniebowzięta. Fakty i legendy

    Jak ustosunkować się do różnych, często bardzo dziwacznych opowiadań o wniebowzięciu Maryi? Czy należy je uznać po prostu za piękne baśnie wyrażające ludową wiarę, czy też można odnaleźć w nich okruchy historycznej prawdy? Co daje nam, chrześcijanom, przekaz o Wniebowzięciu Maryi?

    Katolicy zobowiązani są do przyjęcia za prawdę, że „Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105).

    Papież Pius XII skorzystał z dogmatu o nieomylności papieskiej, aby uczynić dogmatem coś, co i tak do wieków było przedmiotem powszechnej wiary ludzi, bo Uroczystość Wniebowzięcia NMP zaliczana jest przecież do najstarszych świąt maryjnych w Kościele. Obchodzono ją już w V wieku. Kościół nie rozstrzygnął jednak nigdy, czy Maryja umarła i potem została wzięta do Nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały Bożej, nie umierając lecz „zasypiając”. Niektórzy próbowali odpowiedzieć na te pytania i opisać szczegółowo, jak odbyło się wniebowzięcie Maryi pod względem – powiedzmy to, technicznym… I tu wyobraźnia ludzka podpowiadała różne rozwiązania.

    Literatura apokryficzna, która zajęła się tematem wniebowzięcia Matki Bożej, ubarwiła go szeregiem legend i cudów.

    Tajemnicze zniknięcie ciała

    Pismo Święte po raz ostatni wspomina o Matce Jezusa, jako trwającej na modlitwie z Apostołami w Wieczerniku. Na temat dalszych dni Jej życia i okolicznościach śmierci nic w Biblii więcej nie zapisano. W 450 roku, gdy cesarzowa Pulcheria postanowiła sponsorować budowę kościoła ku czci Matki Bożej w Konstantynopolu, poprosiła listownie biskupa Jerozolimy Juwenalisa o jakieś relikwie Matki Bożej. Dowiedziała się wtedy, że żadne przedmioty, szaty ani kości Matki Bożej nie zostały zachowane, a Jej ciało zostało wzięte do Nieba „jak to wiemy ze starożytnego i bardzo pewnego podania” – pisał Biskup.

    Jan Damasceński (zm. ok. 749) opisuje, że Apostołowie przybyli do grobu Maryi trzeciego dnia po Jej śmierci, ale nie znaleźli w nim ciała: …jedynie mogli pomyśleć, że Ten…, który zachował Jej nienaruszone dziewictwo nawet po swoim narodzeniu, uchronił Jej ciało od skażenia i przeniósł je do Nieba przed powszechnym ciał zmartwychwstaniem”. A zatem, wiara we wniebowzięcie Maryi była właśnie konsekwencją tajemniczego zniknięcia jej ciała.

    Zioła w grobie Maryi

    Idea Wniebowzięcia stała się głównym tematem cyklu około dwudziestu apokryfów, znanych pod ogólnym tytułem Transitus Mariae.

    Transitus oznacza „przejście”, niejako paschę – co możemy rozumieć, jako przemianę życia obecnego w jego pełnię. Teksty apoktyficzne, zachowane w różnych językach (syryjskim, koptyjskim, etiopskim, greckim, ormiańskim), pochodzą z okresu między IV a VI w. i mimo, iż różnią się od siebie treścią, czasami wręcz sobie przecząc, zachowują pewien ogólny schemat.

    Maryja, w cudowny sposób uprzedzona o swojej śmierci, umiera w Jerozolimie; zostaje złożona do grobu, jakiś czas później lub bezpośrednio po złożeniu do grobu jej ciało zostaje jednak wzięte do Nieba, toteż gdy (po przybyciu spóźnionego Tomasza) Apostołowie otwierają grób, znajdują w nim jedynie świeże kwiaty. Stąd właśnie w Polsce mówi się, że 15 sierpnia przypada Święto Matki Boskiej Zielnej.

    Z objawień Katarzyny Emmerich

    Cechą wspólną wszystkich apokryfów jest umiejscowienie końca ziemskiego życia Maryi w okolicach Jerozolimy, zazwyczaj w dolinie Jozafata, pod Górą Oliwną. Wbrew późniejszej tradycji, której propagatorką była zakonnica z Westfalii św. Katarzyna Emmerich, jakoby św. Jan Apostoł zabrał Maryję ze sobą do Efezu, gdzie miała ona doczekać kresu swojego ziemskiego życia, wszystko wskazuje na to, że Maryja umarła w Jerozolimie.

    Zwolennikom wizji św. Katarzyny Emmerich trudno to zaakceptować. Przecież opisała ona dokładnie mały domek w górach, 7 km za Efezem, wzniesiony dla Matki Bożej przez św. Jana. W lipcu 1891 r. dwóm francuskim lazarystom, profesorom kolegium Najświętszego Serca Jezusowego w Izmirze, udało się odnaleźć nawet ruiny tego domku, które są w 100 procentach zgodne z opisem niemieckiej mistyczki. Co prawda Katarzyna Emmerich twierdzi, że to z Efezu Maryja została wniebowzięta, ale niektórzy, próbując ocalić wiarygodność efeskiego Domku Świętej Maryi, sugerują, że Maryja faktycznie wyemigrowała, a następnie powróciła do Jerozolimy, by jej śmierć mogła dokonać się w miejscu o wymiarze symbolicznym.

    Decyzja Apostołów

    W wielu apokryfach pojawia się motyw konsultowania się Chrystusa z Apostołami na temat tego, co powinno stać się z ciałem Maryi po śmierci. Wprost pyta o to Dwunastu, a oni decydują demokratycznie, że wypadałoby wziąć ciało Matki Boskiej do Nieba.

    W utworze Św. Melitona z Sardes Księga o odejściu Dziewicy Maryi” (Transitus Melitona z Sardes) czytamy:
    Wtedy rzekł Piotr i inni apostołowie: Panie, wybrałeś tę oto służebnicę Twoją, by stała się dla Ciebie niepokalaną komnatą (…). Wydaje się nam, sługom Twoim, że jest rzeczą słuszną , tak jak to, iż przezwycieżywszy śmierć, królujesz w chwale, abyś również, po wskrzeszeniu ciała matki, doprowadził ją pełną radości do Nieba. Wtedy rzekł Zbawiciel: Niech się stanie według waszego zdania (TransMel XV, 3 – XVI, 1).

    W ten oto sposób Maryja zostaje wniebowzięta na mocy decyzji Kościoła. Apokryfy wskazują także dość konsekwentnie, że dodatkowym argumentem za cudownym zabraniem ciała Maryi do Nieba były próby sprofanowania jej zwłok podejmowane rzekomo przez kapłanów żydowskich.

    Legendy a prawda wiary

    Apokryf o nazwie Opowieść Jana Teologa o uśnięciu świętej Bogurodzicy (Transitus Jana Teologa) podaje rozwiązanie pośrednie. Czytamy w nim opis, jak Chrystus zstępuje z Nieba w asyście cherubinów i objaśnia Maryi, co stanie się z jej ciałem, a co z duszą:
    Oto od teraz zostanie twoje drogocenne ciało przeniesione do Raju, a święta Twoja dusza do Niebios, do skarbów Ojca Mojego, do nadprzyrodzonej światłości” (Trans J Teol XXXIX).

    Wtedy oblicze Matki Pana zabłysło bardziej niż słońce (…), Pan zaś wyciągnąwszy ręce przyjął jej świętą i przeczystą duszę, a w chwili wyjścia jej przeczystej duszy, napełniło się miejsce owo zapachem i niewypowiedzianym światłem” (TransJTeol XLIV-XLV).

    Ciało Maryi zostaje złożone najpierw do grobu, po trzech dniach w tajemniczy sposób znika: I poprzez trzy dni słyszano głosy niewidzialnych aniołów, którzy chwalili Chrystusa, Boga naszego, który się z niej narodził. A gdy wypełnił się trzeci dzień, zmilkły głosy, z tego więc poznali wszyscy, że drogocenne jej ciało zostało przeniesione do Raju” (TransJTeol XLVIII).

    Autor ma świadomość, że należy wyłączyć Maryję spod prawa rozkładu ciała w grobie (no bo nie wypada), z drugiej strony jednak uważa, że wystarczy uznać niezniszczalność jej ciała, przeniesionego do Raju, gdzie oczekuje na powszechne zmartwychwstanie. Mamy tu zatem właściwie teorię podwójnego wniebowzięcia: ciała złożonego w Raju i duszy przeniesionej do Siódmego Nieba.

    Raj to Ogród Eden (ten w którym żyli przed upadkiem Adam i Ewa). Według legend żydowskich został on tuż przed Potopem usunięty z ziemskiej rzeczywistości, przemieniony i umieszczony w Trzecim Niebie. O ile więc ciało Maryi nadal czeka na zmartwychwstanie ciał, tyle że w Trzecim Niebie, to jej dusza jest już przy Tronie Boga.

    Te historie o wyjmowaniu duszy i wkładaniu jej z powrotem, czy też o rozdzielaniu miejsca pobytu duszy i ciała, wydawały się jednak pomysłami nazbyt fantastycznymi.

    Za bardziej wiarygodne uznano, że Maryja zmartwychwstała i została wzięta do Nieba (z duszą i ciałem) bezpośrednio po śmierci, a nie trzy dni po niej. Tak wniebowzięcie przedstawia chociażby wzmiankowany już apokryf pod tytułem „Transitus Melitona z Sardes”. Taka też koncepcja wniebowzięcia Maryi najbardziej utrwaliła się w powszechnej świadomości wiernych.

    Czasami nawet pomijano śmierć i wskrzeszenie Maryi przez Jezusa, sugerując jakoby została ona zabrana do Nieba jeszcze za życia, co rozumiano w ten sposób, że kresem jej ziemskiego życia było po prostu wniebowzięcie, a nie śmierć. Precedens już istniał, bo żywcem został porwany do Nieba prorok Eliasz (2 Krl 2, 11), a jeszcze wcześniej Henoch (Rdz 5,24; Syr 44,16; Hbr 11,5). Skoro oni mogli nie doświadczyć śmierci, mogła i Maryja.

    Pamiątka z wniebowzięcia

    Według apokryfu przypisywanego Józefowi z Arymatei, kiedy apostoł Tomasz (który nie był na pogrzebie) zbliżał się do Góry Oliwnej, ujrzał, jak aniołowie niosą ciało Maryi do Nieba. Zaczął więc wołać:
    O święta Matko, Matko błogosławiona, Matko niepokalana, jeśli już doznałem tej łaski, że cię teraz widzę, gdy dążysz do Nieba, uraduj sługę twego dzięki twemu wielkiemu miłosierdziu” (TransJózAr XVII).

    Wówczas przepaska, którą apostołowie opasali wcześniej ciało Maryi, została zrzucona z Nieba, aby Tomasz mógł ją sobie zachować na pamiątkę. Po przybyciu do Wieczernika Tomasz wysłuchał opowieści pozostałych apostołów o śmierci i pogrzebie Matki Boskiej. Oświadczył wówczas, że Jej ciała już nie ma w grobie, bo zostało zabrane do Nieba. Zdenerwowani Apostołowie zaczęli mu wypominać grzech niewiary w zmartwychwstanie Jezusa, zarzucając, że teraz dla odmiany fantazjuje. Tomasz jednak domagał się, aby poszli do grobu i otwarli go celem sprawdzenia, czy nadal znajduje się w nim ciało Matki Boskiej. Oczywiście grób okazał się pusty. Gdy zaś Tomasz pokazał szarfę, która spadła, gdy aniołowie nieśli ciało Maryi w stronę Nieba, apostołom nie pozostało nic innego, jak uznać, że doszło do wniebowzięcia, którego świadkiem był Tomasz.

    Tę właśnie przepaskę Maryi, jako relikwię i pamiątkę z wniebowzięcia przechowuje katedra pw. św. Szczepana w Prato w kaplicy o nazwie Del Sacro Cingolo. Jeśli więc ktoś nie dowierza, może udać się do Toskanii i naocznie przekonać, że Maryja wniebowstąpiła, czego widomym dowodem jest przepaska oprawiona w złoty relikwiarz i wystawiana kilka razy do roku na widok publiczny.

    Jak ustosunkować się do tych różnych, często bardzo dziwacznych, apokryficznych opowiadań o wniebowzięciu Maryi? Należy je uznać po prostu za piękne baśnie wyrażające ludową wiarę. Już dekret papieża Gelazego z 495 r. wzywa do wstrzemięźliwości w czytaniu apokryfów o wniebowzięciu i postuluje zdrowy rozsądek. Być może nie wszystko jest tam legendą i apokryfy te zawierają jakieś okruchy prawdy historycznej, ale tego nie potrafimy rozstrzygnąć. Dają nam natomiast ciekawy wgląd w to, jak chrześcijanie kiedyś wyobrażali sobie wniebowzięcie Maryi.

    Roman Zając/Wiara.pl/Stacja7.pl

    ***

    Nowenna przed Uroczystością Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny

    Fra Angelico – zdjęcie ze strony: omnes

    ***

    Modlitwa na każdy dzień nowenny:

    „O Matko niech pieśń moja dziś ku Tobie płynie,

    Dlaczego z mej miłości przynoszę Ci dary,

    Czemu w duszy, gdy myślę o Tobie jedynie.

    Nie budzą lęku Twojej wielkości bezmiary.

    Ach! Twej chwały, Mateńko, ni pojąć, ni mierzyć.

    Ona blaskiem przewyższa Świętych w zaobłoczu!

    Że jestem Twoim dzieckiem, trudno mi uwierzyć…

    Ja nie zdołam przed Tobą, Maryjo, podnieść oczu”.

    (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

    Dzień pierwszy – środa 6 sierpnia

    Prawda o wniebowzięciu Maryi, zdefiniowana przez Piusa XII, została potwierdzona przez Sobór Watykański II, który wyraża wiarę Kościoła w następujących słowach: „Na koniec, Niepokalana Dziewica, zachowana, wolna od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego”

    (Jan Paweł II)

    Maryjo, wzorze doskonałego posłuszeństwa Ciebie Bóg wywyższył nad wszelkie stworzenie, bo byłaś pokorna, cicha i pełna ufności. Jesteś najmożniejszą Pośredniczką naszą, bo przez Twoje ręce otrzymujemy wszelkie dobro. Maryjo, nasza Matko, spraw niech żyjemy w taki sposób, aby wejść do chwały niebieskiej.

    „Ciężary życia doczesnego zna dobrze Maryja z własnego doświadczenia. Jest nam przeto nie tylko Matką światłości, że muszą przed Nią padać na kolana zwały naszych błędów, ale jest przede wszystkim współczującą Matką. Chociaż przebywa w wiekuistym szczęściu, waży każdą łzę zbolałej duszy, jak swoją własną, aby podać ratunek i zagoić rany”.

    (Biskup Adolf Piotr Szelążek)

    „Z jakąż żarliwością prosiłam (Najświętszą Maryję Pannę), by mnie nieustannie strzegła i wkrótce ziściła moje marzenie o ukryciu się w cieniu Jej dziewiczego płaszcza!”

    (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

    Pod Twoją obronę…

    Dzień drugi – czwartek 7 sierpnia


    Przez tajemnicę wniebowzięcia Maryja sama doznała w sposób definitywny skutków tego jedynego pośrednictwa, którym jest pośrednictwo Chrystusa – Odkupiciela świata i zmartwychwstałego Pana: „W Chrystusie wszyscy będą ożywieni, lecz każdy według własnej kolejności. Chrystus jako pierwszy, potem ci, którzy należą do Chrystusa w czasie Jego przyjścia”.

    (Jan Paweł II)

    Maryjo, wzorze doskonałego zawierzenia jesteś dla nas wzorem i drogowskazem, jak we współczesnym świeci nie zagubić Boga i żyć w prawdzie. Otocz nas swoim płaszczem, abyśmy swoimi wyborami świadczyli o Jezusie, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. Maryjo, mistrzyni wiary, strzeż w nas darów Ducha Świętego, abyśmy żyli Ewangelią, która niech wydaje owoce świętości w naszym codziennym życiu.

    „O ile więc świątobliwość nasza, w porównaniu do świątobliwości Maryi, jest mniejszą o tyle serca nasze przepełniać się winny uczuciami zbawiennego żaru, głębokiej pokory i ufności”.

    (Biskup Adolf Piotr Szelążek)

    ,,Nie należałoby głosić (jak to nieraz słyszałam), że Maryja swymi przywilejami zaćmiewa chwałę wszystkich Świętych, podobnie do słońca, za którego wschodem znikają gwiazdy. Mój Boże! jakież to dziwne! Matka, która zaciera chwałę swych dzieci! Co do mnie, myślę przeciwnie, że Maryja o wiele powiększa blask i chwałę wybranych”.

    (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

    Pod Twoją obronę…

    Dzień trzeci – piątek 8 sierpnia

    W tajemnicy wniebowzięcia wyraża się wiara Kościoła, że Maryja jest zjednoczona z Chrystusem „węzłem ścisłym i nierozerwalnym”, ponieważ jeśli jako dziewicza Matka była szczególnie z Nim zjednoczona w Jego pierwszym przyjściu, to poprzez stałą z Nim współpracę będzie tak samo zjednoczona w oczekiwaniu drugiego przyjścia.

    (Jan Paweł II)

    Maryjo, pełna łaski, serce Twoje było przepełnione Bogiem. Kontemplowałaś Go w swoim wnętrzu poprzez tajemnice wcielenia Słowa, poprzez niezachwianą wiarę w śmierci i zmartwychwstania swego Syna. Wskazuj nam drogi wiodące do zamieszkiwania Boga w naszym sercu, abyśmy napełnieni Duchem Świętym byli otwarci na Boże łaski.

    „O Jezu, Tyś sprawił, ze pośrednictwo Twojej Matki Przeczystej jest wszechmocne, Tyś sprawił, że Twoja męka i krew otoczyła Najświętszą Pannę wieńcem świętości i chwały”.

    (Biskup Adolf Piotr Szelążek)

    „Ukryj się starannie w cieniu dziewiczego płaszcza Maryi, aby Cię uświęciła pełnią dziewictwa”.

    (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

    Pod Twoją obronę…

    Dzień czwarty – sobota 9 sierpnia

    Odkupiona zaś w sposób wznioślejszy ze względu na zasługi Syna swego „ma też to zadanie, właśnie Matki, pośredniczki łaski, w tym ostatecznym przyjściu, kiedy będą ożywieni wszyscy, którzy należą do Chrystusa”, kiedy jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć.

    (Jan Paweł II)

    Maryjo, służebnico Pańska, Twoje serce przeniknięte było troską o innych. Z kart Ewangelii dowiadujemy się o Twoim miłosiernym sercu w trosce o Elżbietę, do której szłaś z pomocą, Dziecię Jezus, które chroniłaś przed okrucieństwem Heroda, troską o nowożeńców, apostołów w Wieczerniku. Widzimy Ciebie, jako Matkę, która współodczuwa ze swoim dziećmi, a dziś z Kościołem Chrystusowym. Maryjo, pomóż nam naśladować Chrystusa, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć.

    „Grzesznik widzi w Maryi ucieczkę grzeszników, więc z wiarą w Jej wstawiennictwo szuka lekarstwa na rany swej duszy. Dlatego Kościół Święty stosuje do Maryi słowa Pisma Świętego: We mnie wszystka nadzieja żywota i cnoty”.

    (Biskup Adolf Piotr Szelążek)

    „Najświętsza Panna […] nie omieszka opiekować się mną, ilekroć Jej wzywam. Kiedy ogarnia mnie niepokój, zamieszanie, natychmiast zwracam się do Niej i zawsze zaopiekuje się mymi sprawami jak najczulsza Matka”.

    (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

    Pod Twoją obronę…

    Dzień piąty – niedziela 10 sierpnia

    Z takim szczególnym wyniesieniem i wyjątkowym wywyższeniem „wzniosłej Córy Syjonu” przez wniebowzięcie, łączy się tajemnica Jej wiekuistej chwały. Matka Chrystusa doznaje uwielbienia „jako Królowa wszystkiego”.

    (Jan Paweł II)

    Maryjo, Bramo niebios, przez którą boska dobroć rozlewa się po świecie. Pokorna i uległa pozwalasz Bożemu światłu przenikać przez siebie, niczym tego światła nie zaciemniając. Naucz nas, jak uległe i oddane powinny być nasze serca, umysł i wola, aby Boża łaska mogły w nich zamieszkiwać.

    „Radość wypełnia serce, gdy mówić możemy o Najświętszej Maryi Pannie – głosić chwałę Tej, którą Bóg wyniósł ponad wszystkie stworzenia, której świętość budzi podziw aniołów, porywa ziemian na szczyty doskonałości”.

    (Biskup Adolf Piotr Szelążek)

    „Odmawianie różańca kosztuje mnie więcej, niż używanie narzędzi pokutnych. Długi czas smuciłam się tym brakiem pobożności, który mnie zadziwiał, bo tak bardzo kocham Najświętszą Pannę, że powinnam z łatwością odmawiać ku Jej czci modlitwy, tak Jej miłe. Teraz już mniej się martwię; myślę, że skoro Królowa Nieba jest moją Matką, jest zadowolona, widząc moją dobrą wolę”.

    (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

    Pod Twoją obronę…

    Dzień szósty – poniedziałek 11 sierpnia

    Ta, która przy zwiastowaniu zwała siebie służebnicą Pańską, pozostała do końca wierna temu, co ta nazwa wyraża. W ten sposób Maryja stała się pierwsza wśród tych, którzy „służąc Chrystusowi w bliźnich, przywodzą braci swoich pokorą i cierpliwością do Króla, któremu służyć znaczy królować”.

    (Jan Paweł II)

    Maryjo, Gwiazdo przewodnia, przez swoje „tak” oddałaś się w ręce Boga, aby zrealizowały się w Tobie Jego plany. Dzięki Twojemu „fiat” Bóg zszedł na ziemię, aby wyrwać człowieka z niewoli grzechu i dać mu zbawienie. Naucz nas postawy gotowości i otwarcia na pełne miłości działanie Boga w naszym życiu. Niech zawsze na ustach mamy słowa: „niech się dzieje wola Pana mojego”.

    „Maryja podjęła trud podróży „dla służenia chwale Bożej, przez utrwalenie na ziemi wśród ludzi Królestwa Chrystusowego”.

    (Biskup Adolf Piotr Szelążek)

    „Nie znajdując żadnego ratunku na ziemi, biedna mała Teresa zwróciła się do swojej Matki w Niebie, prosiła Ją z całego serca, by ulitowała się wreszcie nad nią”.

    (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

    Pod Twoją obronę…

    Dzień siódmy – wtorek 12 sierpnia

    Maryja – służebnica Pańska uczestniczy w tym królowaniu Syna. Jej wyniesieniem królewskim nie przestaje być chwała służenia: wzięta do nieba nie zaprzestaje owej zbawczej służby, w której wyraża się macierzyńskie pośrednictwo „aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych”.

    (Jan Paweł II)

    Maryjo, Matko pokoju, w Twoim sercu znajdujemy przedsmak wiekuistego szczęścia, gdzie Ty razem z Twoim Synem królujesz. Oddajemy Tobie nasze serca, abyś wypełniała je słodyczą łask Bożych. Napełnij je pragnieniem nieba, tęsknotą za wiecznością, do której jest powołane każde ludzkie serce. Zawierzamy się Tobie, jako najczulszej Matce, która wskaże nam drogę do Jezusa.

    „Skarby, których nam Bóg użycza przez Maryję, nie mogą być zamknięte i niedostępne dla ogółu, lecz promieniować powinny na całe otoczenie, dla chwały Bożej, Jego Matki Najświętszej i dla zbawienia dusz”.

    (Biskup Adolf Piotr Szelążek)

    „Najświętsza Panna dała mi przeświadczenie, że to naprawdę Ona uśmiechnęła się do mnie. Zrozumiałam, że czuwa nade mną, że jestem Jej dzieckiem. Pojęłam też, że nie mogę Jej dać nic więcej, ponad to, by nazywać Ją „Mamusią”, które to imię wydawało mi się tkliwsze niż imię „Matka”.

    (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

    Pod Twoją obronę…

    Dzień ósmy – środa 13 sierpnia

    Tak więc Maryja pozostaje w swoim wniebowzięciu objęta całą rzeczywistością świętych obcowania, a Jej zjednoczenie z Synem w chwale jest stale zwrócone ku tej ostatecznej pełni królestwa, kiedy „Bóg będzie wszystkim we wszystkich”.

    (Jan Paweł II)

    Maryjo, Matko nadziei, Ty jesteś wypełnieniem wszystkich obietnic, wstawiaj się za nami do Twego Syna, aby rozpalony w nas żar wiary, nadziei i miłości nieustannie rozpalał nasze serca. Czuwaj nad naszymi sercami, aby były gotowe do wzrastania w jedności i miłości w służbie Królestwu Bożemu.

    „Maryja jest Matką powołanych do życia łaski, usprawiedliwionych i w łasce trwających. Nikt korzystniej za nami przemawiać nie może do Zbawcy naszego, nad tę Przeczystą Dziewicę”.

    (Biskup Adolf Piotr Szelążek)

    „Tu przy Tobie, o najczulsza Matko, moje serce zaznało pokoju. Nic już więcej na ziemi nie pragnę. Jezus sam szczęściem jest moim”.

    (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

    Pod Twoją obronę…

    Dzień dziewiąty – czwartek 14 sierpnia

    Maryja, wzniosła Córa Syjonu, pomaga wszystkim swoim synom, gdziekolwiek i w jakichkolwiek warunkach żyjącym, aby w Chrystusie znajdowali drogę do Ojca.

    (Jan Paweł II)

    Maryjo, wskazująca drogę do Ojca, przygarnij wszystkich, którzy zagubili się na ścieżkach swego życia. Stella Maris, bądź bezpiecznym i pewnym portem dla tonących w falach nienawiści, nałogów i ludzkich dramatów. Wskazuj, którędy kroczyć, byśmy nie zgubili Chrystusa.

    „Maryja będzie dla nas w każdej przygodzie duchowej i doczesnej tęczą zwiastującą chwile pogodne. Jej się polecajmy z ufnością, a zawiedzionymi nie będziemy, bo sama nas o tym zapewnia: „Kto mnie znajdzie, ten znajdzie Życie i uzyska łaskę u Pana”.

    (Biskup Adolf Piotr Szelążek)

    „Prosić Najświętszą Maryję Pannę, to nie to samo co prosić Pana Boga. Ona wie dobrze, co robić z moimi pragnieniami, czy należy o nich mówić, czy nie należy (…) wreszcie, Ona, najlepiej widzi, czy wysłuchanie mnie nie byłoby zmuszaniem Pana Boga, czy pozwoliłoby Mu uczynić w pełni Jego wolę”.

    (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

    Pod Twoją obronę…

    Myśli Jana Pawła II zostały zaczerpnięte z Encykliki Redemptoris Mater, O błogosławionej Maryi Dziewicy w życiu pielgrzymującego Kościoła.

    Zgromadzenie Sióstr św. Teresy od Dzieciątka Jezus
    Tygodnik Niedziela

    Zaśnięcie, z obrazu Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny

    Fra Angelico – zdjęcie ze strony: omnes

    ***

    Produkt katolickopodobny. Łańcuszki modlitewne, fałszywe objawienia – dlaczego tak łatwo im ulegamy?

    Co sprawia, że tak wielu katolików wierzy w kwestie, które nie mają podstaw w nauczaniu Kościoła?

    Na facebookowej ścianie wyświetla się kolorowa grafika ze stągwią i winem, na niej duży napis: „Bóg może zamienić wodę w wino i może zamienić nasz ból w radość, napisz Amen jeśli wierzysz” (pisownia oryginalna). Opublikował ją profil pod nazwą Ewangelia Jezusa Chrystusa. Licznik wskazuje tysiąc komentarzy. Inny profil, Katolicyzm i Pan Jezus, wrzuca posta ze zdjęciem figury Maryi i wpisem „Dziś jest dzień, w którym Matka Boża modli się o zdrowie Twojej rodziny, dotknij obrazka i napisz »Amen«”. Tym razem komentarzy jest ponad pięć tysięcy. Takich profili o chrześcijańsko brzmiących nazwach powstają dziesiątki, a posty niejednokrotnie gromadzą grube tysiące odpowiedzi.

    Co dzieje się po wpisaniu „amen”? Po kilku sekundach na Messengerze pojawia się upstrzona emotikonami wiadomość, zapraszająca do wysłuchania „specjalnie przygotowanego kazania” i prosząca o wybranie dogodnej pory. Pierwsze „kazanie” rozpoczyna się zwykle od odmówienia modlitwy „Wierzę w Boga”, następnie prowadzący, często podkreślając swoją przynależność do Kościoła katolickiego, rozpoczynają nauczanie. Co jakiś czas proszą o wspólne przeczytanie „Bożego Słowa”. I o ile niektóre fragmenty tekstu, które wklejają w okienko czatu, rzeczywiście pochodzą z Biblii Tysiąclecia (podawany jest nawet link do jej internetowego, oficjalnego wydania), to jako „Słowo Boga” podawane są również fragmenty niemające z Pismem Świętym absolutnie nic wspólnego. Natychmiast też pojawiają się zaproszenia do zawarcia facebookowych znajomości, między innymi od osób podających się za księży czy siostry zakonne – na zdjęciu profilowym występują w stroju duchownym, piszą nie całkiem czystą polszczyzną i tłumaczą, że choć mają polskie korzenie, to wychowali się i pracują za granicą. Dopytują o samopoczucie, pytają o wrażenia z „kazań”, które odbywają się codziennie, okazują troskę, mobilizują… Tymczasem z dnia na dzień nauczanie prezentowane w czasie „kazań” odchodzi coraz dalej od nauki Kościoła. Głoszący podkreślają, że słuchacze są wybrani, aby „poznać prawdę o królestwie niebieskim”.

    Złudne bezpieczeństwo

    Mechanizm ten dobrze znany jest o. Emilowi Smolanie, pracującemu w Dominikańskim Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. – Trudno mówić o skali, ale zgłoszenia dotyczące tego typu działań powtarzają się. Angażują się w to często osoby starsze czy samotne, które czują się tam zaakceptowane, przyjęte, ważne – mówi zakonnik. Do Centrum zgłaszają się osoby, które zauważają, że z ich najbliższymi, uczestniczącymi w internetowych nauczaniach, dzieje się coś złego – stają się zamknięci, odcinają się od rodziny, zmieniają rutynowe zachowania, zaczynają poświęcać dużo czasu na nowe aktywności i zaniedbywać swoje życie. Wszystko zaczyna się dla nich koncentrować wokół nowej grupy, spotkań, idei; podkreślają swoje wybranie i wyjątkowość.

    Nie ulega wątpliwości, że osoby, które umieszczają swój komentarz pod postem, robią to z potrzeby religijnej – pragną otrzymać błogosławieństwo czy włączyć się w modlitwę. Ta sama motywacja kierowała ludźmi, którzy w maju gromadzili się pod jednym z drzew w Parczewie, gdzie zdaniem niektórych „objawiła się” Matka Boża. Rzecznik siedleckiej kurii bardzo szybko uciął spekulacje o nadprzyrodzonym charakterze zjawiska, wskazując na konkretne elementy, których wystąpienie jest niezbędne, żeby Kościół rozpoczął jego pogłębione badanie. Mimo to na parczewskim osiedlu nadal można było spotkać modlących się ludzi. W rozmowach z dziennikarzami krytycznie odnosili się do stanowiska kurii i podkreślali, że nie wierzą w zdanie Kościoła i będą się nadal modlić pod drzewem.

    Niemałe grono gromadzą wokół siebie także kapłani, na których Kościół nałożył karę suspensy, a oni nie podporządkowali się jej i nie przerwali swojej działalności. W swoim nauczaniu przedstawiają siebie jako niemalże męczenników za wiarę, oskarżając Kościół i biskupów o niesłuszne upomnienia i sprzeniewierzenie się prawdziwej wierze katolickiej. Komunikaty władz kościelnych, przypominające o nałożonych na kapłanów karach kanonicznych, odbijają się szerokim echem wśród ich zwolenników, którzy nierzadko w bardzo ostrych słowach atakują biskupów czy władze zakonne. Zarzucają im przynależność do masonerii, chęć zniszczenia Kościoła i prześladowanie „jedynych kapłanów wiernych Chrystusowi i Matce Bożej”.

    Wszystkie powyższe sytuacje mają wspólny mianownik: występują w nich ludzie, którym nie brakuje głębokiej wiary i zaangażowania religijnego, wszyscy też są formalnie członkami Kościoła katolickiego. Dlaczego więc tak łatwo odchodzą od jego oficjalnego nauczania i obdarzają zaufaniem przywódców dalekich od ortodoksji? I w jaki sposób ustrzec siebie i swoich bliskich przed uwikłaniem się w te sidła? – Tę kwestię dobrze jest rozpatrzyć w dwóch aspektach: ludzkim, opierającym się m.in. na mechanizmach psychologicznych, i duchowym, które przenikają się wzajemnie – tłumaczy ks. dr Krzysztof Matuszewski, teolog duchowości, psycholog i psychoterapeuta, rektor Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego.

    Aktualnie przeżywamy rodzaj epidemii osamotnienia, nie zawsze uświadomionego. Pod osamotnieniem kryje się silne, niezaspokojone pragnienie bycia w relacji, potrzeba bezpieczeństwa, przynależności, opieki itp. Poczucie przynależności do grupy, wręcz ekskluzywizmu, podnosi samoocenę i zaspokaja niektóre potrzeby. Kolejną kwestią jest podwyższony poziom lęku w społeczeństwie, spotęgowany zewnętrznymi okolicznościami, np. niedawną pandemią, wojną na Ukrainie czy wzrostem cen. Niepewność dotycząca przyszłości zaburza poczucie bezpieczeństwa, co z kolei sprawia, że zaczynamy nadmiarowo myśleć i analizować. W ten sposób umysł chce się przygotować na nadchodzące zagrożenie, mieć je pod kontrolą, co daje ulgę. Tymczasem nauczanie internetowej grupy czy ukaranych kapłanów koncentruje się często na wątkach apokaliptycznych, pojawia się straszenie piekłem, wskazywanie znaków zbliżającego się końca świata, podkreślane jest zepsucie współczesnej cywilizacji i wszechobecne zagrożenie. – Wiele osób szuka ulgi w nauczaniu, które tłumaczy ich stan. To styl radzenia sobie z lękiem polegający na potwierdzaniu. Czuję niepokój i szukam zarówno wytłumaczenia, jak i szybkiego rozwiązania: „Jest się czego bać, bo świat jest zły, jeśli zrobisz to czy tamto, jeśli będziesz słuchał moich słów, odmawiał określone modlitwy, będziesz bezpieczny”. W tym wypadku działanie zabezpieczające przed zbliżającym się zagrożeniem daje chwilową ulgę, ale to pułapka. Zachowanie ochronne jest równocześnie zachowaniem podtrzymującym wiarę w zagrożenie. Dokładam kolejne modlitwy, słucham kolejnych apokaliptycznych przekazów. To znany mechanizm nerwicowy – wyjaśnia ks. Matuszewski.

    Rolę lęku podkreśla również o. Tomasz Franc OP, psycholog, psychoterapeuta na Oddziale Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic Szpitala Klinicznego im. dr. J. Babińskiego w Krakowie. – Kiedy pojawia się w nas lęk, chcemy jak najszybciej rozładować napięcie. Wydaje nam się, że jeśli coś jest konkretne, dobitne, jednoznaczne, to jest bezpieczne. Tylko że kiedy skupiamy się na szukaniu szybkich rozwiązań, gubimy to, co jest w relacji z Bogiem najcenniejsze – zaufanie, budowanie długoterminowej więzi – tłumaczy. Pseudoautorytety pomagają opanować lęk, bo zdejmują ze słuchacza konieczność podejmowania własnych decyzji, brania odpowiedzialności za swoje życie. Dają narzędzia i podpowiadają czarno-biały schemat dobra i zła. – Jeśli dodatkowo są prześladowani, to wpisują się w popularny w dzisiejszych czasach schemat mówiący, że instytucja – w tym wypadku Kościół, ale to myślenie dotyczy też na przykład państwa – ma charakter opresywny, a najważniejsza jest doznaniowość, moje własne odczucia – dodaje zakonnik.

    Religijna dieta cud

    Mechanizm „napisz »amen«, a otrzymasz błogosławieństwo” nie jest niczym nowym – przed laty w kościołach można było znaleźć kartki z modlitewnymi łańcuszkami zakończonymi poleceniem przepisania tekstu określoną liczbę razy i zostawienia go w świątyniach. Kiedy technologia się rozwinęła, łańcuszki przyjęły formę SMS-ów, często straszących nieszczęściami, które spadną na tego, kto przerwie „łańcuch modlitwy” i nie roześle wiadomości do wskazanej grupy. – Dieta cud – uśmiecha się ks. Matuszewski i tłumaczy, że chociaż większość z nas wie, że redukcja wagi wymaga wytrwałości, systematyczności i wolnego tempa, to chętnie rzucamy się na różne cudowne diety, mające nam gwarantować schudnięcie po tygodniu. – Tu podobnie: wystarczy kliknąć, wpisać wskazane słowo albo odmówić jakąś modlitwę i hop – już mamy wyższy poziom duchowy. Coś, co wymaga czasu, cierpliwego trwania, ludzie chcą załatwić jednym kliknięciem – wyjaśnia i dodaje, że jedną z negatywnych cech naszej religijności są elementy myślenia magicznego, zabobonnego. Nie oczekujemy od Boga, że nas wspomoże, tylko liczymy, że nas wyręczy, sam załatwi sprawę, a nas zwolni z decydowania i działania. Wystarczy, że do „duchowego bankomatu” wklepię PIN składający się z określonych modlitw, a natychmiast otrzymam „zapłatę” w postaci realizacji przez Pana Boga moich próśb.

    – Przyczyną jest m.in. niedostatek w formacji, w tym rzetelnej wiedzy religijnej. W przypadku starszego pokolenia trochę to zrozumiałe: w czasach PRL, kiedy do konfesjonałów ustawiały się kilometrowe kolejki, ksiądz nie miał czasu na pogłębione duszpasterstwo indywidualne. Aktualnie zmienia się model duszpasterski: w stronę bardziej zindywidualizowanego, z zachętą do osobistej formacji. Brak porządnej wiedzy religijnej zwiększa podatność na różne nadużycia – podkreśla ks. Matuszewski.

    W tym wszystkim nie można zapomnieć o aspekcie duchowym. Jesteśmy kuszeni do zła. Zły duch podaje się za anioła światłości, pozostaje jednak ojcem kłamstwa. Będzie podpowiadał zagrożenia tam, gdzie ich realnie nie ma, odwracając uwagę od tych prawdziwych. Jasne, że nie wolno uciekać od dramatu grzechu i zła na świecie, jednak nadmiernie akcentowanie zagrożenia, piekła i zbliżającej się apokalipsy jest nieewangeliczne, bo skupiamy się na złu, a nie na Bogu i Jego chwale. – Ewangelia to Dobra Nowina, która uwalnia od lęku, bo jest manifestem Bożej miłości i zwycięstwa życia nad śmiercią. Kiedy Piotr idzie po wodzie, radzi sobie, dopóki ma Jezusa przed oczami, ale gdy zaczyna patrzeć tylko na wzburzone morze, natychmiast tonie – przypomina kapłan.

    Sprawdzone źródła wiedzy

    Czy istnieje rodzaj zbroi zdolnej nas uchronić przed zaangażowaniem się w inicjatywy, które co prawda na pierwszy rzut oka koncentrują się na Panu Bogu, ale z katolicyzmem nie mają wiele wspólnego? – Najważniejsze to pamiętać, że nasza relacja z Bogiem jest długofalowa, ciągła. On nie zwraca na nas swojego oblicza dopiero wtedy, gdy ukłujemy Go jak szpilką wpisaniem formułki w internecie. Bóg jest zawsze obecny w naszym życiu – czy śpimy, czy jemy, robimy to pod okiem Jego opatrzności. A budowanie głębokiej relacji wymaga czasu, wolności i zaufania, a nie podejmowania działań, które mają na Nim coś wymusić – podpowiada o. Tomasz Franc.

    Tym, co może zabezpieczać nasze życie religijne przed wejściem na niezdrowy grunt, jest wiedza ze sprawdzonych źródeł. Internet, z którego najczęściej korzystamy, jest zarówno skarbnicą wartościowych treści, jak i śmietnikiem pełnym szkodliwych produktów. – Przede wszystkim sięgajmy po główne źródła teologiczne: Pismo Święte i sprawdzone komentarze do niego oraz Katechizm Kościoła Katolickiego i oficjalne jego nauczanie. Należy krytycznie podchodzić do – niestety częstych w sieci – fundamentalistycznych interpretacji tekstu, w których zdania z Biblii wyrywane są z kontekstu i tłumaczone dosłownie. Zaglądajmy też na oficjalne, sprawdzone strony internetowe. Wiele osób karmi się przekazami o prywatnych objawieniach, często niepotwierdzonych przez Kościół, zna strony internetowe o egzorcyzmach i zagrożeniach duchowych, które nieraz nie mają nawet podanego autora. Nie wiadomo, kto bierze odpowiedzialność za zamieszczane tam treści – wskazuje ks. Matuszewski i przypomina, że słowo „sekta” bierze się z łacińskiego secare – ciąć. Niektóre sekty biorą elementy doktryny katolickiej i „przycinają” ją zgodnie ze swoim pomysłem. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku, ale diabeł (w tym wypadku bardzo dosłownie) tkwi w szczegółach. – Kiedy brakuje nam wiedzy religijnej, to jesteśmy podatni na manipulacje, łatwo można nam wmówić wiele rzeczy. •

    Agnieszka HufGość Niedzielny

    ***

    środa, 5 sierpnia

    Święto Przemienienia Pańskiego

    Obraz Chrystusa, który jest Królem całego wszechświata został namalowany w Warszawie w roku 1942 przez 54-letniego wówczas malarza Adama Stykę. Przygotowując się do namalowania wizerunku Chrystusa, długo rozczytywał się w Ewangelii, rozmyślał i nie mógł znaleźć odpowiedniej koncepcji. Te wahania przerwał osobisty dramat twórcy, kiedy jego syn został aresztowany przez Niemców. To tragiczne doświadczenie stało się dla niego takim impulsem do pracy. Kiedy obraz był już namalowany zaprosił swojego przyjaciela, architekta Marzyńskiego do swojej pracowni, który ze zdziwieniem stwierdził, że Chrystus nie ma oczu. “Ja się tych oczu boję!” – odpowiedział artysta. Dopiero po pewnym czasie dzieło zostało całkowicie ukończone.

    Chrystus ukazany jest na tym obrazie w momencie przemienienia na górze Tabor. Widoczne postacie – to Eliasz i Mojżesz. Pierwszy z nich kieruje wzrok ku Zbawicielowi, drugi składa głowę na Jego piersi. Nadnaturalnej wielkości postać Chrystusa Króla wypełnia prawie całą przestrzeń obrazu. Chrystus ma złotą koronę z cierni. Wznosi prawą rękę w geście Pantokratora. Mimo potęgi i majestatu Pan Jezus tutaj nie tylko jest Władcą, ale i Sługą. Świadczą o tym skierowane ku górze oczy Zbawiciela w żarliwej modlitwie. Zwraca się do Boga Ojca: opuszczone w lewej Jego ręce berło osłania trzymaną na kolanach kulę ziemską, ogarniętą w tamtym czasie straszliwą wojną.

    Już w trakcie pracy nad obrazem w malarzu dokonywały się pewne zmiany wewnętrzne. Uczestnicy odsłonięcia dzieła byli świadkami szczególnego wydarzenia. Ujrzawszy postać Chrystusa Króla, Adam Styka upadł ze szlochem na ziemię. Później, jak zauważyli znajomi artysty – jego wiara się pogłębiała i coraz bardziej zwracała się ku Panu Bogu.

    Przez długi czas obraz nie mógł znaleźć dla siebie bezpiecznego miejsca. Przed wybuchem powstania warszawskiego obraz został wyjęty z ram, zwinięty w rulon i wywieziony do Jabłonny. Wrócił stamtąd dopiero po upadku powstania i został umieszczony w głównym ołtarzu kościoła u księży Pallotynów na Warszawskiej Pradze, czczony jako Chrystus Król Pokoju.

    Wymowa tego obrazu wciąż jest bardzo aktualna, bo nadal pomaga wielu sercom dając duchowe pokrzepienie.

    ***

    6 sierpnia Kościół obchodzi Święto Przemienienia Pańskiego zwane także epifanią lub teofanią. Liturgia tego dnia wspomina opisane w Ewangeliach wydarzenie, przez które Chrystus objawił swoje bóstwo.

    Czytany w liturgii ewangeliczny opis Przemienienia Pańskiego pełen jest znaczeń symbolicznych: góra, światło i obłok są w Biblii charakterystyczne dla objawień Boga. “Jezus wziął ze sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich” (Mt 17,1). Twarz Jezusa zajaśniała jak słońce, szata była biała jak światło, ukazali się też Mojżesz i Eliasz a z obłoku dobiegł głos Boga.

    Są oni świadkami, którzy potwierdzają widzenie Apostołów i wskazują, że całe objawienie prowadzi do Jezusa. Dodatkowym i niepodważalnym uwierzytelnieniem jest głos Ojca, Który mówi: “To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” (Mt 17,5).

    Przemienienie Jezusa miało umocnić wiarę Apostołów oraz przygotować ich na przeżycie męki i śmierci Jezusa. Przemienienie ukazuje też, że do chwały objawionej przez Jezusa dochodzi się przez cierpienie i śmierć. Tak jak każda teofania (czyli objawienie bóstwa) Przemienienie Pańskie budzi fascynację i zachwyt ale zarazem lęk, dlatego św. Piotr powiedział najpierw: “dobrze, że tu jesteśmy” a w chwilę później uczniowie “upadli na twarz i bardzo się zlękli”. W religioznawstwie mówi się, że Bóg jest “mysterium fascinosum et tremendum”, czyli tajemnicą fascynującą i przerażającą.

    W chrześcijaństwie wschodnim święto Przemienienia obchodzone było już w V wieku. Do dziś zajmuje ono w liturgicznym kalendarzu chrześcijańskiego Wschodu jedno z najważniejszych miejsc. Przemienienie jest też bardzo częstym motywem ikonografii wschodniej.

    Na Zachodzie pierwsze wzmianki o tym święcie pochodzą z VII i VIII wieku. Bardziej upowszechniło się ono w okresie wypraw krzyżowych, kiedy bardzo popularne były pielgrzymki do Ziemi Świętej, w tym także na Górę Tabor, uznawaną za Górę Przemienienia.

    W 1457 r. papież Kalikst III, jako wyraz wdzięczności za zwycięstwo nad Turkami odniesione 6 sierpnia 1456 r. pod Belgradem, wprowadził je do liturgii całego Kościoła katolickiego. W 1964 r. Górę Tabor odwiedził papież Paweł VI, który jako pielgrzym przemierzał Ziemię Świętą.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ***

    Dziś Karol Nawrocki oficjalnie objął urząd Prezydenta naszej Ojczyzny i złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym

    (fot. Jacek Szydlowski / Forum)

    ***

    “Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem . Tak mi dopomóż Bóg! “

    ***

    Po złożeniu przysięgi prezydent wygłosił swoje orędzie, a o 12:00 uczestniczył we Mszy św. w intencji Ojczyzny i prezydenta, w archikatedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie.

    ***

    Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC:

    urząd Prezydenta powinien nas wszystkich jednoczyć

    (fot. PAP/Leszek Szymański)

    ***

    „Urząd Prezydenta powinien nas wszystkich jednoczyć, ponieważ prezydent jest symbolem narodowej jedności, a także dlatego, że takie zostało mu powierzone zadanie: być prezydentem wszystkich Polaków, ponad jakimikolwiek podziałami” – mówił abp Adrian Galbas, metropolita warszawski, w homilii wygłoszonej podczas Mszy św. za Ojczyznę w dniu zaprzysiężenia prezydenta Karola Nawrockiego.

    W homilii abp Adrian Galbas SAC, nawiązując do dzisiejszego święta i liturgii słowa, połączył przesłanie Ewangelii o Przemienieniu Pańskim z wyzwaniami stojącymi przed nowym prezydentem i polskim narodem.

    Odwołując się do wydarzenia na Górze Tabor, wskazał na dwa główne powody Przemienienia Pańskiego, które przytoczył za św. Leonem Wielkim. Pierwszym jest przygotowanie uczniów na trud Kalwarii: „W przemienieniu Chrystusa chodziło głównie o to, by z serc uczniów usunąć zgorszenie krzyża”. Apostołowie, widząc Jezusa w chwale, mieli umocnić wiarę w Jego boskość, by w obliczu męki nie zwątpili, że „to jest wciąż ten sam Chrystus: Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego!”.

    Drugim powodem jest ukazanie celu życia chrześcijańskiego: „Pan swoim przemienieniem podbudował nadzieję Kościoła świętego (…), aby wszystkie Jego członki mogły się spodziewać udziału w tej chwale, którą wcześniej rozbłysła Głowa”. Jak podkreślił abp Galbas, święto Przemienienia przypomina o ostatecznym celu ludzkiego życia – wiecznym przebywaniu z Bogiem. „Gdy ten cel osiągniemy, gdy po ziemskiej wędrówce, wejdziemy kiedyś na szczyt wiecznego Taboru, nie trzeba będzie już donikąd schodzić, będziemy mogli wówczas powiedzieć jak Piotr: ‘Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy’ (Łk 9,33)” – mówił.

    Hierarcha wskazał, że życie każdego człowieka, w tym prezydenta, rozgrywa się między Taborem – chwilami radości i chwały – a Kalwarią – momentami trudności i cierpienia. „Doświadczamy na przemian śmiechu i łez, pocieszenia i strapienia, radości i smutku. Mamy ‘siniaki i cekiny’, jak śpiewa jedna ze współczesnych artystek polskiej sceny” – zauważył kaznodzieja. W odniesieniu do prezydenta Nawrockiego podkreślił: „Także Pan doświadczy ‘prawa falowania’, tego, że będzie i tak i siak. Góra Kalwaria i góra Tabor”. W tych zmiennych okolicznościach kluczem jest zachowanie równowagi: „Przeżywając szczęście, byśmy nie popadli w pychę, a przeżywając nieszczęście, byśmy nie wpadli w rozpacz”.

    Abp Galbas wskazał, że do mądrego sprawowania urzędu potrzeba nie tylko osobistych przymiotów, takich jak inteligencja, kompetencje komunikacyjne, decyzyjność, pracowitość, wytrwałość, odwaga czy pokora, zgoda na kompromis i prosta dobroć. „Potrzeba także dobrego zespołu, złożonego z ludzi lojalnych, uczciwych, rzetelnych, krytycznych, a nie krytykanckich i oczywiście nie lizusów. Lizusi są najgorsi. Do tego wszystkiego potrzeba jednak przede wszystkim łaski Bożej. Dlatego o nią się teraz modlimy” – mówił, wzywając prezydenta, by sam pamiętał o tym w modlitwie. Przytoczył modlitwę króla Salomona o mądrość (Mdr 9,1-6.9-10), która powinna stać się inspiracją dla każdego przywódcy: „Dajże mi Mądrość, co dzieli tron z Tobą, i nie wyłączaj mnie z liczby swych dzieci!”. Podkreślił, że bez Bożej pomocy wysiłki ludzkie są daremne: „Jeśli Pan domu nie zbuduje, powie Psalmista, na próżno trudzą się ci, którzy go wznoszą” (Ps 127,1).

    Kaznodzieja odniósł się również do sytuacji Polski i świata, wskazując na współczesne wyzwania: wojnę na Ukrainie, presję migracyjną, kryzys demokracji liberalnej oraz „kryzys antropologiczny, tzn. zatracenie wiedzy na temat natury człowieka”. Szczególną uwagę poświęcił podziałom w polskim społeczeństwie: „Mamy jedno niezwykle trudne wyzwanie wewnętrzne: to trwający od lat konflikt polityczny, który dramatycznie rozbija nasz naród na wrogie sobie plemiona”. W tym kontekście przypomniał słowa preambuły Konstytucji 3 Maja, która mówi o przezwyciężaniu narodowych wad i wykorzystywaniu sprzyjających okoliczności dla dobra ojczyzny.

    Abp Galbas zaapelował, by prezydentura Karola Nawrockiego była symbolem jedności: „Urząd Prezydenta powinien nas wszystkich jednoczyć, ponieważ prezydent jest symbolem narodowej jedności, a także dlatego, że takie zostało mu powierzone zadanie; być prezydentem wszystkich Polaków, ponad jakimikolwiek podziałami. Bardzo byśmy chcieli, by taka była Pana prezydentura. Oby nie miał Pan względu na osoby, ale przewodził nam wszystkim ze spokojem i mądrością, przestrzegając prawa i ucząc nas je przestrzegać”. Cytując ks. Piotra Skargę, podkreślił rolę prawa w sprawowaniu władzy: „Prawa bowiem nie mają żadnych namiętności i uwieść się krzywo nie dadzą (…). Nie mają w sobie gniewu ani popędliwości, o dary nie dbają, namówić się do złego i oszukać nie mogą”.

    – Szanowny Panie Prezydencie, na pewno ma Pan już wyznaczone cele na pierwsze dni swojej prezydentury, na pierwsze sto dni, na pierwszy rok i na pięć lat. To dobrze, to ustrzeże i Pana i nas przed chaosem. Proszę jednak, jako osoba wierząca, nie stracić nigdy owego ostatecznego celu życia, jakim jest wieczność z Bogiem, przed którym każdy będzie musiał zdać sprawę ze swoich dokonań i zaniedbań. Gdy mamy to przed oczyma i w sercu, łatwiej ustrzec się od wielu błędów i od wielu grzechów, zwłaszcza od grzechu pychy – mówił warszawski metropolita.

    Przywołał słowa prezydenta Francji Emmanuela Macrona o katedrze Notre Dame jako metaforze narodu i świata, który potrzebuje sensu i transcendencji. „Oby Pan, Panie Prezydencie, pokazywał nam, wierzącym i niewierzącym, ‘jak bardzo sens i transcendencja pomagają nam żyć w tym świecie. Przekazywać i mieć nadzieję’” – zaapelował.

    Homilię zakończył modlitwą ks. Piotra Skargi za ojczyznę: „Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przyniosła Imieniu Twemu a syny swe wiodła ku szczęśliwości. Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować”.

    Homilia wygłoszona w dniu inauguracji prezydentury Prezydenta RP Karola Nawrockiego, 6 sierpnia 2025 r.

    (pełny tekst)

    Niech Bóg Panu błogosławi

    Siostry i Bracia,

    przeżywamy dzisiaj w liturgii Kościoła jedno z najradośniejszych świąt chrześcijańskich, upamiętniające dopiero co usłyszaną scenę z Ewangelii (por. Łk 9,28b-36). Miało to miejsce na Górze Przemienienia, którą starożytna tradycja identyfikuje z Górą Tabor w dzisiejszym Izraelu.

    Po co Pan Jezus zabrał trzech Apostołów: Piotra, Jakuba i Jana na „górę świętą” (2 P 1,18), jak powie o niej sam św. Piotr? Powody są dwa, o których ładnie i przekonująco mówi w jednym ze swoich kazań papież św. Leon Wielki. Prawdopodobnie za sprawą obecnego papieża Leona będziemy częściej słyszeć o Leonie Wielkim, warto więc posłuchać co mówił i w tej sprawie.

    Otóż, jego zdaniem, są dwa powody przemienienia. Pierwszy to swoiste przygotowanie uczniów do wejścia na inną górę, na której kiedyś się znajdą, czyli na Kalwarię. Mówi św. Leon, że „w przemienieniu Chrystusa chodziło głównie o to, by z serc uczniów usunąć zgorszenie krzyża”.

    Teraz Chrystus jaśnieje przed nimi w chwale, już nie tylko słyszą, że On jest Mesjaszem, ale widzą coś, co nie jest z tego świata: Światłość ze Światłości, Boga prawdziwego. Przed ich oczami spełnia się wielka wizja zapisana przez proroka Daniela, o której słyszeliśmy w pierwszym czytaniu. Tak, ich Nauczyciel, Jezus z Nazaretu jest naprawdę Chrystusem, to Ten, któremu powierzono „panowanie, chwałę i władzę królewską” (Dn 7,14), któremu będą służyć „wszystkie narody, ludy i języki” (Dn 7,14). Ich Nauczyciel to Ten, o którym mówi dzisiejszy Psalmista (por. Ps 97), że jest wywyższony ponad całą ziemię „i nieskończenie wyższy ponad wszystkich bogów” (Ps 97,9). To przed Jego obliczem topnieją władcy całej ziemi, a „Jego sprawiedliwość rozgłaszają niebiosa” (Ps 97,6), co śpiewaliśmy przed chwilą w Psalmie.

    Apostołowie widzą twarz Chrystusa jaśniejącą jak słońce i widzą Jego odzienie, które stało się „lśniąco białe” (Łk 9,29), widzą chwałę Jezusa, a także Mojżesza i Eliasza, rozmawiających z Chrystusem, a wreszcie słyszą głos z nieba, głos samego Ojca: „Ten jest mój Syn wybrany, Jego słuchajcie” (Łk 9,35).

    A wszystko ma być po to, by umocnić ich wiarę, szczególnie na ten moment, gdy Chrystus znajdzie się na tej drugiej górze już nie w otoczeniu Mojżesza i Eliasza, ale dwóch łotrów i gdy – jak powie prorok Izajasz w swej słynnej wizji (por. Iz 53,1-12) – będzie oszpecony i zmasakrowany, niepodobny do człowieka. Będzie jak ktoś „przed kim się twarze zakrywa” (Iz 53,3). Chodzi o to, żeby także wówczas uczniowie mieli pewność, że to jest wciąż ten sam Chrystus: Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego!

    Bracia i Siostry,

    nasze codzienne życie rozgrywa się pomiędzy tymi dwiema górami: pomiędzy Taborem i Kalwarią. Doświadczamy na przemian śmiechu i łez, pocieszenia i strapienia, radości i smutku. Mamy „siniaki i cekiny”, jak śpiewa jedna ze współczesnych artystek polskiej sceny. Nie ma na świecie nikogo, kogo życie byłoby tylko samą euforią i nie ma nikogo, kogo życie byłoby samą tylko tragedią. Zawsze jest wesele i pogrzeb, szczęście i nieszczęście, „z górki” i „pod górkę”, posiadanie i strata. I chodzi o to, byśmy – jako wierzący – mieli pewność, że we wszystkim jest z nami Chrystus. Przeżywając szczęście, byśmy nie popadli w pychę, a przeżywając nieszczęście, byśmy nie wpadli w rozpacz. Będąc na Taborze naszego życia mamy się wzmacniać tą chwilą i nią cieszyć, jak Piotr, a gdy znajdziemy się na naszej życiowej Kalwarii mamy pamiętać, że to nie jest koniec, że na pewno przyjdzie odmiana, przyjdzie przemienienie, bo nie ma takiego Wielkiego Piątku, po którym by nie było Wielkanocy!

    Tak jest i tak będzie również w życiu Pana Prezydenta. Także Pan doświadczy „prawa falowania”, tego, że będzie i tak i siak. Góra Kalwaria i góra Tabor. Oby w ciągu najbliższych pięciu lat intensywność tych gór nie rozłożyła się w Pana życiu, w Pana posługiwaniu i w życiu Pana rodziny po połowie, a tym bardziej, oby nie zdominowało to co trudne i ciężkie, ale nie jesteśmy naiwni: wiecznego Taboru na pewno nie będzie, pięć usłanych różami lat nie nadejdzie.

    Aby w radości nie stracić głowy, a w strapieniu serca, potrzeba nie tylko osobistych przymiotów: inteligencji, kompetencji komunikacyjnych, decyzyjności, pracowitości, wytrwałości, odwagi, a jednoczenie pokory, zgody na kompromizm i prostej dobroci. Potrzeba także dobrego zespołu, złożonego z ludzi lojalnych, uczciwych, rzetelnych, krytycznych, a nie krytykanckich i oczywiście nie lizusów. Lizusi są najgorsi. Do tego wszystkiego potrzeba jednak przede wszystkim łaski Bożej. Dlatego o nią się teraz modlimy.

    Proszę o nią modlić się także samemu. Jeśli Pan domu nie zbuduje, powie Psalmista, na próżno trudzą się ci, którzy go wznoszą. Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże, strażnik czuwa daremnie (Ps 127,1).

    Pięknym przykładem władcy, który prosi Boga o pomoc niezbędną w sprawowaniu rządów, jest biblijny król Salomon, a jego modlitwa o mądrość jest arcydziełem, które dobrze aby znalazło się w osobistym modlitewniku każdego rządzącego:

    „Boże przodków i Panie miłosierdzia, któryś wszystko uczynił swoim słowem i w Mądrości swojej stworzyłeś człowieka, by panował nad stworzeniami, co przez Ciebie się stały, by władał światem w świętości i sprawiedliwości i w prawości serca sądy sprawował – dajże mi Mądrość, co dzieli tron z Tobą, i nie wyłączaj mnie z liczby swych dzieci! Bom sługa Twój, syn Twojej służebnicy, człowiek niemocny i krótkowieczny, zbyt słaby, by pojąć sprawiedliwość i prawa. Choćby zresztą był ktoś doskonały między ludźmi, jeśli mu braknie mądrości od Ciebie – za nic będzie poczytany (…). Z Tobą jest Mądrość, która zna Twe dzieła, i była z Tobą, kiedy świat stwarzałeś, i wie, co jest miłe Twym oczom, co słuszne według Twych przykazań. Wyślij ją z niebios świętych, ześlij od tronu swej chwały, by przy mnie będąc pracowała ze mną i żebym poznał, co jest Tobie miłe (Mdr 9, 1-6.9-10). Przepiękne i przepokorne słowa!

    Prawo falowania ma jednak swoje odniesienie nie tylko do losów pojedynczego człowieka, ale także do losów wspólnoty, w tym wspólnoty narodowej. Z pewnością w trakcie sprawowania swej prezydentury będzie Pan, Panie prezydencie, świadkiem wielu szczęść polskiego narodu, które Pana, jako „pierwszego z nas”, napełnią słusznym uczuciem dumy. Będą to szczęścia spektakularne, jak choćby te, które kryją się w znanych dziś wszystkim imionach: Iga i Sławosz, ale będą także szczęścia mniej powszechnie znane, ale nie mniej ważne, za którymi będzie stał wysiłek milionów Polek i Polaków. Oby mógł się Pan nimi jak najczęściej, jak najwięcej i jak najdłużej cieszyć.

    Ale, niestety, będzie Pan uczestnikiem także tego, co dla społeczeństwa jest trudne, niepokojące i złe. Dziś jest to szczególnie niestabilna sytuacja na świecie, zwłaszcza w Europie i podział wewnątrz polskiego społeczeństwa.

    Tocząca się od przeszło trzech lat wojna na Ukrainie, presja migracyjna na wschodniej i zachodniej granicy, przeobrażenia w Unii Europejskiej, kryzys liberalnej demokracji, kryzys antropologiczny, tzn. zatracenie wiedzy na temat natury człowieka, coraz większy rozziew między prawem pozytywnym a prawem naturalnym, to tylko niektóre z niepokojów przychodzących z zewnątrz. I mamy jedno niezwykle trudne wyzwanie wewnętrzne: to trwający od lat konflikt polityczny, który dramatycznie rozbija nasz naród na wrogie sobie plemiona.

    W tej katedrze, nasi przodkowie dziękowali Bogu za to, że potrafili się wznieść ponad narodowe podziały i uchwalić pierwszą w nowożytnej Europie Konstytucję. W preambule Ustawy rządowej z 3 maja 1791 r. czytamy:

    „Uznając, iż los nas wszystkich od ugruntowania i wydoskonalenia Konstytucji narodowej jedynie zawisł, długim doświadczeniem poznawszy zadawnione rządu naszego wady, a chcąc korzystać z pory, w jakiej się Europa znajduje i z tej dogorywającej chwili, która nas samych sobie wróciła, wolni od hańbiących obcej przemocy nakazów, ceniąc drożej nad życie, nad szczęśliwość osobistą, egzystencję polityczną, niepodległość zewnętrzną i wolność wewnętrzną narodu, którego los w ręce nasze jest powierzony, chcąc na błogosławieństwo, na wdzięczność współczesnych i przyszłych pokoleń zasłużyć, mimo przeszkód, które w nas namiętności sprawować mogą, dla dobra powszechnego, dla ugruntowania wolności, dla ocalenia ojczyzny naszej i jej granic, z największą stałością ducha niniejszą Konstytucję uchwalamy i tę całkowicie za świętą, za niewzruszoną deklarujemy, dopóki by naród w czasie prawem przepisanym wyraźną wolą swoją nie uznał potrzeby odmienienia w niej jakiego artykułu”.

    To piękne i ważne słowa, a zawarte tam odwołanie do „zadawnionych naszych wad” narodowych oraz przypomnienie, że możliwe jest właściwe wykorzystanie „pory, w jakiej się Europa znajduje” są ważne i dla nas.

    Ks. Piotr Skarga mówił: „Proszę, nie dzielcie się temi trzemi dziedzictwy: Religią, Królem i Ojczyzną miłą, ale ich spólnie i w zgodzie używajcie. Bo skoro się dzielić tym poczniecie, wszytko wam zginie. Ja z nim trzymam, a ja nie trzymam, ja tego chcę, a ja drugiego — gotowa jest Rzeczypospolitej zguba, gdy się wiele w niej królów zacznie (…), bo Ojczyzna też rozdziałów, jako jedno ciało, nie cierpi” (ks. Piotr Skarga, Kazanie trzecie).

    Urząd Prezydenta powinien nas wszystkich jednoczyć, ponieważ prezydent jest symbolem narodowej jedności, a także dlatego, że takie zostało mu powierzone zadanie; być prezydentem wszystkich Polaków, ponad jakimikolwiek podziałami.

    Bardzo byśmy chcieli, by taka była Pana prezydentura. Oby nie miał Pan względu na osoby, ale przewodził nam wszystkim ze spokojem i mądrością, przestrzegając prawa i ucząc nas je przestrzegać. „Prawa [bowiem], to raz jeszcze ks. Piotr Skarga, nie mają żadnych namiętności i uwieść się krzywo nie dadzą (…). Nie mają w sobie gniewu ani popędliwości, o dary nie dbają, namówić się do złego i oszukać nie mogą: co się w ludziach najdować zawżdy we wszytkich nie może. (…) Przetoż u Mojżesza i na króle, i na sędzie prawo jest napisane, aby tacy byli i wedle napisanych ustaw panowali i sądzili” (ks. Piotr Skarga, Kazanie siódme).

    Siostry i Bracia,

    powróćmy jeszcze do kazania św. Leona Wielkiego, w którym wyjaśnia on sens dzisiejszego święta. Powiedziałem, że wspomina tam o dwóch jego powodach. Tym drugim jest ukazanie nam celu naszego życia. Św. Leon pisze tak: „Pan swoim przemienieniem podbudował nadzieję Kościoła świętego (…), aby wszystkie Jego członki mogły się spodziewać udziału w tej chwale, którą wcześniej rozbłysła Głowa”.

    Tak, to święto mówi nam pięknie o celu naszego życia, którym jest wieczne przebywanie z Chrystusem, niebo i zbawienie. Gdy ten cel osiągniemy, gdy po ziemskiej wędrówce, wejdziemy kiedyś na szczyt wiecznego Taboru, nie trzeba będzie już donikąd schodzić, będziemy mogli wówczas powiedzieć jak Piotr: „Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy” (Łk 9,33).

    Bracia i Siostry,

    każdy z nas ma jakieś cele na pewien okres w swoim życiu: uczeń by skończyć szkołę i zacząć studia, student, by otrzymać dyplom i mieć pracę, pracownik, by dobrze zarabiać, dziecko, by dorosnąć, narzeczony, by się ożenić, chory, by zostać wyleczonym, itd. Cele na jakiś czas! Ale musi być też cel ostateczny, musi być odpowiedź na pytanie, po co to wszystko, po co ja w ogóle żyję na tej ziemi? I to dzisiejsze święto przypomina nam podstawową odpowiedź Chrystusa i Kościoła: żyję po to, by po dobrej i pożytecznej doczesności, wiecznie przebywać z Bogiem, widzieć Go twarzą w twarz i cieszyć się wspólnotą zbawionych. Nigdy nam nie wolno o tym zapomnieć, bo to uderzyłoby w fundamenty naszej wiary i bardzo utrudniło życie codzienne. „Jeśli statek nie wie do, którego portu płynie – mówi Seneka – wtedy każdy wiatr jest mu przeciwny”. Jeśli nie wiem, jaki jest cel mojego życia, wtedy wszystko jest trudniejsze, wszystko będzie jakby przeciwko mnie.

    Szanowny Panie Prezydencie,

    na pewno ma Pan już wyznaczone cele na pierwsze dni swojej prezydentury, na pierwsze sto dni, na pierwszy rok i na pięć lat. To dobrze, to ustrzeże i Pana i nas przed chaosem. Proszę jednak, jako osoba wierząca, nie stracić nigdy owego ostatecznego celu życia, jakim jest wieczność z Bogiem, przed którym każdy będzie musiał zdać sprawę ze swoich dokonań i zaniedbań. Gdy mamy to przed oczyma i w sercu, łatwiej ustrzec się od wielu błędów i od wielu grzechów, zwłaszcza od grzechu pychy.

    Podczas niedawnego ponownego otwarcia paryskiej katedry Notre Dame, prezydent Francji wypowiedział słowa, które mnie zatrzymały: „Katedra ta, mówił, stała się szczęśliwą metaforą tego, czym jest naród i czym powinien być świat (…). Nasza katedra przypomina nam, że jesteśmy spadkobiercami przeszłości większej od nas samych, która każdego dnia może zniknąć, oraz uczestnikami epoki, którą musimy przekazać następnym pokoleniom. Nasza katedra pokazuje nam, jak bardzo sens i transcendencja pomagają nam żyć w tym świecie. Przekazywać i mieć nadzieję” (Emmanuel Macron, 7 grudnia 2024 r.).

    Oby Pan, Panie Prezydencie, pokazywał nam, wierzącym i niewierzącym, „jak bardzo sens i transcendencja pomagają nam żyć w tym świecie. Przekazywać i mieć nadzieję”.

    Szanowny Panie Prezydencie,

    jako wspólnota wierzących Polaków, gratulujemy Panu wyboru na zaszczytny urząd Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, otaczamy dziś Pana naszą obecnością i naszą życzliwością, Modlimy się za Pana, za Pańską rodzinę i za naszą ukochaną Ojczyznę, na czele której Pan staje.

    Teraz czynimy to słowami znanej modlitwy, cytowanego już dziś wielokrotnie, ks. Piotra Skargi: „Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przyniosła Imieniu Twemu a syny swe wiodła ku szczęśliwości. Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen” (ks. Piotr Skarga, Modlitwa za Ojczyznę).

    + Adrian J. Galbas SAC

    źródło: KAI/PCh24.pl

     ***

    wtorek, 5 sierpnia

    Dobrze jest pamiętać o dziełach Boga: Uroczystość Matki Bożej Śnieżnej

    Pamiętać o dziełach Boga: uroczystość Matki Bożej Śnieżnej w Rzymie

    Santa Maria Maggiore/fot. Gość Niedzielny

    ***

    Pogromczyni nieprzyjaciół Krzyża – Matka Boża Śnieżna

    (oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    Historia Kościoła obfituje w niezwykłe zdarzenia, będące owocem ingerencji Nieba w porządek ziemski. Wierzących budują moralnie, z kolei dla odrzucających wiarę stanowią przyczynę zgorszenia lub, w najlepszym wypadku, budzą ich sceptycyzm. Do takich faktów należą m.in. dzieje bazyliki i obrazu Matki Bożej Śnieżnej.

    Śnieg w letni poranek

    Rzymianie, którzy 5 sierpnia 352 roku przechodzili przez wzgórze eskwilińskie, z wielkim zdziwieniem obserwowali niezwykłe zjawisko. Mimo letniej pory jego zbocze pokrywała warstwa śniegu. Co było przyczyną niezwykłego wydarzenia, wiedział papież Liberiusz oraz rzymski patrycjusz Jan. W nocy ukazała im się bowiem Matka Boża i wyraziła wolę, by w tym miejscu stanęła świątynia ku Jej czci. Jak mówi stara tradycja, wspomniany patrycjusz oraz jego żona nie doczekawszy się potomstwa, zastanawiali się, jak spożytkować ku chwale Bożej swój majątek. Jakże zadziwić, a zarazem uradować musiała ich taka odpowiedź…

    W miejscu cudu stanęła pierwsza świątynia poświęcona Bogarodzicy. Nie była jeszcze tak wielka i wspaniała jak dziś. Tę wzniesiono dopiero za pontyfikatu Ojca Świętego Sykstusa III (432-440), który chciał uczcić sukces soboru w Efezie, a przede wszystkim ogłoszenie dogmatu, że Najświętszej Maryi Pannie przysługuje tytuł Bożej Rodzicielki (Theotokos). Świątynia zyskała nazwę bazyliki Matki Bożej Większej.

    Pamięć cudu leżącego u genezy fundacji świątyni przetrwała w nazwie wizerunku Maryi czczonego w jej wnętrzu oraz święcie ustanowionym w rocznicę niezwykłego zjawiska (5 sierpnia) – Matki Bożej Śnieżnej. Piękna legenda przenosi moment powstania ikony daleko wstecz, przypisując jej namalowanie św. Łukaszowi Ewangeliście. Według historyków sztuki, znany nam obecnie obraz powstał najprawdopodobniej w XII wieku. Do Rzymu trafił zapewne w XIII stuleciu, wraz z krzyżowcami powracającymi do Europy.

    Wybawicielka rzymian

    Obraz cieszy się sławą cudownego, a przedstawia Maryję trzymającą na lewej ręce małego Pana Jezusa, który z kolei lewą rączką podtrzymuje Księgę, a prawą wyciąga przed siebie w geście błogosławieństwa. Znany jest także pod nazwą Salus Populi Romani, czyli Ocalenie Ludu Rzymskiego. Wielokroć bowiem, w chwilach poważnych zagrożeń, Matka Boża Śnieżna przychodziła z pomocą rzymianom.

    To właśnie Jej ingerencji lud rzymski przypisuje ocalenie miasta przed dżumą za pontyfikatu św. Grzegorza Wielkiego. Później, podczas wielkiego pożaru, który wybuchł w 847 roku, gdy papieżem był Leon IV, wizerunek Matki Bożej Śnieżnej niesiono ulicami Wiecznego Miasta, wypraszając wygaśnięcie ognia. Podobna procesja z obrazem Maryi Salus Populi Romani przeszła przez Rzym w trakcie starcia z flotą muzułmańską pod Lepanto w 1571 roku. Wtedy to losy bitwy rozstrzygnęły się na korzyść połączonej floty katolickiej.

    Należy dodać, że wizerunek Matki Bożej Śnieżnej stał się bardzo popularny w całym świecie chrześcijańskim. Do jego rozpropagowania przyczynił się generał jezuitów św. Franciszek Borgiasz, zamawiając liczne kopie cudownego wizerunku, by potem wysłać je do różnych zakątków świata. Jedna z nich trafiła do Jarosławia w Polsce. W oparciu o ten obraz powstały kolejne repliki.

    Rada na wagę zwycięstwa

    Należy podkreślić, że także w Polsce Matka Boża Śnieżna uczyniła cud porównywalny do rzymskich, przyczyniając się do zwycięstwa w bitwie chocimskiej. 

    Stało się to w 1621 roku, gdy rok po zwycięstwie nad armią polską na polach Cecory, w której zginął hetman Stanisław Żółkiewski, Turcy szykowali nową wyprawę na Rzeczpospolitą. Całej potędze Turcji drogę zastąpiły szczupłe siły pod dowództwem hetmana Jana Karola Chodkiewicza. Niestety, utalentowany militarnie hetman zmarł w oblężonym obozie. Gdy wieść o tym doszła do kraju, biskup Marcin Szyszkowski zarządził w Krakowie uroczystą procesję błagalną, podczas której niesiono ulicami miasta przechowywaną w kościele oo. Dominikanów kopię wizerunku Matki Bożej Śnieżnej. Gdy wszystko zapowiadało klęskę, bo otoczone przez pogan wojska polskie dysponowały zaledwie jedną beczką prochu, dowodzącemu nimi regimentarzowi Stanisławowi Lubomirskiemu ukazała się Matka Boża. Madonna wypowiedziała tylko jedno słowo: Wytrwałość. Wódz zastosował się do rady, dzięki czemu Polska strona wynegocjowała pokój na korzystnych warunkach. Sukces uznano za dzieło Niepokalanej. 

    Jako wotum dziękczynne dla Bogarodzicy żona Stanisława Lubomirskiego, Anna, ufundowała w Krakowie kościół i klasztor ss. Dominikanek, naturalnie pod wezwaniem Matki Bożej Śnieżnej. Do dziś zakonnice oraz wierni czczą w nim Maryję, modląc się przed jedną z kopii eskwilińskiego obrazu.

    Modlitwa do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej

    O Maryjo, Matko moja Niebieska,
    najczulsza, najlepsza z matek,
    do stóp i do Serca Twego Macierzyńskiego
    tulę się z miłością i ufnością dziecięcą.
    Patrz, oto Twe dziecię przychodzi do Ciebie
    i wzywa Twej pomocy!
    Czy potrzeba o Matko, by wiele Ci mówiło,
    Twe Serce wszystko już odczuło…
    Ty wiesz, że cierpi, że płacze, że zgrzeszyło…
    O Matko łaski Bożej, źródło życia i radości,
    o Ty wsławiona w tym cudownym Obrazie łaskami bez miary,
    spraw Twoim wstawiennictwem u Boga,
    by i na moje serce dotknięte cierpieniem i winami,
    spadły białe, śnieżne płatki Twej pociechy,
    zmiłowania i wysłuchania.
    Bóg Ci niczego odmówić nie może,
    jeśli tylko prośby nasze nie sprzeciwiają się
    zamiarom Jego Ojcowskiego Serca, tak bardzo nas miłującego.
    O Matko Najświętsza, wierzę, iż wszystko możesz u Boga!
    O Matko Miłosierdzia, ufam Twemu Macierzyńskiemu Sercu,
    O Matko Najczulsza, Tobie powierzam wszystko,
    co dotyczy mojej duszy, mego ciała i moich najdroższych!
    O Matko Ukochana, miłuję Cię i wiem,
    że miłujesz mnie jak dziecię swoje.
    W Twoje ręce najświętsze składam życie,
    śmierć i wieczność moją,
    wierząc, że nie zginę na wieki. Amen.

    Litania do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej

    Kyrie, eleison. Chryste, eleison. Kyrie, eleison.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z Nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata Boże,
    Duchu Święty Boże,
    Święta Trójco, Jedyny Boże,

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Maryjo Panno Śnieżna,
    Święta Maryjo Dziewico Niepokalana,
    Święta Maryjo Pokorna Służebnico Pańska,
    Święta Maryjo Żywy Przybytku Słowa Wcielonego,
    Święta Maryjo Nowa Ewo, obiecana w raju,
    Święta Maryjo Pociecho, radości i błogosławieństwo Ludu Wybranego,
    Święta Maryjo Idąca za Chrystusem aż do stóp Krzyża,
    Święta Maryjo Świeczniku ozdobiony w siedmiorakie dary Ducha Świętego,
    Święta Maryjo Najwyższa chlubo świata chrześcijańskiego,
    Święta Maryjo Królowo Nieba i ziemi,
    Święta Maryjo Wzorze modlitwy i wyrzeczenia,
    Święta Maryjo Wspomożenie małżeństw i rodzin,
    Święta Maryjo Opiekunko pielgrzymów i podróżujących,
    Matko nasza najłaskawsza,
    Matko Miłosierdzia,
    Matko ofiarności i dobroci,
    Matko poświęcenia i służby,
    Matko zsyłająca swe łaski wraz z płatkami śniegu,
    Matko prowadząca zagubionych w chaosie świata,
    Matko darząca uśmiechem swoich gości,
    Matko o każdej porze roku zapraszająca do siebie czcicieli,
    Matko udzielająca wszelkiej pomocy potrzebującym,
    Matko wypraszająca łask wszelkich,
    Matko której bezgranicznie zaufaliśmy,
    Matko pouczająca o Miłowaniu Boga i bliźnich,
    Matko wypraszająca pokój i Boże przebaczenie,
    Matko nawołująca do gorliwego odmawiania Różańca,
    Matko wzywająca do czynienia pokuty,
    Matko umacniająca chorych i cierpiących,
    Matko wychowawczyni powołań kapłańskich, zakonnych i misyjnych,
    Matko otaczająca opieką wszystkich parafian,
    Matko roztaczająca Macierzyńską opiekę nad młodzieżą i dziećmi,
    Matko chroniąca nas od niewiary,
    Matko ucząca nas prostoty i życia w prawdzie,
    Matko pomagająca naszej Ojczyźnie i światu całemu,
    Matko towarzysząca nam w pielgrzymce wiary,
    Matko pocieszająca strapionych i nadziejo umierających,
    Matko prosząca swego Syna o świętość dla nas,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – zmiłuj się nad nami.

    K. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko.

    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się
    : Boże Wszechmogący, Ojcze i Przyjacielu ludzi, Ty prowadzisz Swój lud pośród zmieniających się kolei życia. Dzięki Ci składamy za to, że łaskawie wejrzałeś na naszą ziemię, gdzie czcimy Najświętszą Maryję Pannę Śnieżną. Udziel nam i tym wszystkim, którzy powierzają się Jej Matczynej Opiece, łaski coraz większego umiłowania Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen

    źródło: dladuszy.piotrskarga.pl

    ***

    Matka Boża Śnieżna i cud śniegu w środku lata. Radość rodzi się z wiary, nie z braku problemów

    Matka Boża Śnieżna i cud śniegu w środku lata. Radość rodzi się z wiary, nie z braku problemów

    Santa Maria Maggiore/fot. Vatican Media

    ***
    Radość nie pochodzi z braku problemów, ale z wiary w obecność Boga, który nas wspiera i jest blisko nas – powiedział kardynał Rolandas Makrickas w homilii podczas Mszy św. w uroczystość poświęcenia Bazyliki Santa Maria Maggiore oraz uroczystość Matki Bożej Śnieżnej. Wskazał na osobę Maryi jako przykład do naśladowania, bowiem to ona wyśpiewała Bogu Magnificat widząc wielkie dzieła boże w Jej życiu.

    – Bóg jest wielki, ponieważ spogląda na nas i nas kocha – nas, którzy jesteśmy mali. Maryja uznaje się za małą i wywyższa “wielkie rzeczy”, które uczynił dla niej Pan. Przyjmując w sobie życie Boże, stała się Matką Boga – mówił kard. Makrickas, archiprezbiter Bazyliki Matki Bożej Większej – Santa Maria Maggiore.

    Śnieg w środku lata

    5 sierpnia obchodzona jest uroczystość poświęcenia tej bazyliki, która została zbudowana w 432 roku z polecenia papieża Sykstusa III. Powstała w miejscu, gdzie wcześniej istniał inny kościół zbudowany przez papieża Liberiusza oraz patrycjusza Jana w miejscu, które wskazała Matka Boża. W czasie snu poprosila ich, aby wybudowali świątynię na wzgórzu, gdzie spadł śnieg w środku lata.

    Jak przypomniał kard. Makrickas, była to noc z 4 na 5 sierpnia 358 roku, w duszne lato. Według tej tradycji, śnieg spadł na Eskwilin, a papież Liberiusz wytyczył w śniegu zarysy nowego kościoła. Stąd również pochodzi nazwa Matka Boża Śnieżna – tytuł, który odtąd nosiło wiele kościołów na Zachodzie poświęconych Maryi.

    Czystość i łaska

    Każdego roku w uroczystość Matki Bożej Śnieżnej w Bazylice Santa Maria Maggiore spod sklepienia spadają białe płatki róż. Jak przypomniał kard. Makrickas, papież Franciszek będąc świadkiem tego gestu powiedział, że spadający śnieg budzi podziw i zdumienie. Wskazał na śnieg jako symbol łaski – rzeczywistości, która łączy w sobie piękno i darmowość. Ma ono – jak mówił kardynał – także inną wymowę – bieli i czystości. Wiąże się ona ściśle z postacią Maryi.

    – Nie bez powodu w pięknej pieśni ludowej śpiewamy do Niej: “Piękna jesteś jak słońce, biała jak księżyc, a najpiękniejsze gwiazdy nie dorównują Tobie” – mówił kardynał. – Matka Boża była główną bohaterką pierwszego opadu śniegu na Eskwilinie – to Ona zapragnęła, aby na tym wzgórzu, najwyższym w Rzymie, przez wieki był chwalony imię Jej Syna, Jezusa – dodał.

    Bóg na pierwszym miejscu 

    Przypomniał znaczenie słów “Wielbi dusza moja Pana” z hymnu Maryi “Magnificat”. “Wielbić dosłownie oznacza ‘czynić wielkim’. Maryja ‘czyni wielkimi dzieła Pana’ – nie swoje trudności czy zmartwienia, lecz właśnie Pana” – wskazał.

    Zauważył, że zawsze istnieje pokusa, aby dać się przytłoczyć przez problemy i lęki, jednak Maryja pokazuje, że to nie one, a Bóg powinny być na pierwszym miejscu w życiu.

    – Radość nie pochodzi z braku problemów, ale z wiary w obecność Boga, który nas wspiera i jest blisko nas. Bóg jest wielki, ponieważ spogląda na nas i nas kocha – nas, którzy jesteśmy mali – dodał kardynał.

    Podkreślił, że Pan dokonuje cudów przez małych i czystych sercem – przez tych, którzy nie myślą, że są wielcy, ale dają wielką przestrzeń Bogu w swoim życiu.

    vaticannews/Deon.pl

    ***

    poniedziałek, 4 sierpnia

    Patron tygodnia

    Apostoł konfesjonału

    Święty Jan Maria Vianney był wzorem ewangelicznego ubóstwa i czystości oraz gorliwym apostołem konfesjonału. Jako prosty i pokorny kapłan dokonał duchowej rewolucji we Francji.

    Wizerunek św. Jana Vianneya autorstwa Marka Gajewskiego w sanktuarium św. Jana Vianneya w Czeladzi

    Wizerunek św. Jana Vianneya autorstwa Marka Gajewskiego w sanktuarium św. Jana Vianneya w Czeladzi

    ***

    “Najpiękniejsze radości, które obficie towarzyszyły początkom naszego kapłaństwa, są na zawsze związane w naszych wspomnieniach z głębokim przeżyciem, jakiego doświadczyliśmy 8 stycznia 1905 r. w Bazylice Watykańskiej, z okazji pełnej chwały beatyfikacji tego pokornego kapłana Francji, którym był Jan Maria Chrzciciel Vianney” – napisał św. Jan XXIII w encyklice Sacerdotii nostri primordia. Postać św. Jana Marii Vianneya stała się przykładem do naśladowania dla wielu kapłanów.

    Jan Maria Vianney urodził się 8 maja 1786 r. w biednej rodzinie chłopskiej w miasteczku Dardilly. Do I Komunii św. przystąpił potajemnie w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej – w 1799 r. W dzieciństwie i młodości poświęcał swój czas na pracę w polu i wypas zwierząt, do tego stopnia, że jeszcze w wieku 17 lat był analfabetą. Znał jednak na pamięć modlitwy, których nauczyła go pobożna matka, i karmił się religijnością rodzinnego domu. Na kapłana został wyświęcony 13 sierpnia 1815 r. Przez pierwsze trzy lata był wikariuszem w Écully. Najważniejszą misję spełnił jednak, gdy był proboszczem w Ars. Centrum jego życia stanowiła Eucharystia. W Ars wyróżniał się jako doskonały i niestrudzony spowiednik oraz kierownik duchowy.

    Zmarł 4 sierpnia 1859 r. Święty Jan Paweł II napisał o nim w Darze i Tajemnicy: „Od czasów kleryckich żyłem pod wrażeniem postaci Proboszcza z Ars, zwłaszcza po lekturze książki ks. Trochu. Święty Jan Maria Vianney zdumiewa przede wszystkim tym, że odsłania potęgę łaski działającej przez ubóstwo ludzkich środków. Byłem szczególnie wstrząśnięty jego heroiczną posługą konfesjonału. Ten pokorny kapłan, który spowiadał po kilkanaście godzin na dobę, odżywiając się niezwykle skromnie, przeznaczając na spoczynek kilka zaledwie godzin, potrafił w tym trudnym okresie dokonać duchowej rewolucji we Francji, i nie tylko we Francji. Tysiące ludzi przechodziło przez Ars i klękało przy jego konfesjonale. Na tle dziewiętnastowiecznego zeświecczenia i antyklerykalizmu, jego świadectwo było wydarzeniem dosłownie rewolucyjnym”.

     ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

    ***

    Św. Jan Maria Vianney – zaprzeczenie klerykalizmu. Czegokolwiek oczekiwał od parafian, sam to robił

    Proboszcz z Ars się nie starzeje. W czym tkwi fenomen jego niesłabnącej popularności?

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Był 28 lipca 1948 roku. Młody ksiądz Karol Wojtyła zmierzał do wioski Niegowić, gdzie miał być wikarym. Ostatni odcinek musiał pokonać pieszo. „Szedłem wśród łanów częściowo już skoszonych, a częściowo czekających jeszcze na żniwo” – wspominał w autobiograficznej książce „Dar i Tajemnica”. Gdy z dala ujrzał kościół, upadł na kolana i ucałował ziemię. „Nauczyłem się tego gestu chyba od św. Jana Marii Vianneya” – napisał papież.

    Modlitwa

    Nikt nie zliczy tych, którzy w swoim życiu inspirowali się przykładem proboszcza z Ars. I grono zainspirowanych wciąż się nie zmniejsza, gdyż to, co przyniosło mu koronę świętości, jest uniwersalne. Jego wzór pasuje do każdej epoki, bo opiera się na prostocie, duchowym ubóstwie i pokorze – a te cechy nie ulegają przeterminowaniu i zawsze pociągają.

    Zauważył to Pius XI, który, kanonizując Jana Marię Vianneya w 1925 roku, ogłosił go „niebiańskim patronem wszystkich kapłanów świata”. Z okazji setnej rocznicy tego wydarzenia, 31 maja tego roku, prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa kard. Lazzaro You Heung-sik potwierdził, że święty proboszcz wciąż pociąga swoim przykładem. Stwierdził, że jest on wzorem kapłaństwa „zrodzonego z modlitwy, Eucharystii i spowiedzi – nie z prestiżu”.

    Na ten aspekt warto zwrócić szczególną uwagę. Jan Maria Vianney był ostatnim człowiekiem, któremu zależałoby na splendorze, zaszczytach, peanach. Za bardzo był pochłonięty swoją kapłańską misją, żeby zwracać uwagę na jakiekolwiek rzeczy służące własnej wygodzie czy zdobywaniu bądź ugruntowywaniu uprzywilejowanej pozycji. Wystarczało mu ubogie mieszkanie, parę godzin snu i trochę jedzenia. Jego pasją było pragnienie przyczynienia się do zbawienia powierzonych mu ludzi. Robił to prostymi środkami, które zawsze są skuteczne, a zarazem konieczne, jeśli mają przynieść prawdziwe owoce żywej wiary.

    Gdy w 1817 roku ks. Vianney został proboszczem w wiosce Ars, mieszkało tam tylko 230 osób, z których prawie nikt w kościele się nie pojawiał. „Jest to mała parafia, w której nie ma wiele miłości Boga: ty im ją przyniesiesz” – usłyszał od biskupa.

    Przyniósł, bo sam tę miłość obficie czerpał. Zazwyczaj już o czwartej rano wychodził z plebanii do kościoła. Tam, klęcząc przed tabernakulum, modlił się przez dwie godziny, czasem dłużej. Kiedyś sąsiad, zaciekawiony, dlaczego proboszcz tak wcześnie udaje się do świątyni, poszedł za nim. Widząc, że ten klęczy nieruchomo, pochłonięty modlitwą, wrócił do domu i powiedział: „To nie jest człowiek taki jak inni”.

    Św. Jan Maria Vianney – zaprzeczenie klerykalizmu. Czegokolwiek oczekiwał od parafian, sam to robił

    W Ars, gdzie posługiwał święty proboszcz, zachowało się wiele śladów jego życia i modlitwy.

    fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny

    ***

    Eucharystia

    W ciągu dnia święty również często wchodził do kościoła na chwilę modlitwy. Wieczorem odmawiał Różaniec, a po zmroku znów modlił się przed Najświętszym Sakramentem. Do Mszy przygotowywał się przez 20 minut, klęcząc przed ołtarzem, a po skończonej Eucharystii długo odprawiał dziękczynienie. To nie było zachowanie na pokaz i być może dlatego tak bardzo ludzi intrygowało. Gdy ks. Vianney mówił o modlitwie, słuchacze wiedzieli, że nie teoretyzuje. A mówił, zachęcając do porzucenia formalizmu. „To nie długie czy piękne modlitwy przyciągają uwagę Boga, lecz te pochodzące z głębi serca, z głębokiego szacunku i prawdziwego pragnienia podobania się Bogu” – tłumaczył. Wyraził przekonanie, że „gdy przychodzimy, aby pokłonić się Panu, otrzymamy wszystko, czego pragniemy, jeśli tylko poprosimy z żywą wiarą i czystym sercem”.

    Jan Vianney otrzymywał to, o co prosił. W ciągu kilku lat mieszkańcy Ars z obojętnych religijnie zmienili się w gorliwych wyznawców Chrystusa. Cztery karczmy opustoszały, a ich dawni bywalcy teraz zapełniali kościół. Choć na początku na Mszę chodziło tylko kilka osób, po 10 latach na Mszach niedzielnych byli już wszyscy parafianie.

    Gdy rosła sława niezwykłego proboszcza, on sam miał coraz więcej obowiązków. Co ważne: nigdy nie zaniedbał modlitwy. To dzięki niej Bóg pomnażał jego czas i jego siły, i dawał mu mądrość spowiednika i kaznodziei. Modlitwa chroniła go także przed pychą, która łatwo usidla tych, którzy delektują się „sukcesami duszpasterskimi”.

    Pokora

    Ksiądz Vianney miał tych sukcesów mnóstwo, ale sam tego nie zauważał. Przeciwnie, zmagał się z poczuciem winy, że nie wszyscy parafianie żyją w przyjaźni z Bogiem. Uważał w związku z tym, że nie nadaje się na proboszcza. Nie wierzył nawet w to, że dziejące się spektakularne nawrócenia i uzdrowienia mają z nim jakiś związek, i przypisywał je św. Filomenie, męczenniczce rzymskiej, której relikwie znajdowały się w kościele.

    Pokora proboszcza z Ars umacniała się w ogniu przeciwności. Nie ominęło go cierpienie spowodowane plotkami i oszczerstwami, w tym fałszywymi oskarżeniami o to, że jest ojcem dziecka, które urodziła niezamężna dziewczyna z sąsiedztwa. Proboszcz ze swoim bólem szedł do Jezusa, a oszczercom z serca przebaczał i modlił się za nich. „Pozwoliłem wszystko na siebie mówić i tym sposobem doprowadziłem do tego, że wreszcie ludzie zamilkli” – stwierdził później. Gdy na jaw wyszło, kto jest ojcem dziecka, św. Jan wypowiedział znamienne słowa: „Sądziłem, że nadejdzie chwila, kiedy z Ars będę gnany kijem, ksiądz biskup mnie zasuspenduje i na resztę dni moich osadzą mnie w więzieniu… Widzę jednak, że nie zasłużyłem na tę łaskę”.

    To jest zresztą znaczące – ks. Vianney nawet ewentualne krzywdzące restrykcje władz kościelnych był gotów uznać za łaskę. Znał wartość posłuszeństwa, które przyrzekał przy święceniach. Gdy w chwili kryzysu postanowił opuścić parafię i ukryć się w klasztorze, biskup nakazał mu dalej pełnić posługę w parafii. Powrócił bez szemrania. Wartość jego pokory została zweryfikowana.

    Św. Jan Maria Vianney – zaprzeczenie klerykalizmu. Czegokolwiek oczekiwał od parafian, sam to robił

    W Ars, gdzie posługiwał święty proboszcz, zachowało się wiele śladów jego życia i modlitwy.

    fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny

    ***

    Spowiedź

    Gorliwość św. Jana Marii spotykała się z docinkami również ze strony niektórych duchownych. Zarzucali mu rygoryzm, pokpiwali z niego, uważając go za dziwaka, jednak w większości księża podziwiali jego świętość. Trudno zresztą było im polemizować z tym, co widzieli, na przykład z widokiem ludzi czekających kilka dni w kolejce do spowiedzi. Święty zasłynął bowiem jako niezwykły spowiednik, który potrafi czytać w duszach. Do Ars zaczęli ściągać ludzie z całej Francji, a ks. Vianney zaczął spowiadać po 17 godzin na dobę, codziennie przyjmując nawet do 300 penitentów. Szacuje się, że w ciągu 41 lat posługiwania w Ars wyspowiadał… około miliona penitentów.

    W szóstym roku posługiwania w Ars proboszcz zaczął odczuwać ataki diabelskie, przybierające formę nawet fizycznych napaści i zjawisk widocznych także dla osób z zewnątrz. Ich intensywność wzrastała w zależności od „kalibru” spowiadających się grzeszników. Czasem, po szczególnie trudnej nocy, ks. Jan Maria, mawiał: „Dzisiaj będzie gruba ryba”. I była.

    Zaufanie

    Ksiądz Vianney reagował na ludzką biedę. Aby zaradzić opłakanej sytuacji sierot, zwłaszcza opuszczonych dziewcząt, stworzył schronisko, które nazwał: „Opatrzność”. Dom znalazło tam około 60 sierot z Ars i okolicy. Aby wyżywić tyle dziewcząt, ograniczył jeszcze bardziej swoje potrzeby, ale nade wszystko zawierzył opatrzności Bożej. Swoje zaufanie zaszczepił także w sercach kierowniczek schroniska, które osobiście widziały, jak Bóg na tę postawę odpowiada. Któregoś dnia, gdy zostało już tylko trochę mąki, proboszcz powiedział: „Rozczyńcie ją”. Kobiety zauważyły, że wystarczy najwyżej na dwa bochenki. „Róbcie jak zawsze” – zachęcił je ksiądz. Posłuchały. Pod ich rękami ciasto rosło tak bardzo, że upieczono z niego 10 wielkich bochnów. Innym razem zaalarmowano proboszcza, że skończyły się i pieniądze, i zboże. Ks. Vianney zaczął się modlić i… okazało się, że strych jest przepełniony pszenicą. Wielokrotnie zdarzało się też, że we właściwym czasie znajdowały się, nie wiadomo skąd, pieniądze w potrzebnej kwocie.

    Wiarygodność

    Choć Jan Vianney był, z racji trudności w nauce, najsłabszym alumnem w seminarium, to okazało się, że jest dobrym kaznodzieją. Przemawiał prosto, a przez to zrozumiale dla każdego. „Nie mówcie, że zbyt wiele macie do roboty; bo czy Zbawiciel wasz nie powiedział: »Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni jesteście, ja wam ulżę«?” – przekonywał na przykład. Używał też czytelnych porównań. „Komunia Święta jest tym dla duszy, czym powietrze dla przygasającego ognia” – powtarzał, zachęcając do przyjmowania Ciała Pańskiego. Albo przestrzegał: „Nie mówcie: »zbyt wiele mam nędzy«, bo rozsądniejszym by mi się wydało, gdyby ktoś powiedział: »zbyt chorym jestem, abym lekarza miał wzywać«!”.

    Było oczywiste, że ten ksiądz przekazuje to, do czego jest przekonany. Czegokolwiek oczekiwał od parafian, sam to robił. Gdy wzywał do umartwień i postów, wszyscy wiedzieli, że on sam pości i pokutuje najwięcej, wiarygodnie mówił o czystości języka, bo z jego ust nigdy nie padły słowa wulgarne i puste, a gdy zachęcał do miłosiernej pomocy bliźnim, wszyscy wiedzieli, że on sam nie pomija nikogo, kto wsparcia potrzebuje.

    Kardynał Lazzaro You Heung–sik podczas uroczystości w Ars zachęcił kapłanów do uznania św. Jana Marii Vianneya za „towarzysza drogi, cichy drogowskaz prowadzący do tego, co istotne”. Wezwał duchownych, żeby nie bali się być słabi. „Nie lękajcie się, jeśli nie zawsze jesteście rozumiani. Sam proboszcz z Ars był uważany za »zbyt prostego« do misji kapłańskiej, a jednak Bóg powierzył mu serca tysięcy ludzi” – przypomniał. Dodał, że Ars stało się duchowym centrum Europy, ponieważ jego proboszcz stawiał Boga „na pierwszym miejscu, bez kompromisów”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Św. Jan Maria Vianney – Proboszcz z Ars

    (Krzysztof Golik, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons)

    ***

    Święty Jan Maria Vianney zwykł mówić: Gdy w parafii jest święty proboszcz, to jest to dobra parafia, jeśli mamy do czynienia z dobrym proboszczem, to mamy średnią parafię. A gdzie jest zły proboszcz, tam jest żadna parafia. Sam był proboszczem świętym, potrafiącym z maleńkiej zapuszczonej – tak moralnie jak i materialnie – wioski, uczynić miejsce słynne na cały świat. Był kapłanem par excellence, oddanym bez reszty sprawie zbawiania dusz. Jego wspomnienie liturgiczne obchodzimy 4 sierpnia.

    Droga do kapłaństwa

    Św. Jan Maria Vianney przyszedł na świat 8 maja 1786 roku w rodzinie małorolnego chłopa we francuskiej wiosce Dardilly koło Lyonu. Miał 3 lata kiedy antykatolicka rewolucja wstrząsnęła Francją. W imię wyimaginowanych „swobód”, w tym oczywiście „wolności wyznania”, szalał terror, którego jedno z ostrzy obróciło się przeciwko Kościołowi katolickiemu. Zabijano i prześladowano księży, dopuszczano się bluźnierstw, wyśmiewając liturgię i znieważając sakramenty. Mimo tych okropieństw, prosty lud wiarę zachował. W jednej z takich prostych rodzin wzrastał przyszły święty. Swą ugruntowaną wiarę Jan Maria zawdzięczał przede wszystkim swej matce. Recytowanie przez chłopca z wielką żarliwością litanii wzbudzało podziw sąsiadów. Uważano, że mały Janek ma szczere powołanie i powinien zasilić stan duchowny. Pod wpływem świątobliwego proboszcza z Ecully zaczęło kształtować się powołanie kapłańskie Vianneya. Ksiądz ten uczył go łaciny, ale po 10 latach nauki nie osiągnął w tej dziedzinie pożądanych wyników. Jan Maria został przyjęty do seminarium, ale nauka szła mu bardzo ciężko. Wielki brak kapłanów w archidiecezji lyońskiej sprawił, że wikariusz generalny pozwolił mu składać egzaminy nie po łacinie, ale w języku francuskim. Pomyślnie zdane egzaminy pozwoliły Janowi na przyjęcie święceń kapłańskich w roku 1815 w Grenoble.

    W roku 1818 został przeniesiony z wikariatu w Ecully do wioski Ars w okręgu Dombes, liczącej 230 mieszkańców. Tu zamieszkał, mianowany później proboszczem, aż do śmierci, w sierpniu 1859 roku. Stan moralny mieszkańców wioski zatrwożył go. Zastał obojętność religijną, skłonność do rozpusty i pijaństwo. Na niedzielną Mszę Świętą przychodziło zaledwie kilka osób. O tych ludziach pogardliwie mówiono, że jedynie chrzest odróżnia ich od zwierząt. I to do nich spodobało się Bogu posłać księdza licho wyglądającego i – wydawałoby się – mało zdolnego… Na początku nie pozyskał sympatii tubylców. Proboszcza policzono między obłudników, przypisując jego wygląd uprawianej po kryjomu rozpuście. Sypnęły się anonimy, pełne szyderstw, śpiewano złośliwe i oszczercze piosenki, przytwierdzano nawet do drzwi plebani wymowne plakaty. Jedyną podporą stały się dla proboszcza post i modlitwa. Przez kilka godzin dziennie adorował Najświętszy Sakrament, sypiał zaledwie kilka godzin na gołych deskach, bardzo skromnie jadł. Z czasem zyskał sławę jako święty kapłan i znakomity spowiednik. W konfesjonale spędzał kilkanaście godzin dziennie. Do Ars zaczęli ściągać grzesznicy z całej Francji. Penitenci ustawiali się do konfesjonału jeszcze przed wschodem słońca i otwarciem bram kościoła. Jan Maria żyjąc w wielkim ubóstwie, oddając się surowym postom, niezwykłym wyrzeczeniom oraz wytrwałej modlitwie, zaczął z wolna odradzać duchowo parafian. Posiadał dar czytania w ludzkich sumieniach. Głosił bardzo proste kazania, a ich tematyka skupiała się wokół grzechu, pokuty, łaski uświęcającej, Eucharystii i modlitwie. Życie św. Jana Marii Vianneya wypełnione było cierpieniem. Nie wszystkim podobała się jego praca duszpasterska, nadchodziły więc listy z pogróżkami, umieszczano oszczercze napisy, wiele wycierpiał też od swojego wikariusza. Jednakże bardziej bolesnymi były doznania wewnętrzne proboszcza: oschłość, poczucie ogołocenia, napaści diabelskie. Przeplatały się one ze skrajnym wyczerpaniem fizycznym, wywołanym nadmiarem pracy i ciągłymi umartwieniami. Święty proboszcz lękał się o własne zbawienie, a także o zbawienie własnych parafian i tak licznych penitentów. Dlatego dwukrotnie próbował opuścić parafię i skryć się w klasztorze, jednakże na polecenie biskupa tam powracał.

    Diabelskie ataki

    Święty Jan Maria był wiele razy budzony w nocy przez diabły i ich straszliwe hałasy. Jednak nie zadawalały się one przeszkadzaniem w trakcie tych zaledwie kilku godzin snu, na które pozwalał sobie w ciągu każdej nocy. Kładły ręce na ciało kapłana, przez co demonstrowały swoją frustrację wywołaną licznymi nawróceniami dokonanymi dla Kościoła i wieloma duszami, które pojednały się z Bogiem. Nie jeden raz święty wyczuwał rękę muskającą jego twarz lub miał wrażenie, że szczury przebiegały po jego ciele. Czasami diabeł próbował zrzucić świętego z łóżka. Często słyszano jak święty proboszcz mówił, że kiedy ataki na niego nasilały się, był to znak, że „jutro będzie dobry połów”. Innymi razy mówił: Diabeł nieźle mnie wytrząsł ubiegłej nocy, jutro będziemy mieli ogromną liczbę ludzi. Święty powiedział o szatanie: Dręczy mnie w rozmaity sposób. Czasami łapie mnie za stopę i ciągnie po pokoju. Robi tak, bo nawracam dusze dla dobrego Boga. Potwierdziła to pewna opętana kobieta, która – w obecności świadków – wykrzyczała do proboszcza z Ars: Ile ty mi cierpień każesz znosić!… Gdyby takich trzech było na ziemi, moje królestwo byłoby zniszczone. Ty zabrałeś mi więcej niż 80 tysięcy dusz.

    Wierny Syn Maryi

    Cześć dla Matki Najświętszej była zarówno w jego życiu jak również w duszpasterskiej służbie czymś oczywistym. Od pierwszych lat kapłaństwa dbał, by w każdej rodzinie znajdowała się figurka i wizerunek Maryi. W roku 1836 powierzył Niepokalanej całą parafię. W tym samym czasie na obrazie Matki Bożej umieścił duże serce z pozłacanego srebra, w którym po dzień dzisiejszy zachowana jest jedwabna wstęga z nazwiskami wszystkich ówczesnych parafian z Ars. Jak bardzo kochał Maryję, świadczy fakt, iż – jak sam mówił – najszczęśliwszym dniem w jego życiu był 8 grudnia 1854 roku, kiedy to bł. Pius IX ogłosił dogmat O Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Mówił wtedy: Jakież to szczęście! Zawsze uważałem, że w świetlistej aureoli otaczającej Pannę Maryję brakuje jeszcze tego jednego promyka, potwierdzającego prawdę o Jej Niepokalanym Poczęciu. Ten brak należało uzupełnić! I zrobił to oficjalnie papież. Św. Jan Maria Vianney sprawiał wtedy wrażenie dziecka, które z niekłamaną radością cieszy się z triumfu własnej matki. Zanim proboszcz wraz z wiernymi udał się w obchód wioski, udał się jeszcze do kościelnej wieży i rozkołysał kościelne dzwony. Ich donośny dźwięk rozbrzmiewał długo i daleko… Już wcześniej, kiedy proboszcz Jan Maria znał zapowiedź rychłego ogłoszenia papieskiego dogmatu, parafianie mogli usłyszeć szczere wyznanie proboszcza: Móc Matce Bożej coś ofiarować, byłbym zdolny samego siebie sprzedać. Tak… wystawiłbym siebie na sprzedaż!

    Pięć lat później, 4 sierpnia 1859 roku, wyczerpany nadludzką pracą i licznymi umartwieniami proboszcz z Ars odszedł do Domu Ojca po zasłużoną nagrodę. Papież św. Pius X beatyfikował go w roku 1905, a dwadzieścia lat później Pius XI zaliczył go do grona świętych. Ogłoszony został też patronem wszystkich proboszczów. Jego imię zamieszczono w Litanii do Wszystkich Świętych.

    Kościół wspomina św. Jana Marię Vianneya 4 sierpnia.

    Bogusław Bajor/PCh24.pl

    ***

    Co drażniło Świętego z Ars?

    Tych, którzy go chwalili, zapewniał, że tak naprawdę go nie znają. A tym, którzy go oczerniali, mówił, że jest jeszcze gorszy niż to, co mówią.

    FREEPIK 

    ***

    Anegdoty z życia św. Jana Vianneya przedstawia o. Seweryn Wąsik, jezuita, dyrektor Domu Rekolekcyjnego św. Józefa w Czechowicach-Dziedzicach.

    Jarosław Dudała: Św. Jan Vianney nawrócił tysiące mieszkańców porewolucyjnej Francji. Skąd się wzięła ta jego proboszczowska skuteczność?

    o. Seweryn Wąsik SJ:
     „Mówi się o świętym Janie Vianneyu, że nauczył się wszystkiego nie w kurzu bibliotek ani z ust mędrców, zasiadając w szkolnych ławach, lecz na modlitwie, na kolanach, u stóp swego Mistrza (…), przed tabernakulum, gdzie spędzał dnie i noce, zanim tłumy odarły go z wolności dysponowania swoim czasem – to tam wszystkiego się nauczył”.

    Skąd ten cytat?

    To są słowa ks. Alfreda Monnina, przyjaciela św. Jana Vianneya i autora jego biografii. Ten jezuita musiał spędzać dużo czasu na plebanii w Ars. Później wydał w kilku tomach komentarze do kazań i życia swego przyjaciela, a także najcenniejszy zbiór jego powiedzonek i związanych z nim anegdot. Ksiądz Monnin starał się uchwycić sekret proboszcza z Ars.

    Perspektywa przyjaciela musiała być inna niż to, co widzieli i słyszeli parafianie czy penitenci św. Jana.

    Tak. Zapamiętał on głos, gesty i spojrzenie swego przyjaciela, a przede wszystkim jego ujmujące poczucie humoru. Opisy ks. Monnina są bardzo poetyckie, ale uwagę zwraca jedno: Jan Vianney był człowiekiem kompletnie przemienionym. Jego głos był głosem człowieka, którego nie dało się słuchać obojętnie. Obrazy i myśli, które podawał, były z jednej strony bardzo proste, łatwe do wyobrażenia, a z drugiej czuło się, że jest w nich Boże światło. Mówił o rzeczach bardzo głębokich językiem bardzo prozaicznym, ale słuchacze odnosili wrażenie, że dzięki świętemu proboszczowi już na ziemi smakują Bożego światła, którego nie można zdobyć pracą własnego umysłu. Wobec tego blasku i jego niezbitej pewności wątpliwości pierzchały z najbardziej zatwardziałych serc. Ich miejsce zajmowało światło wiary.

    Miał pewnie wianuszek wielbicieli…

    Była to postać, z którą każdy chciał rozmawiać – tyle że proboszcz z Ars rozmawiał tylko o rzeczach Bożych. Gdy dyskusje schodziły na tematy polityczne, gospodarcze czy innych osób, milczał. Sięgał do codziennej prasy, ale tylko do tego, co karmiło jego wiarę, np. śledził wydarzenia związane z objawieniami maryjnymi w La Salette, by wyrobić sobie własne zdanie na ten temat.

    A co go fascynowało?

    Fascynował go tylko Jezus. Fascynowały go tylko sprawy Boże. Ksiądz Monnin opowiadał, że wiara była całą wiedzą proboszcza z Ars, a Jezus był jego jedyną księgą. Lubił się w niej zatapiać. Na tym schodziły mu cały dzień i część nocy. Tak też często radził swoim penitentom: żeby ich dzień był przepełniony Bogiem – czy pracują, czy się modlą, czy odmawiają sobie jakiejś przyjemności. Zachęcał do małych, skromnych kroków ku Bogu oraz do codziennego porannego ofiarowania się Mu. Taki też był jego plan dnia. Czy to była liturgia, czy to był brewiarz, czy Eucharystia, czy to była służba w konfesjonale, czy to była służba w katechezie dzieci – cały dzień był oddany Panu Bogu. I tak upłynęły całe 41 lata jego proboszczowania. Żartował: „Odpoczniemy w niebie, teraz jest czas ratować dusze”.

    Współczesnemu człowiekowi trudno będzie zbliżyć się do postawy proboszcza z Ars, bo on w ogóle nie zostawiał dla siebie wolnego czasu. Nie zajmował się rozwijaniem samego siebie, rozwijaniem swoich talentów, rozwijaniem swojego ego. Naśladowanie kogoś tak radykalnego to duże wyzwanie.

    Rozwijanie talentów nie musi się przecież kłócić z oddaniem Panu Bogu.

    Teoretycznie – nie. Ale dzisiejszy człowiek jest miłośnikiem kultury selfie – szukania czasu dla siebie i szukania takich sposobów rozwijania samego siebie, w których nie rozwija się sfera duchowa. Wtedy Bóg jest często kimś mało znanym, a jeśli nawet, to bardziej ze słyszenia niż z własnego doświadczenia duchowego. Tymczasem Jan Vianney potrafił odnajdywać Boga we wszystkim, co miał w kalendarzu. Żył rytmem roku liturgicznego Kościoła i terminarza parafialnego. Jeżeli chciało się go spotkać, to wiadomo było, że o tej godzinie katechizuje dzieci, o tamtej będzie się modlić, a o tej porze będzie odmawiać Różaniec. Taki rytm życia nie pozostawiał zbyt wiele miejsca jemu samemu.

    Nie był jednak chodzącym ideałem. Podobno miał spore trudności w nauce.

    Pewna siostra zakonna w rozmowie z proboszczem z Ars ujęła to tak: „Czcigodny księże, panuje dość powszechny pogląd, że jest ksiądz ignorantem”. „I nie jest to bynajmniej pogląd mylny, moja córko. Pragnę jednak dodać, że gdy idzie o siostrę, sprawa ma się jeszcze gorzej” – odparł Jan Vianney. Rzeczywiście mówiło się, że nie był człowiekiem zbytnio uczonym, ale jego biblioteka w Ars pokazuje co innego – miał naprawdę bogatą kolekcję dzieł duchowych. Gdy w późnych godzinach wieczornych kończył służbę w konfesjonale i miał wreszcie czas dla siebie, przeznaczał go na ich lekturę. Ale on sam pewnie by powiedział, że najlepszymi rzeczami, które najbardziej go rozwinęły, były modlitwa i adoracja Najświętszego Sakramentu, którą nazywał dość obrazowo – byciem niczym wierny pies, który kładzie się u stóp swego Pana.

    Wbrew pozorom jego życie nie było tak dalekie od życia współczesnych ludzi. My też często mówimy, że żyjemy jak w kieracie.

    Tak, to dobre określenie. On żył w takim kieracie i jeszcze dokładał do tego ascezę – ekstremalne posty, ekstremalną dyscyplinę, radzenie sobie z wadami i słabościami. Kiedy go zapytano, czy każdy powinien wymagać od siebie czegoś takiego, odpowiedział, że nie. Mówił, że święci nie zaczynali od umartwień, ale od miłości. Dopiero miłość do Pana Jezusa podpowiadała im umartwienia. Był pewien, że jeżeli się kocha Jezusa, to wtedy człowieka stać na umartwienia. Wtedy ten codzienny kierat staje się brzemieniem słodkim i lekkim. I rzeczywiście trudno sobie wyobrazić, żeby bez tej miłości 60- czy 70-letni ksiądz mógł kilkanaście godzin na dobę spowiadać, pocieszać grzeszników i pokutować za ich grzechy.

    I nic go nie drażniło? Nie wierzę.

    Drażniły go dwie kategorie ludzi: ci, którzy go chwalili, i ci, którzy go oczerniali. Tych, którzy go chwalili, zapewniał, że tak naprawdę go nie znają. A tym, którzy go oczerniali, mówił, że jest jeszcze gorszy niż to, co mówią. I dziękował im, że ukazują go w złym świetle, bo dzięki temu pomagają mu zachować pokorę i ostrzegają go o niebezpieczeństwie. Pochlebców uważał za zwodzicieli, którzy z niego kpią i naigrawają się z niego. A także prowadzą go do pychy, której wolał uniknąć.

    Ma Ksiądz jakieś ulubione anegdoty o Janie Vianneyu?

    Przed śmiercią zapytano go, czy – skoro tak lubi jezuitów – to zarzuci na nich swój płaszcz jak Eliasz (był to symbol przekazania ducha prorockiego). Odparł: „Przyjacielu, nie pyta się o płaszcz kogoś, kto nie ma nawet koszuli…”. Patron proboszczów dużo czasu poświęcał kapłanom z sąsiedztwa, ale też cierpiał z powodu ich zazdrości. Jeden z nich spytał, czemu do jego konfesjonału nie ustawiają się takie kolejki jak do konfesjonału proboszcza z Ars. „Bo za dużo ksiądz je, za dużo pije wina i za dużo śpi” – odpowiedział ks. Vianney. Dodajmy, że był niezmiernie wdzięczny Bogu za przysyłanych do Ars wikarych, choć próbowali z nim rywalizować i byli dla niego źródłem wielu upokorzeń. Ich cenił sobie najbardziej i robił wszystko, by ich nie przeniesiono gdzie indziej.

    Gość Niedzielny

    ***

    Św. Jan Maria Vianney

    „Nauczanie dzieci katechizmu jest bardzo trudne”

    ***

    „Nauczanie dzieci katechizmu jest bardzo trudne, gdyż są one głupie i mało zdolne. Większość z nich różni się od zwierząt tylko tym, że są ochrzczone”. To słowa, które w roku 1804 skreślił do biskupa przebywający w Ars ksiądz Jan Lecourt. Przy okazji skreślił też swoich parafian i wyjechał szukać wdzięczniejszych do poprowadzenia owieczek. Gdyby 13 lat później ks. Jan Maria Vianney, który również przybył do Ars, poszedł w ślady swojego poprzednika, nie byłoby dzisiaj wspomnienia świętego proboszcza. Na szczęście ks. Jan zamiast patrzeć na tę trzódkę z bezpiecznej wysokości swojego kapłańskiego powołania postanowił wejść między swoje owce i barany niczym Dobry Pasterz. Nie wystraszył się ich smrodu, ani nie zgorszył ich brudem. Poszedł ich szukać do karczmy, zapukał do każdego z domów. To prawda, trochę trwało zanim parafianie się do niego przyzwyczaili i uwierzyli, że nie ucieknie od nich na jakąś ciepłą posadkę. Jednak ostatecznie przekonało ich to, co ukradkiem podsłuchał jeden z nich, gdy szukając księdza Jana zajrzał do kościoła. Zastał go zatopionego w modlitwie, która składała się tylko z tych słów: “[Boże mój], daj mi nawrócenie mojej parafii; gotów jestem cierpieć wszystko co zechcesz Panie, przez całe me życie!”. Co obiecał, tego dotrzymał. Ks. Jan Maria Vianney, święty proboszcz.

    Gość Niedzielny/radio em

    ***

    7 sierpnia – pierwszy czwartek miesiąca

    W kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego Msza św. o godz. 19.00

    Po Mszy św. – Godzina święta

    ***

    Kościół? Niepotrzebny. Wystarczy, że wierzę

    Współczesny obraz religijny w Polsce i na świecie coraz częściej wypełniają osoby, które deklarują wiarę w Boga, uznają się za katolików, ale nie uczestniczą w życiu Kościoła. Na pytanie o przynależność religijną odpowiadają bez wahania: “Jestem wierzący, ale niepraktykujący”. 

    Deklaracja czy wykręt?

    “Wierzę w Boga, ale nie w Kościół”, “Nie potrzebuję księdza, by rozmawiać z Bogiem”, “Modlę się po swojemu” – te zdania wypowiadane są często z przekonaniem o duchowej dojrzałości, a niekiedy z nutą obronnego dystansu. Trudno nie zauważyć, że za tymi słowami często stoi próba usprawiedliwienia, niekiedy lenistwa duchowego, a czasem także głębszych ran, zawiedzionych oczekiwań i kryzysów zaufania.

    Katolik, który przestaje praktykować, rezygnuje z Eucharystii, sakramentów, wspólnoty i modlitwy liturgicznej – w istocie przerywa swoją drogę wiary. Ponieważ wiara nie jest tylko przekonaniem, aktem intelektualnym czy duchowym odczuciem. Jak przypomina List św. Jakuba: “Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też jest martwa wiara bez uczynków.” (Jk 2,26). A uczynki w kontekście wiary katolickiej obejmują również udział w niedzielnej Mszy Świętej, modlitwę, życie sakramentalne, a więc praktykę religijną.

    Udział w niedzielnej Mszy Świętej nie jest ani tradycją kulturową, ani obowiązkiem narzuconym z zewnątrz. Jest odpowiedzią na zaproszenie Boga: “To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22,19). To moment, w którym nie tylko oddajemy Bogu chwałę, ale przede wszystkim otrzymujemy łaskę, prawdziwą obecność Chrystusa. Odcięcie się od tego źródła to duchowe samowykluczenie, które prędzej czy później prowadzi do osłabienia, a nawet zaniku wiary.

    Warto przy tym zadać sobie pytanie: czy moja “wiara po swojemu” rzeczywiście mnie karmi, rozwija, pogłębia relację z Bogiem i bliźnimi? Czy raczej jest to duchowa iluzja, za którą kryje się lęk przed zmianą, konfrontacją, rezygnacją z wygody? 

    Wiara to nie idea – to relacja

    Problem wielu osób określających siebie jako “wierzący, ale niepraktykujący” polega na tym, że traktują wiarę jedynie jako przekonanie filozoficzne lub prywatny światopogląd. Redukują chrześcijaństwo do poziomu idei – zestawu zasad moralnych, wewnętrznych przekonań lub emocjonalnego doświadczenia, które można nosić w sercu bez potrzeby praktykowania. Tymczasem chrześcijaństwo nigdy nie było jedynie ideą. Od samego początku było relacją osobistą, dynamiczną, konkretną więzią z Bogiem. W takim rozumieniu wiara nie jest czymś oderwanym od rzeczywistości. Potrzebuje ciała, potrzebuje gestu, słowa, wspólnoty. Potrzebuje sakramentów, które są zewnętrznymi znakami wewnętrznej łaski, widzialnymi środkami niewidzialnego działania Boga. Wiara potrzebuje Kościoła, bo to właśnie w nim Bóg pozostaje obecny w Eucharystii, w spowiedzi, w liturgii.

    Kiedy ktoś mówi: “Wierzę, ale nie chodzę do Kościoła”, w gruncie rzeczy mówi: “Wierzę w istnienie Boga, ale nie chcę trwać w relacji z Bogiem na Jego warunkach”. To stwierdzenie może brzmieć niewinnie, ale w rzeczywistości jest poważną rezygnacją z jednego z fundamentów chrześcijaństwa: wspólnoty z Chrystusem poprzez Jego Ciało – Kościół. To jakby mąż powiedział: “Kocham moją żonę, ale nie mam czasu z nią rozmawiać, jeść wspólnie posiłków ani spędzać z nią czasu”. Miłość oderwana od codziennych gestów szybko staje się pustym słowem. Relacja, której się nie pielęgnuje, obumiera. Nawet najczystsza intencja, jeśli nie prowadzi do działania, staje się martwa.

    Między zgorszeniem a wymówką

    Nie można udawać, że problem nie istnieje. Wiele osób, które dziś określają się mianem “wierzących, ale niepraktykujących”, nosi w sobie rzeczywiste zranienia, poczucie rozczarowania i zgorszenia. Skandale seksualne w Kościele, nadużycia władzy, finansowe nieprawidłowości, chciwość, chłód duszpasterski czy jawne zaangażowanie polityczne części duchowieństwa – to wszystko zostawiło ślad. I nie można tego po prostu zamieść pod dywan. Kiedy ktoś mówi: “Nie wierzę w księży”, często nie mówi tego z nienawiści, ale z bólu. Z utraty zaufania. Z poczucia zdrady.

    Ale właśnie tu rodzi się pytanie: czy grzech człowieka może być wystarczającym powodem, by porzucić Boga? Czy zło, choćby najbardziej bolesne, może przekreślić świętość, która pochodzi od Boga?

    Odrzucanie całego Kościoła z powodu grzechu jego członków przypomina rezygnację z leczenia tylko dlatego, że kilku lekarzy popełniło błędy. Albo porzucenie edukacji, bo nauczyciel okazał się niekompetentny. Trzeba umieć oddzielić to, co ludzkie i grzeszne, od tego, co święte i Boże. Kapłan może być słabym, upadłym człowiekiem, ale wciąż to przez jego ręce Bóg działa w sakramentach. To nie on sam uzdrawia, rozgrzesza i konsekruje. To Bóg, który posługuje się grzesznikiem. I właśnie w tej tajemnicy kryje się ogromna lekcja pokory, zarówno dla duchownych, jak i dla świeckich.

    To nie znaczy, że należy milczeć wobec zła. Wręcz przeciwnie. Zło trzeba nazywać po imieniu, przeciwdziałać mu i naprawiać jego skutki. Ale nie wolno z powodu zła odrzucić dobra. Jezus nie przestaje być obecny w Kościele. Przeciwnie, to właśnie tam wciąż czeka, nawet gdy Jego przedstawiciele zawodzą.

    Zgubiona wspólnota, zatracona tożsamość

    Wielu katolików, którzy odwrócili się od praktyki religijnej, nie znalazło niczego w zamian. Nie poszli do innej wspólnoty, nie zaczęli się modlić w nowy sposób, nie stworzyli relacji opartej na duchowości. Po prostu – przestali. Przestali chodzić na Mszę, przestali się modlić, przestali słuchać Słowa Bożego. Zostali sami.

    Ta duchowa samotność często nie jest od razu widoczna. Może być przykryta codziennością, sukcesami zawodowymi, relacjami, podróżami. Ale prędzej czy później wychodzi na wierzch – jako wewnętrzna pustka, brak sensu, rozedrganie, samotność istnienia. Bez wspólnoty wiara się rozmywa. Przestaje być żywa i konkretna. Staje się coraz bardziej mglista, mityczna, subiektywna. Aż w końcu nie wiadomo już, w co się właściwie wierzy i czy w ogóle się jeszcze wierzy.

    Msza Święta to nie miejsce, gdzie “idę po coś dla siebie”. To miejsce, gdzie idę z sobą – by dać siebie innym. By razem z nimi trwać w obecności Boga. Wiara to nie droga samotnego pielgrzyma, ale wspólna wędrówka. I tylko wspólnie, przez wsparcie, świadectwo, modlitwę i sakramenty można dojść do celu.

    Dlaczego teraz jest ich więcej?

    Współczesny wzrost liczby katolików określających się jako “wierzący, ale niepraktykujący” nie jest przypadkowy ani jednowymiarowy. To złożone zjawisko, u którego podstaw leży szereg przemian społecznych, kulturowych i duchowych. Jednym z najważniejszych czynników jest indywidualizm. Dominujący dziś paradygmat myślenia, według którego to jednostka decyduje o wszystkim, także o kształcie swojego życia duchowego. Współczesny człowiek nie chce narzucanych rytuałów, nie ufa instytucjom, unika struktur. Pragnie duchowości “na własnych zasadach”, dostosowanej do swojego rytmu życia, przekonań, nastrojów i potrzeb. Zamiast wejść w tradycję i poddać się formacji, tworzy swoją własną, subiektywną religijność, w której często nie ma miejsca ani na sakramenty, ani na wspólnotę.

    Drugim ważnym elementem jest konsumpcjonizm, który kształtuje nie tylko styl życia, ale i mentalność. Niedziela – dawniej dzień święty – dziś coraz częściej staje się dniem zakupów, odpoczynku, Netflixa, wypadów za miasto. Trudno wstać i wyjść z domu, by uczestniczyć w czymś, co wymaga skupienia, uwagi, wyciszenia. Msza Święta staje się konkurencją dla serialu, śniadania w kawiarni czy biegania. A jeśli wiara nie przynosi natychmiastowej przyjemności lub efektu, zostaje odsunięta na bok.

    W tle tego wszystkiego kryje się jeszcze głębszy problem – brak prawdziwej formacji. Wielu ludzi dorastało w atmosferze religijnej tradycji, ale nie spotkało w niej żywego Boga. Chodzili do kościoła, bo tak wypadało, przystępowali do sakramentów, bo “trzeba było”. Ale nigdy nie doświadczyli osobistej relacji z Chrystusem. Gdy dorośli i mogli sami decydować, po prostu przestali. Bo nie było w nich korzenia. Ich wiara była płytka, wyuczona, pozbawiona treści. Nic dziwnego, że tak łatwo z niej zrezygnowali.

    Do tego dochodzą realne zranienia. Kościół instytucjonalny bywa miejscem chłodnym, biurokratycznym, zamkniętym. Zamiast wspólnoty – bywa lęk. Zamiast gościnności – dystans. Zamiast towarzyszenia – moralizatorstwo. W takiej atmosferze wielu ludzi nie czuje się zaproszonych, tylko ocenianych. A przecież nikt nie chce wracać tam, gdzie nie czuje się akceptowany.

    Ostatnim, ale bardzo silnym czynnikiem, jest antyklerykalizm obecny w mediach i popkulturze. Stała narracja o Kościele jako źródle zła, opresji, hipokryzji, przemocy symbolicznej i seksualnej, skutecznie podważa zaufanie, nawet tych, którzy w głębi duszy wciąż tęsknią za duchowością. W takich warunkach coraz trudniej przyznać się publicznie do wiary, a jeszcze trudniej wytrwać w jej praktykowaniu. W efekcie wielu ludzi woli pozostać w duchowej szarej strefie, wierzyć “gdzieś tam”, “po swojemu”, ale nie narażać się na osąd ani wysiłek.

    Zamknięte drzwi czy otwarte serce?

    Kościół nie jest klubem dla doskonałych. Jest szpitalem dla chorych. I każdy wierzący, niezależnie, czy praktykujący, czy nie, powinien zadać sobie pytanie: czy naprawdę chcę żyć w relacji z Bogiem, czy tylko usprawiedliwić swoje zaniedbania duchowe? Bo prawda jest taka, że najczęściej nie przestaje się praktykować z powodu argumentów, tylko z powodu zaniku potrzeby.

    A potem, by zagłuszyć wyrzuty sumienia, budujemy narrację: “Kościół mnie nie interesuje”, “Wystarczy mi modlitwa w domu”, “Wszyscy księża są tacy sami”. Ale to nie są powody. To są wymówki. Bo prawdziwe spotkanie z Bogiem prędzej czy później prowadzi do pragnienia sakramentów.

    Nie chodzi o to, by wszystkich “nawrócić do Kościoła”, jakby chodziło tylko o statystykę. Chodzi o to, by pomóc odnaleźć na nowo smak wiary, który objawia się w Eucharystii, we wspólnocie, w ciszy modlitwy, w Słowie Bożym czytanym wspólnie.

    Przebudzenie zaczyna się od jednego kroku

    Dla wielu katolików drzwi kościoła są zamknięte od lat. Nie z powodu ekskomuniki, ale z powodu obojętności. A przecież wystarczy jeden krok: wejść, uklęknąć, posłuchać, poprosić. Nawet jeśli nie wszystko rozumiem. Nawet jeśli nie wszystko mnie przekonuje. Nawet jeśli ksiądz, który odprawia Mszę mi nie pasuje. 

    Wiara potrzebuje ciała. Potrzebuje liturgii. Potrzebuje drugiego człowieka. Potrzebuje wspólnoty. I choć Kościół czasem rani, to w nim Bóg wciąż działa.

    Julia Hap/Deon.pl

    ***

    Odpust Porcjunkuli

    2 sierpnia w kościołach i klasztorach franciszkańskich obchodzone jest patronalne święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli. W Kalendarzu Liturgicznym czytamy, iż tego dnia w kościołach parafialnych można uzyskać odpust zupełny Porcjunkuli. Za zgodą biskupa diecezjalnego odpust ten może być przeniesiony na niedzielę, która poprzedza 2 sierpnia lub po nim następuje.

    Asyż, Bazylika Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkula

    Asyż, Bazylika Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkula

    fot. Grażyna Kołek /Tygodnik Niedziela

    ***

    Trochę historii

    Dlaczego święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli?

    Otóż ma to związek z kościołem Matki Bożej Anielskiej pod Asyżem. Według podania, była to pierwotnie kapliczka ufundowana w VI w. (2 km na południe od Asyżu) przez pielgrzymów wracających z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej. Za czasów św. Franciszka kapliczka ta miała już nazwę Matki Bożej Anielskiej. Była ona wówczas w stanie ruiny, dlatego też św. “Biedaczyna” z Asyżu w zimie 1207/1208 r. odbudował ją i tam zamieszkał. Wkrótce przyłączyli się do niego towarzysze. Nie jest wykluczone, że ona sam nadał jej nazwę Matki Bożej Anielskiej, bo jak głosi legenda, słyszano często nad kapliczką głosy anielskie. W tym czasie kapliczka wraz z przyległą posesją stanowiła jeszcze własność benedyktynów z pobliskiej góry Subasio, jednak wkrótce (1211 r.) odstąpili ją św. Franciszkowi i jego współbraciom, którzy wybudowali sobie tam ubogie szałasy – domy. W kilka lat później, dokładnie 2 sierpnia 1216 r., miało miejsce uroczyste poświęcenie (konsekracja) kapliczki-kościółka.

    W tym też czasie funkcjonowała w stosunku do ww. kościółka druga nazwa – Porcjunkula, być może również wprowadzona przez św. Franciszka. Etymologicznie oznacza ona tyle, co kawałeczek, drobna część. Prawdopodobnie nawiązywała ona do bardzo małych rozmiarów kościółka i przyległego terenu. Tak więc Porcjunkula stała się macierzystym domem zakonu św. Franciszka.

    Dwieście lat później – w roku 1415 św. Bernardyn ze Sieny osadził tu swoich synów duchowych – obserwantów, którzy wystawili tu spory klasztor wraz z okazałym kościołem. W latach 1569-1678 wybudowano świątynię, w środku której znajduje się w stanie surowym zachowany pierwotny kościółek-kapliczka Porcjunkula. Przy końcu bocznej nazwy jest cela, w której mieszkał i dokonał życia św. Franciszek. 11 kwietnia 1909 r. papież Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności Bazyliki patriarchalnej i papieskiej.

    Skąd odpust Porcjunkuli?

    Łączy się on z legendą. Głosi ona, że pewnej nocy latem 1216 r. św. Franciszek usłyszał w swojej celi głos: “Franciszku, do kaplicy!” . Kiedy tam się udał, ujrzał Pana Jezusa siedzącego nad ołtarzem, a obok z prawej strony Najświętszą Maryję Pannę w otoczeniu aniołów. Usłyszał głos: “Franciszku, w zamian za gorliwość, z jaką ty i bracia twoi, staracie się o zbawienie dusz, w nagrodę proś mię dla nich i dla czci mego imienia o łaskę, jaką zechcesz. Dam ci ją, gdyż dałem cię światu, abyś był światłością narodów i podporą mojego Kościoła” . Franciszek upadł na twarz i rzekł: “Trzykroć Święty Boże! Ponieważ znalazłem łaskę w Twoich oczach, ja który jestem tylko proch i popiół, i najnędzniejszy z grzeszników, błagam Cię z uszanowaniem, na jakie tylko zdobyć się mogę, abyś raczył dać Twoim wiernym tę wielką łaskę, aby wszyscy, po spowiedzi odbytej ze skruchą i po nawiedzeniu tej kaplicy, mogli otrzymać odpust zupełny i przebaczenie wszystkich grzechów”. Następnie św. Franciszek zwrócił się do Najświętszej Maryi Panny: “Proszę błogosławionej Dziewicy, Matki Twojej, Orędowniczki rodzaju ludzkiego, aby poparła sprawę moją przed Tobą”. Maryja poparła modlitwę Franciszka. Wtedy Chrystus Pan powiedział: “Franciszku, to, o co prosisz, jest wielkie. Ale otrzymasz jeszcze większe łaski. Daję ci odpust, o który usilnie błagasz, pod warunkiem jednak, że będzie on zatwierdzony przez mego Namiestnika, któremu dałem moc związywania i rozwiązywania tu na ziemi”. Podanie głosi, że następnego dnia św. Franciszek udał się do Perugii, gdzie przebywał wówczas papież Honoriusz III, który faktycznie udzielił odpustu zupełnego na dzień przypadający w rocznicę poświęcenia kapliczki Porcjunkuli, tj. 2 sierpnia. Początkowo więc odpust zupełny można było uzyskać jedynie w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu i to jedynie 2 sierpnia.

    Od XIV w. papieże zaczęli podobny odpust na ten dzień przyznawać poszczególnym kościołom franciszkańskim. Dostępować go mieli wszyscy ci wierni, którzy tego dnia nawiedzą któryś z kościołów franciszkańskich. W 1847 r. Papież Pius IX poszedł jeszcze dalej i przywilej odpustu rozszerzył na wszystkie kościoły parafialne i inne, przy których jest III Zakon św. Franciszka. W 1910 r. papież Pius X udzielił na ten dzień tego odpustu wszystkim kościołom, jeśli tylko biskup uzna to za stosowne. W rok później św. Pius X przywilej ten rozszerzył na wszystkie kościoły.

    By uzyskać wspomniany odpust, należy jednak spełnić następujące warunki, a więc:


    – pobożnie nawiedzić kościół,

    – odmówić w nim Modlitwę Pańską oraz Wyznanie Wiary,

    – przystąpić do spowiedzi świętej,

    – przyjąć Komunię świętą,

    – pomodlić się według intencji Ojca Świętego,

    – wykluczyć przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu.

    Warto więc tego dnia skorzystać ze “skarbca Bożego Miłosierdzia” i uzyskać za przyczyną Matki Bożej Anielskiej i św. Franciszka odpust zupełny, czyli darowanie kary doczesnej za popełnione grzechy.

    ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela

    Porcjunkula we wnętrzu bazyliki Matki Bożej Anielskiej w Asyżu

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę 

    5dce7e46926b3_o_xlarge.jpg

    Sanktuarium Matki Bożej Rychwałdzkiej

     1.08.2025
    godz. 16:30 Rozpoczęcie
    godz. 18:00 Eucharystia

     2.08.2025
    godz. 16:00 Eucharystia
    z przekazaniem Płomienia Miłości NSM
    ok godz. 17:40 Zakończenie

    ***

    Podczas tego nabożeństwa o charakterze ekspiacyjnym wynagradzamy za wszystkie grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie, zwłaszcza za grzechy: zbrodni wobec nienarodzonych dzieci, nieczystości, apostazji, nienawiści, podziałów, kłótni i nieprzebaczenia, pijaństwa, rozwodów, niegodnego przyjmowania Komunii Świętej, zdrady Narodu. Żyjemy dziś w czasach największej apostazji, czyli odejścia od Boga. Sekularyzacja państw Zachodu jest faktem. Polska, choć uważana za ostoję katolicyzmu, też stopniowo ulega tej fali. Coraz więcej ludzi, także tych deklarujących się katolikami, żyje tak, jakby Pana Boga nie było i opowiada się za strukturami zła w swoich wyborach. Czas, w którym przyszło nam żyć, jest czasem bezkompromisowej walki duchowej. Ale co gorsza, nawet ludzie wierzący nie zawsze to widzą, trwając w stanie uśpienia i letargu. A przecież wiele proroctw mówi o szczególnej misji, jaką Polska ma odegrać wobec innych narodów. Jakże się to stanie, skoro widzimy, że sprawy w naszym kraju idą w tak złym kierunku? Będziemy modlić się, prosząc o wstawiennictwo: Maryję Królową Polski, Świętego Michała Archanioła, Anioła Stróża Polski, patronów Polski, a zwłaszcza św. Andrzeja Boboli, polskich świętych i błogosławionych oraz dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków. Dziś mało kto wzywa do pokuty i nawrócenia. Bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach Kościoła w Polsce była zorganizowana w 2016 r. Wielka Pokuta – największe w historii chrześcijaństwa nabożeństwo przebłagalno-ekspiacyjne, które zgromadziło pod wałami klasztoru jasnogórskiego ponad 140 tysięcy wiernych. Zebrali się, by prosić Boga o wybaczenie grzechów swoich oraz całego Narodu. Wierzymy, że tamto wydarzenie nie było ostatnim, ale zapoczątkowało akty kolejnych wynagrodzeń. Modlimy się zatem w duchu i w łączności z Wielką Pokutą, aby kontynuować to wielkie dzieło ekspiacji. Podczas modlitwy o uwolnienie Polski spod mocy ciemności, które zostały wypowiedziane 15 października 2016 r., padły m.in. takie słowa: „Ojcze, Boże Wszechmogący, nadszedł już czas, aby raz na zawsze odwrócić się od grzechów naszych i naszych nieprawości, które ranią Twoje Ojcowskie Serce, od szatana, księcia tego świata, ojca kłamstwa i iluzji, a zwrócić się całym sercem do Ciebie. Pragniemy jak mieszkańcy Niniwy dzisiaj błagać Cię o przebaczenie naszych grzechów, win i nieprawości. Za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi!”. Niech Jego oczyszczający i uświęcający płomień zstąpi teraz na nas tu obecnych, na wszystkich Polaków mieszkających na tej ziemi i poza jej granicami”. Dlatego i my powtarzamy te słowa oraz inne fragmenty tej potężnej modlitwy, rozpalając wielki płomień, czego konkretnym wyrazem jest wieńczące nasze spotkanie nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi.

    Prowadzenie rozważań: Aleksandra Barnat, Rafał Piech, Tomasz Ustowski, Hanna Gwizdała
    Oprawa muzyczna: Michał Niemiec

    ***

    O inicjatywie

    24 Godziny Męki Pańskiej – ze szczególną intencją: za Polskę – to inicjatywa zapoczątkowana w sierpniu 2022 r. w jednej z parafii w Polsce. Początkowo miała odbywać się jedynie lokalnie, ale najwyraźniej Boża Opatrzność przewidziała inaczej – już w następnym roku Męka została podjęta w kolejnej parafii. Momentem przełomowym była modlitwa w Siemianowicach Śląskich w październiku 2023 r., kiedy to do inicjatywy dołączyło kilkadziesiąt miast.

    Dzisiaj to nabożeństwo, bazujące na pismach włoskiej mistyczki Sł. B. Luizy Piccarrety, podejmowane jest w wielu parafiach i wspólnotach w całej Polsce i poza jej granicami. Jednoczy wiernych na modlitwie przebłagalno-ekspiacyjnej za grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie oraz w intencji wypełnienia się w niej Woli Bożej.

    To pokazuje, że polscy katolicy mają silną wolę zjednoczenia się we wspólnej modlitwie za Ojczyznę, którą kochają i której los nie jest im obojętny. Zbawiciel pragnie, aby na każdy skrawek polskiej ziemi, na każde miasto i na każdą wioskę spłynęła Jego drogocenna Krew, by je pobłogosławić i ochronić!

    Maryja-Królowa-Polski.jpg

    Modlimy się za wstawiennictwem:

    • Matki Bożej, Królowej Polski
    • Świętego Michała Archanioła
    • Anioła Stróża Polski
    • Patronów Polski, szczególnie św. Andrzeja Boboli
    • polskich świętych i błogosławionych
    • dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków.
    sw-Andrzej-Bobola.jpg

    _MG_2663.jpg

    _MG_2666.jpg

    ***

    Luiza Piccarreta, „Godziny Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa”

    ZEGAR

    aby podążać z bliska za Jezusem, zjednoczyć się z Nim, przyoblec się w Niego, aby odtworzyć w nas Jego myśli, Jego intencje, Jego modlitwy, Jego zadośćuczynienia, Jego cierpienie oraz Jego Miłość; aby wspólnie z Jezusem otaczać Ojca chwałą i dawać Mu  zadośćuczynienie, aby zbawić i uświęcić nas samych i naszych braci dla triumfu Jego Królestwa.

    Pan wyraźnie używa „Godzin Męki”, aby przyciągnąć uwagę i wrażliwość dusz, ale przede wszystkim z bardzo konkretnych powodów: po pierwsze, ponieważ przeżywamy godzinę Męki Kościoła i dlatego prosi nas o wewnętrzny w niej udział. Wielu bierze udział w Męce Pańskiej, niektórzy jako dusze ofiarne, inni nawet jako męczennicy, każdy dźwiga szczególny krzyż (niektóre robią ogromne wrażenie), ale Pan chce, aby uczestnictwo było przede wszystkim poprzez czynienie z Nim wewnętrznie tego, co On sam czynił. Jest to pierwszy powód.

    Drugi powód: tak jak Odkupienie poprzedza Królestwo i ma na celu Królestwo, tak też „odkrycie” tej książki Luizy ma na celu odkrycie ogromnej zapowiedzi Królestwa, którym jest przyjęcie Daru nad darami, przyjęcie Woli Bożej, tak aby się stała naszym życiem. Męka Pańska jest największym przejawem Bożego miłosierdzia. Dlatego trzeba nauczyć się patrzeć poza same Godziny Męki, tam gdzie patrzy nasz Pan: Starajcie się naprzód o królestwo Boże i Jego sprawiedliwość (czyli świętość), a wszystko inne będzie wam dodane.

    O. Pablo Martín

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej jest stałym pokarmem, tak bardzo miłym naszemu Panu

    Jezus do Luizy: Córko moja, tak miły jest dla Mnie ten, kto stale rozmyśla nad moją Męką, ubolewa nad nią i Mi współczuje, że czuję się jakby pokrzepiony we wszystkim, co przecierpiałem podczas swojej Męki. A nieustannie nad nią rozmyślając, dusza przygotowuje w ten sposób stały pokarm. W tym pokarmie znajdują się różne przyprawy i smaki, które przynoszą różne efekty. Tak więc, jeśli podczas mojej Męki związano Mnie powrozami i łańcuchami, dusza Mnie odwiązuje i daje Mi wolność. Onii wzgardzili Mną, pluli na Mnie i Mnie obrażali, a ona Mnie szanuje, oczyszcza z tych opluć i Mnie wielbi. Oni obnażyli Mnie i biczowali, ona zaś leczy moje rany i Mnie przyodziewa.

    Oni ukoronowali Mnie cierniem, traktując jak króla pośmiewisko, wypełnili moje usta żółcią i Mnie ukrzyżowali. Dusza, rozmyślając nad wszystkimi moimi bólami, koronuje Mnie chwałą i oddaje Mi cześć, uznając Mnie za swojego Króla. Wypełnia moje usta słodyczą, dając mi najbardziej wykwintny pokarm, którym jest pamięć o moich własnych czynach. A wyjmując gwoździe i zdejmując Mnie z Krzyża, sprawia, że Ja się odradzam w jej sercu, dając jej w nagrodę, za każdym razem, gdy to czyni, nowe życie łaski. Jest ona zatem moim pokarmem, a Ja czynię siebie jej stałym pożywieniem. Tym więc, co najbardziej lubię, jest nieustanne rozmyślanie nad moją Męką. (Tom 7, 9 listopada 1906)

    Pisałam Godziny Męki Pańskiej i tak sobie rozmyślałam: Ile poświęceń wymaga pisanie tych błogosławionych Godzin Męki, zwłaszcza przedstawianie na piśmie niektórych wewnętrznych przeżyć, które zaszły tylko pomiędzy mną i Jezusem! Jaką On mi da za to rekompensatę?

    A Jezus, pozwalając mi słyszeć swój łagodny i słodki głos, powiedział do mnie: Córko moja, w nagrodę za to, że napisałaś Godziny Męki, za każde słowo, które napisałaś, dam ci pocałunek i duszę.

    A ja: Miłości moja, to dla mnie, a co dasz tym, którzy będą je rozważać?

    A Jezus: Jeśli będą je rozważać wspólnie ze Mną i za pomocą mojej własnej Woli, im również dam duszę za każde słowo, które przeczytają, ponieważ większy lub mniejszy efekt tych Godzin Męki wynika z większej lub mniejszej jedności, jaką ze Mną tworzą. Jeśli stworzenie rozważa je za pośrednictwem mojej Woli, to ukrywa się w mojej Woli, a kiedy działa moja Wola, mogę czynić wszelkie dobro, jakiego zapragnę, nawet za pomocą jednego tylko słowa. I będę to czynił za każdym razem, gdy będziecie je rozważać. […] (Tom 11, październik 1914)

    Jezus do Luizy: Przy tylu goryczach, które otrzymuję od stworzeń, owe Godziny są małymi słodkimi łykami, jakie dają Mi dusze. Ale za mało jest tej słodyczy w porównaniu do tak wielu gorzkich łyków, które otrzymuję. Dlatego bardziej je rozpowszechniajcie, bardziej rozpowszechniajcie! (Tom 11, 13 października 1916)

    GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ napisane przez Sługę Bożą Luizę Piccarretę, Małą Córeczkę Woli Bożej

    Po codziennym rozważaniu na przestrzeni 31 lub 32 lat dwudziestu czterech Godzin Męki Pańskiej, na prośbę św. Hannibala Marii Di Francia, mniej więcej w latach 1913-1914, Luiza przedstawiła je na piśmie. Ojciec Hannibal był pierwszym, który je opublikował w 4 edycjach i sam nadał im tytuł: Zegar Męki Pańskiej.

    Należy podkreślić, że sporządzenie tych Godzin Męki Pańskiej nie jest wynikiem genialnego pióra pisarza, ale jest owocem nieustannej kontemplacji i dzielenia Męki Jezusa, co dusza ta czyniła na przestrzeni ponad trzydziestu lat, od kiedy złożyła siebie w ofierze wraz z Jezusem w wieku 16 lat, aż do czasu kiedy przedstawiła je na piśmie mniej więcej w latach 1913-1914. Uczyniła to jedynie z posłuszeństwa św. ojcu Hannibalowi M. Di Francia.

    Wielu świadków zrelacjonowało, że św. Hannibal M. Di Francia, który się cieszył dużym zaufaniem papieża Piusa X, pewnego dnia przybył szczególnie zadowolony do domu Luizy i powiedział, że zawiózł książkę ojcu świętemu. Papież chciał, aby mu przeczytał kawałek tekstu. Przeczytał więc Godzinę dotyczącą ukrzyżowania. W pewnym momencie papież przerwał mu, mówiąc: Nie tak, Ojcze, trzeba czytać na klęczkach. To Jezus Chrystus przemawia.

    celem owych Godzin Męki Pańskiej nie jest tylko odtworzenie historii Męki, ponieważ jest wiele książek, które traktują o tym świętym temacie, i nie ma potrzeby pisania jeszcze jednej. Ale celem owych Godzin jest zadośćuczynienie, czyli dusza jednoczy (proszę zauważyć) rozmaite momenty Męki naszego Pana z wieloma różnymi przewinieniami i wspólnie z Jezusem daje godne zadośćuczynienie, i zwraca Mu niemal wszystko, co każde stworzenie jest Mu winne. Stąd też różne sposoby składania zadośćuczynień w owych GODZINACH. To oznacza, że w niektórych fragmentach dusza błogosławi, w innych współczuje, w innych wychwala, w jeszcze innych niesie pociechę cierpiącemu Jezusowi, a w innych wynagradza, błaga, modli się i uprasza. (Z listu Luizy Piccarrety)

    Zadowolenie, jakie błogosławiony Jezus odczuwa, gdy rozważamy owe Godziny jest tak duże, że chciałby, aby przynajmniej jeden egzemplarz tych medytacji, do praktykowania, znajdował się w każdym mieście lub miasteczku, ponieważ gdy je rozważamy, Jezus słyszy w tych zadośćuczynieniach jakby odtwarzany swój własny głos i swoje własne modlitwy, które wznosił do Ojca podczas 24 godzin swojej bolesnej Męki. I gdyby to było praktykowane przez przynajmniej kilka dusz w każdym mieście lub miasteczku, to wydaje mi się, że Jezus daje mi do zrozumienia, iż sprawiedliwość Boża zostałaby częściowo złagodzona, a jej bicze byłyby częściowo powstrzymane i jakby osłabione w tych smutnych czasach udręki i przelewu krwi. (Z listu Luizy Piccarrety)

    ze strony: vicona 24 godziny męki pańskiej

    ***

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    Intencje Żywego Różańca

    na miesiąc sierpień 2025

    Intencja papieska:

    *Módlmy się aby społeczeństwa, w których współżycie między ludźmi wydaje się być trudnym, nie ulegały pokusom konfliktów etnicznych, religijnych lub ideologicznych.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    • Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
    • Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
    • Bogurodzico Dziewico, Królowo i Matko naszego Narodu! Dziękujemy Ci za Twoją przemożną opiekę nad naszą Ojczyzną, której tak wiele razy doświadczały minione pokolenia naszych Rodaków.  
      Dziś nie możemy nie zauważyć jak moce piekielne znów uderzają w nas. Przeżywamy bowiem bardzo niebezpieczny czas. Przyznajmy się, że te głębokie zranienia w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym są skutkiem naszego przyzwolenia na życie w grzechu i w nałogach. Dlatego prosimy Cię, Boża Matko, bo Ty jesteś ucieczką grzesznych, ulecz nasze sumienia. Pomóż zerwać z grzechem i obojętnością. Uchroń nas od niewiary, która jest źródłem wszelkiego zła. A tym, którzy świadomie czy nieświadomie otrzymany  dar życia i bogactwo różnych zdolności z ręki dobrego Boga wykorzystują przeciwko swojemu Stworzycielowi, uproś łaskę nawrócenia.

    ***

    dodatkowa intencja dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    ***

    dodatkowa intencja dla małżonków w Róży bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:

    *Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać razem i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

    ***

    Od 1 sierpnia 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 3 lipca 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.

    ***

    Papież Leon XIV o intencji modlitewnej na sierpień: żyjemy w czasach lęku i podziałów

    Sample

    fot. Andrew Medichini/Associated Press/East News
    ***

    Módlmy się, aby społeczności, których współistnienie wydaje się coraz trudniejsze, nie ulegały pokusie konfrontacji z powodów etnicznych, politycznych, religijnych czy ideologicznych – apeluje Leon XIV w opublikowanym wczoraj filmie promującym papieską intencję na sierpień: „O umiejętność życia wspólnego”.

    Ojciec Święty przyznaje, że „żyjemy w czasach lęku i podziałów. Nieraz postępujemy tak, jakbyśmy byli sami – wznosimy mury, które oddzielają nas od siebie, zapominając, że jesteśmy braćmi i siostrami”.

    Papież zaznacza, że dla chrześcijan spragnionych pokoju, Jezus jest Panem historii, wiernym Towarzyszem i żywą Obecnością, Tym, który niestrudzenie wychodzi nam naprzeciw.

    „Ześlij nam, Panie, Twojego Ducha – modli się Leon XIV – aby rozpalił w nas na nowo pragnienie wzajemnego zrozumienia i słuchania, życia we wspólnocie z szacunkiem i współczuciem. Obdarz nas odwagą, by iść drogą dialogu, by na konflikty odpowiadać gestami braterstwa, by otwierać serca na innych – bez lęku przed różnicami”.

    W modlitwie odnoszącej się do intencji na sierpień Ojciec Święty prosi też Boga, aby uczynił nas budowniczymi mostów, zdolnymi przekraczać granice i ideologie, a na bliźnich patrzeć oczami serca, rozpoznając w każdym jego nienaruszalną godność. „Pomóż nam stwarzać przestrzenie, w których może rozkwitać nadzieja, gdzie różnorodność nie będzie zagrożeniem, lecz bogactwem, które czyni nas bardziej ludźmi” – modli się na zakończenie Papież.

    Krzysztof Bronk, Vatican News PL | Watykan

    ***

    Uroczystości i święta

    w Roku Liturgicznym 2025

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wśród licznych świąt kościelnych można wyróżnić święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są od uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.

    Święta nakazane w 2025 roku:

    1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    Pomóż w rozwoju naszego portalu

     Wspieram

    6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2025 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak Kościół bardzo zachęca do udziału w liturgii również w te dni.

    2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    5 marca (środa) – Środa Popielcowa

    17-19 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne (UWAGA: Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski

    9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 30 listopada.

     ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00

    ***

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani

    ***

    W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli

    Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00

    ***

    W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej

    ***

    W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.

    ***

    W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.

    ***

    W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00

    Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.

    W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30


    Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.

    ***


    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00

    Po Mszy św. jest Godzina Święta

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    Naczynia połączone

    Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.

    Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?

    „Najświętsze  Serce Jezusa”,  obraz nieznanego  artysty z XIX wieku.
    ISTOCKPHOTO

    ***

    Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.

    Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.

    Jak ciąża

    Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.

    Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?

    – Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.

    Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.

    Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.

    Chodzi o cel

    Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.

    Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.

    – W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.

    Wynagrodzenie

    Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.

    – Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.

    Czwartki

    Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny


    W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.

    ***

    W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.

    Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?

    Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

    fot.  Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.

    Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.

    W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.

    Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.

    Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.

    Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.

    Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.

    To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.

    Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela

    ***

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.

    Jeżeli jednak przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.

    Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.

    ***

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ***

    “Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ***

    Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?

    Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii świętej.

    Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).

    Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).

    Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).

    Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.

    – Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.

    Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.

    W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.

    Wielkie zmiany

    Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.

    W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.

    Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.

    Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.

    A co jeśli…

    Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?

    – Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.

    Co po Komunii?

    Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Ks. Rafał Hołubowicz:

    Komunia święta na klęcząco i do ust nadal pierwszą i podstawową formą

    (Pietro Antoni Novelli (1769) Public domain)

    Uroczystość Pierwszej Komunii Świętej – święto Jezusa Eucharystycznego, który za chwilę zagości po raz pierwszy w sercach Mu najbliższych – Dzieci, tych które zawsze szczególnie miłował i które nawet dorosłym stawiał za wzór; w sercach czystych po wczorajszej uroczystości Pierwszej Spowiedzi Świętej, równie ważnej, równie podniosłej i równie pięknej, jak ta dzisiejsza. Atmosfera jest naprawdę niecodzienna, przepełniona jakimś wyczekiwaniem, może pewnym niepokojem czy wszystko się uda, ale także wielką radością, która rysuje się zarówno na twarzach samych dzieci, jak również ich rodziców, którzy przez ostatnie miesiące także trudzili się nad jak najlepszym przygotowaniem swoich pociech do tego niezwykłego wydarzenia. Kościół pięknie przyozdobiony, mnóstwo białych kwiatów, dzieci w białych strojach liturgicznych, tłumy ludzi w świątyni i wokół niej. Wszystko świadczy o tym, że dzieje się coś niezwykłego, coś tajemniczego, coś mistycznego.

    Rozpoczyna się uroczysta Liturgia, dzieci biorą w niej czynny udział. Radość i napięcie ciągle rosną, aż w końcu nadchodzi ten wyczekiwany moment pierwszej Komunii Świętej. Na środku, przed ołtarzem przystrojony klęcznik; każde z dzieci podchodzi pojedynczo, klęka z pięknie złożonymi dłońmi, otwiera usta i po raz pierwszy przyjmuje na język, a w rzeczywistości do serca, prawdziwego Jezusa Chrystusa. Ciężko nawet opisać wielką radość i pokój, które promieniują z dziecięcych twarzy. Po dzieciach zaczyna się Komunia Święta pozostałych uczestników uroczystości. Kapłan jest sam, panuje ścisk i zamieszanie, bo kościół jest mały a przybyłych naprawdę dużo. I nagle….

    Zbliża się najpierw dwójka dzieci, które wyciągają rękę po Komunię Świętą, ale w obecnych okolicznościach, z pełną rozwagą duszpasterską, kapłan udziela im Komunii na język. Dziewczynki jedna, potem druga spokojnie ją przyjmują i się oddalają. Okazuje się jednak, że następna do Komunii przystępuje ich mama. Także wyciąga rękę, kapłan prosi ją jednak grzecznie o godne przyjęcie Jezusa do ust (co nawiasem mówiąc jest regułą w tej wspólnocie parafialnej). Kobieta jednak obrusza się i odchodzi, odmawiając przyjęcia Chrystusa Eucharystycznego. Jak widać nie On był tutaj najważniejszy.

    No a potem, jak nie trudno się domyśleć, zaczynają się problemy. Kilka dni po uroczystości bardzo nieprzyjemny telefon od tej pani, która oczywiście od pierwszych słów zwraca się do księdza per „pan” (zresztą w dniu Komunii Świętej do siostry zakonnej przygotowującej dzieci zwracała się per „pani”). Zarzuca mu zmuszanie dzieci do przyjęcia Komunii wbrew ich woli, czym rzekomo wywołał u nich poważną traumę (nie potwierdza tego ich zachowanie na przyjęciu komunijnym, w którym uczestniczyły). Czuje się obrażona zachowaniem kapłana, który odmówił jej przyjęcia Komunii tak jak tego żądała, choć w rzeczywistości to nie on jej odmówił, bo przecież chciał jej udzielić Komunii, ale ona po prostu odmówiła przyjęcia Pana Jezusa, mimo prośby kapłana. Domaga się oczywiście przeprosin twierdząc, że tacy księża odstręczają ludzi od kościoła. Znowu jednak zostaje skorygowana, gdyż akurat w tej parafii liczba uczestników liturgii ciągle rośnie do tego stopnia, że trzeba było wprowadzić kolejną Mszę, gdyż wierni już się po prostu nie mieścili. I jak można się domyślić nie chodzi tylko o staruszki, ale kościół pełen jest młodych rodzin, dzieci, młodzieży, i to z pewnością nie dlatego, że kapłan udziela Komunii św. na rękę i mówi jakieś miałkie kazania o wszystkim i o niczym. Jest wręcz odwrotnie.

    Jednak, wracając do rozmowy z oburzoną „katoliczką”, pani nie jest usatysfakcjonowana tym co słyszy; nie trafiają do niej także żadne merytoryczne argumenty dotyczące przepisów prawa kanonicznego. Rozzłoszczona rzuca słuchawką i straszy kapłana Kurią. I rzeczywiście na ciąg dalszy nie trzeba długo czekać. „Pobożna katoliczka” pisze e-maila do Kurii, rozsyłając go również na wszystkie możliwe adresy, które znalazła na stronie Archidiecezji. Nie omieszkała też poinformować o całym zajściu Rzecznika Praw Dziecka, gdyż kapłan, jak to sama określiła, „wpychał jej dziecku łapy do ust”. Potem telefon z Kurii, i przysłowiowe „udawadnianie, że nie jest się wielbłądem”. Niepotrzebne nerwy i stres, bo nigdy nie wiadomo jak skończy się ta sprawa, gdyż w dużej mierze zależy to od tego, na czyje biurko w Kurii trafi. 

    Przytoczona tutaj sytuacja, a podobnych w ostatnim czasie coraz więcej, skłoniła mnie do głębszej refleksji nad tym, czym jest Msza św., czym jest Eucharystia i dlaczego w dzisiejszych czasach, gdy tyle słyszymy o profanacjach Najświętszego Sakramentu, i to już nie tylko gdzieś za granicami, ale także w naszej Ojczyźnie, nikt tak naprawdę nie podejmie na nowo tematu sposobu udzielania Komunii św.

    Piszę o tym, ponieważ wiem, że podobne sytuacje coraz częściej spotykają kapłanów, którzy na poważnie biorą słowa samego Jezusa odnośnie tego, czym a raczej Kim jest Eucharystia i niejednokrotnie narażeni są na poważne nieprzyjemności ze strony swoich przełożonych, którzy dla tzw. „świętego spokoju” są w stanie poświęcić kapłana, byleby tylko sprawa nie trafiła do mediów. 

    Inna kwestia, że dzisiaj coraz powszechniejsze jest, tak naprawdę niczym nieuzasadnione, dążenie do powszechnego braterstwa za wszelką cenę, nawet za cenę indyferentyzmu religijnego i zrównania w ważności wszystkich wierzeń i religii. No i kto jest największą w tym przeszkodą? Oczywiście Zmartwychwstały Pan, gdyż od tego, byśmy wszyscy mogli stanąć przy jednym stole i sprawować „coś”, bo przecież nie Boską Liturgię, dzieli nas właśnie prawda o Zmartwychwstaniu Pana i o Jego realnej obecności w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, którą przecież nie wszyscy uznają. I znowu Jezus jest kością niezgody i przeszkodą w drodze do powszechnego braterstwa.

    Na kanwie tego wszystkiego chciałbym wykazać pełną prawdę tezy, jak widać nie dla wszystkich dzisiaj jasnej, że forma przyjmowania Komunii św. na rękę nie jest formą zwyczajową w przeciwieństwie do formy przyjęcia Jej do ust. A takie wrażenie odnosi się chociażby, kiedy czyta się dokument Konferencji Episkopatu Polski z 3 marca 2005 r., który zawiera następujące stwierdzenie: „Komunii świętej udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś prosi o Komunię na rękę przez gest wyciągniętych dłoni, należy mu w taki sposób jej udzielić”[1]. I tak od razu, na marginesie, należy zauważyć, że stwierdzenie, iż każdy może prosić o Komunię na rękę nie oznacza automatycznie, że kapłan zawsze ma obowiązek mu ją w tej formie udzielić. Jak zobaczymy w dalszej części, zgodnie z obowiązującym prawem kanonicznym, kapłan ma zawsze możliwość nie podania wiernemu Komunii na rękę.

    Inna ważna kwestia, która umyka wielu osobom, potocznie mówiącym o przyjmowaniu Komunii św. na rękę, jest taka, że określenie to jest błędne z samego swego założenia. Nikt nie przyjmuje Komunii św. na rękę. Ciało Pańskie nie przenika przecież przez skórę dłoni do krwiobiegu. Komunię św. można przyjąć tylko i jedynie do ust. Nawet jak ktoś prosi, by mu Ją położyć na dłoni, musi ją później i tak przyjąć na język. Nie ma innej możliwości. Niby oczywiste, a jednak …. I ostatnie ważne dopowiedzenie, które należy zrobić w tym momencie, choć równie oczywiste jak poprzednie, to fakt, że przepisy prawa partykularnego nigdy nie mogą stać w sprzeczności z normami prawa powszechnego.

    Od razu także chcę zaznaczyć, że niniejszy artykuł nie jest artykułem naukowym sensu stricto, dlatego też nie przytaczam w nim szczegółowych unormowań odnoszących się do tego zagadnienia na przestrzeni wieków. Pragnę tylko wykazać, że powszechnie przyjęta opinia, wykorzystywana przez wielu zwolenników Komunii na rękę, zwłaszcza gdy wchodzą w konkretnej sytuacji „w konflikt” z kapłanem, jest z zasady błędna, i powinni to uwzględnić także ci, którzy owego kapłana będą strofować, wykazując mu jego niewiedzę i zmuszać do przyjęcia postawy niezgodnej, przede wszystkim z jego kapłańskim sumieniem, ale także z normami Kościoła Powszechnego.

    Aby mówić o tak ważnej kwestii, nie sposób przynajmniej w dwóch zdaniach nie poruszyć tematu Najświętszej Eucharystii. Od wieków Kościół uznaje w Eucharystii najświętszy, najczcigodniejszy Sakrament, gdyż jest to sakrament realnej obecności wcielonego Boga, który tak umiłował człowieka, że zapragnął na zawsze z nim pozostać pod postacią tak niepozorną, tak kruchą, jak pszenny chleb. O przyjęciu tej prawdy świadczą niezliczone wypowiedzi Magisterium Kościoła od jego pierwszych wieków aż po czasy obecne.

    Przytoczę tu jedynie kilka wypowiedzi z ostatniego okresu, które zawierają wiarę wszystkich wieków. Ostatni Sobór ekumeniczny, w Konstytucji poświęconej Świętej Liturgii podkreślił: „Nasz Zbawiciel podczas Ostatniej Wieczerzy, tej nocy, kiedy został wydany, ustanowił eucharystyczną Ofiarę swojego Ciała i Krwi, aby w niej na całe wieki, aż do swego przyjścia, utrwalić ofiarę krzyża i tak powierzyć Kościołowi, umiłowanej Oblubienicy, pamiątkę swej męki i zmartwychwstania, sakrament miłosierdzia, znak jedności, więź miłości, ucztę paschalną, podczas której przyjmujemy Chrystusa, duszę napełniamy łaską i otrzymujemy zadatek przyszłej chwały”[2].

    Jest to wypowiedź głęboko osadzona w Piśmie św. i Tradycji, do której wstęp stanowi krótkie, aczkolwiek głębokie stwierdzenie zawarte już we wstępie tejże Konstytucji: „W liturgii, zwłaszcza w Boskiej Ofierze eucharystycznej, „dokonuje się dzieło naszego Odkupienia”; w najwyższym stopniu przyczynia się ona do tego, aby wierni swoim życiem wyrażali oraz ujawniali innym ludziom misterium Chrystusa i rzeczywistą naturę prawdziwego Kościoła”[3].

    W krok za wypowiedziami Soboru idzie Kodeks Prawa Kanonicznego (którego reformy dokonano po Soborze w zgodzie z jego Magisterium), który w kan. 897 stanowi: „Najbardziej czcigodnym sakramentem jest Najświętsza Eucharystia, w której sam Chrystus Pan jest obecny, ofiaruje się oraz jest przyjmowany i dzięki której Kościół ustawicznie żyje i wzrasta. Ofiara eucharystyczna, pamiątka śmierci i zmartwychwstania Pana, w której utrwala się na wieki Ofiara Krzyża, jest szczytem i źródłem całego kultu oraz życia chrześcijańskiego; wyraża ona i sprawia jedność Ludu Bożego, przez nią urzeczywistnia się budowanie Ciała Chrystusa. Pozostałe bowiem sakramenty i wszystkie kościelne dzieła apostolatu mają ścisły związek z Najświętszą Eucharystią i na nią są ukierunkowane”.

    Może warto od razu w tym miejscu zamieścić odwołanie do kolejnego kanonu, do którego nawiążę później, a który to kanon zawiera następujące stwierdzenie: „Wierni powinni z największą czcią odnosić się do Najświętszej Eucharystii, biorąc czynny udział w sprawowaniu najczcigodniejszej Ofiary, z największą pobożnością i często przyjmując ten Sakrament i adorując Go z najwyższym uwielbieniem, (…)”[4].

    Św. Jan Paweł II, w Encyklice w całości poświęconej Najświętszej Eucharystii, napisał: „Kościół żyje dzięki Eucharystii. Ta prawda wyraża nie tylko codzienne doświadczenie wiary, ale zawiera w sobie istotę tajemnicy Kościoła. Na różne sposoby Kościół doświadcza z radością, że nieustannie urzeczywistnia się obietnica: «A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Dzięki Najświętszej Eucharystii, w której następuje przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana, raduje się tą obecnością w sposób szczególny.

    Od dnia Zesłania Ducha Świętego, w którym Kościół, Lud Nowego Przymierza, rozpoczął swoje pielgrzymowanie ku ojczyźnie niebieskiej, Najświętszy Sakrament niejako wyznacza rytm jego dni, wypełniając je ufną nadzieją. Słusznie Sobór Watykański II określił, że Ofiara eucharystyczna jest «źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego». «W Najświętszej Eucharystii zawiera się bowiem całe dobro duchowe Kościoła, to znaczy sam Chrystus, nasza Pascha i Chleb żywy, który przez swoje ożywione przez Ducha Świętego i ożywiające Ciało daje życie ludziom». Dlatego też Kościół nieustannie zwraca swe spojrzenie ku swojemu Panu, obecnemu w Sakramencie Ołtarza, w którym objawia On w pełni ogrom swej miłości”[5].

    Obecność Pana pośród swojego Ludu jest fundamentalna i niepodważalna. Podobnie jak wiara tego Ludu w obecność Pana pod postaciami chleba i wina. To właśnie nie co innego, jak zanik tej wiary, papież Benedykt XVI wskazał jako pierwsze i podstawowe źródło obecnego kryzysu Kościoła. Papież napisał: „Nasze podejście do Eucharystii może jedynie budzić niepokój. Sobór Watykański II słusznie skupił się na przywróceniu tego sakramentu Obecności Ciała i Krwi Chrystusa, Obecności Jego Osoby, Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania do centrum życia chrześcijańskiego i samej egzystencji Kościoła.

    Częściowo się to naprawdę udało i powinniśmy być szczególnie za to Panu wdzięczni. A jednak dominuje dość odmienne nastawienie. To, co przeważa, to nie nowa rewerencja dla obecności śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, ale sposób postępowania z Nim, który niszczy wspaniałość Misterium. Spadające uczestnictwo w uroczystościach niedzielnej Eucharystii pokazuje, jak niewiele my, dzisiejsi chrześcijanie, wciąż wiemy o docenieniu wspaniałości daru, który polega na Jego rzeczywistej obecności. Eucharystia zostaje zdewaluowana do zwykłego ceremonialnego gestu, kiedy bierze się za oczywistość, że grzeczność wymaga, by ofiarować Go na rodzinnych uroczystościach czy przy okazjach takich jak śluby i pogrzeby wszystkim tym, którzy zostali zaproszeni z powodów rodzinnych. Sposób, w jaki ludzie często po prostu przyjmują Najświętszy Sakrament w komunii siłą rzeczy pokazuje, że wielu postrzega komunię jako gest czysto ceremonialny. Zatem, kiedy myśli się o tym, jakie działanie jest wymagane przede wszystkim, jest raczej oczywiste, że nie potrzeba nam drugiego Kościoła naszego własnego projektu. To, czego potrzeba przede wszystkim, to odnowa wiary w rzeczywistość Jezusa Chrystusa danego nam w Najświętszym Sakramencie”[6].

    W kontekście tych słów należy zadać sobie pytanie, czy postawa towarzysząca człowiekowi w momencie przyjmowania Komunii św. nie ma wpływu na jego wiarę w realną obecność Jezusa w tym sakramencie albo odwrotnie, czy postawa ta nie wyraża lepiej tej wiary?

    Oczywiście, że ma i oczywiście, że wyraża. Jest to kwestia o fundamentalnym znaczeniu. Dlatego nie można trwać w błędzie co do praktyki Kościoła dotyczącej formy przyjmowania Komunii św. na rękę. Oczywiście, musimy pamiętać, że w dziejach Kościoła różne były praktyki, jeśli chodzi o sposób przyjmowania Komunii św. W Kościele pierwszych wieków wierni przyjmowali Komunię św. na rękę i sami wkładali ją sobie do ust. Nic jednak nie wskazuje na to, aby praktyka taka została wprowadzona dla jakichś szczególnych motywów. Był to jedynie odwieczny obyczaj. Między innymi to właśnie w ten sposób Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy dał Swoje Ciało uczniom (z tym, że pamiętać należy, iż Apostołowie byli pierwszymi biskupami).

    Jednym z ciekawszych świadectw tego okresu jest Katecheza chrzcielna św. Cyryla Jerozolimskiego, który w IV w. pisze: „Podchodząc, nie wyciągaj płasko ręki i nie rozłączaj palców. Podstaw dłoń lewą lub prawą niby tron, gdyż masz przyjąć Króla. Do wklęsłej ręki przyjmij Ciało Chrystusa i powiedz: «Amen». Uświęć też ostrożnie oczy swoje przez zetknięcie ich ze świętym Ciałem, bacząc, byś zeń nic nie uronił. To bowiem, co by spadło na ziemię, byłoby stratą jakby części twych członków. Bo czyż nie niósłbyś złotych ziarenek z największą uwagą, by ci żadne nie zginęło i byś nie poniósł szkody? Tym bardziej zatem winieneś uważać, żebyś nawet okruszyny nie zgubił z tego, co jest o wiele droższe od złota i innych szlachetnych kamieni”[7].

    Warto zwrócić uwagę, że już nawet w tym momencie rozwoju teologiczno-liturgicznego podkreślano wielki szacunek do Najświętszego Sakramentu i do realnej obecności Jezusa w najmniejszej nawet cząstce (partykule) Komunii św. Dlatego też, w miarę rozwoju nauki o realnej obecności Jezusa w Eucharystii, bardzo szybko zaczęto odchodzić o tej praktyki, na rzecz przyjmowania Komunii św. w postawie klęczącej i do ust, jako postawie wyrażającej większy, niejako doskonalszy szacunek do Boskiej Eucharystii. Praktyka ta zaczęła się formować już na przełomie IV/V w. i tak głęboko zakorzeniła się w Kościele, jako wyraz prawdziwej i głębokiej pobożności, iż począwszy od IX wieku przyjmowanie Komunii św. na rękę zostało zarezerwowane jedynie dla osób duchownych.

    Z powodu niebezpieczeństwa profanacji ze strony żydów i heretyków synod w Kordobie z 839 r. odrzuca pretensje kassjanistów do przyjmowania Komunii św. na rękę. Réginon de Prüm w swoim dziele De Synodalibus causis, napisanym ok. 906 r., przypisuje synodowi w Rouen następujący kanon o obowiązkach kapłana: „Niech nie kładzie [Komunii] ani na rękę świeckiego, ani na rękę kobiety, ale tylko do ust, wypowiadając następujące słowa: Ciało i Krew Pańska niech przyczynią się do przebaczenia twoich grzechów i doprowadzą cię do życia wiecznego. Jeśli kto złamie to polecenie, niech będzie odłączony od ołtarza, gdyż gardzi Wszechmocnym i Jemu samemu czci nie okazuje”[8].

    Tekst ten stanowi dla nas ważne świadectwo kanoniczne w omawianej materii, gdyż groźba kary tego rodzaju zakłada, że praktyka przeciwna, tzn. Komunia do ust, była normą. Jest ona również przedstawiona jako jedyna dozwolona w Missa illyrica i w Liturgii bizantyńskiej. Dysponujemy wieloma świadectwami, które potwierdzają, że już pomiędzy IX a X wiekiem Komunia św. do ust stała się jedyną formą przyjmowania Najświętszego Sakramentu, ponieważ była doskonalsza i lepiej przystosowana do godności tak wielkiego Sakramentu. W tym samym czasie zaczęto zakazywać drugiego sposobu udzielania Komunii, bardziej prymitywnego i mniej doskonałego.

    Taki właśnie sposób przyjmowania Komunii św. (do ust), który staje się powszechny w całym Kościele, zarówno Wschodu jak i Zachodu, służy jasnemu wyrażeniu, w odniesieniu do Eucharystii, dwóch podstawowych prawd wiary: po pierwsze, realnej, substancjalnej i stałej obecności Chrystusa, prawdziwego Boga, w konsekrowanej Hostii i w każdej jej, nawet najmniejszej, partykule; a po drugie: istotnej różnicy między wiernym i kapłanem (między kapłaństwem powszechnym wszystkich ochrzczonych a kapłaństwem hierarchicznych osób wyświęconych), który, jak miał to kiedyś powiedzieć św.  Jan Paweł II, ma przywilej dotykania Świętych Postaci i rozdzielania ich ze swych rąk. Zresztą Papież Jan Paweł II napisze później w swoim Liście Apostolskim Dominicae Cenae, że ta istotna różnica jest ukazana w sposób wyrazisty przez obrzęd namaszczenia dłoni w łacińskich święceniach, jak gdyby te dłonie potrzebowały szczególnej łaski i siły Ducha Świętego. To nie znaczy, że te dłonie są bardziej godne, czy że sam kapłan jest kimś lepszym i doskonalszym niż przeciętny wierny, co właśnie jako zarzut wysuwają często przeciwnicy Komunii św. do ust czy w ogóle potrzeby kapłaństwa w Kościele, bo do tego to wszystko się ostatecznie kiedyś sprowadzi. Oznacza to jedynie, że ci konkretni mężczyźni, powołani przez Pana bez żadnej swojej zasługi, zostali przez specjalny sakrament święceń, konsekrowani do sprawowania świętych czynności i do dotykania oraz rozdzielania wiernym Ciała Pańskiego.

    Praktyka powrotu do przyjmowania Komunii św. na rękę i jej powolne rozprzestrzenianie się w Kościele katolickim związane jest z tym, iż reformatorzy protestanccy, którzy negowali obie, wspomniane wcześniej prawdy wiary (realną obecność i kapłaństwo), w reakcji na praktykę tak jasno ukazującą doktrynę katolicką, powracali do praktyki pierwotnej. Martin Bucer, zwolennik reformy anglikańskiej, mówi tak: „Nie ma wątpliwości, że praktyka polegająca na niepodawaniu tych sakramentów do ręki wiernym wynika z dwóch nadużyć: po pierwsze fałszywej czci, którą, jak uważają, oddają tym sakramentom i po drugie przewrotnej arogancji księży, którzy z powodu namaszczenia konsekrującego pretendują do posiadania większego stopnia świętości, niż Lud Chrystusowy.” (Jakbym słyszał współczesnych krytyków Komunii św. do ust). Dlatego też pierwsze prośby o zgodę na Komunię św. na rękę kierowane są do Stolicy Apostolskiej właśnie z krajów, gdzie większość stanowią protestanci.

    I tutaj dochodzimy do pierwszego, zasadniczego dowodu potwierdzającego tezę, iż w Kościele katolickim nadal jedyną formą zwyczajną przyjmowania Komunii św. jest przyjmowanie jej na klęcząco i do ust. Każdy Episkopat, który chce umożliwić wiernym przyjmowanie Komunii św. na rękę musi prosić o indult Stolicy Apostolskiej. Gdyby więc obie te formy były równoważne, konieczność proszenia o indult byłaby pozbawiona podstaw. Zresztą, sam papież, św. Paweł VI, który Instrukcją Memoriale Domini z 1969 r. otworzył tak naprawdę możliwość powszechniejszego stosowania Komunii św. na rękę, w tym samym dokumencie zaznacza, że forma do ust jest tradycyjną i bardziej odpowiednią: „Zwyczaj ten (przyjmowania Komunii do ust), obecny w Kościele powszechnym, uważany jest nie tylko za bardzo starożytny, ale także za wyrażający szacunek wobec Eucharystii. Praktyka ta nie powinna być zmieniana z powodu nielicznych praktyk przeciwnych w niektórych miejscach”[9].

    Z tego zapisu wynika wyraźnie, wbrew powszechnemu sądowi, że możliwość przyjmowania Komunii na rękę została wprowadzona indultem, jako wyjątek od normy a nie norma. Niestety, jak się okazało, ta norma została zmieniona w wielu miejscach, i to bez jakiejkolwiek realnej potrzeby; także w Polsce, gdzie nigdy nie było praktyki Komunii św. na rękę i właściwie nie było żadnej przesłanki, żeby to zmieniać, chyba że próba dostosowania się do modernistycznych prądów w Kościele. Więcej nawet, wszystkie wcześniejsze normy wydawane w tej materii przez Konferencję Episkopatu Polski, jednoznacznie i niezmiennie stwierdzały, że „Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Wierni przyjmują Komunię św. w postawie klęczącej. Mogą również stać, gdy przemawiają za tym szczególne okoliczności”[10]

    Przypomnijmy, że możliwość udzielania Komunii na rękę w Polsce wprowadził II Synod Plenarny z 1999 r., zatwierdzony przez Stolicę Apostolską w 2001 r.: „Synod Plenarny potwierdza i wyraża szacunek dla zwyczaju przyjmowania Komunii św. do ust w postawie zarówno klęczącej, jak i stojącej, nie wykluczając jednak innych form przyjmowania Komunii św., z zachowaniem najwyższej czci dla Eucharystii”[11]. Stanowisko to Konferencja Episkopatu potwierdziła na swoim posiedzeniu plenarnym w dniach 8-9 marca 2005 r. W rzeczywistości doprowadziło to do sytuacji, w której każdy wierny, tylko i wyłącznie ze względu na swoje upodobania, może żądać od kapłana przyjęcia Komunii św. w takiej czy innej formie. Nie do końca ta rzeczywistość współgra z zapisami oficjalnych dokumentów Kościoła.

    Co ciekawe, Instrukcja Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Redemptionis Sacramentum z 2004 r., o tym, co należy zachowywać, a czego unikać w związku z Najświętszą Eucharystią, wyraźnie podkreśla, powołując się na przytaczaną już encyklikę św. Jana Pawła II Ecclesia de Eucharistia, że „Tajemnica Eucharystii jest zbyt wielka, „ażeby ktoś mógł pozwolić sobie na traktowanie jej wedle własnej oceny, która nie szanowałaby jej świętego charakteru i jej wymiaru powszechnego”. Przeciwnie, kto tak postępuje, pobłażając swojemu sposobowi myślenia, szkodzi, chociażby był kapłanem, prawdziwej jedności obrządku rzymskiego, która winna być gorliwie zachowywana, oraz podejmuje czynności, które w żaden sposób nie odpowiadają na głód i pragnienie Boga żywego, jakich doświadczają ludzie naszych czasów; nie służy też autentycznemu zaangażowaniu duszpasterskiemu ani słusznej odnowie liturgicznej, lecz raczej pozbawia wiernych ich dziedzictwa i tradycji ojców. Samowolne bowiem działania nie wspierają prawdziwej odnowy, lecz szkodzą słusznemu prawu wiernych do czynności liturgicznej zgodnej z tą tradycją i dyscypliną, która jest wyrazem życia Kościoła. Wprowadzają wreszcie pewne deformacje i niezgodności do samej celebracji Eucharystii, która doskonale i ze swojej natury prowadzi do tego, aby objawiała się i w cudowny sposób realizowała wspólnota Boskiego życia i jedność ludu Bożego”[12]. Oczywiście słowa te skierowane są przede wszystkim do kapłanów, ale z pewnością ich przesłanie można także poszerzyć o cały Lud Boży w materii, o której mówimy. Ponadto, to kapłan, jako szafarz Najświętszej Eucharystii, dbać ma o to, aby zawsze i wszędzie przyjmowana była ona z największą czcią i szacunkiem, jak to zaznacza KPK w cytowanym wcześniej kanonie 898.

    W tym miejscu należy zwrócić uwagę na jeden bardzo ważny fakt. Instrukcja Redemptionis Sacramentum w numerze 92 mówi: „Chociaż każdy wierny zawsze ma prawo według swego uznania przyjąć Komunię świętą do ust, jeśli ktoś chce ją przyjąć na rękę, w regionach, gdzie Konferencja Biskupów, za zgodą Stolicy Apostolskiej, na to zezwala, należy mu podać konsekrowaną Hostię. Ze szczególną troską trzeba jednak czuwać, aby natychmiast na oczach szafarza ją spożył, aby nikt nie odszedł, niosąc w ręku postacie eucharystyczne. Jeśli mogłoby zachodzić niebezpieczeństwo profanacji, nie należy udzielać wiernym Komunii świętej na rękę”[13].

    To ostatnie zdanie jest bardzo istotne dla omawianej kwestii. Ostatecznie to zawsze kapłan dokonuje oceny sytuacji i zawsze może podjąć decyzję o nieudzieleniu komuś Komunii na rękę.

    W wielu komentarzach, które powstały do cytowanej tutaj Instrukcji pojawiały się dokładne specyfikacje co do sytuacji, w których rzeczywiście zachodzi niebezpieczeństwo profanacji. Wśród nich wymienia się, przede wszystkim: dużą liczbę wiernych na Mszy św., tłok i ścisk w kościele, co nie zawsze pozwala kapłanowi zaobserwować, co dzieje się z przyjęta Hostią; obawę przed tym, że partykuły, które zawsze mogą pozostać na dłoni przyjmującego, zostaną po prostu strącone na ziemię albo wytarte w ubranie; czy wprost obawę przed bezpośrednią profanacją Najświętszego Sakramentu.

    Ta ostatnia sytuacja wcale nie jest taka niemożliwa, jakby się mogło wydawać, w kontekście coraz większej liczby profanacji miejsc świętych i samego Najświętszego Sakramentu oraz rosnącej nienawiści do katolików, w szczególności do katolickich kapłanów. I chyba właśnie dlatego wielcy obrońcy świętości i szacunku do Eucharystii, jak chociażby papież Benedykt XVI czy żyjący kard. Robert Sarah, jak i wielu innych, z takim naciskiem postulują powrót do uświęconej wiekami tradycji przyjmowania Komunii św. na klęcząco i do ust.

    Sam papież Benedykt XVI co prawda nie wydał żadnej instrukcji w tej sprawie, jednak jego postawa mówi sama za siebie: sposób sprawowania Eucharystii i udzielanie Komunii św. tylko i wyłącznie do ust, nie pozostawiają żadnych wątpliwości. I nie miało tu absolutnie znaczenia z jakiego kraju, z jakiej kultury pochodzi osoba przystępująca do Komunii z rąk papieża, i jakie w jej kraju panują w tej materii zwyczaje. Każdy musiał uklęknąć i przyjąć Komunię św. do ust.

    Kard. Sarah, jeden z największych obrońców Komunii św. do ust, bardzo często wypowiada się w tej materii, podkreślają toczącą się dzisiaj wojnę, w której Szatan celem swojego ataku uczynił Ofiarę Mszy Świętej i rzeczywistą obecność Jezusa w konsekrowanej Hostii. Jako jedną z form uległości Złemu w tej materii podaje powszechne udzielanie Komunii św. na rękę, które pogłębia w wiernych osłabienie poczucia sacrum oraz wiary w realną obecność Jezusa w Eucharystii. Dlatego też mówi wyraźnie: „Komunia Święta do ust i na kolanach jest formą, która najlepiej wyraża naszą wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii”[14].

    Często też zwracał uwagę na to, co już zostało powiedziane nieco wcześniej, że mianowicie przyjmowanie Komunii na rękę prowadzi do rozpraszania bardzo dużej ilości fragmentów (partykuł) podkreślając, że uważanie na najdrobniejszy okruszek, troska przy oczyszczaniu świętych naczyń, nie dotykanie Hostii spoconymi rękami, w każdym przypadku staje się wyznawaniem wiary w rzeczywistą obecność Jezusa, nawet w najmniejszych częściach konsekrowanych postaci. Nie ma przecież znaczenia wielkość fragmentu Hostii, ponieważ to zawsze jest On – Jezus Chrystus!

    Wyrażam nadzieję, że te rozważania sprowokują do pogłębionej refleksji nad sposobem przyjmowania Komunii św. przez naszych wiernych, szczególnie w kontekście coraz częstszych profanacji. Z drugiej strony zastanowienie powinien budzić również fakt, że wszędzie tam, gdzie Kościół na nowo się odradza (jak np. we Francji) i gdzie wzrasta liczba powołań, następuje to właśnie w środowiskach żyjących Tradycją Kościoła, gdzie sprawowana jest Msza św. w rycie przedsoborowym, gdzie Komunia św. udzielana jest tylko w postawie klęczącej i do ust.

    Tymczasem w Kościele posoborowym profesor papieskiej uczelni – Andrea Grillo, potrafi skrytykować pobożność eucharystyczną błogosławionego (a za chwilę świętego) Carlo Acutisa, któremu zarzuca wiarę w „obsesyjną” i „starą” teologię, która główną wartość Eucharystii widzi w… realnej obecności pod jej postaciami Ciała i Krwi Pańskiej. Czy to wszystko naprawdę nie wskazuje kierunku, w którym powinniśmy zmierzać?

    ks. Rafał Hołubowicz/PCh24.pl

    [1] KEP, Wskazania po ogłoszeniu nowego wydania Ogólnego wprowadzenia do Mszału Rzymskiego, (03.03.2005 r.), nr. 40.

    [2] Sobór Watykański II, Sacrosanctum Concilium, nr. 47.

    [3] Tamże, nr 2.

    [4] KPK, kan. 898.

    [5] Św. Jan Paweł II, Ecclesia de Eucharistia, (17.04.2003 r.), nr. 1

    [6] Benedykt XVI, List o przyczynach kryzysu Kościoła, (11.04.2019 r.).

    [7] Św. Cyryl Jerozolimski, Katechezy przedchrzcielne i mistagogiczne, w: Biblioteka Ojców Kościoła 14, Kraków 2000, Katecheza V, nr. 21.

    [8] zob. Paul Fournier, L’oeuvre canonique de Réginon de Prüm, w: Mélanges de droit canonique, t. II, Aalen 1983, Scientia Verlag, nr. 333 n.

    [9] Św. Paweł VI, Memoriale Domini, nr. 3.

    [10] Konferencja Episkopatu Polski, Instrukcja w związku z wydaniem nowego mszału ołtarzowego, (11.03.1987 r.), nr 27.

    [11] II Polski Synod Plenarny (1991-1999), Poznań 2001, s. 206.

    [12] Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, Redemptionis sacramentum, nr. 11.

    [13] Tamże, nr. 92.

    [14] Kard. Robert Sarah, Le soir approche et déjà le jour baisse, (2019).

    ks. Rafał Hołubowicz, ur. 29.08.1978 r., kapłan Archidiecezji wrocławskiej, święcenia kapłańskie 24.05.2003 r., doktor prawa kanonicznego, wykładowca na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, Dyrektor UTW im. św. Jana Pawła II przy PWT we Wrocławiu, wieloletni pracownik Metropolitalnego Sądu Duchownego we Wrocławiu.

    ***

    Wieczna lampka.

    Co oznacza i dlaczego zawsze się pali.

    Wieczna lampka. Co oznacza i dlaczego zawsze się pali?

    fot. Depositphotos / Frank Vincentz / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0

    ***

    Wieczna lampka to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli obecnych w katolickich świątyniach. Jej ciepłe, nieustannie płonące światło wskazuje na rzeczywistość większą niż ona sama – tajemnicę realnej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Nie jest to jedynie element dekoracyjny czy tradycyjny zwyczaj, lecz znak głęboko zakorzeniony w historii i teologii Kościoła.

    Zwyczaj palenia wiecznej lampki w kościołach zaszczepił na ziemiach polskich bł. Wincenty Kadłubek. Pierwsza zapłonęła po jego powrocie z IV soboru laterańskiego przed tabernakulum na Wawelu. Czas propagowania tego zwyczaju w polskim i światowym Kościele nie jest przypadkowy. W XII wieku coraz częściej wprowadzano go i coraz wyraźniej podkreślano w kazaniach potrzebę większej czci Chrystusa eucharystycznego. Wynikało to z chęci przezwyciężenia pojawiających się we wcześniejszych wiekach błędów w rozumieniu Eucharystii.

    Cześć dla obecności Chrystusa

    Wiara w wyjątkowość Eucharystii ma w Kościele stały charakter. Do IX wieku nie znajdujemy jednak rozległych traktatów na temat realnej obecności Chrystusa w konsekrowanym chlebie i winie. Owszem, już ojcowie Kościoła nauczali, że spożywana podczas mszy krew jest tą samą, która spływała z ran Chrystusa, a ciało tym samym, które wisiało na krzyżu, ale chociaż prawda ta w ich oczach jawiła się jako oczywista, w IX wieku na skutek silnych przemian kulturowych, determinujących nową wrażliwość i nowy sposób postrzegania świata, zrywających ze starożytną myślą metafizyczną, pojawiły się błędy kwestionujące realną obecność Chrystusa w  Eucharystii lub tożsamość Chrystusa eucharystycznego i Chrystusa wcielonego. Jednym z większych herezjarchów w tej kwestii był niejaki Berengariusz z Tours. Głosił on, że Eucharystia nie jest prawdziwym Ciałem i Krwią Chrystusa, ale jedynie Jego symbolem. Tezy Berengariusza zostały oczywiście potępione, a on sam nakłoniony do wyznania wiary Kościoła. Dokładnie rzecz biorąc, sformułowano wyznanie z wprost wypowiedzianą prawdą o tym, że Eucharystia jest prawdziwym Ciałem Chrystusa, poczętym z Najświętszej Maryi Panny, a potem cierpiącym na krzyżu, zmartwychwstałym, w którym Pan Jezus zasiada po prawicy Ojca.

    Przypomnienie czcigodnej nauki o Eucharystii w opozycji do rodzących się herezji rodziło także potrzebę symbolicznego uzewnętrznienia tej prawdy w znakach towarzyszących kultowi w Kościele. W tym czasie zrodziły się więc nowe formy pobożności eucharystycznej jak adoracja, procesje itp. Również zwyczaj palenia lampki eucharystycznej jest wyrazem potrzeby oddania większej czci prawdziwie obecnemu Chrystusowi.

    Nakaz biblijny

    Zwyczaj palenia znicza przed tabernakulum nawiązuje w swojej teologicznej wymowie do starotestamentalnego nakazu z Księgi Wyjścia, wskazującego potrzebę nieustannego podtrzymywania ognia przed miejscem najświętszym przybytku. Zresztą nie jest to jedyny fragment mówiący o symbolicznym znaczeniu ognia i światła jako znaków towarzyszących obecności Boga. Ten naturalny symbol, w rożnych obrządkach religijnych wskazujący na obecność tego, co święte, szczególnie w starotestamentalnej tradycji nabiera wyjątkowego wyrazu. Bóg objawia się w ogniu, a jego atrybutem jest światłość.

    Jednoznaczne stwierdzenie i wyznawanie tożsamości Chrystusa historycznego i uwielbionego z Chrystusem eucharystycznym domagało się zatem podkreślenia tej szczególnej wyjątkowości i świętości Eucharystii. Co więcej, symbol nieustannie płonącego ognia w czasach średniowiecza był bardziej sugestywny niż dzisiaj. Zaznaczyć należy, że przepisy liturgiczne Kościoła już wcześniej nakazywały palenie świec podczas sprawowania kultu Bożego, czyli w trakcie odprawiania mszy świętej. Kiedy narodził się zwyczaj adoracji Najświętszego Sakramentu, wytworzyła się reguła nakazująca, by wystawionej w monstrancji Hostii towarzyszyło sześć zapalonych świec. Przed tabernakulum miała zaś nieustannie palić się lampa. Zwyczaje te są o tyle istotne, gdyż w średniowieczu podtrzymywanie ognia świecy było bardzo kosztowne. Świece, wytwarzane jedynie z wosku pszczelego, były towarem luksusowym, toteż zapalanie ich podczas liturgii rzeczywiście, również w sposób ekonomiczny i materialny, podkreślało uroczysty charakter wydarzenia, w którym uczestniczył Kościół. Tak samo kosztowna reguła palenia sześciu świec podczas adoracji uwydatniała wartość i godność Tego,

    który był adorowany w Hostii. Nieustanne podtrzymywanie ognia przed tabernakulum nawet w czasie, kiedy w kościele nikt nie przebywa, mogło w średniowieczu wydawać się wręcz rozrzutnością. Jednakże jeśli w konsekrowanej Hostii widziało się stale obecnego prawdziwego Chrystusa, dla takiego Pana nic nie mogło być zbyt cennym i wygórowanym darem.

    Co ciekawe, ten wzgląd ekonomiczny był zrozumiały dla chrześcijan jeszcze na początku XX wieku. W pierwszej połowie ubiegłego stulecia, już w świecie przecież nowoczesnym i zelektryfikowanym, Kościół w pierwszym odruchu zabraniał używania lamp elektrycznych – wydawały się one za mało dostojne i zbyt powszednie do wyrażania czci dla samego Boga…

    Zabezpieczenie przeciwko herezjom

    Warto zaznaczyć, że szczególny moment wzmożonej troski i potrzeby nieustannego świecenia znicza eucharystycznego przed tabernakulum zbiegł się z przykrym wydarzeniem reformacji. Ponieważ protestantyzm w różnoraki sposób kwestionował stałą obecność Chrystusa w konsekrowanej Hostii, Kościół swoją pieczę wyraził w formie prawnej i wprowadził obligatoryjny zwyczaj palenia wiecznej lampki.

    Jak widać, symbol i znak pojmowany dzisiaj jako drobny, w historii i tradycji Kościoła miał niebagatelne znaczenie, gdyż wiąże się, co podkreśla w swojej wymowie, z niezwykle ważną realną obecnością Chrystusa w Eucharystii, którą należy rozumieć w sposób jednoznaczny.

    Co konkretnie oznacza sformułowanie, że Eucharystia jest Ciałem Pańskim? Wskazuje ono, że Hostia, mówiąc niedelikatnie, nie jest fragmentem tkanki ciała Chrystusa. Ciało posiada w tym wyrażeniu znaczenie całościowe i egzystencjalne. Oznacza całą osobę Chrystusa, zatem w konsekrowanych postaciach Ciała i Krwi obecny jest cały Chrystus. Tę prawdę ma na myśli Kościół, mówiąc, że Najświętszy Sakrament jest dokładnie tym samym ciałem, które poczęło się z Ducha Świętego w łonie Najświętszej Maryi Panny, cierpiało na krzyżu i zmartwychwstało. Co więcej, orzekł on uroczyście, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest obecny rzeczywiście, prawdziwie i substancjalnie. Oznacza to obecność wraz z duszą i ciałem oraz bóstwem. Zatem konsekrowana Hostia to w istocie sam Chrystus.

    Tożsamość Chrystusa z Eucharystią

    W związku z powyższym Eucharystię należy utożsamiać z samym Panem Jezusem, który aktualnie siedzi po prawicy Ojca, jest z Niego zrodzony i Jemu współistotny, i przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Oznacza to nie tyle istnienie Chrystusa w konsekrowanej Hostii, ile jej bycie Chrystusem. Dobitnie stwierdził tak św. Tomasz z Akwinu w “Sumie teologii”. W artykule 3 zagadnienia 81 części III zadaje pytanie: “Czy Ciało Chrystusa, które On spożył i dał uczniom [podczas Ostatniej

    Wieczerzy], mogło doznawać cierpień?”. Odpowiada później, że w Wielki Czwartek w Wieczerniku Chrystus w swoim fizycznym ciele podlegał cierpieniom, gdyż nie było ono jeszcze zmartwychwstałe. Natomiast Eucharystia nie jest substytutem Jego obecności lub alternatywnym jej miejscem, ale dokładnie tym samym ciałem i tym samym Chrystusem! Zatem, jak twierdzi św. Tomasz, ciało eucharystyczne mogło cierpieć i rzeczywiście cierpiało, kiedy Chrystusowi były zadawane rany. Nie mogło doznać cierpienia w samej swej sakramentalnej postaci, tzn. nie dało się zadać cierpienia samej Hostii, ale zadanie cierpienia Chrystusowi w Jego fizycznej postaci skutkowało cierpieniem Chrystusa w Hostii, gdyż jest to ten sam Chrystus. Zatem obecność Chrystusa w Eucharystii polega na absolutnej i rzeczywistej tożsamości Jego ciała fizycznego z ciałem eucharystycznym.

    W następnym artykule św. Tomasz idzie jeszcze dalej i zadaje pytanie: “Czy Chrystus byłby umarł w Eucharystii, gdyby Ciało Jego było przechowywane w puszce lub konsekrowane przez jednego z apostołów podczas Jego śmierci na krzyżu?”. Odpowiada na nie również twierdząco: “W sakramencie byłby ten sam Chrystus, który był na krzyżu. Skoro umarł na krzyżu, to umarłby również w przechowywanym sakramencie […]. Wszystko, co dotyczy Chrystusa zasadniczo, możemy odnieść do Niego w Jego postaci właściwej, tak samo jak do Niego w sakramencie. Chodzi tu o takie momenty jak: życie i śmierć, ubolewanie, związek ciała z duszą itp.”.

    Oczywiście od czasu zmartwychwstania ciało Chrystusa nie podlega już cierpieniu. Tym samym jednak jest otoczone jeszcze większą czcią.

    Kult należny Bogu

    Kościół podczas soboru trydenckiego wyciągnął jednoznaczne wnioski: “Nie ma więc żadnej wątpliwości, że wszyscy wierzący w Chrystusa, zgodnie ze zwyczajem zawsze przyjmowanym w Kościele katolickim, winni oddawać Najświętszemu Sakramentowi kult uwielbienia należny prawdziwemu Bogu. Powinności adoracji nie umniejsza fakt, że Chrystus Pan ustanowił go w celu spożywania. Wierzymy bowiem, że jest w nim obecny ten sam Bóg, o którym przedwieczny Ojciec mówi, wprowadzając go na świat: «Niech oddają Mu pokłon wszyscy Aniołowie Boży», przed którym «upadli i pokłonili się Mędrcy», którego adorowali apostołowie w Galilei, wedle świadectwa Pisma” (Dekret o Najświętszym Sakramencie Eucharystii, rozdział 5a).

    Ze względu na tożsamość Eucharystii i żywego Chrystusa uwielbionego w niebie należy się jej dokładnie taki sam kult jak samemu Bogu i Chrystusowi. W tym miejscu trzeba dopowiedzieć, że Kościół zawsze otaczał czcią przedmioty związane z kultem, między innymi oddawał cześć ludziom świętym i ich relikwiom, a także świętym obrazom. Nie jest ona jednak taka sama, jak ta, którą darzy się Boga. Wszystko, co święte Jego świętością, otaczane jest właśnie czcią (łac. dulia), natomiast jedynie samemu Bogu wierni winni są uwielbienie i adorację (łac. latria). W powyższym fragmencie dekretu o czci Eucharystii stwierdza się właśnie, że Najświętszemu Sakramentowi powinno oddawać się kult (latria) uwielbienia należny samemu Bogu. Nie umniejsza tego fakt, że Eucharystia została nam podarowana jako pokarm. Niestety coraz częściej usprawiedliwieniem dla pomniejszenia czci lub zakwestionowania w ogóle kultu eucharystycznego staje się twierdzenie, że przecież Chrystus dając Eucharystię, nie powiedział “bierzcie i patrzcie”, ale “bierzcie i jedzcie”. Zatem Eucharystii winniśmy adorację: pokłon, jaki królowie oddali Dzieciątku, jaki aniołowie dają Przedwiecznemu, jakim uczniowie obdarzają wstępującego do nieba Pana. I rzeczywiście taki kult w Kościele trwa, a w niektórych miejscach nawet się umacnia. Adorujemy Najświętszy Sakrament. Robimy to, klęcząc, gdyż nasza zewnętrzna postawa nie jest bez znaczenia, o czym zresztą przypominał wspomniany sobór trydencki w jednej z anatem do przytaczanego dekretu: “Gdyby ktoś mówił, że w świętym sakramencie Eucharystii nie należy adorować Chrystusa, Jednorodzonego Syna Bożego, kultem uwielbienia, również zewnętrznym, i dlatego nie należy czcić go w szczególnych uroczystościach świątecznych, ani uroczyście obnosić w procesjach zgodnie z chwalebnym i powszechnym obrzędem i zwyczajem świętego Kościoła, ani publicznie wystawiać dla ludu, aby był adorowany, i że jego czciciele są bałwochwalcami – niech będzie wyklęty” (Kanony o Najświętszym Sakramencie Eucharystii, nr 6). W tę logikę wpisuje się właśnie zwyczaj nieustannego palenia znicza przed tabernakulum. Wieczna lampka nie podkreśla tajemnicy boskiego pokarmu, ale stałą Bożą obecność.

    Świętość Eucharystii

    Świętość Eucharystii jest zatem nieskończona, nieustająca i nieograniczona, gdyż odnosi się do świętości samego Chrystusa. Eucharystia nie jest jedynie substytutem czy symbolem obecności Boga, ale samym Bogiem. O tym właśnie ma przypominać wieczna lampka: nie wskazuje ona na inny symbol i znak, ale na rzeczywistość.

    W przeszłości ów znak był o wiele bardziej sugestywny niż obecnie, co, jak się wydaje, dowodzi umniejszeniu jego znaczenia we współczesnym świecie: cześć Chrystusa eucharystycznego zanika i się zmienia. Warto więc wracać do korzeni – zarówno w rozumieniu czcigodności Eucharystii, jak i pojmowaniu głębi oraz powagi świętych znaków Kościoła, wskazujących na świętą obecności Boga pośród nas – w tym przypadku wiecznej lampki.

    Ojciec Jan Strumiłowski – cysters, doktor habilitowany teologii dogmatycznej, wykładowca Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach. Zajmuje się teologią piękna, teologią trynitarną i chrystologią oraz związkiem teologii z współczesnymi trendami myślowymi, szczególnie postmodernizmem.

    Deon.pltekst pochodzi z najnowszego numeru “Głosu Ojca Pio”.

    ***

    1944 roku, dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór” wydał decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie, które trwało 63 dni

    78 lat temu w Warszawie wybuchło powstanie - największa akcja zbrojna podziemia w okupowanej przez Niemców Europie
    Pomnik małego powstańca/ fot.Henryk Przomdziono/Gość Niedzielny

    ***

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące “proroctwo” niemieckich żołnierzy

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące "proroctwo" niemieckich żołnierzy

    Zdjęcie leżącego na bruku Chrystusa pokazali ks. Wyszyńskiemu niemieccy żołnierze/WIKIPEDIA

    ***

    Figura Chrystusa dźwigającego krzyż stanęła przed kościołem na Krakowskim Przedmieściu w 1858 r. Była świadkiem wielu historycznych wydarzeń. W tym roku mija 75 lat od jej powrotu na schody bazyliki.

    Pomysłodawcą ustawienia rzeźby na balustradzie schodów świątyni był hrabia Andrzej Zamoyski. Z zamówieniem zwrócił się do popularnego wówczas rzeźbiarza – Andrzeja Pruszyńskiego, autora licznych posągów i grobowców na warszawskich cmentarzach oraz epitafium Fryderyka Chopina we wnętrzu bazyliki św. Krzyża. Artysta przedstawił Chrystusa upadającego pod krzyżem w drodze na Golgotę. Była to pierwsza rzeźba polskiego dłuta w czasie carskiej niewoli w Warszawie. 

    Mało kto wie, że rzeźbę początkowo wykonano z cementu. Mało trwały materiał pod wpływem warunków atmosferycznych kruszył się i pękał. Był też łatwym celem dla wandali. Cała stolica była oburzona, gdy w 1887 r. kilku pijanych po raz kolejny uszkodziło rzeźbę. Przyspieszyło to decyzję, by odlać ją z brązu. Na łamach “Wędrowca” ukazał się apel o zbiórkę funduszy na ten cel. Wykonania odlewu podjął się najwybitniejszy ówczesny rzeźbiarz polski Józef Pius Weloński. Pracował w Rzymie i tam też odlał nowy posag, umieszczając na kopii figury autorstwa Pruszyńskiego swój podpis. Rzeźbę ponownie ustawiono na schodach świątyni 2 listopada 1898 r. na nowym cokole z czarnego granitu, zaprojektowanym przez Stefana Szyllera z wygrawerowanym złoconym napisem “Sursum Corda” (“W górę serca”).

    Cementową figurę Chrystusa przewieziono do Kruszyny i umieszczono na grobowcu Lubomirskich. Obecnie znajduje się ona przed tamtejszym kościołem parafialnym św. Macieja Apostoła.

    We wrześniu 1944 wskutek detonacji Goliatów brązowa figura Chrystusa upadła na bruk ulicy, ręką wskazując na napis na cokole: “Sursum corda”. W swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego wydarzenie to przytacza ks. Stefan Wyszyński.

    „Mam (…) w pamięci zdarzenie, które przeżyłem wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego. Do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina, wróciła grupa oficerów niemieckich – lekarzy, którzy tam pracowali. Jeden z nich zatrzymał mnie, gdy biegłem od jednego chorego do drugiego. Wyciągnąwszy z kieszeni jakąś fotografię, gwałtem niemal kazał mi ją oglądać. Rzuciłem okiem. Niezwykłe wydało mi się to spotkanie i swoisty przymus żołnierza niemieckiego. Spieszyło mi się bardzo, mnóstwo chorych i cierpiących czekało. A on swoje: Zobacz – powiada – zobacz. Przyglądam się więc – i cóż widzę? Chrystus z frontonu kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Zdjęcie zrobione od strony Kopernika. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią – przedziwnym zbiegiem okoliczności zachowaną – pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: «Sursum Corda». Patrzyłem, ale jeszcze nie mogłem zrozumieć żołnierza: Czego ode mnie chciał? Co go w tym uderzyło? W pewnym momencie z ust jego wyrywają się słowa, od których niemal odzwyczaiło się nasze ucho, dawno już ich nie słyszeliśmy: «Ist noch Polen nicht verloren – Jeszcze Polska nie zginęła». Zdumiałem się. Po chwili podeszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem… Jeden z nich zawołał: «Sursum corda! Sursum corda!»… Było to na kilka miesięcy przed wyjściem [tej]  «zwycięskiej armii» z powalonej Warszawy. Zdarzeniem tym byłem dogłębnie wstrząśnięty. Niewątpliwie i ja to wiedziałem. Niewątpliwie i ja tak wierzyłem. Ale nie przypuszczałem, że w chwilach smutku i tragizmu naszego Narodu, będę miał taką pociechę – i to z pomocą ludzi, których uważaliśmy za nieprzyjaciół. Tymczasem ich właśnie uderzyło to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!»”

    – Wydarzenie to ks. Wyszyński odczytał symbolicznie, jako palec Bożej Opatrzności, która czuwa nad miastem – mówi ks. Piotr Rutkowski z parafii św. Krzyża.

    Zniszczoną figurę 22 października 1944 Niemcy wywieźli z Warszawy, jednak wraz z pomnikiem Mikołaja Kopernika porzucili w przydrożnym rowie w Hajdukach Nyskich. Rozpoznali ją polscy żołnierze i oba pomniki wróciły do Warszawy. Posąg Chrystusa ponownie stanął przed kościołem 19 lipca 1945, poświęcony w obecności prezydenta RP Bolesława Bieruta i przedstawicieli rządu przybyłych na odsłonięcie pomnika Mikołaja Kopernika.

    Losy figury zostały przypomniane przez Jana Pawła II na pl. Zwycięstwa podczas jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny 2 czerwca 1979. Papież powiedział wówczas w homilii:

    (…) Nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas — bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną — bez Chrystusa. Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu”.

    Słowa papieskiej homilii wygrawerowane są na Ołtarzu Ojczyzny, który znajduje się w bazylice.

    Sama bazylika to ponad trzysta lat historii naszego kraju. Tu spoczywają serca Fryderyka Chopina i Władysława Reymonta. Tu złożono szczątki księcia Adama Czartoryskiego. Tu odbywały się egzekwie pogrzebowe księcia Józefa Poniatowskiego, a na organach w św. Krzyżu grał Stanisław Moniuszko. Z bazyliki św. Krzyża w każdą niedzielę nadawane są Msze św. radiowe. W tym roku mija 75 lat od powrotu figury na schody bazyliki.

    Agata Ślusarczyk/wiara.pl

    ***

    Wyjątkowe proroctwo dla Polski! Niemcy pokazali prymasowi Wyszyńskiemu jedno zdjęcie

    Figura Chrystusa niosącego krzyż, znajdująca się na Krakowskim Przedmieściu bez wątpienia jest jednym z najbardziej wymownych symboli II wojny światowej i Powstania Warszawskiego. W cyfrowym archiwum fotografii zebranych przez Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji znajduje się fotografia z adnotacją w języku angielskim, z której wynika, że „w zrujnowanej Warszawie posąg Chrystusa, w cudowny sposób pozostał nietknięty”. Na tym jednak symbolika związana z monumentem się nie skończyła. Niesamowitą historię przytacza w swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego ksiądz Stefan Wyszyński, późniejszy kardynał – prymas Polski.

    ***

    To jeden z symboli Powstania Warszawskiego. Chrystus niosący Krzyż – figura sprzed kościoła św. Krzyża w Warszawie. Postawiono ją w 1858 roku, na kilka lat przez wybuchem Powstania Styczniowego. Fundatorem był Andrzej Zamoyski, który niedaleko miał swój „dom”, duży budynek czynszowy. To z okna jednego z mieszkań Moskale na bruk wyrzucili fortepian Chopina – historię i burzliwe losy figury Chrystusa przybliża na łamach portalu niezalezna.pl Tomasz Łysiak

    Figura stała na swoim miejscu nietknięta aż do września 1944. Wówczas wskutek detonacji Goliatów (samobieżnych min niemieckich) pomnik upadł na bruk w taki sposób, że Chrystus wskazywał dłonią napis „Sursum corda” (łac. w górę serca) znajdujący się na cokole.

    W swoich wspomnieniach z czasów Powstania Warszawskiego prymas Wyszyński opisał niezwykłe wydarzenie związane z tym pomnikiem.

    „Mam (…) w pamięci zdarzenie, które przeżyłem wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego. Do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina, wróciła grupa oficerów niemieckich – lekarzy, którzy tam pracowali. Jeden z nich zatrzymał mnie, gdy biegłem od jednego chorego do drugiego. Wyciągnąwszy z kieszeni jakąś fotografię, gwałtem niemal kazał mi ją oglądać. Rzuciłem okiem. Niezwykłe wydało mi się to spotkanie i swoisty przymus żołnierza niemieckiego. Spieszyło mi się bardzo, mnóstwo chorych i cierpiących czekało. A on swoje: Zobacz – powiada – zobacz. Przyglądam się więc – i cóż widzę? Chrystus z frontonu kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Zdjęcie zrobione od strony Kopernika. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią – przedziwnym zbiegiem okoliczności zachowaną – pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: «Sursum Corda». Patrzyłem, ale jeszcze nie mogłem zrozumieć żołnierza: Czego ode mnie chciał? Co go w tym uderzyło? W pewnym momencie z ust jego wyrywają się słowa, od których niemal odzwyczaiło się nasze ucho, dawno już ich nie słyszeliśmy: «Ist noch Polen nicht verloren – Jeszcze Polska nie zginęła». Zdumiałem się. Po chwili podeszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem… Jeden z nich zawołał: «Sursum corda! Sursum corda!»… Było to na kilka miesięcy przed wyjściem [tej]  «zwycięskiej armii» z powalonej Warszawy. Zdarzeniem tym byłem dogłębnie wstrząśnięty. Niewątpliwie i ja to wiedziałem. Niewątpliwie i ja tak wierzyłem. Ale nie przypuszczałem, że w chwilach smutku i tragizmu naszego Narodu, będę miał taką pociechę – i to z pomocą ludzi, których uważaliśmy za nieprzyjaciół. Tymczasem ich właśnie uderzyło to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!»”
     – relacjonował kard. Stefan Wyszyński we wspomnieniach 17 czerwca 1962 r.

    Muzeum Jana Pawła II i prymasa Wyszyńskiego przypomina, że Powstanie Warszawskie zastało ks. prof. Stefana Wyszyńskiego w podstołecznych Laskach, w Puszczy Kampinoskiej, gdzie od 1942 r. był kapelanem miejscowego zakładu dla niewidomych.
     
    Jeszcze przed wybuchem powstania zgłosił się do niego ks. Jerzy Baszkiewicz, ps. Radwan II, naczelny kapelan Zgrupowania AK „Kampinos”, z taką wiadomością:
    „Księże Profesorze, przychodzę z dość trudną misją. To jest dobra wola, propozycja, a nie konieczność. Jestem kapelanem Puszczy Kampinoskiej i mam zorganizować służbę duszpasterską. Czy Ksiądz Profesor mógłby wziąć udział w tej akcji?”.

    Ks. Wyszyński odparł bez wahania: „Jestem do dyspozycji”, a następnie złożył przysięgę wojskową na ręce młodszego o 13 lat – ale starszego rangą – ks. Baszkiewicza i przyjął pseudonim Radwan III.
     
    Ks. kapelan Wyszyński był jednym z organizatorów szpitala powstańczego w Laskach. Pracował tam tylko jeden lekarz – dr Kazimierz Cebertowicz, wspomagany przez pielęgniarki – siostry ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz personel świecki.  Z relacji świadków i pacjentów szpitala wynika, że obecność ks. Wyszyńskiego przynosiła rannym spokój. Zapamiętano go jako tego, który gotów jest ryzykować własne życie dla bliźnich.
     
    Częstym obrazem z tamtych czasów był widok ks. Wyszyńskiego błogosławiącego oddziałom powstańczym wyruszającym do lasu. 


    POWSTANIE OCZAMI KS. KAPELANA STEFANA WYSZYŃSKIEGO

    Pierwszego sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie. Ostatniego lipca zebraliśmy się tutaj, w sąsiedniej sali i poświęciliśmy szpital powstańczy.
    Stefan Wyszyński, Laski, 3 sierpnia 1960, Laski
     
    Szpital zapełniał się bardzo szybko. Wkrótce stał się za mały. Musieliśmy rannych żołnierzy kłaść, gdzie tylko się dało. Zajęliśmy cały dom rekolekcyjny i domek obok. Spowiadało się zazwyczaj tych, który czekali na operację tutaj, w tej kaplicy. Przynoszeni byli na noszach albo na jakimś kocu. Tutaj czekali, potem przenosiło się ich na stół operacyjny. Prześcieradła i koce, na których leżeli, były przesiąknięte krwią.
    Stefan Wyszyński, Droga życia
     
    Pamiętam, jak byłem zmęczony, znużony tą ciągłą krwią, amputacjami, koszami wynoszonych rąk i nóg, tą męką żołnierzy, którzy byli bohaterscy na froncie, a jak dzieci na stole operacyjnym. Patrzyłem na to wszystko , przeżywałem strasznie. Wydawało mi się, że nie dla mnie ten obraz, ale dzisiaj rozumiem, jak wiele mi to dało.
    Stefan Wyszyński, Warszawa, 31 stycznia 1965 r.
     
    […] ten szesnastoletni chłopaczek służył ze swoim starszym bratem w armii powstańczej w formacji kawalerii wileńskiej. Padł zaraz w pierwszych dniach.
    Przeniesiono go do szpitala, położono na niewielkiej sali w zakładzie franciszkanek w Laskach. Tam się z nimi spotkałem, spowiadałem go i przygotowałem na śmierć. Był bardzo poszarpany od kul, bo gdy został ranny, przez trzy dni leżał na deszczu i chłodzie pod kulami. Nikt nie mógł się do niego dostać, aby go stamtąd zabrać. Więc gdy wreszcie został przeniesiony do szpitala wojennego, był już prawie bez sił i trudno go było uratować. […]
    Pochowałem go na cmentarzu pod Izabelinem na górce, w piasku, bez trumny, bo już trumien nie było.

    Stefan Wyszyński, Stryszawa, 1 sierpnia 1963 r.
     
    Pamiętam operację bardzo dzielnego żołnierza, któremu trzeba było odjąć nogę. Powiedział, że zgodzi się na operację pod tym warunkiem, że przez cały czas będę przy nim stał. Złapał mnie za rękę i trzymał ją, dopóki nie zaczął działać środek usypiający. Byłem wtedy strasznie nieuczciwy, bo gdy poczułem, że jego ręka opadła, pobiegłem do innych, których trzeba było spowiadać lub przygotować do następnych operacji. Aby zdążyć na czas, umówiłem się tylko z lekarzem, że mnie natychmiast wezwie, gdy mój żołnierz zacznie się budzić. W tym wypadku nie było innego wyjścia. Przyszedłem w porę, gdy on budził się już po operacji.
    Stefan Wyszyński, Droga życia
     
    Już pod koniec powstania, idąc przez las, zobaczyłem stertę spopielonych kart przyniesionych przez wiatr. Na jednej z nich został niedopalony środek, a na nim słowa: „Będziesz miłował…”. Nic droższego nie mogła nam przynieść ginąca Stolica. To najświętszy apel walczącej Warszawy do nas i do całego świata. Apel i testament… „Będziesz miłował…”.
    Stefan Wyszyński, Droga życia

    Piotr Łukawski | Niezalezna.pl

    ***

    Świadkowała historii

    ◄	Na wystawie można zobaczyć m.in. wizerunki z powaloną przez Niemców figurą Chrystusa.

    fot. Tomasz Gołąb/Gość.pl Warszawski – 37.2020

    ***

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Świętego Krzyża, która była świadkiem wielkich wydarzeń w historii Polski, ostatnią wojnę przetrwała cudem. Mija 70 lat od ponownego umieszczenia figury na Krakowskim Przedmieściu

    Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, kościół Świętego Krzyża przechodził z rąk do rąk. 5 sierpnia Niemcy podpalili część kościoła, a po zdobyciu go przez Powstańców ostrzeliwali pociskami artyleryjskimi, powodując wielkie zniszczenia. Gdy na początku września Niemcy ponownie zdobyli kościół i zdetonowali ładunki wybuchowe, rozbita została fasada świątyni, zniszczone ołtarze, załamało się sklepienie.

    Wtedy także figura Chrystusa dźwigającego krzyż spadła na bruk. Jak pokazują dawne zdjęcia, legła w gruzach z ręką uniesioną w górę. Tak przeleżała kilka tygodni. Już po upadku Powstania, Niemcy wywieźli figurę w nieznanym kierunku.

    W górę serca

    Warszawiacy zżyli się z figurą Chrystusa. Po raz pierwszy stanęła przed kościołem Świętego Krzyża w Warszawie w 1858 r. Jej autorem był Andrzej Pruszyński, znany warszawski rzeźbiarz, a odlano ją początkowo w cemencie. Jednak uszkodzona kilkanaście lat później przez nieznanych sprawców, została zastąpiona przez nową. Nowy odlew – tym razem z brązu – wykonał w Rzymie uczeń Pruszyńskiego – Pius Weloński.

    Pomnik ustawiono na nowym cokole z czarnego granitu, ze złoconym napisem „Sursum Corda” (W górę serca). Cementową figurę Chrystusa umieszczono na grobowcu Lubomirskich w Kruszynie (i do dziś znajduje się ona przed tamtejszym kościołem).

    Podczas sympozjum, zorganizowanego w 150-lecie powstania figury, ks. Marian Wnuk CM zwrócił uwagę, że była ona przez lata świadkiem przeróżnych wydarzeń. W marcu 1861 r. przeszła tędy wielka 150-tysięczna manifestacja patriotyczna po śmierci tzw. Pięciu Poległych, zabitych przez rosyjskich żołnierzy.

    W czasie Powstania Styczniowego figura była też świadkiem nieudanego zamachu na Fiodora Berga, rosyjskiego namiestnika i spalenia przez Rosjan fortepianu Fryderyka Chopina. Księża Misjonarze, prowadzący parafię, przechowywali archiwum powstańcze, czego następstwem była kasata zgromadzenia w 1864 r.

    Jak zrozumieć to miasto

    To o tej figurze św. Jan Paweł II mówił w 1979 r., w czasie pamiętnej Mszy św. na dzisiejszym pl. Piłsudskiego. – Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu – mówił Ojciec Święty.

    W 1920 r., w czasie wojny polsko-bolszewickiej, trwały tu nieustanne nabożeństwa i modły o zwycięstwo, w których brał udział m.in. nuncjusz Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI. W 1944 r. trwały tu jedne z najbardziej zaciętych walk powstańczych. W 1968 r. figura była świadkiem tzw. wydarzeń marcowych.

    Figura była też świadkiem pogrzebów zasłużonych Polaków, m.in.: Stanisława Moniuszki, Edwarda Odyńca, Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury, Józefa Piłsudskiego, Marii Rodziewiczównej, Jana Kiepury, Karola Szymanowskiego, Pawła Jasienicy, Stefana Kisielewskiego i Ignacego Paderewskiego.

    W przydrożnym rowie

    Po upadku Powstania Warszawskiego figurą leżącą na zgliszczach kościoła z ręką uniesioną w górę zainteresowali się Niemcy. W końcu października wywieźli ją z Warszawy w nieznanym kierunku. Figura nie świadkowała już ostatecznemu aktowi zniszczenia kościoła Świętego Krzyża, który Niemcy dokonali parę miesięcy później, kilka dni przed wycofaniem się ze zniszczonego miasta, wysadzając w powietrze wieżę, na której wisiały dzwony.

    Nie świadkowała też w styczniu 1945 r. pierwszej Mszy św. odprawionej przez ks. Antoniego Czaplę CM na gruzach kościoła i powrotowi do Warszawy Księży Misjonarzy, wywiezionych wcześniej przez Niemców.

    Figurę Niemcy najpewniej chcieli przetopić w hucie na Dolnym Śląsku. Jednak nie zdążyli. Porzucili ją na złomowisku, w przydrożnym rowie w Hajdukach Nyskich. Znaleźli i rozpoznali ją tam kilka miesięcy później, razem z pomnikiem Mikołaja Kopernika, żołnierze Berlinga.

    Na początku lipca 1945 r. odesłano figurę do Warszawy. Tu poddano ją renowacji w słynnej pracowni Braci Łopieńskich i oficjalnie przekazano jej właścicielowi: parafii Świętego Krzyża. Posąg ponownie stanął przed kościołem, został poświęcony w obecności ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta i przedstawicieli rządu przybyłych na odsłonięcie pomnika Mikołaja Kopernika.

    Wkrótce rozpoczęto też odbudowę kościoła. W 1951 r. ukończono odbudowę wież, a dwa lata później zrekonstruowano fasadę kościoła. W 1969 r. prymas Polski Stefan Wyszyński poświęcił rekonstruowany przez lata główny ołtarz.

    Witold Dudziński/Niedziela warszawska 26/2015

    ***

    Szlakiem przydrożnych figur i kapliczek (113). Szlak drogi krzyżowej (6). Polska pamięta

    fot. Stanisław Szczepan Cichoń/Gazeta Myślenicka

    ***

    Słowa św. Jana Pawła II o Ojczyźnie!

    Piękne i mocne słowa Jana Pawła II o Ojczyźnie! PRZECZYTAJ

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    “Pocałunek złożony na ziemi polskiej ma dla mnie sens szczególny. Jest to jakby pocałunek złożony na rękach matki – albowiem Ojczyzna jest naszą matką ziemską”.

    (z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)

    Dzieje narodu zasługują na właściwą ocenę wedle tego, co wniósł on w rozwój człowieka i człowieczeństwa, w jego świadomość, serce, sumienie. To jest najgłębszy nurt kultury. To jej najmocniejszy zrąb. To jej rdzeń i siła“.

    (z homilii podczas Mszy świętej na Placu Zwycięstwa w Warszawie, 2 czerwca 1979)

    “Pojęcie «ojczyzna» rozwija się w bezpośredniej bliskości pojęcia «rodzina» – poniekąd jedno w obrębie drugiego. Stopniowo też, odczuwając tę więź społeczną, która jest szersza od więzi rodzinnej, zaczynacie także uczestniczyć w odpowiedzialności za wspólne dobro owej większej «rodziny», która jest ziemską «ojczyzną» każdego i każdej spośród was”.

    (z Listu do młodych całego świata “Parati semper” z okazji Międzynarodowego Roku Młodzieży)

    “Polska jest matką szczególną. Niełatwe są jej dzieje, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich stuleci. Jest matką, która wiele przecierpiała i wciąż na nowo cierpi. Dlatego też ma prawo do miłości szczególnej”.

    (z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)

    “Jasna Góra jest sanktuarium Narodu. Trzeba przykładać ucho do tego świętego Miejsca, aby czuć, jak bije serce Narodu w Sercu Matki. Bije zaś ono, jak wiemy, wszystkimi tonami dziejów, wszystkimi odgłosami życia. Ileż razy biło jękiem polskich cierpień dziejowych! Ale również okrzykami radości i zwycięstwa! Można na różne sposoby pisać dzieje Polski, zwłaszcza ostatnich stuleci, można je interpretować wedle wielorakiego klucza. Jeśli jednakże chcemy dowiedzieć się, jak płyną te dzieje w sercach Polaków, trzeba przyjść tutaj”.

    (z homilii podczas Mszy świętej odprawionej pod szczytem Jasnej Góry, 4 czerwca 1979)

    “Rozłąka z ojczyzną, której niekiedy Bóg wymaga od wybranych ludzi, przyjęta z wiarą w Jego obietnicę, jest zawsze tajemniczym i płodnym warunkiem rozwoju i wzrostu Ludu Bożego na ziemi”.

    (z Encykliki “Slavorum Apostolici”)

    ***

    W 81. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego warto przypomnieć wizje jakie miała objawić Matka Boża 12-letniej dziewczynce i opowiedzieć o przyszłych wydarzeniach w Polsce.

    Matka Boża objawiła mistyczce z Siekierek, Bronisławie Kuczewskiej, wybuch Powstania Warszawskiego

    ***

    Matka Boża Łaskawa, obrana w 1652 roku Patronką Warszawy i Strażniczką Polski [pełen tytuł warszawskiej Madonny, przyp. red.] w 1943 roku ukazała się w Warszawie, na osadzie Siekierki, by uprzedzić swój lud o grożącym nieszczęściu. Maryja przybywa, aby miasto, któremu od 291 lat patronuje, nie podzieliło losu dopalającego się w tym czasie żydowskiego get­ta. Mistyczka Bronisława Kuczewska (1907-1989) tak wspomina swoje pierwsze spotkania z Matką Bożą na Siekierkach: 28 kwietnia 1943 roku Matka Boża objawiła mi się w domu rodzinnym w Nowym Dobrem i powiedziała: Dziecino, nie będziesz już do Mnie przychodzić do Przygód i do Budzieszyna. Wybieram sobie inne miejsce, w Warszawie, na Siekierkach. Będziesz miała tylko 3 kilometry od tramwaju, z ulicy Czerniakowskiej, i tam masz przychodzić. Ujrzałam wiśnię i dziewczynkę. Jak się później okazało, była nią 13-letnia Władysława Fronczakówna [obecnie Papis przyp.aut.], której Matka Najświętsza objawi się 3 maja 1943 roku.

    Bogurodzica, niebiańsko piękna, ukazała się wśród zieleni, na drzewie wiśni obsypanym kwiatami. Jej słowa były poważne i brzmiały złowieszczo: Módlcie się, bo idzie na was WIELKA KARA, CIĘŻKI KRZYŻ. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi rato­wać przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia!

    Bronisława relacjonuje dalej: 4 maja 1943 roku przyjechał do mnie mąż i powie­dział, że w Warszawie na Siekierkach było objawienie [Bogurodzicy] 3 maja. Ja mu na to odpowiedziałam, że wiem o tym, bo Matka Boża powiedziała mi o tym 5 dni wcześniej. 5 maja 1943 roku urodziłam syna Janusza. 28 maja 1943 roku pojechałam z mężem i małym dzieckiem [23-dniowym niemowlęciem] na Siekierki, gdzie 3 maja objawiła się Matka Boża, i miałam z Nią tam po raz pierwszy objawienie. Odtąd chodziłam na Siekierki i tam otrzymywałam od Matki Bożej polecenia do wyko­nania przez 38 lat, aż do 1981 roku. Kilka razy w mie­siącu nawiedzałam to miejsce, a szczególnie każdego 3 i 28 dnia miesiąca oraz w uroczystości Matki Bożej.

    3 czerwca 1943 roku poszłam z synkiem na ręku na Siekierki. Ujrzałam Matkę Najświętszą, która powiedziała mi, że pragnie, aby na tym miejscu wybudować klasztor. Powiedziała też, że to będzie jakby druga Częstochowa dla War­szawy, że ludność nie będzie musiała tak daleko jeździć, względnie chodzić. Będą mogli przychodzić na Siekierki.

    W lipcu 1943 roku w Orzywole, gdzie pojechałam na rozkaz Matki Najświętszej, po modlitwie, miałam widzenie Pana Jezusa, który trzymał rózgę nad War­szawą. Wiedziałam, że Warszawę czeka wielka kara.

    W okresie międzywojnia sytuacja moralna społe­czeństwa polskiego była, oględnie mówiąc, nienajlepsza. Dlatego Jezus Chrystus prosił wizjonerów św. siostrę Faustynę, Sługi Boże: Rozalię Celakównę, Leonię Nastał, Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy wynagradzające za grzechy rozwiązłości: Strasznie ranią moje Serce Najświętsze grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji!
    Nasz Pan szczególnie prosił o modlitwy za warszawian: stolica odrodzonej Polski, nie chciała pamiętać o Dekalogu. Wystarczy zajrzeć do pamiętników i wspomnień z tego okresu. Luminarze życia społecznego i kulturalnego prowadzili ostentacyjnie, nader rozwiązłe życie, zarażając tym stylem życia otoczenie, a szczególnie podatną na wpływy młodzież.

    Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja. Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i… wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim]. świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej. Z długiej listy książek lansujących „nowy moralny ład” wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki.

    Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: „wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”.

    W roku 1936, po osiemnastu latach niepodległości, masoni mogli się wykazać znacznymi osiągnięciami w demoralizacji społeczeństwa. [Tu opuszczam fragmenty książki Sławomira Kopera Życie prywatne elit Drugiej Rzeczy­pospolitej (Bellona Rytm, Warszawa, 2009, md]

    Katolicki pisarz Gilbert Keith Chesterton w roku 1923 napisał: Rozwód to coś, co dzisiejsze gazety nie tylko reklamują, ale wręcz zalecają, zupełnie jakby to była przyjemność sama w sobie.

    Ks. kard. August Hlond konkluduje: Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską „masońskim naturalizmem”. Koła liberalne i masońskie przypuściły atak na małżeństwa chrześcijańskie, sprowadzając je tylko do rangi kontraktu cywilnego, pozbawiając je wszelkiej nadprzyrodzoności.

    Zapoczątkowany przed II wojną światową proces upadku moralności doprowadził do tego, że w pierw­szej dekadzie XXI wieku, już nikt nie ośmieli się przypomnieć „nowożeńcom z odzysku”, zawierającym kontrakt małżeński (w urzędzie Stanu Cywilnego), że w świetle prawa kanonicznego popełniają cudzołóstwo (gdy któreś z nich jest nadal związane sakramentem małżeństwa). Czyli zaczynają, świadomie i dobrowolnie, tzw. nowe życie w grzechu ciężkim, co prowadzi prostą drogą do piekła!

    Wygodny eufemizm, używany w kościele – „związek niesakramentalny” – zgrabnie ukrywa złowieszczą perspektywę. Autor wielokrotnie rozmawiał w konfesjonale z kobietami, które dla swoich dzieci, związanych sakramentem małżeństwa, a rozwiedzionych w świetle prawa cywilnego, modlą się o… założenie nowej, szczęśliwej rodziny! Sądzą one, że jest to intencja słuszna! Te „pobożne” matki realizują plan masonów, którzy chcą zniszczyć chrześcijaństwo… rękami samych katolików!
    Trwająca od dziesięcioleci promocja wszelkiej wolności seksualnej i zanik społecznego ostracyzmu w stosunku do tzw. „związków partnerskich” doprowadził, zdaniem księdza profesora Jerzego Bajdy, do: Zniszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw rodziny i fałszowania jej struktury personalistycznej. Profesor przestrzega: Jeżeli proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą promotorzy rewolucji obyczajowej – a właściwie promotorzy rozwiązłości, […] wkrótce może zupełnie zniknąć ta formuła antropologiczna, której na imię naród, a społeczeństwo nie będzie się niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem. Choć i pod tym względem różnica systematycznie maleje.

    Czyny, których nikt nie ośmieliłby się publicznie nazwać grzechem, a więc nierząd, cudzołóstwo, lesbijstwo i homoseksualizm – nadal wywołują, określone w Piśmie świętym, konsekwencje. […]

    Bóg Ojciec, chcąc ocalić Warszawę przed zasłużoną karą pozwala, by Matka Łaskawa ostrzegła swój lud, by żądała nawrócenia, całkowitego odwrócenia się od grzesznego życia i wynagrodzenia za dotychczas popełnione grzechy: rozwiązłości, cudzołóstwa i te najstraszniejsze – grzechy dzieciobójstwa. Trzeba bo­wiem wiedzieć, że w okresie międzywojennym prze­ciętna liczba umyślnych poronień wynosiła rocznie, według oficjalnych statystyk: przeciętnie od 100 do 130 tysięcy.

    Kiedy Maryja przybędzie na Siekierki, orędzia będzie otrzymywać nie tylko trzynastoletnia Władysława Fronczakówna, ale przede wszystkim Jej ulubienica, trzydziestosześcioletnia Bronisława Kuczewska: Od 9 kwietnia przestałam chodzić do Budzieszyna, natomiast od 28 maja 1943 roku zaczęłam chodzić na Siekierki, gdzie otrzymywałam polecenia od Matki Bożej do wykonania, przez okres 38 lat, do 21 sierpnia 1981 roku [tj. od święta Maryi Królowej Polski do wigilii święta Matki Bożej Królowej].
    Maryja, Matka Łaskawa Patronka Warszawy, za pośrednictwem Broni Kuczewskiej i Fronczakówny będzie apelować do ludu stolicy, aby przez przemianę życia, respektowanie praw Dekalogu i pokutę odwrócił wiszące nad miastem nieszczęście.
    Prosi warszawian o modlitwę powszechną, czyli taką jak w 1920 roku, kiedy to lud stolicy żarliwie błagał Boga i Patronkę Warszawy o ocalenie przed bolszewikami [rozdziały 15 i 16 cytowanej książki przyp. red.] i wymodlił cud Jej publicznego ukazania się, które w konsekwencji zmieniło zdawałoby się już przesądzony wynik wojny i ocaliło Polskę!

    Po 23 latach, w roku 1943 – czwartym roku okupacji niemieckiej, sytuacja jest diametralnie różna: to nie lud błaga Maryję, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski o ustanie okropieństw wojny, lecz Ona Sama schodzi z nieba i osobiście wzywa do modlitwy o pokój, błagając Swój lud o nawrócenie i pokutę!!! Najłaskawsza z Matek chce odwrócić od miasta zapowiedzianą karę! Podejmuje się tej niewdzięcznej misji, by nie doszło do tragedii: Jeśli się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie!

    Pomimo ośmieszania i deprecjonowania objawień wiadomości o nich rozchodzą się po mieście. Dzieje się tak dzięki niestrudzonej Broni Kuczewskiej, która dociera z nimi do warszawskich księży, oraz życzliwym mieszkankom Siekierek, które rozwożąc mleko i warzywa „na gospody”, opowiadają w mieście o objawieniach.

    Mimo wielu wysiłków przestrogi Maryi nie dotrą do ogółu warszawian. Główną przyczyną jest brak zainteresowania objawieniami ze strony kleru.

    Wydawało się oczywiste, że księża Zmartwychwstańcy z parafii św. Bonifacego na Czerniakowie, pełniący posługę w osadzie, dopomogą w upowszechnieniu orędzi i że słowa Bogurodzicy, uprzedzające o mającej nadejść na miasto karze, będą głoszone ze wszystkich ambon stolicy. Niestety, Zmartwychwstańcy nie tylko nie traktowali objawień poważnie, ale negowali wszystko, co miało z nimi związek, m.in. odmówili poświęcenia malutkiej kapliczki, umiejscowionej przy drzewie, na którym ukazała się Matka Boża. Bronisława Kuczewska napisze: Po postawieniu kapliczki Pan Jezus dał mi polecenie, abym poszła do księdza do parafii św. Kazimierza na ul. Chełmską. Kiedy przyszłam i powiedziałam, że Pan Jezus życzy sobie, aby poświęcić kapliczkę, ksiądz wysłał mnie do parafii św. Jakuba [na Ochocie, przyp. aut.]. Było tam 5 księży. Wypyty­wali mnie o objawienia na Siekierkach. Opowiadałam im o nich przez około 4 godziny. Potem wysłali mnie z powrotem do parafii św. Kazimierza [Dolny Mokotów, przyp. aut.]. Ksiądz jednak nadal nie chciał wyrazić zgody na poświęcenie kapliczki. Powiedział, że nie ma pozwolenia, bo trzeba iść z procesją i on nie może tego wykonać. Wróciłam więc do domu [przy ul. Jasnej, przyp. aut.], a że byłam zmęczona, położyłam się. I wtem słyszę głos Pana Jezusa: Idź Dziecino do księdza po raz trzeci, i powiedz, żeby poszedł z kościelnym, bez ludzi i bez procesji, i poświęcił kapliczkę. Powiesz, że taka jest Wola Moja i Matki Mojej, ażeby kapliczka była poświęcona, bo jest bardzo znieważana.
    Kiedy poszłam po raz trzeci do księdza, chciał mi drzwi zamknąć przed nosem, ale ja przytrzymałam je nogą i powtórzyłam to, co mi Pan Jezus powiedział. Ksiądz jednak nie wykonał tego polecenia. Dopiero jedna z wiernych przyprowadziła, po kryjomu, księdza jezuitę, ojca Antoniego Kozłow­skiego, który był wielkim czcicielem Matki Bożej i wiedział o moich objawieniach, i on poświęcił kapliczkę.

    Wokół siostry Bronisławy, profeski III Zakonu św. Franciszka, spontanicznie gromadzili się ludzie i wkrótce zawiązała się wspólnota, której Sama Bogurodzica nadała nazwę Grono Matki Bożej i Miłosierdzia Bożego. Jej członkowie, osoby świeckie, pomagały mistyczce w wykonywaniu poleceń z Nieba. Grono podejmowało także cotygodniowe modlitwy o nawrócenie Warszawy i upowszechniało orędzia Maryi i Pana Jezusa w swoich środowiskach.

    Misja ostrzeżenia Warszawy przed mającym wy­buchnąć za 16 miesięcy powstaniem wymagała od Kuczewskiej heroizmu i zaparcia: W sierpniu 1943 roku [rok przed wybuchem powstania] na modlitwie u pani Teofili Ciecierskiej, przy ul. Płockiej 25, miałam objawienie Matki Najświętszej. Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie Powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą liczyć się z nami. [W innym miejscu Bronisława mówi o tym wydarzeniu w ten sposób: Powiedzieli, żebym nie plotła głupstw i zajęła się robotą, a nie plotkami, że Niemcy będą się z nami liczyć].

    Trzy dni przed Powstaniem Matka Boża dała mi polecenie, abym zabrała dzieci i wyjechała z Warszawy w rodzinne strony, do Dobrego. Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom, który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i w sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób.

    Proroctwa nie lekceważcie – pisze św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (1 Tes 5,20). Proroctwo o całkowitym zniszczeniu Warszawy zostało lekceważone. Przestroga, jaką w imieniu Boga Najwyższego, Bogurodzica przeka­zała warszawianom: Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Żąda nawrócenia! – do nich nie dotrze…

    Powstanie Warszawskie wybuchnie po szesnastu miesiącach od pierwszych objawień i ostrzeżeń Maryi. W sierpniu 1944 roku młodych warszawian rozpiera chęć walki ze znienawidzonym wrogiem, ruszą więc naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącymi sercami, z butelkami napełnionymi benzyną, ale… bez błogosławieństwa Bogurodzicy.

    Dowództwo nie czuło potrzeby oficjalnego zawierzenia akcji zbrojnej Patronce miasta. Owszem, indywidualnie zawierzano się Maryi Łaskawej, modlono się na różańcu, przyjmowano sakramenty, uczestniczono w polowych Mszach świętych (co w swojej książce wspomina s. Maria Okońska), lecz oficjalnego – jak za Marszałka Piłsudskiego – zawierzenia akcji zbrojnej Bogu Najwyższemu nie było! Po 47 latach w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi, 12.09.1991r., w Sastin, Narodowym Sanktuarium Słowacji, w orędziu skierowanym do ks. Stefano Gobbi’ego Maryja dobitnie wyjaśni kwestię oficjalnego zawierzenia na przykładzie odsieczy wiedeńskiej: Turcy zostali pokonani, gdy oblegali Wiedeń i grozili zniszczeniem całego chrześcijańskiego świata. Przewyższali żołnierzy świętej Ligi liczbą, siłą, uzbrojeniem i czuli, że do nich należy zwycięstwo, ale: wezwano Mnie publicznie, i publicznie proszono o pomoc, Moje Imię zostało wypisane na proporcach i było wzywane przez wszystkich żołnierzy. To za Moim wstawiennictwem miał miejsce cud zwycięstwa, który uratował świat chrześcijański.

    Matka Łaskawa w ciągu 16 miesięcy wielokrotnie uprzedzała, że jedynym sposobem na pokój i zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta, nie zaś pięści i butelki z benzyną.

    Młodzi warszawianie jednakże bezgranicznie ufali w moc pięści i nie widzieli powodu, by w swoje plany wtajemniczać Boga. Stolica w obliczu godziny W zachowała się tak, jak zachowują się przemądrzałe dzieci, które chcą wszystko robić same, bez pomocy Mamy i Taty!

    Nie chciano pamiętać, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga Najwyższego, który zawsze i wszędzie Sam o wszystkim decyduje!
    Nie chciano pamiętać, że to jedynie od Niego zależy, czy ludzkie plany zaowocują sukcesem, czy zakończą się porażką.
    Miał tą świadomość lud Warszawy w sierpniu 1920 roku, kiedy leżał krzyżem przed Patronką Stolicy i Strażniczką Polski, błagając o ocalenie stolicy, ocalenie Polski.

    W 1920 roku warszawianie mieli świadomość, że współpracując z Najwyższym, będą w stanie pokonać pięciokrotnie liczniejszych i zdeterminowanych bolszewików. Wiedzieli, że gdy współpracują z Bogiem, siła i moc są po ich stronie. Bo: Jeśli Bóg jest z nami, to kto przeciwko nam?

    1 sierpnia 1944 roku, w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego, Hitler wspólnie z Himmlerem wydał rozkaz, który przesądzi o losie „zbuntowanej” Warszawy: Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią. W ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy.

    Po drugiej stronie Wisły stały wojska radzieckie, Sowieci jednak nie kiwnęli palcem, by konającej Warszawie przybyć z odsieczą. Stalin zdawał sobie sprawę, że skupione w Warszawie młode pokolenie polskiej inteligencji zagraża jego koncepcji utworzenia w Polsce rządu totalitarnego. Dlatego nie przeszkadzał w zbrodni, która dokonywała się niemieckimi rękami w zbuntowanym mieście.
    Sowieci, zgrupowani na drugim brzegu Wisły, z zimną krwią przyglądali się agonii Warszawy, miasta, którego nie udało się im zdobyć i złupić w 1920 roku:
    [….]

    1 sierpnia 1944 roku o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału, młodzieńczych wizji, z realnymi możliwościami, ergo brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna, podjęta bez wsparcia się na Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się totalną, niewyobrażalną klęską, jakiej w historii Polski i narodu jeszcze nie było. Daremny był trud żołnierzy, daremna ofiara z życia i krwi osób cywilnych.

    Czas gorzki, zły, zwątpienia czas podchodzi nam pod gardło,
    Czy wszyscy zapomnieli nas, czekając, by miasto padło?…
    Na barykadach wciąż czekamy, licząc ostatnie chwile,
    Tak się powoli dopalają warszawskie Termopile…

    Tylko na Woli w dniach 3-5 sierpnia bestialsko za­mordowano pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Ogółem zginało pół miliona ludzi (wg szacunku historyka Norberta Boratyna). Z pewnością nie taki los w zamyśle Bożym miał spotkać lud Warszawy, gdyby usłuchał ostrzeżeń swej Łaskawej Matki, swej Patronki!

    Nurtuje pytanie: co w ciągu dwudziestu czterech lat, które upłynęły od bitwy warszawskiej, mogło tak bardzo odmienić serca i umysły mieszkańców stolicy, że bez oficjalnego zawierzenia Bożej Opatrzności podjęli się walki z przeważającym wrogiem? Skąd pomysł, by własnymi, wątłymi siłami, bez Bożego błogosławieństwa próbować oswobodzić stolicę? Nie od dziś wiadomo, że: jeśli Pan miasta nie strzeże, daremnie czuwają straże (Ps 127,1).

    Chrystus Pan uprzedzał: beze Mnie nic dobrego uczynić nie możecie (J 15,5). Skąd więc ta krótkowzroczność w Polsce, która w owym czasie uważała się za kraj katolicki? Gdyby orędzia Bogurodzicy zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (jak w 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej! Tak ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za dawne grzechy. Niniwici mieli czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku! Tak ocalał Rzym dwa miesiące wcześniej (5. VI.44). Dzięki modlitwie uratowało się zaminowane przez Niemców miasto, miliony ludzi ocaliły życie, o czym piszemy dalej.

    Dowódcom AK nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło im wiary, by los powstania oficjalnie, przez ręce Maryi, powierzyć Bogu Najwyższemu. Ze słów Matki Bożej, które padły na Siekierkach, wybraliśmy te z listopada 1943 roku, są one bowiem kluczem do zrozumienia przyczyny klęski Powstania Warszaw­skiego: Jak wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i nic się wam nie stanie!
    Dowódcy Armii Krajowej nie poszli w bój z Jej błogosławieństwem, okryci płaszczem Jej opieki. Nie prosili Patronki Warszawy, by skruszyła strzały Bożego gniewu godzące w miasto, nie prosili, by odrzucała, jak ongiś w Wólce Radzymińskiej, wrogie pociski, które teraz bezkarnie burzyły dom po domu. Nie byli z Maryją, więc nie mogli doświadczyć skutków Jej solennej obietnicy: i nic się wam nie stanie! Dlatego nie może nikogo dziwić, że w sierpniu 1944 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, nie powtórzył się Cud nad Wisłą z 1920 roku, nie pokonano i nie przepędzono okupanta ze stolicy!

    Nie może nikogo dziwić, że wszystko dookoła leżało w gruzach. Wszystko było zburzone i wszystko się paliło. Między jednym a drugim schronem przekopy były zniszczone. Nie było możliwości życia. Bomby padały i burzyły ulicę po ulicy, dom po domu.
    Po sześćdziesięciu trzech dniach powstanie poniosło druzgoczącą klęskę, a Warszawa została totalnie zrujnowana, wręcz starta z powierzchni ziemi. Stało się tak, jak zaplanował Hitler: Warszawa [została] zrównana z ziemią, [by] w ten sposób [stworzyć] zastraszający przykład dla całej Europy. Warschau caput! ! !

    Pół miliona niewinnych ludzi straciło życie. Słusznie zauważa ks. Kazimierz Góral: Gdy zlekceważy się przestrogi Maryi, przychodzi tylko czekać na zapowiadaną otchłań rozpaczy!

    Ponawiamy pytanie, czy tak się musiało stać? Odpowiadamy: na pewno nie! Wystarczy przyjrzeć się analogicznej sytuacji, jaka w tym samym czasie miała miejsce w okupowanym Rzymie: Rzym, maj 1944 roku. Front szybko zbliżał się do Wiecznego Miasta. Walki toczyły się zaledwie o 12 kilometrów od centrum, w pobliżu miejscowości Castel di Leva. Papież Pius XII zatroskany o bezpieczeństwo cudownego, starożytnego obrazu Madonny Bożej Miłości, nakazał przeniesienie go do rzymskiej bazyliki św. Ignacego.

    W końcu maja, gdy działania wojenne objęły przedmieścia, Papież polecił, by przed obrazem Madonny dei Divino Amore została podjęta nowenna o ocalenie miasta. Sam w imieniu mieszkańców Rzymu złożył Maryi ślubowanie. Przyrzekł, że jeśli Madonna ocali miasto, to na ruinach zamku Castel di Leva zostanie zbudowana dla cudownego obrazu nowa świątynia i zostaną erygowane organizacje religijne i charytatywne Jej imienia.

    4 czerwca 1944 roku czołgi generała Alexandra ruszyły do ataku. Niemcy byli przygotowani do zdetonowania założonych ładunków i wysadzenia w powietrze miasta. Chcieli pozostawić po sobie pamiątkę: spaloną ziemię i rumowisko gruzów (takie samo, jakie w 3 miesiące później pozostawili w Warszawie i jakie chcieli pozostawić po sobie na Jasnej Górze, w styczniu 1945 roku).
    Lud Rzymu, odmiennie niż lud Warszawy, nie sposobił się do akcji zbrojnej. Jego mieszkańcy trwali na modlitwie dzień i noc na placu przed bazyliką świętego Ignacego. Zawierzali Matce Bożej Miłości los Wiecznego Miasta, a władze magistratu oficjalnie potwierdziły gotowość wypełnienia ślubów, jakie w ich imieniu złożył Madonnie Ojciec święty.
    I oto tego samego dnia, w nocy z 4 na 5 czerwca, Niemcy nagle, z niewiadomych przyczyn, opuścili Rzym, nie detonując założonych ładunków. Nikt nie mógł pojąć, jak to się właściwie stało i dlaczego? Wszystkich: cywilów, wojskowych i polityków zadziwił ten cudowny obrót sprawy! Winston Churchill dał wyraz zdumieniu, pisząc: „Rzym zdobyto w sposób całkowicie nieoczekiwany!”

    12 czerwca 1944 r. „L’ Osservatore Romano” poinformował swoich czytelników: 11 czerwca dziesiątki tysięcy ludzi zebrały się przed Bazyliką Sant Ignazio, a wielu z nich przyszło tutaj boso. Przybyły rodziny, instytucje i szkoły. W procesji bez końca podchodzono, by ucałować obraz Madonny Bożej Miłości, by podziękować i oddać Jej cześć. Wśród rzeszy pątników znajdował się także Papież Pius XIL który przemówi! do Maryi w imieniu zgromadzonych, wyrażając Jej wdzięczność za cud bezkrwawego oswobodzenia Rzymu! Następnego dnia nieprzebrane tłumy odprowadziły procesyjnie cudowny obraz Madonny dei Divino Amore do jej siedziby w Castel di Leva.

    Rzymianie nie chcieli rozstać się ze swoją dobrodziejką! W ścianach rzymskich kamienic wykuwano nisze, gdzie wśród kwiatów i płonących lampek kró­lował obraz ich umiłowanej Matki! Magistrat Rzymu wkrótce wywiązał się ze złożonych obietnic: Czym się odpłacimy Maryi, za wszystko co nam wyświadczyła? Wypełnimy nasze śluby dla Niej, przed ludem Rzymu!

    Porównajmy skuteczność sposobów zastosowanych dla wyzwolenia dwóch europejskich stolic latem 1944 roku:
    . lud Wiecznego Miasta sposobił się do wyzwolenia stolicy, nie chwytając za broń i nie wzniecając powstania. Pod przewodnictwem swego biskupa, ojca świętego Piusa XII, złożył Bogurodzicy ślubowania i … trwał na ufnej modlitwie przed Jej obliczem;
    . papież, Głowa Kościoła katolickiego i jednocześnie biskup Rzymu, mimo realnie istniejącego śmiertelnego niebezpieczeństwa (zaminowane miasto miało być lada chwila wysadzone w powietrze!) nie opuścił miasta, by ratować życie, lecz jak Dobry Pasterz pozostał ze swoimi owcami. I był promotorem ocalenia miasta, które dokonało się w sposób duchowy, bez użycia broni i przelewu krwi. Bo jak siłą armii jest wódz, tak siłą wierzącego ludu są jego pasterze;
    ˇ prymas Polski, kard. Hlond opuścił Polskę i swoją owczarnię już we wrześniu 1939 roku;
    . w Warszawie słowa ostrzeżeń Matki Bożej, nawołujące do pokuty i modlitwy, zostały praktycznie zignorowane, trafiając jedynie do znikomej części warszawian;
    . Mater Gratiarum odwrotnie niż Madonna dei Divino Amore nie została oficjalnie zaproszona do współpracy! Pozbawione Jej matczynej opieki Powstanie upadło, hitlerowcy stolicę Polski spalili i wymordowali pół miliona jej mieszkańców;
    . rzymianie postawili na MARYJĘ i… uratowali miasto;
    . warszawianie postawili na SIEBIE i… ponieśli totalną klęskę;
    . nie chciano pamiętać, że: lepiej uciekać się do Pana, niźli pokładać ufność w człowieku (Ps 118);
    . zapomniano, że : bez Boga ani do proga!

    Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej, rozdz. pt.: Rok 1943 Matka Łaskawa objawia się na Siekierkach, czyli S.O.S dla Warszawy.

    Mistyczka z Siekierek przepowiedziała Powstanie Warszawskie

    fot. via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    Pocieszali, spowiadali, ginęli – o kapelanach Powstania Warszawskiego

    Około 150 duchownych katolickich wzięło udział w Powstaniu Warszawskim jako kapelani poszczególnych oddziałów i szpitali polowych. W ciągu 63 dni wolnościowego zrywu byli stale przy walczących – odprawiali Msze, organizowali wspólne modlitwy, pocieszali, spowiadali i odprowadzali zmarłych w ostatniej drodze, wreszcie sami ginęli. Dziś, 1 sierpnia, przypada 81. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

    Bł. Józef Stanek, z wystawy w Muzeum Powstania Warszawskiego

    błogosławiony ks. Józef Stanek SAC,

    zdjęcie z wystawy w Muzeum Powstania Warszawskiego

    ***

    Powstańczy kapelani wykazali się ogromnym bohaterstwem i poświęceniem. Nie przeżyło około 50 z nich: zginęli podczas ostrzałów i bombardowań a niektórzy zostali bestialsko zabici przez Niemców ponosząc śmierć męczeńską.

    Najbardziej znanymi kapelanami Powstania byli: ks. Zygmunt Trószyński, ps. “Alkazar”, o. Józef Warszawski SJ, ps. “Ojciec Paweł”, ks. mjr Władysław Zbłowski SAC, ps. “Struś” czy o. Tomasz Rostworowski SJ, ps. “Ojciec Tomasz”.

    Przed wojna byli zwyczajnymi duchownymi, niemniej w wielu tych życiorysach obecny jest epizod 1920 roku, to znaczy zaangażowania wojskowego w wojnie polsko-bolszewickiej na różnych poziomach. Niektórzy z przyszłych księży brali urlop w seminarium, żeby zaangażować się w wojsku. Widać więc wśród duchownych poczucie służby, nie tylko na rzecz Kościoła ale państwa polskiego. Później ci ludzie w różny sposób się rozwijają: niektórzy robią kariery naukowe, inni widzą swoje powołanie w zakonach, itd.

    Kapelan w każdym oddziale, w każdej dzielnicy

    Byli świetnie zorganizowani i mimo polskiego bałaganiarstwa i dramatycznych warunków, działali bardzo sprawnie, w miarę możliwości utrzymywali łączność z dowództwem i między sobą, ale – co najważniejsze – nie opuszczali ani na chwilę walczących. Przemieszczali się wraz z powstańcami, byli w pobliżu działań wojennych, w szpitalach polowych, na ulicach zbuntowanego miasta.

    Kapelani stanowili integralną część struktury organizacyjnej Armii Krajowej. W każdym okręgu AK był ksiądz odpowiedzialny za zapewnienie opieki duchowej żołnierzom. Dzięki temu w 1944 roku niemal każdy oddział partyzancki miał swojego kapelana. Na czele tego duszpasterstwa stał ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. “Budwicz”, który zginął 7 sierpnia.

    Powstanie zastało księdza Jachimowskiego na Elektoralnej. 7 sierpnia w ten rejon wkroczyli Niemcy i aresztowali go wraz grupą cywilów. Wraz innymi zostali poprowadzeni przez Wolę. Następnego dnia jeden z esesmanów, prawdopodobnie z oddziałów Oskara Dirlewangera, zobaczył sutannę, czego nie mógł znieść… Wyciągnął go z kolumny cywilów i zastrzelił przy wszystkich.

    Dziekanem obszaru stolicy był ks. Stefan Kowalczyk (ps. Biblia), który po rozstrzelaniu ks. Jachimowskiego przejął faktycznie obowiązki szefa Duszpasterstwa AK, zbudował podziemną kurię polową i dokooptował kapelanów tam, gdzie ich zabrakło. Po kapitulacji wraz z żołnierzami poszedł do niewoli. Najbardziej znanymi kapelanami Powstania byli: ks. Zygmunt Trószyński, ps. “Alkazar”, o. Józef Warszawski SJ, ps. “Ojciec Paweł”, ks. mjr Władysław Zbłowski SAC, ps. “Struś” czy o. Tomasz Rostworowski SJ, ps. “Ojciec Tomasz”.

    To ks. Kowalczyk na polecenie przełożonego zwołał 1 sierpnia 1944 roku na godzinę 11.00 ostatnią odprawę kapelanów. Do budynku przy ul. Długiej przybyło 14 księży. Odprawa została zwołana za późno, gdyż walki wybuchły o godz. 17 i nie wszyscy zdążyli dotrzeć na powierzone im placówki. Element improwizacji stale towarzyszył posłudze duchownych w walczącym mieście. Ks. prałat Wacław Karłowicz (powstańczy kapelan zmarły w 2007 r.) wprost mówił o bałaganie. Mimo wszystkich trudności, ks. Kowalczykowi udało się wysyłać księży wszędzie tam, gdzie prosili o to dowódcy.

    “Już po paru dniach mój szef «Biblia» miał swą kwaterę przy ulicy Marszałkowskiej, potem chyba na Pięknej, Koszykowej. Ale kontakt z podwładnymi utrzymywał żywy, żądał stałych sprawozdań, zatwierdzenia każdej sprawy duszpasterskiej, dyspensy, ślubów. A kiedy ludność cywilna i niektórzy księża zaczęli opuszczać Warszawę, czuwał, by żadna formacja, a łącznie z tym i dzielnica, nie była pozbawiona opieki duszpasterskiej” – pisał po latach ks. Mieczysław Paszkiewicz.

    Między godziną “W” a kapitulacją

    Kapelani wojskowi stanowili integralną część struktury Armii Krajowej. Każdy Okręg AK miał kapelana, który odpowiadał za zorganizowanie opieki duchowej dla poszczególnych jednostek. W 1944 r. prawie każdy oddział partyzancki AK miał swojego kapelana. I tak kapelanem obwodu I -Śródmieście był o. Jan Wojciechowski SJ, ps. “Korab”, kapelanem na Woli był odważny pallotyn – ks. mjr Władysław Zbłowski, ps. “Struś”, a na Żoliborzu proboszcz na Marymoncie ks. Zygmunt Trószyński, ps. “Alkazar”.

    Na Ochocie żołnierzami obwodu opiekował się znany logik, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego ks. Jan Salamucha, który należał do wybitniej szkoły matematyczno-logicznej w Krakowie. Godził działalność naukową z duszpasterstwem. Został aresztowany wraz z grupą profesorów krakowskich podczas słynnej akcji SS, w listopadzie 1939 r. i jak wszyscy pozostali wywieziony do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Upomnieli się o niego włoscy naukowcy i w styczniu 1941 r. ks. Salamuchę uwolniono. Po powrocie do Polski został wikarym w parafii św. Jakuba na Ochocie.

    Ks. Salamucha, tuż po gimnazjum sanitariusz w wojnie polsko-bolszewickiej, był w konspiracji. Bardzo też angażował się politycznie na rzecz zjednoczenia AK i Narodowych Sił Zbrojnych. Był szanowany przez obydwa środowiska. Wiele tajemnic tych negocjacji zabrał do grobu: jak każdy porządny konspirator, był bardzo dyskretny.

    Zginął na Ochocie, w Reducie Wawelskiej. Gdy oddziały RONA otoczyły Redutę, powstańcy zaproponowali księdzu wycofanie się kanałami. Prosili, by szedł z nimi, ale on odpowiedział, żartując oczywiście, że jest za duży i nie zmieści się w kanale. Wiadomo było, że nie chce zostawić rannych bez opieki. Został rozstrzelany.

    1 sierpnia dominikanin, o. Michał Czartoryski zjawił się na Powiślu u lekarza okulisty, odwiedzał też bliskiego znajomego i tam zastało go Powstanie. Także on bez reszty zaangażował się wśród w działania duszpasterskie. Pełnił posługi religijne, m.in. odprawiał Msze św. Przed wojną słynął z praktykowania radykalnego ubóstwa. Podkreślał, że musi być ono tak radykalne jak u św. Franciszka. Swojego miejsca szukał długo i w różnych zakonach.

    Podczas powstania był kapelanem w szpitalu na Powiślu, urządzonym w piwnicy budynku na rogu ulic Smulikowskiego i Tamka. Na początku września dopadli go tam Niemcy. Choć mógł się ratować, nie chciał zostawić chorych, którymi się opiekował.

    Świadek, któremu udało się uratować relacjonował, że Niemcy wyciągnęli o. Michała ze szpitala i zapytali kim jest. Dominikanin był w sutannie, nie chciał nawet rozmawiać, pokazał tylko dokumenty. Kazali mu zdjąć sutannę ale kategorycznie odmówił. Wtedy go zabili. Rozstrzelali też wszystkich pacjentów, a następnie spalili ciała zamordowanych.

    1 sierpnia o godz. 11.00 na odprawę u ppłk. “Biblii”, która odbywała się przy ul. Długiej w byłym budynku Kurii Polowej, przybyło zaledwie czternastu duchownych. Pozostali albo nie otrzymali informacji o spotkaniu, albo nie zdołali dotrzeć na czas. Sytuacja na odprawie znalazła swoje odzwierciedlenie już po godzinie “W”. Część oddziałów nie miała swojego kapelana, jak np. słynny batalion “Zośka”, którego kapelanem został 4 sierpnia, trochę przypadkowo, słynny “Ojciec Paweł”, czyli o. Józef Warszawski SJ. Niektórzy księża dołączyli do wyznaczonych im oddziałów z opóźnieniem, a niektórzy zgłaszali się ochotniczo już w trakcie walk i otrzymywali przydział do jednostek od ks. “Biblii”. Duża część duchownych nie pełniła formalnie funkcji kapelanów, natomiast opiekowali się oni ludnością cywilną i rannymi w szpitalach polowych. Po kapitulacji opuścili miasto wraz z jego mieszkańcami udając się do obozów przejściowych w podwarszawskich miejscowościach. Niektórzy, jak dziekan okręgu Warszawa czy o. Warszawski poszli do niewoli wraz ze swoimi żołnierzami.

    Powieszony na stule

    Na pamięć zasługuje także inna, wybitna postać Powstania Warszawskiego. To pallotyn, ks. Józef Stanek. Kapelanem został przypadkowo. Urodził się na pograniczu polsko-słowackim, w Łapszach Niżnych. Podczas okupacji mieszkał w domu swojego zgromadzenia w Ołtarzewie pod Warszawą, studiował na tajnym uniwersytecie.

    1 sierpnia miał zajęcia z socjologii i po prostu nie zdążył wrócić. Na początku był w Śródmieściu na ul. Hożej, potem sprawował posługę na Koszykach. Po jakimś czasie okazało się, że na Czerniakowie brakuje kapelanów i szef duszpasterstwa Powstania warszawskiego, ks. Stefan Kowalczyk ps. “Biblia” wysłał go właśnie tam. Ks. Józef w pełni zaangażował się w pracę wśród żołnierzy, chociaż wcześniej nie należał do struktur konspiracyjnego duszpasterstwa. Nie rozstawał się ze stułą ani z sutanną, otwarcie pokazując, że jest osobą duchowną. I to rozwścieczyło Niemców, którzy “wyłowili” go z szeregu.

    To było w końcu września, kiedy powstanie na Czerniakowie już padło. Oprawcy, którzy wpadli na Czerniaków nie mogli znieść zachowania ks. Stanka. Znane są relacje bezpośrednich świadków tamtych chwil. Jeden z esesmanów krzyczał do księdza: jesteś najgorszy ze wszystkich, już wolę Polaków i Żydów, jesteś diabłem.

    Ks. Stanek, który znał niemiecki, próbował negocjować z esesmanami, żeby zachowywali się godnie wobec ludności cywilnej. Trafił jednak na najgorszych oprawców Powstania czyli esesmanów z oddziałów Oskara Dirlewangera.

    Najpierw został brutalnie pobity w obecności grupy zatrzymanych cywili a następnie powieszony na stule… Świadkiem jego śmierci był ks. mjr Józef Warszawski ps. “Paweł”, który stał w mundurze wojskowym. Opisał później to zdarzenie i, jak wyznaje, zastanawiał się, dlaczego ominął go podobny los. Niemcy wiedzieli, że jest księdzem, no ale nie “kłuł” ich w oczy sutanną… “Paweł” był zresztą znakomitym kapelanem w “Zośce” i “Parasolu”, niósł otuchę walczącym harcerzom, wspomina o nim Kamiński w “Kamieniach na szaniec”. Zmarł w 1997 r.

    Zarówno ks. Stanek jak i o. Czartoryski znaleźli się w gronie 108 męczenników II wojny światowej beatyfikowanych przez Jana Pawła II w Warszawie w 1999 r.

    Duszpasterstwo pod ostrzałem

    Mimo nadzwyczajnych warunków posługi kapelanów w czasie Powstania, nie stosowali oni taryfy ulgowej ani wobec siebie, ani wobec wiernych. Kapelani bez przerwy byli przy walczących. Ich najważniejszym obowiązkiem było chowanie zmarłych, prowadzenie spisu poległych. Starannie wypełniali więc protokoły zgonów. Dla żołnierzy i ludności cywilnej odprawiali Msze św., organizowali wspólne modlitwy, spowiadali umierających, towarzyszyli im w ostatnich chwilach. Ponieważ mimo grozy toczyło się też normalne życie – chrzcili i błogosławili związki małżeńskie.

    Dowództwo AK wydało polecenie odprawiania jednolitych modlitw porannych i wieczornych. Rano “Ojcze nasz”, “Zdrowaś Mario”, “Wierzę w Boga”, wieczorem “Anioł Pański” i trzykrotnie “Wieczny odpoczynek”.

    Pragnąc zawierzyć walkę powstańców Najświętszej Maryi Pannie ks. Kowalczyk zorganizował modlitwę warszawiaków do Matki Bożej, która trwała od 15 sierpnia – uroczystości Wniebowzięcia do 26 sierpnia – uroczystości Matki Boskiej Częstochowskiej.

    Historycy Powstania odnotowali jeden przypadek kapelana, który – wbrew zasadom – włączył się do walki. Ks. Antoniemu Czajkowskiemu “puściły nerwy”, gdy na jego oczach postrzelił się i zaraz potem zmarł młody powstaniec. Szok był tak mocny, że kapelan przez dwa tygodnie walczył za pomocą własnoręcznie zdobytego mausera. Zastąpił rannego porucznika Bolesława Niemirowskiego “Leka”, ale wrócił do swej posługi po dłuższych perswazjach ks. Kowalczyka.

    Prof. Norman Davies podkreśla, że to posługa kapelanów zhumanizowała walkę, dzięki księżom nie dochodziło do samosądów, a jeńcy niemieccy byli traktowani zgodnie z Konwencją Genewską. W szpitalach polowych ranni okupanci byli traktowani tak samo jak Polacy – operacje i zabiegi były wykonywane w zależności od stanu pacjenta, wszyscy zaś otrzymywali te same racje żywnościowe.

    Ale przede wszystkim obecność księży dawała siłę do przyjęcia śmierci, gdy średnio co dwie minuty ktoś ginął, a groby były rozsiane po całym mieście. Brytyjski historyk uważa, że katolicki rytuał śmierci i pogrzebu miał w tych warunkach ogromne znaczenie.

    Śmierć kapelana naczelnego

    Ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. “Budwicz” w chwili wybuchu Powstania znajdował się w mieszkaniu na ul. Elektoralnej. Nie uczestniczył w przedpołudniowej odprawie u ks. “Biblii”, zresztą jego miejsce było przy Komendzie Głównej, skąd czekał na polecenia. Przez pierwsze dni kontakt z dowództwem był bardzo sporadyczny. Komenda Główna w tym czasie była odcięta od pozostałych oddziałów i po kilku dniach musiała się ewakuować z Woli na Stare Miasto. Czekając na rozkazy, które nie nadchodziły, ks. “Budwicz” urządził prowizoryczną kaplicę w domu przy Elektoralnej, gdzie okoliczni mieszkańcy zbierali się na modlitwie.

    Kapelan naczelny nie marnował czasu spowiadając tych, którzy do niego przychodzili, udzielając ostatniego namaszczenia i umacniając na duchu ludność cywilną. 7 sierpnia, gdy Niemcy zajęli już całą Wolę, ks. Jachimowski otrzymał polecenie, by opuścić swoje dotychczasowe miejsce postoju i dołączyć do oddziałów powstańczych koncentrujących się wokół gmachów Sądów Grodzkich na Lesznie. Zwlekał jednak, spowiadając ludzi. Akurat udzielał rozgrzeszenia, gdy do zaimprowizowanej kaplicy wtargnęli niemieccy żołnierze. Jeden z nich wycelował w niego karabin, gdy sekretarka kapelana “Mira” zaczęła błagać innego żołnierza, obserwującego scenę ze współczuciem, aby ocalił księdza. Przekonywała go, że to kapłan, który ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Żołnierz, widocznie katolik, powiedział coś do kolegi trzymającego wycelowany karabin, podszedł do “Budwicza” i sprawdził, czy rzeczywiście ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Następnie kazał, aby kapelan dołączył do grupy cywili, którzy zostali pognani przez miasto.

    W drodze ks. Jachimowskiemu udało się zostawić w Najświętszy Sakrament w kościele św. Andrzeja na Chłodnej. Kilka godzin później Niemcy dołączyli go do grupy mężczyzn pędzonych na rampę kolejową na Woli. Na noc grupa Polaków została zamknięta w kościele św. Wojciecha. Rano, gdy Niemcy prowadzili ich do transportów, jeden z konwojentów zobaczywszy w grupie księdza wyciągnął go z szeregów i zabił strzałem z pistoletu.

    Opiekę duszpasterską nad powstańczą Warszawą organizował ks. “Biblia”, pełniąc de facto obowiązki kapelana naczelnego AK. Po kapitulacji, gdy ks. ppłk. Kowalczyk poszedł do niewoli wraz z innymi żołnierzami Powstania, kapelanem naczelnym został ks. płk. Jerzy Sienkiewicz, ps. “Gruzenda”, pełniący wcześniej funkcję zastępcy kapelana naczelnego.

    Karabin i sutanna

    Sekretarz kapelana naczelnego AK ks. Antoni Czajkowski, ps. “Badur” w godzinie “W” spowiadał młode sanitariuszki z Wyższej Szkoły Pielęgniarek. Miał przydział do oddziałów koncentrujących się w gmachu Sądów Grodzkich na Lesznie. Po wyspowiadaniu dziewcząt udał się w kierunku wyznaczonych jednostek. Po drodze, w Alejach Jerozolimskich, zatrzymali go jednak akowcy ppor. Bolesława Niewiarowskiego, ps. “Lek”. Kiedy zobaczyli, że mają przed sobą księdza, poprosili, aby został ich kapelanem. Zaczęli rozmawiać, a jeden z młodych żołnierzy – ps. “Rola” – pochwalił się swoim pistoletem. Broń okazała się niezabezpieczona i wypaliła. Powstaniec ciężko ranny upadł na ziemię w kałuży krwi. Wypadek tak wstrząsnął ks. “Badurem”, że postanowił zostać z oddziałem “Leka” i zastąpić tragicznie postrzelonego powstańca. Poprosił dowódcę o przyjęcie do jednostki i przyjął pseudonim żołnierski “Rola II” dla upamiętnienia postrzelonego chłopca.

    Ks. Czajkowski brał udział w zdobyciu kolejnych kamienic w Alejach Jerozolimskich i silnie bronionego gmachu Zarządu Wodociągów i Kanalizacji na placu Starynkiewicza. W walkach wyróżniał się odwagą i pomysłowością. Ranny w jednej z akcji ppor. “Lek” mianował go swoim zastępcą. Po dwóch tygodniach Powstania, gdy do oddziału zgłaszali się nowi ochotnicy, ks. “Badur” postanowił powrócić do swoich pierwotnych zadań, nadal bowiem odczuwalny był brak kapelanów. Po zgłoszeniu się do ks. płk. “Biblii”, ks. Czajkowski otrzymał przydział jako kapelan Zgrupowania “Chrobry II”`, a więc oddziałów, z którymi walczył do tej pory. Towarzyszył im aż do kapitulacji.

    Chrystus z ciężko rannymi

    W sierpniu trwały zażarte walki na Starówce. W tych dniach zarówno powstańcy, jak i ludność cywilna szukali pociechy i wsparcia u Matki Bożej Łaskawej oraz przy trumnie św. Andrzeja Boboli w kościele jezuitów na Świętojańskiej, a także przed cudownym krucyfiksem w katedrze. 17 września, ks. Wacław Karłowicz, ps. Andrzej Bobola, był wśród rannych przy ul. Długiej, gdy ktoś przybiegł do niego z wiadomością, że pali się katedra. Ks. Karłowicz, kustosz kościoła, poszedł tam natychmiast. Katedra rzeczywiście była w płomieniach, paliły się posągi królów polskich i stalle, ogień ogarniał ołtarz. Ks. Karłowicz chwilę zastanawiał się co zrobić, postanowił uratować przed zniszczeniem przynajmniej cudowny krucyfiks. Udało mu się jednak zdjąć z krzyża tylko figurę Chrystusa i wynieść ją na zewnątrz.

    Po bombardowaniu ludzie spontanicznie utworzyli procesję, w której wśród ruin Starówki przenieśli figurę Jezusa do klasztoru sakramentek. Wielu cierpiących miało poczucie, że Bóg dzieli ich los i razem z nimi przemierza staromiejską Drogę Krzyżową. Po zniszczeniu klasztoru czyjeś troskliwe ręce przeniosły Jezusa z katedry do podziemi kościoła dominikanów na Freta. Tam zupełnie nieoczekiwanie natknął się na Niego ks. “Czesław” – Henryk Cebulski podczas spowiadania i namaszczania rannych. Obok spoczywających na posadzce ciężko rannych ludzi leżała też okryta płaszczem figura Chrystusa.

    Błogosławieni i oczekujący na beatyfikację

    Postaci pallotyna, ks. Józefa Stanka SAC i dominikanina, o. Michała Czartoryskiego OP są szerzej znane opinii publicznej, gdyż zostali wyniesieni na ołtarze przez Jana Pawła II w 1999 r. w grupie 108 męczenników II wojny światowej. Obaj zakonnicy rozpoczęli posługę kapelanów w sposób nieplanowany – wybuch Powstania zaskoczył ich, zostali mianowani kapelanami „w biegu”, ks. Stanek posługiwał na Czerniakowie, o. Czartoryski na Powiślu.

    Kandydatem na ołtarze jest natomiast jezuita, o. Władysław Wiącek. Niemcy wtargnęli do klasztoru jezuitów przy ul. Rakowieckiej już 2 sierpnia. Uwięzili zakonników wraz z grupą świeckich, szukających w klasztorze bezpieczeństwa. Oprawcy wzywali ich pojedynczo i po rewizji kierowali do pokoju organisty, do którego wrzucali granaty. Była to systematycznie przeprowadzana egzekucja.

    Kilku osobom udało się zbiec i to one zaświadczyły, jak upłynęły ostatnie godziny życia zakonników i świeckich. Na śmierć przygotował ich o. Wiącek. To on zainicjował modlitwy, żegnał osoby, wywoływane na egzekucję. Zgromadzeni odmawiali Koronkę do Miłosierdzia, „Pod Twoją obronę”, zakonnik zachęcał do spowiedzi, gdyż “za chwilę każdy znajdzie się z Panem Jezusem, a księży jest dość”. Tak też się stało, wierni się spowiadali, o. Aleksander Kisiel uspakajał dziesięcioletniego ministranta, żeby się nie bał i był tylko gotów. Inny jezuita, o. Madaliński, udzielił zebranym odpustu zupełnego w obliczu śmierci, co było stałą praktyką w czasie Powstania Warszawskiego.

    „Dzięki opiece duchowej ojców zakonników, wszystkie ofiary tego wydarzenia odeszły do Pana rozgrzeszone” – stwierdza Marcelina Koprowska w książce “Życie religijne podczas Powstania Warszawskiego” (Instytut Dziedzictwa i Myśli Narodowej, Nerton, Warszawa 2022). Są nieformalnymi męczennikami, zaś duchowy przewodnik ich ostatnich godzin życia, o. Władysław Wiącek, zostanie w przyszłości wyniesiony na ołtarze – przewiduje autorka.

    Nie bójcie się śmierci…

    Kapelani starali się tłumaczyć powstańcom, że śmierć nie jest końcem. Bardzo powszechne było zbiorowe rozgrzeszenie “in articulo mortis” czyli “w obliczu śmierci”, udzielane po spowiedzi powszechnej. Czyli: jeśli nie przeżyjesz to masz odpuszczenie grzechów, a jeśli powrócisz po walce, to przed przyjęciem komunii św. musisz się z nich wyspowiadać. Bardzo rygorystycznie przestrzegano też zasady, że duszpasterz ma pozostać duszpasterzem i nie może biegać z bronią. On jest od tego, by pilnować spraw duchowych.

    Na jednym z filmów zrealizowanych przez Muzeum Powstania Warszawskiego jest scena z Mszy św. odprawianej przez bp. Stanisława Adamskiego – biskupa katowickiego, który został stamtąd wysiedlony bo nie podpisał volkslisty i w czasie okupacji przebywał w Warszawie. Na podstawie ruchu jego udało się odtworzyć fragmenty kazania, prawdopodobnie z 15 sierpnia, wielkiego święta Maryjnego, kiedy to, podobnie jak 26 sierpnia powstańcy masowo uczestniczyli w mszach i spowiadali się.

    Wlewanie otuchy i ukazywanie powstańczego “tu i teraz” w perspektywie metafizycznej było lejtmotywem warszawskiej homiletyki tamtych dni. Starano się odnaleźć i ukazać jakiś sens tego, co wokół się dzieje; że to, co nas tu spotyka jest częścią jakiegoś Bożego planu i że śmierć nie jest końcem. Powtarzano: nie bójcie się śmierci, bo w kontekście chrześcijańskim śmierć jest początkiem.

    Agata Kowalska/Tygodnik Niedziela

    ***

    Tu cię wezwałem”. Sto lat temu Faustyna Kowalska wstąpiła do zakonu

    W piwnicach domu generalnego,  po których chodziła siostra Faustyna,  jest dzisiaj urządzona wystawa. Siostra Jolanta Pietrasińska pokazuje wykonane  w 1935 r. zdjęcie Faustyny  z rodziną.

    W piwnicach domu generalnego, po których chodziła siostra Faustyna, jest dzisiaj urządzona wystawa. Siostra Jolanta Pietrasińska pokazuje wykonane w 1935 r. zdjęcie Faustyny z rodziną.
    fot. Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Prawie wszystko wygląda tu inaczej niż sto lat temu, gdy Helena zapytała: „Panie domu tego, czy mnie przyjmujesz?”.

    Wyjątkowe miejsce na mapie Polski znajduje się przy ul. Żytniej 3/9 w Warszawie. To dom generalny sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Tutaj sto lat temu, 1 sierpnia 1925 r., młoda Helena Kowalska – przyszła siostra Faustyna – wstąpiła do zgromadzenia.

    Siostry z innych zgromadzeń, do których wcześniej pukała z prośbą o przyjęcie, odprawiały ją z kwitkiem. Widziały w niej tylko prostą dziewczynę bez posagu, która skończyła zaledwie trzy klasy szkoły podstawowej. Takie kandydatki rzadko wtedy przyjmowano. Ewa Czaczkowska, autorka biografii Faustyny, przytacza anegdotę, według której siostry z innego zgromadzenia, których klasztor stoi niedaleko ulicy Żytniej, do dzisiaj „z żalem mówią, że nie rozpoznały w Helenie przyszłej świętej”.

    Pan domu tego

    Odwiedziliśmy dom generalny zgromadzenia, które przyjęło Helenę. Dziewczyna przyszła tu po raz pierwszy latem 1924 roku. – Siostry miały wtedy rekreację. Matka generalna posłała jedną z nich, żeby porozmawiała z Heleną. Siostra zobaczyła skromnie ubraną dziewczynę i po chwili rozmowy zdała relację matce generalnej, że… nic specjalnego. Przełożona domu, matka Michaela Moraczewska, też wyraziła chęć porozmawiania z dziewczyną, a matka generalna dała jej pozwolenie – mówi s. Jolanta Pietrasińska, która nas oprowadza.

    Świetnie wykształcona, znająca kilka języków matka Michaela była, jak później napisała siostra Faustyna, „przesiąknięta światłem Bożym i bardzo miłująca Boga”. Jej jednak Helena też nie zachwyciła. Pomyślała: „To nie dla nas”. Chciała ją zaraz odesłać, ale stwierdziła: „Będzie więcej zgodne z miłością bliźniego zadać tej dziewczynie kilka pobieżnych pytań i dopiero potem ją pożegnać”. W trakcie tej krótkiej rozmowy zwróciła uwagę, że kandydatka jest szczera, rozsądna, ma miły uśmiech. – Zauważyła, że bardzo zyskuje w bezpośrednim kontakcie. Kazała więc jej iść do Pana domu i zapytać, czy ją przyjmuje. Helena zaraz poszła do kaplicy – mówi s. Jolanta.

    Helena zapytała tam: „Panie domu tego, czy mnie przyjmujesz?”. „I zaraz usłyszałam głos taki: »Przyjmuję, jesteś w sercu moim«” – zapisała w swoim „Dzienniczku”.

    Kaplica, w której Faustyna wtedy i wiele razy później rozmawiała z Jezusem, do dzisiaj istnieje. Została uszkodzona w czasie powstania warszawskiego, ale odbudowano ją. Każdy może tam wejść i pomodlić się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem, bo dzisiaj to sanktuarium i kościół parafialny Miłosierdzia Bożego i św. Faustyny. Świątynia jest słabo widoczna z ulicy – trzeba wejść w bramę przy ul. Żytniej 1.

    Gdy Helena wróciła z kaplicy, matka Michaela zapytała: „No, czy Pan przyjął cię?”. – Dziewczyna odpowiedziała, że tak, a na to matka: „Jeżeli Pan przyjął, to i ja przyjmuję”. Umówiły się, że jeszcze przez rok Helena pozostanie poza zgromadzeniem i zbierze pieniądze chociaż na skromną wyprawkę, czyli na podstawowe rzeczy osobiste, potrzebne w klasztorze – relacjonuje s. Jolanta.

    Mury ją pamiętają

    1 sierpnia 1925 r. Helena została przyjęta. Czuła się szczęśliwa. Po kilku tygodniach uznała jednak, że tu jest za mało czasu na modlitwę. – Jesteśmy zgromadzeniem apostolskim, więc postanowiła przejść do innego, kontemplacyjnego. Zobaczyła wtedy na firance w celi oblicze Pana Jezusa Cierpiącego. Zapytała: „Jezu, kto Ci taką boleść wyrządził?”. Odpowiedział: „Ty mi wyrządzisz taką boleść, jeżeli wystąpisz z tego zakonu. Tu cię wezwałem, a nie gdzie indziej, i przygotowałem wiele łask dla ciebie” – mówi s. Jolanta.

    Cela, o której napisała w „Dzienniczku” Faustyna, to po prostu miejsce w pokoju, oddzielone od innych sióstr parawanami. – Każda z sióstr miała tam żelazne łóżko, szafkę, miednicę i dzbanek. Jeszcze kiedy ja wstępowałam do zgromadzenia, tak to wyglądało – wspomina s. Jolanta.

    Nie wiadomo, w której części gmachu to się wydarzyło. Dom generalny został spalony przez Niemców w czasie powstania warszawskiego i wygląda dziś zupełnie inaczej niż przed stu laty. Są jednak takie części klasztoru, które pamiętają Faustynę. Należą do nich piwnice – dziś jest w nich urządzona wystawa o świętej i o historii zgromadzenia. Oryginalny fragment ściany, sięgający pierwszego piętra, został też wyeksponowany od strony ulicy Żytniej. W przeciwieństwie do wzniesionej na nowo dalszej części muru, pozostaje nieotynkowany.

    Jezus daje obietnice

    Faustyna wyjeżdżała do pracy w klasztorach w innych miastach, ale kilka razy wracała do Warszawy. – To tutaj złożyła swoje życie w ofierze za nawrócenie grzeszników. Pan Bóg dał jej poznać, że jeśli tej ofiary nie podejmie, wcale nie cofnie od niej swoich łask. Priorytetem dla Faustyny było jednak pełnienie woli Bożej, więc się ofiarowała – mówi siostra Jolanta. Faustyna brała czasem na siebie pokusy innych ludzi – np. pokusę popełnienia samobójstwa, którą odczuwała jedna z wychowanek w Warszawie.

    – To tutaj Faustyna miała też wizję Matki Bożej, która powiedziała jej: „Ja dałam Zbawiciela światu, a ty masz mówić światu o Jego wielkim miłosierdziu i przygotować świat na powtórne przyjście Jego, który przyjdzie nie jako miłosierny Zbawiciel, ale jako Sędzia sprawiedliwy. O, on dzień jest straszny. Postanowiony jest dzień sprawiedliwości, dzień gniewu Bożego, drżą przed nim aniołowie. Mów duszom o tym wielkim miłosierdziu, póki czas zmiłowania” – relacjonuje siostra Jolanta. – To jest orędzie na czasy ostateczne, dane nie po to, żeby nas straszyć, tylko żeby nas obudzić. Faustyna zobaczyła piekło i opisała je z rozkazu Bożego; stwierdziła m.in., że najwięcej jest tam takich, którzy nie wierzyli, że piekło istnieje… Była też w czyśćcu i w niebie. Tu chodzi o wieczność, czyli o rzeczywistość, która się już nie zmieni – podkreśla.

    Mówi także o szczególnych obietnicach, które Jezus związał z formami kultu Bożego Miłosierdzia przekazanymi przez s. Faustynę. Odnoszą się one do czci obrazu Jezusa Miłosiernego, koronki, modlitwy w Godzinie Miłosierdzia, do obchodzenia święta Miłosierdzia, a także do szerzenia czci Bożego Miłosierdzia. Szczegółowe informacje na ten temat można znaleźć na stronie zgromadzenia: faustyna.pl.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – sierpień 2025

    ***

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons


    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne

    fot. Depositphotos/Deon.pl

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***

    31 sierpnia

    Błogosławiony Piotr Tarrés y Claret, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Józef z Arymatei
      •  Święty Nikodem
      •  Święty Arystydes Marcjanus, męczennik
      •  Święty Jan z Riły, pustelnik
      •  Święty Rajmund Nonnat, kardynał
    Błogosławiony Piotr Tarrés y Claret

    Piotr urodził się 30 maja 1905 r. w Manresie (nieopodal Barcelony), w rodzinie robotniczej. Całe wykształcenie zdobył dzięki stypendiom za bardzo dobre wyniki w nauce. W 1921 r. rozpoczął studia medyczne na uniwersytecie w Barcelonie. Egzaminy zdawał z wyróżnieniem; w wieku 23 lat otrzymał dyplom lekarza. Bardzo lubił swoją pracę.
    Jeszcze jako uczeń gimnazjum wstąpił do Federacji Młodzieży Chrześcijańskiej. Był gorliwym apostołem młodzieży i cenionym publicystą. Mimo wielu obowiązków lekarskich zawsze znajdował czas na spotkania lokalnych grup stowarzyszenia w całej Katalonii.
    Wybuch wojny domowej w Hiszpanii w 1936 r. zastał go na rekolekcjach w sanktuarium w Montserrat. Przez ponad rok Piotr musiał ukrywać się w różnych domach w Barcelonie. Przez ten czas dużo się modlił, czytał i pisał. Stopniowo odkrywał też swe powołanie kapłańskie.
    Pod koniec 1938 r. został powołany do Armii Republikańskiej. Jeszcze podczas wojny potajemnie przygotowywał się do kapłaństwa, studiując łacinę i filozofię. Po zakończeniu konfliktu powrócił do pracy jako lekarz, angażując się jednocześnie w działalność Akcji Katolickiej i kontynuując studia w seminarium duchownym w Barcelonie. W przeddzień święceń pisał: “Mam tylko jeden cel, Panie – być świętym kapłanem, nieważne, za jaką cenę!” Sakrament kapłaństwa otrzymał 30 maja 1942 r. w Barcelonie.
    Pracował krótko w jednej z parafii w Barcelonie, a w 1943 r. rozpoczął studia na uniwersytecie w Salamance, uwieńczone w 1944 r. licencjatem z teologii. Po powrocie do Barcelony rozwinął ożywioną działalność duszpasterską. Był odpowiedzialnym za działalność charytatywną w diecezji, ojcem duchownym w seminarium, profesorem w katolickiej szkole nauk społecznych i kapelanem w szpitalu dla prostytutek. Żył bardzo skromnie. Żywo interesował się kwestiami społecznymi i duszpasterstwem robotników. Odwiedzał rodziny w ubogich dzielnicach miasta i opiekował się chorymi na gruźlicę. Z myślą o nich założył specjalistyczną klinikę.
    W wieku 45 lat zachorował na raka. Wielkie cierpienia ofiarował Bogu w intencji uświęcenia duchowieństwa. Zmarł w założonej przez siebie klinice w Barcelonie 31 sierpnia 1950 r. Beatyfikował go papież św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w Loreto 5 września 2004 r.opracowano na podstawie L’Osservatore Romano

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    30 sierpnia

    Przebicie serca św. Teresy od Jezusa,
    dziewicy i doktora Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata Ward, męczennica
      •  Święci Gwaryn i Amadeusz, biskupi
      •  Święty Juniper Serra, prezbiter
      •  Błogosławiony Ghebre Michał, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Alfred Ildefons Schuster, biskup
      •  Rebeka, żona Izaaka
    Bernini: Ekstaza św. Teresy

    Święta Teresa od Jezusa, odnowicielka Karmelu, w Księdze Życia wspomina wydarzenie, które miało miejsce w klasztorze w Avili w 1560 r. Na prośbę jej duchowych synów i córek papież Benedykt XIII w 1726 roku zgodził się na ustanowienie specjalnego święta przebicia serca świętej Matki Teresy, które zakony karmelitańskie obchodzą 30 sierpnia.Widziałam anioła, stojącego tuż przy mnie z lewego boku, w postaci cielesnej (…). Nie był wysokiego wzrostu, raczej mały, a bardzo piękny. Z twarzy jego płonącej niebieskim zapałem znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów, całkiem jakby w ogień przemienionych. Musiał być z rzędu tych, których nazywają cherubinami (…). Ujrzałam w ręku tego anioła długą, złotą włócznię, a grot jej żelazny u samego końca był jakby z ognia. Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Tak wielki był ból tego przebicia, że wyrywał mi z piersi te jęki, o których wyżej wspomniałam. Ale taką zarazem przewyższającą wszelki wyraz słodycz sprawia mi to niewypowiedziane męczeństwo, że najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu. Nie jest to ból cielesny, ale duchowy, chociaż i ciało niejaki, owszem, nawet znaczny ma w nim udział. Taka mu towarzyszy słodka, między Bogiem a duszą, wymiana oznak miłości, że opisać jej nie zdołam, tylko Boga proszę, aby w dobroci swojej dał zakosztować jej każdemu, kto by mnie nie wierzył (Księga Życia, rozdz. 29, 13).Serce św. Teresy, wyjęte po śmierci z jej ciała i umieszczone w specjalnym relikwiarzu, znajduje się w klasztorze mniszek w Alba de Tormes.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    29 sierpnia

    Męczeństwo św. Jana Chrzciciela

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Beatrycze z Nazaretu, dziewica
      •  Błogosławiona Teresa Bracco, dziewica i męczennica
      •  Święta Eufrazja od Najświętszego Serca Jezusa, zakonnica
      •  Błogosławiony Dominik Jędrzejewski, prezbiter i męczennik
    Męczeństwo św. Jana Chrzciciela

    Jan Chrzciciel był jedynym synem kapłana Zachariasza i Elżbiety, krewnej Najświętszej Maryi Panny. Jego cudowne narodzenie i posłannictwo zwiastował Anioł Gabriel Zachariaszowi, kiedy ten sprawował w świątyni swe funkcje kapłańskie. Jan urodził się sześć miesięcy przed narodzeniem Chrystusa.
    Bardzo wcześnie, może już w dzieciństwie, Jan udał się na pustynię. W piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza rozpoczął swą misję poprzednika i zwiastuna Zbawiciela. Czynił to na pustkowiu, nad Jordanem, w Betanii, później w Ainon niedaleko Salim. Zjawienie się Jana i jego wystąpienia odbijały się szerokim echem po Palestynie i okolicznych krajach. Sprawiła to wiadomość, że oczekiwany Zbawiciel już pojawił się na ziemi. Jan prowadził pokutniczy i pustelniczy tryb życia. Chrzcił wodą ciągnące do niego tłumy. Ochrzcił również Jezusa.

    Głowa św. Jana Chrzciciela

    Zainteresował się nim także władca Galilei, Herod II Antypas. Być może sam Jan udał się do niego, by rzucić mu w oczy: “Nie wolno ci mieć żony twego brata”. Rozgniewany władca nakazał go aresztować i osadzić w twierdzy Macheront. W czasie uczty urodzinowej pijany król pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, o cokolwiek poprosi. Ta po naradzie z matką zażądała głowy Jana Chrzciciela. Zginął on ścięty mieczem. Był ostatnim prorokiem Starego Testamentu.Jan Chrzciciel jest jedynym świętym, którego Kościół czci w ciągu roku dwukrotnie: 24 czerwca – w uroczystość jego narodzenia, i 29 sierpnia – we wspomnienie jego męczeńskiej śmierci.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Męczeństwo św. Jana Chrzciciela

    Artemisia Gentileschi, Salome z głową Jana Chrzciciela fot.Wikimedia commons / Domena Publiczna/Stacja7.pl

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 29.08.2012

    Drodzy Bracia i Siostry!

    W tę ostatnią środę sierpnia przypada liturgiczne wspomnienie męczeństwa św. Jana Chrzciciela, poprzednika Jezusa. Jest to jedyny święty, w którego przypadku w kalendarzu rzymskim obchodzone jest zarówno narodzenie, 24 czerwca, jak i męczeńska śmierć. Dzisiejsze wspomnienie związane jest z poświęceniem krypty w Sebaste w Samarii, gdzie już od połowy IV w. otaczano czcią jego głowę. Kult rozprzestrzenił się później w Jerozolimie, w Kościołach wschodnich i w Rzymie, pod nazwą: Ścięcie św. Jana Chrzciciela. W Martyrologium Rzymskim mówi się o drugim odnalezieniu cennej relikwii, przeniesionej wówczas do kościoła św. Sylwestra na Polu Marsowym w Rzymie.

    Te wzmianki historyczne pozwalają nam zrozumieć, jak dawne i głębokie jest nabożeństwo do św. Jana Chrzciciela. W Ewangeliach dobrze ukazana jest jego rola w odniesieniu do Jezusa. W szczególności św. Łukasz opowiada o jego narodzinach, życiu na pustyni, przepowiadaniu, a św. Marek w dzisiejszej Ewangelii mówi o jego dramatycznej śmierci. Jan Chrzciciel rozpoczyna swoje głoszenie za czasów cesarza Tyberiusza, w 27-28 r. po Chrystusie, i w wyraźny sposób wzywa ludzi, którzy przybywali, by go słuchać, do przygotowywania drogi na przyjęcie Pana, do prostowania krzywych ścieżek własnego życia poprzez radykalne nawrócenie serca (por. Łk 3, 4). Chrzciciel nie ogranicza się jednak do głoszenia pokuty, ale uznając, że Jezus jest «Barankiem Bożym», który przyszedł, by zgładzić grzech świata (por. J 1, 29), z głęboką ufnością wskazuje na Jezusa jako na prawdziwego wysłannika Boga, usuwając się w cień, aby Chrystus mógł wzrastać, być słuchany i naśladowany. Przelanie własnej krwi na świadectwo wierności przykazaniom Bożym, jest ostatnim aktem Chrzciciela, który nie ugiął się i niczego nie wyparł, wypełniając do końca swoją misję. Św. Beda, mnich z IX w., tak mówi w swoich Homiliach: «Św. Jan za [Chrystusa] oddał swoje życie, choć nie kazano mu wyprzeć się Jezusa Chrystusa, kazano mu tylko przemilczeć prawdę» (por. Hom. 23: CCL 122, 354). Nie przemilczał prawdy i umarł za Chrystusa, który jest Prawdą. Właśnie z miłości do prawdy nie poszedł na kompromis i nie lękał się upominać w ostrych słowach tych, którzy zagubili Bożą drogę.

    Patrzymy na tę postać, tę gorącą pasję, która opiera się możnym. Pytamy: skąd bierze się to życie, ta wielka siła wewnętrzna, tak prawa, tak konsekwentna, tak całkowicie oddana Bogu i przygotowaniu drogi Jezusowi? Odpowiedź jest prosta: z więzi z Bogiem, z modlitwy, która jest nicią przewodnią całej jego egzystencji. Jan jest darem Bożym, o który długo prosili jego rodzice, Zachariasz i Elżbieta (por. Łk 1, 13); wielkim darem, na który po ludzku nie mogli mieć nadziei, ponieważ oboje byli w podeszłym wieku, a Elżbieta była bezpłodna (por. Łk 1, 7); «dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego» (Łk 1, 36). Zapowiedź tych narodzin nastąpiła właśnie w miejscu modlitwy, w świątyni jerozolimskiej, i to wręcz w momencie, gdy Zachariasza spotkał wielki przywilej, by wejść do przybytku w świątyni i złożyć Panu ofiarę kadzenia (por. Łk 1, 8-20). Również narodzinom Chrzciciela towarzyszy modlitwa: pieśń radości, uwielbienia i dziękczynienia, którą Zachariasz wznosi do Pana i którą odmawiamy codziennie rano w Jutrzni, «Benedictus», uwydatnia działanie Boga w historii i profetycznie wskazuje misję jego syna Jana: poprzedza on Syna Bożego — który stał się ciałem — by Mu przygotować drogi (por. Łk 1, 67-79). Całe życie Poprzednika Jezusa ożywia więź z Bogiem, w szczególności okres spędzony na pustkowiu (por. Łk 1, 80); pustkowie jest miejscem kuszenia, ale też miejscem, gdzie człowiek odczuwa swoje ubóstwo, bo jest pozbawiony oparcia i bezpieczeństwa materialnego, i rozumie, że jedynym trwałym punktem odniesienia jest sam Bóg. Jednakże Jan Chrzciciel nie jest tylko człowiekiem modlitwy, utrzymującym stały kontakt z Bogiem, ale również przewodnikiem w tej relacji. Ewangelista Łukasz, przytaczając modlitwę, której Jezus uczy swoich uczniów, Ojcze nasz, odnotowuje, że uczniowie wyrażają swoją prośbę następującymi słowami: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów» (Łk 11, 1).

    Drodzy bracia i siostry, obchody męczeństwa św. Jana Chrzciciela przypominają również nam, współczesnym chrześcijanom, że nie jest możliwy kompromis z miłością do Chrystusa, do Jego słowa, do Prawdy. Prawda jest Prawdą, nie ma kompromisu. Życie chrześcijańskie wymaga, że tak powiem, «męczeństwa» codziennej wierności Ewangelii, a więc odwagi, potrzebnej, by pozwolić Chrystusowi, by wzrastał w nas i nadawał kierunek naszym myślom i uczynkom. Może to nastąpić w naszym życiu tylko wtedy, kiedy więź z Bogiem jest mocna. Modlitwa nie jest czasem straconym, nie jest odbieraniem czasu działaniu, nawet apostolskiemu, a wręcz przeciwnie: tylko wtedy, gdy potrafimy pielęgnować życie modlitwy wiernej, stałej i ufnej, Bóg da nam zdolności i siłę, by żyć w sposób szczęśliwy i pogodny, pokonywać trudności i z odwagą dawać Mu świadectwo. Niech św. Jan Chrzciciel wstawia się za nami, abyśmy potrafili zawsze dawać pierwszeństwo Bogu w naszym życiu. Dziękuję.

    po polsku:

    Witam obecnych tu Polaków. Moi drodzy, męczeństwo św. Jana Chrzciciela, które dziś wspominamy, uświadamia nam, że wiara budowana na więzi z Bogiem uzdolnia człowieka do dochowania wierności dobru i prawdzie nawet za cenę wyrzeczenia i ofiary. Jak Jan trwajmy przy Bogu na modlitwie, aby kompromis ze złem i kłamstwem tego świata nie fałszował naszego życia. Niech Bóg wam błogosławi!

    Służba Kościołowi przy ołtarzu

    Na zakończenie audiencji generalnej 29 sierpnia Papież udał się na dziedziniec Pałacu Apostolskiego, gdzie krótko przemówił do oczekującej go grupy 2600 ministrantów, przybyłych z Francji w krajowej pielgrzymce.

    Drodzy Bracia i Siostry, witam serdecznie was, drodzy ministranci, przybyli z Francji w krajowej pielgrzymce do Rzymu, a także bpa Bretona, innych obecnych tu biskupów i osoby towarzyszące tej wielkiej grupie. Drodzy młodzi, służba, którą wiernie pełnicie, pozwala wam przebywać szczególnie blisko Chrystusa w Eucharystii. Przypadł wam w udziale niezwykły przywilej, jakim jest być blisko ołtarza, blisko Pana. Bądźcie świadomi, że ta służba jest ważna dla Kościoła i dla was. Niech to będzie dla was okazją do pogłębienia przyjaźni, osobistej relacji z Jezusem. Nie bójcie się dzielić z entuzjazmem radością, którą wam daje Jego obecność. Niech całe wasze życie opromienia szczęście, którym napełnia was bliskość Pana Jezusa! I jeśli pewnego dnia usłyszycie Jego głos, wzywający was, byście poszli za Nim drogą kapłaństwa lub życia zakonnego, odpowiedzcie z wielkodusznością! Życzę wam wszystkim udanej pielgrzymki do grobów Apostołów Piotra i Pawła! Dziękuję. Pomyślnej pielgrzymki! Niech Pan was błogosławi.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 9-10/2012

    ***

    28 sierpnia

    Święty Augustyn, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Maria od Krzyża (Joanna Jugan), zakonnica
      •  Błogosławiony Alfons Maria Mazurek, prezbiter i męczennik
      •  Ezechiasz, król
    Święty Augustyn z matką, św. Moniką

    Augustyn urodził się 13 listopada 354 r. w Tagaście (obok Suk Ahras w Algierii), w rodzinie urzędnika państwowego Patrycjusza. Matka Augustyna, św. Monika, pochodziła z rodziny o tradycji chrześcijańskiej i bardzo pragnęła, by jej syn przyjął chrzest. Pragnienie to spełniło się jednak dopiero po 33 latach. Na rozwoju Augustyna niewątpliwie zaciążył fakt, że ojciec i matka różnili się co do wiary i przekonań odnośnie do spraw decydujących o losach człowieka. Przez to Augustyn przez wiele lat pozostawał rozdarty między wpływem matki i ojca.
    Augustyn był najstarszy z rodzeństwa, po nim urodził się Nawigiusz. Nawrócił się on w tym samym czasie, co Augustyn, był też przy śmierci matki. Nawigiusz ożenił się i miał kilka córek, z których wszystkie poświęciły się Panu Bogu na służbę w jednym z klasztorów. Jedna z sióstr Augustyna wyszła za mąż, a po śmierci męża wstąpiła do klasztoru w Hipponie, gdzie została przełożoną. Gdy w roku 424 zmarła, Augustyn napisał dla tego klasztoru regułę. Na niektórych manuskryptach Augustyn podpisuje się jako Aureliusz. Był to zapewne jego przydomek, chociaż nie wiadomo, kiedy go sobie nadał.
    W wieku 16 lat musiał przerwać naukę z powodu braku pieniędzy, chociaż miał wielkie zdolności. Nauka szła mu łatwo; imponował kolegom niezwykłą pamięcią. Jednak pierwsze lata nauki Augustyn wspomina w swojej autobiografii – Wyznaniach – z niesmakiem. Miał bowiem nauczyciela, bijącego swoich uczniów bez miłosierdzia za najmniejsze przewinienia. Nie lubił matematyki, ale za to rozkoszował się w literaturze łacińskiej. Jego ulubionym autorem był Wergiliusz.
    Jako młodzieniec Augustyn żył swobodnie. Lubił zabawy, dobre jadło i picie. Chętnie uczęszczał do teatru, miał ciągoty do psot chłopięcych. Trudny okres dojrzewania, dużo wolnego czasu i pogańskie zwyczaje sprawiły, że po pierwszych studiach w Tagaście (do roku 366) i w Madurze (366-370) udał się na dalsze kształcenie do Kartaginy, metropolii Afryki Północnej, i tam związał się z kobietą. Z tego związku po pewnym czasie urodził się syn Adeodatus (z łac. “dany od Boga”). Augustyn żył z tą dziewczyną przez 15 lat. Igrzyska, cyrk, walki gladiatorów, teatr – to był jego ulubiony żywioł.

    Święty Augustyn

    Pod wpływem lektury klasyków rzymskich Augustyn wpadł w sceptycyzm racjonalistyczny. Zaczął szukać prawdy. Biblia wydawała mu się prostacka, bo jej łacińskie tłumaczenia były wówczas nie zawsze udane. Za problemami filozoficznymi poszły i wątpliwości religijne. W tym czasie wstąpił do sekty manichejskiej, do której wciągnął go tamtejszy biskup, imponując mu wymową i oczytaniem.
    W 374 roku Augustyn powrócił do Tagasty, gdzie otworzył własną szkołę gramatyki. Po dwóch latach zamknął ją jednak i udał się do Kartaginy, gdzie otworzył szkołę retoryki (376). Miał wtedy 22 lata. Po 7 latach udał się do Rzymu, gdzie także założył swoją szkołę (383). Tu dowiedział się, że w Mediolanie poszukują retora. Natychmiast tam się zgłosił (384). Mediolan był wówczas stolicą cesarstwa zachodnio-rzymskiego – pierwszym miastem Europy po Konstantynopolu. Oprócz prowadzenia szkoły Augustyn miał obowiązek wygłaszania mów podczas uroczystości państwowych w Mediolanie. Augustyn miał już 30 lat.
    W Mediolanie zetknął się ze św. Ambrożym, który był wówczas biskupem tego miasta. Augustyn zaczął słuchać jego kazań. Wielki biskup zaimponował mu wymową i głębią przekazywanej treści.
    Niedługo potem przyszło uderzenie łaski Bożej (386). Pewnego dnia Augustyn wziął do ręki Listy św. Pawła Apostoła. Przypadkowo otworzył fragment Listu do Rzymian: “Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i w wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa, i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13, 13-14).
    Jak pisze w swoich Wyznaniach, Augustyn poczuł nagle jakby strumień silnego światła w ciemnej nocy swojej duszy. Zrozumiał sens swojego życia, poczuł żal z powodu zmarnowanej przeszłości. Dotrwał jako nauczyciel retoryki do wakacji, następnie udał się w pobliże Mediolanu, do wioski Cassiciaco, i tam u przyjaciela Werekundusa spędzał czas na modlitwie i na rozmowach na tematy ewangeliczne. Rozczytywał się równocześnie w Piśmie świętym. Na początku Wielkiego Postu zgłosił się do św. Ambrożego jako katechumen i w Wielką Sobotę w nocy z 24 na 25 kwietnia 387 r. z rąk Ambrożego przyjął chrzest. Miał wówczas 33 lata. Wraz z nim przyjęli chrzest jego syn, Adeodatus, i przyjaciel, Alipiusz. Augustyn postanowił powrócić do Afryki, by nawracać współziomków i pozyskiwać ich dla Chrystusa. Tuż przed opuszczeniem Italii umarła w Ostii jego matka, św. Monika; wkrótce po dotarciu do Afryki zmarł także jego syn. Po przybyciu do Tagasty Augustyn rozdał swoją majętność pomiędzy ubogich i z przyjaciółmi – św. Alipiuszem i Ewodiuszem – zamieszkali razem, oddając się modlitwie, dyskusji na tematy religijne i studiom Pisma świętego.Więcej informacji o nawróceniu św. Augustyna – pod datą 24 kwietnia.

    Święty Augustyn

    W 391 r. Augustyn wraz z przyjaciółmi udał się do Hippony, gdzie postanowił założyć klasztor i tam spędzić resztę swego życia. Niebawem dał się poznać wszystkim jako człowiek bardzo pobożny. Dlatego, gdy biskup Waleriusz zwrócił się pewnego dnia do ludu, by mu wskazano kandydata na kapłana, gdyż potrzebował jego pomocy, wszyscy w katedrze zwrócili się do Augustyna, wołając: “Augustyn kapłanem!” Ten, zalany łzami, przyjął propozycję biskupa i ludu. Po przyjęciu święceń nie zmienił jednak trybu życia, ale nadal prowadził życie wspólne w klasztorze. Zaczął nawet przyjmować nowych kandydatów. W ten sposób powstało jakby seminarium, z którego wyszło wielu biskupów afrykańskich: św. Alipiusz, biskup Tagasty, bezpośredni przyjaciel Augustyna; Profuturus, biskup Syrty; Ewodiusz, biskup Uzalis, przyjaciel Augustyna; Sewer, biskup Milewy; Urban, biskup Sicea; Peregrinus, biskup Thehac, i Bonifacy. Biskup Waleriusz konsekrował wkrótce Augustyna na swojego sufragana w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego 394 r. ku ogromnej radości ludu. W dwa lata potem przeniósł się do wieczności (396) i Augustyn został jego następcą, biskupem Hippony.
    Nadal prowadził życie wspólne, w którym formował przyszłych biskupów i kapłanów. Po długich latach doświadczenia ułożył dla nich regułę, która w przyszłości miała się stać podstawą dla wielu rodzin zakonnych (m.in. augustianów, kanoników regularnych, dominikanów i paulinów). Dużo czasu zajmowała mu korespondencja. Nie traktował jej jednak jedynie jako rodzaj kontaktu towarzyskiego, ale wykorzystywał ją jako okazję do apostolstwa. Korespondował m.in. ze św. Janem Jerozolimskim, ze św. Paulinem z Noli, św. Hieronimem, św. Prosperem i ze św. Hilarym z Arles.
    Augustyn wypowiedział nieubłaganą walkę błędom, jakie za jego czasów nękały Kościół: manicheizmowi (396-400), donatystom (400-411) i pelagianom (411-430). Prowadził dysputy z manichejczykami, których znał osobiście, bo był z nimi przez szereg lat ideowo związany. Nie spoczął, aż tę herezję wyplenił. W owym czasie w Afryce najsilniejsi byli donatyści. W 330 r. mieli w swoich rękach aż 270 stolic biskupich. Potępieni na synodach w Arles (313) i w Mediolanie (316), zagnieździli się silnie w północnej Afryce. Jako rygoryści nie pozwalali przyjmować do społeczności kościelnej tych, którzy w czasie prześladowań wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić – zwanych lapsi. Donatyści żądali dla kapłanów i wiernych, łamiących prawo, najsurowszych kar. Posuwali się często do gwałtów. Augustyn zwalczał ich pismem i żywym słowem. Był jednak zdania, że tych biskupów i kapłanów, którzy do jedności kościelnej powrócą, należy zostawić na ich urzędach. Tym pozyskał sobie donatystów. Na synodach w Kartaginie w 401 i 411 roku herezja została zwyciężona.
    W tym samym czasie przybył do Afryki Pelagiusz i Celestiusz. Głosili, że grzech Adama i Ewy zaszkodził tylko pierwszym rodzicom, a nie całemu rodzajowi ludzkiemu, że dzieci rodzą się w stanie łaski i nie jest konieczny chrzest, a łaska uświęcająca nie jest do zbawienia konieczna. Ta herezja była dla Augustyna okazją do tego, aby jako pierwszy z Ojców mógł gruntownie wyjaśnić teologiczny problem łaski uświęcającej i uczynkowej oraz problem zbawienia.
    Pod koniec swego życia Augustyn przeżył tragedię. Namiestnik rzymski zaprosił do północnej Afryki Wandalów dla obrony przeciwko szczepom dzikich mieszkańców Sahary. Kiedy spostrzegł, że Wandalowie są nie mniej od tamtych barbarzyńscy, wypowiedział im wojnę. Było jednak za późno. Po odniesionym zwycięstwie, Wandalowie zaczęli zajmować miasto po mieście. Hippona broniła się bohatersko przez trzy miesiące, aż wrogom udało się zrobić wyłom w murze i spowodować pożar miasta. Augustyn wtedy już nie żył. Zmarł w czasie oblężenia 28 sierpnia 430 r. Wandalowie siłą zaprowadzili arianizm. Polała się obficie krew męczeńska. W 150 lat potem Afryka padła pod hordami Arabów.
    Ciało Augustyna złożono w katedrze w Hipponie. Potem jednak w obawie przed profanacją Wandalów przeniesiono je do Sardynii, aż wreszcie król Longobardów, Luitprand (+ 744), przeniósł je do Pawii, gdzie po dzień dzisiejszy opiekę nad relikwiami roztaczają synowie duchowi wielkiego biskupa, augustianie.

    Święty Augustyn

    Po Augustynie pozostało kilkadziesiąt tomów jego pism. Do najcenniejszych z nich należą: Wyznania (386-387), O katechizacji ludzi prostych (395), O wierze i symbolu wiary (396) i O państwie Bożym ksiąg 22 (413-427). Zachowały się jego 363 kazania i 217 listów. Słusznie więc zdobył sobie tytuł największego teologa chrześcijańskiej starożytności. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Patron augustianów, kanoników regularnych, magdalenek, Kartaginy; drukarzy, wydawców, teologów.
    W ikonografii św. Augustyn przedstawiany jest w stroju biskupim, czasami jako zakonnik. Jego atrybutami są: anioł mówiący mu do ucha, dziecko nad brzegiem morza przelewające wodę do dołka, księga, pastorał, serce w dłoni, serce przeszyte dwiema strzałami, uczeń lub grupa uczniów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Św. Augustyn (354-430)

    René Lejeune

    ŚWIĘTY AUGUSTYN (354-430) – GWIAZDA NA NIEBIE OJCÓW KOŚCIOŁA

    Spis treści:

    • Głos Boga
    • Kochać i być kochanym
    • Wytrwałość matki
    • «Augustyn – kapłanem!»
    • Biskup
    • Barbarzyńskie rozruchy
    • Monumentalne dzieło
    • Z Księgi X „Wyznań”

    GŁOS BOGA

    «W bezmiernej skrusze serca płakałem. I nagle słyszę dziecięcy głos z sąsiedniego domu, nie wiem, czy chłopca, czy dziewczyny, jak co chwila powtarza śpiewnie taki refren: „Weź to, czytaj! Weź to, czytaj!” …Zdusiwszy w sobie łkanie, podniosłem się z ziemi, znajdując tylko takie wytłumaczenie, że musi to być nakaz Boży, abym otworzył księgę i czytał ten rozdział, na który najpierw natrafię.» (Wyznania, VIII.12)

    Scena rozgrywa się w Mediolanie, w ciepły sierpniowy dzień 386 roku. Retor Augustyn z Tagasty w Numidii ma 31 lat. Znany jest z wymowy i filozoficznego stylu. To jego wybrano do wygłoszenia mowy pogrzebowej cesarza i konsula.
    W czasie swych studiów w Kartaginie, rozpoczętych w 17 roku życia, z dala od swej matki, Moniki, pobożnej chrześcijanki, zanurzył się w złudnych przyjemnościach pogaństwa. Zamieszkał z młodą, prostą dziewczyną. Miał z nią syna, którego nazwał Adeodat (dar Boga). Szybko zmęczony powierzchownym życiem usiłował nasycić swe pragnienie nieskończoności manicheizmem. Teraz zaś jest w Mediolanie słysząc dziwny głos. Bierze księgę z pismami św. Pawła, otwiera przypadkowo i czyta znamienity fragment z Listu do Rzymian: „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła. Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13,12-14).
    Młodego i znanego retora uderza jak grom łaska Boga. Cała jego istota zostaje wstrząśnięta niezwykłym i nie do odparcia wylaniem Ducha Świętego. Jego nawrócenie się na katolicyzm będzie błyskawiczne i pozostanie niewzruszone.
    Umiera w nim człowiek zmysłowy, a w jednej chwili rodzi się człowiek duchowy. Ginie ostatni geniusz zrodzony przez świat starożytny. Rodzi się duch natchniony, prekursor czasów współczesnych. Po rozstaniu się z nielegalną żoną i zgromadzeniu małej wspólnoty w Mediolanie Augustyn zagłębia się w lekturze Pisma Świętego i w kontemplowaniu Boga w Trójcy, modli się i studiuje. Pisze wyznania i oddaje je biskupowi Ambrożemu. Dotyczą jego błędów, postępowania pogańskiego i manichejskiego, całości jego grzechów oraz nawrócenia.
    W Wielkanoc, 25 kwietnia 387 r., świętując Uroczystość Zmartwychwstania Jezusa Augustyn także zmartwychwstaje do życia poprzez chrzest. Jego syn, 14-letni Adeodat, także przyjmuje chrzest z rąk biskupa Ambrożego. Przygotowując się do tego dnia Augustyn narzucił sobie surowe umartwienia.

    «KOCHAĆ I BYĆ KOCHANYM»

    Augustyn do dnia swego nawrócenia i chrztu przebył w swym życiu długą drogę. Urodził się 13 listopada 354 roku w Tagaście (dziś: Souk-Ahras w Algierii). Jego ojcem był poganin, matką – chrześcijanka. W Tagaście i w Kartagninie, gdzie się kształcił, jego umysł przeniknęła kultura rzymska. Matka bardzo wcześnie chciała go włączyć w grono katechumenów. Augustyn opierał się. Monika wyżaliła się więc przed starym biskupem Tagasty, który pocieszył ją, choć w twardych słowach: „Zostaw mnie, idź w pokoju. Nie może się to stać, żeby syn takich łez miał zginąć” (Ks. III.12). Monika płakała jeszcze 20 lat. Czas Boga nie jest naszym czasem.
    Tak więc po ukończeniu szkoły w Tagaście, Augustyn rozpoczął studia w Kartaginie. Młodego studenta pochłania retoryka. W wieku wzburzonego rozwoju biologicznego i emocjonalnego, odkrywa rozkosze miłości: „Przybyłem do Kartaginy i od razu znalazłem się we wrzącym kotle erotyki. Jeszcze się nie zakochałem, a już kochałem samą myśl o zakochaniu… Szukałem przedmiotu miłości. Samo bowiem kochanie kochałem, a gardziłem bezpieczeństwem, drogami bez wilczych dołów… To było moim marzeniem: kochać i być kochanym wzajemnie, i radować się ciałem owej istoty kochającej… Pogrążyłem się też wreszcie w takim romansie, jakiego szukałem… Byłem wtedy kochany wzajemnie i w ukryciu dałem się spętać łańcuchami wypełnienia…” (Ks. III.1)
    Augustyn zapisał to mając 45 lat. 25 lat wcześniej rozkoszował się jeszcze życiem zmysłowym, nie umiejąc go porzucić. Matka wiele razy usiłowała go z tego wyciągnąć. Konkubina Augustyna pochodziła z prostego ludu. Prawo zaś rzymskie zakazywało podobnych mezaliansów. Przez to więc już sama obiecująca kariera Augustyna była zagrożona. Inny to był czas i inne zwyczaje.
    Augustyn oddawał się też studiom – swej drugiej pasji. Pochłonął „Hortensjusza” Cicerona, dzieło mądrości pogańskiej, ograniczone, które go rozczarowuje. Zaciekawiony zwraca się ku Biblii: „Postanowiłem więc zbadać księgi Pisma Świętego, sam się przekonać, co w nich się kryje.” (Ks. III,5). Te pierwsze nasiona rozkwitną dopiero w Mediolanie. Wznoszenie się bowiem ku temu co Boskie następuje etapami. Retora Augustyna, wrażliwego na zachowywanie klasycznych kryteriów formy i treści, początkowo rozczarowuje Biblia. Odkrywa więc w Kartaginie manicheizm. Na 10 lat wpada w pułapkę wewnętrznego świata okrutnie skłóconego i nie do pogodzenia.
    Po studiach podejmuje pracę nauczyciela: uczy retoryki w Tagaście, potem w Kartaginie. Również teorie Manesa zaczynają go rozczarowywać. Spotkanie z „biskupem” manichejczyków, Faustusem pozbawia go ostatecznie złudzeń: widzi rozbieżność pomiędzy głoszoną nauką a życiem. Pragnie zmienić atmosferę i horyzonty. Wtedy cały jego wewnętrzny świat doznaje wstrząsu między jesienią 384 roku a Wielkanocą 385. Jako narzędzie Pana Augustyn stanie się jednym z geniuszów ducha z pierwszych wieków chrześcijaństwa.
    Na razie udaje się do Rzymu, a potem do Mediolanu. Jego pobyt w Italii potrwa 5 lat. Tu wywrze na niego niezwykły wpływ biskup Ambroży. On także jest także wyposażony w niezwykły, rozpalający dar wymowy. W dodatku jest mistrzem egzegezy biblijnej. Augustyna pociąga ten wzniosły umysł, który jest mu bliski i tak łatwo zaspokaja jego pragnienie nieskończoności.
    Ewangelia – oto odpowiedź ostateczna i całkowicie zadowalająca tak dla ducha jak i dla rozumu szukającego pewników. To dzięki niej, w Mediolanie, Augustyn doszedł do kresu nocy duszy.

    WYTRWAŁOŚĆ MATKI

    Monika marzyła o tym, by ujrzeć syna żyjącego w dobrym chrześcijańskim małżeństwie. Augustyn zaś wszedł na drogę radykalną. Przyoblekł się w Jezusa Chrystusa i zdecydował się na zostanie mnichem, idąc śladami św. Antoniego Pustelnika.
    Monika spotkała się z Augustynem w Mediolanie. Postanowili powrócić do rodzinnej ziemi. To tam Augustyn miał nadzieję znaleźć dusze spragnione nieskończoności i pragnące dzielić radykalizm jego wyboru: wspólnotowego życia zakonnego.
    Wyjechał z matką z Mediolanu, po swoim chrzcie, w sierpniu 387 roku. Przybyli do Ostii. To w tym porcie, czekając na statek, Augustyn i Monika przeżyli ekstazę. Na moment dotknęli niewysłowionej pełni Nieba, pogrążając się w Bogu. „Synu – wyszeptała potem Monika – mnie już nic nie cieszy w tym życiu. Niczego się po nim nie spodziewam, więc nie wiem, co ja tu jeszcze robię i po co tu jestem. Jedno było tylko życzenie, dla którego chciałam trochę dłużej pozostać na tym świecie: aby przed śmiercią ujrzeć ciebie chrześcijaninem katolikiem. Obdarzył mnie Bóg ponad moje życzenie, bo widzę, jak wzgardziwszy szczęściem doczesnym stałeś się Jego sługą. Co ja tu jeszcze robię?”
    Po 5 dniach Monika rozchorowała się w wilgotnym i ciepłym powietrzu Ostii. Wkrótce zmarła. Miała 56 lat. Pan zabrał ją dawszy jej poznać smak wysłuchania nieustannej modlitwy całego jej życia. Augustyn pochował ją w Ostii z dala od rodzinnych stron. Jeszcze przez rok pozostał w Rzymie, a potem z synem Adeodatem wyjechał do Numidii.
    Odkąd Augustyn odpowiedział na wezwanie Chrystusa życie jego toczy się w radości. Tymczasem przed 5 laty, przybywając do Italii, żył w niepokoju bliskim wewnętrznej rozpaczy.
    Oto jest w Tagaście. Rozdziela biednym swój majątek, w posłuszeństwie Ewangelii. Zakłada ubogi klasztor i chroni się w nim wraz z przyjaciółmi i Adeodatem. Mała wspólnota oddaje się modlitwie, postowi, rozmyślaniu nad Słowem Bożym. W nim zaś odżywa jeszcze duch dawnego retora: w rzadkich chwilach wolnych pisze traktat o muzyce.
    Trzy lata słodkiego szczęścia przerywa brutalnie najokrutniejsze z doświadczeń: Adeodat ledwie osiągnął wiek dojrzały, syn, którego tak bardzo ukochał i tak się nim szczycił dzięki wczesnym oznakom genialnego umysłu i pobożności, nagle odchodzi. Augustyn pisze: „Przedwcześnie, Panie, odebrałeś mu życie, lecz myślę o nim jako o duchu ogarniętym pokojem.”

    «AUGUSTYN – KAPŁANEM!»

    Po odnalezieniu pokoju mała wspólnota oddaje się życiu poświęconemu uwielbianiu Boga. Wtedy zaczynają się podnosić głosy wśród chrześcijan z Tagasty, domagające się, by Augustyn został wyświęcony na kapłana. On zaś marzy jedynie o samotności. „Beata solitudo, sola beatitudo!” Okazuje się, że zamysł Augustyna nie jest zamysłem Pana.
    Chcąc umknąć przed coraz bardziej natarczywymi głosami Kościoła w Tagaście, wzywającymi go do kapłaństwa, Augustyn podejmuje decyzję oddalenia się ze swymi mnichami, bezimiennie do Hippony. Ledwie tam przybył, w niedzielę słucha w kościele biskupa Waleriusza. Głosi on kazanie o dramatycznym braku kapłanów w diecezji. Z pochodzenia Grek, biskup Waleriusz bardzo źle mówi po łacinie, a wcale – w lokalnym dialekcie. W obliczu mnożących się ognisk arianizmu – jest bezbronny. Wierni nie są zadowoleni. Nagle w czasie homilii biskupa rozlega się wołanie tłumu: „Augustyn – kapłanem!” Cóż, sława nawróconego retora rozeszła się wbrew niemu! Wierni szczycą się nawróceniem znanego pisarza.
    Mnich zostaje więc wyświęcony na kapłana i oto jest nim już na wieki. „Zadano mi gwałt – jęczy święty – z pewnością po to, by mnie za me grzechy ukarać. Z jakiegoż innego powodu powierzono by mi drugie miejsce u steru, gdy tymczasem nie potrafiłem nawet wiosła utrzymać”?
    Rzeczywiście, zaledwie Augustyn przyzwyczaja się do swej funkcji, a już biskup – uznając jego duchowe walory i uzdolnienia – powierza mu zadanie wygłaszania kazań w bazylice oraz przemawiania do katechumenów, przygotowujących się do chrztu. To są dwa ważne zadania, zastrzeżone dla biskupa. Jednak Waleriuszowi z trudem przychodzi wypełnianie ich z powodu ubóstwa jego łaciny. Augustyn staje się więc rzeczywistym asystentem swego biskupa. Ten zaś oddaje mu swój wielki ogród na wybudowanie w nim klasztoru: przyszłej szkółki kapłanów i biskupów. Augustyn dzieli teraz czas pomiędzy życie wspólnotowe i troskę o dusze u boku biskupa.

    BISKUP

    Cztery lata po święceniach kapłańskich, biskup Waleriusz wyświęca Augustyna na biskupa. Śpieszył się, gdyż sława Augustyna szerzy się w Numidii, więc starego biskupa ogarnia lęk, że odbiorą mu Augustyna, by uczynić go biskupem gdzie indziej. W dwa lata później sam oddaje ducha Panu.
    Odtąd Augustyn niesie na sobie brzemię diecezji w Hipponie. Będzie je niósł przez 34 lata. Będzie to czas niezwykły nie tylko dla Kościoła w Hipponie, lecz także dla Kościołów w Afryce, a nawet dla całego chrześcijańskiego świata po dziś dzień.
    W biskupim domu, gdzie chroni się ze swą wspólnotą, oddaje się lekturze i pisarstwu. W tej wspólnocie – utworzonej przez wyświęconych mnichów, a nie, jak u początków, świeckich – może zaspokoić pragnienie modlitwy i kontemplacji.
    Jego działalność nie ma granic. W soboty i niedziele – głosi kazania. Dar wymowy przyciąga tłumy, które są jego słowami wstrząśnięte. Formuje kapłanów z dobrocią i surowością. Zakłada klasztory męskie i żeńskie. Odwiedza chorych. Zarządza dobrami kościelnymi, zasiada jako sędzia pod portykiem przylegającym do bazyliki. W obronie wiernych interweniuje u władz świeckich.
    Jego działalność nie ogranicza się do diecezji. Często podróżuje: albo żeby uczestniczyć w licznych afrykańskich synodach, albo żeby odpowiedzieć na wezwania, jakie otrzymuje zewsząd, a zwłaszcza z diecezji osaczonych przez heretyków. Wkrótce ujawnia się jako wielki obrońca wiary katolickiej. W istocie bez wytchnienia walczy przeciw tym, którzy schodzą z drogi wiary określonej przez wielkie Sobory. Manichejczycy, donatyści, pelagianie, arianie i poganie to cel, jakiego bez wytchnienia dosięga potężny głos biskupa Hippony.
    W decydującej fazie rozwoju Kościół jest w stanie oblężenia. Pan wzbudza więc obrońcę na miarę zagrożenia. „Wybrałem sobie tego człowieka za narzędzie. On zaniesie imię moje do pogan i królów” (Dz 9,15). Słowo Pana wypowiedziane o Szawle, przyszłym apostole Pawle, zachowuje aktualność w czasie całej dramatycznej historii Kościoła.

    BARBARZYŃSKIE ROZRUCHY

    Pod koniec roku 410 dochodzi do Hippony niewiarygodna nowina o zniszczeniu Rzymu przez barbarzyńskie hordy. Wykształcony Augustyn, dawny retor, błyszczący rzymską kulturą jest tym straszliwie dotknięty. Od dawna, agonia Imperium sprawiała, że przewidywał to, co najgorsze. Bardziej niż kiedykolwiek dotąd jest przekonany, iż jedynym rozwiązaniem problemu moralnej nędzy świata, ogarniętej gorączką rozluźnienia obyczajów jest Ewangelia. Plądrowanie Rzymu to jedynie powtórzenie zniszczenia Jerozolimy, z tych samych powodów, jakie zaistniały w przeszłości. Te same przyczyny, te same skutki: „Jeśli Rzym został ukarany, to dlatego że pozostał w większości pogański. Niechże się nawróci, niech powróci do cnót swych przodków, a na nowo stanie się nauczycielką narodów” – stwierdza Augustyn.
    Niestety w 20 lat później przyjdzie kolej na Numidię. Stary biskup Hippony stanie się jej ofiarą tej napaści. Wobec potężnych ciosów barbarzyńskich hord, władza rzymska, niedawno tak potężna, upada. Alanowie, Swewowie, Burgonowie i Wandalowie osiedlają się w Galii. Wandalowie zalewają swą niszczycielską siłą Hiszpanię i Portugalię. Pokonują morze i oto są już w Numidii, na północy Afryki, zwycięscy i nie do pokonania.
    W 430 r. oblegają Hipponę. Augustyn usiłuje pojąć sens tej barbarzyńskiej inwazji, jej znaczenie w Bożym planie. Pióro Orosa, uciekiniera z Portugalii, ujawnia myśl biskupa – wizjonera: „Któż wie, może barbarzyńcy mogli przeniknąć do cesarstwa rzymskiego, aby na Wschodzie, jak i na Zachodzie, Kościoły Chrystusa otwarły się szeroko przed Hunami, Wandalami, Swebami i innymi niezliczonymi ludami przyszłych wierzących? Czy w takim wypadku nie należałoby czcić Miłosierdzia Bożego? Dzięki bowiem naszemu zniszczeniu tak wiele ludów dowiedziało się o prawdzie, z którą inaczej nie mieliby styczności” („Historia przeciw Poganom”).
    Jeśli władza rzymska upada, to jednak powstają inni obrońcy ludzi: biskupi. Są zarządcami i sędziami, organizują obronę miasta, zapewniają bezpieczeństwo. To właśnie czyni Augustyn.

    MONUMENTALNE DZIEŁO

    Od zniszczenia Rzymu do oblężenia Hippony minęło 20 lat. Pobudzany upływem czasu Augustyn publikuje swe dzieła. Napisał 50 książek, w tym dzieło największe: „De Civitate Dei”. Wspaniała broń wojenna przeciw pogaństwu, z jego obrządkami, krwawymi ofiarami, świętami, którym towarzyszą orgie, hulanki, pijaństwo i lubieżne rozpasanie. Dzieło „O państwie Bożym” ukazuje – w przeszywającym kontraście z państwem tego świata skazanym na upadek – promienne Państwo całkowicie zdane na Opatrzność Bożą, budujące swą harmonię społeczną na mocy jaśniejącej broni: duchowej. Wychodząc od tej początkowej wizji Augustyn ukazuje historię jako dramat w pięciu aktach: Stworzenie, Upadek, Zapowiedź Zbawiciela, Wcielenie, Kościół. Wiara i rozum powinny razem współdziałać dla rozwiązania wielkich problemów historii, wywołanych walką dobra ze złem, mając na uwadze zwycięstwo dobra w perspektywie wiecznego przeznaczenia człowieka.
    To dzieło „gigantyczne, długie i trudne” – jak mówił o nim Augustyn – nad którym pracował 15 lat, wywrze niezwykły wpływ na nadchodzące wieki, a szczególnie na średniowiecze. Przez całe drugie tysiąclecie, użyźnione Ewangelią dzieło Augustyna „De Civitatis Dei”, będzie silnie uczestniczyć w szerzeniu na świecie, począwszy od Europy, myśli zachodniej, przenikniętej wiarą chrześcijańską. Dzieło to nie traci swej aktualności, gdyż zajmuje się fundamentalnymi problemami moralnymi, społecznymi oraz politycznymi człowieka. Rzuca na historię ostatnich czasów Światło Chrystusa.
    Poza tym arcydziełem są dwie księgi autobiograficzne „Wyznania” (jego najbardziej poczytna książka do dnia dzisiejszego) oraz rozprawy. Jest to seria dzieł filozoficznych dotyczących takich problemów jak: wolność człowieka, istnienie Boga, obrona wiary chrześcijańskiej w obliczu pogaństwa, dzieła dogmatyczne, moralne, duszpasterskie, liczne księgi egzegetyczne o Nowym i Starym Testamencie, traktaty biblijne, takie jak komentarz do pism św. Jana oraz psalmów, będący jedynym pełnym wykładem o psalmach w całej literaturze patrystycznej. Zachowało się też 300 listów, bezcennych dla poznania przeróżnych aspektów ciekawej osobowości Augustyna. W końcu jest też skarbiec jego homilii. Pozostało ich 400 z trzech może czterech tysięcy, jakie mieściła biblioteka w Hipponie. To wzorce przemów prostych, jasnych i głębokich, bliskich ludowi wiernych. „Wolę być krytykowany przez gramatyków niż niezrozumiany przez prosty lud” – mawiał wzorowy pasterz.
    Analiza myśli augustiańskiej jest niewyczerpana. Takim bowiem jest także jego geniusz. Do niego „możemy porównać zaledwie nieliczne jednostki zrodzone na ziemi od początku świata do dziś” – powiedział o Augustynie Pius XI w 1930 roku. I to wciąż jest prawdą, choć od jego śmierci minęło już blisko szesnaście wieków, a my stoimy u progu trzeciego tysiąclecia.
    W 429 r. rozpętuje się wielki barbarzyński zalew. Ogarnięta jest nim Numidia, zrozpaczona ludność rzuca się do ucieczki. W Hipponie Augustyn powstaje jak gigant: zbiera siły, apeluje do władz politycznych i wojskowych. Daremnie! W 430 roku Hippona jest w oblężeniu. Stary biskup, mający 75 lat, nadal napełnia odwagą chwiejące się dusze.
    W trzecim miesiącu oblężenia Augustyn pada zwalony chorobą. Z pewnością stał się ofiarą jakiejś epidemii. Szerzą się one w powietrzu ciepłym i wilgotnym, w którym szybko rozkładają się zwłoki. Do Augustyna przyprowadzają chorych, choć i on sam leży już w łóżku. Przez jego wstawiennictwo liczni odzyskują zdrowie. Stan samego Augustyna pogarsza się. 5 sierpnia 430 roku jest już w agonii, otoczony kapłanami i michami. Święty biskup szepcze: „Moja dusza pragnie Boga, Boga żywego. kiedyż więc ujrzę Jego oblicze?” (Ps 42,3).
    Kołysany liturgicznym śpiewem zalanych łzami towarzyszy, biskup zamyka oczy, jego twarz łagodnieje, a wargi przestają szeptać… Umarł na ziemi Augustyn z Tagasty, lecz zrodził się dla Nieba jeden z największych świętych w historii ludzkości.
    Stella Maris, listopad 1998, str. 10-12. Przekład z franc.: E. B.

    Z Księgi X „Wyznań” – w przekładzie Z. Kubiaka

    1. Pragnąłbym Cię poznać, o Panie, który mnie znasz. Pragnąłbym Cię poznać tak, jak i ja jestem poznany: Mocy duszy mej! – wejdź w nią i przystosuj ją do siebie, abyś ją objął w posiadanie nieskalaną i bez zmazy. Ufam, że tak się stanie. Dlatego ośmielam się tak mówić. I tą nadzieją się weselę, ilekroć się weselę zbawiennie. A inne tego życia sprawy? Tym mniej zasługują na łzy, im częściej się nad nimi płacze. Tym bardziej się powinno nad nimi płakać, im mniej się nad nimi łez leje. Ty prawdę umiłowałeś. Kto ją wypełnia, dąży do światła. W moich wyznaniach pragnę ją w sercu wypełniać wobec Ciebie, a w tej książce – wobec wielu świadków.

    2. Dla Ciebie jednak, Panie, przed którego oczyma cała otchłań ludzkiego sumienia jest obnażona, cóż mogłoby we mnie być zakryte, choćbym nawet nie chciał się spowiadać? Tylko Ciebie przed sobą bym ukrył, a nie siebie przed Tobą. Kiedy wydzierający się z mej piersi jęk daje świadectwo, jak bardzo się sobie nie podobam, Ty mi rozbłyskasz na nowo, raduję się Tobą, kocham Cię, tęsknię za Tobą; wstydząc się siebie, odrzucając siebie precz. Ciebie tylko wybieram. I nie tylko Tobie, lecz i sobie samemu mogę się podobać tylko w Tobie. Wyraźnie widzisz, Panie, to wszystko, czym jestem. A jak jest dla mnie pożyteczne spowiadanie się Tobie, już powiedziałem. Składam wyznanie nie tylko słowami wypowiadanymi językiem, lecz głosem duszy, wołającą do Ciebie myślą. Dobrze słyszysz takie wołanie. Kiedy jestem zły, już samo to, że się sobie nie podobam, jest wyznaniem złożonym wobec Ciebie. Kiedy jestem dobry, wyznaniem wobec Ciebie jest to, że nie przypisuję sobie zasługi. Ty, Panie, błogosławisz sprawiedliwemu; ale przecież to Ty przedtem z grzesznika uczyniłeś sprawiedliwego. Dzieje się tak, Boże mój, że moja spowiedź wobec Ciebie dokonuje się w wielkiej ciszy, a zarazem rozgłośnie: choćby język milknął, serce woła. Cokolwiek słusznego mówię ludziom, Ty to wszystko już przedtem w sercu mym usłyszałeś; jak też niczego takiego nie usłyszysz ode mnie, czego byś mi wcześniej nie powiedział.

    3. Czemu więc zależy mi na tym, by ludzie usłyszeli moje wyznania? Czyż to oni zdołają mnie podźwignąć ze wszystkich moich słabości? Jakże skwapliwie ludzie badają cudze życie, a jak się opieszale zabierają do naprawienia swojego. Czemu chcą się ode mnie dowiedzieć, jakim jestem człowiekiem, skoro nie pragną usłyszeć od Ciebie, jacy oni sami są? Kiedy się o mnie dowiadują ode mnie samego, skąd wiedzą, że mówię prawdę? Przecież nikt z ludzi nie wie, co się dzieje w człowieku, prócz ducha człowieczego, który w nim jest. Gdyby zaś od Ciebie usłyszeli coś o sobie samych, nie mogliby powiedzieć: „Zwodzi nas Pan”. Czyż usłyszenie od Ciebie, jakim się jest, nie jest równoznaczne z poznaniem siebie? A skoro ktoś rozpoznaje siebie, czyż bez kłamstwa może powiedzieć: „To nieprawda”? Ale dlatego, że miłość wszystkiemu wierzy – oczywiście pośród tych, których złączyła w jedną wspólnotę – także ja, Panie, spowiadam się Tobie w taki sposób, aby to słyszeli ludzie; chociaż nie mogę im udowodnić, że mówię prawdę. Wierzą mi jednak ci, których uszy otwarła dla mnie miłość. Lekarzu mojej duszy, pomóż mi dokładnie zrozumieć, jak bardzo to jest owocne. Dawne moje winy odpuściłeś mi i okryłeś je zasłoną, aby mnie uszczęśliwić w Tobie, przemieniając duszę moją poprzez Twoją wiarę i sakrament. Kiedy zaś o tych minionych winach czytają albo słyszą inni, ich serca już nie zapadają w sen rozpaczy z tym ciężkim westchnieniem: „Nie zdołam!” Budzą się, pokrzepione Twoją miłującą dobrocią i słodyczą Twojej łaski, umacniającej każdego słabego, który sobie dzięki niej słabość swoją uświadomił. Dla dobrych jest radością słuchanie o dawnych występkach ludzi, którzy już się od tych występków uwolnili; nie dlatego radością, że są występkami, lecz dlatego, że były, a już ich nie ma. Ale, o Panie, Boże mój, któremu codziennie się spowiada moje sumienie, bezpieczniej ufając Twemu miłosierdziu niżeli własnej niewinności – jaki może być z tego pożytek, jeśli spowiadam się w tej książce już nie z tego; czym byłem, ale z tego, czym jestem? Wiem, dzięki czemu pożyteczne jest wyznawanie, jaka była przeszłość; już o tym powiedziałem. Lecz jaki jestem teraz, w tym momencie, gdy składam te wyznania? Sporo ludzi chciałoby to wiedzieć i takich, którzy mnie znają, i takich, którzy mnie nie znają, lecz coś tam o mnie albo ode mnie słyszeli. Nie mogą ucha przyłożyć do mego serca, a tylko w nim jestem taki; jaki naprawdę jestem. Chcą więc przynajmniej słuchać, jak wyznaję, czym jestem wewnątrz siebie, tu, dokąd ani okiem, ani uchem, ani myślą nie mogą sięgnąć. Chcą słuchać i gotowi są wierzyć. Ale czy zdołają mnie poznać? Miłość, dzięki której są dobrzy, mówi im; że ja o sobie nie kłamię w tych wyznaniach. I ta sama w nich miłość mi wierzy.

    4. A jakiej oni z tego spodziewają się korzyści? Czy chcą się radować razem ze mną, gdy się dowiedzą, jak bardzo się do Ciebie zbliżyłem dzięki Twojej łasce, i modlić się w mojej intencji, gdy im powiem, jak bardzo moje brzemię opóźnia tę wędrówkę? Jeśli o to im chodzi, odkryję im siebie. Nie będzie to mały pożytek; Boże mój, jeśli wielu podziękuje Ci za mnie i wielu się za mnie pomodli. Niechaj bratni duch kocha we mnie to, co według Twojej nauki, zasługuje na miłość, i niech się smuci tym wszystkim we mnie, co według Twojej nauki jest godne pożałowania. Tego oczekuję od ducha bratniego. Bo nie zwracam się tu do obcych, do owych synów obcych, których usta głoszą marność, a prawica ich jest prawicą nieprawości. Mówię o duchu bratnim, który wtedy, gdy może mnie pochwalić, cieszy się mną. Kiedy zaś musi mnie ganić, nade mną boleje. Bo czy pochwala mnie, czy gani, zawsze mnie miłuje. Takim ludziom ukażę siebie. Niech się moimi dobrymi uczynkami uradują, niech westchną nad moimi grzechami. To, co dobre, Ty czynisz we mnie; z Twojej to pochodzi łaski. Co złe, jest moim grzechem i karą przez Ciebie wymierzoną. Niech odetchną tym, co dobre, westchną nad tym, co złe. I pieśń dziękczynna, i płacz niech się ku Tobie wzniosą z bratnich serc, tych kadzielnic gorejących dla Ciebie. Ty zaś, Panie, uradowany tą wonią bijącą ze świętego przybytku Twego, przez wzgląd na Twoje imię, zmiłuj się nade mną według wielkiego miłosierdzia Twego. Co rozpocząłeś, tego nie zaniechaj i dopełnij to, czego mi jeszcze nie dostaje….

    w: Vox Domini, nr 44, str. 8-11.

    ***

    27 sierpnia

    Święta Monika

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Dominik od Matki Bożej Barberi, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Pilar Izquierdo Albero, zakonnica


    radio Niepokalanów
    ***

    Monika urodziła się ok. 332 r. w Tagaście (północna Afryka), w rodzinie rzymskiej, ale głęboko chrześcijańskiej. Jako młodą dziewczynę wydano ją za pogańskiego urzędnika, Patrycjusza, członka rady miejskiej w Tagaście. Małżeństwo nie było dobrane. Mąż miał charakter niezrównoważony i popędliwy. Monika jednak swoją dobrocią, łagodnością i troską umiała pozyskać jego serce, a nawet doprowadziła go do przyjęcia chrztu. W wieku 22 lat urodziła syna – Augustyna. Po nim miała jeszcze syna Nawigiusza i córkę, której imienia historia nam nie przekazała. Nie znamy także imion innych dzieci.
    W 371 r. zmarł mąż Moniki. Monika miała wówczas 39 lat. Zaczął się dla niej okres 16 lat, pełen niepokoju i cierpień. Ich przyczyną był Augustyn. Zaczął on bowiem naśladować ojca, żył bardzo swobodnie. Poznał jakąś dziewczynę; z tego związku narodziło się nieślubne dziecko. Ponadto młodzieniec uwikłał się w błędy manicheizmu. Zbolała matka nie opuszczała syna, ale szła za nim wszędzie, modlitwą i płaczem błagając dla niego u Boga o nawrócenie. Kiedy Augustyn udał się do Kartaginy dla objęcia w tym mieście katedry wymowy, matka poszła za nim. Kiedy potajemnie udał się do Rzymu, a potem do Mediolanu, by zetknąć się z najwybitniejszymi mówcami swojej epoki, Monika odnalazła syna. Pewien biskup na widok jej łez, kiedy wyznała mu ich przyczynę, zawołał: “Matko, jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga”. To były prorocze słowa. Augustyn pod wpływem kazań św. Ambrożego w Mediolanie przyjął chrzest i rozpoczął zupełnie nowe życie (387).
    Święta Monika i jej syn, św. Augustyn
    Szczęśliwa matka spełniła misję swojego życia. Mogła już odejść po nagrodę do Pana. Kiedy wybierała się do rodzinnej Tagasty, zachorowała na febrę i po kilku dniach zmarła w Ostii w 387 r. Daty dziennej Augustyn nam nie przekazał. Wspomina jednak jej pamięć w najtkliwszych słowach.
    Ciało Moniki złożono w Ostii w kościele św. Aurei. Na jej grobowcu umieszczono napis w sześciu wierszach nieznanego autora. W 1162 r. augustianie mieli zabrać święte szczątki Moniki do Francji i umieścić je w Arouaise pod Arras. W 1430 r. przeniesiono je do Rzymu i umieszczono w kościele św. Tryfona, który potem otrzymał nazwę św. Augustyna. Św. Monika jest patronką kościelnych stowarzyszeń matek oraz wdów.
    W ikonografii św. Monika przedstawiana jest w stroju wdowy. Jej atrybutami są książka, krucyfiks, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Św. Monika – matka tylu wylanych łez

    Tagasta – miasto, w którym w 331 lub 332 roku urodziła się św. Monika, dziś leży na terytorium Algierii i nosi nazwę Suk Ahras. Liczy ok. 180 tys. mieszkańców.

    Tagasta – miasto, w którym w 331 lub 332 roku urodziła się św. Monika, dziś leży na terytorium Algierii i nosi nazwę Suk Ahras. Liczy ok. 180 tys. mieszkańców.
    WIKIMEDIA COMMONS
     

    ***

    O świętej Monice nie wiemy zbyt wiele, a niemal wszystko, co na jej temat napisano, zawdzięczamy jej synowi, który z kolei to jej wszystko zawdzięczał.

    Portret matki, który odmalował św. Augustyn w „Wyznaniach”, jest tak poruszający, że czytelnik ma wrażenie, jakby tę postać poznał całkiem dobrze. „Jeśli stworzenie ludzkie miało szczęście napotkać biografa o kwalifikacjach św. Augustyna, historycy nie potrzebują już szukać innego” – trafnie napisał o tym literackim wizerunku św. Moniki francuski teolog i historyk Kościoła ks. Henri Leclercq.

    Pełne kubki wina

    „Nie pominę ani jednego ze słów, jakie dusza moja może zrodzić, dotyczących tej służebnicy Twojej, która mnie urodziła zarówno cieleśnie, wydając na światło dzienne, jak i duchowo – wprowadzając do światłości wiecznej. Nie o darach tej służebnicy, lecz o Twoich darach przejawionych w niej – opowiem. Bo nie stworzyła sama siebie ani też siebie nie wychowała. Ty ją stworzyłeś. Ani ojciec jej, ani matka nie przeczuwali, jaka z niej istota wyrośnie. W bojaźni Twojej wychowała ją różdżka Twego Chrystusa, władza jedynego Syna Twego – w domu chrześcijańskim, w jednej ze szlachetnych komórek Twego Kościoła” – tymi słowami rozpoczyna św. Augustyn najważniejszy fragment „Wyznań” poświęcony matce. Fragment niewielki w stosunku do objętości całego dzieła, a jednocześnie wyjątkowo piękny, napisany z dużą dozą czułości i wdzięczności przez „syna tylu łez”, jak go nazwał jeden z biskupów, do którego św. Monika przyszła z prośbą o pomoc w sprowadzeniu Augustyna na dobrą drogę.

    W przeciwieństwie do większości późniejszych, zwłaszcza średniowiecznych hagiografów, którzy rysowali przesłodzony obraz świętych bohaterów, autor „Wyznań” nie idealizuje swojej matki. Urodzona w 331 lub 332 r. w starożytnej Tagaście (dziś Suk Ahras w Algierii) Monika nie jest tu od wczesnych lat życia wzorem cnót wszelakich, lecz dojrzewa stopniowo, kształtowana przez Bożą łaskę. Augustyn zaczyna jej krótki i wyrywkowy życiorys od opisu „skrytego upodobania do wina”, jakie zrodziło się w małej dziewczynce, przynoszącej rodzicom regularnie trunek w dzbanie. „Najpierw zanurzała czerpak w otworze u szczytu beczki; potem, zanim przelała płyn z czerpaka do dzbana, spijała z niego troszeczkę, kilka kropel – więcej nie była w stanie wypić, bo wino jej nie smakowało. Robiła to nie z chęci picia, nie po to, by się oszołomić, lecz ze zwykłej, przekornej pustoty dziecięcej, która znajduje upust w najdziwniejszych pomysłach i którą zazwyczaj powściąga w dzieciach powaga dorosłych. A do tych kilku kropel dodając co dzień kilka kropel – albowiem kto lekceważy rzeczy nieznaczne, powoli upada – pogrążyła się w taki nałóg, że już niemal pełne kubki łapczywie wypijała” – czytamy w „Wyznaniach”.

    Walki bez pychy

    Z niebezpiecznego przyzwyczajenia miały wyrwać dorastającą Monikę dopiero bolesne słowa jednej ze służących, która nazwała swoją małą panią „pijaczką”. „Nagle, ukłuta tą obelgą, dziewczyna uświadomiła sobie, jak wstrętny jest ów nałóg. I od razu się go wyzbyła” – pisze Augustyn. To wydarzenie wiąże się poniekąd także z jego własną historią, bo, jak zauważa święty w innym miejscu: „Ten człowiek, który nas oszczędza, nie zawsze jest naszym przyjacielem, podobnie jak ten, co nas karci, nie jest dlatego naszym wrogiem. Rany zadane przez przyjaciela lepsze są bowiem niż pocałunki wroga, a surowa miłość więcej jest warta od oszukańczej pobłażliwości”. Św. Monika z całą pewnością nie szczędziła swojemu synowi prawdy i nie była pobłażliwa dla jego występków. Postępowała jednak zgodnie z zasadą zapisaną po latach przez niego samego: „Kochajcie ludzi, a walczcie z błędem. Módlcie się za tych, których chcecie zdobyć i przekonać”.

    Święty Augustyn pokazuje swoją matkę jako osobę, która zjednywała sobie ludzi łagodnością. W ten sposób zdobywała dla Boga m.in. swojego męża Patrycjusza, poganina, trwającego przez lata przy dawnych wierzeniach. „Cnoty, jakimi ją ozdobiłeś, budzące w jej mężu szacunek, miłość i podziw, były wieloma głosami mówiącymi mu o Tobie. Jego zdrady małżeńskie znosiła tak cierpliwie, że nigdy nie stały się przyczyną nawet sprzeczki między nimi. Ufała, że zmiłujesz się nad nim i że przez wiarę w Ciebie zostanie oczyszczony. Był to człowiek o wspaniałomyślnych odruchach, a zarazem bardzo skory do gniewu. Ona jednak wiedziała, że gniewnemu mężowi nie należy sprzeciwiać się ani czynem, ani nawet słowem. Jeśli gniewał się niesłusznie, czekała, aż się wykrzyczy i uspokoi, i wtedy mu dopiero wyjaśniała swoje postępowanie” – relacjonuje autor „Wyznań”. Z dzisiejszego punktu widzenia wielu z nas pewnie skrytykowałoby taką metodę działania i namawiało Monikę, by zawalczyła o samą siebie. Jednak to właśnie jej metoda okazała się skuteczna – Patrycjusz przed śmiercią przyjął chrzest.

    Wydobyty z przepaści

    Święta Monika potrafiła też „troskliwością, niezmiennym spokojem i łagodnością” zaskarbić sobie względy teściowej. Mimo prób skłócenia obu kobiet przez służące teściowa z synową żyły – jak pisze Augustyn – „w godnej podziwu serdecznej przyjaźni”. Biskup Hippony dodaje, że jego matka miała jeszcze jeden dar: „gdziekolwiek mogła, starała się dusze rozdzielone sporem doprowadzić do pojednania”. Święta wysłuchiwała zawsze obu skłóconych stron, nigdy jednak nie powtarzała tego, co usłyszała złego. „(…) mówiła tylko o tym, co mogło służyć pojednaniu” – podkreśla jej syn.

    Najwięcej jednak, oczywiście, zawdzięczał jej on sam. Najpierw odebrał od niej chrześcijańskie wychowanie: „Już jako mały chłopiec dowiedziałem się o życiu wiecznym, obiecanym nam przez naszego Pana. Od samego urodzenia żegnano mnie znakiem Jego krzyża i kosztowałem Jego soli. Bo matka moja gorąco w Ciebie wierzyła” – opowiada święty. Nie uchroniło go to jednak od rzucenia się w wir światowych uciech. „Wyczerpywałem się w niemoralności i daleko zaszedłem po drodze ciekawej bezbożności; doszedłem aż na dno zwątpienia i w sam gąszcz podstępnych kultów diabelskich” – wyznaje, mając na myśli nie tylko hołdowanie różnego rodzaju pożądliwościom, ale także związki z sektą manichejczyków, pod których wpływem przez lata pozostawał. „W okresie tychże dziewięciu lat, od dziewiętnastego do dwudziestego ósmego roku życia, zarówno sam byłem uwodzony, jak i innych wodziłem na manowce. Inni mnie oszukiwali i ja oszukiwałem innych” – pisze w „Wyznaniach”. I podkreśla, że powstanie z upadku zawdzięcza gorliwej modlitwie matki: „Ale wyciągnąłeś rękę z wysokości i wydobyłeś duszę mą z tej ciemnej przepaści, Panie, bo przed Tobą płakała nad moją dolą wierna Ci matka moja, bardziej niż płaczą matki nad mogiłami dzieci. W świetle bowiem wiary i ducha, którego miała z Ciebie, uważała mnie za umarłego. I wysłuchałeś ją, Panie, nie pogardziłeś łzami, co rzęsiście spływały z jej oczu na ziemię w każdym miejscu, gdzie się modliła”.

    Pociecha w płaczu

    Odpowiedzią Boga okazał się sen opisany w „Wyznaniach”: „Śniło się jej mianowicie, że stoi na drewnianej belce do mierzenia, a oto kroczy ku niej młodzieniec jaśniejący i uśmiecha się do niej radośnie, chociaż ona była przygnębiona i smutna. Zapytał się jej, dlaczego tak się smuci i każdego dnia tyle łez wylewa. Gdy odpowiedziała, że nad zgubą moją płacze, kazał jej, żeby była spokojna i żeby przypatrzyła się uważnie: niech zobaczy, że gdzie jest ona, tam i ja jestem. Gdy spojrzała, zobaczyła, że stoję przy niej na tej samej belce”.

    Ten sen napełnił św. Monikę nadzieją na przemianę syna i tak zinterpretowany poruszył też jego serce, choć, jak sam wyznaje, „miało jeszcze upłynąć prawie dziewięć lat, podczas których nurzałem się głęboko w bagnie i ciemności fałszu. A przez ten czas owa cnotliwa, pobożna i roztropna kobieta – taka wdowa, jaka bliska jest Twoim upodobaniom, już podniesiona na duchu owym widzeniem, lecz wcale nie mniej płacząca nadal, wzdychająca ku Tobie każdej godziny, wśród wielu łez zanosiła w mojej intencji modlitwy do Ciebie”. Nie ustała więc gorliwość matczynej modlitwy, zmieniła się za to taktyka świętej: „Zgodziła się mieszkać ze mną i jadać przy tym samym stole w naszym domu [Augustyn żył w tym czasie bez ślubu z kobietą, z którą miał syna – przyp. Sz.B.], czego w poprzednim czasie odmawiała, ze zgrozą odsuwając się od moich błędów bluźnierczych”. Za Augustynem udała się potem z Kartaginy do Rzymu, a następnie do Mediolanu, co można by nawet odczytywać jako nadopiekuńczość w stosunku do – dorosłego w końcu – syna. Jego podróże były zapewne próbą wyrwania się spod tej opieki – bezskuteczną jednak. Dopadła go w Mediolanie i, widząc, że w jego duszy zaczyna zachodzić wyraźna przemiana, pokierowała do tamtejszego biskupa, św. Ambrożego, z którego rąk ostatecznie przyjął on chrzest 24 kwietnia 387 r.

    Święta Monika zmarła cztery miesiące później, 27 sierpnia. Odeszła, wiedząc, że jej życiowa misja została wykonana. Temu odchodzeniu jej syn poświęcił szczególnie piękne karty swego dzieła. Teraz to on wylewał łzy, zupełnie inny był jednak ich powód: „Myślałem o jej miłości i oddaniu dla Ciebie, o jej cierpliwej czułości dla mnie, której nagle zostałem pozbawiony. Doznałem pociechy, gdym przed Tobą zapłakał za nią i nad sobą, ofiarowując Ci te łzy w jej i mojej intencji. Już nie dusiłem w sobie płaczu, pozwoliłem łzom płynąć strumieniem, podścieliłem ten strumień sercu memu i we łzach znalazłem spoczynek, bo tylko Ty mnie słyszałeś, a nie słyszał żaden człowiek, który mógłby pogardzać mną za to, że płaczę”.

    Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny

    ***

    26 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Częstochowska

    Zobacz także:
      •  Święta Joanna Elżbieta Bichier des Ages, dziewica
      •  Święta Teresa od Jezusa Jornet e Ibars, dziewica
      •  Błogosławiona Maria od Aniołów Ginard Marti, zakonnica i męczennica
    Klasztor na Jasnej Górze

    Wśród bardzo licznych w Polsce sanktuariów Jasna Góra ma swoje pierwsze i uprzywilejowane miejsce. Rocznie nawiedza ją od miliona do dwóch milionów pielgrzymów. Przybywają, by modlić się przed cudownym obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, słynącym wieloma łaskami i na trwałe wpisanym w dzieje Polski.
    Pierwszym i najdawniejszym dokumentem, informującym o cudownym obrazie, jest łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru: Translatio tabulae Beatae Mariae Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W rękopisie tym czytamy:Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Urzeczony cudownym obrazem książę ruski Lew, pozostający w służbie cesarza, uprosił Konstantyna o darowanie mu obrazu, który też przeniósł do swojego księstwa i kazał go bogato ozdobić. Obraz znowu zasłynął cudami. W czasie wojny prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego obraz ukryto w zamku bełskim. Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk zajął obraz. W czasie oblegania zamku przez Litwinów i Tatarów strzała wpadła do zamku i ugodziła w prawą stronę wizerunku. Wtedy nieprzyjaciół otoczyła mgła, która przeraziła wrogów. Książę wypadł na nich z wojskiem i ich rozgromił. Kiedy chciał wywieźć obraz do swojego księstwa, mimo dużej liczby koni obraz nie ruszał z miejsca. Wtedy książę uczynił ślub, że wystawi kościół i klasztor tam, gdzie umieści obraz. Wtedy konie lekko ruszyły i zawiozły obraz na Jasną Górę. Tam umieścił go w kaplicy kościoła, gdzie obraz ponownie zajaśniał cudami.Cytowany dokument pochodzi z I poł. XV w. Być może został przepisany z dokumentu wcześniejszego. Tradycja głosi, że obraz został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie. Wizerunek z Jerozolimy do Konstantynopola miał przewieźć cesarz Konstantyn. Służący w wojsku cesarskim książę ruski Lew zapragnął przenieść obraz na Ruś. Cesarz podarował mu wizerunek i od tego czasu obraz otaczany był na Rusi wielką czcią. Obraz rzeczywiście mógł dostać się na Ruś z Konstantynopola, gdyż w XI-XIV w. pomiędzy Cesarstwem Bizantyjskim a Rusią trwał żywy kontakt. Nie jest również wykluczone, że obraz został zraniony strzałą w czasie bitwy. W czasie walk prowadzonych przez Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego na Rusi obraz ukryto w zamku w Bełzie. W roku 1382 znalazł go tam książę Władysław Opolczyk. Doznając wielu łask przez wstawiennictwo Matki Bożej, książę zabrał obraz i przywiózł do Częstochowy.
    Pierwotny obraz jasnogórski mógł pochodzić z VII w. Byłby to więc jeden z najstarszych na świecie wizerunków Matki Bożej. Analiza obrazu wykazuje duże podobieństwo do obrazów, jakie mnisi bazyliańscy malowali na Krecie. W tym wypadku obraz mógłby pochodzić z X w. Stąd mógł znaleźć się w Konstantynopolu.
    Po II wojnie światowej znaleziono na Jasnej Górze inny dokument, pochodzący z 1474 r. Zawiera on szerszy opis dziejów cudownego obrazu, ale pełno w nim legend. Mamy jednak także dokument najwyższej wagi: dwa dzieła, które wyszły spod pióra Jana Długosza (1415-1480). Żył on w czasach, które blisko dotyczą cudownego obrazu – sam mógł więc być świadkiem niektórych wydarzeń. Długosz kilka razy pisze o cudownym obrazie częstochowskim.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Książę Władysław Opolczyk sprowadził do Częstochowy z Węgier paulinów. Oddał im drewniany kościół parafialny w Starej Częstochowie. Długosz przekazał nam dokładnie akt zrzeczenia się tegoż kościoła przez ówczesnego proboszcza, Henryka Bielę, na ręce ojca Jerzego, przeora klasztoru paulinów w Budzie na Węgrzech. Długosz podaje, że akt przekazania odbył się dnia 23 czerwca 1382 r. 10 sierpnia tego roku książę Opolczyk specjalnym dokumentem przekazał uposażenie, jakie nadał klasztorowi w Starej Częstochowie.
    Darowizny te musiały być niewystarczające, skoro 24 lutego 1393 r. książę Opolczyk ponowił akt darowizn przez swoich pełnomocników. Byli nimi: krakowianin Spytko z Melsztyna i Jan Tarnowski z Sandomierza. Długosz wymienia szczegółowo, jakie to były darowizny i świadczenia. Dowiadujemy się także, jaki był wówczas stan klasztoru i kościoła.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Bardzo szybko do obrazu zaczęli przybywać pierwsi pielgrzymi, którzy dzięki modlitwie do Maryi doznawali wielu łask. Z czasem zaczęli tu przynosić swoje wota. Przyciągnęły one złodziei. Na Wielkanoc 1430 r. dwaj panowie polscy i książę ruski dokonali napaści na Jasną Górę. Dla zatarcia śladów posłużyli się bandami husyckimi, grasującymi na Śląsku. W tym czasie klasztor słynął już z powodu cudownych łask otrzymywanych dzięki modlitwie do Maryi przedstawionej w wizerunku jasnogórskim. Napastnicy sądzili, że w klasztorze są zatem jakieś wielkie bogactwa i skarby, bo ściągały do niego rzesze pielgrzymów na święta maryjne. Kiedy okazało się, że wyposażenie klasztoru jest dość skromne – ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby. Odarli także cudowny obraz ze złota i klejnotów, którymi przyozdobili go pobożni pielgrzymi. Wreszcie przecięli twarz Maryi cięciem szabli.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Na prośbę paulinów król Władysław Jagiełło pozwolił zabrać zniszczony i zbeszczeszczony przez rabusiów obraz do Krakowa i powierzył jego odnowienie – na własny koszt – nadwornym malarzom. Przypuszcza się, że pochodzili oni z Rusi i specjalizowali się w sztuce bizantyjskiej. Usiłowali oni naprawić obraz i przywrócić go do stanu pierwotnego. Kładli jednak farby nową techniką (tempera), czego stare malowidło nie przyjmowało. Nie znali bowiem dawnej techniki enkaustycznej, stosowanej w obrazach starochrześcijańskich i bizantyjskich, którą wykonano pierwotny wizerunek. W tej sytuacji albo zrobiono najpierw wierną kopię obrazu poprzedniego, albo powielono jedną z już istniejących kopii. Prace trwały długo, być może nawet dwa lata. To świadczy, z jak wielkim pietyzmem go malowano. Dla zaakcentowania wierności dla pierwowzoru artyści pozostawili nawet ślady ran, zadanych Matce Bożej na obrazie pierwotnym. Zachowali również te same deski, na których namalowano pierwowzór, chociaż kosztowało ich to wiele dodatkowego trudu.
    Zmieniono natomiast ozdoby szat. Lilie andegaweńskie na płaszczu Maryi nawiązują zbyt wyraźnie do herbu andegaweńskiego króla Węgier Ludwika. Prawdopodobnie dodano także do rąk Dzieciątka książkę. Do dziś pozostały na obrazie jedynie ślady napaści z 1430 r. – są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa, oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi (dwa widoczne wyraźniej, cztery pozostałe słabiej).
    Księgi klasztoru częstochowskiego potwierdzają niezwykłe fakty, związane z cudownym obrazem. Zapisywano je skrzętnie w osobnej księdze łask. Najstarszy zachowany opis cudownego uzdrowienia pochodzi z roku 1402. O sławie jasnogórskiego obrazu świadczy również to, że już w owych czasach sporządzano jego kopie. Już w roku 1390 miał ją Głogówek, w roku 1392 daleki Sokal, a w roku 1400 – jeszcze dalszy Lepogłów w Chorwacji.
    Na Jasnej Górze wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk (1448 i 1472), św. Kazimierz królewicz (1472), Zygmunt I Stary (1510 i 1514), Stefan Batory (1581), Zygmunt III Waza (1616, 1620, 1630), Władysław IV (1621, 1633, 1638, 1642, 1644, 1646), Jan Kazimierz (1649, 1656, 1658, 1661), Michał Korybut Wiśniowiecki (1669, 1670), Jan III Sobieski (1676, 1683), August II Sas (1704), August III Sas (1734).W roku 1655 miała miejsce słynna obrona Jasnej Góry. 9 listopada 1655 r. hrabia Wejhard podszedł pod Jasną Górę w 3 tys. żołnierzy i zażądał bezwzględnej kapitulacji. Przeor klasztoru, o. Augustyn Kordecki, odmówił. Zaczęło się więc oblężenie. 19 listopada przybył generał Burhardt Miller oraz pułkownik Wacław Sadowski. Oblężenie trwało do Bożego Narodzenia, a więc ponad miesiąc. O. Kordecki miał do dyspozycji 160 żołnierzy i 70 zakonników. Obroną klasztoru dowodzili Stefan Zamojski i Piotr Czarnecki. Miller do rozbicia klasztoru i kościoła oraz otaczających murów użył najcięższych dział. Wyrzucono 340 armatnich kul o masie sześciu, a nawet dwunastu kilogramów. Naród zerwał się do walki. To zmusiło Millera do opuszczenia Jasnej Góry nocą 27 grudnia. Usiłował on jeszcze powrócić i z nagła zaskoczyć 24 i 28 lutego, a potem 9 kwietnia 1656 r., ale również bezskutecznie.

    Cudowny Obraz Maryi z Jasnej Góry

    Obecny obraz Matki Bożej, namalowany na drewnianej tablicy, zalicza się do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria, co oznacza “Tę, która prowadzi”. Sam obraz (o wymiarach 122,2 x 82,2 x 3,5 cm) jest ułożony na trzech deseczkach lipowych, sklejonych, na które została położona kredowa zaprawa grubości 2-3 mm. Samo malowidło położono temperą na płótnie. Przedstawia ono stojącą Najświętszą Maryję Pannę z Dzieciątkiem Jezus na lewym ręku. Matka Boża ma na sobie czerwoną suknię, a na nią narzucony niebieski płaszcz ozdobiony liliami andegaweńskimi. Prawa ręka Maryi spoczywa na piersi. Jezus jest przyodziany w sukienkę koloru karminowego, bogato złoconą ozdobami, z rękawami szczelnie zapiętymi u dłoni – podobnie jak u Maryi. W lewym ręku trzyma księgę, prawą natomiast unosi w geście błogosławieństwa, wskazując jednocześnie na Maryję. Całe pole nimbu Maryi i Jezusa jest wypełnione pozłotą. Tło obrazu jest zielone, co w symbolice obrazów bizantyjskich wyraża często pełnię łask Ducha Świętego. Dziecię Boże ma stopy bose, co wyróżnia się na tle bogactwa jego szaty. Płaszcz przykrywa także głowę Najświętszej Panny jakby naturalnym welonem. Nad czołem na płaszczu widać złotą gwiazdę. Obramowanie szaty Jezusa i płaszcza Maryi ma szeroką złotą oblamówkę. U płaszcza Maryi ma ona dodatkową ozdobę w postaci artystycznej koronki. Na to wszystko są nałożone na obie postacie artystyczne i zdobne w drogie kamienie szaty i korony.
    Obraz jasnogórski był kilka razy odnawiany. Po raz pierwszy – przypuszczalnie w roku 1682 z okazji przygotowań do 300-lecia sprowadzenia obrazu. Wtedy to nieznany malarz, podpisany J.K. pinxit indignus servus wymalował olejnymi farbami obraz, przedstawiający historię cudownego obrazu. Obraz ten umieścił na odwrocie cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Nie przeprowadził jednak konserwacji samego obrazu. Dokonał jej dopiero w 1705 r. na dwanaście lat przed koronacją brat zakonny, Makary Szybkowski. Z tej okazji również przemalował on olejnymi farbami płaszcz i suknię Maryi i Dzieciątka; do płaszcza Maryi wbił także 28 mosiężnych gwiazdek. Usunął je dopiero profesor Jan Rutkowski, kiedy w 1925-1926 roku dokonywał naukowego badania obrazu i jego gruntownej konserwacji. Usunął on przy tym także olejne farby, nałożone w latach późniejszych, oraz sadze z twarzy Matki Bożej i Pana Jezusa. Usunął też ślady gwoździ, które były przybite do deski celem umocnienia sukienek srebrno-złotych. Oczyszczono deski od robactwa i ubytków powstałych na skutek próchnienia. Oczyszczono także i zabezpieczono ramy obrazu. W latach 1948-1952 przeprowadzono jeszcze raz naukowe badania najnowocześniejszymi dostępnymi wówczas środkami: prześwietlenie rentgenowskie, badano obraz pod mikroskopem, wykorzystując kryteria mikropaleontologiczne i mineralogiczne, przeprowadzono także ocenę technologiczną i artystyczno-formalną. W latach II wojny światowej (1939-1945) obraz znajdował się w ukryciu. Dlatego wymagał kolejnej renowacji. Dzieła dokonał konserwator R. Kozłowski.

    Św. Jan Paweł II przed Cudownym Obrazem w 1999 r.

    Od bardzo dawna istnieje zwyczaj ozdabiania cudownych obrazów Maryi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego miała miejsce w 1717 r. Korony ofiarował sam król August II Mocny. Aktu koronacji dokonał brat prymasa, biskup Krzysztof Szembek, w dniu 8 września 1717 r. Obecni byli ponadto biskup wileński i inflancki. W uroczystej procesji przeniesiono obraz z kościoła do sali rycerskiej. Tam odczytano dekret papieski i przyniesiono korony. Następnie obraz przeniesiono uroczyście do kościoła wśród modlitw, śpiewów i salw armatnich. Tu nastąpił obrzęd nałożenia koron i Msza święta. Po obiedzie odprawiono Nieszpory i przeniesiono obraz z kościoła do kaplicy. Tam odśpiewano Litanię Loretańską i Te Deum. Z okazji koronacji nałożono na obraz Matki Bożej kosztowne szaty wykonane przez złotnika, brata Makarego Szybkowskiego. Sporządził on trzy suknie na różne uroczystości: granatową haftowaną diamentami, niebieską z rubinami i zieloną z perłami i różnymi drogimi kamieniami. Od 1817 r. zaczęto obchodzić uroczyście rocznicę koronacji. W 1909 r. w nocy z 22 na 23 października zakonnik i kapłan Macoch dokonał kradzieży koron z obrazu Matki Bożej, perłowej sukni i wielu kosztowności. Ze świętokradztwem połączył mord dokonany na wspólniku. Skazano go na dożywotnie więzienie. Papież św. Pius X ofiarował nowe korony. Rekoronacja odbyła się 22 maja 1910 r.W 1957 r. na apel prymasa Stefana Wyszyńskiego i uchwałą Episkopatu Polskiego Polska rozpoczęła Wielką Nowennę, aby przygotować cały naród do obchodów tysiąclecia przyjęcia Chrztu przez Mieszka I (966-1966). Równocześnie zarządzono peregrynację kopii cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Peregrynacja rozpoczęła się dnia 26 sierpnia 1957 r. w archidiecezji warszawskiej. Dokładnie rok wcześniej, 26 sierpnia 1956 r., w 300 lat od ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych przed obrazem Matki Bożej Łaskawej we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku, Episkopat Polski pod nieobecność uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego w obecności około miliona wiernych odnowił uroczyście te ślubowania. 5 maja 1957 r. odnowienie tych ślubów odbyło się we wszystkich kościołach polskich. Śluby króla Jana Kazimierza były jego osobistym zobowiązaniem, śluby jasnogórskie zaś stały się zobowiązaniem całego narodu polskiego jako program chrześcijańskiego życia, wytyczony przez Wielką Nowennę przed Tysiącleciem Chrztu Polski.
    Najbardziej znana i uroczysta koronacja obrazu odbyła się w 1966 r. w ramach obchodu Tysiąclecia Chrztu Polski. Dokonał jej Prymas Tysiąclecia, błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński, wielki czciciel Maryi Jasnogórskiej, oddany Jej z synowską ufnością; jest on założycielem Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej Matki Kościoła, działającego obecnie pod nazwą Instytutu Prymasowskiego Stefana kard. Wyszyńskiego.

    Św. Jan Paweł II przed Cudownym Obrazem

    Cudowny obraz jest otaczany przez Polaków niezwykłą czcią. Wielokrotnie modlił się przed nim także kard. Karol Wojtyła, a potem – papież Jan Paweł II. Co roku, na uroczystości maryjne (szczególnie 15 i 26 sierpnia) do jasnogórskiego sanktuarium przybywają setki tysięcy ludzi, bardzo często idąc w pieszych pielgrzymkach przez wiele dni.Dzisiejsza uroczystość powstała z inicjatywy bł. Honorata Koźmińskiego, który po upadku powstania styczniowego starał się zjednoczyć naród wokół Królowej Polski – Maryi. Wraz z ówczesnym przeorem Jasnej Góry, o. Euzebiuszem Rejmanem, wyjednał on u św. Piusa X ustanowienie w 1904 r. święta Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XI rozciągnął w 1931 r. ten obchód na całą Polskę oraz zatwierdził nowy tekst Mszy świętej i brewiarza.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    25 sierpnia

    Święta Maria od Jezusa Ukrzyżowanego
    (Mała Arabka), dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Ludwik IX, król
      •  Święty Józef Kalasanty, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria del Transito od Jezusa Sakramentalnego, dziewica
      •  Błogosławiona Maria Troncatti, zakonnica
    Święta Maria od Jezusa Ukrzyżowanego
    Miriam Baourdy, zwana także Małą Arabką, urodziła się 5 stycznia 1846 r. w Abellin, pod starożytną Ptolemaidą, w Galilei. Jej ojciec pochodził z Damaszku, a matka – z Libanu. Gdy Maria miała trzy lata, straciła rodziców. Na wychowanie zabrał ją wtedy wuj. W dwunastym roku życia przynaglano ją już do małżeństwa, ale wybroniła się przed nim i złożyła ślub czystości. Poszukując pracy, dotarła do Marsylii, gdzie została służącą.
    W 1865 r. wstąpiła do józefitek, ale te – widząc, że Maria doznaje ekstaz i jest stygmatyczką – skierowały ją do karmelu w Pau. Tam to dziewczyna przyjęła imię Marii od Jezusa Ukrzyżowanego. W 1870 r. razem z innymi wyjechała do Indii, aby w Mangalore założyć nowy klasztor. Do Francji wróciła z tych samych powodów, dla których józefitki oddały ją karmelitankom.
    W Pau spotkała ks. Piotra Estrate, przełożonego sercanów w Betherram, który podjął się kierownictwa duchowego, a po latach został jej biografem. W roku 1875 Maria zaczęła realizować dzieło swych dawnych marzeń: założenie karmelu w Betlejem. Zainicjowała ponadto nowy klasztor w Nazarecie.
    22 sierpnia 1878 r. przeżyła upadek ze schodów, w trakcie którego złamała lewą rękę. Błyskawicznie rozwinęła się gangrena i Miriam zmarła 26 sierpnia 1878 r. w Betlejem. Nie pozostawiła żadnych pism, była zresztą prawie analfabetką. Zachowały się jednak relacje osób, które się z nią stykały. Dowiadujemy się z nich o jej wizjach, ekstazach, spełnionych proroctwach, także o improwizowanych poematach. Wszystko to przeżywała w sposób zupełnie zwyczajny, jak gdyby chodziło o rzeczy najnormalniejsze w świecie, nieświadoma swojej niezwykłości. Wywierała ogromny wpływ na otoczenie. Szerzyła przede wszystkim nabożeństwo do Ducha Świętego.
    Św. Jan Paweł II dokonał jej beatyfikacji 13 listopada 1983 r. w Rzymie. Papież Franciszek włączył ją do grona świętych 17 maja 2015 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 sierpnia

    Święty Bartłomiej, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święta Emilia de Vialar, dziewica i zakonnica
      •  Błogosławiona Maria od Wcielenia (Vincenta Rosal), dziewica
      •  Błogosławiony Mirosław Bulesić, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Poznańska Piątka, męczennicy
    Święty Bartłomiej
    Święty Bartłomiej jest jednym z dwunastu Apostołów, których wybrał sobie Jezus spośród kilkudziesięciu uczniów.
    W Ewangeliach spotykamy dwa imiona: Bartłomiej i Natanael. Synoptycy (Mateusz, Łukasz i Marek) używają nazwy pierwszej, natomiast Jan posługuje się imieniem drugim. Jednak według krytyki biblijnej i tradycji chodzi w tym wypadku o jedną i tę samą osobę. Jan pisze o Natanaelu jako o Apostole (J 1, 35-51; 21, 2). Ponadto akcentuje wyraźnie, że Natanaela łączyła przyjaźń z Filipem Apostołem, a synoptycy umieszczają Bartłomieja zawsze właśnie przy Filipie w katalogach Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 14). Co więcej, są oni nawet wymienieni ze spójnikiem “i”: “Filip i Bartłomiej”.
    Aramejskie słowo Bartolmaj znaczy tyle, co “syn Tolmaja”. Z tym imieniem spotykamy się w Biblii kilka razy (Joz 15, 14; 2 Sm 3, 3). Wyraz Natanael jest imieniem hebrajskim i znaczy tyle, co “Bóg dał” – byłby więc odpowiednikiem greckiego imienia Teodoros czy łacińskiego Deusdedit oraz polskiego Bogdan. Z imieniem Natanael spotykamy się w Piśmie świętym znacznie częściej (Lb 1, 8; 2, 5; 7, 18; 10, 15; 1 Krn 2, 14; 15, 24; 24, 6 i in.). Jeśli Bartłomiej jest tożsamy z Natanaelem, to jego imię brzmiałoby poprawnie: Natanael, bar Tholmai (Natanael, syn Tolmaja).

    Święty Bartłomiej
    Synoptycy wymieniają imię św. Bartłomieja jedynie w katalogach Apostołów. Św. Jan podaje, że pochodził z Kany Galilejskiej. Szczegółowo zaś opisuje pierwsze spotkanie Natanaela z Chrystusem (J 1, 35-51), którego był naocznym świadkiem. To Filip, uczeń Pana Jezusa, późniejszy Apostoł, przyprowadził Natanaela do Chrystusa i dlatego zawsze w wykazie Apostołów Natanael znajduje się tuż za Filipem. Niektórzy uważają, że to właśnie na weselu Natanaela w Kanie był Chrystus z uczniami i Matką, gdzie na Jej prośbę dokonał pierwszego cudu.
    Z opisu pierwszego spotkania wynika, że Natanael nie był zbyt pozytywnie nastawiony do mieszkańców Nazaretu. Kiedy jednak usłyszał słowa Chrystusa i poznał, że Chrystus przeniknął głębię jego wnętrza, serce i duszę, od razu zdecydowanie w Niego i Jemu uwierzył. Świadczy to o wielkiej prawości jego serca i otwarciu na działanie łaski Bożej. Odtąd już na zawsze pozostał przy Chrystusie. O Natanaelu św. Jan Ewangelista wspomina jeszcze raz – brał on udział w cudownym połowie ryb na jeziorze Genezaret po zmartwychwstaniu Chrystusa (J 21, 2-6).Tradycja chrześcijańska ma niewiele do powiedzenia o św. Bartłomieju. Zainteresowanie innymi Apostołami jest znacznie większe, postać św. Bartłomieja jest raczej w cieniu. Pierwszy historyk Kościoła, św. Euzebiusz, pisze, że ok. roku 200 Pantenus znalazł w Indiach Ewangelię św. Mateusza. Wyraża przy tym przekonanie, że zaniósł ją tam właśnie św. Bartłomiej. Podobną wersję podaje św. Hieronim. Natomiast św. Rufin i Mojżesz z Horezmu są zdania, że św. Bartłomiej głosił naukę Chrystusa w Etiopii. Pseudo-Hieronim zaś twierdzi, że św. Bartłomiej apostołował w Arabii Saudyjskiej. Jeszcze inni są zdania, że św. Bartłomiej pracował wśród Partów i w Mezopotamii. Ta rozbieżność pokazuje, jak mało wiemy o losach Apostoła po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa.

    Święty Bartłomiej odzierany ze skóry
    Z apokryfów o św. Bartłomieju zachowały się Ewangelia Bartłomieja i Apokalipsa Bartłomieja. Znamy je jednak w dość drobnych fragmentach. Zachował się również obszerniejszy apokryf Męka Bartłomieja Apostoła. Według niego Bartłomiej miał głosić Ewangelię w Armenii. Tam miał nawet nawrócić brata królewskiego – Polimniusza. Na rozkaz króla Armenii, Astiagesa, został pojmany w mieście Albanopolis, ukrzyżowany, a w końcu ścięty. Od św. Izydora (+ 636), biskupa Sewilli, rozpowszechniła się pogłoska, że św. Bartłomiej został odarty ze skóry. Stąd też został uznany za patrona rzeźników, garbarzy i introligatorów. Jako przypuszczalną datę śmierci Apostoła podaje się rok 70.Święty Bartłomiej
    Zaraz po śmierci Bartłomiej odbierał cześć jako męczennik za wiarę Chrystusową. Dlatego i jego relikwie chroniono przed zniszczeniem. Około roku 410 biskup Maruta miał je przenieść z Albanopolis do Majafarquin, skąd przeniesiono je niedługo do Dare w Mezopotamii. Stamtąd zaś relikwie umieszczono w Anastazjopolis we Frygii w Azji Mniejszej ok. roku 507. Kiedy jednak najazdy barbarzyńców groziły zniszczeniem i profanacją, w roku 580 przewieziono je na Wyspy Liparyjskie, a w roku 838 do Benewentu. Obecnie znajdują się pod mensą głównego ołtarza tamtejszej katedry. Część tych relikwii została przeniesiona za panowania cesarza Ottona III do Rzymu. Władca ten wystawił bazylikę na Wyspie Tyberyjskiej (dla przechowania relikwii św. Wojciecha), do której to bazyliki sprowadzono potem relikwie Apostoła, zmieniając jej tytuł.Święty Bartłomiej
    Kult św. Bartłomieja datuje się od V w. Grecy obchodzą jego uroczystość 11 czerwca, Ormianie 8 grudnia i 25 lutego, Etiopczycy 18 lipca i 20 listopada. Kościół łaciński święto Apostoła od wieku VIII obchodzi 24 sierpnia. W VI w. spotykamy już pierwszy kościół wzniesiony ku jego czci na wyspie Eolia. Piza, Wenecja, Pistoia i Foligno wystawiły mu okazałe świątynie. W Polsce kult św. Bartłomieja był niegdyś bardzo żywy – wystawiono ku jego czci na naszych ziemiach ponad 150 kościołów. Miał on nawet w Polsce swoje sanktuaria, np. w Polskich Łąkach koło Świecia, gdzie na odpust ściągały tłumy z daleka.
    W ikonografii św. Bartłomiej jest przedstawiany w długiej tunice, przepasanej paskiem, czasami z anatomiczną precyzją jako muskularny mężczyzna. Bywa ukazywany ze ściągniętą z niego skórą. Jego atrybutami są: księga, nóż, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 sierpnia

    Błogosławiony Władysław Findysz,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Róża z Limy, dziewica
      •  Błogosławiony Bernard z Offidy, zakonnik
      •  Święty Filip Benicjusz, prezbiter
    Błogosławiony Władysław Findysz
    Władysław Findysz urodził się 13 grudnia 1907 roku w Krościenku Niżnym koło Krosna, w wielodzietnej rodzinie chłopskiej, jako trzecie dziecko. Następnego dnia przyjął chrzest. Jego rodzinny dom był miejscem głębokiego przeżywania wiary, a przy tym szacunku dla tradycji i historii Polski. Dzieciństwo przygotowało go do prób, które Pan Bóg zaplanował dla niego w przyszłości. Gdy miał zaledwie pięć lat, śmierć zabrała mu ukochaną matkę, a w niedługim czasie także troje spośród rodzeństwa. W 1913 roku rozpoczął naukę w szkole ludowej w rodzinnej miejscowości, a następnie w szkołach krośnieńskich. Tam poznał Sodalicję Mariańską i zaangażował się w jej działania. Z daleka doświadczał skutków tragicznej wojny. Już w odrodzonej Polsce w 1927 roku, po maturze, zdecydował się na wstąpienie do seminarium duchownego w Przemyślu. 19 czerwca 1932 roku przyjął święcenia kapłańskie.
    Przełożeni wysłali ks. Władysława w charakterze wikariusza do parafii kolejno w Borysławiu, Drohobyczu, Strzyżowie i Jaśle. Dwie pierwsze obejmowały tereny przemysłowe, zamieszkane przez ludność zróżnicowaną narodowościowo, religijnie i materialnie. Strzyżów i Jasło, duże parafie miejskie, choć mniej zróżnicowane narodowościowo, stanowiły wielkie wyzwanie dla młodego kapłana – czas posługi w nich zbiegł się z okresem II wojny światowej i okupacji hitlerowskiej. W Strzyżowie przez pierwszy rok wojny (1939-1940) ks. Władysław był administratorem parafii, gdyż zmarł tamtejszy proboszcz. W Jaśle związał się z ruchem oporu, przyjmując na siebie obowiązki kapelana. Już w 1941 r. pełnił urząd administratora, a od 1942 roku proboszcza parafii pw. świętych Apostołów Piotra i Pawła w Nowym Żmigrodzie.
    Władysław przywiązywał dużą wagę do formacji wewnętrznej i zachowywania praktyk ascetycznych. Był przy tym skromny i pełen szacunku dla ludzi. Praca w Nowym Żmigrodzie przypadła na burzliwy okres najnowszych dziejów Polski. W czasie okupacji hitlerowsko-sowieckiej ks. Władysław niósł pomoc potrzebującym, zrozpaczonych podnosił na duchu, a błądzących upominał. Był świadkiem prześladowania Polaków, Żydów i przedstawicieli innych narodów. Najtrudniejszy był ostatni okres okupacji, kiedy został wysiedlony. Parafia została bez pasterza. Po zakończeniu wojny, w 1945 roku, wrócił do Nowego Żmigrodu, by zająć się pracą nad odnową moralną mieszkańców i odbudową materialną parafii. Wierni zagrożeni propagandą ateistyczną znajdowali w jego posłudze pomoc i oparcie.

    Błogosławiony Władysław Findysz
    Organizował katolickie pogrzeby ofiar wojny i pomoc materialną dla poszkodowanych, bez względu na narodowość i wyznanie. Dzięki temu wiele rodzin łemkowskich uniknęło wysiedlenia w ramach Akcji “Wisła”. Brał udział w odbudowie miasteczka. Katechizował dzieci i młodzież, najpierw w szkole, dopóki władze komunistyczne pozwalały, a potem poza nią. Wiernie i z oddaniem realizował swe obowiązki. Jego gorliwa działalność duszpasterska naraziła go szybko na prześladowania ze strony władz komunistycznych. Śledzono go, nagrywano kazania. Wielokrotnie odmawiano mu wydania przepustki na pobyt w strefie nadgranicznej, uniemożliwiając tym samym posługę kapłańską wśród mieszkających tam parafian. Był też nieustannie inwigilowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.
    W 1963 roku apelował do parafian o włączenie się do prowadzonej przez Kościół w Polsce akcji tzw. “soborowych czynów dobroci”. Zadenuncjowali go ludzie, którzy poczuli się urażeni listami, w których zachęcał ich do pojednania się z Bogiem i Kościołem. Tym, którzy żyli w związkach niesakramentalnych, oferował pomoc w doprowadzeniu ich do ołtarza.
    Oskarżony o złamanie dekretu o ochronie wolności sumienia i wyznania, w 1963 roku został aresztowany. Przewieziono go na komendę w Rzeszowie, gdzie był przesłuchiwany, a w jego mieszkaniu przeprowadzono rewizję. Był już wtedy ciężko chory – rozpoznano raka przełyku. Postawiono mu zarzut zmuszania do praktyk religijnych. Wkrótce odbył się pokazowy proces. Skazano go na karę dwóch i pół roku więzienia. Mimo złego stanu zdrowia przez kilka miesięcy był więziony. Przez kilka miesięcy odbywał karę na Zamku w Rzeszowie, a na wiosnę 1964 r. został przeniesiony do krakowskiego więzienia dla więźniów politycznych na Montelupich. Komuniści sprawę ks. Findysza wykorzystali dla zastraszenia innych niepokornych księży. W obronie uwięzionego kapłana, wymagającego natychmiastowego leczenia, interweniowały władze diecezji przemyskiej. Prokuratura odrzucała kolejne prośby i apele.
    Do gwałtownego pogorszenia zdrowia ks. Władysława przyczyniły się fizyczne i psychiczne tortury. Miesiące spędzone w uwłaczających ludzkiej godności warunkach i brak opieki lekarskiej wpłynęły na radykalne pogorszenie stanu jego zdrowia. Kiedy 29 lutego 1964 roku, po uchyleniu aresztu przez Sąd Najwyższy, opuszczał więzienie, był skrajnie wyczerpany. Nie rokowano mu powrotu do zdrowia.
    Zmarł 21 sierpnia tego roku w Nowym Żmigrodzie. Jego pogrzeb stał się okazją do manifestacji przywiązania do wiary katolickiej. Uczestniczyło w nim 130 kapłanów oraz tysiące wiernych. Ksiądz Findysz został pochowany na cmentarzu parafialnym w Nowym Żmigrodzie.
    Komuniści nawet po jego śmierci nie dali mu spokoju. Przez wiele lat nie można było wszcząć procesu beatyfikacyjnego. Wśród parafian pozostała jednak żywa pamięć o jego posłudze. Wyróżniał się w ich przekonaniu jako wzór wypełniania obowiązków pasterskich, a zwłaszcza jako obrońca wiary i moralności chrześcijańskiej. Dopiero zmiana sytuacji politycznej po 1989 roku pozwoliła podjąć starania o beatyfikację ks. Władysława, które rozpoczęto w 2000 roku.
    Już 20 grudnia 2004 roku Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wydała dekret o męczeństwie ks. Findysza, ponieważ zmarł on w wyniku cierpień zadanych mu w więzieniu z powodu nienawiści do wiary (in odium fidei).
    19 czerwca 2005 r., w imieniu papieża Benedykta XVI, prymas Polski kardynał Józef Glemp, podczas Eucharystii sprawowanej w Warszawie, włączył ks. Władysława w poczet błogosławionych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    22 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Królowa

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Agatonik i Towarzysze
      •  Błogosławiony Franciszek Dachtera, prezbiter i męczennik
    Guido Reni: Dziewica na tronie z Dzieciątkiem

    Wspomnienie Maryi Królowej zostało wprowadzone do kalendarza liturgicznego przez papieża Piusa XII encykliką Ad caeli Reginam (Do Królowej niebios), wydaną 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Już w czasie Soboru Watykańskiego I w roku 1869 biskupi francuscy i hiszpańscy prosili o to święto. Pierwszy Krajowy Kongres Maryjny w Lyonie (1900) prośbę tę ponowił. Uczyniły to również międzynarodowe kongresy maryjne odbyte we Fryburgu (1902) i w Einsiedeln (1904). Od roku 1923 wyłonił się specjalny ruch pro regalitate Mariæ. Początkowo wspomnienie Maryi Królowej obchodzone było w dniu 31 maja, ale w wyniku posoborowej reformy kalendarza liturgicznego przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia Maryi – 22 sierpnia. To właśnie wydarzenie ukoronowania Maryi wspominamy w piątej tajemnicy chwalebnej różańca.W Piśmie świętym nie mamy tekstu, który by wprost mówił o królewskim tytule Najświętszej Maryi Panny. Są jednak teksty pośrednie, które tę prawdę zawierają. W raju pojawia się zapowiedź Niewiasty, która skruszy głowę węża (Rdz 3, 15). Archanioł Gabriel i Elżbieta wołają do Maryi: “Błogosławiona jesteś między niewiastami” (Łk 1, 28. 43) – a więc spomiędzy wszystkich niewiast na ziemi Ty jesteś pierwsza. Sama też Maryja w proroczym natchnieniu wypowiada o sobie słowa: “Oto błogosławić Mnie będą odtąd wszystkie pokolenia” (Łk 1, 48). Apokalipsa zawiera taką relację: “Potem ukazał się znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod Jej stopami, a na Jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12, 1) – tą Niewiastą, według Tradycji Kościoła, jest właśnie Maryja.
    Drugim źródłem naszej wiary w królowanie Maryi jest podanie ustne, które objawia się w zwyczajnym nauczaniu Kościoła i w pismach jego Ojców. Tu mamy już świadectwa wprost, a jest ich bardzo wiele. Św. Efrem (+ 373) już 1600 lat temu tak pisze o Maryi: “Dziewico czcigodna, Królowo i Pani”, “po Trójcy jest Panią wszystkich”, “jest Panią wszystkich śmiertelnych”. Samego siebie nazywa “sługą Maryi”. Św. Piotr Chryzolog (+ 451), również doktor Kościoła, nazywa Matkę Bożą “Panią” (Domina). W dawnej terminologii oznaczało to słowo godność władcy i króla. Św. Ildefons, biskup Toledo (+ 669), nazywa Maryję nie tylko Panią, ale “panującą nad wszystkimi ludźmi”. Przy tej okazji wypowiada przepiękne słowa: “Stałem się sługą Twoim, boś Ty się stała Matką mojego Stworzyciela”. Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), nazywa Maryję “Królową wszystkich mieszkańców ziemi”, a św. Jan Damasceński (+ 749) “Królową rodzaju ludzkiego” i “Królową wszystkich ludzi”, “Panią wszechstworzenia”.

    Maryja - Królowa nieba i ziemi

    Potwierdzenie powszechnej wiary w to, że Maryja jest Królową nieba i ziemi, wyraża również ikonografia chrześcijańska, która od lat najdawniejszych przedstawia Maryję na tronie, z nimbem, w którym przedstawiano tylko cesarzy. Spotykamy taki sposób przedstawiania Najświętszej Maryi Panny już od III w. w katakumbach. Na ikonach bizantyjskich od wieku VI Matka Boża jest zawsze na tronie. Tego rodzaju obrazy, a potem figury nosiły nazwę Basilissa, czyli Królowa, lub Theantrōpos, czyli Pani siedząca na tronie, mająca na kolanach Dziecię Boże. Często dla podkreślenia, że Maryja jest także Królową aniołów, przedstawiano Jej postać w ich otoczeniu. W obrazach wczesnośredniowiecznych aniołowie podtrzymują koronę nad Jej głową. Ten typ obrazów nosił grecką nazwę Panagia angeloktistos. Od X w. powszechnym zwyczajem staje się przedstawianie Maryi na tronie i z koroną, w szatach królewskich, a nawet siedzącej po prawicy Chrystusa. Od XIV w. ulubionym tematem artystów staje się scena “koronacji” Maryi przez Pana Jezusa i Boga Ojca.W VIII w. jako forma walki z obrazoburcami przyjął się zwyczaj prywatnego koronowania obrazów i figur Matki Bożej, zwłaszcza słynących szczególnymi łaskami. W 732 r. papież św. Grzegorz III ukoronował obraz Matki Bożej szczerozłotymi koronami z diamentami. Papież Grzegorz IV w roku 838 podobną koronę ofiarował Matce Bożej w kościele św. Kaliksta w Rzymie. Od XVII w. zwyczaj ten stał się urzędowo zastrzeżony Stolicy Apostolskiej. Początkowo koronacje te były zastrzeżone jedynie w stosunku do cudownych obrazów włoskich. Wkrótce jednak rozszerzono je na cały świat. Pierwszym obrazem, który doczekał się zaszczytu papieskiej koronacji, był obraz Matki Bożej w zakrystii bazyliki św. Piotra w Rzymie (1631). W Polsce tego zaszczytu dostąpił jako pierwszy obraz Matki Bożej Łaskawej w Warszawie (1651), a następnie obraz Matki Bożej Częstochowskiej w roku 1717.
    Do najdawniejszych i najbardziej popularnych modlitw Kościoła należą “Pod Twoją obronę” (Sub Tuum præsidium) i “Witaj, Królowo” (Salve Regina) oraz Litania Loretańska, gdzie ostatnie wezwania wychwalają Matkę Bożą jako Królową.
    Tytuł Maryi Królowej podkreślony został także w dokumentach Soboru Watykańskiego II, szczególnie w Konstytucji Dogmatycznej o
    Kościele Lumen gentium:

    Koronacja Maryi na Królową nieba i ziemi

    Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego (por. Ap 19,16) oraz zwycięzcy grzechu i śmierci (KK 59).
    Tytuł “Królowa” podkreśla stan Maryi w czasach ostatecznych jako Tej, która zasiada obok swego Syna, Króla chwały. W ten sposób wypełniły się słowa Magnificat: “Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Maryja ma uczestnictwo w chwale zmartwychwstałego Chrystusa, gdyż miała udział w Jego dziele zbawczym. Jest Jego Matką, nosiła Go w swoim łonie, urodziła Go, zadbała o Jego wychowanie, towarzyszyła Mu nieustannie podczas Jego nauczania – aż do krzyża, a potem Wieczernika w dniu Pięćdziesiątnicy.
    Maryja nie jest Królową absolutną, najwyższą i jedyną. Jest nad Nią Bóg i tylko On ma najpełniejsze prawo do tego tytułu. Jeśli więc Maryję nazywamy Królową, to jedynie ze względu na Jej Syna. Godność Jej Boskiego Macierzyństwa wynosi Ją ponad wszystkie stworzenia, czyni Ją Królową aniołów i wszystkich Świętych, Królową nieba i ziemi. Królewskość Maryi jest więc pośrednia. Tylko Pan Bóg jest władcą najwyższym i jedynym. Maryja ma władzę jedynie honorową i zleconą, pełni na ziemi rolę “Regentki”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    21 sierpnia

    Święty Pius X, papież

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Brunon Zembol, zakonnik i męczennik
      •  Błogosławiona Wiktoria Rasoamanarivo
    Święty Pius X
    Giuseppe (Józef) Sarto urodził się 2 czerwca 1835 r. w rodzinie wiejskiego listonosza, w Riese koło Wenecji. Uczęszczając do szkoły podstawowej w Riese, uczył się równocześnie języka łacińskiego u kapelana tej wioski, ks. Alojzego Horacjusza. W 1846 r. został przyjęty do gimnazjum w Castelfranco Veneto. Codziennie musiał więc przebiegać 14 km (po 7 km tam i z powrotem do domu). Trwało to przez 4 lata (1846-1850). W 1845 r. otrzymał sakrament bierzmowania; pierwszą Komunię świętą przyjął dwa lata później, kiedy miał 12 lat.
    Za pieniądze kardynała Jakuba Monico Józef podjął studia w seminarium w Padwie. Przebywał tam 8 lat (1850-1858). W tym czasie zmarł jego ojciec (1852) i była obawa, że Józef będzie musiał przerwać studia, aby pomagać matce. Matka jednak zdecydowała się dorabiać krawiectwem, aby synowi nie przerywać studiów. Święcenia kapłańskie Józef otrzymał 18 września 1858 r.
    Pierwszą placówką młodego kapłana była kapelania w Tombolo. Wyróżniał się tam jako doskonały kaznodzieja. Dlatego zapraszano go chętnie z kazaniami z różnych okazji. Swoje kazania przygotowywał bardzo starannie, każde z nich zapisując. Budował wiernych pobożnością i gorliwością kapłańską. Opiekował się ubogimi. Po 9 latach (1858-1867) biskup przeznaczył go na proboszcza do Salvano. Tu zajął się szczególnie katechizacją dzieci, uczeniem chóru śpiewu liturgicznego i biednymi. Sam będąc wiele razy głodny jako chłopiec, umiał zrozumieć głód innych. Był tak szczodry dla ubogich, że siostra częstokroć z płaczem skarżyła się mu, że nie ma co do garnka włożyć, a wstydzi się brać w sklepie na kredyt. Miał dwóch wikariuszy do pomocy, z którymi codziennie wieczorem omawiał potrzeby parafii. Po 8 latach został zwolniony z parafii i mianowany kanonikiem w Treviso. Niebawem biskup mianował ks. Józefa Sarto swoim kanclerzem (1875). Po śmierci biskupa został wybrany na wikariusza kapitulnego diecezji (1882).Święty Pius X w ówczesnym uroczystym stroju papieskim
    W 1884 r. papież Leon XIII mianował ks. Sarto biskupem Mantui i sam udzielił mu sakry biskupiej. Jako pasterz diecezji Józef umiał być kochającym i życzliwym dla wszystkich ojcem, ale bywał także stanowczy, kiedy tego wymagała chwała Boża. Sam przyświecał swojemu duchowieństwu przykładem modlitwy, ubóstwa i gorliwości kapłańskiej. Baczną uwagę zwrócił na seminarium duchowne, by mogli stąd wychodzić odpowiednio przygotowani do przyszłej misji kapłani. Osobiście zwizytował wszystkie kościoły i parafie diecezji, by się przekonać naocznie o ich potrzebach materialnych i duchowych. Na zakończenie wizytacji zwołał synod diecezjalny (1888), którego nie było od 250 lat. W 1891 roku urządził wielkie uroczystości w 300-lecie śmierci św. Alojzego Gonzagi, który pochodził z Mantui.
    W 1892 r. zmarł patriarcha Wenecji, kardynał Dominik Agostini. Leon XIII wyznaczył na jego miejsce biskupa Józefa Sarto. W trzy dni potem nowy patriarcha Wenecji otrzymał nominację na kardynała Kościoła. Całe swoje doświadczenie i gorliwość oddał do usług nowej archidiecezji. Rozwinął więc akcję katechizacji, by ją postawić na poziomie i ożywić ją we wszystkich parafiach oraz rektoratach swojej metropolii. W seminarium oprócz teologii dogmatycznej i moralnej wprowadził studia biblijne, historię Kościoła i ekonomię społeczną. Rozpoczął akcję oczyszczania muzyki kościelnej z elementów świeckich, jakie powszechnie wówczas wdarły się do liturgii. Pomagał mu w tym znany muzyk, Wawrzyniec Perosi. W roku 1895 zorganizował uroczystości jubileuszu 800-lecia konsekracji bazyliki św. Marka. W roku 1900 celebrował rocznicę 100-lecia konklawe, na którym w Wenecji został wybrany papieżem Pius VII. Jako patriarcha Wenecji mawiał do swoich kapłanów: “Głosicie wiele dobrych kazań. Niektóre zdradzają ogień najcudowniejszej wymowy i przewyższają nawet aktorów gestami i grą twarzy. Ale bądźmy szczerzy. Co mają z tego nasi biedni rybacy? Ile z tego rozumieją służące, robotnicy portowi i tragarze? Można dostać zawrotu głowy od tych hamletycznych salw huraganowych, ale serce, bracia, serce pozostaje puste. Proszę was, bracia, mówcie prosto oraz zwyczajnie, żeby i najprostszy człowiek was zrozumiał. Mówcie z dobrego i pobożnego serca, wtedy traficie nie tylko do uszu, ale i do duszy waszych słuchaczy”.
    Święty Pius X
    W 1903 r. zmarł wielki papież Leon XIII. 62 kardynałów po siódmym głosowaniu w dniu 4 sierpnia wybrało na jego następcę kardynała Józefa Sarto. Wybór przyjął zalany łzami. Uroczysta koronacja odbyła się 9 sierpnia. Nowy papież przyjął imię Piusa X. W dwa miesiące później (4 października 1903 r.) wydał swą pierwszą encyklikę E supremi apostolatus, w której wyłożył program swojego pontyfikatu: odnowić wszystko w Chrystusie (instaurare omnia in Christo). W 1906 r. wydał drugą z kolei encyklikę, dotyczącą karności i reformy duchowieństwa. W 1908 r. zaprowadził reformę kurii papieskiej i zmiany w procedurze konklawe. Rozpoczął reformę prawa kanonicznego, którą dokończył papież Benedykt XV, jego następca, wydaniem nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (1917). W 1905 r. ukazał się Katechizm Piusa X najpierw dla diecezji rzymskiej, potem dla całego Kościoła z instrukcją o nauczaniu dzieci prawd wiary. Za pomocą listu motu proprio z 1903 r. Pius X wprowadził reformę muzyki kościelnej. Zreformował również brewiarz. Dekretem z 1905 r. zniósł konieczność przystępowania do spowiedzi przed każdym przyjęciem Komunii świętej, a dekretem Quam singulari Christus amore (z 8 sierpnia 1910 r.) obniżył wiek dzieci mogących przyjąć Komunię świętą.
    Z całą energią zwalczał współczesne błędy. Największym niebezpieczeństwem był modernizm – prąd, który obalał niemal wszystkie dogmaty. W encyklice Pascendi dominici gregis z 8 września 1907 r. modernizm został uroczyście potępiony, a kapłani zostali zobowiązani do składania przysięgi antymodernistycznej. Dla podniesienia wagi nauk biblijnych i dla przeciwstawienia się szerzonym błędom racjonalistycznym Pius X ustanowił Papieski Instytut Biblijny, istniejącą do dziś najwyższą szkołę biblijną (1909).
    Z całą stanowczością stawał w obronie Kościoła. Na tym tle doszło do gwałtownego zatargu z rządem francuskim, który w roku 1905 samowolnie zerwał konkordat z roku 1801 i usiłował narzucić Kościołowi ograniczające jego wolność prawa. Wtedy właśnie wypędzono z Francji zakonników i zlikwidowano niemal wszystkie klasztory. Papież mianował 40 biskupów na nie obsadzonych dotąd diecezjach, nie konsultując tego z rządem.
    Pius X bywa nazywany papieżem dzieci. Kochał je i pragnął, by jak najwcześniej spotkały się z Panem Jezusem, zanim szatan zajmie jego miejsce. Po wydaniu dekretu o wczesnej Komunii świętej otrzymał moc listów od dzieci. Pan Bóg obdarzył go także darem łask niezwykłych, m.in. uzdrawiania chorych.
    Święty Pius X - papież Eucharystii
    25 maja 1914 r. zdołał jeszcze zwołać konsystorz i ogłosić na nim wybór 13 nowych kardynałów. Z tej okazji dał wyraz swojemu przeczuciu bliskiej śmierci z powodu choroby nerek i oskrzeli, na którą od dawna cierpiał. 28 czerwca 1914 r. padł w Sarajewie od kuli zamachowca następca tronu Austro-Węgier, Franciszek Ferdynand. Wojna wisiała na włosku. Papież wydał orędzie do państw, usiłując zatrzymać groźbę wojny. Nie udało mu się to – 28 lipca stała się ona faktem. 21 sierpnia 1914 r. o godzinie 1 w nocy papież Pius X przeniósł się do wieczności. Następnego dnia odbył się jego pogrzeb i złożenie ciała do podziemi watykańskich pod bazyliką św. Piotra. 3 czerwca 1951 r. Pius XII dokonał uroczystej beatyfikacji sługi Bożego, a w trzy lata później, 29 maja 1954 r., ten sam papież dokonał jego uroczystej kanonizacji. Ciało św. Piusa X znajduje się w bazylice św. Piotra na Watykanie w kaplicy Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Jest on czczony jako patron esperantystów.
    W ikonografii św. Pius X przedstawiany jest w stroju papieskim.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 sierpnia

    Święty Bernard z Clairvaux,
    opat i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Władysław Mączkowski, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Alojzy od Świętego Sakramentu (Jerzy Häfner), prezbiter i męczennik
      •  Samuel, prorok
    Święty Bernard z Clairvaux

    Bernard urodził się w rycerskim rodzie burgundzkim, na zamku Fontaines pod Dijon (Francja) w 1090 r. Jego ojciec, Tescelin, należał do miejscowej arystokracji jako wasal księcia Burgundii. Jego matka (Aletta) była córką hrabiego Bernarda z Montbard. Jako chłopiec Bernard uczęszczał do szkoły prowadzonej przez kanoników diecezjalnych w St. Vorles, gdzie ojciec Bernarda miał swoją posiadłość. Ojciec marzył dla syna o karierze na dworze księcia Burgundii. W Boże Narodzenie Bernardowi miało się pojawić Dziecię Boże i zachęcać chłopca, aby poświęcił się służbie Bożej. Kiedy Bernard miał 17 lat (1107), umarła mu matka. Zwrócił się wówczas do Maryi, by mu zastąpiła matkę ziemską. Będzie to jeden z rysów charakterystycznych jego ducha: tkliwe nabożeństwo do Bożej Matki.
    Mając 22 lata wstąpił do surowego opactwa cystersów w Citeaux, pociągając za sobą trzydziestu towarzyszy młodości. Niedługo potem również jego ojciec wstąpił do tego opactwa. Żywoty Bernarda głoszą, że wśród niewiast powstała panika, iż nie będą miały mężów, bo wszystko, co było najszlachetniejsze, Bernard zabrał do zakonu.
    Nadmierne pokuty, jakie Bernard zaczął sobie zadawać, tak dalece zrujnowały jego organizm, że był już bliski śmierci. Kiedy tylko poczuł się nieco lepiej, wraz z 12 towarzyszami został wysłany przez św. Stefana, opata, do założenia nowego opactwa w pobliżu Aube, w diecezji Langres, któremu Bernard od pięknej kotliny nadał nazwę Jasna Dolina (Clara Vallis – Clairvaux). Jako pierwszy opat tegoż klasztoru otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 25 lat. W tym opactwie pozostał przez 38 lat jako opat. Stąd też rozpowszechniał dzieło św. Roberta (+ 1110) i św. Stefana (+ 1134) przez założenie 68 nowych opactw, toteż słusznie nadano mu tytuł współzałożyciela zakonu cystersów. Bernard nadał mu bowiem niebywały dotąd rozwój w całej Europie. Co więcej, oprócz nowych kandydatów w szeregi jego synów duchowych zaczęli się zaciągać także zwolennicy reformy z wielu opactw benedyktyńskich.

    Francisco Goya: Święty Bernard przyjęty do cystersów

    Bernard był nie tylko gorliwym opatem swojej rodziny zakonnej. Zasłynął także jako myśliciel, teolog i kontemplatyk. Umiał łączyć życie czynne z mistyką. Mając do dyspozycji na rozmowę z Bogiem tak mało czasu w ciągu dnia, poświęcał na nią długie godziny nocy. Założył około trzystu fundacji zakonnych, w tym także cysterską fundację w Jędrzejowie. Wywarł wpływ na życie Kościoła swej epoki. Był jedną z największych postaci XII wieku. Nazwano go “wyrocznią Europy”. Był obrońcą papieża Innocentego II. Położył kres schizmie Anakleta w Rzymie. Z polecenia Eugeniusza III ogłosił II krucjatę krzyżową. Napisał regułę templariuszy, zakonu powołanego w 1118 r. do ochrony pielgrzymów od napadów i stania na straży Grobu Chrystusa. Wyjednał także u papieża jej zatwierdzenie.

    Święty Bernard z Clairvaux - gorliwy czciciel Maryi

    Bernard bardzo żywo bronił czystości wiary. Wystąpił przeciwko tezom Abelarda, znanego dialektyka, bardzo awanturniczego i zbyt intelektualizującego prawdy wiary. Skłonił go do pojednania z Kościołem.
    Bernard zasłynął także swymi pismami. Jest ich wiele: od drobnych rozpraw teologicznych, poprzez utwory ascetyczne, kończąc na listach i kazaniach. Z traktatów najważniejsze to: O łasce i wolnej woli, O stopniach pokory i pychy, Księga o miłowaniu Boga, Pięć ksiąg do papieża Eugeniusza III. Z jego kazań najpiękniejsze to komentarze do Pieśni nad pieśniami (1136) i O Najświętszej Maryi Pannie. Wśród listów zachował się także list do biskupa krakowskiego.
    Bernard wyróżniał się także nabożeństwem do Męki Pańskiej. Na widok krzyża zalewał się obfitymi łzami. Bracia zakonni widzieli nieraz, jak czule rozmawiał z Chrystusem ukrzyżowanym. Dla wyrażenia swojej miłości do NMP nie tylko pięknie o Niej pisał, ale często Ją pozdrawiał w Jej świętych wizerunkach. Powtarzał wówczas radośnie Ave, Maria! Legenda głosi, że raz z figury miała mu odpowiedzieć Matka Boża na to pozdrowienie słowami: Salve, Bernardzie! Ikonografia często przedstawia go w tej właśnie sytuacji. Nadzwyczajny dar wymowy zjednał mu tytuł “doktora miodopłynnego”.

    Święty Bernard z Clairvaux - czciciel Męki Pańskiej

    Zmarł w Clairvaux 20 sierpnia 1153 r. Do chwały świętych wyniósł go papież Aleksander III w 1174 roku. Doktorem Kościoła ogłosił Bernarda papież Pius VIII w 1830 roku. W osiemsetną rocznicę jego śmierci Pius XII w 1953 r. wydał ku czci św. Bernarda piękną encyklikę, zaczynającą się od słów Doktor miodopłynny. Bernard jest czczony jako patron cystersów, Burgundii, Ligurii, Genui, Gibraltaru, Pelplina, a także pszczelarzy; wzywany jako opiekun podczas klęsk żywiołowych, sztormów oraz w godzinie śmierci.
    W ikonografii Bernard przedstawiany jest w stroju cysterskim. Jego atrybutami są m.in.: księga, krzyż opacki, krucyfiks; Matka Boża z Dzieciątkiem, narzędzia Męki Pańskiej, pióro pisarskie, różaniec, trzy infuły u stóp, rój pszczeli, ul.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    19 sierpnia

    Święty Jan Eudes, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Bernard Tolomei, opat
      •  Błogosławiony Gweryk, opat
      •  Święty Ludwik, biskup
      •  Święty Sykstus III, papież
    Święty Jan Eudes
    Jan Eudes urodził się 14 listopada 1601 r. w rodzinie wieśniaków, w Ry (Normandia). Po ukończeniu szkół podstawowych Jan wstąpił do kolegium jezuickiego w Caen. Tutaj pogłębił w sobie życie wewnętrzne. Znajomość języka łacińskiego opanował w tak doskonałym stopniu, że mógł się nim posługiwać na równi z językiem ojczystym. Jako wzorowy uczeń został przyjęty do Sodalicji Mariańskiej. Po ukończeniu kolegium w 1623 roku wstąpił do głośnego wówczas we Francji “Oratorium Jezusa”. Przyjął go sam założyciel tej instytucji, kardynał Piotr de Berulle, wówczas najwyższy autorytet moralny we Francji. W dwa lata potem Jan przyjął święcenia kapłańskie (1625).
    W 1627 r. powrócił do Argentan, kiedy dowiedział się, że panuje tam zaraza. Niósł pomoc zarażonym. Następnie został przeznaczony do Caen. Powierzono mu obowiązki wędrownego kaznodziei, by głosił rekolekcje, misje, słowo Boże z okazji odpustów i świąt. Tę wyczerpującą pracę prowadził przez 44 lata (1632-1676). Za podstawę obrał sobie katechizm. Systematycznie uczył prawd wiary i moralności tak dzieci, jak i dorosłych, wieśniaków, jak i mieszczan. Co roku przeprowadzał 3 do 4 misji, a każda z nich trwała od 4 do 8 tygodni. Przez całe swe życie przeprowadził 110 misji. W ciągu kilkudziesięciu lat przemierzył całą Normandię, Bretonię i część Burgundii. Wielu kapłanów i wiele sióstr zakonnych poddało się pod jego kierownictwo duchowe.
    Za poradą spowiednika wystąpił z Oratorium (1643) i postanowił założyć własne zgromadzenie misyjne (eudystów) dla nauczania i katechizowania ludu, który był pod tym względem mocno zaniedbany. Ponieważ wyróżniał się nabożeństwem do Serca Jezusa i Maryi, cześć dla tych Serc szerzył niezmordowanie żywym słowem i pismem. Założył szereg seminariów duchownych w diecezjach, w których ich jeszcze nie było, mimo bardzo surowych zaleceń soboru trydenckiego (1545-1563): w Coutances (1650), w Lisieux (1653), w Rouen (1658), w Evreux (1667) i w Rennes (1670), skąd wyszło wielu gorliwych kapłanów. Seminaria te prowadzili jego synowie duchowi.
    W swoich wędrówkach apostolskich zauważył, że po miastach szerzyła się rozpusta. Wiele młodych niewiast i dziewcząt w tego rodzaju życiu widziało jedyną dla siebie szansę zdobycia utrzymania. Nieustanne wojny i zamieszki, zarazy i pożary pomnażały nędzę, która pchała kobiety w ramiona rozpusty. Jan utworzył więc nową, żeńską rodzinę zakonną do opieki nad moralnie upadłymi dziewczętami, pod nazwą Sióstr Matki Bożej od Miłości. Tego rodzaju inicjatywa była potrzebna, gdyż nowy zakon otworzył swoje placówki w Caen (1642), w Rennes (1673), w Hennebont (1676) i w Guingamp (1676). Papież Aleksander VII zatwierdził nowe dzieło bullą w 1666 roku.
    Jan znajdował też czas na twórczość pisarską. Do najcenniejszych jego pism należą Królestwo Chrystusa (1637), Katechizm misyjny (1642), Kontrakt człowieka z Bogiem przez Chrzest święty (1654), Pamiętnik życia kościelnego (1681), Dobry spowiednik (1666) i Kaznodzieja apostolski (1685). Niektóre z tych dziełek ukazały się w druku dopiero po jego śmierci.Święty Jan Eudes
    Największe zasługi Jan Eudes położył jako niezmordowany apostoł nabożeństwa do Serca Pana Jezusa i Serca Jego Matki. Jako pierwszy wystąpił publicznie z rozpowszechnianiem nabożeństwa, które było dotąd zarezerwowane tylko dla wybranych. Rozpowszechniał wśród ludu i duchowieństwa obrazy i obrazki Najświętszych Serc, modlitwy i pobożne wezwania. U biskupów poszczególnych diecezji otrzymał zezwolenie na obchodzenie święta Serca Jezusa (20 października) i Serca Maryi (8 lutego). Ułożył do tekstu Mszy świętej i brewiarza osobne czytania i hymny. Rodziny zakonne, które założył, oddał pod opiekę Serca Maryi i Jezusa. Jako hasło i codzienne pozdrowienie wprowadził do swoich klasztorów: Zdrowaś, Serce Najświętsze! Zdrowaś, Najukochańsze Serce Jezusa i Maryi! Nabożeństwo to szerzył także poprzez misje urządzane przez siebie i swoich synów duchowych. Nakazał odprawiać je w seminariach, które prowadził jego zakon. W roku 1650 Jan założył bractwo Serca Jezusa i Maryi. W Coutance wystawił pierwszy kościół ku czci Serca Pana Jezusa i Matki Bożej.
    Właśnie ta akcja przysporzyła mu jednocześnie najwięcej cierpień. Naraził się bowiem jansenistom. Oratorianie, z których szeregów wystąpił, także nie mogli mu tego darować. Posądzono go o herezję. Doszło do tego, że król nakazał mu usunąć się z Paryża. Kapłan bronił się. Przekonywał, że teologicznie nabożeństwo to nie jest błędne, a z powodów duszpastersko-ascetycznych ma wielkie znaczenie. Opatrzność czuwała nad dziełem. Znaleźli się dygnitarze, którzy udzielili poparcia pięknej inicjatywie. Jan dla ostrożności oddał teksty liturgiczne, ułożone przez siebie, do przeglądu wybitnym teologom. Ci je zatwierdzili (1670). W 1672 roku Jan Eudes wysłał pismo do sześciu domów swojego zgromadzenia męskiego, w których polecił obchodzić święto Serca Pana Jezusa (20 października) jako święto patronalne zgromadzenia. W tym samym liście polecił równocześnie, by uroczystość tę poprzedziła uroczystość Serca Maryi (8 lutego). Za eudystami poszły z wolna inne zakony. Święto Serca Pana Jezusa przyjęły m.in. benedyktynki od Najświętszego Sakramentu (1674) i benedyktynki z Montmartre (1674). Po śmierci Jana w 1681 r. ukazało się w druku dziełko Przedziwne Serce Najświętszej Matki Bożej, w którym Jan wyłożył naukę dotyczącą tego nabożeństwa. Nosił się z myślą wydania podobnej pracy o Najświętszym Sercu Jezusowym, ale śmierć przerwała mu przygotowanie pracy.Zmarł w Caen 19 sierpnia 1680 r. Jego beatyfikacja miała miejsce w 1909 r., dokonał jej papież Pius X. Uroczystej kanonizacji dokonał jego następca, Pius XI, w roku świętym 1925.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 sierpnia

    Błogosławiona Sancja Szymkowiak, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święta Helena, cesarzowa
      •  Święty Albert Hurtado, prezbiter
      •  Błogosławieni prezbiterzy i męczennicy z Rochefort
    Błogosławiona Sancja Szymkowiak
    Janina Szymkowiak urodziła się 10 lipca 1910 r. w Możdżanowie koło Ostrowa Wielkopolskiego. Z domu rodzinnego wyniosła silną wiarę, zasady moralne i gorącą miłość ojczyzny. W 1929 roku, po ukończeniu gimnazjum w Ostrowie Wielkopolskim, podjęła studia romanistyki na Uniwersytecie Poznańskim. Od wczesnej młodości prowadziła głębokie życie religijne. Codziennie uczestniczyła we Mszy św. i przyjmowała Komunię św. Cechowała ją prawość w postępowaniu, wierność przyjętym zobowiązaniom i miłość bliźniego. W 1934 r. uzyskała absolutorium i wyjechała do Francji. Zamieszkała u sióstr oblatek. Chodziło jej o doskonalenie języka przed złożeniem magisterium.
    Udział w pielgrzymce do Lourdes zadecydował o dalszym jej życiu. Pozostała u oblatek i rozpoczęła postulat. Jednak na usilne prośby rodziców, po kilku miesiącach wróciła do Polski. Matka i ojciec doradzali jej wybór zakonu w kraju. Wkrótce zetknęła się z siostrami serafitkami i w 1936 r. wstąpiła do nich w Poznaniu. Otrzymała wówczas zakonne imię Sancja. Pracowała jako wychowawczyni, nauczycielka, furtianka i refektarka. W czasie wojny pozostała w klasztorze, mimo że przełożeni dali jej możliwość czasowego powrotu do domu rodzinnego. Niemcy zamienili dom sióstr w Poznaniu na hotel. Sancja pomagała jako tłumaczka angielskim i francuskim jeńcom, którzy nazywali ją “aniołem dobroci”.
    Wycieńczona ciężką pracą i skromnymi, klasztornymi warunkami, zachorowała na gruźlicę gardła. Cierpienia związane z chorobą ofiarowała Bogu za grzeszników. Przed śmiercią powiedziała: “Umieram z miłości, a Miłość miłości niczego odmówić nie może”. Ciężko chora złożyła śluby wieczyste. Umarła 29 sierpnia 1942 r. z nadzieją, a nawet pewnością, że nadal będzie pomagać innym. Jej grób znajduje się w kościele św. Rocha w Poznaniu.
    W 1996 r. za wstawiennictwem s. Sancji została cudownie uzdrowiona nowo narodzona dziewczynka z Poznania, której lekarze nie dawali szans na przeżycie. Po zbadaniu tego wydarzenia przez odpowiednich ekspertów Stolica Apostolska ogłosiła dekret o cudownym charakterze tego uzdrowienia. To otworzyło drogę do beatyfikacji s. Sancji. Dokonał jej podczas swojej ostatniej pielgrzymki do Polski św. Jan Paweł II. 18 sierpnia 2002 r. na krakowskich Błoniach mówił on o bł. Sancji Szymkowiak:Drogę powołania zakonnego bł. Sancji Janiny Szymkowiak, serafitki, wyznaczało dzieło miłosierdzia. Już z domu rodzinnego wyniosła gorącą miłość do Najświętszego Serca Jezusowego i w tym duchu była pełna dobroci dla wszystkich ludzi, a szczególnie dla najbiedniejszych i najbardziej potrzebujących. Przynależąc do Sodalicji Mariańskiej i Kółka Miłosierdzia św. Wincentego, niosła im konkretną pomoc, zanim jeszcze wstąpiła na drogę życia zakonnego, by potem jeszcze pełniej oddać się na służbę innym. Ciężkie czasy hitlerowskiej okupacji przyjęła jako okazję do całkowitego oddania siebie potrzebującym. Swoje powołanie zakonne zawsze uznawała za dar Bożego miłosierdzia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 sierpnia

    Święty Jacek, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci Alipiusz i Posydiusz, biskupi
      •  Święta Klara z Montefalco, dziewica
      •  Święta Joanna Delanoue, zakonnica
      •  Błogosławiony Augustyn Anioł Mazzinghi, prezbiter
    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Jacek urodził się w Kamieniu Śląskim, w ziemi opolskiej, na krótko przed 1200 rokiem. Był synem szlacheckiego, możnego rodu Odrowążów, krewnym biskupa krakowskiego Iwona Odrowąża i jego następcy, Jana Prandoty, również Odrowąża. Pierwsze nauki pobierał zapewne w Krakowie w szkole katedralnej. Być może jego nauczycielem był bł. Wincenty Kadłubek, który w kapitule krakowskiej mógł wówczas sprawować godność kanonika scholastyka (1183-1206). Jacek zamieszkał wtedy u stryja Iwona. Po ukończeniu szkoły katedralnej otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Pełki lub bł. Wincentego. W 1219 r. był już kanonikiem krakowskim – został mianowany nim przez Iwona. Jest rzeczą prawdopodobną, że Iwo wysłał przedtem Jacka na studia teologiczne i prawa kanonicznego do Paryża i Bolonii. Sam wykształcony w Paryżu i w Vicenza, chciał, by i jego bratanek zdobył wiedzę i nabrał europejskiej ogłady. Jednak o tym źródła milczą.
    W 1215 r. biskup Iwo – przebywając jako kanclerz księcia Leszka Białego na Soborze Laterańskim – poznał św. Dominika Guzmana. Po raz drugi zetknął się ze św. Dominikiem być może w Rzymie, kiedy w roku 1216 stał na czele delegacji polskiej, która miała złożyć hołd (obediencję) nowemu papieżowi Grzegorzowi IX. Wtedy prawdopodobnie wyraził życzenie, aby św. Dominik wysłał także do Polski swoich duchowych synów. Na to zapewne otrzymał odpowiedź, aby przysłał z Polski kandydatów. Kiedy więc Iwo został biskupem krakowskim (1218), udał się do Rzymu ze swymi kanonikami Jackiem i Czesławem. Iwo wrócił do Polski, a Jacek i Czesław pozostali w Rzymie u boku św. Dominika.

    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Nakaz nowicjatu wtedy jeszcze nie istniał. Pojawił się on w zakonie św. Dominika dopiero w 1244 r. Dlatego po krótkim pobycie w rzymskim klasztorze św. Sabiny Dominik mógł obu kandydatów obłóczyć w habit z myślą rychłego wysłania ich do Polski. Bezpośrednią przyczyną decyzji wstąpienia do dominikanów przez Jacka i Czesława miały być niezwykłe wydarzenia, których obaj mężowie byli świadkami. W klasztorze św. Sabiny w Rzymie ujrzeli pewnego dnia św. Dominika w czasie Mszy świętej, uniesionego w ekstazie w górę. Tego właśnie dnia św. Dominik wskrzesił Napoleona, siostrzeńca kardynała Stefana, co głośnym echem odbiło się w Rzymie. Jacek i Czesław odbyli jedynie półroczny okres próby, po którym złożyli śluby na ręce św. Dominika.
    Jeszcze tego samego roku (1219) jesienią Dominik wysłał obu Polaków do Bolonii. Szli pieszo o żebranym chlebie, jak to było wówczas w zakonie w zwyczaju, a nie konno, jak w czasie, gdy przybywali do Rzymu w orszaku biskupa Iwona. W Bolonii znajdował się wówczas główny i największy klasztor Zakonu Kaznodziejskiego. Pozostali tam rok, dokształcając się duchowo i umysłowo w obserwancji zakonu. Zdaniem niektórych pisarzy, dopiero teraz w roku 1220 lub nawet w 1221 Jacek i Czesław złożyli śluby, a nie w roku 1219. W maju 1221 r. w same Zielone Święta wzięli, być może, udział w kapitule generalnej Zakonu, na której utworzono pięć prowincji.
    W roku 1221 św. Dominik lub jego pierwszy następca, bł. Jordan z Saksonii, wysłał grupę 4 braci do Polski. Prowincjałem ustanowił Pawła Węgra. Ponieważ ten musiał chwilowo zostać w Bolonii, na czele wyprawy ustanowił Jacka. Do Polski udali się więc pieszo Jacek, Czesław, Herman i Henryk Morawianin. Jacek niósł ze sobą, jak to było w zwyczaju, odpis bulli papieskiej polecającej biskupom nowy zakon. Za nimi po pewnym czasie podążył Paweł Węgier.
    Jacek po drodze zatrzymywał się z towarzyszami swymi po klasztorach i domach księży. W miasteczku Fryzak na pograniczu Styrii i Karyntii zatrzymali się na dłuższy czas u kanoników regularnych. Kilku członków tego zakonu wstąpiło do nowej rodziny zakonnej św. Dominika. Jacek zostawił więc we Fryzaku jednego z kapłanów i brata Hermana Niemca wraz z nowymi kandydatami, a sam udał się do Lorch koło Linzu w Austrii. Stąd podążył do Pragi Czeskiej. Biskup Pragi przyjął ich bardzo serdecznie i prosił, by tam zostali. Ponieważ nie było jeszcze konkretnych propozycji, Jacek udał się z towarzyszami dalej do Krakowa.
    Podróż Jacka z towarzyszami z Bolonii do Krakowa trwała kilka miesięcy. To świadczy o tym, że Jacek nie miał jeszcze konkretnego planu działania. Św. Dominik polecił mu badać po drodze możliwości pozyskiwania nowych członków i zakładanie nowych placówek. Jacek uczynił to najpierw we Fryzaku, a w kilka lat potem duchowi synowie św. Dominika założą również klasztor w Pradze i we Wrocławiu.

    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Jesienią 1221 r. (6 sierpnia tego roku zmarł św. Dominik, jego następcą został wybrany bł. Jordan z Saksonii) Jacek z towarzyszami znalazł się w Krakowie. 1 listopada w Krakowie pierwszych synów św. Dominika uroczyście przyjął biskup Iwo. Zamieszkali oni początkowo na Wawelu, na dworze biskupim. 25 marca 1222 r. było już gotowe skromne zabudowanie przy kościółku Świętej Trójcy. Tam też uroczyście przenieśli się dominikanie. Jacek natychmiast zabrał się do budowy klasztoru i kościoła. Poprzedni kościół był drewniany i zbyt mały. Całość była gotowa w roku 1227. Koszty poniósł w całości biskup Iwo. Konsekracji nowego kościoła dokonał legat papieski kardynał Grzegorz Krescencjusz. W 1227 r. biskup Iwo dokonał uroczyście aktu przekazania fundacji. Dokument ten zachował się szczęśliwie po nasze czasy. Kiedy w dwa lata potem (1229) zmarł biskup Iwo w czasie swojej podróży do Włoch, dominikanie z wdzięczności sprowadzili jego ciało do Polski i umieścili je w swoim kościele w Krakowie. Biskup zażywał tak wielkiej czci, że oddawano mu cześć jako błogosławionemu aż do wydania dekretu przez papieża Urbana VIII (1634), który zabraniał oddawania czci osobom, które nie otrzymały oficjalnej aprobaty Stolicy Apostolskiej. Biskup Iwo darzył wielką czcią św. Dominika i sam zamierzał wstąpić do dominikanów krakowskich. Wystarał się nawet o zgodę papieża Honoriusza III (+ 1227). Jednak na wieść o tym z Polski posypały się protesty i papież zezwolenie swoje wycofał. Zachowały się listy papieża z grudnia 1223 r., pisane do biskupa Wrocławia i do kapituły krakowskiej, w których papież wyjaśnia, dlaczego najpierw wyraził swoją zgodę, a teraz ją cofa.
    W roku 1225 przeorem w Krakowie został mianowany Gerard. Prowincjałem polsko-węgierskim był wówczas po Pawle Węgrze Teodoryk. Być może Jacek w tym czasie był już na Pomorzu, gdzie w Gdańsku i w okolicy miasta rozwijał żywą działalność. Zakon cieszył się niebywałym wzięciem. Garnęło się w jego szeregi wiele wybitnych jednostek. W bardzo krótkim czasie zaczęły się więc także mnożyć klasztory. Już w 1226 r. powstała odrębna prowincja polska. Jej pierwszym przełożonym został były student uniwersytetu paryskiego, Gerard. Na pierwszej kapitule prowincjalnej uchwalono wysłanie dominikanów do Pragi, Wrocławia, Kamienia Pomorskiego, Gdańska i Sandomierza. To, że kapituła uchwaliła założenie klasztorów w Gdańsku i Kamieniu Pomorskim, mogło być zasługą Jacka. Do Pragi został wysłany bł. Czesław, który jeszcze w tym samym roku założył tam klasztor, a w roku 1230 – w Iławie. W 1226 r. bł. Czesław założył konwent we Wrocławiu.
    W 1228 roku Jacek został wybrany na kapitule prowincji delegatem na kapitułę generalną. Udał się więc w podróż w towarzystwie przeora konwentu sandomierskiego, Marcina, i prowincjała, Gerarda. Kapituła odbyła się w Paryżu. Wybór Jacka na delegata prowincji świadczy, że cieszył się on wówczas wielkim autorytetem. Na kapitule paryskiej wydzielono 6 klasztorów jako odrębną prowincję polską. Należały do niej domy w Krakowie, Gdańsku, Kamieniu Pomorskim, Sandomierzu, Pradze i we Wrocławiu. Liczba polskich dominikanów wynosiła wtedy ok. 50.

    Święty Jacek wskrzesza Napoleona

    W latach 1233-1236 głową polskiej prowincji był bł. Czesław. Jacek w tym czasie zakładał placówki dominikańskie na Pomorzu. Polska prowincja, zatwierdzona ostatecznie na kapitule generalnej w 1228 roku jako dwunasta z kolei, przeżywała swój prawdziwy rozkwit. Na Pomorzu dominikanów przyjął życzliwie książę Świętopełk. Powstały konwenty w Gdańsku i w Kamieniu Pomorskim (po roku 1225), w Chełmie i w Płocku (1233), w Elblągu (1236), potem w Toruniu, a nawet w Rydze, Dorpacie i Królewcu.
    Jacek ustanowił przełożonym nad klasztorami pomorskimi swojego ucznia, Benedykta, a nad klasztorami litewskimi – Wita. Obaj do czasu wydania wspomnianego wcześniej dekretu papieża Urbana VIII (1634) cieszyli się chwałą błogosławionych. Wierny swoim założeniom ewangelizacji, zaraz po kapitule generalnej Jacek udał się na prawosławną Ruś, gdzie założył klasztor w Kijowie (po roku 1228). Misja ta musiała rokować wielkie nadzieje, skoro z tego czasu mamy aż pięć bulli papieskich. Jednak w 1233 r. książę kijowski, podburzony przez prawosławnych kniaziów, zlikwidował na pewien czas placówkę kijowską. Powodzeniem cieszyła się placówka dominikańska w księstwie suzdalskim pod Moskwą i w Haliczu, gdzie Jacek założył również konwent (1238). Według tradycji dominikańskiej, trzy lata wcześniej powstał ośrodek dominikański także w Przemyślu (1235).
    Po Krakowie, Gdańsku i Kijowie przyszła kolej na Prusy. Systematyczną pracę nad nawróceniem Prusaków rozpoczęli już cystersi z Łekna od roku 1206. Ich trud misyjny wydawał pewne owoce. Z czasem jednak okazało się, że Prusacy są silniejsi. Konrad Mazowiecki sprowadził więc w 1226 r. do Polski Krzyżaków. Ci, zaraz po przybyciu na Mazowsze zwrócili się do generała Zakonu Kaznodziejskiego, bł. Jordana, o kapłanów tak dla własnej obsługi, jak też dla prowadzenia misji. Z polecenia generała chętnie Krzyżakom z pomocą pospieszyli dominikanie z klasztorów w Gdańsku, Chełmnie i Płocku. W tej akcji misyjnej brał żywy udział Jacek, który nie mógł przewidzieć przewrotnych planów Krzyżaków, którzy zagarniali tereny oczyszczone z pogaństwa dla siebie. 2 października 1233 r. odbył się w Kwidzynie zjazd, w którym wzięli udział przywódcy krzyżaccy, Henryk Brodaty, Konrad Mazowiecki, arcybiskup gnieźnieński Pełka i bł. Czesław – ówczesny prowincjał polski. Był na tym zjeździe również Jacek. Omawiano na nim plan akcji nawrócenia Prus. Zaborcza polityka Krzyżaków prawdopodobnie zniechęciła Jacka do dalszego angażowania się w akcję misyjną w Prusach.

    Święty Jacek z monstrancją i figurą Matki Bożej

    Jak wielki wpływ zdobyli dominikanie w tym czasie, świadczy to, że na cztery biskupstwa, założone na obszarze Prus w XIII w., trzy były w ręku dominikanów: biskupem Chełmna został były prowincjał polski, Henryk z Lipska (1245), diecezję pomezańską (Kwidzyn) otrzymał dominikanin Ernest (1249), a biskupem sambijskim (w Królewcu) został Theward (1251). Biskupem na Litwie w Wilnie został uczeń Jacka, Wit. Książę litewski Mendog przyjął chrzest i otrzymał z rąk papieża Innocentego IV koronę królewską (1253). W tym samym czasie książę ruski, Daniel, przystąpił do unii z Kościołem rzymskim i otrzymał z rąk tegoż papieża koronę (1253). Wcześniej, w 1248 r., zostali wyświęceni na biskupów inni uczniowie Jacka: Henryk dla Jaćwingów, Bernard dla Halicza i Gerard dla reszty Rusi. Były starania, aby w Łukowie utworzyć stałe biskupstwo dla nawracania pogańskich Jadźwingów. Wreszcie biskupem łotewskim został mianowany inny uczeń Jacka, Meinard. Wszyscy wymienieni biskupi cieszyli się chwałą błogosławionych. Niestety, piękne dzieło na Rusi zniszczył najazd Tatarów. W 1241 r. padły ich ofiarą klasztory w Haliczu i Kijowie. Litwę źle usposobił przeciwko chrześcijaństwu zaborczy i bezwzględny zakon Krzyżaków, tak że odpadła wtedy od Kościoła. Podobnie stało się z Jaćwingami. Prusaków zaś Krzyżacy do tego stopnia zniszczyli, że pozostała po nich zaledwie nazwa.
    Według listy cudów, jakie nam zostawił biograf Jacka – lektor dominikański, o. Stanisław – wynika, że od roku 1240 Jacek mieszkał już w konwencie krakowskim. Przyczyną zaprzestania tak rozległej i dynamicznej akcji mogła być niechęć prawosławnych książąt ruskich, najazd Tatarów na Ruś i zaborcza polityka Krzyżaków, którzy paraliżowali wszelkie misyjne wysiłki polskich dominikanów. Zachowały się dwa dokumenty z lat 1236 i 1238, które zawierają podpis Jacka. Przyznają one Krzyżakom przywileje odnośnie ziem pruskich. Jacek występuje w nich jako świadek. Dowodzi to, że piastował wtedy jakiś urząd, przez co jego podpis był konieczny. Jednak rychło Jacek zawiódł się na zakonie rycerskim. Jako prawy syn św. Dominika nie mógł zrozumieć, że można ideę misyjną tak dalece wypaczyć.Lektor Stanisław podaje, że Jacek zmarł w Krakowie w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 15 sierpnia 1257 r. po dłuższej chorobie. Być może forsowne podróże misyjne, w ówczesnych warunkach bardzo prymitywne i męczące, zniszczyły jego organizm. W tym czasie liczba klasztorów dominikańskich dochodziła do 30, w tym liczba konwentów, czyli pełnych, kanonicznych klasztorów, dochodziła do 20: w Polsce, w Prusach i na Pomorzu było ich 12, w Czechach i na Morawach – 8, a 10 klasztorów – na Śląsku. Liczba zakonników była szacowana na 300-400. Prowincja czeska została wyłoniona z polskiej dopiero w roku 1311.

    Święty Jacek z monstrancją i figurą Matki Bożej

    Jacek musiał swoim braciom zostawić wzór niezwykłej świętości i zakonnej obserwancji, skoro od samego początku jego grób był otoczony wielką czcią i otrzymywano przy nim niezwykłe łaski. W zapiskach konwentu krakowskiego z roku 1277 czytamy taki fragment: “W klasztorze krakowskim leży brat Jacek, mocen wskrzeszać zmarłych”. Rozpoczęto także starania o kanonizację, jak świadczy o tym fakt prowadzenia księgi cudów. Księga ta, prowadzona przy grobie Jacka w latach 1257-1290, przytacza ponad 35 niezwykłych wypadków. Jednak najazdy tatarskie, a potem walki o tron krakowski i dalsze wypadki sprawiły, że dopiero w XV w. ponowiono starania w Rzymie. Wskutek tych działań papież Klemens VII w roku 1427 zezwolił na obchodzenie święta św. Jacka w prowincji polskiej. Intensywne dalsze starania poparte przez królów polskich Stefana Batorego i Zygmunta III dały rezultat. 17 kwietnia 1594 r. papież Klemens VIII zaliczył uroczyście Jacka w poczet świętych. Jacek był siódmym z kolei dominikaninem wśród świętych, a piątym spośród Polaków wyniesionych na ołtarze. Relikwie św. Jacka spoczywają w osobnej kaplicy w kościele Świętej Trójcy w Krakowie w okazałym grobowcu. Kiedy w roku 1612 została utworzona dominikańska prowincja ruska, otrzymała za patrona św. Jacka. Św. Jacek jest otaczany czcią nie tylko w Polsce (zwłaszcza w Krakowie i na Śląsku), ale również w całej Europie, a także w obu Amerykach i Azji.
    Jak głosi tradycja, Jacek Odrowąż nie przyjmował żadnych godności zakonnych. Skupił się na ważnych celach zakonu dominikańskiego na terenie Polski. Jego życie było przepełnione czcią dla Matki Bożej. Legenda głosi, że kiedy musiał w czasie najazdu Tatarów na Kijów opuścić miasto, zabrał ze sobą Najświętszy Sakrament, aby go uchronić od zniewagi. Wtedy z wielkiej kamiennej figury miała odezwać się Matka Boża: “Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?” “Jakże Cię mogę zabrać, Matko Boża, kiedy Twoja figura jest tak ciężka?” Jednak na polecenie z nieba, kiedy uchwycił figurę, miała okazać się bardzo lekką. W kościele dominikanów w Krakowie pokazują dużą statuę kamienną pod nazwą “Matki Bożej Jackowej”.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w habicie dominikańskim, z monstrancją w jednej ręce i figurą Matki Bożej w drugiej.

    Potrafi wskrzeszać zmarłych - św. Jacek
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 sierpnia

    Błogosławiona
    Maria Sagrario od św. Alojzego Gonzagi,
    dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Stefan Węgierski, król
      •  Święty Roch
    Błogosławiona Maria Sagrario od św. Alojzego Gonzagi
    Elwira Moragas Cantarero urodziła się 8 stycznia 1881 r. w Lillo, w prowincji Toledo (Hiszpania). Pięć lat później cała rodzina przeniosła się do Madrytu.
    Elwira została posłana do kolegium katolickiego św. Fernanda, gdzie przystąpiła również do I Komunii św. Kontynuowała naukę w szkole średniej. Po studiach uzyskała dyplom na wydziale farmacji uniwersytetu w Madrycie. Zaczęła pomagać ojcu w aptece, a gdy w 1909 r. zmarł, przejęła jego obowiązki. Opiekowała się mieszkańcami Madrytu i uczestniczyła w życiu religijnym swojej parafii.
    W czerwcu 1915 r. wstąpiła do karmelitańskiego klasztoru św. Anny i św. Józefa, przyjmując imię Maria Sagrario od św. Alojzego Gonzagi. W 1920 r. złożyła śluby wieczyste. W latach 1927-1930 była przełożoną zgromadzenia. W tym czasie z dużym poświęceniem i radością troszczyła się o życie duchowe współsióstr. Następnie pełniła funkcję mistrzyni nowicjuszek.
    1 lipca 1936 r. ponownie wybrano ją na przełożoną. Kilkanaście dni później wybuchła w Hiszpanii wojna domowa. 20 lipca tłum zaatakował klasztor. Siostry zatrzymano, ale po kilku godzinach wypuszczono na wolność. Matka Sagrario postanowiła zostać w Madrycie, by pomagać współsiostrom, ukrywającym się w domach przyjaciół. Wspierała je duchowo i materialnie. 14 sierpnia 1936 r. została aresztowana i poddana przesłuchaniu w więzieniu. Rozstrzelano ją 15 sierpnia 1936 r. rano.
    Proces beatyfikacyjny m. Marii Sagrario zakończyła uroczysta beatyfikacja, dokonana przez św. Jana Pawła II w dniu 10 maja 1998 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    15 sierpnia

    Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna z Rokitna
      •  Matka Boża Zwycięska
      •  Najświętsza Maryja Panna z Kalwarii Pacławskiej
      •  Święty Tarsycjusz, męczennik
    Prawda o Wniebowzięciu Matki Bożej stanowi dogmat naszej wiary, choć formalnie ogłoszony stosunkowo niedawno – przez papieża Piusa XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus:“…powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105)

    Wniebowzięcie Maryi

    Orzeczenie to papież wypowiedział uroczyście w bazylice św. Piotra w obecności prawie 1600 biskupów i niezliczonych tłumów wiernych. Oparł je nie tylko na innym dogmacie, że kiedy przemawia uroczyście jako wikariusz Jezusa Chrystusa na ziemi w sprawach prawd wiary i obyczajów, jest nieomylny; mógł je wygłosić także dlatego, że prawda ta była od dawna w Kościele uznawana. Papież ją tylko przypomniał, swoim najwyższym autorytetem potwierdził i usankcjonował.Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele katolickim. Już w VI wieku cesarz Maurycy (582-602) polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie w dniu 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. Święto to musiało lokalnie istnieć już wcześniej, przynajmniej w V w. W Rzymie istnieje to święto z całą pewnością w wieku VII. Wiemy bowiem, że papież św. Sergiusz I (687-701) ustanawia na tę uroczystość procesję. Papież Leon IV (+ 855) dodał do tego święta wigilię i oktawę.
    Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W mszale na to święto, używanym wówczas w Galii, czytamy, że jest to “jedyna tajemnica, jaka się stała dla ludzi – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny”. W prefacji zaś znajdujemy słowa: “Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa”.
    U Ormian uroczystość Wniebowzięcia Maryi rozpoczyna nowy okres roku kościelnego. Liturgia ormiańska na ten dzień mówi m.in.: “Dziś duchy niebieskie przeniosły do nieba mieszkanie Ducha Świętego. (…) Przeżywszy w swym ciele życie niepokalane, zostałaś dzisiaj owinięta przez Apostołów, a przez wolę Bożą uniesiona do królestwa swojego Syna”.
    W liturgii abisyńskiej, czyli etiopskiej, w tę uroczystość Kościół śpiewa: “W tym dniu wzięte jest do nieba ciało Najświętszej Maryi Panny, Matki Bożej, naszej Pani”.
    15 sierpnia obchodzą pamiątkę tej tajemnicy również Chaldejczycy, Syryjczycy i maronici. Kalendarz koptyjski pod dniem 21 sierpnia opiewa Wniebowzięcie ciała Matki Bożej do nieba.

    Wniebowzięcie Maryi

    Różne bywają nazwy tej uroczystości: Wzięcie Maryi do nieba, Przejście, Zaśnięcie, Odpocznienie Maryi. Nie wszyscy ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Matki Najświętszej. Dlatego także Pius XII w swojej konstytucji apostolskiej nie mówi nic o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz “zasypiając”.Warto przytoczyć dość jasne wypowiedzi Ojców Kościoła na temat wniebowzięcia Maryi. Na Zachodzie pierwszą wzmiankę o tym niezwykłym przywileju Maryi podaje św. Grzegorz z Tours: (+ 594):I znowu przy Niej stanął Pan, i kazał Jej przyjąć święte ciało i zanieść w chmurze do nieba, gdzie teraz połączywszy się z duszą zażywa wraz z wybranymi dóbr wiecznych, które się nigdy nie skończą.Św. Ildefons (+ 667):Wielu przyjmuje jak najchętniej, że Maryja dzisiaj przez Syna Swego (…) do pałaców niebieskich z ciałem została wyniesiona.Św. Fulbert z Chartres (+ 1029) pisze podobnie:Chrześcijańska pobożność wierzy, że Bóg Chrystus, Syn Boży, Matkę swoją wskrzesił i przeniósł Ją do nieba.Św. Piotr Damiani (+ 1072) tak opiewa wielkość tajemnicy dnia Wniebowzięcia:Wielki to dzień i nad inne jakby jaśniejszy, w którym Dziewica królewska została wyniesiona do tronu Boga Ojca i posadzona na tronie. (…) Budzi ciekawość aniołów, którzy Ją pragną zobaczyć. Zbiera się cały zastęp aniołów, aby ujrzeć Królową, siedzącą po prawicy Pana Mocy w szacie złocistej w ciele zawsze niepokalanym.Z innych świętych można by wymienić: św. Anzelma (+ 1109), św. Piotra z Poitiers (+ 1112), św. Bernarda (+ 1153) i św. Bernardyna (+ 1444).

    Wniebowzięcie Maryi

    Najpiękniej jednak o tej tajemnicy piszą Ojcowie Wschodu. Św. Jan Damasceński (+ ok. 749) podaje, jak cesarzowa Pulcheria (ok. roku 450) wystawiła kościół ku czci Matki Bożej w Konstantynopolu i prosiła listownie biskupa Jerozolimy Juwenalisa o relikwie Matki Bożej. Juwenalis odpisuje jej na to, że relikwii takich nie ma, gdyż ciało Jej zostało wzięte do nieba “jak to wiemy ze starożytnego i bardzo pewnego podania”.Z kolei św. Jan Damasceński opisuje śmierć Maryi Panny w otoczeniu Apostołów:Kiedy zaś dnia trzeciego przybyli do grobu, aby opłakiwać Jej zgon, ciała już Maryi nie znaleźli.Kazanie swoje kończy refleksją:To jedynie mogli pomyśleć, że Ten, któremu podobało się wziąć ciało z Dziewicy Maryi i stać się człowiekiem; Ten, który zachował Jej nienaruszone dziewictwo nawet po swoim narodzeniu, uchronił Jej ciało od skażenia i przeniósł je do nieba przed powszechnym ciał zmartwychwstaniem. (…) W czasie tego wniebowzięcia, o Matko Boża, wojska anielskie przejęte radością i czcią okryły swoimi skrzydłami Twoje ciało, wielki namiot Boży.Św. Modest, biskup Jerozolimy (+ 634), niemniej pewnie opowiada się za tajemnicą Wniebowzięcia Maryi:Jako najchwalebniejszą Matkę Chrystusa, Zbawcy naszego, który jest dawcą życia i nieśmiertelności, wskrzesił Ją z grobu i wziął do siebie w sposób sobie wiadomy.Św. Andrzej z Krety (+ 740):Był to zaiste nowy widok, przechodzący siły rozumu, gdy niewiasta, która swoją czystością przewyższała niebian, w ciele (swoim) weszła do niebieskich przybytków. Jak przy narodzeniu Chrystusa nienaruszonym był Jej żywot, tak samo po Jej śmierci nie rozsypało się Jej ciało. O dziwo! Przy porodzeniu pozostała nieskażoną i w grobie również nie uległa zepsuciu.Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), w kilku kazaniach sławi tę tajemnicę, a nawet opisuje przymioty ciała Maryi po Jej wzięciu do nieba:Najświętsze ciało Maryi już powstaje z martwych, jest lekkie i duchowe, gdyż zostało już przemienione na zupełnie nieskazitelne i nieśmiertelne. (…) Tak jak napisano, jesteś piękna i Twoje dziewicze ciało jest święte, jest przybytkiem Boga i dlatego zostało zachowane od obrócenia się w proch. (…) Niemożliwym było, aby Twoje ciało, to naczynie godne Boga, w proch się rozsypało po śmierci. (…) Ciało Twoje dziewicze jest całkiem święte, choć jest ciałem ludzkim. Ponieważ dostąpiło najdoskonalszego żywota nieśmiertelnego (…), nie może ulec śmierci.Św. Kosma, biskup z Maiouma (+ 743), mówi:Rodząc Boga, Niepokalana, zdobyłaś palmę zwycięstwa nad naturą, (…) zmartwychwstałaś dla wieczności. Grób i śmierć nie mogą zatrzymać pod swoją władzą Bogurodzicy.

    Wniebowzięcie Maryi

    Teolodzy Kościoła usiłują nie tylko stwierdzić fakt istnienia tej tajemnicy, ale także go uzasadnić. O tej tajemnicy pisali św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), św. Albert Wielki (+ 1280), Jan Gerson (+ 1429), Suarez (+ 1617) i inni. Kiedy w XV w. Jan Marcelle w kazaniu na Wniebowzięcie Maryi wypowiedział zdanie, że “nie jesteśmy wcale zobowiązani pod grzechem śmiertelnym wierzyć, że Maryja została z ciałem do nieba wziętą”, gdyż nie jest to dogmat, cały fakultet uniwersytetu paryskiego wystąpił z całą stanowczością przeciwko niemu i zażądał, by te słowa odwołał, gdyż tego rodzaju wypowiedź pobrzmiewa herezją i jest sprzeczna z ogólnie wyznawaną prawdą.
    Pisarze kościelni podkreślają, że skoro Matka Chrystusowa była poczęta bez grzechu, skoro Bóg obdarzył Ją przywilejem Niepokalanego Poczęcia, to konsekwencją tego jest, że nie podlegała prawu śmierci. Śmierć bowiem jest skutkiem grzechu pierworodnego. Ponadto nie wypadało, aby ciało, z którego Chrystus wziął swoją ludzką naturę, miało podlegać rozkładowi. Chrystus, którego ciało Bóg zachował od zepsucia, mógł zachować od skażenia także ciało swojej Matki. Wreszcie tajemnica zmartwychwstania i wniebowzięcia jest przewidziana dla wszystkich ludzi, dlatego nie sprzeciwia się rozumowi, aby Chrystus dla swojej Rodzicielki przyspieszył ten dzień.
    Dlaczego jednak dopiero od VI w. ta prawda przenika tak mocno świadomość wierzących? W Kościele jest więcej takich prawd, które rozwijały się i zostały wyjaśnione definitywnie później. Tak było np. odnośnie do osoby Jezusa Chrystusa, gdy występowano przeciwko Jego naturze Boskiej, przeciwko prawdzie o Jego dwóch naturach, dwóch wolach (arianizm, nestorianizm, monofizytyzm), a nawet przeciwko Jego naturze ludzkiej. Ogłoszenie prawdy o wniebowzięciu Maryi jako dogmatu wiary było przypieczętowaniem i ukoronowaniem starożytnej tradycji Kościoła.

    Wniebowzięcie Maryi

    Według Tradycji Matka Boża ostatnie lata swego życia spędziła w Jerozolimie w pobliżu Wieczernika albo w Efezie. Większość badaczy przychyla się do pierwszej możliwości. Istnieje przekaz, że św. Jan Apostoł opuścił Ziemię Świętą w czasie pierwszego wielkiego prześladowania Kościoła w roku 34 i udał się z Maryją do Efezu. Chciał Ją w ten sposób uchronić przed niebezpieczeństwami prześladowań. Jednakże w pierwotnej literaturze chrześcijańskiej nie ma żadnej wzmianki o takiej podróży. Ponadto ustalono, że św. Jan udał się do Efezu dopiero ok. 68 roku, Maryja miałaby więc wtedy około 85-90 lat. Św. Paweł Apostoł, który wkrótce po śmierci Chrystusa przybył do Efezu, nic nie wspomina, aby przed nim w tym mieście był św. Jan z Maryją. Nie napotkał tam też żadnych śladów chrześcijaństwa.
    Apokryficzne Acta Johannis z drugiej połowy II w. wspominają, że Jan, gdy przybył do Efezu, sam był już stary, nie ma też żadnej wzmianki, by Maryja była tam z nim. Aeteria, pątniczka nawiedzająca miejsca święte w latach 385-386, wspomina, że Jan był pogrzebany w Efezie, natomiast nie wie nic, aby tam był grób Maryi. Pseudo-Dionizy Areopagita pisze, że w czasie swojej pielgrzymki do Ziemi Świętej w roku 363-364 dowiedział się od św. Cyryla Jerozolimskiego, patriarchy Jerozolimy, że grób Maryi był w Jerozolimie w Dolinie Jozafata. Podobny opis zawiera apokryf Księga Jana z IV w. W apokryfie tym jest mowa o tym, że Maryja umarła śmiercią naturalną w Jerozolimie, została pogrzebana u stóp Góry Oliwnej w Dolinie Jozafata i że została wzięta do nieba. Wszystkie znane starożytne apokryfy wskazują, że grób Maryi jest w Getsemani w Dolinie Jozafata. Obecnie znajduje się tam kościół, którym opiekują się prawosławni Grecy.

    Wniebowzięcie Maryi

    Kult Maryi Wniebowziętej był w Kościele bardzo żywy i zdecydowanie wyróżniał się wśród wielu innych. Wystawiono tysiące świątyń pod wezwaniem Matki Bożej Wniebowziętej. W ciągu wieków powstało 8 zakonów pod tym wezwaniem: 1 męski (asumpcjoniści – Augustianie od Wniebowzięcia) i 7 żeńskich. W ikonografii scena Wniebowzięcia Maryi należy do bardzo często przedstawianych (dla przykładu: Fra Angelico – w kilku obrazach, Taddeo di Bartolo, Ottaviano Nelli, Giotto, Pinturicchio, C. Bellini, Raffael, Tycjan, Tintoretto, Tiepolo, Perugino, Procaccini, Filippino Lippi, Veronese, Murillo, Velasquez, Konrad von Goest; rzeźbiarze: Liberale da Verona, L. della Robbia, Michał Pacher, Wit Stwosz). Pod opiekę Maryi Wniebowziętej oddał Węgry król św. Stefan, a Francję – król Ludwik XIII (powtórzył to także Ludwik XV).W polskiej (i nie tylko) tradycji dzisiejsze święto zwane jest również świętem Matki Bożej Zielnej. Na pamiątkę podania głoszącego, że Apostołowie zamiast ciała Maryi znaleźli kwiaty, poświęca się kwiaty, zioła i kłosy zbóż. Lud wierzy, że zioła poświęcone w tym dniu za pośrednictwem Maryi otrzymują moc leczniczą i chronią od chorób i zarazy. Rolnicy tego dnia dziękują Bogu za plony ziemi i ziarno, które zebrali z pól.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 sierpnia

    Święty Maksymilian Maria Kolbe,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Meinard, biskup
      •  Święci Antoni Primaldo i Towarzysze, męczennicy z Otranto
      •  Kościół archikatedralny w Gdańsku-Oliwie
    Święty Maksymilian Maria Kolbe
    Rajmund Kolbe urodził się w Zduńskiej Woli koło Łodzi 8 stycznia 1894 r. Był drugim z kolei dzieckiem, jego rodzice trudnili się chałupniczym tkactwem. Rodzina posiadała tylko jedną, dużą izbę: w kącie stał piec kuchenny, z drugiej strony cztery warsztaty tkackie, a za przepierzeniem była sypialnia. We wnęce znajdowała się na stoliku figurka Matki Bożej, przy której rodzina rozpoczynała i kończyła modlitwą każdy dzień.
    Rodzice, chociaż ubodzy, byli jednak przesiąknięci duchem katolickim i polskim. Należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Ojciec Rajmunda bardzo czynnie udzielał się w parafii. Należał do konspiracji i swoim synom często czytał patriotyczne książki. Pierwsze nauki Rajmund pobierał w domu. Nie było bowiem wtedy szkół polskich, a rodzice nie chcieli posyłać dzieci do szkół rosyjskich. Rajmund sam więc uczył się czytania, pisania i rachunków. Wkrótce zaczął pomagać rodzicom w sklepie. Zdradzał bowiem zdolności matematyczne.
    Od najwcześniejszych lat Rajmund wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Jako mały chłopiec kupił sobie figurkę Niepokalanej. Nie był jednak chłopcem idealnym. Pewnego dnia na widok swawoli syna matka odezwała się do niego z wyrzutem: “Mundziu, co z ciebie będzie?” Chłopak zawstydził się i spoważniał; odtąd zaczął oddawać się modlitwie przy domowym ołtarzyku. Miał ok. 12 lat, kiedy prosił Matkę Bożą, aby Ona sama odpowiedziała mu, kim będzie. Jak opowiadał później mamie, pokazała mu się wtedy Maryja trzymająca dwie korony: jedną białą i drugą czerwoną, i zapytała, czy chce je otrzymać. “Biała miała oznaczać, że wytrwam w czystości, czerwona – że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i zniknęła”. Działo się to w kościele parafialnym w Pabianicach.
    W roku 1907 w parafii pabianickiej po raz pierwszy od dziesiątków lat odbywały się misje. Prowadził je franciszkanin, o. Peregryn Haczela ze Lwowa. Na jednej z nauk misjonarz zachęcił chłopców, by wstąpili do zakonu św. Franciszka. Nauki zakonnicy udzielali za darmo w gimnazjum we Lwowie. Pod wpływem przeprowadzonej misji Rajmund ze swoim starszym bratem, Franciszkiem, postanowił wstąpić do franciszkanów konwentualnych. Za pozwoleniem rodziców obaj udali się do małego seminarium we Lwowie. W rok potem (1908) poszedł w ich ślady także najmłodszy brat, Józef. W gimnazjum Rajmund wybijał się w matematyce i fizyce.Święty Maksymilian Maria Kolbe i jego współbracia
    Będąc w gimnazjum, Rajmund postanowił zbrojnie walczyć dla Maryi. Wkrótce jednak doszedł do przekonania, że takiej walki nie da się połączyć ze stanem duchownym, który chciał obrać. Postanowił więc zrezygnować z powołania duchownego i kapłańskiego. W tej krytycznej chwili zjawiła się we Lwowie jego matka i wyznała obu synom, że postanowiła z ojcem poświęcić się na służbę Bożą. Matka miała wstąpić do benedyktynek we Lwowie, a ojciec – do franciszkanów w Krakowie. Rajmund ujrzał w tym wyraźną wolę Bożą i uznał, że jego przeznaczeniem jest pozostanie w zakonie. Poprosił więc o przyjęcie do nowicjatu, który rozpoczął 4 września 1910 r. Przy obłóczynach otrzymał zakonne imię Maksymilian.
    W tym czasie Maksymilian przeżywał okres skrupułów. Dzięki roztropności spowiednika i przełożonych rychło się z nich wyleczył. W rok potem złożył czasowe śluby (5 września 1911 r.). Po nowicjacie ukończył ostatnią, ósmą klasę gimnazjalną i zdał maturę. Jesienią 1912 r. udał się na dalsze studia do Krakowa. Przełożeni, widząc jego wyjątkowe zdolności, wysłali go jednak na studia do Rzymu, gdzie zamieszkał w Międzynarodowym Kolegium Serafickim. Równocześnie uczęszczał na wykłady na Gregorianum. Tam studiował filozofię (1912-1915), a potem, już w samym Kolegium Serafickim, teologię (1915-1919). Studia wyższe ukończył z dwoma dyplomami doktoratu: z filozofii i teologii. W wolnych chwilach oddawał się ulubionym studiom fizycznym. Napisał wtedy artykuł pt. Etereoplan o pojeździe międzyplanetarnym, który zaprojektował w oparciu o newtonowskie prawo akcji i reakcji.
    1 listopada 1914 r. złożył profesję uroczystą, czyli śluby wieczyste, przybierając sobie imię Maria. Ulubioną lekturą Kolbego były wówczas Dzieje duszy, napisane przez św. Teresę od Dzieciątka Jezus. Rozczytywał się w nich i pogłębiał swoje życie wewnętrzne. Duże wrażenie uczyniła także na nim lektura dzieła św. Gemmy Galgani Głębia duszy. Nie rozstawał się również z tekstem św. Alfonsa Marii Liguori Uwielbienia Maryi i św. Ludwika Marii Grignion de Monfort O ofiarowaniu się Jezusowi przez Maryję.
    Kiedy wybuchła I wojna światowa, klerycy spod zaboru austriackiego otrzymali rozkaz natychmiastowego opuszczenia Rzymu i powrotu do rodzinnego kraju. Kolbe wyjechał do San Marino, gdzie starał się o przedłużenie paszportu na odbywanie dalszych studiów w Rzymie. Wkrótce otrzymał wiadomość, że jego brat, Franciszek, opuścił zakon i wstąpił do polskich legionów. Po wojnie Franciszek założył rodzinę i pracował jako nauczyciel, organista, a w końcu jako urzędnik państwowy. Zginął w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, zapewne w roku 1943. Także ojciec Maksymiliana wstąpił do legionów i zginął w potyczce między Olkuszem a Miechowem (1914).
    W duszy Maksymiliana powstała walka, czy i on nie powinien iść w ich ślady. Doszedł jednak do przekonania, że więcej dla ojczyzny uczyni jako kapłan. 29 listopada 1914 r. otrzymał święcenia niższe, a 28 października 1915 r. na Uniwersytecie Gregoriańskim obronił pracę doktorską z wynikiem summa cum laude (z wyróżnieniem).Święty Maksymilian Maria Kolbe i Rycerz Niepokalanej
    Pod wpływem szeroko zakrojonej akcji antykatolickiej, której był świadkiem w Rzymie, po naradzie ze współbraćmi i za zgodą swego spowiednika, Maksymilian Maria założył Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae). Celem tego stowarzyszenia była walka o nawrócenie schizmatyków, heretyków i masonów. Dla realizacji tego celu członkowie Rycerstwa mieli się oddawać na całkowitą i wyłączną służbę Maryi Niepokalanej i codziennie powierzać Jej los grzeszników. Temu programowi Maksymilian poświęcił się odtąd z całym zapałem i pozostał mu wiernym aż do śmierci. Wkrótce po założeniu Rycerstwa napisał list do przełożonego generalnego franciszkanów, o. Dominika Tavaniego, z prośbą o błogosławieństwo.
    8 października 1917 r. otrzymał święcenia diakonatu, a 28 kwietnia 1918 r. w kościele św. Andrzeja della Valle święcenia kapłańskie z rąk kard. Bazylego Pompilego. Mszę prymicyjną odprawiał w kościele i przy ołtarzu, gdzie w 1842 r. Niepokalana objawiła się Alfonsowi Ratisbonnowi. 22 lipca 1919 r. o. Maksymilian Kolbe ukończył wydział teologiczny – również ze stopniem naukowym doktora.
    W roku 1919, po siedmiu latach pobytu w Rzymie, o. Maksymilian wrócił do Polski. Postanawił dołożyć wszystkich sił, aby stała się ona królestwem Maryi. Przełożeni przeznaczyli go na nauczyciela historii Kościoła w seminarium zakonnym w Krakowie. Zaczął werbować kleryków do Milicji Niepokalanej. Do najgorliwszych apostołów należał o. Katarzyniec, zmarły w opinii świętości. Jego proces beatyfikacyjny jest w toku. Maksymilian miał wówczas 26 lat. Do Milicji Niepokalanej zaczęli napływać nie tylko klerycy i franciszkanie, ale również ludzie świeccy. Maksymilian zbierał ich w jednej z sal przy kościele franciszkanów i wygłaszał do nich referaty o Niepokalanej, oddaniu się Jej, o życiu wewnętrznym. Niestety, rozwijająca się gruźlica zmusiła przełożonych, by wysłali go na trzy miesiące do Zakopanego. Tam odprawił rekolekcje. Kiedy nastąpiła wyraźna poprawa, wrócił do Krakowa. Kiedy jednak choroba powróciła, prowincjał wysłał go ponownie do Zakopanego, zabraniając mu wszelkiej pracy apostolskiej. Przebywał tam przez osiem miesięcy, po czym przełożeni za radą lekarzy przenieśli go do Nieszawy. Z końcem października 1921 r. powrócił do Krakowa. 2 stycznia 1922 r. otrzymał z Rzymu upragnione zatwierdzenie Milicji Niepokalanej. W tym samym miesiącu zaczął wydawać w Krakowie miesięcznik pod znamiennym tytułem Rycerz Niepokalanej, który z czasem zdobędzie sobie niezmiernie wielką popularność w Polsce i za granicą.
    Święty Maksymilian Maria Kolbe
    Przełożeni, zaniepokojeni w ich mniemaniu zbyt szeroko zakrojoną akcją o. Kolbego, przenieśli go do Grodna. Jednak i tu rozpoczętego dzieła szerzenia Milicji Niepokalanej i rozpowszechniania Rycerza Niepokalanej franciszkanin nie zaniechał. Zdobył małą maszynę drukarską i wśród współbraci znalazł ochotnych pomocników. Zaczął także werbować powołania do pracy wydawniczej. Dzięki temu Rycerz stale zwiększał swój nakład. W ciągu pięciu lat (1922-1927) z 5.000 wzrósł on do 70.000 egzemplarzy! Na pięciolecie pisma o. Kolbe otrzymał wiele listów gratulacyjnych od biskupów oraz błogosławieństwo papieża Piusa XI z licznymi odpustami i łaskami, o które dla swojego związku prosił.
    Gdy w klasztorze grodzieńskim pole do pracy okazało się zbyt ciasne, o. Maksymilian Maria za pozwoleniem przełożonych zaczął oglądać się za nową placówką. Książę Jan Drucki-Lubecki ofiarował mu w okolicach Warszawy pięć morgów pola ze swego majątku Teresin. Ojciec Kolbe zjawił się w późniejszym Niepokalanowie 6 sierpnia 1927 r. i postawił tam figurę Niepokalanej. Z pomocą oddanych sobie współbraci i okolicznej ludności zabrał się też do budowy kaplicy. Postawiono także drewniane baraki, do których wniesiono maszyny. Przenosiny miały miejsce 21 listopada 1927 r. – w święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.
    Kiedy dzieło w Niepokalanowie doszło do pełni rozwoju, za zezwoleniem generała zakonu o. Kolbe w towarzystwie czterech braci zakonnych udał się do Japonii, aby tam szerzyć wielkie dzieło (26 lutego 1930 r.). W drodze zatrzymał się w Szanghaju. Znany chiński katolik Lo-Pa-Hong z miejsca zaofiarował mu dom, maszyny drukarskie i motor oraz zapewnił utrzymanie zakonnikom. Niestety tamtejszy biskup wyraził stanowczy sprzeciw. O. Kolbe udał się więc do Japonii. W niezmiernie ciężkich warunkach, bez żadnej pomocy miejscowego biskupa w Nagasaki, o. Kolbe rozpoczął pracę wydawniczą. W trzy miesiące później miał już własną drukarnię i dom. Pierwszy numer Rycerza japońskiego (Seibo no Kishi) ukazał się w nakładzie 18.000 egzemplarzy. Drugi numer, listopadowy, miał już nakład 20.000, a grudniowy – 25.000. W 1931 r. Maksymilian nałożył habit franciszkański pierwszemu Japończykowi. Dał mu na imię Maria. W tym samym roku nabył pod klasztor dziki stok góry, gdzie wystawił pierwszy własny budynek. Tak powstał japoński Niepokalanów (Mugenzai no Sono – Ogród Niepokalanej). W roku 1934 poświęcono tam także nowy kościół.
    W roku 1936 japoński Niepokalanów był już na tyle okrzepły, że o. Kolbe mógł go opuścić. Na kapitule prowincjalnej został bowiem wybrany przełożonym Niepokalanowa w Polsce. Po sześciu latach nieobecności wrócił do kraju. Sława Niepokalanowa rosła. Co roku zgłaszało się ok. 1800 kandydatów. O. Kolbe osobiście przyjmował zgłaszających się. Stosował surową selekcję. Przyjmował około 100. Głównym warunkiem przyjęcia było pragnienie świętości. W roku 1939 Niepokalanów liczył już 13 ojców, 18 kleryków-nowicjuszów, 527 braci profesów, 82 kandydatów na braci i 122 chłopców w małym seminarium. Rycerz Niepokalanej osiągnął nakład 750 tys. egzemplarzy. Rycerzyk Niepokalanej i Mały Rycerzyk Niepokalanej miały łączny nakład 221 tys. egzemplarzy, Mały Dziennik – nakład codzienny 137 tys., a niedzielny – 225 tys. egzemplarzy. Ponadto drukowano Informator Rycerstwa Niepokalanej, Biuletyn Misyjny i Echo Niepokalanowa. Kalendarz Niepokalanej liczył w 1937 r. 440 tys. egzemplarzy nakładu. Od roku 1938 Niepokalanów miał własną radiostację, której sygnałem była melodia Po górach, dolinach.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe
    1 września 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Już 12 września Niepokalanów dostał się pod okupację niemiecką. 19 września gestapo aresztowało mieszkańców Niepokalanowa, którzy nie zdołali na czas uciec lub uciekać nie chcieli. W obozie tymczasowym w Lamsdorf (Łambinowice), a potem w Amteitz (Gębice) franciszkanie pozostawali od 24 września do 8 listopada. Było tam 14 tys. więźniów. Głód i robactwo dawało się bardzo we znaki. Esesmani bili więźniów i poniewierali ich. 9 listopada przewieziono franciszkanów do Ostrzeszowa. W samą zaś uroczystość Niepokalanej (8 grudnia) nastąpiło zwolnienie wszystkich z obozu.
    O. Kolbe natychmiast wrócił do Niepokalanowa i na nowo zorganizował wszystko od początku w warunkach o wiele trudniejszych. Trzeba było przygotować ok. 3 tys. miejsc dla wysiedlonych Polaków z województwa poznańskiego, wśród których było ok. 2 tys. Żydów. Ojciec Maksymilian znowu zdołał skupić dokoła siebie wielu współbraci. Nie mogąc wydawać żadnych pism, zorganizował nieustanną adorację Najświętszego Sakramentu i otworzył warsztaty dla ludności: kuźnię, blacharnię, dział naprawy rowerów i zegarów, dział fotografii, zakład krawiecki i szewski, dział sanitarny itp.
    17 lutego 1941 r. w Niepokalanowie ponownie zjawiło się gestapo i zabrało o. Kolbego i 4 innych ojców. Wywieziono ich do Warszawy. O. Kolbego umieszczono na Pawiaku. Strażnik na widok zakonnika w habicie z koronką u pasa zapytał, czy wierzy w Chrystusa. Kiedy otrzymał odpowiedź “wierzę”, wymierzył mu silny policzek. To powtórzyło się wiele razy, ale o. Kolbe nie ustąpił. Wkrótce jednak zabrano mu habit i nakazano wdziać strój więźnia. 28 maja 1941 r. został wywieziony do Oświęcimia wraz z 303 więźniami. Tu otrzymał na pasiaku numer 16670. Przydzielono go do oddziału “Krwawego Krotta”, znanego kryminalisty. Pewnego dnia Krott tak skatował o. Kolbego, że był cały pokrwawiony. Kazał jeszcze wymierzyć mu 50 razów. Przekonany, że nie żyje, kazał przykryć go gałęziami. Koledzy jednak wyciągnęli go i umieścili w rewirze. Cierpiał strasznie, ale wszystko znosił heroicznie, dzieląc się nawet swoją głodową porcją z innymi. Współwięźniów pocieszał i zachęcał do oddania się w opiekę Niepokalanej.
    Pod koniec lipca 1941 roku z bloku, w którym był o. Kolbe, uciekł jeden z więźniów. Rozwścieczony Rapportführer Karol Frotzsch zwołał na plac apelowy wszystkich więźniów z bloku i wybrał dziesięciu, skazując ich na śmierć głodową. Wśród nich znalazł się także Franciszek Gajowniczek, który osierociłby żonę i dzieci. Wtedy z szeregu wystąpił o. Kolbe i poprosił, aby to jego skazano na śmierć w miejsce Gajowniczka. Na pytanie kim jest, odpowiedział, że jest kapłanem katolickim. Poszedł więc z 9 towarzyszami do bloku 13, zwanego blokiem śmierci. Przyzwyczajony do głodu, przez dwa tygodnie pozostał żywy bez kruszyny chleba i kropli wody. Wreszcie hitlerowcy dobili go zastrzykiem fenolu. Stało się to dnia 14 sierpnia 1941 roku. Była to wigilia uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ciało o. Maksymiliana zostało spalone w krematorium.
    Dzięki ofierze o. Maksymiliana Franciszek Gajowniczek zmarł dopiero w 1995 r. w wieku 94 lat. 17 października 1971 r. Paweł VI dokonał osobiście w sposób uroczysty beatyfikacji o. Maksymiliana w obecności wielu dziesiątków tysięcy wiernych z całego świata i ponad 3 tys. pielgrzymów z Polski. Kanonizacji dokonał 10 października 1982 r. św. Jan Paweł II. Podczas swej II pielgrzymki do Ojczyzny nawiedził Niepokalanów 18 czerwca 1983 r., gdzie odbyły się historyczne uroczystości pokanonizacyjne.Święty Maksymilian Maria Kolbe
    Święty Maksymilian Maria Kolbe jest patronem archidiecezji gdańskiej i diecezji koszalińskiej oraz – jak powiedział św. Jan Paweł II – “naszych trudnych czasów”.
    W ikonografii św. Maksymilian przedstawiany jest w habicie franciszkańskim lub w więziennym pasiaku, czasem z numerem obozowym 16670 na piersi. Towarzyszy mu Maryja Niepokalana. Jego atrybutem jest korona z drutu kolczastego lub dwie korony – czerwona i biała.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    13 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Kalwaryjska

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Poncjan, papież, i Hipolit, prezbiter
      •  Święty Maksym Wyznawca
      •  Błogosławiony Marek z Aviano, prezbiter
      •  Błogosławieni męczennicy Filip Munarriz, prezbiter, i Towarzysze
    Bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej
    W ufundowanym przez Mikołaja Zebrzydowskiego na początku XVII w. klasztorze bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej czczony jest łaskami słynący obraz Matki Bożej Płaczącej. Znajduje się on w bocznej kaplicy bazyliki Matki Bożej Anielskiej. Został on ukoronowany w dniu 15 sierpnia 1887 r. przez kard. Albina Dunajewskiego.

    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej (bez sukienek)

    Sam obraz o wymiarach 74 cm x 90 cm, nieznanego autorstwa, pochodzi z I połowy XVII w. Namalowano go farbą olejną na grubym, lnianym płótnie. Jego twórca wzorował się na obrazie znajdującym się w kościele parafialnym w Myślenicach koło Krakowa. Madonna z tulącym się do Niej Dzieciątkiem przedstawiona jest w półfigurze, z wyraźnym nachyleniem w stronę Dzieciątka. Jej lewa dłoń, z szeroko rozpostartymi palcami, spoczywa na wysokości piersi. Uwagę zwracają ciemne, zamyślone oczy Maryi, ze spojrzeniem skierowanym w dół, w stronę widza. Wysokie czoło, wolne od zmarszczek, okalają brązowe włosy okryte welonem. Głowę przykrywa ozdobny czepiec. Pulchne Dzieciątko zostało przedstawione w pozycji stojącej od kolan, wyraźnie przechyla się w stronę Madonny. Lewą rączką obejmuje Jej szyję, prawą zaś chwyta fałdy Jej płaszcza. Szeroko otwarte, ciemne oko, kieruje ufne spojrzenie w stronę Matki. Usta pozostają lekko rozchylone. Ciemnowłosą główkę okrywa czepiec. Delikatna szata osłaniająca biodra opada miękko w dół.

    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej

    Bazylika i klasztor bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej położone są na południe od miasta, a na południe i wschód od nich znajdują się 42 kaplice i kościoły dróżek. Jest to jedno z ważniejszych miejsc kultu pasyjnego i maryjnego. Znajduje się ono na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Od 1979 r. głównemu kościołowi w Kalwarii przysługuje tytuł bazyliki mniejszej.
    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej szczególnie czułym kultem otaczał kard. Karol Wojtyła, a potem – również papież św. Jan Paweł II. Wielokrotnie modlił się przed tym obrazem, zarówno w czasie swojej posługi arcybiskupa metropolity Krakowa, jak i następcy św. Piotra. W sanktuarium modlił się także papież Benedykt XVI.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    12 sierpnia

    Błogosławiona Wiktoria Díez y Bustos de Molina,
    dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święta Joanna Franciszka de Chantal, zakonnica
      •  Błogosławiony Innocenty XI, papież
      •  Błogosławiony Izydor Bakanja, męczennik
      •  Błogosławiony Karol Leisner, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Florian Stępniak, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Józef Straszewski, prezbiter i męczennik
    Błogosławiona Wiktoria Díez y Bustos de Molina
    Wiktoria urodziła się 11 listopada 1903 r. w Sewilli, w skromnej i głęboko religijnej rodzinie. Była jedynym dzieckiem małżonków Józefa Díez Moreno i Wiktorii Bustos de Molina. Uczęszczała do szkoły podstawowej, prowadzonej przez siostry Karmelitanki od Miłości, założone w 1826 roku w Vic koło Barcelony przez św. Joachimę de Vedruna. One też przygotowały ją do pierwszej Komunii św., którą przyjęła 18 maja 1913 r. Od dzieciństwa wykazywała duże zdolności artystyczne. Dlatego też rodzice skierowali ją na studia do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Sewilli, gdzie uczestniczyła także w zajęciach z rysunku i malarstwa w Szkole Sztuk Pięknych.
    Wyróżniając się wielką wiarą i bogatym życiem wewnętrznym, interesowała się życiem Kościoła i często brała udział w rekolekcjach czy innego rodzaju spotkaniach religijnych. W 1925 r. zetknęła się z niektórymi członkiniami Instytutu Terezjańskiego i wzięła udział w cyklu konferencji wygłoszonych przez ks. Piotra Povedę i Józefę Grosso w Sewilli, z okazji inauguracji Dzieła Akademii Terezjańskich w tym mieście. W następnym roku wstąpiła do Instytutu, przekonana, że będzie mogła w nim zrealizować osobiste pragnienie świętości i jednocześnie rozwijać działalność apostolską, szczególnie na polu wychowawczym.
    W 1927 r., po uzyskaniu dyplomu magisterskiego, rozpoczęła pracę jako nauczycielka w państwowej szkole w niewielkiej miejscowości Chelez, w powiecie Badajoz, nieopodal granicy z Portugalią. Wkrótce jednak, pragnąc być bliżej swych rodziców, poprosiła o przeniesienie w okolice rodzimej Sewilli. Zamieszkała w miasteczku Hornachuelos (Sierra de Cordoba), w połowie drogi między Kordobą a Sewillą.
    Uczestniczyła w comiesięcznych dniach skupienia, organizowanych w Jaén dla członkiń żyjących samotnie, podczas których dzieliła się ze współsiostrami swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami dotyczącymi wychowania młodzieży. Z wielką gorliwością i poświęceniem oddawała się posłudze w szkole, gdzie do współpracy w prawdziwym zaangażowaniu na rzecz dobrego wychowania młodzieży pozyskała wielu członków grona nauczycielskiego. Cieszyła się też szczególną sympatią wychowanków, wśród których założyła m.in. koło przyjaciół ks. Povedy. Szkoła stała się prawdziwym ośrodkiem chrześcijańskiej edukacji. Wiktoria, opierając się na wytycznych Ministerstwa Oświecenia Publicznego, wydanych w 1928 r., nalegała na władze, aby przeprowadzono remont i rozbudowę budynków szkolnych, dzięki czemu poprawiły się warunki nauki. Postarała się także o to, aby w pobliżu szkoły urządzono plac gier dla dzieci i boisko sportowe dla młodzieży. Równocześnie prowadziła dzieci na wspólne nabożeństwa do kościoła parafialnego i stosując nowoczesne metody wychowawcze organizowała dla wychowanków różnego rodzaju konkursy religijne, recytacje poezji i wystawy sztuki sakralnej.
    Wiktoria zaangażowała się także ofiarnie w pracę apostolską w miejscowej parafii, głównie w dzieło katechizacji i w działalność charytatywną. Sama żyjąc bardzo skromnie i ubogo, dzieliła się tym, co miała, z najbiedniejszymi, a zwłaszcza z dziećmi, które uczyła, a które często cierpiały niedostatek. Moc do działalności apostolskiej czerpała, zgodnie z terezjańską duchowością Instytutu, z lektury i medytacji Bożego słowa i z przykładu Maryi.
    Gdy w 1932 r. wydano w Hiszpanii zakaz umieszczania krzyża i symboli religijnych w salach szkolnych i innych miejscach publicznych, Wiktoria zawiesiła w klasach obrazy Chrystusa i Madonny pędzla znanych hiszpańskich malarzy Velazqueza i Murillo.
    Wkrótce po wybuchu wojny domowej 20 lipca 1936 r. uwięziono proboszcza z Hornachuelos, z którym od dawna współpracowała i którego starała się teraz zastąpić, urządzając dla parafian nabożeństwa paraliturgiczne z czytaniem słowa Bożego, modlitwą i Komunią św. duchową. Niestety, wkrótce pozbawiono parafian i jej apostolskiej posługi. Niespełna miesiąc później także Wiktoria została osadzona w więzieniu. Wiele ludzi radziło jej wcześniej, aby opuściła miasteczko i ukryła się gdzieś przed groźbą aresztowania. Nie uczyniła jednak tego, bo jak twierdziła, “nie wolno opuszczać bliźnich w niebezpieczeństwie”.
    Do ostatniej chwili życia wierzyła w Opatrzność Bożą i zachowując wielką pogodę ducha, zatopiona w ustawicznej modlitwie, dodawała otuchy wątpiącym współwięźniom. W dwa tygodnie po męczeńskiej śmierci założyciela Instytutu Terezjańskiego, ks. Piotra Povedy Castroverde, tj. 12 sierpnia 1936 roku, wraz z 17 więźniami, wśród których znajdował się także jej proboszcz, została zamordowana przez komunistów. Świadkami masowego mordu byli tylko jego wykonawcy. Egzekucji dokonano nad opustoszałym szybem kopalnianym, stawiając ofiary pojedynczo na jego obrzeżach, i strzelając do każdej z osobna. Ciała męczenników wpadały więc na dno szybu. Wiktoria była ostatnią z rozstrzelanych. Próbowano wymusić na niej odstępstwo od wiary. Wierna do końca Jezusowi, jedynemu Oblubieńcowi swego serca, wznosząc ręce do góry, wykrzyknęła: “Widzę niebo otwarte. Niech żyje Chrystus Król. Niech żyje moja mama”. Matka Wiktorii była wtedy poważnie chora.
    Proces beatyfikacyjny Wiktorii rozpoczął się w Kordobie w 1962 r. Jej życie i działalność jest wzorem dla nauczycieli katolickich i dla osób świeckich, zwłaszcza dla kobiet zaangażowanych w dzieło ewangelizacji. Św. Jan Paweł II beatyfikował Wiktorię wraz z ks. Piotrem Povedą i innymi męczennikami wojny hiszpańskiej 10 października 1993 r. na placu św. Piotra w Rzymie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    11 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Świętolipska
    Matka jedności chrześcijan

    Zobacz także:
      •  Święta Klara, dziewica
      •  Święta Zuzanna, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Alojzy Biraghi, prezbiter
    Bardzo często tytuł Matki Bożej jest związany z miejscowością, w której znajduje się Jej cudowny obraz. Tak jest w wypadku “Matki Bożej Częstochowskiej”, podobnie jak w odniesieniu do Najświętszej Maryi Panny Świętolipskiej, której obraz znajduje się we wsi Święta Lipka, położonej na Warmii, w kościele pod wezwaniem Nawiedzenia Najśw. Maryi Panny.

    Matka Boża Świętolipska, Matka jedności chrześcijan

    Obraz, który od XVII wieku cieszy się niesłabnącym kultem, stanowi kopię obrazu Matki Bożej Salus Populi Romani z bazyliki rzymskiej. Namalowany został w 1640 roku przez niderlandzkiego malarza Bartłomieja Pensa i umieszczony w Świętej Lipce.
    Początki sanktuarium i kultu Matki Bożej są jednak wcześniejsze i sięgają XIII wieku. Tradycja wspomina o skazańcu w Kętrzynie, który w przeddzień egzekucji miał otrzymać od Matki Bożej polecenie, by wyrzeźbił Jej wizerunek, za co Ona okaże mu swe miłosierdzie. Skazaniec pracował całą noc i z klocka drzewa wykonał piękną rzeźbę Matki Bożej. Był to człowiek, który dotąd nie miał nic wspólnego z rzeźbieniem. Sędziowie uznali to za szczególny znak łaski Bożej i następnego ranka ułaskawiono skazańca. Wracając z więzienia, umieścił on figurę na przydrożnej lipie w okolicy Reszla.
    Miejscowa ludność otoczyła szczególną czcią wspomnianą rzeźbę; wybudowano kapliczkę. Krzyżacy, po przejściu na protestantyzm, zaczęli prześladować przybywających tutaj pielgrzymów. Zniszczyli nawet kapliczkę, a świętą figurkę porąbali, dla nieposłusznych zaś pątników – którzy mimo zakazów przybywali tutaj modlić się i oddawać cześć Matce Bożej – wystawili szubienicę.
    Zmiana sytuacji nastąpiła w XVII wieku, kiedy to energiczne wystąpienia dworu króla polskiego zmusiły pruskich lenników do szanowania wolności religijnej wśród Polaków zamieszkujących te ziemie. Kult maryjny zaczął się z powrotem rozwijać; w 1639 roku przybyli do Świętej Lipki jezuici. Sprowadził ich tutaj sekretarz króla polskiego Zygmunta III Wazy, Stefan Sandorski, który też był fundatorem odbudowanej kaplicy. Wtedy zaczyna się prawdziwy “złoty wiek” tego sanktuarium, odżywają tradycje pielgrzymkowe; ściągają Polacy z różnych stron kraju, zwłaszcza z Mazur, Warmii i Kurpi. Właśnie wtedy jezuici umieścili tutaj wspomniany poprzednio obraz, który wkrótce zasłynął łaskami.
    Rektor kolegium jezuickiego w pobliżu Reszla podawał, że w latach 1640-1658 odnotowano ok. 600 cudownie wysłuchanych próśb uleczeń, nie mówiąc o nieprzeliczonych łaskach wewnętrznych, których nie notują żadne statystyki. Przybywali tu królowie polscy: Zygmunt III, Władysław IV, Jan Kazimierz, Jan III Sobieski. Wśród paramentów liturgicznych znajduje się ornat własnoręcznie haftowany przez żonę Jana III – królową Marysieńkę.
    Wkrótce kaplica okazała się za mała. W 1681 r. jezuici przystąpili do budowy nowej, okazałej świątyni. Ofiary na ten cel napływały z całej Polski. Konsekracji dokonał w 1693 roku biskup warmiński Stanisław Zdąbski. Z chwilą rozbiorów Święta Lipka stała się, obok Gietrzwałdu, główną oazą polskości i wiary dla mieszkańców Warmii i Mazur. Mówiono wówczas: “Czym Częstochowa dla Polski i Ostra Brama dla Litwy, tym Lipka dla Warmii i Mazur”. Przez cały okres zaborów byli w tym sanktuarium polscy kaznodzieje i aż do hitlerowskiego zakazu w 1939 roku głoszono tu kazania w języku polskim. Do 1939 roku działała tu także polska szkoła.
    Dla miłośników sztuki świętolipska świątynia jest jednym z najwspanialszych zabytków baroku w architekturze, rzeźbie i malarstwie. Została uznana za najpiękniejszy kościół barokowy w Europie północno-wschodniej. Dodatkową atrakcją są przepiękne organy ze sceną przedstawiającą Zwiastowanie Najśw. Maryi Panny. W świętolipskiej szkole muzycznej uczył się wielki syn Warmii – Feliks Nowowiejski; improwizował na miejscowych organach. Z murów starej świątyni wyszła też muzyka Nowowiejskiego do słów Roty Konopnickiej: “Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”. Jednakże przepyszny barok nie może przesłonić cichej, dyskretnej rzeczywistości, że tutaj właśnie Maryja obrała sobie miejsce. Po II wojnie światowej powrócili jezuici i objęli opiekę nad sanktuarium, którego szczególnym charyzmatem jest wspólność pielgrzymowania oraz modlitwy protestantów i katolików.Dzień 11 sierpnia 1968 roku przeszedł do historii sanktuarium jako szczególny; w tym bowiem dniu Prymas Tysiąclecia, kard. Stefan Wyszyński, dokonał koronacji cudownego obrazu Matki Bożej Świętolipskiej. Jednym z uczestników tego aktu był także metropolita krakowski, kard. Karol Wojtyła. W uroczystości wziął udział prawie cały Episkopat Polski.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    10 sierpnia

    Święta Filomena, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Wawrzyniec, diakon i męczennik
      •  Błogosławiony Amadeusz Portugalski, zakonnik
      •  Błogosławiony Edward Detkens, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Edward Grzymała, prezbiter i męczennik
    Święta Filomena
    Filomena przez ponad 150 lat należała do najbardziej czczonych świętych. Jej kult został zapoczątkowany w oparciu o znalezisko. W czasie wykopalisk prowadzonych w Katakumbach Pryscyli w Rzymie 25 maja 1802 r. odnaleziono grób z ceramiczną tabliczką, na której znajdowały się symbole strzały, palmy, lilii, bicza oraz napis Pax tecum, Filemena. Wyciągnięto wniosek, że w miejscu tym pochowana została męczennica nosząca imię Filomena. Proboszcz parafii w Mugnano w diecezji Nola w Kampanii przeniósł 10 sierpnia 1805 r. odnalezione szczątki do Mugnano, miasta położonego na wzgórzu niedaleko Neapolu. Temu wydarzeniu towarzyszyły liczne cuda. Od tego dnia zaczął rozwijać się silny kult Filomeny, który wkrótce rozprzestrzenił się po świecie i został powiązany z legendą o rzymskiej męczennicy. W latach 1824-1836 wstawiennictwu św. Filomeny przypisywano wiele nagłych uzdrowień. Papież Grzegorz XVI zaaprobował Mszę i oficjum ku czci Świętej. Również kolejni papieże pozytywnie odnosili się do kultu św. Filomeny. Dopiero w roku 1961 Kościół katolicki zniósł święto Filomeny, chociaż do dziś jej kult jest dość żywy, szczególnie w Mugnano.
    Sama zaś legenda mówi, że ojciec Filomeny był greckim królem, który nawrócił się na chrześcijaństwo. Gdy w III wieku wybuchły prześladowania za Dioklecjana, król ze swoją córką udali się do Rzymu, by pertraktować z cesarzem. Władca, oczarowany pięknością dziewczyny, chciał pojąć ją za żonę. Filomena wyjaśniła mu jednak, że jest już poślubiona Chrystusowi. Rozzłoszczony odmową Dioklecjan rozkazał uwięzić młodą chrześcijankę i torturować ją, a na koniec z kotwicą przywiązaną do szyi wrzucić do Tybru, gdzie strzelano do niej z łuku. Ponieważ Filomena przeżyła, a co więcej nie odniosła żadnych ran, cesarz zarządził jej ścięcie, co miało nastąpić około 303 roku.
    Została formalnie kanonizowana po długim i dojrzałym rozważeniu oraz po zbadanym i potwierdzonym uzdrowieniu bł. Pauliny Jaricot (założycielki Krzewienia Wiary i Żywego Różańca) przez papieża Grzegorza XVI.
    Do najbardziej oddanych czcicieli św. Filomeny należał św. Jan Maria Vianney, który wraz z Pauliną Jaricot przyczynił się do powstania tego szeroko rozpowszechnionego nabożeństwa do Filomeny, z którego słynęła Francja. Medaliki błogosławione przez Vianney’a wysyłane były do wszystkich regionów Francji i stawały się kanałami niezliczonych błogosławieństw nimi obdarowanych, a uzdrowienia wszelkiego rodzaju miały miejsce dzięki użyciu oleju, który płonął dniem i nocą przed figurą Filomeny w kościółku w Ars, gdzie teraz znajduje się kaplica Cudotwórczyni.
    Do czcicieli św. Filomeny należeli też św. Magdalena Zofia Barat, założycielka zakonu Najświętszego Serca, św. Piotr Chanel, pierwszy męczennik Oceanii i św. Piotr Eymard, założyciel Ojców od Najświętszego Sakramentu (tzw. eucharystów).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 sierpnia

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein),
    dziewica i męczennica, patronka Europy

    Zobacz także:
      •  Święta Irena, cesarzowa
      •  Święta Marianna Cope z Molokai, zakonnica
      •  Błogosławiony Jan Guarna z Salerno, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan z Alwerni, prezbiter
      •  Błogosławiony Franciszek Jägerstätter, męczennik
    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    Edyta Stein urodziła się 12 października 1891 r. we Wrocławiu jako jedenaste dziecko głęboko wierzących Żydów: Zygmunta i Augusty z domu Courant. Z licznego rodzeństwa wychowało się tylko siedmioro dzieci. Niedługo po urodzeniu Edyty zmarł jej ojciec. Rodzinny interes przejęła przedsiębiorcza matka, zmieniając go w dobrze prosperującą i uznaną firmę.
    W wieku 6 lat Edyta rozpoczęła naukę w szkole, gdzie osiągała bardzo dobre wyniki. W wieku 14 lat wyjechała do starszej siostry. W czasie trwającego 8 miesięcy pobytu jej życie religijne uległo znacznemu osłabieniu. Następnie wróciła do domu i z nowym zapałem podjęła dalszą naukę w gimnazjum. Chociaż w domu gorliwie przestrzegano przepisów religii, Edyta w wieku 20 lat uważała się za ateistkę. W 1911 r. z doskonałymi wynikami zdała egzamin dojrzałości i podjęła studia filozoficzne we Wrocławiu. Dwa lata później wyjechała do Getyngi, by tam studiować fenomenologię. Zgodnie ze swoimi wielkimi zdolnościami intelektualnymi, nie chciała przyjmować nic, jeżeli nie zbadała tego gruntownie sama. Dlatego tak usilnie poszukiwała prawdy. “Poszukiwanie prawdy było moją jedyną modlitwą” – pisała później. Zafascynowana wykładami prof. Edmunda Husserla, zaczęła pisanie doktoratu. Pracę nad nim przerwał wybuch I wojny światowej.

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    Edyta zgłosiła się do Czerwonego Krzyża, została pielęgniarką i zaczęła pomagać zakaźnie chorym. Po półrocznej pracy, zupełnie wyczerpana, została zwolniona ze służby sanitarnej. W 1915 r. złożyła egzamin państwowy z propedeutyki filozofii, historii i języka niemieckiego. Wykładała te przedmioty w gimnazjum wrocławskim im. Wiktorii. W 1916 r. została asystentką prof. Husserla we Fryburgu. Rok później uzyskała u niego tytuł doktorski. Przyjaźniła się też z uczniami Husserla, między innymi z Romanem Ingardenem. Pod silnym wpływem mistrza i jego szkoły fenomenologicznej, Edyta Stein coraz bardziej poświęcała się filozofii, ucząc się patrzenia na wszystko bez uprzedzeń. Dzięki temu, że w Getyndze spotkała Maxa Schelera, po raz pierwszy poznała idee katolickie.
    W 1921 r. dokonało się jej nawrócenie dzięki zetknięciu się z autobiografią mistyczki i doktora Kościoła, św. Teresy z Avila. Przeczytała tę książkę w ciągu jednej nocy i wreszcie – szukając prawdy – znalazła Boga i Jego miłosierdzie. Poprosiła wówczas o chrzest i pociągnęła swoim zapałem siostrę – Różę. 1 stycznia 1922 r. przyjęła chrzest i I Komunię św. Otrzymała imię Teresa. Nie oznaczało to dla niej zerwania więzów z narodem żydowskim. Twierdziła, że właśnie teraz, gdy powróciła do Boga, poczuła się znów Żydówką. Była świadoma, że przynależy do Chrystusa nie tylko duchowo, lecz także poprzez więzy krwi. W 1923 r. przystąpiła także do sakramentu bierzmowania.
    Jej rozwój duchowy odbywał się głównie w klasztorze Sióstr Dominikanek św. Magdaleny. Nadal była nauczycielką w jednym z wrocławskich liceów, łącząc pracę pedagogiczną z naukową. W latach 1923-1931 wykładała w liceum i seminarium nauczycielskim w Spirze. W 1932 prowadziła wykłady w Instytucie Pedagogiki Naukowej w Monasterze, starała się łączyć naukę z wiarą i tak je przekazywać słuchaczom. W tym czasie złożyła trzy śluby prywatne i żyła już właściwie jak zakonnica, wiele czasu poświęcając modlitwie. Jednocześnie prowadziła bardzo wnikliwe studia nad spuścizną św. Tomasza z Akwinu, starając się objaśnić pewne elementy jego mistyki przy pomocy metody fenomenologicznej. Często była proszona o wygłaszanie odczytów na konferencjach i przy innych różnych okazjach. Prowadziła kursy szkoleniowe, pisała artykuły, wygłaszała wykłady w radio.

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    W Monasterze wykładała tylko przez dwa miesiące – gdy władzę przejęli narodowi socjaliści, musiała opuścić Monaster. Przeniosła się do Kolonii, gdzie 14 października 1933 r. wstąpiła do Karmelu. 15 kwietnia następnego roku otrzymała habit karmelitański. Gorąco pragnęła mieć udział w cierpieniu Chrystusa, dlatego jej jedynym życzeniem przy obłóczynach było: “żeby otrzymać imię zakonne od Krzyża”. Po nowicjacie złożyła śluby zakonne i przyjęła imię Benedykta od Krzyża. Już jako karmelitanka zaczęła pisać swoje ostatnie dzieło teologiczne Wiedza krzyża, które pozostało niedokończone. 21 kwietnia 1938 r. złożyła śluby wieczyste.
    W tym czasie narodowy socjalizm objął swoim zasięgiem całe Niemcy. Benedykta, zdając sobie sprawę, że jej żydowskie pochodzenie może stanowić zagrożenie dla klasztoru, przeniosła się do Echt w Holandii. 2 sierpnia 1942 r. podczas masowego aresztowania Żydów została aresztowana przez gestapo i internowana w obozie w Westerbork. Następnie, wraz z siostrą Różą, 7 sierpnia deportowano ją do obozu w Auschwitz. Tam 9 sierpnia 1942 roku obie zostały zagazowane i spalone.
    Beatyfikacji Edyty Stein dokonał w Kolonii 1 maja 1987 r. św. Jan Paweł II, kanonizował ją zaś 11 października 1998 roku. Swoim listem apostolskim motu proprio z 1 października 1999 r. ogłosił ją – wraz ze św. Brygidą Szwedzką i św. Katarzyną ze Sieny – patronką Europy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    8 sierpnia

    Święty Dominik Guzman, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Bonifacja Rodríguez Castro, zakonnica
      •  Święta Maria od Krzyża Helena MacKillop, zakonnica
      •  Błogosławiony Zefiryn Gimenez Malla, męczennik
      •  Błogosławiony Włodzimierz Laskowski, prezbiter i męczennik
    Święty Dominik

    Święty Dominik urodził się około 1170 roku w Caleruega w Hiszpanii. Pochodził ze znakomitego rodu kastylijskiego Guzmanów. Jego ojcem był Feliks Guzman, a matką – bł. Joanna z Azy. Miał dwóch braci – bł. Manesa (który wstąpił potem do założonego przez Dominika zakonu) i Antoniego, kapłana diecezjalnego. Gdy Dominik miał 14 lat, rodzice wysłali go do szkoły w Palencji. Następnie studiował w Salamance. W 1196 roku, po ukończeniu studiów teologicznych, przyjął święcenia kapłańskie i wkrótce został mianowany kanonikiem katedry w Osmie. Pięć lat później został wiceprzewodniczącym tej kapituły. Gorliwie pracował tam nad sobą i nad bliźnimi, głosząc im słowo Boże.

    Święty Dominik

    Król Kastylii, Alfons IX, wysłał biskupa diecezji, w której pracował Dominik, Dydaka, z poselstwem do Niemiec i Danii. Dydak był przyjacielem Dominika, dlatego też przyszły święty towarzyszył biskupowi w podróży, w czasie której znalazł się w okolicach Szczecina i polskiego Pomorza. Dominik był świadkiem najazdu pogańskich Kumanów z Węgier na Turyngię. Wkrótce po zakończeniu powierzonej im misji udał się do Rzymu, by prosić Innocentego III o zezwolenie na pracę misyjną wśród Kumanów. Papież jednak takiej zgody nie udzielił.
    Wracając do Hiszpanii, Dydak i Dominik zetknęli się w południowej Francji z legatami papieskimi, wysłanymi tam do zwalczania powstałej właśnie herezji albigensów i waldensów. Sekta ta pojawiła się ok. 1200 r. w mieście Albi. Jej członkowie zaprzeczali ważnym prawdom wiary, m.in. Trójcy Świętej, Wcieleniu Syna Bożego, odrzucali Mszę świętą, małżeństwo i pozostałe sakramenty. Burzyli kościoły i klasztory, niszczyli obrazy i krzyże.

    Święty Dominik

    W porozumieniu z legatami Dominik postanowił oddać się pracy nad nawracaniem odszczepieńców. Do tej akcji postanowił włączyć się bezpośrednio także biskup Dydak. Ponieważ heretycy w swoich wystąpieniach przeciwko Kościołowi atakowali go za majątki i wystawne życie duchownych, biskup i Dominik postanowili prowadzić życie ewangeliczne na wzór Pana Jezusa i Jego uczniów. Chodzili więc od miasta do miasta, od wioski do wioski, by prostować błędną naukę i wyjaśniać autentyczną naukę Pana Jezusa. Innocenty III zatwierdził tę formę pracy apostolskiej. W centrum herezji znajdowało się miasto Prouille, położone pomiędzy Carcassonne a Tuluzą. Tam Dominik założył klasztor żeński, w którym życie zostało oparte na całkowitym ubóstwie.
    Pojawiły się pierwsze sukcesy. Niebawem biskup musiał powrócić do swojej diecezji. Natomiast do Dominika dołączyło 11 cystersów, którzy postanowili wieść podobny tryb życia apostolskiego. Z nich właśnie w 1207 r. powstał zalążek nowej rodziny zakonnej. W tym samym jednak roku papież ogłosił przeciwko albigensom i waldensom zbrojną krucjatę na wiadomość, że heretycy ruszyli na kościoły, plebanie i klasztory, paląc je i niszcząc. To skomplikowało pracę apostolską Dominika. Wtedy Dominik zwiększył posty, umartwienia, częściej się modlił. Dotychczasowe doświadczenie wykazało, że okazyjnie werbowani do tej akcji kapłani często nie byli do niej wystarczająco przygotowani. Wielu zniechęcał prymitywny rodzaj życia i połączone z nim niewygody.
    Dominik wybrał więc spośród swoich współtowarzyszy najpewniejszych. Na jego ręce złożyli oni śluby zakonne w 1215 r. Tak powstał Zakon Kaznodziejski – dominikanów. Jego głównym celem było głoszenie słowa Bożego i zbawianie dusz. Założyciel wymagał od zakonników ścisłego ubóstwa, panowania nad sobą i daleko idącego posłuszeństwa. Dzięki poparciu biskupa Tuluzy, Fulko, w Tuluzie powstały wkrótce aż dwa klasztory dominikańskie, które miały za cel nawracanie albigensów i waldensów. W tym samym roku odbył się Sobór Laterański IV. Dominik udał się wraz ze swoim biskupem, Fulko, do Rzymu. Innocenty III po wysłuchaniu zdania biskupa Tuluzy ustnie zatwierdził nową rodzinę zakonną.
    Zaraz po powrocie z soboru (1216) Dominik zwołał kapitułę generalną, na której przyjęto za podstawę regułę św. Augustyna i konstytucje norbertanów, którzy wytyczyli sobie podobny cel. Wprowadzono do konstytucji jedynie te zmiany, które w zastosowaniu do specyfiki zakonu okazały się konieczne. Kiedy Dominik po odbytej kapitule ponownie udał się do Rzymu, papież Innocenty III już nie żył (+ 1216). Bóg pokrzepił jednak Dominika tajemniczym, proroczym snem: pojawili mu się Apostołowie św. Piotr i św. Paweł, i zachęcili go, by na cały świat wysyłał swoich synów duchowych jako kaznodziejów. Dlatego kiedy tylko powrócił do Tuluzy, rozesłał grupę 17 pierwszych zakonników: do Hiszpanii, Bolonii i do Paryża. W dniu 22 grudnia 1216 r. papież Honoriusz III zatwierdził nowy zakon. Co więcej, wydał polecenie dla biskupów, by udzielili nowej rodzinie zakonnej jak najpełniejszej pomocy.
    Dominik założył również zakon żeński, zatwierdzony przez Honoriusza III dwa lata później.

    Święty Dominik

    Kapituła generalna w Bolonii w 1220 r. odrzuciła z reguły i z konstytucji to wszystko, co okazało się nieaktualne. W miejsce odrzuconych wstawiono nowe artykuły, wśród których znalazł się między innymi ten, że zakon nie może posiadać na własność stałych dóbr, ale że ma żyć wyłącznie z ofiar. W ten sposób zakon wszedł do rodziny zakonów mendykanckich (żebrzących), jakimi byli w XIII w. franciszkanie, augustianie, karmelici, trynitarze, serwici i minimi.
    W 1220 r. kard. Wilhelm ufundował dominikanom w Rzymie klasztor przy bazylice św. Sabiny, który odtąd miał się stać konwentem generalnym zakonu. Niemniej hojnym okazał się sam papież, który ofiarował dominikanom własny pałac. Tutaj właśnie Dominik miał wskrzesić bratanka kardynała Stefana z Fossanuova. Przed śmiercią Dominik przyjął do zakonu i nałożył habit św. Jackowi i bł. Czesławowi, pierwszym polskim dominikanom. Wysłał też swoich synów do Anglii, Niemiec i na Węgry.
    Dominik odbywał częste podróże, głosząc Ewangelię i organizując wykłady z teologii. Zakładał nowe klasztory zakonu, który bardzo szybko się rozpowszechnił. W 1220 r. Honoriusz III powołał Dominika na generała zakonu.

    Święty Dominik

    Dominik prowadził pracę misyjną na północy Włoch. Wyczerpany pracą w prymitywnych warunkach, wrócił do Bolonii. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Miejcie miłość, strzeżcie pokory i nie odstępujcie od ubóstwa”. Zmarł 6 sierpnia 1221 r. na rękach swych współbraci. W jego pogrzebie wziął udział kardynał Hugolin i wielu dygnitarzy kościelnych. Dominik został pochowany w kościele klasztornym w Bolonii, w drewnianej trumnie, w podziemiu (w krypcie) tuż pod wielkim ołtarzem. Jego kult rozpoczął się zaraz po jego śmierci. Notowano za jego wstawiennictwem otrzymane łaski. Dlatego papież Grzegorz IX nakazał rozpocząć proces kanoniczny. Po jego ukończeniu wyniósł sługę Bożego do chwały świętych w 1234 r.
    Dominik odznaczał się wielką prawością obyczajów, niezwykłą żarliwością o sprawy Boże oraz niezachwianą równowagą ducha. Potrafił współczuć. Jego radosne serce i pełna pokoju wewnętrzna postawa uczyniły z niego człowieka niebywale serdecznego. Oszczędny w słowach, rozmawiał z Bogiem na modlitwie albo o Nim z bliźnimi. Żył nader surowo. Bardzo cierpliwie znosił wszelkie przeciwności i upokorzenia.Imię Dominik pochodzi od łacińskiego dominicus, co znaczy Pański, należący do Boga. Przed św. Dominikiem imię to było znane, ale właśnie Dominik Guzman spopularyzował to imię w całej Europie.
    Największą zasługą św. Dominika i pamiątką, jaką po sobie zostawił, jest założony przez niego Zakon Kaznodziejski. Zakon dał Kościołowi wielu świętych. Wśród nich do najjaśniejszych gwiazd należą św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), doktor Kościoła, św. Rajmund z Penafort (+ 1275), św. Albert Wielki (+ 1280), doktor Kościoła, św. Wincenty Ferreriusz (+ 1419), św. Antonin z Florencji (+ 1459), papież św. Pius V (+ 1572), św. Ludwik Bertrand (+ 1581), św. Katarzyna ze Sieny (+ 1380), doktor Kościoła i patronka Europy, oraz św. Róża z Limy (+ 1617). Zakon położył wielkie zasługi na polu nauki, wydając uczonych na skalę światową w dziedzinie teologii, biblistyki czy liturgii. Kiedy zostały odkryte nowe lądy, dominikanie byli jednymi z pierwszych, którzy na odkryte tereny wysyłali swoich misjonarzy.

    Herb Zakonu Kaznodziejskiego

    W ikonografii św. Dominik przedstawiany jest w dominikańskim habicie. Jego atrybutami są: gwiazda sześcioramienna, infuła u stóp, lilia – czasami złota, księga, podwójny krzyż procesyjny, pastorał, pies w czarne i białe łaty trzymający pochodnię w pysku (symbol zakonu: Domini canes – “Pańskie psy”), różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 sierpnia

    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Zobacz także:
      •  Święty Sykstus II, papież i męczennik
      •  Święty Kajetan, prezbiter
      •  Błogosławieni prezbiterzy i męczennicy Agatanioł i Kasjan
      •  Święty Albert z Trapani, prezbiter
      •  Błogosławiony Tadeusz Dulny, męczennik
    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Edmund Bojanowski urodził się 14 listopada 1814 r. w Grabonogu. W dzieciństwie został cudownie uzdrowiony za przyczyną Matki Bożej Bolesnej, czczonej na Świętej Górze w Gostyniu.
    Otrzymał staranne wychowanie w katolickiej rodzinie. Poważna choroba uniemożliwiła mu ukończenie studiów filozoficznych, które podjął na uniwersytetach we Wrocławiu i w Berlinie. Po intensywnej kuracji zamieszkał w rodzinnej miejscowości. Chociaż wykazywał zainteresowania literackie, jego głównym charyzmatem okazała się praca społeczna i charytatywna. Zakładał czytelnie dla ludu, rozpowszechniając dobre czasopisma, by w ten sposób pomagać ubogiej młodzieży w zdobywaniu wykształcenia. Dał się poznać jako człowiek wielkiej wytrwałości i dobroci serca. Wielokrotnie był zapraszany do uczestnictwa w stowarzyszeniach niosących pomoc ubogim. Podczas epidemii cholery w 1849 r. poświęcił się służbie zarażonym.

    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Będąc człowiekiem głęboko religijnym i praktykującym, na każdego człowieka, a zwłaszcza na biedne dziecko, patrzył przez pryzmat miłości do Boga. Mimo słabego zdrowia robił wszystko, by nieść pomoc zaniedbanemu ludowi wiejskiemu przez organizowanie ochronek dla dzieci i opieki nad chorymi, troszcząc się jednocześnie o podniesienie moralności dorosłych. Chociaż był człowiekiem świeckim, 3 maja 1850 r. założył zgromadzenie zakonne Sióstr Służebniczek Maryi Niepokalanej.
    Problemy zdrowotne uniemożliwiły mu realizację marzeń o kapłaństwie, chociaż podejmował próby studiów seminaryjnych.
    Dla otoczenia był zawsze przykładem heroicznej wiary, prostoty, miłości i ufności w Bożą Opatrzność. Już za życia przez wielu ludzi uznawany był za człowieka świątobliwego. Doczesne życie zakończył 7 sierpnia 1871 r. na plebanii w Górce Duchownej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 sierpnia

    Przemienienie Pańskie

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Oktawian, biskup
      •  Święty Hormizdas, papież
      •  Błogosławiony Bronisław Kostkowski, męczennik
    Przemienienie Pańskie
    Dzisiejsza Ewangelia prowadzi nas wraz z Chrystusem, Piotrem, Jakubem i Janem na górę Tabor. Tam Chrystus przemienił się wobec swoich Apostołów. Jego twarz zajaśniała jak słońce, a szaty stały się olśniewająco białe. Apostołowie byli zachwyceni, choć poznali jedynie niewielki odblask wiecznej chwały Ojca, w której po swoim zmartwychwstaniu zasiadł Jezus. To wydarzenie pozostało tajemnicą dla pozostałych uczniów – dowiedzieli się o nim dopiero po wniebowstąpieniu Jezusa.
    Zdarzenie to Ewangeliści musieli uważać za bardzo ważne, skoro jego szczegółowy opis umieścili wszyscy synoptycy: św. Mateusz (Mt 17, 1-9), św. Marek (Mk 9, 1-8) i św. Łukasz (Łk 9, 28-36). Również św. Piotr Apostoł przekazał opis tego wydarzenia (2 P 1, 16-18). Miało ono miejsce po sześciu dniach – czy też “jakoby w osiem dni” – po uroczystym wyznaniu św. Piotra w okolicach Cezarei Filipowej (Mt 16, 13-20; Mk 8, 27-30; Łk 9, 18-21).
    Św. Cyryl Jerozolimski (+ 387) jako pierwszy wyraził pogląd, że górą Przemienienia Chrystusa była góra Tabor. Za nim zdanie to powtarza św. Hieronim (+ ok. 420) i cała tradycja. Faktycznie, góra Tabor uważana była w starożytności za świętą.
    Może dziwić szczegół, że zaraz po przybyciu na górę Apostołowie posnęli. Po odbytej bardzo uciążliwej drodze musieli utrudzić się wspinaczką, zwłaszcza że wędrowali sześć dni od Gór Hermonu.
    W Starym Testamencie powszechne było przekonanie, że Jahwe pokazuje się w obłoku (Wj 40, 34; 1 Sm 8, 11). Dlatego w czasie Przemienienia ukazał się obłok, który okrył Chrystusa, Mojżesza i Eliasza. Głos Boży z obłoku utwierdził uczniów w przekonaniu o teofanii, czyli objawieniu się Boga. Dlatego Ewangelista stwierdza, że świadkowie tego wydarzenia bardzo się zlękli.Girolamo de Sermoneta: Przemienienie Pańskie
    Termin “Przemienienie Pańskie” nie jest adekwatny do greckiego słowa metemorfothe (por. Mk 9, 2), które ma o wiele głębsze znaczenie. Termin grecki oznacza dokładnie “zmienić formę zewnętrzną (morfe), kształt; przejść z jednej formy zewnętrznej do drugiej”. Chrystus okazał się tym, kim jest w swojej naturze i istocie – Synem Bożym. Przemienienie pozwoliło Apostołom zrozumieć, jak mizerne i niepełne są ich wyobrażenia o Bogu. Chrystus przemienił się na oczach Apostołów, aby w dniach próby ich wiara w Niego nie zachwiała się. Ewangelista wspomina, że Eliasz i Mojżesz rozmawiali z Chrystusem o Jego męce. Zapewne przypomnieli uczniom Chrystusa wszystkie proroctwa, które zapowiadały Mesjasza jako Odkupiciela rodzaju ludzkiego. Wydarzenie to musiało mocno utkwić w pamięci świadków, skoro po wielu latach przypomni je św. Piotr w jednym ze swoich Listów (2 P 1, 16-18).Uroczystość Przemienienia Pańskiego na Wschodzie spotykamy już w VI wieku. Była ona największym świętem w ciągu lata. Na Zachodzie jako święto obowiązujące dla całego Kościoła wprowadził ją papież Kalikst III z podziękowaniem Panu Bogu za zwycięstwo oręża chrześcijańskiego pod Belgradem w dniu 6 sierpnia 1456 r. Wojskami dowodził wódz węgierski Jan Hunyadi, a całą obronę i bitwę przygotował św. Jan Kapistran. Jednak lokalnie obchodzono to święto na Zachodzie już w VII wieku. W Polsce święto znane jest od XI wieku.Dzisiejsze święto przypomina, że Jezus może w każdej chwili odmienić nasz los. Ma ono jednak jeszcze jeden, radosny, eschatologiczny aspekt: przyjdzie czas, że Pan odmieni nas wszystkich; nawet nasze ciała w tajemnicy zmartwychwstania uczyni uczestnikami swojej chwały. Dlatego dzisiejszy obchód jest dniem wielkiej radości i nadziei, że nasze przebywanie na ziemi nie będzie ostateczne, że przyjdzie po nim nieprzemijająca chwała.
    Przemienienie to jednak nie tylko pamiątka dokonanego faktu. To nie tylko nadzieja także naszego zmartwychwstania i przemiany. To równocześnie nakaz zostawiony przez Chrystusa, to zadanie wytyczone Jego wyznawcom. Warunkiem naszego eschatologicznego przemienienia jest stała przemiana duchowa, wewnętrzne, uparte naśladowanie Chrystusa. Ta przemiana w zarodku musi mieć podstawę na ziemi, by do swej pełni mogła dojść w wieczności. W drodze ku wieczności uczeń Jezusa musi być Mu wierny: myślą, słowem i chrześcijańskim czynem.
    Chrystus obiecuje, że będziemy królować razem z Nim tam, gdzie – za Piotrem – będziemy powtarzać: “Mistrzu, jak dobrze, że tu jesteśmy”. Warunkiem jest to, abyśmy już teraz pamiętali o tym, co dla nas przygotował Bóg, i abyśmy każdego dnia karmili się Jego Słowem i Ciałem. On chce, abyśmy ufnie i wytrwale się do Niego modlili, służyli bliźnim, rozwijając w sobie cnoty. Takie dążenie do przemiany będzie odpowiedzią na zaproszenie św. Pawła: “Przemieniajcie się przez odnawianie umysłu” (Rz 12, 2).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    5 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Śnieżna

    Zobacz także:
      •  Święty Oswald, król i męczennik
      •  Błogosławiony Fryderyk Jansoone, prezbiter
    Bazylika Sancta Maria Maior

    Przypadające dzisiaj wspomnienie dotyczy rocznicy poświęcenia bazyliki Najświętszej Maryi Panny “Większej” w Rzymie. Przymiotnik ten wynika z faktu, że jest to pierwszy i największy kościół rzymski poświęcony Maryi. Jest to także jedna z pierwszych na świecie świątyń poświęconych Matce Bożej. Kościół tak dalece ją wyróżnia, że należy ona do czterech tzw. bazylik większych Rzymu, które każdy pielgrzym nawiedzał w roku świętym, jeśli pragnął uzyskać odpust zupełny. Należą do nich: bazylika laterańska św. Jana (będąca katedrą biskupa Rzymu), bazylika św. Piotra na Watykanie, bazylika św. Pawła za Murami i właśnie bazylika Matki Bożej Większej.
    W Bazylice tej czci się Matkę Bożą Śnieżną. Według tradycji, w 352 r. Maryja ukazała się papieżowi Liberiuszowi i rzymskiemu patrycjuszowi Janowi, nakazując im budowę kościoła w miejscu, które im wskaże. 5 sierpnia, w okresie upałów, Wzgórze Eskwilińskie pokryło się śniegiem – tam zbudowano świątynię. Musiała być ona niewielka i być może uległa zniszczeniu. Sykstus III (432-440), pragnąc uczcić zakończenie soboru w Efezie, na którym ogłoszono dogmat o Bożym Macierzyństwie Maryi (Theotokos), postanowił przebudować gruntownie tę bazylikę. Wspomnienie tego wydarzenia obchodzono pierwotnie jedynie w samej bazylice, z czasem jednak kolejni papieże rozszerzali je najpierw na teren Rzymu, a potem już całego Kościoła.
    W ciągu wieków wielu papieży tę bazylikę upiększało i powiększało: Eugeniusz III (1145-1153) powiększył przedsionek i dał dzisiejszą przepiękną posadzkę; Mikołaj IV (1288-1293) dał nową bogatą absydę; za czasów Grzegorza XI (1370-1378) wzniesiono wieżę-dzwonnicę romańską; dziełem Klemensa X (1670-1676) jest tylny front bazyliki; Benedykt XIV (1740-1758) dokonał gruntownej przebudowy wnętrza, które podziwiamy po dzień obecny, oraz dał nowy, okazały, do dziś zachowany front główny bazyliki; Pius XI dla uczczenia 1500. rocznicy ogłoszenia na soborze efeskim dogmatu o Boskim Macierzyństwie Maryi (431-1931) odnowił wspaniałe pierwotne mozaiki, które znajdują się na łuku triumfalnym. Sykstus V (1585-1590) wystawił “Kaplicę Sykstyńską” w głębi prawej nawy, gdzie jest przechowywany Najświętszy Sakrament. Tam też spoczęły relikwie papieży św. Piusa V i Sykstusa V. Dziełem Pawła V (1605-1621) jest usytuowana naprzeciw Kaplicy Sykstyńskiej wspaniała Kaplica Matki Bożej Większej z Jej cudownym wizerunkiem (w kaplicy po lewej stronie bazyliki). Tu spoczęły śmiertelne szczątki papieży: Pawła V i Klemensa VIII.
    Starożytne mozaiki rzymskiej świątyni, dotyczące Bożego macierzyństwa Maryi, świadczą o tym, że Kościół już w wieku V przejął do celów religijnych znajomość najlepszej sztuki pogańskiego cesarstwa rzymskiego. W bazylice znajdują się relikwie żłóbka betlejemskiego i starożytny obraz Matki Bożej. Jest on największym skarbem bazyliki. Paweł V wystawił ku jego czci przebogatą kaplicę, od jego rodu zwaną także Borghese. Ołtarz, w którym mieści się obraz, jest wykładany agatami, ametystami i lazurytem. Całość kaplicy jest wyłożona najkosztowniejszymi marmurami.

    Salus Populi Romani

    Sam obraz Matki Bożej pochodzi z XII w. Ma wyraźne cechy bizantyjskie, o czym świadczą litery greckie. Dziecię Jezus trzyma księgę Ewangelii. Maryja trzyma Dziecię na lewym ręku i obejmuje je prawą. Ma pierścień na ręku, bogaty naszyjnik na szyi z dużym, kosztownym krzyżem. Jest piękny zwyczaj, że co roku w uroczystość Matki Bożej Śnieżnej (5 sierpnia) właśnie w kaplicy Matki Bożej z kopuły zrzuca się płatki białych róż, przypominające płatki śniegu. Są one również symbolem niezliczonych łask, jakie wyprasza sobie tu lud rzymski. Obraz jest uważany za cudowny. Jest też koronowany koronami papieskimi. Lud rzymski nazywa go Salus Populi Romani – Ocaleniem Ludu Rzymskiego, gdyż w Rzymie panuje powszechne przekonanie, że ten obraz wiele razy ratował Wieczne Miasto. Był bowiem dawny zwyczaj, że – na wzór Arki Przymierza – w czasach klęsk i niebezpieczeństw obnoszono ten obraz po ulicach Rzymu. Obraz Matki Bożej Większej stał się prototypem dla wielu innych obrazów Matki Bożej tak dalece, że mamy dzisiaj setki (w Polsce kilkadziesiąt) sanktuariów, w których znajdują się kopie tego obrazu. Wiele z nich (w Polsce kilkanaście) doczekało się koronacji koronami papieskimi. Można powiedzieć, że jest to najczęściej spotykany w świecie wizerunek Maryi.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    4 sierpnia

    Święty Jan Maria Vianney, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Rajner, biskup
      •  Błogosławiony Henryk Krzysztofik, prezbiter i męczennik
    Święty Jan Maria Vianney
    Jan urodził się w rodzinie ubogich wieśniaków w Dardilly koło Lyonu 8 maja 1786 r. Do I Komunii przystąpił potajemnie podczas Rewolucji Francuskiej w 1799 r. Po raz pierwszy przyjął Chrystusa do swego serca w szopie, zamienionej na prowizoryczną kaplicę, do której wejście dla ostrożności zasłonięto furą siana. Ponieważ szkoły parafialne były zamknięte, nauczył się czytać i pisać dopiero w wieku 17 lat.
    Po ukończeniu szkoły podstawowej, otwartej w Dardilly w 1803 roku, Jan uczęszczał do szkoły w Ecully (od roku 1806). Miejscowy, świątobliwy proboszcz udzielał młodzieńcowi lekcji łaciny. Od służby wojskowej Jana wybawiła ciężka choroba, na którą zapadł. Wstąpił do niższego seminarium duchownego w 1812 r. Przy tak słabym przygotowaniu i późnym wieku nauka szła mu bardzo ciężko. W roku 1813 przeszedł jednak do wyższego seminarium w Lyonie. Przełożeni, litując się nad nim, radzili mu, by opuścił seminarium. Zamierzał faktycznie tak uczynić i wstąpić do Braci Szkół Chrześcijańskich, ale odradził mu to proboszcz z Ecully. On też interweniował za Janem w seminarium. Dopuszczono go do święceń kapłańskich właśnie ze względu na tę opinię oraz dlatego, że diecezja odczuwała dotkliwie brak kapłanów. 13 sierpnia 1815 roku Jan otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 29 lat.
    Pierwsze trzy lata spędził jako wikariusz w Ecully. Na progu swego kapłaństwa natrafił na kapłana, męża pełnego cnoty i duszpasterskiej gorliwości. Po jego śmierci biskup wysłał Jana jako wikariusza-kapelana do Ars-en-Dembes. Młody kapłan zastał kościółek zaniedbany i opustoszały. Obojętność religijna była tak wielka, że na Mszy świętej niedzielnej było kilka osób. Wiernych było zaledwie 230; dlatego też nie otwierano parafii, gdyż żaden proboszcz by na niej nie wyżył. O wiernych Ars mówiono pogardliwie, że tylko chrzest różni ich od bydląt. Ks. Jan przybył tu jednak z dużą ochotą. Nie wiedział, że przyjdzie mu tu pozostać przez 41 lat (1818-1859).
    Całe godziny przebywał na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Sypiał zaledwie po parę godzin dziennie na gołych deskach. Kiedy w 1824 r. otwarto w wiosce szkółkę, uczył w niej prawd wiary. Jadł nędznie i mało, można mówić o wiecznym poście. Dla wszystkich był uprzejmy. Odwiedzał swoich parafian i rozmawiał z nimi przyjacielsko. Powoli wierni przyzwyczaili się do swojego pasterza. Kiedy biskup spostrzegł, że ks. Jan daje sobie jakoś radę, erygował w 1823 r. parafię w Ars. Dobroć pasterza i surowość jego życia, kazania proste i płynące z serca – powoli nawracały dotąd zaniedbane i zobojętniałe dusze. Kościółek zaczął się z wolna zapełniać w niedziele i święta, a nawet w dni powszednie. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów.Święty Jan Maria Vianney
    Pomimo tylu zabiegów nie wszyscy jeszcze zostali pozyskani dla Chrystusa. Ks. Jan wyrzucał sobie, że to z jego winy. Uważał, że za mało się za nich modli i za mało pokutuje. Wyrzucał także sobie własną nieudolność. Błagał więc biskupa, by go zwolnił z obowiązków proboszcza. Kiedy jego błagania nie pomogły, postanowił uciec i skryć się w jakimś klasztorze, by nie odpowiadać za dusze innych. Biskup jednak nakazał mu powrócić. Posłuszny, uczynił to.
    Nie wszyscy kapłani rozumieli niezwykły tryb życia proboszcza z Ars. Jedni czynili mu gorzkie wymówki, inni podśmiewali się z dziwaka. Większość wszakże rozpoznała w nim świętość i otoczyła go wielką czcią.
    Sława proboszcza zaczęła rozchodzić się daleko poza parafię Ars. Napływały nawet z odległych stron tłumy ciekawych. Kiedy zaś zaczęły rozchodzić się pogłoski o nadprzyrodzonych charyzmatach księdza Jana (dar czytania w sumieniach ludzkich i dar proroctwa), ciekawość wzrastała. Ks. Jan spowiadał długimi godzinami. Miał różnych penitentów: od prostych wieśniaków po elitę Paryża. Bywało, że zmordowany jęczał w konfesjonale: “Grzesznicy zabiją grzesznika!” W dziesiątym roku pasterzowania przybyło do Ars ok. 20 000 ludzi. W ostatnim roku swojego życia miał przy konfesjonale ich ok. 80 000. Łącznie przez 41 lat jego pobytu w tym miejscu przez Ars przewinęło się około miliona ludzi.
    Nadmierne pokuty osłabiły już i tak wyczerpany organizm. Pojawiły się bóle głowy, dolegliwości żołądka, reumatyzm. Do cierpień fizycznych dołączyły duchowe: oschłość, skrupuły, lęk o zbawienie, obawa przed odpowiedzialnością za powierzone sobie dusze i lęk przed sądem Bożym. Jakby tego było za mało, szatan przez 35 lat pokazywał się ks. Janowi i nękał go nocami, nie pozwalając nawet na kilka godzin wypoczynku. Inni kapłani myśleli początkowo, że są to gorączkowe przywidzenia, że proboszcz z głodu i nadmiaru pokut był na granicy obłędu. Kiedy jednak sami stali się świadkami wybryków złego ducha, uciekli w popłochu. Jan Vianney przyjmował to wszystko jako zadośćuczynienie Bożej sprawiedliwości za przewiny własne, jak też grzeszników, których rozgrzeszał.
    Święty Jan Maria Vianney
    Jako męczennik cierpiący za grzeszników i ofiara konfesjonału, zmarł 4 sierpnia 1859 r., przeżywszy 73 lata. W pogrzebie skromnego proboszcza z Ars wzięło udział ok. 300 kapłanów i ok. 6000 wiernych. Nabożeństwu żałobnemu przewodniczył biskup ordynariusz. Śmiertelne szczątki złożono nie na cmentarzu, ale w kościele parafialnym. W 1865 r. rozpoczęto budowę obecnej bazyliki. Papież św. Pius X dokonał beatyfikacji sługi Bożego w 1905 roku, a do chwały świętych wyniósł go w roku jubileuszowym 1925 Pius XI. Ten sam papież ogłosił św. Jana Vianneya patronem wszystkich proboszczów Kościoła rzymskiego w roku 1929. W stulecie śmierci proboszcza z Ars Jan XXIII wystosował osobną encyklikę, w której przypomniał tę piękną postać.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju duchownym ze stułą na szyi, często w otoczeniu dzieci.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 sierpnia

    Święta Lidia

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Augustyn Kazotić, biskup
    Święta Lidia
    Lidia to postać znana z kart Nowego Testamentu. Mieszkała w Filippi, w Macedonii. Była zapewne osobą zamożną, bowiem purpura – tkanina, którą sprzedawała – stanowiła towar luksusowy. Kiedy św. Paweł przybył do miasta, w którym mieszkała, Lidia była poganką skłaniającą się ku monoteizmowi. Spotkawszy Apostoła, przyjęła chrzest. Tekst Łukasza odnotowuje, że udzieliła mu gościny:Odbiwszy od lądu w Troadzie, popłynęliśmy wprost do Samotraki, a następnego dnia do Neapolu, a stąd do Filippi, głównego miasta tej części Macedonii, które jest [rzymską] kolonią. W tym mieście spędziliśmy kilka dni. W szabat wyszliśmy za bramę nad rzekę, gdzie – jak sądziliśmy – było miejsce modlitwy. I usiadłszy, rozmawialiśmy z kobietami, które się zeszły. Przysłuchiwała się też nam pewna bojąca się Boga kobieta z Tiatyry, imieniem Lidia, która sprzedawała purpurę. Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła. Kiedy została ochrzczona razem ze swoim domem, poprosiła nas: “Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu – powiedziała – przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim”. I wymogła to na nas (Dz 16, 14-15).Paweł pozyskał ją dla Chrystusa jako pierwszą pogankę w Europie w czasie swojej drugiej podróży, która obejmowała Małą Azję, Macedonię oraz Grecję. Miała ona miejsce w latach 50-52. Łukasz podaje, że spotkanie Apostoła Narodów z Lidią odbyło się nad rzeką. Taki był bowiem u Żydów zwyczaj, że jeśli nie mieli jeszcze własnego domu modlitwy (synagogi), zbierali się w pobliżu rzeki dla obmyć rytualnych. Te miejsca nazywano proseuche, czyli miejscem modlitwy.
    Z mieszkańcami Filippi św. Paweł zawarł wielką przyjaźń, którą przypieczętował osobnym Listem; wchodzi on w skład ksiąg Nowego Testamentu. Apostoł chwali w nim nie tylko gorliwość tamtejszych chrześcijan, ale także ich niezwykłą ofiarność, jakiej nigdzie nie napotkał (Flp 4, 15). W tych słowach kryje się chyba również wyraźna pochwała dla św. Lidii, która pierwsza udzieliła Apostołowi gościny i zapewne nadal hojnie go wspierała w jego potrzebach.
    O dalszych losach św. Lidii nie wiemy nic więcej. Baroniusz wprowadził jej imię do Martyrologium Rzymskiego w wieku XVI (1584). Jest patronką farbiarzy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    2 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna, Królowa Aniołów
    Odpust Porcjunkuli

    Zobacz także:
      •  Święty Euzebiusz z Vercelli, biskup
      •  Święty Piotr Julian Eymard, prezbiter
      •  Błogosławiona Joanna z Azy
      •  Błogosławiony August Czartoryski, prezbiter
      •  Święty Piotr Faber, prezbiter
      •  Święty Justyn Maria Russolillo od Trójcy Przenajświętszej, prezbiter
      •  Święty Stefan I, papież
    Porcjunkula we wnętrzu Bazyliki MB Anielskiej
    U stóp Asyżu wznosi się bazylika Matki Bożej Anielskiej, wybudowana w XVI wieku. W samym centrum tej renesansowej świątyni znajduje się skromny kościółek benedyktyński z IX wieku, zwany Porcjunkulą. Pierwotny tytuł tego kościoła brzmiał – Najświętszej Maryi Panny z Doliny Jozafata. Według bowiem podania kapliczkę mieli ufundować pielgrzymi wracający z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej, który sytuowano w Dolinie Jozafata w Jerozolimie. Nazwę Matki Bożej Anielskiej prawdopodobnie nadał świątyni św. Franciszek z Asyżu. Legenda głosi, że słyszano często nad kapliczką głosy anielskie i dlatego dano jej tę nazwę. Na początku XIII w. kapliczka znajdowała się w stanie ruiny. Odbudował ją św. Franciszek zimą 1207/1208 roku i tu zamieszkał. Tu również w roku 1208 lub 1209 w uroczystość św. Macieja Apostoła (wtedy było to 24 lutego) Franciszek wysłuchał Mszy św. i usłyszał słowa Ewangelii:“Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. (…) Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 6-10).Franciszek wziął te słowa do siebie jako nakaz Chrystusa. Zdjął swoje odzienie, nałożył na siebie habit, przepasał się sznurem, udał się do kościoła parafialnego św. Jerzego w Asyżu i zaczął na placu nauczać. Jeszcze w tym samym roku zgłosili się do niego pierwsi towarzysze: Bernard z Quinvalle i Piotr z Katanii, późniejszy brat Egidiusz. Obaj zamieszkali wraz z Franciszkiem przy kościółku Matki Bożej Anielskiej. Kiedy zebrało się już 12 uczniów Franciszka, nazwali się braćmi mniejszymi. Za cel obrali sobie życie pokutne i głoszenie Chrystusa, nawoływanie do pokuty i zmiany życia.
    W roku 1211 benedyktyni z góry Subasio odstąpili Franciszkowi i jego towarzyszom kaplicę i miejsce przy niej, na którym ci wybudowali sobie ubogie szałasy. Porcjunkula stała się w ten sposób domem macierzystym zakonu św. Franciszka. Tu również schroniła się św. Klara z Offreduccio. W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. odbyły się jej obłóczyny. Tak powstał II zakon (klarysek) pod pierwotną nazwą “Ubogich Pań”. Niebawem w ślady św. Klary poszła jej siostra, św. Agnieszka. Zamieszkały one tymczasowo u benedyktynek w pobliżu Bastii, zanim św. Franciszek nie wystawił dla nich klasztorku przy kościele św. Damiana. Franciszek zakończył swoje życie przy kościele Matki Bożej Anielskiej w 1226 roku.
    11 kwietnia 1909 roku św. Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności bazyliki patriarchalnej i papieskiej. Nazwa Porcjunkula również była znana już za czasów św. Franciszka i być może przez niego została wprowadzona. Etymologicznie oznacza tyle, co kawałeczek, drobna część. Może to odnosić się do samej kapliczki, która była bardzo mała, jak również do posesji przy niej leżącej, także niewielkiej.Ikona Matki Bożej - Królowej Aniołów
    Maryja jako Matka Boża jest Królową także aniołów. Już Ewangelie zdają się wskazywać na służebną rolę aniołów wobec Maryi: tak jest w scenie zwiastowania, tak jest przy ukazaniu się aniołów pasterzom; tak jest wtedy, gdy anioł informuje Józefa, że ma uciekać z Bożym Dzieciątkiem do Egiptu. Ten sam anioł zawiadamia Józefa o śmierci Heroda. Pod wezwaniem Królowej Aniołów istnieją trzy zakony żeńskie. W roku 1864 zostało we Francji założone arcybractwo Matki Bożej Anielskiej, mające za cel oddawać cześć Maryi jako Królowej nieba. Wezwanie “Królowo Aniołów, módl się za nami” zostało włączone do Litanii Loretańskiej. Istnieje wiele kościołów pod tym wezwaniem, zwłaszcza wystawionych przez synów duchowych i córki św. Franciszka Serafickiego.Święty Franciszek przed obliczem Chrystusa i Jego Matki
    W 1216 roku św. Franciszkowi objawił się Pan Jezus, obiecując zakonnikowi odpust zupełny dla wszystkich, którzy po spowiedzi i przyjęciu Komunii świętej odwiedzą kapliczkę. Na prośbę Franciszka przywilej ten został zatwierdzony przez papieża Honoriusza III. Początkowo można go było zyskać jedynie między wieczorem dnia 1 sierpnia a wieczorem dnia 2 sierpnia. W 1480 r. Sykstus VI rozciągnął ten przywilej na wszystkie kościoły I i II Zakonu Franciszkańskiego, ale tylko dla samych zakonników. W 1622 r. Grzegorz XV objął nim także wszystkich świeckich, którzy wyspowiadają się i przyjmą Komunię świętą w odpowiednim dniu. Ponadto – oprócz kościołów franciszkańskich – Grzegorz XV rozszerzył ten odpust na kościoły kapucyńskie. Z czasem kolejni papieże potwierdzali ten przywilej.
    Paweł VI swoją konstytucją apostolską Indulgentiarium Doctrina w 1967 roku uczynił to ponownie. Każdy, kto w dniu 2 sierpnia nawiedzi swój kościół parafialny, spełniając zwykłe warunki (pobożne nawiedzenie kościoła, odmówienie w nim Modlitwy Pańskiej i wyznania wiary oraz sakramentalna spowiedź i Komunia św. wraz z modlitwą w intencjach papieża – nie za papieża, ale w intencjach, w których on się modli; ponadto wykluczone przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu), zyskuje odpust zupełny.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    1 sierpnia

    Święty Alfons Maria Liguori,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Etelwold, biskup
      •  Błogosławiony Aleksy Sobaszek, prezbiter i męczennik
      •  Eleazar, uczony w Piśmie
    Święty Alfons Maria Liguori

    Alfons Maria urodził się 27 września 1696 r. w Marinelli pod Neapolem, w zamożnej rodzinie szlacheckiej. W dwa dni potem otrzymał chrzest. Jego ojciec marzył dla niego o karierze urzędniczej. W rodzinnym pałacu Alfons miał doskonałych nauczycieli. Wykazywał także od dziecka niezwykłą pilność do nauki i duże zdolności. Gdy ukończył szkołę podstawową, został wysłany na studia prawnicze na uniwersytet w Neapolu. Miał wtedy zaledwie 12 lat (1708). Kiedy miał zaledwie 17 lat, był już doktorem obojga praw. Ojciec planował Alfonsowi odpowiednie małżeństwo. Wybrał mu nawet córkę księcia, Teresinę. Ta jednak wstąpiła do zakonu i niebawem zmarła. Alfons po kilku latach praktyki adwokackiej, zniechęcony przekupstwem w sądownictwie, ku niezadowoleniu ojca postanowił spełnić swoje marzenia. Przed obrazem Matki Bożej w Porta Alba złożył swoją szpadę i rozpoczął studia teologiczne (1723).
    Po 4 latach studiów Alfons przyjął święcenia kapłańskie (1727). Miał wówczas 31 lat. Pragnąc życia doskonalszego, marzył o zakonie. Zamierzał najpierw wstąpić do teatynów, potem do filipinów albo do jakiejś kongregacji misyjnej. Nie mógł się jednak zdecydować. Z zapałem oddał się więc pracy apostolskiej wśród młodzieży rzemieślniczej i robotniczej. Gromadził ją w dni wolne od pracy, grał z nimi na gitarze i śpiewał ułożone przez siebie pieśni, uczył prawd wiary. Zasłynął też jako doskonały kaznodzieja. Po trzech latach nadludzkiej pracy musiał udać się na wypoczynek do Amalfi. Nie przestał tam jednak pracować. Zetknął się z rodziną Sióstr Nawiedzenia. Zajął się nimi i przekształcił je na Kongregację Zbawiciela. Był to młody zakon kontemplacyjny. W przyszłości będzie on stanowił żeńską gałąź redemptorystów.
    Alfons zauważył, że tamtejsi górale nie mają dostatecznej opieki duszpasterskiej. Dojrzała więc w nim myśl utworzenia zgromadzenia męskiego, które oddałoby się pracy wśród najbardziej opuszczonych oraz zaniedbanych. Tak powstało dzieło “Najświętszego Odkupiciela” (redemptorystów). Był to rok 1732. Na zatwierdzenie reguł nowej rodziny zakonnej Alfons nie czekał długo. Zatwierdził ją niebawem papież Benedykt XIV (1749).
    W 1762 r. papież Klemens XIII mianował Alfonsa biskupem-ordynariuszem w miasteczku S. Agata dei Goti. Alfons miał wtedy już 66 lat. Zgodnie ze zwyczajem przyjętym w Kościele, udał się do Rzymu, by przedstawić się papieżowi. Z Rzymu podążył do Loreto, by w tym sanktuarium uprosić sobie błogosławieństwo u Matki Bożej. Pomimo wieku, z młodzieńczym zapałem zabrał się do pracy: wizytował, przemawiał, spowiadał, odwiedzał kapłanów i zagrzewał ich do gorliwości, reformował klasztory, budził nowe powołania kapłańskie i zakonne. Wszystkie dochody, jakie mu pozostawały dzięki nader skromnemu życiu, oddawał ubogim i fundacjom nowych placówek swojej kongregacji. Kiedy nastał głód, sprzedał sprzęty i naczynia domu biskupiego, aby za to kupić chleb dla głodujących. Jako biskup nie tylko nie zmienił surowego trybu życia, ale go nawet obostrzył, twierdząc, że teraz musi pokutować za swoich wiernych. Sypiał mało, jadł tylko zupę, chleb i jarzyny, nosił włosiennicę i kolczasty łańcuch, biczował się często do krwi.
    Nadmierne trudy, wiek i surowy tryb życia wyniszczyły jego organizm tak, że poczuł się zmuszony prosić papieża o zwolnienie z obowiązków pasterza diecezji. Paraliż kręgosłupa był dla niego bolesnym krzyżem. Po 13 latach pasterzowania powrócił więc do swoich duchowych synów (1775). Wskutek zatargu politycznego rozdzielono redemptorystów na dwie odrębne grupy. Papież ustanowił nad redemptorystami, zamieszkałymi na terenie Państwa Kościelnego, osobnego przełożonego, a redemptorystów neapolitańskich pozbawił wszelkich przywilejów. Założyciel bolał nad tym, ale znosił to cicho, z poddaniem się woli Bożej. Do tych cierpień przyczyniły się cierpienia fizyczne: reumatyzm, skrzywienie kręgosłupa i inne. Pochylony do ziemi, nie mógł już chodzić i został przykuty do fotela. Bóg doświadczył go także falą udręk moralnych: pokus, oschłości i skrupułów.

    Święty Alfons Maria Liguori

    Alfons Liguori zmarł 1 sierpnia 1787 r. w wieku 91 lat. Sława jego świętości była tak wielka, że Pius VI już w 1796 roku nakazał rozpoczęcie procesu kanonicznego. W 11 lat potem (1807) został ogłoszony dekret o heroiczności cnót Alfonsa. Pius VII dokonał jego uroczystej beatyfikacji w 1816 roku, a Grzegorz XVI kanonizował go w 1839 roku. W 10 lat potem Pius IX osobiście nawiedził grób św. Alfonsa (1849) i przy jego relikwiach odprawił Mszę świętą. Z tej okazji jako wotum ofiarował swój pierścień. Podobny pierścień ofiarował Jan XXIII w 1960 roku na wieść o kradzieży, jakiej dokonano w kaplicy św. Alfonsa. Pius IX ogłosił św. Alfonsa doktorem Kościoła (1871), a papieże Benedykt XV, Pius XI i Pius XII w publicznych wypowiedziach oddali mu najwyższe pochwały.Św. Alfons Liguori był ekspertem w tym, co dzisiaj nazywane jest teologią pastoralną. W swojej kapłańskiej pracy wygłosił ponad 500 misji i rekolekcji. Najwięcej jednak zasłużył się Kościołowi Chrystusa jako pisarz, jeden z najpłodniejszych, jakich znają dzieje chrześcijaństwa. Do dzieł, które mu zjednały największą sławę, należą: Teologia moralna, Uwielbienia Maryi, które zdobyły aż 324 wydania w różnych językach; rekordową popularność osiągnęła mała książeczka Nawiedzenie Najśw. Sakramentu i Najśw. Maryi Panny, która doczekała się ponad 2000 wydań w różnych językach. Łącznie wymienia się 160 tytułów prac, napisanych przez św. Alfonsa, których liczba wydań sięgnęła 17 125 w 61 językach! Św. Alfons pisał dla wszystkich: dla kapłanów, kleryków, zakonników, spowiedników, wiernych. Dzieła jego obejmują teologię dogmatyczną, moralną i ascetyczną. 26 kwietnia 1950 roku papież Pius XII ogłosił św. Alfonsa patronem spowiedników i profesorów teologii moralnej. Nauczanie duchowe św. Alfonsa zdominowało życie chrześcijańskie Italii XVIII w. Jest patronem zakonu redemptorystów; adwokatów, osób świeckich, spowiedników, teologów, zwłaszcza moralistów.
    Święty Alfons Maria Liguori
    W ikonografii św. Alfons przedstawiany jest w czarnej, zakonnej sutannie lub w szatach biskupich. Czasami trzyma krzyż lub ma różaniec na szyi. Bywa, że stoi przy nim anioł z pastorałem i mitrą.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • ogłoszenia – lipiec 2025

    ***

    ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00

    ***

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani

    ***

    W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli

    Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00

    ***

    W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej

    ***

    W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.

    ***

    W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.

    ***

    W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00

    Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.

    W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30


    Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.

    ***


    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00

    Po Mszy św. jest Godzina Święta

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    Naczynia połączone

    Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.

    Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?

    „Najświętsze  Serce Jezusa”,  obraz nieznanego  artysty z XIX wieku.
    ISTOCKPHOTO

    ***

    Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.

    Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.

    Jak ciąża

    Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.

    Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?

    – Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.

    Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.

    Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.

    Chodzi o cel

    Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.

    Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.

    – W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.

    Wynagrodzenie

    Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.

    – Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.

    Czwartki

    Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny


    W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.

    ***

    W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.

    Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny i Mszą św. o brzasku dnia o godz. 5.00

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?

    Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

    fot.  Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.

    Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.

    W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.

    Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.

    Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.

    Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.

    Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.

    To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.

    Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela

    ***

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.

    Jeżeli jednak przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.

    Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.

    ***

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ***

    “Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ***

    Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?

    Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii świętej.

    Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).

    Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).

    Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).

    Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.

    – Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.

    Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.

    W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.

    Wielkie zmiany

    Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.

    W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.

    Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.

    Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.

    A co jeśli…

    Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?

    – Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.

    Co po Komunii?

    Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Ks. Rafał Hołubowicz:

    Komunia święta na klęcząco i do ust nadal pierwszą i podstawową formą

    (Pietro Antoni Novelli (1769) Public domain)

    Uroczystość Pierwszej Komunii Świętej – święto Jezusa Eucharystycznego, który za chwilę zagości po raz pierwszy w sercach Mu najbliższych – Dzieci, tych które zawsze szczególnie miłował i które nawet dorosłym stawiał za wzór; w sercach czystych po wczorajszej uroczystości Pierwszej Spowiedzi Świętej, równie ważnej, równie podniosłej i równie pięknej, jak ta dzisiejsza. Atmosfera jest naprawdę niecodzienna, przepełniona jakimś wyczekiwaniem, może pewnym niepokojem czy wszystko się uda, ale także wielką radością, która rysuje się zarówno na twarzach samych dzieci, jak również ich rodziców, którzy przez ostatnie miesiące także trudzili się nad jak najlepszym przygotowaniem swoich pociech do tego niezwykłego wydarzenia. Kościół pięknie przyozdobiony, mnóstwo białych kwiatów, dzieci w białych strojach liturgicznych, tłumy ludzi w świątyni i wokół niej. Wszystko świadczy o tym, że dzieje się coś niezwykłego, coś tajemniczego, coś mistycznego.

    Rozpoczyna się uroczysta Liturgia, dzieci biorą w niej czynny udział. Radość i napięcie ciągle rosną, aż w końcu nadchodzi ten wyczekiwany moment pierwszej Komunii Świętej. Na środku, przed ołtarzem przystrojony klęcznik; każde z dzieci podchodzi pojedynczo, klęka z pięknie złożonymi dłońmi, otwiera usta i po raz pierwszy przyjmuje na język, a w rzeczywistości do serca, prawdziwego Jezusa Chrystusa. Ciężko nawet opisać wielką radość i pokój, które promieniują z dziecięcych twarzy. Po dzieciach zaczyna się Komunia Święta pozostałych uczestników uroczystości. Kapłan jest sam, panuje ścisk i zamieszanie, bo kościół jest mały a przybyłych naprawdę dużo. I nagle….

    Zbliża się najpierw dwójka dzieci, które wyciągają rękę po Komunię Świętą, ale w obecnych okolicznościach, z pełną rozwagą duszpasterską, kapłan udziela im Komunii na język. Dziewczynki jedna, potem druga spokojnie ją przyjmują i się oddalają. Okazuje się jednak, że następna do Komunii przystępuje ich mama. Także wyciąga rękę, kapłan prosi ją jednak grzecznie o godne przyjęcie Jezusa do ust (co nawiasem mówiąc jest regułą w tej wspólnocie parafialnej). Kobieta jednak obrusza się i odchodzi, odmawiając przyjęcia Chrystusa Eucharystycznego. Jak widać nie On był tutaj najważniejszy.

    No a potem, jak nie trudno się domyśleć, zaczynają się problemy. Kilka dni po uroczystości bardzo nieprzyjemny telefon od tej pani, która oczywiście od pierwszych słów zwraca się do księdza per „pan” (zresztą w dniu Komunii Świętej do siostry zakonnej przygotowującej dzieci zwracała się per „pani”). Zarzuca mu zmuszanie dzieci do przyjęcia Komunii wbrew ich woli, czym rzekomo wywołał u nich poważną traumę (nie potwierdza tego ich zachowanie na przyjęciu komunijnym, w którym uczestniczyły). Czuje się obrażona zachowaniem kapłana, który odmówił jej przyjęcia Komunii tak jak tego żądała, choć w rzeczywistości to nie on jej odmówił, bo przecież chciał jej udzielić Komunii, ale ona po prostu odmówiła przyjęcia Pana Jezusa, mimo prośby kapłana. Domaga się oczywiście przeprosin twierdząc, że tacy księża odstręczają ludzi od kościoła. Znowu jednak zostaje skorygowana, gdyż akurat w tej parafii liczba uczestników liturgii ciągle rośnie do tego stopnia, że trzeba było wprowadzić kolejną Mszę, gdyż wierni już się po prostu nie mieścili. I jak można się domyślić nie chodzi tylko o staruszki, ale kościół pełen jest młodych rodzin, dzieci, młodzieży, i to z pewnością nie dlatego, że kapłan udziela Komunii św. na rękę i mówi jakieś miałkie kazania o wszystkim i o niczym. Jest wręcz odwrotnie.

    Jednak, wracając do rozmowy z oburzoną „katoliczką”, pani nie jest usatysfakcjonowana tym co słyszy; nie trafiają do niej także żadne merytoryczne argumenty dotyczące przepisów prawa kanonicznego. Rozzłoszczona rzuca słuchawką i straszy kapłana Kurią. I rzeczywiście na ciąg dalszy nie trzeba długo czekać. „Pobożna katoliczka” pisze e-maila do Kurii, rozsyłając go również na wszystkie możliwe adresy, które znalazła na stronie Archidiecezji. Nie omieszkała też poinformować o całym zajściu Rzecznika Praw Dziecka, gdyż kapłan, jak to sama określiła, „wpychał jej dziecku łapy do ust”. Potem telefon z Kurii, i przysłowiowe „udawadnianie, że nie jest się wielbłądem”. Niepotrzebne nerwy i stres, bo nigdy nie wiadomo jak skończy się ta sprawa, gdyż w dużej mierze zależy to od tego, na czyje biurko w Kurii trafi. 

    Przytoczona tutaj sytuacja, a podobnych w ostatnim czasie coraz więcej, skłoniła mnie do głębszej refleksji nad tym, czym jest Msza św., czym jest Eucharystia i dlaczego w dzisiejszych czasach, gdy tyle słyszymy o profanacjach Najświętszego Sakramentu, i to już nie tylko gdzieś za granicami, ale także w naszej Ojczyźnie, nikt tak naprawdę nie podejmie na nowo tematu sposobu udzielania Komunii św.

    Piszę o tym, ponieważ wiem, że podobne sytuacje coraz częściej spotykają kapłanów, którzy na poważnie biorą słowa samego Jezusa odnośnie tego, czym a raczej Kim jest Eucharystia i niejednokrotnie narażeni są na poważne nieprzyjemności ze strony swoich przełożonych, którzy dla tzw. „świętego spokoju” są w stanie poświęcić kapłana, byleby tylko sprawa nie trafiła do mediów. 

    Inna kwestia, że dzisiaj coraz powszechniejsze jest, tak naprawdę niczym nieuzasadnione, dążenie do powszechnego braterstwa za wszelką cenę, nawet za cenę indyferentyzmu religijnego i zrównania w ważności wszystkich wierzeń i religii. No i kto jest największą w tym przeszkodą? Oczywiście Zmartwychwstały Pan, gdyż od tego, byśmy wszyscy mogli stanąć przy jednym stole i sprawować „coś”, bo przecież nie Boską Liturgię, dzieli nas właśnie prawda o Zmartwychwstaniu Pana i o Jego realnej obecności w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, którą przecież nie wszyscy uznają. I znowu Jezus jest kością niezgody i przeszkodą w drodze do powszechnego braterstwa.

    Na kanwie tego wszystkiego chciałbym wykazać pełną prawdę tezy, jak widać nie dla wszystkich dzisiaj jasnej, że forma przyjmowania Komunii św. na rękę nie jest formą zwyczajową w przeciwieństwie do formy przyjęcia Jej do ust. A takie wrażenie odnosi się chociażby, kiedy czyta się dokument Konferencji Episkopatu Polski z 3 marca 2005 r., który zawiera następujące stwierdzenie: „Komunii świętej udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś prosi o Komunię na rękę przez gest wyciągniętych dłoni, należy mu w taki sposób jej udzielić”[1]. I tak od razu, na marginesie, należy zauważyć, że stwierdzenie, iż każdy może prosić o Komunię na rękę nie oznacza automatycznie, że kapłan zawsze ma obowiązek mu ją w tej formie udzielić. Jak zobaczymy w dalszej części, zgodnie z obowiązującym prawem kanonicznym, kapłan ma zawsze możliwość nie podania wiernemu Komunii na rękę.

    Inna ważna kwestia, która umyka wielu osobom, potocznie mówiącym o przyjmowaniu Komunii św. na rękę, jest taka, że określenie to jest błędne z samego swego założenia. Nikt nie przyjmuje Komunii św. na rękę. Ciało Pańskie nie przenika przecież przez skórę dłoni do krwiobiegu. Komunię św. można przyjąć tylko i jedynie do ust. Nawet jak ktoś prosi, by mu Ją położyć na dłoni, musi ją później i tak przyjąć na język. Nie ma innej możliwości. Niby oczywiste, a jednak …. I ostatnie ważne dopowiedzenie, które należy zrobić w tym momencie, choć równie oczywiste jak poprzednie, to fakt, że przepisy prawa partykularnego nigdy nie mogą stać w sprzeczności z normami prawa powszechnego.

    Od razu także chcę zaznaczyć, że niniejszy artykuł nie jest artykułem naukowym sensu stricto, dlatego też nie przytaczam w nim szczegółowych unormowań odnoszących się do tego zagadnienia na przestrzeni wieków. Pragnę tylko wykazać, że powszechnie przyjęta opinia, wykorzystywana przez wielu zwolenników Komunii na rękę, zwłaszcza gdy wchodzą w konkretnej sytuacji „w konflikt” z kapłanem, jest z zasady błędna, i powinni to uwzględnić także ci, którzy owego kapłana będą strofować, wykazując mu jego niewiedzę i zmuszać do przyjęcia postawy niezgodnej, przede wszystkim z jego kapłańskim sumieniem, ale także z normami Kościoła Powszechnego.

    Aby mówić o tak ważnej kwestii, nie sposób przynajmniej w dwóch zdaniach nie poruszyć tematu Najświętszej Eucharystii. Od wieków Kościół uznaje w Eucharystii najświętszy, najczcigodniejszy Sakrament, gdyż jest to sakrament realnej obecności wcielonego Boga, który tak umiłował człowieka, że zapragnął na zawsze z nim pozostać pod postacią tak niepozorną, tak kruchą, jak pszenny chleb. O przyjęciu tej prawdy świadczą niezliczone wypowiedzi Magisterium Kościoła od jego pierwszych wieków aż po czasy obecne.

    Przytoczę tu jedynie kilka wypowiedzi z ostatniego okresu, które zawierają wiarę wszystkich wieków. Ostatni Sobór ekumeniczny, w Konstytucji poświęconej Świętej Liturgii podkreślił: „Nasz Zbawiciel podczas Ostatniej Wieczerzy, tej nocy, kiedy został wydany, ustanowił eucharystyczną Ofiarę swojego Ciała i Krwi, aby w niej na całe wieki, aż do swego przyjścia, utrwalić ofiarę krzyża i tak powierzyć Kościołowi, umiłowanej Oblubienicy, pamiątkę swej męki i zmartwychwstania, sakrament miłosierdzia, znak jedności, więź miłości, ucztę paschalną, podczas której przyjmujemy Chrystusa, duszę napełniamy łaską i otrzymujemy zadatek przyszłej chwały”[2].

    Jest to wypowiedź głęboko osadzona w Piśmie św. i Tradycji, do której wstęp stanowi krótkie, aczkolwiek głębokie stwierdzenie zawarte już we wstępie tejże Konstytucji: „W liturgii, zwłaszcza w Boskiej Ofierze eucharystycznej, „dokonuje się dzieło naszego Odkupienia”; w najwyższym stopniu przyczynia się ona do tego, aby wierni swoim życiem wyrażali oraz ujawniali innym ludziom misterium Chrystusa i rzeczywistą naturę prawdziwego Kościoła”[3].

    W krok za wypowiedziami Soboru idzie Kodeks Prawa Kanonicznego (którego reformy dokonano po Soborze w zgodzie z jego Magisterium), który w kan. 897 stanowi: „Najbardziej czcigodnym sakramentem jest Najświętsza Eucharystia, w której sam Chrystus Pan jest obecny, ofiaruje się oraz jest przyjmowany i dzięki której Kościół ustawicznie żyje i wzrasta. Ofiara eucharystyczna, pamiątka śmierci i zmartwychwstania Pana, w której utrwala się na wieki Ofiara Krzyża, jest szczytem i źródłem całego kultu oraz życia chrześcijańskiego; wyraża ona i sprawia jedność Ludu Bożego, przez nią urzeczywistnia się budowanie Ciała Chrystusa. Pozostałe bowiem sakramenty i wszystkie kościelne dzieła apostolatu mają ścisły związek z Najświętszą Eucharystią i na nią są ukierunkowane”.

    Może warto od razu w tym miejscu zamieścić odwołanie do kolejnego kanonu, do którego nawiążę później, a który to kanon zawiera następujące stwierdzenie: „Wierni powinni z największą czcią odnosić się do Najświętszej Eucharystii, biorąc czynny udział w sprawowaniu najczcigodniejszej Ofiary, z największą pobożnością i często przyjmując ten Sakrament i adorując Go z najwyższym uwielbieniem, (…)”[4].

    Św. Jan Paweł II, w Encyklice w całości poświęconej Najświętszej Eucharystii, napisał: „Kościół żyje dzięki Eucharystii. Ta prawda wyraża nie tylko codzienne doświadczenie wiary, ale zawiera w sobie istotę tajemnicy Kościoła. Na różne sposoby Kościół doświadcza z radością, że nieustannie urzeczywistnia się obietnica: «A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Dzięki Najświętszej Eucharystii, w której następuje przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana, raduje się tą obecnością w sposób szczególny.

    Od dnia Zesłania Ducha Świętego, w którym Kościół, Lud Nowego Przymierza, rozpoczął swoje pielgrzymowanie ku ojczyźnie niebieskiej, Najświętszy Sakrament niejako wyznacza rytm jego dni, wypełniając je ufną nadzieją. Słusznie Sobór Watykański II określił, że Ofiara eucharystyczna jest «źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego». «W Najświętszej Eucharystii zawiera się bowiem całe dobro duchowe Kościoła, to znaczy sam Chrystus, nasza Pascha i Chleb żywy, który przez swoje ożywione przez Ducha Świętego i ożywiające Ciało daje życie ludziom». Dlatego też Kościół nieustannie zwraca swe spojrzenie ku swojemu Panu, obecnemu w Sakramencie Ołtarza, w którym objawia On w pełni ogrom swej miłości”[5].

    Obecność Pana pośród swojego Ludu jest fundamentalna i niepodważalna. Podobnie jak wiara tego Ludu w obecność Pana pod postaciami chleba i wina. To właśnie nie co innego, jak zanik tej wiary, papież Benedykt XVI wskazał jako pierwsze i podstawowe źródło obecnego kryzysu Kościoła. Papież napisał: „Nasze podejście do Eucharystii może jedynie budzić niepokój. Sobór Watykański II słusznie skupił się na przywróceniu tego sakramentu Obecności Ciała i Krwi Chrystusa, Obecności Jego Osoby, Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania do centrum życia chrześcijańskiego i samej egzystencji Kościoła.

    Częściowo się to naprawdę udało i powinniśmy być szczególnie za to Panu wdzięczni. A jednak dominuje dość odmienne nastawienie. To, co przeważa, to nie nowa rewerencja dla obecności śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, ale sposób postępowania z Nim, który niszczy wspaniałość Misterium. Spadające uczestnictwo w uroczystościach niedzielnej Eucharystii pokazuje, jak niewiele my, dzisiejsi chrześcijanie, wciąż wiemy o docenieniu wspaniałości daru, który polega na Jego rzeczywistej obecności. Eucharystia zostaje zdewaluowana do zwykłego ceremonialnego gestu, kiedy bierze się za oczywistość, że grzeczność wymaga, by ofiarować Go na rodzinnych uroczystościach czy przy okazjach takich jak śluby i pogrzeby wszystkim tym, którzy zostali zaproszeni z powodów rodzinnych. Sposób, w jaki ludzie często po prostu przyjmują Najświętszy Sakrament w komunii siłą rzeczy pokazuje, że wielu postrzega komunię jako gest czysto ceremonialny. Zatem, kiedy myśli się o tym, jakie działanie jest wymagane przede wszystkim, jest raczej oczywiste, że nie potrzeba nam drugiego Kościoła naszego własnego projektu. To, czego potrzeba przede wszystkim, to odnowa wiary w rzeczywistość Jezusa Chrystusa danego nam w Najświętszym Sakramencie”[6].

    W kontekście tych słów należy zadać sobie pytanie, czy postawa towarzysząca człowiekowi w momencie przyjmowania Komunii św. nie ma wpływu na jego wiarę w realną obecność Jezusa w tym sakramencie albo odwrotnie, czy postawa ta nie wyraża lepiej tej wiary?

    Oczywiście, że ma i oczywiście, że wyraża. Jest to kwestia o fundamentalnym znaczeniu. Dlatego nie można trwać w błędzie co do praktyki Kościoła dotyczącej formy przyjmowania Komunii św. na rękę. Oczywiście, musimy pamiętać, że w dziejach Kościoła różne były praktyki, jeśli chodzi o sposób przyjmowania Komunii św. W Kościele pierwszych wieków wierni przyjmowali Komunię św. na rękę i sami wkładali ją sobie do ust. Nic jednak nie wskazuje na to, aby praktyka taka została wprowadzona dla jakichś szczególnych motywów. Był to jedynie odwieczny obyczaj. Między innymi to właśnie w ten sposób Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy dał Swoje Ciało uczniom (z tym, że pamiętać należy, iż Apostołowie byli pierwszymi biskupami).

    Jednym z ciekawszych świadectw tego okresu jest Katecheza chrzcielna św. Cyryla Jerozolimskiego, który w IV w. pisze: „Podchodząc, nie wyciągaj płasko ręki i nie rozłączaj palców. Podstaw dłoń lewą lub prawą niby tron, gdyż masz przyjąć Króla. Do wklęsłej ręki przyjmij Ciało Chrystusa i powiedz: «Amen». Uświęć też ostrożnie oczy swoje przez zetknięcie ich ze świętym Ciałem, bacząc, byś zeń nic nie uronił. To bowiem, co by spadło na ziemię, byłoby stratą jakby części twych członków. Bo czyż nie niósłbyś złotych ziarenek z największą uwagą, by ci żadne nie zginęło i byś nie poniósł szkody? Tym bardziej zatem winieneś uważać, żebyś nawet okruszyny nie zgubił z tego, co jest o wiele droższe od złota i innych szlachetnych kamieni”[7].

    Warto zwrócić uwagę, że już nawet w tym momencie rozwoju teologiczno-liturgicznego podkreślano wielki szacunek do Najświętszego Sakramentu i do realnej obecności Jezusa w najmniejszej nawet cząstce (partykule) Komunii św. Dlatego też, w miarę rozwoju nauki o realnej obecności Jezusa w Eucharystii, bardzo szybko zaczęto odchodzić o tej praktyki, na rzecz przyjmowania Komunii św. w postawie klęczącej i do ust, jako postawie wyrażającej większy, niejako doskonalszy szacunek do Boskiej Eucharystii. Praktyka ta zaczęła się formować już na przełomie IV/V w. i tak głęboko zakorzeniła się w Kościele, jako wyraz prawdziwej i głębokiej pobożności, iż począwszy od IX wieku przyjmowanie Komunii św. na rękę zostało zarezerwowane jedynie dla osób duchownych.

    Z powodu niebezpieczeństwa profanacji ze strony żydów i heretyków synod w Kordobie z 839 r. odrzuca pretensje kassjanistów do przyjmowania Komunii św. na rękę. Réginon de Prüm w swoim dziele De Synodalibus causis, napisanym ok. 906 r., przypisuje synodowi w Rouen następujący kanon o obowiązkach kapłana: „Niech nie kładzie [Komunii] ani na rękę świeckiego, ani na rękę kobiety, ale tylko do ust, wypowiadając następujące słowa: Ciało i Krew Pańska niech przyczynią się do przebaczenia twoich grzechów i doprowadzą cię do życia wiecznego. Jeśli kto złamie to polecenie, niech będzie odłączony od ołtarza, gdyż gardzi Wszechmocnym i Jemu samemu czci nie okazuje”[8].

    Tekst ten stanowi dla nas ważne świadectwo kanoniczne w omawianej materii, gdyż groźba kary tego rodzaju zakłada, że praktyka przeciwna, tzn. Komunia do ust, była normą. Jest ona również przedstawiona jako jedyna dozwolona w Missa illyrica i w Liturgii bizantyńskiej. Dysponujemy wieloma świadectwami, które potwierdzają, że już pomiędzy IX a X wiekiem Komunia św. do ust stała się jedyną formą przyjmowania Najświętszego Sakramentu, ponieważ była doskonalsza i lepiej przystosowana do godności tak wielkiego Sakramentu. W tym samym czasie zaczęto zakazywać drugiego sposobu udzielania Komunii, bardziej prymitywnego i mniej doskonałego.

    Taki właśnie sposób przyjmowania Komunii św. (do ust), który staje się powszechny w całym Kościele, zarówno Wschodu jak i Zachodu, służy jasnemu wyrażeniu, w odniesieniu do Eucharystii, dwóch podstawowych prawd wiary: po pierwsze, realnej, substancjalnej i stałej obecności Chrystusa, prawdziwego Boga, w konsekrowanej Hostii i w każdej jej, nawet najmniejszej, partykule; a po drugie: istotnej różnicy między wiernym i kapłanem (między kapłaństwem powszechnym wszystkich ochrzczonych a kapłaństwem hierarchicznych osób wyświęconych), który, jak miał to kiedyś powiedzieć św.  Jan Paweł II, ma przywilej dotykania Świętych Postaci i rozdzielania ich ze swych rąk. Zresztą Papież Jan Paweł II napisze później w swoim Liście Apostolskim Dominicae Cenae, że ta istotna różnica jest ukazana w sposób wyrazisty przez obrzęd namaszczenia dłoni w łacińskich święceniach, jak gdyby te dłonie potrzebowały szczególnej łaski i siły Ducha Świętego. To nie znaczy, że te dłonie są bardziej godne, czy że sam kapłan jest kimś lepszym i doskonalszym niż przeciętny wierny, co właśnie jako zarzut wysuwają często przeciwnicy Komunii św. do ust czy w ogóle potrzeby kapłaństwa w Kościele, bo do tego to wszystko się ostatecznie kiedyś sprowadzi. Oznacza to jedynie, że ci konkretni mężczyźni, powołani przez Pana bez żadnej swojej zasługi, zostali przez specjalny sakrament święceń, konsekrowani do sprawowania świętych czynności i do dotykania oraz rozdzielania wiernym Ciała Pańskiego.

    Praktyka powrotu do przyjmowania Komunii św. na rękę i jej powolne rozprzestrzenianie się w Kościele katolickim związane jest z tym, iż reformatorzy protestanccy, którzy negowali obie, wspomniane wcześniej prawdy wiary (realną obecność i kapłaństwo), w reakcji na praktykę tak jasno ukazującą doktrynę katolicką, powracali do praktyki pierwotnej. Martin Bucer, zwolennik reformy anglikańskiej, mówi tak: „Nie ma wątpliwości, że praktyka polegająca na niepodawaniu tych sakramentów do ręki wiernym wynika z dwóch nadużyć: po pierwsze fałszywej czci, którą, jak uważają, oddają tym sakramentom i po drugie przewrotnej arogancji księży, którzy z powodu namaszczenia konsekrującego pretendują do posiadania większego stopnia świętości, niż Lud Chrystusowy.” (Jakbym słyszał współczesnych krytyków Komunii św. do ust). Dlatego też pierwsze prośby o zgodę na Komunię św. na rękę kierowane są do Stolicy Apostolskiej właśnie z krajów, gdzie większość stanowią protestanci.

    I tutaj dochodzimy do pierwszego, zasadniczego dowodu potwierdzającego tezę, iż w Kościele katolickim nadal jedyną formą zwyczajną przyjmowania Komunii św. jest przyjmowanie jej na klęcząco i do ust. Każdy Episkopat, który chce umożliwić wiernym przyjmowanie Komunii św. na rękę musi prosić o indult Stolicy Apostolskiej. Gdyby więc obie te formy były równoważne, konieczność proszenia o indult byłaby pozbawiona podstaw. Zresztą, sam papież, św. Paweł VI, który Instrukcją Memoriale Domini z 1969 r. otworzył tak naprawdę możliwość powszechniejszego stosowania Komunii św. na rękę, w tym samym dokumencie zaznacza, że forma do ust jest tradycyjną i bardziej odpowiednią: „Zwyczaj ten (przyjmowania Komunii do ust), obecny w Kościele powszechnym, uważany jest nie tylko za bardzo starożytny, ale także za wyrażający szacunek wobec Eucharystii. Praktyka ta nie powinna być zmieniana z powodu nielicznych praktyk przeciwnych w niektórych miejscach”[9].

    Z tego zapisu wynika wyraźnie, wbrew powszechnemu sądowi, że możliwość przyjmowania Komunii na rękę została wprowadzona indultem, jako wyjątek od normy a nie norma. Niestety, jak się okazało, ta norma została zmieniona w wielu miejscach, i to bez jakiejkolwiek realnej potrzeby; także w Polsce, gdzie nigdy nie było praktyki Komunii św. na rękę i właściwie nie było żadnej przesłanki, żeby to zmieniać, chyba że próba dostosowania się do modernistycznych prądów w Kościele. Więcej nawet, wszystkie wcześniejsze normy wydawane w tej materii przez Konferencję Episkopatu Polski, jednoznacznie i niezmiennie stwierdzały, że „Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Wierni przyjmują Komunię św. w postawie klęczącej. Mogą również stać, gdy przemawiają za tym szczególne okoliczności”[10]

    Przypomnijmy, że możliwość udzielania Komunii na rękę w Polsce wprowadził II Synod Plenarny z 1999 r., zatwierdzony przez Stolicę Apostolską w 2001 r.: „Synod Plenarny potwierdza i wyraża szacunek dla zwyczaju przyjmowania Komunii św. do ust w postawie zarówno klęczącej, jak i stojącej, nie wykluczając jednak innych form przyjmowania Komunii św., z zachowaniem najwyższej czci dla Eucharystii”[11]. Stanowisko to Konferencja Episkopatu potwierdziła na swoim posiedzeniu plenarnym w dniach 8-9 marca 2005 r. W rzeczywistości doprowadziło to do sytuacji, w której każdy wierny, tylko i wyłącznie ze względu na swoje upodobania, może żądać od kapłana przyjęcia Komunii św. w takiej czy innej formie. Nie do końca ta rzeczywistość współgra z zapisami oficjalnych dokumentów Kościoła.

    Co ciekawe, Instrukcja Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Redemptionis Sacramentum z 2004 r., o tym, co należy zachowywać, a czego unikać w związku z Najświętszą Eucharystią, wyraźnie podkreśla, powołując się na przytaczaną już encyklikę św. Jana Pawła II Ecclesia de Eucharistia, że „Tajemnica Eucharystii jest zbyt wielka, „ażeby ktoś mógł pozwolić sobie na traktowanie jej wedle własnej oceny, która nie szanowałaby jej świętego charakteru i jej wymiaru powszechnego”. Przeciwnie, kto tak postępuje, pobłażając swojemu sposobowi myślenia, szkodzi, chociażby był kapłanem, prawdziwej jedności obrządku rzymskiego, która winna być gorliwie zachowywana, oraz podejmuje czynności, które w żaden sposób nie odpowiadają na głód i pragnienie Boga żywego, jakich doświadczają ludzie naszych czasów; nie służy też autentycznemu zaangażowaniu duszpasterskiemu ani słusznej odnowie liturgicznej, lecz raczej pozbawia wiernych ich dziedzictwa i tradycji ojców. Samowolne bowiem działania nie wspierają prawdziwej odnowy, lecz szkodzą słusznemu prawu wiernych do czynności liturgicznej zgodnej z tą tradycją i dyscypliną, która jest wyrazem życia Kościoła. Wprowadzają wreszcie pewne deformacje i niezgodności do samej celebracji Eucharystii, która doskonale i ze swojej natury prowadzi do tego, aby objawiała się i w cudowny sposób realizowała wspólnota Boskiego życia i jedność ludu Bożego”[12]. Oczywiście słowa te skierowane są przede wszystkim do kapłanów, ale z pewnością ich przesłanie można także poszerzyć o cały Lud Boży w materii, o której mówimy. Ponadto, to kapłan, jako szafarz Najświętszej Eucharystii, dbać ma o to, aby zawsze i wszędzie przyjmowana była ona z największą czcią i szacunkiem, jak to zaznacza KPK w cytowanym wcześniej kanonie 898.

    W tym miejscu należy zwrócić uwagę na jeden bardzo ważny fakt. Instrukcja Redemptionis Sacramentum w numerze 92 mówi: „Chociaż każdy wierny zawsze ma prawo według swego uznania przyjąć Komunię świętą do ust, jeśli ktoś chce ją przyjąć na rękę, w regionach, gdzie Konferencja Biskupów, za zgodą Stolicy Apostolskiej, na to zezwala, należy mu podać konsekrowaną Hostię. Ze szczególną troską trzeba jednak czuwać, aby natychmiast na oczach szafarza ją spożył, aby nikt nie odszedł, niosąc w ręku postacie eucharystyczne. Jeśli mogłoby zachodzić niebezpieczeństwo profanacji, nie należy udzielać wiernym Komunii świętej na rękę”[13].

    To ostatnie zdanie jest bardzo istotne dla omawianej kwestii. Ostatecznie to zawsze kapłan dokonuje oceny sytuacji i zawsze może podjąć decyzję o nieudzieleniu komuś Komunii na rękę.

    W wielu komentarzach, które powstały do cytowanej tutaj Instrukcji pojawiały się dokładne specyfikacje co do sytuacji, w których rzeczywiście zachodzi niebezpieczeństwo profanacji. Wśród nich wymienia się, przede wszystkim: dużą liczbę wiernych na Mszy św., tłok i ścisk w kościele, co nie zawsze pozwala kapłanowi zaobserwować, co dzieje się z przyjęta Hostią; obawę przed tym, że partykuły, które zawsze mogą pozostać na dłoni przyjmującego, zostaną po prostu strącone na ziemię albo wytarte w ubranie; czy wprost obawę przed bezpośrednią profanacją Najświętszego Sakramentu.

    Ta ostatnia sytuacja wcale nie jest taka niemożliwa, jakby się mogło wydawać, w kontekście coraz większej liczby profanacji miejsc świętych i samego Najświętszego Sakramentu oraz rosnącej nienawiści do katolików, w szczególności do katolickich kapłanów. I chyba właśnie dlatego wielcy obrońcy świętości i szacunku do Eucharystii, jak chociażby papież Benedykt XVI czy żyjący kard. Robert Sarah, jak i wielu innych, z takim naciskiem postulują powrót do uświęconej wiekami tradycji przyjmowania Komunii św. na klęcząco i do ust.

    Sam papież Benedykt XVI co prawda nie wydał żadnej instrukcji w tej sprawie, jednak jego postawa mówi sama za siebie: sposób sprawowania Eucharystii i udzielanie Komunii św. tylko i wyłącznie do ust, nie pozostawiają żadnych wątpliwości. I nie miało tu absolutnie znaczenia z jakiego kraju, z jakiej kultury pochodzi osoba przystępująca do Komunii z rąk papieża, i jakie w jej kraju panują w tej materii zwyczaje. Każdy musiał uklęknąć i przyjąć Komunię św. do ust.

    Kard. Sarah, jeden z największych obrońców Komunii św. do ust, bardzo często wypowiada się w tej materii, podkreślają toczącą się dzisiaj wojnę, w której Szatan celem swojego ataku uczynił Ofiarę Mszy Świętej i rzeczywistą obecność Jezusa w konsekrowanej Hostii. Jako jedną z form uległości Złemu w tej materii podaje powszechne udzielanie Komunii św. na rękę, które pogłębia w wiernych osłabienie poczucia sacrum oraz wiary w realną obecność Jezusa w Eucharystii. Dlatego też mówi wyraźnie: „Komunia Święta do ust i na kolanach jest formą, która najlepiej wyraża naszą wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii”[14].

    Często też zwracał uwagę na to, co już zostało powiedziane nieco wcześniej, że mianowicie przyjmowanie Komunii na rękę prowadzi do rozpraszania bardzo dużej ilości fragmentów (partykuł) podkreślając, że uważanie na najdrobniejszy okruszek, troska przy oczyszczaniu świętych naczyń, nie dotykanie Hostii spoconymi rękami, w każdym przypadku staje się wyznawaniem wiary w rzeczywistą obecność Jezusa, nawet w najmniejszych częściach konsekrowanych postaci. Nie ma przecież znaczenia wielkość fragmentu Hostii, ponieważ to zawsze jest On – Jezus Chrystus!

    Wyrażam nadzieję, że te rozważania sprowokują do pogłębionej refleksji nad sposobem przyjmowania Komunii św. przez naszych wiernych, szczególnie w kontekście coraz częstszych profanacji. Z drugiej strony zastanowienie powinien budzić również fakt, że wszędzie tam, gdzie Kościół na nowo się odradza (jak np. we Francji) i gdzie wzrasta liczba powołań, następuje to właśnie w środowiskach żyjących Tradycją Kościoła, gdzie sprawowana jest Msza św. w rycie przedsoborowym, gdzie Komunia św. udzielana jest tylko w postawie klęczącej i do ust.

    Tymczasem w Kościele posoborowym profesor papieskiej uczelni – Andrea Grillo, potrafi skrytykować pobożność eucharystyczną błogosławionego (a za chwilę świętego) Carlo Acutisa, któremu zarzuca wiarę w „obsesyjną” i „starą” teologię, która główną wartość Eucharystii widzi w… realnej obecności pod jej postaciami Ciała i Krwi Pańskiej. Czy to wszystko naprawdę nie wskazuje kierunku, w którym powinniśmy zmierzać?

    ks. Rafał Hołubowicz/PCh24.pl

    [1] KEP, Wskazania po ogłoszeniu nowego wydania Ogólnego wprowadzenia do Mszału Rzymskiego, (03.03.2005 r.), nr. 40.

    [2] Sobór Watykański II, Sacrosanctum Concilium, nr. 47.

    [3] Tamże, nr 2.

    [4] KPK, kan. 898.

    [5] Św. Jan Paweł II, Ecclesia de Eucharistia, (17.04.2003 r.), nr. 1

    [6] Benedykt XVI, List o przyczynach kryzysu Kościoła, (11.04.2019 r.).

    [7] Św. Cyryl Jerozolimski, Katechezy przedchrzcielne i mistagogiczne, w: Biblioteka Ojców Kościoła 14, Kraków 2000, Katecheza V, nr. 21.

    [8] zob. Paul Fournier, L’oeuvre canonique de Réginon de Prüm, w: Mélanges de droit canonique, t. II, Aalen 1983, Scientia Verlag, nr. 333 n.

    [9] Św. Paweł VI, Memoriale Domini, nr. 3.

    [10] Konferencja Episkopatu Polski, Instrukcja w związku z wydaniem nowego mszału ołtarzowego, (11.03.1987 r.), nr 27.

    [11] II Polski Synod Plenarny (1991-1999), Poznań 2001, s. 206.

    [12] Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, Redemptionis sacramentum, nr. 11.

    [13] Tamże, nr. 92.

    [14] Kard. Robert Sarah, Le soir approche et déjà le jour baisse, (2019).

    ks. Rafał Hołubowicz, ur. 29.08.1978 r., kapłan Archidiecezji wrocławskiej, święcenia kapłańskie 24.05.2003 r., doktor prawa kanonicznego, wykładowca na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, Dyrektor UTW im. św. Jana Pawła II przy PWT we Wrocławiu, wieloletni pracownik Metropolitalnego Sądu Duchownego we Wrocławiu.

    ***

    Przesłanie papieża Leona XIV wygłoszone w niedzielę 27 lipca podczas modlitwy na Anioł Pański:

    Pozwólmy się przemieniać Bożemu miłosierdziu

    Leon XIV: pozwólmy się przemieniać Bożemu miłosierdziu

    fot. Vatican Media

    ***

    Nie można modlić się do Boga jako „Ojca”, a potem być surowym i nieczułym w stosunku do innych. Ważne jest raczej, żeby pozwolić się przemieniać przez Jego dobroć […] żeby odzwierciedlać – niczym lustro – Jego oblicze w naszym obliczu – wskazał Papież podczas niedzielnej modlitwy Anioł Pański. Dodał, że dzisiejsza liturgia „zachęca nas, abyśmy w modlitwie i miłości czuli się miłowani i miłowali, tak jak Bóg nas miłuje: z dyspozycyjnością, dyskrecją, ze wzajemną troską, bez kalkulacji”.

    Wielkość Jego miłości

    Papież – nawiązując do niedzielnej Ewangelii – na początku rozważania wskazał, że modlitwa Ojcze nasz jednoczy wszystkich chrześcijan. W niej mamy zwracać się do Pana Boga, nazywając Go „Abbà”, „Tato”. Mamy to czynić „jak dzieci”, w postawie prostoty, synowskiej ufności oraz śmiałości, pewności tego, że jesteśmy kochani. Leon XIV wskazał: „im usilniej modlimy się z ufnością do Ojca niebieskiego, tym bardziej odkrywamy, że jesteśmy miłowanymi dziećmi, i tym bardziej poznajemy wielkość Jego miłości”.

    Pan, który chce nas przyjąć

    Ojciec Święty wskazał na ewangeliczne, „sugestywne obrazy”, które opisują Boże ojcostwo. Są to: człowiek, który wstaje w środku nocy, żeby pomóc przyjacielowi przyjąć niespodziewanego gościa; postaci rodzica, który troszczy się o to, żeby dawać dzieciom dobre rzeczy. „Przypominają nam one, że Bóg nigdy nie odwraca się do nas plecami, kiedy się do Niego zwracamy, nawet wtedy, gdy przychodzimy późno, żeby zakołatać do Jego drzwi, być może po popełnionych błędach, zmarnowanych okazjach, niepowodzeniach, nawet jeśli, żeby nas przyjąć, musi «obudzić» swoje dzieci, które śpią w domu” – zaznaczył Papież.

    Większa mądrość

    Ojciec Święty wskazał także na sytuacje, gdy nasze prośby nie są wysłuchane w czasie modlitwy; bądź gdy Pan Bóg „odpowiada w sposób lub czasie trudnym do zrozumienia”. Leon XIV wyjaśnił „dzieje się tak dlatego, że działa z większą mądrością i opatrznością, które wykraczają ponad nasze rozumienie. Dlatego, nawet wtedy nie przestawajmy modlić się z ufnością – w Nim zawsze znajdziemy światło i siłę”.

    Logo źródła: Vatican News

    Deon.pl

    ***

    ISTOCKPHOTO

    ***

    Benedyktyńska, franciszkańska, jezuicka, karmelitańska.

    Czym różnią się te szkoły modlitwy?

    Modlitwa jest darem, który otrzymuje ten, kto po niego sięga. Nie ma warunków, które trzeba spełnić, żeby otrzymać przystęp do Boga. Trzeba zacząć.

    Apostołowie, jako wierzący Żydzi, modlili się zapewne od dzieciństwa. Widząc modlącego się Jezusa, zapragnęli jednak głębszej relacji z Bogiem. „Panie, naucz nas modlić się” – proszą Mistrza. Od tamtej pory ludzie rozkochani w rozmowie z Bogiem rodzą zastępy naśladowców, którzy tworząc wspólnoty, budują oryginalne formy duchowości. Wszystkie one są bogactwem Kościoła i każdy może w nich znaleźć coś, co posłuży do wzrostu w jego osobistej „szkole modlitwy”. Oto kilka takich „szkół”.

    Szkoła benedyktyńska

    Modlitwa jest obok pracy i innych aktywności stałym elementem codzienności benedyktynów. Jeden z punktów Reguły św. Benedykta brzmi: „Często znajdować czas na modlitwę”. Chodzi o wykorzystywanie nadarzających się drobnych okazji do zwrócenia się do Boga, niezależnie od codziennej regularnej modlitwy.

    Święty Benedykt zachęca do modlitwy osobistej i wewnętrznej, ale nie narzuca jej kształtu. Podkreśla jednak znaczenie atmosfery milczenia, która sprzyja życiu w stanie bezustannej modlitwy. Pozwala to pozostawać „na pustyni” w obecności Boga niezależnie od podejmowanych obowiązków.

    Ojciec życia mniszego na Zachodzie zaleca poprzedzać modlitwą wszelkie przedsięwzięcia. „Przede wszystkim, gdy coś dobrego zamierzasz uczynić, módl się najpierw gorąco, aby On sam to do końca doprowadził” – pisze.

    Benedykt zauważa, że gdy ludziom „możnym” przedstawiamy jakąś sprawę, robimy to z najgłębszą pokorą i szacunkiem. „Z o ileż większą pokorą i czystszym oddaniem musimy zanosić nasze prośby przed oblicze Boga, Pana wszechświata!” – podkreśla. Przypomina też, że nie wielomówstwo, ale czystość serca i skrucha zasługują na wysłuchanie w oczach Boga. „Dlatego też modlitwa powinna być krótka i czysta, chyba że natchnienie łaski Bożej skłoni nas do jej przedłużenia” – zaznacza.

    Ważnym elementem duchowości benedyktyńskiej jest lectio divina – codzienna modlitwa medytacyjna na podstawie czytania słowa Bożego i głębokiej refleksji nad nim. Jej treścią może być także lektura innej, poza Pismem Świętym, literatury duchowej.

    Szkoła franciszkańska

    Fundamenty duchowości franciszkańskiej położył założyciel zakonu, św. Franciszek z Asyżu. „Cały stał się nie tyle człowiekiem modlącym się, co samą modlitwą” – napisał o nim jego biograf Tomasz z Celano. Od chwili, gdy Franciszek doznał łaski nawrócenia, modlitwa była dla niego bardziej stanem niż czynnością. On nie tyle szedł na modlitwę, ile w niej był. Nie stosował specjalnych technik modlitewnych. Modlił się w każdej chwili, „czy gdy szedł, czy siedział, czy jadł, czy pił”. Pragnieniem świętego było po prostu upodobnić się do Chrystusa, który wiele czasu spędzał na modlitwie do Ojca.

    Franciszek szczególnie upodobał sobie miejsca samotne, gdzie mógł modlić się bez przeszkód. Tam nieraz skakał, tańczył, śpiewał, płakał i głośno rozmawiał z Bogiem. „Jego najpewniejszym portem była modlitwa, nie krótka na chwilę, nie pusta czy zarozumiała, ale czasowo długa, pełna pobożności, pokornie łagodna. Jeśli ją zaczynał wieczorem, ledwo rano kończył” – zaświadcza Tomasz z Celano.

    Święty Bonawentura pisze, że Franciszek „przepełniał płaczem lasy i skrapiał łzami różne miejsca, bił się w piersi i w najbardziej ukrytych miejscach poufale rozmawiał z Panem”. Bracia słyszeli, jak wstawiał się za grzesznikami. „Tam widziano go modlącego się w nocy z rozkrzyżowanymi rękoma, uniesionego nad ziemią i otoczonego jakby błyszczącą mgiełką, będącą zewnętrznym znakiem tego, co w przedziwny sposób działo się w jego duszy” – relacjonuje generał franciszkanów.

    Szkoła jezuicka

    Dla św. Ignacego Loyoli, założyciela Towarzystwa Jezusowego, modlitwa to forma kontaktu z Bogiem, ale też przestrzeń rozpoznawania woli Bożej i podejmowania zgodnych z nią decyzji. Modlitwa jezuicka nie jest tylko powtarzaniem słów, ale angażuje całego człowieka – umysł, serce i wolę – prowadząc do nawrócenia i życia zgodnego z Ewangelią.

    W „Ćwiczeniach duchownych” św. Ignacy mówi o trzech sposobach modlitwy. „Pierwszy sposób modlitwy ma za temat dziesięć przykazań, siedem grzechów głównych, trzy władze duszy i pięć zmysłów ciała” – pisze święty. Jest to rodzaj medytacji, podczas której rozważamy kolejne przykazania, zadając sobie pytanie, jak je wypełniamy. Rozważając grzechy główne, zatrzymujemy się przy tych, które często popełniamy, modląc się, żeby nas Bóg od nich uwolnił. W tym miejscu św. Ignacy proponuje: „Dla lepszego poznania uchybień popełnionych w dziedzinie grzechów głównych trzeba rozważyć to, co im jest przeciwne. I tak, żeby ich lepiej unikać, postanowić sobie i starać się przez święte ćwiczenia nabyć i posiąść siedem cnót przeciwnych tym grzechom”.

    Drugi sposób modlitwy bazuje na treści dobrze znanych modlitw, takich jak „Ojcze nasz” czy „Zdrowaś, Maryjo”. Polega na rozważaniu każdego słowa modlitwy, zatrzymywaniu się nad nim w ciszy, żeby je „smakować” i otwierać się na działanie Ducha Świętego. Ta metoda, podobna do lectio divina, pomaga uniknąć machinalnego wypowiadania modlitw.

    Trzeci sposób modlitwy jest modlitwą rytmiczną zgodną z oddechem. Przy każdym oddechu wypowiada się w myśli jedno słowo modlitwy, np. z „Ojcze nasz”. Między kolejnymi oddechami uwaga skupiana jest na znaczeniu słowa i na Tym, do którego się modlimy. W ten sposób łatwiej uświadomić sobie, że wielbimy Boga każdym oddechem.

    Szkoła karmelitańska

    „Bez modlitwy Karmel jest niczym” – ta dewiza mówi o fundamencie istnienia Zakonu Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Rozmowa z Bogiem i przebywanie w Jego obecności jest jedyną racją bytu karmelity i karmelitanki. Modlitwa Karmelu jest zorientowana na kontemplację. Nie chodzi jedynie o akt zewnętrzny, ale o wyrażany sercem głęboki, serdeczny dialog z Bogiem.

    Święty Jan od Krzyża, mówiąc o modlitwie, podkreślał potrzebę oderwania się od dóbr ziemskich i skupienia na Bogu. Uczył, że droga do zjednoczenia z Nim w modlitwie wymaga pokory, cierpliwości i oczyszczenia duszy. Modlitwa to według mistyka nie tylko akcja człowieka, ale przede wszystkim działanie Boga, który przyciąga i przemienia duszę.

    „Kto nie rozpoczął modlitwy, na miłość Pana błagam go, niechaj nie pozbawia się takiego dobra. Nie ma tu się czego obawiać, a jedynie pragnąć… Modlitwa myślna jest niczym innym – moim zdaniem – jak nawiązywaniem przyjaźni z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje” – pisała św. Teresa z Ávili.

    Dla wszystkich

    Każda z powyższych duchowości znajduje świeckich naśladowców, którzy w niektórych wypadkach tworzą „trzecie zakony”. Tercjarze uczestniczą w dobrach duchowych „swoich” zakonów i korzystają z oferowanej przez nie formacji. Każdy jednak, kto tylko chce, może czerpać z duchowego dorobku „szkół modlitwy” z pożytkiem dla swojej osobistej relacji z Bogiem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    fot. Canva/Wikipedia

    ***

    Ignacjański rachunek sumienia

    Ignacjański rachunek sumienia polega na „rachowaniu” nie swoich grzechów, ale… Bożej dobroci! Trwa tylko 15 minut, a pozwala uwrażliwić serce na Boże poruszenia. Sprawdź, jak 500-letnia metoda modlitwy może zmienić Twoje życie wewnętrzne.

    Ignacjański rachunek sumienia to forma codziennej modlitwy. Św. Ignacy z Loyoli proponuje, by zamiast „rachować” swoje grzechy, „badać” swoje sumienie. Tylko wtedy, kiedy ta modlitwa jest praktykowana każdego dnia, może przynosić regularne owoce.

    Ignacjański rachunek sumienia. Na czym polega?

    Św. Ignacy z Loyoli proponuje zaskakujące podejście do rachunku sumienia!. Zamiast „rachować” swoje grzechy, zachęca w swoich Ćwiczeniach Duchownych do „badania” swojego sumienia. Sumienie to takie miejsce w nas gdzie przebywamy z Bogiem. Badamy to miejsce, żeby się spotkać z Nim – bliskim i kochającym. 

    Polega ona na słuchaniu Boga i słuchaniu swojego serca. Na spotkaniu z miłującym Bogiem i na spotkaniu z samym sobą w atmosferze Jego miłości. Na badaniu Jego wezwań i naszych odpowiedzi na nie. I wreszcie na „rachowaniu” Jego darów i miłości, którymi nas obdarza.

    Przede wszystkim skupiamy się na Nim i na dobru, które od niego otrzymujemy, a dopiero później na swojej grzeszności. Jednak nawet w momencie, kiedy zabieramy się za „pranie brudów”, nie robimy tego sami, tylko z Jego łaską. Nie po to, aby zadręczać się swoją słabością, ale po to, żeby odkryć mechanizmy zła, którym się poddajemy i przeciwdziałać im.

    Celem tej metody badania sumienia jest wdzięczność za działanie Boga i ukierunkowanie na przyszłość. Dzięki codziennej praktyce nasze serce jest bardziej czujne na Boże poruszenia i łatwiej nam odróżnić dobro od zła. 

    Jeśli podejmiesz się praktykowania tego sposobu modlitwy nie z lęku przed karą za swoje grzechy, ale z troski o swoje życie wewnętrzne, szybko zobaczysz jakie owoce ona przynosi.

    Kwadrans szczerości, czyli ignacjański rachunek sumienia krok po kroku

    Ignacjański rachunek sumienia jest bardzo prosty i składa się z pięciu punktów. Ta modlitwa ma trwać dokładnie piętnaście minut – ani dłużej, ani krócej.

    1. Podziękować Bogu, naszemu Panu za otrzymane dobrodziejstwa.

    Tak! Rachunek sumienia powinieneś zacząć od dziękczynienia! „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” – pyta św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian (4,7). Każde dobro w ciągu dnia, każda łaska, czy choćby dar życia – to wszystko pochodzi od Boga. Dlatego rachunek sumienia zacznij od tego, co dobre. Zacznij od Tego, który jest dobry. W pierwszym, punkcie „rachujesz” Boże dary, zamiast własnych grzechów.

    Popatrz na cały swój dzień i zastanów się: Co mnie dobrego dziś spotkało? W czym widziałem miłość Boga? Jak On się o mnie troszczył? Co szczególnego się dzisiaj wydarzyło? Jakie Jego dary i prezenty odkryłem w swoim życiu? 

    W tym punkcie nie chodzi tylko o to, żeby dziękować za rzeczy oczywiste: „miałem co jeść”, „miałem gdzie spać” itd. Dziękuj bardzo konkretnie: wymień te dary, sytuacje, myśli, za które jesteś wdzięczny. Możesz także podziękować Bogu za to, czego nie straciłeś tego dnia. A jeśli naprawdę wydaje Ci się, że nie masz za co dziękować, możesz zawrzeć z Bogiem umowę: „Panie Boże, daj mi jutro tylko to, za co dzisiaj Ci podziękuję”.

    Uwaga! Jeśli ten punkt Cię zaabsorbuje, będziesz znajdować coraz to nowe rzeczy, za które możesz dziękować i Twój duch się będzie radował to trwaj w tej dziękczynnej modlitwie, aż do nasycenia. Smakuj dobroci Boga, ciesz się nią i bądź mu wdzięczny. Nie przejmuj się, że masz jeszcze cztery punkty „do przerobienia” – możesz spędzić na tym punkcie całe 15 minut przeznaczone na rachunek. Twoje spotkanie z Panem już przyniosło owoce!

    2. Prosić o łaskę poznania grzechów i porzucenia ich.

    Przechodząc do drugiego punktu, proś Ducha Świętego o łaskę spojrzenia na miniony dzień Jego oczami. Dlaczego to takie ważne? W tym punkcie skupiamy się na naszej grzeszności, słabości i naszych upadkach. Patrząc na nie jedynie ze swojej perspektywy możemy, łatwo wpaść w pułapkę samooskarżania się. Często jesteśmy dla samych siebie najbardziej surowymi sędziami. Musisz jednak pamiętać, że Bóg nigdy nie oskarża, nie wzbudza chorego poczucia winy, nie „wgniata” Cię w ziemię Twoimi grzechami. Tak działa szatan! Patrząc na nasze grzechy z pomocą Ducha Świętego, poucza on nas o naszym grzechu w sposób pełny miłości i delikatności po to, aby nas pobudzić do nawrócenia.

    Samo poznanie grzechów jednak nie wystarcza – potrzebujesz jeszcze przyznać przed sobą i Bogiem: „To JA zgrzeszyłem”. Dopiero kiedy uznasz swój grzech, możesz go odrzucić (nie możesz odrzucić grzechu, póki nie jest Twój). Wystarczy Twoja decyzja serca, akt woli. Łaska Boża zrobi resztę.

    3. Domagać się od duszy zdania sprawy od chwili powstania z łóżka aż po obecny rachunek sumienia, godzina po godzinie i chwila po chwili, najpierw z myśli, potem z mowy, wreszcie z uczynków (…). 

    W trzecim punkcie chodzi o to, abyś w Jego obecności uświadomił sobie, co się działo w ciągu dnia. Szczególnie przyjrzyj się swoim myślom, bo z nich bierze początek każdy czyn. Spróbuj zwrócić uwagę na to: z jakich myśli i intencji brały się dobre i złe czyny, które popełniłeś w ciągu dnia? Jakie były twoje motywacje? Za jakim sposobem myślenia podążasz?

    Skup się również na tym: jakie natchnienia otrzymałeś? Czy za nimi poszedłeś? Czy dałeś się kształtować Bogu?

    Nie odpowiadaj na te pytania sam. Porozmawiaj z Nim o tym, wysłuchaj Jego zdania. Poproś, żeby Ci pokazał, jak on widział ten dzień: co Jemu się podobało a co nie?

    Jeśli będziesz mieć problem z przypomnieniem sobie każdej chwili dnia (na początku może to być bardzo trudne!) to postaraj się popatrzeć na dzień jak na etapy, np.: od wstania z łóżka do wyjścia na uczelnię, od pierwszych zajęć do obiadu, od powrotu do domu do rachunku sumienia itp.

    4. Prosić Boga, naszego Pana, o przebaczenie win.

    Kiedy już zobaczyłeś cały swój dzień, uświadomiłeś sobie swoje grzechy i podjąłeś w sercu decyzję o ich odrzuceniu – przyszedł czas na kolejny etap. Proś Boga o to, aby wybaczył Ci Twoje winy. „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości.” – pisze św. Jan w swoim liście (1 J 1,9). Uświadom sobie, że potrzebujesz wybawcy i nie zapominaj, że On jest większy niż każda Twoja słabość!

    Pamiętaj, że nie stajesz przed sędzią, który chce Cię ukarać, ani przed policjantem, który przyłapie Cię na każdym najmniejszym wykroczeniu. Stajesz przed miłującym Ojcem, który chce Cię przyjąć w swoje ramiona. Pozwól Bogu kochać Cię takim, jaki jesteś.

    5. Postanowić poprawę za Jego łaską.

    Jeśli jeszcze nie minęło 15 minut, a wszystkie poprzednie punkty masz już za sobą, to przed Tobą ostatnia rzecz do zrobienia. Postanów poprawę Z JEGO ŁASKĄ. Nie próbuj własnymi siłami się zmieniać, nawracać czy pokonywać słabości, bo będziesz skazany na porażkę. 

    Jeśli pozwoliłeś się prowadzić Duchowi Świętemu w tej modlitwie, to z pewnością zauważysz co w Twoim życiu jest do poprawy. Owocem skruchy będzie to, że sam będziesz chciał się rozwijać i wzrastać.

    Nie czyń jednak jakichś wielkich postanowień! Niech to będzie jedna, drobna zmiana. Naucz się stawiać małe, konsekwentne kroki w rozwoju swojego życia duchowego. Mniej znaczy więcej! Tutaj również ważny jest konkret: nie „od jutra będę lepszy”, ale „przez najbliższe 7 dni poświęcę każdego ranka 5 minut na modlitwę za nadchodzący dzień”. Niech to postanowienie wypływa z tego, co zauważyłeś w ciągu całego dnia.

    Ojcze nasz

    Kilka przydatnych wskazówek

    • Ignacjański rachunek sumienia warto robić codziennie wieczorem, ale nie przed samym snem. Jeśli będziesz za bardzo znużony, możesz zasnąć w trakcie. Poruszenia w trakcie rachunku mogą Cię również pobudzić na tyle, że będziesz mieć problem z zaśnięciem!
    • Nie zniechęcaj się, jeśli będzie Ci na początku szło „topornie”. Potrzebujesz wytrwałości i cierpliwości. Łatwiej Ci się będzie zdyscyplinować, jeśli ustalisz stałą godzinę w ciągu dnia, w której będziesz robić rachunek sumienia. Możesz też spróbować kwadrans na rachunek „przypiąć” do jakiegoś stałego punktu wieczoru, np.: po kolacji, przed wieczorną toaletą itp.
    • Dopilnuj, aby ta modlitwa trwała dokładnie 15 minut (możesz ustawiać sobie minutnik). Jeśli trudno jest Ci wytrwać na modlitwie, chęć jej skrócenia potraktuj jako pokusę. Przekonasz się, że często w ostatnich sekundach Bóg poruszy Twoje serce. Za pokusę uznaj również chęć przedłużenia modlitwy. Kwadrans to kwadrans i bądź temu wierny. „Lepsze jest posłuszeństwo od ofiary” (1 Sm 15,22).
    • Jeżeli w którymś z punktów, Twoja modlitwa bardzo Cię poruszy, zacznie Cię nasycać, rozpalać do tego stopnia, że będziesz chcieć trwać w tym miejscu – nie przechodź do następnych punktów, nawet jeśli kończy Ci się czas. Słuchaj serca, a nie metody. Schemat modlitwy jest po to, aby Ci pomóc, a nie po to, żeby „odhaczyć” wszystkie jego punkty. 
      • Stacja 7.pl

    ***

    Dobra spowiedź.

    10 cennych rad od księży

    fot. Christine Riggle/Flickr

    ***

    Jak się spowiadać

    Szkoda, że nie mogę posłuchać spowiedzi innych ludzi. Nie, bez obaw – nie podkładam podsłuchów w konfesjonałach. Po prostu myślę, że mogłabym nauczyć się od innych, jak dobrze się spowiadać.

    Do sakramentu pokuty przystępuję od wielu lat, ale ciągle prześladuje mnie myśl, że nie do końca wiem, jak się spowiadać. Czasem po odejściu od konfesjonału dopadają mnie wątpliwości, czy to była dobra spowiedź – być może powinnam używać mniej ogólników, a może wyznając grzechy nie byłam do końca szczera?

    Po ostatniej spowiedzi postanowiłam, że poproszę o radę tych, którzy naprawdę słuchają spowiedzi, czyli księży. W poniższej galerii przeczytasz, co mi powiedzieli:

    1. KSIĘŻA O SPOWIEDZI
    2. KSIĘŻA O SPOWIEDZI
    3. KSIĘŻA O SPOWIEDZI
    4. KSIĘŻA O SPOWIEDZI
    5. KSIĘŻA O SPOWIEDZI
    6. KSIĘŻA O SPOWIEDZI
    7. KSIĘŻA O SPOWIEDZI
    8. KSIĘŻA O SPOWIEDZI
    9. KSIĘŻA O SPOWIEDZI
    10. KSIĘŻA O SPOWIEDZI

    Mnie osobiście trzecia rada pomogła zmienić podejście do rachunku sumienia. Zdałam sobie sprawę z tego, że wyliczając swoje grzechy, powinnam unikać ogólników (nie dlatego, że Bóg tego potrzebuje, ale dlatego, że będzie to po prostu dla mnie pomocne). Wszystkie te rady umocniły moją miłość do sakramentu pokuty i do kapłanów, którzy poświęcają swoje życie, służąc Bogu i ludziom.

    Theresa Aletheia Noble/Aleteia.pl

    ***

    Po co się spowiadać, skoro ciągle mam te same grzechy?

    fot. Pascal Deloche / Leemage

    ***

    Za bardzo sprowadzamy religijność do nakazów, zakazów, a zapominamy o budowaniu relacji z Panem Bogiem. I to jest największy problem – mówi o. Grzegorz Kramer.

    Przemysław Sałek: Kiedyś znajomy rozłożył mnie na łopatki, mówiąc, że swoich przewinień, tj. okazjonalnego upicia się czy użycia czasem nieparlamentarnych określeń nie uważa za grzechy i dlatego ma problem z chodzeniem do spowiedzi. Co można zrobić w takiej sytuacji?

    Grzegorz Kramer SJ*: Pytanie, czy należy uświadamiać komuś grzech w sytuacji, w której mogło go nie być? Mam wrażenie, że dzisiaj zbyt łatwo nazywamy różne rzeczy grzechem. Ktoś się upije i od razu zarzuca mu się grzech. Może faktycznie jest tak, że obecnie chcemy widzieć go wszędzie?

    Jak więc dobrze rozumieć naszą grzeszność i sens spowiedzi?

    Nie wszystko, co nazywamy grzechem, jest – jak to mówimy w teologii – zerwaniem więzi z Bogiem. Grzech jest poważną sytuacją, w której mówimy Panu Bogu: „Nie potrzebuję Cię. Wyrzucam Cię z mojego życia”. Więc czy wypicie za dużo alkoholu lub np. zjedzenie szynki w piątek to taka postawa? Za bardzo sprowadzamy religijność do nakazów, zakazów, a zapominamy o budowaniu relacji z Panem Bogiem. I to jest największy problem.

    Zawsze powtarzam, że gdy dorastamy, zmieniamy właściwie wszystko w naszym życiu: ubrania, przyjaciół, poglądy. Ale nasza relacja z Panem Bogiem często pozostaje taka, jaką była w przedszkolu. Dla wielu to dość wygodne. Nasza relacja z Bogiem powinna jednak też z czasem dojrzewać.

    A jak dojrzale podejść do spowiedzi, gdy spowiadamy się ciągle z tych samych grzechów? Nie ukrywam, że to także mój problem. Czasem zastanawiam się, czy w ogóle odczuwam szczere postanowienie poprawy. Jak wtedy się zachować? Zrobić sobie przerwę w spowiedzi? Czy pogodzić się z tym, że czasem wpadamy w rutynę?

    Uważam, że oba rozwiązania są odpowiednie. Wszystko jednak zależy od konkretnej sytuacji. Czasem warto zrobić sobie przerwę, żeby nabrać trochę dystansu, który rozumiem jako świadome – najlepiej w uzgodnieniu ze stałym spowiednikiem – zrobienie dłuższego odstępu między spowiedziami. Mam tu na myśli te nasze stałe grzechy, które często się nam powtarzają, a które są już naszymi „nałogami”.

    Jasne, że jeśli w tym czasie zdarzy nam się ciężki grzech, to powinniśmy się z niego wyspowiadać. Dystans jest czasem potrzebny, aby nasza spowiedź, jak mówi papież Franciszek, nie stała się jedynie pralką, do której wrzucimy ubranka a później je wyciągniemy.

    Wtedy należy też poszukać odpowiedzi na pytanie, czy to, co w danym momencie nazywam grzechem, rzeczywiście jest czymś, co w sensie sakramentalnym zabrania mi dostępu do Pana Jezusa?

    Z drugiej strony, czasem należy się zgodzić na banalność i rutynę w życiu. Warto mieć jednak przy tym świadomość, że nigdy nie są to te same grzechy. Jeżeli mamy głębszą relację z Bogiem to dostrzeżemy, że kłamstwo kłamstwu nie jest równe. Za każdym razem mogą być inne jego konsekwencje. Towarzyszą nam przecież inne okoliczności i motywacje.

    Zatrzymajmy się na chwilę przy kwestii motywacji. Wydaje się, że przy rachunku sumienia i spowiedzi jest to niezwykle istotne.

    Kościół nas uczy, m.in. poprzez św. Ignacego Loyolę, że po tym, jak odnajdziemy w sobie grzech, nie powinniśmy na tym poprzestawać. Przy rachunku sumienia należy ciągle pytać siebie o motywacje. Nazwanie grzechu to tylko pierwszy etap. Trzeba iść dalej. Następnie zastanówmy się, dlaczego to zrobiliśmy? Co się z nami dzieje? Próbujmy także zrozumieć siebie: nie tylko usprawiedliwiać, ale również zastanawiać się, dlaczego pewne rzeczy mają miejsce. Wtedy łatwiej pracować nad sobą.

    Jakich jeszcze rad można udzielić osobie przygotowującej się do spowiedzi?

    Pomocne jest zwrócenie uwagi na obrzędy Nabożeństwa Pokutnego. Tam odnajdziemy niesamowitą mądrość. Po pierwsze, dowiadujemy się, że na początku warto skoncentrować się na Panu Bogu – poprzez Słowo Boże. Dzięki temu uświadamiamy sobie, że w spowiedzi chodzi przede wszystkim o naszą relację z Nim.

    Następnie przechodzimy do dziękczynienia. Dostrzegamy, że jesteśmy niesamowicie obdarowani: przez Boga, przez innych ludzi, sami też dajemy dużo dobra. Dopiero w trzecim punkcie jest mowa o tym, że mamy zobaczyć swoje grzechy. Zazwyczaj jednak zaczynamy od razu od trzeciego punktu, czyli naszej grzeszności, stając się dla siebie zarówno sędzią, jak i odniesieniem moralnym. Zapominamy wtedy o naszej relacji z Bogiem.

    Dlatego, aby dobrze przygotować się do spowiedzi, najpierw powinniśmy przypomnieć sobie, kim jest dla nas Bóg oraz zobaczyć dobro, które jest we mnie i wokół mnie.

    Dopiero wtedy przejdźmy do grzechów. A patrząc na nie, nie zapominajmy o wspomnianych już wcześniej motywacjach. Wtedy można dostrzec także różne zależności, np. że grzech mógł mieć większe konsekwencje niż początkowo uważałem.

    Jakiś konkretny przykład?

    Np. moje kłamstwo mogło kogoś zranić. Wróćmy także do przywołanego na początku problemu upijania się. Może być tak, że nadużycie alkoholu nikogo nie skrzywdziło bezpośrednio, ale jego konsekwencją było np. zawalenie pracy następnego dnia, ponieważ człowiek nie funkcjonuje tak, jak trzeba i jego pracowitość może spadać. Konsekwencje upijania się mogą być także dużo poważniejsze.

    Porozmawiajmy jeszcze o stałych spowiednikach. Takie rozwiązanie jest często zalecane podczas spowiedzi. Ale dla wielu znalezienie stałego spowiednika to duży problem.

    Na początku chciałbym zaapelować do spowiedników. Jeżeli księża dają taką sugestię, to powinni również pomóc w procesie poszukiwania, by nie zostawić penitenta z problemem typu „muszę znaleźć sobie stałego spowiednika, ponieważ takie dostałem zalecenie”.

    A jak znaleźć go samemu?

    Trzeba bazować na metodzie prób i błędów. Zawsze podczas takich poszukiwań powinno podpytać się znajomych o sugestie. Następnie warto wybrać się do konkretnego księdza i sprawdzić, czy ten sposób myślenia jest czymś, co pomoże czy raczej wprowadzi w kolejne problemy.

    Dlaczego warto poszukiwać? Jakie są korzyści spowiedzi u jednego księdza?

    Relacja z osobą, która już mnie zna powoduje, że nie muszę przedstawiać cały czas od początku swojej historii. Przechodzi się od razu do sedna problemu. Druga rzecz, to bardziej dojrzała relacja, ponieważ musimy pokonać psychologiczną trudność wyznania grzechów osobie, którą się zna. Konieczność powracania ze swoimi grzechami do takiego księdza jest często mobilizacją do większej pracy nad sobą.

    Dodatkowo, stałe spowiednictwo jest połączone z kierownictwem duchowym. Zatem mamy możliwość, aby szerzej porozmawiać o naszym życiu, nie tylko w kontekście grzechów. Do tego dochodzi m.in. temat naszej drogi do Pana Boga oraz naszych relacji z innymi ludźmi.

    Taka rozmowa służy też temu, by lepiej siebie zrozumieć. A gdy rozumiemy lepiej siebie to robimy mniej błędów w życiu i koncentrujemy się na pozytywnym działaniu.

    *Grzegorz Kramer SJ (ur. w 1976 r.). W wieku 21 lat dołączył do Towarzystwa Jezusowego. W latach 2012-2016 był duszpasterzem powołań Prowincji Polski Południowej TJ. Dziś m.in. prowadzi popularnego vloga #BógJESTdobry.

    Aleteia.pl

    ***

    Ciągle te same grzechy… Jak to zrobić, żeby spowiadać się lepiej?

    KONFESJONAŁ

    Shutterstock

    ***

    5 warunków dobrej spowiedzi

    Spowiadam się już 5, 10, 15 lat i nie widzę żadnych efektów. Cięgle te same grzechy, te same pokuty. Czy ma to jakikolwiek sens? To pytanie, które zadaje sobie wielu ludzi. Czy zatem sakrament, który prowadził całe pokolenia katolików do świętości, stracił na sile?

    Sekret dobrej spowiedzi, która zdynamizuje nasze życie duchowe, leży w dojrzałym, świeżym spojrzeniu na ten sakrament i w dobrym przygotowaniu do niego. Pomagają w tym tzw. warunki dobrej spowiedzi, które – choć znamy od Pierwszej Komunii – nie zawsze wcielamy w życie.

    Oto 5 warunków dobrej spowiedzi:

    KSIĄDZ W KONFESJONALE

    © Shutterstock

    ***

    Rachunek sumienia

    Do zrobienia dobrego rachunku sumienia potrzebne są zasadniczo trzy rzeczy: kartka papieru, długopis i chwila czasu. Na kartce warto wypisać listę swoich grzechów. Przelewanie myśli na papier – nawet hasłowe, skrótowe – porządkuje chaos panujący w naszej głowie. Po drugie, zapewne każdy z nas ma takie doświadczenie, że kiedy klękał do spowiedzi, jedyne co miał w głowie to wielka, czarna dziura. Dlatego spisany rachunek sumienia jest dobrą mapą, która przeprowadzi nas przez moment spowiedzi. Po spisaniu grzechów, przy każdym z nich warto postawić znak zapytania: „Dlaczego sobie na to pozwoliłem? Dlaczego zdecydowałem się na zło?”. Szukając sukcesywnie, przy każdej kolejnej próbie odpowiedzi na te pytania, będziemy stopniowo odkrywać źródła naszego postępowania. Będziemy coraz lepiej poznawać samych siebie i coraz bardziej otwierać się na działanie Bożej miłości.

    Żal za grzechy

    Kiedy mamy za sobą wyliczenie grzechów i próbę odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego to zrobiłem?”, czas na kolejne pytanie: „Czy żałuję?”. Żal za grzechy kojarzy się z silnym, negatywnym odczuciem emocjonalnym, połączonym często z niemal fizycznym bólem odczuwanym z powodu popełnionych występków. Nie zawsze jednak żal za grzechy odczuwamy w ten sposób. Jednych grzechów żałujemy bardziej, innych mniej. Nie zawsze odczuwamy żal doskonały. Czasami nasze sytuacje są tak skomplikowane, że ciężko wzbudzić w sobie jakikolwiek stan podobny do żalu, a jednak gdzieś pod skórą czujemy, że powinniśmy się wyspowiadać. W takich momentach, kiedy emocje nie współgrają ze świadomością, warto zadać sobie przynajmniej pytanie: „Czy wiem, że takich czynów, myśli, słów nie powinno być w moim życiu?”. To dobry punkt wyjścia do dalszej moralnej przemiany.

    Mocne postanowienie poprawy

    W końcu przychodzi czas na pytanie: „Czy jestem gotowy pracować nad sobą? Czy chcę w moim życiu zmian na lepsze?”. Warto pamiętać, że sakrament pokuty i pojednania to nie jednorazowa akcja, która zeruje nasze konto ze złych uczynków, ale długotrwały proces przemiany naszego życia. Zdarza się, że po jednej spowiedzi ktoś totalnie zmienia swój styl funkcjonowania, ale zwykle jest to dopiero początek długiej i trudnej pracy nad sobą. Jan Bosko, święty wychowawca młodzieży, proponował swoim wychowankom, aby przy każdej spowiedzi brali na warsztat jeden konkretny grzech, jeden konkretny wymiar swojego życia i nad nim szczególnie pracowali do kolejnej spowiedzi. Zakłada to opracowanie pewnej strategii wychodzenia z grzechu: czego muszę unikać, na co muszę postawić, jakie cele chcę osiągnąć. W ten sposób włączamy się w proces, w którym szybko doświadczymy jak Boża łaska wspiera w działaniu naszą ludzką naturę.

    Wyznanie grzechów

    Osobiście jestem przekonany, że w ludzkim wymiarze tego sakramentu najważniejsza jest świadomość, że zostałem przez spowiednika dobrze przyjęty, dobrze wysłuchany i zrozumiany. Wiele osób, które zostały źle przyjęte w konfesjonale, niezrozumiane, czy wręcz niewysłuchane, cierpi na pewnego rodzaju niechęć i traumę związaną z tym sakramentem. Jeśli więc chcesz uniknąć tego typu sytuacji, idź tam, gdzie kapłan ma dla ciebie czas, gdzie są dyżury w konfesjonale i kapłani czekają na wiernych. Unikaj spowiedzi tam, gdzie towarzyszy jej pośpiech i powierzchowność. Dobrą praktyką jest również korzystanie ze spowiedzi u jednego, stałego spowiednika. W sakramencie pokuty i pojednania zawiera się również pewien element duchowego przewodnictwa. Dlatego dobrze mieć kogoś, kto pozna cię na tyle, aby pomóc ci nie tylko dobrze wyznać swoje grzechy, ale również rozwinąć się duchowo.

    Zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu

    Tak jak grzech domaga się rozgrzeszenia, tak zadane krzywdy domagają się zadośćuczynienia. Dobrze przeżywany sakrament pokuty i pojednania sprawia, że stajemy się coraz bardziej dojrzałymi ludźmi, zdolnymi do przebaczania i naprawiania wszelkich krzywd. Spowiedź uczy nas, że dojrzałość duchowa nie polega tylko na tym, aby co jakiś czas oczyszczać swoje sumienie, wyznając grzechy. Dojrzałość duchowa to również chęć przywrócenia dobrymi uczynkami i pokutą równowagi, którą zburzyło zło. Czasami, kiedy po ludzku rzecz biorąc nie można już nic naprawić, zostaje modlitwa, która zatapia skutki popełnionych przez nas grzechów w morzu Bożego miłosierdzia.

    Przemek “Kawa” Kawecki SDB/Aleteia.pl

    ***

    Miesiąc Najdroższej Krwi

    Lipiec poświęcony jest czci Najdroższej Krwi Pana Jezusa. W rozważaniach, chcemy pokazać dar, jakim było i jest przelanie przez naszego Odkupiciela drogocennej Krwi.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Boży Syn nie tylko w czasie Męki, ale dużo wcześniej przelewał Krew, by odkupić rodzaj ludzki. Przypominają nam o tym nabożeństwa, które mają na celu uczczenie Meki Pańskiej, ale też te szczególnie poświęcone Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa.

    Na początku spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego lipiec?

    Odpowiedzi poszukajmy w historii, a dokładnie w 1849 roku, kiedy to papież Pius IX dekretem „Redempti sumus” wyznaczył na 1 lipca Święto Najdroższej Krwi Chrystusa (zniesione podczas reformy liturgicznej w 1969). Do rozwoju kultu przyczynił się św. Kasper del Bufalo i założone przez niego Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Św. Kasper, nazwany przez Papieża Jana XXIII prawdziwym i największym na świecie apostołem pobożności do Najdroższej Krwi Jezusa, zdołał, na początku minionego wieku, wprowadzać ją prawie we wszystkich miesiącach roku, na zmianę, w różnych kościołach Rzymu i we wszystkich miastach i wioskach (a były one liczne), które były miejscem jego apostolstwa.

    W Mszale Rzymskim możemy znaleźć formularz Mszy Świętej o Krwi Chrystusa. Został on zatwierdzony przez Benedykta XIV. Święty Jan XXIII zatwierdził do publicznego odmawiania Litanię do Najdroższej Krwi Chrystusa. Uczynił to listem apostolskim „Inde a Primis” z 1960.

    Mimo bogatej historii kultu, nabożeństwo lipcowe jest mało rozpowszechnione na terenie Polski. Sprawowane jest we wszystkich klasztorach Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w  Krakowie – Łagiewnikach i w nielicznych parafiach. A przecież praktyka ta nie jest nowa.

    Warto pamiętać, że po maju dla Maryi i czerwcu dla Najświętszego Serca Jezusowego, Kościół świadomie ustalił, że lipiec będzie poświęcony Najdroższej Krwi Jezusa. Lipiec jest centrum roku słonecznego, jest miesiącem nad miesiącami, miesiącem słońca, które praży swym najintensywniejszym skwarem: a Odkupienie nie jest może stołem obfitującym w cudowne źródło – Boskiej Krwi – wlewanej w dusze przez miłość Chrystusa?

    Oto dlaczego tak święto, jak i miesiąc Najdroższej Krwi zostały ustanowione w środku roku prawie, by przypomnieć nam pełnię samego Odkupienia. Ale jest jeszcze inny motyw: właśnie w lipcu życie chrześcijańskie osłabia się, a życie ziemskie nabiera rozmachu i w tym ferworze tryumfuje zło. Dlatego konieczna jest jakaś pomoc, a znaleźć ją można właśnie we Krwi Chrystusa.

    Żyją Słowem Bożym i Eucharystią, adorują Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, służą cierpiącym i pomagają w pojednaniu z Bogiem i drugim człowiekiem.

    Wspólnota Krwi Chrystusa w parafii św. Marii Magdaleny na Wawrzyszewie to najstarsza z 18 grup czcicieli Krwi Chrystusa w archidiecezji warszawskiej. Tajemnica Paschalna – uwielbienie Boga, który w swoim Synu odkupił wszystkich ludzi za cenę Jego Krwi, życie Słowem Bożym, dostrzeganie Jezusa w bliźnim i niesienie mu pomocy stanowią centrum jej duchowości.

     ks. Krzysztof Hawro/Tygodnik Niedziela

    ***

    W lipcowy miesiąc Kościół zachęca nas do medytowania nad Najświętszą Krwią Chrystusa

    Dziś zaczyna się lipiec, miesiąc, który zgodnie z ludową tradycją poświęcony jest kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa, niezgłębionej tajemnicy miłości i miłosierdzia.

    W dzisiejszej liturgii apostoł Paweł w Liście do Galatów stwierdza, że «ku wolności wyswobodził nas Chrystus» (Ga 5, 1). Ta wolność ma bardzo wysoką cenę: jest nią życie, krew Odkupiciela. Tak! Krew Chrystusa jest ceną, którą Bóg zapłacił, aby wyzwolić ludzkość z niewoli grzechu i śmierci.

    Krew Chrystusa jest niezbitym dowodem miłości niebieskiego Ojca do każdego człowieka, bez żadnego wyjątku.

    Wszystko to bardzo jasno wyraził św. Jan XXIII, który otaczał Krew Pańską wielkim nabożeństwem, wyniesionym z domu, gdzie słyszał w dzieciństwie, jak rodzina odmawiała litanie jej poświęcone. Jako papież napisał list apostolski wzywający do krzewienia tego kultu (Inde a primis, 30 czerwca 1959 r.) i zachęcił wiernych do rozważania nieskończonej wartości tej Krwi, «której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy» (hymn Adoro Te devote).

    (z rozważania św. Jana Pawła II przed modlitwą “Anioł Pański” – 1.07.2001)

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Lita­nia do Naj­droż­szej Krwi Chrystusa

    Kyrie, eleison, Chrysteeleison, Kyrieeleison.
    Chryste
    , usłysz nas, Chrystewysłuchaj nas,
    Ojcze z nieba, Boże
    zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, 
    zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże
    , zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże
    , zmiłuj się nad nami

    Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii
    wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonychwybaw nas.
    Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, pociecho płaczących
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, otucho umierających
    wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszychwybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza,
     wybaw nas.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją.
    W. I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego.

    K. Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, † daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, * abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego.
    W. Amen.

    ***
    Ofiarowanie Przenajdroższej Krwi Chrystusa


    Ojcze Przedwieczny, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa,
    – na zadośćuczynienie za grzechy całego świata,
    – za konających i za zmarłych w czyśćcu
    – oraz dla odnowienia Kościoła w Duchu Świętym.
    Amen.



    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją odkupił!
    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uwolnił!
    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uświęcił!
    Błogosławiona Krew Jezusowa! Na wieki błogosławiona!

    Adam Chmielowski, „Ecce Homo” (fragment obrazu)

    „Ecce Homo” (fragment obrazu) – fot. Graziako/Tygodnik Niedziela

    ***

    “Oto człowiek”. Obraz udręczonego Chrystusa namalowany przez Adama Chmielowskiego, który później przybrał imię brat Albert stając się ojcem dla bezdomnych. W roku 1989 został ogłoszony świętym. Ten obraz powstawał przez długie lata podczas medytacji nad umęczonym Chrystusem, ukoronowanym cierniem – obdartym całkowicie z ludzkiej godności.

    *****

    „Gdziekolwiek zwrócę myśl, widzę Jego Krew. Rany nóg i rąk, głowę koronowaną cierniami, otwarte Serce Boże. Wszystko to popycha nas do pokochania Go. Krew Eucharystyczna, którą Jezus ofiarowuje każdego dnia na ołtarzu, to także Krew, która płynie z krzyża i ołtarza, płynie w Ciele Mistycznym Chrystusa, przynosząc duszom Jego siłę oczyszczającą i uświęcającą. O, żeby cały świat został oczyszczony ze zmazy grzechu. Oto do czego skłania nas cześć Bożej Krwi, którą ofiarujemy stale we Mszy św., którą przyjmujemy w sakramentach. Ona jest ceną zbawienia i świadectwem miłości okazanej człowiekowi przez Boga”. 

    św. Kasper de Buffalo.

    *****

    Krwiodawstwo Życia:

    Pan Jezus przelewa swoją Najświętszą Krew podczas ukoronowania cierniem

    Przywódcy żydowscy żądają od Piłata, aby skazał Jezusa na ukrzyżowanie. Ukoronowanie cierniem staje się najbardziej ekspresywnym momentem w całym objawieniu. Jezus jest wyśmiany, jednakże prawdziwie jest Królem, ponieważ Jego królewskość jest „inna” niż ta z tego świata.

    Z Ewangelii św. Jana

    A żołnierze, uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: «Witaj, Królu żydowski!» I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go wam na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». (J 19, 2-5)

    Refleksja

    Jan Ewangelista umieszcza scenę ukoronowania cierniem Jezusa i wyśmiania Go jako „króla” w centrum procesu, w taki sposób, aby Jezus został ukazany jako prawdziwy Król. Piłat po raz kolejny stwierdza, że nie znalazł w Nim żadnej winy, zasługującej na skazanie Jezusa na śmierć, i ukazuje Go ludowi: Oto Człowiek! Ta wypowiedź Piłata o Jezusie poranionym, z koroną cierniową na głowie i w płaszczu purpurowym, mogłaby wskazywać na pogardę wobec tej „biednej ofiary”. Ale może również mieć inne znaczenie: zwykle „nowy król” był przedstawiany poddanym, już ubrany w szaty królewskie, wypowiadano imię króla, a lud wznosił okrzyki aprobaty. Myślą przewodnią naszego rozumowania i działania jest nie tyle Ewangelia, co Osoba, którą ta Ewangelia przepowiada. Chrystus, nasz Niebiański Król, jest obecny w nas, a nasza relacja z Nim ma się opierać na prawdziwym poddaniu się Jemu, jako Królowi. On, słońce naszej duszy, upiększa nas swoją czystością i swoim blaskiem. W ten sposób Jego Królewska godność staje się dla nas bodźcem do podążania za Nim wszędzie i naśladowania Go we wszystkim.

    Z „Komentarza do Ewangelii św. Jana” św. Augustyna, biskupa (Homilia 116)

    Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go do was na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». Oto dowód na to, że nie dokonało się bez wiedzy Piłata to, co żołnierze uczynili Jezusowi, zarówno to, co było im zlecone, jak i to, na co im pozwolono. Stało się to z tego powodu, jak już powiedzieliśmy, że nieprzyjaciele Jezusa zasmakowali w rozkoszowaniu się tymi wszystkimi wyrządzanymi Mu zniewagami i nie zaspokoili ostatecznie swojej żądzy krwi. Jezus wychodzi przed lud w koronie cierniowej i zhańbiony. Piłat mówi do nich: Oto Człowiek!, jakby chciał powiedzieć: jeśli jesteście zawistni o króla, oszczędźcie Go teraz, kiedy widzicie Go tak poniżonym; został ubiczowany, ukoronowany cierniem, odziany w hańbiący strój; został wyśmiany obelżywymi krzykami, spoliczkowany; zawrzała hańba, rozpaliła się nienawiść.

    Prośby

    Módlmy się do Boga Ojca za zbawienie wszystkich ludzi, odkupionych mocą Krwi Chrystusa, i wołajmy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby Krew Chrystusa oczyściła nasze sumienia ze złych uczynków, byśmy mogli służyć żywemu Bogu:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby tajemnica Chrystusa, który wydaje się za każdego człowieka, przyciągnęła wszystkie narody do serca Jezusowego:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby spojrzenie na krzyż Chrystusa wzbudziło w grzesznikach prawdziwe pragnienie pokuty:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Boże Wszechmocny, dziękujemy Ci za to, że uczyniłeś nas godnymi uczestnictwa w tajemnicy Krwi Twojego Syna. Naucz nas odpowiadać coraz lepiej na wyraz Twojej miłosiernej miłości. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    tekst pochodzi z książki:

    “Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”/tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS

    ***

    Krew Chrystusa gromi demony.

    Pamiętaj o tym – nie tylko w lipcu!

    ***

    Zgodnie z tradycją Kościoła lipiec to miesiąc szczególnie poświęcony Najdroższej Krwi Chrystusa. Ten bogaty kult związany jest głównie z Męką Chrystusa na Krzyżu i Eucharystią. Jak pisał św. Jan Chryzostom „Ta Krew, gdy godnie przyjęta, oddala demony, przywołuje aniołów, a nawet samego Pana aniołów”. Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.

    1.Kult Krwi Chrystusa sięga pierwszych wieków

    Pierwotne zapisy dotyczące czczenia Krwi Chrystusa zostawili nam już ojcowie Kościoła, w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. „Ta Krew wylana oczyszcza świat cały. Ona jest ceną wszechświata, za którą Chrystus odkupił Kościół” – pisał św. Jan Chryzostom, który żył w IV wieku.

    Kult Krwi Chrystusa w Kościele związany jest z dwiema relikwiami Męki Pańskiej, które odnaleziono w średniowieczu. W roku 804 znaleziono gąbkę, z której pojono konającego na krzyżu Chrystusa. Natomiast w roku 1048 odnaleziono, zabezpieczoną w ołowianym naczyniu, ziemię spod Krzyża, w którą wsiąkła krew Jezusa. Do miasta Mantuia obie relikwie miał przywieźć nawrócony rzymski żołnierz Longin, ten sam, który przebił bok Chrystusa włócznią. Autentyczność tych relikwii potwierdził w roku 1053 papież Leon IX. Już wówczas zaczęto nadawać kościołom wezwanie Najdroższej Krwi Chrystusa.

    2.Ustanowienie uroczystości Najdroższej Krwi Chrystusa

    Uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa ustanowił w roku 1849 dekretem „Redempti sumus” papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały lipiec był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł uroczystość na dzień 1 lipca. Natomiast Ojciec Święty Pius XI podniósł je (1933 rok) do rangi świąt pierwszej klasy na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi.

    Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Chrystusa wyróżniał się papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście „Inde a primis z 1960 roku zachęcał do tego kultu. „To nabożeństwo zostało mi wpojone już w życiu rodzinnym, od wczesnych lat mojego dzieciństwa. Pozostaje mi w pamięci wspomnienie moich sędziwych rodziców, recytujących w dniach lipca litanię do Najdroższej Krwi” – wspominał Jan XXIII.

    3.Tak uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa zniknęła z kalendarza liturgicznego

    Do czasu reformy kalendarza liturgicznego (1969) po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Później skreślono tę uroczystość z kalendarza. Reformatorzy tłumaczyli, że obchód uroczystości Krwi Chrystusa został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem). Na zasadzie pewnego przywileju – uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa pozwolono celebrować jedynie  zgromadzeniom Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa. Tę rodzinę  zakonną założył św. Kasper de Buffalo (+ 1837), gorący zwolennik szerzenia kultu Krwi Chrystusa, która obmywa nas z grzechów i otwiera dla nas bramy raju.

    4.Jak czcić Najdroższą Krew Chrystusa?

    Najprostszą formą kultu Krwi Chrystusa jest adoracja i Komunia Święta. Można też rozważać fragmenty Ewangelii, opisujące przelanie Krwi przez Chrystusa. Święty Jan XXIII w liście apostolskim „Inde a Primis”, zachęca wiernych do odprawienia nabożeństwa ku czci Przenajdroższej Krwi Jezusa Chrystusa, szczególnie w lipcu.

    „Niechaj rozważają o niesłychanie obfitej i nieogarnionej wartości tej Krwi prawdziwie najdroższej” – pisze w liście apostolskim papież święty Jan XXIII. „Ta sama Krew Boża płynie we wszystkich sakramentach Kościoła, dlatego nie tylko słuszną jest rzeczą ale wielce sprawiedliwą, aby tej Krwi składali wszyscy odrodzeni w jej zbawczych strumieniach hołd adoracji, podyktowanej wdzięcznością i miłością” – zaznacza w liście do wiernych papież.

    Publiczną i prywatną formą modlitwy może być także Litania do Najdroższej. W encyklice „Evengalium Vitae” św. Jana Pawła II czytamy, że „Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia”.

    Kult Najdroższej Krwi Chrystusa szczególnie mocno upowszechniają Misjonarze Krwi Chrystusa, którzy mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce również siostry Adoratorki Krwi Chrystusa. Obecnie w Częstochowie pod opieką Misjonarzy Krwi Chrystusa znajduje się jedyne w Polsce sanktuarium Przenajdroższej Krwi, gdzie od 1998 roku czczone są relikwie Krwi Chrystusa z Mantui – dar Sióstr Przenajdroższej Krwi z Schellenbergu (Księstwo Lichtenstein). Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.

    Dziś szczególnie potrzebne jest oddawanie czci Najdroższej Krwi Jezusa. W czasach szerzących się ideologii gender, promocji seksu bez odpowiedzialności, LGBT, stawiania przyrody wyżej człowieka, profanacji, zabijania nienarodzonych, osób starszych i słabych, tym głośniej powinniśmy wołać „Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas”.

    źródła  – brewiarz.pl, czestochowskie24.pl,cpps.pl

    ***

    Christ Jesus Clinic Jesus Christ Cross Faith/Stacja7.pl

    ***

    Katecheza 22 świętego Cyryla Jerozolimskiego o Ciele i Krwi Pańskiej

    1. Już to pouczenie błogosławionego Pawła wystarczy zupełnie, aby wzbudzić w was wiarę w Boskie tajemnice. Zaszczyceni nimi uczestniczycie w Ciele i Krwi Chrystusa. Powiedział bowiem, jak to czytaliśmy przed chwilą: „W nocy, w której został zdradzony, wziął Pan Jezus chleb, a dzięki uczyniwszy łamał go, dał uczniom swoim i rzekł: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje». Wziąwszy też kielich, dzięki uczyniwszy, powiedział: «Bierzcie i pijcie, to jest Krew moja»”[1]. Skoro wyraził się o chlebie: „To jest Ciało moje”, któż będzie się wahał; „To jest krew moja”, któż zwątpi i powie, że to nie jest Krew Jego?

    2. W Kanie Galilejskiej przemienił Chrystus wodę w wino; czyż więc nie będziemy wierzyć, iż wino w Krew przemienił? Cudu tego dokonał na doczesnych godach; czyż więc nie przyjmiemy, iż tym bardziej synom duchowego łoża swe Ciało i Krew dał na pożywienie?

    3. A zatem z całym przekonaniem uważajmy to za Ciało i Krew Chrystusa! Pod postacią chleba dane ci jest Ciało, pod postacią wina dana ci jest Krew. Gdy tedy przyjmujesz Ciało i Krew Chrystusa, w Ciele i Krwi Jego uczestniczysz. Stajemy się nosicielami Chrystusa, gdyż Jego Ciało i Krew są dane naszym członkom. Według błogosławionego Piotra „uczestniczymy w naturze Bożej”[2].

    4. Rozprawiając z Żydami, powiedział Jezus: „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała mego i nie będziecie pili Krwi mojej, nie będziecie mieli życia w sobie”[3]. Oni jednak nie przyjęli tego, co słyszeli, lecz ze zgorszeniem odeszli. Sądzili, że ich wzywa do jedzenia mięsnych potraw.

    5. W Starym Zakonie były chleby pokładne. Ustały one jednak, gdyż dotyczyły tylko Starego Przymierza. W Nowym Testamencie mamy chleb niebieski i kielich zbawienia dla uświęcenia duszy i ciała. Jak chleb potrzebny jest dla ciała, tak znów Słowo jest potrzebne dla duszy.

    6. Nie patrz więc na chleb i kielich jak na czysto ziemskie rzeczy. Są one bowiem Ciałem i Krwią – jako Pan zapewnił. Chociaż by ci to mówiły zmysły, niechaj cię jednak utwierdza wiara. Nie osądzaj rzeczy ze smaku, lecz przyjmuj wiarą, a nie wątp, iż otrzymałeś dar Ciała i Krwi Chrystusa.

    7. Jaką one mają siłę, niech ci powie Dawid: „Przed obliczem moim przygotowałeś stół przeciw nieprzyjaciołom moim”[4]. Słowa te znaczą: Przed przyjściem Twoim zastawili szatani stół splamiony i straszny, pełen wszelkiej złej mocy. Ale po Twym przyjściu Ty sam, Panie, zastawiłeś stół przede mną. Gdy człowiek mówi do Boga: „Przygotowałeś stół przed obliczem moim”, czyż nie może to co innego oznaczać niż tajemniczy i duchowy stół, dany nam przez Boga przeciwko szatanom? Tamten stół był wspólny z szatanami – ten jest wspólny z Bogiem. „Namaściłeś mi głowę olejem”[5]. Namaścił twą głowę olejem na czole, abyś naznaczony pieczęcią stał się odbiciem i świętością Boga. „Jak cenny jest kielich, który mnie upaja”[6]! Widzisz, iż jest tu mowa o kielichu, który wziął do rąk Jezus, wypowiadając nad nim słowa dziękczynienia: „To jest Krew moja, która będzie wylana na odpuszczenie grzechów”[7].

    8. O tej właśnie łasce mówi dalej Salomon w księdze Eklezjastesa: „Pójdź, pożywaj chleb z radością”, chleb duchowy. Pójdź! Wzywa cię on do zbawienia i szczęścia. „I pij swe wino z weselem”, duchowe wino, „i olej niech będzie wylany na twą głowę”, mówi tu jeszcze o duchowym namaszczeniu. „Niech zawsze będą twoje szaty białe, albowiem miłe są twe sprawy Bogu”[8]. Skoro zdjąłeś stare szaty i wdziałeś duchowe, białe, winny one pozostać zawsze białe. Nie znaczy to, iż zawsze trzeba nosić szaty białe, powinny jednak one zostać prawdziwie białe, jasne i duchowe, abyś mógł powiedzieć z błogosławionym Izajaszem: „Raduje się dusza moja w Panu, albowiem mnie okrył szatą zbawienia i płasz­czem nadziei”[9].

    9. Wiedząc już i wierząc, że to, co wygląda na chleb, nie jest wcale chlebem, choć smak na to wskazuje, lecz Ciałem Chrystusa, i to, co wygląda na wino, nie jest winem, chociaż ma smak wina, ale Krwią Chrystusa, i stąd Dawid powiedział: „Chleb wzmacnia serce człowieka, od którego lśni twarz jak od oleju”[10], wzmocnij swe serce, biorąc chleb duchowy i rozwesel swe oblicze. Niechaj będzie ono odkryte w czystym sumieniu, abyś jak w zwierciadle rozważał wspaniałość Pana i wzrastał z chwały w chwałę w Chrystusie Jezusie. Jemu cześć i chwała na wieki wieków.

    Amen. 

    _______

    PRZYPISY:

    [1] 1 Kor 11,23-25.

    [2] 2 P 1,4.

    [3] J 6,54.

    [4] Ps 22,5.

    [5] Ps 22,5b.

    [6] Ps 22,5c.

    [7] Mt 26,27.

    [8] Koh 9,7-9.

    [9] Iz 61,10.

    [10] Ps 103,15.

    apologetyka.katolik.pl/Fronda.pl

    ***

    Krew Chrystusa oczyszcza nasze sumienie

    Autor Listu do Hebrajczyków porównuje starą i nową świątynię, aby wykazać definitywną skuteczność ofiary Jezusa.

    CANVA/Gość Niedzielny

    ***

    Z Listu do Hebrajczyków:

    Ale Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką – to jest nie na tym świecie – uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. (Hbr 9, 11-14)

    Refleksja:

    Krew Chrystusa zdolna jest działać w głębi sumienia, w celu oczyszczania i uwalniania od grzechu, to znaczy od tego źródła nieczystości, które zabija wszelką nadzieję, ponieważ czyni człowieka niewolnikiem i w konsekwencji niezdolnym do pracy nad sobą. Już w Starym Testamencie składane były ofiary na oczyszczenie kapłanów, ludu i świątyni. Te ofiary znalazły swoje wypełnienie w Chrystusie. Najwyższy Kapłan ustanawia i powierza nowemu ludowi Bożemu jedyną, drogocenną ofiarę swojego Ciała i swojej Krwi, która ma nieskończoną wartość. Moc płynąca z tej ofiary oczyszcza z grzechów, uświęca, stwarza pokój oraz ustanawia nową wspólnotę Boga z ludźmi. A ofiara ta spełnia się przez przelanie Krwi. W ten sposób zmazana zostaje wina ludzi, tych, którzy opłukali swe szaty i w Krwi Baranka je wybielili (Ap 7, 14), ponieważ prawdziwie Krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu (1 J 1, 7; por. Ap 1, 5).

    ***

    Z „Listów” św. Kaspra del Bufalo, kapłana (Tom VI f, 403)

    Adoracja niezmierzonej Ceny naszego zbawienia jest najcenniejszym przedmiotem naszych dążeń. Z Boskiej Krwi płyną skarby mądrości i uświęcenia, wolność od kary piekielnej oraz możność posiadania chwały świętych w niebie. Wraz z przyjęciem tej niezmierzonej Ceny, przez którą zostaliśmy zbawieni, znajdź grzeszna duszo świętą i wewnętrzną motywację znalezienia nadziei w miłosierdziu i przebaczeniu; a ciebie, człowieku skruszony, niech ta niezmierzona Cena naszego zbawienia pobudza do wzrostu w cnotach i w świętości oraz w zdrowej, płomiennej gorliwości ratowania dusz dla Pana. Rozmyślanie o tym tak ważnym nabożeństwie niech cię uzdalnia do powstania ze snu duchowej śmierci, która cię zniewala. Rozumiemy teraz, dlaczego w Starym Testamencie Pan miał upodobanie w krwi ofiar zwierzęcych: ponieważ były zapowiedzią Krwi Baranka, przelanej na ołtarzu krzyża w pełni czasów. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi krapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. Niech to nabożeństwo do Przenajdroższej Krwi przybliży nasze dusze do boskiego Serca Jezusa.

    Prośby:

    Z żywą wiarą w moc Krwi Chrystusa módlmy się wspólnie i wołajmy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Za święty Kościół Boży, by oczyszczony Krwią Chrystusa stawał się coraz bardziej znakiem miłości i apostolskiej gorliwości, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Aby Krew Chrystusa obudziła w nas wszystkich potrzebę skruchy i zbawienia, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Za wszystkich cierpiących, by potrafili złączyć swoje cierpienia ze zbawczą ofiarą Chrystusa, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Boże, który odkupiłeś całą ludzkość Najdroższą Krwią swojego jedynego Syna, zachowaj w nas dzieła swojego miłosierdzia, byśmy – wspominając nieustannie tajemnice naszego zbawienia – mogli otrzymać jego owoce. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    “Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”(tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS)

    (tekst pochodzi z książki: KREW CHRYSTUSA – codzienne rozważania na lipiec)

    fot. Hna Carolina BR/cathopic.com22/Stacja7.pl

    ***

    Krew Chrystusa – cena Bożej miłości

    Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia – pisał św. Jan Paweł II w encyklice Evangelium Vitae.

    W dawnej tradycji rozważano nad nią przez cały lipiec. To nie przypadek, że o jej wartości rozmyślano akurat w tym miesiącu. Skoro w czerwcu wychwalamy Boskie Serce Jezusa, to w lipcu warto byłoby pochylić się nad Jego Przenajdroższą Krwią. Serce i krew stanowią przecież integralną całość. Jedno bez drugiego nie może spełniać swojej funkcji. Krew daje życie, jej utrata powoduje śmierć. Krew Chrystusa przelana na krzyżu dała nam zbawienie. Na tym się jednak nie skończyło, bo my w dalszym ciągu możemy się do niej odwoływać, zanurzać w niej swoje życie, ludzi, których spotykamy na co dzień, wszystkie nasze sprawy, problemy i grzechy. Ona nas oczyszcza, uświęca, uzdrawia i uwalnia.

    – Szukając początku kultu Krwi Chrystusa trzeba zatrzymać się w rzymskim kościele San Nicola in Carcere. Według tradycji przechowywany jest w nim skrawek płaszcza należącego do setnika, który włócznią przebił bok Jezusa. Relikwię w XVIII w. przekazali do świątyni krewni żołnierza. Początkowo Krwi Chrystusa poświęcano pierwszą niedzielę czerwca. Papież Pius X przeniósł tę uroczystość na 1 lipca. Modlitwę do Przenajdroższej Krwi Zbawiciela zanoszono jednak przez cały miesiąc – tłumaczy ks. Łukasz Tarnowski, kustosz Sanktuarium Krwi Chrystusa w Częstochowie. Dodaje, że po Soborze Watykańskim II połączono Uroczystość Najświętszego Ciała i Uroczystość Krwi Chrystusa w jedno święto (Boże Ciało).

    Świadomość bycia odkupionym

    Ks. Łukasz należy do zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa, które żyje duchowością Jezusowej Krwi. – Myślę, że jej kult na przestrzeni wieków nigdy nie był zapomniany. Może nie akcentowano go zbyt mocno, ale na pewno nie zaniechano – mówi ks. Łukasz. – O Krwi Jezusa mówiły obrazy i modlitwy. My, jej misjonarze, chcemy nie tylko skupiać się na modlitwie i adorowaniu, ale też na szerzeniu duchowości Przenajdroższej Krwi. Francuski kardynał Albert Vanhoye, który głosił papieżowi rekolekcje na temat Krwi Chrystusa, podkreślał, że była ona „nasączona” Duchem Świętym. Tłumaczył, iż została wylana dla naszego zbawienia przez Jezusa, który był w jedności ze swoim Ojcem. W naszym częstochowskim sanktuarium wierni mogą oddać się Przenajświętszej Krwi Chrystusa. To bardzo stara praktyka. Nie chodzi tu tylko o kult czy podejmowanie zobowiązań modlitewnych. Najważniejsze są czyny i świadomość, że w Jezusie mamy Zbawiciela, że Jego Krew, którą adorujemy i pijemy w Eucharystii, dała nam wolność. W tej darowanej wolności chcemy żyć tym, czego wymaga od nas Bóg, chcemy powiedzieć tak, jak ludzie zgromadzeni wokół Mojżesza podczas zawierania przymierza: wszystkie słowa prawa wypełnimy! – dodaje.

    Wielka łaska pojednania

    Do Sanktuarium Krwi Chrystusa napływają świadectwa osób, które w swoich troskach i problemach odwoływały się do Krwi Chrystusa. – W ostatnim czasie szczególnie docierają do nas wieści o uzdrowieniach fizycznych. Zazwyczaj nie są potwierdzone dokumentami. Wielu jest jednak przekonanych, że po modlitwie w sanktuarium i błogosławieństwie relikwiami Krwi Chrystusa doznali uzdrowienia. Myślę tu np. o przypadkach wchłonięcia się komórek rakowych – precyzuje i dodaje, że sam zwraca też uwagę na inną ważną sprawę. – Kiedy przyjmuję grupę pielgrzymów, zapraszam i zachęcam do otworzenia się na pojednanie, które daje Krew Chrystusa. Mówią o tym teksty biblijne. Św. Paweł pisze, że Bóg wprowadza pokój przez Krew swego Syna (por. Kol 1,20). O takie pojednanie modlę się codziennie; proszę, by dokonywało się ono w naszych sercach, umysłach i ciałach, o to, byśmy przyjmowali ten pokój. Dziś z wielkim bólem trzeba przyznać, że bardzo nam go brakuje, tak samo jak jedności i harmonii. Krew Jezusa może nas, zagubionych, rozbitych i poranionych fizycznie, psychicznie i duchowo, scalić na nowo – podsumowuje ks. Łukasz.

    Wartość i zjednoczenie

    W rozważaniu nad Krwią Jezusa niezwykle mocne i uderzające są też słowa dominikanina o. Adama Szustaka. Ten znany kaznodzieja przypominał: „Mamy niezwykłą wartość, bo kiedy Bóg miał za nas zapłacić, to nie starczyło na ziemi złota i srebra. Jedyną ceną, która była godna tego, żeby nas wykupić, stała się Krew Jego Syna. Drożej już się nie da!”.

    Jeszcze bardziej mistycznie pisała o Krwi Chrystusa św. s. Faustyna: „Czuję to dobrze, jak Twoja Boska krew krąży w sercu moim; nie ma w tym żadnej wątpliwości, że z tą krwią Twoją przenajświętszą weszła w serce moje miłość Twoja najczystsza. Czuję, że mieszkasz we mnie z Ojcem i Duchem Świętym, a raczej czuję, że ja żyję w Tobie, o Boże niepojęty. Czuję, że się rozpływam w Tobie, jako jedna kropla w oceanie. Czuję, że jesteś na zewnątrz i we wnętrznościach moich, czuję, że jesteś we wszystkim, co mnie otacza, we wszystkim, co mnie spotyka” (Dz. 478). Czy można więc zapomnieć o tej Boskiej Krwi???

    Moc wszystkich wierzących

    Papież Jan XXIII przypominał, że nabożeństwo do krwi Chrystusa łączy się z kultem Imienia i Serca Jezusa.

    O potrzebie odwoływanie się do zasług Krwi Syna Bożego pisał w liście apostolskim „Inde a Primis” w 1960 r. Przypominał w nim o siedmiu jej wylaniach, jakie dokonały się podczas obrzezania, modlitwy w Ogrójcu, biczowania, ukoronowania cierniem, drogi krzyżowej, przybicia do krzyża i przebicia boku włócznią. Cytował też św. Jana Chryzostoma, który nauczał, że „Od tego stołu [eucharystycznego] odchodzimy, jakoby lwy ogniem ziejące, straszni szatanom, rozpamiętując, kto to jest naszą Głową i jak wielką miłość nam okazał… Ta Krew godnie przyjęta, czarta odstrasza, aniołów do nas przywołuje, samego Pana aniołów sprowadza… Ta Krew przelana cały świat obmywa… To jest ta cena świata; to jest cena, za którą Chrystus Pan Kościół kupił…”.

    Papież Jan XXIII pisał, że „wierni, którzy godnie zbliżają się do Krwi Pańskiej, pozyskują obfite owoce odkupienia, zmartwychwstania i życia wiecznego, które wysłużyła ludzkości Krew przelana przez Chrystusa „z natchnienia Ducha Świętego” (Hbr 9,14). Wierni nakarmieni Ciałem i napojeni Krwią Chrystusa stają się uczestnikami Jego mocy Bożej; tej samej mocy, dzięki której powstały niezliczone zastępy męczenników. I tak uzdolnieni chrześcijanie idą na spotkanie codziennych wyzwań i przeciwności, zbożnych wyrzeczeń, a czasem samego męczeństwa. Znoszą to wszystko dla obrony cnoty i Królestwa Bożego, czując w sobie ową miłość gorejącą”. Ojciec święty za św. Pawłem powtarzał, że Krew Chrystusa woła głośniej niż krew Abla. Czy można więc pozostać na nią głuchym?

    Zaproszenie do zanurzenia

    Krew Chrystusa oczyszcza nas z grzechów, uświęca, uzdrawia i uwalnia. Ona jest naszą najlepszą ochroną przez złem.

    Warto się do niej uciekać z każdą sprawą. Można to robić poprzez Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Pięknym wołaniem jest też modlitwa zanurzenia we Krwi Chrystusa, napisana przez s. Gertrudę Bociąg ze zgromadzenia Misjonarek Krwi Chrystusa. Warto ją odmawiać na rozpoczęcie dnia. Jest pięknym zawierzeniem siebie, bliskich nam ludzi, naszych rozmów, prac i odpoczynku. Jest zaproszeniem Jezusa do naszej codzienności, a także deklaracją przyjęcia wszystkiego, co nas spotyka w duchu zadośćuczynienia. Nie chodzi w niej, by prosić o uniknięcie wszelkich trudności. Nikt nam tego nie obieca. Nikt nie powiedział, że jeśli będziemy wierzyć w Boga, nie spotka nas nic trudnego i nieprzyjemnego. Zanurzenie we Krwi Jezusa i wołanie o to, by Jej moc objawiła się w naszym życiu, są wyrazem naszej wiary, ale też świadomości, że sami z siebie jesteśmy słabi i niewiele możemy. Krew Jezusa oczyszcza nas z naszych win. Pomaga być bliżej Boga. Ona uzdrawia nasze serca ze zranień i krzywd zadanych przez innych. Daje moc do kochania i służenia, pomimo ludzkich ograniczeń. Ona stwarza nas na nowo. Jest zdrojem miłosierdzia. Warto wzywać Jej mocy. To najmocniejsza broń przeciwko złu tego świata. Aby zbawić ludzkość wystarczyła tylko jedna jej kropla. Jezus chciał jednak inaczej. Pozwolił, by płynęła strumieniami. Nie bójmy się Jego Krwi. Pozwólmy, by nas obmywała w sakramencie pokuty i poiła w Eucharystii. W ten sposób najmocniej jednoczymy się z Jezusem i pozwalamy, by w nas działał. W Jego Krwi jest nasze zdrowie i życie.

    Echo Katolickie/opoka.org.pl

    ***

    Krew Chrystusa woła – „trzeba szerzyć jej cześć”

    Wiele krwi leje się z powodu ludzkiej pychy i żądzy panowania. Zbawiciel wylał swoją Krew dla obmycia człowieka z grzechu i ocalenia go na wieczność. Lipiec jest poświęcony rozważaniu tej prawdy.

    KASPER DEL BUFALO

    Święty Kasper del Bufalo, założyciel Zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa.

    Nheyob/Wikipedia | CC BY-SA 3.0/Aleteia.pl

    ***

    Angelo Roncalli wspominał, że już w dzieciństwie odmawiał z rodzicami Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Rodzina robiła to codziennie przez cały lipiec, bo ten właśnie miesiąc jest w katolickiej tradycji ludowej poświęcony kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa. Gdy został papieżem, wydał w 1954 roku list apostolski Inde a primis, w którym zachęcił wiernych do rozważania wartości Krwi Zbawiciela przez odmawianie litanii. „Niechaj wierni rozważają, jak wielką i nieskończoną wprost mocą bije ta Krew prawdziwie Przenajdroższa, »której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy«” – pisał św. Jan XXIII.

    Zdobyć duszę

    Była pierwsza połowa XIX wieku, Europą wstrząsały wojny napoleońskie. Pewnego razu podczas modlitwy ksiądz Kasper del Bufalo wpatrywał się w wizerunek Ukrzyżowanego. Później zapisał: „Wydawało mi się, że słyszę takie słowa: »Widzisz, o synu, moją Boską Krew: w cierpieniach ją przelałem i przez cierpienia trzeba szerzyć jej cześć«”.

    Przyszły święty pozostał wierny swojej misji do końca życia. Głoszenie czci Krwi Chrystusa stało się jego pasją. „Chciałbym mieć tysiąc języków, ażeby każdą duszę zdobyć dla Najdroższej Krwi Chrystusa. Och, chciałbym to nabożeństwo rozszerzać własną krwią. Można by powiedzieć, że jestem zaprzedany adoracji Boskiej Krwi, ceny wiecznego zbawienia” – wyznał kiedyś.

    Nie musiał szukać cierpień – pojawiły się w następstwie jego wierności i posłuszeństwa Kościołowi. „Nie mogę, nie muszę, nie chcę” – to bodaj najsłynniejsze słowa św. Kaspra. Wypowiedział je przed francuskim urzędnikiem, odmawiając złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi, który zawładnął Państwem Kościelnym i uwięził papieża. Zapłacił za to najpierw wygnaniem, a potem ciężkim więzieniem. O tym, jak trudnym doświadczeniem był dla niego pobyt w lochu, świadczy fakt, że do końca życia odczuwał lęk przed ciemnością i nie mógł spać bez zapalonego światła. Ale i to stało się źródłem błogosławieństwa. Być może stąd wziął się jego pomysł stworzenia w Rzymie nocnych oratoriów – miejsc modlitwy, do których Kasper zapraszał ludzi spędzających noce na hulankach i pijatykach.

    Najbardziej wyrazistym i trwałym dziełem życia św. Kaspra jest założenie zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa. To oni ponieśli w świat kult Najświętszej Krwi Chrystusa i niosą go dalej. Towarzyszą im w tej misji siostry Adoratorki Krwi Chrystusa, siostry Misjonarki Krwi Chrystusa, a także świeccy zrzeszeni we Wspólnocie Krwi Chrystusa. Dla nich i wszystkich osób żyjących według duchowości Krwi Chrystusa centrum kultu stanowią adoracja i Komunia eucharystyczna. Rozważają także opisane w Ewangelii i celebrowane w liturgii momenty przelania Krwi przez Zbawiciela. Odmawiają też prywatnie i publicznie, szczególnie w lipcu, Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa.

    Odkryłem wartość

    Ks. Damian Siwicki z tego zgromadzenia zainteresował się kultem Krwi Pańskiej za sprawą swojego ojca, który jest członkiem Wspólnoty Krwi Chrystusa.

    – Mój tata zawsze chciał, żebym mógł poznać to miejsce w Częstochowie i misjonarzy, którzy prowadzą wspólnotę – opowiada. Tak się też stało: piętnastoletni Damian pojechał do Częstochowy na zorganizowane przez zgromadzenie święto młodzieży. Kiedy później przeżywał młodzieńczy bunt, uświadomił sobie, że właśnie tam czuł głęboki spokój i widział ludzi pełnych nieudawanej radości. Pewnego dnia, gdy odczuwał dojmujący smutek i poczucie bezsensu, poczuł w sobie przynaglenie, wręcz przymus, żeby pojechać do misjonarzy na rekolekcje młodzieżowe. – Tam, klęcząc w kaplicy, doświadczyłem bliskości Pana Boga, Jego miłości. Chciałem, żeby moje życie się zmieniło. I od tego momentu zaczyna się moja historia poznawania misjonarzy i duchowości Krwi Chrystusa. Ja sam, dzięki doświadczeniu miłości Pana Boga i dzięki misjonarzom, odkryłem, że mam wartość – zwierza się. Poruszyła go lektura pism św. Kaspra. Podobnie jak założyciel zgromadzenia poczuł się wezwany, żeby wyjść do tych, w których Krew Jezusa woła najbardziej. Do tych, którzy potrzebują wiedzieć, że są ważni i wartościowi w oczach Boga.

    Szukamy zranionych

    Misjonarze Krwi Chrystusa często mówią o „wołaniu Krwi Chrystusa”. To głos Zbawiciela, który wzywa, żeby pójść do tych, którzy Go potrzebują najbardziej. Słyszał go św. Kasper. „Gdziekolwiek zwrócę myśl, widzę Jego Krew. Rany nóg i rąk, głowę koronowaną cierniami, otwarte Serce Boże. Wszystko to popycha nas do pokochania Go. Krew Eucharystyczna, którą Jezus ofiarowuje każdego dnia na ołtarzu, to także Krew, która płynie z krzyża i ołtarza, płynie w Ciele Mistycznym Chrystusa, przynosząc duszom Jego siłę oczyszczającą i uświęcającą” – pisał, porwany Jezusowym pragnieniem, żeby cały świat został oczyszczony ze zmazy grzechu. „Oto do czego skłania nas cześć Bożej Krwi, którą ofiarujemy stale we Mszy św., którą przyjmujemy w sakramentach. Ona jest ceną zbawienia i świadectwem miłości okazanej człowiekowi przez Boga” – zachwycał się. „Wystarczy jedno spojrzenie na Boską Krew, a ona wstrząśnie nami, byśmy działali z niespożytą gorliwością, i działać będziemy z prawdziwym Duchem Bożym” – zapewniał w jednym z listów.

    Duchowość Krwi Jezusa motywuje misjonarzy z założonego przez św. Kaspra zgromadzenia do wchodzenia w środowiska znajdujące się w kryzysie. W Ameryce Południowej są na przykład takie miejsca, w których obejmują zaniedbaną parafię, pracują tam kilkadziesiąt lat, odbudowując ją od strony materialnej, ale przede wszystkim tworząc z ludźmi żywy Kościół. Potem zostawiają to miejsce innym i idą do kolejnego, tam, gdzie jest większa potrzeba.

    – Kiedy widziałem, jak działają tam moi współbracia, uświadomiłem sobie, że tak działa Pan Jezus. On się nie zatrzymuje; szuka ludzi, mówi, że musimy iść też do innych miejsc, by głosić królestwo Boże. „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” – to są te słowa. I to jest działanie Krwi Jezusa, która płynie do wszystkich miejsc, w których jest grzech. Ona ma moc, żeby zmieniać życie człowieka, żeby wszystko odnawiać – podkreśla ks. Damian Siwicki. Przekonuje, że Krew Jezusa jest dla każdego i dzięki niej każdy może poczuć własną wartość, zrozumieć, że jest cenny w oczach Boga, bo On ją za każdego wylał. Mocą tej Krwi dokonuje się nasze wybawienie i usprawiedliwienie.

    – Wszędzie pracujemy z ludźmi, którzy doświadczyli od innych jakiegoś zranienia. I staramy się te osoby prowadzić do doświadczenia uzdrowienia, które jest we Krwi Jezusa. A w konsekwencji do pojednania. Jezus mocą swojej Krwi zburzył wszelkie mury między nami i dzięki Niemu możemy stać się braćmi. To doświadczenie staramy się przekazywać, dzielić się nim – zaświadcza duchowny.

    Tam, gdzie jest potrzeba

    Świeccy ze Wspólnoty Krwi Chrystusa działają razem z Misjonarzami Krwi Chrystusa.

    – Oni są razem z nami na tej drodze zaproszeni, by być misjonarzami. Zapraszamy ich do tego, co robimy, do prowadzenia rekolekcji czy misji, ale też do zaangażowania w naszych dziełach. Oni mogą dotrzeć tam, dokąd my nie możemy. W tym, co się da, wspólnie przeżywamy też naszą formację, dni skupienia czy rekolekcje, ale nie zamyka się to na samorozwoju, lecz prowadzi do tego, żebyśmy mogli razem iść do tych, którzy potrzebują wsparcia, i dzielić się z nimi naszą duchowością – tłumaczy kapłan. Akcentuje znaczenie rozpoznawania znaków czasu. – Staramy się usłyszeć, gdzie Krew Jezusa nas woła dzisiaj, i tam pójść. Ja pracuję z młodymi i najbardziej to wołanie słyszę w kontekście samotności, braku zdolności do tworzenia relacji. Podejmuję więc próbę wyjścia do młodych i tworzenia z nimi relacji. To moje doświadczenie, ale na przykład mój współbrat, z którym pracuję w parafii, w tej chwili słyszy to wołanie najbardziej od rodzin, których członkowie są wierzący, ale mają duże problemy z wytrwaniem, z pozostaniem w małżeństwie. Odpowiadając na to wołanie, poszedł w tym roku na studia, żeby uczyć się pomagać rodzinom w kryzysie – mówi ks. Damian Siwicki.

    Kasper del Bufalo wciąż inspiruje czcicieli Krwi Chrystusa. Święty do końca życia pozostał wierny wołaniu Krwi Chrystusa. To ono nie pozwoliło mu spać spokojnie, gdy mieszkańców Rzymu dziesiątkowała cholera. Rzucił się na pomoc chorym i umierającym, nie myśląc o własnym bezpieczeństwie. Zaraził się i zmarł pod koniec 1837 roku. Jednym z dorodnych owoców jego życia jest kult Krwi Chrystusa, który zakorzenił się w Kościele, przynosząc wielu ludziom pożytek doczesny i wieczny.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    środa 16 lipca

    Dziś uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel

    Dziś uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel

    fot. via Wikipedia, CC 0/Fronda.pl

    ***

    Dzisiejsze wspomnienie zwraca nas ku Maryi objawiającej się na górze Karmel, znanej już z tekstów Starego Testamentu – z historii proroka Eliasza (1 Krl 17, 1 – 2 Krl 2, 25). W XII wieku po Chrystusie do Europy przybyli, prześladowani przez Turków, duchowi synowie Eliasza, prowadzący życie kontemplacyjne na Karmelu. Również w Europie spotykali się z niechęcią. Jednakże Stolica Apostolska, doceniając wyrzeczenia i umartwienia, jakie podejmowali zakonnicy, ułatwiała zakładanie nowych klasztorów.

    Maryja ofiarowuje szkaplerz karmelitański św. Szymonowi Stockowi Szczególnie szybko zakon rozwijał się w Anglii, do czego przyczynił się m.in. wielki czciciel Maryi, św. Szymon Stock, szósty przełożony generalny zakonu karmelitów. Wielokrotnie błagał on Maryję o ratunek dla zakonu. W czasie jednej z modlitw w Cambridge, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r., ujrzał Bożą Rodzicielkę w otoczeniu Aniołów. Podała mu Ona brązową szatę, wypowiadając jednocześnie słowa:

    Przyjmij, synu, szkaplerz twego zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.

    Szymon Stock z radością przyjął ten dar i nakazał rozpowszechnienie go w całej rodzinie zakonnej, a z czasem również w świecie. W XIV wieku Maryja objawiła się papieżowi Janowi XXII, polecając mu w opiekę “Jej zakon” karmelitański. Obiecała wówczas obfite łaski i zbawienie osobom należącym do zakonu i wiernie wypełniającym śluby. Obiecała również wszystkim, którzy będą nosić szkaplerz, że wybawi ich z czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Cały szereg papieży wypowiedziało się z pochwałami o tej formie czci Najświętszej Maryi i uposażyło to nabożeństwo licznymi odpustami. Wydali oni około 40 encyklik i innych pism urzędowych w tej sprawie.
    Do spopularyzowania szkaplerza karmelitańskiego przyczyniło się przekonanie, że należących do bractwa szkaplerza Maryja wybawi z płomieni czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Tę wiarę po części potwierdzili papieże swoim najwyższym autorytetem namiestników Chrystusa. Takie orzeczenie wydał jako pierwszy Paweł V 29 czerwca 1609 r., Benedykt XIV je powtórzył (+ 1758). Podobnie wypowiedział się papież Pius XII w liście do przełożonych Karmelu z okazji 700-lecia szkaplerza. Nie ma jednak ani jednego aktu urzędowego Stolicy Apostolskiej, który oficjalnie i w pełni aprobowałby ten przywilej. O przywileju sobotnim milczą najstarsze źródła karmelitańskie. Po raz pierwszy wiadomość o objawieniu szkaplerza pojawia się dopiero w roku 1430.
    Nabożeństwo szkaplerza należało kiedyś do najpopularniejszych form czci Matki Bożej. Jeszcze dzisiaj spotyka się bardzo wiele obrazów Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel), ołtarzy i kościołów. We Włoszech jest kilkaset kościołów Matki Bożej z Góry Karmel, w Polsce blisko setka. Wiele obrazów i figur pod tym wezwaniem zasłynęło cudami, tak że są miejscami pątniczymi. Niektóre z nich zostały koronowane koronami papieskimi. Szkaplerz w obecnej formie jest bardzo wygodny do noszenia. Można nawet zastąpić go medalikiem szkaplerznym. Z całą pewnością noszenie szkaplerza mobilizuje i przyczynia się do powiększenia nabożeństwa ku Najświętszej Maryi Pannie.
    Szkaplerz nosili liczni władcy europejscy i niemal wszyscy królowie polscy (od św. Jadwigi i Władysława Jagiełły poczynając), a także liczni święci, również spoza Karmelu, m.in. św. Jan Bosko, św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Wincenty a Paulo. Sama Matka Boża, kończąc swoje objawienia w Lourdes i Fatimie, ukazała się w szkaplerzu, wyrażając przy tym wolę, by wszyscy go nosili. Na wzór szkaplerza karmelitańskiego powstały także inne, jednakże ten pozostał najważniejszy i najbardziej powszechny. W wieku 10 lat przyjął szkaplerz karmelitański także św. Jan Paweł II. Nosił go do śmierci.
    Święto Matki Bożej z Góry Karmel karmelici obchodzili od XIV w. Benedykt XIII (+ 1730) zatwierdził je dla całego Kościoła. W Polsce otrzymało to święto nazwę Matki Bożej Szkaplerznej.

    Szkaplerz karmelitański Szkaplerz początkowo był wierzchnią szatą, której używali dawni mnisi w czasie codziennych zajęć, aby nie brudzić habitu. Spełniał więc rolę fartucha gospodarczego. Potem przez szkaplerz rozumiano szatę nałożoną na habit. Pisze o nim już reguła św. Benedykta w kanonie 55 dotyczącym ubrania i obuwia braci. Wszystkie dawne zakony noszą po dzień dzisiejszy szkaplerz. Współcześnie szkaplerz oznacza strój, który jest znakiem zewnętrznym przynależności do bractwa, związanego z jakimś konkretnym zakonem. Tak więc istnieje szkaplerz: brunatny – karmelitański (w. XIII); czarny – serwitów (w. XIV), od roku 1860 kamilianów; biały – trynitarzy, mercedariuszy, dominikanów (w. XIV), Niepokalanego Serca Maryi (od roku 1900); niebieski – teatynów (od roku 1617) i Niepokalanego Poczęcia Maryi (w. XIX); czerwony – męki Pańskiej; fioletowy – lazarystów (1847) i żółty – św. Józefa (w. XIX).
    Ponieważ było niewygodnie nosić szkaplerz taki, jaki nosili przedstawiciele danego zakonu, dlatego z biegiem lat zamieniono go na dwa małe kawałki płótna, zazwyczaj z odpowiednim wizerunkiem na nich. Na dwóch tasiemkach noszono go w ten sposób, że jedno płócienko było na plecach (stąd nazwa łacińska scapulare), a druga na piersi. Taką formę zachowały szkaplerze do dnia dzisiejszego. W roku 1910 papież św. Pius X zezwolił ze względów praktycznych na zastąpienie szkaplerza medalikiem szkaplerznym.
    W przypadku szkaplerza karmelitańskiego na jednym kawałku powinien być umieszczony wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej, a na drugim – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jedna część powinna spoczywać na piersiach, a druga – na plecach. Szkaplerz musi być poświęcony według specjalnego obrzędu.

    Szkaplerz, będący znakiem maryjnym, zobowiązuje do chrześcijańskiego życia, ze szczególnym ukierunkowaniem na uczczenie Najświętszej Maryi Dziewicy potwierdzanym codzienną modlitwą Pod Twoją obronę.

    brewiarz.pl

    ***

    Szkaplerz – skromny, mały znak, symbolizujący inną rzeczywistość

    Gdy Szymon Stock w nocy z 15 na 16 lipca śpiewał ułożony przez siebie hymn: „Kwiecie Karmelu/ Płodna winnico/ Ozdobo niebios”, otrzymał niezwykły prezent.

    obraz Matki Bożej Szkaplerznej

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Dałeś mi, Panie, zbroję – śpiewał przed laty Jacek Kaczmarski. Nie myślał o związanym z górą Karmel szkaplerzu, ale słowa piosenki pasują do niego jak ulał. Przyjęcie tego sakramentalium to dosłowne potraktowanie słów pieśni „Pod Twój płaszcz się uciekamy”. Słowo scaphulae oznacza nie tylko „wierzchnią szatę” ale i „skrzydła, pióra”.

    Czym jest szkaplerz? Najpiękniejszą definicję usłyszałem od siostry Liberii, karmelitanki Dzieciątka Jezus: „Jest skromnym, niepozornym, małym znakiem, symbolizującym inną rzeczywistość. Tajemnicę, którą należy odkrywać w duchu logiki Ewangelii: jak maleńkie ziarno gorczycy, zakwas, skarb ukryty w roli. Jezus mówi: Kto jest najmniejszy wśród was, ten jest wielki”. Generał Karmelu i wielki czciciel Maryi, Szymon Stock, w nocy z 15 na 16 lipca, gdy śpiewał ułożoną przez siebie modlitwę: „Kwiecie Karmelu/ Płodna winnico/ Ozdobo niebios/ Matko Dziewico/ O Najwybrańsza/ Czysta i wierna/ Dzieciom Karmelu/ Bądź miłosierna/ O Gwiazdo morza”, miał widzenie Najświętszej Maryi Panny. Podała mu szkaplerz, zapowiadając: „Przyjmij, najmilszy synu, szkaplerz twego zakonu jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”. Choć prorok Eliasz widział wcześniej moc Boga objawiającego się w ogniu na górze Karmel, tym razem rozeznał, że Najwyższy przyszedł inaczej. W delikatnym powiewie wiatru. Po wiekach cadyk Bunam, aptekarz z Przysuchy, zawołał, nauczając swych wiernych chasydów: „Wielkim dziełem Eliasza nie było to, że uczynił cud, ale to, że gdy spadł ogień z nieba, lud nie mówił o cudzie, tylko wszyscy wykrzyknęli: »Pan jest Bogiem!«”. To również opowieść o górze Karmel, bo parafrazując benedyktyna o. Johna Chapmana: „w szkaplerzu nie chodzi o szkaplerz, w szkaplerzu chodzi o Boga”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    „Szkaplerz jest jak Boża zbroja. Upodabniamy się do Maryi”

    ***

    Szkaplerz to nie amulet czy paszport do nieba. Wzięcie sobie Maryi do pomocy w walce duchowej jest jak przywdzianie zbroi Bożej. Tak jak różaniec jest bronią, która atakuje złego ducha, tak szkaplerz jest bronią, która chroni przed pociskami złego ducha, ale to wymaga współpracy – upodobniania się do Matki Bożej – mówi portalowi PCh24 o. Włodzimierz Tochmański OCD, prowincjonalny moderator Bractwa Szkaplerznego. 

    Marta Dybińska: Proszę Ojca, 16 lipca w Kościele Katolickim obchodzimy wspomnienie NMP z Góry Karmel. Mimo, że na początku nabożeństwo było praktykowane we wspólnotach karmelitańskich, dziś o przyjęcie do szkaplerza proszą ludzie z różnych zakątków świata, a czasami pewnie i tacy, którzy nie są w żaden sposób związani z Karmelem. Dlaczego?

    Włodzimierz Tochmański OCD: Maryja wybiera najpokorniejszą część szaty – szkaplerz, który jest wkładany przez głowę – jako fartuch, który ma chronić habit/sutannę. Wręcza go św. Szymonowi Stockowi 16 lipca 1251 roku, mówiąc, że „kto w nim umrze, nie zazna ognia wiecznego”. Od tego momentu Zakon zaczyna się rozwijać. Niesamowita jest przychylność Stolicy Apostolskiej. Papieże potwierdzają zarówno tę łaskę, jak i kolejne, o których mówi Maryja: wybawienie z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci; pomoc i obrona w niebezpieczeństwach duszy i ciała; uczestnictwo w dobrach duchowych całego Zakonu karmelitańskiego za życia i po śmierci.

    Szkaplerz wprowadza nas w głęboką relację z Maryją, upodobniania się do Niej – do naszej Siostry. Szkaplerz to szata, którą Ona wysłużyła u Chrystusa. Tak jak każda matka stroi swoje dzieci, tak samo Maryja daje nam Szkaplerz. Szatę być może śmieszny w oczach tego świata, ale właśnie… nieraz Pan Bóg wybiera to, co śmieszne w oczach świata, by pokazać swoją moc.

    Jedną z obietnic Matki Bożej Szkaplerznej jest, jak Ojciec wspomniał, „wybawienie z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci”. Co to znaczy?

    Te łaskę potwierdza św. s. Faustyna, która ma wizję czyśćca i widzi, jak Maryja, nazwana „Stella Maris” (łac. „Gwiazda Morza”), przynosi swoim duszom ochłodę. Na Górze Karmel była wielka latarnia, która pomagała rozbitkom na Morzu Śródziemnym dopłynąć do portu w Hajfie. Maryja pozwala nam, poprzez łaskę i wstawiennictwo – rozbitkom na tym łez padole dzisiejszego świata – dopłynąć do portu zbawienia, jakim jest Jezus Chrystus. Zachęcam wszystkich, abyśmy zawierzyli Maryi – nie tylko jako Matce, ale też jako Siostrze. Nasz Zakon to Bracia bosi Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel – to jest szczególna bliskość duchowa.

    Można powiedzieć, że z przyjęcia do szkaplerza są same plusy?

    To nie jest automat. Szkaplerz to nie talizman czy amulet. To nie jest paszport do nieba, gdzie po życiu pełnym przeciętności czy bylejakości można osiągnąć życie wieczne. Chodzi o to, aby troska o zbawienie stała się naszym pierwszym celem. Wzięcie sobie Maryi do pomocy w walce duchowej jest jak przywdzianie zbroi Bożej. Tak jak różaniec jest bronią, która atakuje złego ducha, tak szkaplerz jest bronią, która chroni przed pociskami złego ducha, ale to wymaga współpracy – upodobniania się do Matki Bożej. Szkaplerz zobowiązuje do życia na wzór Maryi. Szkaplerz zobowiązuje do bycia osobą, która żyje miłością i miłosierdziem – troszczy się o zbawienie swoje i innych. Św. Jan od Krzyża mówił: „Najbardziej boską z boskich rzeczy jest móc współpracować z Bogiem dla zbawienia dusz”. I dodawał: „Matka Boża jest moja, wszystkie rzeczy są moje, i sam Bóg jest moim i dla mnie, gdyż Chrystus jest mój i wszystek dla mnie”. Wszystko ma służyć człowiekowi, tylko człowiek ma współpracować. W wolności wewnętrznej wybierać i dawać ewangeliczne świadectwo.

    Proszę rozwiać wątpliwości – szkaplerz w medaliku ma inną wartość niż szkaplerz płócienny?

    Od 1910 roku św. papież Pius X na prośbę górników belgijskich pozwolił noszenie szkaplerza płóciennego zamienić na medalik. Medalik z jednej strony ma mieć wizerunek Serca Jezusowego, z drugiej – Matkę Bożą. Jednak przyjęcie do Szkaplerza jest przez szkaplerz sukienny. Nosząc szkaplerz, przypominamy sobie, ze życie to nie tylko tu i teraz, ale również życie wieczne, o które walczymy.

    Ktoś powie, że wiarę i miłość do Boga trzeba nosić w sercu, po co nosić na sobie „jakiś” materiał, z wizerunkami NSPJ i Matki Bożej?

    Ewangelia mówi: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10, 32-33).

    Zwłaszcza kobiety, które zostały przyjęte do szkaplerza, kiedy wychodzą na ważne spotkanie – zastanawiają się, czy na ten jeden wieczór można zdjąć szkaplerz i założyć naszyjnik. Można czy nie można?

    To jest kwestia tego, czy chcemy dawać świadectwo. Jeśli człowiek idzie na basen czy do sauny – jak najbardziej może zdjąć szkaplerz, nie ma w tym żadnej winy. Niestety, może być też tak, że zdejmie szkaplerz, bo się będzie tego wstydził. W tym momencie jest zaciągnięta wina. Często ludzie z powodu pogardy porzucają to nabożeństwo. Kiedy chcą powrócić, to muszą przez sakramentalne pojednanie wyznać porzucenie szkaplerza – znaku Kościoła, znaku Maryi.

    Kwestia wiary nie jest tylko sprawą prywatną. Oczywiście staramy się nie afiszować – absolutnie nie o to chodzi, ale gdzie trzeba, to trzeba złożyć świadectwo wiary. Mamy męczenników szkaplerza – bł. Izydor Bakanja z Zairu, bł. Franciszek Garcia Leon – piętnastolatek z wojny domowej w Hiszpanii, właśnie za to został zamordowany przez komunistów, że nie chciał zdjąć szkaplerza karmelitańskiego.

    Jak było w Ojca życiu? Kiedy Ojciec został przyjęty do szkaplerza?

    Byłem ministrantem u Karmelitów Bosych w Warszawie – tam, podczas I Komunii Świętej nakłada się dzieciom szkaplerz. Natomiast świadomie – jako młody człowiek. Należałem do duszpasterstwa akademickiego, uczestniczyłem trzykrotnie w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę. Trzeci raz miałem nałożony szkaplerz w obrzędzie obłóczyn. Szkaplerz jest dostępny dla wszystkich – nie tylko dla tych, którzy należą do Zakonu Karmelitańskiego. Każdy kapłan może przyjąć do szkaplerza.

    Jak zmieniło się Ojca życie od przyjęcia do szkaplerza?

    Radykalnie. Jestem księdzem od ponad trzydziestu pięciu lat. Życie w zakonie sprawia, że człowiek staje się bardziej odpowiedzialny za głębokie rozumienie daru Matki Bożej. To wielka wdzięczność za wszystkie osoby, które przychodzą i proszą o szkaplerz. Ludzi, którzy chcą powalczyć o swoje życie duchowe i o zbawienie.

    Były takie szczególne sytuacje, które utkwiły Ojcu w pamięci?

    W mojej rodzinie. To nie jest tak, że szkaplerz jest tylko dla ludzi, którzy żyją w związkach sakramentalnych. Także osoby, które żyją w związkach niesakramentalnych jak najbardziej mogą przyjąć szkaplerz, bo Maryja dopomoże im dojść do celu – do ślubu, do sakramentu. Tak też się stało w mojej rodzinie. Przyjęli szkaplerz. Mówiłem im, żeby się modlili codziennie i wzajemnie błagali Maryję o pomoc. Po iluś tam latach, już w starszym wieku – wzięli ślub kościelny. Udało się to dzięki Matce Bożej i zawierzeniu Jej. 

    Czasami jednak mogą być jakieś lęki przed przyjęciem szkaplerza, przed gotowością budowania relacji z Matką Bożą i oddania się Jej pod opiekę…

    Nic takiego nie ma. To zły duch próbuje wcisnąć takie teksty. Albo jest w nas miłość, albo lęk. Jeśli są lęki – nie ma miłości. Miłość usuwa lęk. Uczymy się miłości, bierzemy ją na każdej Eucharystii. Miłość jest od Pana Boga, bo Bóg jest miłością. Wystarczy pokornie prosić, a otrzymamy. Miłość jest cierpliwa, łaskawa, nie szuka swego… Jeśli człowiek jest niecierpliwy, to trzeba wrócić ponownie do modlitwy i prosić Boga o miłość.

    Bóg zapłać za rozmowę.

    PCh24.pl

    ***

    Nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej

    Od 7 lipca trwa nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1626422924.jpg

    fot. Karol Porwich/TYgodnik Niedziela

    ***

    ***

    Modlitwa na początek nowenny

    O najwspanialsza Królowo nieba i ziemi! Orędowniczko Szkaplerza świętego, Matko Boga! Oto ja, Twoje dziecko, wznoszę do Ciebie błagalnie ręce i z głębi serca wołam do Ciebie: Królowo Szkaplerza świętego, ratuj mnie, bo w Tobie cała moja nadzieja.

    Jeśli Ty mnie nie wysłuchasz, do kogóż mam się udać? Wiem, o dobra Matko, serce Twoje wzruszy się moim błaganiem i wysłuchasz mnie w moich potrzebach, gdyż Wszechmoc Boża spoczywa w Twoich rękach, a użyć jej możesz według upodobania. Od wieków tak czczona, najszlachetniejsza Pocieszycielko strapionych, powstań i swą potężną mocą rozprosz moje cierpienia, ulecz, uspokój mą duszę, o Matko pełna litości! Ja zaś wdzięcznym sercem wielbić Cię będę aż do śmierci. Na Twoją chwałę w Szkaplerzu świętym żyć i umierać pragnę. Amen.

    Dzień pierwszy — 7 lipca

    „Miłujcie Maryję! Z tej miłości nie przestawajcie czerpać siły dla waszych serc. Niech Ona okazuje się dla was i przez was Matką wszystkich, którzy tak bardzo spragnieni są tej macierzyńskiej opieki”.

    św. Jan Paweł II

    Maryjo, Kwiecie Karmelu i Matko nasza! Ukazałaś się niegdyś prorokowi Eliaszowi w postaci jasnego obłoku, który wzniósłszy się nad morzem, użyźnił spragnioną ziemię obfitym deszczem. Pokornie Cię błagamy, racz nam wyjednać obfite zdroje łask niebieskich, które ubogacą nasze dusze, aby wydawały stokrotny plon świętych cnót i dobrych uczynków i abyśmy służąc Bogu w wierze oraz miłości, już w tym życiu mogli się cieszyć błogą nadzieją oglądania Go w szczęśliwej wieczności.

    Składamy w Twoje Matczyne ręce nasze potrzeby i intencje tej nowenny, ufni, że nie odrzucisz naszej prośby, najlepsza i najczulsza Matko. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień drugi — 8 lipca

    „Nie bójmy się, że Maryja przesłoni nam Chrystusa, Ona jest po to, aby do Niego prowadzić”.

    bł.Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Gwiazdo Karmelu i Matko nasza, która pałając szczególną miłością ku dzieciom odzianym Szkaplerzem świętym, nawiedzasz ich dusze, pocieszasz je słowem i przykładem, uproś nam, o Królowo nasza, aby Syn Twój, a Pan nasz, Jezus Chrystus, swą Boską światłością rozproszył ciemności naszych umysłów; abyśmy poznali wartość Jego miłości ku nam zwróconej i serdecznie Go miłowali, abyśmy zrozumieli doniosłość naszych obowiązków i sumiennie je wypełniali, abyśmy wszystkie myśli, słowa i czyny kierowali ku większej chwale Bożej i zbudowaniu naszych bliźnich.

    Pokornie powierzamy Ci wszystko, co nas dręczy, niepokoi i boli. Ufamy, że przyjmiesz to jak Matka i dasz naszym duszom i sercom niezmącony pokój! Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień trzeci — 9 lipca

    „Matka nigdy nie odchodzi — ani od kołyski, ani z Kalwarii, ani od grobu swojego dziecka”.

    bł. Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Mistrzyni Karmelu i Matko nasza, przepełniona dobrocią dla nas, która raczyłaś przyjąć ofiary złożone Ci przez synów Twego zakonu, błagamy Cię, o Pani nasza, przemień nasze dusze w świątynie Boga żywego, aby przyozdobione kwiatami cnót i dobrych uczynków mogły godnie przyjąć Boski Majestat; abyśmy wielbiąc i miłując Boga, mogli wiernie Mu służyć i nigdy naszych świątyń duszy nie skalać grzesznym przywiązaniem do stworzeń.

    O Matko! Tyle w nas słabości, tyle nędz i mroków! Ty możesz umocnić nasze dusze i serca. Zawierzamy Ci całkowicie. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień czwarty — 10 lipca

    „Równowaga stojącej pod krzyżem Maryi pomaga całemu światu”.

    bł. Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Chwało Karmelu i Matko nasza, która w dowód szczególnej miłości do dzieci odzianych Twą świętą szatą, raczyłaś zaszczycić je mianem Twego najsłodszego Imienia, prosimy Cię pokornie, obudź w naszych sercach pragnienie, abyśmy we wszystkich uciskach i dolegliwościach życia u Ciebie szukali wsparcia, ulgi i pociechy. Zachęcaj nas Twym życiem i przykładem do pełnienia dobrych uczynków i spraw, o Matko Miłosierdzia, abyśmy naśladując Twoje święte cnoty, stali się godni zaszczytnej nazwy synów Twoich; abyśmy zapisani zostali w księdze żywota, pomiędzy Twymi dziećmi i braćmi Jezusa Chrystusa. Usłysz nasze błagania. Ty na Kalwarii w wielkim bólu stałaś się dla nas Matką. Ty najlepiej rozumiesz nasze cierpienia. Osłaniaj nas przed pokusami złego i zaprowadź nas do Twego Syna, Jezusa Chrystusa. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień piąty — 11 lipca

    „Jak bardzo postać Maryi promieniuje światu właśnie dziś, gdy tylu mądrych i roztropnych ludzi żenuje się mówić o ubożuchnym Dziewczęciu, które Bóg wybrał sobie w Nazarecie i uczynił Matką Syna Swego”.

    . Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Twierdzo Karmelu, która pośród ataków nieprzyjacielskich osłaniałaś tarczą swej opieki zakon karmelitański i ocaliłaś go od upadku, prosimy Cię pokornie, o Pani i Orędowniczko nasza, broń nas od nieprzyjaciół duszy i ciała: abyśmy służyli Bogu w pokoju i bezpieczeństwie na większą Jego cześć i na chwałę Twoją. Królowo Karmelu! Przychodzimy do Ciebie i składamy w Twoje Matczyne dłonie nasze przyszłe losy, losy Kościoła i naszej Ojczyzny. Ulżyj nam w dźwiganiu krzyża, który nosimy, i ukaż blask zwycięstwa prawdy, dobra, piękna i pokoju. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień szósty — 12 lipca

    „Bóg nie chce inaczej udzielać się światu, jak tylko z ramion Maryi”.

    . Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Królowo Karmelu i Matko nasza, która swego wiernego sługę Szymona zaszczyciłaś świętym Szkaplerzem — znakiem zbawienia i synostwa Twego, przyobiecując niezliczone zdroje łask i błogosławieństw Bożych tym wszystkim, którzy będą pobożnie tę szatę nosić i należycie wypełniać obowiązki swego powołania, a naśladując Twoje święte cnoty, będą się stawali wiernymi Twoimi sługami, spraw, abyśmy przez wierność podjętym zadaniom, korzystali w życiu i po śmierci z Twoich obietnic, a przez to zostali dopuszczeni do chwały wiecznej.

    Spraw, Królowo Szkaplerza świętego, aby nosząc Twój Szkaplerz, dusze nasze upodabniały się coraz bardziej do Ciebie, a przez Ciebie do Chrystusa, i aby wzrastała w nas ufność, że Ty każdej naszej potrzebie zaradzisz i osłonisz przed burzami życia. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień siódmy — 13 lipca

    „Zawsze, gdy jest szczególnie ciężko, gdy ciemności ogarniają ziemie, a słońce już gaśnie i gwiazdy nie dają światłości, trzeba wszystko oddawać Maryi”.

    bł. Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Strażniczko Karmelu i Matko! Tyś nas zapewniła, że święta Twa suknia, jeżeli ją godnie nosimy, będzie nam puklerzem i tarczą przeciwko pociskom nieprzyjacielskim i że uchroni nas od wszelkiego zła. Prosimy Cię gorąco: niech nas zachowa Twoja potężna obrona nie tylko od niebezpieczeństw ciała, ale przede wszystkim od niebezpieczeństw duszy i wiecznego potępienia. Spraw za swoją przemożną przyczyną, abyśmy nie popełnili takiej winy, przez którą moglibyśmy być odrzuceni przez Boga. Kornie upadając przed Tobą, ufamy, że nie będzie takiego bólu, którego byś nie ukoiła, nie będzie takiej zasadzki, której byś nie oddaliła, bo jesteś najbardziej kochającą Matką. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień ósmy — 14 lipca

    „Po Bogu w Trójcy Jedynym, nie mamy nikogo bliższego nad Matkę Słowa Wcielonego. Gdy więc szukamy w naszych myślach modlitewnych, z kim mielibyśmy rozmawiać, komu mielibyśmy się zwierzyć, z kim naszą samotność dzielić, to chyba z Nią”.

    bł. Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Ozdobo Karmelu i Matko nasza! Dając nam tę szlachetną odznakę Twojej miłości — Szkaplerz święty, nie tylko chciałaś widzieć w nas swoje sługi, ale zapragnęłaś jeszcze przybrać nas za swoje córki i za swoich synów i raczyłaś nas tak nazwać. Błagamy Cię, wyjednaj nam u Jezusa tę łaskę, abyśmy nigdy nie byli dla Ciebie powodem smutku, ale Twoją radością i Twoją chwałą! Chcemy też być dobrymi Twymi braćmi, jak tego sobie życzyłaś. Dzięki pomocy takiej Matki, która wszystko rozumie — wyzwolimy się ze wszystkiego, co nas od Ciebie oddala, co nie podoba się Chrystusowi Panu. „Bądź z nami w każdy czas, wspieraj i ratuj nas”. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień dziewiąty — 15 lipca

    „Matko Kościoła!… Daj nam odradzać się wciąż całym pięknem świadectwa dawanego Krzyżowi i Zmartwychwstaniu Twego Syna”.

    św. Jan Paweł II

    Maryjo, Opiekunko Karmelu i Matko nasza! Wiemy, że nigdy nie opuszczasz wiernych swoich. Spraw, abyśmy zawsze byli wierni Tobie. Opiekuj się naszymi sercami, oczyść je z wszelkich brudów grzechowych, przystrój je w wonne kwiaty cnót. Niech Jezus Chrystus zamieszka w nas na zawsze, aby w godzinie śmierci naszej szatan odstąpił od nas, widząc Jezusa w naszych sercach. A kiedy dusze nasze rozłączą się z ciałami, daj nam pociechę oglądania Twego świętego Oblicza i zaprowadź nas do przybytku wiecznego szczęścia. Matko Szkaplerza świętego! Przyobiecałaś, że nie będzie potępiony ten, kto pobożnie nosił Twój Szkaplerz. Przypominaj nam nieustannie o tym, abyśmy w ostatniej godzinie ziemskiego życia ucałowali Twój znak zbawienia i stali się uczestnikami wiecznej chwały. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Modlitwa do Matki Bożej Szkaplerznej (na zakończenie nowenny)

    Bogarodzico Dziewico! Królowo Szkaplerza świętego i Matko nasza! Nieustannie przywołujesz nas do Siebie. Pani i Królowo nasza! Jak niegdyś przez dar Szkaplerza świętego ocaliłaś swój umiłowany zakon karmelitański od rozbicia i upadku, a nam wszystkim dałaś znak szczególnej opieki, tak dzisiaj stań na drogach ludzkości odchodzącej od Boga jako znak pojednania i ratunku dla świata. Bądź ocaleniem dla całej ziemi, Kościoła i naszego narodu. Odnów znaki i powtórz cuda! Otrzyj łzy cierpiącym, ochraniaj niewinność dzieci, broń wiary świętej w sercach młodzieży; rodzinom naszym uproś pokój i miłość wzajemną, i ducha ofiary! Naszej całej Ojczyźnie, którą tak bardzo umiłowałaś, błogosław od tronu Twej łaski. Niech będzie pociechą dla Twego Serca! Wyjednaj nam dar wytrwania w wierze ojców naszych, byśmy Cię mogli chwalić teraz i w wieczności. Amen.

    Tygodnik Niedziela

    ***

    Szkaplerz Karmelitański

    „Noście zawsze Szkaplerz święty. Ja zawsze go noszę i wiele z tego nabożeństwa doznałem pożytku. Pozostałem mu wierny i stał się on moją siłą!”

    św. Jan Paweł II

    Szkaplerz karmelitański NMP z Góry Karmel jest ściśle związany z historią i duchowością Zakonu Karmelitańskiego. Według tradycji Matka Boża objawiła się św. Szymonowi Stock, Generałowi Zakonu Karmelitańskiego w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. i powiedziała: Przyjmij, najmilszy synu, Szkaplerz twojego Zakonu. Kto w nim umrze nie dozna ognia piekielnego. Przywileje i łaski Szkaplerza św. były potwierdzone wielokrotnie przez papieży. Potwierdzili je: Klemens VII (bullą z dnia 12 sierpnia 1530 r.), Pius V, Grzegorz XIII, Paweł V, Klemens X, a nabożeństwo szkaplerzne polecali wiernym: Pius XI, Pius XII (1951), Paweł VI, Jan Paweł II (2001).

    Szkaplerz w istocie jest „habitem”. Ten, kto go przyjmuje, zostaje włączony w mniej lub więcej ścisłym stopniu do Zakonu karmelitańskiego, poświęconego służbie Matki Najświętszej, aby doświadczać słodkiej i macierzyńskiej obecności Maryi w codziennym trudzie przyoblekania się w Jezusa Chrystusa (św. Jan Paweł II). Serce nabożeństwa szkaplerznego stanowi oddanie się Chrystusowi na wzór Maryi przez poświęcenie się na Jej służbę, życie w zjednoczeniu z Nią i naśladowanie Jej cnót.

    Znaczenie duchowe szkaplerza

    • Szkaplerz jest Szatą Maryi, jest znakiem pokuty i nawrócenia.Kto przyjmuje Szkaplerz św., wyrzeka się złego ducha, odnawia przyrzeczenia Chrztu św. i oddaje się Maryi jako Jej dziecko. Kto przyjmuje Szkaplerz, przyjmuje, jak św. Jan Apostoł pod Krzyżem, Maryję do siebie, by żyć w zjednoczeniu z Nią i Jej służyć.
    • Szkaplerz oznacza poświęcenie się Niepokalanemu Sercu Maryi i naśladowanie Jej cnót, szczególnie cnoty czystości i pokory. „Niech wszyscy noszący Szkaplerz św., który jest pamiątką otrzymaną od Matki Bożej, widzą w nim oznakę poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Dziewicy” (św. Jan Paweł II).
    • Szkaplerz oznacza przymierze przyjaźni z Maryją, w którym Ona zobowiązuje się dopomóc nam do zbawienia i uświęcenia, a my zobowiązujemy się do Jej naśladowania, służenia Jej i rozszerzania Jej czci.
    • Szkaplerz oznacza habit Zakonu poświęconego służbie i czci Matki Bożej.Przyjmując Szkaplerz, pragniemy odtąd żyć tym samym duchem Karmelu, pełnić tę samą misję i żyć w zjednoczeniu z Maryją, dla Maryi, przez Maryję i w Maryi.

    Obietnice szkaplerzne

    Cała maryjna tradycja Karmelu wiąże ze Szkaplerzem św. dwie wielkie obietnice Maryi i dwie łaski, które z nich wypływają:

    • Kto w Nim umrze nie dozna ognia piekielnego(słowa Matki Bożej wypowiedziane do św. Szymona). Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem św. pomoc na drodze zbawienia.
    • Wybawienie z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci.Jest to tak zwany przywilej sobotni. Matka Boża zapewniła rychłe wybawienie z czyśćca (bulla pap. Jana XXII w 1322 r.), tym, którzy nosząc Szkaplerz, zachowają czystość według stanu i wierność modlitwie: Ja, Matka w pierwszą sobotę po ich śmierci miłościwie przyjdę do nich i ilu ich zastanę w czyśćcu, uwolnię i zaprowadzę ich na świętą Górę żywota wiecznego. Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem pomoc na drodze uświęcenia.
    • Pomoc i obrona w niebezpieczeństwach duszy i ciała.Maryja obiecuje nas wspierać na drodze naśladowania Chrystusa, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci, pomóc nam w ostatecznej walce o wieczne zbawienie.
    • Uczestnictwo w dobrach duchowych całego Zakonu karmelitańskiego za życia i po śmierci(w Mszach św., pokutach, modlitwie i ofiarach), gdyż Matka i Królowa Karmelu, jednoczy z sobą w jedną Rodzinę tych, którzy przyjmują Szkaplerz św. Tworzący erygowaną prawnie wspólnotę Bractwa Szkaplerznego korzystają także z daru odpustów zupełnych.

    Zobowiązania szkaplerzne

    Aby dostąpić spełnienia wielkich obietnic związanych ze Szkaplerzem, potrzeba z naszej strony gotowości do podjęcia pewnych zobowiązań:

    • Zobowiązujemy się do troski o swoje zbawienie.Podstawowymi wymaganiami dla otrzymania pierwszej obietnicy są: staranie się o swoje zbawienie, zachowywanie przykazań Bożych i kościelnych, unikanie grzechu śmiertelnego i życie w łasce uświęcającej. Jest to także świadome i dobrowolne podejmowanie wyrzeczeń, umartwień i pokut w celu przezwyciężenia zła, wynagrodzenia Bogu i uświęcenia bliźnich.
    • Zobowiązujemy się do zachowania czystości według stanu, naśladowania cnót Matki Bożej i starania się o świętość życia,aby móc za Jej wstawiennictwem być wybawionym z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci. Codziennie należy więc poświecić jakiś czas na rozmyślanie nad życiem Maryi i nad Jej sposobem służby Bogu (np. w tajemnicach Różańca św.), by umieć Ją naśladować.
    • Zobowiązujemy się do codziennej modlitwy, zwłaszcza maryjnej.Codzienne odnawiamy poświęcenie się Maryi przez modlitwę nadaną w dniu przyjęcia Szkaplerza przez kapłana (zazwyczaj jest to: Pod Twoją obronę, Witaj Królowo lub 3 Zdrowaś Maryjo).
    • Zobowiązujemy się do życia duchem i misją Zakonu Karmelitańskiego,z uwzględnieniem charakteru naszego powołania a w jedności z całym Zakonem, zobowiązujemy się raz w roku odprawić w dniach od 7 do 15 lipca nowennę ku czci Matki Bożej Szkaplerznej (prywatnie lub wspólnotowo) i w dniu 16 lipca, w samą Uroczystość, przystąpić do Sakramentów świętych, by otrzymać odpust zupełny, ofiarowany za siebie lub za zmarłych.

    Wskazania dotyczące szkaplerza

    Aby godnie przyjąć i nosić Szkaplerz św., należy:

    • nabyć Szkaplerz św. (sklepy internetowe, np. www.karmelitana.pl, www.wkb.krakow.pl)
    • przygotować się duchowo przez pojednanie z Bogiem, Spowiedź i Komunię św. (gdyż stan łaski uświęcającej jest warunkiem otrzymania odpustu cząstkowego w dniu przyjęcia Szkaplerza św., a odpustu zupełnego w dniu wstąpienia do Bractwa Szkaplerznego),
    • poprosić kapłana o poświęcenie i nałożenie Szkaplerza w swojej parafii lub klasztorze karmelitańskim. Każdy kapłan i diakon katolicki może błogosławić i nałożyć Szkaplerz karmelitański według zatwierdzonego Obrzędu. Nie nakładamy go sami, ale otrzymujemy tak, jak habit zakonny lub obrączkę ślubną. Szkaplerz winien być nakładany po uprzednim poświęceniu. Kapłan wyznacza także codzienną modlitwę.
    • wypełnić świadectwo przyjęcia Szkaplerza i przesłać je do klasztoru karmelitańskiego lub na podany adres pocztowy Sanktuarium w Czernej, by dokonać wpisu do Księgi Rodziny Szkaplerznej.

    Szkaplerz nosimy na szyi tak, aby jedna jego część spoczywała na piersi, a druga na plecach (można go potem samemu zastąpić medalikiem szkaplerznym).

    Zniszczonego Szkaplerza nie powinno się wyrzucać, gdyż został poświęcony, lecz najlepiej go spalić.

    Po przyjęciu Szkaplerza możemy pogłębiać naszą maryjną karmelitańską duchowość we wspólnotach Bractwa Szkaplerznego. Aby zapisać się do bractwa napisz do nas: naukicor@gmail.com

    ze strony: Nauki Katolickie

    ***

    „Jest on moją siłą”. Jan Paweł II najsłynniejszym miłośnikiem szkaplerza

    escapulário

    Creative Commons

    ***

    Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.

    Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.

    Wśród licznej rzeszy duchownych i świeckich miłośników nabożeństwa szkaplerznego najsłynniejszym był św. Jan Paweł II – przypomina o. dr hab. Szczepan Praśkiewicz OCD, konsultor watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

    Szkaplerz noszę zawsze

    Karol przyjął znak opieki Matki Bożej w wieku chłopięcym w Wadowicach. To właśnie podczas spotkania w 1999 r. w swym rodzinnym mieście papież przywołał – obok słynnych kremówek – moment, gdy na wadowickiej Górce u ojców karmelitów przyjął jako młody chłopiec szkaplerz.

    O. Praśkiewicz przywołuje inne słowa młodego bp. Karola Wojtyły, skierowane do karmelitów bosych:

    Szkaplerz, który przyjąłem z rąk o. Sylwestra, noszę zawsze. Wśród wielu nabożeństw, które urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki Bożej z Góry Karmel.

    Był to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy, jak obecnie. Wakacje spędzałem w Wadowicach, więc nigdy nie opuszczałem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno się było oderwać od kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny glos karmelitańskich dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem – mówił wówczas przyszły papież.

    Fotografie – świadectwa

    O tym, że św. Jan Paweł II zawsze nosił szkaplerz, świadczą też liczne fotografie. „Najbardziej znane są trzy: na jednej widzimy sukniany szkaplerz na barkach junaka Karola Wojtyły, pozującego do pamiątkowego zdjęcia wraz z kolegami. Na drugiej szkaplerz widnieje na szyi kardynała, odpoczywającego na Mazurach.

    Na trzeciej zaś dostrzegamy brunatny szkaplerz Karmelu na szyi Jana Pawła II przebywającego w Poliklinice Gemelli w 1981 r., tuż po zamachu na jego życie. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nie pozwolił zdjąć ze swej szyi brunatnego szkaplerza karmelitańskiego” – podkreśla o. Praśkiewicz.

    Jan Paweł II mówi o szkaplerzu

    Oto trzy wybrane cytaty, w których przejawia się wielkie przywiązanie do szkaplerza oraz niezwykłe oddanie Matce Bożej.

    „W duchowości szkaplerznej istnieje bardzo mocny i głęboko zakorzeniony pierwiastek chrystocentryczno maryjny: iść za Chrystusem, naśladując Maryję! (…) Duchowość ta ma swój widzialny znak w szkaplerzu, który ja noszę od dawna. (…) Pozostałem szkaplerzowi wierny i jest on moją siłą. (…) Dzień święta Matki Bożej Szkaplerznej jest mi bardzo drogi”.

    Szkaplerz jest przewodnikiem czułej i synowskiej pobożności maryjnej. Poprzez szkaplerz czciciele Maryi (…) wyrażają pragnienie kształtowania swojego życia w oparciu o Jej przykład jako Matki, Opiekunki, Siostry, Przeczystej Dziewicy, przyjmując z czystym sercem Słowo Boże i oddając się służbie braciom. Niech Wam zatem towarzyszy Matka Boża Szkaplerzna! (…) Niech was Ona prowadzi jak gwiazda, która nigdy nie znika z horyzontu. I niech was Ona zawiedzie w końcu do Boga, ostatecznego portu, ostatniej Przystani nas wszystkich”.

    Również i ja od bardzo długiego czasu noszę na moim sercu szkaplerz karmelitański! Z miłości, jaką żywię wobec wspólnej Matki niebieskiej, której opieki doświadczam ustawicznie, życzę, aby wiernym, którzy Ją czczą jako Jej dzieci, żeby wzrastali w Jej miłości i promieniowali w świecie obecnością tej Niewiasty milczenia i modlitwy, wzywanej jako Matka miłosierdzia, Matka nadziei i łaski”.

    KAI/Aleteia.pl

    ***

    Z wielu uczynił żołnierzy Chrystusowych. Poznaj duchowe znaczenie szkaplerza

    (PCh24TV)

    ***

    „Niełatwo jest oszacować niezmierne dobrodziejstwa, jakie w ciągu tych 700 lat spłynęły na czcicieli szkaplerza z rąk Najświętszej Maryi Panny, za pośrednictwem tej ukochanej szaty. Wierni słudzy Boży używali szkaplerza św. jako środka uświęcenia. Niezliczone osoby nosiły go na piersiach jako tarczę przeciw niebezpieczeństwom moralnym i materialnym, jakie nas spotykają na tym świecie. Wielu odrzuciwszy środki zbawienia, w chwili gdy im zagrażało wieczne potępienie, na łożu śmierci przyjmowało szkaplerz i jednało się z Bogiem. Milionom żołnierzy szkaplerz dodawał otuchy; przed bitwą uzbrajali się w ten pancerz. Szkaplerz w niebezpieczeństwach życia wlewał w ich serca nadludzką odwagę, dawał pewność zwycięstwa, czynił z nich żołnierzy Chrystusowych, bohaterów w walkach staczanych za Chrystusa i Jego Kościół” [List O. Generała do całego Zakonu Karmelitów Bosych z okazji 700-łecia Szkaplerza św.].

    Trudno nie zauważyć w Bożym działaniu w świecie swoistej pedagogii. Jego ukochani: synowie i córki muszą zmagać się nieraz z trudami życia, których doświadczają czasem wbrew wszelkiej ludzkiej logice. Rys ten dostrzeżemy w sięgającej drugiej połowy XIII w. historii Szkaplerza, która wpisana została w dzieje osiadłych na Górze Karmel w Palestynie pustelników, zwanych braćmi Najświętszej Marii Panny. Ich spokojny żywot, wzorowany na życiu pokornej Dziewicy z Nazaretu, zakłócił najazd Saracenów. Gdy wróg stał już u bram Jerozolimy, a ostatnią twierdzę chrześcijan obłożono, karmelici postanowili uciec. Grupę pozostałych na Górze Karmel spotkała niechybnie śmierć.

    Emigrujących eremitów chrześcijańska Europa XIII w., w której wiele zakonów przeżywało wówczas rozkwit, powitała mało przyjaźnie, jako że spragnieni samotności i milczenia, nie budzili zaufania. Los nieszczęśników komplikowały dodatkowo decyzje Soboru Laterańskiego IV wstrzymującego zakładanie nowych zakonów. Próżno było szukać karmelitom przychylnego ich prośbom biskupa, a i przystosowanie pustelniczej reguły do warunków miejskich na niewiele się zdało. W obliczu doświadczanej niesprawiedliwości z serc wypędzonych z Palestyny, a wzgardzonych przez europejskich braci, płynęła modlitwa pełna bólu do Najświętszej Dziewicy – ich Matki i Opiekunki.

    I w tej właśnie sytuacji, jak to zwykle z Bogiem bywa, błagającemu Maryję o przywilej papieski dla karmelitów Szymonowi Stockowi ukazała się w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. Najświętsza Panienka z Dzieciątkiem Jezus na rękach, w otoczeniu aniołów, ubrana w szaty karmelitańskie. Wskazując generałowi Zakonu Szkaplerz powiedziała:

    Przyjmij, Najmilszy Synu, Szkaplerz Twojego Zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów; kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego, oto znak zbawienia, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.

    Niebawem przez wiszące nad pustelnikami pochmurne niebo zaczęły przebijać się promyki słońca zwiastujące nowy rozdział w życiu ich wspólnoty, w który wpisano pomyślne dla Zakonu decyzje. Zwiastunem nowego dla eremitów znaku opieki Najświętszej Maryi Panny stał się chroniący ich habit przed zabrudzeniem fartuch, zwany szkaplerzem. Zadziwiające jest to, że właśnie tę cześć zakonnego stroju wybrała Maryja, by objąć wszystkich, którzy się nią przyobleką, swoją szczególną opieką. Noszony dziś, również przez osoby świeckie, karmelitański szkaplerz przyjął formę połączonych tasiemką dwóch kawałków materiału, zastępowanych także medalikiem szkaplerznym.

    W przyjętym szkaplerzu widzieć należy nie tylko pamiątkę cudów uczynionych przez Maryję karmelitom, nie tylko znak zbawienia i ratunek w niebezpieczeństwa, ale przede wszystkim znak osoby Maryi i Jej opieki wyrażonej w szczególnej obietnicy: „Kto w nim umrze, nie dozna ognia piekielnego”. Przy tym warto zwrócić uwagę na symbolikę szaty, która dla starożytnych była znakiem władzy. Opisani w Starym Testamencie bohaterowie widzieli w niej z kolei symbol dobrodziejstw, opieki i troski oraz rodzicielskiej miłości. W języku biblijnym przyodzianie nową szatą oznaczało też oczyszczenie z grzechów. U św. Pawła spotykamy się natomiast z opisem duchowej szaty, jako zbroi, w którą ma się przyoblec prawdziwy uczeń Chrystusa.

    Szkaplerz kryje więc w sobie bogatą symbolikę odwołującą się do różnych obrazów biblijnych, odnosi także do licznych objawień Maryi i omówionych w wielu przekazach tradycji Jej cudownych interwencji. W Szkaplerzu wiedzieć więc należy macierzyńską miłość Najświętszej Panienki, która oznajmia, że odtąd noszący go stają się Jej własnością, drogimi dziećmi, kimś szczególnie umiłowanym.  Wszystkich, którzy nakryją się tym płaszczem, Maryja przyodziewa w duchową zbroję, dzięki której skutecznie mogą walczyć ze złem, gdyż cała moc tej królewskiej szaty płynie z Jej osoby.  

    Rodzące się wątpliwości odnośnie siły Szkaplerza świętego niech rozwieje prawda o królewskiej władzy, jaką Maryja dzierży nad niebem i ziemią, w którą wpisano też moc uzdrawiania, uwalniania od duchów nieczystych, nawracania i pocieszania. Bo skoro „Bóg czynił niezwykłe cuda przez ręce Pawła, tak że nawet chusty i przepaski z Jego ciała kładziono na chorych, a choroby ustępowały z nich i wychodziły złe duchy” (Dz 19, 11-12), to o ileż bardziej chętny będzie czynić cuda przez ręce ukochanej Matki i Jej świętą szatę.

    ANP/PCh24.pl

    ***

    Czy to prawda, że noszenie szkaplerza skraca czyściec?

    © Jeffrey Bruno / ALETEIA

    ***

    Kto może przyjąć szkaplerz? Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?

    Szkaplerz został podarowany karmelitom w momencie, kiedy zakon był bliski rozwiązania. Ten znak szczególnej opieki Maryi wywiódł się ze zwykłego fartucha zakonnego, a w Kościele stał się pierwowzorem nowego objawu pobożności, jakim jest noszenie szkaplerza np. dominikańskiego, franciszkańskiego czy szkaplerza św. Michała Archanioła z przypisanymi im zobowiązaniami i obietnicami. W dniu święta Matki Bożej z Góry Karmel, zwanej też Szkaplerzną, rozmawiamy o historii, obietnicach i zobowiązaniach związanych ze szkaplerzem karmelitańskim.

    Dorota i Kamil Szumotalscy: Skąd wywodzi się szkaplerz?

    O. Mateusz Maria od Krzyża OCD: Szkaplerz był zawsze zwykłym fartuchem mnichów. Tunika będąca częścią habitu była bardzo droga i musiała starczyć mnichowi na całe życie. Dlatego mnisi zakładali taki fartuch na tunikę, aby materiał się mniej niszczył i mniej brudził.

    Pan Bóg wybiera proste rzeczy – chleb, wino, wodę i z tego czyni gesty sakramentalne. Tak też zrobiła Matka Boża, która objawiła się w XIII wieku św. Szymonowi Stockowi. Dla generała karmelitów był to trudny czas, kiedy nie można było przyjmować nowych powołań do zakonu.

    Maryja powiedziała mu wtedy: patrz, ten fartuch, ta prosta rzecz będzie znakiem przymierza między mną a tobą, między mną a twoim zakonem, będzie znakiem dla tych, którzy będą ten szkaplerz nosić jako znak mojej miłości. Fartuch stał się znakiem przymierza między Maryją a ludźmi.

    Kto może przyjąć szkaplerz?

    Każdy. Od najmniejszego dziecka po najstarszą osobę. Nie trzeba być tego nawet do końca świadomym. Na przykład Jan Paweł II nie był świadomy, kiedy przyjmował szkaplerz, ponieważ mu go nałożono, kiedy był małym dzieckiem. Jest to sakramentalium Kościoła, więc może go nałożyć osoba duchowna – diakon, kapłan.

    Czy to prawda, że noszenie szkaplerza skraca czyściec?

    Obietnica Matki Bożej mówi, że ten kto umrze odziany w szkaplerz, tego Maryja wyciągnie w pierwszą sobotę po jego śmierci z czyśćca.

    Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?

    Przy noszeniu szkaplerza jest zachęta, żeby nosić go pobożnie i naśladować cnoty Maryi. Zachęca się do odmawiania codziennej modlitwy, która została odmówiona podczas obrzędu przyjęcia szkaplerza. Tak naprawdę wszystko wiąże się z pogłębianiem życia chrześcijańskiego otrzymanego z łaską chrztu.

    Kiedyś przyjąłem szkaplerz, ale już lata temu o nim zapomniałem. Jak wrócić do wypełniania zobowiązań?

    Jeżeli nie odrzuciło się szkaplerza z pogardy do niego, to obrzęd nałożenia jest jednorazowy i nie trzeba go powtarzać. Jeżeli po prostu zaniedbałem jego noszenie, to należy go po prostu założyć. Zachęca się też do podjęcia jakiejś pokuty, postu, w ramach wynagrodzenia Matce Bożej za to zaniedbanie i do powrotu do zobowiązań, które zostały nam dane.

    Co zrobić ze szkaplerzem, który się zniszczył? Czy nowy szkaplerz musi być ponownie nałożony przez kapłana?

    Nie, można go sobie nałożyć samemu. Stary należy spalić, zakopać lub zatopić w godnym miejscu. Ewentualnie można zostawić sobie na pamiątkę.

    Czym różni się szkaplerz karmelitański od szkaplerza dominikańskiego lub franciszkańskiego?

    Szkaplerz karmelitański jest zdecydowanie pierwowzorem. Jest novum, które nagle pojawiło się w życiu Kościoła. Całkowitą nowością jest to, że ludziom świeckim można dać cząstkę życia zakonnego w postaci szkaplerza karmelitańskiego. Z czasem zrodziły się poboczne formy pewnej pobożności oraz wykorzystania symbolu. Szkaplerz wykorzystuje się dzisiaj jako symbol wejścia w jakąś szczególną więź ze świętymi, z Bogiem.

    Dorota Szumotalska – Kamil Szumotalski /Aleteia.pl

    ***

    „Zaniedbywany skarb”

    Matematyk ze szkaplerzem: Kościół dostał płaszcz od Mamy

    Shutterstock

    ***

    Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystanie z niego.

    Prof. dr hab. inż. Ireneusz Jóźwiak jest matematykiem i informatykiem, wykładowcą Politechniki Wrocławskiej. Prywatnie jest mężem Elżbiety, ojcem czwórki dzieci i… wielkim propagatorem szkaplerza.

    Szkaplerz – zaniedbany skarb Kościoła… Czy nosisz? Czy jesteś wtulony w płaszcz Maryi, który chroni nie od zwykłego deszczu i chłodu, ale od ognia piekielnego?

    16 lipca, w dniu odpustu Matki Bożej z Góry Karmel, nazywanej Szkaplerzną, warto nie tylko odnowić swoje zawierzenie – jeśli już przyjęliśmy ten skarb – ale i zachęcić innych – męża, żonę, dzieci, przyjaciół, znajomych, aby zechcieli przyjąć szatę Maryi, szkaplerz karmelitański – podkreśla prof. Ireneusz Jóźwiak.

    Jak to się zaczęło?

    Profesor wspomina, że po raz pierwszy usłyszał o szkaplerzu karmelitańskim w czasach studiów doktoranckich. Były lata osiemdziesiąte, mieszkał wtedy w akademiku dla doktorantów i zachorował. W odwiedziny przyszedł przyjaciel i – zupełnie bez racjonalnego powodu – opowiedział mu o szkaplerzu. Co ciekawe, okazało się, że pan Ireneusz nosił już medalik szkaplerzny, ale nie był tego świadomy.

    Po tym spotkaniu myśl o szkaplerzu nie dawała mu spokoju. Pojechał do sióstr karmelitanek przy Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu i siostry pożyczyły mu książkę z 1940 r. o. Bernarda od Matki Bożej pt. „Znak zbawienia. Rozmyślania z przykładami dla czcicieli Matki Boskiej Szkaplerznej.”

    Ta książka bardzo go zafascynowała i zaczął opowiadać o swoim odkryciu. Szkaplerz stał się przedmiotem rozmów – najpierw z przyjaciółmi, a potem na prywatnych przyjęciach, wreszcie zaczął głosić o nim prelekcje. „Miałem potrzebę mówić o tym, co mnie do głębi poruszyło” – wspomina profesor.

    Prelekcje o „zaniedbanym skarbie”

    Na jednym z przyjęć jego opowieść usłyszał człowiek związany ze środowiskiem oazy. Spytał, czy wygłosi prelekcję dla grup oazowych we wrocławskim kościele pw. św. Mikołaja przy ul. św. Antoniego u księży salezjanów.

    Zgodził się, a po tym pierwszym spotkaniu od razu zaproszono go do innych parafii. I tak zaczęło się pielgrzymowanie z prelekcją pt. „Zaniedbywany skarb Kościoła”, które trwa do dziś.

    Od lat 80. odwiedził wiele parafii – nie tylko w archidiecezji wrocławskiej, ale też poza nią. Opowiadał o szkaplerzu w Mrągowie, w Szczecinie i w wielu innych miastach. Jedną z ostatnich, jeszcze przed pandemią, wygłosił w Sanoku.

    Schemat spotkań jest prosty: najpierw wykład, który trwa ok. półtorej godziny, a po nim nabożeństwo z nałożeniem szkaplerza karmelitańskiego dla chętnych go przyjąć. Pan Ireneusz prosi kapłanów, aby po prelekcji była możliwość przystąpienia do spowiedzi.

    „To niezwykle ważne” – mówi. „Gdy w 2015 r. głosiłem prelekcję w DA Redemptor na wrocławskim Wittigowie, studenci otrzymali łaskę pragnienia spowiedzi tak wielką, że kilku kapłanów musiało usiąść do konfesjonałów, żeby wyspowiadać chętnych” – opowiada. Dlaczego „zaniedbany”? „Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystania z niego” – wyjaśnia.

    Nie ma piątki za szkaplerz

    Profesor lubi opowiadać o szkaplerzu studentom, dlatego chętnie przyjmuje zaproszenia do duszpasterstw akademickich. Niektórzy nie ukrywają zaskoczenia, gdy w prelegencie rozpoznają nagle swojego wykładowcę rachunku prawdopodobieństwa.

    Do ciekawych rozmów dochodzi też podczas wykładów albo egzaminów, zwłaszcza latem, gdy studenci chodzą ubrani lekko i noszony na piersi i plecach tkaninowy szkaplerz łatwo rzuca się w oczy.

    Ale profesor nie faworyzuje studentów ze szkaplerzem – wyjaśnia to od razu, żeby nie było wątpliwości – po prostu nawiązuje się między nimi wyjątkowa nić, która nie ma nic wspólnego ani z matematyką, ani ze studiami. Wielu z nich należy do grona jego przyjaciół, z którymi kontakt trwa, mimo że po ukończonych studiach wyjeżdżają z Wrocławia. Łączy ich… szkaplerz.

    Maryja chce nas ukryć…

    Prof. Jóźwiak od początku czuje, że to Maryi zależy, by mówić o szkaplerzu. Łaski, które Maryja obiecała tym, co szkaplerz przyjmą, zaskakują. „Wśród wielu znanych mi młodych ludzi, którzy przyjęli szkaplerz, duża liczba po jakimś czasie wybrała kapłaństwo. To wielki dar Maryi – powołanie do sprawowania ofiary jej Syna” – mówi profesor.

    Gdy w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. św. Szymon Stock zobaczył Maryję, która przekazała mu szkaplerz, pośród wielu obietnic usłyszał od niej zapewnienie o uniknięciu kary wiecznej dla tych, którzy będą go nosili aż do śmierci. Pan Ireneusz wysłuchał przez lata świadectw wielu osób, które noszą szkaplerz i doświadczają cudownej opieki Maryi. Na przytoczenie wszystkich potrzeba osobnej publikacji, ale szczególnie wybrzmiewa jedno z nich.

    „Kiedyś po prelekcji podeszła do mnie pani i opowiedziała pewne wydarzenie. Syn jej koleżanki chciał popełnić samobójstwo, stanął na krawędzi, żeby skoczyć. I wtedy, na dole, zobaczył strasznie wyglądającego osobnika, który nakazał mu: «Zanim skoczysz, wyrzuć to chomąto, które masz na szyi».

    Mężczyzna najpierw nie zrozumiał, ale po chwili dotarło do niego, że jedyne co ma na szyi, to łańcuszek ze szkaplerznym medalikiem… Nie skoczył. Przeżył głębokie nawrócenie i dziś jest pewien, że to Maryja go ocaliła” – opowiada pan Jóźwiak. I przypomina, że jedna z obietnic Maryi dla noszących szkaplerz brzmi: „kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Założony na szyi niedoszłego samobójcy szkaplerz był dla szatana przeszkodą nie do pokonania, skoro zjawił się, by nakazać go zdjąć…

    Dlaczego zachęca do przyjęcia szkaplerza?

    Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że to płaszcz Maryi. Po drugie dlatego, że nieokryci jesteśmy łatwym celem dla złego – odsłonięci, nadzy i skorzy do upadków. Płaszcz jest tym w naszym zestawie ubrań, co chroni, zabezpiecza przed zimnem, deszczem, śniegiem.

    Płaszcz Maryi chroni nas nie od zwykłego chłodu, nie od śniegu, nie od ognia pożaru, ale od ognia piekielnego! Czy może być coś lepszego do okrycia w czasie ziemskiej wędrówki niż płaszcz od Mamy?

    Agnieszka Bugała /Aleteia.pl

    ***


    Załóż szkaplerz z Teobańkologią! Mały znak – wielka opieka.

    Dlaczego właściwie różaniec? 
    Dlaczego w naszych codziennych transmisjach modlimy się przez wstawiennictwo właśnie Maryi?Matka Boża ma szczególne miejsce w moim sercu. To niesamowite, jaką miłością i opieką otacza nas wszystkich, nie tylko w wielkich życiowych wyzwaniach, ale także w codzienności.Pamiętam czerwiec 2009 roku i moje przygotowania do wstąpienia do Zakonu Karmelitów Bosych, którego patronką jest Matka Boża Szkaplerzna. Spakowałem wszelkie potrzebne na cały rok rzeczy, łącznie z zimowymi kurtkami i butami. Zadowolony, że udało mi się wszystko to zmieścić w dwa wielkie plecaki i torbę, wyruszyłem w drogę z Platerówki, czyli spod granicy polsko-czesko-niemieckiej do Gorzędzieja na Kaszubach, gdzie znajduje się klasztor.Wybrałem podróż pociągiem, ponieważ nie mieliśmy w domu odpowiedniego auta. Kiedy podczas przesiadki okazało się, że bagaże są tak ciężkie, że sam nie dam rady ich przenieść do kolejnego pociągu, byłem w sporym kłopocie. Na szczęście Matka Boża nie zostawiła mnie samego, postawiła na mojej drodze ludzi, którzy pomogli mi przemieszczać się z całym tym ekwipunkiem na dworcach.
    Do zakonu wstąpiłem z wielką radością. Szkaplerz – znak opieki Matki Bożej z Góry Karmel – który nosiłem na szyi, zamieniłem na ten, który jest elementem habitu zakonnego. Po roku, z powodów zdrowotnych, musiałem przerwać formację zakonną. Pamiętam ten moment, gdy ze łzami w oczach ostatni raz odwieszałem na hak swój karmelitański habit ze szkaplerzem. Byłem jednak przekonany, że Matka Boża z Góry Karmel będzie mnie dalej prowadzić.Kilka lat później, już jako ksiądz diecezjalny, rozpocząłem internetowe transmisje wieczornych modlitw uwielbienia z oprawą muzyczną naszej Diakonii. Wkrótce zostały wprowadzone obostrzenia. Pozostając w izolacji, nie mogłem kontynuować tego typu transmisji. Pomyślałem więc, że najlepsze, co mogę zrobić, będąc zamkniętym w czterech ścianach mojego domu, to poprowadzić w sieci wieczorny różaniec. I modlę się w ten sposób do dziś – z Tobą i z całą społecznością Teobańkologii.„Mój” pomysł transmisji różańcowych rozeznaję jako opatrznościowe prowadzenie Maryi – Jej osobistą prośbę, by zrobić dla Niej miejsce w codzienności, Jej zaproszenie do głębszej relacji z Nią i gromadzenia wokół Niej ludzi.Dlatego to właśnie Maryi oddajemy szczególne miejsce w naszej społeczności, w naszych modlitwach i działaniach. Od ponad 8 lat wspólnie odpowiadamy na Jej wezwanie, otwierając przed Nią nasze serca i życia, modląc się codziennie koronką i różańcem.

    Niedawno zakończyliśmy nowennę pompejańską, w której przez 54 dni w grupie kilkudziesięciu tysięcy osób modliliśmy się o nawrócenie grzeszników. Jestem wdzięczny Matce Bożej za Ciebie i za ten wspólny czas! Cieszy mnie, że chcemy powierzać Jej nasze sprawy – zarówno radości, jak i wyzwania, trudności i troski. Ona, jeśli tylko poprosimy, pomoże nam dźwigać nawet najcięższe bagaże podczas naszej życiowej podróży. Jeśli jesteś w momencie, w którym coś Cię przytłacza, z czymś sobie nie radzisz, nie potrafisz unieść czegoś samodzielnie – tak, jak ja kiedyś nie mogłem udźwignąć swojego dobytku – zaproś Maryję, by Cię wsparła. Dołącz do naszej codziennej modlitwy na żywo!

    Już wkrótce, 12–13 lipca w Gdańsku, będziesz mieć okazję spotkać się z Maryją podczas niecodziennego wydarzenia. Zapraszam Cię na wyjątkowe dwa dni pełne modlitwy, uwielbienia i umocnienia w wierze za pośrednictwem matczynej miłości Maryi. Podczas tego spotkania możesz przyjąć szkaplerz karmelitański – mały znak, który niesie ogromną obietnicę opieki Matki Bożej.

    Zapraszam Cię, zatrzymaj się na chwilę w swojej życiowej podróży – niezależnie od tego, czy przebiega gładko i bezproblemowo, czy odczuwasz jej trudy – i daj się poprowadzić Maryi. Załóż szkaplerz z Teobańkologią! Mały znak – wielka opieka. A jeśli nie możesz być z nami osobiście, dołącz do wydarzenia na Facebooku i śledź transmisję wieczornych modlitw na naszych kanałach!

    Spotkanie w Gdańsku będzie poprzedzone nowenną do Matki Bożej Szkaplerznej. Wspólna modlitwa potrwa od 7 do 15 lipca. Nagrania będą pojawiały się na kanale YouTube Teobańkologii, każdego dnia po koronce. Po zakończeniu nowenny, czyli 16 lipca, zapraszam Cię na różaniec z Matką Bożą z Góry Karmel. Śledź na bieżąco nasze kanały, szczegóły transmisji już wkrótce.
    Lipiec zapowiada się bardzo intensywnie, a w sposób szczególny opatrzony będzie znakiem miłości, bliskości i opieki Maryi, naszej ukochanej Matki. W drugiej połowie miesiąca wybieram się na urlop. Będę odpoczywał, by po powrocie jeszcze lepiej posługiwać Maryi oraz Tobie i całej naszej społeczności. Zadbałem o to, by w tym czasie każdego dnia prowadzona była dla Was modlitwa na żywo. Różaniec i koronkę poprowadzą dla Was: s. Jana, s. Angelika, ks. Jacek i ks. Sebastian, których doskonale znacie, a także o. Błażej, zaprzyjaźniony duchowny z Wrocławia. A ja będę łączył się z Wami duchowo.

    Ksiądz Teodor Sawielewicz  – duszpasterz katolicki z Archidiecezji Wrocławskiej. Znany z działalności ewangelizacyjnej w mediach społecznościowych.

    ***

    O. Piotr Hensel OCD znawca duchowości karmelitańskiej, były dyrektor wydawnictwa karmelitów bosych, autor m.in. „11 odsłon szkaplerznych postaw”. obecnie przełożony klasztoru w Katowicach-Piotrowicach/fot.Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Przemysław Kucharczak: Dla ludzi patrzących z zewnątrz szkaplerz to tylko kawałek materiału. Jak im Ojciec wyjaśnia, dlaczego go nosi?

    o. Piotr Hensel OCD: 
    Nie sposób wyjaśnić, czym jest szkaplerz, bez opowiedzenia o konkretnym doświadczeniu z początków mojego zakonu, karmelitów. Powstaliśmy na górze Karmel w Ziemi Świętej jako zakon pustelniczy. Z powodu prześladowań musieliśmy jednak uciekać do Europy i zmienić charakter naszego życia; to rodziło problemy i istniało zagrożenie, że zakon przestanie istnieć. Tradycja mówi, że wówczas nasz najwyższy przełożony, czyli generał, święty Szymon Stock, prosił w modlitwie Maryję o ratunek. W nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. otrzymał objawienie. Matka Boża powiedziała, że jako znak swojej opieki daje nam szkaplerz – czyli część zakonnego stroju, fragment materiału nakładany przez głowę, który chronił tunikę przed zabrudzeniem. Maryja nadała mu wartość znaku zbawienia.

    Jak to objawienie zrozumieli karmelici?

    Święty Szymon Stock prosił o rozwiązanie bardzo konkretnego problemu, natomiast Maryja dała odpowiedź taką, jaką zawsze w ciągu wieków daje w różnych objawieniach. Mówi: troszczcie się o zbawienie. Taka jest treść szkaplerza karmelitańskiego. Jako że jesteśmy ludźmi, potrzebujemy tych widzialnych znaków. Jednym z nich jest właśnie szkaplerz. Jak każdy znak, wskazuje na rzeczywistość poza sobą samym. Te dwa kawałki brązowego materiału mają więc nam przypominać o opiece Maryi na drodze do celu, jakim jest niebo.

    Dzisiaj szkaplerz, zwłaszcza na szyjach świeckich, został „zminiaturyzowany” do dwóch małych kawałków materiału. Po uroczystym przyjęciu można go też ze względów praktycznych zastąpić medalikiem…

    Nadal wiąże się jednak z tą bogatą symboliką ubioru, płaszcza Maryi! To bardzo nośny symbol, który możemy ciągle zgłębiać i odkrywać kolejne znaczenia, jednak nie możemy zapomnieć, że szkaplerz nie jest jakimś dodatkiem do Bożego objawienia. Odsyła nas do głównego przesłania Ewangelii: do daru zbawienia, który Bóg nam ofiaruje przez Jezusa Chrystusa.

    Noszenie szkaplerza wiąże się też z obietnicami Matki Bożej. Może Ojciec o nich opowiedzieć?

    Św. Szymon Stock usłyszał następujące słowa Matki Bożej: „Umiłowany Synu. Przyjmij szkaplerz twojego zakonu. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Trzeba jednak dobrze rozumieć te słowa, bo szkaplerz nie jest jakimś amuletem, nie jest drogą na skróty. Noszenie go wiąże się z naśladowaniem postaw Maryi w swoim własnym życiu. Każdy chrześcijanin jest zobowiązany do życia chrztem świętym, a z naszego doświadczenia wynika, że z Maryją jest to łatwiejsze. Zatem to dar nie tylko nam dany, ale i zadany.

    W kontekście szkaplerza mówi się też o tym, że noszącego go człowieka Maryja wyprowadzi z czyśćca w pierwszą sobotę po śmierci.

    To tzw. przywilej sobotni, już z późniejszego objawienia, danego papieżowi Janowi XXII. Według tego obrazu w pierwszą sobotę po śmierci Maryja przyjdzie do czyśćca i przeprowadzi do nieba duszę człowieka, który żył nabożeństwem szkaplerznym. Przestrzegam jednak, żeby nie rozumieć tego objawienia literalnie. Obrazuje ono przekonanie obecne cały czas w Kościele, które odnajdujemy również w „Pozdrowieniu anielskim”, że Maryja pomaga nam w przejściu ze śmierci do życia. Prosimy Ją o to, żeby modliła się „teraz” i w „godzinie naszej śmierci”.

    Jeśli rozumieć „przywilej sobotni” dosłownie, znaczyłoby to, że czyściec jest jakoś powiązany z naszym ziemskim czasem?

    Raczej nie obowiązuje tam kalendarz tygodniowy, czas w naszym ziemskim rozumieniu; czyściec to stan – stan przejściowy, stan oczyszczenia. W tym obrazie widzimy, że Maryja pomaga nam przejść przez ten czas. Niezależnie jednak od dyskusji na temat autentyczności objawienia Jana XXII Kościół w swoim nauczaniu potwierdza przywileje szkaplerzne i wskazuje na szkaplerz jako na sakramentalium.

    Czyli co?

    To środek, narzędzie, które pomaga nam żyć wiarą w naszej codzienności. Podobną funkcję pełnią na przykład woda święcona, medalik świętego Benedykta czy różnego rodzaju błogosławieństwa. To także są sakramentalia, które mają uświęcać różne okoliczności naszego życia i pomagać w przyjęciu łaski zbawienia.

    Szkaplerz przypomina mi trochę ślubną obrączkę, która jest tym znakiem wzajemnego oddania małżonków. I choć mąż i żona nie zawsze myślą o sobie nawzajem, choćby dlatego, że muszą skupić się na pracy, to jednak na najbardziej podstawowym poziomie należą do siebie i symbol obrączki o tym im przypomina. Myślę, że podobnie jest ze szkaplerzem i naszą relacją z Maryją.

    Przyjęcie szkaplerza z rąk kapłana czy diakona wiąże się też z przyjęciem pewnych obowiązków i pewnego stylu życia?

    Tak, z akcentem na to drugie, z akcentem na styl życia. Oryginalność nabożeństwa szkaplerznego nie polega na odmawianiu takiej czy innej modlitwy. Owszem, zachęcamy do tego, żeby codziennie odmawiać modlitwę, zazwyczaj „Pod Twoją obronę”. Nie to jest jednak istotą tego nabożeństwa. Istotą jest naśladowanie postaw maryjnych w naszym życiu.

    Jakie to postawy?

    Te, które odnajdujemy w Ewangelii. Zorientowanie całego życia wokół Jezusa. Otwartość na potrzeby drugiego człowieka. Po zwiastowaniu Maryja z pośpiechem udaje się do swojej krewnej Elżbiety po to, by jej pomóc. Podobnie w Kanie Galilejskiej: to właśnie Ona zauważa w czasie wesela sytuację braku wina. Ewangelia opisuje też, jak dwunastoletni Jezus świadomie zostaje w świątyni, odłączając się od Niej i od św. Józefa. Maryja nie rozumie dlaczego, więc Jezusa o to pyta. Mówi Mu wprost, że zadał Jej ból: „Z bólem serca szukaliśmy Ciebie”. Kiedy słyszy trudną odpowiedź, nie obraża się na Boga, ale próbuje zrozumieć i chowa te sytuacje w swoim sercu. To jest światło na nasze trudne chwile, których nie zawsze rozumiemy. Przede wszystkim Maryja mówi Bogu „tak”. To dla nas bardzo ważne, zwłaszcza że dzisiaj, jak mi się wydaje, mamy duży problem z podejmowaniem decyzji.

    Na przykład jakich?

    Zwłaszcza tych na całe życie, związanych z powołaniem do małżeństwa i do kapłaństwa. Ludzie, nie tylko młodzi, boją się podejmowania zobowiązań. Ta chwiejność wynika pewnie z kultury, w której żyjemy, oraz ze strachu, z niepewności, co będzie jutro i za tydzień. Myślę, że tu może pomóc zainspirowanie się Maryją. Ona przecież też nie wiedziała, co stanie się jutro. Kiedy dzisiaj odmawiamy Różaniec, znamy na pamięć kolejne tajemnice, ale Maryja ich nie znała. Dała jednak Panu Bogu carte blanche na wszystko.

    Gość Niedzielny

    ***

    piątek, 11 lipca

    Dnień Pamięci Męczeństwa Kresowian

    W tej intencji Msza św. o godz. 19.00 w sali parafialnej przy kościele św. Piotra.

    Przed Mszą św. – godzinna Adoracja

    z litanią do Krwi Przenajświętszej.

    W tym czasie – możliwość spowiedzi św.

    fot. Darek Delmanowicz/PAP/Radio Maryja/Tygodnik Niedziela

    ***

    fot. Darek Delmanowicz/PAP/Radio Maryja/Tygodnik Niedziela

    ***

    W niedzielę 14 lipca 2024 roku w Domostawie (woj. podkarpackie) odbyło się uroczyste odsłonięcie i poświęcenie pomnika „Rzeź Wołyńska” autorstwa Andrzeja Pityńskiego. Stanowi on upamiętnienie wszystkich Polaków pomordowanych przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

    ***

    Wołanie z Wołynia

    ***

    Żeby zrozumieć Wołyń, trzeba wiedzieć o rzezi wołyńskiej,

    której z kolei nie można zrozumieć po ludzku.

    Ludobójstwo na Wołyniu było nielogiczne, opętane.

    Odbyła się czystka Polaków z tego terenu. Ale po co? W jakim celu?

    Witold Józef Kowalów

    Och, jakże dzisiaj łatwo polityczne elity rozprawiają o tamtej rzezi. Z jakim przekonaniem o swojej dziejowej  wyjątkowości posłowie przegłosowują ustawę o pamięci ludobójstwa dokonanego na Polakach. Ileż zapału wykazują maszerujący po ulicach neofici wiedzy o kilkuset sposobach zabijania przez OUN-UPA… Tak, miał rację ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski mówiąc, że „Kresowian zabito dwukrotnie, raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie”. Dodawał jeszcze, że „ta druga śmierć jest gorsza od tej pierwszej”. Ale, jak mamy nazwać „trzecią śmierć” tych już dwa razy zabitych, śmierć zadawaną dzisiaj po równo: i przez kłamców plakatujących się polityczną poprawnością oraz wyrachowaniem, i przez tych przepełnionych „dobrymi intencjami”, którzy zgodzili się, aby zrównać Ukraińca z banderowcem?

    Rodzina

    W roku 2002 w pierwszej edycji L:iterackiej Nagrody im. Józefa Mackiewicza laureatami zostali Władysław Siemaszko i  jego córka Ewa za więcej niż ważną dla polskiej historiografii książkę – „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945”. Dwutomowe dzieło jest nie tylko fundamentalne, ale też „życiodajne”, bo przywróciło Polsce część jej zatraconej tożsamości. Poznałem autorów i – ku swemu zaskoczeniu – odnalazłem jakby własną rodzinę. Dokładnie rzecz ujmując losy tych, których nie tylko mordowano, ale ostatecznie wypędzono z własnych domów, z własnej ziemi, a również usiłowano odebrać im pomięć. W przypadku mojej rodziny (Górscy), jak i rodziny Siemaszków, chodzi o ten kawałek polskiej ziemi nad rzeką Ług przynależny historycznie do tzw. Grodów Czerwieńskich, gdzie z końcem wieku X powstał Włodzimierz Wołyński.

    W domach Wypędzonych, w domach cudem ocalałych raczej nie mówiono o Zagładzie. Powody były dwa. Po pierwsze „wieczna przyjaźń” pomiędzy Polską Ludową i Związkiem Radzieckim skutecznie przez kilkadziesiąt lat zacierała prawdę o utraconych przez Rzeczpospolitą kresowych ziemiach, co działo się i w każdym urzędzie i oczywiście w szkole oraz w służalczej kulturze. No bo jakże można było cokolwiek negatywnego mówić czy nawet kojarzyć z naszym ówczesnym „wielkim bratem”, którego oficjalną granicą od roku 1945 była rzeka Bug, a Wołyń przecież za Bugiem? Drugim powodem była – użyjmy skądinąd medycznego pojęcia – trauma. Jeżeli cokolwiek jako dziecko usłyszałem o wołyńskiej przeszłości swojej rodziny, to tyko od Babci. Moja Mama po prostu bała się tego tematu, bała się tych dziecięcych wspomnień, w których mordercy z UPA przychodzą nad ranem aby „riezać” Lachów. Z perspektywy czasu widzę, że temat „rzezi wołyńskiej” był dużo większym politycznym tabu, niż temat Katynia. I – co szokujące – znów jest na cenzurowanym od wiosny roku 2022, czyli  od rozpoczęcia gorącego zbrojnego konfliktu pomiędzy Ukrainą a Rosją… Chociaż jest jednak inaczej – o ile kiedyś przemilczano, to teraz równie bezczelnie się przekłamuje.

    Przywołując rodziny wspomnijmy też o pochodzącym z Podola śp. Szczepanie Siekierce i jego synu Michale, kontynuującym dzieła ojca związane z Kresami. Pan Siekierka od roku 1990, w ramach utworzonego we Wrocławiu Stowarzyszenie Rodzin Ofiar Ukraińskich Nacjonalistów, dokumentował i w efekcie wydał parutomowe źródła poświęcone ludobójstwu ludności polskiej na terenie kresowych ziem II Rzeczpospolitej. Dzieło, będące niejako kontynuacją pracy Siemaszków, nosi ogólny tytuł – „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach” i dotyczy województw – lwowskiego i stanisławowskiego oraz dodatkowo jest swoistym przewodnikiem rejestrującym na terenie obecnej Polski pomniki, tablice pamięci i mogiły dotyczące pomordowanych przez OUN-UPA.

    Siekierko senior był inicjatorem jednego z nielicznych w Polsce upamiętnień naszej Zagłady. Pomnik-mauzoleum pomordowanej ludności polskiej na Kresach Płd.-Wsch. przez OUN i UPA został odsłonięty we Wrocławiu w 1999 r. Cztery lata przed śmiercią Szczepan Siekierka, odbierając przyznaną jego Stowarzyszeniu nagrodę IPN „Kustosz Pamięci Narodowej”, powiedział m.in. te arcyważne słowa: „W minionych latach fałszywie zakładano, że prawda historyczna o ukraińskich zbrodniach miałaby szkodzić polskiej racji stanu”. Czy tezę o minionych latach powtórzył by i dzisiaj?

    Autorytety

    W październiku 2006 r. mój Teatr Nie Teraz był pomysłodawcą i organizatorem w Tarnowie sesji naukowej pt. „Zagłada. Ludobójstwo na polskich Kresach 1939 – 45”. Myślę, że było to pierwsze tej skali w kraju, a na pewno wyjątkowe spotkanie naukowców i osób dla tytułowego tematu najbardziej kompetentnych. Wyjątkowość wynikała z połączenia faktografii z teatrem, bowiem wypowiedzi prelegentów punktowane były działaniami artystycznymi (w tym także pieśniami). Wszystko odbywało się w wypełnionej po brzegi sali (ok. 400 uczestników, w większości młodzież), a cała przestrzeń została scenograficznie uteatralizowana na spaloną polską wieś z kulminującymi ruinami kościelnej wieży.

    Wystąpienia zaproszonych gości uważam do dzisiaj za swoiste kompendium polskiego wołyńskiego holokaustu. Najpierw Ewa Siemaszko (prelekcja „Od walk i terroru do ludobójstwa. Jak doszło do >genocidium atrox< na Kresach?”) uświadomiła słuchaczy co do ideologicznej genezy nacjonalizmu ukraińskiego (a w zasadzie nazizmu) i co do rozmiaru fizycznej eksterminacji ludności polskiej.  Referat dr Lucyny Kulińskiej („Przebieg eksterminacji ludności polskiej na Kresach Wschodnich. Okres planowego ludobójstwa 1943-44„), data po dacie i zdarzenie po zdarzeniu, a wszystko z przypisami do źródeł, wpisuje w dzieje powszechne ten „epizod” II wojny światowej. Natomiast ks. prof. Józef Marecki („Kościół katolicki wobec ludobójstwa na wschodnich Kresach II Rzeczpospolitej. Zarys problematyki”) daje nam szansę na zrozumienie duchowej strony banderowskiego zła, które w jego rozumieniu i dalszych naukowych dociekaniach jest niczym innym jak zbiorowym opętaniem. Wystąpienie Romualda Niedzielko, historyka z IPN, okazało się być niespodziewanie ważne, czego wtedy jeszcze do końca nie rozumieliśmy („Sprawiedliwi Ukraińcy. Na ratunek polskim sąsiadom skazanym na zagładę przez OUN-UPA”). Gospodarzy sesji reprezentował dr Paweł Juśko („Ludobójstwo ludności polskiej na Wołyniu i Galicji Wschodniej w opinii historiografii polskiej i ukraińskiej oraz na łamach współczesnych podręczników do nauczania historii. Zarys problematyki”) z tematem, który z każdym rokiem staje się ważniejszy, a szczególnie teraz wobec coraz liczniejszej obecności uczniów ukraińskich w polskich szkołach i zadekretowaną przez MEN dostępnością „ukraińskiego programu nauczania”. Ostatnim z prelegentów był ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski z więcej niż ważnym wykładem („Przemilczane ludobójstwo na Kresach. Polskie elity wobec prawdy historycznej o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów i ich ofiarach”). Jedynie słuszne, czyli bezkompromisowe traktowanie historii „rzezi wołyńskiej” przez ks. Tadeusza jest obowiązkiem polskich elit, które muszą się różnić od postawy Andrzeja Dudy, który ledwie dwa lata temu strofował ks. Isakowicza-Zaleskiego, upominającego się konsekwentnie od lat o prawdę i godne pochówki dla pomordowanych, mówiąc, iż „wolałby”, żeby ten „nie zajmował się polityką, tylko zajmował się tym, czym powinien zajmować się ksiądz”.

    Racja stanu

    Polskojęzyczni politycy i historycy robiący kariery na potakiwaniu chcą nas przekonać, żebyśmy uznali, iż państwowy kult banderowskich rezunów usankcjonowany przez kijowskie władze jest uzasadniony, bo wynika z braku tradycji niepodległościowej Ukrainy, a jedynymi którzy tam walczyli o niepodległość są jedynie takie indywidua jak Lebied, Szuchewycz czy główny ideolog zabijania – „batko Bandera”. Krakowski profesor, Bronisław Łagowski, stwierdził kiedyś bardzo słusznie, że „dzisiejsza niepodległa Ukraina nie wyrosła z UPA, lecz z Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, która uzyskała niepodległość na mocy umowy białowieskiej. Jelcyn, a nie Bandera dał Ukrainie niepodległość”. Urojenia ukraińskie, wspierane przez interesy anglosaskie, począwszy od rządów Wiktora Juszczenki stały się podstawą ukraińskiej polityki, a nieszczęściem naszego kraju jest bezkrytyczne przyjęcie tej opcji przez rządzący tu na zmianę duopol PO i PiS.

    W kontrze do tego mamy histeryczną opozycję, która w kontekście ukraińskim potrafi epatować jedynie nieszczęściem – tym przeszłym i tym, które wisi nad nami w związku z milionową imigracją do Polski ludzi od dwóch dekad indoktrynowanych, co do swoich dziejów. Dla przybyszy ze wschodu „polskie pany” odpowiadają za wszelkie ich nieszczęścia, czyli prawie jak u Żydów wykreowani polscy antysemici-faszyści.

    Tymczasem mogło być zupełnie inaczej, czego doświadczyłem w ramach teatralnych peregrynacji po Ukrainie w pierwszych latach jej niepodległości. Nie było tam wtedy żadnych nazistowskich resentymentów, a gro spotykanych osób miało wobec Polaków naturalne poczucie wstydu i winy za  Wołyń. Wystarczyło wtedy oprzeć wzajemne relacje o honorowanie „ukraińskich sprawiedliwych”, co byłoby – swoją drogą – naturalnym przywołaniem faktów. I trudno byłoby o lepszy międzynarodowy tegoż wydźwięk, jak ukazanie tych prawdziwych bohaterów zza Buga, skądinąd również mordowanych przez banderowskich pobratymców. We wszystkich świadectwach i wspomnieniach jest bardzo wyraźnie podkreślany wątek ukraińskiego pomagania Polakom, ostrzegania, a także ukrywania przed rezunami. Tak ocaleli również moi Dziadkowie i ich córka, moja Mama.  

    Jeszcze niedawno umieliśmy oddzielić zło od dobra i banderowca od Ukraińca. Dzisiaj te dwa słowa stały się synonimem eksponowanym na wiecach i marszach. Również publicyści epatują takimi emocjonalnymi skrótami, jak np. Jacek Międlar tytułujący swoje filmowe reportaże o „rzezi wołyńskiej” – „Sąsiedzi”. Dokładnie tego samego zabiegu (tytuł!) dokonał w swej antypolskiej książce osławiony Jan Tomasz Gross. Jeszcze niedawno ubolewaliśmy nad spychaniem polskiej pamięci do kościelnej kruchty (tylko tam było możliwym wyeksponowanie np. informacji o Katyniu czy o żołnierzach polskiego podziemia antykomunistycznego). A dzisiaj, po postawieniu w Domostawie „uwięzionego” przez lata pomnika „Rzeź Wołyńska” autorstwa Andrzeja Pityńskiego, są ludzie, którzy nawołują, aby na głównej nekropolii warszawskiej symbolicznie upamiętnić ofiary ludobójstwa na  Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Robią to pod jakże kalekim hasłem: „Wołyń na Powązki”. W czasie, kiedy neobanderowskie środowiska stawiają  na Ukrainie pomniki mordercom Polaków, a nawet żądają takich upamiętnień u nas, dlaczego nie od naszych władz nie żądamy symbolicznej pamięci dla ofiar ludobójstwa, ale w miejscach najważniejszych dla przestrzeni publicznej, np. pod hasłem: „Wołyń na Plac Defilad”.      

    Sztuka

    Sens budowania przyszłości na prawdzie i bez nienawiści widzę w historii młodego mężczyzny, poety z Krzemieńca. Niemal w przeddzień pamiętnej lipcowej niedzieli 1943 r., do wołyńskiego dowództwa UPA stacjonującego koło Kowla wysłani zostali parlamentaiusze reprezentujący polskie władze podziemne. Byli to oficerowie AK – ppor. Krzysztof Markiewicz i por. Zygmunt Rumel oraz woźnica Witold Dobrowolski. Polskich posłów nie uszanowano. Banderowcy w okrutny sposób ich torturowali i ostatecznie rozerwali końmi. Rumel w wierszu z 1941 r. pt. „Dwie matki” jednoznacznie pokazuje uczucia, które łączyły obie żyjące na tamtej ziemi nacje:

    (…) Dwie mnie Matki-Ojczyzny wyuczyły mowy –

    W warkocz krwisty plecionej jagodami ros –

    Bym się sercem przełamał bólem w dwie połowy –

    By serce rozdwojone płakało – jak głos…    

    Od dawna uważam, że aby zrozumieć swą tożsamość potrzebujemy wyrażać ją poprzez dzieła artystyczne. Spłacamy wtedy swój dług wobec Pana Boga, który obdarował nas jakimś artystycznym  talentem. Spłacamy też dług wobec Ojczyny i wobec przodków. To bardzo konkretne i uzupełniające się zobowiązania. Tak też rozumiem swoje obowiązki stanu wobec tematyki wołyńskiej. W maju roku 2011 premierę miał spektakl Teatru Nie Teraz „Ballada o Wołyniu”. Niesamowitym jest to, że pomimo upływu lat mamy tutaj do czynienia z wciąż jedynym w Polsce przedstawieniem teatralnym, które prawdziwie opowiada o ludobójstwie popełnionym przez banderowców na Polakach, a jednocześnie, jak to recenzowała Temida Stankiewicz-Podhorecka, jest „wielkie i głębokie jak tragedia antyczna, jest wyjątkowym dziełem artystycznym”. Wołyń krzyczy o swą mądrą obecność w świadomości Polaków. Jest równie ważny jak pamięć Powstania Warszawskiego, jak pamięć o pokoleniu Żołnierzy Wyklętych.

    Tomasz A. Żak/PCh24.pl

    Tytuł tego tekstu wziąłem od religijno-społecznego periodyku „Wołanie z Wołynia”, wydawanego od roku 1994 z różną częstotliwością w Ostrogu w diecezji łuckiej na Ukrainie (po polsku i ukraińsku) przez urodzonego w Zakopanem katolickiego – ks. Witolda Józefa Kowalów.

    ***

    Wołyńska Golgota

    Zbrodnia wołyńska pozostaje niezabliźnioną raną i będzie nią zapewne dopóty, dopóki nie stanie się zadość oczywistym pragnieniom rodzin, aby ich bliscy zostali odnalezieni i godnie pochowani.

    Wola Ostrowiecka. Część kości wydobytych ze zbiorowej mogiły – obok Leon Popek, sierpień 1992 r.

    Archiwum/domkulturylsm.pl

    Wola Ostrowiecka. Część kości wydobytych ze zbiorowej mogiły – obok Leon Popek, sierpień 1992 r.

    ***

    Latem 1943 r. doszło do masowych mordów dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej zamieszkującej Wołyń. W „krwawą niedzielę” 11 lipca 1943 r. z powierzchni ziemi zniknęło prawie sto miejscowości, a ich mieszkańcy wrzuceni zostali do bezimiennych dołów śmierci. I znajdują się tam po dziś dzień, mimo bowiem wielu deklaracji państwo ukraińskie nie potrafi zmierzyć się z własną przeszłością i nie pozwala przeprowadzić ekshumacji, identyfikacji ofiar i należnego im godnego chrześcijańskiego pochówku.

    Terror jako narzędzie

    Ekshumacje spowodują, że na światło dzienne wyjdą skala tej zbrodni oraz metody, jakimi jej dokonano; potwierdzą też, że mordowany był każdy, kto był Polakiem. Zbrodniarze z Ukraińskiej Powstańczej Armii i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, której przywódcy są czczeni na Ukrainie jako bohaterowie, nie oszczędzali bowiem nikogo. Od kul, granatów, a także ciosów siekierami, kosami czy nożami ginęły kobiety, dzieci, noworodki, starcy. A to – wbrew ukraińskiej narracji – oznacza jedno: było to zaplanowane ludobójstwo, służące realizacji obłędnej idei „uwolnienia Ukrainy od Lachów”, a nie „wojna polsko-ukraińska”, w której toczone byłyby regularne starcia uzbrojonych formacji, przez co ofiary byłyby po obu stronach. Ukraińscy nacjonaliści już przed wojną stosowali terror i nie mieli oporów, aby dokonywać zamachów na przywódców państwa polskiego. Co ciekawe, obiektem ich ataków byli ci, którzy w czasie wojny polsko-bolszewickiej pragnęli dopomóc stworzyć niepodległe i połączone sojuszem z Polską państwo ukraińskie. W 1921 r. Stepan Fedak próbował zastrzelić we Lwowie Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego. Dziesięć lat później ukraińscy zamachowcy zamordowali jednego z animatorów ruchu prometejskiego, który rozumiał doskonale aspiracje niepodległościowe Ukraińców – posła Tadeusza Hołówkę, a w 1934 r. od kul terrorystów, których inspirował Stepan Bandera, zginął minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki. Gdy pod naporem niemieckim i sowieckim Polska utraciła niepodległość, żywioł ukraiński rozpalił się na niespotykaną wcześniej skalę. Już na jesieni 1939 r. doszło do wielu mordów i pacyfikacji polskich wsi, ale prawdziwa eskalacja nastąpiła w chwili, gdy po czerwcu 1941 r. dawne Kresy wschodnie zostały zajęte przez Niemców. Bo to właśnie w III Rzeszy ukraińscy nacjonaliści widzieli najlepszego sojusznika.

    Nienawiść źródłem zbrodni

    Na początku 1943 r. przywódcy OUN i UPA postanowili wcielić w życie zbrodniczy plan. Wywiadowcy Biura Wschodniego Delegatury Rządu RP na Kraj napisali w raporcie ze stycznia 1943 r.: „Hasłem, jakie szerzą kolportowane instrukcje banderowskie, jest: kochaj wszystko, co ukraińskie, nienawidź wszystko, co obce”. Plan Ukraińców zakładał przeprowadzenie masowych, skoordynowanych ataków na wioski i osady zamieszkałe jeszcze przez Polaków, których po latach eksterminacji sowieckiej i niemieckiej było na Wołyniu nieco ponad 300 tys. Mieli pozbawiać życia każdego Polaka. Cudem ocaleni mieli w strachu opuszczać swoje ojcowizny i uciekać z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Tak miały się „oczyścić z elementu obcego” ziemie, na których chciano zbudować w przyszłości nacjonalistyczne państwo ukraińskie. Mordowani mieli być też obywatele polscy narodowości żydowskiej. Tych jednak było już wówczas niewielu, rok wcześniej Niemcy we współpracy z ukraińską policją pomocniczą dokonali bowiem „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, mordując i wysyłając do obozów zagłady prawie 150 tys. ludzi. „Taktyki masowych mordów Ukraińcy nauczyli się od Niemców” – ocenia amerykański historyk Timothy Snyder, autor głośnej pracy Skrwawione ziemie.

    Krwawa niedziela

    Zmasowany atak band UPA i OUN nastąpił w niedzielę 11 lipca 1943 r. W dziesiątkach miejscowości scenariusz i metodologia zbrodni były podobne. Sotnie ukraińskie otaczały całe wioski albo wkraczały do miasteczek i okrążały kościoły, gdzie wierni uczestniczyli w niedzielnej Mszy św. W Kisielinie w powiecie horochowskim mordercy „z wrzaskiem wtargnęli do świątyni. Zaczęli strzelać do ludzi z broni palnej, zobaczyłam wzniesione do ciosów siekiery” – wspominała cudownie ocalona z pogromu Teodora Zgliniecka. „Ludzie w desperackiej próbie ratowania życia zaczęli się kłębić i tratować. Krzyczeli w przerażeniu. Banderowcy doskakiwali do nich, rąbali, cięli, strzelali z bliskiej odległości. Na ściany kościoła bryzgały strugi krwi”. Zatrważające jest to, że zbrodniczą akcję nacjonalistów wsparli niektórzy duchowni greckokatoliccy. Z relacji Anny Szumskiej pozostał upiorny obraz nabożeństwa w cerkwi w Horodnie w dzień poprzedzający „krwawą niedzielę”, podczas którego duchowny wołał: „Ukraina! Priszoł czas twojej własti! Bery kosy, bery niż i na Lacha chyż” („Ukraino, przyszedł czas twej władzy. Bierzcie kosy, bierzcie nóż i ruszajcie na Polaków”), a następnie „błogosławił” przyszłe narzędzia zbrodni: kosy, widły, siekiery, które do świątyni przynieśli opętani złem banderowcy. Takich przypadków było, niestety, wiele.

    „Akcję mordowania Polaków przeprowadzili Ukraińcy z potwornym okrucieństwem” – depeszowano z okręgu lwowskiego do Komendy Głównej Armii Krajowej. „Kobiety, nawet ciężarne, przybijali bagnetami do ziemi. Dzieci rozrywali za nogi, inne nadziewali na widły i rzucali przez parkany. Odrąbywali siekierami ręce, nogi, głowy, wycinali języki, odcinali uszy, nosy, wydłubywali oczy, młotami rozbijali głowy, żywe dzieci wrzucali do płonących domów. Do kryjówek podziemnych w zabudowaniach wrzucali granaty czy też pęki podpalonej słomy”.

    Władysław Siemaszko, który wraz z córką Ewą poświęcił życie pracom dokumentującym rzeź wołyńską, w swej fundamentalnej pracy Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia zamieścił szereg relacji cudem ocalałych świadków tamtych dni. Sam był zresztą jednym z nich. Opisy sadyzmu stosowanego przez morderców z UPA i OUN są przerażającą ilustracją tego, co można określić złem w najgorszej jego postaci. Wincenty Romanowski wspominał: „W jednej z wiosek w pobliżu Dereźnego po pogromie znaleziono w chacie małe dziecko z wyprutymi wnętrznościami. Jelita były rozpięte na ścianie w jakiś nieregularny sposób, przypominający mapę, a na jednym z gwoździ wisiała kartka z napisem «To Polska od morza do morza»”. Irena Gajowczyk, na której oczach zamordowano matkę, opowiadała: „Mama, czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego i zakrwawionego Tadzia, mojego młodszego brata. Podbiegli banderowcy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła, kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali jej piersi”. Badacze oceniają, że ukraińscy nacjonaliści zamordowali na Wołyniu, a od początków 1944 r. także na Podolu i na ziemi lwowskiej ponad 100 tys. obywateli polskich. Likwidowali też wszelkie ślady polskości. W wytycznych OUN napisano: „Niszczyć wszystkie ściany kościołów i innych polskich budynków kultowych, zniszczyć drzewa przy zabudowaniach tak, aby nie pozostały nawet ślady, że tam kiedykolwiek ktoś żył, zniszczyć wszystkie polskie chaty, w których poprzednio mieszkali Polacy”.

    Zbrodnia wołyńska pozostaje nadal niezabliźnioną raną i będzie nią zapewne dopóty, dopóki nie stanie się zadość oczywistym pragnieniom rodzin, aby ich bliscy zostali odnalezieni i godnie pochowani. „Nie o zemstę, ale o pamięć i prawdę wołają ofiary” – powtarzają rodziny pomordowanych. I to powinno się stać fundamentem relacji między narodem polskim a ukraińskim. A pragnienie rodzin – elementem polityki państwa polskiego.

    Autor Jan Józef Kasprzyk jest historykiem, doradcą Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, w latach 2016-24 był szefem Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.

    Tygodnik Niedziela

    ***

    Fot. Couleur/Pixabay

    ***

    12 obietnic Pana Jezusa dla praktykujących Nabożeństwo Pierwszych Piątków

    Wszystkim praktykującym Nabożeństwo Pierwszych Piątków, Pan Jezus złożył aż 12 obietnic. Poznaj je!

    O praktyce Nabożeństw Pierwszych Piątków powiedział sam Pan Jezus siostrze Małgorzacie Marii Alacoque. Została obdarzona poznaniem tajemnic Najświętszego Serca Pana Jezusa. Usłyszała od Pana Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    W swojej obietnicy Pan Jezus mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty. Stąd w wielu parafiach z racji pierwszego piątku organizuje się dodatkowe dyżury kapłanów w konfesjonałach.

    Na podstawie pism św. Marii Małgorzaty Alacoque ułożono listę 12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:

    1) czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu;
    2) pokój w rodzinach;
    3) pocieszenie w strapieniach;
    4) opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci;
    5) błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach;
    6) grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”;
    7) oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym;
    8) gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi;
    9) Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca;
    10) imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa;
    11) kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca;
    12) Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.

    KAI, zś/Stacja7

    ***

    Dwa objawienia, dwie rewolucje. Kult Serc Chrystusa i Jego Matki a rewolucja francuska i bolszewicka

    (Oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    Objawienia dotyczące Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi miały miejsce niedługo przed rozpoczęciem politycznych rewolucji na świecie – odpowiednio: francuskiej i bolszewickiej. Można powiedzieć, że widzenia te były „ostatnią szansą” na opamiętanie się; szansą niestety niewykorzystaną.

    Kult Najświętszego Serca Jezusowego szerzył się od czasu, kiedy w latach 1673-1689 Zbawiciel ukazywał się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Niespełna trzy stulecia później – bo w roku 1917 – Maryja objawiła się trójce dzieci z Fatimy. Zarówno Pan Jezus jak i Jego Matka obiecywali ogromne łaski czcicielom Ich Serc.

    Deficyt wiary króla

    Jednak poza wezwaniem do oddawania czci Swojemu Najświętszemu Sercu, Zbawiciel wezwał też króla Francji Ludwika XIV i całą jego rodzinę do poświęcenia się temu Sercu, oddawania mu publicznej czci i zbudowania świątyni mu poświęconej. Chrystus obiecał, że jeśli król i cała Francja wypełni to posłannictwo, to będzie jej błogosławił, a jej wrogów złoży u jej stóp. Kraj ten został zatem obdarzony niezwykłą obietnicą; miał szansę stać się przykładem prawdziwej wiary dla innych narodów; można by rzec „narodem wybranym”.

    Niestety Francuzi odrzucili to wezwanie. Być może po części było to rezultatem panoszącej się tam herezji jansenizmu, której założenia w dużej mierze zbiegały się z kalwinistycznym poglądem na predestynację. Trudno było bowiem głosić przesłanie o Sercu Jezusowym i o tym, że nabożeństwo do niego mogło ocalić świat, skoro janseniści uważali, że wszystko jest z góry zaplanowane, a ludzkie starania nie mają sensu.

    W 1689 r. Małgorzata osobiście udała się do króla Ludwika, który w tym czasie był największym z europejskich monarchów. Niestety Ludwik odmówił poświęcenia siebie i swojej rodziny Najświętszemu Sercu Jezusa; nie chciał też wybudować kaplicy, by temu Sercu oddawano cześć. Ludwik nie uwierzył posłannictwu siostry Małgorzaty myśląc, że przecież gdyby Pan Bóg faktycznie tego od niego chciał, to mógł objawić się mu osobiście. Usprawiedliwiał się też, że gdyby spełnił boskie żądanie, a Francja mimo tego by cierpiała, to zaufanie ludzi do Boga mogłoby być naruszone. To tak jakby on „wiedział lepiej”.

    Nieposłuszeństwo Ludwika przypomina grzech Mojżesza, który chociaż usłyszał boskie polecenie: „Przemów do skały, a ona wyda z siebie wodę” (Lb 20,8), to nie uwierzył, że cud mógłby być aż tak wielki i zamiast tego uderzył skałę laską. Pan Bóg prosił go o niewiele: chciał zamanifestować swoją potęgę, pokazując, że woda może wypłynąć ze skały na same słowa Mojżesza. Ten jednak wolał uderzyć skałę laską, a chociaż wypłynięcie z niej wody wciąż było cudem, to już nie tak wielkim, bo część Izraelitów pomyślała, że pod skałą było ukryte źródło, otwarte poprzez uderzenie. Od Ludwika Pan Bóg również wymagał niewiele, ale ten nie uwierzył autentyczności widzenia św. Małgorzaty i nie spełnił boskiej prośby. Już trzy lata później Ludwik i jego armia ponieśli klęskę w bitwie morskiej pod La Hogue, ulegając wojskom Ligi Augsburskiej, czyli państwom zjednoczonym przeciwko Francji. A to był dopiero początek nieszczęść.

    W 1789 r., czyli równo 100 lat od spotkania siostry Małgorzaty z królem Ludwikiem, we Francji rozpoczęła się rewolucja. Monarchia została obalona; katolicy cierpieli ogromne prześladowania, a nawet rzeź. Rewolucja francuska przyniosła szkody nie tylko dla samej Francji, ale i dla całego świata. Był to początek „rozprawiania się” z monarchią, wprowadzania antyklerykalnych i laickich idei – słowem, zeświecczania społeczeństw wielu narodów. Czy można to nazwać karą za niespełnienie prośby Chrystusa? Nawet jeśli tak tego nie zakwalifikujemy, to na pewno Ludwik XIV odrzucił możliwość posiadania nieporównywalnej pomocy z samego nieba – wsparcia, które mogło ocalić jego następcę i cały kraj.

    Zatrzymać błędy Rosji

    Wydaje się, że tak jak przesłanie Chrystusa do św. Małgorzaty uprzedziło rewolucję francuską, tak samo objawienia Matki Bożej w Fatimie zapowiedziało nadejście rewolucji bolszewickiej. Teraz jednak poświęcenia narodu – już nie Francji, a Rosji – miał dokonać papież w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Matka Boża ukazywała się trójce dzieci – Łucji, Franciszkowi i Hiacyncie – od 13 maja do 13 października 1917 r., wzywając ich do gorliwej modlitwy różańcowej.

    – Odmawiajcie różaniec codziennie, abyście uprosili pokój dla świata i koniec wojny – prosiła Matka Boża. Do samej zaś Łucji powiedziała: – Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.

    Siostra Łucja doznawała widzeń Matki Bożej – a także samego Chrystusa – jeszcze długo po zakończeniu objawień w Fatimie. Ich treść pozostała podobna, a była nią prośba o wprowadzenie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca na cześć Niepokalanego Serca Matki Bożej oraz o konsekrację Rosji właśnie Sercu Maryi. To poświęcenie miało zatrzymać błędy, które Rosja szerzyła na świecie, a pierwszym z nich był bez wątpienia komunizm.

    – Nadszedł czas, kiedy Bóg chce, by ojciec święty w jedności z biskupami z całego świata poświęcił Rosję mojemu Niepokalanemu Sercu. To ją uratuje. Sprawiedliwość Boża potępiła wiele dusz za grzechy popełnione przeciwko mnie, dlatego przychodzę, by prosić o zadośćuczynienie. Poświęć się w tej intencji i módl się – powiedziała Matka Boża, ukazując się siostrze Łucji w 1929 r.

    Rewolucja bolszewicka wywołała wiele szkód – przede wszystkim w Europie, ale nie tylko. To właśnie przez nią na świecie tak bardzo rozprzestrzenił się komunizm – system, który uważał religię za „opium ludu”. Nie trzeba chyba wspominać jak wiele cierpień on spowodował. Rewolucja bolszewicka uderzyła w Kościół, arystokrację i wartość prywatną. To właśnie komunistyczna Rosja wraz z nazistowskimi Niemcami rozpoczęły II wojnę światową, a po jej zakończeniu władze komunistyczne prześladowały i nadal prześladują katolików. Kiedyś miało to miejsce w krajach tzw. bloku wschodniego; teraz – w Chinach, Korei Północnej, Wietnamie czy na Kubie.

    Konsekracji Rosji, o którą prosiła Matka Boża, miał dokonać Ojciec Święty w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Zdaniem siostry Łucji, odbyła się ona dopiero w 1984 r. Jednak część katolików ma wątpliwości, czy prośba Matki Bożej na pewno została wtedy spełniona; ówczesne zawierzenie dotyczyło bowiem całego świata, bez wymienienia Rosji w szczególności. Rosja została jednak wyraźnie wymieniona w konsekracji, której dokonał papież Franciszek w 2022 roku. Można zapytać, czy gdyby poświęcenie Rosji dokonało się wcześniej, to czy może udało by się odwrócić część szkód spowodowanych przez komunizm? Rewolucja wybuchła krótko po objawieniach w Fatimie, bo już w listopadzie 1917 r. Jednak do aktu konsekracji – czy to w 1984 czy też w 2022 roku – minęły całe dziesięciolecia.

    Ratunek w godzinie śmierci

    Nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi są ratunkiem dla grzeszników na godzinę śmierci. Obydwa objawienia zawierają wezwanie do zadośćuczynienia za grzechy i nadzieję na ratunek w godzinie śmierci. Niedługo po objawieniach nastąpiły rewolucje i wojny, a zatem śmierć była powszechnym i dużym zagrożeniem. Przesłania Chrystusa i Matki Bożej można zatem traktować jako zachętę do uporządkowania swojego życia duchowego i zawiązania bliskiej relacji z Nimi, co – zgodnie z obietnicami – będzie ogromną pomocą w godzinie śmierci.

    – Obiecuję w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że Jego Miłość wszechpotężna udzieli wszystkim, którzy komunikować będą przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu, łaski pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych i że Moje Serce będzie dla nich bezpieczną ucieczką w ostatniej godzinie ich życia – powiedział Zbawiciel do siostry Małgorzaty Marii Alacoque.

    Chrystus poprosił również o ustanowienie specjalnego święta ku czci Jego Serca na piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała. – Dlatego żądam, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony, jako osobne święto na uczczenie Mojego Serca i wynagrodzenia mi przez Komunię Świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję, gdy wystawiony Jestem na ołtarzach. W zamian za to obiecuję ci, że Serce Moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do rozszerzenia Jego święta.

    Matka Boża prosiła zaś o ustanowienie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca.

    – Córko moja – powiedziała do siostry Łucji – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    Do wypełnienia warunków nabożeństw pierwszych piątków i pierwszych sobót miesiąca trzeba być w stanie łaski uświęcającej, czyli wolnym od jakiegokolwiek grzechu ciężkiego (do spowiedzi można przystąpić wcześniej) i przyjąć Komunię św. W pierwsze soboty należy również odmówić pięć tajemnic Różańca św. oraz rozważać treść tajemnic różańcowych przez 15 minut. Ważne jest, aby spowiedź i Komunia św. były uczynione w intencji wynagrodzenia. Intencja ta nie musi być jednak jasno wypowiadana co miesiąc, ale wystarczy intencja habitualna, czyli przyjęta raz i nigdy nie odwołana – jest nią po prostu raz powzięte postanowienie przystępowania do spowiedzi i Komunii św. pierwszopiątkowej i pierwszosobotniej w intencją wynagrodzenia.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    (Teksty objawień za: fatima.pl, pl.aleteia.org, sluzebniczki.pl, fronda.pl)

    ***

    14 LIPCA 2025

    236 lat barbarzyństwa: Dziedzictwo rewolucji, które wciąż trwa

    (fot: Sternfahrer/stock.adobe.com)

    ***

    Niszczenie sztuki sakralnej i tej związanej z monarchią oraz szlachtą to nieodłączne elementy rewolucji francuskiej. Warto o tym przypomnieć w 236 rocznicę szturmu na Bastylię przypadającą na 14 lipca 2025. Tym bardziej, że współcześni rewolucjoniści wciąż czerpią przykład z wandalizmu swych francuskich poprzedników.

    Cechą każdego systemu totalitarnego jest dążenie do wymazania nie tylko alternatywy, lecz także samej pamięci o niej. Tę pamięć przechowują zarówno księgi historyczne, jak i dzieła architektury i sztuki. Dlatego też rewolucjoniści wszelkiej maści dążą do ich niszczenia.

    W erze nowożytnej prekursorem destrukcji architektury i sztuki na masową skalę była rewolucja francuska. Dokonana przez nią destrukcja dorobku kultury materialnej obejmowała sztukę kościelną, arystokratyczną, a nawet archiwa historyczne.  

    Niszczenie sztuki i architektury sakralnej

    Jak zauważa historyk sztuki Dominique Souchel w książce Wandalizm Rewolucji, „obsesja równości za wszelką cenę rozciągała się na zabytki. Irytujące stały się iglice kościołów, które wznosiły się do nieba i swymi rozmiarami raziły wzrok obywatela, niemogącego tolerować takiego wywyższania się”.

    Za główny cel pasji niszczenia rewolucjoniści obrali katedry. Nie mogli bowiem zdzierżyć ich piękna i historycznego znaczenia. Przykład sztandarowy to niszczenie paryskiej Notre-Dame. Początkowo, w 1792 roku, gdy katedra służyła jeszcze celom kultu katolickiego, rozpoczęto wynoszenie dzieł ze skarbca katedralnego – jednego z najbogatszych nad Loarą.

    „Na wody bezładnie wrzucono relikwiarze w kształcie popiersi i rąk, ze złota, z pozłacanego srebra, wysadzane szlachetnymi kamieniami, wśród nich relikwiarze św. Marcelego, św. Kosmy i św. Wincentego à Paulo, a także kielichy mszalne, cyboria, krucyfiksy, monstrancje” – pisze Souchel. W 1792 roku rewolucjoniści zwalili iglicę na skrzyżowaniu nawy głównej i transeptu. Następnie zniszczono także posągi królów Judy (do czego jeszcze wrócimy).

    To tylko przykład jeden z wielu. Jak zauważa Souchel: „robiąc objazd po Francji katedr, napotykałoby się na ten sam proces: zabór wszystkich skarbców, relikwiarzy, przedmiotów kultu z cennych materiałów dla zasilenia skarbca wojennego rządu rewolucyjnego; usuwanie każdego znaku przypominającego zabobon i despotyzm; przeznaczenie budynku na cele zgoła świeckie, z których jeszcze najmniej niegodna była stodoła na furaż – i które często pociągały za sobą uszkodzenie lub niszczenie wyposażenia (…). W najgorszych momentach Terroru – nagłe przystępy szału motłochu, który masakrował wszystko, a zwłaszcza wszelką rzeźbę. Jako świątynie Rozumu czy miejsca kultu Istoty Najwyższej, katedry i wiele innych kościołów doznało wszelkiego upodlenia, którego zasadniczym celem było niewątpliwie wykorzenienie chrześcijaństwa”.

    Rewolucjonistom nie uszła także przepiękna paryska Sainte-Chapelle. Niegdyś królewska kaplica relikwii – została przekształcona w magazyn mąki. Zniszczono liczne relikwiarze, w tym najważniejszy: wykonany ze złota, główny relikwiarz zawierający pamiątki związane z męką i śmiercią Chrystusa. 

    Klasztory natomiast traktowano jak symbole „próżniactwa” i „opresji”: zakonnice wyrzucano na bruk, mnichów wyśmiewano, biblioteki rozpraszano.  Opactwa Cluny i Mont Saint-Éloi – znaki wielowiekowego geniuszu architektury – zostały sprofanowane lub częściowo zburzone. Ruchome wyposażenie: monstrancje, krzyże, relikwiarze – często inkrustowane drogocennymi kamieniami – wywożono masowo, a złoto i srebro z ram, figur czy witraży przetapiano na kule armatnie. To, czego nie dało się sprzedać ani wykorzystać, rozbijano bezpardonowo młotami.

    Rewolucyjne barbarzyństwo nie ominęło również skromniejszych świątyń – kościołów parafialnych i klasztorów zakonnych, rozproszonych po całej Francji. W parafiach grabiono ołtarze, wywożono kielichy, tłuczono krucyfiksy – wszystko, co mogło przypominać o kulcie „zabobonnej religii”. Kościoły zamieniano na magazyny, stajnie, warsztaty – a niekiedy po prostu je burzono. 

    Destrukcja pamięci o monarchii

    Ataki na dzieła kościelne wiązały się z atakami na sztukę i architekturę związaną z monarchią. Sprzyjały temu wezwania do emancypacji obywatela spod władzy Króla-Ojca, pobrzmiewające dziś echem w wypowiedziach radykalnych feministek. Już 19 czerwca 1790 roku deputowany Alexandre de Lameth przekonywał na forum Zgromadzenia Narodowego o konieczności usuwania pomników królów. Następnego dnia uchwalono pierwszy dekret ikonoklastyczny rewolucji – nakazujący częściowe rozebranie pomnika Ludwika XIV. Nie wszyscy jednak podzielali tę gorliwość: część deputowanych wezwała do ochrony dziedzictwa przeszłości, co doprowadziło do powołania Komisji Zabytków (Commission des Monuments) 13 października 1790 roku. 

    Mimo powołania komisji, po obaleniu monarchii 10 sierpnia 1792 roku, rzeźby królów i inne pomniki przeszłości stały się obiektem masowych zniszczeń i okaleczeń. Liberalna faza rewolucji dobiegła końca. Rozpoczęły się masowe destrukcje. Na fasadzie Notre-Dame rewolucjoniści ścięli 28 posągów, sądząc, że przedstawiają monarchów Francji. W rzeczywistości były to postacie biblijnych królów Judy – przodków Chrystusa. Jak zauważa Souchel: „Wyrwano więc figury jedna po drugiej. Zakładano im sznury na szyje i ściągano na plac przed kościołem, gdzie się rozbijały.”. 21 stycznia 1793 na Placu Rewolucji w Paryżu zgilotynowano już nie tylko pomnik, lecz samego króla – Ludwika XVI. Oto jak przemoc symboliczna prowadzi do zbrodni na ludziach.

    Z kolei w kwietniu 1793 roku Konwent Narodowy powołał Komitet Ocalenia Publicznego – ciało, które miało przywrócić rządy centralne i opanować chaos. Jedną z jego decyzji było uczczenie pierwszej rocznicy obalenia monarchii przez gest demonstracyjny: zniszczenie królewskich grobowców Francji. Bazylika Saint-Denis – nekropolia monarchów od czasów Merowingów – padła ofiarą tej decyzji. W 2 połowie 1793 roku, na polecenie rewolucyjnych władz, otwarto królewskie grobowce w bazylice Saint-Denis. Szczątki około 170 monarchów i członków rodzin królewskich – od Merowingów po Burbonów – wydobyto, rozrzucono i zasypano wapnem w zbiorowych mogiłach. 

    Niszczenie dziedzictwa szlachty

    W czerwcu 1790 roku Zgromadzenie Narodowe zniosło tytuły szlacheckie, a następnie herby. W konsekwencji nakazano likwidację tych „gotyckich trofeów pańskiej próżności”. Dla dziedzictwa Francji było to szczególnie bolesne. Kraj ten w dobie ancien régime gustował w heraldyce i to niekoniecznie stricte szlacheckiej. Herby znajdowały się na domach, ulicach, fontannach, pałacach czy rezydencjach. Całymi latami z publicznej kiesy rewolucjoniści utrzymywali bandy tzw. zdrapywaczy, dłutami niszczących pozostałości herbów. Niestety przy okazji niszczenia herbów dochodziło niekiedy do niszczenia całych dzieł przez te herby ozdobionych.

    Szczególnie podejrzani okazali się szlachcice na emigracji, uznani w połowie 1792 roku za zdrajców ojczyzny. Umożliwiło to konfiskatę i sprzedaż ich dóbr w majestacie „prawa”. W ten sposób dobra szlacheckie potraktowano podobnie jak wcześniej dobra duchownych. Jak pisze Soucheaux: „(…) otwiera się odtąd nowy rozdział wandalizmu rewolucyjnego, zamiast kościołów i klasztorów mającego za cel szlacheckie hôtels (rezydencje miejskie) i châteaux (pałace wiejskie, zamki) oraz ich zawartość”.

    W 1794 roku, w obliczu narastającej fali rewolucyjnego barbarzyństwa, katolicki duchowny Henri Jean-Baptiste Grégoire (1750–1831) wystąpił przed Konwentem Narodowym z raportem potępiającym dewastację francuskiego dziedzictwa – kościołów, dzieł sztuki, nekropolii, zabytków. Aby nazwać ten szał niszczenia, ukuł nowe słowo: vandalisme. Stąd właśnie bierze się termin wandalizm.

    Wnioski dla współczesnych

    Niszczenie dzieł sztuki i kultury trwa także współcześnie. Nie chodzi tu tylko o barbarzyństwo islamskich terrorystów niszczących posągi buddy przez afgańskich talibów (2001 rok) czy ruin kwitnącego starożytnego miasta Palmira (na terenie dzisiejszej Syrii) w latach 2015-2016. Do aktów destrukcji dochodzi także w krajach cywilizowanego Zachodu. W 2020 roku, po śmierci George’a Floyda, w samych Stanach Zjednoczonych usunięto co najmniej 94 pomniki konfederackie. W Kanadzie zdemontowano m.in. sześć posągów Johna Macdonalda – pierwszego premiera kraju – oraz pomniki królowej Wiktorii i Elżbiety II. W Anglii natomiast obalenie pomnika Edwarda Colstona w Bristolu zapoczątkowało ogólnokrajowy przegląd pomników i nazw ulic, którego celem była rewizja symboli publicznych pod kątem „historycznej wrażliwości”. W Polsce zaś niewiele niewiele brakowało do usunięcia krakowskiego pomniku księdza Skargi czy warszawskiego pomnika Romana Dmowskiego.

    Ale rewolucja nie zatrzymuje się na fasadach. Uderza w język, obyczaj, sztukę, rozumienie piękna. Każe wątpić, czy w ogóle istnieje coś takiego jak klasyczny kanon, czy można mówić o prawdzie, harmonii, formie. To niszczenie definicji piękna i przekonania, że coś takiego jak piękno w ogóle istnieje, jest jeszcze bardziej niebezpieczne, niż destrukcja sakralnej, szlacheckiej czy po prostu niepasującej do obecnych trendów sztuki i architektury.

    Stanisław Bukłowicz/PCh24.pl

    ***

    Modlitwy za Ojczyznę na czasy trudnych doświadczeń

    Dziękując Bożej Opatrzności za wybór nowego prezydenta, który jeszcze nie mając pewności, że nim będzie, tuż przed ogłoszeniem ostatecznych wyników – wydarzyło się coś niesamowitego – mianowicie z pamięci zacytował zdanie z Pisma Świętego, w którym Pan Bóg takie słowa wypowiedział: “…jeśli upokorzy się mój lud, nad którym zostało wezwane moje Imię, i będą błagać, i będą szukać mego oblicza a odwrócą się od swoich złych dróg, Ja z nieba wysłucham i przebaczę im grzechy, a kraj ich ocalę”(2 Księga Kronik 7, 14). I ten moment był bardzo znaczący, bo w tym właśnie czasie konkurent ogłosił sam siebie, że jest już prezydentem i przez dwie godziny wyznawcy “wieży Babel” byli w zupełnej euforii. Ale na szczęście czas tych dwóch godzin minął. Nie mniej jednak jest i druga refleksja, która pokazuje bardzo smutną rzeczywistość wymagającą ogromnej modlitwy, modlitwy błagalnej za nasz Naród – skoro wygląda na to, że połowa głosujących to już nie są katolicy skoro popierają zabijanie najbardziej bezbronnych u początku i u kresu ludzkiego życia. I popierają przeróżne zboczenia za nic mając podstawowe prawa naturalne, które przecież są wpisane w sercu każdej ludzkiej istoty.

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Bogurodzica, dziewica, Bogiem sławiena Maryja

    Bogurodzica, dziewica, Bogiem sławiena Maryja!
    U twego syna, Gospodzina, matko zwolena Maryja!
    Ziści nam, spuści nam.
    Kirielejson.

    Twego dziela Krzciciela, bożyce,
    Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze.
    Słysz modlitwę, jąż nosimy,
    A dać raczy, jegoż prosimy,
    A na świecie zbożny pobyt,
    Po żywocie rajski przebyt.
    Kirielejson.

    Nas dla wstał z martwych syn boży,
    Wierzyż w to człowiecze zbożny,
    Iż przez trud Bog swoj lud
    Odjął diablej strożej.

    Przydał nam zdrowia wiecznego,
    Starostę skował pkielnego,
    Śmierć podjął, wspominął
    Człowieka pirwego.

    Jenże trudy cirzpiał zawiernie,
    Jeszcze był nie prześpiał zaśmierne,
    Aliż sam Bog z martwych wstał.

    ***

    Modlitwa za Ojczyznę Księdza Kardynała Augusta Hlonda

    O Duchu Święty, Boskie swe dary spuść na tych, którzy kierują losami Polski i na cały Naród, abyśmy słuchając Twych natchnień w życiu prywatnym i publicznym żyli świętym prawem Bożym. Amen

    Modlitwa za Ojczyznę błogoslawionego księdza Stanisława Papczyńskiego

    Najlepszy i największy Ojcze, spraw, aby Polska, Ojczyzna nasza rozkwitła, rozbieżne żądania się połączyły, zwaśnione umysły się pojednały, zniszczona święta prawowierność zatryumfowała nad herezją, by majestat praw został otoczony blaskiem, by miłość dobra wspólnego rozgorzała we wszystkich sercach, by zakiełkowały spustoszone pola, dźwignęły się zniszczone osady, by nadeszły szczęśliwe czasy, a trwała cnota posiadła i u święciła serca wszystkich.

    Modlitwa za Ojczyznę błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki

    Wszechmogący Boże, Ojców naszych Panie! Pochylamy pokornie nasze głowy, by prosić o siłę wytrwania i mądrość w tworzeniu jedności, by prosić o twoje błogosławieństwo. Wszystkich polecamy Twojej szczególnej opiece, Twojej mocy uzdrawiającej ludzkie serca. Chcemy wszystkim naszym winowajcom przebaczyć, jak Ty przebaczasz nam nasze winy, zbaw ode złego nas wszystkich. 

    Wysłuchaj, Panie, prośby swego ludu.

    Amen

    Modlitwa za Ojczyznę księdza Piotra Skargi

    Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Maryi Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna – chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

    Wszechmogący, wieczny Boże, wzbudź w nas szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy naszego kraju sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

    Przez Chrystusa, Pana naszego 

    Amen.

    Modlitwa świętego Jana Pawła II

    Zawierzam macierzyńskiej opiece Pani Jasnogórskiej siebie samego, Kościół, wszystkich moich rodaków, nie wyłączając nikogo.

    Zawierzam Jej każde polskie serce, każdy dom i każdą rodzinę. Wszyscy jesteśmy Jej dziećmi. Niech Maryja będzie przykładem i przewodniczką w naszej codziennej i szarej pracy. Niech wszystkim pomaga wzrastać w miłości Boga i miłości ludzi, budować wspólne dobro Ojczyzny, wprowadzać i umacniać sprawiedliwy pokój w naszych sercach i środowiskach.

    Proszę Cię, Pani Jasnogórska, Matko i Królowo Polski, abyś cały mój naród ogarnęła Twoim macierzyńskim sercem. Dodawaj mu odwagi i siły ducha aby mógł sprostać wielkiej odpowiedzialności, jak przed nim stoi. Niech z wiarą, nadzieją i miłością jeszcze mocniej przylgnie do Twojego Syna Jezusa Chrystusa i do Jego Kościoła zbudowanego na fundamencie Apostołów.

    Matko Jasnogórska, módl się za nami i prowadź nas, abyśmy mogli dawać świadectwo Chrystusowi – Odkupicielowi człowieka.

    ***

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    Intencja Żywego Różańca

    na miesiąc lipiec 2025

    Intencja papieska:

    * Módlmy się, abyśmy coraz bardziej posiedli umiejętność rozeznania, umiejętność wybierania dróg życia i odrzucania wszystkiego, co oddziela nas od Chrystusa i Ewangelii.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    • Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
    • Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
    • Ojcze Przedwieczny, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa, aby czynić zadość za grzechy przez ze mnie popełnione, za grzechy moich bliskich, za grzechy moich Rodaków i za grzechy całego świata. Również w tej intencji ogarniam konających i dusze w czyśćcu cierpiące.

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    Intencja dla małżonków w Róży bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:

    *Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać razem i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

    ***

    Od 1 lipca 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 30 czerwca 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.

    ***

    Roberto de Mattei:

    Różaniec Święty jest potężniejszy nawet od broni atomowej

    Modlitwa różańcowa jest potężniejsza nawet od broni atomowej – pisze włoski historyk, prof. Roberto de Mattei. Tę prawdę obrazują cudowne wydarzenia, do których doszło w Hiroszimie i Nagasaki. 

    Osiemdziesiąt lat temu II wojna światowa dobiegła końca. Po kapitulacji nazistowskich Niemiec w dniu 8 maja 1945 r. Stany Zjednoczone nadal były w stanie wojny z Japonią. Rankiem 6 sierpnia 1945 roku, o godzinie 8:15, amerykańskie siły powietrzne zrzuciły bombę atomową na japońskie miasto Hiroszima. Trzy dni później, 9 sierpnia, kolejna bomba eksplodowała w Nagasaki. Oba miasta zostały zrównane z ziemią. Łączną liczbę ofiar szacuje się na około 200 tysięcy – prawie wyłącznie cywilów. Cesarz Hiro Hito przyjął bezwarunkową kapitulację Japonii 14 sierpnia.

    Amerykańskie władze polityczne i wojskowe utrzymywały, że ta masakra przyczyniła się do skrócenia konfliktu, oszczędzając życie dużej liczby amerykańskich i japońskich żołnierzy, którzy zginęliby, gdyby operacje wojskowe zostały przedłużone. Jednak wystarczyłoby zdetonować bombę wyłącznie na celu militarnym, aby w spektakularny sposób pokazać jej moc, bez rzezi tak wielu niewinnych. Obowiązująca wówczas Konwencja Haska z 1907 r. w sprawie praw i sposobów prowadzenia wojny stanowiła w art. 25: „Zabrania się atakowania lub bombardowania w jakikolwiek sposób miast, wsi, mieszkań lub budynków, które nie są bronione”. Zasady te były już jednak łamane przez obie strony konfliktu, co czyniło wiele działań wojennych II wojny światowej niemoralnymi.

    Bomba atomowa była i pozostaje najbardziej niszczycielskim narzędziem, jakie ludzie potrafili wymyślić.

    Głowice nuklearne w Hiroszimie i Nagasaki miały moc odpowiednio 15 i 20 kiloton. Dzisiejsze (amerykańskie, rosyjskie i chińskie) są od pięciu do dziesięciu razy silniejsze, jeśli są używane jako broń taktyczna, podczas gdy bomby strategiczne mogą być dziesiątki lub setki razy potężniejsze.

    Jednak zgodnie z doktryną katolicką, jakkolwiek straszna, bomba atomowa jest mniej poważna niż pojedynczy grzech ciężki. Jak wyjaśnia św. Tomasz z Akwinu, „grzech śmiertelny jest ogromnym złem, zgodnie z jego gatunkiem; przewyższa wszelkie szkody cielesne, a nawet zepsucie całego materialnego wszechświata” (Summa Theologiae, I-II, q. 73, a. 8, ad 3). Zło fizyczne może również odgrywać rolę w boskiej opatrzności i służyć większemu dobru, ale pojedynczy grzech śmiertelny jest gorszy niż wszystkie fizyczne zła wszechświata razem wzięte, ponieważ jest bezpośrednim i dobrowolnym przestępstwem przeciwko Bogu, powodującym wieczną utratę duszy, a dobro duszy jest nieskończenie wyższe niż dobro ciała (Summa Theologiae, II-II, q. 26, a. 3).

    Zarówno w Hiroszimie jak i w Nagasaki doszło zarazem do wydarzeń, które przypominają nam, że miłość Boga jest silniejsza niż śmierć i może nas chronić przed wszelkim złem.

    W Hiroszimie w 1945 r. w domu parafialnym kościoła Matki Bożej Wniebowziętej, zaledwie osiem przecznic od epicentrum wybuchu bomby atomowej, mieszkała mała wspólnota niemieckich ojców jezuitów.

    Jeden z tych jezuitów, ojciec Hubert Schiffer (1915-1982), wspomina, że właśnie odprawiono Mszę św. i udano się na śniadanie, kiedy spadła bomba: „Nagle przerażająca eksplozja wypełniła powietrze jak burza ogniowa. Niewidzialna siła wyrwała mnie z krzesła, ciskała mną w powietrzu, rzucała mną, rzucała mną jak liściem w podmuchach jesiennego wiatru”. Przez cały dzień czterech jezuitów było otoczonych piekłem ognia, dymu i toksycznych chmur, ale żaden z nich nie został skażony promieniowaniem, a ich parafia pozostała na miejscu, podczas gdy wszystkie inne domy wokół zostały zniszczone i nikt nie przeżył. Kiedy zakonnicy zostali uratowani, lekarze zauważyli ze zdumieniem, że ich ciała wydawały się być odporne na promieniowanie lub jakiekolwiek szkodliwe skutki wybuchu. Ojciec Schiffer przeżył kolejne 37 lat w dobrym zdrowiu i uczestniczył w Kongresie Eucharystycznym, który odbył się w Filadelfii w 1976 roku. Wówczas żyli jeszcze wszyscy członkowie wspólnoty z Hiroszimy. Od dnia zrzucenia bomb ocalali jezuici byli badani przez naukowców ponad 200 razy. Naukowcy nie doszli jednak do żadnych wniosków, poza tym, że przetrwanie eksplozji było niewytłumaczalne.

    Jezuici przypisywali swoje ocalenie Matce Boskiej Fatimskiej, którą czcili, odmawiając codziennie różaniec. „Jako misjonarze chcieliśmy żyć orędziem Matki Bożej Fatimskiej i dlatego codziennie odmawialiśmy różaniec” – powiedział ojciec Schiffer.

    Podobny cud miał miejsce w Nagasaki. W mieście tym znajdował się klasztor franciszkanów „Mugenzai no Sono” (Ogród Niepokalanej), założony przez św. Maksymiliana Kolbego. W wyniku wybuchu bomby atomowej klasztor ten nie ucierpiał, podobnie jak dom jezuitów w Hiroszimie. Franciszkanie w Nagasaki czcili Niepokalane Poczęcie i głosili orędzie fatimskie. Ojciec Kolbe, apostoł Niepokalanej, zginął 14 sierpnia 1941 r. w Auschwitz.

    Wydarzenia te potwierdzają wielką prawdę: powinniśmy bać się nie tyle bomby atomowej, co raczej moralnego nieporządku, który dotyka ludzkość. Grzech jest jedyną przyczyną fizycznego zła, które nas zalewa, ponieważ, jak mówi św. Paweł, to przez grzech cierpienie i śmierć weszły na świat (Rz 5, 12). Modlitwa może jednak pokonać zło, a Matka Boża w Fatimie nauczała, że bronią par excellence każdego chrześcijańskiego wojownika jest Różaniec Święty. W wywiadzie udzielonym 26 grudnia 1957 r. ojcu Agostino Fuentesowi, siostra Łucja, jedna z widzących z Fatimy, powiedziała: „Kara niebios jest nieuchronna. […]. Bóg postanowił dać światu dwa ostatnie lekarstwa przeciwko złu, którymi są różaniec i nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. Innych nie będzie (…). Nie ma problemu, choćby najtrudniejszego, natury materialnej lub zwłaszcza duchowej, w życiu prywatnym każdego z nas lub w życiu ludów i narodów, którego nie można by rozwiązać modlitwą Różańca Świętego”.

    Prawdą jest zatem, że modlitwa różańcowa jest silniejsza niż bomba atomowa.

    Roberto de Mattei/Corrispondenza Romana/PCh24.pl

    ***

    „Twój głos dociera do serca Boga” – Leon XIV o pokoju, który zaczyna się w sercu

    W czasach, gdy świat z niepokojem spogląda na wzrastające napięcia, a pytania o przyszłość dzieci, rodzin i narodów znów stają się dramatycznie aktualne, Papież Leon XIV kieruje słowa, które poruszają sumienia i budzą nadzieję. Odpowiedź Ojca Świętego na list młodej matki Zairy, opublikowana w magazynie „Piazza San Pietro”, stała się mocnym apelem o pokój i ważnym punktem podczas Jubileuszu 2025.

    Papież Leon XIV

    Papież Leon XIV/Vatican Media

    ***

    List matki – głos całego pokolenia

    Zaira, młoda kobieta z Benewentu, matka trójki dzieci, w liście do Papieża pyta z lękiem i odwagą: Co stanie się z marzeniami naszych dzieci, jeśli wybuchnie wojna?”. Jej słowa poruszają. Pisze o dzieciach, które marzą o tym, by być lekarzami, strażakami, pisarkami, o rodzicach oszczędzających na ich przyszłość, o rodzinach, które mogą wszystko stracić przez jedną decyzję człowieka żądnego władzy.

    Zmienić bieg historii

    Papież Leon XIV w swojej odpowiedzi pisze: „To krzyk, który dociera do serca Boga. A Bóg zawsze jest z nami – nawet w najciemniejszych miejscach”. Ojciec Święty nie udziela „tanich pocieszeń”. Wręcz przeciwnie – wskazuje drogę: przemiana serca, modlitwa, dialog i małe, odważne gesty, które razem mogą odmienić bieg historii.

    „Pokój buduje się w sercu i od serca trzeba zacząć – wykorzeniając pychę, ucząc się mierzyć słowa, bo także słowa mogą ranić i zabijać” – pisze Leon XIV.

    Wojna nie zatriumfuje – dzieci mają prawo do pokoju

    W odpowiedzi Papieża wybrzmiewa głęboka determinacja: „Wojna nie zatriumfuje. Dzieci mają prawo do pokoju – autentycznego, sprawiedliwego i trwałego”. Jednocześnie Papież nawołuje do wytrwałej modlitwy o pokój – zarówno osobistej, jak i wspólnotowej – ale nie poprzestaje na sferze duchowej. „Wyzwanie polega na tym, by łączyć modlitwę z odważnymi gestami i cierpliwym trudem małych kroków.” – zaznacza.

    Jubileusz Nadziei, która nie zawodzi

    W kontekście Roku Jubileuszowego, odpowiedź Papieża nabiera szczególnego znaczenia. W świecie rozdartego pokoju, Leon XIV przypomina o nadziei – tej, która nie zawodzi. Na zakończenie swojej odpowiedzi pisze do Zairy: „Dziękuję Ci za Twoją refleksję. Błogosławię Ciebie i Twoją rodzinę”.

    Kościół, który się nie boi pytań

    Publikacja w „Piazza San Pietro” to także świadome nawiązanie do stylu jego poprzednika, papieża Franciszka – stylu, który nie unikał kontaktu z ludźmi i autentycznego dialogu. O. Enzo Fortunato, redaktor naczelny magazynu, podkreśla: „To Kościół, który pozwala, by stawiano mu pytania i nie boi się trudnych spraw życia”.

    ks. Marek Weresa/Kai/Tygodnik Niedziela

    ***

    Papież Leon XIV chce dać ludziom nadzieję, że Kościół jest latarnią na morzu chaosu

    Niewielu katolików zdaje sobie sprawę z tego, co naprawdę oznacza fakt, że nowy papież chce podążać drogą Leona XIII, wielkiego wizjonera.

    Wiele już napisano o tym, jaki będzie Kościół katolicki podczas pontyfikatu Leona XIV. W debacie publicznej trwa licytacja, „czyj to będzie papież”. Czy utrzyma postępowy kurs Franciszka, czy jednak czeka nas przestawienie wajchy na konserwatyzm? Licytacja trwa od momentu, w którym Robert Prevost, już jako biskup Rzymu, wyszedł w mucecie do loggii bazyliki św. Piotra, a chwilę później w czułych słowach wspomniał swojego poprzednika.

    Święty urząd

    Wiemy o nowym papieżu coraz więcej, natomiast musimy poczekać, aby rozstrzygnąć, która ze stron ma rację. Wypada jednak zaznaczyć, że z samej swej istoty urząd papieski rewolucyjny być nie może. Jest to bowiem władza, której źródło stanowi tradycja. Jezus namaścił Piotra. Każdy kolejny papież jest jego następcą. Bez poszanowania tradycji nie ma tego świętego urzędu. Nie znaczy to jednak, że papiestwo z definicji oznacza brak zmian. Leon XIV zdążył to już podkreślić, wyjaśniając, czym jego zdaniem jest doktryna: „Synonimami słowa »doktryna« mogą być nauka, dyscyplina lub wiedza. W tym rozumieniu doktryna jest wynikiem badań, a zatem hipotez, głosów, postępów i porażek, przez które stara się przekazać wiarygodną, uporządkowaną i systematyczną wiedzę na określony temat. W tym sensie doktryna nie jest opinią, ale wspólną, chóralną, a nawet multidyscyplinarną drogą do prawdy”. Znaczy to, że na niewzruszonym fundamencie dogmatów, Tradycji i Pisma Świętego spoczywa mądrość dwóch tysięcy lat katolickiej teologii, etyki i nauczania społecznego. To, co znajduje się powyżej fundamentów, jedynie zmierza do prawdy i podlega dyskusji.

    Rzeczy nowe?

    Robert Prevost wybrał imię Leon XIV ku czci swojego wielkiego poprzednika – Leona XIII. Ambicją nowego papieża jest napisanie nowej wersji Rerum novarum, a więc encykliki, od której datuje się nowoczesną naukę społeczną Kościoła. W 2026 r. będziemy obchodzić 135. rocznicę jej ogłoszenia. Wtedy, jak sądzę, można się spodziewać encykliki Leona XIV. W 1891 r. Leon XIII zabrał głos na temat społecznych skutków rewolucji przemysłowej i konfliktu między socjalistami a kapitalistami. Dziś Ojciec Święty widzi potrzebę zajęcia stanowiska w trakcie kolejnej rewolucji technologicznej – tym razem spod znaku sztucznej inteligencji, która również diametralnie zmienia sytuację pracowników na całym świecie.

    Rerum novarum („Rzeczy nowe”) to dokument z wielu powodów przełomowy. Wielki papież, wychodząc od Ewangelii, z troską wypowiedział się na temat opłakanej sytuacji robotników wykorzystywanych w wielkich fabrykach, w czasie gdy rodzący się nowoczesny kapitalizm traktował ich jak podludzi. W tym samym dokumencie Leon XIII równie mocno krytykował socjalizm. Odrzucił materialistyczną wizję człowieka, bronił własności prywatnej i przeciwstawiał się wizji państwa paternalistycznego, które wchodzi ludziom z butami do ich domów. Najgłośniej wybrzmiał jednak nakaz skierowany do wszystkich polityków na świecie, aby tak urządzali swoje ojczyzny, żeby walczyć z głodem i niedostatkiem wśród ubogich i potrzebujących. „Warstwa bowiem bogatych dostatkami obwarowana mniej potrzebuje opieki państwa; klasy natomiast ubogie, pozbawione ochrony, jaką daje majątek, szczególniej tej opieki potrzebują. Dlatego państwo powinno bardzo pilnym staraniem i opieką otoczyć pracowników najemnych, stanowiących masy ludności biednej” – pisał Leon XIII.

    Wydaje się oczywiste, że Leon XIV pochyli się nad konsekwencjami nowej rewolucji technologicznej – z automatyzacją i robotyzacją pracy na czele. Nad wielkim kapitałem technokorporacji, które zarządzają naszą uwagą i upośledzają naszą wolność. Zapewne też odniesie się do sporu między globalistami a populistami, który trzęsie całą polityką Zachodu. Podobnie jak w 1891 r. odbiorcy encykliki Leona XIII, my również żyjemy w czasach rewolucyjnych.

    Papież radykał

    Ciekawiej robi się jednak, gdy na pontyfikat Leona XIII spojrzymy nie tylko przez pryzmat jego bodaj najbardziej znanej encykliki – Rerum novarum. Czy następca odważy się pójść jego drogą?

    Urodzony w okolicach Rzymu w 1810 r. Gioacchino Pecci, gdy został powołany na Stolicę Piotrową, okazał się odważnym teologiem i bezkompromisową głową Kościoła. Walczył z liberalizmem i ateizmem, rozwadnianiem doktryny, uległością wobec świata. Był też – co dziś szczególnie elektryzujące – prorokiem czasów ostatecznych, który przestrzegał przed wielkim kryzysem i światem we władaniu diabła (kilkadziesiąt lat przed okropnościami II wojny światowej). Gdyby okazało się, że Robert Prevost nie tylko chce napisać Rerum novarum 2.0, ale również sięgnąć do bogactwa pontyfikatu Leona XIII w jego radykalnej, odważnej i prorockiej części, to doczekalibyśmy w Kościele katolickim prawdziwie nowego rozdziału. Sądzę, że tego właśnie potrzebują dziś chrześcijanie – opowiedzenia wiary, w tym pełnym chaosu świecie, niejako na nowo, sięgając odważniej ku Tradycji.

    O państwie chrześcijańskim

    Wszyscy, którzy chcieliby zrozumieć radykalizm Leona XIII, powinni sięgnąć po encyklikę z 1885 r., zatytułowaną Immortale Dei – o państwie chrześcijańskim.

    Papież odwołuje się w niej do myśli św. Augustyna, który pisał, że zdarza się, iż państwo nie różni się niczym od bandy zbójców. Państwo chrześcijańskie to takie, którym rządzi sprawiedliwość, a jego mieszkańcy są zjednoczeni wspólnym celem – ziemskim pielgrzymowaniem ku Bogu. Leon XIII pisze, że „podobnie i państwa nie mogą bez zbrodni tak sobie postępować, jak gdyby Boga zupełnie nie było, lub odrzucać od siebie troskę o religię, jako niepotrzebną i do niczego nieprzydatną”. Krótko mówiąc: świeckie państwo to zło.

    Według tej logiki również współczesna Polska przypomina bardziej gromadę zbójców niż państwo. Zdaniem Leona XIII wspólnota polityczna powinna otaczać religię chrześcijańską opieką i bronić jej praw. Nie zaś ograniczać religię w szkołach, debatować nad usuwaniem krzyży z urzędów i uchwalać pokątnie antyludzkie prawo aborcyjne. Papież, którego za wzór wybrał sobie Leon XIV, de facto unieważnia w tej encyklice podstawowe dogmaty nowoczesności. To nieprawda, że jedyną zasadą porządkującą życie wspólnoty może być niczym nieograniczona wola ludzi. Tak pojęta demokracja, która widzi wszystkich ludzi takimi samymi, niezależnie od wyznawanych przez nich wartości, zawsze kończy się anarchią i prowadzi do świata, w którym zapomina się o Bogu. Ojciec Święty nawet jasno przeciwstawia się niczym nieograniczonej wolności słowa. Jest zwolennikiem, w pewnym zakresie, katolickiej cenzury: „Tak więc ona wolność zdania i wolność mowy i prasy nieograniczona nie jest żadnym istotnym dobrodziejstwem, z którego społeczeństwo ludzkie słusznie mogłoby się cieszyć, lecz źródłem i początkiem wiela złego”.

    Oczywiście z dzisiejszej perspektywy szczególnie ten ostatni postulat wydaje się nieuzasadniony, a na pewno niemożliwy do wprowadzenia. Czy jednak, pomijając pomysł na katolicką cenzurę, jako katolicy zdolni jesteśmy jeszcze myśleć podobnymi kategoriami o katolickiej polityce?

    Herezja amerykanizmu

    W 1899 r. Leon XIII pisze list do arcybiskupa Baltimore. Krytykuje w nim postawę jego zdaniem charakterystyczną dla katolicyzmu w USA. Tekst utrzymany jest w duchu surowej reprymendy. Czytamy w nim: „Nowe te poglądy, o których mowa, polegają mniej więcej na tym, że, dla łatwiejszego pociągnięcia innowierców do uznania prawdy katolickiej, należałoby Kościołowi bardziej się zbliżyć do ludzkości, która dotarła do pełnej już dojrzałości i, pozbywszy się dawnej surowości, stać się wyrozumiałym dla aspiracji i poglądów współczesnych ludów”. I dalej: „Niech więc nikt się nie kusi, z jakiej bądź racji, coś zamilczeć albo ująć z nauki przez Boga podanej, kto by to uczynił, raczej by chciał katolików rozłączyć z Kościołem, zamiast rozłączonych do Kościoła pociągnąć”. Leon XIII wzywa tutaj do pojednania z Tradycją, głośnego i odważnego prezentowania zdania Kościoła, przestrzega zaś przed rozwadnianiem wiary. Tylko taki katolicyzm może prowadzić właściwą drogą do Boga, tylko taki może mieć autentyczny smak.

    Czy to możliwe?

    Istnieją pewne przesłanki, aby żywić nadzieję, że przynajmniej część bardziej tradycjonalistycznych idei znajdzie swoje miejsce w tym pontyfikacie. W końcu już w pierwszej homilii, wygłoszonej do kardynałów, Leon XIV porównał Kościół do latarni morskiej, która ma oświetlać wzburzone, a więc grzeszne morze współczesnego świata.

    Ojciec Święty Franciszek wielokrotnie mówił o Kościele jako szpitalu polowym. Sądzę, że tak jak papież jezuita chciał zapraszać poranione dusze do szpitala, aby się w nim schroniły, niezależnie od ich stosunku do Kościoła, tak Leon pragnie dawać przykład, napełniać ludzi nadzieją, że Kościół jest źródłem światła na morzu chaosu. To metafora bardzo augustiańska, można czytać ją także w duchu wizji Kościoła jako ojca, przewodnika, autorytetu, a nie tylko współczującego towarzysza niedoli lub sanitariusza.

    Czy nie takiego Kościoła dziś potrzebujemy?

    Konstanty Pilawa/Gość Niedzielny

    ***

    Czy papież przyjedzie do Gietrzwałdu na 150-lecie objawień maryjnych?

    Wizyta papieża Leona XIV w Polsce w 150. rocznicę objawień w Gietrzwałdzie byłaby podkreśleniem aktualności przesłania maryjnego – powiedział PAP kustosz sanktuarium w Gietrzwałdzie ks. Przemysław Soboń.

    Matka Boża Gietrzwałdzka

    Matka Boża Gietrzwałdzka

    ***

    Podczas audiencji w Watykanie 25 czerwca kustosz sanktuarium w Gietrzwałdzie wręczył Leonowi XIV figurę Matki Bożej, przybliżając mu treść objawień w Gietrzwałdzie. Miały one miejsce w 1877 r. – w czasach, kiedy Polska była pod zaborami. Zostały oficjalnie uznane przez Watykan w 1977 r. Są jednymi z 12 objawień maryjnych na świecie uznanymi przez Kościół katolicki.

    Podczas wizyty w Watykanie (czwartek 3 lipca b.r.) prezydent Andrzej Duda zaprosił papieża Leona XIV do Polski. W rozmowie z dziennikarzami przypomniał, że w 2027 r. obchodzone będzie 150-lecie objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie, które – jak zaznaczył – będzie “wielkim wydarzeniem religijnym”. “Ale oczywiście Ojciec Święty może przyjechać do nas zawsze i zawsze na niego czekamy” – dodał.

    “Rocznie do miejsca objawień w Gietrzwałdzie przybywa kilkaset tysięcy pielgrzymów, głównie z terenu Polski. W tym roku obserwujemy dwukrotnie większą liczbę niż w tym samym okresie 2024 r.”

    – powiedział PAP kustosz sanktuarium ks. Przemysław Soboń.

    “Ze świadectw zapisanych w specjalnej księdze wiemy, że ludzie przyjeżdżają, aby prosić o łaskę uzdrowienia z ciężkiej choroby, wyjście z nałogu, dar macierzyństwa czy uratowanie małżeństwa. Są też i tacy, którzy dziękując np. za wyjście z nowotworu przywożą ze sobą dokumentacje medyczną świadczącą, że można mówić w ich przypadku o cudzie”

    – powiedział duchowny.

    W ramach przygotowań do jubileuszu 150-lecia trwa nowenna gietrzwałdzka. “30 lipca br. obok sanktuarium zostanie otwarta kaplica wieczystej adoracji Najświętszego Sakramentu, czyli nieustanna adoracja” – powiedział kustosz.

    Objawienia w Gietrzwałdzie miały miejsce od 27 czerwca do 16 września 1877 r. Głównymi wizjonerkami były 13-letnia Justyna Szafryńska oraz 12-letnia Barbara Samulowska.

    Według ich relacji, Matka Boża przemówiła do nich po polsku. W odpowiedzi na pytanie: kim jest?, odpowiedziała: “Maryja Niepokalane Poczęcie”. Wzywała za pośrednictwem dzieci do pokuty i nawrócenia, głębokiej przemiany życia, zachowania trzeźwości i codziennej modlitwy różańcowej. Podkreśliła jak bardzo ważne są sakramenty a zwłaszcza uczestnictwo we Mszy świętej.

    Ponadto, z relacji wizjonerów wynika, że Najświętsza Maryja Panna zapytana, czy osierocone parafie otrzymają wkrótce kapłanów, odpowiedziała:

    “Jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów”.

    Zapewniła także wierzących o swojej bliskości mówiąc: “Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę przy was”.

    Informacje o objawieniach spowodowały masowy ruch pielgrzymów, zwłaszcza Polaków z trzech zaborów. Mimo żniw w dni powszednie do Gietrzwałdu przybywało w 1877 r. od tysiąca do dwóch tysięcy ludzi, a w niedziele do kilku tysięcy. W uroczystościach 15 i 16 sierpnia było ok. 10 tys. wiernych, zaś 16 września 1877 r. w obchodach poświęcenia figury Niepokalanej Dziewicy wzięło udział 14 kapłanów i ok. 15 tys. wiernych.

    Najwięcej – około 50 tys. pątników – zgromadziło się w Gietrzwałdzie na święto Narodzenia Matki Boskiej 7-9 września 1877 r. W uroczystościach Wniebowzięcia Matki Boskiej 15 sierpnia 1878 r. wzięło udział 15-20 tysięcy pielgrzymów – wynika z zapisków ówczesnego proboszcza parafii w Gietrzwałdzie ks. Augustyna Weichsela.

    W 1970 r., papież Paweł VI nadał kościołowi w Gietrzwałdzie tytuł bazyliki mniejszej, co podkreślało znaczenie tego miejsca. Stolica Apostolska zatwierdziła objawienia Matki Bożej w 1977 r.

    Obecnie trwa proces beatyfikacyjny siostry Barbary Samulowskiej (zakonne imię Stanisława). Rozpoczął się 2 lutego 2005 roku i na etapie diecezjalnym zakończył się 8 września 2006 r. w bazylice Narodzenia NMP w Gietrzwałdzie. W 2024 r. archidiecezja warmińska zakończyła diecezjalny etap procesu o cud za jej wstawiennictwem Sługi Bożej.

    z Tygodnika Niedziela

    ***

    Dusze zmarłych? Są bliżej niż myślimy!

    fot. via: Pixabay

    ***

    Dusze zmarłych? Są bliżej niż myślimy!

    Śmierć człowieka otacza obłok tajemnicy. Odczuwa ją umierający, a najbliżsi zmarłego zadają sobie pytania: “Co się stało z tym, którego kochaliśmy? Co ze mną będzie po śmierci?”.

       Jedyną odpowiedź na te najważniejsze pytania daje Jezus: “Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne” (J 6, 47). Jest życie wieczne, jest niebo, które On nam otworzył swoją męką i zmartwychwstaniem, jest Jego nauka, jak to niebo osiągnąć, oraz są przestrogi przed utratą życia wiecznego. Chrystus mówi nam, że przez próg śmierci przechodzimy do nowego życia, gdzie wszystko ma wymiar duchowy, gdzie nie ma przestrzeni, materii, czasu, cierpienia i strachu, natomiast wszystkim we wszystkich jest Bóg – Miłość i Światłość odwieczna i wiekuista.

         Ażeby przybliżyć człowiekowi prawdę o rzeczach ostatecznych, które go czekają, a przede wszystkim by złagodzić ten naturalny lęk przed śmiercią albo niewiedzę o losach bliskich zmarłych, Bóg udziela czasem daru kontaktowania się żywych z umarłymi. Dzieje się to jednak rzadko i tylko wtedy, gdy w planach Bożych ma z tego wyniknąć wielkie dobro.

         Współcześnie taki dar – a nawet misję – otrzymała Maria Simma, zmarła w roku 2004 mieszkanka małej szwajcarskiej wioski Sonntag w Alpach.

         Maria pochodziła z licznej rodziny, w której się nie przelewało, więc dzieci wcześnie musiały pójść do pracy. Po ukończeniu szkoły ludowej dziewczyna pragnęła wstąpić do zakonu; trzykrotnie próbowała w różnych klasztorach, lecz wszędzie odmawiano jej przyjęcia ze względu na jej słabe zdrowie. Mając od dziecka bardzo żywe nabożeństwo do Matki Bożej, złożyła prywatny ślub czystości i oddała Jej dalszą drogę swego życia, pragnąc służyć Jej przez modlitwę i ofiarę w intencji dusz czyśćcowych. Po śmierci rodziców zamieszkała sama w domu rodzinnym w Sonntagu, pracując na bardzo skromne utrzymanie.

         Pewnej nocy w 1940 r. Maria nagle się obudziła i dostrzegła obcego mężczyznę chodzącego po jej pokoju. Na pytanie, kim jest, nie otrzymała od przybysza żadnej odpowiedzi. Ponieważ Simma była z natury odważna, momentalnie wyskoczyła z łóżka, chcąc schwytać intruza, lecz jej ręce trafiły w próżnię; wtedy zrobiło się jej nieswojo. W tej samej chwili zjawa znikła. Zaraz rano kobieta opowiedziała widzenie swemu spowiednikowi; ten radził jej w takich momentach pytać: “Czego potrzebujesz, czego chcesz ode mnie?”. Następnej nocy tajemniczy mężczyzna znów się pojawił. Na pytanie Marii odpowiedział: “Postaraj się o trzy Msze święte, a będę wybawiony”.

         Tak się zaczęła współpraca Marii z duszami pokutującymi w czyśćcu. Przez kilkanaście lat zjawiały się u niej w liczbie kilku rocznie. Proboszcz i spowiednik Marii, ks. Alfons Matt, którego kobieta informowała o każdej prośbie kierowanej do niej z zaświatów, polecał jej, aby żadnej duszy nie odrzucała, ale żeby starała się spełnić jej życzenie.

         W 1954 r. – a był to rok maryjny – dusze zaczęły przychodzić do Marii już co noc. Gdy ten rok minął, zjawiały się znowu rzadziej, ale najczęściej w pierwszą sobotę miesiąca, w święta Matki Bożej, w wielkim poście (szczegółnie w Wielkim Tygodniu), a także w listopadzie oraz w adwencie. Każdy kontakt duszy czyśćcowej z Mafią Simmą był szczególnym darem Bożym, uzyskanym przez Matkę Bożą dla danej duszy. To, co dusze mogły powiedzieć Marii Simmie, też było darem Bożym; wprawdzie wizjonerka nie mogła ich wypytywać sama, ale przez długie lata tych kontaktów uzyskała bogatą wiedzę i doświadczenie w sprawach czyśćcowych. Nie wolno jej jednak było przywoływać dusz z czyśćca: “Przychodzą po prostu, kiedy Pan Bóg im pozwoli postarać się o szybsze wybawienie” – wyjaśniała Maria. Wynika z tego, że wszelkie przywoływanie duchów, seanse spirytystyczne itp. nie są po myśli Bożej i należy się ich całkowicie wyrzec. Duchy, które mogą się w nich pojawiać, to duchy złe, podszywające się pod osoby zmarłe.

         Natomiast Simma przekonała się, że “dusze czyśćcowe wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, więcej, niż myślimy. Wiedzą na przykład o tym, kto bierze udział w pogrzebie i czy się modli, czy tylko idzie, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nie Mszy św., bo dla umarłego pobożne wysłuchanie Mszy św. ma większe znaczenie aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz. Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy; są całkiem blisko nas”.

         Na pytanie, jak i za co dusze cierpią w czyśćcu najbardziej, Simma daje następujące wyjaśnienie: “Jest tyle różnych rodzajów czyśćca co dusz. Każdą duszę trapi tęsknota za Bogiem i to powoduje najboleśniejsze cierpienia ze wszystkich. Poza tym każda dusza jest tak karana, jak grzeszyła (…). Grzechy przeciwko miłości, oszczerstwo, zniesławienie, brak pojednania się, kłótnie z powodu chciwości i zazdrości są w wieczności bardzo karane (…). Jak często grzeszy się bezlitosnymi wypowiedziami i płochymi sądami o drugich (…). Słowo może zabić – słowo może uzdrowić”. Do nieba może wejść tylko czysta miłość.

         “Co się dzieje z samobójcami? Są oni najczęściej niepoczytalni w chwili, gdy odbierają sobie życie. Przeważnie więcej winy ponoszą ci, którzy ich do samobójstwa doprowadzili”. A najlepszy sposób, aby się do piekła nie dostać, to pokora.

         Pomimo wielkich cierpień doznawanych w czyśćcu “żadna dusza nie chciałaby wrócić na ziemię i nadal żyć, ponieważ ma ona poznanie, o którym my nie mamy pojęcia. Dusze pokutujące w czyśćcu pragną oczyszczenia. Czy możemy sobie wyobrazić dziewczynę, która odważyłaby się przyjść na pierwszy bal w brudnej sukience i nie uczesana? Dusza w miejscu oczyszczenia – czyli w czyśćcu – ma tak świetlane pojęcie o Bogu, że przedstawia się jej w oślepiającej piękności. Żadna siła nie zdołałaby jej zmusić, aby stanęła przed Jego Obliczem, jeżeli najdrobniejsza skaza nie została z niej jeszcze zmazana. Tylko doskonale czysta odważy się stanąć przed Bogiem, aby oglądać Go twarzą w twarz”.

         Dusze ukazujące się Marii Simmie prosiły przede wszystkim o Msze św., modlitwę, ale także o zwrócenie się do ich bliskich z przestrogą, z prośbą o ofiary lub o wyrównanie krzywd. Z czasem zaczęły też prosić o przyjęcie cierpień za nie. Gdy wizjonerka się na to zgadzała, przeżywała godziny wielkich cierpień fizycznych; po ich upływie wracała do normalnego samopoczucia i mogła pójść rano do pracy. Ten rodzaj wspierania dusz pokutujących stał się dominującym nurtem misji Marii Simmy. Poznała, jak wielką wartość ma modlitwa i cierpienie ofiarowywane Bogu tu na ziemi w intencji zmarłych. Kilka godzin cierpień Marii skracało komuś czyściec o kilkadziesiąt lat. Dusze pokutujące z tej perspektywy żałują każdej okazji do cierpienia, której nie wykorzystały na ziemi, aby ją Bogu ofiarować w duchu pokuty.

         Wszystkie prośby dusz i informacje od nich uzyskane Maria przekazywała swemu proboszczowi, ks. Mattowi, bardzo troskliwie czuwającemu nad misją duchową, którą Bóg obdarzył jego penitentkę. Przekonując się, jak dobroczynne to zadanie dla dusz poku tujących w czyśćcu, a równocześnie jaki ma ono walor ewangelizacyjny dla ich rodzin, kapłan zgodził się, aby Simma wygłaszała odczyty o czyśćcu po okolicznych parafiach. Ludzie się o to dopominali, a dusze czyśćcowe popierały tę akcję, bo pobudzała do gorliwszego nabożeństwa w ich intencji. Po odczytach Maria była zasypywana pytaniami o życie pozagrobowe.

         Wielekroć dusze przychodzące do Marii Simmy mówiły o roli Matki Bożej w wypraszaniu im skrócenia lub złagodzenia cierpień czyśćcowych. Matce Bożej należy się tytuł Matki Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych – stąd tak cenna dla nich jest modlitwa różańcowa. Jedna dusza objawiająca się powiedziała Simmie, że Matka Boża upomina się o wybudowanie kaplicy ku Jej czci na rozstaju, gdzie kiedyś już kapliczka stała. Gdy przeprowadzano nową drogę, starą kapliczkę zniesiono, a o postawieniu nowej zapomniano. Matka Boża przypomina o konieczności jej postawienia, wyrażając też życzenie, aby znajdował się w niej obraz przedstawiający Ją jako Matkę Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych. Obraz ma być piękny. Krótko potem Simmę odwiedził ksiądz z Polski. Gdy Maria opowiedziała mu o życzeniu Matki Bożej, kapłan podjął się znalezienia malarza i pokrycia kosztów.

         Obraz namalował Adolf Hyła z Krakowa, autor obrazu Jezusa Miłosiernego w Łagiewnikach. W maju 1959 r. obraz i kaplica w Sonntagu zostały poświęcone i są teraz miejscem pielgrzymek oraz modlitw za dusze w czyśćcu. 

     Teresa Tyszkiewicz


    źródło: Maria Simma:Moje przeżycia z duszami czyśćcowymi/Fronda.pl

    ***

    Odpowiedź Jezusa na cierpienie.

    Fragment najnowszej książki ks. Roberta Skrzypczaka

    Screenshot

    archiwum wydawnictwa

    ***

    Prezentujemy obszerny fragment najnowszej książki ks. prof. Roberta Skrzypczaka „Wspaniałość chrześcijaństwa”. To niezwykle ważna pozycja – opowieść o pięknie chrześcijaństwa, jego sile, mądrości i ciągłości. Lektura pomaga lepiej zrozumieć istotę naszej wiary, ale także dostrzec źródła duchowego stanu współczesnego świata. Ks. prof. Robert Skrzypczak wzywa do przebudzenia, gwałtownej diagnozy obecnej sytuacji, ale także do świadomego i odważnego wyznawania wiary w Jezusa Chrystusa.

    Paradoks krzyża

    Współczesny ateizm w przypadku wielu ludzi ma swe najgłębsze korzenie w zgorszeniu krzyżem. „Taki Bóg, który pozwala na niewinne cierpienie i który dopuszcza bezsensowną śmierć, w ogóle nie jest godny miana Boga” – pisał Jürgen Moltmann, który przeżył obóz koncentracyjny. Wielu innych reaguje w podobny sposób, utrzymując, że należałoby zwrócić Bogu bilet wstępu do świata, w którym bezbronne dzieci umierają na oddziałach onkologicznych pokonane przez białaczkę i w którym porywa się nastolatki, by je „przerobić” na organy. Choć – jak zauważył Joseph Ratzinger – „jest rzeczą uderzającą, że większość oskarżeń przeciwko Panu Bogu nie pochodzi od cierpiących tego świata, ale od sytych widzów, którzy nigdy nie cierpieli. Cierpiący nauczyli się widzieć”.

    Czym jest krzyż? To narzędzie tortury, którego używano w świecie antycznym, by uśmiercać skazańców w sposób jak najbardziej ohydny i okrutny. W szerszym znaczeniu przez krzyż rozumie się wszelkie cierpienie, ból, krzywdę, niesprawiedliwość, niekorzystne wydarzenia życiowe, nieprzychylny sposób potraktowania przez innych, upokorzenie, porażkę, wstyd, poczucie winy, chorobę, utratę najbliższych, brak pracy czy pieniędzy; a więc wszystko to, co niszczy, degraduje nasze życie, odbiera mu smak i rozmach, a z czym spotykamy się sporadycznie, okresowo bądź na co dzień. W takim sensie wiele jest krzyży, które dźwiga każdy człowiek od momentu pojawienia się na ziemi. Są one różnej wielkości i pojawiają się w różnych okresach życia. Taki rodzaj krzyża stawia pod znakiem zapytania pragnienie ludzkiego szczęścia, jakby pojawiał się tylko po to, by niweczyć wszelkie plany i pragnienia spokojnego i bezpiecznego życia. Nic dziwnego, że krzyż rodzi bunt. W cierpieniu człowiek chce protestować, podnieść pięść, szuka sprawiedliwości na własną rękę i dopatruje się winnych. Uciekając od krzyża, popadamy w lęki, neurozy, dopuszczamy się gwałtowności, widzimy w innych wrogów, zamykamy się w egoizmie. Nie ma innej drogi ucieczki od krzyża, jak grzech. Stajemy się w konsekwencji niewolnikami zła z powodu strachu przed bólem i umieraniem. Tysiące lat istnienia człowieka na ziemi nie dostarczyły mu żadnego panaceum na siebie samego. Wciąż największym problemem jest lęk przed utratą życia. Wiele obrzędów i form kulturowych, wytworów fantazji i naturalnej religijności ma służyć oswojeniu tego największego wroga. W religiach człowiek szuka bóstwa, by móc się osłonić przed nieuchronnym bólem istnienia. A jeśli tego tam nie znajdzie, pozostaje mu ateizm czy postawa religijnej obojętności jako coś w rodzaju wyzwania Boga na pojedynek albo też wypowiedzenia zależności, aż po zanegowanie Jego istnienia.

    W tej sytuacji posłanie przez Boga swego Syna na świat z misją zbawienia wiąże się z wielką odpowiedzią Boga na ten problem. Chrystus jednakże nie przychodzi usunąć cierpienia, ale pozbawić je jego śmiertelnego jadu. Ewangelia głoszona przez Apostołów jest Dobrą Nowiną o Chrystusie Ukrzyżowanym. Bóg wszedł w ludzkie cierpienie i śmierć, poddał się jego przekleństwu, aby w tym miejscu, gdzie ludzie gubią się i tracą sens życia – na dnie nędzy i rozpaczy, na krańcach ludzkiej wytrzymałości i akceptacji, a nawet poza nią – zatriumfować jako Pan życia i Zwycięzca śmierci.

    Dlaczego cierpienie?

    „Aby móc poznać prawdziwą odpowiedź na pytanie «dlaczego cierpienie» – uczył św. Jan Paweł II – musimy skierować nasze spojrzenie na objawienie Bożej miłości. Miłość jest najpełniejszym źródłem odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia. Odpowiedzi tej udzielił Bóg człowiekowi w Krzyżu Jezusa Chrystusa”. Chrystus cierpiał dobrowolnie i niewinnie. W ten sposób podjął pytanie stawiane wielokrotnie przez ludzi, odwieczne pytanie Hioba: dlaczego mnie się coś takiego przydarza? Jak zauważa św. Paweł, krzyż jest „zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan” (1 Kor 1,23). Zgorszenie to bierze się z dręczącej wątpliwości, jak to możliwe, że dobry Bóg nęka mnie cierpieniem, zsyła ból na niewinnych. Tym bardziej na „Żyda”, który w logice nauczania św. Pawła reprezentuje człowieka religijnego, wierzącego w moc Prawa i w to, że żyjąc sprawiedliwie, można zasłużyć na pomyślność i błogosławieństwo Boże. W tej mentalności cierpienie jest skandalem, poczuciem krzywdy nie do pogodzenia z moralnością typu „coś za coś”. Dlatego też „Żydzi żądają znaków” (1 Kor 1,22), cudów, nadzwyczajnych interwencji Boga, aby usunął i wyeliminował cierpienie. Jest to rodzaj warunkowej miłości żądającej dowodów, stawiającej sprawę na ostrzu noża: „niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego” (Mt 27,42). W przeciwnym razie – bunt, przekleństwo.

    Z drugiej strony krzyż to coś niepojętego i niesłychanego. To absurd, „głupstwo dla pogan” (1 Kor 1,23). Cierpienie nie tylko ogranicza zdolność przewidywania, planowania, spryt życiowy, ale i możliwości zaradzenia, rozwiązywania problemu, wymyślenia remedium. Krzyż jest niezrozumiały dla poganina, Greka, dla racjonalisty polegającego na inteligencji. Ponieważ „Grecy szukają mądrości” (1 Kor 1,22), cierpienie jest odrzucane jako nielogiczne i upokarzające. Wytłumaczenia pomagają zrozumieć to, co się dzieje, jednakże cierpienie należące do kategorii niewytłumaczalnych zasługuje jedynie na pogardę i odrzucenie. Efektem tej postawy jest życiowy cynizm, zgorzknienie i depresja.

    Największa miłość

    Chrystus jednakże przynosi odpowiedź! Daje ją „nie samym swoim nauczaniem: Dobrą Nowiną, ale przede wszystkim własnym cierpieniem, które z tym nauczaniem, z Dobrą Nowiną scalone jest w sposób organiczny i nierozerwalny. Jest to jakby ostatnie, syntetyczne słowo tego nauczania: nauka krzyża”. Jednakże nauka krzyża jest paradoksem: to, co po ludzku jest znakiem klęski i uznawane za zło i uwarunkowanie zła, dla Chrystusa staje się instrumentem przełamania zła i największą prawdą życia. Cierpienie osiągnęło swój zenit w męce na Kalwarii. Zostało wprowadzone w nowy wymiar. Zostało na zawsze związane z Miłością. Chrystus sięgnął korzeni zła i negacji, aby stamtąd wyprowadzić życie i dobro. Właśnie tam, gdzie wszyscy kapitulujemy w obliczu bólu i upokorzenia, wyrzekając się sensu życia i bluźniąc Bogu, Chrystus objawia największą prawdę o miłości. Wypełnia na sobie nieosiągalne pragnienie człowieka i najwyższe prawo życia: będziesz kochał! Rozpięty na krzyżu, kocha Boga całym sercem – przebity włócznią, całym umysłem – ukoronowany cierniami, i ze wszystkich sił – z przebitymi gwoźdźmi rękoma i nogami. Kocha Boga, oddając Mu w ręce całe życie. W ostatnim, ekstremalnym momencie przyznaje się całkowicie do Miłości. Kocha bliźniego aż do granic miłości nieprzyjaciela i zabójcy: „Ojcze, przebacz im!” (Łk 23,34). Tutaj życie zostaje uwolnione, aby mogło osiągnąć swój szczyt.

    Wiara i cierpienie

    Cierpienie ludzkie znalazło się w nowej sytuacji. Krzyż Chrystusa jest przełomem: przez cierpienie dokonało się Odkupienie, ale wraz z tym samo cierpienie zostało odkupione. Chrystus cierpiał za nas i dla nas. Przyjął na siebie całe przekleństwo, bunt i absurd cierpienia, aby pozbawić je trującej mocy, na krzyżu został złamany jego oścień, kolec, który dotąd miażdżył i zabijał życie ludzkie. Od czasu, gdy „Chrystus wyniósł ludzkie cierpienie na poziom Odkupienia – nauczał św. Jan Paweł II – każdy jest wezwany do uczestnictwa w tym cierpieniu”. Oznacza to nową możliwość zrealizowania się w miłości. Krzyż staje się chwalebny, otwiera pomost do Boga, umoż- liwia spotkanie Go w faktach po ludzku niepomyślnych, prowadząc do zakosztowania Jego miłości i intymności z Nim. Staje się wydarzeniem odkrycia Dawcy nieśmiertelności na zakręcie życia. Staje się chwalebny, bo zrywa okowy lęku i egoizmu, umożliwia kochanie, wydobywa z człowieka jego najszlachetniejsze możliwości, otwiera na doświadczenie wolności.

    Wiara nie szuka cierpienia, ale uczy, że „życie bez cierpienia nie osiąga pełni”54. Przede wszystkim dlatego, że w cierpieniu człowiek zostaje skonfrontowany z faktem, że nie może rozporządzać własnym życiem, bo nie jest ono jego własnością, a on nie jest bogiem siebie samego. Droga łaski do człowieka wiedzie przez rozbicie twardej skorupy samouwielbienia, tłumiącej w nim uwielbienie Boga. Dopiero człowieczeństwo, które przeszło przez krzyż, objawia prawdziwego człowieka. Co to oznacza? Nietrudno sobie to uświadomić w dobie jakby przesytu człowieka swym człowieczeństwem, kiedy już nie znosi samego siebie ani innych. W efekcie łatwo w drugim człowieku dostrzegać albo nagą małpę, albo też wyjątkowo złośliwego szczura, którego trzeba koniecznie dogonić, a jeszcze lepiej prześcignąć. Tylko przez przecierpienie siebie samego i uwolnienie się od tyranii egoizmu wiedzie droga do odkrycia w drugim bliźniego, brata. Krzyż przełamuje moje „ja”, zmuszając niejako do wychodzenia poza obszar samego siebie.

    ze strony Aleteia.pl

    ***

    Watykan: Nie można usunąć zapisu z rejestru chrztów

    Księgi metrykalne

    Księgi metrykalne/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Nie jest możliwe uznanie zaistniałego faktu za nieistniejący lub niemożliwy do potwierdzenia.

    Prefekt Dykasterii ds. Tekstów Prawnych, abp Filippo Iannone oraz sekretarz tejże dykasterii bp Juan Ignacio Arrieta, podpisali notę wyjaśniającą, dlaczego zabronione jest usuwanie z rejestrów parafialnych danych odnoszących się do udzielania sakramentu chrztu. Jest to „fakt historyczny”, od którego zależą inne sakramenty.

    Stolica Apostolska przypomniała, że prawo kanoniczne nie zezwala na modyfikowanie ani usuwanie wpisów dokonanych w rejestrze chrztów, z wyjątkiem korygowania wpisów błędnych. Rejestr ten służy zapewnieniu pewności co do zaistnienia określonych zdarzeń związanych z życiem religijnym konkretnych osób.

    W rejestrze tym, poza faktem chrztu, wpisuje się przyjęcie niektórych innych sakramentów (bierzmowanie, święcenia, małżeństwo), a także np. złożenie wieczystych ślubów zakonnych.

    Rejestr chrztów jest obiektywnym zapisem czynności sakramentalnych lub związanych z sakramentami dokonanych historycznie przez Kościół i nie jest możliwe uznanie zaistniałego faktu za nieistniejący lub niemożliwy do potwierdzenia.

    Brak rejestracji chrztu lub usunięcie jego potwierdzenia utrudniłby prawidłowe sprawowanie sakramentów w Kościele, gdyż jedynie osoba ochrzczona może przyjąć kolejne sakramenty.

    W rejestrze chrztów wolno także dokonać wpisu dotyczącego „formalnego aktu wystąpienia z Kościoła katolickiego”, gdy zainteresowana osoba wyraża wolę opuszczenia Kościoła katolickiego.

    Warto zauważyć, że opublikowana nota jest zbieżna z przepisami wydanymi przez Konferencję Episkopatu Polski, zawartymi w Dekrecie ogólnym w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych w Kościele katolickim z dnia 13 marca 2018 roku (szczególnie art. 14 ust. 4) oraz w Dekrecie ogólnym w sprawie wystąpień z Kościoła oraz powrotu do wspólnoty Kościoła z dnia 7 października 2015 roku.

    Publikujemy oficjalne tłumaczenie dekretu, dokonane przez „L’Osservatore Romano”:

    Nota wyjaśniająca Dykasterii ds. Tekstów Prawnych w sprawie zakazu usuwania wpisów w parafialnym rejestrze chrztów

    Prawo kanoniczne nie zezwala na modyfikowanie ani usuwanie wpisów dokonanych w rejestrze chrztów, chyba że jest to konieczne do skorygowania ewentualnych omyłek pisarskich. Celem tego rejestru jest zagwarantowanie pewności co do określonych aktów, umożliwiając weryfikację ich rzeczywistego zaistnienia.

    Kan. 535 KPK wymaga, aby każda parafia miała własny rejestr chrztów. Rejestr ten, który parafia jest zobowiązana przechowywać (kan. 535 § 1), służy do zapisywania sakramentów, które – jak w przypadku chrztu – Kościół katolicki udziela tylko jeden raz. Ponieważ chrzest jest warunkiem przyjęcia innych sakramentów, obok wpisu o chrzcie odnotowuje się udzielenie innych sakramentów, których nie można powtórzyć (bierzmowanie i święcenia), a także inne ważne czynności, takie jak zawarcie sakramentu małżeństwa (którego nie można ponowić, chyba że węzeł zostanie uznany za nieważny), wieczysta profesja w instytucie zakonnym, która z kolei zabrania zawarcia małżeństwa (kan. 535 § 2), zmiana obrządku [przynależności do Kościoła sui iuris] (kan. 535 § 2) i adopcja (kan. 877 § 3), w wyniku której powstaje w Kościele przeszkoda małżeńska (kan. 1094).

    Rejestr chrztów stanowi zatem obiektywny zapis czynności sakramentalnych lub związanych z sakramentami, dokonanych w przeszłości przez Kościół. Chodzi o historyczne kościelne wydarzenia, które muszą być brane pod uwagę dla zachowania właściwego porządku administracyjno-duszpasterskiego, ze względów teologicznych, dla zapewnienia bezpieczeństwa prawnego, a także w celu ewentualnej ochrony praw osoby zainteresowanej oraz osób trzecich.

    W związku z tym danych wprowadzonych do rejestru nie wolno zmieniać ani usuwać, z wyjątkiem korygowania ewentualnych omyłek pisarskich.

    Chociaż w kan. 535 nie stwierdza się tego wyraźnie, ten bezsprzeczny zakaz może być bez wątpienia wywnioskowany z kategorycznego sformułowania przepisów nakazujących rejestrację i potwierdzanie aktów. Gdyby Kościół nie miał tego rodzaju ogólnych przepisów dotyczących obowiązkowej rejestracji chrztu, niemożliwe byłoby sprawowanie przezeń działalności sakramentalnej, ponieważ do ważnego przyjęcia sakramentów konieczna jest pewność co do przyjęcia chrztu. Szafarz nie może pozwolić na sprawowanie innych sakramentów, jeżeli nie zostało potwierdzone przyjęcie chrztu.

    Ponadto, wszelkie nowe istotne okoliczności wskazane przez prawo kanoniczne muszą zostać wpisane w rejestrze chrztów na mocy przepisów prawa, o czym zwykle musi zostać poinformowany zarządca parafii, jako osoba odpowiedzialna za rejestr. Dotyczy to, jak już wspomniano, faktycznego przyjęcia bierzmowania, święceń, zawarcia sakramentu małżeństwa, profesji zakonnej, zmiany obrządku [przynależności do Kościoła sui iuris] oraz adopcji. Brak rejestracji tych czynności utrudniłby prawidłowe i sprawne sprawowanie sakramentów w Kościele, ponieważ nieracjonalne byłoby badanie, w każdym przypadku z osobna, wcześniejszego ważnego przyjęcia tych sakramentów, które są wymagane do ważności przyjęcia innych sakramentów.

    Rejestr chrztów nie jest spisem członków [Kościoła], lecz zapisem chrztów, które się odbyły. Jego jedynym celem jest potwierdzenie historycznego faktu kościelnego, nie zaś potwierdzenie wiary religijnej poszczególnych osób, ani tego, że dana osoba jest członkiem Kościoła. Przyjęte sakramenty i dokonane wpisy nie ograniczają w żaden sposób wolnej woli tych wiernych chrześcijan, którzy na jej podstawie decydują się na opuszczenie Kościoła.

    W rejestrze chrztów należy, ewentualnie, odnotować formalny akt wystąpienia z Kościoła katolickiego, gdy dana osoba wyraża wolę opuszczenia Kościoła katolickiego. Mimo że dane zawarte w rejestrach kościelnych nie mogą zostać usunięte, ze względu na ich cel i interes wszystkich zainteresowanych podmiotów, na zwykły wniosek osoby zainteresowanej wolno zamieścić jej oświadczenie woli w tym zakresie na okoliczność jakiejś sprawy spornej.

    Rejestr chrztów umożliwia wydawanie zaświadczeń potwierdzających przyjęcie chrztu, jeżeli dana osoba zamierza przyjąć inne sakramenty. W takim przypadku, oprócz stwierdzenia statusu osoby ochrzczonej, rejestr stanowi również gwarancję dla osób trzecich w Kościele katolickim, zarówno w przypadku zawarcia małżeństwa, jak i względem tych, na których spoczywa obowiązek zapewnienia ważnego udzielenia kolejnych sakramentów lub podjęcia określonych zobowiązań (np. profesji wieczystej w życiu zakonnym), których wymogiem jest chrzest.

    Cały kanoniczny porządek prawny jest spójny z tymi zasadami. Na przykład kan. 869 w ogóle nie przewiduje ponownego udzielenia chrztu. Pozwala jedynie szafarzowi na udzielenie chrztu pod warunkiem, gdy istnieje niepewność co do tego, czy dana osoba – zazwyczaj dziecko – rzeczywiście przyjęła sakrament. W takich przypadkach nie następuje ponowne udzielenie chrztu, ponieważ szafarz stawia jako warunek skuteczności swojego działania to, że nie zamierza udzielić sakramentu, jeżeli osoba byłaby już wcześniej ochrzczona.

    Status osoby ochrzczonej jest w rzeczywistości elementem obiektywnym, i dlatego nie jest możliwe udzielenie chrztu komuś, kto już został ochrzczony, ponieważ taka czynność byłaby po prostu nieważna z sakramentalnego punktu widzenia.

    Do rejestracji czynności konieczna jest pewna wiadomość o ich dokonaniu. Dlatego kan. 875 wymaga, aby podczas celebracji chrztu – podobnie jak w przypadku innych sakramentów, które nie mogą być powtarzane – byli obecni świadkowie. Ich świadectwo zapewnia osobie odpowiedzialnej za rejestr niezbędną pewność co do faktu, który miał miejsce i ma zostać zapisany. Ten świadek ten nie może zastąpić rejestru, lecz służy jedynie jako źródło pewności dla osoby, która ma obowiązek dokonania wpisu.

    Watykan, 7 kwietnia 2025

    + Filippo Iannone O. Carm., Prefekt
    + Juan Ignacio Arrieta, Sekretarz

    ***

    Fake newsy o papieżu

    Aby chronić się przed fake newsami, warto sięgać do źródeł.

    Profesor teologii, publicysta, szef Sekcji Polskiej Radia Watykańskiego i portalu Vatican News ks. Paweł Rytel-Andria

    ***

    Gdzie szukać prawdziwych informacji o Leonie XIV w dobie manipulacji? Odpowiedź na to pytanie wydaje się prosta: u źródeł. Najbezpieczniej więc sięgać do mediów Stolicy Apostolskiej, takich jak Vatican News, Radio Watykańskie czy L’Osservatore Romano. Jest to tym ważniejsze, że obecnie jest wiele fake newsów na temat papieża wytworzonych przez sztuczną inteligencję.

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – lipiec 2025

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons


    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    31 lipca

    Święty Ignacy z Loyoli, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Zdzisława Cecylia Schelingowa, zakonnica
      •  Święty Justyn de Jacobis, biskup
      •  Błogosławiony Michał Oziębłowski, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Franciszek Solanus Casey, prezbiter
    Święty Ignacy z Loyoli
    Inigo Lopez urodził się w roku 1491 na zamku w Loyola w kraju Basków (Hiszpania), jako trzynaste dziecko w zamożnym rycerskim rodzie. O jego wczesnej młodości mało wiemy. Otrzymał staranne wychowanie. Był paziem ministra skarbu króla hiszpańskiego, następnie służył jako oficer w wojsku wicekróla Nawarry. Nosił długie włosy, spadające mu aż do ramion, różnobarwne spodnie i kolorową czapkę. Publicznie najchętniej pojawiał się w pancerzu rycerza, nosząc miecz, sztylet i oręż wszelkiego rodzaju. Kiedy po latach opowiadał współbraciom o swoim życiu, wyznał, że do 30-tego roku życia oddawał się marnościom świata, że z próżnej żądzy sławy jego największą rozkoszą były ćwiczenia rycerskie. W czasie walk hiszpańsko-francuskich znalazł się w oblężonej Pampelunie. Zraniony poważnie w 1521 r. przez kulę armatnią w prawą nogę, został przewieziony do rodzinnego zamku.
    Długie miesiące rekonwalescencji były dla niego okresem łaski i gruntownej przemiany. Dla skrócenia czasu prosił o powieści rycerskie, ale na zamku ich nie było. Podano mu więc książkę znaną w całym średniowieczu, którą napisał bł. Jakub de Voragine – Złotą legendę. Bratowa podała mu ponadto Życie Jezusa Ludolfa de Saksa. Gdy tylko Inigo wyzdrowiał (chociaż na nogę kulał całe życie), opuścił rodzinny zamek i udał się do pobliskiego sanktuarium maryjnego, Montserrat. Zdumionemu żebrakowi oddał swój kosztowny strój rycerski. Przed cudownym wizerunkiem Maryi złożył swoją broń. Stąd udał się do Manrezy, gdzie zamieszkał w celi, użyczonej mu przez dominikanów. I tu jednak wydawało mu się, że ma za wiele wygód. Dlatego zamieszkał w jednej z licznych grot. Aby zdławić w sobie starego, próżnego, ambitnego człowieka, nie golił się ani nie strzygł, pościł codziennie i biczował się, nie obcinał paznokci, nie nakrywał głowy. Codziennie bywał u dominikanów na Mszy świętej. Oddawał się modlitwie i rozważaniu Męki Pańskiej. Szatan dręczył go gwałtownymi pokusami aż do myśli o samobójstwie. W takich zmaganiach powstał szkic jego najważniejszego dzieła, jakim są Ćwiczenia duchowne. Formę ostateczną otrzymały one dopiero w 1540 roku. Były więc owocem 19 lat przemyśleń i kontemplacji.
    Pragnąc nawiedzenia Ziemi Świętej i męczeństwa z rąk Turków, Ignacy zupełnie wyczerpany z sił, po prawie rocznym pobycie w Manrezie, przez Rzym i Wenecję udał się w pielgrzymkę. Żył z użebranych pieniędzy i czynionych po drodze przysług. W 1523 r. dotarł szczęśliwie do celu. Chciał tam pozostać do końca życia, dopiero w wyniku nalegań tamtejszego legata papieskiego wrócił do kraju. W drodze był dwukrotnie więziony pod zarzutem szpiegostwa. Po długiej podróży powrócił do Barcelony, gdzie przez dwa lata uczył się języka łacińskiego. Nie wstydził się zasiadać w ławie szkolnej z dziećmi, chociaż miał już wówczas 34 lata. Potem udał się do Alkala, by na tamtejszym uniwersytecie studiować filozofię. Wolny czas poświęcał nauczaniu prawd wiary prostych ludzi. Mieszkał w szpitalu i utrzymywał się za posługę oddawaną chorym.
    Jego żebraczy strój i niezwykły tryb życia wzbudziły u niektórych nadgorliwców podejrzenie, czy przypadkiem Ignacy nie należy do sekty alumbrado, która w tym czasie niepokoiła w Hiszpanii władze kościelne. Dostał się nawet do więzienia, które było w posiadaniu Świętej Inkwizycji. Po uwolnieniu z niego podążył do Salamanki, by na tamtejszym uniwersytecie kontynuować swoje studia (1527). I tu inkwizycja go zauważyła – ponownie trafił do więzienia. Przykre przesłuchania zniósł z radością dla Pana Jezusa. Po uwolnieniu z więzienia, w którym był kilka tygodni, powrócił do Barcelony, a stąd udał się do Paryża (1528). Miał już wówczas 37 lat. Utrzymywał się znów z żebraniny. Dla uzbierania koniecznych opłat w wolnych miesiącach udał się w charakterze żebraka do Belgii i Anglii.

    Święty Ignacy z Loyoli
    Na uniwersytecie paryskim Ignacy zapoznał się i zaprzyjaźnił ze św. Piotrem Faberem i ze św. Franciszkiem Ksawerym. Do ich trójki dołączyli niebawem Jakub Laynez, Alfons Salmeron, Mikołaj Bobadilla, Szymon Rodriguez i Hieronim Nadal. Wszyscy zebrali się rankiem 15 sierpnia 1534 roku w kapliczce na zboczu wzgórza Montmartre i tam w czasie Mszy świętej, odprawionej przez Piotra Fabera, który miesiąc wcześniej otrzymał święcenia kapłańskie, złożyli śluby ubóstwa, czystości oraz wierności Kościołowi, a zwłaszcza Ojcu Świętemu. W ten sposób powstał nowy zakon, zwany Towarzystwem Jezusowym.
    Wszyscy skierowali swoje kroki do Wenecji, by stamtąd odpłynąć do Ziemi Świętej, nawracać niewiernych i z ich ręki ponieść śmierć męczeńską. Do pielgrzymki jednak nie doszło, gdyż Turcja prowadziła właśnie wojnę z Wenecją. Udali się więc do Rzymu, aby przedstawić się papieżowi i oddać się do jego dyspozycji. Paweł III przyjął ich życzliwie. Korzystając z jego zachęty, wszyscy przyjęli święcenia kapłańskie (1536), oddali się posłudze chorym w szpitalach i nauczaniu prawd wiary wśród dzieci. Papież polecił, by Ignacy nakreślił szkic konstytucji nowego zakonu. Ignacy uczynił to pod nazwą Formuła Instytutu. Papież po przejrzeniu jej zażądał, by napisać całe konstytucje. Po wielu przeszkodach Rzym zatwierdził je w 1540 roku.

    Święty Ignacy z Loyoli
    Liczba członków Towarzystwa bardzo szybko rosła. Już w roku następnym (1541) św. Franciszek Ksawery został zaproszony do Indii. W tym samym czasie św. Piotr Faber głosił słowo Boże w północnych Włoszech, w południowej Francji i w Hiszpanii. W roku 1541 zebrała się pierwsza kapituła generalna. Przełożonym generalnym jednogłośnie został wybrany Ignacy. W tym samym roku papież oddał jezuitom do dyspozycji kościół w Rzymie pw. Matki Bożej della Strada (Patronki w drodze). W roku 1542 jezuici założyli w Coimbrze (Portugalia) słynne kolegium, które miało się stać zawiązką uniwersytetu. W 1550 r. do zakonu zgłosił się sam wicekról Katalonii, książę Gandii, św. Franciszek Borgiasz.
    Przez ostatnich 16 lat życia Ignacy był przykuty do swojego biurka i rzadko opuszczał progi domu generalnego swego zakonu, by być zawsze do dyspozycji duchowych synów. Nękany różnymi chorobami i dolegliwościami, 30 lipca 1556 roku zapowiedział swoją śmierć i poprosił o udzielenie mu odpustu papieskiego. Współbracia zdziwili się. Kiedy zaś przypuszczali, że mu jest lepiej, po wieczerzy odeszli od jego łoża. Gdy jednak powrócili dnia następnego, Ignacy był już w agonii i zmarł na ich rękach 31 lipca 1556 r.
    Pozostawił po sobie 7 tysięcy listów, zawierających nieraz cenne pouczenia duchowe, Opowiadanie pielgrzyma oraz Dziennik duchowy – świadectwo mistyki ignacjańskiej. W ewolucji chrześcijańskiej duchowości szczególne znaczenie mają Konstytucje zakonu, w których zniósł obowiązek wspólnego odmawiania oficjum, przestrzegania reguły klasztornej, nakazując w zamian praktykowanie codziennej modlitwy myślnej, a liturgię wskazując jako źródło życia duchowego. Szczególnie obfity owoc wydają do dziś Ćwiczenia duchowe – pierwowzór rekolekcji. W swoim nauczaniu Ignacy przypominał, że człowiek musi dokonać pewnego wysiłku, aby współpracować z Bogiem.

    Święty Ignacy z Loyoli
    Beatyfikacji Ignacego Loyoli dokonał papież Paweł V (w 1609 r.), a kanonizacji – Grzegorz XV (w 1623 r.). Św. Ignacy jest patronem trzech diecezji w kraju Basków; zakonu jezuitów; dzieci, matek oczekujących dziecka, kuszonych, skrupulantów, żołnierzy oraz uczestników rekolekcji – zarówno rekolektantów, jak i rekolekcjonistów. Jego relikwie spoczywają w rzymskim kościele di Gesu.Zakon jezuitów odegrał szczególną rolę także w Polsce. Wydał między innymi takie postaci, jak: św. Stanisław Kostka i św. Andrzej Bobola – patroni Polski, św. Melchior Grodziecki oraz Jakub Wujek (tłumacz pierwszej drukowanej “Biblii” w Polsce), Piotr Skarga Pawęski (wybitny kaznodzieja), Maciej Sarbiewski (poeta zwany polskim Horacym), Franciszek Bohomolec (ojciec komedii polskiej), Adam Naruszewicz (biskup, historyk, poeta), Franciszek Kniaźnin (poeta), Jan Woronicz (arcybiskup, prymas Królestwa Polskiego, poeta), Grzegorz Piramowicz (sekretarz Komisji Edukacji Narodowej) i bł. Jan Beyzym (apostoł trędowatych na Madagaskarze).
    W ikonografii św. Ignacy przedstawiany jest w sutannie i birecie lub w stroju liturgicznym z imieniem IHS na piersiach, niekiedy w stroju rycerskim i w szatach pielgrzyma. Jego atrybutami są: księga; globus, który popycha nogą; monogram Chrystusa – IHS; napis AMDG – Ad maiorem Dei gloriam – “Na większą chwałę Boga”; krucyfiks, łzy, serce w promieniach, smok, sztandar, zbroja.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    30 lipca

    Błogosławieni męczennicy
    Brauliusz Maria Corres i Fryderyk Rubio, prezbiterzy i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Chryzolog, biskup i doktor Kościoła
    Błogosławieni męczennicy z zakonu bonifratrów
    W czasie hiszpańskiej wojny domowej w 1936 r. zginęło 98 bonifratrów. Opiekowali się oni chorymi i opuszczonymi. Dla milicji wystarczyło, że byli zakonnikami i że nie chcieli wyrzec się swojej wiary, aby móc ich wymordować. Siedemdziesięciu jeden z nich beatyfikował św. Jan Paweł II w dniu 25 października 1992 r. (wraz z 51 innymi męczennikami z Barbastro).Rankiem 25 lipca 1936 r. milicjanci wkroczyli do domu formacyjnego bonifratrów w Talavera de la Reina (w prowincji Toledo).
    Po południu rozstrzelali czterech zakonników, m.in. ojca Fryderyka (Karola) Rubio Alvareza, kapelana domu. Kilka dni później, 29 lipca, w Esplugentes pod Barceloną zginął kolejny zakonnik.
    W Calafell (nieopodal Tarragony) bonifratrzy prowadzili szpital, mieli tam też swój nowicjat. 23 lipca 1936 r. wtargnęli tam milicjanci, którzy zmusili zakonników do zdjęcia habitów i zabronili im spełniania jakichkolwiek praktyk religijnych. Zapowiedzieli równocześnie, że 30 lipca darują im wolność. Zakonnicy od razu wyczuli, że w tym dniu czeka ich śmierć. I rzeczywiście tak się stało. Rankiem kapelan wspólnoty odprawił jeszcze potajemnie Mszę św. dla zakonników i nowicjuszy jako pokrzepienie na męczeństwo. Po południu wywieziono piętnastu z nich na peryferie i rozstrzelano. Zginął wtedy m.in. ojciec Brauliusz Maria (Paweł) Corres Diaz de Cerio, który od pięciu lat był w Calafell mistrzem nowicjuszy i kapelanem. 4 sierpnia 1936 r. zamordowany został brat Gonsalwus, który posługiwał w hospicjum św. Rafała w Madrycie.
    W klasztorze w Ciempozuelos (prowincja madrycka) odbywało formację zakonną i zawodową także siedmiu bonifratrów z Kolumbii. Gdy rozgorzała wojna domowa, mieli z polecenia przełożonych wrócić do swego kraju. Z koniecznymi dokumentami wyruszyli z Madrytu do Barcelony, aby tam wsiąść na statek. Zostali jednak aresztowani i 9 sierpnia rozstrzelani w Barcelonie; są pierwszymi beatyfikowanymi Kolumbijczykami. W sierpniu zginęli jeszcze dwaj bonifratrzy w podmadryckiej miejscowości Valdemoro.
    1 września rewolucyjni milicjanci aresztowali wszystkich dwunastu zakonników opiekujących się chorymi w Carabanchel Alto. Po kilku godzinach zamordowano ich pod Madrytem. Ginęli z okrzykiem: Niech żyje Chrystus Król!
    W lipcu aresztowano zakonników posługujących w hospicjum psychiatrycznym w Ciempozuelos (Madryt). Osadzono ich w więzieniu San Anton i na różne sposoby dręczono. Gdy szli na rozstrzelanie, pozdrawiali się słowami: “Do zobaczenia w niebie”. Piętnastu z nich zginęło 28 listopada w podmadryckiej miejscowości Paracuellos del Jarama. Dwa dni później w tej samej miejscowości zginęło kolejnych sześciu bonifratrów. Ostatni z beatyfikowanych w 1992 r. zakonników z tego zakonu zginął w Barcelonie w dniu 14 grudnia 1936 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    29 lipca

    Święci Marta, Maria i Łazarz

    Zobacz także:
      •  Święty Olaf II, król
      •  Błogosławiony Urban II, papież
    Diego Velazquez: Chrystus w domu Marty i Marii

    Marta pochodziła z Betanii, miasteczka położonego na wschodnim zboczu Góry Oliwnej, w pobliżu wioski Betfage, odległego od Jerozolimy o ok. 3 km drogi (dzisiaj Al Azarija). Była siostrą Marii i Łazarza, których Chrystus darzył swą przyjaźnią. Wiele razy gościła Go w swoim domu. Św. Łukasz opisuje szczegółowo jedno ze spotkań (Łk 10, 38-42). Martę wspomina w Ewangelii św. Jan, odnotowując wskrzeszenie Łazarza. Wyznała ona wtedy wiarę w Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego (J 11, 1-45). Ewangelista Jan opisuje także wizytę Jezusa u Łazarza na sześć dni przed wieczerzą paschalną, gdzie posługiwała Marta (J 12, 1-11). Właśnie z Betanii Jezus wyruszył triumfalnie na osiołku do Jerozolimy w Niedzielę Palmową (Mk 11, 1). Wreszcie w pobliżu Betanii Pan Jezus wstąpił z Góry Oliwnej do nieba (Łk 24, 50).

    Święta Marta - patronka zbłąkanych

    Na Wschodzie cześć św. Marty datuje się od wieku V, na Zachodzie – od wieku VIII. Już w wieku VI istniała w Betanii bazylika na miejscu, gdzie miał stać dom Łazarza i jego sióstr. Św. Marta jest patronką gospodyń domowych, hotelarzy, kucharek, sprzątaczek i właścicieli zajazdów. Legenda prowansalska głosi, że po wniebowstąpieniu Jezusa Żydzi wprowadzili Łazarza, Marię i Martę na statek bez steru i tak puścili ich na Morze Śródziemne. Dzięki Opatrzności wszyscy wylądowali szczęśliwie u wybrzeży Francji, niedaleko Marsylii. Łazarz miał zostać pierwszym biskupem tego miasta, Marta założyła w pobliżu żeński klasztor, a Maria pokutowała w niedalekiej pustelni.

    Jan Vermeer: Chrystus w domu Marii i Marty

    W ikonografii św. Marta przedstawiana jest w skromnej szacie z pękiem kluczy za pasem, czasami we wspaniałej sukni z koroną na głowie. Często pojawia się na obrazach również z siostrą, św. Marią. Są prezentacje, w których prowadzi smoka na pasku lub kropi go kropidłem. Nawiązują one do legendy, iż pokonała potwora Taraska. Jej atrybutami są: drewniana łyżka, sztućce, księga, naczynie, różaniec.

    Święte rodzeństwo z Betanii: Marta, Łazarz i Maria

    Maria była siostrą Marty i Łazarza. Uwierzyła w Chrystusa jeszcze przed wskrzeszeniem brata (J 11, 1-44). Była tą kobietą, która według słów Jezusa “wybrała dobrą cząstkę” (Łk 10, 42), słuchając słów Zbawiciela. To ona namaściła Jego nogi drogocenną maścią nardową (J 12, 3). Według Tradycji Maria i Marta były w gronie niewiast, które pospieszyły do grobu Jezusa z wonnościami.
    Po męczeńskiej śmierci archidiakona Stefana i rozpoczęciu w Jerozolimie prześladowania wyznawców Chrystusa, Żydzi wygnali sprawiedliwego Łazarza. Siostry opuściły Palestynę wraz z bratem i pomagały mu głosić Ewangelię w różnych krainach.

    Święty Łazarz

    Łazarza znamy go z Ewangelii św. Jana (J 11, 1-44; 12, 1-11) jako brata Marii i Marty. Gdy z obawy przed Żydami Jezus przebywał w Zajordanii, dotarła do niego wiadomość o śmierci Łazarza. Powrócił wtedy – po odczekaniu – do Judei i udał się do Betanii. Św. Jan Ewangelista szczegółowo opisuje scenę Jego spotkania z siostrami i dialog z Martą, a następnie głębokie wzruszenie Jezusa i wskrzeszenie Łazarza. Dowiadujemy się także o reakcji Żydów, którzy nie mogli zaprzeczyć faktom, ale jeszcze bardziej znienawidzili Jezusa. Ta niechęć dotknęła także Łazarza. Ewangelista Jan opisuje także inny pobyt Jezusa w domu Łazarza na dzień przed Jego wjazdem do Jerozolimy (J 12, 1-11). Milczenie ewangelii o dalszych losach Łazarza uzupełnili anonimowi pisarze chrześcijańscy.
    Na Wschodzie najbardziej znana była legenda, która uczyniła Łazarza biskupem Cypru i tam umieściła jego – drugi – grób. Pewną rolę w rozwoju kultu odegrała też tzw. niedziela Łazarza, jedna z ostatnich niedziel Wielkiego Postu, w którą odczytywano ewangelię o jego wskrzeszeniu i dokonywano skrutynium przed dopuszczeniem do chrztu. Na Zachodzie w cyklu legend prowansalskich i burgundzkich pojawiła się w dość późnym średniowieczu opowieść o skazaniu świętego rodzeństwa z Betanii na wygnanie. Umieszczono ich na statku bez steru, który odepchnięto od brzegu. Po wielu miesiącach tułaczki przybyli oni do Marsylii. Łazarz miał być pierwszym biskupem tego miasta. Inne opowiadania wskazują na Autun i Avallon jako miejsca złożenia jego relikwii.
    Równie rozbieżne były daty wspomnień liturgicznych Łazarza. W kalendarzach spotykano je m.in. pod dniem 17 grudnia, 4 maja, 17 czerwca, 16 lub 17 października.
    W ikonografii ukazuje się św. Łazarza najczęściej w scenie wskrzeszenia oraz na uczcie w Betanii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    28 lipca

    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wiktor I, papież
      •  Błogosławiony Jan Soreth, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Teresa Kowalska, dziewica i męczennica
      •  Święta Alfonsa Muttathupadathu od Niepokalanego Poczęcia, zakonnica
    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf
    Józef Makhluf urodził się 8 maja 1828 r. w Beka Kafra, małej wiosce położonej wysoko w górach Libanu. Był synem ubogiego wieśniaka. Nauki pobierał w szkółce, która funkcjonowała dosłownie pod drzewami. W 1851 r. wstąpił do maronickich antonianów (baladytów). Przebywał najpierw w Maifuq, potem w Annaya, w klasztorze pod wezwaniem św. Marona (Mar Maroun). Składając śluby zakonne, przybrał imię Szarbela (Sarbela, Sarbeliusza), męczennika z Edessy. W 1859 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Powrócił wówczas do klasztoru św. Marona i przebywał tam przez następne szesnaście lat.
    W 1875 r. za przyzwoleniem przełożonych udał się do górskiej samotni. Spędził w niej 23 lata, które wypełnił pracą, umartwieniami i kontemplacją Najświętszego Sakramentu. Zmarł 24 grudnia 1898 r. Bez zwłoki otoczyła go cześć świadczona świętym Pańskim oraz sława cudów. Do grobu Abuna Szarbela ciągnęli nie tylko chrześcijanie, ale i muzułmanie. Wielu fascynowało także to, że ciało świętego mnicha nie ulegało jakiemukolwiek zepsuciu.
    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf
    Szarbela beatyfikował w ostatnich dniach Soboru Watykańskiego II, 5 grudnia 1965 r., papież Paweł VI. Mówił wtedy: “Eremita z gór Libanu zaliczony zostaje do grona błogosławionych. To pierwszy wyznawca pochodzący ze Wschodu, którego umieszczamy wśród błogosławionych według reguł obowiązujących aktualnie w Kościele katolickim. Symbol jedności Wschodu i Zachodu! Znak zjednoczenia, jakie istnieje między chrześcijanami całego świata! Jego przykład i wstawiennictwo są dzisiaj bardziej konieczne, niż były kiedykolwiek. (…) Właśnie ten błogosławiony zakonnik z Annaya powinien służyć nam za wzór, ukazując nam absolutną konieczność modlitwy, praktykowania cnót ukrytych i umartwiania siebie. Kościół bowiem wykorzystuje również dla celów apostolskich ośrodki życia kontemplacyjnego, gdzie wznoszą się do Boga, z zapałem, który nigdy nie stygnie, uwielbienie i modlitwa”. Ten sam papież kanonizował Szarbela 9 października 1977 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    27 lipca

    Błogosławiona
    Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego
    (Helena Staszewska), zakonnica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Innocenty I, papież
      •  Błogosławiona Maria Magdalena Martinengo, dziewica
      •  Święty Tytus Brandsma, prezbiter i męczennik
      •  Święty Celestyn I, papież
      •  Błogosławiona Maria od Męki Pańskiej (Tarallo), dziewica
    Błogosławiona Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego
    Helena Staszewska urodziła się w 1890 r. w Złoczewie koło Kalisza. Wychowywała się w wielodzietnej rodzinie – miała 12 rodzeństwa. Naukę rozpoczęła w Wieluniu, następnie uczyła się w Kaliszu i Piotrkowie. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczęła pracę w Sulejówku. W czasie I wojny światowej zmarł jej ojciec, a niedługo potem także i matka. Po ich śmierci musiała zająć się wychowaniem młodszego rodzeństwa. Pracowała jako nauczycielka.
    W wieku 31 lat wstąpiła do Sióstr Urszulanek Unii Rzymskiej w Krakowie. Wraz z nią do urszulanek wstąpiły też jej dwie siostry. Sześć miesięcy później otrzymała imię Marii Klemensy od Jezusa Ukrzyżowanego i przyjęła habit zakonny. Po złożeniu ślubów pracowała m.in. w szkole powszechnej urszulanek w Krakowie. Prowadziła także Krucjatę i założyła Sodalicję Mariańską w Sierczy koło Krakowa. Organizowała comiesięczne spotkania, na których czytano prasę katolickę, uczyła dziewczęta sztuki wypowiadania się. Doprowadziła też do uruchomienia ochronki, do której zapisało się ok. 50 dzieci. W czasie swego 22-letniego pobytu w zakonie pełniła wiele funkcji i spełniała różne obowiązki. Była między innymi zastępczynią przełożonej w klasztorach: w Sierczy, Zakopanem i Stanisławowie. Była także przełożoną w Częstochowie, Gdyni i Rokicinach Podhalańskich. W tej ostatniej miejscowości znalazła się 15 sierpnia 1939 r., tuż przed wybuchem II wojny światowej. Już 1 września została zmuszona, by wraz ze swoimi siostrami opuścić klasztor. Następnego dnia udały się do Krakowa, skąd do Rokicin powróciły w połowie września, już po nadejściu wojsk niemieckich. Siostry zaangażowały się w pomoc potrzebującym, których było coraz więcej. W lipcu 1940 r. w klasztorze po raz pierwszy pojawiło się gestapo, aby zastraszyć i zniechęcić siostry.
    Od 1941 r. siostry zaczęły przyjmować w klasztorze zagrożone gruźlicą dzieci warszawskie. Były wśród nich również dzieci żydowskie, ukrywane przez urszulanki. Przez dom zakonny przewijało się też wielu uciekinierów i tułaczy, Polaków i Żydów. Nikomu nie odmawiano pomocy.
    26 stycznia 1943 r. Niemcy weszli do klasztoru i aresztowali przełożoną, matkę Marię Klemensę. Pozwolono jej tylko uklęknąć w kaplicy i zmówić “Pod Twoją obronę”. Przez miesiąc przetrzymywano ją w miejscowym areszcie, po czym 26 lutego 1943 r. przewieziono ją do osławionego więzienia na Montelupich w Krakowie. Po kilku dniach znalazła się w transporcie do Auschwitz; tam otrzymała numer 38102.
    Od początku pobytu w obozie chorowała i cierpiała. Z trudem trzymała się na nogach. Niebawem słaby organizm zaatakował panoszący się w tym obozie koncentracyjnym tyfus. Zmarła z tego powodu 27 lipca 1943 r.
    13 czerwca 1999 r. w Warszawie papież św. Jan Paweł II beatyfikował 108 męczenników Kościoła z okresu II wojny światowej. W ich gronie znalazła się też Maria Klemensa Staszewska od Jezusa Ukrzyżowanego, urszulanka Unii Rzymskiej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    26 lipca

    Święci Anna i Joachim,
    rodzice Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria Pierina De Micheli, dziewica
    Ewangelie nie przekazały o rodzicach Maryi żadnej wiadomości. Milczenie Biblii dopełnia bogata literatura apokryficzna. Ich imiona są znane jedynie z apokryfów Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. roku 150, z Ewangelii Pseudo-Mateusza z wieku VI oraz z Księgi Narodzenia Maryi z wieku VIII. Najbardziej godnym uwagi może być pierwszy z wymienionych apokryfów, gdyż pochodzi z samych początków chrześcijaństwa, stąd może zawierać ziarna prawdy zachowanej przez tradycję.

    Święta Anna z Maryją

    Anna pochodziła z rodziny kapłańskiej z Betlejem. Hebrajskie imię Anna w języku polskim znaczy tyle, co “łaska”. Od IV wieku do dzisiaj pokazuje się przy Sadzawce Owczej w Jerozolimie miejsce, gdzie stał dom Anny i Joachima. Obecnie wznosi się na nim trzeci z kolei kościół. Wybudowali go krzyżowcy.
    Św. Anna jest patronką diecezji opolskiej, miast, m.in. Hanoveru, oraz kobiet rodzących, matek, wdów, położnic, ubogich robotnic, górników kopalni złota, młynarzy, powroźników i żeglarzy.

    Święty Joachim z Maryją

    Joachim miał pochodzić z zamożnej i znakomitej rodziny z Galilei. Już samo jego imię miało być prorocze, gdyż oznacza tyle, co “przygotowanie Panu”. W dawnej Polsce czczony był jako “protektor Królestwa”. Kiedy Maryja była jeszcze dzieckiem, miał pożegnać ziemię. Razem ze św. Anną patronują małżonkom.
    Od dawna biblistów interesował problem, dlaczego Ewangeliści podają dwie odrębne genealogie Pana Jezusa: inną przytacza św. Mateusz (Mt 1, 1-18), a inną – św. Łukasz (Łk 3, 23-38). Przyjmuje się dzisiaj dość powszechnie, że św. Mateusz podaje rodowód Chrystusa Pana wymieniając przodków św. Józefa, podczas gdy św. Łukasz przytacza rodowód Pana Jezusa wymieniając przodków Maryi. Według takiej interpretacji ojcem Maryi nie byłby wtedy św. Joachim, ale Heli. Być może imię Joachim jest apokryficzne. Możliwe także, że Heli miał drugie imię Joachim. Sprawa jest nadal otwarta.

    Święci Joachim i Anna, rodzice Maryi

    Apokryficzna Protoewangelia Jakuba z II wieku podaje, że Anna i Joachim byli bezdzietni. Małżonkowie daremnie modlili się i dawali hojne ofiary na świątynię, aby uprosić sobie dziecię. Joachim, będąc już w podeszłym wieku, udał się na pustkowie i tam przez dni 40 pościł i modlił się o Boże miłosierdzie. Wtedy zjawił mu się anioł i zwiastował, że jego prośby zostały wysłuchane, gdyż jego małżonka Anna da mu Dziecię, które będzie radością ziemi. Tak też się stało. Przy narodzinach ukochanej Córki, której według zwyczaju piętnastego dnia nadano imię Maria, była najbliższa rodzina. W rocznicę tych narodzin urządzono wielką radosną uroczystość. Po urodzeniu się Maryi, spełniając uprzednio złożony ślub, rodzice oddali swą Jedynaczkę na służbę w świątyni. Kiedy Maryja miała 3 lata, oddano Ją do świątyni, gdzie wychowywała się wśród swoich rówieśnic, zajęta modlitwą, śpiewem, czytaniem Pisma świętego i haftowaniem szat kapłańskich. Wcześniej miał pożegnać świat Joachim. Według jednej z legend Annie przypisuje się trinubium – po śmierci Joachima miała wyjść jeszcze dwukrotnie za mąż.Kult świętych Joachima i Anny był w całym Kościele – a więc także na Wschodzie – bardzo dawny i żywy. W miarę jak rozrastał się kult Matki Chrystusa, wzrastała także publiczna cześć Jej rodziców. Już w IV/V w. istniał w Jerozolimie kościółek przy dawnej sadzawce Betesda w pobliżu świątyni pod wezwaniem św. Joachima i św. Anny. Tu nawet miał być według podania ich grób. Inni miejsce grobu sytuowali przy wejściu na Górę Oliwną. Cesarz Justynian wystawił w Konstantynopolu około roku 550 bazylikę ku czci św. Anny. Kazania o św. Joachimie i św. Annie wygłaszali na Wschodzie święci tej miary, co św. Epifaniusz (+ 403), św. Sofroniusz (+ po 638), św. Jan Damasceński (+ ok. 749), św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), św. Andrzej z Krety (+ 750), św. Tarazjusz, patriarcha Konstantynopola (+ 806), a na Zachodzie: św. Fulbert z Chartres (+ 1029), św. Bernardyn ze Sieny (+ 1444) czy bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505).
    Szczególną czcią była zawsze otaczana św. Anna. Jej kult był i jest do dnia dzisiejszego bardzo żywy. Na Zachodzie pierwszy kościół i klasztor św. Anny stanął w roku 701 we Floriac koło Rouen. Dowodem popularności św. Anny jest także to, że jej imię było i dotąd jest często nadawane dziewczynkom. Bardzo liczne są też kościoły i sanktuaria pod jej wezwaniem. Ku czci św. Anny powstało 5 zakonów żeńskich. W dawnej liturgii poświęcono św. Annie aż 118 hymnów i 36 sekwencji (wiek XIV-XVI)

    .Święta Anna Samotrzecia

    Polska chlubi się wieloma sanktuariami św. Anny: na Górze św. Anny w pobliżu Brzegu Głogowskiego, w Jordanowie, w Selnikach, w Grębocicach, w Stoczku koło Lidzbarka Warmińskiego, w Kamiance. Największej jednak czci doznaje św. Anna w Przyrowie koło Częstochowy i na Górze Św. Anny koło Opola. Sanktuarium opolskie należy do najsłynniejszych w świecie – tak dalece, że figura św. Anny doczekała się uroczystej koronacji papieskimi koronami 14 września 1910 r. Sanktuarium to nawiedził św. Jan Paweł II 21 czerwca 1983 roku podczas swej drugiej pielgrzymki do Polski. Cudowna figura św. Anny wykonana jest z drzewa bukowego i liczy 66 cm wysokości. Przedstawia ona św. Annę piastującą dwoje dzieci: Maryję, której była matką, i Pana Jezusa, dla którego była babką (św. Anna Samotrzecia). Wszystkie trzy figury są koronowane. Początkowo była tylko jedna postać św. Anny (wiek XV). Potem dodano postacie Maryi i Jezusa (wiek XVII), umieszczając je przy głowie św. Anny.Liturgiczny obchód ku czci rodziców Maryi pojawił się najpierw na Wschodzie. Wprowadził go w 710 r. cesarz Justynian II pod tytułem Poczęcie św. Anny. Wspomnienie obchodzono w różnych dniach, łącznie (św. Joachima i św. Anny) lub oddzielnie. Na Zachodzie wprowadzono je późno. W Neapolu jest znane w wieku X. Papież Urban VI bullą Splendor aeternae gloriae z 21 czerwca 1378 r. zezwolił na obchodzenie tego święta w Anglii. Juliusz II w 1522 r. rozszerzył je na cały Kościół i wyznaczył na 20 marca. Paweł V zniósł jednak to święto w 1568 r., opierając swoją decyzję na tym, że o rodzicach Maryi z ksiąg Pisma świętego nic nie wiemy. Przeważyła jednak opinia, że należy im się szczególna cześć. Dlatego Grzegorz XIII święto Joachima i Anny ponownie przywrócił (1584). Z tej okazji wyznaczył jako dzień pamięci 26 lipca. Papież św. Pius X w 1911 roku wprowadził osobno święto św. Joachima, wyznaczając dzień pamiątki na 16 sierpnia. Św. Anna miała nadal swoje święto dnia 26 lipca. Reforma liturgiczna z roku 1969 połączyła na nowo imiona obojga pod datą 26 lipca.

    Święci Joachim i Anna, rodzice Maryi

    W ikonografii św. Anna ukazywana jest w scenach z apokryfów oraz obrazujących życie Maryi. Przedstawiana jako starsza kobieta z welonem na głowie. Ulubionym tematem jest św. Anna ucząca czytać Maryję. Niektóre jej atrybuty: palec na ustach, księga, lilia.
    Św. Joachim ukazywany jest jako starszy, brodaty mężczyzna w długiej sukni lub w płaszczu. Występuje w licznych cyklach mariologicznych oraz z życia św. Anny. Jego atrybutami są: anioł, Dziecię Jezus w ramionach, dwa gołąbki w dłoni, na zamkniętej księdze lub w małym koszyku, jagnię u stóp, laska, kij pasterski, księga, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    25 lipca

    Święty Jakub Starszy, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Krzysztof, męczennik
      •  Święta Olimpia
      •  Święta Maria del Carmen Sallés y Barangueras, dziewica
    Święty Jakub Większy
    Wśród apostołów było dwóch Jakubów. Dla odróżnienia nazywani są Większym i Mniejszym albo też Starszym i Młodszym. Prawdopodobnie nie chodziło w tym wypadku o ich wiek, ale o kolejność przystępowania do grona Apostołów. Rozróżnienie to wprowadził już św. Marek (Mk 15, 40). Imię Jakub pochodzi z hebrajskiego “aqeb”, oznaczającego “chronić” – a zatem znaczy “niech Jahwe chroni”. Etymologia ludowa tłumaczy to imię jako “pięta”. Według Księgi Rodzaju, kiedy Jakub, wnuk Abrahama, rodził się jako bliźniak Ezawa, miał go trzymać za piętę (Rdz 25, 26).
    Św. Jakub Większy jest tym, który jest wymieniany w spisie Apostołów wcześniej – był powołany przez Jezusa, razem ze swym bratem Janem, jako jeden z Jego pierwszych uczniów (Mt 4, 21-22): święci Mateusz i Łukasz wymieniają go na trzecim miejscu, a święty Marek na drugim. Jakub i jego brat Jan byli synami Zebedeusza. Byli rybakami i mieszkali nad jeziorem Tyberiadzkim. Ewangelie nie wymieniają bliżej miejscowości. Być może pochodzili z Betsaidy, podobnie jak święci Piotr, Andrzej i Filip (J 1, 44), gdyż spotykamy ich razem przy połowach. Św. Łukasz zdaje się to wprost narzucać, kiedy pisze, że Jan i Jakub “byli wspólnikami Szymona – Piotra” (Łk 5, 10). Matką Jana i Jakuba była Salome, która należała do najwierniejszych towarzyszek wędrówek Chrystusa Pana (Mk 15, 40; Mt 27, 56).Jakub został zapewne powołany do grona uczniów Chrystusa już nad rzeką Jordan. Tam bowiem spotykamy jego brata, Jana (J 1, 37). Po raz drugi jednak Pan Jezus wezwał go w czasie połowu ryb. Wspomina o tym św. Łukasz (Łk 5, 1-11), dodając nowy szczegół – że było to po pierwszym cudownym połowie ryb.
    Jakub należał do uprzywilejowanych uczniów Pana Jezusa, którzy byli świadkami wskrzeszenia córki Jaira (Mk 5, 37; Łk 8, 51), przemienienia na górze Tabor (Mt 17, 1nn; Mk 9, 1; Łk 9, 28) oraz modlitwy w Ogrójcu (Mt 26, 37). Żywe usposobienie Jakuba i Jana sprawiło, że Jezus nazwał ich “synami gromu” (Mk 3, 17). Chcieli bowiem, aby piorun spadł na pewne miasto w Samarii, które nie chciało przyjąć Pana Jezusa z Jego uczniami (Łk 9, 55-56). Jakub był wśród uczniów, którzy pytali Pana Jezusa na osobności, kiedy będzie koniec świata (Mk 13, 3-4). Wreszcie był on świadkiem drugiego, także cudownego połowu ryb, kiedy Chrystus ustanowił Piotra głową i pasterzem swojej owczarni (J 21, 2). Ewangelie wspominają o Jakubie Starszym na 18 miejscach, co łącznie obejmuje 31 wierszy. W porównaniu do innych Apostołów – jest to bardzo dużo.

    Święty Jakub Większy
    Dzieje Apostolskie wspominają o św. Jakubie dwa razy: kiedy wymieniają go na liście Apostołów (Dz 1, 13) oraz przy wzmiance o jego męczeńskiej śmierci. Z tej okazji św. Łukasz tak pisze: “W tym samym czasie Herod zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana…” (Dz 12, 1-2). Jakuba stracono w 44 r. bez procesu – zapewne po to, aby nie przypominać ludowi procesu Chrystusa i nie narazić się na jakieś nieprzewidziane reakcje. Było to więc posunięcie taktyczne. Dlatego także zapewne nie kamieniowano św. Jakuba, ale ścięto go w więzieniu. Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła (w. IV), pisze, że św. Jakub ucałował swojego kata, czym tak dalece go wzruszył, że sam kat także wyznał Chrystusa i za to sam natychmiast poniósł śmierć męczeńską. Jakub był pierwszym wśród Apostołów, a drugim po św. Szczepanie, męczennikiem Kościoła (zgodnie z przepowiednią Chrystusa – Mk 10, 39).
    W średniowieczu powstała legenda, że św. Jakub udał się zaraz po Zesłaniu Ducha Świętego do Hiszpanii. Do dziś św. Jakub jest pierwszym patronem Hiszpanii i Portugalii.

    .Święty Jakub Większy
    Według tradycji, w VII wieku relikwie św. Jakuba miały zostać sprowadzone z Jerozolimy do Compostelli w Hiszpanii. Nazwa Compostella ma się wywodzić od łacińskich słów Campus stellae (Pole gwiazdy), bowiem relikwie Świętego, przywiezione najpierw do miasta Iria, zaginęły – dopiero w IX w. miał je odnaleźć biskup, prowadzony cudowną gwiazdą. Hiszpańska nazwa Santiago znaczy zaś po polsku “święty Jakub”. Te dwie nazwy łączy się w jedno, stąd nazwa miasta brzmi dziś Santiago de Compostella. Do dziś znajduje się tam grób św. Jakuba. W wiekach średnich po Ziemi Świętej i Rzymie było to trzecie sanktuarium chrześcijaństwa. W katedrze genueńskiej oglądać można artystyczny relikwiarz ręki św. Jakuba, wystawiany na pokaz podczas rzadkich okazji.
    Święty jest patronem Hiszpanii i Portugalii; ponadto m. in. zakonów rycerskich walczących z islamem, czapników, hospicjów, szpitali, kapeluszników, pielgrzymów, sierot.
    W ikonografii św. Jakub przedstawiany jest jako starzec o silnej budowie ciała w długiej tunice i w płaszczu lub jako pielgrzym w miękkim kapeluszu z szerokim rondem. Jego atrybutami są: bukłak, kij pielgrzyma, księga, miecz, muszla, torba, turban turecki, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Święty Jakub Większy, Apostoł

    Święty Jakub Większy, Apostoł

    Jakub Większy – Apostoł
    ALBRECHT DÜRER (PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 21 CZERWCA 2006

    (…) Ten Jakub, wraz z Piotrem i Janem, należy grupy trzech uczniów uprzywilejowanych, dopuszczonych przez Jezusa do udziału w ważnych chwilach Jego życia.

    Drodzy bracia i siostry,

    kontynuujemy cykl portretów Apostołów, wybranych przez samego Jezusa w czasie Jego życia ziemskiego. Mówiliśmy o świętym Piotrze i o jego bracie Andrzeju. Dzisiaj spotykamy postać Jakuba. Biblijna lista Dwunastu wymienia dwie osoby o tym imieniu: Jakuba, syna Zebedeusza i Jakuba, syna Alfeusza (por. Mk 3, 17.18; Mt 10, 2-3), których rozróżnia się powszechnie przydomkami: Jakub Starszy i Jakub Młodszy. Określenia te nie są oczywiście miarą ich świętości, odzwierciedlają jedynie różne znaczenie, jakie przypisują im teksty Nowego Testamentu, a zwłaszcza jakie mieli w ramach ziemskiego życia Jezusa. Dzisiaj skupimy naszą uwagę na pierwszym z tych imienników.

    Imię Jakub jest tłumaczeniem formy Iákobos – greckiego brzmienia imienia sławnego patriarchy Jakuba. Nazwany tak apostoł jest bratem Jana i we wspomnianych spisach zajmuje drugie miejsce, zaraz po Piotrze, u Marka (3, 17) lub trzecie, po Piotrze i Andrzeju w Ewangeliach Mateusza (10, 2) i Łukasza (6, 14), podczas gdy w Dziejach Apostolskich wymieniony jest po Piotrze i Janie (1, 13). Ten Jakub, wraz z Piotrem i Janem, należy grupy trzech uczniów uprzywilejowanych, dopuszczonych przez Jezusa do udziału w ważnych chwilach Jego życia.

    Ponieważ jest bardzo gorąco, chciałbym skrócić [swe rozważania] i wspomnieć tu jedynie o dwóch z tych zdarzeń. Mógł on uczestniczyć razem z Piotrem i Janem w chwili konania Jezusa w ogrodzie Getsemani i w wydarzeniu Przemienienia Jezusa. Chodzi więc o sytuacje bardzo różne i różniące się między sobą: w jednym przypadku Jakub wraz z pozostałymi dwoma Apostołami doświadcza chwały Pana, widzi Go rozmawiającego z Mojżeszem i Eliaszem, widzi w Jezusie boski blask; w drugim wydarzeniu staje w obliczu cierpienia i upokorzenia, widzi na własne oczy, jak Syn Boży poniża się, okazując posłuszeństwo aż do śmierci. Bezsprzecznie to drugie przeżycie było dla niego okazją do osiągnięcia dojrzałości w wierze, do skorygowania jednostronnej, triumfalistycznej interpretacji tego pierwszego doświadczenia: musiał on zobaczyć, że Mesjasz, oczekiwany przez naród żydowski jako triumfator, w rzeczywistości okryty był nie tylko czcią i chwałą, ale również cierpieniem i słabością. Chwała Chrystusa urzeczywistnia się właśnie w Krzyżu, w udziale w naszych cierpieniach.

    To dojrzewanie wiary dopełnione zostało przez Ducha Świętego w dniu Pięćdziesiątnicy, tak iż Jakub, gdy nadeszła chwila najwyższego świadectwa, nie cofnął się. Na początku lat czterdziestych I wieku król Herod Agrypa, wnuk Heroda Wielkiego, jak opisuje to Łukasz, “zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana” (Dz 12, 1-2). Lakoniczność tej wiadomości, pozbawionej jakichkolwiek szczegółów narracyjnych, pokazuje z jednej strony, jak bardzo czymś normalnym dla chrześcijan było dawanie świadectwa Panu własnym życiem, z drugiej zaś, że Jakub był wybijającą się postacią w Kościele jerozolimskim, również ze względu na rolę odegraną podczas ziemskiego życia Jezusa.

    Późniejsza tradycja, datująca się co najmniej od Izydora z Sewilli, mówi o pobycie Apostoła w Hiszpanii w celu ewangelizowania tego ważnego regionu cesarstwa rzymskiego. Według innej tradycji, to jego ciało miało zostać przywiezione do Hiszpanii, do miasta Santiago de Compostela. Jak wszyscy wiemy, miejsce to stało się przedmiotem wielkiej czci i jest do dzisiaj celem licznych pielgrzymek, i to nie tylko z Europy, ale z całego świata. I tym tłumaczy się ikonografię przedstawiającą Jakuba z pielgrzymim kijem w ręku i ze zwojem Ewangelii, typowymi dla wędrownego apostoła, oddanego głoszeniu “dobrej nowiny” i charakterystycznymi dla pielgrzymowania przez życie chrześcijańskie.

    Od św. Jakuba możemy się więc wiele nauczyć: gotowości do przyjęcia Pańskiego wezwania nawet wtedy, gdy każe nam pozostawić “łódź” naszej ludzkiej pewności, entuzjazmu w pójściu za Nim drogami, które On wskazuje, z pominięciem wszelkiej naszej złudnej zarozumiałości, gotowości do dawania o Nim świadectwa z odwagą, gdy to konieczne, aż po najwyższą ofiarę życia. Tak więc św. Jakub staje przed nami jako wymowny przykład wielkodusznego przylgnięcia do Chrystusa. On, który początkowo, ustami swej matki, prosił o to, by zasiąść wraz z bratem u boku Mistrza w Jego Królestwie, właśnie jako pierwszy wychylił kielich męki i dzielił męczeństwo z Apostołami.

    Na koniec zaś, podsumowując to wszystko, możemy powiedzieć, że droga nie tylko zewnętrzna, lecz przede wszystkim wewnętrzna – od Góry Przemienienia do góry konania, symbolizuje całe pielgrzymowanie życia chrześcijańskiego, pośród prześladowań świata i pocieszenia ze strony Boga, jak powiada Sobór Watykański II. Postępując za Jezusem jak św. Jakub wiemy, że nawet w chwilach trudnych idziemy właściwą drogą.

    Benedykt XVI

    wiara.pl

    ***


    24 lipca

    Święta Kinga, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Krystyna z Bolseny, dziewica i męczennica
      •  Błogosławione dziewice i męczennice Maria Pilar, Teresa i Maria Angeles
      •  Błogosławiona Maria Mercedes Prat, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiona Joanna z Orvieto, dziewica
    Święta Kinga

    Kinga (Kunegunda) urodziła się w 1234 r. jako trzecia z kolei córka Beli IV, króla węgierskiego z dynastii Arpadów, i jego żony Marii, córki cesarza bizantyjskiego Teodora I Laskarisa. Miała dwóch braci i pięć sióstr, wśród nich były św. Małgorzata Węgierska oraz bł. Jolenta. Św. Elżbieta z Turyngii była jej ciotką.
    O latach młodości Kingi nie wiemy nic poza tym, że do piątego roku życia przebywała na dworze królewskim prawdopodobnie w Ostrzychomiu. Możemy przypuszczać, że otrzymała głębokie wychowanie religijne i pełne jak na owe czasy wykształcenie.
    W Wojniczu małoletnia jeszcze Kinga spotkała się z Bolesławem Wstydliwym; tam też doszło do zawarcia umowy małżeńskiej. Ze względu na małoletność obydwojga były to zrękowiny, po których w kilka lat później miał nastąpić akt właściwych zaślubin.
    Pierwsze swoje lata Kinga spędziła w Sandomierzu pod opieką Grzymisławy i pedagoga Mikuły, wraz ze swoim przyszłym mężem Bolesławem. Były to czasy najazdów Tatarów. Wieści o ich barbarzyńskich mordach dochodziły do Polski coraz bliżej. Na wiadomość o zdobyciu Lublina i Zawichostu Bolesław z Kingą i Grzymisławą opuścili Sandomierz i udali się do Krakowa. Po klęsce wojsk polskich pod Chmielnikiem koło Szydłowa (18 marca 1241 r.) uciekli na Węgry w nadziei, że tam będzie bezpieczniej. Jednak i tu nie znaleźli spokoju. Wojska węgierskie poniosły klęskę nad rzeką Sajo (11 kwietnia 1241 r.). Dlatego Kinga uciekła z Bolesławem na Morawy, gdzie zapewne zatrzymali się w Welehradzie w tamtejszym konwencie cystersów. Wódz tatarski Batu-chan stanął w Krakowie w Niedzielę Palmową, 24 marca; stąd Tatarzy ruszyli na Śląsk.
    Po bitwie pod Legnicą w 1241 r. Tatarzy wycofali się z Polski. Po bohaterskiej śmierci Henryka Pobożnego w bitwie z Tatarami rozgorzała walka o jego dziedzictwo śląskie i krakowskie. Dopiero po pokonaniu Konrada Mazowieckiego młodzi książęta mogli wrócić do Krakowa (1243). Ponieważ zamek w Krakowie, jak też w Sandomierzu, Tatarzy zupełnie zniszczyli, tak że się nie nadawał do zamieszkania, Bolesław i Kinga pozostali w Nowym Korczynie. Tu właśnie Kinga nakłoniła swego przyszłego męża do zachowania dozgonnej czystości, którą ślubowali oboje na ręce biskupa krakowskiego Prandoty. Dlatego historia nadała Bolesławowi przydomek “Wstydliwy”. W tej formie czystości małżeńskiej Kinga spędziła z Bolesławem 40 lat. Wtedy także zapewne Kinga wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Zaślubiny odbyły się na zamku krakowskim około roku 1247, bowiem wtedy Bolesław był władcą księstwa krakowsko-sandomierskiego. W posagu od ojca Kinga otrzymała 40 000 grzywien srebra, co Szajnocha przeliczył na około 3,5 miliona złotych. Była to ogromna suma.
    Kinga w tym czasie zapewne kilka razy odwiedzała rodzinne Węgry. Sprowadziła stamtąd do Polski górników, którzy dokonali pierwszego odkrycia złoży soli w Bochni (1251). Stąd powstała piękna legenda o cudownym odkryciu soli. Aby dopomóc w odbudowaniu zniszczonego przez Tatarów kraju, Kinga ofiarowała Bolesławowi część swojego posagu; Bolesław za to przywilejem z 2 marca 1252 r. oddał jej w wieczyste posiadanie ziemię sądecką. Kinga pomagała Bolesławowi w rządach nad obu księstwami (krakowskim i sandomierskim). Wskazuje na to spora liczba wystawionych przez obu małżonków dokumentów. Hojnie wspierała katedrę krakowską, klasztory benedyktyńskie, cysterskie i franciszkańskie. Ufundowała kościoły w Nowym Korczynie i w Bochni, a zapewne również w Jazowsku i w Łącku. Do Krakowa sprowadziła z Pragi Kanoników Regularnych od Pokuty i wystawiła im kościół św. Marka. Do Krzyżanowic nad Nidą sprowadzono norbertanki, gdzie im wystawiono kościół i klasztor. W Łukowie książę Bolesław osadził templariuszy. Swojej siostrze, bł. Salomei, Bolesław pozwolił i dopomógł wznieść w Zawichoście kościół, klasztor i szpital. Kinga w sposób istotny przyczyniła się do przeprowadzenia kanonizacji św. Stanisława ze Szczepanowa (1253). To ona miała wysłać do Rzymu poselstwo w tej sprawie i pokryć koszty związane z tą misją.
    7 grudnia 1279 r. umarł w Krakowie książę Bolesław Wstydliwy. Długosz wspomina, że biskup krakowski Paweł i niektórzy z panów zaofiarowali Kindze rządy. Kiedy Kinga poczuła się wolna, postanowiła zrezygnować z władzy i oddać się wyłącznie sprawie zbawienia własnej duszy. Upatrzyła sobie klaryski jako zakon dla siebie najodpowiedniejszy. Znała go dobrze, bo już w roku 1245 przyjęła welon i habit klaryski jej ciotka, bł. Salomea, która w tym czasie założyła w Zawichoście pierwszy ich klasztor, w roku 1259 przeniesiony do Skały. Sprawa założenia przez Kingę klasztoru klarysek w Starym Sączu komplikowała się, bo nowy władca Krakowa, Leszek Czarny, nie chciał zgodzić się na tę fundację i odkładał decyzję w obawie, aby nie utracić ziemi sądeckiej, którą Kinga chciała ofiarować klasztorowi na jego utrzymanie. Po czterech latach, w 1284 r., ostatecznie doszło do zgody. Kinga wstąpiła do tego klasztoru już wcześniej (1279), zaraz po śmierci męża. Prawdopodobnie nie zajmowała w klasztorze żadnych urzędów. Jej staraniem była budowa i troska o jego byt materialny. Welon zakonny otrzymała z rąk biskupa Pawła. Jednak śluby zakonne złożyła dopiero, jak to wynika ze szczęśliwie zachowanego dokumentu, 24 kwietnia 1289 roku. Spędziła w Starym Sączu 12 lat, poddając się we wszystkim surowej regule, zatwierdzonej przez Urbana IV w roku 1263.

    Święta Kinga - obraz kanonizacyjny

    Zmarła 24 lipca 1292 r. w Starym Sączu. Beatyfikacja Kingi nastąpiła dopiero za pontyfikatu papieża Aleksandra VIII. Dokonano jej po długim procesie kanonicznym dnia 10 czerwca 1690 r. Dekrety, wydane przez papieża Urbana VIII (1623-1644), zalecały w sprawach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych jak najdalej posuniętą ostrożność i surowość. Kult świątobliwej księżnej trwał jednak od wieków. Sam fakt porzucenia świata i jej wstąpienia do najsurowszego zakonu żeńskiego był dowodem heroicznej świętości Kingi. Pamięć dzieł miłosierdzia chrześcijańskiego, jak również instytucji pobożnych, których była fundatorką, były bodźcem do oddawania jej kultu. Była powszechnie czczona przez okoliczny lud jako jego szczególna patronka. Do jej grobu napływali nieustannie pielgrzymi. Liczne łaski, otrzymane za jej wstawiennictwem, rozsławiały jej imię. Kult bł. Kingi znacznie wzrósł po jej beatyfikacji. Benedykt XIII przyznał jej tytuł patronki Polski i Litwy (31 sierpnia 1715 r.). Jest także patronką diecezji tarnowskiej.
    Kanonizacji Kingi dokonał św. Jan Paweł II w Starym Sączu dnia 16 czerwca 1999 r., podczas swojej przedostatniej pielgrzymki do Polski. Mówił wtedy między innymi: “Mury starosądeckiego klasztoru, któremu początek dała św. Kinga i w którym dokonała swego życia, zdają się dziś dawać świadectwo o tym, jak bardzo ceniła czystość i dziewictwo, słusznie upatrując w tym stanie niezwykły dar, dzięki któremu człowiek w sposób szczególny doświadcza własnej wolności. Tę zaś wewnętrzną wolność może uczynić miejscem spotkania z Chrystusem i z człowiekiem na drogach świętości. U stóp tego klasztoru, wraz ze św. Kingą proszę szczególnie was, ludzie młodzi: brońcie tej swojej wewnętrznej wolności! Niech fałszywy wstyd nie odwodzi was od pielęgnowania czystości! A młodzieńcy i dziewczęta, których Chrystus wzywa do zachowania dziewictwa na całe życie, niech wiedzą, że jest to uprzywilejowany stan, przez który najwyraźniej przejawia się działanie mocy Ducha Świętego”.
    W ikonografii przedstawiana jest w stroju klaryski lub księżnej, w ręku trzyma makietę klasztoru ze Starego Sącza, czasami bryłę soli, bywa w niej pierścień.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 lipca

    Święta Brygida Szwedzka, zakonnica,
    patronka Europy

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Wasyl (Bazyli) Hopko, biskup
      •  Święty Jan Kasjan
      •  Błogosławiony Krystyn Gondek, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Jan Huguet Cardona, prezbiter i męczennik
    Święta Brygida
    Brygida urodziła się w 1303 r. na zamku w Finstad koło Uppsali. Jej rodzina była spokrewniona z dynastią królewską w Szwecji. Rodzina ta była bardzo religijna. Ojciec co tydzień przystępował do sakramentów pokuty i Eucharystii. Odbył także podróż do Hiszpanii na grób św. Jakuba w Compostelli.
    Według żywotów Brygida miała od dziecka cieszyć się oznakami szczególnej przyjaźni Pana Jezusa. Kiedy miała 7 lat, ukazała się jej Najświętsza Maryja Panna i złożyła na jej głowie tajemniczą koronę. Trzy lata później zjawił się jej Chrystus na krzyżu. Na widok męki Pana Jezusa Brygida miała zawołać: “O, mój kochany Panie! Kto Ci to zrobił? Nie chcę niczego, jak tylko miłować Ciebie!” Kiedy Brygida miała 12 lat, zmarła jej matka (1314). Ojciec oddał kapłanom sumę 200 marek w złocie, co było dużym majątkiem, prosząc, by modlili się o spokój duszy dla małżonki. Po śmierci żony wziął rodzeństwo Brygidy – Katarzynę i Izraela – na swój zamek, a Brygidę oddał na wychowanie do wujenki na zamku w Aspanas. Surowy tryb życia, jaki na zamku wprowadziła wujenka, odpowiadał Brygidzie, która chciała cała należeć do Chrystusa.
    Wbrew swojej woli Brygida została wydana w czternastym roku życia za syna gubernatora Wastergotlandu, 19-letniego Ulfa Gotmarssona. Po ślubie przeniosła się na zamek męża (1316). Chociaż utratę dziewictwa opłakiwała rzewnymi łzami, umiała w swoim małżeństwie dostrzec wolę Bożą i starała się być dla męża najlepszą żoną. Trafiła też na dobrego człowieka. Dlatego żyli szczęśliwie razem 28 lat (1316-1344). Pałac Brygidy należał do najświetniejszych w kraju. Było w nim zawsze rojno od gości. Brygida dbała o to, by wszyscy wchodzący w jej progi czuli się dobrze. Kierowała domem i gospodarstwem wzorowo, dbała o służbę, z którą codziennie odmawiała pacierze. Nie pozwalała wszakże na żadne pohulanki i zbyt swobodne zachowania.
    Szczególnie jednak była oddana mężowi, okazując mu przywiązanie i wprost matczyną opiekę. Dała mu 4 synów i 4 córki: Martę (1319), Karola (1321), Birgera (1323), Benedykta (1326), Gutmara (1327), św. Katarzynę Szwedzką (1330), Ingeborgę (1332) i Cecylię (1334). Na wychowawców dla swoich dzieci dobierała pedagogów o odpowiednim wykształceniu i głębokiej wierze. Każde dziecko miało inny charakter. Trzeba było ze strony matki wiele subtelności, by uszanować ich osobowość, a nie dopuścić do wypaczenia ich charakterów, bowiem mąż był często poza domem, zajęty sprawami publicznymi. Nie zaniedbała wszakże Brygida wśród tak licznych zajęć rodzinnych troski o własną duszę. Jej kierownikiem duchowym był uczony wiceprzeor cystersów, Piotr Olafsson. Na jej prośbę jeden z kanoników katedry, Maciej, przetłumaczył Pismo święte na język szwedzki, by Brygida mogła w nim się rozczytywać. Na jej życzenie kanonik ten ułożył również komentarze do Pisma świętego.
    W 1332 roku Brygida została powołana na dwór króla Magnusa II w charakterze ochmistrzyni. Korzystając z osobistego majątku, jak też z majątku króla, nad którym otrzymała zaszczytny zarząd, hojnie wspierała kościoły, klasztory i ubogich. W 1339 roku utraciła nieletniego syna. Dla uproszenia błogosławieństwa Bożego dla całej rodziny udała się z pielgrzymką na grób św. Olafa (+ 1030). Tradycją w domu były pielgrzymki do Compostelli. I Brygida wraz z mężem udała się na grób św. Jakuba Apostoła (1342). Pielgrzymka trwała rok. Towarzyszył im spowiednik, cysters Svenung, który później opisał całą podróż. Po powrocie z pielgrzymki Ulf wstąpił do cystersów w Alvastra, gdzie zmarł w lutym 1344 r. Brygida była wolna.
    Święta Brygida
    Postanowiła oddać się wyłącznie służbie Bożej i pełnieniu dobrych uczynków. Długie godziny poświęcała modlitwie. Mnożyła akty umartwienia i pokuty. Naglona objawieniami, pisała listy do możnych tego świata, napominając ich w imię Pana Boga. Królowi szwedzkiemu i zakonowi krzyżackiemu przepowiedziała kary Boże, które też niebawem na nich spadły. W 1352 roku wezwała papieża Innocentego VI, aby powrócił do Rzymu. To samo wezwanie skierowała w imieniu Chrystusa do jego następcy, bł. Urbana V, który też w 1367 roku faktycznie do Rzymu powrócił. Kiedy zaś papież, zniechęcony zamieszkami w Rzymie, powrócił do Awinionu, przepowiedziała mu rychłą śmierć, co się niebawem sprawdziło (+ 1370). Niemniej żarliwie zabiegała o powrót do Rzymu papieża Grzegorza XI. Była hojną dla fundacji kościelnych i charytatywnych. Dom jej stał zawsze otworem dla potrzebujących.
    Z poparciem króla, który na ten cel ofiarował posiadłość w Vadstena, i za zezwoleniem Stolicy Świętej, Brygida założyła nową rodzinę zakonną pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela, zwaną często “brygidkami”. Jej córka, św. Katarzyna Szwedzka, w roku 1374 została jego pierwszą opatką. W roku 1349 Brygida udała się przez Pomorze, Niemcy, Austrię i Szwajcarię do Rzymu, by uzyskać odpust z okazji roku jubileuszowego 1350. Chodziło jej również o zatwierdzenie reguł swojego zakonu. W Rzymie założyła klasztor swojego zakonu.
    Korzystając ze swojej obecności w Italii, Brygida przewędrowała wraz z córką cały kraj, nawiedzając pieszo ważniejsze ówczesne sanktuaria: św. Franciszka w Asyżu, św. Antoniego w Padwie, św. Dominika Guzmana w Bolonii, św. Tomasza z Akwinu w Ortonie, św. Bartłomieja w Benevento, św. Macieja w Salerno, św. Andrzeja Apostoła w Amalfi, św. Mikołaja w Bari oraz św. Michała Archanioła na Monte Gargano. Do Rzymu powróciła dopiero w 1363 roku. W 1372 roku udała się z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Miała wówczas 70 lat. Po powrocie do Rzymu, zmęczona podróżą, zmarła 23 lipca 1373 r., w dniu, który przepowiedziała. W jej pogrzebie wzięły udział tłumy wiernych. Był to prawdziwy hołd, jaki złożył jej Rzym. Kroniki głoszą, że z okazji pogrzebu św. Brygidy wielu chorych zostało uzdrowionych. Jej ciało poprzez Korsykę, Styrię, Morawy i Polskę sprowadzono do Szwecji, gdzie złożono w klasztorze w Vadstena, który założyła.
    Dzięki staraniom córki, św. Katarzyny, została kanonizowana już w 1391 r. W 1489 roku złożono relikwie matki i córki, to jest św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny Szwedzkiej, w jednej urnie. Kiedy Szwecja przeszła na protestantyzm (1595), relikwie te zaginęły bezpowrotnie.Brygida pozostawiła po sobie księgę Objawień. Wkrótce znała ją cała Europa. Była wielokrotnie przepisywana. W księdze tej św. Brygida spisała przepowiednie dotyczące Kościoła, papieży żyjących w jej czasach, losów państw i ówczesnych panujących oraz odnośnie do przyszłości wielu innych osób. Była przekonana, że pisze to, co jej dyktował Chrystus. Nawoływała do poprawy obyczajów, groziła karami Bożymi. Dzieło to miało wśród teologów sporo przeciwników. Mimo aprobaty papieży Grzegorza XI i Urbana VI, dzieła św. Brygidy były przedmiotem ataków i dyskusji nawet na soborach w Konstancji (1414-1418) i w Bazylei (1431). Brygida, jakby w przeczuciu, ile kłopotu narobi ta księga, dała ją najpierw do przejrzenia teologom. Ostatecznej aprobaty pismom św. Brygidy udzielił Kościół w akcie jej kanonizacji.
    1 października 1999 r. św. Jan Paweł II listem motu proprio ogłosił św. Brygidę współpatronką Europy (razem ze św. Katarzyną ze Sieny i św. Teresą Benedyktą od Krzyża). Św. Brygida jest także patronką Szwecji, pielgrzymów oraz dobrej śmierci.
    Święta Brygida z córką, św. Katarzyną
    W ikonografii św. Brygida przedstawiana jest w ciemnowiśniowym habicie z czerwonym welonem, na nim korona z białego płótna z pięcioma czerwonymi znakami – symbolizującymi pięć ran Jezusa. Czasami siedzi przy pulpicie i spisuje swoje wizje. Jej atrybutami są: heraldyczny lew, korona; księga, którą pisze; ptasie pióro, pielgrzymi kapelusz, serce i krzyż.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    22 lipca

    Święta Maria Magdalena

    Zobacz także:
      •  Święta Maria z Betanii
      •  Błogosławieni męczennicy Nicefor Díez Tejerina, prezbiter, i Towarzysze
    Święta Maria Magdalena
    Według biblijnej relacji Maria pochodziła z Magdali – “wieży ryb” nad Jeziorem Galilejskim, ok. 4 km na północny zachód od Tyberiady. Jezus wyrzucił z niej siedem złych duchów (Mk 16, 9; Łk 8, 2). Odtąd włącza się ona do grona Jego słuchaczy i wraz z innymi niewiastami troszczy się o wędrujących z Nim ludzi.
    Po raz drugi wspominają o niej Ewangeliści pisząc, że była ona obecna podczas ukrzyżowania i śmierci Jezusa (Mk 15, 40; Mt 27, 56; J 19, 25) oraz zdjęcia Go z krzyża i pogrzebu. Maria Magdalena była jedną z trzech niewiast, które udały się do grobu, aby namaścić ciało Ukrzyżowanego, ale grób znalazły pusty (J 20, 1). Kiedy Magdalena ujrzała kamień od grobu odwalony, przerażona, że Żydzi zbezcześcili ciało ukochanego Zbawiciela, wyrzucając je z grobu w niewiadome miejsce, pobiegła do Apostołów i powiadomiła ich o tym. Potem sama wróciła do grobu Pana Jezusa. Zmartwychwstały Jezus ukazał jej się jako ogrodnik (J 20, 15). Ona pierwsza powiedziała Apostołom, że Chrystus żyje (Mk 16, 10; J 20, 18). Dlatego też jest nazywana apostola Apostolorum – apostołką Apostołów, a Kościół przez długie stulecia recytował w jej święto uroczyste wyznanie wiary. Wschód i Zachód, oddając hołd Magdalenie, obchodzą jej pamiątkę tego samego dnia – 22 lipca.Nie wiemy, co św. Łukasz miał na myśli, kiedy napisał o Marii Magdalenie, że Pan Jezus wypędził z niej siedem złych duchów. Św. Grzegorz I Wielki utożsamiał Marię Magdalenę z jawnogrzesznicą, o której na innym miejscu pisze tenże Ewangelista (Łk 7, 36-50), jak też z Marią, siostrą Łazarza, o której pisze św. Jan, że podobnie jak jawnogrzesznica u św. Łukasza, obmyła nogi Pana Jezusa wonnymi olejkami (J 11, 2). Współcześni bibliści, idąc za pierwotną tradycją i za ojcami Kościoła na Wschodzie, uważają jednak, że imię Maria miały trzy niewiasty nie mające ze sobą bliższego związku. Dotąd tak w liturgicznych tekstach, jak też w ikonografii Marię Magdalenę zwykło się przedstawiać w roli Łukaszowej jawnogrzesznicy, myjącej nogi Pana Jezusa. Najnowsza reforma kalendarza liturgicznego wyraźnie odróżnia Marię Magdalenę od Marii, siostry Łazarza, ustanawiając ku ich czci osobne dni wspomnienia. Marię Magdalenę nieraz utożsamiano także z Marią Egipcjanką, nierządnicą (V w.), która po nawróceniu miała żyć jako pustelnica nad Jordanem.
    Kult św. Marii Magdaleny jest powszechny w Kościele tak na Zachodzie, jak i na Wschodzie. Ma swoje sanktuaria, do których od wieków licznie podążają pielgrzymi. W Efezie pokazywano jej grób i bazylikę wystawioną nad nim ku jej czci. Kiedy zaś Turcy zawładnęli miastem, jej relikwie miały zostać przeniesione z Efezu do Konstantynopola za cesarza Leona Filozofa (886-912). Kiedy krzyżowcy opanowali Konstantynopol (1202-1261), mieli przenieść relikwie Marii Magdaleny do Francji, do Vezelay, gdzie do dnia dzisiejszego doznają czci. We Francji jest jeszcze jedno sanktuarium św. Marii Magdaleny, w La Saint Baume, gdzie według legendy miała mieszkać przez 30 lat w jaskini jako pustelnica i pokutnica, kiedy ją w dziurawej łódce na pełne morze wywieźli Żydzi.
    Maria Magdalena jest patronką zakonów kobiecych; Prowansji, Sycylii, Neapolu; dzieci, które mają trudności z chodzeniem, fryzjerów, kobiet, osób kuszonych, ogrodników, studentów i więźniów.
    W ikonografii św. Maria Magdalena przedstawiana jest według tradycji, która utożsamiła ją z innymi Mariami. Ukazywana w długiej szacie z nakrytą głową; w bogatym książęcym wschodnim stroju lub jako pokutnica, której ciało osłaniają długie włosy; w malarstwie barokowym ukazywana bez odzieży lub półnago. Jej atrybutami są: dyscyplina, instrumenty muzyczne, krucyfiks, księga – znak jej misyjnej działalności, naczynie z olejkiem, kadzielnica, gałązka palmowa, czaszka, włosiennica, zwierciadło.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 lipca

    Błogosławiony
    Franciszek Maria od Krzyża Jordan, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wawrzyniec z Brindisi, prezbiter i doktor Kościoła
      •  Święty Apolinary, biskup i męczennik
      •  Daniel, prorok
    Błogosławiony Franciszek Maria od Krzyża Jordan
    Jan Chrzciciel Jordan urodził się 16 czerwca 1848 r. w Gurtweil, w pobliżu Waldshut w Badenii (Niemcy). W trzynastym roku życia, w czasie I Komunii Świętej, doświadczył szczególnej łaski, która stała się zaczynem kapłańskiego powołania. Droga do przyjęcia święceń była długa i trudna, przede wszystkim ze względu na skrajnie trudne warunki materialne rodziny.
    21 lipca 1878 r., w wieku 30 lat, przyjął święcenia kapłańskie. Został wysłany przez swojego biskupa do Rzymu na studia języków orientalnych pod skrzydłami Kongregacji Rozkrzewiania Wiary. Szczególnie ważna okazała się jego podróż na Bliski Wschód, gdzie został wysłany w celu praktycznego doskonalenia języków. Rozpoznał tam wezwanie do założenia nowego ruchu w Kościele, poświęconego apostolstwu. Po uzyskaniu błogosławieństwa papieża Leona XIII w dniu 8 grudnia 1881 r. Jordan z dwoma towarzyszami zapoczątkował Apostolskie Towarzystwo Nauczania.Nie chciał zakładać typowego zgromadzenia zakonnego, ale raczej ruch, który zaangażuje w ewangelizację nie tylko duchownych, ale również świeckich. Władze kościelne wymagały od niego jednak przedstawienia jasnych zasad funkcjonowania. Posłuszeństwo doprowadziło w 1883 r. do przekształcenia dzieła w zgromadzenie zakonne pod nazwą Towarzystwo Boskiego Zbawiciela (salwatorianie). Jan Chrzciciel Jordan przyjął wówczas imię Franciszek Maria od Krzyża. Pięć lat później – 8 grudnia 1888 r. – wraz z Marią Teresą von Wüllenweber (bł. Marią od Apostołów) Franciszek Maria założył Kongregację Sióstr Boskiego Zbawiciela (salwatorianki).
    Już w 1889 r. młode zgromadzenie otrzymało propozycję od prefekta Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, aby przejąć nowo utworzoną prefekturę apostolską w Assam w Indiach. Mimo skromnych możliwości personalnych i materialnych następował dynamiczny rozwój Wspólnoty. W 1892 r. o. Jordan założył fundacje w Stanach Zjednoczonych i Austrii. W kolejnych latach powstawały misje w Ekwadorze-Kolumbii, Szwajcarii, Czechosłowacji, Brazylii, Rumunii, Belgii, Polsce i Jugosławii, Anglii i Niemczech. Współcześnie członkowie Towarzystwa Boskiego Zbawiciela głoszą Ewangelię w czterdziestu krajach. Na całym świecie działają również siostry salwatorianki oraz salwatorianie świeccy.Franciszek Maria od Krzyża Jordan zmarł 8 września 1918 r. w szwajcarskim Tafers, gdzie przebywał ze względu na kończącą się I wojnę światową. W 1956 r. jego doczesne szczątki zostały przeniesione do Rzymu i złożone w domu generalnym zgromadzenia.Proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1942 r. W roku 2011 został ogłoszony dekret o heroiczności jego cnót, a 19 czerwca 2020 r. papież Franciszek zatwierdził cud za jego wstawiennictwem. Uroczystość beatyfikacji odbyła się 15 maja 2021 r. w bazylice św. Jana na Lateranie w Rzymie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 lipca

    Błogosławiony Czesław, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata z Antiochii Pizydyjskiej, dziewica i męczennica
      •  Święty Torlak Thorhallsson, biskup
      •  Eliasz, prorok
      •  Błogosławiony Alojzy Novarese, prezbiter
      •  Święty Józef Barsaba Justus
    Błogosławiony Czesław
    Czesław urodził się około roku 1180 w Kamieniu Opolskim. Miał być krewnym św. Jacka. Wydaje się raczej mało prawdopodobne – co przekazują legendy – że studiował w Pradze, Paryżu i Bolonii i że miał studia uwieńczyć podwójnym doktoratem z teologii i prawa kanonicznego. Wiemy tylko, że należał obok św. Jacka Odrowąża i Hermana Niemca do księży z otoczenia biskupa krakowskiego, Iwona Odrowąża. Miał zajmować stanowisko kustosza kolegiaty sandomierskiej. Gdyby tak było, wskazywałoby to na rycerskie (szlacheckie) pochodzenie Czesława, gdyż wówczas tylko takich przyjmowano do kapituły.
    Jako kapłan diecezjalny w 1220 lub 1221 r. wstąpił do dominikanów. Habit otrzymał z rąk samego św. Dominika. W 1222 roku przybył z innymi współbraćmi, w tym ze św. Jackiem Odrowążem, do Krakowa. Tam przyjął ich uroczyście Iwo Odrowąż w otoczeniu kleru i ludu. Pierwsi dominikanie zamieszkali w Krakowie, oddając się pracy kaznodziejskiej i duszpasterskiej. W roku 1225 biskup Pragi zaprosił dominikanów do stolicy Czech. Wysłano tam Czesława z kilkoma ojcami. Czesław stał się więc założycielem rodziny dominikańskiej na ziemi czeskiej.
    Po założeniu klasztoru w Pradze (1225) udał się do Wrocławia. Tamtejszy biskup, Wawrzyniec, powitał go niemniej ciepło, jak to w Krakowie uczynił Iwo. Dominikanie otrzymali parafialny kościół św. Wojciecha. Zachował się do dzisiaj dokument przekazania świątyni z 1 maja 1226 r. Tam Czesław pozostał jako przeor do roku 1231, kiedy to został przez kapitułę wybrany na prowincjała (1233-1236). Jako prowincjał brał udział w kapitule generalnej w Bolonii i w kanonizacji św. Dominika w Rzymie (1234). Po złożeniu urzędu pozostał nadal przeorem w klasztorze wrocławskim, aż do swojej śmierci (ok. 1242).
    Jan Długosz przytacza barwną legendę, jak Czesław swoją modlitwą uratował Wrocław od najazdu Tatarów i całkowitego zniszczenia w roku 1241. Kiedy miasto zostało zajęte przez najeźdźców, część wrocławian postanowiła bronić się poza murami obronnego grodu. Czesław był duszą całej obrony, podobnie jak bł. Sadok w Sandomierzu, a później ks. Augustyn Kordecki podczas oblężenia Jasnej Góry. Podanie głosi, że Czesław modlił się o ocalenie miasta wychodząc często na jego wały i zachęcając dzielnych obrońców do oporu. Gdy Wrocław wyszedł obronną ręką z tej wojennej zawieruchy, mieszkańcy przypisywali uratowanie miasta modlitwom i wstawiennictwu Czesława, którego wiara złamała siły nieprzyjacielskie. Należy to uważać raczej za legendę, gdyż Wrocław został poważnie spalony właśnie w 1241 r. przez Tatarów. W innych zaś latach Mongołowie tak daleko już nie
    podeszli.

    Błogosławiony Czesław
    Według tradycji wrocławskiej Czesław miał umrzeć 15 lipca 1242 r. Datę tę przyjmuje tradycja dominikańska. Zaraz po śmierci odbierał cześć jako święty. Nad jego grobem w kościele dominikanów we Wrocławiu wystawiono niebawem ołtarz. Cześć od dawna mu oddawaną zatwierdził papież Klemens XI 18 października 1713 roku. Ciało bł. Czesława spoczywa w dominikańskim kościele św. Wojciecha w osobnej kaplicy. Kiedy w czasie zdobywania Wrocławia w roku 1945 cały kościół legł w gruzach, zachowała się jedynie kaplica z relikwiami bł. Czesława. Jest on patronem Wrocławia.
    W ikonografii przedstawiany z kulą ognistą lub ze słupem ognia nad głową, który według tradycji ukazał się podczas oblężenia Wrocławia przez Tatarów. To niecodzienne zjawisko spowodowało ich odwrót. Atrybutami Błogosławionego są: krzyż misyjny, kielich, otwarta księga Ewangelii, laska pielgrzyma, lilia, monstrancja, puszka z komunikantami, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 lipca

    Błogosławiony Achilles Puchała,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Makryna Młodsza
      •  Błogosławiona Ludwika z Sabaudii, zakonnica
      •  Święty Symmach, papież
      •  Błogosławiony Herman Stępień, prezbiter i męczennik
    Błogosławiony Achilles Puchała
    Józef Puchała urodził się w 18 marca 1911 r. we wsi Kosina koło Łańcuta. Wychowywał się w średniozamożnej, rolniczej rodzinie Franciszka i Zofii z domu Olbrycht, w której pielęgnowano tradycje patriotyczne i katolickie. Miał siedmioro rodzeństwa. Miejscowy proboszcz wyczuł w nim znaki powołania i namówił rodziców do wysłania Józefa, po ukończeniu piątej klasy, do Lwowa, na naukę gimnazjalną w Małym Seminarium Misyjnym prowadzonym przez franciszkanów.
    W gimnazjum Józef wstąpił do Rycerstwa Niepokalanej i stał się jego aktywnym członkiem. W 1927 r. został przyjęty we Lwowie do franciszkanów konwentualnych i otrzymał zakonne imię Achilles. Śluby wieczyste złożył w 1932 r., a następnie rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne w Krakowie. W 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie i jeszcze przez rok kontynuował studia.
    Pracował najpierw w konwencie franciszkańskim w Grodnie, a potem w Iwieńcu. Pod koniec 1939 r. pojechał do liczącej pięć tysięcy wiernych parafii pw. św. Jerzego we wsi Pierszaje (ok. 20 km od Iwieńca), aby objąć urząd proboszcza – opuszczony w trakcie kampanii wrześniowej przez kapłana diecezjalnego. Po pięciu miesiącach otrzymał do pomocy kapłana, innego franciszkanina, o. Hermana Karola Stępnia z Wilna. Ojciec Achilles pomagał materialnie wielu rodzinom, ubogim rozdawał chleb, dzielił się tym, co miał.
    W 1941 r. rozpoczęła się wojna rosyjsko-niemiecka. Proboszcz okazywał cierpiącym współczucie i niósł pociechę. Nie stawiał warunków w kwestii ofiar składanych z racji udzielanych sakramentów.
    Na plebanii w Pierszajach Niemcy zorganizowali posterunek żandarmerii. Dokonywali masowych aresztowań, poszukując partyzantów i kandydatów na roboty w Niemczech. O. Achilles zabiegał o uwolnienie uwięzionych: dzięki jego interwencji wielu zatrzymanych ocaliło życie. Ratował dzieci i dziewczęta, które miały być wywożone do niewolniczej pracy w III Rzeszy.
    W czerwcu 1943 r. w Iwieńcu i okolicach partyzanci z Armii Krajowej przeprowadzili skoordynowaną akcję na konwoje niemieckie kierowane na front wschodni. Niemcy w lipcu i sierpniu 1943 r. przeprowadzili odwetową operację “Hermann”, próbując ograniczyć działalność partyzantki na Kresach. Za cel wybrano mieszkańców wsi i małych miasteczek regionu. Zatrzymanych zamykano w stodołach, które następnie podpalano. W ten sposób Niemcy, w jednym powiecie wołożyńskim, spalili kilkanaście wiosek razem z mieszkańcami.
    19 lipca 1943 r. niemieckie SS pojawiło się w Pierszajach. Na placu zebrano mieszkańców wsi (było ich ok. 200-300, w tym uciekinierzy z Iwieńca). Dwaj franciszkanie mogli się ukryć – miał ich do tego namawiać jeden z żandarmów niemieckich mieszkających na plebanii, praktykujący katolik; miał to także uczynić ich bezpośredni przełożony, gwardian z Iwieńca, o. Hilary Pracz-Praczyński.
    Początkowo Niemcy zamierzali zamordować wszystkich na miejscu, w Pierszajach. Przywieźli ze sobą kanistry z benzyną. Rozdzielili kobiety i mężczyzn (w wieku od 10 do 50 lat), po czym zagnali ich do dwóch szop. Do mężczyzn wkrótce dobrowolnie dołączyli dwaj franciszkanie. Niektórzy świadkowie podawali, że franciszkanie próbowali negocjować z Niemcami. Po prawie dwóch godzinach nadjechało trzech oficerów i rozkazali wyprowadzić zatrzymanych. Niemcy dokonali ponownej selekcji i zagnali wszystkich, pod bagnetami, do wsi Borowikowszczyzna koło Nowogródka. Franciszkanów oddzielono od pozostałych osób i wieczorem tego dnia zamordowano w pobliskiej stodole, którą następnie podpalono. W jednej z wersji przed podpaleniem gestapowcy zabili obu męczenników strzałem w głowę. Według innej franciszkanie mieli być najpierw okrutnie torturowani. Niemcy mieli im wyłupić oczy, wyrwać języki, obciąć nosy, uszy i ręce, na koniec krępując drutem.
    Rozweseleni mordercy, przebrani we franciszkańskie habity, z drwiną naśladując czynności Mszy św. i szydząc z kapłanów, wrócili do wsi. Następnego dnia mieszkańcy wioski zebrali zwęglone szczątki męczenników i złożyli je we wspólnej trumnie w mogile przy kościele w Pierszajach (dziś Białoruś). Tam też, w specjalnej złoconej trumience, spoczywają w kościele parafialnym do dziś.
    O. Achilles Puchała i o. Herman Stępień zostali beatyfikowani w grupie 108 męczenników II wojny światowej w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie przez papieża św. Jana Pawła II.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    18 lipca

    Święty Szymon z Lipnicy, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Arnulf, męczennik
      •  Święty Arnulf z Metzu, biskup
      •  Święty Arnold Wyznawca
      •  Święty Fryderyk z Utrechtu, biskup i męczennik
    Święty Szymon z Lipnicy
    Szymon urodził się około 1438-1440 r. w Lipnicy. Znane są nam imiona jego rodziców: Grzegorz i Anna. Nie znamy natomiast ich nazwisk. Ojciec był piekarzem. Fakt wysłania Szymona na studia uniwersyteckie wskazywałby na pewną zamożność rodziców, gdyż to suponuje także ukończenie szkół niższych. Jednak zamożność ta była względna, skoro w 1454 r. Szymon wpłacił do kasy Akademii Krakowskiej zaledwie 1 grosz, a więc zaledwie jedną czwartą już i tak skromnej rocznej opłaty. Zapisał się na wydział nauk wyzwolonych (artium). Był to wydział wstępny i najliczniej obstawiony, gdyż dawał przygotowanie do trzech wydziałów pozostałych i udzielał najogólniejszych wiadomości z zakresu siedmiu nauk wyzwolonych. Akademię Krakowską Szymon ukończył w roku 1457 tytułem bakałarza.
    W tym samym roku wstąpił wraz z dziesięcioma swoimi kolegami akademickimi do bernardynów, których cztery lata wcześniej sprowadził do Polski i założył ich pierwszy klasztor w Krakowie św. Jan Kapistran. Niewykluczone, że Szymon widział go i słuchał osobiście, kiedy Jan przez osiem miesięcy przebywał w Krakowie na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka. Po roku nowicjatu Szymon złożył śluby zakonne (1458). W Krakowie odbywał swoje studia teologiczne i po roku 1460 otrzymał święcenia kapłańskie.
    Szymon musiał wyróżniać się cnotą, wiedzą i powagą, skoro już w roku 1465 – w kilka lat po święceniach – został wybrany gwardianem konwentu w Tarnowie. Z tego powodu wziął udział w kapitule prowincji w Krakowie. W dwa lata później pełnił w Krakowie urząd kaznodziei. Urząd ten w zakonie franciszkańskim był zawsze w wysokim poważaniu. Wybierano na to stanowisko wyjątkowo zdolnych zakonników. Według relacji, jakie nam pozostawiły źródła, Szymon był nie tylko kaznodzieją z urzędu, ale przede wszystkim z powołania. Obowiązek ten miał sprawować przez kilkanaście lat, bo aż do śmierci (1467-1482). Szymon był nie tylko kaznodzieją zakonnym, ale przede wszystkim katedralnym. Dotąd ten zaszczytny i odpowiedzialny urząd pełnili wyłącznie dominikanie i profesorowie teologii Akademii Krakowskiej. Szymon był pierwszym, który przełamał tę tradycję jako bernardyn. Kazania w katedrze wygłaszano do elity umysłowej Krakowa w języku łacińskim. To dowodzi, że Szymon doskonale opanował ten język.Święty Szymon z Lipnicy
    O wielkiej powadze, jaką się cieszył Szymon wśród swoich współbraci, świadczy i to, że został wybrany wraz z kilkunastoma innymi bernardynami delegatem prowincji polskiej, aby uczestniczył w uroczystościach przeniesienia relikwii św. Bernardyna do nowego kościoła wystawionego ku jego czci w Akwilei (1472).
    W roku 1474 został wybrany na kapitule prowincji dyskretem, czyli delegatem na kapitułę generalną do Pawii. Wyruszył na nią wraz z ówczesnym prowincjałem Chryzostomem z Ponieca i gwardianem z Krakowa, Marianem z Jeziorka. Przez pewien czas Szymon pełnił także funkcję komisarza prowincjała i w jego imieniu wizytował niektóre konwenty prowincji. Poważnym wydarzeniem w jego życiu była pielgrzymka do Ziemi Świętej (1478/1479). Odbył ją korzystając z okazji, że był uczestnikiem kapituły generalnej w Pawii. Stamtąd udał się do ziemi Chrystusa Pana.
    W zakonie odznaczał się surowością życia, nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu i Matki Bożej. Umarł posługując chorym podczas zarazy w Krakowie 18 lipca 1482 r. Pogrzeb odbył się w tym samym dniu w godzinach wieczornych. Ciało pochowano w kościele klasztornym pod wielkim ołtarzem, umieszczając je wraz ze szczątkami Tymoteusza i Bernardyna, zmarłych w opinii świętości. W 1488 r. bł. Władysław z Gielniowa, sprawujący wówczas funkcję prowincjała, na podstawie specjalnego breve papieża Innocentego VIII dokonał przeniesienia relikwii Szymona do osobnej kaplicy kościoła, co było wówczas uważane za formalną beatyfikację. Odtąd bowiem można było słudze Bożemu oddawać cześć publiczną. Grobowiec Szymona nawiedzali liczni pielgrzymi, a nagromadzone wota były dowodem jego skutecznego orędownictwa. Zaraz po jego śmierci miało miejsce aż 377 cudownych uzdrowień i łask. Długie zabiegi o formalną beatyfikację doszły do skutku. 24 lutego 1685 roku bł. Innocenty XI ogłosił dekret beatyfikacyjny. Dnia 3 czerwca 2007 r. papież Benedykt XVI kanonizował Szymona z Lipnicy.
    W ikonografii św. Szymon przedstawiany jest jako głoszący kazanie.



    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    17 lipca

    Błogosławione dziewice i męczennice
    Teresa od św. Augustyna i Towarzyszki

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksy, wyznawca
      •  Błogosławiony Paweł Piotr Gojdič, biskup
      •  Święty Leon IV, papież
    Błogosławione męczennice z Compiegne

    Podczas rewolucji francuskiej władze zamknęły w 1792 r. klasztor sióstr karmelitanek w Compiègne. 14 września 1792 r. zakonnice opuściły klasztor i założyły świeckie ubrania. Podzieliły się na 4 grupy mieszkające w niezbyt odległych od siebie domach. Przez kolejne 2 lata żyły w nich, przestrzegając – w miarę możliwości – zasad życia zakonnego.
    W 1794 r. oskarżono je o życie we wspólnocie zakonnej. Zostały aresztowane 22 czerwca i uwięzione w byłym klasztorze wizytek. 12 lipca przewieziono je do więzienia Conciergerie w Paryżu, a 5 dni później skazano na śmierć. Zostały zgilotynowane 17 lipca 1794 r. na Place du Trône Renversé (obecnie Place de la Nation). Idąc na gilotynę, śpiewały Salve Regina. Jako ostatnią stracono matkę przełożoną, która umacniała siostry.
    Ciała zakonnic wrzucono do dołu z piaskiem na paryskim cmentarzu Picpus, w którym w późniejszym czasie doliczono się 1298 ofiar terroru rewolucji. Nie było więc szans na odnalezienie relikwii karmelitanek. Były one pierwszymi ofiarami terroru rewolucji francuskiej, wobec których rozpoczęto proces beatyfikacyjny; jako pierwsze męczennice rewolucji francuskiej zostały beatyfikowane 27 maja 1906 r. przez Piusa X.
    opracowano na podstawie Wikipedii

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    16 lipca

    Najświętsza Maryja Panna z góry Karmel
    Szkaplerz karmelitański

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Magdalena Postel, dziewica
      •  Święte dziewice i męczennice z Orange
      •  Święty Bartłomiej od Męczenników, biskup
    Dzisiejsze wspomnienie zwraca nas ku Maryi objawiającej się na górze Karmel, znanej już z tekstów Starego Testamentu – z historii proroka Eliasza (1 Krl 17, 1 – 2 Krl 2, 25). W XII wieku po Chrystusie do Europy przybyli, prześladowani przez Turków, duchowi synowie Eliasza, prowadzący życie kontemplacyjne na Karmelu. Również w Europie spotykali się z niechęcią. Jednakże Stolica Apostolska, doceniając wyrzeczenia i umartwienia, jakie podejmowali zakonnicy,ułatwiała zakładanie nowych klasztorów.

    Maryja ofiarowuje szkaplerz karmelitański św. Szymonowi Stockowi
    Szczególnie szybko zakon rozwijał się w Anglii, do czego przyczynił się m.in. wielki czciciel Maryi, św. Szymon Stock, szósty przełożony generalny zakonu karmelitów. Wielokrotnie błagał on Maryję o ratunek dla zakonu. W czasie jednej z modlitw w Cambridge, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r., ujrzał Bożą Rodzicielkę w otoczeniu Aniołów. Podała mu Ona brązową szatę, wypowiadając jednocześnie słowa:Przyjmij, synu, szkaplerz twego zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania. Szymon Stock z radością przyjął ten dar i nakazał rozpowszechnienie go w całej rodzinie zakonnej, a z czasem również w świecie. W XIV wieku Maryja objawiła się papieżowi Janowi XXII, polecając mu w opiekę “Jej zakon” karmelitański. Obiecała wówczas obfite łaski i zbawienie osobom należącym do zakonu i wiernie wypełniającym śluby. Obiecała również wszystkim, którzy będą nosić szkaplerz, że wybawi ich z czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Cały szereg papieży wypowiedziało się z pochwałami o tej formie czci Najświętszej Maryi i uposażyło to nabożeństwo licznymi odpustami. Wydali oni około 40 encyklik i innych pism urzędowych w tej sprawie.
    Do spopularyzowania szkaplerza karmelitańskiego przyczyniło się przekonanie, że należących do bractwa szkaplerza Maryja wybawi z płomieni czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Tę wiarę po części potwierdzili papieże swoim najwyższym autorytetem namiestników Chrystusa. Takie orzeczenie wydał jako pierwszy Paweł V 29 czerwca 1609 r., Benedykt XIV je powtórzył (+ 1758). Podobnie wypowiedział się papież Pius XII w liście do przełożonych Karmelu z okazji 700-lecia szkaplerza. Nie ma jednak ani jednego aktu urzędowego Stolicy Apostolskiej, który oficjalnie i w pełni aprobowałby ten przywilej. O przywileju sobotnim milczą najstarsze źródła karmelitańskie. Po raz pierwszy wiadomość o objawieniu szkaplerza pojawia się dopiero w roku 1430.
    Nabożeństwo szkaplerza należało kiedyś do najpopularniejszych form czci Matki Bożej. Jeszcze dzisiaj spotyka się bardzo wiele obrazów Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel), ołtarzy i kościołów. We Włoszech jest kilkaset kościołów Matki Bożej z Góry Karmel, w Polsce blisko setka. Wiele obrazów i figur pod tym wezwaniem zasłynęło cudami, tak że są miejscami pątniczymi. Niektóre z nich zostały koronowane koronami papieskimi. Szkaplerz w obecnej formie jest bardzo wygodny do noszenia. Można nawet zastąpić go medalikiem szkaplerznym. Z całą pewnością noszenie szkaplerza mobilizuje i przyczynia się do powiększenia nabożeństwa ku Najświętszej Maryi Pannie.
    Szkaplerz nosili liczni władcy europejscy i niemal wszyscy królowie polscy (od św. Jadwigi i Władysława Jagiełły poczynając), a także liczni święci, również spoza Karmelu, m.in. św. Jan Bosko, św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Wincenty a Paulo. Sama Matka Boża, kończąc swoje objawienia w Lourdes i Fatimie, ukazała się w szkaplerzu, wyrażając przy tym wolę, by wszyscy go nosili. Na wzór szkaplerza karmelitańskiego powstały także inne, jednakże ten pozostał najważniejszy i najbardziej powszechny. W wieku 10 lat przyjął szkaplerz karmelitański także św. Jan Paweł II. Nosił go do śmierci.
    Święto Matki Bożej z Góry Karmel karmelici obchodzili od XIV w. Benedykt XIII (+ 1730) zatwierdził je dla całego Kościoła. W Polsce otrzymało to święto nazwę Matki Bożej Szkaplerznej.
    Szkaplerz karmelitański
    Szkaplerz początkowo był wierzchnią szatą, której używali dawni mnisi w czasie codziennych zajęć, aby nie brudzić habitu. Spełniał więc rolę fartucha gospodarczego. Potem przez szkaplerz rozumiano szatę nałożoną na habit. Pisze o nim już reguła św. Benedykta w kanonie 55 dotyczącym ubrania i obuwia braci. Wszystkie dawne zakony noszą po dzień dzisiejszy szkaplerz. Współcześnie szkaplerz oznacza strój, który jest znakiem zewnętrznym przynależności do bractwa, związanego z jakimś konkretnym zakonem. Tak więc istnieje szkaplerz: brunatny – karmelitański (w. XIII); czarny – serwitów (w. XIV), od roku 1860 kamilianów; biały – trynitarzy, mercedariuszy, dominikanów (w. XIV), Niepokalanego Serca Maryi (od roku 1900); niebieski – teatynów (od roku 1617) i Niepokalanego Poczęcia Maryi (w. XIX); czerwony – męki Pańskiej; fioletowy – lazarystów (1847) i żółty – św. Józefa (w. XIX).
    Ponieważ było niewygodnie nosić szkaplerz taki, jaki nosili przedstawiciele danego zakonu, dlatego z biegiem lat zamieniono go na dwa małe kawałki płótna, zazwyczaj z odpowiednim wizerunkiem na nich. Na dwóch tasiemkach noszono go w ten sposób, że jedno płócienko było na plecach (stąd nazwa łacińska scapulare), a druga na piersi. Taką formę zachowały szkaplerze do dnia dzisiejszego. W roku 1910 papież św. Pius X zezwolił ze względów praktycznych na zastąpienie szkaplerza medalikiem szkaplerznym.
    W przypadku szkaplerza karmelitańskiego na jednym kawałku powinien być umieszczony wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej, a na drugim – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jedna część powinna spoczywać na piersiach, a druga – na plecach. Szkaplerz musi być poświęcony według specjalnego obrzędu.Szkaplerz, będący znakiem maryjnym, zobowiązuje do chrześcijańskiego życia, ze szczególnym ukierunkowaniem na uczczenie Najświętszej Maryi Dziewicy potwierdzanym codzienną modlitwą Pod Twoją obronę.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    15 lipca

    Święty Bonawentura, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Pompiliusz Maria Pirrotti, prezbiter
      •  Święty Włodzimierz I Wielki, książę
      •  Błogosławiony Antoni Beszta-Borowski, prezbiter i męczennik
    Święty Bonawentura
    Jan di Fidanza urodził się około 1218 r. w Bagnoregio koło Viterbo. Jego ojciec był lekarzem. Rodzice obawiali się, czy ich dziecko długo pożyje, było bowiem bardzo słabowite. Pobożna matka złożyła więc ślub, że poświęci syna na służbę Bożą, jeśli ten wyzdrowieje. Podanie głosi, że dziecię miało zostać przyniesione do św. Franciszka z Asyżu, który w natchnieniu miał powiedzieć: O, buona ventura! – co znaczy: O, szczęśliwa przyszłość!
    Pierwsze nauki Bonawentura odbył w konwencie minorytów w rodzinnym miasteczku. Po ukończeniu szkoły średniej udał się na na studia filozoficzne na uniwersytecie w Paryżu (1242-1248). Tu, mając 25 lat, wstąpił do franciszkanów. Otrzymał imię zakonne Bonawentura – od słów, jakimi przywitał go wiele lat wcześniej św. Franciszek. Po nowicjacie studiował teologię w Paryżu (1243-1248) pod kierunkiem słynnych franciszkańskich teologów: Aleksandra z Hales, Jana z La Rochelle i Wilhelma z Overnii. Po otrzymaniu stopnia magistra studiował jeszcze dalsze trzy lata (1248-1251), a równocześnie wykładał Pismo święte i Sentencje Piotra Lombarda. W tym też czasie stoczył słowny i pisemny “pojedynek” z Wilhelmem z Saint-Amour i z Tomaszem z Yorku w obronie zakonów żebraczych (franciszkanów i dominikanów). Z tego też czasu pochodzi jego szczytowe dzieło z zakresu teologii dotyczące Trójcy Świętej. Bonawentura zajął się także filozoficznym problemem poznania ludzkiego. W tej kwestii odszedł od Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu, a zbliżył się do Platona i św. Augustyna. Wreszcie w tym samym czasie wydał tom rozpraw, w którym można odnaleźć syntezę jego myśli filozoficznej i teologicznej.
    Następne lata Bonawentura spędził w różnych klasztorach franciszkańskich w charakterze wykładowcy. Musiał imponować niezwykłą wiedzą, świętością i zmysłem organizacyjnym, skoro na kapitule generalnej 2 lutego 1257 r. został wybrany przełożonym generalnym zakonu, kiedy miał zaledwie 39 lat. Wybór ten okazał się dla młodego zakonu opatrznościowym. Zakon przechodził wówczas trudny czas. Powstały bowiem dwie zwalczające się zaciekle frakcje: gorliwych (zelantów), którzy byli za zachowaniem pierwotnej reguły Ojca Franciszka, oraz zwolennicy reguły łagodniejszej, możliwej do zachowania także przez przeciętnych członków. To jednak groziło rozluźnieniem. Bonawentura umiał wybrać “złoty środek”, a przez swoje roztropne zarządzenia nadał zakonowi właściwy kierunek. Zakon miał również licznych zewnętrznych wrogów, patrzących nieprzychylnym okiem na liczne przywileje, dane mu od papieży. Jako przełożony Bonawentura umiał je obronić. Przez 16 lat swoich rządów (1257-1273) doprowadził zakon do niebywałego rozwoju. W roku 1260 ułożył pierwsze konstytucje jako wykładnię reguły św. Franciszka. W ten sposób przeciął wieloraką dotąd jej interpretację. Zakonem rządził z konwentu paryskiego. Rzadko jednak bywał na miejscu, gdyż musiał odbywać stale wizytacje: w Anglii (1258 i 1265), we Flandrii, czyli w dzisiejszej Belgii i Holandii (1253), w Niemczech i w Hiszpanii (1264) oraz we Włoszech (1262-1272). Dla tych zasług niektórzy historycy nazywają go drugim “Ojcem Zakonu”.
    Posiadał umiejętność łączenia życia czynnego i publicznego z bogatym życiem wewnętrznym. Miał wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej i ku jej czci układał przepiękne poematy. Głośno było o nim także na dworze papieskim. Dlatego to papież Grzegorz X w 1273 r. mianował go kardynałem oraz biskupem Albano pod Rzymem. Delegacja papieża z wiadomością o nominacji zastała go przy myciu naczyń kuchennych w klasztorze. Bonawentura musiał zrzec się urzędu przełożonego generalnego zakonu, aby oddać się wyłącznie sprawom publicznym. Towarzyszył papieżowi w podróży do Mugello koło Florencji, a w listopadzie 1273 r. udał się do Lyonu na sobór powszechny. Otrzymał zaszczytne wyróżnienie wygłoszenia przemówienia inauguracyjnego. Był szczęśliwy, że doszło do unii między Kościołem rzymskim a greckim, która jednak niebawem została zerwana.

    Święty Bonawentura
    Główny ciężar prac przygotowawczych do soboru spadł na barki Bonawentury. Wyczerpany tymi obowiązkami, zmarł 15 lipca 1274 r. podczas soboru w Lyonie. W pogrzebie wziął udział papież i wszyscy ojcowie soboru w liczbie 500 biskupów i ok. 1000 prałatów i teologów. Pogrzeb miał więc królewski. Papież wygłosił mowę pogrzebową ku jego czci. Jego ciało złożono najpierw w zakrystii kościoła św. Franciszka, a w roku 1450 w nowo wystawionej świątyni. Znaleziono wówczas język św. Bonawentury zupełnie nietknięty rozkładem, a nawet zaczerwieniony. Miał to być znak niezwykłego daru wymowy Bonawentury. Kronikarze notują, że tego dnia wielu chorych odzyskało zdrowie.
    Bonawentura był jednym z najwybitniejszych teologów średniowiecza. Pozostawił po sobie wiele traktatów i dzieł teologicznych. Składają się na nie konstytucje, liczne traktaty i komentarze teologiczne, 440 kazań i wiele innych. Bonawentura stworzył własną szkołę teologiczną. Do najznakomitszych jego dzieł należą: Lignum vitae i Itinerarium mentis in Deum, jak też Illuminationes Ecclesiae. Bullę kanonizacyjną Bonawentury ogłosił Sykstus IV w 1482 roku, a papież Sykstus V ogłosił go doktorem Kościoła (1588). Św. Bonawentura jest patronem franciszkanów, matek oczekujących potomstwa, dzieci, robotników i teologów.
    W ikonografii przedstawiany jest w habicie franciszkańskim z biskupim krzyżem na piersiach; jako kardynał w cappa magna; jako teolog nad pulpitem. Jego atrybutami są: anioł przynoszący mitrę, kapelusz kardynalski trzymany przez anioła lub leżący u stóp, księga, krzyż w dłoniach, drzewo Krzyża Świętego (jest to aluzja do traktatu Lignum vitae), zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 lipca

    Święty Kamil de Lellis, prezbiter i zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk II, cesarz
      •  Błogosławiony Jakub de Voragine, biskup
      •  Święty Franciszek Solano, prezbiter
      •  Święci Jan Jones i Jan Wall, prezbiterzy i męczennicy
      •  Błogosławiona Angelina Marsciano, zakonnica
    Święty Kamil de Lellis
    Kamil urodził się 25 maja 1550 r. w Abruzzach. Matka Kamila, po przedwczesnej śmierci pierwszego syna, wybłagała sobie u Pana Boga narodziny Kamila; miała już wówczas prawie 60 lat. Przed urodzeniem dziecka miała tajemniczy sen: ujrzała swojego syna w otoczeniu wielu mężów z krzyżami na piersiach. Przerażona odczytała ten sen jako napomnienie Boże, że jej syn skończy jako herszt bandy i zawiśnie wraz ze swoją szajką na krzyżu. Pierwsze lata życia Kamila zdawały się potwierdzać przeczucia matki. Syn prowadził życie odległe od ascezy chrześcijańskiej. Podobnie jak ojciec, był porywczego i niespokojnego charakteru.
    Gdy Kamil miał około 20 lat, utworzyła mu się rana w nodze. Udał się więc do Rzymu, do szpitala św. Jakuba dla nieuleczalnie chorych. Nie wyleczył się zupełnie z rany, ale opuścił szpital i udał się na wojnę z Turkami: najpierw do Dalmacji (1571), potem nawet do Tunisu (1571-1574). Kiedy w grze w karty przegrał uzbierany kapitał, udał się do Manfredodi, do klasztoru kapucynów, jako pracownik fizyczny. Tam przeżył nawrócenie. 2 lutego 1575 r. postanowił pozostać na zawsze w zakonie, który mu udzielił dachu nad głową. Niestety, rana ponownie się otworzyła i tak dalece zaczęła mu dokuczać, że musiał powrócić do szpitala w Rzymie. Tu przebywał 4 lata. W czasie choroby z niezwykłym poświęceniem oddawał się posłudze nieuleczalnie chorym. Kiedy zaś rana jako tako się zagoiła, Kamil powrócił do kapucynów. Po pewnym czasie rana ponownie się odnowiła; Kamil zrozumiał, że jego miejsce nie jest u kapucynów.Święty Kamil de Lellis
    Powrócił więc do Rzymu, gdzie w Kolegium Rzymskim odbył studia teologiczne. Po ich ukończeniu przyjął święcenia kapłańskie (1584). W tym samym roku w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP w kościółku Matki Bożej Cudownej z kilkoma towarzyszami, których w czasie studiów zdołał pozyskać dla swoich planów, wdział habit nowej rodziny zakonnej i złożył trzy śluby proste: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, z dodaniem ślubu czwartego: oddania się bez reszty posłudze chorym. Wszyscy udali się do szpitala Świętego Ducha, gdzie pod kierunkiem Kamila przez 28 lat spełniali tę samarytańską posługę.Święty Kamil de Lellis
    18 marca 1586 r. Kamil otrzymał od papieża Sykstusa V zatwierdzenie nowej rodziny zakonnej: Towarzystwa Sług Chorych. Tego samego roku papież zezwolił na noszenie osobnego habitu Kleryków Regularnych, koloru czarnego z czerwonym krzyżem na piersi. 8 grudnia 1591 r. Kamil wraz z 25 towarzyszami złożył śluby uroczyste z dodaniem ślubu czwartego: “wiecznej obecności ciałem i duszą przy chorych, nawet zarażonych”. Dzieło zaczęło wydawać owoce. Liczba członków zakonu rosła, powstawały też nowe placówki: w Neapolu, Mediolanie, Genui, Florencji, Mantui, Bolonii, Chieti, Viterbo, Mesynie i Palermo. Kamil napisał ustawy dla nowego zakonu, a także szczegółowy regulamin i wskazania, jak należy zajmować się chorymi. Są one najpiękniejszym świadectwem miłości chrześcijańskiej. Za życia Kamila jego duchowi synowie otworzyli 65 własnych szpitali. W tym samym czasie ponad 100 kamilianów zmarło wskutek zarażenia od chorych, którym służyli.
    Święty Kamil de Lellis
    Kamil zmarł 14 lipca 1614 r. w domu macierzystym swojego zakonu w Rzymie. Jego ciało spoczywa dotąd w kościele przy centralnym domu w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Pan Bóg obdarzył Kamila darem kontemplacji, proroctwa oraz cudów za życia i po śmierci. Do chwały świętych wyniósł go papież Benedykt XIV w 1746 roku. Papież Leon XIII ogłosił Kamila de Lellis wraz ze św. Janem Bożym patronem szpitali i chorych (1886), papież Pius XI oddał mu także patronat nad służbą zdrowia – pielęgniarzami i pielęgniarkami (1930).
    W ikonografii św. Kamil przedstawiany jest w sutannie, na której widnieje czerwony krzyż. Jego atrybutami są: anioł, krzyż, księga, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    13 lipca

    Święci Andrzej Świerad i Benedykt, pustelnicy

    Zobacz także:
      •  Święta Teresa od Jezusa de Los Andes, dziewica
      •  Święta Klelia Barbieri, dziewica
      •  Święty Sylas (Sylwan), biskup
      •  Święty Ewagriusz z Pontu
      •  Błogosławiony Marian od Jezusa Euse Hoyos, prezbiter
      •  Błogosławiona Marianna Biernacka, męczennica
      •  Joel, prorok
      •  Ezdrasz, pisarz
    Święci Andrzej Świerad i Benedykt wśród uczniów

    Według tekstu z 1064 r., napisanego przez węgierskiego opata benedyktyńskiego i biskupa Maurusa, Andrzej Świerad (Andrzej Żurawek) pochodził z Polski, z rodziny rolniczej. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach znalazł się na Węgrzech. W roku 997/998 wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru św. Hipolita na górze Zabor koło Nitry. Opatem klasztoru był wtedy Filip. On też nadał nowemu zakonnikowi imię Andrzej, gdyż wtedy św. Andrzeja Apostoła uważano za głównego patrona Węgier. W klasztorze mieszkali także mnisi żyjący według reguły wschodniej. Do tej właśnie ławry wstąpił Świerad. Widocznie bardziej przystępny był dla niego język słowacki, aniżeli bardzo trudny węgierski. Spełniał różne posługi w klasztorze. Maurus wspomina, że Andrzej wstąpił do opactwa benedyktynów już zaawansowany w życiu ascetycznym. Uprzednio bowiem prowadził życie pustelnicze.
    Po przekroczeniu 40 lat, mnich mógł iść na pustelnię w towarzystwie jednego ucznia, który zmieniał się co kilka lat, by służyć Bogu w zupełnym odosobnieniu. Pustelnia była odległa od opactwa około pół dnia drogi. Co tydzień Andrzej musiał wracać do opactwa w sobotę wieczór i zostać na całą niedzielę. Jego zajęciem było karczowanie lasu. Pomimo tak ciężkiej pracy Andrzej trzy dni zupełnie pościł: w poniedziałek, w środę i piątek. Na Wielki Post brał od opata Filipa tylko 40 orzechów włoskich, które były jedynym jego pokarmem przez osiem tygodni (jeden orzech na dzień) za wyjątkiem sobót i niedziel, gdzie przyjmował wspólny posiłek w opactwie. Aby nawet sen sobie uprzykrzyć, siedział przez całą noc na pieńku, otoczonym ostrymi prętami. Gdy ciało przechylało się w jakąś stronę, budził się raniony. Aby uniemożliwić zaś ruchy głową, zakładał na nią koronę z drewna z zawieszonymi czterema kamieniami, o które uderzał przy każdym skłonie. Ponadto Andrzej opasał swoje ciało mosiężnym łańcuchem, który z czasem obrósł skórą. To właśnie było bezpośrednią przyczyną jego śmierci ok. 1030-1034 r., gdyż po pęknięciu naskórka wywiązało się zakażenie. Wezwany opat Filip przybył już po śmierci Świerada. Przy obmywaniu ciała zauważył na jego brzuchu klamrę, która zdradziła istnienie łańcucha.Towarzyszem pustelniczego życia Andrzeja i jednym z jego uczniów był Benedykt. Po jego śmierci opowiadał biskupowi Maurusowi o cnotach i umartwieniach swego mistrza. Kontynuował surowy tryb życia w pustelni. Podobnie jak św. Andrzej miał przybyć de terra Poloniensi – z ziemi polskiej. W trzy lata po śmierci św. Andrzeja napadli go zbójcy i zabili. Ciało wrzucili do rzeki Wag. Maurus dodaje legendę, że orzeł przez cały rok pilnował ciała Męczennika i że dzięki niemu ciało zostało odnalezione w stanie zupełnie nie zepsutym. Obydwu – ucznia i mistrza – pochowano obok siebie w kościele zakonnym.

    Święci Andrzej Świerad i Benedykt na tle góry Zabor i katedry w Nitrze

    Kult obu świętych szybko rozszerzał się. Naturalnym ośrodkiem tego kultu był klasztor na Zaborze. Tu początkowo znajdował się ich grób, tu również przechowywano ze czcią łańcuch św. Andrzeja. Opat Filip, który opowiadał o obu świętych Maurusowi, ówczesnemu opatowi w klasztorze św. Marcina na Górze Panońskiej, podarował mu nawet część łańcucha. Relikwię tę zabrał ze sobą Maurus do Pesc, kiedy został mianowany tam biskupem (1036). Z czasem powstały w Słowacji dwa odrębne sanktuaria: św. Andrzeja w pobliżu Nitry, gdzie była jego pustelnia, oraz św. Benedykta, gdzie poniósł śmierć od pogańskich rozbójników w Skałce nad Wagiem na północ od Tręczyna. Około 1064 r. Świerad i Benedykt zostali uroczyście proklamowani przez biskupów Węgier świętymi. Wtedy zapewne przeniesiono ich ciała do katedry w Nitrze, gdzie spoczywają do dziś. Andrzej Świerad w hagiografii polskiej wybija się jako największy asceta wśród świętych i błogosławionych polskich.
    Andrzej i Benedykt są pierwszymi Polakami, wyniesionymi do chwały ołtarzy (1083) po polskich kamedułach z eremu międzyrzeckiego: Izaaku, Mateuszu i Kryspinie, kanonizowanych przez papieża Jana XVIII (1004-1009). W ziemi krakowskiej kult św. Andrzeja Świerada jest szczególnie żywy w Tropiu. Od dawna ściągają tu pielgrzymi z Sądecczyzny i Słowacji na dzień dorocznego święta. Miejscowa ludność wierzy, że woda w źródełku, z którego Świerad miał czerpać, ma cudowną moc. Kościół w Tropiu posiada relikwie św. Świerada, sprowadzone z Nitry.
    W ikonografii ukazuje się św. Andrzeja jako pustelnika. Jego atrybutem jest dziupla.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    12 lipca

    Święci małżonkowie
    Maria Zelia i Ludwik Martin

    Zobacz także:
      •  Święty Brunon Bonifacy z Kwerfurtu, biskup i męczennik
      •  Święci Jazon i Sozypater, biskupi i męczennicy
    Święci małżonkowie Maria Zelia i Ludwik Martin

    Ludwik Martin urodził się 22 sierpnia 1823 r. w Bordeaux. W dzieciństwie otrzymał solidne wychowanie chrześcijańskie. W młodości nosił w sobie pragnie poświęcenia się na służbę Bogu, jednak Opatrzność pokierowała inaczej. Podjął studia w Paryżu. Nieustannie pracował nad swoim charakterem i troszczył się o to, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej. Każdego dnia uczestniczył w Eucharystii, adorował Najświętszy Sakrament, odmawiał różaniec, czytał Pismo Święte. Angażował się w pomoc charytatywną, regularnie się spowiadał i przestrzegał odpoczynku w niedzielę. Po studiach Ludwik poznał Zelię, swoją przyszłą żonę.

    Maria Zelia Guerin urodziła się 24 grudnia 1831 r. w Gandelain koło Alençon. W dzieciństwie i młodości często chorowała. Tak jak siostra chciała poświęcić się powołaniu zakonnemu, nie została jednak przyjęta do zakonu. Wypowiedziała wtedy do Boga następujące słowa: “Boże mój, skoro nie jestem godna być Twoją oblubienicą jako zakonnica, wyjdę za mąż, aby móc wypełnić Twoją świętą wolę. Dlatego też proszę, daj mi dużo dzieci i niechaj wszystkie Tobie będą poświęcone”. Zelia była niezrównaną mistrzynią koronczarstwa. Zamówienia na jej perfekcyjne, piękne koronki wciąż napływały, a ona nie mogła nadążyć z ich realizacją.Pobrali się 13 lipca 1858 roku. Początki małżeństwa Ludwika i Marii były zaskakujące. Ludwik marzył o białym małżeństwie, natomiast Zelia pragnęła obdarować życiem liczną gromadę dzieci i wychować je dla Boga. Po dziesięciu miesiącach przeżytego w czystości małżeństwa, za radą spowiednika, małżonkowie zmienili sposób życia. Mieli dziewięcioro dzieci: siedem córek i dwóch synów. Spośród nich pięć córek poświęciło się życiu zakonnemu. Czworo dzieci zmarło w okresie dzieciństwa, wśród nich dwóch chłopców, w których rodzice pokładali nadzieję, że będą mogli wysławiać jako kapłani. Bóg obdarzył ich dziewiątym dzieckiem, córką, którą dzisiaj znamy jako św. Teresę od Dzieciątka Jezus.

    Święci małżonkowie Maria Zelia i Ludwik Martin

    Opinia, jaką cieszyli się Ludwik i Zelia Martin w Alencon, była nieposzlakowana. Ze względu na zawód i dochody należeli do klasy średniozamożnej. Ich religijność spoczywała na trzech podwalinach: kochać Boga ponad wszystko, ufać Opatrzności Bożej, godzić się z wolą Bożą. Ludwik co jakiś czas wycofywał się na kilka dni do klasztoru trapistów w Mortagne, aby w całkowitym odosobnieniu odbywać ćwiczenia duchowne. Msza w życiu Ludwika i Zelii zajmowała miejsce w codziennym planie. Zelia często odwiedzała klasztor klarysek w Alençon; tam też została członkinią trzeciego zakonu św. Franciszka.Zelia Martin zmarła 28 sierpnia 1877 r., po krótkiej agonii przed ukończeniem 46. roku życia. Ludwik, długo i ciężko chorując, dożył 71 lat – zmarł 29 czerwca 1894 r.19 pażdziernika 2008 r. wspólnej beatyfikacji Zelii i Ludwika Martin w Bazylice św. Teresy w Lisieux dokonał legat papieski, kard. Jose Saraiva Martins. Ich kanonizacji siedem lat później – 18 października 2015 r. – dokonał papież Franciszek. Są oni drugim małżeństwem wyniesionym przez Kościół na ołtarze w naszych czasach. Pierwszymi byli Alojzy i Maria Beltrame Quattrocchi z Włoch, których Jan Paweł II ogłosił błogosławionymi 21 października 2001 r. w Rzymie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    11 lipca

    Święty Benedykt z Nursji, opat, patron Europy

    Zobacz także:
      •  Święta Olga Mądra, księżna
      •  Święty Pius I, papież i męczennik
    Święty Benedykt z Nursji
    Benedykt z Nursji należy do najgłośniejszych postaci w Kościele łacińskim. Wsławił się niezwykle mądrą i wyważoną regułą, która stała się podstawą dla bardzo wielu późniejszych rodzin zakonnych na Zachodzie. Przez założony przez siebie zakon Benedykt przyczynił się nie tylko do pogłębienia życia religijnego w Kościele, ale i szeroko rozumianej kultury. Jego synowie duchowi zasłużyli się najwięcej dla pozyskania Chrystusowi ludów germańskich. Te racje skłoniły Pawła VI do tego, by w 1964 r. wyróżnić św. Benedykta zaszczytnym tytułem głównego patrona Europy.
    Chociaż św. Benedykt zajmuje w dziejach Kościoła katolickiego poczesne miejsce, udokumentowane wiadomości o nim są nikłe. Podstawowym źródłem jest dzieło św. Grzegorza I Wielkiego, papieża, przedtem mnicha benedyktyńskiego, który żył w czasach bliskich św. Benedykta. Niestety, Dialogi św. Grzegorza nie miały na celu podania biografii, ile raczej opis życia Benedykta; stąd mało w nich danych historycznych, a wiele wątków wręcz legendarnych.Ojciec Benedykta był właścicielem ziemskiej posiadłości w Nursji. Benedykt urodził się ok. roku 480 wraz ze swoją bliźniaczą siostrą, św. Scholastyką. Pierwsze nauki pobierał w rodzinnym miasteczku. Na dalsze studia udał się do Rzymu. Nie pozostał tu długo. Opuścił Wieczne Miasto, gdyż chciał oddać się Panu Bogu na wyłączną służbę jako asceta. Udał się ok. 60 km na wschód w kierunku Tivoli i osiadł w przysiółku Enfide (dzisiaj Affile) przy kościele świętych Piotra i Pawła u stóp wzgórz Prenestini. Z niewiadomych bliżej przyczyn opuścił jednak i to miejsce i przeniósł się do Subiaco. Znalazł tu nie tylko ciszę, ale również dogodną grotę, gdzie mógł zamieszkać i oddać się wyłącznie kontemplacji. Z rąk jakiegoś mnicha przyjął też habit. Obrana przez niego grota zapewniała mu zupełny spokój. Przebywał tam przez trzy lata. Miejscowi górale, wypasający kozy, zaopatrywali go w konieczną żywność.

    Święty Benedykt z Nursji
    Z czasem zaczęli przyłączać się do Benedykta uczniowie. Pod jego kierunkiem utworzono 12 małych klasztorów po 12 uczniów każdy. Na czele każdego z nich Benedykt postawił przełożonych, od siebie bezpośrednio zależnych. Tak więc z pustelnika przeobraził się w cenobitę, czyli w ascetę zamieszkującego pustynię wraz z innymi. Nie znamy przyczyn, dlaczego Benedykt opuścił również i to miejsce. Św. Grzegorz wymienia niechęć miejscowego duchowieństwa. Benedykt zabrał ze sobą najgorliwszych i najbardziej oddanych uczniów i przeniósł się z nimi na Monte Cassino do ruin dawnej fortecy rzymskiej. Benedykt rozpoczął budowę nowego klasztoru od wyburzenia pogańskiej świątyni Jowisza i Apollina. Mieszkańcy miasteczka, leżącego u stóp góry, przychodzili tutaj dla składania ofiar. Był to rok 525 lub 529. W tym czasie na Wschodzie cesarz Justynianin I Wielki zamykał ostatnią pogańską szkołę filozoficzną w Atenach.
    Kiedy stanął już klasztor i kościół, a mury nowej placówki zaczęły się zapełniać adeptami, Benedykt postanowił ułożyć regułę. Miał już sporo doświadczenia. Długie lata rządów na Monte Cassino pozwoliły w praktyce wypróbować przepisy. Roztropny prawodawca zmieniał je i stale doskonalił. Tak więc reguła benedyktyńska przeszła okres długiej próby i doświadczeń. Wprawdzie jej oryginał zaginął, spłonął bowiem w roku 896 w czasie pożaru klasztoru w Teano, jednakże zachowało się wiele jej odpisów.Zasadniczą cechą Reguły św. Benedykta jest umiar. Nie jest ona tak surowa jak reguły św. Kolumbana, Kasjana czy prawodawców rodzin mniszych Wschodu. Nie preferuje studiów jak reguła Kasjodora. We wszystkim: w modlitwie, uczynkach pokutnych, w pracy i w spoczynku, w posiłku i piciu zaleca umiar: “złoty środek”. Celem zasadniczym, jaki Założyciel wytyczył swoim synom duchowym, jest służba Boża. Całe życie mnicha, jego wszystkie chwile i czynności winny zmierzać do tego, by głosiły chwałę Stworzyciela. Dewizą Patriarchy było: Ora et labora – módl się i pracuj. Ze szczególną pieczołowitością strzegł kultu liturgicznego, co pozostało do dni obecnych pięknym dziedzictwem jego zakonu. Poważną część dnia zakonnika przeznaczył na lectio divina – czytanie Pisma Świętego. Wprowadził do zakonu profesję – prawem zagwarantowaną przynależność do zakonu oraz stabilność miejsca, czyli zobowiązanie mnichów do pozostawania w jednym klasztorze aż do śmierci. Reguła św. Benedykta stała się podstawą dla wielu innych.
    Sława Benedykta rozchodziła się szeroko. Powiększać ją miały cuda, o których wspomina św. Grzegorz. Miał m.in. przepowiedzieć najazd Longobardów. Ich wódz po śmierci Benedykta faktycznie najechał Monte Cassino; benedyktyni byli zmuszeni opuścić klasztor i ratować się ucieczką do Rzymu (587). Benedykt miał założyć także opactwo w Terracina, a zdaniem niektórych również w Rzymie (opactwo św. Pankracego przy Lateranie).

    Święty Benedykt z Nursji z rodzoną siostrą, św. Scholastyką
    Benedykt zmarł 21 marca 547 r. w kilka tygodni po śmierci swojej siostry, św. Scholastyki, założycielki żeńskiej gałęzi benedyktynów. Pochowano ich razem we wspólnym grobie na Monte Cassino. Kiedy Longobardowie zniszczyli klasztor (587), mnisi benedyktyńscy z Francji ze czcią przenieśli relikwie św. Scholastyki i św. Benedykta do Francji. Śmiertelne szczątki św. Scholastyki umieścili w klasztorze w Le Mans, a św. Benedykta – we Fleur. Tam są do dnia obecnego. W latach późniejszych część relikwii obu świętych oddano opactwu na Monte Cassino. Na pamiątkę przeniesienia relikwii św. Benedykta w dniu 11 lipca 673 r. do Fleur zakon obchodzi w liturgii pamiątkę “przeniesienia relikwii”. Na ten właśnie dzień Paweł VI ustanowił doroczne święto św. Benedykta.
    Zaraz po śmierci Benedykt odbierał od swoich duchowych synów cześć ołtarzy. Do jego grobu napływali liczni pielgrzymi. Sławę jego rozniosły Dialogi św. Grzegorza, w których jest mowa nawet o cudach, jakie Benedykt za życia działał. Rychło kult św. Benedykta stał się też własnością całego Kościoła. Ku czci Patriarchy ułożono mnóstwo hymnów, sekwencji i modlitw. Benedykt jest w naszych czasach czczony jako patron Opus Dei, jako patron pracujących, a nawet jako orędownik umierających. Pius XII ogłosił go patronem speleologów (1957) i architektów włoskich.
    Reguła św. Benedykta wywarła poważny wpływ na całe życie Europy Zachodniej. Dzieło św. Benedykta jest imponujące i niepowtarzalne. Benedyktyni przez długie wieki (wiek VI-XII) byli najpotężniejszą rodziną zakonną na świecie. Ich klasztory dochodziły do liczby kilku tysięcy, a liczba mnichów dochodziła do wielu dziesiątków tysięcy. Z modelu życia benedyktyńskiego wyrosły inne rodziny zakonne, m.in. benedyktynki (klauzurowe i czynne), cystersi, kameduli, oliwetanie, sylwestryni i trapiści. Zakony te wydały kilka tysięcy świętych i błogosławionych, dały Kościołowi ponad 20 papieży. Wśród świętych benedyktyńskich wypada wymienić: św. Grzegorza I Wielkiego (+ 604), doktora Kościoła; św. Augustyna z Canterbury, apostoła Anglii (+ 605); św. Bedę Czcigodnego, doktora Kościoła (+ 735); św. Bonifacego, apostoła Niemiec i głównego patrona tego kraju; św. Wojciecha – apostoła Czech, Węgier, Polski i Prus, męczennika (+ 997); św. Piotra Damiani, doktora Kościoła (+ 1072); św. Romualda, założyciela kamedułów (+ 1027); św. Jana Gwalberta (+ 1073), założyciela nowej gałęzi zakonnej; św. Anzelma, doktora Kościoła (+ 1109); św. Matyldę (+ 968); św. Hildegardę z Bingen, doktora Kościoła (+ 1179); św. Gertrudę Wielką (+ 1302)

    .Święty Benedykt z Nursji

    W Polsce najbardziej znanym opactwem benedyktyńskim jest Tyniec. Do Polski benedyktyni przybyli wraz ze św. Wojciechem (+ 997). Za czasów Bolesława Chrobrego założyli klasztor po kamedułach w Międzyrzeczu. Zamieszki, jakie po śmierci tego króla powstały, i nawrót pogaństwa, doprowadziły do upadku klasztoru. W XI wieku widzimy benedyktynów w Trzemesznie, w Łęczycy (Tum), w Gnieźnie, w Tyńcu, na Łysej Górze, w Czerwińsku, Płocku, Kruszwicy, w Krakowie, Sieciechowie, we Wrocławiu, Oleśnicy, Lubiniu i w Gdańsku. Obecnie istnieją ich opactwa w Tyńcu, Lubiniu koło Kościana oraz Biskupowie.
    W ikonografii św. Benedykt przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim, w kukulli, z krzyżem w dłoni. Jego atrybutami są: anioł, bicz, hostia, kielich z wężem, księga, kruk z chlebem w dziobie, księga reguły w ręce, kubek, pastorał, pies, rozbity puchar, infuła u nóg z napisem “Ausculta fili” – “Synu, bądź posłuszny”, wiązka rózg.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Św. Benedykt z Nursji – patron Europy

    Św. Benedykt z Nursji - patron Europy

    FRA ANGELICO (PD)Św. Benedykt z Nursji

    ***

    (…) Podkreśla jednak, że modlitwa jest przede wszystkim aktem słuchania, który ma się następnie przełożyć na konkretne działanie. „Pan oczekuje, że będziemy codziennie odpowiadać czynami na te Jego święte napomnienia”. Tym samym życie mnicha staje się owocną symbiozą działania i kontemplacji, „aby we wszystkim Bóg był uwielbiony” .

    Drodzy bracia i siostry,

    chciałbym dziś mówić o św. Benedykcie – założycielu zachodniego monastycyzmu, a także patronie mego pontyfikatu. Zacznę słowami św. Grzegorza Wielkiego, który pisze o św. Benedykcie: „Mąż Boży, który zabłysnął na tej ziemi wieloma cudami, w nie mniejszym stopniu zajaśniał wymową w wykładaniu swojej nauki” (Dial. II, 36). Słowa te wielki papież napisał w 592 roku; święty mnich zmarł zaledwie 50 lat wcześniej i żył jeszcze w pamięci ludzi, a zwłaszcza w kwitnącym zakonie, który założył. Święty Benedykt z Nursji swoim życiem i dziełem wywarł zasadniczy wpływ na rozwój cywilizacji i kultury europejskiej. Najważniejszym źródłem na temat jego życia jest druga księga Dialogów św. Grzegorza Wielkiego. Nie jest to biografia w klasycznym tego słowa znaczeniu. Zgodnie z ideami swego czasu chciał on ukazać na przykładzie konkretnego człowieka – właśnie św. Benedykta – szczyty kontemplacji, jakie może osiągnąć ten, kto zdaje się na Boga. Daje nam zatem wzór ludzkiego życia jako wspinania się na szczyty doskonałości. Św. Grzegorz Wielki mówi też w tej księdze Dialogów o licznych cudach, jakich dokonywał Święty i także tutaj pragnie nie tylko opowiedzieć o czymś dziwnym, lecz pokazać, jak Bóg, upominając, pomagając a nawet karząc, interweniuje w konkretnych sytuacjach życia człowieka. Chce ukazać, że Bóg nie jest daleką hipotezą, postawioną na początku świata, lecz jest obecny w życiu człowieka, każdego człowieka.

    Tę perspektywę „biografa” wyjaśnić można także w świetle ogólnego kontekstu owych czasów: na przełomie V i VI wieku świat był wstrząsany strasznym kryzysem wartości i instytucji, wywołanym przez upadek Cesarstwa Rzymskiego, przez najazd nowych ludów i upadek obyczajów. Ukazując św. Benedykta jako „jasną gwiazdę”, Grzegorz chciał wskazać w tej wstrząsającej sytuacji, właśnie tu, w Rzymie, drogę wyjścia z „mrocznej nocy historii” (por. Jan Paweł II, Nauczanie, II/1, 1979, str. 1158).

    Rzeczywiście, dzieło Świętego, a zwłaszcza jego Reguła, miały wnieść prawdziwy zaczyn duchowy, który odmienił w ciągu stuleci, przekraczając granice jego ojczyzny i jego czasów, oblicze Europy, wzbudzając po upadku jedności politycznej, jaką stworzyło Cesarstwo, nową jedność duchową i kulturową, jedność wiary chrześcijańskiej, podzielanej przez narody kontynentu. Tak narodziła się rzeczywistość, którą nazywamy „Europą”.

    Św. Benedykt przyszedł na świat około 480 roku. Pochodził, tak mówi św. Grzegorz, „ex provincia Nursiae” – z regionu Nursji. Jego dobrze sytuowani rodzice wysłali go na studia do Rzymu. Nie zatrzymał się on jednak długo w Wiecznym Mieście. Jako w pełni wiarygodną przyczynę jego wyjazdu Grzegorz wymienia fakt, że młody Benedykt był pełen niesmaku dla stylu życia wielu swoich kolegów ze studiów, którzy żyli w sposób rozwiązły i nie chciał popełnić tych samych błędów, co oni. Chciał przypodobać się tylko Bogu; „soli Deo placere desiderans” (II Dial., Prol 1). I tak, jeszcze przed zakończeniem nauki, Benedykt opuścił Rzym i wybrał samotność w górach na wschód od miasta. Po pierwszym pobycie w wiosce Effide (dziś: Affile), gdzie przez jakiś czas przyłączył się do „zakonnej wspólnoty” mnichów, został pustelnikiem w niedalekim Subiaco. Mieszkał tam trzy lata w całkowitej samotności w grocie, która – począwszy od późnego średniowiecza – stanowi „serce” benedyktyńskiego klasztoru, nazwanego „Sacro Speco” [Święta Jaskinia]. Pobyt w Subiaco, czas samotności z Bogiem, był dla Benedykta okresem dojrzewania. Tu musiał znieść i przezwyciężyć trzy podstawowe pokusy każdej istoty ludzkiej: pokusę samopotwierdzania się i pragnienia umieszczenia siebie w centrum, pokusę zmysłów i w końcu pokusę gniewu i zemsty. Benedykt był bowiem przekonany, że dopiero przezwyciężywszy te pokusy, mógłby powiedzieć innym słowo przydatne w ich potrzebach. W ten sposób, uspokoiwszy swą duszę, gotów był panować w pełni nad popędami własnego ja i być tym samym twórcą panującego wokół siebie pokoju. Dopiero wtedy postanowił założyć swe pierwsze klasztory w dolinie Anio, w pobliżu Subiaco.

    W roku 529 Benedykt opuścił Subiaco, by osiąść na Monte Cassino. Niektórzy wyjaśniali te przenosiny jako ucieczkę przed intrygami miejscowego kościelnego zawistnika. Ta próba wyjaśnienia okazała się jednak mało przekonująca, ponieważ to nie jego nagła śmierć skłoniła Benedykta do powrotu (II Dial. 8). W rzeczywistości podjął tę decyzję dlatego, że osiągnął nowy etap swej wewnętrznej dojrzałości i swego doświadczenia monastycznego. Według Grzegorza Wielkiego opuszczenie odizolowanej doliny Anio dla Monte Cassino – wzgórza, które dominuje nad rozległą okoliczną równiną i jest widoczne z daleka – nabiera symbolicznej wymowy: mnisze życie w ukryciu ma swoją rację bytu, ale klasztor ma także swój cel publiczny w życiu Kościoła i społeczeństwa, musi uczynić widoczną wiarę jako moc życia. Istotnie, gdy 21 marca 547 r. Benedykt zakończył swe ziemskie życie, swą Regułą i założoną przez siebie rodziną benedyktyńską pozostawił dziedzictwo, które przyniosło w minionych stuleciach i nadal przynosi owoce na całym świecie.

    W całej drugiej księdze Dialogów Grzegorz opisuje nam, jak życie św. Benedykta zatopione było w atmosferze modlitwy, nośnym fundamencie jego istnienia. Bez modlitwy nie ma doświadczenia Boga. Jednakże duchowość Benedykta nie była życiem wewnętrznym oderwanym od rzeczywistości. Pośród niepokojów i zamętu swoich czasów żył on pod okiem Boga i właśnie dlatego nie utracił nigdy z pola widzenia obowiązków życia codziennego oraz człowieka z jego konkretnymi potrzebami. Widząc Boga, zrozumiał rzeczywistość człowieka i jego misję. W swej Regule nazywa on życie monastyczne „szkołą służby Pańskiej” (Prolog, 45) i żąda od swoich mnichów, aby „nic nie było ważniejsze od Służby Bożej [to jest od Oficjum Pańskiego czyli Liturgii Godzin] (43,3). Podkreśla jednak, że modlitwa jest przede wszystkim aktem słuchania (Prolog 9-11), który ma się następnie przełożyć na konkretne działanie. „Pan oczekuje, że będziemy codziennie odpowiadać czynami na te Jego święte napomnienia” (Prolog 35). Tym samym życie mnicha staje się owocną symbiozą działania i kontemplacji, „aby we wszystkim Bóg był uwielbiony” (57,9). W przeciwieństwie do łatwej i egocentrycznej samorealizacji, która jest dziś często wysławiana, pierwszorzędnym i niezbywalnym zadaniem ucznia św. Benedykta jest szczere poszukiwanie Boga (58,7) na wytyczonej przez pokornego i posłusznego Chrystusa (5,13) drodze do miłości, nad którą nie może niczego przedkładać (4,21; 72,11) i właśnie tak, służąc drugiemu, staje się mężem służby i pokoju. Ćwicząc się w posłuszeństwie, podejmowanym z wiary ożywionej miłością (5,2), mnich osiąga pokorę (5,1), której Reguła poświęca cały rozdział (7). W ten sposób człowiek staje się coraz bardziej podobny do Chrystusa i osiąga prawdziwą samorealizację jako stworzenie na obraz i podobieństwo Boga.

    Posłuszeństwu ucznia powinna odpowiadać mądrość opata, który w klasztorze jest „zastępcą Chrystusa” (2,2; 63,13). Postać tę, zarysowaną przede wszystkim w drugim rozdziale Reguły, nacechowaną duchową urodą i wymagającym zaangażowaniem, można uważać za autoportret Benedykta, ponieważ – jak pisze Grzegorz Wielki – „święty nie mógł żadną miarą nauczać inaczej, jak żył” (Dialogi II, 36). Opat musi być zarazem czułym ojcem a także surowym nauczycielem (2,24), prawdziwym wychowawcą. Nieustępliwy wobec przywar, ma jednak przede wszystkim naśladować czułość Dobrego Pasterza (27,8), „ma raczej pomagać niż przewodzić” (64,8), „wszystko, co dobre i święte, okazywać raczej swoim postępowaniem niż słowami” i „własnym życiem uczyć Bożych przykazań” (2, 12). Aby być w stanie podejmować odpowiedzialne decyzje, opat musi także być tym, który „słucha rady braci” (3,2), „gdyż Pan często właśnie komuś młodszemu objawia to, co jest lepsze” (3,3). Polecenie to czyni zaskakująco nowoczesną Regułę spisaną niemal piętnaście wieków temu! Człowiek, na którym spoczywa odpowiedzialność publiczna, nawet w małym środowisku, musi być również zawsze człowiekiem umiejącym słuchać i wyciągającym naukę z tego, co usłyszy.

    Benedykt określa Regułę jako „maleńką, pisaną dla początkujących” (73,8); w rzeczywistości jednak przynosi ona wskazania przydatne nie tylko mnichom, ale także tym wszystkim, którzy szukają przewodnika w swej drodze do Boga. Ze względu na swój umiar, na swoje człowieczeństwo i swoje trzeźwe rozeznanie między tym, co istotne a tym, co drugorzędne, mogła ona zachować do dzisiaj swoją oświecającą moc. Paweł VI, ogłaszając 24 października 1964 r. św. Benedykta Patronem Europy, uznawał w ten sposób cudowny wkład dzieła tego Świętego przez Regułę w tworzenie cywilizacji i kultury europejskiej. Dziś Europa, która wyszła właśnie ze stulecia głęboko zranionego przez dwie wojny światowe i po upadku wielkich ideologii, które okazały się tragicznymi utopiami, poszukuje własnej tożsamości. Dla stworzenia nowej i trwałej jedności istotne są niewątpliwie narzędzia polityczne, gospodarcze i prawne, ale trzeba również wzbudzić odnowę etyczną i duchową, czerpiącą z chrześcijańskich korzeni kontynentu, w przeciwnym razie nie sposób odbudować Europy. Bez tych życiodajnych soków człowiek pozostanie wystawiony na niebezpieczeństwo, że ulegnie prastarej pokusie zbawienia się samemu – utopii, która na różne sposoby przyniosła Europie XX wieku, jak to podkreślił papież Jan Paweł II, „bezprecedensowy regres w burzliwej historii ludzkości” (Nauczanie, XIII/1, 1990, str. 58). Poszukując prawdziwego postępu wsłuchajmy się także dziś w Regułę św. Benedykta jako światło na naszej drodze. Wielki mnich pozostaje prawdziwym nauczycielem, w którego szkole możemy nauczyć się sztuki życia prawdziwym humanizmem.

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 9 KWIETNIA 2008/wiara.pl

    ***

    10 lipca

    Święty Jan Gwalbert, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Peczerski, opat
    Święty Jan Gwalbert
    Jan Gwalbert urodził się około roku 1000 pod Florencją. Jako młodzieniec wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru San Miniato, ale niebawem opuścił go na znak protestu przeciw symoniackiemu wyborowi opata. Udał się wówczas do Camaldoli, stamtąd zaś około roku 1030 przybył do zalesionej doliny Vallombrosa, gdzie rozpoczął życie pustelnicze. Z czasem przylgnęli doń inni – i tak w roku 1039 powstała w Vallombrosie wspólnota mnichów, którzy wiedli surowe życie, kierując się zresztą regułą benedyktyńską. Jan założył później lub zreformował kilka innych klasztorów, którymi kierował jako przełożony powstałej w ten sposób nowej monastycznej społeczności, zwanej walombrozjanami. Zasłużył się też prowadząc dalej walkę z symonią, w czym popierali go papież i lud. Najsłynniejszą stała się jego akcja przeciw arcybiskupowi Florencji, Piotrowi Mezzabarbie. Sam z pokory nigdy nie przyjął święceń kapłańskich.
    Zmarł 12 lipca 1073 r. w klasztorze św. Michała w Passignano pod Florencją. Kanonizował go w roku 1193 Celestyn III. Pius XII ogłosił go patronem strażników leśnych (1951) oraz Sao Paulo w Brazylii (1958).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 lipca

    Błogosławiony Fidelis Chojnacki,
    zakonnik i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Augustyn Zhao Rong i Leon Mangin, prezbiterzy, i Towarzysze
      •  Święta Weronika Giuliani, dziewica
      •  Błogosławiona Joanna Scopelli, zakonnica
      •  Święci męczennicy z Gorkum
      •  Święty Hadrian III, papież
      •  Błogosławiony Adrian Fortescue, męczennik
    Błogosławiony Fidelis Chojnacki
    Hieronim Chojnacki urodził się 1 listopada 1906 r. w Łodzi. Religijną formację otrzymał w domu rodzinnym, pogłębiając ją w łódzkiej parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. Po ukończeniu nauki w szkole średniej przez rok uczył się w szkole podchorążych. Po jej ukończeniu przez pewien czas nie mógł znaleźć pracy, po czym – dzięki kontaktom rodzinnym uzyskał posadę jako urzędnik. Po roku przeniósł się do Warszawy, gdzie pracował na Poczcie Głównej.
    W Warszawie spotkał się ponownie ze starszym o dwa lata wujem, już wtedy kapłanem, ks. Stanisławem Sprusińskim. Pomagał mu w działalności w Akcji Katolickiej. Zaangażował się też w sprawę szerzenia abstynencji. Te wspólne działania zaowocowały decyzją o wstąpieniu do kapucynów. Najpierw na początku 1933 r. Hieronim wstąpił do Franciszkańskiego Zakonu Świeckich. Tu zetknął się z o. Anicetem Koplińskim – wielkim “jałmużnikiem”, “św. Franciszkiem Warszawy”. Mimo sprzeciwu rodziców Hieronim poprosił o przyjęcie do zakonu. 27 sierpnia 1933 r. zamieszkał w klasztorze w Nowym Mieście nad Pilicą, przyjmując habit i zakonne imię Fidelis.
    W trakcie studiów w Zakroczymiu nadal działał na rzecz abstynencji. Biegle znał niemiecki, francuski, włoski i angielski, a w nowicjacie nauczył się łaciny. Na początku 1937 r. zdał ostatnie egzaminy z filozofii z wynikiem celującym, po czym 28 sierpnia 1937 r. złożył śluby wieczyste i podjął naukę na studiach teologicznych – prowadzących do kapłaństwa – w seminarium kapucyńskim w Lublinie.
    Gdy wybuchła II wojna światowa, Lublin znalazł się pod okupacją niemiecką. Dalsze losy seminarium i studiów były niepewne. 25 stycznia 1940 r. Niemcy aresztowali wszystkich kleryków i zakonników kapucyńskich w Lublinie. Uwięziono ich w więzieniu w Zamku Lubelskim. Fidelis ze spokojem znosił ciężkie warunki więzienne.
    18 czerwca 1940 r. Fidelis został przeniesiony do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Był to modelowy obóz o typowo pruskiej organizacji i dyscyplinie. Niemcy prowadzili go w taki sposób, by wykorzystać do końca wszelkie siły więźniów jak najmniejszym kosztem. Fidelis stracił tam właściwe sobie optymizm i pogodę ducha. W rezultacie fatalnych warunków egzystencji, braku odzieży, ciężkiej, wykańczającej pracy, i w szczególności nieludzkie traktowanie więźniów zmieniły go – ogarnął go pesymizm. Niebawem zapadł na zdrowiu. Po pół roku został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie nadano mu numer 22473.
    Zimą 1942 r., przenosząc kocioł kawy, brat Fidelis poślizgnął się, przewrócił i oblał gorącym napojem. Za karę został brutalnie pobity przez blokowego. Coraz bardziej gasł fizycznie. Zachorował na zapalenie płuc. Latem 1942 r. został skierowany do obozowego “szpitala”, na blok inwalidów, z którego wielu żywych nie wychodziło. Zmarł 9 lipca 1942 r. Ciało o. Fidelisa zostało spalone w obozowym krematorium w Dachau, a prochy rozrzucone na okoliczne pola.
    Wraz z czterema innymi kapucynami został beatyfikowany w gronie 108 męczenników II wojny światowej przez papieża św. Jana Pawła II podczas Mszy sprawowanej 13 czerwca 1999 r. w Warszawie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    8 lipca

    Święty Jan z Dukli, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Edgar Spokojny, król
      •  Święty Eugeniusz III, papież
      •  Święty Kilian, biskup i męczennik
      •  Błogosławiony Piotr Eremita, zakonnik
      •  Święci Akwila i Pryscylla
    Wspomnienie św. Jana z Dukli zostało przeniesione na dzień 8 lipca po jego kanonizacji – wcześniej obchodzono je 3 października.Święty Jan z Dukli
    Jan urodził się w Dukli około roku 1414. O jego rodzicach wiemy tylko tyle, że byli mieszczanami. Nie możemy także nic konkretnego powiedzieć o młodości Jana. Zapewne uczęszczał do miejscowej szkoły, potem udał się do Krakowa. Legenda głosi, że tam studiował, jednak brak źródeł historycznych, które potwierdzałyby ten fakt.
    Według miejscowej tradycji Jan miał już od młodości prowadzić życie pustelnicze w pobliskich lasach u stóp góry zwanej Cergową. Do dziś w odległości kilku kilometrów od Dukli znajduje się pustelnia i kościółek drewniany, wystawiony pod wezwaniem św. Jana z Dukli na miejscu, gdzie miał on samotnie prowadzić bogobojne życie.
    Nie znamy przyczyn, dla których Jan opuścił pustelnię i wstąpił do franciszkanów konwentualnych, zapewne w pobliskim Krośnie, w latach 1434-1440. Po nowicjacie i złożeniu profesji zakonnej odbył studia kanoniczne i został wyświęcony na kapłana. Musiały to być studia solidne, skoro Jan został od razu powołany na urząd kaznodziei. Urząd ten bowiem powierzano w klasztorach franciszkańskich kapłanom wyjątkowo uzdolnionym i wewnętrznie uformowanym. Tego wymagał w regule św. Franciszek, założyciel zakonu.
    Jan przez szereg lat piastował także obowiązki gwardiana, czyli przełożonego klasztoru: w Krośnie i we Lwowie. Wreszcie powierzono mu urząd kustosza kustodii, czyli całego okręgu lwowskiego. Po złożeniu tego urzędu ponownie zlecono mu urząd kaznodziei we Lwowie.
    W latach 1453-1454, na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka i biskupa krakowskiego, kardynała Zbigniewa Oleśnickiego, przebywał w Polsce św. Jan Kapistran, reformator franciszkańskiego życia zakonnego. Założył klasztory obserwantów, czyli franciszkanów reguły obostrzonej, w Krakowie (1453) i w Warszawie (1454). W roku 1461 obserwanci założyli również konwent we Lwowie. Od krakowskiego klasztoru pw. św. Bernardyna zaczęto powszechnie nazywać polskich obserwantów bernardynami.
    Jan z Dukli obserwował życie bernardynów i umacniał się ich gorliwością. Postanowił do nich wstąpić. Do roku 1517 franciszkanie konwentualni i obserwanci mieli wspólnego przełożonego generalnego. Jednak przejście z jednego zakonu do drugiego poczytywano zawsze za rodzaj dezercji. Istniały ponadto przepisy w zakonie obserwantów, utrudniające przyjęcie zakonników konwentualnych w obawie o zaniżenie karności i ducha zakonnego. Ojciec Jan musiał więc być dobrze znany, skoro przyjęto go bez wahania. Nadarzyła się zresztą ku temu okazja. Z Czech przybył prowincjał franciszkanów konwentualnych, któremu podlegał Jan. Poprosił prowincjała, by zezwolił mu wstąpić do obserwantów. Według relacji miejscowej tradycji prowincjał, sądząc, że Jan chce odwiedzić kogoś w konwencie obserwantów, chętnie się zgodził. Kiedy zaś spostrzegł swoją pomyłkę, nie mógł już zmusić o. Jana do powrotu. Było to prawdopodobnie w roku 1463.
    Chociaż o. Jan był wtedy już starszy, przeżył u obserwantów jeszcze 21 lat. Krótki czas przebywał w Poznaniu, by następnie powrócić do ukochanego Lwowa i tam spędzić resztę życia. Tu powierzono mu funkcję kaznodziei i spowiednika. Pod koniec życia miał utracić wzrok. Jako dorobek wielu lat pracy kaznodziejskiej zostawił zbiór kazań, które jednak zaginęły. Rozmiłowany w modlitwie, poświęcał na nią długie godziny. Dla dokładnego zapoznania się z konstytucjami nowego zakonu wczytywał się w nie pilnie, a gdy utracił wzrok, prosił, by odczytywał mu je kleryk, bo chciał się ich wyuczyć na pamięć. Do ślepoty dołączyła się ponadto choroba bezwładu nóg.
    Jan oddał Bogu ducha w konwencie lwowskim 29 września 1484 roku. Pochowano go w kościele klasztornym, w chórze zakonnym, za wielkim ołtarzem. Przekonanie o świętości kapłana było tak powszechne, że zaraz po jego śmierci wierni zaczęli gromadzić się w pobliżu jego grobu i modlić się do niego o łaski. W roku 1487 obserwanci wystarali się u papieża, Innocentego VIII, o zezwolenie na “podniesienie ciała”, co równało się pozwoleniu na oddawanie mu czci publicznej. Zezwolenie przywiózł ze sobą z Rzymu komisarz generała zakonu, o. Ludwik de la Torre, ale sam akt przeniesienia odbył się dopiero w roku 1521. Nowy grób umieszczono nad posadzką w prezbiterium po prawej stronie. W roku 1608 z racji budowy nowego kościoła wystawiono marmurowy sarkofag, przeniesiony w roku 1740 za wielki ołtarz.
    Do roku 1946 trumienka z relikwiami Jana znajdowała się we Lwowie, w latach 1946-1974 w kościele bernardynów w Rzeszowie, obecnie zaś jest w Dukli.
    Liczne łaski, otrzymywane za pośrednictwem sługi Bożego, ściągały do jego grobu nie tylko katolików, ale także prawosławnych i Ormian. Mnożyły się także wota dziękczynne. Kiedy w roku 1648 Lwów został ocalony w czasie oblężenia przez Bohdana Chmielnickiego, przypisywano to wstawiennictwu Jana z Dukli, gdyż gorąco modlono się do niego. Proces kanoniczny rozpoczął się w roku 1615. Prośbę o beatyfikację przesłał do Rzymu król Zygmunt III Waza i biskupi polscy, jak też wielu senatorów. Proces, wiele razy przerywany, został wreszcie ukończony szczęśliwie w roku 1731. Na podstawie nieprzerwanego kultu, jakim sługa Boży się cieszył, papież Klemens XII w roku 1733 ogłosił ojca Jana błogosławionym, wyznaczając na dzień jego święta 19 lipca. Termin ten, kilka razy przenoszony, reforma kalendarza liturgicznego w Polsce w roku 1974 ustaliła na 3 października. Po kanonizacji jednak przesunięto go na dzień 8 lipca.
    W roku 1739 na prośbę króla Augusta III Sasa, biskupów i kapituł katedralnych oraz magistratu lwowskiego papież Klemens XII ogłosił bł. Jana z Dukli patronem Korony oraz Litwy. Papież Benedykt XIV nadał odpust zupełny na doroczną uroczystość bł. Jana dla kościołów obserwantów w Polsce (1742). Już w roku 1754 król August III Sas wniósł prośbę do Rzymu o kanonizację bł. Jana z Dukli. Prośbę ponowił król Stanisław August Poniatowski w roku 1764, uczynił to również sejm polski. Niewola jednak przerwała zabiegi. Dopiero w roku 1957 Episkopat Polski wystąpił do Stolicy Świętej z ponowną prośbą. Kanonizacji dokonał w Krośnie papież św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w dniu 10 czerwca 1997 r.
    W ikonografii przedstawiany jest w habicie zakonnika, czasami jako niewidomy. Jego atrybutem są promienie światła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 lipca

    Błogosławieni męczennicy
    Józef i Wiktoria Ulmowie
    oraz siedmioro ich dzieci

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Benedykt XI, papież
      •  Święci męczennicy Grzegorz Grassi, biskup, Herminia, dziewica, i Towarzysze
      •  Błogosławiona Maria Romero Meneses, zakonnica
      •  Błogosławiony Piotr To Rot, męczennik
      •  Święty Firmin z Amiens, biskup i męczennik
    Błogosławiony Józef Ulma
    Józef Ulma urodził się 2 marca 1900 r. w wielodzietnej, rolniczej rodzinie w Markowej (arch. przemyska). Ukończył czteroklasową szkołę powszechną w rodzinnej miejscowości. Już w młodości był zaangażowany w działalność społeczną. W wieku 17 lat został członkiem Związku Mszalnego Diecezji Przemyskiej, którego jednym z celów było zbieranie funduszy na budowę i konserwację kościołów. Uczestniczył także w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży oraz Związku Młodzieży Wiejskiej RP “Wici”, w którym był bibliotekarzem i fotografem.
    W latach 1921-1922 odbywał służbę wojskową. W latach 1929-1930 kształcił się w Państwowej Szkole Rolniczej w Pilźnie. Po jej ukończeniu z wynikiem bardzo dobrym stał się propagatorem upraw warzyw i owoców, prowadząc szkółkę drzew owocowych, hodując pszczoły oraz jedwabniki. Jako pierwszy w Markowej wprowadził w swoim domu elektryczność, podłączając żarówkę do małego, ręcznie zbudowanego wiatraka.
    Jedną z jego pasji było robienie zdjęć. Własnoręcznie wykonał aparat, który służył mu do fotografowania. Dzięki temu zachowały się zdjęcia z wielu wydarzeń w rodzinnej miejscowości oraz zdjęcia rodzinne.

    Błogosławiona Wiktoria Ulma
    7 lipca 1935 roku ożenił się z pochodzącą z tej samej miejscowości Wiktorią Niemczak. W wieku 6 lat Wiktoria straciła matkę. Uczęszczała do szkoły powszechnej w rodzinnej miejscowości, a następnie na kursy Uniwersytetu Ludowego w pobliskiej Gaci. Była członkiem Amatorskiego Zespołu Teatralnego w Markowej – grała m.in. rolę Matki Bożej w jasełkach.Od czasu ślubu Józef i Wiktoria wspólnie prowadzili kilkuhektarowe gospodarstwo rolne. Wiktoria zajmowała się domem i dziećmi, udzielała się także w amatorskim teatrze wiejskim.Błogosławiona rodzina Ulmów
    W kolejnych latach rodzinie Ulmów urodziło się sześcioro dzieci: Stanisława (ur. 18 lipca 1936 r.), Barbara (ur. 6 października 1937 r.), Władysław (ur. 5 grudnia 1938 r.), Franciszek (ur. 3 kwietnia 1940 r.), Antoni (ur. 6 czerwca 1941 r.) i Maria (ur. 16 września 1942 r.). Małżonkowie pogłębiali swoją wiarę poprzez rodzinną modlitwę i udział w życiu parafii w Markowej, należeli m.in. do Bractwa Żywego Różańca.Po wybuchu II wojny światowej Józef został zmobilizowany i brał udział w kampanii wrześniowej 1939 r. Podczas okupacji niemieckiej zaangażował się w pomoc Żydom. Prawdopodobnie w drugiej połowie 1942 przyjął pod swój dach ośmioro żydowskich uciekinierów z rodzin Goldmanów/”Szallów”, Grünfeldów i Didnerów. Pomógł także jeszcze innej żydowskiej rodzinie wybudować ziemiankę w pobliskim lesie, a następnie zaopatrywał jej mieszkańców w żywność.
    Po pewnym czasie ziemianka została odkryta przez Niemców, a czworo ukrywających się w niej Żydów (trzy kobiety i dziecko) zostało zamordowanych. Fakt udzielania przez Ulmę pomocy uciekinierom nie wyszedł wtedy na jaw. Pozostałych ośmioro Żydów ukrywało się w gospodarstwie Ulmów do wiosny 1944 r.
    To wtedy Ulmowie zostali zadenuncjowani przez współpracującego z niemieckimi okupantami tzw. granatowego policjanta Włodzimierza Lesia, który wcześniej zagarnął majątek rodziny Szallów i zamierzał pozbyć się jego prawowitych właścicieli. 24 marca 1944 r. niemieccy żandarmi z posterunku w Łańcucie rozstrzelali Józefa Ulmę, a także jego żonę, będącą w zaawansowanej ciąży, oraz szóstkę ich dzieci (8-letnią Stanisławę, 6-letnią Barbarę, 5-letniego Władysława, 4-letniego Franciszka, 3-letniego Antoniego i półtoraroczną Marię). Razem z Ulmami zginęli również wszyscy ukrywani Żydzi.
    Ciała zamordowanych zostały pierwotnie zakopane przed domem, w następnym tygodniu wydobyto je i złożono do czterech trumien. Pogrzeb odbył się dopiero 11 stycznia 1945 r. w parafii w Markowej, po czym wszyscy zostali pochowani na cmentarzu parafialnym.Z inicjatywy proboszcza parafii św. Doroty w Markowej podjęto działania zmierzające do wyniesienia rodziny Ulmów na ołtarze. 17 września 2003 r. biskup pelpliński Jan Bernard Szlaga rozpoczął proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym całej grupy męczenników II wojny światowej. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończył się w maju 2011 r. Ze względu na wzrastającą opinię o męczeństwie rodziny Ulmów metropolita przemyski, abp Adam Szal, zwrócił się w 2017 r. do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o wyłączenie tego procesu z procesu grupy męczenników II wojny światowej. W lutym 2017 r. w archidiecezji przemyskiej otwarto nowy proces beatyfikacyjny Sług Bożych – Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci jako męczenników z powodu nienawiści do wiary. W lipcu 2020 r. ukończono prace nad liczącym 500 stron dokumentem tzw. Positio o męczeństwie rodziny Ulmów.
    W grudniu 2022 r. odbyła się sesja biskupów i kardynałów Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, która pozytywnie zaopiniowała propozycję wyniesienia ich na ołtarze jako męczenników, a papież Franciszek kilka dni później promulgował dekret o ich męczeństwie, otwierając drogę do beatyfikacji. Dekretem objęto także nienarodzone dziecko Józefa i Wiktorii, która w chwili śmierci była w siódmym miesiącu ciąży. W 2023 r. dokonano ekshumacji szczątków rodziny Ulmów, a następnie po beatyfikacji złożono do sarkofagu w bocznym ołtarzu poświęconym Matce Bożej w lewej nawie kościoła św. Doroty w Markowej.

    .Błogosławiona rodzina Ulmów
    Msza beatyfikacyjna Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci została odprawiona w Markowej 10 września 2023 r. Nabożeństwu przewodniczył przedstawiciel papieża Franciszka, prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, kard. Marcello Semeraro. W Eucharystii wzięło udział wielu przedstawicieli episkopatu, a także m.in. Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich.
    Liturgiczne wspomnienie błogosławionej rodziny Ulmów przypada 7 lipca, w rocznicę zawarcia małżeństwa przez Józefa i Wiktorię.13 września 1995 r. Instytut Yad Vashem w Jerozolimie uhonorował pośmiertnie Józefa i Wiktorię Ulmów tytułem “Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”. W 2010 r. prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył ich pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2016 r. w Markowej otwarto muzeum ich imienia, poświęcone wszystkim Polakom ratującym Żydów w czasie Zagłady. Od 2018 r. w rocznicę wydarzeń w Markowej – 24 marca – decyzją Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 lipca

    Błogosławiona
    Maria Teresa Ledóchowska,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święta Dominika, dziewica i męczennica
    Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska
    Maria Teresa urodziła się 29 kwietnia 1863 r. (w czasie powstania styczniowego) w Loosdorf w Austrii, dokąd jej rodzina wyemigrowała po powstaniu listopadowym. 21 grudnia 1873 r. została dopuszczona do pierwszej spowiedzi, a 12 maja 1874 r. do pierwszej Komunii świętej. Sakrament bierzmowania przyjęła w pałacu biskupim 15 lipca 1878 roku. Od najmłodszych lat wykazywała wybitne uzdolnienia literackie, muzyczne i aktorskie. Mając 5 lat napisała mały utwór dla domowników, a jako 9-letnia dziewczynka układała wiersze. Rodzina każdy dzień kończyła wspólnym pacierzem, a w niedzielę uczestniczyła we Mszy świętej. Matka – niezwykle czuła na niedolę bliźnich, bardzo towarzyska i pogodna – umiała wychować dzieci w karności i sumienności. Ojciec pogłębiał wiedzę dzieci, zapoznając je z historią malarstwa i sztuki, z historią Polski i ojczystą mową.
    W roku 1873 rodzice stracili po raz drugi majątek (pierwszy raz dziadek stracił go za udział w powstaniu listopadowym), na skutek bankructwa instytucji, której akcje wykupili. Ojciec sprzedał więc dobra w Loosdorf i wynajął mieszkanie w St. Polten. Tu dzieci uczęszczały do szkoły Pań Angielskich. Z tej okazji Maria Teresa zapoznała się z dziełem Marii Ward, założycielki tej instytucji. Dokumentem z tych lat jest świadectwo szkolne Marii Teresy Ledóchowskiej, wystawione w 1875 roku, gdy miała lat 12, na którym widnieją same oceny bardzo dobre. Wielkim przeżyciem dla niej była wiadomość o uwięzieniu w Ostrowie Wielkopolskim jej stryja, arcybiskupa Mieczysława Ledóchowskiego. Posłała do więzienia napisany przez siebie wiersz ku jego czci. W dwa lata potem witała go radośnie w Wiedniu (1875), gdy jako kardynał zatrzymał się tam w drodze do Rzymu. Pierwszą swoją książkę – Mein Polen – jemu właśnie zadedykowała. Było to sprawozdanie z podróży, jaką odbyła po Polsce ze swoim ojcem (1879). Miała wtedy zaledwie 16 lat.
    W 1883 r. Ledóchowscy przenieśli się z Austrii na stałe do Polski, do Lipnicy Murowanej koło Bochni (miejsce urodzenia św. Szymona z Lipnicy), gdzie ojciec wykupił mocno zaniedbany majątek. Powitali ich chlebem i solą burmistrz miasta i ludność w strojach krakowskich. Maria ucieszyła się z powrotu do Polski. Miała wtedy 20 lat. Rychło jednak zaznała, jakie są kłopoty w prowadzeniu gospodarstwa. W porze zimowej chętnie zwiedzała pobliski Kraków i brała udział w towarzyskich zebraniach i zabawach. Wyróżniała się urodą i inteligencją, dlatego rychło zdobyła sobie wzięcie.
    W zimie 1885 r. zachorowała na ospę i przez wiele tygodni leżała walcząc o życie. Choroba zostawiła ślady na jej twarzy. Organizm był osłabiony, bowiem sześć lat wcześniej Maria Teresa przebyła ciężki tyfus. Ta właśnie choroba uczyniła ją dojrzałą duchowo. Poznała marność tego życia i rozkoszy świata. Zrodziło się w niej postanowienie oddania się na służbę Panu Bogu, jeśli tylko dojdzie do zdrowia. Na ospę zachorował także jej ojciec i zaopatrzony sakramentami zmarł. Pochowany został w Lipnicy. Maria Teresa, sama osłabiona po ciężkiej chorobie, nie była zdolna do prowadzenia majątku. W wyniku starań rodziny, cesarz Franciszek Józef I mianował ją damą dworu wielkich książąt toskańskich – Marii i Ferdynanda IV, którzy po wygnaniu z Włoch rezydowali w zamku cesarskim w Salzburgu. Mimo życia na dworze, Maria Teresa prowadziła życie pełne wewnętrznego skupienia.
    W 1886 r. po raz pierwszy zetknęła się z zakonnicami, które przybyły na dwór arcyksiężnej po datki na misje. Wtedy po raz pierwszy spotkała się z ideą misyjną Kościoła. Jedną z owych sióstr była dawna dama tegoż dworu, hrabina Gelin. Właśnie w tym czasie kardynał Karol Marcial Lavigerie (+ 1892), arcybiskup Algieru, rozwijał ożywioną akcję na rzecz Afryki. Pewnego dnia Maria Teresa dostała do ręki broszurę kardynała, gdzie przeczytała słowa: “Komu Bóg dał talent pisarski, niechaj go użyje na korzyść tej sprawy, ponad którą nie ma świętszej”. To było dla niej światłem z nieba. Znalazła cel swojego życia. Postanowiła skończyć z pisaniem dramatów dworskich, a wszystkie swoje siły obrócić dla misji afrykańskiej. W tej sprawie napisała też do stryja, kardynała Ledóchowskiego, który pochwalił jej postanowienie.
    Jej pierwszym krokiem był dramat Zaida Murzynka, wystawiony w teatrze salzburskim i w innych miastach. Ponieważ obowiązki damy dworu zabierały jej zbyt wiele cennego czasu, zwolniła się z nich. Stanęła na czele komitetów antyniewolniczych. Te jednak rychło ją zwolniły, gdyż chciała, aby były to komitety katolickie. Opozycja zaś nalegała, by komitetom nadać charakter międzywyznaniowy. Maria zamieszkała w pokoiku przy domu starców u sióstr szarytek (1890). Zerwała stosunki towarzyskie i oddała się wyłącznie sprawie Afryki. Na własną rękę zaczęła wydawać Echo z Afryki (1890). Nawiązała kontakt korespondencyjny z misjonarzami. Wkrótce korespondencja wzrosła tak dalece, że musiała zaangażować sekretarkę i ekspedientkę. Jednak widząc, że dzieło się rozrasta, w roku 1893 w numerze wrześniowym Echa Afryki rzuciła apel o pomoc. Z pomocą jednego z ojców jezuitów opracowała statut Sodalicji św. Piotra Klawera. 29 kwietnia 1894 r., w swoje 31. urodziny, przedstawiła go na prywatnej audiencji Leonowi XIII do zatwierdzenia. Papież dzieło pochwalił i udzielił mu swojego błogosławieństwa. Siedzibą sodalicji były początkowo dwa pokoje przy kościele Świętej Trójcy w Salzburgu. Tam też założyła muzeum afrykańskie.
    Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska
    Od roku 1892 Echo z Afryki wychodziło także w języku polskim. Administrację Maria Teresa umieściła przy klasztorze sióstr urszulanek, gdzie zakonnicą była wtedy jej młodsza siostra, Urszula (przyszła założycielka urszulanek szarych Serca Jezusa Konającego, kanonizowana w 2003 r. przez św. Jana Pawła II). W 1894 r. Maria Teresa miała już własną drukarnię. Jako napędową siłę dla maszyn drukarskich wykorzystywała wodę rzeki płynącej w majątku, który zakupiła w Salzburgu. Nową placówkę oddała pod opiekę Maryi Wspomożycielki. Echo z Afryki, a od 1911 roku także Murzynek, zaczęły wychodzić w 12 językach. Tu drukowano nadto broszury misyjne, kalendarze, odezwy itp., a potem katechizmy i książeczki religijne w językach Afryki. W roku 1921 utworzyła akcję Prasy afrykańskiej jako pomoc dla misjonarzy w Afryce. Chodziło o druk książek religijnych w językach tubylczych.
    9 września 1896 r. Maria Teresa złożyła śluby zakonne na ręce kardynała Hellera, biskupa Salzburga. W 1897 r. kardynał zatwierdził konstytucję przez nią ułożoną dla nowego zgromadzenia zakonnego. Dzieło miało trzy stopnie: 1) członkowie zewnętrzni, wspomagający sodalicję; 2) zelatorzy uiszczający ofiary; 3) same zakonnice jako człon wewnętrzny i zasadniczy – prowadzący całe dzieło. W tym samym roku Maria Teresa założyła w Salzburgu drukarnię misyjną. W roku 1899 Święta Kongregacja Rozkrzewiania Wiary, na której czele stał kardynał Ledóchowski, wydała pismo pochwalne, a następnie przyjęła Sodalicję pod swoją bezpośrednią jurysdykcję. 10 czerwca 1904 r. św. Pius X osobnym breve pochwalił dzieło, a w roku 1910 Stolica Apostolska udzieliła mu definitywnej aprobaty.
    W roku 1904 Maria Ledóchowska przeniosła swoją stałą siedzibę do Rzymu. W cztery lata potem udała się osobiście do Polski, aby szerzyć tam ideę misyjną. Na wiadomość o powstaniu Polski niepodległej, Maria Teresa poleciła zatknąć polskie sztandary na domach swego zgromadzenia (1918). W roku 1920 wysłała zapomogę do Polski. Pod koniec jej życia Echo z Afryki miało ok. 100 000 egzemplarzy nakładu. W roku 1901 Maria Teresa założyła przy domu głównym Sodalicji w Rzymie międzynarodowy nowicjat. Także i biura Sodalicji były rozsiane niemal po wszystkich krajach Europy. Przy każdej filii założono muzeum Afryki. Nadto Maria wyjeżdżała do różnych miast z wykładami i odczytami o misjach w Afryce.
    Maria Teresa zmarła 6 lipca 1922 r. w obecności swoich duchowych córek. 10 lipca złożono jej ciało na głównym cmentarzu rzymskim przy bazylice św. Wawrzyńca. Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w roku 1945. Paweł VI w świętym roku jubileuszowym, w niedzielę misyjną 19 października 1975 r., wyniósł ją do chwały ołtarzy. Ciało jej od roku 1934 znajduje się w domu generalnym Sodalicji. W czasie Soboru Watykańskiego II biskupi Afryki licznie nawiedzali grób tej, która całe swoje życie i wszystkie swoje siły poświęciła dla ich ojczystej ziemi. W nagrodę za bezgraniczne oddanie się sprawom Afryki Maria Teresa zdobyła zaszczytny przydomek Matki Afryki. Jest patronką dzieł misyjnych w Polsce.
    W ikonografii bł. Maria Teresa przedstawiana jest w habicie Sodalicji św. Piotra Klawera, czasami z murzyńskimi dziećmi.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    5 lipca

    Święta Maria Goretti, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Maria Zaccaria, prezbiter i zakonnik
      •  Święty Atanazy z góry Athos, opat
    Święta Maria Goretti
    Maria urodziła się w Corinaldo koło Ankony 16 października 1890 r. Pochodziła z ubogiej wiejskiej rodziny. Jako sześcioletnie dziecko otrzymała sakrament bierzmowania z rąk kardynała Juliusza Boschi (1896), a 29 maja 1902 r. przystąpiła do Pierwszej Komunii św. Kiedy miała 10 lat, umarł jej ojciec. Marysia pocieszała mamę: “Odwagi, mamusiu! Bóg nas nie opuści!” Pobożne dziewczę brało często różaniec do rąk, modląc się o spokój duszy ojca. Maria pomagała matce i opiekowała się rodzeństwem.
    Dom Gorettich zajmowała także rodzina Serenellich – ojciec z synem. Chłopiec Aleksander Serenelli miał 18 lat, kiedy zapłonął ku Marii przewrotną żądzą. Zaczął ją też coraz mocniej napastować, grożąc jej nawet śmiercią. Dziewczę umiało się zawsze skutecznie uwolnić od napastnika, ratując się ucieczką i omijając go. Nie mówiła jednak o tym nikomu w rodzinie, by nie pogłębiać przepaści niechęci Serenellich do Gorettich.
    5 lipca 1902 r. rodzina Gorettich i Serenellich była zajęta zbieraniem bobu. Maria została w domu i obserwowała pracowników. Zauważył ją Aleksander. Pod pretekstem, że musi wyjść na chwilę, udał się do domu i siłą wciągnął dziewczę do kuchni, która była przy drzwiach. Usiłował ją zmusić do grzechu. Kiedy zaś Maria stawiła mu gwałtowny opór, rozjuszony wyrostek chwycił nóż i zaczął nim atakować dziewczynę. Szczegóły te podał sam morderca przed sądem. Powracająca z pracy rodzina znalazła Marię już w stanie agonii. Natychmiast odwieziono ją do szpitala, gdzie zaopatrzona świętymi Sakramentami zmarła 6 lipca. Przed śmiercią darowała winę swojemu zabójcy. Lekarze stwierdzili, że miała na ciele 14 ran.
    Zbrodnią poruszona była cała okolica. Dziewczę miało królewski pogrzeb. Wzięło w nim udział wiele tysięcy ludzi, setki kapłanów i biskup. Z balkonów i z okien na białą trumienkę padał deszcz róż i innych kwiatów. Zaczęto ją nazywać “świętą Agnieszką XX wieku”. Dzięki staraniom pasjonistów w 1935 r. rozpoczął się proces kanoniczny Marii Goretti. 27 kwietnia 1947 roku Pius XII zaliczył ją uroczyście w poczet błogosławionych, a 24 czerwca 1950 r. tenże papież zaliczył ją do chwały świętych. Zarówno w beatyfikacji, jak i w kanonizacji własnej córki miała szczęście uczestniczyć matka.
    W uroczystościach brał także udział zabójca – Aleksander Serenelli, który w czasie 27-letniego pobytu w więzieniu przeżył całkowite nawrócenie. Nie miał wątpliwości, że wiarę zawdzięczał wstawiennictwu Marii. Po wyjściu z więzienia przeprosił matkę Marii, wyznał swoją winę przed cała parafią, a po pewnym czasie został tercjarzem franciszkańskim. Do końca życia pracował jako ogrodnik u kapucynów w Macerata, gdzie zmarł w 1970 r. Duchową przemianę zabójcy opisał Jean du Parc w książce, która w Polsce została wydana pod tytułem “Niebo nad moczarami”.
    Św. Maria Goretti jest patronką młodzieży, dziewcząt, dziewic i bielanek. Jej relikwie spoczywają w kościele Matki Bożej Łaskawej w Nettuno. Jej grób nawiedził św. Jan Paweł II w pierwszym roku swojego pontyfikatu (1 września 1979 r.). W stulecie śmierci Marii Goretti ten sam papież skierował do biskupa diecezji Albano, Agostino Valliniego, specjalny list.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    4 lipca

    Błogosławiony
    Piotr Jerzy Frassati, świecki dominikanin

    Zobacz także:
      •  Święta Elżbieta Portugalska, królowa
      •  Błogosławiona Maria od Ukrzyżowanego (Curcio), zakonnica
    Błogosławiony Piotr Jerzy Frassati
    Piotr Jerzy przyszedł na świat 6 kwietnia 1901 roku w Turynie. Wychowywał się w zamożnym domu razem z młodszą o półtora roku siostrą Lucianą (która jeszcze za życia brata wyszła za mąż za polskiego dyplomatę, Jana Gawrońskiego). Jego ojciec, Alfredo Frassati, był założycielem i właścicielem dziennika La Stampa, senatorem, przez pewien czas także ambasadorem Włoch w Niemczech. Matka, Adelaide Ametis Frassati, była malarką. Swoje wychowanie religijne Piotr Jerzy zawdzięczał przede wszystkim wychowawcom, nauczycielom i spowiednikom, ponieważ rodzice byli raczej obojętni wobec wiary. Tymczasem dla niego wiara bardzo szybko stała się wartością podstawową. Czasami wywoływało to bolesne nieporozumienia rodzinne, które starał się znosić – tak jak wszelkie życiowe niepowodzenia – pogodnie.
    Już jako uczeń Piotr Jerzy należał do wielu szkolnych stowarzyszeń religijnych, m.in. do Sodalicji Mariańskiej, do Koła Różańcowego, Apostolstwa Modlitwy, Stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu. Codziennie uczestniczył we Mszy świętej i przyjmował Komunię świętą.
    W 1919 roku rozpoczął studia na wydziale inżynierii górniczej na politechnice w Turynie. 28 maja 1922 r. – myśląc o apostolstwie wśród górników – został tercjarzem Zakonu Dominikańskiego i przyjął imię Girolamo (czyli Hieronim – na cześć Savonaroli). Uczestniczył również z entuzjazmem w działalności różnych ruchów katolickich. Akcja Katolicka była dla niego prawdziwą szkołą formacji chrześcijańskiej i polem dla apostolatu. Miłował Jezusa w braciach, zwłaszcza tych cierpiących, zepchniętych na margines i opuszczonych. Poświęcał się ubogim i potrzebującym. W jego życiu mocna wiara łączyła się w jedno z miłością.
    Był człowiekiem ascezy i modlitwy, w której osiągnął wysoki stopień doskonałości. Jego duchowość kształtowały zwłaszcza Listy św. Pawła Apostoła oraz dzieła św. Augustyna, św. Katarzyny ze Sieny i św. Tomasza z Akwinu, nieustanna – także nocna – adoracja Najświętszego Sakramentu, nabożeństwo do Matki Bożej i Słowo Boże.
    Warto wiedzieć, że w 1922 r. Piotr Jerzy Frassati odwiedził Polskę. Był w Gdańsku i Katowicach. Jako przyszły inżynier interesował się górnictwem i planował zwiedzić jedną z kopalni na Śląsku. Do zjazdu pod ziemię prawdopodobnie nie doszło, ponieważ miał problem z ważnością paszportu.

    Błogosławiony Piotr Jerzy Frassati
    Jego zaangażowanie społeczne i polityczne opierało się na zasadach wiary; był zdecydowanym przeciwnikiem rodzącego się wówczas faszyzmu. Z tego powodu nieraz zatrzymywała go policja. Zafascynowanie pięknem i sztuką, a zwłaszcza malarstwem, zamiłowanie do sportu i górskich wypraw ani zainteresowanie problemami społecznymi nie stanowiło dla niego przeszkody w stałym zjednoczeniu z Chrystusem. W tajemnicy przed najbliższymi opiekował się i spieszył z pomocą, tak duchową, jak i materialną, ubogim swojego miasta. Był znany i bardzo lubiany w dzielnicach, w których nie bywał nikt z jego bliskich.
    Umarł nagle, w wieku 24 lat, 4 lipca 1925 roku, krótko przed ukończeniem studiów, na skutek infekcji chorobą Heinego-Medina, którą zaraził się od podopiecznych. Pogrzeb Frassatiego ujawnił jego popularność w Turynie, zwłaszcza wśród ubogich. Opinia społeczna szybko uznała go – mimo młodego wieku – za świętego. Pod jego patronatem powstało wiele stowarzyszeń religijnych.
    Św. Jan Paweł II podczas Mszy świętej beatyfikacyjnej odprawionej na placu św. Piotra 20 maja 1990 r. wyniósł go na ołtarze, stawiając za wzór współczesnej młodzieży świata.

    nternetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Mój brat Pier Giorgio. Ostatnie dni 29 czerwca-4 lipca 1925

    Mój brat Pier Giorgio. Ostatnie dni 29 czerwca-4 lipca 1925

     

    Wszyscy myśleli, że to zwykła grupa, a on umierał. Zapis dramatycznych 6 dni odnajdziemy we wspomnieniach siostry bł. Piotra Jerzego Frassatiego – patrona Światowych Dni Młodzieży, które odbędą się w lipcu w Sydney.

    Pier Giorgio Frassati (1901-1925)

    Niepostrzeżenie błogosławiony

    Wszyscy myśleli, że to zwykła grupa, a on umierał. Zapis dramatycznych 6 dni odnajdziemy we wspomnieniach siostry bł. Piotra Jerzego Frassatiego – patrona Światowych Dni Młodzieży, które odbędą się w lipcu w Sydney.

    Relacja Luciany Frassati jest dość szczegółowa, ale pozbawiona patetycznych scen, uroczystych słów i wzniosłych fraz. Specyficzny, dojmujący spokój towarzyszy czytelnikowi od pierwszej do ostatniej kartki tej niewielkiej książki – „Mój brat Pier Georgio”. Luciana, siostra Piera często powtarzała w dniach, kiedy umierał „nic nie wiedzieliśmy”. Trudno zrozumieć jak to się stało, że 24-letni student otoczony kochającymi rodzicami, ukochaną siostrą odszedł niemal niepostrzeżenie. A było tak: 29 czerwca w dniu swoich imienin Pier Georgio poczuł się źle. W domu wszyscy skupieni byli na babci, która znajdowała się w bardzo ciężkim stanie. Chwilowego niedomagania młodego mężczyzny nikt nie zauważył. Choć czuł się coraz gorzej: osłabł, miał wysoką gorączkę, wymiotował starał się jeszcze przez 3 dni pracować i uczyć do egzaminów końcowych. Studiował inżynierię górniczą na Politechnice Królewskiej w Turynie. Jego marzeniem była praca wśród robotników. Czwartego dnia choroby nie był w stanie wyjść z łóżka, kiedy rodzina gromadziła się przy łożu ukochanej nestorki, żegnając ją. Lekarz rodziny po badaniu uznał, że Pier cierpi na grypę z nietypowymi objawami. Kolejne godziny przyniosły nagle pogorszenie: ból potęgował się, wreszcie nastąpił paraliż kończyn i kręgosłupa. Dopiero na kilka godzin przed śmiercią lekarze postawili słuszna diagnozę: choroba Heinego i Medina. Frassati zaraził się od ubogiego chorego. Udzielał się bowiem w organizacji charytatywnej św. Wincentego a Paulo. Na ratunek było za późno. Pier Georgio Frassati zmarł 4 lipca 1925 roku. Uroczystości pogrzebowe zgromadziły na ulicach Turynu rzesze ludzi, dla których Frassati był przyjacielem, towarzyszem.
    Luciana Frassati-Gawrońska uznała potem, że jej brat wiedział, przeczuwał nadchodzącą śmierć. Za wszelka cenę starał się jednak ukryć te wiedzę przed najbliższymi. Zastanawiając się, skąd mógł wiedzieć lepiej od lekarza co go czeka, mówi: „Była to wiedza chrześcijanina. Chrześcijanin wie, że śmierć może zjawić się w każdej minucie, cnotą chrześcijanina jest nieustanna gotowość na jej przyjście”. Na czym polega ta gotowość? – Na rezygnacji z wszystkiego czym jestem, także z wszystkiego, co jest mi bliskie i drogie – w imię życia, którego nie znam, którego nie mogę znać – twierdzi Krzysztof Michalski, autor wstępu do książki Luciany Frassati.

    Pier Georgio Frassati był członkiem Akcji Katolickiej, III Zakonu św. Dominika. Założył z przyjaciółmi nieformalne Stowarzyszenie Ciemnych Typów którego celem był apostolat wiary i modlitwy m.in. przez wspólne górskie wycieczki. Za jego towarzystwem przepadali rówieśnicy. Ale był też przyjacielem biedaków. Odwiedzał chorych, kwestował na ulicach, rozdawał własne oszczędności, a nawet garderobę. O tym, jak wiele dobra wyświadczał innym jego rodzina nie wiedziała. To, co czynił z miłości, chcąc naśladować Chrystusa zachowywał w tajemnicy. W dniach kiedy gasł, krzepiła go lektura medytacji św. Katarzyny Sieneńskiej. Cierpienie, którego doświadczył spowodowało, że stał się taki jak ci, którym służył: biedny, bezbronny, zapomniany, oczekujący śmierci. Zostało mu odebrane wszystko, prócz wiary w Chrystusa.

    Jan Paweł II ogłosił Pier Giorgia Frassatiego błogosławionym Kościoła katolickiego 20 maja 1990 roku w Rzymie. Jest patronem studentów. Został wybrany również jednym z patronów tegorocznych Światowych dni Młodzieży, które odbędą się w lipcu (15-20) w Sydney. Po raz pierwszy w historii Światowych Dni Młodzieży błogosławiony będzie obecny podczas uroczystości. Trumna z ciałem Frassatiego będzie zawieziona do Sydney z Turynu. Zostanie wystawiona w tamtejszej katedrze już 26 czerwca. Wierni będą mogli oddawać kult błogosławionemu przez miesiąc.
    Luciana Frassati, o rok młodsza siostra Pier Giorgia, była redaktorką włoskiej „La Stampy” i żoną ambasadora RP w Wiedniu Jana Gawrońskiego. Zmarła w październiku ubiegłego roku.


    Jola Kubik

    Luciana Frassati: Mój brat Pier Giorgio. Ostatnie dni 29 czerwca-4 lipca 1925. Przekł. Anna Borowska. Wstęp Krzysztof Michalski. Księgarnia św. Jacka, Katowice 2008 (wyd. trzecie, poprawione), s. 136.

     wiara.pl

    ***


    3 lipca

    Święty Tomasz Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Leon II, papież
      •  Święty Rajmund Gayrard, prezbiter
    Święty Tomasz Apostoł

    Teksty ewangeliczne w siedmiu miejscach poświęcają Tomaszowi Apostołowi łącznie 13 wierszy. Z innych ksiąg Pisma świętego, jedynie Dzieje Apostolskie wspominają o nim jeden raz.
    Tomasz, zwany także Didymos (tzn. bliźniak), należał do ścisłego grona Dwunastu Apostołów. Ewangelie wspominają go, kiedy jest gotów pójść z Jezusem na śmierć (J 11, 16); w Wieczerniku podczas Ostatniej Wieczerzy (J 14, 5); osiem dni po zmartwychwstaniu, kiedy ze sceptycyzmem wkłada rękę w bok Jezusa (J 20, 19-29); nad Jeziorem Genezaret, gdy jest świadkiem cudownego połowu ryb po zmartwychwstaniu Jezusa (J 21, 2).

    Niewierny Tomasz

    Osobą św. Tomasza Apostoła wyjątkowo zainteresowała się tradycja chrześcijańska. Pisze o nim wiele Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła, Rufin z Akwilei, św. Grzegorz z Nazjanzu, św. Ambroży, św. Hieronim i św. Paulin z Noli. Według ich relacji św. Tomasz miał głosić Ewangelię najpierw Partom (obecny Iran), a następnie w Indiach, gdzie miał ponieść śmierć męczeńską w Calamina w 67 r. Piszą o tym wspomniani wyżej autorzy. Tak też podaje Martyrologium Rzymskie. Jako miejsce pochówku podawany jest Mailapur (przedmieście dzisiejszego Madrasu). Jednak już w III wieku jego relikwie przeniesiono do Edessy, potem na wyspę Chios, a w roku 1258 do Ortony w Italii.
    O zainteresowaniu osobą św. Tomasza Apostoła świadczą także liczne apokryfy: Historia Abgara, Apokalipsa Tomasza, Dzieje Tomasza i Ewangelia Tomasza. Pierwszy apokryf znamy jedynie z relacji Euzebiusza (+ ok. 340). Apokalipsa św. Tomasza, zwana także Listem Pana naszego Jezusa Chrystusa do Tomasza lub Słowami Zbawiciela do Tomasza opisuje koniec świata. Ciekawsza jest Ewangelia św. Tomasza. Na jej treść składają się logia, czyli słowa Chrystusa. Zdań tych jest 114. Według Euzebiusza zbiór ten miał posiadać biskup św. Papiasz (+ ok. 130) i miał nawet do nich napisać komentarz. Część tych słów odkryto w roku 1897 i 1903 w Egipcie w Oxyrhynchos. Od tej “ewangelii” należy odróżnić jeszcze jedną, zupełnie inną, także przypisywaną św. Tomaszowi. Zawiera ona opis życia lat dziecięcych Pana Jezusa. Stąd właśnie wzięły się średniowieczne legendy o ptaszkach, klejonych z gliny i ożywianych przez Pana Jezusa w zabawie z rówieśnikami itp.

    Święty Tomasz Apostoł

    Interesujący i oryginalny jest ostatni wymieniony wyżej apokryf – Dzieje Tomasza. Powstał on dopiero w wieku IV/V. Opisuje on podróż św. Tomasza do Indii w roli architekta na zaproszenie tamtejszego króla Gondafora. Zamiast jednak budować pałac królewski, św. Tomasz głosił Ewangelię, a pieniądze przeznaczone na budowę pałacu wydawał na ubogich. Na skutek jego nauk i cudów nawrócił się król i jego rodzina.
    Katolickie Indie czczą św. Tomasza jako swojego Apostoła. Około roku 52 po Chrystusie miał on wylądować na zachodnim wybrzeżu Malabaru i założyć tam siedem kościołów. Kiedy w roku 1517 Portugalczycy wylądowali w Mylapore, miano im pokazać grób Apostoła. Pamięć o Apostole zachowali tamtejsi chrześcijanie nestoriańscy. W Indiach jest również najgłośniejsze sanktuarium św. Tomasza Apostoła. Znajduje się ono na miejscu, gdzie według miejscowej tradycji Tomasz miał ponieść śmierć męczeńską. Miejsce to ma różne nazwy: Calamina (najczęściej spotykana), Thomas Mount (Góra Św. Tomasza), Madras, Maabar i Meliapore. Wszystkie te nazwy oznaczają jedną miejscowość: “Górę Św. Tomasza”, położoną na jednym z przedmieść Madrasu.
    Św. Tomasz jest patronem Indii, Portugalii, Urbino, Parmy, Rygi, Zamościa; architektów, budowniczych, cieśli, geodetów, kamieniarzy, murarzy, stolarzy, małżeństw i teologów.
    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest jako młodzieniec (do XIII w. na Zachodzie, do XVIII w. na Wschodzie), później jako starszy mężczyzna w tunice i płaszczu. W prezentacji ikonograficznej powraca wątek “niewiernego” Tomasza. Atrybutami Świętego są: kątownica, kielich, księga, miecz, serce, włócznia, którą go przeszyto, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Tomasz

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej, 27.09.2006

    AUTOR/ŹRÓDŁO: PHOTOGENICA.PL, , LICENCJA: 0

    ***

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Kontynuując nasze spotkania z wybranymi bezpośrednio przez Jezusa dwunastoma apostołami, dzisiaj skupiamy uwagę na Tomaszu. Zawsze wymieniany w czterech spisach występujących w Nowym Testamencie, w pierwszych trzech Ewangeliach stawiany jest przy Mateuszu (por. Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 15), natomiast w Dziejach Apostolskich występuje obok Filipa (por. Dz 1, 13). Jego imię pochodzi od hebrajskiego rdzenia ta’am, co znaczy «parzysty, bliźniak». Istotnie, Ewangelia św. Jana wielokrotnie nazywa go przydomkiem «Didymos» (por. J 11, 16; 20, 24; 21, 2), co w języku greckim znaczy właśnie «bliźniak». Nie jest jasne, dlaczego otrzymał ten przydomek.

    Przede wszystkim czwarta Ewangelia dostarcza nam kilku informacji, kreślących pewne znaczące rysy jego osobowości. Pierwsza dotyczy zachęty, z jaką zwrócił się on do pozostałych apostołów, kiedy Jezus w krytycznym momencie swego życia postanowił udać się do Betanii, aby wskrzesić Łazarza, zbliżając się tym samym niebezpiecznie do Jerozolimy (por. Mk 10, 32). Wtedy to Tomasz powiedział do współuczniów: «Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć» (J 11, 16). Ta jego determinacja, by iść za Mistrzem, jest naprawdę przykładna i jest dla nas cenną nauką: ukazuje całkowitą gotowość przylgnięcia do Jezusa aż do utożsamienia własnego losu z Jego losem i pragnienia podzielenia z Nim najwyższej próby śmierci. Rzeczywiście, najważniejsze jest to, by nigdy nie oddalić się od Jezusa. Skądinąd Ewangelie używają słowa «pójść za» na oznaczenie, że gdzie On idzie, tam powinien pójść również Jego uczeń. Wtedy życie chrześcijańskie określane jest jako życie z Jezusem Chrystusem, życie, które spędza się razem z Nim. Św. Paweł pisze coś podobnego, kiedy zapewnia chrześcijan w Koryncie: «pozostajecie w sercach naszych na wspólną śmierć i wspólne z nami życie» (2 Kor 7, 3). To co zachodzi między apostołem i grupą chrześcijan, powinno oczywiście w pierwszym rzędzie odnosić się do relacji między chrześcijanami i Jezusem: razem umrzeć, razem żyć, przebywać w Jego Sercu, tak jak On przebywa w naszym.

    Drugie wystąpienie Tomasza widzimy podczas Ostatniej Wieczerzy. Wtedy to Jezus, zapowiadając swoje bliskie odejście, mówi, że idzie przygotować miejsce dla uczniów, by także oni byli tam, gdzie On, i dodaje: «Znacie drogę, dokąd Ja idę» (J 14, 4). Wtedy Tomasz reaguje słowami: «Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?» (J 14, 5). W rzeczywistości to pytanie Tomasza ukazuje raczej niski poziom jego rozumienia. Jednak te słowa stają się dla Jezusa okazją, by wypowiedzieć znaną formułę: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem» (J 14, 6). A zatem pierwotnie zostaje to objawione Tomaszowi, lecz to objawienie dotyczy nas wszystkich i w każdej epoce. Za każdym razem, kiedy słyszymy lub czytamy te słowa, możemy stanąć w duchu obok Tomasza i wyobrazić sobie, że Pan mówi również do nas, podobnie jak rozmawiał z nim. Jednocześnie jego pytanie daje także i nam prawo, jeśli tak można powiedzieć, proszenia Jezusa o wyjaśnienia. My często Go nie rozumiemy. Miejmy odwagę powiedzieć: nie rozumiem Cię, Panie, wysłuchaj mnie, pomóż mi zrozumieć. W ten sposób, ze szczerością, będącą prawdziwym sposobem modlitwy, rozmawiania z Jezusem, wyrażamy naszą znikomą zdolność pojmowania, a jednocześnie przyjmujemy pełną ufności postawę człowieka, który oczekuje światła i siły od Kogoś, kto może mu je dać.

    Bardzo znany i przysłowiowy wręcz jest epizod z niewiernym Tomaszem, który miał miejsce osiem dni po zmartwychwstaniu. Tomasz w pierwszej chwili nie wierzy, że Jezus ukazał się pod jego nieobecność, i mówi: «Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę» (J 20, 25). W gruncie rzeczy z tych słów przebija przekonanie, że odtąd Jezus jest rozpoznawalny nie tyle z twarzy, lecz po ranach. Tomasz uważa, że oznakami określającymi tożsamość Jezusa są teraz przede wszystkim rany, które ukazują, do jakiego stopnia nas umiłował. Co do tego apostoł się nie myli. Jak wiemy, po ośmiu dniach Jezus znów pojawia się wśród uczniów, i tym razem Tomasz jest obecny. Jezus mówi mu: «Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym» (J 20, 27). Tomasz reaguje najwspanialszym wyznaniem wiary, jakie znajdujemy w całym Nowym Testamencie: «Pan mój i Bóg mój!» (J 20, 28). Św. Augustyn tak komentuje to zdarzenie: Tomasz «widział i dotykał człowieka, ale wyznawał swoją wiarę w Boga, którego nie widział ani nie dotykał. A to, co widział i czego dotykał, prowadziło go do wiary w to, w co do tej pory wątpił» (In Iohann., 121, 5). Ewangelista przytacza dalej ostatnie słowa Jezusa skierowane do Tomasza: «Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli» (J 20, 29). To zdanie możemy wypowiedzieć również w czasie teraźniejszym: «Błogosławieni, którzy nie widzą, a wierzą». W każdym razie Jezus formułuje tu podstawową zasadę dla chrześcijan, którzy przyjdą po Tomaszu, a więc dla nas wszystkich. Warto zwrócić uwagę, jak inny Tomasz, wielki średniowieczny teolog z Akwinu, łączy tę formułę błogosławieństwa z inną formułą, pozornie przeciwną, przekazaną przez Łukasza: «Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie» (Łk 10, 23). Ale Akwinata komentuje: «O wiele większa jest zasługa tego, kto wierzy nie widząc, niż tego, kto wierzy widząc» (In Johann. XX lectio, VI, § 2566). Istotnie, List do Hebrajczyków, przywołując cały szereg starożytnych patriarchów biblijnych, którzy wierzyli w Boga, nie widząc spełnienia Jego obietnic, określa wiarę jako «porękę tych dóbr, których się spodziewamy, dowód tych rzeczywistości, których nie widzimy» (por. 11, 1). Epizod z apostołem Tomaszem jest dla nas ważny przynajmniej z trzech racji: po pierwsze, ponieważ nas umacnia, gdy doznajemy niepewności; po drugie, ponieważ pokazuje nam, że każda wątpliwość może prowadzić do jasnej odpowiedzi, wykraczającej ponad wszelkie niepewności; i wreszcie, ponieważ słowa skierowane do niego przez Jezusa przypominają nam o prawdziwym sensie dojrzałej wiary i zachęcają nas, byśmy pomimo trudności trwali na naszej drodze w bliskości z Nim.

    Ostatnia wzmianka o Tomaszu znajduje się w czwartej Ewangelii, przedstawiającej go jako świadka Zmartwychwstałego w późniejszym epizodzie cudownego połowu ryb w Jeziorze Tyberiadzkim (por. J 21, 2). Przy tej okazji wymieniony jest nawet zaraz po Szymonie Piotrze: jest to oczywisty znak, że Tomasz odgrywał znaczną rolę w środowisku pierwszych wspólnot chrześcijańskich. Istotnie, jego imieniem zostały później opatrzone Dzieje i Ewangelia Tomasza, obydwa teksty apokryficzne, ale w każdym razie ważne dla badania początków chrześcijaństwa. Przypomnijmy na koniec, że zgodnie ze starożytną tradycją, Tomasz najpierw głosił Ewangelię w Syrii i Persji (tak twierdzi Orygenes, cytowany przez Euzebiusza z Cezarei w: Hist. eccl., 3, 1), a następnie udał się aż do zachodnich Indii (por. Dzieje Tomasza, 1-2 i 17 nn.), skąd chrześcijaństwo dotarło potem do południowych Indii. W tej perspektywie misyjnej kończymy naszą refleksję, ufając, że przykład Tomasza będzie coraz bardziej umacniał naszą wiarę w Jezusa Chrystusa, naszego Pana i naszego Boga.

    Streszczenie katechezy w języku polskim, odczytane podczas audiencji generalnej:

    Dzisiejsza katecheza poświęcona jest apostołowi Tomaszowi. Ewangelie wspominają o kilku ważnych wydarzeniach, w których Tomasz uczestniczy osobiście. Św. Jan wspomina, że gdy Jezus wybierał się do Betanii w pobliżu Jerozolimy i groziło Mu już śmiertelne niebezpieczeństwo, Tomasz wezwał innych apostołów: «Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć». Wyraził w ten sposób całkowite oddanie i gotowość pójścia za Mistrzem nawet na śmierć. Podczas Ostatniej Wieczerzy, odpowiadając na pytanie Tomasza, Jezus wypowiedział znaną formułę: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem». W końcu to jemu po misterium Paschy Chrystus pokazał swoje rany na znak zmartwychwstania.

    Słowo Benedykta XVI do Polaków:

    Pozdrawiam pielgrzymów z Polski i z innych krajów. «Pan mój i Bóg mój!» — w tych słowach św. Tomasz daje świadectwo o zmartwychwstaniu Chrystusa. Przyjmujemy z wdzięcznością to wyznanie. Niech kształtuje naszą wiarę, umacnia nadzieję i rozpala miłość. Serdecznie wam błogosławię.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 1/2007/Opoka.pl

    ***

    2 lipca

    Najświętsza Maryja Panna Kodeńska,
    Matka jedności

    Zobacz także:
      •  Święty Bernardyn Realino, prezbiter
      •  Najświętsza Maryja Panna Tuchowska
      •  Najświętsza Maryja Panna Licheńska

    Wizerunek Matki Bożej Kodeńskiej
    W Kodniu nad Bugiem (północno-wschodnia część województwa lubelskiego) znajduje się sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Kodeńskiej, Matki jedności. Opiekują się nim obecnie misjonarze oblaci Maryi Niepokalanej.
    W głównym ołtarzu kościoła znajduje się cudowny obraz Matki Bożej, który według tradycji został namalowany w VI w. przez św. Augustyna z Canterbury na prośbę papieża Grzegorza I jako kopia rzeźby Matki Bożej, która znajdowała się w jego prywatnej kaplicy. Papież postanowił podarować rzeźbę Leanderowi, arcybiskupowi Sewilli, który umieścił ją w sanktuarium w Guadalupe w Hiszpanii. Obraz natomiast pozostał w papieskiej kaplicy aż do czasów papieża Urbana VIII, gdy w 1630 roku miał go wykraść z Rzymu książę Mikołaj Sapieha, zwany Pobożnym. Skradziony obraz umieścił w kościele św. Anny w Kodniu, gdzie znajduje się do dziś.
    Te informacje nie znajdują jednak potwierdzenia w źródłach historycznych. Obraz został prawdopodobnie zakupiony w Hiszpanii przez Mikołaja Sapiehę podczas pielgrzymki. Wskazuje na to styl, typowy dla malarstwa hiszpańskiego XVII w.
    Obraz został ukoronowany 15 sierpnia 1723 roku przez biskupa łuckiego Stefana Rupniewskiego jako trzeci z kolei obraz Matki Bożej na prawie papieskim na ziemiach Rzeczypospolitej (po obrazie Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Trockiej). W kwietniu 1875 r. kościół w Kodniu trafił w ręce prawosławnych, co sprawiło, że od sierpnia 1875 do września 1927 r. obraz znajdował się na Jasnej Górze, skąd przez Warszawę wrócił w dniach 3-4 września 1927 r. do Kodnia. W 1973 roku Paweł VI nadał świątyni w Kodniu tytuł bazyliki mniejszej. Rocznie pielgrzymuje tutaj ponad 200 tys. pielgrzymów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 lipca

    Najdroższej Krwi Jezusa Chrystusa

    Zobacz także:
      •  Święty Otton z Bambergu, biskup
      •  Święty Teobald z Provins, pustelnik
      •  Błogosławiony Jan Nepomucen Chrzan, prezbiter i męczennik
    Do czasu reformy kalendarza liturgicznego po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Obecnie obchód ten został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem), zachował się jedynie – na zasadzie pewnego przywileju – w zgromadzeniach Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.

    Najdroższa Krew Chrystusa

    Do dziś istnieją kościoły pod wezwaniem Najdroższej Krwi Chrystusa. Jak Boże Ciało jest rozwinięciem treści Wielkiego Czwartku, tak uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa była jakby przedłużeniem Wielkiego Piątku. Ustanowił ją dekretem Redempti sumus w roku 1849 papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały miesiąc był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł święto na dzień 1 lipca. Papież Pius XI podniósł je do rangi świąt pierwszej klasy (1933) na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi.
    Szczególnym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Pana Jezusa wyróżniał się św. Kasper de Buffalo, założyciel osobnej rodziny zakonnej pod wezwaniem Najdroższej Krwi Pana Jezusa (+ 1837). Misjonarze Krwi Chrystusa mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce także siostry Adoratorki Krwi Chrystusa, założone przez św. Marię de Mattias. Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi wyróżniał się także papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście Inde a primis z 1960 r. zachęcał do tego kultu.
    Nabożeństwo ku czci Krwi Pańskiej ma uzasadnienie w Piśmie świętym, gdzie wychwalana jest krew męczenników, a przede wszystkim krew Jezusa Chrystusa. Po raz pierwszy Pan Jezus przelał ją przy obrzezaniu. W niektórych kodeksach w tekście Ewangelii według świętego Łukasza można znaleźć informację, że podczas modlitwy w Ogrodzie Oliwnym pot Jezusa był jak krople krwi (zob. Łk 22, 44). Nader obficie płynęła ona przy biczowaniu i koronowaniu cierniem, a także przy ukrzyżowaniu. Kiedy żołnierz przebił Jego bok, “natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 24).
    Serdeczne nabożeństwo do Krwi Pana Jezusa mieli święci średniowiecza. Połączone ono było z nabożeństwem do Ran Pana Jezusa, a zwłaszcza do Rany Jego boku. Wyróżniali się tym nabożeństwem: św. Bernard (+ 1153), św. Anzelm (+ 1109), bł. Gueryk d’Igny (+ 1160) i św. Bonawentura (+ 1270). Dominikanie w piątek po oktawie Bożego Ciała, chociaż nikt nie spodziewał się jeszcze, że na ten dzień zostanie kiedyś ustanowione święto Serca Pana Jezusa, odmawiali oficjum o Ranie boku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • ogłoszenia – czerwiec 2025

    Czerwcowy miesiąc poświęcony jest

    Najświętszemu Sercu Pana Jezusa

    Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie”.

    (Objawienie Serca Pana Jezusa, 27 grudnia 1673 r.)

    kaplica Serca Pana Jezusa w Sanktuarium św. Jana Pawła II Wielkiego w Krakowie.

    W tej kaplicy jest całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu.

    fot.Michał Zięba

    ***

    Kult Serca Jezusowego rozwinął się w Polsce jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Polska miała też szczególne przywileje papieskie. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.

    „Kult Serca Jezusowego ukazuje wielką miłość Pana Boga do nas, który nie cofa jej w zależności od postępowania człowieka. Kontemplując Serce Boże, odkrywamy nieskończoną miłość Boga, którą nam objawił w swoim Synu. Chodzi jednak o to, aby nie zatrzymywać się tylko na tym, ale by starać się naśladować przymioty Bożego Serca: łagodność, cierpliwość, pokorę. W ten sposób będziemy przyczyniać się do budowania +cywilizacji miłości+” – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ.

    Liturgiczne święto Boskiego Serca Pana Jezusa, wraz z Mszą św. i oficjum brewiarzowym, ustanowił w 1765 r. papież Klemens XIII. Był to przywilej tylko dla Polski, dla ówczesnego Królestwa Polskiego i jednej Konfraterni Najświętszego Serca w Rzymie. W ten sposób Stolica Apostolska odpowiedziała na memoriał biskupów polskich z 1764 r.

    Początku samego kultu Serca Jezusowego można upatrywać wcześniej. Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podkreślał, że pierwszą Jego czcicielką była bez wątpienia Najświętsza Panna. „Dwa te najpiękniejsze Serca – Jezusa i Maryi – biły zawsze zgodnie i najżywiej ze sobą współczuły i w chwilach radości, i w godzinach bólu czy męki” – pisał kard. Wyszyński w 1965 r. Do grona czcicieli Najświętszego Serca Jezusowego należeli m.in. św. Bernard, Bonawentura, Katarzyna ze Sieny, Franciszek Salezy. Najbardziej znaną pozostaje jednak św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690), wizytka z klasztoru w Paray-le-Monial. Obok takich praktyk pobożnych jak pierwsze piątki, Komunia św. wynagradzająca czy „godzina święta” (adoracja przez godzinę Najśw. Sakramentu w nocy z czwartku na pierwszy piątek) – Pan Jezus zlecił jej podjęcie starań o ustanowienie w Kościele święta Jego Serca, w piątek po oktawie Bożego Ciała.

    Na ziemiach polskich Serce Boskiego Zbawcy czczone było jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwszy w świecie podręcznik tego nabożeństwa napisał o. Kacper Drużbicki. Autor książeczki „Ognisko serc – Serce Jezusa” zmarł 13 lat przed objawieniami w Paray-le-Monial. O ustanowienie święta Bożego Serca zabiegali w Stolicy Apostolskiej polscy królowie i biskupi. Dekret z 1765 r. był właśnie odpowiedzią na sławny memoriał polskich biskupów, który podaje historyczny przegląd kultu i uzasadnia wymowę tego nabożeństwa. Prymas Polski abp Ledóchowski poświęcił Najświętszemu Sercu metropolię gnieźnieńską. Nabożeństwem do Serca Jezusowego odznaczali się biskupi Bilczewski i Pelczar, autor dzieł o Najświętszym Sercu i założyciel zgromadzenia sióstr sercanek. Kolejny prymas, kard. Dalbor, w imieniu Episkopatu powierzył Polskę Sercu Zbawiciela i Jego Najświętszej Matce. W 1921 r. jako wotum wdzięczności Sercu Bożemu za odzyskanie niepodległości przez Naród Polski konsekrowano bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. W Poznaniu wzniesiono też pomnik „Sacratissimo Cordi – Polonia Restituta” (został on zburzony w 1940 r.). W 1948 r. biskupi zachęcali wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a trzy lata później Episkopat Polski ogłosił rok poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    „Sam Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Serce spragnione miłości, żądał tego poświęcenia, które ona nazywała prywatnym albo małym w odróżnieniu od publicznego poświęcenia się całych społeczeństw” – przypomnieli biskupi. Praktyka prywatnego poświęcenia się Sercu Pana Jezusa została zapomniana i dopiero po 200 latach, po objawieniach w Paray-le-Monial, przypomniał je papież Pius XI. O osobistym poświęceniu mowa w encyklice „Miserentissimus Redemptor” z roku 1928.

    Polscy biskupi zachęcali do osobistego poświęcenia Sercu Jezusowemu, ale i oddania całych rodzin, co nazywane jest intronizacją Serca Jezusowego w rodzinach. Dopiero zwieńczeniem modlitw prywatnych było wspólne poświęcenie Najświętszemu Sercu Jezusowemu Narodu i Rzeczypospolitej. Nastąpiło to w uroczystość Chrystusa Króla w 1951 r. Akt poświęcenia poprzedził tydzień modlitw do Serca Jezusowego.

    11 czerwca 2021 roku, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie, biskupi polscy zgromadzeni na 389. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski, ponowili Akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Mszy św. przewodniczył abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, który dokonał także ponowienia Aktu. „Powierzamy Ci całe nasze życie osobiste, rodzinne i społeczne, które pragniemy oprzeć na trwałych zasadach Ewangelii. Podobnie jak przed stu laty, w pokorze poświęcamy się Twojemu Najświętszemu Sercu, oddając naszą Ojczyznę w Twoje władanie” – powiedział przewodniczący Episkopatu odczytując Akt.

    Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Znamienny jest też akt oddania całego Kościoła i rodzaju ludzkiego w opiekę Serca Jezusowego, jakiego dokonał 31 grudnia 1899 roku papież Leon XIII. Nowy rys nadał papież Jan Paweł II. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, ustanowił on Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.

    Episkopat.pl

    ***

    Litania do Serca Pana Jezusa

    Ołtarz Najświętszego Serca Jezusowego w bazylice św. Piotra

    Ołtarz Najświętszego Serca Jezusowego w bazylice św. Piotra
     fot. Włodzimierz Rędzioch

    ***

    Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, świątynio Boga, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, źródło życia i świętości, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, zelżywością napełnione, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, włócznią przebite, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K: Jezu cichy i pokornego serca,
    W: Uczyń serca nasze według Serca Twego.

    Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i na chwałę, i zadośćuczynienie, jakie w imieniu grzeszników Ci składa, † daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia, * i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna swego, Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    ***

    Niedziela 29 czerwca

    Uroczystość świętych Piotra i Pawła, którzy są największymi Apostołami, ukazuje wspaniałą jedność Kościoła, którą zbudował Chrystus Pan.

    Uroczystość św. Piotra i Pawła obchodzina jest 29 czerwca.

    święci Piotr i Paweł – El Greco(XVI wiek)

    ***

    Uroczysta Msza św. w kościele św. Piotra o godz. 14.00

    ***

    Uroczystość dwóch największych Apostołów – Piotra i Pawła Kościół obchodzi 29 czerwca. Św. Piotr był uczniem wybranym przez Jezusa do pełnienia posługi prymatu w Kościele. Gorliwość misyjna św. Pawła sprawiła, że bardzo wielu miejscach głosił Ewangelię i zakładał Kościoły. Zyskał miano „Apostoła Narodów”. Obaj przez swoje męczeństwo są związani z Rzymem.

    Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła już od połowy III wieku obchodzona jest wspólnie 29 czerwca. Obaj Apostołowie ponieśli śmierć męczeńską w Rzymie w czasie prześladowania za cesarza Nerona. Piotr zginął około 64 r. Tradycja głosi, że został ukrzyżowany. Apostoł jednak wyznał, że nie jest godny umrzeć jak Jezus. Dlatego też został przybity do krzyża głową w dół. Paweł, przez jakiś czas więziony w Rzymie, został ścięty mieczem około 67 r.

    Posługa apostolska Piotra i Pawła w Rzymie oraz poniesione tam męczeństwo sprawiły, że Kościół Rzymski nabrał kluczowego znaczenia w chrześcijaństwie. Biskup Rzymu, następca św. Piotra oraz spadkobierca tradycji apostolskiej św. Pawła cieszy się pierwszeństwem i władzą biskupią w całym Kościele. Św. Piotr – pierwszy biskup Rzymu – jest uznawany za pierwszego w gronie Apostołów otrzymał od Jezusa specjalną władzę określaną mianem prymatu. Jego następcy, papieże, są obdarzeni łaską nieomylności w oficjalnym i uroczystym nauczaniu całego Kościoła w sprawach wiary i moralności. Sprawują też najwyższą władzę kościelną wynikającą z przywileju prymatu.

    Na znak łączności biskupów ze Stolicą Apostolską w uroczystość św. Piotra i Pawła papież wręcza metropolitom paliusze. Są to koliste wstęgi w kształcie naszyjnika, ozdobione sześcioma krzyżami i wykonane z białej wełny. Baranki, od których pochodzi wełna, zostają pobłogosławione każdego roku 21 stycznia, w dniu św. Agnieszki. Papież nakłada paliusze arcybiskupom metropolitom mianowanym w ostatnim okresie. Paliusze są symbolem władzy, jaką zgodnie z prawem metropolita pozostający w komunii z Kościołem Rzymu obejmuje w swojej metropolii. Arcybiskup metropolita zakłada paliusz tylko na terenie swojej własnej archidiecezji podczas uroczystej liturgii.

    Św. Piotr – pierwotnie Szymon – pochodził z Betsaidy nad Jeziorem Galilejskim. Podobnie jak jego ojciec i brat był rybakiem. Był człowiekiem żonatym, po ślubie mieszkał w Kafarnaum. Być może pierwotnie był uczniem św. Jana Chrzciciela. W chwili powołania Jezus nadał mu nowe imię – Piotr, to znaczy Skała. Jako pierwszy, w imieniu wszystkich Apostołów, uznał w Jezusie Mesjasza. Na pytanie Jezusa: „A wy za kogo mnie uważacie?”, Piotr odpowiedział: „Ty jesteś Mesjasz, syn Boga Żywego”. Wówczas usłyszał: „Ty jesteś Piotr, Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”. Wielokrotnie Ewangelie ukazują szczególną pozycję Piotra w gronie Apostołów. Często wypowiada się w imieniu wszystkich Apostołów, jest świadkiem największych cudów: przemienienia i wskrzeszenia córki Jaira. W tzw. „katalogach Apostołów” (np. Mt 10,1-4) zawsze jest wymieniany na pierwszym miejscu. Często też w Piśmie św. pojawia się zwrot „Piotr i Aposotołowie”, który podkreśla jego szczególną rolę. Po zmartwychwstaniu Jezusa pierwszy z Apostołów wszedł do pustego grobu. Później to jemu właśnie Jezus powiedział „Paś owce, paś baranki moje”, mimo, że gdy Jezus był sądzony i skazany na śmierć, Piotr trzykrotnie się Go zaparł. Te wszystkie świadectwa wskazują na prymat św. Piotra.

    Działalność misyjną Piotr prowadził w Samarii, Liddzie, Jaffie, Cezarei Nadmorskiej. Później wędruje do Antiochii, następnie do Azji Mniejszej a wreszcie Rzymu, gdzie założył gminę chrześcijańską i był jej pierwszym biskupem. Tam podczas prześladowań za cesarza Nerona został aresztowany i poniósł śmierć męczeńską ukrzyżowany głową w dół, prawdopodobnie ok. 64 r. Nad jego grobem w IV w. za czasów Konstantyna Wielkiego wzniesiono kościół, który po różnych przebudowach ostatecznie przybrał postać obecnej Bazyliki św. Piotra. Napisał 2 listy apostolskie, które weszły do kanonu Nowego Testamentu.

    Kult św. Piotra trwa od początków Kościoła. Nad jego grobem zbudowano kościół, który stopniowo przybrał postać Bazyliki św. Piotra. Od 1377 roku przy tej świątyni mieszkają biskupi rzymscy. Obecna świątynia jest dziełem wielkich mistrzów z lat 1506 – 1667. Po podpisaniu między Stolicą Apostolską a Republiką Włoską paktów laterańskich niecałe pół kilometra kwadratowego wokół Bazyliki jest terenem miasta-państwa Watykan. Rocznie miejsce kultu św. Piotra nawiedza blisko 8 milionów pielgrzymów i turystów. Bazylika św. Piotra nie jest jednak katedrą rzymską. Tę honorową rolę pełni Bazylika św. Jana na Lateranie.

    Św. Paweł nosił przed nawróceniem imię Szaweł. Urodził się w Tarsie między 5 a 10 rokiem po Chrystusie. Pochodził z rodziny żydowskiej, posiadał jednak również obywatelstwo rzymskie. Należał do stronnictwa faryzeuszy. Był uczniem jednego z najwybitniejszych nauczycieli żydowskich – Gamaliela. Jako faryzeusz był zaciętym wrogiem Kościoła. Nawrócił się ok. 35 r. w drodze do Damaszku, gdy został powalony na ziemię, ukazał mu się Jezus i usłyszał głos: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?”.

    Po cudownym nawróceniu przez trzy lata przebywał w Damaszku, później na krótko odwiedził Jerozolimę, gdzie spotkał się z innymi Apostołami. Odbył trzy wielkie podróże misyjne, w których dotarł do wielu miast pogańskich w Azji Mniejszej, a nawet Grecji. Z niektórych fragmentów jego listów wynika także, że już po nawróceniu miał doświadczenia mistyczne.

    Z powodu gorliwości apostolskiej jego życie wielokrotnie wystawione było na niebezpieczeństwo. Aresztowany w Jerozolimie w 60 r. spędził najpierw dwa lata w więzieniu w Cezarei, a po odwołaniu się do cezara, został przewieziony do Rzymu. Tam kilka lat spędził w areszcie domowym. Uwolniony z braku dowodów jakiejkolwiek winy odbył prawdopodobnie kolejną podróż do Hiszpanii i na Kretę. Ponownie został aresztowany poniósł w roku 67 śmierć męczeńską. Jako obywatel rzymski nie był torturowany, lecz został ścięty mieczem. Jako datę śmierci Apostoła podaje się 29 czerwca. Już Konstantyn Wielki po roku 330 na miejscu męczeństwa św. Pawła wystawił świątynię. Znajduje się ona już poza murami starożytnego Rzymu i nosi nazwę Bazylika św. Pawła za Murami.

    Św. Paweł pozostawił po sobie 13 listów, które należą do kanonu Pisma św. Dzięki świetnemu wykształceniu potrafił też nawiązać dialog z myślicielami pogańskimi, co stworzyło nowe możliwości ewangelizacji wśród pogan. Jest nazywany Apostołem Narodów.

    e-Kai.pl

    ***

    sobota 28 czerwca

    Msza św. w kościele św. Piotra o godz. 18.00

    w intencji Wspólnoty Żywego Różańca

    spowiedź św. od godz. 17.00

    ***

    Wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny

    W sobotę po uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa obchodzimy wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    To serce tak czyste, tak piękne i dobre, dzieło i radość Trójcy Przenajświętszej. Ojciec znajduje upodobanie w oglądaniu Serca Przenajświętszej Panny Maryi jako arcydzieła swej ręki. Serce Maryi jest dla nas tak czułe, że serca wszystkich matek są przy nim jak sopel lodu. (z Myśli św. Jana Vianney´a – proboszcza z Ars)

    W sobotę po uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa obchodzimy w Kościele wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny.

    Wspomnienie to zostało zapoczątkowane we Francji w XVII w. Propagował je zmarły w 1680 r. św. Jan Eudes. Po poświęceniu świata Sercu Dziewicy Maryi w roku 1942, do papieża Piusa XII napływały liczne prośby, żeby rozszerzył kult do Niepokalanego Serca Maryi, istniejący w niektórych miejscach, na cały Kościół. Pius XII przystał na nie w 1945 r.

    Bezpośrednią okazją do ustanowienia tego wspomnienia było poświęcenie całego rodzaju ludzkiego Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny 8 grudnia 1942 r. przez papieża Piusa XII. Użyte w tytule wspomnienia słowo “serce” nie ma znaczenia poetyckiego, lecz naznaczone jest rozumieniem biblijnym. Oznacza więc ośrodek ludzkiego życia duchowego, uczuciowego i wolitywnego. Serce to życiowa głębia człowieka, to osobowe centrum, to najwłaściwsze miejsce doświadczenia Boga samego. Biblijne znaczenie słowa “serce” jest wręcz nieprzetłumaczalne na języki współczesne, a w Piśmie Świętym wyraża egzystencjalną głębię przyjęcia Słowa Bożego i gotowość jego wypełnienia. W tym kontekście nabierają szczególnego znaczenia słowa stanowiące centrum wspomnienia, a mówiące o zachowywaniu przez Maryję wszystkiego w swoim sercu, co Jezus powiedział (por. Łk 2, 51).

    Serce Maryi

    Prefacja mszalna mówi, że serce Maryi jest mądre, niepokalane, czyli wolne od wszelkiej skazy grzechu, uległe, ponieważ jest oddane w sposób najwierniejszy woli Bożej we wszystkim, nowe, pokorne – naśladuje Chrystusa, który powiedział: “Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem” (Mt 11, 29), proste, wolne od obłudy i pełne Ducha prawdy, czyste i mężne w przyjmowaniu woli Bożej. Niepokalane Serce Maryi jest przede wszystkim przybytkiem Ducha Świętego, z racji Jej Boskiego Macierzyństwa oraz zamieszkania w Jej duszy Ducha Świętego. Przez swoje Niepokalane Serce Maryja zasłużyła sobie na noszenie w swoim dziewiczym łonie Syna Bożego. Serce Maryi zachowywało jak skarb zwiastowanie Anioła Pańskiego o Bożym Macierzyństwie i tego, co miało miejsce w noc betlejemską. Nigdy w ciągu ziemskiego życia Maryja nie zapomniała wydarzeń związanych ze śmiercią swego Syna na Krzyżu i słów, które usłyszała od Niego: “Niewiasto, oto syn Twój” ( por. J 19, 26). W Janie widziała wszystkich ludzi i umiłowała nas w swoim Sercu miłością matki, taką samą miłością jaką kochała Jezusa. Maryja zna dobrze Serce swego Syna i wie, jak do Niego dotrzeć. Dzięki Jej wstawiennictwu nasze prośby docierają do Pana “wcześniej i lepiej” .

    Nasza Matka

    Idźmy tulmy się jak dziatki, do Serca Maryi Matki (…) Idźmy, idźmy ufnym krokiem, z rzewnym sercem, z łzawym okiem, Serce to zna dzieci głos, odwróci bolesny cios. Od naszej Matki Najświętszej płyną potoki łask przebaczenia, miłosierdzia, pomocy w potrzebie. Przez symbol serca czcimy w Maryi Jej najczystszą i doskonałą miłość Boga i Jej macierzyńską miłość do każdego człowieka. W nim znajdujemy schronienie pośród wszystkich trudności i pokus życia oraz bezpieczną drogę, ażeby szybko dojść do Jej Syna.

    Serce Maryi ucieczką naszą

    Nie sposób nie wspomnieć przy tej okazji o Zgromadzeniu Córek Najczystszego Serca Najświętszej Maryi Panny (potocznie zwane Sercankami). To bezhabitowe zgromadzenie zostało założone przez bł. o. Honorata Koźmińskiego. Dom generalny Sióstr Sercanek znajduje się w Nowym Mieście nad Pilicą. W duchowość Sióstr Sercanek wpisane jest wynagrodzenie i zadośćuczynienie za grzechy swoje i innych, za zniewagi, jakimi ludzie obrażają Najświętsze Serce Pana Jezusa i Niepokalane Serce Maryi.

    Małgorzata Zalewska/Tygodnik Niedziela

    ***


    Dwa objawienia, dwie rewolucje. Kult Serc Chrystusa i Jego Matki a rewolucja francuska i bolszewicka

    (oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    Objawienia dotyczące Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi miały miejsce niedługo przed rozpoczęciem politycznych rewolucji na świecie – odpowiednio: francuskiej i bolszewickiej. Można powiedzieć, że widzenia te były „ostatnią szansą” na opamiętanie się; szansą niestety niewykorzystaną.

    Kult Najświętszego Serca Jezusowego szerzył się od czasu, kiedy w latach 1673-1689 Zbawiciel ukazywał się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Niespełna trzy stulecia później – bo w roku 1917 – Maryja objawiła się trójce dzieci z Fatimy. Zarówno Pan Jezus jak i Jego Matka obiecywali ogromne łaski czcicielom Ich Serc.

    Deficyt wiary króla

    Jednak poza wezwaniem do oddawania czci Swojemu Najświętszemu Sercu, Zbawiciel wezwał też króla Francji Ludwika XIV i całą jego rodzinę do poświęcenia się temu Sercu, oddawania mu publicznej czci i zbudowania świątyni mu poświęconej. Chrystus obiecał, że jeśli król i cała Francja wypełni to posłannictwo, to będzie jej błogosławił, a jej wrogów złoży u jej stóp. Kraj ten został zatem obdarzony niezwykłą obietnicą; miał szansę stać się przykładem prawdziwej wiary dla innych narodów; można by rzec „narodem wybranym”.

    Niestety Francuzi odrzucili to wezwanie. Być może po części było to rezultatem panoszącej się tam herezji jansenizmu, której założenia w dużej mierze zbiegały się z kalwinistycznym poglądem na predestynację. Trudno było bowiem głosić przesłanie o Sercu Jezusowym i o tym, że nabożeństwo do niego mogło ocalić świat, skoro janseniści uważali, że wszystko jest z góry zaplanowane, a ludzkie starania nie mają sensu.

    W 1689 r. Małgorzata osobiście udała się do króla Ludwika, który w tym czasie był największym z europejskich monarchów. Niestety Ludwik odmówił poświęcenia siebie i swojej rodziny Najświętszemu Sercu Jezusa; nie chciał też wybudować kaplicy, by temu Sercu oddawano cześć. Ludwik nie uwierzył posłannictwu siostry Małgorzaty myśląc, że przecież gdyby Pan Bóg faktycznie tego od niego chciał, to mógł objawić się mu osobiście. Usprawiedliwiał się też, że gdyby spełnił boskie żądanie, a Francja mimo tego by cierpiała, to zaufanie ludzi do Boga mogłoby być naruszone. To tak jakby on „wiedział lepiej”.

    Nieposłuszeństwo Ludwika przypomina grzech Mojżesza, który chociaż usłyszał boskie polecenie: „Przemów do skały, a ona wyda z siebie wodę” (Lb 20,8), to nie uwierzył, że cud mógłby być aż tak wielki i zamiast tego uderzył skałę laską. Pan Bóg prosił go o niewiele: chciał zamanifestować swoją potęgę, pokazując, że woda może wypłynąć ze skały na same słowa Mojżesza. Ten jednak wolał uderzyć skałę laską, a chociaż wypłynięcie z niej wody wciąż było cudem, to już nie tak wielkim, bo część Izraelitów pomyślała, że pod skałą było ukryte źródło, otwarte poprzez uderzenie. Od Ludwika Pan Bóg również wymagał niewiele, ale ten nie uwierzył autentyczności widzenia św. Małgorzaty i nie spełnił boskiej prośby. Już trzy lata później Ludwik i jego armia ponieśli klęskę w bitwie morskiej pod La Hogue, ulegając wojskom Ligi Augsburskiej, czyli państwom zjednoczonym przeciwko Francji. A to był dopiero początek nieszczęść.

    W 1789 r., czyli równo 100 lat od spotkania siostry Małgorzaty z królem Ludwikiem, we Francji rozpoczęła się rewolucja. Monarchia została obalona; katolicy cierpieli ogromne prześladowania, a nawet rzeź. Rewolucja francuska przyniosła szkody nie tylko dla samej Francji, ale i dla całego świata. Był to początek „rozprawiania się” z monarchią, wprowadzania antyklerykalnych i laickich idei – słowem, zeświecczania społeczeństw wielu narodów. Czy można to nazwać karą za niespełnienie prośby Chrystusa? Nawet jeśli tak tego nie zakwalifikujemy, to na pewno Ludwik XIV odrzucił możliwość posiadania nieporównywalnej pomocy z samego nieba – wsparcia, które mogło ocalić jego następcę i cały kraj.

    Zatrzymać błędy Rosji

    Wydaje się, że tak jak przesłanie Chrystusa do św. Małgorzaty uprzedziło rewolucję francuską, tak samo objawienia Matki Bożej w Fatimie zapowiedziało nadejście rewolucji bolszewickiej. Teraz jednak poświęcenia narodu – już nie Francji, a Rosji – miał dokonać papież w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Matka Boża ukazywała się trójce dzieci – Łucji, Franciszkowi i Hiacyncie – od 13 maja do 13 października 1917 r., wzywając ich do gorliwej modlitwy różańcowej.

    – Odmawiajcie różaniec codziennie, abyście uprosili pokój dla świata i koniec wojny – prosiła Matka Boża. Do samej zaś Łucji powiedziała: – Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.

    Siostra Łucja doznawała widzeń Matki Bożej – a także samego Chrystusa – jeszcze długo po zakończeniu objawień w Fatimie. Ich treść pozostała podobna, a była nią prośba o wprowadzenie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca na cześć Niepokalanego Serca Matki Bożej oraz o konsekrację Rosji właśnie Sercu Maryi. To poświęcenie miało zatrzymać błędy, które Rosja szerzyła na świecie, a pierwszym z nich był bez wątpienia komunizm.

    – Nadszedł czas, kiedy Bóg chce, by ojciec święty w jedności z biskupami z całego świata poświęcił Rosję mojemu Niepokalanemu Sercu. To ją uratuje. Sprawiedliwość Boża potępiła wiele dusz za grzechy popełnione przeciwko mnie, dlatego przychodzę, by prosić o zadośćuczynienie. Poświęć się w tej intencji i módl się – powiedziała Matka Boża, ukazując się siostrze Łucji w 1929 r.

    Rewolucja bolszewicka wywołała wiele szkód – przede wszystkim w Europie, ale nie tylko. To właśnie przez nią na świecie tak bardzo rozprzestrzenił się komunizm – system, który uważał religię za „opium ludu”. Nie trzeba chyba wspominać jak wiele cierpień on spowodował. Rewolucja bolszewicka uderzyła w Kościół, arystokrację i wartość prywatną. To właśnie komunistyczna Rosja wraz z nazistowskimi Niemcami rozpoczęły II wojnę światową, a po jej zakończeniu władze komunistyczne prześladowały i nadal prześladują katolików. Kiedyś miało to miejsce w krajach tzw. bloku wschodniego; teraz – w Chinach, Korei Północnej, Wietnamie czy na Kubie.

    Konsekracji Rosji, o którą prosiła Matka Boża, miał dokonać Ojciec Święty w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Zdaniem siostry Łucji, odbyła się ona dopiero w 1984 r. Jednak część katolików ma wątpliwości, czy prośba Matki Bożej na pewno została wtedy spełniona; ówczesne zawierzenie dotyczyło bowiem całego świata, bez wymienienia Rosji w szczególności. Rosja została jednak wyraźnie wymieniona w konsekracji, której dokonał papież Franciszek w 2022 roku. Można zapytać, czy gdyby poświęcenie Rosji dokonało się wcześniej, to czy może udało by się odwrócić część szkód spowodowanych przez komunizm? Rewolucja wybuchła krótko po objawieniach w Fatimie, bo już w listopadzie 1917 r. Jednak do aktu konsekracji – czy to w 1984 czy też w 2022 roku – minęły całe dziesięciolecia.

    Ratunek w godzinie śmierci

    Nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi są ratunkiem dla grzeszników na godzinę śmierci. Obydwa objawienia zawierają wezwanie do zadośćuczynienia za grzechy i nadzieję na ratunek w godzinie śmierci. Niedługo po objawieniach nastąpiły rewolucje i wojny, a zatem śmierć była powszechnym i dużym zagrożeniem. Przesłania Chrystusa i Matki Bożej można zatem traktować jako zachętę do uporządkowania swojego życia duchowego i zawiązania bliskiej relacji z Nimi, co – zgodnie z obietnicami – będzie ogromną pomocą w godzinie śmierci.

    – Obiecuję w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że Jego Miłość wszechpotężna udzieli wszystkim, którzy komunikować będą przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu, łaski pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych i że Moje Serce będzie dla nich bezpieczną ucieczką w ostatniej godzinie ich życia – powiedział Zbawiciel do siostry Małgorzaty Marii Alacoque.

    Chrystus poprosił również o ustanowienie specjalnego święta ku czci Jego Serca na piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała. – Dlatego żądam, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony, jako osobne święto na uczczenie Mojego Serca i wynagrodzenia mi przez Komunię Świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję, gdy wystawiony Jestem na ołtarzach. W zamian za to obiecuję ci, że Serce Moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do rozszerzenia Jego święta.

    Matka Boża prosiła zaś o ustanowienie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca.

    – Córko moja – powiedziała do siostry Łucji – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    Do wypełnienia warunków nabożeństw pierwszych piątków i pierwszych sobót miesiąca trzeba być w stanie łaski uświęcającej, czyli wolnym od jakiegokolwiek grzechu ciężkiego (do spowiedzi można przystąpić wcześniej) i przyjąć Komunię św. W pierwsze soboty należy również odmówić pięć tajemnic Różańca św. oraz rozważać treść tajemnic różańcowych przez 15 minut. Ważne jest, aby spowiedź i Komunia św. były uczynione w intencji wynagrodzenia. Intencja ta nie musi być jednak jasno wypowiadana co miesiąc, ale wystarczy intencja habitualna, czyli przyjęta raz i nigdy nie odwołana – jest nią po prostu raz powzięte postanowienie przystępowania do spowiedzi i Komunii św. pierwszopiątkowej i pierwszosobotniej w intencją wynagrodzenia.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    (teksty objawień za: fatima.pl, pl.aleteia.org, sluzebniczki.pl, fronda.pl)

    ***

    27 CZERWCA 2025

    Różaniec, odnowa moralna, triumf Kościoła nad Kulturkampfem. 148 lat temu rozpoczęły się objawienia w Gietrzwałdzie

    (fot. Wikipedia/Bogitor)

    ***

    27 czerwca 1877 roku rozpoczęła się seria widzeń Najświętszej Mayi Panny w warmińskim Gietrzwałdzie dwóch polskich nastolatek – Justyny Szafryńskiej i Barbary Samulowskiej. To wydarzenie miało olbrzymie znaczenie dla wiary i życia społecznego Polaków na Warmii, a później w całym kraju. Dziś przypada jego 148 rocznica.

    Objawień Matki Bożej dwie wizjonerki doświadczały w sumie 160 razy. W ich trakcie Maryja przedstawiła się dziewczynkom, jako „Najświętsza Panna Maryja niepokalanie poczęta!”. Kluczowe znacznie dla utwierdzenia polskości na Warmii miał fakt, że w trakcie widzeń Justyna Szafryńska i Barbara Samulowska słyszały głos w rodzimym języku.

    Przesłanie Najświętszej Panny, przekazane polskim dziewczętom, skupiało się na wezwaniu do gorliwej modlitwy różańcowej, wstrzymania się od spożycia alkoholu i traktowało o przyszłych losach Kościoła, szczególnie lokalnego. Nie brak było zapowiedzi dotyczących odrodzenia osieroconych parafii, czy przyszłości doznających trudności grup wiernych. Najświętsza Panna zapowiedziała również, że Ojciec święty Pius IX doczeka się jeszcze triumfu Kościoła świętego oraz, że Kościół w Polsce dozna oswobodzenia z prześladowań zaborców.

    Z tego względu władze zaborcze wrogo odnosiły się do widzeń i pielgrzymek Polaków, którzy zaczęli przybywać do Gietrzwałdu z modlitwą. „Miejscowa administracja, prasa niemiecka i częściowo duchowieństwo, uznały je za manifestację polityczną, za polską demonstrację narodową, za oszustwo i zabobon, rzekomo niebezpieczny dla państwa, postępu i pokoju społecznego. W stosunku do pielgrzymów polskich, do kapłanów Polaków, przede wszystkim do miejscowego proboszcza ks. Augustyna Weichsla, wymierzono różne kary: z osadzaniem w więzieniu, nakładaniem grzywien i zawieszaniem w możliwościach wypełniania posługi duszpasterskiej”, czytamy na stronie sanktuariummaryjne.pl.

    W odpowiedzi na wydarzenia i wzrastające zainteresowanie wiernych, biskup warmiński, Niemiec Filip Krementz, poddał zachowanie wizjonerek rzetelnemu sprawdzeniu i delegował do zbadania sprawy księży kanoników, sam również goszczą w Gietrzwałdzie.

    Po latach proboszcz gietrzwałdzkiego Kościoła, wywodzący się z niemieckiej rodziny ks. Augustyn Weichsl, zaznaczał, że w skutek objawień odnotowano olbrzymi wzrost pobożności lokalnej, modlitwy różańcowej i poprawę życia moralnego. Wiele osób podjęło również życie zakonne.

    Z powodu uznania i wsparcia dla objawień księdza proboszcza Weichsla spotkały prześladowania niemieckich władz. Był kilkakrotnie aresztowany i sądzony za propagowanie kultu maryjnego.

    PCh24.plźródło: sanktuariummaryjne.pl
    FA

    ***

    Gietrzwałd: Mocna odpowiedź Maryi na herezję i grzech

    (oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    Najświętsza Panna ukazująca się prostym warmińskim dziewczynkom – Justynie Szafryńskiej i Barbarze Samulowskiej – oprócz okazania swym ziemskim dzieciom wielu wyrazów miłości, twardo potępiła herezję i grzech, przekazując jednocześnie stanowcze upomnienia i przestrogi, które i dla nas, ludzi “nowoczesnych” powinny być cennymi drogowskazami na drodze do Nieba. Czego zatem wymaga od nas Matka Boża?

    8 września Kościół Katolicki wspomina Matkę Bożą Gietrzwałdzką. Tym samym nadarza się doskonała okazja, by pochylić się nad jedynymi w Polsce uznanymi przez Watykan objawieniami Maryjnymi, jakie dokonały się pomiędzy 27 czerwca a 16 września 1877 roku.

    Maryja przeciwko hedonizmowi

    Jednym z najistotniejszych punktów przesłania z Gietrzwałdu jest konieczność trwania w łasce uświęcającej i nieustanne praktykowanie cnót. Matka Najświętsza z bólem spoglądała na obecną wówczas na ziemi warmińskiej rozwiązłość. XIX – wieczna skala zepsucia nie dorównywała jednak degeneracji, jaką możemy obserwować dziś. Zło w biały dzień wypełza na ulice siejąc zgorszenie, niestety również w Polsce. Co zaskakujące, wielu katolików toleruje ten proceder, czasem nawet go wspiera. Uważają oni bowiem, że Kościół Katolicki się myli, powinien zmienić swoje nauczanie i dostosować je do dzisiejszych czasów. Świat, jeśli już poważnie rozważa istnienie Boga, próbuje Mu przypisywać daleko idącą pobłażliwość, tak wielką, iż pojęcie grzechu staje się niejako puste, pozbawione znaczenia i jakiegokolwiek odzwierciedlenia w rzeczywistości. Objawienia gietrzwałdzkie, podobnie, jak Pismo Święte i Tradycja, miażdżą ten mit, co warto przypominać w dzisiejszych czasach zamętu.

    Zdarzył się też wypadek, że żądano przez trzecią osobę będącą w Gietrzwałdzie, ażeby dzieci zapytały się Matki Bożej, czy osoba pewna może przyjść do zdrowia. Odpowiedziała Najświętsza Panna, że: może, skoro ktoś z rodziny przestanie pić! Tymczasem według wiadomości ludzkiej nikt w tej rodzinie nie pił, później jednak, gdy przesłano tę odpowiedź Matki Bożej zdumionej rodzinie, winowajczyni istotna, która dotychczas starannie umiała się ukrywać ze swoim nałogiem, przyznała się doń otwarcie i odtąd sumienną poczęła czynić pokutę.

    Skoro więc już “ciche” i niezauważalne nadużywanie alkoholu jest przyczyną innych, poważniejszych kłopotów ludzkich, a także Bożego rozczarowania, to jak tragiczne w swych skutkach musi być dzisiejsze pijaństwo, np. podczas imprez, kiedy to młodzież wprowadza się w tak głębokie upojenie, iż nie jest w stanie zająć pozycji innej niż leżąca. W Polsce na alkohol wydajemy rocznie ponad 40 miliardów złotych. Uzależnienie od alkoholu, które zwalczać chce Maryja, jest wielkim czynnikiem niszczącym nasze społeczeństwo. Jest on przyczyną niewypowiedzianego cierpienia i wstydu, jak również najrozmaitszych chorób ciała, umysłu, a nawet duszy.

    Piekła nie ma?

    “Wszyscy zostaną zbawieni a piekło to tylko średniowieczny wymysł kleru!” – oto, jak współcześnie spogląda się na fundamentalne kwestie eschatologiczne. Prawda jednak leży zgoła gdzie indziej. Piekło istnieje i mówi o tym sam Chrystus: Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. (Mt 10, 28)

    Z herezją o nieistnieniu piekła rozprawia się i Maryja w Gietrzwałdzie: na zapytanie dziewcząt, czemu teraz ludzie tak często krzywo czyli fałszywie przysięgają, odebrały odpowiedź, że krzywoprzysięzca już jest oddany diabłu, który jako „głodny lew“ szuka ludzi, aby ich pożarł; krzywoprzysięzca już jest potępionym.

    Najświętsza Panna jasno określiła, iż grzechy, takie, jak np. “szkaradny nałóg nieczystości cielesnej”, alkoholizm, czy kłamstwo przynoszą człowiekowi zgubę. Na pytanie o losy ludzi uporczywie trwających w rozpuście Matka Boża odpowiedziała: “Będą ukarani…” Tym samym potwierdza Ona słowa z Biblii: Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. (1 Kor 6, 9 – 10)

    Módlcie się nieustannie…

    Sednem wizji gietrzwałdzkich była niewątpliwie zachęta do modlitwy, zwłaszcza różańcowej. […] na  takie wezwanie zaiste cała Polska powinna by się wpisać do Różańca, a przynajmniej zobowiązać się do jego odmawiania. Nie powinno się znaleźć jednej duszy, która by się usuwała od tego. Nie bylibyśmy tej Matki dziećmi prawymi, gdybyśmy Jej rady i żądania nie spełnili. Nie zasłużylibyśmy się nazwać dobrymi Katolickiego Kościoła synami, gdybyśmy tego jednego przez Jego Opiekunkę wskazanego ratunku udzielić mu zaniechali. Nie okazalibyśmy się dobrymi tego kraju dziećmi, gdybyśmy zostali nieczułymi na jego widok i niedbałymi w niesieniu pomocy, na jaką zdobyć się możemy – mówił rok po zakończeniu objawień bł. o. Honorat Koźmiński.

    Na przekazywane przez dziewczynki pytania i prośby wiernych, Maryja odpowiadała obietnicą, że tylko dzięki modlitwie chorzy wyzdrowieją, dusze z czyśćca szybciej będą mogły oglądać Boga, prześladowania Kościoła ustaną, a liczba powołań kapłańskich wzrośnie. Zarówno na początku, jak i na końcu objawień Matka Boża prosiła, byśmy codziennie z gorliwością odmawiali Różaniec. Bardzo zależało Jej, by ludzie przeżyli prawdziwe nawrócenie, “metanoję”.

    Apel ten znalazł w polskim społeczeństwie głęboki odzew – organizowano wielkie pielgrzymki do Gietrzwałdu, pątnicy modlili się razem, padali krzyżem, wylewali łzy i ubolewali nad swymi grzechami masowo się spowiadając. Tego nam dzisiaj bardzo brakuje.

    Modlitwa, tak ważna w kontekście wiecznych losów duszy, jest dziś często spychana na dalszy plan. Praca, podróże, nauka – to wszystko okazuje się być ważniejsze od spotkania z Bogiem. Jeszcze na początku lat 90-tych XX wieku do kościoła uczęszczało prawie 70% społeczeństwa. Obecnie niedzielnej Mszy Świętej słucha niespełna 40% Polaków. To smutna statystyka. Pokazuje zatrważające tempo laicyzacji i odejścia od wiary. Na szczęście w naszym kraju znajdziemy sporo osób wiernych Bogu, które z chęcią wypełniają wolę Nieba chwytając za Różaniec – są to np. Wojownicy Maryi, albo grupy skupione wokół Nowenny Pompejańskiej.

    Warto wspomnieć, że wyżej od Różańca Maryja stawia Mszę Świętą, jako najdoskonalszą formę modlitwy, a także najskuteczniejszy środek pomocy duszom czyśćcowym. Wszelkie nasze prośby i błagania powinny być ogarnięte ciszą i skupieniem. Matka Boża zaleciła także, aby przy modlitwie osobistej pozostawać w pozycji klęczącej, która najpełniej wyraża ideę wpatrywania się w Boży majestat. Ciekawym jest też fakt, że Najświętsza Panna nie chciała udzielić błogosławieństwa tym, którzy przybyli na miejsce objawień jedynie w celu podziwiania cudów i doświadczenia tzw. “adrenaliny duchowej” nie okazując przy tym szacunku wobec Sacrum i traktując je instrumentalnie. Maryja błogosławiła za to osobom pokornym, szczerze żałującym za grzechy i cichym.

    Nadzieja dla Polski

    Orędzie z Gietrzwałdu nie dodaje do naszej wiary żadnych nowości, ani jej nie uzupełnia – ono w przepiękny sposób potwierdza wszystko, czego Kościół od zawsze nauczał. Jest to przypomnienie, byśmy w czasach zamętu nie oddalili się od Boga, wytrwałej modlitwy i Jego przykazań, a tym samym uniknęli narodowego upadku. To niezwykłe wydarzenie pozwala głębiej uwierzyć w stałą opiekę Bożą nad Ojczyzną i dostrzec jej ogromne znaczenie w dziejach Narodu.

    Pamiętajmy, że mimo zauważalnych błędów i występków, Chrystus dostrzega w Polsce potencjał, co zdradza św. Faustynie: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje. (Dz. 1732)

    W ostatnim objawieniu Matka Boża przemówiła do ludu polskiego tymi słowami: Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę przy was. Obietnice z Nieba są nieodwołalne, a Maryja jest z nami i dzisiaj. Ufajmy zatem, iż Najjaśniejsza Rzeczpospolita niebawem zostanie uzdrowiona z chorób, które ją toczą, a idąc śladami Najświętszej Dziewicy, na zawsze pozostanie wierna Bożemu Prawu.

    Zofia Michałowicz/PCh24.pl

    ***

    Dobrze przy tej okazji jest przypomnieć słowa upomnienia Najświętszej Maryi Panny skierowane do Narodu Polskiego poprzez objawienia polskiej mistyczce Wandzie Malczewskiej w latach 1871–1872. Tekst tych napomnień został wydrukowany przez wydawnictwo Księży Pallotynów w Warszawie 1932 r. pod tytułem „Wizje przepowiednie upomnienia” i mają kościelną aprobatę przez tzw. “Imprimatur” (bp. Kazimierz Tomczak 12.12.1931).

    Polski Narodzie, Jam cię ukochała,
    Z niewoli wrogów zewnętrznych wyrwała,
    Wolność wróciłam, ale nie swawolę,
    Wewnątrz niezgoda gotuje niewolę.
    Chcesz być szczęśliwy, kochany narodzie,
    Pracuj, oszczędzaj i żyj w bratniej zgodzie,
    Unikaj kłótni, strzeż się partyjności,
    Zachowaj zgodę przy Boskiej miłości”.

    ***

    Pamiętaj o wielkiej sile Spowiedzi Świętej. Nie daj się zniechęcić! (okiem młodych)

    (fot. AdobeStock.com)

    ***

    Idziesz do konfesjonału?! Zwariowałeś?! Spowiedź to tylko formalność dla katolików, którzy grzeszą, ale wcale się zmieniają! Jest środkiem kontroli, aby religia utrzymywała władzę nad wiernymi. To przestarzały rytuał rodem z ciemnogrodu! Konfesjonał jest pełen hipokryzji, ludzie udają, że są lepsi, niż naprawdę. Do spowiedzi idą tylko słabe jednostki, dające sobą manipulować. Masz zamiar sprzedawać swoją prywatność jakiemuś facetowi w sukience? – tak oto nowoczesny, “oświecony” świat spogląda na Sakrament Spowiedzi. Czy istnieje uzasadnienie dla, jakże dziś popularnego, czarnego PR-u konfesjonałów? Sprawdźmy, jaka jest prawda.

    Pismo Święte i Tradycja Apostolska uczą, iż jednym z największych przymiotów Boga jest Miłosierdzie. Bóg, który jest Miłością, wzrusza się do głębi widząc nędzę grzesznika, dlatego w Swej dobroci odpuszcza mu grzechy i pociąga go ku Sobie dając mu życie wieczne. Daru zbawienia można doświadczyć właśnie dzięki odpuszczeniu grzechów.

    Kapłańska władza “kluczy”

    Niechaj nikt nie mówi: zgrzeszyłem w skrytości i Bóg sam jeden wie o tym, Jemu się też samemu przyznam. Inaczej, na próżno byłyby dane klucze Kościołowi – pisze św. Augustyn z Hippony. Kościół Katolicki w swym Katechizmie jednoznacznie wyjaśnia: Chrystus po swoim zmartwychwstaniu posłał Apostołów, by w Jego imię głosili „nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom” (Łk 24, 47). Apostołowie i ich następcy pełnią tę „posługę jednania” (2 Kor 5,18), nie tylko głosząc ludziom przebaczenie Boże wysłużone nam przez Chrystusa i wzywając ich do nawrócenia i wiary, lecz także udzielając im odpuszczenia grzechów przez chrzest oraz jednając ich z Bogiem i z Kościołem dzięki władzy „kluczy” otrzymanej od Chrystusa: Kościół otrzymał klucze Królestwa niebieskiego, by dokonywało się w nim odpuszczenie grzechów przez Krew Chrystusa i działanie Ducha Świętego. Dusza, która umarła z powodu grzechu, zostaje ożywiona w Kościele, by żyć z Chrystusem, którego łaska nas zbawiła. (KKK 981)

    Grzechy odpuścić może człowiekowi jedynie Bóg, tylko On ma bowiem taką władzę. Zechciał jednak owej mocy udzielić kapłanom: Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. W piękny sposób pisze o tym św. Jan Chryzostom: Kapłani otrzymali władzę, jakiej Bóg nie dał ani aniołom, ani archaniołom… Bóg potwierdza w górze to wszystko, co kapłani czynią na ziemi.

    Czy spowiedź jest nam potrzebna?

    Biorąc pod uwagę autorytet Pisma Świętego i Tradycji, nie można mieć wątpliwości co do słuszności, konieczności i ważności posługi spowiedników, którym sam Bóg powierzył tę niezwykłą misję. Kościół Święty, świadom powagi rzeczy, na Soborze Laterańskim IV w 1215 r. zaliczył Spowiedź co najmniej raz w roku do obowiązków wynikających z Przykazań Kościelnych. Spójrzmy zatem uważniej na głębię Spowiedzi jako Sakramentu – widocznego znaku działania Łaski Bożej.

    Przyjęcie Bożego miłosierdzia w konfesjonale wymaga od człowieka uznania swoich win. Jednak Katechizm przypomina, iż Sakrament Spowiedzi polega nie tylko na oskarżaniu samego siebie przed kapłanem, co oczywiście jest bardzo istotne, ale stanowi również ścieżkę nawrócenia, pokuty, przebaczenia i pojednania. Jego celem jest “zmartwychwstanie duchowe”, przywrócenie człowiekowi Łaski Bożej, godności dziecka Bożego i zjednoczenie w przyjaźni ze Stwórcą. Skutkiem Spowiedzi jest również komunia z całym Kościołem – wszystkimi braćmi i siostrami w Chrystusie. Po wyspowiadaniu się człowiek godzi się z samym sobą i odrzuca ciężar grzechu, który oddzielał go od jego prawdziwej tożsamości, od człowieczeństwa i świętości. Szczera Spowiedź skruszonego penitenta staje się dla niego wielką pociechą duchową przynoszącą “pokój i pogodę sumienia”. Istotą Spowiedzi jest jednak przede wszystkim wybór drogi prowadzącej do życia. Grzesznik, który z wiarą przystępuje do Trybunału Miłosierdzia, poddaje się Bożemu osądowi już tu na Ziemi i niejako uprzedza czekający go na końcu życia ziemskiego sąd Boży. Katechizm, za św. Janem Ewangelistą, wskazuje nawet, iż dzięki Spowiedzi i pokucie człowiek „nie idzie na sąd” (J 5,24).

    Nie bójmy się być kochani!

    Spowiedź jest Sakramentem, którego najbardziej się obawiamy. Niemal każdego penitenta dopada strach przed duchownym zasiadającym w konfesjonale wywołany wstydem z powodu popełnionych grzechów. Zadajemy sobie pytanie, co spowiednik sobie o nas pomyśli, czy na pewno nikomu nie wyjawi naszych tajemnic lub nas srodze nie upomni. Obawy te są naturalne, jesteśmy ludźmi, znamy słabość naszej natury, dlatego też mamy powody, by powątpiewać w stałość cnót drugiego człowieka. Należy jednak przezwyciężyć lęk i zaufać Bogu, który ustanowił spowiedź dla naszego zbawienia. Dobrze jest pamiętać, że to sam Chrystus czeka na nas w konfesjonale – kapłan jest jedynie szafarzem Miłosierdzia, narzędziem w Boskich rękach.

    Kapłan, kiedy Mnie zastępuje, to nie on działa, ale Ja przez niego; życzenia jego są życzeniami Moimi. […] Pragnę, żebyś była wobec zastępcy Mojego tak szczera i prosta jak dziecko – mówi Chrystus św. Faustynie.

    Niezwykle poruszające fakty na temat istoty Spowiedzi Pan Bóg zdradził mistyczce Catalinie Rivas. Oto fragmenty opisu jej wizji:

    Widziałam, jak młoda kobieta siedziała podczas spowiedzi, jednak nie przed księdzem, a przed samym Jezusem. Nie widziałam księdza; to Jezus zajął Jego miejsce. Nasz Pan siedział bokiem do mnie, opierając brodę na dłoniach splecionych jak do modlitwy, i słuchał uważnie. […] po prawej stronie Jezusa i spowiadającej się kobiety, dostrzegłam Dziewicę Maryję […] Dwa bardzo wysokie anioły stały i każdy trzymając w dłoni włócznię, badawczo obserwowały otoczenie […] Były czujne i uważne, jakby strzegły Najświętszej Panny, która trwała stojąc z dłońmi złożonymi do modlitwy i patrzyła ku niebu, a anioły tymczasem wydawały się strzec całego miejsca. […] W pewnym momencie Jezus podniósł rękę, zatrzymując dłoń w pewnej odległości od głowy młodej kobiety. Jego cała ręka była pełna światła, od którego odchodziły złote promienie, okrywając kobietę największą wspaniałością i przemieniając ją. Zobaczyłam, jak stopniowo zmieniała się jej twarz, jak gdyby ktoś zdejmował z niej maskę… Widziałam, jak wcześniejsza harda twarz zmienia się w twarz inną, szlachetniejszą, słodszą i spokojniejszą. W chwili, kiedy Jezus udzielał rozgrzeszenia, Najświętsza Dziewica uklękła i pochyliła głowę, a wszystkie istoty, które były wokół niej, zrobiły tak samo. Jezus wstał, zbliżył się do kobiety i dopiero wtedy zobaczyłam księdza siedzącego tam, gdzie wcześniej był Jezus. Pan objął młodą kobietę i pocałował ją w policzek. Następnie obrócił się, objął księdza i jego również pocałował w policzek. W tej chwili wszystko wypełniło się intensywnym światłem, które, jak gdyby wznosząc się do sufitu, zniknęło w tym samym czasie, co moja wizja i znowu patrzyłam na znajdującą się przede mną ścianę. […]

    “Ojciec kłamstwa” nie daje za wygraną

    Watykan zachęca księży, aby ich zachowanie podczas posługi spowiedzi przypominało postawę miłosiernego ojca z przypowieści o synu marnotrawnym –  aby byli otwarci na wszystkich i wielkoduszni w udzielaniu Bożego przebaczenia. Jednak lewicowa propaganda widzi w takich wskazówkach nawoływanie księży do bycia “terapeutą”, a nie spowiednikiem. Spowiedź jest dla przeciwników Kościoła jednym ze sposobów przekazywania i utrwalania “toksycznych treści katolickiego nauczania”. Niektóre antyklerykalne portale często zamieszczają artykuły oczerniające sakrament Spowiedzi: Opowiadam się za zniesieniem spowiedzi, bo niczego dobrego nie wnosi, a ma bardzo dużo negatywnych skutków psychologicznych u najmłodszych. (…) Spowiedź z jednej strony wyrywa dzieci z dzieciństwa, a z drugiej utrzymuje dorosłych ludzi w stanie wiecznej niedojrzałości – możemy przeczytać w wywodach byłego księdza opublikowanych na portalu NaTematSpowiedź jest trywializowania, sprowadzana do rangi luźnej pogawędki: jedni wolą psychoterapeutę, inni spowiednika, do którego przychodzą, żeby pogadać i się poradzić… Z kolei oko.press stawia tezę, że “spowiedź dziecka jest źródłem cierpienia”, zaś pisząca o tym Sakramencie aktywistka LGBT nazywa ją “aktem wymuszania poczucia winy”.

    W tego typu artykułach ubolewa się nawet nad tym, że konfesjonał wymaga uklęknięcia, tak jakby zapomniano, że w Spowiedzi penitent ze skruchą wyznaje swoje grzechy przed samym Bogiem! Publikacje te pozwalają poznać smutną prawdę o tym, jak współcześnie postrzegana jest spowiedź  – nie jako spotkanie z żywym Bogiem, lecz jako przykry obowiązek wynikający ze “staroświeckich” tradycji. Dlaczego spowiedź tak bardzo przeszkadza wrogom Kościoła?

    Najsilniejszy egzorcyzm

    Mistyczka Catalina Rivas w następujący sposób relacjonuje swoje wizje dotyczące działania złego ducha zmierzające do tego, aby człowiek nie przystąpił do konfesjonału lub był nieodpowiednio przygotowany do Spowiedzi z powodu pokus i rozproszeń: […]nagle znalazłam się w kościele, przed grupą ludzi czekających w kolejce do spowiedzi. Moim oczom ukazało się wiele cieni, postaci o ludzkich ciałach i zwierzęcych głowach. Były one w trakcie łapania na lasso pewnego człowieka idącego do spowiedzi. Istoty zarzucały i okręcały sznury wokół jego szyi i czoła, jednocześnie szepcząc mu coś do ucha.

    Egzorcyści twierdzą, iż Sakrament Pokuty i Pojednania skuteczniej pozbawia szatana władzy nad duszami niż klasycznie pojmowane egzorcyzmy. O. Gabriele Amorth jest zdania, iż obrzędy te wydzierają szatanowi jedynie ludzkie ciało, podczas gdy dobrze odbyta Spowiedź skutecznie uwalnia z diabelskich szponów nieśmiertelną duszę.

    Z kolei ks. Piotr Glas, znany polski rekolekcjonista i autor książek niejednokrotnie podkreślał, że do wyspowiadanych grzechów szatan nie ma dostępu i nie może nas już za nie oskarżać, są one bowiem zgładzone przez Baranka, do którego je zanieśliśmy.

    Siła spowiedzi Świętej jest niezwykle potężna – dzięki niej ludzie wychodzą ze zniewoleń i nałogów, a osiągnięta w konfesjonale przyjaźń z Miłosiernym Ojcem owocuje poukładaniem relacji w rodzinie i uzdrowieniem życia zawodowego. Przede wszystkim Spowiedź daje możliwość przyjęcia najcenniejszego Daru – Komunii Świętej, która w sposób najdoskonalszy jednoczy z Chrystusem. Ważne, by przystępować do Spowiedzi regularnie, praktykując np. nabożeństwo Pierwszych Piątków Miesiąca, które, oprócz “standardowych” korzyści sakramentalnych, pozwalają na szczególne uczczenie Najświętszego Serca Jezusowego i wynagrodzenie Mu za zniewagi i bluźnierstwa.

    Zofia Michałowicz/PCh24.pl

    W ramach cyklu [OKIEM MŁODYCH] prezentujemy materiały młodych Autorów przygotowane dla PCh24.pl

    źródła:

    Katechizm Kościoła Katolickiego

    ks. Tomasz Lewicki – Ewangelia Miłosierdzia. Orędzie Jezusa w przekazie Łukaszowym, Studia Płockie tom XXXVIII/2010

    Catalina Rivas – Tajemnica Spowiedzi i Mszy Świętej, Wyd. Vox Domini, Katowice 2019

    https://natemat.pl/466772,byly-ksiadz-nie-ma-watpliwosci-spowiedz-dzieci-jest-szkodliwa-wywiad – dostęp 01.08.2023

    https://oko.press/spowiedz-dziecka-jako-zrodlo-cierpien-polowa-z-nas-sie-bala-i-wstydzila-sondaz – dostęp 01.08.2023

    św. Faustyna Kowalska – Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej

    ***

    piątek 27 czerwca

    Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Msza św. w sali parafialnej kościoła św. Piotra o godz. 19.00

    Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    w tym czasie – możliwość spowiedź św. i na zakończenie adoracji – nabożeństwo czerwcowe

    ***

    Najważniejsze Serce świata

    Począwszy od duchowych doświadczeń św. Małgorzaty Marii Alacoque, głęboko związanych z doznanymi objawieniami Najświętszego Serca Pana Jezusa, stojących u podstaw Jego kultu, katolicy praktykują najpierw osobiste, a potem także wspólnotowe i publiczne akty poświęcenia. Możemy je zauważyć w wędrówce duchowej wielu świętych w XVIII i XIX wieku, dla których stały się niejako programem życia i działania.

    Adobe Stock

    ***

    Szczególnym przełomem w praktykowaniu tych aktów było zalecenie publicznego odmawiania Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, które wydał papież Leon XIII w encyklice Annum sacrum (25 maja 1899 r.). Powód zalecenia tego aktu całemu Kościołowi i jego odmawiania „w głównym kościele wszystkich stolic i miast” był bardzo osobisty. Papież chciał w ten sposób dziękować Bogu „za uwolnienie od niebezpiecznej choroby i zachowanie przy życiu”. Stopniowo ten akt zaczął się przyjmować w Kościele w wersji wspólnotowej, by stać się manifestacją kultu Najświętszego Serca Jezusowego i zawartego w nim przesłania duchowego, kościelnego i społecznego. Do jego utrwalenia przyczynił się następnie papież Pius XI, nadając odpusty jego publicznemu odmówieniu, a kolejni papieże potwierdzili zarówno znaczenie tej pobożnej praktyki, jak i odpusty z nią związane. Dzisiaj także łączy się z tym aktem odpust zupełny, gdy jest on odmawiany publicznie.

    Aby zrozumieć sens tego aktu i jego uprzywilejowane znaczenie, trzeba mieć na względzie jego genezę i rolę, którą odgrywał i odgrywa w Kościele. Chociaż został on zalecony po raz pierwszy w Kościele przez Leona XIII z racji niejako prywatnych, to jednak nie odzwierciedla tylko osobistych przekonań papieża, ale wyrasta z głębokiej teologii Najświętszego Serca Pana Jezusa, która została wypracowana w XVIII i XIX wieku. Łączy ona w sobie tajemnicę wcielenia Syna Bożego i Jego zbawczej ofiary na krzyżu, która niejako streszcza się w słowie miłość, a jej symbolicznym wyrazem jest serce. Od samego początku więc Serce Jezusa jest syntezą dzieła zbawczego.

    W tym kulcie jest obecny jednak także drugi aspekt, którym są jego konsekwencje duchowe i moralne – zarówno indywidualne, jak i społeczne. Od wierzącego domaga się on zatem odpowiadania osobistą miłością na miłość Chrystusa, a od wspólnoty wierzących – chrześcijańskiego kształtowania życia społecznego, a nawet politycznego. Dlatego już w XIX wieku zwrócono uwagę na społeczne królowanie Chrystusa, którego wymóg rodzi się z kultu Jego Serca. Począwszy od papieża bł. Piusa IX, o tych konsekwencjach społecznych mówi się coraz więcej. Papież św. Paweł VI, wychodząc od Najświętszego Serca Pana Jezusa, zaproponował Kościołowi budowanie „cywilizacji miłości”, a św. Jan Paweł II poszerzył tę koncepcję, proponując „cywilizację miłości i prawdy”. Dobrze to odpowiada dzisiejszej sytuacji duchowej świata, który potrzebuje odnaleźć na nowo i odbudować podstawowe znaczenie prawdy i miłości w życiu osobistym, społecznym, politycznym itd.

    Dlaczego więc publiczne, czyli właściwie wspólnotowe odmawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?

    Ta praktyka kościelna podkreśla przede wszystkim, że kult Najświętszego Serca Jezusowego nie jest jedynie wyrazem jakieś pobożności czysto wewnętrznej i indywidualistycznej, by nie powiedzieć – pietystycznej, ale jest kultem doniosłym społecznie, jak społeczny charakter miało dzieło zbawcze Chrystusa, gdy zakorzeniało się w Jego Sercu. Wyraża się w nim jasno świadomość, że wiara chrześcijańska ma charakter kościelny: jest pierwotnie „wiarą Kościoła”, w której potem osobiście uczestniczy każdy wierzący. Jako wiara eklezjalna ma ona także kształtować życie wspólnotowe w jego wielu aspektach.

    Kult Najświętszego Serca ma następnie charakter wynagradzający i ekspiacyjny. Akt, o którym mówimy, został zalecony także jako akt ekspiacyjny, szczególnie za grzechy raniące życie społeczne, takie jak: zaniedbania w wychowaniu, lekceważenie czystości, bluźnierstwa, żądza posiadania, niewiara, ateizm, odrzucanie Boga w kulturze i polityce, lekceważenie władzy itd. Grzechy publiczne domagają się również publicznego zadośćuczynienia. Zwracała na to uwagę już św. Małgorzata Maria Alacoque.

    Publiczne odmawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa ma następnie na celu podkreślenie, że objawiona przez Niego miłość jest najwyższą zasadą życia społecznego i politycznego. Wszyscy papieże XX wieku, podobnie jak to uczyniono w dokumentach II Soboru Watykańskiego, stale powracają do tego pryncypium, usiłując do niego przekonać zarówno chrześcijan, jak i wszystkich ludzi dobrej woli. Publiczne powtarzanie tego aktu ma za zadanie utrwalać to przekonanie o zasadniczym znaczeniu dla całej ludzkości, aby w oparciu o nie dokonywać przemiany relacji międzyludzkich i kształtować nowy styl życia.

    Trzeba także pamiętać, że papież Pius XI złączył odmawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa ze świętem Chrystusa jako Króla Wszechświata. Chciał w ten sposób nie tylko połączyć ze sobą te dwa rodzaje kultu, ale także jeszcze mocniej podkreślić społeczne znaczenie Jezusa Chrystusa i Jego zbawczej miłości dla przyszłości człowieka, która będzie rzeczywiście otwarta, jeśli zostanie złączona z Jego obecnością i Jego panowaniem. Trafnie zwracają na to uwagę rozwijające się obecnie rozmaite ruchy intronizacyjne, które łączą się z kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Publiczne odnawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa jest niejako syntetycznym potwierdzeniem tych głębokich treści obecnych w Jego kulcie. Na pewno powinny one zostać wydobyte, aby dokonywać przemiany życia społecznego, której dzisiaj tak bardzo potrzeba – ze względu zarówno na dzisiejszą sytuację duchową, jak i na dalszy rozwój życia wspólnoty ludzkiej. Odpust związany z tym aktem stanowi niewątpliwie zachętę do jego odmawiania, ale przede wszystkim odpust – ten wielki duchowy dar – dokonuje odnowy wewnętrznej człowieka, gdyż uwalnia go od skutków grzechu i przyczynia się do tego, że człowiek w nowy sposób może także wcielać w życie to, co jest zawarte w przesłaniu, z którego ten akt wyrasta i które nadal propaguje.

    Ks. Janusz Królikowski/Tygodnik Niedziela

     

    ***

    Jak Kościół czcił Eucharystyczne Serce Jezusa? Zapomniane święto, które porusza serca

    Eucharistic Adoration

    Stock Studio 4477 | Shutterstock

    ***

    Ta mała, biała Hostia jest posłuszna dłoniom prezbitera. Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia przemienia się w żywego Jezusa. Rozumiecie to? Serce Jezusa tak nas ukochało, że za każdym razem podczas mszy św. ożywa i umiera! W rozmowie z Aleteią o. Mariusz Balcerak, jezuita, wicepostulator procesu o. Józefa Andrasza, krakowskiego spowiednika św. s. Faustyny, mówi o święcie Eucharystycznego Serca Jezusa.

    Niemal nieznane święto – Eucharystyczne Serce Jezusa

    Aleteia: Poszukując informacji o Słudze Bożym, o. Józefie Andraszu w starych księgach, natrafił ojciec na ślady wyjątkowego święta – Eucharystycznego Serca Pana Jezusa. W internecie niemal nic nie można o nim znaleźć… 

    O. Mariusz Balcerak SJ: Rzeczywiście, w starych księgach odnalazłem wiele wiadomości o święcie, o którym chyba większość z nas nie słyszała. Kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa to połączenie kultu Eucharystii i Najświętszego Serca Pana Jezusa. 

    W 1878 r. papież Leon XIII potwierdził, że nie sposób jest oderwać od siebie obu tych kultów, a papież Benedykt XV w 1921 r. zatwierdził formularz mszalny o Eucharystycznym Sercu Jezusowym. To on także zapoczątkował liturgiczne wspomnienie w czwartek, kończący oktawę Bożego Ciała. Natomiast papież Pius XII w encyklice Haurietis aquas (Zaczerpnijcie wody) z 1956 r. napisał, że „trudno byłoby zrozumieć moc tej miłości, która kazała Chrystusowi stać się naszym duchowym pokarmem, jeśli nie pielęgnowalibyśmy w sposób szczególny kultu Eucharystycznego Serca Jezusowego. Ten kult jest zaproszeniem, byśmy coraz bardziej odkrywali tajemnicę miłości Chrystusa do nas. Jak widzimy kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa jest ważny dla Kościoła.

    Decyzje papieży stanowią zwieńczenie rozważań o Eucharystycznym Sercu Jezusa, które rozpoczęto dużo wcześniej… 

    Już blisko 300 lat przed decyzjami papieży wierni mieli pewne intuicje. Pionierami byli przedstawiciele szkoły duchowości zwanej École Française reprezentowanej przez Pierre de Bérulle (1575-1629) oraz Charlesa de Condren (1588-1641). Zwrócili oni uwagę na Jezusa Chrystusa w Hostii, który jest zarazem kapłanem i ofiarą, złożoną Ojcu na krzyżu – i uobecnianą w każdej mszy św. To rozumienie prowadzi nas w kierunku przebitego Serca Jezusa, które zdecydowało się podjąć tę ofiarę. 

    Z kolei Jean-Jacques Olier  (1608-1652) zwracał uwagę na to, że podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, Chrystus staje przed człowiekiem w postawie całkowitego wyniszczenia się z miłości do Ojca i do stworzenia. To pierwszy moment, w którym podkreśla się, że wyniszczenie następuje nie tylko na poziomie ciała, ale też serca – czyli rezygnacji z własnej woli i pragnień po to, żeby spełnić wolę Ojca. Warto też wspomnieć św. Jana Eudesa (1601-1680), który łączy kult Serca Jezusa i Maryi z Eucharystią – szczególnie czczoną podczas mszy św.

    Objawienia Najświętszego Serca Jezusa

    I tu przychodzi czas na wspomnienie słynnych objawień św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690)?

    Tak. Św. Małgorzata doświadczyła około osiemdziesięciu objawień Serca Jezusowego, które – mówiąc w ogromnym skrócie – zmierzały do ustanowienia święta ku czci Serca Jezusowego, komunii św. wynagradzającej  i uroczystemu wynagradzaniu Chrystusowi, odmawianemu przed Najświętszym Sakramentem. 

    Jednak wciąż nie wspomniano tu o Eucharystycznym Sercu Jezusa, chociaż te powiązania  były jednoznaczne… 

    Tak. Pierwszy raz tego określenia użył Jean Paul Salut w dziele wydanym w latach 1701-1703, zgłębiając chwałę Serca Pana Jezusa w Eucharystii, a potem w 1706 r. Antoine Ginther, zgłębiając miłość Serca Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Widać więc tu wyraźnie, że duchowość Eucharystycznego Serca Jezusa rozwija się po rewolucji francuskiej, która przyniosła ogromne zniszczenie moralne i duchowe. 

    Co ciekawe, w latach 50. i 60. XIX w.  pojawiło się sporo zgromadzeń męskich i żeńskich, które nawiązują w swoim charyzmacie do Najświętszego Serca i do adoracji Najświętszego Sakramentu, często w duchu wynagrodzenia. 

    Dokładnie. Należy tu wspomnieć św. Piotra Julian Eymarda (1811-1868), który założył Zgromadzenie Księży Najświętszego Sakramentu i Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Sakramentu.  W tym czasie także świeccy zakładali stowarzyszenia i bractwa, szerzące kult Eucharystycznego Serca Boga, które jest obecne w Najświętszym Sakramencie. Papież Pius IX udzielił w 1868 r. trzem francuskim biskupom zgody na używanie inwokacji „Sercu Eucharystycznemu Jezusa należy się w każdej chwili cześć, uwielbienie, miłość i dziękczynienie we wszystkich tabernakulach świata aż do skończenia wieków”. W zbiorze odpustów, związanych z modlitwami do Eucharystycznego Serca Jezusa, papież Leon XIII w 1787 r. bardzo mocno łączył Serca Jezusa z sakramentem ołtarza. A w 1903 r. wyniesiono w Rzymie Bractwo Eucharystyczne Serca Jezusowego do poziomu arcybractwa. Pius X wzbogacił kult do Eucharystycznego Serca Jezusa licznymi odpustami. Kult Eucharystycznego Serca Jezusa rozwijał się dość mocno w zgromadzeniach redemptorystów oraz sercanów. 

    Różnice

    Czym różni się kult Serca Jezusa od kultu Eucharystycznego Serca Jezusa? 

    Serce Eucharystyczne jest tym samym, co Serce Jezusa – z uwydatnieniem prawdy, że żyje Ono w świętych postaciach eucharystycznych. Równocześnie zwraca się uwagę, że jest to Serce, które tak ukochało człowieka, że stało się dla niego darem w Eucharystii. To właśnie podkreślali papieże Pius XI i Pius XII. A dziś, dzięki nauce, wiemy o tym jeszcze dużo, dużo więcej. 

    Idąc dalej: odpowiedź na Pani pytanie przynosi wspominania już encyklika Haurietis aquas, w której Pius XII nie mówi, że kult Eucharystycznego Serca Jezusa jest czymś innym od kultu Serca Jezusowego. Chodzi w nim raczej – jak podkreślają teologowie – o oddawanie czci Sercu Jezusa  w odniesieniu do Eucharystii, z wdzięcznością za Jej ustanowienie i zachowanie do końca świata. Chodzi tu także o miłość Jezusa, która jest żywa w Jego Sercu i w Eucharystii. I myślę, że to akcent, który dziś może dać nam nowe impulsy do przeżywania adoracji Najświętszego Sakramentu, Jego uwielbiania i wynagradzania Mu za zniewagi. 

    Kult Eucharystycznego Serca Jezusa u o. Andrasza

    A jak wyglądał kult Eucharystycznego Serca Jezusa u Sługi Bożego o. Józefa Andrasza, spowiednika św. s. Faustyny?

    O. Andrasz napisał w latach trzydziestych XX w. niewielką książeczkę „Westchnienia i modlitwy do Eucharystycznego Serca Jezusa”. Podjął się w niej wyjaśnienia  teologicznego, jak rozumieć i przeżywać nabożeństwo do Niego. Wskazał na spójność kultu Eucharystii z kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Spisał także akty strzeliste, litanię, akt oddania się i modlitwę o uproszenie poprawy życia u Eucharystycznego Sercu Jezusa. Przygotowując proces beatyfikacyjny o. Andrasza odkrywam, że Eucharystyczny Kult Serca Jezusowego był u niego czymś niesamowitym. Myślę, że o. Andrasz, którego ludzie postrzegali jako odprawiającego mszę św. godnie i z pobożnością, doskonale rozumiał, że po konsekracji dokonuje się naprawdę coś mistycznego. Na ołtarzu pojawia się Bóg, który z miłości do człowieka zgadza się umrzeć za nas, aby nas zbawić. Jezus robi to ofiarnie, wie, że w ten sposób wznawia swą mękę; męczy się w agonii, aby pokazać człowiekowi jak bardzo nas umiłował. Po sposobie, w jaki o. Józef to opisuje w ,,Westchnieniach’’ mam takie wrażenie, że sam duchowo to przeżywał.

    Cuda eucharystyczne

    Wspomina ojciec o współczesnych badaniach naukowych, które rzucają jeszcze mocniejsze światło na te tajemnice. W jaki dokładnie sposób? 

    We wszystkich zbadanych cudach eucharystycznych, począwszy od Lanciano we Włoszech (VII w.) a na cudach w Buenos Aires (1996  r.), Sokółce (2008 r.) i Legnicy (2013 r.) kończąc, odkryto, że jest to prawdziwe ludzkie ciało z konkretnym DNA i prawdziwa ludzka krew grupy AB. Zbadano, że jest to dokładnie fragment mięśnia ludzkiego serca, odpowiedzialny za jego skurcze. W mięśniu sercowym znajduje się wiele białek, które wniknęły w tkankę – co oznacza, że w chwili pobierania wycinka serce żyło i cierpiało.

    Cud w Lanciano przebadał w latach 1970–1971 profesor Odoardo Linoli. Cud w Buenos Aires badało dr Frederick Zugibe, patolog z Rockland County w stanie Nowy York. Cud w Sokółce został poddany dwóm niezależnym analizom. Cud w Legnicy przebadała m.in. naukowiec Barbara Engel – lekarz kardiolog, ordynator Oddziału Kardiologicznego w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Legnicy, która jest członkiem komisji diecezjalnej. Wszyscy naukowcy przed badaniem nie wiedzieli, skąd pochodzą próbki. 

    Ojcze Mariuszu, jakie z tego płyną wnioski? 

    Warto uświadomić sobie, że próbki do analizy medycznej były w każdym z tych przypadków pobierane w momencie, gdy serce znajdowało się w procesie przedśmiertelnym – oznacza to, że Eucharystia to Serce Jezusa w agonii. W niekończącej się fazie umierania – tak jakby resztkami sił, jeszcze żyło i chciało wyrazić miłość do swego Ojca: Zobacz Abba, to z miłości do Ciebie i do człowieka. Proszę, zrozumieć: Jezus w każdej konsekrowanej Hostii jest obecny ze swoim przebitym Sercem! Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia – mocą Ducha Świętego – przemienia się w żywego Jezusa. Od tego momentu żywy Chrystus staje się obecny na ołtarzu podczas mszy św., podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu, gdy przebywa ukryty w tabernakulum i wtedy doświadcza nieustannej agonii.

    Kult Eucharystycznego Serca Jezusa, który rozwijał się od XVI w. oznacza, że mistycy, o których rozmawialiśmy, odkrywali tę duchową głębię, którą dziś potwierdzają niezależni naukowcy: w Eucharystii znajduje się żyjąca tkanka Serca Jezusa. To Serce Jezusa bije na ołtarzach całego świata z miłości do nas; to Serce ożywa i umiera, ożywa i umiera. I finalnie daje nam się spożyć. 

    Spróbujmy to sobie uświadamiać, gdy przyjmujemy Najświętszy Sakrament. 

    Dorota Niedźwiecka/Aleteia.pl


    czwartek 19 czerwca

    Msza święta w kaplicy Jezusa Miłosiernego o godz. 19.00

    ***

    fot. cathopic.com

    ***

    Modlitwa uwielbienia Hostii Świętej

    Dwie modlitwy uwielbienia Hostii Świętej, które w “Dzienniczku” zapisała św. s. Faustyna Kowalska.


    Hostio św., w której zawarty jest testament miłosierdzia Bożego dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte jest Ciało i Krew Pana Jezusa, jako dowód nieskończonego miłosierdzia ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.

    Hostio św., w której jest życie wiekuiste i nieskończonego miłosierdzia, nam obficie udzielane, a szczególnie biednym grzesznikom.

    Hostio św., w której zawarte jest miłosierdzie Ojca, Syna i ducha Świętego ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.

    Hostio św., w której zawarta jest nieskończona cena miłosierdzia, która wypłaci wszystkie długi nasze, a szczególnie biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte jest źródło wody żywej, tryskającej z nieskończonego
    miłosierdzia dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarty jest ogień najczystszej miłości, który płonie z łona Ojca Przedwiecznego, jako z przepaści nieskończonego miłosierdzia dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte jest lekarstwo na wszystkie niemoce nasze, płynące z nieskończonego miłosierdzia, jako z krynicy, dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarta jest łączność pomiędzy Bogiem a nami, przez nieskończone miłosierdzie dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte są wszystkie uczucia najsłodszego Serca Jezusowego ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród ciemności i burz wewnętrznych i zewnętrznych.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna w życiu i śmierci godzinie.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród niepowodzeń i zwątpienia toni.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród fałszu i zdrad.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród ciemności i bezbożności, która zalewa ziemię.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród tęsknoty i bólu, w którym nas nikt nie zrozumie.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród znoju i szarzyzny życia codziennego.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród zniszczenia naszych nadziei i usiłowań.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród pocisków nieprzyjacielskich i wysiłków piekła.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy ciężkości przechodzić będą siły moje, gdy ujrzę wysiłki swoje bezskuteczne.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy burze miotają mym sercem, a duch strwożony chylić się będzie ku zwątpieniu.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy serce moje drżeć będzie – i śmiertelny pot zrosi nam czoło.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy wszystko sprzysięże się przeciw mnie i rozpacz czarna wciskać się będzie do duszy.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy wzrok mój gasnąć będzie na wszystko, co doczesne, a duch mój po raz pierwszy ujrzy światy nieznane.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy prace moje będą przechodzić siły moje, a niepowodzenie będzie stałym udziałem moim.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy spełnienie cnoty trudnym mi się wyda i natura buntować się będzie.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy ciosy nieprzyjacielskie wymierzone przeciw mnie będą.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy trudy i wysiłki potępione przez ludzi będą.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy zabrzmią sady Twoje nade mną, wtenczas ufam morzu
    miłosierdzia Twego.

    (Dz 356)



    Jestem Hostią w Twym ręku,
    O Jezu, Stwórco mój i Panie,
    Cicha, ukryta, bez krasy i wdzięku,
    Bo cała piękność mej duszy we wnętrzu odbita została.
    Jestem hostią w Twym ręku, o Boski Kapłanie,
    Czyń ze mną, co Tobie się podoba.
    Jestem cała zdana na wolę Twą, Panie,
    Bo ona jest mej duszy rozkosz i ozdoba.
    Jestem w Twym ręku, o Boże, jak hostia biała,
    Błagam, przeistocz mnie sam w siebie,
    Niech [będę] ukryta w Tobie cała,
    Zamknięta w Twym miłosiernym Sercu jak w niebie.
    Jestem w Tym ręku jako hostia, o wiekuisty Kapłanie,
    Niechaj opłatek ciała mego kryje mnie przed okiem ludzkim,
    Niech tylko Twoje oko mierzy mą miłość i oddanie,
    Bo moje serce zawsze jest złączone z Twym Sercem Boskim.
    Jestem w Twym ręku, o Boski Pośredniku, jako hostia ofiarna
    I płonę na ołtarzu całopalenia,
    (22) Zmielona i starta cierpieniem jak pszeniczne ziarna,
    A to wszystko dla Twojej chwały, dla dusz zbawienia.
    Jestem hostią, która przebywa w tabernakulum Serca Twego,
    Idę przez życie w miłości Twej zatopiona
    I nie lękam się na świecie niczego,
    Boś Ty mi sam – tarcza, moc i obrona.
    Jestem hostią złożoną na ołtarzu Serca Twego,
    By płonąć ogniem miłości przez wieki całe,
    Bo wiem, żeś mnie wywyższył jedynie z miłosierdzia swego,
    A więc wszystkie dary i łaski obracam na Twoją chwałę.
    Jestem hostią w Twym ręku, o Sędzio i Zbawicielu,
    W ostatniej życia mego godzinie,
    Niech wszechmoc Twej łaski doprowadzi mnie do celu,
    Niechaj Twa litość nad naczyniem miłosierdzia zasłynie.

    (Dz 1629)

    ***

    Ołtarze na Boże Ciało to nieodłączny element Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa to święto nakazane, co oznacza, że wszyscy wierni tego dnia zobowiązani są uczestniczyć we Mszy świętej. Ponadto jest to święto ruchome – przypada 60 dni do Wielkanocy, w pierwszy czwartek po uroczystości Trójcy Świętej.

    Boże Ciało to jedna z najważniejszych kościelnych uroczystości. To właśnie tego dnia mamy niepowtarzalną okazję, by celebrować swoją wiarę, by wyjść na ulice miasta i dać świadectwo. Ma ona charakter radosny i dziękczynny. Podczas procesji wierni sypią kwiaty, po których przechodzi celebrans trzymający Najświętszy Sakrament. Śpiewane są pieśni dziękczynne o Ciele i Krwi Chrystusa, a także Suplikacje.

    fot. Dulce María/Cathopic

    ***

    Boże Ciało. Święto, którego brakowało samemu Chrystusowi

    Kluczowe dla ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, były wizje bł. Julianny z Retine, w czasie których Jezus wyznał, że w roku liturgicznym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii.

    Pierwsze obchody odbywały się w Krakowie

    Wszystkie starożytne święta w Kościele są związane ze wspomnieniem konkretnego wydarzenia z historii zbawienia.

    Dopiero późne średniowiecze wprowadza do kalendarza liturgicznego tzw. święta idei, a więc uroczystości, w których czcimy Boga, w jakimś Jego przymiocie, czy tajemnicy: Uroczystość Trójcy Świętej, Uroczystość Najświętszego Serca Pan Jezusa a nade wszystko Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, tradycyjnie nazywana Bożym Ciałem.

    Oczywiście święto nie rozpowszechniło się w Kościele od razu, ale już od XIV wieku było obchodzone we Francji, Niemczech, Hiszpanii i Polsce. Boże Ciało w Polsce obchodzono po raz pierwszy w diecezji krakowskiej w 1320 roku. Dopiero 100 lat później święto obowiązywało we wszystkich diecezjach polskich. Od XV wieku uroczystości towarzyszyła jedna procesja eucharystyczna w mieście.

    Ułożenie oficjum (formularz Mszy Świętej i Liturgia Godzin) tej uroczystości wiązano z osobą św. Tomasza z Akwinu, nie jest to jednak pewne. Najprawdopodobniejsze jest autorstwo Akwinaty sekwencji Lauda Sion, która nie została włączona do nowego Mszału. Formularz z Mszału potrydenckiego został przeniesiony do Mszału Pawła VI z 1970 roku, jednakże została zmieniona nazwa święta na: uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi sollemnitas).

    Z pragnienia adoracji

    Na powstanie święta Bożego Ciała złożyło się wiele okoliczności. Pierwszą z nich jest paradoksalna sytuacja, która ma swoje początki pod koniec I tysiąclecia, a apogeum osiąga na przełomie XI-XII w., w której wraz z niebywałym rozwojem kultu eucharystycznego praktycznie zanika wśród wiernych przystępowanie do Komunii świętej.

    Na kolejnych synodach i soborach wydaje się dekrety ograniczające możliwość przystępowania do komunii dla wiernych, do tego stopnia, że później trzeba wręcz przykazaniem – zachowanym do dnia dzisiejszego – nakazywać wiernym, żeby przynajmniej raz w roku w okresie wielkanocnym do komunii jednak przystąpili (dekret Soboru Laterańskiego IV z 1215 r.). Skoro – rodziło się to z takiego formy pobożności i doświadczenia niegodności – wierni w średniowieczu rzadko przystępowali do Komunii świętej, to rodziło się w nich pragnienie oglądania (adorowania) Hostii, którą zaczęto wystawiać w monstrancjach. Do liturgii zostało wprowadzone podniesienie Hostii i Kielicha, aby wierni mogli patrzeć na Ciało i Krew Pana, skoro nie mogli ich spożyć. Zaczynają się pojawiać procesje eucharystyczne.

    Wizje bł. Julianny z Retine

    Równocześnie w tym czasie pojawiły się herezje negujące realną obecność Chrystusa w Eucharystii, co Kościół musiał skutecznie potępić. Najważniejszym jednak wydarzeniem były wizje bł. Julianny z Retine (koło Liège) żyjącej w XIII wieku. Miała ona widzieć jasną tarczę księżyca z jedną ciemną sferą. Świecąca tarcza księżyca miała symbolizować blask wszystkich uroczystości kalendarza liturgicznego, zaś ta jedna ciemna sfera symbolizowała brak jednego święta.

    Julianna usłyszała w czasie tej wizji od Chrystusa, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii. Julianna, która tę wizję miała w wieku zaledwie 16 lat, ujawniła jej treść znacznie później. Wtedy komisja teologiczna, w skład której wchodził także archidiakon Jakub Pantaleone (późniejszy Urban IV) stwierdziła, że takie święto nie sprzeciwia się prawdom wiary, a wręcz przeciwnie, dopełnia kult Eucharystii w Kościele.

    Niezwykły cud eucharystyczny

    W 1246 roku biskup Robert de Thourotte ustanowił święto Bożego Ciała, które pierwotnie odnosiło się tylko do diecezji Liège, a które było obchodzone w czwartek po uroczystości Trójcy Świętej. Kiedy Jakub Pantaleone został papieżem, jako Urban IV bullą Transiturus de hoc Mundo ustanowił dla całego Kościoła uroczystość Najświętszego Ciała Pana naszego Jezusa Chrystusa. Prawdopodobnie miał na to wpływ także cud eucharystyczny, który miał miejsce w Bolsena w 1263 roku. Papież Urban przebywający wtedy w Orvieto miał zobaczyć korporał splamiony krwią spływającą z hostii. Celami tego święta było przeproszenie za zniewagi Najświętszego Sakramentu, przeciwstawienie się herezjom oraz uczczenie ustanowienia Eucharystii.

    ks. Krzysztof Porosło/Stacja7.pl

    ***

    “Dla zmysłów niepojęte”. Historia Bożego Ciała i słynnego hymnu

    fot. Jacob Bentzinger/Unsplash

    ***

    W jednym czasie i w jednym miejscu spotkały się trzy osoby. Gdyby nie ten przypadek, historia święta Bożego Ciała byłaby zupełnie inna.

    Miejsce akcji: Bolsena, Orvieto

    Oba miasteczka znajdują się jakieś 100 kilometrów na północ od Rzymu. Bolsena rozciąga się nad brzegiem pięknego powulkanicznego jeziora. Orvieto, Urb vetus, Stare Miasto, wznosi się na tufowym klifie z daleka widocznym, gdy w stronę Rzymu jedziemy Autostradą Słońca z Florencji. 

    W XIII wieku Bolsena przyciąga pielgrzymów za sprawą grobu św. Krystyny. Córka – prawdopodobnie – prefekta Bolseny zginęła śmiercią męczeńską podczas prześladowań za czasów Dioklecjana, dziewięć wieków wcześniej. Jej kult jest wciąż żywy. 

    Odległość między Bolseną i Orvieto to zaledwie 12 kilometrów najkrótszą ścieżką. Ta odległość ma znaczenie, stanie się trasą pierwszej w historii procesji Bożego Ciała.

    Czas akcji: 1263

    Są to burzliwe czasy dla papiestwa. Rezydencją papieży stało się Orvieto. Przeniósł się tu Aleksander IV, a było to wynikiem zatargu z królem Sycylii Manfredem – przywódcą stronnictwa Gibellinów, walczących z papiestwem. Kiedy Manfred zdobył poparcie rzymian, którzy wybrali go senatorem, Aleksander IV musiał uciekać z Rzymu. Schronienie znalazł w jednej z rezydencji w trudnym do zdobycia dzięki naturalnemu położeniu Orvieto, podobnie jak jego następca, papież Urban IV.

    Bohaterowie

    Urban IV

    Zanim został papieżem, Jakub Pantaleon, Francuz z pochodzenia, pełnił funkcję archidiakona między innymi w Liege. To tam zetknął się z objawieniami prywatnymi augustianki, Julianny z Mont Cornillon. Twierdziła, że Jezus przykazał jej starania o ustanowienie święta ku czci swojego Ciała i Krwi. Pod wpływem tych objawień, od 1247 roku w Liege istniało już lokalne święto Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Propagatorem kultu eucharystycznego i wprowadzenia takiego święta do kalendarza liturgicznego był sam kardynał Jakub. Podobnie jak ona, był przekonany o prawdziwości słów Jezusa: “A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Był przekonany o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii.

    Tomasz z Akwinu

    Od dwóch lat w klasztorze dominikanów w Orvieto przebywa 39-letni Tomasz z Akwinu, ceniony już teolog i filozof. Po powrocie z Paryża, gdzie zdobywa wykształcenie i sławę, przyjmuje powierzone mu przez władze zakonne zadanie prowadzenia stałej formacji dla dominikanów posługujących w Orvieto. Jednocześnie przygotowuje kolejne głośne dzieła, między innymi Summę contra gentiles

    Piotr z Pragi

    Dużo o nim nie wiemy. Był Niemcem, podróżował z Francji do Rzymu. Zatrzymał się na szlaku pątniczym w Bolsenie, by u grobu św. Krystyny odprawić Mszę św. Wszystko wskazuje na to, że powątpiewał w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. 

    Kwestia ta jest żywo dyskutowana przez teologów. Poszukuje swojego sformułowania, uzasadnienia, zrozumienia, definicji. Pół wieku wcześniej Sobór Laterański IV sformułował taką oto prawdę o Eucharystii, a zwłaszcza o jej kluczowym momencie, przeistoczeniu, transsubstancjacji: Jeden jest przeto powszechny Kościół, zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew.

    Darmo wzrok to widzieć chce

    Podczas każdej Mszy św. kapłan powtarza słowa Jezusa z Ostatniej Wieczerzy: “To jest Ciało moje”. Na patenie jest chleb, biała hostia. Czy rzeczywiście w chwili wypowiadania tych słów chleb staje się ciałem? Przecież żadnej zmiany nie widać. Wzrok wciąż widzi chleb. Widzieć Ciało Chrystusa w tym chlebie pozwala wiara. A może naiwność?

    Z tymi wahaniami od miesięcy targającymi myśli, Piotr z Pragi rozpoczyna w krypcie św. Krystyny sprawowanie Mszy św.

    Słowem więc Wcielone słowo
    Chleb zamienia w Ciało swe

    I wtedy, gdy Piotr odprawia Mszę św., podczas transsubstancjacji, przeistoczenia, dzieje się cud. Na jego słowa “To jest Ciało moje” na hostii pojawia się krew. Jej stróżki wsiąkają w korporał, barwiąc go na czerwono, krew wsiąka w kamienną podłogę. Struktura części chleba przypominała partykułę prawdziwego ludzkiego ciała. 

    O wydarzeniu natychmiast robi się głośno. Piotr postanawia udać się do papieża. 

    Co dla zmysłów niepojęte

    Wszystko, co dzieje się później, jest wynikiem tego, że w Orvieto w tym samym czasie przebywają trzy osoby: Jakub Laodejski – papież Urban IV, Tomasz z Akwinu i Piotr z Pragi, chcący wszystko opowiedzieć papieżowi.

    Papież wysłuchuje jego bezpośredniej relacji. Prawdopodobnie o wydarzeniach w Bolsenie zdążył się już dowiedzieć, teraz przyszedł czas na wiarygodną weryfikację pogłosek. Papież wysyła do Bolseny biskupa Orvieto, by ten z kolei na miejscu zbadał hostię i zakrwawiony korporał. 

    Urban IV wie o obecności w Orvieto zyskującego uznanie Tomasza z Akwinu. Niedaleko przebywa również pochodzący z niedalekiego Bagnoregio franciszkanin, Bonawentura. Obu przyszłych wielkich świętych i doktorów Kościoła postanawia zaangażować w zbadanie niewytłumaczalnego zjawiska. Zresztą nie tylko. Zostaną zaangażowani w przygotowanie liturgii święta, które obchodzimy po dziś dzień.

    Hołd po wszystkie nieśmy dni

    To podobno oni, dominikanin, Doktor Anielski, i franciszkanin, Doktor Seraficki, szli na czele procesji z Bolseny do Orvieto, podczas której przeniesiono cudownie zmienioną hostię, Najświętszy Sakrament. Dwunastokilometrowa procesja napotkała na Moście Słońca nieopodal Orvieto samego papieża, który oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi i sam przeniósł Hostię do katedry.

    Dla Tomasza, przyszłego świętego i doktora Kościoła, był to moment istotny. Wkrótce światło dzienne ujrzy jego Suma Teologiczna, w której zawrze swe sformułowanie prawdy o transubstancjacji, wyrażenie jej w kategoriach pojęciowych, filozoficzno-teologicznych. To, co stało się w Bolsenie, jeszcze bardziej uwydatniło to, co jest cudem podczas każdej Mszy świętej, nawet jeśli fizycznie nadal nic się nie zmienia.

    Kilka lat później w Sumie Teologicznej Tomasz napisze: Zmysły nie mogą stwierdzić obecności prawdziwego Ciała i Krwi Chrystusa w sakramencie Eucharystii. O tej obecności mówi nam jedynie wiara w oparciu o Boże świadectwo. Nawiązując do słów Pana: “To jest Ciało moje, które za was będzie wydane”, Cyryl mówi: “Nie wątp w prawdziwość słów Zbawiciela, ale raczej przyjmij je z wiarą. On nie kłamie, wszak sam jest Prawdą”

    Sław języku tajemnicę

    Już rok później, w 1264 roku, po raz pierwszy pod przewodnictwem papieża odbyły się uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Dekret wydał w ten sprawie Urban IV, który zlecił ponadto Tomaszowi i Bonawenturze przygotowanie całej liturgii. Tej liturgii, którą sprawujemy po dziś dzień w czwartek Bożego Ciała, a której oryginalne części wciąż funkcjonują, nawet jeśli przez wieki jej forma ewoluowała.

    To wtedy, w 1264 roku, św. Tomasz z Akwinu, napisał słynny hymn, w całości śpiewany w Wielki Czwartek oraz w uroczystość Bożego Ciała, a powszechnie znany w swej ostatniej części, bo wyśpiewywany przy okazji wystawienia Najświętszego Sakramentu. Hymn, którego nawet polskie, czasem zawodne, tłumaczenie, pokazuje kunszt i geniusz Tomasza, który w literackiej formie, w rytmicznych wersach i rymach potrafił sformułować teologię przeistoczenia:

    Sław języku tajemnicę
    Ciała i najdroższej Krwi,
    którą jako Łask Krynicę
    wylał w czasie ziemskich dni,
    Ten, co Matkę miał Dziewicę,
    Król narodów godzien czci.

    Z Panny czystej narodzony,
    posłan zbawić ludzki ród,
    gdy po świecie na wsze strony
    ziarno słowa rzucił w lud,
    wtedy cudem niezgłębionym
    zamknął Swej pielgrzymki trud.

    W noc ostatnią, przy Wieczerzy,
    z tymi, których braćmi zwał,
    pełniąc wszystko jak należy,
    czego przepis prawny chciał,
    sam Dwunastu się powierzył,
    i za pokarm z Rąk Swych dał.

    Słowem więc Wcielone Słowo
    chleb zamienia w Ciało Swe,
    wino Krwią jest Chrystusową,
    darmo wzrok to widzieć chce.
    Tylko wiara Bożą mową
    pewność o tym w serca śle.

    Przed tak wielkim Sakramentem
    upadajmy wszyscy wraz,
    niech przed Nowym Testamentem
    starych praw ustąpi czas.
    Co dla zmysłów niepojęte,
    niech dopełni wiara w nas.

    Bogu Ojcu i Synowi
    hołd po wszystkie nieśmy dni.
    Niech podaje wiek wiekowi
    hymn triumfu, dzięki, czci,
    a równemu Im Duchowi niechaj wieczna chwała brzmi.

    ks. Przemysław Śliwiński/Stacja 7.pl

    ***

    Słowa Księdza Arcybiskupa Adriana Galbasa SAC, które powiedział dziś w Boże Ciało podczas procesji w Warszawie:

    „W każdej Mszy Świętej Bóg się z nami sprzymierza”

    “Niech nasze życie będzie jak złocista monstrancja, która ukazuje innym Chrystusa” – mówił metropolita warszawski abp Adrian Galbas na zakończenie centralnej procesji Bożego Ciała, która przeszła ulicami Warszawy.

    fot. Wojciech Łączyński – ARCHIDIECEZJA WARSZAWSKA

    ***

    Centralne uroczystości Bożego Ciała w Warszawie rozpoczęły się Mszą świętą sprawowaną w archikatedrze warszawskiej pod przewodnictwem metropolity warszawskiego. Po Liturgii wyruszyła uroczysta procesja Eucharystyczna do czterech ołtarzy, która zakończyła się na placu Piłsudskiego.

    Na zakończenie uroczystości abp Adrian Galbas wygłosił homilię poświęconą Eucharystii jako sakramentowi nowego przymierza. Duchowny przypomniał, że Bóg zawarł ze swoim ludem nowe przymierze nie krwią cielców, jak na Synaju, ale poprzez Ofiarę Syna Bożego. „To jest Krew moja, nowego i wiecznego przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów – cytował słowa Jezusa wypowiadane w czasie każdej Eucharystii.

    W każdej mszy świętej Bóg się z nami sprzymierza, „przymierza” się do nas, do ludzi, i do każdego z osobna – podkreślił metropolita. Zaznaczył jednak, że przymierze wymaga odpowiedzi człowieka – jego wiary, obecności i zaangażowania.

    Wierzę, Panie, że tu jesteś. Wierzę, że jesteś obecny w Najświętszym Sakramencie. Wierzę, że biała hostia to nie wigilijny opłatek, nie chips i nie tylko znak Twojej obecności, ale że tam jest sama Twoja Obecność – mówił, zachęcając wiernych do odnowienia wiary eucharystycznej.

    Arcybiskup zaapelował o wierne uczestnictwo w Mszach Świętych, zwłaszcza niedzielnych. Gdyby spotkanie z Chrystusem mogło się dokonać w przyrodzie, to zabrałby Apostołów nad jezioro, a nie do Wieczernika – przypomniał. Podkreślił, że udział w liturgii za pośrednictwem mediów jest przeznaczony wyłącznie dla osób, które fizycznie nie mogą być w kościele.

    Ostrzegł też przed powierzchownym traktowaniem Mszy Świętej. Chrystus zaangażował się w przymierze z nami na całego: na śmierć i życie. Więc my się też angażujmy na całego: z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił swoich – apelował. Zachęcał do troski o piękno liturgii, punktualność, jakość śpiewu i modlitw.

    Abp Galbas: „niech Chrystus nie będzie samotny na Mszach”

    Odwołując się do słynnego obrazu „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda da Vinci, abp Galbas zauważył, że choć wszyscy uczniowie są blisko Jezusa, to On sam wydaje się samotny. Czy nie zostawili Go samego już wtedy? – pytał. Niech Chrystus nie będzie samotny na Mszach, w których uczestniczą tłumy – dodał.

    Metropolita zachęcał, by po każdej Mszy Świętej „urządzać duchową procesję”, niosąc Chrystusa do świata poprzez styl życia. Niech nasze życie będzie jak złocista monstrancja, która ukazuje innym Chrystusa – mówił.

    Chrześcijanin to ktoś, kto żyje według Eucharystii – przypomniał słowa św. Ignacego z Antiochii. Jeśli po Mszy Świętej nie mamy dla innych miłosierdzia ani dobrego słowa, to czy naprawdę żyjemy według Eucharystii? – pytał kaznodzieja.

    W kontekście jedności społecznej i kościelnej apelował o przezwyciężanie podziałów. W łonie jednej wspólnoty, która czyta jedną Ewangelię i łamie jeden Chleb, jest tyle obcości i niemiłości – mówił z bólem. Jak możemy wzywać innych do pokoju, skoro sami jesteśmy tak głęboko podzieleni?

    Na koniec metropolita warszawski zaapelował o modlitwę o powołania kapłańskie i pokój na świecie. Przypomniał słowa mieszkańców Papui Nowej Gwinei, którzy proszą o księży, mówiąc: „My umieramy bez sakramentów”. Czy to będzie też nasz los? – zapytał. Módlcie się o księży – prosił.

    Homilię zakończył modlitwą św. Tomasza z Akwinu: „Uwielbiam Cię nabożnie, Bóstwo utajone, co kryjesz się prawdziwie w tych figur osłonę…”.

    Procesja wyruszyła z archikatedry

    Trasa procesji wiodła z bazyliki archikatedralnej św. Jana Chrzciciela ulicą Świętojańską, przez plac Zamkowy, Krakowskie Przedmieście i ulicę Królewską. Najświętszy Sakrament był niesiony w zabytkowej monstrancji z bazyliki Świętego Krzyża, a baldachim zapewniła parafia archikatedralna.

    Monstrancję do pierwszego ołtarza poniósł abp Adrian Galbas, do drugiego bp Piotr Jarecki, do trzeciego bp Rafał Markowski, a do czwartego – biskup polowy Wiesław Lechowicz w asyście generałów Wojska Polskiego.

    Centralny motyw pierwszego ołtarza przy kościele św. Anny stanowiła grafika przedstawiająca papieża Franciszka otwierającego Drzwi Święte w Bazylice św. Piotra w Roku Jubileuszowym pod hasłem „Pielgrzymi nadziei”. Drugi ołtarz, przygotowany przy kościele seminaryjnym, nawiązywał do 500-lecia sprowadzenia do Warszawy krzyża Baryczków – czczonego od wieków przez mieszkańców stolicy.

    Trzeci ołtarz, ustawiony przy kościele sióstr wizytek, przedstawiał pierwszy wizerunek Jezusa Miłosiernego autorstwa Eugeniusza Kazimirowskiego oraz panoramę Wilna z kościołami, w których obraz był pierwotnie wystawiany. Kompozycję czwartego ołtarza na pl. Piłsudskiego poświęcono wizerunkowi Matki Bożej Łaskawej – patronki Warszawy – i rocznicy 1000-lecia koronacji Władysława Chrobrego.

    Oprawę muzyczną poszczególnych ołtarzy zapewniły warszawskie chóry akademickie, seminaryjne i papieskie oraz Chór Reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. Na zakończenie procesji odśpiewano dziękczynne „Te Deum”, po czym abp Galbas udzielił uroczystego błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

    KAI, kh/Stacja7

    ***

    Wczoraj i dziś Bożego Ciała, czyli uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    Boże Ciało to jedno z głównych świąt w Kościele katolickim. Od samego początku obchodzone jest w sposób wyjątkowy, w formie publicznej procesji ulicami miast i wsi. Ustanowione zostało na prośbę samego Jezusa, wyrażoną w jednym z objawień. Data Bożego Ciała nie jest stała. Zawsze jednak jest to czwartek po święcie Trójcy Świętej – w tym roku 19 czerwca.

    Procesje Bożego Ciała są okazją do publicznej manifestacji, że wiara nie jest tylko sprawą prywatną, realizowaną w przestrzeni sakralnej lub rodzinnej, ale że winna ona przenikać życie społeczne we wszystkich jego wymiarach. Jezus eucharystyczny niesiony jest ulicami, wychodząc w tej sposób do tych, którzy go odrzucają, są mu wrodzy lub wątpią w Jego obecność. Ta powszechna – nigdy nie przerwana – coroczna manifestacja wiary miała olbrzymie znaczenie w okresach niewoli, kiedy towarzyszyła jej bogata symbolika narodowa, bądź w czasach prześladowań Kościoła. Wiernym dodawała nadziei, a niechętne Kościołowi władze wprawiała w poważny kłopot.

    Geneza

    Choć świadomość niezwykłego cudu przemiany konsekrowanego chleba i wina w rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa towarzyszyła wiernym od początku chrześcijaństwa, jednak trzeba było czekać aż dziesięć stuleci zanim zewnętrzne przejawy tego kultu powstały i zadomowiły się w Kościele.

    W pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa Eucharystia była spożywana w trakcie Mszy świętej, nie istniał natomiast odrębny kult Eucharystii. Eucharystii nie przechowywano, poza tą przeznaczoną do zaniesienia chorym, nie oddawano jej też czci poza zgromadzeniem eucharystycznym.

    Geneza święta Bożego Ciała sięga XIII wieku i była formą odpowiedzi Kościoła na pojawiające się wówczas nurty w teologii, które podkreślały symboliczną, a nie realną obecność Jezusa w Eucharystii (Berengariusz z Tours).

    U progu tego stulecia – na Soborze Laterańskim IV (1215) – w Kościele katolickim przyjęto dogmat o transsubstancjacji, orzekający, że Chrystus jest obecny w Eucharystii realnie, a nie symbolicznie jak postulował Berengariusz. „Jeden jest przeto powszechny Kościół-zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew…” – stwierdzał dekret soboru.

    Wraz z ogłoszeniem dogmatu, wzrosło zainteresowanie kultem Eucharystii, która przestawała być jedynie elementem liturgii, lecz coraz mocniej postrzegana była jako dowód na trwałą obecność Chrystusa na Ziemi. Święto eucharystyczne przypadało w tym okresie zwyczajowo w Wielki Czwartek, w czasie, którego – zgodnie z tradycją ewangeliczną – Jezus po raz pierwszy dokonał przemiany chleba i wina w swoje Ciało i Krew.

    Bezpośrednią przyczyną ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa były objawienia bł. Julianny z Cornillon, augustianki. Około 1207 r., jako szesnastoletnia dziewczyna, przeżyła pierwsze widzenia, choć były one jeszcze mgliste i niezrozumiałe. Zgodnie z tradycją hagiograficzną, dopiero kilkanaście lat później, w 1245 roku, św. Juliannie ukazać miał się Chrystus, który w widzeniu domagał się ustanowienia święta Eucharystii na pierwszy czwartek po święcie Trójcy Przenajświętszej. Pod wpływem tych objawień bp Robert ustanowił w 1246 r. święto Bożego Ciała, początkowo dla diecezji Liège oraz zainaugurował pierwszą procesję eucharystyczną ulicami miasta.

    Wkrótce zaczęto jednak wysuwać przeciwko Juliannie oskarżenia o herezję, a decyzję o wprowadzeniu święta Bożego Ciała w diecezji Liège uznano za przedwczesną. Zarzuty te spowodowały, że święto przestało być obchodzone.

    Sprawa święta Eucharystii nie została jednak zapomniana. Problemem tym zajął się archidiakon katedry w Liège Jakub Leodyjski, późniejszy biskup Verdun, a od 1261 papież Urban IV. Do ostatecznego uznania święta Bożego Ciała za ogólnokościelne, papieża skłonił inny cud eucharystyczny, jaki miał miejsce w Bolsenie (w środkowych Włoszech) w 1263 roku. W czasie jednej z Mszy św., podczas przemienienia, odprawiający kapłan zauważyć miał, że z konsekrowanej hostii zaczynały spadać krople krwi. Poplamiona krwią chusta została przesłana papieżowi, który w tym czasie przebywał w Liège w Umbrii. Urban IV umieścił relikwię w tutejszej katedrze (do dziś jest ona tam obecna), a pod wpływem fascynacji cudem rozpoczął aktywne starania, których celem miało być ustanowienia święta Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.

    Ułożenie liturgii i tekstów odczytywanych w czasie święta, papież zlecić miał samemu św. Tomaszowi z Akwinu, który na tę okazję stworzył jeden z najpiękniejszych hymnów kościelnych pt. „Pange lingua”.

    11 sierpnia 1264 r. Urban IV ogłosił bullę „Transiturus de hoc mundo”, na mocy której Boże Ciało stało się świętem całego Kościoła. Śmierć papieża przeszkodziła jednak ogłoszeniu bulli. Dokonał tego papież Jan XXII (w 1334 r.), natomiast papież Bonifacy IX polecił w 1391 r. wprowadzić święto Bożego Ciała wszędzie tam, gdzie jeszcze nie było ono obchodzone.

    W Polsce jako pierwszy wprowadził to święto bp Nankier w 1320 r. w diecezji krakowskiej, natomiast w Kościele unickim – synod zamojski w 1720 r. W Kościele katolickim w Polsce pod koniec XIV w. święto Bożego Ciała było obchodzone już we wszystkich diecezjach. Było ono zawsze zaliczane do świąt głównych. Od końca XV w. przy okazji tego święta udzielano błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

    Prawdziwa obecność Chrystusa w Eucharystii

    Kościół od samego początku głosił wiarę w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Chrystus ustanowił Najświętszy Sakrament przy Ostatniej Wieczerzy. Opisali to trzej Ewangeliści: Mateusz, Marek i Łukasz oraz i św. Paweł Apostoł. Prawdziwa i rzeczywista obecność Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina opiera się według nauki Kościoła na słowie Jezusa: „To jest Ciało moje … To jest krew moja” (Mk 14,22.24).

    Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, iż „sposób obecności Chrystusa pod postaciami eucharystycznymi jest wyjątkowy… W Najświętszym Sakramencie Eucharystii są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus.” (KKK 1374).

    Kult Najświętszego Sakramentu

    Od XVI w. przyjęła się w Kościele katolickim praktyka 40-godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Praktykę tę wprowadził do Mediolanu św. Karol Boromeusz w 1520 r. Dzisiaj praktyka ta jest obecna w całym Kościele katolickim. Zostały założone nawet specjalne zakony, których głównym celem jest nieustanna adoracja Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W Polsce istnieją trzy zakony od wieczystej adoracji: benedyktynki-sakramentki, franciszkanki od Najświętszego Sakramentu i eucharystki.

    Procesje

    Procesje eucharystyczne w dniu Bożego Ciała wprowadzono później niż samo święto. Pierwszym śladem ich istnienia jest wzmianka o uroczystej procesji przed sumą w Kolonii w latach 1265-75. Podczas procesji niesiono krzyż z Najświętszym Sakramentem. W ten sposób nawiązywano do dawnego zwyczaju zabierania w podróż Eucharystii dla ochrony przed niebezpieczeństwami.

    W XV w. procesje eucharystyczne odprawiano w całych Niemczech, Anglii, Francji, północnych Włoszech i Polsce. W Niemczech procesję w uroczystość Bożego Ciała łączono z procesją błagalną o odwrócenie nieszczęść i dobrą pogodę, dlatego przy czterech ołtarzach śpiewano początkowe teksty Ewangelii i udzielano uroczystego błogosławieństwa. W Polsce zwyczaj ten wszedł do „Rytuału piotrkowskiego” z 1631 r. Rzymskie przepisy procesji zawarte w „Caeremoniale episcoporum” (1600 r.) i „Rituale romanum” (1614 r.) przewidywały jedynie przejście z Najświętszym Sakramentem bez zatrzymywania się i błogosławieństwo eucharystyczne na zakończenie.

    Procesję odprawiano z wielkim przepychem od początku jej wprowadzenia. Od czasu zakwestionowania tych praktyk przez reformację, udział w procesji traktowano jako publiczne wyznanie wiary.

    W Polsce od czasów rozbiorów z udziałem w procesji łączyła się w świadomości wiernych manifestacja przynależności narodowej. Po II wojnie światowej procesje w czasie Bożego Ciała były znakiem jedności narodu i wiary. Z tej racji ateistyczne władze państwowe niejednokrotnie zakazywały procesji urządzanych ulicami miast.

    Konferencja Episkopatu Polski zmodyfikowała 17 lutego 1967 r. obrzędy procesji Bożego Ciała, wprowadzając w całej Polsce nowe modlitwy przy każdym ołtarzu oraz czytania Ewangelii tematycznie związane z Eucharystią.

    Przy pierwszym ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Mateusza o ostatniej wieczerzy, nawiązujący do ustanowienia przez Jezusa Eucharystii. Drugi ołtarz jest związany z fragmentem Ewangelii wg. św. Marka dotyczącym rozmnożenia chleba. Przy trzecim ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Łukasza, który opowiada o zaproszonych na ucztę a czwarty ołtarz jest związany z Ewangelią wg św. Jana i modlitwą Jezusa „aby wszyscy stanowili jedno”. (J 17)

    e-Kai.pl

    ***

    Święto, któremu nie dali rady ani zaborcy, ani komuniści. Czyli unikalność obchodów Bożego Ciała w polskiej kulturze

    (fot. PCh24.pl)

    ***

    Uroczystość Bożego Ciała jest dniem wyjątkowym dla każdego Polaka. Łączy ona bowiem dwie najważniejsze dla nas wartości: wiarę katolicką i patriotyzm. Tego święta nie znieśli ani zaborcy, ani komuniści. Również dziś nikt poważny nie protestuje, gdy dochodzi do zamknięcia całych ulic czy centrów miast na uroczystą procesję. W tym dniu publicznie wyznajemy swoją wiarę w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, a także swoje przywiązanie do naszych narodowych tradycji.

    Święto Bożego Ciała ma prawie tysiącletnią historię. Na początku II tysiąclecia pojawiły się bowiem spory próbujące wytłumaczyć w jaki sposób Chrystus jest obecny w Eucharystii. Z jednej strony katolicyzm borykał się z heretykami głoszącymi fałszywe poglądy; z drugiej – miał też wielkich świętych broniących prawdziwej wiary. To właśnie wtedy żył największy z teologów, czyli św. Tomasz z Akwinu, którego Summa Teologiczna do dziś stanowi niepodważalny podręcznik doktryny katolickiej. Toczące się w tych czasach dysputy powodowały większą świadomość katolików na temat teologii Eucharystii. Za tym szła większa pobożność eucharystyczna i potrzeba adoracji Chrystusa w niej obecnego.

    W tym samym czasie żyła zakonnica i mistyczka – św. Julianna z Mont Cornillon. Doznawała ona wizji mistycznych podczas adoracji Najświętszego Sakramentu i rozważań nad tekstem Ewangelii: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Siostra Julianna zabiegała o ustanowienie specjalnego święta ku czci Najświętszej Eucharystii, co spotkało się z aprobatą duchownych i teologów.

    Po raz pierwszy święto Bożego Ciała było obchodzone jeszcze za życia św. Julianny w Liège (dzisiejsza Belgia) w 1246 r., a do Polski dotarło niewiele później, bo już w roku 1320. Święto to jest wyrazem wdzięczności Panu Bogu za Jego obecność w Najświętszym Sakramencie. Jest to w końcu cud nieporównywalny, że sam Bóg zechciał przebywać pośród nas – nie tylko podczas Mszy św., ale również w poza nią, w tabernakulum, byśmy mogli adorować Go w ciągu dnia.

    Jednak wyjaśnienie w jaki sposób Chrystus jest obecny w Najświętszym Sakramencie jest rzeczą niełatwą. Trudność tę zauważył św. Tomasz z Akwinu, umieszczając w znanym hymnie Adoro Te devote słowa: „Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas; tu ukryte z Bóstwem Człowieczeństwo wraz”. Na krzyżu bowiem widzieliśmy Chrystusa jako cierpiącego człowieka i trudno było zrozumieć, że był On Bogiem. W Eucharystii zaś nawet Jego Człowieczeństwo jest niełatwe do wytłumaczenia, bo naszym oczom ukazuje się tylko biała Hostia. Nie możemy zatem zobaczyć Chrystusa w sposób jak widzimy innych ludzi, ale On wciąż tam jest. Kościół określa Jego obecność jako prawdziwąrzeczywistą substancjalną.

    Pod pojęciem prawdziwej obecności Kościół naucza, że Eucharystia nie jest wyłącznie symbolem czy figurą, ale, że Chrystus jest w niej prawdziwie obecny. W Wieczerniku nie powiedział bowiem: „To jest symbol Mojego Ciała”, ale: „To jest Ciało Moje”. Heretycki pogląd, że Eucharystia jest jedynie symbolem obecności Chrystusa głosił przede wszystkim Urlich Zwingli, uważając ją za swego rodzaju powrót do przeszłości, czyli do czasu Ostatniej Wieczerzy. Poglądy Zwinglego zostały potępione przez Sobór Trydencki.

    Rzeczywista obecność Chrystusa oznacza, że fakt ten jest obiektywny, czyli niezależny od naszej wiary i od innych czynników zewnętrznych. Luter szerzył bowiem błędny pogląd jakoby Chrystus był przebywał w Hostii tylko w czasie samej Mszy św., a później już nie. Pojawiły się też inne mylne wytłumaczenia – jak to mówiące, że wspólnota zgromadzonych miałaby powodować obecność Chrystusa. Wszystkie te poglądy są błędne, ponieważ w czasie Mszy św. Chrystus jest rzeczywiście obecny, a nasza wiara, nasze subiektywne doznania czy wspólnota wierzących tego nie zmienia. Co więcej, Chrystus jest obecny pod sakramentalnymi postaciami również po zakończeniu Mszy św. i czeka na nas w tabernakulum.

    Wreszcie przymiotnik substancjalna oznacza, że podczas konsekracji cała substancja chleba przemienia się w substancję Ciała Chrystusa. Podobnie ma się sprawa z winem: cała jego substancja przemienia się w substancję Krwi Chrystusa. Zewnętrzne atrybuty – wygląd, smak, zapach, łamliwość itd. – pozostają takie same, lecz zmienia się substancja, w której się zawierają. Ta przemiana nosi nazwę transsubstancjacji.

    Pomimo prawdziwej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, nie jest to jednak obecność fizyczna jaką mają ciała znajdujące się w konkretnym miejscu. Oznacza to, że kiedy kapłan przełamuje Hostię, to Chrystusowi nie odpada ręka czy noga. Raczej, cały Jezus Chrystus jest obecny pod każdą, nawet najmniejszą cząstką konsekrowanych postaci, co nazywamy obecnością sakramentalną.

    Należy również pamiętać – w odróżnieniu od tego, co głosiła herezja Jana Husa – że cały Chrystus jest obecny pod każdą z dwóch postaci: zarówno w swoim Ciele jak i w swojej Krwi. Nie potrzeba nam zatem przyjmować Komunii św. pod obiema postaciami; sposób ten propagowany był właśnie przez husytów w celu szerzenia ich herezji. W rzeczywistości tylko kapłan w celu dopełnienia Ofiary musi spożyć obie postacie, a wiernym w zupełności wystarczy przyjęcie Chrystusa pod jedną z nich.

    Sobór Trydencki nie pozostawił wątpliwości, że w Eucharystii jest obecny Christus Totus, czyli cały Chrystus. Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem w roku, kiedy Kościół daje nam tę wielką tajemnicę do rozważania. To właśnie w tym dniu teksty mszalne zawierają przepiękną sekwencję Lauda Sion Salvatorem („Chwal, Syjonie, Zbawiciela”), autorstwa – rzecz jasna – św. Tomasza z Akwinu. Doktor Anielski w charakterystyczny dla siebie sposób zwarł wiele konkretnych sformułowań teologicznych w formie przepięknego hymnu.

    Oprócz samej Mszy św., szczególnym wydarzeniem są odbywające się tego dnia procesje eucharystyczne. Ich celem jest oddanie czci Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie oraz manifestacja katolickiej wiary. Dzięki procesji ulicami miast i wsi Pan Bóg „odwiedza” swoich wiernych; tego jednego dnia możemy Go spotkać nie tylko w kościele, ale i poza nim. Na trasie procesji kapłan udziela błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem przy jednym bądź dwóch ołtarzach; w Polsce liczba tych ołtarzy jest zwiększona do czterech.

    Dla Polaków procesje Bożego Ciała mają szczególne znaczenie. Łączą one bowiem katolicyzm i patriotyzm, czyli dwie najważniejsze dla nas wartości. Z jednej strony, wychodzimy na ulice by oddać cześć Chrystusowi ukrytemu w Hostii. Z drugiej – manifestujemy swoją wiarę i przywiązanie do naszych narodowych tradycji, jakimi są np. stroje czy pieśni ludowe. Widać to było w czasie zaborów i PRL-u, kiedy polskość i wiara katolicka znajdowały się pod opresją. Jedni i drudzy okupanci podejmowali próby walki ze świętem Bożego Ciała i ograniczenia go, ale nigdy go nie znieśli. Wiedzieli, że z tym jednym świętem nie wygrają; że ludzie nie pozwolą sobie odebrać tej uroczystości. W ten dzień Polacy mogli poczuć się prawdziwie wolnymi: wychodzić na ulice i pokazywać oprawcom, że duch polskiego katolicyzmu jest silniejszy od ich opresji.

    Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem dla Polaków również dzisiaj. Głębokie nabożeństwo eucharystyczne naszego narodu jest widoczne przede wszystkim w liczbie uczestników odbywających się tego dnia procesji. Jednoczą one lokalne społeczności na wspólnym oddaniu czci Chrystusowi ukrytemu w monstrancji. Ich mieszkańcy wspólnie przygotowują przydrożne ołtarze – niejednokrotnie na swoich własnych podwórkach – oczekując „odwiedzin” samego Boga. Procesje zawsze odbywają się z wielką pompą: odświętne stroje, chłopcy dzwoniący dzwonkami, dziewczynki sypiące kwiaty, chorągwie i feretrony, a nieraz i orkiestra dęta. Nawet służby mundurowe mają swoje miejsce w tym uroczystym orszaku. Dla Polaków jest to dzień bez wątpienia ważny i szczególny.

    Uroczystość Bożego Ciała jest jedynym dniem w roku, kiedy Polacy nie narzekają na zamykanie ulic, mimo że normalnie krytykujemy wszystko. Każdy toczący się remont, każde zwężenie jezdni powoduje ogromne emocje u przeciętnego mieszkańca naszego kraju. Jednak w ten jeden dzień nikt nie protestuje – może po części dlatego, że bierzemy udział w procesjach w swoich lokalnych parafiach, więc przemieszczenie się nie jest tak istotne. Jednak mimo tego jest to ciekawa socjologiczna obserwacja, pokazująca, że w ten jeden dzień zamknięcia centrów miast czy głównych wiejskich ulic odbywają się bez żadnego oporu społecznego. To pokazuje głębokie zakorzenienie katolicyzmu w naszym narodzie; nawet ci którzy nie biorą udziału w procesji, przynajmniej są wyrozumiali dla tego wydarzenia. Chodzi tu również o osoby niewierzące, które choć niejednokrotnie oburzają się na praktyki religijne katolików, to na to jedno wydarzenie są zdecydowanie bardziej pobłażliwi.

    Niestety trzeba to podkreślić, że przynajmniej część katolickiego społeczeństwa traktuje procesję Bożego Ciała wyłącznie jako element swoistego folkloru. Można powiedzieć, że ci „letni” katolicy przypominają sobie o swojej wierze dwa razy w roku: w Wielką Sobotę, żeby pójść z koszyczkiem do poświęcenia, i właśnie w Boże Ciało – tym razem ze względu na „atrakcje” dla dzieci jakimi jest sypanie kwiatków czy dzwonienie dzwoneczkami. Mimo wszystko jednak ich obecność jest okazją do działania łaski bożej; w końcu idą oni w procesji, w której „idzie” sam Bóg, co może być dla nich okazją do nawrócenia.

    Chociaż trzeba przyznać smutny fakt, że jesteśmy społeczeństwem laicyzującym się, gdzie coraz trudniej być katolikiem, to dzień Bożego Ciała co roku napawa nas nadzieją i optymizmem. Widok uroczystych orszaków pełnych ludzi pokazuje, że katolicyzm w narodzie jest wciąż żywy i obecny – szczególnie na wsiach, gdzie całe wspólnoty parafialne jednoczą się, by oddać cześć Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie i zamanifestować swoją wiarę. Duch polskiego katolicyzmu jest wciąż żywy i nie podda się tak łatwo.

    Adrian FydaPCh24.pl

    ***

    Znaki Ciała i Krwi Chrystusa w Polsce i na świecie

    Na całym świecie doszło do około 130 cudów eucharystycznych, z czego w Polsce wydarzyło się osiem, w tym najsłynniejsze w naszym kraju przeistoczenia w Sokółce i Legnicy. Dziś Kościół katolicki obchodzi Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwaną „Bożym Ciałem” na pamiątkę ustanowienia sakramentu Eucharystii przez Jezusa Chrystusa i ku czci Jego obecności w Najświętszym Sakramencie.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Czym jest cud eucharystyczny?

    Zgodnie z dogmatem Kościoła katolickiego spisanym podczas soboru laterańskiego IV w 1215 r. Jezus Chrystus jest obecny w Eucharystii realnie pod postacią chleba i wina przez przeistoczenie, które oznacza przemianę substancji podczas Eucharystii: hostii i wina w ciało i krew Chrystusa. Jezus powiedział: „To jest ciało moje […] to jest moja krew przymierza”. Zgodnie z Jego prośbą, wyrażoną w słowach: „To czyńcie na Moją pamiątkę” bezkrwawa ofiara dokonuje się podczas każdej Mszy Świętej.

    Cud eucharystyczny to nie tylko namacalna przemiana hostii w ciało, lub wina w krew. To także cudowne ocalenia hostii przed zniszczeniem lub profanacją, ich odnalezienie, jak również Komunie uznane za cudowne, uzdrowienia z tym związane, cudowne odżywianie się mistyków tylko Komunią Świętą czy prywatne objawienia związane z Eucharystią.

    Co świadczy o cudzie eucharystycznym?

    Dykasteria Nauki Wiary wydała 17 maja br. dokument wykazujący „Normy postępowania w rozeznawaniu domniemanych zjawisk nadprzyrodzonych”. Zgodnie z którym „w przypadku domniemanego cudu eucharystycznego, konsekrowane postacie muszą być przechowywane w zastrzeżonym miejscu i w odpowiedni sposób (art. 7 § 4)”.

    Jak wykazuje dokument „należy zauważyć, że pewne zjawiska, które mogą mieć pochodzenie nadprzyrodzone, czasami jawią się jako związane z niejasnymi ludzkimi doświadczeniami, teologicznie nieprecyzyjnymi wyrażeniami lub nie do końca uzasadnionymi interesami”.

    Uznanie cudu za prawdziwy jest w gestii biskupa i Stolicy Apostolskiej: „Rozeznania domniemanych zjawisk nadprzyrodzonych dokonuje od samego początku biskup diecezjalny lub ewentualnie przez inna władza kościelna” – przeczytać można w dokumencie Dykasterii.

    Po dokładnej analizie zjawiska mogą być podjęte następujące decyzje:

    Po pierwsze może być to „Nihil obstat”. Wówczas „nawet jeśli nie wyraża się pewności co do nadprzyrodzonej autentyczności zjawiska, rozpoznaje się wiele znaków działania Ducha Świętego «pośród» danego doświadczenia duchowego i przynajmniej do tej pory nie wykryto żadnych szczególnie krytycznych lub ryzykownych aspektów. Z tego powodu zachęca się biskupa diecezjalnego do docenienia wartości duszpasterskiej, a także do popierania rozpowszechniania tej duchowej propozycji, w tym poprzez ewentualne pielgrzymki do świętego miejsca” – czytamy.

    Po drugie może być to tzw. Prae oculis habeatur. Oznacza to, że „chociaż rozpoznaje się ważne pozytywne znaki, dostrzega się również pewne elementy zamieszania lub możliwe ryzyko, które wymagają starannego rozeznania i dialogu biskupa diecezjalnego z odbiorcami danego doświadczenia duchowego” – informuje Dykasteria w piśmie.

    W przypadku decyzji o tzw. Curatur „zauważa się różne lub znaczące elementy krytyczne, ale jednocześnie zjawisko jest już szeroko rozpowszechnione i obecne są duchowe owoce z nim związane, które można zweryfikować. Odradza się wydanie zakazu dotyczącego tego zjawiska, bo mógłby on zaniepokoić lud Boży. W każdym razie wymaga się od biskupa diecezjalnego, aby nie promował tego zjawiska, szukał alternatywnych form pobożności i ewentualnie przekształcił jego profil duchowy i duszpasterski”.

    Decyzja o „Sub mandato” oznacza wykrycie krytycznych kwestii, niezwiązanych jednak z samym zjawiskiem, które jest bogate w elementy pozytywne, ale z osobą, rodziną lub grupą osób, które robią z niego niewłaściwy użytek.

    W przypadku terminu Prohibetur et obstruatur „Dykasteria wymaga od biskupa diecezjalnego, aby publicznie ogłosił, że przyjęcie tego zjawiska jest niedozwolone, a jednocześnie zapewnił odpowiednią katechezę, która mogłaby pomóc zrozumieć powody tej decyzji i rozwiać uzasadnione obawy duchowe tej części ludu Bożego”.

    Natomiast Declaratio de non supernaturalitate określa zjawisko uznane za nienadprzyrodzone. Według dokumentu „Decyzja ta musi opierać się na konkretnych i sprawdzonych faktach i dowodach. Na przykład, gdy domniemany widzący oświadcza, że kłamał lub gdy wiarygodni świadkowie dostarczają elementów osądu, które pozwalają odkryć fałszowanie zjawiska, błędną intencję lub mitomanię”.

    Pierwszy cud eucharystyczny

    Na świecie cuda eucharystyczne dokonały się, m.in. we Włoszech, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Niemczech, Austrii, Czechach, Belgii, Holandii, Argentynie, Meksyku, Wenezueli, a nawet w Indiach.

    Pierwszy cud eucharystyczny wydarzył się w Lanciano we Włoszech w VIII w. Było to w klasztorze pod wezwaniem św. Longina, kiedy kapłan z zakonu św. Bazylego, wątpiący w przeistoczenie, odprawiał Mszę Świętą. Hostia, którą trzymał w dłoniach, przemieniła się w ciało, a wino stało się krwią, która skrzepła w pięć bryłek. Za zgodą biskupa dokonano pomiarów krwi. Zaobserwowano wówczas zjawisko, że jedna cząstka krwi była równa pięciu, ciężar dwóch – równy ciężarowi trzech, a ciężar najmniejszej, równy ciężarowi największej.

    W latach 70. XX wieku materiał został przebadany przez prof. Odoardo Linoli. Jak się okazało, podobnie jak na Całunie Turyńskim, jest to krew człowieka grupy AB, a cząstki ciała są fragmentem mięśnia sercowego. Zamoczona krew w wodzie miała przemieniać się w postać płynną. W latach 80. potwierdzono te badania.

    Relikwie zachowały się do dziś i można je oglądać w kościele św. Franciszka w Lanciano.

    Włochy

    Bolsena i Orvieto to kolejne miejsca we Włoszech, w którym dokonało się przeistoczenie ciała Chrystusa. Wydarzyło się to podczas Mszy Świętej w 1263 roku, kiedy to pielgrzymujący do Rzymu ksiądz Piotr z Pragi zatrzymał się w Bolsenie. Hostia zaczęła krwawić w jego rękach. Udał się do papieża Urbana IV, przebywającego w Orvieto, a ten ogłosił cud. Rok później ogłoszono: Święto Ciała i Krwi Pańskiej, zwane do dziś „Bożym Ciałem”.

    Cud eucharystyczny dokonał się także we Sienie. W 1330 r. pewien ksiądz udał się do chorego. W pośpiechu wyjął hostię z tabernakulum i włożył do brewiarza, aby jak najszybciej przybyć do umierającego. Chcąc udzielić mu Komunii Świętej, otworzył brewiarz, a w nim zobaczył hostię zaplamioną krwią. Opowiedział o wszystkim zakonnikowi z zakonu św. Augustyna, ojcu Szymonowi Fidati, przepraszając, że hostię włożył między karty brewiarza.

    Ojciec zakonny przekazał relikwie w postaci zakrwawionej kartki do klasztoru Augustianów w Perugii. Zaginęła jednak w latach 60. XIX w. w czasie prześladowań Kościoła. Drugą kartkę o. Fidati złożył w srebrnym naczyniu i przewiózł do rodzinnego miasta – Cascii, co stało się przyczyną wielkiej odnowy religijnej w tym mieście. Papież Grzegorz XVI zaliczył ojca w poczet błogosławionych.

    W latach 60. XX wieku przebadano kartkę brewiarza. Na kartce o wymiarze 52 × 44 milimetry, średnica plamy krwi wynosi 40 mm. Relikwie zachowały się do dziś.

    Niedługo później także Macerata zasłynęła z cudu. W 1356 r. w kościele św. Katarzyny pod Maceratą znowuż inny kapłan wątpiący w realną obecność Chrystusa w hostii, podczas odprawiania Mszy Świętej, zauważył jak z konsekrowanego chleba, trysnęła krew, która ściekała do kielicha.

    Do dziś zachował się puryfikaterz (kawałek białego materiału), na który również spłynęła krew. Przechowywany jest w katedrze św. Juliana Szpitalnika w Maceracie, a wystawiany jest z okazji uroczystości Bożego Ciała.

    Do najsłynniejszych przypadków cudów eucharystycznych we Włoszech należą także zdarzenia w Trani (1000 r.), Ferrarze (1171 r.), Alatri (1228 r.), we Florencji (1230 r. i 1595 r.), Offidzie (1273 r.), Turynie (1453 r.), Asti (1535 r. i 1718 r.), i w San Pietro a Patierno (1772 r.).

    Jedno z ostatnich tego rodzaju zdarzeń odnotowano w 1984 r. w Watykanie w czasie Komunii św., której Jan Paweł II udzielał w swej prywatnej kaplicy grupie pielgrzymów z Azji. Komunia przyjęta przez pewną Koreankę, stała się kawałkiem ciała. Ojciec Święty w głębokim milczeniu pobłogosławił kobietę i udzielał dalej Komunii.

    Holandia

    Cud dokonał się także w stolicy Holandii w Amsterdamie. Wydarzyło się to w 1345 roku, kiedy umierający mężczyzna przyjął konsekrowaną hostię, ale ponieważ ją zwymiotował, zgodnie z przepisami prawa kościelnego postanowiono wrzucić ją do ognia, który płonął w kominku. Dzień później okazało się, że hostia nie spłonęła. Pomimo dwukrotnego przenoszenia ją w inne miejsce, pojawiać się miała znowu w domu tego mężczyzny. W związku z tym jego dom stał się sanktuarium. W XVI w. katolicyzm został tam zakazany, a kult zaprzestany. Jednak odrodził się w XIX wieku i trwa do dziś.

    Argentyna

    W 1996 r. w stolicy Argentyny w Buenos Aires w kościele parafialnym Santa María na podłogę upadła hostia. Ks. Alejandro Pezeta, który odprawiał Mszę Świętą, zgodnie z przepisami liturgicznymi włożył hostię do naczynia z wodą, zwanego vasculum. Kilka dni później zauważył, że schowana do tabernakulum hostia przemieniła się w czerwoną substancję, której z każdym dniem było więcej.

    W 1999 r. obecny papież Franciszek, a tamtejszy wówczas arcybiskup Buenos Aires, kard. Jorge Mario Bergoglio zlecił wykonanie badań naukowych. Zajęli się tym badacze z Nowego Jorku, którzy nie zostali poinformowani o tym, skąd pochodzi pobrany materiał.

    Patolog z Rockland County w stanie Nowy Jork, dr Frederick Zugibe wykazał, że materiał zawiera ludzkie DNA i jest to ciało i krew. Według jego oświadczenia: „badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. Ten mięsień jest odpowiedzialny za skurcze serca. (…) Mięsień sercowy jest w stanie zapalnym, znajduje się w nim wiele białych ciałek. Wskazuje to na fakt, że serce żyło w chwili pobierania wycinka (…). Co więcej, te białe ciałka wniknęły w tkankę, co wskazuje na fakt, że to serce cierpiało – np. jak ktoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej”. Nauka nie potrafi wyjaśnić tego zjawiska.

    Meksyk

    W obecnych czasach, gdyż w XXI wieku, w 2006 r. hostia krwawiła także w kościele w Tixtli w Meksyku, podczas rozdawania Komunii Świętej w kościele św. Marcina z Tours, w którym odbywały się rekolekcje parafialne. Z jednego z komunikantów, znajdujących się w kielichu, wydobywała się krew. Przeprowadzono szczegółowe badania hostii. Do 2012 r. przesłano ją do trzech laboratoriów w Stanach Zjednoczonych, Włoszech i Niemczech.

    W 2013 r. biskup diecezji Chilpancingo-Chilapa, Alejo Zavala Castro ogłosił uznanie cudu eucharystycznego. Jednak ostateczna decyzja w tej sprawie należy do Papieża. Podobnie, jak w przypadku wyników z materiału z Lanciano, naukowcy potwierdzili obecność ludzkiej krwi grupy AB, a także odkryto tkankę mięśnia sercowego.

    W 2013 roku cud eucharystyczny miał miejsce także w Guadalajarze w parafii Matki Boskiej w kolonii Jardines de la Paz. Także w tym przypadku ksiądz konsekrujący Hostię zobaczył na niej krew. Kapłanem tym był ksiądz Jose Dolores Castellanos Gudino. Oprócz niego zdarzenie obserwowało tysiące wiernych. Do dziś cud jest na etapie badań.

    Z kolei dwa lata temu w parafii Matki Bożej Różańcowej w mieście Zapotlanejo, niedaleko Guadalajara, hostia zaczęła bić, jak ludzkie serce. Są nagrania z tego wydarzenia. Ks. Carlos Spahn, który wówczas prowadził Adorację Najświętszego Sakramentu, poinformował, że niedługo przed zdarzeniem błogosławił zdjęcie bł. Carlo Acutisa, chłopca, który miał głębokie nabożeństwo do cudów eucharystycznych. W nocy z obrazu miał wyciekać olej.

    Polska – pierwszy cud eucharystyczny

    Cuda eucharystyczne w Polsce miały miejsce w ośmiu lokalizacjach. Najstarszy wydarzył się w Głotowie, kolejne w: Krakowie, Poznaniu, Bisztynku, Jankowicach Rybnickich, w wiosce Dubna, a w czasach współczesnych w Sokółce i Legnicy.

    Do pierwszego cudu eucharystycznego w Polsce doszło w województwie warmińsko-mazurskim w Głotowie. Na przełomie XIII i XIV w. kościół w tej wiosce był napadany przez pogańskich Prusów i Litwinów. I tak właśnie w 1300 roku Głotowa sięgnął najazd pogan. Jak głosi legenda, przed tym właśnie najazdem mieszkańcy wynieśli z kościoła Najświętszy Sakrament, by uchronić go przed profanacją. Puszkę z Najświętszą Hostią zakopano w ziemi w pewnej odległości od świątyni. Wieś została zniszczona, a kościół doszczętnie spalony. Prawdopodobnie osoba, która ukryła Najświętszy Sakrament, nie przeżyła tego najazdu pogan, gdyż nikt z ocalałych nie wiedział o ukrytej Hostii.

    Upłynęło wiele lat, gdy podczas orki rolnik przypadkowo odnalazł ukryty w ziemi kielich, a w nim nienaruszoną Hostię. Jak głosi legenda, woły ciągnące pług uklękły przed cudownie zachowanym Najświętszym Sakramentem, który świecił blaskiem. Wiadomość o tym rozeszła się wśród ludu. Kielich z hostią zabrano i w uroczystej procesji przeniesiono do kościoła w Dobrym Mieście. Ale jak głosi stare podanie, Hostia w niewytłumaczalny sposób znowu znalazła się na polu. Przyjęto to za znak, że Bóg pragnie, aby w tym miejscu zbudowano kościół ku czci Bożego Ciała. W połowie XIV wieku zbudowano drugi już kościół, tym razem z cegły i kamienia. Od tego czasu Głotowo stało się miejscem pielgrzymkowym.

    Kielich z Hostią nie przetrwał do obecnych czasów, jednak w sanktuarium znajduje się jego kopia. Wokół Sanktuarium Najświętszego Sakramentu znajduje się obecnie Kalwaria Warmińska.

    Kraków

    Także w Krakowie doszło do cudu eucharystycznego. Wydarzyło się to w 1345 roku, kiedy do kościoła Wszystkich Świętych włamali się złodzieje, którzy ukradli naczynie z hostiami z tabernakulum. Gdy okazało się, że naczynie nie posiada wartości materialnej, wyrzucili je w podmiejskie bagna. Przez trzy noce miało bić z tego miejsca światło.

    Biskup nakazał post, w obawie, iż mogła być to oznaka nieszczęścia. Jednak kilka dni później odnaleziono naczynie z hostiami i zorganizowano procesję. Król Kazimierz Wielki w miejscu znalezienia monstrancji zainicjował wzniesienie kościoła Bożego Ciała, do którego przez cały XV wiek odbywały się w każdy czwartek procesje.

    Poznań

    Z kolei w Poznaniu w 1399 roku według legendy uboga kobieta wraz z córką w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny miały na prośbę miejscowych Żydów wykraść dla pieniędzy z pobliskiego kościoła, znajdującego się przy dzisiejszej ul. Szewskiej, trzy święte Hostie. Ci po otrzymaniu Najświętszego Sakramentu chcieli zbezcześcić Hostie. Zaczęli je kłuć nożami. Wtedy wytrysnęła z nich Krew, a niewidoma Żydówka miała odzyskać wzrok. Profanatorzy wyrzucili Hostie do studni, ale te unosiły się nad wodą. Podjęli drugą próbę, porzucając je za miastem w błocie, jednak Hostie wciąż się unosiły.

    Najświętszy Sakrament został przeniesiony w uroczystej procesji do jednego z poznańskich kościołów. Teraz znajdują się w kościele p.w. Bożego Ciała, który stoi w miejscu znalezienia Hostii. Do miejsca tego przybywają liczne pielgrzymki.

    Bisztynek

    W województwie warmińsko-mazurskim również doszło do cudu. Wydarzyło się to w 1400 r., kiedy biskup Henryk Sorbom dokonywał w Bisztynku poświęcenia nowej świątyni p.w. św. Macieja Apostoła. Wówczas jeden z kapłanów wątpił w prawdziwość przeistoczenia. W tym momencie z hostii zaczęła płynąć krew i poplamiła korporał. Ten został wysłany do Rzymu, skąd już nie powrócił.

    Bisztynek stał się miejscem licznych pielgrzymek. Sanktuarium Krwi Pana Jezusa jest obecnie jednym z największych kościołów (poza katedrami) w Archidiecezji Warmińskiej.

    Jankowice Rybnickie

    Jankowice Rybnickie to wieś położona na Górnym Śląsku. To tam w 1433 roku kapłan Walenty miał jechać do umierającego człowieka. W drodze został zaatakowany przez husyckie bojówki i powieszony na drzewie. Po kilkudziesięciu latach do wioski przybył paulin, który dowiedział się, że z pewnego dębu bije światło. Zakonnik ten miał być synem człowieka, do którego zmierzał kapłan. Pomimo ostrzeżeń gajowego o niebezpiecznych pszczołach, włożył rękę do dziupli i wyciągnął plaster miodu, w którym ukazała się bursa kapłańska ze złotym krzyżem, a w niej nienaruszona Hostia.

    Ciała powieszonego zakonnika nie udało się jednak odnaleźć. W miejscu jego śmierci miało wypłynąć także „cudowne źródełko”, które nazwano „Studzienką”. W XVII w. na miejscu dębu wzniesiono pierwszy drewniany kościółek, który z czasem został rozbudowany i stał się kościołem pw. Bożego Ciała. Od lat 70. XX w. corocznie, w drugą niedzielę maja, odbywają się pielgrzymki do Studzienki. W 2002 r. kościół pw. Bożego Ciała kościół został oficjalnie uznany jako sanktuarium Najświętszego Sakramentu.

    Dubno

    W 1867 roku krótko po powstaniu styczniowym doszło w wiosce Dubna do niezwykłego zjawiska. Stało się to w kościółku św. Jana Nepomucena. Podczas 40-godzinnego nabożeństwa wierni zobaczyli bijące światło z wystawionego Najświętszego Sakramentu. Trwało to do końca nabożeństwa. Wydarzenie to umocniło wiernych w czasie, gdy Polska była pod rządami Carskiej Rosji. Dzisiaj Dubno znajduje się na Ukrainie.

    Sokółka

    Cud eucharystyczny w Sokółce wydarzył się w 2008 r. w parafii św. Antoniego Padewskiego, tuż po beatyfikacji sługi Bożego ks. Michała Sopoćki. Wtedy podczas porannej Mszy Świętej kapłanowi upadła hostia. Zgodnie z przepisami liturgicznymi umieszczona została w naczyniu wypełnionym wodą i pozostawiona do rozpuszczenia. Kiedy zakrystianka, s. Julia Dubowska otworzyła sejf, w którym znajdowała się hostia, poczuła zapach kwaszonego chleba. Zobaczyła na komunikancie czerwoną plamę, która przypominała krew.

    Rok później komunikant poddano badaniom, podczas których stwierdzono, że materiał pochodzi z mięśnia sercowego człowieka, będącego w stanie agonii. Do Sokółki przybywają licznie pielgrzymki, aby pomodlić się w miejscu cudu i zobaczyć hostie.

    Legnica

    Legnica to kolejne miejsce, w którym dokonał się cud eucharystyczny. Wydarzenie miało miejsce w Boże Narodzenie w 2013 r. Hostia, podobnie jak w Sokółce, podczas udzielania Komunii Świętej, upadła na posadzkę. Kapłan umieścił ją w vasculum. Po pewnym czasie na hostii pojawiły się czerwone ślady. W lutym 2014 roku przeprowadzono badania laboratoryjne. Zakład Medycyny Sądowej, orzekł w raporcie, że badana tkanka to „pofragmentowane części mięśnia poprzecznie prążkowanego”. Badania genetyczne wykazały, że jest to tkanka ludzka.

    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa przypomina o obecności Chrystusa w Eucharystii. Dla wiernych Kościoła katolickiego cuda eucharystyczne są tego namacalnym znakiem.

     Maria Osińska/KAI

    ***

    Uroczystości i Święta w Liturgii Kościoła, w których wierni mają obowiązek uczestniczyć we Mszy świętej

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wśród licznych uroczystości i świąt w Kościele Katolickim są święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są od uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.

    Święta nakazane w 2025 roku:

    1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2025 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej uroczystości i świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak polscy biskupi zachęcają do udziału w liturgii również w te dni.

    2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    5 marca (środa) – Środa Popielcowa

    17-19 kwietnia (Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielka Sobota) – Triduum Paschalne (Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski

    9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 30 listopada

    ***

    Papież Leon XIV – PAP/EPA/Riccardo Antimiani 

    ***

    Papież Leon XIV otrzymał święcenia kapłańskie 43 lata temu,bardzo blisko Watykanu

    ***

    Papież Leon XIV wspomina dziś – 19 czerwca – rocznicę święceń kapłańskich w kaplicy św. Moniki, znajdującej się przy placu Sant’Uffizio.

    Czterdzieści trzy lata temu Leon XIV został więc kapłanem w kaplicy św. Moniki w Rzymie, kilka kroków od Watykanu i placu Sant’Uffizio, gdzie obecnie rezyduje jako papież. Święceń udzielił mu belgijski arcybiskup Jean Jadot, pełniący obowiązki przewodniczącego Sekretariatu ds. Niechrześcijan, który wcześniej był delegatem apostolskim i pro-nuncjuszem w Azji, Afryce, a następnie w Stanach Zjednoczonych. W chwili święceń ojciec Robert Francis Prevost miał 27 lat i studiował już prawo kanoniczne na Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza z Akwinu. Pięć lat wcześniej wstąpił do Zakonu św. Augustyna, a w 1981 roku złożył śluby wieczyste. W 1985 roku został wysłany jako misjonarz do Peru, gdzie służył w misji w Chulucanas w Piurze.

    Fragment wybrany na obrazek pamiątkowy nawiązuje do innych tekstów św. Augustyna, a w szczególności do Komentarzy do Psalmów (103, III, 9): „Jesteś dobrym sługą Chrystusa – pisał Hiponata – jeśli służysz tym, którym służył Chrystus… Ten, który swoją krwią uczynił cię wolnym, uczynił cię moim sługą… Nauczcie się kochać swoje sługi, ale w imię waszego Pana. Niech On pozwoli nam dobrze pełnić tę służbę, ponieważ, chcąc nie chcąc, jesteśmy sługami; jednak, jeśli jesteśmy nimi z własnej woli, nie służymy z konieczności, ale z miłości”.

    „Nie jestem w stanie nakarmić was wszystkich wspólnym chlebem. Ale to Słowo jest waszym pokarmem. Karmię was tym samym chlebem, który karmi mnie. Jestem waszym sługą.” Te słowa, wyrażające myśl św. Augustyna zawartą w kazaniu 339, widniały na obrazku pamiątkowym ze święceń kapłańskich Roberta F. Prevosta, które przyjął czerwca 1982 roku. Wybrano obraz Ostatniej Wieczerzy, przedstawiony na XV-wiecznej ikonie rosyjskiej.

    Fragment wybrany na obrazek pamiątkowy nawiązuje do innych tekstów św. Augustyna, a w szczególności do Komentarzy do Psalmów (103, III, 9):

    „Jesteś dobrym sługą Chrystusa – pisał Hiponata – jeśli służysz tym, którym służył Chrystus… Ten, który swoją krwią uczynił cię wolnym, uczynił cię moim sługą… Nauczcie się kochać swoje sługi, ale w imię waszego Pana. Niech On pozwoli nam dobrze pełnić tę służbę, ponieważ, chcąc nie chcąc, jesteśmy sługami; jednak, jeśli jesteśmy nimi z własnej woli, nie służymy z konieczności, ale z miłości”.

    Te słowa o byciu sługami, o przynależności do Boga i z tego wynikającej służbie Jego ludowi, znalazły w jakiś sposób oddźwięk również w pierwszej homilii wygłoszonej podczas święceń kapłańskich, którym przewodniczył nowy biskup Rzymu w bazylice św. Piotra 31 maja 2025 r., kiedy to udzielił święceń kapłańskich jedenastu diakonom diecezji. „Drodzy kandydaci do święceń – mówił Papież -pocznijcie się na wzór Jezusa! Bycie z Boga – sługami Boga, Ludem Bożym – łączy nas z ziemią: nie ze światem idealnym, lecz z tym rzeczywistym. Tak jak Jezus, spotykacie osoby z krwi i kości, które Ojciec stawia na waszej drodze. Poświęćcie się im – nie oddzielając się od nich, nie izolując, nie czyniąc z otrzymanego daru swego rodzaju przywileju […]. «Miłość Chrystusa obejmuje nas», drodzy bracia i siostry! Jest to obejmowanie, które wyzwala i pozwala nam nie posiadać nikogo. Wyzwalać, nie posiadać. Jesteśmy Boży – nie ma większego bogactwa, które można by docenić i dzielić się nim. To jedyne bogactwo, które, gdy jest dzielone, pomnaża się”.

    Tytuł kaplicy św. Moniki jako kościoła tytularnego został nadany przez papieża Franciszka nowemu kardynałowi Robertowi Prevostowi 30 września 2023 roku.

    Vatican News/Andrea Tornielli/Tygodnik Niedziela

    ***

    AUDIENCJA GENERALNA PAPIEŻA LEONA XIV

    Plac Świętego Piotra – środa, 18 czerwca 2025 r.

    Samplefot. Rex Features/East News

    ___________________________________

    Cykl katechez – Jubileusz 2025. Jezus Chrystus naszą nadzieją. II. Życie Jezusa. Uzdrowienia. 10. Uzdrowienie paralityka. „Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już dłuższy czas, rzekł do niego: «Czy chcesz wyzdrowieć?»” (J 5, 6)

    _____________________________

    Z Ewangelii według Świętego Jana

    (J 5, 2-9)

    W Jerozolimie zaś jest przy Owczej [Bramie] sadzawka, nazwana po hebrajsku Betesda, mająca pięć krużganków. Leżało w nich mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już dłuższy czas, rzekł do niego: «Czy chcesz wyzdrowieć?» Odpowiedział Mu chory: «Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. W czasie kiedy ja dochodzę, inny wstępuje przede mną». Rzekł do niego Jezus: «Wstań, weź swoje nosze i chodź!» Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje nosze i chodził.

    _____________________________

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Nadal wpatrujemy się w Jezusa, który uzdrawia. Dzisiaj chciałbym w szczególności zaprosić was do zastanowienia się nad sytuacjami, w których czujemy się „zablokowani” i zamknięci w ślepym zaułku. Czasami bowiem, wydaje nam się, że nie ma sensu dalej żyć nadzieją; stajemy się zrezygnowani i nie mamy już ochoty walczyć. Sytuacja ta została opisana w Ewangeliach za pomocą obrazu paraliżu. Dlatego dzisiaj chciałbym zatrzymać się nad uzdrowieniem paralityka, opisanym w piątym rozdziale Ewangelii św. Jana (5,1-9).

    Jezus udaje się do Jerozolimy na święto żydowskie. Nie idzie od razu do świątyni, ale zatrzymuje się przy bramie, gdzie prawdopodobnie obmywano owce przeznaczone na ofiary. W pobliżu tej bramy przebywało również wielu chorych, którzy w przeciwieństwie do owiec nie mieli wstępu do świątyni, ponieważ uważano ich za nieczystych! I wtedy to sam Jezus dociera do nich w ich cierpieniu. Osoby te miały nadzieję na cud, który mógłby zmienić ich los. Obok bramy znajdowała się bowiem sadzawka, której wody uważano za cudotwórcze, to znaczy mogące uzdrowić: czasami woda się poruszała i zgodnie z ówczesnym przekonaniem, ten, kto pierwszy się w niej zanurzył, został uzdrowiony.

    W ten sposób dochodziło do swoistej „wojny między biedakami”: możemy sobie wyobrazić smutną scenę, w której chorzy z trudem wloką się, aby wejść do sadzawki. Sadzawka ta nazywała się Betesda, co oznacza „dom miłosierdzia”: może to być obraz Kościoła, gdzie gromadzą się chorzy i ubodzy, a Pan przychodzi, aby uzdrowić i dać nadzieję.

    Jezus zwraca się osobiście do pewnego człowieka, który jest sparaliżowany od trzydziestu ośmiu lat. Jest on już zrezygnowany, ponieważ nigdy nie udaje mu się zanurzyć w sadzawce, gdy woda się porusza (por. w. 7). W gruncie rzeczy to, co nas paraliżuje, to często właśnie poczucie rozczarowania. Czujemy się zniechęceni i grozi nam popadnięcie w acedię.

    Jezus zadaje temu paralitykowi pytanie, które może wydawać się zbędne: „Czy chcesz wyzdrowieć?” (w. 6). Jest to jednak pytanie konieczne, ponieważ kiedy jesteśmy od wielu lat zablokowani, może nam zabraknąć nawet woli wyzdrowienia. Niekiedy wolimy trwać w stanie chorobowym, zmuszając innych, żeby się o nas zatroszczyli. Czasami jest to również pretekst, aby nie podejmować decyzji o tym, co uczynić z naszym życiem. Jezus odsyła natomiast tego człowieka do jego najgłębszego pragnienia.

    Człowiek ów, istotnie, odpowiada na pytanie Jezusa w sposób bardziej wyrazisty, ujawniając swoją wizję życia. Mówi przede wszystkim, że nie ma nikogo, kto zanurzyłby go w sadzawce: wina nie leży więc po jego stronie, ale po stronie innych, którzy nie troszczą się o niego. Postawa ta staje się pretekstem do uniknięcia brania odpowiedzialności za siebie. Ale czy to rzeczywiście prawda, że nie miał nikogo, kto mógłby mu pomóc? Oto pouczająca odpowiedź św. Augustyna: „Prawdziwie, człowiek był mu potrzebny dla odzyskania zdrowia, ale taki człowiek, który jest [także] Bogiem. (…) Przybył więc człowiek, który był konieczny i dlaczego uzdrowienie miałoby być odkładane”[1].

    Paralityk dodaje następnie, że kiedy próbuje zanurzyć się w sadzawce, zawsze ktoś przychodzi przed nim. Ten człowiek wyraża fatalistyczną wizję życia. Myślimy, że coś nam się przydarza, ponieważ nie mamy szczęścia, ponieważ los jest nam przeciwny. Ów człowiek jest przygnębiony. Czuje się pokonany w życiowej walce.

    Jezus pomaga mu jednak odkryć, że jego życie jest również w jego rękach. Zachęca go, aby wstał, podniósł się ze swojej chronicznej sytuacji i wziął swoje nosze (por. w. 8). Tego łóżka nie należy zostawiać, czy wyrzucać: symbolizuje ono jego przeszłość pełną chorób, jest jego historią. Do tej pory przeszłość go blokowała, zmuszała do leżenia jak martwy. Teraz to on może wziąć te nosze i zanieść je tam, gdzie chce: może zdecydować, co czynić ze swoją historią! Chodzi o to, aby iść naprzód, biorąc na siebie odpowiedzialność za wybór drogi, którą się podąża. A to wszystko dzięki Jezusowi!

    Najmilsi bracia i siostry, prośmy Pana o dar zrozumienia, gdzie nasze życie zablokowało się. Spróbujmy dopuścić do głosu nasze pragnienie uzdrowienia. I módlmy się też za tych wszystkich, którzy czują się sparaliżowani, którzy nie widzą drogi wyjścia. Prośmy, abyśmy powrócili do zamieszkiwania w Sercu Chrystusa, które jest prawdziwym domem miłosierdzia!

    _____________________________

    Apel

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Serce Kościoła rozdzierają krzyki, które dochodzą z miejsc ogarniętych wojną, zwłaszcza z Ukrainy, Iranu, Izraela i Gazy. Nie możemy przyzwyczaić się do wojny! Wręcz przeciwnie – trzeba odrzucić jako pokusę fascynację potężnym i zaawansowanym uzbrojeniem. W rzeczywistości bowiem, we współczesnej wojnie używa się „naukowo opracowanych rodzajów broni, [a] jej możliwości niszczenia grożą doprowadzeniem walczących do barbarzyństwa, które przewyższa znacznie barbarzyństwo minionych czasów” (Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 79). Dlatego – w imię ludzkiej godności i prawa międzynarodowego – powtarzam odpowiedzialnym to, co zwykł mówić Papież Franciszek: wojna jest zawsze porażką! A wraz z Piusem XII: „Przez pokój niczego się nie traci, ale wszystko może być stracone przez wojnę”.

    _____________________________

    Pozdrowienie

    Saluto cordialmente i pellegrini polacchi. Domani nella vostra Patria celebrate la Solennità del Corpus Domini – riunendovi numerosi alla Eucaristia e partecipando alle processioni per le strade delle città e dei paesi. Organizzate anche concerti di lode, come quello “Un solo Cuore, un solo Spirito” a Rzeszów. Questi incontri possano ravvivare la vostra testimonianza di amore a Cristo e l’apertura integrale al Vangelo. Vi benedico di cuore.

    Serdecznie pozdrawiam pielgrzymów polskich. Jutro w Waszej Ojczyźnie świętujecie Uroczystość Bożego Ciała – gromadząc się licznie na Eucharystii i uczestnicząc w procesjach na ulicach miast i wiosek. Organizujecie też koncerty uwielbienia, jak „Jednego Serca, Jednego Ducha” w Rzeszowie. Niech te spotkania ożywiają wasze świadectwo miłości do Chrystusa i całkowitą otwartość na Ewangelię. Z serca Wam błogosławię.

    _____________________________

    Streszczenie katechezy Ojca Świętego

    Drodzy bracia i siostry, nadal wpatrujemy się w Jezusa, który uzdrawia. Dziś zatrzymajmy się nad uzdrowieniem paralityka. Jezus, udając się do Jerozolimy na święto żydowskie, zatrzymuje się przy bramie, gdzie chorzy czekali na uzdrowienie w sadzawce Betesda – czyli w „domu miłosierdzia”. To obraz Kościoła, gdzie gromadzą się chorzy, wykluczeni i zniechęceni porażkami, pozbawieni sił do dalszej walki. To do nich przychodzi Jezus, aby ożywić ich nadzieję i zachęcić do podjęcia odpowiedzialności za siebie. Prośmy, abyśmy powrócili do zamieszkania w Sercu Chrystusa – w prawdziwym domu miłosierdzia!

    [1] Homilia 17, 7. w: Homilie na Ewangelie i Pierwszy List św. Jana, tłum. O. Wł. Szołdrski, ks. W. Kania, ATK, Warszawa 1977, s. 254.


    Copyright © Dicastero per la Comunicazione – Libreria Editrice Vaticana

    ***

    Papież Leon XIV: Bóg jest zawsze blisko tych, którzy cierpią


    Samplefot. Vatican Media

    ***

    Z okazji obchodów „Dnia dla Życia” zorganizowanych przez Konferencje Episkopatów Anglii i Walii, Szkocji i Irlandii, Ojciec Święty wystosował do uczestników telegram, podpisany przez Sekretarza Stanu Stolicy Apostolskiej, w którym wskazał na potrzebę świadectwa o godności każdego człowieka bez wyjątku oraz o czułym, chrześcijańskim towarzyszeniu ciężko chorym.

    Tematem obchodów „Dnia dla Życia” są słowa „Nadzieja nie zawodzi – odnajdywanie sensu w cierpieniu”. Hasło wpisuje się w przeżywany obecnie Rok Jubileuszowy, którego motywem przewodnim jest właśnie nadzieja.

    W skierowanym do uczestników i organizatorów telegramie, podpisanym przez Sekretarza Stanu Stolicy Apostolskiej kard. Pietro Parolina i adresowanym do metropolity Liverpoolu abp. Johna Francisa Sherringtona, Leon XIV zapewnił o swojej duchowej bliskości.

    Papież podkreślił, że temat wydarzenia „Dzień dla Życia” jest okazją do skierowania uwagi na to, w jaki sposób tajemnica cierpienia, tak powszechna w życiu ludzi, może zostać przekształcona w doświadczenie obecności Pana, bo Bóg jest zawsze blisko tych, którzy cierpią. Powołując się na orędzie papieża Franciszka na XXXIII Światowy Dzień Chorych, Leon XIV dodał, że Bóg prowadzi do docenienia głębszego sensu życia, w miłości i bliskości.

    Ojciec Święty Leon XIV, jak czytamy w telegramie, modli się, aby dzięki wspólnemu świadectwu organizatorów i uczestników „Dnia dla Życia”, świadectwu o godności każdego człowieka bez wyjątku oraz o czułym, chrześcijańskim towarzyszeniu ciężko chorym, wszyscy w społeczeństwie byli zachęceni do obrony, a nie podważania cywilizacji opartej na autentycznej miłości i prawdziwym współczuciu.

    Papież powierza wysiłki na rzecz ludzkiego życia wstawiennictwu Matki Bożej Dobrej Rady, a wszystkim, którzy wspierają „Dzień dla Życia” udziela apostolskiego błogosławieństwa.

    15 czerwca 2025 – Artur Hanula, Vatican News PL | Watykan

    ***

     czwartek 12 czerwca

    Uroczystość

    Jezusa Chrystusa, Najwyższego Wiecznego Kapłana

    Jezus Chrystus, Najwyższy i Wieczny Kapłan

    Fr. Lawrence OP | Flickr | CC BY-NC-ND 2.0/Aleteia.pl

    ***

    Święto Chrystusa

    Najwyższego i Wiecznego Kapłana

    Święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana obchodzone jest w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    Papież Benedykt XVI zaproponował, żeby do kalendarza liturgicznego wprowadzić nowe święto ku czci Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana. Jest to odpowiedź Ojca Świętego na postulaty zgłaszane przez różne episkopaty, ale przede wszystkim środowiska zakonne dla upamiętnienia Roku Kapłańskiego, który był obchodzony od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r. Jest to odpowiedź papieża na potrzebę obchodzenia takiego święta. (Do tej pory w Mszale Rzymskim jest tylko Msza wotywna, którą często kapłani sprawują z okazji pierwszego czwartku miesiąca, gdy w sposób szczególny modlimy się o powołania kapłańskie i dziękujemy Chrystusowi za ustanowienie sakramentu Eucharystii i kapłaństwa).

    Benedykt XVI wyznaczył dzień na takie święto – czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego, czyli tydzień przed uroczystością najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwaną Bożym Ciałem.

    To nowe święto wpisuje się w cykl uroczystości i świąt, szczególnych dni, obchodzonych po zakończeniu cyklu paschalnego. Radość wielkanocna ze Zmartwychwstania Chrystusa i Jego zwycięstwa trwa pięćdziesiąt dni, kończy go uroczysty 50. dzień – Zesłanie Ducha Świętego – który pieczętuje świąteczny okres obchodów liturgicznych. I dopiero po zakończeniu tego okresu w określone dni, mające rangę uroczystości czy święta, powraca się do pewnych tajemnic wiary, które zaistniały w Wydarzeniu Wielkanocnym. Wówczas nie było możliwości świętowania konkretnej tajemnicy, konkretnego aspektu wiary, ponieważ Triduum Paschalne i Wielkanoc zawiera jak w pigułce całą naszą wiarę, to, co jest najważniejsze, więc godzina po godzinie objawiają się kolejne tajemnice, które rozważamy i przeżywamy.

    W Wieczerniku w Wielki Czwartek wieczorem świętujemy ustanowienie sakramentu Eucharystii, ale zaraz się zaczyna świętowanie Męki Pańskiej, bo przecież Msza Wielkiego Czwartku zaczyna Triduum Męki Chrystusa. Nie ma wtedy odpowiedniego czasu na uroczyste obchody ku czci Eucharystii. Dlatego została ustanowiona specjalna uroczystość – Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, by ten sakrament uczcić. W Wielki Piątek Pan Jezus kona na krzyżu, następuje moment przebicia Jego Serca. Znowu nie ma odpowiedniego czasu w liturgii wielkopiątkowej na rozbudowanie wątku uczczenia miłości Boga, objawionej w przebitym Sercu Jezusa – stąd oddzielna uroczystość – Najświętszego Serca Pana Jezusa – także po zakończeniu cyklu uroczystości paschalnych.

    I ta propozycja – święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana – wpisuje się w ten ciąg. Pan Jezus w Wieczerniku ustanawia sakrament kapłaństwa. Sam objawia się poprzez całe Misterium Paschalne i to, czego dokonuje – że On jest najwyższym Kapłanem, On składa ofiarę, tak naprawdę jedyną skuteczną – za grzechy świata. W Wielki Czwartek, podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, gdy wspólnota wiernych zgromadzi się w danej parafii, nie bardzo jest miejsce dla uczczenia kapłaństwa Chrystusa, w które wpisane jest kapłaństwo ludzi, przyjmujących sakrament święceń, by przez nich Pan Jezus Swoje kapłaństwo wykonywał. Stąd potrzeba pogłębienia tej tajemnicy i wprowadzenia odrębnego święta.

    kai

    ***

    Niedoszła ofiara Abrahama pokazała, jak wielką ofiarę złożył za nas Bóg.


    fot. Ikona Kiko Arguello

    ***

    Ta Liturgia Słowa to jakby jedna historia opowiedziana kilkukrotnie. Historia Ojca, który składa w ofierze swego Syna. Najpierw „zaaranżowana” w życiu Abrahama, w dramatycznej dla niego i jego syna Izaaka próbie, tak jakby Bóg chciał zapowiedzieć, co zrobi w przyszłości, i uświadomić jednocześnie, jak kosztowna nawet dla Boga-Ojca to ofiara (PIERWSZE CZYTANIE Rdz 22, 9–18).

    Potem słyszymy Syna, posyłanego przez Ojca, który mówi: Oto idę. Dialog odbywa się jakby w niebiosach, a może w modlitwie w Getsemani (PIERWSZE CZYTANIE Hbr 10,4–10). Uświadamia, jak kosztowna nawet dla Syna Bożego to ofiara. W końcu ofiara się spełni, nie zostanie przerwana, jak w Księdze Rodzaju. Przepełniona trwogą modlitwa w Ogrodzie Oliwnym to przygotowanie Syna. Choć to Bóg, Jezus Chrystus – prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek, podejmuje ostatecznie decyzję (EWANGELIA).

    Jest sam, opuszczony przez uczniów. Paradoksalnie, gdy my jesteśmy sami i czujemy się opuszczeni przez Pana Boga, On z nami jest, bo wcześniej wziął na siebie nasze trwogi. Niewidoczny jak Baranek w zaroślach.

    Stacja7.pl

    ***

    Święto Pana Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana

    Święto Pana Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana obchodzone jest w Polsce od 2013 r. Ma ono przyczynić do świętości życia duchowieństwa oraz być inspiracją do modlitwy o nowe, święte i liczne powołania kapłańskie.
    Decyzję o wprowadzeniu święta podjęli biskupi zgromadzeni na 360. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski w Zakopanem w listopadzie 2012 r. W następstwie tej decyzji, w lutym 2013 r. Watykańska Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zatwierdziła dla Kościoła w Polsce nowe święto oraz zatwierdziła jego coroczne obchody na czwartek po Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.
    Biskupi podkreślają, że święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana, wprowadzone w ostatnich dniach pontyfikatu papieża Benedykta XVI jest dla Kościoła w Polsce niejako jego testamentem duchowym.
    Egzegeza tekstu biblijnego ma prowadzić do modlitwy. Najlepszym zwieńczeniem tych rozważań będzie litania o Chrystusie-Kapłanie, odmawiana niegdyś w seminariach duchownych. Ojciec święty Jan Paweł II w swojej książce Dar i tajemnica poleca nam ją gorąco dla odnowienia żarliwości apostolskiej. Pisze tam między innymi: “W Ofierze Krzyża, upamiętnianej i uobecnianej w każdej Eucharystii, Chrystus ofiaruje siebie za zbawienie świata. Wezwania litanijne wyrażają całe bogactwo tej tajemnicy (…)  Jest w tych wezwaniach zawarte wielkie bogactwo teologicznej wizji kapłaństwa. Litania ta jest głęboko osadzona w Piśmie świętym, a zwłaszcza w “Liście do Hebrajczyków” (Dar i tajemnica, s. 77).

    Świętując dzisiejszą uroczystość Pana naszego, Jezusa Chrystusa, który jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem – dziś również jest pierwszy czwartek miesiąca – a więc mamy podwójną zachętę, aby modlić się za kapłanów, którzy poprzez swoją posługę, przede wszystkim sakramentalną, pomagają nam osiągnąć wieczne zbawienie.

    ***

    Święto Chrystusa Kapłana – refleksja nad Eucharystią i powołaniem

    Sample

    fot. Wilbert Maximus / Cathopic

    ***

    – Pan Bóg wykorzystał chęć poświęcenia się jakiejś idei, sprawie, jakiemuś dobru, które zawsze we mnie było – powiedział ks. Adam Pawłowski z parafii św. Augustyna w Czapurach koło Poznania. Duchowny podzielił się swoim świadectwem w związku ze Świętem Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana, które w Polsce obchodzone jest od 2012 r. i stanowi okazję do refleksji nad tajemnicą kapłaństwa.

    Choć korzenie tej idei sięgają głęboko, samo święto obchodzone jest od niedawna. Ustanowił je papież Benedykt XVI po zakończeniu Roku Kapłańskiego, obchodzonego od czerwca 2009 r. do czerwca 2010 r. Była to odpowiedź Następcy św. Piotra na liczne postulaty, jakie napływały do Stolicy Apostolskiej z różnych stron świata. Papież pozostawił Kościołom lokalnym swobodę decyzji co do wprowadzenia tego święta. W Polsce zostało ono ustanowione przez Konferencję Episkopatu Polski w 2012 r.

    Ponieważ święto przypada po okresie wielkanocnym, jest szansą na głębsze przeżycie tajemnic wiary, refleksję nad Eucharystią oraz rolą kapłana jako pośrednika pomiędzy wiernym a Chrystusem. To również okazja do modlitwy za kapłanów i przypomnienia, że każdy z nich nosi własną, osobistą historię.

    Ks. Adam Pawłowski przyznał, że nigdy nie myślał o kapłaństwie, a jego droga powołania była naznaczona trudnymi doświadczeniami rodzinnymi. – Pana Boga nie można ograniczać w Jego działaniach, które są bardzo kreatywne – powiedział. Duchowny pochodzi z rodziny, którą nazwał „trudną”; po śmierci jego czteroletniego brata ojciec popadł w alkoholizm, a siostra odeszła od Kościoła i związała się z subkulturami. – Wszystko jest po coś – podkreślił. Jak zaznaczył, to właśnie te doświadczenia dziś pomagają mu docierać do zagubionej młodzieży. Jako kapelan ośrodka wychowawczego dla młodych „na bakier z prawem”, widzi, jak jego własna historia służy tym, którym posługuje. Za swoją siostrę modlił się przez 26 lat – nawróciła się.

    O. Roman Łaba, posługujący na Ukrainie, zwrócił uwagę na kapłaństwo jako znak obecności Boga wśród cierpiących. – Jako kapłan jestem znakiem obecności Boga wśród ludu, który cierpi – powiedział. Odnosząc się do trwającej w jego ojczyźnie wojny, przyznał, że w tych trudnych doświadczeniach ludzie coraz częściej szukają Boga, zadając pytania o sens i nadzieję. Jak zaznaczył, jedyne, czego doświadcza w tej posłudze, to wierność Boga – mimo kruchości człowieka. Przypomniał również, że kapłaństwo powinno być wzorowane na Jezusie, który składał samego Siebie w ofierze. Jego zdaniem, sens kapłaństwa polega na rezygnacji z siebie i swojego życia na rzecz innych.

    O trudach kapłaństwa mówił także o. Rafał Walczyk, który od początku swej posługi przebywa poza granicami Polski – w Stanach Zjednoczonych. – Oprócz języka musiałem nauczyć się tamtego Kościoła – wyznał. Jak dodał, choć Kościół jest jeden, powszechny i katolicki, to w USA spotykają się ludzie różnych kultur, którzy na różne sposoby przeżywają swoją wiarę. Posługa w takim środowisku, mimo trudów, przynosi radość – szczególnie w udzielaniu sakramentów i towarzyszeniu ludziom na drodze wiary. – Wiele razy docierały do mnie świadectwa nawróceń – mówił. Często były to osoby, które przez kilkadziesiąt lat żyły z dala od Kościoła, a powróciły dzięki prostym gestom miłości ze strony kapłana.

    Na Jasnej Górze posługuje o. Jan Król, pełniący funkcję ceremoniarza. Jak powiedział, ma dzięki temu możliwość być blisko pielgrzymów i przeżywać liturgię razem z nimi. – Gdy wychodzę z Panem Jezusem do ludzi zgromadzonych na Eucharystii na błoniach, rozstępują się niczym Morze Czerwone – wspominał. To doświadczenie jest dla niego szczególnym znakiem działania Boga, „cukierkiem” otrzymanym od Niego – jak sam to określił.

    O. Wojciech Dec, który na co dzień posługuje w Łodzi, a każdego roku wędruje na Jasną Górę z Pieszą Pielgrzymką Warszawską, przypomniał, że jedynym Najwyższym Kapłanem jest Chrystus. – My w tym kapłaństwie uczestniczymy przez święcenia – powiedział. Podkreślił, że możliwość wypowiadania słów konsekracji i trzymania w dłoniach Ciała Chrystusa to łaska. – Wypowiadamy wtedy słowa: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje”. To przypomnienie, że jesteśmy powołani – mówił. Według niego, kapłan powinien w jedności z Chrystusem oddawać siebie innym – swój czas, siły i zdrowie. – Pokusa, by tego nie robić, może być silna, ale grozi nam, że będziemy jak ziarno, które nie wydaje plonu – zaznaczył.

    Święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana przypada w czwartek po uroczystości Zesłania Ducha Świętego, czyli tydzień przed uroczystością Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.

    Biuro Prasowe @JasnaGóraNews | Jasna Góra

    ***

    Msza święta

    Antyfona na wejście

    Chrystus, Pośrednik nowego Przymierza, które trwa na wieki, ma Kapłaństwo nieprzemijające – Hbr 7,24; 9,15

    Chwała na wysokości…

    Kolekta

    Boże, Ty dla chwały Twojego majestatu
    i dla zbawienia rodzaju ludzkiego
    ustanowiłeś Jednorodzonego Syna swojego
    Najwyższym i Wiecznym Kapłanem,
    spraw, aby dzięki łasce Ducha Świętego ci,
    których On wybrał jako sługi i szafarzy swoich tajemnic, okazali się wierni w wykonywaniu przyjętego
    urzędu posługiwania.
    Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.
     Amen.

    Czytanie z Księgo Rodzaju – Rdz 22,9-18

    A gdy przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna. Ale wtedy anioł Pana zawołał na niego z nieba i rzekł: „Abrahamie!” A on rzekł: „Oto jestem”. Powiedział mu: „Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna”.

    Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach. Poszedł więc, wziął barana i złożył w ofierze całopalnej zamiast swego syna. I dał Abraham miejscu temu nazwę „Pan widzi”. Stąd to mówi się dzisiaj: „Na wzgórzu Pan się ukazuje”.

    Po czym anioł Pana przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: „Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to, iż nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia na wzór twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu”. Abraham wrócił do swych sług i wyruszywszy razem z nimi w drogę, poszedł do Beer-Szeby. I mieszkał Abraham nadal w Beer-Szebie.
    Oto słowo Boże.

    Psalm 40

    R/ Przychodzę, Boże, pełnić Twoją wolę

    Nie chciałeś ofiary krwawej ani z płodów ziemi,
    lecz otwarłeś mi uszy:
    nie żądałeś całopalenia i ofiary za grzechy.
    Wtedy powiedziałem: „Oto przychodzę. R/

    W zwoju księgi jest o mnie napisane:
    Radością jest dla mnie pełnić Twoją wolę, mój Boże,
    a Twoje prawo mieszka w moim sercu”.
    Głosiłem Twą sprawiedliwość w wielkim zgromadzeniu
    i nie powściągałem warg moich, o czym Ty wiesz,
    Panie. R/

    Sprawiedliwości Twojej nie kryłem w głębi serca,
    głosiłem Twoją wierność i pomoc.
    Nie taiłem Twojej łaski ani Twej wierności
    przed wielkim zgromadzeniem. R/

    Alleluja, alleluja, alleluja. 

    Dla nas Chrystus stał się posłusznym aż do śmierci, a była to śmierć na krzyżu, dlatego Bóg wywyższył Go nad wszystko i dał Mu imię, które jest ponad wszelkie imię. 

    Alleluja, alleluja, alleluja.

    Słowa Ewangelii według św. Mateusza – Mt 26,36-42

    Wtedy przyszedł Jezus z nimi do ogrodu, zwanego Getsemani, i rzekł do uczniów: „Usiądźcie tu, Ja tymczasem odejdę tam i będę się modlił”. Wziąwszy z sobą Piotra i dwóch synów Zebedeusza, począł się smucić i odczuwać trwogę. Wtedy rzekł do nich: „Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną”. I odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich. Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty”.

    Potem przyszedł do uczniów i zastał ich śpiących. Rzekł więc do Piotra: „Tak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”. Powtórnie odszedł i tak się modlił: „Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja”.

    Oto słowo Pańskie.

    Modlitwa nad darami

    Panie Boże, niech nasz Pośrednik, Jezus Chrystus, uczyni te dary miłymi Tobie;
    i wraz z Sobą przedstawi nas jako wdzięczną ofiarę.
    Który żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    Prefacja
    Kapłaństwo Chrystusa i Kościoła

    Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe,
    słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie
    Tobie składali dziękczynienie, Panie, Ojcze święty,
    wszechmogący, wieczny Boże.
    Ty przez namaszczenie Duchem Świętym
    ustanowiłeś Twojego Jednorodzonego Syna Kapłanem nowego i wiecznego przymierza i postanowiłeś,
    że Jego jedyne kapłaństwo będzie trwało w Kościele. Chrystus nie tylko obdarzył cały lud odkupiony królewskim kapłaństwem, lecz w swojej miłości
    dla braci wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie.

    W Jego imieniu odnawiają oni Ofiarę,
    przez którą odkupił ludzi,
    i przygotowują dla Twoich dzieci ucztę paschalną. Otaczają oni miłością Twój lud święty,
    karmią go słowem i umacniają sakramentami. Poświęcając swoje życie dla Ciebie i dla zbawienia braci,
    starają się upodobnić do Chrystusa
    i składają Tobie świadectwo wiary i miłości.
    Dlatego z Aniołami i wszystkimi Świętymi
    wysławiamy Ciebie, z radością wołając:


    Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów.
    Pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej.
    Hosanna na wysokości.
    Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie.
    Hosanna na wysokości.

    Antyfona na Komunię

    Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.

    Modlitwa po Komunii

    Prosimy Cię, Panie, niech święta Hostia,
    którąśmy ofiarowali i przyjęli, odnowi nasze życie, abyśmy nieustannie zjednoczeni z Tobą w miłości, przynosili owoce trwające na wieki.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    ***

    Litania do Chrystusa, Kapłana i Ofiary. Wspaniała modlitwa za naszych księży


    Odmawiajmy ją często. Św. Jan Paweł II na końcu swojej książki “Dar i tajemnica” umieścił tę właśnie litanię.

    • Kyrie eleison Chryste eleison. Kyrie eleison.
    • Chryste usłysz nas Chryste wysłuchaj nas.
    • Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.
    • Synu, Odkupicielu świata, Boże,
    • Duchu Święty, Boże,
    • Święta Trójco, jedyny Boże,
    • Jezu, Kapłanie na wieki, zmiłuj się nad nami.
    • Jezu, nazwany przez Boga Kapłanem na wzór Melchizedeka,
    • Jezu, Kapłanie, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą,
    • Jezu, Kapłanie wielki,
    • Jezu, Kapłanie z ludzi wzięty,
    • Jezu, Kapłanie dla ludzi ustanowiony,
    • Jezu, Kapłanie wszystkich wierzących,
    • Jezu, Kapłanie większej od Mojżesza czci godzien,
    • Jezu, Kapłanie prawdziwego przybytku,
    • Jezu, Kapłanie dóbr przyszłych,
    • Jezu, Kapłanie święty, niewinny i nieskalany,
    • Jezu, Kapłanie wierny,
    • Jezu, Kapłanie miłosierny,
    • Jezu, Kapłanie dobroczynny,
    • Jezu, Kapłanie pałający gorliwością o Boga i ludzi,
    • Jezu, Kapłanie na wieczność doskonały,
    • Jezu, Kapłanie, który wszedłeś do nieba,
    • Jezu, Kapłanie, siedzący po prawicy Majestatu na wysokości,
    • Jezu, Kapłanie wstawiający się za nami przed obliczem Boga,
    • Jezu, Kapłanie, któryś nam otwarł drogę nową i żywą,
    • Jezu, Kapłanie, któryś umiłował nas i obmył od grzechów Krwią swoją,
    • Jezu, Kapłanie, któryś siebie samego wydał jako Ofiarę i Hostię dla Boga,
    • Jezu, Ofiaro Boga i ludzi,
    • Jezu, Ofiaro święta,
    • Jezu, Ofiaro niepokalana,
    • Jezu, Ofiaro przyjęta przez Boga,
    • Jezu, Ofiaro przejednania,
    • Jezu, Ofiaro uroczysta,
    • Jezu, Ofiaro chwały,
    • Jezu, Ofiaro pokoju,
    • Jezu, Ofiaro przebłagania,
    • Jezu, Ofiaro zbawienia,
    • Jezu, Ofiaro, w której mamy ufność i śmiały przystęp do Boga,
    • Jezu, Ofiaro, która dwoje jednym uczyniła,
    • Jezu, Ofiaro od założenia świata ofiarowana,
    • Jezu, Ofiaro żywa przez wszystkie wieki.
    • Bądź nam miłościw, przepuść nam, Jezu.
    • Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Jezu.
    • Od zła wszelkiego, wybaw nas, Jezu.
    • Od nierozważnego wejścia na służbę Kościoła,
    • Od grzechu świętokradztwa,
    • Od ducha niepowściągliwości,
    • Od pogoni za pieniądzem,
    • Od wszelkiej chciwości,
    • Od złego używania majątku kościelnego,
    • Od miłości świata i jego pychy,
    • Od niegodnego sprawowania świętych Tajemnic,
    • Przez odwieczne Kapłaństwo Twoje,
    • Przez święte namaszczenie Boskości, mocą którego Bóg Ojciec uczynił Cię Kapłanem,
    • Przez Twego kapłańskiego Ducha,
    • Przez Twoje posługiwanie, którym na ziemi wsławiłeś Ojca Twego,
    • Przez krwawą ofiarę z Siebie raz na Krzyżu złożoną,
    • Przez tę samą ofiarę codziennie na ołtarzu odnawianą,
    • Przez Boską władzę, którą jako jedyny i niewidzialny Kapłan wykonujesz przez swoich kapłanów.
    • Abyś wszystkie sługi Kościoła w świętej pobożności zachować raczył, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie.
    • Aby ich napełnił Duch kapłaństwa Twego,
    • Aby usta kapłanów strzegły wiedzy,
    • Abyś na żniwo swoje robotników nieugiętych posłać raczył,
    • Abyś sługi Twoje w gorejące pochodnie przemienił,
    • Abyś pasterzy według Twego Serca wzbudzić raczył,
    • Aby wszyscy kapłani nienaganni byli i bez skazy,
    • Aby wszyscy, którzy zobaczą sługi ołtarzy, Pana uczcili,
    • Aby składali Ci ofiary w sprawiedliwości,
    • Abyś przez nich cześć Najświętszego Sakramentu rozkrzewić raczył,
    • Kapłanie i Ofiaro.
    • Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Jezu.
    • Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Jezu.
    • Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami, Jezu.
    • Jezu, Kapłanie, usłysz nas.
    • Jezu, Kapłanie, wysłuchaj nas.

    Módlmy się.  Boże, Uświęcicielu i Stróżu Twojego Kościoła, wzbudź w nim przez Ducha Twojego godnych i wiernych szafarzy świętych Tajemnic, aby za ich posługiwaniem i przykładem, przy Twojej pomocy, lud chrześcijański kierował się na drogę zbawienia.  Boże, Ty nakazałeś modlącym się i poszczącym uczniom oddzielić Pawła i Barnabę do dzieła, do którego ich przeznaczyłeś, bądź teraz z Twoim Kościołem trwającym na modlitwie, i wskaż tych, których do służby wybrałeś. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    ***

    Jezus Chrystus –
    Dobry Pasterz i Pośrednik Nowego Przymierza –
    jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem.

    Spełniając funkcję kapłańską, złożył samego siebie na ołtarzu krzyża jako ofiarę przebłagalną za wszystkich ludzi. Pojednał świat z Bogiem, stając się jedynym skutecznym Pośrednikiem pomiędzy Bogiem i ludźmi. Jezus Chrystus nie zatrzymuje niczego dla siebie. Dlatego, jako Najwyższy Kapłan, zechciał podzielić się swoim kapłaństwem z tymi wszystkimi, którzy za Nim pójdą. Wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie. Dziękujemy za tych pasterzy, którzy otaczają miłością lud święty, karmią go Bożym Słowem i wzmacniają Sakramentami, poświęcają swoje życie dla zbawienia braci. Prosimy, aby byli dobrymi pasterzami, którzy okażą się wierni w wykonywaniu przyjętego urzędu posługiwania i każdego dnia będą upodabniać się do Chrystusa, składając świadectwo wiary i miłości. To święto jest okazją, by wesprzeć ich modlitwą – zarówno tych, którzy już odpowiedzieli pozytywnie na Boże wezwanie i posługują w Kościele jako biskupi, kapłani, diakoni, bracia zakonni i siostry zakonne, osoby konsekrowane, misjonarze i katechiści, jak i tych, którzy w tych dniach podejmują kluczowe dla swego życia decyzje. Niech nie zabraknie im naszego wsparcia w postaci modlitwy i życzliwości. Amen.

    MODLITWA O UŚWIĘCENIE KAPŁANÓW

    O Jezu, wiekuisty Najwyższy Kapłanie, zachowaj Twoich kapłanów w opiece Twojego Najwyższego Serca, gdzie nikt im nie może zaszkodzić. Zachowaj nieskalanymi ich namaszczone dłonie, które codziennie dotykają Twojego Świętego Ciała. Zachowaj czystymi ich wargi, które zraszane są Twoją Najdroższą krwią. Zachowaj czystymi ich serca naznaczone wspaniałą pieczęcią Twojego Kapłaństwa. Spraw, aby wzrastali w miłości i wierności Tobie, chroń ich przed zepsuciem i skażeniem tego świata. Wraz z mocą przemiany chleba i wina udziel im również mocy przemiany serc. Błogosław ich trudowi, aby wydał obfite owoce. Niech dusze, którym służą, będą ich pociechą tu na ziemi, a także wieczną koroną w życiu przyszłym. Amen.

    MODLITWA O POWOŁANIA

    Jezu, Synu Boga, w którym mieszka cała pełnia bóstwa. Ty powołujesz ochrzczonych, by wypłynęli na głębię, krocząc drogami świętości. Wzbudź w sercach ludzi młodych pragnienie, by być świadkami potęgi Twojej miłości. Napełnij młodych Twoim Duchem odwagi i roztropności, aby prowadził ich ku głębi tajemnicy człowieka, aby stali się zdolnymi do odkrycia pełnej prawdy o sobie i o własnym powołaniu. Nasz Zbawicielu, posłany przez Ojca, aby objawić Jego miłosierną miłość. Obdarz Twój Kościół darem ludzi młodych, którzy są gotowi wypłynąć na głębię, aby być wśród ludzi znakiem Twojej obecności, która odnawia i zbawia. Najświętsza Dziewico, Matko Zbawiciela, niezawodna Przewodniczko na drodze ku Bogu i bliźniemu. Ty, która zachowywałaś słowa Jezusa w głębi Twojego serca, wspieraj Twoim macierzyńskim wstawiennictwem rodziny i wspólnoty kościelne, aby pomagały ludziom młodym w hojnej odpowiedzi na wezwanie Pana. Amen.

    Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej/parafia św. Karola Boromeusza

    ***

    piątek 13 czerwca

    Adoracja Najświętszego Sakramentu z nabożeństwem czerwcowym i możliwość spowiedzi św. od godz. 18.00

    godz.19.00 Msza święta

    ***

    sobota 14 czerwca

    od godz. 17.00 spowiedź św.

    Msza święta wigilijna z Niedzieli Trójcy Przenajświętszej o godz. 18.00

    Po Mszy św., z racji drugiej soboty miesiąca, nabożeństwo ku czci Matki Bolesnej, której Niepokalane Serce zostało siedmiokrotnie przebite mieczem boleści.

    ***

    Niedziela 15 czerwca

    UROCZYSTOŚĆ TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ

    trojca
    Ikona Trójcy Przenajświętszej /Krakowska Prowincja Zakonu Karmelitów Bosych/Karmel.pl/

    ***

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW. OD GODZ.13.30

    Msza święta.godz. 14.00

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ***

    Okres Wielkanocny kończy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Zaś czas Komunii Wielkanocnej kończy się w Uroczystość Najświętszej Trójcy.

    ***

    V przykazań kościelnych

    Przykazania kościelne wyznaczają normy postępowania, które ustanawia Kościół Katolicki. Dotyczą one uczestniczenia w życiu Kościoła, a zwłaszcza w liturgii.

    1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.

    2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.

    3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą.

    4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.

    5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.

    ____________________________________

    W ciągu roku jest sześć świąt, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:

    • 1 stycznia — Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi;
    • 6 stycznia — Uroczystość Objawienia Pańskiego (tzw. Trzech Króli);
    • czwartek po Uroczystości Trójcy Świętej — Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (tzw. Boże Ciało);
    • 15 sierpnia — Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Matki Bożej Zielnej);
    • 1 listopada — Uroczystość Wszystkich Świętych;
    • 25 grudnia — Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie).

    W niedziele i w święta wierni nie powinni wykonywać prac, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywania radości właściwej dniowi świątecznemu i korzystania z należytego odpoczynku duchowego i fizycznego.

    Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym każdy wierny powinien przynajmniej raz w roku przystąpić do spowiedzi św.

    5 warunków dobrej spowiedzi świętej:

    • Rachunek sumienia.
    • Żal za grzechy.
    • Mocne postanowienie poprawy.
    • Szczera spowiedź
    • Zadość uczynienie Panu Bogu i Bliźniemu.

    Okres Wielkanocny w trzecim przykazaniu obejmuje czas od Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    Co do czwartego przykazania – wszyscy wierni obowiązani są czynić pokutę. Dla wyrażenia tej pokutnej formy pobożności chrześcijańskiej Kościół ustanowił dni i okresy pokuty. W tym czasie chrześcijanin powinien szczególnie praktykować czyny pokutne służące nawróceniu serca, co jest istotą pokuty w Kościele. Powstrzymywanie się od zabaw pomaga w opanowaniu instynktów i sprzyja wolności serca.

    • Czynami pokutnymi są: modlitwa, jałmużna, uczynki pobożności i miłości, umartwianie przez wierniejsze pełnienie obowiązków, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post.
    • Czasem pokuty w Kościele są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu.
    • Wstrzemięźliwość obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14 rok życia we wszystkie piątki i Środę Popielcową.
    • Post ścisły obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek wszystkich między 18 a 60 rokiem życia.
    • Uzasadniona niemożliwość zachowania wstrzemięźliwości w piątek domaga się od chrześcijanina podjęcia innych form pokuty.
    • Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie Wielkiego Postu.

    ***

    Jak przygotować się do spowiedzi?

    Porady biskupa

    Jak przygotować się do spowiedzi? Porady biskupa

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Przygotowanie bezpośrednie do spowiedzi to nie ten krótki moment, kiedy stoimy w kolejce do konfesjonału. Wtedy praktycznie jest już za późno, by dobrze się przygotować do spowiedzi. Bezpośrednie przygotowanie do sakramentu pojednania powinno obejmować jakiś konkretny czas naszego trwania przed Bogiem w prawdzie o sobie. Może to być wieczór przed dniem spowiedzi albo jakiś bardzo konkretny czas poświęcony wyłącznie na to przygotowanie.

    Z obu stron kratek konfesjonału widać czasem słabe przygotowanie do sakramentu pojednania. Księża stają przed trudnością dobrego wyspowiadania osoby, która przychodzi do spowiedzi „bezpośrednio” z ulicy, wypowiadając ten sam zestaw grzechów od wielu lat. Narzekają oni, że „przystępujący do sakramentu pokuty bagatelizują rachunek sumienia, nie uznają za stosowne, by podać okoliczności przekroczeń i częstotliwość grzechu. Spowiednicy mają wątpliwości co do żalu spowiadających się, a już bardzo po macoszemu praktykowane jest postanowienie poprawy”[1]. Z kolei penitenci zadają sobie nieraz pytanie, na czym polega dobre przygotowanie do spowiedzi, ponieważ czują, że nie zawsze daje im ona spodziewane poczucie duchowej odnowy, a rutyna i przyzwyczajenie prowadzą czasem do osłabnięcia wiary w sakrament pojednania, odwlekanie go i coraz rzadsze przystępowanie do niego.

    Pragnę podzielić się kilkoma uwagami dotyczącymi dobrego przygotowania do sakramentu pokuty i pojednania. W procesie tym ważna jest moim zdaniem współpraca człowieka z Bogiem oraz dwa etapy: przygotowanie dalsze i przygotowanie bezpośrednie. Poniżej, omawiając te dwa etapy, zwrócę również uwagę na postawy penitenta i konkretne metody przygotowania.

    We współpracy z Duchem Świętym

    Dzieje Apostolskie zawierają bardzo ważną formułę, której używali Apostołowie w niektórych momentach swojej działalności. Między innymi przed Sanhedrynem wyznają oni: Dajemy temu świadectwo my właśnie oraz Duch Święty (Dz 5, 32). Duch Święty i my to dwa podmioty, które muszą współpracować w przygotowaniu do spowiedzi. Penitent winien przygotowywać się do spowiedzi, nie tylko opierając się na własnym rozeznaniu i wyczuciu. Należy to robić we współpracy i pod kierownictwem Ducha Świętego. Przygotowanie do spowiedzi winno się zaczynać od zaproszenia i nawiązania kontaktu z Duchem Świętym. Wynika to z samej istoty spowiedzi. Święty Jan Paweł II uczy nas: „W sakramencie pojednania (czyli pokuty) więź z Duchem Świętym zostaje ustanowiona mocą słów samego Chrystusa. Czytamy bowiem u Jana Ewangelisty, że Jezus tchnął na Apostołów i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane» (J 20, 22-23)”[2]. Misją Ducha Świętego, Ducha Prawdy, jest pokazać nam Prawdę, pouczyć nas o naszym grzechu i stać się naszym Obrońcą – Parakletem. Każde przygotowanie do spowiedzi winniśmy więc zaczynać od modlitwy do Ducha Świętego i dyspozycji wsłuchania się w Jego poruszenia, pamiętając przy tym, że nasze sumienie nie jest subiektywnym i osobistym oglądem rzeczywistości, w której żyjemy, ale głosem Ducha Świętego w nas.

    Po uświadomieniu sobie roli Ducha Świętego w przygotowaniu do spowiedzi przychodzi moment na nasze działania. Wydaje się, że przygotowanie się do tej jednej, konkretnej spowiedzi zależy od naszego ogólniejszego nastawienia i rozumienia tego sakramentu. Tak jak rozumiemy spowiedź, tak będziemy ją przeżywać w pojedynczych spotkaniach ze spowiednikiem. W ramach dalszego przygotowania się do spowiedzi w grę wchodzi więc pogłębiona świadomość tego, czym ten sakrament jest z ustanowienia Jezusa Chrystusa, a nie tylko z naszych osobistych doświadczeń czy według opinii ludzi i tradycyjnych przyzwyczajeń.

    Dalsze przygotowanie do spowiedzi

    W przygotowaniu dalszym do spowiedzi ważne jest traktowanie sakramentu pojednania właśnie jako sakramentu, a nie jako działania psychologicznego. Jeśli penitent przygotowuje się do spowiedzi tak, jakby miał iść na spotkanie z psychologiem, często doświadczy rozczarowania i nie zrozumie, że skuteczność spowiedzi nie leży w mądrych, ludzkich radach czy przeżywanych stanach emocjonalnych, ale w mocy samego Chrystusa.

    Dla uzasadnienia wspomnianej postawy przytoczę słowa czeskiego teologa, ks. Tomáša Halíka, który stwierdza: „Tajemnica paschalna jest źródłem owej władzy, która została powierzona spowiednikom, władzy «związywania i rozwiązywania» oraz leczenia ran spowodowanych w świecie przez zło i winę; kiedy wypowiadam formułę rozgrzeszenia, najważniejsze wydają mi się słowa «przez śmierć i zmartwychwstanie swego Syna». Bez tej «władzy Wielkanocy» spowiedź (i cały sakrament pojednania) byłaby rzeczywiście tylko tym, co wyobrażają sobie ludzie będący poza Kościołem: możliwością wypowiedzenia się, zwierzenia, ulżenia sobie, zasięgnięcia rady – czyli czymś, co mogłoby być zastąpione […] rozmową z psychoanalitykiem. W rzeczywistości sakrament pojednania jest czymś zupełnie innym, znacznie głębszym; jest uzdrawiającym owocem wydarzeń paschalnych”[3].

    Kolejna postawa przygotowania dalszego do spowiedzi to rozumienie jej jako „trybunału miłosierdzia”. W postawie człowieka wobec sakramentu pojednania mogą dominować dwa skrajne podejścia: bardziej jurydyczne, kiedy spowiedź traktowana jest jak pójście do sądu po ocenę czynu i nałożenie kary; i bardziej liberalne – kiedy nastąpił już pewien zanik poczucia winy i obiektywnego zła, a spowiedź traktuje się jako okazję do opowiadania nie tyle o konkretnych grzechach, ile o zranieniach. Pośrodku tych postaw można z powodzeniem umieścić nazwanie spowiedzi „trybunałem miłosierdzia”[4]. Określenie to pochodzi z Dzienniczka św. Siostry Faustyny Kowalskiej i pozwala w przygotowaniu do spowiedzi zająć postawę najbardziej właściwą, w której nie zapomina się, że spowiedź to forma oceny moich konkretnych czynów, ale ocena ta dokonuje się zawsze w sercu miłosiernego Boga.

    Postawą, na którą chcę zwrócić uwagę w dalszym przygotowaniu do spowiedzi, jest także traktowanie sakramentu pojednania w kontekście całego życia duchowego. Spowiedzi nie da się odłączyć od całości życia religijnego człowieka. Ściśle wiąże się ona z korzystaniem przez penitenta z innych sakramentów, z jego życiem modlitewnym i zażyłością ze słowem Bożym. Człowiek, który często obcuje z Pismem Świętym i prowadzi systematyczne życie modlitewne, będzie miał większą łatwość w przygotowaniu do spowiedzi niż ten, który zaniedbuje życie duchowe. Działa to na zasadzie światła: jeśli jesteśmy blisko światła, lepiej widzimy swoje brudy; kiedy żyjemy w ciemności, trudno nam je zauważyć.

    Podstawową metodą na etapie dalszego przygotowania do spowiedzi jest systematyczna praktyka rachunku sumienia, a nie tylko odprawianie go tuż przed przystąpieniem do spowiedzi. Metodę tę dobrze znamy z Ćwiczeń duchownych św. Ignacego Loyoli. Zalecał on, aby każdego dnia przynajmniej trzy razy badać swoje sumienie. Przy porannej modlitwie rachunek sumienia obejmuje postanowienia na nadchodzący dzień, w południe jest to szczegółowy rachunek sumienia z jednej lub kilku wad, nad którymi aktualnie pracujemy, a wieczorem – to ogólny rachunek sumienia z analizą całego dnia pod kątem osiągnięć i grzechów[5]. Metoda codziennego rachunku sumienia pozwoli nam lepiej poznać siebie i zobaczyć swoje potknięcia. Ochroni nas również przed chorobą zbyt szerokiego sumienia i problemami dostrzeżenia i nazwania po imieniu swoich grzechów.

    Bezpośrednie przygotowanie do spowiedzi

    Dopiero w następny etap przygotowania do spowiedzi możemy wpisać konkretne czynności związane z przygotowaniem i przeżyciem pojedynczego sakramentu pokuty i pojednania. To etap bezpośredniego przygotowania do spowiedzi. Ważne jest tu także przygotowanie od strony „technicznej”: określenie miejsca i czasu odbycia spowiedzi, jeśli to możliwe wybór określonego spowiednika oraz takie zorganizowanie zewnętrznych okoliczności, by nie przeszkodziły, ale pomogły w spokojnym przeżyciu spowiedzi. Zawsze aktualna pozostaje zachęta do spowiedzi systematycznej i korzystanie z posługi stałego spowiednika. Choć nie można do tego podchodzić w sposób bezwarunkowy (pamiętamy, że spowiedź jest sakramentem i każda ma swoją moc i skuteczność), to jednak praktyka stałej spowiedzi staje się niesłychanie pomocna w duchowym uzdrowieniu i pracy nad sobą.

    Przejdźmy teraz do omówienia postaw i metod w przygotowaniu bezpośrednim do spowiedzi. Wskazując najważniejsze dyspozycje wewnętrzne w postawie osoby przygotowującej się do spowiedzi, posłużę się radami kard. Christopha Schonborna z jego rekolekcji dla kapłanów[6]. Autor ten, w ślad za Dzienniczkiem św. Siostry Faustyny, podaje trzy główne postawy konieczne do owocnego przygotowania i przeżycia spowiedzi. Są nimi: szczerość, pokora i posłuszeństwo.

    Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że nieszczera spowiedź po prostu nie miałaby najmniejszego sensu. Już na etapie przygotowania do spowiedzi musimy szczerze stanąć przed Bogiem i nazwać własne grzechy. Nie chodzi tu o jakieś skrupulanctwo, ale o dokładną ocenę swojego życia. Dla pełnej szczerości trzeba wziąć w nawias ewentualne skrępowanie przed spowiednikiem i nie sprowadzać całego wysiłku przygotowania do oględnego omówienia grzechów albo szukania jakieś stosownej formy wypowiedzi, by oględnie nazwać swoje grzechy.

    Ważna w spowiedzi jest także postawa pokory. To prawda o sobie i sztuka widzenia siebie takim, jakim się jest[7]. Pokora potrzebna jest do cierpliwego wyznawania grzechów. Nie pozwala nam też zniechęcać się tym, że ciągle mamy te same grzechy i że od ostatniej spowiedzi mało było w nas nawrócenia. Nie możemy więc bać się wyznawać, jeśli taka jest prawda, ciągle tych samych grzechów. Pokora ma nam też dodać odwagi w przyznawaniu się do grzechów wielkich i ciężkich. Postawa pokory wiąże się również z naszym stawaniem wobec pośrednika miłosierdzia Bożego, którym jest kapłan. To też wymaga pokory. Niestety, zdarzają się podczas spowiedzi niepokorni penitenci, obrażający się na pytania i pouczenia spowiednika czy denerwujący się z powodu jego uwag. Już na etapie przygotowania do spowiedzi warto wzbudzić w sobie postawę pokory, by umieć przyjąć pouczenia spowiednika i prawdę, że Bóg może widzieć naszą duszę zupełnie inaczej niż my.

    Już sama forma spowiadania wymaga od nas również posłuszeństwa. Nie warto dyskutować i zastanawiać się, jak powinna wyglądać spowiedź, ale przyjąć wszystkie warunki i przepisy, które Kościół łączy ze sprawowaniem tego sakramentu. Jeszcze bardziej postawa posłuszeństwa potrzebna jest w czasie robienia rachunku sumienia. U początku bowiem każdego grzechu leży nasze nieposłuszeństwo. Grzeszymy, ponieważ bardziej słuchamy świata, siebie i szatana niż Pana Boga. Wszystkie elementy przygotowania do spowiedzi powinny opierać się na posłuszeństwie Bożym przykazaniom, Ewangelii i nauczaniu Kościoła.

    Metody bezpośredniego przygotowania się do spowiedzi

    Przygotowanie bezpośrednie do spowiedzi to nie ten krótki moment, kiedy stoimy w kolejce do konfesjonału. Wtedy praktycznie jest już za późno, by dobrze się przygotować do spowiedzi. Bezpośrednie przygotowanie do sakramentu pojednania powinno obejmować jakiś konkretny czas naszego trwania przed Bogiem w prawdzie o sobie. Może to być wieczór przed dniem spowiedzi albo jakiś bardzo konkretny czas poświęcony wyłącznie na to przygotowanie. Nie musi to być długi czas, ale koniecznie musi to być zatrzymanie się sam na sam przed Bogiem. Czas tego bezpośredniego przygotowania winien obejmować trzy istotne elementy: modlitwę osobistą, krótkie dziękczynienie i rachunek sumienia.

    Czas bezpośredniego przygotowania do spowiedzi powinien zacząć się od osobistej modlitwy. Powiedzieliśmy już, że spowiedź to nie tylko dzieło i zaangażowanie człowieka, lecz także wielka aktywność Ducha Świętego. Modlitwa przygotowująca do spowiedzi powinna więc być przede wszystkim wielkim wołaniem o światło Ducha Świętego, proszeniem Go, by pokazał nam nasze grzechy. Ważnym elementem tej modlitwy jest modlitwa uwielbienia, aby Bóg zanurzył nas całkowicie w swoim miłosierdziu, byśmy swoje słabości i grzechy odkrywali w pełnej świadomości miłości Bożej.

    Ważne też, byśmy „oglądanie swojego życia” zaczęli od dziękczynienia, od zauważenia tego wszystkiego, co od ostatniej spowiedzi udało nam się zrobić, zmienić, jakie łaski i dary otrzymaliśmy od Boga. Dziękczynienie rozszerza nasze serca i pokazuje, jak bardzo jesteśmy obdarowani. Podczas dziękczynienia Bóg pokaże nam jednocześnie nasze braki. Będą one jednak oglądane w kontekście wielkiego obdarowania, przez co nasze grzechy widzieć będziemy jeszcze bardziej jako kontrast do dobroci Boga. Uchroni nas to przed samopotępieniem, ale również wyostrzy bojaźń Bożą. Widząc, ile Bóg nam daje, zobaczymy, jak często słaba i grzeszna jest nasza odpowiedź na owo obdarowanie.

    Rachunek sumienia bezpośrednio przed spowiedzią to jeden z warunków ważności spowiedzi. Fakt ten winien nas przekonać, że to naprawdę ważne i że rachunku nie można ani pominąć, ani odprawić byle jak. Jest bardzo dużo metod robienia rachunku sumienia. Jedni opierają go na Dekalogu, inni na ośmiu błogosławieństwach, jeszcze inni ufają sobie i sami szczerze dokonują oglądu własnego życia. Dobrze jednak czasem zmienić swój styl odprawiania rachunku sumienia, by zobaczyć siebie i swoje życie z innej strony. Możemy też korzystać, choć roztropnie, z niektórych gotowych rachunków sumienia. Chronią nas one przed groźnym subiektywizmem i rutyną w ocenie samego siebie, uświadamiają niekiedy całkiem zapomniane i zepchnięte do nieświadomości grzechy. Cudowną sprawą jest ocenianie siebie w świetle słowa Bożego z wykorzystaniem konkretnych tekstów biblijnych. Zewnętrzne pytania rachunku sumienia czy podpowiedzi Pisma Świętego trzeba jednak zawsze konkretnie i szczerze osadzić w realiach własnego życia i w kontekście osobistej relacji z Bogiem, z innymi ludźmi i z samym sobą.

    Owocność spowiedź, choć to przede wszystkim dzieło samego Boga, zależy od naszego przygotowania. Im lepiej przygotowujemy się do tego sakramentu, tym lepszą stajemy się glebą dla wzrostu ziaren królestwa Bożego w nas samych i w całym świecie.

    Bp Antoni Długosz 

    (tekst pochodzi z miesięcznika “Życie Duchowe”)
    _______________________
    Przypisy:

    [1] B. Czajka, Przygotowanie wiernych do sakramentu pokuty, [w:] Pokuta i sakrament pojednania we współczesnym Kościele, Poznań 1985, s. 61.

    [2] Jan Paweł II, Wierzę w Ducha Świętego Pana i Ożywiciela, Watykan 1992, s. 320.

    [3] T. Halík, Noc spowiednika. Paradoksy małej wiary w epoce postoptymistycznej, Katowice 2007, s. 26-27.

    [4] Św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, Warszawa 2003, 975.

    [5] Por. K. Osuch SJ, Szczegółowy rachunek sumienia, „Pastores”, 44/2009, s. 118.

    [6] Por. Ch. Schonborn, Radość kapłaństwa. Śladami Proboszcza z Ars, Warszawa 2010, s. 50-59.

    [7] Por. tamże, s. 55. 

    mp/Miesięcznik “Życie Duchowe”

    ***

    sobota 7 czerwca

    Uroczystość Matki Bożej Królowej Apostołów

    Patronki Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego Księży Pallotynów

    ***

    Królowa Apostołów w życiu św. Wincentego Pallottiego

    W dniu dzisiejszym przypada liturgiczne święto NMP Królowej Apostołów, głównej patronki Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Poniżej fragment z artykułu ks. Jana Kupki SAC opublikowanego w miesięczniku „Miejsca Święte”, pod tytułem: „Królowa Apostołów, Patronka Pielgrzymów”.

    Św. Wincenty Pallotti pragnął, aby Kościół był żywym organizmem. Uważał, że wszyscy ludzie ochrzczeni powinni aktywnie uczestniczyć w realizacji apostolskiej misji Kościoła. Troska o Kościół żywy i poszukiwanie powszechnego wzoru, według którego wszyscy mogliby realizować swoje apostolskie powołanie, zaprowadziły Pallottiego do jerozolimskiego Wieczernika. Tam bowiem Duch Święty napełnił swoją mocą uczniów Chrystusa, uświęcił ich i obdarza swoimi darami, aby Kościół mógł się objawić publicznie i głosić Ewange Ewangelię, prowadząc wszystkich ludzi do Chrystusa. Dlatego Wieczernik stał się dla Pallottiego obrazem żywego Kościoła i przestrzenią realizacji powołania apostolskiego.

    Nic więc dziwnego, że w swoich zapiskach duchowych zanotował w 1816 roku następujące oświadczenie: „Postanawiam przedstawiać sobie (często to w sobie odnawiać), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku, gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego; i jak Apostołowie pozostawali tam z Najświętszą Maryją, tak będę sobie też wyobrażał, iż jestem tam z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem, którzy – uważam to za pewne – jako moi najosobliwsi Obrońcy sprawią, że spłynie na mnie i na innych obfitość Ducha Świętego” (Wybór Pism, t. III, s. 46–47).

    Pallotti dążył również do tego, aby z duchowości jerozolimskiego Wieczernika czerpać moc do swojej działalności apostolskiej i wskazać go jako model swoim synom i córkom duchowym. Opisując przeżycia duchowe, jakimi obdarzył go Bóg w Osimo w 1840 roku, zanotował, że gdy przeczytał żywot Matki Bożej, Jezus Chrystus „ukształtował w jego umyśle prawdziwe pojęcie natury i zadań Pobożnego Zjednoczenia, dostosowane do ogólnego celu, jakim jest powiększanie, obrona i rozszerzanie pobożności oraz katolickiej wiary” (Wybór Pism, t. I, s. 201). Chodzi tu o żywot Najświętszej Maryi Panny noszący tytuł Mistyczne Miasto Boże, a napisany przez hiszpańską mistyczkę Marię z Agredy, żyjącą w latach 1602–1665. Znajdujemy tam opis zgromadzenia apostołów w Wieczerniku jerozolimskim po Wniebowstąpieniu i dokonania przez nich podziału zadań apostolskich. Po dziesięciodniowej wspólnej modlitwie i poście z Maryją św. Piotr z natchnienia Bożego „podzielił” ówczesny świat na dwanaście regionów i poprzydzielał je poszczególnym apostołom. Właśnie według tego opisu Pallotti nakreślił podczas pobytu w Camaldoli w 1839 roku gigantyczny plan apostolski obejmujący wszystkie dziedziny działalności apostolskiej Kościoła. Zadania te podzielił na 13 sektorów, które nazwał prokurami. W ten sposób rozwinął ideę o powszechnym apostolstwie i nadał jej konkretny kształt jako wzorzec apostolskiego działania w Kościele.

    Godna podkreślenia jest myśl Pallottiego, że wszyscy ludzie wierzący rozwijają swoje apostolstwo pod najskuteczniejszą opieką Niepokalanej Matki Boga Królowej Apostołów z dwóch powodów: po pierwsze – przez swoje zasługi i wstawiennictwo wyprasza Ona u Boga wszelkie dary i łaski potrzebne apostołom, a po drugie – jest Ona dla wszystkich najdoskonalszym wzorem gorliwości i doskonałej miłości. Dlatego jak w początkach Kościoła Maryja wspierała Apostołów swoją obecnością w Wieczerniku i jednoczyła na modlitwie, tak również dzisiaj jest obecna jako Matka Kościoła, przynaglając wszystkich wyznawców Chrystusa do jednoczenia wysiłków apostolskich i działania w mocy Ducha Świętego we współczesnym świecie.

    Całą swoją duchowość dotyczącą Maryi Królowej Apostołów Wincenty Pallotti wyraził w obrazie Królowej Apostołów namalowanym z jego inspiracji w 1848 roku dla kościoła Najświętszego Zbawiciela na Fali w Rzymie. Obraz ten namalował włoski malarz Serafin Cesaretti według sztychu niemieckiego malarza Johanna Friedricha Overbecka. Przedstawia on Matkę Bożą otoczoną Apostołami w dniu zesłania Ducha Świętego. Ideę Pallottiego o powszechnym apostolstwie wyraża na tym obrazie obecność dwóch kobiet pośród Apostołów.

    Thumb
    Prezbiterium kościoła seminaryjnego Księży Pallotynów w Ołtarzewie

    fot. Wikipedia

    ***

    Modlitwa apostolatu katolickiego

    Niepokalana Bogarodzico, Królowo Apostołów.

    Wiemy, że przykazanie miłości i powołanie do naśladowania Jezusa Chrystusa * w Stowarzyszeniu Apostolstwa Katolickiego * przynagla nas do współpracy w zbawczym posłannictwie Kościoła.

    Świadomi własnej słabości, polecamy Twemu wstawiennictwu odnowę naszego życia i apostolstwa.

    Ufamy, że Ty, która jesteś naszą Matką, * przez miłosierdzie Boże i przez nieskończone zasługi Jezusa Chrystusa * wyjednasz nam moc Ducha Świętego, * jak wyjednałaś ją wspólnocie Apostołów, zebranych na modlitwie w Wieczerniku.

    Dlatego, ufając w Twoje możne pośrednictwo, * postanawiamy od tej chwili używać naszych zdolności, wiedzy, * dóbr doczesnych, zdrowia, choroby i utrapień * oraz wszelkiego daru przyrodzonego i nadprzyrodzonego * dla większej chwały Boga i zbawienia wszystkich ludzi.

    Chcemy szczególnie poświęcić się popieraniu dzieł Apostolstwa Katolickiego * zmierzających do ożywienia wiary i rozpalenia miłości wśród wierzących * oraz doprowadzenia ludzi do jedności wiary w Chrystusie.

    A jeśli nie będziemy mogli służyć temu innymi środkami, * nie przestaniemy się modlić, aby nastała jedna Owczarnia i jeden Pasterz.

    Ufamy dlatego, * że będziemy korzystać w wieczności * z owoców apostolstwa Jezusa Chrystusa. Amen.


    I. Modlitwa o moc apostolską

    Niepokalana Matko Boga, Królowo Apostołów, przykazanie miłości bliźniego jak siebie samego pobudza nas do współpracy z Bogiem nad własnym i bliźnich naszych zbawieniem. Przynagleni tą miłością pragniemy naśladować Jezusa Chrystusa w naszym życiu i uczestniczyć w zbawczym posłannictwie Kościoła.

    Jesteśmy jednak świadomi własnej słabości i dlatego powierzamy Twemu wstawiennictwu nieustanną odnowę naszego życia i naszego apostolstwa. Z ufnością wierzymy, że Ty, która jesteś naszą Matką, przez miłosierdzie Boże i przez nieskończone zasługi Jezusa Chrystusa ,wyjednasz nam moc Ducha Świętego, jak wyjednałaś ją wspólnocie Apostołów zebranych z Tobą na modlitwie w Wieczerniku.

    O Maryjo, Królowo Apostołów, polecamy się Twojej macierzyńskiej opiece. Pragniemy poświęcić dla większej chwały Boga i dla zbawienia ludzi nasze życie i wszystkie nasze zdolności oraz dary łaski. Chcemy popierać i rozwijać dzieła apostolstwa powszechnego, zmierzające do ożywiania wiary i rozpalenia miłości wśród wierzących oraz doprowadzenia wszystkich ludzi do jedności wiary w Chrystusie.

    A jeśli nie będziemy mogli służyć temu innymi środkami, nie przestaniemy się modlić, aby nastała jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem. Ufamy, że w wieczności będziemy mogli cieszyć się owocami apostolstwa Jezusa Chrystusa. Amen.


    II. Modlitwa o moc apostolską

    Niepokalana Matko Boga, Królowo Apostołów,
    Twój Syn dał nam doskonały przykład miłości bliźniego.
    Pociągnięci Jego przykładem, postanawiamy czynić wszystko, co możliwe,
    abyśmy my sami i nasi bliźni mieli udział w życiu, jakie uzyskał dla nas Twój Syn.
    Wiemy, że nasze własne wysiłki nic nie znaczą.
    Dlatego Ciebie prosimy o wstawiennictwo.
    Uproś nam u swego Syna łaski potrzebne do ożywiania wiary i rozpalania miłości wśród ludzi.
    Ufając w Twoje możne pośrednictwo, postanawiamy,
    że wszystko, co otrzymamy od Boga, wykorzystamy na Jego chwałę.
    Oczekujemy radośnie tego dnia, kiedy spotkamy Cię w niebie,
    by mieć na zawsze udział w Bożej miłości. Amen.


    Modlitwa uczniów Syna Maryi

    Jako uczniowie Twego Syna, Jezusa,
    oddaliśmy się dziełu ożywiania wiary i rozpalania miłości w życiu naszym i naszych bliźnich.
    Ufając Tobie, Święta Dziewico, mamy pewność,
    że uzyskamy pomoc, dzięki Twemu wstawiennictwu.
    Kierujemy więc wszystkie siły ciała i ducha ku większej chwale Bożej.
    Idąc za przykładem św. Wincentego Pallottiego, prosimy Cię,
    bądź z nami, by pogłębiała się nasza modlitwa o wzrost Królestwa.
    Mamy nadzieję, że wraz z Tobą będziemy mogli wiecznie radować się w raju.
    Amen.


    Modlitwa o ewangelizację ludów

    Niepokalana Matko Boga, Królowo Apostołów,
    wraz z Tobą oraz wszystkimi aniołami i świętymi w niebie
    dziękuję Trójcy Świętej za dar wiary.

    Jestem szczęśliwy, droga Matko,
    że mogę nazywać Cię Królową Apostołów,
    ponieważ tytuł ten, oddając Tobie cześć,
    mnie dodaje odwagi.

    Błagam Cię zatem,
    byś jednoczyła się jako Matka ze mną, grzesznikiem,
    i całym dworem niebieskim,
    gdy ofiarowywać będziemy teraz i zawsze
    Najświętszą Krew Twego Syna,
    Jego zasługi oraz zasługi całego Kościoła,
    prosząc, abym ja i wszyscy ludzie
    mogli otrzymać dar używania
    wszelkich swych dóbr i energii
    do ewangelizacji ludów całego świata,
    tak by wkrótce mogła nadejść
    przepowiedziana przez Twojego Boskiego Syna
    i upragniona przez Ciebie i całe niebo chwila,
    kiedy znajdziemy się wszyscy w jednej owczarni
    pod przewodnictwem jednego pasterza. Amen.


    Modlitwa za Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego

    Najmilsza Panno Maryjo, Matko Miłosierdzia, * Królowo Aniołów i Świętych, * Nadziejo nasza, Orędowniczko nasza.

    Zwróć swe miłosierne oczy na nasze najmniejsze Stowarzyszenie, * które było Twoim od początku: * Otaczaj je opieką dziś i w przyszłości * oraz obdarz je licznymi powołaniami.

    Niech odznacza się * czystością, ubóstwem, posłuszeństwem, * duchem modlitwy, wspólnoty dóbr * i [duchem] służby w miłości Chrystusa.

    Racz zachować je od wszelkiego zła, * szczególnie od każdej, nawet najmniejszej oziębłości. * Prosimy Ciebie, Maryjo, Wspomożycielko nasza i nasza Nadziejo.

    Uproś nam to wszystko u Syna Twego, Jezusa Chrystusa, * który z Ojcem i Duchem Świętym żyje i króluje na wieki wieków.

    Amen.

    Pallotyńska modlitwa misyjna

    Królowo Apostołów,
    błagaj Pana żniwa,
    aby posłał robotników
    do winnicy swojej
    i zmiłował się nad swym ludem.


    oprac. MARYJNI.Pl

    ***

    Droga do wieczernika. Maryja, Królowa Apostołów

    fot. Wikipedia

    ***

    Wezwanie “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.

    Maryja jest Królową Apostołów, bo jest razem z Kościołem, razem z apostołami w wieczerniku.

    Czym jest wieczernik?

    To miejsce, gdzie Jezus zostawił nam Eucharystię, gdzie spotkał się z uczniami na ostatniej wieczerzy. To także miejsce, gdzie uczniowie schowali się po śmierci Jezusa z lęku przed zagrożeniem, przed tym, że będą uznani za Jego uczniów i będą wezwani do tego, by oddać za Niego życie.

    Wieczernik to także miejsce, gdzie uczniowie z Maryją czekali na zesłanie Ducha Świętego. To miejsce, gdzie kształtuje się apostołów. Wieczernik to szkoła dla każdego z nas, gdzie uczymy się, jak być z Maryją i oczekiwać na dar Ducha Świętego.

    Tam, gdzie czekasz na Ducha Świętego

    Dla mnie jako pallotynki Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być apostołem, ale miejsce, z którego wychodzę – wychodzę do człowieka, na ulicę, do świata. Tam, gdzie człowiek czeka na Ducha Świętego. Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być z Maryją i z Maryją z niego wychodzić.

    Czym wieczernik jest dla ciebie, czy masz miejsce, gdzie uczysz się, jak być z Bogiem, jak być Maryją? Czy masz takie miejsce, gdzie doświadczasz jej obecności, że ona tam jest? Co jest Wieczernikiem Twojej codzienności, gdzie uczysz się, jak być apostołem, jak czekać i otrzymywać dar Ducha Świętego? Czy masz swoje miejsce, z którego wychodzisz, by dawać świadectwo o Bogu, który jest i który żyje?

    Może Wieczernikiem jest Twój dom, gdzie żyjesz, gdzie spotykasz swoich najbliższych, gdzie razem z nami się modlisz. Może to miejsce, gdzie modlisz się w samotności. A może Wieczernikiem jest park, gdzie spacerujesz i doświadczasz obecności Pana Boga i z niego wychodzisz do pracy, do ludzi, napełniony Duchem Świętym do swoich obowiązków. A może to są twoje relacje bliskości, intymność i ciepła. Może Wieczernikiem są twoje relacje, swoje więzi.

    Tam, gdzie jest Ona

    Wieczernik z Maryją to miejsce, gdzie apostołowie doświadczali tego, że ona z nimi jest i że razem, we wspólnocie, doświadczają obecności Ducha Świętego.
    Jeśli nie wiesz, co jest twoim Wieczernikiem, jeśli dzisiaj nie masz takiego miejsca w sobie albo wokół siebie, to może warto go poszukać.
    Wezwanie w litanii loretańskiej “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.”

    Modlitwa do Maryi, Królowej Apostołów

    Maryjo, Ty znałaś Apostołów, chodziłaś z nimi, widziałaś ich upadki i nawrócenie do Chrystusa Zmartwychwstałego. Wspierałaś ich w ich misji głoszenia Słowa i nadal podtrzymujesz biskupów w budowaniu Kościoła. Pomagaj im, by całym swoim życiem świadczyli o prawdzie zmartwychwstania.

    s. Monika Cecot SAC/Stacja 7 .pl

    ***

    7 CZERWCA 2025

    Maryja Królowa dusz apostolskich

    (Jean Bourdichon, Pentecost From the Grandes Heures of Anne d Bretagne France (Tours), c. 1503-1508 Paris, Bibliotheque nationale de France MS Latin 9474, fol. 49v)

    ***

    Co tydzień podczas niedzielnej Mszy Świętej powtarzamy wyznanie wiary w Kościół apostolski. Apostolskość jest jednym z czterech przymiotów Kościoła – obok jedności, świętości i powszechności, czyli katolickości.

    Warto wspomnieć, że papież bł. Pius IX trafnie dodawał do nich jeszcze jeden przymiot: Kościół jest prześladowany, a święty kardynał Henry Newman w tym samym tonie przestrzegał przed Kościołem, który byłby kochany przez świat. Oznaczałoby to zapewne jego oddalenie się od świętości i apostolskości: Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego świat was nienawidzi (J 15, 18–19). Te słowa Pan Jezus skierował właśnie do Apostołów, wskazując dobitnie, że pomiędzy apostolskością a światowością (w negatywnym rozumieniu, jakie temu słowu nadaje św. Jan Ewangelista) zachodzi sprzeczność. Apostołowie zostali powołani do walki ze światem, zostali rzuceni na jego podbój.

    Kościół jest apostolski, ponieważ został przez Chrystusa oparty na fundamencie Apostołów (por. Ef 2,20). Kiepski to, z ludzkiego punktu widzenia, fundament i zapewne żaden miłośnik piłki nożnej nie skonstruowałby swojej „drużyny marzeń“ (trener + jedenastka) w podobny co Pan Jezus sposób. Nasze drużyny marzeń roiłyby się od futbolowych wirtuozów: Puskásów i Lewandowskich, Ronaldów i Maradonów, Messich, Maldinich i Beckenbauerów. Gdybyśmy mieli rzucić na podbój świata dwunastkę ludzi, to wybralibyśmy ją równie starannie, jak czynią to wytrawni gracze komputerowi. Znalazłoby się w tej grupie miejsce dla wielkich strategów i mówców, genialnych myślicieli i artystów. Chrystus jednak oparł Kościół na prostych rybakach i celniku. W ten sposób zapewnił jego doskonalsze oparcie na kamieniu węgielnym i na Bożej łasce. Gdyby Napoleon do spółki z Einsteinem w krótkim czasie podbili imperium rzymskie, przypisalibyśmy to ich geniuszowi. W przypadku Piotra, Jakuba i Jana nie mamy jednak wątpliwości, że ich dzieło faktycznie było dziełem Bożym.

    Zachowujemy to, co dali nam Apostołowie

    Apostołowie są świadkami Zmartwychwstania; oni przekazali swoim następcom Tradycję; oni spisali księgi Nowego Testamentu. Wiara chrześcijańska wyraża się w dwunastu artykułach Składu Apostolskiego, który według pobożnej tradycji został ułożony przez dwunastu Apostołów (każdy miał wypowiedzieć jeden jego artykuł), a bez wątpienia oddaje wiernie ich nauczanie. Wierność temu Credo jest jednym z gwarantów prawdziwości Kościoła, a jego głoszenie wszystkim narodom jest kontynuacją misji danej samym Apostołom: Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt 28,19–20).

    Kościół jest też apostolski w swojej strukturze, w sukcesji apostolskiej nieprzerwanie ciągnącej się poczynając od Dwunastu po wszystkich ważnie wyświęconych biskupów aż do końca świata. Apostolskość Kościoła oznacza więc ciągłość nauki, hierarchii, sakramentów i misji.

    Milcząca, lecz potężna

    Zrozumienie roli Matki Bożej w Kościele – zarówno w czasach apostolskich, jak i dziś – wymaga spojrzenia na Jej miejsce w życiu pierwszych chrześcijan, zwłaszcza tuż po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa.

    Obecność Maryi w życiu Apostołów jest zarazem potężna i dyskretna. Jest dyskretna – Pismo Święte nie przekazuje żadnego Jej słowa wypowiedzianego w tym okresie, pozostawiając nam jako ostatnie (i jakże znaczące!) Jej wezwanie z wesela w Kanie Galilejskiej: Czyńcie, cokolwiek wam powie (J 2,5). Tak samo, jak w milczeniu Maryja towarzyszyła publicznej działalności Pana Jezusa, tak również teraz cicho towarzyszy Ona Jego uczniom. W dniu Pięćdziesiątnicy Apostołowie otrzymują dar języków – Maryja zaś milczy. Możemy jednak powiedzieć, że Jej milczenie ściągnie na świat więcej łask, aniżeli ich mowa. Podobnie bowiem jak dziewictwo Maryi nie było tylko nieobecnością męża, lecz było obecnością Boga, tak też Jej milczenie nie jest wyrazem tego, że Maryja nie ma nic do powiedzenia, ale jest pełnią kontemplacji.

    Kontemplacja zaś – wbrew błędom współczesnego aktywizmu – nigdy nie jest pozbawiona apostolskiej płodności: Instytuty oddane życiu kontemplacyjnemu mają przez swoje modlitwy, pokutne uczynki i cierpienia ogromne znaczenie dla nawracania dusz (Sobór Watykański II, Ad Gentes divinitus, 40).

    Matka promieniująca

    W początkach Kościoła Maryja milczy – lecz milczy jak serce, które nie rozprawia, ale tłoczy krew i daje życie. Jej obecność jest dla młodego Kościoła konieczna – ale jest to obecność dyskretna.

    Ojciec Joachim Badeni OP stwierdził kiedyś, że kobieta – zwłaszcza żona i matka w rodzinie – najpotężniej działa na otoczenie nie tyle słowem, ile promieniowaniem. Tak działa Maryja w Kościele. Ignacio Larrañaga OFMCap. zwrócił uwagę na pierwsze imię Maryi w młodym Kościele:

    …Potrzeba było imienia, które by trafniej określało Jej tożsamość. Jakie to było imię? (…) jak miałaby się zwracać do tej niewiasty wspólnota, która żyje z Jezusem i w Jezusie? Odpowiedź nasuwa się sama: była to Matka Jezusa. I takiego wyrażenia używa zawsze Ewangelia. W rzeczywistości Maryja była kimś więcej niż Matką Jezusa. Była również Matką Jana. A także – czemu nie? – była Matką wszystkich uczniów. Czyż nie takie polecenie usłyszała z ust umierającego Zbawiciela? Była więc po prostu Matką, bez dodatkowych określeń.

    Odnosi się wrażenie, że od pierwszych chwil Maryja była wyróżniana i odróżniana z powodu tej funkcji i tego drogiego wszystkim imienia. Wywnioskować to można na podstawie określeń, których czterej Ewangeliści używają w stosunku do Maryi, ilekroć jest o Niej mowa.

    Jan osobiście, ale także jako przedstawiciel całej odkupionej ludzkości, otrzymał na Kalwarii Maryję za Matkę. Jest to jednak znamienne, że słowa oto Matka twoja zostały skierowane w pierwszej kolejności do Apostoła. Maryja jest więc nie tylko Królową Apostołów; jest także, i przede wszystkim, ich Matką. Jak często jednak matki (a nierzadko także żony) usiłują wpływać na swoich domowników przede wszystkim krzykiem, narzekaniem i wymówkami… Czasem może działać i to – ale jak przemożny jest wpływ kobiety na otoczenie, kiedy umie milczeć – i kiedy promieniuje: dobrocią, łagodnością, mądrością, pobożnością!

    Skoro wpływ ten jest nieodparty – to o ileż potężniej wpływała Maryja na młody Kościół! Była nie tylko Matką w rodzinie – była też (i jest!) Matką Bożą! Była prawdziwie Matką Kościoła. Była najwierniejszą depozytariuszką Jezusowego nauczania. Stolicą Mądrości, Matką Dobrej Rady… To znamienne, że Maryja nie uznała, że skoro Jej Syn nie jest już obecny na ziemi, to Ona musi zająć Jego miejsce, podjąć misję tam, gdzie On ją przerwał i prowadzić ją tymi, co On środkami. Możemy powiedzieć, że bez wątpienia to Ona nadawałaby się do tego zadania lepiej aniżeli gadatliwy i skłonny do przechwałek Piotr, ambitni Jan i Jakub, sceptyczni Bartłomiej i Tomasz, o Pawle prześladowcy nie wspominając. I rzeczywiście, przyjdą takie czasy w historii Kościoła, kiedy to właśnie Maryja wykona ogromną pracę „za” biskupów i księży – będzie tak, kiedy w krótkim czasie nawróci Amerykę objawiając się w Guadalupe, a kolejne Maryjne objawienia będą miały podobne znaczenie. Teraz jednak, w początkach działania Kościoła, Maryja usuwa się w cień. Pozwala iść na podbój świata niewykształconym rybakom, „drużynie marzeń” Jej Syna.

    Zawsze obecna

    Maryja jest w życiu Kościoła przede wszystkim obecna. Dwa ważne wersety Dziejów Apostolskich w sposób dyskretny, ale niepodlegający wątpliwości mówią nam o Jej roli: na samym początku tej księgi dowiadujemy się, że Apostołowie trwali wszyscy (…) jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego (Dz 1,14). Sam opis zesłania Ducha Świętego zaczyna się od nawiązania do tego właśnie wersetu: Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu (Dz 2,1). Liczni autorzy zauważą tu ważną zasadę, według której Duch Święty działa tam, gdzie znajduje Maryję (którą co najmniej od czasów św. Franciszka z Asyżu nazywa się właśnie Oblubienicą Ducha Świętego). Warto tu wrócić do owego kobiecego promieniowania. Ojciec Benedykt Jacek Huculak OFM tak pisał o Maryi: Błogosławiona Dziewica (…) nie tylko sama jest rozpłomieniona Duchem Świętym, który na wskroś Ją przenika, lecz także wokół siebie roztacza Jego pocieszający blask na oświecenie oraz umocnienie synów i córek Kościoła (O Boskim pocieszeniu za przyczyną Najświętszej Dziewicy, wyd. Calvarianum).

    Maryja zawsze przyciąga Boże działanie. Tak było w Nazarecie, w Kanie; tak było w dniu zesłania Ducha Świętego i w życiu młodego Kościoła. Ta reguła potwierdza się także w naszym życiu duchowym. Apostolskość Kościoła to nie tylko odległa historia i piękne wspomnienie, ale żywe powołanie każdego ochrzczonego. Każdy z nas jest wezwany, by na swój sposób być Apostołem – świadkiem Chrystusa, który nie zatrzymuje dla siebie otrzymanej prawdy i łaski, ale z odwagą niesie je światu. Na tej drodze nie jesteśmy sami. Maryja, Królowa Apostołów, jest naszą Matką i Wspomożycielką. Uczy nas słuchać Boga, wierzyć Jego obietnicom i z ufnością, a zarazem z pokorą głosić Chrystusa naszym życiem, słowem i czynem. Z Nią, jak Apostołowie, trwamy na modlitwie i uczymy się odważnie odpowiadać na Boże wezwania.

    Królowa dusz walczących

    Rola Maryi jako Matki Apostołów i Matki Kościoła nie umniejsza Jej znaczenia jako Pani, Królowej i Hetmanki. Te dwa aspekty dopełniają się. Przez wieki Maryja prowadziła kolejne pokolenia apostołów do zwycięskiej walki o dusze. Ojciec Emil Neubert, marianista, pisał do dusz apostolskich:

    Bez Maryi nie możesz zwyciężyć. Dlaczego? Ponieważ nic nie możesz uczynić bez łaski, a wszelka łaska przychodzi przez Nią. Ponieważ Ona jest Królową dusz walczących i nie zwyciężysz, jeśli nie będziesz walczył pod Jej rozkazami. Ponieważ Bóg chce, aby w tych współczesnych czasach to właśnie Maryja prowadziła nas w szczególny sposób do Chrystusa (…). Ponieważ doświadczenie pokazuje, że apostołowie, którzy zapominają o Najświętszej Pannie nie odnoszą zwycięstwa lub odnoszą tylko pozorne sukcesy.

    Ten sam autor dodaje dopełniając tego obrazu, że z Maryją nie możemy przegrać:

    Ponieważ Bóg jest wszechmocny, a Maryja, poprzez swoje orędownictwo, ma udział we wszechmocy Boga. Ponieważ, pomimo że demony są silniejsze niż człowiek, Maryja jest nieporównanie silniejsza niż wszystkie demony razem wzięte. Ponieważ już w ogrodzie rajskim Bóg przewidział nieprzyjaźń pomiędzy wężem i jego potomstwem a Niewiastą i Jej potomstwem oraz tryumf Niewiasty i Jej potomstwa.

    Jeśli więc udział w Kościele Apostolskim domaga się od nas udziału w misji Apostołów, to winniśmy uczynić Maryję prawdziwą Królową naszych serc i Hetmanką prowadzącą nas – ujmując to po kolbiańsku – na podbój całego świata.

    o. Wawrzyniec Maria Waszkiewicz

    (artykuł ukazał się w dwumiesięczniku „Przymierze z Maryją” – 142 maj/czerwiec 2025)

    ***

    8 czerwiec

    Uroczystość Zesłania Ducha Świętego

    o godz. 13.30 – Adoracja Najświętszego Sakramentu i w tym czasie również jest możliwość przystąpienia do spowiedzi św.


    Msza święta o godz. 14.00

    Samplefot. Waiting For The Word / flickr.com

    ***

    Zesłanie Ducha Świętego oznacza początek Kościoła. Duch Święty jest niezmiennie duszą Kościoła, ożywia go nadzieją, napełnia radością i przypomina o jego młodości. Duch Święty czyni z odkupionych przez Chrystusa jeden organizm – wspólnotę.

    Zapowiedź posłania Ducha Bożego do świata pojawia się już w Starym Testamencie, szczególnie u proroka Izajasza, ale najpełniej wyraża ją Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy. Mówi do apostołów: „A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, on Was wszystkiego nauczy i przypomni Wam wszystko, co Ja wam powiedziałem”.

    W tym dniu, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich, grono Apostołów zostało „uzbrojone mocą z wysoka”. W języku liturgicznym święto Ducha Świętego nazywa się „Pięćdziesiątnicą” – z greckiego Pentecostes, tj. pięćdziesiątka, – bo obchodzi się 50-go dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim.

    Na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich Jezus Chrystus zesłał Ducha Pocieszyciela, by Ten, doprowadził do końca dzieło zbawienia. „I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał” (Dzieje Ap., II, 2-4).

    W dniu Zesłania Ducha Świętego powstaje Kościół, który od samego początku jest posłany do wszystkich narodów „aż po krańce ziemi”, który jest powszechny czyli otwarty na wszystkich, nie związany szczególnie z żadnym narodem czy partykularnym środowiskiem. Celem istnienia Kościoła jest kontynuowanie w świecie zbawczej misji Jezusa Chrystusa. To zadanie najlepiej definiuje najważniejszy dokument Soboru Watykańskiego II konstytucja dogmatyczna „Lumen gentium”. Kościół jest – jak czytamy: „niejako sakramentem zjednoczenia ludzi z Bogiem i budowania jedności rodzaju ludzkiego”.

    Swoich darów Duch Święty udziela wszystkim członkom Kościoła, niezależnie od ich stanu. Są to dary: mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej. Uzdalnia wiernych do dojrzałej obecności w świecie. Kieruje losami Kościoła, kiedy wybiera do grona Apostołów w miejsce Judasza św. Macieja, kiedy prosi o wyznaczenie Barnaby i Pawła, jak pisze święty Łukasz „do dzieła, które im wyznaczyłem”, czy kiedy posyła Apostołów do tego, by w określonych częściach świata głosili Ewangelię. Wprowadza wspólnotę wierzących w głębsze rozumienie tajemnicy Chrystusa, dając im zrozumienie Pisma świętego. Ponadto, w ramach Kościoła Duch Święty w każdej epoce powołuje nowe instytucje, nowe inicjatywy, które są odpowiedzią na potrzeby aktualnej epoki.

    Uroczystość liturgiczna Zesłania Ducha Świętego sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Łączono ją z Wielkanocą, a od IV w. wyodrębniono jako osobne święto, uroczyście obchodzone zarówno w Kościele Wschodnim jak i Zachodnim. Synod w Elwirze urzędowo wprowadził ją w 306 roku. W wigilię Pięćdziesiątnicy, podobnie jak w wigilię Wielkanocy, święcono wodę do chrztu świętego i udzielano chrztu katechumenom.

    Papież Leon XIII wprowadził nowennę, czyli dziewięciodniowe przygotowania modlitewne na przyjście Ducha Świętego, aby dokonał przemiany w naszych sercach, tak jak przemienił Apostołów w Wieczerniku.

    Uroczystość tę powszechnie nazywa się w Polsce Zielonymi Świętami, gdyż w okresie, w którym jest obchodzona, przyroda odnawia się po zimie, a zieleń jest dominującym kolorem pejzażu. Wszystkie obrzędy ludowe z nimi związane noszą piętno radości i wesela. Kościoły, domy, obejścia przybrane są „majem” – najczęściej młodymi brzózkami; posadzkę kościelną, podłogę chat i wiejskie podwórka potrząsają wonnym tatarakiem; wszędzie rozlewa się rzeźwa woń świeżej majowej zieleni.

    Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele katolickim trwający 50 dni okres wielkanocny, który obejmuje czas od niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego (czyli już od Wigilii Paschalnej) do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    W ikonografii, w sztuce chrześcijańskiej Duch Święty jest przedstawiany w formie gołębicy, języków ognia bądź obłoku. W wielu barokowych kościołach Ducha Świętego symbolizował po prostu snop jasnego światła wpadający do ciemnego wnętrza przez kopułę.

    Zesłanie Ducha Świętego obchodzone jest przez dwa dni, w wielu krajach europejskich są one wolne od pracy: w Niemczech, Francji, Szwajcarii, Holandii, Danii a także na Węgrzech. W Polsce drugi dzień Zielonych Świąt jako dzień wolny od pracy zniesiono w okresie stalinizmu w 1951 r. i do dziś nie przywrócono. Wyjątek stanowią tu wyznawcy Kościoła Zielonoświątkowego w RP, którzy na mocy Ustawy z dnia 20 lutego 1997 o stosunku Państwa do Kościoła Zielonoświątkowego w Rzeczypospolitej mają ten dzień wolny od pracy.

    Kai.pl

    ***

    Papież Leon XIV:

    Prośmy Ducha Świętego o pokój w sercu i na świecie

    Papież: prośmy Ducha Świętego o pokój w sercu i na świecie

    fot. Vatican Media

    ***

    Przez wstawiennictwo Maryi Dziewicy, prośmy Ducha Świętego o dar pokoju. Przede wszystkim pokój w sercach: tylko serce pełne pokoju może szerzyć pokój w rodzinie, w społeczeństwie, w stosunkach międzynarodowych – powiedział Ojciec Święty Leon XIV podczas modlitwy Regina Caeli, na zakończenie Mszy św. w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Papież skierował serdeczne pozdrowienie do wszystkich, którzy wzięli udział w Mszy świętej, a także do tych, którzy łączyli się za pośrednictwem środków przekazu.

    Podziękował też „kardynałom i biskupom oraz wszystkim przedstawicielom stowarzyszeń i ruchów kościelnych oraz nowych wspólnot”, którzy w tych dniach obchodzili swój Jubileusz. Zaapelował: „Drogie siostry i drodzy bracia, z mocą Ducha Świętego wyruszajcie odnowieni dzięki temu waszemu Jubileuszowi. Idźcie i nieście wszystkim nadzieję Pana Jezusa!”.

    Papież przypomniał, że w tych dniach, we Włoszech i innych krajach kończy się rok szkolny. „Pragnę pozdrowić wszystkich uczniów i nauczycieli, a zwłaszcza tych, którzy w najbliższych dniach będą zdawać egzaminy kończące kolejny etap nauki” – wskazał.

    „Niech Duch zmartwychwstałego Chrystusa otwiera drogi pojednania wszędzie tam, gdzie toczy się wojna; niech oświeca rządzących i daje im odwagę do podejmowania działań na rzecz niwelowania napięć i dialogu” – podsumował Papież.

    Artur Hanula/vaticannews.va/pl

    ***

    Andrei del Verrocchio “Chrzest Chrystusa” | Fot. Wikipedia

    ***

    Kim jest Duch Święty?

    7 biblijnych faktów

    Bez Ducha Świętego Bóg jest daleko, Chrystus pozostaje w przeszłości, Ewangelia pozostaje martwą literą, Kościół jest tylko organizacją, władza – dominacją, misja – propagandą, liturgia – niczym więcej, jak tylko wspomnieniem, życie chrześcijańskie – moralnością niewolnika.

    Niewątpliwie Duch Święty to najbardziej tajemnicza Osoba Trójcy Świętej. W Starym Testamencie Lud Izraela najpierw doświadczył objawienia Boga jako Stworzyciela i Ojca. W Nowym Testamencie uczniowie Jezusa zrozumieli w końcu, że jest On Przedwiecznym Słowem i Synem Ojca. Natomiast pełnia objawienia Ducha Świętego to dopiero dzień Zielonych Świątek, ale przecież wciąż w potocznej świadomości religijnej pozostaje On niejako „na uboczu”. Przypomnijmy zatem kilka biblijnych faktów o Trzeciej Osobie Trójcy Świętej.

    1. Tchnienie Boga, czyli?…

    Pisarze Starego Testamentu na określenie Ducha Bożego używali terminu ruah, czyli tchnienie, powietrze, wiatr. Nikt z nas nie widzi wiatru, ale działanie wiatru można poznać po skutkach, jakie on sprawia. Wiatr przesuwa chmury, porusza drzewami, spiętrza fale (por. Ps 107, 25).

    Duch Święty, tak jak wiatr, jest niewidoczny, nie można go zamknąć w żadnym pomieszczeniu ani zmierzyć, a jednak działa. 

    ***

    Tak samo oddech człowieka jest niewidoczny i ulotny, ale bez oddechu nie można żyć! Wiatr jako zjawisko atmosferyczne oznaczał zawsze potężną siłę, tchnienie zaś, czyli oddech, oznaczało życie.

    W Starym Testamencie  Duch Święty nie był jeszcze znany jako osoba. Jest to raczej tajemnicza moc Bożą, którą posługiwał się Bóg w dziele stworzenia i zbawienia. Czytamy, że „Jahwe ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą” (Rdz 2, 7). W  zdaniu tym nie ma co prawda słowa „ruah”, ale opisana czynność (tchnienie), wskazuje, że znów chodzi o Ducha Jahwe. Człowiek ulepiony z prochu żyje, ponieważ Bóg przekazał mu swoje „tchnienie” (por. Iz 42, 5Hi 33, 4). Ta moc Boża daje życie, ratuje i zbawia; działa często poprzez ludzi, biorąc ich w posiadanie i uzdalniając do szczególnych czynów.

    Dopiero uważna lektura Nowego Testamentu ukazuje nam, że Duch Boży to nie jakaś siła, wiatr, tchnienie czy moc, ale Osoba Boża.

    2. O co chodzi z tą gołębicą?

    Kiedy byłem ostatnio z moją córką na Mszy Świętej dla dzieci, ksiądz wskazał na mozaikę ukazującą Chrzest Pański i zapytał:

    – „Co pojawiło się nad głową Jezusa podczas chrztu w Jordanie?”.

    Pewien chłopiec, przyjrzał się mozaice i odparł pytaniem na pytanie:

    – „Chodzi o ten złoty krążek?”.

    –  „Nie, nie chodzi mi o aureolę!  – zaprzeczył ksiądz – Spójrzcie wyżej! Tam jest unosząca się gołębica, czyli Duch Święty”…

    Przyznam, że to stwierdzenie „gołębica, czyli Duch Święty” rozbawiło mnie bardziej niż słowa chłopca.

    fot. Smendocci/Catholic

    ***

    Ikonografia tak bardzo przyzwyczaiła nas do Ducha Świętego jako gołębicy, że pojawia się ona na obrazach przedstawiających zarówno Zwiastowanie Najświętszej Maryi Panny, jak i Zesłanie Ducha Świętego w Dniu Pięćdziesiątnicy. Doszło do tego, że nawet na obrazach ukazujących Trójcę Świętą widzimy Boga Ojca jako siwobrodego starca, Syna Bożego jako młodszą wersję Boga Ojca, a Ducha Świętego oczywiście jako unoszącą się między nimi białą gołębicę. Możemy rzecz jasna mówić, że to tylko wyobrażenie symboliczne, ale gdy słyszymy słowo „Duch Święty”, pewnie większość z nas ma właśnie pierwsze skojarzenie ornitologiczne.

    Źródłem przedstawiania Ducha Świętego jako gołębicy są ewangeliczne opisy chrztu Chrystusa w Jordanie. Gwoli ścisłości Ewangelie nie mówią jednak, że Duch zstąpił na Jezusa jako gołębica, ale raczej porównują Jego zstąpienie do lotu gołębicy: Wtedy otworzyło się Mu niebo i zobaczył Ducha Bożego, który zstępował na Niego jakby gołębica (Mt 3, 16); ujrzał niebo otwarte i Ducha, który zstępował na Niego jakby gołębica (Mk 1, 10); Ujrzałem Ducha, który zstępował z nieba jakby gołębica i pozostał na Nim (J 1, 32).

    Jedynie Łukasz stwierdza nieco inaczej: „Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej jakby gołębica” (Łk 3, 22). Chyba chciał przez to podkreślić, że fakt ten był dostrzegalny i był prawdziwą teofanią, analogiczną do tych, jakie spotyka się w Starym Testamencie.

    Prawdopodobnie Ewangelistom chodziło nie tyle o samego ptaka, co o jego sposób poruszania się. Niektórzy widzą tu nawiązanie do opisu stwarzania świata z Księgi Rodzaju i zdania, że Duch Boży unosił się nad wodami (hebr. Weruah Elohim merahefet al-pne hammajim – Rdz 1, 2).

    W wersecie tym czasownik „unosił się”  pochodzi od rdzenia haraf (krążyć, szybować), który opisywał lot ptaka nad gniazdem i pisklętami. Ten sam czasownik w Pwt 32, 11 oznacza czynność orła, który unosi się na skrzydłach nad pisklętami w gnieździe, aby je zachęcić do lotu. Wybór takiego terminu w Rdz 1, 2 z pewnością nie był przypadkowy. Duch Boży, czyli tchnienie Boga, unoszące się nad wodami, to symbol roztaczania opiekuńczych skrzydeł nad stwarzanym światem, oznacza twórczą moc Boga, przygotowującą chaos do życia. W tym kontekście Duch Święty, zstępujący jak gołębica na Jezusa, to znak inauguracji nowego stworzenia, którego Mesjasz napełniony Duchem Świętym, jest fundamentem i twórcą.

    3. Mówił przez proroków i przemawia przez Pismo Święte

    W wyznaniu wiary powtarzamy formułę, że Duch Święty „mówił przez proroków”. Ojcowie Soboru (381 r.), chcieli poprzez te słowa podkreślić misję, jaką realizował odwiecznie Duch Święty we wszechświecie i wśród ludzi. Prorocy oznaczają tu wszystkich, którzy mówili i działali w imieniu Boga.

    Ten sam Duch natchnął autorów Biblii. Święty Paweł pisze, że „wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania” (2 Tm 3, 16). Natchnienie to polegało na tym, że „kierowani Duchem Świętym mówili od Boga święci ludzie” (2 P 1, 21).

    Ojcowie Kościoła porównywali natchnienie Biblii do stworzenia świata. Bóg nie tylko „na początku stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1, 1), ale ciągle podtrzymuje je w istnieniu. Podobnie Duch Święty – nie tylko działał przy powstawaniu Księgi, ale działa również w napisanej Księdze.

    Stąd Pismo nie tylko jest natchnione Duchem Świętym, ale również dziś Nim tchnie. Myśl tę podjął Sobór Watykański II, ucząc, że Pismo „natchnione przez Boga (…) w wypowiedziach Proroków i Apostołów pozwala rozbrzmiewać głosowi Ducha Świętego” (KO 21).

    4. Ciągle obecny w życiu Jezusa

    Duch Święty towarzyszy Jezusowi od samego początku Jego wcielenia. Anioł Gabriel, wyjaśniając Maryi, w jaki sposób stanie się Matką Mesjasza, używa słów: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię” (Łk 1, 35). Pismo Święte wyraźnie mówi, że Maryja „znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego” (Mt 1, 18). Anioł wyjaśnia też Józefowi: „nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło” (Mt 1, 20).

    Jezus posiada Ducha od momentu swego poczęcia (por. Mt 1, 20Łk 1, 35), jednak w chrzcie na nowo otrzymuje wylanie Ducha, namaszczenie Duchem Świętym, co potwierdza św. Piotr w przemówieniu w domu Korneliusza: „Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą Jezusa z Nazaretu” (por. Dz 10, 38). Wszyscy trzej synoptycy podkreślają, że zaraz po chrzcie to Ducha Święty wyprowadza Jezusa na pustynię, „aby był kuszony przez diabła” (Mt 4, 1; por. Łk 4, 1Mk 1, 12).

    Po kuszeniu Jezus powraca „w mocy Ducha do Galilei”, aby nauczać (Łk 4, 14-15). Podczas czytania w synagodze Jezus odnosi do siebie fragment księgi Izajasza: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana” (Łk 4,18-19).

    Ten, kto odważa się twierdzić, że moc Jezusa pochodzi od Szatana, bluźni przeciwko Duchowi Świętemu (por. Mk 3, 22-30), bo właśnie „mocą Ducha Świętego” Jezus wypędza złe duchy (Mt 12, 28).

    Obecność Ducha Świętego widoczna jest w sposób szczególny w modlitwie Jezusa. Łukasz opowiada, że w momencie chrztu w Jordanie, „gdy [Jezus] się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego” (Łk 3, 21-22). Związek między modlitwą Jezusa a obecnością Ducha wyrażony jest również w słowach: „Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi” (Łk 10, 21).

    5. Jest naszym Adwokatem i Rzecznikiem

    Pewnego razu papież Franciszek nawiązał podczas homilii do zdarzenia ze swojego życia, kiedy był jeszcze proboszczem w parafii patriarchy San José w San Migiel i podczas Mszy Świętej dla dzieci w uroczystość Zesłania Ducha Świętego zapytał: „Kto wie, kim jest Duch Święty?”  Wszystkie dzieci podniosły ręce, a jedno z nich odpowiedziało z powagą: „Paralitykiem!”.

    Chodzi oczywiście o Parakleta. Trudne słowo, więc łatwo je pomylić.

    Gdy Jezus zapowiada i obiecuje Ducha Świętego, nazywa Go właśnie Parakletem (J 14, 16. 2615, 2616, 7). Słowo „Parakletos” tłumaczy się zazwyczaj jako „Pocieszyciel”, ale tak naprawdę ten grecki termin nie ma adekwatnego polskiego odpowiednika.

    Pochodzi od czasownika „parakaleo” (wzywam, proszę). Dosłownie oznacza: „Ten, który jest wzywany”. Można to oddać terminami: obrońca, adwokat, doradca, rzecznik, asystent, pomocnik, opiekun.

    To ktoś, kto jest powołany, aby być u czyjegoś boku i stawać w jego obronie. „Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze — Ducha Prawdy (…); nie zostawię was sierotami” – mówi Jezus (J 14, 16). Dlaczego „innego”? Otóż w 1 J 2, 1 Parakletem nazwany jest także Chrystus, który wstawia się za nami. Współgra to ze słowami z Listu do Rzymian: „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (…) Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał?” (por. Rz 8, 31b-39).

    6. Prowadzi nas do Prawdy

    Jezus oznajmił Apostołom: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” (J 16, 12-13). Te słowa mówią o działaniu Ducha Świętego w Kościele. Jeśli Jezus jest drogą, to Duch jest przewodnikiem, prowadzącym po tej drodze. Jest nauczycielem, który strzeże prawdy i pomaga ją odróżnić od fałszu. Święty Paweł napisał: „Nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: Panem jest Jezus” (1 Kor 12, 3). Duch Święty podtrzymuje żywą pamięć Kościoła o dziełach dokonanych przez Jezusa, przekonuje świat o grzechu, czyli o konieczności zbawienia.

    Nie przypadkiem w Credo właściwie jednym tchem mówimy: „wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny”. To właśnie Duch Święty współtworzy Kościół, jest źródłem wspólnoty, jego powszechności i świętości. Metropolita Ignatios IV Hazim z Laodycei w czasie ekumenicznego zjazdu w Uppsali w 1968 r. wypowiedział znamienne i często cytowane słowa:

    Bez Ducha Świętego Bóg jest daleko, Chrystus pozostaje w przeszłości, Ewangelia pozostaje martwą literą, Kościół jest tylko organizacją, władza – dominacją, misja – propagandą, liturgia – niczym więcej, jak tylko wspomnieniem, życie chrześcijańskie – moralnością niewolnika. Ale w Duchu Świętym: kosmos jest zmartwychwstały i wzdycha w bólach rodzenia Królestwa, Zmartwychwstały Chrystus jest tutaj, Ewangelia jest mocą życia, Kościół ukazuje życie Trójcy, władza jest posługą wyzwalania, misja jest Pięćdziesiątnicą, liturgia – pamiątką i zapowiedzią, ludzkie działanie jest przebóstwione.

    7. Mieszka w nas

    Właściwie każda modlitwa kierowana do Ducha Świętego, zaczyna się od tradycyjnych słów „Przyjdź!”. Ale przecież Duch Święty cały czas jest z nami, cały czas jest w Kościele, bo został dany Kościołowi na zawsze.

    W Ewangelii Janowej czytamy, że Jezus po zmartwychwstaniu przyszedł do uczniów zgromadzonych w wieczerniku i pozdrowiwszy ich, „tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 22-23).

    Święty Paweł pyta Koryntian: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście” (1 Kor 3, 16-17).

    Należy to rozumieć w ten sposób, że w całym Kościele i w poszczególnych wiernych mieszka Duch.

    Święty Ireneusz uważał nawet, że chrześcijanin składa się z ciała, duszy i Ducha Świętego (Adversus haereses V, 6,1). Inny fragment z 1 Listu do Koryntian mówi jeszcze dobitniej: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest” (1 Kor 6, 19).

    Alonso Schökel stwierdził kiedyś, że chrześcijanina można przyrównać do Namiotu Spotkania na pustyni. Nosząc w sobie Świętego Ducha uświęcamy ten świat, który bez Boga staje się pustynią.

    Nasze dziecięctwo Boże jest właśnie dziełem mieszkającego w nas Ducha Świętego, którego Paweł nazywa „Duchem przybrania za synów” (Rz 8, 15-16). To dlatego możemy zwracać się do Boga tym samym zawołaniem, jakim zwracał się do Niego Jezus, to znaczy mówić „Abba – Tatusiu!” (Mk 14, 36Ga 4, 6-7).

    Duch Święty jest także rękojmią naszego zmartwychwstania: „A jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha” (Rz 8, 11).

    Roman Zając/Stacja7.pl

    ***

    Skąd mam wiedzieć, że to Duch Święty?

    Skąd mam wiedzieć, że to Duch Święty?

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Radzi dyrektor Centrum Duchowości Księży Jezuitów w Częstochowie ks. Artur Wenner SJ.

    Jarosław Dudała: Czy Duch Święty może wejść do duszy człowieka?

    o. Artur Wenner SJ: 
    Duch Święty jako jedna z osób Boskich ma dostęp do całej rzeczywistości, także do każdego człowieka. W tym sensie nie ma żadnych przeszkód, aby Duch Święty przenikał nas w całości. Ma On więc dostęp do wszystkiego, co w nas jest. Oczywiście, trzeba dodać, że z racji szczególnego charakteru stworzenia, jakim jest człowiek, Pan Bóg zachowuje pewnego rodzaju dyskrecję. Szanuje wolność człowieka, co oznacza, że ten dostęp do nas jest w jakiejś mierze regulowany naszą odpowiedzią i naszą otwartością na Boga.

    A czy to samo potrafią zrobić złe duchy?
    Nie, złe duchy są zupełnie w innej sytuacji. One są stworzeniami, bytami duchowymi, które są inteligentne i które mają własną wolę, ale nie są Bogiem. Tak jak my zbliżamy się do innych osób i możemy w pewnym sensie poznawać ich wnętrze po tym, jak ono jest wyrażone na zewnątrz, tak też złe duchy mają taką możliwość – i to w sposób jeszcze bardziej wnikliwy niż my. Ale absolutnie nie mają pełnego dostępu do wnętrza człowieka. Ma je tylko Bóg.

    Czyli demony nie słyszą ludzkich myśli?
    Bezpośrednio ich nie słyszą, natomiast mogą wiele wywnioskować na podstawie naszej mimiki, rozmów. Mogą się domyślić wielu nawet nie do końca wyrażonych myśli, tak jak i my się ich u innych domyślamy.

    To skąd się biorą takie zjawiska, jak opętanie (kiedy zły duch zdaje się zawładnąć czyimś ciałem) oraz pokusa? Nieraz przecież pół żartem, pół serio mówimy, że to zły duch podszepnął to czy tamto.
    To są dwie zupełnie różne sytuacje i różne sposoby obecności czy wpływu złego na człowieka.
    Opętanie to jest sytuacja szczególna, która musi być zweryfikowana, bo pewne zachowania czy zjawiska mogą wydawać się opętaniem, a są to jedynie przejawy choroby psychicznej. Jeżeli rzeczywiście mamy do czynienia z opętaniem, to zawsze jest w tej sytuacji moment przyzwolenia człowieka, zgody na dopuszczenie do siebie złego ducha aż do oddania mu własnej osobowości i własnej woli.
    W przypadku pokusy oczywiście takiej sytuacji nie ma. Nie ma podporządkowania złemu duchowi woli człowieka. Pokusa to w dużym stopniu działanie zewnętrzne, zmierzające do tego, żeby człowieka ukierunkować ku czemuś złemu, ale w pełni dysponujemy wtedy własną wolą. Nawet jeśli ktoś czy coś bardzo mocno na nas wpływa, nie jest to nigdy tak daleko idące, żeby człowiek nie mógł temu powiedzieć „nie” i się wycofać.

    Skoro zły duch nie ma bezpośredniego dostępu do ludzkiego wnętrza, to jaki jest mechanizm działania pokusy?
    Zły duch nie może zawładnąć ludzką wolą, ale może nam podsuwać różne myśli. Może wykorzystywać naszą słabość, naszą skłonność do złego, którą obserwuje, poznaje. Może też wpływać na naszą sferę emocjonalną.

    Jak więc rozpoznać, które z naszych myśli czy emocji pochodzą od złego ducha, a które są natchnieniem Ducha Świętego?
    Niektóre są dość ewidentne. Znając trochę Boga, znając Ewangelię, widzimy, że pewne myśli czy uczucia są zgodne z tym duchem, a inne nie.

    Wtedy nie ma problemu. Ale sytuacja nie zawsze jest taka klarowna.
    To prawda. Zły duch jest kłamcą, co oznacza, że może nie tylko wprost odciągać nas od Pana Boga, ale może nas też zwodzić, oszukiwać, udawać ducha światłości. Może próbować wykorzystywać do swoich celów dobre pragnienia zwłaszcza tych osób, które są bliżej Pana Boga. Czyli na przykład może poddawać nam jakąś myśl, która wydaje się na pierwszy rzut oka dobra, ale potem, gdy już ją wcielimy w życie, wyprowadzi nas na manowce.

    Jak zdemaskować ten podstęp?
    Oczywiście, nie jest takie łatwe w momencie, kiedy to się pojawia. Trzeba uwzględnić kilka czynników.
    Po pierwsze – ewangeliczny sposób rozpoznawania myśli czy duchów po ich owocach, czyli skutkach. Jeśli coś na koniec przynosi dobre skutki, to na pewno stał za tym dobry duch. Natomiast jeżeli przynosi to ostatecznie skutki złe, to mieliśmy do czynienia z duchem złym. Ale dostrzeżenie tego wymaga czasu. Nie dzieje się to natychmiast.
    Natomiast w momencie, kiedy to się dzieje, czyli kiedy przychodzi dana myśl, warto zwrócić uwagę, czy ta ogólnie dobra myśl wpisuje się korzystnie w nasz kontekst życiowy, nasze powołanie, zaangażowanie, posiadane zobowiązania. Generalnie można przyjąć, że duch dobry utwierdza nas w tej drodze, która jest już wcześniej rozeznana jako pochodząca od Boga. Bo dobre duchy nie przeczą sobie nawzajem. Natomiast duch zły może podsunąć nam propozycję dobrą samą w sobie, ale niezgodną z dotychczasowymi wyborami. Gdy spojrzy się na nią w tym kontekście wydaje się ona nieraz po prostu dziwna. Wtedy trzeba dużo większej ostrożności i solidnego zbadania tej myśli, zanim się da jej wiarę.
    Problemem niektórych osób jest zbyt łatwe udzielanie kredytu zaufania swoim poruszeniom, zwłaszcza gdy proponowane działanie ma być długofalowe i wymaga dużego zaangażowania. Bywa, że ktoś się w coś angażuje, a potem nagle okazuje, że pójście w tę stronę podważa jego wcześniejsze wybory. Człowiek staje wtedy jakby na takim rozdrożu.

    Jakie miejsce w tym rozeznaniu mają ludzkie pragnienia i lęki?
    Samo słowo „pragnienia” może mieć różne znaczenia. Ja używam go tutaj w znaczeniu tego, co pociąga ku przyszłości.
    Niektóre z tych pociągnięć mają charakter głęboki, sięgający naszego serca czy wnętrza, a niektóre są czymś bardziej w rodzaju zachcianek, impulsów, które bazują często na poszukiwaniu przyjemności, chęci zaspokojenia różnego rodzaju potrzeb. Ważne jest, żeby to rozróżnić – zobaczyć, co jest ulotnym, bardzo chwilowym pociągnięciem czy skłonnością, a co jest bardzo głęboko wpisane w moje wnętrze.
    Tak jest na przykład z kwestią powołania. Nasze powołanie zawsze ma zakorzenienie w głębokim pragnieniu, które daje nam Pan Bóg.
    Jeśli natomiast chodzi o lęki, to wyrastają one z naszej kondycji psychofizycznej, z historii życia, naszych doświadczeń. To także kwestia formacji, którą przechodzimy. Można „zarazić się” lękami innych i to nie tylko w domu rodzinnym, ale też środowisku, w którym przebywamy.
    Te lęki najczęściej niestety bywają wykorzystywane przez złego ducha do tego, żeby nas zamykać w sobie. Radzenie sobie z tymi lękami jest możliwe, kiedy otwieramy się na Pana Boga i kiedy badamy ich racjonalność. Bo wiele tego typu uczuć jest irracjonalnych. Kiedy się im głębiej przyjrzymy, to widzimy, że nie mają jakiejś obiektywnej podstawy.

    Wróćmy na chwilę do kwestii: pragnienie a powołanie. Z jednej strony, bywają ludzie, którzy mają głębokie pragnienie np. życia zakonnego czy kapłańskiego, tymczasem dalsze rozeznanie – np. przełożonych czy formatorów – wskazuje na coś innego. To znaczy, że samo pragnienie nie jest jeszcze decydujące. Z drugiej strony, może być i tak, że ktoś nie ma pragnienia np. do życia kapłańskiego czy zakonnego i jest to bardzo istotna wskazówka, mówiąca, że to nie jest dla niego, nawet jeżeli jakieś inne elementy zdawałyby się przemawiać na rzecz takiego powołania.
    Tak, może się wydawać, że ktoś ma predyspozycje, jest inteligentny, potrafi kontaktować się z innymi, ale nie ma z jego strony jakiegoś pociągnięcia, pragnienia. Wtedy nie można mówić o powołaniu.
    Natomiast jeśli chodzi o pragnienia, które napotykają w realizacji na przeszkody, to trzeba zwrócić uwagę na jakość tego pragnienia, poznania bliżej, skąd to pragnienie pochodzi. Ważne jest, aby poznać, czy dana osoba jest psychicznie i duchowo dojrzała, bo takie też będą jej pragnienia. Może się zdarzyć, że osoba czegoś bardzo pragnie, że pragnie rzeczy obiektywnie dobrych – na przykład kapłaństwa czy życia zakonnego – ale to pragnienie nie musi być wolą Bożą, a jedynie nieuporządkowanym uczuciem, nieuporządkowanym przywiązaniem lub może wynikać z nieuświadomionych lęków.
    Tak więc samo istnienie silnego przekonania i pragnienia podjęcia danej drogi życia nie jest jeszcze wystarczające do stwierdzenia pewności powołania takiej osoby.
    Z drugiej strony, ta sama osoba może czegoś trudnego nie podejmować, nawet gdyby to była wola Boża, z tym samych motywów, czyli z lęków i z powodu uczuć nieuporządkowanych. Może zatem mieć powołanie, ale obawia się wzgardy, prześladowania związanego z danym powołaniem i odrzucenia przez społeczeństwo. Takie uczucia też są nieuporządkowane.

    Czy ma Ojciec jakieś złote rady albo wskaźniki, markery, których wykrycie wskazuje z wysokim prawdopodobieństwem, że mamy do czynienia z natchnieniem Ducha Świętego albo przeciwnie – z działaniem złego ducha?
    Podkreśliłbym rolę szczerości przed samym sobą, a także przed innymi. A także związanej z nią pokory, bo jeżeli nie mam pokory, to nie mogę być do końca szczerym i przejrzystym. W pokorze jest element tego, że chcę dać się poznać innym. Chcę naprawdę zweryfikować, czy mam do czynienia z czymś obiektywnym, czy jest to tylko mój wymysł.
    Do tego dołożyłbym ducha realizmu, czyli chęci weryfikowania, obiektywizowania swoich pragnień. On pozwala na zdobycie głębszego przekonania, że dobrze odczytuję swoją drogę.
    Czynnikiem, na który jestem bardzo wrażliwy, jest postawa uporu, przywiązania do własnego zdania, a zwłaszcza przywiązania do własnej interpretacji pewnych znaków czy natchnień przy jednoczesnej niechęci do ich prześwietlenia i zweryfikowania przez innych. Takie zadufanie w sobie wskazuje często na działanie złego ducha, na kierowanie się uczuciami nieuporządkowanymi i przywiązaniami.
    Podobnie jest z nadmiernym pośpiechem w podejmowaniu decyzji. On też wskazuje raczej na obecność złego ducha niż dobrego.

    Gość Niedzielny

    ***

    „Deszcz płatków róż” w rzymskim Panteonie

    w uroczystość Zesłania Ducha Świętego

    Sample

    fot. Gabriella Clare Marino / Unsplash

    ***

    8 czerwca 2025 roku, Kościół obchodzi uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Każdego roku tego dnia w rzymskim Panteonie ma miejsce szczególna ceremonia: kiedy podczas Mszy św. chór śpiewa hymn „Veni Creator Spiritus” (O Stworzycielu Duchu, przyjdź), z góry spływa na obecnych „deszcz płatków czerwonych róż”. Symbolizują one języki ognia jakie – według Dziejów Apostolskich – spłynęły na Maryję i Apostołów w momencie Zesłania Ducha Świętego.

    Zapomniany przez wiele lat zwyczaj „ożywił” przed niemal 30 laty włoski ksiądz Antonio Tedesco, który w tamtym czasie kierował ośrodkiem dla pielgrzymów niemieckich w Rzymie. Ale – jak mówią księża z rzymskiego Panteonu – tradycja ta pochodzi z pierwszych wieków Kościoła. Na powitanie Ducha Świętego rzucano kwiaty, w nabożeństwie uczestniczył papież i ogłaszał datę Zesłania Ducha Świętego w następnym roku. Fakt, dlaczego to szczególne święto odbywało się w Panteonie, kapłan uzasadnia prosto: „w tamtym czasie był to najbardziej znany kościół Rzymu i jedyny, który miał otwór w dachu”.

    Panteon, zbudowany na Polu Marsowym za czasów cesarza Hadriana (117-138) na chwałę bogów Rzymu, poświęcił papież Bonifacy IV (608-615) oddając go na użytek chrześcijan. Znajdujący się w kopule „opaion” – ośmiometrowej szerokości otwór – jest jedynym źródłem światła: „Bożym okiem”. Róże dostarcza od lat na ceremonie niewielkie miasteczko włoskie Giffoni Valle Piana, położone na południe od Neapolu, które słynie z upraw kwiatowych.

    Zazwyczaj uroczysta Msza św. Zesłania Ducha Świętego rozpoczyna się o godz. 10.30, ale „zawsze już na godzinę wcześniej nie było wolnych miejsc”, powiedział ks. Daniele Micheletti, archiprezbiter bazyliki NMP od Męczenników, w rozmowie z niemiecką agencją katolicką KNA. Tradycyjnie liturgii przewodniczy biskup polowy, który jest także honorowym opiekunem Panteonu. 

    Inną wyjątkową cechą liturgii Zesłania Ducha Świętego w rzymskim Panteonie jest używanie w modlitwach i śpiewie języka aramejskiego – oryginalnego języka, którym posługiwali się Jezus i Apostołowie. W ceremonii uczestniczy także 12 dzieci z różnych grup etnicznych, które uczestnikom nabożeństwa, jako znak pokoju, wręczają róże.

    Jeśli jednak ktoś nie będzie miał okazji znaleźć się tego dnia w Rzymie, może jeszcze wybrać się 5 sierpnia do rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej, która tego dnia „tonie w powodzi białych róż” na pamiątkę „cudu śniegu”, jaki legł u podstaw budowy tej świątyni.

    Panteon, położony między Piazza Navona i Via del Corso, należy do ulubionych celów wędrówek turystycznych po Rzymie. Znajdują się w nim grobowce m.in. Rafaela (1483-1520), Taddeo Zuccariego (1529-1566), Annibale Carracciego (1560-1609) oraz królów Wiktora Emanuela II (1820-1878) i Humberta I (1844-1900).

    Tysiące płatków róż spada na wiernych również w romańskim kościele św. Michała w Wiedniu, z otworu w dachu zwanego także „dziurą Ducha Świętego”. Do zapomnianej tradycji zielonoświątkowej powrócili przed kilkoma laty ojcowie salwatorianie sprawujący opiekę duszpasterską w tej zabytkowej świątyni. 

    Proboszcz parafii, o. Erhard Rauch wyjaśnił mediom, że salwatorianie nieco zmodyfikowali dawny zwyczaj. W sklepieniach wielu starych kościołów są „dziury Świętego Ducha” – otwory, przez które w uroczystość Zesłania Ducha Świętego wpuszczano do świątyni gołębie – symbol Ducha Świętego. Do takich symboli należy też róża. Stara legenda mówi o kobiecie, która płakała w swoim ogrodzie różanym, słysząc o okrutnej śmierci Jezusa. Wtedy zauważyła, że z jej róż opadły kolce, gdyż Bóg przemienił swoje cierpienie w radość.

    eKAI.pl

    ***

    Abp Galbas na stadionie Legii Warszawa: Po rekolekcjach wszyscy są wygrani

    Sample

    fot. Michal Wozniak/East News

    ***

    Po rekolekcjach nie ma remisu ani porażki: wszyscy są wygrani – powiedział w sobotnią noc Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC podczas ośmiogodzinnego wydarzenia rekolekcyjnego „Jezus na Stadionie Legii”.  Kulminacyjnym punktem spotkania, które przebiegło pod hasłem „Świat rani, Bóg leczy” była Msza św. sprawowana przed północą przez metropolitę warszawskiego.

    W przeddzień uroczystości Zesłania Ducha Świętego abp Galbas wskazywał, że Duch Święty „nie wywraca Kościoła do góry nogami, lecz stawia go na nogi”. Nawiązując do zesłania Ducha Świętego na Apostołów w Wieczerniku zachęcał, by każdy z obecnych zmierzył się z pytaniem o to, kiedy kiedy przeżył czy przeżyła swoją Pięćdziesiątnicę.

    Taka indywidualna Pięćdziesiątnica, tłumaczył, uzdalnia do wypowiedzenia we własnym imieniu słów Psalmisty” Uwielbia dusza moja Pana”. Wtedy też stanie się możliwe głoszenie innym wielkich dzieł Bożych. „najczęściej bez otwierania ust, po postu swoimi wyborami” – tłumaczył abp Galbas dodając, że „czasami trzeba otworzyć usta”.

    Nawiązując do hasła rekolekcji: „Świat ranu, Bóg leczy”, abp Galbas wyznał, że to sformułowanie trochę mu „nie pasuje”. „Nie wiem, czy zostałem kiedyś zraniony przez świat, ale zostałem zraniony przez człowieka. I jeśli kogoś zraniłem, to ja go zraniłem. Nie wiem, czy świat rani ale człowiek rani. Zwłaszcza taki, który sam został zraniony: czasem z wściekłości, czasem po to, żeby był remis, z zazdrości czy niepogodzenia ze sobą” – powiedział hierarcha.

    Abp Galbas podkreślał, że potrzebne jest uleczenie, które pragnie ofiarować Pan Bóg. „Przez człowieka przez wielkie C, przez Chrystusa: przez sakramenty i Słowo, ale też przez człowieka przez małe c – przez ciebie” – tłumaczył metropolita warszawski.

    Uczestnicy wysłuchali kilkudziesięciu rekolekcjonistów. „Zaproszony jest każdy, kto chce przez udział w spotkaniu oddać chwałę Panu Bogu” – podkreślali organizatorzy z Fundacji Szum z Nieba.

    – Najlepszy nawet GPS nic nam nie da jeśli nie będzie włączony – mówił jeszcze przed rozpoczęciem rekolekcji bp Galbas w krótkim filmiku umieszczonym na stronie archidiecezji warszawskiej. Zwróciła uwagę, że Duch Święty jest naszym „wewnętrznym GPS-em”, który nas może niezawodnie prowadzić, by na końcu naszej drogi powiedzieć: „Jesteś na miejscu, w Domu Ojca”.

    W spotkaniu wzięło udział kilkudziesięciu prelegentów, m.in. abp Adrian Galbas, bp Artur Ważny, s. Gaudia Skass, prof. Aleksander Bańka, Witek Wilk.

    W wyznaczonych miejscach na stadionie znajdowały się różne strefy: Inspiracji,  Młodych i Miłosierdzia. W tej ostatniej przez cały czas trwania wydarzenia każdy mógł skorzystać z sakramentu pokuty i pojednania.

    Była też możliwość adoracji Najświętszego Sakramentu.

    Kai.pl

    ***

    Znany franciszkański rekolekcjonista radzi jak przeżyć

    uroczystość Zesłania Ducha Świętego

    Samplefot. Juan Pablo Arias / Cathopic

    ***

    O dr. Łukasz Buksa OFM przygotował specjalny cykl pt. „W mocy Ducha – 9 dni przemiany”. To kilkunastominutowe filmiki, z których można dowiedzieć się jak odpowiednio przygotować się do uroczystości Zesłania Ducha Świętego.

    – Można je oglądać osobno, ale także od razu wszystkie naraz, gdyż nie są długie. Dowiecie się z nich kim jest Duch Święty, jakimi owocami obdarza i jak najlepiej otworzyć się na jego dary i charyzmaty – zachęca o. Buksa, adiunkt Wydziału Nauk Społecznych UPJPII w Krakowie.

    Od kilku dni filmiki dostępne są na kanale YouTube @ZnadmiaruMilosci. Rozważania franciszkańskiego muzyka i rekolekcjonisty oparte są o jego książkę zatytułowaną „Pokrzep mnie”.

    Duchowny wskazuje, że Duch Święty to nie jakaś idea. – To Osoba, która chce wejść w Twoje życie z miłością, mocą i pokojem. W tych rekolekcjach pomagam odkryć Jego obecność, która może zupełnie odmienić Twoje serce i relacje. Wspólna modlitwa, refleksja i wołanie w duchu Wieczernika – to nie jest teoria, to doświadczenie – wyjaśnia.

    Zachęca też, by znaleźć czas, aby zapoznać się głębiej z treścią przygotowanych rozważań i zatrzymać się choć na kilka chwil. – To rekolekcje dla ludzi, którzy chodzą po tej samej ziemi codzienności, co ja – zmagają się, próbują kochać, szukają sensu. Duch Święty nie działa tylko w mistycznych uniesieniach – On jest obecny w naszej zwyczajności. W domu, pracy, rozmowie czy zmęczeniu. Te krótkie filmy mogą być codziennym krokiem na tej drodze – podsumowuje.

    Łukasz Buksa OFM to rekolekcjonista i pomysłodawca ogólnopolskiej akcji ewangelizacyjnej „Obudź się! Możesz Więcej!”. Jest autorem m.in. płyt „Możesz Więcej” i „Miłosierny”. Prowadził także RekoSKI – niezwykłe rekolekcje łączące troskę o ducha w postaci nauczania i ciało poprzez jazdę na nartach czy snowboardzie.

    Kai.pl

    ***

    poniedziałek 9 czerwca

    Drugi dzień Zielonych Świąt

    Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła

    El Greco 1596–1600 (fragment obrazu), temat obrazu został zaczerpnięty z Dziejów Apostolskich:
    Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić (Dz 2,2–4)

    ***

    Święto Maryi, Matki Kościoła, obchodzone w poniedziałek po uroczystości Zesłania Ducha Świętego, zostało wprowadzone do polskiego kalendarza liturgicznego 4 maja 1971 r. przez Episkopat Polski – za zgodą Pawła VI. Dzień ten został wybrany dlatego, że Zesłanie Ducha Świętego było początkiem działalności Kościoła. Jak podają Dzieje Apostolskie, w momencie Zesłania Ducha Świętego w Wieczerniku obecni byli wszyscy Apostołowie, którzy “trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego” (Dz 1, 14). Matka Najświętsza, Oblubienica Ducha Świętego, mocą którego w dniu Zwiastowania poczęła Jezusa Chrystusa, przeżyła w Wieczerniku wraz z Apostołami zstąpienie Ducha Miłości na Kościół. Od tej chwili Maryja, Wspomożycielka Wiernych i Matka Kościoła, towarzyszy Kościołowi w świecie.
    Maryja jest Matką Kościoła. Tytuł ten dawali Matce Najświętszej teologowie już od początków dziejów Kościoła, a w ostatnim stuleciu papieże: Leon XIII, Jan XXIII i Paweł VI. Biskupi polscy złożyli Pawłowi VI Memoriał z gorącą prośbą o ogłoszenie Maryi Matką Kościoła i oddanie ponowne Jej macierzyńskiemu Sercu całej rodziny ludzkiej. Prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński, w imieniu 70 biskupów polskich w dniu 16 września 1964 roku, podczas trzeciej sesji soborowej, wygłosił przemówienie, uzasadniając konieczność ogłoszenia Maryi Matką Kościoła. Powoływał się na doświadczenia naszego Narodu, dla którego Matka Chrystusowa, obecna w naszych dziejach, i zawsze przez nas wzywana, była ratunkiem, pomocą i zwycięstwem. Biskupi polscy zabiegali również bardzo o to, aby nauka o Matce Najświętszej została włączona do Konstytucji o Kościele, gdyż to podkreśla godność Maryi jako Matki Kościoła i Jej czynną obecność w misterium Chrystusa i Kościoła.
    W 1968 r. Paweł VI potwierdził swoje orzeczenie o Matce Kościoła w Wyznaniu Wiary, w tzw. Credo Pawłowym. Episkopat Polski włączył wówczas do Litanii Loretańskiej nowe wezwanie: “Matko Kościoła, módl się za nami”. Wniósł równocześnie prośbę do Stolicy Świętej, aby wezwanie to znalazło się w Litanii odmawianej w Kościele Powszechnym, i aby papież ustanowił Święto Matki Kościoła również dla całego Kościoła Powszechnego.
    brewiarz.pl)

    ***

    Święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła

    Samplefot. Flora Orosz / Unsplash

    ***

    W poniedziałek po uroczystości Zesłania Ducha Świętego obchodzone jest święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła. Episkopat Polski wprowadził je 54 lata temu. Od 2018 roku obchodzone jest na całym świecie jako wspomnienie obowiązkowe.

    Polscy hierarchowie podczas Soboru złożyli Ojcu Świętemu Pawłowi VI Memoriał z gorącą prośbą o ogłoszenie Maryi Matką Kościoła. Podczas trzeciej sesji soborowej, 16 września 1964 r., Ksiądz Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski wygłosił przemówienie, w którym uzasadniał konieczność nadania Najświętszej Maryi Pannie takiego tytułu. Powoływał się na doświadczenia naszego Narodu, dla którego Matka Boża była ratunkiem, pomocą i zwycięstwem. Biskupi polscy zabiegali również bardzo o to, aby nauka o Matce Najświętszej została włączona do Konstytucji o Kościele. Tak też się stało. „W swojej apostolskiej działalności Kościół słusznie ogląda się na Tę, co zrodziła Chrystusa, który po to począł się z Ducha Świętego i narodził się z Dziewicy, aby przez Kościół także w sercach wiernych rodził się i wzrastał” – czytamy w Lumen Gentium (KK nr 65).

    Na zakończenie trzeciej sesji Soboru, 21 listopada 1964 r., papież Paweł VI ogłosił Maryję Matką Kościoła i powierzył Jej cały rodzaj ludzki. Cztery lata później, na zakończenie Roku Wiary (w czerwcu 1968 roku), Ojciec Święty potwierdził swoje orzeczenie o Matce Kościoła w Wyznaniu Wiary, w tzw. Credo Pawłowym.

    Episkopat Polski włączył wówczas do Litanii Loretańskiej nowe wezwanie: Matko Kościoła, módl się za nami. Wniósł równocześnie prośbę do Stolicy Apostolskiej, aby wezwanie to znalazło się w litanii odmawianej w Kościele powszechnym, a święto Matki Kościoła było obchodzone w całym Kościele.

    Kościół w Polsce oddał Naród Maryi, Matce Kościoła 3 maja 1966 r. Aktem Milenijnym. Kilka lat później, 4 maja 1971 r. Episkopat Polski wprowadził święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła, do kalendarza liturgicznego Kościoła w Polsce, ustanawiając obchody na poniedziałek po uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Dzień ten został wybrany dlatego, że Zesłanie Ducha Świętego było początkiem działalności Kościoła. „Polska czyni to jedna z pierwszych wśród narodów chrześcijańskich. To pierwszeństwo przyjmijmy jako szczególną łaskę i nagrodę za wierność i miłość Narodu do Maryi” – napisali biskupi.

    Niecałe dwa miesiące później, 24 czerwca, Episkopat Polski wystosował „Memoriał biskupów polskich do wszystkich Episkopatów katolickiego świata w sprawie oddania Maryi, Matce Kościoła, rodziny ludzkiej”. Biskupi zachęcają w nim do wprowadzenia w poszczególnych krajach nowego święta liturgicznego Maryi, Matki Kościoła i oddania w Jej opiekę diecezji, narodów i krajów, a także do wstawiennictwa u papieża, by oddał całą rodzinę ludzką Maryi, Matce Kościoła. „Jesteśmy przekonani, że to, co się nie udaje naszym duszpasterskim programom i apostolskim wysiłkom w dziele soborowej odnowy życia, uda się pokornej Dziewicy z Nazaretu, Wspomożyciele Wiernych, Matce Kościoła” – pisali polscy biskupi do biskupów świata.

    Od 2018 roku, decyzją papieża Franciszka Święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła jest wspomnieniem obowiązkowym obchodzonym w całym Kościele. Wcześniej było obchodzone również w Argentynie – ojczyźnie papieża Bergoglio.

    Co roku w Święto Matki Kościoła PMK swoje święto patronalne obchodzi Ruch Pomocników Matki Kościoła. Za datę jego powstania przyjmuje się 26 sierpnia 1969 r., kiedy kard. Stefan Wyszyński wydał dokument, w którym wzywa ludzi dobrej woli do pomocy Kościołowi i chrześcijańskiej Ojczyźnie przez Bogurodzicę Matkę Kościoła. W 1973 r. Episkopat Polski zaaprobował Ruch Pomocników Matki Kościoła jako jedną z form wychowania ludzi świeckich do apostolstwa.

    09 czerwca 2025 – BP KEP, Warszawa/Kai.pl Ⓒ Ⓟ

    ***

    5 czerwca

    Każdego miesiąca w pierwsze czwartki Kościół modli się za dar kapłaństwa

    Z racji mojego zastępstwa dzisiejsza Adoracja Najświętszego Sakramentu i Msza św. (w języku angielskim) będą w sali parafialnej przy kościele św. Piotra

    Adoracja i możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi św. – od godz. 18.00

    Msza św. – godz. 19.00

    ***

    Adoracja Eucharystyczna zwiększa liczbę powołań w USA

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    W Stanach Zjednoczonych zaobserwowano w ostatnich latach ścisły związek między nowymi powołaniami kapłańskimi a adoracją Najświętszego Sakramentu przez młodych ludzi. Z badań wynika, że aż 78 procent nowych kandydatów do święceń regularnie uczestniczyło w adoracji Eucharystii przed wstąpieniem do seminarium. Wielu podczas adoracji rozeznało swoje powołanie.

    O wnioskach z najnowszych badań pisze amerykański portal katolicki National Catholic Register – ncregister.com. Jako przykład podana jest diecezja Wichita w stanie Kansas. W latach 90. parafie w tej diecezji zaczęły otwierać kaplice adoracji czynne przez 7 dni w tygodniu. Od tego czasu diecezja odnotowała wzrost liczby powołań.

    Ojciec Chad Arnold, dyrektor ds. seminarzystów diecezji Wichita, wierzy, że istnieje bezpośrednia korelacja między tymi faktami. Przyznaje to w rozmowie z National Catholic Register: „W naszej diecezji przez wiele lat byliśmy błogosławieni powołaniami, ale zanim one się pojawiły, podjęto świadomy wysiłek, aby parafie zaczęły oferować adorację wieczystą. Jako diecezja zawsze dostrzegaliśmy związek pomiędzy liczbą kaplic adoracji, liczbą osób modlących się przed tabernakulum w naszej diecezji a błogosławieństwem powołań, którego doświadczamy” – powiedział o. Arnold.

    Udział w adoracji istotny dla wyświęceń

    Amerykański Kościół przeprowadza badania dotyczące nowych powołań, pomagając biskupom i duszpasterzom powołań lepiej zrozumieć, dlaczego młodzi mężczyźni wybierają życie zakonne lub kapłańskie.

    W corocznym badaniu analizującym grupy kandydatów do święceń, Instytut CARA (Center for Applied Research in the Apostolate) odkrył, że 78 proc. mężczyzn z klasy święceń 2025 roku regularnie uczestniczyło w adoracji eucharystycznej przed wstąpieniem do seminarium

    W ostatnich latach CARA zauważyła, że coraz więcej mężczyzn przyznaje, iż regularny czas spędzany przed Najświętszym Sakramentem ma ogromny wpływ na ich rozeznanie powołania.

    – W ostatnich latach, jeśli chodzi o praktyki modlitewne, nieustannie widzimy, że udział w adoracji eucharystycznej jest istotny dla tych, którzy są wyświęcani, ponieważ adoracja stała się bardziej powszechna wśród młodych dorosłych – powiedział w rozmowie z NCR o. Thomas Gaunt SJ, dyrektor wykonawczy CARA, od 20 lat współpracuje z Sekretariatem ds. Duchowieństwa, Życia Konsekrowanego i Powołań przy Konferencji Episkopatu USA.

    Dać się Bogu kochać

    Portal podaje przykład ks. Roberta Bollingera z archidiecezji filadelfijskiej, który został wyświęcony 17 maja. Jeszcze w latach szkolnych, jak większość uczniów szkół średnich, Robert Bollinger nie miał pojęcia, jak ma wyglądać jego przyszłe życie. W tamtym czasie spotykał się z dziewczyną i pociągała go wizja małżeństwa oraz życia rodzinnego. Jednak w ostatniej klasie, w 2016 roku, zaczął odczuwać powołanie do kapłaństwa.

    Zaczął regularnie odwiedzać całodobową kaplicę adoracji w swojej parafii. Tam, w ciszy i samotności prostej kaplicy znalazł przestrzeń, aby rozmawiać z Panem o swojej przyszłości.

    – Myśl o zostaniu kapłanem pojawiła się w mojej głowie zupełnie niespodziewanie, i wiedziałem, że nie była to moja własna idea, lecz coś, co Bóg złożył w moim sercu – powiedział ksiądz Bollinger dla „Register”. – Postanowiłem, że raz lub dwa razy w tygodniu będę po prostu siadał w obecności Najświętszego Sakramentu przez całe liceum, i to właśnie było prawdziwym katalizatorem, który pomógł mi umocnić moje powołanie i powiedzieć Bogu „tak”.

    „Gdy szedłem na adorację, skupiałem się na tym, by po prostu pozwolić się Bogu kochać” – powiedział ks. Bollinger. „Zrozumiałem, że mogę po prostu tam siedzieć i być z Bogiem. Nie musiałem niczego udowadniać. Nie musiałem nic robić, tylko siedzieć i pozwolić się kochać”.

    „To wylanie Jego miłości dało mi pewność, by zaufać Jego planowi i temu, że On zawsze będzie przy mnie” – dodał.

    Adoracja: Pierwsze miejsce wyboru Boga

    W rozmowach z młodymi mężczyznami rozeznającymi kapłaństwo ojciec Garett Burns, dyrektor ds. powołań diecezji Wichita, zauważa, że adoracja jest często pierwszym miejscem, gdzie młodzi katolicy wybierają Boga z własnej woli.

    „Wielu z tych chłopaków dorastało w dobrych rodzinach lub uczęszczało do szkół, gdzie się modlono, może nawet przed Eucharystią. Ale to, że sami decydują się co tydzień, a nawet codziennie, by spędzić trochę czasu przed Najświętszym Sakramentem, otwiera ich na odkrycie, że naprawdę chcą tej relacji z Chrystusem” – mówi ojciec Burns. „Poprzez adorację uświadamiają sobie, że wiara to nie tylko coś, czego wymaga Kościół lub Bóg, ale że to oni sami pragną być z Nim i doświadczyć pokoju w kaplicy”.

    Bóg obecny osobiście dla nich

    Dla młodych mężczyzn adoracja bardzo szybko staje się punktem oparcia w życiu – zauważają formatorzy powołań. Gdy zaczynają spędzać coraz więcej czasu na adoracji, zyskują głębszą świadomość działania Pana w ich sercach. Ojciec Paul Hrezo, formator w Papieskim Kolegium Józefinum w Columbus (Ohio), powiedział „Register”, że ta świadomość pomaga mężczyznom rozeznawać swoje powołanie.

    „Kiedy idą na adorację, zyskują świadomość, że Pan jest tam obecny osobiście dla nich – i to staje się bardzo ważnym punktem odniesienia w rozeznawaniu kapłaństwa” – powiedział ojciec Hrezo. „To niezwykle ważne, by mieć osobistą relację z Panem, a szczególnie osobistą relację eucharystyczną, ponieważ Eucharystia będzie fundamentem i centrum życia kapłańskiego”.

    05.06.2025/Wojciech Rogacin/Gość Niedzielny/VATICANNEWS.VA

    ***

    Włoski egzorcysta: Kiedy zapominamy o diable, nie rozumiemy już dzieła zbawienia

    Kiedy zapominamy o diable, to nie wiemy, od czego powinniśmy być zbawieni – mówi włoski egzorcysta, dominikanin o. François Dermine.

    Duchowny udzielił wywiadu włoskiemu portalowi La Nuova Bussola Quotidiana przy okazji konferencji, która odbywała się w Toskanii.

     Jeśli nie mówimy o diable, życie chrześcijańskie i tajemnica Wcielenia, Odkupienia, nie mają sensu, ponieważ Jezus wcielił się, „aby zniszczyć dzieła diabła” – powiedział egzorcysta.

    – Jeśli diabeł nie istnieje, to nie możemy mówić o tajemnicy zbawienia. Po co miałby przychodzić Jezus Chrystus? To nie miałoby już sensu, bo zbawienie jest właśnie wybawieniem od silniejszej od nas istoty, która nazywa się diabłem. Musimy być zbawieni od dzieł diabła – stwierdził.

    Egzorcysta wskazał też, że wiele zła wyrządziła ideologia New Age, która przedstawia w fałszywym, zdeformowanym świetle świat aniołów. Ostrożność wobec New Age nie może jednak sprawiać, że jako katolicy zaniedbamy poznanie ważnego aspektu kosmologii, jakim są aniołowie. – Jeśli brakuje aniołów, brakuje ważnej części stworzenia – wskazał.

    Dominikanin mówił ponadto o zainteresowaniu diabłem, jakie jest dziś coraz widoczniejsze. Jego zdaniem sprawa jest oczywista: różnego rodzaju zboczeńcy potrzebują swojego własnego „patrona”, a najbardziej reprezentatywny jest dla nich szatan.

    To właśnie szatan zbuntował się przeciwko Bogu, żeby robić, co mu się podoba; dlatego ludzie tego rodzaju kierują się właśnie ku niemu.

    Duchowny podkreślił też, że nie należy kierować się na nadzwyczajnych działaniach diabła, bo tym zajmują się egzorcyści. Zwykle szatan nie atakuje jednak w taki sposób, posługując się raczej narzędziem, które jest o wiele bardziej niebezpieczne: pokusą.

    Człowiek, który ulega pokusie i grzeszy, nie zostanie zbawiony, dlatego właśnie to działanie diabła jest najbardziej niebezpieczne.

    O. Francois Dermine urodził się w Kanadzie, od ponad 50 lat mieszka we Włoszech. 

    źródło: lanuovabq.it/PCh24.pl

    ***

    Modlitwy za Ojczyznę na czasy trudnych doświadczeń

    Dziękując Bożej Opatrzności za wybór nowego prezydenta, który jeszcze nie mając pewności, że nim będzie, tuż przed ogłoszeniem ostatecznych wyników – wydarzyło się coś niesamowitego – mianowicie z pamięci zacytował zdanie z Pisma Świętego, w którym Pan Bóg takie słowa wypowiedział: “…jeśli upokorzy się mój lud, nad którym zostało wezwane moje Imię, i będą błagać, i będą szukać mego oblicza a odwrócą się od swoich złych dróg, Ja z nieba wysłucham i przebaczę im grzechy, a kraj ich ocalę”(2 Księga Kronik 7, 14). I ten moment był bardzo znaczący, bo w tym właśnie czasie konkurent ogłosił sam siebie, że jest już prezydentem i przez dwie godziny wyznawcy “wieży Babel” byli w zupełnej euforii. Ale na szczęście czas tych dwóch godzin minął. Nie mniej jednak jest i druga refleksja, która pokazuje bardzo smutną rzeczywistość wymagającą ogromnej modlitwy, modlitwy błagalnej za nasz Naród – skoro wygląda na to, że połowa głosujących to już nie są katolicy skoro popierają zabijanie najbardziej bezbronnych u początku i u kresu ludzkiego życia. I popierają przeróżne zboczenia za nic mając podstawowe prawa naturalne, które przecież są wpisane w sercu każdej ludzkiej istoty.

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Bogurodzica, dziewica, Bogiem sławiena Maryja

    Bogurodzica, dziewica, Bogiem sławiena Maryja!
    U twego syna, Gospodzina, matko zwolena Maryja!
    Ziści nam, spuści nam.
    Kirielejson.

    Twego dziela Krzciciela, bożyce,
    Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze.
    Słysz modlitwę, jąż nosimy,
    A dać raczy, jegoż prosimy,
    A na świecie zbożny pobyt,
    Po żywocie rajski przebyt.
    Kirielejson.

    Nas dla wstał z martwych syn boży,
    Wierzyż w to człowiecze zbożny,
    Iż przez trud Bog swoj lud
    Odjął diablej strożej.

    Przydał nam zdrowia wiecznego,
    Starostę skował pkielnego,
    Śmierć podjął, wspominął
    Człowieka pirwego.

    Jenże trudy cirzpiał zawiernie,
    Jeszcze był nie prześpiał zaśmierne,
    Aliż sam Bog z martwych wstał.

    ***

    Modlitwa za Ojczyznę Księdza Kardynała Augusta Hlonda

    O Duchu Święty, Boskie swe dary spuść na tych, którzy kierują losami Polski i na cały Naród, abyśmy słuchając Twych natchnień w życiu prywatnym i publicznym żyli świętym prawem Bożym. Amen

    Modlitwa za Ojczyznę błogoslawionego księdza Stanisława Papczyńskiego

    Najlepszy i największy Ojcze, spraw, aby Polska, Ojczyzna nasza rozkwitła, rozbieżne żądania się połączyły, zwaśnione umysły się pojednały, zniszczona święta prawowierność zatryumfowała nad herezją, by majestat praw został otoczony blaskiem, by miłość dobra wspólnego rozgorzała we wszystkich sercach, by zakiełkowały spustoszone pola, dźwignęły się zniszczone osady, by nadeszły szczęśliwe czasy, a trwała cnota posiadła i u święciła serca wszystkich.

    Modlitwa za Ojczyznę błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki

    Wszechmogący Boże, Ojców naszych Panie! Pochylamy pokornie nasze głowy, by prosić o siłę wytrwania i mądrość w tworzeniu jedności, by prosić o twoje błogosławieństwo. Wszystkich polecamy Twojej szczególnej opiece, Twojej mocy uzdrawiającej ludzkie serca. Chcemy wszystkim naszym winowajcom przebaczyć, jak Ty przebaczasz nam nasze winy, zbaw ode złego nas wszystkich. 

    Wysłuchaj, Panie, prośby swego ludu.

    Amen

    Modlitwa za Ojczyznę księdza Piotra Skargi

    Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Maryi Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna – chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

    Wszechmogący, wieczny Boże, wzbudź w nas szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy naszego kraju sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

    Przez Chrystusa, Pana naszego 

    Amen.

    Modlitwa świętego Jana Pawła II

    Zawierzam macierzyńskiej opiece Pani Jasnogórskiej siebie samego, Kościół, wszystkich moich rodaków, nie wyłączając nikogo.

    Zawierzam Jej każde polskie serce, każdy dom i każdą rodzinę. Wszyscy jesteśmy Jej dziećmi. Niech Maryja będzie przykładem i przewodniczką w naszej codziennej i szarej pracy. Niech wszystkim pomaga wzrastać w miłości Boga i miłości ludzi, budować wspólne dobro Ojczyzny, wprowadzać i umacniać sprawiedliwy pokój w naszych sercach i środowiskach.

    Proszę Cię, Pani Jasnogórska, Matko i Królowo Polski, abyś cały mój naród ogarnęła Twoim macierzyńskim sercem. Dodawaj mu odwagi i siły ducha aby mógł sprostać wielkiej odpowiedzialności, jak przed nim stoi. Niech z wiarą, nadzieją i miłością jeszcze mocniej przylgnie do Twojego Syna Jezusa Chrystusa i do Jego Kościoła zbudowanego na fundamencie Apostołów.

    Matko Jasnogórska, módl się za nami i prowadź nas, abyśmy mogli dawać świadectwo Chrystusowi – Odkupicielowi człowieka.

    ***

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    Intencja Żywego Różańca

    na miesiąc czerwiec 2025

    Intencja papieska:

    * Módlmy się, aby każdy z nas znalazł pocieszenie w osobistej relacji z Panem Jezusem i od Jego Najświętszego Serca uczmy się współczucia dla świata.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    • Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
    • Modlitwa za papieża Leona XIV, Wikariusza Chrystusa na Ziemi i Pasterza Kościoła Powszechnego:
      O Święta Dziewico Maryjo, Matko Pana Nieba i Ziemi, Pani Nasza z Guadalupe, prowadź i chroń Biskupa Rzymu, papieża Leona XIV. Za Twoim wstawiennictwem niech obficie otrzyma on łaskę Następcy Świętego Piotra: nieustannego i widzialnego źródła oraz fundamentu jedności naszych Biskupów i wszystkich naszych braci i sióstr w Mistycznym Ciele Twojego Boskiego Syna. Zjednocz serce Papieża Leona z Twoim Niepokalanym Sercem, prowadząc go, by jego serce coraz pewniej spoczęło w chwalebnie przebitym Sercu Jezusa, aby mógł umacniać nas w wierze katolickiej, w wielbieniu Boga w duchu i prawdzie oraz w dobrym i świętym życiu chrześcijańskim.W zamęcie obecnych czasów, zachowaj Papieża Leona bezpiecznie w okryciu Twojego płaszcza, w Twoich objęciach, chroniąc go przed szatanem, ojcem kłamstwa, i przed każdym złym duchem. Wypraszaj u naszego Pana, aby w szczególny sposób obdarzył go mądrością i odwagą, aby był prawdziwym Pasterzem Kościoła na całym świecie. Razem z Tobą pokładam całą moją ufność w Chrystusie, Dobrym Pasterzu, który jest jedynym naszym ratunkiem i zbawieniem. Amen.
      Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami!
      Matko Boża z Guadalupe, Królowo Apostołów, módl się za nami!
      Święci Piotrze i Pawle, módlcie się za nami!

      Święty papieżu Leonie Wielki, módl się za nami!
      (tekst modlitwy napisał Ksiądz kardynał Raymond Leo Burke)


    ***

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    ***

    Intencja dla małżonków w Róży bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:

    *Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać razem i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

    ***

    Od 1 czerwca 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 31 maja 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.

    ***

    Papież Leon XIV chce dać ludziom nadzieję, że Kościół jest latarnią na morzu chaosu

    Niewielu katolików zdaje sobie sprawę z tego, co naprawdę oznacza fakt, że nowy papież chce podążać drogą Leona XIII, wielkiego wizjonera.

    Wiele już napisano o tym, jaki będzie Kościół katolicki podczas pontyfikatu Leona XIV. W debacie publicznej trwa licytacja, „czyj to będzie papież”. Czy utrzyma postępowy kurs Franciszka, czy jednak czeka nas przestawienie wajchy na konserwatyzm? Licytacja trwa od momentu, w którym Robert Prevost, już jako biskup Rzymu, wyszedł w mucecie do loggii bazyliki św. Piotra, a chwilę później w czułych słowach wspomniał swojego poprzednika.

    Święty urząd

    Wiemy o nowym papieżu coraz więcej, natomiast musimy poczekać, aby rozstrzygnąć, która ze stron ma rację. Wypada jednak zaznaczyć, że z samej swej istoty urząd papieski rewolucyjny być nie może. Jest to bowiem władza, której źródło stanowi tradycja. Jezus namaścił Piotra. Każdy kolejny papież jest jego następcą. Bez poszanowania tradycji nie ma tego świętego urzędu. Nie znaczy to jednak, że papiestwo z definicji oznacza brak zmian. Leon XIV zdążył to już podkreślić, wyjaśniając, czym jego zdaniem jest doktryna: „Synonimami słowa »doktryna« mogą być nauka, dyscyplina lub wiedza. W tym rozumieniu doktryna jest wynikiem badań, a zatem hipotez, głosów, postępów i porażek, przez które stara się przekazać wiarygodną, uporządkowaną i systematyczną wiedzę na określony temat. W tym sensie doktryna nie jest opinią, ale wspólną, chóralną, a nawet multidyscyplinarną drogą do prawdy”. Znaczy to, że na niewzruszonym fundamencie dogmatów, Tradycji i Pisma Świętego spoczywa mądrość dwóch tysięcy lat katolickiej teologii, etyki i nauczania społecznego. To, co znajduje się powyżej fundamentów, jedynie zmierza do prawdy i podlega dyskusji.

    Rzeczy nowe?

    Robert Prevost wybrał imię Leon XIV ku czci swojego wielkiego poprzednika – Leona XIII. Ambicją nowego papieża jest napisanie nowej wersji Rerum novarum, a więc encykliki, od której datuje się nowoczesną naukę społeczną Kościoła. W 2026 r. będziemy obchodzić 135. rocznicę jej ogłoszenia. Wtedy, jak sądzę, można się spodziewać encykliki Leona XIV. W 1891 r. Leon XIII zabrał głos na temat społecznych skutków rewolucji przemysłowej i konfliktu między socjalistami a kapitalistami. Dziś Ojciec Święty widzi potrzebę zajęcia stanowiska w trakcie kolejnej rewolucji technologicznej – tym razem spod znaku sztucznej inteligencji, która również diametralnie zmienia sytuację pracowników na całym świecie.

    Rerum novarum („Rzeczy nowe”) to dokument z wielu powodów przełomowy. Wielki papież, wychodząc od Ewangelii, z troską wypowiedział się na temat opłakanej sytuacji robotników wykorzystywanych w wielkich fabrykach, w czasie gdy rodzący się nowoczesny kapitalizm traktował ich jak podludzi. W tym samym dokumencie Leon XIII równie mocno krytykował socjalizm. Odrzucił materialistyczną wizję człowieka, bronił własności prywatnej i przeciwstawiał się wizji państwa paternalistycznego, które wchodzi ludziom z butami do ich domów. Najgłośniej wybrzmiał jednak nakaz skierowany do wszystkich polityków na świecie, aby tak urządzali swoje ojczyzny, żeby walczyć z głodem i niedostatkiem wśród ubogich i potrzebujących. „Warstwa bowiem bogatych dostatkami obwarowana mniej potrzebuje opieki państwa; klasy natomiast ubogie, pozbawione ochrony, jaką daje majątek, szczególniej tej opieki potrzebują. Dlatego państwo powinno bardzo pilnym staraniem i opieką otoczyć pracowników najemnych, stanowiących masy ludności biednej” – pisał Leon XIII.

    Wydaje się oczywiste, że Leon XIV pochyli się nad konsekwencjami nowej rewolucji technologicznej – z automatyzacją i robotyzacją pracy na czele. Nad wielkim kapitałem technokorporacji, które zarządzają naszą uwagą i upośledzają naszą wolność. Zapewne też odniesie się do sporu między globalistami a populistami, który trzęsie całą polityką Zachodu. Podobnie jak w 1891 r. odbiorcy encykliki Leona XIII, my również żyjemy w czasach rewolucyjnych.

    Papież radykał

    Ciekawiej robi się jednak, gdy na pontyfikat Leona XIII spojrzymy nie tylko przez pryzmat jego bodaj najbardziej znanej encykliki – Rerum novarum. Czy następca odważy się pójść jego drogą?

    Urodzony w okolicach Rzymu w 1810 r. Gioacchino Pecci, gdy został powołany na Stolicę Piotrową, okazał się odważnym teologiem i bezkompromisową głową Kościoła. Walczył z liberalizmem i ateizmem, rozwadnianiem doktryny, uległością wobec świata. Był też – co dziś szczególnie elektryzujące – prorokiem czasów ostatecznych, który przestrzegał przed wielkim kryzysem i światem we władaniu diabła (kilkadziesiąt lat przed okropnościami II wojny światowej). Gdyby okazało się, że Robert Prevost nie tylko chce napisać Rerum novarum 2.0, ale również sięgnąć do bogactwa pontyfikatu Leona XIII w jego radykalnej, odważnej i prorockiej części, to doczekalibyśmy w Kościele katolickim prawdziwie nowego rozdziału. Sądzę, że tego właśnie potrzebują dziś chrześcijanie – opowiedzenia wiary, w tym pełnym chaosu świecie, niejako na nowo, sięgając odważniej ku Tradycji.

    O państwie chrześcijańskim

    Wszyscy, którzy chcieliby zrozumieć radykalizm Leona XIII, powinni sięgnąć po encyklikę z 1885 r., zatytułowaną Immortale Dei – o państwie chrześcijańskim.

    Papież odwołuje się w niej do myśli św. Augustyna, który pisał, że zdarza się, iż państwo nie różni się niczym od bandy zbójców. Państwo chrześcijańskie to takie, którym rządzi sprawiedliwość, a jego mieszkańcy są zjednoczeni wspólnym celem – ziemskim pielgrzymowaniem ku Bogu. Leon XIII pisze, że „podobnie i państwa nie mogą bez zbrodni tak sobie postępować, jak gdyby Boga zupełnie nie było, lub odrzucać od siebie troskę o religię, jako niepotrzebną i do niczego nieprzydatną”. Krótko mówiąc: świeckie państwo to zło.

    Według tej logiki również współczesna Polska przypomina bardziej gromadę zbójców niż państwo. Zdaniem Leona XIII wspólnota polityczna powinna otaczać religię chrześcijańską opieką i bronić jej praw. Nie zaś ograniczać religię w szkołach, debatować nad usuwaniem krzyży z urzędów i uchwalać pokątnie antyludzkie prawo aborcyjne. Papież, którego za wzór wybrał sobie Leon XIV, de facto unieważnia w tej encyklice podstawowe dogmaty nowoczesności. To nieprawda, że jedyną zasadą porządkującą życie wspólnoty może być niczym nieograniczona wola ludzi. Tak pojęta demokracja, która widzi wszystkich ludzi takimi samymi, niezależnie od wyznawanych przez nich wartości, zawsze kończy się anarchią i prowadzi do świata, w którym zapomina się o Bogu. Ojciec Święty nawet jasno przeciwstawia się niczym nieograniczonej wolności słowa. Jest zwolennikiem, w pewnym zakresie, katolickiej cenzury: „Tak więc ona wolność zdania i wolność mowy i prasy nieograniczona nie jest żadnym istotnym dobrodziejstwem, z którego społeczeństwo ludzkie słusznie mogłoby się cieszyć, lecz źródłem i początkiem wiela złego”.

    Oczywiście z dzisiejszej perspektywy szczególnie ten ostatni postulat wydaje się nieuzasadniony, a na pewno niemożliwy do wprowadzenia. Czy jednak, pomijając pomysł na katolicką cenzurę, jako katolicy zdolni jesteśmy jeszcze myśleć podobnymi kategoriami o katolickiej polityce?

    Herezja amerykanizmu

    W 1899 r. Leon XIII pisze list do arcybiskupa Baltimore. Krytykuje w nim postawę jego zdaniem charakterystyczną dla katolicyzmu w USA. Tekst utrzymany jest w duchu surowej reprymendy. Czytamy w nim: „Nowe te poglądy, o których mowa, polegają mniej więcej na tym, że, dla łatwiejszego pociągnięcia innowierców do uznania prawdy katolickiej, należałoby Kościołowi bardziej się zbliżyć do ludzkości, która dotarła do pełnej już dojrzałości i, pozbywszy się dawnej surowości, stać się wyrozumiałym dla aspiracji i poglądów współczesnych ludów”. I dalej: „Niech więc nikt się nie kusi, z jakiej bądź racji, coś zamilczeć albo ująć z nauki przez Boga podanej, kto by to uczynił, raczej by chciał katolików rozłączyć z Kościołem, zamiast rozłączonych do Kościoła pociągnąć”. Leon XIII wzywa tutaj do pojednania z Tradycją, głośnego i odważnego prezentowania zdania Kościoła, przestrzega zaś przed rozwadnianiem wiary. Tylko taki katolicyzm może prowadzić właściwą drogą do Boga, tylko taki może mieć autentyczny smak.

    Czy to możliwe?

    Istnieją pewne przesłanki, aby żywić nadzieję, że przynajmniej część bardziej tradycjonalistycznych idei znajdzie swoje miejsce w tym pontyfikacie. W końcu już w pierwszej homilii, wygłoszonej do kardynałów, Leon XIV porównał Kościół do latarni morskiej, która ma oświetlać wzburzone, a więc grzeszne morze współczesnego świata.

    Ojciec Święty Franciszek wielokrotnie mówił o Kościele jako szpitalu polowym. Sądzę, że tak jak papież jezuita chciał zapraszać poranione dusze do szpitala, aby się w nim schroniły, niezależnie od ich stosunku do Kościoła, tak Leon pragnie dawać przykład, napełniać ludzi nadzieją, że Kościół jest źródłem światła na morzu chaosu. To metafora bardzo augustiańska, można czytać ją także w duchu wizji Kościoła jako ojca, przewodnika, autorytetu, a nie tylko współczującego towarzysza niedoli lub sanitariusza.

    Czy nie takiego Kościoła dziś potrzebujemy?

    Konstanty Pilawa/Gość Niedzielny

    ***

    papież Leon XIV:

    Przedstawmy Jezusowi nasze choroby i cierpienia

    PAP/EPA/VATICAN MEDIA HANDOUT 

    ***

    „Z ufnością zanieśmy przed Jezusa nasze choroby, a także choroby naszych bliskich, zanieśmy cierpienie tych, którzy czują się zagubieni i znajdują się w sytuacji bez wyjścia” – zachęcił Ojciec Święty wiernych podczas dzisiejszej audiencji ogólnej (11.06. 2025). Papież mówił dziś o uzdrowieniu niewidomego żebraka Bartymeusza.

    Drodzy Bracia i Siostry!

    W tej katechezie chciałbym zwrócić naszą uwagę na inny istotny aspekt życia Jezusa, a mianowicie na Jego uzdrowienia. Dlatego zachęcam was, abyście przedstawili Sercu Chrystusa to, co w was najbardziej bolesne i kruche, te miejsca waszego życia, w których czujecie się unieruchomieni i zablokowani. Ufnie prośmy Pana, aby wysłuchał naszego wołania i nas uzdrowił!

    Postać, która towarzyszy nam w tej refleksji, pomaga nam zrozumieć, że nigdy nie należy tracić nadziei, nawet gdy czujemy się zagubieni. Chodzi o Bartymeusza, niewidomego żebraka, którego Jezus spotkał w Jerychu (por. Mk 10, 40-52). Miejsce to jest znamienne: Jezus zmierza do Jerozolimy, ale swoją podróż rozpoczyna niejako od „otchłani” Jerycha, miasta położonego poniżej poziomu morza. Jezus bowiem, przez swoją śmierć poszedł, aby podnieść tego Adama, który upadł i który reprezentuje każdego z nas.

    Imię Bartymeusz oznacza „syn Tymeusza”: opisuje tego człowieka poprzez relację, a jednak jest on dramatycznie samotny. Imię to może jednak oznaczać również „syn zaszczytów” lub „syn podziwu”, co jest dokładnym przeciwieństwem sytuacji, w jakiej się znajduje[1]. A ponieważ w kulturze żydowskiej imię jest bardzo ważne, oznacza to, że Bartymeusz nie potrafi żyć tak, jak nakazywałoby jego powołanie.

    W przeciwieństwie do wielkiego tłumu ludzi idących za Jezusem, Bartymeusz trwa w bezruchu. Ewangelista mówi, że siedzi przy drodze, więc potrzebuje kogoś, kto podniesie go na nogi i pomoże mu wyruszyć na nowo.

    Cóż możemy uczynić, gdy znajdujemy się w sytuacji, która wydaje się bez wyjścia? Bartymeusz uczy nas, abyśmy sięgali do zasobów, które nosimy w sobie i które są częścią nas samych. On jest żebrakiem, umie prosić, a nawet wołać! Jeśli naprawdę czegoś pragniesz, zrób wszystko co możesz, aby to osiągnąć, nawet jeśli inni cię krytykują, poniżają, mówią, żebyś się poddał. Jeśli naprawdę tego pragniesz, nie przestawaj krzyczeć!

    Wołanie Bartymeusza, przytoczone w Ewangelii św. Marka – „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” (w. 47) – stało się bardzo znaną modlitwą w tradycji wschodniej, którą również my możemy wykorzystywać: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”.

    Bartymeusz jest niewidomy, ale paradoksalnie widzi lepiej niż inni i rozpoznaje, kim jest Jezus! Na jego krzyk, Jezus zatrzymuje się i poleca go zawołać (por. w. 49), ponieważ nie ma takiego wołania, którego Bóg by nie wysłuchał, nawet gdy nie jesteśmy świadomi, że do Niego się zwracamy (por. Wj 2, 23). Wydaje się dziwne, że Jezus nie podchodzi od razu do niewidomego, ale jeśli się nad tym zastanowić, jest to sposób na przywrócenie Bartymeuszowi życia: zmusza go, by wstał, wierzy w jego zdolność chodzenia. Ten człowiek może stanąć na nogi, może powstać ze swojej śmierci. Aby to uczynić, musi jednak wykonać bardzo znaczący gest: musi zrzucić swój płaszcz (por. w. 50)!

    Dla żebraka płaszcz jest wszystkim: jest zabezpieczeniem, domem, obroną, która go chroni. Nawet prawo chroniło płaszcz żebraka i nakazywało zwrócić go wieczorem, jeśli został wzięty w zastaw (por. Wj 22, 25). A jednak często tym, co nas blokuje, są właśnie nasze pozorne zabezpieczenia, to, co nałożyliśmy na siebie, aby się ochronić, a co w gruncie rzeczy uniemożliwia nam pójcie naprzód. Aby udać się do Jezusa i dać się uzdrowić, Bartymeusz musi odsłonić przed Nim całą swoją bezbronność. Jest to fundamentalny etap wszelkiej drogi uzdrowienia.

    Również pytanie, które zadaje mu Jezus, wydaje się dziwne: „Co chcesz, abym ci uczynił?” (w. 51). Ale w istocie, nie jest to oczywiste, że chcemy uzdrowienia z naszych chorób, czasami wolimy trwać w miejscu, aby nie brać na siebie odpowiedzialności. Odpowiedź Bartymeusza jest głęboka: używa on czasownika anablepein, który może oznaczać „widzieć ponownie”, ale który możemy również przetłumaczyć jako „podnieść wzrok”. Bartymeusz nie chce bowiem tylko odzyskać wzroku, ale także swoją godność! Aby spojrzeć w górę, trzeba podnieść głowę. Czasami ludzie są zablokowani, ponieważ życie ich upokorzyło i pragną jedynie odzyskać swoją wartość.

    Tym, co ocala Bartymeusza, i każdego z nas, jest wiara. Jezus uzdrawia nas, abyśmy mogli stać się wolni. Nie zaprasza Bartymeusza, aby poszedł za Nim, ale mówi mu, aby poszedł, aby wyruszył w drogę (por. w. 52). Marek kończy jednak swoją opowieść, informując, że Bartymeusz poszedł za Jezusem: dobrowolnie wybrał, aby podążać za Tym, który jest Drogą!
    Drodzy bracia i siostry, z ufnością zanieśmy przed Jezusa nasze choroby, a także choroby naszych bliskich, zanieśmy cierpienie tych, którzy czują się zagubieni i znajdują się w sytuacji bez wyjścia. Wołajmy również za nich i bądźmy pewni, że Pan nas wysłucha i zatrzyma się.
     
    [1] Taką interpretację podaje również św. Augustyn w: O zgodności Ewangelistów 2, 65, 125, tłum. Jan Sulowski, Warszawa 1989, s. 139: PL 34, 1138

    Vaticannews/Gość Niedzielny

    ***

    Gdzie się ukryłeś, o mój Boże? Mistycy odpowiadają

    fot. Pixabay.com

    ***

    Gdzie się ukryłeś, o mój Boże? Mistycy odpowiadają

    Mistycy to ludzie szczególni: Boga najbliżsi, Bogiem żyjący i dopuszczani do Jego tajemnic. Bóg jest ich pasją, życiem i śmiercią. Stają na granicy przepaści pomiędzy widzialnym i niewidzialnym, by kosztować i rozkoszować się szczęściem zastrzeżonym. Dzięki nim burzony jest “zwyczajny” porządek rzeczy. Budzi się niepokój, który kwestionuje to, co dotychczasowe. Nasza wiara wydobywa się z uśpienia, zostaje rozbudzona i umocniona. Warto sięgać po pisma mistyków, bo ich słowa płomienne i szalone z miłości potrafią rozniecić Boski ogień.

    Bóg mistyków

    Mistyk o wiele głębiej zna Boga, gdyż często On sam odsłania prawdę o sobie, mówiąc językiem tajemnic. Jak notuje polska mistyczka, s. Faustyna w swym Dzienniczku, Pan dał jej poznać swą świętość tak wielką, że drżą przed Nim wszystkie potęgi i moce. “Duchy czyste zasłaniają swoje oblicze i pogrążają się w nieustannej adoracji, a jeden ich tylko wyraz największej czci, to jest – Święty… Świętość Boga rozlana jest na Kościół Boży i na każdą w nim żyjącą duszę”. Następnie św. Faustyna poznała Jego sprawiedliwość: “Sprawiedliwość Jego jest tak wielka i przenikliwa, że sięga w głąb istotnej rzeczy i wszystko wobec Niego staje w obnażonej prawdzie”. Wreszcie, poznała Jego Miłosierdzie, “zrozumiałam, że największym przymiotem jest miłość i Miłosierdzie. Ono łączy stworzenie ze Stwórcą. Największą miłość i przepaść miłosierdzia poznaję we Wcieleniu Słowa w Jego odkupieniu” (Dzn 180)[1].

    Gdzie się ukryłeś?

    Św. Jan od Krzyża, hiszpański mistyk z XVI w., przedstawiając Boga, odwoływał się do bogatej symboliki oblubieńczej wywodzącej się z Pieśni nad pieśniami, do której też nawiązywał Chrystus w swych przypowieściach, mówiąc o oblubieńcu czy panu młodym (np. Mt 9, 15). Bóg staje przed człowiekiem w relacji bezpośredniości, jako Osoba wobec osoby, jako Oblubieniec szukający zażyłości, wydając się jak Umiłowany – umiłowanej, co odpowiada najgłębszym aspiracjom człowieka. Człowiek mistyczny zostaje zaskoczony uprzedzającą miłością, następnie zostaje zraniony tak głęboko, że umiera z miłości. 
    W Pieśni duchowej św. Jana od Krzyża znajdujemy słowa: “dusza rozmiłowana w Słowie, Synu Bożym, swym Oblubieńcu, pragnąc złączyć się z Nim przez jasne i istotne widzenie, daje wyraz swym udrękom miłosnym. Skarży się na Jego nieobecność. Zraniona bowiem głęboko przez Umiłowanego, dla którego opuściła wszystko i wyzuła się z siebie samej, musi jeszcze żyć z dala od Niego, gdyż On nie uwalnia jej z więzów śmiertelnego ciała, aby się mogła radować Nim w wiekuistej chwale. Pyta więc: “Gdzie się ukryłeś?”” (PD 1, 2)[2].

    Zjednoczenie, którego szuka dusza jest zwane w teologii mistycznej małżeństwem duchowym. W Drodze na Górę Karmel czytamy: “Zjednoczenie to dokonuje się wtedy, gdy Bóg wyświadcza duszy tę nadprzyrodzoną łaskę, że wszystko, co Bóg i dusza posiada, staje się jednym w przemianie uczestniczącej. Dusza wydaje się wtedy być więcej Bogiem niż duszą i w rzeczy samej jest Bogiem przez uczestnictwo, choć oczywiście jej byt naturalny jest tak odrębny od bytu Bożego, jak i przed zjednoczeniem, podobnie jak ta tafla szklana jest czymś innym niż promień, który ją prześwietla” (DGK II 5, 7)[3].

    Miłość zjednoczenia

    Miłość zjednoczenia nazywa Jan “winem upojnym”. Niebo polega na obcowaniu z Bogiem w najbardziej intymnych przestrzeniach człowieczych i Boskich. Duch Święty upaja duszę “słodkim, rozkosznym i mocnym winem miłości, nazywanym tu winem wytrawnym. Wino wytrawne przyrządza się z licznymi i różnymi wonnymi i mocnymi korzeniami. […] Wino to, przyprawione wybornymi ziołami z taką siłą i obfitością słodyczy, tak upaja duszę w tych Boskich nawiedzeniach, że z wielką skutecznością i siłą unoszą się w niej ku Bogu zapachy albo wonie uwielbienia, miłości, czci itd. Prócz tego budzą się w niej przedziwne pragnienia działania i cierpień dla Boga” (PD 25, 7)[4].

    Dla św. Teresy z Avila, współczesnej Janowi od Krzyża, już od wczesnej młodości, jednym z najbardziej zachwycających i mocnych słów było: na zawsze[5] (Ż 1, 4). Według tych słów żyła i jeżeli coś zaczynała, chciała temu nadać pieczęć Boskiej wieczności. Sam dotyk wieczności wyzwalał najbardziej subtelne reakcje. Po spotkaniu z Bogiem to, co doczesne, materialne, wydaje się dalekie i mało interesujące. Teresa wyznawała: “wypowiedzieć nie mogę tego, co dusza czuje, gdy Pan odkrywa przed nią tajemnice i łaskawości swoje. Jest to rozkosz tak przewyższająca wszelkie rozkosze, jakie umysł ludzki na tej ziemi pojąć zdoła, iż dusza, która jej zakosztowała, słusznie się brzydzi uciechami tego życia, które wszystkie razem zebrane samym są błotem. Wzdryga się ze wstrętem na myśl równania ich, chociażby miała używać ich bez końca, z tymi rozkoszami, którymi Pan ją nasyca. A przecież rozkosze te są tylko jedną kroplą z tej wielkiej i bystrej rzeki wesela bez miary, która nas czeka w wieczności” (Ż 27, 12)[6].

    Teresa była zachwycona człowieczeństwem Chrystusa. Pisała: “Pewnego dnia, gdy byłam na modlitwie, podobało się Panu ukazać mi w sposób widoczny same tylko ręce swoje, a był to widok tak zachwycający, że nie mam słów na opisanie go. […] W kilka dni później ujrzałam Boskie Jego oblicze, które mnie pięknością swoją jakby całe pochłonęło” (Ż 28, 1)[7] . A nieco dalej konstatuje: “chociażby w niebie nie było innej rozkoszy dla oczu, niż widok tej wielkiej piękności ciał uwielbionych, a zwłaszcza Człowieczeństwa Pana naszego Jezusa Chrystusa, to jedno już byłoby niewypowiedzianą chwałą i szczęśliwością” (Ż 28, 3)[8].

    Wizje piekła

    Bóg prowadzi mistyków różnymi drogami, czasem ukazując niebezpieczeństwa, czasami właściwą ścieżkę. Bywa, że wychowuje przez przerażenie, pokazując prawdę o ostatecznym nieszczęściu, jakim jest piekło. Istnienie piekła jest potwierdzeniem przeklętego życia, osadzenia w ostatecznym złu. Piekło to miejsce, czy też nie-miejsce, w każdym razie przeklęte, gdzie króluje nieuchronnie jedynie nienawiść i rozpacz utraconego dobra. Piekło to miejsce, czy też nie-miejsce zbudowane z zawziętej odmowy wobec Boga, pogardy dla Niego i dla wszystkiego, co dobre, ostatecznie też i dla siebie. To utrwalenie w złu, życie w wieczystym konaniu, w rozkładzie, pośród demonów zła, którzy jeszcze bardziej przydają cierpień. 
    W drugiej tajemnicy fatimskiej czytamy słowa s. Łucji: “Pani Nasza pokazała nam morze ognia, które wydawało się znajdować w głębi ziemi; widzieliśmy zanurzone w tym morzu demony i dusze niczym przezroczyste, płonące węgle, czarne lub brunatne, mające ludzką postać, pływające w pożarze, unoszone przez płomienie, które z nich wydobywały się wraz z kłębami dymu, padając na wszystkie strony jak iskry w czasie wielkich pożarów, pozbawione ciężaru i równowagi, wśród bolesnego wycia i jęków rozpaczy, tak że byliśmy przerażeni i drżeliśmy ze strachu”[9].

    Doświadczenie trwogi

    Teresa z Avila również doświadczyła trwogi piekła. W Księdze życia pisała: “Jednego dnia w czasie modlitwy znalazłam się cała… w duchu przeniesioną do piekła. […] Wejście przedstawiło mi się na kształt długiej i wąskiej uliczki, albo raczej na kształt bardzo nisko sklepionego, ciemnego i ciasnego lochu. Na spodzie rozpościerało się błoto wstrętnie plugawe, wydające ze siebie woń zaraźliwą i pełne gadów jadowitych. Na końcu wejścia wznosiła się ściana z zagłębieniem w środku, podobnym do szafy ściennej; w tę ciasnotę ujrzałam się nagle wtłoczona. […] Czułam w duszy swojej ogień, na określenie którego, jakim jest i jak na duszę działa, nie staje mi ani wyrazów, ani pojęcia, a przy tym w ciele cierpiałam boleści nie do zniesienia. […] Lecz wszystka ta okropna męka ciała niczym jest znowu w porównaniu z męką duszy. Jest to takie konanie, taki ucisk, takie jakby duszenie się, takie dojmujące strapienie i takie gorzkie rozpaczliwe znękanie, że nie wiem, jakimi słowami to wszystko określić. Choćbym to nazwała nieustającym śmiertelnym konaniem, mało by jeszcze tej nazwy, bo w konaniu śmiertelnym siła większego duszę od ciała odrywa, tu zaś dusza sama chciałaby się wyrwać z siebie, i sama siebie rozdziera. […] czułam, że się palę, że jestem jakby targana i sieczona na sztuki.

    Tak jest, powtarzam: ten ogień wewnętrzny i ta rozpacz duszy, ta jest męka nad wszelkie męki najsroższa. Nie ma pociechy ani nadziei pociechy w tym okropnym, wonią zaraźliwą przesiąkłym więzieniu. Nie ma gdzie usiąść ani się położyć w tym ciasnym jakby ucho igielne zagłębieniu ściany, do którego byłam wtłoczona. I sameż te ściany, straszliwe na wejrzenie, ciężarem swoim przygniatają i dławią. Nie ma tam światła, wszędy dokoła ciemności nieprzeniknione. A jednak, choć nie ma światła i nie rozumiem, jak to być może, oko przecie widzi wszystko, cokolwiek może być przykrego ku widzeniu i przerażającego dla wzroku” (Ż 32,1-3)[10].

    Nie doświadczyła tego jednak, by żyć w przerażeniu i bezradności, ale by znając prawdę zrobić wszystko, by siebie i innych uratować. Tego rodzaju piekielna wizja ma jedynie na celu, by “poczęła się… ta boleść niewypowiedziana, jakiej doznaję na widok tylu dusz idących na potępienie… i żarliwe żądze poświęcenia siebie dla zbawienia dusz, bo czuję to w sobie z pewnością niewątpliwą, że dla wybawienia choćby jednej od takich strasznych mąk, tysiąc razy ochotnie ofiarowałabym się na śmierć” (Ż 32,6)[11]. Prawdziwa mistyka i Kościół wizjami piekła nie chce nikogo pognębiać czy zatrważać, lecz wobec ostatecznej ludzkiej biedy i nieszczęścia, chce dokonać wszystkiego co możliwe, by uratować człowieka od ostatecznej przegranej. Wobec wieczystej tragedii, w miejscu, czy też w nie-miejscu, gdzie, jak mówi Chrystus, “robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie” (Mk 9, 43), Kościół mobilizuje wszystkie środki, zwłaszcza ofiarę samego Chrystusa, by ogarnąć historię człowieka Boskim Miłosierdziem. Ostatecznie bowiem, w rzeczywistości piekła, nie będą skuteczne zabiegi bagatelizowania, ośmieszania, czy racjonalnego uzasadnienia, że piekło to wymysł, by trzymać kogoś w ryzach. Ryzy demonów nie znają żadnej litości. Jeżeli Kościół powraca do tematu piekła, to po to, by odsłonić ostateczne prawdy. Gdy mistyka ogarnia czeluść piekła w “nocach ciemnych”, chce ocalić wszystkich.

    Wizje nieba

    Na antypodach leży szczęśliwe myślenie o niebie. Niebo w teologii rozumiane jest jako inny rodzaj życia. Mówiąc o Bogu, mówimy o życiu, o Źródle, które zawiera metafora drzewa życia i księgi życia. Bóg, jak mówi Apokalipsa, zwycięzcy daje spożyć owoc z drzewa życia, które jest w raju Boga (Ap 2, 7), czy też wpisuje go do księgi przeznaczonych do zbawienia. Z tego Chrystus nakazuje radować się uczniom: “nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie” (Łk 10, 20). 
    To życie znajduje się w odwiecznym Logosie: “W Nim było życie” (J 1, 14). Dzięki Wcieleniu, złączeniu się Boga z ludzką naturą możemy mieć udział w życiu wiecznym poprzez tajemnicę nowych narodzin – zupełnie różnych od naturalnych – poprzez wiarę i chrzest. W nowych narodzinach życie wieczne jest już obecne w nas: “Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne” (J 3, 36; por. J 6, 47). “Świadectwo jest takie: że Bóg dał nam życie wieczne, a to życie jest w Jego Synu” (1 J 3, 15).

    Bytowanie w realiach społeczności niebieskiej będzie przede wszystkim nową, wyższą formą życia. Życie wieczne dotyczy obfitości życia, jego ubogacania. Życie wieczne wiąże się z dwiema kategoriami: życiem bez końca oraz doskonałym posiadaniem. Tradycyjnie życie wieczne ukazywane jest jako ukojenie poszukiwań, pragnień, jako spoczynek w Bogu, w pełni Jego życia, jako stan całkowitego spokoju umysłu.

    Niebo rozumiemy po pierwsze, jako mieszkania, które są przygotowane w domu Ojca (J 14, 2); wieczne przybytki (Łk 16, 9); mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie (2 Kor 5, 1). Po drugie, jako ucztę weselną, zaproszenie, zwołanie na ucztę (Mt 22, 3). Wreszcie, jako nagrodę dla zwycięzcy – niewiędnący wieniec chwały (1 P 5, 4).

    Wielu świętych ma jednak całkiem osobową wizję nieba. Jest nim sam Chrystus. Pierwsza święta z Chile, św. Teresa de los Andes pisze: “On jest moim nieskończonym bogactwem, moim szczęściem, moim niebem”. Bł. Elżbieta z Dijon tak rozumie niebo: “budzić się w Miłości, poruszać się w Miłości, zasypiać w Miłości, dusza w Jego Duszy, serce w Jego Sercu, oczy w Jego Oczach” (List 178)[12] .

    Niebo ma imię szczęścia, imię miłości miłosiernej, jest życiem duszy. Św. Faustyna zaświadcza: “Poznałam Cię o Boże, jako źródło miłosierdzia, którym ożywia się i karmi wszelka dusza. O, jak wielkie jest Miłosierdzie Pańskie, ponad wszystkie przymioty Jego; miłosierdzie jest największym przymiotem Boga, wszystko, co mnie otacza, o tym mi mówi. Miłosierdzie jest żywotem dusz, litość Jego jest nieprzebrana. O Panie, patrz na nas i postępuj z nami według litości Twych niepoliczonych, według wielkiego miłosierdzia Twego” (Dzn 611)[13] .

    Jedną z dynamicznych wizji nieba przedstawia św. Grzegorz z Nyssy, pisarz mistyczny z IV w. Mówi on o epektasis – niewyczerpalności palącej tęsknoty, co oznacza, iż dusza nieustannie tęskni za Bogiem, nieustannie wytęża ku Niemu siły. Święty pisze, że Oblubienica rozdzierana jest coraz bardziej palącą tęsknotą poznania i miłowania Boga. Epektaza oznacza nieustanne dążenie do Boga, którego nieskończoność sprawia, że i podążanie człowieka nie ma końca.

    Pragnienie staje się zarazem pokorną prośbą uczestnictwa i jednocześnie bezsilnością stworzenia, ponieważ to, co jawi się w pragnieniu jako upragnione, jest nie tylko nieuchwytne, ale i nieskończenie przerasta samo pragnienie. W niebie narasta rozkosz uczestniczenia w coraz większych dobrach. Rozkosz duszy jest źródłem ciągłego odnawiania się coraz większego pragnienia i samo uczestnictwo w dobrach nie przestaje intensyfikować jego żaru. Niebo to nigdy niezaspokojone pragnienie posiadania Go. Ciągły postęp w nieskończoności jest nieustannym wyprzedzaniem samego pragnienia, “niewyczerpaną przemianą”, warunkującą antynomiczne doświadczenie bliskości Bożej, pisze P. Evdokimov.

    Jest święta tak niecierpliwa w miłości, że chce roznosić niebo po ziemi, zapewniając, że “niebem moim będzie czynić dobrze na ziemi”. Gdzie indziej tłumaczy: “Myślę o dobru, które chciałabym spełnić po śmierci: starać się o chrzest dzieci, pomagać księżom, misjonarzom, całemu Kościołowi”[14] . To Teresa od Dzieciątka Jezus. Zapowiadana lawina róż łask zalewa od ponad stu lat tych, którzy chcą uczestniczyć w tym misterium. A Teresa nie jest małoformatową wyrobnicą. Teresa zrozumiała, że bez miłości nie ma przepowiadania, nie ma męstwa męczenników, ani mądrości teologów, nie ma po prostu Kościoła. Niebem jest Miłość, która podtrzymuje wszystko przy życiu.

    Język ostatecznego zamieszkania

    Mówienie o niebie i piekle, to język ostatecznego zamieszkania. Można bowiem zamieszkać albo pośród demonów, albo pośród świętych Boga. Tertium non datur. Istnieje niebezpieczna iluzja, że przestrzeń ludzka jest duchowo neutralna. Mówią niektórzy: często żyje się bez Boga, ale jest się poczciwym, szlachetnym, a nawet dobroczynnym. To jedno z największych kłamstw: jeśli człowiek nie żyje świadomie dla Boga i Bogiem, chcąc, nie chcąc – dryfuje w stronę demonicznego wymiaru, a jego dom wypełniają powoli demony. Cóż dopiero, kiedy żyje się świadomie przeciw Bogu.

    o. Marian Zawada OCDFronda.pl

    Przypisy:

    [1]S. M. F. Kowalska, Dzienniczek, Warszawa 1983, s. 91-92.
    [2]Św. Jan od Krzyża, Pieśń duchowa, w: Dzieła, tłum. B. Smyrak OCD, Kraków 1986, wyd. 4, s. 532-533.
    [3]Tenże, Droga na Górę Karmel, w: tamże, s. 186.
    [4]Tenże, Pieśń duchowa, w: tamże, s. 644-645.
    [5]W dostępnym tłumaczeniu “na wieki”. Por. Św. Teresa od Jezusa, Dzieła, tłum. ks. bp H. P. Kossowski, t. I, Kraków, 1987, wyd. 3, s. 112.
    [6]Tamże, s. 345-346.
    [7]Tamże, s. 351.
    [8]Tamże, s. 352.

    ***

    Z piekła do światła. Alan Ames – mistyk i autor „Oczami Jezusa”

    Alan Ames/Facebook

    ***

    Były przestępca, dziś katolicki mistyk, charyzmatyk i autor bestsellerów religijnych. Alan Ames przyjedzie do Polski, by dzielić się świadectwem wiary i prowadzić modlitwy o uzdrowienie.

    Alan Ames to postać niezwykła – człowiek, którego życie całkowicie odmieniła Boża łaska. Przez lata był związany z półświatkiem, prowadził życie pełne przemocy, uzależnień i grzechu. Ale wszystko zmieniło się, gdy – jak sam mówi – Jezus wskrzesił go duchowo. Od tamtej pory, od ponad 25 lat, Ames przemierza świat jako ewangelizator, głosząc Ewangelię, świadcząc o mocy Bożego miłosierdzia i prowadząc modlitwy o uzdrowienie, podczas których wielu ludzi doświadcza pokoju serca, nawrócenia i duchowego oczyszczenia.

    W Polsce znany jest także jako autor książek, które na trwałe wpisały się w duchowy pejzaż wielu katolików – m.in. „Oczami Jezusa”, „Łagodny Duch” czy „Różaniec Eucharystyczny”.

    Kim jest Alan Ames?

    Alan Ames to nie tylko autor czy mówca – to przede wszystkim człowiek głębokiej modlitwy i mistycznej relacji z Bogiem. Jego codzienność to wiele godzin spędzonych na modlitwie, adoracji Najświętszego Sakramentu i uczestnictwie w Eucharystii. Jak sam podkreśla, msza święta jest dla niego centrum każdego dnia i największym duchowym przeżyciem – ważniejszym nawet od prywatnych objawień.

    Jest mężem i ojcem, a swoje małżeństwo traktuje jako drogę do świętości. Jak sam mówi, ewangelizować można nie tylko z ambony – ale także przez sposób, w jaki kochamy swoich najbliższych. Ames przekonuje, że życie rodzinne, przeżywane z Bogiem, może stać się świadectwem równie mocnym, jak każde publiczne głoszenie.

    Jego przesłanie to również wezwanie do powrotu do sakramentów – zwłaszcza do spowiedzi i Eucharystii. „Kiedy kurczowo trzymamy się grzechu, trzymamy się także cierpienia i bólu” – mówi. Spowiedź dla niego to nie obowiązek, ale potężne źródło łaski, uzdrowienia i wewnętrznej wolności. To właśnie dlatego jego spotkania są nie tylko emocjonalnym doświadczeniem, ale też impulsem do głębszego życia sakramentalnego.

    Aleteia.pl

    ***

    Alan Ames. Były gangster rozmawia z Jezusem

    Alan Ames

    fot. Aleteia

    ***

    Alan Ames – autor bestsellerowej książki „Oczami Jezusa” dzieli się z czytelnikami Aletei swoją historią. Mówi, czy prywatne objawienia są ważniejsze od Eucharystii i opowiada, jak wygląda zwyczajny dzień mistyka.

    Nawrócenie sprzed 30 lat

    Anna Malec: Czym dzisiaj różni się Twoje życie od tego sprzed 30 lat?

    Carver Alan Ames*: Wcześniej, mimo tego, że miałem wszystko, co zapewnia świat – dobrze płatną pracę, wszystkie przyjemności, których tylko zapragnąłem, byłem uzależniony od wielu rzeczy i popełniłem chyba każdy możliwy grzech. Mogłem pozwolić sobie na wszystko, ale to i tak mnie nie zadowalało, wewnątrz byłem pełen złości, nienawiści do ludzi, byłem bardzo agresywny.

    W momencie, w którym Bóg dotknął mojego życia, to wszystko się zmieniło. Po pierwsze, wszystkie moje uzależnienia nagle odeszły, zniknęły również złość i nienawiść. Boża miłość napełniła mnie radością, pokojem i pragnieniem życia dla Boga i kochania Go.

    Często powtarzam, że wcześniej byłem umarły, ale Jezus wskrzesił mnie do życia 30 lat temu – wcześniej naprawdę nie żyłem, a teraz dzięki łasce bożej znam życie w obfitości.

    Mistyk z żoną i dziećmi

    Poza tym, że jeździsz po świecie dzieląc się swoją historią, masz też rodzinę – jesteś mężem i ojcem. Dla wielu katolików, którzy chcą żyć blisko Boga, to spore wyzwanie i dylemat – rodzina albo ewangelizacja. Czy to jest faktycznie problem i jak Ty to godzisz?

    Nie, to nie powinien być problem. Przede wszystkim małżeństwo, rodzina, to wielkie błogosławieństwo od Boga, i jeżeli będziemy je przeżywać z Bogiem, jako głową, kochając najpierw Boga, a potem siebie nawzajem, to małżeństwo stanie się odbiciem Trójcy Świętej, z Bogiem, żoną i mężem.

    W ten sposób miłość Boga wzrasta w małżeństwie. Katolicy powinni przeżywać swoje małżeństwo w miłości Boga, tak, by stawali się przykładem dla innych, tego, czym jest prawdziwe małżeństwo, wypełnione pokojem, radością, miłością.

    Oczywiście, dalej zostają trudności, nawet czasem można na siebie pokrzyczeć, ale Bóg pomoże nam przez to przejść. Również poprzez zmagania i trudności zbliży małżonków do siebie. Zwłaszcza wtedy, kiedy będziemy ofiarować cierpienia w małżeństwie Jezusowi na krzyżu. Wtedy On będzie wylewał łaskę płynącą z krzyża, aby pobłogosławić małżeństwo. I w ten sposób można ewangelizować, poprzez uczynienie swojego małżeństwa przykładem dla innych, przykładem, za którym inni będą mogli pójść, żeby się zbliżyć do Boga.

    Nie każdy jest powołany do tego, by wychodzić i ewangelizować w kościele czy na ulicy, ale wszyscy jesteśmy powołani do tego, by ewangelizować przez własne życie, czy to w małżeństwie, czy miejscu pracy.

    Jak wygląda Twój dzień, kiedy nie podróżujesz po świecie? W jednym z wywiadów przeczytałam, że lubisz prace domowe! Czy to prawda?

    Mój dzień jest skoncentrowany wokół mszy świętej, to mój priorytet, centrum dnia. Rano modlę się dwie, trzy godziny, często chodzę na adorację, wtedy – jeśli Pan coś mi przekazuje – zapisuję to. Potem idę na godzinny spacer z psami, a jak wracam, to żona zawsze znajduje dla mnie jakieś prace domowe, zawsze jest coś do zrobienia.

    Organizuję też moje podróże, podejmuję prace związane z fundacją, w której działam – to wypełnia resztę mojego dnia. Mam też czas na odpoczynek, każdego popołudnia śpię jak dziecko z moimi dwoma psami, z jednym po jednej, z drugim po drugiej stronie (śmiech).

    Dlaczego sakramenty nie mają dobrego PR-u?

    Podczas spotkań w kościołach wielokrotnie podkreślasz konieczność spowiedzi. Wielu z nas nie chce opowiadać o swoich grzechach obcemu mężczyźnie, wstydzimy się tego… Dlaczego to takie ważne? Co tak naprawdę dzieje się w momencie, kiedy klękamy przy konfesjonale?

    Przede wszystkim doświadczamy wspaniałej, uświęcającej łaski, którą Bóg wylewa na spowiednika i na osobę, która się spowiada. Bardzo często kapłani nie pamiętają tego, co zostało powiedziane podczas spowiedzi. To też jest łaska, bo gdyby musieli nosić te wszystkie nasze grzechy w swoich myślach, staliby się bardzo smutnymi ludźmi.

    W sakramencie spowiedzi nie wyznajemy grzechów kapłanowi, ale przychodzimy do Boga poprzez kapłana. I to Bóg jest tym, który nas słucha.

    Wyznawanie grzechów pozwala nam zwrócić uwagę na słabości i złe rzeczy, które czynimy, tak, abyśmy dzięki łasce Boga byli w stanie je rozpoznać i przezwyciężyć.

    W spowiedzi dokonuje się wspaniałe uzdrowienie. Gdy przychodzimy i wyznajemy wszystkie swoje grzechy, niczego nie ukryjemy, wtedy Duch Święty poprzez kapłana oczyszcza naszą duszę, a gdy dusza jest oczyszczona, do czasu, kiedy znowu zgrzeszymy (a wszyscy zwykle tak czynimy), jesteśmy w tym czystym stanie, w którym byli Adam i Ewa przed grzechem. Teraz możemy być całkowicie otwarci na Boga, nasze ja i świat zostają zepchnięte na bok, a Duch Święty bez przeszkód może wylewać na nas swoją uświęcającą łaskę.

    I właśnie w tej uświęcającej łasce możemy zostać uzdrowieni. Bo kiedy kurczowo trzymamy się grzechu, to również trzymamy się cierpienia i bólu, które się z tym grzechem wiążą. Ale jeżeli odbędziemy dobrą spowiedź, wyznamy wszystko, to dzięki tej miłującej i miłosiernej łasce Boga zmazane są nie tylko grzechy, ale także cierpienia i bóle, które się z nimi wiążą.

    Musimy pamiętać, że Bóg wszystko o nas wie, zna wszystkie nasze słabości i grzechy, wszystkie złe myśli, które mieliśmy, i złe rzeczy, które robiliśmy, nawet te popełniane w samotności. Ale kocha nas tak bardzo, że przebaczy nam dosłownie wszystko, tylko oczekuje od nas, że przyjdziemy do Niego ze szczerym sercem i powiemy Mu o tym.

    Zły duch działa bazując na ludzkiej pysze, próbując powstrzymać ludzi przed przychodzeniem do spowiedzi, bo chce, abyśmy trzymali się grzechu, abyśmy cierpieli. On zna moc spowiedzi, wie, że to jest przebaczająca miłość Boga i chce nas przekonać, że nie potrzebujemy chodzić do spowiedzi.

    A to jest naprawdę potężny sakrament, w którym Bóg okazuje swoją miłość. Wszystko, co musimy zrobić z naszej strony, to tylko przyjść i poprosić o przebaczenie.

    W takim razie dlaczego sakramenty nie mają dziś dobrego PR-u? Wielu katolików woli przyjść na duże spotkanie modlitewne, na modlitwę o uzdrowienie, a sakramenty pozostają w świadomości tak zwyczajne, że aż pomijane.

    Tak, to jest też słabość ludzi, na której zły duch bazuje. Ludzie myślą, że pójdą na duże spotkanie, będą się dobrzeć czuć, będzie wspaniały śpiew, będzie głoszone wspaniałe słowo i modlitwy nad nimi, ale tak naprawdę nie powierzyli się Bogu i nie otworzyli się całkiem na Niego.

    W ten sposób zły duch nas zaślepia, może sprawić, że będziemy uznawali, że jesteśmy święci, a w rzeczywistości nie jesteśmy.

    Trzeba również pamiętać, że nawet najświętsi ludzie mogą zostać oszukani przez złego ducha. Popatrzmy na Judasza, on był przecież z Jezusem, widział cuda, słuchał Słowa Bożego, odczuwał miłość Jezusa, dotykał Go, a jednak zły duch działał bazując na jego pysze, i zdradził Jezusa. A św. Piotr? Był tak silny, mocny w swojej wierze do Boga. Ale zły duch zadziałał bazując na jego lęku, i ostatecznie wyparł się Boga.

    A więc jeżeli ludzie, którzy byli blisko Jezusa mogą zostać oszukani, to również i my możemy tego doświadczyć, nawet najświętsi z ludzi.

    Zły chce, żebyśmy myśleli o sobie samych, że jesteśmy wspaniali, że możemy pokonać swoje słabości o własnych siłach. Gdy nas o tym przekona, to wszystko, co czynimy w konsekwencji to fakt, że otwieramy się na zło, i coraz bardziej grzeszymy a wewnątrz nas pojawia się zamęt. Dlatego tak wielu z nas dzisiaj nie może odnaleźć wewnętrznego pokoju, wiele osób czuje się zmieszanych, bo zamiast szukać Boga w pokorze, szukają siebie samych w pysze.

    Eucharystia jest ważniejsza

    Podkreślasz często, że dla Ciebie ważniejsza od prywatnych objawień jest Eucharystia. Myślę, że gdybyśmy zrobili sondę i zapytali, co wybierasz – czy każdego dnia mieć prywatne objawienia, czy chodzić na mszę, to jednak wygrałaby ta pierwsza opcja. Jaka jest zatem przewaga Eucharystii nad Twoimi osobistymi spotkaniami z Jezusem?

    Ze smutkiem trzeba przyznać, że niestety to pokazuje, jak wiele osób zapomniało, czym naprawdę jest Eucharystia. Być może widzą tylko chleb i wino i myślą, że to tylko to, a ja patrzę i widzę tam Jezusa.

    A jeśli tam jest Jezus, to na tym powinniśmy być skupieni. To Jezus, który całkowicie się przed Tobą otwiera, wyciąga do Ciebie dłoń i chce Cię objąć w miłości. My też powinniśmy objąć Jego swoją miłością.

    Ludzie mówią, że pragną mieć widzenie Jezusa, ale w Eucharystii jest coś więcej niż oglądanie Jezusa, tam jest Jego cała rzeczywistość, Bóg, który się przed nami ukazuje, Jego ciało, krew, człowieczeństwo, bóstwo. O co więcej moglibyśmy prosić?

    Naprawdę sprawia mi ból to, że tak wiele osób zapomniało, co Bóg nam ofiaruje w Eucharystii. Gdybyśmy rzeczywiście to wiedzieli, to każdy kościół byłby wypełniony podczas każdej mszy, ludzie by się ustawiali w kolejkach, staliby cały dzień tylko po to, żeby przyjąć Jezusa.

    To jest bardzo ciekawe, że w Afryce ludzie potrafią iść na mszę św. czasem dwa albo trzy dni. Oczywiście nie każdy Afrykańczyk, ale wielu z nich. To jest wiara, którą my również powinniśmy dzielić, którą miał pierwotny kościół, za którą nasi przodkowie oddawali życie. Eucharystia jest naszą katolicką wiarą, to nasz Bóg. Ona powinna być naszym życiem. Ludzie mówią, że chcieliby widzieć Jezusa – to idźcie na mszę św., On tam jest, możecie Go tam zobaczyć.

    Oczywiście widzenia, lokucje są wspaniałe, ale są nie do porównania z Eucharystią. W Eucharystii możemy być z Bogiem jedno. Tylko o tym pomyślmy. Człowiek może zostać zjednoczony z Bogiem, na pewno nie ma nic większego. Więc dla mnie, gdybym został postawiony przed wyborem, czy wizje i lokucje, czy Eucharystia, to oczywiście wybrałbym Eucharystię.

    Załóżmy, że ktoś usłyszy te wszystkie słowa, przeczyta Twoje książki, ale myśli: ja jestem tak daleko od Boga, że zupełnie nic nie rozumiem, nic nie czuję, nie wiem, jak zacząć. Jaki więc powinien być ten pierwszy krok z naszej strony?

    Przede wszystkim przypomnijmy sobie, że ja byłem kiedyś bardzo daleko. Bóg nie oczekuje od nas, żebyśmy nagle przeszli od bycia daleko od Niego do bycia na wyżynach świętości.

    Być może dobrze zacząć od wypowiedzenia krótkiej modlitwy, zacznijmy od powtarzania w naszych myślach „Jezu, kocham Cię”, i proszenia Ducha Świętego, aby nas poprowadził bliżej do Boga. A potem pozwólmy, by nasza wiara po prostu się przed nami otworzyła.

    Być może dobrą rzeczą będzie porozmawianie z kapłanem, przyjęcie jakiejś pomocy, bo wszyscy jej w naszej wierze potrzebujemy. Ja mam kierownika duchowego, ustanowionego przez mojego biskupa, bo również potrzebuję pomocy. Wszyscy jej potrzebujemy. Po prostu zróbmy to, co możliwe i poprośmy Boga, by pomagał nam każdego dnia kochać Go bardziej. I zobaczmy dokąd nas Bóg doprowadzi.

    *Carver Alan Ames – autor bestsellerowej książki „Oczami Jezusa”, w której zapisał treść swoich prywatnych objawień. Przed nawróceniem należał do jednego z londyńskich gangów. Dziś jeździ po świecie, dzieląc się swoją historią, prowadzi także modlitwy o uzdrowienie. Mieszka z rodziną w Australii.

    Anna Malec/Aletaia.pl

    ***

    Alan Ames o Eucharystii. „Jeśli pożywiasz się Ciałem i Krwią Jezusa, staniesz się jak On”

    Eucharistie

    Pascal Deloche / Godong

    ***

    Kiedyś zwykłem chodzić na Mszę świętą tylko raz w roku – na Wielkanoc. Wtedy też udawałem się do spowiedzi. Było to dla mnie niczym polisa ubezpieczeniowa…

    Pan nieustannie – już od początku, gdy przyszedł do mnie przez świętych, później przez swoją błogosławioną Matkę, a w końcu sam – podkreśla istotność zjednoczenia się z Nim w Eucharystii. Mówi, że konieczne jest złączenie się z Nim nie tylko w miłości, ale całą naszą istotą, i że pod postaciami eucharystycznymi chleba i wina znajdują się Jego Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo… Jego cała istota – wszystko, czym jest.

    A kiedy przychodzimy z miłością do Niego na Mszę świętą i w całości Mu się oddajemy, tak jak On w swej miłości daje nam całego siebie, wtedy naprawdę możemy stanowić z Nim jedność – jedność w miłości.

    Miłość do Mszy świętej

    Kiedyś zwykłem chodzić na Mszę świętą tylko raz w roku – na Wielkanoc. Wtedy też udawałem się do spowiedzi. Było to dla mnie niczym polisa ubezpieczeniowa, bo myślałem, że po śmierci wszyscy katolicy idą do nieba, więc powinienem być jednym z nich – i właśnie dlatego wypełniałem swój coroczny obowiązek, by pozostać katolikiem. Liturgia wydawała mi się wówczas dość nudna, gdyż nie potrafiłem w niej niczego dostrzec. To był tylko obowiązek, jedno z moich zajęć.

    Potem zacząłem chodzić na Mszę raz w tygodniu, następnie dwa albo trzy razy na tydzień, a w końcu codziennie. I już od początku poczułem, jak wypełnia mnie ta głęboka miłość. Eucharystia po prostu mi się spodobała i chciałem uczestniczyć w niej coraz częściej. Zacząłem przychodzić do kościoła pierwszy i wychodzić z niego ostatni – to była zmiana o sto osiemdziesiąt stopni, ponieważ gdy chodziłem na Mszę tylko raz w roku, pojawiałem się jako ostatni, a jako pierwszy wychodziłem.

    Naśladowanie Chrystusa

    Zdałem sobie sprawę, iż gdy przychodzimy na Mszę św. – naśladujemy w ten sposób Jezusa, który w swoim życiu był całkowicie skupiony na Ojcu, zupełnie skoncentrowany na Bogu – i my w czasie liturgii musimy się skupiać na Bogu, a więc nie myśleć o sobie i o świecie, ale tylko o Nim, i wpatrywać się w Niego. Gdy naśladując Chrystusa, przychodzimy na mszę, musimy oddać Mu całych siebie, tak jak On oddaje nam siebie w całości.

    Jezus daje nam bowiem swoje Ciało, Krew, Duszę, Bóstwo – wszystko, czym jest – i jeśli Go kochamy, musimy uczynić to samo – oddać Mu całych siebie, nasze ciało, duszę, człowieczeństwo. Wszystko. Gdy to czynimy, niczego nie ukrywając, tak jak On niczego przed nami nie zataja, właśnie wtedy z pokorą składamy pokłon Panu, odsuwając na bok samych siebie i świat oraz całkowicie otwierając się na Boga, gotowi przyjąć Jezusa tak, jak powinniśmy – z miłością.

    Jesteś tym, co jesz

    Pan Jezus powiedział: „Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 5, 53). Dziś wiara tak wielu z nas okazuje się martwa, ponieważ nie żyjemy w Bogu żywym, który jest obecny w Eucharystii, który sam jest Eucharystią. Mówi się: „Jesteś tym, co jesz”. Jeśli więc będziesz pożywiał się Ciałem i Krwią Jezusa oraz będziesz czynić to w miłości, staniesz się jak On, ponieważ On cię uświęca, przemienia cię w świętego człowieka.

    Powinieneś zrobić coś więcej niż tylko otworzyć usta, aby przyjąć Komunię Świętą – musisz otworzyć serce i duszę oraz zawołać do Boga: „Wypełnij mnie sobą! Napełnij mnie swoją miłością. Unieś mnie w sobie wysoko, abym mógł stać się taki, jakim chciałbyś, abym był”. Gdy przyjmujesz Jezusa, za każdym razem ma być to przyjmowanie Jego miłości i odnowienie twojej miłości do Niego.

    Błogosław, duszo moja, Pana!

    Kiedy podczas Eucharystii wypowiadam słowa: „Błogosławiony jesteś, Boże”, moja dusza naprawdę je wyśpiewuje. Nie mogę przestać ich powtarzać: „Błogosławiony jesteś, Boże”, dziękując za łaski, które Pan wylewa. Widzę przecież, jaki jest miłosierny, kochający oraz dobry. Mam ochotę zawołać: „Błogosławiony jesteś, Boże, za każdą łaskę, którą zsyłasz ludzkości!”, ponieważ widzę, iż wcale nie musi tego robić. Błogosławienie przez ludzkość wcale nie dodaje Bogu wspaniałości. To niemożliwe, bo On sam w sobie jest wielki.

    Gdy jednak nas błogosławi, to my stajemy się więksi i wspanialsi. On przyciąga nas do świętości, którą w Nim możemy osiągnąć. Patrząc na Boga, zdaję sobie sprawę z błogosławieństw zsyłanych przez Niego na ziemię za sprawą Eucharystii, w której Bóg przychodzi na ziemię, w której wciąż na nowo dokonuje się ofiara Jezusa, w której Bóg zniża się tak, by przyjść do marnych istot ludzkich. Choć wcale nie musi, robi to, ponieważ nas kocha. Błogosław, duszo moja, Pana!

    Esprit 

    *fragment książki „Wszystko, czym jestem”, Alan Ames, Esprit 2020
    **tytuł, lead, śródtytuły od redakcji Aleteia.pl

    ***

    10 niezwykłych faktów o mocy Eucharystii

    Dziesięć niezwykłych faktów o mocy Eucharystii

    © Antoine Mekary / ALETEIA

    ***

    Eucharystia to dzieło i dar całej Trójcy Świętej – podkreślał o. Raniero Cantalamessa OFM. Ona łączy nas z Chrystusem, gładzi nasze grzechy, daje nam pokój, zbliża nas do innych ludzi.

    Eucharystia to dzieło i dar całej Trójcy Świętej – podkreślał o. Raniero Cantalamessa OFM. Ona łączy nas z Chrystusem, gładzi nasze grzechy, daje nam pokój, zbliża nas do innych ludzi.

    Znajoma opowiadała mi, że jej ojciec często pomagał żonie w kuchni, wykonując najnudniejsze zadania. Na przykład rozłupywał orzechy włoskie i wsypywał je do pojemników, a potem rozdawał przyjaciołom i rodzinie. Ojciec przyjaciółki niedawno zmarł. Kiedy kilka miesięcy po jego śmierci kobieta sięgnęła do szafki po orzechy, aby upiec chlebek bananowy, zdała sobie sprawę, że choć ojciec odszedł, zostawił jej pokarm.

    W tym momencie przyjaciółka lepiej zrozumiała tajemnicę Eucharystii. Jezus wiedział, że wstąpi do nieba, ale pozostawił tym, którzy za Nim poszli, pokarm na później. Nie był to zwyczajny pokarm ziemski, ale Jego Ciało i Krew.

    Ktoś o nas dba, ktoś się nami opiekuje. Mamy Ojca w niebie, który zna każdą z naszych potrzeb i robi wszystko, aby je zaspokoić. Nasz chleb powszedni nie jest wyłącznie symbolem czy pokarmem na co dzień. To prawdziwa strawa duchowa, prawdziwe Ciało i Krew naszego Zbawiciela, Boga-Człowieka. Eucharystia jest pokarmem, który przekracza ramy rytuału. Bierze swą moc i treść z działania samej Trójcy świętej.

    Oto kilka z najbardziej niezwykłych skutków Eucharystii:

    NIEZWYKŁE FAKTY O EUCHARYSTII

    NIEZWYKŁE FAKTY O EUCHARYSTII
    NIEZWYKŁE FAKTY O EUCHARYSTII

    NIEZWYKŁE FAKTY O EUCHARYSTII
    NIEZWYKŁE FAKTY O EUCHARYSTII
    NIEZWYKŁE FAKTY O EUCHARYSTII

    ***

    Powyższych (i wielu innych) skutków przyjęcia Komunii św. możemy doświadczyć jeszcze tej niedzieli! Może spróbujecie brać udział we Mszy św. codziennej w pobliskim kościele? Pamiętajcie jednak, że dyspozycja podczas przyjmowania Komunii św. wpłynie na stopień otwarcia na jej przemożne działanie. Przyjmujcie Komunię św. z należnym szacunkiem, w skupieniu, prosząc Boga o udzielenie wam w Eucharystii wszelkich potrzebnych łask. Dobry Ojciec was wysłucha.

    Theresa Aletheia Noble – Aleteia.pl

  • Matka Boża i święci Pańscy – czerwiec 2025

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons


    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    30 czerwca

    Święci Pierwsi Męczennicy
    Świętego Kościoła Rzymskiego

    Zobacz także:
      •  Święty Władysław, król
      •  Błogosławiony Rajmund Lull, męczennik
      •  Błogosławiony January Maria Sarnelli, prezbiter
    Ostatnia modlitwa pierwszych chrześcijan
    Ze wszystkich miast, najwięcej męczenników poniosło śmierć i pochowano w Rzymie. Przez pierwszych 300 lat chrześcijaństwa to tu powstawały dekrety prześladowcze i tu je skwapliwie wykonywano. Kościoły i kaplice Rzymu kryją w swoim cieniu setki ich relikwii. Samych papieży, którzy za wiarę oddali swoje życie, jest około trzydziestu.
    Pierwsze prześladowanie, rozpętane przez cesarza Nerona w latach 64-67, było dużym zaskoczeniem – i nie ma żadnego rejestru osób, które oddały wtedy życie za Chrystusa. Liczba tych męczenników była ogromna, oblicza się ją na kilka tysięcy. Wyrafinowanymi mękami i torturami Neron chciał zrzucić na chrześcijan winę za podpalenie Rzymu, którego się dopuścił, aby na jego zgliszczach wystawić nowe, piękniejsze miasto. Przez masowe egzekucje chciał odwrócić od siebie całą nienawiść ludu rzymskiego. Dla oddania – tym po większej części bezimiennym – bohaterom wiary należnej czci w nowym kalendarzu liturgicznym zostało ustanowione w roku 1969 wspomnienie świętych Pierwszych Męczenników Kościoła Rzymskiego. Nawiązuje ono do uroczystości wczorajszej, kiedy to ofiarą tego właśnie prześladowania stali się książęta apostolscy, św. Piotr i św. Paweł. Najwybitniejszy historyk rzymski, Tacyt (+ 120), który uważał chrześcijan za sektę i jawnie okazywał wobec nich swoją niechęć i pogardę, pisał tak:”Zdarzyło się potem (rok 64) nieszczęście – nie wiadomo, czy z przypadku, czy przez złośliwość cezara (Nerona), bo obydwie wersje podają pisarze – ale cięższe i okropniejsze od wszystkich, jakie temu miastu gwałtowność pożarów wyrządziła. Ogień powstał w tej części cyrku, która przylegała do palatyńskiego i celijskiego wzgórza (…). I nikt nie śmiał pożarowi zapobiec wobec częstych pogróżek wielu, którzy gasić zabraniali, i ponieważ inni jawnie ciskali głownie, i głośno wołali, że są do tego upoważnieni – czy też chcąc swobodniej uprawiać grabież, czy też istotnie taki mieli rozkaz (…). Te zabiegi (zrzucenia ze siebie winy) chybiały celu, ponieważ rozeszła się pogłoska, że właśnie w chwili, gdy miasto stało w płomieniach, Neron wstąpił na scenę domowego teatru i opiewał zagładę Troi (…). Atoli ani pod wpływem zabiegów ludzkich, ani darowizn cezara (…) nie ustępowała hańbiąca pogłoska, lecz wierzono, że pożar był nakazany.
    Aby ją usunąć, podstawił Neron winowajców, najbardziej wyszukanymi kaźniami tych (…), których gmin chrześcijanami nazywał. Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza był na śmierć skazany przez prokuratora, Poncjusza Piłata; a przytłumiony na razie zabobon zgubny znowu wybuchnął nie tylko w Judei, gdzie się to zło wylęgło, lecz także w stolicy (…).
    Schwytano więc najpierw tych, którzy tę wiarę publicznie wyznawali (…). A śmierci im przydano urągowisko, że okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów. Gdy zabrakło dnia, płonęli, służąc za nocne pochodnie” (…).Tacyt pisze także, że aresztowanych było “ogromne mnóstwo”, tak że “budziła się ku nim litość, jako że nie dla pożytku państwa, lecz dla zadośćuczynienia okrucieństwu jednego człowieka byli traceni” (Roczniki, XV, s. 38-45).Kościół pochyla się dzisiaj nad tymi, którzy w jego początkach, podczas prześladowań rzymskich, złożyli za wiarę ofiarę z życia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    29 czerwca

    Święci Apostołowie Piotr i Paweł

    Święci Piotr i Paweł - książęta Kościoła
    Kościół umieszcza w jednym dniu uroczystość św. Pawła wraz ze św. Piotrem nie dlatego, aby równał go w prymacie z pierwszym zastępcą Chrystusa. Chodzi jedynie o podkreślenie, że obaj Apostołowie byli współzałożycielami gminy chrześcijańskiej w Rzymie, obaj w tym mieście oddali dla Chrystusa życie swoje oraz że w Rzymie są ich relikwie i sanktuaria. Najwięcej jednak zaważyła na połączeniu pamiątki obu Apostołów w jednym dniu opinia, dzisiaj uznawana za mylną, że obaj Apostołowie ponieśli śmierć męczeńską tego samego dnia. Już w roku 258 obchodzono święto obu Apostołów razem dnia 29 czerwca, tak na Zachodzie, jak też i na Wschodzie, co wskazywałoby na powszechne przekonanie, że był to dzień śmierci obu Apostołów. Taki bowiem był bardzo dawny zwyczaj, że święta liturgiczne obchodzono w dniu śmierci męczenników, a potem także (od w. IV) – wyznawców. Inna ze współczesnych teorii mówi, że 29 czerwca miało miejsce przeniesienie relikwii obu Apostołów do katakumb Kaliksta podczas prześladowań za cesarza Waleriana w celu schowania ich i uchronienia przed zniszczeniem.

    Święty Piotr Apostoł
    Właściwe imię Piotra to Szymon (Symeon). Pan Jezus zmienił mu imię na Piotr przy pierwszym spotkaniu, gdyż miało ono symbolizować jego przyszłe powołanie. Pochodził z Betsaidy, miejscowości położonej nad Jeziorem Genezaret (Galilejskim). Był bratem św. Andrzeja, Apostoła, który Szymona przyprowadził do Pana Jezusa niedługo po chrzcie w rzece Jordan, jaki Chrystus Pan otrzymał z rąk Jana Chrzciciela (Mt 10, 2; J 1, 41). To, że Chrystus Pan zetknął się z Andrzejem i Szymonem w pobliżu rzeki Jordan, wskazywałoby, że obaj bracia byli uczniami św. Jana (J 1, 40-42). Ojcem Szymona Piotra był Jona (lub Jan), rybak galilejski. Kiedy Chrystus Pan włączył Piotra do grona swoich uczniów, ten nie od razu przystał do Pana Jezusa, ale nadal trudnił się pracą rybaka. Dopiero po cudownym połowie ryb definitywnie został przy Chrystusie w charakterze Jego ucznia wraz ze swoim bratem, Andrzejem (por. Łk 5, 1-11).
    Kiedy Piotr przystąpił do grona uczniów Pana Jezusa, był już człowiekiem żonatym i mieszkał w Kafarnaum u teściowej, którą Pan Jezus uzdrowił (Mk 1, 29-31; Łk 4, 38-39). Tradycja wczesnochrześcijańska wydaje się potwierdzać, że miał dzieci, gdyż wymienia jako jego córkę św. Petronelę. Nie jest to jednak pewne.

    Święty Piotr Apostoł
    Jezus bardzo wyraźnie wyróżniał Piotra wśród Apostołów. Piotr był świadkiem – wraz z Janem i Jakubem – wskrzeszenia córki Jaira (Mt 9, 23-26; Mk 5, 35-43; Łk 8, 49-56), przemienienia na górze Tabor (Mt 17, 1-13; Mk 9, 2-13; Łk 9, 28-36) i modlitwy w Getsemani (Mt 26, 37-46; Mk 14, 33-42; Łk 22, 41-46). Kiedy Jezus zapytał Apostołów, za kogo uważają Go ludzie, otrzymał na to różne odpowiedzi. Kiedy zaś rzucił im pytanie: “A wy za kogo Mnie uważacie?” – usłyszał z ust Piotra wyznanie: “Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Za to otrzymał w nagrodę obietnicę prymatu nad Kościołem Chrystusa: “Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr (czyli skała), i na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 18-19).
    Można byłoby wymienić jeszcze inne historie związane z Piotrem. Jezus ratuje Piotra, kiedy tonął w Jeziorze Galilejskim (Mt 14, 28-31). Piotr płaci podatek za Jezusa i za siebie monetą, wydobytą z pyszczka ryby (Mt 17, 24-27); od Piotra Pan Jezus zaczyna mycie nóg Apostołom przy Ostatniej Wieczerzy (J 13, 6-11). Przed pojmaniem Mistrza Piotr zapewnia Go o swojej dla Niego wierności (Mt 26, 33). W Getsemani występuje w obronie Jezusa i ucina ucho słudze arcykapłana, Malchusowi (Mt 26, 51-54; Mk 14, 47; Łk 22, 49-50; J 18, 10-11). On jeden, wraz z Janem, idzie za Chrystusem aż na podwórze arcykapłana. Jednak tu, rozpoznany, trzykrotnie wyrzeka się ze strachu Jezusa, dwukrotnie potwierdzając to zaparcie się Chrystusa przysięgą. Kiedy zapiał kogut, przypomniał sobie przepowiednię Mistrza i gorzko zapłakał (Mt 26, 69-75; Mk 14, 66-72; Łk 22, 54-62; J 18, 15-27).

    Święty Piotr otrzymuje klucze Królestwa
    Przed odejściem do nieba Pan Jezus zlecił Piotrowi najwyższą władzę pasterzowania nad Jego Apostołami i pozostałymi wiernymi wyznawcami (J 21, 15-19). Apostołowie od początku podjęli te słowa i uznali w Piotrze pierwszego spośród siebie. We wszystkich wykazach apostolskich Piotr jest zawsze stawiany na pierwszym miejscu (Mt 10, 2; Mk 3, 16; Łk 6, 14; Dz 1, 13). Pisma Nowego Testamentu wymieniają go 150 razy. Piotr proponuje Apostołom przyłączenie do ich grona jeszcze jednego w miejsce Judasza (Dz 1, 15-26). Piotr pierwszy przemawia do tłumu w dzień Zesłania Ducha Świętego i pozyskuje sporą liczbę pierwszych wyznawców (Dz 2, 14-36). Uzdrawia chromego od urodzenia i nawraca kilka tysięcy ludzi (Dz 3, 1-26). Zakłada pierwszą gminę chrześcijańską w Jerozolimie i sprawuje nad nią władzę sądowniczą (Dz 5, 1-11). To jego Chrystus poucza w tajemniczym widzeniu, że ma także przyjmować pogan i nakazuje mu udać się do domu oficera rzymskiego, Korneliusza (Dz 10, 1-48). Na Soborze apostolskim Piotr jako pierwszy przemawia i decyduje, że należy iść także do pogan, a od nawróconych z pogaństwa nie należy żądać wypełniania nakazów judaizmu, obowiązujących Żydów (Dz 15, 1-12). W myśl zasady postawionej przez Pana Jezusa: “Uderzę pasterza, a rozproszą się owce stada” (Mt 26, 31) – właśnie Piotr stał się głównym przedmiotem nienawiści i pierwszym obiektem prześladowań. Został nawet pojmany i miał być wydany przez króla Heroda Agryppę I Żydom na stracenie. Jednak anioł Pański wybawił go cudownie od niechybnej śmierci (Dz 12, 1-17).
    Niebawem po uwolnieniu Piotr udał się do Antiochii, gdzie założył swoją stolicę (Ga 2, 11-14). Stamtąd podążył do Małej Azji i Koryntu (2 P 1, 1), aby wreszcie osiąść na stałe w Rzymie. Tu także poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Nerona ok. 64 roku, umierając na krzyżu, jak mu to zapowiedział Chrystus (J 21, 18-19). O pobycie Piotra w Rzymie i jego śmierci piszą między innymi: św. Klemens Rzymski (+ ok. 97), List do Koryntian, 5; św. Ignacy z Antiochii (+ ok. 117), List do Rzymian 4, 3; św. Dionizy z Koryntu (+ 160); św. Ireneusz (+ 202); Euzebiusz – Historia Kościoła 2, 25, 8; św.Kajus Rzymski (+ 296) i wielu innych.

    Święty Piotr Apostoł
    Św. Piotr zostawił dwa listy, które należą do ksiąg Pisma świętego Nowego Testamentu. Dyktował je swojemu uczniowi Sylwanowi (1 P 5, 12). Wyróżniają się one niezwykłą plastyką i ekspresją. Jako zwierzchnik Kościoła Piotr ma odwagę przestrzec wiernych przed zbyt dowolnym tłumaczeniem pism Pawła Apostoła (2 P 3, 14-16). Pierwszy list Piotr pisał ok. 63 r., przed prześladowaniem wznieconym przez Nerona. Pisał go z Rzymu. Drugi list, pisany również z Rzymu, prawdopodobnie został zredagowany w więzieniu, gdyż Piotr pisze o swojej rychłej śmierci. Tak więc list powstał w 64 lub 67 roku (2 P 1, 14).
    O wielkiej popularności św. Piotra świadczą liczne apokryfy. Na pierwszym miejscu należy do nich Ewangelia Piotra, której fragment udało się przypadkowo odnaleźć w roku 1887 w Achmin w Górnym Egipcie. Mogła powstać już w latach 120-130 po Chrystusie. Kerygma Piotra – to rodzaj homilii. Powstała ona również ok. roku 130 i ma zabarwienie gnostyckie. Apokalipsa św. Piotra należała kiedyś do najbardziej znanych apokryfów. Pochodzi ona również z początków chrześcijaństwa, odnaleziona została w roku 1887 wraz z Ewangelią Piotra. Zawiera opis sądu i losu dusz po śmierci. Wreszcie apokryf już znacznie późniejszy, z V w., Dzieje Piotra i Pawła. Autor tak niepodzielnie łączy losy obu Apostołów, że oznacza datę ich śmierci nie tylko w jednym roku, ale nawet w jednym dniu. Nadto według autora obydwaj Apostołowie zostali pochowani w jednym miejscu. Wyznaczoną przez autora tego apokryfu datę śmierci przyjęło Martyrologium Rzymskie.Śmierć św. Piotra Apostoła
    Św. Piotr poniósł śmierć męczeńską według podania na wzgórzu watykańskim. Miał być ukrzyżowany według świadectwa Orygenesa głową w dół na własną prośbę, gdyż czuł się niegodnym umierać na krzyżu jak Chrystus. Cesarz Konstantyn Wielki wystawił ku czci św. Piotra nad jego grobem bazylikę. Obecna bazylika Św. Piotra w Rzymie pochodzi z wieku XVI-XVII, zbudowana została w latach 1506-1629. Teren wokół bazyliki należy do Państwa Watykańskiego, istniejącego w obecnym kształcie od roku 1929 jako pozostałość dawnego państwa papieży. Liczy ono 0,44 km2 powierzchni i zamieszkuje je ok. 1000 ludzi. Bazylika wystawiona na grobie św. Piotra jest symbolem całego Kościoła Chrystusa. Rocznie nawiedza ją kilkanaście milionów pielgrzymów i turystów z całego świata. W czasie prac archeologicznych przeprowadzonych w podziemiach bazyliki św. Piotra w latach 1940-1949 znaleziono pod konfesją (pod głównym ołtarzem bazyliki) grób św. Piotra.
    Oprócz tej najsłynniejszej świątyni, wystawionej ku czci św. Piotra Apostoła, w samym Rzymie istnieją ponadto: kościół św. Piotra na Górze Złotej (Montorio), czyli na Janikulum, zbudowany na miejscu, gdzie Apostoł miał ponieść śmierć męczeńską; kościół św. Piotra w Okowach, wystawiony na miejscu, gdzie św. Piotr miał być więziony; kościół świętych Piotra i Pawła; kościółek “Quo vadis” przy Via Appia, wystawiony na miejscu, gdzie Chrystus według podania miał zatrzymać Piotra, usiłującego opuścić Rzym.Św. Piotr, pierwszy papież, jest patronem m. in. diecezji w Rzymie, Berlinie, Lozannie; miast: Awinionu, Biecza, Duszników Zdroju, Frankfurtu nad Menem, Genewy, Hamburga, Nantes, Poznania, Rygi, Rzymu, Trzebnicy; a także blacharzy, budowniczych mostów, kowali, kamieniarzy, marynarzy, rybaków, zegarmistrzów. Wzywany jako orędownik podczas epilepsji, gorączki, febry, ukąszenia przez węże.
    W ikonografii św. Piotr ukazywany jest w stroju apostoła, jako biskup lub papież w pontyfikalnych szatach. Od IV w. (medalion z brązu – Watykan, mozaika w S. Clemente) ustalił się typ ikonograficzny św. Piotra – szerokie rysy twarzy, łysina lub lok nad czołem, krótka, gęsta broda. Od XII wieku przedstawiany jest jako siedzący na tronie. Atrybutami Księcia Apostołów są: anioł, kajdany, dwa klucze symbolizujące klucze Królestwa Bożego, kogut, odwrócony krzyż, księga, łódź, zwój, pastorał, ryba, sieci, skała – stanowiące aluzje do wydarzeń w jego życiu, tiara w rękach.

    Święty Paweł Apostoł
    Paweł pochodził z Tarsu w Cylicji – Mała Azja (Dz 21, 39; 22, 3). Urodził się jako obywatel rzymski, co dawało mu pewne wyróżnienie i przywileje. W naglących wypadkach umiał z tego korzystać (Dz 16, 35-40; 25, 11). Nie wiemy, jaką drogą Paweł to obywatelstwo otrzymał: być może, że całe miasto rodzinne cieszyło się tym przywilejem; możliwe, że rodzina Apostoła nabyła lub po prostu kupiła sobie ten przywilej, bowiem i tą drogą także można było otrzymać obywatelstwo rzymskie w owych czasach (Dz 22, 28).
    Szaweł urodził się w Tarsie ok. 8 roku po narodzeniu Chrystusa (niektórzy badacze podają czas między 5 a 10 rokiem). Jego rodzina chlubiła się, że pochodziła z rodu Beniamina, co także i Paweł podkreślał z dumą (Rz 11, 1). Dlatego otrzymał imię Szaweł (spolszczona wersja hebrajskiego Saul) od pierwszego i jedynego króla Izraela z tego rodu (panował w wieku XI przed Chrystusem). Rodzina Szawła należała do faryzeuszów – najgorliwszych patriotów i wykonawców prawa mojżeszowego (Dz 23, 6). Uczył się rzemiosła – tkania płótna namiotowego. Po ukończeniu miejscowych szkół – a trzeba przyznać, że Paweł zdradza duże oczytanie (por. Tt 1, 12) – w wieku ok. 20 lat udał się Apostoł do Palestyny, aby w Jerozolimie “u stóp Gamaliela” pogłębiać swoją wiedzę skrypturystyczną i rabinistyczną (Dz 22, 3). Nie znał Jezusa. Wiedział jednak o chrześcijanach i szczerze ich nienawidził, uważając ich za odstępców i odszczepieńców. Dlatego z całą satysfakcją asystował przy męczeńskiej śmierci św. Szczepana (Dz 7, 58). Nie mając jednak pełnych lat 30, nie mógł wykonywać wyroku śmierci na diakonie. Pilnował więc szat oprawców i zapewne pilnie ich zachęcał, aby dokonali egzekucji (Dz 7, 58-60).

    Nawrócenie pod Damaszkiem
    Kiedy tylko Szaweł doszedł do wymaganej pełnoletności, udał się do najwyższych kapłanów i Sanhedrynu, aby otrzymać listy polecające do Damaszku. Dowiedział się bowiem, że uciekła tam spora liczba chrześcijan, chroniąc się przed prześladowaniem, jakie wybuchło w Jerozolimie (Dz 9, 1-3). Gdy Szaweł był blisko murów Damaszku, spotkał go Chrystus, powalił na ziemię, oślepił i w jednej chwili objawił mu, że jest w błędzie; że nauka, którą on tak zaciekle zwalczał, jest prawdziwą; że chrześcijaństwo jest wypełnieniem obietnic Starego Przymierza; że Chrystus nie jest bynajmniej zwodzicielem, ale właśnie tak długo oczekiwanym i zapowiadanym Mesjaszem. Było to w ok. 35 roku po narodzeniu Chrystusa, a więc drugim po Jego śmierci.
    Po swoim nawróceniu Szaweł został ochrzczony przez Ananiasza, któremu Chrystus polecił to w widzeniu (Dz 9, 10-18). Po chrzcie Szaweł rozpoczął nową erę życia: głoszenia Chrystusa. Najpierw udał się na pustkowie, gdzie przebywał prawdopodobnie kilka miesięcy. Tam Chrystus bezpośrednio wtajemniczył go w swoją naukę (Ga 1, 11-12). Paweł przestudiował i przeanalizował na nowo Stare Przymierze. Następnie, po powrocie do Damaszku, przez 3 lata nawracał jego mieszkańców. Zawiedzeni Żydzi postanowili zemścić się na renegacie i czyhali na jego zgubę. Zażądali więc od króla Damaszku Aretasa, by wydał im Szawła. Szaweł jednak uciekł w koszu spuszczonym z okna pewnej kamienicy przylegającej do muru miasta. Udał się następnie do Jerozolimy i przedstawił się Apostołom. Powitano go ze zrozumiałą rezerwą. Tylko dzięki interwencji Barnaby, który wśród Apostołów zażywał wielkiej powagi, udało się przychylnie nastawić Apostołów do Pawła. Ponieważ jednak także w Jerozolimie przygotowywano na Apostoła zasadzki, musiał chronić się ucieczką do rodzinnego Tarsu.

    Święty Paweł Apostoł
    Stamtąd wyprowadził Pawła na szerokie pola Barnaba. Razem udali się do Antiochii, gdzie chrześcijaństwo zapuściło już korzenie. Tamtejszej gminie nadali niezwykły rozwój przez to, że kiedy wzgardzili nimi Żydzi, oni udali się do pogan. Ci z radością przyjmowali Ewangelię tym chętniej, że Paweł i Barnaba zwalniali ich od obrzezania i prawa żydowskiego, a żądali jedynie wiary w Chrystusa i odpowiednich obyczajów. Zostali jednak oskarżeni przed Apostołami, że wprowadzają nowatorstwo. Doszło do konfliktu, gdyż obie strony i tendencje miały licznych zwolenników. Zachodziła obawa, że Apostołowie w Jerozolimie przychylą się raczej do zdania konserwatystów. Sami przecież pochodzili z narodu żydowskiego i skrupulatnie zachowywali prawo mojżeszowe.
    Na soborze apostolskim jednakże (49-50 r.) miał miejsce przełom. Apostołowie, dzięki stanowczej interwencji św. Piotra, orzekli, że należy pozyskiwać dla Chrystusa także pogan, że na nawróconych z pogaństwa nie należy nakładać ciężarów prawa mojżeszowego (Dz 15, 6-12). Było to wielkie zwycięstwo Pawła i Barnaby. Od tej pory Paweł rozpoczyna swoje cztery wielkie podróże. Wśród niesłychanych przeszkód tak natury fizycznej, jak i moralnej, prześladowany i męczony, przemierza obszary Syrii, Małej Azji, Grecji, Macedonii, Italii i prawdopodobnie Hiszpanii, zakładając wszędzie gminy chrześcijańskie i wyznaczając w nich swoich zastępców. Oblicza się, że w swoich czterech podróżach, wówczas tak bardzo wyczerpujących i niebezpiecznych, Paweł pokonał ok. 10 tys. km dróg morskich i lądowych. Pierwsza wyprawa miała miejsce w latach 44-49: Cypr-Galacja, razem z Barnabą i Markiem; druga – w latach 50-53: Filippi-Tesaloniki-Berea-Achaia-Korynt, razem z Tymoteuszem i Sylasem; trzecia – w latach 53-58: Efez-Macedonia-Korynt-Jerozolima.
    Aresztowany został w Jerozolimie w 60 r. Kiedy namiestnik zamierzał wydać Pawła Żydom, ten odwołał się do cesarza. Przebywał jednak w więzieniu w Cezarei Palestyńskiej ponad dwa lata, głosząc i tam Chrystusa. W drodze do Rzymu statek wiozący więźniów rozbił się u wybrzeży Malty. Na wyspie Paweł spędził trzy zimowe miesiące, w czasie których nawrócił mieszkańców. W Rzymie także jakiś czas spędził jako więzień, aż dla braku dowodów winy (Żydzi z Jerozolimy się nie stawili) został wypuszczony na wolność. Ze swojego więzienia w Rzymie Paweł wysłał szereg listów do poszczególnych gmin i osób. Po wypuszczeniu na wolność zapewne udał się do Hiszpanii (Rz 15, 24-25), a stamtąd powrócił do Achai. Nie wiemy, gdzie został ponownie aresztowany. Jednak sam fakt, że go tak pilnie poszukiwano, wskazuje, jak wielką powagą się cieszył.

    Święty Paweł Apostoł
    Ok. 67 (lub 66) roku Paweł poniósł śmierć męczeńską. Według bardzo starożytnego podania św. Paweł miał ponieść śmierć od miecza (jako obywatel rzymski). Nie jest znany dzień jego śmierci, za to dobrze zachowano w pamięci miejsce jego męczeństwa: Aquae Silviae za Bramą Ostyjską w Rzymie. Ciało Męczennika złożono najpierw w posiadłości św. Lucyny przy drodze Ostyjskiej. W roku 284 za czasów prześladowania, wznieconego przez cesarza Waleriana, przeniesiono relikwie Apostoła do katakumb, zwanych dzisiaj katakumbami św. Sebastiana przy drodze Apijskiej. Być może na krótki czas spoczęły tu także relikwie św. Piotra. Po edykcie cesarza Konstantyna Wielkiego (313) ciało św. Piotra przeniesiono do Watykanu, a ciało św. Pawła na miejsce jego męczeństwa, gdzie cesarz wystawił ku jego czci bazylikę pod wezwaniem św. Pawła.
    Z pism apokryficznych o św. Pawle można wymienić: Nauczanie Pawła o zabarwieniu gnostyckim. Dzieje Pawła w przekładzie koptyjskim odnalazł i opublikował C. Schmidt w roku 1905. Autor opisuje w nim wydarzenie znane z Dziejów Apostolskich, dołącza na pół fantastyczne dzieje św. Tekli oraz apokryficzną korespondencję św. Pawła z Koryntianami, wreszcie opis męczeństwa Apostoła. Według Tertuliana dzieje te napisał pewien kapłan z Małej Azji około roku 160-170. Autor za podszywanie się pod imię Apostoła został kanonicznie ukarany. Apokalipsa św. Pawła to opis podróży Pawła pod przewodnictwem anioła w zaświaty. Opisuje spotkanie w niebie z osobami, znanymi z Pisma świętego Starego i Nowego Przymierza, oraz w piekle – z osobami przewrotnymi. Dzieło to odnalazł Konstantyn Tischendorf w roku 1843 na Górze Synaj w tamtejszym klasztorze prawosławnym. Wreszcie dużą wrzawę wywołał kiedyś spór o Korespondencję św. Pawła z Seneką. Nawet św. Hieronim i św. Augustyn błędnie opowiedzieli się za autentycznością tego dzieła.

    Święty Paweł Apostoł
    Paweł jest autorem 13 listów do gmin chrześcijańskich, włączonych do ksiąg Nowego Testamentu. Jest patronem licznych zakonów, Awinionu, Berlina, Biecza, Frankfurtu nad Menem, Poznania, Rygi, Rzymu, Saragossy oraz marynarzy, powroźników, tkaczy.W czasie pontyfikatu papieża Benedykta XVI Kościół obchodził Rok św. Pawła w związku z jubileuszem 2000 lat od narodzin Apostoła Narodów (2008-2009).
    W ikonografii przedstawiany jest w długiej tunice i płaszczu. Jego atrybutami są: baranek, koń, kość słoniowa, miecz.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    28 czerwca

    Święty Ireneusz,
    biskup i męczennik, doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Paweł I, papież
    Święty Ireneusz z Lyonu
    Ireneusz urodził się w Smyrnie (dzisiejszy Izmir w Turcji) około 130 r. (chociaż podawane są też daty między 115 a 125 rokiem albo między rokiem 130 a 142). Był uczniem tamtejszego biskupa, św. Polikarpa – ucznia św. Jana Apostoła. W swoim dziele Przeciw herezjom Ireneusz pisze, że gdy był uczniem św. Polikarpa, ten był już starcem. Apostołował w Galii (teren dzisiejszej Francji). Stamtąd w 177 r. został wysłany przez chrześcijan do papieża Eleuteriusza z misją. Kiedy Ireneusz był w drodze do Rzymu, w mieście nastało krwawe prześladowanie, którego ofiarą padli św. Potyn, biskup Lyonu, i jego 47 towarzyszy. Kiedy Ireneusz powrócił do Lyonu (łac. Lugdunum), został powołany na biskupa tegoż miasta po św. Potynie. Jako wybitny teolog zwalczał w swoich pismach gnostyków, wykazując, że tylko Kościół przechował wiernie tradycję otrzymaną od Apostołów.
    Nie wiemy nic o działalności duszpasterskiej Ireneusza. Pozostawił jednak dzieło, które stanowi prawdziwy jego pomnik i wydaje najwymowniejsze świadectwo o wiedzy teologicznej autora, jak też o żarliwości apostolskiej o czystość wiary. Ireneusz używał greki. W swoim dziele Przeciw herezjom (które zachowało się w jednej z łacińskich kopii) przedstawił wszystkie błędy, jakie nękały pierwotne chrześcijaństwo. Jest to więc niezmiernie ważny dokument. Zbija on błędy i daje wykład autentycznej wiary. Zawiera nie tylko indeks herezji, ale także sumę tradycji apostolskiej i pierwszych Ojców Kościoła. Drugie dzieło, Dowód prawdziwości nauki apostolskiej, zachowało się w przekładzie na język ormiański. Ireneuszowi zawdzięczamy pojęcie Tradycji i sukcesji apostolskiej, a także spis papieży od św. Piotra do Eleuteriusza. Euzebiusz z Cezarei (pisarz i historyk Kościoła żyjący na przełomie III i IV w.) nie podaje, jaką śmiercią pożegnał życie doczesne w 202 r. Ireneusz, ale wyraźnie o jego męczeńskiej śmierci w czasach prześladowań Septymiusza Sewera piszą św. Hieronim (w. V) i św. Grzegorz z Tours (w. VI). Pochowany został w Lyonie, w kościele św. Jana, który później otrzymał jego imię. Relikwie zostały zniszczone przez hugenotów w 1562 r.

    Święty Ireneusz z Lyonu
    Kościół w Lyonie oddaje cześć św. Ireneuszowi jako doktorowi Kościoła i swemu głównemu patronowi. Dopiero jednak papież Benedykt XV w roku 1922 doroczną pamiątkę św. Ireneusza rozszerzył na cały Kościół.W 2022 r. papież Franciszek potwierdził tytuł doktora Kościoła dla św. Ireneusza w całym Kościele powszechnym.
    W ikonografii jest przedstawiany w stroju biskupa rytu rzymskiego z mitrą i pastorałem.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    27 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Nieustającej Pomocy

    Zobacz także:
      •  Święty Cyryl Aleksandryjski, biskup, patriarcha i doktor Kościoła
      •  Święta Emma z Gurk, wdowa
    Ikona NMP Nieustającej Pomocy
    Tytuł Matki Bożej Nieustającej Pomocy jest na trwałe związany z dostojnym wizerunkiem Maryi, czczonym w Rzymie. Obraz namalowany na desce o wymiarach 54×41,5 cm, pochodzenia bizantyńskiego, przypomina niektóre stare ikony ruskie nazywane Strastnaja. Jego autorstwo jest przypisywane jednemu z najbardziej znanych malarzy prawosławnych wczesnego średniowiecza, mnichowi bazyliańskiemu – S. Lazzaro.
    Kiedy i w jakich okolicznościach obraz powstał, a potem dotarł do Rzymu – nie wiemy. Według niektórych źródeł został namalowany na Krecie w IX w.; inne dane mówią o wieku XII i pochodzeniu z Bizancjum lub z klasztoru na świętej Górze Athos. Według legendy, do Europy obraz został przywieziony przez bogatego kupca. Kiedy podczas podróży statkiem na morzu rozszalał się sztorm, kupiec ten pokazał obraz przerażonym współtowarzyszom. Ich wspólna modlitwa do Matki Bożej ocaliła statek. Po szczęśliwym przybyciu do Wiecznego Miasta ikona została umieszczona w kościele św. Mateusza, obsługiwanym przez augustianów. Z dokumentu z roku 1503 wynika, że w ostatnich latach XV w. wizerunek był już w Wiecznym Mieście czczony i uważany za łaskami słynący. Zwano go Madonna miracolosissima. Gdy w roku 1812 wojska francuskie zniszczyły kościół, mnisi wywędrowali do Irlandii. Po powrocie objęli kościół św. Euzebiusza. Kult cudownego obrazu uległ wówczas pewnemu zaniedbaniu, na co wielu się skarżyło.
    W grudniu 1866 r. Pius IX powierzył obraz redemptorystom, którzy umieścili go w głównym ołtarzu kościoła św. Alfonsa przy via Merulana. Od tego czasu datuje się niebywały rozkwit kultu Matki Bożej Nieustającej Pomocy, propagowanego przez duchowych synów św. Alfonsa Marii Liguoriego. 23 czerwca 1867 r. odbyła się uroczysta koronacja obrazu. W roku 1876 powstało arcybractwo Maryi Nieustającej Pomocy i św. Alfonsa. Równocześnie mnożyły się kopie, które redemptoryści umieszczali w swoich kościołach w wielu krajach, w tym także na ziemiach polskich. Dla propagowania kultu ponad 100 autorów wydało rozmaite opracowania, powstały różnojęzyczne periodyki, poświęcone temu samemu celowi. Ogromne powodzenie miały także małe obrazki z odpowiednimi wezwaniami. Rozchodziły się one w wielomilionowych nakładach. W 1876 r. ustanowiono święto Maryi Nieustającej Pomocy na dzień 26 kwietnia, z czasem przeniesione na 27 czerwca.
    Sam obraz przedstawia cztery postacie: Maryję z Dzieciątkiem oraz świętych Archaniołów Michała (po lewej stronie obrazu) i Gabriela (po stronie prawej). Maryja jest przedstawiona w czerwonej tunice, granatowym płaszczu (zielonym po spodniej stronie) i w niebieskim nakryciu głowy, które przykrywa czoło i włosy. Na środkowej części welonu znajduje się złota gwiazda z ośmioma prostymi promieniami. Głowę Maryi otacza, charakterystyczny dla szkoły kreteńskiej, kolisty nimb. Oblicze Maryi jest lekko pochylone w stronę Dzieciątka Jezus trzymanego na lewej ręce. Prawą, dużą dłonią, o nieco dłuższych palcach, charakterystycznych dla obrazów typu Hodegetria (“wskazująca drogę”), Maryja obejmuje ręce Jezusa. Jej spojrzenie charakteryzuje czuły smutek, ale nie patrzy na swojego Syna, lecz wydaje się przemawiać do patrzącego na obraz. Miodowego koloru oczy i mocno podkreślone brwi dodają obliczu piękna i wyniosłości.
    Dzieciątko Jezus przedstawione jest w całości. Spoczywając na lewym ramieniu Matki, rączkami ujmuje mocno Jej prawą dłoń. Przyodziane jest w zieloną tunikę z czerwonym pasem i okryte czerwonym płaszczem. Opadający z nóżki prawy sandał pozwala dostrzec spód stopy, co może symbolizować prawdę, że będąc Bogiem, Jezus jest także prawdziwym człowiekiem. Ma kasztanowe włosy, a rysy Jego twarzy są bardzo dziecięce. Stopy i szyja Dzieciątka wyrażają jakby odruch nagłego lęku przed czymś, co ma niechybnie nadejść. Tym natomiast, co wydaje się przerażać małego Jezusa, jest wizja męki i cierpienia, wyrażona poprzez krzyż i gwoździe niesione przez Archanioła Gabriela. Po drugiej stronie obrazu Archanioł Michał ukazuje inne narzędzia męki krzyżowej: włócznię, trzcinę z gąbką i naczynie z octem.
    Maryja, pomimo że jest największą postacią obrazu, nie stanowi jego centralnego punktu. W geometrycznym środku ikony znajdują się połączone ręce Matki i Dziecięcia, przedstawione w taki sposób, że Maryja wskazuje na swojego Syna, Zbawiciela.Maryja jest Matką Kościoła, ludu Bożego, który Jej Syn nabył swoją najdroższą Krwią. Jest Matką każdego z nas. Niewątpliwie jest jeden nasz Pośrednik, według słów Apostoła: “Bo jeden jest Bóg; jeden też pośrednik między Bogiem i ludźmi, człowiek Chrystus Jezus, który wydał samego siebie na okup za wszystkich” (1 Tm 2, 5-6). Nie przeszkadza to jednak bynajmniej, byśmy mogli mówić o macierzyńskiej roli Maryi w stosunku do wszystkich. Nie przyćmiewa ona żadną miarą i nie pomniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc: “Cały bowiem wpływ zbawienny Błogosławionej Dziewicy na ludzi wywodzi się nie z jakiejś konieczności rzeczowej, lecz z upodobania Bożego, i wypływa z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależny i z niego czerpie całą moc swoją. Nie przeszkadza zaś w żaden sposób bezpośredniej łączności wiernych z Chrystusem, przeciwnie, umacnia je” (KK, nr 60).
    “Macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie – poczynając od aktu zgody, którą przy zwiastowaniu wiernie wyraziła i którą zachowała bez wahania pod krzyżem – aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych. Albowiem wzięta do nieba, nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo zjednuje nam dary wiecznego zbawienia. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi Syna swego, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, dopóki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny. Dlatego to do Błogosławionej Dziewicy stosuje się w Kościele tytuły: Orędowniczki, Wspomożycielki, Pomocnicy, Pośredniczki. Rozumie się jednak te tytuły w taki sposób, że niczego nie ujmują one ani nie przydają godności i skuteczności działania Chrystusa jedynego Pośrednika… Kościół nie waha się jawnie wyznawać taką podporządkowaną rolę Maryi; ciągle jej doświadcza i zaleca ją sercu wiernych, aby oni wsparci tą macierzyńską opieką, jeszcze silniej przylgnęli do Pośrednika i Zbawiciela” (KK, nr 62).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    26 czerwca

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan i Paweł
      •  Święty Zygmunt Gorazdowski, prezbiter
      •  Błogosławiony Andrzej Jacek Longhin, biskup
      •  Błogosławiony Jakub z Ghaziru, prezbiter
    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer
    Josemaría Escrivá urodził się w Barbastro (w Hiszpanii) 9 stycznia 1902 roku. Rodzice – pobożni i przykładni katolicy – ochrzcili go cztery dni po narodzinach. Był drugim z sześciorga rodzeństwa, radosnym, żywym i szczerym dzieckiem oraz dobrym, bystrym i inteligentnym uczniem. Bóg bardzo szybko zaczął hartować duszę Josemaríi w kuźni bólu: w latach 1910-1913 umierają trzy jego młodsze siostry, w 1914 r. rodzina zostaje zrujnowana ekonomicznie.
    Zimą, na przełomie 1917-1918 roku, zdarzyło się coś, co wpłynęło decydująco na przyszłe losy Josemaríi Escrivy: w czasie Bożego Narodzenia w miasteczku spadł śnieg. Niedługo potem Josemaría spostrzegł na nim ślady bosych stóp. Dostrzegłszy wielkie poświęcenie karmelity bosego, do którego należały te ślady, Josemaría postanowił zostać kapłanem, aby stać się bardziej dyspozycyjnym dla Boga. 27 listopada 1924 roku nagle umarł jego ojciec. 28 marca 1925 r. Josemaría został wyświęcony na kapłana. W kwietniu 1927 r. przeniósł się do Madrytu, aby tam doktoryzować się w prawie cywilnym. Tutaj, 2 października 1928 roku, podczas rekolekcji przeżywa wizję dzieła, do którego Bóg go powołuje. Ten dzień przyjmuje się za datę założenia Opus Dei (Dzieła Bożego), w którym świeccy mężczyźni i kobiety uczą się dążyć do świętości na drodze zwykłej codzienności i zajęć. Od tej chwili zaczyna pracować nad tym dziełem, a jednocześnie kontynuuje posługę kapłańską, zwłaszcza wśród ubogich i chorych. Ponadto studiuje w Madrycie i udziela lekcji, by utrzymać matkę i rodzeństwo.

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer

    W 1946 roku na stałe przenosi się do Rzymu, gdzie broni doktoratu z teologii. Tam też zostaje mianowany konsultorem kongregacji watykańskich, honorowym członkiem Papieskiej Akademii Teologicznej i prałatem honorowym Ojca Świętego. Z Rzymu wyjeżdża do różnych krajów Europy, a w 1970 roku do Meksyku, by tam umacniać Opus Dei. Umiera w Rzymie na zawał serca 26 czerwca 1975 r.
    Napisany przez niego zbiór medytacji zatytułowany Droga zalicza się do klasyki duchowości. W chwili jego śmierci Opus Dei jest już obecne na pięciu kontynentach, liczy ponad 60 tysięcy wiernych z osiemdziesięciu narodowości. Obecnie liczy ponad 80 tys. członków: duchownych i świeckich na całym świecie. Ma wielkie zasługi dla ożywienia Kościoła i jego obecności w różnych środowiskach zawodowych na wszystkich kontynentach. Członkami Opus Dei są m.in. prymas Peru, kard. Juan Luis Cipriani Thorne z Limy i były rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej Joaquin Navarro-Valls.Po śmierci Josemaríi Escrivy tysiące wiernych zwróciło się do papieża z prośbą o otwarcie procesu kanonizacyjnego. 17 maja 1992 r. w Rzymie, w obecności 300 tysięcy wiernych przybyłych z całego świata, św. Jan Paweł II wyniósł Josemaríę Escrivę na ołtarze. 21 września 2001 r. Zgromadzenie Zwyczajne Kardynałów i Biskupów, członków Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych, jednogłośnie stwierdziło cudowny charakter uzdrowienia przypisywanego bł. Josemaríi. Dekret uznający cud odczytany został w obecności papieża 20 grudnia 2001 r. Kanonizacja odbyła się 6 października 2002 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    25 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Świętogórska
    z Gostynia

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Dorota z Mątowów, wdowa
      •  Błogosławiona Maria Lhuilier, dziewica i męczennica
      •  Święty Wilhelm z Vercelli, opat
    Najświętsza Maryja Panna Świętogórska z Gostynia
    Cudowny obraz Matki Bożej Świętogórskiej, Róży Duchownej, znajdujący się w sanktuarium w Gostyniu, jest dziełem nieznanego wielkopolskiego artysty. Namalowany został prawdopodobnie na cyprysowej desce (145×107 cm), pochodzi z 1540 r. i posiada dużą wartość artystyczną. Przedstawia Matkę Bożą piastującą Dzieciątko Jezus na lewym ramieniu. W prawej ręce Maryja trzyma kwiat białej róży. Matkę i Dzieciątko artysta umieścił jakby na balkonie, z którego roztacza się widok na dawniejszy kościółek na Świętej Górze i na miasteczko Gostyń z połowy XVI wieku. Suknia Matki Bożej i płaszcz są bogato pofałdowane i obszyte ozdobnymi złocistymi bortami. Około bioder widoczna jest ciemnozielona przepaska z napisem: “Witaj Boża Rodzicielko”. Twarz i szyję Maryi okala delikatna, biała materia, wychylająca się spod fałdy płaszcza. W obrazie zwraca uwagę korona na głowie Madonny i druga, uniesiona przez aniołów. Wyraz twarzy i oczu Maryi jest pełen troski i miłosiernego pytania. Dziecię Jezus, poważne i pełne majestatu, trzyma w lewej ręce księgę – symbol nauczycielskiego posłannictwa, drugą rękę opiera na kuli z krzyżem – symbolu władzy i panowania nad światem.
    Łaskami słynący obraz znajduje się obecnie w pięknej bazylice, zbudowanej według planów włoskiego architekta Baltazara Longhena, twórcy weneckiej świątyni Santa Maria della Salute w XVIII wieku. Duchem i racją bytu tej pięknej świątyni jest kult Najświętszej Maryi Panny, który istniał od niepamiętnych czasów. Prawdopodobnie dawniej była czczona tu gotycka, polichromowana pieta, znajdująca się do dziś w jednym z bocznych ołtarzy.
    W czasie potopu szwedzkiego obraz MB Świętogórskiej wywieziono na Śląsk. W okresie Kulturkampfu w roku 1876, z rozkazu władz pruskich, wypędzono z Gostynia księży filipinów, a kościół zamknięto. Po 12 latach kościół otwarto, zabroniono jednak przybywać pielgrzymkom. Zakaz trwał do odzyskania niepodległości, czyli do 1918 roku. W rok później powrócili filipini, a kult Matki Bożej tak się rozwijał, że 24 czerwca 1928 r. kardynał August Hlond dokonał uroczystej koronacji obrazu Matki Bożej.
    Dzisiaj Święta Góra jest istotnym ośrodkiem życia religijnego Wielkopolski. Odbywają się tu przez cały rok zamknięte rekolekcje stanowe, niedzielne dni skupienia, spotkania różnych grup pracujących aktywnie w Kościele. Święta Góra jest ośrodkiem walki o trzeźwość narodu. Księża filipini z wielką troską i odpowiedzialnością przyjmują też grupy pielgrzymkowe, zarówno wielotysięczne w dniach odpustowych , jak i małe, przybywające przez cały rok.
    Matka Boża, niezależnie od miejsca, w którym gromadzi swoje dzieci, jest zawsze ta sama. Niewątpliwie pragnie przedstawiać swojemu Synowi nasze prośby i dlatego możemy je zanosić w różnych sprawach i potrzebach. Ale nigdy nie wolno zapominać o tym, że jako nasza troskliwa Matka chce nam przede wszystkim wskazywać drogę do Syna. Ona, Stolica Mądrości, Matka Dobrej Rady, zawsze podpowiada nam to, co służy naszemu zbawieniu; mówi przeto ustawicznie: “Zróbcie wszystko, cokolwiek wam (Syn) powie” (J 2, 5). Co więcej, przykładem swego życia uczy nas praktycznie, jak w życiu codziennym mamy pełnić wolę Bożą. W całym swoim życiu występuje w roli pokornej służebnicy Pańskiej: “Oto Ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według Twego słowa”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    24 czerwca

    Święty Jan Chrzciciel

    Święty Jan Chrzciciel
    Imię Jan jest pochodzenia hebrajskiego i oznacza tyle, co “Bóg jest łaskawy”. Jan Chrzciciel urodził się jako syn kapłana Zachariasza i Elżbiety (Łk 1, 5-80). Jego narodzenie z wcześniej bezpłodnej Elżbiety i szczególne posłannictwo zwiastował Zachariaszowi archanioł Gabriel, kiedy Zachariasz jako kapłan okadzał ołtarz w świątyni (Łk 1, 8-17). Przyszedł na świat sześć miesięcy przed narodzeniem Jezusa (Łk 1, 36), prawdopodobnie w Ain Karim leżącym w Judei, ok. 7 km na zachód od Jerozolimy. Wskazuje na to dawna tradycja, o której po raz pierwszy wspomina ok. roku 525 niejaki Teodozjusz. Przy obrzezaniu otrzymał imię Jan, zgodnie z poleceniem anioła. Z tej okazji Zachariasz wyśpiewał kantyk, w którym sławi wypełnienie się obietnic mesjańskich i wita go jako proroka, który przed obliczem Pana będzie szedł i gotował mu drogę w sercach ludzkich (Łk 1, 68-79). Kantyk ten wszedł na stałe do liturgii i stanowi istotny element codziennej porannej modlitwy Kościoła – Jutrzni. Poprzez swoją matkę, Elżbietę, Jan był krewnym Jezusa (Łk 1, 36).
    Św. Łukasz przekazuje nam w Ewangelii następującą informację: “Dziecię rosło i umacniało się w duchu i przebywało na miejscach pustynnych aż do czasu ukazania się swego w Izraelu” (Łk 1, 80). Można to rozumieć w ten sposób, że po wczesnej śmierci rodziców będących już w wieku podeszłym, Jan pędził żywot anachorety, pustelnika, sam lub w towarzystwie innych. Nie jest wykluczone, że mógł zetknąć się także z esseńczykami, którzy wówczas mieli nad Morzem Martwym w Qumran swoją wspólnotę. Kiedy miał już lat 30, wolno mu było według prawa występować publicznie i nauczać. Podjął to dzieło nad Jordanem, nad brodem w pobliżu Jerycha. Czasem przenosił się do innych miejsc, np. Betanii (J 1, 28) i Enon (Ainon) w pobliżu Salim (J 3, 23). Swoje nauczenie rozpoczął w piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza (Łk 3, 1), czyli w 30 r. naszej ery według chronologii, którą się zwykło podawać.

    Święty Jan Chrzciciel
    Jako herold Mesjasza Jan podkreślał z naciskiem, że nie wystarczy przynależność do potomstwa Abrahama, ale trzeba czynić owoce pokuty, trzeba wewnętrznego przeobrażenia. Na znak skruchy i gotowości zmiany życia udzielał chrztu pokuty (Łk 3, 7-14; Mt 3, 7-10; Mk 1, 8). Garnęła się do niego “Jerozolima i cała Judea, i wszelka kraina wokół Jordanu” (Mt 3, 5; Mk 1, 5). Zaczęto nawet go pytać, czy przypadkiem on sam nie jest zapowiadanym Mesjaszem. Jan stanowczo rozwiewał wątpliwości twierdząc, że “Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie: ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów” (Mt 3, 11). Na prośbę Chrystusa, który przybył nad Jordan, Jan udzielił Mu chrztu. Potem niejeden raz widział Chrystusa nad Jordanem i świadczył o Nim wobec tłumu: “Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1, 29. 36). Na skutek tego wyznania, przy Chrystusie Panu zjawili się dwaj pierwsi uczniowie – Jan i Andrzej, którzy dotąd byli uczniami św. Jana (J 1, 37-40).
    Na działalność Jana szybko zwrócili uwagę starsi ludu. Bali się jednak jawnie przeciwko niemu występować, woleli raczej zająć stanowisko wyczekujące (J 1, 19; Mt 3, 7). Osobą Jana zainteresował się także władca Galilei, Herod II Antypas (+ 40), syn Heroda I Wielkiego, który nakazał wymordować dzieci w Betlejem. Można się domyślać, że Herod wezwał Jana do swojego zamku, Macherontu. Gorzko jednak pożałował swojej ciekawości. Jan bowiem skorzystał z tej okazji, aby rzucić mu prosto w oczy: “Nie wolno ci mieć żony twego brata” (Mk 6, 18). Rozgniewany król, z poduszczenia żony brata Filipa, którą ku ogólnemu oburzeniu Herod wziął za własną, oddalając swoją żonę prawowitą, nakazał Jana aresztować. W dniu swoich urodzin wydał ucztę, w czasie której, pijany, pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, czegokolwiek zażąda. Ta po naradzeniu się z matką zażądała głowy Jana. Herod nakazał katowi wykonać wyrok śmierci na Janie i jego głowę przynieść na misie dla Salome (Mt 14, 1-12). Jan miał wtedy trzydzieści kilka lat.

    Święty Jan Chrzciciel

    Jezus wystawił Janowi świadectwo, jakiego żaden człowiek z Jego ust nie otrzymał: “Coście wyszli oglądać na pustyni? (…) Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” (Mt 11, 7-11; Łk 7, 24-27).Jan Chrzciciel jako jedyny wśród świętych Pańskich cieszy się takim przywilejem, iż obchodzi się jako uroczystość dzień jego narodzin. U wszystkich innych świętych obchodzimy jako święto dzień ich śmierci – czyli dzień ich narodzin dla nieba. Ponadto w kalendarzu liturgicznym znajduje się także wspomnienie męczeńskiej śmierci św. Jana Chrzciciela, obchodzone 29 sierpnia.
    W Janie Chrzcicielu uderza jego świętość, życie pełne ascezy i pokuty, siła charakteru, bezkompromisowość. Był pierwszym świętym czczonym w całym Kościele. Jemu dedykowana jest bazylika rzymska św. Jana na Lateranie, będąca katedrą papieża. Jan Chrzciciel jest patronem Austrii, Francji, Holandii, Malty, Niemiec, Prowansji, Węgier; Akwitanii, Aragonii; archidiecezji warszawskiej i wrocławskiej; Amiens, Awinionu, Bonn, Florencji, Frankfurtu nad Menem, Kolonii, Lipska, Lyonu, Neapolu, Norymbergi, Nysy, Wiednia, Wrocławia; jest patronem wielu zakonów, m. in. joannitów (Kawalerów Maltańskich), mnichów, dziewic, pasterzy i stad, kowali, krawców, kuśnierzy, rymarzy; abstynentów, niezamężnych matek, skazanych na śmierć. Jest orędownikiem podczas gradobicia i w epilepsji.

    Święty Jan Chrzciciel

    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest jako dziecko, młodzieniec lub mąż ascetyczny, ubrany w skórę zwierzęcą albo płaszcz z sierści wielbłąda. Jego atrybutami są: Baranek Boży, baranek na ramieniu, na księdze lub u stóp, baranek z kielichem, chłopiec bawiący się z barankiem, głowa na misie, krzyż. W tradycji wschodniej, zwłaszcza w ikonach, ukazywany jest jako zwiastun ze skrzydłami.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 czerwca

    Święty Józef Cafasso, prezbiter

    Święty Józef Cafasso\
    Józef Cafasso urodził się w Castelnuovo d’Asti w Piemoncie 15 stycznia 1811 r. Wychowany w duchu żywej wiary, po ukończeniu szkoły średniej w Chieri udał się do miejscowego niższego seminarium, a potem na studia teologiczne do Turynu. 22 września 1833 r. został wyświęcony na kapłana, mając wówczas zaledwie 22 lata. Nie piastował żadnych urzędów, był zawsze kapłanem cichym, a jednak miał wpływ na cały kler piemoncki. Zdrowie miał wątłe (cierpiał na chorobę kręgosłupa), ale w jego czarnych oczach bił żar apostolski.
    Józef wstąpił po święceniach do Instytutu Teologii Moralnej, niedawno powstałego w Turynie. Młodzi kapłani prowadzili w nim wspólne życie razem z profesorami. Równocześnie założyciel Instytutu, ks. Alojzy Guala, zaprawiał młodych kapłanów do działalności duszpasterskiej. Uczyli oni opuszczoną młodzież prawd wiary, chodzili do więzień dla nieletnich i dla dorosłych, nawiedzali szpitale, a także towarzyszyli skazanym na śmierć w ostatnich chwilach ich życia. Po śmierci założyciela Instytutu, Józef objął stanowisko rektora. W swojej pracy spotkał ludzi, w przyszłości wyniesionych na ołtarze. Był przewodnikiem duchowym św. ks. Jana Bosko i wspierał w powołaniu swojego siostrzeńca, bł. Józefa Allamano, założyciela Misjonarzy Consolata. W gorących czasach (rewolucja Garibaldiego, koronacja Wiktora Emanuela) Józef Cafasso nie dał się ponieść wirowi politycznemu. Zachęcał kapłanów, aby pilnowali swojego posłannictwa, a nie angażowali się w ruch rewolucyjny.
    Z własnej woli nawiedzał więzienia, które w tamtych czasach były miejscami strasznymi. Opowiadał więźniom o Bożej miłości i miłosierdziu. Przez ponad 20 lat towarzyszył skazańcom w drodze na szafot (egzekucje wykonywano publicznie), nazywając ich czule “szubienicznymi świętymi”, ponieważ byli wieszani bezpośrednio po spowiedzi. Mieszkańcy Turynu nadali mu przydomek kapelana szafotu.
    Po krótkiej chorobie Józef pożegnał ziemię 23 czerwca 1860 r. w wieku zaledwie 49 lat. Najlepiej scharakteryzował go Jan Bosko w jednym z przemówień po jego śmierci: “Był modelem życia kapłańskiego, nauczycielem kapłanów, ojcem ubogich, pocieszycielem chorych, doradcą wątpiącym, pociechą konającym, dźwignią dla więźniów, zbawieniem dla skazanych, przyjacielem wszystkich, wielkim dobroczyńcą ludzkości”. Pius XI z okazji beatyfikacji w 1925 r. nazwał Józefa Cafasso “perłą kleru Italii”. Pius XII dokonał jego uroczystej kanonizacji w 1947 roku. W roku 1948 tenże papież ogłosił św. Józefa Cafasso patronem więzień i więźniów oraz współpatronem Zgromadzenia Misjonarzy Matki Bożej Bolesnej Pocieszenia (Consolata).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    22 czerwca

    Święci męczennicy
    Jan Fisher, biskup, i Tomasz More

    Zobacz także:
      •  Święty Paulin z Noli, biskup
      •  Błogosławiony Innocenty V, papież
    Święci Jan Fisher i Tomasz More
    Tomasz More (Morus) urodził się w Londynie 7 lutego 1478 r. jako syn poważanego mieszczanina. Kiedy miał lat 12, umieszczono go na dworze kardynała Mortona, który sprawował równocześnie urząd królewskiego kanclerza. Później zapisał się na studia na uniwersytecie w Oksfordzie. Jednak ojciec wolał mieć syna prawnika. To bowiem otwierało przed nim drogę do kariery urzędniczej. Dlatego szesnastoletni Tomasz został umieszczony w Inns of Law w Londynie. Kiedy w 1499 roku Erazm z Rotterdamu nawiedził po raz pierwszy Anglię, zaprzyjaźnił się serdecznie z młodszym od siebie o 11 lat Tomaszem. Po ukończeniu studiów Tomasz został biegłym i wziętym adwokatem.
    Wkrótce wybrano go posłem do parlamentu. Tutaj zaraz na początku naraził się królowi Henrykowi VIII tym, że przeforsował w parlamencie sprzeciw wobec wniosku króla postulującego nałożenie osobnego podatku na poddanych. Dla poznania świata wyjechał do Francji, gdzie zwiedził uniwersytety: w Paryżu i w Lowanium. Kiedy powrócił do Anglii, zrzekł się wszelkich stanowisk i wstąpił do kartuzów. Po czterech latach pobytu w klasztorze przekonał się, że to jednak nie jest jego droga. Ożenił się z siedemnastoletnią Jane Colt i zamieszkał z nią w wiejskim domku w Bucklersbury pod Londynem. Były to najszczęśliwsze lata w jego życiu. Sielanka trwała krótko. Ukochana żona zmarła niebawem, zostawiając Tomaszowi czworo drobnych dzieci. Był zmuszony ożenić się po raz drugi. Alicja Middleton była od niego o siedem lat starsza. Nie miał z nią potomstwa, ale wspólnie wychowywali dzieci Tomasza z pierwszego związku.
    W 1510 roku Tomasz objął urząd sędziego do spraw cywilnych. Jako specjalista został wysłany do Flandrii dla zawarcia traktatu pokojowego. W 1521 roku pełen sławy ze swojej pracy i dzieł został przez króla podniesiony do godności szlacheckiej. Król upodobał sobie w zręcznym urzędniku. W 1521 roku nobilitował Tomasza (nadal mu tytuł szlachecki), a także pasował go na rycerza. Następnie mianował go przewodniczącym sądu oraz tajnym radcą. Szybko zaczęły sypać się na Tomasza kolejne wyróżnienia i godności: zarządcy uniwersytetu oksfordzkiego i łowczego królewskiego, wreszcie godność najwyższa w Anglii (po królu) – kanclerza państwa (1529-1532)

    .Święty Tomasz More

    Tomasz stanowić może doskonały wzór do naśladowania dla świata urzędniczego. Był w pracy swojej zdecydowanie sumienny. Powiedziano o nim, że gdyby pewnego dnia stawił się przed nim własny ojciec i diabeł, przyznałby rację szatanowi, jeśliby na nią zasługiwał. Kiedy otrzymał nominację na sędziego, zastał całe sterty zakurzonych teczek z aktami, które od lat czekały na rozpatrzenie. Rychło je załatwił, aby sprawy szły odtąd na bieżąco. Wszystkich traktował życzliwie. Przekupstwo czy kumoterstwo nie miały do niego przystępu. Nosił włosiennicę. Na modlitwę poświęcał dziennie po kilka godzin. Przy stole czytał Pismo święte i książki ascetyczne. Unikał pokut dawnych ascetów, wiedząc, że siły są mu potrzebne do wykonywania codziennych obowiązków. Rekompensował to cierpliwym znoszeniem kłopotów, rzetelnym wypełnianiem swoich zadań, zachowaniem przykazań Bożych i kościelnych. Nawet jako kanclerz państwa chętnie usługiwał do Mszy świętej i śpiewał w chórze kościelnym.
    Kiedy Henryk VIII w roku 1531 ogłosił się najwyższym zwierzchnikiem Kościoła katolickiego w Anglii, Tomasz na znak protestu zrzekł się urzędu kanclerza. Pomimo nalegań, nie wziął udziału ani w ślubie, ani też w koronacji kochanki króla, Anny Boleyn. Wreszcie nie podpisał aktu supremacji, ani też nie złożył królowi przysięgi jako głowie Kościoła w Anglii. Uznano to za zdradę stanu. 1 lipca 1535 roku nad aresztowanym odbył się sąd. Kiedy sędziowie zapytali Tomasza, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, ten odparł żartobliwie: “Nie mam, moi Panowie, nic więcej do powiedzenia, jak tylko przypomnieć, że chociaż do najżarliwszych wrogów św. Szczepana należał Szaweł, pilnujący szat kamienujących go oprawców, to jednak obaj są ze sobą w zgodzie w niebie. Mam nadzieję, że i my razem tam się zobaczymy”. Tego dnia sąd najwyższy skazał Tomasza na śmierć. Egzekucję wykonano publicznie na jednym z pagórków, otaczających Londyn. Zanim Tomasz położył głowę pod topór kata, powiedział do otaczającego go w milczeniu tłumu: “Módlcie się, abym umarł wierny wierze katolickiej. Aby także król wierny tej wierze umarł”. Kiedy zaś kat zawiązywał mu oczy, prosił go, by swój obowiązek odważnie wypełnił.
    Egzekucja odbyła się 6 lipca 1535 roku. Podobnie jak św. Jana Fishera, tak i głowę św. Tomasza More’a wystawiono na widok publiczny, wbitą na pal na moście Tamizy. Sterczała tam miesiąc, aż ją potem wrzucono do morza. Jednak jego córka, Małgorzata, wydobyła ją i pochowała w krypcie kościoła św. Dunstana w Canterbury. Ciało zaginęło – straż więzienna zakopała je w nieznanym miejscu. Wieść o ohydnym mordzie, dokonanym na Tomaszu, obiegła lotem błyskawicy cały cywilizowany świat, wywołując powszechne oburzenie. Aby jednak nie drażnić Kościoła anglikańskiego, proces kanoniczny św. Tomasza odbył się późno. Do chwały błogosławionych wyniósł go bowiem dopiero papież Leon XIII w roku 1886. Uroczystej kanonizacji dokonał papież Pius XI w 1935 roku. 31 października 2000 roku papież św. Jan Paweł II ogłosił św. Tomasza Morusa patronem mężów stanu i polityków.
    Tomasz pozostawił po sobie szereg pism. Wśród nich największą sławę zdobyła mu Utopia, w której usiłował nakreślić projekt idealnego państwa i systemu społecznego. Cenny jest jego Dialog o pociesze w ciężkiej próbie. Zostawił także poematy łacińskie i piękne listy, pozwalające wejść w głąb jego duszy i rzucające też światło na wypadki publiczne. Jest patronem prawników. O historii konfliktu z królem opowiada znany film “Oto jest głowa zdrajcy”, a także telewizyjny serial “Dynastia Tudorów”.
    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w stroju lorda. Jego atrybuty to czaszka, krzyż, łańcuch.

    Święty Jan Fisher

    Jan Fisher urodził się w 1469 r. w Beverley, w hrabstwie York. Po ukończeniu studiów teologiczno-filozoficznych w Cambridge przyjął święcenia kapłańskie. W Oksfordzie skończył studia prawnicze; tu poznał Małgorzatę Beaufort, matkę króla Henryka VII, i został jej spowiednikiem i kierownikiem duchowym. W 1503 r. objął ufundowaną przez nią katedrę teologii na uniwersytecie Cambridge i od 1504 r. do końca życia był kanclerzem tej uczelni.
    Jako biskup Rochester odznaczał się duchem pokuty oraz gorliwością w obronie wiary katolickiej. Prowadził życie w ubóstwie. Był uczniem Erazma z Rotterdamu. Napisał dzieła przeciwko ówczesnym błędom teologicznym, rozpowszechnianym przez Lutra i jego zwolenników. Stosunki Jana Fishera z królem Henrykiem VIII były początkowo dobre. Ich gwałtowne pogorszenie nastąpiło w 1529 r., kiedy biskup wystąpił w obronie ważności małżeństwa króla z Katarzyną Aragońską.
    Został uwięziony przez króla w 1534 r., gdy odmówił uznania zwierzchnictwa Henryka VIII nad Kościołem w Anglii. Aktywnie przeciwstawiał się małżeństwu króla z Anną Boleyn. Nie złożył wymaganej przez króla przysięgi wierności. W więzieniu został mianowany kardynałem przez papieża Pawła III. Ścięty został z rozkazu królewskiego i w obecności samego króla w dniu 22 czerwca 1535 r. Beatyfikował go w 1886 r. Leon XIII, a kanonizował Pius XI w 1935 r., w 400 lat po jego męczeńskiej śmierci. Jest patronem prawników.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Opolska

    Zobacz także:
      •  Święty Alojzy Gonzaga, zakonnik
      •  Najświętsza Maryja Panna z Góry Iglicznej, Przyczyna naszej radości
      •  Święty Rajmund z Barbastro, biskup
    Wizerunek Matki Bożej Opolskiej
    Cudowny wizerunek Matki Bożej Opolskiej znajduje się w ołtarzu katedry p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego w Opolu. Namalowany został na desce lipowej (129×92 cm) przez nieznanego artystę z kręgu czeskich warsztatów malarskich. Badania historyczne pozwalają określić czas powstania obrazu na koniec wieku XV. Wizerunek przedstawia Madonnę ujętą w półpostaci, z Jezusem na lewym ramieniu. W prawej dłoni Matka Boża trzyma jabłko. Głowę ma lekko schyloną w stronę Syna, który twarzyczką zwraca się ku Matce, a prawą rączkę unosi w geście błogosławieństwa, w lewej zaś ręce trzyma księgę Pisma świętego. Tło obrazu stanowi amarantowe sukno. W XVIII-wiecznej kronice ojców jezuitów, dawnych stróżów sanktuarium, czytamy o obrazie, że “zda się, jakoby ta Matka przedziwna oczyma swymi na każdego patrzy, a choćby i tysiące było przytomnych, każdy z nich sądzi, że Matka Jezusa na niego samego swym macierzyńskim okiem spogląda”.
    Historia opolskiego wizerunku Matki Bożej jest niezwykle bogata. Obraz pochodzi z Piekar, gdzie już w średniowieczu słynął łaskami. W okresie reformacji kościół przeszedł w ręce protestantów i dopiero w 1659 roku został zwrócony katolikom. Ówczesny proboszcz (ks. Jakub Roczkowski) przeniósł obraz do głównego ołtarza. Od tego czasu wzrasta kult tego obrazu. Stąd, gdy w roku 1680 szalała w Pradze zaraza dziesiątkująca ludność, cesarz Leopold I postarał się o sprowadzenie do tego miasta obrazu Matki Bożej Piekarskiej. Obnoszono go w uroczystej procesji po ulicach. Po dwóch tygodniach zaraza zaczęła wygasać, a obraz obdarowany licznymi wotami wrócił triumfalnie do Piekar.
    W roku 1683 ojcowie jezuici przewieźli cudowny obraz do Opola, ponieważ obawiali się zbliżającej się nawały tureckiej. W Piekarach pozostała kopia obrazu, przed którą modlił się Jan III Sobieski, śpiesząc pod Wiedeń z odsieczą. Gdy minęło wspomniane niebezpieczeństwo, obraz wrócił na krótko do Piekar. Już bowiem w 1702 roku przewieziono go ponownie do Opola, obawiając się tym razem Karola XII, króla Szwecji (potop szwedzki). Tym razem pozostał tutaj już na stałe. W Piekarach zaś zaczęła słynąć łaskami umieszczona tam wcześniej kopia obrazu.
    Kult Matki Bożej Opolskiej rozwijał się coraz bardziej, ściągając licznych pielgrzymów nie tylko ze Śląska, lecz również z Czech oraz później zza kordonów polskich zaborów. W 1813 roku przeniesiono obraz z kościoła jezuitów do katedry. Po II wojnie światowej nastąpiło nowe ożywienie kultu. Przed wizerunkiem Maryi Opolskiej kończono wszystkie ważniejsze uroczystości odprawiane w katedrze – m.in. ingresy kolejnych biskupów, obchody narodowe i ogólnokościelne. O kulcie świadczą liczne wota, m.in. srebrna sukienka ofiarowana przez Jana III Sobieskiego, złoty medal – dar papieża Jana XXIII i kielich mszalny – dar Pawła VI.
    21 czerwca 1983 roku, w 500-lecie istnienia wizerunku, w obecności 700 tysięcy pielgrzymów, św. Jan Paweł II dokonał uroczystej koronacji obrazu. Po homilii wygłoszonej na Górze św. Anny, gdzie miała miejsce koronacja, papież powiedział:
    Trzeba sięgnąć do początku owego sześćsetlecia, które w roku ubiegłym i bieżącym gromadzi nas wokół Jasnej Góry. Początek ten zaś znajduje się właśnie tutaj: na Piastowskim Śląsku. Z Wrocławia przybywam na Opolszczyznę, ażeby zatrzymać się na ziemi tego Piasta, z którego imieniem jest związana fundacja Jasnej Góry i darowizna jasnogórskiego obrazu. Jest to Władysław II, książę opolski, zwany powszechnie Opolczykiem. Dokonał swego życia w Opolu, tutaj też spoczywa w podziemiach kościoła franciszkańskiego. W ten sposób dzisiejsza stacja na ziemi opolskiej wpisuje się w papieską pielgrzymkę jasnogórskiego jubileuszu. Stacja ta ma miejsce na Górze Świętej Anny. Na pamiątkę mej obecności na tej ziemi pragnę także dokonać koronacji czcigodnego obrazu Matki Bożej z katedry opolskiej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 czerwca

    Święta Wincenta Geroza, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Benigna, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Jan Gavan, prezbiter i męczennik
    Święta Wincenta Geroza
    Katarzyna (takie imię otrzymała na chrzcie) urodziła się w Lovere (diecezja Brescia we Włoszech) 29 października 1784 roku. Była najstarszą spośród 3 sióstr i 3 braci. Jej rodzicami byli Jan Antoni Gerosa i Jakubowa Macario. Zajmowali się oni garbowaniem i sprzedażą skór, co było wówczas zajęciem większości tamtejszych mieszkańców. Rodzina cieszyła się powszechnym szacunkiem z racji swojej uczciwości, pobożności i miłosierdzia dla ubogich.
    Katarzyna jako najstarsza w rodzeństwie zajmowała się gospodarką domową. Kiedy zachorował jej ojciec, oddała się z całym poświęceniem posłudze względem niego. Na jej rękach ojciec pożegnał świat, niebawem zmarła także matka. Katarzyna miała wówczas 30 lat. Cały ciężar utrzymania domu i rodzeństwa spadł więc na jej barki (1814).
    W tym samym roku do Lombardii weszły wojska austriackie, grabiąc i pustosząc wszystko. Po ich odejściu nastała nędza, głód i epidemie. Tłumy nędzarzy nawiedzały również Lovere, błagając o kawałek chleba. Katarzyna chętnie dzieliła się z potrzebującymi czym tylko mogła. Umiała również zdobyć się na słowa ufności i nadziei w Bogu.
    Prawdziwą ręką Opatrzności Bożej dla potrzebujących był także w owym czasie miejscowy proboszcz, Rustycjan Barboglio. Wystawił on szpital dla chorych i opuszczonych. Do jego obsługi wybrał pobożne dziewczęta swojej parafii, z których utworzył nową rodzinę zakonną sióstr miłosierdzia z Lovere. Do współpracy zaprosił również Katarzynę. Oddała ona ojcowiznę rodzeństwu, a sama wstąpiła do zgromadzenia i tu złożyła śluby, przyjmując imię Wincenta ku czci św. Wincentego a Paulo. Przełożoną dzieła od kilku lat była św. Bartłomieja Capitanio. Oprócz szpitala siostry prowadziły także “oratorium” dla ubogich dziewcząt, wkrótce powstała także szkoła. Wincenta z całym zapałem pomagała współzałożycielce w tej pięknej pracy.
    26 lipca 1833 roku Bartłomieja zmarła w wieku zaledwie 26 lat. Wincenta miała wówczas 49 lat. Została wybrana przełożoną młodej rodziny zakonnej. Najpierw postarała się o ułożenie reguł i regulaminów (1835). Następnie musiała zatroszczyć się o zatwierdzenie tych reguł. Otrzymała je w stosunkowo krótkim czasie w Rzymie (1839) i w Wiedniu (1841), ponieważ Lombardia należała wówczas do Austrii. Za rządów Wincenty młode zgromadzenie otworzyło 23 nowe placówki, w tym 12 szpitali, dwa sierocińce i jeden ośrodek dla nawróconych ze złej drogi dziewcząt. Przyjęła do zgromadzenia 243 siostry.
    Kiedy w maju 1847 roku dotknęła ją ciężka choroba, była pewna, że zbliża się jej ostatni dzień. Z całą przytomnością umysłu wydała ostatnie rozporządzenia, mające na celu zapewnienie dziełu stabilizację i rozwój. Do ostatniej chwili dawała siostrom rady i życzliwe napomnienia. Zmarła 20 czerwca 1847 roku w wieku 63 lat. Jej beatyfikacji dokonał papież Pius XI w roku świętym 1933, a kanonizował ją wraz ze św. Bartłomieją Capitanio również w roku świętym 1950 papież Pius XII. Ciała obu Świętych spoczywają w kościele sióstr miłosierdzia w Lovero tuż przed prezbiterium, w kryształowych trumnach. Leżą zwrócone do siebie głowami.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 czerwca

    Święty Romuald z Camaldoli, opat

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Gerwazy i Protazy
      •  Błogosławiony Tomasz Woodhouse, męczennik
      •  Święta Juliana Falconieri, dziewica
    Święty Romuald z Camaldoli
    Romuald pochodził z Rawenny z możnej rodziny diuków Onesti. Urodził się ok. 951 r. Dla zadośćuczynienia za grzech ojca, który w pojedynku zabił swojego krewnego, miał według podania wstąpić do benedyktynów, którzy mieli swoje opactwo przy kościele św. Apolinarego. Jednak życie wspólne mu nie odpowiadało. Tęsknił za życiem samotnym. Dlatego po trzech latach opuścił ów klasztor. Spragniony doskonalszego skupienia, podjął życie pustelnicze. Wraz ze swym przyjacielem, Marynem, udał się na pogranicze Francji i Hiszpanii i wstąpił do klasztoru benedyktyńskiego w Cuxa. Do nich przyłączyli się wkrótce patrycjusze weneccy: Jan Gradenigo i Jan Morosini. Za zezwoleniem opata, nawiązując do pierwotnej reguły św. Benedykta, zakonnicy ci żyli w oddzielnych domkach, uprawiali ziemię i gromadzili się tylko na wspólny posiłek i pacierze. Po śmierci św. Piotra Orseolo (988) Romuald wraz z towarzyszami, Gradenigo i Marynem, opuścili gościnne opactwo w Cuxa i udali się na Monte Cassino. Stąd rozeszły się ich drogi: Maryno udał się do Apulii, gdzie wkrótce poniósł śmierć męczeńską z rąk Saracenów; Gradenigo założył własny klasztor w pobliżu Monte Cassino; Romuald natomiast wrócił do Rawenny, gdzie w pobliżu opactwa benedyktyńskiego założył sobie pustelnię.
    Wkrótce zaczął zakładać podobne pustelnie w całej Italii. Takich eremów-pustelni Romuald miał założyć kilkanaście. Uczniów i naśladowców nie brakowało. Zgłaszało się ich coraz więcej. Do największej sławy doszły opactwa w Pereum koło Rawenny oraz w Camaldoli (Campo di Maldoli) w Toskanii, od którego zakon otrzymał swoją popularną nazwę “kamedułów”. Godłem zakonu zostały dwa gołąbki, pijące z jednego kielicha – jako symbol połączenia życia wspólnotowego z pustelniczym, ducha anachoreckiego z monastycznym. Do najgłośniejszych uczniów św. Romualda należeli: św. Bruno z Kwerfurtu (Bonifacy), kapelan cesarza Ottona III, św. Benedykt z Benewentu i św. Jan z Wenecji, których św. Bruno zabrał ze sobą do Polski, gdzie też obaj ponieśli śmierć męczeńską (+ 1003), oraz św. Piotr Damiani (+ 1072).
    Romuald zmarł w klasztorze Val di Castro, niedaleko Ankony, 19 czerwca 1027 r., mając 75 lat. Jego relikwie były do roku 1480 własnością tegoż opactwa. Obecnie znajdują się w Fabriano w kościele św. Błażeja, który dotąd jest pod zarządem kamedułów. Eremy kamedulskie składają się z szeregu domków-cel, w których pojedynczo mieszkają mnisi, zbierając się tylko razem na wspólną modlitwę, a kilka razy w roku, w największe święta, na wspólny posiłek i rekreację. Kameduli zachowują prawie stałe milczenie i nie wolno im przyjmować potraw mięsnych. Święty Romuald jest patronem kamedułów.
    W ikonografii św. Romuald przedstawiany jest jako stary człowiek w białym, długim habicie kamedulskim, czasami w stroju opata. Często pokazuje się go, jak we śnie widzi tajemniczą drabinę, sięgającą nieba, po której białe postacie jego duchowych synów opuszczają ziemię. Jego atrybutami są: czaszka, otwarta księga, kij podróżny, laska. Wizerunek św. Romualda widnieje w herbie Suwałk (obok św. Rocha).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 czerwca

    Święta Elżbieta z Schönau, dziewica, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Hosanna z Mantui, dziewica
    Święta Elżbieta z Schönau
    Elżbieta urodziła się około 1129 r. zapewne w niemieckim Bonn. Pochodziła ze znakomitej rodziny. Była jeszcze dzieckiem, kiedy pobożni rodzice ówczesnym zwyczajem oddali ją na naukę i wychowanie do klasztoru benedyktynek w Schönau nad Renem (Hesja w Niemczech). Tu pozostała na zawsze. W roku 1147 jako 18-letnie dziewczę przywdziała welon zakonny, by niedługo potem złożyć śluby. Po 10 latach została wybrana na mistrzynię nowicjatu, a potem na przełożoną.
    W pięć lat po wstąpieniu do klasztoru Elżbieta zapadła na ciężką chorobę, którą znosiła przez 12 lat z heroiczną cierpliwością. Kiedy cierpienia się wzmagały i nie mogła chodzić o własnych siłach, wykorzystywała cenny czas na słodką modlitwę z Bogiem. Obdarzona darem kontemplacji, doznawała objawień Pana Jezusa, Matki Bożej i świętych Pańskich. Obdarzył ją Pan Bóg także darem proroctwa. Jej wizje miały wpływ na mariologię i religijność średniowiecza. Korespondowała ze znaną mistyczką, św. Hildegardą z Bingen, doktorem Kościoła.
    Kiedy Elżbieta umierała 18 czerwca 1164 r., miała 35 lat. Została pochowana w opactwie św. Floryna w Schönau. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał ją w 1584 r. papież Grzegorz XIII. W roku 1632 relikwie Elżbiety zostały w czasie wojny trzydziestoletniej sprofanowane i zniszczone przez protestanckich Szwedów. Zachowała się jedynie szczęśliwie relikwia głowy św. Elżbiety.
    Święta zostawiła po sobie bogatą korespondencję. Naglona nadprzyrodzonymi wizjami, pisała do biskupów w sprawie reformy Kościoła. Jej listy zebrał starannie i opublikował jej brat, Ekbert, który był opatem klasztoru. Jest patronką osób cierpiących na depresję, wzywana w obronie przed pokusami.
    W ikonografii przedstawiana jest w habicie benedyktyńskim jako zakonnica doświadczająca wizji. Jej atrybutem jest: księga, pastorał, krzyż.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 czerwca

    Święty Brat Albert Chmielowski, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święta Alina z Forest, męczennica
      •  Święty Grzegorz Barbarigo, biskup
    Święty Albert Chmielowski
    Adam Chmielowski urodził się 20 sierpnia 1845 r. w Igołomii pod Krakowem. Sześć dni później na chrzcie św. z wody dano mu imiona Adam Bernard. W czasie uroczystego chrztu św. 17 czerwca 1847 roku w warszawskim kościele Matki Bożej na Nowym Mieście dodano jeszcze imię Hilary. Pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej. Jako sześcioletni chłopiec został przez matkę poświęcony Bogu w czasie pielgrzymki do Mogiły. Kiedy miał 8 lat, umarł jego ojciec, sześć lat później zmarła matka.
    Chłopiec kształcił się w szkole kadetów w Petersburgu, następnie w gimnazjum w Warszawie, a w latach 1861-1863 studiował w Instytucie Rolniczo-Leśnym w Puławach. Razem z młodzieżą tej szkoły wziął udział w Powstaniu Styczniowym. 30 września 1863 roku został ciężko ranny w bitwie pod Mełchowem i dostał się do niewoli rosyjskiej. W prymitywnych warunkach polowych, bez środków znieczulających amputowano mu nogę, co zniósł niezwykle mężnie. Miał wtedy 18 lat.
    Przez pewien czas przebywał w więzieniu w Ołomuńcu, skąd został zwolniony dzięki interwencji rodziny. Aby uniknąć represji władz carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie, potem przeniósł się do Belgii i studiował inżynierię w Gandawie, lecz powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Monachium. Wszędzie, gdzie przebywał, wyróżniał się postawą chrześcijańską, a jego silna osobowość wywierała duży wpływ na otoczenie. Po ogłoszeniu amnestii w 1874 r. powrócił do kraju. Zaczął poszukiwać nowego ideału życia, czego wyrazem stało się jego malarstwo. Oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz czerpać natchnienie z tematów religijnych.

    Obraz Ecce Homo autorstwa św. Brata Alberta Chmielowskiego

    Jeden z jego najlepszych obrazów Ecce Homo jest owocem głębokiego przeżycia tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do człowieka (obraz ten znajduje się obecnie w ołtarzu sanktuarium Brata Alberta w Krakowie przy ulicy Woronicza 10). Religijne obrazy Adama Chmielowskiego przyniosły mu miano “polskiego Fra Angelico”. Bez wątpienia duże znaczenie w życiu duchowym Adama Chmielowskiego miały rekolekcje, które odbył u jezuitów w Tarnopolu.
    W 1880 r. nastąpił duchowy zwrot w jego życiu. Będąc w pełni sił twórczych porzucił malarstwo i liczne kontakty towarzyskie i mając 35 lat wstąpił do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi z zamiarem pozostania bratem zakonnym. Po pół roku, w stanie silnej depresji, opuścił nowicjat. Do stycznia 1882 roku leczył się w zakładzie dla nerwowo chorych w Kulparkowie koło Lwowa. Następnie przebywał u swojego brata na Podolu, gdzie w atmosferze spokoju i miłości powrócił całkowicie do równowagi psychicznej. Zafascynowała go duchowość św. Franciszka z Asyżu, zapoznał się z regułą III zakonu i rozpoczął działalność tercjarską, którą pragnął upowszechnić wśród podolskich chłopów. Wkrótce ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola.
    W 1884 r. przeniósł się do Krakowa i zatrzymał się przy klasztorze kapucynów. Pieniędzmi ze sprzedaży swoich obrazów wspomagał najbiedniejszych. Jego pracownia malarska stała się przytuliskiem. Tutaj zajmował się nędzarzami i bezdomnymi, widząc w ich twarzach sponiewierane oblicze Chrystusa. Poznał warunki życia ludzi w tzw. ogrzewalniach miejskich Krakowa. Był to kolejny moment przełomowy w życiu zdolnego i cenionego malarza. Z miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych. Przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty, pomagać im w dźwiganiu się z nędzy nie tylko materialnej, ale i moralnej.
    25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert. Dokładnie rok później złożył śluby tercjarza na ręce kard. Albina Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu św. Franciszka Posługujących Ubogim, zwanego popularnie “albertynami”. Przejęło ono od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla mężczyzn przy ulicy Piekarskiej w Krakowie. W niecały rok później brat Albert wziął również pod swoją opiekę ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi kierowała siostra Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem “albertynek”.
    Formacja dla kandydatów i kandydatek do obu zgromadzeń organizowana była w domach pustelniczych; najbardziej znanym stała się tzw. samotnia na Kalatówkach pod Zakopanem. Nowicjat był surowy, aby zawczasu z życia w tych zgromadzeniach mogły wycofać się osoby słabsze. Do trudnej pracy potrzeba bowiem było ludzi wyjątkowo zahartowanych zarówno fizycznie, jak i moralnie. Przytuliska znajdujące się pod opieką albertynów i albertynek były otwarte dla wszystkich potrzebujących, bez względu na narodowość czy wyznanie, zapewniano pomoc materialną i moralną, stwarzano chętnym możliwości pracy i samodzielnego zdobywania środków utrzymania.
    Albert był człowiekiem rozmodlonym, pokutnikiem. Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego kalectwa wiele podróżował, zakładał nowe przytuliska, sierocińce dla dzieci i młodzieży, domy dla starców i nieuleczalnie chorych oraz tzw. kuchnie ludowe. Za jego życia powstało 21 takich domów, gdzie potrzebujący otaczani byli opieką 40 braci i 120 sióstr. Przykładem swego życia Brat Albert uczył współbraci i współsiostry, że trzeba być “dobrym jak chleb”. Zalecał też przestrzeganie krańcowego ubóstwa, które od wielu lat było również jego udziałem.
    Zmarł w opinii świętości, wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia w przytułku, który założył dla mężczyzn, 25 grudnia 1916 r. w Krakowie. Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim 28 grudnia 1916 roku stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej. Św. Jan Paweł II beatyfikował go 22 czerwca 1983 r. na Błoniach krakowskich, a kanonizował 12 listopada 1989 r. w Watykanie. Jest patronem zakonów albertynek i albertynów, a w Polsce także artystów plastyków.
    Postacią brata Alberta, artysty, który porzucił sztukę dla służby Bogu, był zafascynowany Karol Wojtyła już w latach swojej młodości. Tej postaci poświęcił dramat “Brat naszego Boga”, napisany w latach 1944-1950. Sztukę zaczęto wystawiać w polskich teatrach zaraz po wyborze kard. Wojtyły na papieża. W 1997 r. na jej podstawie powstał film w reżyserii Krzysztofa Zanussiego pod tym samym tytułem.
    W ikonografii św. Albert przedstawiany jest w szarobrązowym płaszczu zakonnym. Ramieniem otacza ubogiego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 czerwca

    Błogosławiona Florida Cevoli, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Benon, biskup
      •  Święta Lutgarda, dziewica
      •  Święty Jan Franciszek Régis, prezbiter
    Błogosławiona Florida Cevoli
    Lukrecja Helena Cevoli urodziła się 11 listopada 1685 r. w Pizie (Włochy) w rodzinie hrabiowskiej. Naukę podjęła w szkole w rodzinnym mieście. W wieku 18 lat wstąpiła w Citta di Castello do klarysek-kapucynek. Otrzymała wówczas imię Floryda. Jej mistrzynią w czasie nowicjatu była św. Weronika Giuliani (+ 1727).
    W zakonie Floryda doświadczyła wyjątkowych przeżyć mistycznych. Pracowała w kuchni i infirmerii, pełniąc proste obowiązki. Z czasem została asystentką św. Weroniki, a po jej śmierci w 1727 r. wybrano ją ksienią. Urząd ten pełniła do śmierci. Pozostawiła też liczne poruszające pisma, w których przekazała opis swoich przeżyć duchowych. W klasztorze i poza nim była poszukiwaną doradczynią i przewodniczką w sprawach duchowych. Gdy w 1758 r. w mieście wybuchły zamieszki po śmierci papieża Benedykta XIV, poproszono ją o interwencję.
    Zmarła 12 czerwca 1767 r. w Citta di Castello i została pochowana w kościele klasztornym. Po dziś dzień istnieje tam jej bardzo silny kult. 16 maja 1993 r. została ogłoszona błogosławioną.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    15 czerwca

    Święty Bernard z Menthon, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Jolenta, księżna, zakonnica
      •  Święty Wit, męczennik
      •  Święta Maria Michalina od Najświętszego Sakramentu, dziewica
    Święty Bernard z Menthon
    Bernard (nazywany Bernardem z Menthon, z Aosty lub z Mont-Joux) urodził się około roku 996 w Menthon w Sabaudii (południowo-wschodnia Francja), w rodzinie szlacheckiej. Był krewnym burgundzkiej królowej Ermengardy. Po studiach w Paryżu, gdzie zgłębiał filozofię i prawo, przybył do doliny Aosty w diecezji Novara (Piemont w północno-zachodnich Włoszech). Był archidiakonem. Podejmował działalność charytatywną wśród górali oraz pielgrzymów. W Alpach założył dwa schroniska na przełęczach, zwane od jego imienia Wielkim i Małym Bernardem (około roku 1050). Schroniska w tych niebezpiecznych miejscach służyły przedostającym się przez Alpy w pobliżu Mont Joux podróżnym, wśród których było wielu pielgrzymów. Zakonnicy otoczyli wędrowców opieką. Pomagały im specjalnie szkolone psy, nazwane od opiekunów bernardynami.
    Wiosną 1081 r. Bernard udał się do Pawii, by podjąć się mediacji między cesarzem Henrykiem IV a papieżem Grzegorzem VII. W drodze powrotnej zmarł w Novara 15 czerwca 1081 r. Jego relikwie spoczywają w katedrze w Novara. Jest patronem alpinistów i górali alpejskich, turystów, narciarzy i ratowników górskich.
    Czczony był w Piemoncie już w XII w. Został ogłoszony świętym w 1123 r. przez biskupa Ryszarda z Novary. Oficjalnie do martyrologium rzymskiego wpisał go papież Innocenty XI w 1681 r. Pius XI w roku 1923 wydał list apostolski o kulcie św. Bernarda.
    W ikonografii przedstawia się św. Bernarda w habicie benedyktyńskim. Jego atrybutami są: krzyż w kształcie laski, laska alpejska, pies bernardyński, narty, toporek, szatan w łańcuchach lub o czterech głowach.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 czerwca

    Błogosławiony Michał Kozal, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Metody Wyznawca, patriarcha
      •  Błogosławiony Gerard z Clairvaux, mnich
      •  Elizeusz, prorok
    Błogosławiony Michał Kozal
    Michał Kozal urodził się 25 września 1893 r. w Nowym Folwarku pod Krotoszynem. Był synem Jana, oficjalisty dworskiego, i Marianny z Płaczków. Po ukończeniu szkoły podstawowej, a później gimnazjum w Krotoszynie, wstąpił w 1914 roku do seminarium duchownego w Poznaniu, gdzie ukończył tzw. kurs teoretyczny. Ostatni rok studiów, zwany praktycznym, ukończył w Gnieźnie. Tam też otrzymał święcenia kapłańskie w dniu 23 lutego 1918 roku. Planował, że podejmie studia specjalistyczne, ale po nagłej śmierci ojca musiał zapewnić utrzymanie matce i siostrze. Był wikariuszem w różnych parafiach. Odznaczał się gorliwością w prowadzeniu katechizacji, wiele godzin spędzał w konfesjonale, z radością głosił Słowo Boże, dużo się modlił. Był wyrozumiały, uczynny i miłosierny wobec wiernych.
    W uznaniu dla jego gorliwej posługi kapłańskiej i wiedzy zdobytej dzięki samokształceniu, kardynał August Hlond mianował go w 1927 ojcem duchownym seminarium w Gnieźnie. Okazał się doskonałym przewodnikiem sumień przyszłych kapłanów. Alumni powszechnie uważali go za świętego męża. Dwa lata później został powołany na stanowisko rektora seminarium. Obowiązki pełnił do roku 1939, kiedy Pius XI mianował go biskupem pomocniczym diecezji włocławskiej i biskupem tytularnym Lappy (na Krecie). Konsekrację biskupią otrzymał 13 sierpnia 1939 roku z rąk księdza biskupa Karola Radońskiego w katedrze włocławskiej.
    We wrześniu 1939 roku nie opuścił swojej diecezji, którą zarządzał po wyjeździe z kraju biskupa diecezjalnego. Jego nieustraszona, pełna poświęcenia postawa stała się wzorem zarówno dla duchowieństwa, jak i dla ludzi świeckich. Niemcy aresztowali go 7 listopada 1939 roku. Najpierw wraz z alumnami seminarium i kapłanami został osadzony w więzieniu we Włocławku. Od stycznia 1940 r. do 3 kwietnia 1941 r. internowano go w klasztorze księży salezjanów w Lądzie nad Wartą. Po wywiezieniu z Lądu, więziony był w obozach w Inowrocławiu, Poznaniu, Berlinie, Halle, Weimarze i Norymberdze. Wszędzie ze względu na swoją niezłomną postawę, rozmodlenie i gorliwość kapłańską doznawał szczególnych upokorzeń i prześladowań.
    Od lipca 1941 roku był więźniem obozu w Dachau, gdzie tak jak inni kapłani pracował ponad siły. Doświadczał tu wyrafinowanych szykan, ciesząc się w duchu, że “stał się godnym cierpieć zelżywości dla imienia Jezusowego”. Chociaż sam był głodny i nieraz opuszczały go siły, dzielił się swoimi racjami żywnościowymi ze słabszymi od siebie, potrafił oddać ostatni kęs chleba klerykom. Odważnie niósł posługę duchową chorym i umierającym, a zwłaszcza kapłanom. W styczniu 1943 roku ciężko zachorował na tyfus; gdy był już zupełnie wycieńczony, przeniesiono go na osobny “rewir”.
    26 stycznia 1943 roku został uśmiercony zastrzykiem z fenolu. Umarł w zjednoczeniu z Chrystusem ukrzyżowanym. Mimo prób ocalenia jego ciała przez więźniów, zostało ono spalone w krematorium. Po bohaterskiej śmierci sława świętości biskupa Kozala utrwaliła się wśród duchowieństwa i wiernych, którzy prosili Boga o łaski za jego wstawiennictwem. Zaraz po wojnie zaczęto zabiegać o beatyfikację. Św. Jan Paweł II podczas uroczystej Mszy świętej 14 czerwca 1987 roku w Warszawie przed Pałacem Kultury i Nauki – zamykającej II Krajowy Kongres Eucharystyczny – dokonał beatyfikacji biskupa Michała Kozala. Papież powiedział w homilii: “Tę miłość, którą Chrystus mu objawił, biskup Kozal przyjął w całej pełni jej wymagań. Nie cofnął się nawet przed tym najtrudniejszym: «Miłujcie waszych nieprzyjaciół» (Mt 5, 44). Niech będzie jednym jeszcze patronem naszych trudnych czasów, pełnych napięcia, nieprzyjaźni i konfliktów. Niech będzie wobec współczesnych i przyszłych pokoleń świadkiem tego, jak wielka jest moc łaski Pana naszego Jezusa Chrystusa – Tego, który «do końca umiłował»”.
    W ikonografii bł. Michał przedstawiany jest w stroju biskupim lub w pasiaku więziennym. Jego atrybutami są: mitra, fioletowy trójkąt i numer obozowy 24544.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    13 czerwca

    Święty Antoni z Padwy,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Święty Antoni z Padwy
    Ferdynand Bulonne urodził się w Lizbonie w 1195 r. Pomiędzy 15. a 20. rokiem życia wstąpił do Kanoników Regularnych św. Augustyna, którzy mieli swój klasztor na przedmieściu Lizbony. Spędził tam dwa lata, po czym przeniósł się do klasztoru w Coimbrze, które to miasto, obok Lizbony, było drugim, najważniejszym ośrodkiem życia religijnego i kulturalnego kraju. Tam zdobył gruntowne wykształcenie teologiczne i w roku 1219 otrzymał święcenia kapłańskie.
    W rok potem Ferdynand był świadkiem pogrzebu pięciu franciszkanów zamordowanych przez mahometan w Maroko. Przy tej okazji po raz pierwszy usłyszał o duchowych synach św. Franciszka z Asyżu i natychmiast wstąpił do nich w Olivanez, gdzie osiedlili się przy kościółku św. Antoniego Pustelnika. Z tej okazji Ferdynand zmienił swoje imię na Antoni. Zapalony duchem męczeńskiej ofiary, postanowił udać się do Afryki, by tam oddać swoje życie dla Chrystusa. Jednak plany Boże były inne. Antoni zachorował śmiertelnie i musiał wracać do ojczyzny. Jednakże na Morzu Śródziemnym zastała go burza i zapędziła jego statek na Sycylię. W roku 1221 odbywała się w Asyżu kapituła generalna nowego zakonu. Antoni udał się tam i spotkał się ze św. Franciszkiem (+ 1226). Po skończonej kapitule oddał się pod władzę brata Gracjana, prowincjała Emilii i Romanii, który mu wyznaczył erem w Montepaolo w pobliżu Forli. Czas tam spędzony Antoni wykorzystał na pogłębienie życia wewnętrznego i dla swoich studiów. Ze szczególnym zamiłowaniem zagłębiał się w Pismo święte. Równocześnie udzielał pomocy duszpasterskiej i kaznodziejskiej. Sława jego kazań dotarła niebawem do brata Eliasza, następcy św. Franciszka. Ten ustanowił go generalnym kaznodzieją zakonu.
    Odtąd Antoni przemierzał miasta i wioski, nawołując do poprawy życia i pokuty. Dar wymowy, jego niezwykle obrazowy i plastyczny język, ascetyczna postawa, żar i towarzyszące mu cuda gromadziły przy nim tak wielkie tłumy, że musiał głosić kazania na placach, gdyż żaden kościół nie mógł pomieścić słuchaczy. W latach 1225-1227 udał się z kazaniami do południowej Francji, gdzie z całą mocą zwalczał szerzącą się tam herezję katarów (albigensów). Kiedy powrócił do Italii, na kapitule generalnej został wybrany ministrem (prowincjałem) Emilii i Mediolanu. W tym czasie napisał Kazania niedzielne. W roku 1228 udał się do Rzymu, by załatwić pilne sprawy swojej prowincji. Z tej okazji papież Grzegorz IX zaprosił go z okolicznościowym kazaniem. Wywarło ono na papieżu tak silne wrażenie, że nazwał Antoniego “Arką Testamentu”. Papież polecił mu wówczas, by wygłaszał kazania do tłumów pielgrzymów, którzy przybywali do Rzymu. Na prośbę kardynała Ostii Antoni napisał Kazania na święta. Wygłosił tam także kazania wielkopostne.
    Po powrocie do swojej prowincji udał się do Werony, gdzie władcą był znany z okrucieństw i tyranii książę Ezelin III. Był on zwolennikiem cesarza i w sposób szczególnie okrutny mścił się na zwolennikach papieża. Do niego wtedy należała także Padwa. Antoni wiedział, że naraża własne życie, miał jednak odwagę powiedzieć władcy prawdę. Ku zdumieniu wszystkich tyran nie śmiał go tknąć i wypuścił cało.

    Święty Antoni z Padwy

    Antoni obdarzony był wieloma charyzmatami – miał dar bilokacji, czytania w ludzkich sumieniach, proroctwa. Wykładał filozofię na uniwersytecie w Bolonii. W roku 1230 na kapitule generalnej zrzekł się urzędu prowincjała (ministra) i udał się do Padwy. Był zupełnie wycieńczony, zachorował na wodną puchlinę. Opadając z sił, zatrzymał się w klasztorku w Arcella, gdzie przy śpiewie O gloriosa Virginum wieczorem w piątek, 13 czerwca 1231 roku, oddał Bogu ducha mając zaledwie 36 lat.
    Jego pogrzeb był wielką manifestacją. Pochowano go w Padwie w kościółku Matki Bożej. W niecały rok później, 30 maja 1232 roku, papież Grzegorz IX zaliczył go w poczet świętych. O tak rychłej kanonizacji zadecydowały rozliczne cuda i łaski, jakich wierni doznawali na grobie św. Antoniego. Komisja papieska stwierdziła w tak krótkim czasie 5 uzdrowień z paraliżu, 7 wypadków przywrócenia niewidomym wzroku, 3 głuchym słuchu, 2 niemym mowy, uzdrowienie 2 epileptyków i 2 wypadki wskrzeszenia umarłych. Kult św. Antoniego rozszedł się po całym świecie bardzo szybko. Grzegorz IX bullą Cum iudicat w 1233 roku wyznaczył dzień jego dorocznej pamiątki na 13 czerwca. Sykstus V w 1586 r. włączył jego święto do kalendarza powszechnego Kościoła. Na życzenie króla Hiszpanii Filipa V Innocenty XIII w roku 1722 ustanowił 13 czerwca świętem dla całej Hiszpanii i podległej jej wówczas Ameryki Południowej. W Padwie zainicjowano praktykę czczenia w każdy piątek śmierci św. Antoniego i we wtorek jego pogrzebu. W 1946 r. Pius XII ogłosił go doktorem Kościoła.
    Św. Antoni Padewski jest patronem zakonów: franciszkanów, antoninek oraz wielu bractw; Padwy, Lizbony, Padeborn, Splitu; dzieci, górników, małżeństw, narzeczonych, położnic, ubogich, podróżnych, ludzi i rzeczy zaginionych. Na miejscu grobu św. Antoniego – Il Santo – wznosi się potężna bazylika, jedno z najbardziej popularnych sanktuariów w Europie. Przeprowadzone w 1981 r. badania szczątków Świętego ustaliły, że miał 190 cm wzrostu, pociągłą twarz i ciemnobrązowe włosy. Na kolanach wykryto cienkie pęknięcia, spowodowane zapewne długim klęczeniem.
    W ikonografii św. Antoni przedstawiany jest w habicie franciszkańskim; nieraz głosi kazanie, czasami trzyma Dziecię Jezus, które mu się według legendy ukazało (podobnie jedynie legendą jest jego kazanie do ryb czy zniewolenie muła, żeby oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi, by w ten sposób zawstydzić heretyka). Jego atrybutami są: księga, lilia, serce, ogień – symbol gorliwości, bochen chleba, osioł, ryba.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Św. Antoni z Padwy

    Katecheza podczas audiencji generalnej 10.02.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Dwa tygodnie temu przedstawiłem postać św. Franciszka z Asyżu. Dziś chciałbym omówić postać innego świętego, który należy do pierwszego pokolenia braci mniejszych: Antoniego z Padwy lub — jak również jest nazywany — z Lizbony, bo w tym mieście się urodził. Jest to jeden z najbardziej popularnych świętych w całym Kościele katolickim, czczony nie tylko w Padwie, gdzie została wzniesiona wspaniała bazylika, w której są przechowywane jego śmiertelne szczątki, ale w całym świecie. Wierni otaczają miłością obrazy i figury przedstawiające go z lilią, symbolem czystości, albo z Dzieciątkiem Jezus na ręku — na pamiątkę cudownego objawienia, o którym mówią pewne źródła pisane.

    Antoni przyczynił się znacznie do rozwoju duchowości franciszkańskiej dzięki swojej wyjątkowej inteligencji, równowadze, gorliwości apostolskiej, a głównie mistycznej żarliwości.

    Urodził się w Lizbonie w rodzinie szlacheckiej ok. 1195 r. Na chrzcie otrzymał imię Fernando. Wstąpił do zakonu kanoników żyjących według reguły monastycznej św. Augustyna, przebywał najpierw w klasztorze św. Wincentego w Lizbonie, a następnie Świętego Krzyża w Coimbrze, słynnym portugalskim ośrodku kulturalnym. Z zainteresowaniem i zaangażowaniem oddawał się studiowaniu Biblii oraz ojców Kościoła, zdobywając wiedzę teologiczną, którą wykorzystał w nauczaniu i przepowiadaniu Słowa. W Coimbrze miało miejsce wydarzenie, które wywarło decydujący wpływ na jego życie: w 1220 r. wystawiono tam relikwie pierwszych pięciu misjonarzy franciszkańskich, którzy udali się do Maroka i ponieśli śmierć męczeńską. Na młodym Fernandzie fakt ten wywarł tak silne wrażenie, że zapragnął pójść w ich ślady na drodze doskonałości chrześcijańskiej. Poprosił wówczas o pozwolenie na opuszczenie kanoników augustiańskich, by wstąpić do braci mniejszych. Jego prośba została spełniona, przyjął imię Antoni i wyruszył w podróż do Maroka, ale Opatrzność Boża rozporządziła inaczej. Zachorował i musiał wrócić do Włoch. W 1221 r. uczestniczył w wielkiej «kapitule namiotów» w Asyżu, gdzie spotkał się także ze św. Franciszkiem. Następnie przez pewien czas przebywał w całkowitym ukryciu w klasztorze w pobliżu Forlě w północnych Włoszech, gdzie Pan powołał go do innej misji. Gdy zbiegiem okoliczności poproszono go o wygłoszenie kazania z okazji święceń kapłańskich, wykazał się taką wiedzą i elokwencją, że przełożeni polecili mu zająć się kaznodziejstwem. Działalność apostolska, jaką rozpoczął wówczas we Włoszech i Francji, była tak intensywna i skuteczna, że powróciło do Kościoła wiele osób, które od niego przedtem się oddaliły. Antoni był także jeśli nie pierwszym, to jednym z pierwszych nauczycieli teologii zakonu braci mniejszych. Zaczął nauczać w Bolonii z błogosławieństwem św. Franciszka, który w uznaniu cnót Antoniego wysłał mu krótki list, rozpoczynający się od słów: «Chcę, byś nauczał braci teologii». Antoni stworzył podstawy teologii franciszkańskiej, którą rozwijali następnie inni wybitni myśliciele, a osiągnęła ona najwyższe szczyty w św. Bonawenturze z Bagnoregio i bł. Dunsie Szkocie.

    Po wyborze na przełożonego prowincji braci mniejszych we Włoszech nadal pełnił posługę kaznodziei, łącząc ją ze sprawowaniem nowego urzędu. Po złożeniu urzędu prowincjała zamieszkał pod Padwą, którą znał z poprzednich pobytów. Niespełna rok później, 14 czerwca 1231 r., zmarł w pobliżu tego miasta. Padwa, która za życia przyjęła go serdecznie i z czcią, nadal otacza go miłością i nabożeństwem. Papież Grzegorz ix, który po wysłuchaniu jego kazania nazwał go «Arką Testamentu», kanonizował go w 1232 r., rok po śmierci, również dzięki licznym cudom, do jakich doszło za jego wstawiennictwem.

    W ostatnim okresie swego życia Antoni napisał dwa cykle «Kazań», zatytułowanych Kazania niedzielne (Sermones dominicales) oraz Kazania o Świętych (Sermones in solemnitatibus seu sanctorales), przeznaczone dla kaznodziejów oraz dla wykładowców studiów teologicznych zakonu franciszkańskiego. W Kazaniach tych komentuje fragmenty Pisma Świętego przedstawiane w liturgii, posługując się patrystyczno-średniowieczną interpretacją czterech znaczeń: literackiego bądź historycznego, alegorycznego bądź chrystologicznego, tropologicznego bądź moralnego oraz anagogicznego, które ukazuje (jako cel) życie wieczne. Dzisiaj odkrywamy na nowo, że owe znaczenia są wymiarami jedynego znaczenia Pisma Świętego i że słuszna jest interpretacja Pisma Świętego poprzez badanie czterech wymiarów jego słowa. Kazania św. Antoniego są tekstami teologiczno-homiletycznymi, odzwierciedlającymi żywe przepowiadanie, w którym św. Antoni przedstawia autentyczną drogę życia chrześcijańskiego. Kazania zawierają takie bogactwo nauki duchowej, że czcigodny papież Pius xii w 1946 r. ogłosił Antoniego doktorem Kościoła, nadając mu tytuł doctor evangelicus, ponieważ pisma te ukazują świeżość i piękno Ewangelii; jeszcze dzisiaj możemy je czytać z wielkim pożytkiem duchowym.

    Kazaniach św. Antoni mówi o modlitwie jako związku miłosnym, w którym człowiek pragnie ze słodyczą rozmawiać z Panem, a to rodzi niewymowną radość, która łagodnie ogarnia modlącą się duszę. Antoni przypomina nam, że do modlitwy potrzebna jest cisza, której nie należy utożsamiać z odcięciem się od zewnętrznych hałasów, lecz stanowi wewnętrzne doświadczenie, w którym przez usunięcie tego, co rodzą troski duszy i co rozprasza, dąży się do uzyskania ciszy w samej duszy. Zgodnie z nauczaniem tego wybitnego doktora franciszkańskiego, na modlitwę składają się cztery nieodzowne postawy, które łacina Antoniego definiuje w następujący sposób: obsecratio, oratio, postulatio, gratiarum actio. Można by je przetłumaczyć następująco: ufne otwarcie serca przed Bogiem, to pierwszy krok — nie wystarczy po prostu pojąć Słowo, ale w modlitwie trzeba otworzyć serce na obecność Boga; następnie powinienem rozmawiać z Nim serdecznie, dostrzegając Jego obecność we mnie; a następnie — co jest rzeczą bardzo naturalną — należy przedstawić Mu nasze potrzeby; w końcu wielbić Go i Mu dziękować.

    W tej nauce św. Antoniego o modlitwie dostrzegamy jeden z charakterystycznych rysów teologii franciszkańskiej, której był twórcą: ważną rolę odgrywa w niej miłość Boża, która przenika sferę uczuć, woli, serca i jest również źródłem duchowego poznania, przewyższającego wszystkie inne. Miłując bowiem, poznajemy.

    Pisze Antoni: «Miłość jest duszą wiary, czyni ją żywą; bez miłości wiara umiera» (Sermones dominicales et festivi II, Messaggero, Padova 1979, s. 37).

    Jedynie dusza, która się modli, może czynić postępy w życiu duchowym: oto ulubiony temat kazań św. Antoniego. Zna on dobrze ułomności ludzkiej natury, naszą podatność na grzech, dlatego nieustannie nawołuje do walki ze skłonnościami do chciwości, pychy, nieczystości i do praktykowania cnót ubóstwa i ofiarności, pokory i posłuszeństwa oraz czystości. Na początku xiii w., gdy rozwijały się miasta i rozkwitał handel, wzrastała też liczba osób niewrażliwych na potrzeby bliźnich. Z tego powodu Antoni wielokrotnie napominał wiernych, by myśleli o prawdziwym bogactwie, bogactwie serca, które sprawiając, że człowiek staje się dobry i sprawiedliwy, pozwala gromadzić to, co jest skarbem w niebie. «O bogacze — wzywa — stańcie się przyjaciółmi (…) biednych, przyjmijcie ich do swoich domów: to oni, ubodzy, przyjmą was później do wiecznych mieszkań, gdzie panuje pokój ze swoim pięknem, ufność i bezpieczeństwo, obfitość i spokój wiecznej sytości» (tamże, s. 29).

    Drodzy przyjaciele, czyż nie jest to bardzo ważne nauczanie również dzisiaj, kiedy kryzys finansowy i głębokie nierówności ekonomiczne powodują zubożenie wielu osób, co prowadzi do nędzy? W mojej encyklice Caritas in veritate przypominam: «Ekonomia (…) potrzebuje etyki dla swego poprawnego funkcjonowania; nie jakiejkolwiek etyki, lecz etyki przyjaznej osobie» (n. 45).

    Dla Antoniego, ucznia Franciszka, w centrum życia i myśli, działalności i przepowiadania jest zawsze Chrystus. Jest to drugi typowy rys teologii franciszkańskiej — chrystocentryzm. Z zapałem kontempluje ona i zachęca do kontemplowania tajemnic człowieczeństwa Pana, Jezusa Człowieka, a szczególnie tajemnicy narodzenia, Boga, który stał się Dziecięciem, oddał się w nasze ręce: tajemnicy budzącej miłość do Boga i wdzięczność za Jego dobroć.

    Boże Narodzenie, główny moment w dziejach miłości Chrystusa do ludzkości, z jednej strony, ale także wizja Ukrzyżowanego budzą w Antonim wdzięczność wobec Boga oraz szacunek dla godności osoby ludzkiej, wszyscy bowiem, wierzący i niewierzący, mogą odnaleźć w Ukrzyżowanym i Jego obrazie sens, który wzbogaca życie. Pisze św. Antoni: «Chrystus, który jest twoim życiem, wisi przed tobą, byś patrzył w krzyż jak w zwierciadło. Tam możesz poznać, jak śmiertelne były twoje rany, których żadne lekarstwo nie mogło uleczyć, a tylko krew Syna Bożego. Jeśli popatrzysz dobrze, będziesz sobie mógł zdać sprawę, jak wielka jest twoja ludzka godność i wartość. (…) W żadnym innym miejscu człowiek nie może sobie lepiej zdać sprawy ze swojej wartości niż w zwierciadle krzyża» (Sermones dominicales et festivi III, Messaggero, Padova 1979, ss. 213-214).

    Rozważając te słowa, możemy lepiej zrozumieć, jak ważny jest obraz Ukrzyżowanego w naszej kulturze, w naszym humanizmie, zrodzonym z wiary chrześcijańskiej. Właśnie wtedy, gdy patrzymy na krzyż, widzimy — jak mówi św. Antoni — wielkość godności ludzkiej i wartości człowieka. W żaden inny sposób nie można zrozumieć, ile wart jest człowiek, ponieważ to właśnie Bóg sprawia, że jesteśmy tacy ważni, widzi, że jesteśmy tak ważni, że zasługujemy na Jego cierpienie. Tym samym cała godność ludzka widoczna jest w zwierciadle Ukrzyżowanego, a z patrzenia na Niego zawsze rodzi się uznanie ludzkiej godności.

    Drodzy przyjaciele, oby św. Antoni z Padwy, tak bardzo czczony przez wiernych, wstawiał się za całym Kościołem, a zwłaszcza za tymi, którzy oddają się kaznodziejstwu. Prośmy Pana, aby pomógł nam nauczyć się nieco tej sztuki od św. Antoniego. Niech kaznodzieje, natchnieni jego przykładem, starają się łączyć rzetelną i zdrową naukę, szczerą i żarliwą pobożność ze skutecznym przekazem. W tym Roku Kapłańskim módlmy się, aby kapłani i diakoni skrupulatnie pełnili tę posługę głoszenia i przybliżania Słowa Bożego wiernym, zwłaszcza poprzez homilie wygłaszane podczas liturgii. Niech skutecznie ukazują one odwieczne piękno Chrystusa, jak zaleca Antoni: «Jeśli głosisz Jezusa, On przemienia twarde serca; jeśli Go wzywasz, osładza gorzkie pokusy; jeśli o Nim myślisz, oświeca ci serce; jeśli Go czytasz, syci twój umysł» (Sermones dominicales et festivi III, s. 59).

    do Polaków:

    Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Drodzy pielgrzymi polscy. Jutro, we wspomnienie liturgiczne Matki Bożej z Lourdes, będziemy obchodzili Światowy Dzień Chorego. Opiece Maryi polecamy wszystkich chorych i tych, którzy niosą im ulgę w cierpieniu. Niech nasi bracia obarczeni krzyżem choroby i niemocy znajdują otuchę w krzyżu Chrystusa. Modląc się za nich, z serca im błogosławię, jak również wam tu obecnym i waszym bliskim.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 5/2010/Opoka.pl

    ***

    Louis Coüette

    ŚWIĘTY ANTONI Z PADWY

    Święty znany jako Antoni z Padwy, nie miał na imię Antoni i nie urodził się w Padwie. Najczęściej jest on wzywany do pomocy w przypadkach zagubienia jakiegoś przedmiotu, co wydatnie ogranicza pole jego możliwości. Przypomnijmy więc fakty i sprostujmy błędne przekonania, związane z jego osobą.

    Św. Antoni pracował niestrudzenie i odznaczał się niezwykłą pamięcią. Znał on Biblię tak doskonale, że mówiono o nim: „Gdyby wszystkie święte Pisma uległy zniszczeniu, Antoni mógłby podyktować je sekretarzowi, aby w ten sposób zostały odtworzone”.

    Trudno zliczyć cuda, jakie towarzyszyły jego krótkiemu życiu (zmarł, mając zaledwie 36 lat). Został kanonizowany w niespełna rok po swojej śmierci, natomiast w 1946 roku, papież Pius XII ogłosił go doktorem Kościoła, nadając mu przydomek „Doctor Evangelicus”.

    FERDYNAND Z LIZBONY

    Ferdynand (Fernando) urodził się w Lizbonie. Jako najbardziej prawdopodobną datę jego urodzin przyjmuje się 15 sierpnia 1195 r. Nie znamy nazwiska jego rodziców. Wiemy jedynie, że ojciec miał na imię Marcin, a matka – Maria Teresa. O wczesnym dzieciństwie Ferdynanda nie wiadomo praktycznie nic, poza tym, że do 1210 roku uczęszczał do szkoły przykatedralnej, był nadzwyczaj religijnym chłopcem i żywił głębokie nabożeństwo do Matki Bożej.

    Książę ciemności, zgadując, że Ferdynand będzie w przyszłości wielkim świętym, bardzo wcześnie zaczął manifestować swoją obecność. Pewnego dnia, gdy młody człowiek modlił się w katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, lampka płonąca przed ołtarzem nagle zgasła i wnętrze świątyni pogrążyło się w mroku. Domyślając się, że chodzi o podstęp szatana, Ferdynand nakreślił palcem na marmurze znak krzyża, a płomień natychmiast zapłonął z powrotem. Zły duch rzucił się do ucieczki, co zostało wyobrażone na jednym z fresków katedry.

    U KANONIKÓW REGULARNYCH ŚW. AUGUSTYNA

    W styczniu 1210 r., Ferdynand, szukając warunków, w których mógłby poświęcić się kontemplacji, wstąpił do kanoników św. Augustyna, nauczających przy kościele św. Wincentego da Fora. Czas dzielono tam między oficjum w chórze, naukę i pracę fizyczną. Augustianie czuwali nad zbawieniem dusz w powierzonych im parafiach.

    Młody nowicjusz pilnie studiował teologię i Pismo Święte. Wkrótce zwrócił na siebie uwagę wykładowców, zarówno swoją gorliwością, jak i nieprzeciętną pamięcią. Zapamiętywał wszystko, co przeczytał, a zdolność ta miała mu przynieść nieocenione korzyści w całym życiu. Mimo perswazji przyjaciół, którzy nie rozumieli nic z jego powołania, po roku Ferdynand złożył pierwsze śluby i chcąc dochować im wierności, poprosił przeora, aby pozwolił mu wyjechać gdzieś daleko. Został więc wysłany do klasztoru Św. Krzyża w Coimbrze, około 200 kilometrów na północ od Lizbony.

    Właśnie w tym mieście rezydował dwór królewski, a w kościołach często odbywały się wspaniałe ceremonie. Ponieważ w Coimbrze mieszkał także Generał zakonu, znajdowała się tam o wiele lepiej zaopatrzona biblioteka, a nauczyciele posiadali rozleglejszą wiedzę niż w Lizbonie. Jak pisze o Ferdynandzie jeden z biografów, „nie przestawał on czytać Pisma Świętego, dniem i nocą, o ile tylko pozwalał mu na to porządek zajęć.” Pasjonowały go „konkordancje”, wszelkie zestawienia treści Nowego i Starego Testamentu. Zaintrygowany, odkrywał proroctwa mówiące o Chrystusie, najważniejszych wydarzeniach z Jego życia, w tym również o Jego Męce.

    W klasztorze Św. Krzyża, brat Ferdynand był furtianem i mógł uczestniczyć w nabożeństwach jedynie duchowo. Śledził on przebieg Mszy św. w myśli i padał na kolana, słysząc dźwięk dzwonka sygnalizującego moment Podniesienia. Kronikarze pisali, że mury „otwierały się” przed nim – znajdował się on jednocześnie na furcie i w kaplicy; słyszał czytania i śpiewy. Gość, który pewnego dnia był świadkiem tego cudu, po „rozstąpieniu się murów”, na własne oczy zobaczył Hostię w dłoniach kapłana.

    Gdy Ferdynand przebywał w klasztorze Św. Krzyża, na południu Francji i północy Hiszpanii zaczęła szerzyć się herezja katarów. Była ona w pewnej mierze odrodzeniem się manicheizmu – zamiast jednego Boga, według jej wyznawców istnieli dwaj: Bóg Dobra i Bóg Zła. Uwięziona w ciele dusza ludzka traciła więc wszelką wolność. W oczekiwaniu na ostateczne zwycięstwo Boga Dobra, należało wyzwolić się od ciała fizycznego. Ponieważ pochodziło ono od diabła, Pan Jezus nie mógł go przyjąć; Jego Ukrzyżowanie było złudzeniem a Zmartwychwstanie – ludzką fantazją. Brat Ferdynand był przerażony teoriami, wedle których Wcielenie i Odkupienie dokonane przez Chrystusa, traciły cały swój sens. Katarowie byli poszukiwaczami absolutnej czystości (stąd ich nazwa, wywodząca się od greckiego katharos – czysty). Godność ich życia wywierała wrażenie na innych wierzących, którzy chętnie się do nich przyłączali. Po kilku latach, Ferdynand otrzymał misję zwalczania tej herezji.

    FERDYNAND WSTĘPUJE DO ZAKONU FRANCISZKANÓW I ZOSTAJE ANTONIM

    W 1220 r., mając dwadzieścia pięć lat, Ferdynand został wyświęcony na kapłana w klasztorze Św. Krzyża. Potrzebował on dyspensy, ponieważ w owym czasie wiek kapłana nie mógł być niższy niż trzydzieści lat. Pewnego dnia, odprawiając Mszę św., Ferdynand miał wizję: czyjaś dusza, pod postacią olśniewającej gwiazdy wznosiła się po nieboskłonie na świetlnym obłoku. Ferdynand rozpoznał w niej duszę franciszkanina, żyjącego w eremie św. Antoniego, założonym kilka lat wcześniej w Olivanez nieopodal Coimbry.

    Środki transportu były dalekie od tego, czym dysponujemy dzisiaj, ale wieść o św. Franciszku z Asyżu i jego braciach zakonnych dotarły aż tutaj. Ferdynand był urzeczony ich duchem dziecięctwa Bożego, pokorą i całkowitym ubóstwem; żyli oni wyłącznie z jałmużny, pozbawieni wszelkiego komfortu, nauczając zarówno w Kościołach, jak i poza nimi. Tak jak ich mistrz, Franciszek, pozdrawiali się wzajemnie słowami „Pokój i dobro!”

    Ferdynanda pociągała duchowość franciszkańska. Św. Franciszek mawiał: „Miłość nie jest kochana!” Nie mogąc samemu zostać misjonarzem, wysłał on pięciu swoich braci zakonnych do Maroka przez Portugalię, aby na miejscu ewangelizowali muzułmanów. Ferdynand żył wówczas w dobrobycie i bezpieczeństwie, wolny od wszelkich zagrożeń. W kilka miesięcy później, do Europy dotarła straszna wiadomość: franciszkańscy misjonarze zostali zamordowani. Brat Ferdynand postanowił porzucić spokojne życie i udać się do eremu w Olivanez, a następnie poprosić o pozwolenie na wyjazd do Maroka, by głosić tam Dobrą Nowinę, a jeśli to będzie konieczne: przyjąć palmę męczeństwa.

    W klasztorze Św. Krzyża przywdział on habit franciszkański. Ponieważ trzeba było wybrać imię zakonne, nie szukał zbyt długo, decydując się na imię patrona eremu w Olivanez, Antoniego, słynnego anachorety, nazywanego św. Antonim Pustelnikiem. Świeżo upieczony franciszkanin pragnął czym prędzej dostać się do kraju niewiernych, by głosić im Chrystusa, a w razie potrzeby zginąć za wiarę. Reguła przewidywała jednak, że franciszkanie mają podróżować co najmniej we dwóch. Gdy tylko znalazł towarzysza – brata Filipa, wspólnie uzyskali pozwolenie od przełożonego i popłynęli w kierunku Afryki Północnej. Było to wiosną 1221 roku.

    Kandydat do palmy męczeństwa zapomniał jednak, że do zakonu wstępuje się po to, by pełnić wolę Bożą a nie własną, jakkolwiek chwalebna by ona była. Podróż przebiegła pomyślnie, lecz natychmiast po zejściu na ląd marokański, Ferdynand poczuł osłabienie i dreszcze. Towarzysz zapewniał go, że wszystko wkrótce minie, dolegliwości narastały jednak w ciągu kolejnych tygodni i trzeba było pogodzić się z koniecznością powrotu do domu. Również i to nie było jednak wolą Bożą. Nasi dwaj bracia wsiedli na okręt płynący w kierunku Portugalii, ale przeciwne wiatry i wzburzone morze zmusiły go jednak do zatrzymania się u brzegów Sycylii, w pobliżu Mesyny, o dwie mile od wybrzeża Włoch.

    Nie zwlekając, powędrowali przez Włochy, by dotrzeć do najbliższego klasztoru franciszkańskiego. Tam dowiedzieli się, że Franciszek, którego wszyscy jego zakonnicy czcili jako swego duchowego ojca, zwołał kapitułę generalną Braci Mniejszych do Asyżu, na dzień 31 maja, w którym przypadała uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Chcąc wysłuchać obrad kapituły, mimo odległości około 600 kilometrów, bracia ruszyli w drogę. Zgodnie z regułą, przestrzegali zasady całkowitego ubóstwa, spali pod gołym niebem, żebrali o chleb i z sercem pełnym radości śpiewali godzinki.

    Gdy znaleźli się wreszcie w Asyżu, ujrzeli tam tysiące braci ze wszystkich krajów. Kapituła trwała trzy tygodnie. W jej trakcie przypomniano o męczeństwie pięciu braci w Maroku a także poruszono delikatną sprawę formacji nowicjuszy. Początkowo, Franciszek był zdania, że bracia nie powinni długo studiować, ponieważ obawiał się, iż „duch polemiki sprzeciwi się zgłębianiu tajemnic Bożych”. W czasie trwania kapituły, założyciel uznał potrzebę posiadania przez braci choć minimalnej wiedzy teologicznej i biblijnej oraz zgodził się wprowadzić odpowiednie zmiany w regule zgromadzenia. Przy tej samej okazji ustanowiony został Trzeci Zakon Franciszkański.

    Na zakończenie, przydzielono zadania misyjne i miejsca pobytu w poszczególnych klasztorach. Na dwóch nieznanych nikomu Portugalczyków nikt nie zwracał uwagi. Minister generalny wyznaczył jednak misję bratu Filipowi. Antoni okazywał tak wielką skromność, że „wszyscy go ignorowali i sądzili, że jest on pozbawiony jakichkolwiek zdolności”. Wydaje się, że tylko on został pominięty i z pokorą oczekiwał woli Bożej. Ojciec prowincjał podszedł do niego i wspominając o potrzebie obecności kapłanów w klasztorach, westchnął:

    – Gdybyś przynajmniej był kapłanem!
    – Jestem nim – odpowiedział Antoni.
    – Czy chcesz zamieszkać w górach razem z ubogimi braćmi?
    – Bardzo chcę, jeśli tylko Bóg będzie przez to uwielbiony!

    Antoni został wysłany do Romanii, w Apeniny, niedaleko Forli. W eremie na zboczu Monte Paolo mieszkało czterech braci, dla których zaczął codziennie odprawiać Mszę św. Wkrótce, twierdząc, że „nie nadaje się do niczego innego” poprosił on gwardiana, swojego przełożonego, aby pozwolił mu wykonywać najpodlejsze prace. Antoni odkrył też bardziej odosobnioną grotę, w której chronił się codziennie, aby po odprawieniu Mszy i spełnieniu najniewdzięczniejszych obowiązków oddawać się kontemplacji. W ten sposób spędził on rok.

    PRZYSZŁY DOKTOR KOŚCIOŁA

    Wiosną 1222, pewne zdarzenie miało wydobyć na jaw skarby zgromadzone w duszy tego aż nazbyt pokornego zakonnika. Kilku braci franciszkanów i kaznodziejów oczekiwało święceń w Forli. Katedra pękała w szwach. Superior franciszkanów, chcąc uhonorować swego dominikańskiego brata, zaproponował, aby któryś z jego zakonników wygłosił kazanie. Ponieważ każdy z dominikanów wymawiał się po kolei, ich przełożony zwrócił się z tą prośbą do franciszkanów, z podobnym skutkiem. Gdy okazało się, że nikt nie chce dobrowolnie wygłosić collatio, przełożony franciszkański wyznaczył brata Antoniego, mimo przekonania, że nie posiada on dogłębnej wiedzy o Piśmie Świętym. Wszyscy byli pewni, że skromny braciszek się skompromituje i z góry mu współczuli.

    Antoni poczuł tremę, gdyż słyszał o rozległej wiedzy i krasomówstwie braci kaznodziejów. W dodatku polecenie zaskoczyło go i nie miał wcześniej okazji, aby cokolwiek przygotować. Jak powiada kronikarz, „rozpoczął on z prostotą. W miarę rozwijania tematu, jego głos przybierał na sile, a w trakcie przedstawiania doktryn mistycznych stał się tak donośny, że napełnił słuchaczy najwyższym podziwem (summa admiratio)”.

    Dwie rzeczy przykuły uwagę przełożonych obydwu zakonów: po pierwsze – obfitość cytatów, wygłaszanych bez korzystania z jakichkolwiek notatek, po drugie – trafne i nie stosowane dotąd porównania między różnymi fragmentami Pisma Świętego. Dla Antoniego, zgodnie ze starą maksymą, Nowy Testament został zawarty w Starym, a ten z kolei znalazł wyjaśnienie w Nowym (Novum Testamentum in veteri latet, Vetus Testamentum in novo patet). Skąd brał się ów głos pełen mądrości i umiłowania braci? Skąd, mimo niezwykłej wiedzy i elokwencji, tak wiele pokory? Antoni zawsze ślepo ufał Opatrzności Bożej. Sam Pan Jezus uprzedzał Apostołów: „nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam podane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was.” Słowa te spełniały się właśnie w życiu św. Antoniego.

    Przełożony pośpiesznie skontaktował się ze św. Franciszkiem z Asyżu, który nie był kapłanem ani uczonym i w swojej pokorze nigdy nie pretendował do kapłaństwa. Od tej chwili, Poverello zaczął nazywać Antoniego „biskupem”. Pokorny brat wyszedł z cienia, został mianowany profesorem teologii na uniwersytecie w Bolonii, gdzie wykładał przez dwa lata (1223-24), „sumiennie i precyzyjnie”.

    W swoim liście, Franciszek zwrócił się do niego w następujących słowach: „Do Brata Antoniego, mojego biskupa. Pozdrawia Cię brat Franciszek. Uważam, że powinieneś wykładać świętą teologię naszym braciom. Jak jest to jednak napisane w regule, czuwaj nad tym, aby Duch i modlitwa nie zgasły w ich sercach. Z Bogiem!”

    ŚW. ANTONI GŁOSI KAZANIA WE FRANCJI

    Pod koniec 1224 roku, Franciszek z Asyżu uznał, że nadeszła pora, by powierzyć Bratu Antoniemu ważna misję nawrócenia południowej Francji, w której, z wyjątkiem Prowansji, szerzyła się herezja katarów. Antoni bronił prawdziwej wiary tak przekonująco, ze nazwano go „młotem na heretyków”. Tego samego roku, 14 września, w uroczystość Podwyższenia Krzyża św., założyciel Braci Mniejszych otrzymał stygmaty Męki Pańskiej.

    Pierwszy etap: Montpellier, miasto uniwersyteckie, które pozostało wierne Kościołowi. Kilka mil dalej znajdowało się jednak heretyckie Beziers. Zgodnie z Regułą, kaznodziei towarzyszył inny brat. Antoni był cenionym na Uniwersytecie profesorem teologii. Swoje wykłady przygotowywał na piśmie. Pewnego dnia zauważył zniknięcie swoich notatek, a jednocześnie dowiedział się, że pewien nowicjusz opuścił zakon i klasztor. Później okazało się, że pragnął on zdobyć rozgłos, pisząc książkę na podstawie notatek Antoniego i opatrując ją swoim imieniem.

    Antoni natychmiast rozpoznał w tym dzieło szatana, pragnącego powstrzymać nadejście Królestwa Bożego. Pogrążył się w modlitwie i rozkazał szatanowi oddać notatki. Ten, posłuszny nakazowi świętego, wyruszył z siekierą w ręku na spotkanie nowicjuszowi. Gdy uciekinier zamierzał właśnie przeprawić się przez most, diabeł grożąc mu zabiciem i wrzuceniem do rzeki, zmusił go do natychmiastowego odniesienia Bratu Antoniemu skradzionych zapisków. Nowicjusz pobiegł do klasztoru, poprosił o przebaczenie swojego postępku i został wzorowym zakonnikiem. Podobno ten epizod przysporzył Antoniemu reputacji świętego, którego charyzmatem jest odnajdywanie rzeczy zagubionych.

    Drugi etap: Tuluza (1225), gdzie trzy lata wcześniej został założony klasztor Braci Mniejszych. Święty Dominik ani biskup Foulques nie odnieśli większych sukcesów, nawracając heretyków. Trzeba dodać, że stan wiary ludzi świeckich, a nawet duchownych, był opłakany. Brat Antoni zaczął przekonywać kapłanów, że zachowując się z większą godnością, pozbyliby się także problemu herezji. Jeden z kronikarzy lokalizuje właśnie w Tuluzie cud, którego główną „bohaterką” była mulica. Inni uważają, że działo się to w Rimini. Być może podobne wydarzenie miało miejsce kilkakrotnie. Powrócimy do niego potem.

    KOLEJNY ETAP: LE PUY

    Antoni pełnił tam funkcję gwardiana (przełożonego), nieustannie „zachęcając Braci do miłowania dyscypliny i praktykowania cnót ewangelicznych, służąc im własnym przykładem.”

    W ten sposób sprawił, że „pobożność rozkwitła ponownie” wśród zakonników. Kronikarz przytacza następującą anegdotę związaną z pobytem świętego w tym mieście. Pewna kobieta z całego serca pragnęła usłyszeć nauki Antoniego, ponieważ jednak jej mąż się temu sprzeciwiał, wolno jej było jedynie spoglądać przez okno w kierunku miejsca, w którym przemawiał kaznodzieja. Ku swojemu zdumieniu, mimo odległości ok. trzech kilometrów, zaczęła ona słyszeć wyraźnie każde jego słowo. Mąż w pierwszej chwili uznał ją za szaloną, gdy jednak podszedł do okna, sam także usłyszał słowa kazania, nawrócił się i od tej pory codziennie, razem z żoną chodził słuchać Brata Antoniego.

    Stamtąd, nasz bohater powędrował do Bourges, gdzie nawrócił biskupa, wzywając go do większej świętości życia. Jeden z kronikarzy umieszcza tu słynny „cud mulicy”. Brat Antoni głosił kazanie o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii. Pewien sceptyk pokpiwał sobie z niego i powtarzał, że musi zobaczyć, aby uwierzyć. Antoni publicznie przyjął wyzwanie, prosząc, aby ów człowiek przyprowadził swoją mulicę na plac targowy. Nazajutrz zebrał się tam gęsty tłum. Święty przybył na miejsce, niosąc Najświętszy Sakrament. Wówczas zwierzę porzuciło swoją wiązkę siana i skłoniło kolana przed Zbawicielem. Ów sceptyk, Żyd o imieniu Zachariasz, poczuł głębokie zmieszanie… i nawrócił się.

    Następnie, Brat Antoni spędził ponad rok w Brive (1225-26). Miasto zachowało żywe wspomnienia o jego obecności a nabożeństwo do św. Antoniego jest w nim ciągle bardzo popularne (niektórzy nawet nazywali go św. Antonim z Brive). Można tu odwiedzić grotę, w której mieszkał. Później udał się do Limoges, gdzie głosił kazania i dokonał licznych cudów. Wszędzie przybywano tłumnie, by go zobaczyć i usłyszeć; posiadając ewidentny dar języków, doskonale opanował on miejscowy dialekt.

    ANTONI – CUDOTWÓRCA

    Trudno zliczyć cuda przypisywane św. Antoniemu, jakie wydarzyły się za jego życia i po śmierci: bilokacje, cud mulicy (być może wielokrotny), uzdrowienia, wskrzeszenia…

    Pewnego dnia, klasztorowi w Brive zabrakło cebuli. Ojciec Antoni wysłał jednego z Braci do pobożnej niewiasty, właścicielki ogrodu warzywnego. Gdy ta wybierała się w drogę, na miasto spadł rzęsisty deszcz. Kobieta wyszła jednak z domu, udała się do ogrodu i wróciła ze swoim cennym ładunkiem… a mimo to nie spadła na nią ani jedna kropla deszczu. Innym razem, Antoni nauczał pod gołym niebem. Nagła ulewa spłynęła potokami na miasto, omijając jednak słuchaczy zgromadzonych wokół świętego, tak, że nie poczuli na sobie ani kropli wody.

    Pewnego popołudnia, w Limoges, Antoni przemawiał w kościele do tłumu, który z braku miejsca wylewał się także na zewnątrz. W tym samym czasie… odprawiał nabożeństwo w kaplicy Braci Mniejszych. Kiedy indziej, w Saint-Junien, kilka kilometrów od Limoges, przewidując obecność mas, które nie pomieściłyby się w kościele, wzniesiono trybunę dla kaznodziei oraz notabli. Brat Antoni zapowiedział atak szatana i uprzedził, że nie należy się nim przejmować. Istotnie, po pewnym czasie trybuna zaczęła się zapadać. Tłum rzucił się do ucieczki i wrócił, wiedziony ciekawością. Nikt nie został ranny, a święty mógł wygłosić kazanie które zostało przyjęte z zainteresowaniem, jakie łatwo sobie wyobrazić.

    Któregoś wieczoru, młoda matka, wszedłszy do domu po wysłuchaniu nauki Antoniego, zastała swoje dziecko martwe w kołysce. Pobiegła natychmiast do kaznodziei, by usłyszeć, że nie powinna rozpaczać, gdyż „Pan się ulituje”. W domu znalazła dziecko żywe, pochłonięte zabawą.

    ANTONI Z PADWY

    Po śmierci Franciszka z Asyżu 3 października 1227 roku, zwołana została kapituła nadzwyczajna, na którą udał się także Antoni. Wiosną tego samego roku opuścił on Francję definitywnie. Podczas kapituły generalnej został mianowany Prowincjałem Emilii, Lombardii i Wenecji. Zamieszkał w Bolonii i wyruszył w drogę, aby odwiedzić swoją prowincję. Zaczął od Rimini nad Adriatykiem. Od początków chrześcijaństwa było ono siedliskiem herezji. W IV wieku n.e., arianie (nie uznający bóstwa Chrystusa) przyczynili się do wygnania św. Hilarego (pochodzącego z Poitiers). Od owego czasu miasto nie przeszło prawdziwego nawrócenia.

    Antoni zamierzał nauczać w kościele, nikt jednak nie przyszedł. Żaden słuchacz nie pojawił się także na placu. Wówczas, święty powiadomił mieszkańców, że ci, którzy następnej niedzieli zechcą przyjść na plażę, zobaczą cuda. W oznaczonym dniu na plaży zebrał się tłum ciekawskich. Nie zważając na nich, Antoni zwrócił się twarzą ku morzu i stając w wodzie, zaczął przemawiać do ryb: „Wy, ryby tego morza, posłuchajcie słowa Bożego, którym wzgardzili heretycy…” Na te słowa, ławice ryb zaczęły podpływać ku świętemu, z najmniejszymi rybkami na czele i najdorodniejszymi na końcu, a podnosząc głowy, wszystkie zdawały się uważnie słuchać Bożego słowa. Ich liczba ciągle wzrastała. Brat Antoni wykładał im katechizm, opierając się na cytatach ze Starego i Nowego Testamentu. Swoje kazanie zakończył słowami „Niech będzie błogosławiony Bóg przedwieczny, gdyż ryby oddają mu chwałę lepiej, niż heretycy”. Tłum, który znacznie się powiększył, na widok tego cudu padł na kolana. Wówczas Antoni pobłogosławił ryby i odesłał je.

    Dzięki temu zdarzeniu nawróciło się wielu mieszkańców Rimini. Znalazło się jednak kilku opornych, którzy, zazdrośni o sukces, zaprosili Antoniego na obiad, pod pretekstem szukania wyjaśnień, a w rzeczywistości po to, aby go zgładzić. Potrawy, jakie mu podano, były zatrute, Duch Święty jednak go ostrzegł. Antoni uczynił nad nimi znak krzyża i spożywszy je, nie odczuł żadnych dolegliwości. Tak, jak do tej pory, i tym razem potraktował on literalnie Ewangelię, w której zapisane są słowa Chrystusa: „jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić”.

    W 1230 (wreszcie!) Prowincjał udał się do Padwy (wskutek czego został później nazwany świętym Antonim z Padwy, a śmierć jego miała nadejść w następnym roku). Niestrudzenie wizytował on swoją prowincję, mnożąc kazania i cuda, które owocowały licznymi nawróceniami wśród ludności. Zawsze miał on w pamięci powiedzonko świętego Założyciela zakonu, Franciszka z Asyżu, który zwykł powtarzać: „Jeśli chcesz być kaznodzieją, musisz stać się przede wszystkim człowiekiem modlitwy”. Jego rada nigdy nie utraciła swojej aktualności.

    Tegoż roku, Antoni przestał pełnić funkcję Prowincjała, by objąć katedrę teologii i nauczać Braci. Zredagował on Kazania na niedziele, po których wkrótce napisał także Kazania na dni świąteczne. Powoływał się w nich na całe Pismo Święte, wskazując tak bliskie jego egzegezie paralele między Starym a Nowym Testamentem.

    MISJA ZAKOŃCZONA

    W 1231, Brat Antoni wygłaszał w Padwie codzienne kazania wielkopostne. Mimo młodego wieku był już wyczerpany życiem wypełnionym pracą i rozmaitymi umartwieniami. W piątek 13 czerwca nie mógł wrócić do celi o własnych siłach; potrzebował do tego pomocy dwóch Braci. Wyspowiadał się i wzmocnił na tyle, by zaśpiewać swój ulubiony hymn do Najświętszej Maryi Panny; wreszcie jego wzrok zatrzymał się w pewnym punkcie. Spowiednik zapytał go, co zobaczył. „Widzę mego Pana” – odrzekł Antoni. Przyjął ostatnie namaszczenie i w kilka minut później spokojnie oddał ducha. Przeżył zaledwie 36 lat, ale jak pełne treści było jego życie!

    30 maja 1232 roku, po procesie kanonicznym został ogłoszony świętym, a krótkie zdanie wypowiedziane przez papieża pozwalało przewidywać, że pewnego dnia, będzie on mianowany Doktorem Kościoła.

    Gdy w 1263 dokonywano uroczystego przeniesienia jego szczątków, okazało się, że cało ciało Antoniego uległo rozkładowi oprócz języka, który w stanie nienaruszonym umieszczono w relikwiarzu.

    (S.M.)

    Modlitwa za wstawiennictwem św. Antoniego z Padwy

    O Boże, Ojcze dobry i miłosierny,
    który wybrałeś świętego Antoniego jako świadka Ewangelii
    i posłańca pokoju pośród Twego ludu, wysłuchaj modlitwy,
    z którą zwracamy się do Ciebie za jego pośrednictwem.
    Uświęć każdą rodzinę, pomóż jej wzrastać w wierze;
    zachowaj w niej jedność, pokój i pogodę ducha.
    Błogosław naszym dzieciom, ochraniaj młodzież.
    Przyjdź z pomocą wszystkim doświadczanym
    przez chorobę, cierpienie i samotność.
    Podtrzymuj nas w trudach codziennego życia,
    udzielając nam Twojej miłości.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    ze strony: Wydawnictwo „Vox Domini”.

    ***


    12 czerwca

    Błogosławiona
    Maria Kandyda od Eucharystii, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławionych 108 męczenników z czasów II wojny światowej
      •  Święty Onufry Wielki, pustelnik
      •  Święty Leon III, papież
      •  Święty Kasper Bertoni, prezbiter
      •  Święty Benedykt Menni, prezbiter
      •  Błogosławiony Stefan Bandelli, prezbiter
    Błogosławiona Maria Kandyda od Eucharystii
    Maria Barba urodziła się 16 stycznia 1884 roku w Catanzaro w Kalabrii, na południu Włoch. Była dziesiątym dzieckiem spośród dwanaściorga rodzeństwa. Wychowała się w rodzinie głęboko wierzącej. Opiekowała się rodzeństwem, a dzięki staraniom miejscowych sióstr nauczyła się modlić własnymi słowami. W wieku 9 lat Pan Bóg obdarzył ją darem medytacji. Największą jej radością po przystąpieniu do Pierwszej Komunii świętej było pełne uczestniczenie w Eucharystii, przyjmowanie Chrystusa do serca. Jak tylko mogła, każdego dnia starała się odmawiać cały różaniec. 2 lipca 1899 roku wzięła udział w obłóczynach krewnej. To wydarzenie stało się dla niej ważnym doświadczeniem religijnym, punktem zwrotnym. Wówczas, w piętnastym roku życia, odkryła swoje powołanie do życia zakonnego.
    Jednak rodzice na wieść o jej zamiarach stanowczo zaprotestowali. Na przeszkodzie w realizacji powołania stanęły wydarzenia w rodzinie. W roku 1904 umarł jej ojciec, w 1911 roku jej 21-letni brat Paweł. W 1910 r., posłuszna kierownikowi duchowemu, zaczęła pisać swoje Confessione generale (Wyznania ogólne), które kontynuowała do 1918 r. We wrześniu 1910 r. udała się wraz z rodziną na pielgrzymkę do Rzymu i została przyjęta na audiencji przez papieża św. Piusa X. Śmierć matki w czerwcu 1914 r. wydawała się być zagrożeniem jedności rodziny, zatem obecność Marii, jej kobiecej ręki wydawała się konieczna.
    Maria czekała cierpliwie prawie dwadzieścia lat na to, aby zobaczyć realizujące się w końcu pragnienie. W czasie tego oczekiwania okazała wielką moc ducha i niezwykłą wierność początkowemu natchnieniu. W tej walce, która trwała aż do momentu wstąpienia do Karmelu w Ragusie, była wspierana przez szczególny kult Eucharystii. Widziała w niej tajemnicę sakramentalnej obecności Boga w świecie, konkretny dowód Jego nieskończonej miłości do człowieka. Wytrwała w powołaniu także dzięki nabożeństwu do Serca Jezusowego, praktyce komunii duchowej i pobożności maryjnej. Maryja stała się dla niej prawdziwym wzorem życia Eucharystią, bo Ona nosiła w swym łonie Syna Bożego, którego ustawicznie rodzi w sercach wierzących.
    Ukoronowaniem wierności Marii był dzień 25 września 1919 roku, kiedy to wstąpiła do karmelitanek bosych w Ragusie. Przyjęła imię Maria Kandyda od Eucharystii. W klasztorze długie godziny spędzała na adoracji Najświętszego Sakramentu, zwłaszcza w każdy czwartek między godziną 23 a 24. Wiele czasu poświęcała zgłębianiu duchowości swych świętych poprzedniczek, a zwłaszcza Teresy od Jezusa. W 1924 roku została wybrana na przełożoną klasztoru. Urząd ten pełniła z krótką przerwą do 1947 roku. W Roku Świętym 1933 zaczęła pisać swoje dzieło na temat duchowości eucharystycznej.
    Zmarła 12 czerwca 1949 roku w Ragusie, w uroczystość Trójcy Przenajświętszej, po kilku miesiącach cierpień fizycznych. Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 21 marca 2004 roku. Papież powiedział o niej wtedy: “Była prawdziwą mistyczką Eucharystii, z której uczyniła ośrodek jednoczący całą jej egzystencję, inspirując się tradycją karmelitańską, a zwłaszcza przykładami św. Teresy od Jezusa i św. Jana od Krzyża. Do tego stopnia zakochała się w Jezusie eucharystycznym, że stale i żarliwie pragnęła być niestrudzoną apostołką Eucharystii. Jestem pewien, że z nieba bł. Maria Kandyda wciąż pomaga Kościołowi, by coraz większym podziwem i miłością otaczał tę największą tajemnicę naszej wiary”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    11 czerwca

    Święty Barnaba, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Paryzjusz, pustelnik
      •  Święta Paula Angela Maria Frassinetti, zakonnica
    Święty Barnaba Apostoł
    Barnaba urodził się na Cyprze w żydowskiej rodzinie z pokolenia Lewiego. Jego właściwe imię brzmiało Józef, ale Apostołowie dali mu przydomek Barnaba. Według Klemensa Aleksandryjskiego i Euzebiusza Barnaba miał należeć do grona 72 uczniów Pana Jezusa. Był krewnym św. Marka Ewangelisty, dlatego św. Paweł nazywa go kuzynem Ewangelisty (Kol 4, 10). Barnaba zapewne razem ze św. Pawłem przybył do Jerozolimy, aby u stóp Gamaliela, znanego rabina – uczonego żydowskiego, pogłębić swoją wiedzę w zakresie religii mojżeszowej. Dzieje Apostolskie tymi słowy wprowadzają nas w okoliczności początków jego działalności. “Józef, nazwany przez Apostołów Barnabas, to znaczy Syn Pocieszenia, lewita rodem z Cypru, sprzedał ziemię, którą posiadał, a pieniądze przyniósł i złożył u stóp Apostołów” (Dz 4, 36-37).
    O powadze, jakiej zażywał wśród Apostołów, świadczy to, że to Barnaba przygarnął św. Pawła po jego nawróceniu i dopiero z Barnabą Paweł mógł pójść do pozostałych Apostołów (Dz 9, 26-27). Wraz ze św. Pawłem Barnaba udał się do Antiochii, gdzie pozyskali wielką liczbę wiernych dla Chrystusa. Był to rok 42 po narodzeniu Pana Jezusa. Barnaba i Paweł swoje nauczanie kierowali najpierw do Żydów. Kiedy jednak ci ich odrzucili, poszli do pogan. Aby jednak neofitów nie zrazić, nie nakładano na nich żadnych obowiązków prawa mojżeszowego, a żądano jedynie, by dawali świadectwo Chrystusowi przez przyjęcie chrztu i życie zgodne z Ewangelią. Wieść o tym dotarła jednak do gminy jerozolimskiej, która pilnie przestrzegała prawa mojżeszowego. Barnaba po raz pierwszy wprowadził Pawła do gminy żydowskiej. Obaj Apostołowie bronili tam swojego kierunku działania wobec nawróconych z pogaństwa. Ich stanowczymi przeciwnikami byli natomiast nawróceni Żydzi. Sprawę rozstrzygnął na korzyść Barnaby i Pawła św. Piotr, a poparł go św. Jakub Młodszy. Ustalono, że wolno nawracać pogan, kiedy w danym mieście Żydzi nie przyjmą nauki Chrystusa Pana, oraz że nawróconym z pogaństwa nie należy narzucać obowiązku zachowania prawa mojżeszowego (Dz 15, 1-35).

    Święci Apostołowie Barnaba i Paweł

    Barnaba był człowiekiem dobrym, pełnym Ducha Świętego i wiary (Dz 11, 22-24). Razem ze św. Markiem jako towarzysz św. Pawła udał się w pierwszą podróż misyjną na Cypr, a stamtąd do Azji Mniejszej (Dz 13, 1-14). Na Cyprze dokonali nawrócenia namiestnika wyspy, Sergiusza Pawła. Kiedy w miasteczku Perge św. Paweł uzdrowił człowieka chromego, “na widok tego, co uczynił Paweł, tłumy zaczęły wołać po likaońsku: «Bogowie przybrali postać ludzi i zstąpili do nas». Barnabę nazwali Zeusem, a Pawła Hermesem, gdyż głównie on przemawiał. A kapłan Zeusa, który miał świątynię przed miastem, przywiódł przed bramy woły i przyniósł wieńce, i chciał z tłumem złożyć (im) ofiarę. Na wieść o tym Apostołowie Barnaba i Paweł rozdarli szaty (…) Zawiedziony tłum od entuzjazmu przeszedł do wściekłości”. Pobudzeni przez Żydów z Ikonium poganie omal nie pozbawili Apostołów życia, św. Pawła ukamienowali, ale cudem wyszedł z ich rąk (Dz 14, 1-21).
    Barnaba zamierzał wraz z Pawłem udać się w drugą podróż misyjną. Doszło jednak do konfliktu, gdyż Paweł stanowczo sprzeciwił się, by w tej podróży brał udział również Marek, który w czasie pierwszej wyprawy samowolnie ich opuścił. Barnaba w tej sytuacji wycofał się i powrócił z Markiem na Cypr, gdzie kontynuowali pracę apostolską (Dz 15, 39-40). Odtąd giną wszelkie informacje o Barnabie. Według podania miał pozostać na Cyprze jako pierwszy biskup i pasterz tej wyspy. Miał także działać w Rzymie, Aleksandrii, Mediolanie. Około 60 r. na Cyprze, w mieście Salaminie, poniósł wedle tego przekazu śmierć męczeńską przez ukamienowanie. Jak mówi podanie, za cesarza Zenona w roku 488 odnaleziono relikwie św. Barnaby. Miał on na piersiach Ewangelię św. Mateusza, którą sam własnoręcznie dla swojego użytku przepisał.
    Jak wielką popularnością cieszył się w pierwotnym chrześcijaństwie św. Barnaba, świadczą liczne apokryfy: Dzieje Barnaby, Ewangelia Barnaby oraz List Barnaby. Dzieje Barnaby opisują walki, jakie Apostoł musiał staczać z Żydami, którzy mieli go spalić żywcem. Jego prochy miał zebrać ze czcią św. Marek. Dziełko powstało ok. roku 400 na Cyprze. Ewangelię Barnaby mieli napisać gnostycy. Jest wspomniana w pismach niektórych ojców apostolskich, ale jej treści bliżej nie znamy. Ciekawym dokumentem jest List Barnaby z wieku II, w którym autor poleca alegorycznie tłumaczyć teksty Pisma świętego. Teologicznie cenną jest druga część tego Listu, mówiąca o preegzystencji Chrystusa Pana, o tajemnicy Jego wcielenia i o dwóch drogach – światła i ciemności.
    Kult św. Barnaby był już w czasach apostolskich tak wielki, że tylko jemu jednemu z uczniów Dzieje Apostolskie nadają zaszczytny tytuł Apostoła. W wieku XVI powstał zakon Regularnych Kleryków św. Pawła, założony przez św. Antoniego Marię Zaccaria, od macierzystego kościoła św. Barnaby nazywany popularnie barnabitami.
    Barnaba jest patronem Florencji i Mediolanu, w którym według tradycji nauczał; czczony jest także jako orędownik podczas kłótni, sporów, smutku oraz burz gradowych.
    W ikonografii św. Barnaba przedstawiany jest jako starszy mężczyzna z długą brodą w tunice i płaszczu albo w szatach biskupich, czasami jako kardynał. Jego atrybutami są: ewangeliarz, zwój pergaminu, gałązka oliwna, halabarda, model kościoła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Barnaba, Sylas i Apollos

    Św. Barnaba

    Św. Barnaba/FRANCESCO BINI / CC-SA 4.0
    Tak wyobrażał go sobie Sandro Botticelli.

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 31 STYCZNIA 2007

    (…) W tej pierwszej misji ewangelizacyjnej odnaleźli oni sens swego życia, i jako tacy stają przed nami jako świetlany wzór bezinteresowności i wielkoduszności.

    Drodzy bracia i siostry,
    kontynuując naszą podróż do głównych postaci początków chrześcijaństwa, zwracamy dzisiaj uwagę na kilku dalszych współpracowników św. Pawła. Musimy przyznać, że Apostoł jest wymownym przykładem człowieka otwartego na współpracę: nie chce on w Kościele robić wszystkiego samemu, ale korzysta z licznych i różnych kolegów. Nie możemy zatrzymać się przy wszystkich tych cennych pomocnikach, ponieważ jest ich wielu. Wymieńmy tylko między innymi Epafrasa (por. Kol 1,7; 4,12; Flm 23), Epafrodyta (por. Flp 2,25; 4,18), Tychika (por. Dz 20,4; Ef 6,21; Kol 4,7; 2 Tm 4,12; Tt 3,12), Urbana (por. Rz 16,9), Gajusa i Arystarcha (por. Dz 19,29; 20,4; 27,2; Kol 4,10), a także niewiasty, jak Febę (por. Rz 16,1), Tryfenę i Tryfozę (por. Rz 16,12), Persydę, matkę Rufusa – o której Paweł powiada: “jest i moją matką” (por. Rz 16,12-13) – nie zapominając o małżonkach Prysce i Akwili (por. Rz 16,3; 1 Kor 16,19; 2 Tm 4,19). Dzisiaj, z tej wielkiej rzeszy współpracowników i współpracownic św. Pawła wybieramy trzy spośród tych osób, które odegrały szczególną rolę u początków ewangelizacji: Barnabę, Sylasa i Apollosa.

    Imię Barnaba, oznaczające “Syn Pocieszenia” (Dz 4,36), jest przydomkiem żydowskiego lewity rodem z Cypru. Osiadłszy w Jerozolimie był on jednym z pierwszych, którzy przyjęli chrześcijaństwo po zmartwychwstaniu Pana. Wielkodusznie sprzedał pole, które było jego własnością, a uzyskane pieniądze przekazał Apostołom na potrzeby Kościoła (por. Dz 4,37). To on był gwarantem nawrócenia Szawła dla wspólnoty chrześcijańskiej Jerozolimy, która nie dowierzała jeszcze dawnemu prześladowcy (por. Dz 9,27). Wysłany do Antiochii w Syrii, udał się do Pawła do Tarsu, dokąd się on wycofał, i spędził z nim cały rok, oddając się ewangelizacji tego ważnego miasta, w którego Kościele Barnaba znany był jako prorok i nauczyciel (por. Dz 13,1). Tak więc Barnaba, w chwili pierwszych nawróceń wśród pogan, zrozumiał, że nadszedł czas Szawła, który schronił się w Tarsie, swoim mieście. Udał się tam, aby go szukać. I tak oto w tym ważnym momencie przywrócił niejako Pawła Kościołowi; w tym sensie dał mu raz jeszcze Apostoła Narodów.

    Z Kościoła antiocheńskiego Barnaba wysłany został w misję wraz z Pawłem, odbywając tak zwaną pierwszą podróż misyjną Apostoła. W rzeczywistości była to podróż misyjna Barnaby, ponieważ to on był prawdziwym kierownikiem, do którego Paweł dołączył jako współpracownik, docierając do rejonów Cypru i Środkowo-Południowej Anatolii, w dzisiejszej Turcji, z takimi miastami jak Attalia, Perge, Antiochia Pizydyjska, Ikonium, Listra i Derbe (por. Dz 13-14). Razem z Pawłem udał się następnie na tzw. Sobór Jerozolimski, na którym po dogłębnym rozważeniu tego zagadnienia, Apostołowie wraz ze starszymi postanowili oddzielić praktykę obrzezania od tożsamości chrześcijańskiej (por. Dz 15,1-35). Tylko w ten sposób w końcu oficjalnie stał się możliwy Kościół pogan, Kościół bez obrzezania: jesteśmy synami Abrahama po prostu za sprawą wiary w Chrystusa.

    Obaj, Paweł i Barnaba, toczyli później spór na początku drugiej podróży apostolskiej, gdyż Barnaba zamierzał zabrać w charakterze towarzysza Jana Marka, podczas gdy Paweł nie chciał, jako że młodzieniec odłączył się od nich podczas poprzedniej podróży (por. Dz 13,13; 15,36-40). A zatem także wśród świętych możliwe są spory, rozdźwięki i zatargi. Mnie się wydaje to bardzo pocieszające, widzimy bowiem, że święci “nie spadli z nieba”. Są ludźmi takimi jak my, mającymi nawet złożone problemy. Świętość nie polega na tym, że nigdy się nie pobłądziło czy zgrzeszyło. Świętość wzrasta w zdolności do nawrócenia, pokuty, gotowości do rozpoczęcia od nowa, przede wszystkim zaś zależy od zdolności do pojednania i przebaczenia. I tak Paweł, który był dość cierpki i przykry wobec Marka, w końcu wyruszył z nim. W ostatnich listach Pawłowych: do Filemona i w drugim do Tymoteusza, właśnie Marek występuje jako “mój współpracownik”. Tak więc nie to, że nigdy się nie popełniło błędu, lecz zdolność do pojednania i przebaczenia czyni z nas świętych. Wszyscy też możemy nauczyć się tej drogi świętości. W każdym razie Barnaba wraz z Janem Markiem wyruszył na Cypr (por. Dz 15,39) około roku 49. Od tej chwili ślad po nim zaginął. Tertulian przypisuje mu autorstwo Listu do Hebrajczyków, co jest nawet prawdopodobne, ponieważ pochodząc z plemienia lewitów, Barnaba mógł być zainteresowany tematem kapłaństwa. A List do Hebrajczyków wyjaśnia nam w sposób niezwykły kapłaństwo Jezusa.

    Innym towarzyszem Pawła był Sylas, którego imię jest grecką formą jakiegoś imienia hebrajskiego (być może szeal, “prosić, błagać”, które ma ten sam rdzeń, co “Saul” – Szaweł) i które ma też formę łacińską Sylwan. Imię Sylas występuje jedynie w Dziejach Apostolskich, podczas gdy Sylwana znajdujemy tylko w listach św. Pawła. Był on Żydem z Jerozolimy, jednym z pierwszych, którzy zostali chrześcijanami, i w Kościele tamtejszym cieszył się wielkim szacunkiem (por. Dz 15,22), gdyż uchodził za proroka (por. Dz 15,32). Jego zadaniem było przekazanie “braciom w Antiochii, w Syrii i w Cylicji” (Dz 15,23) postanowień, podjętych na Soborze Jerozolimskim i wyjaśnienie ich. Najwyraźniej uważano go za zdolnego do podjęcia się swego rodzaju pośrednictwa między Jerozolimą a Antiochią, między judeochrześcijanami a chrześcijanami pochodzenia pogańskiego i przyczynienia się w ten sposób do jedności Kościoła w odmienności obrzędów i pochodzenia.

    Gdy Paweł rozstał się z Barnabą, wybrał właśnie Sylasa na nowego towarzysza podróży (por. Dz 15,40). Z Pawłem dotarł on do Macedonii (do miast Filippi, Tesaloniki i Berei), gdzie się zatrzymał, podczas gdy Paweł udał się dalej do Aten, a następnie do Koryntu. Sylas dołączył do niego w Koryncie, gdzie współpracował w głoszeniu Ewangelii; mianowicie w drugim Liście skierowanym przez Pawła do tamtejszego Kościoła, mowa jest o “Chrystusie Jezusie, Tym, którego głosiłem wam ja i Sylwan, i Tymoteusz” (2 Kor 1,19). To wyjaśnia, dlaczego występuje on jako współnadawca, wraz z Pawłem i Tymoteuszem, obu Listów do Tesaloniczan. Również to wydaje mi się istotne. Paweł nie działa jako “solista”, jak zupełnie samodzielna jednostka, ale razem ze swymi współpracownikami jako “my” Kościoła. Owo “ja” Pawła nie jest odizolowanym “ja”, lecz “ja” w “my” Kościoła, w “my” wiary apostolskiej. Sylwan jest też w końcu wspomniany w Pierwszym Liście Piotra, gdzie czytamy: “Krótko, jak mi się wydaje, wam napisałem przy pomocy Sylwana, wiernego brata” (5,12). W ten sposób widzimy też jedność Apostołów. Sylwan służy Pawłowi, służy Piotrowi, albowiem Kościół jest jeden i przepowiadanie misyjne jest jedno.

    Trzeci towarzysz Pawła, którego chcemy przypomnieć, nazywa się Apollos, najprawdopodobniej jest to skrót od Apolloniusza czy Apollodora. Chociaż jest to imię pochodzenia pogańskiego, był on żarliwym Żydem z Aleksandrii w Egipcie. Łukasz w Dziejach Apostolskich określa go jako “człowieka uczonego, znającego świetnie Pisma… z wielkim zapałem” (18, 24-25). Wkroczenie Apollosa na scenę pierwszej ewangelizacji następuje w Efezie: udał się on tam, by przepowiadać i miał szczęście spotkać się z chrześcijańskimi małżonkami Pryscyllą i Akwilą (por. Dz 18,26), którzy wprowadzili go w pełne poznanie “drogi Bożej”(por. Dz 18,26). Z Efezu udał się do Achai, docierając do Koryntu: dotarł tu w następstwie listu chrześcijan z Efezu, którzy polecali Koryntianom, by go dobrze przyjęli (por. Dz 18, 27).

    W Koryncie, jak pisze Łukasz, “pomagał bardzo za łaską Bożą tym, co uwierzyli. Dzielnie uchylał twierdzenia Żydów, wykazując publicznie z Pism, że Jezus jest Mesjaszem” (Dz 18,27-28). Ale jego powodzenie w tym mieście miało też aspekt problematyczny, jako że było kilku członów tamtejszego Kościoła, którzy w jego imię, zafascynowani jego sposobem mówienia, sprzeciwiali się innym (por. 1 Kor 1,12; 3,4-6; 4,6). Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian wyraża uznanie dla działalności Apollosa, ale wypomina Koryntianom, że ranią Ciało Chrystusa, dzieląc się na przeciwne frakcje. Wyciąga on ważną naukę z tego wydarzenia: tak ja, jak i Apollos – powiada – nie jesteśmy nikim innym, jak tylko diakonoi, czyli prostymi sługami, przez których uwierzyliście (por. 1 Kor 3,5). Każdy ma odmienne zadanie na polu Pańskim: “Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost… My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga, wy zaś jesteście uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą” (1 Kor 3,6-9). Po powrocie do Efezu Apollos opierał się zaproszeniom Pawła, by powrócił natychmiast do Koryntu, odkładając podróż na późniejszy termin, którego nie znamy (por. 1 Kor 16,12). Nie mamy o nim żadnych innych wiadomości, chociaż niektórzy uczeni przypuszczają, że to on może być autorem Listu do Hebrajczyków, który – według Tertuliana – miał napisać Barnaba.

    Wszyscy ci trzej mężowie jaśnieją na firmamencie świadków Ewangelii ze względu na to, co ich łączyło, oprócz tego, co charakteryzowało każdego z nich. Wspólne, poza pochodzeniem żydowskim, było ich oddanie Jezusowi Chrystusowi i Ewangelii, wraz z faktem, że wszyscy trzej byli współpracownikami apostoła Pawła. W tej pierwszej misji ewangelizacyjnej odnaleźli oni sens swego życia, i jako tacy stają przed nami jako świetlany wzór bezinteresowności i wielkoduszności. Przemyślmy raz jeszcze na koniec to zdanie św. Pawła: tak ja, jak i Apollos, jesteśmy sługami Jezusa, każdy na swój sposób, ponieważ to Bóg pozwala rosnąć. Słowa te są aktualne także dzisiaj dla wszystkich – czy to Papieża, czy kardynałów, biskupów, kapłanów i świeckich. Wszyscy jesteśmy pokornymi sługami Jezusa. Służmy Ewangelii, jak możemy, zgodnie z naszymi darami, i prośmy Boga, by to On pozwolił rosnąć dziś swej Ewangelii, swojemu Kościołowi.

    wiara.pl

    ***


    10 czerwca

    Błogosławiony Bogumił-Piotr, biskup

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jan Dominici, biskup
      •  Błogosławiony Eustachy Kugler, zakonnik
    Błogosławiony Bogumił-Piotr
    Bogumił urodził się w Koźminie (Wielkopolska). Pochodził ze znakomitego rodu Leszczyców. Przyszedł na świat ok. 1135 r. O jego rodzicach dokumenty milczą. Jego bliższym krewnym, może nawet bratem, był cysters w Łeknie, Boguchwał. Nie są znane bliższe okoliczności wstąpienia Bogumiła do klasztoru cystersów. Nie wiemy również, czy jego imię Piotr jest chrzestnym, czy też zakonnym. W roku 1185 miał powstać klasztor cystersów w Koprzywnicy, a jego opatem miał być wybrany wówczas właśnie Bogumił-Piotr. W roku 1186 Bogumił został powołany na urząd biskupa w Poznaniu. Do dziś w skarbcu katedry przechowywana jest jego stuła. Jednak już w roku następnym, 1187, po śmierci arcybiskupa gnieźnieńskiego Zdzisława, Bogumił został powołany do Gniezna na jego następcę. Tak szybka kariera wskazuje, że musiał wyróżniać się niezwykłymi zaletami ducha. Bł. Wincenty Kadłubek, który zapewne znał go osobiście, napisał o nim w Kronice: “Mąż pełen cnót i wiedzy (…), wyróżniający się dobrymi obyczajami, pełen szlachetności umysłu”. Bogumił był rzeczywiście chlubą zakonu cysterskiego dzięki swojej mądrości, uczynności, dzielności, świętości i hojnej fundacji na cele misyjne.
    Swoje przywiązanie do zakonu cystersów okazał Bogumił zaraz na początku swoich rządów, kiedy przeznaczył dochody z kilkunastu wsi, należących do metropolii, na zorganizowanie nowego opactwa cystersów w Sulejowie, które ufundował wtedy książę Kazimierz Sprawiedliwy. Opactwu cysterskiemu w Łeknie ofiarował dochody z trzech innych wsi. O publicznej działalności Błogosławionego wiemy tyle, że w roku 1191 uczestniczył w konsekracji kolegiaty sandomierskiej. Wezwany na rozjemcę w sporze między benedyktynami a norbertanami o opactwo św. Wincentego we Wrocławiu w roku 1193, przydzielił je norbertanom. Jemu też zlecono delikatną i trudną misję pojednania książąt Kazimierza Sprawiedliwego z Mieszkiem Starym. W rodzinnym majątku, w Dobrowie, Bogumił ufundował kościół parafialny Świętej Trójcy i hojnie go uposażył.
    Spragniony ciszy i spokoju, po dwunastu latach rządzenia metropolia gnieźnieńską, w 1198 r. złożył rezygnację na ręce legata papieskiego, kardynała Piotra, i przeniósł się do Dobrowa, gdzie na wyspie rzeki Warty założył sobie pustelnię. Tam, jak pisał promotor procesu beatyfikacyjnego, prymas Maciej Łubieński, “trawiąc czas na modlitwie i trapiąc ciało swoje postami, niespaniem i różnymi umartwieniami, spędził ostatnie lata swego życia”. W każdą niedzielę dla okolicznych mieszkańców odprawiał Msze św. i wygłaszał kazania. Przeżył tam ok. 5 lat. Dobra rodzinne przeznaczył na misje wśród pogańskich Prusów.
    Nieznana jest data jego zgonu. Według Kalendarza Krakowskiego miał przejść do wieczności 19 sierpnia. Według nekrologu klasztorów norbertanów we Wrocławiu i w Szczecinie miał zasnąć w Panu 20 sierpnia. Przypuszczalny rok jego śmierci to ok. 1204 r.
    Jego cześć od samego początku była żywa. Obejmowała zwłaszcza rejon Wielkopolski. Uciekano się do jego wstawiennictwa przede wszystkim, by uprosić zdrowie dla żywego inwentarza oraz o szczęśliwe połowy ryb. U jego grobu w kościele dobrowskim składano liczne wota dziękczynne za wyjednane łaski. Prymas Jakub Uchański (1562-1581) w czasie badania relikwii Bogumiła wyjął z jego sarkofagu mitrę i pierścień biskupi z szafirem oraz złotą blachę z napisem pośmiertnym. Proces kanoniczny rozpoczął dopiero w roku 1625 prymas Maciej Łubieński. Akta tego procesu zostały przesłane do Rzymu w roku 1651. Z tej okazji opracowano żywot Bogumiła. Niestety, księga cudów, którą wypożyczył Sebastian Głębocki, spłonęła w jego dworze w Głębokim pod Kruszwicą. Nowy proces kościelny rozpoczął w roku 1908 biskup kujawski, Stanisław Kazimierz Zdzitowiecki. Dopiero papież Pius XI 27 maja 1925 roku zatwierdził starodawny kult biskupa Bogumiła. Paweł VI ogłosił bł. Bogumiła wraz z bł. Jolentą patronem archidiecezji gnieźnieńskiej. Ponadto bł. Bogumił jest patronem archidiecezji gdańskiej, poznańskiej, wrocławskiej i diecezji włocławskiej. Jest wzywany jako orędownik odbywających rekolekcje i skupienia.
    W ikonografii bł. Bogumił przedstawiany jest w pontyfikalnym stroju biskupim z krzyżem w ręku. Czasami ukazywany, gdy przechodzi suchą nogą przez rzekę. Jego atrybutem jest ryba.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 czerwca

    Święty Kolumba (Starszy) z Hy (Iona), opat

    Zobacz także:
      •  Święty Efrem Syryjczyk, diakon i doktor Kościoła
      •  Błogosławiona Anna Maria Taigi, tercjarka
      •  Święty Józef de Anchieta, prezbiter
      •  Błogosławiony Mikołaj z Gesturi, zakonnik
      •  Kościół metropolitalny w Lublinie
      •  Bazylika metropolitalna w Warszawie
    Prawdziwe imię Kolumby brzmi Columcille (irlandzkie imię – Colum Cille), czyli “gołąb Kościoła”. Na chrzcie otrzymał imię Crimthann (czyli “lis”). Znany jest przede wszystkim pod łacińską wersją swego imienia Columba. W wersji polskiej występuje jako Kolumba lub Kolumban. Nazwany został Starszym dla odróżnienia od Kolumbana Młodszego, także świętego (+ 615), wspominanego w liturgii 23 listopada. Z tego samego powodu bywa też określany mianem Kolumba opata z Hy (Iona). Analogicznie Kolumban Młodszy zwany jest wtedy Kolumbanem z Luxeuil/Bobbio.

    Święty Kolumba (Starszy) z Hy (Iona)

    Urodził się około r. 521 w królewskiej rodzinie Conall Gulbana; kilku bliskich z jego rodziny należało do grona panujących. Sam został szybko mnichem. Wówczas właśnie otrzymał imię Kolumba, pod którym przeszedł do historii. Wykształcenie i zmysł zakonny zdobywał w kilku klasztorach: w Cill-Enna, w Clonard oraz Moville. Potem sam założył wiele ośrodków mniszych. W roku 563, już jako kapłan i opat, opuścił Irlandię – pro Christo peregrinari volens (pragnąc pielgrzymować dla Chrystusa), jak przekazał Adamnan. Osiadł na opustoszałej wysepce Iona i tam utworzył nowy ośrodek, który miał promieniować przez kolejne stulecia. Podjął też pracę ewangelizacyjną, prowadzoną wcześniej bez trwałych rezultatów przez św. Niniana. Działał również pośród Irlandczyków osiadłych na południe od terenów Piktów. Oni to utworzyli podstawę dla ukształtowania narodowości szkockiej.
    Na małej skalistej wysepce Kolumba spędził trzydzieści cztery lata. Bez ustanku napływali do niego uczniowie, dlatego ośrodek stał się początkiem kilku innych klasztorów, które utworzyły rodzaj konfederacji mniszej. Formowano w nich misjonarzy dla Piktów i Anglosasów. Sam Kolumba nawrócił króla Piktów, a w 574 roku namaścił na króla władcę Irlandczyków w południowej Szkocji. Biskupem nie był, mimo to posiadał pewną jurysdykcję nad klasztorami w Szkocji i Irlandii. Zmarł 8 lub 9 czerwca 597 r., wtedy gdy św. Augustyn z Canterbury, wysłany przez Grzegorza Wielkiego, stawiał stopę na ziemi angielskiej. Szczątki patriarchy przeniesiono w czasie napadów skandynawskich. Przetrwała dużo późniejsza legenda o tym, że złożono je razem z relikwiami św. Patryka i św. Brygidy.
    W ikonografii przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim. Jego atrybutem jest: księga, zwój, model klasztoru, statek, gołąb.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    “Mo chridecán” znaczy moje serduszko – święty Kolumba

    "Mo chridecán" znaczy moje serduszko - święty Kolumba

    JOSEPH RATCLIFFE SKELTON (PD)Tylu masz nawrócić, ilu z Twojej przyczyny zginęło – nakazuje mistrz duchowy Kolumbie

    ***

    Sześć wieków wcześniej zanim święty Franciszek obłaskawiał wilka z Gubbio, klasztorny koń z opactwa w Ionie płakał nad św. Kolumbą. Święty, przeczuwając śmierć, żegnał się z tym światem, który mnisi irlandzcy traktowali zupełnie wyjątkowo, inaczej niż reszta chrześcijan. Po kilkunastu wiekach ich duchowość przeżywa renesans. Ma swoich entuzjastów także w Polsce.

    Scena przedśmiertnego pożegnania założyciela słynnego klasztoru, położonego na jednej z wysp u wybrzeży Szkocji, z siwkiem przywożącym mnichom mleko, jest naprawdę wzruszająca, ale – będę szczery – co mnie obchodzi stary koń sprzed czternastu wieków i jego wielki smutek? W najlepszym razie – niewiele. To natomiast, co napisał o tym pożegnaniu Adomnan, opat Iony sto lat po św. Kolumbie, o, to już daje do myślenia. Adomnan opisuje, jak ów koń, przeczuwając śmierć Świętego, złożył łeb na jego piersi, i dodaje – uwaga! – „wierzę, że Bóg go do tego natchnął, ponieważ każdemu zwierzęciu jest dana wiedza o rzeczach zgodnie z wolą Stworzyciela”. A na koniec pisze o tymże koniu, że „odszedł w smutku”. Czy, a jeśli tak, to jak bardzo płakał stary koń z Iony, tego nie wiemy. Ale wiemy, co napisał o zwierzęciu irlandzki mnich. I to właśnie jest niezwykłe.

    Adomnan
    nie był jakimś niezrównoważonym nadwrażliwcem. Widział świat tak jak współcześni mu chrześcijanie Irlandii i Szkocji – chrześcijanie celtyccy. Byli inni niż reszta świata chrześcijańskiego. Inaczej był zorganizowany ich Kościół (władzę mieli opaci, nie biskupi), w innym terminie świętowali Wielkanoc, a w ich klasztorach panowały inne porządki niż na kontynencie. Ale przede wszystkim inaczej widzieli Boży świat.

    Synod z Whitby w 664 r. rozpoczął proces wprowadzania rzymskich porządków w Kościele na Wyspach. Rzecznik Episkopatu Irlandii ks. Martin Clarke o nieco poźniejszym okresie nie waha się nawet powiedzieć, że „wielkie zakony z kontynentu skolonizowały Kościół w Irlandii”. Najazdy Wikingów, panowanie Anglików, reformacja dokonały reszty. Celtycka odmiana chrześcijaństwa na setki lat uległa zapomnieniu. Kościół katolicki w Irlandii, stopniowo uzyskujący w wieku XIX prawo do legalnego istnienia, czerpał już z innych źródeł. Dominujące były wpływy francuskie. – Przez dwieście lat byliśmy wychowywani w duchu jansenizmu. A ta pesymistyczna wizja człowieka i Boga naprawdę nie pasuje do irlandzkiej duszy – przekonuje ksiądz z archidiecezji dublińskiej.

    A cóż to jest ta irlandzka dusza?
    – pytam sam siebie, brodząc w Atlantyku, na plaży w Glencolumbkille, czyli Dolinie św. Kolumby. Ocean – nie ma się co dziwić, w końcu nie jestem Irlandczykiem – nie daje mi odpowiedzi. Bryza przyjemnie ochładza ciało i umysł rozgorączkowany spełnieniem się marzeń. Jestem w hrabstwie Donegal, na północno-zachodnim krańcu Wyspy. Tu, w królewskim klanie O’Neillów, w roku 521 urodził się św. Columcille – „Gołąbek Kościoła”, w spolszczonej wersji – św. Kolumba, ten od płaczącego konia. Irlandzka, wyspiarska dusza musi mieć coś wspólnego z oceanem i morzem. Nieustanne powroty fal. Upór, wytrwałość. Niekiedy – zapamiętałość prowadząca aż do zaślepienia i zniszczenia. Ale po nawałnicy skruszona łagodność. Historia św. Kolumby jest właśnie taka. Kopiuje jedyny psałterz w Irlandii i nie chce oddać kopii swemu mistrzowi. Król (mówi się, że to pierwsza w dziejach rozprawa o prawa autorskie) nakazuje oddać kopię, bo należy ona do oryginału, tak jak „każde cielę należy do jałówki”. Kolumba ani myśli tak postąpić. Wrogie klany walczą o kopię, dziś nazywaną Cathach – „wojownik”. Ginie 3000 ludzi.

    Tylu masz nawrócić, ilu z Twojej przyczyny zginęło – nakazuje mistrz duchowy Kolumbie. Następuje wygnanie z Irlandii. „Nie zobaczy to oko kobiet tej wyspy, ni irlandzkich mężczyzn” – pisze św. Kolumba, poeta i zapalczywa dusza. Razem z uczniami ląduje na Ionie. Zakłada klasztory, nawraca Piktów, Szkotów. 3000 dusz z nawiązką. I ujrzy jeszcze jego oko Wyspę Zieloną. Na zgromadzeniu w Drumceatt wstawia się za poetami, którzy mieli być wyklęci. Bo Irlandia bez poetów nie będzie Irlandią, argumentuje Kolumba. Poeta, miłośnik ksiąg, wielki misjonarz. To on właściwie rozpoczął ten trudny dla wyspiarzy ruch – opuszczenie ojczyzny dla Chrystusa. Po nim irlandzcy misjonarze pójdą z taką misją, która dotrze aż do Włoch, Francji, Niemiec, aż po Wiedeń i Salzburg, może jeszcze dalej, może do Polski nawet, ale to już historycznie niepewne. W każdym razie – mnisi iroszkoccy przywrócą chrześcijańskiej Europie jej pierwotną werwę. I dadzą Kościołowi praktykę spowiedzi indywidualnej w miejsce publicznej pokuty.

    Ale to było 1400 lat temu.
    Czym jest dziś irlandzka dusza i duchowość? Byłbym szalony, gdybym chciał dać odpowiedź. Powiem tak: dla mnie irlandzka duchowość to jest kierowca autobusu, który w pochmurny, dżdżysty dzień śpiewa za kierownicą, śpiewa, gdy sprzedaje bilety i śpiewa, gdy bierze ostry zakręt na wąziutkiej drodze prowadzącej nad morskim klifem. Radość życia. Mimo wszystko, mimo sztormów, nawałnic, burz, wichrów i chmurnego nieba. Radość z najzwyklejszych ludzkich spraw. Codzienność jest święta, świat jest Boży. Nie ma tego kontrastu, tej walki Boga ze światem. Być może celtyccy chrześcijanie dlatego tak patrzyli na życie, że tylko tam chrześcijaństwo zostało przyjęte bezkrwawo. Kulturowy dorobek przedchrześcijańskiej duchowości Celtów, dla których świat, przyroda były święte, został zasymilowany, a nie odrzucony. Szczęśliwie zachowały się teksty mnichów irlandzkich z pierwszego tysiąclecia. A wśród nich np. modlitwa w czasie rozpalania ognia, gotowania, pieczenia chleba, ubierania się, modlitwa w czasie dojenia krów i w czasie pływania łodzią. Duchowość bardzo przyziemna, Bóg bardzo bliski ludzkim sprawom. I Bóg strasznie bliski człowiekowi. Mo chridecán – „moje serduszko” – tak napisać mogła o Bogu tylko ręka irlandzkiego chrześcijanina.

    Co z tego dla nas?
    Może jakiś podziw dla dawnych, pięknych czasów, może pragnienie odwiedzenia tajemniczej Irlandii. Tomasz Opara jest leśnikiem w Księżym Lesie koło Tarnowskich Gór. – Nie chcę powiedzieć, że to było jakieś nawrócenie. Po prostu dzięki zainteresowaniu się duchowością celtycką zmieniło się moje pojmowanie religii. Już nie jest ona jakimś ogromnym, a niekiedy beznadziejnym wysiłkiem w dążeniu do Boga. On jest tu, w moich codziennych sprawach. To jest najważniejsze. Nie ma napięcia między tym, co Boże, a tym, co ludzkie – mówi Tomasz Opara, a jego sześcioletnia córeczka Marta od razu rozpoznaje na zdjęciach charakterystyczne celtyckie krzyże.

    Irlandia jest u nas ostatnio popularna. Dla wielu ludzi jest idylliczną krainą marzeń. Trzeba przyznać, że Irlandczycy mają talent w kreowaniu takiego obrazu swojego kraju. Nie wszystkich, a właściwie – mało kogo stać, by tam pojechać. A może jednak ważne jest to, co mówi Ernest Bryll, poeta i były ambasador Polski w Dublinie, że Irlandię trzeba i można znaleźć gdzieś blisko siebie. Taki duchowy świat, który pozwoli nam przeżywać życie bardziej twórczo i pięknie. On jest bliżej niż w zasięgu naszej ręki.

    Andrzej Kerner/wiara.pl

    ***

    8 czerwca

    Święta Jadwiga Królowa

    Zobacz także:
      •  Święty Medard, biskup
      •  Święty Wilhelm z Yorku, biskup
      •  Błogosławione Diana i Cecylia, dziewice
      •  Święty Jakub Berthieu, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Maria od Bożego Serca (Droste zu Vischering), dziewica
    UWAGA!
    Wspomnienie św. Jadwigi zostało przeniesione na 8 czerwca z dnia 17 lipca.

    Święta Jadwiga Królowa

    Jadwiga była trzecią i najmłodszą po Katarzynie (+ 1378) i Marii (+ 1395) córką króla Węgier i Polski, Ludwika Andegaweńskiego, i Elżbiety, księżniczki bośniackiej. Urodziła się prawdopodobnie 18 lutego 1374 roku. Rodzice planowali dla Jadwigi małżeństwo z Wilhelmem Habsburgiem. Dzieci połączono warunkowym ślubem (1378), by go dopełnić w ich wieku dojrzałym. W chwili zawarcia ślubu warunkowego Jadwiga miała zaledwie 4 lata. W nadziei na przyszły ślub wysłano Jadwigę do Wiednia. W tym jednak roku zmarła najstarsza córka Ludwika Węgierskiego, Katarzyna. W tej sytuacji odwołano Jadwigę na Węgry.
    Po śmierci Ludwika Węgierskiego (1382) Węgrzy ogłosili królową siostrę Jadwigi, Marię. Natomiast Polacy zaprosili na swój tron Jadwigę. W wieku 10 lat została koronowana 16 października 1384 r. W związku z zaistniałą sytuacją polityczną, a także wobec dalekosiężnych planów polskich rozważano możliwość unii Polski z Litwą. Stała się ona faktem dzięki małżeństwu królowej Jadwigi z Władysławem Jagiełłą, wielkim księciem Litwy. Ceremonia zaślubin, poprzedzona chrztem Jagiełły (15 lutego 1386 r.), odbyła się w katedrze królewskiej 18 lutego 1386 r. Tam również 4 marca odbyła się koronacja Jagiełły na króla polskiego. Jagiełło miał wówczas 35 lat, Jadwiga – 12.
    Wiosną tego samego roku para królewska udała się do Wielkopolski, gdzie król uspokoił tamtejszych panów, mianując na wojewodę wielkopolskiego ich kandydata, Bartosza z Odolanowa. Rok później panowie polscy zdołali przekonać Jadwigę, by stanęła na czele wojsk i na nowo przyłączyła Ruś do granic Polski. Starosta węgierski oddał Ruś bez oporu. 8 marca 1387 roku Jadwiga wjechała do Lwowa.
    Jan Długosz (+ 1480) oddaje Jadwidze najwyższe pochwały. Gdy była małoletnia, pozwoliła, by rządzili za nią wytrawni i całą duszą oddani polskiej racji stanu doradcy. Kiedy wraz z Jagiełłą została współrządczynią kraju, miała na celu jedynie dobro narodu polskiego. Z Krzyżakami wiodła ożywioną korespondencję: m.in. interpelowała w sprawie ich zbrojnych wypraw na Litwę, jak też w sprawie przywłaszczonych sobie dóbr Opolczyka w Ziemi Dobrzyńskiej i na Kujawach. We Włocławku spotkała się osobiście z wielkim mistrzem krzyżackim, Konradem von Jungingen, by omówić problemy, dotyczące obu stron (1397). Doprowadziła do zgody między Władysławem Jagiełłą a jego rywalem, Witoldem (1393). Odtąd wszelkie porachunki dynastyczno-polityczne książęta litewscy zobowiązali się załatwiać z udziałem Jadwigi. W 1392 roku udała się na Węgry, gdzie w spotkaniu ze swoją siostrą, Marią, omawiała w Lubowli i w Kezmarku sprawy obu państw. Nawiązała ścisły kontakt z papieżem Urbanem VI (+ 1392) i Bonifacym IX (+ 1404), skutecznie likwidując intrygi Krzyżaków, Opolczyka i Zygmunta Luksemburczyka.
    Serca poddanych pozyskała sobie jednak przede wszystkim niezwykłą dobrocią. Kiedy żołnierze królewscy spustoszyli wieśniakom pola, urządzając sobie na nich lekkomyślnie polowanie, zażądała od męża ukarania winnych i wynagrodzenia wyrządzonych szkód. Kiedy Jagiełło zapytał, czy jest już zadowolona, otrzymał odpowiedź: “A kto im łzy powróci?” Przy budowie kościoła Najświętszej Maryi Panny “na Piasku” w Krakowie, istniejącego do dziś, sama doglądała robót. Pewnego dnia jej czujne oko dojrzało kamieniarza, który był smutny. Kiedy zapytała, co mu jest, dowiedziała się, że ten ma w domu ciężko chorą żonę i boi się, że go zostawi samego z drobnymi dziećmi. Królowa, nie namyślając się, wyrwała ze swego bucika złotą klamerkę, obsadzoną drogimi kamieniami, i oddała ją robotnikowi, by opłacił lekarza. Nie zauważyła wówczas, że bosą stopę położyła na kamieniu oblanym wapnem. Odbity ślad wdzięczny kamieniarz obkuł dokoła i wraz z kamieniem wmurował w zewnętrzną ścianę świątyni. Do dzisiaj można ją oglądać. Bardzo wiele kościołów chlubi się, że je fundowała, odnawiała i uposażyła Jadwiga.

    Święta Jadwiga Królowa

    Do najpilniejszych trosk Jadwigi należało odnowienie Akademii Krakowskiej. Założył ją Kazimierz Wielki w 1364 roku, jednak za rządów Ludwika Węgierskiego Akademia podupadła. Jadwiga oddała wszystkie swoje klejnoty na jej odnowienie. Wystarała się także u Stolicy Apostolskiej o zezwolenie na jej dalsze prowadzenie i rozbudowę. Akademię otwarto po jej śmierci w 1400 roku.
    Jagiełło bardzo pragnął mieć potomka, który zapewniłby ciągłość jego rodu na tronie polskim. Kiedy więc Jadwiga została matką, na dworze królewskim zapanowała wielka radość. Niestety, trwała krótko, bo zakończyła się podwójną tragedią: śmiercią dziecka i matki. Dnia 22 marca 1399 roku Jadwiga urodziła córkę, której na chrzcie dano imię matki oraz (na cześć papieża) imiona: Elżbieta, Bonifacja. Jednak po trzech tygodniach dziewczynka zmarła, a niebawem zmarła też matka. Zasnęła w Panu 17 lipca 1399 roku, w wieku 25 lat, okrywając naród polski żałobą. Jako królowa rządziła Polską sama przez 2 lata (1384-1386), natomiast razem z Jagiełłą – przez 13 lat (1386-1399).

    Grobowiec św. Jadwigi

    Opłakiwaną przez wszystkich królowę pochowano w podziemiach katedry krakowskiej na Wawelu. W 1887 roku odnaleziono tam jej śmiertelne szczątki pod posadzką katedry. W 1949 roku jej grób otwarto ponownie i przeprowadzono badania naukowe. Zachowane kości pochowano w nowej trumnie, którą umieszczono w artystycznym sarkofagu z białego marmuru. Spoczywa w nim dotąd.
    Z pamiątek po św. Jadwidze warto wymienić krzyż, który znajduje się w katedrze wawelskiej, uważany za cudowny, nazywany także “krzyżem Jadwigi”, gdyż przed nim królowa miała się często modlić. Według podania z tego krzyża Chrystus miał do niej przemówić. Tu wreszcie miała zapaść decyzja Jadwigi o rezygnacji ze szczęścia osobistego (i małżeństwa z Wilhelmem) na rzecz pozyskania dla Chrystusa Litwy.
    Od razu po śmierci Jadwigę uważano za świętą, chociaż lud często mieszał ją ze św. Jadwigą Śląską (+ 1243). W 1426 roku arcybiskup gnieźnieński, Wojciech Jastrzębiec, rozpoczął formalny proces kanoniczny. W swoim dekrecie napisał m.in.: “Z doświadczenia wiemy, że spełniała przeróżne uczynki miłosierdzia, cierpliwości, postów, czuwań oraz innych niezliczonych dzieł pobożnych”. Arcybiskup polecił także zbierać fundusze na proces kanonizacyjny Jadwigi. Niestety, Kazimierz Jagiellończyk przeznaczył je na wojnę z Krzyżakami. Starania Jagiellonów o kanonizację św. Kazimierza, pochodzącego z ich rodu, ponownie odsunęły na dalszy plan kanonizację Jadwigi. Potem nastał czas nieustannych wojen i wewnętrznych zamieszek, wreszcie 150 lat trwająca niewola. Dopiero w XX w. starania o beatyfikację Jadwigi podjęli na nowo arcybiskup krakowski kardynał Adam Stefan Sapieha (+ 1951) i kardynał Karol Wojtyła.
    Z polecenia św. Jana Pawła II jego następca na stolicy arcybiskupów krakowskich, kardynał Franciszek Macharski, w roku 1979 przesłał do Rzymu formalną prośbę o beatyfikację, do której dołączył liczącą ponad 350 stron dokumentację nieprzerwanego kultu Jadwigi, trwającego po dzień dzisiejszy. Kongregacja do Spraw Kanonizacji na tej podstawie przygotowała relację o kulcie. Na polecenie papieża Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów przygotowała teksty liturgiczne i wyznaczyła dzień 17 lipca na doroczne wspomnienie Jadwigi. Dokumenty tych kongregacji św. Jan Paweł II osobiście przywiózł do Polski i 8 czerwca 1979 r. na zamknięcie synodu archidiecezji krakowskiej odprawił Mszę świętą ku czci bł. Jadwigi.
    W 1996 roku został ogłoszony dekret o heroiczności cnót Jadwigi, w którym napisano: “Kobietą dla Kościoła i dla Ojczyzny najbardziej zasłużoną była błogosławiona Jadwiga, królowa Polski, która sprawiedliwością i troskliwą miłością rządziła swoim narodem, popierała rozszerzanie wiary i kultury chrześcijańskiej i jak światło postawione na świeczniku świętością życia i dziełami ozdobiła wspólnotę kościelną i świecką. […] Wraz z mężem, który dochował obietnic złożonych przed zaślubinami, Jadwiga czynnie uczestniczyła w życiu Królestwa polsko-litewskiego; miała własny dwór i kancelarię, i podejmowała obowiązki administracyjne, popierając sprawiedliwość i pokój tak w sprawach wewnętrznych, jak i w załatwianiu spraw z innymi państwami. Prawo Boże było w jej życiu i działalności najwyższą wartością. […] Dla chorych założyła wiele szpitali i nie szczędziła pomocy biednym. Mimo młodego wieku zawsze działała z roztropnością, męstwem i łagodnością, mając na uwadze chwałę Boga, dobro Kościoła i swojego ludu. «Była zwierciadłem czystości, pokory i prostoty». Praktykowała umiarkowanie w używaniu dóbr ziemskich i post, unikała próżnej chwały i przepychu, swoją nadzieję złożyła w Bogu i pragnęła wiecznej nagrody”.
    Kanonizacji Jadwigi dokonał również św. Jan Paweł II – na krakowskich Błoniach, 8 czerwca 1997 r., w obecności ponad miliona ludzi, w 18. rocznicę pierwszej Mszy o bł. Jadwidze odprawionej w Krakowie. Z tej racji obchód ku czci św. Jadwigi przeniesiono z pierwotnego terminu (17 lipca, dies natalis Świętej) na dzień 8 czerwca. Była to pierwsza w dziejach kanonizacja na ziemi polskiej. W homilii Papież-Polak mówił m.in.: “Najgłębszym rysem jej krótkiego życia, a zarazem miarą jej wielkości, jest duch służby. Swoją pozycję społeczną, swoje talenty, całe swoje życie prywatne całkowicie oddała na służbę Chrystusa, a gdy przypadło jej w udziale zadanie królowania, oddała swe życie również na służbę powierzonego jej ludu”.
    W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest w stroju królewskim. Jej atrybutem są buciki.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    7 czerwca

    Błogosławiona Maria Teresa de Soubiran, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Robert z Newminster, opat
      •  Święty Antoni Maria Gianelli, biskup
      •  Błogosławiona Anna od św. Bartłomieja, dziewica
    Błogosławiona Maria Teresa de Soubiran
    Zofia Teresa Augustyna Maria de Soubiran La Louvière urodziła się 16 maja 1834 r. w Castelnaudary, w pobliżu Carcassonne, w rodzinie, z której pochodził papież Urban V. Wcześnie otrzymała dar modlitwy. Wcześnie też zamieszkała u sióstr, którymi kierował jej wuj, Ludwik de Soubiran. To on zapoznał ją z zasadami życia wewnętrznego i podsunął jej myśl, aby inspiracji do życia wspólnotowego i działalności charytatywnej poszukała u beginek. Zofia wyprawiła się więc do Gandawy, potem zaś w Castelnaudary założyła beginaż, którego głównym celem stała się opieka nad ubogimi dziećmi. Z tej wspólnoty wyłoniło się z czasem nowe zgromadzenie zakonne pod wezwaniem Maryi Wspomożycielki. Aprobatę otrzymało ono w roku 1869. Opiekę nad dziećmi siostry miały łączyć z nieustanną adoracją Najświętszego Sakramentu, wokół której miało koncentrować się ich całe życie wewnętrzne. Główny dom zgromadzenia otwarto w Tuluzie.
    W 1886 r. nastąpił kryzys rozwoju zgromadzenia. Pewna ambitna intrygantka oskarżyła założycielkę o to, że wyrządza zgromadzeniu szkody. Maria musiała ustąpić. Przez siedem miesięcy przebywała w szpitalu, potem przyjęły ją w Paryżu siostry ze zgromadzenia eudystek. Jednak również tam nie wszyscy obdarzali ją zaufaniem. Zmarła poza zgromadzeniem 7 czerwca 1889 r. W rok później w założonym przez nią zgromadzeniu nastąpiła radykalna zmiana. Dokonano rehabilitacji Marii; potwierdziła ją beatyfikacja, której w 1946 r. dokonał papież Pius XII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 czerwca

    Błogosławiona Maria Karłowska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Norbert, biskup
      •  Święty Marcelin Józef Champagnat, prezbiter
      •  Święty Filip, diakon
    Błogosławiona Maria Karłowska
    Maria Karłowska urodziła się 4 września 1865 r. we Słupówce w Wielkopolsce jako jedenaste dziecko rodziny ziemiańskiej. Wychowywała się w atmosferze głębokiej pobożności, karności i szczerego patriotyzmu. Dzieciństwo i młodość spędziła w Poznaniu, gdzie w roku 1882, mając 17 lat, na ręce swego spowiednika złożyła ślub dozgonnej czystości. Po śmierci obojga rodziców w 1882 r. Maria odbyła kurs kroju i szycia w Berlinie i podjęła pracę w prowadzonej przez swą siostrę pracowni haftu i szycia jako instruktorka zatrudnionych tam dziewcząt. Oddawała się też z zapałem działalności dobroczynnej wśród chorych, ubogich i potrzebujących, wśród wielodzietnych rodzin i rozbitych małżeństw w najnędzniejszych dzielnicach miasta.Od 1892 r. poświęciła się opiece nad dziewczętami słabymi i zagubionymi moralnie. Miejscem ewangelizacji były dla niej bramy kamienic, cmentarz, ulica, dom publiczny, więzienie, oddział w szpitalu miejskim przeznaczony dla kobiet z chorobami wenerycznymi. Dzięki Bożej pomocy udało się jej otworzyć 9 ośrodków wychowawczych, wyposażonych w różnorodne warsztaty pracy, gdzie wychowanki miały możliwość rehabilitacji społecznej i religijnej.
    W roku 1894 Maria Karłowska założyła Zgromadzenie Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej, którego zawołanie brzmi: “Szukać i zbawiać to, co zginęło”. Zmarła w opinii świętości 24 marca 1935 r. w Pniewitem na Pomorzu. Proces diecezjalny zmierzający do jej beatyfikacji rozpoczęto w Pelplinie w dniu 17 marca 1965 roku. 6 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w Zakopanem ogłosił ją błogosławioną. Mówił wtedy:Maria Karłowska prowadziła prawdziwie samarytańską działalność pośród kobiet, które doznały wszelakiej nędzy materialnej i moralnej. Jej święta gorliwość szybko pociągnęła za sobą grono uczennic Chrystusa, z którymi założyła Zgromadzenie Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej. Sobie i swym siostrom taki wyznaczała cel: “Mamy oznajmiać Serce Jezusa, to jest tak z Niego żyć i w Nim, i dla Niego, abyśmy się stawały do Niego podobne i aby w życiu naszym On był widoczniejszy, aniżeli my same”.
    Jej oddanie Najświętszemu Sercu Zbawiciela zaowocowało wielką miłością do ludzi. Odczuwała ciągle nienasycony głód miłości. Taka miłość, według błogosławionej Marii, nigdy nie powie dosyć, nigdy nie zatrzyma się na drodze. Unoszona jest bowiem prądem miłości Boskiego Parakleta. Przez tę miłość wielu duszom przywróciła światło Chrystusa i pomogła odzyskać utraconą godność.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    5 czerwca

    Święty Bonifacy, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Małgorzata Łucja Szewczyk, dziewica
    Święty Bonifacy
    Bonifacy urodził się około 673 r. w Dewonshire, w Anglii (Wessex). Na chrzcie otrzymał imię Winfryd. Jako młodzieniec, czując wezwanie do służby Bożej, został benedyktynem w opactwie Exeter, następnie w opactwie w Nursling. Przyjął imię Bonifacy. Święcenia kapłańskie otrzymał około 30. roku życia. Zaraz po święceniach opat wyznaczył mu funkcję kierownika szkoły w Nursling.
    Po pewnym czasie udał się na misje do Fryzji, dzisiejszych północnych Niemiec i Holandii. Szybko musiał jednak powrócić do swojego klasztoru. Wybuchła bowiem wojna między księciem Fryzów a Frankami. Po śmierci opata Winbrecha mnisi wybrali Bonifacego. Nie pozostał jednak długo na tym zaszczytnym stanowisku, gdyż w roku 718 wybrał się ponownie do Niemiec. Dla pozyskania poparcia misji udał się najpierw do Rzymu. Papież św. Grzegorz II dał mu listy polecające do króla Franków i do niektórych biskupów. 14 maja 719 roku Bonifacy opuścił Rzym i udał się do Niemiec. W drodze zatrzymał się w Pawii, gdzie odwiedził króla Longobardów. Stąd ruszył przez Bawarię, Turyngię i Hesję do Fryzji. Spotkał się ze św. Willibrordem. Pod kierunkiem tego doświadczonego misjonarza pracował około 3 lat. Trud misyjny Bonifacego wydawał niezwykłe owoce. W krótkim czasie miał ochrzcić kilka tysięcy germańskich pogan. Bonifacy udał się potem ponownie do Hesji, gdzie w roku 722 założył klasztor benedyktyński w Amoneburgu.
    W celu omówienia z papieżem organizacji stałej administracji kościelnej na terenie Niemiec, Bonifacy udał się ponownie do Rzymu. Wyjaśnił papieżowi stan misji i jej potrzeby. Grzegorz II udzielił Bonifacemu święceń biskupich i dał mu pełnomocnictwa, konieczne dla sprawniejszej akcji misyjnej. Wręczył mu również ponownie list polecający do króla Franków, Karola Martela. Ponieważ zapotrzebowanie na misjonarzy rosło, Bonifacy zwrócił się z apelem do klasztorów w Anglii o pomoc. Benedyktyni przysłali mu licznych i gorliwych misjonarzy. W roku 723 Bonifacy przybył na dwór Karola Martela. Ten dał biskupowi listy polecające do wszystkich urzędników frankońskich, by mu służyli wszelką dostępną pomocą. Korzystając z uprawnień metropolity misyjnego, Bonifacy mianował biskupów w Moguncji i w Würzburgu. Założył wiele placówek stałych, zależnych od tych biskupów, a także szereg klasztorów benedyktynów i benedyktynek.
    Uradowany tak pomyślnymi wynikami papież św. Grzegorz III wezwał Bonifacego do Rzymu i nałożył mu uroczyście paliusz metropolity-arcybiskupa z władzą mianowania i konsekrowania biskupów na terytorium Niemiec na wschód od Renu. Ponadto mianował go swoim legatem na Frankonię i Niemcy. Na mocy tak rozległej władzy Bonifacy zwołał do Bawarii synod, aby do administracji kościelnej wprowadzić ład, gdyż dotychczasowa akcja miała charakter okazjonalny i chaotyczny. Dzięki poparciu księcia Odilona zdołał przywrócić karność kościelną. Ustanowił biskupstwa w Passawie, Freising, Ratyzbonie (Regensburgu) i w Eichstätt. W Salzburgu mianował biskupem mnicha benedyktyńskiego, Jana. Posuwając się w głąb Niemiec, założył nadto biskupstwo w Fuldzie, które uznał za centrum i ośrodek swojej działalności misyjnej.
    W tym samym czasie we Francji nie zwoływano żadnych synodów. Wiele stolic biskupich było nieobsadzonych. Wśród duchowieństwa i wiernych upadek karności kościelnej był jaskrawo widoczny. Raport o tej sytuacji Bonifacy przesłał do Rzymu, do nowego papieża, św. Zachariasza. Otrzymał od niego polecenie, by jako legat papieski zabrał się do koniecznej reformy. Przeprowadził ją na synodzie generalnym w roku 743. Uchwały tam podjęte potwierdziły synody miejscowe. Nadto biskupi Galii wysłali do papieża list hołdowniczy i wspólne wyznanie wiary. Radując się z tak obiecującej reformy w Galii, Bonifacy chciał zaproponować podobną reformę w Anglii. W tej sprawie napisał do prymasa Anglii, Kutberta, który podobne reformy także przeprowadził. W roku 745 dzięki interwencji Bonifacego papież podniósł biskupstwo w Kolonii do godności metropolii. Podobnie uczynił z biskupstwem w Salzburgu i Moguncji (747).
    Mając 80 lat, po raz trzeci udał się na misje do Fryzji. Kiedy jednak dotarł do miasta Dokkum, został napadnięty przez pogan i wraz z 52 Towarzyszami 5 czerwca 754 roku zamordowany. Jego ciało przewieziono do Utrechtu, by je pochować w miejscowej katedrze. Jednak uczeń Bonifacego, św. Luli, zabrał je do Fuldy. Tam bowiem Bonifacy chciał być pogrzebany – i tam spoczywa do dziś. Co roku przy grobie św. Bonifacego zbiera się episkopat niemiecki na swoje narady. Ku czci św. Bonifacego wystawiono w Niemczech wiele kościołów. Jest on także bardzo czczony w Anglii. Już w roku 756 na synodzie plenarnym episkopat angielski ogłosił św. Bonifacego swoim patronem obok św. Grzegorza I Wielkiego, papieża, i św. Augustyna z Canterbury, pierwszego prymasa Anglii.
    Św. Bonifacy jest patronem Niemiec, diecezji w Fuldzie, Erfurcie, Moguncji oraz diecezji łomżyńskiej i archidiecezji warmińskiej, a także kasjerów, krawców, księgarzy i piwowarów.
    W ikonografii św. Bonifacy jest przedstawiany w biskupim stroju – w ornacie, paliuszu, mitrze lub jako benedyktyński mnich. Jego atrybutami są: kruk, lis, krzyż z podwójnym ramieniem – symbolizujący legata papieskiego, księga Ewangelii przebita mieczem (taką bowiem znaleziono przy nim po męczeńskiej śmierci).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    4 czerwca

    Święty Franciszek Caracciolo, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr z Werony, prezbiter i męczennik
    Święty Franciszek Caracciolo
    Franciszek urodził się 13 października 1563 r. w Villa Santa Maria (królestwo Neapolu). Pochodził ze znakomitej rodziny. Na chrzcie otrzymał imię Askaniusz. Kiedy miał 22 lata, zachorował śmiertelnie. Złożył wtedy ślub oddania się Panu Bogu na służbę i wyzdrowiał.
    Studiował teologię na uniwersytecie w Neapolu, przeplatając studia modlitwą, uczynkami pokutnymi i charytatywnymi. W 1587 r. przyjął święcenia kapłańskie. Zaraz też włączył się do bractwa kapłanów neapolitańskich, których celem było towarzyszyć skazanym na śmierć, opiekować się więźniami i galernikami. Kaplica stowarzyszenia była w pobliżu szpitala dla nieuleczalnie chorych. Dzieląc pomiędzy te instytucje swoje zajęcia, młody kapłan z wolna pozyskał dla swojej apostolskiej pracy podobnie gorliwych kapłanów. Na początku zgłosiło swój akces dwóch. Wszyscy trzej przyjaciele udali się do pustelni w Camaldoli, by na modlitwie prosić o światło Ducha Świętego i opracować regułę. Postanowiono do ślubów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa dołączyć ślub czwarty – nie przyjmowania żadnych godności kościelnych. Papież Sykstus V zatwierdził regułę – a więc i nowy zakon – w roku 1588. W ten sposób Askaniusz razem z genueńczykiem Janem Adorno założył nowy zakon Kanoników Regularnych Mniejszych, opiekujący się biednymi, chorymi i więźniami. Mając 26 lat, 9 kwietnia 1589 r., złożył śluby i w miejsce dotychczasowego: Askaniusz, przyjął nowe imię zakonne – Franciszek. W 1591 r. został generałem zakonu. W roku 1591 otrzymał zaproszenie do objęcia opieki nad kościołem Matki Bożej Większej w Neapolu. W roku 1594 powstał pierwszy dom zakonu w Hiszpanii, w roku 1598 w Rzymie, przy kościele Św. Agnieszki na Placu Navona. W roku 1601 Franciszek założył dom zakonny w Valladolid i trzeci z kolei w Hiszpanii, w Alcala. W roku 1606 powstał w Rzymie drugi dom nowego zakonu.
    Na własną prośbę Franciszek został zwolniony z obowiązków przełożonego generalnego. Piastował urzędy niższe: mistrza nowicjatu i przełożonego domu w Neapolu, potem wikariusza generalnego zakonu. Odznaczał się gorliwością, umartwieniem oraz nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu. Popierał ze wszystkich sił – a także sam wprowadzał, gdzie tylko mógł – uroczyste wystawienia Najświętszego Sakramentu, adoracje i procesje.
    Zmarł 4 czerwca 1608 r. w Anconie, pielgrzymując do sanktuarium Matki Bożej w Loreto. Pochowano go w kościele Matki Bożej Większej w Neapolu. W czasie pogrzebu wydarzył się wypadek nagłego uzdrowienia pewnego człowieka ze śmiertelnej choroby. Po przepisanym przez prawo kościelne procesie kanonicznym do chwały błogosławionych wyniósł Franciszka papież Klemens XIV w roku 1770. Do katalogu świętych wpisał go uroczyście papież Pius VII w roku 1807. W roku 1840 św. Franciszek Caracciolo został ogłoszony drugim – obok św. Januarego – patronem Neapolu. W roku 1844 ciało Świętego przeniesiono do kościoła Santa Maria di Monteverginella w Neapolu.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 czerwca

    Święci Karol Lwanga
    i jego Towarzysze, męczennicy

    Zobacz także:
      •  Święta Klotylda
      •  Święty Jan Grande, zakonnik
    Święci Karol Lwanga i Towarzysze
    Do VIII wieku Afryka Północna wydała wielu świętych. Afryka Czarna – Środkowa i Południowa – zetknęła się z Kościołem dopiero wiele wieków później. Do Ugandy chrześcijaństwo dotarło w latach dziewięćdziesiątych XIX w. W 1879 r. przybyli tam Ojcowie Biali, którzy spotkali się z przychylnością mieszkańców. Jednak w kilka lat później razem z misjonarzami anglikańskimi zostali zmuszeni przez króla Mtera do opuszczenia kraju. Kiedy po jego śmierci na tron wstąpił Mwanga, rozpoczęło się krwawe prześladowanie chrześcijan. Pierwsze prześladowanie dotknęło misję anglikańską. W Natebe nieopodal stolicy kraju, Kampali, wbito na pale i żywcem spalono trzech uczniów szkockiego misjonarza Mackaya, który uczył Murzynów czytać, pisać i wierzyć. Z rozkazu króla zginął następnie pierwszy biskup anglikański, Hannigton.
    Wkrótce ofiarą nienawiści padli także neofici katoliccy – wśród nich dworzanie króla. Przez wiele dni na uwięzionych wywierano wszelkiego rodzaju naciski. Wśród męczenników było dwóch chłopców, liczących zaledwie 12 lat. Dnia 3 czerwca 1886 roku w Namugongo zapłonął stos. Zawiniętych w trzcinowe maty misjonarzy kolejno wrzucano w płomienie. Było to w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Męczenników było bardzo wielu. 6 czerwca 1920 roku beatyfikował ich Benedykt XV. Karol Lwanga został wyróżniony dlatego, że nie tylko z uśmiechem poniósł śmierć, ale zachęcał innych do wytrwania. Wraz z nim zginęło jednego dnia na tym samym miejscu 13 męczenników. Dlatego 3 czerwca papież wyznaczył na ich doroczne wspomnienie. 18 października 1964 roku (w niedzielę misyjną) Paweł VI wyniósł wspomnianych męczenników do chwały świętych.

    Święty Karol Lwanga

    Karol Lwanga był wodzem plemienia Nagweya i przełożonym królewskich paziów. W momencie śmierci miał 25 lat. Jego ciało palono wolno na ogniu, zaczynając od stóp. Zgodnie z decyzją Piusa XI z 1934 r. Karol Lwanga jest patronem młodzieży i Akcji Katolickiej w Afryce.
    Balikudembe, Józef Mukasa, był pierwszym ministrem króla. Dla Chrystusa zdołał pozyskać 150 pogan. 
    Banabakintu był naczelnikiem kilku wiosek murzyńskich. Zginął, kiedy miał lat 35. 
    Andrzej Kaggwa, lat 30, był kapelmistrzem królewskim. Został ścięty, potem porąbany w kawałki.
    Szczególne męki zastosowano wobec Macieja Kalemby, który był sędzią i namiestnikiem okręgu; zginął mając lat 50. Obcięto mu ręce i nogi, wycinano mu żywcem kawały ciała, palono go, a potem wrzucono w sitowie w nadziei, że się po tylu mękach załamie. Tam od ran skonał. Pozyskał dla Chrystusa ok. 200 współziomków. 
    Mwaggali Noe był garncarzem i garbarzem. 31 maja 1886 roku powieszono go, przebito włócznią, a jego wnętrzności dano na pożarcie wygłodniałym psom.Krew męczeńska wylana w Ugandzie nie poszła na marne, ale użyźniła czarną glebę afrykańską. Zaraz po ustaniu prześladowania w roku 1890 w Ugandzie było już 2197 katolików i ok. 10 000 katechumenów, którzy przygotowywali się do przyjęcia chrztu. W roku 1906 ich liczba wzrosła do ok. 100 000 katolików i ok. 150 000 katechumenów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    2 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Krzeszowska
    Matka Łaski Bożej

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Marcelin i Piotr
      •  Błogosławiony Sadok i jego Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Feliks z Nikozji, zakonnik
    Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Krzeszowie
    W Krzeszowie na Dolnym Śląsku znajduje się kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Zwany był Domus aurea (Złotym domem) ze względu na niesłychany przepych wnętrza. W jego powstawaniu uczestniczyli najwybitniejsi przedstawiciele sztuki śląskiej. Kościół zbudowano w latach 1728-1735. Jego wnętrze zdobi dekoracja malarska autorstwa Jerzego Wilhelma Neunhertza. Tworzy ona wielki cykl malowideł sklepiennych; ich tematyka została zaczerpnięta z biblijnych zapowiedzi proroka Izajasza, odnoszących się do Chrystusa. Wiele wątków na malowidłach odwołuje się także do wydarzeń z dziejów zakonu bernardynów, pierwszych opiekunów sanktuarium krzeszowskiego (1242-1292). Po nich opiekę nad opactwem krzeszowskim objęli cystersi.
    W głównym ołtarzu kościoła znajduje się obraz Piotra Brandla, przedstawiający Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Szczególnym kultem otoczony jest także znajdujący się w ołtarzu wizerunek Matki Bożej Łaskawej. Zaginął on podczas wojen husyckich w wieku XV, a odnaleziony został 18 grudnia 1622 r. To wówczas z wielką siłą odrodził się jego kult. Na pamiątkę tego wydarzenia każdego roku 18 grudnia obchodzone jest Święto Światła.

    Obraz Matki Bożej Łaskawej (Krzeszowskiej), Królowej Sudetów

    Obraz Matki Bożej Łaskawej, czczonej także jako Królowa Sudetów, znajduje się w Krzeszowie od XIII w. Ikona ta należy prawdopodobnie do najstarszych obrazów maryjnych w Europie. Według jednego z przekazów, pochodzi z Bizancjum. Mieli ją przywieźć rycerze uczestniczący w wyprawach krzyżowych. Najpierw trafiła do Rimini we Włoszech, następnie do Bawarii, w rodzinne strony św. Jadwigi. Przyszła żona Henryka Brodatego przywiozła ją na Dolny Śląsk w wianie ślubnym.
    Wizerunek Maryi namalowany jest farbami temperowymi na modrzewiowej desce o rozmiarach 60 x 37 centymetrów. Zamyślona Maryja, w purpurowym maforionie i zielonej sukni, lewą dłoń wspiera na piersi, a na prawej trzyma Jezusa okrytego zieloną szatką, spod której widać Jego bose stopy. Jezus podnosi prawą rączkę do góry w geście błogosławieństwa, w lewej trzyma zwinięty w rulon pergamin. Swą twarz kieruje w stronę Matki. Tło ikony jest złote. Ikonę otaczają piękne barokowe ramy wraz z napisem: Gratia Sanctae Mariae (Łaska Świętej Maryi). Ani twórca, ani dokładna data powstania obrazu nie są znane.
    Pomiędzy 25 marca 1996 r. a 10 września 1997 r. na terenie diecezji legnickiej miała miejsce peregrynacja kopii wizerunku Madonny Krzeszowskiej. Obraz nawiedził wówczas ponad 500 kościołów i kaplic zakonnych. 2 czerwca 1997 r. papież św. Jan Paweł II dokonał koronacji słynnego wizerunku krzeszowskiego złotymi koronami. Powiedział wtedy: Sanktuarium krzeszowskie ufundowała Anna, wdowa po Henryku Pobożnym, w rok po bitwie legnickiej. Już w wieku XIII przed obrazem Bogarodzicy gromadziły się rzesze pielgrzymów. I już wówczas nosiło ono nazwę Domus Gratiae Mariae. Rzeczywiście był to Dom Łaski hojnie rozdzielanej przez Bogurodzicę, do którego licznie przybywali pielgrzymi z różnych krajów, zwłaszcza Czesi, Niemcy, Serbołużyczanie i Polacy. Cieszymy się, że dziś także Boża Matka zgromadziła licznych pielgrzymów z tych po sąsiedzku żyjących narodów.
    Niech ten znak włożenia koron na głowę Maryi i Dzieciątka Jezus będzie wyrazem naszej wdzięczności za dobrodziejstwa Boże, których tak wiele otrzymywali i stale otrzymują czciciele Maryi, spieszący do krzeszowskiego Domu Łaski. Niech będzie również znakiem zaproszenia Jezusa i Maryi do królowania w naszych sercach i w życiu naszego narodu. Abyśmy wszyscy stawali się świątynią Boga i mężnymi świadkami Jego miłości do ludzi.
    Uroczysta intronizacja obrazu odbyła się w Krzeszowie 17 sierpnia 1997 r. Biskup legnicki ustanowił w Krzeszowie pierwsze sanktuarium na terenie diecezji, a w 1998 r. kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie został ogłoszony bazyliką mniejszą. Corocznie, 15 sierpnia, w dniu odpustu obraz jest wyjmowany z głównego ołtarza i niesiony w uroczystej procesji przez przedstawicieli kapłanów, ojców, matek, młodzieży męskiej i żeńskiej, górników i dzieci. Z kolei 2 czerwca obchodzi się uroczystość odpustową w rocznicę koronacji obrazu przez św. Jana Pawła II.Różnymi tytułami chrześcijańska pobożność wzywała w ciągu wieków Matkę Bożą. Należy do nich określenie “Matka Łaski Bożej” lub inaczej Matka Boża Łaskawa. Pierwsze sformułowanie zaczerpnięte jest z litanii loretańskiej. Bezpośrednim sprawcą łaski Bożej jest Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel. Maryja jednak, tak jak jest Matką Chrystusa-Zbawiciela, sprawcy wszelkiej łaski, jest tym samym Matką Łaski Bożej.
    Zarówno u boku pierwszego człowieka – Adama, jak i u boku Chrystusa pojawia się niewiasta: Ewa i Maryja. Jak Ewa współdziałała w grzechu pierworodnym, tak Maryja ma swój czynny udział w zbawczej działalności Syna; działalności, przez którą otrzymujemy “obfitość łaski i dar sprawiedliwości”.
    Ojcowie Soboru Watykańskiego II tak nas pouczają: “Maryja, córka Adama, zgadzając się na słowo Boże, stała się Matką Jezusa, i przyjmując zbawczą wolę Bożą całym sercem, nie powstrzymana żadnym grzechem, całkowicie poświęciła samą siebie, jako służebnicę Pańską, osobie i dziełu Syna swego, pod Jego zwierzchnictwem i wespół z Nim z łaski Boga wszechmogącego służąc tajemnicy odkupienia. Maryja… z wolną wiarą i posłuszeństwem czynnie współpracowała w dziele zbawienia ludzkiego” (Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium, nr 56).
    To włączenie się Maryi w dzieło zbawienia człowieka ma swoje określone następstwo. Stała się ona naszą Matką w porządku łaski: “To zaś macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie – poczynając od aktu zgody, którą przy zwiastowaniu wiernie wypełniła i którą zachowała bez wahania pod krzyżem – aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych. Albowiem wzięta do nieba nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo ustawicznie zjednuje nam dary zbawienia wiecznego. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi swojego Syna, dopóki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny” (Lumen gentium, nr 62).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    1 czerwca

    Święty Justyn, męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Inigo z Oña, opat
    Święty Justyn
    Justyn urodził się na początku II w. we Flavia Neapolis (dzisiejszy Nablus w Samarii), w pogańskiej rodzinie. Po upadku Jerozolimy w 70 r. miasto było jednym z ważniejszych centrów kultury greckiej i rzymskiej na terenie Palestyny. Od młodości pasjonował się filozofią i problemami ogólnoludzkimi. Przebadał systemy Platona, Arystotelesa, Pitagorasa, epikurejczyków i modnych wówczas stoików. Jeszcze bardziej nurtowały go problemy religijne. W ten sposób zainteresował się judaizmem i chrześcijaństwem. Czytał Pismo św. i przyglądał się życiu chrześcijan. Badał ich naukę, obserwował ich obyczaje. Około roku 130 przyjął chrzest w Efezie. Stał się gorliwym wyznawcą.
    Justyn to najważniejszy apologeta chrześcijaństwa w II wieku. Wykorzystując autorytet, jaki sobie zdobył prawością charakteru i posiadaną wiedzą, zgromadził koło siebie uczniów i chętnie prowadził z nimi dyskusje na tematy filozoficzne, etyczne i religijne. Sam przekonany o tym, że tylko w chrześcijaństwie jest pełna prawda, dążył do tego, by i jego uczniowie byli o tym przekonani. Jednym z jego uczniów był Tacjan, późniejszy apologeta. Chętnie też spotykał się z filozofami pogańskimi i żydowskimi, aby żarliwie z nimi dyskutować na wspomniane tematy. W roku 135 spotkał się w Efezie z pewnym rabinem żydowskim, Tryfonem, i odbył z nim wielogodzinną dyskusję. Pamiątką tej rozmowy jest dzieło św. Justyna pod tytułem Dialog z Żydem Tryfonem.
    W tym czasie Justyn wydał też dwie apologie. Pierwszą z nich skierował do Rzymian, drugą zaś – formalnie do senatu rzymskiego. Wykazywał w nich odważnie, jak mylne poglądy mieli poganie o chrześcijanach i obalał zarzuty, stawiane wyznawcom Chrystusa przez pogan. Była to niemała odwaga. Od 100 lat wiara w Chrystusa była na państwowym indeksie. Od czasów Nerona chrześcijanie byli uważani za głównego wroga cesarstwa; należało ich tępić wszelkimi dostępnymi środkami. Nie odwołano krwawych edyktów, wydanych przez Nerona (54-68) i Domicjana (81-96). Za czasów Justyna panował wprawdzie raczej łagodny cesarz Antoninus Pius (138-161), wszakże za panowania cesarza-filozofa, Marka Aureliusza, prześladowanie wybuchło ponownie (161-180). Ofiarą właśnie tego prześladowania padł Justyn.

    .Święty Justyn

    Justyn kilkakrotnie toczył dysputy z filozofem Krescensem, zwalczając jego błędne teorie. Z tego powodu został oskarżony przez Krescensa wraz z sześcioma uczniami Charitonem, jego żoną Charytą, Euelpistem, Hieraksem, Peonem i Walerianem o wyznawanie chrześcijaństwa. Został aresztowany. Akta sądowe, które Rzymianie bardzo skrupulatnie prowadzili, zaginęły. Według podania wyrokiem sędziego Juniusza Rustyka został Justyn – jako obywatel rzymski – skazany na śmierć przez ścięcie głowy mieczem. Wyrok wykonano ok. 165 r. w Rzymie.
    Nie wiadomo, gdzie znajdują się relikwie Męczennika. Te, które są w Rzymie (w bazylice św. Wawrzyńca za Murami), w Kolonii oraz w Namur wydają się niepewne.
    Na Soborze Watykańskim I biskupi wnieśli prośbę, aby papież wprowadził Mszę świętą i teksty brewiarzowe na dzień święta św. Justyna, które obchodzono wówczas (do roku 1969) 14 kwietnia. Papież Pius IX przychylił się do ich prośby. Leon XIII w roku 1874 rozszerzył święto na cały Kościół. Kościół grecki obchodzi jego pamiątkę 1 czerwca. Tak jest i dzisiaj w Kościele łacińskim.
    W swoich pismach św. Justyn podjął pierwsze próby zbliżenia nauki chrześcijańskiej i filozofii greckiej. Justyn żył zaledwie ok. 100 lat po śmierci świętych Apostołów Piotra i Pawła, dlatego też jego dzieła są fundamentalnymi źródłami dla zapoznania się z ówczesną sytuacją Kościoła, jego organizacją i wewnętrzną strukturą, z obrzędami i liturgią. Warto podkreślić, że Justyn był człowiekiem świeckim, który wykorzystał swoją wiedzę dla obrony wiary chrześcijańskiej.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w chwili, gdy wręcza swoją “Apologię” cesarzowi Hadrianowi.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***